Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. Kroczący we Wichrze
Kroczący we Wichrze
PiołunP
Piołun jako
Strażnik Tajemnic
Mistrz Gry
MarrrtM
Marrrt jako
Micah Kannuk
DecybelkaD
Decybelka jako
Richard "Dick" Mallory
GaranilG
Garanil jako
Rodney Carter
SznycloveS
Sznyclove jako
Miles Carson
Pan ElfP
Pan Elf jako
Jonathan Swanson
MarikaM
Marika jako
Alice Clews Benedict

Kroczący we Wichrze

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
7 Posty 5 Uczestników 149 Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PiołunP Niedostępny
    PiołunP Niedostępny
    Piołun jako Strażnik Tajemnic
    Mecenas
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #1
    Ten post został usunięty!
    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PiołunP Niedostępny
      PiołunP Niedostępny
      Piołun jako Strażnik Tajemnic
      Mecenas
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
      #2

      text alternatywny

      Washington, D.C., Stany Zjednoczone Ameryki,

      7 stycznia 1935 roku, godz. 11:42, 38°54′N, 77°02′W

       
      Drzwi zamknęły się za nimi z cichym, ciężkim stuknięciem, które wszystkim obecnym wydało się nieproporcjonalnie głośne. Agent pozostał przy wejściu, tuż za ich plecami, przypominając bardziej stróżujący posąg, niż człowieka z krwi i kości. Przybrał nieobecny wyraz twarzy, wyprostował się i jedynie spojrzeniem ponaglił przybyszy, by zajęli miejsca na przygotowanych dla nich krzesłach. Poza tym trwał nieruchomo. Naprzeciwko czekało czterech mężczyzn, każdy z własną teczką, notatnikiem i plikiem dokumentów. Żaden nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z tego spotkania. W powietrzu unosił się gryzący zapach papierosowego dymu, mieszający się z wonią alkoholu. Mężczyzna w wojskowym mundurze, którego pagony i liczba odznaczeń sugerowały wysoką pozycję w armii, raczył się whisky, co w okolicznościach tego spotkania wydawało się dość niespodziewane. Najwyraźniej jednak należał do osób zbyt ważnych, by ktokolwiek obecny uznał za stosowne zwrócić mu na to uwagę.

      text alternatywny

      Na środku blatu leżała rozłożona mapa Alaski, przyciśnięta w rogach ciężkimi popielniczkami. Obok spoczywało kilka fotografii oraz cienka, szara teczka opatrzona czerwonym urzędowym stemplem. Przez kilka sekund nikt się nie odzywał. Słychać było jedynie jednostajne tykanie zegara i cichy szelest papieru, gdy jeden z członków komisji przesunął dłonią po leżących przed nim dokumentach. Dr Harold Whitmore ze Smithsonian Institution siedział wyprostowany i spokojny, z palcami splecionymi na stole. Edwin P. Caldwell z Departamentu Spraw Wewnętrznych miał przed sobą otwarty notes oraz ołówek gotowy do zapisu. Pułkownik James R. Hargrove z Army Signal Corps, oddelegowany do komisji jako łącznik do spraw bezpieczeństwa i łączności, obserwował przybyłych z chłodną, niemal wojskową uwagą, podczas gdy profesor Arthur Bell z United States National Museum pochylał się lekko nad fotografiami, jakby nawet teraz bardziej interesowało go to, co przedstawiały, niż ludzie, którzy właśnie weszli do sali. Dopiero kiedy wszyscy zajęli miejsca, Whitmore uniósł wzrok.
      – Zostali państwo wezwani tutaj w związku ze sprawą, która na tym etapie musi pozostać poufna. Mam nadzieję, że rozumieją państwo wagę tego zobowiązania. – zaczął spokojnie, bez przesadnej emfazy, bardziej stwierdzając fakt, niż rzeczywiście pytając. Gdyby zaproszone osoby nie uchodziły za godne zaufania, nie siedziałyby teraz przy tym stole. – Nie chodzi jednak o zagrożenie dla państwa czy regionu w zwyczajowym rozumieniu tego słowa. Sprawa jest po prostu delikatna i może wywołać niemałe poruszenie w środowisku naukowym. Chcemy również uniknąć pewnego rodzaju...
      Urwał na moment, jakby szukał sformułowania dostatecznie precyzyjnego, a zarazem możliwie najmniej drażliwego.
      – ...niepotrzebnego skandalu prasowego. – dokończył w końcu, pozostawiając to zdanie bez dalszego komentarza.

      Pan Caldwell z departamentu spraw wewnętrznych przesunął w ich stronę jedną z teczek, lecz nie otworzył jej. Zatrzymał dłoń na szarej okładce jeszcze przez moment, jakby sam gest miał nadać temu, co za chwilę padnie, odpowiedni ciężar. Na okładce widniało kilka urzędowych oznaczeń, numer sprawy, krótka adnotacja wykonana maszynowo i czerwony stempel, częściowo rozmazany przy krawędzi. Papier wyglądał na nieco zużyty, choć nie mógł być stary. Po prostu nosił ślady intensywnego użytkowania. Mężczyzna spojrzał najpierw na Whitmore’a, potem na pozostałych członków komisji, jakby upewniał się, że to właśnie jemu przypadło rozpoczęcie właściwej części odprawy.
      – Trzy tygodnie temu, w rejonie Barrow na Alasce, doszło do katastrofy niewielkiego samolotu należącego do lokalnego przewoźnika. Na pokładzie znajdowało się kilka osób związanych z tamtejszą społecznością. Początkowo uznano, że przyczyną mogły być warunki pogodowe albo awaria techniczna. W tamtej części Alaski żadna z tych możliwości nie należałaby do szczególnie niezwykłych. – zrobił krótką przerwę. – Także sam wrak, nawet wraz z całą tragedią, nie byłby jeszcze powodem, dla którego siedzielibyśmy dziś przy jednym stole.
      Dopiero wtedy uniósł wieko teczki. W środku znajdowały się fotografie, kilka telegramów i zapisane gęstym maszynopisem arkusze raportów. Caldwell przesunął palcem po pierwszej stronie, zatrzymując go przy jednej z dat.
      – Sprawa zmieniła charakter, kiedy grupa ratunkowa odnalazła wrak. W jego pobliżu natrafiono na coś ciekawego, a zarazem trudnego do wyjaśnienia. Chodzi o fragmenty konstrukcji, najpewniej pozostałości zabudowań, częściowo odsłoniętych wskutek przełamania lodu, do którego doszło podczas katastrofy. Ich pochodzenie jest obecnie ożywionym elementem dyskusji zaufanej grupy naukowców.

      Profesor Bell poruszył się nieznacznie, jakby właśnie ten fragment historii pochłaniał całą jego uwagę. Nie czekając, aż Caldwell w pełni skończy swoją myśl, przejął rozmowę niemal w pół zdania.
      – Nie udało się wstępnie określić ani wieku tych konstrukcji, ani ich pochodzenia. Pierwsze opisy były niespójne, a fotografie zbyt niejednoznaczne, by wyciągać pewne wnioski. Najciekawszy jest jednak brak oczywistych analogii. Sposób obróbki kamienia nie pasuje do tego, czego spodziewalibyśmy się po znanych kulturach tego regionu, a część znaków wygląda bardziej jak system oznaczeń niż zwykła ornamentyka. Być może mamy do czynienia z jakąś zapomnianą fazą osadnictwa... albo wpływem kulturowym, którego dotąd nie potrafiliśmy uchwycić.
      Na moment zawiesił wzrok na jednej z fotografii.
      – Na razie to oczywiście tylko hipotezy. Faktem pozostaje, że stanowisko może mieć wyjątkowe znaczenie archeologiczne. Dlatego Smithsonian Institution objęło sprawę nadzorem, powierzając stronę naukową pracownikom United States National Museum, a następnie wysłało na miejsce niewielką ekspedycję badawczą.

      Kiedy profesor Bell skończył, Whitmore bez pośpiechu przejął rozmowę, przybierając bardziej stonowany ton, który skutecznie wygasił naukowe uniesienie kolegi. Należało wrócić do konkretów.
      – Przez pierwsze dni kontakt z ekspedycją przebiegał bez większych problemów. Meldunki przekazywane drogą radiową do Barrow docierały początkowo regularnie i miały całkowicie rutynowy charakter. Raportowano postępy prac, warunki pogodowe, zużycie zapasów, stan sprzętu i podobne kwestie. Potem zaczęły pojawiać się opóźnienia. Wiadomości przychodziły rzadziej, stawały się coraz bardziej lakoniczne, a część pytań, które przesyłaliśmy telegramem, pozostawała bez odpowiedzi. Ostatnie komunikaty niewiele przypominały wcześniejsze raporty. W końcu kontakt urwał się całkowicie. Próbowaliśmy zweryfikować sytuację za pośrednictwem ludzi z Barrow. Początkowo byli odprawiani przez samych naukowców, którzy zapewniali, że nie potrzebują pomocy. Później, kiedy kontakt zaczął się urywać, miejscowi sami przestali chętnie zbliżać się do stanowiska. Podają różne powody, część z nich dość... mało rzeczowa. Nie zamierzam wyciągać daleko idących wniosków na podstawie miejscowych opowieści i przesądów, dlatego potrzebujemy oceny ludzi, na których możemy polegać.
      Pułkownik Hargrove opróżnił szklaneczkę z whisky i przez chwilę obracał ją jeszcze między palcami, zanim włączył się do rozmowy.
      – Na tym etapie nie możemy przesądzać, co było przyczyną. Nie wiemy, czy doszło do wypadku, choroby, awarii sprzętu, czy może konfliktu wewnątrz zespołu. Każda z tych możliwości pozostaje równie realna. – Na moment przeniósł wzrok na Alice. – Choć jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie, powiedziałbym, że jajogłowi zwyczajnie stracili głowę dla tego znaleziska. Bez obrazy, profesor Benedict.
      Po krótkiej pauzie odstawił pustą szklankę na blat.
      – I właśnie dlatego informacje pozostają ograniczone do wąskiego grona. Nie chodzi o zamiatanie czegokolwiek pod dywan. Chodzi o to, żeby nie dopuścić do sytuacji, w której prasa zacznie układać własną wersję wydarzeń, zanim sami będziemy mieć jakieś konkrety.

      Caldwell skinął lekko głową w stronę siedzących po drugiej stronie stołu.
      – Państwa nazwiska nie znalazły się na tej liście przypadkiem. Zostały zebrane na podstawie rekomendacji z kilku departamentów, instytucji naukowych i służb federalnych. Potrzebujemy ludzi, którzy potrafią patrzeć na problem z różnych stron. Nie wysyłamy tam kolejnej czysto akademickiej grupy. W najlepszym wypadku dołączycie państwo do naukowców z pierwszej ekspedycji i pomożecie im zakończyć prace. W najgorszym będziecie musieli ustalić, co dokładnie wydarzyło się na miejscu, i przejąć ich obowiązki.. Proszę nie strofować się w kwesti zapewnienia ewentualnego wsparcia. Gdyby wyprawa wymagała dodatkowych środków, czy to w postaci sprzętu, czy zasobów ludzi, o problemie da nam znać Agent Swanson – oznajmił mężczyzna przenosząc wzrok na Jonathana.

      Whitmore nie tracił uwagi rozmówców i przesunął w ich stronę mapę i kilka fotografii.
      – Zanim powiemy więcej, chcielibyśmy, żeby państwo sami spojrzeli na materiały. Bez sugestii z naszej strony. Zależy nam na pierwszym wrażeniu, zanim zaczniemy kierować państwa uwagę na konkretne szczegóły.
      Na stole leżały zdjęcia wraku, fragmentów odsłoniętej konstrukcji i kilka stron raportów opatrzonych datami z ostatnich tygodni. Whitmore cofnął dłonie i oparł je na krawędzi stołu.

      Teczka z materiałami:

      -text alternatywny text alternatywny-

      -text alternatywny text alternatywny-

      Doktor pozwolił, by przez chwilę sami przejrzeli materiały tak jak zapowiedział. Nie skomentował ani fotografii, ani raportów, do czasu, aż uwaga zebranych zatrzymała się na ostatniej z depesz. W tym momencie wyciągnął rękę z zainteresowaniem i obrócił ją nieco w stronę środka stołu. Gdyby się przyjżeć, można było zauważyć, że jest w nieco gorszym stanie niż reszta. Sama treść była krótka, niemal oschła, ale kilka sformułowań nie pasowało do wcześniejszych meldunków. Nie chodziło nawet o to, że raportowano pogarszające się warunki czy prace prowadzone poniżej wcześniej rozpoznanego poziomu. To wszystko można było wyjaśnić pośpiechem albo trudnościami terenowymi. Bardziej zastanawiające było to, co znalazło się na końcu. Whitmore przesunął palcem po ostatnich linijkach.
      – „Warunki uległy zmianie. Dalsze instrukcje nie są wymagane.” – odczytał spokojnie. – To ostatnia wiadomość, jaką odebraliśmy.
      Pułkownik Hargrove prychnął cicho, ale tym razem niczego nie skomentował. Bell natomiast pochylił się nieco nad telegramem.
      – Sformułowanie jest nietypowe – zauważył. – Zwłaszcza że jeszcze kilka dni wcześniej prosili o dodatkowe paliwo i zapasy. Trudno powiedzieć, skąd ta zmiana, ale mam nadzieje, że dowiedzą się Państwo na miejscu.

