Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Online
    SantorineS Online
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #230

    Oryginalny autor: Seachmall

    Mnich wpuścił byłego łowcę i wysłuchał jego opowieści. Wypuścił powoli powietrze, nawet nie zauważył, że wstrzymał je, gdy Henri zaczął opowiadać o swoim śnie. Spojrzał na starszego mężczyznę z lekkim uśmiechem.

    - No, przyznam, nie lada sen. Siostry chyba zaczynają tracić cierpliwość. - mruknął. - Albo Oster uważa, że nasza hodowla jest nieadekwatna.

    Zamyślił się na chwilę, stukając paznokciem o róg stołu.

    - Sam wybieram się dziś do piekarzy. Jedna z ich córek coś majaczy o robakach. Sądziłem, że to nowa Herald, mająca zastąpić Vigo... ale skoro teraz tobie się przyśniła kolejna... - pokręcił głową. - Może to nie przypadek.

    Zawahał się, zanim dodał:

    - Dobra, nie ma co dywagować. Zróbmy tak: ja udam się do Lebkuchenów i zobaczę, co tam z ich córką. Jeśli zostanie mi trochę czasu, odwiedzę ten warsztat garncarski. Ty w międzyczasie też tam zajrzyj, zapytaj, czy przyjmują specjalne zamówienia na ozdoby ceramiczne. Powiedz, że chcesz przyozdobić kuchnię glinianymi motylami i innymi owadzikami. - Wzruszył ramionami. - Też nie mam pojęcia, jak wyciągnąć nurglitę z garncarza... Ale ty powinieneś mieć w tym więcej doświadczenia ode mnie - dodał z uśmiechem.

    Po czym spoważniał, spoglądając na obolałą nogę Henriego.

    - Zmieńmy temat na chwilę. Twoja noga... i nękająca ją przypadłość. Jeśli mogę dorzucić coś od siebie, opierając się na teorii mutacji... - nachylił się nieco, głos mu nieco przycichł. - Ból, który czujesz, wynika z faktu, że twoje ciało i dusza nadal odrzucają ten dar. Walczą z nim, próbują się oderwać od zmian, które zostały ci dane. Ale to nie dar był błędem. To opór jest chorobą. Nie musisz pozwolić, żeby cię pożarła — ale musisz przestać udawać, że możesz wrócić do tego, kim byłeś przedtem.

    Otto wziął oddech i oparł się z powrotem o krzesło.

    - Gdybyś chciał... porozmawiać o tym więcej, wiesz, bez snów i garncarek, to po prostu daj znać.
    - Dobrze. - Otto wstał i skierował kolegę w kierunku drzwi - Nie jesteśmy jeszcze tacy starzy, aby nasze konwersacje dotyczyły co nas boli i gdzie nam cieknie. Mamy plan działania, odwiedzę cię jak sam załatwię ten sklep garncarski. - i z tym Otto opuścił swój dom w towarzystwie starszego kolegi. Szybko rozeszli się, a jednooki mnich ruszył do rezydencji Lebkuchenów.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Online
      SantorineS Online
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #231

      Oryginalny autor: Pipboy79

      Oryginalny tytuł: Tura 57 - 2519.07.22; mkt; wieczór - ranek

      Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
      Czas: 2519.07.22; Marktag; wieczór - ranek
      Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

      Egon

      link: https://i.imgur.com/0yA8XkK.jpeg

      Poranek okazał się całkiem pogodny i przyjemny dla oka. Oczywiście o ile nie patrzyło się na skotłowane wody wrakowiska. Częściwo zatopione a częściowo wystające z wody skały i wraki powodowały wieczne wzburzenie fal. Poza nimi w ten ładny poranek morze było spokojne. W oddali widać było jakieś podłużne kreski. Może łodzie rybaków a może jakieś inne statki. Tu, na plaży wciśniętej pomiędzy wrakowisko a Diabelskie Bagna nadal było bezludnie. W głębi mokradeł widać było poranną mgłę ale tu, przy samym brzego, morska bryza zwiewała ją w głąb lądu.

      Egon oprócz tego miał całkiem przyjemną pobudkę. Dostał całusa od wstającej Astrid. Córka jarla do wstydliwych nie należała i nie spieszyła się aby przykryć suknią swojej nagości. Wręcz prowokująco się z tym nie spieszyła. Co pozwalało nacieszyć oko jej ponętnymi krągłościami. Helga zasnęła przy boku poranionego Larsa zaś córka Soren przy Bjornie. A przynajmniej teraz rano budzili się w takich parach. Jednak jeszcze wieczorem to różnie bywało. Talenty łóżkowe wężowej milady to kultyści z Neus Emskrank, nie raz mieli okazję poznać podczas prywatnych spotkań w lochu Pirory. Tam milady się nie oszczędzała i nie wybrzydzała kosztowaniu wdzięków swoich wiernych. Tej nocy, na tej plaży zachowywała się podobnie. Jakby walka z krabami i zdobycie skarbu stanowiło jedynie rozgrzewkę do cielesnych uciech jakie nastąpiły później. Zresztą podobnie zachowywała się podczas ataku na świątynie Mananna, też zdawała się traktować walkę z kruczymi gwardzistami jako atrakcyjną przygodę. Wówczas jeśli reszta zboru świętowała to zwycięstwo w loszku Pirory to Egon już tego nie doświadczył bo wraz ze świtą Mergi odpłynęli do Norsci. Tego wieczoru jednak miał okazję przekonać się, że bujne piersi milady są tak jędrne i apetyczne jak wyglądają, usta chciwe i utalentowane w braniu i dawaniu rozkoszy a uda gładkie i gościnne. Milady tak jak im wcześniej obiecała obdarzyła swoją atencją i wdziękami wszystkich uczestników akcji jacy mieli na to ochotę. Zwłaszcza jak to robiła z Astrid i Helgą to przyjemnie było popatrzeć. Obie niewiasty też okazały się być niczego sobie. Córka wodza była wyraźnie zafascynowana wężową slaaneshą i tratkowała jako swoją liderkę. Nie miała żadnych oporów aby okazywać jej cześć i uwielbienie. Helgi jak zwykle o zdanie nikt nie pytał ale to, że zainteresowała się nią sama wężowa syrena na pewno było dla niewolnicy korzystne. Norsmeni zdawali się żywić naturalny, prawie zabobonny szacunek dla tej istoty nadprzyrodzonej nawet jeśli preferowali oddanie innej z Sióstr. Lars z racji swoich poważnych ran nie był zbyt aktywny w tych wieczornych zabawach. Ale Soria razem z towarzyszkami postarały się aby nie czuł się samotny i porzucony. Obrażenia Bjorna zaś były na tyle lekkie, że dał się ponieść euforii zabawy. Chyba nawet zapomniał, że wcześniej chciał uciąć głowę Heldze nawet wtedy gdy ją bezkompromisowo chędożył.

      Zanim oddali się rozpuście musieli poszukać drewna na ognisko. Znaleźli tylko mokre kawałki wraków jakie dryfowały przy brzegu. Trudno więc było je podpalić ale jakoś się Bjornowi się to udało. Ognisko więc mocno dymiło i strzelało od parującej wilgoci. Raisa nie brała udziału w przygotowywaniach. Tak jak mówiła wcześniej, chędożenie i swawole jej nie interesowały. Więc przygotowyała jaki wywar na ogniu. Później dała to wszystkim rannym do wypicia. Było trochę gorzkie a trochę słone i niezbyt smaczne w wyglądało jak rozgotowane błoto. Inną maścią przesmarowała rany i nałożyła opatrunki. Mówiła przy tym, że rano trzeba będzie zrobić to jeszcze raz. No i teraz, rano, znów gotowała to swoje błoto w kotle zawieszonym nad ogniskiem. Mówiła, że trzeba jeszcze dobrać drewna bo to z wieczora się już wypaliło.

      Widząc jak obóz budzi się do życia wzrok Egona natknął się na sylwetkę Sorii. Znów była ubrana w długą, czerwoną suknię do samego piachu. Z prowokującym rozcięciem przez jakie widać było jej smukłe udo. Zdecydowanie żadna szanująca milady nie odważyłaby się założyć tak ekstrawaganckiej kreacji. Suknia podkreślała jej gibką talię jak i pełen dekolt. Mimo pewnej frywolności sukni jednak wyglądała jak imperialna szlachcianka. A to mu przypomniało o czym wczoraj rozmawiali siedząc obok siebie przed ogniskiem.

      - Tak, szukają cię. Szukają wielkoluda z bujną grzywą. Ale mam wrażenie, że ten skok na świątynie co wykonaliśmy w zeszłym tygodniu był podobnym skandalem jak uwolnienie Mergi zimą. Zabiliśmy wszystkich gwardzistów więc tym razem raczej nie powinni mieć świadków. Chyba, że ta krucza wiedźma coś dała radę wyciągnąć z ich trupów. Nie można tego wykluczyć. Ale nie martw się. Mam przy sobie jeden z pierścieni Mergi. Mogą one zmienić wygląd tego kto je nosi. Dam ci go jak będziemy wchodzić do miasta. - Mówiła wczoraj lekkim, przyjemnym tonem obserwując jak obok Astrid podskakuje na leżącym na wznak Larsie. Jej młode, jędrne piersi i rozkosz wymalowana na okolonej blond lokami twarzy były bardzo przyjemnym widokiem do oglądania. Soria wspomniała o Matce Somnium, młodej, bladolicej kapłance Morra z talentem do proroczych snów. Przez to właśnie przykuwała uwagę Starszego i reszty zboru bo podejrzewano, że może być wrażliwsza od zwykłych śmiertelników na zew Sióstr. Tyle, że była po stronie władz przeciwko jakim spiskowali kultyści.

      - O ile mi wiadomo nie złapali jeszcze sprawców tego potwornego świętokradztwa. - To musiało bawić milady o wężowych włosach bo przybrała ironiczny ton i uśmiechnęła się złośliwie. - Miasto czeka na odwołanie żałoby po księżnej - matce. Jak ją odwołają będzie można zrobić festyn i turniej rycerski. W mieście wciąż jest sporo znamienitych gości co przyjechali właśnie na niego. W ten Festag ma być Święto Kamienia. Czyli rocznika rozpoczęcia budowy tego miasta. Na razie nie wiadomo czy władze pozwolą coś organizować czy nie. - Przedstawiła mu oficjalne plany miasta na nadchodzące dni.

      - Wcześniej jednak, za parę dni, będzie pełnia Mannlieba. Nasza rodzina jest umówiona z plemieniem Gnaka na solidne chędożenie przy Zachodnich Kamieniach. Niedaleko Zachodniej Bramy. Nasz Słowik Północy aż przebiera swoimi zgrabnymi nóżkami aby dołączyć na to przedstawienie. Jeśli chcesz co oczywiście też możesz dołączyć. Nasi goście z północy również. - Uśmiechnęła się leniwie na myśl o umówionej orgii. Wcześniej Egon na nich nie bywał ale słyszał z relacji kolegów i koleżanek. Gnak był liderem stada zwierzoludzi o prawie ludzkich głowach. Soria i część zboru spotkali ich pierwszy raz parę tygodni temu podczas podróży do zatopionego ołtarza Soren. Gnak ze zwierzoludźmi traktowali to miejsce jako poświęcone płodności i chędożeniu. I tak to się zaczęło. Od tamtej pory odbyło się już kilka takich spotkań i za każdym razem przybywało trochę wiecej kopytnych z plemienia Gnaka. Z oczywistych powodów umawiano się z nimi poza miastem. Oprócz zaspokojenia lubieżnych potrzeb Soria czy Lilly znały ich mowę więc mogły się od nich dowiedzieć co się dzieje w leśnych matecznikach. Wedle ich relacji zwierzludzie też słyszeli zew Sióstr a nawet wydawali się bardziej na nie podatni. Starszy i część kultystów dostrzegali w nich naturalnych sojuszników a orgie z nimi oprócz dostarczania przyjemności tym którzy brali w nich udział miały także związać ze sobą. I kto wie? Może coś uda się przedsięwziąć razem?

      - Pirorze i Fabiennem z pomocą Otto, udało się wykupić niektórych, obiecujących pacjentów. Marissa wydaje się być bardzo wrażliwa na szepty mojej matki. Liczymy, że doprowadzi nas do jej gniazda. Podobnie Annika wyczuwa zes Norry. Obie są teraz na służbie u Fabienne, jako jej osobiste pokojówki. Miewa napady gdy gna przed siebie na oślep. Myślę, że wówczas to Norra ją kieruje. I każdy kolejny atak jest silniejszy od poprzedniego. Zapewne jeśli nie zginie po drodze to Annika może nas doprowadzić do jakiegoś miejsca ważnego dla Norry. Opowiadała o jakimś krwawym kamieniu u stóp którego jest pełno czaszek. To by pasowało do Norry, skoro poświeciła się Krwawemu Ogarowi. Więc dobrze, że udało nam się je obie wydostać. - Opowiedziała mu nieco więcej o tajnych planach sekty do jakiej należeli. Zwłaszcza o dwóch kobietach jakie wcześniej były pacjentkami hospicjum a teraz były na terenie bardziej kontrolowanym przez kultystów. I obie wydawały się być kluczowe w odnalezieniu kolejnych ścieżek prowadzących do powrotu Sióstr na ten świat.

      - O ile wiem to Sigismundus i Strupas zajęli się hodowlą larw Oster. Już mają jakieś wyniki. Zdaje się, że już nawet dorosłe owady mają. Ale wąskim gardłem są nosicielki. Nasze dziewczęta na razie nie są zbyt chętne aby dać się zasiać jajami much i potem rodzić ich larwy. Jest spór o to. Zresztą sam widziałeś, u Norsmenów wygląda to podobnie. - Lekko uśmiechnęła się i wskazała na Raisę i roznegliżowaną Helgę. Obie stanowiły żywy kontrast między starością a młodością. Niewolnica właśnie jęczała z rozkoszy gdy była na czworakach a Bjorn chędożył ją bez wytchnienia. A wcześniej właśnie kłótnia między innymi wybuchła właśnie o to aby zasiać młode kobiety jajami Oster. - No niestety aby dorosłe muchy atakowały ludzi to muszą zostać wyhodowane wewnątrz ludzi. Na pewno to ma potencjał do zaskoczenia i przerażenia. Pomyśl jaki będzie to piękny widok jak się wypuści takie stado wewnątrz sali balowej pełnej znamienitych gości jacy przyjechali na festyn i turniej. Jaki to wywoła skandal, jak pokaże słabość i nieudolność władz świeckich i duchownych. Jak podważy ich autorytet. I jaki chaos wywoła. - Mówiła o zamiarach zboru na użycie tych nietypowych much do dokonania ataku na śmietaknię towarzyską tego miasta i ich bogatych i znanych gości. - No ale wąskim gardłem są nosicielki. Bo hodowla zajmuje czas, nie chodzi tylko o to aby zasiać i poczekać aż nosicielka urodzi czerwia. Ale jeszcze one tak jak zwykłe muchy, muszą przejść przemianę w kokon a potem dorosłe owady. To zajmuje całe dnie a czasu jest coraz mniej. Stąd presja na dziewczęta rośnie. Albo na ich zastępstwo. - Opowiedziała mu także jak się mają sprawy poświęcone Oster. Zaznaczyła na czym polega trudność w tej hodowli i dlaczego budzi tyle niesnasek wewnątrz kultu.

      - Mamy też ślad prowadzący do niezwykłego stworzenia. Albo artefaktu. W piwnicach Akademii Morskiej. Joachimowi i Tobiasowi udało się namierzyć konkretny loch i skrzynie. Niestety nie jest łatwa do wyniesienia. Dlatego na razie planują jak się tam dostać. Wiele wskazuje na to, że to “światełko” może doprowadzić do jakiegoś miejsca lub artefaktu związanego z Vestą. To chyba jest gdzieś na tych bagnach. Ale one są spore więc przydałby się dokładniejszy namiar albo przewodnik. - Wskazała na morkadła na jakich obrzeżach byli. Te zdawały się nie mieć końca. Teren pośredni między wodą a lądem, zamglony i tajemniczy. Pasował do kogoś kto poświęcił się Dwugłowemu Ptakowi. Kultyści nawet mieli jakiś trop ale widocznie jeszcze nie zdążyli go przekuć w konkretny plan. I gdzieś mniej więcej na tym skończyła się wczorajsza rozmowa nim wrócili do figlów.

      Za to w nocy miał sen. Śniła mu się jakaś postać. W Lesie. Biegła przez las. A on biegł za nią. Nie był pewien dlaczego ale zależało mu aby ją złapać. Chociaż teraz już nie wiedział dlaczego. W pewnym momencie dojrzał jej długie, czarne włosy i wąską kibić. I spódnicę. Zorientował się, że to kobieta. Biegła przez las a on za nią. Wołał ją a ona też coś krzyczała. Teraz jednak nie mógł zrozumieć ani jej ani własnych słów. Kobieta wybiegła na polanę. A on za nią.

      - Widzisz! To to! To jest brama! Mówiłam wam! - Krzyknęła gdy na chwilę się zatrzymała. Wskazywała toporem na menhir. Głaz czarno - krwawej barwie, poprzecinany złotymi żyłkami jakby gorąca lawa buzowała pod jego powierzchnią. Na jego nieregularnej, z grubsza jedynie ociosanej powierzchni widać było jakieś glify i znaki. Nie miał pojęcia co oznaczają. Ale też czuł, że ten głaz go wzywa.

      - Dobra, teraz się policzymy! - Warknął Silny. Splunął w dłoń i poklepał swoją ulubioną, okutą metalem pałkę w dłoń. Za nim z lasu wyszedł uśmiechnięty Rune. W kolczudze, z tarczą i mieczem w dłoni. Nie byli tu sami. Po przeciwnej stronie polany stała podobna grupa potworów. Zwierzoludzie, umięśnione mutanty, kłapiące szczękami ogary, chyba jakiś troll czy coś podobnie dużego. Też szykowali swoją broń do bitki. Ryczeli i szarpali trawę kopytami. Wśród nich wyróżniał się potężny zwierzoczłowiek z masywnymi rogami. Ludzi wydawało się znacznie mniej. Ale obie grupy dziko wrzasnęły i zwarły się ze sobą. Egon siekł i rąbał a także jego siekali i rąbali. Wydawało mu się, że w zmaganiach z potworami widzi swoich znajomych. Larsa i Bjorna. Nawet wojowniczkę z dwoma toporami podobną do Normy to Axe. Chociaż ona została w Norsce. A wielu nawet nie znał. Mimo to ludzie zdawali się mniej liczni i zaczynali oddawać pola sojuszowi potworów. Troll któremuś oderwał ramię, zwierzoczłwiek rozpruł brzuch wojownikowi obok tak, że jego parujace wnętrzności i kerw ochlapała twarz Egona. Widział gdzieś toczącą się ludzką głowę. Poteżny zwierzoczłowiek złapał ją za włosy i szarpnął do góry pokazując swoje trofeum. W pewnym momencie w tą kotłowaninę wjechał czarny rycerz. Jego kopia wbiła się w trzewia trolla wywołując dziki wrzask potwora. Wojownik skrócił dystans i dobył miecza. Raźno rąbał aż łeb poczwary spadł i potoczył się na ziemię. To dodało otuchy ludzkim wyznawcom Krwaweg Ogara. Wrzasnęli triumfalnie i zmusili się do jeszcze jednego wysiłku. Konny rycerz był w pełnym hełmie tak samo czarnym jak reszta jego zbroi. Na napierśniku miał emblemat słońca. Czerwonego lub zaczerwienionego od posoki. Ale popatrzył gdzieś w bok. Gdy i Egon tam spojrzał dojrzał ten czarno-czerwony, pradawny menhir. Ponieważ był centralnym punktem walki to liczna posoka chlapała na niego. Teraz zaś zdawał się promienieć mocą jeszcze bardziej. Złote żyłki skoncentrwały się w jednym miejscu tworząc szczelinę od góry do dołu. Z wnętrza wyzierał krwawy dym jaki zaczął zalewać walczących. Oczekiwanie, radość i nadzieja osiągnęły taki poziom, że Egon obudził się. Ujrzał nad sobą błękit nieba, nagie ramię Astrid i szum morza uderzającego o brzeg.

      Z rozmów Norsmenów przy śniadaniu wynikało, że też mieli wyjątkowe sny. I teraz o nich gadali. Były inne i chyba kto był oddany której Siostrze to taki mu sen zsyłała. Astrid mówiła o orgiach z pająkami w jaskini, Bjorn po norsmeńsku to nie wiadomo co ale chyba coś z walką bo rechotał się na całego jak robił wymowne gesty jakby ciął toporem, Lars opowiadał o skarbach w porcie jaki zdobył ze swoimi towarzyszami a Raisa o zdrowych nosicielkach jakich brzuchy wydadzą na świat miot Oster jaki pomoże im opanować to miasto.

      - Daleko jeszcze do tego miasta? - Zapytał Lars gdy siedzieli przy ognisku jedząc śniadanie. Wyglądał lepiej niż wczoraj wieczorem. Widocznie gotowane błoto Raisy, odpoczynek i dobre jedzenie pomogły mu się pozbierać po walce z krabami. Chociaż wciąż widać było pewną sztywność w jego ruchach. Brakowało w nich płynności i zwinności tego który wczoraj jako pierwszy dotarł na krabi wrak. Zapewniał jednak, że da radę iść razem z nimi.

      - Na obiad to raczej nie zdążymy ale kolację to już powinniśmy zjeść w mieście. - Odparła Soria jaka była najlepiej z nich zorientowana w tutejszej topografii terenu. Na oko Egona to mogło to jakoś tak wyglądać. Z połowę trasy mieli do przejścia tą plażą na wschód, aż do ujścia zatoki nad jaką leżało miasto. A potem na południe, zachodnim wybrzeżem tej zatoki. I pewnie przez Zachodnią Bramę bo była najbliżej.


      Zdrowienie i gojenie ran (wieczorem leczenie Rainy, rano leczenie Rainy i gojenie się ran)

      Egon 14>14>15>17/17 (s.zdrowy; mod 0)
      Bjorn 12>13>14>15/18 (s.draśnięty; mod 0)
      Lars 8>9>11>11/17 (s.ranny; mod -10)
      Astrid 13>14>15/15 (s.zdrowy; mod 0)

      Miejsce: Nordland; na południe od Neues Emskrank; leśny matecznik; obóz Gormula;
      Czas: 2519.07.22; Marktag; wieczór - ranek
      Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

      Joachim

      link: https://i.imgur.com/tzTkUgf.jpeg

      Miał sen. Sen o mgle i bagnach. Sen o światełku jakie prowadziło go przez te bagna. Szedł przez jakieś szuwary i błoto. Szatę miał ubłoconą po kolana. Rękawy i dłonie też. Bo co chwila tonął w półpłynnej, bagiennej masie. A czuł presję aby nie zgubić świetlnego przewodnika. Podążam za nim niczym za latarnikiem. Wiedział, że tam nie było żadnego latarnika, że to to światełko ze skrzyni Akademii go prowadzi. Ale znajome skojarzenia same przychodziły mu do głowy.

      - Widzisz? Mówiłem ci, że to dobry pomysł. Oczywiście, że dobry bo mój. - Tobias nagle znalazł się obok niego. I był irytująco czyściutki, świeży i wypoczęty. Wymownie spojrzał w bok. Jak mag też tam spojrzał ujrzał znajomą skrzynię. Przed nią stała kobieta. Ale była tyłem do niego więc nie widział jej twarzy. Miała czarne włosy jak Fabienne. I była w ciąży. Widział jej pękaty brzuch. Położyła na nim swoją dłoń w matczynym odruchu. A światełko lewitowało nad nią i nad skrzynią. Zbliżyło się do niej i Tobias znów się odezwał.

      - Widzisz? To działa! Zobacz, co się dzieje jak nie masz w sobie dziedzictwa Oster i jej Sióstr! - Zawołał triumfalnie ucieszony belfer wskazując na czyjeś nogi leżące obok. Ciało było bezgłowe. Jakby głowa eksplodowała. Kto to był? Jakiś trażnik? Profesor? Otto? Cholera to mógł być nawet on sam! Nie zdążył się dokładniej przyjrzeć a i ciało leżało w półmroku pomiędzy innymi gratami gdy światełko poruszyło się co zwróciło uwagę magistra. Świetlna kula obniżyła się ku brzuchwi kobiety. Swietlne macki wystrzeliły jakby badały jej brzemienność. Joachim też wyczuwał, że jej łono jest spaczone nieludzkim potomstwem. Chociaż jego nowa wiara kazałaby nazwać je błogosławionym. Kobieta o miodowych włosach roześmiała się wesoło gdy świetlna kula wyskowczyła w górę i poszybowała do wyjścia. I czekała na nią jakby chciała ją gdzieś zaprowadzić. Właściwie teraz przez te włosy to wyglądała bardziej jak ta diwa z Saltzburga a nie Fabienne. I to pomieszczenie też nie wyglądało jak loch w Akademii. Raczej jak ta kryjówka kultystów pod zwaloną wieżą. Nie miał pojęcia czy to dwie różne sceny z różnymi aktorkami czy też jedna ale jakoś dziwnie pokazana. Wykluczały się nawzanem czy też stanowiły dla siebie alternatywę?

      - Zostaw to, patrz tam! - Tobias trącił go w ramię i wskazał kierunek. Znów byli na bagnach. A belfer szedł jakby ponad powierzchnią błota nie brudząc się wcale gdy dla Joachima każdy krok był męczarnią. Musiał wyjmować nogę z błota tylko po to aby włożyć ją znów kawałek dalej. Ze stuporu i umęczenia wyrwał go nowy głos.

      - No tak, teraz to takie oczywiste… - Zaplątany w mackowate krzaki rycerz kiwał głową w zadumie. Wyglądał na już dość leciwego. I pogodzonego z losem. - Idź, idź, może tobie się uda. - Uśmiechnął się do niego mimo wyczerpania. Zachęcił go machnięciem dłoni aby młodzieniec szedł dalej za światełkiem. W pewnym momencie ktoś znów klepnął go w ramię. Tym razem była to zakapturzona postać z łukiem w dłoni. Mimo, że byli blisko siebie Joachim nie mógł dojrzeć jej twarzy. Ona zaś położyła palec na ustach lub miejscu gdzie powinna je mieć. I dała znać aby mag podąrzył za nią. Przeszli tak znów jakiś kawałek. Nowy towarzysz miał talent do odnajdywania kęp bagiennych traw i po nich jakoś lżej się szło. Zatrzymał się jednak i intensywnie wpatrywał się przed siebie. W końcu gestem pokazał Joachimowi jakiś kierunek. Poza mgłą nic ciekawego tam nie było. Nawet światełko gdzieś zniknęło. A nie! Jednak dojrzał kogoś! Ktoś tam stał. Chyba w spódnicy więc chyba kobieta. Ale stała tyłem do nich i częściowo mgła nie pozwalała dostrzec detali. Miała czarne włosy. Albo miodowe. Nie był pewien. Światełko znów wypłynęło z mgły i zatrzymało się przed nią. Tym razem nie było same. We mgle zamajaczył olbrzymi cień. Pewnie conajmniej tak duży jak ogr albo troll. To coś pochyliło się do brzucha kobiety jakby węsząc czy sprawdzając jego zawartość. A potem cofnęło się.

      - Widzisz! Teraz można! - Zawołał radośnie Tobias i raźn ruszył przed siebie. Ten zakapturzony także. Obaj szli pewnie jak po bruku ale Joachim znów się zaczął zapadać w bagnie i nie mógł za nimi nadążyć. Wołał ich ale stopniowo zniknęli mu z oczu. Poczucie straty, osamotnienia w tej mgle i bagnie było tak dominujące, że aż się obudził.

      Spał okryty własnym płaszczem. Przytulony do Gunthera. Ten już siedział i czyścił broń. Marlene jeszcze spała. Czuł tą noc w sobie. Opuszczając swoją kamienicę nie planował nocować w lesie. A chociaż pranek był słoneczny to jednak noc była chłodna. Zwłaszcza jak się spało z dala od ogniska. A sąsiedzi do dyskretnych nie należeli. Zwierzoludzie co prawda przyjęli ich do siebie na noc. Tylko wyglądało to na jakieś tymczasowe obozowisko w leśnym mateczniku. Teraz Joachim w ogóle nie miał pojęcia gdzie się znajduje ani jak wrócić do miasta. Albo chociaż na trakt jaki do niego prowadzi. Byli na terenie zwierzoludzi gdzie ludzie się nie zapuszczali. Chyba, że jako jeńcy lub ofiary. Dzięki swojej mocy i słowom Darcy dostąpili rzadkiego przywileju być gośćmi kopytnych. Ograniczało się to jednak do tolerowania obecności bezsierstnych. Ci kopytni wydawali się jeszcze bardziej brutalni i dzicy niż plemię Gnaka. Łącznie było ich około tuzina. I Gormul Rozpruwacz Wnętrzności wyraźnie im przewodził. Wieczorem Darcy przyniosła swoim ludzkim towarzyszom coś do jedzenia. Posiłek był skromny. Ledwo dopieczone mięso jakiejś dziczyzny.

      - Nie wychylajcie się, nie wchodźcie im w drogę. Zwykle nie mamy tutaj ludzkich gości. Chyba, że ludzkie samice. Lubią chędożyć ludzkie samice. Mamy dwie w obozie do zabawy. Porwaliśmy je na szlaku. Teraz będą rodzić nam nowe koźlątka. Ale jak nie jesteście samicami do chędożenia a nie macie silnej bandy za sobą to lepiej im nie wchodźcie w drogę. - Blondynka poradziła im wczoraj wieczorem gdy posiedziała chwilę przy nich. Kopytni ich faktycznie ledwo torelowali i nie okazywali sympatii ani życzliwości. Ale wrogości też nie. Wedle Darcy nie byli nawykli do ludzkich gości. Musiała im naopowiadać, że Joachim jest takim samym wyznawcą Mrocznych Bogów jak Fenk i jego kult. No i dysponuje mocą. Co wedle niej zrobiło na nich wrażenie na tyle aby dać spokój jemu i jego dwójce towarzyszy. Darcy bowiem zachowywała się jakby była członkiem tego stada. Widzieli wieczorem jak oddawała się Gormulowi i jego wojownikom. Tak samo jak kultystki z miasta chętnie bratały się z Gnakiem i jego stadem. Ale chociaż ona okazała gościom jakieś zainteresowanie, pokazała im gdzie mogą się umościć na noc, dała jakąś skórę jaką mogli położyć pod siebie albo się okryć no i przyniosła chociaż skromną kolację. A teraz rano przyszła znowu.

      - Ale miałam sen. Śniła mi się potężna i piękna kobieta o wężowych włosach. Wspaniała pani! Kochałyśmy się. Z jej łona wyrosło męskie przyrodzenie i zalała mnie swoim nasieniem. Było cudownie. I wiem, że byłam z nią brzemienna. A ona jeszcze miała dużo ładnych koleżanek. I była jakaś bogata kamienica z ładnymi obrazami i rzeźbami. A w piwnicy był loch. I co tam się działo w tym lochu! - Obserwując jak jedzą znów kawałki zimnego pieczystego z wczorajszej kolacji opowiedziała im swój sen. Pogłaskała się po swoim płaskim brzuchu jakby wspominała tą ciążę ze snu jaka była nienaturalnego pochodzenia.

      - Chcecie wracać do miasta? Mogę was zaprowadzić do traktu. Dalej to już chyba traficie. - Spojrzała na nich przytomniej. I jakby przypomniała sobie co wczoraj na przywitaniu mówił Joachim. - Nieźle ci wczoraj poszło. Gormul nie jest taki głupi na jakiego wygląda. Jest cwany. Ale nie lubi ludzi. Gdybyś był orkiem czy mutantem to pewnie byłby dla ciebie milszy. Dobrze, że władasz mocą i wyznajesz odpowiednich bogów. To zrobiło na nim jakieś wrażenie. Szkoda, że jest was tylko dwóch. Jakbyś był rycerzem, wojownikiem, miałbyś swoją świtę no to to robiłoby większe wrażenie. Oni teraz są bardzo znarowieni. Mają sny od bogów tak samo jak ja. Ostatnio widzieli niebieską milady. Ja jej nie widziałam to wiem tylko od nich. Z opisu to wnioskuję, że albo kapłanka albo magini. Ciemne włosy, niebieska suknia z dekoltem i kostur. Chyba wyczuła nasze stado bo zrobiła magiczne fiku miku i się chłopcy rozmyślili napadać ją. Jechała w stronę miasta. A dziś przyśniła się Gormulowi. Tej nocy chłopcy mieli dużo, różnych snów. Ale skoro ona się mu przyśniła to wola bogów. Widocznie jest ważna i jego i jej ścieżki mają się ze sobą jeszcze spleść. Jakbyście trafili na tą niebieską w mieście to dajcie znać. Wiem, że chłopcy są trochę nieokrzesani ale w lesie nie ma lepszej bandy od nich. - Mówiła im obserwując jak jedzą kawałki półsurowej dziczyzny. Twarzysze Joachima jedli i słuchali jej w milczeniu.

      - Panie a co z nią? - Zapytał Ghunter wskazując głową na Marlene. Wczoraj blondynka przyniosła jej jakąś skórę więc chociaż trochę mutantka mogła okryć swoją nagość. Ale nawet jakby miała jakieś zwykłe ubranie to jej sromota, zwłaszcza na głowie, była bardzo widoczna. Ona zaś spojrzała na nich błagalnie.

      - Nie zostawiajcie mnie tu z nimi! Zabierzcie mnie ze sobą! - Poprosiła rzucając im przestraszone spojrzenie. Co z kolei wywołało złośliwy śmiech Darcy.

      - A co się boisz słonko? Po pierwszym koźlątku idzie się przyzwyczaić, po drugim pokochasz to! - Zaśmiała się tak swobodnie jakby nie była całkiem przy zdrowych zmysłach. Co stropiło Marlene na tyle, że zamilkła.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; Plac Targowy
      Czas: 2519.07.22; Marktag; ranek
      Warunki: jasno, umiarkowanie; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

      Otto

      Jednooki mnich zorientował się jeszcze wczoraj, że za bardzo zagadał się z kolegą ze zboru i właściwie nie było już sensu gdzieś iść. Zmierzchało więc i warsztat garcnarski był już pewnie zamknięty i nie wypadało porządnym ludziom się dobijać do drzwi o tej porze. Rozsądek podpowiadał aby zostawić te wizyty na jutrzejszy poranek. Jeszcze tylko pożegnali się z byłym łowcą czarownic.

      - Oh, pewnie, że bym wyciągnął z niej co bym chciał. I nawet bym w nią włożył co bym chciał. Ale zwykle miałem do dyspozycji swoją świtę i odpowiednie pomieszczenie. Teraz to chyba Pirora w swoim loszku ma najbardziej zbliżone narzędzia no ale obaj wiemy kto i do czego ich używa. - Henri zaśmiał się rubasznie i trochę tęsknie na wspomnienie władzy jaką dawniej dysponował jako łowca heretyków. Wówczas pewnie mógłby zabrać taką dzierlatkę na przesłuchanie z zastosowaniem dowolnych metod. Teraz jednak był już na emeryturze i nie chciał aby ktoś dowiedział się o jego przeszłości. Uznał jednak, że “robacza” kolekcja z gliny to ciekawy pomysł i przemyśli go. Chociaż Otto wyczuł, że starszy kolega wolałby aby jednooki go wspomógł w tym zadaniu. Zwłaszcza, że ostatnio tak mu świetnie wychodziły relacje z młodymi kobietami różnych stanów. A ta młoda garncarka znad przeciwka ze względu na ten wymowny sen wydawała mu się warta sprawdzenia. Na tym się wczoraj rozstali.

      A dziś w nocy sam miał sen. Początek był dość znajomy. Dwa, młode, soczyste, kobiece łona. Bezwstydnie obnażone, z zapraszająco rozchylonymi udami. Jedno ozdobione tatuażem karminowych ust w koronie, drugie z dwoma pieprzykami na zgięciu biodra. Teraz już wiedział, że pierwsze należy do Odette a drugie do Fabienne. To jakby pozwoliło mu ujrzeć coś więcej niż we wcześniejszych snach. Obie miały spory, ciężarny brzuch. Leżały na wznak, trzymały się za dłonie i uśmiechały się do siebie. Wygladały jak dwie, młode matki w trakcie porodu. W pewnym momencie Bretonka spojrzała prosto na niego.

      - Jestem najpodlejszą z podłych i najnędzniejszą z nędznych. I zawsze uwielbiam próbować nowe smaki. Cieszę się, że pozwoliłeś mi tego skosztować. - Powiedziała zalotnym tonem kładąc opiekuńczo dłoń na swoim ciężarnym brzuchu.

      - No i to jest coś! Jednak w tej śmierdzącej rybami dziurze są jakieś atrkacje jakie nie ma u nas w stolicy! A już na pewno nie ma tam takich niepowtarzalnych tatusiów! - Odette roześmiała się równie wesoło jakby ta ciąża sprawiała jej mnóstwo frajdy. A poród już się zaczynał. Widział jak ich brzuchy pulsują jakby coś w nich się kotłowało. A ich łona ociekają lepką wilgocią. Wreszcie przy jęku rozkoszy z jednego i drugiego łona wychylił się pierwszy czerw. Duży, silny i dorodny. Co każda z matek przywitała z okrzykiem ekstazy.

      - Ja też tak chcę! Tak jak one! Chyba nie powiesz mi, że to przywilej tylko dla tych nadętych szlachcianek!? - Przy swoim uchu nagle Otto usłyszał kolejny kobiecy głos. Musiała stać tuż za nim. Czuł napór jej ciała na swoich plecach. - Zostało mi to obiecane! Od dawna się na to przygotowuję! - Głos zrobił się jednocześnie rozkazujący i desperacki. Kosmyk kasztanowych włosów spadł mu na ramię okryte habitem. Ze złością postawiła mosiężny moździerz z tłuczkiem na nocnej szafce.

      - Teraz sam widzisz jak to jest. Trudno to wytłumaczyć słowami. - Henri popatrzył na niego z dobroduszynym uśmiechem. Obaj stali przed warstatem garcnarskim. Obserwowali albo podglądali przez okno młodą garnacrkę przy pracy. Tak jak to opowiadał były łowca czarownic siedziała okryta tylko skórzanym fartuchem. Jej młode, jędrne ciało oblewał pot od rozgrzanego pieca w jakim wypalały się jej wyroby. Ona zaś pracowała nad szybko obracajacą się na kole ganrcarskim grudką gliny. Urabiała ją w coraz węższy wałek jaki w końcu zaczął się gibać na boki jak główka węża. Albo czerwia. W pewnym momencie ożył i zaczął sunąć po nagim, spoconym ramieniu rzemieślniczki zostawiając na niej gliniasty ślad. Ona zdawała się być tego nieświadoma. Robak zaś zawędrował do jej barki, powęszył tam trochę jakby zastanawiając się nad kierunkiem. I w końcu ześlizgnął się w dół znikając pod ubrudzonym fartuchem. Jeszcze jednak widać było jego zarys jak tam buszuje. Po piersiach, po brzuchu i jeszcze niżej. Kobieta się uśmiechnęła. A może dlatego, że drzwi skrzypnęły.

      - Witaj sąsiedzie. W końcu zaszczyciłeś mnie swoją wizytą. Czyżbyś zobaczył we mnie coś co wcześniej przeoczyłeś? - Zapytała wesoło, wręcz zalotnie. Henri też się uśmiechnął ale nie odpowiedział od razu. Jej dłonie kończyły właśnie formować kolejnego robaka a ona zdawała się w ogóle tego nie dostrzegać.

      - Mozna tak powiedzieć. Czy można u ciebie zamówić jakieś robaki? - Zapytał próbując odzyskać inicjatywę w tej rozmowie.

      - Robaki? Dziwne zamówienie. Ale czemu nie. Jakie byś chciał te robaki? Do czego by miały służyć? Jakiej wielkości? - Pytała tylko chwilowo zaskoczona jego zamówieniem. Skończyła właśnie swoją parcę i kolejny czerw sunął po jej nagim ramieniu zostawiając błotnisty ślad na spoconej skórze. Ona zaś wzięła w dłoń kolejną grudę mokrej gliny.

      - No właśnie takiego. Myślałem o czymś takim. - Henri który widocznie widział te gliniane robaki starał się jakoś zachować pozory normalnej rozmowy handlowej. W końcu jednak spojrzał w okno gdzie stał jego towarzysz. A ten widział, że gliniara też zaczyna odwracać głowę w tą stronę. Jednooki tak się przestraszył, że dziewczyna go zobaczy, że się obudzł. Nie było jej tu. Ani Henriego. Ani koła garncarskiego i glinianych robaków. Był sam, w swoim łóżku. I przez zamknięte okiennice prześwitywał kolejny dzień. Tym razem pogodny i słoneczny.


      Nawet jakby zapomniał to ruch na ulicach przypomniał mu, że dziś jest Marktag. Dzień handlowy. Tak się składało, że jak chciał dojść do Lebkuchenów to musiał przejść przez Plac Targowy. Właściwie wczoraj obiecał Dornie, że kupi dla niej nieco żywności. Sama z powodu swojej sromoty nie mogła wychodzić na zewnątrz. A dziś jak co tydzień plac był zawalony wozami i straganami. Chłopi przyjeżdżali z okolicznych wsi oferując jajka, mleko, drób i żywy inwentarz. Dlatego te uwiązane krowy, kozy i świnie beczały i kwiczały mieszając się z ludzkimi krzykami, kłótniami, targowaniem o cenę i zachwalaniem swojego towaru. Co chwilę musiał zwalniać albo ktoś go popychał czy wpadał na niego. Zapewne mnisi habit nieco mu pomagał torować sobie drogę przez tą ciżbę ale po prostu tłum był tak gęsty, że nawet to nie gwarantowało mu swobodnego przejścia.

      Widział nawet drewniane rusztowanie jakie zaczęto wznosić na turniej rycerski. Dwaj rycerze jechaliby naprzeciwko siebie wzdłuż niego aby się potykać kopiami. Teraz nie zostało ani dokończone ani rozebrane co potwierdzało o specyficznym zawieszeniu decyzji co dalej z tym turniejem. W Festag wypadął Dzień Pierwszego Kamienia czyli rocznica rozpoczęcia budowy Neus Emskrank. Jednak dalej nie było wiadomo czy z powodu żałoby po księżnej miasto będzie to świętować czy nie.

      - Mówię ci, miałem ją. Dasz parę miedziaków i idzie z tobą do pustego budynku. A potem możecie się he he zapoznać bliżej. - Czekając aż się jakas grupką kłócących przekupek rozładuje usłyszał rozmowę tuż obok siebie.

      - Niezła. Skąd ją znasz? - Odpowiedział jego towarzysz. Obaj patrzyli gdzieś kawałek dalej nie zwracajac uwagi ani na jednookiego mnicha ani na kłócące się kobiety.

      - Ona jest ze wsi. Przyjeżdża z tymi kozami i świniami. Zobacz jak się wystroiła. A he he kuzyn co tam był u nich to się od sąsiadów dowiedział, że tam ciekawe rzeczy u tych dieterów się wyrabia. Ale chyba jej służy, zobacz jaka dorodna ta ich Elke wyrosła. - Zaśmiał się lubieżnie i obaj z zafascynowaniem obserwowali jedno ze stanowisk opodal. Widać było przywiązane kozy i świnie z jakimi pasterka przyszła na handel. Ale to ona właśnie bardziej przykuwała uwagę rozmówców.

      - No dorodna. Jak ja bym taką miał pod sobą to już by jej wsiowe głupoty wyleciały z głowy! - Zaśmiał się ten drugi ale widocznie zgadzał się z opinią kolegi.

      link: https://i.imgur.com/ewgTJhh.jpeg

      - Możesz ją mieć. Jak się dobrze zagada to może nawet tych miedziaków nie trzeba. Elke chętnie się dzieli swoimi wdziękami. - Zachęcał ten drugi ale w tym momencie do rozmowy wdarła się nowa kobieta. I to nie tak powabna jak pasterka trzody jaka przykuła ich uwagę.

      - A tu jesteś huncwocie! Gdzie się migasz od roboty! No kto to wszystko weźmie?! Sama mam to wszystko nosić?! Na co się tak gapisz hultaju?! Znów na jakąś wywłokę się gapisz?! - Chyba żona przywróciła męża do małżeńskich obowiązków. Widać było, że gwałtownie odwrócił się ku niej i razem z kolegą próbują ją udobruchać aby tylko nie zorientowała się, że jej wrzaskliwe podejrzenia są słuszne. Nawet kilka osób zaśmiało się na tą małżeńską, jakże powszechną scenę i po chwili wszystko rozeszło się po kościach.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; ul. Morska; mieszkanie Rosalii
      Czas: 2519.07.22; Marktag; ranek
      Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

      Rosalia

      Rosalia obudziła się we własnym łóżku. Sama. Był kolejny, pogodny poranek. Ale na osłodę miała sen jaki jej się przyśnił. Znów była przywiązana do krzesła. A ta najemniczka podawała jej kubek z winem aby się mogła napić. Tak rzeczywiście wczoraj było w tej opuszczonej kamienicy. Jednak w śnie sprawy potoczyły się inaczej. Najemniczka usiadła okrakiem na jej kolanach i objęła szyję ramionami. Przyglądała się z lubością w twarz porwanej kelnerki.

      - Ładna jesteś. - Oznajmiła jej zalotnym tonem. Coś podobnego faktycznie powiedziała wczoraj ale nie tak zalotnie i nie siedziała jej wówczas na kolanach. We śnie jednak to robiła. Bawiła się palcami jej kosmykiem włosów, zaczeła głaskać jej policzki i coraz bardziej przypominało to pieszczoty.

      - Tak, też to zauważyłam. - Odezwała się druga kobieta. Tym razem zza pleców Rosalii więc ta jej nie widziała. Za to czuła jak tamta położyła swoje dłonie na jej ramionach. I schyliła się bo wyczuła jej oddech na swoim karku. Po chwili zmieniło się to w delikatny pocałunek. A kątem oka Rosalia dostrzegła kosmyk granatowych albo niebieskich włosów. Zupełnie jak w tym śnie o ożywionej syrenie.

      - Ale chyba się jakoś podzielimy? - Zaproponowała najemniczka tonem najedzonej kotki co ma w łapach tłuściutką mysz ale nie musi jej jeść od razu. Przesunęła swoją dłoń na dekolt sukienki kelnerki jakby ciekawa co znajduje się w środku.

