Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim, wciąż myślami będący nieco przy wcześniejszym rytuale przywołania, starał się tym razem nie wyróżniać i wtopić się w otoczenie, choć oczywiście daleki był od talentów Łasicy i Burgund w tych kwestiach. Założył pospolity płaszcz który mógł nosić przeciętny mieszkaniec miasta, nie miał też swojej laski maga ze sobą.
Na widok prezentów Margi zaświeciły mu się oczy, tak dużo nowej magii jednego wieczoru! To było jednak lepsze od orgii z dziewczętami od węża! W końcu to magia była jego prawdziwym powołaniem i przeznaczeniem, prawda? Szybko sięgnął po jeden z pierścieni maskujących, tak by nikt go nie ubiegł.
Następnie podszedł do Mergi i podziękował jej za wszystkie nauki i podarunki. Wspomniał też krótko i z nutą dumy, że rytuał przywoływania chowańca mu wyszedł za 1 razem. Obiecał też, że oczywiście zajmie się ładunkiem Immaterium i jego odpowiednim wykorzystaniem w skoku na Akademię.
- Jesteś dla nas prawdziwym światłem przewodnim Mistrzyni, będziemy niecierpliwie czekać na twój triumfalny powrót! - podsumował.
- A co do krwii Froyi, wygląda na to, że to kolejny znak że powinniśmy ją zwerbować chociaż nie wiem czy będzie ona bardziej podatna na uroki Sorii czy na zew Pana Czaszek? - Przeniósł spojrzenie pomiędzy Sorią a Mergą.
- Myślisz Mistrzyni, że jej krew się nam może przydać w jakimś rytuale?Co do skoku to zaproponował że jego ochroniarz Gunther, niedawno zwerbowany do kultu, może dołączyć do grupy uderzeniowej, w końcu umiał się bić. Zaś Thomasowi poradził by stanął na czatach.
Sam zaś stwierdził, że mógłby niewidoczny obserwować sytuację wokół Świątyni w formie astralnej. Dzięki temu mógłby bezpiecznie zobaczyć czy któryś z członków Zboru nie popada w kłopoty. W międzyczasie jego ciało mogło spoczywać na fotelu w ogródku przy jego domu, pilnowane przez jego służącego Svena. Przed rzuceniem zaklęcia astralnej formy miał jeszcze zamiar użyć zaklęcia Łaski Mrocznego Patrona, by wzmocnić swoją wolę. -
Oryginalny autor: Seachmall
Otto spokojnie przybył do "Mewy". Przywitał się z trójką łotrzyc, szczególnie przyjrzał się nowej członkini ich gromadki.
- Witaj. Łasica i jej Pchełka. - zachichotał mnich na ciekawy zbieg okoliczności - Miło cię widzieć. Opowiesz nam o sobie?
Nowa kobieta trochę niezręcznie się uśmiechnęła.
- Erm… no urodziłam się tu. Znaczy w Nordlandzie. Tereny wsi pod Saltzburg. - wzruszyła ramionami - Zaczęłam podkradać kasę bogatym, bo sama nie miałam. Tyle.
Otto się uśmiechnął.
- Zakładam, że jesteś tu bo w Saltzburg poszło źle?
- Taaa… - dziewczyna spojrzała na pozostałe dziewczyny.
- Nie masz czego się wstydzić. - zapewnił mnich - Wszyscy mamy tu za uszami nie jedno.
- No, okradłam nie tego co trzeba. Był w domu. Musiałam go zabić.
- Krzyki, straż, pogoń, tu? - skrócił historię dziewczyny, która jedynie kiwnęła głową. Mnich pokiwał głową.
- Spokojnie, będziemy mieli czas to opowiem ci o mojej przeszłości… tyle co z niej pamiętam. - dziewczyna spojrzała na niego pytająco - Powiedzmy, że kiedy jesteś mnichem, którego zadaniem jest czytanie tajnych, mrocznych, zakazanych ksiąg… skończenie z dziurami w pamięci i tym. - tu wskazał na zabliźnioną twarz - To spodziewany efekt. - Otto się uśmiechnął ponownie. Sięgnął do kieszeni wyciągając niewielką zwiniętą kartkę i wręczył Łasicy.
- Kochana, jeżeli mogłabyś w wolnej chwili przekazać ten list Starszemu, byłbym wdzięczny. - mnich ucałował łotrzyce w policzek w podzięce za usługę i poczekał na resztę zgromadzenia.George na drodze do wyzwolenia.
Jutro spotykam się z Somnium, aby zaprosić ją do hospicjum. Planuje opowiedzieć jej bajkę o spalonej wiedźmie na terenie hospicjum, jako potencjalne źródło napadów szaleństwa.
Proszę o zezwolenie, na poprowadzenie mszy na następnym zborze. Sytuacja jest napięta między poszczególnymi grupami kultu. Brak Wyroczni może pogorszyć sprawę. Drobne przypomnienie o wspólnym celu i wsparciu przez patronów, może pomóc.
OttoHeinrich słuchał wszystkiego co się działo na dodatkowym Zborze przed akcją w świątyni. Starszy dokonał rozszerzenia całego kultu co mogło wyjść na dobre, ale jednocześnie małgo mogło antagonizować aktualnych członków, jak Thobiasa. W końcu otworzenie się na innych ciągnęło za sobą otworzenie się na sprawy kultu większej ilości Slaaneshytów, a wyznawca Pana Zmian najwyraźniej wciąż nie potrafił wykorzystać zasobów położonych przed nim na stole.
Mnich wysłuchał planu działania. Wszystko trzymało się kupy i podejrzewał, że uda się bez większych kłopotów. Zerknął na Silnorękiego.
- Będę potrzebował tych zabawek, które dziś kupiłem. - Khornita kiwnął mu jedynie głową - Udam się z grupą szturmową. Będę jednak potrzebował jednego z tych pierścieni. Wybaczcie, ale naszej wesołej gromadki, ja jestem chyba najbardziej rozpoznawalny.
Heinrich również zgłosił się do ekipy szturmowej. Szybko wejść, ubić wszystkich zanim zdążą wzniecić alarm, zabrać co trzeba i zwiać.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 30 - 2519.07.13; abt; noc
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.12; Wellentag; zmierzch - wieczór
Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: zmierzch-noc, zachmurzenie, umi.wiatr; ziąb (0)Spotkanie w “Wesołej mewie”
Humory zebranym przy złączonych stołach dopisywały. I chociaż z czasem towarzystwo zaczęło rzednąć stopniowo rozchodząc się do domów to póki byli w komplecie rozmawiało się całkiem przyjemnie przy rybnej kolacji, winie, piwie i wesołym towarzystwie. Wyglądało na to, że obfita ilość wesołych ślicznotek jakie siedziały przy stole nie przeszła niezawuażona. I niejako potwierdziło się, że obie łotrzyce mają pełne prawo czuć się tu jak u siebie. A Soria potrafi konentrować uwagę i podziw otoczenia nawet gdy siedziała w zwykłej sukni wśród innych gości i niby się niczym niezwykłym nie wyróżniała.
- Hej Łasica! A co macie za ładne koleżanki?! - zawołał któryś z kolegów co siedział ze swoimi ze dwa stoły dalej. Przez co zwrócił na siebie uwagę nie tylko jej ale i siedzących przy stole koleżanek i kolegów.
- A która? Bo tu mamy same ładne i fajne koleżanki! Oprócz tej rudej małpy oczywiście. - Łasica odszczeknęła im wesoło wskazując dumnym gestem jak gospodyni co chce się pochwalić dorodnym plonem. Oprócz oczywiście Burgund. Za co dostała od niej trzepnięcie w ramię.
- A może nas przedstawisz? - zaproponowała Soria leniwie bujając w dłoni zwykły, metalowy kielich z niezbyt wyrafinowanym winem. Zerkała ciekawie na resztę tawerny z miną kocura obserwującego harce myszy po spiżarni jakie jeszcze nie zdają sobie sprawy z jego obecności.
Wieczór był jeszcze młody. Na tyle, że dzień się jeszcze całkiem nie skończył a wiatr jeszcze się nie wyszumiał. Ale gdy taka pokaźna ilość ładnych, wesołych dziewczyn szukała tutaj okazji do zabawy to znalazły ją od razu skoro większość gości stanowiła płeć im przeciwna. I choże dziewczęta chętnie poszły w tany i zabawy na parkiecie. Wyglądało na to, że lady Soria czuje się w takich tawernach równie swobodnie jak na wielkopańskich balach, przyjęciach czy salonach. I potrafiła przykuwać uwagę. Zwłaszcza jak zapytała o lutnię albo coś do grania.
- Jak coś byście mieli to mogę wam coś zaśpiewać. - obiecała słodkim głosem. Więc zrobił się tumult, i jej nowi koledzy i obie łotrzyce przetrząsnęli całą tawernę aż w końcu chyba Cori przyszła z jakąś lutnią. Soria grzecznie jej podziękowała, brzdąknęła na próbę kilka nut i zastanawiała się chwilę nad czymś.
- To na co byście mieli ochotę? Oczywiście prócz mnie. - zapytała bezczelnie i zawadiacko jakby świetnie zdawała sobie sprawę jakie wrażenie wywiera na publiczności. Już wcześniej każdy kto mógł chciał z nią chociaż raz zatańczyć a konkurencja była spora. Dało się wręcz zauważyć, że chociaż jej dwórkom też urody i wdzięku nie brakowało to nawet jak je proszono do tańca to ci co nie mieli odwagi podejść do czarnowłosej lub doczekać się na swoją kolej. A ta gdy zapytała na co mają ochotę przez salę rozległa się fala rubasznych śmiechów. Ale w końcu poleciały też pierwsze propozycje. Jako, że sporą część gości stanowiła morska brać nie było dziwne, że chcieli szanty albo coś morskiego. Ale zapewne z ust tak pięknej dziewczyny gotowi byli wysłuchać czegokolwiek.
- Szanty? Dobrze, może być. Znacie szantę “O morskiej diablicy”? - zapytała brzdękając w struny instrumentu kilka razy. Okazało się, że chyba nikt nie znał tej piosenki więc wszyscy zaczęli ją zachęcać aby im ją zagrała. Więc zagrała.
Szanta “Spowiedź łotra”
https://www.youtube.com/watch?v=4Ucn72BIo1M
Okręt ojca, wracamy w rodzinne strony
W tem czarna flaga, “Załoga do broni!”
Blade lico siostry, sztylet w mej dłoni
Kapitan warknął “Tak jej nie obronisz!”Huk dział, błysk stali, harkot agonii
Łeb rozbity, sztylet wypada z dłoni
W pętach prowadzą, ona już czeka
“Złoto za dzieci, bogatego człowieka!”Niewola na morzu, dni wolno mijały
Piękna łotrzyca, wierciła oczami
Okrutny śmiech, okup w jej ręce
“Zostajesz z nami”, ojcu pęka serceZostałem z włóczęgami, morskimi łotrami
Siostra odpłynęła, żegnając mnie łzami
Diablica prym wiodła i jej staranie
Sprawiły wnet, zapomniałem rozstanie
Sprawiły wnet, zapomniałem rozstanieOkręt fortuny na morzu świata
Złoto, zdrada, topór kata
Czarnej flagi krwawy znak
Morskich łotrów diabelski szlak
Morskich łotrów diabelski szlakMa dusza i ciało hartu nabrały
Zasługi Śniadolicej, były niemałe
Pierwsze gardło rozprułem w podłej tawernie
W rabunkach Niecna, stawała wierniePanne dostanie, oczy strwożone
Dla złota okupu, były więzione
I biada gdy żądze paliły skronie
Za burtę spadały, odrąbane dłonieA dziewki urody snopa słomy
Dla uciechy, z wrzaskiem, były wleczone
Krew i rum zmieszana, tańczy, płonie
Głowy harda, każda w Fortuny koronieRankiem Hiszpan wpływa w nasze szpony
Kasztel rufy pada, cichnie szczęk broni
W środku ona, krew dudni w skroni
Żywy zdrój piękna, wśród plugawej toni
Żywy zdrój piękna, wśród plugawej toniOkręt Fortuny, na morzu świata
Złoto, zdrada, topór kata
Czarnej flagi krwawy znak
Morskich łotrów diabelski szlak
Morskich łotrów diabelski szlakSpojrzenie bez lęku pali jak ogień
Wzroku oderwać już nie mogę
Trzymam straż w wstępu bronię
Diablica oznajmi, losu kolejKolor deszczu w oczach, usta blade
Decyzja zapadła, dłoń na szpadzie
Łódź już czeka, do eskorty staję
Patrzę jak brankę w niewolę sprzedajeW ukrytej zatoce moja pieśń stali
Dwa trupy krwawe, dwa i pół zostali
Mistrzem kamratów, szpady i noża
Kończę resztę, trupy do morzaZdumiony żar w jej oczach płonie
Nie wierzy, dziękuje, ściska me dłonie
Alarm w porcie, statek piracki
Okręt wojenny, rusza do akcji
Okręt wojenny, rusza do akcjiOkręt Fortuny, na morzu świata
Złoto, zdrada, topór kata
Czarnej flagi krwawy znak
Morskich łotrów diabelski szlak
Morskich łotrów diabelski szlakWraz zrękowiny i ślubne harce
Słowa przysięgi, mojej wybrance
Rodzina miłej, przyjęła jak swego
Blizny przeszłości, ukryły złegoChoć okręt Diablicy, przepadł z załogą
Bywają noce, zatrute trwogą
Czy rankiem oczy, w kolorze deszczu
Uśmiechem złym, zbudzą mnie ze snu
Uśmiechem złym, zbudzą mnie ze snuSyreni głos wabił i pobudzał jednocześnie. Zwłaszcza jak śpiewaczka usiadła na krawędzi jednego z mocno zurzytych, chropawych stołów. Oparła jedną nogę o ławę przez co suknia zsunęła jej się z tej nogi odsłaniając całkiem atrakcyjne widoki. Soria wprawnie balansowała na pograniczu pobudzania zmysłów, rozpalania żądz a tym co wypada. Można było jej zarzucić brak skromności i zbytnią śmiałość ale raczej nie więcej. Takiej widowni przed jaką koncertowała to jednak odpowiadało. Ba! Gdyby prowadziła nabór na swój statek to chyba po takim rozkosznym koncercie nie miałaby trudności ze zwerbowaniem załogi. Wydawało się, że te miejskie zbiry, stare wilki morskie, ladacznice jakie z nimi siedziały, wszyscy oni spijają słowa z jej ust wpatrzeni i zasłuchani w nią jak w najpiekniejszy obrazek jaki widzieli w swoim kaprawym życiu.
A potem zaczęły się śpiewy i tańce. Całkiem wesoło jakby czyjeś wesele świętowali. Ale w miarę jak dzień przechodził w zmrok a ten w wieczorną noc to goście tawerny jak i przy stołach kultystów stopniowo się rozchodzili. Jedny z pierwszych odeszli Hubert i Onyx. Ale niejako w zastępstwie zostawili Pchełkę.
- Przepiękne! To było przepiękne! Gdyby milady czegokolwiek potrzebowała to zapraszam śmiało do swojego sklepu! - gruby kupiec cmoknął zgrabną, kobiecą dłoń wężowej milady i wyraźnie wolałby zostać. Zwłaszcza z nią. Ale jednak realia oficjalnego kupieckiego i małżeńskiego życia wzywały do gdzie indziej.
- Mam nadzieję, że spotkamy się jutro wieczorem przy tych głazach. Będę do całkowitej dyspozycji milady. - obiecała Oksana postępując podobnie. W przeciwieństwie do swojego szefa nie była mężatką więc miała większa swobodę w organizowaniu sobie czasu wolnego. I widocznie już wiedziała o jutrzejszym spotkaniu z Gnakiem przy zachodnich głazach.
- Ah, i wasz mistrz mówił nam o tych… nosicielkach. Niczego nie obiecuję. Ale być może miałabym kogoś odpowiedniego. - powiedziała jeszcze na odchodne. Soria zaś z gracją wielkiej damy płynnie i z gracją przyjęła ten hołd wdzięczności i uwielbienia. Jakby była obwieszoną klejnotami arystorkatką żegnającą się na koniec eleganckiego przyjęcia ze swoimi równie znamienitymi gośćmi. A nie ubrana w zwykłą koszulę i spódnicę robotnicy czy innej szwaczki stojąc przy stole w zwykłej, portowej tawernie.
Z godzinę przed północą wstali Merga i Egon. Pożegnali się z każdym po kolei. Chcieli o północy już być w łodzi. Tak na wszelki wypadek.
- No to cieszę się, że poszło ci zgodnie z planem. Za każdym kolejnym razem powinno być trochę łatwiej. I za każdym razem możesz nauczyć się czegoś nowego. Lepiej potrenować na takich dość słabych istotach nim się weźmie za coś poważniejszego. Ale niech cię nie poniesie młodzieńczy entuzjazm. To wciąż jest zabawa z ogniem a w sprzyjających okolicznościach nawet świeczka może wywołać pożar. - wyrocznia pogratulowała swojemu uczniowi tego pierwszego, drobnego sukcesu z dziedziny demonologii. Dodała mu otuchy i życzyła powodzenia ale też chciała uczulić aby nie nabrał zbyt wiele zadufania w sobie bo może to okazać się zdradzieckie i złudne. I poradziła aby trenował to w bezpiecznych warunkach. W końcu zbyt wiele plotek czy świadków i dziwnych stworzeniach mogły przykuć uwagę nie tylko postronnych ale i władz albo czegoś jeszcze poważniejszego. No i takie używanie mocy zostawiało ślad jaki wyczulone i wyszkolone osoby mogły wykryć. Tak jak ona teraz wykrywała strzępki Dhar w jego aurze więc nawet gdyby się nie przyznał wyczułaby, że praktykował mroczną magię.
- A co do krwi Froyi czy kogokolwiek innego to tak, oczywiście, że można jej użyć. Krew jest istotnym elementem wielu rytuałów i składnikiem czarów. Ale co do Froyi to najwyżej zajmę się nią dokładniej jak wrócę. I jak będę miała większą ilość jej świeższej krwi a nie zaschniętej albo ją samą do dyspozycji to pewnie więcej bym mogła o niej i jej pochodzeniu powiedzieć. Na tą chwilę wykryłam tyle, że ma mocne, norsmeńskie pochodzenie i jej krew jest silna. To może tłumaczyć jej podatność na zew Norry. Albo innej Siostry. W każdym razie radzę ją mieć na oku i pod opieką. Ktoś tak silny i zdecydowany może być albo wielkim sojusznikiem albo równie wielkim wrogiem. - wypowiedziała się jeszcze co do pięknej blondynki jaką uchodziła za jedną z najpiękniejszych a do tego najbogatszych i najpotężniejszych panien na wydaniu w mieście i okolicy. Miała co prawda pewne zainteresowania jakie bardziej pasowały do dobrze urodzonych młodzieńców no ale traktowano to jako młodzieńczą fanaberię z jakiej powinna wreszcie wyrosnąć.
- Mogę ci obiecać czcigodna, że ja na pewno będę miała na nią oko. I ochotę. Podoba mi się. Mam nadzieję, że Pirora wkrótce nas ze sobą pozna. Ta Kamilka była taka słodka i łatwiutka, że okręcenie jej sobie wokół palca to nie było żadne wyzwanie. Mam nadzieję, że Froya okaże się bardziej zajmująca. Uwielbiam takie wyzwania. - Soria odezwała się co do owej młodej szlachcianki ze świetnym nazwiskiem. I już nie pierwszy raz zdradzała nią zainteresowanie. Zwłaszcza w roli nowej dwórki i pięknego klejnotu w swojej kolekcji. A to co do tej pory o niej słyszała zdawało się tylko wzmagać jej apetyt i zainteresowanie młodą i nietuzinkową śmiertelniczką.
- A od siebie dodam, że Fabienne też ma niezwykłą krew. Nie aż tak wyjątkową jak ja oczywiście. Ale z takim pochodzeniem to nic dziwnego. Widzę, że jest bardzo namiętna i kochliwa co mnie wcale nie dziwi. Zapewne jest też bardzo płodna i aż dziwię się, że jeszcze nie ma własnego potomstwa. Płodność to jeden z charakterystycznych atrybutów mojej matki, jej potomstwa jak i w ogóle naszego patrona. - Soria chciała jednak też przypomnieć o swojej śmiertelnej i bardzo dalekiej ale w pewnym sensie kuzynce z Bretonii. Uważała, że może krew jej matki jest w Fabienne tak rozrzedzona, że czyni z niej zwykłą śmiertelniczkę ale jednak nadal powinna ona mieć pewne nietuzinkowe zdolności i talenty. Zwłaszcza, tak blisko terenu z dziedzictwem Sióstr. Zapewne to ma na nią jakiś wpływ. Z punktu widzenia Sorii korzystny ale zapewne niekoniecznie reszta społeczeństwa tego miasta tak samo musiała pojmować ten termin. Zwykle tak zdeprawowane, wyuzdane i perwersyjne osoby były kamienowane, topione lub palone na stosie. A w końcu Fabi wcale nie ukrywała ekscytacji na myśl o wzięciu udziału w orgii ze zwierzoludźmi czy częstych zabaw w loszku swojej koleżanki w bardzo uwłaczającej szlachciance roli niewolnicy ochoczo spełniającej zachcianki i życzenia innych z pokorą przyjmującą swój niegodny los.
- Ciekawe jest to co mówisz. Tak, ona też ma ciekawie splątany los. Co może ją predysponować do wyjątkowych czynów. Ale nie miałam okazji poznać jej lepiej i się jej przyjrzeć. Więc to już będziecie musieli sprawdzić sami. Z tego co o niej słyszę to jest z nami całym ciałem, duszą i sercem. I możemy na nią liczyć. - Merga pokiwała swoją ludzką głową i spojrzała na Annikę jaka była żywym dowodem na poparcie sprawy przez bretońską małżonkę Herr von Mannlieba. Ostatnio pojawiała się coraz częściej w planach i spotkaniach kultystów. I jak dotąd zdawała się im sprzyjać i popierać tak oficjalnie jako małżonka morskiego kapitana z miejskiej śmietanki towarzyskiej jak i mniej oficjalnie jako członkini kultu przyjemności zainteresowana wszelkimi nowymi doznaniami i eksperymentami. Zwłaszcza gdy mogła odgrywać swoją ulubioną, uległą i posłuszną rolę.
Za to gdy Joachim zaproponował udział Ghuntera łotrzyce co były głównymi organizatorkami tego napadu jaki miał sie odbyć dzisiejszej nocy nie były za bardzo przekonane. - To jak chciałeś aby wziął udział to trzeba było z nim przyjść. Gdzie ty teraz będziesz leciał po niego a potem on jeszcze gdzieś tutaj albo do świątyni? - Łasica była sceptyczna. Widocznie uważała, że skoro Joachim aprobuje udział swojego ochroniarza to od razu powinien z nim tutaj przyjść. Przecież to było właśnie zebranie głównie po to aby wszyscy co mają wziąć udział w nocnym skoku byli od razu w jednym miejscu.
- I tam w tej kanciapie to już ciasno będzie. Tych gwardzistów będzie ze trzech czy czterech. To już tam jest nieco tłoczno. Do tego na każdego z nich jeden z nas to już w ogóle ciasno. A jeszcze to nie będą siedzieć grzecznie przy stole tylko się grzmocić na całego. A jeszcze ten stół duży tam jest na środku i ich łóżka tam wstawili dla nich. Ciasno będzie. - Burgund dodała coś od siebie i jej zdaniem wątpliwe aby udało się tam wcisnąć więcej osób nawet jakby ich zabrali. Reszta będzie musiała czekać na korytarzu jako rezerwowi.
Joachim też nie do końca mógł być pewien, że to z astralną projekcją mu wyjdzie zgodnie z planem. Sam czar nie był taki prosty jak wróżba jaką zwykle rzucał. Ale w kmfortowych warunkach nawet jak nie za pierwszym to za drugim czy trzecim razem jak nie będzie miał jakiegoś przeklętego pecha to powinien się w końcu udać. Tylko potem byłby w swojej pracowni. Fizycznie pogrążony w letargu a duchem jako astralna projekcja. Nie miał w niej wpływu na fizyczną przestrzeń. Na przykład nie mógł w astralnej formie otworzyć drzwi do pracowni czy dalszych we własnym domu. A i jego służba by go w tej formie nie widziała. Ale to jeszcze było do zrobienia. Tylko dalej musiał najzywczajniej w świecie w tej astralnej formie przejść przez całe miasto aż na sam brzeg Salt i dalej do świątyni. I to w ciemnościach nocy. Co by mu pewnie ze dwa, trzy pacierze zabrało. A więc gdzież z jedną czwartą czasu w jakim mógł utrzymać tą formę. Co więcej musiałby w podobny sposób wrócić nim czar przestanie działać. Więc zostawało mu jakieś kilka kwadransów na astralną obserwację wokół świątyni. A do tego wszystkiego nie miał pewności kiedy dokładnie zacznie się akcja. Gdzieś po północy cała ferajna zamierzała ruszyć pod świątynię. Więc pewnie w okolicach pierwszego dzwonu powinni już być na miejscu. Ale co dalej to nie było wiadomo bo dopiero na miejscu trzeba będzie przeczekać patrole straży i w ogóle zobaczyc jak to wygląda dzisiejszej nocy. Więc była istotna szansa, że numer zacznął jak byłby w astralnej formie na miejscu albo by nie był. Na dwoje babka wróżyła. Co innego gyby poszedł z nimi, wtedy miałby większą swobodę w podejmowaniu decyzji no i dostosowaniu się do aktualnej sytuacji. Ale też narażałby się na te wszystkie niebezpieczeństwa co i reszta zespołu.
Otto za to zawarł bliższą znajomość z Pchełką. Chyba był pierwszym z nowych znajomych jaki na nią zwrócił uwagę i się do niej odezwał. I dziewczyna pasowała do obu łotrzyc. Też wydawała się bardzo rezolutna i momentami bezczelna. Dało się zrozumieć czemu się tak dobrze znały i dogadywały a do tego jeszcze pracowały w podobnej branży i należały do tutejszej ferajny.
- Ale to już było jakiś czas temu. Teraz zatrzymałam się tutaj. I wsiąkłam w to miasto. - powiedziała nieco filozoficznie młoda włamywaczka. - A z tamtym trupem to było niechcący. Przydybał mnie, przestraszyłam się i go odepchnęłam. Upadł na podłogę a ja uciekłam. Ciemno było. Potem dowiedziałam się, że nie żyje. Trzasnął głową w kant stołu czy coś takiego. W każdym razie i tak poszło na moje konto więc nie uśmiecha mi się wracać do stolicy. - przyznała nieco smutnym tonem. Brzmiało jakby nie uważała się za winną śmierci tamtego człowieka a raczej za pechowy zbieg okoliczności przy robocie. Ale z morderstwem nie było żartów więc gdyby ją tam dorwali to pewnie też dostałaby czapę.
- Ale teraz jesteś z nami i my cię im nie oddamy Pchełka! - Łasica mocno przytuliła koleżankę jakby była gotowa ją bronić przed całym światem. A przy okazji ku radości ich obu i widowni przy stole mogła ją pościskać i podotykać w różne ciekawe miejsca.
- A chyba nie słyszałeś jak się poznały z Oksanką? Bo to chyba mówiły zanim przyszedłeś. - zagaiła dziewczyna z ferajny o czerwonych włosach zachęcając krawcową i włamywaczkę aby na zmianę opowiedziały jak to było. A mianowicie Oksana przydybała młodą złodziejkę jak ta próbowała wynieść ubranie z ich sklepu pod swoim ubraniem. A więc złapała ją za ramię i pociągnęła do przebieralni. Gdy tam się podejrzenia potwierdziły to złodziejka padła na kolana do jej stóp prosząc aby nie wzywała straży. A, że jak już wiedzieli obecni koledzy i koleżanki akurat ta krawcowa lubiła klęczące i proszące u jej stóp ślicznotki a Pchełka wtedy jeszcze nie no to postanowiła wymierzyć jej karę osobiście. Więc gdy z pacierz czy dwa później skruszona młoda panna wychodziła chyłkiem ze sklepu nie sądziła, że się jeszcze spotkają.
- Aż tydzień później, ledwo wróciłam z pracy ktoś puka do moich drzwi. Ja otwieram a tam ona. Z kwiatami, winem i przeprosinami. No to ją wpuściłam i nauczyłam moresu. No i tak została moją prywatną zabaweczką co uwielbia mnie zabawiać i służyć. - Oksana nie ukrywała, że traktowała tamtą sprawę jak osobiste zwycięstwo z jakiego była dumna. Ale sądząc po nieco zaczerwienionym licu Pchełki to i ona jakoś nie uskarżała się na taką znajomość.
- To lubisz zabawiać i służyć pięknym paniom? - zainteresowała się Soria a Pchełka znów zarumieniła się jeszcze troszkę bardziej i z nieco zażenowanym uśmiechem potwierdziła kiwając głową. Wtedy milady w spódnicy robotnicy wyciągnęła pańsko dłoń pozwalając jej się pocałować. A gdy ta to zrobiła nie cofnęła dłoni. Pchełka kontrolnie spojrzała na krawcową a ta zachęcająco kiwnęła swoją dwukolorową głową. Więc włamywaczka zaczęła całować wyciągniętą dłoń na całego okazując jej należną cześć i uległość.
- Bardzo dobrze kochanie. Widzę, że dojdziemy do porozumienia. - pochwaliła ją Soria z troskliwym i wyrozumiałym uśmiechem jakby tamta zdała pierwszy egzamin do zostania jej dwórką.
- A ten list to zostawię tutaj. U Cori. Nie będe go brać na akcję. Jutro może go poślę. Ale w południe znów się tu widzimy bo wyjeżdżamy do głazów. - Łasica za to wzięła list od Otto ale przypomniała, że najbliższe godziny będą dość zajęte. Teraz jeszcze siedzieli sobie tutaj w marynarskiej tawernie bawiąc się, tańcząc i rozmawiając. Ale po północy mieli stąd iść pod świątynie. Potem sam skok. Nie wiadomo jeszcze dokładnie kiedy i jak pójdzie. A jutro w południe już była zbiórka, też tutaj. Ale tym razem aby zabrać większość chętnych co nie była wyuzdanymi szlachciankami i pojechać ku zachodnim kamieniom gdzie mieli umówioną schadzkę z Gnakiem i jego stadem. Więc okienko na załatwianie innych spraw było dość wąskie. A i powrót z tej schadzki to też planowano na jeszcze kolejny dzień czymi w Marktag. A potem jeszcze Pirora zapraszała wszystkich do siebie aby w spokoju można było poprzeżywać tą schadzkę i osapnąć nim wrócą do swojego oficjalnego życia. No i miała na tyle pojemną kamienicę, że mogliby tam pomieścić się wszyscy uczestnicy spotkania jakie miało się odbyć już przyszłej nocy.
Za to Heinrich miał nieco do pogadnia z Silnym. Gdy do niego zagadał ten roześmiał sie krótko ale rubasznie. - I dlatego się czerni mordę i zakłada kaptur. Chustę jeszcze można naciągnąć. Wtedy wszyscy wyglądają tak samo. O ile w ogóle wyglądają. Bez jakiś fikuśnych świecidełek. - zdradził mu jak to on zwykle robi a jako chłopak z ferajny od brutalnych napadów w ciemnych zaułkach miał w tym niezła wprawę. Sam nie raczył zdradzić zainteresowania ani maścią, ani pierścieniami przyniesionymi przez rogatą wyrocznię.
- A tu mam torbę. Później sobie coś wybierzesz. - wskazał na torbę jaka leżała u niego pod ławą. I tam pewnie miał sprzęt na dzisiejszą akcje. Ale póki trwała wieczorna biesiada i zabawa, tańce, hulanki i swawole to nie chciał wyjmować tych zabawek aby nie zdradzić, że ma coś jeszcze w planach na dzisiejszą noc.
- Aha. I ten majster co ci mówiłem. Ten od tej twojej nogi. No to gadałem z nim. Powiedział, że możesz przyjść. Zdejmie ci wymiary i tak dalej. Powie co i jak by to miało być. To daj znać kiedy byś chciał wpaść to pójdziemy do niego. - przypomniał mu o czym rozmawiali na ostatnim zborze. I widocznie jakoś udało mu się dojść do wstępnego porozumienia z tym jego znajomym co miał zmajstrować coś do zamaskowania metalowej nogi starszego kolegi ze zboru.
I tak wieczór w morskiej tawernie upływał. Całkiem raźno i wesoło. Z dużą ilością wesołych ślicznotek i zaskakującą małą ilością wina niż można by się spodziewać. Nawet jak kolejni gości odchodzili z tawerny albo od stołu kultystów to atmosfera stygła dość powoli. Wreszcie koło północy już było dość pustawo i cicho. Łasica jak się okazało wcale nie była tak pijana jak to można było sądzić na pierwszy rzut oka. Dała znać, że czas się zbierać. Mieli pojedynczo, po dwóch, po trzech wychodzić co jakiś czas z tawerny. No i kierować się ku świątyni Mananna. Aby nie było, że wszyscy na raz całą grupą się rzucą do wyjścia.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.12/13; Aubentag; noc
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, zachmurzenie, powiew; nieprzyjemnie (0)Spotkanie przy świątyni
Jak ktoś nie był przyzwyczajony do nocnych wycieczek po mieście to nawigacja mogła sprawić pewne trudności. Bo te wszystkie ulice i budynki wydawały się zlewać w ściany czarnych kanionów bez wyraźnych detali jakie pozwalałyby na ich rozpoznanie. Więc zwykle ulicę jeszcze dało się rozpoznać ale i wtedy zdarzało się komuś przystanąć aby się upewnić czy dobrze idzie. A jak się okazało poza chłopcami i dziewczętami z ferajny to mało kto lubował się w łażeniu po ciemku więc zwykle ktoś z nich szedł z kimś kto słabiej znał się na nocnym szwendaniu. Co gorsza dno tych kanionów było najciemniejsze. Co prawda dzisiaj już Mannlieb prawie był w pełni ale gęsto przesłaniały go chmury więc tylko co jakiś czas rzucał nieco zimnego, bladego światła na ten ziemski padół. A i na dno kanionów docierało go jeszcze mniej. Łatwo było wpaść w jakąś dziurę, kopnąć jakieś wiadro, wleźć w kałużę albo coś gorszego co się walało w tym miejskim gnoju od jakiego bił niezbyt przyjemny, wilgotny zapach. W dzień było tyle czynników rozpraszających uwagę, że można było o tym zapomnieć czy zingorować ale teraz w nocy ulice, świat, mrok, zapach wydawały się całkiem inne. Jakby byli w całkiem innym mieście. Albo odbitym w jakimś krzywym zwierciadle.
Na szczęście portowa dzielnica była połozona przy wodach zatoki oraz ujścia rzeki Salt. Wystarczyłoby iść wzdłuż brzegu rzeki aby dotrzeć do świątyni. Ale tam trzeba było wejść w ten zaułek gdzie łotrzyce zostawiły wcześniej wóz. Właśnie przy tym wozie się stopniowo zbierała coraz większa grupka jaka na raty wędrowała tu z tawerny. W pierwszej miała iść Łasica aby sprawdzić jak to wszystko wygląda. A w ostatniej Silny. Bo też był chłopakiem z ferajny więc radził sobie nie gorzej niż dziewczęta w nocnym mieście. Chociaż może nie tak zgrabnie i finezyjnie jak one.
- Dobra tu macie sprzęt. Jak ktoś chce to niech bierze. Tylko cicho. Nie róbcie hałasu. - masywna sylwetka i głos zdradzały Silnego. Ale w kapturze, z uczernioną twarzą to tylko z bliska było widać białka jego oczu. Mięśniak co przyszedł z ostatnią grupą całkiem cicho położył torbę na brzegu wozu. Jak się okazało był tam sprzęt jaki on zwykle zabierał “na robotę”. Czyli pałki, twarde co mogły połamać kości i miękkie jakie nadawały się do bezkrwawego ogłuszania. Do tego kastety i noże co wyjaśniało ten cichy brzdęk gdy kładł torbę.
- A tu macie kaptury i chusty. Możecie też wymazać twarz błotem. - drobniejsza sylwetka i głos zdradzały Burgund. Pokazała drugą torbę czy worek z ubraniami gdyby ktoś potrzebował takich dodatków. Gdy jeszcze tak we względnym milczeniu się przebierali lub dobierali brakujący sprzęt Łasica rozmawiała z garbusem.
- Robiłem obchód. W nocy moich znajomków nie ma. W nocy nikt nie daje jałmużny i zimniej niż w dzień. To się pochowali. A tu sami bogacze mieszkają to nie ma wolnych budynków do kitrania się. - Strupas streszczał co tu się działo jak tu filował gdy reszta bawiła się w tawernie.
- Tylko ta czarna wrona tu była. Późno poszła. Już zmierzchało. - żebrak tłumaczył kolegom i koleżankom dalej.
- Czarna wrona? - zapytała łotrzyca ubrana cała na czarno. A przynajmniej tak to sie w ciemności zaułka wydawało. Trudno było na niej zogniskować wzrok bo się zdawała rozmywać w tych czerniach na dnie kanionu.
- Ta od Morra. Ta ich blada suka co przyjechała ze stolicy odstawić pogrzeb tej starej. Przyjechała wieczorem, jeszcze widno było. Siedziała tam i siedziała. Pojechała dopiero o zmroku. - wyjaśnił garbus. Twarzy łotrzycy nie było widać w tych ciemnościach bo miała ja uczernioną albo zamaskowaną. Ale słychać było tą ciszę gdy główkowała co z tym fantem zrobić.
- A strażnicy? Są w środku jak zwykle? - zapytała po tej chwili zastanowienia.
- Chyba tak. Jak ona pojechała to się zamknęli w świątyni jak zwykle. Nie widziałem aby potem któryś z nich wychodził. Reszta to raczej jak zwykle. Cisza i ciemno. Chociaż w jednym z okien w kamienicy na drugim piętrze wciąż się pali światło. Albo ktoś zasnął i zapomniał zgasić świecy albo siedzi i coś robi. - brzydal meldował dalej. A Łasica poprosiła aby jej to pokazał. I oboje wyszli z zaułka. Przez chwilę było widać zgarbioną, przysadzistą sylwetkę na tle granatów i drugą, smukłą i zwinną. Po czym zniknęli za rogiem.
- Myślicie, że nasza śliczna morrytka co tak bardzo bym chciała sprawdzić co ona tam ma pod habitem coś ich ostrzegła? - zapytała cicho Burgund nie wiadomo kogo. Wydawała się być zaniepokojona taką możliwością.
- Nieważne. Musimy to zrobić dzisiaj albo odpuścić. Tylko dzisiaj możemy załadować fanty na łódź i wywieźć. A Merga mówiła, że cokolwiek się będzie działo to i tak dziś w nocy odpływa. - głos Silnego ociekał obojętnością. Sam szykował się do takiej roboty jaką lubił najbardziej. Wszyscy się stopniowo przestawiali na tryb nocnej akcji.
- A co ja mam robić? - zapytał Thobias dość niepewnym tonem. Tym razem nie chodziło o jakieś wykłady i widocznie nie miał wprawy w takich numerach. A niebezpieczeństwo było realne.
- Zostaniesz na razie w wozie. Potem pójdziesz na czujkę. Łasica powie ci gdzie. - rzuciła cicho Burgund czekając aż przyjaciółka wróci z garbusem. Rzeczywiście po jakimś czasie oboje wrócili. Noc była cicha i pochmurna. Nad miastem panowała cisza jaka zdarzała się tylko nocą.
- Wygląda dobrze. Ale to światło się jednak pali. Po ciemku i tak nie powinien nic zobaczyć póki nie będziemy palić światła. Ale jeśli nie śpi to jakieś wrzaski i krzyki mogą go zainteresować. Albo skrzypienie furty a ta musimy otworzyć. Więc filujcie na to okno kto tam będzie przy wozie albo na czujce. - w przeciwieństwie do nauczyciela w głosie włamywaczki brzmiał spokój i pewność siebie. Jakby to drobne niedogodnienie jej nie spłoszyło i była gotowa przystąpić do akcji.
- To teraz tak. Czujki. Thobias i Strupas. No i Joachim jeśli tu jesteś. Zasuwajcie na narożniki placu. Kto obstawi czwarty? - Łasica wezwała do siebie czwórkę jaka miała pilnować czy ktoś niepowołany nie nadchodzi. Zwłaszcza strażnicy. Ale plac wokół świątyni był niewielki. Dwa narożniki były wzdłuż ulicy Nadrzecznej bo ciągnęła się wzdłuż brzegu rzeki Salt. A dwa były od strony miasta. Razem więc było ich cztery. W tym czwartym na razie miał czekać wóz i grupa szturmowa więc chwilowo to oni mogli pełnić rolę czujek. Ale w końcu mieli ruszyć pod główną bramę. I brakowało obsady wozu. Bo Strupas nie mógł się rozdwoić. Albo miał być na czujce albo kierować wozem. Z początku miał iść na czujkę bo wóz i tak nie był potrzebny. A gdy grupa Silnego podejdzie pod furtkę to miał wrócić do wozu i czekać na sygnał aby podjechać.