      Whitmore skinął głową i ustąpił miejsca pułkownikowi.
      – Mamy kilka odmiennych teorii na temat tego, co właściwie dzieje się na miejscu. Raporty przesyłane przez naszych lokalnych ludzi kontaktowych nie są szczególnie alarmujące, ale trzeba pamiętać, że nie są to specjaliści przygotowani do oceny podobnej sytuacji. Ich relacje traktujemy poważnie, jednak z pewnym dystansem. – Hargrove oparł dłonie o stół.
      – W każdym razie chcę państwa zapewnić, że ekspedycja jest traktowana z należytą powagą, także w kwestiach bezpieczeństwa. Jeśli pojawią się jakiekolwiek problemy, proszę nas po prostu powiadomić i nie podejmować niepotrzebnego ryzyka do czasu otrzymania dalszych instrukcji lub wsparcia.
      Na moment przeniósł wzrok na leżące przed nimi materiały.
      – Na tym etapie jest to przede wszystkim ekspedycja naukowa, nie operacja wojskowa. Mimo to chcemy być regularnie informowani o postępach, zmianach sytuacji i wszystkim, co uznają państwo za istotne.

      Po ostatnich słowach Hargrove’a w sali na moment zapadła cisza. Komisja najwyraźniej uznała, że przekazała już wystarczająco dużo, by dalsza część spotkania mogła przestać przypominać jednostronną odprawę. Whitmore przesunął jeszcze raz wzrokiem po twarzach zebranych, po czym odsunął od siebie jedną z fotografii i złożył dłonie na blacie.
      – To wszystko, co na tym etapie możemy państwu przekazać bez odnoszenia się do bardziej szczegółowych materiałów. – powiedział spokojnie. – Zanim przejdziemy dalej, chcielibyśmy usłyszeć państwa pytania, uwagi i pierwsze spostrzeżenia. Zarówno dotyczące samego znaleziska, jak i ekspedycji, która przestała się z nami kontaktować.
      Pozostali członkowie komisji również wyraźnie przyjęli bardziej oczekującą postawę. Bell zerknął jeszcze raz na fotografie, Caldwell uniósł ołówek nad notatnikiem, a Hargrove oparł się nieco głębiej w krześle. Przyszła kolej na ludzi siedzących po drugiej stronie stołu.

      Ewentualne testy:

      Jeżeli chcecie dokładniej przyjrzeć się materiałom albo zachowaniu członków komisji, zaznaczcie w odpisie, na czym skupia się wasza postać. Nie musicie rzucać niczego z automatu, najpierw deklaracja, potem dam znać, czy potrzebny jest test. Lekko zaznaczam pule możliwości oraz możliwe testy:

      – Fotografie i materiały z miejsca katastrofy: Spostrzegawczość, Fotografia, Mechanika albo inna sensowna umiejętność wynikająca z tego, czego konkretnie szukacie.
      – Zdjęcia konstrukcji i raport archeologiczny: Archeologia, Historia, Antropologia, Okultyzm, odpowiednia Nauka albo podobna wiedza specjalistyczna.
      – Telegramy i dokumenty: Spostrzegawczość, Psychologia, Korzystanie z Bibliotek albo po prostu dokładna analiza treści.
      – Członkowie komisji: Psychologia, jeśli chcecie ocenić ich reakcje, sposób mówienia albo to, czy ktoś coś pomija.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      ♥
      3
      • Pan ElfP Niedostępny
        Pan ElfP Niedostępny
        Pan Elf jako Jonathan Swanson
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #3

        Siedział na skraju łóżka, wpatrując się w widok rozciągający się za oknem hotelowego pokoju. Zimowy poranek leniwie próbował przedostać się do środka, lecz pomieszczeniu wciąż panował lekki półmrok a wciąż ciężka, senna atmosfera, tak kusząco zapraszała w objęcia hotelowej pościeli.

        Mężczyzna przetarł zmęczone oczy i rozmasował sobie obolały kark. Sen miał krótki i przerywany, długo też nie mógł zasnąć, czego konsekwencje czuł o poranku i próbował właśnie złagodzić.

        Za oknem wszystko powoli budziło się do życia. Nasilały się klaksony samochodów i dźwięki rozmów przechodzących ludzi, których z każdą chwilą było coraz więcej. Jonathan zawiesił wzrok na samotnym płatku śniegu, który zatrzymał się na szybie okna.
        Jego oczy w kolorze ciemnej czekolady analizowały przez dłuższą chwilę osobliwy kształt śniegowego płatka, a myślami uciekł gdzieś w odległą, bliżej niesprecyzowaną przeszłość.

        Wspominał czyjeś słowa, albo może tylko samo uczucie, kiedy po raz pierwszy dowiedział się, że żaden płatek śniegu nie jest taki sam. Zupełnie jak ludzie - podobni, ale nigdy tacy sami. Nie pamiętał od kogo się tego dowiedział, ani też nigdy nie analizował tego bardziej, próbując dociec czy rzeczywiście tak było. Przyjął to jako urokliwą ciekawostkę, której nigdy później nie weryfikował.

        Ziewnął, co wyrwało go z zamyślenia. Wplótł palce między gęste, brązowe włosy i czubkami palców dotarł do skóry głowy, drapiąc i masując ją przez chwilę. Pobudziło go to na tyle, że był gotowy w końcu wstać.

        Rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu, w którym się znajdował. Samotne łóżko z pościelą w nieładzie, stolik nocny z lampką, na którym leżał jego portfel i broń służbowa, wczorajsze ubrania porozrzucane na podłodze przy łóżku i na wpół otwarta torba podróżna stojąca pod ścianą.

        Ile to trwało. Tygodnie? Miesiące? Stracił już rachubę, ale wydawało mu się, że strasznie długo wiódł hotelowe życie. Po części przez pracę, jasne. Ale w dużej mierze przez to, że na własne życzenie stracił miejsce, które mógł nazywać domem. Ciepłe, bezpieczne i pełne miłości. Poczuł nieprzyjemne ukłucie na samą myśl. Dłonie zacisnął w pięści, a paznokcie boleśnie wbiły się w skórę, zostawiając po sobie krwawy ślad - nie był to pierwszy raz, a stare skaleczenia nie zdążyły się w pełni zagoić.

        W końcu jednak zebrał z podłogi spodnie, koszulę i marynarkę, wyciagnął z torby świeżą bieliznę i zamknął się w pokojowej łazience. Nie mógł dłużej zwlekać, jeśli chciał dotrzeć na umówione spotkanie o czasie, a wcześniej potrzebował zjeść śniadanie i wypić sporą ilość czarnej kawy. Spotkanie, na którym szalenie mu zależało. Które poprzedniej nocy spędzało mu sen z powiek. Spotkanie, o które bardzo się postarał, by został na nie zaproszony właśnie on.

        W pośpiechu wziął zimny prysznic - najwidoczniej właściciel hotelu nie raczył zagrzać wody tego poranka. Przed lustrem na szybko rozczesał czuprynę na głowie i przez moment kontemplował golenie, ale zdał sobie sprawę, że nie spakował przyborów. Zostawił więc krótkiego wąsa i lekki, wczorajszy zarost na brodzie i policzkach i tak przygotowany, wyruszył na ulice Waszyngtonu w poszukiwaniu śniadania i kawy.


        Jonathan chodził po poczekalni tam i z powrotem, niecierpliwie wyczekując zaproszenia do sali i spotkania. Nie potrafił usiedzieć w jednym miejscu. Bardzo napracował się nad tym, by jego kandydatura została wzięta pod uwagę przy rekrutowaniu ekspedycji. Pociągnął za wszystkie znane mu sznurki, odebrał obiecane mu niegdyś przysługi i sam też zadłużył się w jednej czy dwóch, by móc stać się tam gdzie stał. W zimnym, nieprzychylnym korytarzu, gdzie ze ścian przyglądały mu się portrety urzędników. Świdrowały swoimi uwiecznionymi na zawsze spojrzeniami, jakby cicho oceniały, jakby doskonale wiedziały, czym kierował się agent Swanson i wcale tego nie popierały.

        Przełknął ślinę. Miał sucho w gardle i wciąż jeszcze czuł posmak kawy, której wypił zdecydowanie za dużo. Marzył o szklance wody, ale musiał się obyć bez. Z każdą kolejną chwilą oczekiwania, z każdym kolejnym krokiem, czuł jak serce bije mu coraz mocniej. Konsekwencja ilości kofeiny albo ekscytacja tym, że był już tak blisko. Prawdopodobnie mieszanka obu.

        Nie zwrócił większej uwagi na pozostałych, którzy pojawili się w poczekalni. Z grzeczności posłał każdemu życzliwy uśmiech i przywitał się, przedstawiając się krótko.

        - Agent Swanson, do usług.

        W tym wszystkim, z roztarganymi włosami, lekko pomiętą koszulą i uśmiechem na twarzy, chodząc tam i z powrotem, było sporo niewymuszonej nonszalancji i jakiegoś takiego chłopięcego uroku, mimo że był już mężczyzną po trzydziestce.


        W sali przysłuchiwał się wyjaśnieniom w milczeniu, a jego wzrok skupiał się po równo na każdym z mężczyzn po drugiej stronie stołu. Nie analizował ich szczególnie, nie czując potrzeby doszukiwania się ukrytych intencji. Nie był na przesłuchaniu, a przynajmniej nie w roli przesłuchującego. Nie miał przed sobą kryminalistów, a osoby o autorytecie, praworządnych obywateli.

        Wraz z kolejnymi słowami, jego ciekawość rosła, a cierpliwość malała. Ani razu nie padło nazwisko, na które czekał. Może to dobrze? Tak sobie próbował wmówić w myślach. Nie mógł też zdradzić się ze swoim motywem, który go przyprowadził w to miejsce. Zaprzepaściłoby to wszystkie jego starania! Wziął głęboki oddech i znowu zacisnął dłonie w pięści, chcąc powstrzymać drgania, które przez nie przechodziły.

        Z zazdrością patrzył na szklankę pułkownika. Nie przepadał za whisky, ale suchość w gardle zaczęła mu doskwierać na tyle, że i tym by nie pogardził.

        Gdy padły słowa o ekspedycji, Jonathan zamarł. Miał wrażenie, że czas się zatrzymał, tak samo jak jego oddech i serce. Na ułamek sekundy poczuł, jak zapada się w krzesło, na którym siedział, a krzesło zapada się w podłogę, a ta w ogromną przepaść, z której zionęła przeraźliwa ciemność.

        Ocknął się jednak szybko z tego wrażenia, czując jak znowu wbija paznokcie w wewnętrzną część własnych dłoni. Wcisnął ręce w kieszenie, wycierając krew o ich wewnętrzną część.

        Odchrząknął, zanim zabrał głos, wciąż przyglądając się dokumentom, które zostały im przedstawione.
        - Ostatni telegram został nadany kilka dni temu, od tego czasu z ekspedycją nie ma kontaktu, jeśli dobrze rozumiem. Wspomnieliście jednak o raportach lokalnych ludzi. Dysponujemy więc świeższymi informacjami? Jakkolwiek mało alarmujące by się wydawały, mogą kryć w sobie wartościowe informacje.

        Jonathan przyglądał się również dłużej fotografii z miejsca katastrofy lotniczej. Zauważył, że rekonesans miał miejsce na dzień przed drugim telegramem. Zastanawiał się po cichu czy mogło mieć to coś wspólnego z późniejszą zmianą charakteru ostatniego telegramu.

        - Wiemy coś więcej na temat dwójki niedysponowanych członków ekspedycji? Wspominają o tym w drugim telegramie.

        Zadając pytania, Jonathan w głębi siebie bardzo liczył, że nie padnie znajome mu nazwisko. Skoro do tej pory nie padło, może nie warto było się martwić na wyrost?

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        2
        • GaranilG Niedostępny
          GaranilG Niedostępny
          Garanil jako Rodney Carter
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #4

          Muzyka!

          Kawałek bluesa leciał radośnie w radiu, w warsztacie i w sumie świetnie wpasowywał się w atmosferę szczękania klucza. No i ta nazwa. "I'll Fix It Later"... Naprawię później. Speaker prze puszczeniem piosenki przebąkiwał iż jest to "diesel blues" i kawałek niszowego zespołu Orbit OST. Nazwa nic Rodneyowi nie mówiła, ale "diesel blues" chwytał o tyle, że mechanik przepadał za silnikami wysokoprężnymi.

          Niestety piosenka dobrze licowała z Chevroletem Master Deluxe, który właśnie miał na kanale. Był to główny konkurent samochodu Forda model 48. Chevrolet postawił na komfort, wygodę, i nowoczesne, niezależne zawieszenie przednie Knee Action. Ogromny krok na przód w płynności jazdy. I zgodnie z nazwą powodowało ono iż większość mechaników padałó na kolana i zaczynało się modlić, lub próbować naprawić amoryzatory hydrauliczne, z których olej wyciekał szybciej niż pieniądze z portfela po wypłacie. To oczywiście prowadziło do drastycznego pogorszenia i tak nie najlepszej sterowności tej kabaryny. Cholerny kontener na kołach, z rzędowym sześciocylindrowym silnikiem, który dla odmiany pracował lepiej niż amortyzatory.

          Właśnie z amortyzatorami Rodney miał teraz zrobić porządek. Chwycił za małą grzechotkę i nasadził odpowiednią końcówkę. -Mam nadzieję, że zejdzie luźno.- mruknął. Śruba jednak ani drgnęła. Dlatego najpierw przestawił się na większą grzechotkę, a potem sięgnął po klucz o właściwie metrowym trzonku, który w gwarze mechanicznej oznacza mniej więcej "Nie pytałem czy chcesz dać się odkręcić."

          Kurwa mać!

