Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Seachmall
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank;ul. Kazamat; mieszkanie Otto
Czas : 2519.07.12; Aubentag; nocOtto wpuścił Pchełkę usadził ją przy stole.
- Herbaty? - zaproponował stawiając imbryczek na małym piecyku - Niestety, nie wiem czemu tam byli. Czy rutynowy patrol, czy Somnium ich ostrzegła. - osobiście uważał, że kapłanka Morra ostrzegła straż miejską, tak samo strażników skarbca - Śledziłaś nas?
- No tak. Musiałam wiedzieć po co cię zabrali no i co dalej. - przyznała młoda włamywaczka wchodząc do mieszkania. Zsunęła kaptur pozwalając aby nadmiar zimnej wody z niego spłynął na podłogę. - Ale nie nastawiaj nic. Muszę wracać do reszty aby im powiedzieć, że nic ci nie jest. - rzuciła widząc, że gospodarz zaczyna szykować gościnę. Wskazała kciukiem za siebie jakby chciała dać znać, że wkrótce musi wracać z powrotem na plac.
- Kupili bajeczkę o napadzie. - zapewnił mnich zdejmująć imbryczek - Mam nadzieję, że więcej problemów już dziś nie będzie. - delikatnie się uśmiechnął - Chce ci się tam wracać w tą pogodę? Reszta chyba da sobie radę.
- No tak. Powiedziałam, że tylko sprawdzę co z tobą i tymi strażnikami. A nie wiadomo czy jeszcze jacyś się nie napatoczą. Następnym razem może jakoś się umówimy. - powiedziała szybko Pchełka cmokając nieco z niezadowolenia bo mimo środka lata to jednak dzisiejsza noc była zimna i deszczowa jakby już była jesień albo wczesna wiosna. Ale chociaż zaproszenie chyba nie wydało jej się niemiłe to jednak poczucie obowiązku i lojalności wobec koleżanek z ferajny wzięło górę i nie chciała ich zawieść.
- No to nie będę zatrzymywał. Poczekaj tylko. - ruszył do swojej szafy i wyciągnął płaszcz - Jest suchy. Okryj się, to chociaż przez chwilę ochroni cię przed tą cholerną pogodą.
- Dzięki. - powiedziała przyjmując suchy płaszcz i ubierając go sprawnie. Po czym cmoknęła mnicha w policzek uśmiechając się do niego zalotnie. - Później wpadnę ci go oddać. - powiedziała obiecująco po czym odwróciła się i wyszła z powrotem na ciemną, klatkę schodową.
Miejsce : Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas : 2519.07.12; Aubentag; południe
Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto cieszyło, że Laura rozpoczęłą hodowlę. I najwyraźniej Onyx trochę sprawa zaciekawiła. Trzeba teraz poczekać. Wysłuchał uważnie opowieści o nowych klientkach zamtuzu.
- Jeżeli mogę zasugerować. Ta co obserwuje, może być zainteresowana bardziej chłopcami niż dziewczętami. Macie jakiś w swoim przybytku?
- No właśnie nie. Bo prawie wszyscy nasi klienci to mężczyźni co przychodzą na ładne i łatwe dziewczynki. Kobiety trafiają się rzadko dlatego te dwie z wczoraj tak nas zaskoczyły. Kiedyś nawet mieliśmy jednego czy dwóch kawalerów do wynajęcia no ale popyt na ich usługi był dość niski. Ale jak wczoraj jak już te dwie maje poszły to rozmawiałyśmy z madame czy by któregoś z nich z powrotem nie ściągnąć chociaż na ten jeden wieczór. Tylko to nie takie pewne, że się znajdzie kogoś odpowiedniego na czas. Poza tym tak marudzyły i wybrzydzały, zwłaszcza ta miodowa, że wcale nie jesteśmy pewne czy nawet jakbyśmy miały jakiegoś chłopca to czy też by nie zrzędziły. Może wtedy by marudzyły, że ładnych dziewczyn nie mamy? Sama nie wiem. W ogóle się kogoś takiego nie spodziewałyśmy. Jakby to był jakiś przypadkowy klient można by machnąć ręką. No ale jak walnęły tyle geldów na stół i jeszcze dziewczynkom osobno też no to warto im zaimponować czymś wyjątkowym. Jakby mnie wzięły to bym ich wzięła w obroty na ostro. Nie wiem czy tak by chciały no ale Larwa mówiła, że ta miodowa to całkiem gorąca, umna i obrotna. Na pewno nie pierwszy raz zabawiała się z kobietami i to paroma na raz bo w ogóle się nic nie wstydziła ani nic i wszystko wiedziała co i jak się robi. No i zabiły nam gwoździa na pożegnanie bo trochę brzmiało jakby już nie w jednej alkowie były i byle co ich nie zaskoczy. Nawet jakbyśmy tych ladnych chłopców znalazły to też nie jesteśmy pewne czy to byłaby taka egzotyka i “coś niepowtarzalnego czego szukały. No i jeszcze to o kontaktach to trochę dziwnie brzmiało. Bo jakie kontakty można zawizać jak się przychodzi do zamtuza? No niezłe z nich ladaco ale teraz mamy straszny dylemat jak tu je zaspokoić gdy przyjdą następnym razem. - Onyx rozgadała się całkiem sporo gdy widocznie wciąż była pod wrażeniem wczorajszych klientek i się w pełni zaangażowała aby je godnie przyjąć następnym razem. I nie ukrywała, że jest przy nadziei, że miała na nie ochotę. Oraz to bogate wynagrodzenie jakim wczoraj obdarowały i madame i każdą z trzech dziewczyn jakie im usługiwały.
- Jej. Szkoda, że nas tam nie było. Na pewno byśmy znalazły z nimi wspólny język. No i tyle geldów! Nie wzgardziłabym. Jej… Żeby mnie takie ślicznotki płaciły za jakieś wesołe zabawy w alkowie z nimi! - Łasica też westchnęła trochę z żalem a trochę z zazdrością na myśl, że mogłaby przeżyć podobną przygodę jak jej ciemnowłosa koleżanka z zamtuza. Zresztą tego samego w jakim ona i Burgund wcześniej pracowały.
Otto zastanowił się głęboko.
- No cóż, jeżeli brakuje odpowiedniego "sprzętu", trzeba zadziałać na wyobraźnię. Możecie zaoferować specjalne… scenariusze do odegrania z damulkami. Udawane porwanie z udawanym gwałtem? Wynająć wóz, związać, zasłonić oczy, wywieźć do jakiejś "kryjówki" i zabawić się, żeby możne były na łasce gorszych od siebie. Lub jeżeli ta druga tak lubi patrzeć, można jej zorganizować salę tronową mrocznej władczyni. Z fikuśnym tronem, niewolnicami wachlującymi ją i podającymi wino i owoce, a w tym czasie jej miodowa koleżanka jest wykorzystywana ku jej uciesze i na jej komendę. Możecie poprosić Pirorę, żeby wam dała kilka lekcji z gry aktorskiej, przyda się nie tylko w tej sytuacji, ale też w przypadku gdy trafi się klient z… - tu wymownie pomachał małym paluszkiem u dłoni.
- Oj Otto, chyba nas nie doceniasz… Albo jesteś rozczarowany naszymi talentami i możliwościami… Jeśli sądzisz, że czegoś byśmy nie umiały odegrać. Zwłaszcza podczas zabaw w alkowie… - Łasica zrobiła nos na kwintę jakby chciała pokazać, że ją takie pomówienie obraża. Chociaż zrobiła to w dość żartobliwej wersji więc raczej nie uraziło jej to tak naprawdę.
- I to przy takim utalentowanym zespole? Onyx i Oksana świetne są w roli władczyń a my myślę, że jako niewolnice to chyba nikt się nie skarży na nasze usługi. A jeszcze mamy nasze panny błękitnokrwiste. - Burgund poparła koleżankę wskazując na te koleżanki co już siedziały z nimi przy tawernianym stole a wspominając jeszcze te lepiej urodzone co pewnie obecnie już były w jakimś leśnym plenerze.
- No ciekawe. Zaciekawiły mnie. Nie miałabym nic przeciwko aby wziąć jedną czy obie pod but. Trochę mnie dziwi, że nikt ich nie zna. Tych ze szlachty czy z innego świecznika to zwykle się zna chociaż z widzenia. Więc to chyba naprawdę byłby ktoś spoza miasta. - Oksana uśmiechnęła się lekko ale z chłodnym rozbawieniem. Jakby wizja takich drogich i atrakcyjnych niewolnic była bardzo miła jej dominującej naturze.
- No właśnie nie mamy pojęcia kto to był. Pytałyśmy wszystkich a przecież wszystkie je widziałyśmy jak madame nas wezwała na tą wieczorną mobilizację. I nikt ich nie zna. Też nam wyszło, że to pewnie ktoś spoza miasta. Szkoda. Znaczy, że nie wiemy kto to. Bo ja to bym zaraz do nich uderzyła jak tylko bym wiedziała gdzie. - Onyx pokiwała ze zrozumieniem głową ale chociaż żałowała, że kontakt im się urwał z tak obiecującymi klientkami to jednak sama też miała nadzieję na jego odnowienie.
- A z tym scenariuszem to Otto dobrze mówi. Coś mnie wyglądają tak z opisu na jakieś znudzone, rozwydrzone i rozkapryszone panienki. To taki pikantny scenariusz może być dla nich coś nowego. Bo pewnie skoro wczoraj tak wybrzydzały to w już niejednym zamtuzie były. Albo raczej zamawiały dziewczynki stamtąd bo ci z wyższych sfer to niekoniecznie chcą być widziani w takich miejscach a stać ich aby sobie wynająć “służbę” do rezydencji, na bal, do domku myśliwskiego i tak dalej. No to taka odmiana to może być ciekawa. Jakby trzeba było uległych niewolnic to ja bardzo chętnie. Chociaż… Właściwie to nie miałabym nic przeciwko sponiewieraniu jakieś błękitnokrwistej, wyperfumowanej szlachcianeczki. Dlatego nasza Fabi tak mi się strasznie podoba, jest niezawodna! - Łasica wróciła do tego co wcześniej proponował jednooki mnich i raczej poparła taki pomysł. Przy okazji samą się wsadzając w jego wykonanie. Chociaż zdradzała moralne rozterki w jakiej roli by się widziała chętniej.
- Nie brykaj tak za bardzo. Nie wiemy kim są i gdzie są. A jak przyjdą to tam do madame i z nią będą gadać. A sama wiesz jak się z nią rozstałyśmy. Onyx może i będzie miała szansę no ale nam to może być trudniej dobrać się tym majom do ich majtek. - Burgund przypomniała koleżance, że to nie taka prosta sprawa jak tak mało wiedzieli o owych eleganckich i bogatych ślicznotkach jakie wczoraj odwiedziły ich dawne miejsce pracy. Łasica skrzywiła się nieco ale sądząc po spojrzeniu nie poddawała się tak łatwo.
Joachim kichnął. Widać było że nie jest dzisiaj w optymalnej formie.
- Jeśli chodzi o te dwie dziewczyny, to mi na jakieś zmanierowane szlachcianki wygląda. Ale jak nie wiecie kim są to mozna chyba ustalić chociażby gdzie zatrzymały się w mieście - westchnął.
- A w ogóle to gratuluje udanego skoku na świątynię. Ja was obserwowałem tak jak zapowiedziałem w astralnej postaci. Kiedy pojawili się strażnicy moc zaklęcia się kończyła i musiałem wracać, ale widziałem że ich zagadywaliście i skończyliście ładować wóz. Co było potem? I jak wspominałem wczesniej Łasicy, może udałoby się w to wrobić jakąś inną szajkę, coś im podrzucić? - Przypomniał swój wcześniejszy pomysł.Obie łotrzyce popatrzyły na siebie przez chwilę jakby trawiąc słowa kolegi. Po czym jak zwykle pierwsza odezwała się liderka wężowego siostrzeństwa wzruszając przy tym ramionami.
- Potem to było jak mówiłam. Zapakowaliśmy fanty na wóz i pojechaliśmy do portu. - odparła łotrzyca przypominając co już mówiła wcześniej od początku spotkania gdy na gorąco ponownie przeżywali wydarzenia z ostatniej zimnej, deszczowej a jakże krytycznej nocy.
- A jakąś inną szajkę w to wrobić to nie tak łatwo. Ale zapewne połapią się, że zabrakło im magle dwóch grzesznic podczas codziennych prac porządkowych więc pewnie zacznął ich szukać. A gadałyśmy wcześniej, że przyjechałyśmy z Saltburga więc może to ich skieruje właśnie tam. A może nie. Zobaczymy. - poinformowała kolegę co był mniej zaangażowany w sprawę rozpoznania włamania do świątyni niż one więc mogło mu umknąć nieco faktów poza samym, wczorajszym finałem.
- Może faktycznie ten trop do Salzburga coś pomoże… zastanawiał się Joachim.
- Niepokoi mnie, że ta Morrytka coś zwęszyła, jest dla mnie konkurencją.
- A kiedy planujecie wyruszać na spotkanie ze zwierzoludźmi? - spytał się dziewczyn.- No jak zjemy to jedziemy. Więc jedzcie bo się aktywna noc szykuje i potrzeba będzie mieć dużo siły na takie aktywności. - roześmiała się wesoło Łasica a jej koleżanki jej zawtórowały. W końcu większość przewidzianych do tego nocnego wypadu za miasto osób już była więc jak napełnić żołądki to można było ruszać w drogę.
- Nie bój się konkurencji Joachimie. Somnium musi spać i jej wizje nie zawsze są jasne. Ty posiadasz swoją świadomą magię, a twój patron jest twórcą przyszłości. - Otto poklepał magistra po ramieniu - Po prostu się jej poszczęściło. - spojrzał na koleżanki - Macie jakiś pomysł ilu kawalerów tam będzie?
- W ogóle. - odparła beztrosko liderka żeńskiej części grupy uśmiechając się przy tym wesoło. - Ostatnio było ich pół tuzina. W tym Genda. Taka dziewczynka jak nasza Lilly. Ale ilu przyjdzie dzisiaj to nie mam pojęcia. - przyznała podobnie lekki i podekscytowanym tonem.
- Tylko najpierw trzeba wydostać się z miasta. Mam nadzieję, że nie zrobią jakiejś durnej blokady albo zakazu opuszczania miasta. - dodała wskazując drewnianą łyżką gdzieś przed siebie. Zapewne na resztę miasta i ulic poza ich ulubioną tawerną.
- To chyba musimy ruszać się szybko, zanim zdążą zatwierdzić blokady na bramach? - zasugerował Joachim.
- Jak założyli blokady to pewnie od rana. Albo jak tylko ktoś tam się połapał co się stało w świątyni. Ale może nie tak ścisłe jak w zimie po kazamatach. - cmoknęła Łasica niezbyt zadowolonym tonem ale chyba licząc się z możliwą kontrakcją ze strony władz podobnej do takiej z zimowego półrocza.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 34 - 2519.07.13; abt; przedpołudnie - zmierzch
Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zchodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.12; Aubentag; popołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, d.sil.wiatr; ziąb (0)Wszyscy
- No to dojeżdżamy. - rzekła czarnowłosa woźnica w zgrzebnej, nierzucającej się w oczy spódnicy. W przeciwieństwie do szaroburego stroju zwykłej robotnicy czy służki była zaskakująco młoda i pogodna. Okazało się, że Łasica całkiem przyzwoicie sobie radzi z lejcami i powożeniem wozem. Chociaż z drugiej strony trudno by było znaleźć kogoś z plebsu kto nie umiałby tak powszechnej czynności. Niemniej wóz zaprzężony w jakąś szkapę okazał się w miarę wygodnym środkiem transportu dla kilkuosobowej grupki i ich zapasów. W grupie przeważały młode kobiety co wzbudziło czujność strażników przy południowej bramie. Uważano ją za najważniejszą bo w końcu wychodziła na błotnistą drogę przez pierwotny las jaka szła mniej wiecej w górę rzeki Salt aż do samego Saltburga, stolicy Nordlandu. Jednak obie łotrzyce zdecydowały, że właśnie tamtędy spróbują się wyrwać z miasta aby nic nikomu nie sugerowało, że w gruncie rzeczy zamierzają objechać potem miasto od zachodu i wcale nie zamierzają wracać przed zmrokiem.
- Tylko mam nadzieję, że nikt nie zabrał ze sobą niczego kompromitującego. Bo mogą nas trzepać. - ostrzegła ich liderka slaaneshytek gdy już skończyli jeść obiad w jej ulubionej tawernie. Nie chciała wpaść przez jakąś durną drobnostkę jaka by mogła wzbudzić czujność strażników.
- Noo… - Lilly odezwała się niepewnie wskazując palcem na swój podołek. Jak tak siedziała z innymi przy jednym ze stołów tawerny to wyglądała jak kolejny gość. A nawet całkiem przyjemna dla oka młoda kobieta o ciekawych i zgrabnych kształtach i rysach twarzy. Oczywiście póki ktoś jej nie zajrzał pod spódnicę. Wtedy jej “spaczenie” jak to mawiano w Imperium lub “błogosławieństwo” jak to mawiał Starszy lub Merga mogło wyjść na jaw. Obie ucharakteryzowane na kogoś innego łotrzyce popatrzyły na nią a potem na siebie.
- Usiądź zaraz za mną. Wtedy będziesz w głębi wozu. A jakby strażnicy kazali wysiadać czy co to rób co mówią. Jak nie będą strasznie wredni to nie powinni robić rewizji osobistej. Chociaż ja sama nie miałabym nic przeciwko jakby jakiś władczy strażnik albo strażniczka mi coś takiego zafundowali no ale tobie to faktycznie lepiej tego unikać. A reszta to zagadujcie i odwracajcie uwagę od Lilly gdyby się coś czepiali. - Łasica po chwili zastanowienia uznała, że gra jest warta świeczki. W końcu inaczej musieliby zostawić Lilly w mieście a chyba nie chciały liliowłosej kamratki pozbawiać takiej wyjątkowej okazji do zabawy. No a poza tym oprócz Sorii to chyba tylko ona mogła dogadać się ze zwierzoludźmi. A Soria miała dotrzeć dopiero wieczorem, może nawet koło północy razem ze szalchetnie urodzonymi kultystkami. Zaś kiedy by się zjawił Gnak i reszta to jeszcze nie było takie pewne.
Potem zaś ruszyli portowymi ulicami tam gdzie łotrzyce miały przygotowany wóz. Skorzystały z męskiej pomocy aby załadowali zapasy na wóz. Głownie wino i jedzenie przez co wyglądało jakby mieli jechać na jakiś piknik. Lub dowieźć zapasy młodym szlachciankom co pojechały w plener. Taką to bajkę wymyśliły łotrzyce co powinno zgrywać się z tym, że naprawdę Pirora ze swoimi szlachetnie urodzonymi koleżankami miały dziś wyjechać w plener.
A gdy się zapakowali Łasica i Burgund siadły na koźle i ta pierwsza trzepnęła lejcami dając zna, ze czas ruszać. Mgła zaczynała rzednąć ale na ulicach panował nie mały rozgadriasz. Joachim miał wrażenie, że powtarzają się sceny z ostatniej zimy gdy po uwolnieniu Mergi zablokowano zawalone śniegiem miasto i dokładnie trzepano szukając zbiegów i ich pomagierów. Teraz też widać było jak tam kogoś strażnicy wloką, gdzie indziej robią kipisz w jakimś lokalu, jakiś kupiec za głośno protestował za zatrzymanie czy sprawdzanie wozu to dostał pięścią w brzuch a strażnicy z mściwą satysfakcją zaczęli wywalać jego towary z gnój zawalający ulicy.
- No, no… Wzięli się chłopcy za robotę… I widzę, że trzepią paserów i kolegów z branży… - mruknęła cicho Burgund widocznie rozpoznając co niektóre adresy czy twarze. Zresztą Łasica też to potwierdzała. Chyba władze poszły tropem szajki przemytników, paserów, włamywaczy i reszty ferajny od nich zaczynając szukać heretyków co ośmielili się podnieść rękę na największą i najwspanialszą świątynie w mieście. A obywatele z racji tego, że podzielali to oburzenie to raczej nie protestowali przeciwko takim poszukiwaniom. Raz, że to z miejsca byłoby podejrzane a dwa to właśnie taka zbrodnia też mogła ich uderzyć osobiście. W końcu nie chodziło o jakąś rezydencję bogatego szlachciura czy kupca ale o dom boży czyli coś wspólnego dla nich wszystkich.
- O zobaczcie! Louiza! - w pewnym momencie Burgund wskazła dyskretnie na jakieś zamieszanie w jakiejś karczmie. I grupkę jaka wyglądała na najemników. Pewnie chodziło o smukłą, blondynkę z wielkim obuchem przewieszonym przez plecy. Prowadziła za ramię jakąś inną kobietę jak strażnik pochwyconego przestępcę.
- Ale farciara… Pewnie rzuci ją o ścianę, przyciśnie i zrobi jej bardzo dokładną rewizję… Może nawet każe jej klęknąć i okazać wolę współpracy… Ale farciara… - rzuciła Łasica rozmarzonym tonem jakby zazdrościła tamtej schwytanej kobiecie. Chociaż nie było pewne czy właśnie to ją czeka to jednak łotrzyca widocznie nic nie miała aby ta silna i smukła łowczyni heretyków właśnie tak z nią postąpiła.
- Lepiej nie kusić losu. Już jesteśmy umówione. - przypomniała jej profilaktycznie Burgund na co czarnowłosa koleżanka przytaknęła, trzepnęła lejcami aby popędzić chabetę i minęła tamtą ciekawą scenkę ze współudziałem swojej krótkotrwałej kochanki o dominującym charakterze.
- O matko jaka kolejka… - westchnęła Burgund gdy okazało się, że przed południowa bramą jest całkiem spora kolejka. Zapewne spowodowana tym, że w przeciwieństwie do zwykłego dnia tym razem strażnicy kazali złazić wszystkim z wozu po czym bez ceregieli włazili na wóz i sprawdzali co wiozą. Zapewne szukając skradzionych ze świątyni fantów jak zauważyły łotrzyce. Ale dostrzegły też, że nie robią chyba rewizji osobistej co dawało nadzieję, że nie zrobią wyjątku dla Lilly o i ile ta im jakoś czymś nie podpadnie.
- Tylko nie róbcie nic głupiego. Po prostu jedziemy z dostawą dla dobrze urodzonych panien z towarzystwa. - uprzedziła Łasica nieco odwracając się na koźle do tyłu aby przypomnieć kolegom i koleżankom jak powinni się zachować podczas sprawdzania. A gdy do tego doszło sprawa zaczęła się dosć rutynowo. Przynajmniej jak na dzisiejsze warunki.
- Wszyscy z wozu! - zakomenderował dowódca strażników tonem nie znoszącym sprzeciwu. Sądząc po szarfach to musiał być oficerem co tylko potwierdzało, że władze traktują sprawę poważnie. Obie łotrzyce bez wahania zwinnie zeskoczyły z wozu i dały znać reszcie aby postępowali zgodnie z poleceniami strażników. Lily starała się nie rzucać w oczy i ukryć gdzieś w środku grupki koleżanek i kolegów. A po chwili jakoś tak się ułożyły, że stanęła za plecami obu bardziej wygadanych koleżanek no i jej przewodniczek po mieście jakie od pół roku wdrażały ją jak powinna poruszać się i zachowywać w mieście. Zaś przedstawiciele władz sprawdzali zawartość wozu. I gdyby tam były jakież zrabowane monety czy klejnoty to pewnie by je znaleźli. Ale te powinny być gdzieś na dnie długiej łodzi jaka obecnie powinna pruć szare fale kierując się ku Norsce. Uwagę strażników jednak wzbudziła zawartość bagaży podróżników. Zawołali oficera i pokazali mu co tam jest.
- A cóż to? Piknik sobie urządzacie? Nie wiecie, że mamy żałobę po naszej czcigodnej księżnej - matce i wszelkie świętowanie jest zabronione? - zapytał dowódca strażników pokazując jedną z butelek wina jaką wyjął z koszyka i przesunął się surowym wzrokiem po grupce czekającą obok wozu.
- Absolutnie! My zawsze oddajemy należną cześć księżnej i komu trzeba. Ostatnio byliśmy na mszy w Festag i słuchaliśmy ojca Absalona. On tak pięknie i silnie przemawia! Mamy prawdziwe szczęście, że ten czcigodny ojciec jest u nas kapłanem. Słyszałam, że nawet na gościach co przyjechali na ten odwołany turniej to robi wrażenie. Ale dzisiaj to my tylko słudzy jesteśmy. To wszystko dla szlachetnie urodzonych panienek wieziemy. One tam plener malarski mają poświęcony oddawaniu czci naszej świętej pamięci czcigodnej matce oraz dobrym bogom. Pan rozumie, że takie znamienite damy nie będą się same kalać swoich wspaniałych dłoni jakimś tam obieraniem, gotowaniem i myciem garów. No i właśnie dlatego tam jedziemy. - Łasica gładko nawijała swoją bajerę płynnie wchodząc w rolę bogobojnej służki którejś z wielkich dam jaka musi spełniać ich polecenia nawet jeśli sama wolałaby zachować się zgodnie z wymogami żałoby.
- I to wszystko zaplanowne już wcześniej było. A tu rano wstajemy, szykujemy wszystko a tu taka straszna wieść o tym co się stało w świątyni. A ledwo byłyśmy tam parę dni temu na mszy! Straszne, że takie rzeczy się dzieją, straszne… - Burgund też gładko weszła w podobną rolę wspierając swoją partnerkę w zbrodni pełnym żalu tonem. Oficer wciąż trzymał tą butelkę wina i przeszywał je obie wzrokiem. Ale jakby zmiękło mu to spojrzenie. Widać było, że się wahał co teraz powinien zrobić. Spojrzał na piknikową zawartość wozu. Dwóch strażników co je sprawdzało rozłożyło ramiona dając znać, że nie znaleźli tam nic niestosownego.
- A do jakich to panienek jedziecie? - zapytał w końcu jakby chciał zyskać na czasie. Albo coś sprawdzić. Łasica bez wahania zaczęła mu sypać samymi znamienitymi nazwiskami poczynając od Kamili van Zee, córki samego kapitana portu czyli jednego z najważniejszych ludzi w mieście a kończąc na Froyi van Hansen, ekscentrycznej córce jednego z najważniejszych rodów w mieście i okolicy. Taka paczka najlepszych nazwisk zrobiła chyba na oficerze jakieś wrażenie ale w pewnym momencie uśmiechnął się chytrze.
- Panna van Hansen powiadasz? Już tam pojechała? Tak? To co tu robi? - uśmiechnął się jakby wygrał jakąś partię gry albo odkrył blef rozmówcy. Wskazał w dal a tam widać było kobietę jaka wierzchem jechała w stronę bramy. Za nią dwóch innych jeźdźców. Froya van Hansen do głowy widocznie sobie nie brała aby stawać w kolejce w tym miejskim gnoju i błocie razem z resztą plebsu. Bez wahania podjechała pod samą bramę i zatrzymała się dopiero przy sprawdzanym wozie i strażnikach. Wyglądała bardzo okazale w swoich wysokich butach i bryczesach do konnej jazdy. Kobietom taki strój zwykle nie przystoił i mężczyźni z dobrych domów sobie na to pozwalali no ale jak się było milady z tak dobrego domu i pozycją to można było sobie pozwolić na pewien poziom ekstrawagancji i fanaberii.
- Pochwalony Leopoldzie. Czy mógłbyś przepuścić mnie przez bramę? - zapytała szlachcianka nawet nie poświęcając uwagi pozostałym. Ale do oficera strażników zwróciła się po imieniu jakby się znali.
- Oczywiście Froyo. A mogę zapytać dokąd się udajesz? Sama rozumiesz jaką trudną mamy sytuację. - oficer zwrócił się do niej z szacunkiem jakby się chciał napawać tym momentem gdzie może pochwalić się swoimi znajomościami.
- Chyba nie podejrzewasz mnie o ten rabunek z zeszłej nocy? - konna blondynka uniosła do góry swoją wypielęgnowaną i umalowaną brew przyjmując jawnie ironiczny oraz rozbawiony ton.
- Absolutnie nie Froyo! Ale sama rozumiesz, takie procedury… Musimy pytać każdego. - zapewnił ją Leopold gorąco po czym przyznał, że to z powodów służbowych pyta a nie, żeby znamienitą damę podejrzewał o takie okropieństwo.
- Jestem umówiona z Kamilą i koleżankami. Twierdzą, że machanie pędzlami może być ciekawsze niż machanie mieczem. Albo polowanie. Albo jazda konna. No i pani matka nalegała abym “wreszcie zaczęła się zachowywać jak na młodą damę przystało”. - odparła konna szlachcianka nieco zgryźliwym tonem ale nie tracąc nic na swojej swobodzie i pewności siebie. Wyglądało jakby plener malarski dla dobrze urodzonych szlachcianek to niekoniecznie był w centrum jej zaintersowań. Zwłaszcza w zestawieniu z paroma jakie wspomniała.
- Pochwalony milady. - gdzieś z boku odezwała się skromna, czarnowłosa robotnica albo służka zwracajac na siebie uwagę o wiele wspanialszej damy. Ta spojrzała na nią i zmrużyła oczy jakby trochę zdziwiona, że ktoś ośmiela się wtrącić w jej rozmowę.
- Katja? Przefarbowałaś włosy. Ledwo cię poznałam. - Froya jednak po chwili zmagania się ze swoją pamięcią dość dobrze rozpoznała niżej urodzoną. I to pomimo inne fryzury i dość szarego wyglądu. Ta ząś dygnęła grzecznie przed wyżej urodzoną. Podobnie jak obecnie blondwłosa Burgund, kryjąca się za ich plecami Lilly i stojaca obok Oksana. Dopiero teraz van Hansen przesunęła się wzrokiem po reszcie stojącej obok wozu grupy wcześniej nie zwracając na nich większej uwagi niż na resztę mijanego miasta.
- Tak milady, przefarbowałam. Za to milady wygląda olśniewająco i dostojnie jak zwykle. I władczo. Aż bym była zaszczycona mogąc milady służyć. - Łasica uśmiechnęła się i przyjęła bardzo pokorny i uległy ton. Oraz przesunęła się wzrokiem po wysokich butach, smukłych udach opiętych bryczesami i trzymanej obok szpicrucie. To chyba spodobało się milady bo się uśmiechnęła zadowolonym z pochlebstwa uśmiechem.
- No to nie jest niemożliwe Katju. A co tu właściwie robisz? - Froya stuknęła się dwa razy końcówką szpicruty po cholewie wysokiego buta i nieco zmrużyła oczy w kocim spojrzeniu.
- Właśnie milady jedziemy na to spotkanie w plenerze. Wieziemy zapasy dla naszych pań. No i abyśmy mogli im służyć jak należy. Ale do tej pory nie wiedziałam, że milady też tam zaszczyci nas swoją obecnością. To będzie dla mnie wielki zaszczyt móc milady usługiwać. Tylko tutaj pan oficer nas właśnie zatrzymał i sprawdza te zapasy. - łotrzyca nie wychodziła ze swojej uległej roli jaką zresztą prywatnie bardzo lubiła. A i czasem też wspominała swój krótkotrwały epizod służby u van Hansenów gdzie zdołała bliżej sie poznać z obecną rozmówczynią i zawsze mówiła o niej bardzo ciepło. Zresztą czasem zdarzało się, że Pirora brała łotrzyce do obdługi przyjęć czy w teatrze czy u siebie na jakichś wernisażach i jak tylko trafiła się okazja odświeżenia znajomości z olśniewającą i władczą milady to Łasica nie omieszkała się tym potem chwalić a wręcz puszyć.
- Doprawdy? - Froya znów uniosła swoją elegancką brew. I spojrzała teraz na swojego znajomego oficera. - Leopoldzie czy twoi ludzie już sprawdzili ten wóz? Jest w nim jakaś kontrabanda czy coś niestsowonego? Nie? No to mam nadzieję, że twoi ludzie nie będą wiecej opóźniać tego ważnego transportu dla naszych znamienitych koleżanek? No i dla mnie. Nie? To cudownie. Do zobaczenia przy następnej okazji. - póki Froya się nie pojawiła to trudno było powiedzieć czy strażnicy jeszcze by się czegoś czepiali wozu i jego obsady czy nie i puściliby ich wolno. Ale jak się zjawiła panna van Hansen i niejako poręczyła za słowa swojej ulubionej służki to chociaż grzecznie pytała swojego kolegę o te procedyry sprawdzajace to i tak jakoś trudno było odnieść wrażenie, że jej życzenia zmieniają się w polecenia. I Leopold szybko zgonił swoich ludzi z wozu po czym dał znak, że jego obsada może znów wsiadać i ruszać dalej. Zaś na Katję spojrzał jakby z zazdrością i zdziwieniem, że taka byle jaka robotnica tak dobrze zna się z jedną z najznamienitszych dam w tym mieście.
Przez bramę przejechali zaraz za Froyą i jej dwoma konnymi jacy jednak nie wtrącali się w rozmowe. Wyglądali jak jej eskorta czy ktoś taki bo byli uzbrojeni i mieli tuniki z krwawym słońcem jakie było herbem van Hansenów.
- Bardzo milady dziękuję za pomoc. Chyba trzymaliby nas cały dzień w tej bramie gdyby nie milady. Jeśli bym tylko mogła jakoś podziękować milady za tą łaskę i pomoc to oczywiście bardzo chętnie. - Łasica wykorzystała moment, że van Hansen na moment zrównała się z kozłek wozu jadąc obok niego aby jej podziękować za tą interwencję. Ta uśmiechnęła się wspaniałomyślnie.
- Chyba coś ci znajdę. A na razie bywaj Katju. Czas rozprostować nieco kości. - szlachcianka znów zmrużyła oczy i wydawało się, że razem z łotrzycą znajdują wspólny język pomiędzy oficjalnymi wierszami. Zwłaszcza jak ponownie postukała szpicrutą w cholewę buta co od razu przykuwało wzrok jej rozmówczyni. Ale w końcu trzepnęła nią w zad konia i ten wspaniały, dorodny ogier wyrwał do przodu galopem. A za nią dwóch jej konnych ochroniarzy. Po chwili znikęli im z oczy za pierwszym zakrętem leśnej drogi.
- Ah, co za wspaniała kobieta! Aż żałuję, że naprawdę nie jedziemy w ten plener. Musimy porozmawiać z naszymi szlachcianeczkami aby częściej organizowały takie zabawy. No sami zobaczcie jacy znamienici goście się potrafią tam zjawiać. - Łasica pozwoliła sobie wreszcie na odkrycie kark i z wyraźną tęsknotą odprowadzała tą dumną i pewną siebie szlachciankę jakiej tak uwielbiała służyć. Zwłaszcza podczas nieoficjalnych spotkań gdzie można było się pobawić szpicrutą czy innymi takimi ciekawymi zabawkami.

https://i.imgur.com/yq8wLgN.jpg
O ile w mieście wraz z przekroczeniem południa mgła już zdążyła się w sporej mierze rozproszyć to tutaj, za miastem, jeszcze kłębiła się w leśnych ostępach. Mimo to wóz wytrwale chybotał się na błotnistych koleinach leśnej drogi. Z początku jechali tą drogą prowadzącą do Saltburga. Potem jednak odbili w lewo w dużo węższą drogę. Tam chabeta wlokła wóz przez ten mglisty las.
- O a tamtędy jedzie się do tej rezydencji Rose co dziewczęta mają dzisiaj ten plener. Ale my jedziemy dalej. - poinformowała ich Łascia gdy jakiś czas później mijali kolejne rozwidlenie dróg. Ale pojechała dalej stopniowo lasem objeżdżając niewidoczne stąd miasto. Aż zajechali na miejsce. W międzyczasie zrobiło się zdrowe popołudnie. Do końca dziennego światła było jeszcze dobre cztery, pięć, może sześć dzwonów. W końcu był środek lata więc dzień był całkiem długi.
O ile zapewne większość z tubylców słyszała chociaż o tym miejscu czy nawet była tu wcześniej to Otto czy Heinrich byli tutaj po raz pierwszy. Miejsce było pozornie kolejną polaną wśród pierwotnego lasu. Ale w oko od razu wpadały wielkie, kamienie postawnione na sztorc. A inne przewalone leżące na płask lub przechylone jakby ktoś próbował je wieki temu wyrwać z posad lub poddały się pod naporem wieków.

https://i.imgur.com/ztHglik.jpg
- To tutaj. Jej zapomniałam jakie to wielkie. Mam nadzieję, że Gnak i reszta nas znajdą. Zresztą jak rozpalimy ognisko to powinni. - Łasica zatrzymała wóz i przez chwilę rozglądała się z zydla po tym skalnym rumowisku. Rzeczywiście czy na polanie, czy między drzewami i krzakami widać było jakieś spore głazy. Prawie zawsze były one porośnięte mchem, wtopione między trawę i krzaki. Stały tu od tak zapomnianych czasów, że rosłe drzewa oplotły co niektóre swoimi korzeniami. Więc trzeba było się rozejrzeć aby już na miejscu znaleźć jakieś miejsce na obóz. W końcu mieli tu zostać na całą noc. W końcu ladacznice wybrały ten główny głaz jaki miał stanowić centralny punkt obozu.

https://i.imgur.com/wVoSt8m.jpg
- O. Ten będzie dobry. Taki pochylony. W sam raz aby tu przykuć jakąś niewolnicę z jakiej będą wszyscy korzystać. - stwierdziła z zadowoleniem Łasica. Chociaż z miejsca zrobił się rwetest bo mogło być więcej niż jedna ochotniczka na taką przykutą niewolnicę. Każda z łotrzyc chętnie zajęłaby to miejsce, Lilly chyba też nie miałaby nic przeciwko a jeszcze zapewne przynajmniej Fabienne byłaby chętna bo przecież też uwielbiała takie zabawy a z tego przydomka “najpodlejsza z podłych” jakie nadała jej Soria była szczególnie dumna. Spór rozstrzygnęła Oksana zauważając, że jak na razie to nie bardzo jest jak kogoś przykuć do tego głazu bo nie ma żadnych wbitych haków ani obręczy. To przykuło uwagę ladacznic ale uznały, że nie po to brały linę aby z niej nie skorzystać.
Humory dopisywały ale trzeba było zabrać się za zrobienie tego obozowiska. Wyprząc i uwiązać konia, przygotować posłania, ognisko, nazbierać drewna na całą noc, potem zapewne kolację. Ale zostało czekanie. Nie do końca było pewne kiedy zjawi się Gnak ze swoją ferajną. Pirora z resztą koleżanek miały przybyć kiedy upewnią się, że ich znamienite koleżanki zapadły w sen. To też jednak nie było na tyle pewne aby umawiać się na konkretny moment. Ot jak się panienki pośpią to ich slaaneshowe kultystki po cichaczy spakują, wsiadą na wóz i przyjadą tutaj. Nocą ta podróż też by pewnie zajęła im z parę pacierzy więc łotrzyce oczekiwały ich późnym wieczorem, koło północy albo po.

https://i.imgur.com/LiwHBLz.jpg
W końcu jednak obóz był gotowy. Ognisko zapłonęło. A dzień zaczynał się mieć ku końcowi. Koleżanki zaczęły szykować kolację gotując coś dobrego w kociołku zawieszonym nad ogniskiem. Nad głowami mienił się czystą, wręcz śnieżną bielą Mannlieb w pełni potwierdzając, że to właśnie tej nocy jest jego pełnia. Zaś nieco dalej, widać było zielonkawy sierp Morrsilieba.
- Mam nadzieję, że Gnak nas nie wystawi. Byłabym zawiedziona. A Fabi to by chyba pękło serduszko. Tak się cieszyła na myśl, że wreszcie będzie miała okazję spróbować się ze zwierzoludźmi. - powiedziała Łasica grzebiąc patykiem w ognisku.
- A jak przyjdą to co robimy? Znaczy w ogóle to wiadomo. Ale czekamy jakoś aż Soria z resztą przyjedzie czy zaczynamy bez nich? - zagaiła Burgund ciekawa jak to by mogło wyglądać. Podmuchała w drewnianą łyżkę i spróbowała przygotowanego gulaszu. Spodziewały się sporo gości więc i gar postawiony na drugim ognisku był całkiem spory. Lilly tutaj okazała się nieoceniona w takich obozowych pracach i jej doświadczenie wyniesione z życia w jaskini i dziczy okazało się przydatne.
- A mnie ciekawią te dwie maje z wczoraj. Ciekawe czy coś takiego jak tutaj byłoby dla nich coś wystarczająco ekscytującym. - zastanawiała się Onyx dorzucając pokrojoną kiełbasę do gotującej się masy.
- Oj to by chyba musiały być już takie jak my. To nie dla byle kogo. Trzeba być już nieźle “zdeprawowanym” aby pisać się na takie zabawy. Z kimś nowym też można no ale to skok na głęboką wodę. Dlatego Pchełki dzisiaj nie zabierałyśmy. Gdyby było bez zwierząt tylko jakaś orgia między nami to pewnie bo Oksana mówi, że ona to taka druga Fabi w takich zabawach no ale jednak jak by zareagowała na zabawę ze zwierzątkami to nie wiadomo. Z tymi dwiema majami z wczoraj to tak samo. Zresztą. Trudno by było ściągnąć rogasi do miasta. Oni ich unikają jak ognia. - Łasica też nadal wydawała się zaciekawiona kim były tajemnicze bogate piękności co wczoraj odwiedziły przybytek rozkoszy w jakim obecnie pracowała ich koleżanka a wcześniej one same ale jednak chociaż wizja zaproszenia nowych koleżanek na taką wyuzdaną orgię jaka się tu szykowała wydawała się jej kusząca to jednak ostrożność to jednak odradzała. Szok taką skalą deprawacji mógł być jednak dla kogoś nie przygotowanego zbyt duży.
- Tak, to prawda. Ja Pchełkę do tej pory traktowałam jako osobistą zabaweczkę. I bardzo dobrze mi się sprawuje w tej roli. Ale na rozszerzenie jej działalności to no cóż, jeszcze o tym nie myślałam. Ale pomyślę, bo jest obiecująca. Więc jak ktoś lubi usłużne i wytresowane zabaweczki to mogę ją polecić. No ale też mnie kusiło aby ją zabrać tutaj ale to chyba mimo wszystko zbyt wysokie ryzyko. Może następnym razem. - Oksana pokiwała głową zgadzając się z opinią koleżanki. Wypowiadała się o ich kamratce z ferajny z pewną nonszalancją ale też i sympatią. Przez chwilę trwała o niej dyskusja bo obie łotrzyce nie mogły się nadziwić, że ich znajoma domina i zwolenniczka Księcia Deprawacji zna prywatnie tą samą koleżankę jaką i one znały ale jakoś nigdy o tym żadna z nich nie wspomniała póki wczoraj wieczorem krawcowa nie przyszła z ich znajomą włamywaczką.
Kolacja trwała wraz ze kończącym się dniem. Gdzie zmierzch zaczynał z wolna zastępować światło dnia. Rozmowy dotyczyły różnych osób i tematów. Wino zaczynało rozwiązywać języki. Dziewczęta wyjęły flety, harmonijki i zaczęły sobie przygrywać, śpiewać i pląsać przy ognisku. Na pohybel żałobie i zakazowi zabaw jakie obowiązywały w mieście. Policzki coraz bardziej się różowiły, dłonie coraz częściej sięgały w różne ciekawe zakamarki drugiej osoby a usta coraz częściej spotykały się z innymi ustami. Robiło się coraz bardziej frywolnie, swobodnie i wesoło gdy w pewnym momencie łotrzyce zamarły. A za nimi reszta. Wpatrzone w kilka sylwetek widocznych gdzieś między drzewami, na skraju widoczności już prawie całkiem nocnego lasu.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto pozwolił dziewczynom załatwić sprawę straży. Cieszyło go, że mógł zostawić w końcu habit i pochodzić w zwykłych spodniach i koszuli. Oczywiście wyskoczył z wozu jak rozkazano, ale starał się nie rzucać w oczy. Dobrze, że lady von Hensen akurat była w okolicy, inaczej mogliby ich zawrócić.
Kiedy ruszyli i minęli drogę do miejsca zebrania szlachcianek mnich zerknął na łasicę.- Nie będzie problemów, że się nie zjawicie? Skoro nagadałyście tej von Hensen, że tam będziecie? -wątpił, aby była z tego większa afera, ale wolał się upewnić.
Kiedy dotarli na miejsce Otto rozejrzał się po miejscu ich spotkania ze zwierzoludźmi. Faktycznie głaz wyglądał interesująco. Będzie musiał tutaj wrócić kiedy sytuacja będzie bardziej sprzyjająca. Pomógł rozbić obóz i rozpalić ognisko. Zanim zaczęli jednak jeść postanowił dać temu miejscu trochę odpowiedniej świętości. Wyciągnął ze swojego plecaka niewielką bryłkę węgla rysowniczego i kredę. Miał nadzieję narysować dziewczęta zanim dojdzie do spotkania, ale to wydawało się lepszym zastosowaniem jego czasu.
Podszedł do pochylonego głazu i zaczął rysować na nim wielki symbol Mrocznego Księcia.
- Zadowól swoją chuć, głód, pożądania. Świat jest twój. - odpowiadał w kółko krótką modlitwę do Slaanesh, aż jego zadanie było skończone. Spojrzał z zadowoleniem na swoje dzieło i zerknął na dziewczyny.
- Jeżeli wiatry sprzyjają spojrzeniu Węża, zmieńmy to miejsce w oazę jego wiary. Kto wie, może usłyszymy jej słodkie szepty kiedy koziołki będą z nami spółkować.Przysiadł się przy ognisku i uraczył się obiadem, rozmawiając z dziewczynami o ich ostatnich wybrykach.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Czarodziej przeklinał swoje zmęczenie i przeziębienie, prawdopodobnie spowodowane intensywnym czarowaniem poprzedniego dnia. Gdy wydarzenia nabierały takiego tempa, nie za bardzo mógł pozwolić sobie na chorowanie... Nie zdążył spotkać się z Baronem Wirsbergiem, natomiast poprosił swojego sługę Svena, by ten przekazał Baronowi wiadomość. Wiadomością tą był krótki list, w którym astromanta prosił by na razie odłożyć wyprawę na bagna, gdyż znaki są niekorzystne, a on będzie przez najbliższe dwa dni bardzo zajęty. Tylko żeby nie wzbudziło to podejrzeń, musiał być ostrożny.
Wydostanie się z miasta nie było takie proste w takiej sytuacji. Joachim już szykował się do dołączenia do dyskusji ze strażnikami, ale interwencja Froyi van Hansen sprawiła że nie było to niezbędne.
- Mam nadzieję, że Soria i Pirora popracują trochę nad tą damą, choć ona chyba preferuje polowania. Jak widzicie, przyjaciele w wyższych sferach są bardzo przydatni dla naszych planów. Oczywiście nie wątpię, że dałybyście sobie radę ze strażnikami, tylko dłużej by to zajęło...
Kiedy wyjechali poza miasto, rozglądał się dookoła, starając się wchłonąć jak najwięcej użytecznych informacji.
- Zabawa zabawą, ale powinniśmy też jak najwięcej dowiedzieć się o tych zwierzoludziach, wiedza jest potęgą - powiedział Ottowi, Heinrichowi i pozostałym członkom wyprawy którzy nie byli zadeklarowanymi Slaaneshytami.
Zaś kiedy pośród drzew pojawiły się postacie, wstał i starał się zachować czujność. Nie byli w końcu u siebie i trzeba było być gotowym na wszystko.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 34 - 2519.07.13; abt; przedpołudnie - północ
Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zchodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.12/13; Aubentag/Marktag; zmierzch - noc
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)Wszyscy
- Mam nadzieję, że nasze lepiej urodzone koleżanki będą miały głowy na karku i połapią się co i dlaczego tak nagadałam przy bramie. Wcale nie miałyśmy tam być. Ale sam widziałeś jak trzepali przy bramie. I Froyi w ogóle się nie spodziewałam. Myślałam, że pojechała razem z innymi. Ale jakby mnie potem raczyła wezwać przed swój majestat i wybatożyła za takie nędzne kłamstwa to chyba bym jakoś nie miała jej tego za złe. - Łasica była w świetnym humorze odkąd tylko wyjechali przez południową bramę poza miasto co oznaczało wolność i swobodę na takie zabawy jakie najbardziej lubiła. I za bardzo nie przejmowała się ewentualnymi konsekwencjami rozpytywania o nią przez Froyę u swoich koleżanek. Zwłaszcza jak miały tam być też ich koleżanki - kultystki co były wtajemniczone w dzisiejsza eskapadę do zachodnich kamieni.
Potem gdy Otto zaczął szkicować na prastarym, pochylonym głazie kreski jakie coraz bardziej układały się w symbol Slaanesha wzbudził zaciekawienie koleżanek. Co chwila któraś podnosiła głowę obserwując jego poczynania. A gdy skończył i na głazie widniał ten charakterystyczny męsko - damski symbol wszystkie wydawały się ucieszone.
- Ale ładny. Szkoda, że u nas nie ma takiego. - powiedziała Lilly podchodząc do głazu i pieszczotliwie przesuwając po nim palcami. W końcu oddała mu cześć całując ten wymalowany węglem symbol. To jakby zachęciło koleżanki aby postąpiły podobnie co dodało im ekscytacji do zbliżającego się wieczoru pełnego oczekiwania na nietuzinkową zabawę jakiej nawet one nie mogły zaznać co dziennie, na zawołanie a zwłaszcza w mieście.
- Ale nim odejdziemy to trzeba będzie to zmyć. Niestety. Ale kto wie kto tu się pałęta i jak często. Jakby rozpoznał co to jest mogłoby to wzbudzić niezdrowe zainteresowanie. A teraz po tym co było wczoraj w nocy to pewnie są wyczuleni na takie sprawy. Też bym chciała mieć coś takiego na stałe. Nawet myślałam o tatuażu. No ale za dużo osób mnie spoza rodziny ogląda bez niczego aby to było bezpieczne. - Łasica pokiwała głową patrząc nostalgicznie na głaz i narysowany węglem symbol. Mówiła jakby czuła sprzeczność między podszeptami zakazanych żądz a wrodzoną ostrożnością ulicznika.
- Dobrze, że chociaż na statku mamy ołtarz Soren. Ale też bym chciała mieć jakąś taką świątynię gdzie można by się bez skrępowania oddawać takim przyjemnością. Ten loszek Pirory jest prawie idealny. Ale tam raczej ołtarza albo takich symboli nie można pokazać. Przynajmniej nie na stałe. - Burgund przyszła w sukurs swojej partnerce i chyba miała podobne odczucia. Chciała mieć takie miejsce na wyuzdane i lubieżne orgie w jakich można by jawnie oddawać cześć ich patronowi. Ale musiałoby to być nieźle pomyślane aby z jednej strony dało się tam dość łatwo dotrzeć bez zbędnych ceregieli, przynajmniej jakby się wiedziało co i jak a z drugiej strony aby nikt postronny nawet nie pomyślał, że coś tam się dzieje niestosownego nawet jakby przechodził tuż obok.
- I jeszcze żeby Gnaka albo innych takich nietuzunkowych gości można było tam zaprosić. - rozmarzyła się Łasica pozwalając sobie na nieco fantazjowania.
- To chyba nie. Nie w mieście. Trudno by było ich namówić. Oni nie lubią miast. Może jakby mieli je zniszczyc czy spalić to by weszli. Ale tak to ciężko. Raczej by to musiało być coś na zewnątrz. - Lilly jaka robiła u nich za eksperta od zwierzoludzi pozwoliła sobie na nieco sceptycyzmu w tej sprawie. Chociaż też myśl o spółkowaniu z nimi w bardziej komfortowych warunkach wydawała się być miła jej sercu.
- Oj tylko palić i niszczyć? Jej. Jakbym słyszała Silnego. A jakby mieli chętne i ładne samice do zabawy? To co? Nie przyszliby? - liderka prychnęła z irytacji na słowa różowowłosej koleżanki. Ale bez prawdziwej złości. I była ciekawa jej zdania czy by jakoś nie dało się namówić zwierzoludzi na częstsze wizyty w mieście. Dla obopólnej satysfakcji i przyjemności a nie, żeby zaraz coś palić i niszczyć. Lilly zastanowiła się chwilę ale w końcu wzruszyła ramionami na znak, że nie czuje się na siłach aby odpowiedzieć.
- Się tak nie rozpędzaj. Gdzie byśmy miały ich ugościć? Chyba tylko w loszku Pirory a to ona by się musiała zgodzić. A ich jakoś trzeba by tam dostarczyć. Co prawda dałoby się kanałami ale nie mam pojęcia czy oni by się zgodzili leźć kanałami i to ktoś by ich musiał tam przeprowadzić. A dwa to by strasznie śmierdzieli po tych kanałach to nie wiem czy to takie zabawne by było się potem z nimi pokładać. - Burgund popatrzyła krytycznie na swoją partnerkę aby przywołać ją do porządku. Ta cmoknęła z niezadowolenia ale w pierwszej chwili nie zaprzeczyła. Zapewne jej też ściągnięcie do środka miasta bandy zwierzoludzi nie zapowiadało się na takie lekkie.
- Ale tam chyba są jakieś podziemne zwierzoludzie? Tak coś kojarzę. Nawet chłopaki ich spotkali niedawno jak wracali z jaskini Oster. Może z nimi coś by się udało? W porównaniu do tych z lasu to są prawie na miejscu. - Onyx wtrąciła się do rozmowy gdy już zaczęły się rozważania o rozszerzeniu działalności wężowych sióstr oraz bardziej egzotycznych kochankach.
- No coś było… Ale ja ich nie widziałam. Poza tym też by pewnie szli kanałami bo nie sądzę aby zapukali do drzwi wejściowych Pirory. No a nie wiem czy zabawiać się z kimś kto właśnie wylazł z kanałów jest takie fajne. To prawie jakby to robić w samych kanałach. - przefarbowana na czarno łotrzyca wzruszyła ramionami na znak, że tak do końca to nie wie jak to jest z tymi podziemnymi zwierzoludźmi. Okazało się, że koleżanki podobnie więc niezbyt wiedziały czego by się po nich spodziewać. Chociaż rzeczywiście w porównnaniu do bandy Gnaka to byli prawie na miejscu i chyba nie powinni mieć oporów przed chodzeniem po mieście. Czy raczej pod.
- No to by było coś. Przyznam, że ciekawie by było wziąć taką bestię pod but, na smycz i zdzielić szpicrutą. A potem doprowadzić do jakiejś rozpłodowej ladacznicy. Tak, przydałoby się miejsce na takie zabawy. - Onyx też dołożyła swoją cegiełkę do takich luźnych rozwarzań i marzycielskich planów. Chociaż w swoim dominującym stylu. A sądząc po reakcji koleżanek to chyba by nie miała kłopotów ze znalezieniem ladacznic do takich zabaw o jakich mówiła.
- A jak coś chcesz się dowiadywać Joachimie to się dowiaduj. Ja jadę się tam z nimi bliżej poznać. A nawet głębiej. - zaśmiała się wesoło Łasica na dywagacje kolegi. Zresztą od początku nie ukrywała, że jedzie głównie z ciekawości i dla rozrywki. Jak chyba zdecydowana większość jej koleżanek.
- A jak Pirora i Soria i zapewne Fabi popracują nad Froyą to oby, oby! Ale jak się nią nie podzielą to się na nich pogniewam a nawet obrażę. - Burgund rezolutnie odparła na kolejne zdanie Joachima. Widocznie każda z nich nie miałaby nic przeciwko aby panna van Hansen dołączyła do ich wężowego siostrzeństwa. Bo do tej pory chociaż znały się także od strony prywatnej a ich szlachetnie urodzone koleżanki to nawet były z tego samego co ona towarzystwa to do tej pory jakoś nie udało się jej zwerbować do kultu. A szlachetnie urodozna blondynka zdawała się być pełna sprzeczności. Pod względem stylu i urody a także niektórych preferencji pasowałaby do dwórek Sorii jak ulał. A z drugiej strony gdy chodziło o męskie rozrywki i zainteresowania to bardziej zdawała się pasować do zwolenników Silnego.
- Jej ale by było… Jakbyśmy mieli po naszej stronie i Kamilę van Zee i Froyę van Hansen… Dwie najdroższe i najprzedniejsze panny w mieście… Połowa miasta się do nich ślini i wzdycha mniej lub bardziej oficjalnie a one by były po naszej stronie… - Łasica rozmarzyła się ponownie nad taką piękną wizją.