      - No chyba trzeba będzie. Przecież nie będziemy się o to bić skoro możemy się kochać prawda? - Odparła ta za plecami związanej. Nagle coś świsnęło i cała scena rozpadła się jak po cięciu bicza. Rosalia czuła, że gdzieś spada i stacza się. Potem garnęła ją ciemność gdy grzmotnęła głową o jakiś kamień. A może to kamień grzmotną ją w głowę? Taki trzymany czyjąś ręką? Lub pałka? Przecież tak ją ogłuszyła ta najemniczka. To dlatego jej to się śniło?

      Nie zdążyła się zastanowić gdy zorientowała się, że wisi. Jakieś więzy trzymały ją za nadgarstki. Zupełnie jak w tych snach co miała jeszcze zanim przybyła do tego miasta. Usłyszała kroki za sobą. Stanowcze ale spreżyste.

      - Aha obudziłaś się. Dobrze. Mam do ciebie wiele pytań. - Usłyszała za sobą kobiecy głos. Tamta gdzieś podeszła a potem wróciła. Znalazła się tuż za rozkrzyżowaną kelnerką.

      - Jak mi to wyjaśnisz? Nie kłam, że nie twoje. Wiesz przecież gdzie to znalazłam. - Ta nowa była stanowcza. Rosalia nie mogła na nią spojrzeć ale dojrzała na dole fragment jej sukni albo togi. Niebieskiej. Albo fioletowej. Nie była do końca pewna. Ale nie to było w głównym polu widzenia. Tylko to co trzymała w ręku. Kość. Rzeźbioną kość. Albo alabaster? Alabaster też był taki biały jak kość. I ten kawałek był wyrzeźbiony w syrenę. Góra należała do cycatej piękności o sześciu ramionach. Grała na flecie a jej pozostałe dłonie jakby tańczyły i pieściły się jednocześnie. A jej rybi ogon był tak uformowany, że był długi, gruby i zagięty tak, że w sam raz nadawał się aby dogodzić kobiecie jeśli nie miała żadnej pomocy z zewnątrz. Obca jednak gestem machnęła nią w stronę sterty kości, śladów starego ogniska i czaszki jelenia albo łosia. Rosalia od razu rozpoznała swoją kryjówkę gdzie oddawała się lubieżności w samotności. Już prawie widziała jak się tam kładzie, zdejmuje spódnicę, bierze tą rzeźbioną syrenę i… I wtedy dojrzała, że ta rzeźba puściła jej oczko! To było tak zaskakujące, że aż się obudziła. Sama. We własnym łóżku.

      No tak. Wczoraj ta najemniczka ją porwała, związała i przesłuchała w pustym domu. Pełno w tym mieście było pustych domów. W żadnym innym mieście jakie widziała wcześniej tyle ich nie było. W końcu jednak doszły do jakiegoś porozumienia i ta obca chciała aby kelnerka znalazła dla niej tą “niebieską”. A potem nawet ją rozwiązała i chciała zobaczyć ten posąg syreny o jakim Rosalia jej wspomniała podczas rozmowy. A potem puściła ją wolno. Kelnerka bez przeszkód wróciła do swojego mieszkania chociaż było już dość późno. Poszła spać a dziś rano obudziła się mając świeżo w głowie ten sen. Wciąż był wczesny poranek i dzień roboczy. A nawet więcej bo dziś Marktag. Dziś miała jednak wieczorną zmianę więc do zmroku miała czas dla siebie.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Online
        SantorineS Online
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #232

        Oryginalny autor: Santorine

        Poranek przy wrakowisku zastał Egona nieco wyczerpanym z wiadomych powodów. Zeszłego wieczora, kiedy celebracja zdobyczy łupów rozpoczęła się, wiadome było, że dziewki użyczą swych wdzięków wojownikom na całą noc.

        ~

        Egonowi podobał się taki obrót spraw. Jak już baby podróżowały, to przynajmniej wygadzać wojom mogły w łożnicy, jako że do bitki nie były zdatne, poza być może Astrid, a któż wie, czy sama Helga nie byłaby odpowiednio zdolna do walki, jeśli by tylko ją nauczyć odpowiednio finty albo i też uczciwego podrzynania gardeł. Sam Egon stronił od takich wybryków, woląc zetrzeć się ze swymi wrogami na otwartym polu, jednak imperialny gladiator zdawał sobie sprawę z tego, że niejedna bitwa była wygrana właśnie z powodu zastosowania porządnego fortelu.

        Szczęściem, między udami Astrid, Helgi i syreny Sorii nie było żadnego podstępu, o czym przekonał się noc wcześniej. Co do Raisy zaś, tego wiedzieć nie mógł i pewien nie mógł być czy przypadkiem starucha Raisa przypadkiem nie hodowała w swym łonie larw Oster, wszak gadała o tym jak najęta i bez zdziwienia przyjąłby, że guślarka zasiała larwy much w swym własnym ciele.

        Nieważne zresztą. Sprawy larw Oster nie należały do Egona. Dupczył tedy zapamiętale, zostawiając swe troski na dzień następny.

        ~

        Dnia następnego zaś wysłuchał z uwagą przydługiej przemowy lady Sorii - jak dla niego, o wiele zbyt długiej, Egon bowiem nie cierpiał zbytecznej paplaniny. Wszakże by wystarczyło, że go szukają i że do miasta bezpieczny wejdzie. Postanowił wszak wygodzić syrenie, tak jak ona mu wygodziła wczoraj, jeno w innej formie.

        – Dzięki ci za pierścień, lady Soria – Egon z podziwem skinął głową, kiedy kobieta zaprezentowała magiczny przedmiot. – Iście, rzecz będzie mi potrzebna, miałem dosyć siedzenia pod ziemią, kiedy za pierwszym razem nas tropili…

        Na wzmiankę o turnieju, drgnął. Przypomniał mu się jego sen.

        – Turniej? – Egon skinął głową. – Hmm. Iście, o interesujących sprawunkach prawisz… Trza mi będzie się w rzecz wpleść jakoś. Co do larw Oster, Raisa jest mistrzynią. Nie znam się na tych rzeczach, ale zda mi się, że larwy można by zasiać w byle kim, a nie jeno w kobietach. Myślałem, czy by jasyrem nie unieść jakich mieszczan albo kogo i zagospodarować ich.

        Egon skinął na Raisę. Spodziewał się, że starucha chętnie przychyli uszu do propozycji.

        – Słyszysz, Raisa? – rzekł Egon. – Sprawę jaj Oster można by zrobić… Ale nie od razu. Mus nam dojść do miasta i tam się zorientować.

        Egon pamiętał swój sen. Stety, niestety - wyglądało na to, że sam jego mroczny patron, lub też raczej, za jego przyzwoleniem, magia sióstr wpływała na umysł Egona. Znaczenie snu zdawało się Egonowi jasne i było zgodne z tym, co przekazała mu wyrocznia: ów wojownik odzian w czerń był czymś, co Egon miał odnaleźć… Lub, znając przewrotną logikę snów i wizji, być może w jakiś sposób sam nim miał się stać? Wszakże Egon szlacheckiego rodowodu nie miał, ale czy dla snów i wizji miało to jakieś znaczenie?

        Egon postanowił, że będzie musiał skupić się na sprawach nadchodzącego turnieju, kiedy tylko dotrze do Neues Emskrank.

        O sny swoich kamratów nie pytał, myślał bowiem, że próżny był to trud.

        – Chodźmy zatem, czas na podróż do miasta – rzekł Egon, gotowy do podróży.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Online
          SantorineS Online
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #233

          Oryginalny autor: Seachmall

          Otto przysłuchiwał się przelotnie rozmowie, miło było słyszeć, że nawet wśród niezainicjowanych pierwotne żądze biorą górę. Zerknął na zebraną trzodę i zainspirowany słowami mężczyzn podszedł do pasterki.

          - Dzień dobry, moja droga. Mogę zabrać ci chwilkę?

          - Tak, co trzeba? Jakąś kózkę? Proszę zobaczyć jakie dorodne i zdrowe. - Dziewczyna podniosła się z murka na jakim siedziała i uśmiechnęła się sympatycznie. Z tym uśmiechem jeszcze bardziej wyładniała. Jednak widać było, że ma też żyłkę handlową bo wskazała zachęcająco na stado jakie przyprowadziła na handel. Zwierzęta meczały co chwila i szukały czegoś do jedzenia między kamieniami bruku i jak to kozy miały w zwyczaju każde źdzbło słomy potrafiły dojrzeć i zeżreć. Wśród nich był jeden kozioł, wyróżniał się od samic o wiele większym porożem. Pies z jakim bawił się jakiś niedorostek spojrzał na mnicha ale oboje szybko stracili nim zainteresowanie.
          - Właściwie pewnie nie jedną. Jednak nie dziś, ano jedynie poradzić się. Zakładam, że rozpoczęcie niewielkiej hodowli w hospicjum mogłoby być dobrym pomysłem. Więc pewnie przydałby się nam ten koziołek i kilka koleżanek dla niego. Tylko czy trudno utrzymać taką hodowlę? I czy możesz mi więcej powiedzieć o naszym rogaczu? Jurny?

          - Konrad? O tak, bardzo jurny! - Dziewczyna rozweseliła się i ruszyła w stronę rogacza. Niedorostek zachichotał złośliwie i zaczął zezować na kobietę i jej mnisiego klienta. Ona zaś zaprowadziła Otto do kozła. Szła przez swoje stadko a zwierzęta rozstępwały się przed nią. Blondynka dumnie poklepała kozła po kłębie.

          - Zobacz jak solidnie zbudowany. Kryje wiele naszych kóz. Jest bardzo dobry, nawet z sąsiedniej wsi przyjeżdżają z kozami do krycia albo ojca wynajmują aby przyjechał do nich. Zawsze z tego wychodzą zdrowe dzieci. Ma bardzo dobre i silne nasienie. - Reklamowała swojego kozła czule głaszcząc go po grzbiecie i łbie. On zaś zaczął węszyć za jej ręką i patrzeć na dwójkę ludzi swoimi pionowymi źrenicami jakie czasem ludziom wydawały się niepokojące.

          - Jest bardzo dobry na początek. Jurny tak jak trzeba. I jak jeszcze byś kupił parę kóz dla niego to na pewno byście szybko dorobili się ładnego stadka. A to kozy to wiele nie ptrzebują, mogą zjeść wszystko. - Obdarzyła mnicha ciepłym i życzliwym uśmiechem. Może nawet nieco zalotnym. A teraz czekała co on na to wszystko powie.

          - I ile taka zabawa będzie kosztować? Wątpię, abym miał przy sobie dostatecznie dużo, ale będę chciał wiedzieć co powiedzieć Przeorowi. - mnich się chwilę zastanowił - I jedna sprawa… niektóre nasze pacjentki potrafią być… również jurne. Czy będziemy musieli uważać, aby nie dały się pokryć Konradowi?

          - Oh… - Blondynkę zaskoczyło stwierdzenie mnicha. Trochę się zarumieniła i uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Widocznie nie miała gotowej odpowiedzi i musiała się zastanowić. - No cóż… Jak macie takie jurne pacjentki… No to Konrad jest też bardzo jurny. I lubi dokazywać. To wtedy tak. Lepiej aby trzymać ich oddzielnie od siebie. - Odparła znów lekko się uśmiechając. Zaczęła leniwie skubać jeden z blond kosmyków swoich włosów. - A za kozę to będzie 10 monet. Za jurnego Konrada 30. Ale to się szybko zwróci. Ja mogę też wziąć i pokazać jak trzeba. Ze 20 monet jakby się dało. Tylko byśmy musieli pójść w jakieś spokojne miejsce. - Niezbyt się bawiąc w finezję zaoferowała cennik swojego stadka a nawet siebie.

          Mnich uniósł brew na propozycję.

          - No przyznam, odważnaś. Chyba muszę cię przedstawić kilku moim znajomym, na pewno by cię polubiły. Niestety nie skorzystam bo czas nagli, ale może później… - mnich zerknął na kobietę trochę tęsknie - Kiedy wracasz do swojego gospodarstwa?

          - Będę tu do południa. Chyba, że sprzedam dużo wcześniej. Zostanę na obiad a potem wracam. Jakbyś miał ochotę to wróć. Następnym razem będę z Konradem za tydzień. - Zachęciła go pokazując na swoje stado jakie ich otaczało.
          - A może jakaś próbka na zaostrzenie apetytu? - spróbował mnich.

          - Próbka? - Blondynka uniosła brwi do góry, położyła sobie dłonie na biodrach i lekko nimi zakręciła. Często podobne ruchy kobiety wykonywały podczas tańców, zwłaszcza tych bardziej żywiołowych i plebejskich. Zwykle symbolizowało to zachętę wobec partnera z jakim tańczyły lub dawały mu znać, że jest mile widziany.

          - No to może spojrzysz tutaj? Na narzędzie pracy Konrada? - Zaprosiła go gestem wskazując na tylne nogi i brzuch kozła. Sama przy nim uklękła i zadarła głowę aby spojrzeć na stojącego przed nią mnicha. A przez to znalazła się w pozycji w jakiej by mogła “obrobić mu berło” jak to mawiały Łasica i Burgund. No i widać było jej dorodny dekolt. Oczywiście tu w środku gwarnego placu targowego nie było co liczyć na coś więcej ale widać było, że dziewczyna ma doświadczenie w takich flirtach i zalotach. Nawet mnisi habit jej nie peszył. A jeśliby też ukląkł przy niej to kozie stado chociaż minimalnie by ich przesłoniło od sąsiednich straganów i klientów.

          Mnich postanowił spróbować swoich sił we flirtach. Słóżba Wielkiej Czwórce wymaga wszelkich umiejętności. Delikatnie rozpiął pas habitu, pokryjomu rozsuwając poły swego wierzchniego odzienia.

          - No nieźle, faktycznie dorodny. - przyznał z udawanym zainteresowaniem - Może chcesz porównać? Czy na pewno jest zdrowy, lub czy obaj jesteśmy?

          - Oj byłoby ci trudno dorównać Konradowi. - Uśmiechnęła się całkiem przyjaźnie. I rozejrzała się dookoła. Głowy im wystawały ponad kozie grzbiety więc widzieli chodzących wokół, kłócących się i wrzeszczących ludzi. Z drugiej strony sam dopiero co podsłuchiwał rozmowę dwóch mężczyzn a oni nawet nie zdali sobie z tego sprawy. Blondynka też o tym wiedziała bo wróciła spojrzeniem do klienta.

          - Tutaj to nie. Będzie chryja. Ale możemy gdzieś pójść. Jest tu niedaleko pusty dom. - Powiedziała mu konspiracyjnie i zerknęła ciekawie na rozchylony habit. Sama rozchyliła swoje uda i podniosła krawędź spódnicy. Ukazały się całkiem zgrabne łydki i kawałek ud. Bez pończoch jakich używały szlachcianki jak Pirora czy Fabienne albo nawet co bogatsze mieszczki. Lub ladacznice jak Łasica i Burgund. Ale dzięki temu widać było, że blondynka ma całkiem ładne nogi.

          - Miły jesteś to może być za 15. Taka cena jak od serca. - Rzekła do niego z uśmiechem i chwyciła go za rękę. Położyła ją sobie na piersi jakby chciała pokazać swoje szczere uczucia. A przy okazji on mógł poczuć pod swoją dłonią, przyjemną, kobiecą gładkość jej piersi. Wydawała się nawet chętna na taką prywatną przygodę jednak w bardziej kontrolowanych warunkach. Tutaj już teraz ocierali się o ryzyko wścibskich spojrzeń i awantury o brak przyzwoitości. Dziewczyna na zachętę przejechała dłonią po krawędzi jego habitu zaznaczając w ten sposób, że może pozwolić sobie na więcej ale nie tutaj.

          Mnich spojrzał w niebo, westchnął delikatnie.

          - Dobrze więc, prowadź. - powiedział i delikatnie ścisnął pierś kobiety na znak zgody transakcji - Łasica mnie pewnie wyśmieje.

          Blondynka uśmiechnęła się promiennie i nie protestowała przeciwko jego dotykowi na swoich dorodnych piersiach. Wyglądało na to, że mogłaby iść w konkury z Burgund gdyby Priora szukała kolejnej modelki na modelkę tego elementu kobiecej anatomii. Handlarka wstała i rzuciła do tego niedorostka co widocznie jej towarzyszył.

          - My idziemy obgadać zakupy. Zostań tu i pilnuj. Jakby ktoś chciał kupić kozę to wiesz za ile. - Poleciała mu jak starsza siostra. On zaś śmiał się złośliwie ale nic nie powiedział. Przytaknął ruchem głowy. Zaś dziewczyna odwiązała Konrada i ruszyła przez targowisko razem z Otto.

          - A kto to jest Łasica? I naprawdę macie w hospicjum pacjentki co są takie chutliwe? - Zaciekawiła się gdy szli jeszcze przez rozkrzyczany tłum na Placu Targowym. Otto zdawał sobie sprawę, że w pobliżu faktycznie jest nieco opuszczonych kamienic chociaż mniej niż z dala od centrum miasta. Nie był pewien do której dziewczyna będzie chciała go zaprowadzić.
          - Mieliśmy, chociaż kto wie co przyniesie przyszłość. - przyznał mnich - Łasica to jedna z lokalnych ladacznic, przewodzi grupce z nich. Najpewniej miałbym szansę na usługi kilku na raz bez opłaty, ale… - spojrzał na dziewczynę od góry do dołu - Jestem pewny, że warto.

          - Aha. - Wiejska dziewczyna chwilę trawiła jego słowa gdy przeciskali się między kupcami, straganami, ludźmi co przyszli na targ i wozami co ledwo ruszały się w tej gęstwie. Plac Targowy w Marktag był najgwarniejszym i najbardziej tłocznym miejscem w tygodniowym rytmie miasta. Może tylko poranna msza w świątyni Mananna mogła się z tym równać ale tam liturgia wprowadzała porządek i hierarchię w ten rytm.

          - Znasz ladacznice? Przecież jesteś mnichem. - Zdziwiła się nowa znajoma. Rzeczywiście to niezbyt pasowało do stereotypowego mnicha. Jednak sama zaśmiała się wesoło zaraz potem. - Musi być wesołą dziewczyną. I miałbyś je kilka na raz? Za darmo? Ale jak za darmo? Przecież jak jest ladacznicą to musi brać za chędożenie. - Wydawała się być zafascynowana taką niecodzienną znajomością. Wyszli już z samego Placu ale wyloty ulic były tak samo zawalone tłumem jak i sam plac.

          - I już nie macie tych chutliwych pacjentek? Szkoda. Konrad lubi chutliwe kobiety. - Powiedziała mu jakby w żarcie albo zaufaniu. Zorientował się, że skręcili w jedną z bocznych alejek. Tam dalej chyba rzeczywiście była jedna z niewielu pustych kamienic w centrum. Strawił ją pożar czy coś takiego i mając inne do wyboru nikomu nie chciało jej się odnawiać.

          Upewniając się, że są sami Otto dopadł do dziewczyny obejmując ją od tyłu. Jedna jego dłoń ujęła pierś kobiety, druga powędrowała między jej nogi.

          - Tak jak mówiłaś… - wyszeptał jej do ucha - jestem miły. - delikatnie całował szyję kobiety - Chcesz zobaczyć jak bardzo?

          Jego nagłość zaskoczyła ją. Krzyknęła krótko ale takim zalotnym, wesołym śmiechem jakim zwykle plebejskie i wiejskie dziewczęta zachęcały chłopców do zabaw i zalotów. Obejrzała się dookoła ale raczej po to aby zorientować się czy będą mieć spokój a nie aby wzywać pomocy. Odwróciła się i pociągnęła go za rękę do środka kamienicy. Panował tu półmrok jaki zapewniał wreszcie dyskrecję. Pozwoliła aby wpadł na nią i wtedy pocałowała go w usta. Krótko i jakby dając przedsmak tego co go czeka.

          - Poczekaj, muszę uwiązać Konrada. Jak ktoś będzie szedł to będzie beczał. - Obiecała mu i zaczęła wiązać powróz do starej poręczy schodów. Kozioł obserwował ich beznamiętnie a ona jak skończyła znów odwróciła się do mnicha.

          - Chodź na górę. - Zaprosiła go gestem i słowem. A sama zwinnie niczym wiewiórka, pokicała po starych, osmolonych schodach. Znaleźli się w jakimś większym pokoju. Tutaj ogień widocznie nie dotarł ale czas i rabunek zrobiły swoje. Ocalał jednak solidny stół i łóżko chociaż bez siennika. Oparła się tyłkiem o krawędź stołu i wezwała go do siebie gestem.

          - No chodź kawalerze. Pokaż no się. - Zachęciła go i wydawała się naprawdę zaciekawiona i podniecona nową przygodą.

          Mnich spokojnie podszedł do kobiety, ujął delikatnie jej policzek i zaczął głaskać mięciutką skórkę wieśniaczki.

          - Naprawdę bogowie cię pobłogosławili. - ponownie wyszeptał - Chociaż ciekawi mnie jak bardzo…

          - No to zaraz ci pokażę! - Roześmiała się ciesząc się z jego inicjatywy i bliskości. - Tylko nie możemy pobrudzić sukni. To moja najlepsza. - Poprosiła go majstrując przy sznurowanym gorsecie aby poluźnić przód tego ubrania. Jak na wieśniaczkę to była ubrana na bogato, jak na festyn, wizytę w świątyni, urzędzie czy na targ. Ale oczywiście nie miało to porównania do tego w czym chodziły szlachcianki i bogate mieszczki. Można było jednak zrozumieć dlaczego zależy jej aby oszczędzać to ubranie. Sprawnie uporała się z wiązaniem gorsetu co pozwoliło jej go nieco upuścić. Dzięki czemu jej dorodne piersi wyskoczyły na wolność. I to zdecydowanie był atut jej urody. Po czym nachyliła się aby podnieść dół sukni i bez ceregieli zsunąć swoje majtki. Te były proste i ledwo mała, ręcznie wyszyta kokardka zdobiła ją od przodu. Nie umywało się to do wyrafinowanej, jedwabnej i koronkowej bielizny używanej przez bretońską czy averlandzką kultystkę. Jednak nogi i łono miała tak samo zgrabne i powabne. Postawiła stopę na krześlę aby ułatwić kochankowi dostęp do siebie i popatrzyła na niego zachęcająco co on teraz z tym wszystkim zrobi.

          Mnich uśmiechnął się, jego wolna dłoń sięgnęła do krocza kobiety rozpoczynając pieszczoty. Przybliżył swoją twarz do jej i zaczął ją delikatnie całować, druga dłoń powędrowała do biustu kobiety. Otto chciał naprawdę rozkręcić swoją kochankę zanim dojdzie do głównego dania, zwiększy to szansę na kolejne spotkania.

          Chociaż dziewczyna była ze wsi to jednak widać było, że ma doświadczenie w takich zabawach. Gdy ukląkł przed nią aby ją rozgrzać przyjęła to z przyjemnym zaskoczeniem. - Jesteś naprawdę miły. Chyba ci jeszcze trochę spuszczę. - Wymamrotała z figlarnym uśmiechem na twarzy. Nieco podskoczyła aby usiąść na krawędzi stołu. Dzięki czemu mogła już całkiem szeroko rozchylić swoje nagie, gładkie uda i ugościć kochanka. On sam zaś miał okazję jej spróbować i musiał uznać, że niczego jej nie brakowało. Nie miała na łonie tatuażu węża jak Burgund czy Łasica, ani ukoronowanych ust jak Odette. Ani dwóch pieprzyków na zgięciu biodra jak Fabienne. Wyczuł, że niedawno musiała się tu golić chociaż ladacznice z kultu żartowały sobie, że najłatwiej rozpoznać dziewczynę ze wsi po krzakach jakie w tym miejscu nosi. Zaś na górze jego dłoń zwiedzała dwa, jędrne wzgórki jakie gościły go bardzo chętnie. A wieśniaczka co jakiś czas całowała i ssała jego palce. Wszystko to sprawiało, że oboje rozochocili się na całego bardzo szybko, że aż pewnie Soren byłaby im przychylna.

          Mnich odstąpił od kochanki, zsuwając z siebie habit, zdejmując spodnie i bieliznę. Pokazał się dziewczynie w całej swej okazałości.

          - I jak? Wybacz blizny, miałem bogate życie.

          - Widzę. - Blondynka opierała się tyłkiem o krawędź solidnego stołu i z ciekawością przyglądała się nagiej sylwetce mężczyzny. Widział jak na jej twarzy gości przyjemny dla oka uśmiech aprobaty i zadowolenia. - Jesteś naprawdę miły. - Powiedziała z uznaniem. Usiadła na stojącym meblu i demonstracyjnie rozchyliła swoje uda. Jedna stopa zwisała jej w powietrzu ponad jego krawędzią drugą oparła o stojącą przy nim ławę. Sama zaś gestem wezwała go do siebie ponownie. - Chodź. Nie możemy sobie folgować tu zbyt długo. - Zaprosiła go aby znów wrócili do przerwanej zabawy.

          Mnich wrócił do kochanki , ocierając swoje berło o jej łono.

          - Dziękuję, szkoda, że nie możemy zostać tak dłużej. - bez ostrzeżenia nabił ją na swoje narzędzie - Postaram się jednak cię zadowolić.

          Wiejska opiekunka koziego stada przyjęła jego manewry z zadowoleniem. Najpierw spoglądała w dół aby zobaczyć jak się do niej przymierza. Co skwitowała zachęcającym uśmiechem. A gdy wszedł w nią jęknęła cicho. Poczuł jak zaciska dłonie na jego ramionach. Jednak po chwili gdy zaczęli regularną pracę jej jęczenie stało się powtarzalne. Widać było, że taka zabawa sprawia jej przyjemność. Dyszała coraz szybciej i w końcu aby było im wygodniej położyła się na stole zwalając jakiś zapomniany gruchot na podłogę z tej okazji. Mebel skrzypiał w rytm ich oddechów i bioder. Mnich zaś czuł jak przyjemna jest to gościna we wnętrzu tej blondynki. Aż miło było popatrzeć jak to przeżywa ale starała się kontrolować swoje jęki aby nie zdradzić przechodniom co się tu dzieje. Widział jak jej jędrne piersi podskakują w górę i w dół w tym samym rytmie co reszta zestawu na stole. A na jej twarzy wyszło to samo podniecenie jakie widział już u innych swoich kochanek z kultu.
          Otto pozwolił dziewczynie wgryźć się w swój palec, aby stłumić jej jęki. Sam przywitał odczucie bólu zmieszanego z przyjemnością ich baraszkowania. Jego ruchy przybrały na sile i szybkości, nie miał zamiaru pozostawić nowej przyjaciółki niezadowolonej.

          Dziewczyna nie wyglądała na niezadowoloną. Wręcz przeciwnie. Gdy leżała na starym ale wciąż solidnym stole gorączkowo łapała za ramiona swojego kochanka albo gładziła jego brzuch i pierś. Jej uda to rozchylały się aby go ugościć lub zaciskały się na jego bokach i biodrach. Mocne tempo jakie narzucił ich zabawie wcale nie zrażało wieśniaczki. Przeciwnie, wydawała się być mu rada. Na twarzy też wiedział jej półprzytomne z przyjemności spojrzenie. Ładne usta rozchylały się w coraz szybszym oddechu. I tak zbliżyli się do wspólnego finału. Czuł, że zbliża się ten moment. A i jego partnerka też wydawała się mieć podobnie.

          O ile nie widziało mu się posiadanie bękarta, to smutno mu było opuszczać już swoją partmerkę. Postanowił aby to była jej decyzja, delikatnie spowolnił ruchy, delikatnie wysuwając się z niej.

          - Gdzie mnie chcesz? - wyszeptał jej do ucha.

          - Oh jak jesteś taki miły… To zrobię coś co tylko tym co lubię. - Wydyszała mu do ucha też będąc blisko swojego momentu szczytowego. Odepchnęła go od siebie, że musiał się cofnąć o dwa kroki od stołu. Ale i sama zwinnie zeskoczyła na podłogę. Uklękła przed nim tak samo jak niedawno na środku Placu Targowego pośród jej kóz. Tak samo jak wtedy zadarła głowę do góry i posłała mu zachęcający uśmiech. Tylko tym razem poluzowany gorset i suknia nie zasłaniał jej ponętnych, jędrnych piersi. A suknia zadarta do góry odsłaniała jej gościnne uda. Jedną dłonią pracowała przy jego maczudze z wprawą biorąc ją w usta. I tutaj nie musiała się wstydzić swoich umiejętności. Niczym nie ustępowała Łasicy czy Fabienne. Widział i czuł jak jego przyrodzenie rytmicznie pojawia się i znika w jej ustach. Czemu towarzyszyły gulgoczące, zdławione odgłosy. Zaś drugą dłonią sama zabawiała się u siebie na dole. Szybko doszli do finału. Dziewczyna jakby zadławiła się gdy w niej wybuchł a po chwili zakrztusiła się. Z jej ust pociekła klejąca się masa. Ale wreszcie mogła odetchnąć pełną piersią. W sam raz aby zajęczeć cicho gdy sama doszła do szczytu swoich przyjemności. Aż widział jak pociekło z niej na starą podłogę. I oboje wreszcie mieli ten moment obezwładniającej przyjemności wymieszanego z błogim rozleniwieniem.

          Mnich odetchnął, czując ostatnie spazmy przyjemności przepływające przez jego ciało.
          Ponownie pogłaskał policzek dziewczyny i delikatnie zachichotał.

          - W sumie nawet nie zapytałem cię o twoje imię.

          - Elke. Elke z Dahlem. A ty? - Dziewczyna uśmiechnęła się do niego i wstała z klęczek. Na twarzy, z brody i na piersiach wciąż miała kleiste zacieki po właśnie spełnionej namiętności. Cofnęła się do stołu o jaki się znów oparła i ze swojej torby wyjęła niewielką szmatkę. Nią zaczęła doprowadzać się do porządku. Mnich zaś kojarzył, że na południe od miasta jest ta wioska co mówiła. Ale nigdy nie miał tam czegoś do załatwienia aby się tam udać. Wieśniacy i miejski plebs często nie mieli nazwisk więc podawali okolicę w jakiej mieszkali, w mieście ulicę aby jakoś się rozróżnić.

          - Otto, mieszkam tu, ale wywodzę się z Diesdorfu, to miasteczko niedaleko Altdorfu. Dahlem… chyba zacznę odwiedzać tą wieś.

          - Z Altdorfu? To chyba strasznie daleko. - Dziewczyna widocznie rozpoznała nazwę stolicy Imperium i to zrobiło na niej wrażenie. Ale jak większość niepiśmiennych, prostych ludzi miała mętne pojęcie gdzie to jest albo jak daleko. Jako tubylec być może ktoś był w jakiejś sprawie w Saltzburgu ale nawet stolica prowincji tutaj wydawała się odległym i wielkim miastem jaką widzieli nieliczni.

          - I jakbyś nas odwiedził to byłoby miło. Moglibyśmy poznać się lepiej. Ja to dopiero będę za tydzień, na następny targ. Chyba, że by się ojciec zgodził mnie zabrać do miasta. Ostatnio z wujem tu byli. Maga szukali. Nawet znaleźli. Wczoraj albo przedwczoraj był u nas. Tatko ma jedną sprawę do niego. Młody ten mag. Ale tatko go pilnował aby mu nie przeszkadzać. - Mówiła lekkim tonem kończąc wycieranie się ściereczką. Odłożyła ją na stary blat i teraz czekało ją nie tak proste zadanie schowania swoich jędrnych piersi pod dekolt spódnicy i zasznurowanie gorsetu.

          Mnich sam się szybko ubrał i zaczął pomagać kobiecie z wiązaniem ubrania.

          - Dość spory kawałek. Co do tego maga… pamiętasz może imię?

          - Joachim… Jonathan… Jakoś tak. Nie byłam przy początku rozmowy bo w kuchni obiad robiłam z matką. Do miasta tatko też mnie nie zabrał jak szedł go poszukać. Tatko ma dziwne sny. O jego dziadku. Odszedł kiedyś na południe jak w jakiejś gorączce. Wszyscy myśleli, że przepadł albo co. Bo nigdy nie wrócił. Ale teraz się śni tatko to tatko uznał, że nie pogrzebany gdzieś sczezł. I aby uspokoić jego ducha to trzeba go odnaleźć i pochować jak należy. Ale gdzie szukać jak to było jak tatko jeszcze biegał w krótkiej koszuli? Więc do miasta poszedł maga szukać. No i znalazł i ten był u nas wczoraj. - Dziewczyna chętnie przyjęła jego pomoc. A on jeszcze ostatni raz mógł rzucić okiem i dotknąć jej jędrnych piersi. Ona zaś nie miała nic przeciwko. Mówiła spokojnym tonem jakby opowiadała jedną z plotek z jej rodzinnej wioski. Jeśli naprawdę był u nich mag to była spora szansa, że chodziło o jego kolegę ze zboru bo imię było podobne a w mieście aż tak wielu magów nie było.

          - Ja też mam ostatnio dziwne sny. Takie lubieżne. Z Konradem i nie tylko. Ale nie mówiłam rodzicom aby nie myśleli, że mam coś z głową nie tak. - Powiedziała nagle gdy już wspólnie skończyli poprawia górę sukni. Teraz zaczęła rozglądać się gdzie rzuciła swoje majtki.

          - Tak sądziłem. - odparł mnich - Również go znam, przyszedł do hospicjum kiedy nasi pacjenci również mieli sny, niektóre lubieżne. - przyznał Otto - I nie martw się, ostatnio miasto nękają koszmary, nie wyróżniasz się bardziej od ogółu. Pytanko co do dziadka, też rolnik czy może twoja rodzina ma bardziej zawiłe korzenie?

          - Dziadko był poczciwy chłop jak my wszyscy. Tylko trochę narwany. Babcia tak mówiła. I wtedy chory był, majaki miał, gorączkę. Aż nagle zerwał się z barłogu i wybiegł z chaty. Krzyczał coś, że słyszy głosy, zew, że tam będzie piękna pani i bogactwo. Że wróci i będziemy bogaci. Ale nie wrócił. Jak zniknął w lesie to nikt go potem nigdy nie widział. Ciała też nigdy nie znaleziono. Dlatego tatko w ogóle nie wiedział gdzie go szukać. Dziadek wybiegł wtedy na południe ale tyle lat temu to kto wie gdzie i kiedy skończył. - Mówiła nieco roztargnionym tonem bo szukała swojej bielizny. Wreszcie ją znalazła i podniosła spod stołu. Przyjrzała się jej krytycznie, otrzepała i założyła z powrotem na siebie. Po czym jej zgrabne i gościnne nogi zniknęły znów pod zgrzebną spódnicą.

          - Inni tutaj też mają lubieżne sny? - Zaciekawiła się wątkiem jaki poruszył. - Mnie się śniło, że robię to z Konradem. I Helmutem. To nasz knur. Też dorodny. A potem, że jestem brzemienna. Pytałam matki, tylko nie tak wprost. Powiedziała, że głupia jestem i aby nie stało mi w głowie dać się zbrzuchacić zanim męża nie znajdę. Bo nikt mnie nie zechce. Ale, że sny to od bogów więc trzeba słuchać. I we śnie mi się śniło, że mam łyse łono więc się wygoliłam. - Powiedziała mu nieco więcej szczegółów o swoim śnie. Właściwie już się ubrała i była gotowa do powrotu do reszty miasta.

          - Dobry początek. - przyznał mnich - Radzę uważać, na potencjalne dzieci z własną trzodą, inkwizycja za mniejsze występki potrafi spalić na stosie. Obawiam się, że te sny nie mają źródła u bogów Imperium. Ciemna miasma wisi nad miastem, zauważyłaś ilu Morrytów się pojawiło. - mnich ponownie objął Elke całując ją delikatnie - Ale nie przejmuj się, przyjemność nie jest zła, co najwyżej ludzie mogą gadać.

          - Morryci tu są? To znaczy słyszałam, że wiele gości się zjechało na ten turniej. Tylko go odwołali bo żałoba po księżnej matce. Ale morryci też przyjechali? Przecież oni są od zmarłych. - Ta informacja zaskoczyła Elke. Widocznie mniej więcej słyszała jakieś plotki z miasta ale jak sama tu bywała pewnie tylko w dzień targowy to bez zbędnych szczegółów. Za to chętnie oddała mu pocałunek. Rozejrzała się jeszcze ostatni raz. I zaczęła dłońmi poprawiać sobie włosy i sprawdzać czy nie ma żadnych, śladów lubieżności na swojej twarzy. Na lustro pewnie nie było jej stać bo był to wyrób z wyższej półki i nie było co się spodziewać, że zwykła wieśniaczka będzie miała takie cudo.

          - No wiem, że lepiej nie mieć dzieci z Konradem i Helmutem. Straszna chryja by była. I sromota. Ale z drugiej strony jak sny są od bogów a w nich jestem zbrzuchacona to co mam robić? Bo mi się wydawało w tym śnie, że to nie z mężczyzną. Ani człowiekiem. To z kim? I jak sny jedno a ludzie co innego to nie wiem już co mam robić i myśleć. - Chociaż była już gotowa do wyjścia to jednak chciała zasięgnąć jego rady w tej nietypowej sprawie. W końcu był mnichem czyli człowiekiem uczonym.

          - Morr jest też bogiem snów. Dlatego też się zjawili w mieście pełnym koszmarów. - mnich się zastanowił - Zbrzuchacona, ale nie z mężczyzną ani człowiekiem. - powtórzył słowa Elke - Być może znam kogoś, kto pasowałby do tego opisu. Pytanie, czy naprawdę chciałabyś poznać tą osobę?

          - Noo… - Widział się, że na ten niepewny i grząski temat trochę się zawahała. Aby zyskać na czasie podjęła inny wątek. - Morryci są od snów? Nie wiedziałam. - Zauważyła. Nie była jednak osobą kształconą w mowie i piśmie ani teologii a u nich na wiosce pewnie nie było żadnej świątyni. Więc takie różne aspekty nawet imperialnego panteonu mogły jej i zwykłym kmiotkom umykać.

          - A co to za osoba? Ona coś by mogła pomóc? Bo ja tak do końca to nie wiem o co chodziło w tych snach. Śnił mi się Helmut i Konrad. Jak figlowaliśmy razem. Ale byli też i inni. Inni ludzie. Nadzy i też się kochali z różnymi stworzeniami. Dużo kobiet było. Ładnych. Też je zbrzuchacili tak jak mnie. Nie widziałam tego ale wiem, że tak było. Dlatego nie wiem kto by mi miał zrobić brzuch. Ale jak takie dziwne rzeczy mi się śniły to myślę, że nie zwykły człowiek. Tylko coś innego. Ale nie wiem co. - Przyznała z wahaniem znów zdradzając parę szczegółów ze swoich nietypowych snów.

          - Kobieta, nazywa się Soria, to przepiękna dama z odległych krain. Posiada wiedzę na temat wszelkich rzeczy związanych z przyjemnością. Jestem pewny, że pomogłaby ci zrozumieć sens swoich snów.

          - Dama? I przepiękna? Znaczy jakaś szlachcianka? - Znów udało mu się wywrzeć wrażenie swoimi znajomościami na zwykłej wieśniaczce. - Znasz ją? Ojej ale jak ona taka ważna to pewnie nie będzie chciała tracić czasu a zwykłą dziewczynę ze wsi. - Westchnęła jakby już się spodziewała, że wielka i pewnie bogata pani nie raczy sobie zaprzątać głowy troskami zwykłych wieśniaków.

          - Jestem pewny, że znajdzie dla ciebie czas. - odparł Otto - Przybyła do nas między innymi z powodu snów jakie nękają miasto. Kolejna nieszczęsna, której sny zostawiają mętlik w głowie i ogień w lędźwiach? Nie odmówi ci audiencji.

          - Oh, tak myślisz? - Blondynka wyraźnie ucieszyła się słysząc taką zachęcającą opinię. Podeszła do mnicha, objęła go i pocałowała w usta. - Oh ja bym się bardzo ucieszyła jakbyś mi załatwił audiencję u niej. Jak się możemy umówić? Ja dziś to muszę do nas wrócić przed zmierzchem. A to z pół dnia drogi przez las. Ale jak powiem, że chodzi o ciebie, czyli mnicha i jakąś wielką panią to może tatko mnie puści. To bym mogła być za parę dni z powrotem. - Elke miała całkiem pragmatyczne podejście do życia i skoro nowy znajomy tak wspomniał o swojej znajomej szlachciance to blondynka chciała wiedzieć jak mogą się umówić na kolejne spotkanie. Tyle, że dla niej oznaczało to podróż powrotną do miasta.

          - Obiecuję z nią porozmawiać. - zapewnił mnich - Więc, ile jestem ci winny za te miłe chwile? - Otto zapłacił dziewczynie za jej usługi, odstawił ją z powrotem do jej stada i wyruszył na miasto w o wiele lepszym humorze.

          Teraz do Lebkuchenów i ich córki.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Online
            SantorineS Online
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #234

            Oryginalny autor: Lord Melkor

            Joachim z uwagą przysłuchiwał się słowom Darcy, rozważając czy jego Patron miał jakiś zamysł stawiając ją i jej grupę kultystów na ich drodze. Najwyraźniej wizje dziedzictwa sióstr docierały także do jej grupy.

            - Interesujące to wielce, to co widziałaś to były wizje, pewnie zesłane przez potęgę którą wyznajesz, a nie zwykle majaki. Wiem o której kamienicy mówisz i znam też tę niezwykłą kobietę o wężowych włosach, ona należy do mojego zboru o którym wcześniej wspominałem. Może jakbyś udała się ze mną do miasta, to mógłbym cię z nią zapoznać? Zakładam że po wydarzeniach w karczmie nie masz już ludzkich współwyznawców, tylko zwierzoludzi? Moglibyśmy też wziąć Marlene ze sobą - zaproponował.

            - Znasz ją? Kobietę o wężowych włosach? I tą kamienicę i resztę? - Blondynka chyba się nie spodziewała tego, że mogą mieć coś wspólnego z jej snem. Bo widać było, że jest tym zaskoczona. Chwilę się nad tym zastanawiała gdy obserwowała jak jedzą skromne śniadanie jakie im przyniosła.

            - A kto to jest? Ta ładna pani? - Zaciekawiła się i poprosiła maga o więcej informacji na temat milady jaka jej się przyśniła. Gunther zaś spojrzał znacząco na Marlene zapewne zastanawiając się jak mieliby ją przemycić przez bramę ale na głos tego nie skomentował. Świeżo upieczona mutantka zaś chyba była rada, że nie musiałaby zostawać tutaj, wśród dzikich zwierzoludzi jacy ją przerażali.

            - Pytasz się o Sorię? - uśmiechnął się Joachim - to ja ją pierwszą odnalazłem, gdy ukrywała się pod postacią syreny, i sprowadziłem do Zboru. Nie wiem, co dokładnie objawiło ci się w snach, ale urok Sorii jest nieludzki. Więc znam ją całkiem dobrze, a w tej kamienicy bywałem nie raz. Chcesz żeby zabrać ciebie do niej? - zaproponował Joachim, chociaż mógł sobie wyobrazić dezaprobatę Tobiasa, że znowu wzmacnia swoimi poczynaniami frakcję Łasicy i Pirory.

            - To ona nazywa się Soria? I naprawdę ma takie ładne włosy? I mogłaby mnie zbrzuchacić? - Blond kultystka ze zmasakrowanego przez demona zboru teraz była całkiem miła i życzliwa. To co usłyszała o kobiecie ze swoich snów wyraźnie ją zaintrygowało i się spodobało.

            - Oj to bym bardzo chciała ją poznać. Dobrze, pójdę z wami. Fenka i chłopaków i tak już nie ma. A w mieście dawno nie byłam. - Darla gnana ciekawością zgodziła się dołączyć do Joachima aby poznać ową niesamowitą kobietę ze swoich snów. Zwłaszcza jak mag potwierdził, że ją całkiem dobrze zna.

            - Dobry wybór podjęłaś, myślę, że go nie pożałujejsz. Tylko zastanawiam się czy damy radę wziąć Marlene ze sobą, ewentualnie możemy tu po nią poźniej wrócić….zadumał się astromanta.

            - Nie zostawiajcie mnie tutaj z nimi! - Zawołała mutantka którą wizja pozostania samej ze zwierzoludźmi wyraźnie przerażała. Słysząc to blondynka roześmiała się rozbawiona.

            - Wyglądasz na zdrową, zdolną do rozpłodu samicę. Uwierz mi to wielka zaleta jeśli chodzi o przetrwanie w stadzie. Póki będą cię chędożyć to raczej cię nie zeżrą. - Kultystka widocznie czerpała sporo sadystycznej przyjemności z dręczenia byłej kelnerki “Podkowy”. Jej słowa strwożyły Marlene jeszcze bardziej więc spojrzała błagalnie na Joachima.

            - Na pewno wam się przydam! Umiem sprzątać i gotować. Zajmować się powozami i zwierzętami. Chędożyć się też mogę! - Zapewniła z desperacją czytelną w twarzy i głosie.

            - Trudno będzie ją przemknąć przez bramę. Może jakby ją czymś zakryć. Ale to trzeba by trafić na strażników co by akurat nie patrzyli na nas zbyt uważnie. Albo jakoś rzeką może. Albo sam nie wiem. - Gunther zauważył, że takie deformacje jakie miała na sobie mutantka były trudne do ukrycia. I nawet jakby je próbować ukryć to wciąż było spore ryzyko z przechodzeniem przez jedną z bram miejskich. Tam zawsze stacjonowało kilku strażników.

            - Mam jakąś suknię i płaszcz z kapturem. Można by ją ubrać. To znaczy jakby Marlene okazała się miłą koleżanką. Bo na razie to ani w karczmie ani teraz nie jest dla mnie zbyt miła. A to ja was przedstawiłam mojemu stadu i dzięki mnie mogliście bezpiecznie przenocować i nie chodzicie głodni. - Darcy złapała się za biodra i wzruszyła ramionami aby zaznaczyć, że za bardzo nie losie byłej kelnerki jej nie zależy. Ale mogłaby pomóc przemycić ją do miasta o ile blond kultystka by coś z tego miała. Teraz ciemnowłosa spojrzała na nią trochę niepewnie. Ubrana w biało - niebieską suknię wyglądała jak córka lub żona jakiegoś nieźle prosperującego rzemieślnika lub kupca. Przy niej półnaga kelnerka sprawiała wrażenie żebraczki i siedmiu nieszczęść a jej sromota była wyraźnie widoczna. Blondynka wyciągnęła dłoń do ucałowania jakby była szlachcianką. Brunetka zawahała się ale podeszła do niej i pokornie ucałowała ją. Darcy miała minę jakby była z tego zadowolona ale zastanawiała się jeszcze nad czymś. Była kelnerka zaś patrzyła na nią i na dwóch towarzyszy niepewna czego się teraz spodziewać.