          Jego dobry znajomy, Robert Belfast wszedł do warsztatu akurat żeby zobaczyć, jak Rodney rozpala palnik acetylenowo-tlenowy.
          -Cześć Rodney. Masz chwilę? Po co ci palnik?-
          -Śruba nie będzie stawiać oporu, jeżeli jest płynem. - Odparł mechanik z wyjątkową mściwością wypisaną na twarzy.
          -Naprawisz później. Mam sprawę. Zainteresowany wycieczką na Alaskę, na koszt Wuja Sama?- Zapytał.
          -A dlaczego Wuj Sam miałby finansować mechanikowi samochodowemu z Teksasu wycieczkę na Alaskę, huh? - Zapytał Carter.


          Muzyka!

          Stuk-puk! stuk-puk! stuk-puk!
          A może raczej Tododo-tododo. Tododo-tododo?
          Stukot pociągu sunącego przez szerokie równiny Ameryki towarzyszył każdemu, siedzącemu w tym pociągu. Rodney siedział przy oknie i właśnie jadł kanapkę, którą wyciągnął z plecaka, zastanawiając się, jak to jest, że właśnie jedzie na wycieczkę do Waszyngtonu i to na koszt Wujka Sama.

          7a5c59f3-46b3-4af0-ba6e-2ea507437930-image.jpeg

          Bob wyłożył mu to prosto - Rządowe szychy potrzebowały mechanika, który ma pewne specyficzne umiejętności. Ogarnia naprawy, sam jeździ, potrafi się posługiwać ciężkim sprzętem, potrafi naprawić sprzęt elektroniczny, no i nie jest debilem. Tak się szczęśliwie składało, że Carter spełniał wszystkie te warunki, a dodatkowo był już wcześniej wypróbowany przez Belfasta. Wszystko co było do zrobienia, robił w przyzwoitych terminach, porządnie i uczciwie. Rodney nie był głupi, nawet jeżeli na papierach brakowało mu świadectwa ukończenia szkoły średniej. Z resztą, po co ci szkoła średnia, jak kręcisz śruby, czyścisz zawory, pompujesz opony, wymieniasz rozrządy i świecie, zajmujesz się samochodami?
          Automobile, prawdaż, to wielka przyszłość. Powstawało ich coraz więcej, coraz więcej Amerykanów i nie tylko Amerykanów, miało apetyt, Apetyt na własny transport, na prędkość, a część nawet na komfort podróży. Drogi po całej Ameryce wyrastały jak grzyby po deszczu. Wiły się wraz z graniami, wzdłuż wzgórz, rzek, okalając lasy. Nie chodziło tylko o to, żeby dojechać do celu, albo żeby oszczędzić czas na drodze. Chodziło o to, aby ten czas miło przejechać, najlepiej w dobrym towarzystwie i dobrą muzyką w radiu.

          A jednak, Rodney jechał pociągiem, gdyż zwyczajnie nie miałby gdzie przechować, ani co zrobić, ze swoim fordem. Przechowywanie grata na terytorium Waszyngtonu przez Wuja Sama przez X czasu, dopóki nie wróci z Alaski nie wchodziło w grę. I Carter to rozumiał, bo żarty z Wuja Sama i finansowania przez niego różnych rzeczy, były na południu powszechne. Właściwie termin ten był swego rodzaju synonimem marnowania pieniędzy podatników, przynajmniej wśród konserwatystów.

          Rodney dojadł kanapkę. Schował papierową torebkę do kieszeni i oparł się na siedzisku. To będzie dość długa podróż.


          W poczekalni do której ich wprowadzono, Rodney przywitał się ze wszystkimi prosto.
          -Rodney Carter. Z Teksasu. Mechanik samochodowy.-

          Niestety nie zdążył jakoś specjalnie pozwiedzać miasta. Wszystko było czasowo dopięte. W interesie rządowym było żeby Carter stawił się tam gdzie go oczekiwano i wyruszył tam, gdzie chcieli go wysłać. Zdążył sobie jedynie kupić kawę w drodze


          Ech, biurokracja...
          Rodney to gadanie w większości wpuszczał jednym uchem, a wypuszczał drugim. Generalnie zainteresował się za to zdjęciami wraku, głównie pod względem mechanicznym.
          -Chwilęczkę... Wiemy coś więcej o tej katastrofie samolotu? O ocalałych? - Mechanik wstał, ustawił zdjęcie pod odpowiednim kątem i zaczął pokazywać palcem niuanse.
          -Samolot jest cały, bryła jest mało naruszona, zwarta. Maszyna nie rozpadła się w powietrzu. To wygląda jakby pilot częściowo stracił kontrolę nad maszyną i doszło do brutalnego lądowania awaryjnego. Całkowita utrata kontroli nad maszyną wysoko nad tundrą prawdopodobnie zakończyłaby się poważniejszymi uszkodzeniami. No i to wszystko skupia się po jednej stronie maszyny. Skrzydło, przednia część kadłuba... Możliwe, że najpierw zahaczył o o powierzchnię jedną stroną, potem się obrócił i po przywaleniu o ziemię jeszcze przez chwilę toczył się dalej, siłą rozpędu. Żadnych poważnych śladów pożaru, silnik się nie zapalił, paliwo nie eksplodował... Część tego co było w samolocie powinna być możliwa do zbadania przez ludzi, którzy dotarli do wraku jako pierwsi. Nie umiem na podstawie zdjęcia określić przyczyny katastrofy, ale nie widać tutaj niczego co wskazywało by na eksplozję, oderwanie elementów konstrukcji, czy chociażby klasyczną awarię mechaniczną. Więcej mógłbym powiedzieć gdybym mógł obejrzeć wrak. No... zniszczenia nie wyglądają na takie, które zabiłyby załogę i pasażerów, a przynajmniej nie natychmiast. Szanse na to, żeby ktoś przeżył wydają się wysokie. A jednak nie było dotąd ani słowa o ocalałych. Naprawdę nie znaleziono nikogo żywego? Żadnego świadka? Albo zwłoki pasażerów?
          -

          Niepokojącym było literalne olanie kwestii wraku, przyczyn katastrofy i w ogóle całego tego zajścia. zostało to zdegradowane do roli jednego zdjęcia i stwierdzenia "no rozpierdolił się, ale odsłonił wejście do starożytnego kompleksu. Świetnie, badamy podziemia.

          Aż dziwne, że wrak nie został jeszcze pocięty na żyletki, kurwa jego mać.

          Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          3
          • MarikaM Niedostępny
            MarikaM Niedostępny
            Marika jako Alice Clews Benedict
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Marika
            #5

            Kwadrans po jedenastej rządowy samochód wysadził profesor Alice Clews Benedict przed jednym z masywnych, waszyngtońskich gmachów. Okoliczności wezwania, lakoniczność wcześniejszych depesz oraz osobliwa dyskrecja, z jaką zorganizowano jej podróż z Arkham, nadawały całemu przedsięwzięciu posmak konspiracji. Benedict nie należała do grona osób skłonnych hołubić tajemniczność dla samej tajemnicy; z doświadczenia wiedziała, że nadmierna poufność bywa równie często zwiastunem doniosłych wydarzeń, co zasłoną dymną dla politycznej drażliwości.

            W poczekalni budynku panował porządek tak ścisły, że zdawał się służyć uciskowi ludzkich myśli. Wydłużone, surowe pomieszczenie, ciężkie drzwi z mosiężnymi szyldami oraz rzędy portretów spowitych w czarne ramy tworzyły przestrzeń równie oficjalną, co pozbawioną pulsu życia. W powietrzu wisiała woń politury, pożółkłego papieru i kurzu. Ciszę co rusz rozrywał mechaniczny, miarowy terkot maszyny do pisania lub głuchy, oddalony odgłos czyjegoś kroku.

            Alice zajęła jedno z twardych krzeseł, składając na kolanach skórzaną torebkę. Miała trzydzieści dziewięć lat, choć drobna twarz o regularnych rysach i jasnej cerze mogła sprawiać wrażenie nieco młodszej. Ciemne, falujące włosy, zebrane niedbale z tyłu głowy, wymykały się pojedynczymi pasmami spod upięcia. Okrągłe okulary w cienkiej oprawie podkreślały uważne, badawcze spojrzenie. Miała na sobie ciemny, wełniany żakiet o męskim kroju, prostą, sięgającą połowy łydki spódnicę, wykrochmaloną białą koszulę i starannie zawiązany krawat. Ubiór był praktyczny, zachowawczy i pozbawiony ozdób — dokładnie taki, jaki uważała za stosowny w okolicznościach zawodowych.

            Czas oczekiwania poświęciła na bezgłośną obserwację pozostałych przybyłych. Szybko stało się jasne, że wezwani reprezentują skrajnie różne światy i nie łączą ich żadne dawne znajomości. Niepokój budziła nie tyle sama obecność obcych w tym zamkniętym kręgu, ile uporczywy brak jakichkolwiek szczegółowych informacji o celu spotkania. Uniwersytecka praktyka nauczyła ją, że ci, którzy nadają swoim przedsięwzięciom teatralną powagę lub tajemniczość, rzadko czynią to w trosce o czystą naukę.

            Po dłuższej chwili w głębi korytarza wyrosła sylwetka mężczyzny, który przedstawił się wyłącznie nazwiskiem. Chłód jego manier i absolutny brak konwencjonalnej uprzejmości zdradzały typ funkcjonariusza, dla którego dyskrecja nie była wymogiem chwili, lecz drugą naturą.

            Dopiero podczas marszu agent uchylił rąbka tajemnicy. Na północy Alaski, w pobliżu osady Barrow, odkryto w wiecznej zmarzlinie pozostałości kamiennej konstrukcji, której forma nie znajdowała odpowiednika w żadnej ze znanych tradycji architektonicznych rdzennych ludów Arktyki. Wstępne ekspertyzy sugerowały strukturę o charakterze sakralnym. Wysłana na miejsce ekspedycja badawcza nagle zamilkła, zerwawszy wszelką łączność, wobec czego zapadła decyzja o sformowaniu drugiej grupy — tym razem z dokooptowaniem osób spoza środowiska akademickiego

            Wzmianka o świątyni natychmiast zwróciła uwagę Alice. Miała już na końcu języka pytanie o solidność podstaw takiej klasyfikacji, lecz agent uprzedził ją, unosząc dłoń i oznajmiając, że szczegóły zostaną przedstawione niebawem. Najwyraźniej sam wiedział niewiele więcej. Powstrzymała więc komentarz. Jeżeli jego rola ograniczała się do doprowadzenia zaproszonych na miejsce, dalsze pytania rzeczywiście nie miały większego sensu.

            Na końcu korytarza przewodnik zatrzymał się przed masywnymi, podwójnymi wrotami z ciemnego drewna. Przez ułamek sekundy trzymał dłoń na mosiężnej klamce w bezruchu, jak gdyby rozważał powiedzenie czegoś jeszcze. W końcu zapukał i pchnął skrzydła.

            text alternatywny

            Sala była rozległa i pozbawiona zbędnych dekoracji, nieco dławiąca swoją przestrzenią. Masywne kotary odcinały resztki szarego, miejskiego światła, przepuszczając jedynie mdłe smugi przez szczeliny. Panował tu półmrok, w którym ciemne drewno mebli, ścienne mapy i ustawione przed stołem krzesła zdawały się jeszcze surowsze. Powietrze przesycał zapach tytoniu, papieru i alkoholu.

            Naprzeciw przybyłych zasiadało czterech mężczyzn. Mosiężne tabliczki pozwoliły Alice błyskawicznie zidentyfikować tę intrygującą koalicję: dr Harold Whitmore ze Smithsonian Institution, Edwin P. Caldwell z Departamentu Spraw Wewnętrznych, pułkownik James R. Hargrove z U.S. Army Signal Corps oraz profesor Arthur Bell z United States National Museum. Zderzenie świata uniwersyteckiego, biurokracji federalnej i sztabu wojskowego tworzyło osobliwą mieszaninę, choć samo w sobie nie przesądzało jeszcze o niczym.

            Żaden z mężczyzn nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z konieczności uczestniczenia w spotkaniu. Każdy jednak okazywał to na swój sposób. Whitmore zachowywał spokój i starannie dobierał słowa, Caldwell koncentrował się na formalnym przebiegu odprawy, a Bell już od pierwszych chwil sprawiał wrażenie człowieka, którego znacznie bardziej interesowały leżące przed nim materiały niż obecni w pomieszczeniu ludzie. Pułkownik Hargrove natomiast obserwował przybyłych z wojskową powściągliwością, nie rezygnując przy tym ze szklanki whisky. Akademiczka odnotowała ten szczegół bez szczególnego zdziwienia. Niektórzy wysoko postawieni mężczyźni lubili manifestować swoją pozycję właśnie poprzez demonstracyjne lekceważenie konwenansów obowiązujących wszystkich pozostałych.

            Na ponaglające spojrzenie agenta zajęła wskazane krzesło. Przed komisją spoczywał rozłożony arkusz mapy Alaski, ziarniste fotografie oraz szara teczka opatrzona krwistoczerwonym urzędowym stemplem. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Wszystko skurczyło się do miarowego tykania zegara na ścianie i cichego szelestu papieru. Cisza rosła, stając się niemal namacalna.

            Wreszcie przemówił Whitmore. Od pierwszych słów podkreślał konieczność zachowania poufności, szczególny charakter sprawy oraz potrzebę uniknięcia zainteresowania prasy. Benedict słuchała bez przerywania, choć nadmierna troska o publiczny odbiór znaleziska wydawała jej się przedwczesna. Środowisko akademickie znało dostatecznie wiele przypadków sensacyjnych doniesień, które nie wytrzymywały późniejszej weryfikacji. Nie był to jednak powód, by kwestie wizerunkowe stawiać przed rzetelnym ustaleniem faktów.