- Silny ty poprowadź pałkarzy pod główną bramę. Nic nie róbcie tylko czekajcie. Pchełka albo Burgund wam otworzy furtkę i wprowadzi was do środka. Tylko trzeba będzie iść całkiem po ciemku. Więc nie bierzcie nic brzęczącego. Dziewczyny was poprowadzą gdzie trzeba. - włamywaczka obdarowała swojego głównego rywala w zborze rolą przewodnika dla tych co mniej znali miasto. Mieli czekać ukryci w cieniu świątynnego mury aż usłyszą, zgrzyt otwieranej furtki. To by oznaczało, że któraś z włamywaczek otwarła ją od środka i droga do pokonania kolejnego odcinka jest wolna. W tej grupie mieli być poza Silnym także Rune, Soria, Annika. Była ich czwórka. A przeciwników też powinno być podobnie. Więc planowali cztery pojedynki, przynajmniej początkowo. Więcej osób byłoby zapewne i tak klopot aby ich tam zmieścić.
- Ja biorę dziewczyny i dajemy dyla za mur. Pootwieramy wszystko co trzeba od środka. Ale wszystko zamiera jeśli pojawią się strażnicy. Wtedy trzeba poczekać aż przejdą dalej. I odczekać jeszcze trochę. Zwłaszcza jeśli jeszcze nie zaczniemy akcji na całego. Gorzej jak się napatoczą jak już wóz będzie stał pod bramą. No to wtedy wiadomo, że to coś podejrzanego. Zwykle chodzą po dwóch, trzech, czterech. Wtedy już ci co będą przy wozie będą musieli coś wymyślić. Lepiej szybko bo pewnie mogą zacząć robić larum. Ogólnie jak nas nakryją z wozem pod bramą i ładowaniem fantów na niego to już raczej koniec finezji i dyskrecji. - poinformowała ich główna włamywaczka jak to sobie mniej więcej wyobraża.
- W nocy dobrzy ludzie śpią w swoich domach. Więc wszelki ruch i aktywność jest od razu podejrzana. Tak samo wozów się nie ładuje ani nie jeżdżą one po nocy. Więc to też może wydać się podejrzane. Tak strażnikom jak i każdemu kogo byśmy obudzili albo by nas inaczej nakrył. - dorzuciła od siebie Burgund uczulając mniej doświadczonych w takiej robocie kolegów czego mogą oczekiwać po strażnikach i innych dobrych obywatelach gdyby na nich trafili lub ci chocby wyjrzeliby przez okno. Gdyby się obudzili.
- Jak już będziemy pryskać i jeszcze byłoby “na cicho” to po cichu. Zasuwamy tamtędy do rzeki a potem ku zatoce. Tam jeszcze musimy przeładować fanty co też trochę zajmie. I tam pakujemy się na łódź. Wóz zostawiamy i tak jest kradziony. Łódź zresztą też. Łodzią popłyniemy na Nabrzeże Mew. I tam się rozsypujemy gdzie kto chce. Najlepiej czmychajcie do domu albo do tego mieszkania co miało być dla Normy. A jak nas przydybią już tutaj to wtedy trzeba będzie improwizować. Zwijać się szybciej no i improwizować. Lepiej zwiewać łódką. Na pewną wezmą psy tropiące to te ich zaprowadzą jak po sznurku. Ale jak wsiądziemy w łódź to im się trop skończy na nabrzeżu. Jakieś pytania? - Łasica przedstawiła schemat skoku jaki za bardzo nie odbiegał od tego co już było mówione wcześniej. Najpierw włamywaczki, potem mokra robota w środku, włam do skarbca i noszenie fantów do wozu. Wreszcie odjazd do nabrzeża i tam znów przepakowanie fantów tylko z wozu na łódź Mergi. A sami mieli zawinąć się na kradzioną, rybacką łódź i przepłynąć przez zatokę aby wysiąść w innym miejscu wybrzeża.
- Aha, chłopaki a wy gdzie w końcu chcecie być? Trochę obsady wozów i czujek nam brakuje. Chyba, że chcecie się z kimś zamienić. - zapytała jeszcze Otto i Heinricha gdy już większość miejsc była przypisana do poszczególnych członków grupy.
Potem jeszcze trochę czekali. Napięcie zdawało się rosnąć. Zwłaszcza jak Pchełka dała znak, że strażnicy nadchodzą. Nie widzieli ich ze swojego zaułka więc musieli zdać się na czujki. Te w końcu dały znak, że strażników miejskich chyba nic nie zaalarmowało wokół placu bo spokojnie, spacerowym tempem, przy świetle zawieszonej na halabardzie latarnii, przeszli dalej. Łotrzyce chciały więc jeszcze chwilę odczekać. To czekanie wykorzystał Strupas aby podejść do Otto.
- Hej Otto. A jak tam z tymi strzykwami? Udało się coś? Bo byliśmy z Sigismundusem ciekawi. Bo jakbyś chciał jeszcze to dał mi dwie nowe. Ale jak potrzebujesz więcej no to wpadnij do apteki. To mamy więcej. - garbus chyba też chciał rozładować napięcie przez rozmowę. Ale chyba i temat związany z dziedzictwem Oster go ciekawił. Zapytał więc cicho młodszego i szczuplejszego kolegę czy są jakieś postępy w tej sprawie. Poklepał się też po swojej torbie na znak, że ma tam coś podobnego gdyby kolega tego potrzebował.
- Dobra, to my idziemy. Wy na razie czekajcie tutaj. - Łasicę dało się poznać po głosie. To musiała być któraś z tych trzech, ciemnych sylwetek stojących na tle ciemnych ścian. Ona, Burgund i Pchełka zebrały się po czym po kolei raźno ruszyły ku wyjściu z mrocznego zaułka. Po chwili znikneły im z pola widzenia.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim nawet dał się na chwilę porwać pięknie śpiewanej morskiej pieśni. Nigdy nie żeglował, a polowanie na syrenę które odbywał w zeszłym roku na niewielkiej rybackiej łodzi chyba nie umywało się do prawdziwych morskich opowieści. A przecież jego znajomość astrologii i gwiazd mogła być przydatna na morzu, a i widok nocnego nieba musiałby być tam zupełnie inny. Ale szybko wrócił myślami do bieżących spraw, ciągle był podekscytowany swoimi nowymi doświadczeniami z magią, a przecież była jeszcze kwestia Akademii, strażnika na bagnach i kilka innych....
Zanim Merga ich opuściła podziękował za mądre słowa porady i obiecał wszelką ostrożność. Przy okazji przedstawił jej to co mówił George kiedy wraz z Ottem i Heinrichem rozmawiali z nim w przytułku, w szczególności na temat "światełka" które prawdopodobnie było zapieczętowane w skrzyni którą w piwnicach Akademii widział na własne oczy i z niej słyszał dźwięk dzwoneczków. Robił podczas tej rozmowy notatki, więc słowa szalonego wybrańca Pana Przemian mógł przytoczyć możliwie wiernie.
- Pierwotnie planowałem przyłączyć się do wyprawy na bagna planowanej przez Barona Wirsberga, ale jak rozumiem prorocze słowa Georg'a to się może skończyć albo zgubą jej uczestników albo zniszczeniem tej istoty napotkanej przez Barona. Ta istota, potwór albo demon jakiegoś rodzaju, strzeże tam cennych ksiąg, będących częścią dziedzictwa Sióstr, które mogą też być artefaktami naznaczonymi przez naszego Patrona, Zmieniającego Drogi. Musimy zdobyć ukrytą w tych księgach wiedzę i moc.
I jak rozumiem, aby bezpiecznie się przedostać przez strażnika do ksiąg potrzebny jest klucz, określany przez herolda jako "światełko", więc optymalnym rozwiązaniem wydaje się wcześniejsze jego zdobycie z Akademii, tak jak planowaliśmy, chociaż tutaj herold też ostrzegł, że nie będzie to łatwe i musimy strzec się pułapki. Alternatywnie byłaby szansa na przedostanie się przez strażnika, jeśli byłaby z nami jedna z nosicielek pomiotu Oster.
- W świetle tych nowych informacji Henrich uważa, że powinienem powstrzymać lub przynajmniej opóźnić wyprawienie się przez Barona Wirsberga na bagna. I chyba tak zrobię, tym bardziej, że Baron też słyszał zew dzwonków, więc może potencjalnie mógłby stać się naszym sojusznikiem? - podsumował ciekaw pożegnalnych opinii swojej Mistrzyni.
Po zakończeniu rozmów powrócił do swojego domostwa. Jednak planował użyć zaklęcia astralnej postaci. Oprócz jego ewentualnej przydatności w samym skoku, pragnął w końcu sprawdzić jak to interesujące zaklęcie zadziała w praktyce. No i wydawało się to bardziej jednak dla niego bezpiecznym rozwiązaniem niż fizyczne uczestnictwo w akcji. W końcu po odejściu Mergi będzie jedynym prawdziwym magiem w Zborze, jeśli nie liczyć tego pijaczyny o ograniczonej przydatności Aarona. Więc jego osoba była tym ważniejsza. Kto wie, może nawet byłoby warto poświęcić jakieś pionki, by wzmocnić jego pozycję, na przykład wystawić łowcom i władzom jakiegoś kozła ofiarnego? Choć to byłaby ryzykowna gra... wspomniał jeszcze w tawernie Łasicy że może jakby wrobili w akcję w Świątyni jakiś innych złodziei z ferajny, na przykład podrzucając im coś z łupów, to ułatwiłoby im uniknięcie ewentualnych reperkusji?
W każdym razie polecił swojego ochroniarzowi (którego w końcu nie posłał na akcję, co w sumie też zwiększało jego bezpieczeństwo, byłby przecież zagrożony gdyby Gunther wpadł) by ten po jakimś czasie sprawdził czy Joachim nie leży nieprzytomny w laboratorium i wtedy miał go wynieść i posadzić na krześle w ogródku kamienicy tak by ten mógł w formie astralnej dołączyć do pozostałych, a następnie pilnować bezbronnego ciała.
Dołączył na czas akurat, by usłyszeć podsumowanie planów przez Łasicę i niepokojącą wzmiankę o znanej mu kapłance Morra. Na razie stanął na czatach zgodnie z planem.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Wellentag; wieczór; tawerna “Wesoła mewa”
Otto wsłuchiwał się w opowieści towarzyszy. Zerknął na Wyrocznię i Sorię, kiedy te zaczęły mówić o rodowodzie Fabienne.
- A jednak… - zaczął mnich - Wybaczcie, cieszy mnie, że Fabienne ma tak znamienite pochodzenie. Sądziłem, że jest w niej coś niezwykłego. Jeżeli mogę dodać coś od siebie. Szczególnie małą prośbę do naszych drogich służek Węża. George opowiedział mi historię, o kobiecie, która w momencie śmierci oddała się Mrocznym Potęgom w zamian za bezpieczeństwo jej dziecka. Odpowiedziały jej Siostry i wysłały Zwierzoludzi, aby uchroniły maleństwo i wymordowały jej oprawców. Potomstwo jej dziecka, żyje po dziś dzień, a pakt kobiety ciągle ma siłę. Potomkowie posiadają znamię po wewnętrznej stronie uda. Coś na co mogłybyście uważać.
- O. Jakaś ślicznotka ze znamieniem na udzie? No, no, brzmi całkiem ciekawie. A jak wygląda to znamię? Bo jak jakiś zwykły pieprzyk to może być trudne do rozpoznania. - Łasica była wesolutka podczas tego spotkania i miała dobry humor. Tak interesujące wieści też powitała lekko i pogodnie więc chyba jej się spodobały bo zdradzała zainteresowanie nimi. Klepnęła się w swoje uda gdy pytała o szczegóły dotyczące tego znamienia.
- Zaś Fabi no chyba nie mogłaby mieć lepszego pochodzenia. Czyż śmiertelniczka może się pochwalić czymś większym niż to, że jest moją kuzynką? - Soria pozwoliła sobie na okazanie samozadowolenia i dumy z takiego pochodzenia jakie miała. I pewnie w jej oczach bretońska szlachcianka nie mogła trafić lepiej będąc potomkiem jej matki. Nawet jeśli nie bezpośrednim i jak od czasów gdy Soren wraz z Siostrami chodziły po tym kawałku ziemi minęły milenia i mrowie ludzkich pokoleń.
- Uważajcie proszę na to co mówi George. Szkoda, że go nie zdążę poznać osobiście bo wydaje się być bardzo obiecujący. No niestety teraz już nie będzie okazji ale chętnie to nadrobię gdy tu wrócę z mojej ojczyzny. Ah… Tylko takie bezpośrednie i silne połączenie z tak potężnymi istotami jak Siostry nigdy nie pozostaje bez wpływu na śmiertelników. Więc cieszcie się nim póki jest okazja. - wyrocznia w swojej ludzkiej formie zwróciła uwagę na co innego. Zdawała się szczerze żałować, że Georga nie udało się wydostać wcześniej tak aby mogła go poznać osobiście. Ale widocznie miała doświawdzenie w takich przypadkach i wolała o nim ostrzec swoich współwyznawców.
- On ma bardziej połączenie z księgami w bibliotece Vesty niż z samymi siostrami. - odparł mnich - Twierdzi, że obiecały mu, że zostanie bibliotekarzem. Jego ciało ma zostać zmienione do tego celu. - Otto westchnął - Ale nie wiem czy taka transformacja nie pozbawi go całkowicie rozumu.
Mnich zetknął na Łasicę
- Podejrzewam coś konkretniejszego nad pieprzyk, ale zapytam jutro. Przy okazji sprawdzę kolejnego pacjenta, który wpadł po wpływ sióstr jak sądzę. - jednooki spojrzał na wyrocznię - Właśnie, chcę jutro odwiedzić Sominium i opowiedzieć jej o spalonej wiedźmie na terenie hospicjum. Jako potencjalne źródło tych napadów szaleństwa. Mam nadzieję, że nie zwrócę jej uwagi na Siostry.
- Jutro? To nie jedziesz z nami do tych zachodnich kamieni? - Łasica uniosla brew wyrażając nieco zdziwioną minę tą informacją.
- Jutro w południe tutaj. Kto przyjdzie to go weźmiemy na wóz i jedziemy. - przypomniała Burgund jak to wcześniej było mówione z tym planem wieczornego spotkania z Gnakiem i jego stadem.
- A los Georga jest raczej przesądzony. Tak silny i długotrwały kontakt śmiertelnika z istotą z nie z tego świata nie może pozostać bez konsekwencji. Zwłaszcza osoby bez przeszkolenia w takich sprawach choć i u takich zwykle tylko skala tego wpływu jest mniejsza. Nawet jeśli nie ma bezpośredniego kontaktu z Siostrami tylko świadomym elementem ich dziedzictwa to nie wróżę mu świetlanej przyszłości. Przynajmniej nie jako Georga jakiego znamy w tej chwili. - wiedźma w ludzkiej skórze zdawała się być mocno przekonana, że prędzej czy później Georg czy inny śmiertelnik zapłaci cenę za tak silny kontakt z potężnymi energiami Eteru.
- A z tą kapłanką nie ma co się spieszyć. Przyjdzie do was to możesz jej opowiedzieć jako ciekawostkę. Zresztą musiałbyś zapewne wymyślić skąd to wiesz. Bo jak powiesz, od kogo to wiesz to może to wzbudzić niekorzystne dla nas zainteresowanie Georgem. - Merga zaś zdawała się powątpiewać czy udałoby się jakoś sprzedać plotkę o spalonej przed wiekami kobiecie tak aby to nie wzbudzało zbędnego zainteresowania czy wręcz podejrzeń kapłanki Morra i kto wie kogo jeszcze. W końcu póki George nie powiedział o tym Otto dziś rano to ten też tego nie wiedział. I nie przypominał sobie aby wśród obsługi krążyły jakieś plotki czy legendy na ten temat. A hospicjum jak i całe miasto zostało tu wybudowane niecałe sto lat temu zaś historia o jakiej mówił pacjent była dużo dawniejsza.
- Och, bajkę na źródło już mam, ale faktycznie może poczekać. - mnich spojrzał na łotrzyce - To już jutro? Bogowie jak ten czas leci. Oczywiście jadę z wami. Południe? Oczywiście stawię się. - Otto nie skomentował uwagi Mergi co do losu Georga. Musiał przyznać przed sobą, że los jego pacjentów nie był mu obojętny.
Kiedy przyszła kolej na podział ról Otto chwilę się zastanowił.
- Jeżeli szturmowców jest wystarczająco, mogę pilnować wozu. Z jednym okiem kiepska ze mnie czujka będzie.
- No to wspaniale! Pojedziemy wszyscy razem. Znaczy, my, porządni, uczciwi ludzie z nizin społecznych a nie jakieś tam wymuskane szlachcianeczki. Za wymuskane szlachcianeczki zabierzemy się wieczorem. - Łasica roześmiała się radośnie na myśl o jutrzejszym wyjeździe i wieczornym spotkaniu ze zwierzoludźmi. Jednak z powodu zachowania pozorów nie mogli jechać wszyscy na raz a ich szlachcianki z towarzystwa miały inny pretekst aby opuścić miasto. Tutaj łotrzyca zerknęła ciekawie na wężowowłosą śpiewaczkę i tancerkę bo chociaż dzisiaj siedziała tu z nimi, jadła, piła i bawiła się razem z nimi wcale poza urodą nie wyróżniając się na tle reszty gości tawerny to jednak jutro powinna się przedzierżgnąć w elegancką szlachciankę jaka pojedzie na plener malarski wraz ze szlachetnie urodzonymi koleżankami.
- Oh ja też mam jutro zamiar poużywać sobie troszkę naszych szlachcianeczek jak to Łasiczko ładnie ujęłaś. Mam też w planie potrenować ich płodność. Zwłaszcza Fabienne bo jest w samym szczycie swoich płodnych dni. No a Pirora zaznaczyła, że postara się zachować trzeźwą głowę i umiar więc to chyba dobry pomysł aby ktoś z nas miał oko na wszystko. No ale nasza najpodlejsza z podłych i najnędzniejsza z nędznych to tak nóżkami przebiera na jutrzejsze spotkanie, że aż miło popatrzeć. Z przyjemnością będę ją jutro dręczyła różnymi uwagami i półsłówkami przez cały dzień. - młoda kobieta z licznymi, grubymi warkoczami utkanymi z ciemnogranatowych włosów chociaż była ubrana jak zwykła szwaczka czy robotnica to jednak wyrażała się jak szlachetnie urodzona matrona mówiąca o swoich planach i intrygach. A myśl o jutrzejszym dniu i wieczornym spotkaniu nastrajała ją równie ekscytująco jak obie łotrzyce.
- No też się nie mogę doczekać! - zawołała Burgund radośnie. I wszystkie przez chwilę ćwierkały radośnie do siebie, koleżanek i kolegów ciesząc się na te spotkanie. Ale przypomniały w końcu sobie, że wcześniej jest jeszcze dzisiejsza noc jaka zapowiadała się pracowicie.
- A z wozem dobra, to możesz zostać. Umiesz powozić? Po ciemku? Bo przy wozie i na oku przydałby się ktoś. Jak się uda załatwić strażników i otworzyć skarbiec to trzeba będzie te wszystkie worki i skrzynie nosić stamtąd do wozu. Po ciemku. A to spory kawałek. No i ładować na wóz. - Łasica wstępnie zaakceptowała taką rolę kolegi jaką ten zapropnował a koleżanki pokiwały głowami na znak zgody.
Otto wciągnął ostro powietrze na pytanie o jego zdolności powożenia.
- Nie. - odparł z bólem - Jeżeli opuszczałem klasztor to tylko na nogach. "Zakonu nie stać, aby dać każdemu pielgrzymowi powóz" jak to tłumaczył Pierwszy Widzący. - mnich westchnął - Mogę pomagać przy załadunku i pilnować, aby nikt nas nie zaczepiał jak będziemy na was czekać.
- No to Strupas będzie powoził. Albo Burgund jak to już będziemy się zbierać stamtąd. A ty możesz pomagać z noszeniem i wozem. To jak będziemy zaczynać to trzymaj się Silnego. Potem jak oni wejdą do środka to czekaj przy wozie. Prędzej czy później coś się zacznie dziać. - zdecydowała w końcu włamywaczka w skórzanych spodniach. Popatrzyli jeszcze po zebranych przy stole ludziach i wydawało się, że ten detal mają ustalony. *
Aubentag; noc; okolice świątyni Mananna
Mnich odetchnął gdy usłyszał, że Somnium nie ma w świątyni. Jednak coś nie dawało mu spokoju.
- Uważajcie w środku. Być może po prostu poszła zobaczyć co tam mają schowane, być może coś się jej przyśniło i ostrzegła wszystkich. - mnich westchnął, wyciągnął jeden nóż z grupy fantów Silnego i schował go pod habit. Słuchał planu Łasicy, wszystko trzymało się kupy, więc nie wtrącał się w rzeczy, na których się nie znał. Kiedy przyszło do rozstawienia ekipy Otto został przy wozie. Spojrzał na Strupasa, kiedy ten do niego podszedł i zapytał o hodowlę.
- A postęp. Koleżanka Onyx sama zacznie własną hodowlę na sobie, ale jej motywacja bardziej ją przybliża do Węża niż Ojczulka. Pokieruje ją do Sigismundusa jak przyjdzie znowu.- O! Naprawdę? No popatrz… Myśleliśmy z Sigismundusem, że może wczoraj u Pirory to któraś z naszych się dała… A tu popatrz, jakaś nowa… - w ciemności nie widzieli się zbyt dokładnie. Brzydka i koślawa twarz garbatego śmierdziela była widoczna jako nieco jaśniejsza plama. Więc to akurat nie musiała być wada jak ktoś zwracał dużą uwagę na walory estetyczne czyjejś twarzy. Ale sam garbus wydawał się być i ucieszony i zaskoczony takimi wieściami.
- I zacznie ona u siebie? No cóż… A pewny jej jesteś? Że się zasieje i zacznie hodowlę? I nie spanikuje jak zaczną z niej maleństwa wychodzić? Bo jak myśmy z Sigismundusem przyjmowali pierwszy raz od tej naszej idiotki z traktu to nam się to bardzo podobało. I to było takie podniosłe i wspaniałe! No ale inni to mogą tak nie mieć… - zaciekawił się jak to kolega szacuje tą potencjalną nosicielkę spoza zboru. Sam nie miał okazji jej poznać to się musiał zdać na jego opinię.
- A ta czarna wrona to odjechała stąd już dawno. Jeszcze przed północą, dzień się kończył. I nie wróciła do tej pory. To chyba pojechała na dobre. - przypomniał sobie co jeszcze mówił kolega z jednym okiem chociaż na inny temat.
- Tak jak powiedziałem. Jej powody są bardziej w stronę Slaanesh niż Nurgla. Czuje przyjemność kiedy robactwo wije się jej w dziurze. - mnich wzruszył ramionami - Niszowe, ale jestem w stanie to sobie wyobrazić. - Otto chwilę się zastanowił - Loszka to mało rozmowna, ale ta druga narzekała na ból?
- Aha. To nie jest taka jak my? No szkoda… Ale no nic, jak wyda miot to mniejsza z tym. - garbus trochę się chyba skrzywił gdy chyba przez chwilę miał nadzieję, że może trafiła im się jakaś koleżanka w wierze. Ale przełknął to jednak gładko i dla dobra sprawy był gotów ją zaakceptować nawet jak nie była taka jaką by ją sobie wyobrażali z kolegą aptekarzem.
- A ta idiotka to też. Albo się drze, płacze, modli do Sigmara to najczęściej dajemy jej ziółka nasenne aby była cicho. Albo kneblujemy i wiążemy. Bo tylko same kłopoty z nią. Sigismundus ma jej dość. Mówi, że jak już nie będzie potrzebna to ją napompuje nasieniem Oster aż pęknie. No ale na razie wiele tych nosicielek nie mamy to jest nam potrzebna. Dobrze, że tą co mówisz znalazłeś. Zawsze jedna więcej. Nawet jak to tylko kolejna ladacznica. Szkoda. No ale nie zawsze ma się co by się chciało no nie? A te strzykwy? Chcesz? Może znów ci się jakaś trafi. Sigismundus pytał czy będziesz tam jechał z nimi do tych kamieni. Bo może jakby się trafiła okazja no to sam wiesz nie? Szkoda nie skorzystać. A jak już któraś będzie miała to w środku to już po sprawie. Tylko czekać co z tego he he wyjdzie. - garbus mówił szybko i cicho odruchowo rozglądając się dookoła instynktem przestraszonego żebraka któremu zagraża tak wiele w takim mieście. Ale chciał jeszcze ustalić parę rzeczy póki mieli chwilę aby porozmawiać sami w tym mrocznym zaułku.
- Krzyczy z bólu, czy ponieważ jest więźniem? Jeżeli to pierwsze, to obawiam się, że nowa koleżanka nie będzie nam pomagać długo. - mnich chwilę się zastanowił nad pytaniem o podróż do zwierzoludzi - Pojadę z nimi, ale na razie zrezygnuję ze strzykaw. Po dzisiejszej aferze mogą chcieć mnie odwiedzić i nie chciałbym takiego towaru w domu, kiedy Hertz czy inny będzie pukał. Do tego, o ile jasne, nie zauważą może od razu, to szybko jednak dojdą, kto je tak urządził. A ja nie chcę być po złej stronie służek Mrocznego Księcia. Od krwawego mnie zabiją, poboli, ale będzie szybko. Od Zmiennego pewnie by mnie przemienili w coś bez oczu, ust i rozumu. Więc również w miarę szybkie. Sługi ojczulka? Celowe sprawianie cierpienia nie jest w waszej naturze. W ich? - Otto zadrżał - Miesiące błagania o śmierć.
- No, no, już tak się nie roztkliwiaj nad sobą. - mimo ciemności nocy na dnie tego ulicznego kanionu miasta dało się poznać rozbawienie w głosie śmierdzącego garbusa.
- Co by ci zrobiły? Zresztą wierzę, że Starszy by stanął w twojej obronie gdyby było trzeba. W końcu chodzi o roznoszenie dziedzictwa Sióstr. Sam im dał do zrozumienia, że miło by było jakby się zgłosiły same albo chociaż znalazły zastępstwo. Ale nie. Udają głupiego. - Strupas chyba wątpił aby nawet w razie siłowego zasiania którejś z koleżanek to aby Otto spotkamy z ich strony jakieś poważniejsze konsekwencje.
- Poza tym myśleliśmy z Sigismundusem, że w trakcie zabawy to może by któraś się zgodziła. Wiesz tak jak pijany na więcej zwykle się zgadza niż na trzeźwo i łatwiej go namówić do tego czy tamtego. Wtedy by nie mogły mówić, że nie chciały albo co. - wyjaśnił jak to sobie widocznie umyślili z aptekarzem.
- Ale z tym przeszukaniem racja. Mogą to zrobić. Ale zawsze przed wyjazdem możesz wpaść do apteki to ci damy tych strzykw ile będziesz chciał. Trafi się okazja jak byś którąś ugadal to cudownie. Nie no to przywieziesz z powrotem. - dodał swoją propozycję na tą okoliczność. Chyba nie nastawiał się na jakiś przełom i sukces, że któraś z koleżanek by się zgodziła ale jednak taka wielka orgia jaką od paru tygodni planowały dawała nadzieję, że któraś mogłaby popuścić wodze fantazji bardziej niż do tej pory.
- Szczerze wątpię, abym był w stanie je przekonać. Ba, nawet zbliżyć się do nich, kiedy kozły będą je chędożyć. Więc może wpadnę jutro po zabawie. Co do "Co by mogły mi zrobić"... - mnich chwilę się zastanowił - W klasztorze mieliśmy księgę opisującą sytuację "Wykorzystaj Chaos przeciwko Chaosowi". Notatnik elfa Sureliona. Jeden z rzadkich przypadków Wysokiego Ludu oddanego Mrocznemu Księciowi. Był jednym z ich Magów, który spędzał czas gromadząc i więżąc artefakty Mrocznych Potęg. Świadome Księgi, Demony zaklęte w broni i zbrojach. Miał Czarnoksiężnika, którego dusza została uwięziona w lustrze. Popapraniec lubował się w cierpieniu. Niszczył książki, wyrywając je kartka po kartce i kiedy ostatnie elementy świadomości z nich zaczynały ulatywać, naprawiał je. Tak, że nie było widać ani odrobiny szkód. I tak w koło. Rysował to lustro, zamykając duszę czarnoksiężnika w rozpaczliwej ciemności, tylko po to, aby chwilę później wypolerować lustro na błysk. - Otto westchnął - Oczywiście zaklinał się, że robił to dla dobra swego ludu, ale kiedy przyszło co do czego, zwrócił się przeciwko swoim bo chcieli zabrać jego kolekcję. - mnich się uśmiechnął chociaż nie było tego widać w ciemnościach - Nasze koleżanki koncentrują się jedynie na przyjemnościach cielesnych, ale natura naszych patronów zacznie od nich wymuszać coraz bardziej ekstremalne źródła tych doznań. Nie mogę się doczekać.
- No to fajnie. Ale na wydanie miotu i dalej chowu na czas może być za późno jak będziemy czekać aż one same poczują do tego zew i chuć. Jak mowa o dorosłych owadach na koniec tego i początek przyszłego miesiąca to mamy czas na zasilanie w tym tygodniu. Może przyszłym jakby która miała te małe bo szybciej rosną. Jakoś mam niewiele wiary, że one przez ten tydzień zmienia zdanie. Chyba, że z jakiejś wyjątkowej okazji jak jutro. Jak znów będą w mieście, czyste, trzeźwe i ubrane i jeszcze w kupie to ci powiedzą to samo co do tej pory. - twarzy garbusa nie widział w tej ciemności ale w głosie dało się słyszeć zniechęcenie i brak wiary w dobrowolną współpracę koleżanek w standardowej sytuacji. Do tej pory zawsze kategorycznie jej odmawiały.
- Może zależeć od doświadczenia koleżanki Onyx. Jeżeli okaże się, że chów jest jednak przyjemny dla "matki". Może to je przekona. Przy okazji, macie pomysł na te przyszywane jądra dla mężczyzn? To sądzę, że jeszcze trudniejsze do sprzedania od jaj dla kobiet.
- A to… No tak, to wygląda na trudniejsze. - rozmówca wydawał się być nieco zaskoczony zmianą tematu. Ale tylko na chwilę. Chyba pokiwał głową ale po ciemku nie można było być tego pewnym.
- No to zależy jak na to spojrzeć. - zaczął jakby szykował się na jakiś cekawy temat do rozmowy. - Kupiliśmy z Sigismundusem świńskie pęcherze aby spróbować jak to jest. I on mówi, że do cięcia to to dość prosta robota. Da radę. No z żywym właścicielem jajec zapewne będzie więcej roboty no ale nie takie rzeczy już się robiło. Samo wycięcie jednych i wsadzenie drugich to dość prosta robota. Do zrobienia. Potem jednak tam wszystko musi się zrosnąć, zaleczyć, po cięciu może spuchnąć i boleć. A w środku musi się tam wszystko zakorzenić, że tak powiem. To zajmuje gdzieś tydzień. Jak wszystko dobrze pójdzie. Może parę dni więcej tak na wszelki wypadek. A potem można działać. - garbus mówił jakby przypominał sobie rozmowy z kolegą i efekt wstępnych prób jakie przeprowadzali na razie w dość ograniczonym zakresie.
- Więc to nawet ja bym mógł albo on. No ale gdzie nam do jakiejś kobiety? To trzeba jakiegoś ogiera co nie ma trudności z dobieraniem się do tego co kobieta trzyma w majtkach. Więc jak od nas to albo ty albo Joachim. Może jeszcze Thobias. Albo od samej sztuki to by Lilly mogła być no ale jak wiesz ona, że tak powiem nie do każdych majtek ma podejście. - brzydal wymieniał listę kandydatów do takiego przeszczepu wśród kolegów ze zboru. I była dość krótka. Jeśli zawężać wybór do tych co rokowali, że mogliby zrobić użytek z tego podarunku.
- Ale to nie wszystko. Bo to nasienie z nowych jąder trzeba zasiać kobiecie tym razem we wlaściwą dziurkę. A potem czekać. Mniej więcej tydzień albo dwa. Merga nie była pewna co tam było napisane to napisała to. Że albo tydzień albo dwa. To też nie jest prawdziwa ciąża tylko tak jak z tymi jajami więc płodność czy ciąża kobiety nie ma znaczenia. Chodzi o miejsce. A po tym tygodniu lub dwóch coś z nich wychodzi. Chyba tak samo jak z naszymi maleństwami. Tylko niezbyt wiadomo co. Bo to już całkiem nieczytelne było. Nosicielka chyba powinna przeżyć bo to tak samo jak z jajami, pomyślane do wielokrotnego użytku, spora strata by była jakby ginęły po pierwszym razie. Ale właśnie nie do końca wiadomo co z nich wyjdzie. Chyba jakieś stworzenia ale jakie to Merga nie dała rady odczytać. - wyjaśnił jak powinien przebiegać proces opisany w trzecim zwoju. Ale, że jak sama w zeszłym tygodniu rogata wyrocznia mówiła ten był w najgorszym stanie więc nie udało jej się go odczytać w całości.
- No ale na pewno taka nosicielka nie urodzi hehe zwykłego dziecka. Tylko coś innego. Więc no to tak samo jak z tymi jajami. Najlepiej by to było w ukryciu załatwić. Albo z ochotniczkami. Bo nawet jak sam akt hehe zasiania można by uskuteczniać w byle tawernie to jak za tydzień czy dwa coś z takiej ladacznicy zacznie wyłazić i to nie będzie ludzkie dziecko no to zacznie się chryja. Jedna to może być przypadek ale czym więcej tym wiadomo, że to coś poważnego. Jak więc widzisz i z nosicielem i nosicielką to poza rodziną trudno będzie to obejść. - chyba wzruszył ramionami na koniec. A opisany proces miał kilka wąskich gardeł jakie sprawiały, że w pewnym sensie wydawał się bardziej skomplikowany od wstrzyknięcia zawartości strzykw w jakąś kobietę.
- A te dwie co pytałeś to nie gadają ani my z nimi nie gadamy. Ale wczoraj zasialiśmy Dornę. Co za kochana dziewczyna! Grzecznie rozłożyła nogi i czekała aż zrobimy swoje! Taka dzielna! Chociaż to nie boli. I załatwia się to w jedną chwilę. Jak która idzie na współpracę to tylko podchodzisz, wsadzasz strzywkę do środka, wpuszczasz zawartość, wyjmujesz i koniec. Po robocie. No możesz drugą wpuścić albo i trzecią ale sama robota jest bardzo prosta. No a Dorna dzisiaj miała pierwszą wylinkę. Więc pewnie będzie miała te małe jak ta idiotka z traktu. To gdzieś za dwa, trzy dni powinna wydać miot. A dzisiaj jak ją pytaliśmy jak się czuje to mówiła, że dobrze. Że jej nic nie boli. To Sigismundus pytał czy da się zasiać od tyłu. Bo chciał sprawdzić w praktyce te zapiski. No i zgodziła się więc ją zasiał od tyłu. Potem był obiad to jeszcze zjedliśmy razem ale zanim wyszedłem tutaj to nie skarżyla się, że ją coś boli. - przy okazji streścił jej jak przebiegało zasianie kolczastej mutantki wczoraj i dzisiaj. Mówił jakby chciał ją dać jako przykład dla ich koleżanek jak należy współpracować pod tym względem.
Mnich pokiwał głową.
- Zawsze coś. A szkody po wydaniu miotu? Zakładam, że to dziewczyny też chciałby wiedzieć. Właśnie, jeżeli chodzi o Laurę, to ta koleżanka Onyx. Ma klientelę która lubuje się w jej pokazie. Może macie jakiś bardziej fikuśnych braci w mieście. - pokręcił głową słysząc ustalenia Nurglitów co do drugiej części dziedzictwa Oster - Rozważaliście bydło, plaga much atakująca krowy i świnie? Przydałoby się aby możni zaznali trochę głodu.
- No uważaj sobie z tymi życzeniami. Zanim gruby schudnie to chudy trzy razy zdechnie. Poza tym u nas to połowę albo więcej szamy to ryby i owoce morza. Może bez rarytasów ale wyżyć się da. - żebrak zaśmiał się cicho dając znak, że zagłodzenie miasta to sprawa bardzo zbiorowa gdzie trudno by było zaatakować wybiórczo. A i póki był dostęp do morza nie było tak łatwo zagłodzić portowe miasto z własną flotą łodzi rybackich.
- A od tej tylnej strony szkody w miocie to wedle zapisków od Mergi to mniej więcej połowa. Z drugiej strony gdzieś połowa powinna przeżyć. A tych strzykw jeszcze trochę mamy. Do tej pory mieliśmy tylko tą idiotkę i Loszkę. To jeszcze z tej strony nie próbowaliśmy. I tak normalnie to tylko ta idiotka wydała miot. Mniej więcej jedna czwarta strat. Więc zgodnie z zapowiedziami w piśmach. Loszka jest na końcówce. Może dziś w nocy, może jutro w dzień albo jutrzejszej nocy. Albo pojutrze. I powinna wydać miot. Miała trochę strat ale chyba większość też powinna przeżyć. A jak mamy wąskie czasowe gardło to Sigismundus chciał sprawdzić jak to będzie od tyłu. No i jak to by było jakby jakaś nosicielka miała w sobie maleństwa z obu stron na raz. A Dorna się zgodziła. No i jak mówiłem, na razie nic jej nie jest. - relacjonował jak to wyglądały do tej pory te niedawno zaczęte eksperymenty z hodowlą dziedzictwa Oster. Brzmiało jakby mniej więcej zgadzało się z tym co nauczała Merga podczas swoich tłumaczeń zwojów starożytnej Siostry.
- Teoretycznie to straty mogą być mniejsze jak się trafi odpowiednia nosicielka. Wtedy w ogóle jest bardziej płodna. Rosną w niej większe i szybciej i straty są mniejsze. Tylko nie jest opisane jak ją rozpoznać. Dopiero jak się zasieje i wyda miot to to widać. Jakby na taką trafić to cudnie. Może wydać na świat jeszcze większe sztuki niż te duże. Zastanawialiśmy się z Sigismundusem czy to nie o tym mówił ten twój Vigo. Że jak będzie płodna i wydajna no to wyda królewski miot. No szkoda, że nie powiedział jak ją rozpoznać. W zapiskach to Sigismundus mówił, że też to nie jest jakoś podkreślone. Zapewne Oster miała sporo tych nosicielek to w końcu trafiła i na takie no ale my mamy na razie tylko te dwie no i z Dorną to trzy. Nie do końca jesteśmy pewni czy jej owoc będzie atakował ludzi bo dość podobna jest do nas no ale tego nie jesteśmy pewni. To samo z tymi jądrami i te nosicielki jakie by miały zasiać. Chodzi nam o ludzi. Aby wyszły z tego jakieś ciekawe stworzonka i atakowały ludzi. A nie jakieś świnie czy bydło, to nie robi takiego wrażenia jak coś co wyłazi z ludzi i atakuje ludzi. - garbus chyba smętnie pokiwał głową gdy cierpiał razem z kolegą nie mogąc rozwikłać zagadki jak rozpoznać albo trafić na taką wyjątkową nosicielkę co by mogła wydać równie wydajny i wyjątkowy plon.
- Pomyślę, może coś da się załatwić. Dobrze, że macie chociaż jedną chętną. Ach i mnie chodziło o szkody na ciele nosicielki. - mnich spojrzał na garbusa - Jeżeli chcemy spróbować z ladacznicami, to potrzebuję ubrać to w jak najlepsze słowa.
- No to wszyscy widzieliście Loszkę na zborze nie? Wtedy była gdzieś w połowie noszenia i co? Nic jej nie było. Zresztą ta idiotka z traktu już wydała miot i też nic jej nie jest. Czekamy te trzy dni co było w przepisie aby znów ją zasiać. Loszka ma termin jutro albo pojutrze i jest cała, nic jej nie jest. No i z Dorną to samo. - garbus pokiwał głową gdy zrozumiał o co pyta kolega. I wypowiedział się o tej dość skromnej liczbie nosicielek jakie do tej pory mieli i mógł je obserwować. Wyglądało na to, że nic makabrycznego im się nie przydarzyło. Sigismundus przedwczoraj, na ostatni zbór przyprowadził Loszkę i pokazał jej brzuch. Na nim rzucały się w oczy trzy spore koła jakby wypalone na skórze przez błocko albo magicznego strażnika jaskini Oster ale samej ciąży właściwie nie było widać. Ale, że Loszka dawno temu straciła rozum a może i po części świadomość to porozmawiać się z nią nie dało. Aptekarz mówił do niej ale ta zdawała się reagować na słowa podobnie jak pies na słowa domowników.
- Nie ma czego się bać. Zresztą jak ty albo one czy ktokolwiek chce zobaczyć jak to wygląda, czy one czy te maleństwa to zawsze sami możecie przyjść do apteki. - dodał jeszcze to samo co on i Sigismundus często powtarzali przy różnych okazjach, że wcale nie zamykają drzwi przed kolegami i koleżankami z rodziny i chętnie się z nimi podziela wynikami badań. Tylko sam obiekt badań mógł budzić moralną awersję i wzbudzać naturalna odrazę wśród postronnych więc o ile Otto się orientował to zbyt wielu gości nie miewali.