            Joachim zastanawiał sie przez chwilę jak najlepiej rozegrać tę sytuację dla siebie. Nie chciał tutaj tracić zbyt wiele czasu. Sen który miał tej nocy przypomniał mu, że miał się zając wykradzeniem artefaktu z Akademii i organizacją wyprawy na bagna. Musiał zapamiętać tę wizję, która mogła być wskazówką co do przyszłych działań w tej sprawie. Więc jak najszybciej chiał wrócić do miasta, choć nie będzie to wcale z pustymi rękoma, miał tę przepełnioną mocą figurkę i dwie potencjalne rektutki do Zboru.

            - Jeśli chcesz poznać Sorię i jej ukryty dwór w Neues Euskrank, to na pewno jak przedstawisz im też Marlene to będzie to dobrze widziane, zawsze poszukujemy sprzymierzeńców i nowych rekrutów do Zboru - stwiedził Joachim. - Natomiast zrobimy myślę tak - ja pierwszy wejdę do Miasta i poproszę Łasicę, która zna się na takich sprawach, by pomogła w przemycenie Marlene do miasta - zaproponował swój plan a następnie planował zająć się przygotowaniem do drogi, zakładając że zarówno Darcy jak i Marlene wyruszą z nim.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Online
              SantorineS Online
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #235

              Oryginalny autor: Pipboy79

              Oryginalny tytuł: Tura 58 - 2519.07.22; mkt; ranek - przedpołudnie

              Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; wylot zatoki; plaża;
              Czas: 2519.07.22; Marktag; ranek - przedpołudnie
              Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; ziąb (0)

              Egon

              Wędrówka plażą była dość monotonna. Z prawej strony były szarobure mokradła zwane Teufelsumpf. Mgliste, ponure i bez wyrazu. Dość szybko skończyły się zastąpione przez zieloną ścianę lasu. Pradawna puszcza była znana z tego, że jak się zaczynała tu, nad Morzem Szponów, to ciągnęła się nieprzerwanie aż do południowych prowincji Imperium. Nikt dokładnie nie wiedział co się kryje w jej wiecznym półmroku. Jednak opowieści o plemionach orków, zwierzoludzi, mutantów i banitów były powszechne. Dlatego jak ktoś w jej danym fragmencie nie mieszkał to raczej niechętnie się tam zapuszczał. Z lewej strony zaś ciągnęło się morze. Jego szarozielone wody ciągnęły się aż po horyzont. Co jakiś czas widać było łódki rybaków albo jakiś przepływający statek. Jeśli ktoś stamtąd zwrócił uwagę na maszerującą grupkę to i tak nie byli w stanie tego stwierdzić. Pas piachu lub otoczaków w naturalny sposób łączył królestwo Mananna i Taala a jednocześnie był najwygodniejszy do podróży. Z tego powodu podróżni siłą rzeczy koncentrowali się na swoich towarzyszach i rozmawiali o różnych sprawach. Norsmeni między sobą zwykle rozmawiali w swoim języku i wówczas Egon ich nie rozumiał. Jednak gdy zwracali się do niego to wszyscy, oprócz Bjorna, mówili w reikspiel.

              Raisa

              - Dobry pomysł z tym łapaniem łyczków do zasiania. Dobry. - Stara wiedźma zwróciła się do niego zaskakująco przyjaźnie. Wyczuwał jej aprobatę dla pomysłu o jakim wspomniał podczas wczorajszej kłótni. - Pewnie, jajami można zasiać każdego. Mężczyzn też. To prawda. - Zgodziła się przyznając mu rację jego rozumowaniu. - Ale mężczyźni nie są tak wydajni. Najwydajniejsze jest kobiece łono. Zobacz. - Stara wyjęła z torby strzykwę jakie Sigismundus używał do zasiewu. Sam je im pokazywał na jednym z poprzednich zborów i tłumaczył jak to działa. Właściwie to bardzo prosto. Wystarczyło tą tubkę z wypalonej gliny wsadzić w jakiś naturalny otwór człowieka i delikatnie wcisnąć tłok. I koniec. Podczas ostatniej orgii u Pirory, Egon sam był świadkiem jak Otto zasiał Laurę. Ladacznica była już wówczas po jednym miocie i nie wyglądało aby jakoś uierpiała z tego powodu. I jak grzecznie siedziała z rozchylonymi udami na kolanach teatralnej diwy to zasianie wydawało się dziecinnie proste. I teraz widział jak stara, norsmeńska wiedźma, trzyma jedną z tych strzykw w swojej sękatej dłoni.

              - Tak, jak mówisz. Można ją wsadzić i zasiać każdy otwór. To prawda. Ale usta i dupa nie są tak wydajne. Z jedna trzecia, góra połowa z każdej takiej strzykwy ma szansę wydać miot. I mniej się mieści, dwie, może trzy porcje na otwór. A w kobiece łono można zasiać, że dwa, może nawet trzy razy więcej. I z każdej takiej strzykwy więcej czerwi przeżywa. A poza tym w dwa pozostałe otwory też ją można zasiać. - Tłumaczyła mu cierpliwie detale tej hodowli dziedzictwa Oster. Przy masywnej sylwetce gladiatora wydawała się krucha i niezgrabna. Nic dziwnego, że była najwolniejsza z ich grupy. Może jeszcze Lars mógł się z nią równać pod tym względem ale to dlatego, że wciąż dokuczały mu rany z wczorajszej walki z krabami. Mimo to starucha wyglądała na zdeterminowaną w osiągnięciu swojego celu.

              - Więc jakbyś miał kogoś porywać do zasiania to mężczyzn czemu nie. Ale kobiety są wydajniejsze. Mogą wydać dorodniejszy miot. - Mówiła jakby chciała go przekonać do swoich wniosków. - Ale to dobrze, że chcesz pomóc! - Uśmiechnęła się do niego i na moment zmieniła się w jakąś dobrą babuszkę co mówi do swojego dorosłego i dorodnego wnuka. Nawet przyjaźnie poklepała go po jego solidnym ramieniu. - Lubisz chędożyć dziewki? - Zapytała wskazując czołem na trzy idące przed nimi młode ślicznotki. - To nic złego. Młodość ma swoje prawa. Mogę ci przygotować ziółka. Podasz je jakiejś dziewce i miłość he he zacznie w niej kipieć! Zobaczysz jak ją rozgrzeje! Widzisz? Ty pomożesz mi to ja pomogę tobie. - Mówiła chcąc wskazać mu na korzyści jakie oboje mogą wynieść z tej współpracy.

              Lars

              - Widzę, że mięśnie nie są twoim jedynym atutem i masz łeb na karku. Też mi się już wczoraj wydawało, że ucięcie łba Heldze to niekoniecznie najlepszy pomysł na jej spożytkowanie. - Lars podszedł do gladiatora i zagadnął lekkim tonem. Widocznie doceniał wczorajsze wsparcie Egona w kłótni o głowę i tyłek niewolnicy. Co zresztą wieczorem obaj sporzytkowali a Helga bardzo starała się udowodnić, że jej młode i jędrne ciało może być przydatne bardziej gdy jeż kompletne a nie bezgłowe.

              - Zobacz jak pływają. - Lars wciąż kuśtykał z powodu swoich ran. Dlatego razem ze starą wiedźmą, byli najwolniejsi w ich grupie. Ale on też podszedł w pewnym momencie do gladiatora wskazując mu gestem na odległe kreski na morzu. Łodzie tutejszych rybaków, pewnie w sporej mierze z Neus Emskrank. - Nam by się przydało coś takiego. Może coś większego. Można by wypływać na morze gdyby trzeba by się spotkać z Mergą albo kimś od nas. Bez wścibskich spojrzeń. Wiesz może czy dałoby się coś takiego w mieście zorganizować? - Norsmeński kupiec, wojownik i korsarz miał żyłkę do interesów. I potrafił myśleć przyszłościowo. W zimie rzeczywiście raz złotooka wyrocznia wpadła w tarapaty gdy jej długa łódź rozbiła się u wylotu zatoki przez co wpadła w niewolę a w konsekwencji do kazamatów. I później Egon z resztą zboru musiał ją uwalniać. A potem ekipa co miała ją ratować nadziała się na mieliznę w rzece Salt i co prawda nikt od samej katastrofy nie zginął ale za to niedługo potem natrafili na ekspedycję poszukiwawczą z miasta jaka ich usiekła tak skutecznie, że tylko Norma to Axe wyszła z tego cało. Teraz widocznie Larsowi chodziło po głowie jak ułatwić sobie kontakty z pobratymcami z północy. Co prawda kultyści mieli u siebie przemytnika ale póki co został on w Norsce. Razem ze swoją załogą i łodzią. Egon gotowej odpowiedzi nie miał. Do tej pory sprawy morza i statków niezbyt go interesowały. Ale w końcu Neus Emskrank to port to była szansa, że coś da się zorganizować. Zwłaszcza jak w kulcie były dwie sprytne łotrzyce co znały miasto od podszewki. Silny tak samo. A przyjaciółka Priory, Fabienne w końcu była żoną morskiego kapitana.

              - I wiesz co? Słyszałem od przyjaciela, że tu u was jest targ niewolników. Na wyspie w pobliżu brzegu. Wiesz gdzie to jest? Można by się tam zakręcić. U nas w Norsce, niewolnicy to dobry i pewny towar. Jak młody i silny to każdy ci go kupi. Można by się zakręcić. No i skontaktować z naszymi kuzynami z północy. - Zagadnął go o kolejny deta. O tym targu niewolników Egon też słyszał. Ale sam nigdy tam nie był i nie wiedział gdzie to jest. Kojarzył jednak, że w zimie Pirora i jej kamratka, Rose de la Vega, morska wilczyca popłynęły na tą wyspę i kupiły sobie po dwie, ponętne niewolnice. Długonoga, czarnowłosa kapitan co prawda nie należała do kultu a wiosną i tak odpłynęła z miasta. Jednak Pirora chyba powinna pamiętać gdzie była ta wyspa. I znów kultyści związani z półświatkiem jak obie łotrzyce i Silny też być może mogły coś wiedzieć na ten temat. Lars widocznie widział tu okazję do zarobku jak i kontaktu z innymi Norsmenami jacy mogli przypływać na ten morski targ niewolników.

              Astrid

              - Rozmawiałam z Bjornem. Mam nadzieję, że przekonałam go, że ucinanie głowy bezbronnej niewolnicy to nie jest tak chwalebne jak zabicie czegoś solidnego w walce. Mówił, że polowanie jest dobre. I zdobywanie trofeów. I chciałby z tobą pójść na takie polowanie. - Blondwłosa córka jarla podeszła do niego i zagadnęła o wczorajszą kłótnię o niewolnicę. A trochę wcześniej Egon widział ją, jak rozmawiała z Bjornem. Jednak po norsmeńsku więc nawet jak słyszał jakieś słowa to nic z tego nie zrozumiał. Poza tym, że dziś rozmawiali spokojnie i nie było tak nerwowo jak wczoraj. Jak wspomniała imię berserkera ten łypnął na nich. Ona coś krzyknęła mu w ich języku a on zarechotał radośnie. Zrobił gest jakby wyrzucał włócznię w ataku po czym wskazał na pierś swoją i gladiatora.

              - Spójrz na nią. - Astrid posłała spojrzenie ku istocie jaka pozornie wyglądała jak tutejsza szlachcianka ze zbyt śmiałym wycięciem w boku krwistoczerwonej sukni. Sięgało ono prawie do jej biodra co było mocno nieprzyzwoite, zwłaszcza jak dla damy. Poza tym jednak lady Soria w swojej ludzkiej formie niczym nie zdradzała swojego nadnaturalnego pochodzenia.

              - To córka Soren Matki Potworów. Niesamowite, że możemy chodzić w pobliżu jej blasku. Wiesz jaką ona ma moc? Pewnie by mogła sama podporządkować sobie to miasto. Nikt nie oparłby się jej urokowi. Zresztą sile też nie. Widziałeś tego kraba wczoraj nie? A ona sama ściągnęła na siebie kilka z nich. Jest niesamowita. - Gdy mówiła o liderce tutejszych slaaneshytek, Astrid zachowywała się jak fanka mówiąca o swojej ulubionej gwieździe estrady. Albo jak o ukochanej osobie. Wydawała się wierzyć, że lady w czerwieni może wszystko. A przynajmniej o wiele więcej niż zwykła śmiertelniczka. - Pytałam ją o to. Czemu sama nie przejmie władzy w mieście. Ale mi powiedziała, że gdyby zaczęła używać swoich mocy bez ograniczeń szybko by się to wydało. I mogłoby to ściągnąć na nas niepotrzebną uwagę. Ale ma plan aby poprzez swoje służki i romanse rozszerzyć swoje wpływy w sposób bardziej dyskretny. Obiecałam jej pomóc jak tylko będę mogła. To taki zaszczyt móc jej służyć. - Córka jarla z całej grupki Norsmenów wydawała się najbardziej ulegać urokowi Sorii i patrzyła na nią bezkrytycznie.

              - Mówiła, że tu w miescie, wśród tutejszych szlachcianek są dwie co uchodzą za najpiękniejsze, najbogatsze i w ogóle najlesze. Kamila van Zee i Froya van Hansen. Kamila to podobno już je naszej milady z ręki i lada chwila przystąpi do nas. Ale z Froyą to trudniej. Ona podobno lubi polowania, szermierkę i inne takie? Słyszałam od niej od Normy. Rozmawiały po norsmeńsku. I ty też miałeś z tą szlachcianką do czynienia? Tak słyszałam. Poznałbyś mnie z nią? Wiesz jak ja bym ją urobiła tak jak Soria Kamilę to byłby zysk dla nas wszystkich. W końcu taka bogata, potężna i podobno piękna. A do tego zafascynowana swoimi norsmeńskimi przodkami. Jakby mi się udało ją zjednać dla nas to wszyscy byśmy skorzystali. No to jak? Pomógłbyś? Chyba widziałeś w nocy, że potrafię się odwdzięczyć. - Wyłuszczyła jaką ma sprawę do niego. Na koniec posłała mu figlarny uśmiech jakby dawała znać, że wczorajsza noc może się powtórzyć. Zwłaszcza jeśli sobie nawzajem pomogą. Co do dorodnej córki kapitana portu o egzotycznej, ciemnej karnacji to Egon pamiętał, że figlowała razem z większością zboru u Pirory w loszku. I nawet obecność dwóch mutantek, Lilly i Dorny jakoś jej zdawała się nie przeszkadzać. Więc całkiem możliwe, że jedna z najlepszych i najdroższych panien na wydaniu w mieście była na dobrej drodze aby ulec urokowi Sorii i jej koleżanek. Z Froyą była całkiem inna sprawa. Też uchodziła za najcenniejszą obok ciemnoskórej van Zee, pannę do zdobycia. Ale lubowała się w rozrywkach zwykle zarezerwowanych dla mężczyzn. W zborze mało kto miał z nią kontakt. Chyba tylko Pirora i Fabienne, jako szlachcianki, mogły liczyć na jakieś towarzystkie spotkania z blond pięknością. On sam raz zimą spotkał lady van Hansen podczas polowania na trolla. Wówczas walczyli we trójkę, razem z Normą to Axe. Mocno wówczas oberwał ale szlachcianka potraktowała go jak kogoś ze swojej świty i zabrała go do swojej rezydencji. Nawet zaprosiła na obiad i podarowała dobry topór w nagrodę za pomoc chociaż nadal oczekiwała, że będzie się do niej zwracał jak do milady. Potem właściwie kontakt im się urwał. Od Silnego wiedział, że z Normą, wręcz przeciwnie. Obie wojowniczki widywały się regularnie i właśnie od wilczycy z północy wiedzieli, że młoda van Hansen jest zafascynowana swoimi norsmeńskimi przodkami. No ale Norma popłynęła razem z Mergą i póki co została w Norsce.

              - Jestem córką jarla Egon. Oczekuje się ode mnie czegoś więcej niż od zwykłej córki żeglarza czy wojownika. Muszę zdobyć chwałę. I bogactwa jak się da. Najlepiej w sprawie Czterech Sióstr ale nie tylko. Słyszałam, że gdzies tu na południu są jakieś przeklęte kurhany czy wzgórza. A w nich grobowce dawnych wodzów i wojowników. Jak naprawdę przeklęte to pewnie będzie coś do walki. A jeśli będzie to pewnie znaczy, że nikt jeszcze nie obrabował tych grobowców. Pomógłbyś mi? Ty byś miał co zabijać, ja bym miała o czym układać sagę a oboje byśmy mieli co rabować i chędożyć się w ciekawym miejscu. Co ty na to? - Zwierzyła mu się ze swoich motywacji. A także tego, że widzi własnie Egona jako swojego wspólnika z jakim można połączyć przyjemne z pożytecznym, nawet jeśli zdecydowali się poświęcić innym patronom.


              link: https://i.imgur.com/b1TT8Iy.jpeg

              I tak im zeszło na rozmowach podczas marszu na wschód. Aż cienka kreska widoczna w oddali zmieniła się w masywne klify jakie wznosiły się u wejścia do zatoki. Dotarli do narożnika lądu. Teraz nadal trzeba było iść plażą ale tym razem na południe. Neus Emskrank znajdowało się na południowym krańcu tej zatoki. Dzień był jeszcze młody i nadal można było rzucać monetą czy zdążą tam przed zamknięciem bram na noc czy nie. Nawet jeśli nie to nic wielkiego by się chyba nie stało. Ot, przenocują na zewnątrz i rano wejdą do miasta. Nad wodą jednak unosiły się kłęby mgły. Trochę dziwne bo zwykle mgła była z rana a potem rzedła. Widać jednak kaprys bogów sprawił, że opar zaczął gęstnieć coraz bardziej.

              - Właściwie mogłabym popłynąć do miasta. Uprzedziłabym naszych o waszym przybyciu. Jeśli zdążylibyście przed zamknięciem bram to proponuję wam gościnę u Priory. Powinna dać radę pomieścić was wszystkich. Egon wie gdzie to jest. A jeśli nie to Krąg Kamieni, na zachód od miasta. Na tyle daleko, że nie widać go z murów ale też na tyle blisko, że rano byście mieli łatwo z dotarciem do bramy. Prosto się idzie, wystarczy iść drogą od zachodniej bramy, w głąb lasu. - Soria zastanawiała się nad dalszymi krokami. Widocznie wierzyła, że jest w stanie dopłynąć samodzielnie do miasta szybciej niż reszta grupy maszerując brzegiem zatoki. Ale była ciekawa reakcj pozostałych. Egon bywał w kamienicy na Bursztynowej 17 gdzie od zeszłej zimy mieszkała młoda Averlandka to mógł tam trafić bez problemu. A mając całą kamienicę do dyspozycji te parę osób więcej zapewne Pirora dałaby radę przenocować. Przy Zachodnich Kamieniach wcześniej nie był. Chociaż słyszał, że to tam właśnie koledzy i koleżanki ze zboru odbywały nocne spotkania ze zwierzoludźmi. Norsmeni nie wyrażali sprzeciwu ale czekali na reakcję gladiatora który w razie gdyby zabrakło Sorii, musiałby przejąć rolę przewodnika. Wiadomo było, że w razie nieprzewidzianych okoliczności nadprzyrodzona istota jak lady Soria, na pewno byłaby cennym sojusznikiem.


              Żywotność

              Egon 17/17 (s.zdrowy; mod 0)
              Bjorn 15/18 (s.draśnięty; mod 0)
              Lars 11/17 (s.ranny; mod -10)
              Astrid 15/15 (s.zdrowy; mod 0)
              Zog 18/18 (s.zdrowy; mod 0)

              Miejsce: Nordland; na południe od Neues Emskrank; leśny matecznik; obóz Gormula;
              Czas: 2519.07.22; Marktag; ranek
              Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; ziąb (0)

              Joachim

              Z obozu Gormula Rozpruwacza odeszli we czwórkę. Przed odejściem blondynka poszła gdzieś i wróciła z kryciem dla prawie nagiej kelnerki. Gdy Marlene ubrała jakąś szarą, długą suknię i płaszcz odkryła na nich krew i rozdarcie. Widząc to Darcy roześmiała się.

              - Twoja poprzedniczka nie chciała z moimi chłopcami po dobroci więc musieliśmy ją nieco potarmosić. Teraz grzecznie rozkłada nogi kiedy chcemy i będzie rodzić zdrowe, silne koźlątka dla naszego stada. - Blondynka wydawała się czerpać mnóstwo radości z gnębienia byłej kelnerki. Wydawała się być dumna z tego, że należy do stada zwierzoludzi a spółkowanie z nimi uważa za coś naturalnego. Trzeba było jednak przyznać, że dzięki ubraniom jakie przyniosła Marlene jak narzuciła kaptur na głowę to chociaż na pierwszy rzut oka wyglądała jak jakaś wieśniaczka a nie odmieniona przez moce Eteru dziewczyna. Z bliska jak się zajrzało pod kaptur to jednak widać było jej sromotę bo połowę twarzy miała zarośniętę tą dziwną naroślą. A, że była uformowana w kształt rogu to tworzyła dziwną wypukłość na kapturze. Na to jednak już nic nie wymyślili.

              - Chodźcie się pożegnać z Gormulem. Inaczej może odebrać to jako brak szacunku. - Doradziła im i sama dała przykład kierując się do wodza zwierzoludzi. Marlene po chwili wahania ruszyła za nią. Ghunter czekał na decyzję swojego pana. Widzieli jak obie kobiety pokłoniły się lekko ale oczywiście to blondynka mówiła śmiało ale grzecznie. Widocznie znała mowę zwierzoludzi podobnie jak Lilly.


              Darcy okazała się też świetnie orientować w puszczy. Chociaż szli na przełaj przez leśne ostępy to nie zawahała się ani razu. I rzeczywiście po jakimś czasie wyszli na trakt. Tu już nie potrzebowali pomocy ale i tak wędrowali we czwórkę. Blondynka wydawała się lubować w dręczeniu Marlene, Ghuntera wydawała się traktować jako dodatek do jego pana a Joachimowi okazywała szacunek i zaciekawienie. Jeszcze bardziej była zafascynowana wężową milady jaka jej się śniła. Właśnie kochanka zwierzoludzi zachowywała się najbardziej swobodnie i była najbardziej wygadana. W przeciwieństwie do odmienionej kelnerki, nie miała widocznych mutacji. Z drugiej strony bez ubrania to Joachim jej nie widział aby być tego całkiem pewny. W końcu Lilly jak ubrała długą suknię to też wyglądała jak młoda, atrakcyjna mieszczka o nietypowych, liliowych włosach.

              - Ty naprawdę chędożysz się ze zwierzoludźmi? - Marlene zapytała w pewnym momencie. Pytanie rozbawiło blondynkę.

              - Oczywiście. Jak sama spróbujesz to będziesz wiedziała dlaczego. - Zaśmiała się Darcy jakby odpowiedź uważała za coś oczywisego.

              - To czemu teraz ich zostawiłaś i idziesz do miasta? Nie będą zazdrośni? - Kelnerka próbowała chociaż trochę odgryźć się blondynce. Ta jednak znów wydawała się być rozbawiona pytaniem.

              - Nie, chyba nie. Gormul rozumie, że z wolą bogów nie ma się co kłócić. Jeśli zesłali mi sen o pięknej, wężowej milady to znaczy, że jest mi ona przeznaczona. Tobie też. Zbrzuchaci nas razem. Albo odda temu komu będzie miała ochotę i on albo to coś nas zbrzuchaci. Teraz będzie naszą panią której będziemy służyć. - Darcy wydawała się tego tak pewna jak akolita wyznający kredo swojej wiary w Sigmara czy innego imperialnego boga. Jej słowa wprawiły kucharkę w zdumienie i konsternację.

              - Ale ja nie chcę! - Zdążyła zaprotestować ale Darcy zatrzymała się i spoliczkowała ją aby uciszyć jej protesty.

              - Jesteś moją niewolnicą. Służysz temu komu i ja służę. Jak będziemy służyć wężowej lady to ona zdecyduje o naszym losie. Śniło mi się, że z nią figluję. Więc jeśli nas zechce to będziemy z nią figlować. A jeśli będzie miała ochotę nas zbrzuchacić to przyjmiemy ten los z godnością i dumą. Jeśli będzie miała ochotę abyśmy rozłożyły nogi przed kim wskaże to tak właśnie będzie. I jeśli chodź trochę jest tam u niej tak pięknie jak mi się śniło to będziemy u niej żyć bogato i dostatnio. Jak jesteś na tyle głupia aby nie docenić jakie spotkało cię szczęście to zawsze możesz pójść w las. Nie bój się moi chłopcy cię odnajdą. Albo zdejmij kaptur i pokaż się prawym ludziom. Na pewno okażą ci dobroć i zrozumienie. - Mówiła twardo i bezwzględnie. Zupełnie jakby chciała podkreślić nową pozycję jaką teraz zajmuje Marlene. Na koniec złapała ją brutalnie za kark i wycelowała jej twarz w nadjeżdżający z przeciwka chłopski wóz. Ruch na trakcie był całkiem spory, zwłaszcza tych jadących od miasta. Nie było się co dziwić. W końcu był dzień targowy. A o tej porze to już pierwsi chłopi mogli zacząć wracać z miasta do swoich wiosek. Szli więc na piechotę, ciągnęli swoje zwierzęta jakich nie sprzedali lub jechali furmankami z dobytkiem. Na czwórkę pdróżnych raczej nie zwracali większej uwagi. Może poza Joachimem jaki wyróżniał się mało typową szatą i Darcy jaka w swojej biało - niebieskiej sukni promieniowała jędrnością i urodą.

              - A powiedz Joachim. Wiesz coś o tej niebieskiej milady co się śniła Gormulowi? Dobrze jakbyśmy coś się o niej dowiedzieli. Chciałby ją spotkać. Pewnie też i wychędożyć jeśli młoda i płodna. Ale jeśli by dysponowała mocą to pewnie okazywałby więcej szacunku. No i jak mu się śniła to znaczy, że bogowie chcą aby ich ścieżki splotły się ze sobą. - Po drodze Darcy zagadnęła maga o tajemniczą milady o jakiej mówił wódz zwierzoludzi. Opis jednak nic Joachimowi nie mówił. Niebieski czy fioletowy nie był zbyt popularnym kolorem wśród pospólstwa. Ale wśród szlachty czy uczonych już się zdarzały takie ekstrawagancje. No i jeśli owa kobieta byłaby magiem to już w ogóle rzadkość. Bo poza nim to w mieście było ich niewielu. Z drugiej strony sporo zacnych gości przyjechało na turniej a nie musiał znać każdego z przyjezdnych. Być może właśnie błękitnokrwistne kultystki coś by wiedziały na ten temat.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
              Czas: 2519.07.22; Marktag; przedpołudnie
              Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; ziąb (0)

              Joachim, Łasica i Burgund

              W miarę jak się zbliżali do miasta z trzewi lasu zaczęła podnosić się mgła. A ludzi wędrujących od miasta zrobiło się jakby więcej. Widzieli już prześwity skraju lasu zwiastujące, że zaraz za nimi jest przerwa jaka ciągnie się aż do miejskich murów. Miała ona wystawić przeciwnika na widok uniemożliwiając mu skryte podejście. No i na bełty i strzały obrońców. Tutaj zgodnie z planem magistra trójka towarzyszy została na trakcie robiąc sobie postój. On zaś samotnie ruszył ku południowej bramie. Nie miał żadnych kłopotów z jej przekroczeniem. Wzbudził co prawda zaciekawione spojrzenia strażników ale zapewne ze względu na swój nietypowy strój. Nie na tyle jednak aby go zatrzymywać. Wszedł więc na wybrukowane ulice i ruszył w stronę portu. Jak się wcześniej nie było umówionym z Łasicą to najpewniej było jej szukać w jej ulubionej tawernie albo u Pirory. Nawet jakby jej tam nie było to można było się rozpytać albo zostawić jej wiadomość. Od południowej bramy do Alei Mew było nieco bliżej niż na Bursztynową 17.

              Wewnątrz panował gwar chociaż daleko mu było do wieczornego tłoku. Pora była zbyt późna na śniadanie a zbyt wczesna na obiad. Jednak zastał obie koleżanki z kultu. Niebieskowłosa i burgundowa łotrzyca siedziały przy wspólnym stole ale dostrzegły go i zamachały ku niemu. Po chwili już siedzieli we trójkę.

              - Pofarciło się nam dzisiaj na targu. Właśnie to oblewamy. I zastanawiamy się czy jeszcze tam nie wyskoczyć. - Pochwaliła się Burgund pokazując na gliniany kielich jakim zapijały późne śniadanie. Obie wydawały się być w wyśmienitych humorach.

              - A w ogóle wczoraj spotkałam ciekawą osóbkę. Starszy mnie wysłał. Śniła mu się przy posągu syreny. Faktycznie ją tam spotkałam. Milutka. Wydaje mi się, że to ta nowa kelnerka stąd ale nie jestem do końca pewna. Ciekawe. Jak ją Starszy wyśnił to może dziewczę też czuje zew którejś z Sióstr. I to pewnie naszej skoro ciągnie ją do syren. A ciebie co sprowadza? - Łasica za to podzieliła się z plotką z wczoraj. Joachima i tak nie było wtedy w mieście więc nie miał szans się na to załapać.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Warsztatowa 36; kamienica Lebkuchenów
              Czas: 2519.07.22; Marktag; przedpołudnie
              Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; ziąb (0)

              Otto

              - Oj tam co łaska. Przecież całkiem miło było nie? Poznasz mnie z tą bogatą milady to będziemy kwita. - Zgrabna i jędrna blond wieśniaczka też była w świetnym humorze. I z wielkimi nadziejami na poznanie owej tajemniczej pani o jakiej wspomniał mnich. Nawet na zapłacie w monetach tak jej już nie zależało. Tylko chciała wiedzieć jak się będą kontaktować. Bo ona do miasta to normalnie by wróciła dopiero za tydzień, na następny dzień targowy. Inaczej mnich musiałby jej szukać w Dehler osobiście lub wysłać kogoś bo nie było co liczyć, że w wiosce ktoś by przeczytał jakiś list.

              - Ja jeszcze do południa będę tutaj. Jakbyś miał ochotę to zajdź. Możemy znów wyskoczyć na pięterko jakbyś chciał. Albo mogę ci pokazać jak harcujemy z Konradem. Albo jakbyś z tymi chutliwymi koleżankami przyszedł to też. - Elke zapewniła go o swojej życzliwości i woli współpracy zapraszając go na kolejne spotkanie nawet dzisiaj. Z tym, że Otto nie był pewien czy nawet jakby chciał się z nią spotkać jeszcze dzisiaj to czy się wyrobi z innymi sprawami. Jak choćby z wstydliwym problemem cukierników i ich dorodnej córki.

              Właśnie do nich się udał. Z Placu Targowego nie miał tak daleko. Podobnie jak do swojego mieszkania. Tylko bardziej na wschód niż na zachód. Ulica Warsztatowa była solidnie utrzymana i w miarę czysta. Mieszkali tu głównie kupcy i rzemieślnicy stąd nazwa. Lebkucherowie na tyle dobrze prosperowali, że mieli własną kamienicę. Statusem już zbliżali się do biedniejszej szlachty i wśród mieszczan stanowili wyżyny do jakich można było się wspiąć bez błękintej krwi czy służby w marynarce albo wojsku. Nic dziwnego, że na parterze była ich firmowa cukiernia. A z niej dobiegały aromatyczne zapachy słodkości jakie wypiekali. Jednookiemu mnichowi na tym kończyły się informacje gdzie oni dokładnie mieszkają więc musiał zapytać o to w cukierni. Powiedzieli mu, że na pierwszym piętrze. Wszedł więc na klatkę schodową i zapukał. Tutaj nadal czuł aromat pierników i ciastek od jakich ślinka ciekła do ust. Po chwili drzwi otworzył mu jakiś mężczyzna w średnim wieku i zapytał grzecznie czego sobie życzy. Cukiernicy widocznie mieli służącego co też przypomniało zwyczaje panujące w szlacheckich domach.

              Służący go wpuścił i prosił aby poczekać. Podobnie jak to się działo gdy Otto wizytował u von Mannliebów. Czasem i Pirorę jeśli akurat przyszedł, że miała jakichś gości spoza kultu i wypadało zachować maskaradę, że nic nieprzyzwoitego ich nie łączy. Po tej chwili rozmyślań służący wrócił do krótkiego korytarza w jakim zostawił gościa oznajmiając mu, że państwo są gotowi go przyjąć. I zaprowadził go w głąb mieszkania do salonu. Ten był całkiem przyjemnie urządzony, niczym skromniejsza wersja szlacheckich apartamentów. I tu przywitała go dwójka gospodarzy.

              Mężczyzna wydawał się starszy od kobiety. Ale raz, że życie mogło mu bardziej dokuczyć, dwa to, że mężczyzna żenił się z wyraźnie młodszą kobietą było powszechne. Oboje byli ubrani jak na dobrze sytuowanych mieszczan przystało. Dyskretnym urokiem bogactwa u niego był pierścień a u niej ładne kolczyki. Zwykłych kupców czy rzemieślników pewnie nie byłoby stać na taki dodatek i to w dzień powszedni a nie na mszę w Festag gdzie każdy zakładał co miał najlepszego. Mimo wszystko do ozdób jakie widywał u Pirory czy Fabienne to jednak sporo jeszcze im brakowało.

              - Pochwalony bracie. Cieszymy się, że wasz przeor tak szybko kogoś przysłał. Nazywam się Frederick Lebkuchen. A to moja szacowna małżonka, Renate. - Gospodarz przedstawił siebie i swoją szczupłą i zadbaną małżonkę. Wyglądało to na całkiem zwyczajne powitanie jednak szybko nietypowość sprawy wzięła górę i nastąpiła chwila krępującego milczenia.

              - Zapewne przeor zaznajomił cię bracie ze sprawą. Chodzi o naszą córkę. Nasza ukochaną Teofano. - Ojciec spróbował pociągnąć temat ale szybko stracił wątek i dało się wyczuć, że wstyd go zjada.

              - Ja zapewniam, że ona nie ma żadnych robaków. Dziś rano wykąpałam ją i sprawdziłam. Wszystko z nią w porządku i nie ma żadnych robaków. - Matka wtrąciła się broniąc swojej córki jak lwica.

              - Mnie już nie wypada ale całkowicie wierzę mojej Renate. - Mąż przytaknął jej gorliwie jakby mu ulżyło, że ten początkowy korek w rozmowie jakoś udało się przepchać. - Ale może brat z nią porozmawia. Ona ostatnio dużo mówi o tych robakach. Nie wiem dlaczego. Przecież u nas w domu ani w cukierni nie ma żadnych robaków. Nie wiem skąd to jej przyszło do głowy. - Ojciec był wyraźnie zmartwiony takim zachowaniem dorosłej córki. I nie widział racjonalnych przesłanek do czegoś takiego. Mnich jednak wiedział, że jeśli śmiertelnik odczuwał zew którejś z Sióstr to otaczająca go rzeczywistość nie miała takiego znaczenia.

              - Mówiła, że jej się śnią. I różne dziwne rzeczy. Ja też miewam dziwne sny no ale nic takiego co ona opowiada. Próbowałam się z nią modlić i odmawiać psalmy na oczyszczenie duszy ale nie wiem czy to coś pomogło. Ostatnio mniej mówi o tych robakach ale nie wiem czy po prostu tego nie przemilcza. - Matka obdarzyła mnicha proszącym spojrzeniem swoich całkiem ładnych oczu. Jej postępowanie było logiczne, powszechnie uważano, że zepsucie ciała zaczyna się od zepsucia duszy więc modlitwa, post, umartwianie się były uważane za skuteczne lekarstwo przeciwko takiemu zaprzaństwu.

              - Dlatego pomyśleliśmy, że może jak jakiś duchowny z nią porozmawia, pomodli się to może to pomoże. - Gospodarz zakończył przedstawianie swojej kłopotliwej sprawy i teraz oboje patrzyli prosząco na mnicha czekając na jego reakcję.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Online
                SantorineS Online
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #236

                Oryginalny autor: Santorine

                Egon szedł przed siebie miarowym, solidnym tempem. Choć trening imperialnego gladiatora nie był czymś, co sprawiło, że nawykł do długich marszy, radził sobie wcale nieźle. Wszakże marszruta po nizinnej, nordlandzkiej ziemi była niczym, z czym wojownik miał do czynienia w swej przeszłości.

                Rozmowy z Raisą, Astrid i Larsem dały Egonowi do myślenia. Kończył się etap podróży do Neues Emskrank i wkrótce miał rozpocząć się ten właściwy - zasadzenia takiego kwiatu w mieście, który z czasem wyda krwawy plon i być może z czasem włodarze miasta położą swe bezwartościowe łby na ołtarzu ofiarnym. Krew dla boga krwi, czaszki na tron czaszek.

                Do pierwszej rundy rozmów Egon podchodził ostrożnie i odpowiadał zdawkowo, nie negując niczego, ale i niczego nie obiecując. Dopiero po pewnym czasie, kiedy już podumał nieco nad tym, o czym do niego powiedzieli Raisa, Lars i Astrid, zaczął układać pewien plan.

                Interesy Larsa i Raisy wydawały się być w najbardziej oczywisty sposób powiązane - zmiarkował Egon. Najemnik z Norski chciał szybkiego i w miarę pewnego zysku na handlu niewolnikami, zaś czcząca plugawego, mrocznego boga trucicielka i guślarka postrzegała zysk na zasianiu larw Oster. Egon zastanawiał się - czy przypadkiem on i Lars, zakręciwszy się wokół handlu niewolnikami, nie mogli by znaleźć dla Raisy dorodnych okazów, które starucha mogła bezpiecznie wykorzystać w swej hodowli larw? Wystarczyłby jaki tuzin bab złowionych z dalekich ziem, byleby tylko miały funkcjonalne łona, żeby zaspokoić guślarkę. A i Lars przecież mógłby na tym zyskać, jeśli tylko kobiety by można sprzedać po wszystkim. Koniec końców, sam Egon, na spółkę z Silnym i może paroma innymi wykidajłami, mógłby zapuścić się parę dni na południe, aby napaść tu i ówdzie na karawany i sprzedać paru z nich jako niewolników, a paru rozdysponować na pożytek Raisy…

                Rzecz z Astrid prezentowała się nieco inaczej. Norsmenka, jako córka jarla, chciała zbratać się z Froyą van Hansen i rabować jakieś grobowce, których istnienia Egon nawet nie podejrzewał. Także i tu Egon myślał, czy w jaki sposób nie połączyć tych dwu zamysłów - Froyę van Hansen zapewne łatwo byłoby zwabić perspektywą łowu w okolicy kurhanu, a kto wie, czy Froya nie chciałaby także wypuścić się na sam grobowiec jako kobieta odważna i przedsiębiorcza… “Froya van Hansen rabująca grobowce, niby pospolite parchy, co trupom świecidełka wyrywają z przegniłych palców?” - dumał Egon. Może i rzecz byłaby możliwa, jeśli tylko by przekonać szlachciankę jakoś, że w grobowcu jest część jej dziedzictwa, skoro tak się fascynowała swoimi korzeniami z Norski.

                Poniechawszy dumanie wreszcie, odrzekł każdemu z członków jego drużyny.

                Lars

                Do Larsa zwrócił się jako pierwszego.

                – Trzeba będzie jaką łódź skołować, najlepiej z dala od miasta, albo przynajmniej taki przyczółek założyć, byśmy mogli wypływać nie niepokojeni – Egon skonstatował. – Żeglarz ze mnie taki, jak z piczki kuźka, czyli żaden. Ale to nas nie powstrzyma… Mam to i to.

                Egon potrząsnął swoim toporem i napiął muskuły.

                – Chcesz łodzi, łódź będzie, ale nie od razu. Trza mi będzie się zorientować, skąd by to mieć. Pirora albo i kto inny ze zboru będzie nam w stanie pomóc. Może i mistrz, on dojście ma do wielu kątów. Trza będzie się popytać.

                Raisa

                – Ano słuchaj, Raiso… Dobrze rzeczesz – głos Egona był zamyślony, bowiem na przymilny nie mógł zdobyć się nijak. – Dobrze gadasz, wszak na arkanach się znasz. Tak sobie żem myślał, z Larsem byśmy mogli coś zorganizować. Kiedy dojdziemy do miasta, mus mi nieco czasu z nim spędzić, tedy byśmy mogli jakie dziewki tobie przynieść. Do zasiania jaj Oster, rzecz wiadoma. Cierpliwa musisz być, rzecz sporządzimy.

                Astrid

                – Z Froyą van Hansen żem trolla usiekł – rzekł. – Respekt przede mną ma, chyba. Ale to, że milady się każe tytułować drażni mnie. Jeśli to, co rzeczesz, jest prawdą, Froya mogłaby pomóc nam przy kurhanach, jeśli tylko byśmy mogli rzecz jej łatwo sprzedać. Zaufanie jej zyskać jakoś. Może ty tu więcej dokonasz, z Norski przecież pochodzisz. Nagadasz jej o dziedzictwie i może uda nam się wyprawić… Ale znając van Hansen, będzie potrzebowała jakiegoś dowodu. Co do mnie, rabować stare groby mogę. Któż wie… Może będzie tam coś, co przyda nam się w rozszerzeniu kultu.

                Przy wybrzeżu
                Koniec końców, musieli dojść do miasta, żeby wszystkie te plany wprowadzić w ruch. Najpierw Lars i niewolnicy, później Froya van Hansen i Astrid. A może i trochę tego i tego, jak czas i jego mroczny patron mogli pozwolić.

                Jedyne, o czym myślał, to w jaki sposób rycerz w jego snach i turniej miały wpasować się w jego plan. Być może przeznaczenie właśnie działało w taki sposób - zastanawiał się Egon - że najpierw potrzeba doprowadzić rzecz kamratów do końca, a na końcu sam rycerz się pojawi? Jaja Oster Raisy byłyby świetną bronią podczas nadchodzącego turnieju, więc Egon musiał sprawę niewolników dla Raisy i Larsa sprawić jako pierwszą.

                Na uwagę Sorii co do tego, że puściłaby się przodem, skinął głową. Sądził, że to dobry pomysł - syrena przepatrywałaby niebezpieczeństwa przodem.

                Egon spodziewał się, że nawet, jeśli po drodze natrafiliby na jakieś niebezpieczeństwo, on sam musiał rzeczy rozwiązywać. Nie mógł polegać na syrenie. Wszak przybył na ten ląd bez niej.

                – Niech i tak będzie, lady Soria – Egon skinął głową. – Idź zatem przodem, my dołączymy do ciebie jak najszybciej. Zobaczymy się już w Neues Emskrank! Nie zapomnij tylko o pierścieniu…

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #237

                  Oryginalny autor: Santorine

                  Lars

                  - To dobrze! Toś mi brat! Tak czułem, że masz głowę na karku! - Korsarz roześmiał się rubasznie i poklepał masywne ramię gladiatora. Widać było, że ucieszył się z takiej odpowiedzi.

                  - Łódź i załogę. Bo na taką rybacką dłubankę to starczy nas dwóch czy trzech - wskazał na siebie Bjorna jaki szedł przed nimi. - Ale na otwarte morze to trzeba coś większego. No i załogę. Ale spokojnie, jak tam jest port to pewnie coś się znajdzie. Z zaufanymi ludźmi może być trudniej. Może jak na tym targu niewolników spotka się kogoś od nas to się da zwerbować. Albo coś się wymyśli. - Lars pokiwał głową i był w dobrym humorze. Miał rację co do załogi. Ostatnie kilka dni spędzili na długiej łodzi Widłorogiego, to Egon sam widział codziennie jak jakieś dwa tuziny załogi wiosłuje lub odpoczywa. Nie był pewien czy jakby zebrać cały ich zbór do wioseł to czy by się udało im obsadzić łódź podobnej wielkości.

                  Egon, wysłuchawszy słów Larsa, myślał nad planem. Nijak bowiem sam nie mógł skołować tej łodzi, musiał tu się zdać na swych kamratów z kultu. Rzecz o wyprawach morskich była Egonowi całkiem nieznana.

                  – Nie pamiętam, czy kto by u nas się w porcie rozeznawał – rzekł wreszcie Egon, próbując sięgnąć pamięcią do zamierzchłych czasów, kiedy przebywał w Neues Emskrank na stałe. – Hmh.

                  – Potrzeba by było z dziesięciu, dwunastu ludzi, tak myślę – rzekł niepewnie. – Żaden z nas się pływaniem nie zajmował, rozumiesz, tam, w Neues Emskrank. Ale pewnie znajdzie się paru, którzy mają dojścia… Zaczniemy od odpytania się, zorientowania.

                  Egon pomyślał o piratach Morza Szponów, notorycznych z powodu swej krwiożerczości i paktowaniu z mrocznymi siłami. Zastanowił się - czy starszy kultu znał kogoś lub ktoś z kamratów znał się na nich?

                  W kulcie byli zawodowi marynarze. Jak choćby Kurt Kuternoga, co zanim nie osiadł w mieście na stałe to był bosmanem. Podobnie Vasilij co trudnił się przemytem, pewnie znał lokalizację wyspy gdzie odbywał się nielegalny handel z niewolnikami włącznie. Miał nawet własną łódź i załogę. Tylko, że właśnie na niej popłynęli razem z Mergą do Norsci. A Kurt, jako najbardziej doświadczony żeglarz także. W tej chwili więc zapewne w mieście nie było tak łatwo zwerbować kogoś z doświadczeniem morskim. Ale z drugiej strony obie łotrzyce, Silny, może Pirora albo Starszy faktycznie znali kogoś odpowiedniego.

                  Egon przypomniał sobie też swoje ostatnie spotkanie w tawernie przed akcją obrabowania świątyni Mananna. Prawie cały zbór się zebrał i było to też jak pożegnanie. Po zmroku już ruszyli albo w umówione miejsca wokół świątyni albo na łajbę Vasilija a po akcji zabrali fanty na wóz i właśnie wsiedli do łodzi przemytników, w środku nocy, dyskretnie opuszczając miasto i wypływając na wody zatoki. Ale zanim to się stało sam widział jak lady Soria, przebrana za zwykłą dziewczynę a nie szlachciankę, dała popis śpiewania szant. I w połączeniu z jej urokiem osobistym sprawiło, że Łasica żartowała, że gdyby Soria wtedy werbowała do załogi to na pewno by miała wielu chętnych.

                  - To dobrze. W porcie to marynarzy zawsze jest pełno, tych co szukają noweg statku też. Ale grunt aby pewni byli. Bo u was to strachajła, ledwo zobaczą nasze żagle i już portki pełne. A jeszcze trzeba aby trzymali gęby na kłódkę. Na ten targ to można by popłynąć w parę osób. Zobaczymy kto tam będzie. Może się uda kogoś zamustrować. Szkoda, że nie da się posłać wiadomości do nas bo by pewnie paru chętnych się znalazło. Zwłaszcza jakby było tu dużo do rabowania, walki i chędożenia! - Zaśmiał się Lars ale urwał bo gwałtowne ruchy żeber uraziły jego świeże rany. A Egonowi coś świtało, że Starszy to chyba mówił kiedyś, w zimie, że miewał jakieś wspólne sny z Mergą. Stąd się w ogóle dowiedział, że trafiła do kazamat. Ale gladiator nie był pewien czy teraz to by działało jak rogata popłynęła do Norsci.

                  – Popytam się Starszego – rzekł Egon. – Hmm… Tak se myślę, trzeba by wcielić tych nowych marynarzy do kultu… Albo jakoś ich umieć kontrolować. Może Starszy będzie wiedział. Chodzi mi o to, że skoro będziemy niewolników transportować, to przecie wydać się rzecz nie może. Tak więc żem miarkował, może Starszy by wiedział jaki sposób, może jakieś znamię mógłby naznaczyć na nich, żeby w razie ucieczki ciążyło na nich. Jeśli mieliby znaki chaosu, musieliby przestawać z nami, albo czekałaby ich pewna śmierć od inkwizycji.

                  - No ja to nie wiem jak to u was jest. Tyle, że wiara w naszych bogów jest u was zakazana. - Lars skrzywił się i uniósł dłonie w obronnym geście aby zaznaczyć, że nie czuję się na siłach coś doradzać czy pouczać w tej materii.

                  - Ale wiem, że często złoto potrafi zamknąć wiele ust. Jak będą z tego handelku zyski i przyjemności to potrafi to zmiękczyć wiele serc. Tylko trzeba by znaleźć takich co nie zadają zbyt wiele pytań a wolą się cieszyć złotem, winem i udami ladacznic. Przecież ten wasz Vasilij co do nas przypłynął też jakoś musiał tutaj skompletować załogę no nie? Można by jeszcze popłynąć do Marienburga, Salkalten czy Erengardu ale do tego to już trzeba mieć jakąś łajbę. Ale nie przejmuj się Egonie, jak jest port to i jacyć chętni się marynarze zajmą. I tak najpierw trzeba by znaleźć odpowiednią łajbę aby wiedzieć ilu i jakich ludzi potrzeba. Bo ja trochę pływałem na łajbach południowców i taką kogą to się pływa inaczej niż naszą długą łodzią albo knarą. A podobno u was jakaś szkoła morska nawet jest to tym bardziej powinno być nadmiar marynarzy. - Lars wydawał się być dobrej myśli. Nawet jeśli teraz rozmawiali tylko o ogólnych zarysach planu zorganizowania łodzi i załogi. Oczywiście statków i załóg było w mieście sporo ale już takich zdeprawowanych co by przystali na handel niewolnikami z Norsmenami to byłoby zapewne o wiele mniej. I nawet z tą szkołą miał rację bo nawet z zatoki w porcie, widać było mury Akademii Morskiej a mąż Fabienne to nawet miał tam jakieś powiązania bo był morskim kapitanem. Dlatego go tak często w mieście nie było.

                  – Iście – rzekł Egon. – Dobry to plan. Zajmę się twymi sprawunkami w pierwszej kolejności. Twoimi i Raisy… Jeśli tylko mój patron pozwoli.

                  Myśli Egona wybiegały w stronę nadchodzącego turnieju - oby tylko miał dość czasu, aby rzecz sporządzić dla Larsa.

                  - Dobra myśl. Wiedziałem, że masz nie tylko mięśnie ale i głowę na karku. Zobaczysz, razem nieźle się obłowimy w tym mieście. - Zaśmiał się Lars poklepując gladiatora po jego masywnym ramieniu.

                  Raisa

                  Egon miał wrażenie, że chyba właśnie został ulubionym wnusiem starej wiedźmy. Pierwszy raz widział jak się uśmiechnęła na swojej pomarszczonej i zniszczonej twarzy. Zaskakująco czule pogłaskała go po ramieniu jak babcia swojego wnuczka.

                  - Jakbyś się źle poczuł albo coś ci dolegało to przyjdź Egonie. Jakby rany doskwierały, na te dziewki by coś było trzeba. Do uspania, do pobudzenia czy co to też przyjdź. - Starucha powiedziała troskliwym tonem.

                  - A te dziewki to dobra rzecz. Może same by chciały? Pewnie nie wszystkie ale niektóre być może. - Zaczęła mówić gdy szli obok siebie. Chwilowo reszta grupki samotnie lub w dwójkach szła plażą przed nimi. Tylko Zoga nie było widać ale odkąd rano ruszyli z obozu to często tak znikał.

                  - Jak znudzone ladacznice, takie od Węża, to może same by chciały. To coś nowego. Tam gdzie najbardziej lubią - Prychnęła z rozbawienia gdy poklepała się po brzuchu okrytym zmechaconą suknią. - Bo nie wiem czy wiesz. Ale mówi się, że to jaja i dziedzictwo Oster. I to prawda. Ale do jaj każda z Sióstr dołożyła swój pierwiastek. To powinno być widać po dorosłych muchach. W jajach to jeszcze nie. A więc i częściowo by niektóre były od Soren. A ona lubi chędożenie i przyjemności. Może nawet której by się to spodobało? - Mówiła jakby dzieliła się z nim swoimi przyjemnościami. Zadarła głowę aby spojrzeć na niego gdy to mówiła.

                  - Możliwe. Też bym to chciała sprawdzić. Może jakby jakaś raz się dała zasiać to potem sama by chciała jeszcze? Zwłaszcza jeśli pierwiastek Soren byłby w niej i jajach silny. - Pokiwała swoją rozczochraną głową do swoich przemyśleń. - Albo choroba. Zasiać je jako lekarstwo. Coś co pomaga wyciągnąć chorobę od środka. U was, południowców, to by mogło zadziałać na przekonanie. Można by im powiedzieć, że choroba wyjdzie wraz z czerwiami i się je od nich zabierze. - Rzekła mu drugi pomysł jaki miała aby zachęcić do zasiania potencjalne nosicielki. - Albo bieda. Sam wiesz jak jest. Rodzice oddają swoje pacholęta na służbę i do pracy aby się pozbyć gęby do wykarmienia. To z biedy. Może jakby zapłacić to i jakaś dałaby się zasiać. Połowę przy zasianiu, połowę przy odbiorze czerwi. I może by się któraś skusiła. - Wiedźma przedstawiała co wymyśliła aby zwiększyć szanse na pozyskanie jakiejś nosicielki.

                  – Dobrze prawisz, Raiso – Egon pokiwał głową. – Nie trzeba będzie od razu zaczynać od porywań i rabunków, kto wie, niejedna ladacznica w burdelu by oddała siebie za zarobek… Te jaja nic nie robią, nie? – zapytał się, dla pewności. – Kiedy rzecz się wykluje, człowiek żyje dalej?

                  Egon roztarł swoją siwą brodę.

                  – A, i rzeknij mi jeszcze – dodał – kiedy jaja się wykluwają, jak kontrolujesz owe muchy?

                  - Jaja nic nie robią. Czerwie mogą. Jest jakaś szansa, że zamiast do wyjścia pójdą gdzieś indziej. Ale raczej nie powinny. Do wyjścia najłatwiejsza droga. A jak już wyjdą to się nimi zajmiemy. A ladacznice można zasiać znowu. Czcigodna Merga mi mówiła, że jak odpływała to już parę miotów przyszło na świat i żadnej nosicielce nic się nie stało. Bo najczęściej wszystko jest w porządku, tak mówią święte zapiski Oster jakie czcigodna Merga mi pokazała. Chyba, że przeładować ladacznicę. Bo czerwie jak rosną to zajmują coraz więcej miejsca. Gdyby poświęcić ladacznice na jeden miot można by ją załadować aż pęknie. Ale trochę szkoda. Na dłuższą hodowlę lepiej je oszczędzać. Teraz czasu mało bo gdyby robić ten atak z muchami w zimie czy na wiosnę to nawet kilka ladacznic by starczyło aby uzbierać duże stado. No ale jak to ma być za dwa, trzy tygodnie a jaja potrzebują czasu aby dojsć do dorosłych much to czasu mało. Można to nadrobić większą ilością nosicielek. Dlatego Egonie, musimy się spieszyć aby ich zdobyć jak najszybciej i najwięcej. - Pokiwała swoją rozczochraną głową gdy zamyślonym tonem mówiła o muszej hodowli z udziałem żywych nosicielek. Wydawała się do tego podchodzić jak hodowca do swojego stada jakie trzyma na handel. Zresztą Sigismundus zdawał się myśleć podobnie. Dlatego miał taki żal, że żadna z koleżanek nie dała się zasiać. Oprócz tej Laury z zamtuza a ona nawet nie była w kulcie. No chyba, że się przez ten tydzień co był w Norsce coś zmieniło.

                  - A muchy będzie trudno kontrolować. Wyhodowane są w ludziach więc będą atakować ludzi. Zapewne zależy od pierwiastka patronki, będą atakować trochę inaczej. Te od waszej Norry pewnie będą brutalne i krwawe. Te od Vesty mogą omamić i odmienić. Te od Soren sączyć słodycz i spółkować. A te od naszej Oster obdarzać jej błogosławieństwem. Ale wszystkie pochodzą z ludzkiego łona więc będą atakować ludzi. Merga mi mówiła, że chcecie je wypuścić w jakieś sali balowej czy podobnym zbiegowisku. Dobrze, zwłaszcza jak zamknięte pomieszczenie. Muchy będą atakować jak leci. Wtedy lepiej być poza ich zasięgiem. Można też mieć nasze amulety i znaki, muchy są częściowo z innego wymiaru więc mogą wyczuć takie rzeczy. Ale pewności nie ma, zwłaszcza jak wpadną w amok i będą atakować jednego człowieka po drugim. Ja jeszcze będę musiała je zbadać czy dam radę jakoś dokładniej nimi kierować. Widziałeś ten rój co wam wczoraj wysłałam na pomoc przeciwko krabom? Mogę spróbować coś podobnego z muchami Oster ale one są większe, silniejsze i będzie trudniej je opanować. Dlatego najpierw musiałabym je poznać i zbadać. - Wiedźma wyjaśniła jak to rzecz się ma z tymi muchami. Ogólnie pokrywało się to z planem Starszego. Faktycznie zbór chciał zaatakować możnych i znamienitych gości na przyjęciu. To by skompromitowało władze i wywołało chaos w mieście. Kolejna wpadka po zimowym uwolnieniu rogatej wiedźmy z kazamat i niedawnym obrabowaniu najbogatszej i najpotężniejszej świątyni w mieście. Pod tym względem śmierć księżnej - matki nieco im pomieszała szyki bo teraz nie wiadomo było kiedy i czy w ogóle będzie ten turniej i związane z nim uczty i bale. Z drugiej jednak dała im dodatkowy czas na przygotowania. Choćby na odnalezienie kolejnych artefaktów związanych z Siostrami czy spotkanie lady Sorii albo chociaż zaczęcie hodowli dziedzictwa Oster.

                  – Tedy rzeczesz, że owe muchy to niby mieszanka, co czasem mistrzowie umieją warzyć, co wybucha niby kula armatnia! – zawołał Egon. – Raz wypuścisz, ognia kontrolować nie sposób. Rzeknij no jeszcze, jak te muchy się przechowuje? Co żrą, oprócz mięsa ludzkiego?

                  Egon przystanął na chwilę, kalkulując. Jeśli muchy trzeba by wypuścić za trzy tygodnie, to faktycznie mieli niewiele czasu, aby działać. Gladiator musiał zatem zająć się sprawą Raisy czym prędzej – spodziewał się bowiem, że rzeczy Larsa i Astrid mogły zająć wyjątkowo dużo czasu, szczególnie zaś sprawunki Astrid.

                  - Ha! One nie żrą mięska ludzkiego! Ani żadnego innego. - Jego uwaga rozbawiła staruchę zupełnie jak jakiś żarcik ulubionego wnuczka rozbawiłby jego babcię. Zadarła głowę aby spojrzeć w bok na twarz idącego obok niej brodacza. Pogłaskała jego ramię swoją chrpawą ręką jakby dała znać, że wybacza mu tą niewiedzę z hodowli jaką się dotąd nie zajmował.

                  - One żrą płyny. Podobnie jak zwykłe muchy. Nie mają zębów, nie mogą jeść czegoś twardego. Zasysają tutkami płyny. Najlepiej coś słodkiego jak woda z cukrem czy miodem. I mają inną przemianę materii, jak mówiłam, nie do końca to są tak żywe stworzenia jak ty, ja albo zwykłe muchy. Częściowo są z innego wymiaru. Dlatego osoby obdarzone mocą mogą je wyczuć swoim niewidzialnym okiem. Jakby jakaś ladacznica miała w sobie czerwie to ja bym pewnie mogła to wyczuć. Im więcej tym bardziej, może jakby były małe albo same jaja to jeszcze nie. Dlatego Merga wam zostawiła te pierścienie co ci lady Soria mówiła. One nie tylko nieco zmieniają wygląd ale też maskują te czerwie aby kapłani i magowie nie byli w stanie ich wykryć. Przynajmniej pobieżnie i gdy nie wiedzą, że coś takiego istnieje. Mądrze to czcigodna wymyśliła, ma wielką moc i mądrość. W każdym razie jakby nic nie dawać jeść i pić muchom to też by tak szybko nie padły bo nie do końca to są tylko żywe stworzenia. - Wiedźma z zapałem wyjaśniła mu kolejny detal z hodowli much Oster. I wydawała się być dobrze z nim zaznajomiona a o rogatej wiedźmie jaka została w Norsce, wyrażała się z podobnym szacunkiem jak Astrid o lady Sorii.

                  Egon skinął głową.

                  – Tedy postanowione? – rzekł. – Jaja Oster będą dobrą bronią na turnieju. Mus mi się z rzeczą rozprawić jako jedną z pierwszych, kiedy przybędziemy do miasta.

                  - No tak, trzeba zdobyć jak najwięcej ladacznic. Kupić, okłamać, porwać, namówić, zbałamucić. Nieważne. Ważne aby było ich jak najwięcej bo czasu mało a larwy i muchy muszą dojrzeć aby być gotowe do ataku. Im więcej jaj zasiejemy w ladacznicach tym większe będziemy mieli stado do ataku. A od zasiania to dwa, trzy tygodnie mijazanim będą muchy w pełni dorosłe. - Starucha pokiwała głową i wydawała się być zdeterminowana aby w godzinie próby zbór dysponował jak największym stadem much do ataku na wspólnych wrogów.

                  Astrid

                  - No tak, ona chyba wielka pani tu jest. Norma mi mówiła. Że ma wielki dom, piękne konie i dużo dobrej broni. - Blondynka szła obok niego i pokiwała energicznie głową na znak aprobaty. I szybko rzekła co sama usłyszała o szlachciance jeszcze w Norsce od Normy.

                  - Czyli znasz ją? I możesz mnie z nią poznać? To byłoby cudownie! I jeszcze jakby z nami poszła na te kurhany to byłoby w sam raz materiału na nową sagę! - Ucieszyła się, że tak dobrze to wygląda. - I pewnie, jak mnie z nią poznasz, to chętnie z nią porozmawiam. Jestem ciekawa jaka ona jest. No i czy naprawdę mówi po naszemu. Norma mówiła, że tak, chociaż nie tak jak my. - Córka jarla wydawała się być myślami już u progu nowej przygody i to razem z tutejszą szlachcianką i Egonem.

                  – Van Hansen zdaje się być nawykła do wydawania rozkazów – rzekł gladiator. – Szlachetka, widzisz. Jeśli byś miała ją przekonać, musiałabyś być ostrożna… Nie moja to rzecz, nie rozeznaję się. Jak kobieta kobietę, widzisz. Froya musiałaby uwierzyć, że to był jej pomysł… Jeno wtedy. Jeśli nie zawadzi, moglibyśmy wybrać się na łów z Froyą jako pierwszą rzecz, jeśli nie zawadzi mi to w sprawunkach dla Larsa i Raisy…

                  - No tak, bo ona to też jakby córka jarla. Tak? - Widocznie Astrid jakieś pojęcie o hierarchii imperialnej miała ale nie aż tak aby przypasować sobie ekscentryczną, blondwłosa szlachciankę to znajomych wzorców z Norsci. Z jednej strony to Neus Emskrank nie miało jarla, co najwyżej burmistrza, radę miejską, kapitanów statków i Akademii Morskiej. Z drugiej to rodzina van Hansenów, należała do najważniejszych w mieście więc pod tym względem porównanie Astrid było dość trafne. Ale ona sama nie była tego pewna i zerkała na gladiatora czy potwierdzi jej domysły czy nie.

                  - Ale ja to chętnie ją poznam. Od Normy i Mergi, słyszałam ciekawe rzeczy o niej. I nawet imię ma takie północne. U nas też się trafia. Jedna z moich koleżanek też ma na imię Froya. Tylko my to trochę inaczej wymawiamy. - Podzieliła się z nim tymi ciekawostkami o jej ojczyźnie i tutejszej krainie. Nawet zademonstrowała mu jak się u nich wymawia imię blondwłosej szlachcianki. Całkiem podobnie, na tyle, że dało się je rozpoznać. Ale akcent był jednak inny.

                  - Ale w łowach to ja wam nie pomogę za bardzo. Mogę wam czas umilić grą i śpiewem. Ale oczywiście chętnie z wami pojadę na takie polowanie. Może nawet Lars i Bjorn by mogli dołączyć. Chyba, że uważasz, że lepiej nie. Może ona woli w małej grupie. - Zadumała się nad propozycją gladiatora. Widać było, że główkuje razem z nim jak można by spotkać się i zdobyć przychylność szlachcianki chociaż na tyle aby zgodziła się przyjąć Astrid.

                  - A jakie masz sprawunki dla chłopaków? - Zaciekawiła się jakby z pewnym opóźnieniem dotarła do niej ostatnia informacja od Egona.

                  Egon zastanowił się chwilę. Wojownik nie był wprawny w koneksje tak, jak Pirora i w gruncie rzeczy niewiele obchodziło go, kto wychędożył kogo i jakież to z tego konsekwencje krwi wynikały. Jaki tytuł miała szlachcianka? - Egon dumał. Niewątpliwie, kobieta należała do patrycjatu miasta.

                  – Pochodzi z uznanej w tym kurwidołku rodziny, ano tak – rzekł gladiator. – Więc rzec możesz, że niby córka jarla, choć z włodarzami Neues Emskrank niespokrewniona. A przynajmniej ja nic nie wiem o tym.

                  – Trza mi będzie się z Froyą spotkać i wywiedzieć się, a najlepiej, to żebym wywiedział się przez kogoś trzeciego, zanim tam się zakręcę – Egon podjął drugą myśl, którą wyrzekła Astrid. – Bjorn mógłby dołączyć, ale Lars… Lars będzie miał swoje rzeczy.

                  I wreszcie, na pytanie na końcu, dodał:

                  – Lars rzekł, że można by w Neues Emskrank założyć intratny biznes. Trza mi to rozeznać, czy w istocie. Tedy miarkuję, że zajęty będzie owymi sprawunkami, zamiast myśleć o łowach z Froyą.

                  Tu Egon rzucił przelotne spojrzenie na Bjorna. Człek o posturze niedźwiedzia nie rozmawiał z nim, bowiem nie znał reikspiel, jednak gdzieś z tyłu głowy gladiatora błysnęło, czy przypadkiem także nie miał jakichś swoich zamiarów względem przybycia do Neues Emskrank. Cóż, czas pokazać miał.

                  – Dobry dla kultu – podjął ponownie Egon, zostawiwszy dumanie nad zamiarami Bjorna. – Tak czy inaczej, rzecz z Froyą będziemy robić ty i ja i raczej nikt inny.

                  - A to chyba nawet i lepiej. Nikt nam nie będzie przeszkadzał. - Blondynka nawet wydawała się ucieszona taką decyzją gladiatora aby spróbować tylko we dwójkę towarzyszyć tutejszej szlachciance na polowaniu. A o jej tytułach nic nie wiedział, nie interesowało go to wcześniej. Ale pewnie Pirora czy Fabiene jako szlachcianki i damy z towarzystwa w jakim też obracała się dziedziczka van Hansenów pewnie były w tej sprawie lepiej zorientowane. Jednak mógł je o to zapytać dopiero jakby się z nimi spotkał.

                  - Ale to dobrze jak ją znasz i możesz nas umówić. Jakbyśmy pojechali do lasu we trójkę to byłałby świetna okazja aby się lepiej poznać. A jak musisz się jeszcze z kimś spotkać aby sią z nią umówić to się spotkaj. Jakbym ci mogła jakoś pomóc to powiedz. - Astrid była gotowa oddać tutaj jemu pole do działania ufając, że lepiej zna miasto od niej i będzie wiedział co robić. Chociaż i tak zaoferowała mu swoją pomoc w tym wspólnym dziele.

                  - I Lars chcial założyć tutaj jakiś interes? No tak, wygląda na obrotnego. Wydaje mi się, że ma głowę do interesów. Jeszcze u nas jak był to dużo opowiadał gdzie i z kim pływał. Nie tylko na wiking ale też jako najemnik i handlarz. To się pewnie na tym zna. - Podzieliła się z nim swoją opinią na temat ich kontuzjowanego wczoraj, towarzysza podróży.

                  – Zaiste, Lars zdaje się wyrastać na tego, który będzie zasilał kult, na korzyść niejednego z nas – rzekł Egon, zadumany. – Zobaczymy, cóż z tych sprawunków wyjdzie.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Online
                    SantorineS Online
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #238

                    Oryginalny autor: Lord Melkor

                    Joachim skłonił się przed przywódcą zwierzoludzi, kiedy wraz z Darcy przyszli się pożegnać:

                    - Potężny Wodzu, dziękujemy za twoją gościnę, mam nadzieję, że ja i moi bracia i siostry z naszego Zboru będziemy mieli okazję się odwdzięczyć. Czy masz może jakiś wrogów przeciwko którym moglibyśmy cię wesprzeć lub coś, czego potrzebujesz spośród ludzkiej cywilizacji?

                    Mag musiał poczekać aż blondynka w biało-niebieskiej sukni przetłumaczy jego słowa dla wodza zwierzoludzi. Ten stał przed nimi i obserwował ich oboje swoimi zwierzęcymi oczami. Węszył nozdrzami i strzygł uszami, przez co wydawał się jeszcze bardziej odmienny ludziom niż Gnak i jego banda. Darcy zaś mówiła ich dziwnym językiem który nawet w jej ładnych ustach brzmiał dziwnie i niezrozumiale. Gdy skończyła Gormul prychnął. Chyba się zastanawiał chwilę bo świdrował najpierw ją ale na dłużej wwiercił swoje ślepia w Joachima. Obserwowało tą scenę kilku jego wojowników stojących lub siedzących w pobliżu. Była barmanka stała pokornie okazując mu posłuszeństwo. Zaś wódz w końcu prychnął i powiedział coś po swojemu. Chyba nawet coś go rozbawiło. Darcy poczekała aż skończy zanim zaczęła tłumaczyć nowemu znajomemu jego słowa. Bo ten powiedział conajmniej kilka zdań co z kolei sprawiło, że jego wojownicy zaczęli się rechotać.

                    - Hmm… Powiedzmy, że nasz wódz nie ma zbyt wielkiego mniemania o ludziach. Zwłaszcza jako łowcach i wojownikach. - Blondynka rzekła z lekkim usmiechem jakby mocno skróciła i ugrzeczniła odpowiedź herszta gorów. - Mówi, że możemy odejść. Chyba nie wierzy, że możesz mu jakoś pomóc. W polowaniu czy walce. Sam jesteś, tylko z twoim sługą, nie masz broni ani wojowników. - Tłumaczyła jaki jest punkt widzenia kopytnych. Jeśli tak było to Joachim z Ghunterem rzeczywiście prezentowali się dość mizernie na tle kilkunastu wojowników Gormula. Ale korzystając z tego, że herszt coś jeszcze mówił do nich blondynka dorzuciła tonem dobrej rady, już chyba raczej od siebie. Jakby chciała podpowiedzieć i pomóc Joachimowi zrobić nieco lepsze wrażenie na pożegnanie.

                    - Samice lubią. Chędożenie ludzkich samic zawsze im się podoba. Jak jakaś dorwą na trakcie czy w wiosce to jej nie przepuszczą jak wpadnie żywa w ich łapy. I wino czy piwo. Bo tu w lesie z tym nie tak dobrze. A chłopcy lubią sobie popić. No i broń albo pancerze. Bo tu z kuźniami też ciężko. To dobry topór czy kolczuga to cenne są. A jak widzisz chłopcy są trochę mało wymiarowi i nie wszystko co zedrą z ludzi im pasuje. - Podpowiedziała mu co jeszcze mógłby zaproponować Gormulowi jeśli chciałby być dobrze zapamiętany.

                    - Ale teraz Gormul najbardziej by się ucieszył z tej niebieskiej co mu się śniła. A jak szła w stronę waszego miasta to może nadal tam jest. Jakbyś z nią wrócił no to by było coś. - Rzuciła jeszcze ale urwała bo wódz akurat przestał żartować z kamratami i znów skierował uwagę na ich dwójkę.

                    - Dziękuje, możesz przekazać że możliwe że sprowadzimy tutaj kobiety chętne do igraszek z wojami Gormula. Nie zapomnimy o okazanej nam przyjaźni - Joachim spróbował odpowiedzieć najbardziej dyplomatycznie jak to było możliwe. Reakcja Gormula była i tak bardziej przyjazna niż się spodziewał po takim dzikim przywódcy. Dobrze to wróżyło potencjalnej współpracy w przyszłości.

                    Magister znów musiał poczekać na wymianę zdań w obcym dla siebie języku. Tym razem najpierw stojąca obok niego blondynka mówiła. Jeszcze nie całkiem skończyła a już słychać było chrapliwy śmiech zwierzludzi. Aż ciarki od niego przechodziły po plecach. To był złośliwy rechot jaki nie wróżył niczego dobrego. Ale jednak ta dzika nacja jakoś na razie nie wykonywała przeciwko niemu żadnych agresywnych ruchów. Potem Gormul zaczął odpowiadać swoim dzikim ale władczym głosem. A jego wojownicy kiwali swoimi zwierzęcymi łbami. Zresztą Darcy też, tylko wolniej. W końcu zwróciła się do swojego ludzkiego sąsiada.

                    - No jak widzisz chłopcy się ucieszyli z tego chędożenia ludzkich samic. Lepiej abyś je przyprowadził bo inaczej wychędożą ciebie. - Powiedziała mu rozbawionym tonem klepiąc go przy tym przyjaźnie po ramieniu.

                    - Postaram się… odparł astromanta, z miniejszym już nieco entuzjazmem. Chyba nie będzie się aż tak spieszył do kolejnego spotkania, chociaż jeśli uda mu się sprowadzić odpowiednie i chętne towarzystwo dla tych zwierzoludzi to na pewno mógłby z tego odnieść korzyść....


                    Rozmowy w drodze do miasta

                    - Darcy, może nie męcz już tak naszej biednej Marlene, jej chyba nie jest łatwo po tak dużej zmianie którą ja przeżyła - westchnął Joachim, zmęczony już nieco znęcaniem się przez nowo poznaną kultystkę nad nowo przeistoczoną mutantką.

                    - Lecz Darcy ma właściwie rację - czarodziej zwrócił się do Marlene - zostałaś dotknięta mocą czystego Chaosu, i teraz już los ten nie może się odwrócić. Możesz odrzucić to błogosławieństwo ku swojej zgubie, lub przyjąć je. Wtedy nasz Zbór ci pomoże, nie będziesz sama z tym wszystkim. Pośród nas jest wielu takich jak ty i wszyscy znaleźli swoje miejsce. A ty Darcy jak znalazłaś właściwą drogę? Długo byłaś w plemieniu zwierzoludzi? - Postanowił nieco dowiedzieć się więcej o tej wygadanej kultystce.

                    - Odrzucić? Myślisz, że to możliwe? Pozbyć się tego? - Marlene spojrzała na maga z nagłym przypływem nadziei. Słysząc to blondynka roześmiała się złośliwie.

                    - Nie idiotko. Przecież ci to wrosło w ciało. Co zrobisz? Odkroisz sobie połowę głowy? - Szydziła z niej jakby sprawiało jej to przyjemność. To spowodowało, że odmieniona kelnerka zrobiła minę jakby się zaraz miała rozpłakać. A kochanka zwierzoludzi przestała na nią zwracać uwagę.

                    - A ja byłam z nimi od dziecka. Moja matka chodziła do lasu się z nimi chędożyć. Szkoda, że nie urodziłam się z kopytami. Byłoby mi łatwiej z plemieniu. Niestety widocznie jestem od któregoś z ludzkich ojców mojej matki. A potem jak podrosłam to też zaczęłam chodzić do lasu aby się z nimi chędożyć. W końcu przeniosłam się do nich na stałe. Teraz jestem częścią ich plemienia. Robię za przynętę podczas napadów. Albo chodzę po wioskach i obozach aby się rozejrzeć gdzie by można napaść. - Darcy przyznała to bez najmniejszego zająknięcia. Zupełnie jakby odczuwała się bardziej zżyta z tym plemieniem zwierzoludzi niż z ludzką rasą.

                    - A co to za zbór co mówisz? To jest was więcej? Ale ta wężowa milady też tam jest? - Sama zaciekawiła się jak może wyglądać reszta kultystycznej rodziny nowego znajomego.

                    - Jest nas wielu i jesteśmy różnorodni, wężowa lady przewodzi dziewczynom lubiącym cielesne rozkosze w tym nawet ze zwierzoludźmi, myślę, że przypadniesz im do gustu. - Joachim z ciekawością przyglądał się Darcy, kobieta która nie była z cywilizacji, lecz wychowana pośród zwierzoludzi, brzmiało to interesująco.

                    - Ale są też wojownicy którym bliski jest Pan Krwi, uczeni tacy jak ja. No i wielu ma też bardziej lub mniej widoczne oznaki błogosławieństw, tak jak teraz Marlene…mamy np. kobietę, która ma kopyta zamiast stóp…tacy jak ona muszą się ukrywać ale wiemy jak ochronić naszych - Joachim starał się dać Marlene trochę nadziei, że może jej los nie będzie wcale taki zły, choć od mutacji przecież nie ma odwrotu.

                    - O, to są i dziewczyny? I spółkują ze zwierzoludźmi? O, to bardzo chętnie je poznam. - Darcy ucieszyła się z tych wieści. Zwłaszcza o innych nowych koleżankach jakie miały upodobania podobne do niej. - I jedna ma kopyta? To jak zwierzoludzie. Ciekawe jaka jest. - Blondynka wydawała się podekscytowana taką barwną gromadką jaka czekała na nią w mieście.

                    - Ale to nic się nie da zrobić? I nie wydacie mnie władzom? - Marlene odwrotnie, wydawała się wciąż przygnieciona tragedią swojej przemiany. A dokuczenie Darcy tylko ją spacyfikowało jeszcze bardziej. Teraz skorzystała z okazji aby o coś zapytać nowego znajomego. Joachim wiedział, że ogólnie to cofanie mutacji teoretycznie jest możliwe. Albo jakimś konkretnym magicznym rytuałem albo cudowną modlitwą kapłana. Jednak zdarzało się to bardzo rzadko i w zborze raczej nie robili dotąd nic takiego. Zwłaszcza, że mutacje uważano za błogosławieństwa.

                    Magister zdecydowanie nie chciał podsycać nadziei Marlene, że może na powrót stać się taka jak wcześniej, zanim dotknęła jej moc Pana Przemian. Musiała zrozumieć, że przyłączenie się do Zboru to jej jedyna szansa na przetrwanie.

                    - Twojego stanu nie da się odmienić na powrót. - westchnął Joachim, kładąc dłoń na ramieniu Marlene w uspokajającym geście.
                    - Ale oczywiście, że cię nie wydamy. Będziemy cię chronić i otoczymy opieką, będziesz miała wiele czasu żeby się dostosować do nowej sytuacji. Ale mam nadzieję, że odnajdziesz się pośród nas.

                    - A co tu chcesz zmieniać? Nie bądź głupia. To twoja szansa. Jedne drzwi się dla ciebie zamknął ale inne otworzą. Zwierzoludzie mniej poniżają i mordują odmieńców niż zwykłych ludzi. A jak masz trochę oleju w głowie to rozłożysz przed nimi nogi. Jak jeszcze wydasz im na świat jakieś koźlątka to zyskasz sobie miejsce wśród nich. Żaden szlachciur czy gruby kupiec nie będzie cię obmacywał za komodą. Powinnaś się cieszyć a nie tu się mazgaisz. - Darcy wróciła do swojego pełnego wyższości tonu względem świeżej mutantki. Wydawała się gardzić jej słabością. Zupełnie jakby uważała, że miejsce kobiety jest wśród stada zwierzoludzi.

                    - To nie wydacie mnie? To dobrze. To ja bym chciała z wami zostać. - Wydukała z siebie Marlene. Widać było, że jak zwykle ostatnio, blondynce udało się ją przytłoczyć i czarnowłosa znów czuła się niepewnie.

                    - Zobaczysz będzie dobrze, odnajdziesz pośród nas nowy dom - Joachim podtrzymał nadzieję, która zaczęła się iskrzyć w Marlene, chcąc nieco zrównoważyć pogardę Darcy. Miał zamiast zamienić z nią słówko później, żeby tak nie dokuczała Marlene.


                    Rozmowa z Burgund i Łasicą

                    - Cieszę się że wam się dzisiaj poszczęściło - uśmiechnął się Joachim - i chętnie wypije za to i za nowych rekrutów do naszego Zboru. - ściszył głos i rozejrzał czy w pobliżu nie ma kogoś kto mógłby ich podsłuchiwać.
                    - Właśnie odnalazłem dwie kobiety, które mogłyby się do nas przyłączyć, czekają pod miastem. Jedna z nich spółkowała dobrowolnie ze zwierzoludźmi a druga została na moich oczach przemieniona. Niestety jej mutacje są dość widoczne, więc pomyślałem że przyda się pomoc w przemycenia jej do miasta.

                    Jego słowa wywołały poruszenie wśród duetu łotrzyc. Zbystrzały i rozejrzały się dookoła czy aby nikt ich nie podsłuchuje. Szybko jednak podjęły ten ciekawy temat.

                    - Dwie kobiety? I jedna spółkowała ze zwierzoludźmi? Z Gnakiem może? A ładne jakieś? - Burgund zapytała pierwsza ale widać było, że i jej kamratka także jest tym żywo zainteresowana.

                    - A ta przemieniona to widać to? Mocno? Jakby narzucić na nią habit, płaszcz, kaptur to by dało się to zakryć? Gdzie ona ma te mutacje? - Łasica chciała uściślić na czym polega sromota Marlene aby wiedzieć jak mogą temu zaradzić. Joachim szedł obok kelnerki od obozu zwierzoludzi to zdawał sobie sprawę, że luźne ubranie to już teraz miała na sobie i na pierwszu rzut oka zakrywało jej mutacje. W końcu żaden z mijanych chłopów czy podróżnych nie zorientował się, że mija mutantkę. Z drugiej jakby któryś ze strażników przyjrzał się dokładniej czy z bliska, mógłby wychwycić dziwną wypukłość krótkiego rogu jaki odznaczał się na kapturze. Albo nawet dla zasady kazać jej ściągnąć ten kaptur.

                    -Z Gnakiem nie, ale z innym plemieniem, które odkryłem podczas mojej podróży - Joachim odparł z lekkim uśmiechem, zadowolony że otworzył przez swoimi sojuszniczkami nowe możliwości - ich wódz wydaje się być otwarty na współpracę, śnił też o jakieś niebieskiej kobiecie, ciekawe czy natrafimy na nią?

                    - A co do Marlene, jak będzie sczelnie okryta to nie, ale ma narośla, których kształt ktoś może zauważyć nawet pod kapturem. Dlatego musimy być bardzo ostroźni wprowadzając ją do miasta, znacie jakieś sposoby inne niż głowna brama?

                    - Spotkałeś inne plemię niż Gnaka? - Burgund zdziwiła się i obie popatrzyły na siebie. Chwilę to trawiły nim burgundowłosa wzruszyła ramionami. - No tak, przecież w tych lasach jest pełno zwierzoludzi, orków, goblinów i innych takich. - Uznała, że tak całościowo to nie jest aż tak dziwne, że kolega spotkał innych zwierzoludzi niż tych z jakimi ostatnio się zadawali przy Zachodnich Kamieniach.

                    - No to dobrze, że wyszedłeś z tego spotkania cało. I może faktycznie jakoś uda się z nimi dogadać. Kto wie? Trzeba by Starszemu powiedzieć. - Łasica też wydawała się uznawać to spotkanie za korzystne, zwłaszcza na przyszłość. - A ta Marlene to ta przemieniona? Narośla ma? Hmm… - Niebieskowłosa zastanowiła się chwilę nad tym jak przemycić mutantkę do miasta.

                    - Można by odwrócić uwagę strażnikow. - Zaproponowała Burgund wymownie poprawiając swój ładny i jędrny dekolt. Obie zaśmiały się z rozbawienia. - Chyba, że się jakiś nadgorliwiec trafi. - Przyznała, że ten plan niesie ze sobą pewne ryzyko.

                    - Albo łodzią. Musiałbyś ją wyprowadzić poza miasto na plażę. Mogłybyśmy pożyczyć łódź, popłynąć tam i was zabrać do miasta. - Łasica podpowiedziała inną metodę przemytu do miasta. - Ale to trochę zajmie. Bo trzeba skołować łódź no i potem wypłynąć z portu na plażę. - Ostrzegła, że jest to dłuższa metoda. - Jest jeszcze ten pierścień od Mergi. Ale to Starszy go ma. Musiałabym pójść do niego a nie wiem czy będzie. Ten pierścień zmienia wygląd to powinien zakryć jej mutacje. Chyba. Jak Lilly go przymierzała to miała normalne nogi i piczkę. - Łotrzycy przyszedł jeszcze jeden plan ale tutaj nie była pewna czy udałoby się zdobyć ten pierścień w jakimś sensownym czasie.

                    - Hmm…nie wiem ile czasu mamy, ktoś się może natknąć ma Marlene…. znasz jakąś łodź którą można by szybko zdobyć? Ja mogę poszukać tego rybaka, z którym kiedyś polowałem na syrenę.
                    - A jeśli chodzi o plemię zwierzoludzi, przewodzi nimi Gormul, bardziej wojowniczy typ, ale igraszki z ludzkimi kobietami też go interesują - dodał z cieniem uśmiechu. - Poza tym śnił o jakieś niebieskiej kobiecie, która podąża w naszą stronę, wiecie coś o tym?

                    - Niebieskiej kobiecie? - Łasica powtórzyła ostatnie pytanie i posłała pytające spojrzenie swojej kamratce. Ta jednak wzruszyła ramionami. - Trochę mało. Niebieska znaczy co? Niebieska skóra? Jakaś odmieniec? Niebieskie włosy? Ubranie? - Łotrzyca podkreśliła, że przydałby się dokładniejszy rysopis poszukiwanej.

                    - I lubią figlować z kobietami? O, no to może się dogadamy. Odette to już przebiera nóżkami tak się nie może doczekać tej orgii z Gnakiem i jego plemieniem. Ale jakby się trafiło nowe stado to można by się z nim zapoznać tak jak z Gnakiem. - Burgund pozwoliła sobie zażartować z żądz jakie targały teatralną diwą. Ale sama była przychylnie nastawiona do pomysłu zawarcia znajomości z nowym stadem zwierzoludzi.

                    - A z łodzią to się nie martw. Co ty myślisz, że portowe dziewczyny wiosłować nie umieją? - Łasica pokiwała głową do słów koleżanki ale sama pacnęła dłonią w ramię kolegi. Wyglądało na to, że same zamierzają popłynąć tą łodzią.

                    - Może lepiej jak ja z wami popłynę? Darcy i Marlene was nie znają, chociaż wspomniałem im co nieco… - zastanawiał się Joachim.
                    - I coś ciekawego działo się jeszcze w mieście pod moją nieobecność. Jak tam nasze plany infiltracji Akademii? - dodał.

                    - No pewnie! - Zawołała Łasica. - Dostałyśmy tą robotę. Modelek na galiony. Więc na lekcjach rysunku możemy legalnie stać albo siedzieć z gołymi cyckami! - Ucieszyła się łotrzyca.

                    - No i ile tam jest kadetów! I nawet parę ciekawych kadetek. I już jedną panią profesor widziałam na korytarzu. Obiecująca. I w sekretaricaie jest jedna ładna. To się zapowiada dużo ciekawiej niż wtedy w świątyni co musiałyśmy te skruszone ladacznice udawać. Co za nuda. A tu to może nawet coś ciekawego z tego wyjdzie. - Burgund uzupełniła wypowiedź kamratki ale obie wydawały się cieszyć jak dwie lisice u progu bogatego w tłuste sztuki kurnika.

                    - A potem to się zobaczy. Najpierw będziemy musiały się tam zabawić i rozejrzeć. Bo raczej nas nie zaprowadzą do tych lochów co mówiłeś, że jest ta skrzynia. No to zobaczymy. Dobra ale jak mamy skołować tą łódź to trzeba się zbierać. Jak chcesz to możesz płynąć z nami. Powiosłujesz. A potem my zaczekamy na ciebie przy brzegu a ty idź po te nowe ladacznice. Zobaczymy co to za jedne. - Łotrzyca była dobrej myśli jeśli chodzi o początek infiltracji Akademii jednak na razie wolała się skupić na obecnych planach. Zwłaszcza jak to oznaczał, że trzeba będzie się ruszyć i przejść gdzieś do portu aby zdobyć w jakiś sposób łódź o jakiej rozmawiali.

                    Joachim skinął głową przyjmując zapewnienie, że plany co do Akademii jakoś szły do przodu, chociaż nie tak szybko jakby chciał……

                    - No to ruszajmy, mam nadzieję, że Darcy przypadnie wam do gustu…


                    Po zajęciu się sprawą bezpiecznego sprowadzenia Marlene i Darcy, Joachim planował spotkać się z Tobiasem i pozostałymi, którzy podążali ścieżką jego patrona żeby omówić status ich planów w zakresie zdobycia dziedzictwa ukrytego na bagnach. Następnie planował też zdać raport Starszemu na temat nowych sojuszników (jeśli go znajdzie) oraz zacząć w zaciszu swojej pracowni badania nad demoniczną figurką.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Online
                      SantorineS Online
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #239

                      Oryginalny autor: Seachmall

                      Mnich wręczył dziewczynie dziesięć złotych monet z uśmiechem

                      - Zobaczę czy zdołam cię odwiedzić. Jeżeli nie, no cóż… będę polował po wsiach. Na razie spokojnego dnia, moja droga. - i ruszył w kierunku swojej misji.

                      W cukierni przez chwilę napawał się zapachem wypiekanego piernika i innych łakoci. Sam sobie w życiu nie słodził poza okazjonalnym miodem, ale jak teraz o tym pomyślał, wąż mógłby mieć za złe, gdyby sobie odmawiał takich rozkoszy. To jednak na później, teraz czekała go rozmowa z piekarzami.

                      Lebkuchenowie byli typowymi, zastraszonymi wyznawcami południowych bóstw. Lękający się czego nie rozumieją i wołających bardziej światłych o pomoc. Dobrze jednak, że posłali po niego niż po siły Morra czy innego uzurpatora.
                      Wysłuchał z uwagą historii przypadłości ich córki, kiwając głową i notując co do bardziej interesujące szczegóły. W końcu delikatnie uśmiechnął się do rodziców Teofano.

                      - Wasze obawy są zrozumiałe, ale wątpię, żeby wasza córka była w jakimś niebezpieczeństwie. Dziwne sny ostatnio nawiedzają całe miasto, niektórzy są po prostu na nie bardziej podatni. Morryci mówią, że bogowie potrafią do nas przemawiać przez sny, ale nie każdy śmiertelnik jest gotowy na taką rozmowę. Nie przygotowany umysł może się przerazić boską obecnością i spróbować wyciągnąć sens z sytuacji go pozbawionej. Porozmawiam z nią oczywiście, nawet jeżeli nie zrozumiem jej snów, może uda mi się uspokoić ją. Biedactwo musi być przerażone.

                      - No ale, żeby robaki bogowie zsyłali we sny? - Ojciec zmarszczył brwi dając znak, że nie do końca go przekonuje takie wyjaśnienie. Żona jednak spojrzała na niego prosząco.

                      - To jednak duchowny. Zapewne zna się na tych sprawach lepiej od nas. Zresztą przecież dlatego prosiliśmy przeora aby kogoś przysłał. - Przypomniała mu nieco wcześniejsze wydarzenia jakie doprowadziły do wizyty gościa w czarnym habicie. Mąż pokręcił jeszcze chwilę głową po czym cmoknął z niezadowolenia i znów zabrał głos.

                      - No dobrze. To prawda, dobrze aby ktoś z duchownych się tym zajął. Tylko nalegam na zachowanie dyskrecji. Wasz przeor nam to obiecał. Chyba zdajesz sobie sprawę bracie dlaczego nam na tym zależy. - Przypomniał mnichowi co jeszcze wynikło z wcześniejszej rozmowy z jego przełożonym. Żona też popatrzyła czujnie na ich gościa czy mogą mu zaufać w tej sprawie.

                      - Być może bogowie zsyłają ostrzeżenie o zarazie, albo pladze robactwa… - zadumał się na chwilę Otto - Oczywiście, wszystko co tu omawiamy nie opuści tego pokoju. Gdzie jest zatem Teofano?