            Caldwell przejął inicjatywę i przesunął ku zebranym teczkę, nadając temu prostemu gestowi niemalże ceremonialną powagę. Następnie przedstawił okoliczności katastrofy samolotu w pobliżu Barrow i przypadkowego odsłonięcia nieznanej konstrukcji. Alice słuchała relacji z rosnącym zainteresowaniem. Znacznie mniej obchodziły ją dramatyczne okoliczności odkrycia niż samo znalezisko, choć jedno najwyraźniej pozostawało nierozerwalnie związane z drugim.

            Kiedy Bell włączył się do rozmowy, niemal przerywając koledze, dało się wyczuć autentyczne zainteresowanie badacza. Wspomniał o braku oczywistych analogii, nietypowej obróbce kamienia oraz znakach, które mogły tworzyć uporządkowany system oznaczeń. Rozważał nawet istnienie zapomnianej fazy osadnictwa albo nieznanych dotąd wpływów kulturowych. Były to przypuszczenia interesujące, lecz nadal pozostawały jedynie przypuszczeniami. Alice przywykła rozdzielać obserwacje od interpretacji z pedanterią, którą część jej współpracowników uważała za męczącą. Nie widziała w tym niczego niewłaściwego. Historia nauki dostarczała zbyt wielu przykładów uczonych, którzy zakochiwali się we własnych hipotezach, by pozwalać sobie na podobną pobłażliwość.

            Whitmore sprowadził rozmowę z powrotem do przebiegu pierwszej ekspedycji. Początkowo rutynowe meldunki miały stopniowo stawać się coraz rzadsze i bardziej lakoniczne, aż wreszcie łączność urwała się całkowicie. Szczególną uwagę Benedict zwróciły jednak jego wzmianki o mieszkańcach Barrow, którzy niechętnie zbliżali się do stanowiska, podając powody określone przez doktora mianem „miejscowych przesądów”. To ostatnie sformułowanie wywołało jej wyraźną dezaprobatę. Nie należało do obowiązków antropologa przyjmowanie ludowych wierzeń za opis rzeczywistości, ale tym bardziej nie należało odrzucać ich bez zbadania. Relacje zawierające elementy folkloru mogły stanowić wartościowe źródło wiedzy o lokalnej historii, zachowaniach mieszkańców i ich stosunku do odkrytego miejsca. Zwłaszcza gdy badacz znał język społeczności, której świadectwa zamierzał analizować. Alice zbyt dobrze wiedziała, jak wiele znaczeń potrafiło zaginąć pomiędzy wypowiedzią świadka a jej interpretacją przez człowieka przekonanego o własnej kulturowej wyższości.

            Następnie głos zabrał pułkownik Hargrove. Wymienił możliwe przyczyny utraty kontaktu z ekspedycją, od wypadku i choroby po awarię sprzętu lub konflikt wewnętrzny. Przy okazji pozwolił sobie na uwagę o „jajogłowych”, którzy mogli zwyczajnie zatracić się w badaniach. Zakończył ją skierowanym bezpośrednio do Alice zastrzeżeniem, by nie poczuła się urażona.

            Nie zdążył jeszcze odstawić pustej szklanki, kiedy odpowiedziała z chłodną uprzejmością:
            — Proszę się nie przejmować, pułkowniku. Jako profesor antropologii doskonale zdaję sobie sprawę, że nie w każdej hierarchii społecznej inteligencja stanowi podstawę prestiżu.
            Nie uznała za konieczne rozwijać tej myśli.

            Dalsze zapewnienia o poufności, wyjątkowych kwalifikacjach zaproszonych oraz naukowym charakterze przedsięwzięcia przyjmowała z coraz większą rezerwą. Nie przepadała za pochlebstwami, szczególnie gdy zastępowały rzeczowe wyjaśnienia. Niepokoił ją również stopień zaangażowania administracji federalnej i wojska w sprawę, która przynajmniej oficjalnie pozostawała ekspedycją archeologiczną.

            Nie dostrzegała wprawdzie wyraźnych oznak kłamstwa u żadnego z członków komisji. Nie było to jednak równoznaczne z przekonaniem, że przedstawiono im wszystkie istotne fakty. Whitmore starannie kontrolował przebieg rozmowy i zakres przekazywanych informacji. Benedict nie miała jeszcze podstaw, by przypisywać mu nieuczciwe zamiary, lecz dostrzegała różnicę między mówieniem prawdy a powiedzeniem wszystkiego, co należało wiedzieć.

            Wreszcie Whitmore przesunął ku przybyłym fotografie i dokumenty.
            — Zanim powiemy więcej, chcielibyśmy, żeby państwo sami spojrzeli na materiały. Bez sugestii z naszej strony. Zależy nam na pierwszym wrażeniu, zanim zaczniemy kierować państwa uwagę na konkretne szczegóły.
            Alice uniosła nieznacznie brwi.
            — Obawiam się, doktorze Whitmore, że na uzyskanie opinii wolnej od wcześniejszych sugestii jest już nieco za późno. Państwa współpracownik jeszcze przed wejściem raczył przedstawić nam hipotezę o religijnym przeznaczeniu budowli, a profesor Bell zdążył już zaproponować kilka możliwych interpretacji jej pochodzenia.
            Przez chwilę spoglądała na leżące przed nią fotografie.
            — Zastanawia mnie natomiast, na jakiej podstawie wysunięto przypuszczenie, że budowla mogła pełnić funkcję świątyni. Czy odnaleziono przedmioty lub elementy wyposażenia wskazujące na praktyki religijne, czy też hipoteza opiera się wyłącznie na jej rozmiarach i obecności znaków?
            Pozostawiła pytanie bez dalszego komentarza. Zbyt wiele stanowisk archeologicznych doczekało się pochopnych interpretacji religijnych tylko dlatego, że ich pierwotnego przeznaczenia nie potrafiono ustalić. Nieznajomość funkcji przedmiotu nie czyniła zeń automatycznie obiektu kultowego, podobnie jak niezrozumiały znak nie musiał oznaczać symbolu mistycznego.

            Korzystając z możliwości przejrzenia materiałów, otworzyła teczkę i zaczęła zapoznawać się z jej zawartością. Czyniła to uważnie, choć nie przestawała słuchać dalszych wyjaśnień komisji. Fotografie przedstawiały wrak, odsłonięte fragmenty kamiennej konstrukcji i otaczający je zamarznięty teren. Dokumentację uzupełniał raport oraz telegramy, których daty i treść zaczęła porównywać.

            Jej uwagę przyciągnęła fotografia przedstawiająca masywne bloki kamienne, ułożone z regularnością niepozostawiającą większych wątpliwości co do intencjonalnego charakteru konstrukcji. Dostrzegła również, że zdjęcia wykonano już po rozpoczęciu prac przy odkrywce. Dokumentowały zatem stan późniejszy, a nie pierwotne okoliczności odsłonięcia znaleziska.

            Rozmowa tymczasem zeszła na ostatnią depeszę otrzymaną od ekspedycji: „Warunki uległy zmianie. Dalsze instrukcje nie są wymagane”. Alice zatrzymała wzrok na tekście. Sformułowanie istotnie odbiegało od wcześniejszych meldunków, szczególnie w świetle niedawnych próśb o dodatkowe zaopatrzenie. Sama nie potrzebowała komentarza komisji, by dostrzec tę niekonsekwencję. Potrzebowała natomiast pełniejszego materiału, ponieważ zachowana korespondencja nie pozwalała odtworzyć wszystkich okoliczności, w jakich wysyłano poszczególne wiadomości.

            Kolejne zapewnienia o bezpieczeństwie i zasadniczo naukowym charakterze wyprawy nie rozwiały jej wątpliwości. Im częściej podkreślano zwyczajność przedsięwzięcia, tym trudniej było zapomnieć o niezwyczajnych środkach przedsięwziętych w celu jego zorganizowania. Nie stanowiło to oczywiście dowodu niczego konkretnego. Alice nie zamierzała mylić własnych podejrzeń z ustalonymi faktami.

            Kiedy wreszcie poproszono zaproszonych o uwagi, pozwoliła sobie jeszcze na chwilę skupienia nad dokumentami. Następnie podniosła wzrok znad teczki.
            — Zacznę od zastrzeżenia, że dysponujemy jedynie wstępnym raportem i dokumentacją fotograficzną. Bez oględzin stanowiska oraz dokładniejszych badań nie możemy formułować daleko idących wniosków.
            Przesunęła ku sobie jedną z fotografii, przyglądając się widocznym na niej fragmentom murów.
            — Sama konstrukcja jest niewątpliwie interesująca. Widoczne na fotografiach bloki skalne noszą wyraźne ślady celowej obróbki i tworzą regularną konstrukcję. Nie znajduję podstaw, by uznać ją za naturalną formację geologiczną. Nie potrafię jednak na tej podstawie określić ani wieku budowli, ani techniki jej wykonania. Zwróciłabym również uwagę, że fotografie sporządzono już po rozpoczęciu prac zabezpieczających. Nie dokumentują zatem stanowiska w stanie nienaruszonym.
            Przerwała na moment, porządkując w myślach pozostałe spostrzeżenia. Samo rozpoznanie świadomej działalności budowlanej nie stanowiło szczególnej trudności. Znacznie poważniejszy problem pojawiał się przy próbie umieszczenia konstrukcji w znanym kontekście kulturowym.
            — Z perspektywy antropologicznej najbardziej zastanawia mnie brak wyraźnych analogii do znanych tradycji budowlanych północnej Alaski. Dotyczy to zarówno współczesnego budownictwa miejscowych Iñupiat, jak i pozostałości archeologicznych wiązanych z kulturami Birnirk i Thule. Charakterystyczne dla tego regionu budowle wznoszono przede wszystkim z darni, drewna dryfującego i kości wielorybów, często częściowo zagłębiając je w ziemi. Kamień również znajdował zastosowanie, jednak przedstawiona na fotografiach masywna konstrukcja z precyzyjnie dopasowanych bloków nie odpowiada znanym mi przykładom miejscowej architektury.
            Spojrzała kolejno na Whitmore'a i Bella. Obaj musieli zdawać sobie sprawę, jak daleko można było posunąć podobne porównania bez popadania w spekulacje.
            — Nie przypominam sobie także żadnych udokumentowanych przedsięwzięć osadniczych czy budowlanych w tym rejonie, które mogłyby wyjaśniać jej obecność. Nie oznacza to, rzecz jasna, że takie przedsięwzięcie nigdy nie miało miejsca. Jedynie że nie znajduję dla niego potwierdzenia w znanych mi źródłach.
            Ponownie wskazała fotografię, tym razem zatrzymując palec przy jednym z widocznych znaków. Wyryte w kamieniu figury były równie interesujące, co sama konstrukcja, choć ich obecność nie pozwalała jeszcze rozstrzygnąć kwestii pochodzenia ani przeznaczenia budowli.
            — Osobną kwestię stanowią znaki widoczne na powierzchni kamienia. Ich rozmieszczenie i powtarzalność sugerują, że możemy mieć do czynienia z uporządkowanym systemem oznaczeń. Byłoby jednak przedwczesne nazywanie ich pismem, podobnie jak przypisywanie im funkcji religijnej. Mogły służyć identyfikacji, przekazywaniu informacji, oznaczaniu określonych miejsc lub pełnić funkcje symboliczne. Bez szerszego materiału porównawczego nie sposób tego rozstrzygnąć.
            Poprawiła okulary i na moment powróciła wzrokiem do raportu. Znajomość wielu systemów symbolicznych, także tych wywodzących się z mniej znanych tradycji ezoterycznych, nie pozwalała jej na rozpoznanie przedstawionych znaków. Nie uważała tego jednak za rzecz nadzwyczajną. Nauka znała dostatecznie wiele przykładów niezrozumiałych inskrypcji i przedstawień, których sens pozostawał przedmiotem wieloletnich sporów.
            — Nie rozpoznaję w nich również żadnego ze znanych mi systemów symboliki religijnej czy ezoterycznej. To jednak argument przeciwko pochopnej identyfikacji, nie dowód, że mamy do czynienia z czymś całkowicie nieznanym.
            Odłożyła fotografię i zwróciła uwagę na zgromadzone telegramy. Ich zawartość interesowała ją teraz niemal równie mocno jak samo znalezisko. Dokumenty stanowiły bowiem świadectwo nie tylko działalności badaczy, lecz także sposobu, w jaki wiedza o wydarzeniach docierała do Waszyngtonu.
            — Pozostaje jeszcze kwestia dokumentacji. Zauważyłam, że zachowana korespondencja nie jest kompletna. Dysponujemy częścią meldunków ekspedycji, ale brakuje niektórych wiadomości kierowanych do niej z Barrow i Waszyngtonu, co utrudnia odtworzenie okoliczności podejmowania niektórych decyzji. Bez nich nie zawsze możemy ustalić, na jakie pytania lub instrukcje odpowiadali badacze. Chciałabym wiedzieć, czy są one niedostępne, czy po prostu nie zostały dołączone do przekazanych nam materiałów.
            Przeniosła spojrzenie na doktora Whitmore'a. Wciąż pamiętała jego wcześniejsze uwagi o niechęci miejscowej ludności do stanowiska. Był to aspekt sprawy, którego znaczenia nie zamierzała pomniejszać tylko dlatego, że nie mieścił się w tradycyjnych zainteresowaniach archeologów.
            — Wspomniał pan, doktorze, że mieszkańcy Barrow zaczęli unikać stanowiska. Czy dysponujemy zapisem ich relacji? Interesowałoby mnie zwłaszcza, czy zostały zebrane bezpośrednio od świadków, czy jedynie przekazane przez pośredników. I czy rozmawiano z nimi w ich własnym języku?
            Wreszcie uporządkowała dokumenty i przekazała teczkę kolejnemu z zaproszonych. Jej uwagi nie prowadziły do żadnego jednoznacznego rozstrzygnięcia, ale nie uważała tego za niepowodzenie. Przeciwnie, wskazanie granic posiadanej wiedzy stanowiło nieodłączną część uczciwej pracy naukowej.
            — Podsumowując, mamy do czynienia z konstrukcją, której pochodzenia, wieku i przeznaczenia nie potrafimy obecnie ustalić. Nie znajduję dla niej przekonujących analogii w znanych mi tradycjach budowlanych regionu, ale nie stanowi to jeszcze podstaw do postulowania istnienia odrębnej, nieznanej dotąd kultury. Na obecnym etapie byłaby to hipoteza pozbawiona dostatecznego uzasadnienia.
            Na tym zakończyła swoją ocenę, choć nie oznaczało to bynajmniej końca jej zainteresowania sprawą.