Heinrich wsłuchiwał się raport Łasicy. Obecność Somnium wywołała drobny niepokój w byłym Łowcy. Wziął ubiór żebraka od Silnorękiego, szybko przebierając się, aby pasować do roli. Poczochrał sobie do tego włosy i pokrył różne części ciała błotem.
- Stanę na warcie, jeżeli brakuje nam ludzi. - poinformował - Jeżeli ta Morrytka tu była, to może to być jakaś pułapka. Jakby co będę gotowy do walki. - poklepał się po sztylecie, który miał schowany pod ubraniem, ale wziął też jedną z pałek od Khornity.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 31 - 2519.07.13; abt; noc
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.12/13; Marktag; noc
Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: noc, deszcz, łag.wiatr; zimno (-5)Joachim
Joachim miał przez drogę co przemyśleć. Całe spotkanie, rozmowę z mistrzynią i pożegnanie z nią. A musiał uważać bo jak było już niedaleko do północy. O tej porze na ulicach już było niewielu przechodniów. A z “Wesołej mwy” co się mieściła w portowej dzielnicy u zbiegów rzeki Salt i zatoki do jego kamienicy przy zachodnich krańcach miasta to miał całkiem spory kawałek do przejścia. Szczęście mu sprzyjało o tyle, że nikt go nie zaczepił. Mijał jakąś awanturującą się przed oberżą parkę, jakieś pijane trio śpiewało coś wędrując po dnie ciemnych ulic, raz po ciemku wlazł w kałużę i to tak wstrętną i głęboką, że noga ugrzęzła mu prawie do połowy łydki. Ale poza takimi drobnostkami to jednak cało wrócił do domu. Żaden oprych pokroju Silnego nie napadł go w mrocznych zaułkach ogarniętego nocą miasta. Przez ten pacierz czy dwa marszu to miał właśnie okazję przemyśleć to spotkanie w tawernie. Pewnie ostatnie w tak licznym i zacnym gronie.
- Trochę trudno mi coś stwierdzić tak tylko na podstawie czyjejś relacji. Sama nie byłam w tej Akademii i nie widziałam tej skrzyni. Ale jeśli wyczuwałeś z niej to co mówisz to całkiem możliwe, że jest w niej jakiś potężny i potencjalnie groźny artefakt. Zwłaszcza jak tak go pilnują. Niewykluczone, że to coś związanego z dziedzictwem Sióstr ale nie musi. Nie jestem stąd w stanie tego zweryfikować. Ale brzmi jak coś co warto sprawdzić. Tylko zachowajcie ostrożność. Takie potężne artefakty czy istoty niekoniecznie muszą rozróżniać kto jest kim wśród śmiertelników. Jak to coś związanego z Siostrami to dobrze by było mieć ze sobą coś z nimi związanego. Zakładam, że jak to jakaś forma herolda Vesty czy jakiś jej sługa to mógłby rozpoznać coś co pochodzi od którejś z Sióstr. - poradziła mu w sprawie skrzyni zamkniętej w trzewiach Akademii. Mówiła ostrożnie i z rozwagą jako, że sama nie miała okazji jej zbadać więc musiała polegać na relacji innych.
- A co do tych dzwoneczków to też ich nie słyszałam. Ale musicie działać już wedle własnego uznania. To bardzo prawdodopodne, prawie pewne, że każda z tak potężnych istot jak Siostry zabezpieczyły jakoś swoje dziedzictwo. Jednak możliwe, że zostawiły jakąś furtkę dla godnych tego dziedzictwa i swoich wyznawców. Zwłaszcza jeśli planowały kiedyś tu powrócić. Lub sterując stamtąd starały się do tego doprowadzić tutaj. Miały na to w końcu całe milenia. Zapewne więc i z Vestą nie było inaczej. Bardzo prawdopodobne jest to, że zostawiła jakiegoś strażnika i klucz. Może być w formie herolda czy tych światełek. Jeśli wszystko by poszło dobrze to mając taki klucz powinno się dotrzeć do jej dziedzictwa. Pamiętaj jednak, że od czasu gdy Siostry chodziły po ziemi to minęły milenia. I wiele rzeczy mogło się pozmieniać lub nie działać tak jak dawniej. - zgodziła się, że wersja jaką jej zrelacjonował uczeń jest możliwa. Chociaż nadal zalecała ostrożność i rozwagę. I znów nie mając z tym wszystkim do czynienia osobiście wolała się nie wypowiadać zbyt dogmatycznie a jedynie tonem sugestii zaznaczając, że to już będą musieli działać samemu i bez jej pomocy.
- A taka nosicielka jaj Oster tak, możliwe, że wszelcy strażnicy i istoty powiązane z Siostrami, zwłaszcza te nadnaturalne, będą wyczuwać w ich łonie dziedzictwo Sióstr. Więc mogą je traktować jako taki uniwersalny klucz. W końcu to projekt wykonany przez Oster ale każda z Sióstr dorzuciła do niego swoją iskrę. I tą iskrę mogą wyczuwać istoty im poświęcone. Domyślam się, że im bardziej zaawansowana i większa ta ciąża, im dorodniejsze okazy w środku tym taka emanacja tej iskry powinna być silniejsze. Tylko to nieco jak z wyczuwaniem Eteru przez obdarzonych. Im silniejsze zawirowania Eteru tym z większej odległości da się je wyczuć. Więc tak, taka nosicielka, zwłaszcza z dorodnym brzemieniem, może być takim uniwersalnym kluczem ale nie musi. - co do pomysłu z nosicielkami myśl wydała jej się ciekawa. I energicznie pokiwała swoją ludzką głową, że to całkiem prawdopodobna możliwość. Chociaż znów tak do końca trudno było przewidzieć co by się wydarzyło gdyby taki strażnik dziedzictwa natrafił na taką nosicielkę. Czy by wyczuł w niej tą iskrę jaką Oster zaklęła w jaja czy nie, co by wtedy począł taki stwór. Zwłaszcza jakby taka nosicielka była w zaawansowanej pseudociąży co powinno dawać silniejszą emanację.
- Tylko jakbyście zabierali taką nosicielkę do takiego strażnika to nie używajcie na niej tej maści maskującej ode mnie. Bo ona właśnie powinna zakłócić taką emanację. - powiedziała z łagodnym uśmiechem rozbawienia na taką myśl. Zaś gdy pytał o barona Wirstberga przez chwilę trawiła to w myślach.
- Być może… Zew Sióstr jest potężny i trwa od wielu miesięcy. I się nasila. Więc nie tylko obdarzeni albo my, prawdziwi wierni możemy go usłyszeć. Ale w pierwszej kolejności powinni go odebrać ludzie nam podobni. Może tacy wariaci jak ci z hospicjum Otto. Jak baronowi się śniły takie dzwoneczki jak tobie to być może też z jakiegoś powodu jest podatny na ten zew. Nie oznacza, że zaraz do nas przystanie. Pamiętaj, że choćby ludzie pokroju tej kapłanki Morra też mogą odbierać ten zew. Wszyscy go mogą odbierać. Ale ci mniej podatni będą to pamiętali jako jakieś niewyraźne majaki senne albo ulotne myśli na granicy postrzegania. A każdy kto zdradza objawy, że odbiera ten zew myślę, że jest wart aby mu się przyjrzeć bliżej. No i miej na uwadze, że nie wiem czym jest ten potwór z bagien ale całkiem możliwe, że da się go pokonać kopią czy mieczem. Zapewne skoro jest strażnikiem dziedzictwa Vesty to nie byłoby takie proste ale możliwe. Zwłaszcza dla kogoś kto odbiera zew Sióstr. Więc to nie jest niemożliwe, że baron pokona potwora. Oczywiście równie możliwe, że to potwór go pokona i zeżre. To taki siłowy wariant gdyby nie udało się z kluczem i przewodnikiem. Zapewne trudniejszy chociaż na swój sposób prostszy. Zapewne Norma to by wolała takie wyzwanie niż głowić się nad jakimiś skrzyniami i przewodnikami. Jest więcej niż jedna droga aby posłuchać zewu Sióstr i dotrzeć do ich dziedzictwa. - oznajmiła mu gdy pytał o niemłodego już barona jakiego znów ona znów nie znała. Więc musiała bazować tylko na tym co jej o nim powiedział. Wcale nie wykluczała możliwości, że szlachcic też może w jakiś sposób odbierać zew Sióstr zwłaszcza jak miał takie podobne do Joachima sny. I nie wykluczała, że mógłby nawet pokonać poczwarę grasującą na bagnach. Chociaż pod względem kto ma jakie szanse w tym potencjalnym starciu to już nie chciała szacować nie znając ani jednego ani drugiego. Ot wskazywała na to, że jest taka możliwość.
Zanim się otrzepał z przysłowiowego kurzu drogi to słyszał jak na miejskich wieżach bili północ. Nie był do końca pewien kiedy ferajna pod wodzą łotrzyc zamierza zwijać żagle z “Mewy”. Ale roboczo to miało być jakoś koło północy. Musiał się jeszcze przygotować do odprawienia czarów. I to takich jakich od czasów Kolegium nie odprawiał. A i wtedy były one na pograniczu jego możliwości. I jeszcze musiał służbie wydać odpowiednie polecenia. Przy okazji odkrył, że zaczyna padać. Słyszał jak krople deszczu rozbijaja się o szyby i okiennice a zza nich dobiega monotonny szum. Więc nie był pewien kiedy dokładnie zaczął odprawiać te astralne czary ale musiało być już po północy ale jeszcze przed pierwszym dzwonem.
I wyglądało na to, że przecenił swoje możliwości. Dawno nie odprawiany czar astralnej projekcji był o wiele trudniejszy niż mu się zdawało. Nawet jak miał potrzebny składnik to było to bardzo trudne. Na pewno nie była to taka formalność jak z rzucaniem prostego czaru wróżby jaką ostatnio najczęściej się posługiwał.
Najpierw musiał się skupić i przypomnieć sobie dokładnie słowa zaklęcia jakie miały wyrwać wiatr Azyr z Eteru jaki przenikał ten świat. One miały utkać z nich zaklęcie o potrzebnym działaniu. Wyjąć i przygotować składnik. A potem jeszcze zebrać się w sobie przygotowując się do tego wszystkiego starając się zwalczyć presję czasu, że może przybyć na miejsce akcji za późno. W końcu zaczął.
Z początku szło mu nieźle. Wejrzał w Eter swoim dodatkowym okiem i ujrzał jak różnobarwne energie przenikają przez jego pracownię. Słowami zaklęcia wybrał z nich ten niebiański Azyr na jakim bazowali astromanci. Zaczął go kształtować wokół siebie. Już czuł, że zaczyna go okrywać, pokrywać, ciało jakby stawało się coraz bardziej przezroczyste, niematerialne… astralne… Ale coś spaprał na koniec. Wiatry nie chciały się owinąć wokół niego i po pewnej krytycznej chwili rozproszyły się ponownie zostawiając go z niczym.
Odsapnął chwilę i spróbował jeszcze raz. W końcu niewiele mu brakowało do sukcesu prawda? Znów wejrzał w Eter i z niego zaczerpnął. Znów udało przyzwać mu się Azyr i zaczął go owijać wokół siebie ale coś poszło jeszcze bardziej nie tak niż za pierwszym razem. I nie udało mu się. To jednak było tak samo trudne jak to widocznie nieco zapomniał jak to było w Kolegium gdy to ćwiczył ze swoim mistrzem.
Zabrał się do sprawy trzeci raz. A czas uciekał. Jakby nie udało mu się rzucić tego czaru to by mu zostało albo z powrotem zasuwać do reszty kultystów w swojej fizycznej formie albo sobie darować i zostawić ich bez swojego udziału. Trzeci raz okazał się katastrofą. Małą ale jednak. Już samo wejście w Eter poszło mu kiepsko. Do tego Azyr jakby go złośliwie omijał. W zamian za to poczuł cichy syk i skwaśniały zapach. Czar kompletnie mu nie wyszedł. Do tego jeszcze Eter za jego sprawą zamanifestował się w tym świecie nie tak jak to sobie planował. Tym razem jeszcze dość mało poważnie ale za to w całym domu pewnie skisło wszelkie mleko, wino, chleb inne jedzenie spleśniało lub zgniło i trzeba będzie to wszystko wyrzucić. Mimo wszystko w skali nieprzyjemnych czy groźnych skutków ubocznych to była drobnostka. Ale używał średniego poziomu mocy a te poważniejsze były przy działaniu na większą skalę.
A czas uciekał. Przecież nawet w astralnej formie to musiał na własnych nogach przebyć to nocne miasto z powrotem do portowej dzielnicy. Spróbował więc jeszcze raz. Tym razem wszedł w Eter prawidłowo. Udało mu się przyzwać błekitny Azyr do siebie. I zacząć formować go w potrzebny wzór wokół własnego ciała. Widział jak to zaczynają pokrywać błękitne nitki zaklęcia. Coraz gęściej i gęściej aż własnego ciała nie widział już kompletnie. Jeszcze trochę… I udało się! Wreszcie się udało! Zrobił krok do przodu i obejrzał się za siebie. Ujrzał swoje bezwładne ciało leżące na podłodze. Zostało mu czekać aż przyjdzie służba bo w astralnej formie nie miał wpływu na realny świat. Nie mógł otworzyć ani drzwi ani okna. Zostało mu czekać. Na szczęście nie czekał długo i w końcu usłyszał pukanie do drzwi. Po chwili czekania do środka wszedł Ghunter. Podbiegł do bezwładnego ciała, nachylił się słuchając czy oddycha. W końcu złapał je pod pachy i zaczął wlec na zewnątrz. Na korytarz, schody, drzwi do kuchni i wreszcie do ogrodu. Padało. I wyglądało nieprzyjemnie. Ghunter zawahał się i spojrzał na wleczone ciało.
- No sam tak chciał. - mruknął jakby chciał przekonać sam siebie. W końcu zaciągnął ciało bezwładnego maga na krzesło w ogrodzie. Potem wrócił do domu i po chwili wrócił z jakimś kocem jakim starał się okryć ciało swojego pana. I tak go jego astralny pan zostawił.
Może i był w astralnej formie ale nie był pewien jak odmierzać czas. Tylko na oko. A najlepiej aby wrócił z powrotem do siebie nim upłynął dwa dzwony. Inaczej… Mogło być nieprzyjemnie. A nawet groźnie. Co więcej znów pokonywał na własnych nogach ociemniałe miasto. Usłyszał jak biją pierwszy nocny dzwon gdy jeszcze przez nie szedł. Był spóźniony? Nie był pewny. Zwłaszcza jak wszystko było umówione na “mniej więcej” no i na miejscu miało się okazać jak to wszystko wygląda. Gdy dotarł w okolicę świątyni okazało się, że już zaczęli. Spotkał Strupasa którego dzięki garbatej, zwartej sylwetce łatwo było rozpoznać i chyba jakiegoś mężczyznę w ciemnej opończy co stał na czujce. Ale wozu jeszcze nie było pod bramą. Więc to musiał być dość początkowy etap akcji.
Potem przez jakiś czas nic się nie działo. Ale ze swojego południowego narożnika dojrzał jak dwie czy trzy sylwetki wychodzi zza jakiegoś narożnika. Przemyka w kierunku muru świątynnego. Potem zwinnie go przeskakuje i znika mu z oczu. I znów się nic nie działo. Cisza, noc i deszcz. Aż usłyszał cichy zgrzyt. I z furty przy głównej bramie ktoś wybiegł w stronę rzeki. Znów chwilę nic. Ale potem ujrzał jak grupka kilku osób biegnie cicho w kierunku tej furty. I znika tam w środku. I znów nic. Chociaż w pewnym momencie wydało mu się, że słyszy jakieś krzyki i stukoty. Chyba zaczęła się walka. I wydawała się trwać i trwać. Aż zasychało w gardle na myśl, że ktoś jeszcze z domowników mógłby to usłyszeć albo się obudzić. Ale na razie nic się nie działo. W końcu znów jakaś pojedyncza sylwetka wybiegła przez furtę w stronę rzeki i znikła mu z widoku. A gdy odczekał jeszcze trochę to ta sama albo kolejna biegła na tle drugiego brzegu Salt właśnie brzegiem rzeki. A on sam usłyszał turkot wozu. Ten pokazał się chwilę później i trzeszcząc niebywale głośno podjechał pod główną bramę i furtę świątyni. Ktoś tam zaczął się na niego ładować. Ze dwie czy trzy osoby po ciemku i jeszcze w cieniu jaki dawał mur świątynny to nie widział kto to i co tam się właściwie dzieje. Po jakimś czasie dostrzegł nadbiegającą sylwetkę. Biegła wzdłuż zachodniego muru świątyni wypadła nieco ku jego narożnikowi i popatrzyła gdzieś w głąb ulicy. Odczekała chwilę po czym odwróciła się i śmignęła z powrotem w stronę wozu. Ale nie zdołał dostrzec kto to.
I chyba zaczęli ładować ten wóz. Jak on stał na swoim posterunku. Wóz za jego plecami w naturalny sposób przykuwał uwagę bo tylko tam się coś ruszało i dochodziły jakieś odgłosy. Poza tym plac i całe miasto tonęło w nocnym deszczu. Ale w pewnym momencie coś dojrzał. Światło. Jak od latarni. Jeszcze dość daleko, właśnie jakby ktoś wyszedł zza narożnika ze dwa czy trzy kwartały dalej. I zatrzymali się? Czy szli po prostu bardzo wolno? Nie był pewien bo przez ten deszcz i ciemność ledwo widział tam dwie czy trzy sylwetki. No i nie widział detali, nie miał pojęcia kto to jest. Jednak w środku nocy i w taką pogode to poza strażnikami co mieli służbę patrolową pewnie mało kto by miał ochotę wyłazić na zewnątrz. Co więcej znów zabiły dzwony. Dwa razy. To już mu wiele czasu w tej astralne formie nie zostało. Czas było pomyśleć o powrocie do własnego, fizycznego ciała. To też mu musiało zabrać pacierz czy dwa.
Mecha 31
Rzucanie czaru: Astralna projekcja (18 PM)
Magia: 2k10
Składnik czaru +2 do rzutu
Wymagany PM czaru: 18rzut: https://orokos.com/roll/979840 14; 14+2=16-18=-2 = por
rzut: https://orokos.com/roll/979841 12; 12+2=14-18=-4 = por
rzut: https://orokos.com/roll/979842 2; 2+2=4-18=-14 por + małe przekleństwo
rzut na przekleństwo: https://orokos.com/roll/979843 02 > aura wiedźmy
rzut: https://orokos.com/roll/979844 17; 17+2=19-18=+1 = suk
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.12; Aubentag; noc
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, deszcz, łag.wiatr; zimno (-5)Otto, Heinrich i reszta ferajny
- O! Rozpadało się! Dobrze! Deszcz utrudni robotę psom i tropicielom! - ucieszyła się Łasica gdy nieco po północy z tych nocnych, ponurych chmur zaczął padać deszcz. Parę osób prychnęło z niezadowolenia. Bo zrobiło się zimniej, od razu zaczęli moknąć co było mało przyjemne. No i ręce cierpły z tego zimna. Ale oni nie byli zawodowymi włamywaczami tak jak ona. Więc jej radosna reakcja nieco ich zaskoczyły. Czekali jeszcze trochę. Aż Strupas przyszedł i dał znak, że patrol straży przeszedł i poszedł.
- No to zaczynamy. Strupas i Heinrich bierzcie północne narożniki. A Joachim jak tu jesteś to bierz któryś z południowych. - mając trzech obserwatorów i cztery narożniki ulic wokół świątyni Łasica zdecydowała się obsadzić w pierwszej chwili te gdzie mieli dawać dyla po akcji. Joachim ten wschodnio - południowy a zachodni na razie była filowana przez tych co czekali przy wozie. Otto co właśnie póki co miał posterunek na koźle wozu widział jak dwie sylwetki ruszają w ciemny zaułek i znikają z pola widzenia za narożnikiem. Czekali jeszcze trochę aby mieli szansę zająć odpowiednie pozycje. Deszcz zaś zmienił się w monotonny szum jaki moczył wszystko i wszystkich swoimi zimnymi kroplami.
- To teraz my. Silny chodź z nami. - powiedziała podekscytowana Łasica. I ruszyli we czwórkę. Zaś Otto znów widział jak kolejna grupa znika za tym samym narożnikiem. I znów czekali. Już niewielu ich zostało. On, Rune, Soria, Annika i Tobias. Mimo monotonnego, zimnego deszczu dało się wyczuć zdenerwowanie i oczekiwanie. W tej chwili nic nie zależało od nich i musieli zdać się na resztę zespołu.
Ze swojego miejsca Heinrich niewiele widział. Znaczy niewiele ciekawego. Ot, puste, błotniste ulice nocą zalewane zimnym deszczem. Przypadł mu północno - zachodni narożnik czyli ten od strony miasta. Strupas wolał ten wschodni, od strony rzeki bo wtedy miałby bliżej aby wrócić tam gdzie zostawili wóz. Chociaż wtedy właśnie tamten narożnik pozostawałby bez obserwatora. Nie było wiadomo co z Joachimem. Bo ponoć dzięki czarom miał być niewidzialny. To jak tu gdzieś był to musiał gdzieś przemknąć obok niego niezauważony. A na razie to cisza, ciemność, błoto pod nogami i deszcz spadający z góry. Zimny deszcz. Jaki mieszał się z błotem na twarzy i je zaczynał rozwadniać. Widział to okno o jakim wcześniej mówił garbus. Faktycznie. Wysoko. Drugie lub trzecie piętro. I promieniowało prostokątem światła. Ale czy ktoś tam czuwał czy zasnął nie gasząc świeczki nie szło zgadnąć. Okno było od północnej strony placu a więc widział je pod ostrym kątem. Ale poza tym, że się świeciło to nic się nie działo. Od strony świątyni też nie.
Otto w pewnym momencie dojrzał zwalistą sylwetkę jaka wynurzyła się zza znajomego narożnika. To nie mogła być żadna z dziewczyn. Bez wahania zbliżyła się do nich.
- To ci od strażników za mną! Udało im się, droga wolna! - szepnął do nich podekscytowany. Soria, Rune i Annika poderwali się aby ruszyć za nim. - A wy czekajcie na sygnał. Ktoś po was przyjdzie. Znaczy załatwiliśmy strażników i trzeba podjechać wozem. Dajcie wtedy znać Strupasowi albo niech ktoś go zmieni na czujce. - rzucił jeszcze mięśniak nim odprowadził grupkę szturmową z powrotem za narożnik.
- Przyznam, że to dla mnie całkiem nowe doświadczenie. Jestem troszkę stremowany. - rzekł cicho Thobias jaki wydawał się już gryźć paznokcie z nerwów. Może nie dosłownie ale widać było, że nie jest przyzwyczajony do tak stresujących zajęć.
Czekali nadal. Trudno powiedzieć ile. Tu w zaułku słychać było tylko monotonny szum deszczu, krople uderzające w gnój czy deski wozu. Chlupot rzecznych fal i mokry zapach jaki od nich bił. I nic więcej.
- Przynajmniej coś cicho. To nikt nie robi larum. - mruknał nerwowo nauczyciel nie mogąc sobie znaleźć miejsca. W końcu usłyszeli coś. Kroki. Szybkie jakby ktoś biegł. Jedna osoba. Po chwili wypadła ze znajomego narożnika i bez wahania podbiegła do nich. Drobniejsza więc pewnie nie Silny ani Rune. Ani tak pokraczna jak Strupas.
- Załatwili ich! Ale Rune i Annika oberwali! Nie nadają się do noszenia! Dawajcie z tym wozem ja lecę po Strupasa! - w ciemności Pchełkę dało się poznać tylko po głosie. Syknęła do nich cicho po czym niczym prawdziwa pchła zwinnie odskoczyła dalej znów po chwili znikając im z oczu nie czekając na ich reakcję.
- To wsiadaj. Ten kawałek to chyba możemy podjechać bez nich. - Thobias dał znać Otto i ruszli. W tej nocnej ciszy rzeczywiście ten wóz wydawał się strasznie głośny, skrzypiący, niezdarny i pokraczny. Jakby złośliwie chciał oznajmić śpiącemu miastu, że nadjeżdża. Wyjechali wozem na aleję wzdłuż rzeki i kawałek nią ku świątynnemu placu. Tam przy bramie już ktoś do nich machał. Gdy podjechali bliżej w otwarej furcie stała jakaś sylwetka.
- Pomóżcie im wsiąść na wóz! Ja lecę do piwnicy zobaczyć co ze skabrcem! - syknął głos Burgund. Dwie obolałe sylwetki jęczały cicho i głośno dyszały. Widać było w ruchach brak wcześniejszej zwinności. Pomoc wydawała się jak najbardziej na miejscu. Tobias z Otto pomogli im władować się na pakę wozu. Rzeczywiście byli to Rune i Annika.
- Czekali na nas… Nie spali… Byli ubrani i w ogóle… Dobrze, że bez pancerzy… I tarcz nie zdążyli złapać… Bo mogło być krucho… - wysapał ciężko Rune gdy już usadowił się na wozie.
- Ale daliśmy radę. Twarde z nich cholerniki były… Twardo walczyli… Do końca… Ostatniego we czwórkę pojechaliśmy… Macie coś do picia? - Annika wydawała się w podobnym stanie co jej kamrat. Mimo ciemności dało się słyszeć ich ciężki, pełen boleści oddech.
Heinrich zaś stał na swojej czujce. I wsłuchiwał się w łomot deszczu. Marzł. I czekał. Na razie cicho. Jak coś tam się działo wewnątrz świątyni to nic nie było słychać ani widać. Chociaż… W pewnym momencie wydało mu się, że coś słyszy. Głosy? Stukoty? Chyba się zaczęło. Jak on to słyszał tutaj to kto inny też mógł. Ale na razie nad nocnym miastem wciąż panowała cisza. Po chwili jakby wszystko ucichło. Znów słyszał tylko monotonny szum kropel rozbijających się o jego płaszcz i błoto poniżej. Kolejna deszczowa noc. Ale w pewnym momencie coś dojrzał jeszcze. Od strony rzeki. Jakby ktoś tamtędy szybko śmignął. A z przeciwnej strony usłyszał turkot wozu. Rzeczywiście dziwnie głośny w tej nocnej ciszy. No i turkotał się a nie, że tylko raz coś zaskrzypiało i koniec. Uwagę znów przykuła ta sylwetka z przeciwległego krańca placu. Biegła w jego stronę. Szybko i zwinnie. Po chwili zatrzymała się i rozejrzała.
- Heinrich? Gdzie jesteś? - rozpoznał głos Pchełki. Widocznie w biegu nie mogła go dostrzec tak od razu. Musiał dac jej znac albo poczekać aż sama go zauważy. Wtedy podbiegła do niego.
- Daliśmy radę! Załatwili strażników! Ale Annika i Rune oberwali! Nie nadają się do noszenia. Łasica kazała ich zabrać na wóz. Chłopaki już jadą. A my idziemy do skarbca i nosić fanty! - streściła mu szybko co najważniejsze nim czmychnęła dalej. Czujkom zostało pilnować obejścia aż do odjazdu całej grupy. Teraz wciąż byli w trakcie akcji i nagłe pojawienie się strażników mogło napytać im biedy.
- Dobra Otto masz dwie rączki i tak dale to dawaj do noszenia! Te dwa zdechlaki tu popilnują fantów. Pchełka leć zastąp Strupasa na oku. - sylwetka jaka położyła triumfalnie jakiś worek na dno wozu jaki brzdęknął obiecująco odezwała się głosem Łasicy. - I są! Mamy to! Teraz tylko to ładować! - zawołała wesoło włamywaczka. Po chwili zniknęła z powrotem w furcie aby wrócić po koleną porcę. Zaraz po niej zjawił się Silny, Burgund i Soria. Wszyscy dokładali swoją dolę na dno wozu ku coraz większej radości poturbowanych szturmowców. Thobias je od nich odbierał i układał na dnie wozu. Pchełka śmignęła wzdłuż muru aby zastąpić garbusa na posterunku przy rzece. Właśnie ten kierunek był najdogodniejszy aby nim odjechać w kierunku łodzi Mergi. Wystarczyło jechać wzdłuż rzeki i w końcu się dotarło gdzie trzeba.
Heinrich tymczasem trwał na swoim posterunku. Od strony świątyni jak odgłosy wozu umilkły znów było cicho i spokojnie. Przez monotonny szum deszczu nie przebijał się, żaden dźwięk. W pewnym jednak momencie dostrzegł to czego się obawiali. Światełko w tunelu. A raczej światło latarni na drugim końcu ulicy. O tej porze i w taką pogodę to były marne szanse, że to ktoś inny niż patrol strażników. Bo kto inny by się włóczył? Ale światełko nie zbliżało się szybko. Więc pewnie nie biegli tu na łeb i szyję. Raczej dla nich to chyba wciąż był rutynowy patrol. Nie znał ich trasy i zwyczajów ale jeśli utrzymają kierunek to pewnie w końcu wyjdą tutaj. Na ten plac świątynny.
Mecha 31
Wspinaczka na i po dachu (KRZ + Wspinaczka)
wspinaczka +10
sprzet +10
deszcz -10Łasica 40+10+10-10=50; rzut: https://orokos.com/roll/979849 40; 50-40=+10 > remis = trochę dłużej, z poślizgiem i trudnościami ale się udało
Otwieranie okna i drzwi (ZRĘ + Otwieranie)
zwinne palce +10
d.wytrychy +10
ciemność -20Łasica 45+10+10-20=45; rzut: https://orokos.com/roll/979850 43; 43-45=-2 > remis = otwarte; rysy na zamku, standardowa ilość czasu
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim w drodze do domu miał czas przemyśleć pożegnalne słowa swojej Mistrzyni. Były one mądre.... chociaż do większości tych rzeczy zdołał już dojść sam. Co chyba dobrze o nim świadczyło, prawda? Co do Barona to chciał w nim widzieć potencjalnego sprzymierzeńca. Jego pierwotny plan opierał się właśnie na zyskaniu sprzymierzeńców pośród elity tego miasta. Pytanie jednak czy ryzykować że uda im się pokonać strażnika ksiąg? Może by to obróciło się ku jego myśli, tak długo jak to on mógłby przejąć księgi....ale skłaniał się ku temu by opóźniać wyprawę aż uda się włamać do Akademii i przejąć ten artefakt który nazywali "światełkiem". No ale na to miał jeszcze trochę czasu, na dzisiejszą noc było inne zadanie.
Wkrótce pochłonęła go magia, tak jak wcześniej gdy przywołał chowańca. Kilka niepowodzeń przy rzuceniu zaklęcia było frustrujące, ale w końcu oddzielenie duszy od ciała to nie była jakaś banalna sztuczka. Na szczęście w końcu mu się udało i z fascynacją obserwował efekty.
Z perspektywy niewidzialnego obserwatora akcja wydawała się przebiegać zgodnie z planem. Łup był już ładowany na wóz, teraz pozostało tylko opuścić to miejsce. Szkoda, że chyba kończył mu się czas. Czarodziej zdecydował, że spróbuje jeszcze zobaczyć kto to się zbliża i czy nie jest to patrol który będzie zagrożeniem. Jak pozostali się wycofają spod Świątyni to on też planował podążyć w stronę swojego ciała.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto westchnął kiedy pierwsza kropla spadła mu na czubek głowy.
- A ja zostawiłem habit, aby nie rozpoznali mnie po nim. - mruknął do Joachima na wozie.
Musiał przyznać, że też czuł niepokój. Co zrobić jeżeli jakiś patrol przyjdzie? Walczą? Uciekają? Udają, że wszystko w porządku i korzystają z darmowej kąpieli z nieba?
Na szczęście nic takiego się nie stało i wkrótce podjechali wozem do świątyni.
Otto dopadł do Anniki i Rune kiedy położono ich na wozie. Rany nie były krytyczne, ale spróbował jakoś sprawić, aby szkody nie były uciążliweKiedy padła komenda, aby zbierać fanty Otto ruszył pędem do środka w stronę skarbca, zabierając z wnętrza co się da i wracając do wozu. Nie zliczył ile kursów zrobił. Pod koniec delikatny pot byłby widoczny na jego czole… gdyby nie było zmoczone deszczem. Spojrzał na nie mały skarb jaki udało im się zebrać.
- Jedźmy teraz do portu zanim ktoś się zjawi. - zawołał do Łasicy i reszty ekipy.
Rzut leczenie Anniki: https://orokos.com/roll/980835
Rzut leczenie Rune: https://orokos.com/roll/980836 -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 32 - 2519.07.13; abt; noc
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.12; Aubentag; noc
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, deszcz, łag.wiatr; zimno (-5)Joachim
Czas uciekał wraz z nocnym deszczem. Cały czas padało i zewsząd dało się słyszeć ten monotonny stukot kropel o wszystko na co padły. Jednak uwagę młodego magistra rozpraszało kilka czynników na raz.
Za sobą zostawił niewielki świat świątynny jaki w Festag na porannej mszy był zastawiony wielkopańskimi powozami, dorożkami czekającymi na swoich klientów, zwykłymi, chłopskimi furmankami, sprzedawcami odpustów i licznymi wiernymi zebranymi z całego miasta aby oddać cześć dobrym bogom w dniu im poświęconym. A przy okazji odpocząć od pracy i spotkać się i porozmawiać ze znajomymi jakich wcale nie rzadko nie widziało się od zeszłego tygodnia. Tak było i w ostatni Festag. Ale teraz, w środku nocy, na początku nowego tygodnia plac świecił pustkami. Widać było głębsze cienie gdzie był jakiś załom muru lub kamienicy i te nieco jaśniejsze jeśli były na otwartej przestrzeni. Więc ten pojedynczy wóz stojący przed główną bramą świątyni rzucał się w oczy. Przynajmniej jemu. Nawet jeśli po ciemku były tylko niewyraźną plamą nieco ruchomych kształtów. Ale stamtąd dobiegały przytłumione odgłosy ładowania, skrzypienia, rozmów, kroków. Nie dało się bezszelestnie załadować wozu zdobytymi gratami.
Drugim czynnikiem przykuwającym uwagę było to światło w głębi ulicy. Jak chciał sprawdzić kto to to musiał tam podejść bliżej. A gdy to zrobił to okazało się, że to trójka strażników. Jeden miał zawieszoną na halabardzie latarnię jaka dawała promień jasnego światła do kilku kroków dookoła. I coraz bardziej mętniało to światło na kilka dalszych kroków. Więc gdy się w nocy szło z taką latarnią to tak jak mówiły łotrzyce, było się widocznym z o wiele większej odległości niż się samemu coś widziało. Co mocno utrudniało strażnikom zaskoczenie kogoś znienacka. Ale pomagało omijać różne kałuże i większe błotne bajora czy też inne tego typu przedmioty zatopione w miejskim gnoju zalegającym na ulicy.
Strażnicy wydawali się być spokojni. Szli spacerowym tempem jakby to był kolejny, rutynowy patrol i chyba nie spodziewali się kłopotów. Wydawali się być nie w sosie pewnie z powodu tego deszczu i błota jakie zdominowało dzisiejszą noc. Mieli kaptury założone na głowy a jeden hełm kapalin którego metalowe rondo też nieźle chroniło przed padającym deszczem. No ale tym spacerowym tempem zbliżali się w stronę świątyni. Właściwie gdyby był dzień to pewnie już by mogli widzieć główną bramę oraz stojący przed nią wóz. Ale nadal szli spokojnie to chyba jeszcze nie widzieli. Zresztą stąd to i Joachim go nie widział.
Trzecim czynnikiem jaki wpływał na percepcję młodego maga była presja czasu. Nie miał jak dokładnie zmierzyć czasu ale wiedział, że czas mu się kończy. A miał całkiem spory kawał miasta do przejścia w ten deszcz i pociemku aby wrócić do swojego ciała na czas. Inaczej… No cóż, z opisu czaru i nauk wyniesionych z Kolegium to pamiętał, że inaczej to chyba też powinien wrócić do swojego ciała. Ale taka astralna kompresja drogi pokonana w mgnieniu oka nie była ponoć ani przyjemna ani zdrowa. Mogła zaowocować dość nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi.
Otto
Ciężko było kogoś zbadać czy opatrzeć po ciemku. Siedząc na wozie najpierw obok nowej służki Fabienne a potem obok byłego weterana z armii Otto mógł się o tym boleśnie przekonać. Praktycznie nic nie widział! Musiał to badać na macanego i posiłkować się bolesnymi syknięciami i szeptami poszkodowanych. Wyjął z torby opaturnki i jakoś je tam założył. Co z tego wyszło to nie miał pojęcia. Ale jeśli krwawili to chyba teraz powinni mniej. Zdawał sobie sprawę, że potem i tak pewnie trzeba ich będzie obejrzeć przy świetle. Ale to potem. Na razie to siedząc na wozie i ich opatrując był świadkiem jak co chwilę ktoś przybiegał i dysząc ciężko kładł coś na wóz. A to jakiś worek, a to skrzynkę, a to dzban czy garniec. Znów po ciemku to wyglądało to jakby ktoś dokładał kolejną, ciemną plamę czegoś. Słuch był bardziej przydatny i pocieszający. Bo dało się rozpoznać bardzo obiecujące, metaliczne brzęczenie albo stukot drewna o drewna gdy kładziono coś na wóz czy przesuwano gdzieś dalej. Tobias wziął na siebie przyjmowanie tego i układanie tego po całym wozie aby nie zwalać wszystkiego na jedną kupę. No i było to nieco cichsze niż zwalanie tego wszystkiego po ciemku i w pośpiechu na jedną kupę.
W końcu jak skończył z rannymi to mnich sam zeskoczył w błoto za wozem. I pobiegł całkiem znajomą dla siebie trasą do otwartych w połowie drzwi świątyni. Tam spotkał chyba Burgund jaka biegła dźwigając jakiś pakunek.
- Tam, do lochów, tam w narożniku! - wskazała mu kierunek a sama pobiegła dalej na zewnątrz. Gdyby się nie odezwała to w tych ciemnościach chyba by jej nie rozpoznał. Dziwnie wygladała ta świątynia pogrążona w ciszy i mroku. Przez wielkie, wysokie witraże wpadało nieco nocnego światła ale przy tak deszczowych chmurach i tak dawało to nieco półmroku tam gdzie padało. Większość zaś była skryta w nocnych ciemnościach. Słyszał jak jego sandały uderzają o posadzkę. A potem o schody. Tu ktoś zapalił światło w postaci lampy to wreszcie było coś widać. Minął go Silny dźwigając jakiś kuferek. Zaśmiał się cicho i potrząsnął nim jak zdobytym trofeum aby nim go minął. Gdzie trzeba było biec nie było trudno zgadnąć. W środku korytarza tylko jedne drzwi były otwarte i paliło sie w nich światło. W środku zastał Łasicę i Sorię.
- A to nie za ciężkie dla milady? - zapytała Łasica dość wątpiącym tonem widząc jak czerwona milady przymierza się do całkiem sporej skrzynki. Co prawda wciaż była ubrana jak zwykła robotnica czy szwaczka tak samo jak przyszła do ulubionej tawerny obu łotrzyc. Ale i tak wydawała się zbyt wątła i krucha aby zabrać się za skrzynkę co była większa niż ta co właśnie wyniósł stąd Silny.
- Nie kochanie, ta będzie w sam raz. - powiedziała herold Soren i bez trudnu dźwignęła tą skrzynkę w ramiona. Widząc, że Otto wbiegł zaśmiała się do niego wesoło. - Ależ to ekscytujące! Co za przygoda! - zawołała przyciszonym głosem po czym bez większego wysiłku potruchtała z tą zdobyczną skrzynką w ślad za Silnym.
- Nie widziałam, że ona jest tak silna… - przyznała włamywaczka obserwując chwilę puste wyjście na korytarz. Ale szybko wróciła do swoich obowiązków. - Dobrze, że jesteś! Bierz tamten worek! - zakomenderowała wskazując na jeden z worków stojących pod ścianą. Gdy go złapał nie wydawał się aż tak ciężki. Ale gdy wybiegł z lochu to jakoś z każdym krokiem wydawał się cięższy i cieższy, i mniej wygodny i coraz trudniejszy do niesienia. Nie puszczał jednak go i biegł dalej aż przebiegł przez całą świątynię błotnisty front dziedzińca, furtę i już był przy wozie podając worek w ręce chyba Tobiasa. Po drodze minął zwalistą sylwetkę łysego mięśniaka i o wiele zwinnejsza i zgrabniejszą pewnie Sorii albo Burgund.
- Światło! - cichy syk Pchełki sparaliżował wszystkich. Zaczeli się rozglądać ale szybko uwagę wszystkich przykuła plama światła widoczna już przy południowym narożniku od strony miasta. W środku nocy, w tak paskudną pogodę to mało prawdopodobne aby to był ktoś inny niż staż. Ale jeszcze było cicho i nie było wiadomo czy ich spostrzegli.
- Biegnijcie po resztę! Niech wracają! - syknęła Burgund dając znać reszcie aby dali znać tym co są w środku, że czas im się zaczyna kończyć.
- A jak tu przyjdą? - w głosie Tobiasa dała się słyszeć wyraźna obawa. Wydawał się być w ogóle nie przygotowany na takie nocne przygody. Póki miał prostą robotę jak ładowanie fantów na wozie to jakoś miał zajęcie. Ale teraz gdy zawisła nad nimi groźna odkrycia to znów zaczęła go zżerać trema.