                      - Pladze! Oby nas Shallya uchowała od tego! - Cukiernik zbladł gdy pomyślał o jakiejś strasznej pladze jaka by miała spustoszyć miasto. Nic dziwnego. Takie katastrofy zdarzały się co jakiś czas i większość ludzi jak ich sama nie doświadczyła to znała z opowieści przodków lub tych co przeżyli ją gdzie indziej. - Może w ten Festag pójdziemy jednak na mszę do Białej Gołębicy. Tak na wszelki wypadek. - Zaproponował mąż swojej żonie. Renate skinęła głową na znak zgody.

                      - Oczywiście mój mężu, dobry pomysł. Tak na wszelki wypadek. A skoro możemy liczyć na dyskrecję brata Otto to ja zaprowadzę go do naszej Teo. - Szczupła żona cukiernika odwzajemniła swoją propozychję na co on się zgodził. Widać było, że obietnica zachowania tajemnicy z kłopotliwego zachowania córki uspokoiła ich oboje. Głowa rodziny się zgodziła i jego żona dała znać aby młody zakonnik ruszył za nią. Wyszli oboje na korytarz i ruszyli ku schodom. Widocznie mieszkanie w kamienicy było piętrowe i nie trzeba było wychodzić na klatkę schodową aby się przemieszczać między poziomami. Weszli na drugie piętro jakie było częścią mieszkalną.

                      - Też mam ostatnio niespokojne sny. Ale nic takiego jak ma nasza Teo. Zresztą jak się obudzę to i tak niewiele pamiętam. - Wyznała mnichowi po drodze. Zatrzymała się przed jakimiś drzwiami i zastukała w nie. - Teo! To ja! Przyprowadziłam ci gościa! - Musiała nieco podnieść głos aby być słyszana przez drzwi. Przez moment nic się nie działo ale w końcu usłyszeli ostatni krok z drugiej strony i odryglowanie zasuwy. Drzwi otworzyła im młoda kobieta, wciąż w nocnej koszuli.

                      - Teo! Ubierz się proszę! Zobacz która godzina, to nie wypada aby o tej porze paradować w samym gieźle! - Matka obsztorcowała córkę za ten swobodny wygląda. Ona zaś spojrzała na nią jak i ich gościowi.

                      - Mówiłam, że się źle czuję i muszę odpocząć. Odpoczywam w łóżku matko to w czym mam leżeć? - Teofano zwróciła się do swojej rodzicielki z mieszaniną irytacji i niezadowolenia. - Mnich? A po co? Mówiłam, że nic mi nie jest. Tylko odpocznę i będzie dobrze. Przecież widziałaś rano, że nic mi nie jest. - Wcale nie ukrywała niechęci do wizyty gościa.

                      - Nie wymądrzaj się młoda panno. To jest brat Otto z hospicjum. Porozmawia z tobą. Opowiedz mu o tym co cię trapi. Obiecał zachować dyskrecję a przecież to duchowny. - Matka w miarę mówienia też schodziła z irytacji ku łagodności. Obie kobiety wydawały się mieć silny charakter. Córka chwilę to trawiła po czym obojętnie wzruszyła ramionami. Uchyliła drzwi na oścież aby wpuścić gościa do środka.

                      - No to porozmawiajmy. - Zgodziła się niechętnie. Otto mógł wejść do środka a matka została na kortarzu. - Będę w bibliotece gdybyście mnie potrzebowali. Nie śpieszcie się. Teo masz dzisiaj wolne i nie musisz iść do pracy. - Obwieściła im nim nie posłała całkiem ciepły i miły uśmiech im obojga i zamknęła za sobą drzwi. Córka zamknęła zasuwę i weszła w głąb pokoju. Teraz Otto miał okazję przyjrzeć jej się dokładniej.

                      link: https://i.imgur.com/59OzIWD.jpeg

                      Była młoda, zdrowa i jędrna. Miała zadbane, kasztanowe włosy, zdrową cerę i błyszczące oczy. Właściwie gdyby była ubrana w ładną suknię można by ją uznać za młodą szlachciankę. Jednak gdy zostali sami Teofano dała wyraz swojemu niezadowoleniu z tej narzuconej przez rodziców wizyty.

                      - Dobra mnichu, załatwmy to szybko. Rób co masz robić i się pożegnamy. Powiedz rodzicom, że wszystko ze mną w porządku, ja powiem, że byłeś bardzo pomocny i nie będziemy musieli zawracać sobie głowy. - Mówiła pewnym siebie, zdecydowanym głosem jakby chciała jak najszybciej załatwić tą nieprzyjemną dla siebie sprawę tak jakby zawierała jakąś umowę na wymianę usług.

                      Mnich uniósł brwi w rozbawieniu. Nie spodziewał się tak zadziornej osobistości. Habit na ogół wywoływał w ludziach bardziej potulne podejście.

                      - Och, jestem pewny, że jakoś pomogę. Więc Teo, mogę ci mówić "Teo"? Powiedz mi proszę o tych snach, które wywołały taką troskę z twoich rodziców?

                      - “Teo”? - Dziewczyna odwróciła się do niego frontem, położyła sobie dłonie na biodrach i obrzuciła go zimnym, strofującym spojrzeniem. - Nie, nie możesz. - Wycedziła bez wahania. - Co ty sobie wyobrażasz? Że kim jesteś? “Teo” to mówią mi rodzice. Jak mnie jakiś adorator zadowoli to mu pozwlam tak do siebie mówić. A ty? Taki biedak? Co nawet ten habit to masz z zakonu, śpisz w ich celi i nie masz nic swojego. - Prychnęła z jawną pogardą podkreślając różnice w statusie materialnym między nimi. Oczywiście jako córka mieszczan co prosperowali na tyle dobrze aby zbliżać się do pozycji drobnej szlachty mogła się czuć wyższość nad ubogim mnichem. Chociaż chyba kierowała się stereotypami o zakonach ubogich jednak hospicjum chociaż miało zbliżony status to nie było aż tak radykalne. W końcu nie tylko Otto mieszkał “na mieście” nawet jeśli nie w tak luksusowych warunkach jak Lebkuchenowie.

                      - Pewnie nawet nigdy kobiety nie widziałeś. - Rzuciła z tym samym poczuciem wyższości. Wyprostowała się dumnie co ładnie podkreślało jej zgrabną sylwetkę. Nocna koszula wiele zakrywała ale nie na tyle aby nie dało się rozpoznać gibkiego, kobiecego ciała. Jedynie dół łydek i kostki było widać. I Teofano musiała być świadoma swoich atutów. - Pewnie, że nie. A już na pewno nie taką jak ja. Popatrz sobie skoro masz okazję! - Zaśmiała się drwiąco i pogłaskała przód koszuli przez co na moment ładnie zarysowały się jej jędrne piersi. Po czym prowokująco uniosła krawędź nocnej koszuli. Ukazała całe łydki, kolana nawet połowę ud. Rzeczywiście było na co popatrzeć. - I tyle! Nie dla psa kiełbasa, nie dla takiego biednego sandalarza taka dziewczyna jak ja! - Zawołała szyderczo opuszczając koszulę jaka znów zakryła ją aż do połowy goleni. Naturalnie nie było się co dziwić takim wnioskom. Zapewne znacznie częściej w habitach trafiali się tacy jak brat Ludwik niż tacy jak Otto co należeli do tajnej sekty w jakiej było sporo czcicielek władcy dekadencji i wyuzdania. Ludwik zapewne spłoniłby się ze wstydu tak bezczelnym zachowaniem cukierniczki. Wydawał się w ogóle nie mieć obycia z kobietami.

                      - Ja wydam na świat mnóstwo silnych i pięknych dzieci ale to na pewno nie będą dzieci takiego biedaka jak ty. - Rzuciła z mieszaniną dumy wobec swojej wyższości nad rozmówcą i pogardy wobec niego. Pogłaskała się dłonią po swoim brzuchu w matczynym geście jakby ta myśl ją uspokajała i dodawała otuchy. - A z tymi snami to mówię ci co masz zrobić. Powiedz, że wszystko dobrze i tyle. I tak ich nie zrozumiesz - powiedziała jakby była gotowa zakończyć dyskusję byle mnich zrobił to co mu zalecała dla dobra ich obojga.

                      Otto przyglądał się z rozbawieniem Teofano Lebkuchen z nie lada rozbawieniem. Pozwalał jej odstawiać szopkę, która najpewniej miała go upokorzyć, wybić z rytmu i postawić ją w pozycji dominującej. No cóż, na Ludwika czy któregoś innego z braci hospicjum, może nawet i przeora by ta taktyka zadziałała. Pora jednak zrzucić dziecko z tronu z piernika.

                      - Dziecko, proszę nie poniżaj się. Nie masz niczego, czego nie widziałem i to o ligi lepszego. - Otto uśmiechnął się - A co do snów? Jestem prawie pewny, że usłyszałem dostatecznie dużo opisów snów o masywnych, pulsujących robalach zamieszkujących w kobiecych łonach, aby mieć odrobinę wiedzy i zrozumienia. - mnich westchnął - Zaczniemy więc od nowa? Z odrobiną szacunku?

                      Teofano zrobiła minę jakby zbił ją z pantałyku. Przez chwilę nie wiedziała co ma powiedzieć i jak zareagować na jego oświadczenie. Pewność siebie i drwina znikły z jej twarzy i zaczęła mu się przyglądać czujnie jakby starając się złowić oznaki kłamstwa na jego twarzy.

                      - Akurat miałeś jakąś kobietę. I to lepszą ode mnie. Może jeszcze szlachciankę co? - Zadrwiła ale już bez takiego przekonania jak przed chwilą. Jakby chciała powiedzieć cokolwiek aby odzyskać chociaż trochę kontrolę nad przebiegiem rozmowy. Znów jednak na chwilę zamilkła i wpatrywała się w jego twarz intensywnie.

                      - A skąd wiesz o robakach pulsujących w kobiecych łonach? Nie mówiłam tego matce. - Zapytała w końcu jakby dostrzegła coś co jej się tu nie zgadzało w jego słowach.

                      - Fabianne von Mannlieb i jej służki, Pirora Van Dyke oraz lady Odette von Treskow. - uśmiech nawet na chwilę nie zniknął z ust mnicha - Nawet ktoś taki niski, brudny i biedny jak ja, potrafi zakręcić się wśród śmietanki społeczeństwa, jeżeli wie jak. Natomiast co do snu… - mnich spoważniał - Nie jesteś pierwszą, która ma tego typu sny, sam widziałem we własnych kilka razy. Oczywiście łono nie należało do mnie, ale to szczegół. - mnich klasnął w dłonie - Więc, ustaliliśmy, że sroce spod ogona nie wypadłem i mogę wiedzieć więcej niż ty. Co teraz z tym zrobimy?

                      Młoda cukierniczka tym razem zamilkła na dłużej i widocznie jeszcze bardziej miała kłopot aby z kolejną wypowiedzią mnicha przejść do porządku dziennego. Zwłaszcza jak sypał takimi rewelacjami.

                      - Fabienne von Mannlieb? Ta Bretonka? Żona kapitana? Taka czarna i blada? - Podała całkiem dokładny opis jednej z kultystek. Nic dziwnego, szlachta i co bardziej znaczne osoby bywały rozpoznawalne. Siedzieli na mszach w pierwszych ławach, zajmowali znaczące miejsca podczas festynów i procesji, obsadzali ważne urzędy jakimi zarządzali życiem wielu śmiertelników. Więc można ich było znać z widzenia nawet jak się z nimi nigdy nie rozmawiało bezpośrednio twarzą w twarz.

                      - I Odette von Treskow? Słowik Północy? Nie bujaj! Przecież ona niedawno przyjechała do miasta! - Zaprotestowała gdy zapewne pomysł, że sławna i uwielbiana przez tłumy diwa operowa miałaby być kochanką ubogiego mnicha z jakim właśnie rozmawiała. To już chyba bretońska żona tutejszego kapitana wydała jej się bardziej prawdopodobna w takiej roli. Aby zyskać na czasie odwróciła się do nocnej szafki i upiła parę łyków z glinianego kubka.

                      - To nie tylko mnie się śnią takie robaki? - Zapytała już bardziej stonowanym głosem. Chwilę wahała się jakby było jej łatwiej o tym mówić gdy nie patrzyli na siebie bezpośrednio. - Tak, mnie też się śnią. Że jestem ich pełna. Czuję jak we mnie pełzają. Moje dzieci. Moje maleństwa. A potem wydaję je na świat. Jedne za drugim. I karmię je piersiami. A one ssą moje musze mleko. Ale ostatnio śniła mi się kobieta. Miała obrazek kobiecych ust na łonie. Z tych ust wychodził język ale trochę był jak męskie przyrodzenie. I ona mnie posiadła i wpompowała we mnie nowe jaja z jakich wyrosły nowe dzieci. Bo wcześniej to nie wiem jak zaszłam w ciążę. Chyba z jakimiś muchami ale nie jestem pewna. Tylko takich much nie ma to nie wiem jak to by miało wyglądać. Ale już się przygotowałam. - Mówiła szybko chociaż nieco zamyślonym tonem. W końcu odwróciła się znów przodem do mnicha i bez wahania podwinęła nocną koszulę. Tym razem do końca aż się ukazało jej nagie łono. Na nim dostrzegł coś co w pierwszej chwili wyglądało na małe, robakowate kształty. Ale jak podszedł bliżej to zorientował się, że to może czerwie ale narysowane piórkiem albo pędzelkiem.

                      Mnich przyjrzał się uważnie rysunkom, które kobieta umieściła na sobie, pokiwał głową. Ponownie zerknął na nią z uśmiechem.

                      - Lady Fabianne posiada dwa pieprzyki. Jeden na udzie, drugi na łonie, rozdzielone pachwiną. Natomiast tatuaż ust należy do Lady Odette, chociaż języka rozmiarów męskiego przyrodzenia nie pamiętam, ale dużo się działo, może nie zauważyłem. Więc, teraz pytanie. Co myślisz o tym śnie? Jakie emocje w tobie wzbudza i co byś chciała w jego sprawie zrobić?

                      - No jak to co myślę? To chyba oczywiste. - Burknęła i puściła skraj nocnej koszuli znów wracając do w miarę przyzwoitego wyglądu. Materiał zakrył trzy, narysowane tuszem czerwie. - Chcę tego. Chcę czuć w sobie te robaki tak jak we śnie. Zostać ich matką. Ale nie wiem jak. Nigdy o czymś takim nie słyszałam. Nie wiem skąd bym je mogła wziąć albo spotkać. Próbowałam pytać rodziców, szukać w książkach nawet myślałam, żeby nie pójść gdzieś do tawerny i nie zapytać. Ale byłam zbyt nieostrożna no i rodzice spanikowali i wezwali ciebie. - Odparła nieco przygnębionym tonem. jakby byla pełna frustracji i niespełnionych nadziei.

                      - Nawet myślałam aby odnaleźć tą kobietę z tymi ustami jakby się z muchami nie udało. Ale nie mam pojęcia gdzie jej szukać. Przecież to musiałabym zobaczyć co ma pod spódnicą a to nie takie proste. Jeszcze z mężczyzną to by łatwiej było, uklękłabym do berła albo sama zadarła swoją spódnicę i by było. A z kobietami to trudniej. Zdążyłam sprawdzić tylko moją pokojówkę. Ale nie ma żadnych ust ani niczego do pompowania jaj. - Westchnęła jeszcze smutniej gdy spełnienie marzeń sennych okazywało się takie trudne w praktyce. Milczała chwilę nim spojrzała znów na mnicha.

                      - Skąd wiesz jakie one mają łona? Naprawdę je chędożysz? I lady Odette ma takie usta na łonie? Możesz mnie z nią poznać? Może jak to ona mi się śniła to jakoś dałaby radę zapłodnić mnie jajami jakbyśmy się spotkały? - Poprosiła go tym razem grzecznie i pokornie. A nawet świadomość, że być może faktycznie skromny brat ma szlachetnie urodzone kochanki robiła na niej ogromne wrażenie i wzbudzały mieszaninę podziwu i zazdrości.

                      Mnich odetchnął. Cieszyło go, że zdołał dotrzeć do porozumienia z dziewczyną, cieszyło go również jak otwarte społeczeństwo miasta było na tego typu sytuacje. Siostry musiały wiedzieć jak żyznym gruntem jest Neus Emskrank.

                      - I widzisz jak o wiele łatwiej, kiedy traktujemy się z szacunkiem? Spotkanie z Lady Odette jak najbardziej będę w stanie zorganizować, pytanie jak wytłumaczyć to twoim rodzicom. Co do zapłodnienia jajami, to nawet ja byłbym w stanie to zrobić. - spojrzał na dziewczynę - Razem z kilkoma znajomi rozpoczęliśmy hodowlę ty uroczych paskudków, więc posiadam potrzebny sprzęt, nie przy sobie oczywiście. Jeśli masz jakieś pytania co do całego procesu to nie bój się zapytać. Tylko jedna uwaga, jeżeli się na to zgodzimy, musisz trzymać to w sekrecie, więc żadnego mówienia rodzicom, służbie czy koleżankom z piekarni.

                      - Możesz mnie zapłodnić tymi jajami co mi się śniły? - Brunetka w nocnej koszuli wytrzeszczyła oczy nawet bardziej niż gdy przed chwilą mówił o swoich błękintokrwistych kochankach. - Naprawdę?! Oj bardzo bym chciała! - Podeszła do niego i prosząco złapała go za ramię. Ale nagle zmarszczyła brwi jakby coś jej się przypomniało. - Ale ty mi się nie śniłeś. Ani żaden mężczyzna. Dlatego wiem, że to z żadnym mężczyzną nie będę w ciąży tylko z tymi muchami. Te muchy mi się śniły. Czerwie jakie rodzę i karmię. I ta kobieta co mnie zapładnia swoim przyrodzeniem. To mówisz, że może być lady Odette? Ja śpiewam w chórze na mszach. Mogę jej akompaniować. - Zauważyła gdy oba tematy trochę jej się zlały w jeden ale do obu podchodziła z ogromnym entuzjazmem i nadzieją.

                      - A rodzicami się nie przejmuj. Powiesz im, że wszystko ze mną dobrze to ich uspokoi. Jak mnie jakoś zbrzuchacisz tymi czerwiami to ja też nie będę już nic im mówić. To powinno załatwić sprawę. A teraz możesz mnie zaprowadzić do tych much albo szlachcianek? Bym się ubrała i poszlibyśmy razem. Już ja coś wymyślę co powiedzieć rodzicom. - Zaproponowała wcale nie ukrywając swojej niecierpliwości jakby chciała jak najszybciej sfinalizować swoje pragnienia. A znów dał się we znaki jej wrodzony spryt jakiego gotowa była użyć aby wspólnie z nowym sojusznikiem okłamać swoich rodziców.

                      Mnich się chwilę zastanowił.

                      - No nie wiem. Możemy spróbować u lady Von Dyke, ostatnio tam przebywa. Jeżeli tam będzie, zostawię cię z nimi, zapoznacie się, na pewno przypadniesz im do gustu. Ja pójdę po odpowiedni sprzęt i załatwię z Lady Odette twoje zapłodnienie. Brzmi jak plan?

                      - Tak! Bardzo bym chciała! - Mógł odnieść wrażenie, że młoda cukierniczka prawie dosłownie podskoczyła z radości gdy się zgodził nawet jeśli z pewnymi zastrzeżeniami. Z tej radości objęła go ramionami jakby zapominając, że przecież jest tylko biednym mnichem jakim gardzi i pocałowała go z tej wdzięczności w policzek.

                      - To ja się ubieram! Ojej! Wizyta u prawdziwych szlachcianek! - Ucieszyła się raźno podchodząc do wielkiej szafy. Otworzyła ją i szybko zaczęła przeglądać odpowiednie ubrania. - I myślisz, że udałoby się mnie zapłodnić tymi jajami jeszcze dzisiaj? A jak to będzie wyglądać? Będą te muchy? Albo lady Odette? Jakby ona mogła to oczywiście też się zgadzam. - Tryskała entuzjazmem bez ceregieli ściągając z siebie nocną koszulę. Przez co Otto miał okazję zobaczyć jej młode, jędrne ciało w całej okazałości. I raczej atrakcyjności jej nie brakowało. Jednak nie zwracała na swoją nagość uwagi tak samo jak na jego obecność. Zdążyła już założyć bieliznę i widział, że pod względem elegancji to była gdzieś w połowie drogi między tym co miała na sobie Elke a szlachcianki z kultu.

                      Mnich wyszedł z pokoju Teofano i skierował się do biblioteki. Skłonił się Renate Lebkuchen kiedy ją ujrzał.

                      - Dobre wieści pani. Córka zdrowa, nic jej nie zagraża ani fizycznie, ani umysłowo. Tak jak mówiłem, sny gnębiące miasto zaatakowały ją silniej niż większość i biedactwo było skołowane. - mnich się uśmiechnął - Omówiłem z nią co powinna robić, aby dać sobie z nimi bardziej radę w przyszłości, ale gdyby znowu była w gorszym stanie, proszę się nie krępować i mnie wezwać. Mam wrażenie, że osiągnąłem z nią wspólny język. Pytanie teraz mam, czy mógłbym ją zabrać na kilka godzin? Mam pod opieką kilka innych kobiet, które męczyły takie wizje. Sądzę, że dobrze jej zrobi,, poczuć, że nie jest sama ze swoimi kłopotami.

                      - Oh, to cudownie! Ja mówiłam mężowi, że na pewno jak Teo porozmawia z kimś odpowiednim i fachowym to będzie lepiej! - Renate wyglądała jakby kamień spadł jej z matczynego serca. I rozpromieniła się na taką wiadomość. - Oczywiście bracie Otto, możesz ją zabrać jeśli uznasz, że to pomoże. I inne kobiety też mają takie sny? Jej to straszne. Dobrze, że mogą liczyć na kogoś takiego jak ty. Jeśli jakąś bym spotkała to od razu polecę jej ciebie. - Mówiła pełnym wdzięczności i ulgi tonem. Rozmawiali jeszcze chwilę gdy do salonu weszła najmłodsza córka Lebkuchenów. Tym razem ubrana w długą do prawie samej ziemi spódnicę i uczesanymi włosami. Może nie wyglądała tak elegancko jak szlachcianka ale widać było, że nie jest to córka ubogiego rzemieślnika czy kramarza.

                      - Jestem matko. Rozmawiałam z bratem Otto. Wspaniały człowiek. Dał mi nową nadzieję i perspektywę z jakiej należy na to patrzeć. Od razu poczułam się lepiej. - Teo teraz mówiła i zachowywała się jak na wzorową mieszczkę i córkę przystało. W ogóle nie dało się poznać tej bezczelnej i aroganckiej kobiety jaką była gdy zaczynała swoją rozmowę z jednookim mnichem. Matka też wydawała się dawać im błogosławieństwo na takie wspólne wyjście z domu.

                      Kilka minut później mnich i córka piekarzy wyruszali do rezydencji Von Dyke, przy odrobinie szczęścia Otto zdoła dołączyć kolejną osobę do rodziny.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Online
                        SantorineS Online
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #240

                        Oryginalny autor: Pipboy79

                        Oryginalny tytuł: Tura 59 - 2519.07.22; mkt; przedpołudnie - południe

                        Miejsce: Nordland; na pn-zach od Neues Emskrank; zachodni brzeg zatoki; plaża;
                        Czas: 2519.07.22; Marktag; przedpołudnie - południe
                        Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła - mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)

                        Egon i Norsmeni

                        - Bywajcie przyjaciele. Spotkamy się jeszcze tej nocy lub jutro rano. Przygotuję naszych przyjaciół na wasze przybycie. - Z tymi słowami milady w eleganckiej, czerwonej sukni ze zbyt śmiałym wycięciem na udo i dekoltem, pożegnała się z Egonem i grupką norsmeńskich sprzymierzeńców. Weszła w morską toń i suknia jakoś magicznie z niej znikła obnażając gładkie plecy, pośladki i uda jakie wczoraj w nocy dostarczały im tyle rozkoszy. Jeszcze widać było jak zwinnie wskoczyła do wody znikając im z oczu. Wynurzyła się z mokrymi włosami i pomachała im na pożegnanie. Po czym zanurzyła się ponownie i już jej więcej nie widzieli. Wydawało się niemożliwością aby ktoś aktywnie przepłynął wpław całą zatokę, aż do samego miasta. Ale Soria miała być czymś więcej niż zwykłą śmiertelniczką.

                        - Ona tylko wygląda tak jak my. Jest czymś więcej. Zwiastunem. Zapowiedzią. Obietnicą. - Zaskrzeczała czcicielka Papy Zarazy. I znów wybrała sobie Egona jako głównego rozmówcę.

                        link: https://i.imgur.com/mba9x01.jpeg

                        - Rozumiesz to? Co oznacza jej przybycie? - Wiedźma zagaiła do gladiatora jakby nadal traktowała go jak ulubionego wnuczka. Taki co jest od niej ze dwie głowy wyższy, waży ze dwa razy więcej niż ona a jednak dalej widzi w nim małego chłopca jakim był niegdyś.

                        - Ona jest zapowiedzią Soren. A Soren to jedna z Czterech Sióstr. Inne też zapowiedzą swój powrót przez takich heroldów. Tylko trzeba ich odnaleźć. To będą niezwykłe istoty, zapewne częściowo albo całkiem nie z naszego świata. Pomogą nam sprowadzić Siostry na ten świat. A nosicielki jaj są tego spoiwem. Są uniwersalne bo mają w sobie pierwiastek od każdej z Sióstr. Im większy osiągniemy z nimi sukces tym bardziej przybliży nas to do kolejnych podpowiedzi od Sióstr i ich powrót do tego świata. - Raisa mówiła z takim przekonaniem z jakim kapłani i biczownicy południowych bogów mówili o ich prawach i powinnościach śmiertelnych wobec nich. Wiedźma wydawała się wierzyć, że są na dobrej drodze aby sprowadzić tak potężne byty jak Cztery Siostry na ten świat. I gorliwie pragnęła dopomóc w tym zbożnym dziele.

                        Poza tym jednak wiele się nie działo. Dziwna, zielonkawa mgła stopniowo zasnuła wodę, las i ziemię. Dość dobrze było widać było coś na kilkadziesiąt kroków a co się kryło dalej niż setka kroków to zasłaniała zielonkawa kurtyna oparu. Marsz przez to był jeszcze bardziej monotonny niż wcześniej. Opar mgły pochłonął widoki na zachodnie klify zatoki jak i samą zatokę. Po prawej stronie dalej mieli morze ale widać było tylko ten fragment najbliższy brzegowi. Rzadko widywali łodzie rybaków, teraz coraz częściej płynące na południe, w stronę miasta. Zapewne ci którzy skończyli już połów wracali do domu. Po lewej ręce nadal była ściana ponurego lasu. Jaki w połączeniu z zielonkawą, nietypową mgłą wydawał się jeszcze bardziej złowróżbny niż wcześniej. A za sobą i przed sobą wąski pas plaży jaki był wyraźną granicą między domeną Mananna a jego brata Taala. Norsmenom też stopniowo odeszła ochoty na rozmowy, czy w reikspiel czy w swojej ojczystej mowie. Przynajmniej nie groziło im, że pomimo mgły się zgubią bo wystarczyło iść plażą aż się zaczną mury miasta. Przynajmniej tak w ogólnym zarysie.

                        - Myślałam, że tu na południu to jest ładniejsza pogoda niż u nas. Cieplej i w ogóle. - Mruknęła Astrid zakładając kaptur na swoją blond głowę. W pewnym momencie mgła zaczęła rzednąć a w końcu ustąpiła całkowicie. Nawet już widać było plamę szarości na odległym brzegu. To było Neus Emskrank. Nadal nie było jeszcze wiadomo czy zdążą tam przed zmrokiem czy nie. Jednak bogowie poddawali próbie śmiertelników i mgła została zastąpiona przez monotonną mżawkę. Norsmieni pozakładali kaptury aby uchronić się przed niezbyt dokuczliwą ale nieprzyjemną aurą. Taki detal nie był w stanie ich zniechęcić do marszu ale nie sprawiał im przyjemności. Ten marazm zniknał jak nożem uciął gdy usłyszeli w swoich głowach “głos” Zog.

                        “Przed nami wioska. Coś tam się dzieje.”

                        To pobudziło Norsmenów do działania. Zakapturzony łucznik rzadko był widziany przez resztę grupy. Zwłaszcza jak niedawno wszystko otuliła mgła. Jak już to jako niewyraźna sylwetka gdzieś tam z przodu. Teraz jednak podobnie jak wczoraj przy spotkaniu z Sorią, dał znak, że wykrył coś nietypowego. Bjorn zrobił się czujny i przyspeszył kroku wysuwając się na prowadzenie. Lars mimo boleści też zrobił się uważniejszy. Helga zbliżyła się do Astrid jakby liczyła, że ta zapewni jej bezpieczeństwo a córka jarla zbystrzała ale, że wojaczka nie była jej pierwszą naturą to nie zależało jej aby pierwszej przeć do niebezpieczeństwa. Zresztą wkrótce dotarli do Bjorna i Zoga. Obaj czekali przy jakimś zakręcie plaży.

                        - Co się dzieje Zog? - Astrid zapytała zakapturzonego łucznika. Bo na razie nie było widać nic niezwykłego. Taki sam kawałek lasu, plaży i morza jaki mijali od rana.

                        “Jacyś harcownicy buszują w wiosce. Wzięli wieśniaków pod but. Chodźcie za mną to sami zobaczycie”

                        Usłyszeli w swoich głowach “głos” zakapturzonego. Wczoraj wieczorem Astrid nawet droczyła się z Larsem, że Zog to kobieta. Na pewno jakaś piękność co skrywa swoje oblicze aby nie onieśmielać towarzyszy. Lars uważał coś przeciwnego, że zapewne Zog jest tak szpetny, że wie co robi nie pokazując swojej twarzy. A ponieważ kaptur skutecznie maskował twarz łucznika zaś jego lub jej głos pojawiał się w głowie w nietypowy sposób to też nie zdradzał płci rozmówcy. Teraz jednak to było mniej ważne. Przeszli przez kawałek lasu za zwiadowcą i ostrożnie stanęli na skraju lasu. Stąd było widać rozgrywajacą się przed nimi scenę.

                        Kilka drewnianych, podłych chat i budynków gospodarczych nie zasługiwało na miano wioski. Raczej jakieś sioło zbudowane nad zachodnim brzegiem zatoki. Suszące się na kołkach sieci wskazywało, że mieszkają tu głównie rybacy. Mieszkając rok w Neus Emskrank Egon nigdy nie był w tym miejscu i nie był pewien czy w ogóle o nim słyszał. Ale parę rzeczy rzucało się w oczy.

                        Po pierwsze panował zbyt mały ruch i było zbyt cicho. A przecież był środek dnia. Mężczyzni może jeszcze mogli nie wrócić z połowu ale kobiety, starcy i dzieci powinni śmigać pomiędzy chatami zajęci swoimi gospodarskimi sprawami. Nic takiego nie miało miejsca. Do tego słychać było ujadanie jakiegoś psa. Psy zwykle tak szczekały gdy zwęszyły niebezpieczeństwo lub kogoś obcego w pobliżu. A już na pewno nie było normą kilka postaci jakie było widać pomiędzy budynkami. Dwie lub trzy obsiadły cembrowinę drewnianej studni. Z czego chyba jedna to była kobieta. W przeciwieństwie do większości kobiet była ubrana w spodnie. Widać było, że ta grupka ma jakąś broń u pasa. Topory, miecze lub szable. Kołczany na plecach. Zdecydowanie nie wyglądali na zwykłych wieśniaków. Raczej na jakąś milicję, najemników lub zbójców. Nie było wśród nich widać zbrój płytowych na jakie sobie mogli pozwolić możni. Chociaż ten czy tamten miał chyba jakąś przeszywalnicę, brygantynę czy kolczugę. Na takie uzbrojenie ochronne zwykły wieśniak raczej nie mógł sobie pozwolić.

                        “Dwóch weszło do tamtej stodoły. Wcześniej zaciągnęli tam jakaś dziewkę. Może ich być w tej stodole więcej. Przy pomoście jest dwóch na czujce.”

                        Po tym jak mogli sami się rozejrzeć w sytuacji głos Zog uzupełnił coś co miał okazję przyjrzeć się wcześniej. Łącznie widać było z pół tuzina zbrojnych jacy zdominowali mieszkańców wioski. Ale w tamtej stodole czy w innych budynkach mogło być ich więcej.

                        - He he, bratnie dusze. - Zaśmiał się cicho Lars obserwując to wszystko ze skraju lasu. Bjorn też się zaśmiał i powiedział coś po norsmeńsku. Szybko się okazało, że tak jak wczoraj, każdy z Norsmenów ma inny pomysł co teraz powinni zrobić.

                        - Załatwmy ich. Jest ich tylko paru, jak weźmiemy ich z zaskoczenia to damy im radę. A jak to jacyś banici to w mieście dadzą nam za nich jakąś nagrodę. Zdobędziemy uznanie. Może nawet to przekona Froyę aby się z nami spotkała i zyskamy szacunek w jej oczach. W końcu ona też lubi walkę, polowania i docenia męstwo. Jakby dobrze jej to sprzedać to można by sporo na tym ugrać. - Astrid dostrzegła w tym szansę na zdobycie punktów u blond szlachcianki z miasta jak i może nawet jakichś władz. Ani ona ani Egon, ani ich towarzysze nie wiedzieli czy na tych zbrojnych co ich widzieli tutaj była jakaś nagroda w mieście. Ale nie można było tego wykluczyć. A nawet jak nie była sznasa, że udałoby się coś za to dostać. Zaś sama Froya van Hansen zdawała się przychylniej patrzeć na tych co okazywali męstwo w walce i nie bali się ubrudzić sobie rąk.

                        - Co?! Nonsens! Zobacz, że to są dziarskie chwaty jakie nie boją się wziąć co chcą. Właśnie takich nam trzeba. Do załogi. Egon, mówiłem ci o tym no nie? Jak nie ma tu naszych z Norsci to kto by lepiej się nadawał na kamrata? Zobacz, że robią co chcą to i pewnie na handel niewolnikami nie kręcili nosem. - Lars z tej samej sytuacji wyczytał całkiem inną szansę. Widział w tych zbirach okazję do znalezienia towarzyszy broni o jakich rozmawiał z gladiatorem wcześniej. Dla wielu południowców handel niewolnikami czy bratanie się z norsmeńskimi korsarzami było nieakceptowalne więc siłą rzeczy jakieś pozbawine zasad moralnych zbiry, przemytnicy i banici wydawali się być potencjalnym partnerem w interesach i sojusznikiem. Lars był gotów przymknąć oko na krzywdę wieśniaków aby pozyskać zbirów jako sojuszników. Przerwał bo Bjorn coś zaczął mówić po norsmeńsku i szczerzył się przy tym radośnie. Jeszcze zanim korsarz przetłumaczył widać było po zaciętej minie córki wodza, że się z nim kompletnie nie zgadza.

                        - Bjorn mówi, żeby zarżnąć wszystkich. Tych swawolników i wieśniaków. A potem poświęcić ich czaszki na stos dla Norry i Krwawego Ogara. - Lars przetłumaczył słowa berserkera. Ten zaś pokiwał radośnie głową i uniósł w górę swoją włócznię na znak, że jest gotów do krwawych łowów.

                        - Jak usypiecie tu stos krawych czaszek i zostawicie po sobie stosy bezgłowych ciał to wszyscy w okolicy będą wiedzieć, że Norsmeni tu grasują! - Syknęła rozzłoszczona Astrid.

                        - Niekoniecznie. Mogą myśleć, że przypłynęliśmy łodzią we mgle i odpłynęli z powrotem. - Zwrócił jej uwagę Lars. - Ale faktycznie to się trochę rzuca w oczy no i z trupów nie będziemy mieć żadnego pożytku. - Przyznał jakby dostrzegał pewne wady w rozwiązaniu Bjorna.

                        - Mnie to obojętne. Ale widzę, że mają młode, płodne kobiety. Albo dostarczcie mi tą banitkę albo jakąś wieśniaczkę. Zasieję ją jajami Oster. Mamy mało czasu i każdy dzień jest ważny. A ja co dam radę to wam pomogę na cokolwiek się zdecydujecie. - Stara wiedźma wtrąciła się w rozmowę. Tym razem nie wsparła żadnej ze stron ale podkreśliła, że zależy jej na kobiecie to wypełnienia dziedzictwem Oster. A jaka to byłaby kobieta to już było jej całkowicie obojętne.

                        - Może po prostu pójdziemy tam i zapytamy co jest grane? - Zaproponowała Astrid patrząc na resztę towarzyszy. Bo oczywiście niewolnicy nikt z Norsmenów o zdanie nie pytał. Helga zaś trzymała się blisko albo córki wodza albo gladiatora jakby liczyła, że oni zapewnią jej bezpieczeństwo.

                        - Jak do nich wyjdziemy to bedą wiedzieć, że nie są tu sami i zrobią się czujni. A na razie to figle im w głowie. - Lars zwrócił jej uwagę na pewną wadę proponowanego rozwiązania. I wymownie wskazał na scenę w wiosce. Tam drzwi jednej z chat gruchnęły o ścianę i słychać było jakieś kobiece krzyki. Jeden ze zbrojnych wyszedł z szamoczącą się dziewczyną.

                        - Hej zobaczcie! Znalazłem jeszcze jedną! - Zawołał radośnie do grupki przy studni. - Trochę pyskata ale ja ją nauczę pokory! - Dodał bo dziewczyna wyrywała się i krzyczała protestująco. Mężczyzna był od niej silniejszy więc niezbyt jej szło to wyrywanie się na wolność. A teraz jeszcze zdobywca złapał ją za włosy i zdzielił na odlew raz i drugi. Kobietę pewnie to oszołomiło bo zamilkła i znieruchomiała a trójka przy studni wybuchła gromkim śmiechem. On zaś złapał za oszołomioną zdobycz i pociągnął ją w stronę stodoły jaką wcześniej wskazywał Norsmenom Zog.

                        - Oh! Jak na zamorskiej wycieczce z naszym jarlem! - Lars też się zaśmiał jakby świetnie znał takie sceny ze swoich wcześniejszych morskich przygód. Bjorn pokiwał głową i widocznie widział to podobnie. Znacząco potrząsnął swoją włócznią niemo pytając czy są gotowi rozpocząć krwawe łowy. Astrid fuknęła na nich z dezaprobatą wciąż upierając się przy swoim pomyśle. Raisa pozostała obojętna, tak samo jak było jej obojętne kogo zasieje jajami Oster. Helga starała się nie zwracać na siebie uwagi. Wyglądało na to, że znów to głos gladiatora może przeważyć szalę co powinni teraz czynić.


                        Żywotność

                        Egon 17/17 (s.zdrowy; mod 0)
                        Bjorn 15/18 (s.draśnięty; mod 0)
                        Lars 11/17 (s.ranny; mod -10)
                        Astrid 15/15 (s.zdrowy; mod 0)
                        Zog 18/18 (s.zdrowy; mod 0)

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; nabrzeże; pirs
                        Czas: 2519.07.22; Marktag; przedpołudnie - południe
                        Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła-mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)

                        Joachim, Łasica, Burgund, Darcy i Marlene

                        Magister wyszkolony w magicznym Kolegium w stolicy Imperium, miał okazję przekonać się jak działały dwie, nisko urodzone, koleżanki z kultu. Najpierw wyszli z ich ulubionej tawerny do portu. Tam obie zatrzymały się przed jakąś kamienicą i poprosiły aby kolega zaczekał bo “za bardzo rzuca się w oczy”. Nawet jak jego szaty po pieszej wędrówce przez las do Dehler, przygodzie w lochach “Podkowy”, noclegu w obozowisku Gormula już nie były takie czyste to nadal wyróżniały go wśród przeciętnych bywalców portowych zaułków. Jak mu łotrzyce wyjaśniły po powrocie miały znajomego który zgodził się pożyczyć im swoją łódź. Zaprowadziły go do tej łajby i wyglądała tak zwyczajnie jak to pamiętał ze swojej młodości w tym mieście. Nieco przeciekała, drewno było pociemniałe od starości i śmierdziała rybami. Ale miała wiosła więc mogli wsiadać i odbić od nabrzeża.

                        - To jak płyniesz z nami to machaj wiosłami. - Rzuciła mu Łasica nieco żartobliwie ale nie do końca. Całą trójką nie wyglądali na rybaków bo obie łotrzyce wciąż były w sukniach w jakich były “na robocie” na Placu Targowym. Sprawiały wrażenie dorodnych córek jakiegoś przeciętnego sklepikarza czy rzemieślnika a nie złodziejek i oszustek jakimi naprawdę były. Jednak obie pochodziły stąd więc znały drogę jak wypłynąć z portu i znaleźć się we właściwym miejscu. Nawet jeśli jakaś zielonkawa mgła przysłoniła im widoki.

                        - Cholerna mgła. Ale nawet lepiej. Nie będzie nas tak widać z brzegu albo innych łodzi. - Uznała niebieskowłosa doceniając plusy i munusy takiej pogody. Minusem było to, że aby nie stracić orientacji, lepiej było płynąć na tyle blisko brzegu aby był widoczny. Co nie było najkrótszą trasą. W końcu jednak gdy ostatnie mury zniknęły we mgle obie łotrzyce uznały, że nie ma sensu dalej wiosłować i przybiły do brzegu.

                        - Dobra Joachim to idź po te nowe koleżanki. My tu poczekamy na ciebie. Trzymaj się brzegu a potem murów miasta aż dotrzesz do południowej bramy. A dalej to już idź tam gdzie je zostawiłeś. - Łasica podpowiedziała mu jak powinien iść aby się nie zgubić. Zielonkawa mgła utrudniała orientację także na lądzie. Jak się zastosował do ich wskazówek to rzeczywiście znów dojrzał mury miasta wyłaniające się z mgły. Potem zachodnią bramę minął po swojej lewej stronie. Po prawej widział wylot drogi jaka znikała we mgle i lesie. Tą drogą szło się do Zachodnich Kamieni, gdzie ostatnio spora część zboru baraszkowała z Gnakiem i jego ungorami. Ale szedł dalej aż dotarł do południowej brami przez jaką kilka dzwonów temu przechodził aby dotrzeć do “Wesołej mewy”. Teraz musiał odbić na południe w stronę traktu przez las jaki w końcu doprowadziłby go do “Podkowy” i Dehler. Ale aż tak daleko iść nie musiał.

                        - Panie! Tutaj! - Usłyszał w pewnym momencie głos z zarośli. I po chwili zobaczył jak wierny sługa macha do niego ręką. Okazało się, że zbyt wiele się tu nie działo. Darcy chyba raczej z nudów próbowała podporządkować sobie Marlene przypominając jej, że jest jej osobistą niewolnicą i powinna okazywać jej należyty szacunek. Jednak nikomu z podróżnych nie chciało się złazić z drogi więc nikt nie odkrył kryjówki trójki spiskowców. Chociaż ruch już się wzmagał, kończył się dzień targowy i pierwsi chłopi wracali z miasta do swoich wiosek. Na miejscu obie kobiety powitały magistra z uśmiechem pełnym nadziei chociaż z innych powodów. Obie ucieszyły się z wieści, że dwie kultystki czekają na nich z łodzią aby skrycie przewieźć ich do miasta. Całą czwókę czekała jednak droga powrotna do tej łodzi.


                        Spotkanie obu stron cechowała wzajemna nieufność i zaciekawienie. Dwie miejskie kultystki wyglądały na dobrze ubrane mieszczki średniego szczebla. Chociaż takie młode i atrakcyjne. Darcy wciąż chodząca w swoje biało - niebieskiej sukni wyglądała dość podobnie. Jedynie Marlene okryta brązowym płaszczem wyróżniała się z tej trójki. Dwie pary kobiet przyglądały się sobie z zaciekawieniem.

                        - Zdejmij to. Chcę cię zobaczyć. - Łasica poleciła byłej kucharce. Marlene zawachała się. Spojrzała na Joachima i Darcy jakby pytając ich o zdanie. Ale łotrzyca nie ustąpiła. - Nie będę brać kota w worku. - Mruknęła sucho i kucharka w końcu ściągnęła swój kaptur ukazując swoje odmienione, półrogate oblicze. Od razu spuściła głowę bojąc się reakcji nowo poznanych kobiet. Darcy patrzyła na nią pogardliwie ale milczała. W przeciwieństwie do niej śmiało odwzajemniała łotrzycom spojrzenie.

                        - Ciekawe. Trochę jak Dorna. A trochę jak Lilly. A trochę jak Genda. A trochę jak jeszcze coś innego. - Łasica komentowała swoje wrażenia co do wyglądu nowej mutantki. Bez skrępowania zaczepiła palcem za jej dekolt aby sprawdzić co tam ma i pewnie jak daleko sięga przemiana dziewczyny. Burgund też podeszła bliżej zaciekawiona.

                        - To wy znacie tą wężową milady? Miałam sen, że mnie zbrzuchaci. Chcę jej służyć. - Darcy widocznie niecierpliwiła się tym, że nowe znajome więcej uwagi poświęcają Marlene niż jej. Słowa blondynki skutecznie zmieniły tą sytuację. Obie łotrzyce podeszły teraz do kochanki zwierzoludzi.

                        - To miło z twojej strony. Wszystkie jej służymy. Jest naszą hrabiną i pierwszą milady. I to wielki zaszczyt gdy którąś z nas zbrzuchaci. Ale chyba nas nie doceniasz. U nas jest wiele okazji do zbrzuchacenia. Lilly choćby jest bardzo utalentowana pod tym względem. Mamy też sezon na oddawanie czci dorodnym muchom. One też potrafią zbrzuchacić kobietę na wiele sposobów. - Łasica umiała podbić ofertę niczym najlepszy kupiec. I było widać, że robi to na Darcy wrażenie.

                        - Oj to ja bym bardzo chciała! Zwłaszcza poznać i służyć tej wężowej milady co mi się sniła. Mogę służyć każdej z was! - Zapewniła gorliwie i okazywała łotrzycom uległość dokladnie odwrotnie proporcjonalną do całkiem udanych prób dominacji Marlene. Widząc to łotrzyce roześmiały się wesoło i to pierwsze zapoznawanie się dobiegło końca. Zostało im wsiąść z powrotem do brudnej, rybackiej łodzi i powiosłować z powrotem do miasta. Tym razem rola wioślarza spadła głównie na Ghuntera.