            Fotografie i raporty pozostawiały więcej pytań niż odpowiedzi. Nieznane znaki, brak przekonujących analogii kulturowych oraz trudne do wyjaśnienia okoliczności utraty kontaktu z ekspedycją mogły oczywiście stanowić przypadkowy splot zdarzeń. Historia archeologii pełna była sensacyjnych odkryć, które po bliższym zbadaniu okazywały się znacznie mniej osobliwe, niż pierwotnie przypuszczano. Alice doskonale o tym wiedziała.

            A jednak od pewnego czasu nie potrafiła już przyjmować podobnych wyjaśnień z dawną łatwością.

            Wspomnienia wydarzeń z 1928 roku, a szczególnie zagadkowej śmierci Wilbura Whateleya w bibliotece Uniwersytetu Miskatonic, pozostawiły w jej umyśle ślad, którego nie zatarły ani upływające lata, ani późniejsze badania. Nie skłaniały jej do porzucenia naukowego sceptycyzmu. Przeciwnie, uczyniły ją jeszcze bardziej wymagającą wobec własnych wniosków, ponieważ z niepokojącą wyrazistością uświadomiły jej, jak wiele zjawisk mogło pozostawać poza granicami dotychczasowego poznania.

            Czy odkrycie na północy Alaski było jedynie słabo udokumentowaną pozostałością którejś z dawnych kultur? Czy też kryło się za nim coś, czego współczesna archeologia nie potrafiła jeszcze właściwie rozpoznać?

            Nie znała odpowiedzi. Nie zamierzała też udawać, że ją zna.

            Pozostawała jednak świadomość, której nie potrafiła całkowicie od siebie odsunąć: brak wyjaśnienia nie zawsze wynikał z niedostatku zgromadzonych danych. Niekiedy mógł oznaczać, że same założenia, na których opierano poszukiwanie odpowiedzi, były mniej pewne, niż człowiek gotów był przyznać.

            Przyznanie się do błędu to nie słabość, lecz zwycięstwo prawdy nad ignorancją.

            Flesh, not tech-fantasy, the way to salvation
            Never be destroyed by your own creation
            A new star is born of muscle and nerve
            Flesh and Bone

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            ♥
            3
            • SznycloveS Niedostępny
              SznycloveS Niedostępny
              Sznyclove jako Miles Carson
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #6

              Wprowadzony do poczekalni przez ochroniarza Miles rozejrzał się z zaciekawieniem po pomieszczeniu, ściągając uprzednio kapelusz dla zachowania kultury osobistej. Mężczyzna nieszczególnie miał okazję podziwiać, czy nawet przebywać w budynkach federalnych, miał więc doskonałą okazję chłonąć całą ich wyższość i powagę. Uśmiechnął się pod nosem i kiwnął sam do siebie z uznaniem, doceniając symetrykę układu drzwi z poszczególnymi meblami i dekoracjami. Zerknął jeszcze z przyzwyczajenia na sufit, który to za sprawą ornamentacji potrafił być najbardziej zaskakującym elementem architektury wnętrz, ale fotografowi pozostawił jedynie gorzkie poczucie rozczarowania. Być może jednak funkcjonalność i surowość była tym, czego powinien się spodziewać w podobnym miejscu.

              Zbliżył się do grupki osób czekających przy tych samych drzwiach, które wcześniej wskazał mu jeden z niezwykle poważnych ochroniarzy. Tak się akurat złożyło, że Miles zdążył dołączyć do grupy indywiduów akurat w momencie wymiany krótkich uprzejmości.
              -Miles Carson, fotoreporter z Arkham w Massachusetts, miło państwa poznać. Zakładam że czekamy na to samo spotkanie? - przedstawił się kulturalnie z wyraźną ekscytacją i pozytywną energią wyczuwalną w głosie, być może nieco kontrastującą z aurą otoczenia.

              Mężczyzna około trzydziestki o dość łagodnej urodzie, którego z łatwością można by ocenić na co najmniej pięć lat młodszego. Twarz starannie ogolona i gładka, średniej długości proste, brązowe włosy elegancko zaczesane do tyłu i utrwalone pomadą ze wsparciem noszonego jeszcze kapelusza. Miał na sobie długi, ciemnobrązowy, wełniany płaszcz za kolana, garniturowe spodnie oraz skórzane, garniturowe buty. Był to ten najdroższy zestaw odzieży, jaki Miles zdołał wygrzebać ze swojej szafy, wykorzystywany przede wszystkim na wszelkie biznesowe spotkania wyższej wagi. Nawet jeśli wielu mogłoby określić jego wizerunek jako dość typowy i przeciętny, nie można było oprzeć się przekonaniu, że w sposobie bycia mężczyzny było coś interesującego i przyciągającego.

              Wymienił pewne, ciepłe i przyjacielskie spojrzenie wraz z energicznym uściskiem dłoni z każdą osobą, Zatrzymał swoją uwagę na ułamek sekundy przy Alice, przyglądając się jej twarzy uważnie i intensywnie nad czymś myśląc. Nie był w stanie stwierdzić dlaczego, ale twarz tej kobiety wydawała mu się bardzo znajoma.
              -Przepraszam, czy my się przypadkiem nie znamy? - zapytał z zaciekawieniem, ale odpowiedź musiała zapewne poczekać na odpowiedni moment, bowiem właśnie w tym momencie postanowiono zaprosić wszystkich do środka…


              Miles nie do końca wiedział czego mógł spodziewać się po samym spotkaniu, choć wszelkie dotychczasowe znaki mogły dawać już pewne sugestie. Czy można było jednak w pełni przygotować się do spotkań na poziomie federalnym, nie będąc w zasadzie nikim w jakikolwiek sposób powiązanym z rządowym światem? Rozmowy w różnych grupach społecznych i na różnych szczeblach miały swoje specyficzne zasady i panujący klimat. W tym przypadku najbardziej odczuwalną cechą, z jaką spotkał się Carson, była wszechobecna śmiertelna powaga i drętwość. Mężczyzna odnosił wrażenie, że wszelkie jego interpersonalne umiejętności w tym momencie zderzyłyby się z bardzo grubym i twardym murem, a nawet mogłyby niebezpiecznie zrykoszetować z powrotem w jego stronę. W szczególności, kiedy jeden z ich rozmówców wypinał dumnie pierś z co najmniej tuzinem imponujących odznaczeń. Fotoreporterowi nie pozostało nic innego, jak tylko zaakceptować zasady panującej tutaj społecznej gry i się do nich dostosować. Miał mimo wszystko na uwadze swoje prywatne cele i nie zamierzał zawieść zaufania szanownego grona pracodawców.

              Wysłuchał z uwagą informacji przedstawionych im przez wysoko postawionych mężczyzn, po czym wraz z zebranymi tutaj członkami nowej ekspedycji dołączył się do rzetelnego przeglądania przygotowanych odgórnie materiałów dowodowych. Trudno było nie zgodzić się z panią profesor w kwestiach “czystego spojrzenia na sprawę” w momencie, kiedy pewne sugestie i hipotezy zostały wstępnie przez komisję przedstawione. Miles jednak nie należał do grona akademickich wyjadaczy i nie byłby w stanie naukowo podejść do wytknięcia wszelkich nieścisłości z zebranych informacji tak jak to zrobiła profesor Alice. Było mu raczej bliżej do spojrzenia na sprawę z perspektywy przeciętnego zjadacza chleba o pospolitym intelekcie, ale dość konkretnym fachu.

              -Dziękuję. - rzucił spokojnie odbierając przekazywane mu zdjęcia z wyprawy, na których zawiesił oko nieco dłużej z nieukrywanym zainteresowaniem.
              -Fachowa robota, mogę państwa zapytać kto był autorem? - zwrócił się bezpośrednio do komisji analizując fotografie dość dokładnie pod kątem technicznym niż artystycznym. Jakość nie budziła wątpliwości, choć Carson był przekonany, że byłby w stanie uchwycić miejsce katastrofy czy konstrukcję z lepszego, lepiej oddającego powagę sytuacji, kąta.
              Przyłożył dłoń do brody i pomasował ją w zamyśleniu, przekazując zdjęcia dalej i odbierając następnie telegramy i dokumenty, z których treścią dokładnie się zapoznał. Same dokumenty nie budziły w nim jakichkolwiek wątpliwości, sprawiały wrażenie dość typowego dla podobnej wyprawy raportu. Inaczej sprawa miała się natomiast co do samych telegramów, z których dało się wyłapać pewną nieścisłość w formułowaniu komunikatów. Gdyby tylko dać się ponieść wyobraźni, można by wysnuć z ich treści dość mroczną konkluzję, zapewne jednak odpowiedź była o wiele prostsza niż ta, którą mógłby podsuwać nazbyt fantazjujący umysł.
              -Pozwolę sobie jeszcze zwrócić państwa uwagę na zdjęcie konstrukcji. Zdjęcia mają to do siebie, że mogą w dość zmyślny sposób fałszować rzeczywisty obraz. Nie wchodząc w techniczne sprawy, otóż ta konstrukcja prawdopodobnie jest większa niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Mało tego, prawdopodobnie rozciąga się dalej pod lodem, a może i nawet pod ziemią, co by zresztą potwierdzały wzmianki o “dolnym poziomie”. Myślę że spokojnie można założyć, że to raptem niewielka część większej struktury ukrytej pod warstwą lodu. Niestety i dla mnie wygląda dość obco, nie przypomina znanych mi kultur, ani nie potrafię ocenić jej pierwotnej funkcji. - przedstawił spokojnie Miles, wodząc palcem po zdjęciu odkrytej konstrukcji, starając się zobrazować jej potencjalny ogrom.
              -Co zaś tyczyłoby się telegramów… Prawdę mówiąc, treść ostatniego telegramu ma zgoła inny charakter. Nie ma tu już mowy o sprzęcie czy o niedysponowanych członkach, wręcz jasno napisano że nie oczekują dalszych instrukcji. Proszę wybaczyć śmiałość mojego pytania, ale czy mają państwo pewność, że mieszkańcy Barrow nie podchodzą agresywnie do tej ekspedycji? Możliwe że ostatnia wiadomość została wysłana przez inną osobę, stąd jej odmienny charakter, natomiast dobrze by było wiedzieć z jakim powitaniem i odbiorem możemy zetknąć się na miejscu. Sami państwo rozumieją, to kwestia też i naszego bezpieczeństwa, a sam szanowny tutaj… - zerknął ukradkiem na jedną z plakietek z imieniem ustawioną przy dość groźnym mężczyźnie - …pan pułkownik Hargrove, zapewne znalazłby odpowiednie wojskowe określenie na zachowanie wśród podwładnych podobne do tego, jakie przedstawiono w ostatnim zdaniu ostatniego telegramu.
              Dezercja. Obecność wojskowego absolutnie nie była na tym spotkaniu przypadkowa, a Miles z pełnią swojego wścibskiego charakteru wolał się upewnić z jakim nastawieniem przywitają ich lokalni mieszkańcy, nim zdarzy mu się węszyć tam gdzie nie trzeba.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              2
              • PiołunP Niedostępny
                PiołunP Niedostępny
                Piołun jako Strażnik Tajemnic
                Mecenas
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
                #7

                Washington, D.C., Stany Zjednoczone Ameryki,

                7 stycznia 1935 roku, godz. 12:03, 38°54′N, 77°02′W

                 
                Przez kilka chwil po serii pytań nikt się nie odzywał. Członkowie komisji patrzyli na zebranych ciężkim, oceniającym wzrokiem. Było widać, że część pytań przyjęli bez zastrzeżeń, inne jednak wyraźnie nie przypadły im do gustu albo dotykały kwestii, o których z różnych względów nie chcieli mówić zbyt otwarcie. Najbardziej ponury wyraz osiadł na twarzy pułkownika Hargrove’a. Wyglądał, jakby właśnie przełknął coś wyjątkowo niesmacznego. Mężczyźni wymienili między sobą kilka krótkich, porozumiewawczych spojrzeń, przewracając kolejne kartki i przesuwając dokumenty po blacie, jakby w milczeniu ustalali, co jeszcze mogą, a co powinni powiedzieć.

                Caldwell przesunął ołówkiem po papierze z cichym, suchym szelestem, zostawiając kilka krótkich znaków na marginesie notatnika. Profesor Bell poprawił okulary i bezwiednie przysunął ku sobie fotografię odsłoniętej konstrukcji, najwyraźniej wracając myślami do jednego z zadanych pytań. Hargrove tymczasem sięgnął do kieszeni munduru po srebrną papierośnicę, nie odrywając chłodnego spojrzenia od profesor Benedict. Otworzył ją kciukiem, stuknął jednym z papierosów o metalowy brzeg i wsunął go między wargi. Zapałka zapłonęła krótkim, żółtawym światłem, na moment odznaczając ostre rysy jego twarzy w półmroku sali. Nad wszystkim trwało jednostajne tykanie zegara.

                Whitmore odczekał jeszcze moment, po czym jako pierwszy przełamał ciężar ciszy, odnosząc się do pytań Jonathana.
                – Tak. Dysponujemy informacjami późniejszymi niż ostatni telegram ekspedycji, choć nie powiedziałbym, żeby były szczególnie rozstrzygające. – Jego głos pozostał spokojny, choć mówił nieco ciszej niż wcześniej. – Wykorzystaliśmy pilotów wykonujących loty zaopatrzeniowe do Barrow, by przy okazji rozeznali się w sytuacji na miejscu. Ich działania miały uzupełnić raport tamtejszego U.S. Commissionera.
                Na moment splótł dłonie na blacie.
                – Po powrocie wspominali, że wśród części miejscowej ludności daje się zauważyć pewne... osobliwe zachowania. Narastającą nerwowość, niechęć do rozmów o ekspedycji, a także powtarzające się opowieści i przesądy, które mieszkańcy zdają się wzajemnie podsycać.
                Hargrove skrzywił się lekko, jakby temat budził w nim jakiś rodzaj repulsji i pogardy. Najwyraźniej należał do ludzi, twardo stąpających po ziemi i miał własne, niepochlebne zdanie o ludziach krzewiących zabobony. W każdym razie on na chwilę przejął rozmowę.
                – Mówiąc prościej, w małej, odizolowanej społeczności na końcu świata, gdzie przez większą część zimy niewiele się dzieje, katastrofa samolotu i odkrycie nieznanych ruin mogą być, delikatnie mówiąc, doskonałym podłożem dla niepokoju. – Zaciągnął się papierosem. – Na Boga, dopóki nie przeczytałem tych raportów, nie sądziłem, że ktokolwiek może mieć więcej przesądów niż marynarze. Proszę do tego dodać noc polarną, wielotygodniową izolację, a nietrudno o zbiorową nerwowość albo zwyczajną paranoję.
                Wypuścił z ust cienką smugę dymu i przez chwilę przyglądał się żarowi papierosa. Potem przeniósł wzrok na Whitmore’a i oddał mu pole, choć w jego spojrzeniu było coś ostrzegawczego.
                – Także... tak. – odchrząknął. – Sami państwo rozumieją, że podobne opowieści trudno traktować jako materiał do raportu. W relacjach przekazanych nam przez pilotów miejscowi wspominali o złym miejscu, niespokojnej ziemi, głosach niesionych przez zimowy wiatr i innych tego rodzaju relacjach. Jako przedstawiciele poważnych instytucji nie możemy opierać oficjalnych ustaleń na podobnych relacjach.
                Zakończył Whitmore i przeniósł wzrok na kolegę, który wiedział więcej o członkach pierwszej ekspedycji, bowiem pozostała jeszcze ta kwestia poruszona przez Agenta Swansona. Caldwell odłożył ołówek i przesunął ku sobie teczkę z raportami. Przez chwilę wertował dokumenty, przesuwając opuszkiem po kolejnych stronach. W końcu zatrzymał się na jednej z nich, zwilżył palec i przewrócił kartkę.
                – Jeśli chodzi o dwóch niedysponowanych członków zespołu... – zaczął, pochylając się nad maszynopisem. – Pierwszy przypadek opisano jako wyczerpanie połączone z powierzchownymi odmrożeniami i ogólnym osłabieniem. Nic, czego nie można by się spodziewać po pracy w takich warunkach, zwłaszcza przy niedostatecznym odpoczynku.
                Przesunął wzrokiem niżej.
                – Drugi członek ekspedycji miał gorączkę, dreszcze i okresowe zawroty głowy. W raporcie wspomniano też o problemach ze snem. Nie opisano jednak jego stanu jako krytycznego i nie wnioskowano o ewakuację medyczną.
                Na moment uniósł wzrok znad papierów.
                – Chodzi tutaj o technika Samuela Price’a oraz geolożkę Margaret Hale. To wszystko, co mamy w dokumentacji. Późniejsze meldunki nie wracają już do ich stanu zdrowia.

                Nikt nie skomentował tej ostatniej uwagi. Hargrove strzepnął popiół do ciężkiej popielniczki stojącej przy rogu mapy. Bell, wciąż wpatrzony w fotografię konstrukcji, przesunął ją o kilka cali bliżej światła. Po chwili rozmowę przejął Caldwell, przechodząc do kwestii poruszonych przez Rodneya. Zanim jednak odpowiedział na wnioski mechanika, musiał najpierw odszukać właściwe informacje w dokumentach. Przesunął ku sobie jedną z teczek, odnalazł odpowiedni raport i przebiegł wzrokiem kilka pierwszych akapitów.
                – Pańska ocena przynajmniej częściowo pokrywa się z tym, co zapisali ludzie, którzy jako pierwsi dotarli do samolotu. Maszyna była poważnie uszkodzona, ale nie w stopniu, który pozwalałby z góry zakładać śmierć wszystkich znajdujących się na pokładzie.
                Przewrócił stronę.
                – Zresztą, przy wraku nie znaleziono ani żywych pasażerów, ani ciał. Ani jednego.
                Na chwilę przerwał, przetrawiając ten szczegół.
                – Znaleziono natomiast ślady wskazujące, że pasażerowie opuścili samolot już po katastrofie. Początkowo zakładano więc, że ocaleni próbowali dotrzeć do Barrow albo znaleźć schronienie gdzieś w okolicy. Rozpoczęto poszukiwania i właśnie w ich trakcie natrafiono na wejście do zakopanej struktury. Samych zaginionych jednak nie odnaleziono.
                Caldwell zamknął raport i pozostawił na nim dłoń.
                – Przyczyna samej katastrofy również nie została jednoznacznie ustalona. Wraku nie przebadano w sposób, który pozwalałby sporządzić pełną ekspertyzę techniczną. W tamtym momencie priorytetem było odnalezienie ludzi, a kiedy kolejne poszukiwania nie przyniosły rezultatu, uwaga siłą rzeczy przesunęła się na odkrytą strukturę.
                Przez moment spoglądał na zamkniętą teczkę, po czym wzruszył lekko ramionami.
                – Nie jestem skłonny doszukiwać się w tej katastrofie czegoś niezwykłego. Maszyny używane w tamtejszych warunkach są narażone na mróz, oblodzenie, trudne lądowania i cały szereg usterek. Być może zawiodła technika, być może człowiek. Bez dokładnych oględzin wraku pozostaniemy przy przypuszczeniach.
                Podniósł wzrok na Rodneya.
                – Co do ludzi... chciałbym wierzyć, że znaleźli jakieś schronienie, ale po takim czasie trzeba patrzeć na sprawę realistycznie. Jeżeli nie dotarli do Barrow ani do żadnej z placówek w okolicy, śnieg już dawno zatarł wszelkie ich ślady. Bez nowych informacji obawiam się, że ich los może pozostać niewyjaśniony.

                Po tym przyszła pora odpowiedzieć na pytania Alice. Kiedy przyszło do tego, Bell odsunął fotografię od lampy i zdjął okulary, przecierając szkła skrajem chusteczki. Nie wyglądał na urażonego jej uwagami. Przeciwnie, w jego twarzy pojawiło się coś na kształt zawodowego zainteresowania, jakby dopiero teraz rozmowa weszła na grunt, na którym rzeczywiście czuł się swobodnie.
                – Ma pani rację co do jednego, profesor Benedict. Określenie „świątynia” jest na tym etapie zbyt daleko idące. – Założył okulary z powrotem i położył dwa palce na fotografii. – Zostało użyte w raporcie przez jednego z członków pierwszej grupy i, jak to często bywa, termin zaczął żyć własnym życiem. Nie odnaleziono żadnego przedmiotu, przynajmniej nie ma na razie wzmianki o tym w raportach, który moglibyśmy bez zastrzeżeń uznać za wyposażenie używane w obrzędach religijnych, podobnie jak nie dysponujemy inskrypcją ani przedstawieniem, które pozwalałoby określić przeznaczenie tego miejsca.
                Przesunął fotografię nieco w stronę Alice.
                – Mamy regularny układ przestrzeni, powtarzalność znaków i kilka elementów, które mogą sugerować, że przynajmniej część konstrukcji nie pełniła funkcji czysto użytkowej. To jednak nadal hipoteza. Być może mamy do czynienia z miejscem zgromadzeń, być może z budowlą o przeznaczeniu symbolicznym, a być może z czymś zupełnie innym. Nie widzę powodu, by przy obecnym stanie materiału bronić określenia użytego przez doktora Warrena jako ustalonego faktu. Jest doświadczonym archeologiem i możliwe, że miał ku temu przesłanki, których nie zdążył jeszcze zawrzeć w bardziej szczegółowym opracowaniu, ale o tym dowiecie się więcej na miejscu.
                Hargrove skrzywił się i wypuścił z ust cienką smugę dymu.
                – Fascynujące. Naprawdę istotne i ważkie dla naszej sprawy. Nie ma co. – rzucił sucho. – Kłócenie się o słówka. Typowe dla naukowców.
                Przeniósł wzrok z Alice na fotografię konstrukcji.
                – Na tę chwilę nie ma większego znaczenia, czy ktoś nazwał to świątynią, magazynem czy czymkolwiek innym. Ważne jest to, że nasi specjaliści nie potrafili dotąd przekonująco powiązać tej budowli z niczym, czego należałoby się spodziewać w tamtym rejonie.
                Strzepnął popiół do popielniczki.
                – Chcemy wiedzieć, co stało się z naszymi ludźmi i czy na Terytorium Alaski rzeczywiście odkryto coś, co, jak zapewniają mnie panowie po tej stronie stołu, może zmusić nas do poprawienia kilku linijek w podręcznikach historii.
                Spojrzał na Alice twardo.
                – Proszę więc nie marnować naszego czasu na spory o nazewnictwo.
                Bell rzucił mu krótkie, niezadowolone spojrzenie, lecz nie podjął dyskusji. Whitmore natomiast przesunął dłonią po krawędzi stołu i przejął rozmowę.
                – Co do mieszkańców Barrow, tutaj możemy odpowiedzieć pani znacznie konkretniej.
                Otworzył teczkę i przez chwilę przeglądał spięte wewnątrz notatki.
                – Informacje, które do nas dotarły, pochodzą przede wszystkim z raportów miejscowego U.S. Commissionera, Stanleya R. Morgana. To on pozostaje naszym najważniejszym oficjalnym kontaktem administracyjnym w Barrow i to przez jego ręce przeszła większość bardziej uporządkowanych informacji dotyczących nastrojów w osadzie.
                Przesunął palcem wzdłuż jednej z kartek.
                – Morgan rozmawiał z kilkoma mieszkańcami osobiście. W przypadkach, w których język mógł stanowić przeszkodę, korzystał z pomocy miejscowego tłumacza, Noaha Anguniaqa. Anguniaq jest Iñupiaq, pracuje przy miejscowej szkole i pomaga również przy misji prezbiteriańskiej. Zna zarówno angielski, jak i język miejscowych, a od lat pośredniczy w kontaktach pomiędzy nimi a ludźmi przybywającymi z zewnątrz.
                Whitmore podniósł wzrok na Alice.
                – Nie mamy powodów przypuszczać, żeby relacje zostały źle przetłumaczone. Problem leży raczej gdzie indziej.
                Na moment zawiesił głos.
                – Morgan zbierał informacje jako urzędnik, nie jako antropolog. Interesowało go przede wszystkim to, czy mieszkańcy widzieli członków ekspedycji, czy zauważyli coś w pobliżu stanowiska, czy ktoś próbował wrócić do Barrow i czy istnieje bezpośrednie zagrożenie dla ludzi znajdujących się w okolicy. To, co miało charakter wierzeniowy albo folklorystyczny, trafiało do raportów raczej w formie krótkich adnotacji.
                Hargrove parsknął cicho.
                – Czyli poświęcono temu i tak zbyt wiele uwagii.
                Whitmore puścił uwagę mimo uszu i nawet na niego nie spojrzał.
                – W każdym razie Morgan zanotował kilka powtarzających się motywów, na które sami zwróciliśmy uwagę. Niechęć do samego miejsca, powtarzające się ostrzeżenia przed zbliżaniem się do niego, a także szczególne znaczenie, jakie mieszkańcy przypisują silnemu wiatrowi i rzekomym odgłosom, które ma ze sobą nieść.
                Whitmore pozwolił sobie na ledwie zauważalny uśmiech. Hargrove pokręcił głową.
                – Czyli dokładnie to, o czym mówiłem. Miejscowe banialuki. Katastrofa, rozkopany lód i trochę gorszej pogody stały się pożywką dla kilku historii, które, powtarzane z ust do ust, szybko obrosły w kolejne szczegóły. W przesądnej społeczności niewiele trzeba, by zwykły niepokój przerodził się w zbiorową histerię.
                Whitmore zamknął teczkę.
                – Pułkownik przedstawia jedną z możliwych interpretacji. Pani, profesor Benedict, będzie mogła wyrobić sobie własną.
                Przez chwilę spoglądał na nią ponad stołem.
                – Morgan powinien nadal posiadać swoje notatki oraz wiedzieć, z kim dokładnie rozmawiał. Anguniaq z kolei będzie najwłaściwszą osobą, jeżeli zechce pani wrócić do tych relacji bezpośrednio, zwłaszcza tam, gdzie znaczenie wypowiedzi mogło zależeć od języka albo miejscowego kontekstu.
                Hargrove uniósł lekko brew.
                – Proszę jednak pamiętać, że miejscowe przesądy nie są dla nas istotne i nie należy wstrzymywać przez nie całej ekspedycji.
                Whitmore westchnął cicho i odwrócił wzrok, choć przez krótką chwilę w jego spojrzeniu dało się dostrzec wyraźny błysk irytacji. Najwyraźniej nie wszystkie poglądy pułkownika były mu równie bliskie, lecz z jakiegoś powodu wolał nie okazywać tego otwarcie.