- To trzeba ich będzie zagadać. Albo dać w łeb. Ale szybko i cicho aby larum nie narobili. - szepnęła zdenerwowana Burgund która oprócz Łasicy to miała największe doświadczenie w takich sprawach. Reszta trawiła to szybko w głowie bo z tych silnorekich to mieli na wozie Rune i Annikę. Ale ich nieźle pocharatali moryccy templariusze. A Soria i Silny byli teraz w środku po resztę fantów. Tak samo jak Łasica co na razie wydawała się liderem całej nocnej hecy.
- Jak teraz ruszymy to na pewno nas zauważą. Ale jak tu będą leźć to pewnie też. Chyba, żeby poszli gdzieś bokiem a nie tędy. - szepnęła w odpowiedzi Pchełka. No rzeczywiście nawet jak to byli strażnicy to z jednej strony byli na tyle blisko, że ruszający nagle wóz byłby trudny do przegapienia. A ruszający nagle w środku nocy wóz był z natury podejrzanym wozem. Ale stali albo szli z narożnika. Teoretycznie to było pół na pół, że pójdą wzdłuż osi frontu świątyni gdzie właściwie nie dałoby się przegapić stojącego wozu ale mogli też pójść wzdłuż bocznej ściany to była jeszcze szansa, że wtedy by nie dostrzegli wozu.
Heinrich
Heinrich jak podkradł się nieco bliżej wychodząc naprzeciwko zbliżającego się światełko to zorientował się, że jest trochę dobrze a trochę źle. Dobrze bo dostrzegł to czego się można było spodziewać w środku tak zimnej, dżdżystej nocy czyli trójkę strażników z halabardami. Z czego jeden na swojej miał zawieszoną latarnię i robił za latarnika. Ale było ich trzech. Zwykle patrole składały się z dwóch, trzech ludzi. Więc sugerowało to, że działają rutynowo i nie podejrzewają niczego na tyle aby na przykład podwoić liczbę strażników. No i drugą dobrą stroną było to, że zachowywali się dość rutynowo. Ot, patrol pechowców co musi zasuwać przez to zimne błoto, mrok i deszcz jak inni mądrale wylegują się pod ciepłymi pierzynami grzani przez pulchne tyłki swoich żon. Zdecydowanie nie sprawiali wrażenia, że gnają na alarm, że ktoś rabuje największą świątynie w mieście.
Złą stroną było to, że chociaż szli dość spacerowym tempem to jednak szli w kierunku placu i świątyni. A na razie nie usłyszał gwizdnięcia jakie miało oznaczać koniec akcji i znak do odwrotu na łódź.
Zdecydował się ich zatrzymać na ile dał radę. Podstępem i udając pijanego. Zaczął zachowywać się głośniej jakby właśnie wytaczał się po ciemku zmagając się z tym błotem, deszczem i mrokiem co rzeczywiście zwróciło na niego uwagę strażników. Zboczyli ku niemu aż z każdym krokiem znalazł się coraz bardziej w oświetlonym okręgu dawanym przez latarnię. I z miejsca stał się ich atrakcją jaka przełamała rutynę nudnego, zimnego i mokrego patrolu.
- Ale się sponiewierał. - mruknął rozbawiony któryś z nich. Ale bez złośliwości jakby on sam i koledzy dobrze rozumieli taki stan rzeczy.
- I co kolego? Zgubiłeś się? - zagadnął ten co chyba był ich szefem. Chyba niezbyt nawet oczekiwał jakiejś sensownej odpowiedzi bo on i pozostała dwójka zaśmiała się wesoło.
- No. Włóczysz się tak sam. Nie boisz się, że cię napadną, okradną a nawer zgwałcą? - zapytał ten drugi nie tracjąc dobrego humoru.
- Zgwałcą? Ktoś musiałby być mało wybredny. Zobaczcie na niego. Zgwałcić to on by chyba mógł dziurę w płocie. Nie wygląda na takieco co byłby w stanie na takie zabawy. Zresztą jaka by go chciała? To jakiś stary, pijany ramol. - dowódca wydawał się być rozbawiony uwagą kolegi, zwłaszcza tym o gwałcie. Bo nocny pijus widocznie nie zrobił na nim wrażenie jakiegoś amanta i pogromcy niewieścich serc.
- Ale zobaczcie skąd wyszedł. - odezwał się ten co trzymał lampę na halabardzie i chyba był najmłodszy z nich wszystkich. Co by nawet tłumaczyło czemu właśnie jego obarczono tym dodatkowym ciężarem.
- No nie gadaj… - odparł po chwili starszy kolega jakby dopiero teraz też to zauważył. Wszyscy trzej zaczęli się krytycznym wzrokiem przyglądać nocnej znajdzie.
- Nie no nie wierzę… Nocna Inge chyba nie jest aż tak zdesperowana aby obsługiwać takich pijusów… - odparł z niedowierzaniem dowódca patrolu chyba nie wierząc w możliwość jaką sugerował młodszy kolega.
- A kto wie? Wiecie jaka ona jest. Jak ktoś zapuka sześć razy to otwiera a potem nocny numerek. - młody wydawał się za to całkiem podekscytowany swoim pomysłem i chciał przekonać do niego swoich starszych kolegów. Nawet zastukał w błoto trzonkiem swojej halabardy dwa razy po trzy razy jakby to był ten umówiony sygnał o jakim mówił.
- No ale nie z jakimiś obdartusami. - zaprzeczył ten starszy jakby nadal miał wątpliwości czy to w ogóle możliwe.
- Cholera wie. Ja słyszałem, że ona lubi takie niespodzianki i nawet kobietom nie odmawia. Znaczy sam nie próbowałem oczywiście no ale tak słyszałem. - ten co był u nich numerem dwa wydawał się być wątpiący ale widocznie też musiał słyszeć jakieś pikantne plotki na temat owej Inge.
- E tam powtarzacie jakieś głupie plotki jak jakieś stare przekupki! Spójrzcie na niego. Czy on wam wygląda na kogoś kto byłby w stanie na jakikolwiek numerek? Zwłaszcza z Inge? Zresztą nie ma co tu tak stać i moknąć po próżnicy. E ty! Coś za jeden? Co tu robisz? Zabieraj się stąd jazda bo do wieży cię zawleczemy! - dowódca patrolu obsztorcował dwójkę podwładnych i zwrócił się bezpośrednio do Heinricha którego chyba brał za kogoś kto wypił zbyt dużo.
- Może jak taki zrobiony to go wywaliła. Albo się awanturował albo zasnął. U niej to trzeba szybko załatwić sprawę a nie się guzdrać. Znaczy tak słyszałem sam oczywiście nie probowałem. - ten z latarnią zaczął dumać na głos jakby ten temat całkiem przypadł mu do gustu ale umilkł gdy szef uniósł rękę jakby miał go zamiar strzelić w ucho aby pomóc mu się przymknąć. Sam zaś czekał czy z tego obcego przybłędy uda się coś wycisnąć.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto starał się nieść tak dużo jak był w stanie. Nie mieli czasu na zwłokę. Zerknął na Sorię, dla której cały rabunek był jedną wielką dziecięcą zabawą. Spojrzał na Łasice, kiedy ta skomentowała siłę córy Soren.
- To czempionka Mrocznych Bóstw. Ich dary spełniają wszelkie zachcianki i potrzeby. Możemy jedynie marzyć, że kiedyś osiągniemy jej status. - ruszył dalej z workiem łupu. Zamarł kiedy Pchełka zwróciła ich uwagę na zbliżający się patrol. Zastanowił się chwilę rozważając potencjalne możliwości.
- Obijcie mi mordę. - zalecił swym towarzyszom - Udam, że zostałem napadnięty. Skieruję ich w innym kierunku niż wóz, lub poproszę, aby odprowadzili mnie do domu.
Jeszcze w podziemiach świątyni boga mórz Łasica wydawała się być pod wrażeniem tych do tej pory ukrytych możliwości wężowej milady. Na oko to całkiem przyjemna do oglądania i kobieca a teraz okazywało się, że ma więcej siły niż mogłoby się wydawać po tym wiotkim ciele. Ale spieszyli się więc on wybiegł z workiem w ślad za Sorią i kolegami a oba wróciła do selekcji tego co wydawało się najbardziej wartościowe do zabrania. Jedna teraz nad nocną akcją obficie moczonej zimnym deszczem zawisło nowe zagrożenie. Koledzy i koleżanki przy wozie chyba spojrzeli się po nim, sobie nawzajem albo w kierunku widocznego światła zwiastującego zapewne nocnych strażników.
- Dobra, chodź tu. - syknął do niego Rune. Gdy Otto podszedł były wojak złapał go za głowę i trzasnął twarzą o burtę wozu. Mnicha na moment przeszył krótki, ostry ból i pociemniało mu w oku. Zaś poczuł jak z rozbitego nosa spływa mu gorąca jucha. Ale poza nim reszta tego pewnie nie widziała po ciemku.
- Leci ci jucha? Jak leci to wystarczy. Kulej i trzymaj się za brzuch czy co. Aby wyglądać jak po pobiciu. - rzucił krótko i cicho podpowiadając jak jego zdaniem powinna się zachowywać ofiara nocnego napadu.
Otto potrząsnął głową, co bynajmniej nie pomogło i delikatnie się zachwiał. Złapał się wozu, aż mroczki znikną z jego wizji.
- Dzięki… dobra robota. Jeżeli nadal będą tu iść… no sami zdecydujecie co najlepsze. - po czym zaczął chwiejnym krokiem ruszać w stronę światełka patrolu. Kulał i trzymał się bardziej za żebra niż za brzuch. Jeszcze nie wołał o pomoc, wolał poczekać aż upewni się, że będą stanowić problem.
- Pchełka idź za nim i miej oko. - szepnęła Burgund i jak koleżanka z ferajny coś odpowiedziała to tak cicho, że nie było słychać a widać po ciemku jej kaptura i ubioru jaki wydawał się czarny też nie dało się poznać czy pokiwała głową. Ale z początku ruszyli we dwoje. Przed monotonny stukot deszczu wbijającego się w gnój i kałuże zalegające na ulicy. Słyszeli też odgłos własnych kroków po tej zimnej, klejącej masie w jakiej grzęzły nogi.
- I jednak strażnicy. To idź. Ja tu zostanę. - szepnęła Pchełka gdy zbliżali się do wylotu z placu przy jego południowo - zachodnim narożniku. Dziewczyna odstąpiła gdzieś w bok i mnich stracił ją z oczu chociaż przez chwilę jeszcze słyszał jej oddalające się kroki. Sam też widział strażników. Dało się poznać po halabardach opartych o ramię a jeden z nich miał na niej zawieszoną latarnię jaka oświetlała teren na kilka kroków dookoła. I kilka dalszych stopniowo ginęło w półmroku. Nie wydawali się być zdenerwowani czy zaalarmowani. Wyglądało na rutynowy patrol jaki sprawdzał nocne ulice. Może trochę dziwne, że im się chciało wyłazić w taką dżdżystą pogodę no ale szli w kierunku świątynnego placu.
Otto delikatnie się zachwiał i opadł na pobliską ścianę, wydając z siebie zduszone jęknięcie. Zatrzymał się, udając, że próbuje złapać oddech, przyglądał się jednak strażnikom, czy zareagują na hałas, który wydaje.
Strażnicy musieli go usłyszeć bo najpierw spojrzeli w gdzieś w jego stronę, potem jeden z nich uniósł latarnię nieco wyżej próbując się przebić wzrokiem przez ten deszcz i ciemność. Wreszcie podeszli ku niemu i przyspieszyli kroku gdy pewnie go dostrzegli. Szybko skrócili odległość i już po chwili byli tuż przy nim.
- Co ci jest? Co ci się stało? - zapytał jeden z nich gdy drugi podeszdł bezpośrednio do Otto przyglądając mu się z bliska.
Oko Otto wydawało się być przepełnione radością na widok strażników.
- Bandziory cholerne… napadli mnie… tak jak nie widziałem. - pośpiesznie machnął ręką w okolicy pustego oczodołu - Obili… okradli, synowie ladacznic… - mnich delikatnie osunął się na ścianie i usiadł przy niej - Uciekli już…chyba w stronę portu… proszę pomóżcie… nie chcę tu zostać sam.
- Biedok. Zobaczcie jak go obili. - rzekł ze współczuciem jeden z nich gdy obstąpili go słuchając tego co powiedział.
- Gdzie to było? Kiedy? - zapytał dowódca patrolu i rozglądając się dookoła ale poza oświetlanym okręgiem światła nikogo nie było widać. Kolega zaś podał manierkę ofierze napaści i starał się go podtrzymać na duchu.
Otto przyjął manierkę i upił kawałek. Zakaszlał kiedy alkohol walnął jego gardło, po czym jęknął ponownie.
- Zmierzchało… obili tak, że przytomność straciłem. Niedawno się ocknąłem w alejce. - mnich wskazał jedną z alejek, które mijał po drodzę do patrolu - Nie widziałem łajdaków, od ślepej strony napadli. - Otto spojrzał smutno - Nie odprowadzili byście mnie chłopaki do domu?
Strażnicy pochylili się nad nim, posłuchali, popatrzyli po sobie. W końcu ich spojrzenia skoncentrowały się na dowódcy patrolu. Ten podrapał się pod kapturem na jaki miał nałożony hełm z niewielkim daszkiem.
- Szkoda, że ich nie widziałeś. No nic. Bywa i tak. Dawaj go, podnieś. Trzeba go zaprowadzić chociaż kawałek. - zdecydował w końcu dowódca machając na kolegów. Ci podnieśli ofiarę napaści i tak na przysłowiowe trzy nogi zaczęli iść błotnistymi, zalewanymi deszczem ulicami oddalając się stopniowo od świątynnego placu.
Po jakimś czasie Otto przeszedł progi swojego mieszkania. Dzielne chłopaki odprowadziły go prawie pod sam dom. Miał nadzieję, że reszcie się udało się dokończyć opróżnianie skarbca, dowie się jutro. Przemył twarz, chociaż deszcz usunął większość krwi po pomocy od Rune, po czym ułożył się na spoczynek.
Jutro rano odwiedzi świątynie Morra, trzeba zanieść tą wiadomość do Somnium. Potem oczywiście wycieczka do zwierzoludzi. Wyśle gońcem informacje do hospicjum, że został dziś napadnięty i da sobie czas na zagojenie ran. -
Oryginalny autor: Zell
Strażnicy ukazali się być łatwiejszymi do manipulacji niż by marzył. Na początku Heinrich obawiał się że przypadkowi strażnicy miejscy okażą się problematyczni. Ciągle tacy mogli się okazać oczywiście, ale przynajmniej pierwsze wrażenie zostało wywołane odpowiednie.
Grupa heretyków jeszcze nie zakończyła akcji, co wymagało od byłego Łowcy Czarownic zatrzymania strażników dłużej, niż by chciał. Nie mógł pozwolić sobie na przekroczenie granicy, jako że bycie umieszczonym w więzieniu mogłoby się skończyć dla niego tragicznie. Byłby w końcu Jednym z pierwszych których by chciano przesłuchać w związku z rabunkiem w świątyni. Wiedział że władze byłyby pod wielką presją, aby odnaleźć winnych i łup, więc najpewniej łapano by się każdego możliwego śladu byleby móc zakończyć śledztwo. Ratusz mógłby także nie szczędzić pieniędzy by komuś opłacić wyrwanie zeznania z podejrzanego. Akcja kultystów wywoła wielkie zamieszanie, a takich rzeczy nie da się po prostu zamieść pod dywan. Heinrich byłby o wiele spokojniejszy, gdyby na ciele nie nosił dowodów konszachtów z Chaosem, które mogły do rabunku doprowadzić w świątyni Manana. A odkrycie mutacji to byłaby najgorsza z możliwych opcji.Musiał dalej grać i zagadywać strażników. Urozmaicić im ten nudny patrol w lodowatym deszczu.
- Że jaaa bym jej nieee obrócił?! - mężczyzna postawił jeden krok w przód który kosztował go równowagę jaką odzyskał balansując rękoma - Zaraza by s tymi doorogami! Pane! Na wsytkim ozczędzają! - zwrócił się bardziej w kierunku dowódcy patrolu.
Mówił na tyle powoli, aby wydawało się, że jego skołatany mózg próbuję odnaleźć odpowiednie słowa i złączyć je w sensowną treść mimo oparów tego co wypił... lub może i czego się naćpał.
- No byś obrócił. Chyba się w rynsztoku. - burknął ten co widocznie był dowódcą patrolu a jego koledzy zaśmiali się rozbawieni tym przytykiem. Wciąż chyba uważali go za jakiś humorystyczny przerywnik tego nudnego, deszczowego patrolu i byli raczej zaciekawieni i rozbawieni niż podejrzliwi.
- Ty dziadek to już lepiej wracaj pod pierzynę, a nie się samemu po nocy włóczysz i głowę zajętym strażnikom zawracasz. - dorzucił ten drugi ze starszych co niby przyjął surowy ton jakby chciał obsztorcować nocnego włóczykija, ale jakoś bez przekonania i raczej jak przyjacielska porada to zabrzmiało.
- No Inge to nie dasz rady. Ona jest młoda i gorąca. Może harcować całą noc i to nawet z dwoma na raz. To taki dziadek jak ty, jeszcze nawalony to co to dla niej? Przystawka jakaś, a nie zabawa. - ten najmłodszy co trzymał latarnie na swojej halabardzie pokręcił głową jakby nie dowierzał w możliwości nocnego gościa. A w głosie dała mu się wyczuc nutka żalu i tęsknoty gdy mówił o owej gościnnej gospodyni co miała gdzieś tu mieszkać na tej ulicy. Ale też rozbawił kolegów swoją uwagą bo się zaśmiali zgadzając się, że w starciu z nią to ten zmoknięty dziadek nie byłby ich faworytem.
- A to myślita, że jak stary to nie może? Zdziwiliście się ile mogeeem, ile obrciłem! - strzepnął wodę która spływała po kosmetyku włosów - Ja to i CZY na raz! - dumnie wypiął pierś, po chwili za chwilę się na nogach.
- Daj spokój dziadek, nie ośmieszaj się. Gdzie tam ci do Inge stawać. I ani ty ładny, ani bogaty tylko wstydu byś sobie narobił. - ten drugi prychnął i machnął ręką jakby chciał obcemu dać dobrą radę i oszczędzić kłopotów.
- Słyszeliście go jaki amant? Trzy na raz obracał. Ale masz dziadek fantazję. Tylko wiesz jak to obracanie było dwadzieścia lat temu to nieco zbyt dawno aby brać to pod uwagę. - dowódca patrolu prychnął rozbawiony chyba w ogóle nie biorąc na poważnie przechwałek napotkanego włóczykija co wyglądał jak stara, zmokła kura. Do tego chyba niezbyt trzeźwa.
- No ale nie wiadomo. Ona podobno to lubi tak w nocy i z nienacka. A kto to mniejsza z tym. Ja słyszałem, że nawet ladacznice jak mają handre to do niej chodzą. No panie sietzancie no co nam szkodzi podejść? To przeca parę drzwi dalej. Sami się przekonamy jak to z nią jest. - młody za to wydawał się być strasznie ciekawy tej Inge i chyba był gotów skorzystać z okazji aby zweryfikować takie ciekawe plotki co o niej słyszał.
- Właściwe racja Johan. Co nam szkodzi podejść? I może byśmy się u niej ogrzali chociaż chwilę. Leje tak, że mi przeszywalnica na wylot przemokla. Dwa dni będzie wysychać. W taki deszcz to nikt nie łazi. Włamywacze to szlachta, oni się cenią, jaki włamywacz by ruszał swoją wygodną dupe w taką pogodę? - drugi że strażników niespodziewanie poparł prośbę młodego. Chociaż z innych powodów. Szef zaś zastanawiał się chwilę pomagając sobie drapaniem w zarośnięty policzek.
- Co ja wam zrobię chłopaki? Słyszeliście starego. Mamy mieć oczy i uszy otwarte tej nocy, bo nie wiadomo co, ale otwarte. Inaczej w ogóle byśmy nie wyłazili w ten deszcz. No ale prikaz to sami wiecie. - westchnął na uroki nocnej służby i ci pokiwali smutno głową.
- No ale właściwie to mamy nocnego jasia wędrowniczka. Można pójść do obywatelki Inge i zweryfikować jego tożsamość. - powiedział po drugiej chwili zastanowienia. Co wywołało uśmiechy zadowolenia i kolegów. Nieco popchnęli nocnego gościa przed sobą aby mu wskazać kierunek w głąb ulicy i na zachętę po czym ruszyli za nim.
Strażnicy byli wystarczająco rozbawieni, choć niestety cała akcja będzie wymagać od Heinricha trochę kombinowania. Cóż...
- Kcecie ić ze mną w za... za... - wydawał się zapętlić krocząc noga po nodze - No wiecie. Czy lepiej wam stanie nisz mie!
- Patrzcie go jaki junak. Zaraz nam zostanie spalić się ze wstydu i rozdziawiać gęby ze zdziwienia. - prychnął dowódca chyba najmniej z nich wszystkich wierząc w te opowieści napotkanego w środku deszczowej nocy przechodnia.
- No jak może z trzema dziewojami na raz to chyba i z Inge sobie poradzi. - zaśmiał się ten drugi starszy też chyba mocno wątpiąc aby chociaż cień z tych przechwałek zmokniętego, starszego pijusa okazał się prawdą.
- Dobra, to tutaj. Tylko cicho. Bo ona chyba śpi na dole. Ale na górze jej rodzice. - młodszy wskazał na jedne z zamkniętych okiennic na parterze. Nie wyróżniały się czymś szczególnym. Ot podobne jak inne moczone tym nocnym, zimnym deszczem. Trójka strażników rozglądała się chwilę po tym zaułku i mrocznych ścianach. Widocznie wszyscy spali snem sprawiedliwym bo nigdzie nie paliło się światło.
- Ja słyszałem, że ona ma męża. I tak nocami mu rogi dorabia. Dobra młody to był twój pomysł to pukaj. Może wreszcie coś pukniesz tej nocy. - dowódca podzielił się swoją wersją plotek o gospodyni co miała tu mieszkać ale dał znak najmłodszemu z nich aby ją wywołał.
- Męża? Nie męża to chyba nie. Ja słyszałem, że dzieci. Że dzieci ma. Ale, że chłopa to nie. - ten drugi ze starszych zmrużył oczy ale widocznie słyszał o niej jeszcze co innego. Ale zamilkli bo ten z latarnią oddał halabardę koledzę a sam z niekurywaną ekscytacją wymalowaną na twarzy podszedł do okiennicy i chwilę się zbierał. Po czym zapukał. Dwa razy po trzy razy. I czekał. Pozostali mimo wszystko też chyba im się udzieliło to oczekiwanie jakby zaraz jakieś ciekawe przedstawienie miało się zacząć. Ale nic się nie działo. Stali we czterech pośrodku mrocznego zaułka i tak samo jak przed chwilą deszcz ich zalewał.
- Spróbuj jeszcze raz. Pewnie śpi. Środek nocy w końcu. I trochę głośniej. Tylko nie wal na całego aby połowy miasta nie obudzić. W końcu ponoć z kimś tam mieszka a nie, że sama. - poradził mu dowódca. I młody zastukał tak samo jeszcze raz. Trochę głośniej. I znów cisza. Aż usłyszeli jakiś chrobot. Ktoś otwierał okno!
- Idzie! - syknął ucieszony młodziak i z uśmiechem na twarzy niecierpliwie czekał na to co się stanie.
- Byle nie zaczęła od wylania nocnika. - mruknął cierpko ten drugi. Ale już słychać było jak ktoś otworzył okno, potem zamek okiennic i uchylił je. Z wnętrza wyglądała głowa młodej kobiety, niezbyt widoczna w świetle latarni. I niewiele właściwie było widać bo okryła się kocem czy czymś takim. I wzdrygnęła się gdy pewnie poczuła to zimne, deszczowe powietrze.
- Eee… dobry wieczór… - młodemu widocznie skończyła się inwencja bo szybko spojrzał na resztę szukając w nich wsparcia.
- Dobry wieczór. Któż do do mnie puka w środku nocy? - odezwała się kobieta całkiem przyjemnym, młodym głosem. Jakoś nie brzmiało jakby była przestraszona, obrażona czy zdenerwowana. Nawet niezbyt zaspana.
- A dobry wieczór Inge. A bo tu jest ten o. - dowódca wskazał na Heinricha. Więc dziewczyna spojrzała na niego. - I mówi, że da ci radę. - odparł ironicznie ale też nieco z zaciekawieniem. Dziewczę pokiwało głową okrytą kocem czy chustą i spoglądało na niego ciekawie.
- Doprawdy? - zapytała rezolutnie i jakby też jej udzielało się to rozbawienie strażników.
- Oni chcom sie mierzyć. Ja bym dał radę im! Pacz! - to mówiąc fingował, że chce popchnąć młodego w kałużę, ale poplątały mu się nogi i sam plasnął na dłonie w rzeczoną kałużę.
- Ej no uważaj! - jęknął ten najmłodszy. Jakoś nie miał większych kłopotów aby uniknąć tak niezdarnego ataku nawet chyba próbował złapać upadającego dziadka ale na to z kolei okazał się nieco za wolny. Za to był na tyle blisko, że dostał pełnym rozbryzgiem tej rozchlapanej kałuży. Za to Heinrich jeszcze bardziej. Poczuł jak dłonie zanurzają mu się w mokrej, zimnej breji a potem w jeszcze mniej przyjemne uliczne błoto pod spodem.
- Te kolego. Se uważaj. Bo się skończą twoje żarty jak będziesz tak fikał straży miejskiej. - szef patrolu fuknął na niego jakby nieco stracił tego dobrego humoru. Dał znać aby młody pomógł podnieść się do pionu staremu pijusowi co ten uczynił.
- Oj niezdara z ciebie. - powiedziała gospodyni i chyba jako jedyna uznała to przedstawienie za zabawne i humor jej chyba dopisywał bo dało się dostrzec całkiem przyjemny uśmiech na jej licu. - To chcecie się spróbować wszyscy? Czy tylko ten łamaga mnie dzisiaj będzie pocieszał. Bo ta noc taka długa i zimna. A ja jestem taka samotna. Nikt jeszcze mnie nie wybawił dziś w nocy z opresji samotności. - wydawało się jakby te wszystkie plotki o Inge co choćby wcześniej mówili o niej strażnicy okazywały się mieć jakieś podstawy bo bez skrupułów powiodła spojrzeniem po całej grupce i jakoś nie wydawało się jej to peszyć. Wręcz przeciwnie. Nawet wysunęła dłoń spod koca jakby podawała ją do tańca albo pocałunku.
- Dasz radę? Nam wszystkim? - młody nie mógł chyba uwierzyć w to co słyszy. Bo dosłownie oczy otwarły mu się ze zdumienia podobnie jak usta. Zresztą dwaj starsi koledzy chyba też się tego nie spodziewali, bo popatrzyli i z niedowierzaniem i zakłopotaniem na chwilę chociaż tracąc rezon.
Heinrich otrzepał dłonie z wody choć z błota mu się nie udało. Zacharczał jako stary pijus, spojrzał po trzech strażnikach i westchnął.
- Mne w głowie i kościach rypie... tym razem... tym razem waaam odpszszę... Zobcie pani ładnie. - mruknął pocierając własne czoło i brudząc je błotem.
- Co tam mamroczesz? Nie ma co się migać. Taki junak byłeś przed chwilą to zasuwaj. - dowódca zmrużył oczy jakby póbował zrozumieć co ich nocna znajda mruczy niewyraźnie pod nosem. W końcu jednak wskazał na panienkę z okienka co wciąż tam stała tylko po tej suchszej i cieplejszej stronie. Nadal okryta kocem czy jakąś kapotą tak, że poza twarzą niewiele więcej było widać.
- No kawalerowie bo mi tu zimno ciągnie. Nie będę tu tak stać całą noc. Albo zapraszam do siebie albo żegnam. - powiedziała dziewczyna już nieco mniej cieplej jakby dokuczało jej to zimno dochodzące z dżdżystego, nocnego powietrza oraz przedłużające się rozmowy na błotnistej ulicy.
- Modym to trza wsystko pokazać... - niby niezdarnie ruszył w stronę kobiety - No choćta, bo wyztygnie. - spojrzał na strażników poganiając ich ręką.
- No nareszcie. To poczekajcie chwilę, otworzę wam. Tylko cicho. Nie obudźcie mi całego domu. - ucieszyła się dziewczyna i zniknęła im z widoku za zamykanymi okiennicami. Jeszcze było słychać cichy chrobot zamykanych okien a po chwili wszystko ucichło. Znów stali w plamie ciepłego światła latarni na samym środku miejskiego kanionu mroku zalewanego zimnym deszczem. Wsłuchani w stukot spadających kropel.
- A on naprawdę musi? Przecież widać, że się do niczego nie nadaje. Tylko ją wystraszy i pobrudzi. - zapytał najmłodszy z halabardników widocznie uznając nocnego łazika za zbędne ogniwo w tej wizycie u tej miłej pani gospodyni.
- Jego też zaprosiła. Zresztą nie ma co gadać po próżnicy. Zobaczymy co powie. - odparł dowódca patrolu gdy też przez chwilę przyglądał się Heinrichowi jakby chciał ocenić jego siły i możliwości. Przerwało im chrobot w drzwiach i ukazała się sylwetka okryta ciemnym kocem czy podobną płachta.
- To wchodźcie. Tylko cicho. I zdejmijcie buty aby mi błota i śladów nie narobić. Nie chcę mieć przez was kłopotów i roboty. - powiedziała Inge na powitanie pokazując im gestem aby zostawili buty w przedsionku. Przez chwilę zrobiło się tam całkiem tłoczno gdy dali wejść pierwszemu ich gościowi a potem straż weszła za nim. I próbowali zdjąć te buty, odstawić halabardę a lampę wzięli w dłoń co im oświetlała korytarz a potem drogę do sąsiedniego pomieszczenia. Jakie okazało się sypialnią gospodyni. Tu dopiero zrobiło się luźniej.
- Nie wiem czy starczy, ale tu mam kompot. Nie spodziewałam się aż tak licznych gości. - wskazała gestem na stół na jakim stał dzbanek i dwa kubki. Więc musieliby pić z nich na zmianę.
Heinrich zatrzymał strażników na dłużej, ale jednocześnie i siebie też. Na razie analizował zachowanie mężczyzn, sam udając lekko odczuwającego efekty upojenia i odbiło mu się głośno.
Zrobiło się całkiem miło i domowo. Głównie dzięki wysiłkom młodej gospodyni. Chociaż nocna sceneria i przyciszone głosy, ostrożne ruchy dodawały nieco surrealistycznego charakteru tajnej, nocnej schadzki. Jednak w tak sprzyjającej atmosferze szybko przypomniano sobie po co tu przyszli.
- No to Inge. Ten tutaj amant mówił, że da ci radę. Ba! Że pokaże nam wszystkim "jak to się robi" i ponoć potrafi zabawiać się z trzema partnerkami na raz. - Johan wskazał gospodyni na mokrego gościa co nie prezentował się jak wyśniony amant. Ta wciąż odkryta kocem popatrzyła ku niemu z zaciekawieniem. Zsunęła jednak ten materiał z głowy dzięki czemu ukazała się jej młoda, nawet niebrzydka twarz okolona jasnymi blond lokami.
- No zobaczymy. Ale najpierw kawalerze to zapraszam tutaj. - wskazała ku stojącej na taborecie przy łóżku misce i dzbankowi z wodą zachęcając go aby zmył z siebie ten brud i błoto zanim przystąpią do karesów.
Henrich wiedział że będzie ciężko... coraz ciężej...
Powoli i chwiejnie ruszył ku wskazanemu miejscu. Wpierw zanurzył dłonie w wodzie którymi zebrał ją aby wypić breje... a raczej przepłukać nią swoje usta, jakby chcąc zabić zapach alkoholu, po czym wypluł do miski ciecz. Chciał w tym momencie byli widziany jako bardzo nieciekawy model przy możliwości posiadania młodych strażników.Nie dało się ukryć, że został niejako wywołany do odpowiedzi. Więc uwaga pozostałej czwórki koncentrowała się raczej na nim. Tak strażnicy jak i młoda gospodyni wydawali się ciekawi czy będzie w stanie spełnić swoje buńczuczne zapowiedzi sprzed pacierza gdy na ulicy odgrażał się, że im wszystkim da radę i pokaże jak to się robi. Teraz miał okazję to udowodnić a oni zweryfikować. Inge zaś odrzuciła koc na jedno z krzeseł i została w samym negliżu prezentując swoją całkiem ciekawą sylwetkę.
[MEDIA]https://i.imgur.com/dHIAwWI.jpeg[/MEDIA]
Ruch ten trójka strażników przywitała z uznaniem i ich spojrzenia chętnie przesuwały się po tych młodych, kobiecych kształtach jakie wydawały się im wszystkim miłe i zapraszająco gościnne. Heinrichowi coś zaczęło świtać, że gdzieś, kiedyś któraś z łotrzyc kultystów coś chyba wspominały o dziewczynie jaką mogła być właśnie Inge. Tak sądząc po charakterze i opisie. Ale wcześniej nie było mu to do niczego potrzebne i nie zwrócił na taką plotkę większej uwagę. Teraz mu się przypomniało jak miał trochę czasu aby się nad tym zastanowić. Tak czy siak i tak spotykał ją po raz pierwszy. Ona zaś nieświadoma jego przemyśleń wysunęła nieco jedną zgabną nogę do przodu, złapała się za biodra i obserwowała go trochę zaciekawionym a trochę kpiącym uśmieszkiem. Widocznie miała ochotę się zabawić i czwórka mężczyzn w jej sypialni jakoś jej nie przerażała. Nawet skrępowana się jakoś nie wydawała.
- Się przymierzasz dziadek jak pies do jeża. A taki hucfont byłeś tam na ulicy. Miałeś dać radę Inge i nas zadziwić a teraz co? Strach cię obleciał? - dowódca patrolu za to jawnie szydził z niego jakby się właśnie sprawdzały wątpliwości jakie jeszcze na błotnistej ulicy żywił do znajdy.
- Może mu instrument już nie działa. I nie może stanąć na wysokości zadania. - zaśmiał się cicho ten drugi. Obaj wcale nie wyglądali na wiele młodszych od Heinricha. Może jak młodsi bracia ale w tak dojrzałym wieku to już nie robiło takiej różnicy. Co innego Inge i ten najmłodszy z patrolowców. Ci rzeczywiście byli z młodszego pokolenia.
- A po co on nam tu? Tylko wszystko brudzi i kolejkę zawala. Niech zmiata stąd w podskokach i tak się do niczego nie nadaje. - najmłodszy zaś wydawał się być najbardziej niecierpliwy. I nie ukrywał, że miał ochotę na poznanie tej ponętnej i chętnej gospodyni bliżej więc nie uśmiechały mu się żadne opóźnienia.
- Oj chyba rzeczywiście jesteś zmęczony. Może lepiej wracaj do domu. Tu nie możesz zostać bo rodzice wcześnie wstają i do rana musi być tu cicho, czysto i pusto. - blondynka w nocnym gieźle wydawała się być najprzyjaźniejsza z całej czwórki. Ale też chyba już zaczynała zdradzać zniecierpliwienie i rozczarowanie tym, że potencjalny nowy kochanek coś nie kwapi się do zabawy z nią nawet jak tu tak bardzo stara się być gościnna i przychylna. - Szkoda. Śniło mi się, że będę miała nocnego ogiera z niespodzianką i będziemy się kochać szczerze, gwałtownie i mocno. No ale może to nie o ciebie chodziło. - powiedziała czule i nieco z rozbawieniem przesuwając swoją gładką, kobiecą dłonią po jego policzku, brodzia i ustach. Ale nie chciała już ani dłużej czekać więc dała mu możliwość opuszczenia swojego gościnnego pokładu.
Gość Westchnął I chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia.
- Zabaf motszych... - odparł na pożegnanie idąc do wyjścia ostrożnym krokiem pijanego.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim chciał jak najdłużej pozostać w astralnej formie. To było nowe, niezwykłe doświadczenie. Właściwie dużo ciekawsze dla niego niż jakaś tam kradzież. No ale przynajmniej powinien udawać, że jest na straży. Rozdarty pomiędzy chęcią jak najdłuższego wypróbowania zaklęcia, obawą przed tym co go czeka jak nie zdąży powrócić do ciała na czas a poczuciem obowiązku, postanowił że zacznie powoli się oddalać, jednocześnie upewniając się że strażnicy nie zdążą dopaść grupy atakującej świątynię. Widząc, że są oni zagadywani przez Otta, stwierdził że sytuacja jest mniej więcej pod kontrolą i może pójść z powrotem do swojej kamienicy. Zresztą grupa z Sorią i Silnym w składzie była w jego opinii w stanie szybko sobie poradzić z niewielkim patrolem.
Był ciekaw, jak miasto jutro zareaguje na udany skok. Poza tym planował porozmawiać z Baronem Wirsbergiem i przekonać go by przynajmniej odłożył wyprawę na bagna z powodu niesprzyjających znaków. Potem zaś powinien przygotować się do podróży do zwierzoludzi. Więc wyspać się i odpocząć za bardzo nie będzie kiedy... takie już życie ambitnego maga.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 33 - 2519.07.13; abt; świt - przedpołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Krucza; świątynia Morra
Czas: 2519.07.12; Aubentag; świt - przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; chłodno (0)Otto
Co tu nie mówić. Nie wyspał się. Co nie było takie dziwne. Gdy wrócił do domu to jeszcze lało jak z cebra. Ale chyba niewiele brakowało już do pierwszych zwiastunów przedświtu tylko ponure, deszczowe chmury jeszcze to zasłaniały ciemną, kurtyną. Zanim jeszcze zdążył się ułożyć do snu usłyszał pukanie do drzwi. Dość dyskretne więc nie brzmiało jak straż waląca po delikwenta z całą mocą majestatu. Jak otworzył ujrzał zarys ubranej na ciemno postaci.
- I jak poszło? Czego chcieli? - zapytała go Pchełka. Jak sama zdradziła cały czas śledziła ich grupkę. Co nie było takie trudne w nocnych ciemnościach. Ktoś z latarnią był widoczny z o wiele większej odległości niż sam miał szansę coś zobaczyć w jej świetle. I widocznie Hubert i Oksana rekomendowali właściwą osobę do takich śledzących zadań bo Otto nawet się nie zorientował, że mają ogon. Ale strażnicy też nie. Dziewczyna z ferajny zaś chciała wiedzieć jak to poszło z tymi strażnikami bo chociaż ich śledziła to nie słyszała o czym rozmawiali i mogła się tylko domyślać jak poszło. I spieszyła się aby wrócić do reszty z wiadomością. Sama z tego samego powodu jeszcze wtedy nie miała pojęcia co się dalej działo na placu świątynnym i też spieszyła się aby tam wrócić i to sprawdzić no ale już z jakimiś wiadomościami od mnicha.
Więc rano się nie wyspał. Właściwie jakby miał iść do hospicjum to by zaspał. Przez szczeliny w zamkniętych okiennicach widział już światło poranka. A na swojej twarzy czuł opuchliznę. Ciężko mu się oddychało przez spuchnięty nos i liczne, skrzepy zaschniętej krwi. Musiał przyznać, że Rune uczciwie i od serca go trzasnął w tą burtę wozu. No ale pomogło mu potem przekonać strażników, że jest ofiarą napadu. Niemniej te dolegliwości dołożyły się kolejnego dnia do niewyspania.
Musiał się ubrać w coś nowego. Bo ubiór z ostatniej nocy był miał obecnie konsystencję mokrej szmaty i nie był zachęcający ani w wyglądzie ani w dotyku. Jak wyszedł na ulicę to okazało się, że w przeciwieństwie do nocnej aury było całkiem pogodnie. Chociaż w powietrzu wciąż dało się wyczuć chłód i wilgoć zaś ziemia była rozmoknięta, pełna błota i kałuż po nocnych opadach. A poza tym ulice przypominały ul szturchnięty kijem. Ledwo się tam znalazł a już słyszał zewsząd “Świętokradztwo!”, “Co za zbrodnia!”, “Bluźnierstwo!” w różnych zestawieniach i na różne style i głosy ale nie dało się przegapić, że stało się coś strasznego. Całe miasto zdawało się być tym poruszone. Przejęte mieszaniną grozy, niedowierzania i żądzy zemsty. I często widać było strażników. A to robili blokadę i każdy musiał przejść przez kontrolę, a to wlekli kogoś kto szamotał się krzycząc, że jest niewinny, a to robili gdzieś kipisz. Któryś z kupców co jechał wozem pełnym towaru czymś podpadł czy za głośno kontestował sytuację i teraz strażnicy już obili mu twarz i wręcz z lubością roznosili jego towary rozrzucając je po całej ulicy. Oj, tak działo się. Silna akcja owocwała równie silną reakcją.
Ale znalazł jakiegoś chłopaka jaki za parę groszy ruszył ku hospicjum aby zanieść wiadomość, że dzisiaj nie przyjdzie do pracy z powodu napaści. Od siebie do Kruczej gdzie stała świątynia Morra nie było aż tak daleko. To mimo tego rwetestu i galimatiasu na ulicach dotarł tam gdzieś na pograniczu późnego poranka i wczesnego przedpołudnia. Od razu dostrzegł element jakiego nie było tu podczas wcześniejszej wizyty a jaki był trudny do przegapienia. Przed niezbyt okazałą świątynią Pana Snów stało dwóch, czarnych gwardzistów jacy przybyli do miasta ze stolicy jako eskorta Matki Somnium. Zaś w środku było zaskakująco sporo wiernych. Wielu modliło się, śpiewało psalmy za zmarłych bohaterów i obrońców Imperium lub rozmawiało dyskretnie.