- Z tego co Pirora i Soria mówiły o Kamili to ona chyba już wpadła w ich sidła. Tylko jeszcze za wcześnie na przystąpienie do nas. No i to ze Starszym trzeba by ustalić. Ale wszystko z nią wydaje się na dobrej drodze. A podoba mi się. Śliczna jest. I ma taką nietypową karnację. Słyszałam, że ona jest z południa, znaczy jej matka była. I tam na południu tacy ciemni ludzie są. U nas też jest paru i nawet ta Kamila ma taką podobną jej pokojówkę. - Burgund pochwaliła się tym co wie na temat jednej ze szlachcianek. Chociaż nie tylko ona mogła słyszeć te plotki o pochodzeniu córki kapitana portu. A ostatnio Pirora i Soria dały przecież do zrozumienia, że sytuacja z Kamilą idzie po ich myśli.
Zabawa ze zwierzoludźmi rozwijała się całkiem pomyślnie. W pierwszym kontakcie między przedstawicielami obu stron i ras zapewne pomogły wcześniejsze znajomości. I jak po zauważeniu pierwszych sylwetek na skraju wieczornego lasu Łasica wyszła nieco do przodu to kilka sylwetek zbliżyło się na tyle, że weszli w zasięg blasku dawanego przez ogniska.
- Gnak! No to dobrze, że ty. To jednak nie wystawiliście nas do wiatru? No to dobrze, dobrze bo bym się na was strasznie pogniewała i nie byłoby już miłego dupczenia takich sympatycznych dziewczyn jak my. - odezwała się wesoło chociaz zwierzoludzie chyba nie rozumieli ludzkiej mowy. Tak samo jak ludzie ich. Ale pogodny i lekki ton zapewne był dość uiwersalny podobnie jak naturalna mowa ciała w postaci ciepłego i wesołego uśmiechu jakim obdarowywała ich łotrzyca i jej koleżanki. Lilly zaczęła swoją rolę tłumacza między obiema stronami. Ale te wianki jakie dziewczęta przygotowały dla swoich kochanków i kubki z winem podziałały równie dobrze. Po pierwszych chwilach ostrożności obie strony czuły się coraz bardziej swobodnie. Rozsiadły się przy ognisku, zabrały za wieczerzę, wino i coś tam sobie opowiadali. Nawet bez pomocy Lilly i w miarę jak wino szumiało w żyłach, jak flety wygrywały swoją muzykę, jak bioderka dziewcząt kusiły podczas tańca robiło się coraz bardziej swojsko a obie strony spoufalały się ze sobą coraz smielej.
- Podoba im się. Też taki mają. Tylko inny. Ale rozpoznają znak Snarla. I też go wyznają. - Lilly przetłumaczyła gesty i słowa zwierzoludzi. Bo ci prawie od razu dojrzeli pochyły głaz jaki miał stać się głównym miejscem tego spotkania oraz wymalowany węglem symbol. To chyba dodatkowo ich upewniło co do intencji przybyszy z miasta i nastroiło jeszcze pozytywniej.
- Więcej ich przyszło. Chyba z tuzin jak dobrze liczę. To dobrze! Bo nas też jest więcej. Już się bałam, że będziemy musieli jakieś kolejki ustalać i dzielić się tymi chudziakami a tu jednak może jeszcze coś da się z tego uszyć. - Łasica co była w tej grupie co miała pierwsze spotkanie z Gnakiem i jego banda kilka tygodni temu mogła sobie porównać liczebność obu stad. I z zadowoleniem odkryła, że jest ich prawie dwukrotnie więcej niż poprzednio.
- Tak. Gnak mówi, że jak wrócili po ostatnim razie i opowiedzieli o chętnych, ludzkich samicach co się z nimi pokładały i… Hmm… Nie wiem jak to przetłumaczyć… Ale chodzi o Sorię. Zrobiła na nich duże wrażenie. Wierzą, że jest wyjątkową istotą i dziedziczką potężnej istoty. Nie jestem pewna czy chodzi im o Soren czy tak ogólnie no ale wiedza, że to nie jest zwykła śmiertelniczka tylko… hmm… księżniczka? No ktoś wyjątkowy. W sporej mierze dla niej tu przyszli i chcieliby aby znów z nimi spółkowała tak jak ostatnio. Dlatego pytają o nią. Ale powiedziałam im, że Soria przyjedzie później. - Lilly musiała sie sporo napracować aby przetłumaczyć tyle rozmówek na raz. Bo co chwilę ktoś ją o coś pytał albo prosił aby o coś zapytała czy przetłumaczyła odpowiedź. A nie mogła się rozdwoić. Ale pomimo bariery językowej to wyglądało na to, że wzajemna integracja w rytm muzyki, śpiewów, tańców i wina postępuje całkiem dobrze.
- Byłam już tu kiedyś. Na orgiach ze zwierzoludźmi. Ale to było dawno. Miło tu wrócić po latach znów w tym samym celu. - wyznała w pewnym momencie kochanka Huberta i Fabienne. Czym niezmiernie zaskoczyła koleżanki.
- Byłaś tu? Na orgiach ze zwierzoludźmi? - zdumiała się Łasica i pociągnęła krawcowa za język.
- Tak, Jak była wychowanką Frau Scholtz. W jej sierocińcu. Ona mnie wszystkiego nauczyła. Mówiła, że mam zadatki na prawdziwą dominę i władczynię. Pokazała mi jak czerpać przyjemność z bólu, władzy i upokarzania innych. Taka cudowna kobieta. A spotkał ją taki straszny los. Wygnali ją. W ogóle nie docenili jej wyjątkowych talentów. A te zabawki co Pirora ma u siebie w loszku to właśnie z naszego sierocińca. Dlatego mam do nich taki sentyment. Nie spodziewałam się, że przetrwały. Myślałam, że wszystko rozkradli albo zniszczyli po zamknięciu tej szkoły dla dziewcząt. - Oksana zaczęła tą opowieść jaka kompletnie zaskoczyła nawet te kochanki z jakimi intensywnie obcowała już od zimowych przygód. Zwłaszcza, że chociaż te tutejsze albo i Joachim to pamiętali ten skandal ze szkołą dla dziewcząt Frau Scholtz co rzeczywiście został zamknięty w niesławie gdy wyszło, że jakieś ciążę są wśród pensjonariuszek głównej mecenas tego przybytku. I musiała opuścic miasto w niesławie a samą szkołę zamknięto. Ale to było… Z dekadę temu? No dawno w każdym razie, że dziś już było tylko plotką z dawnych dni i nikt tym się już nie interesował. A widocznie Oksana była jedną z dziewcząt z tamtej szkoły. Zachecona przez koleżanki kontynuowała tą opowiesć.
- Frau szkoliła nie tylko mnie. Każdą u jakiej wykryła odpowiednie zainteresowania i preferencje. Pod koniec to już miałyśmy całkiem, ładną grupkę. I w końcu jakoś udało jej się skontaktować ze zwierzoludźmi i umówić spotkanie. Właśnie tutaj. Udało nam się zorganizować kilka. Było cudownie! Zawsze na nie czekałam z niecierpliwością! Ale zrobiłyśmy się zbyt nieostrozne. I dwie z nas zaszły w ciążę. Prawie na pewno ze zwierzoludźmi ale do końca nie jestem pewna bo wybuchł ten skandal i zatuszowali sprawę. Nas porozdzielali albo jak któraś miała to zabrali do domów, wysłali do innych miast, do wód i tak dalej. Potem już mało którą udało mi się spotkać. Tylko jedną kojarzę bo czasem ją spotykam na mieście. Dalej lubi ze zwierzętami. Ale oczywiście nie przyznawałyśmy się skąd na przykład zwykła krawcowa umie trochę czytać i pisać ani tym bardziej do nocnych orgii ze zwierzętami i całej reszty. Zmieniłam potem imię aby mnie nie kojarzyli z tamtą szkołą. I próbowałam żyć dalej. Ale już nie umiałam inaczej. Na szczęście okazało się, że zaskakująco wiele osób lub być pomiatanymi w alkowie więc miałam nieco rozrywki. W końcu trafiłam na Huberta i dopiero on mi zastąpił Frau Scholtz. Dopiero u niego mogłam odetchnąć i czuć się sobą. Razem zaczęliśmy tą działalność. I nie chwaląc się to ja odkryłam Fabi. Jak przyszła do nas do sklepu tylko coś obejrzeć i przymierzyć. Zabrałam ją do przymierzalni. I szybko połapałam się jak bardzo jest złakniona przyjemności, jak bardzo pragnie dotyku i dominacji. I potem było już prosto. Została naszą kochanką. Ale przyznam, że lubię ją. Pomimo tego, że to nie jest jedyna szlachcianka jaką miewam pod batem to jest wspaniała. Prawdziwe wyzwanie dla dominy bo uwielbia wszystko co się wiąże z upodleniem, poniżeniem, bólem i poniewierką. Jak coś nie wypada dobrze urodzonej Frau to na pewno Fabi będzie tym zainteresowana. Zwłaszcza jak to by było coś lubieżnego i wyuzdanego. No i w organizacji tych schadzek jest całkiem pomysłowa. A nie jak co niektóre damulki i kawalerowie co tylko czekają aby im wszystko zorganizować i podać na srebrnej tacy. - krawcowa i główna porjektantka ubiorów u Grubsona oraz kostiumów teatralnych rozgadała się całkiem sporo opowiadając o swojej przeszłości. Jak i przy okazji o dwójce sowich głównych kochanków czyli Hubercie i Fabienne. Oboje zdawali się stać wysoko w prywatnej hierarchii. Nawet jeśli jednego z nich traktowała jak swojego szefa, mistrza i władcę a drugą jak uległą kochankę, niewolnicę i zabawkę do dowolnego wykorzystania.
Z wszystkich spotkań jakie miały miejsce na tej leśnej polanie oświetlonej przez ogniska najbarwniejsze chyba miały Onyx i Genda. Genda jak na zwierzoludzia była zaskakująco ludzka, ładna i zgrabna. Bliżej jej było wyglądem do Lilly niż do Gnaka i reszty samców w jej stadzie. Od pasa w górę to była całkiem zgrabna, młoda kobieta. Chociaż na lini czoła i włosów miała małe różki zdradzające jej spaczenie. Dopiero od pasa w dół miała zwierzęce odnóża. Chociaż przypominały raczej zgrabne, sarnie nogi niż jakieś kozie czy baranie jak u jej kolegów. No i tam pod przepaską biodrową to też była taka dwupłciowa jak Lilly. A ostatnim razem pośród ludzkich samic chyba właśnie Onyx przypadła jej do gustu.
- Daje ci to w prezencie. Mówi, że zrobiła specjalnie dla ciebie. - Lilly przetłumaczyła słowa Gendy jaka wręczała kurtyzanie z miejskiego zamtuza coś co wyglądało na naszyjnik z kości, kłów i kamyków. Nawet nie taki brzydki chociaż sprawiał dość prymitywne wrażenie. Ale sądząc po uśmiechu rudzielca to chyba jej się spodobał. Albo sam gest pamięci i podarunku.
- Jak przyjmiesz to potwierdzisz, że jesteś jej samicą. Wtedy będzie ci próbowała zrobić dziecko. I pewnie nakłonić abyś zamieszkała z nią w jej chacie. - odmieniec o liliowych włosach nie tylko tłumaczyła słowa zwierzoludzi ale też niejako ich zwyczaje. Onyx co już wyciągała dłoń aby przyjąć ten podarunek zatrzymała się i zrobiła niezbyt mądrą minę.
- Oh! - żachnęła się zaskoczona i przez chwilę nie wiedziała co zrobić i powiedzieć. Zaś Genda zawahała się i spojrzała pytajaco na Lilly jakby chciała jej się coś poradzić.
- Ale jak nie przyjmiesz to może jej się zrobić przykro. A jak chcesz możesz się z nią pokładać dzisiaj do oporu. A rano pewnie i tak wrócicie do siebie. A robienie dziecka no to nie takie pewne. Nawet mi się nie zawsze udaje. A jestem bardzo płodna. To dar od Snarla. Opal tak mówiła. Ale nie zawsze i nie z każą się udaje nawet jak ma płodne dni. Często ale nie zawsze. No i nie musicie przecież finiszować tam u ciebie w środku. Przecież gdzie indziej też miło a ona na pewno nie będzie miała nic przeciwko. - dodała mutantka tonem dobrej rady aby wyjaśnić obu stronom jak by tu można było rozwiązać polubownie.
- Nie, do ciebie do chaty kochanie to nie. Ja mam swoje interesy do załatwienia w mieście. Ale jak chcesz to cię zapraszam do siebie. Tylko byś musiała na miasto nie wychodzić bo u ciebie to bardziej widać niż u Lilly. Ale bardzo ci dziękuję za prezent. To było bardzo miłe, jesteś milsza niż większość moich klientów. No chyba, że te dwie co wczoraj były. No ale rozumiem, nie każdy może sobie zamówić trzy ladacznice na raz a potem jeszcze im wręczyć po sakiewce. Będę musiała pogadać z Larwą jak wrócimy. A teraz choć kochanie, pozwól mi okazać swoją wdzięczność. - Onyx odzyskała mowę i zaczęła bajerować Gendę. Chociaż ta nie rozumiała jej mowy ale za to słuchała jej głosu i mowy ciała. Ucieszyła się gdy ta wzięła ten zrobiony własnoręcznie naszyjnik i założyła go sobie na szyję. Po czym objęła mocno samicę zwierzoludzi do siebie przytulając ją jak siostrę czy kochankę co było czytelniejsze niż jakiekolwiek słowa. A w końcu odsunęła się nieco, odszukała ustami jej usta i pocałowała mocno. Już zdecydowanie nie po siostrzeńsku.
- To powiedz mu, że to bardzo miło, że przyszło ich więcej. Bo nas też jest więcej a jeszcze parę miłych koleżanek do nas dojedzie. I zapytaj ile ich w ogóle mogłoby przybyć. I kiedy. Bo czekać do następnej pełni to trochę długo. I teraz już coraz zimniej i jesienniej będzie. - Łasica siedziała z wiankiem na głowie i kwietnym wieńcem na szyi. Zaś podobny zestaw miał siedzący obok niej Gnak jakiego zagadywała za pośrednictwem Lilly. A sama pilnowała aby miał kubek pełen wina i jadło w zasięgu dłoni. Sama zresztą też korzystała z tych przywiezionych zapasów. I czekała aż liliowłosa przetłumaczy jej pytanie liderowi zwierzoludzi a potem jego odpowiedź na reikspiel.
- On też myślał, że będzie nas tyle co ostatnio. No i nie chciał zbyt wielu brać. Bo mogłoby ich przyjść i dwa razy tyle. A część mu nie uwierzyła. W tą Sorię i chętne, ludzie panny. To tylko niektórzy z nim ruszyli. Pewnie jak tej nocy będzie taka zabawa jak ostatnio i wrócą do siebie to następnym razem może ich przyjść więcej. - dziewczyna z Jaskini Odmieńców tłumaczyła odpowiedź lidera zwierzoludzi.
- A spotkanie mówi, że tutaj dobrze bo za miastem. A pełnia to klarowny termin. Wiadomo więc gdzie i kiedy. Ale na chędożenie ludzkich samic mogliby przychodzić częściej. Tylko gdzie i kiedy? - dodała to co jeszcze z nim ustaliła.
- Nam to by najlepiej w mieście pasowało. A poza miastem… No to tak ciężko. Bo jak za daleko to nam niewygodnie aby przyłazić. A jak za blisko to ktoś z tutejszych może się przypałętać. I jak częściej to też bym chciała no ale im częściej tym większa szansa, że ktoś nas nakryje. - Burgund siedziała z drugiej strony Gnaka i też go jawnie adorowała. Podobnie jak koleżanka pozwalała jego chciwym dłoniom wodzić po swoim jędrnym ciele i wyraźnie jej to sprawiało przyjemność. Zupełnie jakby nie dostrzegały ostrych i na wpół zwierzęcych rysów twarzy zwierzoczłowieka.
- No właśnie… Tak źle i tak niedobrze… Tutaj dobre miejsce w nocy ale mimo wszystko otwarte. Każdy może tu zajrzeć. Przydałaby się jakaś kryjówka co by można chędożyć się na spokojnie, bez skrupułów i ryzyka, że cię ktoś nakryje. Gdzieś w pobliżu miasta aby nie tracić pół dnia marszu w jedną stronę. - koleżanka przytaknęła rudowłosej i się nad tym zamyśliła. Miejsce na tajne schadzki ze zwierzoludźmi bardzo by im się przydało. Ale tak od ręki nie bardzo mogły wpaść na to co to by mogło być aby spełniało powyższe standardy.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 35 - 2519.07.13; abt; północ - noc
Noc
Wieczór upływał coraz szybciej i weselej. Stopniowo towarzystwo zaczęło być coraz bardziej swawolne i frywolne. Coraz bardziej napompowane winem, śmiechami, żarcikami, zalotnymi spojrzeniami, kuszącymi spojrzeniami, coraz śmielszym dotykiem i pocałunkami. W końcu więc tu i tam zaczęły się kotłować jakieś pary i nie tylko pary. A pod nocne niebo wzlatywały na wpół zwierzęce sapanie czy kobiece okrzyki rozkoszy. Tam widać było jakieś nagie, na wpół włochate plecy a pod nimi gładkie, kobiece uda. Albo owłosione biodra przy jakich klęczała i pracowała któraś z kobiecych czupryn. Robiło się coraz weselej gdy ktoś zorientował się, że zbliża się jakiś wóz. Zabawa szybko została przerwana i nad polaną zaległ cień niepokoju. Jeszcze trochę niepewności i na polanę wjechała całkiem niczego sobie karoca. Tylko woźnicą była kobieta sądząc po długiej sukni. Jednak zaskakująco raźno zeskoczyła na ziemię i rozłożyła ramiona w geście powitania.
- Witajcie moje dzieci! Witajcie moi poddani i kochankowie! Mam nadzieję, że zaspokoicie swoją panią bo tej nocy ma ochotę na wszystko i wszystkich! - po głosie rozpoznać dało się Sorię jaka wydawała się być w szampańskim humorze. A przywitały ją oklaski i wiwaty. Zaś zwierzoludzie chyba nie mieli oporów traktować ją jak swoją panią bo bez skrupułów oddali jej pokłon mimo, że była w swojej ludzkiej formie i nic nie zdradzało jej nadnaturalnego pochodzenia. Przywitała się pobieżnie z towarzystwem ale szybko wróciła do karety i otworzyła drzwi. Z nich wyszła czarna i biała panna. A raczej tak dało się poznać po ciemku plamy ich fryzur, Pirorę jako blondynke i Fabienne jako czarnulkę. Obie przyjechały w długich sukniach czy płaszczach.
- Przywitajcie się z moimi dziewczętami. A wy dziewczęta z resztą naszego elitarnego towarzystwa. - Soria musiała być urodzonym wodzirejem bo odstawiała prawdziwą scenę jakby to była jakaś teatralna sztuka. Obie szlachcianki jednak podeszły zaciekawione do ognisk, głazu, swoich kolegów i koleżanek z kultu no i do zwierzoludzi co chwilowo przerwali swoje baraszkowanie z ludzkimi samicami.
- To są ci zwierzoludzie? Na pewno? Myślałam, że oni mają głowy zwierząt. Tak słyszałam. - Fabienne chyba była troszkę zmieszana, nawet rozczarowana, że ci półludzie o jakich tyle słyszała nieco odbiegaja od jej wyobrażeń o nich samych. Zresztą nie było się co dziwić. Właśnie taki opis jaki podała zapewne większości mieszkańców Starego Świata przychodził na myśl jak słyszał “zwierzoczłowiek”.
- Oho. Ktoś tu ma ochotę na prawdziwe zwierzątka. - zaśmiała się Łasica słysząc uwagę koleżanki.
Pojawienie się Sorii przypominało przybycie królowej czy jakiejś diwy na jakiej cześć właśnie organizowano to przyjęcie. Od razu skupiła na sobie uwagę wszystkich. A poza tym w tej swojej długiej sukni, z dyndającymi z uszu kolczykami z jakimiś klejnotami tak się właśnie zachowywała jakby to wszystko było na jej cześć i chwałę. Przeszła przez obozowisko jak przez własną salę balową. I uwagę jej zwrócił przechylony głaz.
- O. Jak ładnie go przystroiliście. - pochwaliła pieszczotliwie gładząc swoją wypielęgnowaną, smukłą dłonią chropawy głaz. I kreski zrobione węglem układające się we wzór jej patrona.
- To Otto zrobił. My przygotowałyśmy te liny. - Łasica uczciwie wskazała autora tego rysunku. Sama zaś wspomniała o liny jakie udało im się zaczepić o ten kamień w roli potencjalnych pęt dla ofiary.
- Świetna robota. Mam nadzieję, że podziękowałyście Otto za jego pamięć i troskę. - odparła zadowolona władczyni do swoich dwórek. Udała, że nie dostrzegła chwilowego zmieszania na ich twarzach.
- A wybrałyście już kto będzie ofiarą rozkosznej agonii? - zapytała wskazując na pęta jakie były przygotowane aby tam unieruchomić jedną osobę.
- Czekałyśmy na ciebie milady. Nie chciałyśmy się szarogięsić. - przyznała Łasica a koleżanki pokiwały głową.
- Czyli jak rozumiem ochotniczek jest więcej niż głazów ofiarnych? - uśmiechnęła się dumna milady a w końcu się roześmiała z tego faktu. Podobnie jak jej dwórki. Te wcale nie ukrywały, że miałyby chrapkę na taką rolę ofiary wspólnych żądz i chuci jakim miała być poświęcona ta noc.
- No dobrze, chyba wam pomogę. Fabienne, pozwól tu na chwilkę. - Soria obdarzyła ich wszystkich czułym spojrzeniem a następnie wywołała Bretonkę. Bladolica i czarnowłosa podeszła do niej bez wahania. Po czym stanęła obok swojej pani. Ta zaś jednym ruchem zdarła z niej płaszcz i okazało się, że pod nim von Mannlieb ma niewiele. Właściwie to ten skąpy kostium z czerwonych, skórzanych pasków jaki miała ostatnim razem gdy w po mszy w loszku Pirory pełniła rolę sprzedawanej niewolnicy Adele. I okazało się, że przy świetle ognisk też się ciekawie w nim prezentuje. Koleżanki zaczęły bić brawo i rozległy się gwizdy. A zwierzoludzie chyba wyczuwając co się święci też chrapliwymi odgłosami zaczęli zdradzać odgłosy podniecenia i buzującej chuci.
- Oksanko skarbie, czy możesz mi tutaj z tym pomóc? - poprosiła grzecznie krawcową o pomoc. A ta wesoło podeszła do swojej władczyni. I okazało się, że ta pomyślała o swoich uległych dwórkach i przywiozła każdej prezent.
- Bardzo was proszę abyście wszyscy docenili wysiłek Fabi jaki tak nam pomogła z tym kluczem do skabrca. Sami widzieliście ile fantów tam było. Bez tego klucza bardzo by nam to utrudniło sprawę. Merga była bardzo rada z tych łupów. Więc bardzo proszę uhonorujcie należycie naszą najpodlejszą z podłych i najnędzniejszą z nędznych. Zwłaszcza, że ma dzisiaj swoje płodne dni. Czyli pobłogosławione przez naszego patrona i dostarczające szczególnych doznań i przyjemności no a jak się nasz patron okaże łaskawy to nawet może wydać wyjątkowy owoc. - Soria przedstawiła swoją pierwszą dwórkę jako wspólną niewolnicę na tą noc. Bretońska szlachcianka została przywiązana do pochyłego kamienia jakby miała być główną atrakcją tego przedstawienia. Pochyłość sprawiała, że była gdzieś w pośredniej pozycji między leżeniem na plecach a staniem na nogach. Zaś więzy uniemożliwiały jej ruch czy obronę przed zakusami kochanek i kochanków. Ale oczka jej się śmiały i zdradzały podniecenie tym co miało się zaraz zacząć.
- No i oczywiście nasze sprytne łotrzyce. Tak się wczoraj postarały z tym dumnym i bogatym domem bożym. Aby nie był już tak dumny i bogaty. Za to też należy im się nagroda. A chyba wszyscy wiemy co lubią najbardziej. - To mówiąc popchnęła Łasicę do przodu. Ta jęknęła nieco bo pani przywiązała ją w pałąk do jakiegoś konaru. Tak, że liderka wężowych dziewcząt miała nadgarstki uwiązane gdzieś przy kostkach i zapraszająco rozchylone uda. Zaś jej jędrne i bezbronne piersi aż zachęcały do zabawy. W oczach jednak też dało się dostrzec aprobatę i zadowolenie z takiej bezwolnej roli. Burgund zaś została w miarę swobodna. Ale zakuta w dwie deski co wyglądały jak przenośne dyby. Przez co niezbyt mogła się ruszać. A do tego pani zawiesiła linę do gałęzi przy drzewie więc musiała tam stać, może klęczeć. Jednak i ona jakoś nie wyglądała na przerażoną swoją zniewoloną rolą.
- A teraz panie i panowie! Niech zacznie się bal! - zawołała Soria klaszcząc w dłonie. Potem jeszcze krzyknęła coś do zwierzoludzi. Zapewne coś podobnego bo rozległy się ich ochocze krzyki. No i zaczął się ten bal. Taki bez ubrań i pełen zakazanych rządz. Grzesznych przyjemności za jakie gdyby ktoś dowiedział się w mieście można było skończyć na stosie. Soria niczym dobry gospodarz obserwowała jak to bardziej włochate towarzystwo zaczyna tłoczyć się przy jej trzech niewolnicach. I wiodok sprawiał jej chyba przyjemność bo siedziała na zwalonym pniu w świetle ogniska i podziwiała to niczym wyborne przedstaiwnie. Zaś Pirora co widocznie nie miała ochoty na taką integrację jej usługiwała winem i kielichem.
- Ah przypominają mi się stare, dobre czasy! Jak byłam Wężową Biginią w południowych krainach. Z dala stąd. Zajęłam pradawną świątynię dawno zapomnianych bogów. Potem zaczęłam walczyć z różnymi przybłędami co chcieli mi ją zniszczyć czy obrabować. Oraz kusić okolicznych tubylców. Aż w końcu udało mi się stworzyć porządny kult. Czcili mnie jak swoją królową, kapłankę i boginię. Co za czasy! Kazałam sobie przysyłać najpiękniejszych chłopców i dziewczęta. Nie uwierzycie! Oni myśleli, że ja ich zabijam i pożeram! Co za nonsens! A jakie marnotrastwo. Co ja bym miała z trupów? No też można pewne rzeczy albo jak to dla kogoś coś nowego no ale na dłuższą metę to jednak deprawcaja żywych śmiertelników jest o wiele ciekawsza i zabawniejsza. - Soria też musiała być w wybornym humorze bo zaczęła raźno opowiadać jakieś historyjki ze swojego nienatrualnie długiego życia. Przy tym wyjęła skądeś długą, smukłą i nomen omen wężową fajkę i zaczęła palić jakieś zioła. Rozchodził się dziwny, egzotyczny ale przyjemny zapach. Jaki z jednej strony koił a z drugiej pobudzał włoski na karku jakby mrówki tamtędy chodziły.
- Co to takiego? - zapytała zaciekawiona Pirora zerkając na niecodzienną fajkę i wdychajac nieznany jej zapach. Zresztą pozostali też nie byli w stanie go rozpoznać.
- Wężowe ziele. Pomaga się zrelaksować, odpręża, pozwala zapomnieć o troskach, obawach, wytłumia ból i strach. Bardzo przydatne przy różnej maści “pierwszym razie”. - herold Soren zaproponowała swojej gospodyni fajkę i ta chętnie skorzystała. Zaciągnęła się i przetrzymała w płuchach jak to pokazywała nauczycielka. Ale zachłysnęła się i nie dała rady tak długo jak ona.
- Nie przejmuj się, trzeba się przyzwyczaić. - powiedziała łagodnie i zaproponowała fajkę pozostałym. Sama zaś wróciła opowieścią do dawnych przygód.
- Nie wiem co oni sobie myśleli. W każdym razie tych pięknych chłopców i dziewcząt zrobiłam z nich swój dwór i kapłanów. Pozwalałam się im czcić i adorować. Wysyłałam po nowych kochanków. A czasem sami już zaczęli przychodzić jak się wieść rozniosła. Rośliśmy w siłę. No ale niestety te wieści doszły do paru osób co nie trzeba. A to jakiś zazdrosny radża, a to pruderyjny kapłan, a to mnich eremita no i tak krzyczeli, knuli i spiskowali aż uzbierali armię przeciwko mnie i moim sługom. A ja nie chciałam walczyć. Wolałam się kochać i pertraktować. Wybaczyłabym im tą zdradę. Wystarczyło aby przeszli na moją stronę i byśmy mogli się oddać powszechnej miłości. - córka Soren kontynuowała opowieść i na końcu wskazała na ludzko - zwierzęcą orgię jaka się rozgrywała dookoła ognis i obozu. Każda z jej dwórek była wręcz oblegana przez myśliwych Gnaka. Łącznie z Onyks i Lilly. Tylko Oksana wciąż była ubrana w gorset dominy i nie dała się zbrukać zwierzoludziom. A sama tam pilnowała porządku aby zabawa nie przestała być zabawą.
- No ale nie chcieli mnie słuchać. Krzyczeli, że jestem demonem zepsucia i wodzę ich lud na pokuszenie. Co za hipokryzja! Przecież sami do mnie przychodzili aby się mi oddać i się kochać bez ograniczeń! Uwielbiali to! Do końca. Dlatego walczyliśmy jak lwy. Ale ich było więcej. Zalali nas. Moi poddani oddali życie aby mnie ocalić. Chwała im! Chwała wyrżniętemu ludowi Wężowej Królowej! - wzniosła kielich do góry i jednym chaustem wypiła z połowę zawartości. Jakby pomimo tej różnicy w czasie i przestrzeni tamto wspomnienie wciąż było dla niej żywe. Pirora przyłączyła się do tego toastu chociaż dopiero co poznawała tą historię pierwszy raz.
- Więc umknęłam stamtąd. Ale to często się tak kończyło. Chyba, że działałam na terenie zwierzoludzi czy innych istot Chaosu. Ale ludzie w swojej masie zawsze się w końcu poznali na mnie i wypowiadali mi wojnę. Nawet jeśli wielu z nich skrycie marzyło o mnie i o tym aby mi się oddać. To nie mogli się o tym przyznać przed swoimi sąsiadami, kapłanami, dowóedcami, królami. I tak wojowali ze mną, próbowali mnie otruć, zasztyletować, spalić, zawalić na mnie budynek, stoczyć pojedynek, ubić magią… O tak, bardzo pomysłowi są ci ludzie i czasem niewiele brakowało aby im sie udało. Ale jakoś zawsze udawało mi się w ostatniej chwili wykaraskać. Aż wreszcie któregoś dnia usłyszałam zew mojej matki jaki ściągnął mnie tutaj. Do miejsca gdzie ponownie wróci na ten świat. Nie mogę się doczekać. Ona jest najpięknięjszą istotą jaką widziałam. I bez niej zawsze czuję, że czegoś mi brakuje. Mam nadzieję, że ta słodziutka z hospicjum doprowadzi nas gdzie trzeba. Troszkę mam za złe mojej matce, że wybrała ją na posłańca a nie mnie. Ale jeśli taka jej wola to niech będzie. Poza tym dobrze wybrała. Przynajmniej co do zewnętrznej powłoki. Bardzo apetyczna. Mam na nią ochotę. I te wizje o pajęczynie i kokonach. Kto wie? Może stanie się nową klaczą rozpłodową dla mojej matki? Pierwszą a nie ostatnią oczywiście. Tak czy inaczej musimy ją mieć u nas aby mogła nas zaprowadzić gdzie trzeba. Ta Jaskinia Miłości co mówiła Merga to pewnie to. Tylko trzeba ją znaleźć. Ta mała musi ją dla nas znaleźć. - lady Soria płynnie przeskoczyła z jednego wspomnienia na dużo świeższe a nawet plany na najbliższą przyszłość. I widocznie doceniała tu rolę Marisy nawet jeśli ta wciąż przebywała w hospicjum. Dlatego była zadowolona, że sprawa jej uwolnienia ruszyła z miejsca i przynajmniej oficjalnie będzie ona na służbie u jednej z jej dwórek. I to tej najbardziej uległej.
- To słyszałam, że naszą śliczną i dumną Froyę spotkaliście przy bramie? Mówiła nam jak dojechała do Rose. A raczej pytała o Łasicę. No ale na szczęscie udało nam się jej do łaźni podesłać Fabi jako łaziebną i nałożnicę to potem obie wyszły bardzo zadowolone. Ale wieczorem nie wszystkie panienki chciały spać tak wcześnie. Mimo, że im zaaplikowałyśmy nieco ziółek nasennych. Ja na wszelki wypadek zostawiłam tam Kristen. Szkoda, że Annika tak wczoraj oberwała bo wygląda niczego sobie więc nikogo by nie dziwiło, że Fabi ją ze sobą zabrała. A też planowałyśmy ją tam zostawić w czuwaniu tak na wszelki wypadek. - Pirora za to skorzystała z okazji gdy podczas jednej z przerw udało jej się porozmawiać z kolegami i koleżankami. Bo chociaż z początku to w centrum uwagi były trzy, uwiązane, nagie, śliczne i chętne do zabawy niewolnice to jednak w miarę jak pod pogodne, nocne niebo wznosiły się kolejne fale jęków i posapywań to były uwalniane z tych pęt bo mimo wszystko i zwierzoludzie mieli chyba ochotę na bardziej aktywne kochani. Zresztą te też nie chciały być wiecznie uległe i bezwolne a wolały nacieszyć się wyjątkowością chwili.
- Oo! Taka wielka i wspaniała pani tęskniła za mną? Jaka ona kochana! Teraz jak już nie muszę pucować gał w tej głupiej świątyni to bardzo chętnie ją odwiedzę. I oczywiście będę jej służyć i spełniać wszelkie wymagania i polecenia. - Łasica już była całkiem naga i już nie taka czyściutka jak na początku spotkania. Ale usiadła na przewalonym pniu aby ugasić pragnienie po intensywnym wysiłku i nieco złapać oddech. No i porozmawiać chwilę z kolegami i koleżankami. Zaś Pirora chętnie opowiadało co tam się dzisiaj działo w leśnej rezydencji Rose de la Vegi. Nic zdrożnego. No prawie. Poza takich skrytych wyskoków jak ta wspólna kąpiel Fabienne i Froyi czy jak na życzenie Sorii Kamila zaczęła ją całować po stopach gdy akurat nikogo nie było w pobliżu. Albo pod stołem wsadziła jej stopę pod suknię, między uda. Więc w porównaniu do tego co teraz się działo to było grzecznie i bez wyskoków. W końcu naprawdę Averlandka musiała poprowadzić ten plener malarski bo nie było szans aby po powrocie do miasta koleżanki - szlachcianki nie opowiadały co się podczas wypadu za miasto działo. Z ciekawszych detali to gdy ćwiczyły robienie portretów to za modelkę robiła Soria. Stąd miała teraz zapewne z tuzin portretów chociaż różnej jakości i stopnia wykończenia.
- Troszkę miałyśmy kłopotów z Kamilą. Bo koniecznie chciała spać z Sorią. Wiadomo dlaczego. Wcale się nie dziwię. Soria ją podrażniała i kusiła cały dzień. To w nocy ja też bym oczekiwała na jakiś finał. I normalnie pewnie byśmy wszystkie poszły do łóżka no ale sami wiecie, że na tą noc miałyśmy inne plany a nie mogłyśmy jej zabrać. Ale Soria ją przyjęła u siebie a po jakimś czasie wyszła sama i powiedziała, że Kamilka śpi. Dalej nie pytałam i przyjechałyśmy tutaj. - blondwłosa szlachcianka z Averlandu streściła co jeszcze działo się na malarskim spotkaniu szlachcianek.
- To ciekawie wychodzi z tą Kamilką. Kiedy się nią z nami podzielicie? Bo zabrać ją tutaj to rzeczywiście za duże ryzyko ale tam u ciebie w loszku czy gdzie to już chyba by można. Co? - naga i utytłana w ziemi, trawie oraz czymś lepkim Łasica zapytała zaciekawiona rokowań na ciemnoskórą szlachciankę. Bo brzmiało to całkiem obiecująco.
- Może po powrocie? Kto wie? Myślę, że Soria tak ją sobie okręciła już wokół palca, że ta zgodzi się na wiele. Może bez takich szaleństw jak teraz tutaj no ale takie zabawy jak w loszku to chyba powinna się zgodzić. - Averlandka ostrożnie podała swoją ocenę sytuacji. I wydawała się być dobrej myśli co do ciemnoskórej miłośniczki sztuki i kultury.
W końcu i sama Soria uznała chyba, że już dość się napatrzyła i nasłuchała tych orgii na swoją cześć, że sama zrzuciła z siebie swoją ciemną suknię i ukazując iście posągowe kształty dołączyła do zabawy. Co zostało przywitane z radosnymi porykiwaniami zwierzoludzi i okrzykami zachęty jej dwórek. Zaczął się ten etap zabawy bez zahamowań. Wydawało się, że gdzie się nie spojrzy tam kotłuje się jakaś parka albo większa kompozycja.
Tu Łasica w suczej roli z energią i entuzjazmem dawała się obrabiać dwóm zwierzoludziom z przodu i z tyłu. Tam Burgund z wciąż z głową i nadgarstkami uwięzionymi w deszczułkach opierała się o drzewo wypinając się wdzięcznie dla Gendy. Jak brała ją z iście samczą intensywnością. Niedaleko Lilly też zabawiała się jako mężczyzna z samicą zwierzoludzi jaka leżała przed nią na plecach i obie poza sobą świata nie widziały. A tam o dziwo Oksanie udało się opanować dwóch włochatych kochanków na raz. Jednemu pozwalała całować swoje buty zaś drugiego dosiadała jak ogiera. Fabienne zaś wciąż przywiązana do głazu ociekała śladami brutalnej miłości i przypomnianała zbiorową ofiarę jakiegoś lubieżnego rytuału. Tylko jakoś chociaż zdyszana i ledwo żywa wacle nie wyglądała aby miała się skarżyć czy wzywać pomocy. No i jeszcze sama Soria co miała iście królewski rozmach i nie zadawalała się mniej niż dwoma kochankami na raz.
Także i Otto znalazł sobie kogoś do towarzystwa. Nie był pewien czy koleżanki coś wspominały o tym pieńku i tak dalej przybyszom z lasu. I może tak nie dosłownie to było na pieńku. Ale jednak znalazł sobie amatora jego męskich wdzięków. A i o żeńskie nie musiał się martwić bo koleżanki były chętne do wszelkiej współpracy wystarczyło podejść pod zasięg ich rąk czy ust.
W pewnym momencie tego rozkosznego zapomnienia usłyszał coś. Sam nie wiedział z początku co. Coś innego niż wszędobylskie jęki, krzyki, dyszenie, sapanie i odgłos zderzających o siebie bioder. Nie był do końca pewny co więc się rozglądał jakby sprawdzał czy ktoś go nie woła. Dojrzał jednego ze zwierzoludzi. Był nieco bardziej zwierzęcy niż jego towarzysze ze stada. I miał nieliche przyrodzenie. Do tego o nietypowym kształcie. Ani ludzkie i zwierzęce raczej też nie. Wyglądało jak jakaś krótka, gruba macka. Tylko taka sztywna i stercząca. Albo jakaś larwa. Dziewczyny też go dojrzały ale widok dla nich był chyba mimo wszystko zbyt obcy bo i Burgund i Łasica wymigały się od numerku z nim. Więc podszedł do uwiązanej Bretonki. Ta nie stawiała oporu i nie było pewne czy w ogóle zdołała w tym stanie coś zauważyć nietypowego. Po chwili już jęczała wciąż uwiązana do kamienia pod włochatym ciałem swojego nowego kochanka.
Otto nie był pewny czy to przez to czy nie. Ale przed oczami stanął mu ten sen co miał go… Parę dni temu? Tydzień? Nie był już pewny ale pamiętał ten sen nagiego, kobiecego łona jakie pulsuje szybkimi oddechami jakby miało zaraz wydać na świat potomstwo. Tylko płaski brzuch tutaj nie bardzo pasował. Tak, jakoś tak mu się to wtedy śniło. A teraz tamta wizja wróciła. Znów widział tamto nagie, rodzące łono. Dokładnie wygolone, bez żadnego włoska. Co raczej nie było typowe bo na takie fanaberie mogły sobie pozwolić panie i panny z tych bogatszych domów co już było stać na pewne zbytki i nie musiały głowić się co do gara włożyć. Albo zawodowe ladacznice i kurtyzany. Akurat większość koleżanek z kultu też tak miała. Chociaż obie łotrzyce to miały tutaj wytatuowanego na wpół rozwiniętego węża. Myśl o tatuażu w tym miejscu wywołał inny obraz. Ale podobny. Też nagie, wygolone kobiece łono z zapraszająco rozchylonymi udami. Też szybko oddychający brzuch i widok jakby tuż przed porodem. Ale tutaj był tatuaż. Kobiecych ust i korony nad nimi. Jakby ukoronowane kobiece usta. Pierwszy raz widział taki tatuaż i nie znał żadnej kobiety jaka by miała taki i to w tym dyskretnym miejscu. Poród trwał i już widział jak wnętrze zaczyna się rozwierać jakby na świat miało przyjść nowe życie. A gdy zamrugał oczami ten obraz zniknął. A raczej został zastąpiony przez to pierwsze nagie łono. Tu też poród wydawał się być tuż - tuż. Widział każdy szczegół jakby oglądał to na wyciągnięcie ręki. Nawet widział dwa małe pieprzyki na zgięciu uda i słyszał już te mlaszczące odgłosy z wnętrza. Ale wtedy sam doznał spełnienia. Rozkosz zalała go falą ulgi zaś gdy zaczął odzyskiwać pełną świadomość to właściwie widział to co powinien. Tam przy kamieniu jeden ze zwierzoludzi energicznie chędożył uwiązaną van Mannlieb, dookoła ich koleżanki ćwiczyły intensywny przekładaniec z resztą jego kopytnych kolegów. A tam przy ognisku Pirora i ci co akurat mieli przerwę rozmawiali czy łapali oddech do kolejnej porcji zabawy.
- Jestem wykończona. Ale było cudownie. Właśnie po to tu przyjechałam. I jak Fabi? Podobało ci się? Bo ty to pierwszy raz. - noc była już chyba bliższa przedświtu niż północy gdy intensywna zabawa wszystkim w końcu zaczęła dawać się we znaki. Coraz więcej osób i tych z miasta i tych z lasu spoczywało na pieńkach przy ogniskach, jadło coś, odpoczywało, popijali, rozmawiali i ogólnie panowało coraz większa błogość i rozleniwienie.
- Oj tak! Było cudownie! Czułam się jak bezbronna ofiara gdzie wszyscy mnie brali jak chcieli a ja nic nie mogłam zrobić. To było wspaniałe, od dawna chciałam przeżyć coś takiego no ale w mieście to trudne. Nawet w loszku u Priory niezbyt można zorganizować coś takiego a na pewno nie ze zwierzoludźmi. Byli wspaniali, mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Jutro chyba będe umierać i spać do wieczora ale to jutro a dzisiaj było wspaniale! - czarnowłosa szlachcianka co wreszcie została odwiązana od głazu ofiarnego wyglądała dokładnie tak jak się można było spodziewać po ofierze zbiorowej orgii. Tylko to jej zmęczone zadowolenie, wręcz zachwyt nie pasował do tego wizerunku.
- A jak cię obsikali na koniec? - zapytała zaciekawiona Łasica podając koleżance ręcznik aby się mogła chociaż z grubsza wytrzeć z brudu, śluzu i moczu jaki ją pokrywał.
- Cudowne! W życiu nie przeżyła nic tak poniżajacego! Wspaniałe! Oh mogłabym tak jeszcze raz! Dlaczego tak nie kończymy zabaw u ciebie w loszku Piroro! - Fabienne aż klasnęła w dłonie z zachwytu. Bo gdy orgia już miała się ku końcowi któryś z rogaczy skorzystał ze swojego narzędzia aby obsikać uwiązaną niewolnice niczym swoją własność. To spodbało się kolegom i przyłączyli się do tej zabawy. Zresztą spora część koleżanek ze zboru także. Ale ani wtedy ani teraz Bretonka nie miała im tego za złe. Wręcz przecinie chyba uważała to za jedną z lepszych atrakcji tej upojnej nocy.
- Bo jak jesteśmy u mnie to musisz ode mnie wyjść cała, umalowana, świeżutka, czyściutka i pachnąca aby Gertruda się nie poznała, że cokolwiek z siebie zdejmowałaś. - przypomniała jej koleżanka z Averlandu patrząc na nią ironicznie. A druga ze szlachcianek pokiwała ze zrozumieniem głową gdy po raz kolejny potrzeba zachowania dyskrecji wygrywała z jej własnymi preferencjami.
- No tak, oczywiście. Wybacz Prioro. I strasznie ci dziękuję. Dziękuję wam wszystkim. Wiem ile kłopotów wam narobiłam abyście mogli mnie tu ściągnąć i beze mnie byłoby wam łatwiej. Obiecuje wam się odwdzięczyć w loszku albo przy podobnej okazji. - Frau von Mannlieb chociaż wciąż brudna, mokra i naga popatrzyła z wdzięcznością na członków zboru aby dać im znać, że zdaje sobie sprawę z tego co dla niej zrobili i była im za to wdzięćzna.
- A póki co dziewczęta wy tu jeszcze możecie zostać z Gnakiem i jego chłopcami. I dziewczętami. Ale my niestety niedługo będziemy musiały zwijać stąd żagle. Przed świtem musimy być z powrotem w dworku. A jeszcze musimy wziąć kąpiel najlepiej zanim nasze koleżanki wstaną. Ah i obiecałam jeszcze Kamili coś miłego za to grzeczne czekanie ale chyba zdążę spełnić obietnicę zanim nasze błękintokrwiste koleżanki wstaną. - Soria dała znak, że aby utrzymać maskaradę to może nie lada chwila ale szlachcianki będą musiały stąd odjechać. Ale jeszcze był czas aby sobie coś pogadać, poprzeżywać na gorąco czy pożegnać się. Chociaż i u tych co mieli zostać już zdradzali oznaki zmęczenia i senności.
- Aha a w razie czego to zapraszam do siebie. My jakoś spędzimy czas do obiadu. A po obiedzie wracamy do miasta. Popołudniu już powinnam być u siebie. Razem z Fabi bo załatwiła sobie nocleg u mnie więc nie musi wracać do siebie. Więc jakbyście mieli ochotę to zapraszam. - Pirora znów przyjęła rolę gospodyni no ale pod względem kwaterunku to mając własną kamienice w centrum miasta to z całego zboru miała jedną z najwygodniejszych miejscówek na spotkania. Przez następne pół dnia nie było jej co się tam spodziewać no ale później, jak oficjalnie wraz z koleżankami zakończy ten malarski plener i wróci do miasta to już powinno dać się ją zastać do siebie.
- Rano to tłok pewnie będzie. Dzień targowy. A pewnie dalej będą trzepać po całym mieście. To chyba nie ma się co tam pchać z samego rana. Ale jak ktoś chce albo ma sprawy to niech zasuwa. Nawet zachodnią bramą to bliżej stąd będzie. O. Do Joachima stąd to nie tak daleko od zachodniej bramy. Ale my to w południe pewnie będziemy wracać. Trzeba się wyspać i w ogóle. I dla niepoznaki znów będziemy jechać przez południową bramę. A potem to ja do ciebie Pirora bardzo chętnie. Przyda mi się porządna kąpiel z bąbelkami i w prawdziwej porcelanowej wannie! O. Fabi też będziesz? To słyszałam, że jesteś świetną łaziebną. To byś mi się przydała. - Łasica za to powiedziała jak to jej zdaniem powinien wyglądać jej powrót do cywilizacji. A miała o tyle kluczową rolę, że do niej należał wóz i powożenie. Miała rację o tyle, że od rana powinien zacząć się tradycyjny tłok z powodu dnia handlowego. A jak jeszcze straż dalej szukała sprawców to mogły być z tego powodu dodatkowe korki. Za to zaproszenie do szlachetnie urodzonych koleżanek przyjęła bardzo chętnie. Zaś Fabienne rozpromieniła się na myśl, że będzie im mogła usługiwać w łaźni Pirory.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Aubentag, wieczór, Zachodnie Menhiry
Mnicha cieszyło, że dziewczyny były zadowolone z jego małego dzieła artystycznego.
Spokojnie zadowalał się kiełbaską, kiedy padło pytanie co do chęci zwierzoludzi do niszczenia.- Osierocone Dzieci Chaosu stoją w opozycji do cywilizacji. - zaczął mnich - Tu nie chodzi o niszczenie dla niszczenia. Pomyślcie o Leśnych Elfach i ich niechęci do ludzkich miast i zróbcie z tego ekstremum. Taki jest pogląd zwierzoludzi.
Mnich delikatnie syknął kiedy padło pytanie o podziemnych zwierzoludzi.
- Mam teorię co do nich. Lilly, będę chciał zadać Gnakowi dwa pytanka. Będziesz mogła dla mnie przetłumaczyć?
- No na biedne sierotki coś mi nie wyglądają. - odparła Łasica uśmiechając się nieco ironicznie i przesuwając się spojrzeniem po sylwetkach zwierzoludzi jakie rozgościły się po obozowisku.
- Mogę ich zapytać jak dam radę przetłumaczyć. - Lilly zgodziła się na rolę tłumacza pogodnie i bez zbędnych ceregieli.
- Z tego co wiem, żaden z bogów nie bierze odpowiedzialności za ich stworzenie. Więc wyznawcy nadali im taki przydomek. - Otto zerknął na Gnaka i na Lilly - Więc Lilly, kochanie, jeżeli byś mogła. "Gnaku, kilka nocy temu, na wschód od miasta, spotkaliśmy istoty Chaosu. Inne niż ty i twój lud. Podejrzewam, że to szczury. Wyczuliście je może w okolicy?" - Otto miał cichą nadzieję, że się mylił. Nie słyszał nigdy o podziemnych zwierzoludziach, a to co uważa, że tamci byli, nie napawa go optymizmem.
- Aha. Na moje oko to się legną w tych lasach całkiem udanie. Więc chyba chuci i płodności im nie brakuje ani jakiejś pomocy w tym też nie potrzebują. - odezwała się czarnowłosa obecnie łotrzyca. Bo kopytnej koleżance ta rozmowa w dziwnym, obcym języku trochę zajęła. Najpierw coś zapytała lidera zwierzoludzi a on jej odpowiedział. Ale coś chyba zaczęli rozważać albo dopytywać się nawzajem. Wreszcie Lilly odwróciła się do Otto i reszty aby przetłumaczyć na reikspiel czego się dowiedziała.
- Mówi, że nic nie wie o jakichś szczurach. Ale ich dolina i tereny łowieckie są dalej. Tutaj pod miasto raczej nie podchodzą. Dzisiaj przyszli tu aby z nami poswawolić bo inaczej też by ich tu nie było. Ale mogły tu być inne stada. Nie są jedynym stadem kopytnych w okolicy. No i są jeszcze gobliny. Gardzą nimi, mówią, że to żałosne pokurcze ale jak są na tych swoich wilkach to trudno je złapać. Trzeba z zasadzki albo odnaleźć i napaść ich obóz. No ale tak czy inaczej jak parę dni temu tutaj, w pobliżu miasta, to raczej nikt z ich stada. - lilowłosa streściła to co ustaliła ze zwierzoczłowiekiem. Ten teraz siedział obok i patrzył to na nią to na swojego rozmówcę.
Otto pokiwał głową.
- Mi chodziło, o szczury, które chodzą jak ludzie. Potrafią być rozmiarów krasnala, lub nawet jednego z stada Gnaka. Trzymają się cieni i żyją podziemią. - postanowił doprecyzować. Szczerze wątpił, aby słowo Skaven coś powiedziało zwierzoczłekowi. Zważając, że tamte istoty rozmawiały w… dość złamany Reikspiel raczej wykluczało kogoś ze stad. Do tego taktyka, porwań i trzymania się ciemności, absolutnie do nich nie pasowała do zwierzoludzi.
Znów nastąpiła wymiana zdań pomiędzy mutantką a zwierzoczłowiekiem. Wyglądało na to, że się coś nawzajem wypytują i tłumaczą na przemian. Nim Lilly ponownie odwróciła się do jednookiego aby mu przetłumaczyć tą rozmowę.
- Mówi, że nie ma na powierzchni żadnych chodzących szczurów. Żadne stado tak nie wygląda. Słyszał legendy o takich stworzeniach ale sam ich nie spotkał. - powiedziała Lilly a Gnak trochę w ciemno pokiwał swoją prawie ludzką głową z niewielkimi zaczątkiem rogów na czole.
Mnich odetchnął.
- To dobrze, może po prostu za dużo się naczytałem. Drugie pytanie. Słyszałem legendę, że Cztery Siostry, przyzwały lata temu zwierzoludzi, aby zabiły mieszkańców wioski i przygarnęły ludzkie dziecko. Słyszał taką legendę?
Lilly ponownie wdała się w rozmowę z Gnakiem. Język zwierzoludzi był inny niż jakikolwiek jaki Otto słyszał od swoich pobratymców. Od razu kojarzył się z czymś dzikim, obcym i prymitywnym. Aż dziwne było słuchać, że taka całkiem przyjemna dla oka dziewczyna jak Lilly może mówić w tej obcej mowie. Jednak jakoś jej się udawało dogadać z tym dzikim plemieniem z trzewi lasu. Tym razem rozmowa trwała znacznie dłużej. Łasica co siedziała obok też się przysłuchiwała czekając na jej rezultat. W końcu kopytna liliowłosa mogła wrócić na reikspiel.
- Mówi, że znają legendy o Czterech Siostrach. I mają do nich wielki szacunek. I wierzą, że pochodzą od Soren. Znaczy ich plemię. Dlatego Soria zrobiła na nich takie wielkie wrażenie jako jej córka i zapowiedź powrotu boskiej królowej. Tak na nią mówią. Na Soren. A o tamtym dziecku pamiętają. Boginie przemówiły do szamana a ten przekazał ich głos i wolę wodzowi a ten zebrał swoich wojowników i zrobili swoje. A dziecko zabrali do siebie. Dziecko miało boskie znamię na biodrze i udzie. I jak dorosło to jego potomstwo też. Jako pamiątka zawartego paktu z boginiami. I legenda mówi, że co jakiś czas natrafiali na takich ludzi z tym znamieniem. Najczęściej kobiety. I jeśli się trafi na kogoś takiego z takim znamieniem to właśnie jest potomkiem tamtej wiedźmy i owocem paktu. Jedna z tych kobiet co się czasem z nimi pokładają ma takie znamię. Ale ona mieszka w innej części lasu. I ją też uznają za potomka tamtego paktu dlatego jej nie zabili gdy ją spotkali po raz pierwszy. - mutantka przetłumaczyła to co ustaliła z Gnakiem. Ten rzeczywiście nieco wcześniej jak rozmawiali klepnął się po biodrze i udzie jakby coś tłumaczył na ta okoliczność ale jeszcze nie było wiadomo co. Dopiero teraz jak Lilly to przetłumaczyła. Łasica popatrzyła na nią trochę zdziwiona tymi wieściami ale spojrzała pytająco na kolegę ciekawa jak ten na to zareaguje.
Otto momentalnie uniósł głowę na wspomnienie o potomku wiedźmy.
- W której części lasu? -spojrzał na Lilly i Gnaka - Powiedz mu proszę, że pracujemy, aby sprowdzić Soren i jej Siostry w te tereny, a ta kobieta może nam bardzo w tym pomóc.
- I się zapytaj o to pokładanie. Bo coś już poprzednio mówili o jakichś kobietach co się z nimi pokładaja a myślałam, że będziemy pierwsze. - dorzuciła Łasica nim Lilly pokiwała swoją różową głową i wróciła do rozmowy z Gnakiem. Liderka slaaneshytek też wydawała się zainteresowana tym nowym wątkiem i czekała co wyniknie z tego dialogu w obcym języku.
- No mówi, że w innej. Niezbyt zrozumiałam gdzie bo on wszystko odnosi do tej ich doliny a ja nie wiem gdzie ona jest. Nie byłam tam nigdy. Ale z tego co zrozumiałam to tam jest jakieś “ludzkie stado”. Czyli pewnie jacyś banici, może odmieńcy ale nie tak jak u nas tylko mniej i mniej więcej ludzie. No i tam w tym ludzkim stadzie są kobiety. I te kobiety często przychodzą się z nimi pokładać. I wśród nich jest właśnie ta kobieta ze znamieniem. Mówią na nią Różnooka. Bo ma oczy w różnych kolorach. No i lubią ją bo często przychodzi się z nimi chędożyć. A i właśnie mniej więcej są sąsiadami, znaczy to ludzkie stado mieszka w lesie niedaleko ich doliny. A o Soren to wiedzą od Sorii i jak im ostatnio powiedziała to też dlatego przyszli dzisiaj bo chcą aby Soren powróciła. I też czekają na nią i mają nadzieje, że dzisiaj przybędzie bo traktują ją jak posłańca i zapowiedź powrotu bogini jaka ich stworzyła dawno, dawno temu. - Lilly wyjaśniła czego dowiedziała się od prawie rogatego kopytnego po ponownej dłuższej chwili rozmowy.
Mnich pokiwał głową, takie informacje zawsze będą urzyteczne.
- Dziękuję Gnaku, twoje słowa przyspieszą nadejście Bogini. - Otto wstał i delikatnie skłonił się przed zwierzoczłekiem - Kiedy w końcu zjawi się wśród nas, przedstawię ciebie jej osobiście.
W pierwszej chwili lider zwierzoludzi wydawał się niepewny dlaczego jednooki człowiek wstał i coś do niego mówi. Czekał aż mutantka przetłumaczy jego słowa. Wtedy roześmiał się szczerze i wesoło po czym też wstał. Podał dłoń Otto, potrząsnął nią, poklepał przyjaźnie po ramieniu i powiedział coś donośnie. A to zwróciło uwagę większości i ludzi i nieludzi jacy już zdążyli się wymieszać przy tych wieczornych ogniskach.
- Mówi, że teraz jesteśmy przyjaciółmi w łowach i pokładaniu się. Że będziemy działać razem i… hmm… no jeszcze więcej razem polować i pokładać się. I, że Soria nas poprowadzi do zwycięstwa i boskiej królowej. - przetłumaczyła szybko Lilly bo i Gnak mówił teraz szybciej i ze swadą. Ale chociaż w języku niezrozumiałym dla ludzi to jednak dało się rozpoznać w nim pewność siebie i charyzmę. Na co jego towarzysze zareagowali okrzykami entuzjazmu. A koleżanki nieco później jak liliowłosa przetłumaczyła jego słowa. Wtedy Gnak z powrotem usiadł na pieńku i znów zaczął coś mówić. Mówił na tyle długo, że Lilly zaczęła na raty tłumaczyć w miarę na bieżąco jego słowa. Wtedy on czekał aż skończy a ledwo jak to zrobiła znów zaczynał coś tłumaczyć albo opowiadać.
- Mówi, że ich szaman przewidział czas zmian. Nadchodzą wielkie wydarzenia. Takie jakie nie było od dawna. I związane z ich patronką… Mają też samicę… Ona jest obdarzona snami. Ona ma sny i słyszy bogów. Też mówi, że będą ważne rzeczy. Że bogowie powrócą na tą ziemię. I wszyscy połączą siły aby obalić miasta człowieka jaki zagarnął ich pierwotne ziemię. Znów będzie jak dawniej gdy kopytni będą w lesie polować na zaszczutych ludzi… Inne plemiona też to wyczuwają. Oni też czują ten czas zmian. Wkrótce zacznie się czas wielkiego polowania… Polowania na słabych, zaszczutych ludzi… Przybędą sojusznicy z północy… Ci co też słyszą głos bogów… Wszyscy zjednoczą się pod sztandarem wielkiego wodza… Będą walczyć i polować, chędożyć i ucztować… Ludzkie samice pokładające się z nimi to zapowiedź, jeden z omenów… A im ich będzie więcej tym czas wielkiego polowania bliższy… A na koniec wrócą boginie, w tym ich patronka czyli Soren… Powrócą i będą rządzić światem… I nagrodzą swoje sługi i wojowników i myśliwych i niszczycieli świata ludzi. Tak będzie, tak mówią sny i omeny, czas zmian się zbliża i czas gdy boginie powrócą także. - Lilly chyba też udzieliło się to przejęcie z jakim Gnak opowiadał. A i jego i jej słów słuchało coraz więcej zebranych. Zwierzoludzie rozumieli jego mowę a kultyści jej. Więc te proroctwa szybko rozlały się po nich wspólnie. I ten zapał zaczynał się także po nich roznosić jak pożar po stepie. Jak coś ekscytującego co ma nastąpić i nie można się już tego doczekać. Zwłaszcza jak pierwsze zapowiedzi zaczęły się sprawdzać.
Otto uśmiechnął się i spojrzał na Lilly.
- Wybacz kochana, ale będziesz musiała moją mowę przetłumaczyć. Postaram się używać prostych słów. - Mnich wstał i spojrzał na całe zgromadzenie - Nasza rodzina działa ku sprowadzeniu sióstr. Już wkrótce pozyskamy ostatnich z ich proroków. Odnaleźliśmy dziedzictwo córy zgnilizny, odnaleźliśmy potomków Soren, wybranka krwawej siostry zaprowadzi nas do jej ołtarza i zapowiedziała pojawienie się wielkiego wodza, podczas uroczystości w ludzkim mieście, wieszcz Magicznej Siostry zaprowadzi nas do jej kryjówki. Kiedy zbierzemy wszystkie dary Bogiń, objawią się nam, dołączą do nas w świecie żywych i pod ich dowództwem zniszczymy to słabe dzieło fałszywych Bogów!
Jak Otto wygłosił swoją mowę to w pierwszej chwili reszta ludzkich koleżanek roześmiała się i zaczęła bić brawo. Zwierzoludzie słuchali z zaciekawieniem i obserwowali ich reakcję ale czekali aż mutantka o liliowych włosach przetłumaczy te słowa na ich dziki i obcy język. Wtedy też przez ich zgromadzenie przeszedł entuzjazm objawiający się okrzykami, śmiechem i uderzaniem trzonkami włóczni, maczug i toporów o leżące kamienie czy pnie drzew. Wydawało się, że pomimo różnic w wyglądzie zewnętrznym, języku i zachowaniu to jednak obie strony chętnie będą zmierzać ku temu samemu zbożnemu celowi jakim było sprowadzenie Sióstr na ten ziemski padół. A Gnakowi i jego plemieniu szczególnie zależało na Soren jaką uważali za swoją stworzycielkę i patronkę.
- Mówi, że dobrze mówisz. I, że będziemy walczyć, polować i chędożyć razem. - powiedziała Lilly do Otto gdy na sam koniec Gnak coś powiedział. Tym razem nie było to zbyt długie a ona przetłumaczyła to na reikspiel. Powszechna radość sprawiła, że towarzystwo z obu stron chętniej zaczęło mieszać się ze sobą.
Mnich usiadł zadowolony ze swego dzieła. Uściskał Lilly w podzięce za jej usługi.
- Dziękuję kochana, jesteś cudowna. Będę cię musiał kiedyś poprosić, abyś nauczyła mnie mowy zwierzoludzi. - Otto zerknął na resztę zgromadzenia, która zaczęła się ze sobą zaznajamiać - Nie zaczynajcie, bez honorowych gości. Soria się obrazi, jeżeli przyjemność zacznie płynąć bez jej obecności.
- I co zrobi? Da nam klapsa? - Łasica uniosła do góry brwi z miną świadczącą, że chyba nie miałaby nic przeciwko gdyby herold i córka Soren wymierzyła jej taką karę. Ale wyglądało na to, że te wspólne przemowy, wino, wymiana uśmiechów i wizje wspólnego podboju tej krainy ku chwale Czterech Sióstr pozytywnie nastroiły uczestników tego spotkania. I coraz chętniej siadali obok siebie czy wręcz koleżanki siadały na włochatych kolanach swoich nowych kolegów i zabawy zaczynały być coraz śmielsze. Pierwsza nieufność i niepewność znikła gdy każda ze stron przekonała się, że ta druga nie planuje jakiejś zasadzki czy innych wrogich zamiarów. A wspólne jedzenie, śpiewy i tańce wydawały się być w miarę uniwersalnym środkiem porozumienia i przyjaźni pomimo dzielących różnic w wyglądzie czy zachowaniu.
Otto przyjął przybycie Sorii i jej orszaku z równie wielką radością co jej przyszli kochankowie. Skłonił się również, kiedy córa Soren pochwaliła jego dzieło na kamieniu.
Przysiadł się kiedy Soria rozpoczęła opowieści o swoich czasach jako głowa kultu Slaanesh, z nią jako bóstewko. Pokiwał głową słysząc o spisku przeciwko jej kultowi.- Śmiertelni lękają i brzydzą się własnej natury, czcigodna. Zrzucanie winy na demony, Mroczne Bóstwa, złych sąsiadów to wymówki, aby uspokoić własne sumienie. - Otto pokręcił głową rozglądając się na orgię - To co się dzieje, tutaj? Nie ma nic bardziej ludzkiego. Kiedy twoja matka i jej siostry do nas dołączą, pokażemy to miastu, a później całemu Imperium. - jego oko spotkało się z jednym zwierzoczłokiem, który przyglądał się też jemu - Jeżeli pozwolisz, muszę oddać się religijnej czci.
Mnich podszedł do zwierzoczłeka, pieszczotliwie pogłaskał jego umięśnioną klatkę piersiową, jego ciało pachniało zwierzęcym piżmem, które podniosło włosy na jego karku. Zerknął w bok widząc pieniek wskazał go głową i ruszył, zdejmując ubranie. Uklęknął, chwytając drewno i pozwolił swemu nowemu znajomemu zająć się resztą.
Uczucie na początku było nieprzyjemne, ale szybko zaczął czuć przyjemność i nie wydawała się nowa. Rytmiczne ruchy jego partnera z czasem zmieszały się z zapachem, dźwiękami i widokiem orgii. Mieszanka ekscytujących stymulantów musiała zaiskrzyć coś w jego wspomnieniach. W jednej chwili był wśród kamieni w lesie, otoczony nagimi ciałami kobiet i zwierzoludzi, w drugiej jego pieniek zmienił się w kurczowo trzymany modlitewnik, jego dłonie i ciało pokryte bliznami i krwią. Jego bracia, którzy oddali się Slaanesh spółkowali z porwaną populacją lokalnych wiosek, on sam usługiwał głównemu kapłanowi Mrocznego Księcia, chociaż kilka minut temu skończył brutalną bitwę z jakimś strażnikiem, którego Khornicka część jego zakonu porwała i umieściła w prowizorycznej arenie. Dźwięki i widoki, nawet zapachy były tak podobne…Nowy dźwięk wyrwał go ze wspomnień i wtedy ujrzał Fabienne i jej nowego kochanka oraz wizję, która towarzyszyła tej scenie rozpusty. Starał się chłonąć jak najwięcej z tego co widział, Siostry najwyraźniej chciały aby zapamiętał to co widzi, a on nie zamierzał zawieść.
Wtedy przeszła go ostateczna fala przyjemności i razem z swym kochankiem padli na ziemię łapiąc oddech. Po chwili Otto przytoczył się lądując na nagiej klacie swego kochanka, delikatnie całując ją w podzięce za dostarczoną przyjemność.- Dziękuję. - powiedział, wiedząc, że zwierzoczłek najpewniej go nie zrozumie. Po czym wstał i na chwiejnych nogach ruszył do Pirory i reszty. Usiadł delikatnie, chwytając bukłak z winem, pijąc aż nie stracił oddechu.
- Nie lada przyjęcie moje panie, ale chyba zrezygnuje z następnego. - uśmiechnął się do kobiet - Jeżeli mój nowy kolega tam będzie, to chyba nie wrócę nigdy do miasta.Położył się na plecach starając się odpocząć i zaplanować kolejny dzień.
Nie odwiedzi hospicjum, to jest pewne. To poczeka na kolejny dzień. Dzień targowy… może poszuka tej dziewczyny, której pomógł Sigismundus? To może być dobre wykorzystanie jego czasu na leniwy dzień. Odwiedzi też straż miejską, musi odnaleźć tą kobietę, potomka wiedźmy. Jeżeli jest razem z rozbójnikami, będzie musiał wiedzieć gdzie straż podejrzewa, że się znajdują. -
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim z ciekawością słuchał rozmów wężyc na temat przydatności zwierzoludzi i ich sprowadzenia do miasta.
- Biorąc pod uwagę nasze ostatnie osiągnięcia byłoby to wykonalne, ale myślę, że wiązałoby się z wysiłkiem no i też sporym ryzykiem z naszej strony jeśli mówimy o większej grupie. Myślę, że jeśli byśmy już się na to zdecydowali to można by ich wykorzystać do czegoś więcej niż igraszek ku chwale waszego Patrona, choć oczywiście nie mówię, że nie jest to szczytny cel..- wyszczerzył się nieco enigmatycznie, ni to przyjaźnie ni to z lekką nutą ironii.
- Jeśli Merga sprowadzi silny oddział Norsemeńskich wojowników, to może z nimi i z oddziałem zwierzoludzi moglibyśmy zdobyć miasto? Tylko pytanie co potem, bo spodziewałbym się odwetu ze strony elektoralnej albo nawet imperialnej armii w takiej sytuacji…
- Moglibyśmy też wykorzystać ich żeby zastawić zasadzkę na jakiś naszych wrogów, chociażby tę grupę łowców czarownic z miasta, ale to pewnie byłoby prostsze poza miastem…tak rozważał możliwe zastosowanie zwierzoludzi kiedy jego koleżanki skupiały się na innych “aspektach” tej sprawy.
Z ciekawością przysłuchiwał się temu co mówiła Oksana, której wcześniej nie miał okazji dobrze poznać. Nie spodziewał się, że tamta miała wcześniejsze doświadczenia ze zwierzoludźmi. Z jednej strony nie mógł narzekać, że ich Zbór, do którego sam dołączył ledwie kilka miesięcy temu, powiększa się i rośnie w siłę. Z drugiej strony, jak słusznie zwrócił mu uwagę Tobias, Slaneeshyci stali się teraz najliczniejszą i najsilniejszą grupą w Zborze….. może dla równowagi powinien też wspierać pozostał frakcje. Nie to że nie mógł się dogadać z Łasicą, Burgund i Pirorą, które całkiem lubił.
Kiedy przybyli zwierzoludzie, na początku starał się przysłuchiwać i obserwować, by dowiedzieć się jak najwięcej na temat ich natury i zwyczajów. Poza tym starał się nauczyć podstaw ich języka, który choć nie był trudniejszy od mowy demonów, i nawet pewne konstrukty językowe były podobne, to jednak zawierał sporo zgłosek brzmiących nieco…”zwierzęco” i niełatwych dla ludzkiego gardła.
Kiedy zaś dołączyła Soria, skłonił się przed nią i obserwował atencję jaką darzą ją zwierzoludzie co dobrze wróżyło…. pytanie czy inne plemiona, o istnieniu których dowiedział się podczas wyprawy po ołtarz i które niekoniecznie uznawały za swojego patrona Pana Rozkoszy, też miałaby do niej takie pozytywne podejście? Podejrzewał, że niekoniecznie, jakby była okazja miał zamiar podpytać o to mutantów albo współplemieńców Gnaaka. No i pytanie, kto był wodzem tego plemienia i czy mieliby możliwość go spotkać?
Zaciekawiła go też historia Sorii. Nawet wyjął swój zeszyt i zaczął robić notatki.
- Nie sądziłem, Pani, że panowałaś w dalekich południowych krajach, to bardzo ciekawe… pamiętasz może jak nazywało się to miejsce i jak dawno to było?
Wysłuchał też relacji Pirory o tym co się działo w dworku z Froyą i Kamilą.
- Bardzo dobrze, wygląda na to, że Kamila jest pod coraz większym wpływem Sorii i niedługo już będziemy mogli ją kontrolować albo nawet zwerbować do Zboru… - uśmiechnął się.
- Co do Froyi musimy działać dalej. Wspominałem o tym pomyśle wyprawy Barona Wirsberga na bagna żeby zabić demona, o którym wiemy, że jest strażnikiem ksiąg poświęconych Panu Przemian. Tę wyprawę najlepiej byłoby odwlec, do momentu w którym zdobędziemy artefakt ukryty w Akademii, a potem zdecydujemy co dalej…- wspomniał o tych planach i potencjalnym udziale w nich Froyi.
Atmosfera orgii w końcu go zmogła i pod koniec pozwolił sobie zaznać nieco rozkoszy z kuszącą, władczą Sorią i z Burgund, co do której przypomniał sobie, że podobała mu się ona gdy byli młodsi i włóczyli się po ulicach miasta. Kiedy było po wszystkim chętnie przyjął propozycję Pirory by wracając do miasta odwiedzić jej dworek. W końcu chciał dalej obracać się w towarzystwie szlachty…
-
Oryginalny autor: Zell
Po nocy pełnej ognistych doznań ze zwierzoludźmi, były Łowca czarownic podszedł w stronę ubierającego się mnicha (który musiał w tym momencie być zadowolony, iż jego szata nie była z łatwo gnącego się materiału i mogła łatwo wrócić do poprzedniego stanu). Sam Heinrich nie brał udziału orgii, raczej trzymając się z boku wydarzenia, nie czując się do końca na miejscu, do którego przywykł przez całe życie. Teraz natomiast patrzył na Otto z mieszanką zagubienia i niechcianego wstydu.
- Potrzebuję duchowego wsparcia. - rzekł cicho do mężczyzny, starając się zachować niewzruszony wyraz twarzy, który nie dawał postronnym wejrzenia w jego myśli.
Mnich delikatnie się przeciągnął i spojrzał na byłego łowcę.
- Z chęcią udzielę. - usiadł na pieńku, z którym tak dobrze zaznajomił się tej nocy, delikatnie się krzywiąc kiedy jego ciało dotknęło drewna - Co cię trapi?
- Rozumiesz, jak różne jest życie w kulcie od mojego poprzedniego istnienia. - odezwał się obserwując uważnie mowę ciała Otto - A ja rozumiem, że nadszedł czas na moje wgłębienie się we wszystko, co dotyczy kultu. Ciągle mam jednak te dawne odruchy, jakich nie umiem się pozbyć. Czy może nie chcę? Nie jestem w stanie określić. - przyznał - W jaki sposób pogodzić się ze wszystkim, co zmieniło się w moim życiu tak drastycznie i w tym momencie stałem się dokładnie tym, co zwalczałem stalą i ogniem? - pokręcił głową z zawodem - Czasami mam wrażenie, jakby część mojego jestestwa nie mogła pogodzić się z rzeczywistością, w jakiej się znalazłem. Jakbym sam walczył ze sobą.Jakbym chciał sam się spalić na stosie. - spojrzał głęboko w oko Otto - Co mam robić, by nie zwariować, gdy w moim umyśle krąży tyle sprzeczności?
Otto wypuścił powoli powietrze z płuc. Heinrich przedstawił mu nie lada orzech do zgryzienia.
- Co dokładnie się zmieniło w twoim życiu? Wybacz, nie znam cię tak dobrze, ale zakładam, że pierwsze to noga. A drugie to przynależność? - Otto uśmiechnął się do byłego łowcy - Nie umniejszam tego co ci się przytrafiło, ale jak bardzo jesteś inny od człowieka, który przywiązał, by mnie teraz do tego pieńka i zaczął szukać pochodni?
- Stałem się kimś, z kim bym walczył, przed którym ostrzegałem, kogo niszczyłem. - odparl chrapliwie - Kimś, kim bym się brzydził. Kimś, kogo bym torturował, zabił, wystawił jako przestrogę i lekcję, jak każdy może wpaść w sidła Chaosu... nim bym podpalił stos, na którym stałby. - szorstki ton Heinricha nadawał słowom nieprzyjemnego wrażenia zgrzytu - Jak bardzo inny, pytasz? - oparł podbródek na pięściach - Byłbym zaciekłym wrogiem siebie samego.
- Czyżby? - Otto zaczął - Jedyne czym się różni człowiek, który podpaliłby stos, od człowieka, który by na nim był. To przynależność. Pytam, czy różni się Heinrich Chaosyta, od Heinricha łowcy czarownic? Nie przynależność, nie znajomości. Czym różni się osoba?
Heinrich dłużej zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Czy ta przynależność nie kształtuje także i samej osoby?
Otto się zaśmiał.
- Nie, nie. Absolutnie, nie. Ja nie jestem najlepszym przykładem, gdyż mój zakon był skazany na "upadek", ale pozwól, że się posłużę sobą i moimi braćmi. Cały zakon liczył około setkę, plus drugie tyle w braciach rycerzach. W momencie naszego poznania prawdy, zakon podzielił się na grupy, jakie są w naszej rodzinie. Slaanesh, Tzeentch, Nurgle, Khorne i tak jak ja, wierzący w cały panteon. To nie bogowie wybrali kto, gdzie idzie, chociaż są takie przypadki. Tylko my poczuliśmy zew, który najbardziej odpowiadał naszym osobowościom, potrzebom, ambicjom. - Otto spojrzał w oczy Heinrichowi - Fakt, że Tzeentch jest twoim patronem ma więcej wspólnego z tym kim jesteś jako człowiek, niż z tym co ci się przytrafiło.
Heinrich słuchał uważnie słów mnicha, nim sam zabrał głos.
- Czy w takim razie masz jakąś radę, jak powinienem radzić sobie z walką wewnętrznych sprzeczności? Czasem... sam nie wiem, co myśleć o tym, w czym biorę udział. Nie mówię o moich upodobaniach, tylko... - zamilkł składając myśli - Widząc orgię czułem, jakbym musiał walczyć z chęcią wyłupania sobie oczu, aby oczy choć tego spaczenia nie widziały.
Otto pokiwał głową.
- Podejrzewam, że byłaby to mniej ekstremalna reakcja niż to co Silnoręki, albo Sigismundus by zrobili na ten widok. To po prostu nie twoja bajka. Nawet ja się bałem czy podołam, będąc "tym pośrodku" staram się, nie zagłębiać za bardzo w tajemnice pojedynczego bóstwa, ale sądziłem, że tego muszę spróbować. Twoja reakcja jest jak najbardziej naturalna, dla człowieka, który nie jest zafascynowany tego typu zabawami. Jak sądzisz jak by nasze koleżanki zareagowały gdybyśmy byli razem z Joachimem w jakiejś sekretnej bibliotece, pełnej tajemnic, których śmiertelnicy nie powinni poznać? Ja, ty i Joachim pewnie bylibyśmy cali w podskokach z powodu możliwości. One pewnie by wyszły, albo usnęły gdzieś pod ścianą. - mnich chwilę się zastanowił - Fakt, że oddałeś się jednemu z Mrocznych Bóstw, nie oznacza, że powinieneś bez mrugnięcia reagować na działania wyznawców pozostałej trójki. Moja rada, trzymaj się tego co twoje. Pomagaj, gdzie możesz, jeżeli chcesz, lub jesteś w stanie, ale nie zmuszaj się, aby brać udział w celebracjach.
Stary Łowca skinął głową, widząc sens przekazanych słów.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 36 - 2519.07.13; abt; południe
Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zchodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.13; Marktag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)Wszyscy
- Jej… Chyba umrę… Czuję się jakby jakiś tabun po mnie przebiegł… - zajęczała po raz kolejny czarnowłosa obecnie łotrzyca. Rzeczywiście sprawiała wrażenie obolałej jakby w jedną noc zmieniła się w zgarbioną staruszkę którą coś łupie w krzyżu. Chociaż jej zbrukana nagość świadczyła dobitenie wciąż, że to młoda, atrakcyjna kobieta. Tylko utytłana z każdej możliwej strony w ziemi, błocie i innych jeszcze bardziej podejrzanych plam i zaciekach.
- Stawiam na tabun koziołków. To na pewno było to… - wymruczała blondwłosa Burgund jaka wydawała się być w bliźniaczej formie. Obie się ostatniej nocy nie oszczędzały w tym brataniu się z kopytnymi i teraz to było widać. Zwłaszcza tacy jak Pirora czy Heinrich miał okazję to wczoraj obserwować do woli. Z tymże, Pirora zabrała się jeszcze na przedświcie wozem z resztą szlachcianek a on został tu na miejscu.
- Ja też… Już nawet nie bardzo pamiętam kogo ja a kto mnie… Ale było przednie! Tylko teraz to najchętniej by przespała następne trzy dni. - Lilly dołączyła do tych porannych utyskiwań koleżanek. Mogła sobie pozwolić na paradowanie bez ubrania skoro byli w swoim własnym gronie więc jej mieszana natura była dobrze widoczna. Połączenie większości młodego i kobiecego ciała ze zwierzęcymi łydkami no i przyrodzeniem jakiego nie powstydziłby się nie jeden amant. I jeszcze jak wisienka na torcie małe znamię Slaanesha na podbrzuszu jakie robiło niesamowite wrażenie także na przybyszach z lasu.
- Ale się świecisz! - Oksana trzepnęła nagi tyłek Łasicy prosto w jej znamię jakiego nabawiła się po zimowych przygodach. Zwykle było ledwo widoczne, jakby się wysypało nieco brokatu na jej zgrabny kuperek. Ale jak była w trakcie zabaw robiło się wyraźniejsze i zaczynało się układać w wężowe znamie. Dzisiaj zaś rzeczywiście wydawało się promienieć dumą i energią dobrze spełnionego obowiązku bo wydawało się wręcz świecić. Sama nosicielka tego znaku niezbyt miała go okazję oglądać z przyczyn anatomicznych więc wykręciła się z ciekawości aby samej obejrzeć to zjawisko.
- Oh! Ślicznie się świeci! Jakbyście chcieli mi oddać cześć to pieszczoty i pocałunki będą mile widziane. Sami rozumiecie. To nie dla mnie tylko dla naszego patrona. - odkrycie spodobało się farbowanej czarnulce bo nieco ją ożywiło i rozbawiło. Ale i przykuło uwagę reszty.
- Powiem wam, że te nasze koziołki aż tak się nie różnią od zwykłych mężczyzn. Jak skończą swoje to soboe odchodza a ty kobieto się martw o resztę. - Onyx wyglądała na podobnie wymaglowaną jak koleżanki i pozwoliła sobie na nieco uszczypliwą uwagę. Właściwie to nie było do końca pewne kiedy kopytni odeszli. O świtaniu zaczął padać deszcz budząc tych jacy zasnęli wymęczeni tą integracją jak popadło to jeszcze byli. Wtedy albo przenieśli się pod rozkładany nerwowo brezent wozu albo pod niewielkie zadaszenie z gałęzi przy jednym z ognisk. A jak wstali w kolejne rano czyli tak na oko gdzieś w samo południe to już rogaczy nie było.
- Pirora i reszta to ma lepiej. Wezmą kąpiel i będą czyste i pachnące. A my to tu tylko strumyk mamy. - skwasiła się Burgund na wspomnienie szlachetnie urodzonych koleżanek jakie jeszcze w nocy dla podtrzymania przykrywki wróciły z powrotem do rezydencji de la Vegi.
- Jej… Chyba przez tydzień będzie ze mnie wyciekać z każdej strony… - Onyx westchnęła przypatrując się krytycznie swojej sylwetce.
- Chodźcie do strumienia, trzeba się jakoś ogarnąć. No i głupio by było jakby ktoś nas tu zastał w takim stanie a już dzień. Z połowa. … Chłopaki zrobicie jakąś szamę? - Łasica widząc, że niezbyt jest okazja ani miejsce żeby sie tu wylegiwać i to na waleta ze śladami podejrzanej orgii za miastem machnęła do koleżanek aby udać się do tego strumienia i chociaż mniej więcej się doprowadzić do porządku. Potem na porządnie zamierzały zamówić kąpiel w “Mewie” ale na razie strumień musiał wystarczyć.
Dopiero jak wróciły ze strumienia i zaczęły się ubierać zrobiły się rozmowne. Przy śniadaniu i ognisku w to pochmurne na świeżo przeżywały ostatnią noc. Kto, z kim, jak, gdzie, w jakiej pozycji i jak było. I sądząc po większości rozmów to raczej koleżanki ze zboru chwaliły sobie ostatnie spotkanie z kopytnymi kochankami. I to co z tego wynikło.
- Nawet nie wiedziałam, że jest takie coś jak Ind. Soria tłumaczyła ale w ogóle nie mogę wymówić tych dziwnych nazw. I nie mam pojęcia gdzie to jest. Poza tym, że to gdzieś daleko, daleko na południu, za morzami i lasami. Ale nieźle to opowiadała nie? Ciekawe by było jakby tutaj udało się otworzyć taką świątynię. Ale marzenie ściętej głowy. Od razu łowcy, straże, stosy i tak dalej. Szkoda. Do takiej świątyni i kapłanki chodziłabym codziennie aby oddawać im cześć! - Łasica nawiązała do tego co wczoraj Soria mówiła o swojej przeszłości. Jej nienaturalne pochodzenie niejako było łącznikiem poprzez czas i przestrzeń. I wyglądało, że niewiele swojego długiego żywota spędziła tu, na północy. Jak wczoraj ją o to Joachim zagadnął to dała nieco popisu swobodnie operując kompletnie innym językiem gdy na parę dialektów wymawiała całkiem obco brzmiące nazwy. Nawet nie był pewny jak to zapisać. Ona właściwie też nie bo nie znała odpowiednika tej nazwy w reikspiel i tutejszym alfabecie. Ale zapisała go w tamtejszym i wyglądał jak jakieś całkiem obce pismo. Żadna z liter nie była znajoma, w ogóle nie wiadomo było co to znaczy ani jak to przeczytać. Zdając sobie z tego sprawę zapisała to też fonetycznie jak to jej zdaniem można by zapisać ze słuchu. I było to “kuil ular”.
- Miło by było częściej się z nimi spotykać. Bo do następnej pełni to strasznie długo. Cały miesiąc. No i trzeba by było jakąś miejscówkę znaleźć. Nam to by łatwiej było gdzieś w mieście. Ale oni się pewnie nie zgodzą. Tutaj trochę otwarty teren, mimo wszystko ktoś mógłby się tu kręcić, nawet w nocy. - Burgund wróciła do rozważań nad częstszymi spotkaniami z kopytnymi. Bo chociaż tutaj był niezły kompromis między miastowymi a leśnymi to jednak miejsce miało też swoje wady jak choćby otwarty teren nie chroniący przed aurą i słotą co ograniczało go do letniej pory a i właśnie dookoła był las w jakim mógł się trafić ktokolwiek. A nocna orgia ze zwierzoludźmi to z miejsca było coś alarmującego za co powinno się trafić na tortury i stos.
- Mnie zaciekawiły te inne z lasu. Co Lilly mówiła. Właściwie Gnak. Ciekawe co to za jedne. W ogóle o nich nie słyszałam. Jakieś ciekawe to muszą być dziewoje jak się od dawna pokładają z ich plemieniem. - krawcową zainteresował inny, nowy wątek jaki się pojawił podczas rozmów przy ognisku.
- Mnie ciekawi kim są te maje co u nas były wczoraj. Właściwie to już przedwczoraj. Jak bym chciała aby w Konigstag mnie wybrały! - Onyx wróciła myślami do tych dwóch tajemniczych i bogatych dam jakie zrobiły w jej zamtuzie taką furorę.
- A zdobyć miasto to chyba nie tak łatwo. Chyba, że Merga wróci z całą armią. Ale jak nie to nie tak łatwo. Ile wczoraj przyszło z Gnakiem? Z tuzin? Jakoś tak. To można jakąś zasadzkę zrobić na trakcie czy w lesie ale nie miasto zdobywać. - Burgund była nieco sceptyczna co do możliwości militarnych drużyny kopytnych jak to wczoraj rysował Joachim. Chociaż sam pomysł aby gościć ich w mieście, zwłaszcza w połączeniu obdarzaniu swoimi wdziękami to jej się spodobał. Po dyskusji uznano, że to pewnie mógł być jakiś atut o ile udałoby się nakłonić ich do przybycia w orbęb murów. Co nie było takie oczywiste. A obecnie mocno ryzykowne jak nawet zwykłych ludzi sprawdzali po kradzieży ze świątyni. W końcu zdecydowano się poradzić Starszego a póki co Sorii bo rogacze zdawali się bardzo ją poważać. A czy udałoby się kogoś z miasta wywabić gdzieś poza gdzie mogliby czekać kopytni to też nie było takie pewne ale była to opcja to wzięcia pod uwagę.
- No i zaczyna padać. Dobra, już podjedli to czas się zwijać. - Łasica wyciągnęła dłoń gdy z południowego, pochmurnego nieba spadły pierwsze, zimne krople. Dała sygnał aby zwijać się do wozu a sama poszła odwiązać i zaprząc konia.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
Czas: 2519.07.13; Marktag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)Otto
Jednooki mnich fizycznie odczuwał efekt zmęczenia po intensywnie spędzonej nocy jak i noclegu pod chmurką w niezbyt sprzyjających okolicznościach pogody. Więc rano czyli jak wstał pomiędzy roznegliżowanymi ciałami koleżanek to mógł do pewnego stopnia zrozumieć jak się mogą czuć. Chociaż one to się nie oszczędzały i się nie ograniczały do jednego kochanka czy kochanki. I rano, znaczy jak wstali było to i widać, i słychać, i czuć. Dopiero opluskanie się w niezbyt ciepłym strumyku pozwoliło im nieco dojść do siebie. Ale i tak poruszały się jak potłuczone i brakło im zwyczajowej płynności czy wręcz gracji ruchów.
Jak się zebrali z obozowiska to się rozpadało na dobre. Łasica była nawet zadowolona bo uznała, że to powinno zatrzeć większość śladów. Bo kopyta odciśnięte w glebie mogły przykuć czyjąś uwagę, zwłaszcza jakby ktoś umiał rozpoznać, że to stado dwunożnych kopytnych. Więc potem kolebali się wozem na gliniastych wybojach jadąc przez zalany deszczem las. Co znów spowodawało, że parę osób zapadło w senny letarg. Rozbudzili się dopiero jak Łasica zastukała w burtę dając znak, że dojeżdżają do południowej bramy. Tu znów musieli odstać swoje na szczęście było już po porannych korku gdy z okolicznych wiosek zjeżdżali i schodzili się ludzie na targ. Ale jak ktoś chciał wyjechać to musiał przejść tą samą procedurę co kultyści wczoraj. Więc tak, musieli swoje odstać. Ale gdy woźnica klepnęła dechy wozu to już wjeżdżali w krótki tunel bramy. Strażnicy jednak znacznie mniej sprawdzali tych wjeżdżających niż wyjeżdżających. Albo kto wie? Może ktoś rozpoznał wóz i zaskakująco młodą woźnicę za jaką wczoraj ujęła się milady van Hansen.
- To Otto, jak chcesz do tego spaślaka to wysiadaj. - czarnowłosa, okryta płaszczem z kapturem postać łotrzycy zajrzała do środka krytego brezentem wozu dając znać mnichowi, że ma małą podwózkę do Południowej Dzielnicy przez jaką jechali. Bo większość jechała do “Mewy” bardziej w centrum miasta. Tu się musiał pożegnać z towarzyszami. I wyjść na ten zimny, ponury deszcz. A potem przejść w gliniastym gnoju zalegającym na ulicach do pewnej apteki. Tam otwierane drzwi stuknęły w dzwonek a zza lady spojrzał na niego gruby aptekarz.
- Ah witaj mój złoty chłopcze! - Sigismundus wydawał się ucieszyć na widok jednookiego. Zaprosił go gestem do środka podnosząc fragment lady aby mógł wejść. Po czym zachęcił go gestem aby za nim podążył. Zatrzymali się na zapleczu gdzie grubas rozpromienił się wesoło.
- Wspaniałe wieści, mam dla ciebie wspaniałe wieści mój złoty chłopcze! - objął go w swoje masywne, pulchne ramiona jak dobry wujek jaki chce się przyjrzeć lepiej dawno nie widzianemu siostrzeńcowi.
- W nocy mieliśmy dwa mioty! Dwa! Od Loszki i Dorny! Od Dorny dziesięć sztuk, tych małych. A od Loszki pięć ale to te duże! Wiedziałem! Jest taka zdolna i utalentowana! Tak się spodziewałem bo się zgadza z tymi obliczeniami jakie przetłumaczyła czcigodna Merga! Jak te mniejsze to krócej ale jest ich więcej jak te większe to dłużej ale jest ich mniej! - aptekarz wyrzucił z siebie z pełnym entuzjazmem te wiadomości zupełnie jak dumny hodowca narodzinami zdrowego, silnego źrebaka albo nawet ojciec nowonarodzonego dziecka.
- Jak chcesz to możesz je zobaczyć. Są takie piękne! Zdrowe i silne, pełne wigoru i życia! Wspaniałe, po prostu wspaniałe! Nie wiem jak ludzie mogą tego nie rozumieć. Aha i Loszce i Dornie nic nie jest. I poród przebiegł gładko i spokojnie. Nie skarżyły się, że coś je boli. - powiedział odkorkowując butelkę i nalewając wina do obu kubków aby uczcić to małe zwycięstwo.
- No i skończyłem te najprostsze mikstury wspomagające. Dawkuje się podobnie jak zasiewa. W strzykwę a potem trzeba wpuścić karmę tam do środka maleństw. Myślę, że to taka ladacznica sama by mogła zrobić no ale w razie czego ktoś może jej pomóc. - dodał wisienkę na torcie z tych dobrych wieści jakie miał dla młodego mnicha.
- A co u ciebie? Aaa… Pewnie wracasz z tej orgii? I co? Jak było? - zapytał nawet pogodnym tonem bo chociaż sam traktował orgię czysto instrumentalnie, jako okazję do zasiania którejś z ladacznic to jednak taki zalew dobrych wieści wprawiły go w dobry humor.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.13; Marktag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)Joachim i Heinrich
Joachim rano odczuwał pewne skutki nocnych zabaw z Sorią i Burgund ale chyba nie aż tak jak koleżanki. Do tego dochodziły niezbyt wygodne warunki do spania, zwłaszcza jak o świtaniu zaczęło padać. Ale przynajmniej miał swoje własne wspomnienia ze skaczących nad sobą pełnych piersi Sorii jaka podskakiwała energicznie na jego biodrach i ust całujących się z ustami Burgund jaka stała za nią ugniatając jej te piersi lub zabawiając we frywolny sposób.
Heinrich sobie odpuścił te nocne harce ograniczając się do roli widza to rano… Znaczy jak wszyscy wstali. To po prostu dokuczał mu wiek i spanie w niezbyt komfortowych, mokrych i chłodnych warunkach pod chmurką. Ale mimo wszystko jak wstali to chyba był najczystszym i najbardziej ubranym z nich wszystkich. Wyglądało, że takie wspólne zabawy sprzyjały integracji także wewnątrz kultu bo przeszłość, różnice klasowe, zasobów sakiewki, upodobań czy wykształcenia zdawały się znikać podczas nocnych uniesień. No chyba, że ktoś jak Fabienne lubował się w uległej roli i z przyjemnością przyjmował rolę posłusznej niewolnicy.
Potem wszyscy kolebali się na błotnistych, leśnych wybojach podczas deszczu, odczekali swoje przed bramą i przeszli kontrolę ale nie tak skrupulatną jak wczoraj. Wreszcie wjechali w miasto. Otto wysiadł pierwszy ale większość pojechała do “Mewy” gdzie mogli zjeść obiad a dziewczęta zamówiły u Cori dwie balie gorącej wody. Ale była gotowa już jak zjedli obiad. W trakcie dołączyła do nich Łasica która pojechała gdzieś odstawić wóz i kona po czym wróciła na piechotę. A na zewnątrz wciąż padało.
- Wciąż wszystko mnie boli. Ale jak zjedliście to jak kto chce to chodźcie na Bursztynową. - rzekła Łasica no i okazało się, że większość towarzystwa ma ochotę na kolejne spotkanie w bezpiecznym i przyjaznym miejscu. To właśnie miała bowiem Pirora na myśli gdy mówiła, że zaprasza do siebie jakby ktoś miał ochotę poprzeżywać to nocne spotkanie.
Na Bursztynowej 17 otworzyła im Kristen. Młoda brunetka jaka użyczyła twarzy do pierwszego obrazu namalowanego przez Pirorę w tym mieście czyli morskiej syrenie. Zaś modelką torsu ze względu na wyjątkowe walory została wtedy Burgund. Co czasem Łasica wypominała i jednej i drugiej bo przecież sama też miała się czym pochwalić. Okazało się, że “panienki jeszcze nie ma” ale mogli poczekać na nią w salonie. Rozgościli się tu ale bez gospodyni miejsce wydawało się nieco puste. W końcu jednak usłyszeli odgłos powozu przed domem, potem głosy na dole, kroki na schodach, na korytarzu i do środka weszły szlachcianki.
- A witajcie ponownie! To miło, że zaszczyliście nas swoją obecnością. - przywitała się Soria jakby to całe miejsce należało już do niej i witała się ze swoimi poddanymi. Tryskała szczęściem, energią i świetnym humorem. Chyba była jedyną osobą jaka tak intensywnie korzystała z uroków ostatniej nocy a nie zdradzała ani śladu zmęczenia. Pirora w sumie też. Ale ona podobnie jak Heinrich ograniczyła się do roli obserwatora i wsparcia a nie brała udziału w tej wyuzdanych zabawach. Za to Fabienne to wydawało się, że z trudem się wlokła i z wyraźną ulgą oklapła na miękki, plusz ozodbnego siedzenia.
- Chyba zaraz umrę… Mam tam wszystko porozrywane… Co za brutale! Jak oni tak śmieli! Przecież jestem szlachcianką! - wyjęczała obolała podpierając twarz dłonią opartą o stół co tylko potęgowało wizerunek zmęczenia.
- Oj nie umrzesz, nie umrzesz, masz w sobie krew Soren i jesteś stworzona do takich zabaw. - Soria popatrzyła na nią łagodnie i z życzliwością. - Jestem z ciebie dumna. Świetnie się wpisałaś w jej rodowód ostatniej nocy. Wieszczę ci wielką karierę w takich zabawach. - powiedziała jakby chciała osłodzić jej te boleści ciała miłymi komplementami. Na twarzy młodej, bladolicej Bretonki rzeczywiście rozkwitł uśmiech zadowolenia.
- Ale może dzisiaj już oszczędźmy służby najpoldejszej z podłych bo jeszcze jednak się nam przekręci a szkoda by było. - Pirora zwróciła się do pozostałych i dla dodania otuchy poklepała koleżankę po delikatnej, wypielęgnowanej dłoni.
- Aż mi ślady zostały. I na kostkach też. A te zadrapania i otarcia to nawet nie liczę. - von Mannlieb podwinęła nieco rękaw czarnej sukni aby pokazać zaczerwienienia na nadgarstkach gdzie sporą część nocy była przywiązana do ofiarnego głazu ku uciesze ludzi i nieludzi.
- A jak u was? Jak się wam rano wstawało? - zagaiła Soria zwracając się do tych co zostali przy głazie w nocy gdy one wsiadły na wóz i odjechały do leśnej rezydencji de la Vegi.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Marktag; południe; apteka Sigismundusa
Otto uściskał Sigismundusa gdy tylko zobaczył aptekarza.Wysłuchiwał jego raportu co do hodowli.
- To cudownie, Sigismundusie. Jesteś tatusiem. - uśmiechnął się - A właśnie, mam informacje co do tej koleżanki naszych ladacznic. Już zajęła się hodowlą we własnym zakresie. Pokieruję ją w twoim kierunku, jakby miała pytania, lub potrzebę nowych jajek. - zastanowił się chwilę - Tylko potraktuj ją jak klienta w tej sytuacji. Jej powody do hodowli są Slaaneshyckie. - mnich wzruszył ramionami - Jednak, wydaję mi się, że dziewczyny z rodziny zaczynają się trochę interesować tym pomysłem. Daj im czas, może jeszcze rozłożą chętnie te łona. - Otto zachichotał na pytanie o orgię - Może, nie uwierzysz, ale doznałem religijnego uniesienia. Przepełniony przyjemnością zostałem obdarzony wizją. Ale po kolei. Lata temu Siostry zawarły pakt z jedną kobietą, która mieszkała w tych okolicach. Potomkowie tej kobiety ciąglę tu gdzieś żyją, można ich rozpoznać poprzez znamię. Jeden ze zwierzoludzi powiedział, że znamię znajduje się na udzie, po wewnętrznej stronie lub na boku. I teraz moja wizja. Widziałem poród, z naszej hodowli. Kobiece łona, wygolone, jedno z tatuażem kobiecych ust w koronie i drugie z dwoma pieprzykami na zgięciu uda. Podejrzewam, że to jest to znamię, które odziedziczyli potomkowie tej dawnej wiedźmy. - Otto był przepełniony radością, kolejny krok w planie Sióstr i ich Panów - No to pokazuj mamuśki i ich maleństwa.
- Doprawdy? - gruby nurglita działający jako dobrze prosperujący aptekarz wysłuchał relacji swojego ulubionego ostatnio towarzysza ze zboru z wielką uwagą. I zdawał się podzielać jego radosne uczucia. - To dobrze, to dobrze, dobrze by było no każda z tych naszych ladacznic jakby zgodziła się przyjąć tą zaszczytną rolę to byłby dla nas duży postęp w hodowli no a jak wszystkie to już naprawdę można by podziałać bo czasu mamy niewiele. Co prawda można to nieco przyspieszyć bo jak mówiłem opracowałem te najprostsze odżywki wspomagające ten pierwszy etap jaki dzieje się w kobiecym łonie ale to nie magia i dalej im wcześniej się zacznie tym szybciej będą plony. Ale chodź, chodź, złoty chłopcze, sam zobacz nasze cudowne dzieło. - grubas mówił szybko i z podobnym entuzjazmem jak jego gość chociaż nutka goryczy na ten brak współpracy ze strony ich koleżanek ze zboru jednak mimo wszystko był wyczuwalny. Ale odstawił swój kubek i dał znak aby Otto podążył za nim. Ruszyli już znaną mu drogą ku korytarzowi zaplecza gdzie było zejście do piwnicy.
- Hm… To mówisz widziałeś we śnie poród naszych maleństw? Właściwie to dwa. I jedna miała jakieś pieprzyki a druga tatuaż? Hm… No to nie znam takich kobiet. Takiego tatuażu w ogóle nie widziałem. A pieprzyki… Cóż, łatwo przegapić, prawie każdy gdzieś ma jakieś… Nie chcę nic mówić ale u nas to pewnie wiesz kto by miał najlepsze rozeznanie co do nagich, kobiecych ud i łon… - myśl o dwóch potencjalnych kandydatkach na nosicielki bardzo ucieszyła aptekarza ale sam nie mógł dopasować żadnej znanej sobie kobiety do takiego rysopisu. A takie detale anatomiczne raczej zakładały intymną relację z taką kobietą więc nieco smutnym tonem wyszło mu, że największe szanse na to mają ich koleżanki ze zboru. Właśnie te co od początku wydawały się być bardzo przeciwne wszelkiej współpracy na tym polu.
- I jakiś starożytny pakt z Siostrami mówisz? I potomkowie tamtej kobiety? No ciekawe, ciekawe… I znamię mówisz? Na udzie albo biodrze? Hmm… I zwierzoludż ci tak powiedział? A skąd oni to wiedzą? Hmm… No powiem ci, że znam parę kobiet co mają jakieś pieprzyki albo inne takie rzeczy na udach. W celach medycznych oczywiście je badałem a nie jak te ladacznice. I większość z nich to już nie jest taka młoda a wydaje mi się, że na nosicielki to tak jak i na zwykłe ciążę czyli najlepiej nadają się takie młode, silne i zdrowe. - powiedział zadumany gdy schodzili po schodach do piwnicy ale już widok na miejscu przykuł jego uwagę. Bo z jednego z pomieszczeń wyszła Dorna. Miała zakasane rękawy i mokre ręce a przez otwarte drzwi widać było jak wieszała pranie.
- A! I zobacz złoty chłopcze! To nasza najświeższa mamusia! No sam zobacz jak tryska zdrowiem i dobrym humorem! Widzisz? Nic jej nie jest. Możesz to powiedzieć tym ladacznicom albo nawet przyprowadź je tutaj ja zresztą też przyjdę na zbór razem z nią to sami wszyscy zobaczą. - Sigismundus przedstawił Otto kolczastą mutantkę jakby się dawno nie widzieli. Ta zresztą też wycierała dłonie o fartuch na podołku i uśmiechała się łagodnie do jego słów. Póki ten mówił pozdrowiła jednookiego tylko skinieniem głowy. I tak na pierwszy albo drugi rzut oka nie wydawała się jakaś chora czy sponiewierana. I wyglądała bardziej świeżo niż jej koleżanki jak dziś w południe wstawały przy kamieniach po nocnych zabawach ze zwierzoludźmi i ze sobą nawzajem.
- A jakby było tego mało nasza kochana Dorna zgodziła się ugościć te maleństwa tam od tyłu. A z tego co wiem to te ladacznice też lubią takie zabawy no więc to dla nich nie powinno być przecież nic strasznego. I wiesz co? Sądząc po wylinkach to wszystko idzie całkiem dobrze. Dziś, może w nocy, muże jutro też powinien być nowy miot. - aptekarz zachowywał się jak dumny ojciec albo nauczyciel co prezentuje swoją uzdolnioną córkę albo uczennicę.
- No i oczywiście Loszka. Też jest bardzo zdolna. U niej dłużej to trwało ale za to wydała na świat te duże. Prawie pół tuzina, dokładniej pięć sztuk. Każde w innym kolorze, zresztą zaraz ci pokażę. - odgłos rozmowy zwabił też tą niemowę której umysł zdawał się być pochłonięty przez oddanie jednej z Sióstr. Teraz też chwilę przyglądała się rozmowie ale chyba wyczuwając pozytywne i optymistyczne tony zaczęła się uśmiechać nieśmiało.
- Ta to wiadomo, znów musieliśmy ją uśpić. Same z nią kłopoty. To niestety mnie przekonuje, że najcenniejsze byłyby ochotniczki. Bo jak to oferował Silny no można jakaś złapać, dać przez łep i przywlec tutaj. No ale to jednak męczące tak cały czas taką pilnować i chodzić koło niej. A jak jakaś jest chętna no to sam widzisz po naszych dziewczętach, że współpraca jest o wiele przyjemniejsza. - jak zwykle o pochwyconej na trakcie dziewczynie nie miał zbyt dobrego zdania. Ale wnioski o przymusowej hodowli jakie wyniósł z obcowania z nią były o wiele mniej optymistyczne niż gdy miał do czynienia z ochotniczkami.
- A teraz, chodź, pokażę ci nasze maleństwa. - znów się rozochocił gdy dał znak aby gość za nim podążył i podeszli do tej trzeciej z cel jaka do tej pory była pusta. Otworzył ją i tam w skrzynkach jakich czasem chłopi używali do wyściełania sianem i aby kury miały gdzie wysiadywać jajka miał okazję podziwiać wydany przez kobiece łona miot.
Gospodarz podchodził do każdej skrzynki i z dumą prezentował te okazy wskazując, że przy każdej skrzynce była mała karteczka z datami, opisem nosicielki, faz rozwoju i tak dalej co wyglądało na to, że ma do tego solidne, naukowe podejście. Zaś w każdej skrzynce był jeden czerw. Pod względem wyglądu chyba nie różnił się za bardzo od tych jakie wydawały na świat zwykłe muchy. Tyle, że był wielokrotnie większy. Chyba pasował to tych opisów jakie jakiś czas temu prezentowała im Merga po przetłumaczeniu zwojów przyniesionych z jaskini Oster. Te co wczoraj wydała na świat Loszka prezentowały się najokazalej. Każda z larw miała ze dwie pięści długości i wielkość takiej średniej ryby. Te co wyszły z łona pielgrzymki, jeszcze w zeszłym tygodniu co tak dumnie Sigismundus obwieścił na ostatnim zborze przeszły już do formy kokonów. Każdy był w małej klatce na gołębie albo króliki ale były faktycznie mniejsze. A jeden czy dwa już przeszły do dorosłej formy. Czyli wyglądały mniej więcej jak całkiem znane na co dzień gzy i muchy. W nieco innych kolorach i proporcjach ale nadal podobne. Tylko oczywiście większe. Podobne wielkością do korpus mew albo gołębi. Ale zdaniem aptekarza powinny jeszcze rosnąć i przechodzić przez kolejne wylinki. A jak wyglądają jako larwy to też miał prawie tuzin sztuk do pokazania. Właśnie te jakie wczoraj wydała na świat Dorna ze swojego łona. Wyglądały jak czerwie ale wielkości dwóch, może trzech pięści. Zwijały się pracowicie okrywając się śluzowatą masą co zapowiadało tworzenie kokonu. Były w różnych odcieniach co wedle zapisków Mergi wskazywało na to która z Sióstr dała im swój pierwiastek. Co było dość czytelne gdy widać było blado zielonkawe, jasno różowe, czerwonawe i niebieskawe mniej więcej w równych proporcjach.
- Zwierzoludzie mają swoje opowieści, historię werbalną. Wydarzenie, kiedy siostry zesłały zwierzoludzi na motłoch i przygarnąć dziecko wiedźmy, musiało zostać zapamiętane. Ich przywódca twierdził, że utrzymują kontakt z jedną kobietą, która od niej się wywodzi. Mieszka w lesie z bandytami. - mnich się chwilę zastanowił nad opisem łon, który przestawił Sigismundusowi - Chyba odwiedzę jeszcze dziewczyny. Może one kojarzą coś podobnego.
Kiedy ujrzał Dornę spokojnie podszedł do mutantki ciepło ją obejmując i całując czoło.
- Jesteś dla nas darem, kochana. Jeżeli będziesz czegokolwiek potrzebować, nie lękaj się zapytać. - ucałował ją jeszcze raz i pozwolił jej w spokoju odpoczywać. Następnie zerknął na Loszkę.
- Trochę mi jej szkoda, nie jest świadoma ważności swego dzieła i poświęcenia. - pogłaskał kobietę delikatnie po policzku - Dziękuję ci. Ojczulek wynagrodzi ci twój trud. - zerknął na końcu na ostatniego pacjenta Sigismundusa - Obawiałem się, że tak to się skończy. Może czas po prostu wsadzić jej te jajka w każdą dziurę i patrzeć jak pęknie? Miot będzie i kłopotu mniej. Do tego, pewnie będziesz mógł z jej truchła zrobić pożywkę dla larw.Kiedy ujrzał larwy westchnął radośnie.
- Są piękne i jakie barwne. Siła bogów drzemie w nich. Mogą jedną wziąć do ręki?
- Oczywiście, że są piękne! Najwspanialsze! I pewnie, naciesz się nimi. Póki nie wytworzą kokonu to można je brać i dotykać. Swoją drogą jestem ciekaw czy gdyby im nie dać zrobić kokonu to jak długo można by to odwlekać. Chyba spróbuję tak z jednym czy dwoma maleństwami. To niestety nie jest w tych przetłumaczonych przez Mergę tekstów. Ah, tak wiele chciałbym o tym wiedzieć! I dowiem się, dowiem, mam mnóstwo pomysłów, to dopiero początek nowej, wspaniałej ery. Ah, jak dobrze, że Starszy poparł ten projekt a nie tylko to co od Sorii i jej ladacznic! Sam zobacz, jakie wspaniałe owoce wyszły z tego na świat! Słowo staje się ciałem na naszych oczach! Po tylu mileniach! Szkoda, że nie wszyscy w rodzinie należycie doceniają to wspaniałe dziedzictwo. - Sigismundus wydawał się być wręcz uskrzydlony tymi epokowymi wydarzeniami w jakich brali aktywny udział. Z czułością wziął jedną z larw i podał gościowi sam zaś wziął kolejną i głaskał je troskliwe jak inni głaskali szczenięta psów czy kotów rozczulając się nad nimi. Ale znów zrobił przytyk, że reszta zboru to tak sobie wspiera ten wspaniały projekt. W drzwiach stanęła Dorna i Loszka, obie uśmiechały się ciepło i łagodnie niczym matki obserwujące wizytę wujka u swoich dzieci.
Sama Drona wydawała się ucieszona, że Otto tak miło się z nią obszedł i podziękował. Dała mu się objąć i pocałować w czoło. - Strasznie chciałam jechać z wami na te zabawy ze zwierzoludźmi. Ale wiem, że nie byłoby mnie tak łatwo przemycić, zwłaszcza jak teraz tak wszystko mocno sprawdzają. No i wiedziałam, że termin rozwiązania mi się zbliża ale nie byłam pewna kiedy dokładnie to też nie chciałam ryzykować. Może następnym razem się uda. A dziewczynom możesz powiedzieć, że to nic strasznego. A momentami nawet przyjemne. Zwłaszcza poród. Aż się nie mogę doczekać następnego razu ale Sigismundus mówił, że trzeba poczekać parę dni no to czekamy. - mutantka z kolcami zamiast włosów dodała coś od siebie jak to wyglądało z jej strony i nie brzmiało to jakoś strasznie. Wydawało się, że nawet przeciwnie, miło wspominała tą pseudo ciążę. I była skora na takie zabawy w jakich wczoraj uczestniczyła spora część zboru no ale zdawała sobie sprawę, że bardziej rzuca się w oczy swoją odmiennością niż ktokolwiek inny, choćby jej przyjaciółka z jaskini co miała takie fortunne mutacje, że można było dość łatwo je ukryć. Szaro - zielona cera Dorny z miejsca musiała się wydać podejrzana nie mówiąc już o reszcie zmian jakie ją charakteryzowały.
- A tamta idiotka tak, jej los już jest przypieczętowany. W końcu napełnię ją tak aż pęknię. Będzie miała za swoje. No i przyda się to w sprawdzaniu bezpiecznego limitu jakie można by zasiać w nosicielkę. Wiesz, że jak liczyłem to w przy zasianiu wszystkich dziurek z teoretycznych wyliczeń wynika, że można by zalać każdą nosicielkę około pół tuzinem porcji? Całkiem sporo jak na jedną nosicielkę. Można by spróbować. Zwłaszcza jak Merga zostawiła nam tą maść maskującą. Dorna miała przez dwa dni w sobie cztery dawki, dwie z przodu i dwie z tyłu. I jak widzisz jakoś to przeżyła szczęśliwie. Więc to całkiem możliwe z tymi wyliczeniami. Jeszcze potrzebuję badań ale w łono to myślę, że dwie lub trzy dawki to można by władować na raz i z maścią Mergi albo może i bez nadal to powinno być bezpieczne a może nawet i dyskretne. I na tej idiotce zza ściany zamierzam to przetestować. A w końcu się jej pozbędę. Ale jeszcze nie teraz. Na razie mamy za mało nosicielek aby wybrzydzać i grymasić. Każda dziura jest cenna, że tak powiem. No to jeszcze pożyje. - gospodarz głaszcząc jednego z zielonkawych czerwi dał wyraz swoim planom jako uczonego i hodowcy tych nietuzinkowych okazów. Więziona w celi kobieta uzbierała sobie sporą dozą jego niechęci ale na razie priorytetem dla niego było uzyskanie jak największej ilości miotów to nawet ją był gotów poki co oszczędzić.
- I jakaś kobieta co ma takie ciekawe znamię mieszka z banitami w lesie i koleguje się ze zwierzoludźmi? Brzmi mi trochę jak jedna z ladacznic. Ale jakby udało się ją pozyskać dla hodowli to oczywiście będę bardzo kontent. Zresztą z każdej nosicielki będę bardzo kontent. Tylko sam widzisz ile tu mam zajęcia. Nie mogę się stąd ruszyć. A jeszcze przecież mamy w planie te przenosiny do jaskini Oster. Nie wiem kiedy się za to zabiorę. Dobrze, że Dorna i Strupas mi tu bardzo pomagają. Nie poradziłbym tu sobie sam z tym wszystkim i jeszcze z prowadzeniem apteki. Więc na mnie raczej nie licz w jakichś wyprawach do lasu. - Sigismundus wolną ręką wskazał na tą całą piwnicę i w górę ku parterowi tego domostwa aby dobitnie nakreślić ogrom zadań i pracy jakie go wiążą na miejscu mocno ograniczając inne jego aktywności. Loszka miała mentalność domowego zwierzęcia więc trudno było ją gdzieś posłać z jakimś zadaniem a Dorna za bardzo rzucała się w oczy aby swobodnie czuć się w mieście. Do wszystkich innych zadań pozostawał aptekarzowi tylko śmierdzący garbus co też mocno ograniczało mu pole do działania na rzecz reszty zboru.
Otto delikatnie podniósł jedną z larw i położył ją płasko na dłoni, delikatnie głaszcząc jej "grzbiet". Czerw miała zielonkawy kolor, jasno pokazując esencję Oster przepełniającą jej malutkie ciało.
- Tyle wspaniałych rzeczy zrobisz na tym świecie, moje maleństwo. - Otto spojrzał na Dornę - Na pewno będzie ku temu okazja. Jestem prawie pewny, że zawarliśmy z plemieniem Gnaka. - zerknął na Sigismundusa, kiedy coś mu się przypomniało, nie przestając głaskania larwy - Nie pamiętasz, czy zwoje wyjaśniały jaki wpływ ma esencja sióstr na dorosłe okazy? Na przykład czy muchy przepełnione oster nie będą roznosiły darów Ojczulka, a te od Krwawego nie będą wywoływać morderczego szału? A co do tej kobiety, najwyraźniej pokłada się z nimi, ale nie przekreślaj jej jeszcze. Może być oddana wszystkim siostrom, więc i tobie będzie miła.
Mutanka uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak zgody biorąc tą obietnicę Otto za dobry omen. - Byłoby miło. I tak się cieszę, że mnie przyjmują tam u Pirory. Na początku trochę się bałam, że tylko Lilly będzie się do mnie odzywać i w ogóle. Ale nie. Wszyscy tu są dla mnie bardzo mili. - Dorna odparła jakby pomimo zapewnień swojej kamratki z jaskini miała jednak wątpliwości jak ją przyjmie zbór Starszego z odległego miasta. Chyba jednak się przekonała, że spotkało ją całkiem ciepłe przyjęcie i to nawet za zamkniętymi drzwiami loszku rozkoszy averlandzkiej szlachcianki.
- Tak, właśnie… Czasami są nawet przydatne te nasze ladacznice… - aptekarz skinął swoją byczą głową jakby trochę go zaskoczyło takie wyznanie swojej nowej i to tak uzdolnionej pomocnicy.
- A w ogóle to nie. Nie, nie Otto, mnie naprawdę nie interesuje z kim one się pokładają. Albo ktokolwiek inny. Czy ze sobą nawzajem czy ze zwierzoludźmi, czy jeszcze z kimś no niech im dobrze i im się szczęści. To co mnie boli to to, że na nosicielki najlepiej nadają się kobiety a sam wiesz, że mamy ich w rodzinie całkiem sporo. A jeszcze są te od tego grubego ze sklepu. No i żadna nie chce powiedzieć “tak” dla tego zbożnego dzieła. I to mnie boli Otto, to mnie właśnie boli. Albo, żeby chociaż jakieś zastępstwo znalazły. Jak Onyx tą swoją ladacznicę. A w ogóle to skąd wiesz, że ona ją zasiała? Byłeś przy tym? Może tak tylko gadała? Powiem ci, że ja to im trochę nie ufam w te ich słodkie uśmiechy i gładkie słówka. Jakbyś trafił na jakąś do zasiania to wolałbym, żebyś sam to zrobił albo jakoś przyprowadził ją tutaj. Bo jakoś nie mam wiary, że one zrobią wszystko jak należy i czy w ogole… - grubas westchnął gdy znów zżymał się, że na całkiem spore stadko nosicielek jakie mieli w rodzinie jak na razie żadna nie zgodziła się na tą zaszczytną w jego oczach rolę.
- Ale mnie to Lilly powiedziała o tych larwach Oster. Przyszła do nas do jaskini i mi powiedziała. - Dorna przypomniała gospodarzowi, kto ją tutaj ściągnął w roli nosicielki. Ten przewrócił oczami i pokręcił głową.
- No dobra, no to Lilly i Onyx znalazły kogoś na zastępstwo. Ale to wciąż mało. A sami wiecie jak to one się ciągle przechwalają z kim to znów nie wskoczyły do łóżka. I to nie wiem czy nie częściej z jakimis kobietami niż kimś innym. Dobra, mniejsza z tym. - aptekarz widocznie mial w tej materii spory niedosyt jaki łatwo wylewał się żółcią złości i żalu przy każdej okazji dotyczącej hodowli jaka od paru tygodni tak go poróżniła z dwórkami Sorii.
- Pytałeś o te cudeńka. - uśmiechnął się na swoich mięsistych wargach wskazując na trzymane larwy. A te były specyficzne. Jak kogoś nie brzydził ich widok to mogło to być nawet przyjemne. W dłoniach miało się obły, dość ruchliwy kształt podobny do krótkiego węża albo ryby. Miękki w dotyku i ciepły. Na ciężar też przypominał średnią rybę czy małego ptaka bo i na wielkość wydawał się podobny. A aptekarza rozczulało to jak ten kształt wił się w dłoniach jakby węszył czy próbował otaczające go dłonie czy powietrze.
- Tak, potem z opisu wynika, że one mniej więcej są takie same ale kolorem i właściwościami różnią sie między sobą. Zresztą zobacz tutaj. - odłożył swoje maleństwo do przygotowanej skrzynki a sam złapał za klatkę i podniósł ją aby Otto mógł się lepiej przyjrzeć.
- Widzisz? Ten jest od Oster a ten od Norry. Widać po kolorze. I na grzbiecie mają takie plamki, tuż gdzie zaczynają się skrzydełka. Widzisz? O tym nic nie ma w zapiskach ale trochę to podobne do symboli ich patronów. Zobaczę jak to będzie wyglądać jak będzie ich więcej bo na razie mam tylko te dwa do sprawdzenia. - z pasją uczonego gospodarz tłumaczył detale tych wielkich much. Bo każda z nich była wielkości gołębia albo mewy co nie zdarzało się w naturze. Ale kolorem chociaż przede wszystkim były w ciemnych barwach to odcienie miały albo zgniło zielonkawe albo nieco krwiste. Podobnie zresztą jak czerwie.
- A i ukąszenia przynoszą inny efekt. Te od Oster wywołują zatrucie i gorączkę, te od Norry krwawy szał berserkera, te od Soren napady ekstazy a te od Vesty czynią obłąkanych a czasem i mutacje. Każdy rodzaj coś innego. No i im większy okaz tym ma więcej jadu i silniej to wszystko działa no ale tych dużych jest mniej w miocie i wolniej dojrzewają. A jak mniejszy to na odwrót. Ah, jak się nie mogę doczekać aż je wypuścimy na miasto! Ale będzie zabawa! - uczony z lubością opowiadał o tym jak działa który rodzaj much a myśl, że wkrótce będą mogli użyć tego błogosławieństwa jakie Siostry zostawiły w spadku swoim wyznawcom doprowadzała go do euforii.
- Sigismundusie, proszę. Czemuż Onyx miałaby mnie okłamywać? Wierzę, że jej koleżanka pozwoliła się jej zapłodnić. A co do ich niechęci… - zastanowił się chwilę - Rozmawiałem z Heinrichem dziś rano, byłem razem z nami na tej zabawie, ale nie brał udziału w zakończeniu. Zapytał mnie jak ma pogodzić fakt, że jest chaosytą z odrazą do tego co widział. Odpowiedziałem jemu, to samo co powiem teraz tobie. "To nie twoja bajka, nie twoje zainteresowania. Nie udawaj przed sobą, że musisz lubić wszystkie zwyczaje Wielkiej Czwórki". To samo tyczy się naszych ladacznic, o ile faktycznie cel zbożny, jest to typowy eksperyment Ojczulka. Nie widziałem ciebie na orgii poświęcającego się dla dobra zboru. - ton mnicha nie był oskarżający, bardziej opisywał sytuację - Cieszy mnie, że próbujesz się dziewczynom przypodobać, ale zrozum. Dla nie nurglity, prosisz o coś… obrzydliwego, chorego i potencjalnie szkodliwego. - mnich westchnął - Dlatego pytałem o szczegóły wpływu hodowli na nosicielkę. Czy larwy uszkadzają łono, czy wywołują ból lub inne niedogodności? Chciałbym sprzedać im jakoś wzięcie w tym udziału, ale trudno mi opisać łajno, jako coś innego niż łajno. Potrzebuję czegoś, aby je przekonać.
- No to sam widzisz, że nic im nie jest. - gospodarz wskazał brodą w kierunku dwóch stojących w drzwiach nosicielek. Ta świadoma otoczenia, z kolcami zamiast włosów pokiwała głową na znak potwierdzenia.
- Pod koniec długo się siedzi w wychodku. I trochę to męczące. Ale to tylko dwa, trzy dni, da się przeżyć. - odparła Dorna głaszcząc dłonią swój brzuch. Jak się tak na nią patrzyło z zewnątrz to pomijając jej oczywiste mutacje to nic nie wskazywało, że nosi w sobie jakieś obce życie nieludzkiego pochodzenia.
- No właśnie. Sam widzisz. Da się przeżyć. Co więcej trochę się zdziwiłem jak to nasza kochana Dorna opisywała ale wygląda na to, że może to być nawet przyjemne dla nosicielki. Przypuszczam, że to może być wpływ Soren albo jej pierwiastka. Jak rozmawiałem z Mergą to mówiła, że każda z Sióstr chciała udowodnić pozostałym, że jest od nich lepsza. I nasza rogata wyrocznia uważała, że Oster nie napisała tego wprost ale te liczne wzmianki i płodności co sprzyjają… no cóż… płodności. Czyli aby te maleństwa rosły silne, duże i jak najwięcej no to właśnie sprzyjają płodne kobiety, w płodne dni i Merga zastanawiała się czy nie chodziło o Soren bo przecież jej patron jest patronem płodności. Przynajmniej tam u nich w Norsce. Więc sam widzisz, że to może być i dla nich całkiem interesujący eksperyment. - uczony nurglitów chętnie zaczął tłumaczyć swoje racje. Odłożył klatkę z dwoma prawie dorosłymi muchami z powrotem na miejsce nie przerywając artykuowania swoich argumentów.
- A Onyx no być może, być może… Po prostu czułbym się pewniej jakby ty czy ja byśmy przy tym byli a najlepiej zrobili to sami. Nie mam do nich za bardzo zaufania. A jak wyrzuciła te strzykwy albo coś sknociła? A jeśli nawet zrobiła jak mówi jak ta jej koleżanka spanikuje i pozbędzie się tych maleństw? Przecież widzisz jakie po urodzeniu są słodkie, słabe i bezbronne. No ale jak mówisz, że jej ufasz no dobra, niech będzie. Jak nie pokaże chociaż jednego okazu co z niej wyszedł to więcej jej nie dam. - rzekł dość ugodowym tonem jakby nie chciał zaczynać o to sprzeczki ale widocznie miał ograniczone zaufanie do koleżanki ladacznicy jakiej nigdy nie widział na oczy, że zrobi to co obiecała.
- Mam nieco zapasu to tak na próbę mogę na sztukę poświęcić dwie czy trzy strzykwy no ale chcę widzieć z tego owoce. Najlepiej o takie. Ale nie mam ich aż tyle aby je rozdawać na prawo i lewo. Swoją drogą to kolejny powód dla jakiego wkrótce trzeba będzie wrócić do jaskini. Poruszę ten temat na następnym zborze, mam nadzieję, że mnie poprzesz a Starszy się przychyli do tej prośby bo jak ci mówię, za mało nas przy tej hodowli i trudno nam się zająć czymś jeszcze. Ale mimo wszystko przyczyniliśmy się do wspólnej sprawy jak robiliśmy tą świątynię ostatnio to Strupas z wami też był. Mam nadzieję, że inni o tym nie zapomną. - przez aptekarza znów przemawiał ledwo przykryty żal, że poza rozmówcą zbór okazuje mu takie słabe wsparcie w tym i innych projektach jakimi się tu zajmował.
- A, że obrzydliwe no to rozumiem, rozumiem, nie każdy ma aż tak otwarty umysł aby dostrzec mądrość i piękno w zamysłach i naczyniach Ojczulka. Szkoda. I dlatego no nie gadaj, dałem im spokój, nie nachodzę ich i nie proponuję. Z tobą wiem, że mogę o tym porozmawiać to mówię ale do nich się nie odzywam. Przecież mówię, że nie zależy mi z kim i gdzie się pokładają i w ogóle co robią. A co mogę to pomogę. Zawsze przecież mówię, że jakby ktoś z was potrzebował czegoś z apteki to wystarczy powiedzieć co i jak dam radę to przygotuję. - pod koniec uderzył już w całkiem ugodowy ton dobrego choć nieco ekscentrycznego wujaszka przypominając, że stara się jak może aby nie zrażać do siebie i swoich praktyk reszty rodziny, zwłaszcza dziewcząt zgrupowanych ostatnio wokół Sorii. Niestety w praktyce średnio to wychodziło bo na tym polu sytuacja między nimi była od pierwszego spotkania dość podminowana i niewiele było trzeba aby iskra gniewu czy pretensji wywołała kłótnię między nimi.
- Porozmawiam z nimi, może coś uda się ugrać. - mnich wręczył aptekarzowi, trzymaną przez siebie larwę - Opiekuj się maleństwami, w między czasie… chyba pora zacząć szukać nowych nabytków do zboru. Może jacyś koledzy Strupasa byliby chętni?
- No to porozmawiaj. Albo nie. Sam już nie wiem. Wiem tylko, że trzy nosicielki nie dadzą nam zbyt wielkich plonów w ciągu nadchodzących dwóch tygodni. A pomysłów padło sporo ale jak się za nie weźmiemy to samo się nie zrobi. Bo to czyny, czyny popychają tą sprawę do przodu, bez czynów, samym gadaniem, wiele się nie zdziała. - odparł nieco melancholijnym tonem i zdawał się być przygaszony niezbyt wesołymi rokowaniami swojego ulubionego projektu.
- A z nowymi to nie tak łatwo. Obaj ze Strupasem jesteśmy uwiazani tutaj i niezbyt mamy czas na coś więcej. Sam widziałeś jak musieliśmy się gimnastykować aby jeden z nas mógł wziąć udział w zrobieniu tej świątyni. - pokręcił swoją bycza głową na znak, że niezbyt ma ochotę, czas i możliwości aby jeszcze rozważać czy ktoś mógłby nadawać się na nowego członka zboru.
- Ale jakoś sobie poradzimy. A coś poza tym chciałbyś od wujaszka Sigismundusa? - machnął ręką, westchnął odpychając troski i spróbował uderzyć w weselszy ton rozmowy.
Marktag; południe; apteka Sigismundusa
Otto uściskał Sigismundusa gdy tylko zobaczył aptekarza.Wysłuchiwał jego raportu co do hodowli.
- To cudownie, Sigismundusie. Jesteś tatusiem. - uśmiechnął się - A właśnie, mam informacje co do tej koleżanki naszych ladacznic. Już zajęła się hodowlą we własnym zakresie. Pokieruję ją w twoim kierunku, jakby miała pytania, lub potrzebę nowych jajek. - zastanowił się chwilę - Tylko potraktuj ją jak klienta w tej sytuacji. Jej powody do hodowli są Slaaneshyckie. - mnich wzruszył ramionami - Jednak, wydaję mi się, że dziewczyny z rodziny zaczynają się trochę interesować tym pomysłem. Daj im czas, może jeszcze rozłożą chętnie te łona. - Otto zachichotał na pytanie o orgię - Może, nie uwierzysz, ale doznałem religijnego uniesienia. Przepełniony przyjemnością zostałem obdarzony wizją. Ale po kolei. Lata temu Siostry zawarły pakt z jedną kobietą, która mieszkała w tych okolicach. Potomkowie tej kobiety ciąglę tu gdzieś żyją, można ich rozpoznać poprzez znamię. Jeden ze zwierzoludzi powiedział, że znamię znajduje się na udzie, po wewnętrznej stronie lub na boku. I teraz moja wizja. Widziałem poród, z naszej hodowli. Kobiece łona, wygolone, jedno z tatuażem kobiecych ust w koronie i drugie z dwoma pieprzykami na zgięciu uda. Podejrzewam, że to jest to znamię, które odziedziczyli potomkowie tej dawnej wiedźmy. - Otto był przepełniony radością, kolejny krok w planie Sióstr i ich Panów - No to pokazuj mamuśki i ich maleństwa.
- Doprawdy? - gruby nurglita działający jako dobrze prosperujący aptekarz wysłuchał relacji swojego ulubionego ostatnio towarzysza ze zboru z wielką uwagą. I zdawał się podzielać jego radosne uczucia. - To dobrze, to dobrze, dobrze by było no każda z tych naszych ladacznic jakby zgodziła się przyjąć tą zaszczytną rolę to byłby dla nas duży postęp w hodowli no a jak wszystkie to już naprawdę można by podziałać bo czasu mamy niewiele. Co prawda można to nieco przyspieszyć bo jak mówiłem opracowałem te najprostsze odżywki wspomagające ten pierwszy etap jaki dzieje się w kobiecym łonie ale to nie magia i dalej im wcześniej się zacznie tym szybciej będą plony. Ale chodź, chodź, złoty chłopcze, sam zobacz nasze cudowne dzieło. - grubas mówił szybko i z podobnym entuzjazmem jak jego gość chociaż nutka goryczy na ten brak współpracy ze strony ich koleżanek ze zboru jednak mimo wszystko był wyczuwalny. Ale odstawił swój kubek i dał znak aby Otto podążył za nim. Ruszyli już znaną mu drogą ku korytarzowi zaplecza gdzie było zejście do piwnicy.
- Hm… To mówisz widziałeś we śnie poród naszych maleństw? Właściwie to dwa. I jedna miała jakieś pieprzyki a druga tatuaż? Hm… No to nie znam takich kobiet. Takiego tatuażu w ogóle nie widziałem. A pieprzyki… Cóż, łatwo przegapić, prawie każdy gdzieś ma jakieś… Nie chcę nic mówić ale u nas to pewnie wiesz kto by miał najlepsze rozeznanie co do nagich, kobiecych ud i łon… - myśl o dwóch potencjalnych kandydatkach na nosicielki bardzo ucieszyła aptekarza ale sam nie mógł dopasować żadnej znanej sobie kobiety do takiego rysopisu. A takie detale anatomiczne raczej zakładały intymną relację z taką kobietą więc nieco smutnym tonem wyszło mu, że największe szanse na to mają ich koleżanki ze zboru. Właśnie te co od początku wydawały się być bardzo przeciwne wszelkiej współpracy na tym polu.
- I jakiś starożytny pakt z Siostrami mówisz? I potomkowie tamtej kobiety? No ciekawe, ciekawe… I znamię mówisz? Na udzie albo biodrze? Hmm… I zwierzoludż ci tak powiedział? A skąd oni to wiedzą? Hmm… No powiem ci, że znam parę kobiet co mają jakieś pieprzyki albo inne takie rzeczy na udach. W celach medycznych oczywiście je badałem a nie jak te ladacznice. I większość z nich to już nie jest taka młoda a wydaje mi się, że na nosicielki to tak jak i na zwykłe ciążę czyli najlepiej nadają się takie młode, silne i zdrowe. - powiedział zadumany gdy schodzili po schodach do piwnicy ale już widok na miejscu przykuł jego uwagę. Bo z jednego z pomieszczeń wyszła Dorna. Miała zakasane rękawy i mokre ręce a przez otwarte drzwi widać było jak wieszała pranie.
- A! I zobacz złoty chłopcze! To nasza najświeższa mamusia! No sam zobacz jak tryska zdrowiem i dobrym humorem! Widzisz? Nic jej nie jest. Możesz to powiedzieć tym ladacznicom albo nawet przyprowadź je tutaj ja zresztą też przyjdę na zbór razem z nią to sami wszyscy zobaczą. - Sigismundus przedstawił Otto kolczastą mutantkę jakby się dawno nie widzieli. Ta zresztą też wycierała dłonie o fartuch na podołku i uśmiechała się łagodnie do jego słów. Póki ten mówił pozdrowiła jednookiego tylko skinieniem głowy. I tak na pierwszy albo drugi rzut oka nie wydawała się jakaś chora czy sponiewierana. I wyglądała bardziej świeżo niż jej koleżanki jak dziś w południe wstawały przy kamieniach po nocnych zabawach ze zwierzoludźmi i ze sobą nawzajem.
- A jakby było tego mało nasza kochana Dorna zgodziła się ugościć te maleństwa tam od tyłu. A z tego co wiem to te ladacznice też lubią takie zabawy no więc to dla nich nie powinno być przecież nic strasznego. I wiesz co? Sądząc po wylinkach to wszystko idzie całkiem dobrze. Dziś, może w nocy, muże jutro też powinien być nowy miot. - aptekarz zachowywał się jak dumny ojciec albo nauczyciel co prezentuje swoją uzdolnioną córkę albo uczennicę.
- No i oczywiście Loszka. Też jest bardzo zdolna. U niej dłużej to trwało ale za to wydała na świat te duże. Prawie pół tuzina, dokładniej pięć sztuk. Każde w innym kolorze, zresztą zaraz ci pokażę. - odgłos rozmowy zwabił też tą niemowę której umysł zdawał się być pochłonięty przez oddanie jednej z Sióstr. Teraz też chwilę przyglądała się rozmowie ale chyba wyczuwając pozytywne i optymistyczne tony zaczęła się uśmiechać nieśmiało.
- Ta to wiadomo, znów musieliśmy ją uśpić. Same z nią kłopoty. To niestety mnie przekonuje, że najcenniejsze byłyby ochotniczki. Bo jak to oferował Silny no można jakaś złapać, dać przez łep i przywlec tutaj. No ale to jednak męczące tak cały czas taką pilnować i chodzić koło niej. A jak jakaś jest chętna no to sam widzisz po naszych dziewczętach, że współpraca jest o wiele przyjemniejsza. - jak zwykle o pochwyconej na trakcie dziewczynie nie miał zbyt dobrego zdania. Ale wnioski o przymusowej hodowli jakie wyniósł z obcowania z nią były o wiele mniej optymistyczne niż gdy miał do czynienia z ochotniczkami.
- A teraz, chodź, pokażę ci nasze maleństwa. - znów się rozochocił gdy dał znak aby gość za nim podążył i podeszli do tej trzeciej z cel jaka do tej pory była pusta. Otworzył ją i tam w skrzynkach jakich czasem chłopi używali do wyściełania sianem i aby kury miały gdzie wysiadywać jajka miał okazję podziwiać wydany przez kobiece łona miot.
Gospodarz podchodził do każdej skrzynki i z dumą prezentował te okazy wskazując, że przy każdej skrzynce była mała karteczka z datami, opisem nosicielki, faz rozwoju i tak dalej co wyglądało na to, że ma do tego solidne, naukowe podejście. Zaś w każdej skrzynce był jeden czerw. Pod względem wyglądu chyba nie różnił się za bardzo od tych jakie wydawały na świat zwykłe muchy. Tyle, że był wielokrotnie większy. Chyba pasował to tych opisów jakie jakiś czas temu prezentowała im Merga po przetłumaczeniu zwojów przyniesionych z jaskini Oster. Te co wczoraj wydała na świat Loszka prezentowały się najokazalej. Każda z larw miała ze dwie pięści długości i wielkość takiej średniej ryby. Te co wyszły z łona pielgrzymki, jeszcze w zeszłym tygodniu co tak dumnie Sigismundus obwieścił na ostatnim zborze przeszły już do formy kokonów. Każdy był w małej klatce na gołębie albo króliki ale były faktycznie mniejsze. A jeden czy dwa już przeszły do dorosłej formy. Czyli wyglądały mniej więcej jak całkiem znane na co dzień gzy i muchy. W nieco innych kolorach i proporcjach ale nadal podobne. Tylko oczywiście większe. Podobne wielkością do korpus mew albo gołębi. Ale zdaniem aptekarza powinny jeszcze rosnąć i przechodzić przez kolejne wylinki. A jak wyglądają jako larwy to też miał prawie tuzin sztuk do pokazania. Właśnie te jakie wczoraj wydała na świat Dorna ze swojego łona. Wyglądały jak czerwie ale wielkości dwóch, może trzech pięści. Zwijały się pracowicie okrywając się śluzowatą masą co zapowiadało tworzenie kokonu. Były w różnych odcieniach co wedle zapisków Mergi wskazywało na to która z Sióstr dała im swój pierwiastek. Co było dość czytelne gdy widać było blado zielonkawe, jasno różowe, czerwonawe i niebieskawe mniej więcej w równych proporcjach.
- Zwierzoludzie mają swoje opowieści, historię werbalną. Wydarzenie, kiedy siostry zesłały zwierzoludzi na motłoch i przygarnąć dziecko wiedźmy, musiało zostać zapamiętane. Ich przywódca twierdził, że utrzymują kontakt z jedną kobietą, która od niej się wywodzi. Mieszka w lesie z bandytami. - mnich się chwilę zastanowił nad opisem łon, który przestawił Sigismundusowi - Chyba odwiedzę jeszcze dziewczyny. Może one kojarzą coś podobnego.
Kiedy ujrzał Dornę spokojnie podszedł do mutantki ciepło ją obejmując i całując czoło.
- Jesteś dla nas darem, kochana. Jeżeli będziesz czegokolwiek potrzebować, nie lękaj się zapytać. - ucałował ją jeszcze raz i pozwolił jej w spokoju odpoczywać. Następnie zerknął na Loszkę.
- Trochę mi jej szkoda, nie jest świadoma ważności swego dzieła i poświęcenia. - pogłaskał kobietę delikatnie po policzku - Dziękuję ci. Ojczulek wynagrodzi ci twój trud. - zerknął na końcu na ostatniego pacjenta Sigismundusa - Obawiałem się, że tak to się skończy. Może czas po prostu wsadzić jej te jajka w każdą dziurę i patrzeć jak pęknie? Miot będzie i kłopotu mniej. Do tego, pewnie będziesz mógł z jej truchła zrobić pożywkę dla larw. -
Oryginalny autor: Seachmall
Kiedy ujrzał larwy westchnął radośnie.
- Są piękne i jakie barwne. Siła bogów drzemie w nich. Mogą jedną wziąć do ręki?
- Oczywiście, że są piękne! Najwspanialsze! I pewnie, naciesz się nimi. Póki nie wytworzą kokonu to można je brać i dotykać. Swoją drogą jestem ciekaw czy gdyby im nie dać zrobić kokonu to jak długo można by to odwlekać. Chyba spróbuję tak z jednym czy dwoma maleństwami. To niestety nie jest w tych przetłumaczonych przez Mergę tekstów. Ah, tak wiele chciałbym o tym wiedzieć! I dowiem się, dowiem, mam mnóstwo pomysłów, to dopiero początek nowej, wspaniałej ery. Ah, jak dobrze, że Starszy poparł ten projekt a nie tylko to co od Sorii i jej ladacznic! Sam zobacz, jakie wspaniałe owoce wyszły z tego na świat! Słowo staje się ciałem na naszych oczach! Po tylu mileniach! Szkoda, że nie wszyscy w rodzinie należycie doceniają to wspaniałe dziedzictwo. - Sigismundus wydawał się być wręcz uskrzydlony tymi epokowymi wydarzeniami w jakich brali aktywny udział. Z czułością wziął jedną z larw i podał gościowi sam zaś wziął kolejną i głaskał je troskliwe jak inni głaskali szczenięta psów czy kotów rozczulając się nad nimi. Ale znów zrobił przytyk, że reszta zboru to tak sobie wspiera ten wspaniały projekt. W drzwiach stanęła Dorna i Loszka, obie uśmiechały się ciepło i łagodnie niczym matki obserwujące wizytę wujka u swoich dzieci.
Sama Drona wydawała się ucieszona, że Otto tak miło się z nią obszedł i podziękował. Dała mu się objąć i pocałować w czoło. - Strasznie chciałam jechać z wami na te zabawy ze zwierzoludźmi. Ale wiem, że nie byłoby mnie tak łatwo przemycić, zwłaszcza jak teraz tak wszystko mocno sprawdzają. No i wiedziałam, że termin rozwiązania mi się zbliża ale nie byłam pewna kiedy dokładnie to też nie chciałam ryzykować. Może następnym razem się uda. A dziewczynom możesz powiedzieć, że to nic strasznego. A momentami nawet przyjemne. Zwłaszcza poród. Aż się nie mogę doczekać następnego razu ale Sigismundus mówił, że trzeba poczekać parę dni no to czekamy. - mutantka z kolcami zamiast włosów dodała coś od siebie jak to wyglądało z jej strony i nie brzmiało to jakoś strasznie. Wydawało się, że nawet przeciwnie, miło wspominała tą pseudo ciążę. I była skora na takie zabawy w jakich wczoraj uczestniczyła spora część zboru no ale zdawała sobie sprawę, że bardziej rzuca się w oczy swoją odmiennością niż ktokolwiek inny, choćby jej przyjaciółka z jaskini co miała takie fortunne mutacje, że można było dość łatwo je ukryć. Szaro - zielona cera Dorny z miejsca musiała się wydać podejrzana nie mówiąc już o reszcie zmian jakie ją charakteryzowały.
- A tamta idiotka tak, jej los już jest przypieczętowany. W końcu napełnię ją tak aż pęknię. Będzie miała za swoje. No i przyda się to w sprawdzaniu bezpiecznego limitu jakie można by zasiać w nosicielkę. Wiesz, że jak liczyłem to w przy zasianiu wszystkich dziurek z teoretycznych wyliczeń wynika, że można by zalać każdą nosicielkę około pół tuzinem porcji? Całkiem sporo jak na jedną nosicielkę. Można by spróbować. Zwłaszcza jak Merga zostawiła nam tą maść maskującą. Dorna miała przez dwa dni w sobie cztery dawki, dwie z przodu i dwie z tyłu. I jak widzisz jakoś to przeżyła szczęśliwie. Więc to całkiem możliwe z tymi wyliczeniami. Jeszcze potrzebuję badań ale w łono to myślę, że dwie lub trzy dawki to można by władować na raz i z maścią Mergi albo może i bez nadal to powinno być bezpieczne a może nawet i dyskretne. I na tej idiotce zza ściany zamierzam to przetestować. A w końcu się jej pozbędę. Ale jeszcze nie teraz. Na razie mamy za mało nosicielek aby wybrzydzać i grymasić. Każda dziura jest cenna, że tak powiem. No to jeszcze pożyje. - gospodarz głaszcząc jednego z zielonkawych czerwi dał wyraz swoim planom jako uczonego i hodowcy tych nietuzinkowych okazów. Więziona w celi kobieta uzbierała sobie sporą dozą jego niechęci ale na razie priorytetem dla niego było uzyskanie jak największej ilości miotów to nawet ją był gotów poki co oszczędzić.
- I jakaś kobieta co ma takie ciekawe znamię mieszka z banitami w lesie i koleguje się ze zwierzoludźmi? Brzmi mi trochę jak jedna z ladacznic. Ale jakby udało się ją pozyskać dla hodowli to oczywiście będę bardzo kontent. Zresztą z każdej nosicielki będę bardzo kontent. Tylko sam widzisz ile tu mam zajęcia. Nie mogę się stąd ruszyć. A jeszcze przecież mamy w planie te przenosiny do jaskini Oster. Nie wiem kiedy się za to zabiorę. Dobrze, że Dorna i Strupas mi tu bardzo pomagają. Nie poradziłbym tu sobie sam z tym wszystkim i jeszcze z prowadzeniem apteki. Więc na mnie raczej nie licz w jakichś wyprawach do lasu. - Sigismundus wolną ręką wskazał na tą całą piwnicę i w górę ku parterowi tego domostwa aby dobitnie nakreślić ogrom zadań i pracy jakie go wiążą na miejscu mocno ograniczając inne jego aktywności. Loszka miała mentalność domowego zwierzęcia więc trudno było ją gdzieś posłać z jakimś zadaniem a Dorna za bardzo rzucała się w oczy aby swobodnie czuć się w mieście. Do wszystkich innych zadań pozostawał aptekarzowi tylko śmierdzący garbus co też mocno ograniczało mu pole do działania na rzecz reszty zboru.
Otto delikatnie podniósł jedną z larw i położył ją płasko na dłoni, delikatnie głaszcząc jej "grzbiet". Czerw miała zielonkawy kolor, jasno pokazując esencję Oster przepełniającą jej malutkie ciało.
- Tyle wspaniałych rzeczy zrobisz na tym świecie, moje maleństwo. - Otto spojrzał na Dornę - Na pewno będzie ku temu okazja. Jestem prawie pewny, że zawarliśmy z plemieniem Gnaka. - zerknął na Sigismundusa, kiedy coś mu się przypomniało, nie przestając głaskania larwy - Nie pamiętasz, czy zwoje wyjaśniały jaki wpływ ma esencja sióstr na dorosłe okazy? Na przykład czy muchy przepełnione oster nie będą roznosiły darów Ojczulka, a te od Krwawego nie będą wywoływać morderczego szału? A co do tej kobiety, najwyraźniej pokłada się z nimi, ale nie przekreślaj jej jeszcze. Może być oddana wszystkim siostrom, więc i tobie będzie miła.
Mutanka uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak zgody biorąc tą obietnicę Otto za dobry omen. - Byłoby miło. I tak się cieszę, że mnie przyjmują tam u Pirory. Na początku trochę się bałam, że tylko Lilly będzie się do mnie odzywać i w ogóle. Ale nie. Wszyscy tu są dla mnie bardzo mili. - Dorna odparła jakby pomimo zapewnień swojej kamratki z jaskini miała jednak wątpliwości jak ją przyjmie zbór Starszego z odległego miasta. Chyba jednak się przekonała, że spotkało ją całkiem ciepłe przyjęcie i to nawet za zamkniętymi drzwiami loszku rozkoszy averlandzkiej szlachcianki.
- Tak, właśnie… Czasami są nawet przydatne te nasze ladacznice… - aptekarz skinął swoją byczą głową jakby trochę go zaskoczyło takie wyznanie swojej nowej i to tak uzdolnionej pomocnicy.
- A w ogóle to nie. Nie, nie Otto, mnie naprawdę nie interesuje z kim one się pokładają. Albo ktokolwiek inny. Czy ze sobą nawzajem czy ze zwierzoludźmi, czy jeszcze z kimś no niech im dobrze i im się szczęści. To co mnie boli to to, że na nosicielki najlepiej nadają się kobiety a sam wiesz, że mamy ich w rodzinie całkiem sporo. A jeszcze są te od tego grubego ze sklepu. No i żadna nie chce powiedzieć “tak” dla tego zbożnego dzieła. I to mnie boli Otto, to mnie właśnie boli. Albo, żeby chociaż jakieś zastępstwo znalazły. Jak Onyx tą swoją ladacznicę. A w ogóle to skąd wiesz, że ona ją zasiała? Byłeś przy tym? Może tak tylko gadała? Powiem ci, że ja to im trochę nie ufam w te ich słodkie uśmiechy i gładkie słówka. Jakbyś trafił na jakąś do zasiania to wolałbym, żebyś sam to zrobił albo jakoś przyprowadził ją tutaj. Bo jakoś nie mam wiary, że one zrobią wszystko jak należy i czy w ogole… - grubas westchnął gdy znów zżymał się, że na całkiem spore stadko nosicielek jakie mieli w rodzinie jak na razie żadna nie zgodziła się na tą zaszczytną w jego oczach rolę.
- Ale mnie to Lilly powiedziała o tych larwach Oster. Przyszła do nas do jaskini i mi powiedziała. - Dorna przypomniała gospodarzowi, kto ją tutaj ściągnął w roli nosicielki. Ten przewrócił oczami i pokręcił głową.
- No dobra, no to Lilly i Onyx znalazły kogoś na zastępstwo. Ale to wciąż mało. A sami wiecie jak to one się ciągle przechwalają z kim to znów nie wskoczyły do łóżka. I to nie wiem czy nie częściej z jakimis kobietami niż kimś innym. Dobra, mniejsza z tym. - aptekarz widocznie mial w tej materii spory niedosyt jaki łatwo wylewał się żółcią złości i żalu przy każdej okazji dotyczącej hodowli jaka od paru tygodni tak go poróżniła z dwórkami Sorii.
- Pytałeś o te cudeńka. - uśmiechnął się na swoich mięsistych wargach wskazując na trzymane larwy. A te były specyficzne. Jak kogoś nie brzydził ich widok to mogło to być nawet przyjemne. W dłoniach miało się obły, dość ruchliwy kształt podobny do krótkiego węża albo ryby. Miękki w dotyku i ciepły. Na ciężar też przypominał średnią rybę czy małego ptaka bo i na wielkość wydawał się podobny. A aptekarza rozczulało to jak ten kształt wił się w dłoniach jakby węszył czy próbował otaczające go dłonie czy powietrze.
- Tak, potem z opisu wynika, że one mniej więcej są takie same ale kolorem i właściwościami różnią sie między sobą. Zresztą zobacz tutaj. - odłożył swoje maleństwo do przygotowanej skrzynki a sam złapał za klatkę i podniósł ją aby Otto mógł się lepiej przyjrzeć.
- Widzisz? Ten jest od Oster a ten od Norry. Widać po kolorze. I na grzbiecie mają takie plamki, tuż gdzie zaczynają się skrzydełka. Widzisz? O tym nic nie ma w zapiskach ale trochę to podobne do symboli ich patronów. Zobaczę jak to będzie wyglądać jak będzie ich więcej bo na razie mam tylko te dwa do sprawdzenia. - z pasją uczonego gospodarz tłumaczył detale tych wielkich much. Bo każda z nich była wielkości gołębia albo mewy co nie zdarzało się w naturze. Ale kolorem chociaż przede wszystkim były w ciemnych barwach to odcienie miały albo zgniło zielonkawe albo nieco krwiste. Podobnie zresztą jak czerwie.
- A i ukąszenia przynoszą inny efekt. Te od Oster wywołują zatrucie i gorączkę, te od Norry krwawy szał berserkera, te od Soren napady ekstazy a te od Vesty czynią obłąkanych a czasem i mutacje. Każdy rodzaj coś innego. No i im większy okaz tym ma więcej jadu i silniej to wszystko działa no ale tych dużych jest mniej w miocie i wolniej dojrzewają. A jak mniejszy to na odwrót. Ah, jak się nie mogę doczekać aż je wypuścimy na miasto! Ale będzie zabawa! - uczony z lubością opowiadał o tym jak działa który rodzaj much a myśl, że wkrótce będą mogli użyć tego błogosławieństwa jakie Siostry zostawiły w spadku swoim wyznawcom doprowadzała go do euforii.
- Sigismundusie, proszę. Czemuż Onyx miałaby mnie okłamywać? Wierzę, że jej koleżanka pozwoliła się jej zapłodnić. A co do ich niechęci… - zastanowił się chwilę - Rozmawiałem z Heinrichem dziś rano, byłem razem z nami na tej zabawie, ale nie brał udziału w zakończeniu. Zapytał mnie jak ma pogodzić fakt, że jest chaosytą z odrazą do tego co widział. Odpowiedziałem jemu, to samo co powiem teraz tobie. "To nie twoja bajka, nie twoje zainteresowania. Nie udawaj przed sobą, że musisz lubić wszystkie zwyczaje Wielkiej Czwórki". To samo tyczy się naszych ladacznic, o ile faktycznie cel zbożny, jest to typowy eksperyment Ojczulka. Nie widziałem ciebie na orgii poświęcającego się dla dobra zboru. - ton mnicha nie był oskarżający, bardziej opisywał sytuację - Cieszy mnie, że próbujesz się dziewczynom przypodobać, ale zrozum. Dla nie nurglity, prosisz o coś… obrzydliwego, chorego i potencjalnie szkodliwego. - mnich westchnął - Dlatego pytałem o szczegóły wpływu hodowli na nosicielkę. Czy larwy uszkadzają łono, czy wywołują ból lub inne niedogodności? Chciałbym sprzedać im jakoś wzięcie w tym udziału, ale trudno mi opisać łajno, jako coś innego niż łajno. Potrzebuję czegoś, aby je przekonać.
- No to sam widzisz, że nic im nie jest. - gospodarz wskazał brodą w kierunku dwóch stojących w drzwiach nosicielek. Ta świadoma otoczenia, z kolcami zamiast włosów pokiwała głową na znak potwierdzenia.
- Pod koniec długo się siedzi w wychodku. I trochę to męczące. Ale to tylko dwa, trzy dni, da się przeżyć. - odparła Dorna głaszcząc dłonią swój brzuch. Jak się tak na nią patrzyło z zewnątrz to pomijając jej oczywiste mutacje to nic nie wskazywało, że nosi w sobie jakieś obce życie nieludzkiego pochodzenia.
- No właśnie. Sam widzisz. Da się przeżyć. Co więcej trochę się zdziwiłem jak to nasza kochana Dorna opisywała ale wygląda na to, że może to być nawet przyjemne dla nosicielki. Przypuszczam, że to może być wpływ Soren albo jej pierwiastka. Jak rozmawiałem z Mergą to mówiła, że każda z Sióstr chciała udowodnić pozostałym, że jest od nich lepsza. I nasza rogata wyrocznia uważała, że Oster nie napisała tego wprost ale te liczne wzmianki i płodności co sprzyjają… no cóż… płodności. Czyli aby te maleństwa rosły silne, duże i jak najwięcej no to właśnie sprzyjają płodne kobiety, w płodne dni i Merga zastanawiała się czy nie chodziło o Soren bo przecież jej patron jest patronem płodności. Przynajmniej tam u nich w Norsce. Więc sam widzisz, że to może być i dla nich całkiem interesujący eksperyment. - uczony nurglitów chętnie zaczął tłumaczyć swoje racje. Odłożył klatkę z dwoma prawie dorosłymi muchami z powrotem na miejsce nie przerywając artykuowania swoich argumentów.
- A Onyx no być może, być może… Po prostu czułbym się pewniej jakby ty czy ja byśmy przy tym byli a najlepiej zrobili to sami. Nie mam do nich za bardzo zaufania. A jak wyrzuciła te strzykwy albo coś sknociła? A jeśli nawet zrobiła jak mówi jak ta jej koleżanka spanikuje i pozbędzie się tych maleństw? Przecież widzisz jakie po urodzeniu są słodkie, słabe i bezbronne. No ale jak mówisz, że jej ufasz no dobra, niech będzie. Jak nie pokaże chociaż jednego okazu co z niej wyszedł to więcej jej nie dam. - rzekł dość ugodowym tonem jakby nie chciał zaczynać o to sprzeczki ale widocznie miał ograniczone zaufanie do koleżanki ladacznicy jakiej nigdy nie widział na oczy, że zrobi to co obiecała.
- Mam nieco zapasu to tak na próbę mogę na sztukę poświęcić dwie czy trzy strzykwy no ale chcę widzieć z tego owoce. Najlepiej o takie. Ale nie mam ich aż tyle aby je rozdawać na prawo i lewo. Swoją drogą to kolejny powód dla jakiego wkrótce trzeba będzie wrócić do jaskini. Poruszę ten temat na następnym zborze, mam nadzieję, że mnie poprzesz a Starszy się przychyli do tej prośby bo jak ci mówię, za mało nas przy tej hodowli i trudno nam się zająć czymś jeszcze. Ale mimo wszystko przyczyniliśmy się do wspólnej sprawy jak robiliśmy tą świątynię ostatnio to Strupas z wami też był. Mam nadzieję, że inni o tym nie zapomną. - przez aptekarza znów przemawiał ledwo przykryty żal, że poza rozmówcą zbór okazuje mu takie słabe wsparcie w tym i innych projektach jakimi się tu zajmował.
- A, że obrzydliwe no to rozumiem, rozumiem, nie każdy ma aż tak otwarty umysł aby dostrzec mądrość i piękno w zamysłach i naczyniach Ojczulka. Szkoda. I dlatego no nie gadaj, dałem im spokój, nie nachodzę ich i nie proponuję. Z tobą wiem, że mogę o tym porozmawiać to mówię ale do nich się nie odzywam. Przecież mówię, że nie zależy mi z kim i gdzie się pokładają i w ogóle co robią. A co mogę to pomogę. Zawsze przecież mówię, że jakby ktoś z was potrzebował czegoś z apteki to wystarczy powiedzieć co i jak dam radę to przygotuję. - pod koniec uderzył już w całkiem ugodowy ton dobrego choć nieco ekscentrycznego wujaszka przypominając, że stara się jak może aby nie zrażać do siebie i swoich praktyk reszty rodziny, zwłaszcza dziewcząt zgrupowanych ostatnio wokół Sorii. Niestety w praktyce średnio to wychodziło bo na tym polu sytuacja między nimi była od pierwszego spotkania dość podminowana i niewiele było trzeba aby iskra gniewu czy pretensji wywołała kłótnię między nimi.
- Porozmawiam z nimi, może coś uda się ugrać. - mnich wręczył aptekarzowi, trzymaną przez siebie larwę - Opiekuj się maleństwami, w między czasie… chyba pora zacząć szukać nowych nabytków do zboru. Może jacyś koledzy Strupasa byliby chętni?
- No to porozmawiaj. Albo nie. Sam już nie wiem. Wiem tylko, że trzy nosicielki nie dadzą nam zbyt wielkich plonów w ciągu nadchodzących dwóch tygodni. A pomysłów padło sporo ale jak się za nie weźmiemy to samo się nie zrobi. Bo to czyny, czyny popychają tą sprawę do przodu, bez czynów, samym gadaniem, wiele się nie zdziała. - odparł nieco melancholijnym tonem i zdawał się być przygaszony niezbyt wesołymi rokowaniami swojego ulubionego projektu.
- A z nowymi to nie tak łatwo. Obaj ze Strupasem jesteśmy uwiazani tutaj i niezbyt mamy czas na coś więcej. Sam widziałeś jak musieliśmy się gimnastykować aby jeden z nas mógł wziąć udział w zrobieniu tej świątyni. - pokręcił swoją bycza głową na znak, że niezbyt ma ochotę, czas i możliwości aby jeszcze rozważać czy ktoś mógłby nadawać się na nowego członka zboru.
- Ale jakoś sobie poradzimy. A coś poza tym chciałbyś od wujaszka Sigismundusa? - machnął ręką, westchnął odpychając troski i spróbował uderzyć w weselszy ton rozmowy.
- Chciałem sprawdzić, jak ma się hodowla. I przekazać czego się nauczyłem. - chwilę się zastanowił - Na razie to tyle, nie będę już zabierał ci czasu. Muszę przygotować się do powrotu do "normalności".
- Chciałem sprawdzić, jak ma się hodowla. I przekazać czego się nauczyłem. - chwilę się zastanowił - Na razie to tyle, nie będę już zabierał ci czasu. Muszę przygotować się do powrotu do "normalności".
Mnich spokojnie wrócił do domu. Zakupił po drodze jedzenie i postanowił nie opuszczać mieszkania do następnego dnia. Przez chwilę zastanowił się czy nie odwiedzić Pirory i reszty przyjęcia, ale postanowił, że wszystkim należy się odpoczynek od spraw kultu i religii.
No oczywiście nie jemu. Po zjedzeniu posiłku przysiadł do swojej księgi.
Najwięcej postępu miał z Morrem, więc postanowił wrócić do Pana Snów.
Strona na której zaczynał się jego segment była już prawie wypełniona, no prawie. Zawierała wszystkie elementy, które pamiętał. Imiona; Tytuły; Domena; Symbol; Relacje; Dogmat; Historia. Uzuepłnił stronę o te informacje, które pamiętał i całość wyglądała składnie. Zaczął ostatnio rysować obramówkę na portrecik Boga Śmierci. Ciągle nie mógł się zdecydować co do tytułu. Umoczył piórko w kałamarzu i wrócił do pracy. Może do przyszłego lata uda mu się wypełnić podstawowe rzeczy. Musiał ciągle odkryć, jakaż to Prawda, przekonała jego i jego braci o słuszności Wielkiej Czwórki.Wieczorem odłożył księge na swoje miejce i udał się na spoczynek. Jutro będzie musiał udać się do hospicjum oczywiście, dość urlopu. Później odwiedzi chyba Fabienne, chciał się upewnić w jakim stanie jest Herold Nory.
Potem, jeżeli czas pozwoli, odwiedzi Pirorę i Lady Sorię, może uda mu się z nimi natrafić na jakiś szlak co do potomka wiedźmy. -
Oryginalny autor: Lord Melkor
Marktag, popołudnie, rozmowa u Pirory.
- Dziękuje, czuje się… całkiem dobrze właściwie - Joachim nieco zmieszał się na pytanie Sorii.
- Zmęczyłem się trochę wczorajszej nocy, ale myślę, że było warto i ceremonia zakończyła się pełnym sukcesem, prawda? Więzy naszego Zboru z tym plemieniem stają się coraz mocniejsze, prawda? - kontynuował, starając się nie rumienić zbytnio.
- Mam wrażenie, że chyba się nikt się nikt nie uskarżał na to spotkanie. - milady siedząc na swoim ulubionym, ozdobnym krześle w rogu salonu rozejrzała się pytająco po zebranych uczestnikach wspomnianej zabawy. Od koleżanek ze zboru nad jakimi objęła patronat rozeszły się wesołe śmiechy i uwagi więc nie wyglądało aby poza oczywistym przy takiej intensywności zapoznawania się zmęczeniem któraś nie miała ochotę na powtórne spotkanie przy najbliższej okazji.
- No właśnie. I chyba z Gnakiem i jego kolegami powinno być podobnie. I dobrze. Niech roznoszą wieści o chętnych samicach co się z nimi pokładają i sojusznikach w mieście co też oddają cześć Wielkim Siostrom to wieść powinna się rozejść po leśnych plemionach. Mam nadzieję, że tak się stanie. To może przy następnym spotkaniu przybędzie jeszcze liczniejsze grono. - ciemnowłosa siedziała na swoim krześle niczym na tronie i wydawała się uważać, że spotkanie poszło po jej myśli a do tego było bardzo satysfakcjonujące. A jej dwórki czy to z portowych tawern czy szlacheckich salonów też wydawały się cieszyć na myśl o kolejnych spotkaniach takich jakie skończyli dziś nad ranem.
- Tak, myślę, że następnym razem przyjdzie im więcej, nie będą w stanie oprzeć się waszemu urokowi moje Panie - uśmiechnął się czarodziej.
- Oby tak dalej - musimy kontynuować nasze poszukiwania artefaktów Sióstr a wtedy nic się nam nie oprze - zaczął obracać w dłoni swój amulet, zastanawiając się nad dalszymi planami.
- Czy Froya wspominała coś może o tej wyprawie na bagna? - nawiązał do wcześniejszego tematu?
- Nie, jakoś nie przypominam sobie aby mówiła coś w tym temacie. - odparła wężowa milady po niemej konsultacji z dwoma szlachciankami jakie w dzień towarzyszyły jej na tym artystycznym plenerze malarskim. Te jednak po chwili zastanowienia pokręciły głowami, że też nic nie kojarzą w tym temacie.
- Miałyśmy o czym rozmawiać. O sztuce, o malarstwie, o teatrze, o miłostkach, nawet o was jak Froya opowiadała jak was spotkała przy wyjeździe z miasta. Ale o żadnych bagnach to nie przypominam sobie aby ktoś, coś mówił. - Pirora potwierdziła słowa swojej patronki nakreślając panoramę zwyczajowych tematów jakie dominowały wczoraj wśród szlachetnie urodzonych dam.
- A w sprawie dziedzictwa Sióstr ja liczę, że nasza słodka Marisska zaprowadzi nas do Jaskini Miłości mojej matki. Więc mam nadzieję, że wkrótce do nas dołączy aby mogła nas poprowadzić. Ale jak to mawiała Merga to Siostry kontaktują się z nami i nie tylko z nami, poprzez sny więc należy zwracać uwagę co się komu śni. Zwłaszcza jak mówi o nietypowych snach. Zgaduję, że gdyby komuś patronowała moja matka to byłyby bardzo nieprzyzwoite sny. - Soria widocznie nie wykluczała znalezienia dziedzictwa innych Sióstr ale oczywiście najbardziej ją interesowało to co pozostawiła po sobie jej matka.
- Hm, a Froya wspomniała coś ciekawego na nasz temat po tym spotkaniu? - zaciekawił się Joachim.
- Zaś co do Marissy, to rozumiem, że udało się ją już wydostać z przytułku? Macie jakieś podejrzenia co do kierunku w którym owa Jaskinia Miłości się znajduje? - Czarodzieja bardziej interesowało dziedzictwo innej z Sióstr, ale stwierdził że może warto podejść do sprawy dyplomatycznie i wykazać zainteresowanie.
- O ile mi wiadomo to Otto się zajmuje tą sprawą. - milady spojrzała pytająco na blondynkę z Averlandu.
- Tak, Otto, w końcu tam pracuje. I czekają na jakieś zezwolenie z Saltburga czy coś takiego. Ale jestem dobrej myśli. Właśnie przypomnieliście mi, że mam tego swojego amanta do odebrania z hospicjum bo mi list przyszedł w Wellentag ale sami wiecie co się u nas działo. - Pirora pokiwała głową i obie wydawały się być w miarę spokojne jeśli chodziło o wydostanie pacjentki z hospicjum. Zwłaszcza, że nie był to ich pierwszy sukces na tym polu.
- Więc jak będziemy mieli naszą słodziuktą Marisskę kto się popytamy jej o tą Jaskinię Miłości. Domyślam się co to może być bo moja matka często jak gdzieś zatrzymywała się na dłużej wiła sobie takie gniazdka. Ale nie mam pojęcia gdzie może być w tej okolicy. Jak nam Marissa nie pomoże trzeba będzie skoncentrować się na snach. Zwłaszcza tych nieprzyzwoitych i tam szukać wskazówek. Albo poszukać miejsc o skandalicznej reputacji bo takie gniazdko miłości na pewno może wpływać na śmiertelników przebywających w pobliżu. - Soria wydawała się mieć zalążek alternatywnych planów gdyby coś z przewodnictwem pacjentki hospicjum poszło nie tak. I popatrzyła tak na Joachima jak i resztę swoich gości aby dać im znać, że powinni mieć takie rzeczy na uwadze. Pirora i jej koleżanki pokiwały twierdząco głową na znak zgody.
- A co do Froyi to tylko wspomniała o spotkaniu przy bramie i nie dywagowałyśmy na ten temat. Nie chciałam aby ktoś zwrócił większą uwagę na ten detal niż potrzeba. - ciemnowłosa szlachcianka dała znak, że widzi sensu aby ciągnąć ten temat.
Czarodziej skinął głową.
- Tak, Merga też wspominała, żeby zwracać uwagę na sny, one zawierają wskazówki. One zaprowadziły mnie też w stronę dziedzictwa Vesty i pomogły zlokalizować artefakt w Akademii.
- Otóż to. Zew istot tak potężnych jak Siostry jest bardzo silny na śmiertelników więc nie tylko my, co o nich wiemy i je wyznajemy możemy je odbierać. Także nasi wrogowie albo osoby w ogóle nie zainteresowane podobnymi sprawami. Chociaż w przeciwieństwie do nas dla innych mogą być to słabo zrozumiałe majaki. Choćby jakby Marissa co śniła o pająkach, sieciach i pięknych królowych. Bez kontekstu może być to trudne do zrozumienia ale nie można tego wykluczyć. No i zapewne każdy śmiertelnik najbardziej podatny powinien być na zew tej Siostry jaka jest najbardziej zgodna z jego naturą i charakterem. Ale tak, musimy mieć na uwadze te sny i własne i innych. No i wszelkie plotki o różnych nieprawidłowościach, tajemniczych zjawiskach, anomaliach i tak dalej. Przecież póki ja nie spotkałam was to też tu po wybrzeżu grasowała jakaś syrena co bałamuciła rybaków i ich porywała w morskie odmęty prawda? I właśnie tego typu rzeczy musimy wypatrywać. - nadnaturalny herold jednej z Sióstr przypomniała reszcie zgromadzonych kultystów, że choćby na paru przykładach jakie osobiście mieli do czynienia, że oddziaływanie Sióstr może być na pierwszy rzut oka pozornie nie rozpoznane i niezrozumiałe, łatwe do pomylenia z innymi codziennymi czy mniej codziennymi plotkami na jakie trafiali każdego dnia.
Joachim spędził jeszcze trochę czasu rozmawiając z dziewczynami. Był raczej zadowolony z przebiegu zdarzeń, chociaż z drugiej strony miał wrażenie że z trudem za nimi nadąża. Chociaż powtarzał sobie wciąż, że jego Patron jest panem zmian i chaosu, więc podążając za jego sprawą spokoju na pewno nie mógł oczekiwać.
Było ewidentne, że Kult rósł w siłę i że przed nim też otwierały się nowe możliwości, zarówno mistyczne (będzie musiał poćwiczyć jeszcze przywoływanie i komunikację z chowańcem) jak i w świecie doczesnym. Ale musiał się teraz mocno skoncentrować na sprawie dziedzictwa Vesty. W związku z tym chciał zwołać spotkanie w sprawie włamania się do Akademii, które planował. Zaprosił Heinricha, Otta, Tobiasa, Łasicę, Burgund i Silnego oraz oczywiście innych jeśli byli zainteresowani. Zaproponował ranek albo wieczór następnego dnia u siebie.
Planował też sprawdzić co u chłopaka z zakładu dla obłąkanych którego dotknął Pan Przemian, pamiętał jego ostrzeżenia oraz odwiedzić Barona Wirsberga - chciał opóźnić jego wyprawę na bagna żeby móc wcześniej zdobyć "światło". No i dawno też nie stawiał wróżby - jeśli gwiazdy pozwolą, chciał zrobić to przed pójściem spać w intencji akcji w Akademii i jej przeprowadzenia w tym tygodniu.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 37 - 2519.07.15; bkt; ranek - przedpołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
Czas: 2519.07.15; Backertag; ranek - przedpołudnie
Warunki: stołówka, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, b.sil.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto
O ile po przygodach ostatniej, intensywnie spędzonej nocy młodemu mnichowi zasnęło się gładko to wstawało się bardzo opornie. Miał uczucie, że ta intensywna przygoda jaką przeżył z bezimiennym, kopytnym partnerem teraz zdradza swoje owoce w zesztywniałych członkach i całym ciele. Zapewne też spanie na trawie czy wewnątrz wozu jaki stał pod chmurką w czasie porannego deszczu też pewnie nie pomogło. Był młody i krzepki to wczoraj jeszcze jak to wszystko było na świeżo to jeszcze jakoś się trzymał zwłaszcza, że miał na osłodę przyjemne wspomnienia. Zresztą podobnie jak koleżanki. One nie ograniczały się tylko do jednego partnera to zapewne im się też nie wstawało lżej niż jemu dzisiaj. No ale jakoś wstał. Musiał się znów pojawić w hospicjum.
Jak już wstał to ciało jakoś powoli wracało do znajomych ruchów jak na nowo naoliwiony mechanizm co z wolna zaczyna znów kręcić zardzewiałymi i zapiaszczonymi trybami. Z początku powoli, ząbek za ząbkiem ale w końcu udało się wrócić do mniej więcej normy. Gdy już wyszedł na poranne miasto to to wyglądało jak zazwyczaj po dniu targowym. Było chłodno ale widocznie w przeciwieństwie do poprzedniej nocy czy świtu nie padało więc nie było nowego błota u kałuż. Idąc przez Dzielnice Centralną dojrzał w paru miejscach świeżo rozlepione listy gończe z dwoma kobiecymi podobiznami w charakterystycznych, jasnych czepkach. Widać władze poszukiwały dwóch oszustek podejrzanych o tą straszną, zuchwałą zbrodnię na największym w mieście domu bożym. Chociaż facjaty na portretach były dość uniwersalne i nie był pewny czy sam gdyby nie znał sprawczyń tego heretyckiego czynu czy by dał radę je rozpoznać.
Gdy przekroczył drzwi frontowe hospicjum brat recepcjonista posłał mu nieco zdziwione i przydługie spojrzenie.
- Gdzie byłeś? Przeor chce cię widzieć. - zagaił go ledwo jednooki wszedł do recepcji. Nie żartował. Gdy tylko Otto zjawił się u przeora ten od razu uniósł ręce do góry.
- No nareszcie! Gdzie byłeś synu? - zapytał w ramach powitania jakby też nie mógł się doczekać aż ten którego ostatnio koledzy podejrzewali o bycie jego ulubieńcem wreszcie się zjawił w miejscu pracy.
- Straż tu była i pytała o ciebie. Ponoć jakoś rekomendowałeś te dwie heretyczki z Saltburga co zniknęły zaraz po tej strasznej zbrodni? Niewiarygodne! Straszne! A potem jeszcze i ty zniknąłeś a oni tu przychodzą codziennie i ciebie nie ma i nie ma i w domu twoim byli i też mówili, że cię nie ma! Straszne! To nie wygląda dobrze mój chłopcze, leć do nich do komendy w ratuszu i wytłumacz im to nieporozumienie! Straszne, straszne co się teraz dzieje na tym nieszczęsnym świecie, żadnej świętości ci bandyci nie uszanują! - przeor Bernard był mocno przejęty, może nawet nieco przestraszony zwłaszcza jak zniknięcie Otto zaraz następnego dnia po obrabowaniu świątyni Mananna musiało wyglądać podejrzanie. A kolejne wizyty strażników świadczyły, że bardzo im zależy na tym aby sobie z nim porozmawiać.
No ale, że była już pora śniadania to przeor zgodził się aby już został i zjadł coś i nie leciał na głodniaka. Jednak na stołówce panowała dość standardowa atmosfera. Jednak albo jednookiemu się wydawało albo braciszkowie coś nie kwapią się aby się do niego odezwać a za to często mu się przypatrują. A może nie? Może tylko mu się tak wydawało?
W każdym razie nie usłyszał plotek o jakichś napadach szału czy bieganiu nago więc chyba te dwa dni co go nie było tutaj obyło się bez takich ekscesów. Chociaż rzucił mu się w oczy Thorn. Widocznie już skończył swoją odsiadkę w swojej samotni. Czy decyzja o tym aby go uwolnić i przejść na służbę Pirory miała z tym coś wspólnego czy nie tego nie wiedział. Ani nawet czy ktoś brutalnemu pacjentowi powiedział o tej decyzji. Averlandka wróciła do miasta wczoraj w południe i może nie miała jeszcze głowy czy czasu aby się zgłosić czy posłać kogoś po swojego nowego służącego. A dzisiaj dopiero ranek się zaczynał kończyć to też jeszcze była dość wczesna pora jak na szlachetnie urodzone osoby.
Zaś po śniadaniu stołówka szybko opustoszała. On właściwie powinien się już szykować aby pomaszerować do ratusza i tam straży wyjaśnić to co chcieli wiedzieć ale na miejscu została znajoma dwójka. Marissa wyglądała w tym duecie jak starsza siostra co wydaje młodszemu bratu polecenia co teraz ma pozbierać ze stołów czy zanieść do kuchni. I dość dziwnie czy zabawnie to wyglądało jak Greg, na oko był w wieku jej ojca ale mina wioskowego głupka mogła wyjaśnić czemu to tak wygląda.
- Dawno cię u nas nie było Otto. Zwykle opuszczasz nas tylko w Festag. Cieszę się, że cię widzę cało i zdrowo. Jakieś plotki słyszałam, że uciekłeś z miasta i jesteś zamieszany w kradzież z tej świątyni. Byłabym niepocieszona gdybyś mnie tu zostawił samą. Jestem przy nadziej, że dzięki tobie spotkam się z moją Pajęczą Królową i będziemy się kochać i będe jej służyć. - powiedziała do niego trochę niby naburmuszona ale w taki jawnie żartobliwy sposób. I chyba też szczerze martwiła się o jego los.
- Niee. Przecież ci powiem wczoraj, że wrócił cały i zadowolony. I reszta też. Dużo dzieci nam wkrótce przybędzie w rodzinie, obfita to zabawa była no ale teraz go szukają i chmury ma nad głową, dużo sprzeczności musiał to im wyjaśnić, też ci to mówiłem. Tam gdzie zrobił to dobrze to przeszło i żył dalej a tam gdzie nie to nie. Przecież już wam to mówiłem tyle razy. - kolega znów zrobił minę obrażonego prymusa co musi tłumaczyć mniej uzdolnionym kolegom i koleżankom jakieś oczywiste dla niego rzeczy. Marissa popatrzyła na niego uważnie z miną sugerującą, że znów nie wie jak powinna traktować słowa kolegi pacjenta o charakterze małego dziecka w ciele mężczyzny który mógłby być jej ojcem.
- Jakieś dzieci z tego będą? No, no, Otto, widzę, że się działo. Szkoda, że mnie tam nie było. Mam nadzieję, że to nie jest ostatni raz i mi też się uda tak zabawić. A moja pani tam była? I lady Soria? Ah, jak się nie mogę doczekać aż stąd wyjdę i wreszcie będziemy razem! - kasztanowłosa w szorstkim, prostym habicie który nadal drapał jej młode ciało zaciekawiła się tym lubieżnym wątkiem jaki od razu przypadł jej do gustu. No i była ciekawa tych szlachcianek jakie poznała i tak już do nich tęskniła przez mury bo wydawały się bliskie sobie sercem i zainteresowaniami.
- Nie, nie, ty teraz to nie. To wcześniej było jak wyszłaś z hospicjum. Wtedy się łajdaczyłyście na całego a twoja pani z radością będzie ci służyć. Ona zawsze lubiła służyć podlejszym od siebie zwłaszcza jak mieli silny charakter. Albo ich lubiła. No a potem to było dużo łajdaczenia się no chyba, że była jakaś wpadka wtedy do kazamat na przesłuchanie no i wiadomo, krwawa śmierć w trakcie albo stos no i wtedy to może nam zagrozić dlatego wiele zależało od tego co on pogadał ze strażnikami, przecież już wam tyle razy to mówiłem jak dobrze zagadał to było dobrze a jak nie no to nie i zaczynały się trudności a to dobrze było wyprostować bo potem są mniej pobudzeni jak będą inne hece wychodzić to wtedy łatwiej a jak są czujniejsi to trudniej. A co z tym? - dojrzały wiekiem pacjent mówił monotonnym głosem jakby to była jakaś tam historyjka jaką już znudziło mu się opowiadać po raz nie wiadomo który to samo kolejnej osobie. Na koniec zapytał na gliniane wazy w jakich była rybna zupa chcąc wiedzieć gdzie ma je zanieść czy tam gdzie odstawiali brudne naczynia czy od razu do kuchni. Koleżanka trochę się zająknęła znów nie mając w pierwszej chwili pojęcia jak zareagować na jego poplątane słowa a w końcu ocknęła się wskazując mu na kuchnię gdzie miał zanieść te wazy.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.15; Backertag; ranek - przedpołudnie
Warunki: sypialnia, ciepło, cisza; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, b.sil.wiatr; nieprzyjemnie (0)Joachim
Sypialnia Joachima była dla niego gościnna, przytulna i cicha jak zawsze odkąd się tu wprowadził parę miesięcy temu. I dobrze. Bo wczorajszych harcach z koleżankami przy zachodnich kamieniach czuł te harce w kościach i członkach. Albo to przez to niewygodne spanie pod chmurką potem. Nawet jak wtedy gdy nad ranem spadł deszcz i przenieśli się pod plandekę wozu albo improwizowane zadaszenie z gałęzi to było ciasno, twardo, chłodno i niezbyt wygodnie. Ale przynajmniej miał dla siebie miłe wspomnienia z tej nocnej zabawy.
Potem jak wrócili do miasta to jeszcze jakoś się trzymał siłą rozpędu. Ale jak wczoraj wieczorem wrócił do siebie no to wreszcie miał okazję wyspać się w ciepłym, suchym i wygodnym łóżku. A jako, że należał do przedstawicieli wolnych zawodów to nie musiał się zrywać z samego rana. i dobrze! Przydało mu się aby odespać to wszystko na spokojnie.
I jeszcze w łóżku, sypialni, przy porannych ablucjach czy śniadaniu miał czas aby podsumować to jakoś i zastanowić się co dalej. Z tego co widział wczoraj u Pirory to koleżanki mimo fizycznych dolegliwości czy wręcz wyczerpania po nieprzespanej i intensywnie spędzonej nocy zdecydowanie uznawały ją za przyjemnie spędzoną, że było prawie pewne, że to raczej początek nowego rozdziału kontaktów z ungorami Gnaka a nie ich koniec. Co więcej pannicom nie uśmiechało się czekać aż cały miesiąc na kolejną pełnię Mannlieba więc w przyszłym tygodniu. Teraz jak miał okazję sprawdzić dokładnie to wypadało to 25-go w Konigstag. Wczoraj nie do końca był pewny czy to raczej w Konigstag, dzień przed czy po. Dziewczęta jeszcze nie były pewne czy spotkanie będzie tak rozkoszne i obfite jak te właśnie zakończone ale obie strony wydawały się być chętne na takie spotkanie. Soria nie ukrywała, że te zaangażowanie jakie dziewczęta włożyły w tą integrację powinno przyciągnąć więcej zwierzoludzi a przynajmniej taką miała nadzieję i ona i one. Niestety kaldenrza ludzi był kopytnym całkiem obcy. Nawet sama idea czegoś takiego była dla nich kompletnie niezrozumiała. Co niejako z góry wymuszało albo umawianie się wedle kwadr Mannlieba którego regularność była czytelna i przewidywalna dla wszystkich albo umawianie się w jakimś miejscu. Na tą drugą opcję jednak nikt z rogaczami nie rozmawiał więc na razie spotkanie znów było wyznaczone przy zachodnich kamieniach.
W sprawie omówienia planów ataku na Akademię wczoraj niezbyt miał z kim rozmawiać. Z interesujących osób jakie zamierzał zaprosić były tylko dwie łotrzyce. Otto i Heinrich odłączyli się od wycieczki jeszcze jak jechali przez miasto a Tobiasa i Silnego w ogóle nie było na tych harcach przy kamieniach i nie widział ich odkąd rozstali się nad ranem po obrabowaniu świątyni dwa, właściwie dzisiaj to już trzy dni temu. Dopiero teraz mógł napisać do nich wiadomość i posłać aby przekazali je adresatom. Z czego do ich łysego mięśniaka nie było co wysyłać pisma skoro podobnie jak łotrzyce był niepiśmienny. One zaś jeszcze wczoraj na Bursztynowej dały mu odpowiedź.
- Wstrzymaj się na razie z tą Akademią. Widziałeś jak gorąco się zrobiło? Szukają nas i jest jak w zimie po zrobieniu kazamat. Tylko teraz nie można zamknąć miasta ani portu. Poczekaj na zbór i decyzję Starszego. On musi dać zielone światło bo to grubsza akcja niż obrabowanie komuś sakiewki na ulicy. - poradziły mu koleżanki ale odkąd zostały zwolnione z codziennego szorowania schodów i podłóg w świątyni to mogły się zająć czymś innym. Chociaż wedle jej rubasznych słów i żartów to najbliższe dni zamierzały spędzić w łóżku aby odpocząć po tych intensywnych figlach z kopytnymi.
Wróżby nie udało mu się wczoraj postawić bo niebo było pochmurne i za mało gwiazd prześwitywało aby było sens się w nie wpatrywać i pytać o radę. Oczywiście można było czekać aż niebo się przejaśni ale tak naprawdę to sen już go zmógł zanim się tego doczekał. Przynajmniej lady Soria się ładnie zachowała bo słysząc, że pyta jej dwórki o tą świątynie też zabrała głos.
- Dziewczęta na razie muszą odpocząć. Ale jak odpoczną to oczywiście nasza rodzina może na nas liczyć skoro co niektórzy z was przyczynili się do naszych sukcesów w zdobywaniu wiedzy o mojej czcigodnej matce. - czerwona milady odezwała się niczym księżna zarządzająca swoim dworem. I widząc taką postawę żadna z jej dwórek nie ośmieliła się jej przeciwstawić nawet jeśli same z siebie niezbyt zdradzały ochotę podążania tropami prowadzącymi do Sióstr ich umiłowanej Soren. Pokiwały głowami, dorzuciły coś twierdzącego i wyraziły ogólne wsparcie.
- I słyszałam Joachimie, że interesujesz się baronem Wirstbergiem. Dobrze, ja też mam do niego sprawę. Ale lepiej aby na razie nie łączył nas ze sobą. Dlatego działaj z nim wedle uznania i na swoją rękę a my będziemy działać po swojemu. Może komuś z nas uda się od Herr barona dowiedzieć coś ciekawego. Albo nakłonić do czegoś. Przed wyjazdem Pirora wysłała mu bilecik i widzę, że przysłał odpowiedź proponując spotkanie w “Skrzyżowanych kluczach”. Ale to my a ty działaj w swoim zakresie. - poinformowała go córka Soren też wczoraj gdy jeszcze wizytował w salonie averlandzkiej młódki z twarzą przysypaną delikatnymi plamkami piegów. Więc raczej nie wpływało to na jego zamiary względem starszego od niego barona ale liderka slaaneshytek dała mu znać, że też interesuje się tą samą osobą. I przez ten czas nieobecności baron odesłał swoją odpowiedź jaką czerwona milady i jej gospodyni przeczytały dopiero po powrocie na Bursztynową.
Zresztą jak dzisiaj przy śniadaniu sam też mógł się przekonać, że i o nim baron nie zapomniał. Bo przysłał mu swoją odpowiedź na jego krótki liścik jaki zdążył mu wysłać przed wyjazdem na nocne harce przy zachodnich kamieniach. Młody astronom nie był ponetną szlachcianką więc jego dojrzały wiekiem arystokrata nie zapraszał do najelegantszego klubu w mieście. Był zwięzły w słowach. Dziękował za troskę i radę ale zdradzał dużą determinację aby spełnić swoją wizję i pokonać bagiennego stwora. Nie było jednak zbyt wielu detali aby wiedzieć czy już tam pojechał czy dopiero zamierzał. Chociaż odpowiedź jaką napisał do lady Sorii mogła sugerować, że poczeka w mieście na spotkanie z nią. No chyba, że nie poczekał i pojechał mimo to bo obie odpowiedzi przyszły w Aubentag w południe czyli gdy kultyści albo byli w drodze wyjazdowej z miasta albo już na plenerze malarskim w posiadłości kapitan de la Vega.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
Czas: 2519.07.15; Backertag; ranek - przedpołudnie
Warunki: recepcja, ciepło, cisza; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, b.sil.wiatr; nieprzyjemnie (0)Heinrich
Heinrich mógł mniemać, że jako jeden z nielicznych uczetników zakazanych, dzikich orgii nie powinien mieć kłopotów aby wstać rano. I chyba tak rzeczywiście było. Chociaż wczorajsza wizytwa w portowej tawernie na jaką sobie pozwolił po powrocie do miasta mogła mu sprawić pewne trudności z powrotem do domu. Chociaż do rana wszystko co miało to się wywiało i przetrawiło. Więc mimo wszystko chyba raczej wstawał jak zwykle gdy Ilse szykowała mu śniadanie.
Wizyta w karczmie miała pomóc mu w kacu moralnym. Aby wyrzucić z pamięci te wszystkie bezeceństwa ostatniej nocy jakie wciąż krążyły w jego umyśle. Jęki nagich ladacznic jakie mieszały się z dzikim porykiwaniem kopytnych. Kosmate, często zwierzęce ramiona splecione w miłosnych spazmach z gładkimi, kobiecymi. Te wszystkie mokre od potu, błota, ziemi i wydzielin męskie i kobiece ciała ludzi i nieludzi. Za to wszystko była jedna kara: tortury, śmierć i stos. Tak to powinnno się zakończyć. Tak to to powinien zakończyć każdy dobry obywatel nie mówiąc o przedstawicielach prawa, władzy, kapłanach. Albo łowców czarownić. On powinien to zakończyć! Ale nie. Siedział tam, patrzył, jadł, popijał wino i nie zrobił z tym nic. Co więcej ci wszyscy zbereźnicy nie mieli mu tego za złe a nawet byli dla niego mili.
- A ty Heinrichu nie masz na coś ochotę? - pytały go roznegliżowane łotrzyce kokietując go spojrzeniami i uśmiechami. - Jestem przekonana, że jeśli moje dziewczęta mogą jakoś ci służyć to na pewno zrobią to z największą przyjemnością. - rzuciła w pewnym momencie Soria jakby chciała go zapewnić, że ona i jej dwórki są chętne i gotowe spełnić jego życzenia gdyby tylko miał jakoweś. - Napijesz się jeszcze wina? - przez sporą część nocy towarzyszyli mu na wozie Otto, Joachim i Pirora. Z czego koledzy w końcu też dołączyli do zabawy chociaż każdy na swój sposób i zakresie więc do końca przesiedział właśnie z młodziutką Pirorą jaka też była w tych zabawach wstrzemięźliwa. Potem ona i szlachetnie urodzone chociaż mocno zbrukane tą zakazaną żądzą koleżanki odjechały w ciemny las aby rano udawać przed innymi damami, że spędziły całą noc śpiąc grzecznie w swoich łóżkach i sypialniach a on został z resztą. Jednak spotkanie już dogasało i coraz więcej osób zalegało we śnie. A rano czyli w południe już było po wszystkim. Zwierzoludzie odeszli a ludzie pakowali się ociężale i z mozołem a potem okrężną drogą wrócili do miasta.
Cóż, przynajmniej chociaż wesolutkie koleżanki mu się proponowały to jednak nie na tyle nachalnie aby go do czegoś zmuszać. Gdyby wciąż był w swoim dawnym zawodzie to powinien ich wszystkich wyrżnąć i spalić. Ale tamten rozdział był już za nim zamknięty. Sam by został tak potraktowany gdyby wyszła na jaw jego metalowa sromota i te parszywe konszachty. Więc siedział samotnie w tawernie i zapijał smutki i zgryzoty. I albo mu się wydawało albo jedna z kelnerek wydawała mu się strasznie powabna i miła. Pytała czy czegoś sobie życzy. Albo to nakładały się świeże wspomnienia z zaproszeniami “jego” koleżanek z ostatniej nocy. W każdym razie w końcu powlókł się błotnistymi ulicami do domu i tam zasnął snem bez snów. Rano wstał nieco później niż zwykle. Widocznie ta nieprzespana noc pod chmurką w lesie dała i jemu się we znaki i niemłody już organizm musiał to odespać. Jak sobie z tym radziłą reszta jego nowej rodziny to nie miał pojęcia. Odkąd wczoraj wysiadł z wozu a oni pożegnali go całkiem miłymi uśmiechami to nie miał z nimi kontaktu.
Chociaż jak myślał przy śniadaniu jakie zrobiła Ilse to może jednak śniło mu się coś? Nie był już pewien czy to sen, jakieś urywki myśli z wczorajszego wieczoru czy jeszcze co innego. Ale kołatało mu się w głowie, że gdyby wczoraj naszli ich jego koledzy po fachu, z gniewnymi mieczami i pochodniami to wszyscy skończyliby marnie. Chyba tylko Fabienne miałaby cień szansy się uratować bo skoro sporą cześć nocy była przywiązana do głazu ofiarnego mogłaby się jeszcze zgrywać na porwaną ofiarę. Przynajmniej dopóki pod koniec ktoś jej nie odwiązał i nie zaczęła się pokładać równie ochoczo ze wszystkimi jak reszta tej chutliwej zgraji.
W każdym razie po śniadaniu zostawił te ponure myśli za sobą i zaczął kolejny dzień od wyjścia na miasto. Musiał pokuśtykać na północ przez Dzielnicę Centralną i jeszcze dalej do samej Akademii. Po drodze już ranek zaczął przeradzać się w przedpołudnie więc dzień pracy już był na dobre rozpoczęty. Widział to już jak tylko wyszedł z kamienicy i mijał warsztaty pracujących garncarzy. Znów nie był pewien czy to było złudzenie czy echo nocnych przygód za miastem ale wydawało mu się, że jedna z ganrcarek jest całkiem dorodna i posłała mu zainteresowane spojrzenie i uśmiech. A może to znów tylko mu się zdawało? I przez skojarzenie, z nocnymi harcami kultystek do jakich przystał?
Tak czy inaczej potem było centrum miasta i nowy dzień roboczy. Widział coś nowego. Nie był pewien czy wczoraj to już mijał czy nie ale dzisiaj to dostrzegł. Dużo nowych listów gończych z kobiecymi aparycjami podejrzanych ladacznic z Saltburga jakie podejrzewano o udział w bezczelnym, świędokradczym napadzie na największą świątynie w mieście. Na jego oko to te facjaty niezbyt przypominały Łasicę i Burgund. Więc pewnie te portrety robił ktoś kto ich nie widział i rysował wedle opisów świadków. No ale był to ewidentny dowód, że władze uruchomiły swój mechanizm pościgowy. Zresztą nie mogło być inaczej. To była kompromitacja na pełną skalę. Jakieś obrabowanie małej, przydrożnej kapliczki to może by było sprawą lokalną i powodem do biadolenia z ambon czy na targu ale rabunek i mord na taką skalę nie mógł przejść bez echa. No i nie przechodził. Dobrze dla kultystów, że trefny towar już wywieziono z miasta bo obecnie byłby zabójczo niebezpieczny dla każdego kto go posiadał.
Na Placu Targowym mijał wieszczy zagłady jacy wołali o poprawę moralności i karę za grzechy. O wypełnienie woli dobrych bogów i przejaw pychy grzesznej ludzkości. Winie jaka mogła zmyć tylko krew bluźnierców jacy dopuścili się tak haniebnej zbrodni. Tak, zdecydowanie nie wyglądało na to aby miasto w parę dni miało przejść nad czymś takim do porządku dziennego.
W końcu jednak dotarł do ceglanego muru jaki okalał najwiekszą i jedyną uczelnię tego formatu w mieście. Przeszedł przez główną bramę bez problemów bo była otwarta na oścież. Na dziedzińcu minął kilkoro młodych ludzi, w większości młodzieńców. Ale i parę dziewcząt się trafiło. Chociaż były w wyraźnej mniejszości. Starszy, obcy mężczyzna wzbudzał u niektórych krótkotrwałe, zaciekawione spojrzenia ale sporo osób mijała go obojętnie rozmawiając ze sobą czy śpiesząc się gdzieś. Chociaż znów wydało mu się, że u jednej czy dwóch całkiem niczego sobie dziewcząt dojrzał coś więcej niż przelotne zainteresowanie. Zanim się zdecydował czy to faktycznie miało znaczyć coś więcej czy nie podszedł do niego mężczyzna w liberii szkoły. Czyli w trójzęby jakie były atrybutem Mananna i często były w herbie wielu rodów i organizacji związanych z morzem i sprawami z nim związanymi. Mężczyzna pewnie był tu odźwiernym czy woźnym i chyba byli w podobnym wieku chociaż tamten miał dość spory kałdun jaki uwypuklał jego morskiej barwy surdut.
- A Herr to czegoś tu szuka? - zapytał zawodowo uprzejmym i neutralnym tonem jakim pewnie często podejmował gości i nieznajomych uczelni. Uczelnia jak to teraz widział Heinrich miała sporo budynków i w środku dnia była pełna studentów, ciała nauczycielskiego jak i całej tej obsługi jaka tu pracowała. Więc szanse, że się wejdzie ot tak z ulicy i spotka akurat szukaną osobę były bardzo minimalne. Teraz wypadało coś odpowiedzieć odźwiernemu aby nie wzbudzać podejrzeń albo grzecznie podziękować, przeprosić i odejść. W holu recepcyjnym kilka przypadkowych osób przypatrywało się w tej rozmowie jak zwykle to się dzieje gdy chwilowo coś zaburza monotonię dnia. Sądząc po wieku to w większości pewnie studenci i może ze dwie studentki tu czy tam co zauważył przed chwilą.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Backertag, Przedpołudnie, hospicjum
Mnichem wyraźnie wstrząsnęła informacja, że poszukuje go straż. Chociaż mógł się tego spodziewać. Pozwolił przeorowi skończyć wypowiedź zanim zaczął tłumaczyć sytuację.
- Wybacz, proszę. Nie przemyślałem sytuacji. W dniu napadu na świątynie, sam zostałem napadnięty. Nie wiem czy te same zbiry, czy może zbieg okoliczności. Mocno mnie potłukli, jeden patrol znalazł mnie i zaprowadził do domu. Ból przeszedł szybko, ale… wspomnienia. - ciało mnicha przeszedł dreszcz - Zrozum, drugi raz zostałem napadnięty i pobity do nieprzytomności. Poprzednim razem… na tym się nie skończyło. Nie byłbym w stanie pracować. Nie kiedy widziałem przed oczami… okiem, tamte dni. Opuściłem miasto i rozbiłem mały obóz w lesie. Potrzebowałem ciszy, tylko ja, głusza i bogowie. - Otto wypuścił powoli powietrze starając się uspokoić - Co do ladacznic. Przyszły do mnie, na opowiadały jak to poszukują odkupienia. Głupi jestem, bo uwierzyłem, że ktoś jak ja, chce uczynić coś dobrego dla świata. Udam się oczywiście do straży i wyjaśnię wszystko.
- Zostałeś napadnięty? To straszne! Co za bezprawie! Skandal, żadnej świętości ci bandyci nie uszanują, nawet świętego habitu! - zagrzmiał przeor którego wieści o tym nocnym napadzie chyba poruszyły.
- Koniecznie to powiedz w ratuszu strażnikom. Mam nadzieję, że pomoże to im zrozumieć, że nie miałeś z tym napadem nic wspólnego a nawet mogłeś też paść jego ofiarą. Koniecznie to im wyjaśnij. Oni podejrzewają, że możesz być w to jakoś zamieszany a to twoje zniknięcie zaraz po tym okropnym wydarzeniu niestety wyglądało podejrzanie i nie stawiało cie w korzystnym świetle. Ale jak sam się u nich zjawisz i wyjaśnisz to nieszczęsne zamieszanie powinno ci to pomóc się oczyścić z tych ich podejrzeń. - dorzucił tonem dobrej rady chcąc zapewne wlac nieco wiary i otuchy w serce młodego mnicha. Bo widać było zaangażowanie władz w poszukiwanie sprawców i choćby ospali zwykle strażnicy wykazywali się nadzwyczajna gorliwością i energia. Czego sam Otto doświadczył wczoraj i przedwczoraj przy bramie. A w końcu jak wyprawiali się do jaskini Oster czy wracali stamtąd to przejazd przez tą samą bramę był właściwie formalnością. Teraz jednak każdy chciał mieć swoją cegiełkę w schwytaniu bluźnierców albo chociaz wykazać swój entuzjazm w poszukiwaniach.
- Oczywiście, zjem tylko śniadanie, dobrze? Nie chcę aby żołądek odwracał moją uwagę. - jak powiedział, tak zrobił. Na śniadanie zjadł z dwa jajka, trochę chleba i udało mu się zdobyć trochę szynki, wszystko zapił kozim mlekiem. Nie mógł nie zauważyć, że inni bracia mu się przyglądają i go obgadują. No cóż, nic dziwnego, nie na codzień straż miejska poszukuje jednego z nich w sprawie rabunku.
On w międzyczasie ćwiczył w głowie historyjkę, którą naopowiada straży.
Zmierzał ku wyjściu kiedy natrafił na swoje dwie pociechy. Przytulił i ucałował w czoło ich oboje, chociaż pozwolił sobie uścisnąć pośladek Marisy.
- Witajcie kochani, wybaczcie, ale trochę się działo. Opowiem ci wszystko ze szczegółami jutro Mariso, spodoba ci się. - zerknął na Georga - Więc muszę baczyć na słowa, dziękuję. Powiedz, czy spotkałem Łowcę Czarownic?
Dziewczyna z Saltburga ucieszyła się takim przejawem ciepłych uczuć i obietnicą nowych plotek na temat jaki bardzo lubiła. Zaś George zamyślił się. Mrużąc oczy popatrzył gdzieś w bok jakby szukał natchnienia w suficie stołówki a i koleżanka spojrzała na niego z zaciekawieniem.
- Tak, czasem tak ale częściej nie. Bo to było wtedy jak rozmawiałeś w biurze straży. To wtedy było właśnie. Oni cię pytali o tą świątynie ty im odpowiadałeś no i zależy jak to wyszło. Jak nudnie to mówili abyś sobie poszedł i byli rozczarowani bo myśleli, że już mają jakiś trop. Bo dobrze pasowałeś aby kogoś powiesić za współudział i się pochwalić to w sam raz. Dobry byś był mówiłem wam, że ten braciszek będzie w sam raz. A czasem nie. Dużo gadania bo byś im pasował ale jak nic nie chlapnąłeś i nie przykujesz ich uwagi to każą ci zjeżdżać i uważać abyś nie zawracał głowy bo oni ważne obowiązki mają. Bo jak przykujesz ich uwagę to wezmą cię w obroty. Zaczną pytać długo i dużo. Przyjdzie taki co rozumny jest i umie pytać. I wtedy będzie ciężko, ciężko będzie wtedy oszukać ich wszystkich. Tak, tak właśnie było wtedy jak Otto poszedł tam do tych strażników. - George odpowiedział i to tak jakby streszczał im jakąś historię co już ją wiele razy słyszał albo czytał i tylko ją relacjonuje bez większego zaangażowania. Za to Marissa zamrugała oczami i wydawała się tym wszystkim o wiele bardziej przejęta. Popatrzyła na nich niepewnie, najpierw na Georga a potem widząc, że ten skończył na mnicha.
Otto chwilę się zastanowił.
- Więc nudno, ale nie za bardzo. Na tyle, żeby nie było podejrzane. - westchnął i spojrzał na swych pacjentów - Mariso, mogę cię prosić na chwilę? George, proszę zostań, chcę coś z nią obgadać. - mnich zabrał kobietę do jednego z bocznych korytarzy, a kiedy upewnił się, że są sami przyszpilił ją do ściany głęboko całując i wsuwając dłoń pod jej spódnicę. Chwilę tak pieścił jej zmysły językiem i dłonią po czym delikatnie się odsunął - Na wypadek gdyby mi się nie udało. - ucałował ją w czubek nosa - Jeżeli się uda, będę miał ochotę na deser.
George popatrzył na nich przez chwilę ale nie oponował. Wrócił do znoszenia brudnych naczyń ze stołówki do kuchni. Zaś jego młodsza wiekiem koleżanka dała się zaprowadzić mnichowi na zewnątrz i tam uległa jego zdecydowanym pieszczotom. Bardzo chętnie. Na Otto czekały miękkie i chętne usta do tego całkiem utalentowane. Tak samo jak pod szorstkim i nieprzyjemnym materiałem włosiennicy czekało go kontrastowo gładkie, ciepłe i jędrne ciało. A palcami wyczuł delikatną koronkę jaką pacjentka dostała w prezencie od swojej nowej, bretońskiej pani. W parę chwil rozgrzała się od tych pieszczot i widać było, że miała ochotę na więcej. Bo dyszała ciężko a w oczach płonęło wilgotne pożądanie. Z takim trudem skrywane pod włosiennicą i maską pokory. Ale wystarczył jeden moment aby z entuzjazmem wybuchło i wyzwoliło się na wolność. Teraz jednak Marissa starała się znów opanować. Poprawiła habit i próbowała odzyskać oddech aby wyglądać jak zwykle.
- No to uważaj na siebie Otto. I wróć. Będę czekała. Tylko nie daj im się złapać. Nie wiem czy to ci pomoże ale chyba możesz wspomnieć o mojej pani albo kimś z jej koleżanek. Gdyby było potrzeba. Moja pani jest taka kochana i bardzo dobra to chyba by ci pomogła jakby mogła. - powiedziała jakby chciała mu dać od siebie jakąś dobrą radę pokładając zaufanie we Frau von Mannlieb jaka okazała jej ostatnio tyle dobroci. No a poza tym była żoną tutejszego kapitana statku no i damą z towarzystwa. Przynajmniej tak oficjalnie. Tylko pacjentka nie była pewna czy to by Otto pomogło podczas rozmowy ze strażnikami.
- Może to coś da. - pogłaskał dziewczynę po policzku i puścił ją dalej. Ruszył następnie do miasta i do ratusza. Pora zobaczyć, czy uda mu się wykiwać straż miejską.
Backertag, południe, Ratus z
Otto wszedł do budynku Ratusza delikatnie się rozglądając. Poprawił maskę upewniając się, że dobrze zasłania blizny na lewej stronie twarzy, no i brak oka. Rozejrzał się za jakąś recepcją czy inną osobą odpowiedzialną za przyjmowanie gości.
Recepcja była widoczna od samego progu. Tyle, że stało w niej parę osób i trzeba było ustawić się w kolejce. W ogóle panował tu harmider na całego. Ktoś chodził szybkim krokiem nosiąc jakieś księgi, ktoś się głośno kłócił albo narzekał o coś, gdzieś na ławie
,siedziała matka z dzieckiem jakie głośno płakało a chyba każdy kto tu był dokładał swoją cegiełkę do tego galimatiasu. Zwłaszcza jak mnich stanął w kolejcę jaka nie posuwała się zbyt szybko. Zwykle chodziło o jakieś zapytanie a niezbyt młoda ani sympatyczna urzędniczka i podobnie wyglądający kolega tłumaczyli coś petentom. Albo gdzie mają iść, albo coś zgłosić, albo czemu nie ma odpowiedzi, czy jak pracuje jakiś urzędnik. W końcu jednak kolejka doczłapała się także i do niego gdy i za nim stało już parę innych osób. Urzędniczka posłała mu przez blat biurka niezbyt przyjazne spojrzenie i czekała aż zacznie przedstawiać po co tu przyszedł.Mnich chrząknął.
- Witam, Otto, mnich pracujący w hospicjum. Rozumiem, że Straż mnie poszukiwała.
- Otto z hospicjum? I straż cię poszukiwała? - urzędniczka powtórzyła to jakby się nad tym zastanawiała albo próbowała to do czegoś przypasować w swojej głowie. Bo sama twarz czy imię petenta chyba nic jej nie mówiło. - No to masz sprawę do straży. Wiesz gdzie mają biuro? Idź tam w lewo przez tamte drzwi, do końca korytarza a potem w prawo. Tam będzie pisało “Straż” to właśnie tam. Jak się zgubisz to pytaj, tam już ktoś ci powie jak trafić. - wskazała mu na widoczne drzwi i pokierowała gdzie ma się udać.
- Oczywiście, dziękuję. - ruszył, podáżając za wskazówkami kobiety. Kiedy dotarł pod odpowiednie drzwi zapukał i otworzył je, zaglądając do środka - Dzień dobry?
Za drzwiami też znajdowało się biurko. Tylko bliżej drzwi wejściowych. Za nim siedział jakiś grubszy urzędnik obwieszczający petentom swoją funckję za pomocą grubego łańcucha zwieńczonego herbem miasta a jeszcze za nim pracowało przy biurkach dwóch innych. Wszyscy podnieśli głowy na nowego co wszedł do środka ale raczej tak jak zawsze gdy do środka wchodzi ktoś nowy.
- Dzień dobry. Co się stało? - urzędnik zapytał raczej służbowym zainteresowaniem jakby twarz petenta nic mu nie mówiła.
- Erm, witam. Brat Otto, pracuje w hospicjum. - mnich wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi - Poszukiwano mniej. Rozumiem, że ma to jakiś związek z napadem na świątynię.
- Aaa! Czekaj, czekaj… - urzędnikowi rozjaśniła się twarz jakby przypomniało mu się coś ciekawego i zaczął szybko przeglądać swoje papiery. Znalazł w końcu jakąś kartę, przyjrzał jej się i zaczął kiwać głową. - A tak, tak, Otto z hospicjum. Z jednym okiem. Tak, mamy cię tu. - pokiwał głową jeszcze raz jakby wreszcie wszystko się zgadzało. Po czym zawołał do jednego z młodszych kolegów aby zawołał Straussa. Ten wyszedł z pomieszczenia bocznym wejściem a urzędnik pokazał gestem aby gość spoczął na krześle. Ale nie na długo. Po chwili te same drzwi się otworzyły i wrócił przez nie ten młodszy a za nim wszedł dziarskim krokiem ciężkiej tuszy mężczyzna. W średnim wieku, ze sporym brzuszyskiem i też z łańcuchem na jakim był herb miasta. Ale z dodatkiem jaki nosili strażnicy.
- To ten od świątyni co go szukaliście. - powiedział główny urzędnik wskazując na Otto. Mężczyzna przypatrywał mu się przez moment bardzo intensywnie po czym pokiwał głową.
- No wreszcie jesteś! Wiesz ile cię szukaliśmy? Gdzie się podziewałeś! To taka ważna sprawa! Co ty sobie wyobrażasz! Chodź. - powiedział głośno tonem reprymendy. Po czym dał znak aby Otto za nim podążył. Przeszli przez sąsiednie pomieszczenie i jeszcze kolejne wyszli na korytarz i w końcu zaszli do jakiegoś biura. Tu za biurkiem siedziała jakaś młoda dziewczyna jaka widocznie miała protokołować rozmowę. Było jeszcze dwóch chyba strażników albo urzędników ale to ten co przyprowadził Otto wodził tu mir.
- Siadaj. - powiedział krótko wskazując na proste, drewniane krzesło. Sam ruszył za biurko ale nie zasiadł na głównym miejscu tylko stanął za nim i znów intensywnie wpatrywał się w całą sylwetkę mnicha. - No? To gadaj. Skąd znasz te dwie ladacznice. Wiemy, że to ty je przedstawiłeś ojcu Absalonowi. Już z nim rozmawialiśmy. I gdzie zniknąłeś na tyle dni? Akurat po tej strasznej zbrodni. Ciekawe, ciekawe. No? Odpowiadaj! - wycedził z siebie jakby ledwo się hamował aby otwarcie nie uznać, że już uznał petenta za winnego. Wydawał się być pewny siebie i zdenerwowany. Jakby koniecznie zależało mu na jakimś sukcesie w tej krytycznej dla władz sprawie.
Otto wypuścił powoli powietrze.
- Więc tak, dziewczyny znalazły mnie. Widziały, że czasem pomagam w świątyni. Podeszły I opowiedziały swoją historię. Jak to są z Salzburga, jak to wygonił je tamtejszy szef straży. Mówiły, że chcą przeprosić bogów i poprosiły o pomoc. - mnich westchnął - Miękki jestem i uwierzyłem w bajkę o chęci drugiej szansy. - mnich się skrzywił kiedy miało przejść do drugiej sprawy - Co do mojej nieobecności. Musiałem opuścić miasto. Potrzebowałem czasu z dala od ludzi. Dzień tylko dla siebie, swoich myśli i bogów. - spojrzał na otyłego strażnika - Za mało, prawda? Eh… w dzień napadu na świątynie, ktoś napadł mnie. Dranie wzięli mnie od ślepej strony, obili do nieprzytomności. Obudziłem się jakiś czas później i trafiłem na jeden z waszych patroli. Odprowadzili mnie do domu. Całą noc spędziłem pod łóżkiem… następnego dnia, opuściłem miasto, spędzić czas w głuszy… czułem się bezpieczniej, tam gdzie nie było nikogo.
Przesłuchujący go mężczyzna z początku się nie odezwał. Wpatrywał się w siedzącego petenta świdrując go wzrokiem i wydawał się zastanawiać nad tym wszystkim. Zmrużył oczy a spisująca zeznania dziewczyna popatrzyła na niego unosząc do góry głowę ale zaraz ją opuściła z powrotem czekajac na dalszy ciąg jaki powinna zapisać.
- A więc przyznajesz się, że tam byłeś. A po co? Co robiłeś w pobliżu świątyni w środku nocy? I wyjechałeś z miasta tak? A ktoś to może potwierdzić? I pobili cię? A gdzie? Masz jakieś ślady? - przesłuchujący wydawał się być nadal podejrzliwy i chciał sprawdzić tą opowieść. Można było odnieść wrażenie, że chętnie przyłapał by tak podejrzanego świadka na kłamstwie albo jakiejś dziurze w jego zeznaniach. Ale na razie tylko pytał.
- Koszmary. - mnich się wzdrygnął - Męczą mnie od kilku nocy. Matka Somnium radziła odwiedzić świątynię jeżeli byłyby naprawdę uporczywe. Co do śladów… - zdjął maskę zakrywającą połowę jego twarzy - Nie wiem, czy odróżnicie stare od nowych. - chwilę się zastanowił - Co do świadków. Widziałem Frau Fabienne von Mannlieb i Lady Pirorę. Zmierzały na jakieś swoje spotkanie poza miastem. Znamy się, więc mogłyby potwierdzić, że widziały jak opuszczam miasto.
Przesłuchujący obszedł biurko i nachylił się nad siedzącym aby z bliska przyjrzeć się jego twarzy. Oglądał te ślady uważnie ale jak coś sobie pomyślał to nie dał tego po sobie poznać. Potem wyprostował się, złożył ręcę z tyłu i jeszcze tak stał przez chwilę spoglądając z góry na Otto jaki siedział na krześle.
- Frau Fabienne von Mannlieb i lady Pirora. Jaka Pirora? Nazwisko. Sprawdzimy to. - obiecał mu i popatrzył wymownie na protokulantkę jakby chciał sprawdzić czy zapisała co trzeba. Ta pokiwała tylko głową potwierdzając to w ten sposób.
- A skąd ty niby znasz jakieś szlachcianki co? - zapytał jeszcze jakby wydało mu się podejrzane, że zwykły mnich z hospicjum może znać jakieś damy z towarzystwa.
- Pirora van Dake. Lady Pirore znam z klubu poetyckiego. O ile rymować nie umiem, prezentowałem malunki. - zaczął mnich - Frau von Mannlieb odwiedziła jakiś czas temu hospicjum i wzięła pod swoje skrzydła jedną pensjonariuszkę. Mnie powierzono cały proces zapoznania ich, przetransportowania i kontroli.
Śledczy znów chwilę trawił te informację. Spojrzał na protokolantkę, na dwóch innych strażników co siedzieli przy sąsiednim stole ale nie wtrącali się w rozmowę. Pokiwał głową i wrócił za biurko. Zajrzał przez ramię na zapisane przez dziewczynę pismo a ta nieco się odsunęła aby było mu łatwiej czytać. Znów pokiwał głową i podniósł głowę na przesłuchiwanego.
- Sprawdzimy to. - obiecał mu surowym tonem. Po czym złożył ręce do tyłu i zaczął chodzić od ściany do ściany.
- A jak cię tej nieszczęsnej nocy napadnięto. To gdzie spędziłeś resztę nocy? Przecież bramy na noc są zamykane. To gdzie byłeś do rana? I po co w ogóle opuszczałeś miasto? I kto cię napadł? Widziałeś kogoś? Ilu ich było? Jak wyglądali? - znów rzucił wiązkę pytań chcąc poznać motywy zachowania przesłuchiwanego i dodatkowe szczegóły tamtego zdarzenia.
- W nocy kiedy mnie napadnięto? Spędziłem ją w domu. Pod łóżkiem. Tak jak mówiłem, jak się ocknąłem znalazł mnie jeden z waszych patroli i odprowadził do domu. Ilu ich było, nie widziałem. Trzech, może czterech. Jak mówiłem, wzięli mnie od ślepej strony, potem wszystko było trochę zamazane. Twarzy nie widziałem. Co do tego czemu opuściłem miasto… musiałbym opowiedzieć skąd to ... - tu zamachał ręką wokół okaleczonej części twarzy - się wzięło. Jeżeli nie chcesz tej historii. W skrócie nie jest ona ładna, ani przyjemna, a napad przywrócił mi wspomnienia o niej. Potrzebowałem ciszy i spokoju, aby uspokoić siebie i duszę. Nie mogłem tego zrobić w mieście, a świątynie miały dostatecznie dużo problemów tego dnia.
- Sprawdzimy to. - odparł ponownie w podobnie nieprzyjemnym tonie. Zatrzymał się o krok przed ścianą i wpatrywał się tam albo gdzieś jeszcze dalej, w głąb swoich myśli. Trwał tak chwilę nieruchomo aż protokolantka odwróciła się aby na niego spojrzeć. Obserwowała go chwilę ale w końcu wróciła do obracania pióra nad mocno już zapisaną kolejną kartką zeznania.
- Dziwne, że cię nie zabili. Powinni zlikwidować świadka. - mruknął pod nosem przesłuchujący. I znów pogrążył się w myślach. W końcu widocznie podjął jakąś decyzję bo gwałtownie odwrócił się, podszedł do biurka i oparł o nie jedną dłonią. Drugą zaś wycelował w Otto cedząc przy tym słowa.
- Sprawdzimy to wszystko. Nie chciałbym być w twojej skórze jak coś się nie będzie zgadzać. Na razie możesz iść. Ale zabraniam ci opuszczać miasto. Bo uznamy cię za zbiega i spiskowca. Jak będziesz miał wyjazd to masz przyjść tutaj i zapytać o zgodę. A do tego czasu albo dom albo hospicjum masz być łatwy do znalezienia jakbyśmy mieli cię znów wezwać. A nie jak ostatnio. Tu taka zbrodnia a ten sobie wyjeżdża pochlipać pod drzewkami! - wysyczał mu przez biurko co brzmiało jak instrukcja na nadchodzące dni. Zapewne rzeczywiście mieli sprawdzić co się da z jego zeznań ale na razie mógł odejść. Musiał się jednak liczyć z tym, że znów może zostać wezwany na kolejne przesłuchanie.
- Oczywiście. Miałem plany na małą pielgrzymkę po okolicznych wsiach, ale może to poczekać. Jeżeli coś bym sobie przypomniał, do kogo mam się zwrócić? - lepiej było udawać, że chce się pomóc.
- Żadnych pielgrzymek i wycieczek za miasto! - fuknął mu ostrzegawczo i pomachał palcem aby to podkreślić. Po czym wyprostował się i znów chwilę przypatrywał się przesłuchiwanemu. - A jak coś jeszcze ci się przypomni to przyjdź tutaj do ratusza. Tam do tego biura co się spotkaliśmy. I powiedz, że masz dla kapitana Straussa informacje o napadzie na świątynie. - powiedział wskazując na bok drzwi przez jakie tu przyszli.
- Oczywiście. - wstał i wyciągnął dłoń, aby uścisnąć dłoń kapitanowi - Życzę powodzenia.
Strauss popatrzył tak krytycznie na tą wyciągniętą dłoń, że od razu było wiadomo, że nie odda tego gestu. W zamian za to wezwał jednego ze strażników aby odprowadził podejrzanego na miejsce. A jak obaj wychodzili widzieli jeszcze jak kapitan sięga przez ramię protokulantki po zapisane papiery i zaczyna je czytać. Potem drzwi się zamknęły i obaj przeszli kolejnymi korytarzami i schodami aż wrócili do pierwszego pomieszczenia z recepcją.
- Dalej już chyba trafisz. - odparł krótko strażnik wskazując na główne wejście z ratusza. Odwrócił się i wrócił tam skąd przyszedł. Zaś w recepcji sceneria się niewiele zmieniła. Wciąż wyglądało na to, że jest zbyt wielu petentów a zbyt mało recepcjonistów więc było hałaśliwie i tłoczno.
Otto opuścił ratusz zastanawiając się co teraz. Zastanawiał się, czy nie pójść do Fabienne, albo Pirory, ale podejrzewał, że Strauss każe go obserwować. Wrócił więc do hospicjum. Nie mógł ot tak zakończyć dnia.
Backertag, popołudnie, Hospicjum
Mnich wrócił do przybytku, w miarę dobrym nastroju. Nie zawisł, to plus. Fakt, że jest więźniem miasta psuł mu jednak plany. Ruszył do przeora, zgłosić powrót i zdać relację. Zapukał do drzwi biura przełożonego i spokojnie wszedł.
- Wróciłem. Załatwione na razie, ale obawiam się, że mogą wrócić. Mam zakaz opuszczania miasta. Wydaję mi się, że chcą kozła ofiarnego.
Wszedł gdy usłyszał krótkie “Proszę!” ze środka. Zastał swojego przełożonego za biurkiem jak przeglądał jakieś księgi i inne papiery. Gdy Otto wszedł dał mu znak gestem aby usiadł na krzesłach dla gości przed biurkiem i wysłuchał co ten ma do powiedzenia. Kiwał przy tym głową i namyślał się przez chwilę nad tym wszystkim.
- To dobrze mój chłopcze, dobrze. Cieszę się, że to tak sprawnie wyjaśniłeś. A im się nie dziwię. Sam wiesz jaka to straszna zbrodnia była. Nic dziwnego, że łapią się każdego tropu jakiego mogą, nawet tak niedorzecznego jak z tobą. Ale dobrze, że tam poszedłeś i wyjaśniłeś. A wypady za miasto to żadna kara. I tam działamy na terenie miasta a nie poza tym. Ja już im to tłumaczyłem jak tu byli no ale nie spodziewałem się, że tak znikniesz niespodziewanie i to tak niefortunnie. Dobrze, że się wyjaśniło. A oni niech tu sobie przychodzą i sprawdzają. Wcześniej nie mieli się czego czepiać to teraz pewnie też. Nie przejmuj się, trzeba to jakoś przecierpieć. Cierpienie uszlachetnia. Trzeba robić swoje. Tylko proszę cię, nie zrób czegoś głupiego jak właśnie wyjazd z miasta czy coś równie niestosownego bo mogą mieć cię na oku. Przyjdą tutaj albo do ciebie do domu no i może być ambaras. A właśnie a propos robienia tego co trzeba. - przeor Bernard chciał zapewne dodać otuchy młodemu mnichowi i dać znać, że takie właśnie sa koleje losu i nie ma co się na to zżymać. Chyba się naprawdę cieszył, że podopieczny na tyle wyjaśnił sprawę u strażników, że nie skończył w lochu. A jak skończył zaczął czegoś szukać po swoim biurku zaglądając to tu to tam. Wreszcie znalazł jakiś list. Otworzył go i przeleciał go wzrokiem więc pewnie już go czytał zwłaszcza, że list był otwarty.
- Przyszła odpowiedź z Saltburga w sprawie naszej Marissy. Jej dawna pani nie ma nic przeciwko aby opuściła to miejsce i znalazła się u nowej pani. Chyba rozumiesz, że przedstawiłem Frau von Mannlieb w jak najlepszym świetle. Właśnie pisałem odpowiedź z podziękowaniem do naszej dobrodziejki. Ale ty tu masz ten. - powiedział przesuwając na kraniec biurka już zalakowany list. - Ten jest do Frau von Mannlieb. Już tam byłeś to wiesz gdzie. Zanieś jej wiadomość, że jeśli nie zmieniła zdania to może zabrać Marissę. Tylko tak z wyczuciem to załatw tak jak ci się udało z Anniką. Nie nalegaj i nie rób jej wyrzutów jeśli zmieniła zdanie. I tak bardzo nas wspomogła swoimi datkami i zabrała już jedną z dziewcząt. A sam wiesz ile ona tu nam ostatnio sprawiała kłopotów. Zresztą Marissa chociaż wydaje się taka miła i spokojna to sam pamiętasz zapewne co tu ostatnio broiła. Więc z wyczuciem chłopcze to załatw z wyczuciem. - podał mu swoje wytyczne jak powinien załatwić sprawę nowej służącej dla jej bretońskiej pani. Ale wydawało się, że pokładał w jednookim mnichu nieco więcej zaufania niż gdy zlecał mu podobną sprawę z Anniką za pierwszym razem bo mówił to chyba tylko dla przypomnienia.
- Oczywiście. Przekażę tylko Marisie nowinę. Dziewczyna się ucieszy. - Otto wziął list z biurka - Zachaczę też o dom lady Von Dyke. Zapytam, kiedy będzie chciał odebrać Thorna.
- No możesz, możesz. Tylko też tak z wyczuciem no i nie nalegaj. I tak nam obie zrobiły przysługę. I nawet jakby teraz zrezygnowały to może w przyszłości znów nas tak ozłocą albo namówią kogoś z towarzystwa aby postąpił podobnie więc lepiej ich do siebie nie zrażać. - przeor pokiwał swoją wygoloną na czubku głową i nie widział przeszkód w takim spotkaniu ufając, że młodszy podwładny załatwi to z odpowiednim wyczuciem.
Otto opuścił biuro przeora i ruszył na poszukiwanie Marisy. Po drodzę udało mu się znaleźć Georga, który uśmiechnął się widząc mnicha.
- Tym razem ci się udało. - herold Vesty zwrócił się do jednookiego. Otto poczochrał mężczyznę.
- Tym razem, ale jeszcze może mi się noga powinąć. Widziałeś Marissę? - George ponownie się uśmiechnął.
- Była w ogrodzie, kiedy przybyła po nią jej pani. A nie… to nie teraz, to wczoraj. Jutro… w pralni. Tak teraz w pralni powinna być. - mnich kiwnął głową. Spojrzenie na czas oczami Georga musi być fascynujące. Pożegnał mężczyznę i ruszył do pralni.Faktycznie znalazł Marisę składającą pranie w jednej z pralni.
- O, tu jesteś. - powiedział, zamykając za sobą drzwi. Kobieta spojrzała na niego, ale kontynuowała swoje zadanie.
- Wróciłeś. I jak wszystko w porządku? Nie zabili cię? - mnich uniósł brew.
- Najwyraźniej. Będą mnie pewnie obserwować. Mam jednak dla ciebie nowinę. Przyszedł list z stolicy. Jest zgoda na twoje wypuszczenie. - nie zdążył zareagować, dziewczyna błyskawicznie się przy nim znalazła wskakując na niego, obejmując nogami i głęboko całując.
- Moja pani mnie stąd zabierze? Do Anniki? Do Pajęczej Królowej? - zaczęła pytać kiedy odkleiła się do twarzy mnicha. Jemu chwilę zajęło zanim zebrał myśli.
- Erm. Tak.. ta.. - nie dokończył ponieważ dziewczyna ponownie zakneblowała go własnym językiem. Po chwili zeszła z Otto i spojrzała mu w oko.
- To cudownie. Jestem taka szczęśliwa! - powiedziała wracając do prania, ale po chwili zatrzymała się i jednym ruchem zdjęła z siebie ubranie. Pozostawiając koronkowe majteczki - Jestem ci chyba winna deser. - westchnął i spojrzał w sufit. Za prawdę Wąż nie chce mu dać spokoju. Duży błąd z jego strony, kiedy mnich podziwiał sufit Marisa wskoczyła pod jego habit, ściągając jego spodnie i szybko owijając usta wokół jego berła. Nagły zastrzyk przyjemnej stymulacji wypchnął powietrze z płuc kultysty. Marisa wykonywała szybkie ruchy jej mięciutkie usta pieściły główkę i trzon berła, jednocześnie jej dłoń delikatnie masowała jego korale. Długo nie zajęło kiedy oddech Otta przyspieszył i po chwili wypełnił usta kobiety mlekiem rozkoszy, które ona łapczywie spijała. W końcu wypuściła narzędzie mnicha i wysunęła się spod habitu, stając przed nim delikatnie głaszcząc brzuszek.
- No, to jednak ja dostałam deser. Co teraz? - Otto nie odpowiedział, jedynie pchnął dziewczynę na stertę prania, obracając nią i unosząc jej kuperek. Następnie zakopał twarz w jej udach, całując i pieszcząc jej dolne usta. Jednocześnie jego dłonie eksplorowały ciało dziewczyny, jedna dłoń znajdując tylne wejście, któremu zaczęła poświęcać pełnię uwagi. Marisa schowała twarz w praniu, tłumiąc jęki i krzyki, aby nikt ich nie usłyszał. Kilka chwil później, które mnich chciałby aby trwały wiecznie, jego narzędzie było znowu gotowe do pracy. Nie czekając zsunął ze swej kochanki jej prezent od Fabienne i silnie natarł, łącząc ich ciała w przyjemności. Kolejne zduszone krzyki i jęki wydobywały się spod prania, co jedynie zwiększyło jego chęci. Ruchy mnicha przyspieszyły i przybrały na sile, pchnięty emocjami i przyjemnością przedał solidnego klapsa pośladkom swej kochanki, która wydała zduszony krzyk, ale nie powiedziała nic w proteście. Kilka minut później znajome uczucie zaczęło przepełniać mnicha, który chciał wysunął się z kobiety. Ta jednak wepchnęła się mocniej nie pozwalając mu na przerwanie ich aktu. Sekundy później nektar życia wypełnił Marissę, która wydała z siebie zwierzęce mruczenie przyjemności.Otto padł na plecy, jego ciało będzie miało z nim do obgadania kilka spraw zapewne. Poczuł spocone nagie ciało Marisy wtulające się w niego. Dziewczyna spojrzała na mnicha.
- To było cudowne. Dziękuję, dawno nie czułam się tak spełniona. mój ty ewangelisto. - cmoknęła mnicha w nos - Miałeś mi opowiedzieć o tym przyjęciu. Była tam moja pani? I ta piękne Soria? - kultista zachichotał. "Ewangelista". Słodki tytuł. Może go zaadoptuje. Jak szybko przyjemności ciała obudziła w niej chęć poznania kilku prawd.
- Tak, obie tam były. Przyjęcie odbyło się poza miastem, wśród leżących kamieni. Naszymi partnerami byli zwierzoludzie, którzy są oddani Pajęczej Królowej. - kobieta usiadła mnichowi na brzuchu i spojrzała mu prosto w twarz, zaciekawiona - Zwierzoludzie? Mutanty? I one się z nimi kochały? Ty też? Jakąś zwierzokobietę sobie znalazłeś?
- Och, kochały to duże słowo. To było zwierzęce rżnięcie. Fabienne była przykuta do kamienia a jej partnerem, był okaz, który u konia by wywołał zazdrość. Co do mnie… mój partner nie był, aż tak okazały, ale zadowolił mnie. - kobieta zachichotała i cmoknęła go ponownie. Otto poczuł, że wspomnienia orgii pobudziło go na ostatnią próbę, więc szybko zsunął Marissę, która jęknęła czując, że znowu została nabita.
- Może następnym razem, znajdę jakąś zabawkę? Aby przypomnieć ci tego kolegę? - Otto rozpoczął swoje ruchy.
- Nie wiem, czy nadarzy się okazja. Frau von Mannlieb pewnie nie wypuści cię już, ale chętnie się oddam w twoje ręce znowu.Zabawa z Marissą trwała dłużej niż się spodziewał. Musiał później pomóc jej z praniem, aby nie miała kłopotów za ociąganie się. Na szczęście miał jeszczę drugą połowę dnia.
Kiedy w końcu opuścił hospicjum musiał rozplanować resztę dnia.
Najpierw oczywiście Fabienne. Musi przekazać radosną nowinę. Przy okazji sprawdzi jak ma się Annika. Potem spróbuje odwiedzić Pirorę. Sprawa Thorna też wymaga załatwienia. Na koniec pójdzie odwiedzić Silnorękiego. Ma kilka spraw do obgadania z kultystami Khorna. -
Oryginalny autor: Zell
Backertag, Przedpołudnie, Akademia Morska
Heinrich lekko skinął głową woźnemu, wspierając się na lasce zdobionej metalowymi wzorami. Nie grzeszył ubraniem ni nie było po nim widać nocnego picia, którego objawy mogły mu pokrzyżować plany.
- Szukam Tobiasa Berda. Powinien znajdować się już na terenie Akademii.
- A kogo mam zaanonsować? - woźny zapytał z profesjonalnym spokojem godnym kamerdynera z jakiejś szlacheckiej rezydencji zapytał gościa. Wydawało się, że tu panują podobne zasady jak w urzędach czy u szlachty gdzie wypadało się wcześniej umówić na spotkanie a nawet jeśli nie było na to okazji to zapowiedzieć kogo gospodarz powinien się spodziewać.
- Heinricha von Achterberg. - odpowiedział utrzymując niewzruszenie tymi słowami tak naturalnymi dla niego, jak jego własna skóra... prócz tej na nodze.
- Proszę poczekać. - poinformował go wytworny woźny po czym odszedł w stronę blatu recepcji. Rozmawiał tam z młodszymi od siebie ale krótko. Gość musiał jeszcze poczekać na tą dość standardowa w urzędach czy dworach szlacheckich procedurę ale w końcu woźny wrócił do niego z kimś młodszym mówiąc że zostanie zaprowadzony do doktora Berda. I tak się stało. Wzbudzając u co niektórych przypadkowe albo zaciekawione przeszli przez jakieś schody i korytarze tej zacnej uczelni aż przewodnik zapukał w kolejne drzwi i gdy dało się słyszeć krótkie "Proszę!" zaanonsowal gościa i zostawił dwójkę spiskowców samych.
- Siadaj Heinrichu. Przyznam, że zaskoczyła mnie twoja wizyta. Cóż za siła tak nagle skierowała twoje kroki w moje skromne progi? - zagail kolega z kultu wskazując dwa wolne krzesła przed jego biurkiem.
Stary łowca usiadł na jednym z krzeseł, wspierając łaskę obok biurka.
- Myślałem o tym, co ostatnio podniosłeś, o nierównowadze w siłach i liczbach. O tym, że trzeba coś z tym zrobić... I choć wciąż mam to samo nieprzychylne zdanie o podkopywaniu tamtych działań, które wszak są na ogólną korzyść... - uniósł dłoń nim Tobias zdecydowałby się zaprotestować -... to sądzę, że trzeba brać naukę z sukcesu przeciwnika. Ich sukcesy czerpią z jedności w ich rankach. Działają razem. - spojrzał zaciekawiony na Tobiasa - A wydaje mi się, że nasza grupa miałaby więcej do zaoferowania sobie nawzajem i położenia wspólnego sukcesu przed resztą.
- Niestety. Jest ich coraz więcej. I trudno nam mierzyć się z kimś takim jak "czerwona milady". A przykro mi to mówić ale moje szacunki i analizy wskazują, że ich stronnictwo będzie przyrastać prędzej niż wszystkie inne razem wzięte. Bo znasz ich metody. I co by nie mówić opanowały te metody alkowy wyśmienicie. To im zapewnia kolejnych członków a co za tym idzie wpływy. Sukcesy jeszcze bardziej. Dlatego cieszę się, że wzięliśmy udział w.. Hmm… Wiesz czym. To chociaż nie zostalismy całkiem do tyłu i zminimalizowaliśmy straty. Wyobrażasz jakby w piórka obrosły jakby załatwiły to same? Już całkiem by nas zdominowały. A tak to jeszcze jesteśmy w tym wyścigu. No ale… Rozgadalem się. Masz jakiś pomysł w tej sprawie? - wyglądało na to, że miłośnik tajnej, zakazanej i okultystycznej wiedzy nadal miał trudność aby przeboleć wzrost znaczenia stronniczek Węża bo gdy tylko padł ten temat od razu ulala mu się niezbyt radosna litania. W końcu jednak dał koledze dojść do głosu gdy się w tym zorientował.
Heinrich uśmiechnął się półgębkiem.
- Przyjacielu, sądzę że powinieneś patrzeć pod kątem użyteczności, a tą mają wysoką. Nasza rogata tego na własnej skórze doświadczyła i pamięta mocno. Rozumiem doskonale. A co do... ich alkow i wzrastania w liczbę... - uśmiechnął się - Wiesz co mówią o ilości ponad jakość. - zachrypiał na koniec.
Gospodarz patrzył przez chwilę na gościa jak belfer na egzaminowanego zaka. Wyglądało jakby to trawił w swojej uczonej głowie co kolega powiedział. W końcu cmoknal z niezadowolenia.
- No właśnie. Tu jest pies pogrzebany. Tu jest źródło ich sukcesów. Są skuteczne, dobrze zorganizowane i osiągają sukcesy. A to siła rzeczy promuje ich na tle reszty. Czy można się dziwić, że… Wyrocznia po zimowych przygodach odwdzięczyla się tej niebieskiej ladacznicy? No nie. Tak się właśnie powinno wynagradzać za wierną służbę i sukcesy. To samo z ostatnia przygodą. I ciężko je pominąć. We wszystko się wtrącają. Jedne znają slamsy i tawerny drugie bale i rezydencje. Aż nie wiem jak one się dogadują. Takie ladacznice portowe i szlachetnie urodzone damy. Nie pojmuje. Powinny się nienawidzić i gardzić nawzajem jak to klasy społeczne mają w zwyczaju… - znów pokręcił swoją elegancko wypomadowana głowa nie mogąc się nadziwić, że wezowniczki przy tylu różnicach nie rozpadają się od środka. Chociaż analityczny umysł uczonego był w stanie to wziąć pod uwagę to tak po ludzku nie mieściło mu się to w głowie.
- A alkowy daj spokój. - westchnął ciężko jakby to był drażliwy temat. - Nie zabawiałem się z nimi i nie mam ochoty. Jestem ponad takie dyrdymały. Ale niestety moje analizy wskazują, że znają się na "tych rzeczach" skoro co chwila przynoszą z tego jakieś profity. Tylko patrzeć jak omotaja cała śmietankę tego miasta. I powiedz Heinrichu po co my im wtedy będziemy potrzebni? A jeśli uznają, że powrót tylko ich patronki wystarczy i reszta jest zbędna? Zastanawiałeś się nad tym? Co wtedy? Jak wtedy ich powstrzymamy jak będą głównymi graczami i u nas i w mieście? Teraz. Teraz musimy coś zdziałać póki jeszcze możemy coś zdziałać. Zanim znów zwerbują kogoś jeszcze. - wydawało się, że uczony bardzo przeżywa i obawia się wzrostu potęgo Slaaneshytek jaki ostatnio ciągle jego zdaniem niepokojąco przyrastał.
- Nie można przyzwać tylko jednej. Trzeba wszystkie na raz. - uspokoił - I jest pewien problem, jaki cię ogranicza tutaj. Patrzysz na innych jak na robaki, nie widząc jak przydatne być mogą. A tym samym nie traktujesz ich dobrze. Czy to pomoże w relacjach i osiągnięciu wspólnego celu? - pokręcił głową - Możemy kłótniami i brakiem współpracy sami się zniszczyć. Niechęcią. Tylko tym. Przeoczymy wydarzenia, miną nas szanse. Bo nie chcemy się dostosować sami będąc na dnie służąc panom... i większości im służących. Na razie mamy cel. Nie wyżyny hierarchii.
- Ale one nie nadają się do rządzenia i dominacji nad nami! - wyrzucił z siebie ze sfrustrowana złością. - Kogo one mają? Onyx? Zwykła, niepiśmienna ladacznica. Dosłownie. Burgund? To samo. Do tego zawsze bierze stronę Łasicy. Sama Łasica? Impulsywna, zawsze działa bez planu i strategii. Może umie zaplanować jakiś skok i przyznaje, złodziejskiego sprytu jej nie brakuje ale to nie jest ktoś kogo bym widział u steru naszej grupy. Ani żadnej innej. Pirora? Owszem wykształcona i inteligentna, wreszcie można by z kimś od nich porozmawiać o czymś innym niż rozkładanie nóg. Ale w pełni współpracuje i popiera resztę ich planów i jest furtką do wyższego świata. Może jakby ją przekształcic, ulepić na nowo to może, może ale nie teraz. To by zajęło lata albo miesiące. A teraz? Teraz to małolata, córeczka tatusia z południa co nieco błysnęła w teatrze i na salonach, głównie dzięki swoim nowym koleżankom. Sama z siebie niewiele może i znaczy. Tej ich Bretonki nie znam za dobrze. Żona kapitana statku zdaje się. Ale z tego co słyszałem to to samo co reszta tych ladacznic. I one są od nas lepsze? Doskonalsze? Ależ skąd! Nasz farmaceuta to jest wykształcony człowiek i zorganizowany aby prowadzić wiesz jaką znajomość. Ja jestem uczonym. Nasz kolega ze stolicy też. Ty to sam wiesz. Jednooki też ciekawie rokuje. No sam powiedz. W czym my im ustępujemy aby one miały nami rządzić? - znów przemawiał z pasją jak zawodowy mówca albo urzędnik w sądzie. Wcale nie podobała mu się podległa rola względem zwolenniczek Węża.
- Oczywiście można im pozwolić myśleć, że wygrywają. Usiąść na tronie i sugerować odpowiednie rozwiązania. I niech myślą, że rządzą. No ale to samo się nie zrobi przyjacielu. Jak mamy być czymś więcej niż ich popychadłami to musimy zacząć działać aby coś znaczyć. - usiadł opierając się wygodniej o swoje krzesło i czekał jak gość zareaguje na to wszystko co usłyszał.
A zareagował mówiąc spokojnym, wyważonym tonem.
- Ustępujemy w tym wszystkim, w czym nie chcemy się taplać i wolimy im zostawić. Chyba, że kuszą cię jednak te alkowy? - wychylił się ku Tobiasowi - I czemu już sądzisz, że to dominacja nad nami, jeżeli będą czekać naszych rad i sądów? Chyba nie sądzisz, że zaczną cię na rozkaz do burdelu zaciągać?
- Doprawdy? A powiedz. Kiedy któraś z nich przyszła do ciebie po radę? I to tak, że potem postąpiła tak jak jej doradziłeś? - brew belfra uniosla się w górę i zawiesił na chwilę głos aby kolega mógł przeszukać swoją pamięć w tym zakresie.
- Bo ja nie pamiętam aby mnie o coś pytały o zdanie. Sugerowałem aby poparły projekt aptekarski bo to leży w interesie nas wszystkich. I co? I nic. Łasica tupnęła swoją zgrabną nóżką, że nie i nikt się jej nie postawił. Sam widzisz. Już teraz robią co chcą. A jak będzie ich jeszcze więcej? Bo zapewniam cię, że będzie. Wszystko na to wskazuje. W ogóle nas zaleją. - powiedział smutnym tonem jakby zaglądał przez okno w przyszłość o nie widział tam szczęśliwego zakończenia.
- Dlatego powinniśmy walczyć. Ustawić je do pionu. Ingerować w ich projekty aby musiały się z nami liczyć. Bo jak zostanie jak jest to dalej będą robiły co chciały, odnosiły sukcesy, ściągały nowych członków i jeszcze bardziej rosły w siłę. A wolałbym tego uniknąć. Niestety ja sam nie dam i rady. Zawsze ten motłoch mnie zakrzyczy albo przegłosuje. Stąd wpadłem na pomysł aby każda frakcja miała jeden głos. To zniweluje ich przewagę a wzmocni nasze znaczenie bez względu na to ile tych ladacznic tu będzie. Zamierzam to poruszyć na następnym spotkaniu. Mogę na ciebie liczyć? - Tobias przedstawił swój pomysł na ograniczenia znaczenia przewagi liczebnej u frakcji jakiej nie był zbyt przychylny. Popatrzył pytająco na siedzącego po drugiej stronie biurka kolegę.
- Możesz. - odparł po chwili - Ale co do zakrzyczenia... Mimo że dałem pomysł godzacy w teatr... to przeszedł bez problemu. - przypomniał.
- Chodzi ci o to robacze przedstawienie? Z tego co pamiętam to najbardziej zachwycony był aptekarz. A nasze słodkie koleżanki niekoniecznie. A to zdaje się zależy od przyjazdu tych aktorów z Saltburga. Zwłaszcza aktorek. A przypomnij mi kto z nas wszystkich ma najlepszy dostęp do teatru? - głowa guwernanta uniósła się i opadła gdy szukał w pamięci nawiązanie do czego pil jego rozmówca. Prychnął bez wesołości aby podkreślić swój brak zaufania do koleżanek spod znaku Węża.
- Szkoda, że to nie nasz znajomy grubas. Jemu bez obaw bym powierzył ten projekt bo od początku zdradza do niego ogromny entuzjazm. Ale one? Nie zdziw się jak dziwnym zbiegiem okoliczności nagle wystąpią liczne, nieprzewidziane okoliczności jakie przeszkodzą w zasianiu nowych koleżanek. Ale zapewne nie przeszkodzi zaciągnąć je do lochu, alkowy czy inne orgie. - podkreślił swoje oczekiwania jakie ma co do dworek Sorii w tym punkcie programu.
- Dlatego my powinniśmy brać w tym udział. A najlepiej zasiać chociaż część z nich. No. Chociaż jedną. Wtedy będzie cień nadziei, że coś z tego będzie. - znów podzielił się z kolegą jak on sam widzi rozwiązanie tego problemu.
- Postaram się dziś umówić spotkanie z Łasicą, ale powstrzymaj na teraz swoje zapędy. Nie czyń moich starań jałowymi. - przestrzegł i na chwilę zamilkł, próbując odzyskać siłę głosu. Odchrząknął.
- Mam jednak propozycję dla ciebie. Dziś udam się do Joachima, którego wiedza mi się przyda, a i mógłbym umówić przy okazji miejsce u naszego maga, gdzie nasza trójka by się spotkała. Omówilibyśmy tylko we własnym gronie... sprawy. - skinął i zatoczył ręką koło, jakby wskazywał na Akademię - Nie możemy się wspólnie izolować. Nie mamy luksusu na działanie samotnie na czym teraz tylko tracimy. - dodał sugerując, że rezygnacja z przybycia na spotkanie byłaby szkodliwa dla wszystkich Tzeentchian.- Dziś wieczorem? U Joachima? - belfer powtórzył miejsce i termin zamyślonym głosem jakby sprawdzał swoje plany na ten termin albo kalkulował coś innego. - Dobra, przyjdę. Dobrze by było coś zacząć działać w tym zakresie bo od siedzenia i narzekania to nic się samo nie zmieni. - przytaknął i wydawał się skory przyjść na takie spotkanie.
Heinrich skinął głową z zadowoleniem.
- Mam zamiar jeszcze zakręcić się wokół młodej von Schneider. - zmienił temat - A także wokół jej ojca. - wychylił się ku Tomasowi - W najlepszym wypadku chciałbym zorientować się czy młodą można do nas przekonać i nastawić na odpowiednią drogę.
- Von Schneider? Profesor von Schneider? - nauczyciel upewnił się czy mówią o tej samej osobie. Jak się okazało, że tak to skinął głową i wzruszył ramionami.
- Gunthera to znam dość dobrze. W końcu obaj pracujemy tutaj. Jeden z najważniejszych profesorów u nas i najlepszy ekspert od używania prochu i artylerii. W końcu pochodzi z Nuln. Ale jego córka? Nie wydała mi się zbyt interesująca. Poznałem ją przy paru okazjach, jakieś bale, uroczystości jak się przychodzi z całą rodziną no i Gunther też przyszedł z żoną i córką. Chociaż może wyrosła bo to było parę lat temu, wtedy to jeszcze taki podlotek z niej był, niezbyt było o czym z nią rozmawiać. - doktor nauk przyrodniczym uśmiechnął się zadowolony, że może pochwalić się taką ważną znajomością z profesorem. Chociaż jego dorosłą już córkę zdawał się traktować tylko jako dodatek do jej wykształconego ojca jakiego zdawał się cenić i szanować. Zaś młoda von Schneider mało go interesowała i nie przykładał do niej większej wagi.
- I ona do nas? A dlaczego? Zwróciła jakoś twoją uwagę? - wydawał się być zdziwiony, że właśnie nią się kolega interesuje.
- Wyraźnie ja sam zwróciłem jej uwagę. - zaśmiał się chrapliwie - Dziewczyna wyraźnie w zainteresowania ojca poszła i można to wykorzystać. Jest ważnym połączeniem z Akademią i swoim ojcem. Już o niej myślały nasze dziewczyny, ale teraz już wiedzą, że zajęta. - włożył dłonie - Nie chcemy chyba by ich szeregi zasiliła, prawda? Muszę ją pobadać, zobaczyć ile ciekawego materiału jest w niej, a jej osobiste zainteresowanie mną w tym pomoże. - spojrzał w zamyśleniu na Tobiasa - No i zawsze są twoje znajomości z jej ojcem, które się mogą przydać w "naprostowaniu" jej na drogę. Z dala od dziewczyn.
- No nie mów, że do niej też się dobierały… - westchnął belfer kręcąc z irytacją głową na myśl, że kolejna młoda szlachcianka miałaby wpaść w orbitę wpływów slaaneshytek z ich kultu. Przez chwilę się nie odzywał trawiąc tą wiadomość w swoim analitycznym umyśle.
- No tak, ładna jest, zgrabna, wykształcona, niezamężna i chyba nawet nie zaręczona. No tak, może się podobać. Mam nadzieję, że jej nie dopadną. - powiedział gdy chyba próbował spojrzeć na tą córkę profesora z Nuln od tej fizycznej strony jaka dla niego nie była najważniejsza.
- Patrząc na to z tej strony to rzeczywiście lepiej aby była z nami niż z nimi. Tylko nie jestem pewien jak byśmy mieli ją zwerbować i przekonać do naszej sprawy. Przyznam, że nie zwracałem na nią zbyt wielkiej uwagi. Nie jest moją uczennicą. Chociaż przychodzi tutaj na niektóre zajęcia. Na artylerię i balistykę oczywiście chociaż nie sądzę aby pewnego dnia miała wsiąść na statek i dowodzić artylerią. Nie ten typ. Zapewne chodzi o rodzinne tradycje no i prestiż jej ojca. - przyznał co wie o Petrze von Schneider od tej służbowej strony. Mówił o niej głównie jako studentce i córce kolegi z pracy na jaką do tej pory nie zwracał większej uwagi niż uprzejme zainteresowanie jakie wypada oddać komuś z najbliższej rodziny szanowanego profesora z jakim się pracuje na uczelni.
- Przy nim też będę musiał się zakręcić. Poznaliśmy już się, ale będę musiał zawrzeć lepszą znajomość z profesorem. - zamyślił się - Czy mógłbyś się zorientować w jakich godzinach Petra przebywa w Akademii? I jak z niej lub do niej podróżuje? - uśmiechnął się do siebie - Mam na nią pewien pomysł.
- Tak, myślę, że mógłbym się tego dowiedzieć. Jej ojciec to przyjeżdża i odjeżdża dorożką. Przyjeżdża rano jak większość z profesorów co pracują na cały etat. Kończy popołudniu i raczej nie zabiera ze sobą córki. Bo studenci zaczynają poranne zajęcia ale nieco później. Zresztą Petra nie chodzi na pełne nauczanie tylko na wybrane zajęcia bo jak mówię chodzi raczej o to aby zdobyła porządne wykształcenie i o prestiż rodzinny ale wątpię aby się zamustrowała na statek albo do regimentu artylerii. No ale jak ona cię tak interesuje to sprawdzę kiedy dokładnie ma zajęcia. A co to masz za pomysł z nią związany? - gospodarz nieco zmrużył oczy i mówił trochę wolniej. Znów bardziej orientował się w planie zając profesora von Schneider niż jego córki. Mimo to jednak zdobycie jej grafiku wydawało mu się dość prostym zadaniem. Na koniec jednak zaciekawił się jakie kolega ma plany względem młodej, blondwłosej szlachcianki.
- Wyjaśnię na spotkaniu u młodego Joachima. - obiecał - Może i wszyscy się przydamy w tym zamierzeniu. - pokiwał głową - Na razie muszę zająć się ogarnięciem spotkań, więc pogadamy już na spotkaniu wieczorem.
- No dobra. To jeszcze coś masz do obgadania? - belfer chyba nie do końca był zadowolony z takiej odpowiedzi ale ostatecznie nie naciskał na inną. Był ciekaw czy kolega ze zboru ma jeszcze coś w zanadrzu czy raczej nie.
Heinrich zaprzeczył, że teraz ma coś więcej do powiedzenia Tobiasowi, a resztę zachowa na ich spotkanie. Po tym wymienili krótkie uprzejmości, pożegnali się i były łowca ruszył dalej wprawiać plany w ruch. Pierwsza miała być Łasica.
Backertag, Popołudnie, Mewa
Heinrich skierował swe kroki ku Mewie, po przebraniu się w domu i ucharakteryzowaniu trochę swojego wyglądu na bardziej dostający do miejsca. W środku zagadnął Cori o Łasicę i nie czekając tak długo uśmiechnął się zadowolony widząc nadchodzącą Łasicę.
- Zawsze na posterunku, jak widzę. - odezwał się do kobiety, gdy podeszła bliżej.
- Oj nie zawsze, nie zawsze. Naprawdę dzisiaj jest Backertag? Cori mi tak mówiła. Raanyy! To chyba przespałam ze dwa dni i noce! Pewnie bym spała nadal no ale sam rozumiesz, ciało ma swoje potrzeby a już nie chciałam by Cori nas karmiła w nieskończoność. - Łasica odparła wesoło i niefrasobliwie obejmując krótko swojego gościa, obchodząc go i siadając na ławie obok niego. Mimo swojego dość nonszalanckiego narzekania wydawała się w całkiem wesołym nastroju. Pstryknęła palcami aby zwrócić uwagę swojej ulubionej kelnerki i gdy ta podniosła wzrok zza kontuaru przywołała ją gestem. Ta uśmiechnęła się, pokiwała głową i dała znać, że zaraz przyjdzie.
- To cóż cię sprowadza w te niegodne i lubieżne progi? - zapytała równie lekko i nieco kpiąco spoglądając wymownie po reszcie tawerny. Chociaż w środku dnia to było tu dość pustawo w porównaniu do wieczoru. Dominowali marynarze i typy spod ciemnej gwiazdy. No i ladacznice. Zresztą sama Łasica przyszła w kontrastowo barwnej, długiej spódnicy z zakładkami jaka rzucała się w oczy i w jakich lubowały się ladacznice właśnie po to aby wyróżniać się w tłumie ulicy czy tawerny.
- Przyszedłem złożyć zażalenie. - spojrzał w oczy Łasicy i nachylił jej się do ucha - Szczerze, nie wiedziałem, że wy potraficie dostać cykora na takie oferty. - pogłaskał dziewczynę po policzku.
- A na które dokładnie oferty? - odparła mu równie konspiracyjnym szeptem jakoś nie zwiększając dystansu między nimi. Z bliska dało się wyczuć nie tylko gładkość jej policzka pod palcami ale też zapach po kąpieli bijący z jej szyi i włosów. Te zresztą wciąż były w połowie mokre.
Heinrich objął ramieniem niebieskowłosą w pasie i przysunął bliżej siebie.
- Piękna, sama chciałaś wpadać nocą, a teraz co? Już nie taka chętna jednak?
- Aa tamto! Ha! To jednak pamiętasz? - niebieskowłosa roześmiała się i trzepnęła się w udo jakby przypomniał jej coś zabawnego. Dała mu się objąć i czuł przy boku przyjemną, kobiecą obecność. Ona zaś podrapała go czule po brodzie po czym jej sprytna dłoń łotrzycy zjechała pod blat stołu gładząc go po jego udzie.
- Wybacz kochany ale sam widziałeś co się działo na wycieczce do lasu. A potem jak wróciłyśmy do miasta to nie miałyśmy już czasu na nic. No wyobraź sobie, że sypiałyśmy po dwie, trzy w jednym łóżku, ja, Burgund i Lilly i nic się nie działo. Samo spanie z przerwami na jedzenie co nam przynosiła Cori i wizyty w wychodku. Dopiero dzisiaj się do czegoś nadajemy. - powiedziała jawnie z nim flirtując i wciąż głaszcząc go po udzie. Do tego przylgnęła do niego całkiem chętnie jakby chciała mu się wytłumaczyć skąd to opóźnienie w zamiarach i aby się nie gniewał.
- Ale jak nie zapomniałeś i ci zależy to oczywiście postaram ci się wszystko wynagrodzić. Teraz już jestem po robocie to nie muszę pracować na kolanach tak jak nie chcę tylko tak jak chcę i z kim chcę. Obiecuję ci, że się wkrótce spotkamy. Tylko obym cię nie przyłapała na figlach z kimś innym bo wtedy jakoś będzie się trzeba tłumaczyć i jakoś we trójkę sobie poradzić. Albo co gorsza jak ja przybędę a ciebie nie będzie. Miałabym ci wtedy za złe. - mówiła pieszcząc go swoją dłonią, spojrzeniem i kuszacym uśmiechem jakby już obiecywała mu rozkosze łoża. I jak zwykle nie do końca było wiadomo w którym momencie jeszcze żartuje a w którym już niekoniecznie ale na słuch i wzrok to i tak wyglądało to całkiem przyjemnie i zachęcająco.
- Oczywiście, że pamiętam. - nie puszczał kobiety - Jak mógłbym zapomnieć? - uśmiechnął się z przymrużonymi oczami - Noce nie baluję na mieście, łypie w nodze. Wolę ciepło miękkiego posłania... - spojrzał od góry na Slaaneshytkę - ...lub czyjegoś ciała.
Klepnął Łasicę w tyłek.
- Dziś będę wieczorem poza domem i nie wiem czy nie przedłuży się, ale jutro... mogę niefrasobliwie zostawić szparkę w oknie... - pocałował dziewczynę w policzek - I może inna szparka się wciśnie.
- Znakomity pomysł kochany. Ja też uwielbiam się wciskać we wszelkie możliwe szparki i dziury. - roześmiała się dźwięcznie i niefrasobliwie wynagradzając go całusem w policzek. A gdy ją trzepnął w tyłek to wydała z siebie zduszony jęk. Bardzo przyjemny i dla oka i dla ucha obdarzając go przy tym kuszącym spojrzeniem.
- I też uwielbiam się grzać od czyjegoś ciała. Więc widzę, że będziemy mieli wspólne tematy do rozmowy. - skinęła głową i pozwoliła sobie przerzucić swoje długie nogi na jego uda. I spojrzała na salę bo właśnie zbliżała się do nich blondwłosa kelnerka. Przy okazji Heinrich zorientował się, że ten czy ów z tamtego czy innego stołu posłał im zaciekawione spojrzenie. A może nawet nieco zazdrosne. Jednak podeszła Cori i Łasica sprawnie zaczęła z nią rozmowę. Zamówiła dla siebie coś do jedzenia gulaszem i rybami w roli głównej i wino do popicia. Po czym zapytała czy jej adorowany kamrat ma na coś ochotę więc blondynka przeniosła wzrok na niego.
Heinrich odpowiedział, że to, na co ma ochotę teraz jest niedostępne dla niego, jako że nie może więcej czasu tu poświęcić dziś, niestety. Z westchnięciem ucałował Łasicę w policzek i wyraził nadzieję, że nie rozczaruje go ta szparka nim się pożegnał.
Wracał do domu układając już sobie plany w kolejności. Zawiadomił Tobiasa, teraz musiał wysłać do Joachima wiadomość, że jego "bracia w wierze" wpadną do niego wieczorem. Załatwił sprawę z Łasicą, przynajmniej tyle ile mógł na ten moment. Musiał posłać też do Sigismundusa, do którego przed spotkaniem w Wieży zamierzał jeszcze zawitać. Przydałoby się ogarnąć sprawę z larwami nim porozmawia z Łasicą.
Tobias był wedle Heinricha irytująco ograniczony w swoim spojrzeniu na świat i możliwości, jakie się przed nimi rozciągają. Heinrich musiał zaplanować kroki, by ich wyciągnąć z tego dołu. Oczywiście były łowca czarownic nie planował Tobiasa pozostawić bez pracy, tylko zbierającego profity. Swoją rolę też będzie miał zaplanowaną. Niech się cieszy, ale za darmo niczego z planów nie zagarnie.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 38 - 2519.07.15; bkt; przedpołudnie - zmierzch
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Diamentowa; rezydencja von Mannliebów
Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
Warunki: salon, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Otto, Fabienne i Annika
Jednooki mnich dzisiaj mógł opuścić hospicjum nieco wcześniej. Właściwie przez przypadek. Gdy już rozstał się z kasztanowłosą pacjentką to parę sal i korytarzy dalej napatoczył się na przeora. Ten z ciekawości zapewne zapytał o to jak mu poszło z obiema szlachciankami a gdy się okazało, że jeszcze w ogóle to nieco się zirytował za taką zwłokę bo sądził, że podwładny pójdzie do nich zaraz po śniadaniu a tu już po obiedzie było. Więc kazał mu się za to natychmiast zabrać.
Na osłodę tych cierpkich słów przeora Otto miał świeże i miłe wspomnienia z chwil spędzonych z młodą pacjentką. Wydawała się skora do takich figlów w praniu i zapewne nie tylko ale jeśli była heroldem Pajęczej Królowej to chyba nie było takie dziwne. Świetnie wpasowywała się do reszty dwórek Sorii czy swojej nowej bretońskiej panii jakiej miała służyć. Przynajmniej tak oficjalnie. I z wielką chęcią i rozpalonymi oczami słuchała rewelacji o wspólnej orgii ze zwierzoludźmi nawet nie próbując ukrywać, że taka wizja bardzo ją podnieca i strasznie żałuje, że nie mogła wziąć w niej udziału. Domagała się pikatnych szczegółów kto, z kim, w jakiej pozycji i kompozycji a jak doszedł do momentu gdy relacjonował przygody jej bretońskiej pani z dorodnymi rozmiarami zwierzoludźmi to słuchała tego z wypiekami na twarzy.
- Mam nadzieję, że nic mojej pani się nie stało. I, że bawiła się świetnie. Naprawdę zmieściła w siebie coś tak wielkiego? I dała się przywiązać? - przeżywała te przygody jak jakiś wielbiciel sztuki coś nowego wystawianego ze swoimi ulubionymi aktorami. A sama też okazała się bardzo namiętną, żywiołową i utalentowaną kochanką jaka z lubością wypuszczała spod szorstkiego habitu demona lubieżności. Więc pożegnała się z nim całkiem ciepło, miło i życzliwie. Bardziej przypominało to rozstanie kochanków niż mnicha i pacjentki. A jak się pani kasztanowłosej miała to wkrótce sam miał okazję się przekonać.
Musiał ruszyć z hospicjum na północ do tej dzielnicy z najbogatszych i najpotężniejszych. Jako, że drogę już znał nie miał trudności tam trafić. Prawie. Zatrzymał go jakiś patrol straży jakiemu chyba wydał się podejrzany w tym miejscu. Pytali kim jest i czego tu szuka. Na szczęście miał zalakowany i zaadresowany list od przeora. Nie był pewien czy strażnicy mogli to przeczytać ale w połączeniu z tym, że jest posłańcem co niesie wieści spowodowało, że dali mu spokój i pozwolili odejść. Niemniej świadczyło to o tym, że władze nadal szukają sprawców bezczelnej napaści na świątynię i krwawej jatki jaka tam miała miejsce.
Początek wizyty u von Mannliebów był podobny do poprzednich. Czyli najpierw brama i odźwierny, potem krótki spacer do głównych drzwi gdzie przywitała go chłodna i oschła Gertruda jak zawsze pytając po co przyszedł. Tonem sugerującym jakby lepiej nie zawracał znamienitszym od siebie głowy jakimiś błachostkami. Jednak decyzja nie należała do niej więc po tradycyjnym już czekaniu na odpowiedź pani domu został zaproszony do salonu. Tam gdzie zwykle spotykał się z panią domu. Odczekał chwilę samemu aż drzwi się otworzyły i weszła do środka bladolica i czarnowłosa Bretonka w obowiązkowej w czasie żałoby czerni oraz znacznie skromniej ubranej młodej służącej. Do niedawna pacjentce hospicjum.
- Witaj Otto. Miło cię znów widzieć. Usiądź proszę. - Fabienne przywitała się z mnichem jak z dobrym znajomym. Zupełnie jakby nie dostrzegała przepaści społecznej jaka dzieliła bogatą szlachciankę i żonę szanowanego kapitana statku z ubogim mnichem jaki niewiele posiadał.
- Jak się czujesz? Bo ostatnio jak się widzieliśmy na wycieczce to widziałam, że też się nie oszczędzałeś. Ale ja to ledwo się dzisiaj zwlokłam się z łóżka. Umieram! Wszystkim tu mówię, że mnie straszna migrena dopadła w tym lesie na tym plenerze. Dobrze, że mogę liczyć na Annikę bo chyba bym umarła. - po cerze szlachcianki trudno było dostrzec jakieś zmiany bo z natury miała alabastrową i delikatną karnację. Właśnie taki zestaw w szlacheckim świecie był uważany za bardzo cenny i ideał piękna więc natura była jej łaskawa. Ale przez to wszelka bladość wynikająca z choroby czy zmęczenia była trudniejsza do zauważenia. A i ton był nieco przerysowany przez co dobrze wpasowywał się w standardowe grymaszenie i plotki tych dobrze urodzonych dam. Przynajmniej tak by pewnie można pomyśleć gdyby się ze dwie noce temu nie było przy zachodnich kamieniach na zakazanej i plugawej orgii ze zwierzoludźmi gdzie właśnie ta zacna bretońska dama była niejako daniem głównym dla chuci ludzi i zwierzoludzi. I wtedy bynajmniej nie skarżyła się na swój los.
- To prawda. Widziałam przy kąpieli. Same siniaki i zadrapania. A u mojej pani byle co i już siniak. A po tej nocy to wróciła jakby ją ktoś pobił. - odezwała się Annika wyłamując się z roli służby. Jednak rozmawiali tu we trójkę.
- Nie jest tak źle. W końcu się zagoi. Mam nadzieję, że do tradycyjnych modłów żałobnych u Pirory po mszy już nie będę was straszyć tymi siniakami. Mam nadzieję, że nas odwiedzisz Otto? Strasznie mi się spodobała ta zabawa w Adelajdę i niewolnicze aukcje i tatuaże! Zawsze chciałam przeżyć takie ekscytujące przygody! - myśl o już nieco tradycyjnym spotkaniu w loszku averlandzkiej młódki po mszy w Festag od razu poprawiła Bretonce humor i widocznie ostatnia zabawa gdzie była główną niewolnicą do zabawy reszty kultystów a zwłaszcza Otto który ją wygrał widocznie bardzo ciepło wspominała i miała ochotę na powtórkę.
- Aha ale właśnie bo tak cały czas gadam o sobie. A ciebie właściwie co sprowadziło w nasze skromne progi? - zagaiła jakby sobie uzmysłowiła, że zapewne jest jakaś przyczyna dla jakiej jednooki mnich ich tu odwiedził. Annika też popatrzyła na niego z czujnym zaciekawieniem. Śladów walki już po niej nie było widać. Przynajmniej jak była ubrana. W ruchach też już nie dostrzegał jakiejś sztywności jaką mogły spowodować świeże rany.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
Warunki: salon, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Otto, Pirora i Soria
Po wizycie u von Mannliebów ruszył na południe. Wciąż jeszcze dniało bo w końcu nadal był środek lata jeszcze przed żniwami. Pogoda się poprawiła w porównaniu gdy rano szedł do hospicjum ale nadal nie było zbyt przyjemnie. Zwłaszcza jak wyszedł z brukowanych ulic Północnej Dzielnicy i wrócił na znajomy zwierzęcy i ludzki gnój jaki zlegał na nie tak wyszukanych i zadbanych ulicach. Pirora bowiem mieszkała bliżej centrum, w poblizu Placu Targowego co było dobrą lokalizacją chociaż nie tak prestiżową jak mieszkanie w Północnej. Gdy zapukał do drzwi kamienicy chwilę odczekał a potem otworzyła mu Kristin. Zaprosiła do środka i tu też musiał poczekać na odpowiedź od gospodyni. Gdy wróciła zaprowadziła go na piętro do salonu gdzie już przy misternie ozdobionych filiżankach, paterze z owocami i cieście siedziały obie szlachcianki.
- Witaj Otto. Miło nam, że wpadłeś. Pytanie czy towarzysko czy w jakiejś sprawie rodzinnej albo służbowej. - zagaiła go na przywitanie młodziutka szlachcianka z Averlandu. Była tak młoda, że panny w jej wieku zwykle jeszcze były pod opieką rodziców co zdaje się też nie raz wzbudzało zdziwione uniesienie brwi gdy się ktoś dowiadywał, że ojciec wysłał i zostawił ją samą w tym obcym dla nich mieście. W końcu pochodzili ze słonecznego Averlandu czyli prawie dokładnie na przeciwległym krańcu Imperium. Jak sama jednak przyznawała główna zainteresowana te dwa miesiące gdy tu przyjechał późną wiosną i nim wyjechał wczesnym latem sporo jej pomogły i mocno uwiarygodniły jej pochodzenie i koneksje. Nadal jednak to nie było to samo co ktoś ze szlachty urodzony tutaj czy w Saltburgu jaki od pokoleń albo chociaż od dekad stanowił trzon tej lokalnej społeczności. Tutaj zdaje się młoda Averlandka stanowiła swego rodzaju ciekawostkę i wiele zawdzięczała swoim talentom artystycznym, obyciu no i przyjaźni z najznamienitszymi damami w tym mieście.
- Bo my tu właśnie spiskujemy kogo by tu omotać naszą słodką siecią. Czy raczej zacząć od ślicznej i ambitnej Feodory co jest utalentowaną śpiewaczką tylko, że jest na szarym końcu dziedziczenia to nie ma co liczyć na zbyt duży posag więc poza urodą i talentem niewiele wniesie do majątku męża czy raczej na ciekawską i świeżutką Birgit jaka na razie praktykuje w aptece i jako akuszerka no ma misję edukacyjną co do tych kobiecych spraw ale ma bardzo interesujące pytania odnośnie sztuki alkowy więc brzmi to bardzo interesująco. - dorzuciła swobodnie Soria jakby na pohybel wszelkim złorzeczeniom kolegów ze zboru. Bo brzmiało co prawda luźno i wesoło niczym ton żartobliwej pogawędki czy wręcz plotkarski. Ale nie można było wykluczyć, że któraś z owych koleżanek Pirory i Fabienne skusi herolda Soren do wprowadzenia jej w zakazane arkana sztuki miłości i lubieżności co może zaowocować jej przystąpieniem do kultu.
Okazało się, że Soria nie może zostać zbyt długo bo zamierza wkrótce udać się na spotkanie z baronem Wirsbergiem w “Dwóch kluczach”. Tym samym o jakim Joachim wspominał ostatnio jako tym co miewa dziwne sny o bagnach i jakichś tajemniczych światłach. Ale póki co mogli jeszcze w przyjemnej atmosferze artystycznej bohemy salonu obwieszonego obrazami namalowanymi przez gospodynię i nie tylko sobie porozmawiać o tym czy owym.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
Warunki: salon, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Otto i Silny
Po wizycie w dwóch szlacheckich rezydencjach Otto musiał skierować się bliżej Salt i portowej dzielnicy. Kilka przecznic dalej była “Mewa”, ulubiona tawerna duetu łotrzyc co niejako potwierdzało, że dwoje największych adwersarzy w kulcie, Łasica i Silny, pochodzą z tej samej warstwy społecznej miejskich cwaniaków i łotrów. Chociaż każde z nich miało inny charakter, zainteresowania i metody działania.
“Stary kocioł” nie miał zbyt dobrej opinii. Właściwie to miał renomę mordowni, tam gdzie za krzywe spojrzenie można po gębie dostać. Niestety właśnie tutaj Silny miał swój punkt kontaktowy. A, że był niepiśmienny to trzeba było spotykać się z nim osobiście albo posłać kogoś innego z rodziny. Świetnie do tego nadawał się Strupas, Vasilij czy Rune a na pewno nie Pirora czy Soria bo pasowały tu jak rodzynki do błota. Ale tym razem Otto nie miał czasu na jakieś podchody i jak chciał sprawę załatwić od ręki albo chociaż zostawić wiadomość dla Silnego to musiał się pofatygować osobiście. Jak tylko otworzył drzwi i wszedł do środka powitała go ciężka atmosfera przetrawionego alkoholu, potu, trocin i czegoś nieświeżego. Ale ginęło to wszystko pod naporem krzywych spojrzeń. W porównaniu do tego lokalu to “Mewa” była luksusowym przybytkiem dla wyrafinowanych gości. Chociaż po prawdzie tam bawili głównie zwykli marynarze, morscy żołnierze i typki spod ciemnej gwiazdy. To tutaj chyba przybywali ci co chcieli dostać albo dać komuś po mordzie. Zwłaszcza obcemu. A Otto był tu zdecydowanie obcy. Ledwo podszedł do kontuaru a już poleciała w jego stronę pierwsza zaczepka.
- E. Ty. Braciszek. Zgubiłeś się? - nie była zbyt wyszukana ot tak aby zagaić rozmowę. Habit rzeczywiście zdawał się słabo pasować do tego miejsca i rzucał się w oczy. Z drugiej była jakaś szansa, że stan duchowny może dać mu ciut więcej szansy niż jakiś zwykły.
- Słyszałeś co kolega pytał? Jak zbierasz na tacę to źle trafiłeś. Ale jak chcesz to możesz dać mi jakiś datek. W ciężkiej sytuacji życiowej jestem. - zagaił drugi prawie od razu potem. Posłał gościowi krzywe i złowrogie spojrzenie. Nie on jeden zresztą. Na ile Otto widział to chyba mało który z bywalców “Kociołka” nie miałby ochoty coś mu zabrać albo zwyczajnie dać w mordę, skopać, może przejechać nożem po żebrach i wywalić w błoto rynsztoka na zewnątrz.
- Oj chłopcy, dajcie spokój, gość przyszedł tylko na jednego i nie szuka kłopotów. Prawda? - kobieta jaka wróciła z tacą pełną pustych kufli i talerzy za szynkwas kompletnie nie pasowała do tego miejsca. Młoda, ładna, zgrabna i delikatna. Do tego sympatycznie uśmiechnięta i z życzliwym spojrzeniem. Zostawiła tacę i stanęła naprzeciwko Otto promieniejąc życzliwością. Chociaż z pewnym lubieżnie drapieżnym posmakiem. Albo tak mu się tylko wydawało. Co dziwne wydawało się, że chociaż chwilowo spacyfikowała tą jedną prośbą agresywne zapędy wobec obcego.
- Tylko grzecznie pytam nie? Wiadomo czego taki chce? No nie. To pytam. Jak chce zbierać zęby z podłogi to czemu ma prosić i czekać? Wyjdzie taki niezadowolony a potem będzie głupoty na mieście opowiadał, że go tu nie obsłużono jak trzeba. - jeden z bywalców uderzył w niby żartobliwy ton a reszta zarechotała z rozbawienia. Wciąż obdarzali obcego złymi spojrzeniami i było widać, że nadal mają ochotę pokazać mu co myślą o obcych w ich świętym miejscu.
- O Silny! Silny zobacz jakich gości dzisiaj mamy! Cudak jaki! - gdy do środka weszła zwalista sylwetka powitanie było całkiem inne. Zupełnie jakby widownia witała się z głównym rozgrywającym jaki przybył w samą porę. Ten zaś skinął głową temu czy tamtemu, tu się uśmiechnął, tam machnął dłonią i widocznie czuł się tu jak ryba w wodzie. Śmiało podszedł do szynkwasu w stronę obcego.
- Właśnie mówiliśmy mu, żeby stąd spadał w podskojach bo mu pomożemy. Ale Yvonne się uparła. No to… - dorzucił wesoło ktoś z innego stolika wskazując na winowajczynię jaka wtrąciła się i chwilowo odebrała im zabawę. Czy raczej zabawkę.
- Ta? - Silny zatrzymał się przy szynkwasie obok Otto. Popatrzył ciekawie na niego i na kelnerkę. Reszta za jego plecami czekała co się stanie jakby spodziewali się, że zaraz się zacznie.
- No dopiero przyszedł. Jeszcze nic nie zdążył zamówić ani powiedzieć bo oni się wtrącają. - kelnerka odparła bez wahania trochę tonem zażalenia a trochę wyjaśnienia.
- Aha. - przytaknął Silny wracając spojrzeniem do jednookiego. A potem na resztę sali. - To mój człowiek. Jak tu przychodzi to ma sprawę do mnie. - rzucił im krótko wskazując na jednookiego w habicie. Przez salę przeszedł szmer zdziwienia i jakieś na w pół urwane wypowiedzi.
- Aaa… A to nie wiedzieliśmy… Nic nie mówiłeś… Pierwszy raz tu jest…
- Yvonne daj mi bigos i jakieś żarcie. I piwo. Głodny jestem. - rzucił krótko Silny do kelnerki. A sam zwrócił się do kolegi z kultu. - Dobry bigos i ryby tu mają. Chcesz to se zamów. I chodź bo wkurzasz chłopców. Nie lubią obcych. - powiedział do niego po czym dał mu znać aby poszedł za nim. I tak siedli przy jednym ze stołów przy ścianie. Co prawda jakichś dwóch omawiało coś przy kuflach ale jak Silny posłał im wymowne spojrzenie to od razu zwolnili dla nich stół i przenieśli się do innego.
- No? Co jest? - zapytał siadając przy chwilowo pustym stole. Od ręki dostali tylko piwo czy coś do picia a na kolację trzeba było trochę poczekać. Zanim Otto zdążył odpowiedzieć w drewnianą ścianę z krok od nich z głośnym stuknięciem wbił się ciśnięty nóż. Oprych zadarł głowę do góry i utkwił w nim spojrzenie. Po czym przeniósł je na miotacza który popisywał się swoimi umiejętnościami już od paru chwil. A teraz patrzył z przestrachem na Silnego próbując wymemłać coś ale nic chyba nie był w stanie wymyślić.
- To było niechcący Silny! Wyleciał mi! - wydukał w końcu zduszonym głosem. A w sali zrobiło się jakby dwa tony ciszej. Jak na moment przed bójką nim spadnie pierwszy cios.
- Jasne Rudy. Nie ma sprawy. - Silny uśmiechnął się wstał i wyszarpał nóż. Obrócił go w swojej wielkiej łapie, prychnął z rozbawienia i siadł z powrotem na swoje miejsce. - Chcesz kupić nóż? Zobacz jaki ostry i jak dobrze się wbija. Po koleżeńsku nie wezmę od ciebie zbyt drogo. - rzucił tonem pogawędki pokazując Otto zdobyty nóż jakby byli gdzieś na targu i trafiła się dobra okazja.
- Ale Silny… Ale to jest mój nóż. I ten… No wiesz… - zaprotestował Rudy ale jakoś bez większego przekonania. Łysy posłał mu ostre spojrzenie.
- Twój? Nie wiedziałem. Znalazłem go w ścianie. Nikt nic nie mówił to teraz jest mój. Chcesz to ci go sprzedam. Tanio, po koleżeńsku. - odparł mu mięśniak wywołując wśród publiczności falę złośliwej radości. Pechowy nożownik przemyślał sprawę, speszył się i machnął na to ręką. Oprych zaś znów zaczął się bawić zdobytym nożem i ponownie spojrzał na sąsiada.
- No? To co jest? - zagaił tak samo jak przed chwilą.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
Warunki: wnętrze apteki, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Heinrich, Sigismundus i Strupas
Były łowca czarownic nie był już młodzieniaszkiem. I właśnie z tego powodu miał szansę przykuć uwagę młodej von Schneider co lubowała się w znacznie starszych od siebie kochankach. Przynajmniej wedle słów Pirory. Ale też czuł w kościach to dzisiejsze chodzenie. Najpierw z południa miasta na północ i to przy bardzo wietrznej i zimnej pogodzie aby dotrzeć do Akademii. Potem znów wracać na południe chociaż tak nie całkiem bo “Mewa” gdzie się spotkał z Łasicą była w portowej dzielnicy jaka na tym obszarze dość płynnie przechodziła w centralną część miasta. A potem zrobiło się południe i w sam raz pora aby coś zjeść na obiad. I znów dalej, ku południowym dzielnicom gdzie mieszkał pewien gruby aptekarz i tam też prowadził swój przybytek z różnymi maściami, ziołami i miksturami. No i jedną uwięzioną nosicielką porwaną z traktu w jaką ładował jaja pradawnych much stworzonych przez nieśmiertelne, demoniczne istoty jakie planowali przyzwać tu z powrotem.
Gdy więc drzwi apteki uderzyły o dzwonek obwieszczając przybycie gościa na zewnątrz było słonecznie i wiał łagodny wiatr ale nadal było dość chłodno. Chociaż nie czuło się tego tak jak się miało na sobie jakiś kubrak, kurtę czy płaszcz. Niemniej w nogach czuł już wyraźnie całodzienne chodzenie a to przecież jeszcze nie był koniec planów na dzisiejszy dzień. Na osłodę miał dość krótką ale jakże owocną i przyjemną rozmowę z Łasicą. Co o ile się nie mylił nie miała nic przeciwko nocnej wizycie u niego i całonocnym harcom w ostrym stylu jaki przecież uwielbiała. Co sam choćby widział parę nocy temu na polanie przy zachodnich kamieniach. Wydawało się, że to ten intensywny początek tygodnia z wielkim rabunkiem, wyjazdem z miasta i potem regenerowaniem sił po orgii odwiodły ją od tego nieco zapowiedzianego włamania po nocne rozkosze ale z samego pomysłu nie zrezygnowała. A przynajmniej takie sprawiała wrażenie. W każdym razie jak się rozstawali w tawernie to żegnała go jak kochanka a nie kolegę. Dostał nawet obiecującego całusa w policzek i kusząco łobuzerskie mrugnięcie okiem niczym niemą obietnicę przyszłego spotkania. No i na razie to chyba rzeczywiście po obrobieniu świątyni i niedawnym powrocie do miasta to rodzinka jakoś nie odzywała się nowymi zleceniami. A jak tak to on nic o tym nie wiedział a ona nic o tym mu nie wspomniała. Ale na razie to był w aptece Sigismundusa. Przez chwilę był sam gdyż gospodarza nie było w sali dla klientów. Ale zaraz usłyszał jego szybkie i ciężkie kroki gdzieś z zaplecza, skrzypnięcie drzwi i pokazał się on sam.
- O proszę, prosze, cóż za niespodzianka! Witaj przyjacielu, witaj! Chodź, chodź, nie stój tam tak jak jakiś petent. Chodź, do środka jak na gościa przystało. - chociaż Łasica z koleżankami wyraźnie nie przepadały za aptekarzem to trzeba było przyznać, że jak chciał to potrafił zachowywać się jak jowialny wujek dla swoich kochanych siostrzeńców. Albo gości. Bo akurat Heinrich to chyba był w podobnym mu wieku albo nawet trochę starszy.
- Wejdź, wejdź, usiądź. Napijesz się czegoś? - Sigismundus zaprosił gościa na zaplecze do pomieszczenia które było skrzyżowaniem stołówki pracowniczej, kuchni i sali narad. Było nieco zagracone jakimś dzbanami, skrzynkami, obwieszone pękami ziół suszących się pod sufitem i różnymi takimi roboczymi bibelotami. Sam gospodarz zaś wyjął z szafki kubki, butelkę wina i rozlał dla siebie i gościa. Po czym usiadł obok.
- To cóż cię do mnie sprowadza przyjacielu? - zagaił przyjaźnie do swojego gościa. Ten zaś poczuł ulgę w nadwyrężonych nogach gdy mógł wreszcie spocząć.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
Warunki: wnętrze kamienicy, ciepło, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Joachim, Heinrich i Tobias
Joachim tym razem miał być gospodarzem spotkania. Podobnie jak niegdyś Sigismundus gdy spotkali się na zapleczu jego apteki. Teraz skład zapowiadał się podobnie chociaż liczebnie był skromniejszy. Heinrich bowiem przysłał mu przed południem krótki bilecik zapowiadający przybycie swoje i Tobiasa. Dzień zmierzał ku końcowi. Jako, że było lato to jeszcze było w pełni widno, zima to już o tej porze panowały nocne ciemności. Co więcej zmierzch póki co był pogodny i słoneczny. Jakby się pogoda nie zepsuła pod wieczór to gwiazdy powinny być ładnie widoczne. W końcu doczekał się, że służba przyniosła mu wiadomości o pierwszym gościu. Przywitali się i rozsiedli we dwóch. A po dwóch czy trzech pacierzach zrobił się komplet.
- Ah to tak się tu urządziłeś. No nieźle, nieźle… Dobrą sprawą tego miasta jest to, że wolnych domów jest więcej niż chętnych aby w nich mieszkać. Bo gdzie indziej to albo trzeba czekać aż ktoś wykorkuje albo się wyprowadzi albo płacić krocie. - Tobias co pierwszy raz gościł u Joachima rozglądał się ciekawie po wnętrzach i pozwolił sobie na komplement. Pod względem pustostanów to Neus Emskrank rzeczywiście było wyjątkiem na skalę całej prowincji albo i nie tylko. Ale mało które inne miasto budowano jako odgórny projekt do rozwoju i zasiedlenia, prawie zawsze miały za sobą długą ewolucję sięgającą setek a czasem i tysięcy lat w przeszłość więc i mieszkańcy zwykle gnieździli się tam jeden na drugim.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 38 - 2519.07.15; bkt; (Bonus - przybycie Mergi do Norski)
Miejsce: Zach. Norska; ziemie Bjornlingów, osada Stemmestein
Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
Warunki: chłodny dzieńMerga

https://i.imgur.com/cSurk8v.jpg
Dziób długiej łodzi rozbijał leniwie płynące fale. Towarzyszył temu rytmiczny plusk tuzina wioseł. Tutaj, na dnie tego skalistego wąwozu, wiatru prawie nie było. Co sprawiało, że morze i powietrze było spokojne ale przez to niezbyt można było sie wesprzeć żaglem.
- Spokojnie dzisiaj. - skomentowała kobieta ubrana w kolczugę i z dwoma toporami zatkniętymi za solidny pas. Stała na rufie łodzi, w pobliżu kulawego sternika. Ten skinął głową przyznając jej rację. Ale kobieta czuła wewnętrzną potrzebę opowiedzenia przybyszom co tu byli pierwszy raz coś więcej. Chociaż zwykle uchodziła za mliczka. - Zwykle silniej tu wieje to i fale większe są. I chmury i mgły. Ale dzisiaj jest ładnie. - powiedziała Norma z trudem powstrzymując uśmiech. Czuła radość. Tą samą i niezmienną jak zawszy gdy wraca się po długiej podróży do domu. Znów się widzi znajome krajobrazy, detale, znajome kąty. Nie była tu z pół roku. Gdy odpływała ze swoją poprzednią załogą, wodzem i statkiem była jeszcze zima i początek nowego roku. Teraz był środek lata, tuż przed żniwami. I wracała. Wracała do domu. To sprawiało, że odczuwała tą mimowolną radość wbrew zdrowemu rozsądkowi.
- Co to? - zapytał Kurt. Ale i inne głowy poruszyły się niespokojnie szukając źródła metalicznego dźwięku. Brzmiało jak gong albo dzwon. Kilka razy. Jednak nie byli w stanie stwierdzić tak od razu skąd dochodzi.
- Tam. Wieża strażnicza. Dają znać naszym, że jakiś statek wpływa do fiordu. Dwa razy po cztery razy. Obcy statek. Nasze są oznaczane po trzy razy. Wrogie po dwa. - wyjaśniła toporniczka swoim południowym sojusznikom wskazując dłonią na ledwo widoczną konstrukcję na jednym ze zboczy fiordu. Z dołu i z tej odległości wydawała się dziecięcą zabawką.
- Czyli już o nas wiedzą. - Kurt pokiwał swoją czarną, przetykaną już tu i tam siwymi włosami głową. Chociaż odkąd ruszył w rejs to starym, marynarskim zwyczajem obwiązał głowę chustą więc to aż tak nie rzucało się w oczy. Jednak podobne znamiona niemłodego już wieku miał też i na brodzie a tego już chusta nie mogła ukryć.
- Tak. Wiedzą. - Norma przestała się uśmiechać. Spoważniała. Wszelkie wątpliwości jakie nosiła w sercu odkąd na początku tygodnia nocą odbili od pirsu Neus Emskrank znów rozlały się niepokojem po jej sercu. Ogólnie była raczej dobrej myśli. Ale mimo wszystko nie była do końca pewna jak ich przyjmą pobratymcy. Odruchowo dłonią pogładziła swój topór jakby to miało dodać jej otuchy.
- Już jesteśmy prawie na miejscu. Spokojnie moi drodzy, wszystko będzie dobrze. Tylko proszę was nie dajcie się ponieść emocjom. Nasi pobratymcy są dość nieufni i gorącokrwiści. Nie dajcie się sprowokować bo nam to wszystko utrudni. - do rozmowy włączyła się kolejna kobieta. Wyszła z niewielkiego, rozkładanego namiotu gdzie sypiała i chroniła się przed słotą. Oprócz niej na ten luksus mogły sobie pozwolić nieliczne niewiasty zabrane na pokład. Mężczyźni musieli radzić sobie okrywając się futrami, impregnowaną skórą lub kocami i sypiać gdzie popadło. Łódź nie pozwalała na luksusy, nie miała nawet pokładu. Na szczęście wedle słów ich dwóch norsmeńskich przewodniczek kurs na ich rodzimą osadę powinien zająć tylko kilka dni. I jak teraz mieli się o tym przekonać miały rację. Dopływali właśnie na miejsce. Gdzieś tam, przed nimi, za którymś tam zakrętem fiordu, miała stać osada jaka one nazywały Stemmestein. Co jak im tłumaczyły oznaczało Miejsce Mówiących Kamieni. Albo śniących kamieni. Albo szepczących kamieni. Jakoś tak w każdym razie. Południowcy znów musieli im uwierzyć na słowo bo żaden z nich wcześniej tu nie był ani nie znał języka tych barbarzyńców z północy. Nieco z duszą na ramieniu płynęli jednak dalej.

https://i.imgur.com/o9yHrrg.jpg
Łódź wedle wskazówek Normy skierowała się ku molo. I w pierwszej chwili przyszła czas na marynarską rutynę co nieco zajęła rece i myśli. Wyhamować, schować wiosła, przygotować cumy. Lekkie, drewniane uderzenie o molo. Toporniczka sprawnie pierwsza wyskoczyła na pomost, złapała za cumy i zaczęła je mocować do pali. Jedną od dziobu potem jedną od rufy. Łódź ostatecznie wyhamowała i zaczęła leniwie dryfować na fali przyboju. Pośród innych podobnych albo większych łodzi. Jakie na pełnym morzu lub na wrogim in wybrzeżu siały taki strach i spustoszenie gdy wyskakiwali z nich ci krwiożerczy barbarzyńcy z północy aby siać pożogę, śmierć, zabijać i łapać niewolników. A teraz byli właśnie tu. W samym ich mateczniku. Zanim się wszystko z cumowaniem łodzi uspokoiło na nabrzeżu już zebrał się mały tłumek ciekawskich. Wśród nich było sporo wojowników. Mieli topory wsadzone za pas albo miecze u pasa. Czasem dzierżyli włócznie, tarcze albo łuki. Jednak jeszcze nie celowali ani nie wznosili ostrzy. Też wydawali się niezbyt wiedzieć czego się spodziewać. Norma krzyknęła do nich dziarsko i wesoło tradycyjne pozdrowienie jakiego południowcy nie zrozumieli. Kilka głosów i głów odpowiedziało jej podobnie. Niektórzy byli zaskoczeni inni nieufni, paru radosnych. Ale dominowało uczucie wyczekiwania.
- Spokojnie moi drodzy. Zostańcie tu. Ja z nimi porozmawiam. Nie dajcie się sprowokować bo to wszystko skomplikuje. - wyrocznia rzuciła do swoich południowych sojuszników. Bo ci też wstali od wioseł, co któryś sięgnął po łuk lub trzymał dłoń na rękojeści broni jakby czerpał z tego otuchy i pewności siebie w tej niejasnej sytuacji. Wiedźma zaś wyciągnęła rękę do swojej gwardzistki i ta pomogła wspiąć się na pomost. Gdy rogata stanęła naprzeciwko swoich pobratymców i ruszyła ku nim śmiało i z uśmiechem na ustach, wyciągając do tego dłonie jakby chciała się z nimi wszystkimi objąć i przywitać po długiej rozłące tłum zafalował.
- To Merga! Wyrocznia wróciła! To ona! Tak jak Birk przepowiedział! - dały się słyszeć okrzyki tu i tam gdy ją rozpoznali. Sytuacja znacznie się ociepliła. Ona też odpłynęła stąd jeszcze w zimie, na samym początku nowego roku. Wiedzieli, że kierowała się wolą bogów i ruszyła na południe. Wiedzieli, że wpadła w tarapaty i wódz wysłał drugi statek aby ją ratować. Właśnie na nim płynęła też Norma to Asker. I wreszcie obie wróciły. Padły pierwsze powitania i pytania, pierwsze uśmiechy, śmiechy i poklepywanie się po ramionach. Ale w końcu padło i to pytanie jakiego obawiała się i wyrocznia i wojowniczka.
- A gdzie reszta? Gdzie nasi? Co to za jedni? - pytali ich wskazując na świeżo zacumowaną łódź oraz obcą jej obsadę jaka zdradzała tych słabych i tchórzliwych południowców.
- To nasi przyjaciele i sojusznicy. Pomogli nam tu wrócić. Są moimi gośćmi. - rzekła rogata wyrocznia o niesamowicie złotych oczach. Tutaj nie musiała ukrywać swojego prawdziwego wizerunku i natury jak w mieście południowców. Mogła w pełni być sobą i wiedziała, że jej pobratymcy to w pełni akceptują. W przeciwieństwie do krain na południu Morza Szponów gdzie takie błogosławieństwo bogów uznawano za herezję i starano się zniszczyć przy pierwszej okazji. Teraz jej pobratymcy popatrzyli jeszcze raz na obcą łódź sami jeszcze nie wiedząc jak traktować przybyszy i słowa wyroczni.
- Helmold cię czeka. - powiedział któryś z wojowników. Co zresztą było do przewidzenia. Helmold Flinkrev był w końcu jarlem Stemmestein. I zapewne doniesiono mu o tym, że obcy statek śmiało wpływa do fiordu. A do tej pory może nawet to kto wrócił do domu na tym statku.
- Dobrze więc chodźmy, nie każmy mu czekać. - złotooka odparła z łagodnym uśmiechem ale wewnętrznie spięła się w sobie. Wiedziała, że to spotkanie będzie decydujące i zaważy o jej losie jak i tych co przypłynęli razem z nią.

https://i.imgur.com/ZtloIbC.jpg
Słyszała jak jej południowi sojusznicy szeptali za jej plecami. Gdy szli pomiędzy chatami jej ludu. I potem gdy zostali na ulicy. Spięci i nerwowi. Nie dziwiła się im. W końcu byli tu pierwszy raz i obcy. Otoczeni przez ponure, brodate twarze i równie szare, drewniane domy z nieznanymi im ornamentami i stylistyką. Co więcej to była kraina Norsmenów. Niesławnych w południowych krainach barbarzyńcach, grabieżcach, mordercach i piratach. Mieli się czego obawiać. Ale i ona sama nie była pewna co przyniosą najbliższe chwile. Musiała ich zostawić a sama, razem z Normą, ruszyła do chaty jarla eskortowana przez paru wojowników. Po drodze widziała znajome twarze. Wojownicy, łowcy, kobiety, starcy, dzieci. Nawet psy. Przystawali i odprowadzali ją wzrokiem. Próbowała wysondować z ich twarzy jakie mogą mieć nastawienie. Różne. Część wydawała się być zaciekawiona jej powrotem, część jawnie się cieszyła i pozdrowiała ją okrzykami czy kiwaniem głowa. Dobrze! Jakby została tu wyklęta to by się pewnie tak nie narażali z jawnymi pozdrowieniami. Czyli jej los nie był jeszcze przesądzony. To dodawało jej otuchy. Zwłaszcza, że część twarzy obdarzała ją ponurymi spojrzeniami a niektóre wydawały się wręcz wrogie. Ale to wódz miał ostatnie słowo i on miał o wszystkim zadecydować. Dlatego właśnie do niego szli.
Zatrzymali się przed większą chatą jaka była też zdobniejsza. Także w trofea z czaszek ludzkich i różnych bestii sławiących chwałę i potęgę gospodarza. Wieści widocznie zdążyły już się rozejść po wiosce bo przed frontem chaty stała już spora część huskarli, osobistej drużyny jarla. Z ich twarzy też mogła odczytać takie same mieszane sygnały jak i od reszty mieszkańców.
- Przyszłam odwiedzić mojego pana i złożyć mu pozdrowienia i hołd. - rzekła uroczyście i oficjalnie do dwóch pancernych stojących przed wejściem. Ci skinęli głowami i dali znak, że może wejść do środka. Norma też bez słowa podążyła za nią do środka. Skrzypnęły drzwi, trzeba było odchylić skórę jaka zasłaniała wejście potem wewnętrze drzwi przedsionka i weszły do środka. Wewnątrz zgodnie z tradycją była spora izba a pod jedną ze ścian długi stół jaki służył i do uczt i do narad wojennych. A na jego środku wyższe od innych i zdobione w zdobyte na wrogach sztandary i czaszki krzesło. Zaś na nim zasiadał Helmold zwany Sprytnym Lisem ze względu na swoją mądrość i przebiegłość. Siedział na szczęście bez zbroi chociaż założył ozdobną koszulę co Merga odebrała za dobry znak. Bez słowa podeszły z Normą na środek sali i przyklęknęły na kolano pochylając pokornie głowy w tradycyjnym geście szacunku.
- Witaj panie. Twoje córki powróciły do twojego gościnnego gniazda i ich serca raduje się móc znów widzieć twe dostojne oblicze. - wyrocznia odezwała się pierwsza. Jej gwardzistka milczała wiedząc, że nie jest to sytuacja gdy powinna się wtrącać do rozmowy dostojniejszych od siebie. Wódz mógłby być jej ojcem ale nadal był krzepki a wierzono, że jego umysł z każdym rokiem nabiera ostrości i chytrości. Wiedziała też, że Merga jest wyrocznią więc jest względnie bezpieczna przed gniewem wodza i reszty wioski. Póki jawnie by nie wystąpiła przeciw jarlowi lub nie dopuściła się jawnej zdrady czy podobnej zbrodni to przynajmniej życie powinna ocalić. Ale ona sama była tylko młodą wojowniczką i takich gwarancji nie miała.
- Tak. Widzę. Właśnie widzę. Moje córki wróciły. Cieszą się moje stare oczy na wasz widok. Ale gdzie są moi synowie co popłynęli z wami? Gdzie są moje statki? Wysłałem z tobą jeden statek pełen najprzedniejszych mężów boś miała misję od naszych bogów. Przysłałaś wołanie o pomoc. Wysłałem drugi statek pełen najdzielniejszych mężów. A teraz wracasz sama. Na obcym statku i z obcą załogą. Do tego z tymi cherlawymi, tchórzliwymi południowcami. Więc jak to tak? - Helmold nie był aż tak stary na jakiego się w tej chwili zgrywał. Ale oboje wiedzieli, że nie o to tu chodzi. Zadał to pytanie jakiego obie się najbardziej obawiały. Więc nawet doświadczona wiedźma musiała wziąć oddech i chociaż szykowała się na tą rozmowę jeszcze w Neus Emskrank to jednak w końcu trzeba było to zrobić.
- To prawda mój panie. Jest tak jak mówisz. Twa dobroć, szczodrość i mądrość rozgrzewała me serce i duszę gdy trafiłam w ręce tych południowych parszywców. Gdy mnie smagali batem i przypalali ogniem krzyczałam z bólu ale trzymała mnie myśl, że jestem dumną córką wspaniałych Bjornlingów z plemienia Chyżych Łodzi i nie spamię się skamlaniem o litość ani zdradą. Nie przyniosę wstydu mojemu panu i ojcu. To byłaby hańba cięższa niż śmierć z ręki tych południowych psów! - rzekła pełna pasji i zapału. Wciąż pokornie klęczała na ziemi i mówiła wpatrzona w podłogę aby okazać szacunek. Wiedziała, że to ważne jeśli chciała zyskać przychylność i łaskę wodza. Może i była szanowaną wyrocznią ale była sama. A jej plemię wyekspediowało dwie pełne łodzie aby wspomóc jej świętą misję. Więc nie będą pocieszeni na wieść, że z całej wyprawy wróciła tylko ona i Norma. A ci wszyscy synowie, mężowie, ojcowie jakich przecież znała i ona i on nie wrócili i nie wrócą. Zaś na miejscu zostali ich synowie, córki, żony, matki, bracia, wujowie i chcieli wiedzieć co się z nimi stało. Ich też musiała jakoś przebłagać i pozyskać. W końcu nie wróciła tu tylko po to aby wrócić ale wciąż była w trakcie misji jaka pół roku temu skierowała ją ku wybrzeżom południowców. A teraz klęczała przed swoim władcą czekając na werdykt. W sali nie byli sami. Zdążyli się zejść najważniejsze osobistości osady i co chwila ktoś wchodził. A jeszcze więcej zapewne czekało na werdykt przed jarlową chatą. Ona też czekała. Podobnie jak klęcząca nieco obok niej ale trochę za nią toporniczka.
- Mów dalej. - odrzekł w końcu wódz. W końcu poza mętnymi przekazami wiedźm też nie miał żadnych pewnych wiadomości o tym co się stało z rogatą wyrocznią oraz statkiem jaki wysłał jej na ratunek. Wreszcie mógł się tego dowiedzieć. - I wstań. - dodał krótko. Na co Merga uśmiechnęła się w duchu biorąc to za kolejny dobry omen. Gdyby był za tym aby wrzucić ją do morza z kamieniem u stóp albo wygnać precz z wioski to by zapewne dalej kazał jej klęczeć aby pokazać swój gniew i władzę. A tak to widocznie dawał jej szansę aby chociaż przedstawiła swoją wersję wydarzeń. Wstała więc i pierwszy raz spojrzała mu bezpośrednio w twarz. Teraz on wewnętrznie się wzdrygnął gdy para promieniejących tajemną mocą i pradawną wiedzą oczu przeszyła jego samego poruszając jakieś atawistyczne instynkty jakie od początku świata ostrzegały śmiertelników przed czymś nieznanym i nienaturalnym. Ona zaś szybko urwała kontakt i zaczęła mówić. Nie tylko do niego ale i do zgromadzonej publiczności. Wiedziała, że ma szansę ich pozyskać, prosić o przebaczenie i wsparcie dla jej sprawy. I dlatego zaczęła toczyć opowieść. Świeżo napisaną sagę w jakich lubowali się jej współplemieńcy.
Mówiła więc o rejsie przez zdradliwe zimowe wody Morza Szponów. O katastrofie prawie u celu podróży. Jak załoga do końca starała się uratować statek i dopłynąć do najbliższego brzegu. Jak ofiarnie starali się aby chociaż ona się uratowała. O tym jak z trudem dopłynęła przez lodowate morze do brzegu. Jak tam całkiem opadła z sił i została znaleziona przez południowców. Rogi i cała reszta w oczywisty sposób czyniły ją winną w ich oczach więc trafiła do lochu. Gdzie była przesłuchiwania całymi dniami w izbie tortur. Widziała jak to mocno wzburzyło słuchaczy bo tutaj wyrocznie i wieszcze mieli status nietykalnych. Tylko własnymi knowaniami mogli sobie spuścić gniew pobratymców. A tam, na południu, żadnej świętości dla nich nie było. Traktowali ją jak szczególnie niebezpieczną wiedźmę i koniecznie chcieli się dowiedzieć czego tu szuka. Ale nic im nie powiedziała. Więc przesłuchiwali ją znowu a ona dalej milczała.
Już sądziła, że tam sczeźnie marnie gdy odebrała słaby szept obcego. Okazał się przyjacielem. Mimo, że był południowcem. Ale sprzyjał naszym bogom i sprawie. Obiecał pomoc. To sprawiło, że dręczona wiedźma zyskała nadzieję. Wreszcie rozpoznała przysłaną przez niego wysłanniczkę przebraną za zwykłą dziewkę kuchenną co roznosiła posiłki więźniom. I to był jeden z najpiękniejszych momentów tej wyprawy. A w końcu prawie w ostatniej chwili zorganizowali akcję odbicia jej z lochów. W ostatniej bo mieli ją spalić na stosie w przesilenie wiosenne kiedy to robią coroczny festyn. A uwolnili ją ledwo parę dni przed. Tak ich poznała bezpośrednio. Pomogli jej, zadbali, ukryli. A potem jak doszła do siebie wspólnie zaczęli szukać dziedzictwa Sióstr.
- One tam są. Są i chcą wrócić. Szepczą. Mówią. Krzyczą. W snach. Najpierw tylko u mnie. Ale z czasem, z każdym miesiącem ich głos potężnieje. Staje się coraz wyraźniejszy. Coraz więcej osób je odbiera. One rosną w siłę. Ich wpływ jest coraz silniejszy. Dają nam znaki. I udało nam się je odczytać. Znaleźliśmy ślady po ich cudownej, boskiej obecności. Jaskinię w jakiej Oster miała swoją pracownię i zostawiła swój ołtarz oraz demonicznego strażnika. Kolejny ołtarz należał do Soren. Pomogła nam go odnaleźć jej rodzona córka. Wyjątkowa istota. Tak ponętna co potężna. Już zaczęła oplatać tamto miasto siecią swoich wpływów i intryg. I bardzo chce zrobić wszystko co potrzeba aby jej rodzicielka wróciła. A także jej ciotki. Wszyscy chcemy. Jak odpływałam stamtąd mieliśmy trop do kolejnych śladów dziedzictwa ale już bieżyłam tutaj i nie mogłam z nimi zostać. A tu proszę! Proszę! Sami zobaczcie! - w miarę jak toczyła swoją opowieść zachowywała się coraz pewniej i swobodniej. Z początku wyraźnie mówiła głównie do jarla ale w miare jak dała się ponieść emocjom zaczęła chodzić po sali aby coś wyjaśnić słuchaczom i złapać z nimi lepszy kontakt. Zwłaszcza, że w chadzie wodza zebrali się ci najznamienitsi i najważniejsi co mieli wpływ na resztę społeczności a i jarl nie mógł ich ignorować. Na sam koniec sięgnęła do torby i wyjęła z nich dwa przedmioty.
- To jeden z węży Sorii. Dała mi go na pamiątkę, dowód dobrej woli i abyście sami mogli się przekonać, że ona tam jest i czeka na nas. - zademonstrowała w dłoni coś ruchomego. Gdy się przypatrzyli jawiło się to jako mała, ciemna żmija mieniąca się wszystkimi kolorami tęczy. A krótka żmija przypatrywała się im. Wijąc się pomiędzy smukłymi palcami wiedźmy. A w końcu ku uciesze widowni zaczęła ssać jej palce i miziać się do nich niczym kochany kot.
- Zapewniam, że umie jeszcze więcej. Zwłaszcza w alkowie. - powiedziała wesoło rogata widząc, że już rozbudziła ciekawość zebranych i kupiła sobie ich uwagę. W końcu podeszła do córki jarla, Astrid jaka uchodziła za jedną z najpiękniejszych dziewcząt w osadzie. A do tego znana była z licznych romansów i podała jej tą ciemną żmiję. Dziewczyna z ciekawości wyciągnęła swoją smukłą dłoń i pozwoliła aby stworzenie przepełzło z ręki na rękę. Nie tylko ona zerkała jak ciemny, gibki kształt przesuwa się pomiędzy jej palcami. A gdy chciała mu się przyjrzeć bliżej żmija ześlizgnęła się z jej dłoni za jej dekolt. Więc Astrid wydała z siebie całkiem przyjemny dla ucha i oka pisk i jęki próbując jednocześnie wydobyć stworzenie spod koszuli. Przez co już w ogóle zrobiło się wesoło.
- A to. - wiedźma pozwoliła na tą chwilę wesołości i błazenady wiedząc, że to działa na jej korzyść. Wtedy dopiero uniosła drugą dłoń pokazując w niej coś o wiele drobniejszego. I nieruchomego. Więc przeszła wzdłuż stołów i widzów pokazując kilka, niewielkich, obłych przedmiotów. Wyglądały jak ziarnka fasoli albo groszku. Tylko takie bladej barwie i lepkie od jakiegoś śluzu. Przez co nie było łatwo zgadnąć co to może być.
- A to są jaja Oster. Powiernica Ojczulka zaklęła w nich moc swoją i pozostałych swoich wspaniałych Sióstr. Ale oczywiście w formie miłej jej patronowi. Z nich wykluwają się czerwie a potem muchy jakie roznoszą po świecie ich błogosławieństwo. Wraz z naszymi sojusznikami już zaczęliśmy wstępny etap hodowli tych wspaniałych istot. Ale wzięłam też próbkę abyście i wy mogli spróbować tego dobrodziejstwa. Dajcie mi tuzin kobiet a też pokażę wam jak założyć u nas ich hodowlę. - obwieściła czym są te niepozorne, obłe przedmioty trzymane w dłoni. Znów rozległy się szmery rozmów na co pozwoliła. Wiedziała, że dla nich to nowość. Ale takie okruchy dziedzictwa Sióstr były namacalnym dowodem, że trafiła na właściwy trop i dalej zamierza nim podążać. W końcu wszyscy uciszyli się gdy głos znów zabrał jarl.
- Wszystko co mówisz czcigodna brzmi zacnie. Ale nadal nie wrócili z tobą nasi bracia i statki. A chcesz nas namówić na kolejną wyprawę? - Arnulf chociaż też był zainteresowany tymi wieściami jakie zza morza przywiozła widząca to jednak nie zapomniał, że nie licząc Normy to wróciła stamtąd sama. No i z jakimiś południowcami. Rogata głowa skinęła mu z szacunkiem i właścicielka skierowała się w jego stronę. Reszta też się uciszyła wiedząc, że znów rozmawiają o niezbyt łatwych sprawach.
- To prawda. Po stokroć opłakiwałam i opłakuję tych dzielnych wojowników bez których nie byłoby mnie tutaj. - przyznała i skłoniła pokornie głowę tak przed jarlem jak i przed resztą współplemieńców. Większość z nich miała kogoś na pokładzie tych dwóch statków jakie już tu nie wrócą.
- Dlatego aby choć symbolicznie zadośćuczynić waszej stracie przywiozłam garść nędznych podarków. - powiedziała podnosząc głowę na Normę i wyciągając ku niej dłoń. Toporniczka była umówiona na tą okoliczność i sięgnęła to pakunku jaki miała na plecach. Podała go wiedźmie a ta odwinęła pakunek z koca. Na zewnątrz wyturlał się w jej smukłe, fioletowe dłonie miecz. Ale nie taki zwykły miecz dla zwykłego wojownika. Tylko ozdobny w złoto, zdobienia i klejnoty. Godny jarla. Przez tłum przeszedł jęk podziwu, zaciekawienia, zazdrości i chciwości. Zaś wyrocznie podeszła przed oblicze jarla, znów skłoniła swoją rogatą głowę i ofiarowała mu ten podarek. Ten pewnie złapał za broń i jak każdy wojownik z lubością oglądał najpierw jak wygląda na zewnątrz. A w końcu wysunął ostrze z pochwy i sprawdził klingę. To była wspaniała broń. Nawet ci co stali lub siedzieli dalej to widzieli jak nie osobiście to po reakcji wodza.
- To dar nie tylko ode mnie ale też od naszych sojuszników z Neus Emskrank. Zdobyliśmy to w najlepszy możliwy sposób. Obrabowaliśmy tamtejszą świątynię! Zabiliśmy jej strażników aż krew ściekała po ich ołtarzach! - zawołała z dziką radością co wywołało podobną reakcję wśród publiczności. Wiedzieli, że w tamtejszych świątyniach zawsze można się obłowić a przynajmniej jest szansa na lepszy łup niż w przeciętnej chacie. A poza tym mieli satysfakcję z niszczenia, plądrowania i plugawienie domów bożych tych słabych, wrogich im bogów południowców. Jak Merga jeszcze wspomniała, że przywiozła podarki nie tylko dla jarla to już w ogóle zrobiło się radośnie. A jarl w końcu zezwolił traktować przybyszy jako gości i kazał przygotować ucztę. Aby cieszyć się z powrotu wyroczni, odnalezienie dziedzictwa znamienitych przodków jak i potencjalnych sojuszników. Nawet jeśli byli tylko słabymi południowcami.

https://i.imgur.com/IQCPHpn.jpg
- Wreszcie w domu. - nie mogła się powstrzymać aby nie uśmiechnąć się na widok znajomych drzwi, ścian i dachu. I znajomego ujadania. Pochyliła się gdy wielki, kudłaty, dwugłowy ogar jaki miał uchwyt szczęk w sam raz do przegryzania dyszli wozów wybiegł jej na spotkanie łasząc się jak mały szczeniak.
- Co? Tęskniliscie za mamusią chłopcy? - wiedźma też do nich zakwiliła serdecznie jakby znów była młodą dzierlatką co dopiero co przestała być dzieckiem. Zawsze tak było gdy wracała do domu. Zwłaszcza po dłuższej nieobecności. Teraz ogar prawie ją przewrócił z tej radości co nie było takie dziwne bo pewnie ważył więcej niż jego pani. Wreszcie śmiejąc się niemożebnie i trochę czując też wypity wcześniej na uczcie miód i piwo poczłapała do drzwi udając, że się odgania od złośliwego natręta. Pogłaskała psisko ostatni raz a ono zamerdało ogonem. Ale nie szczekało. Miało więcej wspólnego z wilkami niż zwykłymi psami. Wielkie, kudłate, bydlę z pancernym grzbietem, kolcami przebijającymi skórę i maczugą na końcu ogona. Więc nie szczekał. Warczał, czasem wył, skamlał jak oberwał, tulił ogon jak był przestraszony, jeżył sierść, rozszarpywał jej wrogów swoimi kłami i pazurami, warował przy jej spokojnym śnie ale nie szczekał.
- Wróciłaś. Witaj w domu czcigodna. - gdy weszła do środka przywitał ją mały komitet powitalny. Przewodził im mężczyzna jaki stał na ich czele i witał ją niczym gospodarz. Nie była tym zaskoczona. W końcu od dawna Birk był jej uczniem. Właściwie to obecnie już raczej partnerem i następcą. Zwłaszcza jak musiała opuścić rodzinne strony. Obok niego stała kolejna jej uczennica. Hrefna od dziecka naznaczona błogosławieństwem Władcy Wszystkich Ścieżek jaką parę sezonów temu przyjęła na nauki wiedzy tajemnej. Także Bjorn jaki był jej trzyręcznym ochroniarzem i wsparciem gdy potrzebne były silne argumenty a i poza tym miał kilka innych zalet. Else co była jej długoletnią służącą i dbała aby “ten kurnik” nie rozpadł się od środka i aby pani nie umarła z głodu. I parę innych osób z jej osobistych przyjaciół i świty jacy przyszli ją powitać w jej własnym domu nie zważając czy się widzieli wcześniej u wodza na uczcie czy nie. Ona sama nie mogła się poważyć aby zniknąć z uczty na jakiej była głównym gościem. To byłby afront tak dla jarla jaki był gospodarzem jak i wszystkich pozostałych gości z ich plemienia. Ale teraz wreszcie mogła się z nimi wszystkimi uściskać i przywitać na spokojnie. Ale, że i jej się udzielił nastrój powrotu i życzliwości wzmocniony przez sporą ilość trunków to i zrobiło się nawet rzewnie.
- Nawet nie wiecie jak się cieszę, że wróciłam i znów was widzę! - powiedziała rogata gospodyni wzruszonym głosem po raz któryś z kolei. Roześmieli się i wreszcie usiedli w izbie w jakiej zwykle przyjmowała gości. Była największa z wszystkich i najmniej zagracona więc najlepiej się do tego nadawała. W środku piec przyjemnie rozgrzewał a i Else przygotowała poczęstunek i picie na wypadek gdyby pani i jej świta mieli ochotę dalej biesiadować tutaj.
- Słyszałam Birk, że zwiastowałeś mój powrót. - zagaiła mistrzyni zerkając na swoją prawą rękę. Zapewne już niedługo ich drogi się rozejdą. Birk był ambitny i już na tyle wiedział i umiał, że był gotów ruszyć własną drogą. Szukać własnego przeznaczenia. Pewnie już by to zrobił gdyby zimą nie poprosiła go aby zajął się wszystkim póki nie wróci. I nie miała pojęcia, że wróci dopiero za pół roku. Ale cóż… Nawet wyrocznia nie była w stanie odgadnąć planów i zamiarów bogów jakie ci mają wobec swoich śmiertelnych pionków
- Tak, oczywiście, że tak. Przecież tak właśnie mówiłem. - odparł szaman uśmiechając się nonszalancko. Chociaż znali się na tyle aby wiedzieć, że jest w tym jakiś figiel. - Właściwie to kości mi powiedziały, że dziś należy się spodziewać niecodziennego gościa. Starego znajomego. Ale przyznam, że byłem ciekaw jak usłyszałem gongi o obcym statku co wpłynął do fiordu. - skoro byli sami swoi to mógł się przyznać jak to było.
- Słyszałam u jarla co ci się stało czcigodna. To straszne. A ja miałam takie złe sny na początku roku. Wiedziałam, że stało ci się coś złego. Dopiero później przeszły. Po wiosennym przesileniu. Pewnie jak cię odbili z tych lochów. - Hrefna dodała coś od siebie. I jak się teraz ich mistrzyni dowiedziała od Bjorna to właśnie oni optowali najgłośniej aby zorganizować wyprawę ratunkową. Jarl się zgodził ale im samym zabronił tam płynąć. Nie chciał puścić Birka i zostać tylko z młodą wiedźmą co nie ma jego doświadczenia ani puścić jej skoro to taka niebezpieczna wyprawa a ona taka niedoświadczona.
- Oj nie taka niedoświadczona. Zrobiła sporo postępów od zeszłej zimy. Niedługo będzie umieć więcej ode mnie. - zaśmiał się Birk a młodsza koleżanka aż pokraśniała od tego komplementu.
- Bardzo wam dziękuję. Za pomoc i wszystko inne. I, że tu dopilnowaliście wszystkiego. - gospodyni o niesamowicie złotych oczach nadal była wyjątkowo wylewna. Zresztą oni też. Nie co dzień wracali do siebie po tak długim rozstaniu. Rozmawiali dość chaotycznie na dość różne tematy. Co prawda oni już mniej więcej słyszeli co tam się działo u południowców ona nieco nadrobiła braki co u nich się działo ale wciąż byli spragnieni wiedzy i plotek tego co się działo u tej drugiej strony.
- A ci południowcy? Ci z jakimi tu przypłynęłaś? Co to za jedni? - zapytał Birk jaki dość krótko był na uczcie. Jedynie chciał się przywitać i obiecał, że pogadają w domu.
- Słyszałam jak ich chwaliłaś na uczcie. Przyznam, że ten ich mięśniak robi wrażenie. No i to znamię na plecach. A jeszcze jak mówiłaś, że tam czekają piękne i chętne dziewoje, przygody, skarby do złupienia, krew do przelania to już w ogóle wszyscy dostali gobliniego rozumu. - Hrefna też była ciekawa. Domyślała się, że mistrzyni zapewne mogła nieco ubarwić historie jakie przywiozła. Ale nie była pewna jak bardzo. W końcu jarl też ich zaprosił jako swoich gości więc przyszli na tą ucztę. Ale trudno było się z nimi dogadać bo nie znali norsmeńskiego. Chociaż nierzadko który tubylec mówił lepiej lub gorzej w reikspiel, bretońskim czy kislevskim więc jakoś tam się dogadywali. No i wszystkich zaskoczyła Norma bo przez te pół roku nieźle podłapała ten reikspiel i mogła robić za tłumacza.
- Tak, mamy tam sojuszników. Zaryzykowali zimą swoje życie aby ocalić moje. A potem działaliśmy razem aby odnaleźć dziedzictwo Sióstr. - potaknęła do swoich wcześniejszych na uczcie słów a potem zaczęła im co nieco opowiadać dokładniej. Najważniejszy tam jest Starszy. Zawsze nosi maskę i zarządza całym kultem jak ojciec rodziną. Zezwala na każdego patrona albo i bez i jakoś próbuje tym wszystkim kręcić. Jest spore grono wyuzdanych dziewcząt z jakich większość poznała w zimie a Łasica to właśnie ta dziewczyna jaką fizycznie spotkała po raz pierwszy jeszcze jako więzień w lochach skazany na stos. A niebieskowłosa udawała wtedy pomoc kuchenną. Pomógł jej potem Egon, właśnie ten mięśniak jaki z nią teraz przypłynął. Oboje za to zostali pobłogosławieni znamieniem przez swoich patronów. Pozostałe frakcje są mniejsze ale nie mniej gorliwe i barwne. Sigismundus przewodzi wyznawcom Papy chociaż jest ich ledwo dwóch więc raczej działają jak partnerzy. Właśnie oni zajęli się hodowlą jaj Oster. Grono wyznawców Władcy Wszystkich Ścieżek też nie jest liczne. I raczej nie mają wykrystalizowanego lidera. Wśród nich działa Joachim jaki jest magiem południowców i jakiego przyjęła na swojego ucznia. Demonologia wydaje się go strasznie pociągać, może nawet za bardzo. Ale zdążyła go nauczyć samych podstaw. Podobnie wyznaje Pana Zmian były wróg zaprzańców czyli Heinrich. Już starszy jegomość ale z bardzo przenikliwym umysłem i śmiałymi pomysłami. Zaś siłę stanowi trójka mięśniaków czyli Silny i Rune. No i ta trzecia to Norma bo najczęściej z nimi przystawała chociaż chyba dziewczętom też podpasowała bo były na każde jej skinienie ale ona niezbyt często z nimi przestawała. I jest jeszcze jeden czy dwóch niezdecydowanych co nie obrali sobie jeszcze patrona. Jak choćby Vasilij jaki dowodził marynarzami co tu przypłynęli albo Otto, były, jednooki mnich co próbuje działać po trochu na korzyść każdej z Sióstr i frakcji. Przynajmniej o ile był jakiś trop czy okazja.
- No to nie brzmi tak tragicznie. Myślałem, że tam mieszkają same mięczaki i zarozumialce. - powiedział Bjorn gdy gospodyni w końcu skończyła streszczać kogo tam zostawiła po drugiej stronie morza.
- Tak, nie jest tak tragicznie. Powiedziałabym, że całkiem dobrze mi się tam mieszkało i pracowało. Zwłaszcza jak złapaliśmy tropy wiodące bezpośrednio do dziedzictwa Sióstr. Aż żal mi było odpływać. Chciałam zostać na miejscu i wszystkiego dopilnować. Ale musiałam. Bo obiecałam tam wrócić. I to nie sama. - mistrzyni upiła z rogu kolejny łyk wina gdy obwieściła im to czego jeszcze nie miała zamiaru ogłaszać podczas uczty. To ich niepomiernie zdziwiło.
- Chcesz tam wrócić? Ale dlaczego? Kiedy? - zapytał Birk w imieniu ich wszystkich. Bo widział po spojrzeniach, że tego się nie spodziewali.
- Przecież dopiero co wróciłaś. Po pół roku. - dodała Hrefna też się nie mogąc temu nadziwić.
- Bo muszę tam być aby zrobić co trzeba. Nie sądzę aby Siostry wróciły ot tak. Na pewno coś trzeba będzie zrobić. Coś czemu nie podoła ktoś bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia. A Siostry chcą wrócić. Wszystkie proroctwa i znaki na to wskazują. Nie wiem ile nam to zajmie ale trzeba zrobić co w naszej mocy aby pomóc im wrócić. A one wynagrodzą swoje wierne sługi. Poczekam do końca miesiąca. Zobaczę kogo i co uda się zebrać. Wtedy pomyślę co dalej. Tak czy inaczej w kolejnym miesiącu będę chciała tam wrócić. Więc proszę was abyście zrobili co się da aby ściągnąć kogo się da na tą wyprawę. Jutro porozmawiam o tym z Arnulfem. Dziś tylko ogólnie mu zaznaczyłam temat. - wyrocznia nakreśliła swoje plany na nadchodzące tygodnie i miesiące. Jej uczniowie, przyjaciele i świta pokiwali w zadumie głowami. Tego się nie spodziewali. Ale jednak bogowie lubili tak mieszać w żywotach śmiertelników i to nie było nic nowego. Zwłaszcza jak się było głosem ich woli jak Merga i częściowo także oni. Rozmawiali jeszcze trochę ale widząc, że co niektórym a zwłaszcza gospodyni już głos się rwie i oczy przymykają, pożegnali się obiecując się spotkać jutro. Zaś Merga gdy została sama chwilę leżała w ciszy z zamkniętymi oczami. Ale mimo zmęczenia, szumu trunków w skroniach i poczucia błogości i szczęśliwości sen jakoś nie przychodził. Wstała więc, wyszła przez tylne wejście widząc, że wstaje już kolejny, letni dzień. Usiadła na drewnianej ławie, podkuliła nogi pod brodę i wpatrywała się w te rodzinne fiordy.

https://i.imgur.com/30iAVry.jpg
- Wreszcie w domu. - wyszeptała sama do siebie czując, że wreszcie powieki zaczynają jej ciążyć i się zamykać. Po chwili czcigodna pochrapywała cicho wsparta o blat stołu. Nie czuła jak czyjeś ręce delikatnie ją objęły, podniosły i zaniosły do środka chaty ostrożnie układając ją na posłaniu. Jeszcze ostatnie spojrzenie na śpiącą o imponujących rogach i ciche kroki skierowały się ku drzwiom jakie zamknęły się cicho. Zaś Merga z Mówiącej Góry pierwszy raz od pół roku spała wreszcie we własnym łóżku.
-
Oryginalny autor: Zell
Backertag; zmierzch; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
Stary były łowca uśmiechnął się na reakcję Sigismundusa. Gdyby nie wiedzieć kim tak naprawdę jest to można uznać go za niegroźnego przyjaznego wujka do opiekowania się twoimi dziećmi.
- Przyszedłem do ciebie chcąc porozmawiać o procesie hodowli, jakim się zajmujesz. - odparł wprost - Zależy mi postarać się bardziej do niego przekonać kultystów ku wspomożenia cię, ale chcę jeszcze raz usłyszeć o technicznych szczegółach, przyjacielu.
- Alez oczywiście mój drogi, oczywiście! - grubas roześmiał się rubasznie zupełnie jak kucharz którego by pytać o danie jakie jest jego specjalnością. Aż się brzuch mu zatrząsł od tej radości. Usiadł ze swoim kubkiem obok gościa i chwilkę się namyślał zbierając myśli.
- Właściwie nie wiem co już wiesz. Merga zrobiła cudowną robotę z tym tłumaczeniem. Niech jej Ojczulek w zdrowiu wynagrodzi. Bez niej to nadal byśmy nie wiedzieli co tak naprawdę przynieśliśmy z tej jaskini. - zaczął od pochwały dla rogatej wiedźmy jaka na początku tygodnia odpłynęła ku swojej górskiej mroźnej ojczyźnie.
- No to pewnie wiesz, że mamy jaja z tej jaskini Oster. Bo je już pokazywałem na naszych spotkaniach. Ale jak chcesz zobaczyć jeszcze raz to mogę pójść na dół i ci przynieść. Albo nawet jak chcesz możesz iść ze mną. Nie mam nic do ukrycia. - mówił szybko, ze swadą i życzliwością. Jak to zwykle gdy rozmawia się z kimś o swojej pasji, hobby czy miłości. Nawet wskazał na drzwi i w dół gdzie pewnie była piwnica apteki.
- No i dalej prosta sprawa. Trzeba te jaja umieścić w ludzkim ciele. Najłatwiej je wstrzyknąć do środka za pomocą strzykw. Nic strasznego. Jak zwykła lewatywa. Nie boli ani nic takiego. - chętnie tłumaczył kolejne kroki tej swojej ukochanej hodowli.
- I każdy naturalny otwór ciała się nadaje. I ten z góry i z dołu. Ale najlepiej się sprawdza kobiece łono. Statystyki jakie przełożyła Merga jasno na to wskazują. Dlatego kobiety są najefektywniejszymi nosicielkami. Tam się może zmieścić najwięcej jaj i są najmniejsze straty w miocie. Średnio większość jaj powinna się wykluć i przeżyć. Tak średnio że dwie trzecie nawet że trzy czwarte, czasem prawie wszystkie. Tam od tyłu to mniej. Gdzieś z połowa. A w usta to najmniej. Większość ginie, niewiele przeżywa do wyjścia. - tłumaczył zawzięcie i z wielkim zapałem. Z pieczolowitoscia ogrodnika omawiajacego jakaś cenną i ulubioną roślinę uprawna.
- No ta pseudo ciąża też raczej jest najlżejsza gdy nosi się ją w łonie. Gdzie indziej to jednak mogą wystąpić niekorzystne objawy. Głównie nudności, wymioty, bóle brzucha. W końcu to wszystko dzieje się gdzieś tam w bebechach jakich się na co dzień używa. Ale do pewnego stopnia można to regulować podaną dawką. Im mniejsza tym słabsze efekty uboczne. No ale i mniejszy miot. Znów dlatego preferowane są kobiety i ich łono. Ale częściowo zależy też od indywidualnych cech charakteru. Bo opisy Oster świadczą, że czasem przy podobnych dawkach nosicielki reagowały bardzo różnie. Od ogólnego osłabienia i wrażenia zatrucia i choroby po prawie bezboleśnie przechodzenie pseudo ciąży albo nawet sprawiało im to przyjemność. Więc na to nie ma reguły. Po prostu trzeba to sprawdzić w praktyce. - wyjaśnił, że chociaż Oster a potem Merga na pracowały się przy odpisywaniu tych eksperymentów i ich tłumaczeniem to była tylko ogólna teoria jaką za każdym razem trzeba było sprawdzić w praktyce.
- No i nawet Oster nie umiała przewidzieć która nosicielka wyda jaki miot. W sensie jakie duże maleństwa urodzi. Bo ziarna wszystkie są takie same. A mioty różne. To widać już od nosicielki zależy. Na przykład Loszka jest dobrą nosicielka to rodzi te duże. A tamta idiotka ze szlaku to te małe. Ale za to więcej. - podał przykłady na te teorie jakie ostatnio sam miał okazję sprawdzić w praktyce.
.
- No i jeszcze jak trafi się wyjątkowa nosicielka to mogą być te maleństwa jeszcze większe. Ale one statystycznie rzadko się trafiają to chyba nie ma co się na to nastawiać. Chociaż ten zdechlak co go Otto do nas przywiózł zanim wykitował majaczył coś o królewskiej krwi. Niezbyt to zrozumiałem. Znaczy ja to wiem od Strupasa bo to w nocy było a mnie tu z nimi nie było. No i ponoć łono królewskiej krwi wyda owoc królewskiej krwi. Czy jakoś tak. I to tak mówił jakby on spotkał czy widział tą nosicielkę królewskiej krwi ale jeśli tak to nie powiedział kto to. Szkoda. Chciałbym zobaczyć takie królewskie okazy. A te zapiski nie podają górnej granicy wielkości jedynie mówią, że to od płodności nosicielki zależy. A im większe maleństwa są po wyjściu tym większe muchy z nich potem rosną. Chociaż rosną dłużej. Ogólnie im większe tym dłużej przechodzą wszystkie etapy i jest ich mniej a jak są mniejsze to na odwrót. - dalej chętnie opowiadał o różnych możliwościach i wariantach tej hodowli.
- Jak chcesz zobaczyć to na dole mam już i świeże maleństwa, i kokony i świeże dorosłe okazy. Chociaż jeszcze będą przechodzić wylinki i dalej rosnąć. Myślę, że w pełni dorosłe będą gdzieś pod koniec przyszłego tygodnia. A jutro znów będę zasiewał tą idiotkę że szlaku a pojutrze Loszke. - dorzucił na koniec i popatrzył ciekawie na byłego łowcę czarownic czy to to właśnie chciał wiedzieć.
Heinrich słuchał uważnie i zastanawiał się nad prawdziwą możliwością wykorzystanie informacji w przypadku Łasicy.
- Chętnie z tobą pójdę zobaczyć. - odparł - Ale chciałbym też się dowiedzieć o możliwościach zasiewania sposobami bardziej, hmm, naturalnymi. Z wykorzystaniem mężczyzny.
- Mężczyzny? - grubas zapytał i chwilę się zastanawiał. Po czym wzruszył ramionami.
- Tego jeszcze nie próbowałem. A i opisy Oster koncentrują się na kobietach bo one były efektywniejszymi nosicielkami. Ale na mężczyznach też próbowała. I z opisu wynika, że tak samo jak u kobiet tylko bez kobiecego łona. Czyli zasianie od tyłu albo górą. Pseudo ciąża, skutki uboczne, długość ciąży, wielkość miotu tak samo jak u kobiet gdy się je zasieje w te inne dziurki. - odparł po tej chwili zastanowienia. Tego był pewien co do opisów z tłumaczenia rogatej wyroczni ale przyznawał, że jeszcze tego nie praktykował.
- No i mężczyźni to mają okazję na ten przeszczep jąder. Wtedy mogą zasiewać kobiety. Ale czym to nie wiadomo bo to na tym trzecim, najbardziej zniszczonym zwoju było. Wiadomo, że każda z Sióstr wydaje inny owoc ale jaki to nie wiadomo. Tu jeszcze mogą się przydać takie kobiety jak Lilly no ale zbyt wiele ich raczej nie ma więc to raczej dla mężczyzn. - dodał tak na wszelki wypadek i dla przypomnienia co jeszcze Merga zdołała przetłumaczyć ze zwojów przyniesionych z jaskini Oster.
- Ale o tym już rozmawiałem ze Strupasem. On jest taki kochany, taki zaangażowany! Jest bardzo chętny doświadczyć tego procesu aby dać osobisty przykład innym. No i mieć palmę pierwszeństwa w tym zaszczytnym dziele. Może zrobimy to jak będzie chwila spokoju. Dziś lub jutro. Najlepiej tak aby było przed zborem. Wtedy można by ogłosić kolejny mały krok ku świetlanej przyszłości. - westchnął z rozmarzeniem gdy mówił o swoim garbatym pomocniku. Brzmiało jakby rwał się do tych eksperymentów na cześć i chwałę swojego patrona.
- Interesuje mnie kwestia z tym zasiewaniem kobiet przez mężczyznę. To wymaga przeprowadzenia wpierw kastracji, tak? - dopytał.
- Przez te jądra Oster? - gospodarz dopytał się wskazując dłonią gdzieś za ścianę jakby chciał się upewnić czy dobrze rozumie pytanie. - No cóż… - zawahał się nim odpowiedział. - Właściwie to nie jest to konieczne. Można ten męski woreczek rozciąć, umieścić dodatkowe jądro albo dwa i zaszyć. Tylko wtedy ma się ich tam o te dodatkowe sztuki więcej. Ktoś kto się tam dobierze może narobić harmider. Aby się nie rzucało w oczy więc lepiej zamienić jedno albo oba. Jak się wszystko dobrze złoży, zagoi co trwa około tygodnia, może dwóch zanim te nowe zaczną być w pełni wydajne to po tym czasie już można zasiewać nasieniem Oster kobiety. Dalej to już podobnie jak ze strzykwami i jajami tylko, że działa to już tylko na kobiece łona. Gdzie indziej nie jest w stanie się utrzymać i szanse na wydanie miotu są nikłe. Więc właśnie do noszenia jąder raczej potrzebny jest mężczyzna a do zasiania łono kobiety. No i jak się wykastruje oryginalne jądra wtedy jest pewność, że te zasiane to będą tym wyjątkowym nasieniem. Bo jak są te własne no to jednak wciąż jest szansa na standardowe zapłodnienie. Aha no i to też potrzebne jest kobiece łono ale to nie jest prawdziwa ciąża więc tak samo jak z jajami. Czyli aby łono było. Płodność, bezpłodność, ciąża nie mają tutaj znaczenia. Chodzi o samo miejsce do rozwoju miotu. - gruby gospodarz dalej z ożywieniem tłumaczył co i jak z tymi różnymi rodzajami zasiewania jakie dostali w spadku po Oster i jej Siostrach.
- A podczas ciąży... Co się dzieje, jeżeli osoba uprawia seks z mężczyzną? Czy można wyczuć cokolwiek? Na którymś etapie? Czy to tak jak w zwykłej ciąży?
Tym razem gospodarz zastanawiał się dłużej. A w końcu rozłożył ramiona przyznając się do niewiedzy i uśmiechając się przepraszająco.
- Tego akurat w zapiskach nie było. A co do mojej praktyki no to cóż… Loszka i ta idiotka ze szlaku zbyt rozmowne nie są. No i z seksem też nie. A Dorna to chyba się tam zabawiała u Pirory ale to jeszcze było przed zasianiem. A teraz jest u mnie. Zresztą nie ma co tu siedzieć, chciałeś zobaczyć to chodźmy, sam się przekonasz, że to nic strasznego. Tylko pilnować wszystkiego trzeba. Właśnie dlatego ciężko mi się stąd ruszyć. Nie wiem jak ja jeszcze zrobię tą przeprowadzkę do jaskini. To cały dzień marszu, albo półtorej w jedną stronę. A pewnie jeszcze trzeba się tam jakoś urządzić i przygotować wszystko. A tutaj nie mam komu tego wszystkiego zostawić. - powiedział najpierw powoli gdy musiał przyznać się do niewiedzy ale potem przyspieszył i wrócił mu ton jowialnego wujka. Wstał od stołu i zachęcił gestem kolegę aby poszedł za nim.
Heinrich mocno się nad czymś zastanawiał idąc za gospodarzem.
- Chciałbym też porozmawiać z Dorną. Ile czasu u niej minęło od zasiania? Były jakieś niepokojące sygnały? - zapytał suchym tonem kogoś, kto w głowie rozwiązuje dręczący go problem.
- Oczywiście, oczywiście, chodź przyjacielu bo widzę, że więcej załatwimy na dole niż tutaj. - gospodarz dał znak aby gość podążył za nim a sam ruszył przodem. Wydawał się jowialny jak dobry wujaszek jaki oprowadza gościa po swoich włościach.
- A w ogóle nie wiem czy mówiłem. Ale genialny! Genialny pomysł z zasianiem tych aktorek! Genialny! Wielki plan godny wielkiego człowieka! - powiedział z uznaniem w głosie i uśmiechu gdy tak szli przez korytarze i zaplecze apteki. - Tylko szkoda, że ta żałoba bo tak to już by może przyjechały. A tak to nie i nie wiadomo kiedy. I czy w ogóle. Ale z drugiej strony gdyby nie ta żałoba to ten turniej już by był i się skończył więc musielibyśmy się obyć bez naszych kochanych maleństw. W ogóle to ci powiem, że dla samej hodowli to lepiej aby ta akcja była jak najpóźniej. Każdy tydzień więcej to więcej dorosłych okazów. Będę musiał na to uczulić Starszego. Może nie warto się tak śpieszyć? - dorzucił już bardziej filozoficznie dostrzegając w tej żałobie i dobre i mniej dobre cechy w stosunku do swoich planów. A w międzyczasie zeszli schodami piwnicy na dół i zajrzeli do pierwszych drzwi. Zastali tam Strupasa i Dornę. Oboje siedzieli w jakiejś kuchni czy czymś podobnym. Mieli rękawy zakasane do łokci. I przygotowywali jakąś miksturę jak można było poznać po licznych misach, butlach, moździerzach i innych takich utensyliach. Oboje przywitali gościa i gospodarza życzliwymi uśmiechami.
- Spójrzcie kto nas odwiedził! - zapowiedział gościa gospodarz. Przywitali się z nim ciepło a potem ten znów wrócił do swojej roli.
- Heinrich przyszedł nas odwiedzić. A poza tym interesuje się hodowlą i jaj Oster i jej jądrami. Dorna właśnie dzisiaj wydała miot z tego tylnego wejścia. A wczoraj z głównego. A nasz kochany Strupas na ochotnika zgodził się na te nowe jajca i na razie nie słyszę aby się skarżył. No ale to sobie porozmawiajcie a ja muszę zajrzeć do tych notatek bo o ile jaja znam już prawie na pamięć to jądrami interesowałem się trochę mniej. - gospodarz chwilowo opuścił swoją rodzinę i były łowca czarownic został sam na sam z garbatym śmierdzielem i szaroskórą mutantką.
- No tak. My tu widzisz robimy te mikstury wspomagające. Aby tam w łonach te maleństwa rosły szybciej i większe. A jak coś o jajach to pytaj Dornę. Ona to miała i już z niej wyszły i jak widzisz cała tu jest i nic jej nie jest. - Strupas poczuł się w obowiązku do zastąpienia gospodarza i zachęcił gościa aby wszedł i usiadł. Dorna potwierdziła jego słowa głową i lekkim uśmiechem na swojej szarej, kolczastej twarzy. W przeciwieństwie do swojej kamratki Lilly jej wygląd od razu rzucał się w oczy więc trudno jej było się poruszać po mieście.
Heinrich wydawał się szczerze zaciekawiony, jednakże jego ciekawość była inna niż Sigismundusa. Była bardziej... pragmatycznej natury.
- Jak się czujesz od czasu zasiania? - zapytał Dorny - Odczuwałaś jakiejś niechciane skutki? Chociażby zwykłą... niewygodę?
Mutantka chwilę zastanawiała się nad pytaniem szukając natchnienia w niskim, piwnicznym suficie i własnej głowie.
- Samo zasianie wcale nie boli. Wsadza się tą rurkę a potem czujesz jak to się tam rozlewa w środku. Jak w tyłek to trochę jak lewatywa. Nic strasznego. Tylko trochę takie… nie wiem jak to powiedzieć… takie inne niż lewatywa albo jak mężczyzna ci tam w środku kończy. Takie… hmm… Zimne? Chłodne? Potem trochę tak swędzi przez chwilę. Nawet zabawne. Ale też i trochę szczypie. Potem przestaje. Sigismundus mówi, że pewnie jak się nagrzeje od ciała to przestaje. Czyli dość szybko. A potem właściwie już nic się nie czuje, że coś tam było robione. - Dorna mówiła prosto i powoli. Często szukała odpowiednich słów jak opisać swoje doznania w trakcie trwania tego eksperymentu.
- I ja to miałam te małe. To pierwszy dzień nic. Drugiego coś zaczęłam czuć. Takie swędzenie albo burczenie w brzuchu. Ale to już mnie tego samego dnia Sigismundus zasiał od tyłu to może dlatego. Trochę dziwne to było ale nawet zabawne. Dopiero trzeciego dnia czułam je wyraźnie. Czułam jak się ruszają. - pokazała matczynym gestem i uśmiechem na swój ciężarny parę dni temu brzuch. I uśmiechnęła się z zadowoleniem.
- To było całkiem przyjemne. Tak jakbym tam jakiś kochanek coś robił. Coś miłego. Albo Lilly. Podobało mi się. Chociaż pod koniec to tak szczypało bardziej. Te maleństwa były już większe pewnie dlatego. - przyznała z zadowoleniem głaszcząc się ppo płaskim brzuchu.
- Tam z tyłu to trochę trudniej. Brzuch mnie trochę bolał. Wiesz tak jak chce się do wychodka ale jak idziesz i siadasz to nic nie leci. Zwłaszcza pod koniec. Ale nic strasznego. Trochę niewygodnie. Ale jak się tam ruszały to nawet miło było. - dodała opisując jak ta pseudo ciąża wyglądała od jesj strony jako nosicielki.
- A najfajniejszy był poród! To było wspaniałe! Dlatego jak tylko będę mogła to chętnie to powtórzę! - na koniec kolczatka roześmiała się gdy wspomniała ten ostatni etap który widocznie sprawił jej najwięcej przyjemności.
Mężczyzna słuchał uważnie całej opowieści, a gdy Dorna zakończyła dopiero wtedy się odezwał swoim zachrypniętym głosem.
- Opowiedz o doznaniach tego "porodu", jak tylko najdokładniej będziesz w stanie to przekazać.
- Doznania z porodu… - Dorna znów się zastanawiała jak to ubrać w słowa. Ale tym razem dużo krócej. - Na pewno nie ma porównania do zwykłego porodu. Znaczy takiego jak rodzisz dziecko. Rodziłam trzy razy. Tylko moje maleństwa nie przeżyły. Umarły szybko po porodzie. Mam z tym trudności. Nie mogę zajść w ciążę a jak mi się uda to nie mogę donosić a jak mi się uda donosić to umierają przy porodzie albo zaraz po. Dlatego tak z Lilly tyle razy próbowałam. Ona jest bardzo płodna. Nie jedną kobietę u nas zbrzuchaciła. To miałam nadzieję, że z nią mi się uda. I z nią to właśnie były te trzy razy ale jednak nie. - jedna myśl wywołała drugą i tym razem nie była przyjemna. Bo kolczasta mutantka wyraźnie posmutniała. Garbus poklepał ją pocieszająco po ramieniu. Wzięła się w garść i zaczęła mówić dalej.
- W każdym razie taki prawdziwy poród to nie zabawa. Ani u mnie ani u innych kobiet. Ale ten z tymi maleństwami Oster to sama przyjemność! - wróciła do znacznie przyjemniejszych myśli i się od razu rozpogodziła.
- Wiadomo kiedy mniej więcej masz termin. Bo to po wylinkach widać. Ja miała codziennie więc wiadomo było, że mam te małe. Tylko musiałam używać nocnika aby czegoś nie przegapić. Bo Sigismundus mówił, że jak się pójdzie do wychodka to nawet nie wiadomo co z ciebie wyleci. W każdym razie wiadomo, że tego a tego dnia powinnaś mieć rozwiązanie. Albo w nocy. Trochę wcześniej albo później ale wiadomo. Więc się spodziewasz. I w pewnym momencie zaczyna cię gonić. Tak jak nagle by ci się do bardachy zachciało. Tylko czujesz, że ona tam w środku są strasznie pobudzone. I takie parcie na dół. Wiesz, że zaczynaja wychodzić. Więc trzeba znaleźć sobie miejsce. Ułożyć się wygodnie. I czekać. I się w końcu zaczyna. A jak się zacznie to jest bardzo, bardzo przyjemne. Wcale nie boli. Jak przy zwykłym porodzie. No ale te maleństwa są o wiele mniejsze od naszych noworodków. Więc ja to sie czułam tak jakbym z jakimś mężczyzną harcowała i tam mi w środku robił tak jak trzeba. Bardzo przyjemne. Tylko w drugą stronę bo czujesz jak z ciebie wychodzą. I tak jest dobrze, że hej, zupełnie jak w tym szczytowym momencie podczas igraszek. O tak, bardzo, bardzo przyjemne, strasznie mi się podobało. Aż potem chce się zasnąć z tej błogości i nic nie robić. I zasnęłam. A potem jak wstałam to trochę mnie tam bolało wszystko, zwłaszcza tam między nogami. Ale to nic takiego. Tak samo jak się dobrze zabawisz z kimś to też tak trochę to potem czuć ale przecież i tak się miło wspomina. - mutantka żwawo zaczęła opowiadać jak zapamiętała ten poród. I widać było, że wspomnienia są i świeże, i żywe, i zdecydowanie bardzo przyjemne by nie rzec rozkoszne. Bo w pewnym momencie jak o tym mówiła, przymknęła oczy, przygryzła wargę i opuściła dłoń pod stół gdzieś w okolice swojego brzucha albo jeszcze niżej. Zaś na twarzy wykwitł jej wyraz błogości i spełnienia jak o tym myślała.
- Sigismundus mówi, że to może być wpływ Soren. Bo ona jest od takich zabaw. Może i Oster to wszystko zrobiła ale jednak jakiś wpływ inne Siostry też miały. Tylko nie jest tam opisane jaki dokładnie. Bo te przyjemności to trochę do Papy mi nie pasują więc pewnie przez Oster. - garbus widząc, że koleżanka skończyła dorzucił swoje trzy grosze. I spojrzał w przejście korytarza bo było słychać ciężkie kroki powracającego gospodarza. Ale całkiem energiczne mimo jego tuszy.
- Mam! - zawołał Sigismundus i uniósł triumfalnie przyniesioną torbę. Siadł obok gościa i zaczął coś w niej grzebać. - To co właściwie chciałeś się dopytać? - zapytał coś tam cały czas szukając. Ale przestał i odwrócił się do byłego łowcy czarownic. - A! Pytałeś jak to jest w trakcie igraszek jak się ma pełne łono tych maleństw. - uniósł palec jakby to sobie właśnie przypomniał. - Tego nie wiem. I Dorna oraz reszta dziewcząt też nie. Ale możesz zapytać tej ladacznicy. Tej z burdelu. Co ją Onyx ponoć zasiała. Przynajmniej Otto zdaje się w to wierzyć, chociaż nie zrobiły tego przy nim. Bo nie sądzę aby zrezygnowała z pracy więc pewnie robiła to z tymi maleństwami w środku. No chyba, że akurat klientów nie miała no ale to od początku tygodnia to nie sądzę. Chyba, że jakaś szpetna czy felerna jest. No to ją możesz zapytać. A swoją drogą cos cicho u niej. Jak to miało być w Wellentag to te małe powinna już urodzić. Te większe to może jeszcze nie. - powiedział co mu się przypomniało jak był na górze.
Heinrich pokiwał głową na słowa Sigismundusa.
- Zakręcę się wokół tej sprawy. - obiecał - I później odwiedzę tą co ją Onyx zasiała. Chcę też poznać jej doznania. - zginął głową Dornie - Dziękuję ci za twoją opowieść, naprawdę pomogła i rozjaśniła bardziej sytuację. - lekko uśmiechnął się do mutantki, co osłodziło zachrypniętą nutę w głosie na końcu zdania.
- Byłbym wdzięczny. Bo Otto mówi aby i zaufać i, że jak mówi, że ta koleżankę zasiała to pewnie tak było. Ale sam wiesz jakie są te nasze koleżanki. Może i tak ale wolałbym sam je zasiać. Albo ty lub Otto. Do was mam zaufanie. Albo, żebyście chociaż przy tym byli. Byłbym wtedy spokojniejszy. - brzmiało to trochę tak jakby jednooki mnich i były łowca heretyków zdobyli w oczach aptekarza punkty zaufania. W przeciwieństwie do wężowych koleżanek ze zboru z jakimi ostatnio niezbyt mi się układało. A w przeciwieństwie do Tobiasa był zbyt impulsywny aby nie dało się po nim poznać emocji. Zwłaszcza jeśli chodziło o projekt hodowli Oster w jaki się w pełni zaangażował. W międzyczasie wyjął z torby jakieś papiery i zaczął je przeglądać.
- Aha… Trzeci zwój… O jądrach Oster. No tak, mam to. Ale był najbardziej uszkodzony więc naszej czcigodnej Merdze nie udało się wszystkiego odczytać. Są luki. Po prostu pergamin zgnił i rozpadł się w palcach. - mówił do gościa tłumacząc dlaczego ma takie braki w tekście.
- No więc zaczyna się od rozcięcia worka. I potem trzeba tam włożyć jądro albo dwa i zaszyć. Właściwie można więcej ale to wtedy rzuca się w oczy. Właśnie dla niepoznaki można wyciąć oryginalne. Wtedy jak rany się zagoją to wszystko wygląda jak powinno. Bo jakby gdzieś w dziczy albo tam w Norsce to pewnie można działać swobodniej. Ale z wycinaniem oryginalnych trzeba ostrożnie. To grozi wykrwawieniem. Duże ryzyko. Wrażliwe miejsce to jucha leci stamtąd strumieniem. Trudno zatamować. Pod tym względem lepiej jest dodać te dodatkowe jądra niż wycinać stare. Coś za coś. - pokiwał głową gdy wyjaśniał koledze przebieg operacji wszczepiania daru Oster.
- Potem trzeba czekać aż się rany zagoją. No i tam w środku się wszystko ułoży. To parę dni do tygodnia. Sporo zależy od indywidualnego przypadku i dbania o siebie i warunków. Ale pół tygodnia do tygodnia tak przeciętnie. A potem. Potem można działać i rozsiewać po świecie nasienie Oster. - uśmiechnął się błogo na taką zacna myśl jaka widocznie była bardzo miła jego sercu.
- Znaczy można sobie pewnie psikać jak się chce. Ale w przeciwieństwie do jak potomstwo będzie tylko w tej właściwej dziurce. Tak samo jak z prawdziwą ciążą. Tylko to tak samo jak z jajami nie jest prawdziwa bo chodzi tylko o miejsce aby w kobiecym łonie. - doprecyzował jak to się sprawy mają i na tym polu.
- I ponoć bardzo efektywne. Kuśka stoi jak drąg i zawsze jest gotowa do działania. W każdym razie bardziej niż taka zwykła. W końcu to nie do końca jest takie zwykłe coś. Dlatego na dłuższą metę może wywoływać zmiany. Ale nie wiem jakie bo nie pisze. - przyznał, że są i plusy i minusy takiego zabiegu przeszczepu.
- No niestety nie pisze co z tego wyjdzie. Wiadomo, że ciąża trwa około tygodnia. Ciężarnych brzuch raczej widać, zwłaszcza pod koniec. Czyli niezbyt dyskretne jak na nasze warunki. I wiadomo, że tak jak z jajami każda z Sióstr wydaje inne potomstwo. Ale jakie to nie wiadomo bo to się nie zachowało. - zakończył i odłożył papiery na stół dając znak, że więcej w nich nie ma.
- Jak cię nie było właśnie gadaliśmy o tych larwach, ciąży i zasianiu. I, że Dorna jest chętna na kolejny raz. - odezwał się w końcu garbus krótko wspominając gospodarzowi o przebiegu dotyczasowej rozmowy. Mutantka uśmiechnęła się do nich ładnie i pokiwała głową jako potwierdzenie.
- Ah. No to dobrze, dobrze. Jakbyś Heinrichu miał jeszcze jakieś pytania co do tej hodowli to pytaj śmiało. My następnym razem zasiejemy naszą kochaną w Angestag. Może nawet na zborze? O ile Starszy by się zgodził. Co myślisz? Taki mały pokaz, że to nic strasznego. I chyba zwiększę dawkę. Bo teraz było dwa z przodu i dwa z tyłu. I nie widzę żadnych przykrych konsekwencji. Więc następny raz spróbujemy cztery z przodu. Może jeden z tyłu albo bez. Jeszcze pomyślę. - podzielił się z byłym łowcą planami na kolejne zasianie mutantki już w ciągu najbliższych dni.
Heinrich kiwał głową w zamyśleniu.
- Może pojutrze będę więcej wiedział czy mój plan na więcej kandytatek się uda. A raczej bym na Zborze nie zasiewał, bo niektórzy mogą to źle przyjąć. - poklepał Sigismundusa po ramieniu - Może też z kandydatem się by udało, ale nie zapeszam. Pamiętam o kwestii hodowli i też dla mnie istotna, przyjacielu.
- No właśnie. Niezmiernie mnie to cieszy. Bo poza Strupasem to tylko ty i Otto się tym interesujecie i jakoś wspieracie ten projekt. - gospodarz obdarzył gościa prawdziwie wdzięcznym spojrzeniem i po przyjacielsku położył mu swoja dużą dłoń na jego barku.
- To mówisz, że na zborze lepiej nie? - zastanowił się nad jego odpowiedzią. Chwilę to trawił w myślach, popatrzył na garbusa i mutantkę. On wzruszył ramionami ale ona się odezwała.
- Jeśli o mnie chodzi to może być na zborze a może być i poza. Tak czy inaczej to będzie dla mnie zaszczyt być naczyniem Oster. I przyznam też, że całkiem spora przyjemność. - kolczasta mutantka mówiła całkiem przyjemnym dla ucha głosem. W przeciwieństwie do jej fizycznych zniekształceń jakie były trudne do ukrycia głos miała całkiem spokojny, naturalny i łatwo wpadający w ucho. W sam raz do śpiewania sentymentalnych ballad lub kołysanek dla dzieci.
- Jesteś taka dzielna i wspaniała Dorno. Inne koleżanki powinny brać z ciebie przykład. - Sigismundus spojrzał z ojcowskim rozczuleniem na odmieńca tak jak na dorosłą córkę co idzie jego drogą.
- I mówisz Heinrichu, że miałbyś szanse na jeszcze jakieś nosicielki? Cudownie! Byłoby wspaniale! Zwłaszcza jak mamy niewiele czasu aby maleństwa zasiać, wydać na świat i aby potem one jeszcze dojrzały do działania. Więc każda hehe dziura jest w cenie. Jakbyś tylko coś potrzebował w tej sprawie to tylko daj znać, zrobimy co się da aby ci pomóc. - z kolei też bardzo dobrze przyjął zapowiedź na szansę zdobycia kolejnej nosicielki. I wydawał się tym być nie mniej wzruszony. Zresztą pozostała dwójka też chętnie pokiwała głowami zapewniając o swojej gotowości do współpracy.
- I jeszcze byś miał jakiegoś kawalera nawet? No, no to by było coś. Bo z tymi jądrami no to Strupasa na razie mamy. Tylko no niestety… No chyba nie będzie mu zbyt łatwo znaleźć taką co rozłoży przed nim nogi… Ale przynajmniej mogliśmy pierwszy raz przeprowadzić tą operację więc ma to wartość dla nauki. I już wiemy, że da się to zrobić. - wieści o kawalerze też go mocno pobudziła. I widać było, że zjada go ciekawość ale na razie powstrzymał się przed pytaniami.
- Jeżeli zajdą jakieś dodatkowe zmiany w kwestii nosicieli to dam ci znać. - obiecał i wstał z krzesła - Na razie mam jeszcze inne sprawy do przeprowadzenia, więc nie mogę z wami dłużej zostać. - wytłumaczył się - Mam nadzieję że szybko rozwiążemy sprawę.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Backertag; popołudnie; Rezydencja Von Mannlieb
Otto skłonił się frau Fabienne.
- Lady Fabienne, Anniko, miło was widzieć. - przywitał się mnich siadając z delikatnym westchnieniem - Przyznam, nie sądziłem, że młodość już nie będzie mi wystarczać, aby przetrwać takie zabawy. Co do celu mojej wizyty, mam dwie. Po pierwsze… - wręczył list od przeora Fabienne - Jest zgoda na wypuszczenie Marissy. Dziewczyna już wie i… była naprawdę, naprawdę szczęśliwa. - mnich westchnął trochę tęsknie - Więc możesz ją odebrać w dogodnej dla siebie chwili. Druga jest niestety mniej przyjemna. Z powodu faktu, że to ja "wprowadziłem ladacznice do świątyni", jak to ładnie ujęła straż, wzięli mnie na przesłuchanie. Wybacz frau Fabienne, ale podałem ciebie i lady Pirore jako świadków, mojego opuszczanie miasta następnego dnia. Jeżeli mogłabyś potwierdzić tą historię kiedy przyjdą… no, uniknąłbym stryczka.
- Oh! Możemy zabrać Marisskę!? To cudownie! No nareszcie! - nie tylko bretońska szlachcianka się ucieszyła na taką wieść. Także była, czarnowłosa pacjentka hospicjum wyglądała na ucieszoną. Zupełnie jakby miały przywitać się z dawno wyczekiwanym gościem albo nawet członkiem rodziny.
- Oczywiście, że ją zabierzemy. Co tam biedulka będzie smutnieć samotnie. Dołączy do nas i wyrwie się na szerokie wody, odetchnie świeżym powietrzem. Ubierze się w coś porządnego. Tak, zdecydowanie to dobra wiadomość. - gospodyni nie ukrywała, że sprawiła jej mnóstwo radości. W pośpiechu otwarła wręczony jej list od przeora a lakowa pieczęć pyknęła z cichym trzaskiem. I Frau von Mannlieb zamilkła na chwilę szybko przesuwając oczami staranne pismo przeora Bernarda.
- Już jak ja sie tu wprowadziłam to było dla niej miejsce. Będziemy mieszkać w jednym pokoju. - czarnowłosa skorzystała z chwili ciszy i dorzuciła coś od siebie. Widać to wspólne mieszkanie z koleżanką z hospicjum wydawało jej się całkiem miłe dla serca.
- Tak, pisze to co mówisz… Że przyszła zgoda od jej dawnej pani… czcigodna dobrodziejka von Spee… - bladolica czarnowłosa streszczała co tam kierownik hospicjum napisał. Zmarszczyła brwi jakby próbowała coś sobie przypomnieć albo odczytać ale ekscytacja szybko sprawiła, że przesunęła się oczami dalej po tekście. - No i tak, mogę ją zabrać w każdej chwili… I podziękowania, modlitwy za mą duszę, poleceanie się na przyszłość… - wyłuskała z listu to co najważniejsze i w końcu odłożyła papier na stół wracając do rozmowy.
- To chyba nie ma na co czekać. Co biedaczka będzie sama spędzać noc w celi jak może już zamieszkać z nami, wziąć pożądną kąpiel, zjeść coś normalnego… Poślę po nią powóz. Annika pojedziesz po nią? Znacie się to będzie jej łatwiej. Hmm… Czy może lepiej nie? I poczekać do rana? Nie będzie to podejrzane jak poślę po nią teraz? - gospodyni zaczęła już wydawać polecenia swojej nowej służącej a ta chętnie kiwała na nie głową ale pod koniec Bretonka zawahała się. Spojrzała pytająco na Otto pytając tak o radę.
- A z tą świątynią to straszne, że cię podejrzewają. Oczywiście, że powiem co trzeba. Zresztą to nawet prawda, że się widzieliśmy za miastem. Chociaż o okolicznościach to chyba im lepiej nie mówić. - gdy zaś wspomniał o tej mniej przyjemnej sprawie to wyglądała na przejętą. Przyłożyła swoją szczupłą, elegancką i zadbaną dłoń ozdobioną złotym pierścieniem rodowym i dwoma innymi do ust w geście poruszenia. Ale zaraz zapewniła o swoim wsparciu. Nawet uśmiechnęła sie ironicznie na dwuznaczność takiego potwierdzenia bo w końcu rzeczywiście się spotkali w nocy za miastem. Ale w takiej roli, że groziłaby im natychmiastowa ekskomunika, tortury i śmierć gdyby władze się o tym dowiedziały.
- Coś konkretnego mam im powiedzieć o tym spotkaniu za miastem? - chciała wiedzieć jakiej wersji ma się trzymać gdyby ktoś ze straży rzeczywiście przyszedł prosić ją o zeznania w tej sprawie.
- Hospicjum jest do twej dyspozycji. - zapewnił mnich - Zależy czy chcesz, abym ja tam był, bo dziś muszę jeszcze odwiedzić Pirorę i Silnorękiego. - mnich się chwilę zastanowił - Bardziej po prostu wspomnij, że widziałaś mnie przy bramie jak opuszczałem miasto. Nic wiążącego. Kojarzysz mnie, bo byłem pośrednikiem w wypuszczeniu Anniki i Marissy, a brak oka wyróżnia mnie w tłumie. Nie ma co robić z tego większej konspiracji. - Otto zerknął na Anniką - A jak ty się czujesz, moja droga? Solidnego kuksańca dostałaś podczas tego skoku.
- Ehh… - czarnowłosa skrzywiła się na wspomnienie nocnej walki w świątyni. Chwilę tak trzymała tą niezbyt zadowoloną minę. A w tej prostej sukni, w szlacheckim salonie, stojąc u boku swojej pani raczej nie kojarzyła się z jakąś bandytką o morderczych zapędach. Wręcz przeciwnie. Pasowała tutaj jako jakaś młoda pokojówka na służbie u bogatych państwa. Ale to wciąż była ta sama dziewczyna co ponoć słyszała w sobie zew Krwawej Siostry i potrafiła iść na ostre udry z takim zabijaką i mięśniakiem jak Thorne który już na pierwszy rzut oka był od niej wyższy i masywniejszy.
- Byli mocniejsi niż sądziłam. Chyba nie jestem tak dobra jak myślałam. Dobrze, że nie mieli założonych pancerzy bo mogło być kiepsko. Rune też oberwał. Silny i Soria to chyba nie. Albo nie bardzo. Nie widziałam w każdym razie aby coś tam z nich sikało jak z nas. - przyznała niezbyt zadowolonym tonem. Szlachcianka podniosła na nią swoje blade lico okolone czarną koroną ładnie ułożonych włosów i pocieszająco złapała ją za dłonie chcąc jej dodać otuchy.
- Dobrze, że wyszłaś z tego. Strasznie się o ciebie martwiłam. No i sama widziałaś, że się udało. Merga i reszta odpłynęli z łupami. - powiedziała miękko z bretońskim akcentem a służka pokiwała swoją czarną głową. Chyba jednak nadal nie była zbyt zadowolona ze swojej walki podczas tamtego nocnego starcia.
- Dobrze to w takim razie jakby ktoś ze straży pytał to powiem, że się przypadkiem spotkaliśmy przy bramie. W końcu mogę cię znać właśnie z hospicjum albo i wieczorków poetyckich u Kamili. Mam nadzieję, że to im wystarczy i nie będą rozpytywać. A po Marisskę w takim razie jak to nic zdrożnego to poślę zaraz. Niech bidulka tam nie marznie sama w tej swojej celi i tej okropnej włośnicy. Zasługuje na coś lepszego. Oczywiście Otto mam nadzieję, że będziemy się spotykać u Pirory albo gdzie tam by była okazja. Zresztą z tego co mi mówiliście to nasza słodka Marisska ma nas zaprowadzić do Pajęczej Królowej czy jakoś tak. No ale to już jak będzie u nas. Wtedy wszystko się jakoś zorganizuje. - bretońska małżonka tutejszego kapitana statku zdecydowała się jak wykonać kolejne ruchy i znów humor jej się poprawił na myśl o przyjemniejszych sprawach.
- Dziękuję. - odpowiedział mnich i zerknął na Herolda Norry - Dlatego idę do Silnego. Sądzę, że przyda ci się szkolenie zanim udamy się do ołtarza. Przeznaczenie, przeznaczeniem, ale dobrze by było, abyś strzegła go z oboma rękoma. - mnich się uśmiechnął - Co do dalszych spotkań. Z wielką chęcią, szczególnie, że na razie mam zakaz opuszczania miasta. Jednak sprowadzenie Soren nie jest możliwe, bez jej sióstr. Muszę więc dopomóc pozostałym projektom naszej rodziny. Właśnie, milady jeżeli mogę prosić o drobną wspomoc w jednej sprawie. Mogę obdarować cię komplementem, gdyż twoje współżycie z ogierem wywołało u mnie dosłownie religijne doznanie. Siostry obdarowały mnie wizją, kiedy widziałem twoje delikatne ciało plugawione zwierzęcym organem. - mnich się uśmiechnął łobuzersko - Poszukujemy kobiety do hodowli naszych Nurglitów. Tak naprawdę poszukujemy wielu kobiet, ale jedna jest istotna. niestety nic o niej nie wiemy oprócz tego, że posiada "królewskie łono". Na początku sądziłem, że może chodzić o ciebie zważając na twoje Bretońskie pochodzenie i pokrewieństwo z Sorią. Jednak wizja pokazała mi, że królem jest każdy, kto ma koronę. Nawet narysowaną najwyraźniej. Najwyraźniej poszukujemy kobiety, która ma wytatuowane ukoronowane usta w okolicy łona. Jeżeli w swych przygodach z Lady Pirorą natrafiły byście na taki okaz, proszę dajcie mi znać. Jest to naprawdę istotna osoba.
- Oh tak, on był niesamowity! Zawsze marzyłam aby przeżyć coś tak wyjątkowego! Okropnie mi się spodobało te plugawienie i mam nadzieję, że to był pierwszy a nie ostatni raz! - Bretonka nagle się ożywiła i roześmiała się szczerze i beztrosko. Zupełnie jakby w pełni podzielała ten łobuzerskie uwagi rozmówcy i bardzo jej się spodobały. Otwarcie zdradzała i słowem i resztą ciała, że takie orgie jak ta ostatnia przy kamieniach bardzo jej przypadły do gustu i ma ochotę na więcej.
- A to pochodzenie od Soren bardzo mnie zaskoczyło jak mi o tym Soria powiedziała. Ale jestem z tego strasznie dumna i bardzo się raduje serce moje. To zaszczyt pochodzić od tak znamienitych przodków. - dodała też z nabożną wręcz czcią ale i dumą że ma tak znamienite pochodzenie.
- Jednak nie myśl, że tam w Bretonii to wypadłam sroce spod ogona i byłam jakąś tam tawernianą ladacznicą. Co to to nie. Chociaż nie powiem aby taki zawód byłby niemiły. Zapewne można by poznać wielu ciekawych ludzi. I nieludzi. I może jeszcze coś bardziej egzotycznego. - wpadła w pogodny nastrój jaki pozwalał jej zapomnieć o nadwyrężonym ciele. Mówiła szybko, żwawo i energicznie.
- A więc moja rodzina ma tytuł hrabiowski więc mnie on też się należy. A w ogóle to jestem księżniczką krwi. - powiedziała lekko i chętnie. Jak to często ci lepiej urodzeni lubili się chwalić swoimi liniami genealogicznymi. I z tego co mówiła to tam w Bretonii co prawda mieli króla a nie cesarza i inne nazwy ale ogólnie ten feudalny system był podobny. I rodzina Fabienne pochodziła z Brionne, portowego miasta przy pograniczu z Estalią. I była spokrewniona z lordami jacy w Imperium byliby zapewne księciami - elektorami. Czyli wśród nich wybierano kolejnego króla o ile była taka potrzeba. I te linie rodowe nazywano właśnie księciami krwi królewskiej a w skrócie księciami krwi. Księciami bo dziedziczyć mogli tylko mężczyźni. Ale kobiety z takich rodów też były w cenie jako małżonki i dziedziczki potężnych posagów. Niestety rodzina Fabienne nie była ani pierwsza ani druga w kolejce i ona sama uważała, że mieli mizerne szanse aby bez jakiegoś pomoru na skalę całej prowincji mogli się dochrapać do tej elektorskiej pozycji no ale tak genealogicznie to tak, byli z królewskiej linii a ona dziedziczyła nie tylko tytuł hrabiowski ale była też księżniczką krwi.
- Tylko niestety tutaj sama sobie zaszkodziłam. Bo dałam się ponieść mojej chuci i rodzicom nie wszystko udało się zatuszować. Więc aż tak wieli amantów z dobrymi nazwiskami nie starało się o moją rękę. Więc jak się trafił pewien starszy, dobrze mówiący po bretońsku kapitan z odległego portu w Imperium to mnie z nim ożenili z pocałowaniem w rękę. No i teraz mają mnie z głowy i nie muszą się za mnie już więcej wstydzić. On zapewne oczywiście nie wie co tam nabroiłam w czasach gdy byłam płochą panienką. - streściła w luźnym tonie jak to było z zawarciem jej małżeństwa jako młodej, bretońskiej hrabiny z dwukrotnie starszym imperialnym kapitanem von Mannliebem z jakim w końcu wylądowała i zamieszkała tutaj.
- A te wytatuowane usta to ja jej nie spotkałam. Żadnej kobiety z jaką miałam przyjemność. Chociaż pomysł mi się podoba. Prawie tak ciekawy jak niewolniczy tatuaż Adelajdy. - zaśmiała się wciąż będąc w dobrym humorze. - Ale na tym spotkaniu dziewczyny mi opowiadały o jakichś dwóch, bogatych ślicznotkach co odwiedziły zamtuz gdzie pracuje Onyx. I ta co się zabawiała z dziewczętami miała taki tatuaż. Mam nadzieję, że ją poznam! Jestem jej strasznie ciekawa! Zwłaszcza jak lubi się zabawić z dziewczynami i do tego jest piękna i dobrze się z nią rozmawia. Oby wróciła tam do nich i Onyx udało się jakoś złapać z nimi kontakt! - ćwierkała wesoło i chętnie podzieliła się plotkami jakie usłyszała ostatnio od koleżanek z kultu. Sama wydawała się być pod wrażeniem owych pięknych i bogatych nieznajomych, że była ich jawnie ciekawa.
Oko mnicha otworzyło się szeroko na wieść o tatuażu klientki Onyx, musiał zapomnieć o tym szczególe z opowieści ladacznicy. Po chwili Otto wydał z siebie dość złowróżbny chichot - Och… mam taki cudowny plan co do niej… o tak. Dziękuję ci Fabienne, właśnie otworzyłaś dla nas kolejne drzwi. - ucałował dłoń szlachcianki - Wybacz, ale muszę uciekać. Mam jeszcze do odwiedzenia Pirorę, też sprawa strażników. No i Silny… powiedz mi tylko, czy chciałabyś zagrać w "udawanym kulcie", ku uciesze klientek Onyx?
- O nie, nie, absolutnie nie, co ty sobie wyobrażasz? Zapomniałeś z kim rozmawiasz? Za takie bezczelne insynuację złożę skargę do twojego opata. - pogroziła mu palcem i przez chwilę zachowywała się jak dobrze urodzona dama powinna na takie poufałości i w ogóle plugastwa. Chociaż ten gniew i powaga nie sięgały roześmianych oczu i gdzieś tam w głębi głosu było słychać dobry humor jaki przez nią przemawiał.
- Oczywiście, że zagram! Uwielbiam teatr i przedstawienia! A jak jeszcze bym dostała jakąś lubieżną i wyuzdaną rolę to chyba bym potem musiała się wam odwdzięczyć tak abyście byli usatysfakcjonowani. A chyba wiesz Otto, że ja umiem się odwdzięczać co? - zapytała na koniec gdy już wybuchła jawną radością i kokietowaniem rozmówcy. Ale uniosła w pewnym momencie palec do góry.
- Tylko pamiętaj, że oficjalnie to jestem mężatką i damą z towarzystwa. Więc muszę się dostosować do tej roli i niezbyt mi łatwo załawić sobie wolny wieczór, noc, wizyty w zamtuzie czy tawernie. No ale jak coś będziecie mieli to daj znać, zrobię co się da abyśmy wszyscy wyszli z tego usatysfakcjonowani. I jakieś małe plugawienie zwierzęcym organem tu czy tam albo jakieś inne takie to też bym przyjęła z szeroko rozwartymi ramionami. I udami też. - powiedziała jeszcze nie mniej wesoło chociaż starała się zwrócić uwagę, że nie ma takiej swobody manewru jak większość jej koleżanek z kultu.
- Och, proszę się nie martwić. Mój plan może zostać wykonany w środku dnia. Jednak teraz naprawdę muszę już lecieć. Och, Pirora pokocha to! - mnich był wyraźnie podekscytowany swoim pomysłem. Ponownie ucałował dłoń Fabienne i ciepło przytulił Annikę, po czym pozostawił dwie kobiety, aby zadowoliły się własnym towarzystwem. Niemalże w podskokach ruszył w stronę kamienicy z loszkiem panienki von Dyke. Miał nadzieję, że naprawdę spodoba się jej jego pomysł.
Backertag; popołudnie; ul. Bursztynowa, kamienica Pirory
Otto skłonił się obu kobietom i zastanowił nad ich pytaniem.
- Zaleciłbym Birgit. Ładnych buź nigdy za wiele, to prawda, ale dziewoja, która ma między uszami coś więcej niż piękne oczy. Niecodzienne jak wy moje panie, a to oznacza interesujące. - mnich się uśmiechnął - Co do celu mojej wizyty obawiam się, że sprawy rodzinne, ale może wam się spodobają. Najpierw najmniej przyjemna. Mam małe kłopoty z powodu tego skoku na świątynię. Straż miejska się mi przygląda, już wzięli mnie na spytki. Pytali gdzie byłem wczorajszego dnia. Prawdę powiedziałem, że poza miastem, nie powiedziałem prawdy w tym co tam robiłem, ale to już mniejszy szczegół. - zerknął na Pirorę - Podałem ciebie i Fabienne jako osoby, które widziały jak opuszczam miasto, lady Piroro. Więc gdyby straż przyszła oto zapytać. Po prostu potwierdź, że widziałaś mój pobliźniony pysk przy bramie. Druga sprawa to Thorne. O ile nie ponaglam, chłopak jest już do odebrania, więc jeżeli znajdziesz czas, aby nas odwiedzić i go zabrać, byłby kolejny kłopot z mojej głowy. I teraz najważniejsza sprawa. - mnich powoli wziął oddech i wypuścił powietrze, zbierając myśli - Podczas orgii siostry zesłały na mnie wizję. Widziałem dwa łona, jedno należało do potomkini wiedźmy, która zawarła pakt z siostrami. Dwa pieprzyki na zgięciu uda. Ona jest gdzieś poza miastem, więc to będzie musiało poczekać. Drugie łono, miało tatuaż ukoronowanych ust. Podejrzewam, że jest to to "królewskie łono", o którym mówił Vigo, Herold Oster. Fabienne powiedziała, że jedna z szlachcianek, które ostatnio odwiedziły Onyx miała ten tatuaż. - mnich klasnął dłońmi wyraźnie się ekscytując - Więc, skoro już wiemy kto, musimy wymyślić jak przekonać ją do naszych zabaw i mam plan. Kobiety najwyraźniej pożądają nowych doznań i mam zamiar im ich dostarczyć. Czcigodna, w jakiej krainie założyłaś swoją siedzibę, gdzie czczono cię jako Wężową Księżnę? - to ostatnie pytanie padło do Sorii.
- To było daleko, daleko na południu, w krainie zwanej Indem. I już dobre kilka wieków temu. Albo i kilkanaście? A czemu pytasz? - milady całkiem chętnie odpowiedziała na pytanie dotyczącej przeszłości jej ponadnaturalnego żywota. Nawet może mile połechtana takim zainteresowaniem swoją osobą.
- I Thorne jest do odebrania? I bardzo dobrze! Ile można czekać? Przecież zapłaciłam za niego. W gruncie rzeczy do tego to się sprowadza. Dzisiaj jest już późno to nie będę robić głupstw z takimi przeprowadzkami. Ale jutro po niego poślę. A ta druga dziewczyna co Fabi ją zamówiła? Jeszcze jest u was? Coś o niej wiadomo? - młoda dama z dalekiego, słonecznego Averlandu za to wydawała się bardzo rada z tego, że ten umięśniony i jurny pacjent z hospicjum wreszcie znajdzie się w jej domu do osobistej dyspozycji. Jak jednak grzeczność i koleżeństwo wymagała zapytała też o los drugiej służki jaka miała wylądować u bretońskiej milady.
- Ja zaś ufam, że powiedziałeś straży co trzeba. I na pewno nie powiedziałeś co naprawdę robiliśmy za miastem. Bo wtedy zapewne już byś tu z nami nie rozmawiał. Tylko przeprowadzał szczere rozmowy z władzami w tych romantycznych, miejskich lochach co Merga tam gościła. - zaśmiała się cicho córka Soren pozwalając sobie na pewną nonszalancję wypowiedzi. Ta uwaga jednak nieco skwasiła blondwłosą i nieco piegowatą gospodynię.
- No trudno. Jak przyjdą to przyjdą. Powiem, że cię widziałam przy bramie i tyle. Miałam nadzieję, że jednak nikogo z nas nie będą pytać tak szybko. Ale dziewczyny już w lesie mi mówiły, że akurat ciebie to jednak mogą pytać o “te dwie ladacznice ze stolicy”. - van Dake nie przyjęła tych wieści tak lekko jak nieśmiertelna córka Soren ale jednak nadal wydawała się to odbierać jako kolejną niedogodność a nie coś poważnego. I widocznie obie łotrzyce zaangażowane od początku w ten pomysł obrobienia największej i najbogatszej świątyni w mieście musiały ją coś uczulić w tym temacie bo tak całkiem zaskoczona nie była.
- A te dwie ślicznotki co odwiedziły Onyx tak, słyszałam. Przyznam, że wzbudziły moje zainteresowanie. Chętnie je poznam. Szkoda, że Onyx nie udało się złapać jakiegoś kontaktu z nimi bo wyglądają bardzo obiecująco. Ale liczę, że jak wrócą to coś podziała w tej materii. Zresztą słyszałam, że i tak Łasica z Burgund coś planują się na nie zasadzić i wyśledzić co to za jedne. Jak będzie wiadomo gdzie mieszkają to już coś się z tego ukręci. - milady podobnie jak Pirora, Fabienne i chyba wszystkie dwórki nieśmiertelnej były zaintrygowane owymi pięknymi i hojnymi nieznajomymi z początku tygodnia. I chętnie by zaznajomiły się z nimi dokładniej. A obie łotrzyce to już widać nawet coś zaczęły planować w tej sprawie i i zapewne Onyx także bo jak o nich opowiadała jeszcze w “Mewie” to też strasznie przeżywała, że nie wybrały jej tylko Larwę i jej koleżanki.
- Tak, tak, słyszałam o tym tatuażu tej miodowej. Także jestem go ciekawa. Jak zresztą i jej samej. Ale te dwa pieprzyki to nie wiem czy coś wyjątkowego. Na zgięciu biodra i uda? To nawet Fabi ma dwa takie pieprzyki. I to się tak nie rzuca w oczy jak tatuaż. Jeśli jednak są jakieś śliczne i ciekawe panie i panienki do sprawdzenia aby szukać tego królewskiego łona to no cóż… Poświęcę się dla sprawy. - Pirora też miała dobry humor i lekko mówiła o tych kobiecych łonach o jakich zaczął kolega. I o ile to z tatuażem wydawało się charakterystyczne i prawie już potwierdzone kto je ma to to z pieprzykami nie była taka pewna skoro nawet ich bretońska przyjaciółka i kochanka miała coś takiego.
- Ale Fedory tak nie oceniaj surowo. Oni są tak ubodzy, że musieli ją posłać do szkoły i nauczyć rachunkowości i nawet miała praktyki w sklepie i magazynie. Wyobrażasz sobie jaki to upadek? Żeby szlachcic stał za ladą albo był liczykrupą? Okropne. No ale dobrze, możemy i na początek przyjrzeć się Birgit. Zwłaszcza jak Fabi pytała jak to jest jak się używa tych mniej klasycznych dziurek. Oczywiście Fabi zaoferowała jej odpowiednie wyjaśnienia i teorię a i praktyki zapewne też by jej użyczyła. A musimy założyć ten klub niewiernych żon bo sam widzisz, że wolne panienki i panie nam się powoli kończą niestety i trzeba przejrzeć te wszystkie nienasycone i znudzone żonki, wdowy, narzeczone i całą resztę. Na szczęście parę ciekawych okazów już udało nam się wybrać. - młodziutka Averlandka nieco wystąpiła w obronie swojej ubogiej ale utalentowanej artystycznie koleżanki jednak ostatecznie chyba po prostu chciały od którejś zacząć aby poszerzyć swój krąg znajomości i kochanek a kto wie może i w przyszłości nawet nowych członkiń zboru.
Mnich gwizdnął.
- Ind? To południowy wschód. Faktycznie daleko. Nie wiele wiem o tej krainie, poza tym, że jest blisko Cathay. Co do powodu mojego pytania. Tak jak mówiłem, te dwie szlachcianki chcą zasmakować przygody, ekscytacji, egzotyki. Nie ma nic bardziej ekscytującego nad taboo. - mnich się uśmiechnął - Chciałem odtworzyć namiastkę twej świątyni… może w jakiejś okolicznej jaskini. Sprowadzić nasze ciekawskie szlachcianki obietnicą zabaw w tematyce pradawnych pogańskich kultów hedonizmu I deprawacji. Poświęcilibyśmy świątynie wężowi. Nawet nieświadome, ich czyny w świątyni zasiałyby nasionko wiary. Kiełki pojawiłyby się szybko. - mnich westchnął - Oznaczałoby to niemały wkład z naszej strony oczywiście. Będzie do obgadania na zborze. - Otto poczochrał się delikatnie zastawiając się, który temat ugryźć najpierw - Fabienne posłała po Marissę więc sądzę, że dziś już u niej będzie. Co do mojej wersji zdarzeń z wczoraj. Pchnięty traumą napadu na moją osobę, w dzień rabunku świątyni, opuściłem miastu szukając ciszy, spokoju i oczyszczenia w głuszy. Tak w skrócie. - mnich się chwilę zastanowił - Możecie przedstawić ją Grubsonowi. Piękne ubrania mogą być nie lada zachętą na dalszą eksplorację siebie. Ubrania, makijaż, fryzura, jeżeli dziewczyna poczuje się piękną i będzie traktowana takowo. Nie daleko temu do igraszek.
- Oby. Chętnie bym ją widziała w swojej sypialni. I te ubrania od Huberta, sama Oksana i reszta, tak, dobry pomysł. Chociaż na razie nasza słodka i niewinna Birgit nie zdradzała żadnych zainteresowań figlami z inną kobietą ale kto wie? Zawsze od czegoś się przecież zaczyna i ma się ten pierwszy raz. - Pirora co z całej ich trójki najlepiej poznała te szlachetnie urodzone panie i panny które wybrały do bliższego poznania uśmiechnęła się leniwie. Z jednej strony chyba nie chciała sobie zbyt wiele obiecywać ale też chyba nie wykluczała, że taka nowa znajomość z wykształconą na aptekarza szlachcianką może pójść w jej ulubionym kierunku.
- A jak straż przyjdzie to z nimi porozmawiam. Dziękuję ci, że mnie o tym uprzedziłeś. Będę wiedziała co mówić. - skinęła mu z uznaniem swoją jasnoblond głową. I chyba wierzyła, że tak pobieżne przesłuchanie jakiego się widocznie spodziewała to da radę załatwić jak należy.
- Ah! Mieć znów własną świątynię, przystojnych i jurnych kapłanów, ponętne i lubieżne kapłanki, rzesze wiernych oddających hołd swojej bogini… - Soria zaś rozmażyła się czy też wróciła wspomnieniami do swoich wcześniejszych etapów długiego żywota. Leniwie zaplatała sobie jeden z warkoczyków na palec bawiąc się tak od niechcenia.
- Tu jednak jest sporo ludzi. I w mieście i poza. Zawsze ktoś się tu kręci. Trzeba by znaleźć jakieś miejsce. To chyba by trzeba pogadać z Łasicą i dziewczynami. One znają miasto może by coś znalazły na taką świątynię. - panna z Averlandu nie protestowała przeciwko pomysłowi jednookiego mnicha ale nie była pewna czy to jest do zrobienia od tej praktycznej strony. - Ja się zastanawiałam czy jakoś by im nie zorganizować spotkania z naszym Gustawem. Już wcześniej o nim myślałam tylko dla Fabi. Właściwie to nadal by można. Jednak to już trzeba by ze Starszym ustalić bo Gustaw to tak trochę więzień a trochę strażnik. Wcześniej pilnował Mergi gdyby ją odkryto tam pod wieżą ale jak ona odpłynęła… To nie wiem. Chyba Myszka o niego dba. W każdym razie jak Onyx tak naopowiadała, że one takie zmanierowane, znudzone i spragnione egzotyki i nowych doznań to już też rozmawiałyśmy co by im ciekawego wymyślić. Tylko o tyle trudno, że nie mamy z nimi swobodnego dostępu i tylko Onyx je widziała. - Pirora chętnie podążała tą ścieżką tematyczną zmierzającą ku tajemniczym, bogatym ślicznotkom i nawet się rozgadała co sama albo z koleżankami już rozprawiały na ten temat.
- Chociaż ten numer z usługiwaniem co mówiłeś wcześniej też wygląda ciekawie. Przynajmniej dla mnie. Ale trochę nie jestem pewna jak one by się na to zapatrywały. No i i tak trzeba by je jakoś wyłuskać na ulicę albo gdzieś poza zamtuz. Dlatego jak nasze koleżanki by wyśledziły gdzie one mieszkają to by nam znacznie ułatwiło wszelkie panowanie. Jak są takie bogate i zadbane to zapewne nie mieszkają w jakiejś dziurze czy byle portowej tawernie. - Soria też chętnie rozmawiała o tych dwóch nietuzinkowych nieznajomych. I popierała wszelkie starania aby je namierzyć i bliżej poznać.
- Macie czas i możliwości, aby owinąć sobie całe miasto wokół paluszków, najwspanialsze. - zapewnił mnich - Możemy zacząć od drobnych egzotyków i przejść do prawdziwie niebywałych rzeczy później. Co do Marissy, dziewczyna nie może się doczekać spotkania z twoją matką, czcigodna. Najwyraźniej Soren zapowiedziała, że Mari ma zrodzić ci rodzeństwo i to nie tylko ona, czas pokaże. Co do świątyni… może to być projekt dla wszystkich członków rodziny. Sigismundus pewnie zacznie coś takiego w jaskini Oster, nie wiem jak nasi Tzeentchianie. Annika ma znaleźć ołtarz w lesie, poświęcony Norrze. Początkowe miejsca, aby poszczególne kulty zaczęły rosnąć w siłę i sprowadzić Siostry z powrotem. I dziękuję, milady. Nie chciałbym zawisnąć przed uiszczeniem tej misji, albo zanim nie skończę książki.
- A to piszesz jakąś książkę? - Pirora wydawała się trochę zdziwiona a trochę zaciekawiona tą ostatnią wzmianką.
- Widocznie nasz Otto też ma więcej talentów niż to nam pokazuje. - zaśmiała się Soria. Zaś uwagi o świątyni i egzotyce bardzo przypadły jej do gustu co widać było po pełnym aprobaty spojrzeniu, uśmiechu i kiwaniem głową. - Zaś prawdziwą świątynię urządzimy w tej jaskini miłości mojej matki. Tam na pewno będzie idealne miejsce. Domyślam się, że zostawiła tam coś ciekawego no i będzie znów można pławić się w jej esencji, jestestwie i smaku. Ona zawsze jak gdzieś się zatrzymywała na dłużej to wiła sobie takie urocze gniazdko do wygodnego spełniania swoich żądz i zachcianek. I dlatego właśnie dobrze, że Marisska jest już w naszych rękach. Liczę, że nas tam zaprowadzi. Mam wrażenie, że moja matka jest w niej silna więc może powiedzie ją do swoich gościnnych zakamarków. - córka pradawnej istoty w ciele młodej szlachcianki wydawała się być święcie przekonana, że gdzieś tu, w okolicy, musi być jakieś miejsce kultu jej matki. I nawet miała jakieś praktyczne wyobrażenie jak to może wyglądać skoro odwiedzała takie miejsca wcześniej.
- A co do potomstwa Marisski… - zaśmiała się i popatrzyła z lubieżnym uśmieszkiem na parę śmiertelników. - Oczywiście, że wyda nam na świat jakieś interesujące potomstwo. Jest do tego przeznaczona. To będzie jej nagroda za wierną służbę. Wszystkie wydamy potomstwo naszej czcigodnej matce żądz i wyuzdania. W końcu nie na darmo ją nazywano Matką Wszystkich Potworów. Więc i te potwory zrodzone z jej cór i uczennic albo i zwykłych śmiertelniczek zwiastują powrót Pajęczej Królowej. Oczywiście nie wiem co dokładnie będzie w tej jaskini i czy to tak dosłownie będzie jaskinia ale, że tam będzie coś lubieżnego i wyuzdanego co zaowocuje zbrzuchaceniem Marisski i pewnie nie tylko jej to jestem pewna. Tak moja matka nagradza swoje wybranki. - tutaj znów ciemnowłosa wężowa syrena wydawała się być całkowicie przekonana jak powinien wyglądać ten schemat nawet jeśli nie znała jeszcze wielu jego detali z tego miejsca i czasu. To ten nienaturalnie długi żywot i podążanie za swoją Matką i jej śladami dały jej świadomość czego powinna się spodziewać. Pirora zamurgała oczami jakby mimo wszystko trochę zaskoczona taką skalą i pewnością z jaką Soria mówiła o tym wszystkim. Ale zdając sobie sprawę kim ona jest to w końcu nie skomentowała tego.
- No tak… Ale to i tak najpierw musielibyśmy jakoś złapać kontakt z tymi dwiema ślicznotkami. Bo bez tego to trochę trudno coś z nimi planować. - powiedziała w końcu wracając do tematu owych dwóch nieznanych dam z ekscentrycznymi zachciankami.
- Powiedzmy… podchodziłem do tego w zły sposób jak sądzę. - zaczął mnich opowiadając o księdze - Zanim przyłączyłem się do grona wiernych Mrocznych Potęg, ja i moi bracia zajmowaliśmy się analizą pradawnych, heretyckich lub po prostu podejrzanych tekstów. W końcu trafiliśmy na księgę, która nawróciła nas wszystkich, w tym i naszych braci rycerzy, na wiarę w Wielką Czwórkę. Księga spłonęła razem z moim zakonem, kiedy przybyła inkwizycja. Chcę odtworzyć tą księgę, ale do tej pory czekałem na inspirację z zewnątrz. Oczekiwałem, że przypomnę sobie treść całej księgi i przekopuję tą pamięć na papier. Chyba lepiej będzie, jeśli napiszę tą księgę na własny sposób.
- Oby ci się udało. Takie źródła są potrzebne dla szerzenia naszej wiary i przekonań. Mogą sięgać przez przestrzeń i czas tam gdzie my nie możemy. - Soria uśmiechnęła się do mnicha życzliwie i zachęciła do kontynuowania prac nad tą książką. Pirora pokiwała głową niemo przyłączając się do tego wsparcia.
- Ale teraz wybaczcie. Muszę się odświeżyć zanim udam się na spotkanie z baronem. - wężowa księżniczka wstała i pożegnała się ciepło z gospodynią jak i jej gościem po czym opuściła salon.