                Po chwili ciszę przełamał Bell. Pozostały jeszcze pytania Milesa, a fotografie były materiałem, któremu sam poświęcił wcześniej sporo uwagi.
                – Za większość dokumentacji fotograficznej odpowiadał Thomas Avery. Nie jest zawodowym fotoreporterem, ale ma doświadczenie w dokumentacji terenowej i właśnie dlatego powierzono mu ten obowiązek podczas pierwszej ekspedycji.
                Wskazał palcem kilka odbitek rozłożonych na stole.
                – Pierwsze zdjęcia wykonano jeszcze podczas rekonesansu po odnalezieniu wraku, przez kogoś innego, prawodpodobnie działającego z ramienia Commissionera Morgana. Późniejsze pochodzą już z właściwych prac przy stanowisku. Avery prowadził notatki do kolejnych ujęć, numerował materiał i pilnował, by dokumentacja powstawała na bieżąco.
                Bell przesunął jedną z fotografii nieco bliżej Milesa.
                – Nie wywoływano ich jednak przy samym stanowisku. Byłoby to zwyczajnie niepraktyczne. W Barrow przygotowano dla Avery’ego prowizoryczną ciemnię w jednym z pomieszczeń szkoły. Tam wywoływał negatywy i wykonywał robocze odbitki, które później dołączano do raportów. Z posiadanych przez nas informacji wynika, że pomiędzy stanowiskiem a Barrow najczęściej woził go Samuel Nageak, miejscowy musher.
                Na moment zawahał się, jakby przypominając sobie układ materiałów.
                – To, co widzą państwo tutaj, jest tylko wyborem. Do Waszyngtonu przesłano odbitki uznane za najważniejsze. Pełniejszy zestaw materiału, wraz z negatywami i notatkami Avery’ego, powinien nadal znajdować się w Barrow, w pomieszczeniu używanym przez ekspedycję. O ile oczywiście nikt od tamtej pory go nie przenosił.
                Bell spojrzał na Milesa z cieniem zainteresowania.
                – Jeżeli fotografia jest pańskim fachem, zapewne wyciągnie pan z tych materiałów więcej niż my tutaj.
                Na sugestię Carsona dotyczącą możliwej wrogości miejscowych Hargrove zareagował znacznie mniej entuzjastycznie.
                – Nie mamy żadnych dowodów na agresję mieszkańców wobec ekspedycji. – odpowiedział twardo. – Unikanie miejsca odkrycia to jedno. Groźby, sabotaż albo napaść to coś zupełnie innego. Niczego takiego nie odnotowano.
                Przesunął wzrok po zebranych, a potem zatrzymał go na Milesie.
                – Miejscowi mogą uważać stanowisko za przeklęte, nawiedzone czy jakkolwiek zechcą to nazwać. Dopóki ograniczają się do trzymania od niego z daleka, nie traktujemy ich jako zagrożenia.

                Kiedy Miles wspomniał o możliwości, że ostatnia depesza mogła pochodzić od innego człowieka, Hargrove przez chwilę przyglądał się leżącemu na stole telegramowi.
                – Tu musimy rozdzielić dwie rzeczy. Wiemy, kto technicznie przekazał wiadomość dalej. Obsługą łączności w Barrow zajmuje się kapral Walter J. Briggs z Army Signal Corps i to przez tamtejszą stację przechodziły wcześniejsze meldunki ekspedycji.
                Wskazał końcem papierosa na depeszę.
                – Nie oznacza to jednak, że Briggs znał autora każdego komunikatu. Jego zadaniem było przyjąć wiadomość przekazaną przez ekspedycję i nadać ją dalej, zachowując jej treść możliwie dokładnie. Często bywało, że przywoził mu ją musher, a nie członek ekipy ekspedycyjnej.
                Zmrużył lekko oczy.
                – Na miejscu będziecie mogli z nim porozmawiać. Powinien mieć dziennik stacji, godziny odbioru i nadania oraz informacje o tym, w jaki sposób poszczególne komunikaty do niego docierały. Jeżeli zaistniały jakieś dziwne okoliczności związane z wysłaniem ostatniego telegramu, Briggs będzie najlepszym człowiekiem, żeby go podpytać.
                Strzepnął popiół do popielniczki i spojrzał po czwórce ekspertów.
                – Poleci z państwem również nasz człowiek, choć nie będzie aktywnie uczestniczył w państwa śledztwie. Jeżeli na miejscu czegoś zabraknie albo napotkają państwo opór ze strony administracji czy personelu wojskowego, będzie można załatwić to przez niego.
                Hargrove odsunął pustą szklankę.
                – Porucznik Charles M. Reed, Army Signal Corps. Odpowiada za dokumenty, sprzęt, sprawy organizacyjne oraz kontakt z miejscową stacją. Dopilnuje, żeby po przybyciu do Barrow mieli państwo dostęp do ludzi i materiałów, do których dostęp mieć powinni.
                Zawiesił głos.
                – Nie jest przewodnikiem ani śledczym. Nie będzie państwu zaglądał przez ramię. Jego zadaniem jest usuwać przeszkody, nie podejmować za państwa decyzje. Właściwie to będzie odpowiadał oficjalnie przed Agentem Swansonem.
                Whitmore skinął głową.
                – Proszę zdać się na niego. To zaradny człowiek. Jeśli potrzebny będzie dodatkowy transport, dostęp do dokumentów albo formalne potwierdzenie państwa uprawnień, załatwi to.

                text alternatywny

                Caldwell zebrał leżące przed sobą dokumenty, po czym sięgnął pod stół po grubą, szarą teczkę spiętą parcianym paskiem. Położył ją na blacie i przesunął w stronę zebranych. Na okładce, poniżej kilku urzędowych pieczęci, widniał maszynopis:

                AKTA EKSPEDYCJI BARROW
                1934–1935

                – To pozostanie z państwem przez cały czas trwania wyprawy – powiedział. – W środku znajdują się kopie dokumentów, które będą państwu potrzebne na miejscu: upoważnienia, lista członków pierwszej ekspedycji, dotychczasowa korespondencja, fotografie, skrócone raporty, dane kontaktowe oraz podstawowe informacje dotyczące transportu i zaopatrzenia.
                Oparł dłoń na okładce.
                – Proszę jednak traktować tę teczkę nie tylko jako zbiór materiałów. Od momentu wyjazdu staje się ona również bieżącą dokumentacją państwa działań. Raporty, nowe zeznania, kopie depesz, fotografie, notatki terenowe i wszystko, co uznają państwo za istotne, powinno trafiać właśnie tutaj.
                Przesunął teczkę jeszcze kilka cali w ich stronę.
                – Po zakończeniu sprawy wróci do Waszyngtonu razem z państwem.
                Hargrove zerknął na nią znad dogasającego papierosa.
                – Najlepiej w stanie grubszym niż obecnie.

                text alternatywny

                Washington, D.C. → Fairbanks, Terytorium Alaski

                8–13 stycznia 1935 roku, 38°54′N, 77°02′W → 64°50′N, 147°43′W

                 
                Waszyngton opuścili następnego ranka. Początkowo nic w tej podróży nie zapowiadało jeszcze owego osobliwego poczucia oddalenia, które miało z czasem ogarnąć ich wszystkich, choć zapewne żadne z nich nie potrafiłoby później wskazać chwili, w której zwyczajna podróż poczęła przeobrażać się w coś przypominającego powolne wycofywanie się poza granice uporządkowanego świata. Za pociągowymi szybami przesuwały się miasta i miasteczka, ceglane dworce, farmy skute zimowym chłodem, fabryczne kominy oraz szosy, które z wysokości niewielkich wzniesień można było śledzić aż po horyzont. Wszędzie widoczny był jeszcze ów znajomy ślad ludzkiego panowania. Linie telegraficzne biegnące wzdłuż torów, ogrodzenia przecinające pola, światła rozrzucone pomiędzy nagimi drzewami oraz dym unoszący się nad dachami, niskich domostw. Nawet śnieg, gdziekolwiek zalegał, wydawał się tutaj w pewien sposób ujarzmiony. Zalegał przy drogach i gospodarstwach, choć miejscowi poczciwcy próbowali na wszelaki sposób walczyć z wkradającą się wszermiar bielą. Z każdym dniem jednak znaki ludzkiej ingerencji zdawały się coraz mniej widoczne.

                Nie dało się wyraźnie określić niczego, co mogłoby być okrzyknięte mianem ostatniej grnaicy. Nie było ostatniego miasta ani ostatniej drogi, za którą zaczynała się pustka. Cywilizacja rozpadała się stopniowo, jak światło gasnące o zmierzchu. Najpierw wielkie dworce ustępowały mniejszym, te zaś pojedynczym peronom otoczonym zimowym bezruchem. Miasta kurczyły się do osad, osady do kilku zabudowań, aż w końcu nawet one stawały się czymś dostrzeganym jedynie przelotnie. Tory, które przez znaczną część kontynentu zdawały się wieść zawsze ku jakiemuś następnym skupisku ludzkiego życia, zostały w końcu za nimi, a dalsza droga prowadziła już głównie przez powietrze, które na ogół pochłaniała mlecznobiała mgła.

                Wszelkie rozkłady jazdy i godziny odlotów, tak precyzyjnie i z taką ufnością zapisane jeszcze na papierach sporządzonych w Waszyngtonie, traciły stopniowo swą pozorną władzę w miarę, jak podróż posuwała się na północny zachód. Niemal każdy kolejny etap przynosił nowe opóźnienie. Zmieniali maszyny, oczekiwali na poprawę pogody, przesiadywali po kilka godzin w drewnianych poczekalniach i przygodnych kwaterach, których nazw jeszcze kilka dni wcześniej żadne z nich nie miałoby powodu znać. Terminy przesuwano z powodów, które z perspektywy mieszkańca Wschodniego Wybrzeża mogły wydawać się niemal błahostkami. Silniejszy wiatr, zbyt niski pułap chmur, oblodzenie pasa, brak świeżych danych ze stacji meteorologicznej. Lecz tutaj podobne drobiazgi decydowały o wszystkim.

                Podróżowali lekko. Każdy z członków ekspedycji miał przy sobie tylko prywatny bagaż, odzież wystarczającą na pierwsze dni, najbardziej potrzebne narzędzia oraz rzeczy, których z oczywistych względów nie chciano powierzać osobnemu transportowi. Właściwe wyposażenie wyprawy podróżowało osobno. Skrzynie z żywnością, paliwem, namiotami, zapasową odzieżą, narzędziami, instrumentami pomiarowymi, materiałami fotograficznymi, miały dotrzeć do Barrow innym transportem, który wyruszł przed nimi. Porucznik Reed wyjaśnił tę decyzję jeszcze przed wyjazdem ze stolicy z właściwą sobie rzeczowością. Na północnych trasach każdy dodatkowy funt miał znaczenie. Maszyny, którymi mieli podróżować w ostatnich etapach, nie pozwalały na luksusy. Później, kiedy pod skrzydłami zaczęły rozciągać się obszary pozbawione dróg i osiedli, myśl o tych skrzyniach zdążających osobnymi szlakami ku temu samemu odległemu punktowi, nabierała sensu.

                Zmiana krajobrazu dokonywała się powoli, niemal niedostrzegalnie, a jednak z każdym kolejnym etapem podróży zmian tych nie dało się już ignorować. Po pewnym czasie pod nimi nie było już niczego noszącego ślady ludzkiej ingerencji. Zniknęły drogi, zabudowania, pola i tory. Pozostały jedynie rozległe, ciemne masy lasów, zamarznięte rzeki przecinające ziemię bladymi, nieregularnymi liniami oraz coraz szersze połacie śniegu, pozbawione jakiegokolwiek punktu, względem którego można byłoby oszacować odległość. Z wysokości przestrzeń traciła miarę. Dopiero widząc coś podobego człowiek mógł z niepokojącą jasnością pojąć, jak bardzo jego wyobrażenie o rozmiarze świata zależało od urbanistycznej geometrii miast. Równe odcinki ulic, domów i okalających ich płotów, organizowały przestrzeń podług ludzkiego umiłowania porządku. Tutaj nie było niczego podobnego. Nie istniała żadna miara prócz samej ziemi, a wobec niej wszystko, co ludzkie, wydawało się nagle niepokojąco małe.

                text alternatywny

                Do Fairbanks dotarli po południu trzynastego stycznia. Przy lądowisku ciągnęły się hangary, magazyny i proste zabudowania gospodarcze, pomiędzy którymi krzątali się ludzie okutani w ciężkie kurtki. Przy jednej z ceglanych ścian ustawiono beczki z paliwem w równych, ciasnych rzędach. Piętrzyły się jedna na drugiej. Gdzieś dalej pracował silnik, którego głuchy pomruk niósł się po zamarzniętym placu. Po dniach spędzonych w drodze przez mniejsze lub większe pustkowia widok ten przyniósł niejaką ulgę. Nie dlatego, że Fairbanks mogło uchodzić za miejsce wygodne czy przyjazne. Przeciwnie, wszystko tutaj było przygaszone i niepomiernie surowe. Niemniej byli tu ludzie. Było to ostatnie miejsce, nieco bardziej ujażmione przez człowieka. Dalej leżało już tylko Barrow. Niegościne pustkowie należące do naprawdę wytrwałych i szukających zapomnienia. Samo brzmienie tej nazwy, tak często powtarzanej podczas odprawy w Waszyngtonie, nabierało teraz innej wagi. Na mapie był to jedynie punkt na krańcu kontynentu, kilka liter umieszczonych przy brzegu oceanu. Chyba nikt do końca nie rozumiał z czym wiąże się ta podróż. Aż do teraz.

                Ostatni etap zaplanowano na następny poranek. Czternastego stycznia, zanim Fairbanks zdołało na dobre obudzić się do życia, czwórka członków ekspedycji wraz z porucznikiem Reedem ponownie znalazła się na lotnisku. Mróz przemienił wczorajszy śnieg w twardą i skrzypiącą skorupę. Ich oddechy natychmiast po opuszczeniu ust, zamieniały się w blade obłoki, które szybko porywał wiatr. Niewielka maszyna oczekująca przy pasie nie robiła wrażenia pojazdu zdolnego do przeciwstawienia się ogromowi ziemi rozciągającej się na północ. W jej wnętrzu znalazło się tylko to, co uznano za niezbędne. Nie czekało ich już żadne większe miasto. Było tylko kilkaset mil zimowej Alaski, a gdzieś u jej kresu leżała niewielka osada przy brzegu Oceanu Arktycznego, pogrążona w osobliwej północnej ciemności.

                text alternatywny

                Nad doliną rzeki Colville, Terytorium Alaski

                14 stycznia 1935 roku, około godz. 11:47, 69°10′N, 151°00′W

                 
                Wnętrze maszyny, do której przyszło im wsiąść na ostatnim etapie drogi ku północy, nie posiadało niczego z owego umiarkowanego komfortu i pozornej elegancji, do jakiego współczesny człowiek przywykł w podróży. Wszystko tutaj wydawało się podporządkowane surowej konieczności i rachunkowi ciężaru. Kabina była ciasna, niska i niemal ascetycznie prosta. Twarde, wąskie fotele ustawiono blisko siebie, metalowe wsporniki i okucia pozostawały lodowato chłodne pomimo pracującego ogrzewania, a niewielkie okna drżały nieustannie, jak gdyby sama konstrukcja maszyny z wysiłkiem znosiła nieprzerwany napór powietrza. Hałas silnika był przy tym tak wszechobecny, iż po krótkim czasie stawał się niemal jedynym doznaniem pasażera takiej maszyny. Głuchy, jednostajny łoskot przenikał przez kadłub, siedzenia i podłogę, aż można go było czuć w zębach i żebrach, a każda próba rozmowy wymagała podniesionego głosu i kończyła się często na kilku urwanych słowach pochłoniętych przez mechaniczny warkot. Na obrzeżach szyb zbierał się szron, z początku cienki i niemal przezroczysty, później gęstszy, rozrastający się ku środkowi w nieregularnych wzorach przypominających osobliwe, geometryczne arabeski, których przypadkowość nie przeszkadzała umysłowi doszukiwać się w nich jakiegoś bezcelowego, a jednak upartego porządku. Pod nogami i za oparciami spoczywały podręczne torby, zwinięte płaszcze, termosy oraz kilka niewielkich pakunków, które pasażerowie zdecydowali się zabrać ze sobą. Porucznik Reed trzymał przy sobie dokumenty i przez dłuższy czas usiłował je przeglądać, acz w końcu dał za wygraną, powierzając swoje skupienie przewijającej się za oknem przestrzeni. Początkowo można było jeszcze odnaleźć w niej znajome punkty odniesienia, lecz te znikały jeszcze szybciej niż na wcześniejszych etapach ich podróży. Ostatecznie byli już na dalekiej północy.

                Dopiero po pewnym czasie można było w pełni pojąć osobliwość tej szerokości geograficznej, na której noc nie tyle zapadała, ile zdawała się trwać bez końca. Niebo nie było wprawdzie zupełnie czarne. Patrząc w stronę południa można było dostrzec utrzymującą się miejscami przygaszoną, granatowoszarą poświatę. Nikłą i odległą, jak gdyby dzień istniał jeszcze gdzieś poza granicą widzialnego świata, lecz nie potrafił już sięgnąć dalej na północ. Tarcza słońca nie wynurzała się ponad horyzont. Tylko jego łuna trwała zawieszona nad horyztonem sącząc osobliwą półciemność, silną na tyle, by odróżnić ziemię od nieba, a zarazem zbyt słabą, by wyłonić z mroku ich zwykłe kształty i proporcje.

                Właśnie w owej niepewnej godzinie pogoda poczęła się zmieniać, choć zrazu nic nie zapowiadało gwałtowniejszego załamania. Pilot kilkakrotnie pochylał się nad przyrządami, zatrzymując na nich wzrok nieco dłużej niż przedtem, i dokonywał drobnych korekt kursu tak płynnie, że większość pasażerów ledwie mogła je odczuć. Mimo tych ostrożnych zabiegów na krawędziach przeszklonych wzierników, gdzie dotąd osiadał jedynie delikatny szron, zaczęła narastać twardsza, mleczna warstwa lodu, a cały kadłub od czasu do czasu przechodził lekkim drżeniem, wyraźnie odmiennym od jednostajnych wibracji silnika. Za oknami tymczasem obraz świata z wolna stawał się coraz mniej czytelny. Początkowo śnieg ukazywał się jedynie w pojedynczych, wąskich smugach. Z każdą minutą gęstniał jednak, aż rozproszone pasma zaczęły zlewać się w jedną niespokojną masę, która nie tyle opadała z nieba, ile szczelnie oplatała samolot. W krótkich prześwitach pomiędzy kolejnymi falami bieli można było jeszcze dostrzec ciemniejszy zarys ziemi, lecz i ten wkrótce rozpłynął się zupełnie, pochłonięty przez wirujący śnieg. W miarę jak pogoda pogarszała się wokół nich, maszyna poczęła coraz wyraźniej poddawać się prądom powietrza. Nie były to jeszcze owe gwałtowne turbulencje, po których człowiek instynktownie chwyta się najbliższego oparcia, lecz raczej uporczywe, nieregularne szarpnięcia, wskutek których kadłub raz po raz na chwilę odchylał się od kursu, by niemal natychmiast powrócić nań pod spokojną ręką pilota. Luźniejsze bagaże przesuwały się po podłodze, pasy napinały się na krótką chwilę, a gdzieś w cienkim poszyciu metal odpowiadał na napór wichru głuchym trzeszczeniem.

                Warunki jednak wciąż się pogarszały. Śnieg zgęstniał do tego stopnia, iż wzrok bezwiednie tracił zdolność odróżniania tego, co znajdowało się blisko, od tego, co mogło leżeć setki jardów dalej. Co pewien czas w tej rozszalałej bieli otwierała się na mgnienie oka ciemniejsza przestrzeń, lecz znikała, nim można było nadać jej jakikolwiek kształt. I właśnie wtedy coś nagle rozbłysło, podświetlając połać śniegu jak białą skórę nocy. Nie poprzedził tego żaden grzmot ani nawet głuche pomrukiwanie odległego wyładowania, które mogłoby przygotować zmysły na to, co miało nastąpić. Co bardziej osobliwe, blask nie pojawił się również w żadnym określonym miejscu. Nie przeciął horyzontu ani nie spłynął ku ziemi na kształt pioruna. Przez jedno krótkie, trudne później do opisania, mgnienie, zdawał się być wszędzie naraz, jak gdyby nie rozświetliło się niebo, lecz sama ciemność została rozdarta na części i ukazała pod spodem jakąś bladą, lodowatą jasność. Świat poza szybami zastygł w owym świetle z przerażającą wyrazistością. Wszystko utraciło zwyczajną głębię i miękkość konturów. Śnieg, chmury i niewidoczna dotąd powierzchnia ziemi zostały nagle sprowadzone do ostrych, martwych płaszczyzn, jak na prześwietlonej kliszy, której światłoczuła emulsja uchwyciła świat nie takim, jakim zna go ludzkie oko, lecz jakiś obcy jego pozór, złożony wyłącznie z gwałtownych przeciwieństw bieli i czerni.

                text alternatywny

                Rodney Carter patrzył wówczas przez boczną szybę i właśnie jemu przypadło ujrzeć najwięcej z tego, co ów osobliwy blask wydobył na moment z zamieci. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą istniała jedynie bezładna kotłowanina śniegu i ciemności, stało coś, co w pierwszym odruchu wydało mu się gargantuiczne. Nie potrafiłby jednak powiedzieć, dlaczego. W tej martwej, pozbawionej perspektywy bieli nie było niczego, wobec czego wzrok mógłby rozsądzić prawidła perspektywy. Właściwie miał wrażenie, że w jakiś okrutny sposób percepcja płatała mu figla, bowiem uchwycona jego wzrokiem sylwetka mogła znajdować się niepokojąco blisko i należeć do człowieka niezwykłego wzrostu, lecz mogła też stać o całe mile dalej, wyniesiona ponad zamieć na wysokość, której sama możliwość zdawała się niedorzeczna. A jednak wrażenie ogromu przyszło natychmiast, zanim jeszcze rozum zdołał upomnieć się o jakiekolwiek dowody. Postać była także potwornie smukła. Nie wychudzona w sposób, jaki można by przypisać chorobie czy głodowi, lecz wydłużona według proporcji, które oko rozpoznawało jako podobne ludzkim, a zarazem od nich odległe. Dwie nogi, czarne na tle biało-niebieskiej jasności, zdawały się ciągnąć nazbyt długo pod wąskim tułowiem, który ginął wyżej w śnieżnym zamęcie. Nie sposób było rozpoznać twarzy ani nawet głowy z dostateczną pewnością. Błysk pozostawił Carterowi jedynie ogólny zarys czegoś pionowego, chudego i osobliwie przechylonego naprzód, jak gdyby cała ta wysoka figura uginała się pod naporem wichru. W uchwyconej na moment migawce nie grało jednak coś jeszcze. Z jakiegoś powodu wicher zdawał się zatrzymywać owej istoty. Ten sam napór powietrza, który targał maszyną jak dzieciącą zabawką, nie pozostawiał na owej figurze żadnego widocznego śladu walki. Nie chwiała się. Nie osłaniała. Jej upiorny przemarsz nie przypominał ruchu kogoś, kto usiłuje przedrzeć się przez burzę, lecz raczej czegoś, dla czego burza była środowiskiem naturalnym. I wówczas Carter pojął, choć nie potrafiłby później powiedzieć, na czym właściwie oparł tę pewność, że postać nie stała.
                Kroczyła.
                Chwilę później światło zgasło, a wraz z nim zniknęło wszystko prócz śniegu i ciemności. Rodney jeszcze przez moment wpatrywał się w szybę, usiłując odnaleźć choćby cień tego, co widział, lecz nie dostrzegł już niczego. Rozsądek niemal natychmiast podsunął najprostsze wyjaśnienie. Zmęczenie, migotanie światła, śnieg i wzrok od wielu godzin wystawiony na jednostajny ruch. Omam, chwila słabości, jeden z tych krótkich kaprysów zmysłów.

                Miles Carson siedział pod innym kątem i ujrzał mniej. Jemu błysk odsłonił przede wszystkim dwie ciemne, nienaturalnie długie linie przecinające białą zawieję oraz górną część czegoś smukłego i pionowego, co przez moment mogło wydać się cieniem, słupem śniegu albo szczególnie dziwnym załamaniem światła. Dopiero później pojawiło się nieprzyjemne przeświadczenie, iż patrzył na część tej samej figury, którą dostrzegł Carter. Przeświadczenie, które połączyło ich w momencie, w którym mężczyźni odwrócili spojrzenie od okien, nawiązując kontakt wzrokowy i mieli w sobie ten sam ładunek niepewności.

                Kolejny silniejszy podmuch uderzył w maszynę tak nagle, że Kapral Reed, dotąd siedzący względnie spokojnie, odruchowo wsparł dłoń o oparcie przed sobą. Samolot przechylił się, zawisł przez krótką, nieprzyjemną chwilę w pozycji, która mogła wydawać się stanowczo zbyt głęboka, po czym wrócił na kurs pod szybką korektą pilota.
                Porucznik uniósł głowę ku kabinie.
                – Na litość boską, powiedzcie mi tylko, że dolecimy do Barrow w jednym kawałku.
                Pilot nie odpowiedział od razu. Zajęty sterami, pozwolił maszynie przejść przez jeszcze jedno szarpnięcie, po czym dopiero obejrzał się przez ramię.
                – Dolecimy. Spokojna głowa, choć przysięgam, że nie wiem skąd to nagłe załamanie pogody.
                Nie była to odpowiedź, która mogła kogokolwiek szczególnie uspokoić, lecz najwyraźniej Reed uznał, że starczy. Mruknął coś pod nosem, poprawił się w fotelu i już miał ponownie zwrócić uwagę na widok za oknem, kiedy jego wzrok natrafił na twarze Cartera i Carsona.
                Zatrzymał się.
                Przez moment nie przyglądał im się z osobliwym skupieniem, dostrzegając w ich wyrazach twarzy... no właśnie co? Nie tyle strach, ile ślad czegoś, co uznał za szok. Spojrzał najpierw na jednego, potem na drugiego.
                – Co do diabła zobaczyliście? Coś wartego zaraportowania? – zapytał bacznie się im przyglądając.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1

                Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                Zarejestruj się Zaloguj się
                Odpowiedz
                • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                • Najpierw najstarsze
                • Najpierw najnowsze
                • Najwięcej głosów


                • Zaloguj się

                • Nie masz konta? Zarejestruj się

                • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                Powered by NodeBB Contributors
                • Pierwszy post
                  Ostatni post
                0
                • Kategorie
                • Ostatnie
                • Tagi
                • Popularne
                • Świat
                • Użytkownicy
                • Grupy
                • Strona startowa