Matki Somnium nie zastał. Wiadomość odebrał jeden z tutejszych kapłanów. Wydawał się być blady i spokojny mimo nerwowej sytuacji na mieście. Jakby udzielał mu się spokój jego patrona no i jakiego też oczekiwano po kapłanach w ogólności a od kapłana Morra w szczególności. Ale obiecał, że przekaże wiadomość ich młodej kapłance. Dał jednak do zrozumienia, że przy obecnej sytuacji nie spodziewa się aby ta miała zbyt wiele czasu na inne zajęcia.
Zostało mu jeszcze z pół dnia do spotkania w “Mewie” gdzie ustalono punkt zborny dla większości tych co mieli ochotę na wieczorno - nocną zabawę z kopytnymi. A przy okazji powinna być okazja aby się spotkać i obgadać właśnie zakończoną noc. Ponieważ wziął na siebie odciągnięcie patrolu strażników to nadal nie wiedział jak się to skończyło. Chociaż sądząc po reakcji na mieście to chyba całkiem przyzwoicie. Okazało się, że gdy wrócił do siebie do domu to ktoś z piśmiennych kolegów wsadził mu liścik pod drzwi.
Cytat:
“Udało się, łódź z towarem odpłynęła szczęśliwie. Spotkanie z ladacznicami bez zmian. Kolczatka urodziła! 10 kociąt!”
Po charakterze pisma rozpoznał Sigismundusa. Ale nie był pewny kto mu podrzucił ten liścik. Ale w końcu garbus był na nocnej akcji. A po niej mógł wrócić do apteki kolegi. No a jak był do końca to pewnie wiedział jak się akcja skończyła. No i skorzystali z okazji aby powiadomić go o nowym miocie “kociąt” jakie przyszły na świat. Pewnie w nocy albo rano bo wieczorem Strupas jeszcze nic o tym nie mówił jak czekali jeszcze przy wozie aż zacznie się włam do świątyni.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.12; Aubentag; świt - przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; chłodno (0)Heinrich
Dobrą stroną tego, że się nie miało rutynowych zajęć było to, że nie trzeba było się zrywać do roboty z samego rana. No i były łowca czarownic mógł skorzystać z tego dobrodziejstwa aby chociaż trochę odespać pracowitą, długą, zimną i deszczową noc. Chociaż i tak jak wstał czuł, że kręci go w nosie to nie był pewien czy ta noc jeszcze nie odbije mu się czkawką czyli jakimś przeziębieniem. Przecież nie był już młodzieniaszkiem a w nocy zmoczyło go i przemarzł nieźle. No i nie miał za bardzo wieści jak poszła sprawa z nocnym rabunkiem. Ta wspólna ze strażnikami wizyta u Nocnej Inge zajęła mu na tyle wiele czasu, że jak wrócił na plac to nikogo tam nie zastał. Ani strażników, ani larum, ani nikogo z kultystów ani wozu na jaki mieli załadować fanty. Pozostało zabrać się do domu. Jak wrócił do był caluśki mokry a rano widział swoje własne, błotniste ślady przy wejściu. Chociaż jak już wracał do ten ulewny deszcz jakoś zelżał no ale padał nadal.
Rano jak się okazało było dla odmiany całkiem słonecznie i pogodnie. Chociaż nadal dość chłodno. Ilse przyszła zrobić śniadanie i była zdziwiona, że jest takie mokre rzeczy do prania bo przecież wieczorem nie padało. W nocy no ale nie wieczorem ani rano. Ale zajęła się robieniem śniadania a potem zabrała te mokre rzeczy do prania.
Rutynowo przyszedł też i Kurt z jakim miał sprawę potencjalnego porwania czy pobicia na potrzeby robienia wrażenia przed panną von Schneider do obgadania. Chociaż tutaj już raczej szef musiał ustalić co i jak. No i miał nieco czasu na przygotowania skoro w południe zamierzał udać się do “Mewy” na spotkanie z ochotnikami na całonocną zabawę. A i od początku nie zanosiło się, że wrócą do miasta wcześniej niż następnego dnia. No i jak na razie to najlepsze kontakty z miłośniczką pomarszczonych kochanków i kochanek to miała blondwłosa Pirora no a ją to zapewne najprędzej spotka wieczorem przy zachodnich głazach. Bo w końcu po śniadaniu miała wyjechać z koleżankami w malarski plener więc jak wstał to też jej mogło już nie być w mieście albo szykowała się, ze swoimi szlachetnie urodzonymi koleżankami do wyjazdu. Przynajmniej taki był plan jeszcze podczas ostatniego Festag. Trudno było powiedzieć jak ostatnia noc może wpłynąć na to wszystko.
A, że mogła to się zorientował ledwo wyszedł na ulice. Mieszkańcy wydawali się nie zauważać pięknego, słonecznego chociaż dość chłodnego poranka. Zewsząd słychać było różnorodne lamenty i złorzeczenia na okrutne morderstwo i rabunek najważniejszej świątyni w mieście. Całe miasto przypominało kopnięte mrowisko. A strażnicy byli głośni i brutalni. Bez ceregieli przeszukiwali przechodniów wozy a jak był już bliżej brzegu Salt to okazało się, że także i łodzie.
Im bliżej obrabowanej świątyni się znajdował tym tłum był gęstszy, głośniejszy i bardziej wzburzony. Widocznie miejsce zbrodni skutecznie przyciągało uwagę mieszkańców jak i przyjezdnych. I to bez względu na status. Bo widać było zwykłe miejskie pospólstwo jak i co bogaciej ubranych kupców czy urzędników albo nawet konnych rycerzy, damy w powozach no i licznych strażników. Gdy wmieszał się w tłum słyszał różne urywki rozmów bo co chwila ktoś kogoś pytał co się stało albo ktoś to komuś tłumaczył.
“Morderstwo! Zabili wszystkich!”... “Zrabowali wszystkie dary do gołych ścian! Co za świętokradztwo oby im ręka uschła!”... “Skandal, że takie rzeczy miały miejsce!”... “Próbowali podpalić świątynię ale dobry Manann na to nie pozwolił i zgasił ogień”... “W porcie znaleźli wóz jakiego użyli do kradzieży”...
W każdym razie tłum był całkiem gęsty i ten skromny plac wokół murów świątyni co jeszcze kilka dzwonów temu był cichy, pusty i zalewany zimnym deszczem teraz wypełnił się całkiem gęsto, zupełnie jakby był Festag po mszy.
Niestety mury okalające świątynie skutecznie blokowały wzrok na to co tam się dzieje. A brama główna była zamknięta i stało przed nią sporo strażników z kuszami i halabardami tworząc kordon ochronny. Plotki powtarzały się od ucha do ucha, od ust do ust ale wiele nowego z nich nie wynikało.
W pewnym momencie jednak zrobiło się poruszenie bo otwarła się główna brama. I wyjechał przez nią mały orszak. Z początku z pół tuzina strażników z halabardami co torowało drogę przez tłum. Za nimi owa zaskakująco młoda i słoneczna kapłanka Ulryka co przyjechała na turniej a trafiła na pogrzeb księżnej. Jechała w godnym milczeniu i w pełnej, pięknie zdobionej zbroi. Za nimi zaś wóz zaprzężony w dwa czarne konie. Wóz był zwykły ale pośpiesznie był ozdobiony czarnymi wstęgami jak zwykle oznaczało się karawany. I był kryty płótnem więc nie było widać zawartości. Ale obok woźnicy siedziała Matka Somnium. Oczywiście cała na czarno ale tym razem miała wdowią, czarną woalkę spuszczoną na twarz jako oznakę żałoby. Wydawało się, że zwłaszcza ona emanuje jakimś mistycznym dostojeństwem i szacunkiem dla swojego patrona bo tłum jakby magicznie cichł gdy wóz przejeżdżał obok a ludzie zdejmowali czapki, kapelusze, kaptury i pochylali głowy przeżegnując się w oznace łączenia się w bólu i żałobie po zmarłych. Za wozem znów szło kilku miejskich halabardników jakby stanowili część konduktu żałobnego. Ten w końcu wyjechał przez północno - zachodni narożnik. Akurat ten sam gdzie w nocy Heinrich napatoczył się na patrol strażników w efekcie czego całą czwórką zawitali do Nocnej Inge. Ludzka ciżba zaczęła mamrotać, że pewnie jadą do świątyni Morra bo tam zwykle przygotowywano ciała do pogrzebu.
Ale czekali. Dało się wyczuć to zbiorowe czekanie. Jakieś plotki już wszyscy zdążyli poznać ale jednak wszyscy zebrani wokół murów świątyni czekali na jakąś reakcję władz. W końcu się doczekali. Brama znów się otwarła. I wyszła świecko - duchowna grupka. Część z nich weszła na pakę wozu aby być lepiej widzialna i słyszalna. Mimo, że Heinrich nie stał w pierwszym rzędzie to i tak po ciemno niebieskich szatach rozpoznał ojca Absalona, jednego z najważniejszych kapłanów Mananna w tym mieście oraz sądząc po grubym łańcuchu z herbem miasta któryś z urzędników.
- Dobrzy ludzie! Obywatele! Bracia i siostry! Spotkało nas wielkie nieszczęście! Zdrajcy i heretycy uderzyli w samo serce naszego jestestwa! Ale zapłacą za to! Oj drogo za to zapłacą! Będą błagać o śmierć gdy już ich znajdziemy i wymierzymy im sprawiedliwość! - zagrzmiał kapłan i wydawał się być naprawdę wzburzony. Ciskał z oczu błyskawice gniewu a krzykiem gromy pomsty. Tłum zafalował i w pełni go poparł. W końcu to było takie świętokradztwo! W pewnym sensie uderzono w każdego z mieszkańców miasta bo domy boże traktowano zawsze z wielkim szacunkiem i jako wspólne dziedzictwo wszystkich wiernych. Teraz więc pewnie wielu z nich czuło się tak jakby to ich własny dom obrabowano.
Potem przemówił urzędnik. Nieco bardziej panował nad swoim wzburzeniem ale namawiał lud do współpracy we wskazywaniu wszelkich podejrzanych zachowań z zeszłej nocy albo wcześniejszych. Zwłaszcza szukano dwóch skruszonych ladacznic z Saltburga jakie podejrzewano, że są jakoś zamieszane w tą bezczelną kradzież. Nalegał aby schwytać je żywcem bo musiały zostać przesłuchane. Podejrzewano, że mogą być częścią szajki spoza miasta jakie wysłano na rozpoznanie przed tą heretycką kradzieżą. Więc należało zgłaszać wszelkie podejrzane osoby spoza miasta, zwłaszcza z Saltburga. I dlatego władze do odwołania zamknęły port i żadna jednostka nie miała prawa go opuszczać. Zaś co rano straż miejska miała sprawdzać łodzie rybaków i robić patrole na zatoce gdyby bandyci usiłowali wymknąć się morzem. No i obiecywał surowe męki każdemu u kogo znajdą choć jedną, złamaną monetę czy kosztowności ze zrabowanych darów świątynnych jakie możni i ubodzy oddali jako hołd dla swojej zmarłej księżnej - matki. To zapewne było dla wszelkich paserów i innych osób z półświatka i czyniło z takiego zrabowanego skarbu bardzo trefny towar za jaki łatwo można było trafić na męki a potem szafot. Wkrótce na mieście miały się pojawić listy gończe za tymi dwiema ladacznicami ale już teraz władze prosiły o wszelką współpracę w tej materii bo zapewne te dwie nie działały same.
Na ile były łowca czarownic mógł skorzystać ze swojego zawodowego doświadczenia to władze zaczynały te poszukiwania całkiem na poważnie i profesjonalnie. Gdzieś ta leniwa, zmoknięta rutyna z ostatniej nocy znikła. I teraz władze i świeckie i duchowne poczuły się dotknięte osobiście oraz czuły presję swoich obywateli jacy też byli w większości oburzeni i domagali się skutecznych działań. Przynajmniej tak od zewnątrz. Nie miał żadnego wglądu co tam się działo za murami obrabowanej świątyni albo co sobie władcy miasta rozmawiali i ustalali między sobą.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.12; Aubentag; świt - przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; chłodno (0)Joachim
Zmarzł. I miał lekka gorączkę. W nosie coś go kręciło i ciężko mu się oddychało. I w gardle zaczynało coś mu się zbierać. Jednym słowem jak wstał rano to wcale nie czuł się najlepiej. Właściwie wyglądało to na początek jakiejś choroby. Może więc i przemykał nocą przez uśpione miasto w swojej astralnej formie ale przez ten czas jego fizyczne ciało wciąż leżakowało w fotelu wystawione na nocną słotę i zimno. Koce jakimi okrył go Gunther niewiele pomogły. Gdy wskoczył ponownie w swoje ciało i otworzył oczy czuł się… jak trup. Albo topielec. Albo ktoś kto prawie zamarzł i cudem wraca do życia. Gunther właściwie musiał go zanieść do środka bo tak miał zesztywniałe członki. Czy to efekt uboczny czaru czy ekspozycja na te nocne warunki tego nie był pewien bo to był jego pierwszy raz z tym czarem więc nie miał porównania. W każdym razie już w łóżku to zimno mocno nim telepało i czuł, że może to przypłacić zdrowiem. No i dręczyła go niepewność.
Bo chociaż widział, że “jego” strażników niejako przejął Otto i gdzieś ich odciągnął to jednak nie mógł czekać dłużej jak chciał wrócić na piechotę przez ten cały deszcz, błoto i ulice do swojego domu i ciała. Nie miał więc pojęcia jak się skończyła ta nocna akcja w świątyni. Jak ostatni raz posłał tam spojrzenie to widział ciemną, plamę wozu pod bramą i nic więcej. Potem musiał szybko przebierać nogami aby zdążyć na czas.
A jak się obudził no to właśnie czuł, że zaczyna płacić za te nocne przygody własnym zdrowiem. W skroniach go łupało i miał zatkany nos. Ogólnie nie czuł się zbyt dobrze. Wstał też dość późno. Właściwie już było raczej przedpołudnie niż ranek. Wcale nie tak daleko do południa gdzie umownie była wyznaczona pora spotkania w “Mewie” dla tych co mieli ochotę na przygody i romanse ze zwierzoludźmi. A, że spora część była zaangażowana we wczorajszą akcję to powinna być też okazja aby o tym porozmawiać.
Nie był pewien czy zdołałby wyrobić się do barona Wrisberga jak to jeszcze planował wracając nocą do swojej kamienicy. Zwłaszcza, że nie był wcześniej umówiony a baron tym razem nie posłał po niego żadnego służącego z pilnym wezwaniem. Jak się wpakował do balii z ogrzaną wodą i jakoś odżył to właściwie już niewiele miał swobody manewru do spotkania w “Mewie”.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.12; Aubentag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Wszyscy
W miarę jak zbliżało się południe i pora obiadowa to i w żeglarskiej tawernie pod znakiem krzyczącej mewy robiło się coraz gęściej i głośniej. Marynarska brać lub osobnicy o niezbyt przyjaznych i dobrodusznych spojrzeniach zjawiali się coraz częściej. Zwykle zamawiali coś do jedzenia z niezbyt wyszukanego menu. Nie inaczej było przy dwóch złączonych stołach gdzie stopniowo zbierała się kolejna grupa tawernianych gości. Zaczynając od dwóch młodych kobiet jakie pełniły rolę gospodyń. A ostatecznie towarzystwo zrobiło się nie mniej pstrokate i różnorodne jak poprzedniego wieczoru chociaż nie takie samo.
Poza szlachetnie urodzonymi kultystkami jakie powinny już wyjechać z Pirorą z miasta w plener to slaaneshytki były w prawie pełnym składzie. Poza uczestniczkami wczorajszej akcji jak Łasica i Burgund była też Onyx, Lilly oraz Oksana. Dziewczęta przez swoje znajomości i aktywności ze szlachetnie urodzonymi koleżankami przekazały od nich wieści. A mianowicie trójka łotrzyć zabrała ze sobą pokiereszowaną w starciu z czarnymi templariuszami Annikę do siebie. I spędziły razem noc. Chociaż z powodu ran nowej służki Fabienne nie tak wesoło i sprośnie jak to pierwotnie miały zamiar. Z tego powodu też całkiem niedawno odprowadziły ją do Północnej Dzielnicy prawie pod samą bramę rezydencji von Mannliebów. I zaleciły aby została tam póki nie wydobrzeje. Bo pierwotnie miała towarzyszyć swojej bretońskiej pani podczas wyjazdu w plener no ale obecnie skutki jej pobicia i ran mogły wzbudzić czyjąś czujność i podejrzenia. Więc łotrzyce poradziły jej właśnie tak. Czy obie z bretońską szlachcianką posłuchają tego jeszcze nie wiedziały bo się przekonają dopiero przy wieczornym spotkaniu.
Jak się okazało Pchełkę sobie koleżanki bardzo chwaliły i nawet myślały czy by w nagrodę jej nie zabrać ze sobą no ale ostatecznie jednak uznały, że całonocna orgia ze zwierzoludźmi to może jednak być nieco za dużo jak na pierwszy raz. Co prawda z tego co mówiła Oksana wynikało, że włamywaczka podobnie jak koleżanki lubi być uległa i brutalnie traktowana podczas zabaw w alkowie i nie stroni ani od męskiego ani żeńskiego towarzystwa no ale jednak masowa zabawa ze zwierzoludźmi to jednak coś całkiem innego. Główna projektantka teatralna wolała z tym poczekać i nie działać zbyt pochopnie.
Lilly za to miała do przekazania gratulacje i podziękowania od Starszego. Przy takim kipiszu na mieście mężczyzna w masce zanadto rzucałby się w oczy ale właśnie skorzystał z pośrednictwa kopytnej mutantki aby przekazać swoje pozdrowienia, podziękowania i gratulacje.
Ale najwięcej do powiedzenia miały obie łotrzyce. I były najbardziej podekscytowane. Tylko mimo wszystko nie chciały tutaj za wiele zdradzać. Po drodze będzie okazja. Na razie powiedziały tyle, że po tym jak Otto odszedł ze strażnikami, po Heinrichu ślad zaginął a od Joachima od początku akcji nie było żadnych wieści to reszta skorzystała z okazji aby zapakować fanty na wóz i zmyć się stamtąd do portu. Tam przeładowali pospiesznie zdobycz na łódź, pożegnali się gorąco z Mergą a Łasica była tak podekscytowana zwycięstwem, że “mały całus na pożegnanie” zmienił się w długi, mokry pocałunek, że aż Burgund była wyraźnie zazdrosna. Ale ta się tym nie przejmowała i puszyła się, że usta wyroczni były bardzo przyjemne i gościnne. Pojawił się nawet Starszy jakiemu pośpiesznie zdali raport jak im poszło. Nic wtedy nie wiedzieli o Joachimie i Heinrichu ale Pchełka zdążyła wrócić z wieściami, że chociaż Otto wrócił cały do domu. Potem zatopili wóz pod pirsem, puścili konia luzem a sami wsiedli na mniejszą łódź i przepłynęli na drugą stronę portu. Tam się rozproszyli bo już zaczynało być rano i pierwsze łodzie rybaków wypływały na wody zatoki.
- A w ogóle to Merga nam zdradziła, że miała wizję. Ta noc będzie sprzyjać zabawie, płodności i wyuzdanym przyjemnościom gdzie nikt nie mówi “nie”! - zaśmiała się niebieskowłosa łotrzyca która obecnie miała kruczoczarne włosy. Czy je przefarbowała czy miała perukę to nawet siedząc tuż obok to nie było do końca pewne. Zresztą Burgund też straciła swój charakterystyczny, miedziany kolor i była teraz blondynką podobną do ich tutejszej, ulubionej kelnerki Corette.
- A teraz zjedzcie coś. Bo tam przy kamieniach to będziemy robić ognisko ale szama to będzie dopiero wieczorem. Jak zjemy to jedziemy skoro już wszyscy co mieli być to już są. A więcej pogadamy po drodze albo na miejscu. Tam powinno być spokojniej. - obwieściła im liderka wężowych kultystek dając znać aby nikt się nie wypaplał z czymś z wczorajszej nocy.
Więc jak mniej więcej zostali sami przy złączonych stołach to mogli się wymienić wieściami i plotkami co się komu przydarzyło od ostatniego razu. Jak choćby podczas ostatniej nocy w świątyni. Tu najlepiej poinformowane były obie łotrzyce co brały w niej udział od początku.
- Cholerny deszcz. Wiecie jak ślisko było na tym dachu? Aż raz to tak się poślizgnęła, że aż chyba jakieś dachówki poleciały. Teraz mogą to znaleźć jak tam wejdą. A łapy tak mi zgrabiały, że nie wiem ile razy próbowałam otworzyć to cholerne okno. Ale się udało. A potem drzwi tam od środka. Jeszcze gorzej bo całkiem po omacku. Ale jakoś się udało. A potem jeszcze jak ta furta skrzypnęła! Jej! Myślałam, że cały plac obudzi. No ale jednak nie. - Łasica co zainicjowała wczoraj to włamanie mogła je wreszcie bez skrępowania przeżywać na nowo z kolegami i koleżankami.
- Ale dobrze, że padało. To psy nie będą zbyt użyteczne. - dodała jakby mimo wywołanych trudności wczorajszym deszczem znalazła też i jego pozytywną stronę. Potem zaś na przemian opowiedziały jak to im poszło z templariuszami. Udało im się podprowadzić grupkę szturmową po cichu pod tamte drzwi. Łatwo było poznać które bo tylko tam była szczelina światła pod nimi. I nie były zamknięte. Więc wystarczyło szarpnąć za klamkę. Zrobiła to Soria i ona tam pierwsza wpadła a reszta za nią. Znaczy oprócz obu dziewczyn z ferajny. Bo raz, że nie były od bicia się to dwa jak tam kotłowało się osiem osób na raz, pośród tych wszystkich stołów, krzeseł, składanych posłań to dla nich i tak już nie było miejsca.
Ale strażnicy nie spali. Ba! Wszyscy byli w pełni ubrani i z bronią u boku. Chociaż bez pancerzy a tarcz nie zdążyli chwycić. Więc byli w czuwaniu. Trochę szkoda bo co prawda dziewczyny od początku liczyły się z tym, że chociaż jeden zapewne nie będzie spał. Ale miały nadzieję, że większość albo chociaż połowa będzie. A tak to od początku zaczęła się młocka na całego. Ale pod naporem kultystów strażnicy kolejno padali. Jednak okazali się wielki hartem ducha i walczyli do końca. Każdy jeden. Musieli ich wszystkich wybić co do nogi. Nawet jak pod koniec ostatni z nich był już okrążony przez czwórkę napastników to też do końca stawiał opór i o pardon nie prosił. No i jednak pocięli ich nieźle. Zwłaszcza Rune i Annikę. Porządnie oberwali, na tyle że trzeba było ich wyprowadzić na zewnątrz i do żadnej akcji już się nie nadawali. Silny też oberwał ale trochę. Tylko draśnięcie. Więc chyba tylko Soria wyszła z tego cało albo nie wartymi uwagi drobiazgami. A potem biegali raz za razem od lochów po wóz przed główną bramą gdy Heinrich stał na czatach, Joachim też tylko w drugim narożniku a Otto próbował bandażować poszkodowanych kolegów i koleżanki. I jeszcze potem póki nie pojawili się strażnicy. Gdy Burgund pobiegła do Łasicy aby o tym jej powiedzieć ta zdecydowała, że niech każdy weźmie co da radę i zwijają żagle. Potem odjechali wozem w kierunku rzeki i zatoki. I tam znów przeładowali fanty na długą łódź Vasilija. Ostatni raz się z nimi pożegnali no i większa łódź ruszyła ku wylotowi zatoki zaś mniejsza ku przeciwnej stronie portu.
- No i odpłynęli. Oby im się powiodło w tej Norsce. I wrócili jak najprędzej. - westchnęła Łasica i przez chwilę trwała przyjemna do rozważań dyskusja z kim i czym by Merga mogła wrócić. Wyglądało, że łotrzyce jakichś jurnych, dziarskich norsmeńskich wojowników powitały by równie serdecznie i ciepło jak i ślicznotki z północy. I oby lubiły się zabawić z koleżankami bardziej niż Norma czy Merga co niezbyt się z nimi integrowały pod tym względem i obie troszkę tego żałowały. Gdy się nagadali na ten temat pałeczkę rozmowy przejęła Onyx. Bo jak się okazało też miała co nieco do opowiedzenia.
- Wczoraj wieczorem zasiałam Larwę. Tą naszą Laurę Larwę. - wypaliła zaczynając nowy wątek i wzbudzając żywe zainteresowanie koleżanek. Popatrzyła na Otto jaki wczoraj przed nocną akcją wręczył jej koleżance z pracy dwie strzykwy z jajami Oster.
- Nie gadaj! A jednak? A ona wie co to jest? - koleżanki co zajęte rozpoznaniem świątyni nie brały za bardzo udziału w tej sprawie wydawały się, żywo zainteresowane. Więc Onyx pociągnęła ten temat dalej.
- Chyba wie. Otto ją nieco zbajerował, że to coś tam robale od elfek czy jakoś tak. No to się Larwa ucieszyła bo wiecie, ona lubi wszelkie robale. Tylko była nieco zaskoczona, że to jaja i trzeba tam w sobie w środku hodować bo myślała, że to gotowe będą. Szkoda Otto, że nie miałeś żadnego robala gotowego. To by pewnie się zaśliniła z uciechy. A tak to te strzykwy to takie zwykłe rurki no to nie jest zbyt pociągające. - Onyx opowiadała trochę do Otto co do pewnego momentu uczestniczył we wczorajszych wydarzeniach a trochę reszcie aby wprowadzić ich w temat. Dziewczyny na koźle zachęciły ją aby mówiła dalej. Mniej więcej znały się z Laurą no ale dość pobieżnie bo zaczęła pracować w tym samym zamtuzie co one ale już po ich odejściu więc wcześniej nie pracowały ze sobą jak teraz Onyx.
- Ale jak wróciłyśmy do siebie no to ona taka ochotna. To poszłyśmy do niej. I tak ją trochę zagadałam, ona sama wyjęła te strzykwy i zaczęła je oglądać no to nie chciałam ryzykować, że je wyrzuci, zgubi albo się rozmyśli. Pobajerowałam ją trochę no i w końcu mówię jej, żeby ściągnęła majtki i jedziemy z tematem. - Onyx wesoło opowiadała jak to wczoraj pewnie gdy reszta obsady jeszcze zbierała się w “Mewie” ona urabiała koleżankę aby zgodziła się być nosicielką owadzich jaj.
- I co? - zapytała zafascynowana Lilly chłonąc całą sobą tą opowieść.
- No i zdjęła te majtki więc trochę uklękłam przed nią, trochę się z nią pobawiłam a w końcu wsadziłam jej jedną strzykwę, wpuściłam do środka, potem drugą, to samo i jej! Jak się ucieszyła! Mówiła, że to czuć tam w środku jak się rozlewa. Ale nie mówiła, że ją coś boli czy nic takiego. A to zasianie rzeczywiście jest proste. Myślałam, że Sigismundus tak nas bajeruje ale nie. Naprawdę proste. Wsadzasz do środka jak każdą inną zabaweczkę a potem naciskasz tłok i to tam wpuszcza się do środka. A potem wyjmujesz. I po robocie. Jak jakaś jest chętna albo chociaż nie stawia oporu to chwila moment i gotowe. - Onyx streszczała swój wczorajszy wieczór jak to zasiała koleżankę z pracy. Co prawda taką o specyficznych gustach no ale sam proces zasiania chyba ją samą zdziwił jak bardzo jest prosty gdy druga strona nie stawia oporu. Koleżanki jak słuchały to też wydawały się tym trochę zaskoczone. Zwłaszcza, że to mówiła jedna z nich a nie aptekarz do którego ostatnio nie miały za bardzo zaufania.
- No to zobaczymy co z tego wyjdzie. I kiedy. - skwitowała w końcu Łasica jakby niezbyt wiedziała co jeszcze powiedzieć na ten temat. Jednak okazało się, że to nie koniec rewelacji Onyx o jej wczorajszym wieczorze w zamtuzie.
- Ale to nie wszystko! Bo słuchajcie, właśnie już jesteśmy z Laurą po tym zasianiu, zabawiamy się, mnie też się zaczęło podobać i tak już prawie zaczęłyśmy numerek na całego a tu wpada do nas koleżanka i larum robi bo szefowa wzywa wszystkie dziewczynki. Co było dziwne. No ale nic, doprowadzamy się z Laurą do porządku, wciąż mocno ucieszone i idziemy do recepcji. A im bardziej tam idziemy tym widzimy więcej koleżanek. Jak tam przyszłyśmy to się okazało, że nasza madame wezwała pełny skład. To rzadko się zdarza. Chyba, że jakiś bogacz sobie zamówi nie wiadomo co i ile albo chce sobie wybrać z całej puli jakąś klacz do zabawy. Więc ustawiamy się a tam jaka niespodzianka! Dwie taaakie maje stoją i nas oglądają! - Onyx zaczęła opowiadać nowy wątek i to tak plastycznie, że zaczęła na nowo przeżywać wczorajsze emocje zupełnie jak niedawno łotrzyce co opowiadały o nocnym włamie do świątyni.
- Maje czyli ślicznotki. Takie pierwsza klasa. U nas to Priora albo Fabi byłyby takie maje. Zwykle tak mówimy na kurtyzany pierwszej klasy. Takie dla elity. Ale też na inne ślicznotki niekoniecznie z zamtuza. Froya to też maja pierwszej klasy. To chyba z bretońskiego. Albo estalijskiego. Albo tileańskiego? No nieważne, chodzi o ślicznotki. To mówisz Onyx jakieś dwie maje do was przyjechały wczoraj? Ale do pracy? Czy jako klientki? - Łasica wyjaśniła pozostałym ten burdelowy slang jaki nie musiał być dla nich zrozumiały. Ale wydawała się zaciekawiona tą opowieścią.
- No to dziwne. Ale jako klientki. - Onyx też wydawała się być tym zdziwiona nawet dzisiaj jak to opowiadała.
- Rzeczywiście dziwne. Bo w zamtuzie to prawie sami faceci jako klienci. Kobiety jak już to albo takie kamratki co przychodzą razem z nimi, albo ladacznice z tawern to je zgarnął po drodze do nas albo coś takiego. Nawet jak się trafi kobieta jako klient to często chce jakiegoś ogiera a nie dziewczynkę. Ale u nas to same dziewczynki. No a jak już nawet chce dziewczynkę to zwykle robi to dyskretnie. Jak już którąś stać to zwykle chce aby ją do niej przysłać gdzie sobie zażyczy. O ile by własnych służek nie miała do zabawy. No więc w każdym radzie to naprawdę rzadkość aby kobieta przyszła tak od frontu aby zamówić sobie jakąś dziewczynkę. A już robić takie zbiegowisko to nie wiem… Dziwne to… - czarnowłosa łotrzyca znów wzięła na siebie obowiązek wyjaśnienia kolegom i koleżankom mniej zanurzonym w burdelowe niuanse dlaczego Onyx miała prawo czuć się tak zaskoczona wczorajszym spotkaniem. Ta zaś, podobnie jak blond głowa Burgund kiwała twierdząco głową.
- No w każdym razie są. Jedna taka miodowłosa a druga taka śnieżynka. Niby w żałobie na czarno ale i tak widać, że to damulki pierwsza klasa. I ta śnieżynka to się prawie nie odzywała. Tylko patrzyła. Ale ta miodowa to chodzi zła jak osa, ogląda nas, patrzy, chyba wącha no i wybrzydza. “Jak to? Tylko tyle? A mężczyźni? No żadnych? A kobiety? Naprawdę nie macie nic więcej? To z czego ja mam tu wybrać?” I tak chodziła i gderała. Już myślałam, że to tylko jakaś heca. Wiecie, dwie damulki się założyły, że pójdą do zamtuza jak kawalerowie ale tylko pokręcą noskami i wyjdą. No ale nasza madame skacze wokół nich i skacze i zachęca, i prosi, i zagaduje, i co chwila którąś z nas zachwala i poleca. A ta dalej zła jak osa. I mówi w końcu “To tyle? To naprawdę nie macie już nikogo więcej?”. No to madame pomyślała i wezwała już naprawdę wszystkich. Nawet charakteryzatorki, kucharki, szatniarki i tą całą resztę. I nie uwierzycie kogo ta miodowa wybrała. - Onyx dalej opowiadała swoją wczorajszą przygodę jaka widocznie ją zaskoczyła. I sądząc z opowieści to chyba jej koleżanki z pracy podobnie. Tak samo jak i większość jej obecnych koleżanek bo słuchały z żywym zainteresowaniem.
- Nie mam pojęcia. Pewnie jakąś z obsługi jak to takie dziwne ma być. - Łasica i Burgund pokręciły głowami ale poddały pytanie nie chcąc zgadywać na próżno.
- Starą Helgę. - Onyx rozłożyła ręce w geście bezradności. A obie łotrzyce aż się odwróciły do niej w zdumieniu chcąc sprawdzić czy nie żartuje.
- Starą Helgę?! Przecież ona była starą rurą jak już my tam pracowałyśmy! Ona ma już dorosłą córkę co też jest ladacznicą! No nie gadaj, że jakieś bogate damuliki sobie wybrały tą starą rurę! - Łasica wybuchnęła pełnokrwistym zaskoczeniem gdy widocznie w ogóle nie obstawiała takiego wyboru wczorajszej klientki.
- Tak, tak, właśnie ją miodzik wybrała. - uniosła dłonie do góry i westchnęła na te dziwactwa klientów. Ale poczuła się wyjaśnić reszcie jak to jest z tą Starą Helgą. A mianowicie ona właściwie już nie pracowała “na plecach”. Miała jeszcze paru stałych klientów co chyba z sentymentu się z nią spotykali bo tak to mało kto miał ochotę na “rozlazłą krowę”. Więc zwykle robiła za tą starszą i funkcyjną, opiekowała się młodszymi dziewczynami, rozmawiała z klientami, była krawcową i charakteryzatorką no ale już niewiele z niej było ladacznicy. Dlatego wszyscy łącznie chyba z samą Helgą zdziwili się wczoraj gdy właśnie ją wybrała młoda, bogata i elegancka klientka.
- A potem wybrała jeszcze Molly. Ona dla odmiany ma bardzo młody wygląd. Madame ją przedstawia klientom, że “to jej pierwszy miesiąc”. I tak już z rok ją przedstawia i wszyscy to łykają bo naprawdę wygląda młodziutko jakby dopiero co miała stracić dziewictwo. Bardzo dziewczęca. No i miodzik ją właśnie wybrała. A potem stanęła naprzeciwko mnie i Laury. I widziałam w jej oczkach jak kalkuluje i wybiera. I tak się do niej zachęcająco uśmiecham, przymilam, pierś wypinam, bioderkami kręcę… A ta złośliwa małpa wybrała Larwę! - Onyx przyspieszyła tą relację ale była wyraźnie zła, że nie na nią padł wybór klientki.
- A ta śnieżynka? Kogo wybrała? - zaciekawiła się Burgund.
- Nikogo. Prawie się nie odzywała. Jak miodzik wybrała te trzy to wszystkie poszły na górę. No a my się rzucamy na naszą madame i pytamy co to za jedne, co tu jest grane. A nasza madame wyjmuje wtedy sakiewkę i nam pokazuje. Ale tam musiało być geldów! Wcale się nie dziwię, że zarządziła pełną mobilizację! - zawodowa ladacznica ponownie aż jęknęła żałośnie gdy oczami wyobraźni znów zobaczyła tą pękatą sakiewkę jaką zostawiły klientki.
- A co potem? Jak skończyły? Mówiły coś? - zaciekawiły się łotrzyce zdając sobie sprawy, że koleżanki nie mogło być za zamkniętymi drzwiami podczas numerku no ale pewnie coś musiało się dziać jak ten się skończył.
- No. Mnie wczoraj kiepsko szło. Nikt mnie nie wybrał. To akurat miałam wolne jak skończyły. I wracają, cała piątka, takie wesolutkie jak najlepsze kamratki, nasza madame do nich podbija a te się żegnają czule, obejmują się, prawie spijają sobie z dzióbków no i wreszcie gadają z naszą madame. I mówią, że są zadowolone, że było jak chciały, dziewczyny się spisały ale na następny raz to wolałyby coś bardziej egzotycznego. Coś wyjątkowego i niepowtarzalnego czego jeszcze nie próbowały. Coś co byłoby wyzwaniem jak jakieś dzieło sztuki co się ogląda, czyta, słucha i podziwia pierwszy raz. I, że wrócą w Konistag. No i, że przyjechały tutaj zawrzeć nowe znajomości i rozwinąć nowe kontakty więc liczą, że dzięki nam poznają takie interesujące i wyjątkowe osoby. - rudowłosa ladacznica westchnęła znów z żalem, że pod względem finansowym to niezbyt miała udany wieczór ale niejako przez to sama była świadkiem końcówki wizyty nietypowych klientek. A pod koniec to chyba starała się powtórzyć wiernie jak tylko dała radę ich słowa.
- A potem poleciałam do Larwy aby opowiedziała jak było. Pokazała mi sakiewkę. Jeszcze każdej z nich trzech zapłaciły oddzielnie oprócz tego co zapłaciły madame! O rany no! Że też mnie nie wybrały! Może w Konistag… - mruknęła nie mogąc przeboleć takiej straty i jawnie zazdrościła ciemnowłosej koleżance, że tej się wczoraj tak pofarciło.
- A co chciały na numerku? - zaciekawiła się Lilly chłonąc tą opowieść całą sobą.
- Ta miodowa to niezły numer. Laura mówiła, że taki żywy ogień. Zabawiała się z nimi trzema na raz i po kolei. Z przodu, z góry, z tyłu, z dołu, w środku. I nic, że coś boli, jest obrzydliwe, nie wypada albo z którejś strony nie można. Larwa mówiła, że gdyby ta miodowa robiła za ladacznicę to by zrobiła niezłą karierę. A śnieżynka nic. Tylko siedziała w fotelu, popijała wino i patrzyła. Trochę sama sobie robiła dobrze ale jak Helga albo Larwa pytały czy czegoś sobie nie życzy to grzecznie dziękowała, że nie. Więc się zabawiały z tą miodową. No i też ma nadzieję, że jak wrócą to ją jeszcze raz wybiorą bo mówiła, że sama przyjemność. No i tyle geldów! No a potem jak wyszły no to właśnie mówiły, że fajnie i miło ale wolałyby większe wyzwania, coś nowego, wyjątkowego. To potem z madame główkowałyśmy przez resztę nocy co by tu im zorganizować na kolejną wizytę. - Onyx zakończyła swoją opowieść z wczorajszego wieczoru. I chyba większość koleżanek była zafascynowana tymi tajemniczymi klientkami jak i zdumiona całą opowieścią. Dało się wyczuć, że chętnie same by się z nimi poznały i w pełni podzielały żal koleżanki, że wczoraj nie było jej to dane chociaż była tak blisko jak i podzielały nadzieję na szansę w kolejnym spotkaniu. I próbowały zgadnąć kim one mogą być bo wydawało się, że raczej żadna z tutejszych szlachcianek bo te chociaż z widzenia raczej je znały. Jak nie z przyjęć w teatrze czy salonie Pirory to cotygodniowych mszy gdzie zjawiała się większość populacji miasta a kogoś ze śmietanki towarzyskiej miasta zwykle było łatwiej rozpoznać niż kogoś z plebsu.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank;ul. Kazamat; mieszkanie Otto
Czas : 2519.07.12; Aubentag; nocOtto wpuścił Pchełkę usadził ją przy stole.
- Herbaty? - zaproponował stawiając imbryczek na małym piecyku - Niestety, nie wiem czemu tam byli. Czy rutynowy patrol, czy Somnium ich ostrzegła. - osobiście uważał, że kapłanka Morra ostrzegła straż miejską, tak samo strażników skarbca - Śledziłaś nas?
- No tak. Musiałam wiedzieć po co cię zabrali no i co dalej. - przyznała młoda włamywaczka wchodząc do mieszkania. Zsunęła kaptur pozwalając aby nadmiar zimnej wody z niego spłynął na podłogę. - Ale nie nastawiaj nic. Muszę wracać do reszty aby im powiedzieć, że nic ci nie jest. - rzuciła widząc, że gospodarz zaczyna szykować gościnę. Wskazała kciukiem za siebie jakby chciała dać znać, że wkrótce musi wracać z powrotem na plac.
- Kupili bajeczkę o napadzie. - zapewnił mnich zdejmująć imbryczek - Mam nadzieję, że więcej problemów już dziś nie będzie. - delikatnie się uśmiechnął - Chce ci się tam wracać w tą pogodę? Reszta chyba da sobie radę.
- No tak. Powiedziałam, że tylko sprawdzę co z tobą i tymi strażnikami. A nie wiadomo czy jeszcze jacyś się nie napatoczą. Następnym razem może jakoś się umówimy. - powiedziała szybko Pchełka cmokając nieco z niezadowolenia bo mimo środka lata to jednak dzisiejsza noc była zimna i deszczowa jakby już była jesień albo wczesna wiosna. Ale chociaż zaproszenie chyba nie wydało jej się niemiłe to jednak poczucie obowiązku i lojalności wobec koleżanek z ferajny wzięło górę i nie chciała ich zawieść.
- No to nie będę zatrzymywał. Poczekaj tylko. - ruszył do swojej szafy i wyciągnął płaszcz - Jest suchy. Okryj się, to chociaż przez chwilę ochroni cię przed tą cholerną pogodą.
- Dzięki. - powiedziała przyjmując suchy płaszcz i ubierając go sprawnie. Po czym cmoknęła mnicha w policzek uśmiechając się do niego zalotnie. - Później wpadnę ci go oddać. - powiedziała obiecująco po czym odwróciła się i wyszła z powrotem na ciemną, klatkę schodową.
Miejsce : Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas : 2519.07.12; Aubentag; południe
Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto cieszyło, że Laura rozpoczęłą hodowlę. I najwyraźniej Onyx trochę sprawa zaciekawiła. Trzeba teraz poczekać. Wysłuchał uważnie opowieści o nowych klientkach zamtuzu.
- Jeżeli mogę zasugerować. Ta co obserwuje, może być zainteresowana bardziej chłopcami niż dziewczętami. Macie jakiś w swoim przybytku?
- No właśnie nie. Bo prawie wszyscy nasi klienci to mężczyźni co przychodzą na ładne i łatwe dziewczynki. Kobiety trafiają się rzadko dlatego te dwie z wczoraj tak nas zaskoczyły. Kiedyś nawet mieliśmy jednego czy dwóch kawalerów do wynajęcia no ale popyt na ich usługi był dość niski. Ale jak wczoraj jak już te dwie maje poszły to rozmawiałyśmy z madame czy by któregoś z nich z powrotem nie ściągnąć chociaż na ten jeden wieczór. Tylko to nie takie pewne, że się znajdzie kogoś odpowiedniego na czas. Poza tym tak marudzyły i wybrzydzały, zwłaszcza ta miodowa, że wcale nie jesteśmy pewne czy nawet jakbyśmy miały jakiegoś chłopca to czy też by nie zrzędziły. Może wtedy by marudzyły, że ładnych dziewczyn nie mamy? Sama nie wiem. W ogóle się kogoś takiego nie spodziewałyśmy. Jakby to był jakiś przypadkowy klient można by machnąć ręką. No ale jak walnęły tyle geldów na stół i jeszcze dziewczynkom osobno też no to warto im zaimponować czymś wyjątkowym. Jakby mnie wzięły to bym ich wzięła w obroty na ostro. Nie wiem czy tak by chciały no ale Larwa mówiła, że ta miodowa to całkiem gorąca, umna i obrotna. Na pewno nie pierwszy raz zabawiała się z kobietami i to paroma na raz bo w ogóle się nic nie wstydziła ani nic i wszystko wiedziała co i jak się robi. No i zabiły nam gwoździa na pożegnanie bo trochę brzmiało jakby już nie w jednej alkowie były i byle co ich nie zaskoczy. Nawet jakbyśmy tych ladnych chłopców znalazły to też nie jesteśmy pewne czy to byłaby taka egzotyka i “coś niepowtarzalnego czego szukały. No i jeszcze to o kontaktach to trochę dziwnie brzmiało. Bo jakie kontakty można zawizać jak się przychodzi do zamtuza? No niezłe z nich ladaco ale teraz mamy straszny dylemat jak tu je zaspokoić gdy przyjdą następnym razem. - Onyx rozgadała się całkiem sporo gdy widocznie wciąż była pod wrażeniem wczorajszych klientek i się w pełni zaangażowała aby je godnie przyjąć następnym razem. I nie ukrywała, że jest przy nadziei, że miała na nie ochotę. Oraz to bogate wynagrodzenie jakim wczoraj obdarowały i madame i każdą z trzech dziewczyn jakie im usługiwały.
- Jej. Szkoda, że nas tam nie było. Na pewno byśmy znalazły z nimi wspólny język. No i tyle geldów! Nie wzgardziłabym. Jej… Żeby mnie takie ślicznotki płaciły za jakieś wesołe zabawy w alkowie z nimi! - Łasica też westchnęła trochę z żalem a trochę z zazdrością na myśl, że mogłaby przeżyć podobną przygodę jak jej ciemnowłosa koleżanka z zamtuza. Zresztą tego samego w jakim ona i Burgund wcześniej pracowały.
Otto zastanowił się głęboko.
- No cóż, jeżeli brakuje odpowiedniego "sprzętu", trzeba zadziałać na wyobraźnię. Możecie zaoferować specjalne… scenariusze do odegrania z damulkami. Udawane porwanie z udawanym gwałtem? Wynająć wóz, związać, zasłonić oczy, wywieźć do jakiejś "kryjówki" i zabawić się, żeby możne były na łasce gorszych od siebie. Lub jeżeli ta druga tak lubi patrzeć, można jej zorganizować salę tronową mrocznej władczyni. Z fikuśnym tronem, niewolnicami wachlującymi ją i podającymi wino i owoce, a w tym czasie jej miodowa koleżanka jest wykorzystywana ku jej uciesze i na jej komendę. Możecie poprosić Pirorę, żeby wam dała kilka lekcji z gry aktorskiej, przyda się nie tylko w tej sytuacji, ale też w przypadku gdy trafi się klient z… - tu wymownie pomachał małym paluszkiem u dłoni.
- Oj Otto, chyba nas nie doceniasz… Albo jesteś rozczarowany naszymi talentami i możliwościami… Jeśli sądzisz, że czegoś byśmy nie umiały odegrać. Zwłaszcza podczas zabaw w alkowie… - Łasica zrobiła nos na kwintę jakby chciała pokazać, że ją takie pomówienie obraża. Chociaż zrobiła to w dość żartobliwej wersji więc raczej nie uraziło jej to tak naprawdę.
- I to przy takim utalentowanym zespole? Onyx i Oksana świetne są w roli władczyń a my myślę, że jako niewolnice to chyba nikt się nie skarży na nasze usługi. A jeszcze mamy nasze panny błękitnokrwiste. - Burgund poparła koleżankę wskazując na te koleżanki co już siedziały z nimi przy tawernianym stole a wspominając jeszcze te lepiej urodzone co pewnie obecnie już były w jakimś leśnym plenerze.
- No ciekawe. Zaciekawiły mnie. Nie miałabym nic przeciwko aby wziąć jedną czy obie pod but. Trochę mnie dziwi, że nikt ich nie zna. Tych ze szlachty czy z innego świecznika to zwykle się zna chociaż z widzenia. Więc to chyba naprawdę byłby ktoś spoza miasta. - Oksana uśmiechnęła się lekko ale z chłodnym rozbawieniem. Jakby wizja takich drogich i atrakcyjnych niewolnic była bardzo miła jej dominującej naturze.
- No właśnie nie mamy pojęcia kto to był. Pytałyśmy wszystkich a przecież wszystkie je widziałyśmy jak madame nas wezwała na tą wieczorną mobilizację. I nikt ich nie zna. Też nam wyszło, że to pewnie ktoś spoza miasta. Szkoda. Znaczy, że nie wiemy kto to. Bo ja to bym zaraz do nich uderzyła jak tylko bym wiedziała gdzie. - Onyx pokiwała ze zrozumieniem głową ale chociaż żałowała, że kontakt im się urwał z tak obiecującymi klientkami to jednak sama też miała nadzieję na jego odnowienie.
- A z tym scenariuszem to Otto dobrze mówi. Coś mnie wyglądają tak z opisu na jakieś znudzone, rozwydrzone i rozkapryszone panienki. To taki pikantny scenariusz może być dla nich coś nowego. Bo pewnie skoro wczoraj tak wybrzydzały to w już niejednym zamtuzie były. Albo raczej zamawiały dziewczynki stamtąd bo ci z wyższych sfer to niekoniecznie chcą być widziani w takich miejscach a stać ich aby sobie wynająć “służbę” do rezydencji, na bal, do domku myśliwskiego i tak dalej. No to taka odmiana to może być ciekawa. Jakby trzeba było uległych niewolnic to ja bardzo chętnie. Chociaż… Właściwie to nie miałabym nic przeciwko sponiewieraniu jakieś błękitnokrwistej, wyperfumowanej szlachcianeczki. Dlatego nasza Fabi tak mi się strasznie podoba, jest niezawodna! - Łasica wróciła do tego co wcześniej proponował jednooki mnich i raczej poparła taki pomysł. Przy okazji samą się wsadzając w jego wykonanie. Chociaż zdradzała moralne rozterki w jakiej roli by się widziała chętniej.
- Nie brykaj tak za bardzo. Nie wiemy kim są i gdzie są. A jak przyjdą to tam do madame i z nią będą gadać. A sama wiesz jak się z nią rozstałyśmy. Onyx może i będzie miała szansę no ale nam to może być trudniej dobrać się tym majom do ich majtek. - Burgund przypomniała koleżance, że to nie taka prosta sprawa jak tak mało wiedzieli o owych eleganckich i bogatych ślicznotkach jakie wczoraj odwiedziły ich dawne miejsce pracy. Łasica skrzywiła się nieco ale sądząc po spojrzeniu nie poddawała się tak łatwo.
Joachim kichnął. Widać było że nie jest dzisiaj w optymalnej formie.
- Jeśli chodzi o te dwie dziewczyny, to mi na jakieś zmanierowane szlachcianki wygląda. Ale jak nie wiecie kim są to mozna chyba ustalić chociażby gdzie zatrzymały się w mieście - westchnął.
- A w ogóle to gratuluje udanego skoku na świątynię. Ja was obserwowałem tak jak zapowiedziałem w astralnej postaci. Kiedy pojawili się strażnicy moc zaklęcia się kończyła i musiałem wracać, ale widziałem że ich zagadywaliście i skończyliście ładować wóz. Co było potem? I jak wspominałem wczesniej Łasicy, może udałoby się w to wrobić jakąś inną szajkę, coś im podrzucić? - Przypomniał swój wcześniejszy pomysł.Obie łotrzyce popatrzyły na siebie przez chwilę jakby trawiąc słowa kolegi. Po czym jak zwykle pierwsza odezwała się liderka wężowego siostrzeństwa wzruszając przy tym ramionami.
- Potem to było jak mówiłam. Zapakowaliśmy fanty na wóz i pojechaliśmy do portu. - odparła łotrzyca przypominając co już mówiła wcześniej od początku spotkania gdy na gorąco ponownie przeżywali wydarzenia z ostatniej zimnej, deszczowej a jakże krytycznej nocy.
- A jakąś inną szajkę w to wrobić to nie tak łatwo. Ale zapewne połapią się, że zabrakło im magle dwóch grzesznic podczas codziennych prac porządkowych więc pewnie zacznął ich szukać. A gadałyśmy wcześniej, że przyjechałyśmy z Saltburga więc może to ich skieruje właśnie tam. A może nie. Zobaczymy. - poinformowała kolegę co był mniej zaangażowany w sprawę rozpoznania włamania do świątyni niż one więc mogło mu umknąć nieco faktów poza samym, wczorajszym finałem.
- Może faktycznie ten trop do Salzburga coś pomoże… zastanawiał się Joachim.
- Niepokoi mnie, że ta Morrytka coś zwęszyła, jest dla mnie konkurencją.
- A kiedy planujecie wyruszać na spotkanie ze zwierzoludźmi? - spytał się dziewczyn.- No jak zjemy to jedziemy. Więc jedzcie bo się aktywna noc szykuje i potrzeba będzie mieć dużo siły na takie aktywności. - roześmiała się wesoło Łasica a jej koleżanki jej zawtórowały. W końcu większość przewidzianych do tego nocnego wypadu za miasto osób już była więc jak napełnić żołądki to można było ruszać w drogę.
- Nie bój się konkurencji Joachimie. Somnium musi spać i jej wizje nie zawsze są jasne. Ty posiadasz swoją świadomą magię, a twój patron jest twórcą przyszłości. - Otto poklepał magistra po ramieniu - Po prostu się jej poszczęściło. - spojrzał na koleżanki - Macie jakiś pomysł ilu kawalerów tam będzie?
- W ogóle. - odparła beztrosko liderka żeńskiej części grupy uśmiechając się przy tym wesoło. - Ostatnio było ich pół tuzina. W tym Genda. Taka dziewczynka jak nasza Lilly. Ale ilu przyjdzie dzisiaj to nie mam pojęcia. - przyznała podobnie lekki i podekscytowanym tonem.
- Tylko najpierw trzeba wydostać się z miasta. Mam nadzieję, że nie zrobią jakiejś durnej blokady albo zakazu opuszczania miasta. - dodała wskazując drewnianą łyżką gdzieś przed siebie. Zapewne na resztę miasta i ulic poza ich ulubioną tawerną.
- To chyba musimy ruszać się szybko, zanim zdążą zatwierdzić blokady na bramach? - zasugerował Joachim.
- Jak założyli blokady to pewnie od rana. Albo jak tylko ktoś tam się połapał co się stało w świątyni. Ale może nie tak ścisłe jak w zimie po kazamatach. - cmoknęła Łasica niezbyt zadowolonym tonem ale chyba licząc się z możliwą kontrakcją ze strony władz podobnej do takiej z zimowego półrocza.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 34 - 2519.07.13; abt; przedpołudnie - zmierzch
Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zchodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.12; Aubentag; popołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, d.sil.wiatr; ziąb (0)Wszyscy
- No to dojeżdżamy. - rzekła czarnowłosa woźnica w zgrzebnej, nierzucającej się w oczy spódnicy. W przeciwieństwie do szaroburego stroju zwykłej robotnicy czy służki była zaskakująco młoda i pogodna. Okazało się, że Łasica całkiem przyzwoicie sobie radzi z lejcami i powożeniem wozem. Chociaż z drugiej strony trudno by było znaleźć kogoś z plebsu kto nie umiałby tak powszechnej czynności. Niemniej wóz zaprzężony w jakąś szkapę okazał się w miarę wygodnym środkiem transportu dla kilkuosobowej grupki i ich zapasów. W grupie przeważały młode kobiety co wzbudziło czujność strażników przy południowej bramie. Uważano ją za najważniejszą bo w końcu wychodziła na błotnistą drogę przez pierwotny las jaka szła mniej wiecej w górę rzeki Salt aż do samego Saltburga, stolicy Nordlandu. Jednak obie łotrzyce zdecydowały, że właśnie tamtędy spróbują się wyrwać z miasta aby nic nikomu nie sugerowało, że w gruncie rzeczy zamierzają objechać potem miasto od zachodu i wcale nie zamierzają wracać przed zmrokiem.
- Tylko mam nadzieję, że nikt nie zabrał ze sobą niczego kompromitującego. Bo mogą nas trzepać. - ostrzegła ich liderka slaaneshytek gdy już skończyli jeść obiad w jej ulubionej tawernie. Nie chciała wpaść przez jakąś durną drobnostkę jaka by mogła wzbudzić czujność strażników.
- Noo… - Lilly odezwała się niepewnie wskazując palcem na swój podołek. Jak tak siedziała z innymi przy jednym ze stołów tawerny to wyglądała jak kolejny gość. A nawet całkiem przyjemna dla oka młoda kobieta o ciekawych i zgrabnych kształtach i rysach twarzy. Oczywiście póki ktoś jej nie zajrzał pod spódnicę. Wtedy jej “spaczenie” jak to mawiano w Imperium lub “błogosławieństwo” jak to mawiał Starszy lub Merga mogło wyjść na jaw. Obie ucharakteryzowane na kogoś innego łotrzyce popatrzyły na nią a potem na siebie.
- Usiądź zaraz za mną. Wtedy będziesz w głębi wozu. A jakby strażnicy kazali wysiadać czy co to rób co mówią. Jak nie będą strasznie wredni to nie powinni robić rewizji osobistej. Chociaż ja sama nie miałabym nic przeciwko jakby jakiś władczy strażnik albo strażniczka mi coś takiego zafundowali no ale tobie to faktycznie lepiej tego unikać. A reszta to zagadujcie i odwracajcie uwagę od Lilly gdyby się coś czepiali. - Łasica po chwili zastanowienia uznała, że gra jest warta świeczki. W końcu inaczej musieliby zostawić Lilly w mieście a chyba nie chciały liliowłosej kamratki pozbawiać takiej wyjątkowej okazji do zabawy. No a poza tym oprócz Sorii to chyba tylko ona mogła dogadać się ze zwierzoludźmi. A Soria miała dotrzeć dopiero wieczorem, może nawet koło północy razem ze szalchetnie urodzonymi kultystkami. Zaś kiedy by się zjawił Gnak i reszta to jeszcze nie było takie pewne.
Potem zaś ruszyli portowymi ulicami tam gdzie łotrzyce miały przygotowany wóz. Skorzystały z męskiej pomocy aby załadowali zapasy na wóz. Głownie wino i jedzenie przez co wyglądało jakby mieli jechać na jakiś piknik. Lub dowieźć zapasy młodym szlachciankom co pojechały w plener. Taką to bajkę wymyśliły łotrzyce co powinno zgrywać się z tym, że naprawdę Pirora ze swoimi szlachetnie urodzonymi koleżankami miały dziś wyjechać w plener.
A gdy się zapakowali Łasica i Burgund siadły na koźle i ta pierwsza trzepnęła lejcami dając zna, ze czas ruszać. Mgła zaczynała rzednąć ale na ulicach panował nie mały rozgadriasz. Joachim miał wrażenie, że powtarzają się sceny z ostatniej zimy gdy po uwolnieniu Mergi zablokowano zawalone śniegiem miasto i dokładnie trzepano szukając zbiegów i ich pomagierów. Teraz też widać było jak tam kogoś strażnicy wloką, gdzie indziej robią kipisz w jakimś lokalu, jakiś kupiec za głośno protestował za zatrzymanie czy sprawdzanie wozu to dostał pięścią w brzuch a strażnicy z mściwą satysfakcją zaczęli wywalać jego towary z gnój zawalający ulicy.
- No, no… Wzięli się chłopcy za robotę… I widzę, że trzepią paserów i kolegów z branży… - mruknęła cicho Burgund widocznie rozpoznając co niektóre adresy czy twarze. Zresztą Łasica też to potwierdzała. Chyba władze poszły tropem szajki przemytników, paserów, włamywaczy i reszty ferajny od nich zaczynając szukać heretyków co ośmielili się podnieść rękę na największą i najwspanialszą świątynie w mieście. A obywatele z racji tego, że podzielali to oburzenie to raczej nie protestowali przeciwko takim poszukiwaniom. Raz, że to z miejsca byłoby podejrzane a dwa to właśnie taka zbrodnia też mogła ich uderzyć osobiście. W końcu nie chodziło o jakąś rezydencję bogatego szlachciura czy kupca ale o dom boży czyli coś wspólnego dla nich wszystkich.
- O zobaczcie! Louiza! - w pewnym momencie Burgund wskazła dyskretnie na jakieś zamieszanie w jakiejś karczmie. I grupkę jaka wyglądała na najemników. Pewnie chodziło o smukłą, blondynkę z wielkim obuchem przewieszonym przez plecy. Prowadziła za ramię jakąś inną kobietę jak strażnik pochwyconego przestępcę.
- Ale farciara… Pewnie rzuci ją o ścianę, przyciśnie i zrobi jej bardzo dokładną rewizję… Może nawet każe jej klęknąć i okazać wolę współpracy… Ale farciara… - rzuciła Łasica rozmarzonym tonem jakby zazdrościła tamtej schwytanej kobiecie. Chociaż nie było pewne czy właśnie to ją czeka to jednak łotrzyca widocznie nic nie miała aby ta silna i smukła łowczyni heretyków właśnie tak z nią postąpiła.
- Lepiej nie kusić losu. Już jesteśmy umówione. - przypomniała jej profilaktycznie Burgund na co czarnowłosa koleżanka przytaknęła, trzepnęła lejcami aby popędzić chabetę i minęła tamtą ciekawą scenkę ze współudziałem swojej krótkotrwałej kochanki o dominującym charakterze.
- O matko jaka kolejka… - westchnęła Burgund gdy okazało się, że przed południowa bramą jest całkiem spora kolejka. Zapewne spowodowana tym, że w przeciwieństwie do zwykłego dnia tym razem strażnicy kazali złazić wszystkim z wozu po czym bez ceregieli włazili na wóz i sprawdzali co wiozą. Zapewne szukając skradzionych ze świątyni fantów jak zauważyły łotrzyce. Ale dostrzegły też, że nie robią chyba rewizji osobistej co dawało nadzieję, że nie zrobią wyjątku dla Lilly o i ile ta im jakoś czymś nie podpadnie.
- Tylko nie róbcie nic głupiego. Po prostu jedziemy z dostawą dla dobrze urodzonych panien z towarzystwa. - uprzedziła Łasica nieco odwracając się na koźle do tyłu aby przypomnieć kolegom i koleżankom jak powinni się zachować podczas sprawdzania. A gdy do tego doszło sprawa zaczęła się dosć rutynowo. Przynajmniej jak na dzisiejsze warunki.
- Wszyscy z wozu! - zakomenderował dowódca strażników tonem nie znoszącym sprzeciwu. Sądząc po szarfach to musiał być oficerem co tylko potwierdzało, że władze traktują sprawę poważnie. Obie łotrzyce bez wahania zwinnie zeskoczyły z wozu i dały znać reszcie aby postępowali zgodnie z poleceniami strażników. Lily starała się nie rzucać w oczy i ukryć gdzieś w środku grupki koleżanek i kolegów. A po chwili jakoś tak się ułożyły, że stanęła za plecami obu bardziej wygadanych koleżanek no i jej przewodniczek po mieście jakie od pół roku wdrażały ją jak powinna poruszać się i zachowywać w mieście. Zaś przedstawiciele władz sprawdzali zawartość wozu. I gdyby tam były jakież zrabowane monety czy klejnoty to pewnie by je znaleźli. Ale te powinny być gdzieś na dnie długiej łodzi jaka obecnie powinna pruć szare fale kierując się ku Norsce. Uwagę strażników jednak wzbudziła zawartość bagaży podróżników. Zawołali oficera i pokazali mu co tam jest.
- A cóż to? Piknik sobie urządzacie? Nie wiecie, że mamy żałobę po naszej czcigodnej księżnej - matce i wszelkie świętowanie jest zabronione? - zapytał dowódca strażników pokazując jedną z butelek wina jaką wyjął z koszyka i przesunął się surowym wzrokiem po grupce czekającą obok wozu.
- Absolutnie! My zawsze oddajemy należną cześć księżnej i komu trzeba. Ostatnio byliśmy na mszy w Festag i słuchaliśmy ojca Absalona. On tak pięknie i silnie przemawia! Mamy prawdziwe szczęście, że ten czcigodny ojciec jest u nas kapłanem. Słyszałam, że nawet na gościach co przyjechali na ten odwołany turniej to robi wrażenie. Ale dzisiaj to my tylko słudzy jesteśmy. To wszystko dla szlachetnie urodzonych panienek wieziemy. One tam plener malarski mają poświęcony oddawaniu czci naszej świętej pamięci czcigodnej matce oraz dobrym bogom. Pan rozumie, że takie znamienite damy nie będą się same kalać swoich wspaniałych dłoni jakimś tam obieraniem, gotowaniem i myciem garów. No i właśnie dlatego tam jedziemy. - Łasica gładko nawijała swoją bajerę płynnie wchodząc w rolę bogobojnej służki którejś z wielkich dam jaka musi spełniać ich polecenia nawet jeśli sama wolałaby zachować się zgodnie z wymogami żałoby.
- I to wszystko zaplanowne już wcześniej było. A tu rano wstajemy, szykujemy wszystko a tu taka straszna wieść o tym co się stało w świątyni. A ledwo byłyśmy tam parę dni temu na mszy! Straszne, że takie rzeczy się dzieją, straszne… - Burgund też gładko weszła w podobną rolę wspierając swoją partnerkę w zbrodni pełnym żalu tonem. Oficer wciąż trzymał tą butelkę wina i przeszywał je obie wzrokiem. Ale jakby zmiękło mu to spojrzenie. Widać było, że się wahał co teraz powinien zrobić. Spojrzał na piknikową zawartość wozu. Dwóch strażników co je sprawdzało rozłożyło ramiona dając znać, że nie znaleźli tam nic niestosownego.
- A do jakich to panienek jedziecie? - zapytał w końcu jakby chciał zyskać na czasie. Albo coś sprawdzić. Łasica bez wahania zaczęła mu sypać samymi znamienitymi nazwiskami poczynając od Kamili van Zee, córki samego kapitana portu czyli jednego z najważniejszych ludzi w mieście a kończąc na Froyi van Hansen, ekscentrycznej córce jednego z najważniejszych rodów w mieście i okolicy. Taka paczka najlepszych nazwisk zrobiła chyba na oficerze jakieś wrażenie ale w pewnym momencie uśmiechnął się chytrze.
- Panna van Hansen powiadasz? Już tam pojechała? Tak? To co tu robi? - uśmiechnął się jakby wygrał jakąś partię gry albo odkrył blef rozmówcy. Wskazał w dal a tam widać było kobietę jaka wierzchem jechała w stronę bramy. Za nią dwóch innych jeźdźców. Froya van Hansen do głowy widocznie sobie nie brała aby stawać w kolejce w tym miejskim gnoju i błocie razem z resztą plebsu. Bez wahania podjechała pod samą bramę i zatrzymała się dopiero przy sprawdzanym wozie i strażnikach. Wyglądała bardzo okazale w swoich wysokich butach i bryczesach do konnej jazdy. Kobietom taki strój zwykle nie przystoił i mężczyźni z dobrych domów sobie na to pozwalali no ale jak się było milady z tak dobrego domu i pozycją to można było sobie pozwolić na pewien poziom ekstrawagancji i fanaberii.
- Pochwalony Leopoldzie. Czy mógłbyś przepuścić mnie przez bramę? - zapytała szlachcianka nawet nie poświęcając uwagi pozostałym. Ale do oficera strażników zwróciła się po imieniu jakby się znali.
- Oczywiście Froyo. A mogę zapytać dokąd się udajesz? Sama rozumiesz jaką trudną mamy sytuację. - oficer zwrócił się do niej z szacunkiem jakby się chciał napawać tym momentem gdzie może pochwalić się swoimi znajomościami.
- Chyba nie podejrzewasz mnie o ten rabunek z zeszłej nocy? - konna blondynka uniosła do góry swoją wypielęgnowaną i umalowaną brew przyjmując jawnie ironiczny oraz rozbawiony ton.
- Absolutnie nie Froyo! Ale sama rozumiesz, takie procedury… Musimy pytać każdego. - zapewnił ją Leopold gorąco po czym przyznał, że to z powodów służbowych pyta a nie, żeby znamienitą damę podejrzewał o takie okropieństwo.
- Jestem umówiona z Kamilą i koleżankami. Twierdzą, że machanie pędzlami może być ciekawsze niż machanie mieczem. Albo polowanie. Albo jazda konna. No i pani matka nalegała abym “wreszcie zaczęła się zachowywać jak na młodą damę przystało”. - odparła konna szlachcianka nieco zgryźliwym tonem ale nie tracąc nic na swojej swobodzie i pewności siebie. Wyglądało jakby plener malarski dla dobrze urodzonych szlachcianek to niekoniecznie był w centrum jej zaintersowań. Zwłaszcza w zestawieniu z paroma jakie wspomniała.
- Pochwalony milady. - gdzieś z boku odezwała się skromna, czarnowłosa robotnica albo służka zwracajac na siebie uwagę o wiele wspanialszej damy. Ta spojrzała na nią i zmrużyła oczy jakby trochę zdziwiona, że ktoś ośmiela się wtrącić w jej rozmowę.
- Katja? Przefarbowałaś włosy. Ledwo cię poznałam. - Froya jednak po chwili zmagania się ze swoją pamięcią dość dobrze rozpoznała niżej urodzoną. I to pomimo inne fryzury i dość szarego wyglądu. Ta ząś dygnęła grzecznie przed wyżej urodzoną. Podobnie jak obecnie blondwłosa Burgund, kryjąca się za ich plecami Lilly i stojaca obok Oksana. Dopiero teraz van Hansen przesunęła się wzrokiem po reszcie stojącej obok wozu grupy wcześniej nie zwracając na nich większej uwagi niż na resztę mijanego miasta.
- Tak milady, przefarbowałam. Za to milady wygląda olśniewająco i dostojnie jak zwykle. I władczo. Aż bym była zaszczycona mogąc milady służyć. - Łasica uśmiechnęła się i przyjęła bardzo pokorny i uległy ton. Oraz przesunęła się wzrokiem po wysokich butach, smukłych udach opiętych bryczesami i trzymanej obok szpicrucie. To chyba spodobało się milady bo się uśmiechnęła zadowolonym z pochlebstwa uśmiechem.
- No to nie jest niemożliwe Katju. A co tu właściwie robisz? - Froya stuknęła się dwa razy końcówką szpicruty po cholewie wysokiego buta i nieco zmrużyła oczy w kocim spojrzeniu.
- Właśnie milady jedziemy na to spotkanie w plenerze. Wieziemy zapasy dla naszych pań. No i abyśmy mogli im służyć jak należy. Ale do tej pory nie wiedziałam, że milady też tam zaszczyci nas swoją obecnością. To będzie dla mnie wielki zaszczyt móc milady usługiwać. Tylko tutaj pan oficer nas właśnie zatrzymał i sprawdza te zapasy. - łotrzyca nie wychodziła ze swojej uległej roli jaką zresztą prywatnie bardzo lubiła. A i czasem też wspominała swój krótkotrwały epizod służby u van Hansenów gdzie zdołała bliżej sie poznać z obecną rozmówczynią i zawsze mówiła o niej bardzo ciepło. Zresztą czasem zdarzało się, że Pirora brała łotrzyce do obdługi przyjęć czy w teatrze czy u siebie na jakichś wernisażach i jak tylko trafiła się okazja odświeżenia znajomości z olśniewającą i władczą milady to Łasica nie omieszkała się tym potem chwalić a wręcz puszyć.
- Doprawdy? - Froya znów uniosła swoją elegancką brew. I spojrzała teraz na swojego znajomego oficera. - Leopoldzie czy twoi ludzie już sprawdzili ten wóz? Jest w nim jakaś kontrabanda czy coś niestsowonego? Nie? No to mam nadzieję, że twoi ludzie nie będą wiecej opóźniać tego ważnego transportu dla naszych znamienitych koleżanek? No i dla mnie. Nie? To cudownie. Do zobaczenia przy następnej okazji. - póki Froya się nie pojawiła to trudno było powiedzieć czy strażnicy jeszcze by się czegoś czepiali wozu i jego obsady czy nie i puściliby ich wolno. Ale jak się zjawiła panna van Hansen i niejako poręczyła za słowa swojej ulubionej służki to chociaż grzecznie pytała swojego kolegę o te procedyry sprawdzajace to i tak jakoś trudno było odnieść wrażenie, że jej życzenia zmieniają się w polecenia. I Leopold szybko zgonił swoich ludzi z wozu po czym dał znak, że jego obsada może znów wsiadać i ruszać dalej. Zaś na Katję spojrzał jakby z zazdrością i zdziwieniem, że taka byle jaka robotnica tak dobrze zna się z jedną z najznamienitszych dam w tym mieście.
Przez bramę przejechali zaraz za Froyą i jej dwoma konnymi jacy jednak nie wtrącali się w rozmowe. Wyglądali jak jej eskorta czy ktoś taki bo byli uzbrojeni i mieli tuniki z krwawym słońcem jakie było herbem van Hansenów.
- Bardzo milady dziękuję za pomoc. Chyba trzymaliby nas cały dzień w tej bramie gdyby nie milady. Jeśli bym tylko mogła jakoś podziękować milady za tą łaskę i pomoc to oczywiście bardzo chętnie. - Łasica wykorzystała moment, że van Hansen na moment zrównała się z kozłek wozu jadąc obok niego aby jej podziękować za tą interwencję. Ta uśmiechnęła się wspaniałomyślnie.
- Chyba coś ci znajdę. A na razie bywaj Katju. Czas rozprostować nieco kości. - szlachcianka znów zmrużyła oczy i wydawało się, że razem z łotrzycą znajdują wspólny język pomiędzy oficjalnymi wierszami. Zwłaszcza jak ponownie postukała szpicrutą w cholewę buta co od razu przykuwało wzrok jej rozmówczyni. Ale w końcu trzepnęła nią w zad konia i ten wspaniały, dorodny ogier wyrwał do przodu galopem. A za nią dwóch jej konnych ochroniarzy. Po chwili znikęli im z oczy za pierwszym zakrętem leśnej drogi.
- Ah, co za wspaniała kobieta! Aż żałuję, że naprawdę nie jedziemy w ten plener. Musimy porozmawiać z naszymi szlachcianeczkami aby częściej organizowały takie zabawy. No sami zobaczcie jacy znamienici goście się potrafią tam zjawiać. - Łasica pozwoliła sobie wreszcie na odkrycie kark i z wyraźną tęsknotą odprowadzała tą dumną i pewną siebie szlachciankę jakiej tak uwielbiała służyć. Zwłaszcza podczas nieoficjalnych spotkań gdzie można było się pobawić szpicrutą czy innymi takimi ciekawymi zabawkami.

https://i.imgur.com/yq8wLgN.jpg
O ile w mieście wraz z przekroczeniem południa mgła już zdążyła się w sporej mierze rozproszyć to tutaj, za miastem, jeszcze kłębiła się w leśnych ostępach. Mimo to wóz wytrwale chybotał się na błotnistych koleinach leśnej drogi. Z początku jechali tą drogą prowadzącą do Saltburga. Potem jednak odbili w lewo w dużo węższą drogę. Tam chabeta wlokła wóz przez ten mglisty las.
- O a tamtędy jedzie się do tej rezydencji Rose co dziewczęta mają dzisiaj ten plener. Ale my jedziemy dalej. - poinformowała ich Łascia gdy jakiś czas później mijali kolejne rozwidlenie dróg. Ale pojechała dalej stopniowo lasem objeżdżając niewidoczne stąd miasto. Aż zajechali na miejsce. W międzyczasie zrobiło się zdrowe popołudnie. Do końca dziennego światła było jeszcze dobre cztery, pięć, może sześć dzwonów. W końcu był środek lata więc dzień był całkiem długi.
O ile zapewne większość z tubylców słyszała chociaż o tym miejscu czy nawet była tu wcześniej to Otto czy Heinrich byli tutaj po raz pierwszy. Miejsce było pozornie kolejną polaną wśród pierwotnego lasu. Ale w oko od razu wpadały wielkie, kamienie postawnione na sztorc. A inne przewalone leżące na płask lub przechylone jakby ktoś próbował je wieki temu wyrwać z posad lub poddały się pod naporem wieków.

https://i.imgur.com/ztHglik.jpg
- To tutaj. Jej zapomniałam jakie to wielkie. Mam nadzieję, że Gnak i reszta nas znajdą. Zresztą jak rozpalimy ognisko to powinni. - Łasica zatrzymała wóz i przez chwilę rozglądała się z zydla po tym skalnym rumowisku. Rzeczywiście czy na polanie, czy między drzewami i krzakami widać było jakieś spore głazy. Prawie zawsze były one porośnięte mchem, wtopione między trawę i krzaki. Stały tu od tak zapomnianych czasów, że rosłe drzewa oplotły co niektóre swoimi korzeniami. Więc trzeba było się rozejrzeć aby już na miejscu znaleźć jakieś miejsce na obóz. W końcu mieli tu zostać na całą noc. W końcu ladacznice wybrały ten główny głaz jaki miał stanowić centralny punkt obozu.

https://i.imgur.com/wVoSt8m.jpg
- O. Ten będzie dobry. Taki pochylony. W sam raz aby tu przykuć jakąś niewolnicę z jakiej będą wszyscy korzystać. - stwierdziła z zadowoleniem Łasica. Chociaż z miejsca zrobił się rwetest bo mogło być więcej niż jedna ochotniczka na taką przykutą niewolnicę. Każda z łotrzyc chętnie zajęłaby to miejsce, Lilly chyba też nie miałaby nic przeciwko a jeszcze zapewne przynajmniej Fabienne byłaby chętna bo przecież też uwielbiała takie zabawy a z tego przydomka “najpodlejsza z podłych” jakie nadała jej Soria była szczególnie dumna. Spór rozstrzygnęła Oksana zauważając, że jak na razie to nie bardzo jest jak kogoś przykuć do tego głazu bo nie ma żadnych wbitych haków ani obręczy. To przykuło uwagę ladacznic ale uznały, że nie po to brały linę aby z niej nie skorzystać.
Humory dopisywały ale trzeba było zabrać się za zrobienie tego obozowiska. Wyprząc i uwiązać konia, przygotować posłania, ognisko, nazbierać drewna na całą noc, potem zapewne kolację. Ale zostało czekanie. Nie do końca było pewne kiedy zjawi się Gnak ze swoją ferajną. Pirora z resztą koleżanek miały przybyć kiedy upewnią się, że ich znamienite koleżanki zapadły w sen. To też jednak nie było na tyle pewne aby umawiać się na konkretny moment. Ot jak się panienki pośpią to ich slaaneshowe kultystki po cichaczy spakują, wsiadą na wóz i przyjadą tutaj. Nocą ta podróż też by pewnie zajęła im z parę pacierzy więc łotrzyce oczekiwały ich późnym wieczorem, koło północy albo po.

https://i.imgur.com/LiwHBLz.jpg
W końcu jednak obóz był gotowy. Ognisko zapłonęło. A dzień zaczynał się mieć ku końcowi. Koleżanki zaczęły szykować kolację gotując coś dobrego w kociołku zawieszonym nad ogniskiem. Nad głowami mienił się czystą, wręcz śnieżną bielą Mannlieb w pełni potwierdzając, że to właśnie tej nocy jest jego pełnia. Zaś nieco dalej, widać było zielonkawy sierp Morrsilieba.
- Mam nadzieję, że Gnak nas nie wystawi. Byłabym zawiedziona. A Fabi to by chyba pękło serduszko. Tak się cieszyła na myśl, że wreszcie będzie miała okazję spróbować się ze zwierzoludźmi. - powiedziała Łasica grzebiąc patykiem w ognisku.
- A jak przyjdą to co robimy? Znaczy w ogóle to wiadomo. Ale czekamy jakoś aż Soria z resztą przyjedzie czy zaczynamy bez nich? - zagaiła Burgund ciekawa jak to by mogło wyglądać. Podmuchała w drewnianą łyżkę i spróbowała przygotowanego gulaszu. Spodziewały się sporo gości więc i gar postawiony na drugim ognisku był całkiem spory. Lilly tutaj okazała się nieoceniona w takich obozowych pracach i jej doświadczenie wyniesione z życia w jaskini i dziczy okazało się przydatne.
- A mnie ciekawią te dwie maje z wczoraj. Ciekawe czy coś takiego jak tutaj byłoby dla nich coś wystarczająco ekscytującym. - zastanawiała się Onyx dorzucając pokrojoną kiełbasę do gotującej się masy.
- Oj to by chyba musiały być już takie jak my. To nie dla byle kogo. Trzeba być już nieźle “zdeprawowanym” aby pisać się na takie zabawy. Z kimś nowym też można no ale to skok na głęboką wodę. Dlatego Pchełki dzisiaj nie zabierałyśmy. Gdyby było bez zwierząt tylko jakaś orgia między nami to pewnie bo Oksana mówi, że ona to taka druga Fabi w takich zabawach no ale jednak jak by zareagowała na zabawę ze zwierzątkami to nie wiadomo. Z tymi dwiema majami z wczoraj to tak samo. Zresztą. Trudno by było ściągnąć rogasi do miasta. Oni ich unikają jak ognia. - Łasica też nadal wydawała się zaciekawiona kim były tajemnicze bogate piękności co wczoraj odwiedziły przybytek rozkoszy w jakim obecnie pracowała ich koleżanka a wcześniej one same ale jednak chociaż wizja zaproszenia nowych koleżanek na taką wyuzdaną orgię jaka się tu szykowała wydawała się jej kusząca to jednak ostrożność to jednak odradzała. Szok taką skalą deprawacji mógł być jednak dla kogoś nie przygotowanego zbyt duży.
- Tak, to prawda. Ja Pchełkę do tej pory traktowałam jako osobistą zabaweczkę. I bardzo dobrze mi się sprawuje w tej roli. Ale na rozszerzenie jej działalności to no cóż, jeszcze o tym nie myślałam. Ale pomyślę, bo jest obiecująca. Więc jak ktoś lubi usłużne i wytresowane zabaweczki to mogę ją polecić. No ale też mnie kusiło aby ją zabrać tutaj ale to chyba mimo wszystko zbyt wysokie ryzyko. Może następnym razem. - Oksana pokiwała głową zgadzając się z opinią koleżanki. Wypowiadała się o ich kamratce z ferajny z pewną nonszalancją ale też i sympatią. Przez chwilę trwała o niej dyskusja bo obie łotrzyce nie mogły się nadziwić, że ich znajoma domina i zwolenniczka Księcia Deprawacji zna prywatnie tą samą koleżankę jaką i one znały ale jakoś nigdy o tym żadna z nich nie wspomniała póki wczoraj wieczorem krawcowa nie przyszła z ich znajomą włamywaczką.
Kolacja trwała wraz ze kończącym się dniem. Gdzie zmierzch zaczynał z wolna zastępować światło dnia. Rozmowy dotyczyły różnych osób i tematów. Wino zaczynało rozwiązywać języki. Dziewczęta wyjęły flety, harmonijki i zaczęły sobie przygrywać, śpiewać i pląsać przy ognisku. Na pohybel żałobie i zakazowi zabaw jakie obowiązywały w mieście. Policzki coraz bardziej się różowiły, dłonie coraz częściej sięgały w różne ciekawe zakamarki drugiej osoby a usta coraz częściej spotykały się z innymi ustami. Robiło się coraz bardziej frywolnie, swobodnie i wesoło gdy w pewnym momencie łotrzyce zamarły. A za nimi reszta. Wpatrzone w kilka sylwetek widocznych gdzieś między drzewami, na skraju widoczności już prawie całkiem nocnego lasu.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto pozwolił dziewczynom załatwić sprawę straży. Cieszyło go, że mógł zostawić w końcu habit i pochodzić w zwykłych spodniach i koszuli. Oczywiście wyskoczył z wozu jak rozkazano, ale starał się nie rzucać w oczy. Dobrze, że lady von Hensen akurat była w okolicy, inaczej mogliby ich zawrócić.
Kiedy ruszyli i minęli drogę do miejsca zebrania szlachcianek mnich zerknął na łasicę.- Nie będzie problemów, że się nie zjawicie? Skoro nagadałyście tej von Hensen, że tam będziecie? -wątpił, aby była z tego większa afera, ale wolał się upewnić.
Kiedy dotarli na miejsce Otto rozejrzał się po miejscu ich spotkania ze zwierzoludźmi. Faktycznie głaz wyglądał interesująco. Będzie musiał tutaj wrócić kiedy sytuacja będzie bardziej sprzyjająca. Pomógł rozbić obóz i rozpalić ognisko. Zanim zaczęli jednak jeść postanowił dać temu miejscu trochę odpowiedniej świętości. Wyciągnął ze swojego plecaka niewielką bryłkę węgla rysowniczego i kredę. Miał nadzieję narysować dziewczęta zanim dojdzie do spotkania, ale to wydawało się lepszym zastosowaniem jego czasu.
Podszedł do pochylonego głazu i zaczął rysować na nim wielki symbol Mrocznego Księcia.
- Zadowól swoją chuć, głód, pożądania. Świat jest twój. - odpowiadał w kółko krótką modlitwę do Slaanesh, aż jego zadanie było skończone. Spojrzał z zadowoleniem na swoje dzieło i zerknął na dziewczyny.
- Jeżeli wiatry sprzyjają spojrzeniu Węża, zmieńmy to miejsce w oazę jego wiary. Kto wie, może usłyszymy jej słodkie szepty kiedy koziołki będą z nami spółkować.Przysiadł się przy ognisku i uraczył się obiadem, rozmawiając z dziewczynami o ich ostatnich wybrykach.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Czarodziej przeklinał swoje zmęczenie i przeziębienie, prawdopodobnie spowodowane intensywnym czarowaniem poprzedniego dnia. Gdy wydarzenia nabierały takiego tempa, nie za bardzo mógł pozwolić sobie na chorowanie... Nie zdążył spotkać się z Baronem Wirsbergiem, natomiast poprosił swojego sługę Svena, by ten przekazał Baronowi wiadomość. Wiadomością tą był krótki list, w którym astromanta prosił by na razie odłożyć wyprawę na bagna, gdyż znaki są niekorzystne, a on będzie przez najbliższe dwa dni bardzo zajęty. Tylko żeby nie wzbudziło to podejrzeń, musiał być ostrożny.
Wydostanie się z miasta nie było takie proste w takiej sytuacji. Joachim już szykował się do dołączenia do dyskusji ze strażnikami, ale interwencja Froyi van Hansen sprawiła że nie było to niezbędne.
- Mam nadzieję, że Soria i Pirora popracują trochę nad tą damą, choć ona chyba preferuje polowania. Jak widzicie, przyjaciele w wyższych sferach są bardzo przydatni dla naszych planów. Oczywiście nie wątpię, że dałybyście sobie radę ze strażnikami, tylko dłużej by to zajęło...
Kiedy wyjechali poza miasto, rozglądał się dookoła, starając się wchłonąć jak najwięcej użytecznych informacji.
- Zabawa zabawą, ale powinniśmy też jak najwięcej dowiedzieć się o tych zwierzoludziach, wiedza jest potęgą - powiedział Ottowi, Heinrichowi i pozostałym członkom wyprawy którzy nie byli zadeklarowanymi Slaaneshytami.
Zaś kiedy pośród drzew pojawiły się postacie, wstał i starał się zachować czujność. Nie byli w końcu u siebie i trzeba było być gotowym na wszystko.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 34 - 2519.07.13; abt; przedpołudnie - północ
Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zchodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.12/13; Aubentag/Marktag; zmierzch - noc
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)Wszyscy
- Mam nadzieję, że nasze lepiej urodzone koleżanki będą miały głowy na karku i połapią się co i dlaczego tak nagadałam przy bramie. Wcale nie miałyśmy tam być. Ale sam widziałeś jak trzepali przy bramie. I Froyi w ogóle się nie spodziewałam. Myślałam, że pojechała razem z innymi. Ale jakby mnie potem raczyła wezwać przed swój majestat i wybatożyła za takie nędzne kłamstwa to chyba bym jakoś nie miała jej tego za złe. - Łasica była w świetnym humorze odkąd tylko wyjechali przez południową bramę poza miasto co oznaczało wolność i swobodę na takie zabawy jakie najbardziej lubiła. I za bardzo nie przejmowała się ewentualnymi konsekwencjami rozpytywania o nią przez Froyę u swoich koleżanek. Zwłaszcza jak miały tam być też ich koleżanki - kultystki co były wtajemniczone w dzisiejsza eskapadę do zachodnich kamieni.
Potem gdy Otto zaczął szkicować na prastarym, pochylonym głazie kreski jakie coraz bardziej układały się w symbol Slaanesha wzbudził zaciekawienie koleżanek. Co chwila któraś podnosiła głowę obserwując jego poczynania. A gdy skończył i na głazie widniał ten charakterystyczny męsko - damski symbol wszystkie wydawały się ucieszone.
- Ale ładny. Szkoda, że u nas nie ma takiego. - powiedziała Lilly podchodząc do głazu i pieszczotliwie przesuwając po nim palcami. W końcu oddała mu cześć całując ten wymalowany węglem symbol. To jakby zachęciło koleżanki aby postąpiły podobnie co dodało im ekscytacji do zbliżającego się wieczoru pełnego oczekiwania na nietuzinkową zabawę jakiej nawet one nie mogły zaznać co dziennie, na zawołanie a zwłaszcza w mieście.
- Ale nim odejdziemy to trzeba będzie to zmyć. Niestety. Ale kto wie kto tu się pałęta i jak często. Jakby rozpoznał co to jest mogłoby to wzbudzić niezdrowe zainteresowanie. A teraz po tym co było wczoraj w nocy to pewnie są wyczuleni na takie sprawy. Też bym chciała mieć coś takiego na stałe. Nawet myślałam o tatuażu. No ale za dużo osób mnie spoza rodziny ogląda bez niczego aby to było bezpieczne. - Łasica pokiwała głową patrząc nostalgicznie na głaz i narysowany węglem symbol. Mówiła jakby czuła sprzeczność między podszeptami zakazanych żądz a wrodzoną ostrożnością ulicznika.
- Dobrze, że chociaż na statku mamy ołtarz Soren. Ale też bym chciała mieć jakąś taką świątynię gdzie można by się bez skrępowania oddawać takim przyjemnością. Ten loszek Pirory jest prawie idealny. Ale tam raczej ołtarza albo takich symboli nie można pokazać. Przynajmniej nie na stałe. - Burgund przyszła w sukurs swojej partnerce i chyba miała podobne odczucia. Chciała mieć takie miejsce na wyuzdane i lubieżne orgie w jakich można by jawnie oddawać cześć ich patronowi. Ale musiałoby to być nieźle pomyślane aby z jednej strony dało się tam dość łatwo dotrzeć bez zbędnych ceregieli, przynajmniej jakby się wiedziało co i jak a z drugiej strony aby nikt postronny nawet nie pomyślał, że coś tam się dzieje niestosownego nawet jakby przechodził tuż obok.
- I jeszcze żeby Gnaka albo innych takich nietuzunkowych gości można było tam zaprosić. - rozmarzyła się Łasica pozwalając sobie na nieco fantazjowania.
- To chyba nie. Nie w mieście. Trudno by było ich namówić. Oni nie lubią miast. Może jakby mieli je zniszczyc czy spalić to by weszli. Ale tak to ciężko. Raczej by to musiało być coś na zewnątrz. - Lilly jaka robiła u nich za eksperta od zwierzoludzi pozwoliła sobie na nieco sceptycyzmu w tej sprawie. Chociaż też myśl o spółkowaniu z nimi w bardziej komfortowych warunkach wydawała się być miła jej sercu.
- Oj tylko palić i niszczyć? Jej. Jakbym słyszała Silnego. A jakby mieli chętne i ładne samice do zabawy? To co? Nie przyszliby? - liderka prychnęła z irytacji na słowa różowowłosej koleżanki. Ale bez prawdziwej złości. I była ciekawa jej zdania czy by jakoś nie dało się namówić zwierzoludzi na częstsze wizyty w mieście. Dla obopólnej satysfakcji i przyjemności a nie, żeby zaraz coś palić i niszczyć. Lilly zastanowiła się chwilę ale w końcu wzruszyła ramionami na znak, że nie czuje się na siłach aby odpowiedzieć.
- Się tak nie rozpędzaj. Gdzie byśmy miały ich ugościć? Chyba tylko w loszku Pirory a to ona by się musiała zgodzić. A ich jakoś trzeba by tam dostarczyć. Co prawda dałoby się kanałami ale nie mam pojęcia czy oni by się zgodzili leźć kanałami i to ktoś by ich musiał tam przeprowadzić. A dwa to by strasznie śmierdzieli po tych kanałach to nie wiem czy to takie zabawne by było się potem z nimi pokładać. - Burgund popatrzyła krytycznie na swoją partnerkę aby przywołać ją do porządku. Ta cmoknęła z niezadowolenia ale w pierwszej chwili nie zaprzeczyła. Zapewne jej też ściągnięcie do środka miasta bandy zwierzoludzi nie zapowiadało się na takie lekkie.
- Ale tam chyba są jakieś podziemne zwierzoludzie? Tak coś kojarzę. Nawet chłopaki ich spotkali niedawno jak wracali z jaskini Oster. Może z nimi coś by się udało? W porównaniu do tych z lasu to są prawie na miejscu. - Onyx wtrąciła się do rozmowy gdy już zaczęły się rozważania o rozszerzeniu działalności wężowych sióstr oraz bardziej egzotycznych kochankach.
- No coś było… Ale ja ich nie widziałam. Poza tym też by pewnie szli kanałami bo nie sądzę aby zapukali do drzwi wejściowych Pirory. No a nie wiem czy zabawiać się z kimś kto właśnie wylazł z kanałów jest takie fajne. To prawie jakby to robić w samych kanałach. - przefarbowana na czarno łotrzyca wzruszyła ramionami na znak, że tak do końca to nie wie jak to jest z tymi podziemnymi zwierzoludźmi. Okazało się, że koleżanki podobnie więc niezbyt wiedziały czego by się po nich spodziewać. Chociaż rzeczywiście w porównnaniu do bandy Gnaka to byli prawie na miejscu i chyba nie powinni mieć oporów przed chodzeniem po mieście. Czy raczej pod.
- No to by było coś. Przyznam, że ciekawie by było wziąć taką bestię pod but, na smycz i zdzielić szpicrutą. A potem doprowadzić do jakiejś rozpłodowej ladacznicy. Tak, przydałoby się miejsce na takie zabawy. - Onyx też dołożyła swoją cegiełkę do takich luźnych rozwarzań i marzycielskich planów. Chociaż w swoim dominującym stylu. A sądząc po reakcji koleżanek to chyba by nie miała kłopotów ze znalezieniem ladacznic do takich zabaw o jakich mówiła.
- A jak coś chcesz się dowiadywać Joachimie to się dowiaduj. Ja jadę się tam z nimi bliżej poznać. A nawet głębiej. - zaśmiała się wesoło Łasica na dywagacje kolegi. Zresztą od początku nie ukrywała, że jedzie głównie z ciekawości i dla rozrywki. Jak chyba zdecydowana większość jej koleżanek.
- A jak Pirora i Soria i zapewne Fabi popracują nad Froyą to oby, oby! Ale jak się nią nie podzielą to się na nich pogniewam a nawet obrażę. - Burgund rezolutnie odparła na kolejne zdanie Joachima. Widocznie każda z nich nie miałaby nic przeciwko aby panna van Hansen dołączyła do ich wężowego siostrzeństwa. Bo do tej pory chociaż znały się także od strony prywatnej a ich szlachetnie urodzone koleżanki to nawet były z tego samego co ona towarzystwa to do tej pory jakoś nie udało się jej zwerbować do kultu. A szlachetnie urodozna blondynka zdawała się być pełna sprzeczności. Pod względem stylu i urody a także niektórych preferencji pasowałaby do dwórek Sorii jak ulał. A z drugiej strony gdy chodziło o męskie rozrywki i zainteresowania to bardziej zdawała się pasować do zwolenników Silnego.
- Jej ale by było… Jakbyśmy mieli po naszej stronie i Kamilę van Zee i Froyę van Hansen… Dwie najdroższe i najprzedniejsze panny w mieście… Połowa miasta się do nich ślini i wzdycha mniej lub bardziej oficjalnie a one by były po naszej stronie… - Łasica rozmarzyła się ponownie nad taką piękną wizją.
- Z tego co Pirora i Soria mówiły o Kamili to ona chyba już wpadła w ich sidła. Tylko jeszcze za wcześnie na przystąpienie do nas. No i to ze Starszym trzeba by ustalić. Ale wszystko z nią wydaje się na dobrej drodze. A podoba mi się. Śliczna jest. I ma taką nietypową karnację. Słyszałam, że ona jest z południa, znaczy jej matka była. I tam na południu tacy ciemni ludzie są. U nas też jest paru i nawet ta Kamila ma taką podobną jej pokojówkę. - Burgund pochwaliła się tym co wie na temat jednej ze szlachcianek. Chociaż nie tylko ona mogła słyszeć te plotki o pochodzeniu córki kapitana portu. A ostatnio Pirora i Soria dały przecież do zrozumienia, że sytuacja z Kamilą idzie po ich myśli.
Zabawa ze zwierzoludźmi rozwijała się całkiem pomyślnie. W pierwszym kontakcie między przedstawicielami obu stron i ras zapewne pomogły wcześniejsze znajomości. I jak po zauważeniu pierwszych sylwetek na skraju wieczornego lasu Łasica wyszła nieco do przodu to kilka sylwetek zbliżyło się na tyle, że weszli w zasięg blasku dawanego przez ogniska.
- Gnak! No to dobrze, że ty. To jednak nie wystawiliście nas do wiatru? No to dobrze, dobrze bo bym się na was strasznie pogniewała i nie byłoby już miłego dupczenia takich sympatycznych dziewczyn jak my. - odezwała się wesoło chociaz zwierzoludzie chyba nie rozumieli ludzkiej mowy. Tak samo jak ludzie ich. Ale pogodny i lekki ton zapewne był dość uiwersalny podobnie jak naturalna mowa ciała w postaci ciepłego i wesołego uśmiechu jakim obdarowywała ich łotrzyca i jej koleżanki. Lilly zaczęła swoją rolę tłumacza między obiema stronami. Ale te wianki jakie dziewczęta przygotowały dla swoich kochanków i kubki z winem podziałały równie dobrze. Po pierwszych chwilach ostrożności obie strony czuły się coraz bardziej swobodnie. Rozsiadły się przy ognisku, zabrały za wieczerzę, wino i coś tam sobie opowiadali. Nawet bez pomocy Lilly i w miarę jak wino szumiało w żyłach, jak flety wygrywały swoją muzykę, jak bioderka dziewcząt kusiły podczas tańca robiło się coraz bardziej swojsko a obie strony spoufalały się ze sobą coraz smielej.
- Podoba im się. Też taki mają. Tylko inny. Ale rozpoznają znak Snarla. I też go wyznają. - Lilly przetłumaczyła gesty i słowa zwierzoludzi. Bo ci prawie od razu dojrzeli pochyły głaz jaki miał stać się głównym miejscem tego spotkania oraz wymalowany węglem symbol. To chyba dodatkowo ich upewniło co do intencji przybyszy z miasta i nastroiło jeszcze pozytywniej.
- Więcej ich przyszło. Chyba z tuzin jak dobrze liczę. To dobrze! Bo nas też jest więcej. Już się bałam, że będziemy musieli jakieś kolejki ustalać i dzielić się tymi chudziakami a tu jednak może jeszcze coś da się z tego uszyć. - Łasica co była w tej grupie co miała pierwsze spotkanie z Gnakiem i jego banda kilka tygodni temu mogła sobie porównać liczebność obu stad. I z zadowoleniem odkryła, że jest ich prawie dwukrotnie więcej niż poprzednio.
- Tak. Gnak mówi, że jak wrócili po ostatnim razie i opowiedzieli o chętnych, ludzkich samicach co się z nimi pokładały i… Hmm… Nie wiem jak to przetłumaczyć… Ale chodzi o Sorię. Zrobiła na nich duże wrażenie. Wierzą, że jest wyjątkową istotą i dziedziczką potężnej istoty. Nie jestem pewna czy chodzi im o Soren czy tak ogólnie no ale wiedza, że to nie jest zwykła śmiertelniczka tylko… hmm… księżniczka? No ktoś wyjątkowy. W sporej mierze dla niej tu przyszli i chcieliby aby znów z nimi spółkowała tak jak ostatnio. Dlatego pytają o nią. Ale powiedziałam im, że Soria przyjedzie później. - Lilly musiała sie sporo napracować aby przetłumaczyć tyle rozmówek na raz. Bo co chwilę ktoś ją o coś pytał albo prosił aby o coś zapytała czy przetłumaczyła odpowiedź. A nie mogła się rozdwoić. Ale pomimo bariery językowej to wyglądało na to, że wzajemna integracja w rytm muzyki, śpiewów, tańców i wina postępuje całkiem dobrze.
- Byłam już tu kiedyś. Na orgiach ze zwierzoludźmi. Ale to było dawno. Miło tu wrócić po latach znów w tym samym celu. - wyznała w pewnym momencie kochanka Huberta i Fabienne. Czym niezmiernie zaskoczyła koleżanki.
- Byłaś tu? Na orgiach ze zwierzoludźmi? - zdumiała się Łasica i pociągnęła krawcowa za język.
- Tak, Jak była wychowanką Frau Scholtz. W jej sierocińcu. Ona mnie wszystkiego nauczyła. Mówiła, że mam zadatki na prawdziwą dominę i władczynię. Pokazała mi jak czerpać przyjemność z bólu, władzy i upokarzania innych. Taka cudowna kobieta. A spotkał ją taki straszny los. Wygnali ją. W ogóle nie docenili jej wyjątkowych talentów. A te zabawki co Pirora ma u siebie w loszku to właśnie z naszego sierocińca. Dlatego mam do nich taki sentyment. Nie spodziewałam się, że przetrwały. Myślałam, że wszystko rozkradli albo zniszczyli po zamknięciu tej szkoły dla dziewcząt. - Oksana zaczęła tą opowieść jaka kompletnie zaskoczyła nawet te kochanki z jakimi intensywnie obcowała już od zimowych przygód. Zwłaszcza, że chociaż te tutejsze albo i Joachim to pamiętali ten skandal ze szkołą dla dziewcząt Frau Scholtz co rzeczywiście został zamknięty w niesławie gdy wyszło, że jakieś ciążę są wśród pensjonariuszek głównej mecenas tego przybytku. I musiała opuścic miasto w niesławie a samą szkołę zamknięto. Ale to było… Z dekadę temu? No dawno w każdym razie, że dziś już było tylko plotką z dawnych dni i nikt tym się już nie interesował. A widocznie Oksana była jedną z dziewcząt z tamtej szkoły. Zachecona przez koleżanki kontynuowała tą opowiesć.
- Frau szkoliła nie tylko mnie. Każdą u jakiej wykryła odpowiednie zainteresowania i preferencje. Pod koniec to już miałyśmy całkiem, ładną grupkę. I w końcu jakoś udało jej się skontaktować ze zwierzoludźmi i umówić spotkanie. Właśnie tutaj. Udało nam się zorganizować kilka. Było cudownie! Zawsze na nie czekałam z niecierpliwością! Ale zrobiłyśmy się zbyt nieostrozne. I dwie z nas zaszły w ciążę. Prawie na pewno ze zwierzoludźmi ale do końca nie jestem pewna bo wybuchł ten skandal i zatuszowali sprawę. Nas porozdzielali albo jak któraś miała to zabrali do domów, wysłali do innych miast, do wód i tak dalej. Potem już mało którą udało mi się spotkać. Tylko jedną kojarzę bo czasem ją spotykam na mieście. Dalej lubi ze zwierzętami. Ale oczywiście nie przyznawałyśmy się skąd na przykład zwykła krawcowa umie trochę czytać i pisać ani tym bardziej do nocnych orgii ze zwierzętami i całej reszty. Zmieniłam potem imię aby mnie nie kojarzyli z tamtą szkołą. I próbowałam żyć dalej. Ale już nie umiałam inaczej. Na szczęście okazało się, że zaskakująco wiele osób lub być pomiatanymi w alkowie więc miałam nieco rozrywki. W końcu trafiłam na Huberta i dopiero on mi zastąpił Frau Scholtz. Dopiero u niego mogłam odetchnąć i czuć się sobą. Razem zaczęliśmy tą działalność. I nie chwaląc się to ja odkryłam Fabi. Jak przyszła do nas do sklepu tylko coś obejrzeć i przymierzyć. Zabrałam ją do przymierzalni. I szybko połapałam się jak bardzo jest złakniona przyjemności, jak bardzo pragnie dotyku i dominacji. I potem było już prosto. Została naszą kochanką. Ale przyznam, że lubię ją. Pomimo tego, że to nie jest jedyna szlachcianka jaką miewam pod batem to jest wspaniała. Prawdziwe wyzwanie dla dominy bo uwielbia wszystko co się wiąże z upodleniem, poniżeniem, bólem i poniewierką. Jak coś nie wypada dobrze urodzonej Frau to na pewno Fabi będzie tym zainteresowana. Zwłaszcza jak to by było coś lubieżnego i wyuzdanego. No i w organizacji tych schadzek jest całkiem pomysłowa. A nie jak co niektóre damulki i kawalerowie co tylko czekają aby im wszystko zorganizować i podać na srebrnej tacy. - krawcowa i główna porjektantka ubiorów u Grubsona oraz kostiumów teatralnych rozgadała się całkiem sporo opowiadając o swojej przeszłości. Jak i przy okazji o dwójce sowich głównych kochanków czyli Hubercie i Fabienne. Oboje zdawali się stać wysoko w prywatnej hierarchii. Nawet jeśli jednego z nich traktowała jak swojego szefa, mistrza i władcę a drugą jak uległą kochankę, niewolnicę i zabawkę do dowolnego wykorzystania.
Z wszystkich spotkań jakie miały miejsce na tej leśnej polanie oświetlonej przez ogniska najbarwniejsze chyba miały Onyx i Genda. Genda jak na zwierzoludzia była zaskakująco ludzka, ładna i zgrabna. Bliżej jej było wyglądem do Lilly niż do Gnaka i reszty samców w jej stadzie. Od pasa w górę to była całkiem zgrabna, młoda kobieta. Chociaż na lini czoła i włosów miała małe różki zdradzające jej spaczenie. Dopiero od pasa w dół miała zwierzęce odnóża. Chociaż przypominały raczej zgrabne, sarnie nogi niż jakieś kozie czy baranie jak u jej kolegów. No i tam pod przepaską biodrową to też była taka dwupłciowa jak Lilly. A ostatnim razem pośród ludzkich samic chyba właśnie Onyx przypadła jej do gustu.
- Daje ci to w prezencie. Mówi, że zrobiła specjalnie dla ciebie. - Lilly przetłumaczyła słowa Gendy jaka wręczała kurtyzanie z miejskiego zamtuza coś co wyglądało na naszyjnik z kości, kłów i kamyków. Nawet nie taki brzydki chociaż sprawiał dość prymitywne wrażenie. Ale sądząc po uśmiechu rudzielca to chyba jej się spodobał. Albo sam gest pamięci i podarunku.
- Jak przyjmiesz to potwierdzisz, że jesteś jej samicą. Wtedy będzie ci próbowała zrobić dziecko. I pewnie nakłonić abyś zamieszkała z nią w jej chacie. - odmieniec o liliowych włosach nie tylko tłumaczyła słowa zwierzoludzi ale też niejako ich zwyczaje. Onyx co już wyciągała dłoń aby przyjąć ten podarunek zatrzymała się i zrobiła niezbyt mądrą minę.
- Oh! - żachnęła się zaskoczona i przez chwilę nie wiedziała co zrobić i powiedzieć. Zaś Genda zawahała się i spojrzała pytajaco na Lilly jakby chciała jej się coś poradzić.
- Ale jak nie przyjmiesz to może jej się zrobić przykro. A jak chcesz możesz się z nią pokładać dzisiaj do oporu. A rano pewnie i tak wrócicie do siebie. A robienie dziecka no to nie takie pewne. Nawet mi się nie zawsze udaje. A jestem bardzo płodna. To dar od Snarla. Opal tak mówiła. Ale nie zawsze i nie z każą się udaje nawet jak ma płodne dni. Często ale nie zawsze. No i nie musicie przecież finiszować tam u ciebie w środku. Przecież gdzie indziej też miło a ona na pewno nie będzie miała nic przeciwko. - dodała mutantka tonem dobrej rady aby wyjaśnić obu stronom jak by tu można było rozwiązać polubownie.
- Nie, do ciebie do chaty kochanie to nie. Ja mam swoje interesy do załatwienia w mieście. Ale jak chcesz to cię zapraszam do siebie. Tylko byś musiała na miasto nie wychodzić bo u ciebie to bardziej widać niż u Lilly. Ale bardzo ci dziękuję za prezent. To było bardzo miłe, jesteś milsza niż większość moich klientów. No chyba, że te dwie co wczoraj były. No ale rozumiem, nie każdy może sobie zamówić trzy ladacznice na raz a potem jeszcze im wręczyć po sakiewce. Będę musiała pogadać z Larwą jak wrócimy. A teraz choć kochanie, pozwól mi okazać swoją wdzięczność. - Onyx odzyskała mowę i zaczęła bajerować Gendę. Chociaż ta nie rozumiała jej mowy ale za to słuchała jej głosu i mowy ciała. Ucieszyła się gdy ta wzięła ten zrobiony własnoręcznie naszyjnik i założyła go sobie na szyję. Po czym objęła mocno samicę zwierzoludzi do siebie przytulając ją jak siostrę czy kochankę co było czytelniejsze niż jakiekolwiek słowa. A w końcu odsunęła się nieco, odszukała ustami jej usta i pocałowała mocno. Już zdecydowanie nie po siostrzeńsku.
- To powiedz mu, że to bardzo miło, że przyszło ich więcej. Bo nas też jest więcej a jeszcze parę miłych koleżanek do nas dojedzie. I zapytaj ile ich w ogóle mogłoby przybyć. I kiedy. Bo czekać do następnej pełni to trochę długo. I teraz już coraz zimniej i jesienniej będzie. - Łasica siedziała z wiankiem na głowie i kwietnym wieńcem na szyi. Zaś podobny zestaw miał siedzący obok niej Gnak jakiego zagadywała za pośrednictwem Lilly. A sama pilnowała aby miał kubek pełen wina i jadło w zasięgu dłoni. Sama zresztą też korzystała z tych przywiezionych zapasów. I czekała aż liliowłosa przetłumaczy jej pytanie liderowi zwierzoludzi a potem jego odpowiedź na reikspiel.
- On też myślał, że będzie nas tyle co ostatnio. No i nie chciał zbyt wielu brać. Bo mogłoby ich przyjść i dwa razy tyle. A część mu nie uwierzyła. W tą Sorię i chętne, ludzie panny. To tylko niektórzy z nim ruszyli. Pewnie jak tej nocy będzie taka zabawa jak ostatnio i wrócą do siebie to następnym razem może ich przyjść więcej. - dziewczyna z Jaskini Odmieńców tłumaczyła odpowiedź lidera zwierzoludzi.
- A spotkanie mówi, że tutaj dobrze bo za miastem. A pełnia to klarowny termin. Wiadomo więc gdzie i kiedy. Ale na chędożenie ludzkich samic mogliby przychodzić częściej. Tylko gdzie i kiedy? - dodała to co jeszcze z nim ustaliła.
- Nam to by najlepiej w mieście pasowało. A poza miastem… No to tak ciężko. Bo jak za daleko to nam niewygodnie aby przyłazić. A jak za blisko to ktoś z tutejszych może się przypałętać. I jak częściej to też bym chciała no ale im częściej tym większa szansa, że ktoś nas nakryje. - Burgund siedziała z drugiej strony Gnaka i też go jawnie adorowała. Podobnie jak koleżanka pozwalała jego chciwym dłoniom wodzić po swoim jędrnym ciele i wyraźnie jej to sprawiało przyjemność. Zupełnie jakby nie dostrzegały ostrych i na wpół zwierzęcych rysów twarzy zwierzoczłowieka.
- No właśnie… Tak źle i tak niedobrze… Tutaj dobre miejsce w nocy ale mimo wszystko otwarte. Każdy może tu zajrzeć. Przydałaby się jakaś kryjówka co by można chędożyć się na spokojnie, bez skrupułów i ryzyka, że cię ktoś nakryje. Gdzieś w pobliżu miasta aby nie tracić pół dnia marszu w jedną stronę. - koleżanka przytaknęła rudowłosej i się nad tym zamyśliła. Miejsce na tajne schadzki ze zwierzoludźmi bardzo by im się przydało. Ale tak od ręki nie bardzo mogły wpaść na to co to by mogło być aby spełniało powyższe standardy.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 35 - 2519.07.13; abt; północ - noc
Noc
Wieczór upływał coraz szybciej i weselej. Stopniowo towarzystwo zaczęło być coraz bardziej swawolne i frywolne. Coraz bardziej napompowane winem, śmiechami, żarcikami, zalotnymi spojrzeniami, kuszącymi spojrzeniami, coraz śmielszym dotykiem i pocałunkami. W końcu więc tu i tam zaczęły się kotłować jakieś pary i nie tylko pary. A pod nocne niebo wzlatywały na wpół zwierzęce sapanie czy kobiece okrzyki rozkoszy. Tam widać było jakieś nagie, na wpół włochate plecy a pod nimi gładkie, kobiece uda. Albo owłosione biodra przy jakich klęczała i pracowała któraś z kobiecych czupryn. Robiło się coraz weselej gdy ktoś zorientował się, że zbliża się jakiś wóz. Zabawa szybko została przerwana i nad polaną zaległ cień niepokoju. Jeszcze trochę niepewności i na polanę wjechała całkiem niczego sobie karoca. Tylko woźnicą była kobieta sądząc po długiej sukni. Jednak zaskakująco raźno zeskoczyła na ziemię i rozłożyła ramiona w geście powitania.
- Witajcie moje dzieci! Witajcie moi poddani i kochankowie! Mam nadzieję, że zaspokoicie swoją panią bo tej nocy ma ochotę na wszystko i wszystkich! - po głosie rozpoznać dało się Sorię jaka wydawała się być w szampańskim humorze. A przywitały ją oklaski i wiwaty. Zaś zwierzoludzie chyba nie mieli oporów traktować ją jak swoją panią bo bez skrupułów oddali jej pokłon mimo, że była w swojej ludzkiej formie i nic nie zdradzało jej nadnaturalnego pochodzenia. Przywitała się pobieżnie z towarzystwem ale szybko wróciła do karety i otworzyła drzwi. Z nich wyszła czarna i biała panna. A raczej tak dało się poznać po ciemku plamy ich fryzur, Pirorę jako blondynke i Fabienne jako czarnulkę. Obie przyjechały w długich sukniach czy płaszczach.
- Przywitajcie się z moimi dziewczętami. A wy dziewczęta z resztą naszego elitarnego towarzystwa. - Soria musiała być urodzonym wodzirejem bo odstawiała prawdziwą scenę jakby to była jakaś teatralna sztuka. Obie szlachcianki jednak podeszły zaciekawione do ognisk, głazu, swoich kolegów i koleżanek z kultu no i do zwierzoludzi co chwilowo przerwali swoje baraszkowanie z ludzkimi samicami.
- To są ci zwierzoludzie? Na pewno? Myślałam, że oni mają głowy zwierząt. Tak słyszałam. - Fabienne chyba była troszkę zmieszana, nawet rozczarowana, że ci półludzie o jakich tyle słyszała nieco odbiegaja od jej wyobrażeń o nich samych. Zresztą nie było się co dziwić. Właśnie taki opis jaki podała zapewne większości mieszkańców Starego Świata przychodził na myśl jak słyszał “zwierzoczłowiek”.
- Oho. Ktoś tu ma ochotę na prawdziwe zwierzątka. - zaśmiała się Łasica słysząc uwagę koleżanki.
Pojawienie się Sorii przypominało przybycie królowej czy jakiejś diwy na jakiej cześć właśnie organizowano to przyjęcie. Od razu skupiła na sobie uwagę wszystkich. A poza tym w tej swojej długiej sukni, z dyndającymi z uszu kolczykami z jakimiś klejnotami tak się właśnie zachowywała jakby to wszystko było na jej cześć i chwałę. Przeszła przez obozowisko jak przez własną salę balową. I uwagę jej zwrócił przechylony głaz.
- O. Jak ładnie go przystroiliście. - pochwaliła pieszczotliwie gładząc swoją wypielęgnowaną, smukłą dłonią chropawy głaz. I kreski zrobione węglem układające się we wzór jej patrona.
- To Otto zrobił. My przygotowałyśmy te liny. - Łasica uczciwie wskazała autora tego rysunku. Sama zaś wspomniała o liny jakie udało im się zaczepić o ten kamień w roli potencjalnych pęt dla ofiary.
- Świetna robota. Mam nadzieję, że podziękowałyście Otto za jego pamięć i troskę. - odparła zadowolona władczyni do swoich dwórek. Udała, że nie dostrzegła chwilowego zmieszania na ich twarzach.
- A wybrałyście już kto będzie ofiarą rozkosznej agonii? - zapytała wskazując na pęta jakie były przygotowane aby tam unieruchomić jedną osobę.
- Czekałyśmy na ciebie milady. Nie chciałyśmy się szarogięsić. - przyznała Łasica a koleżanki pokiwały głową.
- Czyli jak rozumiem ochotniczek jest więcej niż głazów ofiarnych? - uśmiechnęła się dumna milady a w końcu się roześmiała z tego faktu. Podobnie jak jej dwórki. Te wcale nie ukrywały, że miałyby chrapkę na taką rolę ofiary wspólnych żądz i chuci jakim miała być poświęcona ta noc.
- No dobrze, chyba wam pomogę. Fabienne, pozwól tu na chwilkę. - Soria obdarzyła ich wszystkich czułym spojrzeniem a następnie wywołała Bretonkę. Bladolica i czarnowłosa podeszła do niej bez wahania. Po czym stanęła obok swojej pani. Ta zaś jednym ruchem zdarła z niej płaszcz i okazało się, że pod nim von Mannlieb ma niewiele. Właściwie to ten skąpy kostium z czerwonych, skórzanych pasków jaki miała ostatnim razem gdy w po mszy w loszku Pirory pełniła rolę sprzedawanej niewolnicy Adele. I okazało się, że przy świetle ognisk też się ciekawie w nim prezentuje. Koleżanki zaczęły bić brawo i rozległy się gwizdy. A zwierzoludzie chyba wyczuwając co się święci też chrapliwymi odgłosami zaczęli zdradzać odgłosy podniecenia i buzującej chuci.
- Oksanko skarbie, czy możesz mi tutaj z tym pomóc? - poprosiła grzecznie krawcową o pomoc. A ta wesoło podeszła do swojej władczyni. I okazało się, że ta pomyślała o swoich uległych dwórkach i przywiozła każdej prezent.
- Bardzo was proszę abyście wszyscy docenili wysiłek Fabi jaki tak nam pomogła z tym kluczem do skabrca. Sami widzieliście ile fantów tam było. Bez tego klucza bardzo by nam to utrudniło sprawę. Merga była bardzo rada z tych łupów. Więc bardzo proszę uhonorujcie należycie naszą najpodlejszą z podłych i najnędzniejszą z nędznych. Zwłaszcza, że ma dzisiaj swoje płodne dni. Czyli pobłogosławione przez naszego patrona i dostarczające szczególnych doznań i przyjemności no a jak się nasz patron okaże łaskawy to nawet może wydać wyjątkowy owoc. - Soria przedstawiła swoją pierwszą dwórkę jako wspólną niewolnicę na tą noc. Bretońska szlachcianka została przywiązana do pochyłego kamienia jakby miała być główną atrakcją tego przedstawienia. Pochyłość sprawiała, że była gdzieś w pośredniej pozycji między leżeniem na plecach a staniem na nogach. Zaś więzy uniemożliwiały jej ruch czy obronę przed zakusami kochanek i kochanków. Ale oczka jej się śmiały i zdradzały podniecenie tym co miało się zaraz zacząć.
- No i oczywiście nasze sprytne łotrzyce. Tak się wczoraj postarały z tym dumnym i bogatym domem bożym. Aby nie był już tak dumny i bogaty. Za to też należy im się nagroda. A chyba wszyscy wiemy co lubią najbardziej. - To mówiąc popchnęła Łasicę do przodu. Ta jęknęła nieco bo pani przywiązała ją w pałąk do jakiegoś konaru. Tak, że liderka wężowych dziewcząt miała nadgarstki uwiązane gdzieś przy kostkach i zapraszająco rozchylone uda. Zaś jej jędrne i bezbronne piersi aż zachęcały do zabawy. W oczach jednak też dało się dostrzec aprobatę i zadowolenie z takiej bezwolnej roli. Burgund zaś została w miarę swobodna. Ale zakuta w dwie deski co wyglądały jak przenośne dyby. Przez co niezbyt mogła się ruszać. A do tego pani zawiesiła linę do gałęzi przy drzewie więc musiała tam stać, może klęczeć. Jednak i ona jakoś nie wyglądała na przerażoną swoją zniewoloną rolą.
- A teraz panie i panowie! Niech zacznie się bal! - zawołała Soria klaszcząc w dłonie. Potem jeszcze krzyknęła coś do zwierzoludzi. Zapewne coś podobnego bo rozległy się ich ochocze krzyki. No i zaczął się ten bal. Taki bez ubrań i pełen zakazanych rządz. Grzesznych przyjemności za jakie gdyby ktoś dowiedział się w mieście można było skończyć na stosie. Soria niczym dobry gospodarz obserwowała jak to bardziej włochate towarzystwo zaczyna tłoczyć się przy jej trzech niewolnicach. I wiodok sprawiał jej chyba przyjemność bo siedziała na zwalonym pniu w świetle ogniska i podziwiała to niczym wyborne przedstaiwnie. Zaś Pirora co widocznie nie miała ochoty na taką integrację jej usługiwała winem i kielichem.
- Ah przypominają mi się stare, dobre czasy! Jak byłam Wężową Biginią w południowych krainach. Z dala stąd. Zajęłam pradawną świątynię dawno zapomnianych bogów. Potem zaczęłam walczyć z różnymi przybłędami co chcieli mi ją zniszczyć czy obrabować. Oraz kusić okolicznych tubylców. Aż w końcu udało mi się stworzyć porządny kult. Czcili mnie jak swoją królową, kapłankę i boginię. Co za czasy! Kazałam sobie przysyłać najpiękniejszych chłopców i dziewczęta. Nie uwierzycie! Oni myśleli, że ja ich zabijam i pożeram! Co za nonsens! A jakie marnotrastwo. Co ja bym miała z trupów? No też można pewne rzeczy albo jak to dla kogoś coś nowego no ale na dłuższą metę to jednak deprawcaja żywych śmiertelników jest o wiele ciekawsza i zabawniejsza. - Soria też musiała być w wybornym humorze bo zaczęła raźno opowiadać jakieś historyjki ze swojego nienatrualnie długiego życia. Przy tym wyjęła skądeś długą, smukłą i nomen omen wężową fajkę i zaczęła palić jakieś zioła. Rozchodził się dziwny, egzotyczny ale przyjemny zapach. Jaki z jednej strony koił a z drugiej pobudzał włoski na karku jakby mrówki tamtędy chodziły.
- Co to takiego? - zapytała zaciekawiona Pirora zerkając na niecodzienną fajkę i wdychajac nieznany jej zapach. Zresztą pozostali też nie byli w stanie go rozpoznać.
- Wężowe ziele. Pomaga się zrelaksować, odpręża, pozwala zapomnieć o troskach, obawach, wytłumia ból i strach. Bardzo przydatne przy różnej maści “pierwszym razie”. - herold Soren zaproponowała swojej gospodyni fajkę i ta chętnie skorzystała. Zaciągnęła się i przetrzymała w płuchach jak to pokazywała nauczycielka. Ale zachłysnęła się i nie dała rady tak długo jak ona.
- Nie przejmuj się, trzeba się przyzwyczaić. - powiedziała łagodnie i zaproponowała fajkę pozostałym. Sama zaś wróciła opowieścią do dawnych przygód.
- Nie wiem co oni sobie myśleli. W każdym razie tych pięknych chłopców i dziewcząt zrobiłam z nich swój dwór i kapłanów. Pozwalałam się im czcić i adorować. Wysyłałam po nowych kochanków. A czasem sami już zaczęli przychodzić jak się wieść rozniosła. Rośliśmy w siłę. No ale niestety te wieści doszły do paru osób co nie trzeba. A to jakiś zazdrosny radża, a to pruderyjny kapłan, a to mnich eremita no i tak krzyczeli, knuli i spiskowali aż uzbierali armię przeciwko mnie i moim sługom. A ja nie chciałam walczyć. Wolałam się kochać i pertraktować. Wybaczyłabym im tą zdradę. Wystarczyło aby przeszli na moją stronę i byśmy mogli się oddać powszechnej miłości. - córka Soren kontynuowała opowieść i na końcu wskazała na ludzko - zwierzęcą orgię jaka się rozgrywała dookoła ognis i obozu. Każda z jej dwórek była wręcz oblegana przez myśliwych Gnaka. Łącznie z Onyks i Lilly. Tylko Oksana wciąż była ubrana w gorset dominy i nie dała się zbrukać zwierzoludziom. A sama tam pilnowała porządku aby zabawa nie przestała być zabawą.
- No ale nie chcieli mnie słuchać. Krzyczeli, że jestem demonem zepsucia i wodzę ich lud na pokuszenie. Co za hipokryzja! Przecież sami do mnie przychodzili aby się mi oddać i się kochać bez ograniczeń! Uwielbiali to! Do końca. Dlatego walczyliśmy jak lwy. Ale ich było więcej. Zalali nas. Moi poddani oddali życie aby mnie ocalić. Chwała im! Chwała wyrżniętemu ludowi Wężowej Królowej! - wzniosła kielich do góry i jednym chaustem wypiła z połowę zawartości. Jakby pomimo tej różnicy w czasie i przestrzeni tamto wspomnienie wciąż było dla niej żywe. Pirora przyłączyła się do tego toastu chociaż dopiero co poznawała tą historię pierwszy raz.
- Więc umknęłam stamtąd. Ale to często się tak kończyło. Chyba, że działałam na terenie zwierzoludzi czy innych istot Chaosu. Ale ludzie w swojej masie zawsze się w końcu poznali na mnie i wypowiadali mi wojnę. Nawet jeśli wielu z nich skrycie marzyło o mnie i o tym aby mi się oddać. To nie mogli się o tym przyznać przed swoimi sąsiadami, kapłanami, dowóedcami, królami. I tak wojowali ze mną, próbowali mnie otruć, zasztyletować, spalić, zawalić na mnie budynek, stoczyć pojedynek, ubić magią… O tak, bardzo pomysłowi są ci ludzie i czasem niewiele brakowało aby im sie udało. Ale jakoś zawsze udawało mi się w ostatniej chwili wykaraskać. Aż wreszcie któregoś dnia usłyszałam zew mojej matki jaki ściągnął mnie tutaj. Do miejsca gdzie ponownie wróci na ten świat. Nie mogę się doczekać. Ona jest najpięknięjszą istotą jaką widziałam. I bez niej zawsze czuję, że czegoś mi brakuje. Mam nadzieję, że ta słodziutka z hospicjum doprowadzi nas gdzie trzeba. Troszkę mam za złe mojej matce, że wybrała ją na posłańca a nie mnie. Ale jeśli taka jej wola to niech będzie. Poza tym dobrze wybrała. Przynajmniej co do zewnętrznej powłoki. Bardzo apetyczna. Mam na nią ochotę. I te wizje o pajęczynie i kokonach. Kto wie? Może stanie się nową klaczą rozpłodową dla mojej matki? Pierwszą a nie ostatnią oczywiście. Tak czy inaczej musimy ją mieć u nas aby mogła nas zaprowadzić gdzie trzeba. Ta Jaskinia Miłości co mówiła Merga to pewnie to. Tylko trzeba ją znaleźć. Ta mała musi ją dla nas znaleźć. - lady Soria płynnie przeskoczyła z jednego wspomnienia na dużo świeższe a nawet plany na najbliższą przyszłość. I widocznie doceniała tu rolę Marisy nawet jeśli ta wciąż przebywała w hospicjum. Dlatego była zadowolona, że sprawa jej uwolnienia ruszyła z miejsca i przynajmniej oficjalnie będzie ona na służbie u jednej z jej dwórek. I to tej najbardziej uległej.
- To słyszałam, że naszą śliczną i dumną Froyę spotkaliście przy bramie? Mówiła nam jak dojechała do Rose. A raczej pytała o Łasicę. No ale na szczęscie udało nam się jej do łaźni podesłać Fabi jako łaziebną i nałożnicę to potem obie wyszły bardzo zadowolone. Ale wieczorem nie wszystkie panienki chciały spać tak wcześnie. Mimo, że im zaaplikowałyśmy nieco ziółek nasennych. Ja na wszelki wypadek zostawiłam tam Kristen. Szkoda, że Annika tak wczoraj oberwała bo wygląda niczego sobie więc nikogo by nie dziwiło, że Fabi ją ze sobą zabrała. A też planowałyśmy ją tam zostawić w czuwaniu tak na wszelki wypadek. - Pirora za to skorzystała z okazji gdy podczas jednej z przerw udało jej się porozmawiać z kolegami i koleżankami. Bo chociaż z początku to w centrum uwagi były trzy, uwiązane, nagie, śliczne i chętne do zabawy niewolnice to jednak w miarę jak pod pogodne, nocne niebo wznosiły się kolejne fale jęków i posapywań to były uwalniane z tych pęt bo mimo wszystko i zwierzoludzie mieli chyba ochotę na bardziej aktywne kochani. Zresztą te też nie chciały być wiecznie uległe i bezwolne a wolały nacieszyć się wyjątkowością chwili.
- Oo! Taka wielka i wspaniała pani tęskniła za mną? Jaka ona kochana! Teraz jak już nie muszę pucować gał w tej głupiej świątyni to bardzo chętnie ją odwiedzę. I oczywiście będę jej służyć i spełniać wszelkie wymagania i polecenia. - Łasica już była całkiem naga i już nie taka czyściutka jak na początku spotkania. Ale usiadła na przewalonym pniu aby ugasić pragnienie po intensywnym wysiłku i nieco złapać oddech. No i porozmawiać chwilę z kolegami i koleżankami. Zaś Pirora chętnie opowiadało co tam się dzisiaj działo w leśnej rezydencji Rose de la Vegi. Nic zdrożnego. No prawie. Poza takich skrytych wyskoków jak ta wspólna kąpiel Fabienne i Froyi czy jak na życzenie Sorii Kamila zaczęła ją całować po stopach gdy akurat nikogo nie było w pobliżu. Albo pod stołem wsadziła jej stopę pod suknię, między uda. Więc w porównaniu do tego co teraz się działo to było grzecznie i bez wyskoków. W końcu naprawdę Averlandka musiała poprowadzić ten plener malarski bo nie było szans aby po powrocie do miasta koleżanki - szlachcianki nie opowiadały co się podczas wypadu za miasto działo. Z ciekawszych detali to gdy ćwiczyły robienie portretów to za modelkę robiła Soria. Stąd miała teraz zapewne z tuzin portretów chociaż różnej jakości i stopnia wykończenia.
- Troszkę miałyśmy kłopotów z Kamilą. Bo koniecznie chciała spać z Sorią. Wiadomo dlaczego. Wcale się nie dziwię. Soria ją podrażniała i kusiła cały dzień. To w nocy ja też bym oczekiwała na jakiś finał. I normalnie pewnie byśmy wszystkie poszły do łóżka no ale sami wiecie, że na tą noc miałyśmy inne plany a nie mogłyśmy jej zabrać. Ale Soria ją przyjęła u siebie a po jakimś czasie wyszła sama i powiedziała, że Kamilka śpi. Dalej nie pytałam i przyjechałyśmy tutaj. - blondwłosa szlachcianka z Averlandu streściła co jeszcze działo się na malarskim spotkaniu szlachcianek.
- To ciekawie wychodzi z tą Kamilką. Kiedy się nią z nami podzielicie? Bo zabrać ją tutaj to rzeczywiście za duże ryzyko ale tam u ciebie w loszku czy gdzie to już chyba by można. Co? - naga i utytłana w ziemi, trawie oraz czymś lepkim Łasica zapytała zaciekawiona rokowań na ciemnoskórą szlachciankę. Bo brzmiało to całkiem obiecująco.
- Może po powrocie? Kto wie? Myślę, że Soria tak ją sobie okręciła już wokół palca, że ta zgodzi się na wiele. Może bez takich szaleństw jak teraz tutaj no ale takie zabawy jak w loszku to chyba powinna się zgodzić. - Averlandka ostrożnie podała swoją ocenę sytuacji. I wydawała się być dobrej myśli co do ciemnoskórej miłośniczki sztuki i kultury.
W końcu i sama Soria uznała chyba, że już dość się napatrzyła i nasłuchała tych orgii na swoją cześć, że sama zrzuciła z siebie swoją ciemną suknię i ukazując iście posągowe kształty dołączyła do zabawy. Co zostało przywitane z radosnymi porykiwaniami zwierzoludzi i okrzykami zachęty jej dwórek. Zaczął się ten etap zabawy bez zahamowań. Wydawało się, że gdzie się nie spojrzy tam kotłuje się jakaś parka albo większa kompozycja.
Tu Łasica w suczej roli z energią i entuzjazmem dawała się obrabiać dwóm zwierzoludziom z przodu i z tyłu. Tam Burgund z wciąż z głową i nadgarstkami uwięzionymi w deszczułkach opierała się o drzewo wypinając się wdzięcznie dla Gendy. Jak brała ją z iście samczą intensywnością. Niedaleko Lilly też zabawiała się jako mężczyzna z samicą zwierzoludzi jaka leżała przed nią na plecach i obie poza sobą świata nie widziały. A tam o dziwo Oksanie udało się opanować dwóch włochatych kochanków na raz. Jednemu pozwalała całować swoje buty zaś drugiego dosiadała jak ogiera. Fabienne zaś wciąż przywiązana do głazu ociekała śladami brutalnej miłości i przypomnianała zbiorową ofiarę jakiegoś lubieżnego rytuału. Tylko jakoś chociaż zdyszana i ledwo żywa wacle nie wyglądała aby miała się skarżyć czy wzywać pomocy. No i jeszcze sama Soria co miała iście królewski rozmach i nie zadawalała się mniej niż dwoma kochankami na raz.
Także i Otto znalazł sobie kogoś do towarzystwa. Nie był pewien czy koleżanki coś wspominały o tym pieńku i tak dalej przybyszom z lasu. I może tak nie dosłownie to było na pieńku. Ale jednak znalazł sobie amatora jego męskich wdzięków. A i o żeńskie nie musiał się martwić bo koleżanki były chętne do wszelkiej współpracy wystarczyło podejść pod zasięg ich rąk czy ust.
W pewnym momencie tego rozkosznego zapomnienia usłyszał coś. Sam nie wiedział z początku co. Coś innego niż wszędobylskie jęki, krzyki, dyszenie, sapanie i odgłos zderzających o siebie bioder. Nie był do końca pewny co więc się rozglądał jakby sprawdzał czy ktoś go nie woła. Dojrzał jednego ze zwierzoludzi. Był nieco bardziej zwierzęcy niż jego towarzysze ze stada. I miał nieliche przyrodzenie. Do tego o nietypowym kształcie. Ani ludzkie i zwierzęce raczej też nie. Wyglądało jak jakaś krótka, gruba macka. Tylko taka sztywna i stercząca. Albo jakaś larwa. Dziewczyny też go dojrzały ale widok dla nich był chyba mimo wszystko zbyt obcy bo i Burgund i Łasica wymigały się od numerku z nim. Więc podszedł do uwiązanej Bretonki. Ta nie stawiała oporu i nie było pewne czy w ogóle zdołała w tym stanie coś zauważyć nietypowego. Po chwili już jęczała wciąż uwiązana do kamienia pod włochatym ciałem swojego nowego kochanka.
Otto nie był pewny czy to przez to czy nie. Ale przed oczami stanął mu ten sen co miał go… Parę dni temu? Tydzień? Nie był już pewny ale pamiętał ten sen nagiego, kobiecego łona jakie pulsuje szybkimi oddechami jakby miało zaraz wydać na świat potomstwo. Tylko płaski brzuch tutaj nie bardzo pasował. Tak, jakoś tak mu się to wtedy śniło. A teraz tamta wizja wróciła. Znów widział tamto nagie, rodzące łono. Dokładnie wygolone, bez żadnego włoska. Co raczej nie było typowe bo na takie fanaberie mogły sobie pozwolić panie i panny z tych bogatszych domów co już było stać na pewne zbytki i nie musiały głowić się co do gara włożyć. Albo zawodowe ladacznice i kurtyzany. Akurat większość koleżanek z kultu też tak miała. Chociaż obie łotrzyce to miały tutaj wytatuowanego na wpół rozwiniętego węża. Myśl o tatuażu w tym miejscu wywołał inny obraz. Ale podobny. Też nagie, wygolone kobiece łono z zapraszająco rozchylonymi udami. Też szybko oddychający brzuch i widok jakby tuż przed porodem. Ale tutaj był tatuaż. Kobiecych ust i korony nad nimi. Jakby ukoronowane kobiece usta. Pierwszy raz widział taki tatuaż i nie znał żadnej kobiety jaka by miała taki i to w tym dyskretnym miejscu. Poród trwał i już widział jak wnętrze zaczyna się rozwierać jakby na świat miało przyjść nowe życie. A gdy zamrugał oczami ten obraz zniknął. A raczej został zastąpiony przez to pierwsze nagie łono. Tu też poród wydawał się być tuż - tuż. Widział każdy szczegół jakby oglądał to na wyciągnięcie ręki. Nawet widział dwa małe pieprzyki na zgięciu uda i słyszał już te mlaszczące odgłosy z wnętrza. Ale wtedy sam doznał spełnienia. Rozkosz zalała go falą ulgi zaś gdy zaczął odzyskiwać pełną świadomość to właściwie widział to co powinien. Tam przy kamieniu jeden ze zwierzoludzi energicznie chędożył uwiązaną van Mannlieb, dookoła ich koleżanki ćwiczyły intensywny przekładaniec z resztą jego kopytnych kolegów. A tam przy ognisku Pirora i ci co akurat mieli przerwę rozmawiali czy łapali oddech do kolejnej porcji zabawy.
- Jestem wykończona. Ale było cudownie. Właśnie po to tu przyjechałam. I jak Fabi? Podobało ci się? Bo ty to pierwszy raz. - noc była już chyba bliższa przedświtu niż północy gdy intensywna zabawa wszystkim w końcu zaczęła dawać się we znaki. Coraz więcej osób i tych z miasta i tych z lasu spoczywało na pieńkach przy ogniskach, jadło coś, odpoczywało, popijali, rozmawiali i ogólnie panowało coraz większa błogość i rozleniwienie.
- Oj tak! Było cudownie! Czułam się jak bezbronna ofiara gdzie wszyscy mnie brali jak chcieli a ja nic nie mogłam zrobić. To było wspaniałe, od dawna chciałam przeżyć coś takiego no ale w mieście to trudne. Nawet w loszku u Priory niezbyt można zorganizować coś takiego a na pewno nie ze zwierzoludźmi. Byli wspaniali, mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Jutro chyba będe umierać i spać do wieczora ale to jutro a dzisiaj było wspaniale! - czarnowłosa szlachcianka co wreszcie została odwiązana od głazu ofiarnego wyglądała dokładnie tak jak się można było spodziewać po ofierze zbiorowej orgii. Tylko to jej zmęczone zadowolenie, wręcz zachwyt nie pasował do tego wizerunku.
- A jak cię obsikali na koniec? - zapytała zaciekawiona Łasica podając koleżance ręcznik aby się mogła chociaż z grubsza wytrzeć z brudu, śluzu i moczu jaki ją pokrywał.
- Cudowne! W życiu nie przeżyła nic tak poniżajacego! Wspaniałe! Oh mogłabym tak jeszcze raz! Dlaczego tak nie kończymy zabaw u ciebie w loszku Piroro! - Fabienne aż klasnęła w dłonie z zachwytu. Bo gdy orgia już miała się ku końcowi któryś z rogaczy skorzystał ze swojego narzędzia aby obsikać uwiązaną niewolnice niczym swoją własność. To spodbało się kolegom i przyłączyli się do tej zabawy. Zresztą spora część koleżanek ze zboru także. Ale ani wtedy ani teraz Bretonka nie miała im tego za złe. Wręcz przecinie chyba uważała to za jedną z lepszych atrakcji tej upojnej nocy.
- Bo jak jesteśmy u mnie to musisz ode mnie wyjść cała, umalowana, świeżutka, czyściutka i pachnąca aby Gertruda się nie poznała, że cokolwiek z siebie zdejmowałaś. - przypomniała jej koleżanka z Averlandu patrząc na nią ironicznie. A druga ze szlachcianek pokiwała ze zrozumieniem głową gdy po raz kolejny potrzeba zachowania dyskrecji wygrywała z jej własnymi preferencjami.
- No tak, oczywiście. Wybacz Prioro. I strasznie ci dziękuję. Dziękuję wam wszystkim. Wiem ile kłopotów wam narobiłam abyście mogli mnie tu ściągnąć i beze mnie byłoby wam łatwiej. Obiecuje wam się odwdzięczyć w loszku albo przy podobnej okazji. - Frau von Mannlieb chociaż wciąż brudna, mokra i naga popatrzyła z wdzięcznością na członków zboru aby dać im znać, że zdaje sobie sprawę z tego co dla niej zrobili i była im za to wdzięćzna.
- A póki co dziewczęta wy tu jeszcze możecie zostać z Gnakiem i jego chłopcami. I dziewczętami. Ale my niestety niedługo będziemy musiały zwijać stąd żagle. Przed świtem musimy być z powrotem w dworku. A jeszcze musimy wziąć kąpiel najlepiej zanim nasze koleżanki wstaną. Ah i obiecałam jeszcze Kamili coś miłego za to grzeczne czekanie ale chyba zdążę spełnić obietnicę zanim nasze błękintokrwiste koleżanki wstaną. - Soria dała znak, że aby utrzymać maskaradę to może nie lada chwila ale szlachcianki będą musiały stąd odjechać. Ale jeszcze był czas aby sobie coś pogadać, poprzeżywać na gorąco czy pożegnać się. Chociaż i u tych co mieli zostać już zdradzali oznaki zmęczenia i senności.
- Aha a w razie czego to zapraszam do siebie. My jakoś spędzimy czas do obiadu. A po obiedzie wracamy do miasta. Popołudniu już powinnam być u siebie. Razem z Fabi bo załatwiła sobie nocleg u mnie więc nie musi wracać do siebie. Więc jakbyście mieli ochotę to zapraszam. - Pirora znów przyjęła rolę gospodyni no ale pod względem kwaterunku to mając własną kamienice w centrum miasta to z całego zboru miała jedną z najwygodniejszych miejscówek na spotkania. Przez następne pół dnia nie było jej co się tam spodziewać no ale później, jak oficjalnie wraz z koleżankami zakończy ten malarski plener i wróci do miasta to już powinno dać się ją zastać do siebie.
- Rano to tłok pewnie będzie. Dzień targowy. A pewnie dalej będą trzepać po całym mieście. To chyba nie ma się co tam pchać z samego rana. Ale jak ktoś chce albo ma sprawy to niech zasuwa. Nawet zachodnią bramą to bliżej stąd będzie. O. Do Joachima stąd to nie tak daleko od zachodniej bramy. Ale my to w południe pewnie będziemy wracać. Trzeba się wyspać i w ogóle. I dla niepoznaki znów będziemy jechać przez południową bramę. A potem to ja do ciebie Pirora bardzo chętnie. Przyda mi się porządna kąpiel z bąbelkami i w prawdziwej porcelanowej wannie! O. Fabi też będziesz? To słyszałam, że jesteś świetną łaziebną. To byś mi się przydała. - Łasica za to powiedziała jak to jej zdaniem powinien wyglądać jej powrót do cywilizacji. A miała o tyle kluczową rolę, że do niej należał wóz i powożenie. Miała rację o tyle, że od rana powinien zacząć się tradycyjny tłok z powodu dnia handlowego. A jak jeszcze straż dalej szukała sprawców to mogły być z tego powodu dodatkowe korki. Za to zaproszenie do szlachetnie urodzonych koleżanek przyjęła bardzo chętnie. Zaś Fabienne rozpromieniła się na myśl, że będzie im mogła usługiwać w łaźni Pirory.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Aubentag, wieczór, Zachodnie Menhiry
Mnicha cieszyło, że dziewczyny były zadowolone z jego małego dzieła artystycznego.
Spokojnie zadowalał się kiełbaską, kiedy padło pytanie co do chęci zwierzoludzi do niszczenia.- Osierocone Dzieci Chaosu stoją w opozycji do cywilizacji. - zaczął mnich - Tu nie chodzi o niszczenie dla niszczenia. Pomyślcie o Leśnych Elfach i ich niechęci do ludzkich miast i zróbcie z tego ekstremum. Taki jest pogląd zwierzoludzi.
Mnich delikatnie syknął kiedy padło pytanie o podziemnych zwierzoludzi.
- Mam teorię co do nich. Lilly, będę chciał zadać Gnakowi dwa pytanka. Będziesz mogła dla mnie przetłumaczyć?
- No na biedne sierotki coś mi nie wyglądają. - odparła Łasica uśmiechając się nieco ironicznie i przesuwając się spojrzeniem po sylwetkach zwierzoludzi jakie rozgościły się po obozowisku.
- Mogę ich zapytać jak dam radę przetłumaczyć. - Lilly zgodziła się na rolę tłumacza pogodnie i bez zbędnych ceregieli.
- Z tego co wiem, żaden z bogów nie bierze odpowiedzialności za ich stworzenie. Więc wyznawcy nadali im taki przydomek. - Otto zerknął na Gnaka i na Lilly - Więc Lilly, kochanie, jeżeli byś mogła. "Gnaku, kilka nocy temu, na wschód od miasta, spotkaliśmy istoty Chaosu. Inne niż ty i twój lud. Podejrzewam, że to szczury. Wyczuliście je może w okolicy?" - Otto miał cichą nadzieję, że się mylił. Nie słyszał nigdy o podziemnych zwierzoludziach, a to co uważa, że tamci byli, nie napawa go optymizmem.
- Aha. Na moje oko to się legną w tych lasach całkiem udanie. Więc chyba chuci i płodności im nie brakuje ani jakiejś pomocy w tym też nie potrzebują. - odezwała się czarnowłosa obecnie łotrzyca. Bo kopytnej koleżance ta rozmowa w dziwnym, obcym języku trochę zajęła. Najpierw coś zapytała lidera zwierzoludzi a on jej odpowiedział. Ale coś chyba zaczęli rozważać albo dopytywać się nawzajem. Wreszcie Lilly odwróciła się do Otto i reszty aby przetłumaczyć na reikspiel czego się dowiedziała.
- Mówi, że nic nie wie o jakichś szczurach. Ale ich dolina i tereny łowieckie są dalej. Tutaj pod miasto raczej nie podchodzą. Dzisiaj przyszli tu aby z nami poswawolić bo inaczej też by ich tu nie było. Ale mogły tu być inne stada. Nie są jedynym stadem kopytnych w okolicy. No i są jeszcze gobliny. Gardzą nimi, mówią, że to żałosne pokurcze ale jak są na tych swoich wilkach to trudno je złapać. Trzeba z zasadzki albo odnaleźć i napaść ich obóz. No ale tak czy inaczej jak parę dni temu tutaj, w pobliżu miasta, to raczej nikt z ich stada. - lilowłosa streściła to co ustaliła ze zwierzoczłowiekiem. Ten teraz siedział obok i patrzył to na nią to na swojego rozmówcę.
Otto pokiwał głową.
- Mi chodziło, o szczury, które chodzą jak ludzie. Potrafią być rozmiarów krasnala, lub nawet jednego z stada Gnaka. Trzymają się cieni i żyją podziemią. - postanowił doprecyzować. Szczerze wątpił, aby słowo Skaven coś powiedziało zwierzoczłekowi. Zważając, że tamte istoty rozmawiały w… dość złamany Reikspiel raczej wykluczało kogoś ze stad. Do tego taktyka, porwań i trzymania się ciemności, absolutnie do nich nie pasowała do zwierzoludzi.
Znów nastąpiła wymiana zdań pomiędzy mutantką a zwierzoczłowiekiem. Wyglądało na to, że się coś nawzajem wypytują i tłumaczą na przemian. Nim Lilly ponownie odwróciła się do jednookiego aby mu przetłumaczyć tą rozmowę.
- Mówi, że nie ma na powierzchni żadnych chodzących szczurów. Żadne stado tak nie wygląda. Słyszał legendy o takich stworzeniach ale sam ich nie spotkał. - powiedziała Lilly a Gnak trochę w ciemno pokiwał swoją prawie ludzką głową z niewielkimi zaczątkiem rogów na czole.
Mnich odetchnął.
- To dobrze, może po prostu za dużo się naczytałem. Drugie pytanie. Słyszałem legendę, że Cztery Siostry, przyzwały lata temu zwierzoludzi, aby zabiły mieszkańców wioski i przygarnęły ludzkie dziecko. Słyszał taką legendę?
Lilly ponownie wdała się w rozmowę z Gnakiem. Język zwierzoludzi był inny niż jakikolwiek jaki Otto słyszał od swoich pobratymców. Od razu kojarzył się z czymś dzikim, obcym i prymitywnym. Aż dziwne było słuchać, że taka całkiem przyjemna dla oka dziewczyna jak Lilly może mówić w tej obcej mowie. Jednak jakoś jej się udawało dogadać z tym dzikim plemieniem z trzewi lasu. Tym razem rozmowa trwała znacznie dłużej. Łasica co siedziała obok też się przysłuchiwała czekając na jej rezultat. W końcu kopytna liliowłosa mogła wrócić na reikspiel.
- Mówi, że znają legendy o Czterech Siostrach. I mają do nich wielki szacunek. I wierzą, że pochodzą od Soren. Znaczy ich plemię. Dlatego Soria zrobiła na nich takie wielkie wrażenie jako jej córka i zapowiedź powrotu boskiej królowej. Tak na nią mówią. Na Soren. A o tamtym dziecku pamiętają. Boginie przemówiły do szamana a ten przekazał ich głos i wolę wodzowi a ten zebrał swoich wojowników i zrobili swoje. A dziecko zabrali do siebie. Dziecko miało boskie znamię na biodrze i udzie. I jak dorosło to jego potomstwo też. Jako pamiątka zawartego paktu z boginiami. I legenda mówi, że co jakiś czas natrafiali na takich ludzi z tym znamieniem. Najczęściej kobiety. I jeśli się trafi na kogoś takiego z takim znamieniem to właśnie jest potomkiem tamtej wiedźmy i owocem paktu. Jedna z tych kobiet co się czasem z nimi pokładają ma takie znamię. Ale ona mieszka w innej części lasu. I ją też uznają za potomka tamtego paktu dlatego jej nie zabili gdy ją spotkali po raz pierwszy. - mutantka przetłumaczyła to co ustaliła z Gnakiem. Ten rzeczywiście nieco wcześniej jak rozmawiali klepnął się po biodrze i udzie jakby coś tłumaczył na ta okoliczność ale jeszcze nie było wiadomo co. Dopiero teraz jak Lilly to przetłumaczyła. Łasica popatrzyła na nią trochę zdziwiona tymi wieściami ale spojrzała pytająco na kolegę ciekawa jak ten na to zareaguje.
Otto momentalnie uniósł głowę na wspomnienie o potomku wiedźmy.
- W której części lasu? -spojrzał na Lilly i Gnaka - Powiedz mu proszę, że pracujemy, aby sprowdzić Soren i jej Siostry w te tereny, a ta kobieta może nam bardzo w tym pomóc.
- I się zapytaj o to pokładanie. Bo coś już poprzednio mówili o jakichś kobietach co się z nimi pokładaja a myślałam, że będziemy pierwsze. - dorzuciła Łasica nim Lilly pokiwała swoją różową głową i wróciła do rozmowy z Gnakiem. Liderka slaaneshytek też wydawała się zainteresowana tym nowym wątkiem i czekała co wyniknie z tego dialogu w obcym języku.
- No mówi, że w innej. Niezbyt zrozumiałam gdzie bo on wszystko odnosi do tej ich doliny a ja nie wiem gdzie ona jest. Nie byłam tam nigdy. Ale z tego co zrozumiałam to tam jest jakieś “ludzkie stado”. Czyli pewnie jacyś banici, może odmieńcy ale nie tak jak u nas tylko mniej i mniej więcej ludzie. No i tam w tym ludzkim stadzie są kobiety. I te kobiety często przychodzą się z nimi pokładać. I wśród nich jest właśnie ta kobieta ze znamieniem. Mówią na nią Różnooka. Bo ma oczy w różnych kolorach. No i lubią ją bo często przychodzi się z nimi chędożyć. A i właśnie mniej więcej są sąsiadami, znaczy to ludzkie stado mieszka w lesie niedaleko ich doliny. A o Soren to wiedzą od Sorii i jak im ostatnio powiedziała to też dlatego przyszli dzisiaj bo chcą aby Soren powróciła. I też czekają na nią i mają nadzieje, że dzisiaj przybędzie bo traktują ją jak posłańca i zapowiedź powrotu bogini jaka ich stworzyła dawno, dawno temu. - Lilly wyjaśniła czego dowiedziała się od prawie rogatego kopytnego po ponownej dłuższej chwili rozmowy.
Mnich pokiwał głową, takie informacje zawsze będą urzyteczne.
- Dziękuję Gnaku, twoje słowa przyspieszą nadejście Bogini. - Otto wstał i delikatnie skłonił się przed zwierzoczłekiem - Kiedy w końcu zjawi się wśród nas, przedstawię ciebie jej osobiście.
W pierwszej chwili lider zwierzoludzi wydawał się niepewny dlaczego jednooki człowiek wstał i coś do niego mówi. Czekał aż mutantka przetłumaczy jego słowa. Wtedy roześmiał się szczerze i wesoło po czym też wstał. Podał dłoń Otto, potrząsnął nią, poklepał przyjaźnie po ramieniu i powiedział coś donośnie. A to zwróciło uwagę większości i ludzi i nieludzi jacy już zdążyli się wymieszać przy tych wieczornych ogniskach.
- Mówi, że teraz jesteśmy przyjaciółmi w łowach i pokładaniu się. Że będziemy działać razem i… hmm… no jeszcze więcej razem polować i pokładać się. I, że Soria nas poprowadzi do zwycięstwa i boskiej królowej. - przetłumaczyła szybko Lilly bo i Gnak mówił teraz szybciej i ze swadą. Ale chociaż w języku niezrozumiałym dla ludzi to jednak dało się rozpoznać w nim pewność siebie i charyzmę. Na co jego towarzysze zareagowali okrzykami entuzjazmu. A koleżanki nieco później jak liliowłosa przetłumaczyła jego słowa. Wtedy Gnak z powrotem usiadł na pieńku i znów zaczął coś mówić. Mówił na tyle długo, że Lilly zaczęła na raty tłumaczyć w miarę na bieżąco jego słowa. Wtedy on czekał aż skończy a ledwo jak to zrobiła znów zaczynał coś tłumaczyć albo opowiadać.
- Mówi, że ich szaman przewidział czas zmian. Nadchodzą wielkie wydarzenia. Takie jakie nie było od dawna. I związane z ich patronką… Mają też samicę… Ona jest obdarzona snami. Ona ma sny i słyszy bogów. Też mówi, że będą ważne rzeczy. Że bogowie powrócą na tą ziemię. I wszyscy połączą siły aby obalić miasta człowieka jaki zagarnął ich pierwotne ziemię. Znów będzie jak dawniej gdy kopytni będą w lesie polować na zaszczutych ludzi… Inne plemiona też to wyczuwają. Oni też czują ten czas zmian. Wkrótce zacznie się czas wielkiego polowania… Polowania na słabych, zaszczutych ludzi… Przybędą sojusznicy z północy… Ci co też słyszą głos bogów… Wszyscy zjednoczą się pod sztandarem wielkiego wodza… Będą walczyć i polować, chędożyć i ucztować… Ludzkie samice pokładające się z nimi to zapowiedź, jeden z omenów… A im ich będzie więcej tym czas wielkiego polowania bliższy… A na koniec wrócą boginie, w tym ich patronka czyli Soren… Powrócą i będą rządzić światem… I nagrodzą swoje sługi i wojowników i myśliwych i niszczycieli świata ludzi. Tak będzie, tak mówią sny i omeny, czas zmian się zbliża i czas gdy boginie powrócą także. - Lilly chyba też udzieliło się to przejęcie z jakim Gnak opowiadał. A i jego i jej słów słuchało coraz więcej zebranych. Zwierzoludzie rozumieli jego mowę a kultyści jej. Więc te proroctwa szybko rozlały się po nich wspólnie. I ten zapał zaczynał się także po nich roznosić jak pożar po stepie. Jak coś ekscytującego co ma nastąpić i nie można się już tego doczekać. Zwłaszcza jak pierwsze zapowiedzi zaczęły się sprawdzać.
Otto uśmiechnął się i spojrzał na Lilly.
- Wybacz kochana, ale będziesz musiała moją mowę przetłumaczyć. Postaram się używać prostych słów. - Mnich wstał i spojrzał na całe zgromadzenie - Nasza rodzina działa ku sprowadzeniu sióstr. Już wkrótce pozyskamy ostatnich z ich proroków. Odnaleźliśmy dziedzictwo córy zgnilizny, odnaleźliśmy potomków Soren, wybranka krwawej siostry zaprowadzi nas do jej ołtarza i zapowiedziała pojawienie się wielkiego wodza, podczas uroczystości w ludzkim mieście, wieszcz Magicznej Siostry zaprowadzi nas do jej kryjówki. Kiedy zbierzemy wszystkie dary Bogiń, objawią się nam, dołączą do nas w świecie żywych i pod ich dowództwem zniszczymy to słabe dzieło fałszywych Bogów!
Jak Otto wygłosił swoją mowę to w pierwszej chwili reszta ludzkich koleżanek roześmiała się i zaczęła bić brawo. Zwierzoludzie słuchali z zaciekawieniem i obserwowali ich reakcję ale czekali aż mutantka o liliowych włosach przetłumaczy te słowa na ich dziki i obcy język. Wtedy też przez ich zgromadzenie przeszedł entuzjazm objawiający się okrzykami, śmiechem i uderzaniem trzonkami włóczni, maczug i toporów o leżące kamienie czy pnie drzew. Wydawało się, że pomimo różnic w wyglądzie zewnętrznym, języku i zachowaniu to jednak obie strony chętnie będą zmierzać ku temu samemu zbożnemu celowi jakim było sprowadzenie Sióstr na ten ziemski padół. A Gnakowi i jego plemieniu szczególnie zależało na Soren jaką uważali za swoją stworzycielkę i patronkę.
- Mówi, że dobrze mówisz. I, że będziemy walczyć, polować i chędożyć razem. - powiedziała Lilly do Otto gdy na sam koniec Gnak coś powiedział. Tym razem nie było to zbyt długie a ona przetłumaczyła to na reikspiel. Powszechna radość sprawiła, że towarzystwo z obu stron chętniej zaczęło mieszać się ze sobą.
Mnich usiadł zadowolony ze swego dzieła. Uściskał Lilly w podzięce za jej usługi.
- Dziękuję kochana, jesteś cudowna. Będę cię musiał kiedyś poprosić, abyś nauczyła mnie mowy zwierzoludzi. - Otto zerknął na resztę zgromadzenia, która zaczęła się ze sobą zaznajamiać - Nie zaczynajcie, bez honorowych gości. Soria się obrazi, jeżeli przyjemność zacznie płynąć bez jej obecności.
- I co zrobi? Da nam klapsa? - Łasica uniosła do góry brwi z miną świadczącą, że chyba nie miałaby nic przeciwko gdyby herold i córka Soren wymierzyła jej taką karę. Ale wyglądało na to, że te wspólne przemowy, wino, wymiana uśmiechów i wizje wspólnego podboju tej krainy ku chwale Czterech Sióstr pozytywnie nastroiły uczestników tego spotkania. I coraz chętniej siadali obok siebie czy wręcz koleżanki siadały na włochatych kolanach swoich nowych kolegów i zabawy zaczynały być coraz śmielsze. Pierwsza nieufność i niepewność znikła gdy każda ze stron przekonała się, że ta druga nie planuje jakiejś zasadzki czy innych wrogich zamiarów. A wspólne jedzenie, śpiewy i tańce wydawały się być w miarę uniwersalnym środkiem porozumienia i przyjaźni pomimo dzielących różnic w wyglądzie czy zachowaniu.
Otto przyjął przybycie Sorii i jej orszaku z równie wielką radością co jej przyszli kochankowie. Skłonił się również, kiedy córa Soren pochwaliła jego dzieło na kamieniu.
Przysiadł się kiedy Soria rozpoczęła opowieści o swoich czasach jako głowa kultu Slaanesh, z nią jako bóstewko. Pokiwał głową słysząc o spisku przeciwko jej kultowi.- Śmiertelni lękają i brzydzą się własnej natury, czcigodna. Zrzucanie winy na demony, Mroczne Bóstwa, złych sąsiadów to wymówki, aby uspokoić własne sumienie. - Otto pokręcił głową rozglądając się na orgię - To co się dzieje, tutaj? Nie ma nic bardziej ludzkiego. Kiedy twoja matka i jej siostry do nas dołączą, pokażemy to miastu, a później całemu Imperium. - jego oko spotkało się z jednym zwierzoczłokiem, który przyglądał się też jemu - Jeżeli pozwolisz, muszę oddać się religijnej czci.
Mnich podszedł do zwierzoczłeka, pieszczotliwie pogłaskał jego umięśnioną klatkę piersiową, jego ciało pachniało zwierzęcym piżmem, które podniosło włosy na jego karku. Zerknął w bok widząc pieniek wskazał go głową i ruszył, zdejmując ubranie. Uklęknął, chwytając drewno i pozwolił swemu nowemu znajomemu zająć się resztą.
Uczucie na początku było nieprzyjemne, ale szybko zaczął czuć przyjemność i nie wydawała się nowa. Rytmiczne ruchy jego partnera z czasem zmieszały się z zapachem, dźwiękami i widokiem orgii. Mieszanka ekscytujących stymulantów musiała zaiskrzyć coś w jego wspomnieniach. W jednej chwili był wśród kamieni w lesie, otoczony nagimi ciałami kobiet i zwierzoludzi, w drugiej jego pieniek zmienił się w kurczowo trzymany modlitewnik, jego dłonie i ciało pokryte bliznami i krwią. Jego bracia, którzy oddali się Slaanesh spółkowali z porwaną populacją lokalnych wiosek, on sam usługiwał głównemu kapłanowi Mrocznego Księcia, chociaż kilka minut temu skończył brutalną bitwę z jakimś strażnikiem, którego Khornicka część jego zakonu porwała i umieściła w prowizorycznej arenie. Dźwięki i widoki, nawet zapachy były tak podobne…Nowy dźwięk wyrwał go ze wspomnień i wtedy ujrzał Fabienne i jej nowego kochanka oraz wizję, która towarzyszyła tej scenie rozpusty. Starał się chłonąć jak najwięcej z tego co widział, Siostry najwyraźniej chciały aby zapamiętał to co widzi, a on nie zamierzał zawieść.
Wtedy przeszła go ostateczna fala przyjemności i razem z swym kochankiem padli na ziemię łapiąc oddech. Po chwili Otto przytoczył się lądując na nagiej klacie swego kochanka, delikatnie całując ją w podzięce za dostarczoną przyjemność.- Dziękuję. - powiedział, wiedząc, że zwierzoczłek najpewniej go nie zrozumie. Po czym wstał i na chwiejnych nogach ruszył do Pirory i reszty. Usiadł delikatnie, chwytając bukłak z winem, pijąc aż nie stracił oddechu.
- Nie lada przyjęcie moje panie, ale chyba zrezygnuje z następnego. - uśmiechnął się do kobiet - Jeżeli mój nowy kolega tam będzie, to chyba nie wrócę nigdy do miasta.Położył się na plecach starając się odpocząć i zaplanować kolejny dzień.
Nie odwiedzi hospicjum, to jest pewne. To poczeka na kolejny dzień. Dzień targowy… może poszuka tej dziewczyny, której pomógł Sigismundus? To może być dobre wykorzystanie jego czasu na leniwy dzień. Odwiedzi też straż miejską, musi odnaleźć tą kobietę, potomka wiedźmy. Jeżeli jest razem z rozbójnikami, będzie musiał wiedzieć gdzie straż podejrzewa, że się znajdują.