                        - Tylko gdzie my was umieścimy… - Zastnawiała się Łasica. A przy okazji zachowywała się jak liderka kultu bezczelnie kładąc swoje trzewiki na udach Darcy. Ta jednak zniosła to pokornie jakby bez sprzeciwu przyjmując podległą jej rolę.

                        - Może do tej wężowej milady? - Zaproponowała szybko blondynka w bieli i błękicie. Obie łotrzyce spojrzały na siebie porozumiewawczo.

                        - Wężowa milady mieszka u naszej koleżanki. Najpierw musiałybyśmy jej zapytać czy może was przyjąć. Mogłybyście chwilowo zamieszkać u nas. Ale u nas jest ciasno i mamy tylko jedno łóżko. Joachim a może u ciebie? Przecież mieszkasz sam. Na dzień czy dwa. Póki nie znajdziemy jakiegoś lepszego miejsca. U Pirory sam wiesz jak jest, pewnie by się zgodziła i ma miejsce no ale nie chcę decydować za nią. - Po drodze stare i nowe koleżanki omawiały gdzie w mieście można by umieścić dwie mutantki. Były spore szanse, że zbór znajdzie dla nich miejsce ale na razie oprócz nich, nikt jeszcze nie wiedział o Darcy i Marlene. Magister dysponował swoją kamienicą, obie łotrzyce miały własne mieszkanie i może jakieś inne po znajomości. I zwykle Pirora była chętna przyjmować atrakcyjnych gości ale jeszcze żadne z nich z nią nie rozmawiało czy by się zgodziła przyjąć dwie, nowe dziewczyny. Oczywiście przetrzymywanie u siebie tak oczywistej mutantki jak Marlene niosło ze sobą spore ryzyko afery gdyby ktoś odkrył jej obecność. Pod tym względem było to podobne do problemu ukrywania szaroskórej Dorny. Ale to na siebie wziął Sigismundus. Darcy bardziej przypominała Lilly i chociaż na pierwszy rzut oka przypominała atrakcyjną, młodą kobietę.

                        - A pytałeś o tą niebieską milady. - Łasica zaczęła nowy wątek gdy wciąż wiosłowali przez wody zatoki. Mgła zdążyła ustąpić ale zastąpiła ją monotonna mżawka. - Teraz skojarzyłam, że wczoraj jak poszłam za tą nową co ci mówiłam to ona miała ciekawe spotkanie z jakaś najemniczką czy innym łapsem. I ona coś mówiła o jakiejś niebieskiej uczonej albo magu co kierowała się do tego miasta. I wypytywała o jakieś sny. Może to ta o jaką pytałeś. Ale nie wiem, ja sama nikogo takiego nie spotkałam. - Przyznała tonem towarzyskiej pogawędki. I tak rozmawiając przybili znów do nabrzeża portowego. Cała grupka wysiadła na pirs i zastanawiała się co dalej.

                        link: https://i.imgur.com/R469BZu.jpeg

                        Przede wszystkim gdzie umieścić nowe koleżanki i co począć dalej. Było już południe i wciąż mżyło. Dzień targowy się kończył i pewnie pierwsi kupcy i chłopi zwijali swoje majdany na Placu Targowym. Tobias mógł być równie dobrze w pobliskiej Akademii jak i u siebie w domu. Czy udałoby mu się znaleźć Starszego nie był pewien, jakby nie było go w kryjówce pod zwaloną wieżą to nie wiedział gdzie go szukać. Chyba, żeby zapytać Łasicy. Po tragicznej śmierci Karlika zeszłej zimy, ona awnasowała na prawą rękę ich zamaskowanego lidera i mogła wiedzieć coś więcej niż reszta spiskowej rodziny gdzie go szukać lub przekazać mu wiadomość. Ale jeśli chcieli aby Pirora przyjęła do siebie nowe koleżanki to ktoś z ich trójki musiałby się do niej pofatygować.

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
                        Czas: 2519.07.22; Marktag; przedpołudnie - południe
                        Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła-mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)

                        Otto, Teofano, Pirora, Fabienne i Odette

                        Okazało się, że gdy oboje współdziałali ze sobą i dobrze grali swoje role to oszukanie szczupłej i zadbanej żony cukiernika było dość proste. Zwłaszcza jak spełniali nadzieję Renate na poprawę stanu zdrowia i umysłu jej córki. Mnich przyszedł i zapewnił, że wszystko z córką jest w porządku a po chwili ubrana i zadbana córka przyszła i zapewniła, że wspólna modlitwa i rozmowa sprawiły, że już czuje się lepiej. Oboje wychodzili z kamienicy cukierników z błogosławieństwem i uśmiechem matki na ustach. Od kamienicy Lebkuchenów na Bursztynową 17 gdzie zimą Pirora kupiła ponoć nawiedzoną kamienicę nie było tak daleko. Ale idąc obok siebie mieli okazję porozmawiać we dwoje.

                        - Strasznie się cieszę, że cię spotkałam mnichu. Proszę, nie miej mi za złe jeśli byłam dla ciebie niemiła. Nie wiedziałam, że możesz doprowadzić mnie do matczynego szczęścia. Nie mogę się doczekać! Wiesz, że śniły mi się te muchy. Jak na mnie patrzą i bzyczą. I jak rosną we mnie ich maleństwa. A potem je wydaję na świat i karmię moimi dorodnymi piersiami pełnymi muszego mleka. Tylko nie wiedziałam jak to zrobić. A jak teraz możesz mnie zaprowadzić do tych much i szlachcianek to strasznie się cieszę! Nie mogę się już doczekać! I wiesz? Sniły mi się też inne zbrzuchacone przez muchy kobiety. Więc jak mnie się uda to im też. Rozumiesz? Będzie nas więcej! - Teofano mówiła przez drogę cicho, tak aby tylko jej towarzysz w habicie ją słyszał. Ale dało się wyczuć jej entuzjazm i gorliwość dla tej muszej sprawy. Zupełnie jakby szli na schadzkę z jakimś przystojnym amantem a nie na akt prokreacji jaki większość populacji uznałaby za obrzydliwy i godny spalenia na stosie. Młoda cukierniczka zdawała się być w pełni oddana muszej sprawie i była gotowa na pełną współpracę w tej materii. Więc w całkiem miłym towarzystwie Otto doszedł do drzwi w które stukał już tyle razy wcześniej. Nie był zdziwiony tym co się stało w parę następnych chwil.

                        Najpierw drzwi frontwe otworzyła pokojówka Pirory. Widząc kto przyszedł zaprosiła ich do środka i poprosiła aby poczekać. Co było standardową procedurą tak w kamienicy van Dyke jak i von Mannliebów jakie ostatnio często odwiedzał. Odchodząc dziewczyna sprytnie szepnęła mu, że na górze jest Odette i Fabienne. Po czym przez chwilę jednooki kultysta stał samotnie ze swoją nową znajomą. I widział jak ona chłonie wzrokiem to bogate, szlacheckie wnętrze. Jej rodzice też nie musieli się wstydzić wystroju ale jednak nie należeli do szlachty. Sama swiadomość przekroczenia progu szlachetnie urodzonych pobudzało Teofano, że aż jej oczy błyszczały z wrażenia.

                        - Naprawdę je znasz? I kochałeś się z nimi? - Do młodej cukierniczki jakby dopiero teraz gdy widziała co się dzieje na własne oczy docierało, że jednooki mnich mógł jej wcześniej mówić prawdę o swojej zażyłości ze szlachetnie urodzonymi damami. A to jeszcze nie był koniec. Pokojówka wróciła i zaprosiła ich na piętro. Weszli do znajomego salonu gdzie gospodyni zwykle przyjmowała swoich gości. Trzy szlachcianki siedziały przy małym, zdobionym stoliku jaki był tak próżny, że praktyczna rodzina cukierników nie mogła sobie pozwolić na taki zbytek. Wszystkie trzy wyglądały całkiem inaczej ale tak samo spojrzały z zaciekawieniem na kolegę z kultu i gościa jaki z nim przybył. Blondwłosa Averlandka z drobnymi piegami, czarnowłosa Bretonka o bladym licu i miodowłosa diwa teatralna znudzona splenodrem stolicy i spragniona nowych, doznań i deprawacji. Teofano aż sapnęła cicho gdy ujrzała takie dostojne i eleganckie trio. Zwłaszcza, że sama mówiła, że chociaż z widzenia znała dwójkę z nich.

                        - Witaj Otto. Miło cię widzieć jak zawsze. - Priora odezwała się jako pierwsza pełniąc rolę dobrej gospodyni. - Widzę, że nie przyszedłeś sam. Może dobrze, że przyszedłeś bo dziewczyny opowiadają mi swoje sny jakie miały no i mówię ci, można dostać rumieńców. - Odezwała się do niego jak do dobrego znajomego czy nawet przyjaciela a nie do zwykłego mnicha jaki chodził w sandałach i skromnym habicie. Czym niechcący chociaż częściowo potwierdziła jego słowa jakie wcześniej powiedział do młodej cukierniczki.

                        - Od kiedy jesteś taka wstydliwa Piroro? Przecież to tylko sen. - von Mannlieb pacnęła złożonym wachlarzem swoją koleżankę i nieoficjalną kochankę. Za to nie ukrywała radości i ciekawości na widok nowej dwójki. - Dawno się nie widzieliśmy Otto. Ale rozumiem, że dla takiego towarzystwa można zapomnieć o swoich przyjaciółkach. - Akcent zdradzał bretońskie pochodzenie bladolicej i tym żartobliwym powitaniem dała znać, że cieszy się tak z wizyty swojego kochanka jak i Teofano zrobiła na niej dobre, pierwsze wrażenie.

                        link: https://i.imgur.com/tg74vdG.jpeg

                        - Może przyniesiesz nam jakąś odmianę. I rozrywkę. Ci przystojni i bogaci adoratorzy są tacy nudni! Uganiają się za mną od Marienburga po Erengard, w Saltzburgu mam ich na pęczki! Sami rozumiecie, nie wypada mi co bal albo występ pokazywać się dwa razy z tym samym kawalerem. Mam ochotę na coś innego. Dlatego spełniłam prośbę naszej słodkiej Kamili i przyjechałam do was. Aby skosztować nieco zakazanej rozrywki na jaką na salonach nie ma co liczyć. Przecież ryzyko i niebezpieczeństwo, skandal, smakują najlepiej! - Teatralna diwa o miodowych włosach też wygladała dostojnie jak zwykle. Teofano aż zamrugała oczami gdy pewnie pierwszy raz widziała ją z bliska. Zaś aktorka nie po raz pierwszy podkreślała jak nudzą ją oficjalne bale, splendor i adoracja od jakich chciała uciec i zaznać tu dekadencji i wyuzdania o jakich nie wypadało mówić na salonach szlachetnie urodzonych. Dwuznacznym ruchem przesunęła swoją elegancką dłonią po swoim dekolcie i brzuchu co tylko wzmacniało jej wypowiedź. Młoda cukierniczka chociaż sama też nie grzeszyła brakiem urody a nawet była tego świadoma i momentami całkiem pyskata to teraz wydawała się całkowicie przytłoczona swobodną rozmową trójki szlachcianek i mnicha jakiego dopiero co poznała.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Online
                          SantorineS Online
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #241

                          Oryginalny autor: Santorine

                          Wcześniej, podczas podróży

                          Odejście Sorii Egon przyjął ze spokojem. Prędzej czy później syrena i tak opuściłaby ich towarzystwo, a i czuł, że musiał sam, na swe barki przyjąć rzecz z dowodzeniem grupką, jako że w ten sposób widział swą przyszłość. Raisa, Zog, Bjorn, Lars i Astrid byli w pewnym sensie jego oddziałem w wojnie, którą wytoczył przeciwko rajcom miejskim i odbicie złota dla Sorii było pierwszym zwycięstwem w jego kampanii.

                          Co do wypowiedzi Raisy o jajach Oster i o tym, że Soria jest zapowiedzią Soren, Egon postanowił zmilczeć, jeno taktownie kiwał głową i chrząkał potakująco, nie mogąc powiedzieć zbyt wiele na przewidywania starszej kobiety.

                          “Wyrocznie mają to do siebie, że mogą się spełnić w nieoczekiwany sposób” - pomyślał z przekąsem i ugryzł się w język, zanim wypowiedział uwagę. Być może Raisa miała rację i prawdą to było, ale tylko przy założeniu, że nikt nie skrewi niczego. Egon wiedział, że spełnienie ich misji będzie zależeć od tego, jak dobrze sobie poradzą, a nie od jakichś przepowiedni.

                          W ogóle, przepowiedniom nie ufał. Ani magii.

                          ~

                          Przed siołem
                          Rzecz z siołem, które było napadnięte przez bandytów, łatwo odczytał jako okazję. Okazję do rozpoczęcia jednego lub, jeśli tylko Chaos miał maczać w tym swoje nieprzeniknione macki, przynajmniej dwu przedsięwzięć.

                          Jaja Oster dla Raisy i potencjalni wspólnicy dla interesu Larsa.

                          – Helga zostanie w odwodzie, przepatrywać będzie, czy kto nie nadchodzi – rzekł Egon. – Reszta musi się zabrać do roboty, uważacie… Niech Zog najpierw przepatrzy, kto tam przewodzi. Poczekamy nieco. Musi się jakoś wyróżniać, muszą się go słuchać. Potem idziemy prosto do niego. Najlepiej, jakby odłączył się jakoś. Astrid, jako żeś córką Jarla jest, to musisz wiedzieć, jak przemawiać. Rzekniesz mu, że proponujemy mu dobry interes, a Lars rzeknie, jak to pójdzie. Raisa z daleka wesprze nas swymi zaklęciami.

                          – Jeśli powie nie, uderzamy od razu na draba. Bez litości. Ja pierwszy to zrobię. Za każdym razem, jak jednego zabijemy, gadamy im, że ten, kto się podda, może dołączyć do nas. Jeśli mają rozum we łbach, dołączą. Jeśli nie… Ha. Bjorn ostatnio chciał krwawych ofiar. Pan Czaszek ucieszy się z rozlewu krwi, ale prawdę powiedziawszy, pożytek z trupów nijaki będzie.

                          – Kiedy już wybijemy wszystkich albo szczęściem dołączą do nas, bierzemy wieśniaków w łyko. Lars i Raisa podzielą się pospólstwem. Lars, wybierzesz, kto byłby zdatny do rejzy, rzekniemy im, że będzie z nami dobrze… A Raisa niechaj wybierze sobie młódki do zasiania jaj Oster.

                          Tu zwrócił się jeszcze do Astrid, która wspomniała o Froyi van Hansen:

                          – Van Hansen może się spodobać czyn, ale może i nie. Kobieta to niepośledniego pochodzenia, tedy może nie przejąć się losem wieśniaków. Wolałbym zaimponować jej sam z tobą, tedy by się przekonała, z jakiej gliny jesteśmy ulepieni… Nie, Froya nie będzie się obchodzić plotkami. Rzecz z Froyą załatwimy później.

                          Egon wydobył swój topór zza pasa.

                          – Gotowi? No to niech Zog przepatrzy, a kiedy moment odpowiedni, wejdziemy. Bjorn i Astrid przy mnie, Lars na tyłach, bo raniony. Zog i Raisa z dystansu, Helga zaś ubezpiecza tyły.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Online
                            SantorineS Online
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #242

                            Oryginalny autor: Seachmall

                            Marktag; południe; kamienica Pirory

                            Otto uśmiechnął się i skłonił do trójki kultystek.

                            - Moje drogie, wasze słowa radują moje serce równie mocno, jak wasze ciała me oko. - odsunął się, aby pozwolić uwadze kobiet skupić się na nowo przybyłej - Poznajcie proszę Teofano Lebkuchen, córkę jednej z głównych rodzin piekarskich miasta i dziewczyny, która bardzo, ale to bardzo chciała was spotkać, a w szczególności Lady Odette. - ręką przesunął dziewczynę bliżej trzech lubieżnic - Powiedz im proszę co mówiłaś mi, na pewno będą zaciekawione. - zerknął na lady Von Dyke - Wybacz Prioroi, ale koleżanka jest zaciekawiona naszą hodowlą, wiem, że to nie twoje tematy. Przy okazji, jest może gdzieś w okolicy błogosławiona Soria? Mam nową człońkinię dla jej dworu.

                            - To może pomożesz mi naszykować dla was coś do picia? - Pirora odpowiedziała grzecznym pytaniem i jednocześnie wstała od ozdobnego stolika. Mnich wyczuł, że nie tyle potrzebuje jego pomocy, co chce chociaż symbolicznie, porozmawiać z nim na stronie. Podeszli do komody jaka robiła za barek dla gości i szczupła blondynka, której ramiona, kark i twarz były okraszone delikatnymi piegami, zaczęła bez jego pomocy przygotowywać dwa dodatkowe napoje.

                            - Lady Sorii nie ma teraz w mieście. Wczoraj popłynęła do wrakowiska aby zdobyć nowe fundusze. Bo pewnie wiesz, że ja i Fabi trochę się wykosztowałyśmy ostatnio - Blondynka mówiła cicho nie przerywając swoich czynności i było widać, że wcale nie potrzebowała Otto do pomocy tylko chciała z nim zamienić parę słów. Na koniec spojrzała na niego z lekkim uśmiechem bo w końcu to na pozyskanie pacjentów z hospicjum najwięcej się ostatnio wykosztowały.

                            - I Soria była tak miła, że popłynęła za miasto aby pozyskać jakieś fundusze. Powinna wrócić dzisiaj ale nie wiem dokładnie kiedy. Na razie nie wróciła. - Wyjaśniła koledze z kultu dlaczego ich boginka którą tak wielbiły, jest teraz nieobecna. Chociaż brzmiało jakby w każdej chwili mogła się tu zjawić.

                            - Ale z nią to o co chodzi z tą hodowlą? Chodzi ci o te robale? Co ona ma z tym wspólnego? - Zapytała jeszcze ciszej, dyskretnie wskazując bokiem głowy na cukierniczkę. A przy okazji oboje mogli rzucić okiem na pozostałą trójkę. A tam proces zapoznawania się trwał w najlepsze. Otto na własne oczy mogł się przekonać jak działa Słowim Północy na swoich wielbicieli.

                            - Ja zawsze pragnęłam cię poznać milady! Przez chwilę cię widziałam w ostatni Festag na mszy. Bo ja śpiewam w chórze. I jak usłyszałam, że to ta sławna milady do nas przyjechała i będzie z nami śpiewać to aż nie mogłam uwierzyć! A potem na mszy ten głos! Wspaniały! Taki czysty i silny! Nigdy nie słyszałam czegoś takiego! - Teofano bez skrupułów chołbiła swoją idolkę a ta siedziała w dumnej pozie na ozdobnym krześle i z zadowoleniem spijała słodycz z jej ust. Szatynka w tym momencie w ogóle nie przypominała tej butnej, aroganckiej dziewuchy co w swojej sypialni, szydziła z ubogiego mnicha.

                            - Oh dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony. Usiądź proszę z nami, nie stój tak. - Szlachcianka o miodowych włosach wskazała cukierniczce na krzesło zwolnione przez Pirorę. Lebkuchen jednak zawahała się i szybko spojrzała na Averlandkę.

                            - Siadaj, siadaj. Otto zaraz przyniesie nam dodatkowe krzesła, zaraz do was idziemy. - Odparła jej szlachcianka z południa, zgadzając się z zaproszeniem teatralnej diwy. Tak uspokojona cukierniczka usiadła na wolnym krześle. A Pirora wskazała gestem swojemu koledze na dwa, wolne krzesła stojące pod ścianą.

                            - To prawda, nasza Odi jest niesamowita. - Fabienne dołączyła się do adoracji sławnej artystki jaka gościła w ich skromnych progach.

                            - A ty milady jesteś lady Fabienne von Mannlieb? Ta Bretonka, żona kapitana. - Lebkuchen nieśmiało zwróciła się do bladolicej gdy ta już się odezwała. Kultystce sprawiło to przyjemności i uśmiechnęła się z zadowoleniem.

                            - Oh mon amour, je pourrais me noyer dans tes yeux et tes lèvres. - Szlachcianka zwróciła się do cukiernik swoim rodzimym językiem. Ale Otto go nie znał tak samo jak mieszczka więc nie zrozumieli słów czarnowłosej. Za to aktorka chyba tak bo uśmiechnęła się serdecznie.

                            - Je suis sûr qu'il y a aussi des choses intéressantes �- explorer entre ses cuisses - odparła płynnie chwaląc się swoją znajomością bretońskiego języka. Stojąca przy jednookim Pirora parsknęła dyskretnym śmiechem.

                            - Spodobała się dziewczynom. Mają na nią ochotę - szepnęła do niego szybko nie mając czasu na dokładniejsze tłumaczenia. Z rozbawieniem wszystkie trzy obserwowały nieco stropioną Teofano.

                            - Brzmi pięknie. Ale co to znaczy? - Córka Renate zapytała ostrożnie, zapewne nie chcąc się narazić na śmieszność.

                            - To znaczy, że jesteś bardzo dorodnym jabłuszkiem i cieszymy się, że możemy się sycić twoim widokiem i sokami twojej jędrności i witalności. Tak w luźnym tłumaczeniu oczywiście. - Wyjaśniła jej Fabienne i teraz wszystkie trzy przy stoliku uśmiechnęły się z zadowolenia. A Teofano chyba ulżyło, że przez szlachcianki została tak miło i ciepło przyjęta. - I jesteś z tych Lebkuchenów od pierników? - Zagaiła jeszcze bladolica.

                            - Tak, mamy zakład cukierniczy na Warsztatowej. - Teofano rozpromieniła się, że szlachcianka rozpoznała jej nazwisko.

                            - To robicie cudowne słodkości. Ale jak widzę jaka słodycz je przygotowuje to się nie dziwię, że wychodzą takie pierniczki, że palce lizać. Zawsze mężowi kupuję na drogę jak wyrusza w rejs. I on też zawsze sobie chwali. Mówi, że zjada je na deser w Martag i Festag lub wręcza innym jako prezenty. - Bretonka okrasiła swoje słowa słodkim uśmiechem co wywołało wręcz rozmaślone spojrzenie Teofano. Nawet zdawała się nie zwracać uwagi, że szlachcianka po przyjacielsku poklepała ją po dłoni, nieco przedłużając dotyk.

                            Mnich kiwnął głową.

                            - Miała ostatnio sny. O wydawaniu na świat robali. Jest pozytywnie nastawiona do tego pomysłu, dlatego ją zabrałem. Przyprowadziłem ją tutaj, ponieważ lady Odette była częścią snu, wolałem nie działać wbrew woli Sióstr. - mnich podążył za Pirorą - No cóż, najwyżej poinformuje czcigodną o nowym rekrucie. To dziewka ze wsi, handluje trzodą i najwyraźniej parzy się z nią. Miała sny o wydawaniu na świat potomstwa Soren i Sorii, więc sądziłem, że słusznym byłoby je sobie przedstawić. Jestem pod wrażeniem… gorliwości pospolitych ludzi. - mnich zerknął z powrotem w kierunku szlachcianek i Lebkuchenki - Sądziłbym, że większość nie wtajemniczonych odrzuciłby szepty Sióstr, a tu spotkałem dwie gotowe poddać się w całości. Nasze patronki najwyraźniej dobrze wiedziały, jak żyznym gruntem jest to miasto.

                            Młoda Averlandka najpierw podniosła brwi w grymasie zdziwienia, później wwierciła spojrzenie w rozmawiającą z jej koleżankami cukiernik, wreszcie pokręciła głową i znów odwróciła się w stronę barku.

                            - To ja zrobię jeszcze jednego dla siebie. - Powiedziała do swojego towarzysza uśmiechając się przy tym nieco kwaśno. I przez chwilę tylko odkręcała butelki i ustawiała ozdobny kubek na trunek.

                            - Z tymi snami to nie wiem. Szkoda, że Merga odpłynęła, ona z nas najlepiej się znała na tych snach. - Westchnęła z żalem nad nieobecnością rogatej wyroczni która służyła radą i pomocą póki była między nimi. - Ale z tego co zrozumiałam to Siostry cały czas nadają swój zew. I wszyscy mamy szansę go usłyszeć. Po prostu jedni są bardziej podatni a inni mniej. Widocznie trafiłeś na te co są bardziej. I jeszcze silna wola. Merga mówiła, że te sny trochę działają jak czar albo urok. Łatwiej im się przeciwstawić komuś o silnej woli. Chyba, że jest wyszkolony albo uzdolniony do snów i wizji jak Starszy, Merga albo ta młoda kruczyca z Saltburga. - Powiedziała cicho coś co sobie przypomniała z rozmów i nauk Złotookiej. Skończyła sobie robić napój i jeden kubek podała mnichowi a drugi wzięła dla siebie. Trzeci, zapewne dla Lebkuchen, został na razie na miejscu. Ponownie popatrzyła na mnicha.

                            - Masz jakąś wieśniaczkę co chędoży się ze swoim stadem? - Zapytała z mieszaniną ciekawości i niechęci. Jakby chodziło o jakieś szpetne ale nietuzinkowe stworzenie w cyrku jakie można obejrzeć za parę pensów. - No ciekawe. Mnie to raczej nie interesuję ale cóż… - Uśmiechnęła się i spojrzała na kobiety rozmawiające przy stole. - A jeśli tej wieśniaczce się śniło zbrzuchacenie przez naszą milady to jak wiesz, to jest możliwe. I chyba masz rację, lepiej je sobie przedstawić. Teraz Sorii nie ma ale w końcu wróci. - Po chwili namysłu uznała, że kolega postąpił słusznie chcąc się skontaktować z wężową syreną. Tylko na razie nie wróciła jeszcze do miasta.

                            - A ta Teofano to ona chce mieć te robale? Jesteś pewien? No zobacz jaka niczego sobie. Można by z niej zrobić całkiem niezły użytek. Zobacz jak sobie ćwierkają nawzajem. - Co do zasiania dziedzictwem Oster to Averlandka miała widoczne wątpliwości. I chyba nie mieściło jej się w głowie, że ta całkiem zgrabna cukiernik mogłaby dobrowolnie chcieć wydać na świat tak plugawe potomstwo. Zwłaszcza, że widać było, że jest młoda, jędrna i ponętna. Co zwykle wpadało w oko Pirory i jej koleżanek. Zresztą przy stoliku sami widzieli jak mieszczka czuje się coraz bardziej swojsko w rozmowie z dwiema szlachciankami. Ich przyjazne przyjęcie podziałało na cukiernik bardzo uspokajająco. Przestała być taka spięta jak na początku rozmowy.

                            - Widzę. - przyznał Otto - Ale jednak takie są jej życzenia. Nie jestem gburem, aby odmówić kobiecie swoich zachcianek. - mnich się uśmiechnął - Będziesz miała czas, aby się z nią zabawić. Jeżeli mamy jej dać czego chce, muszę zahaczyć o aptekę Sigismundusa. Więc, proszę zabawcie ją dopóki nie wrócę, na pewno coś wymyślicie.

                            Z tymi słowami mnich zostawił Teofano w towarzystwie trzech hedonistek i ruszył do apteki. Po drodze zatrzymał się jeszcze raz na targu, aby kupić jedzenie dla opiekunki domu.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Online
                              SantorineS Online
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #243

                              Oryginalny autor: Pipboy79

                              Oryginalny tytuł: Tura 60 - 2519.07.22; mkt; południe

                              Miejsce: Nordland; na pn-zach od Neues Emskrank; zachodni brzeg zatoki; plaża;
                              Czas: 2519.07.22; Marktag; południe
                              Warunki: - na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)

                              Egon i Norsmeni

                              - Dobra, nie ma co dłużej czekać. Jak do nich wyjdziemy to nawet jak nie trafimy na ich herszta to sami go zawołają do gadania. - Po upływie kilku pacierzy spędzonych na skraju mrocznego lasu, Lars stracił cierpliwość i był gotów podjąć jakieś działanie. Padająca monotonna mżawka na pewno nie pomagała siedzieć pod gałęziami drzew i krzaków z widokiem na chaty jakie obiecywały schronienie przed kapryśną aurą.

                              Ten czas spędzony na obserwacji sytuacji w rybackim siole, pozwolił Egonowi i Norsmenów nieco rozeznać się czego są świadkami i jak powinni postąpić. Gladiator nie po raz pierwszy miał okazję zobaczyć barwną mieszankę poglądów i postaw wśród swoich towarzyszy z północy. Lars wcale nie ukrywał, że cieszy się z poparcia wojownika z południa, dla swojego pomysłu. Oczywiście Astrid była o wiele mniej zadowolona i patrzyła na południowca z wyrzutem. Do momentu aż ten nie wyjaśnił jaką rolę dla niej przewiduje. Wtedy od razu się rozchmurzyła.

                              - O tak! Będę waszym jarlem! A wy moimi huskarlami! - Ucieszyła się i chyba bez żalu pożegnała się z pomysłem ratowania wieśniaków aby zyskać sobie uznanie w oczach miejskich władz i Froyi van Hansen. - No dobrze, to pójdziemy z nią we trójkę na polowanie i wtedy będziemy sobie zdobywać jej względu. - Zgodziła się wskazując na siebie, Egona i Helgę jakie zapewne planowała zabrać na wycieczkę zapoznawczą z tutejszą szlachcianką. Argument, że panna z bogatego domu może niezbyt przejąć się losem jakichś wieśniaków widocznie trafił do przekonania córki jarla. Natomiast to aby teraz uznać Astrid za wodza ich grupki zdecydowanie nie spodobał się Larsowi.

                              - Ty? A niby czemu ty? A może to ja powinienem być waszym jarlem? Najwięcej świata widziałem i w Imperium też już bywałem. Albo Bjorn. Jesteś gotowa skrzyżować z nami miecze aby walczyć o przywództwo? Albo Raisa. Najmędrsza z nas wszystkich i zna słowa mocy. - Morski korsarz, najemnik i kupiec nie ukrywał, że wcale nie czuje się gorszy od córki jarla, aby przejąć dowodzenie ich grupką.

                              - Niech idzie. - Niespodziewanie do rozmowy wtrąciła się stara wiedźma. Oboje adwersarzy popatrzyło na nią pytająco. - Niech idzie. Jak jest wolą bogów aby była na czele to jej będą sprzyjać. Hail od bogów trzeba uszanować. Zresztą i tak chodzi aby zdobyć łona do zasiania i wypełnienia woli Sióstr i mniejsza z tym jak to uzyskamy. Każdy skuteczny sposób jest dobry. A bogowie pobłogosławią najskuteczniejszemu a wtedy nam wypada to uszanować. - Starucha zdradziła im swój pogląd na tą sprawę i po chwili zastanowienia i Astrid i Lars zgodzili się z jej słowami. Córka wodza zaczęła przygotowywać się do odegrania wybranej roli zaś Lars już bez skrupułów starał się ją wesprzeć swoim doświadczeniem z obcowania z południowcami.

                              - Musisz im przedstawić ciekawą ofertę. Aby chcieli się do nas przyłączyć. Za mało nas jest aby stawiać im warunki z pozycji siły. Jakby nas było trzydziestu czy czterdziestu to można ale ich raczej jest więcej od nas. Musisz im przedstawić coś ciekawego. Chędożenie, złoto, łupy, przygody. To zwykle jest w cenie. Widać, że śmiało sobie poczynają z wieśniakami. Mogą nam się przydać. Znają teren i mogą wzmocnić nasze szeregi. Nie wiemy czy to jakieś rzezimieszki czy działają legalnie. - Lars doradzał blondynce jaka miała wziąć na siebie początek negocjacji z nieznajomą bandą. Ona słuchała, czasem kiwała głową ale końcówka jego wypowiedzi zdziwiła ją.

                              - Mogą działać legalnie? - Nie ukrywała swoich emocji. Wojownik jaki wczoraj został ranny w starciu z krabami uśmiechnął się chytrze i potwierdził skinieniem głowy.

                              - Mogą. Jak nie zapłacili daniny swojemu panu, ukrywali zbiega czy coś takiego to ten kto jest tu na prawie mógł wysłać taką bandę aby nauczyli wieśniaków moresu. Ale może nie. Może to jacyś korsarze co przyszli wziąć co im się spodoba. - Tarczownik przyznał, że tylko zgaduje i od samego patrzenia na sceny z osady nie da się tego jednoznacznie przesądzić. A w międzyczasie starucha znów skorzystała z okazji aby zagadać do Egona.

                              - Jak chcesz to ci uwarzę napój miłosny. Widziałeś tego tam jak musiał ciągnąć tą dziewkę aby z nią pofiglować? - Wskazała brodą na drewniane chaty zalewane mżawką gdzie jakiś czas temu jeden ze zbrojnych wywlókł jedną z wieśniaczek i zaciągnął ją do stodoły w jakiej widocznie konsumowano te nowe znajomości pomiędzy dwiema grupami. Tylko wcześniej musiał siłowo spacyfikować opór dziewczyny. - Po co ci to? Nie wolałbyś aby same rozchylały przed tobą uda i ramiona? Duży jesteś to mogą się ciebie przestraszyć. Młode to często głupie, nie zawsze potrafią docenić dobroć i solidność prawdziwego wojownika. Ale jak ja zrobię ten wywar to się rozochocą, nie trzeba będzie się z nimi szarpać. Tylko muszę mieć piec albo ognisko. No i czas aby to uwarzyć. - Mówiła jakby wciąż traktowała Egona jak swojego ulubionego wnuczka. - A jak już się zabawisz albo jakiejś nie będziesz chciał to daj ją mnie. Ja ją zasieję dziedzictwem Oster. Tylko będziemy musieli ją zabrać ze sobą aby nam urodziła miot. Jak zostanie i urodzi tutaj to nic nam po niej. - Starucha wydawała się nadal sprzyjać gladiatorowi i użyć swojej wiedzy i mocy na jego korzyść. Zwłaszcza jakby jego działania miały zaowocować początkiem hodowli na jakiej jej zależało.

                              - A ten wywar na tą ich kobietę i resztę z nich też by podziałał? - Zainteresowała się Astrid jaką często interesowało wszystko co jest jakoś związane z chędożeniem.

                              - Tak. Raczej tak. Płeć nie ma znaczenia. Wywar powoduje gorączkę miłosną. Ale najczęściej chcą tego mężczyźni aby podać kobietom co nie mają na nich ochoty. Czasem żony jak ich mężowie wzięli sobie młodsze żony i nałożnice. Płeć nie ma znaczenia. Raczej siła woli. Jak ktoś szkolony w mocy albo ma silną wolę to może się oprzeć. No i jak wie albo podejrzewa, że wywar ma go omamić. A jak nie to zwykle wywar działa. Ale teraz go nie mam więc musiałabym mieć ogień i z dzwon aby go uwarzyć. - Starucha wyjaśniła im dokładniej jak by działała mikstura o jakiej mówiła. Brzmiało jakby całkowitej pewności nie było ale częściej działała niż nie.

                              - Ciekawe. To się może przydać. Szkoda, że nie masz gotowego wywaru od razu. - Astrid doceniła tą możliwość, chociaż zdawała sobie sprawę, że sarucha potrzebuje czasu aby przygotować taki wywar. I tak rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami póki Lars nieco znudzony a nieco zirytowany bezczynnością dał znak, że jest gotów ruszać. W osadzie bowiem wiele się nie działo. Jak jeden ze zbrojnych zaciągnął wieśniaczkę do stodoły to sytuacja znów się uspokoiła. Po jakimś czasie jeden z mężczyzn wyszedł na mżawkę, po drodze dopinając paski spodni i kubraka. Podszedł do trójki jaka w międzyczasie przeniosła się ze studni na ławeczkę pod okapem jednej z chat. Tam zapewne mniej im mżawka dokuczała. Ten ze stodoły porozmawiał z nimi chwilę, pożartowali, pośmiali się i po jakimś czasie poszedł na nabrzeże aby zmienić jednego ze strażników. Ten zaś ochoczo powędrował wprost do stodoły. I znów nastał spokój i zbyt wiele się nie działo.


                              - Nie wiadomo kto z nich jest hersztem. Póki nie każe im się zbierać albo coś robić to nie będzie wiadomo. Na razie to chyba chędożą branki w tej stodole. - Uznał w końcu Lars bo sama obserwacja nie przyniosła rozstrzygnięcia kto ze zbrojnych może być przywódcą. Ale jak korsarz sam uznał, że w razie pojawienia się ich grupki to herszt się pewnie pojawi w ten czy inny sposób.

                              - Dobrze! Więc moi wierni i dzielni huskarls! Za mną! - Astrid też miała już dość biernego czekania więc chętnie przeszła do działania. Zwłaszcza jak welde planu Egona mogła grać główne skrzypce w nadchodzących wydarzeniach. Tak jak się umówili wcześniej ruszli ze skraju lasu w kierunku rybackiej osady. Astrid w środku, po bokach Egon i Bjorn a nieco za nimi Lars. Zog, Raisa i Helga pozostali w lesie z nadzieją, że pozostaną dla reszty niezauważeni.

                              Trójka zbrojnych w środku osady zorientowała się, że nadchodzą jeszcze zanim goście pokonali połowę odległości z lasu. Widać było, że zbystrzeli, zaczęli się rozglądać dookoła ale chyba nie uznali trójki przybyszy za zagrożenie. Ktoś od nich gwizdnął jakby to był jakiś sygnał, któryś coś zawołał. Ale na zawołanie bojowe albo na zbiórkę to nie wyglądało. ~ Pewni siebie są. ~ Mruknęła cicho Astrid do swoich towarzyszy. Chociaż na razie szli trójką na trójkę zbrojnych, w obu trójkach była jedna kobieta. Ale za gośćmi szedł tylko Lars a wśród gospodarzy nie wiadomo było ilu ich jest w budynkach.

                              - Nieźle się tu zabawiacie chłopcy. - Zagadnęła wesoło Astrid gdy zatrzymała się z tuzin kroków przed ławką obsadzoną przez trójkę zbrojnych. Egon i Bjorn zatrzymali się po jej bokach. Teraz z bliższej odległości obie strony miały okazję przyjrzeć się sobie nawzajem. I widać było, że to robią z mieszaniną nieufności i zaciekawienia. Z bliska trójka na ławce wyglądała na lekkozbrojnych. Mogli być zarówno jakąś milicją jak i banitami. Brak ciężkich kolczug i podobnego opancerzenia wskazywał, że raczej nie parają się walką w pierwszej linii z regularnym wojskiem. Dwójka mężczyzn siedziała na ławce, chociaż ich towarzyszka zdążyła wstać. Oparła łuk na krawędzi ławy co wskazywało, że jest gotowa go użyć w razie potrzeby. Na razie jednak takiej potrzeby nie widziała ale trzeba było się liczyć z tym, że jak nie straci zimnej krwi to w razie walki zdąży wystrzelić w trójkę przybyszy chociaż raz nim doszłoby do bezpośredniej walki.

                              link: https://i.imgur.com/Pa1Bk8g.jpeg

                              ~ Ona jest całkiem niczego sobie. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. Albo zostanie moją branką. ~ Mruknęła cicho Astrid doceniając gibkość i smukłość nieznajomej blondynki w zielonym kubraku. Ale widocznie to nie łuczniczka była u zbrojnych od gadania.

                              link: https://i.imgur.com/7da4zJE.jpeg

                              - Ano jak widzisz ślicznotko. A co? Chcesz się przyłączyć? - Widocznie mężczyznom na ławce Astrid wpadła w oko tak samo jak jej ich łuczniczka. Słysząc to córka jarla roześmiała się serdecznie.

                              - Być może, być może! Chociaż jak widzicie, nie jestem tu sama! - Zawołała wesoło wskazując dłońmi na każdego ze swoich świeżo mianowanych huskarli, po swoich bokach. Widać było, że ich towarzystwo tutejszym zbrojnym jest o wiele mniej miłe niż smukłej, wesołej blondynki. Obrzucili jednak czujnie ich sylwetki, słowa kobiety nieco ich rozluźniły i rozbawiły. Egon dostrzegł, że w małym, mętnym oknie chaty z jakiej wcześniej jeden ze zbrojnych wywlókł wieśniaczkę, ktoś im się przygląda. Błona okna była jednak zbyt nieprzejrzysta aby rozpoznać kto to. Tych dwóch co stało przy nabrzeżu też się nieco cofnęło w przestrzeń między chatami aby móc obserwować przebieg wydarzeń.

                              - No widzę ślicznotko, widzę. A w ogóle coście za jedni? I co tu porabiacie? - Ten najbardziej wygadany z trójki zbrojnych wydawał się tak zaciekawiony nowoprzybyłymi jak i nieufny. Obok na ławce leżał hełm i jakiś kawałek pancerza z kolczugi. Pewnie kołnierz, kaptur albo rękawice bo nie był zbyt duży.

                              - Jestem tu z moją drużyną, bo szukamy nowych przygód oraz okazji do gruntownego chędożenia i zrobienia złotych interesów. I szukamy rezolutnych, śmiałych wspólników jacy by mogli do nas dołączyć. - Astrid odparła tak zadziornie i rezolutnie kładąc swoje szczupłe dłonie na swoich biodrach i patrząc bez lęku na trójkę pod ścianą chaty. To znów wywołało rubaszny śmiech u obu mężczyzn oraz uśmiech na twarzy blondynki z łukiem.

                              - No dobrze trafiłaś! Jak widzisz okazji do chędożenia nam nie brakuje! Zwłaszcza jak komuś inaczej trudno spłacić swoje zobowiązania. - Zaśmiał się ten wygadany i wskazał kciukiem w stronę stodoły do jakiej jego towarzysze zaciągali młode wieśniaczki. Jednak obrzucił córkę wodza takim spojrzeniem, że było widać, że ją też chętnie by tam zaciągnął. - Jak się postarasz to może i ciebie do nas przyjmiemy. A może i twoich kolegów bo wyglądają na krzepkich. - Zbir wskazał, że zrobili na nim niezłe pierwsze wrażenie, chociaż niekoniecznie oceniał ich wedle tej samej kategorii. Wbił mały nożyk w kawałek pieczonej ryby i wsunął go sobie w usta. Z tej chaty z jakiej wcześniej ktoś wyglądał przez zamglone okienko, teraz po otworzeniu skrzypiących drzwi wyszedł kolejny zbrojny. Wydawał się być jak i reszta zaciekawiony spotkaniem z nieznajomymi. Ale przy okazji widać było, że jest ich ze dwa razy więcej niż czwórkę przybyszy.

                              - Może, może. Chociaż jak ja bym się wzięła za waszą trójkę to nie wiem co by zostało dla moich kamratów. Zostały wam jakieś wieśniaczki do wychędożenia? I co? Nie zapłacili wam za robotę? - Astrid mimo, że w ogóle nie znała sytuacji ani ludzi z jakimi rozmawiała potrafiła improwizować. Zachowywała przy tym pewność siebie jakby stała na czele całej bandy Norsmenów a nie stała tu sama z dwoma towarzyszami. I potrafiła wyłuskać z dyskusji nowy wątek. Jej słowa ponownie rozbawiły tubylców. I to tak, że tym razem wybuchli salwą śmiechu. Nawet ta blondynka z łukiem zaśmiała się pod nosem.

                              - Ha! Ty jedna dasz radę naszej trójce?! - Herszt wskazał na siebie i swoich sąsiadów aby się upewnić, że blondynka z naprzeciwka właśnie o tym mówi. - Słyszeliście kamraci?! Ta blondyneczka mówi, że w łożnicy da radę naszej trójce! - Zawołał głośno dla tych co mogli nie usłyszeć słów córki jarla. U nich też to wywołało falę śmiechów. Po czym znów zwrócił swoje chytre spojrzenie na Astrid. - Wiesz co? Jak ty dasz radę naszej trójce to dziewki dla twoich kompanów się znajdą. - Powiedział to tak jakby mimo wszystko nie dowierzał słowom obcej blondynki.

                              - Czy dam radę waszej trójce? A jak z wami skończę to dla mnie jakaś dziewka się znajdzie? I opowiedz co to za robota którą sobie teraz odbieracie zapłatę? - Astrid nie zbiło to z tropu i podtrzymała swoją ofertę. Przy okazji wróciła do wspomnianego wątku jaki ją zaciekawił. Widać było, że tym razem herszt drugiej bandy zeźlił się na jej przytyk.

                              - Ha! Patrzcie ją jak zgrywa chojraka! Mówi, że da nam radę i jeszcze jakąś dziewkę chce na deser! - Herszt znów był rozbawiony postawą rozmówczyni. Jego towarzysze także. Wydawali się nie dowierzać możliwościom nieznajomej blondynki z mieczem u pasa. Jednak wyglądali na zafascynowanych czy jest w stanie przemienić swoje słowa w czyn. - A robota tak. Ci tutaj - wskazał ręką na ogół wioskowych chat - skarżyli się że jakieś gobliny sobie obóz urządziły. W lesie i teraz strach chodzić do lasu. Obiecali, że zapłacą po beczce ryb na każdego z nas co wróci. To ja im mówię, że nie będziemy chodzić z beczką przeklętych ryb. I aby zebrali brzdęk na zapłatę. Niech płyną do miasta i sprzedadzą te ryby na brzdęk dla nas. Proste nie? I poszlimy z chłopakami w ten las i zrobiliśmy porządek z tymi pokurczami. Głów żeśmy naścinali i przynieśli aby pokazać. A te łapserdaki dalej odstawiają cyrk z tymi beczkami. No to mówię, że tak się bawić nie będziemy. I jak nie maja brzdęków to sami sobie weźmiemy co nam się należy. I jeszcze trochę za czas i krwi psucie. - Zarośnięty mężczyzna zaśmiał się rubasznie na koniec ale wyjaśnił Astrid i jej towarzyszom co tu się dzieje i dlaczego. Dwójka jego sąsiadów potwierdziła niemo jego słowa kiwając głowami. Córka jarla spojrzała po obu gwardzistach i nieco do tyłu gdzie stał Lars.

                              - Rzeczywiście jacyś niepoważni. - Blondnwłosa Norsmenka pokiwała głową z wstępną aprobatą dla działań drugiej bandy. Co ci przyjęli z zadowoleniem.

                              - Ale jak jesteś taka chętna na chędożenie i współpracę ślicznotko to możemy o tym porozmawiać na spokojnie. Bo jak pogoniliśmy te goblińskie pokurcze to znaleźliśmy parę ciekawych rzeczy. No ale rozumiesz, że takie rzeczy to się omawia z przyjaciółmi. - Herszt zaśmiał się rubasznie a oczami chciwie wodził po zgrabnej sylswetce blondynki. Ta pokiwała w zamyśleniu głową i znów spojrzała na swoich towarzyszy.

                              - Co myślicie? - Zapytała ich cicho. - Dla mnie pójść z nimi do łożnicy to żadna sprawa. Wyglądają na krzepkich. Zwłaszcza jakby ta blondynka poszła z nami. Porządne chędożenie zwykle pomaga w nawiązaniu współpracy. Tylko byście musieli poczekać aż skończymy. - Norsmenka zapytała w reikspiel i wydawało się, że zbrojni zrobili na niej dobre pierwsze wrażenie. A jak pokazała wczoraj wieczorem chędożenia się nie obawiała i była bardzo utalentowana w tej sztuce. Jednak to nieco odbiegało od planu jaki wstępnie ustalili jeszcze na skraju lasu.

                              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
                              Czas: 2519.07.22; Marktag; południe
                              Warunki: - na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)

                              Otto i kobiety

                              Otto musiał nakryć głowę kapturem habitu aby uchronić się przed padającą mżawką. Niestety bogowie dzisiaj zsyłali niezbyt przyjazną aurę. Najpierw była dziwna, zielonkawa mgła a teraz mżyło a wilgotny chłód atakował odkryte części ciała. Tu na północy Imperium, pogoda nie rozpieszczała mieszkańców nawet w środku lata. Ale chociaż mentalnie mógł rozgrzać się od środka świeżym wspomnieniem z salonu averlandzkiej kultystki.

                              - To mówisz, że miłowałaś się już z kobietami? Spójrz Fabi jak Teo ma świeży i otwarty umysł. - Teatralna diwa wydawała się być zafascynowana młodą cukiernik. Jak dziewczynka nową lalką do zabawy.

                              - Tak, próbowałam się z naszą służącą. Robi co jej każę. Chciałam zobaczyć jak to jest z kobietą. A kazałam jej się rozebrać a potem usługiwać. - Teofano nawet się nie zajkąknęła, że śpiewaczka zdrobniła jej imię mimo, że niedawno zabroniła tak się spoufalać ubogiemu mnichowi. I widząc aprobatę na twarzach obu szlachcianek z dumą mówiła o doświadczeniach jakie ich interesowały.

                              - No tak, po co jest służba aby nam uprzyjemniać ten ciężki, codzienny znój. I naprawdę podziwiam się Teo, byłaś bardzo odważna. My cenimy takie otwarte umysły. Zwłaszcza u tak młodych, dorodnych dziewcząt. - Bladolica Bretonka pogłaskała dłoń cukiernik i przetrzymała ją chwilę sprawdzając jak brunetka reaguje na jej dotyk. Teofano uśmiechnęła się do niej przymilnie wręcz zachwycona z tak przyjaznej rozmowy z dwójką osób co stały znacznie wyżej od niej w hierarchii społecznej. A do tego w pełni aprobowały jej zachowanie i zainteresowania jakie przecież w oficjalnej polityce świeckiej i kościelnej były godne potępienia.

                              - Jak widzisz Otto, Teo zostaje w dobrych rękach. I nie zdziw się jeśli wrócisz i zastaniesz nas w trakcie bliższego zapoznawania się. - Priora odprowadziła gościa do drzwi salonu i wydawała się dobrej myśli. Wszystko wskazywało, że trójka przy stoliku jest sobą nawzajem zainteresowana a u dziewcząt lady Sorii często kończyło się to na uciechach cielesnych.

                              link: https://i.imgur.com/EaPuPbL.jpeg

                              Na razie jednak wyszedł z Bursztynowej z powrotem na Plac Targowy. Widział, że straganów i wozów było znacznie mniej niż wcześniej gdy spotkał Elke. Ją samą też jeszcze dojrzał. Zbierała się razem z psem i podrostkiem jaki pilnował stada gdy poszła zaznajomić się z jednookim mnichem. Ale tu najtaniej i najłatwiej było kupić coś do jedzenia co wczoraj prosiła go Dorna.

                              Do apteki Sigismundusa miał znacznie dalej. Mieściła się w południowej dzielnicy miasta. Front był zamknięty ale jak kultysta Oster wyjechał z miasta to nie było to dziwne. Zaszedł od podwórza. Musiał pogmerać przy zamknięciu furtki aby ją otworzyć a potem przejść przez zagracone i zabłocone podwórze. To błoto, brud i odpadki, oznaki rozkładu i rozpadu, dobrze oddawały charakter gospodarza i jego boskiego patrona. Gdy zastukał w odpowiedni sposób w tylne drzwi musiał chwilę odczekać. Nic się nie działo, słyszał tylko monotonny szum mżawki jaka spadała na graty i błoto za jego plecami. Jednak w końcu usłyszał chrobot zamka i drzwi uchyliły się na szczelinę. Z mrocznego wnętrza ujrzał zakapturzoną postać.

                              - Aha to ty. Wejdź. - Rozpoznał głos szaroskórej mutantki. Widocznie jej ulżyło, że to ktoś znajomy. Otworzyła mu drzwi na oścież aby mógł wejść do środka po czym szybko je zamknęła z powrotem. W środku kuchni panował ciemny półmrok i zaduch dawno nie wietrznego pomieszczenia. Okiennice były zamknięte więc nie wpuszczały światła dziennego poza małymi otworami. Dorna poprowadziła go w głąb parteru przy okazji zdejmując swój kaptur i ukazując swoje kolcowłosy i ziemistą cerę.

                              - Coś się stało? - Zapytała Dorna z nutką niepokoju w głosie. Zaprowadziła go do małego pomieszczenia na zapleczu. Tego ze stołem gdzie niegdyś Otto miał spotkanie z Sigismundusem i Tobiasem.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Online
                                SantorineS Online
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #244

                                Oryginalny autor: Santorine

                                Egon rozejrzał się wokół, szukając wzrokiem głów goblinów.

                                – A te głowy goblinów? – zapytał, nie widząc ich od razu. – Gdzie one są?

                                Tu zwrócił się do Astrid:

                                – Może być, jak uważasz – rzekł gladiator. – Ale jaki masz gwarant, że nie poderżną ci gardła, jak skończą? Ktoś musi cię ubezpieczać. Ja tam będę. Naleję sobie wina, zjem sobie co nieco… A wy ogarniecie, co trzeba będzie.

                                Jeśli Astrid miała chędożeniem dokazać tam, gdzie bitwa miała się rozegrać, tym łatwiej dla nich. Mogło się bowiem obejść bez ran, a i tamci będą bardziej skorzy do rozmowy.

                                Córka wodza spojrzała na niego i uniosła brwi gdyż chyba myśl o podrzynaniu gardeł nie przyszła jej do głowy gdy myślała o chędożeniu. Ale gdy usłyszała resztę propozycję gladiatora lekko się uśmiechnęła.

                                - No na pewno będę się czuła bezpieczniej jak pójdziesz ze mną. - Położyła mu zalotnie swoją szczupłą dłoń na jego masywnym ramieniu. I odwróciła się do herszta zbrojnych bo ten się akurat odezwał. Właściwie to mruknął coś do swojego przybocznego a ten wstał i ruszył gdzieś wzdłuż frontu chłopskiej chaty. Astrid odprowadziła go wzrokiem jednak zaczeła coś cicho mówić do Bjorna po norsmeńsku. Widząc, że się szykuje gadka a nie bitka Lars też do nich dołączył zaciekawiony o czym rozmawiają i jakie mają plany na to co dalej.

                                - To ja z Egonem pójdę z nimi. A wy zostańcie tutaj. - Jarlówna wróciła na zrozumiały dla południowca język.

                                - Chcesz się z nimi pokładać? Może i dobrze. Raczej nie zacznął rozróby bez herszta. Więc jak coś się zacznie to pewnie u was. Ale jak już będzie chędożenie i wino to raczej się dogadamy. - Lars podzielił się z nimi swoją opinią jak to wszystko widzi. Wydawał się być zadowolony, że jego pomysł o nawiązaniu współpracy ze zbrojnymi na razie idzie w dobrym kierunku.

                                - Zadowolony? - odezwał się herszt gdy jego człowiek rzucił w błoto siatkę. W pierwszej chwili wyglądało to jakby była pełna główek kapusty. Tylko ciemnych. Ale jak się jej przyjrzeć to dało się zauważyć rozwarte gęby pełne małych, ostrych zębów, sterczące uszy i nosy o paskudnej, goblińskiej fizjonomi. Bjorn powiedział coś cicho ale lekceważąco.

                                - Widzę, że nie rzucasz swoich słów na wiatr. No to może rozmówimy się w bardziej wygodnych warunkach? A nie jak na głowe pada a nogi w błocie. - Astrid szybko przykryła burczenie myśliwego promiennym uśmiechem. Pomogło na tyle, że dwóch nowych znajomych zaśmiało się rubasznie a ich blond koleżanka uśmiechnęła się.

                                - No to chodźmy ślicznotko. - Herszt wstał z ławki i ruszył w stronę chaty z miną zadowolonego kocura. Jego towarzysz miał podobny wyraz twarzy. Zielona łuczniczka milczała obserwując z zaciekawieniem blondynkę gości.

                                - Ale chyba nie będzie wam przeszkadzać jak Egon pójdzie z nami? - Astrid klepnęła gladiatora w ramię pokazując drużynie gospodarzy o kogo jej chodzi. Trójka teraz zmierzyła go spojrzeniem i widać było, że woleliby córkę jarla tylko dla siebie. Ale chyba ich lider rozumiał, że też wypada mu pójść na jakiś kompromis.

                                - Dobra. To chodźcie. - Zgodził się i wznowił marsz do wnętrza chaty. Po chwili całą piątką znaleźli się w środku. Panował półmrok, niewiele światła dziennego dostawało się przez małe okna. Ale za to nie było błota ani mżawki. I było cieplej chociaż powietrze przesiąknięte było morskimi i rybimi zapachami. - Częstujcie się. - Herszt wskazał na prosty stół na jakim stały miski i talerze. Głównie ze świeżo smażonymi rybami, chlebem, serem i dzbankiem mleka i piwa. Tego właśnie można się było spodziewać po chłopach i rybakach. Wcześniej już zbrojni musieli się poczęstować przy stole ale jeszcze sporo zostało. Astrid z ciekawością podeszła do stołu i sięgnęła po zwykły, gliniany kubek aby sobie czegoś nalać. *

                                Egon w milczeniu spojrzał na goblińskie łby. Skinął w geście aprobaty. Jeśli zgraja umiała zabijać zielone pokurcze w lesie - myślał - mogliby także dokazać się przy handlu niewolnikami, tym bardziej, że wagowali się z tym, żeby siłą zaciągnąć do łożnicy parę chłopek za to, że sioło nie chciało zapłacić.

                                Gladiator szedł z Astrid, zanim jednak to zrobił, półgębkiem rzekł do Larsa:

                                – Jeśli gnojki będą próbowały coś odstawiać, wołajcie natychmiast, ustawiajcie się tak, żeby było blisko do mnie. Jak będzie i tak, że nas napadną, to też wrzasnę… No. Zobaczymy.

                                Wszedł do środka i bez ceremonii usiadł przy stole, pomny swego topora przy pasie.

                                – O interesach chciałbym pogadać – rzekł, rozsiadłszy się wreszcie na ławie obok stołu. – Jak wolicie? Rzeknijcie może najpierw, jesteście z Neues Emskrank? Najmowaliście się tam?

                                Nalał sobie piwa i rzucił spojrzenie do Astrid - wolał, żeby to ona zdecydowała, czy chce najpierw się im oddać i potem zacząć deliberowanie, czy też na odwrót, najpierw interesa, a potem okazanie dobrej woli. W obu przypadkach byłby kontent.

                                ~ Dobra, idźcie, my tu z Bjornem poczekamy.

                                Lars skinął mu głową i razem z norsmeńskim tropicielem odprowadzili wzrokiem ich grupkę. Jak za hersztem zbrojnych Egon i Astrid weszli do mrocznej, rybackiej chaty to i tak stracili z oczu to co na zewnątrz.

                                - No to pogadamy. Gdzieś ci śpieszno? - Zaśmiał się przywódca zbrojnych. Sam też podszedł do stołu i popatrzył na pobojowisko zostawione po poprzednim posiłku. Nalał sobie gęstego, słodkiego miodu z dzbana i upił łyk. Oczami zaś chciwie wodził po smukłej sylwetce córki jarla. Tej zresztą wcale to nie krępowało. Odwzajemniała się flirciarskim, bardzo obiecujacym uśmiechem. - No ostatnio to jesteśmy z Neus Emskrank. Ale w ogóle to nie jesteśmy stąd. - Mruknął i podszedł do blondynki. Złapał ją za kibić i przyciągnął do siebie. Astrid zaśmiała się wdzięcznie ale wyślizgnęła mu się z objęć i podeszła do gladiatora. Nachyliła się do niego a przy okazji miał wgląd jej atrakcyjny dekolt.

                                ~ Daj mi się z nimi zabawić. Po zabawie lepiej się idzie dogadać. ~ Puściła mu oczko i pocałowała w zarośnięty policzek. A sama wyprostowała się i znów odwróciła się frontem do herszta.

                                - To jak mamy się lepiej poznać to jak cię zwą? - zapytała wracając do flircarskiego tonu. Pozostała trójka uśmiechnęła się z zadowoleniem.

                                - Ja jestem Gezackt. A to jest Szybki i Martin. - Mężczyzna w kaftanie wskazał na swojego towarzysza i towarzyszkę. Oni oboje odpowiednio skinęli głowami gdy wymieniał ich ksywy i imiona.

                                - Martin? Jesteś bardzo przystojny Martin. Od razu mi wpadłeś w oko i mam na ciebie ochotę. - Astrid pozwoliła sobie na żartobliwy ton z męskiego imienia kobiety w zielonym kaftanie. To rozbawiło obu mężczyzn.

                                - Właściwie to jestem Martina. No ale wszyscy mi mówią Martin. - Odparła uśmiechnięta łuczniczka. Córka jarla podeszła do niej i z zaciekawieniem zaczęła przyglądać się jej z bliska.

                                – Niech będzie – rzekł Egon, kiwając głowy do Astrid. – Może i masz rację…

                                Oczy gladiatora śledziły zbrojnych. Jeśli Astrid sądziła, że może sprawę rozpocząć z dobrej stopy tu i teraz, powinna wojów wciągnąć w swe sidła.

                                Kiedy rozpocząć się miało chędożęnie, Egon od niechcenia popatrywał i wyczekiwał. Nie ufał miejskim ciurom, którzy panoszyli się w tej wiosce, jakoby należała do nich, jednak mogli mieć swe zalety - to znaczy, jeśli tylko mieli przystać na propozycję. Astrid wydawała się nie mieć nic przeciwko pójścia do łoża z pospolitą gawiedzą, nawet, jako córka jarla. Dziwne były te zwyczaje z Norski, ale nie jemu to było sądzić.

                                - Oj Martin, czemu jesteś taki nieśmiały? - Astrid zbliżyła się już całkiem do szczupłej blondynki zbrojnych. Jej towarzysze z fascynacją w oczach obserwowali to zbliżenie. Córka Jarla nachyliła się powoli do twarzy drugiej kobiety aby ją pocałować. Nawet ich usta zetknęły się chyba na chwilę ale jednak łuczniczkę jakby coś spłoszyło i nieco się cofnęła. To wywołało śmiechy jej kamratów i lekki przytyk od zwolenniczki Soren. Nie chciała jednak siłować się z łuczniczką zwłaszcza, że ta wydawała się nieco zmieszana. - No ale jak wolisz coś bardziej na osobności to może później się poznamy lepiej. - Astrid starała się załagodzić nieśmiałość łuczniczki i pogłaskała ją czule po policzku jakby już były kochankami. Martinie chyba ulżyło bo uśmiechnęła się wdzięcznie.

                                - Martin za dziewczynkami za bardzo nie przepada. Może jesteś jakiś lewy Martin co? - Herszt zaśmiał się rubasznie jakby koleżanka naprawdę była młodzikiem z jakiego można sobie stroić żarty. Jemu i koledze śmiałości widać nie brakowało. Astrid też nie. Blondynka podeszła teraz do nich i filuternie popatrzyła na nich okraszając to przesunięciem dłoni po ramieniu jednego czy zarośniętym policzku drugiego.

                                - No nic, później się nim zajmę. Na osobności. - Posłała Martinie powłóczyste spojrzenie a ta lekko uśmiechnęła się do niej. Jednak pozostała trójka nie traciła czasu. Tak jak można się było spodziewać od wejścia do mrocznej i zatęchłej chaty rybaków, zaczęła się pełnoprawna integracja. Pierwsze pocałunki, krótkie, chciwe i urwane. Zdejmowanie z siebie ubrań, rozwiązywanie tasiemiek, rozpinanie pasów. Na ziemię poleciał kaftan Gezacta i spódnica Astrid. Jej pas z mieczem jak i podobny Szybkiego. Nagiej skóry było widać coraz więcej. Młode i gładkie, kobiece ciało córki wodza kontrastowało z ciemniejszymi, ogorzałymi od słońca ciałami mężczyzn i chropawą brzydotą chłopskiego barłoga na jakim się pokładali. I tak jak zapowiadała przed chatą zwolenniczka Soren, chociaż była sama to okazała się godnym przeciwnikiem dla dwóch nowych znajomych. Wyglądało to podobnie intensywnie jak wczoraj wieczorem na morskiej plaży. Raz blondynka leżała na plecach a Gezact się pocił i sapał w jej piersi a po chwili była na czworakach i tak z przodu jak i z tyłu obrabiał ją któryś z mężczyzn. Jeszcze później to ona dosiadała okrakiem Szybkiego aż jej jędrne piersi hipntyzująco podskakiwały w górę i w dół. Całą trójką zapewniali bardzo intensywne widowisko i to na wyciągnięcie ręki. Aż wreszcie seria spazmów i jęków po jakim nastąpiło oklapnięcie i rozleniwienie obwieściła, że doszli do finalizacji tej integracji.

                                - Ale klacz… Jaka zdrowa… Widziałeś? - Wysapał zdyszany i spocony Szybki gdy podniósł się z barłoga i jeszcze nagi, wrócił do stołu aby ugasić pragnienie. Uśmiechał się leniwie i z zadowoleniem mówiąc do Egona i Martiny jacy zostali nieco z boku tych figli.

                                - No takie negocjacje to ja rozumiem. - Gezackt też się podniósł i podszedł do stołu. Obaj z kolegą wydawali się być bardzo usatysfakcjonowani z takiego owocnego początku znajomości z liderką drugiej bandy. A i ona nie kłopocząc się ubieraniem poszła w ich ślady i zawitała w okolice stołu.

                                - No to chyba chłopcy widzicie, że opłaca wam się połączyć z nami siły? I coś tam mówiliście o jakichś ciekawych rzeczach coście tu znaleźli. Aha no i potrzebujemy jakiejś wieśniaczki czy dwóch. Najlepiej jakichś zdrowych i niebrzydkich. - Astrid mimo zdyszania właśnie zakończonymi figlami jednak pamiętała o czym mówili jeszcze przed frontem chaty. Usiadła obok zielonej łuczniczki ale swoje bose stopy położyła na nagich udach herszta.

                                - No znaleźliśmy. Taki jeden kurhan i jakieś stare głazy z dziwnymi znakami. Właśnie miarkowaliśmy aby tam wrócić skoro z brzdęków nici. Ale jak oferujesz współpracę to może razem się tam wybierzemy? I po co wam wieśniaczka albo dwie? - Gezackt dopiero odzyskiwał oddech i swobodę myślenia więc mówił krótkimi zdaniami.

                                - Do chędożenia. A coś ciekawego było w tym kurhanie? - Córka wodza nalała sobie kolejny kubek ale tym razem podała go do ust Martiny chcąc ją napoić. Ta zerkała nieco speszonym wzrokiem na jędrne, nagie wypukłości nowej znajomej. Zaśmiała się cicho ale w końcu przyjęła z kubka płynny poczęstunek. Zaś uwaga blondynki rozbawiła jej niedawnych kochanków bo ryknęli rubasznym śmiechem.

                                - No to możemy pójść do stodoły. Tam zaciągnęliśmy te co się do czegoś nadawały. Ale z chłopek to słabe ladacznice i ciągle trzeba je strofować aby nie wierzgały. A kurhan no taki kurhan no. Te gobasy tam urzędowały niedaleko. W takich kurhanach mogą być ciekawe rzeczy. Ale lubi się tam zalęgnąć różne plugastwo. A jak z was takie chojraki to razem powinniśmy dać radę. - Gezackt popatrzył leniwie i na blondynkę i na gladiatora. Tym razem Astrid nie odpowiedziała tylko też spojrzeniem zapytała Egona jak on się na to zapatruje.

                                Egon leniwie pił swe piwo. Zrelaksował się nieco: w istocie, zdawało się, że wdzięki Astrid rzeczywiście zmiękczyły wojów, którzy chyba zbyt byli utrudzeni polowaniem na gobliny. Zadowolony także był z tego, jak łatwo Astrid sprzedała rzecz z wieśniaczkami. Jeśli w istocie dobiją tutaj targu, to Raisa będzie zadowolona, zaś Lars zyska dobrych sojuszników, których będzie mógł spożytkować.

                                Trzeba było dać znak dobrej woli.

                                – Możemy się wybrać wespół do kurhanów – Egon skinął głową. – Po drodze jeden z nas wam rzeknie co do tego, aby intratne interesa robić. Daleko te kurhany? – zapytał.

                                Egon po rozmowie zamierzał zawędrować do stodoły, żeby wybrać ze dwie, albo i może trzy chłopki dla Raisy - te z mniej gnijącymi zębami i bez syfu. Powinny wystarczyć do larw Oster.

                                Po drodze do kurhanu Lars zaś będzie miał szansę lepiej wyłuszczyć swój plan, na który z pewnoscią przystaną.

                                – Reszta dołączy do wyprawy na kurhan – rzekł jeszcze Egon, rzucając znaczące spojrzenie do Astrid, która sama chciała się tam wybrać.

                                - No! To załatwione! - Gezact wyszczerzył się i uderzył z radości w stół. Po czym dopił co miał w glinianym, chłopskim kubku i wstał. Cała trójka nagusów wróciła w okolice barłoga gospodarzy i zaczęli bez pośpiechu, zbierać swoje ubrania. Widać było, że są rozleniwieni i zadowoleni po niedawno zakończonych harcach. W końcu w tym samym składzie w jakim tu weszli, wyszli teraz na zewnątrz. W twarz uderzyło ich świeże, morskie powietrze i dopiero teraz dało się odczuć jak duszno było wewnątrz chaty.

                                Na dworzu sytuacja nieco się zmieniła ale członkowie obu band jak na komendę spojrzeli na wychodzących i na chwilę zamarli. W pierwszej chwili nie wiedzieli czego jeszcze się spodziewać. Bjorn siedział na tej samej ławie pod okapem na jakiej wcześniej siedziała trójka nowych znajomych Egona i Astrid. Patrzył na wszystko spde łba i milczał. Podobnie jeden ze zbrojnych, tylko w drzwiach sąsiedniej chaty. Za to Lars z dwoma zbirami grał już w kości pokazując inną stronę integracji między obiema grupami. Wszyscy jednak podnieśli głowy i spojrzeli wyczekująco na dwójkę wodzów.

                                - I doszliśmy do zgody! Idziemy teraz wybrać wieśniaczki do chędożenia! - Obwieściła blondynka ze znów przypasanym do bioder mieczem. Chociaż jej wygląd nie był już tak staranny i zadbany jak wtedy gdy jakiś czas temu wchodziła do wnętrza rybackiej chaty. Teraz sprytnie ubiegła herszta drugiej bandy w pierwszym wrażeniu. On jednak też nie zasypiał gruszek w popiele. Znacząco złapał jej kibić i przysunął do siebie aby podkreślić co się działo bo już jej słowa przyniosły rubaszne śmiechy i chyba ulgę na większości twarzy.

                                - Mamy wspólne interesy! Ale na razie chodźmy do burdelu. - Zawołał Gezackt i skierował się w stronę stodoły. Oboje tam się udali a większość obu band ruszyła za nimi. Lars skorzystał z okazji aby podejść do Egona.

                                - No i co? - Zapytał go cicho ciekaw czegoś więcej.

                                – Raisa będzie miała swoje dziewki, a i ty będziesz miał tak, że im rzekniesz o interesie z niewolnikami – rzekł Egon, całkiem prostolinijnie. – Gadają, że coś ponoć w kurhanach opodal znaleźli… Hm. Jeśli mieliby zastawiać pułapki, to już by nam próbowali wepchnąć noże w plecy, jak Astrid się z nimi chędożyła. Zdaje się, że są nam przychylni. Podejdziemy kurhan, obaczymy, co się zrobić da. Po drodze wytłumaczysz im swoje interesa. Nie gadam, że łatwo będzie, ale to pierwszy krok. Rozumiesz? – Egon odparł.

                                – Teraz zaś wybiorę jakieś chłopki dla Raisy… Rzecz musi się stać już dziś, bowiem turniej wkrótce.

                                Egon szedł miarowym krokiem w stronę stodoły. Zamierzał znaleźć jakieś chłopki, które wygodzą guślarskim zapędom Raisy.

                                - O! To poszło wam lepiej niż myślałem! - Lars rozpromienił się, słysząc takie wieści. Po walce z krabami wciąż chodził nieco zesztywniały ale widocznie psuło mu to humoru. Oddalił się na chwilę do Bjorna i nachylił się do niego aby coś mu powiedzieć. Zaś grupka z dwójką hersztów na czele przeszła kawałek do stodoły gdzie zbrojni mieli używanie na tutejszych dziewkach.

                                W środku zastali kolejnych trzech zbrojnych. Dwóch już widocznie było po figlach, bo półnadzy siedzieli na odwórconym wiadrze albo skrzynce i gadali ze sobą z wyraźnym zadowoleniem. Nagi tyłek i biodra trzeciego wciąż rytmicznie pracowały między udami jednej z kobiet. Nadejście nowych gości wcale mu nie przeszkodziło w tym zajęciu. Były też chłopki. Widać zbrojni brali głównie młode. Było ich z pół tuzina. Leżały na plecach lub kuliły się ze strachu i wstydu jak przestraszone kurczęta. Wszystkie były nagie. Wodziły na nowoprzybyłych oczami pełnymi trwogi. Jakieś podbite oko tu, rozbita i spuchnięta warga tam, siniaki i zadrapania świadczyły, że nie oddały się dobrowolnie.

                                - No przyjaciele! To wybierajcie! - Gezackt rozłożył ramiona niczym pan na włościach i wskazał na te nagie, przestraszone wieśniaczki. Astrid obdarzyła go zalotnym spojrzeniem a sama podeszła bliżej rozrzuconych po klepisku kobiet i zaczęła im się przyglądać niczym hodowca wśród klaczy jakie zamierza kupić. Jednak te były skulone i nawet jak były nagie to słabo się prezentowały.

                                - Słuchajcie parobki. Szukam jednej lub dwóch służek. Żadnej ciężkiej pracy w polu, przy sieciach albo w lesie. Będziecie mi usługiwać w domu i tam gdzie pojadę. Będziecie miały jedzenie i ubranie. Pojedziemy do miasta. Muszę mieć odpowiednią służbę jaka będzie mi towarzyszyć. W końcu jestem szlachcianką i muszę mieć nie tylko swoich gwardzistów ale i służki. - Zbrojni słuchali jej przemowy z zaciekawieniem. Nagie chłopki też ale widać było, że boją się zrobić cokolwiek czy chociaż odezwać.

                                - Mamy je rozruszać? - Zapytał jeden z kamratów herszta. Astrid spojrzała na niego jakby się nad tym zastanawiała.

                                - Niee. Na razie nie. Nie mam zamiaru się z nimi szarpać a teraz są zbyt przestraszone aby myśleć. - Uznała w końcu córka jarla niezbyt zadowolona z zastanej sytuacji. Skorzystała z okazji i podeszła do Egona.

                                ~

                                Niech Raisa uważy te ziółka miłosne co mówiła w lesie. Poda się je dziołchom i wtedy zobaczymy. Tylko by musiała tu zostać a, żeby chłopi jej nie zatłukli to ktoś by musiał też zostać. A chyba mamy iść do tych kurhanów nie?
                                ~

                                Blondynka przedstawiła swoją myśl gladiatorowi. I odwrócili się bo skrzypnęła furta wejściowa. Do środka weszli Lars, Bjorn i dwóch zbrojnych z jakimi wcześniej korsarz grał w kości. Z wesołymi minami podeszli do nagusek i śmiejąc się oglądali je bez skrępowania.

                                – A musimy tu i teraz? – zapytał Egon. – Kurhany nie uciekną, co nie? Najpierw ogarnijmy dziewki, niechaj Raisa warzy swe zioła, a do grobowców zajdziemy, kiedy przygodzi.

                                Egon zmierzył wzrokiem skulone dziewki.

                                – Wybierz jakąś, lepiej się znać będziesz, albo najlepiej to w ogóle niechaj Raisa wybiera, skoro będzie robić za ich patronkę – ciągnął.

                                Zdało się, że Astrid chciała za dużo zrobić na raz, myślał gladiator. Do kurhanów koniecznie musieli pójść wszyscy – spodziewał się, że będzie tam niebezpiecznie, toteż im więcej luda, tym łatwiej im będzie przeżyć.

                                – Poczekajmy najpierw na Raisę - gdzie ona jest? Niech rzeknie, ile czasu jej potrzeba, aby dziewki brać w łyko. Później pójdziemy do kurhanów…

                                - E tam Raisa… - Blondynka skrzywiła się okazując swoją niechęć - Jej to wystarczy jakaś dziura na robaki. A ja to bym wolała wziąć taką z jaką będzie się można później zabawić. A ty nie? - Uniosła brwi aby zobaczyć reakcję gladiatora. W międzyczasie dwóch Norsmenów weszło pomiędzy przestraszone wieśniaczki i nie bacząc na ich nagość i sromotę zaczęli o nich rozmawiać często przy tym się śmiejąc i wykonując obsceniczne gesty jakie przerażały kobiety jeszcze bardziej. Córka jarla nie wydawała się zbyt przekonana co do pomysłu południowca. Popatrzyła jeszcze raz po przestraszonych naguskach. W końcu ruszyła w ich stronę.

                                - Albo ja albo oni. - Powiedziała patrząc po kolei na stadko rybackich kobiet. Wskazała na wymieszaną grupę mężczyzn z obu band. - Która będzie mi służyć będzie spać ze mną, nie dam jej zrobić krzywdy i nie będzie się pokładać z nimi. - Obwieściła im patrząc po twarzach młodych kobiet. Mężczyźni czekali patrząc z zaciekawieniem jaki efekt wywołają słowa blondynki w spódnicy i z mieczem u pasa. Jedna z chłopek powoli wstała i chyba nie wiedziała co dalej powinna zrobić. Astrid uśmiechnęła się do niej zachęcająco i wezwała gestem do siebie. Chuda, naga blondynka podeszła do niej nie wiedząc czego się spodziewać. - Będziesz mi służyć? - Zapytała córka wodza. Druga z blondynek chwilę si wahała ale trwożliwie pokiwała głową. Więc Norsmenka wyciągnęła do niej dłoń jak do ucałowania. Rybaczka gorliwie ucałowała wyciągniętą dłoń. Astrid roześmiała się i pociągnęła ją za rękę do siebie aby stanęła u jej boku. - Od dziś jesteś moją dwórką i służysz tylko mnie! I dlatego nikt cię nie ruszy bez mojego pozwolenia! - Obwieściła jej co wywołało ironiczne zmarszczenie brwi u Larsa. Ale chyba Bjorn się go zaczął pytać o tłumaczenie bo obaj zaczęli rozmawiać. Gezackt i reszta chyba traktowali to jak przedstawienie bo uśmiechali się pobłażliwie ciekawi co będzie dalej.

                                A dalej było tak, że widząc taki obrót sprawy kolejna dziewczyna podniosła się z klepiska i podeszła do młodej jarlówny. Czarnowłosa też ucałowała dłoń nowej pani i stanęła obok swoje blond sąsiadki. Lars z Bjornem i jeszcze jednym zbrojnym zaczęli się wyraźnie szykować aby zabawić się podobnie jak koleżanka wcześniej w chacie. Widząc to jeszcze jedna z dziewczyn zerwała się i szybko podbiegła ucałować dłoń Astrid. - Dobra, wystarczy ci! Nie bądź zachłanna! My też chcemy się zabawić! - Warknął na nią zirytowany Lars jakby obawiał się, że córka jarla sprzątnie im wszystkie dziewki sprzed nosa. Astrid chyba to wystarczyło bo wzruszyła ramionami i trzema naguskami skierowała się do wyjścia na zewnątrz. - Umyjcie się chociaż w wiadrze i ubierzcie się. Niedługo ruszamy i nie będę na was czekać. Jak któraś się gdzieś “zgubi” to każę spalić chatę i łódź z jakiej pochodzi - rzekła do swoich nowych służek.

                                Egon wzruszył ramionami na uwagę Astrid co do tego, żeby wybierać według tego, żeby mieli się zabawić. Owszem, uroda i walory cielesne były dobre, jednak Egon nie miał wątpliwości co do tego, że każda z tych dziewek skończy jako surogatka wielkich larw spod znaku Pana Plag. Egon przełamał się do tych rozwiązań jakiś czas temu, sam co prawda przedkładał kunszt wojowników nad przekręty, jednak nijak nie mogli rozwiązać rzeczy w Neues Emskrank bitwą. Furda zatem z kunsztem, trzeba było się jednak uciekać do forteli.

                                – Niechaj będzie i tak – Egon zgodził się. – Dziewki pójść mogą z nami do kurhanów… Będą w odwodzie razem z Helgą i Raisą, one je przypilnują. My zaś, ja, ty, Bjorn, Zog i Lars wkroczymy na wyprawę do kurhanu. Czy gotowaś na to?

                                Egon postanowil nie wybrzydzać. Córka jarla odwaliła kawał dobrej roboty, dzięki któremu uniknęli rozlewu krwi, toteż jeśli miała własne zapatrywania na sprawę, mogła postanowić po swojemu. Nie miało to znaczenia dla Egona, dla którego jeno liczyło się, aby plan szedł do przodu.

                                Blondynka z mieczem u biodra szła przez wiejskie błoto zalewane mżawką. W końcu pokiwała głową. - Możemy pójść do tych kurhanów. Gezackt ze swoimi ludźmi też idzie. To trochę nas razem będzie. A z tymi chłopkami właśnie dlatego chciałam je przekonać do nas. Bo chyba wiesz, że Raisa i Helga to nie są wojowniczki. Nie wiem czy we dwie upilnują trzy młode dziewczyny. Bo jakbyśmy je przekonali, że warto nam służyć to by była mniejsza szansa, że zwieją. Sam widzisz jak z Gezacktiem wyszło. Jakbyśmy się z nimi cięli to pewnie by nic nie wyszło o tym kurhanie. - Astrid wyznała co jej leży na wątrobie i dało się wyczuć, że w przeciwieństwie do negocjacji z hersztem drugiej bandy, tym razem nie jest zbyt zadowolona. Ale już wrócili do tej pierwszej chaty w jakiej się wcześniej zabawiali.

                                - Dobra to ja je tu przypilnuję a ty idź po Raisę i resztę. Jak Bjorn i Lars skończa swawolić z dziewkami to pewnie będziemy ruszać do tego kurhanu. - Ostatecznie córka jarla jakoś przełknęła swoją niechęć i była gotowa przejść do następnych kroków. Jednak ktoś musiał pójść po trójkę jaka została na skraju lasu bo dwóch towarzyszy z jakimi tu przyszli, zostało w stodole zabawić się z pozostałymi chłopkami.

                                – Zatem idę – Egon rzekł, zamierzając zebrać Raisę, Helgę i być może Zoga - Zog bowiem zawsze trzymał się na obrzeżach i zdawał się wędrować swoimi ścieżkami.

                                Kiedy drużynę się zbierze w jedną całość, Egon wywiedzieć się co do kurhanów - może ten i owy wiedział coś o starych grobowcach? Być mogło, że zastaną jeno puste groby, ale mogło być też i tak, że licho siedziało w leśnych ostojach i mogło je chronić. Gobliny były bowiem ostrzeżeniem, że może i silniejsi jacyś byli w borze.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Online
                                  SantorineS Online
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #245

                                  Oryginalny autor: Seachmall

                                  Marktag; południe; kamienica Pirory

                                  Otto spojrzał na rozmowę kobiet z uśmiechem.

                                  - Tak, widzę. Podejrzewam, że najbardziej będzie zainteresowana naszą divą. To ona jej się śniła trochę… lepiej wyekwipowana, jeżeli wiesz o czym mówię. - zgiął rękę w łokciu imitując wzwód - Mam nadzieję, że się nie zawiedzie.

                                  Brwi gospodyni podjechały do góry i tam się zatrzymały na chwilę aby podkreślić zdziwienie. I jeszcze odwróciła się nieco aby spojrzeć na trójkę swoich gości przy ozdobnym stoliku. Dwie szlachcianki promieniowały elegancją i dobrymi manierami zaś ta trzecia, wyglądała na to kim była czyli mieszczką dobrego pochodzenia ale nie mająca startu do szlachetnie urodzonych. Poza tym jednak na ten moment nic jednak nie wskazywało, że miałoby się tu dziać coś niestosownego do klasy salonu gospodyni. Można by to uznać za łaskawe spotkanie sławnej, estradowej diwy i jej skromnej wielbicielki. Mimo to w kultystycznej rodzinie to właśnie ta elegancka diwa o miodowych włosach lubiła zwiedzać różne, nieprzyzwoite przyjemności tego miasta z orgiami w lochu gospodyni włącznie.

                                  - No cóż, mamy zabawki które to umożliwią. Dobrze, że Odi lubi być po obu stronach takich zabawek a nie jak Fabi. Sam wiesz, że ona zawsze musi być ta najnędzniejsza z nędznych i najpodlejsza z podłych. - Pirora przyjęła tą nowinę z humorem ale nie wydawała się być za bardzo przejęta. Taki kaprys jak najbardziej leżał w zakresie jej możliwości. Przecież już nie tak jej goście tak się u niej zabawiali. Chwilę przypatrywała się stolikowej scenie gdzie obie szlachetnie urodzone coś tłumaczyły Teo po bretońsku a ona chłonęła każde ich słowo.

                                  - Teo ma dobry gust. Spójrz jaka z naszej Oddi kocica. Niczego jej nie brakuje. A i przyda jej się ktoś nowy bo już z trudem wytrzymuje do tego obiecanego spotkania z Gnakiem. Też jej się coś konkretnego śniło tej nocy. - Averlandka zrewanżowała się koledze swoją opinię i miodowłosa śpiewaczka na niej też robiła ogromne wrażenie. Jak i pewnie na reszcie miasta. W ostatni Festag wszyscy śpijali jej pieśni z ust oczarowani mocą i urokiem jej głosu. No i sławą. Nawet wśród tylu znamienitych gości jacy zjechali się na odwołany w ostatniej chwili turniej to ona się wyróżniała. Jednak na koniec pieguska zrobiła gest zaawansowanej ciąży dając znać co się dziś śniło teatralnej diwie.

                                  - To fakt. - przyznał mnich - Sam bym chętnie skosztował, ale nie jestem chciwy. A dobry gospodarz zawsze zostawia co najlepsze dla gościa. - uśmiechnął się do Averlandki - Zostawiam więc ją w twojej opiece. Nie męczcie jej za bardzo, mam ją jeszcze dziś odnieść do domu.

                                  - Ja myślę, że ona jest taka jak my. - Pirora powiedziała jakby niedosłyszała wypowiedzi kolegi albo coś jej nagle przyszło do głowy. - Nie wiem czy ona ma zbór tam w Wolfenburgu ale słyszy zew Soren co ją poprowadził aż tutaj, ma od niej sny i sam widziałeś co potrafi w loszku. - Spojrzała na mnicha aby miał chwile na przypomnienie sobie ostatniej orgii po porannej mszy w Festag. Gdzie się zabawiali w odgrywanie panien młodych w różnych kobiecych parach a on sam przewodził jako kapłan tamten ceremonii. Nim się przerodziła w żywiołowe wyuzdanie. I chociaż w tamtym spotkaniu uczestniczyły także dwie oczywiste mutantki Lilly i Dorna to miodowłosa milady wcale nie była tym speszona. Ani tym, że lady Soria może wedle własnej woli mieć solidne przyrodzenie albo być wyłącznie kobietą. Diwa wydawała się oddawać tym zakazanym przyjemnościom z ochotą i satysfakcją.

                                  - Dała do zrozumienia, że tam w stolicy jest ich więcej. Takich ladacznic jak ona. I jak jej tutaj dostarczymy wystarczająco zdeprawowanych rozrywek, zwłaszcza takich co jeszcze nie próbowała, to wyśle liścik i sprowadzi te swoje koleżanki tutaj, aby też mogły się zabawić tak jak ona. Na razie chyba czeka co wyjdzie z Gnakiem bo na orgii z wieloma zwierzludźmi to jeszcze nie brała udziału i to byłby jej pierwszy raz. A powiem ci, że nie tak łatwo znaleźć coś w czym nie brała udziału. Jak mimo to uda nam się dostarczyć jej doznań jakich jeszcze nie zaznała to może obsypać nas swoją łaską. A sam wiesz, ona jest Słowik Północy. Ona nawet do van Zee, van Hansenów, świątyń i innych ważniaków może wysłać bilecik i już ich drzwi stoją przed nią otworem. Nawet ja czy Fabi nie mamy takich możliwości jak nasza miodna kocica. - zwierzyła się koledze ze swoich rozmów z aktorką teatralną jaka teraz siedziała ledwo kilka kroków dalej i właśnie opowiadała jakąś zabawną anegdotkę ze swoich licznych wojaży i romansów. Pirora chwilę się przyglądała stolikowej scenie aż obie szlachcianki wybuchnęły śmiechem. Teofano też ale znacznie bardziej stonowanym.

                                  - No a skosztować naszej diwy obiecać ci nie mogę. Ale sam wiesz jaka ona jest, jak już jest etap bez ubrań. Raczej rzadko komuś odmawia i nie wybrzydza, że z którejś strony nie można. A sam widzisz, że chyba będzie ten etap bez ubrań. - Averlandka zaprosiła kolegę na kolejne spotkanie w bardziej prywatnym charakterze. A przy jej stoliku dwie szlachcianki całkiem skutecznie zjednywały sobie młodą cukiernik. Ta wydawała się nimi równie oczarowana, zwłaszcza, że jak się nie było błękitnej krwi to takie prywatne rozmowy ze szlachtą zdarzały się raczej rzadko. Jak się znało prywatne preferencje obu szlachcianek nie było trudno domyślić się, że spróbują skonsumować nową znajomość bardziej fizycznie. Zwłaszcza, że Teofano nadal spijała im każde słowo z ust. *


                                  Marktag; południe; apteka Sigismundusa

                                  Mnich kupił na targu kilka warzyw, trochę chleba, masła, szynki i kiełbas dla Dorny. Ich zmutowana siostra nie może zostać tak samopas, bez opieki.

                                  Przywitał pokrytą kolcami twarz Dobry z uśmiechem.

                                  - Witaj moja droga, prowiant przyniosłem tak jak obiecałem. - postawił koszyk na stole pozwalając mutantce się raczyć - I potrzebuję dawki jaj no i tłok do nich. Mamy nową nosicielkę, jeszcze nie wtajemniczona, ale chętna, aby przyjąć dar Oster.

                                  - O! Jedzenie! Pamiętałeś! Bo to co mi Sigismundus zostawił to już się kończy. - Dorna z radością wykładała kolejne produkty na stary ale solidny stół kuchenny. Oglądała kkażdą kolejną paczkę ryb czy kosz jaj. Jednak gdy kolega sprzedał jej jeszcze jedną wiadomość gwałtownie urwała i spojrzała na niego przenikliwie.

                                  - Naprawdę? Masz nosicielkę? I to taką co sama chce? Naprawdę? O rany! - Zamrugała oczami z wrażenia ale w końcu się uśmiechnęła gdy zaczęło to do niej docierać. - To ja zaraz przyniosę ci torbę co dla ciebie zostawił Sigismundus. Poczekaj tu. Tam są i strzykwy z jajami i odżywkami. - Zawołała radośnie i wybiegła z kuchni. Przez chwilę został sam z nie do końca rozpakowanym koszem. Słyszał najpierw oddalające się szybko kroki mutantki a potem jak wracała. Postawiła znajomą już mu torbę na stole. Otworzyła i wyjęła z niej jedną, glinianą strzykwę.

                                  - Te z ciemnymi korkami są z jajami. Te z jasnymi z odżywkami. Jak już ją zasiejesz to możesz od razu wlać w nią jeszcze odżywkę aby maluchy zdrowo rosły. - Wyjaśniła mu dla przypomnienia. Ale jeszcze była pod takim wrażeniem, że korciło ją aby zapytać jeszcze trochę. - Naprawdę chce? Ale ona wie o co chodzi? Jaja, czerwie, muchy i tak dalej? Kto to jest? Skąd ją znasz? To jedna z naszych dziewczyn? - Pytała z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy.

                                  - O dziwo nie. - przyznał mnich przyjmując strzykawki od Dorny - Przyśniły się córce lokalnych piekarzy, ci skontaktowali się z moim przełożonym w Hospicjum, a ten wysłał mnie do niej. Wybadałem teren, z rozmowy wynikło, że jak najbardziej chce tego, więc zabrałem ją do Pirory i Odette, gdyż nasza droga Diva również się jej śniła. Teraz czeka na mój powrót. No, najpewniej baraszkuje z nimi i Fabienne, ale będzie tam kiedy wrócę.

                                  - No tak, one są takie miłe i ładne. - Dorna z uśmiechem przyznała, że w ogóle taki scenariusz zapoznawania nowej koleżanki by jej nie zdziwił. Poza tym chwilę chłonęła w ciszy te informacje. - I miała sny? Córka piekarzy? No cóż… To jak miała sny to pewnie jest wybrana przez Siostry. Albo podatna na ich zew. To wspaniałe, że sama chce stać się nosicielką. Ale wie co dalej? Jak je już urodzi? Musiałaby przynieść je do nas. Tutaj albo gdzie indziej. Musiałbyś to z nią ustalić. - Pokiwała ponownie swoją kolczastą głową. I wydawała się pełna nadziei związanych z tą nową nosicielką jakiej jeszcze nie znała. - To tam w torbie masz dużo tych strzykw. Na parę osób by starczyło. To coś tam wybierzesz. Wiesz już ile ją zasiejesz? - Zapytała z zaciekawieniem niczym hodowca ciekaw detali hodowli.
                                  - Nie chcę przesadzić. Jeżeli brzuch jej za bardzo urośnie jej rodzina każe mnie powiesić za zbrzuchacenie niewinnej dziewoi. - mnich pokręcił głową - Pewnie tylko jedna dawka na razie, niech zasmakuje i zechce więcej. Pamiętasz ile to mniej więcej zajmuje? Tydzień?

                                  - To zależy czy będzie miała te duże czy te małe. Jak te małe to około trzech dni, pół tygodnia. Jak te duże około sześciu czyli prawie cały tydzień. Ale to wiadomo dopiero jak się zasieje i pierwszy raz urodzi. No jeszcze po wylinkach bo w tych małych wypływają raz na dzień a w tych dużych mniej więcej co drugi. - Tym razem szaroskóra była pewna siebie. W końcu po części sama już wydała na świat dwa mioty.

                                  - Ale jedna dawka to mało. Ja ostatnio miałam dwie z przodu i dwie z tyłu. - Pokazała na swój brzuch i pośladki zaznaczając o co jej chodzi. - I tak za bardzo nie było coś widać. Nie przeszkadzało mi to w robocie. Więc myślę, że i ze cztery czy pięć z przodu to chyba by uszło. Ja jutro mam termin. Będę się zasiewać. I postanowiłam, że jak i tak nigdzie nie wychodzę to mi na brzuchu nie zależy. Spróbuję się zasiać na sześć albo osiem dawek z przodu. I tak tu mieszkam sama i nikt mnie tu nie ogląda. A ja i z przodu i z tyłu mam te małe to za parę dni będzie po wszystkim. To jak masz tą chętną zasiać to spróbuj więcej niż jedną dawkę bo trochę szkoda marnować czas i miejsce jak taka chętna. Kobieta jak chce to i z połowę ciąży potrafi tak się ubrać aby ukryć i po niej nie widać, że brzuch jej rośnie. - Powiedziała do jednookiego tonem dobrej rady aby skłonić go do nieco śmielszych działań z nową nosicielką.
                                  - No dobrze, masz większą ekspertyzę ode mnie. Jeszcze ustalę z nią wszystko. - przyjrzał się dokładnie posturze błogosławionej kobiety - Fabianne pomoże mi pewnie wyjaśnić szczegóły, sama przecież też była nosicielką. - mnich rozejrzał się po pomieszczeniu - Nie potrzebujesz jeszcze czegoś? Świec? Jakiegoś źródła rozrywki? Samej tu musi ci być niezwykle nudno.

                                  - Oj, nie przejmuj się mną. Dobrze mi tu. Nikt mi nie przeszkadza. Tylko czasem w dzień ktoś się dobija do apteki ale jak nie otwieram to idzie sobie. A ja i tak tam prawie nie chodzę i tu na zapleczu siedzę. Albo z moimi maleństwami w piwnicy. Te moje są już w kokonach. Lubię na nie patrzeć. A wiesz co? Po tym twoim eksperymencie z tymi dorosłymi muchami to one żywiej reagują. I potem obejrzałam te kulki jakimi wystrzeliły. Myślę, że to też są jaja. Tylko mają żywsze kolory i są mniejsze. Tak jakby te co mieliśmy wcześniej namiękły od wody i wyblakły. Ale jak wzięłam je pod światło to w środku widać maleńkie czerwie. Tak się chyba rozmnażają. I robią nowe jaja. Chyba jutro ich spróbuję. I może w usta. Jeszcze nie próbowałam w usta. - Podzieliła się z kolegą swoimi obserwacjami jakie poczyniła w wolnym czasie jakiego miała tutaj całkiem sporo.

                                  - Ale tą Fabienne to na pewno zasiałeś? Bo to było już jakiś czas temu. To chyba tych małych nie będzie miała bo już powinna wydać miot. A te duże to jakoś lada dzień. Może się u niej nie przyjęły? Nie wiem czy to możliwe. Szkoda, że nie ma Sigismundusa. On był mądry w takie rzeczy. Ale chyba powinna już wydać miot albo lada dzień. - Ostrożnie wyrażała swoje pytania i wątpliwości odnośnie muszej ciąży bladolicej szlachcianki. Ale wiedziała o niej od Otto więc nie była taka pewna jak wówczas gdy mówiła o swoich miotach.
                                  - Och nie będziemy potrzebowali prezentacji. Obraz mówi dużo, ale słowa napędzają wyobraźnię. A Fabianne potrafi mieć tak pięknie pokręcony umysł. Dobrze więc, mam dawkę dla nowej koleżanki i dostawę dla ciebie zrobiłem. Jeżeli Sigismundus albo Strupas by się zjawili po powiedz im proszę o nowej mamie. - Otto przytulił mutantkę - I ostrożnie z ustami, nie chciałabyś połknąć maleństw.

                                  - Dziękuję Otto. - Powiedziała cicho szaroskóra kolczatka. Z bliska mnich wyczuł jej niezbyt świeży zapach. I ciepło przebijające się przez koszulę. Dziewczyna puściła go po czym spojrzała na niego jeszcze raz. - No tak, Fabienne jest bardzo miła. Ostatnio dogadzała mi ustami o tutaj - wskazała na swoje podbrzusze - a Lilly ją brała od tyłu. A przecież to szlachcianka. Ale bardzo miła. - Podzieliła się z nim swoim wspomnieniem z ostatniej orgii w lochu Pirory. - Jak chcesz to możesz wziąć te nowe jaja co muchy wystrzeliły. Tylko mam je w woreczku to musiałbyś sam przelać je do którejś strzykwy. - Zaproponowała machając ogólnie w głąb zaplecza.

                                  Mnich się chwilę zastanowił

                                  - Poczekam z tym. To w końcu twoje potomstwo. Do tego nie wiadomo czy drugie pokolenie nie będzie się wykluwało szybciej lub później. Ale cieszy mnie twój entuzjazm w tej misji.

                                  - Dobrze. - Zgodziła się mutantka i więcej nie nalegała. - To jakby chłopcy wrócili to na pewno się ucieszą z tej nowej nosicielki. Ale prędko pewnie nie wrócą. Pojechali aby urządzić się w tej jaskini Oster to im trochę zejdzie. I zabrali Loszkę i tą z traktu aby mieć co hodować. Lilly powinna wrócić lada dzień to może przyniesie jakieś wieści od nich. A z tą nową to zasiej ją ile się da. Jedna dawka to trochę mało. A maleństwa szybko rosną to można by ją nawet gdzieś na te parę dni przenieść jakby brzuch robił się zbyt widoczny. Ale cokolwiek postanowicie to powodzenia. - Szaroskóra uśmiechnęła się do gościa co na jej ziemistej twarzy wyglądało dość nietypowo.
                                  - Zapamiętam. Dobrze, to wracam do nich. Pozdrów Lily jak się zjawi. Pojutrze wrócę ze świeżym prowiantem.

                                  Mnich opuścił aptekę z darem Oster i pożywką dla jaj. Teraz czeka go powrót do Pirory. Miał nadzieję, że dziewczyny jeszcze były przytomne i nie zatraciły się w swoich rozkoszach.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Online
                                    SantorineS Online
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #246

                                    Oryginalny autor: Pipboy79

                                    Oryginalny tytuł: Tura 61 - 2519.07.22; mkt; popołudnie

                                    Miejsce: Nordland; na pn-zach od Neues Emskrank; zachodni brzeg zatoki; las/kurchan;
                                    Czas: 2519.07.22; Marktag; popołudnie
                                    Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                                    Egon, Norsmeni, Gezackt i jego banda

                                    - Zobacz jak do siebie ćwierkają - Lars nachylił się do Egona i ze złosliwym uśmieszkiem wskazał wzrokiem na dwie, idace trochę z przodu blondynki. Odkąd ruszyli w las to faktycznie większość drogi Astrid i Martina szły obok siebie. I rozmawiały o czymś przyciszonymi głosami. Częściej to córka jarla mówiła i widać było, że jest tą bardziej rozmowną i charyzmatyczną z tego duetu niż łuczniczka w zielonym kaftanie - Zobaczysz, wieczorem blondyneczki będą się lepiej zapoznawać. Oby tylko Astrid o nas nie zapomniała. - Zaśmiał się cicho korsarz patrząc na idące przed nimi Helgę i trzy nowe służki z rybackiej wioski. Nie po raz pierwszy gladiator miał okazję być świadkiem różnicy zdań pomiędzy swoimi norsmeskimi towarzyszami. Tym razem poszło właśnie o te trzy młode dziewczyny z wioski. Podobnie jak dnia poprzedniego Helga tak dziś one stały się przyczyną kłótni.

                                    Zaczęło się od Raisy. Starej wiedźmie aż się oczy zaświeciły gdy zobaczyła trzy, młode zdobycze. - O tak, świetnie się spisaliście! Oster będzie zadowolona jak zasiejemy w nich jej dziedzictwo! - mamrotała z ekscytacji. Próbowała dotknąć nowych kobiet, zwłaszcza ich twarzy, dłoni i brzuchów ale rybaczki ze wstrętem przed taką starą ropuchą odsuwały się. Ona zarechotała złośliwie. - Takie świeże! Takie młode! Tak silne i soczyste! Wydadzą na świat solidny miot! - Stara czarownica nie zważała na ich niechęć jakby już uważała, że są w jej mocy.

                                    - Nie rozpędzaj się tak. To ja je zdobyłam. Ty siedziałaś w tym czasie w lesie. - Do rozmowy wtrąciła się Astrid której plany wiedźmy wobec jej nowych nabytków były wyraźnie nie wsmak. Albo dała o sobie niechęć jaka je dzieliła i utrudniała współpracę.

                                    - Nie wydurniaj się. Jakbyś miała nieco więcej godności i wiary sama byś się dała zasiać! Jesteś córką jarla, powinnaś dawać przykład! Albo chociaż Helgę dać do zasiania. Ale też nie. A te tutaj, przecież po to zdobyliśmy aby je zasiać skoro sama nie chcesz się oddać temu zaszczytowi! Życie nie składa się z samego chędożenia. - Starej też się złość ulała i wytknęła młodej jej niewłaściwe postępowania. I brzmiała w niej duma z własnego oddania swojej patronce. Blondynka już wyraźnie miała coś jej odpowiedzieć i to pewnie z ikrą ale wtrącił się Lars.

                                    - Tym razem Raisa ma rację Astrid. Umawialiśmy się, że jak zdobędziemy jakąś brankę to pójdzie do zasiania tymi robalami. Nie możesz brać wszystkiego dla siebie. Sama nie chcesz, Helgi nie dałaś, do Martiny czujesz miętę no ale chyba oddasz na służbę bożą te trzy tutejsze ladacznice? - Korsarz starał się przemawiać dyplomatycznie aby nie zaogniać sytuacji z już i tak rozdrażnioną córką jarla. A być może nie chciał aby zdobyła zbyt dominującą pozycję w ich grupie. Ona spojrzała na niego ze złością.

                                    - Umawialiśmy się na jedną brankę dla Raisy. Jedną mogę poświęcić. A jak zdobyłam więcej niż jedną to są moje i ja nimi dysponuję. Macie całą wioskę to sobie poszukajcie jeszcze jakichś. - Zatoczyła dłonią na otaczające ich, biedne, chłopskie chaty. Jednak to nie zbiło z tropu Raisy.

                                    - Nie bądź zbyt pazerna. Nie jesteś tu sama. Trzeba zasiać jak najwięcej się da. Każda wyda miot. I będzie wiadomo czy będą rodzić te małe czy te duże. Ich łono przywyknie do kolejnych miotów. Może nawet im się to spodoba? W końcu jaja i larwy mają w sobie także pierwiastek Soren. Nie chcesz się sama przekonać jak to będzie? A słyszałaś Egona, w mieście czeka cała zgraja chętnych do figlów ladacznic. I lepiej mieć trzy zasiane niż jedną na wypadek gdyby coś się którejś stało. Mamy iść do tego kurhanu a nie wiadomo jak tam będzie. - Stara wiedźma wyrzuciła z siebie ale już nieco łagodniejszym tonem gdy okazało się, że córka jarla chociaż trochę jest skora iść na kompromis.

                                    - Dobra to je sobie zasiewajcie. Nic mnie to nie obchodzi. To tylko głupie branki. Ale po wieczornym chędożeniu. - Astrid zacisnęła usta w wąską linię i widać było, że niechętnie oddaje zdobycz jaką już uważała za swoją.

                                    - Lepiej je zasiać teraz. Nie wiadomo co będzie wieczorem. I jak wieczorem to pół dnia w plecy. A ta niby ciąża to trwa parę dni do tygodnia to każdy dzień jest ważny. - Raisa nie ustępowała i próbowała przekonać jarlównę do kolejnego ustępstwa. Ale już ostrożniej bo widać było, że kobieta o blond włosach sroży się jeszcze bardziej.

                                    - Będziesz miała Helgę do zabawy. No i nas. Chłopców Gezackta też jest trochę. I może Martin jak się postarasz. A jutro pewnie wejdziemy do miasta to tam Egon ma chyba sporo ciekawych koleżanek do figlowania. Jedną noc to chyba wytrzymasz co? - Lars znów się wtrącił do dyskusji, próbując jakoś pogodzić obie strony konfliktu.

                                    - Egon a ty nie wolałbyś się z nimi zabawić jak jeszcze niczego dodatkowego nie mają w sobie? - Po chwili namysłu Astrid zwróciła się do gladiatora jakby liczyła, że poprze jej pomysł z odłożeniem zasiania młodych chłopek do wieczora. Riasa za to spojrzała na niego równie prosząco aby zrobił dokładnie na odwrót i przyklepał jej zamiary nie odwlekania sprawy do wieczora.


                                    - Oho. Zbliżamy się. - Gdzieś z przodu doszedł ich ściszony, męski głos. Las w jaki weszli przy osadzie rybackiej stopniowo rzedniał a teren stawał się bardziej grząski. Ciche rozmowy umilkły a po chwili i Egon doszedł do ponurego punktu orientacyjnego.

                                    link: https://i.imgur.com/YjvzE2b.jpeg

                                    Szkielet jakiegoś wojownika. Musiał leżeć tu od dawna bo już zbroja była przerdzewiała, widać było tylko stare kości a całość porosła już mchem, przysypały ją liście i ziemia. Dla ludzi Gezackta był do znak, że kurhan jest już niedaleko. Zrobili się cisi i czujni. Zwykły marsz przez podmokły las zmienił się w podchody. Martin pożegnała się z Astrid uniesioną dłonią i poszła gdzieś na czoło kolumny. Córka jarla przykazała swojej kobiecej świcie, żeby zachowały ciszę. Helga i trzy chłopki pokiwały głowami. Rybaczki otoczone przez zgraję zbrojnych w ogóle były ciche i prawie się nie odzywały. Jakby starały się nie zwracać niczyjej uwagi. Może nawet faktycznie uważały, że bliskość uzbrojonej w miecz blondynki jaka była ich nową panią, zapewni im bezpieczeństwo od tych wszystkich mężczyzn. To właśnie od ich rodzin, jeszcze w wiosce, udało się Egonowi, Astrid i Gezacktowi dowiedzieć cokolwiek o tym kurhanie.

                                    Wieśniacy wiedzieli o nim. Ale uważali to miejsce za przeklęte. Dlatego tam nie zbliżali się. Wyjątkiem były coroczne przeslilenia i równonoce. Wówczas tam chodzili aby oddać ofiarę dawnym władcom tych ziem. Jak dawnym to nie wiedzieli. Ale dawnym. Tak robili ich ojce, ich dziady, to i oni też. Trzeba było cztery razy w roku zanieść tam nieco miodu, jadła, napoju i zarżnąć tam kuraka, najlepiej czarnego. Ale ostatni raz byli tam zeszłej wiosny. Bo na początku zeszłego lata zagnieździły się tam te gobliny i wieśniacy też ich się bali. Więc tam już później nie chodzili. Teraz się bali nawet jak goblinów już tam nie było bo dawni władcy na pewno rozgniewane byli jak tak długo nikt ich nie ugłaskał ofiarami. Zresztą, teraz widać było po tych trzech, młodych wieśniaczkach, że są coraz bardziej przestraszone. Rozglądały się lękliwie dookoła rzednącego, coraz bardziej podmokłego lasu. Ale jeszcze nie bały się aż tak aby głośno zaprotestować. Tak dotarli do skraju lasu. Tutaj Gezackt się zatrzymał i otarł pot z czoła.

                                    - To tam. To coś we mgle. Tylko las się skończył to pewnie bardziej mokro niż tutaj. - Powiedział wpatrzony w dziwny kształt. Chyba była to jakaś budowla. Ale stąd nie widać było detali.

                                    link: https://i.imgur.com/CpWuyEt.jpeg

                                    - Tędy podeszliśmy te pokurcze. Od tej strony słabiej pilnowali - Herszt swojej bandy pokazał kierunek jakim wcześniej poruszali się aby zaatakować obóz goblinów. Wyglądało, że przeszli skrajem lasu i mokradła mijając z pewnej odległości tą szarą, ponura budowlę. - Po wszystkim poszliśmy przez las bo szybciej do wioski. To tu już nie wracaliśmy. - Dokończył swoją skróconą wersję wydarzeń z pierwszej połowy dnia. Ostatecznie okazało się, że razem z nim, Szybkim i Martin to jest ich dziesiątka. Liczebnie więc przeważali nad Norsmenami prawie dwa do jednego. Chociaż żaden z nich nie miał takiej kolczugi jak Egon czy Lars. A nawet Astrid jako szlachcianka, to miała podbity kaftan który sprawiał solidniejsze wrażenie. Może tylko Bjorn jaki był mysliwym i traperem miał podobny do milicjantów lekki przyodziewek. Ludzie Gezackta używali włóczni, broni ręcznej, głównie toporów i pałek, kilku miało łuki i niektórzy tarcze. Byli głównie lekką piechotą i strzelcami, brakowało im ciężkiego argumentu w postaci ciężkozbrojnych piechurów.

                                    “Tam jest magia” Egon i pewnie inni Norsmeni też, “usłyszeli” w głowie głos Zoga. Chociaż on sam stał kawałek dalej wpatrzony w ponurą budowlę. Jego towarzysze popatrzyli po sobie. A w końcu na staruchę która wiadomo było, że włada mocą.

                                    - Tak. Coś tam jest. Coś co wpływa na ten kawałek ziemi. Jakaś magia. Albo magiczna istota. Albo artefakt. Mroczna magia. Ale nie do końca taka jak moja. - Starucha wymamrotała i wydawała się być zafascynowana tym miejscem. W przeciwieństwie do innych jacy nie zdradzali za bardzo ochoty aby ruszyć w stronę zaniedbanej budwoli.

                                    - Można się było tego spodziewać. Skoro chodzi o jakiś dawny grobowiec. Ale to dobrze! Jest nadzieja, że jak coś tam wciąż straszy to jeszcze nikt nie obszabrował tego co tam jest! - Lars wykazał się werwą i optymizmem. Albo chciwością. Jednak tak samo jak wczoraj gdy chodziło o krabi skarb, tak i dzisiaj wydawał się chętny na zew bogactwa i przygody.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
                                    Czas: 2519.07.22; Marktag; popołudnie
                                    Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                                    Otto, Pirora, Fabienne, Odette i Teofano

                                    Dorna odprowadziła go do tylnych drzwi apteki i ostatni raz uśmiechnęła się na pożegnanie. A on musiał znów przejść przez błoto po kostki, połamane graty i rozkładające się szczętki królowały na podwórzu jakby będąc właściwą wizytówką Sigismundusa. Gdy po raz kolejny tego handlowego dnia jednooki mnich znalazł się na Marktplatz, zauważył, że jest już dość pustawo w porównaniu do tłoku jaki panował tu rano. Większość chłopów co przyjechała na targ już się zabrała z powrotem do swoich wiosek. Ale część tutejszych straganów jeszcze stało i nawet ktoś tam coś kupował. Przynajmniej wcześniejsza mżawka się skończyła, wyszło słońce i zrobiło się całkiem pogodnie. Bez przeszkód dotarł na Bursztynową 17. Znów otworzyła mu zgrabna pokojówka Pirory a ją samą spotkał w jej salonie. Otworzyła mu drzwi i przywitała z figlarnym uśmiechem.

                                    - Spóźniłeś się Otto. Dziewczyny już zaczęły się zapoznawać i doszły już do rozmów bez ubrań - obwieściła mu flirciarskim tonem i odsunęła się na bok aby mógł wejść do środka. Wtedy też dojrzał te same kobiece trio jakie zostawiał wychodząc do Sigismundusa. Tylko jak na standardy salonu szlacheckiego to właśnie działo się tu coś tak skandalicznego jak to tylko w plotkach o wyuzdanej szlachcie się zdarzało.

                                    - Witaj ponownie Otto! - Bretonka przywitała się z nim radośnie z poziomu podłogi. Była tylko w swoich drogich, jedwabnych pończochach i gorsecie. Stała na czworakach w pokornej pozycji jaką tak lubiła. Była przodem do drzwi więc widział jej blade lico i ramiona. Oraz rytmicznie podskakujące, jędrne piersi. A rytm nadawały im energiczne biodra Teofano jaka stała za nią. - Wyobraź sobie Otto, że nasza Teo miała już doświadczenia z kobietami. Ale bez zabawek. Więc postanowiłyśmy jej pokazać co nieco. - Chociaż była na czworakach i zdradzała wyraźne oznaki podniecenia to jednak Bretonce udało się zachować ton jakby była całkowicie ubrana i rozmawiała ze szlachetnie urodzonym kolegą na jakiejś sali balowej.

                                    - Tak! To jest świetne! Jeszcze nigdy tego nie robiłam ze szlachcianką! - Teo w roli jaką zwykle przyjmował mężczyzna, też wydawała się bawić przednie. A entuzjazm okazywała energicznymi ruchami bioder jakie co chwila klaskały o blade, wypięte pośladki czarnowłosej. - I Otto! Zobacz! - Nagle jakby cukiernik przypomniała sobie o czymś istotnym i wskazała palcem na nagie łono diwy. Jako jedyna z ich trójki siedziala na wygodnym, ozdobnym krześle. I właściwie wciąż była raczej ubrana. Chociaż podwinęła swoją bordową spódnicę przez co widać było jej smukłe, zgrabne nogi, też okryte drogimi, jedwabnymi pończochami.

                                    link: https://i.imgur.com/wc0VI18.jpeg

                                    - To jest to łono co mi się śniło! Z tym tatuażem ust w koronie! - Teo radośnie zawołała przerywając na chwilę pompowanie Fabienne. Oczywiście mnich już widział tatuaż teatralnej diwy a nawet wspomniał o tym rano córce Renate. Jednak kasztanowłosa dopiero teraz mogła się z nim tym podzielić. - To musiało chodzić o milady! - Mówiła z entuzjazmem dumna, że udało jej się odnaleźć kobietę ze swoich snów. - Tylko nie ma tej wypustki z ust do zapładniania czerwiami. A powinna wychodzić z ust jak język. Tak mi się śniło. - Przyznała z pewną dezorientacją, że teraz nie wszystko jest takie jak w jej śnie.

                                    - Oh Otto, Teo cały czas mówi o tych czerwiach. - Diwa też zwróciła się do powracającego gościa. Przybrała ton jakby niezbyt wiedziała jak interpetować słowa młodej cukiernik. I teraz zwróciła się znów do niej. - Teo, to nawet ciekawa wizja. To abym ja zapładniała inne kobiety. Intrygujące. Tego jeszcze nie robiłam. Ale jakimiś czerwiami? Przyznam, że śmiałości tej wizji nie brakuje. Przez co jest interesująca. No ale niestety na razie nie mam żadnego języka do zapładniania innych kobiet więc musisz się zadowolić tym. - Miodowłosa mówiła z wyrafinowaniem wielkiej damy i podobnie jak jej bladolica koleżanka sprawiała wrażenie, że mówi na jakimś oficjalnym spotkaniu dla elity. Jednak na koniec złapała za głowę cukiernik i wbiła jej usta w swoje przypięte do bioder przyrodzenie. Przez chwilę było tylko słychać gulgoczące odgłosy dobywające się z gardła kasztanowłosej. Widząc to Bretonka podniosła się i głaszcząc wypięty tyłek cukiernik z bliska przyglądała się scenie miłosnej obu kochanek.

                                    - A poza tym to ja tu przyjechałam aby mnie zbrzuchacił ktoś wyjątkowy. Tylko żaden mężczyzna. Co za nuda. Każda chłopka czy szlachcianka może być zbrzuchacona przez mężczyznę. A ja jestem ponadto. Dlatego liczę na lady Sorię, Lilly albo tych zwierzoludzi co gdzieś tam macie po lasach i trzymacie ich ode mnie z daleka. Sny mi obiecały, że wydam na świat wyjątkowe potomstwo. A dziś to mi się śniło, że jestem tak bliska rozwiązania, że czułam ruchy w swoim brzuchu. Jak się cudownie, podniecająco kierują do łona. Ale jeśli mam zapładniać inne kobiety no to też byłoby coś wyjątkowego. Tego jeszcze nie robiłam. - Diwa wyznała ze sporą dozą ironii ale doprawione rozgoryczeniem, że tak długo musi czekać na realizację swoich snów. Pirora i Fabienne zapewniły ją od razu, że tych zwierzoludzi nigdzie nie chowają tylko nie ma ich w okolicy poza umówionymi terminami. A ten najbliższy będzie już za trzy dni więc całkiem niedaleko.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Online
                                      SantorineS Online
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #247

                                      Oryginalny autor: Santorine

                                      Podczas wyprawy na kurhan

                                      – Za jakieś parę tygodni turniej jest – rzekł Egon, ucinając cały spór. – Gadane było od początku, że wszystko, co w siole znajdziemy, będzie na Oster. Raisa rację ma, im szybciej rzecz rozpoczniemy, tym lepiej się ustawimy.

                                      Egon stwierdził, że córka jarla niepotrzebnie chciała mieć kolejne branki. Po co? Helga i Martine zdały się być aż nadto. Chędożenie swoją drogą, ale plan dla kultu musiał wydać plony i nikt nie mógł mu zagrozić. Chuć też nie.

                                      - No to bardzo dobrze! Róbcie sobie z nimi co chcecie! - Astrid nie ukrywała złości na Egona i resztę. Odwróciła się na pięcie i ruszyła gdzieś między wiejskie chaty.

                                      - Wieczorem pochędoży to jej przejdzie. - Lars machnął ręką nie przejmując się za bardzo tym, że córka jarla się na nich obraziła. Raisa w ogóle nie wyglądała na zasmuconą, wręcz przeciwnie. Na jej pomarszczonej, oschłej twarzy pojawił się ciepły uśmiech do obu mężczyzn.

                                      - Widzę, że umiecie się kierować czymś innym niż chędożeniem. To dobrze. To bardzo dobrze. Ja wam ziółek wieczorem zaparzę. Te ladacznice same będą przed wami ściągać spódnice. Jak wam coś by potrzeba to tylko powiedzcie. - Podeszła do nich obu i każdego pieszczotliwie pogłaskała po ramieniu. Jak dobra babcia swoich dorosłych ale wciąż kochanych wnuczków.

                                      - To zróbmy to z nimi teraz. Pomożecie mi z nimi? Pójdźmy do jakiejś chaty albo szopy aby nikt nam nie przeszkadzał. Ale wiecie, jak zaczną wierzgać to ja stara mogę nie dać im rady. - Poprosiła ich jeszcze o pomoc nie chcąc zwlekać z zasianiem trzech młodych kobiet.

                                      – Chodźmy – Egon zgodził się ochoczo, rad, że plan mógł nabrać rozpędu. – Nawarzysz im ziół, spróbujemy po dobroci najpierw, a jak nie, to przytrzymamy. Zrób tak, aby pasowało.

                                      Co do Astrid zaś, nie rozumiał, czegóż kobieta zareagowała złością? Była to rzecz tego, że była córką jarla, tedy nawykła do posłuszeństwa i wydawania rozkazów? Albo też była to krew Norsmenów? Znała układ od początku przecież. Tak czy inaczej, Egon był gotów.

                                      - No to gąski, idziemy na spacerek. - Lars uśmiechnął się do trójki tutejszych kobiet bo stały zdezorientowane gdy ich nowa pani tak nagle odeszła bez słowa wyjaśnienia. Popatrzyły teraz na korsarza i siebie nawzajem. - Ładnie proszę. - Rzekł wojownik uśmiechając się krzywo co dało znać, że w każdej chwili może przestać być tak miły. Trójka rybaczek zbiła się w ciasną grupkę jakby z tej bliskości czerpały poczucie bezpieczeństwa. I tak przeszli do jednej z pustych chat. Starucha zarechotała chrapliwie i postawiła swoją burą torbę na stole. Zaczęła w niej grzebać i coś tam klekotało dając znać, że sporo klamotów tam ma. Ale w końcu wyjęła mniejsze zawiniątko a z niego po kolei zaczęła układać glinane strzykwy Sigismundusa jakie wczoraj pokazywała Egonowi na plaży.

                                      - Dużo ich nie mam. Ten wasz kolega to Merga mówiła, że ma ich więcej. Ale wystarczy po dwie dla każdej. Właściwie mam osiem. To dwie z nich można by zasiać nawet trzema. Albo zostawić na później. - Raisa mamrotała podekscytowana jakby zaraz miało się zdarzyć coś pięknego i przyjemnego. Trójka młodych kobiet stała na środku izby nie wiedząc czego się spodziewać. Lars stanął tak aby na wszelki wypadek mógł przechwycić którąś z nich, gdyby próbowała uciec przez drzwi. Więc to na Egona spadła bliska asysta czarownicy. Ta odwróciła się i popatrzyła chciwie na trójkę nosicielek.

                                      - To pojedynczo. Kłaść się na barłóg i zadzierać spódnicę, zdejmować co tam macie. Muszę sprawdzić w jakim jesteście stanie. Abyście nie sprzedały czegoś złośliwego waszej nowej pani. - Powiedziała do nich całkiem przekonywująco. Ale, że chodziło o obnażanie się przed obcymi to dziewczyny nie zdradzały zbyt wielkiej gorliwości. Albo czekały która odważy się pierwsza. Egon nie był pewien czy uwierzyły starej czy nie.

                                      - No nie róbcie problemów. Jak się same nie położycie to będziemy z Egonem musieli wam pomóc i my was położymy. - Lars mruknął luźnym tonem do trójki kobiet. Nawet w półmroku izby raczej trójka wątłych dziewczyn nie miałaby zbyt wielkich szans na szarpanie się z dwójką rosłych wojowników.

                                      - No, chodźcie gąski. Ty - starucha zaprosiła je w stronę barłogu chcąc chyba sprawę załatwić w miarę polubownie. Wskazała swoim sękatym paluchem na blondynkę. Ta była wyraźnie speszona - no chodź, przecież ja też jestem kobietą. Wiem, żem stara no ale co się wstydzisz. Jak będziesz tam na dole miała wszystko w porządku to dobrze. Wasza nowa pani lubi jak tam jest wszystko w porządku. A jak nie, to posmarujemy tam czy tu i już będzie w porządku. - Stara nawet uśmiechnęła się do dziewczyny i przez chwilę wyglądała jak dobra babcia. A mówiła podobnie jak wiejskie guślarki jakie często były jedynymi znawcami chorób i położnymi na wsiach. Widząc to blondynka jeszcze chwilę się wahała ale w końcu podeszła do barłogu. Usiadła na nim, podwinęła spódnicę i zdjęła zwykłe, lniane majtki. Po czym położyła się na plecach i z napięciem obserwowała mroczny sufit chaty.

                                      - Bardzo dobrze! Egon, zobacz czy nie ma tu czegoś do picia dla naszej mądrej pokojówki. - Starucha poprosiła gladiatora o pomoc. Piec był już wygaszony, pewnie od przybycia zbrojnych nikt tu nie dokładał. Ale można było znów rozpalić i coś zagrzać. Albo poszukać czy coś się nie ostało.

                                      - Zostanę pokojówką? - Dziewczyna pierwszy raz odważyła się odezwać gdy Raisa zabrała swoją torbę i podeszła do niej. Usiadła obok leżącej dziewczyny. Rybaczka zaś pewnie uważała zostanie pokojówką za awans społeczny. Tylko bogaci ludzie z miasta i wielkie państwo w swoich włościach mieli pokojówki. A pracę w domu zwykle uważano za lżejszą niż w polu albo przy rybach.

                                      - Na pewno. Taka miła i ładna dziewuszka. A wasza pani lubi miłe i ładne dziewuszki. Na pewno cię weźmie do osobistej służby. Do miasta zabierze. Byłaś już w miescie? - Raisa wyraźnie starała się zagadać kobietę snujac przed nią wizję wspaniałej kariery. Gdy sama nachyliła się nad jej nagim podbrzuszem i zaczęła przesuwać tam swoimi sękatymi rękami.

                                      - Tak. Na festyny albo czasem na targ. - Odpowiedziała blondynka trochę się rozluźniając od tej rozmowy ale nie do końca. Lars bez skrupułów oglądał to wszystko z paru kroków. Dwójka pozostałych dziewczyn też ale już nie tak swobodnie. Jak z miejsca nie zaczęły się żadne gwałty a starucha mówiła z sensem to jednak trochę się uspokoiły.

                                      - No to już prawie jesteś miastowa! - Wiedźma zaśmiała się żartobliwie. - Wasza nowa pani zamierza wrócić do miasta. I tam będzie się spotykała z innymi ważnymi ludźmi. To potrzebuje aby jej służki wyglądały i zachowywały się jak należy. Sam jej powiedz Egon, ty byłeś w tym mieście. Co tam ich nowa pani może porabiać? - Czarownica wolną dłonią dyskretnie wyjęła jedną strzykwę i przygotowała ją do użycia. Ale chciała aby i Egon wsparł ją w tym zagadywaniu dziewczyny co na razie odnosiło całkiem dobry skutek, że obywało się bez awantur.

                                      – Ano, kiedy już wejdziem w Neues Emskrank, to was się w rzemiosło odpowiednie wprawi – rzekł Egon, który czuł się głupio, bowiem gadanina nie była jego specjalnością. – Rozumiecie…

                                      Starał się przypomnieć, co robiła świta Froyi van Hansen, kiedy ta nie była na łowach.

                                      – Przysposabiają ich do służenia, wcale poczciwy żywot wiodą, z dala od tych, no, łotrów co na drodze się zasadzają. Wybór dają. Albo się będzie posługi robiło, albo też jako osobista służba Astrid, więc pewnie wtedy jaką wyćwikę w fechtunku może by się robiło, bo przecież nowa pani rada będzie, kiedy jej służki ochronić ją będą mogły.

                                      Egon plótł duby smalone, sam chyba nie do końca wiedząc, co miał powiedzieć. Jeśli te dwie kobiety miały w jakiś sposób być gorylami Astrid, prędzej już chyba miało nastać Czarne Słońce i sam Pan Krwi miał zawitać do Neues Emskrank, aby puścić wszystko w płomieniach.

                                      Egon uśmiechnął się przymilnie, co, jak sądził, dało albo bardzo głupi, albo upiorny efekt z jego długą brodą.

                                      - Możecie jeszcze służyć nowej pani o tak. Widzę, że dobrze wam idzie. - Lars rubasznie zażartował wskazując na blondynkę jaka leżała właśnie na plecach z zadartą spódnicą i nagim łonem. Ta zarumieniła się i nic nie odpowiedziała.

                                      - No młodych to zawsze modne. A i wy młode i wasza pani młoda. Poczekaj aż ci cycki sflaczeją i zęby wypadną. Wtedy już takie głupoty nie będą dla ciebie istotne. No ale na razie młodzi wszyscy jesteście to i poużywać sobie chcecie. A wasza pani lubi sobie używać, oj lubi. - Stara gderała tak jakby bez względu na miejsce pochodzenia różnice między pokoleniami były takie same. Widać było jak przesuwa sękatymi palcami po nagim łonie blondynki. - No i dobrze, że cię sprawdziłam. Masz robaki. - Oświadczyła młodej z nienacka. Ta wybałuszyła na nią oczy w zdumieniu i szybko podniosła głowę aby spojrzeć na swoje podbrzusze. - Nie tu. Tam w środku. - Raisa pokiwała mądrze głową pokazując na brzuch rybaczki. To przestraszyło młodą jeszcze bardziej. - Dobrze, że cię sprawdziłam. Jak ty byś tak chciała z tym robactwem w środku służyć waszej pani i jej gościom? - Zapytała raczej nie oczekując odpowiedzi.

                                      - A to… Da się coś zrobić? - Wymamrotała przestraszona blondynka. Starucha udała, że się zastanawia. Po czym sięgnęła po strzykwę jaką miała wcześniej przygotowaną i pokazała dziewczynie.

                                      - Mam lekarstwo. Wpuszczę ci to do środka. Parę dni to potrwa. Wszystko tam w środku musi się zmacerwać. Ale lekarstwo wystraszy robaki i zacznął z ciebie wychodzić. Za parę dni, może tydzień. Wtedy pozbieraj je i przynieś do mnie. Tylko nikomu nie pokazuj! Tylko nam możesz zaufać. Ja muszę zobaczyć co to za robaki aby wiedzieć czy to już wszystkie czy trzeba będzie jeszcze raz wpuścić ci to lekarstwo. Dlatego nie zabijaj żadnego robaka jaki z ciebie wyjdzie tylko zbierz je wszystkie i przynieś do mnie. Za parę dni, może tydzień. Rozumiesz? - Stara mówiła zupełnie jak guślarka jaka omawia z wieśniaczką co trzeba zrobić i dlaczego. Może dlatego młoda chłopka pokiwała gorliwie głową i nie protestowała.

                                      - Wy też możecie to mieć. To się przenosi przez wodę, jedzenie, powietrze, zwierzęta. Dlatego też was muszę sprawdzić. - Zwróciła się do dwóch stojących w pólmroku dziewczyn. Te pokiwały ze zrozumieniem głową i wydawały się akceptować takie rozwiązanie. Wiedźma więc zabrała się za “leczenie”. Wzięła strzykwę i przystawiła czubek do nagiego łona blondynki. Po czym naparła na nie tak, że podłużny pojemnik zaczął wsuwać się do środka. Dziewczyna sapnęła cicho ale poza tym nie okazywała zniechęcenia. Przyciągało to wzrok jak część jakiegoś misternego rytuału. Prawie cała strzykwa znikła w ciele dziewczyny nim stare ręce zielarki ją zatrzymały. I zaczęły napierać na tłok aby wpuścić zawartość do środka. Dziewczyna znów sapnęła i zaczeła nieco szybciej oddychać jakby przeżywała to coraz bardziej. Jednak nie stało się nic spektakularnego. Tłok w końcu doszedł do dna i wtedy starucha powoli wyjęła pustą już strzykwę. Zaśmiała się ze złośliwej uciechy odkładając pojemnik na bok i sięgając do swojej torby po kolejny. - To jeszcze jeden, tak na wszelki wypadek. - Zwróciła się do dziewczyny a ta pokiwała głową. Parę chwil i kolejna porcja jaj Oster wylądowała we wnętrzu wieśniaczki. Raisa ledwo ukrywała dobry humor.

                                      - No i już gąsko! Już po wszystkim. Możesz się ubrać. I pamiętaj co ci mówiłam o tych robakach. Przynieś wszystkie do mnie. - Powiedziała dobrodusznie do leżącej blondynki. Ta pokiwała głową, wstała i zaczęła się ubierać. A starucha wezwała gestem kolejną chłopkę. Ta już wiedząc czego mniej więcej może się spodziewać współpracowała dobrowolnie i po chwili zajęła miejsce swojej poprzedniczki.

                                      – Łatwo poszło – rzekł Egon do Raisy.

                                      Wojownik, który nie wiedział wcześniej, jak szeptucha zasiewa kobiety larwami Oster, spodziewał się jakichś wyjątkowo obrzydliwych, brutalnych rytuałów, wcale nie gorszych, niż obrzędy do Pana Czaszek. Lub też cokolwiek, co mogło pójść źle - zdało się, że Raisa rzeczywiście znała się na swym rzemiośle.

                                      Egon postanowił robić to samo, co wcześniej, czyli pozwolić Raisie pracować ze strzykwą.

                                      Całe to zasiewanie nowych nosicielek poszło całkiem gładko i bez ekscesów. Każda z trzech, młodych rybaczek kolejno kładła się na tym samym barłogu gdzie wcześniej ich nowa pani prowadziła negocjacje z Gezacktem i Szybkim, zadzierała spódnicę i czekała aż Raisa zrobi swoje. A ta mówiła im, że mają w środku robaki ale jej lekarstwo je wypędzi na zewnątrz tylko za parę dni. No i jak z nich wyjdą to aby ją zawołać albo zebrać te robaki i przynieść do niej. Pod koniec to już to wyglądało prawie jak rutynowa rozmowa u jakieś guślarki. Lars bez skrępowania oglądał sobie nagie wdzięki młodych wieśniaczek ale też się rozluźnił widząc jak spokojnie odbywa się to zasiewanie. Dziewczyny zaś chyba uwierzyły w tą wersję o lekarstwie starej kobiety i nowych możliwościach jakie niosła ze sobą służba u nowej, młodej pani. Zwłaszcza jak miała je zabrać do miasta i praca mogła być lżejsza niż przy rybach i sieciach.

                                      - Widzisz? Nic trudnego. Wystarczy mieć taką z rozłożonymi nogami i wsunąć jej taką strzykwę do środka. I gotowe. - Raisa mruknęła cicho do gladiatora gdy już było po wszystkim. Zebrała puste strzykwy do torby i całą grupką wyszli z powrotem przed front chaty. Trzy młode kobiety wygladały tak samo jak przed dwoma pacierzami. I nic nie wskazywało, że w swoich trzewiach noszą dziedzictwo pradawnych Sióstr jakie za parę dni wydadzą na świat.

                                      - Zostały my dwie strzykwy. Może się jeszcze jakaś trafi. Ale jutro pewnie dojdziemy do miasta to ten wasz kolega ma podobno ich więcej u siebie. Trzeba będzie zdobyć nowe nosicielki i je he he nadziać farszem tak samo jak te trzy gąski. - Wiedźma wreszcie mogła dać upust swojej radości i satysfakcji ze spełnienia woli swojej patronki. I z optymizmem zdawała się patrzeć na możliwości dalszej hodowli już w mieście.
                                      – Dobrze, bardzo dobrze – Egon pokiwał głową. – Zobaczymy, co z tego będzie.

                                      Larwy miały się wkrótce wylęgnąć, zatem jeśli będą mogli w przeciągu paru dni zagospodarować dwie pozostałe strzykwy, rzecz z turniejem będzie rysować się jako coś do zrobienia - Egon przemyśliwał.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Online
                                        SantorineS Online
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #248

                                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                                        Joachim był zadowolony, że operacja sprowadzenia do miasta Darcy i Marlene się powiodła. W takim razie Slaaneshytki będa mu winne kolejną przysługę, liczył na ich wsparcie przy odnalezieniu dziedzictwa Vesty.

                                        - Mówicie o uczonej w niebieskim stroju, która kieruje się do miasta i interesują ją sny? - Zadumał się. - Może to ktoś wiedziony zewem Siostr? Mam nadzieję, że nie jakas łowczyni albo kolejna Morrytka.

                                        -Natomiast co do dziewczyn, to dobrze, mogę je u siebie przenocować na jedną albo dwie noce, mało kto do mnie zagląda, w piwnicy znajdzie się miejsce - skinał głową na prośbę dziewczyn. Dom Magistra wydawał się jedną z bezpieczniejszych tymczosowych kryjówek w mieście.


                                        Co do dalszych poczynanań, miał zamiar w wolnych chwilach zająć się w trzewiach swojego laboratorium badaniem promieniującej mocą figurki. Ciekawe, czy można było jej użyć do czegoś jeszcze poza przywołaniem demona - przy czy w tej kwestii musiał zachować ostrożność. Szkoda, że nie było Mergi żeby jej pokazać ten artefakt związany z ich Panem.

                                        Poza tym w ciągu najbliższych dni planował udać się do Akademii, by poszukać Tobiasa i przy okazji sprawdzić stan spraw tam w związku z ich planami infiltracji. On sam przecież tez złożył wniosek o przyjęcie go jako wykładowcę przynajmniej w niepełnym zakresie pracy, ciekawe czy ta kwestia została już przeprocosowana przez uczelnianą biurokrację.

                                        No i chciał też zapytać się Łasicy gdzie moze znaleźć Starszego by zdać raport na temat ostatnich wydarzeń i nowo odkrytego plemienia zwierzoludzi, z którym mogli współpracować.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Online
                                          SantorineS Online
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #249

                                          Oryginalny autor: Seachmall

                                          Miejsce : Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
                                          Czas : 2519.07.22; Marktag; popołudnie

                                          Mnich strzelił językiem w udawanej dezaprobacie kiedy ujrzał trójkę kobiet.

                                          - No nie, nie mogę was nawet na chwilę zostawić, abyście nie zaczęły zrzucać z siebie ubrań, wstyd. - ton Chaosyty był srogi, ale w ten wyolbrzymiony sposób. Niczym nauczyciel, który złapał uczniów na kradzieży kredek
                                          - Przyprowadziłem wam młodą, nową koleżankę. Dziewczynę, która przybyła do was w nadziei, że pomożecie spełnić jej nadzieję na zostanie matką much. A wy jak zwykle myślicie tylko jak zaspokoić swoje chucie. - mnich pokręcił głową, postawił chwilę się jeszcze pobawić się z dziewczynami.
                                          - Wstyd i hańba, nie godna dam o takim wysokim pochodzeniu jak wy. Od Łasicy, czy Burgund bym się tego spodziewał, ale od was… - srogie spojrzenie mnicha w końcu złagodniało, a mężczyzna się zaśmiał - No, nie mogę się na was gniewać. Oddałyście się temu, komu miłe wasze chucie. Odmawianie wam ich byłoby świętokradztwem. Mam dobre nowiny Teofano… - mnich sięgnął pod szaty i wyciągnął strzykawki, które otrzymał od Dorny - Mam wszystko potrzebne, aby obdarzyć cię twym wyśnionym potomstwem i pożywkę dla nich, aby były silne i zdrowe. Lady Odette, mogłabyś mi pomóc? W końcu to ty jesteś wyśnionym "ojcem" tych maleństw.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy