Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Online
    SantorineS Online
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #42

    Oryginalny autor: Seachmall

    Wschodnie wybrzeże; południe

    Mnich chwilę się zastanowił jak tu ugryźć problem. W końcu się zdecydował.

    - Rozdzielmy się. Vasilij ty i twoi ruszcie dalej wzdłuż klifu i zobaczcie czy tam jest jakieś zejście. Ja i reszta pójdziemy w przeciwną stronę z tym samym celem. Jeżeli po jakiejś pół-godzinie nic nie znajdziemy wrócimy tu i spróbujemy czegoś innego.

    Vasilij i reszta przystali na taki plan. Podzielili się na dwie grupy i on ruszły w jedną stronę a Otto z pozostałymi w drugą. I tak się rozstali. Szybko w tych meandrach wybrzeża i mgle jednooki młodzieniec stracił drugą grupę z oczu. Szedł z towarzyszami którzy oddali się Papie Nurglowi próbując co jakiś czas sprawdzić czy tam albo tu da się zejść. Tam czy tu nawet wydało się, że jest na to jakaś nadzieja ale żadne z tych miejsc nie kierowało bezpośrednio na dół do kamienistego pasa plaży nad wodną kipielą. Mgła w końcu zaczęła rzednąć i się podnosić. Zrobiło się pogodnie a jak znikły opary okazało się, że jest blisko południa.

    - Loszka jest niespokojna. Podniecona. Myślę, że jesteśmy blisko. - dziewczyna sprawiała pewne kłopoty w tym sensie, że zachowywała się jak myśliwski ogar szarpiący się na smyczy po wykryciu łownego zwierza. Strupas musiał ją mocno trzymać bo wydawało się, że gdyby ją puścił to ta by pobiegła do tego klifu a czy starczyłoby jej przytomności umysłu aby zejść zamiast skoczyć to woleli z aptekarzem nie sprawdzać. Upadek z tej wysokości na kamienie u stóp klifu raczej nie wróżył wyjścia z tego bez szwanku.

    Postanowili wracać bo na oko ty chyba minęły ze dwa czy trzy pacierze jakie umówili się do sprawdzenia a nic obiecującego nie znaleźli. Wracali z powrotem gdy ujrzeli jakąś brązową sylwetkę przed sobą. Ta ich pewnie też bo machnęła do nich i zatrzymała się czekając aż do niej dotra. A to znów zajęło trochę czasu. Z bliska okazało się, że to jeden z ludzi Vasilija wysłany z informacją, że znaleźli jakieś w miarę łagodne zejście na dół. I mógł ich tam zaprowadzić.

    - Ha! Oster nam sprzyja! - zaśmiał się rubasznie Sigismundus i jak na swoje rozmiary i tuszę całkiem raźno maszerował za przewodnikiem. Znów musieli tam iść kilka kwadransów mijając miejsce gdzie się rozstali z Vasilijem a potem drugie tyle zanim do niego dotarli. Rzeczywiście w tym miejscu kiedyś musiał się klif obsunąć i teraz powstało porośnięte morską trawą zawalisko po jakim dało się zejść na dół.

    - O, jesteście. Wysłałem dwóch ludzi na dół. Da się zejść bez złamania karku. - odparł herszt banitów. Pozostali trzymali jakieś pozbierane w lesie kije jakich nie mieli w dłoniach gdy się rozstawali. I dał znak aby zejść na dół. Całą grupą dołączyli do dwóch jego ludzi jacy czekali na kamienistej plaży. Teraz znów trzeba było wrócić do tego miejsca gdzie widzieli z klifu obiecującą plamę ciemności jaka mogła być tylko jamą ale mogła być też wejściem do jaskini. Tylko teraz szli dołem, wzdłuż wąskiego pasa kamienistej plaży. Tak dotarli do nawisu skalnego pod jakim była ciemna jama. Na dole kotłowała się woda i wpływała tam do środka niknąc w ciemności.

    - Trochę mało miejsca. Szkoda, że nie mamy łodzi. Łatwiej byłoby tam wpłynąć niż wejść. A tak to na sucho to będzie trudno się tam dostać. - ocenił Vasilij gdy stanęli przed wejściem albo do głębszej jamy, skalnej szczeliny no albo nawet jaskini. Ale po ciemku trudno było to stwierdzić. Dlatego ludzie Vasilija zajęli się rozpalaniem gałęzi jakie zebrali na górze w lesie aby zrobić z nich pochodni. Łodzią pewnie by się dało łagodniej i wygodniej wpłynąć do środka. Tylko wcześniej trzeba było przebyć pas mocno wzburzonej wody pod klifem. To do samej jamy łatwiej było dotrzeć plażą. Ale był tam wąski pas między wodą a ścianą który dawał nadzieję aby się dało tam przecisnąć do środka.

    Grupa zaczęła ruszać przez pas. Otto zdołał, tuląc się do ściany jak do kochanki, przecisnąć przejściem. Niefortunnie los przestał sprzyjać aptekarzowi, który ześlizgnął się z przejścia i zaczął spadać w stronę wody. Otto instynktownie wyciągnął do Sigismundusa rękę, starając się złapać Nuglitę.

    Solidna masa i gabaryty Sigismundusa tym razem zadziałały przeciwko niemu. I jak wpadł do zimnej, morskiej wody to nie szło go wyciągnąć na wierzch. Zwłaszcza jak w przejściu dało się co najwyżej kucnąć a i złapać dla równowagi czy zaparcia się niezbyt było czego. Groziło to tym, że samemu można stracić równowagę i chlupnąć do morza zwłaszcza jak na masę to aptekarz miał ją pewnie największą z nich wszystkich.

    - Dobra! Idźcie dalej! Ja dopłynę do środka! - krzyknął lider grupy nurglitów i trzymając się krawędzi skały po kawałku trochę dopłynął a trochę przeszedł w głąb mrocznej jamy. Tam dalej było jakieś łagodniejsze miejsce gdzie trochę sam a trochę pozostali pomogli mu wydostać się z morskiej kipieli. Ale był wymęczony, zmarznięty i cały mokry. Wypluwał wodę z ust i ciężko łapał oddech. Ciężko było stwierdzić gdzie byli bo było tu prawie całkiem ciemno. Od wylotu niewiele tu już docierało światła. I widać było tylko zarysy ich własnych sylwetek. Jednak w tej wilgotnej jaskini dało się wyczuć zapach gnijących wodorostów. Chociaż prawie po ciemku nie było ich widać. Sprawę rozjaśnił dopiero Vasilij i dwóch jego ludzi jakim udało się przedrzeć w ślad za pierwszą czwórką. Nieśli pochodnie to okazało się, że to chyba jakaś podziemna jaskinia. Niereguralny strop był na wysokości kilku metrów. A tyle co było widać światła z pochodni to ta podziemna rynna morskiej wody ciągnęła się gdzieś dalej.

    Otto upewnił się, że Sigismundusowi nic nie jest, zanim ruszyli dalej, nie mógł się jednak powstrzumać.

    - Kąpiel Sigismundus? Przed potencjalną świątynią Pana Plag? Bluźnierstwo. - uśmiechnął się do aptekarza - Może złapiesz jakiś katar od tej wody. - poklepał nurglitę po plecach i ruszył za pozostałymi. Wziął jedną z pochodni, przejął Loszkę i ruszył przodem.
    - No malutka, zabierz nas do ojczulka.

    - Przestań. Zimno mi. Ale zaraz się pozbieram. Taki drobiazg mnie nie powstrzyma. - aptekarz nie miał zbyt dobrego humoru po tej zimnej, morskiej kąpieli jakiej wcale nie planował. Nadal był jednak zdeterminowany aby zgłębić tą tajemnicę jaka ich tutaj zaprowadziła.

    - Mamy tylko trzy pochodnie. - powiedział Vasilij obserwując to wszystko trochę z boku. Nie chciał chyba jednej z nich zostawiać z kolegą ale też nie chciał zostawiać go tu samego w prawie całkowitych ciemnościach. Krzyknął więc parę razy wołając jednego ze swoich ludzi którzy zostali na zewnątrz jaskini. Po chwili widać było jak jeden z nich przeciska się tą samą wąską i niewygodną drogą jaką przebyła tu reszta.

    - Zostań tu z nim. Jak się pozbiera to najwyżej idźcie za nami. - polecił mu herszt wskazując na pulchną, zmokniętą kulę ubrań jaka przypominał aptekarz.

    - Dobra, to chodźmy. - banita dał znać Otto i reszcie, że mogą ruszać dalej. Loszka z ochotą ruszyła naprzód szarpiąc się na smyczy tak mocno, że młodzian miał trudności aby ją utrzymać. Wydawała się podniecona jak hart jaki zwęszył świeży, krwawy trop. Droga jednak wymagała uwagi. Na dole wciąż buszowało morze. Trzeba było iść brzegami ten szerokiej rynny. W miare jak się zgłębiali coraz dalej i dalej morze się uspokajało aż zrobiło się senne i spokojne. Przypominało nieruchomy staw jaki już tylko minimalnie faluje. Woda też zrobiła się gęstsza i pelna jakichś drobin. Coraz częściej widać było jakieś porastające ją kożuchy rzęs czy podobnego pływającego zielska. I zapach też jakby gęstniał. Jakby coś tam w głębi gniło i fermentowało. W końcu doszli do czegoś co wyglądało jak mała zatoczka. Za nią podłoże nieco się wznosiło i był korytarz skalny. I coś tam majaczyło jeszcze na skraju widzialności pochodni. I niespodziewanie dla wszystkich poruszyło się. Dało się słyszeć echo kroków jakby końskich kopyt na bruku. A w końcu z mroku wyłoniła się jakaś istota. Nawet trochę podobna do konia. Tylko wielkie, wyłupiaste oczy były wielkości kurzych jak zamiast normalnych, końskich oczu. Do tego albo biły jakimś własnym bladym światłem albo tak intensywnie odbijały światło pochodni. No i na czole stworzenia wyrastał potężny, pojedynczy róg. Trochę to wyglądało jak jakaś wypaczona plagami werska jednorożca. Skóra była pokryta bąblami i odpadała płatami. Stworzenie zatrzymało się blokujac niejako dostęp w głąb korytarza z jakiego wyszło. Ludzie też się zatrzymali nie bardzo wiedząc co teraz począć i co się zaraz stanie.

    Otto przyglądał się istocie przez chwilę, po czym otworzył szerzej oczy.

    - Heh, a jednak to to widział. Będę musiał uważniej oglądać moich pacjentów. - oddal Loszkę Strupasowi - Dajcie mi spróbować. Chyba, że ktoś tu potrafi gadać językiem Niezrodzonych. - wyszedł przed resztę ekipy.
    - Błogosławieństwa Ojca Chorób, dla ciebie i twoich krost. Jesteśmy sługami Nurgla i poszukujemy ołtarza jego wybranki, Oster. Czy ty jesteś jego strażnikiem?

    Strupas złapał za smycz kobiety która zakwiliła coś niezrozumiale i jako jedyna z ich grupki zdawała się nie okazywać wahania, obaw a jedynie mruczała coś szybko i chyba z zadowoleniem. Garbus pokręcił głową, że nie zna jakichś nadprzyrodoznych języków. Vasilij położył dłoń na mieczu ale go nie wyciągnął. Pozostali dwaj jego kamraci stali parę kroków dalej niepewni co robić. Ten bez pochodni powoli sięgnął po łuk aby mieć jakąś broń w rękach gdyby poczwara ich zaatakowała.

    - Myślisz, że to coś mówi? - zapytał cicho herszt przemytników mając chyba co do tego wątpliwości. Stwór zaś chyba węszył sądząc po ruchach przegniłych chrap i nasłuchiwał resztkami, postrzępionych uszów. Może i patrzył swoimi wyłupiastymi oczami bez powiek ale jak tak to trudno było to określić. Poza tym jednak ani nie zaatakował ani się nie poruszył.

    Otto przekrzywił głowę.

    - Strupas, podejdź tu z Loszką. Może potrzebujemy kogoś, kto ma podobny stan świadomości. - mnich kajał się, że nie pomyślał, że może być kłopot z komunikacją jak z Sorią. Jak wróci, będzie musiał poprosić Starszego, albo Mergę lub Joachmi, aby nauczyli go mowy demonów.

    Garbus postąpił parę ostrożnych kroków do przodu wcale nie mając radosnej miny. Te kopyta, masa no i róg wyglądały na takie z którymi lepiej było nie zawierać bliższej znajomości. Poprzedzająca go kobieta trzymana na smyczy nie okazywała takich wątpliwości. Coś tam gdakała po swojemu, zaśmiała się raz czy dwa no ale jak to była jakaś forma komunikacji to trudna do prześledzenia dla pozostałych śmiertelników. Stworzenie postawiło resztki uszu w sztorc i zdawało się, obserwować tą pierwszą dwójkę. Ale jakoś poza tym nic za bardzo się nie stało.

    - Mnie to wygląda na jakiegoś zmutowanego konia. Czy coś podobnego. Nie wiem czy da się z tym czymś gadać. - znów cicho szepnął Vasilij obserwując całą tą scenę nieco z boku.

    - Uważaj Vasilij. To najpewniej champion Nurgla tak, jak Soria jest Slaanesh. Nie chcesz istoty tak błogosławionej urazić… zaraz. - Otto spojrzał na Loszkę - Hm… może… - Otto wrócił się do "wody", biorąc gęstą maź na dłoń. Upewnił się, że miał dostateczną ilość na swój plan. Wrócił do kobiety i namalował jej pospiesznie trzy kręgi, otaczające trzy strzały na brzuchu. Miał nadzieję, że istota zareaguje na symbol swego patrona.

    - Soria to chociaż wygląda jak człowiek. - przypomniał mu cicho herszt przemytników ale nie ciągnął dalej tematu. To dziwne, obce stworzenie jakie stało w milczeniu u wylotu skalnego tunelu zdawało się peszyć jego i pozostałych. Za to ciemnowłosa kobieta bez oporów zadarła do góry koszulę aby Otto mógł namazać symbol Nurgla.

    - Zdejmij to. - polecił jej Strupas i sam zaczął zdejmować z niej koszulę aby ta nie zasłaniała wymazanego szlamem symbolu. Wkrótca półnaga Loszka stała na smyczy jako wysłannik ich grupy. Stworzenie pochyliło ku niej swój łeb jakby obserwowało teraz głównie ją. Czy coś widziało czy nie nie szło zgadnąć. Ale ruszyło powoli naprzód. Vasilij uciszył swoich ludzi bo ten z łukiem już chciał strzelać. Wszyscy wydawali się zaniepokojeni i skorzy do ucieczki. Koniopodobny stwór zatrzymało się o dwa kroki przed Loszką i zaczęło węszyć. Kierowało chrapy ku jej brzuchowi i wymazanemu tam symbolowi. W końcu parsknęło coś nienaturalnie chrapliwie co zabrzmiało jak basowe brzmienie stada much w głębi pustego dzbana.

    - No cóż… postęp? - zaczął Otto, może Sigismundus miałby więcej szczęścia. Postanowił pozwolić istocie na razie skupić się na Loszce - Jeżeli ją zaatakuje czy coś, odciągnij Loszkę. Ja postaram się go zająć, a wy uciekajcie. Nie możemy ryzykować sporu ze sługą Nurgla.

    Vasilij pokiwał głową ale minę miał dość niewyraźną. Starcie z całkiem sporym przeciwnikiem i to na tak krótki dystans oznaczało, że pewnie kogoś by ta istota zdołała dorwać i pewnie poharatać. Chociaż najbliżej niej stała półnaga kobieta na smyczy. Ta chyba jako jedyna zdawała się nie odczuwać napięcia. Wyciągnęła dłoń ku przegniłym chrapom jakby miała do czynienia ze zwykłym koniem. Stwór czy zaciekawiony czy zwabiony takim ruchem postąpił o krok a potem kolejny do przodu. Zbliżył się na tyle, że kobieta zdołała pogłaskać go po tych chrapach. Stworzenie wydało z siebie dziwny, wibrujący dźwięk który był trudny do interpretacji. Ale jeśli choć trochę zachowaniem przypominało zwykłego konia to nie wydawało się agresywne. Przynajmniej nie względem Loszki.

    - To co teraz? - zapytał cicho Strupas obserwując niepewnie poczynania nawiedzonej kobiety i obcego stworzenia.

    Mogliby stać tu całą wieczność, lub wykonać ruch.

    - Spróbuje ich ominąć i ruszyć w głąb korytarza. Miejmy nadzieję, że będzie zbyt zajęty, albo po prostu akceptuje nas teraz. - jak powiedział tak zrobił, wykonał jak najszerszy łuk wokół stworzenia oraz kobiety i spróbował ruszyć dalej.

    Pozostali poczekali aż pójdzie pierwszy i to co zrobi ta gnijąca istota. Ta jednak jakoś nie interweniowała gdy Otto ją obchodził. W końcu obszedł. I stanął na tych śluzowatych śladach jakie pozostawiła ta konna bestia. Widział w świetle pochodni na parę kroków, że dalej jest jakiś skalny korytarz. I te kopytne ślady na dnie tej jaskini. Strupas puścił smycz i dołączył do Otto. Vasilij i dwóch jego pomagierów zrobiło to samo.

    Korytarz był węższy i niższy niż poprzednio. Skalne sklepienie było z pół kroku ponad głowami. Dało się iść wyprostowanym ale pochodnie co jakiś czas uderzały o ten naturalny sufit sypiąc wtedy iskrami. Tutaj ten zgniły zaduch jakby zgęstniał jeszcze bardziej. Vasilij i jego ludzie założyli chusty dla ochrony przed tym smrodem. Dotarli do jakiegoś pomieszczenia o owalnym przekroju. W świetle pochodni przykuwał uwagę jakiś prostokątny kamień wyciosany z jednej bryły. Wyglądał jak jakiś ołtarz. Na nim stały od nie wiadomo jak dawna nie używane kandelabry z wypalonymi świecami. Jakieś ludzkie czaszki. I wielka, ciężka skrzynka. Chociaż bez kłódki ani żadnego widocznego zamknięcia. Pysznił się jednak na niej trójkropkowy symbol Nurgla.

    - To chyba tu. Nie dotykajcie skrzyni. -od razu rzucił do Visilija - Nurgle może chcieć bronić swych darów, a wy nie pasujecie na jego sługi. - kiwnął Strupasowi i podszedł do ołtarza. Przyklękając przed kamieniem i wypowiadając krótką modlitwę. Następnie podszedł do skrzyni. Z Wielkiej Czwórki jego oddanie do Ojczulka było najmniej widoczne, głównie dlatego, że dla większości ludzi południa, dary Nurgla są odrażające i straszne, a to nie pomaga w wtopieniu się w tłum. Miał jednak nadzieję, że jego praca w hospicjum, wśród brudnych i chorych jest miła Ojczulkowi.
    - Visiji patrzcie na tunel, z którego przyszliśmy. Strażnik może mieć obiekcje przed dotykaniem jego skarbu. - to mówiąc ujął czule skrzynie i spróbował podnieść wieko - A i spodziewajcie się, że smród zrobi się silniejszy.

    Herszt skinął głową i dwóch jego ludzi całkiem chętnie cofnęło się w pobliże wyjścia z tej skalnej komnaty jaka zdawała się być źródłem smrodu. On sam został ale też nie kwapił się aby podejść bliżej. Więc tylko garbus z głupkowatym ze szczęścia uśmiechem na twarzy, z nabożną czcią podszedł do tego ołtarza. Jednak oddał pierwszeństwo Otto aby ten sprawdził skrzynię.

    Ta nie okazała się w ogóle zamknięta. Ale wieko było z czegoś masywnego bo było całkiem ciężkie. Wewnątrz było kilka tub na pergaminy. Te okazały się całkiem lekkie, pewnie właśnie pergaminy albo coś równie lekkiego były w środku.

    - O! Zobaczcie tam! - krzyknął w podnieceniu Strupas. I z pochodnią w ręku podszedł do czegoś co wydawało się sadzawką pełną mętnej wody. A w nim widać było kilka mis. A w każdej małe, podłużne przedmioty wielkości albo ziaren grochu, albo fasolek. Przypominały jakiś skrzek albo jaja.

    Otto podszedł za nim.

    - Sigismundus pewnie będzie chciał to zobaczyć. - Otto zaczął - Wsumie artefakt Oster nie musi być przedmiotem, a kolejną plagą. - mnich zastanowił się chwilę - Masz jak to zabrać? - zapytał garbusa.

    - Tak, załaduję to… - Strupas pokiwał swoją brzydką głową i gorączkowo zaczął grzebać w swojej brudnej torbie. Coś tam klekotało a on na gwałt wyszukał jakąś sakiewkę, coś z niej w pośpiechu wysypał i ostrożnie zaczął ładować małe, obłe ziarenka z tacy do środka.

    - A w tej skrzyni coś jest ciekawego? Może jakiś skarb? - zapytał z nikłą nadzieją Vasilij widząc, że kolega tam zajrzał ale nic z niej nie wyjął.

    - Ktoś idzie! Ale chyba nie ten koń. Pochodnię widać. - uprzedził jeden z jego ludzi odwracając uwagę wszystkich. Faktycznie korytarzem widać było zbliżającą się pochodnię. I masywną sylwetkę aptekarza. Wkrótce wciąż ociekający wodą grubas wszedł do przybytku Oster.

    - Ah! Więc jednak istnieje! Nareszcie! Wielka jest łaska naszego patrona i jego wysłanniczki! - aptekarz rozpromienił się radośnie widząc te wszystkie ostro woniejące wspaniałości. Otto też już czuł, że oczu mu łzawią od tego smrodu i długo tutaj nie wytrzyma.

    - O ta… - delikatnie kaszlnął - Łaska z każdego otwora. Nic Loszce nie jest? Zostawiliśmy ją ze strażnikiem. - wrócił do skrzyni - Strupas znalazł misy z jakimiś jajkami… może coś dla ciebie. W skrzyni są tylko tuby z pergaminami, więc nie wiem czego jeszcze szukać.

    - Tuby ze zwojami? Żadnego złota ani klejnotów? Eee… Słabo… Chodźmy stąd bo zaraz się porzygam. - Vasilij machnął ręką na tak kiepski łup. W końcu jako przemytnik i herszt bandy wolał bardziej namacalne wynagrodzenie w monetach lub jakie szybko i łatwo na te monety można było wymienić.

    - Ta, została tam. Jaja? Jakie jaja? - aptekarz bezceremonialnie parł do przodu i teraz on sprawiał wrażenie ogara jaki węszy za świeżym, krwawym tropem.

    - Tutaj mistrzu! Zobacz ile ich jest! - zawołał wesoło garbus wzywając go dłonią. Ten podszedł i aż się zachłysnął ze szczęścia.

    - To jest to! To musi być to! To musi być dar od Oster! Ładuj tego ile wlezie! To na pewno jest cenne! - aptekarz wziął w dłoń jedną z “fasolek” i obdarzył ją miłosnym spojrzeniem jakby to był jakiś złoty samorodek czy najpiękniejszy diament. Garbus zaś zapakowawszy swoją sakiewkę znów zaczął szukać czegoś w torbie aby zabrać tego nasienia jak najwięcej.

    - Tam jest jeszcze ta skrzynia. Ale Otto mówi, że tylko jakieś zwoje. Pospieszcie się. - Vasilij zwrócił uwagę grubasa na kanciastą bryłę kamienia i stojącą na niej dziwną, ciężką skrzynię.

    - Zwoje? Jakie zwoje? - Sigismundus spojrzał na niego a potem na kamień i skrzynkę. Podszedł do niego, otworzył skrzynię i wyjął te trzy tuby. Otworzył jedną z nich i w środku ukazał się swój jakiegoś papieru. Ostrożnie wydobył go i rozwinął powoli.

    - Aha! Przesłanie Oster! To na pewno to! Hmm… Tylko nie po naszemu… Ani w klasycznym… No nic! Zabierzemy to do Starszego albo Mergi to może coś z tego odczytają! - powiedział uradowany chowając i pieczołowicie zamykając tubę.

    - Sigismundusie… - zaczął Otto, ale ponownie przerwał mu kaszel. Najwyraźniej zapach świątyni już zaczynał go przerastać - Wiesz, że możemy być zmuszeni pozostawić tu Lochę? Nie wiem czy ona będzie skora do wyjścia, a zważając, że ciągle jesteś mokry… nie wiem czy szarpanie się z nią na przejściu to dobry pomysł.

    - Zdechnie tu jak tu zostanie. A jeszcze nam się przyda. Zabieramy ją ze sobą. No chyba, że się uprze, że nie damy jej rady. To trzeba będzie znaleźć nową do testów. Chociaż tej mi trochę szkoda, bardzo utalentowana jest. Ale tak, chodźmy już stąd. Zimno mi. - odparł Sigismundus nieco chaotycznie jakby miał kłopot ze skupieniem uwagi. Garbus kończył ładować jaja do torby i też już zmierzał do wyjścia. Vasilij tylko na to czekał i dał znać swoim ludziom aby wracali tak samo jak tu przyszli. Zresztą nie szło się tu zgubić bo korytarz się nie rozgałęział. Sigismudnus rzucił ostatni raz na komnatę, zapakował zwoje do swojej torby i ruszył za nimi w powrotną drogę.

    - Jeżeli strażnik podąży za nami… albo za Loszką. Trzeba będzie uważać z powrotem, jeszcze nam brakuje uwagi miasta. - Otto wziął trochę głębszy oddech kiedy smród był mniej zjadliwy - A właśnie. Sigisnumdusie, masz u siebie jakieś zielsko na uspokojenie? Powiedziałem, swojemu przełożonemu w hospicjium, że ruszyliśmy na poszukiwanie lokalnej odmiany, wymyślonego elfiego chwastu.

    - Tak, pewnie, mam coś u siebie. To ci dam jak wrócimy do miasta. - aptekarz pokiwał swoją byczą głową na znak zgody ale widać było, że jest głównie zaabsorbowany swoją nową zdobyczą która zapowiadała się tak obiecująco. Wrócili do tej większej jamy gdzie wciąż Loszka przytulała się do śmierdzącego, gnijącego strażnika tego miejsca. Strupas i reszta obserwowali chwilę tą scenę zastanawiając się co teraz zrobić.

    - Zabierz ją. - aptekarz polecił garbusowi i ten ostrożnie podszedł do Loszki. Chwycił ją za smycz obawiając się chyba zetknąć bezpośrednio z tym mrocznym stworzeniem. I pociągnął ją do siebie. Kobieta opierała się krzycząc coś jak dziecko ale w końcu jak jeszcze dołączył Vasilij to we dwóch dali radę ją odciągnąć.

    - Bardzo dziękujemy czcigodny strażniku za twe hojne dary. Zrobimy z nich użytek na cześć i chwałę Oster i naszego Papy. - na pożegnanie Sigismundus skłonił się uroczyście czworonożnej istocie jakby była jakimś wysokiej rangi dostojnikiem. A ta przyjęła to wszystko ze spokojem. Nie ingerowała w ich odwrót w kierunku wyjścia z jaskini odprowadzając ich swoim bladym, wyłupiastym wzrokiem.

    Otto ruszył za pozostałymi, coś nie dawała mu spokoju.

    - Albo to najgorszy strażnik jakiego widziałem, albo nas rozpoznał. - pokręcił głową, spodziewał się, że Loszka będzie nie lada źródłem bólu głowy w drodze do miasta.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Online
      SantorineS Online
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #43

      Oryginalny autor: Lord Melkor

      - Kopf wydaje się być być rozsądny, od dawna wam przewodzi? - Czarodziej spytał się Lily. - Wiesz która z Potęg jest jego patronem?

      - A Hetzen mówisz wyznaje Boga Krwi? - Joachim skrzywił się lekko - Jest jakaś przyczyna, że cię nie lubi?

      - On chyba nie lubi nikogo. Rozstawia wszystkich po kątach. Tylko Kopfa i Opal się słucha. No ale nie ma rady. Sam jeden potrafi upolować i przywlec łosia albo tura. Nikt inny tego nie potrafi. A potem wszyscy z tego jemy. I w barach też mocny. Nikt mu nie podskoczy. Już dawno nikt nie próbował i wszyscy pogodzili się z tym, że jest najsilniejszy. - Lilly wzruszyła ramionami siedząc przy swoim stole zbitym z żerdzi przez co wydawał się dość ażurowy. Mówiła jakby nie tylko ona ale i wszyscy zaakceptowali fakt, że Hetzen jest jaki jest. Ale jest ich najsilniejszym obrońcą i żywicielem.

      - A Kopf tak, już trochę jest wodzem. Z parę lat. Jak byłam mała to był Brandt ale słabo go pamiętam. Tylko, że długą, siwą brodę miał. A potem zachorował i umarł. I Kopf przejął władzę. No i rządzi nami. Razem z Opal. We dwoje nami rządzą. Są mądrzy i jakoś dają radę w trudnych czasach. Jak w zimie. Wszystkie zimy są dla nas trudne i głodne. Najwięcej z nas umiera właśnie zimami. - co do wodza z wielką głową miała odmienne zdanie niż o ich myśliwym. Wydawało się, że ma do niego zaufanie i raczej pozytywną opinię.

      - Faktycznie brzmi jak dobry przywódca - uśmiechnął się Joachim, zastanawiając się jak musi wyglądać życie w takie grupie mutantów. Z tego co słyszał, raczej nie chciał by tak egzystować i martwić się by przetrwać zimę.

      - Opal….ona też tu jest? A jakieś większe starcia czy konflikty z ludźmi lub zwierzoludźmi mieliście w ostatnich latach? - spytał się.

      - Większe? Bo ja wiem… No zdarza się, że coś się dzieje w lesie. Ale to głównie jak ktoś z myśliwych pójdzie na polowanie i trafi na jakichś zwierzoludzi albo gobliny. No w ogóle jak wyjdzie gdzieś dalej w las to można ich spotkać. Chociaż przez ostatnią zimę to jakby więcej było tych ataków. A potem to nie wiem bo byłam z wami w mieście. - z tego co mówiła gospodyni wynikało, że starcia i potyczki gdzieś w trzewiach lasu to nic wyjątkowego. Chociaż raczej na pojedyncze osoby, głównie myśliwych co się zapuścili za zwierzyną zbyt daleko.

      - A Opal tak, jest, ale ona mieszka w osobnej chacie, w głębi jaskini. - przytaknęła, że ich wyrocznia zapewne jest w jaskini ale mieszka nieco z dala od reszty osady.

      - W głębi jaskini, powiadasz? - spytał się pogrążony w zadumie Joachim - Zaprowadzisz mnie do niej? Skoro już spędzał już tutaj czas, to równie dobrze mógł go owocnie wykorzystać i spotkać drugą z przywódców plemienia. Miał zamiar zapytać się jej jakie aktualnie problemy ma grupa mutantów i czy mogą jakoś sobie wzajemnie pomóc ze Zborem Starszego. Na przykład Zbór mógł im dalej dostarczać żywności w zimie, a mutanci informować o sytuacji w rejonie. Mogli też przecież połączyć potencjalnie siły przeciwko wspólnym wrogom, takim jak łowcy czarownic i ich poplecznicy.


      Joachim zgodził się z dziewczynami że lepiej w miarę szybko wrócić do miasta i upewnić się, że ołtarz dotarł bezpiecznie oraz poczynić przygotowania do turnieju, choć wcześniej chciał jeszcze poznać Opal. Co do konfuzji co do pory miesiąca i odległości do pełni, oświadczył z uśmiechem, że może to łatwo rozwiązać patrząc na niebo, po czym wyszedł na ze swoją lunetą poczynić obserwację nieboskłonu. Wyjście na zewnątrz z dusznej jaskini było dla niego przyjemnością a obserwacja nieba miłą odmianą po tych wszystkich rozmowach i negocjacjach.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Online
        SantorineS Online
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #44

        Oryginalny autor: Pipboy79

        Oryginalny tytuł: Tura 13 - 2519.07.01; knt; zmierzch

        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; okolice miasta; postój przy trakcie
        Czas: 2519.07.01; knt; zmierzch
        Warunki: - ; na zewnątrz: zmierzch, sła.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

        Otto

        Dzień się powoli kończył. Jeszcze było jasno ale się kończył na tyle szybko, że dla wszystkich stało się jasne, że nie zdążą wrócić do miasta przed zmierzchem. Więc trzeba będzie poszukać jakiegoś miejsca na nocleg. W tej jaskini to im jednak zeszło całkiem sporo czasu. Do tego przemoczony do ostatniej nitki Sigismundus trzymał się dzielnie no ale nie pomyślał aby zabrać na wycieczkę zapasowe suche ubranie więc męczył się mocno z tą podróżą w mokrym ubraniu. Niemniej rozgrzewała go nadzieja i wizja sukcesu więc traktował to jako drobną niedogodność. Pod koniec dnia jeszcze spadła ulewa która i tak przemoczyła ich wszystkich. Buty i nogawki mieli mokre na wylot a i pod peleryny i płaszcze taki mocno zacinający deszcze potrafił się dostać chociaż już nie tak bardzo. Tak czy siak wędrówka okazała się mocno męcząca dla wszystkich. Nawet jak zdecydowali się wracać traktem prowadzącym do miasta. Zwłaszcza, że biegł on względnie niedaleko wybrzeża.

        Po tej ulewie jaka na szczęście się skończyła wszystko wciąż było mokre. Drzewa, błoto, krzaki, liście no i oni sami. A skończyła się w takim momencie, że akurat był czas poszukać miejsca na nocleg póki jeszcze było widno. Pomógł im w tym przypadek. Znaleźli jakieś miejsce między drzewami z wypalonymi śladami starych ognisk, ułożonymi przewróconymi pniami w roli ławek. To aby nie iść dalej zdecydował Sigismundus. Raz, że już wiadomo było, że do miasta dziś i tak nie zdążą wrócić. Zostało im jeszcze z pół dnia. Może wrócą jutro w południe jak nic im nie przeszkodzi. Dwa, że sam już był mocno zmęczony po tych paru dzonach spędzonych w zimnym, mokrym ubraniu. A trzy gdzieś tam w oddali na trakcie widać było ślady ogniska i śpiewy jakichś pobożnych psalmów. Aptekarz nie życzył sobie takiego pobożnego towarzystwa a nie wiadomo było czy jak ich minął to będzie jakieś dobre miejsce na nocleg.

        Vasilij się z nim zgodził, że nie ma co się dłużej forsować. I ze swoimi ludźmi mocno się natrudził aby w tym zlanym ulewą błocie, trawie i lesie uzbierać drewno na ognisko a potem je rozpalić. W końcu się jednak udało. Zanim banici zdołali na tym mocno strzelającym wilgocią ogniu coś odgrzać z zapasów jakie mieli to już zrobił się wieczorny półmrok.

        Sigismundus nie był zbyt pomocny przy tych pracach obozowych. Za to jak już ogień zapłoną chętnie zdjął swoje ubranie i spróbował je ułożyć przy ogniu aby je wysuszyć. Strupas zaś albo trzymał albo uwiązał Loszkę na smyczy. Ta była dość niespokojna. Jak się okazało ten symbol Nurgla wymazany szlamem na jej brzuchu skruszał i w końcu odpadł. Ale na skórze młodej kobiety w tym miejscu pojawiło się odbarwienie jakie zachowało kształt tego symbolu. Okazało się też, że się wymazała czymś na twarzy i skroni. Nie wiadomo jak i czym. Ale to coś mocno śmierdziało a gdy zeszło czy też sama je starła to pojawiły się w tym miejscu krosty. Była też mocno niespokojna i początkowo Strupas miał sporo problemów aby ją utrzymać na wodzy. W miarę jednak jak oddalali się od jaskini to kobieta wydawała się wracać do normy. Chociaż i tak garbus musiał mocno na nią uważać. Jak wreszcie się zatrzymali na noc mógł sobie ulżyć przywiązując ją do pieńka.

        Zaś półnagi grubas z lubością i z niecierpliwością skorzystał z okazji aby nacieszyć oko papirusami wyjętymi ze zwojów. W świetle zapadającego zmroku i światła ogniska mógł je przejrzeć dokładniej a nie tylko rzutem oka jak w jaskini Oster.

        - O! Muchy! Wiedziałem! Tak czułem, że nie idziemy tam na darmo! - zawołał z entuzjazmem gdy obcego mu pisma rozczytać nie mógł. Ale za to rozpoznał chociaż niektóre ze szkiców jakie były tam umieszczone.

        - Ciekawe… To chyba proces życiowe… Od jaja, przez larwę, kokon i dorosłego osobnika… Ciekawe co znaczą te podpisy… I kobiece łono… Ciekawe… Czyżby je trzeba było umieścić w kobiecym łonie? Ciekawe… Tego nie próbowałem. No i ja miałem tylko zwykłe muchy a te cudne jajeczka na pewno są wyjątkowe i cieszą się błogosławieństwem Oster. - mamrotał podekscytowany chłonąc te starożytne zapiski jakie mogła sporządzić jedna z czcigodnych Sióstr. I to ta jaka poświęciła się temu samemu patronowi co on. Niestety poza niekótrymi symbolami oznaczającymi ogólny Chaos albo glify Nurgla niewiele dało się z nich zrozumieć. Były jakieś schematy i glify które wyglądały na ważne i starannie wykonane. Ale kompletnie niezrozumiałe. Więc najczytelniejsze wydawały się właśnie te rysunki ludzkiej anatomii, głównie kobiecej i właśnie ze szczególnym uwzględnieniem kobiecego łona. Właściwie męskiej anatomii to tam nie było. A wedle strzałek i rysunków to chyba trzeba było umieścić jaja wewnątrz kobiecego łona. No i jeszcze te schematy insektów, głównie much im było poświęcone najwięcej uwagi.

        - Ah jak chciałbym mieć to już przetłumaczone! Wiedzieć co tu jest! - Sigismundus prawie zawył żałośnie ze swojego cierpienia i zniecierliwienia jakie go gnało do miasta odkąd wyszli z jaskini. - No ale nie możemy tego daru Oster zmarnować. Aż tak dużo jakbym chciał tych jajeczek nie mamy. Mam nadzieję, że Merga i Starszy poradzą sobie z tym tłumaczeniem. I nie będą z tym zwlekać. Przecież to jest o wiele wartościowsze i ważniejsze niż posąg tych ladacznic! Z tego przecież nic nie będzie! Same orgie najwyżej. Ale ja! Z tymi darami od Czcigodnej Oster! Ja mogę podbić całe miasto! - aptekarz wyraźnie miał skoki humoru od egazltacji gdy myślał o sukcesie i nagrodzie jaką wkrótce odbierze w postaci przetłumaczenia papirusów i zrobienia użytku z zabranych jaj aż po skrajne przygnębienie i zniecierpliwienie gdy zdawał sobie sprawę, że chociaż już jest tak blisko to jeszcze musi czekać.

        - Nie róbcie nic nagle. Ktoś tu jest. Obserwuje nas. - Vasilij powiedział to tak spokojnie wrzucając kolejną ułamaną gałąź do ognia jaki strzelił iskrami, że w pierwszej chwili to łatwo było przegapić. I trudno było się nie powstrzymać aby nagle nie zacząć się rozglądać na boki. Na niebie jeszcze były resztki szarówki ale tutaj, pod lasem, właściwie już było ciemno jak w nocy. Jeden z jego ludzi jakby od niechcenia sięgnął po leżący w sajdaki łuk jaki był obok niego i leniwie przesunął go sobie na kolana. Inni też zdawali się powoli szykować podobne ruchy.

        - Kto? Ilu? Gdzie? - zapytał cicho Strupas i na znak aptekarza usiadł przy uwiązanej do pnia Loszce aby się nią zająć gdyby zaszła taka potrzeba. Sam grubas zaś zaczął chować bezcenne zwoje z powrotem do pojemników a potem do torby aby je zabezpieczyć gdyby coś się miało zacząć dziać.

        - Nie wiem. Ale Albert coś usłyszał. Ktoś tam chodzi w lesie. Blisko nas. Pewnie nas widzi. - odparł cicho herszt banitów grzebiąc patykiem w ognisku. Był więc jakiś sygnał ostrzegawczy ale na razie bez żadnych wskazówek co to by miało być.

        - Może to ktoś z tamtych. - garbus wskazał brodą w kierunku gdzie spory kawałek dalej widać było łunę drugiego ogniska i słychać było te mocno już przytłumione lasem pobożne pieśni. Herszt wzruszył ramionami przyznając się do swojej niewiedzy.

        - Jeśli tak to łatwiej by im było przyjść traktem. - odparł co o tym myśli no ale ostatecznie to niczego nie przesądzało. Mimo ciemności jakie panowały już pod lasem to pewnie dałoby się przejść na przełaj po drodze. Albo przejść nią większość odcinka a pod koniec zejść w las i nim podejść pod ich obóz.

        - Powierzchniowcypowierzchniowcy! - z ciemności gdzieś z lasu niespodziewanie dobiegł ich nowy, nieco skrzeczący głos. Mówił szybko i jakby nerwowo. Nastała kłopotliwa cisza gdy przy ognisku wszyscy patrzyli po sobie albo gdzieś w tą ciemność.

        - Powierzchnowcyprzyjaciele! Nie lękać, ja przyjaciel! My handlować wcześniej! Wy dawać niewolnicy my dawać wam jamy! Dobre niewolnicy! Samice zwłaszcza! Chcemy więcej samic! Możemy zrobić handel. - skrzekliwy i dziwnie brzmiący głos z ciemności dalej mówił szybkimi zdaniami. I z tak obcym akcentem, że trudno było wziąć go za swojaka.

        - To chyba ktoś z tych podziemnych zwierzoludzi. Co Egon i reszta mieszkali u nich zimą. - rzekł cicho Vasilij co był wówczas na tych wymianach i jego ludzie w sporej mierze nałapali pechowców jacy potem znikali w podziemiach i los ich pozostawał nieznany ale raczej nikt chyba nie spodziewał się już ich ujrzeć żywych.

        - Jaki handel?! - odkrzyknął mu Sigismundus. Sam co prawda się nie załapał na tamte wydarzenia bo podobnie jak Otto dołączyli do zboru później ale jednak w kulcie mieli okazję chociaż o tym usłyszeć od tych z dłuższym stażem. Negocjacje chwilę trwały bo zwierzoludzie chyba wziętą na smycz Loszkę wzięli za niewolnicę. Ale o pozbyciu się jej aptekarz nie chciał słyszeć. Wtedy ten zwierzoludź co z nimi gadał powiedział, że tam u sąsiadów jest kilka obiecujących okazów. Tylko ich jest tam sporo. Jedną czy dwie sztuki mogliby chętnie zabrać do swojego leża. Ale jakby przyjacielepowierzchniowcy im pomogli w napadzie to mogliby się podzielić łupami.

        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; tawerna “Wesoła mewa”
        Czas: 2519.07.01; knt; zmierzch
        Warunki: wnętrze tawerny, jasno, gwar tawerny ; na zewnątrz: zmierzch, sła.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

        Joachim

        Burgund trzepnęła w tyłek odchodzącą zgrabną, blond kelnerkę. Ta pisnęła nie aż tak bardzo zaskoczona i odwróciła się ku niej posyłając filuterne spojrzenie. Ale odeszła z ich wnęki w jakiej stał prostokątny stół na kilka osób i ławy. Wnęka zapewniała komfortowe uczucie prywatności. Zaś Burgund była w swojej ulubionej tawernie, zresztą i Łasica traktowała ją jak swój punkt kontaktowy. Tutaj przecież mieli spotkanie przed wyruszeniem na Wrakowisko jakie zaowocowało spotkaniem Sorii. Nie było więc dziwne, że burgundowa łotrzyca czuła się tu swobodnie, jak u siebie i wszystkich zdawała się znać i ją znali wszyscy. A przynajmniej jak weszli to pozdrowiła się z paroma osobami siedzących przy swoich ławach czy kontuarze.

        - No wreszcie jakieś normalne jedzenie. - mruknęła Onyx z wyraźną przyjemnością wbijając drewnianą łyżkę w przyniesiony przez Corri posiłek. Wszyscy zdążyli zgłodnieć po dwóch dniach bytowania poza miastem. Niby coś zjedli u odmieńców i po drodze ale jednak nie umywało się do porządnego, gorącego posiłku. Dlatego nie tylko ciemnowłosa hedonistka chętnie pałaszowała swoją michę. Do tego gorące jedzenie przyjemnie rozgrzewało od środka. A po tej ulewie jaka spadła pod koniec dnia to wszystkich przechłodziło. Buty, spodnie i peleryny mieli mokre na wylot a resztę nieprzyjemnie wilgotną. Więc i ciepłe wnętrze tawerny wydawało się wybitnie przyjazne. Więc chyba nikt się nie zdziwił ani protestował jak Burgond zaordynowała, że skoro zdążyli tuż przed zamknięciem bram miejskich o zmroku to już lepiej zjeść kolację w jakimś porządnym lokalu. Czyli właśnie w “Mewie”. Niewiele brakowało aby musieli nocować w karczmie przed bramą która właśnie o takich spóźnialskich lub tych co nie mieli ochoty wchodzić do miasta.

        - I co? Jak się udała ta rzeczna i leśna wycieczka? Co teraz zamierzacie? - zapytała wesoło Burgund zerkając na towarzyszki i towarzysza tej wycieczki. Lilly pokiwała uśmiechniętą głową, że jej się podobało ale zamierzała wrócić na noc pod wieżę do kryjówki Mergi. Onyx podobnie i tylko wspomniała swoich licznych, nowych i jakże nietypowych kochanków jakich miała okazję poznać całkiem blisko. Chociaż mimo, że byli w niszy to unikała używania pełnych nazw. I miała zamiar wrócić do siebie. Burgund też chociaż liczyła, że zajdzie do Łasicy aby z nią pogadać co się działo w mieście odkąd się rozstali ze dwa czy trzy dni temu nad malowniczym starorzeczem Salt.

        - No i zobaczcie, jakie zmiany. To stare próchno w stolicy padło i nam turniej odwołali. A takie bym żniwa miała… - Onyx westchnęła z żalem bo jak tylko wrócili do miasta i ujrzeli te czarne flagi i wstęgi to od razu kojarzyło się z jakąś żałobą. No a parę szybkich pytań Burgund pozwoliła określić kto umarł i jakie są tego konsekwencje. Okazało się, że dzisiaj jest pierwszy dzień nowego miesiąca czyli ten w którym miał się zacząć turniej. Ale na razie odwołali. I czy w ogóle czy będzie później tego nie było jeszcze ogłoszone. Chociaż jak przechodzili przez Plac Targowy widać było te paliki, podest dla znamienitszej widowni no i całą resztę ukończonych przygotowań do tego turnieju. To jeszcze się dowiedzieli gdy słońce chyliło się ku zachodowi a oni szli znajomymi, zagnojonymi ulicami miasta zanim dotarli do portu gdzie była ulubiona tawerna obu łotrzyc z kultu.

        No ale i bez tego mieli co wspominać i rozprawiać póki jeszcze byli razem i nie rozproszyli się po własnych kontach i planach w tym mieście. Z pół dnia temu Lilly zaprowadziła ich do chaty Opal. Bo dziewczyny jak odkryły, że miałyby zostać same to też gnane trochę ciekawością dołączyły do tej wycieczki. Tam trzeba było iść jakimś poboczną odnogą jaskini praktycznie nie oświetlonej. Dlatego trzeba było skorzystać z pochodni aby oświetlić drogę.

        Dopiero sama chata była oświetlona. Wyglądała dość tajemniczo. Pewnie właśnie tak powinna wyglądać chatka wiedźmy wedle stereotypowych wyobrażeń. Przez okna biło światło z oświetlonego wnętrza przez co wydawały się świecącymi w ciemności oczami jakiejś maszkary. A przed chatą płonęły dwie pochodnie nieco psując ten efekt. W środku zaś była pomocnica gospodyni jaka ich przywitała. Po krótkiej rozmowie gdy weszła do wewnętrznej izby a potem wyszła okazało się, że ta zgodziła ich się przyjąć.

        Siedziała ze skrzyżowanymi nogami chyba na jakichś poduszkach. A te leżały na barwnym pledzie. Nogi zaś miała przykryte kocem jakby jej było chłodno. Podobne miejsca wskazała gościom więc też im zostało usiąść na tych poduszkach. Ale nie otoczenie przykuwało uwagę ale sama gospodyni. Wydawało się, że jest zrobiona z jakiegoś kryształu. Jak żywa rzeźba. Kryształ odbijał światła świec, ogniska i lampionów milionem refleksów na jej nieco kanciastej fakturze skóry. Lilly traktowała ją z takim samym szacunkiem jaki okazywała wodzowi ich małej społeczności odmieńców.

        Z rozmowy z szamanką wynikało, że społeczności potrzeba wiele rzeczy. Zwłaszcza “cywilizowanych” czyli takich jakich nie byli w stanie wytworzyć sami na miejscu. Dlatego wszystko tutaj wyglądało tak prymitywnie. Nie było warsztatu stolarskiego to nie było desek na porządne domy, nie było cegieł z tego samego powodu ani kowala co by wytwarzał metalowe przedmioty. Nawet pod względem ubrań to uzywali głównie tego co im ofiarował las w postaci skór, futer i kości. Z powodu tego, że mało kto u nich wyglądał wystarczająco ludzko aby uchodzić za człowieka to nawet z wieśniakami niezbyt było jak się wymieniać. Może by się udało ze zwierzoludźmi ale nie zawsze byli na przyjaznej stopie z nimi a oni też pod względem technologicznym wcale nie przewyższali odmieńców. Nawet na zbójowanie mało kto chodził bo do traktów było dość daleko od jaskini a nawet jak się udało kogoś dopaść to raczej mogło chwilowo kogoś wspomóc ale raczej nie wpływało na sytuację całej osady. Więc tak naprawdę to odmieńcom brakowało prawie wszystkiego.

        Za to znali tą leśną głuszę dookoła i potrafili w niej przetrwać. Mogli wykonywać proste prace jak szycie, oprawianie zdobyczy i inne powszechne prace jakie można było dokonać w gospodarstwie, przy rzece czy w lesie za pomocą swoich rąk. Do pewnego stopnia mogli się komunikować z niektórymi plemionami zwierzoludzi. Chociaż raczej podobnie jak to kultystom opowiadał Gnak ustami Lilly, raczej zazwyczaj każde plemię, także odmieńców, trzymało się swojego terytorium.

        Zaś w sprawie najbliższej pełni Mannslieba to musiał trochę policzyć. I wyszło mu, że dziewczyny dość dobrze w przybliżeniu określiły kiedy to będzie. Na początku drugiego tygodnia nowego miesiąca, dokładniej 13-go w Aubentag.

        Ale to było jeszcze w środku dnia jak zatrzymali się na mimo wszystko dość krótki odpoczynek. W końcu jak nie chcieli kolejnej nocy spędzać wśród odmieńców albo gdzieś w lesie to nie mogli zwlekać. I tak zdawało się, że zdążyli na ostatnie parę pacierzy przed wieczornym zamknięciem bram. Do tego pogoda jaka przez większość dnia była taka sobie, głównie z powodu silnego wiatru i mgieł to pod koniec dnia zepsuła się kompletnie. I z ponurego nieba lunęła ulewa mocząc ich dokumentnie. Nie było dziwne, że jak znaleźli się za bezpiecznymi murami to dziewczyny chciały się ogrzać i rozgrzać w znajomym otoczeniu i zjeść coś ciepłego. Dopiero życie zdawało się w nie wracać przy stole i jedzeniu.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Online
          SantorineS Online
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #45

          Oryginalny autor: Lord Melkor

          Joachim mruknął z zadowoleniem, odsuwając na bok pusty już talerz z jedzeniem i popijając z dzbanka grzane piwo. Podróż do miasta i te deszcze okrutnie go wymęczyły, więc z przyjemnością przyjął zaproszenie Burgund.

          - A dziękuje, myślę że podróż była całkiem pożyteczna. Poznaliśmy plemię Lily i dowiedzieliśmy się wiele o okolicznych plemionach zwierzoludzi. Musimy się naradzić ze Starszą i Mergą jak najlepiej wykorzystać tę wiedzę.... - przeniósł spojrzenie pomiędzy towarzyszkami i odrobinę się speszył przypominając sobie orgie podczas wyprawy i mieszane uczucia które one w nim wywołały. Od czasu do czasu można było w czymś takim wziąć udział, ale nie chciał się uzaleźnić od cielesnych rozkoszy, to nie była jego ścieżka.

          - W każdym razie Bogowie są z nami - udało się nam wszystkim bezpiecznie powrócić, a jak rozumiem ołtarz też dotarł jak należy. Teraz mam zamiar zająć się odnalezieniem artefaktu mojego Patrona, który prawdopodobnie jest w Akademii - odparł Onyx, upewniając się że ich stół jest wystarczająco oddalony by nie mogli być podsłuchiwani. Zastanawiał się, czy wykorzystać pomoc grupy Łasicy, on pomógł w ich misji więc może mógł liczyć na wzajemność.

          - A co do turnieju, to faktycznie szkoda, wszyscy mieliśmy związane z nim plany. Ale może po prostu go trochę przełożą, żeby przygotowania nie poszły na marne? - uśmiechnął się, jakoś trudno było mu sobie wyobrazić by ci wszyscy szlachcice tak łatwo zrezygnowali z takiego wydarzenia.


          Kiedy opuszczał tawernę, zastanawiał się nad planami na kojelne dni. Podczas najbliższej lekcji z Mergą miał zamiar porozmawiać z nią o okolicznych mutantach i zwierzoludziach. Ich różnorodność, mnogość natury i kształtów była naprawdę fascynująca - od wyglądającej jak posąg Opal po wilkołaczego Hetzena. Natomiast, z bardziej praktycznego punktu widzenia, z plemionami Lily i Gnaaka udało im się nawiązać przyjazne relacje, pytanie jak mogli to dalej wykorzystać. Może na przykład mogli zwabić w dziczy w pułapkę jakiś wrogów, chociażby wciąż kręcących się po okolicy łowców? Dobrze by też było nie zaniedbać zupełnie innych spraw - spotkać się na jakieś kolacji z Van Hansenami i zapytać co słychać w ich świecie.

          Natomiast najważniejsza była teraz sprawa artefaktu Pana Przemian. Wiedział, że prawdopodobnie jest w Akademii, ale nie znalazł dobrego śladu w części którą zwiedzał, więc może pomieszczenia gospodarskie? Łasica i Burgund byłyby pewnie w stanie pomóc mu się tam włamać, choć wahał się czy to na pewno dobry pomysł, może warto było postawić w tej kwestii wróżbę. Miał zamiar też poruszyć ten temat z Aaronem, tamten kiedy nie był za bardzo pijany miewał niekiedy trafne spostrzeżenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Online
            SantorineS Online
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #46

            Oryginalny autor: Seachmall

            Mnich pomagał gdzie mógł przy budowie małego obozu, po czym usiadł przy ogniu obok Sigismundusa, przyglądając się szczęśliwemu Nurglicie.

            - Szkoda, że strażnik, był zbyt głęboko w swych mutacjach i darach od Nurgla, aby był komunikatywny. Kolejny sojusznik byłby cenny, nawet taki, którego trzeba by było chować do czasu ujawnienia. - Otto zaglądał co jakiś czas aptekarzowi przez ramię spoglądając na rysunki w książce.

            - Konie to zwykle nie są zbyt gadatliwe. A to chyba było coś takiego. Przynajmniej kiedyś. - odparł Vasilij który chyba za bardzo nie pokładał wiary w możliwość komunikacji z tym dziwnym stworzeniem żyjącym w wiecznym mroku w głębi jaskini do jakiej nigdy nie zagląda światło dnia.

            - W domu takiego nie schowasz. Trzeba by jakąś stajnie czy co. Zresztą w ogóle nie wiadomo czy by chciał gdzieś pójść. - garbus zaczął się zastanawiać nad tym pomysłem ale skoncentrował się na praktycznym rozwiązaniu które wydawało się dość kłopotliwe.

            - Soria to umie zmienić się w człowieka to się tak nie rzuca w oczy. - przypomniał mu herszt przemytników. A czy owo mroczne stworzenie z jednym rogiem mogło przybrać inny, mniej rzucajacy się w oczy wygląd to nie wiadomo.

            - Nieważne. Jak teraz wiemy gdzie to jest to najwyżej tam wrócimy. Teraz nas czeka świetlana przyszłość. Wypuścimy dar Oster na to świętoszkowate miasto! Tylko najpierw trzeba odczytać te zapiski. Są z muchami i innymi stworzeniami to na pewno one roznoszą dar Oster. Tylko coś tu jest też z rysunkami kobiecego łona. To na pewno coś znaczy. - aptekarz zdawał się ich słuchać jednym uchem bo za bardzo absorbowało go badanie zwojów jakie pozostawiła sobie jedna z mrocznych sióstr. Wciąż nie mógł się nimi nacieszyć i starał się zrozumieć jak najwięcej. Jednak właściwie bez zrozumienia tajemniczego pisma i glifów zostawało tylko oglądanie obrazków.

            - Nie traktuj tego też dosłownie. Jeżeli Oster chciała mieć pewność, że tylko godni wykorzystają jej dar, mogła schować prawdę za metaforą lub po prostu kłamstwem. - Otto chwilę się zastanowił - Chociaż, myślisz, że Oster mogła eksperymentować na sobie?

            - Na sobie? A kto wie? To by była istota całkiem inna od nas. Wyższa. Widziałeś Sorię? Ona mówi, że jest córką Soren. To Soren pewnie była jeszcze od niej potężniejsza. A Oster to powinna być taka jak Soren. Kto wie co ktoś taki by potrafił. - aptekarz uniósł swój byczy kark do góry aby zastanowić się nad pytaniem jakie go zainteresowało. Wedle legendy jaką im opowiadała Merga to każda z czterech legendarnych sióstr odznaczyła się iście epickimi czynami. Tak bardzo, że chociaż działo się to w ginących w mrokach przeszłości uwieczniono je w legendzie jaka przetrwała na północy do dzisiaj.

            - Zastanawiam się… jaka była relacja strażnika z nią? Jej potomek, czy efekt jednego z tych jaj.

            Sigismundus musiał się nad tym zastanowić dłuższą chwilę. Spojrzał z zaciekawieniem na Otto, potem na garbusa, szaloną kobietę uwiązaną na smyczy i na herszta przemytników. Ale oni coś nie zabierali tym razem głosu w dyskusji.

            - Bo ja wiem… Trudno powiedzieć… Ale na ilustracjach to go nie ma… Może jest gdzieś opisany ale to dopiero będzie wiadomo jak się uda je odczytać. Ale myślę, że to ona go tam zostawiła aby pilnował jej interesu. Więc pewnie by ją traktował jak szefa. Tak myślę. - sądząc po głosie aptekarza to sam nie był tego do końca pewny i raczej zgadywał niż wiedział. W końcu mieli bardzo skromne dane na temat tej jaskini i jej zawartości.

            - Ja myślę, że on nie z tych jaj. One były bardzo malutkie. A z niego to kawał konia. Chyba, że to jakaś magia czy co. - Vasilij zdecydował się rzucić swoim przypuszczeniem ale też brakowało mu w głosie pewności aby się przy tym upierać.

            - Mówimy tu i dziele wybrańczyni Boga. Magia to jedno ze słabszych narzędzi jakimi by dysponowali. - Otto spojrzał na księgę - Wiemy gdzie jest, najwyżej wrócimy po niego.

            Herszt banitów wzruszył ramionami na znak, że trudno mu dyskutować na tak odległy od jego zainteresowań temat i nie kwapił się z odpowiedzią.

            - A czemu pytasz o to czy oni się mogli znać? Zapewne tak i pewnie Oster zostawiła go na straży. Ale co z tego? - zagaił aptekarz grzejący się przy ognisku po mokrych przygodach w ciągu mglistego i wietrznego dnia.

            Otto westchnął - Ponieważ Soria, jest potomkiem Soren. Jeżeli ten koń też ma takie relacje z Oster, pozostawienie go, aby dojrzewał, jak stary ser, w tej jaskini wygląda mi marnowanie potężnego sojusznika. Do tego nie ciekawi cię on? Jaka jest jego historia? Czy to jeden z udanych, lub nieudanych eksperymentów wybrańczyni Nurgla? Lub jakiś jej pół-śmiertelny potomek. Może to jeden z jej oddanych sług, pobłogosławionych, aby pozostał na straży. Do tego… o ile te jaja i księga wydają się dość wartą nagrodą… nie wydaje ci się to wszystko trochę zbyt.. łatwe?

            - Zbyt łatwe? No to ciesz się, że nie ty wpadłeś do morza. - brwi aptekarza podskoczyły do góry gdy wymownie wskazał na swoją obszerną nagą pierś i jeszcze potężniejszy brzuch. Głos ociekał ironią i trochę rozbawieniem. Vasilij, Strupas i pozostali zaśmiali się cicho. Po prawdzie padło akurat na aptekarza co w końcu baletnicą nie był. Ale równie dobrze mogło się to przytrafić każdemu z nich. Dobrze, że było lato a nie zima to nie było to śmiertelnie groźne jak wtedy gdy w zimie przy Wrakowisku syrena czyli jak już teraz było wiadomo Soria nie wywróciła łodzi Ruperta wraz z całą zawartością. Potem się z tego leczyli przez kilka tygodni.

            - Ale nie. Myślę, że nie. Może na nas czekał? Może też miał jakieś wizje albo misję? Sam widziałeś, że wyszedł do nas ale się nie ruszał. Dopiero jak zrobiłeś na Loszce odpowiedni symbol. Inaczej to nie wiem co byśmy zrobili gdyby się nie odsunął. Bo blokował przejście. Chyba trzeba by z nim walczyć jakby się tak dalej nie chciał odsunąć. Nie wiem co by wtedy było. A tak to symbol go wywabił. Myślę, że nas dzięki niemu rozpoznał. - grubas mimo tego początkowo ironicznego tonu jednak słuchał uważnie młodszego członka zboru i całkiem poważnie potraktował jego propozycję. Próbując znaleźć jakieś wyjaśnienie takiego a nie innego zachowania czerokopytnego strażnika jaskini.

            - Ale nie wiem czy ten stwór to coś takiego jak Soria u ladacznic. Ona od początku wyglądała jak człowiek. Ma twarz, usta, żeby mówić no i całą resztę. A ten w jaskini to taki mniej więcej koń. Może i Oster jakoś z nim gadała ale my to nie wiem jak. Sam próbowałeś i widziałeś, że nic z tego. Chociaż symbol rozpoznał. - sam się nad tym widocznie zastanawiał gdy Otto poruszył ten temat.

            - Cóż, teraz jak wiemy gdzie ta jaskinia to zawsze możemy tam wrócić. Może Merga i Starszy coś mądrego powiedzą i doradzą. Na razie to lepiej im zanieść te zwoje i jaja. - Strupas dorzucił coś od siebie. Dobrą stroną tej wyprawy było to, że odkryli tą jaskinię. Więc powinni móc do niej wrócić. Nawet nie wydawała się aż tak daleko. Przy dobrej pogodzie i idąc traktem można by pewnie trasę w jedną stronę pokonać w jeden dzień. Konno to może nawet w pół dnia.

            - O nie, jaja zabieram do siebie. Im nie są do niczego potrzebne a mi się przydadzą. Aż się nie mogę doczekać aż je wypróbuje! No dobra, może jedno czy dwa im zaniosę aby im pokazać jak to wygląda. Ale nie więcej! Oh, żeby jak najszybciej przetłumaczyli te zwoje! Muszę wiedzieć co tam jest! Na pewno jakiś potężny dar Oster jaki rzuci to plugawe miasto na kolana… - półnagi grubas grzejący i suszący się przy ognisku zgłosił sprzeciw przeciwko słowom garbusa. Widocznie miał zamiar jak najprędzej użyć owych jaj. No ale do tego przydatne by zapewne było przetłumaczenie zawartości zdobytych zwojów na jakiś zrozumiały język.


            Otto spojrzał w stronę głosu, oczywiście nie miał nic przeciwko oddania wyznawców fałszywych bogów w ich czułe ręce, to jednak chciałby wiedzieć więcej.

            - Czyli wy oferujecie nic od siebie? - zaczął Otto - My pomagamy wam złapać niewolników z tego obozu i dzielimy się tym co jest w obozie? Duże ryzyko, za żadną nagrodę.

            - Tak, tak. Poczekamy aż zasnązasnął i nie będzie ruchu. Tam weźmiemy. Podzielimy się. Wy swoje my swoje. Razem damy radę. Proste proste ale osobno to trudnetrudne. - skrzeczący i piszczący głos z ciemności lasu dorzucił jak to sobie wyobraża ten napad na sąsiadów widocznych spory kawałek traktu dalej. A raczej drzewa rozświetlane blaskiem ich ogniska.

            Otto spojrzał na Vasilija i Sigismundusa.

            - Jak sądzicie? Chcecie się pobawić w rozbójników?

            - My i tak jesteśmy rozbójnikami i przemytnikami. - zaśmiał się cicho Vasilij i jego ludzie podobnie. - To zależy jak to wygląda. Ilu ich tam jest. Teraz są dość głośni bo śpiewają. Ale jak się pośpią to kto wie? Może by się udało coś albo kogoś skubnąć? - herszt banitów nie chciał się w ciemno deklarować chociaż nie wykluczał takiej możliwości jaką proponował głos w ciemności.

            - Pewnie też przyjechali na turniej. Nikt się nie spodziewał, że ta stara krowa zdechnie i miał być ten turniej. - burknął garbus zerkając gdzieś w stronę traktu i widocznej w oddali łuny na drzewach przy trakcie.

            Otto spojrzał z powrotem w stronę głosu.

            - Wyjdźcie do światła przyjaciele! Nie mamy złych zamiarów. - Otto westchnął, nie miał zamiaru psuć relacji kultu z możliwym sojusznikiem, do tego ich "przyjaciele" mogą źle znieść odmowę - Ilu was jest i jeżeli jesteście w stanie ustalić, ilu jest ludzi w tamtym obozie?

            - To schowajcieodłóżcie łuki. - odparł szybko głos z ciemności. Tych paru ludzi Vasilija co zdążyło dyskretnie wziąć swoją strzelecką broń i położyć na kolanach czy mieć w zasięgu ręki spojrzało na niego trochę zaskoczonym wzrokiem.

            - Nie będziemy strzelać pierwsi! Jeśli wy nie zaczniecie to my też nie! - krzyknął mu w odpowiedzi herszt i chwilę trwała cicha narada obu stron. Może mieli już jakieś wspólne interesy zimą ale przy tylu różnicach nieufność wydawała się naturalna.

            - Dobrzedobrze. To niech ktoś z was przyjdzie tutaj. Spotkamy się w połowie drogi. - zaproponował piskliwy głos z ciemności.

            - Ja na pewno tam nie pójdę. - Sigismundus mocniej przytulił do swojej obszernej, nagiej piersi torbę ze zwojami i od razu zaznaczył, że nie ma ochoty zanurzać się w leśną ciemność i wychodzić poza w miarę przyjazny obszar oświetlony przez ognisko.

            Otto westchnął i ruszył do przodu. Głos wydawał się dość tchórzliwy więc miał nadzieję, że chęć zysku i strach przezwycięży naturę stworzenia Choasu do zniszczenia.

            - Będziemy tu to jak coś to wrzeszcz. - mruknął do niego Vasilij gdy go mijał. Zaś pozostali kamraci odprowadzili go wzrokiem. Szedł rozdeptując stare liście i błoto z jakim były wymieszane. Stopniowo zagłębiał się w ciemność lasu. Aż zobaczył przed sobą zarys jakiejś sylwetki częściowo wystającej zza pnia drzewa. Właściwie to ją zobaczył dopiero gdy ta się zza niego wychyliła. Same kontury bez żadnych szczegółów. Wydawało mu się, że stworzenie ma na sobie jakąś luźną szatę. I jest mocno przygarbione przez co wydawało się niższe od niego. Poza tym było na tyle ciemno, że równie dobrze mógł to być zgarbiony człowiek, odmieniec albo jakiś zwierzoludź.

            - Taktak, teraz porozmawiamy, dobrzedobrze. Ty tam stoi. My będziemy teraz rozmawiać dobrzedobrze. - widocznie właśnie to z tym stworzeniem rozmawiali do tej pory co dało się poznać po głosie. Jak były tu jeszcze jakieś inne to po ciemku ich nie dostrzegał.

            - Taktak, zaatakujemy gdy pójdą spać. Weźmiemy co damy radę. Najlepiej niewolnika, zwłaszcza samicę. Młoda, zdrowa samica taktak! Potem podzielimy się, wy i my. Wy za słabi aby napaść, my za słabi aby napaść ale razem możemy, taktak, razem. - właściciel głosu przedstawił jak to sobie wyobraża tą ich współpracę. Wskazywał chyba w stronę drugiego, odległego o kilkaset kroków odniska. Nawet jak stąd nie było widać nawet łuny tego ogniska to wciąż było słychać nieco wytłumione lasem głosy i dźwięki melodii.

            Mnich przyjrzał się dokładnie istocie, ale zrezygnował. Najwyraźniej nie chciała się bardziej ujawniać.

            - Trójka z nas nie walczy. - wskazał na Sigismundusa, Loszkę i Strupasa, nie wątpił, aby dwóch Nurglitów mogłoby sobie poradzić w walce, wolał jednak upewnić się, że pilnują ich skarbu - Do tego mamy ważne zadanie, którego nie chce ryzykować. Więc żadnych świadków. Zabieramy, albo zabijamy wszystkich.

            - Wszystkich? Wszystkichwszystkich nienie. Za dużo. Za dużo hałasu, za duży obóz. Wejść cichocicho, szmatasen na twarz i wynieść chyłkiemchyłkiem. Nikt nie budzi, nikt nie ginie, wszystko cichocicho. My zdejmiemy strażników. Gardło razciach i cichocicho. Potem do środka i senszmata i wynieśćwynieść. Najpierw samice, zdrowemłode. Potem resztę jak się da. - w ciemności słyszał szelest mchu i błota jak istota chyba ruszała stopami w miarę jak mówiła. Ale chociaż głos miała piskliwy i obco brzmiący to jednak miała całkiem sprecyzowany plan jak powinna przebiegać nocna akcja. Stawiał na podstęp i skrytość działań i o ile by ten plan się powiódł mogło się obyć bez otwartej walki. Chociaż oczywiście i tego nie można było wykluczyć gdyby coś poszło nie tak.

            - Dobrze. Przekażę pozostałym plan i ruszajmy. - nie podobało mu się to komplikowanie powrotu do miasta - Pomożemy tym stworzeniom… to lepsze niż bycie potencjalnym kolejnym celem. Vasilij, ty i twoi ludzie pójdziecie ze mną w stronę obozu. Nasi przyjaciele zdejmą strażników, my łapiemy kobiety, cicho, żeby nas nie widziały. Sigismundus, Strupas pilnuj naszej zdobyczy i Loszki.

            - No dobra. - Vasilij przetrawił chwilę słowa kolegi po czym zgodził się na taką akcję. Powstał od ogniska a wraz z nim jego ludzie.

            - Ciekawe czy by się udało z nimi nawiązać jakąś większą współpracę. - zastanawiał się półnagi grubas siedzący przy ognisku i trzymając na kolanach torbę z bezcennymi zwojami.

            - Jak coś to poczekamy tu na was. - odezwał się Strupas siadając blisko pnia do jakiego była uwiązana Loszka. Po chwili grupa Vasilija była już gotowa do drogi. Trzymali łuki w dłoniach i dali wzrokiem znać Otto aby ich zaprowadził gdzie trzeba. Zagłębili się w leśną ciemność i tak spotkali się z ledwo widoczną sylwetką po części schowaną za pniem drzewa.

            - Dobrzedobrze! To chodźmychodźmy! Cichocicho. - w głosie z ciemności dało się chyba słyszeć satysfakcję gdy grupka kultystów przybyła na miejsce spotkania. Przygarbiona sylwetka zręcznie i cicho ruszyła przez las poruszając się z przysłowiową, elfią zwinnością. Co jakiś czas czekała na ludzi którzy po ciemku i na przełaj przez las nie poruszali się tak sprawnie. Odgłosy śpiewanych psalmów zbliżały się stopniowo a w końcu gdzieś tam z przodu, pomiędzy drzewami było widać już łunę płonących ognisk.

            Otto przykucnął i czekał, aż śpiewy ucichną. Spojrzał na Vasilija.

            - Masz jakieś rady jak, do tego podejść?

            - Siłowo bez sensu jak można poczekać. Jak mają chyba coś do usypiania a tak to zrozumiłem to lepiej poczekać aż towarzystwo się pośpi, co najwyżej zdjąć strażników a potem spróbować oskubać towarzystwo. Czyli tak ogólnie to on nieźle to wykombinował. Jakby dobrze poszło to byśmy oskubali towarzystwo bez krzyku. Jak rano by wstali to by się okazało, że kogoś czy czegoś nie ma czy jakoś tak. A jak nie pójdzie gładko no to zrobi się głośno ale to nadal będziemy mniej zaskoczeni niż oni. - brzmiało jakby herszt banitów i przemytników nie miał większych zastrzeżeń co do planu ich nocnego gościa. Chociaż na razie to jeszcze nie widzieli tego drugiego obozowiska chociaż już było widać łunę z ich ognisk i słychać było pieśni żałobne pewnie na cześć zmarłej księżnej.

            Potem dał znać aby podejść bliżej na tyle aby pozostać w cieniu lasu ale pomimo paru drzew i krzaków jakie oddzielały ich od skraju obozu dało się go zobaczyć. Tam widać było kilka ognisk i parę ław z przewróconych pni podobnych przy jakich sami się zarzymali. Takich udogodnień na szlaku było całkiem sporo więc ci pielgrzymi skorzystali z podobnych. Grupka była spora. Chyba blisko dwa tuziny zgrupowane przy kilku ogniskach. W wieku i płci różnym chociaż brakowało dzieci i dominowali mężczyźni. Wyglądali na grupę bogobojnych pielrgrzymów albo po prostu podróżnych jacy przybyli na turniej rycerski. Co było zrozumiałe jak go odwołano dopiero co a zwykle odbywał się co roku właśnie w tą porę. Jak ktoś ruszał z dalszych stron to pewnie dowiedział się o śmierci i żałobie po księżnej jak już był prawie na miejscu. Widoczne były ręczne wózki do pchania na jakie był załadowany bagaż. Brakowało jednak wozów i zwierząt pociągowych. Widocznie podróżni maszerowali pieszo i wszystko nieśli na sobie albo na swoich wózkach. Siedzieli na pniach i śpiewali przy wieczornej kolacji psalmy żałobne. Liczebnie o wiele przeważali nad grupą kultystów więc w otwartym starciu różnie by mogło to wyglądać. Chociaż nie wyglądali zbyt bojowo, przynajmniej w tym momencie.

            Jakiś czas później pielgrzymi ruszyli na spoczynek, układając się na ziemi, posłaniach, lub chowając w tanich namiotach. Na warcie pozostał jeden z podróżnych siedział na pniu ogrzewając się płomieniem ogniska.
            Otto dał znak reszcie, aby zaczekali ich podziemni sojusznicy mieli zająć się strażnikiem.

            To czekanie w trzewiach lasu, w ciszy i po ciemku dłużyło się niemiłosiernie. Zwłaszcza jak tuż obok obozowicze całkiem nieświadomi ich obecności uprzyjemniali sobie wieczór rozmowami, śpiewaniem psalmów czy modlitwą. Widać było, że to jacy bardzo bogobojni obywatele. Żadnych kart, kości czy hulanki nie było tam znać. W końcu jednak posnęli jak jeszcze raczej było przed północą. Zarówno banici jak i ich niecodznienni sprzymierzeńcy odczekali jeszcze parę pacierzy. Widać było, że na ociosanym pniu jaki robił za ławę smętnie siedzi jeden jegomość. Chyba się modlił w samotności bo machinalnie przewracał paciorki w dłoni.

            Szajka Vasilija podeszła pod obóz ale zatrzymali się jeszcze w ciemnościach, poza granicą ostatnich drzew. Za to z tych ciemności wychyliły się dwie, mroczne, zakapturzone i przygarbione sylwetki. Z długimi, cienkimi ogonami. Wydawało się, że poruszały się bezszelestnie. Krok za krokiem podkaradały się do pleców brodatego mężczyzny jaki strzegł spokojnego snu swoich towarzyszy. Widać było, że obok niego leży oparty o pień kostur którym pewnie można było nieźle przyłożyć w razie potrzeby. Dwa cienie podeszły na ostatnie dwa czy trzy kroki do pleców strażnika gdy ten się niespodziewanie odwrócił.

            - A co wy tu… - zamrugał oczami i zdążył wstać ale cała sytuacja musiała go całkiem zaskoczyć. Dwa stworzenia na więcej nie dały mu czasu. Dla nich taka odległość była jak na jeden sus. Obaj rzucili się ku niemu przewracając go na ziemię. I dalej to już ten sam pień na jakim siedział strażnik przesłonił częściowo widok.

            - Oby się tylko nikt nie obudził… Oby się tylko nikt nie obudził… - mamrotał nerwowo któryś z chłopaków Vasilija wodząc bladą plamą twarzy po obozowisku. Gdyby ktoś tam nie spał to te szamotanie się ze strażnikiem mógłby pewnie usłyszeć. Oni tutaj byli ze dwa tuziny kroków od tego miejsca i to słyszeli. Ale być może śpiący mogliby to przegapić. I chyba jednak mroczni patroni im tej nocy sprzyjali. Bo szamotanie i zduszone sapnięcia w końcu ucichły. Zaś dwie zakapturzone, przygarbione sylwetki wstały i dały znak aby podejść bliżej.

            - Idziemy. Ale nie wszyscy. Dwóch na jedną brankę. Nie ma co tam łazić stadem. - Vasilij szepnął cicho do swoich towarzyszy. Sam jednak został na miejscu trzymając w pogotowiu łuk gdyby była taka potrzeba. Zaś dwa stworzenia przy powalonym strażniku wyjęły coś ze swoich toreb i nerwowo rozglądały się po uśpionym obozie czekając na przybycie swoich ludzkich sojuszników.

            Otto i jeden z ludzi Vasilija ruszyli cicho w stronę obozu. Kiedy podeszli do dwójki zwierzoludzi Otto poświęcił chwilę, aby się im przyjrzeć. Następnie ruszyli we dwójkę do najbliższego namiotu, po chwili obaj wrócili do Vasiliego ze związaną nieprzytomną kobietą, kilka chwil później kolejna została ułożona obok swej towarzyszki.

            - Chyba wystarszy. - stwierdził Otto - Nie ma co ryzykować bardziej. Oddajmy je naszym sojusznikom i wracajmy do obozu.

            Grupa wróciła z pojmanymi kobietami do Sigismundusa i Strupasa, oczekując pojawienia się sojuszników.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Online
              SantorineS Online
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #47

              Oryginalny autor: Pipboy79

              Oryginalny tytuł: Tura 14 - 2519.07.02; agt; zmierzch

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
              Czas: 2519.07.02; agt; zmierzch
              Warunki: wnętrzne ładowni, jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, nieprzyjemnie

              Wszyscy

              I znow sie spotykali w swoim rodzinnym gronie. Rozpoznawali te same twarze i głosy. Gdy po kolei wraz z koncem letniego, chociaż nieprzyjemnie chłodnego dnia zaczęli stukać hasło w burtę starej, od lat nieruchomej kogi. Po czym słyszeli niespieszne, nireregularne kroki kuternogi z drewnianianą protezą. Skrzypnięcie drzwi i znów kroki, tym razem już na pokładzie. Po czym zza relingu wychylala się owinięta chustą głowa starego wilka morskiego. Jak się Kurt przekonał kto to to spuszczał na dol drabinę po jakiej można było wejść na pokład. I zejść po wąskich i stromych schodach na dół, do ładowni w jakiej odbywały się spotkania. O ile nie były one w podziemiach pod zrujnowana wieżą gdzie zwykle przebywała Merga. Dziś jednak zbór zarządzono ponownie na starej łajbie jaka była pierwszą tajną świątynią ich zboru skutecznie im służąc już drugi sezon.

              Dzisiaj też z końcem dnia, gdy słońce jeszcze ładnie oświetlało chmury unoszące się nad słonymi, stalowymi wodami zatoki i nad błotnistymi ulicami miasta ładownia powoli się zepełniała. Sytuacja wydawała się całkiem inna niż na ostatnim spotkaniu w zeszłym tygodniu. Tydzień temu wszyscy spodziewali się, że w tym tygodniu to już będzie trwał turniej rycerski. Ale niespodziewana śmierć wielkiej księżnej Nordlandu wywołała obowiązkową żałobę a więc i odwołanie publicznych festynów. Nawet od dawna umówione wesela były przekładane na znak solidarności w żałobie. W rozmowach nie tylko zebrani kultyści spekulowali, że może jutro, w Festag, z ambon kapłani ogłoszą co w tej sprawie. Pod koniec miesiąca zwykle był kolejny festyn, tym razem tradycyjny dla Neus Emskrank, Dzień Pierwszego Kamienia. Czyli rocznica gdy symbolicznie zaczęto wznosić nowe miasto na terenie dawnej osady rybackiej. Czy władze utrzymaja ten festyn czy jego też odwołają? A może tylko przesunął na później? I co z turniejem? Zostanie przełożony? Czy całkiem odwołany? Przecież do miasta część gości już przyjechała na ten turniej. Głównie ci z dalszych stron co już byli w drodze albo i na miejscu aby zdążyć przed początkiem turnieju. Stąd na ulicach, placach czy karczmach widać było tam i tu różne liberie z różnych rodów, niekoniecznie z samego miasta. Kultyści też się nad tym zastanawiali na głos bo też byli mieszkańcami miasta. Łasica i Burgund wcale nie ukrywały swojego rozczarowania tym odwołaniem. Miały przygotowana robotę i dla nich takie masowe festyny to były czasy prosperity. Bardzo je angażowały i zwykle swoje popisowe numery jako oszustki i włamywaczki robiły właśnie wtedy.

              - Przynajmniej możemy pokręcić sie dookoła tych co już zdążyli przyjechać. Też czekają na ogłoszenie co będzie dalej. Mam nadzieję, że nie wyjadą lada dzień i trochę z nami zostaną. - mruknęła niebieskowłosa łotrzyca dając znać, że mimo ogólnie negatywnego odbioru to znajduje w tym jakiś plusik na pocieszenie.

              - Za to mamy teraz Sorię i loszek Pirory na pocieszenie. No i to. - Burgund wskazała na siedzącą w samym środku ich kobiecej grupki syrenę Slaanesha. Mimo, że w swojej ludzkiej formie córka Soren wydawała się piękną kobietą która ma w sobie “to coś” co sprawiało, że trudno było przejść obok niej obojętnie to jednak nie zdradzała wyglądem swojego nadprzyrodzonego pochodzenia. To odkąd wróciła z wyprawy do malowniczego starorzecza Salt w naturalny sposób stała się sercem zwolenniczek Węża. Wszystkie były skłonne spełniać jej życzenia i zachcianki. Chociaż ta raczej nie ingerowała w poczynania ich grupy ani reszty zboru więc liderką dalej zdawała się być Łasica. Jej kamratka wskazała jeszcze na lubieżną orgię z alabastru i dominującą nad nimi figurę pół kobiety a pół jakiegoś pająka czy innego insekta jaka miała przedstawiać samą Soren. Ołtarz jej poświęcony nadal pysznił się pod ścianą ładowni.

              Większość rodziny przyszła na to spotkanie jeszcze w świetle kończącego się dnia ale zwykle o tej porze się spotykali, gdzieś między siódmym a ósmym dzwonem. Przybył zakatarzony Sigismundus jaki widocznie nie do końca wyszedł bez szwanku z morskiej kąpieli i chodzenia przez pół dnia w mokrym ubraniu. Widać było ża ma zaczerwieonone oczy, siąpi z nosa i mocniej niż zwykle się poci. Zresztą Vasilij wyglądał podobnie. Sam Otto czuł od rana lekkie pulsowanie w skroniach ale poza tym jakoś nic więcej zdawało mu się nie dolegać. Z tego co mówił aptekarz wynikało jednak, że Strupas a zwłaszcza Loszka zaczynali odczuwać błogosławieństwa Oster na sobie. Garbus został tam aby jej przypilnować oraz świeżo schwytanej w nocy branki.

              Sama akcja poszła w nocy w miarę gładko. Ta nasączona dziwnym zapachem szmata przytknięta do ust pomogła uśpić na dobre śpiące kobiety. Potem wystarczyło je wynieść nieprzytomne poza obozowisko pielgrzymów. I wrócić do obozowiska gdzie został Sigismundus, Strupas i Loszka. Dopiero tam, w świetle ogniska dało się poznać, że schwytali dwie młode kobiety.

              - Oh! Jaki piękny, świeży obiet do eksperymentów! - aptekarz z zapałem przyglądał się nieprzytomnym kobietom. Chociaż traktował je nie jak kobiety czy nawet ludzi tylko okazję do swoich niekończących się eksperymentów. Zwłaszcza, że mając na gorąco wizytę w jaskini Oster i jej dary bardzo się niecierpliwił aby móc je na kimś przetestować.

              - Taktak! Młoda, zdrowa, silna taktak! Będzie naszą samicąniewolnicą taktak! Będzie nam służyć i da nam cały miot! Taktak! - Skrzek jak go ochrzcił Vasilij też wydawał się być usatysfakcjonowany tym nocnym połowem. I wspólna akcja na tyle osłabiła ostrożność i brak zaufania obu stron, że podszedł ze swoim towarzyszem do ogniska. I nawet dało się z nimi chwilę porozmawiać. Ale spieszyli się aby jak najszybciej zanieść nową, zdobyczną samicęniewolnicę do swojego gniazda więc opuścili ludzkich sojuszników jeszcze w środku chłodnej nocy. Ci zaś mogli zanieść swoją do swojego gniazda czyli zaplecza apteki Sigismundusa dopiero następnego dnia. Ten wlał w usta śpiącej jakieś zioła jakie zaparzył. Tak aby dalej spała i nie sprawiała kłopotów.

              Ranek przywitał ich ulewą a w tej ulewie pielgrzymi przeszukiwali las w poszukiwaniu zaginionych towarzyszek. I pomstowali na zabójstwo swojego kolegi jaki został zamordowany w nocy. W strugach zacinającej ulewy nie było za bardzo okazji zaglądać pod kaptury i pojmana kobieta podtrzymywana przez Sigismundusa i Otto, otoczona grupką zakapturzonych zbirów Vasilija jakoś umknęła uwadze towarzyszy. Strupas zaś musiał pilnować Loszki bo byli już na tyle blisko miasta, że nie wypadało jej trzymać na smyczy. Ta jednak wydawała się być ciekawska i ożywiona tym wszystkim jak dziecko. Albo osoba jaka kompletnie postradała rozum i zmysły. Późnym rankiem, gdy ulewa już zdążyła się skończyć wrócili przez południową bramę do miasta. I dalej do apteki Sigismundusa. Tam z lubością zamknął brankę w jednej celi a Loszkę w drugiej. I mogli wreszcie spocząć i ogrzać się w suchym miejscu. Czuli w nogach te ostatnie dwa dni podróży przez dzicz. Ale z takimi zdobyczami nurglistom humory dopisywały. Vasilij zabrał swoich kamratów i pożegnał się obiecując, że przyjdzie na zbór no ale już bez nich. Aptekarz zaś nie usiedział na miejscu tylko natychmiast prawie pobiegł przez miasto do zrujnowanej wieży aby zanieść zdobycze z jaskini do Mergi mając nadzieję, że ta zdoła przetłumaczyć zwoje zapisane dziwnym językiem. A teraz przyszedł tu na spotkanie i ledwo mógł usiedzieć na miejscu ze zniecierpliwienia. Co chwila zerkał w stronę drzwi przez jakie zwykle wychodzili Starszy i Merga.

              Joachim przybył na spotkanie całkiem wypoczęty. Ostatnią noc wreszcie mógł spędzić we własnym łóżku a nie na jakiejś derce rozłożonej na leśnej ściółce czy kamiennym podłożu jaskini. I to dobitnie świadczyło o powrocie do cywilizacji z tej leśnej głuszy w jakiej spędził ostatnie parę dni. A jak w końcu wstał i zaczął ten całkiem ulewny dzień to dotarło do niego, że dzisiaj jest dzień zboru. I znów się pewnie wszyscy spotkają na “Adele”. Gdy w kończącym się dniu dotarł na starą kogę mógł się na własne oczy przekonać, że Łasicy, Sorii i Rupertowi udało się cało przetransportować święty artefakt Soren do miasta a nawet na sam statek przycumowany na stałe do pirsu. Dzisiaj na zborze pierwszy raz od rozstania nad brzegiem malowniczego starorzecza mógł spotkać i niebieskowłosą łotrzycę i przemienioną w ludzką kobietę dziedziczkę samej Soren. Ruperta bowiem spotkał jeszcze wczoraj wieczorem jak w końcu wrócił z Ghunterem do siebie. Od niego dowiedział się, że z tym ołtarzem to im się udało. No ale na własne oczy to widział go dopiero dzisiaj na “Adele”. Zresztą jak to zwykle bywało z większością braci i sióstr spotkał się pierwszy raz od zakończenia spotkania w zaszłym tygodniu. Można było sobie tradycyjnie pogadać i wymienić się plotkami jakie się wydarzały ostatnio.

              - To umówiłaś nas na jakąś orgię w następną pełnię? Cudownie! Ha! Nie mogę się doczekaż aż opowiem o tym Fabi. Pęknie z zazdrości! - Łasica jak się dowiedziała od dziewczyn, że te zdołały się umówić z ungorami Gnaka na kolejne, romantyczne spotkanie przy kamieniach rytualnych w pełni zaaprobowała ten pomysł. I miała niezły ubaw nad tym jak może przyjąć te wieści ich bretońska koleżanka.

              - Ale jak wieczorem czy w nocy to ona chyba nie będzie mogła. No trochę szkoda. Myślę, że by się jej spodobało. Jutro ma mnie odwiedzić po porannej mszy. Muszę jej znaleźć coś wyjątkowego, niepowtarzalnego, egzotycznego czego nie miała okazji spróbować z Hubertem. Może wtedy by mnie zaczęła traktować jako swoją władczynię a nie jego. Ojciec tak mi doradził przed odjazdem. Że póki daję jej to samo co Hubert to raczej wiele się nie zmieni. - Pirora dalej zastanawiała się jak zaspokoić swoją prywatną ambicję aby urocza Bretonka to ją stawiała na pierwszym miejscu jako mistrzynię i władczynię a nie Huberta. Na razie sprzedała pozostałym wiadomość, że widziała się dzisiaj z Oksaną no i ta zamówiona sukna dla Sorii jest w trakcie robienia. Na przyszły zbór powinna być gotowa.

              - I właśnie dzisiaj się zastanawiałyśmy z Sorią jak ją wprowadzić na salony. Bo miało być, że z okazji turnieju przyjechała z daleka. Ale właściwie to inni też. Jakaś kapłanka Urlyka ponoć przyjechała dzisiaj w pełnej krasie, z orszakiem i tak dalej. Ciekawe. Myślałam, że u nich tylko mężczyźni mogą być kapłanami. Pewnie jutro będzie na mszy. No a z Sorią chyba nie ma na co czekać za bardzo i trzymać ją gdzieś po kątach. Niech urabia towarzystwo swoim niesamowitą urodą i wdziękiem. - Averlandka snuła luźne rozważania na to co się działo dzisiaj i ostatnio. W sprawie owej kapłanki Ulryka nie znała detali, też to tylko od kogoś usłyszała. Trzeba było jednak przyznać że kler urlykański rzeczywiście był zdominowany przez mężczyzn w podobnym stopniu jak u Schallyii służyły prawie wyłącznie kobiety. Więc kapłanka w służbie Pana Wilków rzeczywiście była czymś niecodziennym. Jednak Pirora zastanawiała się też jak oficjalnie wprowadzić herolda Slaanesha na salony. Jutro był Festag, dzień świąntynny więc jej zdaniem była dobra okazja nawet jeśli zamówiona, krwistoczerwona suknia nie była jeszcze gotowa.

              - Ja nie znam tutejszego towarzystwa to zdam się na was. Niemniej jestem go ciekawa. Kogo i kiedy uda się zbałamucić. - ciemnowłosa kobieta odparła skromnie z leniwym uśmieszkiem jakby była pewna, że jej pojawienie się na salonach nie pozostanie niezauważone i zaowocuje ciekawymi kontaktami.

              - Albo coś z teatrem. Jakaś premiera by się przydała. Ale nie mamy nic gotowego. To znaczy mamy ale tą sztukę to trzymaliśmy na ten turniej i przyjazd trupy aktorskiej z Saltburga. Przysłali do Kamili list wczoraj, że z powodu żałoby na razie odwołali swój przyjazd. Ja jednak bym wolała aby przyjechali. Zastanawiam się aby napisać do nich list i ponowić zaproszenie. Tylko jeszcze nie wiem jak go zredagować i w jaki ton uderzyć. - Averlandka dalej głowiła się nad tymi planami jakie musiała pozmieniać z powodu odwołania turnieju rycerskiego. Przyjazd tych sławnych aktorów miało uświetnić premierę nowego teatru, pierwszego w ich mieście, było też zwieńczeniem prac zarówno pań i panien z elity miasta jakie patronowały temu przedsięwzięciu a na ich czele stały Kamila van Zee i Pirora van Dyke. A przybycie takich gwiazd estrady byłoby wydarzeniem kulturalnym już samym w sobie.

              - To wszystko błahostki. To wiedza jest prawdziwym kluczem do władzy i potęgi. Te wasze chutliwe żądze i perwersyjne zabawy są dziecinne. - Tobias machnął eleganckim gestem swoją haftowaną chusteczką dając wyraźnie znać, że większość omawianych tematów go nie interesowała i jest ponad to.

              - My przynajmniej zdobyłyśmy ołtarz naszej Siostry i Sorię. Joachim też nam przy tym pomagał. - Łasica pokazała mu język i nie omieszkała przypomnieć, że ona i jej część zboru mają już na koncie niewątpliwy sukces w poszukiwaniu śladów i artefaktów po Czterech Siostrach.

              - No właśnie Joachimie. Przeprowadziłem ostatnio bardzo interesującą rozmowę w sprawie Akademii. - Tobias puścił drobną złośliwość mimo uszu. I jakby nigdy nic zwrócił się do astromanty. Z całego zboru ich dwóch jawnie uznawało Tzeentcha za swojego patrona. Z tego co mówił nauczyciel i guwernant śmietanki towarzyskiej tego miasta to dowiedział się, że jest na terenie Akademii pewien magazyn. W trzewiach lochów pod głównym budynkiem. Zejście miało być do piwnic, gdzieś na terenie biur. Ten magazyn był o tyle wyjątkowy, że tam trzymano najcenniejsze artefakty. Niektóre podarowane przez bogatych sponsorów, inne zdobyte przez tutejszych kapitanów czy kupione w innych portach. Tobias oczywiście tam nigdy nie był ale jego zdaniem to brzmiało jak dobre miejsce aby trzymać jakieś tajemnicze artefakty. Także takie naznaczone mocą Mrocznych Potęg. Przynajmniej to było dobre miejsce do sprawdzenia chociaż jak na razie ani on, ani Joachim dostępu do tego lochu nie mieli.

              - To wszystko nic! Nam udało się zdobyć dar od samej Oster! Wkrótce całe to miasto padnie pod jej potęgą! Obdarujemy wszystkich! - Sigismundus nie omieszkał pochwalić się sukcesem dzisiaj zakończonej wyprawy za miasto. - Moja Loszka jest naznaczona tchnieniem i łaską Oster! Zaprowadziła nas do samych słodko pachnących trufli! Dobra Loszka! Teraz tylko oby Merga albo Starszy potrafili rozczytać te zapiski naszej czcigodnej, kochanej Oster! - aptekarz był zachwycony i uszczęśliwiony jak rzadko kiedy się go widziało w takim stanie. Już zdawał się czuć słodki, zapach zgniłego zwycięstwa w powietrzu.

              - Tylko będziemy pewnie potrzebowali kobiet. Kobiecych łon. Tak myślę po tych rycinach co widziałem. Możecie nam użyczyć swoich? Nie dla mnie oczywiście tylko w zaszczytnym celu niesienia nowego zasiewu wspaniałego życia. Życia jakie się wylęgnie i spadnie na to miasto i olśnie je swoją wspaniałością. - aptekarz już zdawał się widzieć oczami wyobraźni tą wspaniałą przyszłość bo mówił jak natchniony i pełen życzliwości do bliźnich czcigodny mąż.

              - Co ty bredzisz? - nie tylko Łasica wydawała się być skonsternowana jego tajemniczymi słowami. Jej koleżanki ale i pozostali też niezbyt wiedzieli o co może mu chodzić. Miny kultystki miały jednak dość podejrzliwe.

              - No tak. Przydałybyście się do czegoś pożytecznego. Co wam szkodzi? I tak co chwila zdejmujecie przed kimś majtki. A przecież rolą kobiety jest niesienie i dawanie nowego życia. - wyjaśnił jej Sigismundus dobrotliwym tonem prosząc je o współpracę w tej kwestii.

              - Czekaj czyli co? Uważasz, że jesteśmy bezużyteczne? Widzisz ten ołtarz? Mam ci przypomnieć kto dotarł pierwszy do Mergi jak gniła na oddziale zamkniętym jeszcze zanim w ogóle do nas dołączyłeś? - dobrotliwa uwaga podziałała na liderkę kultystek jak płachta na byka. Jak aptekarz chciał je sobie zjednać to osiągnął odwrotny efekt. Sugestia, że są bezuzytecznie rozjątrzyła zwłaszcza niebieskowłosą co od zimy gdy stracili Karlika wywalczyła sobie rolę prawej ręki Mergi i Starszego właśnie w uznaniu jej zasług, śmiałości i zimnej krwi. No a poza tym w żeńskiej części zboru miała pozycję lidera. Przynajmniej w tej nieoficjalnej części bo oficjalnie najwyżej w hierarchii miasta stała bez wątpienia Pirora.

              - To nie pomożecie w tym zbożnym dziele? - Sigismundus zamrugał oczami jakby uznał słowa koleżanki za odmowę. I podziałało na niego jak wiadro zimnej wody chluśnięte w twarz.

              - Sigismundusie ona właściwie powiedziała, że… - Tobias wtrącił się jakby chciał zwrócić uwagę albo załagodzić spór. Ale u obojga już krew zawrzała gniewem.

              - Wiedziałem! Jesteście bezużyteczne! A pierwszy raz mogłybyście w czymś pomóc aby przysłużyć się naszej sprawie! - krzyknął rozgniewany grubas celując w liderkę kultystek oskarżycielskim palcem.

              - Coś ty powiedział?! My jesteśmy bezużyteczne?! - Łasica też podniosła głos bo chociaż często można było ją uznać za trzpiotkę co uwielbia swoją uległą rolę w zabawach w alkowie i wcale tego nie ukrywała. To jednak była kobietą jaka przeszła twardą szkołę życia na ulicy i potrafiła się tam odnaleźć a nawet czuła się jak ryba w wodzie. I nie dawała sobie w kaszę dmuchać.

              - Co tu się dzieje?! Spokój! - drzwi otwarły się nagle i do środka weszli Starszy a za nim Merga. Widocznie odgłosy kłótni ściągnęły ich nieco wcześniej niż zamierzali. Mistrz uderzył swym kosturem w pokład aż echo poszło i to w połączeniu z jego gromiącym głosem zatrzymało rosnącą lawinę kłótni i wzajemnych oskarżeń.

              - Nic takiego Mistrzu. On powiedział, że jesteśmu bezużyteczne. - Łasica siadła z powrotem na ławie i rzuciła swoje wyjaśnienie. Ale już znacznie spokojniejszym tonem.

              - Bo są. Wreszcie mamy przełom a one odmawiają współpracy. - prychnął nie mniej rożalony aptekarz. Ale też wrócił na swoje miejsce nie chcąc ryzykować otwartego konfliktu ze Starszym i Mergą.

              - Spokojnie moje dzieci. Wszyscy jesteśmy po tej samej stronie barykady a mamy wielu, potężnych wrogów. Musimy współpracować i trzymać się razem. - mężczyzn w todze, wysokiej masce i z kosturem w dłoni uspokoił nastroje. Zrobiło się spokojniej.

              - Dobrze, właściwie i tak już mieliśmy do was iść. Cieszę się, że przybyliście tu wszyscy. Jak pewnie wiecie turniej został odwołany. Ale jutro powinni ogłosić co dalej. Nasze plany były mocno związane z tym turniejem. Więc dla nas najlepiej aby jak nie teraz to odbył się później. Pod koniec miesiąca jest kolejny. Mam nadzieję, że jego nie odwołają a może nawet połączą z tym odwołanym turniejem. Dla nas najlepiej aby było tu jak najwięcej gości spoza miasta, zwłaszcza tych znamienitych. - mistrz zaczął od omawiania aktualnej sytuacji. Zwykle to on zaczynał oficjalną część zboru. Ale w pewnym momencie dołączała do niego Merga. Zbór pokiwał głowami bo wszyscy spodziewali się już tego odwołania turnieju tylko nie było wiadomo co dalej z tym będzie.

              Potem mistrz nakreślił ogólnie na czym miał polegać ten plan. Kluczowy był wielki bal w teatrze. Tam powinno się napoić i nakarmić znamienitych gości zatrutym i skażonym jadłem. Co powinno wywołać choroby, zatrucia i mutacje. Tu mógł się przydać ten wypaczeniec, dziwny kamień jaki zimą za grubą kasę odkupili od przemytników. Teatr był w sam raz. Pirora z oczywistych względów wolała nie robić takiej akcji w swojej kamienicy. A nowy przybytek kulturalny wydawał się w miarę neutralnym gruntem do takiej akcji. Był wspólny dla wielu znamienitych rodów więc winni nie byliby tak klarowni jak wtedy gdy gospodarem była jedna rodzina czy właściciel.

              Do tego sama Pirora miała wręcz zagwarantowany dostęp do takiego balu. Zapewne Joachimowi czy Tobiasowi też powinno się udać załapać jako goście. A teraz jeszcze Soria gdyby ją przedstawić jako egzotyczną piękność z dalekich stron, szlacheckiego pochodzenia oczywiście. Do tego Pirora była prawie pewna, że większość dziewcząt, może oprócz Lilly, dałaby radę tam znaleźć zajęcie jako służba. A to byłoby kluczowe przy podawaniu odpowiednio spreparowanego jadła i napitków. Akurat przed taką służbą dziewczęta się nie wzbraniały a i chwaliły sobie taką rolę na dotychczasowych przyjęciach w kamienicy Pirory czy teatrze. Zwłaszcza jak się kończyły niecenzuralnymi zabawami.

              - Resztę z was też proszę abyście mieli to na uwadze. I jakoś zaznaczyli swój wkład w tą akcję. Nie wszyscy muszą być w kuchni czy na sali balowej no ale jednak to nasz wspólny wysiłek. Każda para rąk do pomocy się przyda. - Starszy popatrzył po tych swoich dzieciach których obecność na balu dla elit nie musiała być taka oczywista jak wzmiankowanych kolegów i koleżanek. Ale mimo to było jeszcze na tyle dużo czasu aby to jakoś zorganizować.

              - Oprócz tego planujemy nieco sabotażu na mieście. Tym się zajmą chłopcy Silnego. Jakieś porwanie, pobicie, włamanie, zastraszanie powinno podnieść temperaturę w mieście. - zamaskowany lider wskazał na ich silnorękich. Silny, Egon i Rune uśmiechnęli się kiwając głowami, że bardzo chętnie podejmą taką działalność.

              - Ale jeśli macie jeszcze jakieś pomysły jak uświetnić i udoskonalić taką akcję to czekam na propozycję. - powiódł spojrzeniem po swoich dzieciach aby dać im znać, że jest okazja aby rzucić jakimś pomysłem. A nie tylko krytykować pomysły innych lub po fakcie mądrzyć się, że można było coś zrobić inaczej.

              - Można na nich spuścić zarazę Oster! Tą co przynieśliśmy dzisiaj! Właśnie dało się odczytać te zwoje? - ledwo mistrz skończył mówić a wystrzelił Sigismundus nie odstępując od swojego planu aby zesłać na miasto nową plagę. Zwłaszcza jak zdawał się święcie wierzyć, że właśnie na tym ma polegać dar od Siostry jaka poświęciła się Panu Much i Plag. Maska mistrza skinęła a on sam spojrzał na rogatą wyrocznię.

              - Tak, myślę, że dam radę to odczytać. Chociaż język jest mocno archaiczny. No i techniczny. Dużo nazw własnych, zwłaszcza dotyczących insektów w jakich się nie specjalizuję. - kobieta o fioletowej skórze i niesamowitych złotych oczach odpowiedziała jako tłumaczka starożytnych pism. Brzmiało jakby była nadzieja, że uda się to przetłumaczyć ale nie tak od razu. Zwłaszcza jak dostała te papiery dopiero parę dzwonów przed początkiem zboru.

              - A swoją drogą jaki to język? - zaciekawił się Tobias bo w końcu był człowiekiem nauki i interesowały go takie ciekawostki.

              - My mówimy na niego syluriański. Albo język starych szamanów. Nikt go obecnie nie używa w mowie ale zdarza się, że jakieś zapiski, rytuały albo zaklęcia są mówione w tym języku. W końcu Cztery Siostry pochodziły z Norski ale z tak dawnych czasów, że niewiele ma to wspólnego z dniem dzisiejszym. - Merga odpowiedziała na pytanie. Chociaż sądząc po minie uczonego to pierwszy raz zetknął się z takim językiem. Zresztą Joachim i Otto podobnie. Trochę brzmiało to jak z tajemnym magicznym którego nie używało się ot tak do rozmowy a jedynie do zapisywania ksiąg, zaklęć i używania mocy.

              - A poza tym gdyby ktoś nie wiedział to obwieszczam, że Sigismundus z kolegami odnalazł jaskinię Oster. I przywieźli stamtąd wspaniałe dary. - Starszy znów przejął pałeczkę rozmowy i wspomniał pozostałym co się działo u kogo od ostatniego zboru. Zwłaszcza rzeczy jakie dotyczyły całego zboru. Chociaż był zdania, że opisany przez aptekarza podest na jakim znaleźli skrzynkę ze zwojami zapewne był podobnym ołtarzem jak ten wyłowiony z dna urokliwego zakątka przez Joachima i dziewczęta. Zaś dziwny, koniopodobny stwór był jego strażnikiem podobnie jak Soria chociaż oczywiście w całkiem innej od niej formie. Zresztą coś podobnego Merga wyczytała w zwoju jaki zaczęła już tłumaczyć.

              - Na razie więc niech sobie tam leży. Ale prędzej czy później będziemy musieli ich ściągnąć tutaj. Najlepiej przed naszą wielką akcją. To może obdarzyć nas łaską patronów jakimi są poświęcone. - mistrz dał znać, że zapewne trzeba będzie wróćić do owej częściowo zatopionej jaskini aby wydobyć te cenne artefakty oraz jakoś pozyskać dziwnego strażnika. Nawet jeśli nie lada dzień to w ciągu dwóch tygodni zanim - oby! - zacznie się festyn Pierwszego Kamienia pod koniec miesiąca.

              - To ciężko będzie go wydobyć. To spory kamulec. A tam nawet jak łodzią podpłynąć tak daleko jak się da to dalej jest taka kręta kicha gdzie trzeba by ten kamulec jakoś przetoczyć. - zgłosił Vasilij swoje zastrzeżenie, że to nie musi być takie łatwe jak się mówi.

              - Na pewno damy radę! - odparł szybko Sigismundus pewny swojego zwycięstwa i gotów pokonać wszelkie trudności aby zdobyć łaskę swojego patrona.

              - Dwa ołtarze Wielkich Sióstr. To duży sukces. Będzie to dobrze wyglądało wśród moich pobratymców. Bo w końcu się do nich wybieram. Norma popłynie razem ze mną. No i Kurt oraz Vasilij i jego banda jako załoga statku. Ale jak ktoś ma ochotę dołączyć to znajdzie się miejsce. Wyruszę jak skończę tłumaczyć te zwoje. Więc na przyszłym zborze już powinniśmy być w Norsce. Stąd to dzień, może dwa drogi łodzią. Zależy od pogody. Rozesłanie wici i zebranie ochotników na rajd też trochę zajmie. A chciałabym wrócić przed końcem miesiąca więc wcale tak wiele czasu nie zostało. Czekałam na jakiś sukces ale tak cenne zdobycze jak te dwa ołtarze no i Soria to powinno skusić moich pobratymców. - wyrocznia ogłaszała już wcześniej, że będzie chciała wrócić do swojej ojczyzny po wsparcie krucjaty pod patronatem Mrocznych Sióstr. Ale czekała aby nie płynąć tam z pustymi rękami bo jawiłaby się jako wysłannik słabeuszy i nieudaczników. Teraz jednak już miała ich czym skusić. I dzień jej wypłynięcia razem z częścią zboru był już bliski. Pewnie w następnym tygodniu.

              - No tak, nasza czcigodna Merga opuści nas wkróce ale jak słyszycie wróci i to zapewne nie sama. Wszyscy przysłużymy się w rozgromieniu tego miasta! A macie jeszcze jakieś sprawy do omówienia? - Starszy przytaknął słowom wyroczni ale zagaił jeszcze czy zdarzyło się od ostatniego zboru coś istotnego. Dziewczyny od razu pochwaliły się, że umówiły się na orgię z ungorami Gnaka w najbliższą pełnię no i zachwalały jego i jego bandę jako całkiem znośnych i życzliwych. Tobias wspomniał o tym lochu na różne artefakty pod budynkiem Akademii, Sigismundus o planach pobłogosławienia miasta świętymi insektami Oster i tak omawiali różne te sprawy po kolei.


              Mecha 14

              Odporność na toksyny z jaskini Oster (ODP + skille)

              Otto 50+10=60-20=40; rzut: https://orokos.com/roll/959636 28; 40-28=12 > ma.suk = utrata 0%; mod -5; 13-0=13/13 HP

              Sigismundus 50+20=70-20-20=30; rzut: https://orokos.com/roll/959637 32; 30-32=-2 > remis = utrata 5%; mod -10; 16-1=15/16 HP

              Strupas 60+20=80-20=60; rzut: https://orokos.com/roll/959638 86; 60-86=-26 > ma.por = utrata 10% HP; mod -10; 15-2=13/15

              Vasilij 40+10=50-20=30; rzut: https://orokos.com/roll/959639 50; 30-50=-20 > ma.por = utrata 10% HP; mod -10; 12-1=11/12

              Loszka 35+20=55-10-20=25; rzut: https://orokos.com/roll/959640 57; 25-57=-32 > śr.por = utrata 20% HP; mod -20; mod -10; 12-2=10/12

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Online
                SantorineS Online
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #48

                Oryginalny autor: Lord Melkor

                - Ja nie znam tutejszego towarzystwa to zdam się na was. Niemniej jestem go ciekawa. Kogo i kiedy uda się zbałamucić. - ciemnowłosa kobieta odparła skromnie z leniwym uśmieszkiem jakby była pewna, że jej pojawienie się na salonach nie pozostanie niezauważone i zaowocuje ciekawymi kontaktami.

                - Albo coś z teatrem. Jakaś premiera by się przydała. Ale nie mamy nic gotowego. To znaczy mamy ale tą sztukę to trzymaliśmy na ten turniej i przyjazd trupy aktorskiej z Saltburga. Przysłali do Kamili list wczoraj, że z powodu żałoby na razie odwołali swój przyjazd. Ja jednak bym wolała aby przyjechali. Zastanawiam się aby napisać do nich list i ponowić zaproszenie. Tylko jeszcze nie wiem jak go zredagować i w jaki ton uderzyć. - Averlandka dalej głowiła się nad tymi planami jakie musiała pozmieniać z powodu odwołania turnieju rycerskiego. Przyjazd tych sławnych aktorów miało uświetnić premierę nowego teatru, pierwszego w ich mieście, było też zwieńczeniem prac zarówno pań i panien z elity miasta jakie patronowały temu przedsięwzięciu a na ich czele stały Kamila van Zee i Pirora van Dyke. A przybycie takich gwiazd estrady byłoby wydarzeniem kulturalnym już samym w sobie.

                - Wprowadzenie Sorii na salony to świetny pomysł Łasico, swoim nieludzkim urokiem może nam przysporzyć zwolenników - uśmiechnął się Joachim, którzy w przeciwieństwie do Tobiasa nauczył się szanować talenty wyznawców Księcia Rozkoszy. W końcu niewielu miało w sobie dyscyplinę i wolę, by podążać ścieżką wiedzy, a przyjemności ciała przemawiały do prawie wszystkich.
                - Jeśli ma udawać szlachciankę, trzeba się do tego dobrze przygotować, skąd jest, z jakiego rodu… może Pirora ma jakiś pomysł. Z drugiej strony czy nie prościej byłoby ją jako artystkę przedstawić? Wtedy raczej by jej zbyt dokładnie nie badali. A skoro ona już nie pojawia się w przybrzeżnych wodach, mogę twierdzić że pokonałem syrenę i rozwiązałem sprawę którą badałem od zeszłej zimy. - Wyprostował się zadowolony z tego pomysłu, w końcu chwalił się przed Hansenami i nie tylko, że rozwiąże tę sprawę.

                - Artystkę? Co o tym myślisz Piroro? - zamaskowany lider zboru zamyślił się chwilę nim nie przekazał pytania blondynce z dalekiego południa Imperium. Ta też chwilę to obmyślała.

                - Może. Ze szlachcianką to o tyle łatwiej, że weszłaby na salony jako ktoś od nich, z tego samego stanu. Myślałam aby ją przedstawić jako kogoś z dalekich stron. Z Tilei, Estalii, Księśtw Granicznych czy kogoś takiego. Chociaż trzeba by to wymyślić tak na wszelki wypadek. No a jako artystka to to odpada, do pewnego stopnia przynajmniej no ale artyści rzadko są szlachcicami więc u nich raczej szukają sponsorów, bawią ich a ci ich nagradzają i zapraszają jak im to odpowiada. - panna van Dake zawahała się bo każdy z tych wyborów niósł ze sobą plusy i minusy.

                - No tak, szlachcianka z dalekich stron…. - Joachim się zadumał - to mogłoby się udać, przynajmniej na jakiś czas, jak zyskałaby sławę to byłoby to coraz trudniejsze. Myślimy o jak długim okresie?

                - Tyle ile będzie trzeba. Albo ile się da. Przynajmniej do tego balu. Tylko jak nie ma turnieju to nie wiadomo kiedy on będzie. Może trochę po. Jak się zrobi niewygodne to zawsze Soria może wyjechać z miasta. Chociaż wtedy już nie mogłaby się po nim poruszać tak swobodnie i wygodnie. - odparła blondynka z południa nieco wzruszając ramionami na znak, że nie ma na tym polu sprecyzowanych planów.

                - Jak mówimy o kilku tygodniach lub miesiącach, to Soria jako pomniejsza szlachcianka z Tilei albo Estalii może być wiarygodna. Szczególnie z jej prezencją… wątpię żeby ktoś to kwestionował, pewnie spodoba się Freyi i Kamilli.. - czarodziej skinął głową Pirorze.

                - Drobniejsza szlachcianka z Estalii czy Tilei… Ale to byś musiała umieć mówić w tym języku. Nie wiem kto dokładnie w towarzystwie w tym mówi, po bretońsku to choćby Fabi, w końcu to rodowita Bretonka. Chociaż ona to tam z południa zdaje się jest, po estalijsku też chyba trochę mówi… - Pirora zamyśliła się nad tą propozycją Joachima. Gryzła się z tym próbując na głos rozważyć różne “za” i “przeciw”. Soria w tymczasie skłoniła uprzejmie głowę astromancie w podziękowaniu za wyrazy uznania.

                - Mogę mówić po bretońsku, estalijsku i tileańsku. To nadbrzeżne kraje więc trochę je zwiedziłam w portach i wybrzeżach swego czasu. Chociaż już jakiś czas temu więc nie oczekujcie ode mnie aktualnych wieści. A ta Froya i Kamila to jakieś atrakcyjne panny? - herold Slaanesha okazała się całkiem utalentowana i wykształcona w tych językach obcych co mocno ułatwiało podszywanie się pod którąś ze wspomnianych narodowości. A wzmianka o dwóch szlachciankach i koleżankach Pirory z towarzystwa ją zaciekawiła.

                - No tak. Uchodzą za dwie najlepsze partie do zamążpójscia w tym mieście. Piękne, sławne i bogate. I nie stronią od pięknych kobiet. Przy zachowaniu odpowiedniego poziomu dyskrecji i pozorów oczywiście. - Averlandka przerwała te rozważania na temat nowej tożsamosci długowiecznej istoty i rzuciła parę powszechnie znanych faktów na temat owych koleżanek.

                - Doprawdy? Brzmi bardzo interesująco. Lubię piękne i interesujące otoczenie. - Soria uśmiechnęła się jakby bardzo ucieszyły ją takie wiadomości.

                - Obie te damy są już pod wpływem Pirory, jeśli bylibyśmy w stanie je zwerbować, bardzo by to wzmocniło pozycję naszego zboru w mieście - uśmiechnał się Joachim.

                - A z tą syreną to jak uważasz Joachimie. Jednak weź pod uwagę, że zwykle jak chodzi o ubicie jakiegoś potwora to przynosi się jego głowę albo całe truchło. No ale oczywiście można się z tego jakoś wykręcić ale bez takiego trofeum może to budzić pewne wątpliwości. - widząc, że sprawa z nową tożsamością dla Sorii wymaga pewnego namysłu wrócił do drugiej rzeczy o jaką zapytał go uczeń.


                - No właśnie Joachimie. Przeprowadziłem ostatnio bardzo interesującą rozmowę w sprawie Akademii. - Tobias puścił drobną złośliwość mimo uszu. I jakby nigdy nic zwrócił się do astromanty. Z całego zboru ich dwóch jawnie uznawało Tzeentcha za swojego patrona. Z tego co mówił nauczyciel i guwernant śmietanki towarzyskiej tego miasta to dowiedział się, że jest na terenie Akademii pewien magazyn. W trzewiach lochów pod głównym budynkiem. Zejście miało być do piwnic, gdzieś na terenie biur. Ten magazyn był o tyle wyjątkowy, że tam trzymano najcenniejsze artefakty. Niektóre podarowane przez bogatych sponsorów, inne zdobyte przez tutejszych kapitanów czy kupione w innych portach. Tobias oczywiście tam nigdy nie był ale jego zdaniem to brzmiało jak dobre miejsce aby trzymać jakieś tajemnicze artefakty. Także takie naznaczone mocą Mrocznych Potęg. Przynajmniej to było dobre miejsce do sprawdzenia chociaż jak na razie ani on, ani Joachim dostępu do tego lochu nie mieli.

                - Bardzo dobrze Tobiasie. Ja z kolei badałem główny budynek Akademii pod pretekstem zwiedzania i tam raczej artefaktu nie ma, wyczułbym taką moc jakby była blisko. W takim razie powinniśmy zbadać ten magazyn. Możemy albo namówić kogoś z Akademii by nas tam zaprowadził albo się włamać… spojrzał znaczącą w stronę Łasicy i Burgund, z którymi w przeciwieństwie do Tobiasa żył dobrze, a które niewątpliwie znały się na tych złodziejskich sprawkach lepiej od nich.

                Tobias posłał spojrzenie obu łotrzycom ale było ono dość krytyczne. Milczał chwilę obracając ten pomysł w swojej głowie.

                - Można by spróbować jakoś samemu. Tylko trzeba by wymyślić jakiś pretekst aby się tam dostać. Chociaż po to aby się rozejrzeć. Szkoda, że nie mamy żadnej wskazówki czego właściwie powinniśmy szukać. Może być zamknięte w skrzyni i przejdziemy obok nawet o tym nie wiedząc. - uczony trochę się skrzywił bo jak na razie to za każdym razem początkowe wskazówki i tropy do jeszcze nie odkrytych darów każdej z Mrocznych Sióstr były dość nikłe.

                - Nie sądze aby to było coś małego Tobiasie. - wtrącił się Starszy słysząc tą rozmowę. - Zwróć uwagę na ten oto ołtarz Soren. - mistrz wskazał na całkiem spory blok rzeźbionego alabastru jaki stał pod ścianą ładowni. - Ten głaz jaki opisali wasi bracia w jaskini Osten też wydawał się duży. Więc to sugeruje, że to raczej nic co można by zmieścić w dłoni i schować do sakiewki. Tylko coś raczej większego. - lider zboru podzielił się z nimi swoimi przypuszczeniami.

                - Słuszna uwaga Mistrzu, to że nie jest to mała rzecz ułatwia nam jej odnalezienie. Jestem formalnie w tym mieście przedstawicielem Kolegium, więc pewnie mógłbym tam się dostać, gdybym stwierdził, że badam jakieś magiczne ślady. Tylko wtedy jak zauważą że coś dużego znikło, to trudno będzie to wyjaśnić. A ty co o tym myślisz Aaronie? - zwrócił się do upadłego magistra.

                - Hę? - brodaty rozczochraniec spojrzał na niego jakby był zdziwiony, że w ogóle ktoś go zagaduje. I nawet niezbyt do tej pory uwagi na toczącą się obok dyskusję.

                - Najpierw byśmy musieli znaleźć to coś. Jak już będziemy wiedzieć co to jest to pomyślimy jak to wydostać gdziekolwiek by to nie było. - mistrz wolał widocznie metodę małych kroków i nie imaginować nic nadmiarowego zawczasu gdy mieli tak niewiele wiedzy o rzeczonym artefakcie.

                - I myślę, że dziewczęta wam nie odmówią pomocy jednak one są oszustkami i włamywaczkami. Ich wiedza i doświadczenie w tej materii jest na pewno bezcenna jednak musiałyby wiedzieć czego by miały szukać. A jeśli to naprawdę by było tak duże jak ołtarz Soren to przecież we dwie i tak tego nie wyniosą a jeszcze skrycie. Zapewne trzeba by to zorganizować na większą ilość osób ale znów to dopiero jak już byśmy wiedzieli gdzie to jest i co to jest. - zamaskowany lider zboru nie miał nic przeciwko współpracy poszczególnych kultystów w słusznej sprawie i wyraźnie zachęcał do tego. W końcu w pojedynkę czy w duecie można było nie mieć potrzebnej wiedzy czy doświadczenia ale od zimy zbór im się całkiem mocno rozrósł i jako całość miał bogatą mieszankę talentów. Na ulicy to taki Tobias czy Pirora wydawali się z całkiem innej półki niż Strupas czy Burgund. Guwernant jednak mimo to skrzywił się niechętnie na myśl o współpracy z łotrzycami no ale otwarcie nie przeciwstawiał się woli mistrza.

                - To ja mogę wypytać o ten magazyn moje kontakty w Akademii… jak nie będą skłonni do współpracy to możemy się tam włamać większą grupą - zakładam, że jak będę blisko artefaktu to go zauważę lub wyczuje emanację jego mocy - zaproponował Joachim.

                - No tak… Możemy tak zrobić. Najważniejsze to aby ktoś od nas tam w ogóle wszedł. Nawet nie wiemy co tam właściwie może być. Ja tam w każdym razie nigdy nie byłem. - Tobias podrapał się po nasadzie nosa jakby to pozwalało mu się lepiej skoncentrować. I ogólnie przystał na taki pomysł kolegi.

                - Zapewne gdyby zaszła taka potrzeba to któraś z dziewcząt pewnie by mogła wam pomóc sforsować drzwi. Ale to już z kolei wy jakoś musielibyście je przemycić. Albo siebie. Więc chyba na początku spróbujecie znaleźć jakiś oficjalny pretekst aby tam wejść. Chociaż rzucić okiem jak to w ogóle wygląda. A kto wie? Może Joachim… Albo nawet Aaron mógłby coś wyczuć czy coś jest na rzeczy. Bo jak nie to nie ma co tracić czasu na ten magazyn. Chociaż nie wykluczone, że trzymają tam inne ciekawe rzeczy. - mężczyzna w masce dorzucił swoje trzy grosze sugerując parę rzeczy no ale i tak jak zwykle, poza ogólnymi kierunkami detale wykonawcze zwykle zostawiał swoim podopiecznym. Ci działali na miejscu to zwykle mieli lepszą orientację w sytuacji na miejscu. Trochę się zawahał jak wspomniał Aarona bo z całego grona to raczej tylko on i Joachim dysponowali niewidzialnym trzecim okiem wyczuwającym Moc. No ale jednak lubujący się w trunkach były magister to było z nim różnie w sprawach planowania i współpracy.


                Kiedy Starszy przedstawił swoje plany, Joachim skłonił głowę.

                - Mam nadzieję, że podróż do Norski wzmocni nas o nowych, potężnych sojuszników. Ja chętnie bym wyruszył, ale chce pomóc Tobiasowi odnaleźć artefakt poświęcony Panu Przemian, pomogłem Łasicy z artefaktem jej Patronki więc można powiedzieć że mam już pewną wprawę - przypomniał o swojej roli w tym sukcesie. W końcu to on jako pierwszy wpadł na ślad Sorii zeszłej zimy.
                - Jeśli chodzi o akcję, myślę że bez większego problemu dostanę się na salę balową. Mogę pilnować, żeby nikt tam nie pokrzyżował nam planów, choć przyznam, że wolałbym nie zostać wykryty jako jeden z organizatorów ataku, jestem chyba bardziej przydatny z moją reputacją porządnego maga z Kolegium - wzruszył ramionami.
                - No i nie powinniśmy moim zdaniem zapominać o tym czego dowiedzieliśmy się o żyjących w dziczy mutantach i zwierzoludziach, Mistrzu. Plemiona Liliy i Gnaaka są nam chyba przyjazne, więc możemy wpleść je w nasze plany. Może dzięki odkryciu artefaktów zdobędziemy kolejnych zwolenników pośród innych grup zwierzoludzi?

                - Tak. To nie jest wykluczone. Stworzenia pobłogosławione przez mroczne bóstwa wyczuwają pewne moce instynktownie, czasem bardziej niż my. Często różne plemiona, poczwary i bestie przyłączają się do krucjaty prowadzonej przez wielkiego wodza od jakiego emanuje łaska bogów. A ołtarze im poświęcone są tego emanacją. - Merga odparła pierwsza na to pytanie. W końcu miała pewnie największe doświadczenie w takich sprawach.

                - Z tego co słyszałam to Soria w pełnej krasie zrobiła niesamowite wrażenie na Gnaku i jego grupie. Nie dziwię się. Tak potężne i niezwykłe istoty też są objawem łaski bogów. To wielki zaszczyt, że zgodziła się do nas dołączyć. - wyrocznia skłoniła swoją głowę z pięknymi, długimi rogami aby oddać hołd pradawnej istocie jaka przybrała postać pięknej kobiety.

                - Jest możliwe, że natkniemy się na podobnych jej strażników i heroldów od pozostałych Sióstr. Dobrze by było ich pozyskać dla naszej sprawy. - dodała jeszcze swoją uwagę.

                - A z tym balem to raczej wszyscy mamy zamiar aby uniknąć wykrycia. W końcu schwytanie kogokolwiek z nas byłoby niebezpieczne dla pozostałych. Dlatego musimy działać pod odpowiednią przykrywką no i dlatego nie możemy zrobić tego skoku w kamienicy Pirory bo to by czyniło z niej oczywistą winowajczynię. Teatr wydaje się odpowiedni, nie prowadzi do nikogo konkretnie a jednocześnie do większości możnych tego miasta. Pirora by się stała tylko jedną z wielu podejrzanych. Tak samo zresztą jak każdy kto by tam był na tym balu, łącznie ze służbą. - Starszy widocznie już na tym etapie zakładał, że w razie choćby częściowego powodzenia w takiej akcji to zostanie wszczęte śledztwo. Zwłaszcza jak poszkodowanymi będą możni i wpływowi tego miasta a i z reszty prowincji.

                - Ale z początku sprawa powinna porazić swoim efektem. I wszyscy będą potencjalnie winni łącznie z tymi co w rzeczywistości nic nie będą mieć z tym wspólnego. No ale to będziemy wiedzieć my a nie władze czy śledczy. Powstanie chaos wzajemnych oskarżeń i podejrzeń co raczej nie pomoże chłodnemu rozwiązaniu sprawy. - w razie powodzenia akcji mistrz liczył na kompletne zaskoczenie i przerażenie takim zuchwałym napadem. Może nawet większe niż zimowe odbicie Mergi i pozostałych z kazamat z jakich nikt, nigdy do tej pory nie uciekł.

                - Cieszy mnie twoja wola współpracy i postawa mój synu. Właśnie tak należy podejść do tej sprawy. Wspólnie i złączeni w dążeniu do jednego celu a nie rozproszeni gdy każdy działa samopas nie bacząc na innych. - pomimo maski dało się wyczuć po głosie, że Starszy uśmiechnął się z aprobatą do Joachima chwaląc jego zgłoszenie się do tej akcji.

                - A ze zwierzoludźmi owszem, możemy nawiązać współpracę. Chociaż nie sądzę aby na terenie miasta byli przydatni. Z tego co mi wiadomo o ich zwyczajach nienawidzą miast i cywilizacji. No chyba, że podczas ich łupienia i niszczenia. Zapewne mogliby się jednak okazać przydatni poza nim. - zgodził się też z pomysłem na nawiązanie kontaktów z plemionami kopytnych chociaż raczej w samym mieście nie zanosiło się aby mogli jakoś wspomóc kultystów.

                - Burgund i Onyx umówiły już spotkanie z ungorami w przyszłą pełnię - myślę że to krok w dobrym kierunku, ja też bym się jeszcze z nimi zobaczył i zbierał informacje, choć w tej chwili nie jest to nasz priorytet. Wyobraźcie sobie jakie możliwości byśmy mieli mając całe plemiona po swojej stronie - ożywił się czarodziej, stuknąwszy laską o podłogę.

                - Tak jest! Zobaczycie! Jak tylko spotkam Fabi wszystko jej opowiem! Z wszystkimi pikantnymi szczegółami! Pęknie z zazdrości! Zwłaszcza, że ona nie bardzo może opuszczać miasto i to na noc to na następnej orgii też jej pewnie nie będzie. - Łasica w pełni potwierdziła słowa kolegi i zaniosła się szczerym, złośliwych śmiechem gdy wspomniała o bretońskiej koleżance i kochance znanej ze swojego uległego charakteru i zamiłowania do ekstremalnych przygód. Zresztą koleżanki też się roześmiały do wtóru.

                - Chociaż trochę mi jej szkoda. Sporo zabawy ją omija. No ale jak się jej zachciało zostać żoną kapitana no i jest szlachcianką no to musi zachowywać pozory. - Onyx trochę wyhamowała dając znać, że mimo wszystko lubi Bretonkę no i nawet do pewnego stopnia współczuje takiego skrępowania więzami towarzyskymi i dobrego wyhowania jakie powinna okazywać kobieta o jej statusie i pozycji.

                - No to na pewno ruch w dobrą stronę. Każdy sojusznik może okazać się przydatny. Zwłaszcza, że my raczej działamy w mieście to dobrze by mieć kogoś poza nim. A zwierzoludzie świetnie uzupełniają tą lukę. Nie możemy być wybredni moje dzieci. Zwłaszcza na plemiona od dawna pobłogosławione przez naszych patronów. - mistrz przytaknął, że tak strategicznie to uważa to za jak najbardziej właściwe. Nawet jeśli tak od zaraz korzyści płynące z sojuszu z kopytnymi plemionami dzikusów z trzewi lasu nie musiałyby być od razu widoczne.


                Joachim wrócił do domu ze spotkania w dobrym nastroju - ich plany dość dobrze się rozwijały, a i jego pozycja chyba rosła, w końcu pomógł odnaleźć jeden artefakt Sióstr, a i miał widoki na drugi.

                Następnego dnia planował zaprosić Philippa i Noel z Akademii Morskiej na kolację, w związku z tym że tak ładnie go wcześniej oprowadzili po obiekcie. Może będzie okazja, by się wypytać o ten tajemniczy magazyn, o którym usłyszał Tobias.

                W drugiej kolejności miał zamiar spotkać się z Państwem van Hansen (może na obiad) i wybadać nastroje pośród elity miasta wobec niejasnej sytuacji z turniejem. A jeśli marynarze już nie ginęli, mógł się pochwalić, że nawet jeśli nie schwytał, to przynajmniej przegonił syrenę swoimi wysiłkami.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #49

                  Oryginalny autor: Seachmall

                  Otto wsłuchiwał się w rozmowy podczas zboru, ale ,coś co zdarzało się rzadko, nie udzielał się. Nawet podczas kłótni Sigismundusa i Łasicy, chociaż często pełnił rolę rozjemcy podczas zboru.
                  Najwyraźniej coś zaprzątało jego umysł, co jakiś czas spoglądał na Mergę i Sorię. W końcu kiedy rozmowy odsunęły się planów podszedł do rogatej kapłanki i przywódcy kultu.

                  - Starszy, Wyrocznio, jeżeli mogę. Mam zamiar spędzić trochę więcej czasu w hospicjum. Chodzi o tych specjalnych pacjentów, o których ostatnio rozmawialiśmy Pani. - spojrzał na Mergę - "Rysunek" jednego z nich był bardzo prostą lub prymitywną wizualizacją strażnika Oster. Sądzę, że mógłbym wyciągnąć więcej informacji na temat pozostałych strażników lub ołtarzy. Jest też możliwość, że mogliby być… czymś jakby "różdżką' na wpływ Bogów. Co do mojego udziału podczas balu. Jeżeli nie uda mi się załatwić oficjalnego zaproszenia, to najlepiej, abym był gdzieś na zapleczu. Jestem zbyt rozpoznawalny. Poczekajmy jednak co przyszłość przyniesie. Życzę ci spokojnej drogi Czcigodna… jeżeli mogę jeszcze tylko dodać. Sądzę, że po dary Khorna będziemy musieli poczekać na twój powrót, jeżeli taka ilość naszych walecznych członków opuszcza miasto, nie ryzykowałbym kontaktu z zwierzoludźmi pod wpływem Norry. - mnich pstryknął palcami coś sobie przypominając - Wspominając zwierzoludzi, spotkaliśmy grupę podczas powrotu od ołtarza Oster. Tych podziemnych, z którymi zbór miał kontakt w zimę. Pomogliśmy im zebrać kilka niewolnic, więc może udałoby się zaciągnąć ich pomoc.


                  Otto wrócił do domu bardziej zmęczony niż zwykle, szybko się wymył w balii wody, pozwalając, aby zmęczenie spłynęło z niego razem z brudem podróży.
                  Następnego dnia planował najpierw udać się na poranne kazania świątynne, po czym wrócić do hospicjum. Musiał zobaczyć w jakim stanie jest Vigo, Marisa, Torn i Annika.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Online
                    SantorineS Online
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #50

                    Oryginalny autor: Pipboy79

                    Oryginalny tytuł: Tura 15 - 2519.07.03; fst; przedpołudnie

                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; świątynia Mananna
                    Czas: 2519.07.03; fst; popołudnie
                    Warunki: wnętrzne świątyni, jasno, chłodno, gwar głosów ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, chłodno

                    Wszyscy

                    Kolejny dzień był Festag czyli dniem świąntynnym gdy oddawano cześć dobrym bogom jacy patronowali tej krainie. Ale jednak już jak tylko ktokolwiek wyszedł na ulicę mógł poznać, że ten Festag różni się od większości. Od paru dni w oknach i na ubraniach przypinano sobie czarne kokardy na znak żałoby wspólnej żałoby po śmierci Księżnej Matki. To był pierwszy Festag po jej śmierci więc tym bardziej była okazja aby wszyscy wierni z miasta pożegnali się ze swoją patronką która wydała na świat obecnego elektora, Wielkiego Barona, Teodoryka Gussera. Poranna masza w największej świątyni w mieście czyli tej poświęconej Manannowi była szczególnie uroczysta i podniosła. W końcu pogrzeby zacnych i zasłużonych zdarzały się co jakiś czas ale jednak śmierć wielkiej księżnej to było wydarzenie na skalę całego Nordlandu.

                    I tego oznaką było to, że co prawda główny kapłan Mananna jak zwykle rozpoczął mszę ale dość szybko oddał jej prowadzenie swojemu koledze, ojcu Gotrykowi, jaki przewodził miejskiemu kultowi Morra i zwykle on żegnał na ostatniej drodze śmiertelnych jacy udawali się w podróż do Bram Morra. I większość społeczności poczytywała sobie za zaszczyt i prestiż aby to właśnie on odprawiał te rytuały a nie któryś z młodszych w hierarchii kapłanów Pana Wiecznego Snu. Nie było więc dziwne, że on przejął pałeczkę po kapłanie Manaana. A jak się okazało pewną niespodzianką mając parę dni do dyspozycji na zaproszenie z Saltzburga przyjechała czcigodna Matka Somnium jaka była służka Pana Kruków. Ona właśnie przeszła przez sam środek głównej nawy świątyni niosąc z czcią na poduszkę urnę z symbolicznymi prochami księżnej aby dokonać ceremonialnego pochówku. Wiadomo było, że doczesne szczątki wielkiej księżnej spoczywają w stolicy prowincji ale tradycją był taki symboliczny pochówek jakichś dostojników spoza miasta. Właśnie jak szła tak dumnie i czcigodnie tą główną nawą eskortowana przez Kruczą Gwardię olśniewała mrocznym milczącym, dostojeństwem.

                    https://cdna.artstation.com/p/assets...jpg?1576220055

                    Szła odziana w żałobną czerń i czaszki jakie były znakiem rozpoznawczym jej patrona. W czarne włosy miała wpięte czarne róże a te ozdobione niegasnącą świecą, symbolem łaski Morra nad powierzonymi mu duszami. Niemniejsze wrażenie robili odziani w stal, czaszki i czerń wielkie miecze. Sławni ze swoich zasług w walce z plugawymi nekromantami i wampirami. Teraz szli w milczeniu grzechocząc swoimi wypolerowanymi pancerzami cisi i groźni jak sama śmierć. Aż cała grupka dotarła do głównego ołtarza. Tam gwardziści utworzyli pancerny, milczący szereg ustawiony twarzą do wiernych. Zaś kapłanka Morra podeszła do Gotryka i złożyła na ołtarzu urnę z symbolicznymi prochami wielkiej księżnej. I zaczęła prowadzić mszę swoim dostojnym, czystym głosem.

                    Sama msza miała obrządek pogrzebowy więc pewne schematy mimo doniosłej chwili się powtarzały. Ale z uwagi na rangę wydarzenia wypadało aby były dłuższe. Wierni akceptowali to w pełni zdając sobie z tego sprawę i chyba nawet tego oczekując. Podobnie jak żałoba była dłuższa niż w przypadku śmierci zwykłego kapłana czy szlachcica tak i msza pogrzebowa wypadało aby była dłuższa.

                    A kogóż tam nie było na tej mszy! Świąntynia pękała w szwach od wiernych jacy przybyli aby oddać ostatnie pożegnanie wielkiej księżnej i matce obecnego elektora. Był i burmistrz, i rajcy miejscy, i kapłani innych kultów, i notable, i te wszystkie znane tuzy miasta. Oraz wielu gości jacy zdążyli przyjechać na turniej rycerski który normalnie to dzisiaj by się już kończył. Stąd w wielu początkowych ławach było wielu odzianych w dostojne stroje możnych. W sporej części rycerzy i ich orszakach jakich żałoba i symboliczny chociaż pogrzeb zastał właśnie tutaj. W końcu zjeżdżali się już od ostatniego Festag a z każdym dniem ich przybywało coraz więcej. A jak gruchnęła wieść o śmierci księżnej to ci co już i tak byli blisko miasta to raczej woleli do niego dotrzeć niż znów wracać nie wiadomo ile dni albo koczować gdzieś w przydrożnych karczmach. Zaś ci co zdążyli przyjechać to zwykle zostawiali czekając na jakieś decyzje władz w sprawie turnieju. Poza tym tradycja wymagała aby oddać cześć dostojnikowi w ostatniej drodze. Czyli na dzisiejszym pogrzebie.

                    Kultyści jacy zdecydowali się przyjść na poranną mszę mieli spore trudności aby znaleźć dla siebie miejsce. Ale to chyba dzisiaj można było powiedzieć o każdym innym wiernym jaki tutaj przyszedł. Joachim miał na tyle wysoką pozycję w towarzystwie tego miasta, że zwykle mógł siadać w pierwszych rzędach za tymi najznamienitszymi ale nadal tymi co byli na świeczniku. Dzisiaj te miejsca były zajęte przez znamienitszych od niego przybyszy więc znalazł miejsce dobre kilka rzędów dalej. Otto jakiego trudno było zaliczyć do śmietanki towarzyskiej załapał się gdzieś w połowie długości świątyni. Ale i tak jak przez tą długą mszę się rozglądali to rozpoznali całkiem sporo osób.

                    Z kultystów to chyba nie było dziwne, że najbliżej ołtarza znalazła się Pirora van Dake. Te pół roku wyrabiania sobie nazwiska z pannami z kółka poetyckiego a potem będąc jedną z twarzy nowo otwartego teatru no jednak się opłaciło. Dziś też siedziała prawie po sąsiedzku tam gdzie siedzieli van Hansenowie z ich najcenniejszą blond panną na wydaniu a Herr van Zee z jego ciemnoskórą córką o egzotycznej urodzie jaka też uchodziła za kolejną drogocenną partię do ożenku. A takie turnieje jakie ściągały przede wszystkim możnych i potężnych były częstą dobrą okazją do swatania młodych. Do tej elity zaliczali się także państwo von Mannlieb. Dzisiaj reprezentowaną jedynie przez okrytą czernią bretońską żonę kapitana, Fabienne von Mannlieba jaki obecnie nie przebywał w mieście. Dumnie reprezentowała ona swojego męża na tej uroczystości. Dało się rozpoznać parę dziewcząt z którymi Pirora się zdążyła zaprzyjaźnić na kółku towarzyskim czy teatrze. Wszystkie były w towarzystwie swoich rodziców, mężów lub narzeczonych. Widać też było znamienitych przedstawicieli prastarej rasy elfów jacy mieli swoją niewielką enklawę na terenie miasta. Ich smukłe i eleganckie sylwetki odziane w charakterystyczne, elfie szaty i ozdoby wyróżniały ich nawet na tle szlachty. Przybyli zapewne aby okazać solidarność z ludzką większością tego miasta.

                    Gdzieś między środkiem a frontem złapała się zwalista sylwetka kupca Grubsona i jego równie grubej małżonki. Był od pół roku głównym dostawcą kostiumów i materiałowych dekoracji do teatru miejskiego. W końcu jak na kupca to powodziło mu się całkiem nieźle a na tym interesie z teatrem jego popularność i rozpoznawalność znacznie wzrosła. No ale szlachcicem nie był więc nie miał się co równać statusem ze szlachetnie urodzonymi zajmującymi frontowe rzędy ławek. Zajmował podobne rzędy co Joachim. W końcu astrolog też szlachcicem nie był i w miejskiej społeczności mieli podobny status. Podobnie jak Tobias który złapał się parę razy spojrzeniem z Joachimem i pozdrowił go niemo oszczędnym uśmiechem i dyskretnym skinieniem głowy. Za daleko byli aby ze sobą rozmawiać. A guwernant i nauczyciel złotej młodzieży miejskiej chociaż jako zawód całkiem szacowny to jednak nie miał na tyle mocnej pozycji aby równać się ze szlachtą nawet jeśli na co dzień pracował z ich pociechami. Dostrzegł też recepcjonistę z Morskiej Akademii, Philippe’a jaki był dość drobnym trybikiem w tej zacnej uczelni aby zajmować miejsca bliżej ołtarza głównego. Trudniej im było rozglądać się wstecz w tak zapełnionej świątyni. Więc na przykład Otto było łatwiej dojrzeć ich niż im jego.

                    Jednooki dojrzał też grubego Sigismundusa jaki może i by mógł walczyć gdzies o miejsce w środkowych rzędach ale widocznie mu na tym nie zależało. Ale był na tyle rozpoznawalną postacią, że sąsiedzi czy klienci mogliby zacząć zadawać kłopotliwe pytania gdyby nie zjawił się na tak wyjątkowej uroczystości. Zauważył jeszcze Oksanę. Jako krawcowa też nie miała wiekszych szans na miejsce w czołówce i załapała się gdzieś na środkowe rzędy i to tak bliżej końca świątyni niż początku. Była odziana w czarną suknię i niewielki, gustowny kapelusik z czarną woalką. Jednak jej cieniowane, dwukolorowe włosy były dość charakterystyczne. Z pewnym zaskoczeniem dostrzegł, że jakaś młoda i sporej urody dziewczyna spojrzała wprost na niego i niespodziewanie puściła mu oczko i uśmiech. I to takie psotne. A także szturchnęła sąsiadkę i ta też posłała Jednokiemu delikatny uśmiech i skinienie głową. Dopiero wtedy rozpoznał, że to Łasica i Burgund. W tych całkiem eleganckich sukniach wygladały jak dorodne córki jakichś kupców a nie jakieś złodziejki i łotrzyce. Nawet coś zrobiły z włosami bo Łasica nie była niebieska a Burgund burgundowa. Reszta kultystów oficjalnie miała zbyt niską rangę aby nie zajmować innego miejsca niż gdzieś w tyle świątyni albo nawet na zewnątrz. A na zewnątrz od rana wiał silny wiatr jaki zrywał czapki, treny, woalki i kapelusze. Było to dość męczące stać tam tak długo i ci wewnątrz mogli czuć się wyróżnieni w jakiś sposób.

                    Ale chyba wszyscy zorientowali się, że obok Pirory miejsce zajmuje niezwykła piękność. Soria była ubrana w jakąś ciemną suknię bo ta zamówiona u Grubsona to miała być gotowa dopiero pod koniec przyszłego tygodnia. Siedziała w ciszy i pokorze jakby to nie była dla niej pierwsza taka uroczystość. Wyglądała na pobożną i pogrążoną w żałobie. A, że obie siedziały mocno z przodu to tylko jak się rozglądała z rzadka gdzieś w bok to dało się rozpoznać, że to ona, herold Slaanesha na honorowych ławach świątyni Pana Mórz i Oceanów.

                    Oczywiście jak na każdej mszy zbierano datki. Jak się można było spodziewać dzisiaj szczególnie wypadało rzucić coś wyjątkowego. I ci sławni, bogaci i znamienici nie szczędzili datków. Widać było, że van Hansenowie wrzucili spory trzosik, i van Zee, i van Dake, i Soria, i von Mannlieb ale oczywiście im było bliżej końca świątyni to towarzystwo nie mogło się równać z taką elitą także pod względem zasobności sakiewki. Więc datki było coraz skromniejsze. Ale nawet obie przebrane łotrzyce wrzuciły coś jako datek. Byłoby dość niestosowne aby nic nie wrzucić w tak wyjątkowy dzień.

                    W końcu jednak ta dostojna, znamienita i msza dobiegła końca. Kapłani przewodzili procesji wychodząc z symboliczną urną na dziedziniec. Tam okazało się, że ten silny wiatr zdążył znacznie osłabnąć do znośnych warunków. Zaś za trójką najważniejszych dzisiaj kapłanów wylał się przez odrzwia cały tłum wiernych. I wspólnie zbliżyli się do stalowoszarych wód zatoki bo jak każda świątynia morskich odmętów i ta była położona tak blisko jego domeny jak się dało. Tam Matka Somnium, ojciec Gotryk i kapłani Mananna weszli w tą wodę a najgorliwski wierni postępowali parę kroków za nimi. Chociaż większość zatrzymała się na brzegu. Tam zanurzeni po pas w słonej i raczej chłodnej wodzie kapłani uroczyście sfinalizowali tą mszę wysypując prochy księżnej do morza. I nastąpiły ostatnie uroczyste psalmy. Kapłani zawrócili w stronę brzegu i wyszli na suchy ląd ociekając morską wodą ze swoich szat. Tam ostatni raz pobłogosławili wiernych a ci wspólnie z nimi odmówili ostatni psalm przypominający o marności doczesności i wiecznej potędze Ogrodów Morra. I oficjalna część mszy pogrzebowej dobiegła końca.

                    Dość szybko tłum wiernych rozsypał się, przemieszał i nastąpił tradycyjny harmider gdy można było przywitać się ze znajomymi i wymienić plotkami czy informacjami. Czasem to było pierwsze spotkanie od zeszłej mszy. Dzisiaj oczywiście dominował temat śmierci i pogrzebu wielkiej księżnej. Ale i dalszych losów żałoby i turnieju. Była też okazja pooglądać z bliska tych sławnych i bogatych. Zwłaszcza tych przyjezdnych bo do tych “swoich” to jakoś każdy się chyba przyzwyczaił. Ale i tak nie omieszkano komentować strojów, zachowania i wydawało się, że czujne, złośliwe i zazdrosne oczy są w stanie wyłapać każde uchybienie.

                    Ciekawość wzbudzała Matka Somnium. Co chyba pierwszy raz zawitała do ich miasta. A ku powszechnemu zdziwieniu okazała się młoda. Chyba raczej wszyscy po kapłanach Morra spodziewali się raczej mężczyzn no i w szacowniejszym wieku. Trochę nie bardzo wiedziano jak potraktować przysłanie z Saltburga kogoś tak młodego i to jeszcze kobiety. Zapewne ci najważniejsi kapłani byli potrzebni na miejscu, podczas prawdziwego pogrzebu wielkiej księżnej no ale mimo wszystko widok tak młodej kapłanki dla wielu był zaskoczeniem.

                    Jak zwykle komentowano ubiór, zwłaszcza tych ze śmietanki towarzyskiej. Tutaj oczywiście niezawodnie wzięto na języki zarówno pannę van Zee jak i van Hansen. Bo te dwie już nieco tradycyjnie porównywano ze sobą pod każdym możliwym względem. Obie były pannami na wydaniu ze znamienitych rodów i każda z nich miała grono wielbicieli jakie właśnie tą jedną uważali za najpiekniejsza.

                    Wymieniano też plotki o przybyszach głównie tych co przyjechali na niespodziewanie odwołany turniej rycerski. Uwagę zwracała młoda blondynka w pancerzu. To zdaje się miała być kapłana Ulryka jaka właśnie przyjechała na turniej bo już parę dni temu. Widać było jak na pięknym napierśniku pyszniły się symbole Pana Wilków. Jego kult w tym mieście jednak nie był zbyt wielki bo portowe miasto oddawało głównie cześć Manannowi jako władcy morskich odmętów oraz Taalowi jako patronowi leśnej głuszy jaka otaczała miasto od strony lądu. Opancerzona, młoda kobieta i to z kulty zdominowanego przez mężczyzn wzbudzała zaciekawione spojrzenia podczas mszy. A i po. Nie było chyba dziwne, że panna van Hansen chciała z nią zamienić parę słów gdy trafiła się okazja.

                    Nie próżnowały też obie ucharakteryzowane nie do poznania łotrzyce. Omamiły jakiegoś młodzieńca gdy Burugnd koncentrowała na sobie jego uwagę. - Oh to takie smutne. Ona zawsze była dla mnie wzorem do naśladowania. Teraz się czuję jakbym straciła rodzoną matkę. - mówiła zza woalki rozżalonym tonem. Młody mężczyzna wyglądał na jakiegoś kupca, może kogoś ze świty któregoś z możnych. Wydawał się być pod wrażeniem tego żalu i pobożności okazywanej przez młodą mieszczkę.

                    - To prawda. Ale został nam jeszcze nasz miłościwie nam panujący elektor który jest nam wszystkim ojcem. - starał się jakoś pocieszyć tą młodą i atrkacyjną mieszczkę. I jej koleżankę czyli Łasicę co stała obok niej. Złapał ją za dłoń jakby chciał jej dodać otuchy.

                    - Oh, bardzo ci dziękuję! Masz całkowitą rację! Tak się postaram o tym myślec, przecież to nie koniec świata! - zawołała rozczulona Burgund i sama objęła swojego wrażliwego na jej wątpliwości wybawcę. Potrzymali się tak chwilę w ramionach. Akurat jak Łasica prawie niezauważalnym ruchem urżnęła mu mieszek przy pasie pod pretekstem poklepania go po ramieniu i szybko schowała zdobycz w zakamarki swojej sukni. Zaś partnerka odkleiła się od młodzieńca dziękując mu jeszcze raz za to moralne wsparcie gdy “kuzynka” zobaczyła akurat kogoś i chciała się z tym kimś przywitać więc ruszyła w tamtą stronę więc i ona musiała się już pożegnać z uroczym młodzieńcem.

                    - No i może nie odwołali turnieju. Ale tak go przełożyli jakby go w ogóle miało nie być. Ani to teraz siedzieć tu tak długo ani wyjeżdżać i potem znów wracać. - zauważył kwaśno jakiś kawaler wyglądający na szlachcica i rycerza. Nawet jak był bez pancerza i miecza a jedynie z gustownym kordzikiem jaki potwierdzał jego status. Rozmawiał z paroma sobie podobnymi. Faktycznie kapłani ogłosili koniec żałoby dopiero pod koniec miesiąca. I turniej miał się odbyć początkach przyszłego miesiąca czyli za równe cztery tygodnie.

                    - Ciekawe kiedy wyrocznia przetłumaczy te zwoje. Oby jak najprędzej skoro chce wracać do siebie w nowym tygodniu. - Sigismundusa nie opuszczała ani na chwilę myśl o zdobyczach z jaskini Oster. I jak tylko na dziedzińcu znalazł okazję aby chociaż na chwilę porozmawiać z kimś ze zboru to od razu dał znać co zajmuje jego myśli. I nie miał za bardzo ochoty zostawać tu dłużej. Głowił się czy nie odwiedzić Mergi aby o to zapytać ale sam też zauważał, że od wczorajszego wieczornego spotkania na zborze to pewnie dziś rano wiele się nie zmieniło w tej materii co zdawało się poddawać katuszom jego cierpliwość. Więc skłaniał się do opcji aby wrócić do swojej apteki jaką zostawił pod opieką śmierdzącego garbusa.

                    Wczoraj w pełni potwierdził słowa Otto o spotkaniu podziemnych zwierzoludzi. - Spotkaliście ich na powierzchni? I za miastem? Ciekawe. - mistrz zboru wydawał się być zaskoczony i zaintrygowany tymi wieściami. Co prawda zimą kultyści prawie przez przypadek nawiązali z nimi jakieś kontakty ale chodziło głównie o kryjówkę dla Egona, Silnego i reszty zbiegów poszukiwanych w mieście zamkniętym na czas obławy. Dopiero wiosną jak port znów uruchomiono to spiskowcy opuścili te podziemne, zatęchłe nory i przenieśli się najpierw do jaskini odmieńców z jakiej pochodziła Lilly a niedawno wrócili do miasta. Stąd od wiosny te kontakty z dziwną rasą podziemnych zwierzoludzi właściwie ustały.

                    - A ci zwierzoludzie to zbierali niewolnice? Czyli interesują się kobietami? A są przyjaźni? Tak jak Gnak i jego banda? Bo może z nimi też by się udało zaprzyjaźnić jakoś bardziej? - Łasicę też zainteresowała ta wzmianka. Chociaż widocznie z całkiem innego powodu i celu. A przygodny z ungorami w leśnej głuszy widocznie miło wspominały skoro żadna z kultystek zdawała się nie mieć nic przeciwko umówionemu spotkaniu w najbliższą pełnię Mannlieba. Zaś mistrz i wyrocznia nie widzieli przeszkód aby Otto spędzał czas w hospicjum. Zwłaszcza jak oficjalnie tam właśnie pracował. Mistrz mu nawet podpowiedział, że może udałoby mu się dostać na taki bal jako ktoś zbierający datki charytatywne na to hospicjum właśnie. Albo jako ktoś z obsługi. Pomysł aby przyjrzeć się tym pacjentom o jakim im opowiadał ostatnio wydał im się ciekawy i wart zbadania.

                    - Same wielkie tuzy dzisiaj. Dawno takich tłumów nie było. - mruknął dzisiaj Tobias rozglądając się ciekawie po tym hałaśliwym i pstrokatym tłumie. Chociaż bogato odzianym w oficjalną, żałobną czerń poświęconą Morrowi, żałobie i pogrzebom. Każdy jednak ubrał się odświętnie i starał się ubrać w coś czarnego lub chociaż ciemnego i stonowanego. Oraz mieć czarną wstążkę w widocznym miejscu. Guwernant i nauczyciel szlachty też dostosował się do tradycyjnych wymogów na takie uroczystości.

                    - Widzieliście ile dzisiaj skarbów spłynęło na tacę? I to wszystko tam jest! Rany! - Łasica aż gotowała się na myśl o bogactwie jakie dzisiaj udało się zebrać podczas datków. Jej natura dziewczyny z ulicy, włamywaczki i złodziejki dawała o sobie znać. I trudno jej było przejść koło tego faktu obojętnie.

                    - O Fabi jest. Chociaż z tą Gertrudą. Pójdziemy się nad nią poznęcać naszymi przygodami? Pęknie z zazdrochy. Oho. Chyba idzie do Pirory i Sorii. - Burgund w pełni zgodziła się z koleżanką ale wypatrzyła coś nowego. Czyli czarnowłosą Bretonkę odzianą w żałobną, czarną suknię i jej starą, służkę która zwykle jej towarzyszyła w wyjściach z domu robiąc jednocześnie za przyzwoitkę Frau von Mannlieb. A obie łotrzyce widocznie od powrotu z leśnej głuszy aż paliły się aby nie pochwalić się przed koleżanką swoimi wyuzdanymi przygodami. Zaś Bretonka chyba faktycznie zobaczyła swoją dobrą kamratkę Pirorę i zmierzała w jej kierunku. Albo Sorii bo obie stały razem rozmawiając z jakimiś dwoma mężczyznami.

                    - No to zaistniałaś w naszym wietrznym mieście madam. Teraz trzeba kuć żelazo póki gorące. Zaraz się pewnie nie odpędzimy od towarzystwa. - mruknęła cicho Pirora do Sorii. Bo taka okazja jak dzisiaj która ściągnęła tu pewnie większość miasta, zwłaszcza tą znamenitszą część, była idealna na debiut nowej piękności z dalekich, południowych krain. Pomimo drobnego kapelusika z czarną woalką Soria prezentowała się dumnie i dostojnie. Oraz było w niej coś elektryzującego co zdawało się, że trudno ją było przeoczyć i sama wpadała w oko nawet w takiej ludzkiej formie.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Online
                      SantorineS Online
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #51

                      Oryginalny autor: Lord Melkor

                      Podczas uroczystości w świątyni Joachim obserwował uważnie obecnych. Byli tu wszyscy liczący się ludzie w mieście i wielu przybyszy, z czego kilku wzbudzało zainteresowanie, jak ta kapłanka Ulryka. No i Soria, interesujące jak taka syrena wydawała sobie tak dobrze radzić z udawaniem szlachcianki. Pirora, Burgund, Łasica i pozostali też się całkiem dobrze wpasowywali się do otoczenia bobogojnych mieszczan i szlachiców.

                      To też sprawiało, że zastanawiał się także nad swoim miejscem w tym wszystkim. Jego status w miasteczku był wystarczający by mógł się zajmować w spokoju swoimi badaniami i poświęcać zgłębianiu sekretów magii. Co się stanie jak plany Kultu się ziszczą? Mógł sobie wyobrazić, jak jego nowi bracia i siostry w sekrecie kontrolują to miasto, bo raczej nie będą mogli robić tego otwarcie, nie tak długo jak całe Imperium nie padnie na kolana.... dobrze byłoby żeby cele Zboru i jego samego pokrywały się ze sobą jak najbardziej, póki co chyba szło to całkiem dobrze. Szczególnie cenił sobie lekcje pobierane u Mergi i nie do końca był zadowolony z jej planowanego wyjazdu.

                      Po mszy wrzucił parę sztuk złota na ofiarę a następnie przeszedł się dookoła, zagadując znajome osoby. Pogratulował Pirorze i Sorii wrażenia jakie zrobiły i spytał się o ich plany na najbliższe dni. Zagadnął również Państwo von Hansen.

                      - Dotknęła nas wszystkich tragedia, ale myślę że dobrze, że turniej nie został odwołany, wielu gości już przybyło, no i te wszystkie wspaniałe przygotowania poszłyby na marne. Mam nadzieję, że czas przykrych niespodzianek się już skończył, ale będę obserwować gwiazdy by być pewnym. Od jakiegoś czasu skończyły się też zaginięcia marynarzy, myślę że moje poszukiwanie syreny mogło ją przepłoszyć. - Powiedział połprawdę, by nie wyszło że porzucił swoją misję którą rozpoczął zimą.

                      Doszedł też do Philipp'a, dziękując za ostatnie zorganizowanie zwiedzania Akademii i proponując żeby spotkali się znowu. Miał zamiar podpytać pracownika Akademii o te podziemia, o których wspominał Tobias.


                      Joachima zaskoczyło istnienie jakich nieznanych zwierzoludzi w podziemiach, rozbudziło to jego ciekawość.

                      - Czy dobrze rozumiem, że udało się z nimi porozumieć? Jeśli będziemy organizować dalsze spotkania, chętnie wezmę w nich udział. Dobrze byłoby poznać ich cele i na ile są zbieżne z naszymi.

                      - A my Tobiasie mamy też naszą wspólną sprawę, prawda? Pozostańmy w kontakcie- miał oczywiście na myśli poszukiwanie artefaktu poświęconego Panu Przemian, ale w tym miejscu starał się być ostrożny. Może jak w nocy nie będzie zbyt wielu chmur to będzie mógł postawić wróżbę dotyczącą miejsca ukrycia artefaktu.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Online
                        SantorineS Online
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #52

                        Oryginalny autor: Seachmall

                        Otto przybył na maszę ubrany w swoją starą szatę mnicha, upewnił się jednak, że jest czysta. Na znak szacunku i żałoby miał czarną opaskę na czole i ramieniu. Cieszyło go, że duża część zboru ciągle stara się zachować pozory i również się stawiła oddać szacunek nieboszce. Po procesji podszedł do głowy kościoła Mannana.i Morra, pogratulował im pięknej procesjii jak zawsze zaoferował swe usługi w każdej przyszłej uroczystości.

                        Zmartwiła go obecność rycerzy Morra. Więcej religijnych sił zbrojnych stawia kult w nie lada zagrożeniu. Będą musieli grać bezpiecznie w najbliższych dniach, jeżeli nie tygodniach.

                        Pobieżnie tylko słuchał dywagacji kultystów, chociaż delikatnie westchnął jak usłyszał myśli Łasicy co do "zaprzyjaźnienia się" ze zwierzoludźmi, których spotkali z Sigismundusem.

                        - Uważaj, Łasiczko. Przyjście na świat dziecka tak dotkniętego przez bogów, rzadko jest bezpieczne dla matki, a zakładam, że w tym celu nasi nowi przyjaciele poszukiwali kobiet. - kiwnął zgrupowaniu głową na porzegnanie - Wybaczcie, ale mam kilka spraw do załatwienia. Zobaczymy się, wkrótce.


                        Otto wrócił do Hospicjum. W jego głowie pojawiały się setki możliwych scenariuszy. Kogo zagadać, od kogo zacząć, jak przeprowadzić rozmowy.
                        Upewnił się, że wszystkie jego owieczki wracają do zdrowia. Zastanawiało go, czy uda mu się przekonać ordynatora, na jednoosobowe wycieczki pod opieką Otta. Mógłby zabrać Marisę, na spotkanie z Sorią. Zastanawiało go jak kobieta by zareagował na służkę Slaanesh.
                        Najpierw jednak postanowił odwiedzić Vigo. Rysunek mężczyzny, używał tego słowa litościwie, był ewidentnie wizualizacją strażnika ołtarza Nurgla. Zastanawiało go co obłąkany jeszcze widział.
                        Otto wszedł do celi mężczyzny, zdjął opaskę zasłaniającą pusty oczodół.

                        - Witaj, Vigo. Jak się dziś czujesz? Możemy porozmawiać?

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Online
                          SantorineS Online
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #53

                          Oryginalny autor: Pipboy79

                          Oryginalny tytuł: Tura 16 - 2519.07.03; fst; południe

                          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa
                          Czas: 2519.07.03; fst; popołudnie
                          Warunki: wnętrze kamienicy Pirory, jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, umiarkowanie

                          Joachim

                          Przez ostatnie pół roku Joachimowi zdarzało się bywać w salonie Pirory gdzie zwykle przyjmowała swoich gości. Chociaż pewnie ze swoimi koleżankami z klubu poetyckiego, teatru, śmietanki towarzyskiej czy kultu spotykała się tutaj i nie tylko tutaj o wiele częściej. Dzisiaj po mszy też postanowiły się spotkać. I to akurat jak Joachim do nich podszedł porozmawiać na chwilę pytając o ich plany. Podszedł do Pirory i Sorii ale wkrótce podeszła do nich Fabienne zaintrygowana nową znajomą Averlandki z jaką się przyjaźniła. A jeszcze potem dołączyła Łasica i Burgund. Koniec końców skończyło się na tym, że Pirora zaprosiła ich wszystkich do siebie “na herbatkę”.

                          Już po drodze było gwarno i wesoło gdy spotkało się stado młodych i lubiących się dziewcząt jakby na pohybel ponurej i poważnej atmosferze po pogrzebie wielkiej księżnej. Ale jeszcze nie można było sobie pozwolić na pełnię swobody i trzeba było zachować pozory. W końcu za przednią ścianą powozu na koźle siedział stangret i Gertruda, stara pokojówka i tradycyjna przyzwoitka Frau von Mannlieb. Rozmawiali więc głównie o Sorii która ewidentnie wzbudzała wielkie zainteresowanie bretońskiej żony imperialnego kapitana. A poza tym o pogrzebie i gościach, wydawało się, że bystrym kobiecym oczom nie umknęło wszelkie stroje, postawy i zachowania reprezntowane przez przedstawicieli władz świeckich, duchowych i co znamienitszych gości. Na przykład powszechną uwagę przykuła kapłanka Morra jaka przyjechała z Saltburga. Raz, że była jedyną nową duchowną na mszy, dwa, że przyjechała ze stolicy prowincji a trzy, że okazała się zaskakująco młoda.

                          Swobodniej jednak można było się poczuć dopiero w salonie Pirory. Gdy Gertruda została gdzieś na dole a szóstka kultystów mogło swobodnie rozmawiać nie tylko na powszechnie akceptowalne tematy.

                          - I też jesteś jedną z nas? To cudownie! Jest piękniej niż sądziłam! To ty musisz być tą szlachcianką z daleka jaka zamówiła suknię u Huberta! Opowiadali mi o tym. - Bretonka mówiła ze swoim charakterystycznym, bretońskim akcentem i gdy Pirora zdradziła jej, że piękna nieznajoma jest nie tylko jej gościem z dalekich stron to czarnowłosa kultystka wydawała się być pełna szczęścia.

                          https://i.pinimg.com/564x/fd/f7/97/f...476ff9d946.jpg

                          - Wybaczcie ale strasznie mnie zmęczyło to suche powietrze na dworze. Pójdę się odświeżyć. Może Fabi dokończyłybyśmy rozmowę w łazience? - Soria przez wiekszość spotkania nie mówiła wiele pozwalając Pirorze być gospodynią w powozie allbo w jej kamienicy. Do tego obie łotrzyce nieźle ją wspierały bo chociaż oficjalnie to nie umywały się statusem do żadnej ze szlachcianek to jednak prywatnie i wewnątrz zboru mogły sobie pozwolić na pewną poufałość. Zwłaszcza względem Fabienne jaka znana była z uległego charakteru i obie łotrzyce uwielbiały to podkreślać w rozmowach. Ale gdy herold Slaanesha już się odzywała dało się poznać, że nie ma kłopotów z dworską etykietą i rozmawia jak na szlachciankę i wielką damę przystało. Nie inaczej było teraz.

                          - Naturalnie! Przepraszam was najmocniej, obiecuję potem wam wszystko wynagrodzić. Sami widzicie, pani wzywa, służka musi. - zaszczebiotała czarnowłosa i obie pożegnały się z towarzystwem i wyszły z salonu.

                          - Ah, żeby Fabi za mną tak szalała i była na każde skinienie. Właściwie to jest. No ale dla Huberta też. A chciałabym abym to ja była u niej na pierwszym miejscu. - westchnęła cicho Pirora odwracając wzrok od zamkniętych już drzwi na korytarz. Chyba mówiła nieco żartobliwie no ale nie do końca. Wiadomym kultystom było, że dziewczęta zgrały się w ciągu ostatnich paru miesięcy całkiem nieźle. Ale też Fabienne należała nadal do grupy Grubsona i jego traktowała jako swojego głównego mistrza i kochanka. Co chyba nieco działało Pirorze na nerwach i ambicji.

                          - Mój papa przed odjazdem poradził mi abym jej zaserwowała rozkosz jakiej nie da jej Hubert. Wtedy może zmienią jej się priorytety. Niestety on jej daje całkiem sporo rozkoszy i satysfakcji. Samymi wizytami w moim loszku mogę z nim nie wygrać. Potrzebuję czegoś jeszcze aby go przebić w jej oczach. - cmoknęła nieco niezadowolona. Może to nie była jakaś pilna sprawa i ogromnej wagi. Raczej prywatna zachcianka jaką blondynka nie mogła tak łatwo zaspokoić i to ją nieco drażniło. Koleżanki poradziły aby zabrać Fabienne na to spotkanie z Gnakiem i jego stadem ale Averlandka już sądowała sprawę i może nawet Bretonka by się zgodziła no ale szanse, że urwie się na całą noc z domu poza miasto i to bez Gertrudy i to tak aby nie wzbudzić podejrzeń i pytań to były dość niewielkie. Dyskutowały o tym przez chwilę co by tutaj takiego nietypowego wymyślić aby w pełni ich kochanka przeszła na ich stronę skoro fizyczne zorganizowanie Fabienne schadzki z Gnakiem nie zapowiadało się tak lekko. Nawet wciągnęły w to Joachima pytając czy nie ma jakiegoś sposobu albo pomysłu jak tu dostarczyć jej tak egzotycznej rozrywki. Był z tym niezły ambaras gdy szlachcianka miała wyraźną trudność aby urwać się na całonocną schadzkę za miastem a zwierzoludzie znani byli ze swojej nienawiści do miast i cywilizacji więc watpliwe bylo aby zgodzili się przyjść tutaj.

                          Poza tym Joachim miał też do rozważenia albo i rozmówienia parę innych spraw. Jak choćby to o czym po mszy rozmawiał z Tobiasem. Uczony i nauczyciel z tego samego co on patrona powiedział mu, że za dwa dni, w Aubentag, będzie w Akademii pożyczyć pomoce naukowe. Sekstans, busolę, mapy do nauki kartografii, nawigacji i geografii. Chociaż wątpił aby to dało mu pretekst do choćby zbliżenia się do ukrytego magazynu a takie pomocy to na uczelni może nie leżały gdzie popadnie ale były w miarę pod ręką. A w razie potrzeby był gotów spotkać się jutro aby to omówić. Też się zastanawiał czy nie poprosić “tych ladacznic” o których widocznie nie miał zbyt wysokiego mniemania i odczuwał nad nimi wyższość człowieka wykształconego ponad niepiśmienny motłoch. Ale jednak w sprawie takiego “rozejrzenia się” mogły się przydać.

                          - To może odwiedzisz nas w Marktag na obiedzie i wszystko opowiesz? To na pewno było bardzo ekscytujące z tym polowaniem na tą straszna syrenę. - zaproponowała milady von Hansen gdy do nich podszedł po mszy. Jej mąż Mikael dołożył się do zaproszenia. Przyznał, że ostatnio nie słyszał o znalezionych pustych rybackich łodziach ale trochę mu to umknęło z uwagi bo też przygotowywał się do turnieju i przyjęcia gości. Następnie wróciła z rozmów ze starymi i nowymi znajomymi ich córka Froya jaka przywitała się grzecznie choć krótko z astromantą. I widocznie tylko na nią rodzice czekali bo wkrótce pożegnali się z nim i ruszyli w stronę bramy w murze świątyni.

                          Zaś rozmowa z Philippem przyniosła mu jego zgodę na spotkanie w Marktag. W Dzień Handlowy było na uczelni trochę luźniej z tego powodu więc liczył, że uda mu się skończyć nieco szybciej więc będzie mógł się spotkać w porze nieszporów na kolacji. Skromnej oczywiście bo pościł aby oddać hołd zmarłej księżnej. Poza tym był codziennie w Akademii więc tam mógł go zastać Joachim i właściwie każdy kto przyszedł do recepcji.

                          - Mnie kusi to wszystko co dzisiaj zebrali na datkach w świątyni. Ale byśmy się obłowili! - Joachim zresztą też widział jak dziś tace uginały się od datków. Każdy chciał się pokazać jak od najlepszej strony no i też udowodnić swoją lojalność wobec Imperium i jego władz. Więc nawet jak każde z nich widziało tylko ułamek tego co duchownym udało się dziś zebrać to pewne było, że zbiór był obfity na pewno o wiele lepszy niż w przeciętny Festag jak choćby tydzień temu. I teraz obie łotrzyce zmieniły temat i zaczęły główkować jak się do tego dobrać.

                          - Ale byłby numer jakby przy tylu gościach spoza miasta obrobić im świątynie! A my jaki byśmy miały łup! Jej! Toż nawet jak każda z nas by wzięła po jutowym worze to pewnie i tak byśmy musiały zostawić tam mnóstwo fantów! - Burgund zapaliła się do tego pomysłu. Zastanawiały się gdzie duchowni mogli trzymać te fanty. Pewnie gdzieś na miejscu, w świątyni. Pewnie gdzieś w piwnicach albo na zachrystii. Albo w biurze? W każdym razie były gotowe powęszyć wokół sprawy. A taki zuchwały skok faktycznie mógłby mocno uderzyć w autorytet władz. Ale też uparcie szukano by sprawców tak zuchwałego napadu.

                          - Tylko trudno byłoby te fanty opchnąć na mieście. Trzeba by gdzieś na statek jaki wypływa a w zamian wziąć złoto czy co. - Łasica zastanawiała się nad dalszymi krokami gdyby kradzież się powiodła. Rozmawiali jeszcze chwilę o tym gdy dało się słyszeć kroki na korytarzu, wesołe, kobiece głosy i do środka wróciła Soria i Fabienne. Obie zadowolone i uśmiechnięte oraz z mokrymi włosami.

                          - Właśnie Fabi, słyszałam, że masz kłopot aby pójść z nami na nocne spotkanie z Gnakiem. - zagaiła niewinnie Łasica puszczając reszcie dyskretne oczko.

                          - Ojej no tak! No Priora mi opowiadała trochę. Ale wy macie niesamowite przygody! A mnie to tyle omija. No strasznie bym chciała pójść z wami, ze zwierzoludźmi jeszcze tego nie robiłam a zawsze byłam ciekawa jak to z nimi jest. No ale na całą noc? Poza miasto? Nie mam pojęcia co to by musiało być abym mogła się wyrwać. - Bretonka tak jak to przypuszczały koleżanki była bardzo chętna na taką zbiorowa schadzkę z ungorami Gnaka ale ramy dobrego wychowania i przyzwoitości utrudniały jej dość mocno taki wypad. I to jeszcze tak aby odbyło się bez wścibskich pytań Gertrudy albo nawet jej męża gdyby wrócił do miasta akurat wtedy. Przy nim musiała odgrywać bogobojną i dobrą żonę. Przed Gertrudą i resztą miasta też. Więc była mocno nieszczęśliwa i zazdrościła koleżankom swobody w tym zakresie.

                          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; hospicjum
                          Czas: 2519.07.03; fst; popołudnie
                          Warunki: wnętrze hospicjum, jasno, umiarkowanie, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, umiarkowanie

                          Otto

                          Były mnich szedł w swojej szarej szacie przez letnie miasto. Pogoda się rozpogodziła i zrobiło się całkiem słonecznie chociaż niekoniecznie ciepło. Na pewno przyjemniej niż rano przed albo tuż po mszy. Szedł razem ze stopniowo rzednącym tłumie wiernych jacy wracali ze świątyni i stopniowo rozchodzili się w ulicach i drzwiach miasta. Miał więc okazję aby przemyśleć to i owo, powspominać czy poplanować.

                          - Oh, tak się o nas troszczysz Otto? To bardzo miłe z twojej strony! - zaszczebiotała wczoraj na zborze Łasica jak użył przyjaznego zdrobnienia jej imienia no i to tak w ramach troski. Uśmiechnęła się do niego pogodnie i cmokneła go w policzek w podziękowaniu za tą troskę. Ale jego słowa wywołały nieco konsternacji u niej i u koleżanek.

                          - Myślisz, że używaja ich do rozpłodu? Z tego coś by wyszło? - zapytała Onyx bo jak się okazało za bardzo wcześniej chyba nikt się nie zastanawiał po co podziemnym istotom niewolnicy a zwłaszcza młode, zdrowe niewolnice. Sądząc ze słów dziewcząt chyba po prostu założyły, że to “normalne niewolnice” miały być. Do sprzatania, gotowania, prania i tak dalej. Nie był pewien czy jego słowa wybiły im z głów chęć zaprzyjaźnienia się z tymi podziemnymi zwierzoludźmi skoro tak na świeżo miały miłe wspomnienia ze spotkania z Gnakiem i jego stadem. I chyba czegoś podobnego oczekiwały po ewentualnym spotkaniu z tymi co żyli pod ziemią. To, że jakoś da się z nimi jakoś porozumieć świadczyły zimowe wydarzenia. No i choćby obecne Otto i Sigismundusa. Ale chyba jednak przynajmniej dał im do myślenia, że niekoniecznie musi się schemat powtórzyć jak z Gnakiem.

                          A już dzisiaj, tylko po mszy, podszedł do trójki kapłanów jacy ją prowadzili. Bo nie tylko on wpadł na pomysł aby z nimi porozmawiać. A ci stali jeszcze na dziedzińcu wokół świątyni rozmawiając z wiernymi. Z nich wszystkich najlepiej znał ojca Martina bo to zwykle ten solidnej postury mężczyzna w sile wieku prowadził cotygodniowe msze i był głową kleru poświęconemu Władcy Mórz. On więc pełnił rolę gospodarza dla pozstałej dwójki. Ojca Gotryka też znał z widzenia ale, że pogrzeby nie były jego domeną to znał go tylko pobieżnie. Zaś najmłodsza z nich i jedyna kobieta w tym gronie czyli dzisiejsza niespodzianka i gość honorowy, Matka Somnium to ją w ogóle widział pierwszy raz na oczy. Z bliska wydawała się nadal młoda kobietą odzianą w czerń kapłańskich szat.

                          - Dziękujemy ci Otto. Każda pomoc na pewno się przyda. Będziemy organizować nieszpory ku czci naszej zmarłej księżnej. Będziesz mile widziany bo spodziewamy się wielu wiernych. Zapewne zorganizujemy to u nas bo w kapliczce u ojca Gotryka może zabraknąć miejsca. - kapłan z dostojną brodą wskazał na stojącego obok kapłana w czerni. Zwykle uroczystości pogrzebowe i żałobne przede wszystkim odbywały się w kapliczce Morra. Ale ta w porównaniu do nowej świątyni Mananna prezentowała się skromnie. Mógł być kłopot pomieścić wielu wiernych a jak pokazał dzisiejszy poranek miasto okazało należytą cześć swojej zmarłej księżnej więc i na tradycyjnych modłach o zmierzchu za duszę zmarłej osoby mogło być sporo gości. I ojciec Martin był gotów wesprzeć te uroczystości organizując je “na swoim podwórku” czyli tutaj właśnie, w największej i najdostojniejszej świątyni w tym mieście. Zapewne więc przydałaby się pomoc wolnotariuszy aby przygotować te dodatkowe msze o tej skali. Nieszpory zaś były dobra i tradycyjną porą bo większość mieszkańców kończyła już dzień pracy właśnie o zmierzchu więc mogła się udać do świątyni na modły za swoją panią i patronkę.


                          Gdy zaś w końcu dotarł do hospicjum mógł się tam rozejrzeć. Był Festag a do tego z powodu uroczystości pogrzebowych księżnej całej prowincji było jeszcze mniej osób obsługi niż zwykle. Więc koledzy powitali jego przybycie bardzo ciepło i chętnie.

                          - Dobrze, że jesteś! Aż nie wiem w co ręce włożyć i gdzie cię posłać!? Chodź ze mną! - powitał go szybko Andreas który dzisiaj był szefem zmiany. Był z dekadę starszy od Otto i cieszył się zasłużoną opinią i estymą wśród pracowników zakładu. Samego szefa dzisiaj nie było no ale w Festag a jeszcze tak wyjątkowy, to nie było nic dziwnego. Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę co tu począć z tak jednoosobowymi posiłkami w postaci Jednookiego. Ale dość szybko się zdecydował dając znak aby szedł za nim a po drodze wprowadził go w sytuację. Widać było, że się spieszył i wyglądało jakby przypadkiem przechodził przez recepcję zmierzając gdzie indziej gdy Otto wszedł właśnie na tą recepcję.

                          - To jakieś szaleństwo! Myślałem, że tydzień temu to jakiś jednorazowy wyskok! A dziś znów to samo! I to u wszystkich na raz! - mówił zdenerwowany truchtając szybko korytarzem jaki prowadził do pomieszczeń zajmowanych przez pacjentów. Trzymał w dłoni zwoje liny jakich używano do krępowania krnąbrnych pacjentów. W miarę jak się zbliżali słychać było coraz większy rumor i harmider. Gdzieś przed nimi przebiegła postać w habicie więc i Andreas przyspieszył.

                          - Powariowali! Wszyscy powariowali! - krzyknął bo jak już byli tuż przed drzwiami to faktycznie za nimi musiała być jakaś gruba awantura. A gdy otworzyli drzwi za jakimi była stołówka rzeczywiście wyglądało to jak dom wariatów jakich niewielka obsługa w habitach starała się jakoś zagnać, ukierunkować, uspokoić ale widać było, że to trudne zadanie.

                          https://upload.wikimedia.org/wikiped...a_de_locos.jpg

                          - Zabiję cię! Poderżnę ci gardło platfusie! Wszystkim wam poderżnę gardła! - wyła rozśwcieczona Annika. I widać było, że dwóch mnichów zdołało ją wspólnie przyszpilić do stołu ale ta wpadła w jakąś furię i ledwo ją mogli tam utrzymać. Brakowało im kogoś trzeciego kto by im pomógł ją spacyfikować a ta wyrywała się z zawziętością godną norsmeńskiego berserkera. Nawet niezbyt było wiadomo do i do kogo krzyczała.

                          - Uspokój się! Kobieto uspokój się! - krzyczał do niej jeden z mnichów obiema rekami przyciskając jej ramię do stołu albo jedno a drugim jakoś próbował przyszpilić jej wierzgający korpus do stołu.

                          - Puszczaj! To nie jest moje miejsce! On mnie wzywa! Muszę do niego iść! - krzyczała rozwścieczona kobieta.

                          - Oj nie, nie. On jest zły. Będzie tego szukał. Tak, będzie szukał. Ale kula mu pomoże. Kula go wezwie i wskaże drogę. To niedaleko. Jaka ona piękna! I taka świe… - Greg widocznie doszedł do siebie po tym jak tydzień temu oberwał od Anniki tak, że wylądował w lazarecie. Właściwie nadal spod luźnej koszuli widać mu było opatrunki, także na głowie jaką tydzień temu Annika mu o mało nie rozbiła o podłogę. Stał na stole spokojnie i wyglądał jakby nie zauważał szalejącej dookoła wrzawy. Do momentu w jakim trafił go jakiś rzucony stołek. Trudno było powiedzieć czy ktoś go rzucił celowo czy po prosty oberwał przypadkiem. W każdym razie zakończył swoją deklamację upadając na stół i zwijając się w kulkę chlipiąc i coś mamrocząc pod nosem.

                          - Rozwalę was! Rozwalę was wszystkich! Zgniotę was jak robaki! - ryczał rozjuszony Thorn jaki złapał za ławę i skutecznie nią odganiał się od tych co go chcieli dorwać czy to inni pacjenci czy też mnisi w habitach. Próbowali coś tłumaczyć łagodnie ale do Thorna chyba to nie docierało albo niewiele go to obchodziło. Trafił krańcem ławy w plecy jednego z mnichów jaki chyba pomagał wydostać się z tego chaosu jednemu z pacjentów. Trzymał go za ramię i tak szli obaj a widać było, że pacjent ledwo powłóczy nogami, musiał być w ciężkim stanie. Gdy ława trafiła jego żywą podpore obaj upadli na podłogę.

                          - Tak, tak… Robaki… To wszystko przez robaki… Zacznie się od robaków. Wyjdą z pięknego i pięknie zarobaczywego łona… Miasto zacznie gnić od środka… Ladacznice oddadzą swoje łona w słusznej sprawie… A potem muchy… Muchy spadną na miasto… Będą ucztować na żywych i umarłych… Na bogatych i biednych… Nikt nie umknie przed błogosław… - co prawda po samych plecach koszuli to Otto nie wiedział kogo tam kolega próbował wynieść zanim nie oberwał ławą Thorna ale po głosie poznał majaczący, rozgorączkowany głos Vigo. Ciężko dyszał więc już wcześniej musiał być w kiepskim stanie. Musiało mu się pogorszyć od ostatniej wizyty Otto.

                          - Królowa powróci! Pajęcza królowa powróci! Oplecie pajęczyną to miasto! Obrodzi kokonami a z nich wyjdą jej straszne i cudowne dzieci! Wychędożą, zabiją i zjedzą każdego kto nie będzie im służył! Ale ja będę pierwsza w ich służbie! Oddam im się z rozkoszą! Jestem gotowa im służyć już teraz! Ona nadchodzi! Wzywa mnie! Słyszę jej głos! Jest taka piękna! - skądeś wypadła Marisa. Całkiem nago dorzucając swoje krzyki do całej reszty. Patrzyła wzrokiem szaleńca po tym wszystkim jakby też niekoniecznie to widziała. W ogóle nie przypominała tej zahukanej, przestraszonej dziewczyny w celi jaka była przerażona swoim lubieżnym postępowaniem podczas kąpieli i pokornie znosiła karę izolacji w celi. Ta jej się miała skończyć wczoraj albo dzisiaj. W każdym razie teraz poruszała się swobodnie i w ogóle bez ubrania. I chyba nie zwracała na to uwagi albo jej to w ogóle nie obchodziło.

                          - Do kroćset dziewko ubierz się! - krzyknął zgorszony Andreas bo jak tak razem z Otto ogarnął wzrokiem co tu się dzieje to aż nie było wiadomo w co ręce włożyć. Wszędzie ktoś rozrabiał, krzyczał, walczył albo już odczuł tego skutki i potrzebował pomocy albo chociaż aby wydostać go z tej awantury. Sytuacja wydawała się być na skraju szans na opanowanie przy tak skromnej obsłudze. Bo w normalny dzień jakby było ich więcej to rokowania byłyby o wiele lepsze. W końcu Andreas pobiegł do tych dwóch co zmagali się z szalejącą Anniką aby pomóc im ją okiełznać i mieć chociaż jednego wariata z głowy.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Online
                            SantorineS Online
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #54

                            Oryginalny autor: Lord Melkor

                            - Mój papa przed odjazdem poradził mi abym jej zaserwowała rozkosz jakiej nie da jej Hubert. Wtedy może zmienią jej się priorytety. Niestety on jej daje całkiem sporo rozkoszy i satysfakcji. Samymi wizytami w moim loszku mogę z nim nie wygrać. Potrzebuję czegoś jeszcze aby go przebić w jej oczach. - cmoknęła nieco niezadowolona. Może to nie była jakaś pilna sprawa i ogromnej wagi. Raczej prywatna zachcianka jaką blondynka nie mogła tak łatwo zaspokoić i to ją nieco drażniło.

                            Joachim z trudem powstrzymał rozbawienie, zazdrość Pirory wydawała mu się niemal dziecinna ale nie chciał jednak urazić swojej sojuszniczki.

                            - Pytanie co takiego daje jej ten Hubert czego ty dać nie możesz, w końcu niewielu jest w stanie ci się oprzeć - uśmiechnął się do blondwłosej kultyski.
                            - Może spotkanie z Sorią sprawiłoby że przeszłaby na twoją stronę? W końcu Soria trzyma z nami a nie z Grubsonem. Poza tym dobrze byłoby wykorzystać urok Sorii by przeciągnąć na naszą stronę kolejne znaczące osoby w tym mieście. Takie jak na przykład Froya von Hansen.

                            - No taką mam nadzieję. Froya niby zdradza pewne tendencje ku takim preferencjom jak nasze ale jednak jakoś nie chce się temu poświęcić w pełni. Traktuje to raczej jako ciekawostkę i rozrywkę. A sensem życia dalej pozostają dla niej te pojedynki, treningi i te inne męskie sprawy. Może Soria by coś tu zmieniła. Froya mi się wydaje bardziej zainteresowana bronią i tak dalej. Widzieliście jak po mszy podeszła do tej kapłanki Urlyka? A do nas nie. - blondynka cicho westchnęła na znak, że ta druga blond piękność ma większość zainteresowań całkiem odmiennych od jej własnych przez co nie jest tak podatna na wpływy jakby sobie tego życzyła. Ale panna van Hansen znana była ze swoich męskich czy wręcz rycerskich zainteresowań.

                            - Mnie by wystarczyło abym mogła jej służyć. Zwłaszcza w łaźni albo alkowie. Chociaż czasami jest arogancka i irytująca. Ten typ rozpuszczonych damulek i kawalerów co od dziecka mieli wszystko na każde zawołanie. Czasami jest irytująca. Jakby chodziło o jakąś inną paniusię to pewnie już dawno wytarłabym twarzą jakiś bruk aby nauczyć ją moresu. No ale mam słabość do dominujących ślicznotek to mogę jej wybaczyć pewne niedoskonałości. - Łasica wciąż w swojej całkiem ładnej i solidnej sukni w jakiej mogła uchodzić za córkę jakiegoś kupca czy bogatszego rzemieślnika machnęła dłonią aby dać znac, że też dostrzega pewne mankamenty charakteru panny van Hansen. Aczkolwiek nada w jej oczach szlachcianka miała o wiele więcej plusów niż minusów.

                            - No tak, ona to raczej woli takie męskie rozrywki. Pojedynki, polowania i takie tam. Ale Kamila? W zimie całkiem straciła głowę dla Rose de la Vega. Z pół roku po jej wyjeździe się z tego leczyła. Dalej ją wspomina. Kto wie? Może taka egzotyczna piękność jak Soria też jej zawróci w głowie? Ona wydaje się bardziej pasować do nas charakterem niż Froya. Froya to by się bardziej na jakiegoś rycerza albo i pułkownika pasowała. - Pirora wróciła myślami do blondwłosej koleżanki jakiej tu dzisiaj nie było z nimi i odruchowo zaczęła ją porównywać z jej konkurentką o tytuł najpiękniejszej i najcenniejszej panny na wydaniu.

                            - Z tego co widziałam co Soria potrafi tam nad tym uroczym zakątkiem to myślę, że potrafi zrobić wrażenie i przykuć uwagę. Chociaż tutaj raczej nie będzie mogła zmieniać swojej formy. - Burgund mniej więcej zgodziła się z wnioskami koleżanek. Nawet bez metamorfozy córka Soren wydawała się mieć dar do robienia wrażenia i ściągania na siebie atencji otoczenia.

                            - A Fabi zobaczymy. Bardzo chętnie poszła z Sorią. Ale pewnie chętnie by poszła z każdym nowym. Jakby tu któryś z tych waszych zwierzoludzi był to z nim pewnie też by poszła. No właśnie z tym problem. Od pół roku próbuję ją sobie podporządkować i rozkochać na tyle aby przedkładała mnie nad Huberta. Hubert to nasz sojusznik i także mój partner w interesach a do tego wie o naszym zborze więc nie życzę mu źle. Ale jednak irytuje mnie, że ona wciąż się słucha go bardziej niż mnie. Właśnie dlatego szukam dla niej czegoś nietuzinkowego. Coś czego on jej nie dał. Może Soria. Może Gnak. Może coś właśnie tak skandalicznego co na pewno żadna, szanująca się szlachcianka by się nie zgodziła a nawet strzeliła w pysk za taką propozycję. No może coś takiego wreszcie by wywyższyło w jej oczach mnie nad Huberta. - Averlandka snuła na głos swoje rozważania. Chyba zdawała sobie sprawę, że to jej osobista zachcianka i ambicja. Ale jednak traktowała to jak taką irytującą rzecz co uwiera i kole jak tylko się zwróci na nią uwagę albo pomyśli. A trudno było jej nie zwracać uwagi na Bretonkę z jaką widywała się pewnie częściej niż raz w tygodniu. Zwykle raz w tygodniu spotykały się na wieczorkach poetyckich u Kamili van Zee a i często odwiedziały się nawzajem, czy obie spotykały się w teatrze bo były zaangażowane w jego działalność.

                            - Tak, Kamila chyba bardziej nadaje się na zrekrutowanie waszymi metodami niż Froya, zabierzcie Sorię na wasze wieczorki poetyckie i zobaczymy co z tego wyniknie - zamyślił się Joachim. Pozyskanie córki jednego z dwóch najważniejszych rodów w mieście wzmocniłoby mocno ich zbór, choć wyznawcy Slaanesha tym bardziej wysunęli by się na czoło.

                            - A co do Fabii to może za bardzo się starasz i przez to osiągasz przeciwstawny efekt? Jakbyś na moment odpuściła to może dało by jej to do myślenia - zaproponował Pirorze.

                            - Może. Sama już nie wiem. Muszę spróbować czegoś innego niż do tej pory. Widocznie samymi zabawami w loszku tak jak do tej pory to będzie miło i sympatycznie i będziemy się z nią lubić i pomagać ale Huberta w jej oczach nie zdetronizuję. - Averlandka westchnęła niezbyt rada, że sprawa miłą i chętną Bretonką wcale nie jest tak prosta i oczywista jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

                            - Ale z Sorią to tak, to oczywiste, że ją zaproszę na te spotkania poetyckie. To będzie dla niej dobre wejście w towarzystwo. Fabi pewnie też tam będzie bo zwykle co tydzień jest. - przerzuciła się na kolejną myśl co do roli herolda Slaanesha w jej ludzkiej formie jako szlachcianki z dalekich, południowych krain. Widocznie miały w planie aby odwiedzić ów klub artystyczny dla dam z towarzystwa.


                            Koleżanki poradziły aby zabrać Fabienne na to spotkanie z Gnakiem i jego stadem ale Averlandka już sądowała sprawę i może nawet Bretonka by się zgodziła no ale szanse, że urwie się na całą noc z domu poza miasto i to bez Gertrudy i to tak aby nie wzbudzić podejrzeń i pytań to były dość niewielkie. Dyskutowały o tym przez chwilę co by tutaj takiego nietypowego wymyślić aby w pełni ich kochanka przeszła na ich stronę skoro fizyczne zorganizowanie Fabienne schadzki z Gnakiem nie zapowiadało się tak lekko. Nawet wciągnęły w to Joachima pytając czy nie ma jakiegoś sposobu albo pomysłu jak tu dostarczyć jej tak egzotycznej rozrywki. Był z tym niezły ambaras gdy szlachcianka miała wyraźną trudność aby urwać się na całonocną schadzkę za miastem a zwierzoludzie znani byli ze swojej nienawiści do miast i cywilizacji więc watpliwe bylo aby zgodzili się przyjść tutaj.

                            - A co jeśliby np. Pirora zaprosiła by ją na polowanie poza miastem? To chyba godne szlachcianki? - zaproponował Joachim.

                            - No można by spróbować. Chociaż ja raczej nie organizuję polowań. Już prędzej Froya no ale jej nie może być na orgii ze zwierzoludźmi. Aż tak dobrze to się nie znamy. Hmm… - Pirora zamyśliła się nad tą propozycją. Sama raczej nie słynęła jako organizatorka i miłośniczka polowań chociaż zdarzało jej się bywać osobą zaproszoną na takie rozrywki.

                            - Trzeba by mieć gdzie nocować. Jakieś miejsce. Znaczy tak oficjalnie. I to nie jakiś pasterski szałas. I ona to by pewnie była z tą Gertrudą bo ta stara rura wszędzie za nią łazi. - zauważyła Burgund na razie luźno rozważając taki pomysł jaki dałby czarnowłosej Bretonce pretekst do nocowania poza miastem.

                            - No tak, ktoś swój musiałby nam dać przykrywkę. Bo na razie Pirora nie ma swojego domku myśliwskiego. A to by musiało być gdzieś w miarę blisko tych kamieni ofiarnych aby zdążyć wieczorem a potem nad ranem wrócić. - Łasica dorzuciła swoje trzy grosze. Niestety jak na razie Averlandka poświęciła większość czasu, uwagi i pieniędzy w swoją kamienicę w jakiej właśnie byli, mini galerię sztuki jaka też tu była no i otwierany teatr więc nie dorobiła się własnego domku myśliwskiego.

                            - Mogłabym kogoś ze znajomych poprosić o użyczenie. Chociaż to by pewnie trzeba zorganizować też jakieś trofea. Ale to chyba można by kupić. Poza tym żadna z nas nie poluje. - Pirora obracała na głos ten pomysł w swojej blond głowie. Trochę dziwne by się mogło wydawać jakby grupka panienek z dobrych domów nagle zapałała chęcią do łowiectwa. A jakby zorganizować prawdziwe polowanie to trzeba by zaprosić więcej osób. I nie było gdzie skoro panna van Dake nie miała własnego domku myśliwskiego. Musiałaby się z kimś dogadać w tej sprawie.

                            - Właściwie Rose kupiła sobie posiadłość w lesie. Ale nie tak blisko do kamieni. Jeszcze nie wróciła do miasta ale może z jej dziewczynami udałoby się jakoś dogadać. Przecież całkiem dobrze nam się z nimi układało. - przypomniała sobie Łasica. W końcu nim estalijska kapitan skończyła zimować w tym porcie to zdążyła za przywiezione z Saltburga srebrne precjoza kupić sobie jedną z posiadłości w leśnej głuszy.

                            - No to Rose stanowiłaby na pewno punkt zaczepienia - podsumował Joachim. - Można by też skłamać, że któryś z gości nie mieszkających na stałe w mieście organizuje to polowanie, tego się tak łatwo nie sprawdzi… - wtrącił Joachim.
                            - Jak bardzo ona nam jest przyjazna?

                            - Kto? Rose? No nam była bardzo przyjazna ale jak wypłynęła w rejs na wiosnę to od tamtej pory nie wróciła. Może znów wróci dopiero na zimowanie. - gospodyni nie była pewna o kogo kolega pyta ale widocznie założyła, że o estalijską, morska kapitan.

                            - A z polowaniami szlachty to zwykle cała heca. Sprasza się gości, naganiaczy, bierze się psy, sokoły i tak dalej. Ja nie mam tego wszystkiego. A potem się w towarzystwie modni panie i panowie spotykają i opowiadają sobie najświeższe plotki. Więc szybko by wyszło, że robiłam z koleżankami jakieś polowanie na które nikogo nie zaprosiłam, nie wiadomo w sumie co upolowałam i tak dalej. Zapewne nikt ambarasu by mi nie robił z tego powodu ale by się plotki rozeszły, że jakieś dziwne te moje polowania bez nagonki, zdobyczy i gości z towarzystwa. Właściwie to chyba z jakimś pretekstem na wycieczkę do lasu byłoby chyba mniej do roboty. Co by tylko parę koleżanek zaprosić. I bez mężczyzn aby niczego kto sobie nie pomyślał, że w jakichś zdrożnych celach. - jak się nad tym Pirora zaczęła zastanawiać to wychodziło coraz więcej utrudnień ze zorganizowaniem takiego polowania. Zwłaszcza, że sama nie miała takich tradycji ani zaplecza a takie wypady w dzicz były naturalną rozrywką i okazją do spotkań w większym gronie i to raczej kobiety były tam osobami towarzyszącymi. Może z wyjątkiem panny van Hansen co od dawna zdradzała męskie zainteresowania ale jak nie była wtajemniczona w sprawy zboru to trudno było ją zapraszać na takie niecne spotkanie z Gnakiem i jego bandą jakie dziewczęta ze zboru miały w planie.

                            Joachim zastanawiał się dalej, plan z polowaniem faktycznie miał sporo dziur.

                            - A może po prostu jakaś podróż żeby oddalić się z miasta. Na przykład do stolicy prowincji żeby oddać hołd zmarłej Księżnej? - rzucił kolejny pomysł.
                            - Jakbym miał czas, mógłbym nawet udać się z wami, chciałbym jak najwięcej informacji zgromadzić na temat zwierzoludzi - dodał.

                            - Podróż do Saltburga? Ale to by kilka dni w jedną stronę było. Faktycznie można by w ten sposób urwać jedną czy dwie noce. Tylko, że i tak trzeba by tam pojechać. Razem to by z tydzień mogło zająć. - Łasica zmrużyła oczy próbując sobie wyobrazić jak by to miało wyglądać. Wydawało się być korzystne aby wyjechać z rodzimego miasta na parę dni i nawet młoda Bretonka mogłaby zyskać pretekst aby pojechać z koleżankami.

                            - W okolicach najbliższej pełni to już będzie po pogrzebie. Jednak jakaś pielgrzymka do grobu księżnej mogłaby dobrze wyglądać. Ale rzeczywiście z tydzień pewnie by to zajęło pojechać tam, pobyć chociaż dzień czy dwa albo trzy a potem wrócić. - Pirora też obracała ten pomyśl w myślach. Wydawała się wahać co o tym jeszcze sądzić i taki wariant widocznie dziewczynom nie przyszedł wcześniej do głowy.

                            - Szkoda, że Gnaka i reszty nie można sprosić tutaj. Jak już by byli na przykład na dole w loszku to wystarczyłoby Pirorę odwiedzić i byłoby załatwione. - westchnęła Burgund żałując, że kopytni zdradzali tak ogromną niechęć do cywilizacji a zwłaszcza miast.

                            - Albo jakiś piknik. Malowanie w plenerze czy co tam by nie wyglądało podejrzanie w towarzystwie. I tak pewnie Fabi będzie z tą Gertrudą to z nią jeszcze trzeba by coś zrobić aby nasza czarnulka mogła się z nami bawić. - Łasica popatrzyła pytająco na blondynkę bardziej zorientowaną w manierach szlachetnie urodzonych gdy rzuciła swoim luźnym pomysłem.

                            - Zawsze możemy jej nie brać. My możemy się spotkać z Gnakiem i jego bandą bez żadnych komplikacji. No ale jak Fabi tak zależy a Pirorze zależy na niej to dobrze by było załatwić jej jakąś ekstrawagancką rozrywkę. - Burgund przypomniała reszcie, że właściwie we własnym gronie to nie mają tak kłopotliwej sytuacji jak pani von Manlieb aby się spotkać z kimś za miastem. Jednak rozumiała, że taka nietuzinkowa zabawa może da blondynce ten przełom w relacjach z bretońską żoną imperialnego kapitana statku.

                            - To myślę że ten pomysł z pielgrzymką może być łatwiejszy do zrealizowania niż z polowaniem - wtrącił Joachim, zadowolony, że jego pomysły mogą się okazać użyteczne dla jego sojuszniczek. Umacniało to jego pozycję.
                            - Tak jak wspominałem, chętnie wybrałbym się z wami, jeśli tylko to nie będzie kolidować z moimi obowiązkami.


                            - Ale byłby numer jakby przy tylu gościach spoza miasta obrobić im świątynie! A my jaki byśmy miały łup! Jej! Toż nawet jak każda z nas by wzięła po jutowym worze to pewnie i tak byśmy musiały zostawić tam mnóstwo fantów! - Burgund zapaliła się do tego pomysłu. Zastanawiały się gdzie duchowni mogli trzymać te fanty. Pewnie gdzieś na miejscu, w świątyni. Pewnie gdzieś w piwnicach albo na zachrystii. Albo w biurze? W każdym razie były gotowe powęszyć wokół sprawy. A taki zuchwały skok faktycznie mógłby mocno uderzyć w autorytet władz. Ale też uparcie szukano by sprawców tak zuchwałego napadu.

                            - Ciekawy pomysł, fundusze by się nam przydały. Myślę, że kosztowności najpewniej trzymają w podziemiach. Tylko radziłbym wpierw uzyskać zgodę Starszego na takie działania.

                            - Przy okazji, poszukuje kolejnego artefaktu w Akademii Morskiej, prawdopodobnie jest w magazynie. Jeszcze badam tę sprawę, ale jeśli chodzi o włamania, to nie znam nikogo kto mógłby wam dorównać i waszym zręcznym palcom - uśmiechnął się do Łasicy i Burgund. Jego słowa o zręcznych palcach mogły zostać zrozumiane w dwojaki sposób ale wcale mu to nie przeszkadzało.

                            - Może być i w podziemiach. Niewielka różnica. Zależy jakie by mieli tam drzwi i zamki. - Łasica machnęła swoją zręczną dłonią w nieco pogardliwym geście na znak, że nie obawia się spróbować takiego numeru z obrobieniem największej świątyni w mieście.

                            - Trzeba by się tam jakoś rozejrzeć. Ale w dzień bo na noc zamykają świątynie. - Burgund pokiwała szybko głową podłapując myśl koleżanki. W końcu odkąd zimą się pogodziły to często współpracowały ze sobą w duecie. Jak choćby dzisiaj po mszy na dziedzińcu świątyni.

                            - A z Akademią Joachimie nie przejmuj się. Pomogłeś nam z Sorią i ołtarzem to i my ci pomożemy. - niebieskowłosa jakby przypomniała sobie co jeszcze mówił kolega i obdarzyła go ciepłym uśmiechem na znak, że pamięta o jego pomocy w ich kultystycznych sprawach to nie omieszka się odwzajemnić.

                            - Tylko Akademia to całkiem sporo budynków. Musiałbyś jakoś to ograniczyć do jednego pomieszczenia, albo chociaż jednego budynku, piętra i tak dalej. Wiesz, im dokładniejszy adres tym lepiej. Bo niezbyt nam przeszukiwać cały kompleks. Jak idziemy na robotę to na dokładny adres. No i wiemy czego się spodziewać. Co może być za łup. Właściwie to czego tam szukasz? - Burgund doprecyzowała co jest im jako włamywaczkom i oszustkom potrzebne “na robocie”. Tylko jak nie chodziło o mieszki z monetami czy kosztowne precjoza jakie jumały zazwyczaj to wolały wiedzieć czego by miały szukać.

                            - Dziękuje, wiedziałem że mogę na was liczyć. Raczej nie będzie to zwykły przedmiot - odparł czarodziej, trochę zawstydzony że sam nie do końca wiedział jak wygląda poszukiwany artefakt. Prawdopodobnie jest w magazynie, ale potrzebuje jeszcze trochę czasu by wybadać sprawę. Albo wskaże wam dokładne miejsce i cel, albo wybralibyśmy się razem, bo ja raczej to wyczuje gdy będę dość blisko - skinął głową, bawiąc się zawieszonym na szyi amuletem.

                            - Ale to nawet jakbyśmy poszli razem to przecież nie możemy łazić od drzwi do drzwi, piętro po piętrze. Musiałbyś coś mieć aby, że tak powiem wiedzieć w które drzwi zapukać. Wtedy można coś podziałać. A takie szukanie igły w stogu siana to kiepski pomysł. - Łasica pokręciła swoją rudą głową na znak, że ogólnie mogą być chętne aby wspomóc kolegę w takim zaszczytnym celu ale praktyka włamywaczek podpowiadała im, że jednak wcześniej trzeba by mocno zawęzić obszar poszukiwań takiego artefaktu.

                            - Dokładnie, pracuje nad zawężeniem miejsca poszukiwania, dużą cześć Akademii już wyeliminowałem… myślę, że za parę dni będę miał już solidny ślad. A i może z tego coś cennego by się znalazło dla was - przytaknął mag, jednocześnie zauważając, że pozostałe dziewczyny już wracają. Ciekawe, czy planują dzisiaj jedną z tych swoich orgii?

                            - No to jakbyś coś miał to daj znać. Jakieś pomieszczenie, może kilka obok siebie można sprawdzić ale całe piętro czy budynek to za dużo. - Łasica rzuciła jeszcze szybko obiecując swoją pomoc o ile będzie jakiś dokładniejszy ślad ale też już dała znać pozostałym aby się uciszyli. Chyba wszyscy byli ciekawi co wyszło z tej wspólnej kąpieli obu ich koleżanek. Słychać było zbliżające się kobiece głosy i śmiechy. Więc chyba poszło dość dobrze. Po chwili drzwi otwarły się i do środka weszły Soria grzecznie i szarmancko przepuszczona w drzwiach przez Fabienne a po niej sama Bretonka.

                            - Muszę wam powiedzieć moi drodzy, że z Fabi to pierwszorzędna służka i łaziebna. Naprawdę mogę wam ją polecić z czystym sumieniem. - powiedziała Soria wracając na swoje miejsce. Tonem jakby dawała referencje co do usług czy wyrobu jakie sama miała okazję sprawdzić i przypadły jej do gustu.

                            - Oh, to była czysta przyjemność. Polecam się na przyszłość. - bladolica Bretonka też wróciła na swoje miejsce ale słowa herolda widocznie sprawiły jej sporą przyjemność. Wyglądały na odświeżone i w wyśmienitych humorach. Ale tak jak wcześniej, w tych samych sukniach. Tylko włosy jeszcze były ciemne od wilgoci co zdradzało, że brały kąpiel albo chociaż myły samą głowę. O ile dla Sorii nie była to żadna przeszkoda to jednak żona morskiego kapitana bardziej musiała dbać o pozory. Ich przyjazny i wesoły nastrój udzielił się towarzystwu bo dziewczęta też zareagowały podobnie.

                            - Ominęło nas coś ciekawego? - zapytała Soria wodząc swoim przyciągającym uwagę wzrokiem po reszcie towarzystwa.

                            Joachim przyglądał się dziewczynom z zainteresowaniem, to co się tutaj działo albo mogło się dziać mogło być......interesujące. Próbował wyczuć sytuację, czy był nadal mile widziany.

                            W nocy miał zamiar spróbować trochę poobserwować gwiazdy, ostatnio nie miał ku temu czasu. Może odczyta jakieś wskazówki na temat artefaktu w Akademii i tego na ile powinien wciągać w tę sprawę inne osoby. Następnie miał się spotkać z Tobiasem i Philippem, więc dobrze było opracować strategię w tym zakresie.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Online
                              SantorineS Online
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #55

                              Oryginalny autor: Seachmall

                              Otto ledwo powstrzymał się przed śmiechem zadowolenia. Te cudowne istoty wiedziały co nadchodzi, czuły postęp kultu. Musieli jednak poczekać, pora na ich wyzwolenie przyjdzie, kiedy zbiorą wszystkie artefakty.
                              Postanowił zająć się Mariką, najlepiej pozbyć się jej z tego miejsca nim stanie jej się krzywda.

                              - Dzień dobry, Mariko. Podoba mi się twój nowy wystrój. Proszę, dziecko udaj się do swego pokoju. W nagrodę zabiorę cię do córy Pajęczej Królowej. - mówił w miarę cicho, na tyle, aby jedynie kobieta go słyszała - Jest w mieście, ma piękny długi ogon i ręce, które dostarczą ci wszystkich przyjemności, których byś zapragnęła. Udaj się do pokoju, a przedstawię cię jej na dniach.

                              - Tak? - naga pacjentka prezentowała się całkiem ciekawie dla kogoś kto lubił młode, kobiece wdzięki. A sama zdawała się nie zważać albo nie dostrzegać swojej nagości. Za to słowa jednookiego zaciekawiły ją. Bo przez chwilę po prostu stała i obserwowała go z zaciekawieniem w ogóle nie zważając na ten harmider i awanturę jaka się rozgrywała ledwo parę kroków dalej.

                              - Nie lubię tego starego stroju. Drapie i jest brzydki. Chciałabym coś ładnego i kolorowego. - powiedziała bez sprzeciwów przechodząc przez pogrążoną chaosem stołówkę i kierując się do wyjścia. Mówiła jakby rozmawiała z kolegą z jakim właśnie można porozmawiać. Gdy wyszli na korytarz zrobiło się dużo ciszej a z każdym kolejnym krokiem harmider cichną za ich plecami. Słychać było klaskanie bosych stóp pacjentki po posadzce. A ona sama mówiła dalej.

                              - Znasz Pajęczą Królową? Słyszysz ją? Bo ja nie zawsze. Ale jak czasem mi się śni. I jest taka piękna! Chciałabym ją poznać i jej służyć! I kochać się z nią! - westchnęła z rozmarzeniem jakby opowiadała jakiś cudowny i najpiękniejszy sen który miała nadzieję, że się może ziścić.

                              - I znasz jej córę? Możesz mnie do niej zaprowadzić? Oj tak! Tak bym chciała! Proszę Otto zaprowadź mnie do niej! Ona na pewno zna naszą królową i może nas do niej zaprowadzić! I ma ogon? O to ciekawe. Takie siostry z ogonami, rogami, piersiami, łuskami też mi się śniły. Pajęcza Królowa je lubi i one jej służą i pomagają. - Marika nie stawiała oporu a nawet można było powiedzieć, że poszła na pełną współpracę. Wydawało się, że rozmowa pochłonęła ją na tyle, że przestała zwracać uwagę na resztę. Nawet jak któryś z mnichów przebiegł ze zwojem liny mijając ich korytarzem i wybałuszył oczy ze zgrozy i zdumienia na widok kroczącej środkiem korytarza naguski. Przeżegnał się i minął ich biegnąc w stronę stołówki. Zaś dwójka rozmówców doszła do cel w jakich ostatnio przebywała Marika jako rezultat kary za ostatnie lubieżne zachowanie w zeszłym tygodniu.

                              - Nie lubię tego miejsca. Nikt mnie nie odwiedza. Jestem tu sama. Nie mam nic do zabawy. I te głupie, brzydkie, drapiące ubranie. Nie lubię go. - humor pacjentki się skwasił gdy dojrzała gdzie się znaleźli i widocznie nie przepadała za tym miejscem.

                              - Wiem, też za nim nie przepadam. Uwierz mi, nie będziesz tu zawsze. Ja i moi przyjaciele pracujemy, aby zapewnić tobie i innym tu bezpieczne miejsce w mieście. Tylko ciiii… - zasłonił usta jednym palcem - To niespodzianka. Nowego ubrania, nie mogę ci dostarczyć, ale nie widzę problemu, abyś tak siedziała w swym pokoju. Mnisi po prostu dawno nie widzieli kobiety tak pięknej jak ty, więc nie wiedzą co ze sobą zrobić. A co do gości… - uśmiechnął się - Chcę, abyś zapamiętała dla mnie imię, dobrze? Soria. To córka Pajęczej Królowej. Jeżeli uda mi się, zaprowadzę cię do niej. W pięknej sukni. A teraz czekaj tu grzecznie i śnij o pięknej Sorii i cudownych, niegrzecznych rzeczach, które razem zrobicie. - Otto zamknął celę kobiety i ruszył z powrotem do jadalni.

                              - No dobrze, tak zrobię. Soria? Ładne imię. Tajemnicze. I mogę zostać bez ubrania? To cudownie! Nie lubię tych szarych szmat! I dobrze, jak dla Sorii to poczekam dla niej! I dziękuję ci Otto, jesteś najmilszy z nich wszystkich! - młoda pacjentka rozpogodziła się jakby uważała, że te niedogodności to już tylko chwilowo i wkrótce czeka ją lepsze życie z Sorią, Pajęczą Królową i całą resztą wspaniałości. Na koniec uściskała swojego wybawcę, pocałowała go w policzek i sama weszła do swojej celi machając mu jeszcze na pożegnanie przez małe okienko w drzwiach celi. I chyba faktycznie nie zamierzała się w nic ubierać. W każdym razie tak ją zostawił w tej celi.

                              Otto westchnął i wrócił do jadalni starając się ocenić szkody i gdzie jego pomoc się jeszcze przyda.

                              W stołówce sytuacja się zasadniczo nie zmieniła. Co zapowiadał już harmider słyszalny na korytarzu jeszcze zanim otworzył drzwi. Zaraz za nimi natknął się na grupkę z Anniką w roli głównej. Jego kolegom udało się jakoś związać jej nadgarstki z przodu. Ale resztę ciała dziewczyna miała swobodną i korzystała z tego bez skrupułów walcząc jak pojmana lwica. Dwóch mnichów z trudem ją przytrzymywało za ramiona siłując się z nią i powoli zdobywali teren w postaci wleczenia jej w kierunku drzwi na korytarz. Po to aby ją pewnie zamknąć w odosobnionej celi tam gdzie Otto dość gładko udało się umieścić Marikę. Andreas zaś był tym trzecim w komplecie jaki się z zmagał z upartą pacjentką. Akurat jak wszedł Otto to dostał od niej kopniaka w brzuch więc poleciał do tyłu ze dwa kroki zanim wyłożył się na podłodze jak długi.

                              Za tą grupką George dalej leżał zwinięty w kłębek na stole i chyba tu się niewiele zmieniło odkąd młody pomocnik z jednym okiem wyszedł ze stołówki z Mariką. Zaś Torn siał spustoszenie jak rozjuszony buhaj młócąc bez opamiętania zarówno pacjentów jak i obsługę, kto mu tam podpadł pod pięści i kopniaki. Zza zasłony stołów nie widać było co się dzieje z Vigo i tym mnichem jaki tam upadł razem z nim po oberwaniu ławą Thorna.

                              Otto westchnął. Z Anniką dadzą sobie już chyba radę, zostało więc "obłaskawienie" Thorna.
                              Podszedł do rozjuszonego mężczyzny, zrzucając szatę, pozostając w samych spodniach. Jego ciało było pokryte dość przykrymi bliznami, nie licząc oczywistej na twarzy. Wziął głębszy oddech.

                              - THORN! - zbliżył się do wściekłego mężczyzny bez strachu - Uspokój się, albo wsadzę ci ławę tak głęboko w zad, że będziesz kaszlał drzazgami! - spokojne podejście nie miało sensu, Thorn jest tak pochłonięty rządzą krwi, że trzeba albo mu ją fizycznie wybić z łba, albo pokazać, że jest się straszniejszym od niego.

                              Otto minął szamoczącą się ze sobą czwórkę. Słyszał jak rozjuszona Annika szarpie się i zduszonym głosem przeklina ich wszystkich obiecując, że ich dorwie i poderżnie im gardła. Stopniowo jednak przewaga liczebna robiła swoje i cała grupa była coraz bliżej drzwi na korytarz. Co tam dalej się działo to młodzian zostawił za swoimi plecami przechodząc przez stołówkę i zbliżając się do Thorna jaki był właśnie zajęty punktowaniem twarzy jednego z pacjentów. Spojrzał na niego spod byka wciąż nie puszczając swojej ofiary i chwilę mierzyli się wzrokiem.

                              - My tu sobie tylko rozmawiamy grzecznie. Nie wtrącaj się. - warknął do niego pacjent gdy już oszacował wzrokowo z kim ma do czynienia. Otto nie był tak postawny jak koledzy ze zboru jak choćby Silny czy Egon. Ale do ułomków też nie należał. Thorn wydawał się nieco masywniejszy od niego ale nadal wydawali się mieć dość zbliżone do siebie rozmiary co było istotne gdyby doszło do bitki. Wydawało mu się, że na chwilę Thorn się zawahał zanim odpowiedział ale widocznie nie na tyle aby zaprzestać swojego zajęcia.

                              Otto chwycił nadgarstek mężczyzny, kiedy ten przymierzał się do kolejnego ciosu. Tym razem nie krzyczał, jego głos był spokojny i zimny.

                              - Thorn, jesteś pacjentem. Więc, nie mogę cię skrzywdzić… nieodwracalnie. - to mówiąc ścisnął mocnej nadgarstek mężczyzny - Rozumiesz?

                              Przez chwilę wydawało się, że Thorn po prostu go trzaśnie. Spojrzał w dół na trzymany nadgarstek i z bliska Otto widział jego rozdymane wściekłością nozdrza i przekrwione oczy przepełnione rządzą krwi, zniszczenia i mordu. Mierzyli się spojrzeniami jakby pacjent liczył na to, że opiekun zmięknie i odpuści. Gdy ten przetrwał ten pierwszy moment przez chwilę nie było widać żadnej zauważalnej reakcji. Ale wreszcie coś się zaczęło dziać.

                              - To tylko zwykły kanciarz. Obiecał mi kasę a nic mi nie dał. No to mu się należy łomot nie? Co będzie oszukiwał porządnych ludzi nie? - odezwał się dalej trzymając w garści pobitego pacjenta. Ten akurat był dość porywczy w gadaniu i gadał co mu ślina na język przyniesie. A, że czasem gadał zbyt niestworzone albo niecne rzeczy to podejrzewano podszepty złego więc umieszczono go w hospicjum na obserwację. Raczej nie bywał agresywny i nie sprawiał kłopotów no ale być może jak się rozpędził to mógł coś obiecać czy naopowiadać Thornowi a może i nie. Obecnie Thorn nie wyglądał aby potrzebował jakiegoś dużego pretekstu aby przylać komukolwiek.

                              - Naprawdę? A wiesz, jak mało mnie to obchodzi? Puść go teraz i do lazaretu, będzie musiała pójść jedna osoba mniej. - Otto, nadal nie puszczał nadgarstka Thorna. Będzie musiał później porozmawiać z nim i z Anniką - Puszczaj! - to ostatnie brzmiało jak komenda do psa.

                              Przez chwilę Thorn mierzył go złym spojrzeniem jakie nie obiecywało nic dobrego. Ale w końcu wzruszył ramionami i puścił drugiego pacjenta. - Dobra, dobra, tylko rozmawialiśmy. Taka przyjacielska rozmowa nie? - powiedział kopiąc na pożegnanie puszczonego kolegę w żebra. Ten załkał boleśnie ugodzony ale widocznie był zbyt zmęczony aby zrobić coś więcej.

                              - Dobrze, teraz udasz się do swojego pokoju i poczekasz tam na mnie. Chcę cię czegoś nauczyć. Nie martw się, spodoba ci się. - podniósł swoją szatę i wrócił do Andreasa sprawdzić jak idzie jemu i reszcie z Anniką.

                              - Dobra co mi tam i tak mi się tu zaczynało nudzić. - Thorn wzruszył ramionami i obojętnie ruszył w kierunku wyjścia na korytarz. A Andreasa i Anniki już nie było widać. Więc musieli wydostać oporną pacjentkę na korytarz. Przez co zrobiło się na stołówce nieco spokojniej jak dwa ogniska największego zamieszania znalazły się za drzwiami.

                              Otto kiwnął głową i podszedł do Georga, sprawdzić jak czy nie potrzebuje bardziej naglącej pomocy.

                              - George? Jak się trzymasz?

                              Pacjent wyglądał dość mizernie. Leżał zwinięty w kulkę na stole tak jak upadł przez co już wydawał się być bezbronny i słaby. Do tego obwiązana opatrunkami głowa, inne wystające spod koszuli jakie założono mu po zeszłotygodniowej bójce też nie poprawiały mu wizerunku. Podobnie jak gorączkowe ni to łkanie ni mamrotanie pod nosem. George wydawał się nie zwracać uwagi ani na Otto ani na całą resztę awantury w stołówce. Ale chyba jakiś umierający to nie był, w każdym razie na koszuli czy stole nie było widać świeżej krwi z nowych ran. To grzmotnięcie w plecy rzuconym stołkiem jednak mogło go w jakiś sposób uszkodzić.

                              - Spokojnie, będzie lepiej. - delikatnie pogłaskał pacjenta po głowie i ruszył na poszukiwania Vigo. Jeżeli jego stan zdrowotny jest tak słaby, może uda się przekonać nadzorców na wypuszczenie go do zbadania przez Sigismundusa.

                              Vigo i jego opiekuna znalazł pod ścianą. Widocznie tam zdołał kolega odciągnąć pacjenta. Widząc zbliżającego się Otto machnął do niego dłonią.

                              - Ale mnie trzasnął. Oh! Moje plecy… - wyjęczał boleśnie trafiony przez Thorna pielęgniarz. Chyba mimo to dał radę odciągnąć Vigo poza zasięg spustoszenia jakie przed chwilą siał Thorn ale tu jego siły się wyczerpały. Leżał obok swojego pacjenta. Ten zaś dyszał ciężko i chrapliwie. Wpatrywał się w sufit niewidzącymi oczami. Czoło miał rozpalone a pot błyszczał mu niezdrowo na skórze. Wydawał się być o krok przed Bramami Morra.

                              - Nie wygląda dobrze. - skomentował Otto - Ty też miałeś lepsze dni. Słuchaj zajmijcie się wszystkim tutaj, Thorn i Marika są już chyba w swoich celach. George jest ogłuszony na stole. Vigo potrzebuje opieki, a ty nie jesteś zbytnio przy zdrowiu, aby mu konkretniej pomóc. Zabiorę go do Sigismundusa w mieście, znamy się. Wyjaśnie co się stało i postaramy się mu pomóc. Jakby co biorę wszystko na siebie. - Otto spróbował podnieść Vigo i ruszyć z chorym.

                              - Dobra, dobra… - kolega machnął ręką ale Otto nie był pewien czy zrozumiał co do niego mówił. Wyglądał na mocno obolałego. Sam Vigo nie stawiał oporu. Ale był to jednak spory balast do dźwigania bo był kompletnie bezwładny. Otto zdał sobie sprawę, że długo go tak nie da rady nieść samodzielnie. Przydałby się ktoś do pomocy albo jakieś nosze czy inny środek transportu. Na razie jednak dał radę wywlec Vigo z ogarniętej chaosem stołówki hospicjum na korytarz. Jak chciał z nim wyjść na zewnątrz to musiał minąć te cele z pacjentami a potem recepcję na jakiej ktoś powinien chyba siedzieć.

                              Otto westchnął, będzie musiał poprosić kogoś, aby zawiózł jego i Vigo do miasta. Podniósł chorego i ruszył z nim dalej. Gdy dotarli do recepcji zaczął się rozglądać za pomocą.

                              Na recepcji zastał Marcusa, jaki wydawał się zabiegany i roztargniony. W końcu nawet tutaj docierały odgłosy awantury jakiej sercem była stołówka ale objęła ona też chyba sporą część hospicjum. Słychać było krzyki, tupot nóg, odgłosy szamotaniny i dzikie wrzaski. Nawet jeśli nieco wytłumione przez ściany i korytarze. Kolega spojrzał na wychodzącego z korytarza kolegę dźwigającego gorączkującego i chwiejącego się pacjenta.

                              - Po co go tu przyprowadziłeś!? Zabierz go do celi albo lazaretu, ale nie tutaj! - krzyknął roztargnionym tonem Marcus niezbyt rozumiejąc po co aż tutaj Otto przywlókł tego pacjenta.

                              - Jego stan się pogarsza, a nasz aptekarz zarwał ławą. Zabieram go do Sigismundusa. Będziesz w stanie załatwić nam wóz? - Otto posadził Vigo na posadzce - Sytuacja w jadalni już zarzegnana.

                              Kolega z recepcji spojrzał na niego z powątpiewaniem. Zawahał się na chwilę. Spojrzał znów na korytarz jakim przyszli i chyba sprawdzając czy ktoś jeszcze tam nie idzie albo jak tam to po prostu wygląda. Ale akurat nikogo więcej nie było w zasięgu wzroku i słuchu. Poza nieco zniekształconymi dźwiękami awantury w głębi budynku.

                              - Nie mamy wozu. Jeszcze w Festag i to taki? Wątpię. I nie mam kogo posłać. Normalnie to na końcu ulicy stoją jakieś dorożki to tam spróbuj, może ktoś będzie tam stał. - poradził w końcu Otto. W taki dzień jak dziś faktycznie mogło być krucho z dorożkami ale jak już to na placyku przy końcu ulicy może jakaś by stała. A przy tak skromnej obsadzie hospicjum jak dzisiaj to nie bardzo było kogo jeszcze posłać poza mury jak większość obsługi zmagała się z niesfornymi pacjentami.

                              - Jasne, przypilnuj go. Raczej nigdzie się nie wybiera, ale nie wiadomo. - Otto ruszył szukać dorożek. Miał nadzieję, że uda mu się kogoś wynająć do transportu.

                              Vigo jęknął boleśnie po czym rozkaszlał się nieprzyjemnie gdy Otto zmienił jego pozycję kładąc go obok recepcji. Po czym jednooki wyszedł na zewnątrz. Dojrzał dość szybko miejsce gdzie zwykle stały i miał na tyle szczęścia, że dwie z nich zajmowały swoje standardowe miejsce postojowe. Dorożkarz zgodził się na nowy kurs bardzo chętnie. Otto wrócił więc pod główne drzwi hospicjum na tylnej ławie pojazdu po czym znów znalazł się przy recepcji.

                              - Chodź Vigo idziemy do doktora. - Otto wciągnął chorego na swoje ramie - Mam nadzieję, że nie narzygasz w dorożce. Nie chce płacić więcej. - spojrzał na recepcjonistę - Wrócę, jak upewnię się, że jest stabilny. To, albo jutro. Zależy co przyjdzie pierwsze. - mnich zabrał Vigo do dorożki i usadził go delikatnie na siedzisku.

                              - Dobra, powiem Andriejowi. - skinął kolega za bardzo chyba nie mając ochoty na spoufalanie się z rozgorączkowanym i kiepsko wyglądającym pacjentem. Zwłaszcza jak od dłuższego czasu wiadomo było, że jego stan się tylko pogarsza i chyba wszyscy spodziewali się, że powinien wkrótce kopnąć w kalendarz.

                              - A ten co? Pijany czy chory? - zagaił dorożkarz gdy zorientował się, że klient nie wrócił sam do dorożki. Też za bardzo chyba nie miał ochoty wozić kogoś tak ciężko chorego. I pewnie dlatego został na swoim koźle. A jak Otto zajął swoje miejsce to zapytał dokąd ma ich zawieźć po czym ruszył przed siebie przez ogarnięte popogrzebową żałobą miasto.
                              - Jesteśmy w hospicjum, jak sądzisz? - Otto spojrzał na Vigo i westchnął, pokierował dorożkarza, aby ruszył do przybytku Sigismundusa. Zostawi tam Vigo, jak upewni się, że ich cyrulik będzie w stanie ustabilizować chorego. Następnie będzie musiał udać się do Priory, będzie musiał ustalić kilka rzeczy z Sorią, poszuka też Łasicy (znając tą rozpustnice znajdzie ją między nogami Sorii)., aby przekazała Starszemu i Merdze, że chce się z nimi spotkać. Sytuacja w hospicjum może przerodzić się w kłopoty dla zboru.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Online
                                SantorineS Online
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #56

                                Oryginalny autor: Pipboy79

                                Oryginalny tytuł: Tura 17 - 2519.07.04; wlt; popołudnie

                                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa
                                Czas: 2519.07.03; fst; popołudnie
                                Warunki: loszek Pirory, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, chłodno

                                Joachim

                                Wyglądało na to, że żeńska część zboru spod wężowego patronatu nie jest koledze nieprzychylna co co dalszej jego gościny. A jak się okazało humory dziewczętom dopisywały więc miały ochotę w pełni wykorzystać to spotkanie i zabawić się tak jak lubiły najbardziej. No a Joachim jak miał ochotę to mógł do nich dołączyć.

                                - Dziś możemy zabawić nieco dłużej bo spotkałyśmy się odprawiać modły żałobne na cześć naszej ukochanej księżnej - matki. Ale i tak nie możemy za bardzo zwlekać. - wyjaśniła mu Pirora gdy się towarzystwo w dobrych humorach zbierało z salonu i drugą klatką przeznaczoną dla służby zeszły na dół na parter. A następnie do piwnicy gdzie gospodyni miała urządzony swój prywatny loszek do ekskluzywnych i wyuzdanych zabaw.

                                - Sorio czy zechcesz nam patronować i władać podczas tych zabaw? - zapytała Averlandka pozornie zwykłej, młodej, śmiertelniczki. Ale jak to widział na własne oczy przy urokliwym zakątku albo nawet na plaży przy wrakowisku to na pewno nie była taka zwykła istota.

                                - Dobrze. Zgadzam się byście mi służyli. - zgodziła się Soria z dumą i godnością jakby chodziło o jakiś charytatywny patronat wielkiej pani nad jakimś szlachetnym przedsięwzięciem. Co dziewczęta przywitały z niekłamaną radością. Ale aby się nie zapomnieć Pirora ustawiła klepsydrę o długości jednego dzwonu aby zaznaczyć czas jaki mają na te zabawy. Później aby zachować pozoru musiały się jeszcze doprowadzić do porządku, wrócić do Gertrudy a potem rozejść jak na damy z towarzystwa przystało.

                                Wiedząc, że czas na przyjemnościach mija znacznie szybciej niż jakikolwiek inny dziewczęta zaczęły się pośpiesznie rozbierać i przebierać nie bacząc na obecność mężczyzny w swoim gronie. Poza Sorią która zasiadła na tronie jaki dominował pod jedną ze ścian i z lubością obserwowała widowisko na swoją cześć. Pirora przebrała się w gorset i pończochy oraz wzięła szpicrutę w dłoń. Pozostała trójka rozebrała się ze wszystkiego i z lubością założyły niewolnicze obroże na szyję. A potem zaczęła się zabawa na całego. Fabienne okazała się bardzo bezwstydna i bardzo uległa. Bez wahania spełniała wszelkie polecenia i zachcianki reszty towarzystwa albo z pokorą znosiła karę chłosty i poniżanie na jakie nie powinna się zgodzić żadna szlachcianka. A wydawało się, że jest w niej coś co prowokuje koleżanki aby ją poniewierać bez oporu.

                                - I jak Joachimie? Masz ochotę na troszkę bretońszczyzny? - zapytała wesoło Łasica gdy w pewnym momencie przyprowadziła mu na smyczy panią van Mannlieb posłusznie czworaczącą przy jej nogach. I mimo całkiem różnych ról każda z nich wydawała się być jednakowo podniecona i usatsyfakcjonowana.

                                Zabawa już rozgrzała się na dobre gdy przyszła jedna ze służek gospodyni i coś jej powiedziała na ucho. - Niech tu przyjdzie jak się nie wstydzi. A jak wstydzi to niech poczeka w korytarzu. - odparła rozbawiona blondynka. Służka skinęła głową i wyszła z loszku. - Otto przyszedł. - oznajmiła koledze i koleżanką. Spojrzała na klepsydrę i minęła już z połowa czasu przeznaczonego na zabawę.

                                Otto

                                Jednooki bez większych przeszkód zawiózł Vigo do apteki Sigismudnusa. Tam już sam aptekarz i Strupas pomogli mu go zdjąć z tej dorożki i przenieść na zaplecze apteki. Właściwie to do piwnicy, do jednej z cel w których gospodarz trzymał swoje obiekty do badań.

                                - Zobacz Loszka kto nas odwiedził. Poznajesz go? To Otto, nasz przyjaciel. Był z nami w tej cudownej jaskini gdzie znaleźliśmy błogosławione dary od naszej patronki. - Sigismundus jak chciał to potrafił być bardzo jowialnym i kochanym wujaszkiem. A zwracał się do ciemnowłosej kobiety jak do małej dziewczynki. Jednak jej umysł zdawał się być w strzępach i odkąd Otto ją poznał wydawała się być nie do końca świadoma tego co się dookoła niej dzieje i co to właściwie znaczy. Ale wyszła ze swojej celi zaciekawiona zbiegowiskiem i głosami. Zmrużyła oczy jakby próbowała się skoncentrować na słowach aptekarza lub przypomnieć czy zna skądś byłego mnicha. Czy do czegoś doszła to ten nie był pewny ale uśmiechnęła się łagodnym choć niezbyt rozumnym uśmiechem.

                                - Loszka robi postępy. Już nie ucieka ani nic. Dumnie podjęła się swojej zaszczytnej roli. Widzisz? Już nie musimy jej zamykać ani przykuwać. A też nie ucieka. Oh! Żeby Merga już przetłumaczyła te zwoje! Oby nie zapomniała. Jak mówiła, że za parę dni ma wracać do Norsci. - następnie gospodarz pochwalił się jej postępami zupełnie jak rodzic swoją utalentowaną córką czy nauczyciel uczennicą. Ale cierpiał katusze niecierpliwości związane ze zwojami jakie dostarczył rogatej wyroczni. Jednak dopiero wczoraj wieczorem więc raczej nie było co liczyć na szybkie postępy.

                                - Nie to co tamta. Zobacz! Ugryzła mnie dziś rano! - garbus śmierdział z bliska jak zwykle. Ale poskarżył się na drugą kobietę w sąsiedniej celi pokazując ślady pewnie jej zębów na swoim nadgarstku. Za kratami widać było niewielką celę, z rozłożoną pryczą a na niej młodą kobietę. Leżała prawie bezwładnie a do obręczy wmurowanej w ścianie biegła lina uwiązana do jej szyi.

                                - No. I się darła. Musieliśmy jej dać ziółka aby ją uśpić i nie robiła kłopotów. Żadnej wdzięczności. A przecież stanie się krokiem milowym w dziejach tego miasta. Jak tylko Merga przetłumaczy zwoje. Wtedy napełnimy ją nasieniem Oster. I będzie mogła dać nowe, cudowne, błogosławione życie. - aptekarz popatrzył zniesmaczony na ledwo przytomną kobietę na pryczy. I wydawał się zdegustowany jej oporem i protestami. W końcu to była ta sama dziewczyna jaką niedawno przy pomocy podziemnych zwierzoludzi pojmali z obozu bogobojnych pielgrzymów.

                                - No a tego tu po co przywiozłeś? Piękny okaz. Dojrzały. Ale dogorywa. Może paść w każdej chwili. Jutro czy pojutrzo pewnie kopnie w kalendarz. Nie sądzę aby dotrwał do Marktag. - machnął na to ręką i zapytał o Vigo jakiego we trzech przenieśli z dorożki do piwnicy apteki. Na parterze niezbyt było gdzie go zostawić bo tam były te oficjalne magazyny i komórki aptekarza jakich nie musiał się wstydzić ani obawiać.


                                A potem wsiadł do tej samej dorożki i pojechał na Plac Targowy a następnie wjechał w Bursztynową i tam zatrzymał się przed 17-ką. Wysiadł, otworzyła mu jedna z młodych służek Pirory. Ale nie widywał jej na zborach. Zaprosiła go do środka i tam zastał starszą kobietę o surowym wyglądzie. Oraz wesołego mężczyznę w jego wieku. Oboje zdawkowo się z nim przywitali gdy Kristen poprosiła aby tu zaczekał a sama wyszła z małego pokoju na parterze. Więc Otto mógł przez chwilę posłuchać tej przerwanej opowieści mężczyzny. Ten należał do służby gospodyni i miał niesamowity dar opowiadania. Właśnie barwnie i ze swadą opisywał jak to służył jako strażnik świątynny w jakiejś świątyni w Reiklandzie i brzmiało to równie niesamowicie jak niedorzecznie. Jakby strażnicy świątynni mieli najbarwniejsze i najciekawsze przygody na świecie. A ten na pewno. Ale słuchało się tego jak przedniej opowieści, miał chłop dar do snucia wspaniałych opowieści aż szkoda było przerywać. Ale wróciła Kristen.

                                - Panienka prosiła abyś zabrał tą paczkę co przygotowała. - poleciła mu jakby był jakimś sługą kogoś zamożniejszego od siebie albo kurierem. O żadnej paczce z Pirora nie rozmawiał ale zapewne nie o to wcale chodziło. Dało mu pretekst aby wyszedł z kuchni i poszedł za służką na zaplecze parteru.

                                - Panienka ma gości. Na dole w loszku. Prosiła aby przekazać, że jak ci to nie przeszkadza to zaprasza na dół do zabawy. Ale jeśli wolisz to możesz poczekać tutaj aż skończą. - poinformowała go służka co zdecydowała jej pani.

                                Jak się zdecydował aby jednak odwiedzić koleżanki ze zboru podczas ich zabaw to miał okazję naocznie się przekonać jak to wygląda. Kristen przyprowadziła go na dół i tam zastał całkiem sporo znajomych.

                                - Witaj Otto. Co cię sprowadza w moje skromne progi? Właśnie odprawiamy modły żałobne i pokorne na cześć naszej księżnej-matki. - zagaiła nieco zdyszana i rozgrzana zabawą młoda Averlandka. Była ubrana w sam gorset, wysokie buty a w dłoni miała spicrutę. I właściwie niewiele więcej miała na sobie. Poza nią był jeszcze Joachim. Zaś na tronie pod ścianą królowała Soria. W bardzo lubieżnej i wyuzdanej pozie. Zaś między jej udami faktycznie uwijała się ta ladacznica Łasica. Widział głównie jej nagie tylne wdzięki a na nich mieniący się w oczach symbol jej patrona jaki ponoć obdarował ją zimą za uwolnienie Mergi. Poza tym jak dobrze widział to łotrzyca chyba miała na sobie tylko obrożę jakiej smycz władczo trzymała Soria. Zresztą właściwe bez potrzeby bo liderka wężowego kultu okazywała pełne zaangażowanie i współpracę podczas tej zabawy. Ale odwróciła się na chwilę w jego stronę aby zobaczyć kto przyszedł i pozdrowić go krótkim skinieniem niebieskiej głowy i psotnym uśmiechem.

                                A z drugiej strony widział panią von Mannlieb. Wyglądała całkiem inaczej niż rano jak ją na chwilę widział po mszy. Wtedy ubrana była jak na żałobniczkę przystało. W długą do samej ziemi, żałobną, czarną suknię i czarny kapelusik z czarną woalką. Idealna wdowa czy żałobniczka. Teraz niewiele z tego zostało. Właściwie poza niewolniczą obrożą nic więcej na sobie nie miała. Za to wisiała podpięta za nadgarstki pod sam sufit tak, że ledwo sięgała palcami stóp podłogi. Knebel blokował jej krzyki a sądząc po szpicrutach w dłoniach Pirory i Burgund oraz czerwonych pręgach na ciele skrępowanej to chyba właśnie we trzy oddawały się tej bolesnej przyjemności.

                                - Już niedługo kończymy. Musimy się jeszcze ogarnąć zanim się pokażemy reszcie świata. Ale jeśli masz na coś ochotę to zapraszam. - Pirora jak przystało na gospodynię zaprosiła kolegę do zabawy. Ale wskazała na klepsydrę. Jeśli zabawa miała trwać tyle co do jej końca to zostały jeszcze jakieś dwa pacierze.

                                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Pączkowa; karczma “Pod jabłonią”
                                Czas: 2519.07.04; wlt; popołudnie
                                Warunki: główna sala, jasno, ciepło, gwarno ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnie

                                Joachim

                                - A tu jesteś. - Tobias uśmiechnął się gdy dojrzał kolegę przy jednym ze stołów i podszedł do niego. Po czym zdjął swój barwny i finezyjny beret z piórkiem, odwiesił go na kołek i sam usiadł naprzeciwko niego. W tym lokalu dominowały niziołki w obsłudze więc dania były takie, że palce lizać. Któryś z przedstawicieli tego niskiego ludku podszedł do nich aby zebrać zamówienie więc jak poszedł mogli się przywitać.

                                - To byłeś wczoraj na mszy? Widziałeś jakie zbiegowisko? Mam wrażenie, że nasza czcigodna zmarła księżna ma teraz więcej przyjaciół i zwolenników po śmierci niż za życia. - zaśmiał się ironicznie guwernant dorastających latorośli z dobrych domów. Przerwał bo niziołek który robił tu za kelnera przyniósł tacę ze smakowitymi pysznościami. Tobias jak należało na wzór dobrego wychowania podziękował mu serdecznie i poczekał aż się oddali.

                                - A jak ci wczoraj dzień zleciał? Mnie udało się porozmawiać z Kunzem. To instruktor strzelców i ogólnie prochu. Ćwiczy milicję, marynarzy i żołnierzy okrętowych w strzelaniu z takiej broni. Także kadetów na oficerów albo indywidualnie. Starał się go jakoś nakierować na wiadome ci tory. Ale nie do końca mi sie to udało. Albo nie wiedział albo nie zrozumiał aluzji prostak jeden. W gruncie rzeczy to prostak chociaż ma już swoje lata to ma maniery zwykłego bosmana czy sierżanta. Wino, dziewczynki i spanie. - Tobias dał znak, że nie ma o owym instruktorze zbyt dużego mniemania. Z drugiej strony Joachimowi trochę trudno było sobie przypomnieć aby o kimś wychowawca i nauczyciel miał dobre mniemanie.

                                - Jednakże dowiedziałem się, że proch trzymają w magazynie przy rzece na północ od placu apelowego a broń strzelecką na południe. A jeszcze jakieś magazyny są pod głównym budynkiem, pod biurami skrybów, nauczycieli i administracji. No to nie wiem czy to to czego szukamy ale zawsze jest coś od czego można zacząć. Pewnie gdzieś w piwnicach. - guwernant zdradził koledze czego się wczoraj po mszy dowiedział podczas rozmowy z owym instruktorem strzeleckim z akademii. Przyznawał uczciwie, że nie jest pewny czy to to czego szukają no ale na razie z innymi tropami było trudno.

                                Sam Joachim miał wczoraj wieczorem niezbyt łatwe zadanie z tymi wróżbami. Niebo było tak w kratkę. Kłęby chmur na przemian zasłaniały niebo to wiatr je zwiewał i gwiazdy z księżycami znów były widoczne ale nie jako całość. Tylko jak dziury w chmurach przez jakie było widać nieboskłon. Później znów się te chmury przemieszczały więc było to dość uciążliwe do obserwacji.

                                Wyniki zaś nie były jednoznaczne. Ale zastanawiające. Silnie świeciła Gwiazda Uroku. Zwykle symbolizowała magię i tajemnicę ale też odwagę i śmiałość. Dobrze była też widoczna czarna pustka Vobisa Ulotnego, bezgwiezdny obszar emanujący ciemnością. Ten znak symbolizował ciemność i niepewność. Uważano go za oznakę szaleństwa a dzieci urodzone pod tym znakiem miały być nerwowa i podatne na podszepty złego. A gdy chmury nie zasłaniały to także silnie świeciła Gwiazda Wieczorna. Ona z kolei patronowała iluzji i tajemnicy. Wszystkie znaki były powiązane z czymś magicznym, niepewnym, tajemniczym lub zwodniczym. Raczej więc nie uznawano tego zwykle za pomyślne znaki co do jakichś przedsięwzięć. A przynajmniej zwiastujące mocno niepewny wynik. Z drugiej jednak chodziło o artefakt związany ze Zmieniającym Drogi, znanym ze swojej zwodniczej i zmiennej natury a także patronującemu wiedzy i magii.

                                - No w każdym razie ja jutro będę w Akademii po te pomoce naukowe do nawigacji. To raczej będę w tym głównym budynku ale nie wiem czy znajdę pretekst czy okazję aby sobie tam pozwiedzać. - przyznał guwernant zajadając się apetycznym rogalikiem na słodko. Czekał czy kolega ma coś do powiedzenia w tej sprawie. W końcu obaj poświęcili się temu samemu patronowi jaki nie był najpopularniejszym w ich zborze. Zwłaszcza jak Merga miała w najbliższych dniach ich opuścić i wrócić do Norsci. A rogata, fioletowoskóra wyrocznia też obrała sobie za patrona tego co i oni. No i miała autorytet porównywalny ze Starszym.

                                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; kryjówka Mergi
                                Czas: 2519.07.04; wlt; popołudnie
                                Warunki: główna sala, jasno, ciepło, gwarno ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnie

                                Otto

                                Wczoraj o tyle szczęscie mu dopisało, że u Pirory zastał nie tylko ją samą oraz Sorię ale nawet obie Łotrzyce. Co mu znacznie pomogło omówić parę spraw na raz. Zwłaszcza jak zastał je w trakcie zabawy pod pretekstem modłów żałobnych za księżną - matkę więc wszystkie były w dobrych nastrojach i pogodnie nastawione. Spotkać się ze Starszym i Mergą? Czemu nie! Z wyrocznią było to o tyle proste, że najczęściej przebywała w swojej kryjówce pod zrujnowaną wieżą. No ze Starszym poza zborami to już było nieco trudniej ale Łasica obiecała, że się postara. Bo też miała do mistrza zboru sprawę. Ale też i do Otto.

                                - No widziałam po mszy, że ty się nieźle dogadujesz z tymi klechami co? A możesz nam tam załatwić jakąś wejściówkę? Chciałybyśmy się tam rozejrzeć. Najlepiej to bez świadków no albo z tobą jako przyzwoitką. Ale jak się nie da to trudno, coś będziemy myśleć jak już tam będziemy. - zagaiła go wczoraj niebieskowłosa łotrzyca z chytrym uśmieszkiem jakby planowała jeden ze swoich niecnych numerów.

                                Dziś od rana czekał go jednak pracowity dzień w hospicjum. Co było do przewidzenia bo dzi już był zwyczajny dzień więc wróciła standardowa liczba pracowników. I zastali po wczorajszym niezły bajzel. Mistrz Otokar chodził zniesmaczony tymi zniszczeniami i relacjami Adrewa i wczorajszej obsługi co tu się działo. Zaś większość pracowników, łącznie z Otto musiała sprzątać ten bałagan. Poustawiać z powrotem te wszystkie przewrócone stoły i ławy, pozmywać krew, wymiociny i całą resztę tego rabanu. Nawet zagoniono do pracy tych mniej chorych czy uszkodzonych pacjentów.

                                - Co za barbarzyńcy! Prymitywy! Kto za to wszystko zapłaci? Czy oni myślą, że to wszystko spada nam z nieba? Przecież to wszystko teraz trzeba naprawiać albo skądeś kupić. - mruczał niezadowolony szef tego przybytku. W sporej mierze fundusze hospicjum czerpano z dobrowolnych składek i charytatywnych darów więc na pewno się tu nie przelewało od majątku. Stąd też co się dało mnisi i pracownicy starali się naprawić lub wytworzyć własnoręcznie aby jakoś załatać ten mocno dziurawy budżet. Więc taka nagła potrzeba kupna nowych stołów, ław czy krzeseł, wyłamanych drzwi i takich podobnych uszkodzeń jakie powstały podczas wczorajszej rozróby na pewno uderzy po kieszeni. Albo trzeba było zrobić jak zwykle czyli co się da wykonać samemu lub poszukać jakiegoś dobrotliwego sponsora co użyczy takich rzeczy albo funduszy by to jakoś wyjść na prostą.

                                - Otto o co wczoraj chodziło z tym Vigo? Gdzie i czemu go wywiozłeś? - Mistrz Otokar jak dojrzał jednookiego mnicha wezwał go do siebie aby się dowiedzieć jak to było wczoraj z tym wywiezieniem jednego z bardziej schorowanych pacjentów. Od razu było widać, że z powodu tej wczorajszej awantury i strat jakie wywołała nie jest w wesołym nastroju. Na razie chyba nie miał żadnych podejrzeń co do zamiarów młodego mnicha ot chciał wiedzieć co, jak, i dlaczego zrobił wczoraj z Vigo.

                                Co do reszty pacjentów to było różnie. Thorn dalej był zamknięty w swojej celi. Dzisiaj wydawał się spokojny jak na niego. Z drugiej strony odkąd Otto zaczął tu pracować to zawsze były z nim jakieś kłopoty. Miał wybuchowy charakter i często wszczynał albo pakował się w jakieś awantury. Typ herszta bandy rozbójników. Więc dzisiaj wydawał się być spokojniejszy ale może dlatego, że zamknięty w pojedynczej celi niezbyt miał kogo zaczepiać czy wyładowywać swoją agresję.

                                Annika była cichsza i spokojniejsza. Głównie dlatego, że dziś głównie odsypiała wczorajsze pobicie i awanturę. Nos miała rozbity to jej mocno spuchł, wargi tak samo, napuchłe siniaki zniekształcały jej całkiem niebrzydką twarz. Ogólnie wydawała się czerpieć na osłabienie i wczorajszą szarpaniną oraz skutkami pobicia. Więc dziś głównie spała to przynajmniej nie sprawiała nikomu kłopotu.

                                Greg snuł się jak lunatyk. Był osłabiony jeszcze po bójce w zeszłym tygodniu. Dzisiaj więc było z nim tak średnio. Nie było z nim trudności ot jak sie go posadziło to siedział, podało jedzenie to jadł, zaprowadziło do celi to szedł i tak dalej. Jak go parę razy dziś widział Otto tu czy tam to jakoś nie wygłaszał płomiennych mów tak jak wczoraj gdy stał na stole i krzyczał póki nie oberwał w plecy stołkiem.

                                Najmniej poszkodowana z wczorajszej awantury wyszła Marisa. Jeśli gdzieś oberwała to niezbyt mocno. Więc dzisiaj mnisi zagnali ją do roboty. Do tego za swoje karygodne i lubieżne zachowanie z wczorajszego dnia musiała chodzić nie tyle w zwykłej koszuli czy habicie ale włośnicy. Co było bardzo nieprzyjemne i uciążliwe zwłaszcza jak się chodziło w niej cały dzień. Dzisiejsza Marisa wcale nie przypominała tej wczorajszej. Pokornie wykonywała wszystkie polecenia czyli głównie szorowała podłogi i schody będąc na kolanach, czworkach albo kuckach i szorując szczotką ten cały bałagan. Gdyby tą skromną, cichą, dziewczynę w włośnicy dzisiaj ktoś ujrzał zapewne trudno by mu było uwierzyć, że to ta sama lubieżnica co wczoraj zdarła z siebie ubranie i biegała nago krzycząc o pajęczej królowej. Chociaż jak w pewnym momencie ich oczy spotkały się to delikatnie się do niego uśmiechnęła.

                                Więc dzisiaj to się sporo napracował w hospicjum. I jak wracał przez miasto wciąż pogrążone w żałobie to czuł to w nogach i ramionach. Wczoraj bowiem Łasica poradziła mu aby po robocie przyszedł pod zrujnowaną wieżę. Merga powinna być. A Starszy no to się zobaczy. Jak tam dotarł, zszedł do dawnej piwnicy, odwalił ukrywą klape, zszedł po schodach do niewielkiego ciemnego przedsionka to tam przeszedł przez dwie zasłony jakie miały odcinać resztki światła z wnętrza przed kimś kto by tu wchodził. I po załomie korytarza znalazł się w dość zatęchłej i wilgotnej piwnicy. W tej największej przestrzeni kryjówki gdzie zwykle odbywały się zbory i inne spotkanie takie jak dziś. Tam zastał Myszkę która jak zwykle krzątała się przy piecu i kuchni. I Lilly co jej pomagała.

                                - Jesteś głodny Otto? Zaraz coś podam. Właśnie mieliśmy wołać na obiad. - mutantka póki była w ubraniu wyglądała jak każda inna młoda kobieta. Lilly zaś poszła zawiadomić resztę o jego przybyciu. Wkrótce wróciła z Łasicą, Mergą i Starszym.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Online
                                  SantorineS Online
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #57

                                  Oryginalny autor: Lord Melkor

                                  Festsag; Piwnica Pirory - przed przybyciem Otta

                                  - W sumie nie próbowałem jeszcze takich rzeczy - Joachim wydawał się nieco zagubiony. Tego typu rozrywki były dla niego czymś nowym ale otoczenie tylu całkiem atrakcyjnych i niezbyt ubranych kobiet jednak na niego oddziaływało - czyli mogę się tym zabawić? - wziął do ręki szpicrutę i spojrzał na zniewoloną Bretonkę, powtarzając sobie w myślach że robi to w celach naukowych.

                                  - Ależ naturalnie. Fabi na pewno będzie zachwycona jak się z nią pobawisz tą zabaweczką. - Łasica rozpromieniła sie i mówiła jak nauczycielka czy matka jaka oddaje swoją podopieczną komuś pod opiekę. Zresztą będąca u jej stóp pani von Mannlieb zadzierała do góry swoją bladą, okoloną czarnymi lokami twarz aby na nich spojrzeć i uśmiechała się zachęcająco. Z powodu knebla w ustach mówić raczej nie mogła jednak jakoś nie wydawała się nieszczęśliwa w swojej uległej i zniewolonej roli i pozie.

                                  Joachim przyjrzał się szpicrucie, a następnie wymierzył kilka lekkich ciosów w plecy Pani von Mannlieb, obserwując jej reakcję.

                                  Na bladych plecach pojawiły się nowe czerwone pręgi od szpicruty dołączając do tych jakie małżonka imperialnego kapitana marynarki już miała. A jej reakcja była całkiem przyjemna dla oka i ucha. Każde smagnięcie narzędziem chłosty wywoływało u niej dreszcz jaki przeszywał jej nagie ciało i stłumiony kneblem jęk. Uderzenia musiały powodować u niej ból ale ten musiał sprawiać jej przyjemność.

                                  Czarodziej obserwował Fabienne, sama przemoc chyba nie była dla niego podniecająca, ale jej reakcje i ruchy obnażonego i ładnego ciała już tak. Więc jak już zaczął, stwierdził że jeszcze może się nieco pobawić.
                                  -Jesteś dobrą niewolnicą, zasługujesz na nagrodę. - wyjął jej z ust knebel i pocałował. Robiło się naprawdę interesująco...


                                  Wellentag; karczma “Pod jabłonią”; Rozmowa z Tobiasem

                                  Tak byłem na mszy - mogłeś mnie widzieć w jednym ze środkowych rzędów, ty chyba byłeś gdzieś z tyłu. - czarodziej pozwolił sobie na subtelny przytyk pod adresem przemądrzałego guwernera.

                                  - Całkiem sporo przybyszów, zauważyłem też że nasze slaaneshytki mają coraz więcej znajomych w wyższych kręgach miasta, co jest chyba dobrą wieścią, chociaż my którym patronuje Pan Przemian też powinniśmy wykazać się jakimś sukcesem. Choć przyznam, że mi jakoś najłatwiej współpracować jak nie z wyznawcami naszego Patrona, to właśnie z nimi. Niskie potrzeby estetyczne i cielesne to jednak coś co pozwala manipulować ludźmi. Niestety niewielu ceni sobie wiedzę tak jak ty i ja. Natomiast wyznawców Nurgla nie za bardzo rozumiem, a do Pana Czaszek jest mi daleko.

                                  - Nie da się nie zauważyć przyjacielu, że towarzystwo naszych ślicznotek jest ci bardzo miłe. I cieszy mnie, że mimo to najłatwiej ci współpracować z wyznawcami naszego patrona. - Tobias odgryzł się nieco cierpko, nieco ironicznie a nieco kwaśnym tonem. W końcu w z zborze co do zwolenników poszczególnych patronów mniej więcej panowała liczebna równowaga. O ile nie liczyć właśnie dziewcząt oddanych Księciu Deprawacji i Przyjemności. O ile jeszcze zimą wszystkich było mniej więcej po równo to przez ostatnie pół roku właśnie głównie dzięki działaniom Versany, Pirory i Łasicy ich kręgi powiększyły się o nowe koleżanki i teraz stanowiły największą liczebnie grupkę. Do tego ze względu na zimowe zasługi ich liderka, Łasica, znacznie zyskała w oczach i autorytecie Starszego i Mergi do pewnego stopnia zastępując Karlika który jakoś nie zdradzał swoich preferencji co do patrona albo ich nie miał więc wydawał się dość neutralny pod tym względem. W przeciwieństwie do niebieskowłosej łotrzycy jaka od początku otwarcie głosiła służbę jednej z czterech Mrocznych Potęg. Więc jej wywyższenie po zimie niejako przełożyło się w naturalny sposób na wzmocnienie stronnictwa jakie reprezentowała. Zaś co do Pana Przemian to właściwie byli we dwóch. Tobias i Joachim. Niby Aaron jeszcze też ale on często bywał w stanie wskazującym więc raczej rzadko powierzano mu odpowiedzialne zadania. Była też Merga która cieszyła się szacunkiem w całej grupie i dorównywała autorytetem Starszemu od zimy niejako współdzieląc z nim władzę na partnerskich zasadach. Ale siłą rzeczy niejako była u szczytu władzy więc była wyłączona z tego dzielenia tortu pomiędzy zwykłych członków zboru no i sama niezbyt obnosiła się ze swoją wiarą starając się zachować neutralność. A niedługo w ogóle miała ich opuścić aby wrócić do swojej górskiej ojczyzny na północy i spróbować pozyskać sojuszników. Całkiem możliwe, że już w tym tygodniu. Więc pośród członków zboru do patronatu Tzeentcha mogli się zaliczyć we dwóch.

                                  - I właśnie dlatego my należymy do ludzi wyrafinowanych i na poziomie. To niestety jest dość rzadkie więc nie tak łatwo o nowych członków. Bo powiedzmy sobie prawdę. Jakieś wyperfumowane ślicznotki co chętnie wpuszczają gości pod swoją spódnicę zawsze będą modne i znajdą chętnych na swoje wdzięki. Krwawy Ogar? To samo. Zawsze znajdą się jakieś prymitywy rozkoszujące się siłą, przemocą i krwawą dominacją nad innymi. Albo po prostu lubiących zwykłe mordobicie. Władca Much? No tutaj może nie takie częste ale jak tylko ulice i domy napełniają się kaszlącymi i owrzodzonymi to Sigismudnusowi i Strupasowi, chociaż są odrażający i godni pogardy, na pewno będzie łatwo znaleźć desperatów jacy złapią się każdej okazji aby ocalić swoje nędzne zdrowie i życie. Więc tylko my możemy potrzebować ludzi na poziomie. I tak, przydałby się jakiś sukces. Bo nie chcę ci wypominać ale ty pomogłeś tym ladacznicom najpierw sprowadzić Sorię a chociaż wydaje się bardzo nietuzinkową istotą to jednak nie jest od naszego patrona i jeszcze bardziej wzmacnia resztę tej ich dekadenckiej bandy. To jeszcze pomogłeś przywlec tu ten ich ordynarny artefakt. Otto zaś pomógł brudasom w sprowadzeniu ich artefaktu. No jeszcze chłopcy Silnego zostali z pustymi rękami. No i my. A przyznasz, że chyba stać nas na nieco więcej niż tych tępych osiłków? - Tobias widocznie chciał się wygadać i chociaż nie tracił swojego dobrze wychowanego tonu i języka to skoro rozmawiali bez reszty zboru to mógł dać upust swojej irytacji na wzmocnienie pozostałych frakcji w ich zborze ich ostatnimi sukcesami. A nawet go to nieco niepokoiło. Zwłaszcza jak chyba uważał, że ich patron w przeciwieństwie do trzech pozostałych sprzyja ludziom wyrafinowanym i na odpowiednim poziomie co jednak nie sprzyjało masowości i nie było łatwo o nowych członków.

                                  - Pomagaj tym ladacznicom tak dalej a niedługo zaczną nam wydawać polecenia. Joachimie idź tam, Tobiasie przynieść to. Mam nadzieję, że Starszy zachowa głowę na karku i nie da im się omotać. Chociaż teraz jak Soria jest z nimi to nie wiem. Dobra, mniejsza z tym. Po prostu musimy wreszcie też uzyskać jakiś wymierny sukces aby nie zostać z tyłu. - westchnął po raz ostatni i chyba właśnie frakcję oddaną Wężowi uważał za największe zagrożenie dla ich wpływów.

                                  Joachim starał się nie okazywać nadmierniej irytacji słowami Tobiasa, który jego zdaniem deprecjonował jego sukcesy. Odchrząknął.

                                  - Rozumiem twoją frustrację, że wyznawcom Węża wiedzie się tak dobrze, ale chciałbym zwrócić uwagę, że oni nie są naszymi wrogami. Naszym wrogiem jest Imperium, jego pogrążone w hipokryzji elity i inkwizytorzy którzy na nas polują. Powinniśmy w mojej opinii na to patrzeć również w kategoriach wzmocnienia Zboru, a nie tylko rywalizacji pomiędzy wyznawcami poszczególnych Potęg.
                                  - Dołączyłem do Zboru przed tobą i ja również pomogłem w uwolnieniu Mergi. I to ja zacząłem badać sprawę syreny zanim się okazało że to istota od Węży. Uważam że duża cześć chwały ze sprowadzenia Sorii i odnalezienia ołtarza spada jednak na mnie, myślę że zarówno Starszy jak i pozostali członkowie Zboru powinni zdawać sobie z tego sprawę. Więc nie jest tak że nie mamy do tej pory żadnych sukcesów…. - przewiercił rozmówcę spojrzeniem. Jeśli Mergi miało tu jakiś czas nie być, to chyba oczywiste że to on jest najznacznieszym spośród wyznawców Pana Przemian, a nie jakiś nauczyciel ani pijak Aaron. To on był w końcu tym, który władał esencją Magii i pierwotnych mocy, prawda?

                                  - Tak? To jak twoje zasługi kolega są takie wielkie to czemu ta zwykła dziewka z ulicy została prawą ręką Starszego? A im ich jest więcej tym silniejsze mają wpływy i pozycję. I oczywiście, że nie są dla nas wrogami, na pewno nie takimi jak straż miejska czy łowcy czarownic, to naturalne. Jesteśmy swoimi sojusznikami i zmierzamy do wspólnego celu. Jednak i wśród sojuszników są równi i równiejsi. Mnie by interesowało abyśmy to my byli na szczycie. A na razie trudno o takie wrażenie. - guwernant wydawał się być sceptycznie nastawiony co do uwag kolegi oraz roli ich mniejszości w zborze. Zdawał sobie sprawę, że Łasica z koleżankami nie są dla nich zagrożeniem ale też odczytywał ich sukcesy jako zachwianie względnej równowagi jaka miała miejsce na początku roku.

                                  - Łasica jest w zborze dużo dłużej niż ja i ty…. nasz Patron sprzyja cierpliwym i patrzącym naprzód w przyszłość, działajmy a nasza pozycja się poprawi. - Czarodziej w sumie chciałby tego samego co Tobias, ale wiedział że to tak szybko nie przyjdzie.

                                  - Poza tym, jeśli slaneshyci będą przyciągać najwięcej uwagi, to w przypadku problemów oni też poniosą największe porażki. A jeśli dopuszczają mnie do części swoich planów, to może będziemy mogli też to wykorzystać, prawda? - Uśmiechnął się lekko. Tak naprawdę to wcale nie lubił póki co Tobiasa bardziej niż Burgund czy Pirory, ale bardziej przyda mu się jako sojusznik czy wróg.

                                  - Otóż to mój drogi. Ale samo się nie zrobi. Musimy zacząć odnosić jakieś realne sukcesy. I rozejrzeć się za potencjalnymi sojusznikami. Najlepiej oczywiście jakby to był ktoś kogo jawnie możemy zwerbować do naszego zboru i sprawy. Ale niekoniecznie. Przecież równie dobrze może oddać nam usługi ktoś z zewnątrz. Rozejrzyj się w swoim otoczeniu, może nawet za pomocą swoich gwiezdnych talentów czy nie byłoby kogoś wartościowego. - Tobias wydawał się być zainteresowany wzrostem znaczenia potęgi ich komórki Pana Przemian zarówno pod względem osiągniętych sukcesów jak i liczby członków. Liczebnie bowiem pozostali na pierwotnym poziomie.

                                  - Miejmy więc oczy otwarte - kto wie, może ktoś związany z Akademią się nada… zamyślił się Joachim i zajął się skończeniem reszty jedzenia.

                                  - Zaś co do naszej sprawy… - ja już zwiedzałem główny budynek w zeszłym tygodniu, jak chyba wspominałem nie znalazłem tam mistycznej aury którą mógłbym powiązać z potężnym artefaktem naszego Pana. Dziwne też byłoby, żeby trzymali takie coś w stajni - zastanawiał się, obracając w dłoni łyżkę z gulaszem.

                                  - Więc najbardziej logicznym celem byłby ten magazyn pod budynkiem, chyba że ktoś próbuje jakoś bardzo sprytnie ukryć artefakt. Rozmawiałem wstępnie z Łasicą i Burgund, że pomogłyby nam w ewentualnym włamaniu, ale wolałyby wcześniej mieć bardziej precyzyjnie dobrany cel - przedstawił opcję pomocy złodziejek.

                                  - Jutro mam spotkanie z moim znajomym, pracownikiem Akademii Philippem, tylko myślę jak coś wydobyć od niego albo uzyskać dostęp do magazynu bez większych podejrzeń. W sumie jako członek Kolegium mogę powiedzieć, że mam informację o śladach magii które chce zbadać dla bezpieczeństwa Akademii i jej członków, szczególnie że w mieście działają kultyści. Choć wtedy jak coś zginie, to mogę być podejrzany.

                                  - No tak… W końcu oficjalnie jesteś magistrem i astrologiem… - Thobias zmrużył oczy, zaczął skubać swoją wargę i zamyślił się nad tym co proponował kolega.

                                  - Właściwie to masz rację… Możesz spróbować coś mówić o jakiejś wróżbie co wywróżyłeś z gwiazd… Może cię wpuszczą. Szkoda, że właściwie nie wiemy czego szukamy. Jednak jeśli to artefakt od naszego patrona no to może twoje umiejętności jakoś to rozpoznają jak będziesz odpowiednio blisko… - zadumał się nad ta propozycja i uznał, że chyba warto spróbować.

                                  - Ten Phillip to płotka. Co on może? Posegregwoać papiery w tej czy innej szufladzie? Ale możesz od niego zacząć. Pewnie i tak będzie musiał komuś o tym powiedzieć albo ciebie do tego kogoś zaprowadzić. Jakby się udało to by ci pozwolili ci się tam rozejrzeć. Zapewne pod strażą i nie samemu no ale chodzi właśnie aby sprawdzić co tam jest i czy jest to czego szukamy. Nawet jakby było to już to nam wystarczy na początek. Pomyślimy co z tym zrobić. A jak nie to też, będziemy wiedzieć, że trzeba szukać gdzie indziej. - Thobias widocznie uważał, że najważniejsze to rozpoznać ów magazyn. A resztą się zajmą później.

                                  - Masz rację, mogę się powołać na wróżby i że wykryłem jakieś zagrożenie dla zasobów Akademii. Naprawdę zrobiłem wróżbę, ale jest ona niejasna i wskazuje na działanie zwodniczych sił. Choć tak jak wspomniałem jest to ryzykowne, bo to ja jestem tym zagrożeniem… - zrobił pauzę, podkreślając że to on tutaj bierze na siebie największe ryzyko póki co.

                                  - Działanie zwodniczych sił? No to chyba by pasowało do naszego patrona. - wykształcony guwernant zastanawiał się chwilę nad słowami kolegi. - No ale zdaję się tutaj na ciebie, ty masz w tej materii większe doświadczenie. - uśmiechnął się lekko do siedzącego naprzeciwko kolegi i pozdrowił go ruchem swojego kielicha. Upił łyk i odstawił go na stół.

                                  - I mój drogi Joachimie nie obawiaj się. Co ci mogą zrobić? Jak przyjdziesz jako szanowany astrolog bywający w towarzystwie i powiesz, że masz jakieś nadnaturalne ostrzeżenie z gwiazd? Jak to zignorują a coś się stanie to masz podkładkę a nawet możesz ich o coś oskarżyć. A jak nie zignorują to cię powinni wziąć abyś to sprawdził. I póki nic stamtąd nie zgonie a nie posądzam cię o jakieś kleptomańskie zapędy jak te dwie nasze największe ladacznice no to pójdziesz, obejrzysz i wrócisz. Co w tym strasznego? Dopiero jakby coś zginęło no to będą szukać sprawców. I nasza w tym głowa abyśmy mieli na ten moment alibi i na przykład byli całkiem gdzie indziej, w publicznym miejscu dajmy na to. A jak te dwie ladacznice są gotowe pomóc to niech pomagają. Przysłużą się wreszcie zaszczytnej sprawie. Czyli nam. Na tym to polega Joachimie. Trzeba zachować chłodny umysł, nie ulegać emocjom i korzystać z okazji jakie się nadażają. To oczywiście na razie tylko luźne rozważania. Coś więcej można będzie pomyśleć jak już się czegoś dowiemy. Niemniej nie martwiłbym się na zapas. I niestety obawiam się, że zbyt dużego wyboru nie mamy. Albo ty albo Aaron. A tego pijaka obawiałbym się posłać na targ po ryby nie mówiąc już o takim odpowiedzialnym zadaniu. I tylko wspomnę, że im większa odpowiedzialność i większy nasz udział tym większy splendor na nas spadnie jak nam się uda. - zadbany i elegancki nauczyciel złotej młodzieży wydawał się widzieć w tym rozpoznaniu lochów pod Akademią same zalety a ryzyko jego zdaniem było dość minimalne. Zwłaszcza jakby się udało Joachimowi załatwić całkiem legalny powód odwiedzin w tamtym miejscu. Zaś pomoc obu łotrzyc mógł przyjąć ale traktował ja dość narzędziowo. Zaś całą akcję traktował jako okazję do zdobycia punktów w oczach Starszego i reszty zboru.

                                  Czarodziej zamyślił się, ale nie widział oczywistych luk w słowach Tobiasa, który w sumie rozwinął jego własny pomysł.

                                  - Zgadzam się, no to chyba mamy plan działania. A przy okazji, chętnie bym cię lepiej poznał. Jesteś z tych okolic czy przybyłeś tutaj by dołączyć do Zboru?

                                  - Oh nie, nie jestem stąd. Pochodzę z Saltburga i tam odebrałem gruntowne wykształcenie i maniery. Tutaj zwabiła mnie obietnica ciepłej i bezpiecznej osady. Wcale nie ma tu zbyt wiele osób jakie mogą dać młodzieży odpowiedni poziom wykształcenia przygotowujący ich na studia w Akademii, służby morskiej, dworskiej czy politycznej. I muszę przyznać, że sprawdziło mi się to bo mam więcej chętnych z zacnych domów niż możliwości aby się nimi zajmować. - przyznał nie wstydząc się swoich osiągnięć i brzmiało jakby co najmniej miał podobny krąg dobrze urodzonych znajomych jak Pirora. Chociaż z braku szlachectwa oczywiście sprawiał, że ci możni nie traktowali go jak równego sobie jak to było w przypadku młodziutkiej szlachcianki z Averlandu.

                                  - Zawsze jednak pasjonowały mnie zamknięte drzwi. Co jest za nimi. Zwłaszcza jeśli chodziło i wiedzę i tajemnice. A niestety mimo moich umiejętności, talentów i znajomości wielokrotnie natykałem się na zamknięte drzwi z napisem “to nie dla ciebie” czy “to nie twoja sprawa” i tak dalej. Bo spaczenie, bo tajemnica, bo czystość duszy i tak dalej. W końcu więc postanowiłem coś z tym zrobić i w końcu trafiłem pod ten sam adres co ty i reszta. - wyjaśnił z lekkim uśmiechem. W końcu odkąd parę miesięcy temu przystąpił do zboru zawsze wydawał się być wykształconym i oczytanym człowiekiem posiadającym nietuzinkową wiedzę w tej materii. Chociaż jego nieco przemądrzały tryb życia sprawiał, że zdawał się nie być najpopularniejszą osobą w zborze. Z drugiej strony z nikim nie miał takiej zwady jak choćby Łasica z Silnym czy też nie był tak ciężkostrawny jak nurglici.

                                  - Rozumiem, podążyłeś słuszną drogą, w poszukiwaniu prawdy - uśmiechnął się Joachim.
                                  - Imperium rządzone jest przez hipokrytów którzy boją się prawdy. Nawet magowie tacy jak ja, którzy poznali sekrety pierwotnych energii tworzących nasz świat, zwanych też wiatrami magii, są otoczeni niechęcią i brakiem zaufania. A przecież w czym jesteśmy gorsi od tej całej szlachty, prawda? - dodał z błyskiem w oku, dzieląc się swoimi prawdziwymi przemyśleniami.

                                  - Tym, że nie mamy rodowodów sięgających wstecz samego Sigmara czy któregoś z Trzech Imperatorów. Nie wiem co zasługi przodków wpływają na umiejętności czy wartość ich odległych potomków. Co nie przeszkadza im się puszyć tymi rodowodami. A w tym mieście to po prostu jakaś parodia. 80 lat temu tu była tylko jakaś zapyziała wioska rybacka gdy postanowiono zbudować tu port. Więc i wszelkie rody to tu nie mają dłuższej historii niż to miasto. Naturalnie mogą mieć całe setki lat rodowodu z Nordlandu czy nawet dalszych stron no ale nie z tego miasta. - Tobias prychnął wytykając szlachetnie urodzonym ich postępowanie. Nawet jeśli na co dzień z nimi i dla nich pracował to widocznie niezbyt zgadzał się z ich filozofią patrzenia na świat. Nawet jeśli oficjalnie nie było zbyt mądrze o tym mówić głośno.

                                  - Potrzebne są zmiany. I rewolucja co obali ten skostniały, zdegenrowany system. I wyniesie nowe władze i możnych. Dlatego popieram Starszego. I Mergę. Zaimponowało mi jak się dowiedziałem, że to oni stoją za tym numerem z kazamatami w zimie. Tak, takie śmiałe działania mogą przynieść jakieś zmiany. Od samego gadania na kanapie rewolucji nie będzie. Dlatego też popieram wyjazd Mergi do swoich stron po wsparcie i posiłki. Bo nas w stosunku do całego miasta to jednak jest dość mało. Za mało aby stanąć do otwartej rewolucji. Chociaż zamieszania już narobić możemy aby podpuścić tłum przeciwko naszym wrogom. Każde takie zamieszki osłabiają ich a nie nas. Myślałem też o tych kopytnych. Chociaż oni w mieście nie są zbyt użyteczni. Ale jednak można się z nimi sprzymierzyć. Zwłaszcza jakby byli tam jacyś zwolennicy naszego patrona. A nie tylko ci co chcą się chędożyć z tymi ladacznicami. Chociaż z drugiej strony czego się spodziewać po takich prymitywach i barbarzyńcach? Ale też może właśnie dlatego potrzeba im kogoś kto im wskaże cel. Jeszcze tylko kwestia komunikacji. Bo niestety u nas chyba tylko Lilly umie ich język. A ona niestety jest zwolenniczką tych ladacznic. - nauczyciel rozwinął swoje wizje, plany, przemyślenia i zapatrywania. I widocznie nie ograniczały się tylko do tego co tu i teraz. Chociaż po raz kolejny wyszła na jaw szczupłość ich sił i środków, tak jako całego zboru w szerszych zakresie jak i ugrupowania zwolenników Pana Przemian.

                                  - Zwierzoludzie są zróżnicowaną grupą, dzielą się na wiele plemion. Mam zamiar dalej ich badać, myślę że znajdziemy tam więcej sojuszników, w tym plemieniu z którego pochodzi Lily nie wszyscy służą Wężowi - skomentował Joachim, który wcześniej kiwał głową na przemowę Tobiasa, z którą się zasadniczo zgadzał.

                                  - No cóż więc wygląda na to, że wszystkie drogi prowadzące do porozumienia z kopytnymi prowadzą przez pannę o liliowych włosach. Dobrze by było porozmawiać z nią o tym zanim całkiem da się pochłonąć swojej chuci. Jak już chcą się pokładać z tymi prymitywami no to niech się pokładają ale dobrze aby przekuło się to na jakieś korzyści dla nas. - Tobias wyraźnie nie miał o koleżankach od wężowego patrona zbyt dobrego mniemania. I patrzył na nie z góry przez pryzmat swojego wykształcenia i dobrego wychowania w jakim raczej nie mogły mu dorównać. Dało się wyczuć, że nie przepada za ich orgiami chociaż doceniał w tym możliwość zbliżenia z innymi grupami, choćby ze zwierzoludźmi.

                                  -Dokładnie, dlatego właśnie planuje wybrać się z dziewczynami na kolejną wyprawę. Niech on zaspokajął swoje chucie, a ja będę zbierał informację - podsumował Joachim, zastanawiając się czy Tobias będzie chciał dołączyć.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Online
                                    SantorineS Online
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #58

                                    Oryginalny autor: Seachmall

                                    Festag; Apteka Sigismundusa

                                    Otto pomagał wciągnąć nowego pacjenta do przybytku Sigismundusa. Po drodze skinął głową Loszce i tylko pobieżnie zwrócił uwagę na nowy nabytek Nurglitów.

                                    - To Vigo, jeden z moich pacjentów w hospicjum. Jak widzisz, jego stan jest nieciekawy i chciałbym, abyś utrzymał go przy życiu jak najdłużej. Jego wygoda to rzecz drugorzędna. Zanim wyruszyliśmy w poszukiwaniu ołtarza Oster, nabazgrał gównem prosty rysunek strażnika. Dziś majaczył o darze Oster, który zabraliśmy ze sobą. On i kilku innych pacjentów reaguje na nasze postępy… a to niedobrze, jak mamy inkwizycję w mieście. Sądziłem, że jeżeli go nie uratujesz, to zdołasz wyciągnąć z jego wizji co się, może zareaguje na Loszkę w pozytywny sposób. Tak jak strażnik.

                                    - Ooo… Mówił coś o Oster? A to ciekawe… - grubas uniósł brwi dając znać, że teraz rozumie i docenia czemu kolega przywiózł tutaj tego ledwo dychającego zdechlaka. I spojrzał w głąb celi z nowym zainteresowaniem. A nawet wrócił do niej aby z bliska obejrzeć jeszcze raz, tym razem dokładniej, stan nowego pacjenta. Ten jednak nadal wyglądał na kiepski. Spocone czoło, mokre zlepione włosy opadające na to czoło, pierś unosząca się powoli i szybko wydychająca chrapliwym oddechem niemrawy charkot. Właściwie to trochę to wyglądało jakby każdy kolejny oddech Vigo mógł być jego ostatnim. Apterkarz jednak mimo to obserwował go dłuższą chwilę coś obracając w myślach.

                                    - A właściwie co mówił? Dało się coś zrozumieć? Strupas! Dawaj tu Loszkę. Zobaczyczymy czy coś się stanie. - zapytał Jednookiego ale też krzyknął do garbatego pomocnika aby sprawdzić teorię kolegi w praktyce. Słychać było jak śmierdziel nakłania oszalałą kobietę aby przyszła do tej celi z nowym pacjentem.

                                    - Robaki wyjdą z zarobaczonego łona, ladacznice oddadzą się w słusznej sprawie, a potem muchy spadną na miasto. Brzmi jak to co widzieliśmy na zwojach. - Otto oparł się o ścianę - Będę musiał pomówić z Mergą i Starszym. Piątka pacjentów jest ewidentnie pod wpływem sił naszych patronów.

                                    - Ooo! Robaki? Wyjdą z zarobaczonego łona? I ladacznice co się oddadzą słusznej sprawie? I jeszcze muchy! Ooo! Muchy! Co spadną na miasto! O tak! Tak, tak, tak! Oh, ty mój złoty chłopcze! Mój wspaniały, złoty chłopcze! - aptekarz aż się zachłysnął z radości i wzruszenia jak usłyszał relację kolegi. Nagle spojrzał na umierającego mężczyznę jak ojciec co odkrywa swojego od dawna nie widzianego syna marnotrawnego co na koniec powrócił na ojcowiznę. Pogłaskał go czule po chropawym policzku z prawdziwie, ojcowską czułością. W międzyczasie przyszli garbus z bezrozumną kobietą i oboje patrzyli z zaciekawieniem na to wszystko.

                                    - Tak, to musi być ten dar od Oster. Widzieliście obrazki jak wam pokazywałem? Tam też były muchy i czerwie i kobiece łona. To musi być to. Oh Merga! Czemu mnie tak dręczysz czekaniem! Znaczy… No rozumiem, to zajmuje czas… No i lepiej aby to przetłumaczyła jak należy bo to jak z receptą, jak coś niedokładnie zważyszy czy wymieszasz… I wychodzi całkiem co innego… Ale jakże już chciałbym to mieć i wiedzieć! - aptekarz na przemian popadał w wyżyny egzaltacji i zachwytu to popadał w odmęty niecierpliwości i cierpienia z nim związanego. Niecierpliwość go zżerała od środka jak robak gdy czekał i czekał kiedy rogata wiedźma przetłumaczy te bezcenne zwoje jakie przywieźli jej z jaskini jednej z Sióstr.

                                    - Strupas przynieść wody… Albo nie. Przynieś wina, zobaczymy, może coś powie. Mów, mój złoty chłopcze, mów… Tatuś czuwa i słucha tylko zdradź mi swoje tajemnice, podziel się wiedzą… - usiadł na brzegu pryczy i znów troskliwym ruchem otarł włosy spadające na rozpaloną i spoconą twarz Vigo.

                                    - Próbowałeś z nim gadać? Od tamtej pory coś gadał? - zapytał Otto gdy garbus pobiegł przynieść owo wino.

                                    - Mamrotał bez sił, a tak to musiałem uspokoić dziewkę słyszącą Soren i rozszalałego sługę Norry… jeżeli dobrze zgaduję co się tam dzieje. - Otto westchnął - Nie jest jeszcze pora, na takie napady oddania u niezrzeszonych.

                                    - No nie wiem… Znaczy rozumiem, tak masz rację, to ściąga niepotrzebną uwagę. Więc dobrze, że go tu przyprowadziłeś. Jak już ma coś gadać to do swoich. Ale Starszy i właściwie Merga też, ostrzegali o tym, że śmiertelnicy mogą słyszeć zew Sióstr w swoich snach. I aby zwracać uwagę na sny i jak inni o nich mówią. Bo może właśnie przez sny ktoś słyszy zew którejś z Sióstr. - aptekarz pokiwał swoją byczą głową ale przypomniał co mistrz oraz wyrocznia co jakiś czas wspominali na zborach o wartościowej roli snów. I te miały nawiedzać całą okolicę ale trudno było złapać skalę jak i rozpoznać kto może mieć takie sny. W międzyczasie wrócił garbus z butelką i kubkiem wina. Podał je gospodarzowi a ten nalał do kubka. Po czym troskliwie uniósł głowę chorego i deklatnie zaczął go poić winem. Vigo zachłysnął się ale coś zaczął w końcu przełykać.

                                    - To zagadaj do niego tak jak wtedy gdy coś mówił. - rzucił cicho gospodarz do Jednookiego mnicha chcąc chyba zobaczyć czy jakoś uda się skłonić chorego do mówienia. Bo wydawał się być świadomy chociaż na tyle aby przełknąć podany mu napój.

                                    - Sęk w tym, że nie gadałem do niego. Sam zaczął to z siebie wyrzucać gdy… - Otto spojrzał na chorego podopiecznego aptekarza - Vigo, opowiedz mi więcej o robakach? Pamiętasz je? Pamiętasz piękne łono i jak pięknie było zarobaczone?

                                    W małej celi zrobiło się nieco tłoczno. Gospodarz siedział na brzegu rozłożonej pryczy troskliwie trzymając głowę dogorywającego pacjenta na swoich wielkich, pulchnych udach. Ten leżał na wznak na tej pryczy. Nad nim pochylał się Otto. A przy nogach na to wszystko z ciekawością obserwowali to wszystko Strupas i Loszka.

                                    Chory zaś przełknął kolejny łyk rozcieńczonego wina i zaczął kiwać głową. Chociaż nie otwierał oczu. Chrypiał ciężkim oddechem schorowanego człowieka co jest w ostatnim stadium przed udaniem się do bram Morra.

                                    - Robaki… Tak, tak… Robaki… Wyjdą z łona… Takie piękne, takie ponętne… A w środku robaki… I one wyjdą… A potem będą z tego muchy… Wielkie… Jak ptaki… I spadną na miasto… - Vigo wybełkotał ciężko chrypiąc w gorączce a wszyscy pozostali słuchali z przejęciem i ciszy.

                                    Otto pokiwał głową.

                                    - To samo mówił wtedy. - mnich spojrzał na aptekarza - Raczej oczywisty przekaz.

                                    - Wspaniale! Wspaniale! I ty mój złoty chłopcze, też jesteś wspaniały. Wy obaj. - aptekarz słuchał tego z wielkim zainteresowaniem a gdy świszczący i chrypiący przekaz się skończył nie omieszkał okazać swojej radości. Polecił Strupasowi aby przyniósł mokre ręczniki dla schłodzenia czoła schorowanego Vigo a rechoczący i mamrocząc coś pod nosem garbus wyszedł z celi więc zrobiło się nieco luźniej.

                                    - Jaka szkoda mój złoty chłopcze, że spotykamy się tak późno, u kresu twojej drogi. Ale obiecuję ci, że zrobię co w mojej mocy aby twoje odejście do naszego patrona było jak najmniej bolesne. - niczym ojciec pogłaskał czule mokre od potu, szczeciniaste policzki swojego nowego pacjenta i wydawał się być dla niego ucieleśnieniem dobroci i czułej opieki. Vigo przełknął ciężko ślinę i dalej głośno i ciężko chrypiał.

                                    - A więc to prawda. Dar od Oster pobłogosławi to miasto. I wreszcie będzie okazja pokazać potęgę naszego patrona. Zobaczysz mój chłopcze. Jak muchy opanują to miasto, czyraki, gorączka i wymioty będą szaleć po domach i ulicach to całe rzesze znajdą się do szukania błogosławieństwa naszego patrona. - grubas machinalnie głaskał czoło pacjenta ale już myślami widocznie był przy jakże pięknej i urzekającej wizji jaką ten przedstawił.

                                    - Tylko z tymi ladacznicami to trochę mało. Mamy tylko dwie. Loszkę no i tą za ścianą. Nie wiem czy to wystarczy. - zreflektował się gdy widocznie jego umysł trafił na ten szkopuł. Wskazał na stojącą obok bezrozumną dziewczynę jaka biernie uśmiechała się łagodnie zapewne niezbyt orientując się co się dookoła niej dzieje.

                                    Otto chwilę się zastanawił, tak żeby Strupas i Sigismundus chodzili i porywali ladacznice, to też szybko ludzie zauważą. Skupił się trochę na słowach Vigo, po czym trochę zachichotał.

                                    - Wybaczcie, ale perfidna myśl mi przyszła do głowy. Nie jestem ekspertem, przyznam muchy i inne pasożyty nie były nigdy priorytetem moich nauk, ale czy nie istnieje takie coś jak "pośredni nosiciel"? Osobnik, który dostarcza jaja, lub larwy do właściwego nosiciela, w którym mają dojrzeć? "Łona chętnie oddane"?

                                    - No właśnie! Widzę, że ty to jesteś inteligentny i rozumiesz o co tu chodzi! - uśmiechnął się grubas jakby to nagle Otto a nie Vigo stał się jego ulubionym synem. Aż go pogłaskał czule po ramieniu. I zaraz się skwasił.

                                    - Ale widziałeś co było ostatnio na spotkaniu? Ja czułem! Ja czułem, że to właśnie o to chodzi! Widziałeś te obrazki na zwojach? No przecież tam wszystko było widać! Ale nie! Słyszałeś jak ta wredota mi pyskowała? W ogóle nie chcą współpracować! A wreszcie mogłyby się do czegoś przydać! Ahhh! Poniosło mnie wtedy! Trzeba było łagodnie, poprosić, jak małe dzieci może by się zgodziły. Teraz to chyba za późno. Na pewno się nie zgodzą. Zwłaszcza Łasica, to wszystko przez nią. Ona tam wodzi mir u nich. - aptekarz znów miał ataki swoich bardzo odmiennych humorów. Jak dopiero co zachwycał się nad przenikliwością jednookiego mnicha tak, zaraz potem rozzłościł się na krótkowzroczność kultystek Węża oraz swoją własność gdy dał się ponieść emocjom i wdał się w ostrą kłótnię z Łasicą.

                                    - Łona naszych sióstr są oddane Slaanesh, Sigismundusie. O ile rozumiem i szanuje, twoje oddanie Ojczulkowi, nie sądzisz, abyśmy wymagali od ciebie, abyś się umył, pozbawił wszelkich pasożytów i wziął udział w masowej orgii, z równie czystymi i zdrowymi kobietami? - słowa Otta miały w sobie nutkę dezaprobaty - I nie to miałem na myśli. Jeżeli te dziewki ulicy mają oddać swoje łona chętnie, oznacza to po prostu transakcję. Czy byłoby możliwe uczynić jakiegoś mężczyznę takim pośrednim nosicielem? Wstrzyknąć mu może larwy tam gdzie trzeba i zafundować kilka dziewczyn?

                                    - Weź mi nic nie mów o myciu! Rano musiałem się umyć na tą cholerną mszę. Za duży tłum, za dużo świadków. Musiałem się poświęcić. - grubas prychnął z niezadowolenia na wspomnienie o prawie przymusowej kąpieli jaką musiał sobie zrobić dziś rano dla zachowania pozorów przed tak licznymi wiernymi w świątyni podczas mszy.

                                    - A one co z tego? Liczy się sztuka. Mogłyby się wreszcie na coś przydać. - aptekarz machnął obojętnie swoją pulchnął dłonią na znak, że koleżanki ze zboru traktuje dość podmiotowo gdy chodziło o realizację swoich planów i eksperymentów.

                                    - I dziewki z ulicy mówisz… - za to zamyślił się nad kolejną rzeczą o jaką zagaił go młodszy i szczuplejszy mężczyzna. - Tak. Myślałem o tym. Chociaż o jakichś pijanych albo takie co dadzą się upić. Znów pomoc tych naszych ladacznic mogłaby się przydać. Tylko nie wiem czy to by się dało utrzymać pod kontrolą i w sekrecie. No chyba, że jakąś mógłbym zamknąć tutaj w celi tak jak tą nową. Sam widzisz, jedną czy dwie w każdej celi można by tu trzymać. - grubas chyba rzeczywiście coś już rozmyślał na ten temat i sprawa wydawała mu się warta rozważenia. Cele w jakich byli nie były zbyt wielkie i jedna, może dwie osoby mogły tu przebywać jak było ich cztery to parę osób by tutaj mógł Sigismundus pomieścić.

                                    - A to z mężczyzną… No tak, tak… Ciekawe, ciekawe… No ciekawe… Chociaż nie wiem czy by to wyszło. Nie wiem co było napisane w tych zwojach a na ilustracjach to żadnego mężczyzny nie widziałem. Chyba, że coś przegapiłem. Dlatego tak czekam aż Merga skończy je tłumaczyć. - sam pomysł przedstawiony przez młodzieńca zaintrygował i zainteresował gospodarza. Jednak z braku wiedzy nie potrafił tego ocenić czy taki wariant byłby możliwy do zrealizowania. Przynajmniej póki wyrocznia nie przetłumaczyła tych materiałów zdobytych w jaskini Oster.

                                    - Luźna myśl i oczywiście, trzeba będzie skonsultować z Wyrocznią. Jednak Sigismundusie, domeną Ojczulka, Oster i twoją, jest eksperymentowanie. To, że Oster nie przewidziała takiej aplikacji swego daru, nie znaczy, że ty nie możesz jej zastosować. Udoskonalić, doskonałe dzieło. - Otto uśmiechnął się i poklepał Nurglitę po ramieniu.

                                    - Oczywiście, że tak! Nie ucz aptekarza jak mikstury sporządzać! - gospodarz udał oburzenie taką impertynencją ale raczej na pokaz i dla żartu. Wydawało się, że myśli już podążają mu torem nowych, ekscytujących eksperymentów.

                                    - No mężczyzna tak… Jakby tak się trafił… Zwłaszcza jakiś chutliwy jak te nasze ladanicze… To tak, mógłby sporo zasiać… Albo Lilly… Ona też tam na dole jest jak mężczyzna… Częściowo… Chociaż… Te jajeczka są dość duże… Jak groch albo fasola… To może być trochę trudne… Chyba, żeby jakoś ręką to umieszczał im tam w środku… Jak zgasić światło czy co… - aptekarz mamrotał sam do siebie skacząc na kolejne skojarzenia nad tym nowym torem zaproponowanym przez młodszego kolegę. W międzyczasie wrócił garbu z mokrymi ręcznikami i zaczął nimi okładać spocone i rozgrzane czoło Vigo aby mu ulżyć w cierpieniu na końcu ziemskiej drogi do jakiego się coraz widoczniej zbliżał.

                                    - Daj mi znać, kiedy Vigo odejdzie. Będę musiał przekazać to swemu przełożonemu. - Otto pogłaskał Vigo - Porozmawiaj też z Mergą, może przetłumaczyła resztę zwoju. - po tym Otto opuścił przybytek Sigismundus i ruszył do domu Pirory.

                                    Festag; Kamienica Pirory

                                    Mnich słuchał opowieści byłego strażnika świątynnego. Kojarzył podobnych w swoim starym klasztorze, ci jako pierwsi padli pod wpływ Slaanesh albo Khorna. Pozwalał mu jednak rozpamiętywać "dawne dobre czasy".

                                    Joachim, który otoczony przez tyle atrakcyjnych kobiet zdecydował się jednak dołączyć do zabawy i w większośc rozebrany stał nad Panną von Mannlieb ze szpicrutą w dłoni speszył się nieco widząc Otto. Zastanawiał się, czy tamten też dołączy do ich nieprzyzwoitych rozrywek, w sumie to niewiele o nim wiedział.*

                                    Obecność Łasicy wśród zgromadzonych w loszku Pirory było miłą niespodzianką. Skłonił się przed Sorią, jak przystało na okazanie szacunku władcy.

                                    - Wybacz wtargnięcie, chciałem porozmawiać z czcigodną Sorią i Łasicą skoro tu jest. - spojrzał na ladacznice i jej władczynie - Jednak nie będę im teraz przeszkadzał. - zerknął na Pirorę, kiedy ta zaproponowała mu wziąć udział w zabawie, po czym chwycił ją mocno za włosy, wymusił na niej głęboki pocałunek, zabierając jej szpicrutę, po czym szybko obrócił ją i wymierzył jej silne smagnięcie w pośladek - Prowadź zatem, pani.

                                    Młoda Averlandka uśmiechała się przyjaźnie do gościa i kiwała lekko głową na znak, że słucha go i się z nim zgadza. Ale gdy niespodziewanie ją tak zaatakował to to musiało ją zaskoczyć. Krzyknęła krótko z bólu i zaskoczenia gdy szpicruta sieknęła ją w pośladek zostawiając na niej czerwoną pręgę. A jej usta okazały się w pierwszym momencie przyjemnie miękkie ale też dość bierne w wyniku tego zaskoczenia. Gdy jednak Otto ją puścił odwróciła się do niego i posłała mu zalotny uśmiech.

                                    - Otto! Ty łobuzie! Nie znałam cię od tej strony! - roześmiała się wesoło coś chyba nie mając mu za złe tego ataku. - No może powinieneś odwiedzać nas częściej. Przydałaby nam się taka zdecydowana, męska ręka. Pomógłbyś mi zarządzać tymi ladacznicami. - powiedziała nadal wesoło wskazując brodą na koleżanki obok. A tam ten krótki pokaz też skutecznie przykuł uwagę i rudowłosej Burgund co pomachała do niego wesoło rączką i uwiązanej do sufitu Bretonki. Ta miała mniejszą swobodę ruchu to tylko chętnie pokiwała swoją czarnowłosą głową na znak zgody. Ale Pirora już zaprowadziła go nieco w głąb swojego loszku do władczyni tego zgromadzenia i jej głównej służki.

                                    - Serwus Otto! To umiesz bawić się szpicrutą? No to na pewno ci się przyda w życiu! Przynajmniej tutaj. - Łasica też chyba się nieco nie spodziewała, że kolega ze zboru zachowa się tak śmiało ale podobnie jak koleżanki raczej było to dla niej pozytywne zaskoczenie. Soria milczała bezczelnie siedząc na swoim tronie i obserwowała wszystko z dostojną ciekawością.

                                    - Otto chciał z wami pogadać. - Pirora zapowiedziała po co kolega ich odwiedził i Łasica jak i Soria popatrzyły na niego wyczekująco.

                                    Otto zrobił trochę smutną minę.

                                    - Myślałem, że będę miał jeszczę okazję z tego skorzystać. - pomachał szpicrutą - A ty od razu do interesów Piroro. - westchnął i spojrzał na Łasicę - Potrzebuję spotkać się z Mergą i Starszym. W jak najbliższym terminie, sytuacja w hospicjum wygląda niebezpiecznie ciekawie. - po tym ponownie skłonił się przed Sorią - Najcudowniejsza, jeżeli zezwolisz na impertynencję. Jedna z moich pacjentek reaguje na nasze poczynania i jej umysł słyszy… podejrzewam, że szepty Soren, jeżeli twa matka nosi tytuł Pajęczej Królowej. Obawiam się, że trzeba ją uciszyć, ale nie chcę jej robić krzywdy, chciałbym więc ci ją przedstawić. Być może twa obecność uspokoi jej huć i zamknie usta, aby nie sprowadzać na nas niepożądane spojrzenia.

                                    - O… Pajęcza Królowa? Tak powiedziała? - brwi Sorii powędrowały do góry i było widać, że ta wzmianka ją żywo zainteresowała. A także niebieskowłosa u jej stóp jak i blondynka stojąca obok też popatrzyły z zaciekawieniem.

                                    - Tak, to jedno z imion Soren. Chyba widzieliście ołtarz? To właśnie Soren jako Pajęcza Królowa, Władczyni i Matka Bestii. To jej jest poświęcony ołtarz. - Soria wyjaśniła swoim podopiecznym przypominając wygląd alabastrowego ołtarza jaki niedawno rzeczno - lądowa wyprawa przywiozła z jakiegoś starorzecza. I na jego szczycie rzeczywiście dominowała postać pięknej i władczej kobiety jaka od torsu przechodziła w pajęczy tułów czy coś podobnego. No i skotłowaną orgię stworzeń wszelakich jakie zajmowały się sobą na jej cześć.

                                    - Jeżeli wspomniała Pajęczą Królową to rzeczywiście może słyszeć zew Soren. Więc tak, chętnie się z nią spotkam. Możecie mi to zorganizować? - Soria skinęła swoją głową zwieńczoną granatowymi warkoczami jakie nawet w takiej formie nieco kojarzyły się z wężowymi splotami.

                                    Joachim starał się wyglądać na zajętego zabawą ze skrępowaną Bretonką, którą na przemian całował i smagał szpicrutą po różnych częściach ciała, ale był też ciekaw o czym rozmawia Otto z Sorią.

                                    - Raczej tak. Jestem teraz rozpoznawalna a ty jesteś moim honorowym gościem. Więc raczej wizyta dwóch szlachcianek w hospicjum będzie mile widziana. Jeszcze jak się wymyśli jakiś charytatywny powód czy coś takiego to już w ogóle. Tylko Otto musiałby nas jakoś poprowadzić do właściwej osoby bo tam chyba sporo tych pacjentów macie. - Pirora pokiwała głową na znak, że hospicjum to zwłaszcza dla bogatych darczyńców nie powinna być jakaś niedostępna twierdza.

                                    - A jakby takie dwie piękne i bogate szlachcianki potrzebowały jakiejś służki na taką wizytę to ja bardzo chętnie. - Łasica zamachała wesoło rączką zgłaszając się od razu na taką ciekawą wyprawę. - A spotkanie z Mergą to powinna być u siebie. Ale do Starszego to bym musiała uderzyć. Zobaczę wieczorem. Na dziś to chyba nie, zobaczę co powie, może na jutro się uda. Na jutro u Mergi możemy się umówić, Starszy będzie to będzie a nie to nie ale Merga to pewnie będzie. - wyjaśniła naga łotrzyca mówiąc lekko ale raczej pewna chyba było jak by to wyszło z tym spotkaniem. Nie przeszkadzało jej to jednak prowokująco poruszać kuperkiem w kierunku kolegi ze szpicrutą.

                                    Otto pokręcił tylko głową i w nagrodę smagnął łotrzycę po pośladku.

                                    - Zachowaj ten piękny kuperek na zwierzoludzi. - spojrzał na Pirorę i Sorię - Jak zjawicie się w hospicjum, wspomnijcie, że zauważyłyście mnie podczas procesji żałobnej. Jednooki mnich, pomagający innym chorym… brzmi jak osoba pełna współczucia i zrozumienia, która pokaże wam najbardziej potrzebujących. - uśmiechnął się i na znak swych słów ponownie smagnął Łasicę - Więc, rozumiem, że modły mają jeszcze chwilę potrwać, komu mogę pomóc odnaleźć religijność i duchowieństwo Księcia Rozkoszy?

                                    Otto odkrył, że Łasicę na pewno warto smagać po tym ślicznym i ślicznie wypiętym kuperku. Bo za każdym razem reagowała rozkosznie kuszącym jękiem. Aż się chciało z miejsca powtórzyć operację. Zwłaszcza jak się ją widziało z góry, całą nagą poza obrożą i smyczą i w tej pokornej pozie u stóp Sorii. Zresztą chyba i reszta kultystek chętnie by dostąpiła tak bolesnej przyjemności. Pirora patrzyła na to z zainteresowaniem i przygryzła wargę zaś Burgund i Fabienne także tylko kawałek dalej.

                                    - Znaczy… No tak, możemy się umówić. Kiedy tam by pasowało aby was odwiedzić? Jutro? Pojutrze? Jak przyjadą dwie, piękne i bogate szlachcianki to drzwi stanął przed nami otworem. I jakiś datek no tak, można powiedzieć, że przyszłyśmy dać jakiś datek no i może obejrzeć to hospicjum. A jak się ona nazywa? Ta co mówiła o Pajęczej Królowej? - Pirora chrząknęła aby się lepiej skoncentrować ale próbowała coś zorganizować póki jeszcze umysł nie utonął w morzu grzesznych przyjemności.

                                    - Ależ Piroro, moja droga gospodyni. - Soria zabrała głos z godnością prawdziwej władczyni od razu przykuwając uwagę blondynki. Zresztą niebieskowłosej u jej stóp też.

                                    - Otto ma ochotę się rozerwać i zabawić. Sama wiesz, że nie odwiedza nas tak często. Aż szkoda. A o interesach będzie można porozmawiać już na górze jak będziemy wszyscy w ubraniach i tak dalej. - herold Soren zwróciła uwagę swojej blondwłosej gospodyni a ta pacnęła się w czoło i szybko zaczęła kiwać głową na znak zgody i uniosła dłonie w pokojowym geście przeprosin.

                                    - Mój drogi Otto, jak widzisz dziewczęta są bardzo chętne i oddane sprawie. I jestem pewna, że każda z przyjemnością dostąpi zaszczytu obcowania z tobą. Więc jeśli masz jakieś życzenia dziewczęta na pewno dadzą z siebie wszystko aby je spełnić. - Soria niczym prawdziwa władczyni bez zmrużenia okiem rozdysponowała swoimi podwładnymi. Zresztą te i tak wydawały się być już wcześniej nieźle rozochocone na takie wyuzdane zabawy. A ich wesołe i zachęcające uśmiechy tylko to potwierdzały.

                                    Otto uśmiechnął się łobuzersko.

                                    - Doprawdy? Dobrze więc dziewczyny. W rządeczku przede mną. - pozwolił kobietom ustawić się - Pokażecie teraz mi jak kochacie siebie nawzajem, a przez to kochacie i naszą cudowną władczynię… - ponownie skłonił się Sorii - Jej matkę i jej patrona. - nakazał kobietom ustawić się jedna na drugiej. Łasica na spodzie, na klęczkach jej kuperek cudownie wystawiony, na niej obejmując ją Pirora, na samej górze stojąc na palcach dosiadła Averlandkę Burgund. Otto zaczął otaczać kobiety, co jakiś czas delikatnie dotykając jednej z nich szpicrutą, zanim nie zadał solidnego smagnię Pirorze. Następnie wrócił do okrążania, pozwalając, aby niepewność i oczekiwanie zaczynały się w nie wgryźć, po czym smagnął Łasicę. Kolejne krążenie, kolejne delikatne dotykanie i kolejne smagnięcie w Pirorę. Otto chciał zobaczyć niecierpliwość w oczach Burgund.

                                    Tak jak to wspomniała Soria a i jak jej służki sprawiały wrażenie cała trójka dziewcząt okazała się całkiem chętna na taką współpracę i zabawę. I dało się poznać, że są zaciekawione tym co Otto wymyślił. Bez oporów ustawiły się tak jak sobie życzył. Frontem do swojej władczyni. Ta zaś oparła dłoń o policzek i z zainteresowaniem oglądała to przedstawienie. Zaś aktorki bardzo chętnie w nim brały udział. Dało sie wyczuć to mieszaninę ekscytacji, oczekiwania, ciekawości i podniecenia. Co jakiś czas nicowaną pomrukiem zadowolenia gdy czubek szpicruty delikatnie pieścił gładkie ciało. Albo urwanym okrzykiem bólu jaki następował po szybkim świśnięciu tego narzędzia. Jednak żadna z koleżanek coś nie zdradzała chęci do zakończenia tej pikantnej zabawy. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że apetyt im rośnie w miarę jedzenia. Burgund rzeczywiście zerkała z zaciekawieniem w stronę okrążającego ich mnicha jakby sprawdzała czy o niej nie zapomniał.

                                    - I mówisz Otto, że życzysz sobie abym trzymała ten kuperek dla zwierzoludzi? Dobrze, zrobię jak sobie życzysz. A pójdziesz z nami? Jesteśmy umówione na kolejną pełnię. Za miastem przy starych kamieniach rytualnych. - z dołu, spod nagich ciał obu koleżanek doszło go pytanie Łasicy. Brzmiało jak uległe zaproszenie do kolejnych zabaw i teraz i później.

                                    Gdzieś nieco z boku doszło ich smutne westchnienie uwiązanej pod sufitem Fabienne jaką zostawiły koleżanki. Jedynie Joachim został z nią ciesząc ich oboje grzeszną przyjemnością z poniżania i bycia poniżaną. Co widocznie pani von Mannlieb sprawiało mnóstwo przyjemności i satysfakcji. Ale i tak obserwowanie co porabia Otto z jej przyjaciółkami przykuło jej uwagę nawet jeśli zakneblowana i uwiązana pod sufitem nie mogła do nich dołączyć. Obserwowała chciwie całe to widowisko. A wspomnienie o umawianej orgii ze zwierzoludźmi tylko jej przypomniało, że one już jedną mają na koncie, umówione są na kolejną a dla niej ta zakazana i potępiana przyjemność jeszcze nie jest taka oczywista chociaż mocno miała na nią ochotę.

                                    - Mam niestety inne obligacje, moja droga. I niegrzecznie mówić, nie proszonym. - ponownie smagnął Łasicę. Spojrzał na Burgund - A ty kochana… czy też jesteś niegrzeczna?

                                    Po raz kolejny okazało się, że Łasica jest bardzo utalentowana w takich zabawach. I jest bardzo wdzięcznym obiektem do takich smagnięć. Gdy szpicruta świsnęła i zatrzymała się dopiero na jej nagim, wypiętym kuperki właścicielka jęknęła boleśnie i słodko jednocześnie co zdradzało, że jej taka zabawa też sprawia bolesną przyjemność. A Otto zdawało się, że ten brokat wężowego błogosławieństwa na jej pośladku jakby rozjaśniał trochę bardziej wyraźniej układając się w znamię jej patrona. Zresztą jej dwie koleżanki jakie były nad nią też wydawały się równie podekscytowane taką zabawą. Rudowłosa co siedziała okrakiem na drobnej, nieco piegowatej blondynce przez moment jakby wahała się co odpowiedzieć na zadane pytanie. W jej oczach dostrzegł jednak psotny błysk ale ona sama jako zawodowa oszustka i naciągaczka bez zająknięcia zaczęła mówić pokornym tonem skruszonej grzesznicy.

                                    - Obawiam się, że tak mój ojcze. Wczoraj w nocy zgrzeszyłam kochając się z dwoma kobietami na raz. Mimo, że nie połączył nas święty związek małżeński. A dziś podczas mszy nad naszą czcigodną zmarłą księżną miałam bardzo nieczyste myśli i plany. A już tutaj podniosłam rękę na szlachetnie urodzoną jaśnie panią i mocno ją sponiewierałam. - rudzielec mówiła skruszonym tonem jak kapłanowi na spowiedzi. I zapewne gdyby to była prawdziwa spowiedź to byłyby to wszystko grzechy co nie lada. Wszystko znamionujące oznaki wyuzdanego zachowania w przypadku “rękoczynów” czyli sponiewierania bretońskiej szlachcianki to nawet można było poczytać za próbę obalania prawowitego porządku rzeczy bo w końcu stan szlachecki był po to aby bronić i rządzić maluczkimi w zamian należała mu się odpowiednia cześć i szacunek.

                                    - Och… cóż za cudowne czyny moje dziecko. - Otto zachichotał trochę prześmiewczo - Doprawdy, rozumiesz na czym świat stoi. Nie to co ta tutaj. - ponownie smagnął Łasicę - Samolubnie usługując naszej przepięknej władczyni, a wam pozostawiając tamtą szlachciankę. Niegrzeczna! - ponowne smagnięcie - Lub nasza cudowna Pirora. Nigdy mnie nawet nie zaprosiła, chociaż to ja opowiedziałem jej o pięknie Sorii - tym razem smagnął Averlandkę - Niegrzeczna! - zerknął na Burgund - Więc, czemu miałbym zapoznać ciebie z tym narzędziem? Chyba, że uważasz, że źle z niego korzystam?

                                    Trzy splecione ze sobą naguski i mężczyzna ze szpicrutą w dłoni byli niejako w centrum tej sceny. Ale na dwóch przeciwnych krańcach mieli dwuosobową widownię. Z jednej strony naga Soria siedziała na swoim tronie obserwując to całe widowisko z wyraźnym zainteresowaniem i przyjemnością. Z drugiej bretońska szlachcianka, też naga ale nadal uwiązana do sufitu i poznaczona czerwonymi pręgami po uderzanich szpicruty. Obie jednak drgnęły zdradzając zaciekawienie gdy Otto o nich wspomniał.

                                    - Oh ja bardzo przepraszam! Oczywiście jeśli ktoś ma ochotę to ja nie ośmielę się blokować dostępu do naszej czcigodnej pani! Bardzo chętnie będę służyć w ramach pokuty i przeprosin! - Łasica zawołała przygnieciona przez koleżanki do podłogi i w mig podejmując podobny ton skruchy do swojej rudowłosej partnerki z jaką tak często współpracowała czy to zawodowo czy dla przyjemności.

                                    - Oh Otto ale nic nie mówiłeś, że interesują cię takie rzeczy. Trzeba było powiedzieć. Ale jak interesują to oczywiście zawsze będziesz tu mile widziany. Tylko no te pozory, sam rozumiesz, że musimy o nie dbać aby się to wszystko nie wydało. No i bardzo ci dziękuję za poznanie z Sorią. Możesz przyjść także do teatru albo na ten wieczorek poetycki u Kamili. Zresztą obie tam będziemy z Sorią. No i Fabi tylko ona przybędzie osobno. - blondynka też potrafiła wdzięcznie przyjmować te smagnięcia, że aż miło było popatrzeć i posłuchać. Ale mówiła trochę z przejęciem jakby naprawdę sądziła, że kolega mógł się jakoś poczuć urażony.

                                    - Mój panie uważam, że znakomicie korzystasz z tego narzędzia. I będę zaszczycona jak mnie z nim zapoznasz. Ale gdybyś miał zachciankę aby mieć pokorną i posłuszną asystentkę to oczywiście bedę zaszczycona taką służbą. - Burgund roześmiała się samymi oczami ale tak odpowiedziała jakby swobodnie się czuła po obu stronach pejcza czy szpicruty.

                                    - Doprawdy? - smagnął Burgund - Dobrze, więc, pokaż mi co potrafisz. Niech nasza pani oceni, czy zasługujesz na zaszczyt, aby wychować te dwie ladacznice, jak być grzecznym. - zdjął kobietę ze swej Averlandzkiej przyjaciółki i wręczył jej pejczyk - Lepiej, abyś ją zadowoliła, inaczej zawiśniesz zapomniana obok Fabianne.

                                    Rudzielec radośnie zeszła z grzbietu averlandzkiej szlachcianki, przyjęła podany pejczyk i popatrzyła pytająco na Sorię. Ta dumnym i pańskim gestem dała jej znak, że może zaczynać swój pokaz. Potem w przeciwną stronę, na unieruchomione, wyprężone jak struna ciało bretońskiej szlachcianki.

                                    - Każdy wyrok przyjmę z pełną pokorą i zrozumieniem. - obiecała Burgund której wizja zawiśnięcia i unieruchomienia pod sufitem chyba nie wydawała się aż tak straszna. Ale sama znów spojrzała w dół na nagie, wypięte kuperki koleżanek. Po czym zaśmiała się i świsnęła batem w powietrze. A potem dała próbkę swoich możliwości gdy bez litości smagała pejczem wypięte pośladki koleżanek przy wtórze ich bolesnych ale i podnieconych jęków. Cała trójka zapamiętała sie w tej zabawie. Rudowłosa naguska w pewnym momencie złapała brutalnie za blond włosy szlachcianki i cisnęła ją na podłogę. Następnie nie szczędziła nagan i poganiania dwóch brudnych i leniwych ulicznic jakie uwijały się u jej stóp aby spełnić jej surowe wymagania. Ale to było trudne więc częściej nowa pani okazywała im swoją pogardę i niezadowolenie bezlitośnie z nich lżąc i karząc. Wyglądałoby to zapewne jak maltretowanie i poniżanie służby przez jakąś wyrodną okrutnicę ale jednak się się w to szło wsłuchać i popatrzeć to chyba każda z tej trójki czerpała mnóstwo zabawy i satysfakcji z tego wszystkiego.

                                    - Czy jest pan zadowolony? - zapytała w pewnym momencie Burgund mając u swych stóp dwie brudne, spocone i sponiewierane niewolnice. Które jednak też ciekawie podniosły z dołu głowy czekając na jego decyzje.

                                    - To nie mojej opinii, powinnaś być ciekawa. - podszedł do siedzącej na tronie Sorii, przyklęknął i wyciągnął do niej rękę - Pani, czy uraczysz nas i spojrzysz na dzieło mojej podopiecznej z bliska i ocenisz, czy jest zadowalajaca?

                                    - Dobrze kawalerze, mogę rzucić na to okiem. - zgodziła się wspaniałomyślnie naga władczyni i z dworską wprawą chwyciła dłoń mężczyzny po czym dała mu się poprowadzić do czekającej z ekscytacją kobiecej trójki. Tam przesuęła się spojrzeniem po zdyszanej dominie z pejczem i w samej obroży. Po czym w dół na jej dzieło. Pirorę zastała z wypiętym kuperkiem poznaczonym czerwonymi pręgami od pejcza i szpicruty w podobnej pozie w jakiej Otto na początku ustawił Łasicę. Ta zaś leżała na wznak gdzie także jej front nosił czerwone pręgi po otrzymanych razach. Władczyni z uwagą i zainteresowaniem obserwowała to spocone i zdyszane pobojowisko.

                                    - No tak, tak… Nie najgorzej… - oceniła przyciskając stopą twarz Pirory do podłogi. Po czym przeszła obok do leżącej łotrzycy o niebieskich włosach.

                                    - Tak, tutaj no tak, mogłoby być… - dorzuciła swoją ocenę w przypadku tej niewolnicy. Jej bez skrupułów przesunęła stopą od brzucha, przez piersi aż do twarzy. Czego ta raczej nie odebrała tego poniżającego gestu jako kary.

                                    - Ale tutaj widzisz zostawiłaś. - pokazała palcem gdzieś na wypięty kuperek averlandzkiej szlachcianki. Burgund spojrzała tam i chyba nie do końca wiedziała o co chodzi.

                                    - Takie uchybienia nie będą tolerowane wśród mojego orszaku. - odparła chłodno władczyni do nieco zaskoczonej łotrzycy z pejczem w dłoni. - Pokażę ci. - odparła Soria i niespodziewanie jej dłoń wyskoczyła do przodu, złapała za miedziane włosi i ściągnęła służkę do parteru prawie wbijając ją w wystawione tyły Pirory.

                                    - A ty co się tak wylegujesz leniwa wywłoko? Do roboty! - podobnie złapała Łasicę za włosy i też ją potraktowała podobnie tylko z kolei zmuszając aby ta zajęła się kuperkiem Burgund. Po chwili podziwiała swoją bardzo zaangażowaną sobą kompozycję jaka klęczała, leżała i dogadzała sobie nawzajem na podłodze.

                                    - Ale wiele czasu już nam nie zostało. Więc sprawcie się dobrze. W końcu chodzi o oddanie należytej czci naszem księżnej. - przypomniała im mentorskim tonem w parodii dostojnego celu dla jakiego oficjalnie się tu zebrały dzisiaj po mszy.

                                    Otto westchnął tęsknie spoglądając na podwładne Sorii.

                                    - Moja pani, jeśli zezwolisz, muszę udać się na spoczynek. Dzisiejszy dzień był pełen fascynujących wydarzeń. Jednych przyjemnych, innych mniej, ale nic nie przebije przebywania w twej obecności. Jutro najpewniej czeka mnie niemało roboty w hospicjum. Ach, wasza wizyta. Sądzę, że najlepiej będzie jak zjawicie się pojutrze. Jutro pewnie jeszcze będziemy sprzątać.

                                    - Pojutrze. - pani powtórzyła zaproponowany termin i spojrzała w dół na swój nagi i zajęty sobą orszak służek. Dziewczęta na chwilę przerwały zabawę, popatrzyły na siebie, naradziły się i w końcu blondynka dała znak, że Aubentag im pasuje na wizytę w hospicjum.

                                    - Przyjedziemy w dzień, pewnie w południe. Zobaczymy się z tą dziewką od pajęczej królowej no i jak tam macie kogoś albo coś ciekawego do oglądania i poznania to też nas tam zaprowadź jak dasz radę. W każdym razie no ty tam wiesz co i jak to my przyjedziemy, śliczne i bogate a ty rób nam za wodzireja tego cyrku. - zaproponowała szlachcianka z Averlandu ubrana w same wysokie buty i gorset. Jej przyjaciółki miały na sobie jeszcze mniej ale też się uśmiechnęły przyjaźnie.

                                    - No to będziesz już leciał? No szkoda. Ale mam nadzieję, że to nie ostatni raz co nas odwiedzasz. - Łasica wstała z klęczek i widząc, że klepsydra i tak już się prawie przesypała zaczęła się żegnać z kolegą.

                                    - No tak, musimy już kończyć. Jeszcze się trzeba ubrać, doprowadzić do porządku i udawać, że się skończyło modły żałobne. - Burgund pokiwała głową na znak zgody.

                                    - Tylko wyjdź tyłem. Dziwne by wyglądało jakbyś tyle czasu jakąś paczkę odbierał. Kristin cię wypuści. No chyba, że wolisz przez kanały to tamtędy. - Pirora dołączyła do pożegnań koleżanek i poprosiła aby kolega trzymał się tego co powiedział na wejściu do jej kamienicy. Na koniec nieco raczej żartobliwie wskazała gdzieś w kąt swojego prywatnego loszku jak mówiła o tym wyjściu do kanałów. *

                                    - Może umówimy się na jakieś spotkanie w najbliższym czasie? - zaproponował Joachim jednookiemu, kiedy obaj się ubierali i zbierali do wyjścia.

                                    - Oczywiście. W jakimś konkretnym celu, czy tak socjalnie? - Otto przyjrzał się koledze.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Online
                                      SantorineS Online
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #59

                                      Oryginalny autor: Seachmall

                                      Wellentag; Hospicjum

                                      Otto cieszyło, że hospicjum nie rozpadło się pod jego nieobecność, ani, że Inkwizycja nie zwróciła na nich uwagę.

                                      - Wybacz za samowolkę. Stan Vigo był poważny, a po wczorajszych wybrykach lazaret byłby już pełny. Zabrałem go do Sigismundusa, znam się z aptekarzem i wiem, że możemy mu zaufać. Nie miał dobrych rokowań co do Vigo, obawia się, że nie dotrwa Marktagu. - Otto westchnął - Poprosiłem go, żeby zrobił co mógł, nawet jeżeli oznacza to na sprawieniu, aby ostatnie chwile Vigo nie były pełne bólu.

                                      - Ah tak… - mistrz hospicjum zamyślił się i pokiwał głową ale popatrzył jeszcze na Andrewa który mu towarzyszył.

                                      - No właściwie to trochę się dziwie, że jeszcze dycha. Źle z nim. Nie sądzę aby z tego wyszedł. Wolałem go izolować na wypadek gdyby to co złapał było zaraźliwe. Od dawna jego stan się pogarszał. Wątpię aby dożył do następnego Festag. W poprzednim to jeszcze trochę siedział ale potem pogorszyło mu się i raczej nie rokował na poprawę. - zastępca szefa tej placówki niejako potwierdził diagnozę Sigismundusa. Mówił szybko i pewnie siebie ale właściwie pewnie dla nikogo kto się zajmował Vigo jego stan nie był tajemnicą.

                                      - Ah tak… - mistrz pokiwał głową znów zastanawiając się przez chwilę. - Dobrze, to niech tam zostanie u tego Sigismundusa. Daj znać jak umrze. Trzeba będzie wystawić akt zgonu. No i w ogóle zrobić z nim porządek. Aha to jak już nie będzie wracał to posprzątaj Otto jego cele. Może trafić się ktoś nowy to lepiej aby była gotowa. - w takim obrazie sytuacji szef szybko podjął decyzję i nawet chyba było mu na rękę, ze ten beznadziejny przypadek odpadł mu ze składu.

                                      - Oczywiście. Spojrzę jeszcze na Thorna… obiecałem mu rozmowę, po jego wczorajszym wyskoku. - Mnich kiwnął głową przełożonemu i ruszył w stronę celi Thorna. Wolał nie śmierdzieć kiedy z nim zacznie.

                                      - Dobrze idź. Słyszałem, że udało ci się go wczoraj spacyfikować. Dobrze. Dobra robota. Dobrze, że ktoś ma na niego taki wpływ. Zawsze był z niego kawał hultaja no ale ostatnio to skaranie boskie z nim. - Ottokar zgodził się na odejście podwładnego i nie omieszkał go pochwalić za wczorajszy wyczyn więc widocznie coś musiało do niego już dotrzeć od pozostałych mnichów na ten temat.

                                      Samego Thorna zaś Otto zastał tam gdzie się można było spodziewać. Czyli w małej celi gdzie zwykle zamykano krnąbrnych pacjentów. Niedaleko swoją celę miała Marisa no ale teraz pewnie gdzieś szorowała schody albo podłogi. Sam awanturnik spojrzał w stronę drzwi na swojego gościa. Miał opuchniety i chyba rozbity łuk brwiowy więc ta część twarzy wydawała się nieco zdeformowana i zaczerwieniona. Ale mężczyzna siedział w niedbałej pozie na swojej rozłożonej pryczy. Prychnął ironicznie na widok Otto ale nic nie powiedział. Widocznie czekał aż ten zacznie rozmowę.

                                      - Thorn, miło cię znowu widzieć. Możemy porozmawiać o wczorajszym dniu? - Otto zamknął za sobą drzwi - O tym jak straciłeś wczoraj kontrolę nad sobą?

                                      - Nie straciłem nad sobą kontroli. Po prostu wszystko i wszyscy mnie tu wpieniają. To dostali nauczkę. Niech mi nie włażą w drogę. - Thorn wzruszył obojętnie ramionami ale nie wyglądał ani na skruszonego ani na żałującego za swoje wczorajsze zachowanie. W przeciwieństwie do Marisy która chociaż na pierwsze wrażenie wyglądała jakby żałowała za to co wyprawiała wczoraj.

                                      - Thorn. Straciłeś nad sobą kontrolę. Wiesz, skąd wiem? Ponieważ ja byłem w stanie ją przejąć. Nie chodzi o to, że byłeś wściekły i dałeś w ryj jednemu z pacjentów, przywaliłeś Georgowi ławą, czy, że groziłeś mnichom. Chodzi o to, że byłem w stanie cię uspokoić. - Otto poklepał mężczyznę po ramieniu - Gdybyś naprawdę był pod kontrolą, ja i każdy mnich w tym hospicjum pewnie bylibyśmy teraz w lazarecie, a ty byś spokojnie sobie hasał na wolności. Gniew, nienawiść, żądza krwi to narzędzia, a tobie brak kontroli i skupienia, aby z nich skorzystać. Chcesz, abym cię nauczył trochę o tym?

                                      - Zobaczysz, pewnego dnia stąd zwieję. Nikt mnie nie powstrzyma. Ani te drzwi, ani kraty, ani ty ani reszta tych przygłupów. - Thorn skrzywił się i strzyknął pogardliwie strużką flegmy jaka poleciała gdzieś na podłogę.

                                      - I wcale nie potrzebuję żadnych nauk. Robię co chcę. Zawsze robiłem. Tylko te wszystkie ciamajdy dookoła mnie spowalniają. - burknął kolejny raz niezadowolony chyba, że dał się wczoraj nakłonić do współpracy i pójść do celi.

                                      Otto prychnął.

                                      - Szczerze wątpię, jeżeli twoja siła będzie skupiona na czymś innym niż ucieczka. Dlatego chcę ci pokazać jak pozostać w danej chwili. - mnich podszedł do ściany na długość wyciągniętej ręki - Jeżeli jesteś zainteresowany, to podejdź.

                                      Przez chwilę Thorn nie ruszał się z miejsca. Obserwował jednookiego mnicha jakby się zastanawiał o co temu chodzi i po co to wszystko. Jego oczy przeszukały jego sylwetkę szukając nie wiadomo czego. I nie ruszył się z miejsca. Dalej na w pół leżał, na w pół siedział w poprzek swojej pryczy. W końcu jednak wzruszył ramionami, wstał, stanął naprzeciwko Otto obserwując go podejrzliwie i nieufnie.

                                      - No? - zapytał zaczepnie dając znać, że mnich ma okazję coś sobą zaprezentować.

                                      - Ćwiczenie jest dość proste, jeżeli wykonujesz je należycie. - Otto wyprostował rękę, przytykając otwartą dłoń do ściany, po czym powoli ją cofnął - Pomyśl o rzeczy, która cię rozwściecza. Strażnik miejski, jakiś szlachcic, ja… - wykonał szybki cios w ścianę - I pozwól, aby gniew pokierował twoją rękę. Żadne pierdolenie "poczuj jak przechodzi z twej ręki na ścianę i opuszcza ciało", to gówno prawda. Poczuj, jak dzięki temu, że jesteś zły, ręka mniej boli, a ściana jakby mocniej obrywa. Skupiaj się na tym co czyni cię gniewnym, pozwól, aby gniew dał ci siłę i wytrwałość. I rozwal tą ścianę, za to, że stoi między tobą, a wolnością.

                                      Na twarzy Thorna widać było jak początkowy sceptycyzm zmienia się w zainteresowanie. Może nawet z domieszką niedowierzania. Patrzył to na mnicha, to na jego dłoń i pięść, w końcu na ścianę na jaką ten pokazywał. Trawił to wszystko przez chwilę w milczeniu.

                                      - Próbowałeś tego? - zapytał w końcu jakby sprawdzał czy Otto ma jakieś doświadczenia w metodzie jaką mu sam proponuje.

                                      - Kiedyś i nie w sposób, który ci teraz pokazuje. Kiedy mnie pokazano tą sztuczkę, faktycznie miało to na celu uspokoić mnie. Dać mi metodę na "wyżycie złych impulsów". Po jakimś tygodniu zacząłem, robić to co teraz. - ponownie uderzył w ścianę - Wyobrażając sobie twarze mych przełożonych, którzy zamykali mnie w celi za "złe zachowanie", jakby to była moja wina, że ten idiota wylał na mnie pomyje. Zasłużył sobie, abym rozwalił mu głowę wiadrem! - kolejny cios - Albo kobiety, które przychodziły pomagać, chichocząc coś do siebie, podwijając suknie. Co mam niby zrobić, jak nie podwinąć ich dalej!? - kolejny cios - Nigdy, nie wyrzekaj się tego co cię rozwściecza Thorn. NIGDY! Świat jest niesprawiedliwy, dla zwykłych ludzi jak ty, jak ja, jak inni. - kolejny cios - Jedyne co nam zostaje to nasz gniew i co z nim zrobimy. - tym razem zatrzymał cios tuż przed ścianą - Jednak, jeżeli pozwolimy, aby gniew nam mówił co mamy robić, a nie na odwrót.. Kończymy w celi i walimy w ścianę.

                                      - A to też byłeś w czymś takim? - Otto miał wrażenie, że chyba przekonał pacjenta tą osobistą przemową chociaż trochę. Na pewno bardziej niż jakiś losowy przykład co brzmiał jak jakieś mądrobrzmiące wyssane z palca bujdy. W głosie i spojrzeniu Thorna pojawiła się życzliwość i zrozumienia. Jakby odkrył w tym jednookim mnichu bratnią duszę.

                                      - Szkoda, że tutaj nie ma takich co podwijają suknie. Przydałaby się. Chociaż jedna. - zaśmiał się rubasznie bo w hospicjum w obsłudze dominowali mężczyźni i kobiet tu prawie nie było. A już na pewno nie takich atrakcyjnych którym by się chciało dostać pod spódnicę. Na razie jednak Thorn ustawił się frontem do ściany. Chwilę się koncentrował, szykował do ciosu. Wreszcie wyprowadził ten pierwszy. Mocne, solidne uderzenie. Chociaż przy dłuższej próbie groziło uszkodzeniami ręki.

                                      - Och, nie. Bycie mnichem, oznacza, że masz o wiele mniej wolności niż nie jeden więzień. A zdziwiłbyś się, co mają na sercu pracujący tu ojczulkowie. Pewnie niejednego byś wywalił z bandy, za brak moralności. - Otto westchnął - Co do podwijające sukienki… Marisa wydaje się być ostatnio odważniejsza. Do tego… w najbliższych dniach mają się zjawić dwie szlachcianki w celach "charytatywnych". Zagraj dobrze, a może zobaczysz więcej niż tylko kostki.

                                      - Marisa? No tak, ona jest niczego sobie… - Thorne zaśmiał się chrapliwie gdy koleżanka co ostatnio też często karnie lądowała w izolatce jak i on musiała mu się wydać całkiem interesująca jako kobieta.

                                      - Ale szlachcianki? No co ty… Przecież to szlachcianki. Te wyperfumowane damulki i ich piczki nie przejmują się takimi jak my. - myśl o wizycie jakichś ładnych szlachcianek chyba pacjentowi wydała się przyjemna i miła dla serca a pewnie i lędźwi. Ale raczej nie uważał za zbyt realne to co mnich sugerował. Zresztą całkiem słusznie. Przynajmniej gdyby chodziło o jakieś praworządne damy z towarzystwa i z dobrymi nazwiskami.

                                      - Och, szlachcianki potrafią być znudzone tym co mają na co dzień. Tak czy inaczej, potrenuj co dziś ci pokazałem i nie przesadzaj. Nie chcę cię zobaczyć w lazarecie ze złamaną ręką. - po tym Otto zamknął za sobą drzwi do celi Thorna i ruszył do starego pokoju Vigo. Czekało go mało miłe czyszczenie.

                                      Na odchodne to Otto odniósł wrażenie, że wzrok Thorna ocieka sceptycyzmem co do tej obiecanej wizyty szlachcianek. Zwłaszcza jakby miały być takie znudzone i chętnie zadzierające spódnice. Ale na głos jednak tego nie wypowiedział.

                                      Przeszedł w inną, mieszkalną część hospicjum gdzie pacjenci mieli swoje sale i pokoje. Zwykle albo ci co mieli możnych protektorów mieli własne pokoje albo ci co już dogorywali i obsługa chciała im zapewnić ostatnie dni w spokoju. Większość bowiem spała we wspólnych salach i pokojach po kilka łóżek. Vigo ze względu na swój chorobliwy i beznadziejny stan od jakiegoś czasu przebywał właśnie w jednym z takich odosobnionych pokojów. Jednak wyposażenie było nader skromne. Nawet w przeciętnym pokoju w gospodzie co się wynajmowało w podróży na jedną noc było tego więcej. Jak tylko młody mnich otworzył drzwi do tego pomieszczenia uderzył go nieprzyjemny zaduch nie wietrzonego pomieszczenia od razu kojarzący się z gorączką i chorobą.

                                      Właściwie z umeblowania to było zwykłe, skrzynkowe łóżko, stół z dwoma krzesłami, jeden taboret i szafa na ubrania. Więc niewiele. Za to chyba nikt tu nie zdążył posprzątać bo na podłodze leżała wywrócona miska na wymioty. A te zmieniły się w zaschniętą, rozbrygniętą na podłodzę plamę. Ściana poprzednio “ozdobiona” rysunkiem wykonanym przez pacjenta teraz była pusta. Więc nie zrobił kolejnego. Ubrań w szafie też było niewiele a te co były Vigo otrzymał już tutaj. Były to więc tanie elementy kupowane za skromne oszczędności z budżetu. Parę rzeczy osobistych jak miski, kubki, drewniane sztućce, wszystko też z wyposażenia hospicjum.

                                      Nieco dziwnie i niepokojąco wyglądały rysy na deskach podłogi. Wyglądały jak ślady po paznokciach. Zupełnie jakby ktoś w tych deskach próbował kopać jak w ziemi. Co oczywiście nie mogło dać żadnych sensownych rezultatów. Ale jak tu sprzątał poprzednim razem to tych rys jeszcze nie było. Znalazł też ślady szczurzych łapek pod jedną ze ścian no i dziurę pewnie też od gryzoni. Ktoś musiał tu już podziałać w tej sprawie bo na podłodze była rozłożona trutka. Ale jeśli któryś z małych szkodników złapał się na nią to skipiał nie w pokoju.

                                      Wellentag; Kryjówka Mergi

                                      Mnich kiwnął głową Lilly kiedy ją zobaczył.

                                      - Bardzo chętnie moja droga, dziękuję. - Otto przysiadł się do stołu, ale wstał kiedy do pokoju wkroczyli Starszy i Merga.
                                      - Starszy, Wyrocznio, dziękuję, że chcieliście się ze mną spotkać. - spojrzał na Łasicę - I dziękuje ci, że pomogłaś mi zorganizować to spotkanie.

                                      - Nie ma sprawy, ja też tu miałam coś do załatwienia. To może możemy sobie nawzajem pomóc. - Łasica odparła z wesołą nonszalancją ale, że Lilly i Myszka zaczęły podawać do stołu to przez chwilę wszystkich zajęły pełne miski. Danie nie było za bardzo wyszukane, dominowała kasza z kawałkami ryb i suszonymi śliwkami. Przez chwilę panowało to braterskie poczucie wspólnoty gdy jak to od wieków ludzie jednoczyli się i bratali przy wspólnym stole. Tylko Starszy nie jadł ograniczając się do glinianego kubka z winem bo jak zaznaczył zdążył zjeść obiad przed przyjściem tutaj. Pozostali jednak chętnie zasiedli do wspólnego posiłku.

                                      - To co cię właściwie sprowadza Otto? Jaka to sprawa? - zapytała rogata wyrocznia patrząc pytająco na siedzącego naprzeciwko jednookiego.

                                      - Najpierw chciałem zapytać, czy legenda czterech sióstr opowiada co się z nimi ostatecznie stało? Czy doczekały wywyższenia, aby dołączyć do grona niezrodzonych?

                                      - Legendy mówią, że spotkały się w tym samym miejscu w jakim się rozstały. Czyli gdzieś tutaj, w tej okolicy. I tam każda jedna chciała przyćmić chwałą i wyczynami pozostałe więc poddawały się różnym próbom, pokazywały sobie różne trofea ale ogólnie każda z nich wróciła potężna, wspaniała i dostojna dlatego żadna nie mogła zdobyć wyraźnej przewagi w tej rywalizacji. Ale właśnie z tego okresu pochodzą wszelkie artefakty i pamiątki po nich. I w tych zapiskach co chłopcy przynieśliście z jaskini Oster też po części jest to oddane. To chyba był jeden z projektów Oster jaki robiła w ramach tej rywalizacji bo już zdążyłam przetłumaczyć wstęp. W każdym razie po wszystkim widząc, że między sobą tego sporu nie rozstrzygnął wszystkie udały się na północ, na Pustkowia Chaosu. I wedle legendy tam dostąpiły wywyższenia, każda z rąk swojego patrona. To przykład dla nas wszystkich, że nasi patroni są wspaniałomyślni i doceniają wierną służbę oraz poświęcenie. A dlaczego o to pytasz? - Merga całkiem chętnie udzieliła wypowiedzi na temat legendy jaka sprowadziła ją tutaj aż z Norsci. Miała miły i przekonywujący głos więc przyjemnie się słuchało jej opowieści. Na koniec jednak była ciekawa dlaczego młodzieniec pyta właśnie o ten detal.

                                      - Wczoraj w hospicjum sytuacja wymknęła się mnichom spod kontroli. Dwóch pacjentów, pod wpływem jak sądzę Norry, wdało się w walkę ze sobą, z minchami, innymi pacjentami, oraz najbliższymi meblami. Kobieta gadała, że musi kogoś odnaleźć. Jeden chory mamrotał o darze Oster, zabrałem go do Sigismundusa i teraz jest pod jego opieką. Inny, drogą eliminacji słyszący Vestę, mówił iż, "Ktoś jest zły, czegoś szuka i kula go wezwie i wskaże mu drogę". - Otto wzruszył trochę ramionami na tą wiadomość, najwyraźniej nie potrafi rozgryźć jej znaczenia - Ostatnia, od Soren, mówiła, że "Pajęcza Królowa" powróci, Soria potwierdziła, że to jeden z tytułów Soren. Oznacza to, że szepty jakie ona słyszy nie są od Slaanesh czy jakiegoś losowego sługi Mrocznego Księcia. Tylko właśnie od Soren. Mówię o tym… ponieważ ja natychmiast rozpoznałem oczywiste oznaki, ale jeżeli jakiś inny mnich też zauważy wzorzec… nie chcę myśleć co Inkwizycja by zrobiła z taką wiedzą.

                                      - O popatrz mój synu, to są bardzo ważne wieści. - mistrz był pod wrażeniem tych słów. Dało się to poznać pomimo maski na twarzy. Merga także wydawała się tym nieco zaskoczona. Łasica siedziała obok niej i na razie obserwowała to wszystko z ciekawością. Myszka i Lilly siadły nieco dalej i jadły swój posiłek nie wtrącając się póki co w rozmowę.

                                      - Tak, jestem prawie pewna, że wszyscy jak już będą słyszeć jakiś zew to będzie to zew od którejś z sióstr. Co prawda nie można do końca wykluczyć innych niezrodoznych jednak to teren tych Sióstr. Ich zew powinien być najsilniejszy. One wołają przez eony czasu i przestrzeni a my, niektórzy z nas, mogą do odbierać jako sny, głosy lub wizje. Bardzo możliwe, że to będzie się nasilać, zwłaszcza jak kolejne artefakty będą odnajdywane i w naszym posiadaniu. Siostry chcą powrócić aby objąć należne im dziedzictwo, hołd i chwałę. - w sprawie Sióstr Merga była ich ekspertem więc i ona zabrała głos w tej sprawie. Mówiła szybko i zdecydowanie więc pewnie była tego pewna.

                                      - Ale to niezłą plejadę macie w tym hospicjum. Od każdej z sióstr ktoś by tam był. No ciekawe. To może dać nam jakieś wskazówki co do planów Sióstr, ich woli abo arteaktów jakie nam pozostawiły. - Starszy pokiwał swoją maską ale też wydawał się dostrzegać ważkość tych argumentów oraz ich potencjał.

                                      - No to dobrze by ich było stamtąd zabrać i przenieść gdzieś do nas. Jak Otto i tak jednego z nich już stamtąd zabrał. A wczoraj gadaliśmy o tej od Soren. Ja tam chętnie bym ją poznała i może nawet byśmy się polubiły jak ona też by się okazała jedną z nas. - Łasica włączyła się do rozmowy przypominając nieco o czym wczoraj rozmawiali u Pirory.

                                      - I ta kobieta od Norry krzyczała, że ma kogoś odnaleźć? No spróbuj się dowiedzieć o kogo chodziło. Chociaż trzeba się liczyć z tyn, że po ataku szaleństwa to oni mogą mieć kłopot pamiętać co robili i mówili podczas jego trwania. Ale to mogą być jakieś strzępy wiedzy czy wskazówek przekazywanych przez którąś z Sióstr. - rogata wyrocznia zaczęła dokładniej analizować wieści jakie przyniósł jednooki kolega.

                                      - Z Oster to może chodzić o te jaja i zapiski co przynieśliście z jaskini. Ona jest jej poświęcona. Ten kamień co na nim stała ta skrzynka ze zwojami i ten jednorogi strażnik to też część jej dziedzictwa. Nie zdążyłam jeszcze przetłumaczyć tych zwojów ale chodzi o muchy co będą żerować na żywych i roznośić błogosławieństwo Papy Nurgla. I sądząc po obrazkach to chyba istotną rolę w tym ma kobiece łono. Ale do tego jeszcze nie doszłam. - rogata wiedźma wspomniała jak jej idą prace nad tłumaczeniem zwojów z jaskini i jak to się ma do jej przypuszczeń na temat dziedzictwa akurat tej Siostry.

                                      - Ale wizję od Vesty i świecącej kuli też miałam. Lewitowała nad zamglonym terenem, może nad bagnami ale nie jestem pewna. I tam coś poruszało się ku niej jak za przewodnikiem. Może ten wasz pacjent widział coś podobnego. Jak się zbierze odpowiednio dużo takich relacji może ułoży się z tego jakąś wskazówkę co do kolejnych darów. - sama wyrocznia oddała się patronatowi Zmieniacza Dróg i Tkacza Losu ale zazwyczaj tym nie emanowała zdając sobie sprawę z wieloetniczności zboru Starszego. Dlatego zwykle ograniczała się do roli jego prawej ręki, doradcy i eksperta od spraw mistycznych. No i Czterech Sióstr.

                                      - A ja też wczoraj to słyszałam i Soria też mówiła, że jak ktoś gada o Pajęczej Królowej to może słyszeć głos Soren. Przecież ona sama nawet nie używała wcześniej tego imienia. - Łasica znów sie wtrąciła i potwierdziła słowa kolegi z wczorajszego spotkania. A widząc, że dwójka starszych stażem i w hierarchii obmyśla coś kontynuowała dalej ale zaczynając nowy wątek.

                                      - Aha, bo nie wiem czy wiesz Otto. Ale jest pomysł aby pożyczyć sobie tych datków z wczorajszej tacy. My na pewno lepiej spożytkujemy te dobra. A Merga mówi, że mogłaby to zabrać do Norsci jako dar, na łapówki i tak dalej no i to by dobrze wyglądało, że tu nie same biedaki i lebiego co żebrzą o łaskę i pomoc wojowników z północy. A poza tym tutaj to byłby bardzo trefny towar. I tak by go trzeba opylić gdzieś poza miastem bo tutaj to zbyt duże ryzyko. No ale to jak wiesz jakoś na dniach trzeba by zorganizować skoro wkrótce Merga ma wkróce odpłynąć. To jak? Jakoś byś nas tam wkręcił? Mnie i Burgund. Musiałybyśmy tam powęszyć i rozejrzeć się co jest co. Czy w ogóle gra jest warta świeczki i do zrobienia czy też nie ma co się nakręcać jak Fabi na orgie ze zwierzętami. - zagaiła wesoło, szybko i nieco chaotycznie zdradzając co jeszcze ją tu dzisiaj sprowadza. Starszy ogólnie pokiwał swoją maską na znak, że właśnie o tym też rozmawiali jak Otto dzisiaj tu przyszedł.

                                      - Jeżeli będzie w stanie utrzymać wasze ubrania na sobie. - zaczął Otto - Będę mógł was wprowadzić jako ladacznice chcące odkupienia i oczyszczenia. - Otto spojrzał na Mergę - Co do daru Oster, mówił o jajach, które przynieśliśmy. Najwyraźniej będą musiały być umieszczone w łonach kobiet i najwyraźniej lokalne ladacznice zostaną poświęcone w tej misji. - mnich zerknął na Łasicę - Spokojnie moja droga, upewnię się, że twoje łono będzie oszczędzone.

                                      - Ladacznice co chcą odkupienia i oczyszczenia ale mają pozostać w ubraniach? Ależ to takie marnotrawstwo! Bez ubrań jest znacznie ciekawiej! No bo przecież obroże i kajdany to nie ubrania. - Łasica zrobiła wielkie oczy i przybrała nieco infantylny ton niezbyt rozgarniętej trzpiotki. Akurat jak przyszła Norma i dosiadła się do obiadu zerkając na nich z zaciekawieniem. Pozdrowiła Otto skinieniem głowy ale nie wtrącała się w rozmowę. Zaś włamywaczka roześmiała się radośnie i machnęła dłonią.

                                      - Nie no nie przejmuj się Otto. Jesteśmy profesjonalistkami. Jak się bawimy to się bawimy ale jak jesteśmy na robocie to jesteśmy na robocie. Zrobimy co będzie trzeba. Jak trzeba będzie odegrać jakąś żałosną płaczkę czy skruszoną grzesznicę to damy radę. - wyjaśniła Łasica dając znać, że chociaż lubi się bawić w mało standardowy sposób to jednak potrafi to oddzielić od swoich zawodowych zajęć.

                                      - Zastanawiałam się z Burgund czy nie zabrać Fabi. Ona tam się dogadała z jednym z oficerów, że on jest w połowie Bretończyk no i w ogóle “ochy i achy” nad Bretonią. Ino przegrał z Sorią bo jak tylko Fabi ją zobaczyła z Pirorą po mszy to od razu do nich poleciała. No ale jak on by gdzieś tam się kręcił na zmianie to może by jakoś go zagadała czy co. - rzuciła luźną ciekawostką jeszcze na razie dopiero przymierzając się do tego świątynnego zadania i sondując temat. Jak skończyła odezwała się rogata wyrocznia.

                                      - A z tymi kobiecymi łonami to tak. Właśnie na tym to polega. Wczoraj zdążyłam przetłumaczyć pierwszy zwój. A dziś mam nadzieję skończyć drugi. Pierwszy opisuje sam proces. Ten drugi różne mikstury przydatne lub wspomagające to wszystko. Zaś trzeci to jeszcze nie wiem, chyba coś innego. Może jutro mi się uda za to zabrać. - Merga niejako potwierdziła domysły Sigismundusa no i słowa Otto jakie mieli co do owych zdobyczy z jaskini Oster.

                                      - Właściwie wygląda na to, że sam proces jest zaskakująco łatwy do przeprowadzenia jak już ma się jaja. Wystarczy umieścić te nasienie Oster w kobiecym łonie. Tak naprawdę w pozostałych dwóch otworkach też można ale tam sa mniej korzystne warunki i straty są o wiele większy. Łono pod tym względem powinno być najefektywniejsze. I jak się tam umieści te jaja to właściwie koniec roboty. Po pół tygodniu do tygodnia, plus minus dzień czy dwa na zewnątrz, też łonem, wydostają się larwy. A następnie to jak u zwykłych much. Czyli poczwarka a potem owad dorosły. Tylko to wszystko jest większe no i dłużej trwa niż u zwykłych much. - czarownica o niesamowicie złotych oczach i fioletowej skórze streściła w największym skrócie czego się dowiedziała z przyniesionych jej w ostatni Angestag zwojów.

                                      - Jednakże to całość zaprojektowała Oster. Ale każda z Sióstr dołożyła tam swoją cząstkę. Przekazała swoją krew dlatego insekty też będą zdradzać to pochodzenie. Te od Norry powinny wzbudzać berserkerski szał, chyba, że ktoś zdoła się opanować. Te od Oster zatrucie i chorobę. Od Soren napad nieokiełznanej żądzy. A od Vesty wizje od jej patrona co może wywołać atak szaleństwa albo i fizyczną przemianę. No i są jeszcze same insekty które mogą latać, kąsać a gdy będą odpowiednio dorosłe także rozmnażać się. Więc to raczej jakiś ich wspólny projekt nawet jeśli Oster go zrealizowała i to chyba po części po to aby pokazać siostrom swoją wyższość i, że może podołać nawet tak skomplikowanemu zadaniu. - Merga dopowiedziała co jeszcze dowiedziała się ze zwojów nad jakimi ostatnio pracowała.

                                      - Ah! Jak je wypuścimy na miasto będzie tak pięknie! Wyobrażacie sobie jaki nastąpi chaos jak nadleci taki rój i zacznie kąsać i wywoływać takie efekty jak mówi wyrocznia? - zaśmiał się zamaskowany lider zboru gdy taka wizja bardzo przemawiała do jego wyobraźni i bardzo mu odpowiadała.

                                      - Sgismundus na pewno się ucieszy. A Ojczulek i Oster pewnie też, będą uradowani zwieńczeniem tak cudownego dzieła. Zastanawia mnie jednak… - Otto spojrzał na Wyrocznię - Działamy, aby sprowadzić wszystkie siostry, prawda? Lepiej by chyba było, poczekać na wypuszczenie much, kiedy będziemy mieli pozostałe artefakty. Jeżeli rywalizacja między siostrami była tak zacięta, jeżeli jedna postawi nogę na rodzimej ziemi przed pozostałymi… może zacząć, próbować przeszkodzić nam w przyznaniu reszty.

                                      - Oj nie obawiaj się. Na razie nie zanosi się abyśmy mieli sprowadzenie którejkolwiek z nich w zasięgu ręki. - Starszy westchnął z rozżaleniem ale był realistą na tyle aby nie oszukiwać w tej materii sam siebie ani swoich podopiecznych.

                                      - A te muchy to trzeba jak najszybciej. Bo to jak z każdą inną hodowlą. Zanim dorosną, zanim zbierze się plon to jakiś czas mija. A sam proces nie jest zbyt wydajny. Może pół tuzina, może tuzin z jednego łona. Można to nieco zwielokrotnić dając większe dawki lub korzystając z wszystkich naturalnych otworów ale to już ryzyko rośnie. Oster raczej zaplanowała to jako stopniowa hodowlę właśnie. Więc aby uzyskać efekt roju to potrzeba jak najwięcej nosicielek. I kilka tygodni przynajmniej. Ogólnie to jak z każdą hodowlą im większe stado tym większy zbiór. - Merga zwróciła uwagę na nieco inny aspekt tego zagadnienia. I podchodziła do tego niczym hodowca rozmawiający o swoim stadzie z innym hodowcą.

                                      - No właśnie. A pewnie słyszałeś co wczoraj mówili? Za miesiąc ma być jednak ten festyn. A w naszym mieście wciąż gości wielu znamienitych gości. Więc może późną jesienią czy w zimie byśmy zdążyli uzbierać to stado no ale wtedy będą w mieście ci co zwykle. A zaraz po żniwach, jak się żałoba po księżnej skończy i zrobią jednak ten turniej to wciąż powinno byc tu wielu wspaniałych gości. To da nam niesamowitą siłę rażenia no i skalę przy takim ataku. W połączeniu z tym planem o uczcie co już i tak mieliśmy zamiar go zrealizować to może dać niesamowite efekty. A czkawką się to odbije na obecnych władzach no i rozniesie się po całej prowincji. - Starszy mówił z entuzjazmem bo to byłby dodatkowo niszczący cios do tego planu jaki mieli już uzgodniony wcześniej z potruciem znamienitych gości podczas balu jaki tradycujnie odbywał się na koniec turnieju rycerskiego.

                                      - Miesiąc? To daje nam też czas na odnalezienie ołtarza Norry i Vesty, razem z ich darami. - Otto delikatnie się uśmiechnął na myśl o tarapatach w jakie wpadną lokalne władze - Och, gdyby udało nam się jakoś zrzucić podejrzenia na naszych możnych.

                                      - Myślę, że jak jakiś szacowny pan zatłucze w szale jakąś szacowną panią, tam się ktoś obnaży i zacznie się niestosownie zachowywać a jeszcze tu czy tam ktoś oszaleje albo mu coś wyrośnie no to wpędzimy ich już tylko tym w niezły ambaras. - zaśmiał się cicho mistrz zboru dając znać, że gdyby te oba ataki doszły do skutku to tak czy inaczej możni tego miasta i ich znamienici goście mocno ucierpią. Jak nie na wizerunku to dosłownie.

                                      - I oczywiście te muchy to swoją drogą. Domyślam się, że Sigismundus chętnie się tym zajmie. Część z nas, Egon, Versana, Aaron, może Silny odpłynie razem z naszą czcigodną wyrocznią jako jej świta. Więc zrobi nas się mniej. Ale mimo to nie należy ustawać w wysiłku nad zdobyciem kolejnych artefaktów. - mistrz zwrócił uwagę na to, że wkrótce nie tylko Merga ich opuści ale i część kolegów i koleżanek ze zboru. Ale chyba nie uważał, że to zwalnia ich od obowiązku poszukiwań pamiątek po Siostrach.

                                      - I na samych gości też zwracajcie uwagę. Całkiem możliwe, że wśród nich też są podatni na zew którejś z Sióstr. - dorzuciła Merga nie ograniczając tego zewu tylko do mieszkańców lokalnej okolicy.

                                      - Będziemy tęsknić. - zwrócił się mnich do Mergi - Plotki też mogą być dobrym źródłem na potencjalnych rekrutów. Wracając do moich pacjentów. Soria i Pirora w najbliższym czasie odwiedzą hospicjum zapoznać się z dziewczyną od Soren. Podjąłem kroki, aby przynajmniej jeden z sług Norry spróbował samoczynnie zbiec z przybytku. Pozostaje wieszcz od Vesty, ostatnio jak go widziałem był nieźle obity, więc najpewniej trzeba go będzie jakoś wydostać.

                                      Wyrocznia skłoniła uroczo głową w podziękowaniu za te wyrazy tęsknoty. Ale jak zwykle gdy sprawy zeszły na lokalne warunki to pierwszeństwo w dyskusji oddała Starszemu. Ale jeszcze wtrąciła się Łasica.

                                      - Jak się uda to ja też tam będę. W końcu co to za jakieś szlachcianki bez żadnej służki prawda? I jestem ciekawa tej dziewczyny od Soren. - łotrzyca zgłosiła swój udział w tej ekspedycji charytatywnej spod patronatu obu szlachcianek.

                                      - A to są jacyś znaczni ci twoi ulubieńcy? Bo może jak się posmaruje gdzie trzeba to przeor zgodzi się ich wykupić. Jakiś słodki pretekst się wymyśli i gotowe. Tylko na to karlikami pewnie by trzeba sypnąć. Fabienne można by dorzucić, niech się też sypnie groszem. Pirora mi ostatnio płakała ile ten remont kamienicy i teatru ją zeżarł. A z dochodami z teatru słabo. Właśnie wielka premiera miała być z tymi aktorami z Saltburga na ten turniej ale odwołali. No chyba, że to jacyś znaczni co mają jakichś protektorów co by mogli o nich pytać to wtedy no mogą się nie zgodzić. - łotrzyca okazała się złodziejskim sprytem i ulicznym cwaniactwem w tym kombinowaniu z wydostaniem kogoś z hospicjum. Nawet nie tak całkiem nielegalnym. I wydawała się być też nieźle zorientowana w indywidualnych sprawach swoich dziewcząt.

                                      - Wykupić? No cóż to by mogło się udać. W końcu nie stracilibyśmy nic prócz pieniędzy. A takie szlachetne damy jak mówicie to by chyba miały odpowiednie nazwiska i pozycję do takich negocjacji. - mężczyzna w masce skinął nią na znak, że uznaje to za całkiem interesujący pomysł.

                                      - To też sposób… może być problem jednak z nimi, zważając, że sprawiali "problemy". Chociaż, może przez to będą chcieli się ich bardziej pozbyć. - Otto zastanowił się - Porozmawiam z interesującymi okazami, zanim zjawią się nasi szanowni goście.

                                      - To porozmawiaj. Umieją coś? Bo jakiś pretekst dobrze by było wymyślić dlaczego jaśnie panna van Dyke albo czcigodna pani van Mannlieb chcieliby wykupić dla jakiejś charytatywnej idei tego czy tamtego. Z tą dziewczyną to łatwiej bo zawsze mogą chcieć po prostu służkę czy pokojówkę. Chociaż z mężczyznami też gdzieś do stajni czy teatru. No ale ładniej wygląda jak to ma ręce i nogi. - Łasica jako zawodowa włamywaczka i oszustka podpowiedziała co mógłby kolega ustalić z tymi pacjentami hospicjum zanim się jutro tam zjawi gromadka młodych szlachcianek.

                                      - I się nie ma co przejmować. Jak nie będą chcieli albo mogli ich wykupić to się wymyśli co innego. Nie sądzę aby tam u was mieli lepsze zamki niż w kazamatach. A jeszcze jak ty tam łazisz codziennie to w ogóle dziecinada z takim włamem. - łotrzyca o niebieskich włosach machnęła lekceważąco ręką na znak, że gdyby trzeba było inaczej niż pieniężnie uwolnić pacjentów hospicjum to też raczej uważała do za formalność.

                                      - Ale to tak po szybkości bym wolała załatwic bo jak widzisz ten skarbczyk świątyni by nam sie przydał albo Merdze na nową drogę życia. To pomyśl też coś na tą okazję. - przypomniała jeszcze o tym pomyśle na jaki wpadły z Burgund wczoraj po mszy widząc jak się świątynia spasła na tych obfitych datkach. A jak Merga miała zamiar odpłynąć na dniach z portu to czasu było nie tak dużo.

                                      - Jeśli dzień czy dwa coś zmieni to mogę poczekać. Nawet parę dni. Myślę, że takie obfite dary jakie bym zawiozła do moich pobratymców bardzo by pomogły mi w przekonywaniu do swoich racji. Ale jeśli to ma się przedłużyć w tygodnie to wolałabym nie czekać po próżnicy. Sami rozumiecie, im szybciej tam popłynę tym większa szansa, że szybciej wrócę. A też chciałabym wrócić na ten festyn co ma być za miesiąc. - wyrocznia wtrąciła się ze swoją uwagą, że jej odejście może sobie nieco pofolgować z terminem ale nie dalej niż kilka kolejnych dni. Też nad nią wisiała presja czasu tylko w nieco szerszej perspektywie.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Online
                                        SantorineS Online
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #60

                                        Oryginalny autor: Pipboy79

                                        Oryginalny tytuł: Tura 18 - 2519.07.05; abt; ranek - południe

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Złota; rezydencja van Hansenów
                                        Czas: 2519.07.05; abt; południe
                                        Warunki: sala obiadowa, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, deszcz, sła.wiatr, umiarkowanie

                                        Joachim

                                        Jak młody astrolog zjawił się w znakomitej rezydencji na ulicy Złotej to przekonał się, że nie tylko on jest gościem gospodarzy na dzisiejszym obiedzie. Rodzina van Hansenów jak nakazywał zwyczaj usiadła przy jednym z krańców bogato zastawionego stołu. Z czego głowa rodu usiadła na samym szczycie stołu, jego małżonka po prawicy zaś dorosła córka po lewicy. Obok niej usiadła inna blondynka w skromnej tunice i podejrzanie prostej fryzurze związanej w jeden, gruby warkocz. Zwykle panny nosiły jeden warkocz a mężatki jak już to dwa albo nie puszczały go luzem aby podkreślić swój zamężny stan. A przynajmniej te którym zależało na opinii dobrej i szanującej się i swojego męża żony. Z drugiej strony to choćby Frau von Mannlieb też stosowała się do tych wymogów zwyczajowych i moralności a jakoś nie przeszkadzało jej to odwiedzać loszek Pirory na wyuzdane orgie i zabawy. Obca blondynka miała sporą, srebrną broszę z wizerunkiem biegnącego wilka jaki zwykle był symbolem Urlyka. To podkreślało, że nie jest to jakaś uboga wieśniaczka czy mieszczka. Zresztą z bliska było widać, że ta tunika w jakiej przyszła to też nie jest jakiś prosty habit tylko coś ze znasznie solidniejszego i starannie wykończonego materiału.

                                        Tą kobietę gospodarze przedstawili jako przeoryszę zakonu Urlyka, Katherine von Siert. Wtedy Joachim uzmysłowił sobie, że już ją widział w Festag na mszy i po. Tylko wtedy było to przelotnie poza tym była w pełnej zbroi i miała twarz zasłoniętą symboliczną, czarną woalką. Więc nie miał za bardzo okazji jej się przyjrzeć zbyt długo ani zbyt bliska. A i ona była odziana całkiem inaczej niż teraz. Zaś teraz siedzieli prawie naprzeciwko siebie.

                                        Kolejnym gościem była młoda, czarnowłosa kapłanka Morra. Owa tajemnicza i zaskakująco młoda Matka Somnium co przybyła niedawno z Saltburga z okazji symbolicznego pogrzebu księżnej jaki odbywał się także w Neus Emskrank. A pewnie i wielu innych miastach, miasteczkach i wsiach Nordlandu jaki żegnał swoją księżną - matkę i oddawał jej ostatnią cześć i szacunek. Obie miały podobną sobie rolę i miejsce w hierarchii cywilnej i duchownej więc aby to oddać obie usiadły obok pani i panny van Hansen. Obie grzecznie ustąpiły miejsca tej drugiej nie chcąc impertynencko się wpychać bo tak nakazywało dobre wychowanie ale wtrąciła się w to Froya wesoło i raźno zapraszając drugą blondynkę aby usiadła obok niej. Wydawało się, że są w dobrej komitywie ze sobą. Ale córka dostała od matki karcące spojrzenie za tą ujmę na ich gościnności. W końcu kapłanka Morra jakby chciała mogła by to odebrać jako afront i faworyzowanie tej drugiej kapłanki. Ale uśmiechnęła się lekko i dała znać, że nic nie szkodzi i chyba rzeczywiście tak było. Przynajmniej tak się zachowywała.

                                        Naprzeciwko pana domu zasiadł Ferdynand von Glitz ubrany w niebiesko - czarny kubrak czyli barwy ich nordlandzkiej prowincji. Zaś przy sercu miał broszę ze swoim herbem. To był jeden z tych rycerzy jacy przyjechali na turniej jaki w ostatniej chwili odwołano. Pochodził z Grafenrich co jak chętnie tłumaczył było nieco na południe ale nadal o dzień drogi od stolicy prowincji. Wydawał się być rycerzem o znacznej pozycji i gdy obie kapłanki już miały swoje miejsce przy stole to jemu jako nazjamienitszemu przypadło honorowe miejsce na drugim końcu stołu. Rzeczywiście prezentował się całkiem elegancko i okazale, musiał być z dekadę starszy od Joachima a do tego zachowywał się godnie rycerza.

                                        Niejako siłą rzeczy samemu astrologowi przypadło miejsce pomiędzy nim a morrytką. Zaś naprzeciwko niego usiadła Frau von Richter. Z okazji żałoby też w czarnej sukni zamiast tej krwistej czerwieni w jakiej ją ostatnio widział Joachim. Chociaż pozwoliła sobie na nutkę ekstrawagancji zakładając czerwoną apaszkę na nadgarstek. No i po swoim boku miała blond kapłankę.

                                        Z nich wszystkich Joachim najlepiej się poznał z rodziną gospodarzy. W końcu przez ostatnie parę miesięcy mieszkał tutaj a nawet potem zdarzało mu się tu wizytować. Co jakiś czas spotykał Frau von Richter co zdawała się świetnie dogadywać z Froyą a obie miały podobną pozycję w śmietance towarzyskiej. Tyle, że jedna była już mężatką a druga jeszcze panną. Ale obie kapłanki jak i zacnego rycerza to spotykał po raz pierwszy. Nie było to takie dziwne jak cała trójka była spoza miasta. Matka Somnium i Fryderykiem z Saltburga lub okolic a zakonna matka urlykowców a klasztoru Sudfast koło morskiego portu Dietershafen położonego parę dni drogi na zachód od Neus Emskrank. A sama szlachcianka pochodziła z odległego Altdorfu.

                                        Atmosfera przy stole była wesoła i towarzyska. Nawet zwykle chłodna i opanowana dorodna córka gospodarzy wydawała się ćwierkać jak skowronek. Zwłaszcza do Ferdynanda i Katherine którymi wydawała się być żywo zainteresowana. A zbrojną przeoryszą wręcz zafascynowana. Rzadko spotykała kobietę dorównującą jej pozycją społeczną i do tego potrafiącą chodzić w pancerzu i władać bronią. A i dzielny i zbrojny mąż robił na niej wrażenie.

                                        - Słyszeliście? A u Kathy przyjmują kobiety do zakonu i dają im broń. A nawet się w niej ćwiczą. - panna van Hansen spojrzała po gościach ale mówiła głównie do swoich rodziców. Jakby wreszcie trafiła na kogoś kto był jej krewną duszą gdy z takim mozołem walczyła aby nie wpasować się w stereotypy młodej szlachcianki ze swoimi zainteresowaniami jakie uchodziły za typowo męskie i rycerskie. Bo urlykanka mówiła właśnie, że ich klasztor przyjmuje wyłącznie kobiety ale poza tym panują te same zasady jak i w męskich zakonach spod tego patrona. A powszechnie uchodziły one za bardzo wojownicze no i tylko dla mężczyzn.

                                        - Słyszeliśmy kochanie. Ale jak widzisz do Zakonu Klepsydry też przyjmują kobiety. - ojciec skinął głową i nieco z przekąsem wskazał nią na siedzacą naprzeciwko blondynek czarnowłosą kruczycę. Ta jak to było typowe dla jej patrona nie mówiła za wiele i zachowywała grobową powściągliwość. Froya spojrzała na cichą kapłankę odzianą w żałobną czerń przesuwając się szybko po jej widocznej sylwetce.

                                        - A Matka to jest z jakiegoś zbrojnego zakonu? - zapytała jakby chciała udobruchać rodziców.

                                        - Niestety nie Froyo. Chociaż Czarni Gwardziści jacy są moją eskortą są takim zakonem. - wyjaśniła skromnie czarna kapłanka. Panna van Hansen była ciekawa czy przyjmują do niego kobiety i usłyszała, że nie ma przeciwskazań aby kobiety nie mogły służyć. Na pytanie dlaczego widziała w Festag albo na mieście samych mężczyzn usłyszała, że tak się akurat złożyło i mężczyźni rzeczywiście stanowią zdecydowaną większość zakonu Czarnej Straży ale i kobiety się tam zdarzają. Ot, jest ich po prostu o wiele mniej dlatego można przez całe lata żadnej nie spotkać. Sama reguła jednak nie zabrania kobietom wstępowania do tego zakonu. Co też potwierdziła von Siert której wykształcenie teologiczne obejmowały też reguły i ogólne zasady nie tylko własnego zakonu i patrona. Co nieco zaskoczyło Froyę i chyba nie tylko ją bo chyba wszyscy spodziewali się, że morryckie zakony zbrojne to tylko mężczyźni.

                                        - A Matka to z jakiego jest zakonu jeśli można zapytać? - zagadnęła Frau van Hansen siedzącą obok niej czarnowłosą sąsiadkę.

                                        - Ja jestem z Czarnowidzów. Patronuje nam Morr Śniący, jako patron snów, widzeń i proroctw. - przyznała skromna kapłanka. To zainteresowało panią Martinę jaka lubiła takie tematy. Wspomniała, że Joachim zajmuje się czymś podobnym.

                                        - Ale domyślam się, że raczej stosujemy inne metody. - uśmiechnęła się koniuszkiem ust mroczna kapłanka.

                                        - A właściwie czym się różni astrologia od astronomii? Zawsze mi się myli. - zagaił Ferdynand siedzącego przy jego narożniku Joachima.

                                        Obiad trwał jeszcze trochę. Potem jeszcze były ciasta i desery. A potem kieliszek wina, brandy i już luźniejsze rozmowy. Wreszcie goście zaczęli wstawać od stołu ale rozmawiali jeszcze w mniejszych grupach na różne tematy. W końcu skończyła na tym, że panna van Hansen zaprosiła wszystkich na dół, do piwnicy gdzie miała swój własny pokój z trofeami jakie upolowała osobiście i chciała się nimi przed gośćmi pochwalić.

                                        - To już może zaprowadź naszych gości moja droga. Obawiam się, że zbyt się objadłem i tyle schodów na dół mogłoby być dla mnie zbyt wielką przeszkodą. - odparł z uśmiechem Herr Mikael do swojej córki. Ta dygnęła przed nim grzecznie i spojrzała zachęcająco na swoich gości. W końcu większość z nich była raczej w jej wieku niż jej rodziców. No może Ferdynand był gdzieś tak w połowie drogi. Matka von Siert i Herr von Glitz chętnie wyrazili zgodę na taką wizytę, Matka Somnium i Frau von Richter jakby się zawahały czy iść czy zostać.

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                                        Czas: 2519.07.05; abt; południe
                                        Warunki: korytarz hospicjum, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, deszcz, sła.wiatr, umiarkowanie

                                        Otto

                                        Otto jak chciał załatwić coś jeszcze przed swoim porannym przyjściem na swoją zmianę do hospicjum to musiał wstać naprawdę wcześnie. Jak dopiero szarówka się na dworze robiło a wewnątrz jego izby było jeszcze ciemniej. Do tego na zewnątrz monotonnie łomotał o szyby i resztę miasta deszcz. Wierzchnie okrycie mu zmokło nim dotarł do świątyni Mananna. Wierzeje jednak były otwarte gdyż była to pora jutrzni otwierającą każdego poranka nowy, liturgiczny dzień. O tak wczesnej porze wiernych było niewiele. Ale chyba i tak więcej niż podczas zwykłego dnia, zapewne w związku z żałobą po śmierci księżnej - matki. W porównaniu jednak do porannej mszy w ostatni Festag to jednak można było powiedzieć, że jest ich skromna ilość. Zdążył tuż przed rozpoczęciem mszy. Na zapleczu spotkał ojca Absalona który już kończył przygotowania do jutrzni i chyba go złapał w ostatniej chwili.

                                        Ojciec Absalon był w kwiecie wieku. Pewnie z dekadę, może i dwie starszy od Otto. Postury godnej rycerza czy wojownika. Bez trudu można było go sobie wyobrazić w kolczudze, hełmie, tarczą i bronią w dłoni. Zresztą przewodził on zbrojnemu ramieniu kościoła boga mórz zwanego Bractwem Mananna. I nawet na wiosnę skutecznie zablokował możliwość wstępowania tam kobiet bo w jego definicji bractwo to bractwo, czyli wyłącznie dla mężów a nie niewiast. Znany był ze swojej surowości i wojowniczości, często go nie było w mieście gdy mustrował się jako kapłan pokładowy na jakimś statku. Gdy usłyszał pytanie o dwie skruszone grzesznice zmarszczył brwi nieco zdziwiony.

                                        - Niech przyjdą. To dom boży. Otwarty dla każdego. Każdy może przyjść się pomodlić i pokajać. Nawet skruszone grzesznice. - powiedział jakby próbował się domyślić skąd to pytanie. W końcu świątynie w swojej publicznej części były powszechnie dostępne dla wszystkich wiernych. Niestety w tej części zapewne nie było skarbczyka z fantami z zebranymi na ostatniej mszy. A na tym obu łotrzycom najbardziej zależały. Jakby Otto mógł im załatwić jakiś pretekst aby powęszyć po piwnicach, lochach i ogólnie jakimś świątynnym zapleczu bo zapewne tam przetrzymywano takie cenne precjoza a nie gdzieś na wierzchu. No ale o tym ojciec Absalon nie wiedział oczywiście.

                                        - Tylko! - uniósł surowo paluch do góry i spojrzenie mu stwardniało. - Niech się ubiorą i zachowują jak skruszone. A nie jak grzesznice. Zwłaszcza, że mamy żałobę. - kapłan ledwo maskował swoją niechęć go grzesznic. Zresztą często dawał mniej lub bardziej wyraźnie, że niewiasty uważa za słabszą, płochą i bardziej podatną na podszepty złego odmianę człowieka. A jakieś tam grzesznice tylko utwierdzały go pewnie w tym przekonaniu. Ale skoro zależało im na odkupieniu win zgodził się nawet tak podłym istotom przybyć do największej, najwspanialszej i najbogatszej świątyni w mieście aby się mogły pomodlić, żałować za grzechy i odbyć pokutę przed jego patronem.


                                        Potem musiał mocno przebierać nogami. Wciąż w mokrym okryciu chociaż z wolna przestawało padać. A gdy zapukał do drzwi apteki to już zaczynało się rozpogadzać. Czekał chwilę gdy usłyszał ciężkie kroki ze środka i po chwili gospodarz odryglował drzwi.

                                        - O. Otto. Witaj. Wejdź. Wcześnie dzisiaj jesteś. Stało się coś? O! Masz zwoje?! Przetłumaczyła je wreszcie? - grubas przywitał go nieco zaskoczony jego wczesnym zjawieniem się. Ale od razu się podniecił na myśl, że młodszy kolega może przyszedł z przetłumaczonymi zwojami od Mergi. W końcu wczoraj wieczorem miał się z nią widzieć. Na spotkaniu jednak wyrocznia przyznała, że przetłumaczyła jeden, prawie skończyła drugi i jakby ten trzeci był w podobnym stanie jak dwa pozostałe to może jutro by się udało jej skończyć ten trzeci. No i dzisiaj było to jutro. Ale dopiero wczesne rano. Zapewne jak wczoraj spędzili czas na rozmowach i planowaniu to od wieczora rogata wiedźma wiele postępów nie zrobiła.

                                        Widząc, że jednooki nie kwapi się z wyciągnięciem gotowych zwojów aptekarz pokiwał smutnie głową na znak, że rozumie. I zastanawiał się czy może Merga w ogóle potrafi przetłumaczyć te pisma. Może tylko ich zwodzi? Ile czasu można siedzieć nad trzema zwojami?! Może trzeba znaleźć kogoś innego? Może grubas sam nie do końca wierzył w te swoje podejrzenia ale widać było, że cierpi katusze niecierpliwości aby rozpocząć swoje upragnione eksperymenty z darami od Oster.

                                        - Aha, Vigo? No tak, jeszcze dycha. Ale wątpię aby długo. Ha! Zobaczymy jutro. Kiedyś Starszy mówił, że ulubiona liczba naszego patrona to trzy. A jutro jest trzeci dzień tygodnia. Ja stawiam, że padnie do jutra albo jutro. Ale kto wie? Może nasz patron ma wobec niego jeszcze jakieś plany? - gdy Otto wyjawił po co się zjawił gospodarz machnął swoja pulchną łapą aby szedł za nim na zaplecze a potem do piwnicy. Tam zastali śpiącego w barłogu garbusa. Jaki jednak nie spał lub głosy go obudziły.

                                        - A jak padnie? - zagaił go zaciekawiony śmierdziel słysząc widocznie chociaż końcówkę rozmowy. W tym czasie obaj jego koledzy stanęli przed celą z ledwo dyszącym pacjentem hospicjum. Drzwi do celi były otwarte. Sąsiednie, do tej porwanej pielgrzymki zamknięte a jeszcze dalsze znów otwarte. Tam zdaje się sypiała Loszka. Widać cieszyła się już takim zaufaniem nurglistów, że jej nie zamykali. Gospodarz zamyślił się chwilę nad pytaniem garbusa.

                                        - To padnie. Widocznie wykonał już swoje zadanie w wielkim planie. A! Bo właśnie! On gadał w nocy! Strupas! Powtórz Otto co on tam gadał. - aptekarz wzruszył ramionami widocznie niezbyt przejmując się losem Vigo na jakiego już od początku postawił krzyżyk. Ale w ostatniej chwili przypomniało mu się coś bo ożywił się i zwrócił się do kolegi.

                                        - A tak! Bo ja tu z nimi siedziałem całą noc! Musiałem tej idiotce dać w łeb bo wrzeszczała i hałasy robiła. No i ten zaczął coś dyszeć, ledwo go rozumiałem. Zwłaszcza, że to gadał coś, potem chrypiał i nic, ja prawie znów zasypiałem i budzę się bo ten znów coś mamrocze. - garbus widocznie pełnił tu nocny dyżur i wskazał na porwaną dziewczynę w środkowej celi. Ta rzeczywiście była przytomna ale przywiązana za nadgarstki do koła wmurowanego w ścianę i z kneblem w ustach. Patrzyła na nich trwożliwie ale przytomnie zza krat.

                                        - Dobra, gadaj co mówił! O robakach i zarobaczonych łonach! - Sigismundus ponaglił kolegę słowem i gestem bo choć pewnie już zdążył to usłyszeć od brata w wierze to chętnie to by usłyszał jeszcze raz. No i pochwalił się przed byłym mnichem. A robaczy temat niezmiennie budził jego uśmiech pełen ekscytacji nadziei w lepszą przyszłość.

                                        - A tak… To było… - garbus zmrużył oczy próbując przypomnieć sobie nocne i pokawałkowane słuchania gorączkującego pacjenta jaki wydawał się jeszcze bliższy tamtego świata niż tego w porównaniu do tego gdy go Otto widział ostatnio.

                                        - Blade łono płodności… A nie… Pobłogosławione płodnością blade łono… królewskiej krwi… wyda piękny, dorodny, królewski owoc… Jakoś tak… Tyle zrozumiałem. Niewyraźnie mamłał i to jeszcze po trochu przez całą noc. - garbus skupił się aby powtórzyć na ile zdołał to co usłyszał w nocy od Vigo. W końcu wzruszył swoimi krzywymi ramionami dając znać, że więcej nie pamięta.

                                        - No właśnie. Jakąś bladolicą to może byśmy znaleźli. Sam znam parę. Jakby była płodna to pewnie też. Przecież większość jest. Ale królewskiego rodu? - zamyślił się grubas. Pokręcił głową i po chwili rozłożył ręcę w geście bezradności, że trudno mu to połączyć w sensowną całość. Ludzie o bladych twarzach zwykle należeli do błękitnokrwistych. Poza nimi niewiele osób mogło sobie pozwolić na regularne pudrowanie twarzy aby zachować modną, elegancką bladość. Ale nawet jakby nie liczyć twarzy tylko jasną skórę to też kojarzoną ją głównie ze szlachetnie urodzonymi. Bo ludzie pracujący na roli czy pod żaglami zwykle byli ogorzali od słońca, wiatru, mrozu i deszczu. Chociaż i wśród nich trafiali się ludzie o jasnej karnacji. Większość kobiet rzeczywiście była zdolna do rodzenia dzieci więc można było je uznać za płodne. No ale ten trzeci element o królewskiej krwi trudno było obu kolegom Otto przypasować do dwóch wcześniejszych.

                                        - Może to jakaś przenośnia… Czy jak to tam się mówi… - mruknął niepewnie garbus też chyba mając kłopot jak to zinterpretować słowa konającego.

                                        - Nie wiem. Po prostu nie wiem. Może po prostu bredził? Chyba, że ty Otto masz jakiś pomysł. Jesteś uczony w mowie i piśmie to może to jakoś rozwikłasz. A! Ale jeszcze mówił o muchach! Gadaj mu o muchach Strupasku! - gospodarz westchnął nie mogąc samemu znaleźć rozwiązania tej zagadki. Klepnął w ramię jednookiego kolegę dając znać, że jak ten ma jakiś pomysł to chętnie go wysłucha. Ale to znów mu przypomniało coś jeszcze bo przypomniał o tym garbusowi.

                                        - A tak! Gadał jeszcze o jednej z nas. Że przybędzie aby się do nas przyłączyć. I będzie ją zwiastować muchy, aromat zgnilizny i zepsucia no i larwy. Ludzie na ulicy będą odwracać wzrok i nosy z obrzydzeniem ale oni są ślepi a ona jest oświecona. I przyłączy się do nas. - powiedział w zachwycie i z rozmarzonym tonem garbus jakby opisywał wymarzoną kobietę swoich marzeń. W końcu skończyło się na tym, że ochota na sen mu odeszła i napędzany wiarą ruszył na zawalone gnojem i błotem ulice aby poszukać tej jaką miała zwiastować woń zgnilizny, muchy i obrzydzenie na twarzach jeszcze nie oświeconych.


                                        Potem zaś musiał znów szybko przebierać nogami w ten już nie tak wczesny i chłodny poranek aby zdążyć do zachodnich ulic miasta gdzie było jego hospicjum. Poranek się rozgościł na dobre i rozpogodził słonecznym, letnim blaskiem gdy nieco spóźniony przekroczył drzwi i mógł zająć się swoimi obowiązkami. Jeszcze tylko musiał porozmawiać z przeorem o spodziewanych, zacnych gościach na dzisiaj. Ten wysłuchał go uważnie i nieco się zdziwił. Nawet jeśli zauważył spóźnienie mnicha to nowy temat przykuł jego uwagę bardziej.

                                        - Rozmawiałeś z nimi i mają nas odwiedzić? Dobrze. Bardzo dobrze Otto. Sam widzisz co się dzieje. Szaleństwo! To już drugi czy trzeci atak takiej zbiorowej histerii! A ile szkód! Pobicia, siniaki, wybite zęby, połamane meble! Oni myślą, że my to wszystko dostajemy za darmo! No. I dobrze, niech przyjdą te szlachcianki i się rozejrzą. Oprowadzisz je skoro już z nimi rozmawiałeś. I tak zagadaj aby otworzyły przed nami swoje sakiewki. Mam nadzieję, że to nie są jakieś skąpiradła tylko porządnie szczodre i wrażliwe na niedolę bliźnich białogłowe. - przeor szybko przyswoił tą wreszcie dobrą informację tego dnia. I widać było, że wiązał nadzieję, że owe zacne i szlachetne a przede wszystkim bogate damy nie będą tylko chodzić, oglądać i może modlić się ale wesprą ten przybytek jakimś datkiem. W końcu większość działalności tej placówki opierało się właśnie na takich datkach charytatywnych wiernych. Zwłaszcza tych z zamożniejszej warstwy jakich było stać na takie datki.

                                        Po rozmowie z przeorem Otto wrócił do swoich standardowych zajęć. Większość chaosu jaki spowodowała festagowa awantura już została uprzątnięta. Ale i tak niosły się echem młotki stukające w drewno czy szorujące piły gdy bracia i wolnotariusze próbowali a to naprawić uszkodzone meble albo zrobić nowe. Ze swoich ulubionych pacjentów pojedynczo wyłuskał wszystkich. Najłatwiej było z Thornem bo wciąż siedział w tej samej izolatce.

                                        - I co? Coś nie widać tych twoich damulek co tak chętnie zadzierają kiece. - przywitał go szyderczą uwagą jakby sam chciał nadrobić poprzednią rozmowę gdy chyba przez chwilę uwierzył albo chciał uwierzyć, że zjawią się tu jakieś rozkoszne ślicznotki i to jeszcze takie z wyższych sfer. Już nie mówiąc, że miałyby cokolwiek zadzierać, zwłaszcza suknie i zwłaszcza w jego celi. Pewnie miał na to przez chwilę nadzieję no ale czas spędzony w celi przywrócił mu właściwy, nieufny do świata pogląd na stan rzeczy. W sumie nie było się co dziwić bo hospicjum to nie było raczej na szczycie listy odwiedzin dla młodych panien z dobrymi nazwiskami.

                                        Annika leżała na swojej pryczy i sufitowała albo spała. Wciąż miała zabandażowany brzuch i zdarte dłonie. Ledwo spojrzała w jego stronę gdy do niej zajrzał i nie zamierzała się pierwsza odzywać. Jak tak leżała w samych kalesonach i koszuli, bosa i nieruchoma to nie sprawiała wrażenia agresywnej. Chociaż w suchym spojrzeniu było coś zaczepnego i odpychającego, że pewnie sporo osób wolałoby sobie poszukać innego zajęcia niż podchodzić bliżej.

                                        Georga zastał przy pracy braci stolarzy. A raczej tych co się na tym znali i zbijali na nowo te krzesła, ławy, stoły, deski do drzwi aby się znów do czegoś nadawały. Pomoc Georga ograniczała się chyba do nieprzeszkadzania. Ot tutaj bracia mieli go na oku jak nie do końca władz umysłowych dziecko jakie lepiej mieć na oku. Pacjent wciąż miał zabandażowaną głowę ale już się poruszał samodzielnie. Siedział na ławce i albo podawał pracującym gwoździe, młotek, hebel czy to co tam akurat potrzebowali. Gdy Otto tam wszedł przywitał się z nim grzecznie w czym jeszcze bardziej przypominał opóźnione w rozwoju dziecko.

                                        - Pochwalony bracie. - skinął mu obandażowaną głową gdy i bracia przywitali się z kolegą. Mówili, że jest grzeczny i pomagał im rano powylewać nocniki. A teraz przy pracy tutaj. Pacjent aż pęczniał z dumy słysząc te pochwały pod swoim adresem.

                                        Marisa zaś miała robić pranie w pralni. Zastał ją właśnie tam. Siedziała na zydlu w ciężkim, drapiącym habicie jaki wciąż miała nosić jako część pokuty za swoje skandaliczne zachowanie z ostatniego Festag. Chociaż jak siedziała na tym zydlu do go wysoko podwinęła tak, że kontrastowały z tym włochatym, ciemnym habitem jej gładkie, kobiece łydki, kolana i kawałek ud. Których wcale nie zakryła gdy do łaźni wszedł mężczyzna. Podobnie podwinięte miała rękawy. Bo siedziała na tym zydlu przy bali z mokrymi ubraniami. Na przemian trzeba było je ucierać na tarze i tłuc kijanką a gdy były w sam raz przejść obok i rozwiesić w suszarni do wyschnięcia. Na dłuższą metę ciężka, fizyczna, niewdzięczna i męcząca praca. Marisa musiała ją wykonywać sama. Ciekawe czy przypadkiem nie dlatego aby znów nie próbowała kogoś wychędożyć albo biegać nago jak to miało miejsce w ostatni Festag.

                                        - Pochwalony bracie. - przywitała się z nim grzecznie i pokornie łapiąc na chwilę oddech i ocierając czoło nadgarstkiem. Wcale nie wyglądała jak tamta wrzeszcząca naguska co tu biegała po stołówce i korytarzach nie chcąc założyć swoich ubrań. Ale przy tym grzecznym i pokornym tonie na jej pełnych ustach wykwitł psotny, porozumiewawczy uśmiech.

                                        I tak leciał ten kolejny dzień w hospicjum. W środku dnia znów się rozpadało. Otto w większości musiał pełnić swoje obowiązki na sprzątaniu cel i korytarzy, pomaganiu w kuchni czy potem ściąganiu zdolnych do chodzenia pacjentów do stołówki albo rozwożenia strawy tym co byli w swoich celach. Było już po obiedzie gdy trzeba było odstawić pacjentów do cel lub gdzie indziej gdy kolega podszedł do niego raźnym krokiem i z błyskiem oku.

                                        - Otto idź do przeora. Jakieś babki przyszły obejrzeć hospicjum. Mówił, że ci mówił. Masz je oprowadzić i najlepiej tak aby rzuciły co łaska na tacę. - streścił mu polecenie przeora tego przybytku. Po czym obaj pospieszyli do gabinetu szefa.

                                        - O, Otto, dobrze, że już jesteś. Oprowadzisz naszych szacownych gości prawda? - przeor uśmiechnął się jowialnie wskazując na grupkę pięciu kobiet. Z czego tylko jedna, ta najstarsza i najmniej urodziwa nie należała do kultystów. Pozostałą czwórkę znał całkiem dobrze a po ostatniej wizycie w loszku panny van Dake to nawet zdołał sobie obejrzeć je całkiem dobrze gdy niewiele ubrań miały na sobie. Ale dzisiaj cała czwórka była odziana. Z czego Łasica odróżniała się skromnniejszą, szaro burą suknią w sam raz do niezbyt zasobnej mieszczki albo służącej bogatej pani. Bez makijażu, ze skromnym uczesaniem przykrytym prostym czepkiem i nieśmiałym spojrzeniem zdawała się być nędznym dodatkiem do trójki wspanialszych kobiet i w ogólne nie przypominała wyuzdanej kultystki w samej obroży czy śmiałej łotrzycy w skórzanych spodniach. Soria, Pirora i Fabienne były w dostojnych, czarnych sukniach aby podkreślić swoją żałobę po zmarłej księżnej. No i była jeszcze ta niechciana ale konieczna przyzwoitka Frau von Mannlieb czyli Gertruda. Ostatnio Otto ją przez chwilę widział jak za Kristen przechodził przez parter przed spotkaniem z koleżankami z kultu jakie odprawiały modły żałobne na swój własny, perwersyjny sposób. Ona też go obdarzyła czujnym spojrzeniem i miał wrażenie, że go rozpoznała. W końcu młodzian w habicie i z jednym okiem to mógł jej się rzucić w oczy. A może tylko tak mu się wydawało?

                                        - Bardzo dziękujemy ojcze. Postaramy się nie zaburzyć rytmu waszego dnia i nie zająć zbyt wiele czasu. - Pirora odwzajemniła przeorowi jego galanterię i cała grupka ruszyła za swoim młodym przewodnikiem. A nawet dwoma. Bo jak się okazało widocznie umówili się z przeorem, że kolega zajmie się służkami czyli Olgą jak widocznie nazywała się ta maska Łasicy i Gertrudą zaś Otto miał zająć się tymi znamienitszymi gośćmi. Złapał jeszcze porozumiewawcze spojrzenie szefa który pewnie chciał mu przypomnieć aby nakłonił szlachcianki do złożenia odpowiedniego datku albo chociaż jakiegokolwiek. Gdy kolega zabrał młodą i starą służkę idąc korytarzem Otto został sam z trzema szlachciankami. Czyli chociaż przez chwilę byli w swoim prywatnym, kultystycznym gronie.

                                        - Nie mogłyśmy zabrać Łasicy, znaczy Olgi bez zabierania Gertrudy. Bo by to dziwnie wyglądało. Ale mamy plan aby połazić trochę a potem ja sobie “przypomnę” coś i ją wezwę. To do nas dołączy. Możesz wtedy po nią pójść? Albo posłać kogoś? - dziewczęta widocznie mimo pewnych trudności w postaci starej przyzwoitki młodej bretońskiej małżonki morskiego kapitana znalazły sposób aby ją obejść na tyle aby łotrzyca mogła do nich dołączyć. Nawet jeśli nie była z nimi od początku wizyty. A na razie były ciekawe tych pacjentów i pacjentek o jakich tak ciekawie im wcześniej opowiadał kolega.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Online
                                          SantorineS Online
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #61

                                          Oryginalny autor: Lord Melkor

                                          “Słyszeliśmy kochanie. Ale jak widzisz do Zakonu Klepsydry też przyjmują kobiety. - ojciec skinął głową i nieco z przekąsem wskazał nią na siedzacą naprzeciwko blondynek czarnowłosą kruczycę. Ta jak to było typowe dla jej patrona nie mówiła za wiele i zachowywała grobową powściągliwość. Froya spojrzała na cichą kapłankę odzianą w żałobną czerń przesuwając się szybko po jej widocznej sylwetce.”

                                          - Do Kolegiów Magii w Altdorfie też przyjmujemy niewiasty…. - uśmiechnął się Joachim. - może nie jest to w tym momencie większość ale np. przełożoną Kolegium Jadeitu jest kobieta. Nasze społeczeństwo robi się chyba coraz bardziej otwarte pod tym względem, prawda?

                                          - No nasze tutejsze to jednak chyba niezbyt. - panna van Hansen skrzywiła swój ładny, szlachetnie zarysowany nosek i usta na tą uwagę dając wyraz swojemu niezadowoleniu. - Aczkolwiek mnisi habit czy toga uczonego to raczej nie dla mnie. Mnie się marzą pas i ostrogi. - westchnęła grzebiąc niemrawo widelcem po swoim talerzu na jaki pewnie przeciętny mieszkaniec tego miasta dostałby bezdechu. Tak na widok samego ozdobnego naczynia, srebrnych eleganckich sztućców czy tego co na nim podano. Dorosła córka gospodarzy jednak zdawała się tego nie zauważać wspominając, że ma ambicje dostania się do stanu rycerskiego. Komuś z jej pozycją, zainteresowaniami i umiejętnościami to raczej nie byłoby przeszkodą. O ile ten ktoś byłby mężczyzną.

                                          - Ale jak nie świeckie ostrogi to może chociaż duchowne. - westchnęła spoglądając w bok na siedzącą obok urlykankę jaka zdawała się być dla niej wzorem, nadzieją i dowodem, że jest jakaś furtka przez jaką kobieta może przywdziać zbroję, ostrogi i inni traktują ją jak każdego innego męża a nie niewiastę z niestosownymi aspiracjami i fanaberiami.

                                          - Oj córciu, przecież już o tym rozmawialiśmy tyle razy. - dla odmiany teraz westchnęła Frau van Hansen zapewne dając echo podobnych rozmów jakie miały miejsce niezliczoną ilość razy.

                                          Joachim zawahał się, nie chciał stawać w tym sporze pomiędzy matką a córką. W końcu postanowił odezwać się możliwie neutralnie.

                                          - Nie wątpię że znajdziecie rozwiązanie zarazem satysfakcjonujące Froyę jak i korzystne dla całej rodziny. Zawsze mogę też sprawdzić układ gwiazd w ten intencji.

                                          - Oh, nie ma się co kłopotać kawalerze. - ojciec dorosłej córki pokręcił głową na znak, że nie widzi takiej potrzeby fatygowania się młodego astrologa.

                                          - No ja jestem pewna, że jakieś rozwiązanie się znajdzie. - uśmiechnęła się półgębkiem jego córka i odkroiła kawałek porcji na swoim talerzu po czym włożyła go sobie do ust.

                                          - Zawsze możesz wstąpić do nas. Chętnie powitam młodą, silną i wyszkoloną akolitkę w swoich szeregach. A część naszych obowiązków to patrole okolicy lub zbrojne interwencje jeśli zajdzie taka potrzeba. - rzuciła siedzącą obok Froyi blondynka dając jej do zrozumienia, że w szeregach jej zakonu mogłaby jawnie występować zbrojnie.

                                          - Tak z tego co wiem, patrole takich zacnych wojowników w naszym rejonie się przydają. Słyszałem nieco o potworach jak trolle czy zwierzoludzie. Napotykacie je może, Matko? - Czarodziej spytał się Przeoryszy.

                                          - Tak, zwierzoludzie, orki, bandyci ale mamy sytuację pod kontrolą. Z tego co słyszałam to chyba prawie wszędzie w głębi boru, jakiejś jaskini, rozpadlinie czy bagnie lęgnie się jakieś paskudne tałatajstwo. - blondwłosa urlykanka przytaknęła widocznie uznając sytuację w okolicy swojego klasztoru jak i tutejszą za w miarę standardową. W końcu tego typu plotki o jakichś bandach czy napadach były dość powszechne.

                                          - U nas w głębi lasu są zwierzoludzie ale niestety trudno ich wytropić tak aby wziąć ich na czubek kopii czy rohatyny. Ale za to jest mnóstwo innej zwierzyny do upolowania. - Froya przytaknęła chociaż zdawała się patrzeć na tą samą rzecz jak na szansę na jakieś interesujące polowanie.

                                          - Mam nadzieję dziecko, że nie myślisz o zorganizowaniu czegoś takiego i pamiętasz, że powinniśmy okazać szacunek naszej niedawno zmarłej księżnej. - matka zwróciła jej uwagę chcąc zapewne pohamować jej zapędy na tym punkcie z jakich młoda dama była szeroko znana w mieście i okolicy.

                                          - No tak, pamiętam. Szkoda. Tylu znamienitych gości się zjechało na turniej a tu ani turnieju, ani balów, ani polowań, no nic nie można organizować. - westchnęła z żalem blondwłosa szlachcianka.

                                          - Przykro mi, że nasze tradycje pokrzyżowały ci plany. - odparła krótko Matka Somnium zwracając uwagę na niestosowność komentarza. Rodzice ostro spojrzeli na córkę a ta żachnęła się zdając sobie sprawę, że nieco się zagalopowała.

                                          - Przepraszam, oczywiście dostosuję się do wymogów żałoby. Ot, po prostu zwykle jak jest tylu gości spoza miasta to coś organizujemy z tej okazji. - panna van Hansen przeprosiła kapłankę boga śmierci i snów dodając krótkie wyjaśnienie. Ta dostojnie skinęła głową przyjmując te przeprosiny.

                                          - Pytanie, czy jeśli celem takiej wyprawy nie jest rozrywka uczestników a oczyszczenie okolicy z niebezpiecznych bestii i pomiotu chaosu, to czy takie działanie wciąż jest naruszeniem żałoby? - zadumał się Joachim, podchodząc do problemu w bardziej naukowy sposób.

                                          - Myślę, że trzeba by zasięgnąć opinii i zgody kapłanów, może postarać się o odpowiednią dyspensę. O ile rzeczywiście by było to coś nie cierpiącego zwłoki bo na razie to nie doszły mnie słuchy o jakichś zagrożeniach na większą skalę. - tym razem głos zabrał Mikael ale pytanie chyba zastanowiło wszystkich. On jednak miał wśród zebranych przy stole największy autorytet ze względu na wiek, doświadczenie i pozycję.

                                          - Tak, jakby zagrożenie było jakieś większe można by się zapewne ubiegać o dyspensę. Ja nie czuję się na siłach a i jestem tu, że tak powiem w gościach, nie chciałabym wchodzić tutejszym kolegom i koleżankom w podwórko. - von Siert pokiwała głową do słów gospodarza zgadzając się z jego wykładnią.

                                          - Trzeba by zbadać sprawę. Ale na razie to jak widzę pytanie teoretyczne. Wiele zależałoby od sytuacji i okoliczności. U nas sprawę by zapewne rozpatrywali moi starsi i bardziej doświadczeni koledzy. - morrytka też się zaciekawiła tym tematem niejako służbowo bo kwestie żałoby po zmarłych też podpadały pod jej patrona. Ale scedowała taką teoretyczną decyzję na tutejszych kapłanów jacy zarządzali tutejszą trzódką wiernych. Ona mimo wszystko też była tu gościem i tak nie znała tutejszych realiów.


                                          “- Ja jestem z Czarnowidzów. Patronuje nam Morr Śniący, jako patron snów, widzeń i proroctw. - przyznała skromna kapłanka. To zainteresowało panią Martinę jaka lubiła takie tematy. Wspomniała, że Joachim zajmuje się czymś podobnym.

                                          - Ale domyślam się, że raczej stosujemy inne metody. - uśmiechnęła się koniuszkiem ust mroczna kapłanka.

                                          - A właściwie czym się różni astrologia od astronomii? Zawsze mi się myli. - zagaił Ferdynand siedzącego przy jego narożniku Joachima.”

                                          Młody magister odłożył na bok kieliszek przedniej jakości wina i skinął do rycerza.

                                          - Astronomia to nauka o ciałach niebieskich, ich naturze i poruszaniu się. Odgrywa ona bardzo dużą rolę chociażby przy nawigacji morskiej. Ja oczywiście studiowałem te kwestie w swoim Kolegium - odparł z nutą dumy - natomiast to co robię jako członek Niebiańskiego Zakonu bliższe jest Astrologii, czyli nauce o tym jak niebiańskie obiekty mogą odzwierciedlać naszą ziemską sferę i wpływać na nasz los. Ja wspieram się tutaj też moim zmysłem i wiedzą o Wietrze Magii Azyr, powiązanym właśnie z ruchem gwiazd i innych niebiańskich obiektów jak komety. Wiele można w nich wyczytać chociaż nie zawsze dokładnie tego co mamy nadzieję znaleźć… zrobił dramatyczną pauzę.

                                          Następnie spojrzał na Czarnowidzkę, której sztuka była faktycznie pod wieloma względami bliska jego, choć opierała się przecież na innym instrumentarium. Ciekawe czy mogła coś zobaczyć co mogło zagrozić sprawom Zboru?

                                          - Czytałem nieco o Morze Śniącym Matko, jest to mniej znany ludziom aspekt tego boga, choć dla mnie interesujący, gdyż jak słusznie zauważył Pan Ferdynand nasze sztuki nie są od siebie odległe co do zastosowania, choć dzieli ich źródło. Jak rozumiem Czarnowidzowie polegają na proroczych snach i obecnych w nich wizjach?

                                          - Tak. Próbujemy wyczytać wolę naszego patrona ze snów i czasem wizji. Nasz patron kojarzy się zwykle z końcem doczesnego żywota i początkiem snu wiecznego ale przecież też jest patronem zwykłych i mniej zwykłych snów. - odparła skromnie czarna kapłanka potwierdzając domysły astrologa.

                                          - Oh moi drodzy, tak się cieszę, że oboje tu jesteście, to takie fascynujące i tajemnicze te wszystkie gwiazdy, sny i przepowiednie. - Frau Martina westchnęła z zadowolenia bo od dawna z całej trójki van Hansenów jaką Joachim miał okazję poznać ona wydawała się zdradzać największe zainteresowanie takimi ezoterycznymi tematami.

                                          - A to potrzebujecie czegoś do takiego wróżenia? Możecie to zrobić w każdej chwili i z każdą osobą? - zaciekawił się zacny rycerz von Glitz.

                                          - No ja muszę spać i śnić. Więc najczęsciej robię to w nocy. - odparła bladolica kapłanka z lekkim uśmiechem.

                                          - Ja również pracuje głównie w nocy, obserwując gwiazdy, więc to również nas łączy - Joachim odpowiedział również z uśmiechem. Następnie nieco spoważniał.

                                          - Ostatnio muszę przyznać że widziałem parę niepokojących znaków, które mogą sugerować działanie mrocznych i zwodzicielskich sił. Przypomina mi to, że chyba nigdy nie odnaleziono łotrów którzy zeszłej zimy włamali się do więzienia i uwolnili wiedźmę. Czy te wiadomości może do was dotarły, wielebne? - spojrzał na kapłanki Ulryka oraz Morra. Może była to niebezpieczna gra, ale chciał wybadać czy coś wiedzą.

                                          - Zdarzyło mi się coś słyszeć na ten temat ale nie przywiązywałam do tego większej wagi. Przyjechałam na turniej no a tu bogowie postanowili poddać nas próbie. - cmoknęła matka von Siert z nieco krzywym uśmiechem. Nie sprawiała zbyt zainteresowanej zimowymi wydarzeniami tylko kogoś kto przyjechał właśnie na turniej jaki prawie w ostatniej chwili odwołano z powodu żałoby po księżnej jaką ogłoszono w całej prowincji.

                                          - Ja też o tym słyszałem. Przykra sprawa. Nie chciałbym być niemiły ale takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Wystawiają władze na pośmiewisko. Zwłaszcza jak przez pół roku nie mogą ująć tej hołoty. - Frederick pokręcił głową na znak, że on z kolei coś musiał słyszeć o owej ucieczce z tutejszych kazamat i zdecydowanie nie uznał tego za dobrą wiadomość.

                                          - Teraz to pewnie już dawno wsiedli na jakiś statek i odpłynęli albo czmychnęli gdzieś w gęstwiny dzikich lasów. - Mikael przyznał mu rację ale wydawał się wątpić aby po tak długim czasie ktoś ze spiskowców jeszcze przebywał w mieście.

                                          - A jakiego rodzaju było to ostrzegawcze proroctwo Joachimie? - zapytała morrytka zainteresowana doświadczeniami nowego znajomego w podobnej tematyce jaką i ona się zajmowała.

                                          - Tak, mi też się wydaje że tych szubrawców nie ma już w mieście - Joachim zgodził się z Mikaelem. - Mogli zbiec do lasu, w szczególności jeśli mają sprzymierzeńców pośród zwierzoludzi.

                                          - Co do ostrzeżenia zaś…. ostatnio silnie świeci Gwiazda Uroku. Symbolizuje ona magię i tajemnicę ale też odwagę i śmiałość. Dobrze była też widoczna czarna pustka Vobisa Ulotnego, która wiąże się z ciemnością i niepewnością. No i Gwiazda Wieczorna, patron iluzji i tajemnicy. To wszystko może sugerować, że jakieś złowrogie siły działają w okolicy lub planują jakiś spisek - odpowiedziałem morrytce na jej pytanie, odwołując się do rezultatów swojej ostatniej obserwacji gwiazd.

                                          - Oh, to fascynujące! Ale i trochę niepokojące. Czy powinniśmy się czegoś obawiać? Czy możesz jakoś powiedzieć czego właściwie powinniśmy się spodziewać? - jak zwykle matka Froyi zdradzała spore zainteresowanie takimi ezoterycznymi tematami.

                                          - Brzmi nieco niepokojąco to prawda. Ale przyznam, że nie specjalizuje się w astrologii i astronomii bo my działamy innymi metodami. Więc trudno mi coś o tej przepowiedni powiedzieć. Ale porozmawiam z moimi gospodarzami o twojej wróżbie może coś poradzą. A jeśli niepokojące sygnały będą się powtarzać sugeruję udać się do władz albo łowców czarownic. - morrytka przyznała, że metody z jaką posługują się magistrowie niebiańskiego kolegium nie są jej zbyt bliskie i znane niemniej skoro brzmiały tak ostrzegawczo to sugerowała aby młody astrolog nie trzymał ich tylko dla siebie.

                                          - Muszę przyznać, że jeszcze badam znaczenie tych niepokojących aczkolwiek też i dwuznacznych znaków, mogą sugerować one jakiś spisek podstępnych i złowieszczych osobników, stąd przypomniał mi się zuchwały napad na więzienie. Będę dalej badał te sprawy, ale trochę czujności na pewno nie zaszkodzi. Choć oczywiście nie wątpię, że zarówno władze jak i łówcy czarownic robią co w swojej mocy by nas chronić….. akurat nie miałem okazji poznać naszych łówców jeszcze, może kiedyś to nastąpi - spojrzał na pozostałych, ciekawy czy ktoś z tego towarzystwa miał jakiś kontakt z łowcami. Dodatkowe źródła informacji o tym temacie na pewno byłyby przydatne…

                                          - Chyba mało kto by chciał mieć z nimi dobrowolnie do czynienia. - uśmiechnęła się kpiąco Froya ale uspokoiła się pod karcącym spojrzeniem rodzicielki.

                                          - Jeśli jednak oznaki są niepokojące to jednak dobrze by porozmawiać o nich z kimś jeszcze. Mogą być łowcy, albo ktoś ze straży miejskiej czy ratusza. Skoro w grę wchodzą takie poważne sprawy Joachimie o jakich mówisz to nie powinieneś ich ignorować. Może to się jakoś zazębi z czymś co już wiedzą albo wkrótce się dowiedzą? Wszyscy powinniśmy sobie pomagać w miarę naszych możliwości skoro mamy wspólny cel. - ojciec popularnej w mieście młodej szlachcianki zwrócił uwagę astrologowi, że jego zdaniem powinien jednak z kimś z władz porozmawiać o swoich wróżbach.

                                          - To prawda. Odkąd tu przyjechałam też nie sypiam zbyt dobrze. Mam wrażenie, że mój patron coś chce mi przekazać. Ale nie jestem pewna co. - Czarnowidzka przytaknęła krótko temu pomysłowi a i sama dodała nieco od siebie.

                                          - To brzmi strasznie o tych złowieszczych osobnikach. A żyjemy w takich niebezpiecznych czasach. Zresztą ostatnia zima to pokazała dobitnie. Ostatnio rozmawialiśmy z Mikaelem czy nie zatrudnić kogoś jeszcze do ochrony. Ciężkie czasy, oj ciężkie. - Martina westchnęła jakby chodziło o kolejny element ponurej układanki z jakiego składało się ich życie.

                                          - Nie frapujmy się na zapas! Wznieśmy toast na pohybel naszym wrogom, złośliwcom i spiskowcom! - zawołał Fryderyk łapiąc za swój kielich i wznosząc wesoły toast aby zmienić te dość złowieszczo brzmiące tematy. Udało mu się przynajmniej chwilowo bo pozostali też chwycili za swoje kielichy, uśmiechnęli się i dołączyli do toastu.


                                          “- To już może zaprowadź naszych gości moja droga. Obawiam się, że zbyt się objadłem i tyle schodów na dół mogłoby być dla mnie zbyt wielką przeszkodą. - odparł z uśmiechem Herr Mikael do swojej córki. Ta dygnęła przed nim grzecznie i spojrzała zachęcająco na swoich gości. W końcu większość z nich była raczej w jej wieku niż jej rodziców. No może Ferdynand był gdzieś tak w połowie drogi. Matka von Siert i Herr von Glitz chętnie wyrazili zgodę na taką wizytę, Matka Somnium i Frau von Richter jakby się zawahały czy iść czy zostać.”

                                          -Chętnie zobaczę kolekcję Panny Freyi, brałem już udział z nią w jednym polowaniu podczas zimy i wiem że niewielu dorównuje jej umiejętnościami - Czarodziej pokusił się o pochlebstwo.

                                          Gospodyni odwdzięczyła mu się krótkim skinieniem głowy i życzliwym uśmiechem po czym przejęła obowiązki przewodniczki wyprowadzając gości z jadalni na korytarz. Poza Joachimem ruszyli także rycerz von Glitz i siostra von Siert. Frau von Ritter zdecydowała się dotrzymać towarzystwa rodzicom i matce Somnium tłumacząc się, że już widziała te trofea swojej przyjaciółki nie raz a nie chce tam robić tłoku na dole. Więc ostatecznie zeszli schodami na dół do piwnicy we czwórkę. I tam blondwłosa szlachcianka w czarnej, żałobnej sukni powiodła ich do pokoju z trofeami.

                                          - To tutaj. - odparła otwierając drzwi i przepuszczając gości przodem. A gdy ci weszli do środka mogli przekonać się co tam jest. Wyglądało tak jak się można było spodziewać po nazwie. Całe ściany pełne czaszek jeleni czy czegoś podobnego z porożami albo same poroża. Łby wilków z wystrzeżonymi pyskami, turów i łosi z masywnymi porożami, ze dwa łby niedźwiedzi, kilka czaszek jakie Joachim nie bardzo mógł rozpoznać. Ale nad kominkiem było duże, paskudne trofeum.

                                          - To król mojej kolekcji. Udało nam się we trójkę go upolować i ubić w ostatnią zimę. - wskazała z dumą na odcięty łeb trolla. Całkiem możliwe, że tego o jakim zimą mówili Egon i Norma. Od tamtej pory Froya weszła z całkiem niezłą komitywę z norsmeńską wojowniczką ale z Egonem to raczej nie bardzo i ich drogi się rozeszły.

                                          - Wspaniałe! Jestem pod wielkim wrażeniem. Składam honory przed tak wspaniałym myśliwym. - zawołał z emfazą Fryderyk i rzeczywiście oddał ukłon przed szczupłą blondynką w czarnej sukni. Zapewne łatwiej by było przyjąć do wiadomości, że to pokój trofeów jej ojca czy kogoś z męskich członków drużyny ale świadomość, że ta młoda i szczupła kobieta w czarnej sukni mogła własnoręcznie ubić te wszystkie poczwary robiła na rycerzu wrażenie swoją nietypowością.

                                          - Ja również. Obawiam się, że nie mam szans ci dorównać w łowiectwie moja droga bo sama niezbyt się tym zajmuję. A odkąd zostałam przeoryszą to już prawie w ogóle nie mam czasu na takie zabawy. - przyznała Katherine von Siert też podziwiając te wszystkie łby, kły, poroża i łapy zebrane dookoła. Te komplementy wyraźnie przypadły do gustu gospodyni bo się rozpromieniła na całego.

                                          - Robi wrażenie, prawda? - Czarodziej przyglądał się trollowemu łbu.
                                          - Polowania to raczej nie mój świat, chociaż parę miesięcy temu polowałem na zwodzącą marynarzy w okolicy syrenę w okolicy Wrakowiska. Niestety nie udało mi się jej pojmać, ale ostatnio marynarze przestali znikać, więc może opuściła te okolice.

                                          - Syrena? Macie tu syreny? - urlykanka była wyraźnie zdziwiona i pytała jakby nie była pewna czy mówią o owych na w pół mitycznych stworzeniach z morskich legend czy to jakiś tutejszy folklor.

                                          - Tak, takie plotki przynajmniej chodziły po mieście. Że rybacy znikają, że znajduje się ich puste łodzie i, że to syrena ich porywa i topi. Pospólstwo lubi takie opowiastki. - Froya potwierdziła słowa astrologa ale sama zdawała się do owych opowieści o znikaniu ludzi z niskiego stanu nie zwracać za bardzo uwagi ani się nie przejmować czy to prawda czy nie.

                                          - Szkoda, że nikt jej nie upolował. Jestem ciekaw jak by wyglądała. Bo słyszałem, że one są albo bardzo piękne i ponętne albo jakieś straszne, obślizgłe maszkary. No i pewnie dobrze by wyglądało takie trofeum na ścianie. - Fryderyk nieco się skrzywił na znak, że jako ktoś z morskiej prowincji coś o syrenach słyszał ale sprzeczne wieści no i sam widocznie żadnej nigdy nie spotkał.

                                          - Ja natrafiłem na tę istotę przy Wrakowisku, mignęła mi tylko jej sylwetka, rzeczywiście przypominała ona w górnej połowie kobietę a w dolnej jakieś morskie stworzenie. Niestety, swoim zwodniczym śpiewem opętała załogę mojej łodzi i prawie wpadliśmy w wir. Za drugim razem gdy ją zobaczyłem w tej okolicy rzuciłem w jej stronę gromowym zaklęciem, domniemywam że to ją zraniło bo potem się już nie pokazywała - odparł Joachim, starając się zmieszać prawdę z kłamstwem by jego słowa były jak najbardziej wiarygodne.

                                          - No szkoda, że jej szlag nie trafił trochę bardziej. Byłoby co oglądać. - rycerz wydawał się lubić trofea nie mniej niż młoda gospodyni więc chociaż zdawał się rozumieć, że na wodzie to nie do końca to samo co na lądzie to jednak nieco zdawał się, żałować, że polowanie Joachima nie zakończyło się jakimś zdobycznym trofeum jakie można było potem pokazać i oglądać. Zwłaszcza tak niezbyt powszechnego stworzenia jakim była syrena.

                                          - Dobrze, że chociaż odpłynęła i przestała nękać tutejszych rybaków. - rzekła luźno blondwłosa von Siert dodając to ugodowym tonem. Czym pozostali też przytaknęli kiwaniem głowami.

                                          - Ja bym chętnie zorganizowała jakieś polowanie. No ale niestety, żałoba. - van Hansen za to przesunęła się tęsknym wzrokiem po ścianach ozdobionych jej trofeami najwyraźniej chętnie by zdobyła kolejne. Ale polowanie uznawano za zbędną rozrywkę czyli coś bez czego można się obejść podczas żałoby ogłoszonej w całej prowincji.

                                          - No cóż, żałoba to wyjątkowa sytuacja, na pewno jeszcze będą okazje, a poza tym dyskutowaliśmy przy stole o pewnej możliwości - Joachim przypomniał, że wpadł wcześniej na możliwe rozwiązanie. Jeśli van Hansenowie i pozostali członkowie miejscowej elity uznają, że jest przydatny, to tym lepiej dla niego, czyż nie?


                                          Po powrocie do domu postanowił nieco odpocząć po tych wszystkich spotkaniach i rozmowach. Pilnowanie się i maskowanie prawdy o sobie było jednak nieco męczące. Chyba dobrze mu poszło, choć nieco zaryzykował mówiąc o możliwych zagrożeniach dla ładu w mieście. Chociaż po tym jak Zbór wykona kolejny większy ruch będzie to wyglądało jakby ich ostrzegał.

                                          W każdym razie priorytetem na najbliższe dni byłoby spotkanie się z Philippem i może jeszcze z kimś z władz Akademii żeby uzyskać dostęp do podziemnego składu i realizować plan ustalony z Tobiasem. Poza tym, może ktoś z tego uczonego grona nada się do zwerbowania do Zboru. Nie ze wszystkim zgadzał się z nadętym nauczycielem, ale co do tego że mogliby w ten sposób wzmocnić pozycję w Zborze miał akurat chyba rację.

                                          Wieczór spędził na lekturach. Miał w ręku traktat "O chaotycznej naturze magii" który choć aktualnie nie znajdował się na powszechnej liście ksiąg zakazanych, budził duże kontrowersje z powodu akcentowania chaotycznych źródeł magicznych mocy. W świetle nauk, które otrzymał od Mergi miał nadzieje dostrzec nowe powiązania i połączenia pomiędzy używaniem mocy jego wiatru magii a bardziej zbliżoną do czystego chaosu mocą Dhar. Szukał też czegoś do czytania o historii regionu i lokalnych rodów szlacheckich, zawsze pozwoli to lepiej porozumieć się z tym towarzystwem, niezależnie od tego, że większością z nich gardził......

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy