Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Niedostępny
    SantorineS Niedostępny
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #58

    Oryginalny autor: Seachmall

    Festag; Apteka Sigismundusa

    Otto pomagał wciągnąć nowego pacjenta do przybytku Sigismundusa. Po drodze skinął głową Loszce i tylko pobieżnie zwrócił uwagę na nowy nabytek Nurglitów.

    - To Vigo, jeden z moich pacjentów w hospicjum. Jak widzisz, jego stan jest nieciekawy i chciałbym, abyś utrzymał go przy życiu jak najdłużej. Jego wygoda to rzecz drugorzędna. Zanim wyruszyliśmy w poszukiwaniu ołtarza Oster, nabazgrał gównem prosty rysunek strażnika. Dziś majaczył o darze Oster, który zabraliśmy ze sobą. On i kilku innych pacjentów reaguje na nasze postępy… a to niedobrze, jak mamy inkwizycję w mieście. Sądziłem, że jeżeli go nie uratujesz, to zdołasz wyciągnąć z jego wizji co się, może zareaguje na Loszkę w pozytywny sposób. Tak jak strażnik.

    - Ooo… Mówił coś o Oster? A to ciekawe… - grubas uniósł brwi dając znać, że teraz rozumie i docenia czemu kolega przywiózł tutaj tego ledwo dychającego zdechlaka. I spojrzał w głąb celi z nowym zainteresowaniem. A nawet wrócił do niej aby z bliska obejrzeć jeszcze raz, tym razem dokładniej, stan nowego pacjenta. Ten jednak nadal wyglądał na kiepski. Spocone czoło, mokre zlepione włosy opadające na to czoło, pierś unosząca się powoli i szybko wydychająca chrapliwym oddechem niemrawy charkot. Właściwie to trochę to wyglądało jakby każdy kolejny oddech Vigo mógł być jego ostatnim. Apterkarz jednak mimo to obserwował go dłuższą chwilę coś obracając w myślach.

    - A właściwie co mówił? Dało się coś zrozumieć? Strupas! Dawaj tu Loszkę. Zobaczyczymy czy coś się stanie. - zapytał Jednookiego ale też krzyknął do garbatego pomocnika aby sprawdzić teorię kolegi w praktyce. Słychać było jak śmierdziel nakłania oszalałą kobietę aby przyszła do tej celi z nowym pacjentem.

    - Robaki wyjdą z zarobaczonego łona, ladacznice oddadzą się w słusznej sprawie, a potem muchy spadną na miasto. Brzmi jak to co widzieliśmy na zwojach. - Otto oparł się o ścianę - Będę musiał pomówić z Mergą i Starszym. Piątka pacjentów jest ewidentnie pod wpływem sił naszych patronów.

    - Ooo! Robaki? Wyjdą z zarobaczonego łona? I ladacznice co się oddadzą słusznej sprawie? I jeszcze muchy! Ooo! Muchy! Co spadną na miasto! O tak! Tak, tak, tak! Oh, ty mój złoty chłopcze! Mój wspaniały, złoty chłopcze! - aptekarz aż się zachłysnął z radości i wzruszenia jak usłyszał relację kolegi. Nagle spojrzał na umierającego mężczyznę jak ojciec co odkrywa swojego od dawna nie widzianego syna marnotrawnego co na koniec powrócił na ojcowiznę. Pogłaskał go czule po chropawym policzku z prawdziwie, ojcowską czułością. W międzyczasie przyszli garbus z bezrozumną kobietą i oboje patrzyli z zaciekawieniem na to wszystko.

    - Tak, to musi być ten dar od Oster. Widzieliście obrazki jak wam pokazywałem? Tam też były muchy i czerwie i kobiece łona. To musi być to. Oh Merga! Czemu mnie tak dręczysz czekaniem! Znaczy… No rozumiem, to zajmuje czas… No i lepiej aby to przetłumaczyła jak należy bo to jak z receptą, jak coś niedokładnie zważyszy czy wymieszasz… I wychodzi całkiem co innego… Ale jakże już chciałbym to mieć i wiedzieć! - aptekarz na przemian popadał w wyżyny egzaltacji i zachwytu to popadał w odmęty niecierpliwości i cierpienia z nim związanego. Niecierpliwość go zżerała od środka jak robak gdy czekał i czekał kiedy rogata wiedźma przetłumaczy te bezcenne zwoje jakie przywieźli jej z jaskini jednej z Sióstr.

    - Strupas przynieść wody… Albo nie. Przynieś wina, zobaczymy, może coś powie. Mów, mój złoty chłopcze, mów… Tatuś czuwa i słucha tylko zdradź mi swoje tajemnice, podziel się wiedzą… - usiadł na brzegu pryczy i znów troskliwym ruchem otarł włosy spadające na rozpaloną i spoconą twarz Vigo.

    - Próbowałeś z nim gadać? Od tamtej pory coś gadał? - zapytał Otto gdy garbus pobiegł przynieść owo wino.

    - Mamrotał bez sił, a tak to musiałem uspokoić dziewkę słyszącą Soren i rozszalałego sługę Norry… jeżeli dobrze zgaduję co się tam dzieje. - Otto westchnął - Nie jest jeszcze pora, na takie napady oddania u niezrzeszonych.

    - No nie wiem… Znaczy rozumiem, tak masz rację, to ściąga niepotrzebną uwagę. Więc dobrze, że go tu przyprowadziłeś. Jak już ma coś gadać to do swoich. Ale Starszy i właściwie Merga też, ostrzegali o tym, że śmiertelnicy mogą słyszeć zew Sióstr w swoich snach. I aby zwracać uwagę na sny i jak inni o nich mówią. Bo może właśnie przez sny ktoś słyszy zew którejś z Sióstr. - aptekarz pokiwał swoją byczą głową ale przypomniał co mistrz oraz wyrocznia co jakiś czas wspominali na zborach o wartościowej roli snów. I te miały nawiedzać całą okolicę ale trudno było złapać skalę jak i rozpoznać kto może mieć takie sny. W międzyczasie wrócił garbus z butelką i kubkiem wina. Podał je gospodarzowi a ten nalał do kubka. Po czym troskliwie uniósł głowę chorego i deklatnie zaczął go poić winem. Vigo zachłysnął się ale coś zaczął w końcu przełykać.

    - To zagadaj do niego tak jak wtedy gdy coś mówił. - rzucił cicho gospodarz do Jednookiego mnicha chcąc chyba zobaczyć czy jakoś uda się skłonić chorego do mówienia. Bo wydawał się być świadomy chociaż na tyle aby przełknąć podany mu napój.

    - Sęk w tym, że nie gadałem do niego. Sam zaczął to z siebie wyrzucać gdy… - Otto spojrzał na chorego podopiecznego aptekarza - Vigo, opowiedz mi więcej o robakach? Pamiętasz je? Pamiętasz piękne łono i jak pięknie było zarobaczone?

    W małej celi zrobiło się nieco tłoczno. Gospodarz siedział na brzegu rozłożonej pryczy troskliwie trzymając głowę dogorywającego pacjenta na swoich wielkich, pulchnych udach. Ten leżał na wznak na tej pryczy. Nad nim pochylał się Otto. A przy nogach na to wszystko z ciekawością obserwowali to wszystko Strupas i Loszka.

    Chory zaś przełknął kolejny łyk rozcieńczonego wina i zaczął kiwać głową. Chociaż nie otwierał oczu. Chrypiał ciężkim oddechem schorowanego człowieka co jest w ostatnim stadium przed udaniem się do bram Morra.

    - Robaki… Tak, tak… Robaki… Wyjdą z łona… Takie piękne, takie ponętne… A w środku robaki… I one wyjdą… A potem będą z tego muchy… Wielkie… Jak ptaki… I spadną na miasto… - Vigo wybełkotał ciężko chrypiąc w gorączce a wszyscy pozostali słuchali z przejęciem i ciszy.

    Otto pokiwał głową.

    - To samo mówił wtedy. - mnich spojrzał na aptekarza - Raczej oczywisty przekaz.

    - Wspaniale! Wspaniale! I ty mój złoty chłopcze, też jesteś wspaniały. Wy obaj. - aptekarz słuchał tego z wielkim zainteresowaniem a gdy świszczący i chrypiący przekaz się skończył nie omieszkał okazać swojej radości. Polecił Strupasowi aby przyniósł mokre ręczniki dla schłodzenia czoła schorowanego Vigo a rechoczący i mamrocząc coś pod nosem garbus wyszedł z celi więc zrobiło się nieco luźniej.

    - Jaka szkoda mój złoty chłopcze, że spotykamy się tak późno, u kresu twojej drogi. Ale obiecuję ci, że zrobię co w mojej mocy aby twoje odejście do naszego patrona było jak najmniej bolesne. - niczym ojciec pogłaskał czule mokre od potu, szczeciniaste policzki swojego nowego pacjenta i wydawał się być dla niego ucieleśnieniem dobroci i czułej opieki. Vigo przełknął ciężko ślinę i dalej głośno i ciężko chrypiał.

    - A więc to prawda. Dar od Oster pobłogosławi to miasto. I wreszcie będzie okazja pokazać potęgę naszego patrona. Zobaczysz mój chłopcze. Jak muchy opanują to miasto, czyraki, gorączka i wymioty będą szaleć po domach i ulicach to całe rzesze znajdą się do szukania błogosławieństwa naszego patrona. - grubas machinalnie głaskał czoło pacjenta ale już myślami widocznie był przy jakże pięknej i urzekającej wizji jaką ten przedstawił.

    - Tylko z tymi ladacznicami to trochę mało. Mamy tylko dwie. Loszkę no i tą za ścianą. Nie wiem czy to wystarczy. - zreflektował się gdy widocznie jego umysł trafił na ten szkopuł. Wskazał na stojącą obok bezrozumną dziewczynę jaka biernie uśmiechała się łagodnie zapewne niezbyt orientując się co się dookoła niej dzieje.

    Otto chwilę się zastanawił, tak żeby Strupas i Sigismundus chodzili i porywali ladacznice, to też szybko ludzie zauważą. Skupił się trochę na słowach Vigo, po czym trochę zachichotał.

    - Wybaczcie, ale perfidna myśl mi przyszła do głowy. Nie jestem ekspertem, przyznam muchy i inne pasożyty nie były nigdy priorytetem moich nauk, ale czy nie istnieje takie coś jak "pośredni nosiciel"? Osobnik, który dostarcza jaja, lub larwy do właściwego nosiciela, w którym mają dojrzeć? "Łona chętnie oddane"?

    - No właśnie! Widzę, że ty to jesteś inteligentny i rozumiesz o co tu chodzi! - uśmiechnął się grubas jakby to nagle Otto a nie Vigo stał się jego ulubionym synem. Aż go pogłaskał czule po ramieniu. I zaraz się skwasił.

    - Ale widziałeś co było ostatnio na spotkaniu? Ja czułem! Ja czułem, że to właśnie o to chodzi! Widziałeś te obrazki na zwojach? No przecież tam wszystko było widać! Ale nie! Słyszałeś jak ta wredota mi pyskowała? W ogóle nie chcą współpracować! A wreszcie mogłyby się do czegoś przydać! Ahhh! Poniosło mnie wtedy! Trzeba było łagodnie, poprosić, jak małe dzieci może by się zgodziły. Teraz to chyba za późno. Na pewno się nie zgodzą. Zwłaszcza Łasica, to wszystko przez nią. Ona tam wodzi mir u nich. - aptekarz znów miał ataki swoich bardzo odmiennych humorów. Jak dopiero co zachwycał się nad przenikliwością jednookiego mnicha tak, zaraz potem rozzłościł się na krótkowzroczność kultystek Węża oraz swoją własność gdy dał się ponieść emocjom i wdał się w ostrą kłótnię z Łasicą.

    - Łona naszych sióstr są oddane Slaanesh, Sigismundusie. O ile rozumiem i szanuje, twoje oddanie Ojczulkowi, nie sądzisz, abyśmy wymagali od ciebie, abyś się umył, pozbawił wszelkich pasożytów i wziął udział w masowej orgii, z równie czystymi i zdrowymi kobietami? - słowa Otta miały w sobie nutkę dezaprobaty - I nie to miałem na myśli. Jeżeli te dziewki ulicy mają oddać swoje łona chętnie, oznacza to po prostu transakcję. Czy byłoby możliwe uczynić jakiegoś mężczyznę takim pośrednim nosicielem? Wstrzyknąć mu może larwy tam gdzie trzeba i zafundować kilka dziewczyn?

    - Weź mi nic nie mów o myciu! Rano musiałem się umyć na tą cholerną mszę. Za duży tłum, za dużo świadków. Musiałem się poświęcić. - grubas prychnął z niezadowolenia na wspomnienie o prawie przymusowej kąpieli jaką musiał sobie zrobić dziś rano dla zachowania pozorów przed tak licznymi wiernymi w świątyni podczas mszy.

    - A one co z tego? Liczy się sztuka. Mogłyby się wreszcie na coś przydać. - aptekarz machnął obojętnie swoją pulchnął dłonią na znak, że koleżanki ze zboru traktuje dość podmiotowo gdy chodziło o realizację swoich planów i eksperymentów.

    - I dziewki z ulicy mówisz… - za to zamyślił się nad kolejną rzeczą o jaką zagaił go młodszy i szczuplejszy mężczyzna. - Tak. Myślałem o tym. Chociaż o jakichś pijanych albo takie co dadzą się upić. Znów pomoc tych naszych ladacznic mogłaby się przydać. Tylko nie wiem czy to by się dało utrzymać pod kontrolą i w sekrecie. No chyba, że jakąś mógłbym zamknąć tutaj w celi tak jak tą nową. Sam widzisz, jedną czy dwie w każdej celi można by tu trzymać. - grubas chyba rzeczywiście coś już rozmyślał na ten temat i sprawa wydawała mu się warta rozważenia. Cele w jakich byli nie były zbyt wielkie i jedna, może dwie osoby mogły tu przebywać jak było ich cztery to parę osób by tutaj mógł Sigismundus pomieścić.

    - A to z mężczyzną… No tak, tak… Ciekawe, ciekawe… No ciekawe… Chociaż nie wiem czy by to wyszło. Nie wiem co było napisane w tych zwojach a na ilustracjach to żadnego mężczyzny nie widziałem. Chyba, że coś przegapiłem. Dlatego tak czekam aż Merga skończy je tłumaczyć. - sam pomysł przedstawiony przez młodzieńca zaintrygował i zainteresował gospodarza. Jednak z braku wiedzy nie potrafił tego ocenić czy taki wariant byłby możliwy do zrealizowania. Przynajmniej póki wyrocznia nie przetłumaczyła tych materiałów zdobytych w jaskini Oster.

    - Luźna myśl i oczywiście, trzeba będzie skonsultować z Wyrocznią. Jednak Sigismundusie, domeną Ojczulka, Oster i twoją, jest eksperymentowanie. To, że Oster nie przewidziała takiej aplikacji swego daru, nie znaczy, że ty nie możesz jej zastosować. Udoskonalić, doskonałe dzieło. - Otto uśmiechnął się i poklepał Nurglitę po ramieniu.

    - Oczywiście, że tak! Nie ucz aptekarza jak mikstury sporządzać! - gospodarz udał oburzenie taką impertynencją ale raczej na pokaz i dla żartu. Wydawało się, że myśli już podążają mu torem nowych, ekscytujących eksperymentów.

    - No mężczyzna tak… Jakby tak się trafił… Zwłaszcza jakiś chutliwy jak te nasze ladanicze… To tak, mógłby sporo zasiać… Albo Lilly… Ona też tam na dole jest jak mężczyzna… Częściowo… Chociaż… Te jajeczka są dość duże… Jak groch albo fasola… To może być trochę trudne… Chyba, żeby jakoś ręką to umieszczał im tam w środku… Jak zgasić światło czy co… - aptekarz mamrotał sam do siebie skacząc na kolejne skojarzenia nad tym nowym torem zaproponowanym przez młodszego kolegę. W międzyczasie wrócił garbu z mokrymi ręcznikami i zaczął nimi okładać spocone i rozgrzane czoło Vigo aby mu ulżyć w cierpieniu na końcu ziemskiej drogi do jakiego się coraz widoczniej zbliżał.

    - Daj mi znać, kiedy Vigo odejdzie. Będę musiał przekazać to swemu przełożonemu. - Otto pogłaskał Vigo - Porozmawiaj też z Mergą, może przetłumaczyła resztę zwoju. - po tym Otto opuścił przybytek Sigismundus i ruszył do domu Pirory.

    Festag; Kamienica Pirory

    Mnich słuchał opowieści byłego strażnika świątynnego. Kojarzył podobnych w swoim starym klasztorze, ci jako pierwsi padli pod wpływ Slaanesh albo Khorna. Pozwalał mu jednak rozpamiętywać "dawne dobre czasy".

    Joachim, który otoczony przez tyle atrakcyjnych kobiet zdecydował się jednak dołączyć do zabawy i w większośc rozebrany stał nad Panną von Mannlieb ze szpicrutą w dłoni speszył się nieco widząc Otto. Zastanawiał się, czy tamten też dołączy do ich nieprzyzwoitych rozrywek, w sumie to niewiele o nim wiedział.*

    Obecność Łasicy wśród zgromadzonych w loszku Pirory było miłą niespodzianką. Skłonił się przed Sorią, jak przystało na okazanie szacunku władcy.

    - Wybacz wtargnięcie, chciałem porozmawiać z czcigodną Sorią i Łasicą skoro tu jest. - spojrzał na ladacznice i jej władczynie - Jednak nie będę im teraz przeszkadzał. - zerknął na Pirorę, kiedy ta zaproponowała mu wziąć udział w zabawie, po czym chwycił ją mocno za włosy, wymusił na niej głęboki pocałunek, zabierając jej szpicrutę, po czym szybko obrócił ją i wymierzył jej silne smagnięcie w pośladek - Prowadź zatem, pani.

    Młoda Averlandka uśmiechała się przyjaźnie do gościa i kiwała lekko głową na znak, że słucha go i się z nim zgadza. Ale gdy niespodziewanie ją tak zaatakował to to musiało ją zaskoczyć. Krzyknęła krótko z bólu i zaskoczenia gdy szpicruta sieknęła ją w pośladek zostawiając na niej czerwoną pręgę. A jej usta okazały się w pierwszym momencie przyjemnie miękkie ale też dość bierne w wyniku tego zaskoczenia. Gdy jednak Otto ją puścił odwróciła się do niego i posłała mu zalotny uśmiech.

    - Otto! Ty łobuzie! Nie znałam cię od tej strony! - roześmiała się wesoło coś chyba nie mając mu za złe tego ataku. - No może powinieneś odwiedzać nas częściej. Przydałaby nam się taka zdecydowana, męska ręka. Pomógłbyś mi zarządzać tymi ladacznicami. - powiedziała nadal wesoło wskazując brodą na koleżanki obok. A tam ten krótki pokaz też skutecznie przykuł uwagę i rudowłosej Burgund co pomachała do niego wesoło rączką i uwiązanej do sufitu Bretonki. Ta miała mniejszą swobodę ruchu to tylko chętnie pokiwała swoją czarnowłosą głową na znak zgody. Ale Pirora już zaprowadziła go nieco w głąb swojego loszku do władczyni tego zgromadzenia i jej głównej służki.

    - Serwus Otto! To umiesz bawić się szpicrutą? No to na pewno ci się przyda w życiu! Przynajmniej tutaj. - Łasica też chyba się nieco nie spodziewała, że kolega ze zboru zachowa się tak śmiało ale podobnie jak koleżanki raczej było to dla niej pozytywne zaskoczenie. Soria milczała bezczelnie siedząc na swoim tronie i obserwowała wszystko z dostojną ciekawością.

    - Otto chciał z wami pogadać. - Pirora zapowiedziała po co kolega ich odwiedził i Łasica jak i Soria popatrzyły na niego wyczekująco.

    Otto zrobił trochę smutną minę.

    - Myślałem, że będę miał jeszczę okazję z tego skorzystać. - pomachał szpicrutą - A ty od razu do interesów Piroro. - westchnął i spojrzał na Łasicę - Potrzebuję spotkać się z Mergą i Starszym. W jak najbliższym terminie, sytuacja w hospicjum wygląda niebezpiecznie ciekawie. - po tym ponownie skłonił się przed Sorią - Najcudowniejsza, jeżeli zezwolisz na impertynencję. Jedna z moich pacjentek reaguje na nasze poczynania i jej umysł słyszy… podejrzewam, że szepty Soren, jeżeli twa matka nosi tytuł Pajęczej Królowej. Obawiam się, że trzeba ją uciszyć, ale nie chcę jej robić krzywdy, chciałbym więc ci ją przedstawić. Być może twa obecność uspokoi jej huć i zamknie usta, aby nie sprowadzać na nas niepożądane spojrzenia.

    - O… Pajęcza Królowa? Tak powiedziała? - brwi Sorii powędrowały do góry i było widać, że ta wzmianka ją żywo zainteresowała. A także niebieskowłosa u jej stóp jak i blondynka stojąca obok też popatrzyły z zaciekawieniem.

    - Tak, to jedno z imion Soren. Chyba widzieliście ołtarz? To właśnie Soren jako Pajęcza Królowa, Władczyni i Matka Bestii. To jej jest poświęcony ołtarz. - Soria wyjaśniła swoim podopiecznym przypominając wygląd alabastrowego ołtarza jaki niedawno rzeczno - lądowa wyprawa przywiozła z jakiegoś starorzecza. I na jego szczycie rzeczywiście dominowała postać pięknej i władczej kobiety jaka od torsu przechodziła w pajęczy tułów czy coś podobnego. No i skotłowaną orgię stworzeń wszelakich jakie zajmowały się sobą na jej cześć.

    - Jeżeli wspomniała Pajęczą Królową to rzeczywiście może słyszeć zew Soren. Więc tak, chętnie się z nią spotkam. Możecie mi to zorganizować? - Soria skinęła swoją głową zwieńczoną granatowymi warkoczami jakie nawet w takiej formie nieco kojarzyły się z wężowymi splotami.

    Joachim starał się wyglądać na zajętego zabawą ze skrępowaną Bretonką, którą na przemian całował i smagał szpicrutą po różnych częściach ciała, ale był też ciekaw o czym rozmawia Otto z Sorią.

    - Raczej tak. Jestem teraz rozpoznawalna a ty jesteś moim honorowym gościem. Więc raczej wizyta dwóch szlachcianek w hospicjum będzie mile widziana. Jeszcze jak się wymyśli jakiś charytatywny powód czy coś takiego to już w ogóle. Tylko Otto musiałby nas jakoś poprowadzić do właściwej osoby bo tam chyba sporo tych pacjentów macie. - Pirora pokiwała głową na znak, że hospicjum to zwłaszcza dla bogatych darczyńców nie powinna być jakaś niedostępna twierdza.

    - A jakby takie dwie piękne i bogate szlachcianki potrzebowały jakiejś służki na taką wizytę to ja bardzo chętnie. - Łasica zamachała wesoło rączką zgłaszając się od razu na taką ciekawą wyprawę. - A spotkanie z Mergą to powinna być u siebie. Ale do Starszego to bym musiała uderzyć. Zobaczę wieczorem. Na dziś to chyba nie, zobaczę co powie, może na jutro się uda. Na jutro u Mergi możemy się umówić, Starszy będzie to będzie a nie to nie ale Merga to pewnie będzie. - wyjaśniła naga łotrzyca mówiąc lekko ale raczej pewna chyba było jak by to wyszło z tym spotkaniem. Nie przeszkadzało jej to jednak prowokująco poruszać kuperkiem w kierunku kolegi ze szpicrutą.

    Otto pokręcił tylko głową i w nagrodę smagnął łotrzycę po pośladku.

    - Zachowaj ten piękny kuperek na zwierzoludzi. - spojrzał na Pirorę i Sorię - Jak zjawicie się w hospicjum, wspomnijcie, że zauważyłyście mnie podczas procesji żałobnej. Jednooki mnich, pomagający innym chorym… brzmi jak osoba pełna współczucia i zrozumienia, która pokaże wam najbardziej potrzebujących. - uśmiechnął się i na znak swych słów ponownie smagnął Łasicę - Więc, rozumiem, że modły mają jeszcze chwilę potrwać, komu mogę pomóc odnaleźć religijność i duchowieństwo Księcia Rozkoszy?

    Otto odkrył, że Łasicę na pewno warto smagać po tym ślicznym i ślicznie wypiętym kuperku. Bo za każdym razem reagowała rozkosznie kuszącym jękiem. Aż się chciało z miejsca powtórzyć operację. Zwłaszcza jak się ją widziało z góry, całą nagą poza obrożą i smyczą i w tej pokornej pozie u stóp Sorii. Zresztą chyba i reszta kultystek chętnie by dostąpiła tak bolesnej przyjemności. Pirora patrzyła na to z zainteresowaniem i przygryzła wargę zaś Burgund i Fabienne także tylko kawałek dalej.

    - Znaczy… No tak, możemy się umówić. Kiedy tam by pasowało aby was odwiedzić? Jutro? Pojutrze? Jak przyjadą dwie, piękne i bogate szlachcianki to drzwi stanął przed nami otworem. I jakiś datek no tak, można powiedzieć, że przyszłyśmy dać jakiś datek no i może obejrzeć to hospicjum. A jak się ona nazywa? Ta co mówiła o Pajęczej Królowej? - Pirora chrząknęła aby się lepiej skoncentrować ale próbowała coś zorganizować póki jeszcze umysł nie utonął w morzu grzesznych przyjemności.

    - Ależ Piroro, moja droga gospodyni. - Soria zabrała głos z godnością prawdziwej władczyni od razu przykuwając uwagę blondynki. Zresztą niebieskowłosej u jej stóp też.

    - Otto ma ochotę się rozerwać i zabawić. Sama wiesz, że nie odwiedza nas tak często. Aż szkoda. A o interesach będzie można porozmawiać już na górze jak będziemy wszyscy w ubraniach i tak dalej. - herold Soren zwróciła uwagę swojej blondwłosej gospodyni a ta pacnęła się w czoło i szybko zaczęła kiwać głową na znak zgody i uniosła dłonie w pokojowym geście przeprosin.

    - Mój drogi Otto, jak widzisz dziewczęta są bardzo chętne i oddane sprawie. I jestem pewna, że każda z przyjemnością dostąpi zaszczytu obcowania z tobą. Więc jeśli masz jakieś życzenia dziewczęta na pewno dadzą z siebie wszystko aby je spełnić. - Soria niczym prawdziwa władczyni bez zmrużenia okiem rozdysponowała swoimi podwładnymi. Zresztą te i tak wydawały się być już wcześniej nieźle rozochocone na takie wyuzdane zabawy. A ich wesołe i zachęcające uśmiechy tylko to potwierdzały.

    Otto uśmiechnął się łobuzersko.

    - Doprawdy? Dobrze więc dziewczyny. W rządeczku przede mną. - pozwolił kobietom ustawić się - Pokażecie teraz mi jak kochacie siebie nawzajem, a przez to kochacie i naszą cudowną władczynię… - ponownie skłonił się Sorii - Jej matkę i jej patrona. - nakazał kobietom ustawić się jedna na drugiej. Łasica na spodzie, na klęczkach jej kuperek cudownie wystawiony, na niej obejmując ją Pirora, na samej górze stojąc na palcach dosiadła Averlandkę Burgund. Otto zaczął otaczać kobiety, co jakiś czas delikatnie dotykając jednej z nich szpicrutą, zanim nie zadał solidnego smagnię Pirorze. Następnie wrócił do okrążania, pozwalając, aby niepewność i oczekiwanie zaczynały się w nie wgryźć, po czym smagnął Łasicę. Kolejne krążenie, kolejne delikatne dotykanie i kolejne smagnięcie w Pirorę. Otto chciał zobaczyć niecierpliwość w oczach Burgund.

    Tak jak to wspomniała Soria a i jak jej służki sprawiały wrażenie cała trójka dziewcząt okazała się całkiem chętna na taką współpracę i zabawę. I dało się poznać, że są zaciekawione tym co Otto wymyślił. Bez oporów ustawiły się tak jak sobie życzył. Frontem do swojej władczyni. Ta zaś oparła dłoń o policzek i z zainteresowaniem oglądała to przedstawienie. Zaś aktorki bardzo chętnie w nim brały udział. Dało sie wyczuć to mieszaninę ekscytacji, oczekiwania, ciekawości i podniecenia. Co jakiś czas nicowaną pomrukiem zadowolenia gdy czubek szpicruty delikatnie pieścił gładkie ciało. Albo urwanym okrzykiem bólu jaki następował po szybkim świśnięciu tego narzędzia. Jednak żadna z koleżanek coś nie zdradzała chęci do zakończenia tej pikantnej zabawy. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że apetyt im rośnie w miarę jedzenia. Burgund rzeczywiście zerkała z zaciekawieniem w stronę okrążającego ich mnicha jakby sprawdzała czy o niej nie zapomniał.

    - I mówisz Otto, że życzysz sobie abym trzymała ten kuperek dla zwierzoludzi? Dobrze, zrobię jak sobie życzysz. A pójdziesz z nami? Jesteśmy umówione na kolejną pełnię. Za miastem przy starych kamieniach rytualnych. - z dołu, spod nagich ciał obu koleżanek doszło go pytanie Łasicy. Brzmiało jak uległe zaproszenie do kolejnych zabaw i teraz i później.

    Gdzieś nieco z boku doszło ich smutne westchnienie uwiązanej pod sufitem Fabienne jaką zostawiły koleżanki. Jedynie Joachim został z nią ciesząc ich oboje grzeszną przyjemnością z poniżania i bycia poniżaną. Co widocznie pani von Mannlieb sprawiało mnóstwo przyjemności i satysfakcji. Ale i tak obserwowanie co porabia Otto z jej przyjaciółkami przykuło jej uwagę nawet jeśli zakneblowana i uwiązana pod sufitem nie mogła do nich dołączyć. Obserwowała chciwie całe to widowisko. A wspomnienie o umawianej orgii ze zwierzoludźmi tylko jej przypomniało, że one już jedną mają na koncie, umówione są na kolejną a dla niej ta zakazana i potępiana przyjemność jeszcze nie jest taka oczywista chociaż mocno miała na nią ochotę.

    - Mam niestety inne obligacje, moja droga. I niegrzecznie mówić, nie proszonym. - ponownie smagnął Łasicę. Spojrzał na Burgund - A ty kochana… czy też jesteś niegrzeczna?

    Po raz kolejny okazało się, że Łasica jest bardzo utalentowana w takich zabawach. I jest bardzo wdzięcznym obiektem do takich smagnięć. Gdy szpicruta świsnęła i zatrzymała się dopiero na jej nagim, wypiętym kuperki właścicielka jęknęła boleśnie i słodko jednocześnie co zdradzało, że jej taka zabawa też sprawia bolesną przyjemność. A Otto zdawało się, że ten brokat wężowego błogosławieństwa na jej pośladku jakby rozjaśniał trochę bardziej wyraźniej układając się w znamię jej patrona. Zresztą jej dwie koleżanki jakie były nad nią też wydawały się równie podekscytowane taką zabawą. Rudowłosa co siedziała okrakiem na drobnej, nieco piegowatej blondynce przez moment jakby wahała się co odpowiedzieć na zadane pytanie. W jej oczach dostrzegł jednak psotny błysk ale ona sama jako zawodowa oszustka i naciągaczka bez zająknięcia zaczęła mówić pokornym tonem skruszonej grzesznicy.

    - Obawiam się, że tak mój ojcze. Wczoraj w nocy zgrzeszyłam kochając się z dwoma kobietami na raz. Mimo, że nie połączył nas święty związek małżeński. A dziś podczas mszy nad naszą czcigodną zmarłą księżną miałam bardzo nieczyste myśli i plany. A już tutaj podniosłam rękę na szlachetnie urodzoną jaśnie panią i mocno ją sponiewierałam. - rudzielec mówiła skruszonym tonem jak kapłanowi na spowiedzi. I zapewne gdyby to była prawdziwa spowiedź to byłyby to wszystko grzechy co nie lada. Wszystko znamionujące oznaki wyuzdanego zachowania w przypadku “rękoczynów” czyli sponiewierania bretońskiej szlachcianki to nawet można było poczytać za próbę obalania prawowitego porządku rzeczy bo w końcu stan szlachecki był po to aby bronić i rządzić maluczkimi w zamian należała mu się odpowiednia cześć i szacunek.

    - Och… cóż za cudowne czyny moje dziecko. - Otto zachichotał trochę prześmiewczo - Doprawdy, rozumiesz na czym świat stoi. Nie to co ta tutaj. - ponownie smagnął Łasicę - Samolubnie usługując naszej przepięknej władczyni, a wam pozostawiając tamtą szlachciankę. Niegrzeczna! - ponowne smagnięcie - Lub nasza cudowna Pirora. Nigdy mnie nawet nie zaprosiła, chociaż to ja opowiedziałem jej o pięknie Sorii - tym razem smagnął Averlandkę - Niegrzeczna! - zerknął na Burgund - Więc, czemu miałbym zapoznać ciebie z tym narzędziem? Chyba, że uważasz, że źle z niego korzystam?

    Trzy splecione ze sobą naguski i mężczyzna ze szpicrutą w dłoni byli niejako w centrum tej sceny. Ale na dwóch przeciwnych krańcach mieli dwuosobową widownię. Z jednej strony naga Soria siedziała na swoim tronie obserwując to całe widowisko z wyraźnym zainteresowaniem i przyjemnością. Z drugiej bretońska szlachcianka, też naga ale nadal uwiązana do sufitu i poznaczona czerwonymi pręgami po uderzanich szpicruty. Obie jednak drgnęły zdradzając zaciekawienie gdy Otto o nich wspomniał.

    - Oh ja bardzo przepraszam! Oczywiście jeśli ktoś ma ochotę to ja nie ośmielę się blokować dostępu do naszej czcigodnej pani! Bardzo chętnie będę służyć w ramach pokuty i przeprosin! - Łasica zawołała przygnieciona przez koleżanki do podłogi i w mig podejmując podobny ton skruchy do swojej rudowłosej partnerki z jaką tak często współpracowała czy to zawodowo czy dla przyjemności.

    - Oh Otto ale nic nie mówiłeś, że interesują cię takie rzeczy. Trzeba było powiedzieć. Ale jak interesują to oczywiście zawsze będziesz tu mile widziany. Tylko no te pozory, sam rozumiesz, że musimy o nie dbać aby się to wszystko nie wydało. No i bardzo ci dziękuję za poznanie z Sorią. Możesz przyjść także do teatru albo na ten wieczorek poetycki u Kamili. Zresztą obie tam będziemy z Sorią. No i Fabi tylko ona przybędzie osobno. - blondynka też potrafiła wdzięcznie przyjmować te smagnięcia, że aż miło było popatrzeć i posłuchać. Ale mówiła trochę z przejęciem jakby naprawdę sądziła, że kolega mógł się jakoś poczuć urażony.

    - Mój panie uważam, że znakomicie korzystasz z tego narzędzia. I będę zaszczycona jak mnie z nim zapoznasz. Ale gdybyś miał zachciankę aby mieć pokorną i posłuszną asystentkę to oczywiście bedę zaszczycona taką służbą. - Burgund roześmiała się samymi oczami ale tak odpowiedziała jakby swobodnie się czuła po obu stronach pejcza czy szpicruty.

    - Doprawdy? - smagnął Burgund - Dobrze, więc, pokaż mi co potrafisz. Niech nasza pani oceni, czy zasługujesz na zaszczyt, aby wychować te dwie ladacznice, jak być grzecznym. - zdjął kobietę ze swej Averlandzkiej przyjaciółki i wręczył jej pejczyk - Lepiej, abyś ją zadowoliła, inaczej zawiśniesz zapomniana obok Fabianne.

    Rudzielec radośnie zeszła z grzbietu averlandzkiej szlachcianki, przyjęła podany pejczyk i popatrzyła pytająco na Sorię. Ta dumnym i pańskim gestem dała jej znak, że może zaczynać swój pokaz. Potem w przeciwną stronę, na unieruchomione, wyprężone jak struna ciało bretońskiej szlachcianki.

    - Każdy wyrok przyjmę z pełną pokorą i zrozumieniem. - obiecała Burgund której wizja zawiśnięcia i unieruchomienia pod sufitem chyba nie wydawała się aż tak straszna. Ale sama znów spojrzała w dół na nagie, wypięte kuperki koleżanek. Po czym zaśmiała się i świsnęła batem w powietrze. A potem dała próbkę swoich możliwości gdy bez litości smagała pejczem wypięte pośladki koleżanek przy wtórze ich bolesnych ale i podnieconych jęków. Cała trójka zapamiętała sie w tej zabawie. Rudowłosa naguska w pewnym momencie złapała brutalnie za blond włosy szlachcianki i cisnęła ją na podłogę. Następnie nie szczędziła nagan i poganiania dwóch brudnych i leniwych ulicznic jakie uwijały się u jej stóp aby spełnić jej surowe wymagania. Ale to było trudne więc częściej nowa pani okazywała im swoją pogardę i niezadowolenie bezlitośnie z nich lżąc i karząc. Wyglądałoby to zapewne jak maltretowanie i poniżanie służby przez jakąś wyrodną okrutnicę ale jednak się się w to szło wsłuchać i popatrzeć to chyba każda z tej trójki czerpała mnóstwo zabawy i satysfakcji z tego wszystkiego.

    - Czy jest pan zadowolony? - zapytała w pewnym momencie Burgund mając u swych stóp dwie brudne, spocone i sponiewierane niewolnice. Które jednak też ciekawie podniosły z dołu głowy czekając na jego decyzje.

    - To nie mojej opinii, powinnaś być ciekawa. - podszedł do siedzącej na tronie Sorii, przyklęknął i wyciągnął do niej rękę - Pani, czy uraczysz nas i spojrzysz na dzieło mojej podopiecznej z bliska i ocenisz, czy jest zadowalajaca?

    - Dobrze kawalerze, mogę rzucić na to okiem. - zgodziła się wspaniałomyślnie naga władczyni i z dworską wprawą chwyciła dłoń mężczyzny po czym dała mu się poprowadzić do czekającej z ekscytacją kobiecej trójki. Tam przesuęła się spojrzeniem po zdyszanej dominie z pejczem i w samej obroży. Po czym w dół na jej dzieło. Pirorę zastała z wypiętym kuperkiem poznaczonym czerwonymi pręgami od pejcza i szpicruty w podobnej pozie w jakiej Otto na początku ustawił Łasicę. Ta zaś leżała na wznak gdzie także jej front nosił czerwone pręgi po otrzymanych razach. Władczyni z uwagą i zainteresowaniem obserwowała to spocone i zdyszane pobojowisko.

    - No tak, tak… Nie najgorzej… - oceniła przyciskając stopą twarz Pirory do podłogi. Po czym przeszła obok do leżącej łotrzycy o niebieskich włosach.

    - Tak, tutaj no tak, mogłoby być… - dorzuciła swoją ocenę w przypadku tej niewolnicy. Jej bez skrupułów przesunęła stopą od brzucha, przez piersi aż do twarzy. Czego ta raczej nie odebrała tego poniżającego gestu jako kary.

    - Ale tutaj widzisz zostawiłaś. - pokazała palcem gdzieś na wypięty kuperek averlandzkiej szlachcianki. Burgund spojrzała tam i chyba nie do końca wiedziała o co chodzi.

    - Takie uchybienia nie będą tolerowane wśród mojego orszaku. - odparła chłodno władczyni do nieco zaskoczonej łotrzycy z pejczem w dłoni. - Pokażę ci. - odparła Soria i niespodziewanie jej dłoń wyskoczyła do przodu, złapała za miedziane włosi i ściągnęła służkę do parteru prawie wbijając ją w wystawione tyły Pirory.

    - A ty co się tak wylegujesz leniwa wywłoko? Do roboty! - podobnie złapała Łasicę za włosy i też ją potraktowała podobnie tylko z kolei zmuszając aby ta zajęła się kuperkiem Burgund. Po chwili podziwiała swoją bardzo zaangażowaną sobą kompozycję jaka klęczała, leżała i dogadzała sobie nawzajem na podłodze.

    - Ale wiele czasu już nam nie zostało. Więc sprawcie się dobrze. W końcu chodzi o oddanie należytej czci naszem księżnej. - przypomniała im mentorskim tonem w parodii dostojnego celu dla jakiego oficjalnie się tu zebrały dzisiaj po mszy.

    Otto westchnął tęsknie spoglądając na podwładne Sorii.

    - Moja pani, jeśli zezwolisz, muszę udać się na spoczynek. Dzisiejszy dzień był pełen fascynujących wydarzeń. Jednych przyjemnych, innych mniej, ale nic nie przebije przebywania w twej obecności. Jutro najpewniej czeka mnie niemało roboty w hospicjum. Ach, wasza wizyta. Sądzę, że najlepiej będzie jak zjawicie się pojutrze. Jutro pewnie jeszcze będziemy sprzątać.

    - Pojutrze. - pani powtórzyła zaproponowany termin i spojrzała w dół na swój nagi i zajęty sobą orszak służek. Dziewczęta na chwilę przerwały zabawę, popatrzyły na siebie, naradziły się i w końcu blondynka dała znak, że Aubentag im pasuje na wizytę w hospicjum.

    - Przyjedziemy w dzień, pewnie w południe. Zobaczymy się z tą dziewką od pajęczej królowej no i jak tam macie kogoś albo coś ciekawego do oglądania i poznania to też nas tam zaprowadź jak dasz radę. W każdym razie no ty tam wiesz co i jak to my przyjedziemy, śliczne i bogate a ty rób nam za wodzireja tego cyrku. - zaproponowała szlachcianka z Averlandu ubrana w same wysokie buty i gorset. Jej przyjaciółki miały na sobie jeszcze mniej ale też się uśmiechnęły przyjaźnie.

    - No to będziesz już leciał? No szkoda. Ale mam nadzieję, że to nie ostatni raz co nas odwiedzasz. - Łasica wstała z klęczek i widząc, że klepsydra i tak już się prawie przesypała zaczęła się żegnać z kolegą.

    - No tak, musimy już kończyć. Jeszcze się trzeba ubrać, doprowadzić do porządku i udawać, że się skończyło modły żałobne. - Burgund pokiwała głową na znak zgody.

    - Tylko wyjdź tyłem. Dziwne by wyglądało jakbyś tyle czasu jakąś paczkę odbierał. Kristin cię wypuści. No chyba, że wolisz przez kanały to tamtędy. - Pirora dołączyła do pożegnań koleżanek i poprosiła aby kolega trzymał się tego co powiedział na wejściu do jej kamienicy. Na koniec nieco raczej żartobliwie wskazała gdzieś w kąt swojego prywatnego loszku jak mówiła o tym wyjściu do kanałów. *

    - Może umówimy się na jakieś spotkanie w najbliższym czasie? - zaproponował Joachim jednookiemu, kiedy obaj się ubierali i zbierali do wyjścia.

    - Oczywiście. W jakimś konkretnym celu, czy tak socjalnie? - Otto przyjrzał się koledze.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #59

      Oryginalny autor: Seachmall

      Wellentag; Hospicjum

      Otto cieszyło, że hospicjum nie rozpadło się pod jego nieobecność, ani, że Inkwizycja nie zwróciła na nich uwagę.

      - Wybacz za samowolkę. Stan Vigo był poważny, a po wczorajszych wybrykach lazaret byłby już pełny. Zabrałem go do Sigismundusa, znam się z aptekarzem i wiem, że możemy mu zaufać. Nie miał dobrych rokowań co do Vigo, obawia się, że nie dotrwa Marktagu. - Otto westchnął - Poprosiłem go, żeby zrobił co mógł, nawet jeżeli oznacza to na sprawieniu, aby ostatnie chwile Vigo nie były pełne bólu.

      - Ah tak… - mistrz hospicjum zamyślił się i pokiwał głową ale popatrzył jeszcze na Andrewa który mu towarzyszył.

      - No właściwie to trochę się dziwie, że jeszcze dycha. Źle z nim. Nie sądzę aby z tego wyszedł. Wolałem go izolować na wypadek gdyby to co złapał było zaraźliwe. Od dawna jego stan się pogarszał. Wątpię aby dożył do następnego Festag. W poprzednim to jeszcze trochę siedział ale potem pogorszyło mu się i raczej nie rokował na poprawę. - zastępca szefa tej placówki niejako potwierdził diagnozę Sigismundusa. Mówił szybko i pewnie siebie ale właściwie pewnie dla nikogo kto się zajmował Vigo jego stan nie był tajemnicą.

      - Ah tak… - mistrz pokiwał głową znów zastanawiając się przez chwilę. - Dobrze, to niech tam zostanie u tego Sigismundusa. Daj znać jak umrze. Trzeba będzie wystawić akt zgonu. No i w ogóle zrobić z nim porządek. Aha to jak już nie będzie wracał to posprzątaj Otto jego cele. Może trafić się ktoś nowy to lepiej aby była gotowa. - w takim obrazie sytuacji szef szybko podjął decyzję i nawet chyba było mu na rękę, ze ten beznadziejny przypadek odpadł mu ze składu.

      - Oczywiście. Spojrzę jeszcze na Thorna… obiecałem mu rozmowę, po jego wczorajszym wyskoku. - Mnich kiwnął głową przełożonemu i ruszył w stronę celi Thorna. Wolał nie śmierdzieć kiedy z nim zacznie.

      - Dobrze idź. Słyszałem, że udało ci się go wczoraj spacyfikować. Dobrze. Dobra robota. Dobrze, że ktoś ma na niego taki wpływ. Zawsze był z niego kawał hultaja no ale ostatnio to skaranie boskie z nim. - Ottokar zgodził się na odejście podwładnego i nie omieszkał go pochwalić za wczorajszy wyczyn więc widocznie coś musiało do niego już dotrzeć od pozostałych mnichów na ten temat.

      Samego Thorna zaś Otto zastał tam gdzie się można było spodziewać. Czyli w małej celi gdzie zwykle zamykano krnąbrnych pacjentów. Niedaleko swoją celę miała Marisa no ale teraz pewnie gdzieś szorowała schody albo podłogi. Sam awanturnik spojrzał w stronę drzwi na swojego gościa. Miał opuchniety i chyba rozbity łuk brwiowy więc ta część twarzy wydawała się nieco zdeformowana i zaczerwieniona. Ale mężczyzna siedział w niedbałej pozie na swojej rozłożonej pryczy. Prychnął ironicznie na widok Otto ale nic nie powiedział. Widocznie czekał aż ten zacznie rozmowę.

      - Thorn, miło cię znowu widzieć. Możemy porozmawiać o wczorajszym dniu? - Otto zamknął za sobą drzwi - O tym jak straciłeś wczoraj kontrolę nad sobą?

      - Nie straciłem nad sobą kontroli. Po prostu wszystko i wszyscy mnie tu wpieniają. To dostali nauczkę. Niech mi nie włażą w drogę. - Thorn wzruszył obojętnie ramionami ale nie wyglądał ani na skruszonego ani na żałującego za swoje wczorajsze zachowanie. W przeciwieństwie do Marisy która chociaż na pierwsze wrażenie wyglądała jakby żałowała za to co wyprawiała wczoraj.

      - Thorn. Straciłeś nad sobą kontrolę. Wiesz, skąd wiem? Ponieważ ja byłem w stanie ją przejąć. Nie chodzi o to, że byłeś wściekły i dałeś w ryj jednemu z pacjentów, przywaliłeś Georgowi ławą, czy, że groziłeś mnichom. Chodzi o to, że byłem w stanie cię uspokoić. - Otto poklepał mężczyznę po ramieniu - Gdybyś naprawdę był pod kontrolą, ja i każdy mnich w tym hospicjum pewnie bylibyśmy teraz w lazarecie, a ty byś spokojnie sobie hasał na wolności. Gniew, nienawiść, żądza krwi to narzędzia, a tobie brak kontroli i skupienia, aby z nich skorzystać. Chcesz, abym cię nauczył trochę o tym?

      - Zobaczysz, pewnego dnia stąd zwieję. Nikt mnie nie powstrzyma. Ani te drzwi, ani kraty, ani ty ani reszta tych przygłupów. - Thorn skrzywił się i strzyknął pogardliwie strużką flegmy jaka poleciała gdzieś na podłogę.

      - I wcale nie potrzebuję żadnych nauk. Robię co chcę. Zawsze robiłem. Tylko te wszystkie ciamajdy dookoła mnie spowalniają. - burknął kolejny raz niezadowolony chyba, że dał się wczoraj nakłonić do współpracy i pójść do celi.

      Otto prychnął.

      - Szczerze wątpię, jeżeli twoja siła będzie skupiona na czymś innym niż ucieczka. Dlatego chcę ci pokazać jak pozostać w danej chwili. - mnich podszedł do ściany na długość wyciągniętej ręki - Jeżeli jesteś zainteresowany, to podejdź.

      Przez chwilę Thorn nie ruszał się z miejsca. Obserwował jednookiego mnicha jakby się zastanawiał o co temu chodzi i po co to wszystko. Jego oczy przeszukały jego sylwetkę szukając nie wiadomo czego. I nie ruszył się z miejsca. Dalej na w pół leżał, na w pół siedział w poprzek swojej pryczy. W końcu jednak wzruszył ramionami, wstał, stanął naprzeciwko Otto obserwując go podejrzliwie i nieufnie.

      - No? - zapytał zaczepnie dając znać, że mnich ma okazję coś sobą zaprezentować.

      - Ćwiczenie jest dość proste, jeżeli wykonujesz je należycie. - Otto wyprostował rękę, przytykając otwartą dłoń do ściany, po czym powoli ją cofnął - Pomyśl o rzeczy, która cię rozwściecza. Strażnik miejski, jakiś szlachcic, ja… - wykonał szybki cios w ścianę - I pozwól, aby gniew pokierował twoją rękę. Żadne pierdolenie "poczuj jak przechodzi z twej ręki na ścianę i opuszcza ciało", to gówno prawda. Poczuj, jak dzięki temu, że jesteś zły, ręka mniej boli, a ściana jakby mocniej obrywa. Skupiaj się na tym co czyni cię gniewnym, pozwól, aby gniew dał ci siłę i wytrwałość. I rozwal tą ścianę, za to, że stoi między tobą, a wolnością.

      Na twarzy Thorna widać było jak początkowy sceptycyzm zmienia się w zainteresowanie. Może nawet z domieszką niedowierzania. Patrzył to na mnicha, to na jego dłoń i pięść, w końcu na ścianę na jaką ten pokazywał. Trawił to wszystko przez chwilę w milczeniu.

      - Próbowałeś tego? - zapytał w końcu jakby sprawdzał czy Otto ma jakieś doświadczenia w metodzie jaką mu sam proponuje.

      - Kiedyś i nie w sposób, który ci teraz pokazuje. Kiedy mnie pokazano tą sztuczkę, faktycznie miało to na celu uspokoić mnie. Dać mi metodę na "wyżycie złych impulsów". Po jakimś tygodniu zacząłem, robić to co teraz. - ponownie uderzył w ścianę - Wyobrażając sobie twarze mych przełożonych, którzy zamykali mnie w celi za "złe zachowanie", jakby to była moja wina, że ten idiota wylał na mnie pomyje. Zasłużył sobie, abym rozwalił mu głowę wiadrem! - kolejny cios - Albo kobiety, które przychodziły pomagać, chichocząc coś do siebie, podwijając suknie. Co mam niby zrobić, jak nie podwinąć ich dalej!? - kolejny cios - Nigdy, nie wyrzekaj się tego co cię rozwściecza Thorn. NIGDY! Świat jest niesprawiedliwy, dla zwykłych ludzi jak ty, jak ja, jak inni. - kolejny cios - Jedyne co nam zostaje to nasz gniew i co z nim zrobimy. - tym razem zatrzymał cios tuż przed ścianą - Jednak, jeżeli pozwolimy, aby gniew nam mówił co mamy robić, a nie na odwrót.. Kończymy w celi i walimy w ścianę.

      - A to też byłeś w czymś takim? - Otto miał wrażenie, że chyba przekonał pacjenta tą osobistą przemową chociaż trochę. Na pewno bardziej niż jakiś losowy przykład co brzmiał jak jakieś mądrobrzmiące wyssane z palca bujdy. W głosie i spojrzeniu Thorna pojawiła się życzliwość i zrozumienia. Jakby odkrył w tym jednookim mnichu bratnią duszę.

      - Szkoda, że tutaj nie ma takich co podwijają suknie. Przydałaby się. Chociaż jedna. - zaśmiał się rubasznie bo w hospicjum w obsłudze dominowali mężczyźni i kobiet tu prawie nie było. A już na pewno nie takich atrakcyjnych którym by się chciało dostać pod spódnicę. Na razie jednak Thorn ustawił się frontem do ściany. Chwilę się koncentrował, szykował do ciosu. Wreszcie wyprowadził ten pierwszy. Mocne, solidne uderzenie. Chociaż przy dłuższej próbie groziło uszkodzeniami ręki.

      - Och, nie. Bycie mnichem, oznacza, że masz o wiele mniej wolności niż nie jeden więzień. A zdziwiłbyś się, co mają na sercu pracujący tu ojczulkowie. Pewnie niejednego byś wywalił z bandy, za brak moralności. - Otto westchnął - Co do podwijające sukienki… Marisa wydaje się być ostatnio odważniejsza. Do tego… w najbliższych dniach mają się zjawić dwie szlachcianki w celach "charytatywnych". Zagraj dobrze, a może zobaczysz więcej niż tylko kostki.

      - Marisa? No tak, ona jest niczego sobie… - Thorne zaśmiał się chrapliwie gdy koleżanka co ostatnio też często karnie lądowała w izolatce jak i on musiała mu się wydać całkiem interesująca jako kobieta.

      - Ale szlachcianki? No co ty… Przecież to szlachcianki. Te wyperfumowane damulki i ich piczki nie przejmują się takimi jak my. - myśl o wizycie jakichś ładnych szlachcianek chyba pacjentowi wydała się przyjemna i miła dla serca a pewnie i lędźwi. Ale raczej nie uważał za zbyt realne to co mnich sugerował. Zresztą całkiem słusznie. Przynajmniej gdyby chodziło o jakieś praworządne damy z towarzystwa i z dobrymi nazwiskami.

      - Och, szlachcianki potrafią być znudzone tym co mają na co dzień. Tak czy inaczej, potrenuj co dziś ci pokazałem i nie przesadzaj. Nie chcę cię zobaczyć w lazarecie ze złamaną ręką. - po tym Otto zamknął za sobą drzwi do celi Thorna i ruszył do starego pokoju Vigo. Czekało go mało miłe czyszczenie.

      Na odchodne to Otto odniósł wrażenie, że wzrok Thorna ocieka sceptycyzmem co do tej obiecanej wizyty szlachcianek. Zwłaszcza jakby miały być takie znudzone i chętnie zadzierające spódnice. Ale na głos jednak tego nie wypowiedział.

      Przeszedł w inną, mieszkalną część hospicjum gdzie pacjenci mieli swoje sale i pokoje. Zwykle albo ci co mieli możnych protektorów mieli własne pokoje albo ci co już dogorywali i obsługa chciała im zapewnić ostatnie dni w spokoju. Większość bowiem spała we wspólnych salach i pokojach po kilka łóżek. Vigo ze względu na swój chorobliwy i beznadziejny stan od jakiegoś czasu przebywał właśnie w jednym z takich odosobnionych pokojów. Jednak wyposażenie było nader skromne. Nawet w przeciętnym pokoju w gospodzie co się wynajmowało w podróży na jedną noc było tego więcej. Jak tylko młody mnich otworzył drzwi do tego pomieszczenia uderzył go nieprzyjemny zaduch nie wietrzonego pomieszczenia od razu kojarzący się z gorączką i chorobą.

      Właściwie z umeblowania to było zwykłe, skrzynkowe łóżko, stół z dwoma krzesłami, jeden taboret i szafa na ubrania. Więc niewiele. Za to chyba nikt tu nie zdążył posprzątać bo na podłodze leżała wywrócona miska na wymioty. A te zmieniły się w zaschniętą, rozbrygniętą na podłodzę plamę. Ściana poprzednio “ozdobiona” rysunkiem wykonanym przez pacjenta teraz była pusta. Więc nie zrobił kolejnego. Ubrań w szafie też było niewiele a te co były Vigo otrzymał już tutaj. Były to więc tanie elementy kupowane za skromne oszczędności z budżetu. Parę rzeczy osobistych jak miski, kubki, drewniane sztućce, wszystko też z wyposażenia hospicjum.

      Nieco dziwnie i niepokojąco wyglądały rysy na deskach podłogi. Wyglądały jak ślady po paznokciach. Zupełnie jakby ktoś w tych deskach próbował kopać jak w ziemi. Co oczywiście nie mogło dać żadnych sensownych rezultatów. Ale jak tu sprzątał poprzednim razem to tych rys jeszcze nie było. Znalazł też ślady szczurzych łapek pod jedną ze ścian no i dziurę pewnie też od gryzoni. Ktoś musiał tu już podziałać w tej sprawie bo na podłodze była rozłożona trutka. Ale jeśli któryś z małych szkodników złapał się na nią to skipiał nie w pokoju.

      Wellentag; Kryjówka Mergi

      Mnich kiwnął głową Lilly kiedy ją zobaczył.

      - Bardzo chętnie moja droga, dziękuję. - Otto przysiadł się do stołu, ale wstał kiedy do pokoju wkroczyli Starszy i Merga.
      - Starszy, Wyrocznio, dziękuję, że chcieliście się ze mną spotkać. - spojrzał na Łasicę - I dziękuje ci, że pomogłaś mi zorganizować to spotkanie.

      - Nie ma sprawy, ja też tu miałam coś do załatwienia. To może możemy sobie nawzajem pomóc. - Łasica odparła z wesołą nonszalancją ale, że Lilly i Myszka zaczęły podawać do stołu to przez chwilę wszystkich zajęły pełne miski. Danie nie było za bardzo wyszukane, dominowała kasza z kawałkami ryb i suszonymi śliwkami. Przez chwilę panowało to braterskie poczucie wspólnoty gdy jak to od wieków ludzie jednoczyli się i bratali przy wspólnym stole. Tylko Starszy nie jadł ograniczając się do glinianego kubka z winem bo jak zaznaczył zdążył zjeść obiad przed przyjściem tutaj. Pozostali jednak chętnie zasiedli do wspólnego posiłku.

      - To co cię właściwie sprowadza Otto? Jaka to sprawa? - zapytała rogata wyrocznia patrząc pytająco na siedzącego naprzeciwko jednookiego.

      - Najpierw chciałem zapytać, czy legenda czterech sióstr opowiada co się z nimi ostatecznie stało? Czy doczekały wywyższenia, aby dołączyć do grona niezrodzonych?

      - Legendy mówią, że spotkały się w tym samym miejscu w jakim się rozstały. Czyli gdzieś tutaj, w tej okolicy. I tam każda jedna chciała przyćmić chwałą i wyczynami pozostałe więc poddawały się różnym próbom, pokazywały sobie różne trofea ale ogólnie każda z nich wróciła potężna, wspaniała i dostojna dlatego żadna nie mogła zdobyć wyraźnej przewagi w tej rywalizacji. Ale właśnie z tego okresu pochodzą wszelkie artefakty i pamiątki po nich. I w tych zapiskach co chłopcy przynieśliście z jaskini Oster też po części jest to oddane. To chyba był jeden z projektów Oster jaki robiła w ramach tej rywalizacji bo już zdążyłam przetłumaczyć wstęp. W każdym razie po wszystkim widząc, że między sobą tego sporu nie rozstrzygnął wszystkie udały się na północ, na Pustkowia Chaosu. I wedle legendy tam dostąpiły wywyższenia, każda z rąk swojego patrona. To przykład dla nas wszystkich, że nasi patroni są wspaniałomyślni i doceniają wierną służbę oraz poświęcenie. A dlaczego o to pytasz? - Merga całkiem chętnie udzieliła wypowiedzi na temat legendy jaka sprowadziła ją tutaj aż z Norsci. Miała miły i przekonywujący głos więc przyjemnie się słuchało jej opowieści. Na koniec jednak była ciekawa dlaczego młodzieniec pyta właśnie o ten detal.

      - Wczoraj w hospicjum sytuacja wymknęła się mnichom spod kontroli. Dwóch pacjentów, pod wpływem jak sądzę Norry, wdało się w walkę ze sobą, z minchami, innymi pacjentami, oraz najbliższymi meblami. Kobieta gadała, że musi kogoś odnaleźć. Jeden chory mamrotał o darze Oster, zabrałem go do Sigismundusa i teraz jest pod jego opieką. Inny, drogą eliminacji słyszący Vestę, mówił iż, "Ktoś jest zły, czegoś szuka i kula go wezwie i wskaże mu drogę". - Otto wzruszył trochę ramionami na tą wiadomość, najwyraźniej nie potrafi rozgryźć jej znaczenia - Ostatnia, od Soren, mówiła, że "Pajęcza Królowa" powróci, Soria potwierdziła, że to jeden z tytułów Soren. Oznacza to, że szepty jakie ona słyszy nie są od Slaanesh czy jakiegoś losowego sługi Mrocznego Księcia. Tylko właśnie od Soren. Mówię o tym… ponieważ ja natychmiast rozpoznałem oczywiste oznaki, ale jeżeli jakiś inny mnich też zauważy wzorzec… nie chcę myśleć co Inkwizycja by zrobiła z taką wiedzą.

      - O popatrz mój synu, to są bardzo ważne wieści. - mistrz był pod wrażeniem tych słów. Dało się to poznać pomimo maski na twarzy. Merga także wydawała się tym nieco zaskoczona. Łasica siedziała obok niej i na razie obserwowała to wszystko z ciekawością. Myszka i Lilly siadły nieco dalej i jadły swój posiłek nie wtrącając się póki co w rozmowę.

      - Tak, jestem prawie pewna, że wszyscy jak już będą słyszeć jakiś zew to będzie to zew od którejś z sióstr. Co prawda nie można do końca wykluczyć innych niezrodoznych jednak to teren tych Sióstr. Ich zew powinien być najsilniejszy. One wołają przez eony czasu i przestrzeni a my, niektórzy z nas, mogą do odbierać jako sny, głosy lub wizje. Bardzo możliwe, że to będzie się nasilać, zwłaszcza jak kolejne artefakty będą odnajdywane i w naszym posiadaniu. Siostry chcą powrócić aby objąć należne im dziedzictwo, hołd i chwałę. - w sprawie Sióstr Merga była ich ekspertem więc i ona zabrała głos w tej sprawie. Mówiła szybko i zdecydowanie więc pewnie była tego pewna.

      - Ale to niezłą plejadę macie w tym hospicjum. Od każdej z sióstr ktoś by tam był. No ciekawe. To może dać nam jakieś wskazówki co do planów Sióstr, ich woli abo arteaktów jakie nam pozostawiły. - Starszy pokiwał swoją maską ale też wydawał się dostrzegać ważkość tych argumentów oraz ich potencjał.

      - No to dobrze by ich było stamtąd zabrać i przenieść gdzieś do nas. Jak Otto i tak jednego z nich już stamtąd zabrał. A wczoraj gadaliśmy o tej od Soren. Ja tam chętnie bym ją poznała i może nawet byśmy się polubiły jak ona też by się okazała jedną z nas. - Łasica włączyła się do rozmowy przypominając nieco o czym wczoraj rozmawiali u Pirory.

      - I ta kobieta od Norry krzyczała, że ma kogoś odnaleźć? No spróbuj się dowiedzieć o kogo chodziło. Chociaż trzeba się liczyć z tyn, że po ataku szaleństwa to oni mogą mieć kłopot pamiętać co robili i mówili podczas jego trwania. Ale to mogą być jakieś strzępy wiedzy czy wskazówek przekazywanych przez którąś z Sióstr. - rogata wyrocznia zaczęła dokładniej analizować wieści jakie przyniósł jednooki kolega.

      - Z Oster to może chodzić o te jaja i zapiski co przynieśliście z jaskini. Ona jest jej poświęcona. Ten kamień co na nim stała ta skrzynka ze zwojami i ten jednorogi strażnik to też część jej dziedzictwa. Nie zdążyłam jeszcze przetłumaczyć tych zwojów ale chodzi o muchy co będą żerować na żywych i roznośić błogosławieństwo Papy Nurgla. I sądząc po obrazkach to chyba istotną rolę w tym ma kobiece łono. Ale do tego jeszcze nie doszłam. - rogata wiedźma wspomniała jak jej idą prace nad tłumaczeniem zwojów z jaskini i jak to się ma do jej przypuszczeń na temat dziedzictwa akurat tej Siostry.

      - Ale wizję od Vesty i świecącej kuli też miałam. Lewitowała nad zamglonym terenem, może nad bagnami ale nie jestem pewna. I tam coś poruszało się ku niej jak za przewodnikiem. Może ten wasz pacjent widział coś podobnego. Jak się zbierze odpowiednio dużo takich relacji może ułoży się z tego jakąś wskazówkę co do kolejnych darów. - sama wyrocznia oddała się patronatowi Zmieniacza Dróg i Tkacza Losu ale zazwyczaj tym nie emanowała zdając sobie sprawę z wieloetniczności zboru Starszego. Dlatego zwykle ograniczała się do roli jego prawej ręki, doradcy i eksperta od spraw mistycznych. No i Czterech Sióstr.

      - A ja też wczoraj to słyszałam i Soria też mówiła, że jak ktoś gada o Pajęczej Królowej to może słyszeć głos Soren. Przecież ona sama nawet nie używała wcześniej tego imienia. - Łasica znów sie wtrąciła i potwierdziła słowa kolegi z wczorajszego spotkania. A widząc, że dwójka starszych stażem i w hierarchii obmyśla coś kontynuowała dalej ale zaczynając nowy wątek.

      - Aha, bo nie wiem czy wiesz Otto. Ale jest pomysł aby pożyczyć sobie tych datków z wczorajszej tacy. My na pewno lepiej spożytkujemy te dobra. A Merga mówi, że mogłaby to zabrać do Norsci jako dar, na łapówki i tak dalej no i to by dobrze wyglądało, że tu nie same biedaki i lebiego co żebrzą o łaskę i pomoc wojowników z północy. A poza tym tutaj to byłby bardzo trefny towar. I tak by go trzeba opylić gdzieś poza miastem bo tutaj to zbyt duże ryzyko. No ale to jak wiesz jakoś na dniach trzeba by zorganizować skoro wkrótce Merga ma wkróce odpłynąć. To jak? Jakoś byś nas tam wkręcił? Mnie i Burgund. Musiałybyśmy tam powęszyć i rozejrzeć się co jest co. Czy w ogóle gra jest warta świeczki i do zrobienia czy też nie ma co się nakręcać jak Fabi na orgie ze zwierzętami. - zagaiła wesoło, szybko i nieco chaotycznie zdradzając co jeszcze ją tu dzisiaj sprowadza. Starszy ogólnie pokiwał swoją maską na znak, że właśnie o tym też rozmawiali jak Otto dzisiaj tu przyszedł.

      - Jeżeli będzie w stanie utrzymać wasze ubrania na sobie. - zaczął Otto - Będę mógł was wprowadzić jako ladacznice chcące odkupienia i oczyszczenia. - Otto spojrzał na Mergę - Co do daru Oster, mówił o jajach, które przynieśliśmy. Najwyraźniej będą musiały być umieszczone w łonach kobiet i najwyraźniej lokalne ladacznice zostaną poświęcone w tej misji. - mnich zerknął na Łasicę - Spokojnie moja droga, upewnię się, że twoje łono będzie oszczędzone.

      - Ladacznice co chcą odkupienia i oczyszczenia ale mają pozostać w ubraniach? Ależ to takie marnotrawstwo! Bez ubrań jest znacznie ciekawiej! No bo przecież obroże i kajdany to nie ubrania. - Łasica zrobiła wielkie oczy i przybrała nieco infantylny ton niezbyt rozgarniętej trzpiotki. Akurat jak przyszła Norma i dosiadła się do obiadu zerkając na nich z zaciekawieniem. Pozdrowiła Otto skinieniem głowy ale nie wtrącała się w rozmowę. Zaś włamywaczka roześmiała się radośnie i machnęła dłonią.

      - Nie no nie przejmuj się Otto. Jesteśmy profesjonalistkami. Jak się bawimy to się bawimy ale jak jesteśmy na robocie to jesteśmy na robocie. Zrobimy co będzie trzeba. Jak trzeba będzie odegrać jakąś żałosną płaczkę czy skruszoną grzesznicę to damy radę. - wyjaśniła Łasica dając znać, że chociaż lubi się bawić w mało standardowy sposób to jednak potrafi to oddzielić od swoich zawodowych zajęć.

      - Zastanawiałam się z Burgund czy nie zabrać Fabi. Ona tam się dogadała z jednym z oficerów, że on jest w połowie Bretończyk no i w ogóle “ochy i achy” nad Bretonią. Ino przegrał z Sorią bo jak tylko Fabi ją zobaczyła z Pirorą po mszy to od razu do nich poleciała. No ale jak on by gdzieś tam się kręcił na zmianie to może by jakoś go zagadała czy co. - rzuciła luźną ciekawostką jeszcze na razie dopiero przymierzając się do tego świątynnego zadania i sondując temat. Jak skończyła odezwała się rogata wyrocznia.

      - A z tymi kobiecymi łonami to tak. Właśnie na tym to polega. Wczoraj zdążyłam przetłumaczyć pierwszy zwój. A dziś mam nadzieję skończyć drugi. Pierwszy opisuje sam proces. Ten drugi różne mikstury przydatne lub wspomagające to wszystko. Zaś trzeci to jeszcze nie wiem, chyba coś innego. Może jutro mi się uda za to zabrać. - Merga niejako potwierdziła domysły Sigismundusa no i słowa Otto jakie mieli co do owych zdobyczy z jaskini Oster.

      - Właściwie wygląda na to, że sam proces jest zaskakująco łatwy do przeprowadzenia jak już ma się jaja. Wystarczy umieścić te nasienie Oster w kobiecym łonie. Tak naprawdę w pozostałych dwóch otworkach też można ale tam sa mniej korzystne warunki i straty są o wiele większy. Łono pod tym względem powinno być najefektywniejsze. I jak się tam umieści te jaja to właściwie koniec roboty. Po pół tygodniu do tygodnia, plus minus dzień czy dwa na zewnątrz, też łonem, wydostają się larwy. A następnie to jak u zwykłych much. Czyli poczwarka a potem owad dorosły. Tylko to wszystko jest większe no i dłużej trwa niż u zwykłych much. - czarownica o niesamowicie złotych oczach i fioletowej skórze streściła w największym skrócie czego się dowiedziała z przyniesionych jej w ostatni Angestag zwojów.

      - Jednakże to całość zaprojektowała Oster. Ale każda z Sióstr dołożyła tam swoją cząstkę. Przekazała swoją krew dlatego insekty też będą zdradzać to pochodzenie. Te od Norry powinny wzbudzać berserkerski szał, chyba, że ktoś zdoła się opanować. Te od Oster zatrucie i chorobę. Od Soren napad nieokiełznanej żądzy. A od Vesty wizje od jej patrona co może wywołać atak szaleństwa albo i fizyczną przemianę. No i są jeszcze same insekty które mogą latać, kąsać a gdy będą odpowiednio dorosłe także rozmnażać się. Więc to raczej jakiś ich wspólny projekt nawet jeśli Oster go zrealizowała i to chyba po części po to aby pokazać siostrom swoją wyższość i, że może podołać nawet tak skomplikowanemu zadaniu. - Merga dopowiedziała co jeszcze dowiedziała się ze zwojów nad jakimi ostatnio pracowała.

      - Ah! Jak je wypuścimy na miasto będzie tak pięknie! Wyobrażacie sobie jaki nastąpi chaos jak nadleci taki rój i zacznie kąsać i wywoływać takie efekty jak mówi wyrocznia? - zaśmiał się zamaskowany lider zboru gdy taka wizja bardzo przemawiała do jego wyobraźni i bardzo mu odpowiadała.

      - Sgismundus na pewno się ucieszy. A Ojczulek i Oster pewnie też, będą uradowani zwieńczeniem tak cudownego dzieła. Zastanawia mnie jednak… - Otto spojrzał na Wyrocznię - Działamy, aby sprowadzić wszystkie siostry, prawda? Lepiej by chyba było, poczekać na wypuszczenie much, kiedy będziemy mieli pozostałe artefakty. Jeżeli rywalizacja między siostrami była tak zacięta, jeżeli jedna postawi nogę na rodzimej ziemi przed pozostałymi… może zacząć, próbować przeszkodzić nam w przyznaniu reszty.

      - Oj nie obawiaj się. Na razie nie zanosi się abyśmy mieli sprowadzenie którejkolwiek z nich w zasięgu ręki. - Starszy westchnął z rozżaleniem ale był realistą na tyle aby nie oszukiwać w tej materii sam siebie ani swoich podopiecznych.

      - A te muchy to trzeba jak najszybciej. Bo to jak z każdą inną hodowlą. Zanim dorosną, zanim zbierze się plon to jakiś czas mija. A sam proces nie jest zbyt wydajny. Może pół tuzina, może tuzin z jednego łona. Można to nieco zwielokrotnić dając większe dawki lub korzystając z wszystkich naturalnych otworów ale to już ryzyko rośnie. Oster raczej zaplanowała to jako stopniowa hodowlę właśnie. Więc aby uzyskać efekt roju to potrzeba jak najwięcej nosicielek. I kilka tygodni przynajmniej. Ogólnie to jak z każdą hodowlą im większe stado tym większy zbiór. - Merga zwróciła uwagę na nieco inny aspekt tego zagadnienia. I podchodziła do tego niczym hodowca rozmawiający o swoim stadzie z innym hodowcą.

      - No właśnie. A pewnie słyszałeś co wczoraj mówili? Za miesiąc ma być jednak ten festyn. A w naszym mieście wciąż gości wielu znamienitych gości. Więc może późną jesienią czy w zimie byśmy zdążyli uzbierać to stado no ale wtedy będą w mieście ci co zwykle. A zaraz po żniwach, jak się żałoba po księżnej skończy i zrobią jednak ten turniej to wciąż powinno byc tu wielu wspaniałych gości. To da nam niesamowitą siłę rażenia no i skalę przy takim ataku. W połączeniu z tym planem o uczcie co już i tak mieliśmy zamiar go zrealizować to może dać niesamowite efekty. A czkawką się to odbije na obecnych władzach no i rozniesie się po całej prowincji. - Starszy mówił z entuzjazmem bo to byłby dodatkowo niszczący cios do tego planu jaki mieli już uzgodniony wcześniej z potruciem znamienitych gości podczas balu jaki tradycujnie odbywał się na koniec turnieju rycerskiego.

      - Miesiąc? To daje nam też czas na odnalezienie ołtarza Norry i Vesty, razem z ich darami. - Otto delikatnie się uśmiechnął na myśl o tarapatach w jakie wpadną lokalne władze - Och, gdyby udało nam się jakoś zrzucić podejrzenia na naszych możnych.

      - Myślę, że jak jakiś szacowny pan zatłucze w szale jakąś szacowną panią, tam się ktoś obnaży i zacznie się niestosownie zachowywać a jeszcze tu czy tam ktoś oszaleje albo mu coś wyrośnie no to wpędzimy ich już tylko tym w niezły ambaras. - zaśmiał się cicho mistrz zboru dając znać, że gdyby te oba ataki doszły do skutku to tak czy inaczej możni tego miasta i ich znamienici goście mocno ucierpią. Jak nie na wizerunku to dosłownie.

      - I oczywiście te muchy to swoją drogą. Domyślam się, że Sigismundus chętnie się tym zajmie. Część z nas, Egon, Versana, Aaron, może Silny odpłynie razem z naszą czcigodną wyrocznią jako jej świta. Więc zrobi nas się mniej. Ale mimo to nie należy ustawać w wysiłku nad zdobyciem kolejnych artefaktów. - mistrz zwrócił uwagę na to, że wkrótce nie tylko Merga ich opuści ale i część kolegów i koleżanek ze zboru. Ale chyba nie uważał, że to zwalnia ich od obowiązku poszukiwań pamiątek po Siostrach.

      - I na samych gości też zwracajcie uwagę. Całkiem możliwe, że wśród nich też są podatni na zew którejś z Sióstr. - dorzuciła Merga nie ograniczając tego zewu tylko do mieszkańców lokalnej okolicy.

      - Będziemy tęsknić. - zwrócił się mnich do Mergi - Plotki też mogą być dobrym źródłem na potencjalnych rekrutów. Wracając do moich pacjentów. Soria i Pirora w najbliższym czasie odwiedzą hospicjum zapoznać się z dziewczyną od Soren. Podjąłem kroki, aby przynajmniej jeden z sług Norry spróbował samoczynnie zbiec z przybytku. Pozostaje wieszcz od Vesty, ostatnio jak go widziałem był nieźle obity, więc najpewniej trzeba go będzie jakoś wydostać.

      Wyrocznia skłoniła uroczo głową w podziękowaniu za te wyrazy tęsknoty. Ale jak zwykle gdy sprawy zeszły na lokalne warunki to pierwszeństwo w dyskusji oddała Starszemu. Ale jeszcze wtrąciła się Łasica.

      - Jak się uda to ja też tam będę. W końcu co to za jakieś szlachcianki bez żadnej służki prawda? I jestem ciekawa tej dziewczyny od Soren. - łotrzyca zgłosiła swój udział w tej ekspedycji charytatywnej spod patronatu obu szlachcianek.

      - A to są jacyś znaczni ci twoi ulubieńcy? Bo może jak się posmaruje gdzie trzeba to przeor zgodzi się ich wykupić. Jakiś słodki pretekst się wymyśli i gotowe. Tylko na to karlikami pewnie by trzeba sypnąć. Fabienne można by dorzucić, niech się też sypnie groszem. Pirora mi ostatnio płakała ile ten remont kamienicy i teatru ją zeżarł. A z dochodami z teatru słabo. Właśnie wielka premiera miała być z tymi aktorami z Saltburga na ten turniej ale odwołali. No chyba, że to jacyś znaczni co mają jakichś protektorów co by mogli o nich pytać to wtedy no mogą się nie zgodzić. - łotrzyca okazała się złodziejskim sprytem i ulicznym cwaniactwem w tym kombinowaniu z wydostaniem kogoś z hospicjum. Nawet nie tak całkiem nielegalnym. I wydawała się być też nieźle zorientowana w indywidualnych sprawach swoich dziewcząt.

      - Wykupić? No cóż to by mogło się udać. W końcu nie stracilibyśmy nic prócz pieniędzy. A takie szlachetne damy jak mówicie to by chyba miały odpowiednie nazwiska i pozycję do takich negocjacji. - mężczyzna w masce skinął nią na znak, że uznaje to za całkiem interesujący pomysł.

      - To też sposób… może być problem jednak z nimi, zważając, że sprawiali "problemy". Chociaż, może przez to będą chcieli się ich bardziej pozbyć. - Otto zastanowił się - Porozmawiam z interesującymi okazami, zanim zjawią się nasi szanowni goście.

      - To porozmawiaj. Umieją coś? Bo jakiś pretekst dobrze by było wymyślić dlaczego jaśnie panna van Dyke albo czcigodna pani van Mannlieb chcieliby wykupić dla jakiejś charytatywnej idei tego czy tamtego. Z tą dziewczyną to łatwiej bo zawsze mogą chcieć po prostu służkę czy pokojówkę. Chociaż z mężczyznami też gdzieś do stajni czy teatru. No ale ładniej wygląda jak to ma ręce i nogi. - Łasica jako zawodowa włamywaczka i oszustka podpowiedziała co mógłby kolega ustalić z tymi pacjentami hospicjum zanim się jutro tam zjawi gromadka młodych szlachcianek.

      - I się nie ma co przejmować. Jak nie będą chcieli albo mogli ich wykupić to się wymyśli co innego. Nie sądzę aby tam u was mieli lepsze zamki niż w kazamatach. A jeszcze jak ty tam łazisz codziennie to w ogóle dziecinada z takim włamem. - łotrzyca o niebieskich włosach machnęła lekceważąco ręką na znak, że gdyby trzeba było inaczej niż pieniężnie uwolnić pacjentów hospicjum to też raczej uważała do za formalność.

      - Ale to tak po szybkości bym wolała załatwic bo jak widzisz ten skarbczyk świątyni by nam sie przydał albo Merdze na nową drogę życia. To pomyśl też coś na tą okazję. - przypomniała jeszcze o tym pomyśle na jaki wpadły z Burgund wczoraj po mszy widząc jak się świątynia spasła na tych obfitych datkach. A jak Merga miała zamiar odpłynąć na dniach z portu to czasu było nie tak dużo.

      - Jeśli dzień czy dwa coś zmieni to mogę poczekać. Nawet parę dni. Myślę, że takie obfite dary jakie bym zawiozła do moich pobratymców bardzo by pomogły mi w przekonywaniu do swoich racji. Ale jeśli to ma się przedłużyć w tygodnie to wolałabym nie czekać po próżnicy. Sami rozumiecie, im szybciej tam popłynę tym większa szansa, że szybciej wrócę. A też chciałabym wrócić na ten festyn co ma być za miesiąc. - wyrocznia wtrąciła się ze swoją uwagą, że jej odejście może sobie nieco pofolgować z terminem ale nie dalej niż kilka kolejnych dni. Też nad nią wisiała presja czasu tylko w nieco szerszej perspektywie.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Niedostępny
        SantorineS Niedostępny
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #60

        Oryginalny autor: Pipboy79

        Oryginalny tytuł: Tura 18 - 2519.07.05; abt; ranek - południe

        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Złota; rezydencja van Hansenów
        Czas: 2519.07.05; abt; południe
        Warunki: sala obiadowa, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, deszcz, sła.wiatr, umiarkowanie

        Joachim

        Jak młody astrolog zjawił się w znakomitej rezydencji na ulicy Złotej to przekonał się, że nie tylko on jest gościem gospodarzy na dzisiejszym obiedzie. Rodzina van Hansenów jak nakazywał zwyczaj usiadła przy jednym z krańców bogato zastawionego stołu. Z czego głowa rodu usiadła na samym szczycie stołu, jego małżonka po prawicy zaś dorosła córka po lewicy. Obok niej usiadła inna blondynka w skromnej tunice i podejrzanie prostej fryzurze związanej w jeden, gruby warkocz. Zwykle panny nosiły jeden warkocz a mężatki jak już to dwa albo nie puszczały go luzem aby podkreślić swój zamężny stan. A przynajmniej te którym zależało na opinii dobrej i szanującej się i swojego męża żony. Z drugiej strony to choćby Frau von Mannlieb też stosowała się do tych wymogów zwyczajowych i moralności a jakoś nie przeszkadzało jej to odwiedzać loszek Pirory na wyuzdane orgie i zabawy. Obca blondynka miała sporą, srebrną broszę z wizerunkiem biegnącego wilka jaki zwykle był symbolem Urlyka. To podkreślało, że nie jest to jakaś uboga wieśniaczka czy mieszczka. Zresztą z bliska było widać, że ta tunika w jakiej przyszła to też nie jest jakiś prosty habit tylko coś ze znasznie solidniejszego i starannie wykończonego materiału.

        Tą kobietę gospodarze przedstawili jako przeoryszę zakonu Urlyka, Katherine von Siert. Wtedy Joachim uzmysłowił sobie, że już ją widział w Festag na mszy i po. Tylko wtedy było to przelotnie poza tym była w pełnej zbroi i miała twarz zasłoniętą symboliczną, czarną woalką. Więc nie miał za bardzo okazji jej się przyjrzeć zbyt długo ani zbyt bliska. A i ona była odziana całkiem inaczej niż teraz. Zaś teraz siedzieli prawie naprzeciwko siebie.

        Kolejnym gościem była młoda, czarnowłosa kapłanka Morra. Owa tajemnicza i zaskakująco młoda Matka Somnium co przybyła niedawno z Saltburga z okazji symbolicznego pogrzebu księżnej jaki odbywał się także w Neus Emskrank. A pewnie i wielu innych miastach, miasteczkach i wsiach Nordlandu jaki żegnał swoją księżną - matkę i oddawał jej ostatnią cześć i szacunek. Obie miały podobną sobie rolę i miejsce w hierarchii cywilnej i duchownej więc aby to oddać obie usiadły obok pani i panny van Hansen. Obie grzecznie ustąpiły miejsca tej drugiej nie chcąc impertynencko się wpychać bo tak nakazywało dobre wychowanie ale wtrąciła się w to Froya wesoło i raźno zapraszając drugą blondynkę aby usiadła obok niej. Wydawało się, że są w dobrej komitywie ze sobą. Ale córka dostała od matki karcące spojrzenie za tą ujmę na ich gościnności. W końcu kapłanka Morra jakby chciała mogła by to odebrać jako afront i faworyzowanie tej drugiej kapłanki. Ale uśmiechnęła się lekko i dała znać, że nic nie szkodzi i chyba rzeczywiście tak było. Przynajmniej tak się zachowywała.

        Naprzeciwko pana domu zasiadł Ferdynand von Glitz ubrany w niebiesko - czarny kubrak czyli barwy ich nordlandzkiej prowincji. Zaś przy sercu miał broszę ze swoim herbem. To był jeden z tych rycerzy jacy przyjechali na turniej jaki w ostatniej chwili odwołano. Pochodził z Grafenrich co jak chętnie tłumaczył było nieco na południe ale nadal o dzień drogi od stolicy prowincji. Wydawał się być rycerzem o znacznej pozycji i gdy obie kapłanki już miały swoje miejsce przy stole to jemu jako nazjamienitszemu przypadło honorowe miejsce na drugim końcu stołu. Rzeczywiście prezentował się całkiem elegancko i okazale, musiał być z dekadę starszy od Joachima a do tego zachowywał się godnie rycerza.

        Niejako siłą rzeczy samemu astrologowi przypadło miejsce pomiędzy nim a morrytką. Zaś naprzeciwko niego usiadła Frau von Richter. Z okazji żałoby też w czarnej sukni zamiast tej krwistej czerwieni w jakiej ją ostatnio widział Joachim. Chociaż pozwoliła sobie na nutkę ekstrawagancji zakładając czerwoną apaszkę na nadgarstek. No i po swoim boku miała blond kapłankę.

        Z nich wszystkich Joachim najlepiej się poznał z rodziną gospodarzy. W końcu przez ostatnie parę miesięcy mieszkał tutaj a nawet potem zdarzało mu się tu wizytować. Co jakiś czas spotykał Frau von Richter co zdawała się świetnie dogadywać z Froyą a obie miały podobną pozycję w śmietance towarzyskiej. Tyle, że jedna była już mężatką a druga jeszcze panną. Ale obie kapłanki jak i zacnego rycerza to spotykał po raz pierwszy. Nie było to takie dziwne jak cała trójka była spoza miasta. Matka Somnium i Fryderykiem z Saltburga lub okolic a zakonna matka urlykowców a klasztoru Sudfast koło morskiego portu Dietershafen położonego parę dni drogi na zachód od Neus Emskrank. A sama szlachcianka pochodziła z odległego Altdorfu.

        Atmosfera przy stole była wesoła i towarzyska. Nawet zwykle chłodna i opanowana dorodna córka gospodarzy wydawała się ćwierkać jak skowronek. Zwłaszcza do Ferdynanda i Katherine którymi wydawała się być żywo zainteresowana. A zbrojną przeoryszą wręcz zafascynowana. Rzadko spotykała kobietę dorównującą jej pozycją społeczną i do tego potrafiącą chodzić w pancerzu i władać bronią. A i dzielny i zbrojny mąż robił na niej wrażenie.

        - Słyszeliście? A u Kathy przyjmują kobiety do zakonu i dają im broń. A nawet się w niej ćwiczą. - panna van Hansen spojrzała po gościach ale mówiła głównie do swoich rodziców. Jakby wreszcie trafiła na kogoś kto był jej krewną duszą gdy z takim mozołem walczyła aby nie wpasować się w stereotypy młodej szlachcianki ze swoimi zainteresowaniami jakie uchodziły za typowo męskie i rycerskie. Bo urlykanka mówiła właśnie, że ich klasztor przyjmuje wyłącznie kobiety ale poza tym panują te same zasady jak i w męskich zakonach spod tego patrona. A powszechnie uchodziły one za bardzo wojownicze no i tylko dla mężczyzn.

        - Słyszeliśmy kochanie. Ale jak widzisz do Zakonu Klepsydry też przyjmują kobiety. - ojciec skinął głową i nieco z przekąsem wskazał nią na siedzacą naprzeciwko blondynek czarnowłosą kruczycę. Ta jak to było typowe dla jej patrona nie mówiła za wiele i zachowywała grobową powściągliwość. Froya spojrzała na cichą kapłankę odzianą w żałobną czerń przesuwając się szybko po jej widocznej sylwetce.

        - A Matka to jest z jakiegoś zbrojnego zakonu? - zapytała jakby chciała udobruchać rodziców.

        - Niestety nie Froyo. Chociaż Czarni Gwardziści jacy są moją eskortą są takim zakonem. - wyjaśniła skromnie czarna kapłanka. Panna van Hansen była ciekawa czy przyjmują do niego kobiety i usłyszała, że nie ma przeciwskazań aby kobiety nie mogły służyć. Na pytanie dlaczego widziała w Festag albo na mieście samych mężczyzn usłyszała, że tak się akurat złożyło i mężczyźni rzeczywiście stanowią zdecydowaną większość zakonu Czarnej Straży ale i kobiety się tam zdarzają. Ot, jest ich po prostu o wiele mniej dlatego można przez całe lata żadnej nie spotkać. Sama reguła jednak nie zabrania kobietom wstępowania do tego zakonu. Co też potwierdziła von Siert której wykształcenie teologiczne obejmowały też reguły i ogólne zasady nie tylko własnego zakonu i patrona. Co nieco zaskoczyło Froyę i chyba nie tylko ją bo chyba wszyscy spodziewali się, że morryckie zakony zbrojne to tylko mężczyźni.

        - A Matka to z jakiego jest zakonu jeśli można zapytać? - zagadnęła Frau van Hansen siedzącą obok niej czarnowłosą sąsiadkę.

        - Ja jestem z Czarnowidzów. Patronuje nam Morr Śniący, jako patron snów, widzeń i proroctw. - przyznała skromna kapłanka. To zainteresowało panią Martinę jaka lubiła takie tematy. Wspomniała, że Joachim zajmuje się czymś podobnym.

        - Ale domyślam się, że raczej stosujemy inne metody. - uśmiechnęła się koniuszkiem ust mroczna kapłanka.

        - A właściwie czym się różni astrologia od astronomii? Zawsze mi się myli. - zagaił Ferdynand siedzącego przy jego narożniku Joachima.

        Obiad trwał jeszcze trochę. Potem jeszcze były ciasta i desery. A potem kieliszek wina, brandy i już luźniejsze rozmowy. Wreszcie goście zaczęli wstawać od stołu ale rozmawiali jeszcze w mniejszych grupach na różne tematy. W końcu skończyła na tym, że panna van Hansen zaprosiła wszystkich na dół, do piwnicy gdzie miała swój własny pokój z trofeami jakie upolowała osobiście i chciała się nimi przed gośćmi pochwalić.

        - To już może zaprowadź naszych gości moja droga. Obawiam się, że zbyt się objadłem i tyle schodów na dół mogłoby być dla mnie zbyt wielką przeszkodą. - odparł z uśmiechem Herr Mikael do swojej córki. Ta dygnęła przed nim grzecznie i spojrzała zachęcająco na swoich gości. W końcu większość z nich była raczej w jej wieku niż jej rodziców. No może Ferdynand był gdzieś tak w połowie drogi. Matka von Siert i Herr von Glitz chętnie wyrazili zgodę na taką wizytę, Matka Somnium i Frau von Richter jakby się zawahały czy iść czy zostać.

        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
        Czas: 2519.07.05; abt; południe
        Warunki: korytarz hospicjum, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, deszcz, sła.wiatr, umiarkowanie

        Otto

        Otto jak chciał załatwić coś jeszcze przed swoim porannym przyjściem na swoją zmianę do hospicjum to musiał wstać naprawdę wcześnie. Jak dopiero szarówka się na dworze robiło a wewnątrz jego izby było jeszcze ciemniej. Do tego na zewnątrz monotonnie łomotał o szyby i resztę miasta deszcz. Wierzchnie okrycie mu zmokło nim dotarł do świątyni Mananna. Wierzeje jednak były otwarte gdyż była to pora jutrzni otwierającą każdego poranka nowy, liturgiczny dzień. O tak wczesnej porze wiernych było niewiele. Ale chyba i tak więcej niż podczas zwykłego dnia, zapewne w związku z żałobą po śmierci księżnej - matki. W porównaniu jednak do porannej mszy w ostatni Festag to jednak można było powiedzieć, że jest ich skromna ilość. Zdążył tuż przed rozpoczęciem mszy. Na zapleczu spotkał ojca Absalona który już kończył przygotowania do jutrzni i chyba go złapał w ostatniej chwili.

        Ojciec Absalon był w kwiecie wieku. Pewnie z dekadę, może i dwie starszy od Otto. Postury godnej rycerza czy wojownika. Bez trudu można było go sobie wyobrazić w kolczudze, hełmie, tarczą i bronią w dłoni. Zresztą przewodził on zbrojnemu ramieniu kościoła boga mórz zwanego Bractwem Mananna. I nawet na wiosnę skutecznie zablokował możliwość wstępowania tam kobiet bo w jego definicji bractwo to bractwo, czyli wyłącznie dla mężów a nie niewiast. Znany był ze swojej surowości i wojowniczości, często go nie było w mieście gdy mustrował się jako kapłan pokładowy na jakimś statku. Gdy usłyszał pytanie o dwie skruszone grzesznice zmarszczył brwi nieco zdziwiony.

        - Niech przyjdą. To dom boży. Otwarty dla każdego. Każdy może przyjść się pomodlić i pokajać. Nawet skruszone grzesznice. - powiedział jakby próbował się domyślić skąd to pytanie. W końcu świątynie w swojej publicznej części były powszechnie dostępne dla wszystkich wiernych. Niestety w tej części zapewne nie było skarbczyka z fantami z zebranymi na ostatniej mszy. A na tym obu łotrzycom najbardziej zależały. Jakby Otto mógł im załatwić jakiś pretekst aby powęszyć po piwnicach, lochach i ogólnie jakimś świątynnym zapleczu bo zapewne tam przetrzymywano takie cenne precjoza a nie gdzieś na wierzchu. No ale o tym ojciec Absalon nie wiedział oczywiście.

        - Tylko! - uniósł surowo paluch do góry i spojrzenie mu stwardniało. - Niech się ubiorą i zachowują jak skruszone. A nie jak grzesznice. Zwłaszcza, że mamy żałobę. - kapłan ledwo maskował swoją niechęć go grzesznic. Zresztą często dawał mniej lub bardziej wyraźnie, że niewiasty uważa za słabszą, płochą i bardziej podatną na podszepty złego odmianę człowieka. A jakieś tam grzesznice tylko utwierdzały go pewnie w tym przekonaniu. Ale skoro zależało im na odkupieniu win zgodził się nawet tak podłym istotom przybyć do największej, najwspanialszej i najbogatszej świątyni w mieście aby się mogły pomodlić, żałować za grzechy i odbyć pokutę przed jego patronem.


        Potem musiał mocno przebierać nogami. Wciąż w mokrym okryciu chociaż z wolna przestawało padać. A gdy zapukał do drzwi apteki to już zaczynało się rozpogadzać. Czekał chwilę gdy usłyszał ciężkie kroki ze środka i po chwili gospodarz odryglował drzwi.

        - O. Otto. Witaj. Wejdź. Wcześnie dzisiaj jesteś. Stało się coś? O! Masz zwoje?! Przetłumaczyła je wreszcie? - grubas przywitał go nieco zaskoczony jego wczesnym zjawieniem się. Ale od razu się podniecił na myśl, że młodszy kolega może przyszedł z przetłumaczonymi zwojami od Mergi. W końcu wczoraj wieczorem miał się z nią widzieć. Na spotkaniu jednak wyrocznia przyznała, że przetłumaczyła jeden, prawie skończyła drugi i jakby ten trzeci był w podobnym stanie jak dwa pozostałe to może jutro by się udało jej skończyć ten trzeci. No i dzisiaj było to jutro. Ale dopiero wczesne rano. Zapewne jak wczoraj spędzili czas na rozmowach i planowaniu to od wieczora rogata wiedźma wiele postępów nie zrobiła.

        Widząc, że jednooki nie kwapi się z wyciągnięciem gotowych zwojów aptekarz pokiwał smutnie głową na znak, że rozumie. I zastanawiał się czy może Merga w ogóle potrafi przetłumaczyć te pisma. Może tylko ich zwodzi? Ile czasu można siedzieć nad trzema zwojami?! Może trzeba znaleźć kogoś innego? Może grubas sam nie do końca wierzył w te swoje podejrzenia ale widać było, że cierpi katusze niecierpliwości aby rozpocząć swoje upragnione eksperymenty z darami od Oster.

        - Aha, Vigo? No tak, jeszcze dycha. Ale wątpię aby długo. Ha! Zobaczymy jutro. Kiedyś Starszy mówił, że ulubiona liczba naszego patrona to trzy. A jutro jest trzeci dzień tygodnia. Ja stawiam, że padnie do jutra albo jutro. Ale kto wie? Może nasz patron ma wobec niego jeszcze jakieś plany? - gdy Otto wyjawił po co się zjawił gospodarz machnął swoja pulchną łapą aby szedł za nim na zaplecze a potem do piwnicy. Tam zastali śpiącego w barłogu garbusa. Jaki jednak nie spał lub głosy go obudziły.

        - A jak padnie? - zagaił go zaciekawiony śmierdziel słysząc widocznie chociaż końcówkę rozmowy. W tym czasie obaj jego koledzy stanęli przed celą z ledwo dyszącym pacjentem hospicjum. Drzwi do celi były otwarte. Sąsiednie, do tej porwanej pielgrzymki zamknięte a jeszcze dalsze znów otwarte. Tam zdaje się sypiała Loszka. Widać cieszyła się już takim zaufaniem nurglistów, że jej nie zamykali. Gospodarz zamyślił się chwilę nad pytaniem garbusa.

        - To padnie. Widocznie wykonał już swoje zadanie w wielkim planie. A! Bo właśnie! On gadał w nocy! Strupas! Powtórz Otto co on tam gadał. - aptekarz wzruszył ramionami widocznie niezbyt przejmując się losem Vigo na jakiego już od początku postawił krzyżyk. Ale w ostatniej chwili przypomniało mu się coś bo ożywił się i zwrócił się do kolegi.

        - A tak! Bo ja tu z nimi siedziałem całą noc! Musiałem tej idiotce dać w łeb bo wrzeszczała i hałasy robiła. No i ten zaczął coś dyszeć, ledwo go rozumiałem. Zwłaszcza, że to gadał coś, potem chrypiał i nic, ja prawie znów zasypiałem i budzę się bo ten znów coś mamrocze. - garbus widocznie pełnił tu nocny dyżur i wskazał na porwaną dziewczynę w środkowej celi. Ta rzeczywiście była przytomna ale przywiązana za nadgarstki do koła wmurowanego w ścianę i z kneblem w ustach. Patrzyła na nich trwożliwie ale przytomnie zza krat.

        - Dobra, gadaj co mówił! O robakach i zarobaczonych łonach! - Sigismundus ponaglił kolegę słowem i gestem bo choć pewnie już zdążył to usłyszeć od brata w wierze to chętnie to by usłyszał jeszcze raz. No i pochwalił się przed byłym mnichem. A robaczy temat niezmiennie budził jego uśmiech pełen ekscytacji nadziei w lepszą przyszłość.

        - A tak… To było… - garbus zmrużył oczy próbując przypomnieć sobie nocne i pokawałkowane słuchania gorączkującego pacjenta jaki wydawał się jeszcze bliższy tamtego świata niż tego w porównaniu do tego gdy go Otto widział ostatnio.

        - Blade łono płodności… A nie… Pobłogosławione płodnością blade łono… królewskiej krwi… wyda piękny, dorodny, królewski owoc… Jakoś tak… Tyle zrozumiałem. Niewyraźnie mamłał i to jeszcze po trochu przez całą noc. - garbus skupił się aby powtórzyć na ile zdołał to co usłyszał w nocy od Vigo. W końcu wzruszył swoimi krzywymi ramionami dając znać, że więcej nie pamięta.

        - No właśnie. Jakąś bladolicą to może byśmy znaleźli. Sam znam parę. Jakby była płodna to pewnie też. Przecież większość jest. Ale królewskiego rodu? - zamyślił się grubas. Pokręcił głową i po chwili rozłożył ręcę w geście bezradności, że trudno mu to połączyć w sensowną całość. Ludzie o bladych twarzach zwykle należeli do błękitnokrwistych. Poza nimi niewiele osób mogło sobie pozwolić na regularne pudrowanie twarzy aby zachować modną, elegancką bladość. Ale nawet jakby nie liczyć twarzy tylko jasną skórę to też kojarzoną ją głównie ze szlachetnie urodzonymi. Bo ludzie pracujący na roli czy pod żaglami zwykle byli ogorzali od słońca, wiatru, mrozu i deszczu. Chociaż i wśród nich trafiali się ludzie o jasnej karnacji. Większość kobiet rzeczywiście była zdolna do rodzenia dzieci więc można było je uznać za płodne. No ale ten trzeci element o królewskiej krwi trudno było obu kolegom Otto przypasować do dwóch wcześniejszych.

        - Może to jakaś przenośnia… Czy jak to tam się mówi… - mruknął niepewnie garbus też chyba mając kłopot jak to zinterpretować słowa konającego.

        - Nie wiem. Po prostu nie wiem. Może po prostu bredził? Chyba, że ty Otto masz jakiś pomysł. Jesteś uczony w mowie i piśmie to może to jakoś rozwikłasz. A! Ale jeszcze mówił o muchach! Gadaj mu o muchach Strupasku! - gospodarz westchnął nie mogąc samemu znaleźć rozwiązania tej zagadki. Klepnął w ramię jednookiego kolegę dając znać, że jak ten ma jakiś pomysł to chętnie go wysłucha. Ale to znów mu przypomniało coś jeszcze bo przypomniał o tym garbusowi.

        - A tak! Gadał jeszcze o jednej z nas. Że przybędzie aby się do nas przyłączyć. I będzie ją zwiastować muchy, aromat zgnilizny i zepsucia no i larwy. Ludzie na ulicy będą odwracać wzrok i nosy z obrzydzeniem ale oni są ślepi a ona jest oświecona. I przyłączy się do nas. - powiedział w zachwycie i z rozmarzonym tonem garbus jakby opisywał wymarzoną kobietę swoich marzeń. W końcu skończyło się na tym, że ochota na sen mu odeszła i napędzany wiarą ruszył na zawalone gnojem i błotem ulice aby poszukać tej jaką miała zwiastować woń zgnilizny, muchy i obrzydzenie na twarzach jeszcze nie oświeconych.


        Potem zaś musiał znów szybko przebierać nogami w ten już nie tak wczesny i chłodny poranek aby zdążyć do zachodnich ulic miasta gdzie było jego hospicjum. Poranek się rozgościł na dobre i rozpogodził słonecznym, letnim blaskiem gdy nieco spóźniony przekroczył drzwi i mógł zająć się swoimi obowiązkami. Jeszcze tylko musiał porozmawiać z przeorem o spodziewanych, zacnych gościach na dzisiaj. Ten wysłuchał go uważnie i nieco się zdziwił. Nawet jeśli zauważył spóźnienie mnicha to nowy temat przykuł jego uwagę bardziej.

        - Rozmawiałeś z nimi i mają nas odwiedzić? Dobrze. Bardzo dobrze Otto. Sam widzisz co się dzieje. Szaleństwo! To już drugi czy trzeci atak takiej zbiorowej histerii! A ile szkód! Pobicia, siniaki, wybite zęby, połamane meble! Oni myślą, że my to wszystko dostajemy za darmo! No. I dobrze, niech przyjdą te szlachcianki i się rozejrzą. Oprowadzisz je skoro już z nimi rozmawiałeś. I tak zagadaj aby otworzyły przed nami swoje sakiewki. Mam nadzieję, że to nie są jakieś skąpiradła tylko porządnie szczodre i wrażliwe na niedolę bliźnich białogłowe. - przeor szybko przyswoił tą wreszcie dobrą informację tego dnia. I widać było, że wiązał nadzieję, że owe zacne i szlachetne a przede wszystkim bogate damy nie będą tylko chodzić, oglądać i może modlić się ale wesprą ten przybytek jakimś datkiem. W końcu większość działalności tej placówki opierało się właśnie na takich datkach charytatywnych wiernych. Zwłaszcza tych z zamożniejszej warstwy jakich było stać na takie datki.

        Po rozmowie z przeorem Otto wrócił do swoich standardowych zajęć. Większość chaosu jaki spowodowała festagowa awantura już została uprzątnięta. Ale i tak niosły się echem młotki stukające w drewno czy szorujące piły gdy bracia i wolnotariusze próbowali a to naprawić uszkodzone meble albo zrobić nowe. Ze swoich ulubionych pacjentów pojedynczo wyłuskał wszystkich. Najłatwiej było z Thornem bo wciąż siedział w tej samej izolatce.

        - I co? Coś nie widać tych twoich damulek co tak chętnie zadzierają kiece. - przywitał go szyderczą uwagą jakby sam chciał nadrobić poprzednią rozmowę gdy chyba przez chwilę uwierzył albo chciał uwierzyć, że zjawią się tu jakieś rozkoszne ślicznotki i to jeszcze takie z wyższych sfer. Już nie mówiąc, że miałyby cokolwiek zadzierać, zwłaszcza suknie i zwłaszcza w jego celi. Pewnie miał na to przez chwilę nadzieję no ale czas spędzony w celi przywrócił mu właściwy, nieufny do świata pogląd na stan rzeczy. W sumie nie było się co dziwić bo hospicjum to nie było raczej na szczycie listy odwiedzin dla młodych panien z dobrymi nazwiskami.

        Annika leżała na swojej pryczy i sufitowała albo spała. Wciąż miała zabandażowany brzuch i zdarte dłonie. Ledwo spojrzała w jego stronę gdy do niej zajrzał i nie zamierzała się pierwsza odzywać. Jak tak leżała w samych kalesonach i koszuli, bosa i nieruchoma to nie sprawiała wrażenia agresywnej. Chociaż w suchym spojrzeniu było coś zaczepnego i odpychającego, że pewnie sporo osób wolałoby sobie poszukać innego zajęcia niż podchodzić bliżej.

        Georga zastał przy pracy braci stolarzy. A raczej tych co się na tym znali i zbijali na nowo te krzesła, ławy, stoły, deski do drzwi aby się znów do czegoś nadawały. Pomoc Georga ograniczała się chyba do nieprzeszkadzania. Ot tutaj bracia mieli go na oku jak nie do końca władz umysłowych dziecko jakie lepiej mieć na oku. Pacjent wciąż miał zabandażowaną głowę ale już się poruszał samodzielnie. Siedział na ławce i albo podawał pracującym gwoździe, młotek, hebel czy to co tam akurat potrzebowali. Gdy Otto tam wszedł przywitał się z nim grzecznie w czym jeszcze bardziej przypominał opóźnione w rozwoju dziecko.

        - Pochwalony bracie. - skinął mu obandażowaną głową gdy i bracia przywitali się z kolegą. Mówili, że jest grzeczny i pomagał im rano powylewać nocniki. A teraz przy pracy tutaj. Pacjent aż pęczniał z dumy słysząc te pochwały pod swoim adresem.

        Marisa zaś miała robić pranie w pralni. Zastał ją właśnie tam. Siedziała na zydlu w ciężkim, drapiącym habicie jaki wciąż miała nosić jako część pokuty za swoje skandaliczne zachowanie z ostatniego Festag. Chociaż jak siedziała na tym zydlu do go wysoko podwinęła tak, że kontrastowały z tym włochatym, ciemnym habitem jej gładkie, kobiece łydki, kolana i kawałek ud. Których wcale nie zakryła gdy do łaźni wszedł mężczyzna. Podobnie podwinięte miała rękawy. Bo siedziała na tym zydlu przy bali z mokrymi ubraniami. Na przemian trzeba było je ucierać na tarze i tłuc kijanką a gdy były w sam raz przejść obok i rozwiesić w suszarni do wyschnięcia. Na dłuższą metę ciężka, fizyczna, niewdzięczna i męcząca praca. Marisa musiała ją wykonywać sama. Ciekawe czy przypadkiem nie dlatego aby znów nie próbowała kogoś wychędożyć albo biegać nago jak to miało miejsce w ostatni Festag.

        - Pochwalony bracie. - przywitała się z nim grzecznie i pokornie łapiąc na chwilę oddech i ocierając czoło nadgarstkiem. Wcale nie wyglądała jak tamta wrzeszcząca naguska co tu biegała po stołówce i korytarzach nie chcąc założyć swoich ubrań. Ale przy tym grzecznym i pokornym tonie na jej pełnych ustach wykwitł psotny, porozumiewawczy uśmiech.

        I tak leciał ten kolejny dzień w hospicjum. W środku dnia znów się rozpadało. Otto w większości musiał pełnić swoje obowiązki na sprzątaniu cel i korytarzy, pomaganiu w kuchni czy potem ściąganiu zdolnych do chodzenia pacjentów do stołówki albo rozwożenia strawy tym co byli w swoich celach. Było już po obiedzie gdy trzeba było odstawić pacjentów do cel lub gdzie indziej gdy kolega podszedł do niego raźnym krokiem i z błyskiem oku.

        - Otto idź do przeora. Jakieś babki przyszły obejrzeć hospicjum. Mówił, że ci mówił. Masz je oprowadzić i najlepiej tak aby rzuciły co łaska na tacę. - streścił mu polecenie przeora tego przybytku. Po czym obaj pospieszyli do gabinetu szefa.

        - O, Otto, dobrze, że już jesteś. Oprowadzisz naszych szacownych gości prawda? - przeor uśmiechnął się jowialnie wskazując na grupkę pięciu kobiet. Z czego tylko jedna, ta najstarsza i najmniej urodziwa nie należała do kultystów. Pozostałą czwórkę znał całkiem dobrze a po ostatniej wizycie w loszku panny van Dake to nawet zdołał sobie obejrzeć je całkiem dobrze gdy niewiele ubrań miały na sobie. Ale dzisiaj cała czwórka była odziana. Z czego Łasica odróżniała się skromnniejszą, szaro burą suknią w sam raz do niezbyt zasobnej mieszczki albo służącej bogatej pani. Bez makijażu, ze skromnym uczesaniem przykrytym prostym czepkiem i nieśmiałym spojrzeniem zdawała się być nędznym dodatkiem do trójki wspanialszych kobiet i w ogólne nie przypominała wyuzdanej kultystki w samej obroży czy śmiałej łotrzycy w skórzanych spodniach. Soria, Pirora i Fabienne były w dostojnych, czarnych sukniach aby podkreślić swoją żałobę po zmarłej księżnej. No i była jeszcze ta niechciana ale konieczna przyzwoitka Frau von Mannlieb czyli Gertruda. Ostatnio Otto ją przez chwilę widział jak za Kristen przechodził przez parter przed spotkaniem z koleżankami z kultu jakie odprawiały modły żałobne na swój własny, perwersyjny sposób. Ona też go obdarzyła czujnym spojrzeniem i miał wrażenie, że go rozpoznała. W końcu młodzian w habicie i z jednym okiem to mógł jej się rzucić w oczy. A może tylko tak mu się wydawało?

        - Bardzo dziękujemy ojcze. Postaramy się nie zaburzyć rytmu waszego dnia i nie zająć zbyt wiele czasu. - Pirora odwzajemniła przeorowi jego galanterię i cała grupka ruszyła za swoim młodym przewodnikiem. A nawet dwoma. Bo jak się okazało widocznie umówili się z przeorem, że kolega zajmie się służkami czyli Olgą jak widocznie nazywała się ta maska Łasicy i Gertrudą zaś Otto miał zająć się tymi znamienitszymi gośćmi. Złapał jeszcze porozumiewawcze spojrzenie szefa który pewnie chciał mu przypomnieć aby nakłonił szlachcianki do złożenia odpowiedniego datku albo chociaż jakiegokolwiek. Gdy kolega zabrał młodą i starą służkę idąc korytarzem Otto został sam z trzema szlachciankami. Czyli chociaż przez chwilę byli w swoim prywatnym, kultystycznym gronie.

        - Nie mogłyśmy zabrać Łasicy, znaczy Olgi bez zabierania Gertrudy. Bo by to dziwnie wyglądało. Ale mamy plan aby połazić trochę a potem ja sobie “przypomnę” coś i ją wezwę. To do nas dołączy. Możesz wtedy po nią pójść? Albo posłać kogoś? - dziewczęta widocznie mimo pewnych trudności w postaci starej przyzwoitki młodej bretońskiej małżonki morskiego kapitana znalazły sposób aby ją obejść na tyle aby łotrzyca mogła do nich dołączyć. Nawet jeśli nie była z nimi od początku wizyty. A na razie były ciekawe tych pacjentów i pacjentek o jakich tak ciekawie im wcześniej opowiadał kolega.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #61

          Oryginalny autor: Lord Melkor

          “Słyszeliśmy kochanie. Ale jak widzisz do Zakonu Klepsydry też przyjmują kobiety. - ojciec skinął głową i nieco z przekąsem wskazał nią na siedzacą naprzeciwko blondynek czarnowłosą kruczycę. Ta jak to było typowe dla jej patrona nie mówiła za wiele i zachowywała grobową powściągliwość. Froya spojrzała na cichą kapłankę odzianą w żałobną czerń przesuwając się szybko po jej widocznej sylwetce.”

          - Do Kolegiów Magii w Altdorfie też przyjmujemy niewiasty…. - uśmiechnął się Joachim. - może nie jest to w tym momencie większość ale np. przełożoną Kolegium Jadeitu jest kobieta. Nasze społeczeństwo robi się chyba coraz bardziej otwarte pod tym względem, prawda?

          - No nasze tutejsze to jednak chyba niezbyt. - panna van Hansen skrzywiła swój ładny, szlachetnie zarysowany nosek i usta na tą uwagę dając wyraz swojemu niezadowoleniu. - Aczkolwiek mnisi habit czy toga uczonego to raczej nie dla mnie. Mnie się marzą pas i ostrogi. - westchnęła grzebiąc niemrawo widelcem po swoim talerzu na jaki pewnie przeciętny mieszkaniec tego miasta dostałby bezdechu. Tak na widok samego ozdobnego naczynia, srebrnych eleganckich sztućców czy tego co na nim podano. Dorosła córka gospodarzy jednak zdawała się tego nie zauważać wspominając, że ma ambicje dostania się do stanu rycerskiego. Komuś z jej pozycją, zainteresowaniami i umiejętnościami to raczej nie byłoby przeszkodą. O ile ten ktoś byłby mężczyzną.

          - Ale jak nie świeckie ostrogi to może chociaż duchowne. - westchnęła spoglądając w bok na siedzącą obok urlykankę jaka zdawała się być dla niej wzorem, nadzieją i dowodem, że jest jakaś furtka przez jaką kobieta może przywdziać zbroję, ostrogi i inni traktują ją jak każdego innego męża a nie niewiastę z niestosownymi aspiracjami i fanaberiami.

          - Oj córciu, przecież już o tym rozmawialiśmy tyle razy. - dla odmiany teraz westchnęła Frau van Hansen zapewne dając echo podobnych rozmów jakie miały miejsce niezliczoną ilość razy.

          Joachim zawahał się, nie chciał stawać w tym sporze pomiędzy matką a córką. W końcu postanowił odezwać się możliwie neutralnie.

          - Nie wątpię że znajdziecie rozwiązanie zarazem satysfakcjonujące Froyę jak i korzystne dla całej rodziny. Zawsze mogę też sprawdzić układ gwiazd w ten intencji.

          - Oh, nie ma się co kłopotać kawalerze. - ojciec dorosłej córki pokręcił głową na znak, że nie widzi takiej potrzeby fatygowania się młodego astrologa.

          - No ja jestem pewna, że jakieś rozwiązanie się znajdzie. - uśmiechnęła się półgębkiem jego córka i odkroiła kawałek porcji na swoim talerzu po czym włożyła go sobie do ust.

          - Zawsze możesz wstąpić do nas. Chętnie powitam młodą, silną i wyszkoloną akolitkę w swoich szeregach. A część naszych obowiązków to patrole okolicy lub zbrojne interwencje jeśli zajdzie taka potrzeba. - rzuciła siedzącą obok Froyi blondynka dając jej do zrozumienia, że w szeregach jej zakonu mogłaby jawnie występować zbrojnie.

          - Tak z tego co wiem, patrole takich zacnych wojowników w naszym rejonie się przydają. Słyszałem nieco o potworach jak trolle czy zwierzoludzie. Napotykacie je może, Matko? - Czarodziej spytał się Przeoryszy.

          - Tak, zwierzoludzie, orki, bandyci ale mamy sytuację pod kontrolą. Z tego co słyszałam to chyba prawie wszędzie w głębi boru, jakiejś jaskini, rozpadlinie czy bagnie lęgnie się jakieś paskudne tałatajstwo. - blondwłosa urlykanka przytaknęła widocznie uznając sytuację w okolicy swojego klasztoru jak i tutejszą za w miarę standardową. W końcu tego typu plotki o jakichś bandach czy napadach były dość powszechne.

          - U nas w głębi lasu są zwierzoludzie ale niestety trudno ich wytropić tak aby wziąć ich na czubek kopii czy rohatyny. Ale za to jest mnóstwo innej zwierzyny do upolowania. - Froya przytaknęła chociaż zdawała się patrzeć na tą samą rzecz jak na szansę na jakieś interesujące polowanie.

          - Mam nadzieję dziecko, że nie myślisz o zorganizowaniu czegoś takiego i pamiętasz, że powinniśmy okazać szacunek naszej niedawno zmarłej księżnej. - matka zwróciła jej uwagę chcąc zapewne pohamować jej zapędy na tym punkcie z jakich młoda dama była szeroko znana w mieście i okolicy.

          - No tak, pamiętam. Szkoda. Tylu znamienitych gości się zjechało na turniej a tu ani turnieju, ani balów, ani polowań, no nic nie można organizować. - westchnęła z żalem blondwłosa szlachcianka.

          - Przykro mi, że nasze tradycje pokrzyżowały ci plany. - odparła krótko Matka Somnium zwracając uwagę na niestosowność komentarza. Rodzice ostro spojrzeli na córkę a ta żachnęła się zdając sobie sprawę, że nieco się zagalopowała.

          - Przepraszam, oczywiście dostosuję się do wymogów żałoby. Ot, po prostu zwykle jak jest tylu gości spoza miasta to coś organizujemy z tej okazji. - panna van Hansen przeprosiła kapłankę boga śmierci i snów dodając krótkie wyjaśnienie. Ta dostojnie skinęła głową przyjmując te przeprosiny.

          - Pytanie, czy jeśli celem takiej wyprawy nie jest rozrywka uczestników a oczyszczenie okolicy z niebezpiecznych bestii i pomiotu chaosu, to czy takie działanie wciąż jest naruszeniem żałoby? - zadumał się Joachim, podchodząc do problemu w bardziej naukowy sposób.

          - Myślę, że trzeba by zasięgnąć opinii i zgody kapłanów, może postarać się o odpowiednią dyspensę. O ile rzeczywiście by było to coś nie cierpiącego zwłoki bo na razie to nie doszły mnie słuchy o jakichś zagrożeniach na większą skalę. - tym razem głos zabrał Mikael ale pytanie chyba zastanowiło wszystkich. On jednak miał wśród zebranych przy stole największy autorytet ze względu na wiek, doświadczenie i pozycję.

          - Tak, jakby zagrożenie było jakieś większe można by się zapewne ubiegać o dyspensę. Ja nie czuję się na siłach a i jestem tu, że tak powiem w gościach, nie chciałabym wchodzić tutejszym kolegom i koleżankom w podwórko. - von Siert pokiwała głową do słów gospodarza zgadzając się z jego wykładnią.

          - Trzeba by zbadać sprawę. Ale na razie to jak widzę pytanie teoretyczne. Wiele zależałoby od sytuacji i okoliczności. U nas sprawę by zapewne rozpatrywali moi starsi i bardziej doświadczeni koledzy. - morrytka też się zaciekawiła tym tematem niejako służbowo bo kwestie żałoby po zmarłych też podpadały pod jej patrona. Ale scedowała taką teoretyczną decyzję na tutejszych kapłanów jacy zarządzali tutejszą trzódką wiernych. Ona mimo wszystko też była tu gościem i tak nie znała tutejszych realiów.


          “- Ja jestem z Czarnowidzów. Patronuje nam Morr Śniący, jako patron snów, widzeń i proroctw. - przyznała skromna kapłanka. To zainteresowało panią Martinę jaka lubiła takie tematy. Wspomniała, że Joachim zajmuje się czymś podobnym.

          - Ale domyślam się, że raczej stosujemy inne metody. - uśmiechnęła się koniuszkiem ust mroczna kapłanka.

          - A właściwie czym się różni astrologia od astronomii? Zawsze mi się myli. - zagaił Ferdynand siedzącego przy jego narożniku Joachima.”

          Młody magister odłożył na bok kieliszek przedniej jakości wina i skinął do rycerza.

          - Astronomia to nauka o ciałach niebieskich, ich naturze i poruszaniu się. Odgrywa ona bardzo dużą rolę chociażby przy nawigacji morskiej. Ja oczywiście studiowałem te kwestie w swoim Kolegium - odparł z nutą dumy - natomiast to co robię jako członek Niebiańskiego Zakonu bliższe jest Astrologii, czyli nauce o tym jak niebiańskie obiekty mogą odzwierciedlać naszą ziemską sferę i wpływać na nasz los. Ja wspieram się tutaj też moim zmysłem i wiedzą o Wietrze Magii Azyr, powiązanym właśnie z ruchem gwiazd i innych niebiańskich obiektów jak komety. Wiele można w nich wyczytać chociaż nie zawsze dokładnie tego co mamy nadzieję znaleźć… zrobił dramatyczną pauzę.

          Następnie spojrzał na Czarnowidzkę, której sztuka była faktycznie pod wieloma względami bliska jego, choć opierała się przecież na innym instrumentarium. Ciekawe czy mogła coś zobaczyć co mogło zagrozić sprawom Zboru?

          - Czytałem nieco o Morze Śniącym Matko, jest to mniej znany ludziom aspekt tego boga, choć dla mnie interesujący, gdyż jak słusznie zauważył Pan Ferdynand nasze sztuki nie są od siebie odległe co do zastosowania, choć dzieli ich źródło. Jak rozumiem Czarnowidzowie polegają na proroczych snach i obecnych w nich wizjach?

          - Tak. Próbujemy wyczytać wolę naszego patrona ze snów i czasem wizji. Nasz patron kojarzy się zwykle z końcem doczesnego żywota i początkiem snu wiecznego ale przecież też jest patronem zwykłych i mniej zwykłych snów. - odparła skromnie czarna kapłanka potwierdzając domysły astrologa.

          - Oh moi drodzy, tak się cieszę, że oboje tu jesteście, to takie fascynujące i tajemnicze te wszystkie gwiazdy, sny i przepowiednie. - Frau Martina westchnęła z zadowolenia bo od dawna z całej trójki van Hansenów jaką Joachim miał okazję poznać ona wydawała się zdradzać największe zainteresowanie takimi ezoterycznymi tematami.

          - A to potrzebujecie czegoś do takiego wróżenia? Możecie to zrobić w każdej chwili i z każdą osobą? - zaciekawił się zacny rycerz von Glitz.

          - No ja muszę spać i śnić. Więc najczęsciej robię to w nocy. - odparła bladolica kapłanka z lekkim uśmiechem.

          - Ja również pracuje głównie w nocy, obserwując gwiazdy, więc to również nas łączy - Joachim odpowiedział również z uśmiechem. Następnie nieco spoważniał.

          - Ostatnio muszę przyznać że widziałem parę niepokojących znaków, które mogą sugerować działanie mrocznych i zwodzicielskich sił. Przypomina mi to, że chyba nigdy nie odnaleziono łotrów którzy zeszłej zimy włamali się do więzienia i uwolnili wiedźmę. Czy te wiadomości może do was dotarły, wielebne? - spojrzał na kapłanki Ulryka oraz Morra. Może była to niebezpieczna gra, ale chciał wybadać czy coś wiedzą.

          - Zdarzyło mi się coś słyszeć na ten temat ale nie przywiązywałam do tego większej wagi. Przyjechałam na turniej no a tu bogowie postanowili poddać nas próbie. - cmoknęła matka von Siert z nieco krzywym uśmiechem. Nie sprawiała zbyt zainteresowanej zimowymi wydarzeniami tylko kogoś kto przyjechał właśnie na turniej jaki prawie w ostatniej chwili odwołano z powodu żałoby po księżnej jaką ogłoszono w całej prowincji.

          - Ja też o tym słyszałem. Przykra sprawa. Nie chciałbym być niemiły ale takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Wystawiają władze na pośmiewisko. Zwłaszcza jak przez pół roku nie mogą ująć tej hołoty. - Frederick pokręcił głową na znak, że on z kolei coś musiał słyszeć o owej ucieczce z tutejszych kazamat i zdecydowanie nie uznał tego za dobrą wiadomość.

          - Teraz to pewnie już dawno wsiedli na jakiś statek i odpłynęli albo czmychnęli gdzieś w gęstwiny dzikich lasów. - Mikael przyznał mu rację ale wydawał się wątpić aby po tak długim czasie ktoś ze spiskowców jeszcze przebywał w mieście.

          - A jakiego rodzaju było to ostrzegawcze proroctwo Joachimie? - zapytała morrytka zainteresowana doświadczeniami nowego znajomego w podobnej tematyce jaką i ona się zajmowała.

          - Tak, mi też się wydaje że tych szubrawców nie ma już w mieście - Joachim zgodził się z Mikaelem. - Mogli zbiec do lasu, w szczególności jeśli mają sprzymierzeńców pośród zwierzoludzi.

          - Co do ostrzeżenia zaś…. ostatnio silnie świeci Gwiazda Uroku. Symbolizuje ona magię i tajemnicę ale też odwagę i śmiałość. Dobrze była też widoczna czarna pustka Vobisa Ulotnego, która wiąże się z ciemnością i niepewnością. No i Gwiazda Wieczorna, patron iluzji i tajemnicy. To wszystko może sugerować, że jakieś złowrogie siły działają w okolicy lub planują jakiś spisek - odpowiedziałem morrytce na jej pytanie, odwołując się do rezultatów swojej ostatniej obserwacji gwiazd.

          - Oh, to fascynujące! Ale i trochę niepokojące. Czy powinniśmy się czegoś obawiać? Czy możesz jakoś powiedzieć czego właściwie powinniśmy się spodziewać? - jak zwykle matka Froyi zdradzała spore zainteresowanie takimi ezoterycznymi tematami.

          - Brzmi nieco niepokojąco to prawda. Ale przyznam, że nie specjalizuje się w astrologii i astronomii bo my działamy innymi metodami. Więc trudno mi coś o tej przepowiedni powiedzieć. Ale porozmawiam z moimi gospodarzami o twojej wróżbie może coś poradzą. A jeśli niepokojące sygnały będą się powtarzać sugeruję udać się do władz albo łowców czarownic. - morrytka przyznała, że metody z jaką posługują się magistrowie niebiańskiego kolegium nie są jej zbyt bliskie i znane niemniej skoro brzmiały tak ostrzegawczo to sugerowała aby młody astrolog nie trzymał ich tylko dla siebie.

          - Muszę przyznać, że jeszcze badam znaczenie tych niepokojących aczkolwiek też i dwuznacznych znaków, mogą sugerować one jakiś spisek podstępnych i złowieszczych osobników, stąd przypomniał mi się zuchwały napad na więzienie. Będę dalej badał te sprawy, ale trochę czujności na pewno nie zaszkodzi. Choć oczywiście nie wątpię, że zarówno władze jak i łówcy czarownic robią co w swojej mocy by nas chronić….. akurat nie miałem okazji poznać naszych łówców jeszcze, może kiedyś to nastąpi - spojrzał na pozostałych, ciekawy czy ktoś z tego towarzystwa miał jakiś kontakt z łowcami. Dodatkowe źródła informacji o tym temacie na pewno byłyby przydatne…

          - Chyba mało kto by chciał mieć z nimi dobrowolnie do czynienia. - uśmiechnęła się kpiąco Froya ale uspokoiła się pod karcącym spojrzeniem rodzicielki.

          - Jeśli jednak oznaki są niepokojące to jednak dobrze by porozmawiać o nich z kimś jeszcze. Mogą być łowcy, albo ktoś ze straży miejskiej czy ratusza. Skoro w grę wchodzą takie poważne sprawy Joachimie o jakich mówisz to nie powinieneś ich ignorować. Może to się jakoś zazębi z czymś co już wiedzą albo wkrótce się dowiedzą? Wszyscy powinniśmy sobie pomagać w miarę naszych możliwości skoro mamy wspólny cel. - ojciec popularnej w mieście młodej szlachcianki zwrócił uwagę astrologowi, że jego zdaniem powinien jednak z kimś z władz porozmawiać o swoich wróżbach.

          - To prawda. Odkąd tu przyjechałam też nie sypiam zbyt dobrze. Mam wrażenie, że mój patron coś chce mi przekazać. Ale nie jestem pewna co. - Czarnowidzka przytaknęła krótko temu pomysłowi a i sama dodała nieco od siebie.

          - To brzmi strasznie o tych złowieszczych osobnikach. A żyjemy w takich niebezpiecznych czasach. Zresztą ostatnia zima to pokazała dobitnie. Ostatnio rozmawialiśmy z Mikaelem czy nie zatrudnić kogoś jeszcze do ochrony. Ciężkie czasy, oj ciężkie. - Martina westchnęła jakby chodziło o kolejny element ponurej układanki z jakiego składało się ich życie.

          - Nie frapujmy się na zapas! Wznieśmy toast na pohybel naszym wrogom, złośliwcom i spiskowcom! - zawołał Fryderyk łapiąc za swój kielich i wznosząc wesoły toast aby zmienić te dość złowieszczo brzmiące tematy. Udało mu się przynajmniej chwilowo bo pozostali też chwycili za swoje kielichy, uśmiechnęli się i dołączyli do toastu.


          “- To już może zaprowadź naszych gości moja droga. Obawiam się, że zbyt się objadłem i tyle schodów na dół mogłoby być dla mnie zbyt wielką przeszkodą. - odparł z uśmiechem Herr Mikael do swojej córki. Ta dygnęła przed nim grzecznie i spojrzała zachęcająco na swoich gości. W końcu większość z nich była raczej w jej wieku niż jej rodziców. No może Ferdynand był gdzieś tak w połowie drogi. Matka von Siert i Herr von Glitz chętnie wyrazili zgodę na taką wizytę, Matka Somnium i Frau von Richter jakby się zawahały czy iść czy zostać.”

          -Chętnie zobaczę kolekcję Panny Freyi, brałem już udział z nią w jednym polowaniu podczas zimy i wiem że niewielu dorównuje jej umiejętnościami - Czarodziej pokusił się o pochlebstwo.

          Gospodyni odwdzięczyła mu się krótkim skinieniem głowy i życzliwym uśmiechem po czym przejęła obowiązki przewodniczki wyprowadzając gości z jadalni na korytarz. Poza Joachimem ruszyli także rycerz von Glitz i siostra von Siert. Frau von Ritter zdecydowała się dotrzymać towarzystwa rodzicom i matce Somnium tłumacząc się, że już widziała te trofea swojej przyjaciółki nie raz a nie chce tam robić tłoku na dole. Więc ostatecznie zeszli schodami na dół do piwnicy we czwórkę. I tam blondwłosa szlachcianka w czarnej, żałobnej sukni powiodła ich do pokoju z trofeami.

          - To tutaj. - odparła otwierając drzwi i przepuszczając gości przodem. A gdy ci weszli do środka mogli przekonać się co tam jest. Wyglądało tak jak się można było spodziewać po nazwie. Całe ściany pełne czaszek jeleni czy czegoś podobnego z porożami albo same poroża. Łby wilków z wystrzeżonymi pyskami, turów i łosi z masywnymi porożami, ze dwa łby niedźwiedzi, kilka czaszek jakie Joachim nie bardzo mógł rozpoznać. Ale nad kominkiem było duże, paskudne trofeum.

          - To król mojej kolekcji. Udało nam się we trójkę go upolować i ubić w ostatnią zimę. - wskazała z dumą na odcięty łeb trolla. Całkiem możliwe, że tego o jakim zimą mówili Egon i Norma. Od tamtej pory Froya weszła z całkiem niezłą komitywę z norsmeńską wojowniczką ale z Egonem to raczej nie bardzo i ich drogi się rozeszły.

          - Wspaniałe! Jestem pod wielkim wrażeniem. Składam honory przed tak wspaniałym myśliwym. - zawołał z emfazą Fryderyk i rzeczywiście oddał ukłon przed szczupłą blondynką w czarnej sukni. Zapewne łatwiej by było przyjąć do wiadomości, że to pokój trofeów jej ojca czy kogoś z męskich członków drużyny ale świadomość, że ta młoda i szczupła kobieta w czarnej sukni mogła własnoręcznie ubić te wszystkie poczwary robiła na rycerzu wrażenie swoją nietypowością.

          - Ja również. Obawiam się, że nie mam szans ci dorównać w łowiectwie moja droga bo sama niezbyt się tym zajmuję. A odkąd zostałam przeoryszą to już prawie w ogóle nie mam czasu na takie zabawy. - przyznała Katherine von Siert też podziwiając te wszystkie łby, kły, poroża i łapy zebrane dookoła. Te komplementy wyraźnie przypadły do gustu gospodyni bo się rozpromieniła na całego.

          - Robi wrażenie, prawda? - Czarodziej przyglądał się trollowemu łbu.
          - Polowania to raczej nie mój świat, chociaż parę miesięcy temu polowałem na zwodzącą marynarzy w okolicy syrenę w okolicy Wrakowiska. Niestety nie udało mi się jej pojmać, ale ostatnio marynarze przestali znikać, więc może opuściła te okolice.

          - Syrena? Macie tu syreny? - urlykanka była wyraźnie zdziwiona i pytała jakby nie była pewna czy mówią o owych na w pół mitycznych stworzeniach z morskich legend czy to jakiś tutejszy folklor.

          - Tak, takie plotki przynajmniej chodziły po mieście. Że rybacy znikają, że znajduje się ich puste łodzie i, że to syrena ich porywa i topi. Pospólstwo lubi takie opowiastki. - Froya potwierdziła słowa astrologa ale sama zdawała się do owych opowieści o znikaniu ludzi z niskiego stanu nie zwracać za bardzo uwagi ani się nie przejmować czy to prawda czy nie.

          - Szkoda, że nikt jej nie upolował. Jestem ciekaw jak by wyglądała. Bo słyszałem, że one są albo bardzo piękne i ponętne albo jakieś straszne, obślizgłe maszkary. No i pewnie dobrze by wyglądało takie trofeum na ścianie. - Fryderyk nieco się skrzywił na znak, że jako ktoś z morskiej prowincji coś o syrenach słyszał ale sprzeczne wieści no i sam widocznie żadnej nigdy nie spotkał.

          - Ja natrafiłem na tę istotę przy Wrakowisku, mignęła mi tylko jej sylwetka, rzeczywiście przypominała ona w górnej połowie kobietę a w dolnej jakieś morskie stworzenie. Niestety, swoim zwodniczym śpiewem opętała załogę mojej łodzi i prawie wpadliśmy w wir. Za drugim razem gdy ją zobaczyłem w tej okolicy rzuciłem w jej stronę gromowym zaklęciem, domniemywam że to ją zraniło bo potem się już nie pokazywała - odparł Joachim, starając się zmieszać prawdę z kłamstwem by jego słowa były jak najbardziej wiarygodne.

          - No szkoda, że jej szlag nie trafił trochę bardziej. Byłoby co oglądać. - rycerz wydawał się lubić trofea nie mniej niż młoda gospodyni więc chociaż zdawał się rozumieć, że na wodzie to nie do końca to samo co na lądzie to jednak nieco zdawał się, żałować, że polowanie Joachima nie zakończyło się jakimś zdobycznym trofeum jakie można było potem pokazać i oglądać. Zwłaszcza tak niezbyt powszechnego stworzenia jakim była syrena.

          - Dobrze, że chociaż odpłynęła i przestała nękać tutejszych rybaków. - rzekła luźno blondwłosa von Siert dodając to ugodowym tonem. Czym pozostali też przytaknęli kiwaniem głowami.

          - Ja bym chętnie zorganizowała jakieś polowanie. No ale niestety, żałoba. - van Hansen za to przesunęła się tęsknym wzrokiem po ścianach ozdobionych jej trofeami najwyraźniej chętnie by zdobyła kolejne. Ale polowanie uznawano za zbędną rozrywkę czyli coś bez czego można się obejść podczas żałoby ogłoszonej w całej prowincji.

          - No cóż, żałoba to wyjątkowa sytuacja, na pewno jeszcze będą okazje, a poza tym dyskutowaliśmy przy stole o pewnej możliwości - Joachim przypomniał, że wpadł wcześniej na możliwe rozwiązanie. Jeśli van Hansenowie i pozostali członkowie miejscowej elity uznają, że jest przydatny, to tym lepiej dla niego, czyż nie?


          Po powrocie do domu postanowił nieco odpocząć po tych wszystkich spotkaniach i rozmowach. Pilnowanie się i maskowanie prawdy o sobie było jednak nieco męczące. Chyba dobrze mu poszło, choć nieco zaryzykował mówiąc o możliwych zagrożeniach dla ładu w mieście. Chociaż po tym jak Zbór wykona kolejny większy ruch będzie to wyglądało jakby ich ostrzegał.

          W każdym razie priorytetem na najbliższe dni byłoby spotkanie się z Philippem i może jeszcze z kimś z władz Akademii żeby uzyskać dostęp do podziemnego składu i realizować plan ustalony z Tobiasem. Poza tym, może ktoś z tego uczonego grona nada się do zwerbowania do Zboru. Nie ze wszystkim zgadzał się z nadętym nauczycielem, ale co do tego że mogliby w ten sposób wzmocnić pozycję w Zborze miał akurat chyba rację.

          Wieczór spędził na lekturach. Miał w ręku traktat "O chaotycznej naturze magii" który choć aktualnie nie znajdował się na powszechnej liście ksiąg zakazanych, budził duże kontrowersje z powodu akcentowania chaotycznych źródeł magicznych mocy. W świetle nauk, które otrzymał od Mergi miał nadzieje dostrzec nowe powiązania i połączenia pomiędzy używaniem mocy jego wiatru magii a bardziej zbliżoną do czystego chaosu mocą Dhar. Szukał też czegoś do czytania o historii regionu i lokalnych rodów szlacheckich, zawsze pozwoli to lepiej porozumieć się z tym towarzystwem, niezależnie od tego, że większością z nich gardził......

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #62

            Oryginalny autor: Seachmall

            Apteka

            - Spokojnie Sigismundusie, jestem pewny, że nasza Wyrocznia, przetłumacz dla ciebie zwoje już wkrótce. Uzbrój się w cierpliwość. - zastanowił się dłużej nad "wiadomością" Vigo - Zastanawiam się… makabryczny pomysł, ale… co jeże "błogosławione płodnością" oznacza ciężarne? Larwy muszą coś jeść zanim dojrzeją, co nie?

            - Oo… - oczka aptekarza znieruchomiały i gdyby ludzie mieli uszy jak psy to pewnie właśnie w tej chwili by je postawił w sztorc. Jak pies który usłyszał podejrzany lub interesujący dźwięk. Czy węsząc za obiecującym tropem. Bo dopiero co póki rozmwiali o zwojach i ich tłumaczeniach to zachowywał się jak jakiś romantyk z niecierpliwością oczekujący listu od ukochanej i zamęczający wszystkich kogo się dało właśnie tym tematem. Ostatni raz taką mieszaninę pożądania i zniecierpliwienia w spojrzeniu Otto widział w ostatni Festag na twarzy zawieszonej pod sufitem bretońskiej szlachcianki gdy zaczął zabawiać się z jej koleżankami a ona została tam sama. Przynajmniej póki Joachim się nią nie zajął. Teraz grubas zdawał się cierpieć podobne katusze chociaż jego pożądanie i zniecierpliwienie było całkiem innego rodzaju i miało całkiem inne źródło.

            - No… Może… Kto wie… - zastanawiał się nad słowami kolegi myśląc nad nimi intensywnie i wpatrując się gdzieś ponad jego głową. - No może. W końcu takie zwykłe czerwie przecież też coś jedzą. Znaczy padlinę. To te od Oster… Kto wie… - trop wydawał mu się na tyle ciekawy, że chętnie nim podążył.

            - Znaczy gdyby tak było to oczywiście dla moich robaczków, muszek i dziedzictwa Oster to wszystko co najlepsze! Cóż znaczy bękart jakiejś ulicznicy wobec planów naszego szacownego patrona i jego proroka naszej wspaniałej Oster! - zadeklarował jowialnie i chyba naprawdę nawet by mu powieka nie drgnęła gdyby trzeba było zrealizować taki projekt dla ich planów.

            - Tylko nie pamiętam aby na tych ilustracjach było jakieś łono w ciąży. Pamiętam, wkładanie tam jaj a potem czerwie jakie tam się lęgną. Więc jestem prawie pewien, że od tego trzeba zacząć. Tylko nie wiem co potem. Zapewne one jakoś wychodzą na zewnątrz a potem poczwarka i dorosła mucha. Podobnie jak u zwykłych. Tyle, zrozumiałem z tych obrazków. Tylko nie znam detali. Ile czasu, jak dużo, ile tego będzie no i całej reszty. To powinno być opisane tekstem no ale Merga tyle się z tym grzebie… - przyznał co do swoich przypuszczeń na ten temat. Niestety z braku materiału źródłowego był skazany tylko na swoje przypuszczenia a miał do czynienia z takim projektem po raz pierwszy więc trudno było mu się na czymś oprzeć.

            Hospicjum

            Otto kiwnął przeorowi.

            - Jestem pewny, że będą szczodre, wydają się również dość… empatyczne na uczucia innych. - mnich uśmiechnął się - Oczywiście, oprowadzę je. Być może pokręcimy się przy ostatnich mąciwodach. Kto wie, może zabiorą kilku z naszych rąk? Dla ich i naszego dobra oczywiście.

            - Empatyczne? Dobrze! To dobrze, to bardzo dobrze! Właśnie takie najchętniej pomagają sierotom i innym takim. To może i nam pomogą. Jak zwykle mamy więcej potrzeb niż zasobów, każdy datek się przyda. A mąciwody… No tak, pooprowadzaj je. O! Zabierz je do lazaretu i cel. Niech same zobaczą te siniaki, bandaże i resztę. Może to je przekona dodatkowo, że tu nie przelewki i jak ciężką służbe tu pełnimy. - przeor zastanowił się chwilę ale potrafił być bardzo elastycznym człowiekiem jeśli chodziło o zapewnienie bytu placówki jaką prowadził. Potrafił wykorzystać okazję aby coś dla niej zdobyć. Bo ich głównym źródłem finansowania były właśnie takie charytatywne datki od tej bogatszej części społeczeństwa. Czasem jakiś cech coś ofiarował, zwykle jakiś swój wyrób, sami mnisi wykonywali różne dewocjonalia próbując je sprzedać pod świątyniami czy sprzedawcom no ale jednak głównym źródłem dochodów były datki charytatywne możnych. A zapowiedziane kobiety zdawały się do nich należeć więc przeor wiązał z nimi spore nadzieje.

            - Zrobię co w mojej mocy. - zapewnił w mnich - Zrobię teraz szybki obchód. Zobaczę, kto będzie najbardziej reprezentatywny.

            - No dobrze, to wracaj do swoich prac. A jeśli te zacne panienki nas raczą odwiedzić to oprowadź je i pokaż co tam uznasz za stosowne. Tylko z wyczuciem i bez nachalności z tymi datkami. No liczę, że wiesz jak się do tego zabrać. Kto wie? Może jak na nich zrobi się odpowiednie wrażenie to zyskamy stałego sponsora? - przeor zgodził się aby Otto rozegrał tą wizytę po swojemu byle był z tego jakiś zysk dla ich małej społeczności. Najlepiej wymierny zysk w postaci jakiegoś trzosiku z datkiem.


            Otto kiwnął głową Thornowi.

            - Och, zjawią się. Dziś lub jutro i uwierz mi, że przedstawię cię im, jak tylko się pojawią. Tylko musisz się zachować, to nie są przeciętne bladolice. Każde złe zachowanie może zostać ukarane i tu nie chodzi o mnie, czy innych mnichów.

            - Heh. Zjawią się? Jakieś wyperfumowane, bogate damulki? I to jeszcze takie co lubią podwijać kiecę? - Thorn obdarzył go takim spojrzeniem jak dorosły na dziecko które próbuje mu wcisnąć jakieś grubymi nićmi szyte dziecięce kłamstewko co w jego mniemaniu jest bardzo sprytne i zmyślne ale niekoniecznie dorosły by musiał podzielać takie zdanie.

            - Ha! Jak się zjawią i będą podwijać kiecę i tak dalej to obiecuję być dla nich szczodry, wspaniałomyślny i wykorzystać to podwijanie kiecy skoro jaśnie panny mają takie potrzeby. - obiecał z szyderczo uroczystym tonem nawet się kłaniając w parodii dworskiego ukłonu ale chyba dalej nie wierzył w taką możliwość. Chociaż nuka gorzkiego spojrzenia mówiła, że taka wizja byłaby całkiem miła jego sercu. No ale był za stary aby wierzyć w takie mrzonki.

            - Nie spodziewaj się, że od tak podwiną kiecę przy tobie. - zaczął mnich - Mogą być chętniejsze niż zwykle, ale mają standardy. - jednooki zlustrował Thorna od dołu do góry - Duży, silny, nie za bystry, z mordy widziałem gorszych. Może przypadniesz, którejś do gustu. - poklepał mężczyznę po ramieniu - Rób swoje i jeżeli się z nimi zjawie… postaraj się zachować odpowiednio.

            - To co mi po tym jak będą podwijać kiecę gdzie indziej? Przed kim innym? - prychnął pacjent dając znać, że wtedy on sam i tak by nie miał z tego żadnego pożytku. Ale słowa mnicha z jednym okiem chyba na nowo nieco rozbudziły jego nadzieje i lędźwie.

            - Ale dobra, jak by tu jednak przyszły to się nie bój. Nie zacznę od próby ich zamordowania czy coś takiego. Zwłaszcza jakby okazały się miłe i niczego sobie. - zaśmiał się chrapliwie jakby rozmawiał ze wspólnikiem w jakimś niecnym zamiarze i mogli sobie pozwolić na pewną poufałość.

            - Szczodrze z twojej strony. - zapewnił mnich - Próbowałeś tego ćwiczenia, które ci pokazałem?

            - Nie. Nie było takiej potrzeby. Nic mi nie jest. Jak mnie ktoś nie wkurza jak ostatnio to nic mi nie jest. - prychnął wzruszając ramionami jakby nie uważał, że od wczoraj okoliczności zmusiły go do zastosowania ćwiczenia polegającego na uderzaniu pięścią w ścianę jaką mu wczoraj zademonstrował mnich. Słowa zaś sugerowały, że to innych wini za swoje ostatnie wyskoki.

            - No cóż, jeżeli ktoś cię kiedyś wkurzy, wiesz co zrobić, aby nie wpaść w kłopoty… i może zyskać trochę kontroli. - z tym Otto zostawił zbira.


            Otto wszedł do pomieszczenia Anniki i spojrzał na kobietę.

            - Dzień dobry, Anniko. Możemy porozmawiać?

            W odpowiedzi bosa kobieta w samej koszuli i kalesonach otworzyła oczy. Podniosła nieco głowę aby obdarzyć go spojrzeniem. Bynajmniej nie życzliwym. I krótko wzruszyła ramionami jakby było jej to doskonale obojętne.

            Otto westchnął.

            - Chodzi o ostatnie wybryki, twoje i innych. Pamiętasz co się działo przez ostatnie kilka dni?

            - Działo to działo. Co z tego? - burknęła niezadowolonym tonem leżąca na pryczy kobieta. Znów wzruszyła ramionami i raczej poruszony temat nie sprawiał wrażenia jej ulubionego. Jakby spodziewała się, że zaraz zacznie się jakaś pogadanka czy inne takie nudne i zbędne ględzenie.

            - Po prostu chcę usłyszeć twoją stronę tego co się stało. Kto zaczął, czemu, co widziałaś i czułaś. Nie będę ci bredził, że "nie powinnaś" i tym podobne bzdety. Jesteś duża, silna i sprytna. Wiesz, że zabijanie ludzi nie jest "dobre". Chce natomiast wiedzieć, co cię zmotywowało do agresji.

            Tym razem poświęciła mu dłuższe spojrzenie. Obserwowała jego twarz szukając w niej nie wiadomo czego. I pewnie obracając w myślach jego słowa. Wydawała się nieco nimi zaskoczona.

            - Nic się nie stało. Thorne mnie wkurzył. Powiedział, że jestem słabsza od niego. Ten dureń George mnie wkurzył bo zaczął drzeć ryja. Kazałam mu się zamknąć to darł się jescze głośniej. Poszłam dać mu w japę to Thorn powiedział, że uciekam bo się boję. No to mu przylałam. Niech nie myśli, że się go boję. Wcale nie jest taki twardy jak to wszyscy sądzą. Ta kretynka z łaźni też mnie wkurzyła. Też się darła. Załatwiłabym ją ale nie zdążyłam. Potem chyba biegała nago jak idiotka. I ci twoi durnie też mnie wkurzyli bo nie dali mi dokończyć. Tylko mnie zamknęli tutaj. Wszyscy mnie wkurzacie. - powiedziała cicho, głucho i nieprzyjemnie. Jakby przez to całe zamieszanie w ostatni Festag nie zdążyła dokończyć swoich porachunków z całą masą osób jakie tutaj miała.

            Otto pokiwał głową.

            - Rozumiem, rozumiem. Ciągle masz ochotę przyłożyć komuś prawda?

            Znów się nie odezwała przez dłuższą chwilę. Zastanawiała się nad jego słowami albo myślała kto wie o czym. W końcu znów wzruszyła ramionami.

            - Nie. Wcale nie. To przez tych idiotów wtedy było. Nic mi nie jest. Chcę tylko stąd wyjść. - odparła sucho wpatrując się w sufit nad sobą. Czyli niezbyt wysoko bo cele były nieco wyższe niż drzwi jakie do nich prowadziły.

            - Tak jak Thorn. - zaczął Otto - To nie twoja wina, to inni. Jeżeli naprawdę nie jesteś nie powinnaś się bronić, tak oczywistym kłamstwem.

            - Thorne to zwykły gnojek. Któregoś dnia go załatwię. - syknęła gdy tylko mnich wspomniał jego imię. Tak jakby nie zdążyła zapanować nad sobą. Po czym zacisnęła mocniej zęby jakby zdała sobie z tego sprawę. I znów przez chwilę milczała.

            - A co cię to w ogóle obchodzi? Dla kogo zbierasz tą gadkę? Komu doniesiesz? Nie zgrywaj takiego przyjaciela. Jesteś taki sam jak reszta. Ta sama banda ojczulków skryta pod płaszczykiem dobrotliwości i fałszywej skromności. Słyszałam jak z połowa z was ślini się do tej idiotki. Wcale nie jesteście tacy święci jakich udajecie. - nagle spojrzała wprost na mnicha i wyrzuciła z siebie pełne złości słowa. Widocznie uznała go za kolejnego mnicha takiego samego jak wszyscy inni jego koledzy którzy tu pracowali.

            - Poważnie, ślinili się do Marisy? A ja sądziłem, że celibat sprawił, że kiełbaski już im zeschły. - zaczął Otto - Nic nikomu, nie powiem, mogę tu pracować, ale pomagam wam ponieważ chcę, ponieważ wiem przez co przechodzicie. Nie chodzi mi o "Och, biedactwa, boli ich główka, gadają brednie i widzą, złe rzeczy w ciemności". Znam twój gniew, może nie z tego samego powodu, ale czułem podobny gniew i wiem co robi z człowiekiem.

            Annika popatrzyła na niego uważnie i podejrzliwie. Zapewne zastanawiała się czy mówi prawdę czy tylko chce jej namieszać w głowie. W końcu prychnęła pogardliwie.

            - Zakłamane świętoszki. A ta idiotka tylko ich podpuszcza. Wszystkich podpuszcza. Mnie to nie bierze ale chciałabym ją mieć aby im wszystkim utrzeć nosa i zdobyć coś czego oni wszyscy pożądają. Zresztą może to zrobię jak stąd wyjdę. Odwiedzę tą sukę i każe jej się obsłużyć. Jak dziwce z burdelu. I tak to przecież proponowała na lewo i prawo to powinna być zachwycona, że z niej skorzystam. A potem pójdę dać w mordę Thornowi. Przed nie bo znów mnie zamkną. - powiedziała nieco lżejszym tonem jakby sobie planowała następne wydarzenia. Albo tylko fantazjowała. Brzmiało to ni w pięć ni w dziewięć a o Marisy wypowiadała się jak o trofeum do zdobycia. Cenne dlatego, że inni też chcą je zdobyć. A niekoniecznie dlatego, że dla niej samej było to cenne albo ważne. Od tego gadania chyba nawet na chwilę humor jej się poprawił bo się złośliwie uśmiechnęła kącikiem ust. *


            - Pochwalony. - odpowiedział mnich - Mam nadzieję, że dziś wszystko w porządku? - wewnętrznie trochę zasmuciła Otta sytuacja, że dziś George najwyraźniej jest spokojniejszy dzień. Pływy spaczni najwyraźniej się cofnęły, być może obecności Sorri coś poruszy.

            - Tak. Pomagam braciom. Będę przycinał nogi aby były równe. - George odparł prawie z dziecięcą ufnością i niefrasobliwością pokazując dumnie na kilka nóg jakie zapewne uzbierano z rozwalonych zydli. I teraz koledzy Otto próbowali użyć ich aby chociaż z kilku sklecić jeden zdatny do ponownego uzytku. Trzeba było je wbić w dziury zydla i potem przypiłować aby były równej długości i potem mebel stał prosto i nie chybotał się na boki. Koledzy zaś pokiwali głowami chyba zadowoleni, że chociaż dzisiaj podopieczny nie sprawia żadnych kłopotów.

            - To dobrze. - mnich pokiwał głową - Pracujcie dalej. - na razie George może być martwym punktem.

            - No pracujemy, pracujemy. George też. Ty Otto też się za robotę weź bo jeszcze nam tu zgnuśniejesz i leniwych nawyków sobie narobisz. - zaśmiał się nieco żartobliwie jeden z kolegów podając pacjentowi jedną z połamanych nóg taboretu aby przygotować go do włożenia tych odzyskanych.

            - Muszę zrobić obchód. Ktoś tu musi uważać na ogólne dobro naszych pacjentów.

            Mamy do tego przyjąć szlachetnych gości, więc nie spieszcie się z naprawami. Niech zobaczą z czym musimy pracować. - wskazał na zniszczone meble.

            - Szlachetnych gości? Ciekawe kogo. Ale dobrze, niech przyjdą. Może rzucą coś na tacę. Przydałoby się. - pokiwali głową też chyba mając nadzieję, że takie znamienite osoby mogłyby jakoś wymiernie wspomóc ich placówkę. Co w jakimś mierze by pomogło im wszystkim.

            - Georga możesz im pokazać. Zobacz jak pomaga. To by dobrze wyglądalo, że możemy ich czegoś nauczyć i mogą być pożyteczni. - drugi z nich wskazał na pacjenta z obandażowaną głową jaki w skupieniu usiłował wepchnąć nową nogę w spód starego zydla.

            - Będę je oprowadzał po hospicjum, to zahaczymy też tutaj. - Otto puścił mimo uszu wypowiedź kolegi. Ich pacjenci nie są zwierzętami, są śmiertelnikami, którzy zobaczyli, czego śmiertelnicy nie powinni. Ich umysł też by się złamał i złamie się kiedy przyjdzie czas.

            - “Je”? To jakieś “one”? No ciekawe. Ale dobra, przyprowadzaj je, niech zobaczą maluczkie mróweczki przy mozolnej pracy może to poruszy ich bogate serduszka. - odparł rozbawionym tonem jego kolega chociaż wieść sugerująca, że owymi gośćmi mają być kobiety nieco ich chyba zaskoczyła.

            - Dwie lokalne szlachcianki i gość z obcych stron. - zapewnił Otto.

            Zdziwili się. Ale pokiwali głowami przyjmując to do wiadomości. I wydawało się, że to tyle. Na koniec tylko jeden z nich wspomniał, że może im pokazać rysunek jaki George odstawił u siebie na podłodze celi. No szkoda, że na podłodze bo to się zaraz zetrze ta kreda no ale to jest okazja teraz jakby to komuś pokazać. Bo może uznają, że mają tu jakiegoś utalentowanego malarza czy co tam. Raczej gryzmoły właściwie no ale przeca takie rzeczy od ułomnych czasem robią duże wrażenie na postronnych. Nawet jeśli to zwykłe bazgroły.


            - Witaj Mariso. Dziś wszystko w porządku? Mam nadzieję, że ubranie nie doskwiera ci za bardzo? - Zastanawiał się, czy młodej kobiety jako pierwszej nie przedstawić wybrance Slaanesh, pewnie lepiej będzie zrobić to dość organicznie, kto się nawinie tego przedstawi.

            Dziewczyna obdarzyła go ciepłym spojrzeniem i uśmiechem. Otarła czoło ramieniem i spojrzała w dół na swoją włośnicę. Na pewno nie było jej w tym wygodnie bo prawie nikt nie nosił tak drapiącego ubrania dobrowolnie. Może tylko najwytrwalsi eremici, mnisi i ludzie bardzo oddani wierze i swoim patronom. Dużo częściej używano włośnic jako narzędzia pokuty, dobrowolnej albo tak jak u Marisy przymusowej.

            - Tak bracie, wszystko w porządku. Nie uskarżam się i bardzo żałuję za swoje ostatnie zachowanie. Z pokorą przyjmę każdą karę. - odparła dziewczyna tak jak w takiej sytuacji bogobojna i żałująca za swoje czyny służka dobrych bogów i prawa obywatelka powinna. Ale pomimo słów spojrzenie miała podejrzanie wesolutkie a uśmieszek filuterny. Co nadawało jej słowom dość dwuznacznej wymowy.

            Otto postanowił zarzucić sieć na dwuznaczność wypowiedzi kobiety.

            - Uważaj na słowa, moja droga. Możemy mieć wkrótce znamienitych gości, którzy mogą skorzystać z twojej oferty. - delikatnie się uśmiechnął - I wśród nich, może być bardzo specjalna osoba, która będzie mogła chcieć ciebie spotkać.

            - O. Będziemy mieć jakichś gości? I to bardzo znamienitych? Ciekawe kogo. Nie mamy raczej zbyt wielu gości. - Marisa zadarła głowę nieco do góry jakby usłyszała bardzo ciekawe wieści. Przez chwilę to obrabiała w myślach nim się znów uśmiechnęła.

            - I jakaś specjalna osoba by chciała mnie spotkać? A to ciekawe. A co to za osoba? Mam się do niej jakoś szczególnie zwracać? Bo ubrać to inaczej raczej się nie mogę aby uczcić taką znamienitą osobę. - zapytała zaciekawionym tonem na koniec wskazując na swój bury, szorstki habit przewiązany w pasie zwykłym sznurem.

            - Och, jestem pewny, że piękna Soria pokocha cię taką jaka jesteś. - uśmiechnął się mnich - Przygotuj się tak, jak ci serce podpowie.

            - Soria? - brwi pacjentki uniosły się a na twarzy pojawił się wyraz zastanowienia. Chwilę to trwało nim wyraz twarzy się gwałtownie zmienił.

            - Oh! To ta od… - zaczęła entuzjastycznie ale nagle urwała i ściszyła głos. - To ta od niej? Od tej co ci mówiłam? - zapytała cicho ale z twarzy i głosu nie znikał wyraz ekscytacji.

            Otto nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął i spokojnie wyszedł z pralni. Był pewny, że dziewczyna tam zostanie i będzie bardziej podatna na głos Sorii.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Niedostępny
              SantorineS Niedostępny
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #63

              Oryginalny autor: Seachmall

              Otto chwilę się zastanowił.

              - Mam dwójkę pacjentów, z którymi mógłbym was zostawić bez lęku. Marisa jest dziewczyną, która słyszała głos twej matki czcigodna. - skinął głową Soren - Drugi to Thorn, jeden z ostatnio agresywnych, ale obiecałem mu wizytę… odważnych szlachcianek.

              - O. “Odważnych szlachcianek”? No to ładnie nas zapowiedziałeś. Całkiem interesująco. - Pirora uśmiechnęła się z rozbawienia słysząc słowa kolegi ze zboru.

              - A coś mu obiecywałeś z tymi odważnymi szlachciankami? - zaciekawiła się Fabienne pytając ze swoim charakterystycznym, bretońskim akcentem.

              - Jeśli ta Marisa o jakiej mówisz rzeczywiście słyszała głos Pajęczej Królowej to myślę, że już jest prawie nasza. Chętnie ją poznam aby dowiedzieć się więcej szczegółów. Ale Otto zdajemy się na ciebie, w końcu dzisiaj ty jesteś tu naszym gospodarzem i przewodnikiem. I mam nadzieję, że nie będzie to nudna wycieczka. - Soria przytaknęła słowom całej trójki i wydawała się zaciekawiona i rozluźniona. Była gotowa zdać się na wyczucie Otto ciekawa co z tego wyjdzie. Obie szlachcianki też pokiwały zgodnie głowami bez sprzeciwu przyjmując jej punkt widzenia.

              Otto uniósł dłonie w obronnym geście.

              - Przepiękne panie, nic mu nie obiecałem. Jedynie opowiedziałem mu, że istnieją na świecie szlachcianki, które potrafią zainteresować się osobami z niższego poziomu społecznego. Nie moja wina, że uważa iż odwiedzą go szlachcianki, chętne do podwijania spódnic. - mnich uśmiechnął się - Postaram się, poprowadzić was do najbardziej obiecujących osobników, ale dziś wydają się spokojniejsi. Mam nadzieję, że twoja obecność Czcigodna to zmieni. Na razie ruszmy, sądzę, że Marisa będzie dobrym miejscem, aby zacząć. Jest obecnie w pralni, więc będziecie mogły zobaczyć jak utrzymujemy to miejsce w czystości. - mnich ruszył "oprowadzając" szlachcianki po hospicjum.

              - O! Szlachcianki jakie są chętnie do podwijania spódnic? I to przed osobami niższego stanu? O Fabi, to chyba coś w sam raz dla ciebie. - Pirora i Fabienne wydawały się całkiem rozbawione tymi słowami kolegi. A ich pikanteria tylko dodawała im uroku.

              - No rozbudziłeś moją ciekawość Otto. Prowadź nas jak najprędzej do tych swoich rozrabiaków. - bretońska żona imperialnego kapitana podobnie jak jej towarzyszki wydawała się bardzo chętna na poznanie bliżej tych podopiecznych hospicjum o jakich mówił ich jednooki kolega.

              Ale na razie rozmowy ucichły gdy przeszli korytarzami do pralni. Tam zaś nie było niespodzianek i od porannej wizyty sytuacja się za bardzo nie zmieniła. Marisa kończyła pranie bo stała przy misce w jaką składała mokre rzeczy aby je pewnie wkrótce przenieść do sąsiedniej izby gdzie była suszarnia. Stała więc odziana w tą burą włośnicę i sandały. Spojrzała z zaciekawieniem sprawdzając kto ją odwiedził. Zaś szlachcianki przyprowadzone przez mnicha obdarzyły ją nie mniej zaciekawionym spojrzeniem.

              - Pochwalony. - podopieczna dygnęła grzecznie jak to wypadało przed osobami wyższego stanu na co one aprobująco skinęły głowami z ufryzowanymi włosami jak to szlachciankom też wypadało na chwilę chociaż zauważyć kogoś z plebsu. Ale obie strony widocznie czekały aż mnich je sobie przedstawi.

              Otto dalej odgrywał rolę przewodnika, na wypadek, gdyby pacjentka rozmawiała z innymi mnichami.

              - Więc, to jest nasza pralnia, a tu mam okazję przedstawić jedną naszych podopiecznych. Mariso, przedstawiam ci szlachetne Fabianne von Mannlieb, Pirora van Dake i oczywiście Soria. Opowiadałem ci o niej.

              - Witam szlachetne panie. To zaszczyt móc was poznać. I służyć. - Marissa dygnęła grzecznie jeszcze raz nie wychodząc z roli dobrze wychowanej dziewki służebnej jaka wie jak należy się zwracać z szacunkiem do ludzi wyższego stanu. Trzy kobiety zaś weszły do pralni i Soria jaka była ostatnia zamknęła drzwi na korytarz. Więc przynajmniej na chwilę zostali sami bez zbędnych świadków.

              - Witaj Mariso. Otto nam wspomniał o tobie. W bardzo pozytywny sposób. Podobno jesteś bardzo utalentowana i obiecująca. - herold Slaanesha zajęła pozycję w centrum grupki a dwie szlachcianki stanowiły jej orszak przyboczny. Odezwała się łagodnym i ciepłym tonem jak wielka pani co jest skłonna dać szansę skromnej dziewce dzięki rekomendacjom jakie o niej usłyszała.

              - Tak? Naprawdę dziękuję. Nie wiem co powiedzieć. - Marisa zarumieniła się i obdarzyła jednookiego pełnym wdzięczności spojrzeniem. Ale chyba naprawdę nie była pewna co teraz powinna zrobić czy powiedzieć.

              - Nie musisz się wstydzić moja droga, jesteś wśród przyjaciół. Proszę opowiedz pięknej Sorii to co mówiłaś mi. Opowiedz jej o Pajęczej Królowej. - zaczął Otto i odsunął się opierając się o drzwi. Chciał mieć pewność, że usłyszy, czy ktoś nadchodzi i chciał mieć dokładny widok, na to co się zaraz pewnie stanie.

              - Tak? - Marisa miała jeszcze dość niepewną minę. Przeniosła wzrok od jednookiego mnicha na kobietę w centrum grupy a potem jej również ubrane w żałobną czerń towarzyszki. Ta w środku uśmiechnęła się do niej zachęcająco, wyszła do przodu podchodząc do niepewnej siebie pacjentki.

              - Tak kochanie. Bardzo prosimy. Opowiedz nam o tym co ci pajęczymi nićmi szepcze nasza władczyni. - powiedziała do niej cicho, aksamitnym, ponętnym szeptem jaki poruszyłby chyba każdego. Do tego pogłaskała czule dłonią policzek pacjentki co ta przywitała z ulgą i przyjemnością.

              - Tak? Wy wszystkie? Ona jest waszą władczynią? - zapytała z prawie dziecięcą ekscytacją zerkając z bliska na twarz herolda a potem na jej szlachetnie urodzone przyboczne w czarnych, bogatych sukniach. Wszystkie trzy pokiwały głowami twierdząco i uśmiechnęły się zachęcająco.

              - A Fabi to nawet szuka nowej służącej, pokojówki i łaziebnej. Co by nie być zdaną tylko na starą Gertrudę. Może by mogła coś zrobić w tej sprawie. - Pirora wskazała na czarnowłosą Bretonkę dodając dodatkową zachętę a ta pokiwała znów twierdząco głową.

              - Naprawdę?! Byście mnie stąd wyciągnęli? - zawołała ucieszona pacjentka patrząc z nadzieją po nich wszystkich.

              - Oczywiście kochanie. My córki Pajęczej Królowej musimy trzymać się razem. Pomagać sobie. Ale powiesz kochanie. Co ci szeprała nasza władczyni. - Soria znów przejęła pałęczkę rozmowy i zbliżyła się jeszcze bardziej. Właściwie stanęła tuż za plecami Marisy i głaskała ją delikatnie po szyi i ramionach zbliżając usta do jej ucha. Ta zdawała się bardzo podatna na takie zabiegi bo jęknęła cicho z tłumionej przyjemności.

              - Bo mi się śniła. A trochę jakby mówiła. Mówiła, że powróci. Że chce wrócić. Że będę jej służką a ona mnie wynagrodzi za moją służbę. Powiedziała, że złoży tutaj swój miot i to miasto będzie należeć do niej. I wszyscy co się przed nią ukorzą i przysięgną jej służyć to będą dzielić władzę i wspaniałości razem z nią. Że będą spać w atłasach i jadać w złocie. Będą mieć zastępy służby i niewolników. I będziemy się bawić i kochać po wsze czasy. Więc ja jej chętnie przysięgłam służbę i bardzo chętnie wydam jej miot i będę robić co ona zechce. Bo widziałam ją. I ona jest taka piękna! - Marisa jak już zaczęła mówić o swoich snach i wizjach to nie mogła przestać. Mówiła jakby bała się, że ktoś jej przerwie i chciała powiedzieć jak najwięcej zanim to się stanie. Soria zaś zachęcająco głaskała ją czule aby zachęcić ją do tych wyznań.

              - No kochanie, widzę, że naprawdę słyszałaś głos naszej władczyni. - pogłaskała ją jeszcze raz po policzku jakby chciała ją nagrodzić za te zwierzenia. - Tak, to w stylu mojej matki. Myślę, że Marisa będzie nam mogła jeszcze opowiedzieć mnóstwo ciekawych rzeczy. - zwróciła się do pozostałych kultystów jakby uznała, że pacjentka jest warta aby w nią zainwestować i mieć ją do swobodnej dyspozycji.

              Otto postanowił poprowadzić dalej interakcje w ciekawe tereny.

              - No cóż… była dziś grzeczna. Fabi, szukasz nowej służki… powinnaś sprawdzić towar czyż nie?

              - O. Bardzo dobry pomysł. Nasza Fabi jest bardzo utalentowana a Wąż jest w niej bardzo silny. I z tego co słyszałam jeszcze dzisiaj z nikim nie miała przyjemności. - Soria podchwyciła pomysł Otto i spojrzała to na obejmowaną młodą kobietę odzianą we włośnicę to na stojącą kilka kroków dalej dostojną, młodą, bladolica szlachciankę ubraną w elegancką, suknię żałobną. Pirora też wyczuła, że szykuje się jakieś widowisko a Fabienne i Marisa spojrzały na siebie z nową porcją zaciekawienia.

              - No to ja faktycznie jakbym mogła to bym nie chciała kupować kota w worku. - Bretonka wydawała się całkiem ucieszona tym całym pomysłem i swoją rolą bo spojrzała zachęcająco na praczkę w ciężkim habicie.

              - Oczywiście! I tak nienawidzę w tym chodzić! Cały czas i wszędzie drapie! Chciałabym mieć ładne i kolorowe ubrania! I takie ładne suknie jak wy! - powiedziała wesoło Marisa jakby wreszcie miała okazję wyzwolić się z więzów powinności i dobrego wychowania zdradzając swoją prawdziwą naturę. Bez wahania rozwiązała sznur, rzuciła go precz a potem bez skrupułów ściągnęła przez głowę szorstki habit. I też go cisnęła precz. Została w samych, zgrzebnych majtkach i prostych sandałach więc prezentowała się całkiem interesująco. Zresztą po spojrzeniach kultystek też można było odnieść wrażenie, że podoba im się to co widzą. W końcu patrzyły na całkiem ładnie i proporcjonalnie zbudowaną młodą kobietę która mogłaby być modelką do jakiejś rzeźby czy obrazu z kobiecym aktem w roli głównej.

              - Oj biedactwo. Każą ci chodzić w tych brudnych szmatach? Jak będziesz u mnie na służbie to ci zorganizuję coś o wiele ładniejszego. - Bretonka wyraziła zrozumienie i współczucie dla potrzeb pacjentki. Podeszła bliżej i objęła nagie ramiona kandydatki na nową służkę. - A jak zostaniemy same… We własnym, rodzinnym gronie… - teraz wyglądało jakby ona przejęła rolę kusicielki od Sorii bo zniżyła głos do szeptu i skróciła dystans swoich ust do ucha Marisy. - To będziemy mogli ubierać się w coś znacznie ciekawszego. Zobaczysz jakie Pirora ma ciekawe rzeczy u siebie. A ja mam koleżankę krawcową. Ona szyje niesamowite rzeczy. Zobaczysz, pójdziemy do niej, weźmie z ciebie miarę i uszyje ci co sobie tylko zażyczysz. Teraz robi suknie dla czcigodnej ale dla mnie też uszyła już mnóstwo rzeczy. - powiedziała czule głaszcząc ją coraz niżej i niżej. Aż dłoń wsunęła się za proste, zwykłe majtki jakie miała na sobie pacjentka.

              - Musisz chodzić w tym? Oh, pozwól, że naprawię te urągające warunki w twoim odzieniu. - powiedziała nagle Bretonka jakby oburzona, że nowa znajoma musi chodzić w tak zgrzebnym i prymitywnym ubraniu. Marisa słuchała tego jak oczarowana i było widać, że jak najbardziej jest chętna na to wszystko. Ale zamrugała z niedowierzania jak szlachcianka podwinęła swoją długą, czarną spódnicę na chwilę pokazując swoje zgrabne nogi odziane w drogie, jedwabne pończochy po czym zsunęła przez nie swoje koronkowe majtki i uroczyście podała pacjentce.

              - No wiem, że używane no ale nie byłam gotowa na takie cudo jakie tu zastanę. Obiecuję, że następnym razem dostaniesz nowe. A gdybyś kiedyś miała ochotę na używane to tylko powiedz. Zrobię co w mojej mocy aby cię zaspokoić. - powiedziała obiecująco wręczając jej ten czarny, koronkowy prezent. A Marisa wzięła go ostrożnie i chyba nie mogła w to wszystko uwierzyć. Przytuliła do twarzy ten czarny, koronkowy material wdychając go chciwie. I patrzyła na nich wszystkich jakby bała się, że jak się poruszy czy odezwie to cały czar pryśnie.

              - Schowaj dokładnie, jeszcze któryś mnich zabierze dla siebie. - rzucił Otto - Rozumiem, że Marisa cieszy się akceptacją moich cudownych gości?

              - Oj, tak, zdecydowanie tak. Aż nie mogę się doczekać kiedy będziemy mogły się sobą nacieszyć. - bladolica, czarnowłosa Bretonka pogłaskała czule gładki policzek pacjentki a ta pozwolila sobie czułym gestem przytrzymać tą dłoń przy swojej twarzy a nawet ją pocałować.

              - A te majtki to schowam w najlepszym, możliwym miejscu. - zaśmiała się Marisa po czym schyliła się i śmiało nałożyła je na siebie. Jeszcze z ekscytacją patrzyła jak się ładnie na niej układają i o wiele lepiej podkreślają jej atrakcyjne kształty niż te zgrzebne galoty jakie miała na sobie do tej pory.

              - Jakie śliczne! Jeszcze takich ślicznych i drogich nie miałam! - ucieszyła się radośnie głaszcząc je i nie mogąc się nacieszyć z tego podarku.

              - Mam u siebie tego więcej. Jak będziesz już u mnie na służbie to ci pokażę. - obiecała bretońska szlachcianka też czerpiąc przyjemność z ofiarowania prezentu oraz reakcji obdarowanej. Aż miło było na to popatrzeć i posłuchać.

              - Więc wkrótce Mariso dołączysz do mojego orszaku i poopowiadasz nam co ci na twoje śliczne uszko szepcze nasza władczyni. - Soria uśmiechnęła się dostojnie i niejako przyklepała decyzję swojej bretońskiej dwórki.

              - Ale na razie to Mariso ubierz się ponownie. Nie sprawiaj tu kłopotów, słuchaj się Otto to nam powinno ułatwić aby cię stąd wyciągnąć jak najszybciej. - poprosiła pensjonariuszkę hospicjum a ta dygnęła przed nią grzecznie bez sprzeciwu przyjmując takie wytyczne.

              - Dobrze milady. Zrobię co sobie życzysz. Jak trzeba to jeszcze tu trochę wytrzymam. - powiedziała dziewczyna podchodząc do ciśniętego wcześniej szorstkiego habitu i ubierając go ponownie. Jej młode i jędrne ciało szybko zniknęło pod burym, grubym materiałem włosiennicy.

              Otto kiwnął głową.

              - Dobrze, wróć do pracy Mariso. Ja muszę jeszcze pokazać znamienitym paniom jeszcze kilka miejsc. Moje drogie..? - mnich otworzył i dał znak, aby przepuścić kobiety przodem.


              Następnie Otto zaprowadził kultystki do celi Thorna.

              - Thorn, jeżeli dobrze pamiętam był szefem bandy zbójów. Początkowo podejrzewałem go o zmierzanie w kierunku Khorna… heh. - mnich delikatnie się zaśmiał na podobieństwo imion - Ale teraz uważam, że po prostu otwiera się na Chaos. - Jednooki zapukał w drzwi celi - Thorn! Stań proszę pod ścianą. Wchodzę z gośćmi.

              Po wyjściu z pralni trzy kultystki ćwierkały radośnie jak skowronki. Widać było, że Marisa zrobiła na nich jak najlepsze wrażenie i ten mały pokaz jej umiejętności i chęci był bardzo obiecujący. Do tego dzięki podszeptom Pajęczej Królowej była gotowa, chętna i otwarta na przyjęcie do służby i stania się jedną z dwórek orszaku Sorii. I na razie uzgodniły, że spróbują ją wykupić i Fabienne przyjmie ją na swoją służbę. Nie ukrywała, że taka młoda, jędrnie i skora do zabaw służka była jej o wiele bardziej na rękę niż stara, pruderyjna Gertruda która prawie jawnie otwarcie była przedłużeniem oczu i uszu Herr von Mannlieba co miała przypilnować czci i cnoty jego o wiele młodszej małżonki. Słowa jednookiego mnicha jednak przykuły ich uwagę do następnego pacjenta.

              - Jakiś rozbójnik? Mam nadzieję, że nie taki tępy trep jak Silny i będzie z nim chociaż trochę zabawy. - rzekła cicho Pirora jaka może nie miała takiej kosy z ich mięśniakiem jak Łasica ale też trudno było powiedzieć, że przepadają za sobą. Fabienne pokiwała wesoło głową. Soria obdarzyła ich enigmatycznym uśmiechem i czekały na to co czeka ich za drzwiami. A gdy te Otto otworzył ujrzeli niewielką, pojedynczą celę z sufitem niewiele wyższym od stojącego naprzeciwko drzwi pacjenta. Dzieliła ich długość tej celi i przez nią obie strony obserwowały się z ciekawością. Trzy eleganckie, odziane w żałobe suknie damy patrzyły na rosłego draba stojącego pod ścianą a on im odwzajemniał się tym samym. Chociaż na jego twarzy malowało się też spore zaskoczenie. Chyba naprawdę nie sądził, że te wczorajsze i dzisiejsze obietnice młodego mnicha to coś więcej niż zwykłe mamienie więc widok trzech młodych kobiet jakie z nim przyszły musiał być dla niego mocno zaskakujący.

              - Thorn, przedstawiam ci Fabianne von Mannlieb, Pirora van Dake i Lady Sorię. Tak jak mówiłem, to szlachcianki, które chcą wesprzeć nasze hospicjum i zobaczyć, komu pomoże ich dotacja. Więc… przedstaw się i opowiedz o sobie. - Otto delikatnie się uśmiechnął i zamknął za nimi drzwi.

              Trzy damy weszły do celi stając przy ścianie z drzwiami więc razem z mnichem zrobiło się tam dość tłoczno. Te małe pomieszczenia zdecydowanie nie były pomyślane na taką ilość osób. Ale chyba póki co nikomu to nie przeszkadzało. Trzy milady uśmiechały się łagodnie i dystyngowanie, spoglądając na stojącego pacjenta z zaciekawieniem ale na razie nie odzywały się. Każda lekko skinęła głową gdy kolega ze zboru je przedstawiał. Za to Thorn wydawał się być całkiem zbity z pantałyku tym nagłym najściem i taką klasą gości. Zapewne też to co mu wcześniej sugerował Otto też mogło mieć na to wpływ. Bo gdy one stały tam na końcu celi w tych swoich drogich i eleganckich sukniach, wymalowane, ufryzowane, wyperfumowane a on stał ledwo kilka kroków od nich w zwykłej koszuli i portkach to różnica w statusie społecznym raziła po oczach mocno. Wcześniejsze sugestie młodego mnicha wydawały się w przy takiej skali różnice po prostu nonsensem. Ale w końcu Thorn odzyskał mowę i zaczął coś mówić.

              - No to jestem Thorn. Wszyscy mi tak mówią. I siedzę tu przez pomyłkę. Robiłem swoje i raz, jeden byłem zbyt wolny i mnie złapali. Ale, że wiedziałem to i owo o paru osobach i powiedziałem, że ich wydam to mnie umieścili tutaj a nie w kazamatach. Bo wcześniej to nieźle nam szło. Miałem swoją bandę i robiliśmy niezłe numery. W mieście albo na traktach. Hej, działo się, że hej! - chociaż z początku pacjent wyraźnie dukał z trudem onieśmielony takim bliskim majestatem szlachcianek to jednak w miarę jak mówił, zwłaszcza o czasach swojej świetności i działalności na swobodzie to się rozkręcał i bezczelna nuta śmiałości wracała do jego twarzy i głosu. Zwłaszcza jak na twarzach trójki kobiet nie znikało zachęcające zainteresowanie więc wyglądało, że podoba im się to co słyszą.

              - Jego opowieść się nigdy nie zmienia. - zaczął Otto - Jednak szaleńcy czasem, potrafią utrzymać się w tej samej iluzji. Thorn, panie poszukują również nowej… pomocy do swych posiadłości. Taki silny i rosły chłop jak ty, na pewno się przyda. Zdejmij koszulę i pokaż naszym gościom, co masz do zaoferowania.

              - O tak, zdejmij. Jak to mawia Fabi, nie chcemy kupować kota w worku. - Pirora chętnie podchwyciła pomysł prawie dosłownie cytując bretońską koleżankę z poprzedniej wizyty w łaźni.

              - O tak, to byłoby nie profesjonalne. A wydaje się, że może się nam trafić coś obiecującego. - bretońska szlachcianka chętnie jej przytaknęła i od siebie też zachęciła pacjenta do obnażenia swojej piersi. Soria swoim zwyczajem ograniczyła się do tajemniczego, lekkiego uśmiechu i obserwowania rozwoju wydarzeń na razie nie ingerując w scenę.

              - Tak? No dobra. Jak panie tak chcą. - ten zachęcający ton, spojrzenia i uśmiechy pomogły rozluźnić się Thornowi i całkiem chętnie zdjął swoją koszulę i rzucił ją na pryczę. Teraz złapał się za biodra i patrzył na kobiecą grupkę już całkiem pewnym siebie spojrzeniem. A tors i ramiona rzeczywiście miał takie, że jakby rzeźbiarz czy malarz potrzebował męskiego modela o prawidłowej muskulaturze i sylwetce wojownika to Thorn powinien mu podpasować. Było na czym zawiesić oko. Może nie był takim gigantem jak Silny czy Egon ale nadal widać było, że to żadne chuchro czy lebiega i parę w łapach ma. Do tego tors miał upstrzony dość prymitywnymi tatuażami i blizną na żebrach jak po jakimś dawnym, głębokim cięciu. Wszystko to zrobiło dobre wrażenie na szlachciankach bo pokiwały z uznaniem głową na znak, że podoba im się to co widzą. Ale skoro oddały pałeczkę przedstawienie jednookiemu to czekały na jego ruch.

              Otto pokiwał głową.

              - Tak jak mówiłem, rosły z niego chłopak i na pewno zadowoli, wasze potrzeby w tym zadaniu. Teraz, obróć się, mięśnie pleców są również ważne. Następnie, zdejmij spodnie i nie odwracaj się dopóki ci nie powiem.

              - Otto, ja cię chyba u siebie w teatrze zatrudnię. Na jakieś takie prywatne pokazy dla zaufanej publiczności. Mam wrażenie, że przynajmniej chętnych aktorek nam nie zabraknie. - mruknęła cicho szlachcianka z Averlandu i sądząc po minie bawiła się przednie z tego przedstawienia. Zresztą i bretońska koleżanka chyżo pokiwała głową na znak pełnej aprobaty.

              - Świetny pomysł. Chociaż ja bym była rozdarta czy bardziej bym wolała być w roli aktorki czy widza. - szepnęła Fabienne też uśmiechając się wesoło. A tymczasem mężczyzna po drugiej stronie celi nie wiadomo czy to usłyszał czy nie. Ale na polecenie mnicha uśmiechnął się już jawnie bezczelnie jakby ta agresywna buta i pewność siebie wróciły do niego już w pełni. Po czym zaczął rozwiązywać sznurki spodni i odwrócił się do nich plecami. Ściągnął z siebie spodnie i stał już całkiem nagi tyle, że plecami do nich. Od tyłu też prezentował całkiem solidną, męską rzeźbę ciała. Na łopatce miał wytatuowany jakiś statek i kotwicę co się kojarzyło z jakimiś morskimi klimatami. Widać było część tej grubej blizny na żebrach więc nieźle coś mu musiało się tu kiedyś wbić. O krnąbrności charakteru świadczyły też stare blizny w poprzek pleców oznaczające jakąś porządną chłostę. To była dość częsta kara za drobniejsze przestępstwa albo dyscyplinująca w załogach statków. Widząc, że pacjent ich w tej chwili nie widzi blondynka z Averlandu pokiwała z uznaniem głową a czarnowłosa bladolica Bretonka pokazała gestem palców, że jak dla niej to Thorn też spełnia przynajmniej powierzchowne wymagania.

              Otto tylko delikatnie się skłonił na słowa aprobaty Pirory i kontynuował przedstawienie.

              - Jak widzicie, jest dość krnąbrny, ale przez to zahartowany. Ból nie jest mu obcym uczuciem i na pewno będzie w stanie znieść nie lada, aby was zadowolić. Do tego jego solidne mięśnie lędźwiowe zapewniają siłę gdzie trzeba, - Otto spojrzał na Thorna, podejrzewał, że mężczyzna starać się napiąć jak najbardziej, aby zaimponować kobietom - No dobrze Thorn, nie każmy już naszym paniom czekać. Pokaż czym obdarzyli cię bogowie.

              - O tak, pokaż nam. - powiedziała chętnie Frau von Mannlieb wcale nie ukrywając swojego zainteresowania i zniecierpliwienia. Zresztą i Pirora i Soria wydawały się być podobnie ciekawe. Thorn zresztą i tym razem nie dał się prosić. Bez wahania odwrócił się do nich ponownie frontem. I teraz już bez dolnej części ubrania też nie zawiódł swojej widowni. To co mu sterczało i trochę podrygiwało pomiędzy nogami skutecznie przykuło uwagę trójki kobiet.

              - Oj rzeczywiście szkoda aby się nam tu takie cudo marnowało. - rzekła zachwycona Bretonka kiwając z uznaniem głową.

              - No to prawda, wygląda nawet nie tak najgorzej. - przyznała Averlandka zachowując nieco więcej powściągliwości. Soria milczała dalej ale sądząc po uśmiechu i spojrzeniu bawiła się przednie w roli widza tego małego, zamknietego widowiska. Sam Thorn zresztą też wydawał się pęcznieć z dumy na wrażenie jakie zrobił na tych eleganckich, wyperfumowanych damulkach.

              Otto też delikatnie westchnął na widok Thorna, ale szybko potrząsnął głową.

              - Jak widzicie, cała paczka jest warta więcej niż słowa są w stanie powiedzieć. Mam nadzieję, że jesteście zadowolone z tego co możemy zaoferować. - spojrzał jeszcze raz na nagiego mężczyznę - Jednak widzicie, jego dumę i zadowolenie z siebie… sądzicie, że moglibyście jakoś mu wynagrodzić to widowisko?

              - Tak, chyba tak. A jak myślisz Otto, co by mogło mu wynagrodzić to widowisko? - zapytała Pirora całkiem chętnie podejmując tą grę. Chociaż dało się wyczuć, że przynajmniej ona i Fabienne to najchętniej zaczęłyby się poznawać i próbować możliwości pacjenta jak najszybciej i jak dogłębniej. No ale skoro były dobrze urodzonymi damami to wypadało im zachować pozory. Jedynie co sądziła Soria trudno było zgadnąć poza tym zadowolonym z siebie uśmieszkiem jakby wszystko szło po jej myśli i podobało jej się to co się tu dzieje. A i sam Thorne miał minę jakby z trudem się powstrzymywał aby zachować respekt przed szlachetnie urodzonymi damami bo chuć też skłaniała go do bardziej bezpardonowych zachowań.

              Otto chwilę się zastanowił.

              - Pamiętacie co mu powiedziałem, o niektórych szlachciankach? Gbur mi nie wierzy, udowodnicie mu, że nie jestem kłamcą w tych sprawach? Ale moja droga Fabianne… ty jako ostatnia.

              - Mam podwijać spódnicę przed jakimś plebsem? - zapytała Pirora tonem rozkapryszonej panienki jaka jest oburzona taką propozycję. Fabienne nieco się zdziwiła unosząc swoje czarne brwi do góry bo sama miała minę jakby bardzo chętnie spełniła taką prośbę. Ale blondynka z Averlandu widocznie miała ochotę jeszcze się trochę podroczyć i nie chciała tanio sprzedać swojej skóry. Co własnie wywołało konsternację u jej bladolicej koleżanki a także u stojącego Thorna. Który właśnie wydawał się być na etapie uwierzenia, że to co mu wcześniej opowiadał Otto jednak wbrew pozorom może jednak być prawdą.

              - Jeśli to ci pomoże moja dwórko możesz podwinąć spódnicę dla mojej ciekawości. Dawno nie widziałam co tam skrywasz. - odparła dostojnie Soria demonstrując swoją elegancką władzę nad swoimi szlachetnie urodzonymi służkami. Na te słowa blondyka dygnęła przed nią grzecznie, stanęła trochę bokiem tak, że obie strony celi mogły ją widzieć z profilu po czym schyliła się i uniosła skraj swojej długiej, czarnej sukni podwijając ją do góry. Ukazały się jej ładne trzewiczki na jakie nie mogłaby sobie pozwolić jakaś chłopka, dziewka służebna czy nawet córka kupca. Potem łydki i uda odziane w jedwabne pończochy zakończone ściągaczami. Wreszcie ich zwieńczenie zakryte drogą, koronkową bielizną na jakie mogły sobie pozwolić tylko szlachetnie urodzone damy albo profesjonalne kurtyzany z wyższej półki. Widzac to wszystko Thorn sapnął z wrażenia i zrobił krok do przodu. Oczy mu się rozbłysły od żądzy i chciwości, przełknął głośno ślinę jakby nie mógł się doczekać aż się tam znajdzie między tymi szlachetnymi wdziękami.

              Widząc jakie wrażenie zrobiła na pacjencie Pirora zaśmiała się cicho i triumfalnie. Soria z aprobatką skinęła głową i zachęcająco skinęła na bretońską podwładną. Ta uśmiechnęła się szeroko i powtórzyła manewry koleżanki. I po chwili obie stały z zadartymi, czarnymi spódnicami prezentując Thornowi to co do tej pory skrywały.

              - Nie masz majtek!? - sapnął zdumiony Thorn gdy się zorientował, że bretońska nie ma tego krytycznego elementu garderobu i świeci tam zachęcająco wyglądającą golizną w tym najtajniejszym i najcenniejszym kobiecym miejscu. Na co właścicielka zaśmiała się cicho i wzruszyła ramionami.

              - Chyba gdzieś mi się zawieruszyły proszę pana. - odparła psotnym tonem jakoś wcale nie speszona całą tą sceną.

              Otto spojrzał trochę smutno na Soren.

              - Droga pani, miałem nadzieję, że też dołączysz do nagrody. Chociaż, obawiam się, że nie byłbym w stanie zatrzymać wtedy Thorna. - mnich prychnął - Jak widzisz Thorn, te drogie panie będą chciały skorzystać z twoich usług w przyszłości… może nawet bliższej niż sądzisz. Będziesz chętny jak sądzę?

              - No pewnie! Jak panienkom trzeba służyć porządnym rżnięciem to ja bardzo chętnie! - Thorn rzeczywiście wydawał się być na granicy panowania nad sobą bo okazywał jawny, nieskrępowany entuzjazm co do takiej przyszłej współpracy z zacnymi damami. Zwłaszcza takiej gdzie w grę wchodziły zadarte spódnice i ściągnięte majtki.

              - Ojej, jaki nieokrzesany. - zaśmiała się cicho Pirora chociaż w tej chwili nie brzmiało to jak zarzut. Właściwie cała trójka sprawiała wrażenie mocno zainteresowaniem wzajemną fraternizacją. Jedynie Soria trzymała emocje na wodzy nie zamierzając uczestniczyć w aktywnej części przedstawienia ale chętnie obserwując wszystko i wszystkich.

              - To nie jest odpowiednie miejsce i pora mój drogi Otto. Zresztą nie chciałabym odbierać radości i przyjemności młodym i ochoczym. Chyba widzisz, że aż przebierają nóżkami aby się ze sobą poznać. - Soria bawiła się świetnie patrząc na swoje podekscytowane służki oraz nie mniej podekscytowanego lokatora tej celi.

              - No, no, nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Ja tam wcale niczym nie przebieram. Ten mięśniak wcale nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. - Pirora mimo wszystko chciała zaznaczyć swoją niezależność oraz własną wolę nie chcąc tak łatwo opuścić gardy. Ale brzmiało to raczej jak droczenie się i żartobliwe targowanie bo wyglądała jakby miała jak najbardziej sprawdzić możliwości pacjenta.

              - A ja przebieram i jestem pod wrażeniem. - odparła rezolutnie Bretonka bezwstydnie przyznając się do swoich chutliwych popędów. Thorn za to obdarzył ją ciepłym uśmiechem zaś na Pirorę nieco zmarszczył brwi jakby jej słowa nie pasowały mu do jej zachowania jakie było widać.

              Otto spojrzał na trójkę rozochoconych bezwstydników, ale wydał z siebie tylko smutne westchnienie, chociaż na jego twarzy widniał uśmiech okrucieństwa.

              - Niestety, obawiam się, że nie mamy czasu, do tego hałas na pewno by zwrócił uwagę innych mnichów. Więc, chyba trzeba będzie zakończyć tą wizytę. Thorn, spisałeś się na medal i na pewno, nasze panie cię kiedyś z tą zabiorą. Moje drogie. - Otto otworzył drzwi do celi i pozwolił kobietom wyjść najpierw.

              - Nie? Na pewno? - Pirora zapytała mimo wszystko nieco zaskoczona jakby w gruncie rzeczy przygotowała się na chociaż pobieżną próbkę możliwości Thorna. Fabienne jęknęła rozdzierająco smutno jakby jednooki zabrał jej posiłek jaki już miała przed sobą podany na porcelanowym talerzu. Soria popatrzyła na to wszystko z zagadkowym spojrzeniem ale się nie odzywała. Thorn zaś zamrugał oczami jakby nie mógł uwierzyć, że po tym wszystkim ot, tak po prostu wyjdą i zostawią go znów samego.

              - Oj bardzo mi przykro proszę pana. Bardzo chętnie bym się panem zajęła i postarała się sprostać pana życzeniom i wymaganiom. Ale niestety na razie nam się nie składa. - zasmucona bretońska szlachcianka zamiast wyjść na korytarz podeszła do Thorna, obiecująco trąciła palcami jego drgającą męskość i spróbowała tego smaku wsadzając sobie palce do ust. A on wydawał się być jak rozpalony buhaj jaki ma w swoim zasięgu jędrną jałówkę podczas rui. Ta obietnica albo go na chwilę uspokoiła albo nakręciła tak bardzo, że na moment zdezorientowała go. Na tyle, że bretońska bladolica wyszła z celi, za nią Soria i Otto. Ledwo odeszli kilka kroków gdy usłyszeli jak pacjent z furią natarł na drzwi jakby chciał je wyłamać.

              - O. Jaki energiczny i żywiołowy. Zapowida się bardzo obiecująco. - zaśmiała się Frau von Mannlieb słysząc jaki zapał okazuje pozostawiony w celi mężczyzna przy szturmowaniu drzwi. - No ale niestety ja go nie mogę przyjąć na służbę. Taki rosły rozbójnik? Nie to by nie przeszło ani z Gertrudą ani z moim mężem. Albo by go wysłali gdzieś tak, że i tak bym nie miała z niego żadnego pożytku. Marisa albo w ogóle kobiety to co innego. Oni chyba nie podejrzewają, że kobiety między sobą mogłyby robić coś nieprzyzwoitego tak jak zwykle z mężczyną. - Fabienne westchnęła kalkulując od razu jak to by wdrożyć Thorna na służbę ale widocznie z nim i w ogóle z mężczyznami miała większy kłopot niż z kobietami.

              - Nie szkodzi. Ja myślę, że gdzieś go wcisnę u siebie albo do teatru. Na ochroniarza, odźwiernego czy kogoś tam. Coś się wymyśli. - tym razem averlandzka szlachcianka wydawała się być dobrej myśli, że tego pacjenta też jakoś powinny móc zagospodarować o ile tylko przeor by się zgodził na ich wykupienie.

              - To co dalej Otto? Masz tu jeszcze jakieś ciekawe okazy do zwiedzenia? - zapytała Soria zerkając ciekawie na młodego mnicha. Dwie szlachcianki także. Ale na chwilę musieli umilknąć gdy korytarzem z przeciwka szedł któryś z mnichów. Posłał ich grupce zaciekawione spojrzenie bo w końcu nie co dzień mieli tu tak znamienitych gości a do tego same, młode szlachcianki. Ale minął ich a oni przeszli przez kolejne drzwi.

              - Jest Annika. Dziewczyna słyszy Norrę, więc wątpię, aby wasze wdzięki na nią działały, szczególnie, że bardziej frywolne kobiety, najwyraźniej ją irytują. Może im zazdrości. Jest też George, on słyszał Vestę, albo jej artefakt. Ale dziś jest spokojny. Pomaga naprawić meble w jadalni. Więc, jeśli was któreś interesuje to mogę was przedstawić. - Otto zerknął w stronę drzwi do celi Thorna, będzie musiał unikać mężczyzny, bo ten pewnie mu będzie chciał urwać głowę.

              Obie szlachcianki czekały co zdecyduje Soria. Ta zaś zastanawiała się chwilę zanim zabrała głos. - Każdy kto słyszy szept którejś z Sióstr jest dla nas cenny i może okazać się sprzymierzeńcem. Ale gdyby wpadł w niepowołane ręce to zagrożeniem. Słyszeliście co mówiła Marisa? A gdyby tak wyglądała to przed jakimiś mnichami czy łowcami czarownic? Na nasze szczęście panuje nad sobą chociaż na tyle aby trzymać te swoje śliczne usta na kłódkę. Dlatego dla nas najlepiej abyśmy zgromadzili wszystkich słyszących pod naszą opieką. Nieważne od której są Siostry. - poinformowała ich jakie jest jej zdanie na ten temat. Obie kultystki popatrzyły na siebie i pokiwały zgodnie głowami.

              - Zgadzam się milady. Ale możemy mieć trudność aby wszystkich dopasować i pomieścić w naszych skromnych progach. Ta Marika, Thorne, może jeszcze parę osób. Ale chyba rozumiesz, że mamy swoje limity możliwości. Na przykład Fabi ma kłopot z lokowaniem u siebie mężczyzn. Zwłaszcza takich krzepkich i jurnych. - Averlandka zgodziła się z myślą herolda Slaanesha ale zwróciła uwagę na pewne dość przyziemne ograniczenie.

              - Nie jesteśmy same moje drogie. Mamy przecież nasze obrotne Łasicę i Burgund. I resztę naszej rodziny. Na pewno jak się pomyśli to gdzieś się miejsce i rola znajdzie. - Soria pokiwała głową ale nadal wydawała się być dobrej myśli.

              - Oh! Łasica! Jej zapomniałam o niej. Miałam po nią posłać. - Pirora trzepnęła się w głowę gdy przypomniała sobie o przyjaciółce jaka dzisiaj odgrywała jej służkę na potrzeby tej wizyty w hospicjum.

              - To może zaprowadź nas do Anniki Otto. Może nada się na służkę pewnej słodkiej, bretońskiej milady. Przynajmniej tak na dzisiaj aby ją stąd wydostać. A potem się pomyśli co dalej. - zdecydowała Soria co dalej powinni robić. Zaś bretońska szlachcianka skinęła wesoło głową, że drugą służkę też by mogła jakoś wpuścić w koszta i swoje obejście.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #64

                Oryginalny autor: Seachmall

                Jak kazano tak zrobił. Otto zaprowadził kobiety do celi rannej kobiety, która na szczęście nie była daleko.

                - Anniko, wchodzą z trójką gości. Stań proszę pod ścianą. - mnich dał kobiecie chwilę, po czym wpuścił trójkę Slaaneshytek do środka, po czym sam wszedł i zamknął za nimi drzwi, po czym zaczął kolejne przedstawienie.
                - Oto Annika… jedna z naszych… odważniejszych podopiecznych. Anniko przedstaw się proszę naszym gościom i opowiedz o sobie.

                Tym razem zaczęło się inaczej niż przy wizycie w łaźni zajętej przez Marisę czy w celi Thorna. Chociaż pacjentka była ubrana podobnie jak jej kolega czyli boso, w samych kalesonach i koszuli to zachowywała się całkiem inaczej. O ile Marisa od początku była jawnie przyjazna i filuterna, Thorn po początkowym zaskoczeniu okazał się całkiem gorącokrwistym buhajem przez co zrobił jak najlepsze wrażenie na szlachciankach to Annika zachowywała się całkiem inaczej.

                Na głos mnicha stanęła co prawda pod przeciwną do drzwi ścianą celi ale to tyle. Podobnie jak podczas porannej wizyty nie zdradzała ani cienia respektu czy zainteresowania. Ani mnich, ani trójka elegancko odzianych dam zdawały się nie robić na niej wrażenia i nie były w stanie przebić się przez opończę jej obojętności. Bez żenady przesunęła się spojrzeniem po sylwetkach trójki kobiet ale było to zimne, nijakie spojrzenie. Bez tego zainteresowania i pożądania jakie było znać w spojrzeniach Marisy czy Thorna.

                - Annika jestem. I tyle. - rzekła chłodno pacjentka z widocznymi ponad rękawami koszuli opatrunkami na nadgarstkach, knykciach i dłoniach. Wcale nie wydawała się być zaciekawiona tą wizytą. Zaś trójka szlachcianek obrzuciła ją zaintrygowanymi spojrzeniami.

                - Sprawiasz wrażenie odważnej. I silnej. - zagaiła ją Fabienne wskazując brodą na widoczne opatrunki. Na co pacjentka obojętnie wzruszyła ramionami. Pirora wydawała się być nieco skonsternowana i na razie przyjęła postawę wyczekującą.

                - Jesteś za bardzo spięta kochanie. Nie jesteśmy tu aby cię skrzywdzić. Szukamy młodych, energicznych ludzi, o niecodziennych talentach którzy mogliby nam się przydać w różnych zadaniach. - Soria tym razem postanowiła zabrać głos widząc pewnie tą chłodną aurę obojętności jaka emanowała z pacjentki. Ta zareagowała uniesieniem brwi ale spojrzała na chwilę na nią.

                - Przestań mi tu słodzić paniusiu. Nie będę waszą małpą co skacze jak zagracie. Robię co chcę. Wydostanę się stąd tak czy inaczej. - prychnęła pogardliwie Annika dając znać, że ich status błękitnokrwistych nie robi na niej większego wrażenia. No i chyba niezbyt wierzyła w ich zacne i szlachetne intencje jakie brała za puste obietnice mające ją skłonić do posłuszeństwa i współpracy.

                Otto gwizdnął.

                - Mówiłem, że odważna. Anniko… - Otto rozważał swoje następne słowa uważnie - Pamiętasz o czym rozmawialiśmy? Nie chodzi mi o agresje, o bójki. Chodzi mi o słowa, które wypowiedziałaś podczas furii. Zakładam, że nie znasz ich znaczenia?

                - Znam nie znam. Co ci do tego? - prychnęła nieufnie dziewczyna nie chcąc jakoś się uzewnętrzniać przed nim i obcymi.

                - Może to, że jak zrobisz na nas dobre wrażenie to będziemy cię mogły stąd wyciągnąć. Fabienne szuka nowych służek. I taka harda mogłaby jej przypaść do gustu. Ale nie jakaś rozkapryszona wariatka. - Pirora też prychnęła dając wyraz swojemu niezadowoleniu z zachowania pacjentki. Wskazała na bladolicą koleżankę jaka na razie się nie odzywała ale pokiwała głową na słowa o tym, że szuka nowego personelu.

                - Tak, to prawda. Mamy już paru kandydatów i spróbujemy ich stąd wydostać. Służba u mnie może nie jest najznamienitszym zawodem świata bo byś miała tylko zwykły pokój, łóżko no i trzy posiłki dziennie. No i kąpiel codziennie bo chyba rozumiesz, że na salonach to jednak trzeba jakoś odpowiednio wyglądać i pachnieć. Może nawet znalazłaby się jakaś służka co by ci mogła w tym wszystkim pomóc. - Fabienne dołączyła ze swoimi argumentami aby przełamać się przez tą niechęć okazywaną przez krnąbrną pacjentkę.

                - Nie będę waszą małpą. - burknęła Annika ale na twarzy pojawił się wyraz zastanowienia i kalkulacji.

                Otto westchnął.

                - Co mi do tego? Wiem, że nie byłaś długo na zewnątrz.. ale mamy inkwizycję w mieście. Słowa takie jak twoje, sprawiają, że inkwizycja zaczyna ostrzyć noże i podpalać pochodnie. Wierzysz, że ktokolwiek w tym hospicjum będzie stawiał opór, jeżeli przyjdą po ciebie?

                - To niech przyjdą. Zobaczymy ilu z nich padnie zanim mnie załatwią. Nie dam wziąć się żywcem. - usta Anniki zacisnęły się w wąską, zawziętą linię żywej determinacji. Uniosła zaciśniętą pięść w geście pogróżki dając znać, że się nie obawia nawet śmiertelnej dla siebie konfrotnacji.

                - Ależ kochanie, po co to wszystko? - Soria odezwała się słodko łagodnym, matczynym gestem, postąpiła do przodu i stanęła obok zbuntowanej pacjentki. Położyła jej dłoń na barku w uspokajającym geście. - Mówiłam ci. Nie chcemy twojej krzywdy. Chcemy ci pomóc. Tutaj na nic nam się nie przydasz. Ale na zewnątrz? Przecież to, że będziesz gościć w puchowych pierzynach i jedwabiach sypialni Fabienne to może zostać między wami. A my też mamy swoje sprawy na mieście i poza nim. Mamy wielkie plany kochanie. I ty możesz być częścią nich. Jesteśmy po tej samej stronie. Jednak musimy zachować jakieś pozory. Dla maluczkich. - herold wężowej siostry zaczęła mówić cichym, przyjemnie lepkim szeptem i stopniowo przechodziła za plecy Anniki. Wrażenie węża oplątującego swoimi zwojami mysz było całkiem silne. Do tego było coś takiego w głosie i spojrzeniu herolda, że aż włoski stawały na karku i coś ożywczego zaczęło kumulować się w lędźwiach. Obie szlachcianki też zdawały się to odczuwać. Nawet zbuntowana Annika przełknęła ślinę i zamrugała oczami jakby miała problemy z koncentracją. Zresztą Otto czuł to samo. Trudno mu było oderwać wzrok i uwagę od szepczącej tak słodko i powanie córy Pajęczej Królowej.

                - Akurat… Przecież mówiła, że pokój dla służby i tak dalej… A nie jej sypialnia i jedwabie… I kim wy właściwie jesteście? - Annika prychnęła znów buntowniczo ale trochę na siłę. Jakby z trudem zachowywała swoje postanowienie jakie miała odkąd weszli do celi lazaretu.

                - No mówiłam bo przecież tak jak milady mówi, musimy zachować pozory. A to co za zamkniętymi drzwiami to już nasza sprawa. Jak chcesz to ja będę twoją łaziebną. Ale gdy zostaniemy same bo mam pełno służby jaka jest wierna mojemu mężowi a nie mnie. - teraz prychnęła bretońska czarnowłosa szlachcianka jakby uznała, że Annika ją wcześniej żle zrozumiała. Nawet się nieco roześmiała. Nieco nerwowo jakby też miała problemy z koncentracją i nie mogła oderwać wzroku od Sorii jaka już stała za plecami Anniki i pieszczotliwie głaskała ją po ramionach szepcząc tuż do ucha.

                - Twój bunt daje ci uroku Anniko, ale zrozum, że nasze drogie panie chcą cię stąd zabrać, nie abyś czyściła stoły i gotowała jedzenie. Czasem, nawet szlachcic musi komuś rozwalić łeb. Widzisz siebie w czymś takim? - mnich podejrzewał, że będą kłopoty z tą kobietą, miał nadzieję, że będą w stanie ją przekonać do siebie.

                - Rozwalić komuś łeb? Tak, mogę wziąć taką robotę. Ha! Mogę zacząć od Thorna! - powiedziała coraz szybciej oddychająca pacjentka jaka stopniowo zdawała się ulegać podszeptom Sorii. Jej dłonie poczynały sobie coraz śmielej po jej szyi i karku. A nawet zaczynały już sięgać na boki i nasadę jej piersi na co Annika zdawała się nie zwracać uwagi. A przynajmniej nie protestowała. Na wzmiankę o Thornie obie szlachcianki spojrzały na siebie zaskoczone tym objawem niechęci pacjentki do kolegi z samotnej celi jaki na nich zrobił całkiem obiecujące wrażenie.

                - To chyba nie będzie potrzebne. Ja raczej nie mam wrogów. Chyba. No ale nie wiadomo, taka kobieta - ochroniarz to by mi się bardzo przydał. Wiadomo, mężczyźnie to nie wszędzie wypada wejść razem z mężatką. A druga kobieta to co innego. - Bretonka chyba chciała ułagodzić jakoś Annikę i przekierować uwagę w innym kierunku.

                - Ochroniarz? A będę mogła nosić broń? Prawdziwą broń? Do rozwalania czerepów. - zapytała chrapliwie pacjentka jakby taki wątek ewentualnej służby nawet ją zaciekawił.

                - Oczywiście! Ale mam nadzieję, że nie sprawisz mi przez to kłopotu. Bo byśmy bywały w różnych rezydencjach, w teatrze, na różnych balach i tak dalej. Nie chciałbym się za ciebie wstydzić. - szlachcianka też zaczęła ustalać te warunki potencjalnej współpracy. Soria zaś pracowicie zaczęła przez koszulę ugniatać piersi Anniki i to wywoływało całkiem interesujący efekt.

                - Dobra. Może być. Ale ja mam swoje sprawy. W lesie. Muszę tam się udać. I załatwić. - powiedziała już mniej składnie pacjentka coraz bardziej ulegając korupcyjnemu wpływowi Sorii i jej pieszczot.

                - Obgadamy to jak cię stąd wydostaniemy. My też mamy coś do zrobienia w lesie, więc może nasze misje są powiązane. - Otto kiwnął głową - Cieszę się, że udało się nam dojść do jakiegoś układu. Dziewczyny, pozostawimy już moją podopieczną?

                - Tak, myślę, że tak. Myślę, że mamy urobiony grunt pod przyszłą współpracę. - powiedziała słodkim szeptem wyraźnie usatysfakcjonowana Soria wyjmując swoją dłoń z pomiędzy ud Anniki. Ta już jawnie zdradzała oznaki podniecenia i nawet trochę zamrugała tęsknie oczami gdy milady w czerni odeszła od niej zostawiając na karku krótki pocałunek.

                - Więc bardzo cię proszę Anniko, bądź grzeczna to nam pomożesz cię stąd wyciągnąć. Słuchaj Otto no i nie rób kłopotów. To potem łaźnia, sypialnia, jedwabie i tak dalej jak mówiłam. - Fabienne uśmiechnęła się promiennie do swojej kolejnej kandydatki na służkę, podeszła do niej, uścisnęła ją jak siostrę i sapnęła zaskoczona gdy Annika skorzystała z okazji i niespodziewanie trzepnęła ją w szlachecki tyłek. Czym rozbawiła i Pirorę i Sorię. A także i bladolicą szlachciankę.

                - No właśnie, takie rzeczy. Ale to jak będziemy same, na zewnątrz, albo w naszym rodzinnym gronie. - zaśmiała się kokietująco Bretonka i odsunęła się w stronę drzwi. Koleżanki też były skłonne już wyjść z tej celi lazaretu i zakończyć tą mimo wszystko obiecującą wizytę.

                Otto zamknął celę za nimi i spojrzał na kobiety.

                - Dobry dzień jak sądzę. Trzy duszyczki na korzyść zboru. - Otto spojrzał na niebo - Ale chyba tylko tyle na dziś zdołamy nabroić. Odprowadzę was do Łasicy i Gertrudy i przekaże przeorowi, że jesteście zainteresowane tą trójką. Ah… jakbyście były wstanie sypnąć trochę szczodrzej groszem, to dobrze bym wypadł przed przełożonym. - zachęcił delikatnie mnich i odprowadził szlachcianki, do swych towarzyszek. Miał nadzieję, że dwie ladacznice, nie zdołały zrobić niczego… nieodwracalnego, kiedy zostały samopas.

                Następnie udał się do przeora, zapukał delikatnie do jego drzwi i wszedł spokojnie.

                - Skończyłem oprowadzać naszych gości. Są zainteresowane zabraniem Anniki, Thorna i Marisy.

                Przeor słuchał z zadowoleniem i dobrotliwym wyrazem twarzy wieści od swojego młodego pracownika. A jeszcze milej treli trójki zachwyconych i gorliwych dobrych obywatelek jakie były skłonne przejąć na swój koszt trójkę wspomnianych podopiecznych. A nawet w podziękowaniu za trud wniesiony w opiekę nad nimi i reszty pacjentów obie szlachcianki rzuciły “skromny datek” za dobrotliwość przeora i jego dzielnych pracowników. A sądząc po ciężarze brzdęków obu sakiewek to chyba nie tak dosłownie był to “skromny datek”. Co już w ogóle ociepliło atmosferę i przeor nawet zaproponował nalewkę jaką robili jego braciszkowie. Zrobiło się miło i rodzinnie. Cała grupka żegnała się z ciepłymi uśmiechami, wręcz wylewnie. Przeor wyszedł na korytarz aby pożegnać te dobrotliwe, szczodre młode damy i długo machał im na pożegnanie. Zaś na razie tylko pokazał wystawiony w górę kciuk do Otto na znak, że świetnie się spisał z tym naciąganiem szlachcianek na datki. Na razie więcej jednak nie mógł mówić bo ten jeszcze musiał odprowadzić panny do wyjścia, powozu no i przy okazji wezwać ich czekające służące. Skończyło się na obietnicy, że przeor zrobi co się da aby jak najszybciej załatwić wszelkie formalności związane z przeniesieniem trójki podopiecznych do nowych domów ale to jeszcze trochę musiało zająć bo musiał napisać i wysłać odpowiednie listy i czekać na odpowiedź. Ale sam z siebie bardzo chętnie wyraził zgodę na takie roszady.

                Kiedy Otto zakończył pracę w hospicjum udał się z powrotem do miasta. Kiedy żegnał się z grupą kultystek, przekazał Łasicy, aby przygotwała siebie i Burgund na jutrzejszy dzień, gdyż miał zamiar zapoznać je z trzewiami świątyni.
                Otto zostało rozplanowanie następnego dnia. Musiał zaprowadzić Łasicę i Burgund do świątyni, to pewnie będzie nie lada zabawa. Skoro trójka z jego podopiecznych będzie już bezpieczna pozostanie mu jedyny Georg do obserwacji, a i jeszcze Vigo. Najpewniej uda się do Sigismundusa jutro, kiedy zakończy pracę w hospicjum.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Niedostępny
                  SantorineS Niedostępny
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #65

                  Oryginalny autor: Pipboy79

                  Oryginalny tytuł: Tura 19 - 2519.07.06; mkt; rano - popołudnie

                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Piekarzy; karczma “Pod jabłonią”
                  Czas: 2519.07.06; Marktag; popołudnie
                  Warunki: główna sala, jasno, ciepło, gwar rozmów ; na zewnątrz: jasno, pogodnie, sła.wiatr, chłodno

                  Joachim

                  - Proszę pączusiu, i smacznego. - gdy Joachim odbierał swoje pierwsze zamówienie w tej karczmie to jakoś tak go powitała pulchna, niziołkowa gospodyni o dobrodusznym, życzliwym uśmiechu. Chyba był w “Jabłoni” pierwszy raz ale można było zrozumieć dlaczego Philippe wybrał i zdawał się lubić ten lokal. Był zdominowany przez niziołki więc kuchnia była pierwszorzędna. Do tego te życzliwe istoty były bardzo gościnne aż ta przyjacielska, domowa atmosfera zdawała się udzielać także i gościom.

                  - Nie przejmuj się, Cioteczka Helga do każdego mówi “pączusiu”. Jak chcesz możesz jej mówić “cioteczko”. Będzie zachwycona. - wyjaśnił mu młody skryba jaki też odberał swoje zamówienie i się rozglądał za miejscem do siedzenia. Było dość tłoczno bo w końcu o tej porze kończyło pracę sporo osób tych jacy mieli na ranną zmianę. Chociaż i tak wielu pracowało w sklepach i warsztatach póki starczało światła dnia. Na szczęście praca skryby z Akademii tego nie wymagała więc tym dość chłodnym chociaż słonecznym popołudniem mógł się wybrać na zwyczajowy obiad. A, że był umówiony z Bertrandem no to właściwie zaprosił go przy okazji właśnie do tej gościnnej karczmy prowadzonej przez niziołki. Co prawda Joachim był już w tym lokalu i to nie tak dawno temu. Tylko wtedy siedział przy innym stole i nie z Philippem tylko ze swoim uczonym kolegą ze zboru.

                  Philippe zamarł na chwilę zmawiając tradycyjną modlitwę dziękczynną przed posiłkiem jaki mu dane było spożyć. Po czym otworzył oczy i z chęcią zabrał się za pałaszowanie posiłku. Ten nie był zbyt wyszukany i drogi ale, że należał do niziołkowej kuchni to było w tym nieco powabu egzotyki. Nie mogło zabraknąć słynnych niziołkowych pasztecików, na słono z rybą jak i na słodko z jabłkami. Podobnie polane śmietaną naleśniki w słonym i słodkim smaku wyglądały apetycznie. Philippe przez chwilę zachwalał Joachimowi te wszystkie walory smakowe i zdawał się być w nich zakochany.

                  - Cały dzień na głodniaka ale po robocie wreszcie jak tu przyjdę to mogę się najeść. - przyznał z uśmiechem wgryzając się w kolejnego pasztecika. Zaś Joachim, zanim przyszedł na to spotkanie i musiał się przejść z Zachodniej Dzielnicy tutaj, na pogranicze Centralnej i Północnej miał całkiem sporo czasu na przemyślenia. I podziwianie pogodnego nieba, mimo, że dzień okazał się być raczej chłodny. Dobrze było zarzucić coś dłuższego na grzbiet bo w samej koszuli to mogło być chłodno. Tu w środku jednak było znacznie cieplej i przyjemniej.

                  Co sobie kto z zacnych gości państwa van Hansen o nim pomyślało tego nie wiedział. Ale całe towarzystwo pożegnało się w przyjaznej atmosferze, gospodyni zapraszała do kolejnych odwiedzin a potem nie wpadli do niego ani łowcy czarownic z pochodniami ani straż miejska z halabardami to chyba nie poszło mu tak źle. Ale czy dobrze to nie wiedział. Odniósł wrażenie, że panienka van Hansen zdradzała sporo atencji siostrze von Siert oraz kawalerowi von Glitz. Zapewne dlatego, że byli w dość oczywisty sposób związani z wojennym zajęciem, bronią, walka i polowaniami co wszystko młodą szlachciankę bardzo fascynowało. Bladolicej, czarnowłosej Matce Somnium zdawała się poświęcać o wiele mniej uwagi ot tyle aby nie wypadało nie wyjść na niegrzeczną. Zresztą co do jego skromnej osoby zachowywała się podobnie. Pod tym względem jej matka zafascynowana ezoteryką i astrologią zdawała się być dla niego o wiele życzliwsza.

                  Gdy się żegnali to właśnie kapłanka Morra poprosiła go jeszcze raz aby porozmawiał z kimś z władz albo łowców czarownic o swoich niepokojących wizjach. Może to im jakoś pomoże namierzyć jakichś spiskowców? Więc widocznie zapamiętała co mówił przy obiedzie na ten temat. Skryta za poważną i oszczędną mimiką była trudna do odgadnięcia jej myśli. Pod tym względem rycerz Frederik i kapłanka Urlyka o słonecznych włosach i uśmiechy wydawali się być przeciwieństwem bladolicej i oszczędnej w słowach morrytki.

                  Wieczór zaś przeszedł mu spokojnie chociaż niezbyt owocnie. Nie dało się czytać trzech ksiąg na raz. Może coś sprawdzić czy przepisać w materiale jaki już się znało ale przyswajanie wiedzy w tak chaotyczny sposób nie było zbyt efektywne. Czytając parę stron z księgi o naturze magii ponownie musiał przyznać, że te same słowa nabierały innego kontekstu gdy przez ostatnie miesiące dowiedział się sporo nowych rzeczy głównie od przeklętej mutantki i rogatej wyroczni jaką była Merga. Czasem jakieś wyjaśnienie czy komentarz zamaskowanego mistrza też bywało pomocne ale najwięcej nauczył się właśnie od tej jaka przybyła z dalekiej północy. W końcu tutaj, w Imperium, Norsca i jej mieszkańcy mieli reputację dzikusów i barbarzyńców, piratów i morskich łupieżców. Czasem ledwo ich tolerowano w roli najemników, kupców czy odkrywców. Merga zdawała się być całkowitym zaprzeczeniem takich stereotypów. Nie był pewny gdzie sięga jej wiedza ale na pewno zdradziła mu przez te pół roku więcej tajników zakazanych zakątkach Eteru i demonologii niż ktokolwiek przed nią. Nawet jak teraz otwierał tą książkę co już ją kiedyś czytał to odkrywał coś nowego jak się patrzyło przez pryzmat tak zdobytej wiedzy. No ale to już ostatnie chwile bo wyrocznia już parę tygodni temu zapowiedziała swój powrót do Norsci, na ostatnim zborze dała już przybliżony termin na ten właśnie tydzień więc mogła wypłynąć w rejs na północ lada dzień.

                  W sprawie tutejszych rodów i lokalnej historii odkrył, że właściwie księgi jakie posiada nie są zbyt pomocne. Albo mówiły ogólnie o Imperium czy Nordlandzie nie skupiając się w ogóle na Neus Emskrank albo były rodzajem sagi czy powieści historycznej co trudno było coś z tego wyłuskać. Musiałby zdobyć jakąś księgę co by dokładniej opisywała lokalną scenę.

                  Ale na razie był przy jednym ze stołów dość zatłoczonej “Jabłoni” siedząc naprzeciwko Philippa jaki zajadał się ze smakiem swoją porcją naleśników i pasztecików. A te rzeczywiście były bardzo smaczne. Widocznie ta niziołkowa kuchnia miała ze wszech miar zasłużoną reputację.

                  - To co tam się dzieje u nadwornego astrologa wielkich i możnych? - zagaił wesoło skryba któremu dobre jedzenie poprawiło humor. Joachim raczej nie mógł mu powiedzieć, że krótko przed wyjściem odwiedziła go kopytna, dwupłciowa mutantka o liliowych włosach z wieściami, że zbiegła zeszłej zimy z kazamat rogata wiedżma skończyła tłumaczyć zakazane relikty plugawej wiedzy napisane ręką pradawnej champion Chaosu. Ale ta chciała to ogłosić na zebraniu i najlepiej jak by już mieli skarb świątyni aby mogła jeszcze tej samej nocy czy dnia wypłynąć do tej przeklętej i barbarzyńskiej Norsci jaka była jej ojczyzną.

                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                  Czas: 2519.07.06; mkt; ranek
                  Warunki: ; na zewnątrz: brama świątynna, jasno, pogodnie, powiew, chłodno

                  Otto

                  Otto musiał przyznać, że chociaż Tobias a ostatnio zwłaszcza Sigismundus uwielbiali narzekać, złorzeczyć i marudzić na “bezużyteczne ladacznice” spod znaku Węża to przynajmniej obie łotrzyce jak chciały to potrafiły zmienić skórę jak wąż i płynnie przedzierzgnąć się w wybraną rolę. Jak podeszły do niego czekającego przy świątynnej bramie to zwrócił na nie uwagę bo się stopniowo zbliżały do niego dwie, szczupłe niewiasty a jak się zbliżyły jeszcze dostrzegł, że obie są młode a w końcu umówił się wczoraj z Łasicą na tutaj, dzisiaj rano przed swoją pracą. A jak się zatrzymały przed nim i dygnęły grzecznie jak dobrze wyhowane panienki to poznał je od razu. Ale jednak musiał przyznać, że wyglądały całkiem inaczej. Miał przed sobą dwie, skromnie ubrane panny, w szaroburych, wręcz zgrzebnych sukniach prawie do samej ziemi, z czepkami wstydliwie przykrywającymi włosy, że ich właściwie nie było widać. Co zwykle uznawano za oznakę pobożności i przeciwieństwo wyuzdania jakim miały być niesfornie rozpuszczone włosy. Do tego coś zrobiły z rysami twarzy. Znał je to mimo to je rozpoznał. Ale i tak wydawały się być nieco inne niż się do nich przyzwyczaił. Pewnie jakiś makijaż ale tak sprytnie zrobiony, że wydawały się w ogóle bez makijażu. Jak na przyzwoite, bogobojne panny przystało. No i jeszcze to dygnięcie i skromnie spuszczony wzrok już całkiem dopełniał maskarady. Pozwoliły mu się obejrzeć nim chociaż na chwilę wyszły z maski wracając do swojej łotrowskiej natury.

                  - Jak mogłeś na to pozwolić Otto. Te wypacykowane, wyuzdane małpy zabawiały się z biednymi pacjentami a ja musiałam siedzieć z tą starą rurą. - Łasica powtórzyła coś czym go uraczyła wczoraj na wejściu jak się spotkali wieczorem po hospicjum. Tylko wczoraj rzuciła mu to w twarz oskarżycielskim tonem, z pełnym impetem. A dzisiaj cicho tak aby tylko ich trójka mogła to usłyszeć. Ale jak się ją słyszało wczoraj łatwo było sobie imaginować co pod tą spokojna maską czuła łotrzyca. Albo to mu chciała dać do zrozumienia. Widocznie nie mogła przeboleć tych wszystkich atrakcji jakie się działy z udziałem jego i jej koleżanek w hospicjum bez jej udziału. Gdy ona musiała towarzyszyć starej, przyzwoitce Fabienne co nie było ani wesołe, ani pouczające, ani tym bardziej przyjemne. No i się Łasica “nieco” poczuła wysadzona z siodła. Zwłaszcza jak odstawiły z powozu Fabienne i Gertrudę do ich rezydencji i już w swoim kultystycznym gronie mogły rozmawiać swobodnie. Zapewne koleżanki chętnie opowiedziały łotrzycy co i jak się działo. Może nawet nieco podkoloryzowały aby narobić jej smaku. Bo Łasica mówiła jakby uważała, że tam się zabawy działy po całości i po kolei z każdym wybranym pacjentym i pacjentką.

                  - I naprawdę Fabi wracała do domu bez majtek? - zapytała Burgund też zainteresowana tym co się tam działo wczoraj. Też była ciekawa bo w końcu wczoraj w ogóle jej nie było w hospicjum. A wieczorem w “Mewie” Otto też jej nie zastał no ale udało mu się spotkać z Łasicą.

                  - No nieważne. Potem się z tymi zołzami policzę. Zacznę od Fabi i słodkich opowieści jak kopytni potrafią kobiecie zrobić dobrze. Niech się ślini. Górą i dołem. - fuknęła jeszcze przebrana Łasica jakby planowała jakąś zemstę na koleżankach. No ale ona często tak sie wypowiadała, że nie do końca było wiadomo kiedy mówi na poważnie a kiedy żartuje.

                  - A tak, bo jeszcze nie wiadomo czy z nami pojedzie. Taka wielka z niej pani a nie ma wychodne kiedy chce tak jak my. - zaśmiała się cicho Burgund dość złośliwym uśmieszkiem. Jednak trzeba było przyznać, że mężatkom było z reguły trudniej urwać sobie jakąś schadzkę na chwileczkę zapomnienia nie mówiąc już o całej nocy za miastem jak to sobie koleżanki Sorii wymyśliły spotkanie z ungorami Gnaka.

                  - Chociaż Soria mówiła wczoraj, że w Fabi jest coś dziwnie znajomego. Znaczy jak już obie z tą starą rurą wysiadły z powozu. No i, że będzie musiała jej się lepiej przyjrzeć. - łotrzyca jaka miała pozycję głównej żmiji w ich dziewczęcej części zboru przypomniała sobie słowa herolda gdy wracały już we własnym gronie na Bursztynową 17. Burgund na nią spojrzała zdziwiona ale ta machnęła ręką i potrząsnęła głową w skromnym czepku aby wrócić do tego co tu i teraz.

                  - Dobra, mniejsza z tym. To co z robotą? Na co nas właściwie umówiłeś? Kim mamy być? Najlepiej na jakieś sprzątanie czy w ogóle jakąś robotę w piwnicach. Nie wiem co oni tam mają, nie byłam tam nigdy. Tak abyśmy mogły się tam rozejrzeć, najlepiej bez świadków. A jak się nie da to trudno, będziemy coś kombinować. - Łasica w końcu chociaż na razie przebolała tą wczorajaszą stratę oralną i moralną jakiej doznała w hospicjum oraz planowanie słodkiej zemsty na koleżankach i wróciła do poważniejszych i służbowych tematów. Czyli chciała wiedzieć jakie mają pole manewru na robocie i co im kolega przygotował.

                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; apteka Sigismundusa
                  Czas: 2519.07.06; mkt; popołudnie
                  Warunki: wnętrze apteki, jasno, umiarkowanie, cicho ; na zewnątrz: jasno, pogodnie, sła.wiatr, chłodno

                  Otto

                  Dzień przeszedł w hospicjum dość pracowicie. Nadal było sporo prac remontowych ale już wyraźnie zmierzały ku końcowi. To co dało się ponownie pozbijać, sklecić z kilku połamanych mebli jeden sprawny, wstawić wyrwane klamki i takie tam prace to już w większości zrobiono. Ale niektórych strat nie dało się tak zaimprowizować i po prostu trzeba było kupić albo zamówić nowe. A tego przeor zwykle unikał jak ognia bo budżet był zawsze zbyt skromy do potrzeb jakie mieli. No i przor właśnie wezwał go do siebie z samego rana.

                  - Ah Otto! Świetna, świetna robota. Nie wiem co im naopowiadałeś ale oby tak dalej. Właśnie takich szczodrych gości nam potrzeba. Gdyby te świątobliwe, szczodre damy miały kiedykolwiek ochotę na kolejną wizytę to z miejsca możesz je zapewnić o naszej gościnności i woli współpracy. I mam nadzieję, że nie przyjda z pustymi sakiewkami. Ładnymi spojrzeniami i współczującymi słowami nie nakarmimy naszych podopiecznych. - wreszcie przeor miał okazję aby się rozmówić ze swoim młodym mnichem. I mu podziękować i wlać otuchy w serce za wczorajszy wyczyn. Więc wyglądało na to, że obie szlachcianki rzuciły na stół więcej niż się spodziewał. Co w jego oczach na pewno przemawiało na ich korzyść.

                  - Chociaż tak między nami mówiąc to dość dziwny wybór. Mówiłeś im, że ostatnio Marisa biegała bez ubrań i coś wrzeszczała o pająkach? Albo ten Thorn i Annika. Przecież to kompletni awanturnicy! Annikę ostatnio ktoś prawie zadźgał łyżką! A Thorn miotał dookoła ławą. Sam nie wiem Otto czy to dobry pomysł. Wczoraj tak myślałem ale dzisiaj się waham. A jak te niecnoty znów coś zmalują podobnego? Tym razem nie u nas w celi czy na stołówce ale w jakiejś rezydencji z dobrymi nazwiskami. Ta Bretonka to jej nie znam ale kojarzę nazwisko. Van Mannlieb. Jej mąż jest kapitanem statku. Pływa od Marienburga do Erengardu. Ta van Dake to ostatnio wypłynęła. Przy tych młodych van Zee i van Hansen. Ale widziałem ją pierwszy raz. Tej trzeciej nie znam. No ale to są zacne nazwiska jak coś się stanie? Oby dobrzy bogowie sprawili, że tylko by ich odesłali. Ale jak coś się stanie poważnego? Oj takie grube ryby to wiele mogą. Nie wiem czy to jest taki dobry pomysł. - przeor wydawał się mieć poważne wątpliwości jakby rozsądek i rozważanie konsekwencji takiego kroku wziął nad nim górę poza radością z wysokich datków młodych szlachcianek. A i wybór akurat tej kłopotliwej trójki pacjentów też wydał mu się dziwny. Przecież mieli tylu innych co nie sprawiali takich kłopotów! Nie były to czcze niepokoje bo gdyby Marisa zaczęła się publicznie obnażać w jakimś zacnym towarzystwie albo któreś z dwójki awanturników straciło panowanie nad sobą i jeszcze uszczerbku by doznał jakiś błekitnokrwisty to konsekwencje mogły być poważne.

                  Mimo tych wątpliwości ogólnie przeor był zadowolony z postawy młodego mnicha i tego jak udało mu się urobić te szlachcianki aby rzuciły taki duży datek. Oby tak dalej! Może nawet to Otto będzie teraz reprezentował hospicjum na jakichś uroczystościach gdzie możni państwo mogli sypnąć jakimś datkiem skoro tak dobrze mu idzie nakłanianie ich do tego.

                  Potem był standardowy znój codziennej pracy. Raczej nie odbiegało to od normy. Może poza trójką wybranych pacjentów. Najmniej kłopotów miał z Marisą. Właściwie żadnych. Pokornie chodziła w grubej, niewygodnej i drapiącej włosiennicy posłusznie piorąc, gotując, obierając i sprzątając jak na skromną mniszkę przystało. Aż trudno było pomyśleć, że w tak posłusznej i cichej myszcze mogło się kryć coś niestosownego. Chociaż za każdym razem jak się spotkali spojrzeniami puszczała mu porozumiewawcze mrugnięcie.

                  Z Anniką właściwie też nie było porblemów. Dalej siedziała w osobnej celi lazaretu. Ale znachor dał znać, że chyba dziś albo jutro ją wypuszczą. Tak naprawdę to dał do zrozumienia, że fizycznie to już można by ją wypuścić bo te rany co jej zostały to drobiazg. No ale ani on ani reszta braci nie byli pewni czy znów dziewczę nie wpadnie w jakiś morderczy amok. Ale i tak w ramach kary, podobnie jak Marika, była skazana na izlolatkę do kolejnego Festag więc jej nie wypuszczano. Za to gdy ją odwiedził znów leżała na wznak, z ręką podłożoną pod głową i sufitowała. Gdy spojrzała kto ją odwiedził popatrzyła na niego obojętnie.

                  - Kto to był? Ta z wakroczykami. To jakaś wiedźma. Rzuciła na mnie jakiś urok. Wcale mi się nie podobała! - rzuciła mu serię szybkich, cierpkich pytań. Bo chociaż wczoraj gdy on i kultystki ją zostawiali samą w tej celi i spoglądała tęsknie za Sorią jakby miała ochotę poznać ją jak najbliżej to dzisiaj roztaczała wokół siebie swoją zwyczajową chłodną, niemą groźbę. Jakby w każdej chwili była gotowa zerwać się i dać komuś w zęby. No ale w porównaniu do Thorna to i tak była oazą spokoju i opanowania. Tak jak wczoraj przypuszczał Otto osiłek mu tak łatwo nie zapomniał i zachowywał się jak rozjuszony buhaj jakiemu spod kopyt zabrano chętną i już ustawioną jałówkę.

                  - Czekaj! Tylko cię dorwę gnoju! Już ją miałem! Już prawie klękała do berła! Dotknęła mnie! A ty gnoju mi ją zabrałeś! Rozwalę cię za to jak cię tylko dorwę! - wył rozjuszonym tonem i szarpał się z drzwiami jakby naprawdę chciał się przez nie przebić albo wyrwać. Wyglądało na to, że tak łatwo nie zamierzał mu tego zapomnieć.

                  Reszta dnia jakoś zeszła w miarę standardowo. Aż po południu skończył swoją ranną zmianę wychodząc na pogodny chociaż chłodny dzień. Gruby habit chronił go jednak przed tym chłodem całkiem dobrze. Skierował się ku aptece Sigismundusa. Ten przywitał go za ladą swoją wielką, byczą głową.

                  - O jesteś. Chodź na zaplecze. - powiedział grubas uśmiechając się wesoło i znacząco. Ale poczekał z wieściami aż wyjdą z publicznej częsci apteki. Wtedy dopiero zaczął mówić.

                  - Była u mnie Lilly. Przyniosła wieści od Mergi. Skończyła! Przetłumaczyła! Nareszcie! - grubas wreszcie mógł eksplodować radością i nawet o Lilly zapomniał powiedzieć coś przykrego chociaż ona też była wyznawczynią Węża tak jak jej koleżanki. Te przełomowe wieści jednak przebiły widocznie wszystko inne. Ale tak jak nagle aptekarz wybuchł radością tak równie nagle zamarł.

                  - Ale nie chce mi tego dać! - zawył zrozpaczony jakby upragnione tłumaczenie woli Oster wyślizgnęło mu się z dłoni po raz kolejny. I to w momencie gdy zdawał się już czuć papier zwojów na swoich pulchnych palcach.

                  - Powiedziała, znaczy Merga, że to sprawa dotycząca nas wszystkich i ogłosi to na zebraniu. Pewnie jak ukradniecie ten cholerny skarb ze świątyni. Albo na kolejnym zborze. Co za złośliwa jędza! Jak ona mogła mi to zrobić! - wybuchnął znowy, tym razem skargą niesprawiedliwości oraz złości na wolę rogatej wyroczni.

                  - Aha i ten twój zdechlak w końcu padł. Dziś rano. Mówiłem ci. Trzeci dzień. Trójka to magiczna liczba dla Ojczulka. Widocznie wykonał już swoje zadanie. Chcesz go zabrać czy co? - dodał równie nagle całkiem normalnym tonem jakby przypomniał sobie o Vigo jakiego mu w ostatni Festag przywiózł kolega. Jego los się wreszcie dopełnił ale spodziewali się tego już i w hospicjum i tutaj aptekarz tak to szacował ledwo go zobaczył.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Niedostępny
                    SantorineS Niedostępny
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #66

                    Oryginalny autor: Lord Melkor

                    Rozmowa z Lily

                    - Dziękuje, że przekazałaś mi wiadomość - czarodziej uśmiechnął do kopytnej mutantki, którą podczas odbywanej na cześć Sorii orgii poznał w całej okazałości.

                    - Na pewno to co odkryła nasza mistrzyni da nam wiele możliwości. Miło mi też było poznać twoje plemię, mam nadzieję że to co tutaj robimy w mieście im też pomoże.

                    - Tak, na pewno. Te dostawy żywności, zwłaszcza zimą, były bardzo pomocne. No i u nas, nie wszystko możemy wytworzyć a kupić czy wymienić się w wiosce czy mieście nie bardzo możemy. - przytaknęła liliowowłosa dziewczyna z delikatnym uśmiechem na twarzy. Jej szczęściem chociaż miała sporo zmian na ciele to były w na tyle dyskretnych miejscach, że jak była okryta wierzchnim ubraniem tak jak dzisiaj to bez trudu mugła ukryć swoje mutacje i uchodzić za młodą, szczupłą mieszczkę.

                    - Merga mówiła, że chciałaby wyruszyć na dniach. Ale czeka na to czy coś wyjdzie z tym skarbem świątyni. Gdyby go mogła zabrać na pewno by wzmocniło to jej pozycję w negocjacjach z wodzami aby zachęcić wojowników do przybycia tutaj. - wróciła do rogatej wiedźmy jaka ją wysłała z wiadomością. To, że ta zamierzała opuścić to miasto i wrócić do swojej barbarzyńskiej ojczyzny nie było niczym nowym ale teraz jak przetłumaczyła dziedzictwo Oster to zdawała się już czekać tylko na ten numer jaki Łasica z Burgund wymyśliły natchnione hojnymi datkami na ostatniej mszy w Festag.

                    - Może zanim Merga nas opuści, zdołamy zdobyć artefakt jeszcze jednej z Potęg? - dodał Joachim z wyrazem ekscytacji na twarzy. Był niezwykle ciekawy rezultatów odnalezienia kolejnych skarbów.
                    - I ile dobrze pamiętam to będziesz brać udział w kolejnym spotkaniu z plemieniem zwierzoludzi Gnaaka, prawda? Ja też się chętnie wybiorę, chciałbym jak najwięcej się od nich dowiedzieć. Może nawet poznać trochę ich języka… dodał, zastanawiając się na ile język zwierzoludzi jest podobny do demonicznego…

                    - Tak, byłoby wspaniale gdyby nam się udało odnaleźć coś jeszcze z tych świętych przedmiotów. Jestem zachwycona, że udało nam się spotkać Sorię i, że do nas dołączyła. Jest taka wyjątkowa! Jeszcze nigdy nie spotkałam nikogo takiego jak ona. A przecież ona mówi, że jest tylko córką i heroldem Soren. Jak by się udało spotkać kogoś jeszcze od nich albo znaleźć jakiś artefekt to byłoby cudownie! Ale rozumiem, że u nas nie wszyscy są od tego samego patrona no i że są jeszcze inne Siostry. To wszystko jest bardzo… No niesamowite. Szkoda, że nasza czcigodna nas niedługo opuszcza. Ona ma takie wspaniałe i śliczne rogi! No i jest bardzo mądra. Ale musi sprowadzić więcej pomocy z północy. I obiecała, że do nas wróci. - Lilly rozgadała się całkiem sporo na temat związanych z Czterema Siostrami i pamiątkami po nich. Widać było, że ją to bardzo ekscytuje i fascynuje. A rogatą wiedźmę i herolda Soren zdaje się traktować jak żywe święte i mędrców jednocześnie.

                    - A spotkanie z Gnakiem tak, w najbliższą pełnię. To już niedługo, w przyszłym tygodniu. To miło, że z nami pojedziesz. Mam nadzieję, że będzie nas jak najwięcej. Rozmawiałam z dziewczynami i też są bardzo ucieszone na to spotkanie. Chcą Fabienne zaprosić bo dla niej to by było pierwszy raz i bardzo by chciała ale ona ma tą wredną służącą co zawsze i wszędzie z nią łazi. Ja tam bardzo ją lubię. Jak się spotykałyśmy u Pirory to była dla mnie zawsze bardzo miła. Ale dziewczyny mówią, że nie wiadomo czy jej się uda wyrwać z miasta. A język kopytnych różni się od naszego. Ale nie taki trudny. Sporo można odczytać z ich powarkiwań i jak się ruszają. - na drugi temat też mówiła całkiem chętnie i sporo. Widać było, że chyba nie tylko ona traktuje owo spotkanie przy pradawnych głazach jako coś wyjątkowego na co warto czekać.

                    Joachim nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, słuchając tego nieco dziecinnego choć też uroczego gderania Lily.

                    - To miłe, że cieszysz się na to spotkanie. Zwierzoludzie mogą się okazać użytecznymi przyjaciółmi i pomóc nam w naszych planach. A w wolnych chwilach może mógłbym się od ciebie uczyć waszej mowy?
                    - A co do Fabienne podałem Łasicy i Burgund pewien pomysł jak ją wyciągnąć.

                    - Tak? No to dobrze. Mam nadzieję, że się uda. To miło jakbyśmy mogli wszyscy pojechać. - pokiwała swoją liliową głową na znak, że miła jest jej myśl o tym aby mogli ze sobą zabrać czarnowłosą szlachciankę a także jak najwięcej chętnych z miasta.

                    - A zwierzęcej mowy pewnie, to nie takie trudne. Po trochu można się nauczyć. - zgodziła się także na propozycję kolegi w sprawie nauki odmiennego od ludzkiej mowy.

                    - Dziękuje za pomoc Liliy… - Joachim skinał głową z aprobatą… - A przy okazji, rozumiem, że jesteś ostrożna wędrujac po mieście?

                    - Staram się jak mogę. Dużo chodziłam z dziewczynami to lepiej znam miasto niż na początku. No i teraz tak nie sprawdzają jak w zimie po ucieczce Mergi. Chociaż ostatnio to najwięcej siedzę i pomagam Myszce pod wieżą. Trzeba pomagać wyroczni, gotować jedzenie, karmić Gustawa, sprzątać tam no i przenosić wiadomości jak Merga coś komuś chce przesłać tak jak teraz. No jeszcze muszę pójść i powiedzieć to samo dziewczynom w “Mewie” i do apteki Sigismundusa, i do Tobiasa. - liliowowłosa pokiwała głową na znak, że miasto już jej tak nie przeraża jak to było na początku jej przyjazdu gdy w momencie paniki zwiała z sań Strupasa i trzeba było jej potem szukać. Wyglądało na to, że po pół roku całkiem przyzwoicie się w nim porusza. Ale póki ktoś nie zajrzałby jej pod spódnicę to raczej pewnie by zwrócił uwagę tyle co na całkiem urodziwą i zgrabną mieszczkę i jej odmienność nie rzucała się tak od razu w oczu. Już pewnie brzydota i smród garbatego członka zboru bardziej przykuwały oko i nozdrza. Na razie jednak Lilly zwróciła uwagę, że Joachim nie jest ostatni na liście w jej roli posłańca wiadomości od rogatej wyroczni.


                    Rozmowa z Philippem

                    Młody czarodziej przegryzł porcję naleśnika, po czym skinał Philppowi głową.

                    - Faktycznie, smaczne, stereotypy o niziołczej kuchni po raz kolejny się sprawdziły.
                    - A co do wielkich i możnych to niewiele nowego. Aktualnie przejmują się tym, jak bardzo żałoba po śmierci księżnej opóźni turniej i że nie wypada w tej chwili organizować polowań. Jakby nie było żadnych innych problemów - uśmiechnął się ironicznie. Chciał wybadać nastawienie Philippa do szlachty i elity. Kto wie, może mógłby on z czasem przeciągnąć na stronę wyznawców Pana Przemian?

                    - Polowania? No nie, nie wypada. Tak samo jak balów, uczt, wesel i tak dalej. - skryba zmrużył oczy, pokiwał swoja wygoloną na tonsurę głową i uśmiechnął się łagodnie. - A turniej też odwołany do odwołania. Może za miesiąc będzie a może jeszcze później albo w ogóle w tym roku nie będzie. Kto to wie. Ale odwołali w ostatniej chwili to wielu gości się zdążyło już zjechać do miasta. Inni byli w drodze to jak mieli bliżej niż dalej to też już woleli przyjechać. I z tego jedni zostali póki co a inni wrócili do siebie. - pokiwał głową zdając sobie sprawę, że nagła śmierć księżnej - matki zaskoczyła chyba wszystkich i wielu pokrzyżowała plany. Jak choćby takie związane z dorocznym turniejem w środku lata.

                    - A żałobę uczcić trzeba. Nawet jeśli komuś to ciąży. Może więc na gadaniu i gderaniu się skończy. Ważne aby zachowywać się przyzwoicie. - dorzucił jakby nie do końca wiedział jak to tam było z tymi możnymi co znajomy wspomniał ale doradzał być dobrej myśli i wierzyć, że zachowają umiar w tak trudnej chwili.

                    - No myślę że pozory i etykieta powinny zatriumfować - dodał nieco ironicznie Joachim.
                    - Dziękuje raz jeszcze za oprowadzenie po Akademii, myślę że będę tam częstym gościem. A tobie jak się w niej pracuje, długo jesteś związany z tym miejscem? Ciekaw też jestem jak wygląda struktura zarządzania - Joachim postanowił pociągnąć Philippa za język co do kierownictwa Akademii Morskiej i pozycji w niej swojego rozmówcy.

                    - A nie narzekam. Już parę latek zleciało. Lubię tą pracę. Wiesz ta atmosfera uczonych i nauki. Trochę jak w bibliotece tylko inaczej. No i każdy bogacz ma jakąś większą bibliotekę a Akademia jest tylko jedna. Można spotkać bardzo różnych ludzi, z całego świata. Nieludzi zresztą też. - młodzieniec wydawał się mówić szczerze i chwalił sobie pracę na swoim stanowisku.

                    - A struktura zarządzania? Nie no bez przesady. To nie jest jakieś wojsko czy załoga statku. - zaśmiał się pod nosem gdy usłyszał kolejne pytanie. Chwilę przeżuwał kolejny kęs pasztecików i popił je czerwonym barszczem z kubka.

                    - Rektorem całej uczelni jest profesor Vogel. Mathias von Vogel. Jest rektorem od dobrych paru lat, jeszcze zanim ja tu zacząłem pracować. On jest najważniejszy. A poza tym każdy wydział ma swojego dyrektora. Wiesz, nawigacja, linoznastwo, magazyny, archiwa, studenci i tak dalej. A każdy wydział ma jeszcze swoich nauczycieli danego fachu no i takich biednych skrybów jak ja. Cały spory zespół jakby tak zebrać do kupy. A jak doliczyć jeszcze wszystkich studentów to jeszcze więcej. Jak jest początek i koniec roku studenckiego albo jakieś święto to cały plac apelowy jest zapełniony. Nawet jak są jakieś festyny i wystawiamy swoją drużynę to już znacznie mniej ale i tak jak ktoś z przyjezdnych widzi to pierwszy raz to myśli, że to jakieś wojsko idzie. - odpowiedział wesołym i zadowolonym z siebie tonem i opowiadając jakie to można mieć pierwsze i drugie wrażenie o Akademii.

                    Czarodziej zanotował w pamięci, że magazyny mają osobnego dyrektora, korzystając z tego że Philp się rozgadał, skończył jeść swojego naleśnika.

                    - Widzę tutaj trochę podobieństw do Kolegium w którym ja się uczyłem. Następnie nieco spoważniał.
                    - Chętnie poznałbym rektora albo któregoś z dyrektorów. Mam pewną sprawą dość delikatnej wagi…. - zrobił dramatyczną pauzę, zastanawiając się ile powiedzieć Philippowi.

                    - Ah tak? - Philippe uniósł znad swojego talerza wzrok jakby próbował wybadać o co może astrologowi chodzić.

                    - A w jakiej sprawie? Bo ja to siedzę w recepcji ale mogę podrzucić twój list do rektora albo któregoś dyrektora. Bo spotkać się z nimi to nie obiecuje. Ja jestem tylko skromnym skrybą z recepcji. - obiecał swoją pomoc w takiej próbie kontaktu chociaż na dość ograniczoną skalę za jaką odpowiadał.

                    - Oh, nie bądź taki skromny. Wiem dobrze, że na każdej uczelni recepcjonista jest jedną z najważniejszych osób - Joachim postanowił połechtać ego swojego rozmówcy.

                    Chodzi o pewne potencjalne zagrożenie dla Akademii, odczytałem w tym zakresie niepokojące znaki. Może to mieć coś wspólnego z magazynami jeśli moja ocena jest słuszna.

                    - Znaczy… Jakieś wróżby? I coś z magazynami? - skryba uśmiechnął się delikatnie jakby komplement przypadł mu do gustu. Ale gdy Joachim powiedział na czym rzecz polega przestał się uśmiechać i musiał chwilę pomyśleć.

                    - Od magazynów jest inżynier Eberhart. Powiem mu jutro jak go spotkam. Ale jak chcesz to możesz napisać list to mu go przekażę. - zaproponował od siebie pomoc w tym kontakcie.

                    - To delikatna sprawa, wolałbym spotkać się z mistrzem Eberhartem osobiście, myślisz że dałoby się to jutro zorganizować? - Czarodziej nie był przekonany czy to dobry pomysł z tym listem…

                    - Nie wiem. - odparł krótko skryba wcierając kawałkiem naleśnika słodki sos aby nim nasiąkł. - Dziś wracam już do domu. Jutro rano wracam do Akademii. Postaram się przekazać twoją prośbę mistrzowi Eberhartowi ale nie wiem co odpowie. - przyznał uczciwie skryba na znak, że do roli posłańca tej prośby to jeszcze się poczuwa ale za reakcję drugiej strony to już nie odpowiada. - Zapewne zapyta co to masz do niego za sprawę. Ale jak tyle, że “delikatną” to nie wiem jak zareaguje. Mam nadzieję, że to nic z romansami i skandalami bo nie wiem czy by profesor miał ochotę się w to mieszać. A trochę tak to brzmi. - odparł z lekkim uśmiechem dając subtelnie znać, że taka oględna i ogólna prośba astrologa to jest trudna do zinterpretowania tak dla niego jak i zapewne przez resztę personelu Akademii.

                    - Dziękuje, zapewniam, że nie chodzi tutaj o kwestię błahą….. mam powody sądzić, że ktoś może chcieć coś wykraść ze skarbów Akademii.

                    Przez resztę posiłku starał się z powrotem skierować rozmowę na bardziej przyjemne tory takie jak codzienne życie w Neues Emskrank. No i zapłacił za posiłek.


                    Następnego dnia miał zamiar spróbować spotkać się w Akademii z dyrektorem i udać się tam niezależnie od tego z czym wróci Philip. No i liczył że Otto załatwi mu widzenie z tym chorym z hospicjum który podobno był związany z Vestą. Takiej okazji nie mógł sobie odpuścić...

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Niedostępny
                      SantorineS Niedostępny
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #67

                      Oryginalny autor: Seachmall

                      Marktag, ranek, świątynia Mananna

                      - Wybacz moja droga, ale nie było czasu po ciebie iść. Do tego musiałem trzymać na smyczy trzy rozpustnice, aby nie zamieniły hospicjum w swój loszek pieszczot, ciebie mi tam jeszcze brakowało. - mnich delikatnie się uśmiechnął - Co do naszego planu, jesteście dwójką brudnych, niewychowanych, lubieżnych dziwek. Więc łatwiej będzie, abyście tego nie zmieniały i po prostu udawały, że zobaczyłyście światło bogów i poszukujecie odkupienia. - uśmiech Otto zrobił się trochę psotny na to delikatne dźgnięcie w kultystki - Więc grzecznie, cicho i ze skruchą w sercu. Mamy żałobę, pamiętacie? I jeżeli, macie zamiar zapożyczyć z tac ofiarnych, to poczekajcie może trochę. Będziecie oczywistymi podejrzanymi, a mnie się dostanie po uszach za sprowadzenie was.

                      - No co ty Otto… Jestesmy profesjonalistkami… Nie skusimy się na drobniaki jak jesteśmy na robocie… - Łasica przekrzywiła swoją pobożnie w czepek ubraną głowę jakby była nieco urazona, że kolega posadzą je o taką amatorszczyznę. Burgund też ją wsparła twierdzącym kiwaniem swoim czepkiem. Po czym znów przybrały weselszy ton chociaż nadal starały się nie tracić pobożnej pozy dopasowanej do ich obecnego wyglądu.

                      - I mówisz brudne, niewychowane, lubieżne dziwki? - powtórzyła określenia użyte przez mnicha z jednym okiem jakby je smakowała albo mielila w myślach.

                      - Bardzo chętnie. Miło, że ktoś nas wreszcie docenił. A przecież tak się staramy aby zdobyć i utrzymać właściwą reputację. - przyznała prawie z rozczuleniem obdarzając Otto ciepłym spojrzeniem i uśmiechem.

                      - Tylko mamy na to teraz nieodpowiednie stroje. No ale jesteśmy na robocie. - Burgund wsparła ją ponownie w tej rozmowie w pełni się z nią zgadzając.

                      - No niestety to prawda. Ale mówię wam, że jak następnym razem dorwe Fabi to jej wsadzę co tylko znajdę największego tak głęboko jak tylko dam radę. Dobra Burgund to zbieraj swój zgrabny kuper w troki i mów co widziałaś wczoraj. - liderka wężowych kultystek powoli kończyła te przyjemnie lubieżne tematy i szykowała się na bardziej służbowe.

                      - Byłam tu wczoraj na oku. Widziałam zmianę warty. Ci czarni rycerze od Morra. Dwóch przyszło do środka a dwóch innych wyszło. Więc myślę, że czegoś pilnują, pewnie tego skarbu. - Druga z łotrzyc też wróciła tematem do tego zadania jakie czekało na nich wewnątrz świątyni i wspomniała jak jej wczoraj poszło rozpoznanie obiektu przed akcją. Popatrzyły pytająco na kolegę czy jest gotów już ruszać do środka.

                      - Lub zwłok kogoś istotnego. Tak czy inaczej warto zajrzeć. - Otto rozejrzał się - Więc, jesteście gotowe wrócić na prawowitą drogę jasności i odkupienia? Odrzucić doczesne przyjemności i wejść w życie pełne modlitw, nudy i niewygodnych ubrań?

                      - Nikt istotny ostatnio chyba nie umarł. Ogłaszaliby w Festag na mszy a jak kopnął by w kalendarz po to biliby w dzwony, ogłaszali i takie tam. Poza tym katafalk stoi za głównym budynkiem. - Burgund chyba nie do końca wykluczała alternatywy o jakiej mówił kolega ale zachowała sporą dozę sceptycyzmu.

                      - Odrzucić doczesne przyjemności, klęczeć w modlitwie a nie dla ciekawszych rzeczy i jeszcze nosić nudne, niewygodne ubrania? - Łasica wymieniła to jednym tchem upewniając się, że mówią o tym samym. Po czym cierpiętniczo wzniosła głowę ku porannemu niebu.

                      - Nie kracz Otto. Widzisz jak my się poświęcamy dla sprawy i rodziny? Przez co musimy przechodzić? Jak się nas tu traktuje? - zapytała zbolałym tonem skargi. Chociaż pod tym dało się wyczuć sporą dawkę świadomej autoironii.

                      - Dobra chodźmy już. Otto musi zasuwać do swojej roboty i nie ma całego dnia. A my im szybciej się wyrobimy tym szybciej będziemy mogły z kimś poswawolić. - Burgund uśmiechnęła się pod nosem, trzepnęła w ramię kamratki i dała znać aby ruszać do świątyni. Obie złożyły skromnie dłonie na podołkach i przyjęły skruszone miny żałujących za grzechy pokutnic.

                      - I tak będzie lepiej, rodzina zabiera trójkę bardziej kłopotliwych, czwarty dogorywa u Sigismundusa, a ostatni jest na razie dość spokojny. - Otto zaczął prowadzić dziewoje do Ojca Absaloma. Kiedy znalazł wysokiego kapłana.
                      - Bądź pochwalony, czcigodny ojcze. - skłonił głowę oddając szacunek starszemu kapłanowi - Te, oto dwie niewiasty, są tymi, o których mówiłem. Są gotowe oddać się pod twoją opiekę i opiekę świątyni. - kto wie, może te dwie obudzą w kapłanie głody, których dawno nie czuł.

                      Obie kultystki pokiwały zgodnie głowami na wieści o trójce nowych kandydatów to ich zboru. Łasica wspomniała cicho po drodze przez dziedziniec świątynny, że Soria i Pirora zapowiadały tą wczorajszą trójkę bardzo obiecująco no to była ich ciekawa. No i Burgund widocznie też. Ale już wchodzili do domu bożego to trzeba było zachować pozory. Jeszcze bardziej gdy stanęli na zapleczu świątyni przed surowym, obliczem rosłego kapłana.

                      Ten zaś odparł na ich przywitanie, wysłuchał Otto i mierzył uważnym spojrzeniem obie grzesznice. Te pokornie spuściły wzrok, skromnie złożyły dłonie na podołku i w milczeniu czekały na decyzję i słowa kapłana. On jednak nie sprawiał wrażenia, że obudziły w nim jakiś głód. Raczej jakby stanęły przed nim istoty wyraźnie gorszego gatunku. Paskudy jakie z trudem znosił w swojej obecności. A gdy już się przyjrzał odezwał się wreszcie nie tracąc swojego surowego tonu i spojrzenia.

                      - Jak się nazywacie? - zaczął od czegoś oczywistego.
                      - Ja jestem Martina a to jest Pola. - odparła szybko Łasica przyjmując pokorny, gotowy do współpracy ton.
                      - Jesteście ladacznicami? - zapytał kapłan pomny co mu wczoraj młody mnich mówił. Obie spojrzały na siebie jakby zastanawiając się nad odpowiedzią, Burgund lekko pokiwała głową i Łasica zwróciła się do ojca twierdząco kiwając głową. Temu usta zacisnęły się w wąską kreskę i miał minę jakby zastanawiał się czy już je stąd przegnać czy jeszcze dać im szanse. Ostatecznie zdecydował się na to drugie.
                      - Od dawna? - zapytał i po chwili ciszy znów ujrzał dwa potwierdzające kiwnięcia głowami w prostych, skromnych czepkach.
                      - Kiedy ostatni raz byłyście w świątyni? Tej lub innej? - zapytał robiąc palcem krąg dookoła komnaty.
                      - W zeszły Festag czcigodny ojcze. Na pogrzebie naszej księżnej - matki. - odparła szybko Łasica co akurat było zgodne z prawdą bo sam je wtedy Otto widział na mszy i po.
                      - A wcześniej? - kapłan kontynuował to przesłuchanie nie zmieniając wyrazu twarzy. Nastała dłuższa chwila milczenia jakby obie musiały sobie przypomnieć.
                      - Dawno… Ale jeszcze w tym roku… - wyszeptała Łasica jakby z obawą przed taką odpowiedzią. Kapłan zasznurował usta i milczał chwilę.
                      - A u spowiedzi? - zapytał jeszcze o coś podobnego.
                      - Na początku roku ojcze. - odparła cicho skruszona grzesznica. Kapłan pokręcił głową aby dać znać, że nie podoba mu się to co słyszy.
                      - To raz na pański rok przychodzicie do domu bożego to co się nagle stało, że teraz wam się droga przypomniała? - zapytał cierpkim tonem nie ukrywając, że nieco trudno mu tak po prostu uwierzyć w nagłe nawrócenie obu grzesznic.

                      - To przez naszą księżną - matkę. Znaczy chciałam powiedzieć dzięki niej! Bo ona była niegdyś naszą patronką i wzorem do naśladowania. Ale potem zbłądziłyśmy i zaczęłyśmy się łajda… eee… znaczy zeszłyśmy na złą drogę. Jak jednak dowiedziałyśmy się o jej śmierci to tak jakby nasza opiekunka umarła. Płakałyśmy rzewnymi łzami. I ja mówię do Poli, że trzeba z tym skończyć bo nasza patronka by tego chciała. I poszłyśmy w Festag oddać jej ostatni hołd. A tam tyle ludzi! I ci wszyscy dobre ludzie też przyszli ostatni raz pokłonić się swojej pani. To mówię do Poli, że taka jest kolej rzeczy. Widocznie księżna była dobra dla tych wszystkich ludzi. Więc my chciałyśmy jej służyć, oddać cześć i jakoś odwdzięczyć się za jej dobroć. Podziękować ojcu i wszystkim braciom i siostrom za ten trud i opiekę skoro już naszej patronce nie możemy. I widziałyśmy urnę w Festag to przyszłyśmy tutaj bo mi się wydawało, że to będzie najodpowiedniejsze aby być tutaj gdzie były jej prochy. - Łasica pozwoliła sobie na dłuższą wypowiedź i mówiła tym razem z przejęciem i pełnym przekonaniem. Podobnie jak to pewnie się by mogła wypowiadać niepiśmienna dziewczyna z ulicy która na nowo odkryła wiarę i powołanie. Wszystko to sprawiło, że i kapłan pokiwał głową ale minę dalej miał marsową.

                      - Dobrze. Ja zaraz zaczynam mszę. Jeśli chcecie odpokutować za swoje niegodne, łajdackie życie to zapraszam ma mszę. I do spowiedzi po niej. - odpowiedział podejmując decyzję. Po czym wymownym spojrzeniem sięgnął po togę liturgiczną. Obie skruszone grzesznice wymamrotały grzeczne podziękowanie za tą łaskę, dygnęły jak przed wielkim panem po czym drobiąc kroczkami wyszły na korytarz. Gdy Absalon został sam z Otto zwrócił się do niego ubierając ową togę kapłańską.
                      - Nie wierzę w takie nagłe nawrócenia. Słomiany zapał albo inny powód. Ale kto wie? Niech zostaną na mszy. Zobaczymy na ile im wystarczy wiary i zapału. Dobrze, że je tu skierowałeś. Nawet takie ladaco zasługuje na drugą szansę. - skomentował swoje wnioski z tej rozmowy z obiema młodszymi od siebie kobietami.
                      - Dziękuję, że dajesz im szansę ojcze. Tak jak powiedziałeś, każdy zasługuje na kolejną szansę na drodze życia. Obawiam się, że nie mogą pozostać na mszy, w hospicjum dużo się działo ostatnio i ciągle potrzebna jest każda para rąk. - mnich ponownie się skłonił kapłanowi i opuścił zaplecze, na zewnątrz zobaczył obie kultystki - I jak? Cieszycie się z tej szansy?
                      - Jak nie mogą poświęcić czasu na modlitwę i pokorę w świątyni to kiepska ta ich skrucha. - odparł oschle kapłan Absalon ale nie wstrzymywał młodszego jednookiego ani nie czynił mu wymówek. Ten zostawił go na przygotowaniach do odprawienia jutrzni. Zaś na zewnątrz spotkał obie koleżanki. Te dalej nie wychodziły z roli bogobojnych niewiast ale oczka śmiały im się wesoło.
                      - Oczywiście bracie. Bardzo dziękujemy za tą wspaniałą szansę. Bardzo chętnię bym przyjęła każdą pokutę od takiego rosłego i krzepkiego kapłana. Zwłaszcza jak wygląda na stanowczego i surowego. I nie śmiałabym mu czegokolwiek odmówić. No ale nie wiem czy czcigodny byłby zainteresowany takimi grzesznymi rzeczami. - Łasica szepnęła cicho i wyraźnie kpiąco jakby dostrzegła w rosłym kapłanie całkiem obiecujący potencjał. Ale taki na ich własną modłę. Bo ten nie zachowywał się jakby był zainteresowany “takimi rzeczami”.
                      - No ja też. Ale na razie to jesteśmy na robocie to nie możemy wychodzić z roli. Trzeba poklęczeć tak na nudno, w ubraniach i bez niczego ciepłego w ustach albo pejcza na plecach. Szkoda. Ale trudno. Robota to robota. - Burgund nieco rozżalona poparła siostrę ale obie liczyły się z tym, że nie wszystko, nie zawsze i nie ze wszystkimi może być takie przyjemne jak to one by chciały.
                      - Powodzenia, uważajcie jednak, nie podejrzewa was, ale na pewno w pełni wam też nie wierzy. Ja idę do hospicjum, może kolejnego kolegę uda się wyciągnąć. - Otto uściskał obie kobiety i ruszył do miejsca pracy.
                      - Dobrze, idź. Jakbyś tam potrzebował jakiejś pomocy z zamkami albo szukał chętnych grzesznic na oprowadzane wycieczki to daj znać. Nie tylko jakieś tam damulki z wyższych sfer umieją ściągać majtki i się ładnie bawić. - szepnęła mu na ucho Łasica gdy się żegnali. Burgund pokiwała głową w rezolutny sposób no i obie ruszyły bogobojnie w kierunku nawy aby wziąć udział w pierwszej tego dnia mszy.

                      Hospicjum.

                      Otto nawet cieszył postęp napraw w hospicjum. To miejsce okazało się o wiele, lepszym źródłem wiedzy niż się spodziewał.
                      Przywitał przeora kiedy go zobaczył.

                      - Witaj, witaj. Nie ma o czym mówić, szlachcianki na prawdę się napaliły na taką nową służbę. Mam nadzieję, że nie będą nich nadużywać. - mnich pokręcił głową - Empatia czasem jest tylko na pokaz.

                      - Nadużywać mówisz? - starszy mężczyzna zastanowił się nad słowami młodszego. Złożył dłonie i oparł na nich brodę. - No nie wiem kto tam miałby kogo nadużywać. Thorn to zwykły bandzior. Prostak. Aż się dziwię, że się na niego zdecydowały. Ale raczej to on by mógł im zrobić krzywdę a nie na odwrót. Annika to samo. A Marisa może łagodna. Zazwyczaj. Ale sam widziałeś co wyrabiała w ostatni Festag. - przeor nadal wydawał się mieć wątpliwości. Znów chwilę bębnił kciukami o swoją brodę trawiąc to w myślach.

                      - A znasz jakoś te szlachcianki? Myślisz, że to chwilowa zachcianka? Czy to tak na dłużej by wzięły kogoś na służbę. - zastanowił się nad czym innym z tego co mówił jednooki.

                      - Jestem jedynie zwykłym, prostym mnichem. Gdzie mnie do tak znamienitych kobiet. Spotkałem je podczas i po mszy pożegnalnej księżnej. Rozpoznały, że jestem z hospicjum i zagadały do mnie. Może nagłe przypomnienie o ich śmiertelności ruszyło ich sumienia. - Otto wzruszył ramionami - Można mieć nadzieję, że to dłuższa inwestycja.

                      - Ah tak… No trochę szkoda, że nie masz jakichś większych znajomości z takimi jak one. Jak widzisz przydają się. - westchnął nieco z żalem jakby przez chwilę miał nadzieję, że może by się otworzyła jakaś furtka do stabilniejszego kontaktu i datków od możnych tego miasta.

                      - Ale dobrze, że chociaż te zwróciły na ciebie uwagę i je skierowałeś do nas. Dobra robota. Jakby jeszcze coś chciały albo ktoś tam od nich z pękatym mieszkiem to też zapraszaj śmiało do nas. Nic nie tracimy, najwyżej pochodzi, poogląda, powspółczuje i nic nie zostawi. Ale jak już przyjdą to zawsze coś zostawiają chociaż symbolicznie bo nie wypada odejść i nic nie dać na jałmużnę. - pokiwał znów głową na znak, że jest całkiem zadowolony z wczorajszej wizyty błękitnokrwistych panienek. Zwłaszcza takiej zakończonej tak szczodrymi datkami.

                      - I po mszy mówisz? To tam kręć się po następnej. Przypomnij się. Może cię komuś przedstawią i jakoś się to rozkręci. Zobaczymy. Przydałoby nam się więcej takich sponsorów. Sam widzisz jak na wszystkim musimy oszczędzać. - rozłożył ręce ogarniając swój gabinet ale pewnie mu chodziło o cały przybytek.

                      - I oby naszym szczodrym dobrodziejkom nie przeszedł ten chwilowy kaprys tak prędko. Mielibyśmy trzy owieczki mniej do pilnowania i karmienia. Spełnili dobry uczynek. Tylko gdyby chodziło o kogoś spokojniejszego to bym się nie wahał. Ale akurat z tą trójką to sam wiesz jak jest. Przydałoby się jakoś zabezpieczyć gdyby wyszła z tego jakaś afera. - przeor ogólnie wydawał się być zadowolony, że może zmniejszyć swoją trzódkę o trzy owieczki ale jednak chodziło o trzy czarne owce i to na salonach z dobrymi i drogimi nazwiskami to wciąż się obawiał czy nie będą z tego jakieś kłopoty.

                      - Jestem pewny, że będą w stanie zająć się sobą. Do tego nie wciskaliśmy im ich na siłę, a każdy wie jakiego typu pacjentów mamy. Postaram się nam poszukać nowych sponsorów. - zapewnił Otto - Zrobię obchód i zobaczę, gdzie najbardziej się przydam.

                      - No tak, tak… To prawda… W końcu same do nas przyjechały. Nikt im nie kazał. - przeor pokiwał głowa i rozmyślał na te mało proste tematy szukając natchnienia w suficie.

                      - Dobrze, napiszę im list. Opis. Zalecenia. Tak, tak właśnie zrobię. Na wszelki wypadek. Gdyby te nasze ladaco odstawiły jakiś nieprzyjemny numer i ktoś do nas przyjechał z pretensjami… - zdecydował w końcu i to go chyba uspokoiło bo znów wrócił do znacznie szybszego sposobu mówienia.

                      - A ty im powiedz, że gdyby im się ich kaprys znudził to zawsze mogą je do nas odstawić. Ludzie zwykle są nieco mniej nerwowi i pretensjonalni gdy mają jakieś rezerwowe wyjście. Aha i tych nicponi upomnij. Że mają się zachowywać jak należy i dobrym panienkom nie sprawiać kłopotów bo jak je zdenerwują to znów wrócą do nas. A ja już ich tu przywitam jak należy w podziękowaniu za kłopoty jakie na nas ściągnęli. A jak bardzo napsocą to mogą już trafić przed oblicze sądu a nie do nas. Wtedy to już nie będzie nasza sprawa. Oby. Mogą nas wtedy jednak wezwać mimo wszystko. - pokręcił głową jakby nie do końca był przekonany czy wszystko pójdzie gładko i bez kłopotów z tą wymianą ale ostatecznie zdecydował się spróbować. Dał znać młodemu mnichowi, że może odejść.

                      Otto skinął głową przełożonemu i ruszył na obchód. Cieszyło go, że dzisiaj był nawet spokojnie. Cieszyło go bardziej, że Thorn był dokładnie zamknięy w celi.

                      - Kiedyś mi podziękujesz! - rzucił do niego kiedy mijał jego celę i został obrzucony każdą możliwą groźbą pod niebiem. Ciekawił go stan Georga tego dnia, to ostatni z pacjentów, który słyszał siostry i ciągle pozostanie w hospicjum, więc musi mu się przypatrzeć.

                      George wydawał się być przeciwieństwem Thorna. Dzisiejszego, targowego dnia było to zwłaszcza widoczne. Bo tego pierwszego to chyba tylko solidne drzwi jednoosobowej celi powstrzymywały przed zrobieniem krzywdy jednookiemu mnichowi. A ten drugi przywitał go łagodnym uśmiechem nieszkodliwego idioty. Bracia powiedzieli mu, że jest na stołówce. Rzeczywiście tak było. Zastał go z miotłą i wiadrem jak zmywał podłogę. Większość szkód od ostatniego Festag udało się naprawić lub chociaż sprawić aby aż tak nie rzucały się w oczy. Kuchnia sądząc po zapachach i odgłosach pracowała nad sporządzeniem głównego posiłku dnia. I co jakiś czas widać było któregoś z braci jak zerkał na stołówkę i zapewne też na pacjenta z obandażowaną głową. Ten widocznie wciąż nosił ślady po ostatniej awanturze skoro miał ten bandaż na głowie. Ale sam wydawał się nie zwracać na to większej uwagi. Chociaż na bandażu była plama, akurat na środku czoła pacjenta. On sam przywitał się z mnichem pogodnie i łagodnie po czym bez pośpiechu wodził owiniętą mokrą szmatą miotłą po podłodze. W tym tempie to raczej postęp prac był dość symboliczny i raczej nie było z niego takiego pożytku jak z Mariki która naprawdę potrafiła zrobić pranie czy wysprzątać schody albo korytarz. No ale miał jakieś zajęcie, coś jednak pomagał chociaż tyle co małe dziecko dorosłym no i nie był tak agresywny jak Annika czy Thorne.

                      Mnich uśmiechnął się do pacjenta.

                      - Jak się dziś czujesz George?
                      - Dobrze. Głowa mnie trochę boli. Ale jak nie ruszam się szybko to jest dobrze. I trochę zmęczony jestem. Nie spałem zbyt dobrze. Często ostatnio nie śpię zbyt dobrze. Ale staram się pomagać. Tak jak Marika. Poprosiła mnie abym pomógł jej rozwiesić pranie to jej pomogłem. Jest bardzo miła. Nie wiem dlaczego brat Albert mówił, że to wredna suka. Dla mnie była bardzo miła. A potem brat Albert powiedział, żebym posprzątał tutaj. To sprzątam. - George zachowywał się spokojnie i mówił bez większego zastanowienia. Zupełnie jak małe dziecko jak się je o coś zapyta a ono plecie co mu ślina na język przyniesie. Na koniec wskazał na swoje wiadro i miotłe jakich używał do zmywania i na dowód na to, że pomaga znów zamoczył miotłę i zaczął bez pośpiechu zamiatać kolejny fragment podłogi.

                      - To dobrze. Wiesz, chyba trzeba zmienić ci opatrunek. Poczekaj tu chwilę. - Otto ruszył zabrać nowy bandaż. Miał cichą myśl z tyłu głowy, ale miał nadzieję, że się mylił. Jeżeli będzie miał rację, będzie musiał wyciągnąć go z tąd szybciej niż uważał. Wrócił po chwili i posadził Georga spokojnie na jednym z krzeseł i delikatnie zaczął zdejmować mu opatrunek.

                      W przeciwieństwie do Thorna jaki dzisiaj był w humorze jakby najchętniej zamordował jednookiego mnicha albo chociaż spuścił mu solidny łomot to George był łagodny jak baranek. I pełen dobrej woli do współpracy. Jak go Otto zostawił w stołówce przy zmywaniu a potem wrócił to ten nadal ją zmywał swoim flegmatycznym tempem. Może stół czy dwa dalej. Więc na miano najwydajniejszego pracownika z miotłą to pewnie by nie zasłużył. Ale chociaż nie sprawiał kłopotów. Jak go Otto poprosił to ten usiadł na ławie, dał sobie zdjąć stary opatrunek.

                      Pod nim ukazało się czoło, z jednej strony nadal posiniaczone. I pod włosami, na potylicy tam gdzie w Festag ktoś go rzucił taboretem, też było widać i czuć spory krwiak. Wcześniej opatrywał go kto inny to jednooki nie był pewien czy to teraz jest lepiej czy niekoniecznie. No i jeszcze na czole pacjenta było widoczne zadrapanie. Niezbyt poważne. Ale siniak dookoła układał się w okrągłą plamę wielkości kciuka czy dwóch. I nieco sączyła się z tego krew jaka musiała wcześniej przesiąknąć przez bandaż powodując ową plamę jaką zauważył wcześniej na starym opatrunku.

                      Otto delikatnie odetchnął. Jeżeli pacjenci zaczynają być dotknięci przez siostry, mutacje mogłyby się pojawiać. Na szczęście George nie został jeszcze uraczony darem od Tzeentcha. Mnich delikatnie przemył ranę pacjenta i zaczął na nowo nakładać świeży opatrunek i bandaż.

                      - Myślę, że Marisa jest bardzo ładna. Powiedziała, że lubi pająki. I, że kiedyś będzie mieć własne tylko takie duże. Nie wiedziałem, że są takie duże. Ale znalazłem jednego i jej dałem. Bardzo się ucieszyła. I słyszałem, że brat Otto chodzi z trzema szlachciankami. Też podobno bardzo ładne. Ja widziałem ich przez chwilę ale nie zwracałem uwagi bo musiałem naprawić stołek. Trudno mi było dopasować nogę bo tam otwór był trochę inny. Ale brat Maurycy mi pomógł i zeszlifował trochę tą nogę to potem weszła. - podczas tych zabiegów chyba nieco znudzony George znów zaczął paplać w swoim nieco dziecięcym stylu. W końcu mnichowi udało się założyć opatrunek więc znów pacjent wyglądał jakby miał solidną, grubą, białą krechę na górnej połowie głowy.

                      - Wybacz, że nie zapoznałem cię z naszymi gośćmi. Panie, chciały bardzo spotkać Marisę, do tego jeszcze zobaczyły Annikę i Thorna. - ujął spokojnie mężczyznę i pomógł mu wstać, upewniając się, że opatrunek się nie zsuwa - Ta trójka, wkrótce opuści hospicjum. Szlachetne panie znajdą dla nich zajęcie w swoich domach.

                      - No tak, to oczywiste. - odparł George z pełną powagą na jaką czasem zdarzało się zdobywać dzieciom gdy wydawało im się, że mówią o śmiertelnie poważnych rzeczach. Ale słuchający ich dorośli nie zawsze podzielali to zdanie i często wówczas dochodziło do komicznych słów jakie stawały się potem zarzewiem zabawnych anegdotek.

                      - Ta pani z warkoczykami też lubi pająki i jest opleciona ich nićmi. A ta czarna wyda na świat niezwykły owoc. Tak mi się śniło ostatniej nocy. I Marisa bardzo je lubi. Mówiła, że były dla niej bardzo miłe i dobre. Dały jej bardzo ładny prezent ale mówiła, że przy braciach nie może mi pokazać. Powiedziałem, jej, że to nie szkodzi. A Thorne dzisiaj był bardzo zły. Chyba jest samotny i tęskni za jakąś panią. Zwyzywał mnie. Przestraszyłem się. A potem sprzątałem w lazarecie. Widziałem Annika. Ona jest zimna. Zimno patrzy. Chyba, że jest gorąca. Ale wtedy wszystkich bije i głośno krzyczy. Bo ona szuka kamienia. Takiego dużego. W lesie. Ale tu go nie znajdzie bo jest tutaj. Powiedziała, że wkrótce stąd wyjdzie i będzie robić co chciała bo teraz będzie mieć zniewoloną panią. Znaczy nie słowami tak powiedziała ale ja to wiem. Wiem różne rzeczy. Tylko mi się mieszają i mylą. Męczą mnie. Wolałbym tego wszystkiego nie wiedzieć i nie słyszeć, nie śnić, w dzień i w nocy. To skomplikowane. Za trudne. Dużo rzeczy. Zwariować można. To ja wracam do sprzątania bo obiecałem, że posprzątam podłogę. - jak się raz ulało z tą paplaniną no George gadał i gadał bez zająknięcia i zastanowienia. Co mu ślina na język przyniosła. Skakał po tych tematach i osobach bez ładu i składu, że trudno było się w tym wszystkim połapać co usłyszał, co widział, co mu się zdawało, co jest jego przemyśleniami albo mu się przyśniło czy zwyczajnie fantazjował.
                      - Też chciałbyś opuścić to miejsce, George? - postanowił trochę potrącać jego dziecięcą paplaninę. Jego wgląd w duszę innych była ciekawym aspektem szaleństwa.
                      - Mnie tu dobrze. Ale i tak opuszczę to miejsce. Gdy będzie do tego odpowiedni czas i światło mnie wezwie do siebie. - odparł z łagodnym uśmiechem i wziął ponownie trzonek miotły w swoje ręce i zaczął zmywać podłogę.

                      Otto kiwnął głową, postanowił pozostawić na tym sprawę.

                      - Oczywiście, nie będę ci przeszkadzał. Miłej pracy. - mnich opuścił pacjenta i ruszył na dalszy obchód.

                      *** Apteka Sigismundusa***

                      Po pracy w hospicjum Otto odwiedził Nurglitów.
                      Cieszyło go, że Wyrocznia przetłumaczyła na reszcie zwój, jednak kiedy zobaczył roszczeniowość aptekarza spojrzał na niego srogo.

                      - Pohamuj się, bracie. Dar Oster jest częścią planu Sióstr i naszych Patronów. Nie twoim prywatnym projektem, jak Loszka. Jeżeli Merga uważa, że musi pokazać całemu zborowi zawartość zwoju, to musi być coś istotnego. - mnich wypuścił powoli powietrze, aby się uspokoić - Jeżeli chcesz, mam informacje, które mogą cię zainteresować. Jeden z moich pacjentów, chyba wskazał potencjalną dawczynie łona, dla tych przepięknych jaj.

                      Aptekarz skrzwyił się, kręcił na boki główą, mamrotał, że wie i tak dalej, wszystkie te argumenty jakimi zarzucił go młodszy kolega znał i zapewne gdzieś do jego światłej logiki trafiały one do przekonania ale jego żądza wiedzy i wiary gnała go naprzód i bardzo żywiołowo reagował na wszelkie przeszkody i opóźnienia. Nawet jeśli pochodziły od wyroczni ze złotymi oczami i fioletowymi rogami jakie tak wielkie wrażenie robiły na Lilly a i sama Merga cieszyła się uznanym autorytetem w zborze jaką do tej pory miał tylko Starszy. Więc Sigismundus chociaż przyjął jej wolę do wiadomości i ją mimo wszystko zaakceptował to jednak z widoczną niechęcią i trudem. Dopiero ostatnia wiadomość młodzieńca wyrwała go z tej otchłani zniecierpliwienia, goryczy i przygnębienia. Zbystrzał jak hart który niespodziewanie tuż obok wyczuł świeżą krew łownego zwierza.

                      - O! Taakk? Masz ją? O! A kto to? Znasz ją? Bo ten twój zdechlak to mamrotał coś, że ma być bladolica i królewskiej krwi czy coś takiego. No mówiłem ci przecież, bladolice no to jeszcze jakąś bym znalazł ale z tą krwią to no chyba coś pomieszał.- zawołał podekscytowany grubas aż mu się oczka zaświeciły ale i tak zdążył wyrzucić z siebie szybko swoje wcześniejsze wątpliwości co do majaków Vigo. Strupas też przyszedł zwabiony głosami, pozdrowił Otto skinieniem swojej brzydkiej głowy ale stanął obok i ciekawie przysłuchiwał się rozmowie.

                      - Jeżeli dobrze go interpretuje. Fabienne von Mannlieb. Wczoraj Pirora, Fabienne i Lady Soria odwiedziły hospicjum. Pacjent dotknięty przez Vestę, jest najwyraźniej w stanie spojrzeć w duszę i los tego kogo widzi. Określił, że "Ta czarna", Fabienne ma czarne włosy "wyda na świat niezwykły owoc". Brzmi obiecująco.

                      - Aha… Ciekawe, ciekawe… A kto to do cholery jest Fabienne von Mannlieb? - aptekarz słuchał chciwie słów młodego mnicha i kiwał swoją byczą głową. Wydawało się, że połyka te słowa w całości. Ale na sam koniec zapytał o nazwisko które widocznie nie było mu znane.

                      - To ta od tego grubasa Pirory. Tego kupca sukiennego co im dostarcza stroje do teatru. Byli u nas na zborze raz czy dwa. Pod koniec zimy jak uwolniliśmy Mergę. On taki grubas jak nasz Karlik, ta jego krawcowa miała takie dwukolorowe włosy a ta druga czarne. Ona jest Bretonką, tylko się odezwie to od razu słychać. - tym razem ożywił się garbus i szybko przypomniał koledze gdzie i kiedy mógł ją widzieć. Ten w miarę jak słuchał zaczynał wolniej kiwać głową na znak, że zaczyna kojarzyć o kogo chodzi.

                      - A tak… Teraz sobie przypominam… No tak, byli… Tylko mieli maski. No i niezbyt mi sie wydali ciekawi. Przekładają się tylko z ladacznicami Łasicy to niezbyt mnie interesowali… Ale no tak, tak, teraz pamiętam, była jedna czarna. A ona jest bladolica? I królewskiej krwi? - aptekarz w miarę jak sobie uzmysławiał o kogo chodzi to i wracała mu pewność siebie. Popatrzył pytająco na kolegów.

                      - No bladolica to nie wiem… One to się pudrują to trudno powiedzieć. Ale jest szlachcianką no to nie wystarczy? - tym razem garbus co też raczej i w wzajemnością nie przepadał za grupą kultystek Węża też stracił rezon nie będąc tego taki pewny. Więc obaj popatrzyli pytająco na Otto.

                      - Powiedziałbym, że pasuje z bladolicością. Co do królewskości… to Bretonka, nie wiem jak wygląda bliskość ich szlachty z rodem, królewskim, ale pewnie ktoś, kiedyś, gdzieś się wymieszał. Może wystarczyć. Trzeba będzie przedstawić sytuację na zborze. Fabianne nie jest częścią naszej rodziny, ona i ten Grubson to nie zrzeszeni Slaaneshyci. Jest jednak obecnie, zabawką Sorii, córki Soren i chempionki Slaanesh więc, jej będzie musieli sprzedać pomysł zaaplikowania jej własności robali Nurgla.

                      - Ale po co pytać? Na pewno się nie zgodzi. Tak jak Łasica. One wszystkie są oporne. Ale sam słyszałeś, wola bogów. Nie ma co z tym dyskutować. Z tą Fabienne trzeba się rozmówić i to tak aby się zgodziła. A reszcie nic do tego. Zresztą! I tak szukamy łon do zarobaczenia to nawet jakby się nie okazała wyjątkowa to też będziemy do przodu. - aptekarz uśmiechnął się jowialnie do młodego mnicha ale widocznie po swoich kłótniach z Łasicą na ostatnim zborze na ten temat jego wiara w namówienie koleżanek do współpracy mocno podupadła. Ale owa Fabienne należała do grupy Grubsona a nie ich więc niejako była trochę z sąsiedniej bajki. Nawet jeśli prywatnie sporo i regularnie przystawała z ich kultystkami. Miłośnik eksperymentów więc wolał porozmawiać z samą zainteresowaną skoro chodziło o jej łono i nie mieszać w to jej koleżanek czy reszty zboru.

                      Otto pokręcił głową w dezaprobacie.

                      - Nie gramy tu w Wielką Grę, Sigismundusie Naszą misją, jest doprowadznie do powrotu sióstr. Cały zbór, Wojownicy Boga Krwi, Mędrcy Pana Zmian, Dewianci Węża i Nosiciele Chorób Ojczulka, musi działać razem, a nie przeciwko sobie. - mnich westchnął - Jeżeli jednak, to cię nie przekonuje. Soria jest córką jednej z czterech sióstr, wywyższonym championem. Sądzisz, że przeżyjesz jej gniew?

                      Wiara Sigismundusa musiała być wielka albo niezbyt sobie cenił Sorię jaka co prawda była piękną i elegancką damą ale wydawała się pozornie kolejną kultystką Węża pokroju Pirory. Ot, kolejna szlachcianka o hedonistycznym charakterze, zblazowana i znudzona jaką bawią tylko kolejne intrygi, bale, stroje i romanse. Ale można było to zrozumieć bo na zborach i spotkaniach w jakich uczestniczyła Herold Soren nie zdradzała jakichś nadzwyczajnych umiejętności jak choćby wówczas przy Wrakowisku gdzie bez trudy przybrała swoją dziewczęcą formę przechodząc z wężowej syreny. Więc zapewne nie wydawała się Sigismudusowi jakoś bardzo groźną przeciwniczką.

                      - Ja słyszałem, że ona umie się zmieniać w coś większego. Podsłuchałem ja te ladacznice mówiły jak wróciły z tym ich ołtarzem. No i podobno nie jest człowiekiem. Nie tak jak my. - Strupas za to jako urodzony żebrak i bezdomny wychowany na ulicy też nie był świadkiem tego wszystkiego ale miał sporą dozę instynktu samozachowawczego i jakimś pradawnym istotom wolał się nie narażać. Nawet jeśli pozornie wyglądały na kolejne, nudne hedonistki zajęte tylko przyjemnościami alkowy. Po namyśle aptekarz pokiwał wolno głową.

                      - No dobra. Niech ci będzie. Uważam, że to strata czasu bo wystarczyłoby ją zapłodnić i poczekać co z tego wyjdzie. Ale dobra, niech ci będzie. Ich jest więcej to zobaczysz, że zaczną się drzeć, narobią larum, strzelą fochem, poruszą cyckami i kuprami i będzie tak jak one chcą. Wszyscy się na to nabierają i im ustępują. Dlatego się tak panoszą i rozrastają jak czyrak. - aptekarz ostatecznie zgodził się poczekać z wszelkimi manewrami względem bladolicej Bretonki do spotkania ze zborem. Albo chociaż Sorią i Starszym. Wyglądało jednak na to, że niezbyt wierzy w ich zgodę na użycie Fabienne do takiego szlachetnego eksperymentu jaki chętnie by przeprowadził.

                      - Jak same nie chcą to by mogły chociaż jakieś zastępstwo znaleźć. Przecież my nie robimy tego dla siebie. Tylko dla całego miasta i zboru. Sam mistrz mówił, że to mamy wypuścić na balu czy czymś takim, żeby rozlać błogosławieństwa po tych tłustych, bogatych, nażartych ryjach jakie się pasą na naszym głodzie i krzywdzie. - garbus był mniej stanowczy ale widocznie też miał żal do koleżanek, że nijak nie wspierają ich w tym wysiłku roznoszenia błogosławieństwa Oster.

                      - No koledzy, a jak wy się przykładacie do szerzenia prawd Soren? Nie widziałem, abyście chodzili i rozlewali krew ku uciesze Khorna. Nie spodziewajcie się od innych, czego sami nie robicie. - mnich ponownie westchnął - Biedny Vigo, odszedł nie mogąc zobaczyć własnymi oczami piękna, które przepowiedział. Moglibyśmy przygotować go do pochówku… zastanawiam się, czy jeżeli jego ciało ciągle jest legowiskiem dla chorób Ojczulka, to czy pochowanie go w mało… szczelny sposób, mogłoby zakazić ziemię, ale wody gruntowe.

                      - Nas nie interesują takie wyuzdane zabawy jak one to robią non stop. - Strupas pozwolił sobie na okazanie intelektualnej wyższości nad grupą hedonistycznych kultystek.

                      - I tym razem chodzi o część planu z balem i tak dalej jaki nam zadał mistrz. A nie o coś co robimy dla tylko swojej przyjemności. - westchnął aptekarz nadal czując się pokrzywdzonym w tej sprawie, zwłaszcza przez ładniejsze i gładsze koleżanki.

                      - A ciało no mamy wciąż w piwnicy. Myślałem, że będziesz chciał je zabrać do hospicjum aby im pokazać czy coś takiego. - gospodarz machnął ręką jakby stracił nadzieję, że chociaż Otto przekona do swoich racji i zaczął omawiać sprawę pochówku pacjenta jakiego parę dni temu im przywiózł.

                      - Wody gruntowe to głęboko by kopać. To chyba jeszcze pod kanałami. Można by odkroić coś i wrzucić do którejś studni. Może ktoś coś złapie za błogosławieństwo zanim się zorientują, że woda zatruta. - zaproponował żebrak coś podobnego ale wymagającego o wiele mniejszego wysiłku.

                      - No ale to zależy od tego czy chcesz zabrać ciało czy nie. Jak trzeba jakiś kwit złożyć to lepiej zabierz aby się ciebie nie czepiali. - dodał życzliwie aptekarz aby kolega z powodu dobrych chęci nie miał jakichś kłopotów.

                      - Jak wygląda? Jeżeli jego stan mógłby stwierdzić na działania Ojczulka… będziecie musieli go oczyścić. - Otto westchnął - Przyjadę jutro z wozem, aby go przetransportować. - mnich wyglądał na zmęczonego - Pomyślcie o tym w ten sposób, znoszenie tych niedogodności, też jest metodą czczenia Ojczulka. Tak samo jak Nurgle jest panem Plag, Śmierci i Odrodzin. Jest też bogiem przeciwstawiania się trudnościom życia.

                      - No tak, tak, oczywiście masz rację Otto. Ot po prostu czasem chciałbym aby nasza rodzina patrzyła i traktowała nas nieco łaskawszym okiem. Sam widzisz, te ladacznice co chwila się przechwalają z kim nie skończyły w łóżku a jak trzeba jedną czy dwie skołować na eksperymenty to nagle woda w usta i nie ma tematu. No nic to. Może się uda jakieś skołować na mieście. Albo się odwiedzi naszych podziemnych przyjaciół? Też wzięli jedną tam do siebie nie? Może by się wymienili na coś? Zobaczymy. To nas nie powstrzyma, najwyżej trochę opóźni. Mam nadzieję, że Merga pójdzie po rozum do swojej ślicznie rogatej głowy i nie będzie tych przepisów trzymać w nieskończoność u siebie. - aptekarz machnął ręką zrezygnowany i nieco przygnębiony. Ale wziął się w garść i spróbował spojrzeć na to z jaśniejszej strony, jakby nawet przy braku wsparcia ze strony ladacznic też miał jakieś pomysły jak to obejść.

                      - A ten Vigo wygląda teraz lepiej niż kiedykolwiek! - zaśmiał się Strupas ze złośliwej uciechy jakby też chciał zmienić temat na jakiś przyjemniejszy. - Bardzo dojrzały! I tchnie słodką wonią rozkładu! Ale jeszcze jak to świeży zdechlak. Na dole chłodno to jeszcze nie zaczął się rozkładać na całego. Możesz go zabrać bez żadnych kłopotów, raczej jak widzieli w jakim jest stanie ci twoi ojczulkowie to nie powinni być zdziwieni. - powiedział radośnie na znak, że jemu samemu taki stan truposza odpowiada no ale rozumiał, że społeczeństwo ma odmienne od niego standardy piękna. I jego zdaniem spokojnie jutro kolega mógł go zabrać i bez wstydu pokazać braciom z hospicjum.

                      - Dziękuję chłopaki. Pracujcie dalej, a owoce waszych trudów będą dorodniejsze niż sobie wyobrażacie. - Pozostawił dwóch Nurglitów ich pracom i zaczął iść do karczmy na spotkanie z Joachimem. Przy okazji planował następny dzień. Rano będzie musiał zawieść Vigo do hospicjum i załatwić sprawę aktu zgonu. Potem dalsza obserwacja pacjentów, szczególnie Georga. Dar Tzeentcha może okazać się niebywałym źródłem wiedzy. Odwiedzi chyba jeszcze raz Pirorę i Lady Sorię, o ile nie chce działać za plecami Sigismundusa i Strupasa, ale podejrzewał, że może być bardziej dyplomatyczny niż dwójka sług Nurgla. Spojrzał w niebo, przypominając sobie powód przybycia do tego miasta. Tom Prawd, który otworzył oczy jemu i jego braciom, spłonął razem z jego dawnym klasztorem. Jednak jego treści są ciągle gdzieś w mnichu. W jego krwi, kościach, duszy… chociaż nawet pod czułym dotykiem najlepszego kata, nie byłby w stanie ich przywołać. Musiał znaleźć sposób, aby przypomnieć sobie te prawdy i przelać je na papier.


                      Karczma "Czarny Kogut"

                      Otto wkroczył wieczorem do karczmy, rozglądając się za Joachimem. Umówili się na spotkanie, więc najwyższa pora do niego doprowadzić. Usiadł naprzeciwko magistra z dwoma kuflami piwa.

                      - Bracie, miło cię znowu widzieć.

                      - Dziękuję, mi również, bracie - Joachim postawił przed sobą jeden z kuflów ale na razie nie pił.
                      - Ostatnio dużo się u nas dzieje, prawda? Byliśmy obaj na…- zawahał się na chwilę, odrobinę speszony - imprezie u Pirory, ale nie mieliśmy okazji porozmawiać. Ja pomogłem odnaleźć Sorię i ołtarz, a tym czym się ostatnio zajmujesz?

                      - Wiem, że nie partycypowałem za bardzo podczas waszych igraszek na plaży, ale też byłem przy znalezieniu Sorii, bracie. A tak… - Otto wziął głębszy oddech - Pomogłem Sigismundusowi odnaleźć ołtarz Oster razem z jego strażnikiem, darami i zwojami zawierającymi tajną wiedzę, zainicjowałem plan, aby wmieszać Sorie w populację miasta, rozpoznałem piątkę potencjalnych nowych kultystów w hospicjum i razem z Pirorą, Sorią i Fabienne wydostaniemy wkrótce trójkę z nich. - Otto nie przechwalał się tą listą, bardziej starał się wymienić wszystko, żeby nie zanudzać niepotrzebnie rozmowy - A co do imprezy u Pirory… nie sądziłem, że masz tego typu ciągoty.

                      Joachim rozszerzył oczy, zaskoczony. Wyglądało na to, że Otto ma osiągnięcia nie gorsze od niego, jeśli nie lepsze.

                      - No to gratulacje, mamy już w takim razie dwa ołtarze z 4, ja teraz zajmuje się odnalezieniem tego mi najbliższego. I mówisz że odnalazłeś aż 3 potencjalnych rekrutów w tym hospicjum? A wiesz, czy mają skłonności do konkretnych z naszych patronów?

                      Zaś co do moich ciągot….- zawahał się na chwilę, nieco zawstydzony.

                      - Przyjemności cielesne nie są dla mnie najważniejsze, ale to nie oznacza, że nie mają swoich zastosowań, byłem ciekaw tych praktyk.

                      - Dobrze jest poszerzać horyzonty. - zapewnił mnich - Co do skłonności. Jedna jest powiązana z Soren. Więc, Pirora i Soria ją przygarną. Druga ewidentnie słyszy Norrę, więc zobaczymy co z nią wyjdzie. Trzeci… może być po prostu zwykłym rozbójnikiem z kłopotami kontroli. Był jeszcze jeden, ale niestety nie żyje, umarł u Sigismundusa. Ten słyszał Oster. Mam jeszcze jednego, od Vesty, ale on ciągle jest w hospicjum. Obserwuje go bo ostatnio miał spokojny dzień.

                      - Hm, Vesty powiadasz? Chętnie bym się dowiedział o nim coś więcej w takim razie, może nawet spotkał. I jak trudno jest ich wydostać? - Joachim ewidentnie zainteresował się pozyskaniem ewentualnego współwyznawcy.

                      - Nie, jeżeli sakwę masz większą niż rozsądek. - rzucił Otto - Natomiast wciągać tam magistra… może, by się udało. Musiałbym ustalić to z przeorem.

                      - Spróbuj namówić przeora bym mnie tam wpuścił, docenię to - odparł dobitnie czarodziej, nie chcąc odpuścić tego tematu.

                      - Sądzisz, że twoja magia, byłaby w stanie zgłębić umysł dotkniętych szaleństwem? Potrzebuje powodu ponad, "Spotkałem maga, chce poszturchać Georga laską. Płaci". - zaczął Otto - To jest miejsce leczenie, więc muszę go przekonać, że twoja obecność pomoże.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Niedostępny
                        SantorineS Niedostępny
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #68

                        Oryginalny autor: Pipboy79

                        Oryginalny tytuł: Tura 20 - 2519.07.07; bkt; rano - popołudnie

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                        Czas: 2519.07.07; Backertag; ranek
                        Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pada deszcz, powiew, ziąb

                        Joachim

                        Dzień zaczął się dla Joachima bardzo wcześnie. Spał niespokojnie. Coś mu się śniło. Jak go obudziło pukanie do drzwi to przerwało. Ale może lepiej? To chyba nie był zbyt przyjemny sen. Jakieś mroczne, złowrogie kształty kłębiące się w ciemności. Takie widoczne ledwo kątem oka. A gdy się tam spojrzało nic nie było widać. Jednak gdy wznawiał marsz to znów je wyczuwał. Gdy się znów odwracał to nadal nic nie dostrzegał. Za każdym razem jednak gdy wznawiał marsz to coś było coraz bliżej. Miał wrażenie, że już jest na ostatni skok za nim, tuż przed wybiciem się do skoku aby rzucić mu się na plecy i mu je rozpruć gdy wybudziło go te pukanie. Jak rzucił okiem na okiennice to jeszcze była szarówka przedświtu. Jako, że miał wolny zawód a nie dajmy na to taka regularną pracę jak Otto to mógł sobie pozwolić na większą swobodę w rozpoczynaniu nowego dnia. Dlatego tak wcześnie to raczej nie wstawał. Pukanie ponowiło się. W końcu jak zezwolił to wszedł Gunther.

                        - Aaron przyszedł. Troche od niego zalatuje. Chyba ma kaca. - oznajmił mu ochroniarz w ramach powitania. Po tym jak się gospodarz przygotował na to spotkanie to rzeczywiście okazało się, że to były szary magister. Chyba rozczochrany bardziej niż zwykle.

                        - O jesteś. Dobrze. Szukałem cię. - powiedział nieco roztargnionym tonem ale szybko chwycił za kubek podany przez Svena i wypił go duszkiem. W spojrzeniu służacego było sporo sceptycyzmu co do widoku postaci jaka wyglądała niewiele lepiej jak jakiś żebrak. Mniej śmierdziała ale jednak zalatywało od niej winem i w całości nie wyglądała zbyt świeżo. Aaron jednak dał znać, że chce pogadać i poczekał aż Joachim załatwi im warunki do dyskretnej rozmowy. Wtedy dopiero jak zostali sami zaczął mówić.

                        - Ale miałem sen. Aż z łóżka spadłem. Naprawdę. A tam cholera była butelka i zobacz, rozciąłem sobie rękę. - powiedział pokazując świeże rozciecie na dłoni. Nie było zbyt poważne ale pewnie też nie był to najprzyjemniejszy sposób na rozpoczęcie nowego dnia.

                        - Froya mi się śniła. Wiesz ta ładniusia laleczka co to pół miasta się do niej ślini. Jej krew jest ważna. Potrzebna. Jakiś rytuał trzeba z jej krwią zrobić. Zdobyć jej krew i zrobić rytuał. Trzeba sprawdzić jej krew. Coś wtedy wyjdzie. Coś ważnego. Widziałem kielich z kroplami jej krwi, i świece, magiczne glify i wzory. No magiczny rytuał pełną gębą. Ale nie pamiętam co tam było. Tylko, że trzeba mieć jej krew i zrobić jakiś rytuał. To pomyślałem, że ci powiem zanim znów się nawalę i zapomnę. Wiesz jak to ze snami, najlepiej się pamięta na świeżo. Potem ulatują i pamięta się jeszcze mniej. Ja też czuję jak mi już uleciała część. Miałem iść do Mergi bo ona jest dobra w takie klocki. No ale do ciebie miałem bliżej. Może odsapnę, złapię oddech i do niej pójdę. Zanim resztę zapomnę. Ona jeszcze jest w mieście? Bo miała wypłynąć. No dobra jest w takie rzeczy. Może jej też coś się śniło? A tobie? Śniło ci się coś? A w ogóle masz jakieś wino? Zobacz co ten twój mi nalał. Już puste. I butelkę zabrał. Cham jeden. Co on myśli, że jakiś żebrak albo pijus jestem? Skołujesz coś do picia? Suszy mnie. - Aaron mówił szybko i bez większego ładu czy składu. Wydawało się jednak, że sen go na tyle poruszył, że mimo kaca którego zdawał się mieć, zmusił się do wyjścia o tak wczesnej porze i podzielenia się z kimś swoim snem. A do kryjówki Mergi pod zwaloną wieżą to rzeczywiście był jeszcze spory kawałek bo Joachim mieszkał w Zachodniej Dzielnicy i to prawie przy samych murach a jej kryjówka była w Południowej, dobre pacierz albo i dwa marszu. A ze snami szary magister miał rację z tym, że najlepiej je było pamiętać od razu po przebudzeniu. Potem zaczynała się proza codziennego życia jaka skutecznie rozpraszała te senne wrażenia zostawiając tylko niektóre, najbardziej trwałe momenty albo tylko ogólne wrażenie o co chodziło.

                        Po wizycie kolegi ze zboru to już była taka pora, że niekoniecznie było sens kłaść się znowu spać. Zrobił się ranek. Dość pochmurny. I z tych chmur zaczął padać deszcz. Więc nie było zbyt przyjemnie. Krople zbierały się w końcu na samym dnie miasta. Czyli na kamiennych łbach bruku i w rynsztokach. A tam gdzie nie było tych oznak cywilizacji to na śliskich od wilgoci i błota deskach położonych jako kładku lub po prostu w gnoju i błocie ulicy. Zanim zdążył się wybrać do Akademii pod front budynku przyjechała dorożka. A z niego wyszedł ktoś odziany w kaptur i zaraz potem dał się słyszeć dzwonek u drzwi. Po chwili wszedł jakiś jak się okazało służący w liberii.

                        - Dzień dobry. Nazywam się Paul i jestem sługą czcigodnego barona von Wirsberg. Jaśnie pan zaniemógł z powodu nocnej niemocy. A hrabina van Hansen polecała pana magistra jako astrologa więc pan baron po pana posłał. - służący przedstawił się z namaszczeniem a także swojego wielkiego pana jakiego reprezentował. Bo skoro ktoś był baronem to stał o oczko czy dwa wyżej od zwykłej szlachty. Brzmiało jakby chodziło o jakieś senne sprawy skoro posłano po astrologa a nie cyrulika. No i widocznie pan baron znał się z hrabiną van Hansen a więc pewnie i z resztą jej rodziny. Ale to właśnie lady van Hansen była zafascynowana astrologią i metafizyką. Więc kurtuazja podpowiadała, że nie wypada odmówić pomocy takiemu wezwaniu. Zapewne pan baron wspomni hrabinie jak się sprawił polecany przez nią astrolog.

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
                        Czas: 2519.07.07; Backertag; południe
                        Warunki: gabinet rektora, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, umiarkowanie

                        Joachim

                        Jak w końcu Joachim dotarł do północnych dzielnic gdzie znajdowała się Akademia to był już środek dnia. Poranny deszcz pozostawił po sobie błocko i kałuże ale na niebie świeciło pogodne słoneczko i skrzeczały mewy. Gdy znalazł się blisko nabrzeża dało się wyczuć morski, wilgotny zapach jaki zagłuszał ten z gnoju i błota jakim wypełnione były ulice. Chociaż to akurat i w samym Altdorfie aż tak się nie różniło. Gdy magister przeszedł przez frontową bramę znów znalazł się na recepcji i spotkał tam znajomego już skrybę. Phillippe przywitał go ciepłym uśmiechem więc widocznie nie zapamiętał wczorajszego wspólnego posiłku “Pod jabłonią” jako czegoś nieprzyjemnego.

                        - Pochwalony Joachimie. Jednak pofatygowałeś się osobiście? - zagaił go przyjaznym tonem. Poczekał aż podejdzie do jego biurka aby swobodnie rozmawiać.

                        - Mam dla ciebie dobre wieści. Poszedłem dzisiaj rano do naszego rektora i powiedziałem mu co wczoraj mówiłeś o tych magazynach i tak dalej. Profesor von Vogel potraktował to poważnie i poprosił posłać po ciebie. - poinformował go skryba i widocznie jak rektor posłał wiadomość do niego to być może się rozminęli. Ale skoro już tu był to na jedno właściwie wyszło. Phillippe powiedział mu jak to ma dojść do odpowiedniego budynku, piętra i gabinetu. Ale tam okazało się, że Joachim musi poczekać bo w tej chwili profesor prowadził zajęcia. Asystentka rektora zadbała jednak o jego wygodę proponując ciasteczka i coś do picia gościowi. Sama też wyglądała całkiem interesująco chociaż zachowywała się z umiarem stosownym do jej stanowiska i miejsca w jakim się znajdowali. Zaproponowała, że może się przejść na spacer jeśli ma ochotę bo rektor i tak musi dokończyć zajęcia dla studentów. Rzeczywiście sam profesor pokazał się ze dwa pacierze później. Szedł energicznie, mimo, że na oko to był pewnie ze dwa razy starszy od Joachima. Odziany w ciemną togę, niby prostą i bez ozdbó ale z bliska widać było, dyskretną elegancję wykonania. Jedyną ozdobą była złota brosza z bursztynem z logiem Akademii. Mężczyzna nieco łysiał ale energii mu widocznie nie brakowało. Asystentka przedstawiła gościa gospodarzowi a ten uśmiechnął się i podał mu rękę zapraszając do swojego gabinetu.

                        https://i.imgur.com/cSNTv27.jpg

                        - Kolega wybaczy, że musiał czekać. Służba edukacji wymaga poświęceń. Prosiłem aby posłali po kolegę i świetnie, że udało ci się tak szybko dotrzeć. - powiedział odkładajac jakieś księgi na regał obok jego biurka i kładąc torbę jaką niósł na ramieniu gdzies obok wygodnego krzesła. Zresztą samo biurko też wyglądało na takie jakiego w banku, dworku szlacheckim, czy na altdorfskiej uczelni też by się nie było czego wstydzić. I jak było widać dominowała tematyka morska co biorac pod uwagę profil miasta i uczelni nie powinno dziwić.

                        - Coś do picia? Mam nadzieję, że Angelica zadbała o twoje wygody? - zaproponował gospodarz wskazując na barek wypełniony sporą ilością butelek. - Polecam kislevski miód o jabłkowym posmaku. Palce lizać, ostatnio go dostałem i bardzo mi posmakował. Ale oczywiście co tam kolega sobie życzy. - zagaił jak wypadało dobremu gospodarzowi. Poczekał aż się na coś zdecyduje nim nie wręczył mu ozdobnego w malowane statki kubka a sam z podobnym zajął miejsce naprzeciwko.

                        - Dzieło naszych studentów. Częścią kursów, zwłaszcza dla cieśli i kowali jest wytwarzanie potrzebnych na statku narzędzi, mechanizmów i bibelotów. Między innymi takich kubków. A niektórzy naprawdę mają do tego smykałkę. Jak kolega widzi kubki w środku są okrągłe ale na zewnątrz kanciaste. Na morzu jak się przewrócą to się nie turlają po całym pokładzie jak takie okrągłe. - wyjaśnił pokrótce dlaczego te kanciaste, ośmiokątne kubki są drewniane i mają tak nietypowy kształt. Upił ze swojego kubka po czym spojrzał na swojego gościa z ciekawością. Właściwie to wcześniej Joachim już go widział tam czy tu na jakimś balu u van Hansenów, u van Zee czy nawet na jakiejś wystawie u Pirory i nawet chyba ktoś ich sobie już raz czy dwa przedstawiał. Ale po prawdzie na spokojnie to rozmawiali pierwszy raz.

                        - To co tam kolega ma za wieści? Bo to co mi rano powiedział Philipp no brzmiało powiedzmy, że zastanawiająco. Dlatego chciałem się rozmówić z kolegą osobiście. O co właściwie chodzi z tymi magazynami? - zagaił gdy przystąpił do właściwej rozmowy. Wydawał się być ostrożnie zaciekawiony ale chciał pozwolić gościowi aby przedstawił sprawę po swojemu.

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                        Czas: 2519.07.07; Backertag; popołudnie
                        Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnie

                        Joachim

                        Po powrocie z Akademii do siebie młody astrolog znów miał gościa. I tak jak wczoraj znów była to Lilly. Służący ją wpuścił a wesoła dziewczyna o liliowych włosach i ciut infantylnym ale za to wesołym charakterze mutantka weszła do pomieszczenia.

                        - Mam wieści. Od Mergi i od Starszego. - zaczęła gdy poczekała aż zostaną sami. Po czym szybko streściła co miała do powiedzenia. Dziewczynom nieźle poszło rozpoznanie świątyni Mananna i uznały, że sprawa jest do załatwienia. Więc potrzebowały pomocy reszty zboru w zorganiozwaniu akcji. Dziś wieczorem w kryjówce pod wieżą miało być spotkanie. Trzeba było obgadać szczegóły jak się zabrać do tego świątynnego skarbu.

                        - A poza tym Starszy dzisiaj do nas przyszedł. I oboje uznali, że z tymi zwojami Oster to jednak trzeba rozmówić się na spokojnie. Bo jak już świątynia będzie zrobiona to znów się całe miasto zagotuje to może nie być czasu na jakieś wykłady. To lepiej teraz. I zobaczymy kto przyjdzie bo to trochę niespodziewanie ale i tak sporo osób powinno przyjść bo dziewczyny chcą omówić jak zrobić ten domek. Znaczy świątynie. Ale jakby nie to jutro też można. Merdze i Starszemu zależy aby to usłyszał cały zbór to jakby się sprawa przeciągnęła do Angestag to może Merga te zwoje omówi wtedy. Ale to częściowo zależy własnie jak sprawa pójdzie z tą świątynią. Jak będzie sporo osób to może i dzisiaj to czcigodna omówi. - Lilly przekazała mu wieści od najwazniejszej dwójki w ich zborze. Wyglądało na to, że będzie wieczorem o czym rozmawiać skoro chodziło i o rabunek skabrca świątynnego i o omówienie dziedzictwa Oster. Ale też zależało to od tego kto i ilu przybędzie dzisiaj bo trochę to mało czasu było na przygotowania i zapewne nie wszyscy by mogli przybyć tak nagle. Prawie na koniec dodała trochę chyba rozbawiona, że jeszcze zanim mistrz przyszedł do ich podziemi to przyczłapał się Aaron. Ale był tak nawalony, że jego mamrotania nie dało się zbyt wiele zrozumieć. Tylko, że coś o Froyi, i krwi, i że już to wyjaśniał Joachimowi i ten wszystko wie. A potem się ululał. Więc no Merga wywnioskowała, że pewnie rozmawiał wcześniej z drugim z ich magistrów to też prosiła aby ten przybył i to jakoś rozjaśnił. Bo potem co prawda szary czarodziej wstał ale pamiętał jeszcze mniej niż rano.

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                        Czas: 2519.07.07; Backertag; ranek
                        Warunki: hospicjum, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pada deszcz, powiew, ziąb

                        Otto

                        Ranek zaczął się dla jednookiego nieco mniej wcześniej niż ostatnio. Bo tym razem nie miał żadnych spraw do załatwienia przed swoją poranną zmianą w hospicjum. Za to mimo deszczu miał całkiem miłą niespodziankę z rana.

                        - Pochwalony ojcze. Proszę umiłuj się nad skruszoną ladacznicą i wyznacz jej surową pokutę aby mogła konteplować swoje grzechy. - rzekła mu słodko uwodzicielskim tonem stojąca w drzwiach Burgund. Znów była ubrana w ten biały czepek i szaroburą suknię po same kostki, że wyglądała jak młoda, pokorna dewotka. Nawet jej słowa pasowały do jej ubioru. Tylko ton był jawnie kpiący i kokieteryjny co w połączeniu z bezczelnym uśmieszkiem łotrzycy jawnie wypaczało sens tych pokornych słów. Ale jak się okazało kamratka Łasicy nie przyszła dla przyjemności tak wczesną porą. Okazało się, że tak jak wczoraj była na robocie.

                        - Łasica już poszła na jutrznię. Ja też zaraz idę ale się spóźnię. Do zrobienia ten domek. Sprzątałyśmy wczoraj także piwnicę i widziałyśmy tych dwóch cieci od morrytów. Stoją tam jak kołki i tylko się gapią. Trochę ich zagadywałyśmy, pokręciłyśmy kuperkami, no Łasica to tak im się ślicznie wypinała jak na czworakach zmywała podłogę, że nic tylko zadrzeć jej spódnicę i brać aż wióry by leciały. I to przez cały korytarz! Coraz bliżej do nich bo od schodów zaczęła. A ci nic. No szkoda. Byłoby może nieco zabawy. Ale nic to. Widziałyśmy te drzwi, z paru kroków ale jednak. Solidne, mocne zamki ale chyba byśmy dały radę. Zwłąszcza jakbyśmy miały klucze. Ale te kołki nie mają. Pewnie przeor ma albo dowódca straży. A coś mi chyba świta, że on Bretończyk i sobie ostatnio po mszy poćeirkali co nieco z naszą Fabi w swoim języku. Będziemy musiały z nią pogadać czy coś by się dało ugrać z nią z tymi kluczami. Nam by chwila wystarczyła, żeby je zdjąć i zrobić odbitkę. Niech się na coś przyda ta landara jak ma przyjemność bycia naszą niewolnicą prawda? Przecież nam się też coś należy za to, że ją ciągle biczujemy, kneblujemy, poniewieramy i pozwalamy całować się po stopach prawda? - Burgund całkiem szybko streściła mnichowi jak to wczoraj im obu poszło to buszowanie po świątyni. I jej ekscytacja świadczyła, że uważają za sprawę do zrobienia. Chociaż było jeszcze parę przeszkód do pokonania. I nieco ironicznie podchodziła do uległych preferencji bretońśkiek szlachcianki chociaż w gruncie rzeczy brzmiało jakby też czerpały sporo satysfakcji z takich z nią zabaw.

                        - No i tutaj też prośba do ciebie. Dałbyś radę z tego swojego hospicjum wynieść coś nasennego? Bo jak tych kołków poczęstowałyśmy wczoraj posiłkiem i winem to wzięli i jedli. Jakby im dodać czegoś na zdrowy sen to by nam ułatwiło całą robotę. Tylko takie coś co nie zmienia smaku, zapachu, nie zostawia żadnego nalotu i tak dalej. Nie musi być na dzisiaj no ale jak najprędzej. Pewnie można by pójść do Sigismundusa bo na pewno ma coś takiego ale nie ufamy mu, że czegoś nie dosypia aby chwalić swojego Ojczulka a poza tym jest obleśny. Znaczy jak chcesz to możesz iść do niego no ale nam się nie bardzo chciało. - wyjaśniła wreszcie jakiej pomocy oczekuje od Otto. Ten zaś wiedział, że apteka i umiejętności ich nurglowatego kolegi prawie na pewno mają coś czego by potrzebowały dziewczęta na tą akcję. Ale widocznie niechęć była u obu stron dość odwzajemniona. Zaś w hospicjum oczywiście mieli rózne ziółka i wywary, także do uspokajania pacjentów. Chociaz jakby zawęzić do tego aby nie pozostawiało śladów to znacznie mniej. Zapewne musiałby udać się do herbarium i sprawdzić co by mieli na stanie. I to zapewne tak aby nie natrafić na jakiegoś podejrzliwego brata. A akurat najczęściej urzędował tam brat Theofil który traktował ziołolecznictwo jako sztukę iście królewską i najważniejszą ze wszystkich w ich hospicjum a herbarium jak swój prywatny skarbczyk. Zapewne by trzeba jakoś to załatwić jak go akurat tam nie będzie albo podać mu sensowny powód dla jakiego by potrzebował takich nasennych ziół w większej ilości. W każdym razie Burgund spieszyła się aby dołączyć do Łasicy i dalej pod przykrywką skruszonych grzesznic prowadzić rozpoznanie pod planowaną akcję. Nie była pewna kiedy skończą, wczoraj ich Absalon zwolnił dopiero pod koniec dnia, ale potem zamierzały się udać do kryjówki Mergi bo już pewnie trzeba by zacząć jakieś planowanie.


                        W samym zaś hospicjum wieści o śmierci Vigo przyjęto ze spokojem. Jego śmierć nie była zaskoczeniem biorąc pod uwagę w jakim był kiepskim stanie. Więc braciszkowie chyba podobnie oceniali jego szanse jak Sigismundus po tym jak Otto mu go przywiózł. Przeor pokiwał głową ze zrozumieniem i kazał oporządzić wóz, osiołka i pojechać młodemu mnichowi po ciało. To mu zabrało większość poranka jazda w jedną i drugą stronę. No a w międzyczasie widział się ze swoimi kolegami nurglitami.

                        - Wiesz Otto. Mnie może wczoraj trochę poniosło. Ja to jakbym mógł to bym zaczął z tymi jajami Oster od razu. Strasznie mi się dłuży. To mogę się czasem zapomnieć. Ale ty jesteś swój chłop. Weź tam pogadaj z Mergą, Starszym, nawet z tymi ladacznicami. O tej Fabienne, muchach i reszcie. Ty jesteś spokojniejszy. Ja też jestem ale nie jak mi na czymś zależy. A na tym zależy mi, że już wysiedzieć nie mogę. Nie śpię po nocach i o tym myślę. A teraz jak mówisz, że znalazłeś taką obiecującą nosicielkę no to już w ogóle. A się tam z nimi dogadujesz to weź tam z nimi o tym pogadaj co? - poprosił go dzisiaj rano aptekarz gdy widocznie przemyślał wczorajszą rozmowę. I nawet się zrobił dosć ugodowy gdy mógł złapać do sprawy nieco dystansu. Chociaż sam zdawał sobie sprawę, że ta gorączka wiedzy i wiary jaka go napędza gdy weźmie nad nim górę to robi się porywczy i prędki w słowach. Jak tydzień temu gdy się podczas zboru starł z Łasicą i szybko zaczęły lecieć grube słowa i wzajemne oskarżenia. Ale póki co pomógł Otto w załadowaniu ciała Vigo aby ten mógł wrócić do hospicjum.


                        Po powrocie było ostatnie namaszczenie. Wezwano kapłanów Morra i zapanowała lekka konsternacja gdy przybyła kapłanka a nie kapłan. Do tego całkiem młoda. I pewnie większość braci ją rozpoznała jako Matkę Somnium. Tą jaka przyjechała z Salzenmundu na symboliczny pogrzeb księżnej. Kapłanka roztaczała wokół siebie chłód godny jej kapłańskiego stanu i patrona. Odprawiła ostatnią mszę za zmarłego. Miała silny ale przyjemny głos. Głos lidera i dyrygenta chóru. Dawało to spory kontrast do jej młodej twarzy. Zwłaszcza jeśli poza mszą prawie się nie odzywała więc trudno było usłyszeć jak mówi w zwykłej rozmowie. Po mszy przeor rozmawiał dłuższą chwilę z tak znamienitym i niecodziennym gościem. Bo zapewne wszyscy się spodziewali, że przybędzie któryś z lokalnych kapłanów i pojawienie się młodej kapłanki wszystkich mocno zaskoczyło. Chociaż podczas ostatniego Festag jej obecność i udział w uroczystościach pogrzebowych były nie do przegapienia. W pewnym momencie przoer wezwał do siebie Otto.

                        - To właśnie jest Otto. To on zawiózł Vigo w ostatni Festag do znajomego aptekarza. Niestety ten też nie był w stanie mu pomóc. - przedstawił kapłance młodego mnicha a ta obrzuciła go uważnym, inteligentnym spojrzeniem swoich orzechowych oczu.

                        - Miło mi cię poznać Otto. Troska o pacjenta godna pochwały. Wasz przeor mówił mi o zamieszaniu jakie tu mieliście w ostatni Festag. - morrytka pochwaliła skromnymi słowy działanie jednookiego mnicha. Okazało się, że gdy mówiła tak zwyczajnie miała całkiem przyjemny, dziewczęcy głos. Całkiem inny niż gdy śpiewała psalmy żałobne czy głosiła kazanie.

                        - Matka przyjechała nas ostrzec, że taka nieprzyjemna sytuacja jak w zeszły Festag może się niestety powtórzyć. Wkrótce. - przeor powtórzył coś co widocznie właśnie rozmawiał z kapłanką i widać było, że to nie są dla niego radosne wieści. Przecież dopiero co kończyli remont po ostatniej rozróbie! Niektórzy pacjenci jak Annika czy Thorne wciąż byli w izolatkach a Marika chodziła w karnej włosiennicy. A tu przyjeżdża ta kapłanka i mówi takie coś… Ale część morrytów była też uzdolnionymi wieszczami, w końcu ich patron był także odpowiedzialny za sny, także te prorocze.

                        - No niestety. Chciałabym mieć lepsze wieści ale… No są jakie są. Pomyślałam, że lepiej abyście byli uprzedzeni. - młoda morrytka przyznała z żalem ale chociaż nie były to radosne wieści to jednak chciała się z nimi podzielić z przeorem.

                        Później jednak ciało Vigo załadowano na wóz i ubrana na czarno kapłanka ruszyła pierwsza jako skromny kondukt żałobny dla byłego pacjenta hospicjum w jego ostatnią drogę do ogrodów Morra. Zaś życie w przybytku dla ciężko chorych i obłąkanych wróciło do względnej normy.

                        Thorn się uspokoił na tyle, że ograniczył się do patrzenia spode łba jak Otto do niego zajrzał. Ale to spojrzenie i tak było warte więcej niż setka słów. Na tyle charakterystyczne, że zapewne nie byłoby zbyt rozsądne dla jednookiego mnicha aby znalazł się w zasięgu pięści osiłka. Annika prawie nie istniała poza swoją celą. Posłała mu obojętne spojrzenie i na więcej się nie pofatygowała. Nadal nie sprawiała żadnych kłopotów ale karę izolacji miała tygodniową czyli dopiero w Festag miała opuścić tą celę. Podobnie zresztą jak Thorne. Marika wydawała się zaś ucieleśnieniem pracowitości i pokory. Bez słowa skargi chodziła w swojej ocierającej ciało włosiennicy i wykonywała wszelkie prace na terenie hospicjum. Głównie takie ciężkie i niewdzięczne jak zmywanie garów, mycie i szorowanie schodów i podłóg, pranie ciuchów i tego typu prace jakich minisi się nią chętnie wyręczali. Grzecznie przywitała się z młodym mnichem uśmiechając się do niego dość zalotnie. Ale póki nie reagował to nie wychodziła ze swojej roli pracowitej robotnicy. No i był jeszcze ten dziecięcy przygłup George jaki wydawał się być nieszkodliwym idiotą. Dzisiaj bawił się klockami jakie któryś z braci mu zrobił z odciętych kawałków taborecich nóg. Powstały mniej więcej równe kostki jakie George z mozołem i fascynacją układał jak klocki. Też przywitał się z mnichem ale poza tym nie wydawał się być nim bardziej zainteresowany niż swoimi, drewnianymi kostkami. Ciągle je przestawiał, układał, stawiał jedne na drugich jakby to całkowicie pochłaniało jego uwagę.

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
                        Czas: 2519.07.07; Backertag; popołudnie
                        Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnie

                        Otto

                        Poranna zmiana w hospicjum kończyła się pod koniec dnia. Nieco krócej niż były otwarte większość sklepów i warsztatów bo te pracowały póki starczyło światła dnia. Otto nie miał tak daleko od siebie na Bursztynową bo ta dochodziła do Marktplatz w centrum miasta. A zimą właśnie tam udało się młodej Averlandzce kupić kamienicę po naprawdę dobrej cenie bo miała opinię nawiedzonej i przeklętej.

                        Dzisiaj drzwi jak zwykle otworzyła mu ładna i zgrabna pokojówka panny van Dyke czyli Kristeen. Przywitała go jak należy, zaprowadziła do przedsionka i tradycyjnie poprosiła aby poczekał. Potem poszła na piętro do swojej pani zapewne powiedzieć kto przyszedł. Szybko wróciła i z pogodnym uśmiechem poprosiła aby udał się za nią. Tam, w salonie gdzie gospodyni zwykle przyjmowała gości zastał je obie. I jeszcze Lilly która ostatnio często robiła za kuriera Mergi skoro z nią mieszkała w podziemnej i nieco zatęchłej kryjówce pod zwaloną wieżą. Pokojówka wyszła a trójka kultystów została sama. Obie damy zajmowały się właśnie sobą. Dokładniej to gospodyni starannie malowała paznokcie stóp swojej milady. Na ciemny fiolet. Lilly przyglądała się temu z jawną fascynacją. Ale jak wszedł pomachała mu wesoło rączką na przywitanie.

                        - Witaj Otto. Jak ci zleciał dzień? Jak się sprawują nasi wybrańcy? - zagaiła Soria pogodnym i wesołym tonem zdradzającym, że jest w dobrym humorze. I zachowywała się nonszalancko i swobodnie jakby to ona była tu władczynią i wszystko oraz wszyscy tutaj należeli do niej.

                        - No. Opowiadaj. I co cię do nas sprowadza? - blondynka podniosła głowę i też obdarzyła go zaciekawionym spojrzeniem i ciepłym uśmiechem. Obie wydawały się być zaciekawione losem trójki wybranych do adopcji pacjentów.

                        - Lilly poczęstuj Otto. Na pewno mu zaschło w gardle od tego kurzu. - zaproponowała Soria znów zachowując się jak pani na włościach i swojej rezydencji. Ale jakoś żadna z pozostałych kultystek nawet się nad tym nie zająknęła. Kopytna odmieniec skinęła posłusznie głową i ruszyła do niewielkiego, eleganckiego stolika z butelkami aby zaproponować coś gościowi na zwilżenie gardła.

                        - Aha i Lilly ma wieści od Mergi i Starszego. Dziś wieczór zebranie. Łasica i Burgund są przy nadziei, że uda się zrobić ten domek Mananna. Właśnie poszły do Mergi a ona wysłała Lilly. Wieczorem jest zebranie tam pod wieżą. Trzeba obgadać co kto może z tym numerem. - Averlandka mówiła dość wolno aby znów mogła się skupić na precyzyjnym malowaniu paznokci swojej milady. Ta pomagała jej w tym nie ruszając się, zwłaszcza nogami.

                        - I Starszy jednak przekonał Mergę, że jeśli będzie okazja czyli jak większość z nas się stawi to jednak wyjaśni nam o co chodzi z tymi papirusami od Oster. Bo jak w mieście po tej robótce dziewczyn w domu bożym zrobi się głośno to może nie być okazji na jakieś dłuższe pogaduchy tylko trzeba się będzie pakować na statek i jazda do Norsci. - Soria dorzuciła swoje wieści jakie widocznie im przyniosła kopytna dziewczyna z liliowymi włosami. Ta nimi potrząsnęła na potwierdzenie i podeszła do Otto z eleganckim szkłem wypełnionym trunkiem jaki sobie życzył.

                        - Przyszła też wiadomość od Grubsona. - Averlandka zanim namoczyła pędzelek barwnikiem wskazała na otwartą kopertę leżącą na stole. - Na jutro zaprasza na przymierzanie tej zamówionej sukni. Dobrze. W sam raz. Jakby Soria była z niej zadowolona mogłaby ją ubrać na wieczór u Kamili. Będziemy ją czarować. Może znów dla niej straci głowę jak dla Rose skoro ma słabość do wyjątkowych kobiet z dalekich stron i dzielnych awanturniczek. Już rozmawiałam z Fabi i obiecała pomóc robić to wrażenie. - wyjaśniła jakby przypomniała sobie o ich planach na jutro. Słysząc to dama z ciemnymi, grubymi warkoczami jaka była dość nietypową fryzurą zaśmiała się cicho.

                        - Oh ja jak chcę to na każdym mogę zrobić wrażenie tak, że tracą dla mnie głowy. Rzadko ktoś mi się potrafi oprzeć. I rzadko ktoś próbuje. Widziałaś wczoraj Annikę? A taka twarda i zła, zbuntowana była i zimna i w ogóle. A tylko ją musnęłam. No ale ma to jednak swoje ograniczenia i jak mamy się obyć bez skandalu to lepiej aby Kamilka dała się złapać na lep po dobroci. To by wszystko bardzo ułatwiło. Skoro jednak z tą Rose było tak jak mówisz to jestem dobrej myśli. - Herold Pajęczej Królowej pozwoliła sobie na okazanie nieco próżności ale wydawała się być pewna siebie i swojego zwycięstwa nad ciemnoskórą szlachcianką do jakiej były zaproszone na jutro wieczór. Lilly uśmiechnęła się na te słowa ale Pirora już całkiem śmiało i szczerze. W końcu ona towarzyszyła wczoraj milady podczas wizyty w hospicjum więc była świadkiem tego co tam się działo.

                        - I chyba wreszcie wymyśliłam jak skusić Fabi na właściwą stronę. Lilly mnie natchnęła jak opowiadała o tej opiece nad Gustawem. Taki duży chłopiec a tak się tam sam marnuje w ogóle nie używany w tych podziemiach. A jak Fabi tak lubi egzotykę, poznawać nowe smaki i aż przebiera nóżkami aby poznać Gnaka i jego kolegów, jakoś nie raziło jej jak w żartach zaproponowałam jej spróbowanie się z jakimś pieskiem czy koziołkiem, to myślę, że i z Gustawem nie powinna wybrzydzać. Troszkę się zastanawiałyśmy czy to bezpieczne bo trzeba by go kanałami przemieścić do mnie do loszku tym dolnym wejściem. To jest trochę roboty. No i trzeba by poczekać aż mu te ziółka uspokajające zejdą aby był w pełni sił. A trochę nie wiadomo co może wtedy zrobić. I czy mu tam wszystko działa jak należy po tak długim czasie. I czy zrozumie czego od niego oczekujemy. No ale milady mówi, że ma na to sposoby i w razie czego pomoże i obroni. Więc chyba mamy plan na niespodziankę dla Fabi. Nie wiem czy w ten Konistag się wyrobimy ale jak nie to w Festag albo Wellentag. Bo w Aubentag to już pełnia, w dzień byśmy wyjeżdzały z miasta. A jak się z Gustawem nie wyrobimy to zostanie na później, może po tej pełni. - Pirora pochwaliła się koledze jaki ma plan na niespodziankę dla swojej uległej, bretońskiej koleżanki. Soria pokiwała głową na znak, że to akceptuje i w razie czego pomoże.

                        - Tylko jeszcze czekamy na nasze urocze łotrzyce bo szkoda aby je ominęła taka zabawa. Ale oczywiście ty też byś był mile widziany gdybyś uraczył nas swoją gościną i atencją. - dodała od siebie milady bo wyglądało to na tak świeży pomysł, że jeszcze nie zdążyły go obgadać nawet z obiema ulicznicami nie mówiąc już o innych.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Niedostępny
                          SantorineS Niedostępny
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #69

                          Oryginalny autor: Seachmall

                          Ranek, mieszkanie Otto

                          - Pochwalony. - odpowiedział kobiecie, równie poważnym tonem mężczyzna - Pokuta, pokuta… oh, załóż jak najciaśniejszą bieliznę, tak aby uciskała gdzie trzeba. I nie wyżyj się cały dzień na nikim. Pamiętaj, przyjemność nie jedyna strona Węża i nie jedyna strona przyjemności. - skinął kobiecie głową i wysłuchał jej opowieści o poczynaniach jej i Łasicy w świątyni - Cieszy mnie wasz profesjonalizm dziewczyny, sądzicie, że uda wam się znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego? Dobrze by było zrzucić winę na kogoś. - zastanowił się chwilę na pytanie co do środków nasennych - Może uda mi się coś załatwić, zawsze możecie pójść do Sigismundusa, zacieśnić więzi wewnątrz rodziny.

                          Sądząc po tym jak się Burgund skrzywiła to niezbyt miała ochotę na wizytę i spotkanie z Sigismundusem ani na zacieśnianie z nim więzów rodzinnych. I innych chyba też nie. Ale poza tym reszty słów gospodarza wysłuchała całkiem chętnie i uważnie.

                          - A właśnie z tym kozłem ofiarnym. - zaczęła jakby słowa jednookiego mnicha o czymś jej przypomniały. - No jak zrobimy ten numer z ich skarbczykiem to pewnie ich to ruszy tak jak zimą po kazamatach. Będą szukać świętokradców i tak dalej. No to braciszek Absalon raczej nie zapomni o tobie jak nas jemu przedstawiłeś. To najwyżej mów, że nas nie znasz i przyszłyśmy do ciebie po mszy w ostatni Festag czy co. My będziemy gadać, że jesteśmy z Salzenmundu i przyjechałyśmy na turniej ale jak odwołali i śmierć księżnej to nas ruszyło i tak dalej. Dobrze pójdzie to będą szukać jakichś oszustek właśnie tam. Ale jak znikniemy zaraz po włamie to raczej to powiążą. A jak nas to i ciebie. Więc nie bądź zdziwiony jak cię będą o nas pytać po tym numerze. - koleżanka ostrzegła kolegę o tym jakiej rakcji może się spodziewać gdyby akcja z obrabowaniem świąntynnego skarbca z ich wotów uzbieranych jako dar dla czci zmarłej księżnej - matki.

                          - A pokuta ojcze zrobię co w mojej mocy aby uzyskać przebaczenie. Nie wiedziałam, że takie ciekawe pokuty zadajesz to może bym przychodziła częściej. - na zakończenie pozwoliła sobie na weselszy komentarz do tego o czym rozmawiali na początku. Uśmiechnęła się do tego nieco krzywo, wesoło i zadziornie co stało w jawnym kontraście do jej świątobliwego stroju pokornej i bogobojnej mieszczki.

                          - Niestety, nie jestem jednym z lokalnych kapłanów, aby wydawać pokuty w ich imieniu. Jednak taka kara, jak sądzę będzie odpowiednia. I dzięki za ostrzeżenie. Nie będę cię zatrzymywał, przed twoimi obowiązkami. Pozdrów Łasice ode mnie.


                          Południe; Hospicjum

                          Mnich przyjął komplement kapłanki z pokorą, jej słowa o kolejnym ataku szału widocznie wzbudził w nim niepokój, jednak nie z powodów, o których myśleli przeor i kapłanka.

                          - Jeżeli mi wolno, Najwyższa Matko, skąd pochodzi twoje ostrzeżenie? Nie kwestionuje go oczywiście, chciałem wiedzieć czy są jakieś znaki, na które powinienem uważać?

                          - Przeczucie. Wyczuwam aurę tego miejsca. I mieszkańców. U innych słabiej u innych mocniej. W takich miejscach jak to, gdzie jest wiele śmierci, bólu, tragedii i cierpienia to nie jest niczym niezwykłym. Ale tu jednak mimo wszystko jest coś jeszcze. Zwłaszcza u co niektórych pacjentów. Miałam dobre przeczucie, że tu przyjechałam. A jak mi przeor opowiedział co tu sie u was działo w ostatni Festag to myślę, że to niestety nie koniec. - kapłanka Morra odpowiedziała swoim melodyjnym, cichym i poważnym tonem wskazując na przeora tego przybytku na znak, że z nim rozmawiała o tym wcześniej. Ten nie wyglądał na zachwyconego taką wróżbą, przepowiednią czy diagnozą ale przyjął to do wiadomości.

                          - Dziękujemy za ostrzeżenie czcigodna matko. Zrobimy co się da aby zapobiec albo chociaż ograniczyć skutki takich wypadków. - westchnął jakby już zaczął się szykować w myślach, że te straty jakie dopiero co kończyli sprzątać i porządkować, te siniaki, pobicia, krwiaki jakie już zaczynały w większości schodzić znów mogą się pojawić na masową skalę jeśli zdarzenie miałoby wyglądać podobnie jak w ostatni Festag.


                          Popołudnie; Kamienica Pirory

                          - Witaj czcigodna. - przywitał się z Sorią głębokim ukłem - Witaj Piroro. Lilly, miło ciebie znowu zobaczyć moja droga. - Otto westchnął na pytanie o swoim dniu.
                          - Musieliśmy pochować dotkniętego przez Oster. Procesji przewodziła ta kapłanka co przybyła na pogrzeb Księżnej. Ostrzegła nas o kolejnych atakach obłędu, więc obawiam się, że bogowie południa mogą zaczynać ruchy przeciwko naszej sprawie. - miał już odpowiedzieć na pytanie co go sprowadza, kiedy wspomniały o Fabianne delikatnie się zająknął

                          - O.. o Fabianne właśnie mi chodzi i nie są to… najprzyjemniejsze wieści. Proszę się nie martwić, nie jest zdrajcą, tajną inkwyzytorką tylko udającą, że jest tak lubieżna ani nic takiego. George, jeden z pacjentów, których nie spotkaliście jest dotknięty przez Vestę. Najwyraźniej wczoraj was przez chwilę zobaczył i zobaczył więcej niż tylko powierzchowną formę w swoich snach. Pierwsze co powiedział to "Ta pani z warkoczykami bardzo lubi pająki i jest opleciona ich nićmi", wzbudziło to o tyle moją ciekawość… no najwyraźniej to nie były zwykłe majaki kogoś w gorączce szaleństwa. Drugie co powiedział jest powodem mojego przyjścia. "Ta czarna wyda na świat niezwykły owoc"... pamiętacie projekt Sigismundusa z jajami much od Oster? I jak kobiece łona są potrzebne w tym procesie? - postanowił pozwolić kobietom samym dopowiedzieć sobie resztę sytuacji.

                          Trójka kobiet różnie przyjęła słowa kolegi ze zboru. Zwłaszcza jak dotyczyły różnych spraw. Z początku było lekko i przyjemne gdy się nawzajem przywitali. Ale potem zaczęło się robić poważniej.

                          Relacja o zachowaniu młodej morrytki sprawiła, że obie kultystki spojrzały na siedzącą wygodnie Sorię. Pokiwały głowami, że kojarzą o którą kapłankę chodzi. “Ta czarna” no i trudno ją było przegapić jak była jedynym kapłanem ze stolicy, jedyną kobietą wśród nich, jedną z tych co prowadziły mszę żałobną ku czci księżnej no i do tego chyba wszystkich zaskoczył młody wiek i wygląd Matki Somnium. Jakoś stereotypowo to kapłani boga snu i śmierci kojarzyli się, ze starszymi, czerstwymi mężczyznami.

                          - I nasza młoda czarnulka przewiduje kolejne kłopoty u was w hospicjum? Ciekawe. Zadbaj proszę Otto aby naszym wybrańcom nic się nie stało. Albo nakłoń przeora aby jak najszybciej przekazał ich do nas. To nawet jakby też ulegli temu szaleństwu to już u nas, w domowych pieleszach. - Soria pokiwała swoją głową z granatowo - czarnymi włosami splecionymi w liczne warkocze. Co wydawały się co jakiś czas poruszać same z siebie.

                          - A kto wie? Może jakby tam zostali i znów coś nabroili to przeor by tym chętniej i prędzej się ich pozbył? Ehh… Albo na odwrót. Przemyślałby, że to zbyt niebezpieczne aby ich wypuszczać na zewnątrz. - Pirora sama nie była pewna czy taki atak szaleństwa mógłby okazać się ich sojusznikiem czy przeciwnikiem w wydobyciu interesujących kandydatów na członków zboru do ich tajnej rodziny.

                          - Może zapytać Mergi? Albo Joachima? Oni też się znają na wróżbach i takich tam. Zresztą jemu też zaniosłam zawiadomienie o spotkaniu dzisiaj. No a jak wy też przyjdziecie to samo możecie zapytać Mergę. - Lilly zaproponowała coś od siebie co wydawało się o tyle sensowne, że i tak chyba by mieli coś w rodzaju przedwczesnego, dodatkowego zboru dzisiaj skoro tych spraw wraz z szykowaną akcją w świątyni oraz wyjazdem wyroczni do Norsci robiło się coraz więcej do omówienia czy załatwienia.

                          - I Fabi to jak mówisz Otto, jestem pewna, że nie udaje i uwielbia te nasze wyuzdane zabawy w loszku. Inaczej nie rozmyślałabym aby jej proponować Gustawa albo zabierać ją na spotkanie z Gnakiem. - Averlandka prychnęła rozbawiona myślą, że ich bretońska koleżanka miałaby tak długo udawać te wszystkie grzeszne przyjemności jakie z nimi tak często dzieliła. Sama zaś uwaga rozbawiła je wszystkie więc chyba nie brały pod uwagę możliwości, że Frau von Mannlieb miałaby ich w jakiś sposób oszukiwać czy wystawić.

                          - Mówił ten twój George, że widzi pajęczyny wokół mnie? - zapytała zaciekawiona Soria dając znać Pirorze aby dokończyła malowanie ostatnich paznokci. Ta wróciła do tej czynności ale słuchała tego co się dzieje.

                          - Może wyczuwa jakieś aury. Albo los. Albo widzi przeszłość czy przyszłość. Jakby był związany z Vestą to całkiem możliwe. Mnie Marisa zaciekawiła. Wydaje mi się też mieć interesującą aurę. Ale jeszcze nie jestem pewna. Dlatego chciałabym ją mieć dla siebie aby ją sprawdzić na spokojnie. - wspomniała przy okazji coś o czym nie mówiła po spotkaniu w hospicjum. Ale skoro podobny temat się pojawił to rzuciła tą uwagą.

                          - A te jaja Oster no pamiętam. Ględził o tym na ostatnim zborze. Dla mnie to obrzydliwe. Na pewno się nie zgodzę na coś tak ohydnego. - Pirora prychnęła z pogardą i obrzydzeniem na wspomnienie o niezbyt subtelnych metodach przekonywania aptekarza jakim się wykazał podczas ostatniego spotkania. Widocznie pomysł nie przypadł jej do gustu podobnie jak Łasicy. Nawet jeśli wtedy to właśnie łotrzyca niejako jako liderka całej grupy najgłośniej i najwyraźniej spiłęła się wtedy z aptekarzem doprowadzając do takiego zacietrzewienia, że Starszy musiał interweniować. Blondynka chociaż była subtelniejsza i lepiej wychowana od koleżanki to jednak w tej sprawie wydawała się ją popierać.

                          - Pomijając, że tak powiem walory estetyczne. To jednak mam wątpliwości czy to bezpieczne. W końcu chodzi o coś co zaprojektowała Oster. A wiadomo komu się ona poświęciła. Gdyby chodziło o zabawy we wsadzanie w te łono różnych przyrodzeń i innych ciekawych rzeczy to ja zwykle jestem chętna i z tego co widzę to dziewczęta również. No ale tutaj chyba widać, że to całkiem inna kategoria. - odezwała się rozłożona na krześle milady dając znać, że chociaż sama była zwolenniczką eksperymentowania z kobiecymi łonami i nie tylko to jednak w innych celach i intencjach. Nawet jeśli bogobojni obywatele choćby pokładanie się ze zwierzoludźmi uznaliby za obrzydliwe i godne ukamienowania czy spalenia na stosie.

                          - Poza tym w Fabi jest coś znajomego. Trochę, żałuję, że tak ją ostatnio ignorowałam. Ale jak jutro będzie u Kamili na spotkaniu a pojutrze odwiedzi nas na lekcje językową to może będę mogła ją sprawdzić dokładniej. Chodzi mi nie tyle o nią samą bo jestem pewna, że się wcześniej nie spotkałyśmy. Ale mimo to, coś w niej jest znajomego. Zastanawiam się czy też nie jest jakimś potomkiem Sorii. Nie tak bezpośrednio jak ja oczywiście. Ale w bardzo rozwodnionym pokoleniu. Albo kogoś takiego jak moja czcigodna matka. Może ktoś z jej przodków coś, kiedyś zabawiał się podobnie i to zostawiło jakiś ślad. A może nie. Może mi się wydaje. Nie jestem pewna. Dlatego chce ją sprawdzić. Gdyby się okazało, że mnie przeczucie nie myli to by ładnie wyjaśniało skąd ma takie nas interesujące ciągotki. - Soren rozmówiła się nieco więcej, jakby dzieliła się z nimi swoimi przemyśleniami jakie kłębiły jej się w głowie. Obie kultystki słuchały jej z zaciekawieniem tego się chyba nie do końca spodziewając.

                          - Ja tam ją lubię. Zawsze była dla mnie bardzo miła. Mówiła, że jestem naznaczona łaską Węża. Ale u nas Opal, nasza wiedźma, ona zawsze mówiła, że bogowie mają plany dla swoich śmiertelników i ci mają je wykonywać a nie z nimi dyskutować. Bo to chodzi o coś większego niż oni. - Lilly zwykle mniej się udzielała, zwłaszcza w tak zacnym towarzystwie ale na koniec jednak dorzuciła i swoją opinię na ten temat.

                          Otto westchnął. Dobrze, że Sigismundus zgodził się, aby reprezentować tą sprawę przed częścią kultu oddaną Wężowi. Pewnie teraz rzuciłby kilka kiepsko dobranych słów i skończyłby w loszku Pirory. Ucieszyła go wypowiedź Lilly, ktoś bardziej rozumiał gdzie stoją w tej wielkiej grze.

                          - Oczywiście rozumiem, czcigodna, jednak jeżeli mogę. Nasza rodzina działa, aby sprowadzić wszystkie siostry, nie tylko Soren. Fabianne, o ile rozumiem wasze przywiązanie, nie jest częścią zboru, a to czyni ją potencjalną ofiarą w naszej sprawie. - mnich ponownie westchnął, wiedząc, że taki argument nigdzie go nie zaprowadzi. Postanowił innego podejścia - Jednak, może zaciekawi cię taka możliwość. Proszę wyobraźcie sobie taką wizję, Fabianne spędzi ostatnie swoje dni czując cierpienie i obcość w łonie. Może przeżyje, może nie. Jeżeli przeżyje, jej łono będzi zrujnowane, jeżeli idzie o źródło przyjemności. Taka tortura sprowadzi ją na nowe drogi poszukiwania przyjemności, może szerząc podobne cierpienie na innych. Jestem przekonany, że Wąż przychylnie by spojrzał na takiego sługę.

                          Trójka kobiet zamilkła na dłuższą chwilę gdy każda z nich trawiła słowa jednookiego mnicha.

                          - No co prawda ja szukałam możliwości aby dostarczyć Fabi nieznanych jej do tej pory przyjemności aby wreszcie mnie traktowała jako swoją główną panią a nie tego jej spaślaka no ale dlatego myślałam o tym spotkaniu z Gnakiem i teraz wymyśliłam tego Gustawa… No ale robaki? I to tam w środku? Na co mi ona będzie potrzebna czy przydatna jak będą z niej wychodzić robaki? Ja jej wtedy nie dotknę. - Pirora pierwsza przerwała milczenie ale dalej dało się wyczuć, że jest sceptyczna. Widocznie dalej była chętna aby zaspokoić swoje ambicje przez przekierowanie hierarchii bretońskiej czarnulki kto miałby być dla niej kochaniem numer jeden no ale ten pomysł o jakim od tygodnia mówił Sigismundus to widocznie wydawał jej się zbyt ekstremalny.

                          - U nas jest jedna dziewczyna. Ona zawsze była słaba i chorowita. To obiecała, że jak jej Ojczulek pomoże to mu będzie służyć. Może ona by się zgodziła na te jaja. - odezwała się Lilly wtrącając się na krótko w rozmowę widząc, że sporo osób ma tu dość rozbieżne poglądy a chyba nie chciała nikomu podpaść.

                          - Owszem to byłaby całkiem interesująca próba dla Fabi. Ale nie wiem czy by ją przeżyła. Poza tym mamy na to słowa tylko tego twojego kolegi z hospicjum. Przydałoby się coś jeszcze co by wskazywało akurat na wyjątkowość Fabienne. Chociaż rzeczywiście masz rację Otto, możemy przestać być takie samolubne i poszukać jakiś nosicielek. Z tego co widzę to wy, moje dwórki, macie całkiem sporo obiecujących znajomych. Kogoś powinno dać się znaleźć, może nawet namówić. Ale wstrzymałabym się z decyzją do tego co powie Merga. Skoro już mówi, że przetłumaczyła te zwoje to mam nadzieję, że coś się wyjaśni. - Soria najdłużej się zastanawiała próbując chyba spojrzeć na to wszystko z nieco wyższej perspektywy. Ostatecznie co prawda nie wykreśliła definitywnie bretońskiej dwórki z listy kandydatek do noszenia tych jaj Oster ale wolała poczekać na to co udało się odcyfrować rogatej wyroczni ze zwojów.

                          Otto odetchnął. Dobrze, że Soria widziała, że misja jest ważniejsza, niż ich prywatne zachcianki. Uśmiechnął się.

                          - Dziękuję, czcigodna. Nie jest to decyzja, którą chciałbym, abyś podejmowała po jednej rozmowie ze mną. I oczywiście, to co Merga, odkryła w zwojach, jak najbardziej może pokazać nam niuanse planu Oster. Zawsze też, możecie zażądać coś od Sigismundusa w zamian za ofiarowanie Fabianne. Dobry test na jego oddanie sprawie i źródło rozrywki dla was. Jednak to jest rozmowa na przyszłość. Och! - mnich pstryknął palcami coś sobie przypominając - Marisa lubi pająki. George mówił, że rozmawiał z nią i się przyznała do tego i że "będzie kiedyś miała takie duże". Więc sądzę, że dziewczyna naprawdą jest oddana tobie, czcigodna. Co do Anniki… czar prysł, o ile miałaś na nią wpływ podczas, Bóg Krwi najwyraźniej uznał za urazę, twoje próby i wywołaj w dziewczynie nie lada oburzenie tym co jej mówiłaś i z nią zrobiłaś.

                          - O. Czyżby? - Soria prychnęła jakby uwaga o reakcji Anniki ją szczerze ucieszyła i rozbawiła. Pirora zaś skończyła malować jej paznokcie u stóp i wstała aby rozprostować kości i podała Lilly buteleczkę z pędzelkiem aby ta odstawiła ją na stolik. Obie też wydawały się zaciekawione wieściami o pacjentkach hospicjum no i reakcji Sorii.

                          - Właściwie to nie wiem czemu ci południowcy tak bardzo nas nienawidzą i zwalczają. Jeszcze inni patroni no to w ten czy inny sposób jawnie działają na ich szkodę. Przynajmniej oni tak sądzą. Ale my? My tylko zaspokajamy naszą ciekawość. I ciekawość innych. I nie miałybyśmy tylu sukcesów gdyby druga strona była taka czysta i cnotliwa jak to głośno mówi. Nawet ja mam swoje ograniczenia. I gdy mi się trafi ktoś prawdziwej wiary, ktoś prawdziwie oddany swojej miłości, bogu, wierze to nawet ja niewiele mogę poradzić bez uciekania się do prymitywnej przemocy czy zastraszania. Na szczęście taki prawdziwych wiernych jest bardzo niewielu. - herold Soren pozwoliła sobie na nieco dłuższy wykład, początkowo wydawał się on niezbyt związany z pacjentką o jakiej rozmawiali.

                          - Czyli mogłam rozbudzić żądze w Annice ale te które już w niej gdzieś tam się tliły. Ale jak z balowaniem przez całą noc. Na drugi dzień jak się wytrzeźwieje to przychodzi kac, także ten moralny, wstyd, zgorszenie, poczucie winy. I wtedy dobrze jest zwalić winę na innych. Na przykład na jakąś wyuzdaną wiedźmę co nas zaczarowała ale my w gruncie rzeczy jesteśmy tylko ofiarą bo tak naprawdę jesteśmy dobrymi ludźmi. Nawet nie wiesz jakie to powszechne na całym świecie. Od czasów mojej matki przerabiam to na tysiące sposobów. Nudne do obrzydzenia. Chociaż z drugiej strony całkiem pociągające deprawować po raz kolejny nową osobę. - powiedziała wesołym tonem jakby miała spore doświadczenia w takich relacjach jakie opisywał Otto o agresywnej pacjentce.

                          - To znaczy, że ona… - Lilly zaczęła ale urwała trochę niepewna co to właściwie wszystko znaczy.

                          - Myślę, że dziewczę jest bardzo samotna. I nie ma tam zbyt wielu rozrywek. Nikt nie widzi w niej kobiety tylko zagrożenie. Dlatego tak chętnie i łatwo mi uległa jak ją tylko troszkę doceniłam i musnęłam. Ale możesz to sam sprawdzić. Okaż jej nieco zainteresowania albo znajdź kogoś kto to zrobi. I myślę, że wyniki mogą być bardzo interesujące. Jakoś nie widziałam aby prychała ze złością na myśl o niemoralnych propozycjach Fabienne. A tam coś chyba o wspólnych kąpielach było. Jak dla mnie to jest po prostu samotna i nie ma kto jej dogodzić. Mogę jej zrobić tą przyjemność jak już będzie tutaj. Na razie jednak jest zamknięta tam u was więc dostęp do niej mamy utrudniony. - Soria mówiła jakby była przekonana, że rozgryzła Annikę i jakoś niezbyt dowierza aby różniła się zestawem zachowań od innych osób jakie spotkała wcześniej podczas swojego nienaturalnie długiego życia.

                          - Jej… To się nie mogę doczekać aż ona wyjdzie. Teraz trochę żałuję, że to ja jej nie wzięłam na służbę. Ale Fabi chyba nie będzie egoistką i się podzieli nowymi zabawkami. Zwykle jest dość gościnna. - Averlandka sapnęła trochę jakby z żalu, że to nie jej przypadła wojownicza pacjentka hospicjum. Ostatecznie jednak jak miały tak dobre relacje z bretońską szlachcianką to i tak się zapowiadało na sporo, wspólnych zabaw, także z nową świtą z hospicjum.

                          - A Mariska mówiła o pająkach? To też ciekawe. Moja matka lubiła pająki. W końcu Pajęcza Królowa to jedno z jej imion oraz form. Możliwe, że właśnie w tej formie i imieniu możemy się jej spodziewać skoro to się tak objawia. Poza tym moja matka wysługiwała się różnymi, pomniejszymi sługami, także pająkami. Większymi niż takie zwykłe. Obdarowywała nimi swoje sługi, szpiegowały dla niej, walczyły i ginęły dla niej. W końcu była ich królową roju. Może tak się objawia Marisie. Oj tak, będę z nią miała o czym rozmawiać jak już będzie na wolności. - uwaga na temat wężowej pacjentki też wzbudziła jej ciekawość. Wydawało się, że uznała ten trop za całkiem obiecujący. Obie jej dwórki też słuchały tego z dużym zainteresowaniem.

                          - Może to nie jest pająk. Ale myślę, że może dostarczyć jej nieco rozrywki. - powiedziała biorąc jeden ze swoich warkoczy w rękę. Ten zmienił się w małego węża o błyszczącej gadziej skórze. Soria szarpnęła go lekko tak, że odpadł jakby był tylko lekko przyczepiony. Po czym podała go Otto w wyciągniętej dłoni. Mały gad mienił się na ciemnych łuskach tęczowym odblaskiem od dziennego światła, uniósł nieco gadzi łeb przez co wyglądał trochę jak te wizerunki częściowo rozwiniętych węży jakie na łonie miały wytatuowane ich obie łotrzyce.

                          - Jeśli zaś chodzi o tą sprawę z jajami Oster w naszej Fabi to nie wiem czy Sigismundus miałby coś równie interesującego na wymianę. Ale zobaczymy. Poczekamy co Merga powie. Gdyby to chodziło o nasienie naszej Sorii to bym się nie wahała. To byłby zaszczyt i przyjemność. Sama bym się temy chętnie oddała i mam nadzieję, że moje dwórki by mi nie przyniosły wstydu. No ale jak to ma być coś od Oster no to cóż… - czcigodna przyznała, że chyba trafiło o potencjalnie najbardziej kontrowersyjną z sióstr i patronów jakie najmniej jej się kojarzyły z czymś pięknym, atrakcyjnym i podniecającym. Za to z cierpieniem, umieraniem i rozkładem.

                          - Właśnie. Poza tym Fabi jaka jest to jest. Sporo z nią zabawy mamy. Te narzekanie na nią to takie tam gadanie. Na pewno nie życzę jej śmierci albo, żeby ją zeżarły jakieś robaki. - Pirora też dorzuciła od siebie resztę swoich wątpliwości jakie miała co do pomysłu ofiarowania koleżanki na taką sprawę.

                          Otto wsłuchał się w dywagacje kultystek, och jak cieszyło go, że owieczki w trzodzie Starszego rozważają takie problemy. Oznacza to, że jest dla nich większa nadzieja, niż zwykłe stopnie na drodze kogoś lepszego. Przyjął dar od Sorii, i delikatnie umieścił gada w kieszeni blisko ciepła swego ciała.

                          - Jeżeli chodzi o opozycję z jaką kult Slaanesh spotyka się na południu, to mam chyba odpowiedź. - zaczął mnich - Oficjalnie chodzi o powierzchowne rzeczy. Nadmierna chuć jest grzeszna no i ciekawość, czasem można zaspokoić cierpieniem innych "niewinnych". Prawda jest taka, że Wielka Czwórka stawia lustro przed ludzkością, pokazując im kim są naprawdę. A południe brzydzi się własnego wnętrza, sądząc, że cywilizacja wytrzebiła tak proste i prymitywne potrzeby. Tak jak powiedziałaś, czcigodna, po przeciwnej stronie ludzie są równie skorzy do niegrzecznych czynów, jak nie jeden z twoich podwładnych. Kłamią jednak przed sobą i innymi, mówiąc, że wcale nie oddaliby się każdej pokusie, która ciekawi ich ciałą. Oddaliby się, ale "nie uchodzi", "co pomyślą inni?", "co pomyśli kościół". Znajdują odpowiedzi w fałszywych bogach południa, ale nigdy nie uciekną przed tym czym są i dlatego, w końcu, wrócą do nas. Do morderców, mutantów, hedonistów i trędowatych. My wiemy kim jesteśmy i nie brzydzimy się tego i jeżeli porównacie nas i ich. Kto wydaje się szczęśliwy?

                          - Dokładnie. Dlatego lubię ludy północy. Z nimi można grać w otwarte karty, że tak powiem. Chociaż te wieczne zimno jakie u nich panuje mi nie sprzyja. Wolę cieplejsze klimaty. Ale nie obawiajcie się moje córki i bracia. Prędzej czy później zwyciężymy. I zagnamy te ich zabobony do klatki. Wreszcie zapanuje wolność i swoboda bez ich durnych zasad i przykazań. - Soria pokiwała głową do słów Otto i przeciągnęła się rozkosznie. Ten zaś odczuł jak mały wąż chętnie i z wprawą wsunął mu się do kieszeni i tam od czasu do czasu trochę się ruszał.

                          - No właśnie. Co do deprawacji to jutro wieczorem mamy spotkanie u Kamili. Ona już do nas podeszła po ostatniej mszy no i zapowiedziałam jej, że ją odwiedzimy na tych wieczorkach poetyckich u niej. Będzie można porozmawiać i zaprezentować naszą czcigodną. Fabi pewnie też będzie. Zwykle jest. Może będzie jakiś postęp w szerzeniu tych naszych kochanych dewiacji i deprawacji. - Pirora uśmiechnęła się uderzając w przyjemniejsze tony jutrzejszego spotkania pań i panien z towarzystwa jakie tradycyjnie odbywały się co tydzień u panny van Zee.

                          - Też jestem ciekawa. Zobaczymy jakie rybki będzie można złowić w tej ławicy. - herold uśmiechnęła się jak kot na myśl, że wkrótce dotrze na miejsce gdzie buszują tłuściutkie myszki.

                          - Życzę wam powodzenia. - odparł Otto - I dziękuję, że przyjęłyście moją wizytę i wysłuchałyście problemów i kazań. - uśmiechnął się - Nie będę wam przeszkadzał dalej, jestem pewny, że macie dużo planów jeszcze na resztę dnia. Mogę tylko mieć prośbę droga Piroro. Bardzo chętnie bym ujrzał Lilly z pomalowanymi paznokietkami i może kopytkami? Na pewno by to też ucieszyło naszą kochaną podopieczną.

                          - O. - dziewczęta też już chyba szykowały się aby się pożegnać z kolegą ale jego ostatnia wzmianka nieco je chyba zaskoczyła. Bo spojrzały na siebie z zainteresowaniem.

                          - Bardzo interesujący pomysł. - pochwaliła Soria uśmiechając się lekko i przyjemnie.

                          - Chciałabyś Lilly? - zapytała gospodyni wskazując na niedawno odłożoną na stolik buteleczkę.

                          - Tak być ładnie pomalowana? Jak księżniczka? Znaczy ten… Jak szlachcianka? No pewnie, że bym chciała! No i na fioletowo. Lubię ten kolor. Opal mówi, że to jeden z ulubionych kolorów mojego patrona. I kolor płodności. I mówi też, że ja jestem bardzo płodna. Bo już tyle u nas dziewczyn zbrzuchaciłam, że to niejeden chłop tyle nie narobił. - Lilly wyglądała na ucieszoną taką propozycją. I się aż zapomniała z tymi szlachciankami i księżniczkami. Bo z tego co trochę Otto już sam pamiętał z początków swojej kariery w tym zborze a trochę jak mu opowiadali ci co byli tu przed nim to początkowo dziewczyna z liliowymi włosami chyba sądziła, że w mieście to mieszkają same księżniczki ale z czasem okazało się, że ma dość infantylne i mylne wyobrażenie o miastach. Było to nawet zrozumiałe bo Neus Emskrank była pierwszym do jakiego trafiła, innych nie widziała nawet z daleka. Pół roku później dzięki obcowaniu ze zborem miała już całkiem sporą wprawę w poruszaniu się po mieście. Ale widocznie w takich chwilach ekscytacji nadal się potrafiła zapomnieć.

                          - No dobrze, to daj ten flakonik i siadaj. Zrobimy cię na księżniczkę. Zobaczysz, jak pojedziemy do Mergi to wszyscy rozdziawią japy ze zdziwienia. - Pirora uśmiechnęła się łagodnie i dała znać mutantce, żeby się ustawiła jak trzeba i chętnie się nią zajmie.

                          Otto kiwnął głową trójce na do widzenia, pozostawiając Lilly w czułych dłoniach Pirory i ruszył do domu. Jutro czeka go trochę pracy.
                          W hospicjum zobaczy jak idą plany wypuszczenia Thorna, Anniki i Marisy. Sprawdzi jak się czuje George i pomówi z Przeorem o wpuszczeniu Joachima.
                          Następnie? Świątynia. Musi przyjrzeć się tej kapłance Morra. Jej obecność może być niebezpieczna, a jej niecodzienność intryguje.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #70

                            Oryginalny autor: Lord Melkor


                            Joachim nie wstał w dobrym humorze. Ten sen o jakieś złowrogiej, śledzącej go sile był dość niepokojący. Jako czarownik i astrolog zdecydowanie nie mógł takich kwestii bagatelizować. Czyżby to było ostrzeżenie przed jakimś zagrożeniem którego nie był świadomy? Popijając poranny napar zastanawiał się czy nie popełnił ostatnio jakiegoś błędu, na przykład przy ostatnim spotkaniu z kapłanami i szlachcicami u van Hansenów? Najchętniej zamknął by się w domu na parę tygodni i zajął badaniami, niestety jego rola w tym mieście i w Zborze wymagała od niego więcej.

                            Ucieszył się nawet na przybycie Aarona, które wytrąciło go z ataku mrocznych i paranoicznych myśli. Ale uśmiech zszedł z twarzy astromanty gdy wysłuchał nieco bełkotliwego wywodu o śnie który się przytrafił temu opijusowi.
                            Zmrużył oczy, próbując ułożyć sobie to w głowie, a następnie wyjął z biurka w gabinecie notatnik, z którego wyrwał kartkę.

                            - Takie rzeczy najlepiej zapisywać od razu, zapiszmy więc twój sen. Mi też śniło się coś niepokojącego, jakiś mroczny cień za mną podążał. Jesteśmy obaj adeptami mistycznych sztuk i podążamy ścieżką Pana Przemian, kto wie taki sen nie jest jakiegoś rodzaju znakiem lub ostrzeżeniem. Ale dlaczego akurat krew Froyi ma być potrzebna do jakiegoś rytuału? Nie wiem co jest aż tak w niej szczególnego? Musimy być tutaj ostrożni, ona jest ważną osobą w mieście i dyskutowaliśmy nawet na temat możliwości jej zwerbowania. Zastanawiam się, czy ten sen ma coś wspólnego z artefaktami Sióstr, z których dwa z 4 już odnaleźliśmy, czekamy aż Merga przetłumaczy Zwoje Oster..... - czarodziej stwierdził że faktycznie warto to wszystko przeanalizować z przywódcami Zboru, choć niekoniecznie w tym momencie.


                            Kiedy odzedł Aaaron, nie dało by mu dane odpocząć bo od razu pojawił sie kolejny gość, sługa barona von Wirsberga. Chodziło o jakąś "nocną niemoc", czyżby więcej mieszkańców miasta źle dzisiaj spało, także ci bogobojni i prostoduszni? Nie wiedział, czy będzie w stanie pomóc, ale skoro chodziło o rekomendację hrabiny van Hansen, to nie mógł też tak po prostu odmówić. Powinien postarać się zrobić dobre wrażenie.

                            -Ależ oczywiście, nie jestem wprawdzie wykwalikowanym medykiem, ale zrobię co mogę, by pomóc waszemu Panu. Możemy od razu pojechać do Barona, w międzyczasie proszę powiedzieć więc o tej "niemocy" i o tym co dokładnie się stało. Następnie nakazał słudze poczekać i poszedł przebrać się w swoje najlepsze szaty, ozdobione gwiezdnymi symbolami jego Kolegium. Najpierw czekała go wizyta u arystokraty, a potem może i w Akademii, musiał więc się odpowiednio prezentować.


                            Rektor Akademii robił dobre wrażenie człowieka zarazem profesjonalnego i uprzejmego. Czarodziej podziękował za poczęstunek wyśmienitym kislevickim miodem. Powiedział też kilka uprzejmości na temat Akademii i o tym, że aparatura do badań astronomicznych i astrologicznych którą tutaj miał okazję zobaczyć była całkiem imponująca, a przecież jako astrolog znał się na tej dziedzinie.

                            Po wymianie uprzejmości postanowił przejść do sedna:

                            - Wykonuje w waszym mieście pewne zadania jako miejscowy rezydent Altdorsfkiego Kolegium. Nie mogę zdradzać wszystkich szczegółów tej sprawy, natomiast w oparciu o znaki odczytane z gwiazd i inne dostępne mi źródła, uważam że w mieście działają mroczne siły, wrogie naszemu porządkowi i imperialnemu ładowi. Siły te ujawniły się podczas ostatniej zimy, atakując więzienie. Znaki które ostatnio odczytałem, doprowadziły mnie do waszej znamienitej Akademii, wskazując na jakiś przedmiot natury mistycznej znajdujący się prawdopodobnie w waszych magazynach. Chciałbym się mylić, natomiast w tej sytuacji miałbym prośbę o dopuszczenie mnie do magazynu, bym mógł sprawdzić czy faktycznie jest tam coś potencjalnie niebezpiecznego, czy to samo z siebie, czy to w rękach niegodziwych ludzi.


                            Wieczorem okazało się że ten dzień nadal będzie bardzo intensywny, oto przybyła Liliy z wieściami o nagłym spotkaniu. Joachim podziękował sympatycznej mutantce i powiedział że może stawić się dziś wieczorem. Był ciekaw wieści o zwojach Oster. Natomiast niepokoiło go nieco przyspieszenie planów obrabowania świątyni Mananna. Martwił się, że mogło to popsuć jego plany zdobycia artefaktu Vesty...tym bardziej więc chciał trzymać rękę na pulsie.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #71

                              Oryginalny autor: Pipboy79

                              Oryginalny tytuł: Tura 21 - 2519.07.07; bkt; wieczór (1/2)

                              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Halabard; kryjówka Mergi
                              Czas: 2519.07.07; Backertag; wieczór
                              Warunki: piwniczna wilgoć, światła lamp i świec, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, chłodno

                              Wszyscy

                              W podziemnej jadalni jaka najczęściej była miejscem zborów odkąd pod koniec zimy zamieszkała tu Merga stopniowo robiło się gwarno i tłoczno. W miarę jak się schodzili poszczególni kultyści. To spotkanie było dość niezapowiedziane ale ostatnich mieli ich całkiem sporo. Prawie codziennie. Wydawało się, że im bliżej jest termin odpłynięcia rogatej wyroczni do jej mroźnej i dzikiej ojczyzny tym więcej spraw jest do załatwienia. A większość braci i sióstr tej wypaczonej rodziny została powiadomiona dzisiaj w dzień przez Lilly jaka z kolei ostatnio często była kurierem do przekazywania wieści od czcigodnej, wyroczni o niesamowicie złotych oczach. Przez ostatnie pół roku kopytna kultystka nieźle wprzęgła się w miasto, sprawy zboru i najczęściej mieszkała pod zwaloną wieżą jaka była kryjówką wieszczki z północy więc nieźle się sprawdzała w roli posłańca.

                              Dzisiaj pierwsze chyba były obie łotrzyce i Onyx. Bo przyszły od razu po swojej pokornej i bogobojnej pracy w głównej świątyni tego miasta a po drodze zgarnęły rudowłosą hedonistkę jaka pracowała w zamtuzie. W końcu one zdążyły rozmówić się z Mergą i wysłać w Lilly w roli kuriera. Pod wieczór dotarła Soria, Pirora i Lilly jaka już po wyjściu Otto widocznie została na Bursztynowej. I jak się okazało panienka van Dake przyłożyła się do roboty bo Lilly była odstawiona jak nigdy. Ciemnofioletowa suknia zapewne należała właśnie do blondynki z Averlandu. I pasowała do tak pomalowanych paznokci. Do tego w ciemności mogła uchodzić za czarną lub ciemną co nie gryzło się za bardzo z wymogami żałoby po księżnej. Do tego jeszcze mutantka miała ufryzowane włosy, jakąś kolię, bransoletki, kolczyki więc wyglądała jak jakaś błękitnokrwista koleżanka averlandzkiej szlachcianki. Zresztą milady herold także ale ta wyglądała i czuła się w towarzystwie jak ryba w wodzie. Ta odmiana tej ubranej zwykle jak jakaś szwaczka czy inna robotnica koleżanki nie przeszła niezauważona w towarzystwie. Chociaż każdy reagował na swój sposób. Najgoręcej i najgłośniej to chyba obie łotrzyce.

                              - Oh ale cóż za piękna dama raczyła nas odwiedzić! Na kolana ladacznice! Wielka pani nas odwiedziła! - Łasica i Burgund w tych swoich ubraniach stylizowanych na bogobojne mieszczki przy trójce szlachcianek wyglądały szaro, smutno i mizernie. Ale nie przeszkadzało im to cieszyć oka i uśmiechu nowym wizerunkiem Lilly. Łasica oczywiście wykorzystała okazję i szarpnęła za ramię rudowłosą koleżankę. Burgund chętnie wykonała to polecenie a i Onyx w mig poszła w jej ślady. No i ich liderka też. Dało się wyczuć, że to wszystko trochę przesadzone, na pokaz i aby sprawić Lilly przyjemność. Bo ta aż rzeczywiście się zarumieniła, cieszyła się na całego i chyba nie wiedziała za bardzo co powiedzieć.

                              - Nie wiem czy wiecie. Ale liliowy i fioletowy to ulubione barwy naszego patrona. I symbol przyjemności i płodności. - powiedziała Soria łagodnym tonem mentorki na co łotrzyce pokiwały ohoczo głowami. Zaś Lilly wyciągnęła ku nim swoje pomalowane na ciemny fiolet dłonie. Zresztą Soria i Pirora także.

                              - Pokaż im tam na dole Lilly. - podpowiedziała Averlandka i mutantka nieco zadarła spódnicę. I ukazały się jej kopyta, zniekształcone na zwierzęcy sposób łydki porośnięte zaskakująco delikatnym różowym futrem. I te kopyta miała pomalowane jedne na fioletowo drugie na różowo. Zrobiła się niezła wrzawa bo cała grupka wężowych kultystek i tych stojących i tych klęczących wyglądała na zachwycone i to tak bardzo, że ten zachwyt, przyjemność i płodność najchętniej by pewnie skonsumowały na miejscu. No ale nie po to się tu wszyscy zebrali. Poza tym akurat wszedł Sigismundus.

                              On od ostatniego zboru z pół tygodnia temu miał z nimi na pieńku, zwłaszcza z Łasicą. Więc obrzucili się niezbyt przyjemnymi spojrzeniami ale żadne nic nie powiedziało. Aptakarz minimalnie skinął głową ale chyba raczej Sorii i reszcie dostało się odpryskiem tego zdawkowego powitania. Sam zaś powędrował z dumna minął w głąb kryjówki gdzie były pomieszczenia sypialne, małe magazyny z żywnością, cela Gustawa no i najlepsza komnata jaką zajmowała wyrocznia. Wrócił jakiś czas bez niej i z triumfalnym uśmieszkiem na twarzy.

                              Zjawil się też Rune razem z tradycyjnym oponentem Łasicy czyli Silnym. Były żołnierz pozdrowił ich zdawkowym skinieniem i nawet nieco się uśmiechnął półgębkiem. Silny za to zachowywał obojętność na moment tylko krzyżując z liderką łotrzyc wyzywające spojrzenia. Ale na tym się skończyło. Przybył też Thobias i on dla odmiany przywitał się z uprzejmym “Dobry wieczór” na co większość mu nie odpowiedziała. Jego wywyższony i wykształcony ton zdawał się drażnić sporą część spaczonej rodziny. On sam też potrafił dać w subtelny sposób jak bardzo czuje się lepszy od większości niżej urodzonych i gorzej wykształconych kultystów. Nawet jeśli nie przybierało to skrajnych form jak między Łasicą a Silnym to jakoś trudno mu było nawiązać język z kimkolwiek. Właściwie poza Pirorą, Otto i Joachimem czyli tych oczytanych i wykształconych na resztę zdawał się nie zwracać większej uwagi. Zaś ci wykształceni, dla takich wychowanków ulic i rynsztoków jak obie łotrzyce czy Silny też trudno było o większy kredyt zaufania. Chociaż hedonistki Węża między sobą dogadywały się całkiem dobrze, bez względu na oficjalny stan czy status.

                              Plotkowali ze sobą, wymieniali się uwagami, żartowali, opowiadali co się komu wydarzyło i czy tych których nie ma to się zjawią czy nie. Silny był zdania, że Vasilij to nie. On i jego ludzie szykowali łódź jaka miała zabrać Mergę do Norski. Egon tam został jako dodatkowa obstawa. Właściwie on i Rune też ostatnio często tam byli dlatego na mieście pokazywali się dość rzadko. Ale jak Lilly przyszła dzisiaj aby dać znać, że jakieś spotkanie no to przyszli. Sigismundus wypowiedział się za Strupasa aby dumnym tonem dać znać, że garbus pilnuje ich wspólnego majątku i właśnie wrócił z ważnej misji. W tym czasie Myszka podała im kolację złożoną głównie z rozcieńczonego wina, zupy i ryb więc zrobiło się to trochę jak to zwykle bywało na początku zboru. Nawet jeśli dzisiaj był środek tygodnia czyli mało tradycyjna pora na spotkanie. Łotrzyce dały znać, że mają sprawę do omówienia ale aby się nie powtarzać to będą już mówić przy wszystkich, jak będzie Merga i Starszy. Ci rzeczywiście się zjawili niczym para dostojnych kapłanów. Ona w szatach do samej posadzki i ze złotą mądrością promieniującą z oczu oraz dumnymi, wysokimi rogami jakie tak niezmiennie robiły wrażenie na Lilly. A on w długiej, prostej szacie, ze swoim kosturem mędrca i podłużną maską zasłaniającą jego tożsamość. Gdy przyszli wiadomo było, że właściwe spotkanie się rozpoczęło.

                              - Witajcie moje dzieci. Witajcie bracia i siostry. Dziękuję wam za tak sprawne przybycie nawet w tak niesprzyjających okolicznościach. To dowód wiary i zaangażowania. - przywitał się z nimi mistrz dziękując za przybycie. Ale mimo dość krótkiego czasu zapowiedzi tego nietypowego spotkania faktycznie była większość zboru.

                              - Zapewne wiecie już od Lilly co jest powodem. Nasza czcigodna Merga zdołała przetłumaczyć zwoje Oster. A nasze sprytne i zuchwałe koleżanki mają do omówienia parę detali odnośnie skarbca pod świątynią. A przydałby nam się ten skarb bardziej niż im. Nie dla naszej próżności i pychy tylko jako argument w negocjacjach w Norsce. Takie błyskotki mogą zwiększyć siłę argumentów Mergi podczas werbowania ich ku naszej sprawie. - wstęp zapewne nie był dla nikogo zaskoczeniem bo już w dzień Lilly mówiła coś podobnego jak przekazywała wiadomość od wyroczni. Ale mistrz zboru umiał to zrobić znacznie dostojniej.

                              - No właśnie się zastanawialiśmy od której sprawy zacząć… - powiedział zamaskowany mężczyzna zerkając pytająco na rogatą kobietę.

                              - Od jaj Oster! - krzyknął z entuzjazmem aptekarz. Łasica trąciła koleżankę w ramię pokazując brodą na niego. Ten siedział niczym wzorowy uczeń, jak najbliżej duetu liderów zboru, przed sobą miał notes, pióro, atrament i czekał zniecierpliwiony jam studen na ulubiony przedmiot i nauczyciela. Co wywołało parę złośliwych uśmiechów i komentarzy ale po chwili i Tobias na ile mógł dyskretnie to wyjął coś aby robić notatki.

                              - No dobrze, niech będzie, że zwoje Oster. Bo nam zaraz Sigismundus pęknie z wrażenia. - przez maskę dał się słyszeć nieco rozbawiony i dobrotliwy uśmiech mistrza. Co reszta też przyjęła z lekkim rozbawieniem.

                              - A żebyś wiedział mistrzu! Tyle czekałem! Zaraz chyba naprawdę pęknę jakbym miał jeszcze dłużej czekać! - zawołał udręczonym tonem jakby cierpiał prawdziwe katusze niepewności na myśl, że ten bezcenny skarb jaki zdobyli z takim trudem znów mógłby mu się wyślizgnąć z jego tłustych rąk. To już wywołało trochę mniej śmiechów i uśmiechów. Łasica jawnie się skrzywiła z niechęcią ale nic nie powiedziała. Starszy cofnął się trochę w stronę sektora kuchni zaś Merga pokiwała swoimi rogami, postawiła na skraju stołu jakieś papierzyska i zaczęła je przeglądać. I chociaż poza aptekarzem więcej wiernych Ojczulka tu chyba nie mieli to jednak ciekawość zaczynała być widoczna na wielu twarzach. Jakby obserwowali przygotowania magika czy kuglarza do występu i w miarę tego oczekiwania rosły.

                              - To może zacznę od początku. - wyrocznia ujęła jakąś kartkę papieru i obrzuciła ich krótkim spojrzeniem i uśmiechem. Pismo jednak znów przykuło jej uwagę dość szybko.

                              - Po pierwsze mam dobre wieści. Udało mi się odczytać te zwoje. Są zapisane w naszym języku szamańskim. Tylko w bardzo starej wersji. Nie wszędzie jestem pewna tłumaczenia i dlatego czasem są podane dwie wersje wyrazu albo zwrotu. A czasem są po prostu zanieczyszczenia czy ubytki, zwłaszcza w trzecim zwoju jaki uległ największym uszkodzeniom. Aha i zwoje zostaną tutaj. Starszy się nimi zajął. Ja tu mam tłumaczenia. Zresztą nie sądze aby komuś zapiski norskich szamanów sprzed mileniów coś powiedziały. - rogata wiedźma zapowiedziała wstęp tego swojego wykładu. Słuchacze nieznacznie pokiwali głowami. Chyba nie mieli tu nikogo kto by znał tak rzadki język. I chyba nawet w Norsce nie był on zbyt popularny. Dla Joachima brzmiało to jak u nich w altdorfskim kolegium traktowano język magiczny czy klasyczny jakie służyły głównie do zapisków naukowych i raczej nie były to języki mówione do swobodnej komunikacji. Być może podobnie było z tym szamańskim jakim poza rytuałami się nie posługiwano. Jedynie Sigismundus wyglądał jakby miał ochotę się zerwać i wyrwać te papiery aby je wreszcie samemu zobaczyć.

                              - Dlatego uważam, że zwoje są oryginalne. Zapisała je Oster. Dwa pierwsze są podpisane, trzeci jak mówiłam jest w najgorszym stanie i tam ten dół i parę innych miejsc się nie zachowały do naszych czasów. Poza tym tam czy tu Oster wspomina z imienia swoje siostry więc to też przemawia za oryginalnością zapisków. - zaczęła od dobrych wieści. I chyba wszyscy się ucieszyli na myśl, że to żaden falsyfikat czy coś złożone tam później i przez kogoś innego. Tylko coś co własnoręcznie napisała jedna z czterech tak potężnych i mitycznych sióstr jakie w legendach do dziś przetrwały w pamięci Norsów.

                              - Dodam też, że o tym Oster się nie rozpisywała. Ale inne siostry też miały podobne projekty. Więc ta część legend, że konkurowały ze sobą aby udowodnić swoją wyższość nad pozostałymi chyba ma rację bytu. Niestety niezbyt się rozpisała o tym co szykowały jej siostry. Albo w trakcie samego pisania jeszcze tego nie wiedziała. Skoro jednak znalazł się tu tak cenny projekt jednej z nich to są przesłanki aby twierdzić, że zgodnie z legendą pozostałe też gdzieś tu mogą być. Co więcej Oster zapisała, że składała modły swojemu patronowi w miejscu jemu miłym. Brzmi jak świątynia czy kapliczka. Niestety nie opisała co to ani gdzie to. Być może będzie trzeba wrócić do tej jaskini i poszukać jakichś wskazówek. A ten głaz co znaleźliście te zwoje to jej ołtarz ofiarny zaś ten niby koń to napęd tego ołtarza. Gdy przyjdzie odpowiedni moment trzeba go zaprząc i ruszyć w splendorze zgniłej chwały na pohybel wrogom. Ten bies nazywa się Nagero. To powinno wam pomóc w komunikacji z nim. Tak samo jak nosicielki z jajami lub inne oznaki błogosławieństw Oster czy jej patrona. - przy okazji widać w tych zwojach było coś więcej niż sam “przepis na ciasto” bo Merga zdradziła kilka dotąd nieznanych szczegółów. Pióro aptekarza skrzypiało jak szalone a na jego twarzy było widać uśmiech szczęścia jakby jego wyśniony i wyczekiwany sen wreszcie zaczynał się realizować. Mamrotał coś pod nosem chyba nie do końca tego świadomy i śmiał się cicho pod nosem. Ale Tobias chociaż zachowywał więcej powagi i dostojeństwa też robił notatki.

                              - A przepraszam, że przerwę czcigodna. A coś jest o pozostałych siostrach? Zwłaszcza o Veście? - zapytał grzecznie jak żak na wykładzie jakiegoś znamienitego profesora.

                              - Niezbyt. Oster skupiała się na dość technicznych przepisach. I rzadko robiła jakieś wzmianki na inny temat. Ale mam wrażenie, także dzięki moim wizjom i szeptom bogów, że każda z nich dysponowała tu podobnym potencjałem i zostawiła zbliżone dziedzictwo. To, że na początek natrafiliśmy na pozostałości tych dwóch a nie tamtych dwóch jeszcze nic nie definiuje. Trzeba szukać dalej. Wiem, że Soria posiadała coś co Oster nazywała “Jaskinią Pożądania”. Pisała dość z przekąsem więc nie mam pojęcia czy to rzeczywiście jaskinia i czy pożądania. Ale chyba trochę i z zazdrością pod względem możliwości komponowania różnych gatunków ze sobą. Vesna zaprojektowała coś związanego z wiedzą. Ona zdaje się najlepiej opanowała Moc i była największą mistyczką z całej czwórki. No i każda z nich miała dać część do czegoś wspólnego. Chyba chodzi o jakiś potężny artefakt albo rytuał. To już jednak jak się zachowało do naszych czasów to gdzie indziej a nie w tych zwojach. - do pewnego stopnia potwierdziła domysły uczonego zafascynowanego zakazaną i tajemną wiedzą. Na co ten ochoczo pokiwał głową. Zrobiło się małe zamieszanie bo kultystki z kolei były ciekawe o co chodzi z tą jaskinią ich patronki, zwłaszcza jak się tak interesująco nazywała.

                              - Wierzę w taką możliwość. Moja matka miała wielki talent i zamiłowanie do krzyżowania się z innymi gatunkami. Nie na darmo nazywano ją Matką Potworów. Chociaż “ojciec” też by pasował. - bynajmniej Soria widocznie nie uznawała tego za wadę czy obrazę ale jako powód do dumy i wzór do naśladowania. Zaś jej piękne ale śmiertelne dwórki wydawały się podzielać jej zdanie sądząc po podobnych uśmiechach i spojrzeniach.

                              - A wracając do zwojów. - wyrocznia dała im się chwile wygadać nim w dłoń nie ujęła jakąś zapisaną kartkę i nie podniosła jej do góry zapowiadając, że ma zamiar przystąpić do omawiania zasadniczej treści zapisków sławnej siostry.

                              - Pierwszy zwój omawia hodowlę much. I zaznaczę to już na początku. Cały pomysł i wykonanie Oster dumnie przypisuje sobie. Niemniej jednak w jakiejś mierze było to uzgodnione z pozostałymi siostrami. A one też dorzuciły swoją iskrę do tego projektu. Więc forma jest stworzona przez Oster ale efekt końcowy jest dość mieszany. Z iskry każdej z sióstr jest inny. Więc już w tym jednym projekcie jest niejako po trochu dziedzictwa każdej z nich. Nawet jeśli zaprojektowała to jedna z nich w swojej ulubionej dla swojego patrona stworzeniu. Czyli muchom. - co prawda niektórzy co byli na spotkaniu z Mergą kilka dni temu już wtedy słyszeli coś podobnego ale teraz zaczęła o tym mówić dokładniej no i prawie wszystkim zebranym kultystom. Widać było, że aptekarza tak to zaskoczyło, że aż przestał notować gapiąc się na nią zdumiony.

                              - Jak to? To to nie są muchy zarazy? - zapytał z trudem panując nad swoim rozczarowaniem.

                              - Po części są po części nie. Zaraz to wyjaśnię. Cierpliwości. - poprosiła wyrocznia uśmiechając się ciepło. Kultysta wahał się jeszcze chwilę po czym skinął głową dając znać, że jest gotów wrócić do notowania i słuchania wykładu.

                              - A więc muchy. Oster ich jakiś za bardzo nie nazwała więc ja roboczo je nazwałam Muchami Oster aby oddać jej należną cześć. Te muchy mogą żerować na tych rodzajach istot w jakich się rozwijają. Czyli jak się je umieści w świniach to będą żerować na świniach, jak w koniach, krowach, kozach to tak samo. No a jak w ludziach to na ludziach. Oster zależało na tych ostatnich więc inne warianty tylko wspomniała dla formalności. - zaczęła patrzeć częściej na trzymaną kartkę ale widocznie wiedziała co tam sama napisała bo służyła jej głównie jako pomoc dla skupienia myśli i nie czytała z niej. Pozostali skinęli głowami i czekali na ciąg dalszy.

                              - Dokładniej omówię ten pierwszy etap umieszczania jaj i ich rozwoju bo zapewne jest najbardziej kontrowersyjny. Zasadniczo cykl życia tych stworzeń nie różni się od zwykłych much. Tylko wszystko jest w większej skali. Czyli najpierw jest jajo, potem czerw, kokon i owad dorosły. Po tym jak czerwie opuszczą ciało nosiciela to szukają spokojnego miejsca, wytwarzają kokon i tak dalej. To omówię później. Domyślam się, że największą trudność może sprawić ten pierwszy etap. - znów na chwilę przerwała i rozejrzała się po tak różnorodnym towarzystwie zebranym przy kilku, złączonych stołach. Łasica energicznie pokiwała głową prychając coś cicho pod nosem o tych “kontrowersjach”. Tylko w bardziej dosadnej i ulicznej formie. Ale pod spojrzeniem Starszego uciszyła się. Za to Sigismundus na odwrót. Wyglądał jak wzorowy prymus co jest gotów spijać słowa z ust swojej ulubionej profesor.

                              - Dlatego prosiłam aby Sigismundus przyniósł to. - powiedziała wyrocznia i podniosła ze stołu coś co wyglądało jak brązowa, dość krótka, rurka. Miała może dwie dłonie długości i była gruba na może dwa palce. Z tłokiem z jednej strony i zakorkowanym otworem z drugiej. Mówczyni podniosła to aby wszystkim pokazać a potem puściła w obieg aby wszyscy mogli się przyjrzeć osobiście. Przedmiot był lekki i pusty w środku. Wyglądał jakby służył do wstrzykiwania czegoś gdzieś.

                              - To jest strzykwa. Można wyjąć tłok i załadować tam coś co ma być wstrzyknięte. Oster używała takich mieszków jak do robienia polewy i lukru na ciasta. Ale sama napisała, że jak ktoś nie ma wprawy to się potrafi giąć i sprawiać trudność. Zaś taką strzykwę wystarczy napełnić zawartością, wsunąć gdzie trzeba i wpuścić do środka. Prościzna. Dziecko by dało radę. - czekając aż strzykwa wróci do niej tłumaczyła dalej jaką ma pełnić rolę. Na wielu twarzach pojawiło się zaskoczenie, że to mogłoby być tak proste.

                              - Tak, tak, bardzo proste, ja to wielokrotnie robiłem podczas zabiegów! Tak jak mistrzyni mówi, wystarczy wsunąć, wcisnąć i gotowe! Lewatywę tak się właśnie robi! - nagle okazało się, że aptekarz potrafi być całkiem miły, życzliwy, jowialny i zdradzać ciepłe uczucia dla swojej rodziny, kolegów i koleżanek. Jakby w każdej chwili był gotowy służyć pomocą słowem i czynem w szerzeniu tak łatwego błogosławieństwa. Łasica obdarzyła go cierpkim spojrzeniem.

                              - Ale zapewne aby tam wsadzić i wstrzyknąć to najpierw trzeba wyswobodzić jakąś pannę z majtek. I to zapewne najlepiej tak aby nie stawiała czynnego oporu. - zauważyła łotrzyca na ten “drobny” detal jaki mógł tak wiele zmienić. Bo ani Sigismundus ani Strupas jakoś nie były znani z sukcesów na tym polu. Aptekarz już miał coś jej odpowiedzieć ale wtrącił się Starszy.

                              - Moje dzieci. Dajcie wszystko wyjaśnić naszej czcigodnej wyroczni. Aby wszystko było jasne. A detalami zajmiemy się później. Wierzcie mi jest wiele obiecujących i zaskakujących rzeczy w tych manuskryptach. - lider zboru zwrócił się do nich ojcowskim tonem i chociaż niebieskowłosa oszustka pomamrotała coś pod nosem, że na pewno nic nie da sobie wstrzyknąć to w końcu umilkła. Zaś teraz aptekarz obdarzył ją triumfującym uśmiechem ale też oszczędził sobie komentarzy.

                              - No właśnie. A z tym wstrzykiwaniem to niekoniecznie pannie. Mężczyznom też można. - rogata wiedźma zaskoczyła chyba wszystkich tą uwagą. Najbardziej chyba aptekarza i łotrzycę. Bo oboje sapnęli ze zdziwienia w prawie tym samym momencie.

                              - Aha! A jednak! No to Sigi, zasuwaj do Strupasa i bieraj się za jajca waszej siostrzyczki! - zawołała triumfalnie Łasica jakby akurat ta część tłumaczenia bardzo przypadła jej do gustu. Za to aptekarz wciąż wydawał się być skonfundowany. Zresztą reszta kolegów też coś miała dość niewyraźne miny.

                              - Może i tak zrobię. Wiara wymaga poświęceń. A nie tylko rozkładania nóg. Zresztą akurat tym razem to by się nam mogło przydać. - powiedział grubas nieco się jąkając wciąż wyraźnie zbity z pantałyku. Na co łotrzyca roześmiała się pokazując mu uliczny gest powszechnie uważany za obraźliwy.

                              - Ale… Ale czcigodna… Ja widziałem te ilustracje jak wracaliśmy do miasta… Pokazywałem kolegom, oni też widzieli! - zaczął zmieszany aptekarz i szybko wskazał na Otto. Bo Vasilija i Strupasa co im też wtedy pokazywał te zwoje przy ognisku dzisiaj na spotkaniu nie było. - I na tych ilustracjach były kobiece łona. - powiedział nadal niepewnie jakby prosił pokornym tonem o jakieś wyjaśnienie.

                              - Tak. Bo jak to potwierdziła eksperymentalnie Oster kobiece łona są najefektywniejsze. Mają najmniej strat. Większość czerwi przeżywa, zdecydowana większość. W przypadku tego tylnego wejścia straty są dużo większe, jak przeżyje połowa to dobry wynik. Jeśli chodzi o usta to tu jest pogrom. Niewiele z nich dochodzi do stadium takiego aby wyjść. Mają tam gorsze warunki, wychodzą mniejsze i mizerniejsze. Do tego mogą powodować bóle brzucha i podobne niedogodności. A wydalane martwe okazy mogą zwrócić niepotrzebną uwagę. Dlatego najlepsze wyniki dają kobiece łona i na nich skupiła się Oster. Ale ostatecznie pozostałe dwie drogi też są możliwe. To takie zapasowe możliwości gdyby był kłopot z dostępnością tej głównej. - rogata wyjaśniła skąd ta pozorna niezgodność. I chyba nie tylko Sigismundus odetchnął z ulgą. Za to Łasica się skrzywiła jakby w tej nagle pięknej wizji pojawiła się brzydka rysa. Coś zaczęła mówić, że nurglici to mają wyraźnie kłopoty z dostępnością do kobiet ale Soria poprosiła ją aby się uciszyła i wysłuchali uczonej z Norski do końca. Ta odwzajemniła jej się podziękowaniem kiwając jej głową. Poczekała aż strzykwa co akurat skończyła rundkę chętnych do oglądania wróciła do niej i znów ją zademonstrowała publiczności.

                              - To jest podstawowa dawka. Co prawda Oster wszystko podawała w łyżkach a nie do końca jestem pewna jakich używała łyżek. Ale posiłkując się opisami, obliczeniami i ilustracjami myślę, że jedna taka strzywka to podstawowa dawka obliczeniowa. Powinna dać efekt podobny do jednego lub dwóch miesięcy ciąży. Maksymalny względnie bezpieczny limit to cztery do pięciu. To już powinno dać brzuch jak w zaawansowanej ciąży. Jedna, dwa powinny być dość dyskretne, może trzy. - powiedziała trzymając w górze krótką, glinianą rurkę strzywky i zaglądając w swoje notatki.

                              - A musimy tą dyskrecję mieć na uwadze. O ile nie możemy mieć takiej nosicelki w kontrolowanych warunkach albo ochotniczki to taki nagle rosnący z dnia na dzień ciążowy brzuch byłby trudny do ukrycia w domu, w pracy i tam wszędzie gdzie się dobrze znają z taką osobą. Dlatego lepiej nie przedobrzać, zwłaszcza wobec tych którzy by mieli chodzić swobodnie po mieście. To by mogło zwrócić niepotrzebną uwagę na mało naturalne zjawisko. A uwaga, zwłaszcza władz, kapłanów czy łowców czarownic jak wiecie nie jest nam na rękę. Poza tym jak rozmawiałem z czcigodną to im większa dawka tym większe ryzyko dla nosicielki. Albo nosiciela. A jeśli trzymać się bezpiecznego progu to są spore szanse, że ktoś taki to przeżyje i nawet może wyjść z tego bez większego szwanku. - Starszy wtrącił się więc zapewne już miał okazję porozmawiać z wyrocznią o tych manuskryptach zanim się tu spotkali. I uzupełnił to co ona już zdążyła powiedzieć. Jej rogata głowa kiwała się twierdząco dając znak swojej aprobaty dla jego słów.

                              - To to da się przeżyć? Wyjść z takiego robaczego stanu bez szwanku? - pierwszy raz odezwała się Soria i ta wiadomość mocno ją zdziwiła. Albo wydawała się mało prawdopodobna. Jakby spodziewała się, że taki numer to jazda tylko w jedną stronę. Albo z jakimiś strasznymi konsekwencjami.

                              - Nie jest to całkowicie pewne. Zawsze jest ryzyko powikłań. W krytycznych sytuacjach nawet krwotoku i śmierci. Im większa dawka jaj tym szanse na takie przykre zdarzenia są większe. Przy tej jednej, dwóch dawkach ryzyko wydaje się być dla Oster na akceptowalnym poziomie. Przy trzech jeszcze też ale już mniej. Niemniej zaprojektowała to wszystko pod długofalową hodowlę. A przy takiej dobrze jest aby nosiciel nie był jednorazowego użytku. Opisała przypadek gdy jedna z nosicielek wyszła bez większego szwanku przez 10 porodów z rzędu przy podawaniu podwójnej dawki. Ale przy czterech czy pięciu to już szanse wyraźnie spadają, przejście przez trzy czy cztery porody uważała wówczas za sukces. Ale oczywiście im większa dawka tym większy miot. - rogata wiedźma chętnie wyjaśniła jaka to jest zależność. I ona sama też wydawała się być zafascynowana tymi badaniami i ich praktycznym zastosowaniem. Starszy znów się wtrącił mówiąc coś o ciąży i to jej przypomniało o czymś.

                              - A tak, racja. Te jaja nie wywołują prawdziwej ciąży. Jak to zwykle jest między mężczyzną i kobietą. Więc nosicielkami mogą być nawet kobiety brzemienne albo bezpłodne. Chodzi o to aby umieścić jaja w ich łonie. Reszta właściwie robi się sama. Wystarczy potem zebrać plon jaki z tego wyjdzie i umieścić je w spokojnym miejscu aby mogły się rozwijać. Technicznie więc to dość prosta hodowla o ile pominąć efekt kto jest nosicielem. Wystarczy wpuścić jaja do środka, poczekać aż się rozwiną i wyjdą na zewnątrz, zebrać, zapewnić schronienie, wystarczy zwykła piwnica, jaskinia czy jakaś zagroda po czym one zwijają się w kokon a w końcu wykuwają się dorosłe owady. Po jakimś czasie osiągają dojrzałość i mogą się parzyć między sobą i składać kolejne jaja. - Merga dopowiedziała ten aspekt hodowli. I brzmiało jakby spora jej część to czekanie na efekt.

                              - A duży taki miot? Te muszki to jakie duże z tego będą? - zaciekawił się ich gruby prymus jaki słuchał tego wszystkiego jak przepisu na najsmaczniejsze ciasto świata. Wodził po Merdze i zebranych spojrzeniem i uśmiechem pełnym dobroci, życzliwości i miłości do bliźniego.

                              - A to zależy. - Norsmenka uśmiechnęła się tajemniczo. - Im większe okazy tym jest ich mniej w miocie i dłużej dojrzewają. A te mniejsze to wychodzą mniejsze, potem mają mniejsze poczwarki i jako dorosłe też są mniejsze i słabsze, mają mniej jadu i jest on mniej złośliwy. Albo po prostu wpuszczają go mniej za jednym ukąszeniem. A jak większe to na odwrót. Są większe, cięższe, mocniej żądlą i tak dalej. Dorosły owad jest mniej więcej dwa razy większy niż czerw jaki wychodzi z nosiciela. Te najmniejsze są gdzieś takie jak dwie złączone pięści. Z jednej strzykwy powinno ich być w miocie około pół tuzina. Te większe są ze dwa razy większe ale powinno być ich ze dwa razy mniej. A jeśli chodzi o terminy tej pseudo ciąży to oscyluje to wokół wielokrotności trójek. Te małe mają każdy etap który powinien trwać mniej więcej po trzy dni. Trzy dni w łonie, trzy dni poczwarki, trzy dni dojrzewania. I padają po trzech tygodniach. Te większe mają te cykle po sześć dni. Oczywiście tak orientacyjnie, może się to różnić w praktyce o dzień czy dwa. Póki są w łonie stadia da się poznać po wylinkach. Mają po trzy wylinki więc te małe mniej więcej każdego dnia jedną te większe co dwa dni. Wylinki powinny być wydalane razem z moczem na zewnątrz. Chyba, że padną już na bardzo wczesnym etapie rozwoju to może po prostu nie dojść do tych etapów. - Merga mówiła wpatrzona w swoje notatki i tym razem chyba je czytała aby czegoś nie pominąć. Sigismudnus znów zaś wszystko cierpliwie notował aby nie uronić żadnego słowa. Kiwał swoją byczą głową i mamrotał coś, że to jest niesamowite czy coś takiego.

                              - Całość cyklu od wstrzyknięcia do dojrzałości godowej u tych małych powinno zająć około tygodnia, półtorej. U tych większych około dwóch, trzech tygodni. Oczywiście muchy są, że tak powiem, gotowe do użycia prawie od razu po wyjściu z kokonu. Po prostu jeśli chcecie założyć hodowlę no to trzeba pozwolić im dojrzeć do etapu rozmnażania. - uzupełniła swoją wypowiedź i popatrzyła po zebranych. Tym razem odezwał się o dziwo Tobias jakby jego naukowy umysł dostrzegł jakąś interesującą korelację.

                              - Do końca miesiąca jest około trzech tygodni. Trzech i pół. A ten turniej i związane z nim przyjęcia znamienitych gości jak go znów nie odwołają albo nie przesunął to właśnie jakoś w tych terminach powinien być. - zwrócił uwagę jak te cykle rozwojowe planowanej hodowli mają się do kalendarza ich planowanej akcji przeciwko tutejszym i nie tutejszym szychom. Przynajmniej tak to wyglądało w pierwotnych założeniach jak jeszcze nie mieli żadnego konkretnego śladu po mitycznych siostrach.

                              - No właśnie. Nie ma co zwłóczyć jak chcemy się wyrobić. Ja wstrzyknę jaja Loszce i tej drugiej jeszcze dzisiaj, jak tylko stąd wrócę. - aptekarz okazał się gorliwością godną prymusa i spojrzał usłużenie na duet liderów ich zboru. A pouczająco na grupkę właścicielek kobiecych łon. Wydawało się, że właśnie tak je głównie postrzega jako nośniki daru Oster jakiego można użyć przeciwko temu miastu i ku chwale Ojczulka. Łasica znów mu pokazała obraźliwy gest i wcale nie wydawała się ani gorliwa ani zadowolona z tego co słyszy.

                              - Takie śliczne i duże urosną… To będą jak wrony albo mewy. Albo nawet jakieś dorodne kruki. Te to potrafią być wielkie. Jak kury! Tylko, że czarne no i latają. - mamrotał z zachwytem i w powietrzu próbował palcami nakreślić wspomniane przez Mergę rozmiary. Jasnym było, że byłyby widoczne gołym okiem a nie tylko jako szybko poruszające się, bzyczące punkty jak zwykłe muchy.

                              - Zdarzają się jeszcze większe. Ale sama Oster wspominała to niejako jako korzystny wypadek przy pracy jaki zdarza się dość rzadko. Wtedy dorosłe owady mogą dojść nawet do metra długości. Tylko to rzadkość więc raczej nie róbcie sobie zbyt wielkich nadziei. Najczęściej trafiają się te średniaki co mówiłam, od ćwierć do pół metra tak mniej więcej. - wyrocznia dorzuciła istną wisienkę na torcie i aptekarz wydawał się wręcz rozpływać ze szczęścia słysząc takie cudowne wieści.

                              - No tak, to trzeba zacząć tą hodowlę jak najszybciej… Potrzebujemy jak najwięcej ladacznic… - mamrotał jak nawiedzony pośpiesznie coś zapisując w swoim notesie.

                              - Co za problem? Idziesz po północy, dajesz jakiejś dziwce w łeb, zaciągasz gdzie trzeba, jak się stawia to jeszcze raz w łeb. I można by tak ich zebrać całkiem sporo. - prychnął Silny z wyraźną wyższością nad tym, że takie siłowe rozwiązanie może komuś sprawiać kłopot.

                              - Tak, tak ale to trzeba by je jeszcze potem gdzieś trzymać. Ja mam miejsce na jeszcze jedną, może dwie. Bo Loszki właściwie już nie muszę trzymać w celi. A złapałbyś mi jakąś? Albo dwie czy no ile się da. Sam widzisz, że to na zaszczytny cel. Posłałem dzisiaj Strupasa do podziemi. Tam gdzie kiblowaliście w zimie u tych podziemnych zwierzoludzi. Nawet ich znalazł. Ale się nie dogadali. On im mówił, że chce kobiety, samicy jak to oni mówią a oni też. Sam bym się przeszedł ale to głęboko i daleko. Nie byłem tam wcześniej. Nie znam drogi. A jeden z nas musi pilnować Loszki, tej drugiej no i interesu. W końcu tak na co dzień to jestem aptekarzem. - Sigismundus mówił szybko, jedno zdanie za drugim streszczając swoją prośbę oraz jak to jednak postanowił zrealizować ten pomysł o jakim dzisiaj rozmawiał z Otto w południe jak ten przyjechał po ciało Vigo.

                              I zrobiło się spore zamieszanie bo Onyx wspomniała, że u nich w zamtuzie jest taka jedna co za grube karliki zabawia się z różnymi szczurami, wężami, pająkami i robactwem. Ale chyba nie tylko dla kasy to robi. Lilly przypomniała o tej chorowitej koleżance od nich z jaskini co obrała sobie za patrona Ojczulka to by mogła ją zapytać. Tylko musiałaby wrócić do jaskini. A to z pół dnia w jedną stronę. Starszy obsztorcował Sigismundusa, że robi sobie takie wycieczki i kontakty z innymi plemionami bez jego zgody i wiedzy. Poza tym to było mało rozsądne puszczać tam garbusa samego, nawet jak ten tam poszedł całkiem chętnie. Aptekarz kajał się gorąco ale prosił o wybaczenie bo już go strasznie ta niepewność i zniecierpliwienie cisnęło. Lilly wspomniała, że tamte zwierzoludzie byli pod wrażeniem wspaniałych i władczych rogów Mergi i to ona w zimie pierwsza się z nimi dogadała. Zresztą dodała, że Gnak i inni rogacze też pewnie byliby zazdrośni o takie dumne i piękne poroże i zrobiło to na nich wrażenie. Merga zaś podziękowała ale nie była pewna ile jeszcze zostanie w mieście bo to było też związane z akcją w świątyni. I to w końcu sprawiło, że mistrz zastukał kosturem w podłogę i zarządził przerwę. To dało czas na uspokojenie głów no a Merga przypomniała, że są jeszcze dwa inne zwoje od Oster.

                              - Drugiego zwoju nie będę teraz omawiać. To jest jak przepisy w książce kucharskiej. Lista składników, co się z czym miesza, gotuje i tak dalej. A przygotowuje się z tego mikstury jakie wspomagają proces hodowli much. Aby szybciej rosły, aby były większe, aby szybciej dojrzewały i tak dalej. Wystarczy mieć te składniki i wykonywać wszystko wedle przepisu. A potem stosować się do zaleceń. Gotowe mikstury te do odżywiania czerwi trzeba aplikować pod odpowiedni adres tym czerwiom, preparat na rozwój poczwarek trzeba spryskiwać lub nawilżać te poczwarki a dorosłym osobnikom dodać tego płynu do pokarmu. To wszystko dość proste i intuicyjne. Wystarczy być uważnym i trzymać się przepisów. Przejrzyjcie je póki jestem z wami w mieście i póki możecie mnie o coś zapytać. - drugi zwój omówiła dość szybko. Pokazała nawet kartkę i rzeczywiście wyglądało to na jakieś zapiski kucharskie. Sigismundus znów się ożywił.

                              - Ja bardzo chętnie się tym zajmę! Znam się na tym i mam potrzebną aparaturę! - zgłosił się na ochotnika jakby bał się, że ktoś może mu tą fuchę odebrać.

                              - Bardzo dobrze synu. Ale jakby jeszcze ktoś miał ochotę pomóc w tym zaszczytnym zajęciu to na pewno znajdzie się miejsce i okazja. - Starszy pokiwał głową z uznaniem i pochwałą dla takiej postawy. Ale końcówkę o tej pomocy to chyba niezbyt przypadła aptekarzowi do gustu bo minę miał niechętną dzielić się z kimś tymi cennymi sekretami.

                              - A jakieś trudne do dostania te składniki? - zapytał Tobias znów okazując się przytomnością umysłu i naukowym podejściem.

                              - Nie, raczej nie. Mam wrażenie, że Oster używała podobnych składników jakie można znaleźć albo dostać także i dzisiaj. W każdym sklepie zielarskim albo aptece można dostać większość z nich. Przynajmniej pod te najprostsze eliksiry. Później będziecie sami mogli popatrzeć na tą listę i sobie przepisać jeśli chcecie. - wydawało się, że mistrz uważa, że przynajmniej te prostsze mikstury wspomagające powinny być w ich zasięgu. Przynajmniej tej wyspecjalizowanej w takich zadaniach części rodziny. Aptekarz poczuł się wyraźnie połechtany, że może okazać się taki przydatny w tej części zadania.

                              - Oczywiście mistrzu. A wy koledzy jak macie ochotę to oczywiście możemy nawiązać współpracę. - powiedział życzliwym tonem zwracając się właśnie do tej bardziej wykształconych członków zboru. Znów wydawał się być ucieleśnieniem życzliwości i rodzinnej miłości.

                              - Trzeci zwój zaś był w najgorszym stanie. I nad nim siedziałam najdłużej. - Merga widząc, że zanosi się na pokojowe rozwiązanie sięgnęła po ostatni zestaw kartek. I znów przykuła uwagę pozostałych.

                              - To jest niejako proces będący drugą stroną medalu tej hodowli much. A mianowicie tam chodzi o żeńskie łono a tutaj o męskie. A dokładniej o męskie jądra. - powiedziała spokojnie znów uzyskując efekt sporego zaskoczenia. Wszyscy spojrzeli po sobie zdziwieni ale szybko wrócili do jej błękitnej twarzy.

                              - Te największe jajeczka. Te co wyglądają jak fasolki. To nie są jajeczka. Tylko jądra. - powiedział sięgając do jakiejś miseczki i z niej wyjęła coś co wyglądało jak jakaś zielonkawa fasolka. Tylko oblana czymś lepkim i kleistym, że aż zaczęło to ściekać po błękitnych palcach.

                              - To są jądra? Widziałem, że tam jest dwa czy trzy rodzaje! Ale myślałem, że to od leżenia w wilgoci tak napęczniały. Jak ziarno w wodzie. Myślałem, że to te jajeczka jak reszta. - aptekarz wydawał się być nie mniej zdziwiony niż inni. Chociaż ten depozyt Oster przechowywał u siebie więc miał najwięcej okazji aby się na nie napatrzeć.

                              - Szczerze mówiąc póki nie odczytałam tego zwoju to ja też. No ale to są jądra. Jak się je wszyje tam gdzie są te zwykłe to po paru dniach, do tygodnia, powinny się rozbudzić i zacząć produkować własne nasienie. Oster zalecała zaszyć jedno do trzech czy czterech. Ale aby nie wzbudzić podejrzeń partnerki no to najlepiej aby było to zbliżone do oryginalnego zestawu. Nasienie zasiewa kobiece łono podobnie jak te jaja. Więc płodność kobiety nie ma tu znaczenia. Potem rozwijają się z tego jakieś stworzenia, każda z sióstr znów dała swoją iskrę więc każdej jest poświęcone inne stworzenie. Niestety dalej zwój był zbyt zniszczony aby odczytać jakie. Wygląda na to, że efekt końcowy chyba powinien być zbliżony do tych z muchami tylko umieszczenie nasienia odbywa się przez mężczyznę. Każde ze stworzeń, podobnie jak muchy, po ukąszeniu daje inny efekt, odpowiedni dla swojej patronki. Czyli od Norry to berserkeski szał i agresję, od Oster jad, zatrucie i chorobę, od Soren niekontrolowaną gorączkę pożądania a od Vesty skrajnie różne humory, napady paniki, szaleństwa albo mutacje. Tu z kolei u nosiciela tych wszczepionych jąder mogą wystąpić powikłania i tknięcie bogów. Czyli jak to mawiają południowcy - spaczenie. Nie od razu ale trzeba się z tym liczyć. Podobnie jak z dawką jaj w kobiecym łonie, im więcej, im częściej, im dłużej tym większa szansa, że coś pójdzie nie tak. Ale jak mówię ten zwój był w najgorszym stanie więc tego tłumaczenia jestem najmniej pewna. - ostatni ze zwojów też wiedźma omówiła dość szybka. Ale zapewne dlatego, że miała dużo mniej pewnych danych niż w dwóch poprzednich jakie zachowały się lepiej. Jednak i tak dłuższą chwilę wszyscy to trawili tego się nie spodziewając. Bo coś o muchach to było już wiadomo tydzień temu, na poprzednim zborze. Ale to o “fasolkach” to padło po raz pierwszy.

                              - Dobrze to jak są pytania to jest okazja. Przemyślcie to wszystko na spokojnie. Bo jak sami wiecie mamy jeszcze sprawę ze świątynią do omówienia a już pewnie połowa wieczoru jest za nami. Na razie zróbmy sobie przerwę dla złapania oddechu. - zaproponował Starszy widząc, że przerwa chyba wszystkim by się przydała. Albo, żeby zebrać myśli albo porozmawiać z kim się miało ochotę. Bo jak już w dzień zapowiadała kurierka z liliowymi włosami była jeszcze ta sprawa jaką zajmowały się obie łotrzyce. A też rzutowała na wyjazd Mergi z miasta.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Niedostępny
                                SantorineS Niedostępny
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #72

                                Oryginalny autor: Pipboy79

                                Oryginalny tytuł: Tura 21 - 2519.07.07; bkt; wieczór/noc (2/2)


                                - Dobra, to sprawa wygląda tak. Robimy domek. I ten domek jest do zrobienia. Ale musicie nam pomóc. - obie łotrzyce, wciąż ubrane w skromne i pokutne mieszczki. Chociaż już bez tych zacnych, białych czepków jakie miały na sobie wczoraj rano. Wyszły na środek, a Merga teraz usiadła przy stole. I one przejęły pałeczkę w tej naradzie.

                                - Obejrzałyśmy sobie ten domek wczoraj i dziś. Jest do zrobienia. Prawie na pewno trzymają skarby w piwnicy, za wzmocnionymi drzwiami. Bo tylko przed nimi stoi dwóch kołków jacy kompletnie nie widzą do czego służą pokorne i uległe dziewczęta. - Łasica zaczęła omawiać jak to im zeszły ostatnie dwa dni na udawaniu skruszonych ladacznic z Salzenburga. Część z tego Otto słyszał już dziś rano od Burgund ale większość to wiedziała tyle, że coś tam miały sprawdzić w tej świątyni. Łotrzyca nie omieszkała puścić pod adresem czarnych strażników kąśliwej uwagi za ten brak widocznego zainteresowania jej wdziękami i talentami. Chociaż chyba nieco się droczyła bo brzmiało jakby jednak nie wychodziły ze swojej cnotliwej roli skoro były “na robocie”.

                                - W tych drzwiach są dwa zamki. Ale póki te kołki tam stoją nie możemy się do nich dobrać. A w nocy też stoją. Nie wiemy czy dokładnie pod drzwiami ale dowiedziałyśmy się, że mają jakąś nocną zmianę. A w nocy widziałyśmy światło na zapleczu. Jak tacy cnotliwi to całkiem możliwe, że nie śpią na nocnej warcie. - łotrzyca sprawnie i bez wahania mówiła co i jak jest w tej świątyni.

                                - Do świątyni, nawet w nocy, powinno nam się udać dostać. Dzisiaj tak pucowałyśmy drzwi, że je podlałyśmy oliwą aż się świeciły. Aby mniej skrzypiały. Może się przydać. Z tymi zewnętrznymi drzwiami poradzimy sobie z zamkiem. Chyba, że zamknął od środka na zasuwę. Od zewnątrz nie da się zdjąć takiej zasuwy. Trzeba by drzwi wyłamywać a to jest za głośne. - Burgund dołączyła do rozmowy i mimo, że wydawało się, że z nich obu takie ladaco do rozkładania nóg i niczego więcej to z każdym zdaniem okazywało się, że nieźle przygotowały grunt pod płaszczykiem pokornej pokuty dobrym bogom.

                                - Pary w łapach nie macie. Jak trzeba ja z chłopakami możemy się zająć tymi drzwiami. Tylko poproś. - Silny prychnął z lekceważeniem dla czegoś co uważał za błahostkę. Teraz jemu Łasica zaserwowała obraźliwy gest.

                                - Wtedy wejdziemy oknem. Albo dzwonnicą. - żachnęła się jakby nie zamierzała komentować takiego braku finezji po zwolenniku Krwawego Ogara. Okna świątyni były dość wysoko a dzwonnica jeszcze wyżej. Ale mimo to łotrzyca wydawała się być pewna swoich możliwości w tej materii tak samo jak Silny z wyłamywaniem tych drzwi. Łysol prychnął tylko i dał sobie spokój z ciągnięciem rozmowy.

                                - Bo myślałyśmy jeszcze, że można by w nocy zapukać i poczekać aż nam otworzą. Wtedy może coś byśmy im dosypały do wina. Jakiegoś usypiacza. A może nawet bez szefów na karku i w środku nocy może przestaliby być takimi cnotkami? Ale jak nie to jeszcze i tak byśmy mogły przekraść się do piwnicy. Bo w nocy nie widziałyśmy tam świateł. To może tylko w dzień tam stoją. To jakbyśmy tam już były mogłybyśmy dobrać się do tych zamków. - Burgund uzupełniła ten zrąb planu jaki uszyła ze swoją kamratką wczoraj i dziś.

                                - No właśnie. Tylko wyglądają na mocne drzwi i zamki. Może być trudno z wytrychami. I tutaj właśnie pomyślałam o naszej zniewolonej pani. Znaczy Fabi. Bo ich oficer to też Bretończyk. Ale ostatecznie Onyx albo my też byśmy mogły. Bo trzeba ich oficera dorwać i zagadać albo zająć, najlepiej aby zdjął ubranie albo chociaż pas i spodnie. Wtedy wystarczy nam chwila aby zrobić odbitkę klucza. I jakbyśmy miały taki klucz to otwarcie drzwi skarbca to formalność. - Łasica żywo tłumaczyła plan akcji dalej i widać też się zapaliła do tego wyzwania nie mniej niż niedawno Sigismundus do projektu hodowli much.

                                - Tylko, że samo otwarcie skarbca niewiele nam da. Znaczy będziemy mogły zajrzeć co jest w środku. Dopiero wtedy się przekonamy czy skarb tam jest czy nie. Strażnicy stojący tam cały dzień to powinien ale pewności nie ma. - Burgund przejęła pałeczkę w tych tłumaczeniach i też to zdanie musiało sprawiać jej przyjemność.

                                - To jakby się udało i tam skarbu nie było to kicha. Trzeba by się wycofać, najlepiej po cichu i pomyśleć gdzie by go mogli wsadzić. Albo się dowiedzieć. No chyba, że wy macie jakieś sposoby aby się dowiedzieć albo sprawdzić gdzie trzymają ten skarb. Tylko dyskretnie. Bo jak go zwiniemy to będą go szukać i pytać każdego kto się nim interesował. - Łasica pierwszy raz wspomniała gdzie by się mogła im przydać pomoc koleżanek i kolegów z reszty rodziny. Przesunęła się krótko spojrzeniem po twarzach sprawdzając czy ktoś tu by ich mógł wspomóc.

                                - Jak tam jest ten skarb to też kicha. Tyle, że mniejsza. Bo same we dwie i na cicho to wiele nie wyniesiemy. - rudowłosa łotrzyca rozłożyła ramiona na boki i nawet się uśmiechnęła rozbawiona, że otwarcie drzwi i pełny skarbiec to też jeszcze nie oznacza sukcesu.

                                - Dlatego myślimy czy na pierwszy raz nie pójść się rozejrzeć. Chyba, że byłoby pewne, że tam są te fanty z tac. To byśmy szły na pewniaka. Ale mimo wszystko we dwie to możemy tam wejść, pootwierać te czy tamte drzwi no ale same skarbu nie wyniesiemy. Przecież to pewnie w workach i skrzyniach stoi. Pamiętacie ile tego było w ostatni Festag jak ludzie to garściami rzucali na tacie? - Łasica gładko mówiła dalej tłumacząc jakie znalazły przeszkody i trudności w realizacji planu.

                                - I tu też przydałaby się wasza pomoc. Bo te worki i resztę trzeba by wynieść na górę a potem na wóz. Wóz i konia możemy załatwić. Ale trzeba nam ludzi aby przenieść te fanty w środku nocy na ten wóz. I jeszcze tacy którzy by potrafili wyłączyć z gry strażników. Bo my na cicho i po ciemku to jakoś się prześlizniemi. Jakby nas wpuscili i udało nam się ich uśpić to też w porządku. Ale jednak to by hałas był z tymi drzwiami do skarbca i workami więc tak czy inaczej coś by trzeba zrobić z tymi strażnikami. - poinformowała ich Burgund gdzie znów występuje kłopotliwy punkt jaki trzeba jakoś rozwiązać.

                                - Jak będą ululani to nożykiem po gardle i po sprawie. A jak nie to ja wezmę chłopaków i też damy radę. Tylko nas wpuście do środka. - Silny znów się odezwał i znów gdy była możliwość jakichś krwawych i siłowych rozwiązań.

                                - Lepiej bez bijatyki. To zawsze ryzyko. Czasem strażnicy mają jakiś gong czy dzwon. Wystarczy, że jeden z nich by w taki walnął i może narobić rabanu. A to jednak nie są jakieś kołki z tawerny tylko ci co przyjechali z tą bladziutką młódką na czarno. - Łasica zastanowiła się, nie wykluczyła takiej oferty swojego adwersarza no ale zwróciła uwagę, że gwałtowna akcja niesie ze sobą pewne ryzyko, nawet jeśli samo zdławienie oporu strażników poszłoby gładko jak to łysol zapowiadał.

                                - Chodzi o tą bladziudką? - zapytała grzecznym i psotnym tonem siedząca przy krawędzi długiego stołu Merga. Po czym szepnęła coś i z niej zaczął jakby sączyć się barwny dym. Tłoczył się wokół niej, jej ciało zaczęło się zmieniać, rogi opadły gdzieś w tył głowy, cera pojaśniała, ubranie pociemniało i po chwili siedziała na jej miejscu bladolica morrytka. Wszyscy sapnęli ze zdziwienia i podziwu. Po chwili jednak Joachim i Otto co mieli okazję widzieć kapłankę z bliska dostrzegli jednak, że to nie tyle ona co jakaś podobna do niej morrytka.

                                - Nie widziałam jej z bliska aby ją dokładnie odtworzyć. I nie słyszałam jej głosu. Więc musiałabym mieć na to okazję gdybym miała ją podrobić. Chociaż w środku nocy to chyba by można spróbować. - Merga uśmiechnęła się jeszcze raz nową bladolicą twarzą po czym znów owiał ją ten barwny dym tylko teraz proces był odwrotny i wiedźma wróciła do swojej prawdziwej formy fioletowej, rogatej i złotookiej.

                                - Ależ czcigodna… Ty jesteś dla nas niezastąpiona. Nie możemy bez potrzeby ryzykować twoim zdrowiem. Przecież wszystko żeśmy ustawili tak abyś czekała w zatoce, w łodzi. Jak tylko by dojechał wóz ze skarbem, przeładujemy go i odpływacie. - Starszy wydawał się żywić na tyle szacunku do rogatej, że mówił jakby chciał ją przekonać po dobroci. Bo chociaż zapewne doceniał ten ciekawy trik to wolał nie ryzykować jej życia gdy to właśnie ona była chyba jedyną osobą z odpowiednim autorytetem, wiedzą i doświadczeniem aby popłynąć do Norski i pełnić tam rolę ambasadora ich sprawy no i werbownika.

                                - Oczywiście mistrzu. Dostosuję się do twojej woli. To była tylko luźna propozycja. I to bardzo miłe z twojej strony, że tak dbasz o moje bezpieczeństwo. - wyrocznia skłoniła się przewodnikowi zboru z szacunkiem i gładko przyjęła jego słowa nie chcąc mu stawać okoniem.

                                - Dziękuję czcigodna. Potraktujmy to jako plan rezerwowy. Dobrze wiedzieć, że mamy kogoś takiego pod ręką. Jestem pewien, że nasze drogie i utalentowane dzieci coś wymyślą jak się dobrać do tego skarbca. - mężczyźnie w podłużnej, wysokiej masce chyba ulżyło, że rogata kobieta tak szybko się z nim zgodziła. Ale dał znać, że wolałby aby czekała bezpiecznie na pokładzie statku a nie brała udział w nocnym rabunku. Obie łotrzyce już nieźle rozpoznały teren przez te dwa dni ale do samej akcji zapowiadało się, że trzeba będzie zmobilizować wspólne siły. Nawet jeśli one we dwie, dyskretnie dostaną się w nocy do środka i otworzą świątynie dla reszty to zapewne jakoś trzeba będzie uporać się ze strażnikami w ten czy inny sposób. O ile te fanty są w tym skarbcu gdzie się go spodziewały Burgund i Łasica. Potem sprawnie przeładować go na wóz i przejechać do portu a tam znów przeładować tyle, że na statek. A jeszcze parkujący w środku nocy pod świątynią wóz mógł zwrócić uwagę nocnej straży. Właściwie każdy ruchomy wóz w nocy zwracał uwagę. Jazda też była trudna bo ani w oknach nie paliły się światła a i kanionach kamienic było jeszcze ciemniej. Jak zauważyły włamywaczki nawet samo podstawienie wozu pod ogrodzenie świątyni mogło zaalarmować strażników w środku. No chyba, żeby już spali. Takim lub innym snem. Więc było jeszcze sporo etapów i detali jakie wymagały dopracowania, obsadzenia rolami i rozwiązania.

                                Pirora dała znać, że sama to raczej nie ale może podesłać swojego ochroniarza do pomocy. Albo coś pomóc wcześniej z tymi kluczami na przykład zapewnić alibi na schadzkę Fabi albo koleżanek z tym bretońskim oficerem. Sigismundus zaoferował usypiacze albo dowolne inne trutki. Sam był ociężały ale silny. Mógł ładować albo powozić. A gdyby było trzeba to i coś jeszcze byle nic z bieganiem bo niezdarny i powolny był. Albo podesłać Strupasa. W końcu to miejski żebrak i ulicznik, na pewno też mógłby się przydać. No ale jeden z nich bo drugi musiał pilnować obejścia w aptece. Lilly i Onyx zgłosiły swoje chęci i gotowość, zwłaszcza jak to ich wężowe kamratki miały grać pierwsze skrzypce w tym nocnym koncercie. Onyx mogła powozić a Lilly umiała się skradać. Tylko musiałaby obwiazać szmatami kopyta aby nie stukały jak obcasy. Silny i Rune zgłaszali się do każdej fizycznej fuchy, zwłaszcza jakby była połączona z jakimś mordobiciem. Thobias niezbyt widział się w takiej akcji ale gdyby był jednak gdzieś potrzebny czy coś mógł pomóc to był gotów. Po prostu jako guwernant i nauczyciel niezbyt znał się na nocnych włamach, mordobiciach i jazdy z trefnym towarem przez zaciemnione miasto. Poza tym zdawał się nie lubić przemocy. Soria za to podobnie jak koleżanki, traktowała to jako nocną, podniecającą przygodę i była chętna na wystąpienie w każdej roli. Może poza ujawnieniem swojej prawdziwej formy bo chociaż była pewna, że by rozchalapała krwawo tych strażników to jednak wolała bez takich sztuczek. Zresztą obie łotrzyce też chciały aby to wyglądało na zuchwały ale jednak standardowy napad jakiejś szajki spoza miasta. Wyglądało więc, że w godzinie próby większość rodziny wyraziła swoją chęć pomocy i udziału w takim szlachetnym zrywie. Trzeba było tylko zastanowić się jaki plan da się z tego uszyć.


                                Rozmowy trwały dość długo. Po tym jak omówili te dwie najważniejsze sprawy jakie ich tu ściągnęły rozmowy rozpadły się na różne drobniejsze grupy i tematy. Często jednak wracano i do tłumaczenia starożytnych zwojów napisanych przez jedną z sióstr jak i do planowanej akcji rabunkowej. Ale nie tylko.

                                Joachimowi wpadł w oko Aaron który skądś sie wynurzył z zakamarków podziemnej kryjówki. To mu przypomniało ich poranne spotkanie. Wtedy drugi z magistrów zwrócił mu uwagę, że czyjaś krew w jakimś rytuale nie jest równoznaczna ze śmiercią dawcy. Całkiem często wystarczyło parę kropel. Nierzadko czar czy rytuał wymagał krwi maga jaki nacinał sobie dłoń aby dodać swoja krew do składników magicznych. Więc gdyby tym razem chodziło o coś takiego to wystarczyłoby te parę kropel krwi panny van Hansen. No chyba, że trzeba by więcej. Tego nie wiedział skoro sen nie był na tyle klarowny aby mógł się zorientować o jaki rytuał albo czar może chodzić. Ale to jeszcze rano tak mówił. Bo jak już był późny wieczór czy nawet północ to zdawał się niezbyt kojarzyć czegoś z porannej rozmowy.

                                A pierwszą połowę dnia spędził na jeździe powozem do Dzielnicy Północnej gdzie jedną z rezydencji zajmował baron von Wirsberg. Okazał się być ze dwa razy starszym mężczyzną niż Otto. Ten po drodze niewiele sie dowiedział od jego służącego. Albo ten sam nie znał odpowiedzi na jego pytania albo nie chciał czy nie mógł ich udzielić. Dał znać, że niemoc dopadła jego pana w nocy i spał bardzo niespokojnie. Więc w gruncie rzeczy Joachim musiał dowiedzieć się wszystkiego na miejscu.

                                Zastał pana w eleganckiej koszuli nocnej i w łóżku. A o tej porze to już raczej wypadało być na nogach. Jednak od razu rzucało się w oczy bladość barona i zaczerwienione, oraz zapuchnięte oczy. Rzeczywiście wygladał jakby kiepsko spał tej nocy. Paul zapowiedział Joachima jako znamienitego magistra i astrologa polecanego przez hrabinę von Hansen co chyba mocno ucieszyło barona. Nawet podniósł się do pozycji siedzącej, uścisnął obiema dłońmi rękę astromanty i kazał usiąść na co Paul płynnie podsunął krzesło gościowi aby ten mógł swobodnie rozmawiać z jego panem.

                                - Miałem sen… Straszny! Niepokojący! O mało mnie nie zabił! - zaczął baron jakby wreszcie mógł wyrzucić siebie to co go dręczyło.

                                - Kazałem posłać po ciebie magistrze bo ostatnio jak rozmawiałem z hrabiną strasznie cię polecała. Nie sądziłem, że będę tego potrzebował bom człek poważny i bynajmniej nie płochy. Ale ostatnio mnie te sny straszliwie męczą… Te obrazy, i szepty z ciemności… Straszne! Posłałem też po tą młodą kapłankę Morra co raczyła do nas przyjechać na pogrzeb księżnej… A właśnie Paul! Co z nią? - baron mówił szybko i nieco chaotycznie. Ale z ożywieniem jakby wreszcie mógł to z siebie wyrzucić. Wzmianka o drugim ekspercie od snów jednak przerwała ten potok i spojrzał pytająco na swojego sługę.

                                - Prosiła o wybaczenie panie ale dzisiaj odprwawiała pogrzeb. Będzie też modlić się za zmarłego. Obiecała, że odwiedzi pana jak tylko będzie mogła, postara się jutro. - uprzejmie wyjaśnił służący skinąwszy wcześniej głową. Zapytanie o kapłana Morra nie musiało dziwić skoro on był patronem nie tylko snu wiecznego ale i tych zwykłych oraz wizji i proroctw jakie objawiały się przez mary senne. A zwykle ludzie jakoś mieli większe zaufanie do kapłanów niż magów. Niemniej jednak baron wydawał się kontent z rekomendacji hrabiny von Hansen oraz szybkim zjawieniem się młodego magistra.

                                - Dobrze… No nic to, najwyżej jutro będę z nią rozmawiał… A co do ciebie magistrze… Sen, sen straszny! A ty się znasz na snach, wizjach i znakach prawda? Moja droga Martina tak mi o tobie mówiła… Więc tłumacz to co mi się śniło, przynieś udrękę mojej biednej duszy! - baron wydawał się być umęczony tymi snami i szukał ulgi oraz zrozumienia. A sen rzeczywiście był intrygujący.

                                Zaczął się na ulicy. Nawet chyba tutejszej bo wodę zatoki było widać, zapach ryb. Ale to dźwięk dzwoneczków zwróciły uwagę barona. Zaczął iść w ich stronę ale zgubił się. Błąkał się między tymi kamienicami jakie wydawały się coraz wyższe, ciemniejsze, zaczynały rosnąć i szumieć. Dzwonki mamiły go i zwodziły echami, nie mógł się zorientować skąd właściwie dochodzą. Jakby szydziły z jego bezsilności. Ilekroć skręcał w jakiś narożnik to zawsze było nie tam. Zaczął biec i krzyczeć i miał wrażenie, że coś go ściga, goni, zaraz dopadnie i rozszarpie. Ale widział już mur! Taki kryty dachówkami na szczycie jak u nas ten jaki okala świątynie Mananna albo Akademię. Tylko ten we śnie był wyższy i straszniejszy, sięgał prawie chmur! I to chyba stamtąd jęczały te dzwoneczki aby je uwolnić. Wzywały i jęczały żałośnie i prosząco, tak słodko ale i to coś co goniło barona też było coraz bliżej. Krzyknął z przerażenia gdy usłyszał dudnienie cielska i chrobot łap na bruku. Jego nogi ugrzęzły w jakimś mlaskającym błocie i wtedy krzyknął tak przerażająco, że się obudził.

                                - To mnie rozdeptało! Biegło tuż za mną i już następny krok i ta szponiasta łapa by mnie rozgniotła! Na pewno! To było tak przerażające, że się obudziłem i nie mogłem już zasnąć! - baron był tym snem szczerze przerażony. Aż bał się znów zasnąć. I prosił o pomoc. O wyjaśnienie tego snu i najlepiej przegnanie go precz, aby znów nie wrócił. Joachim nie był do końca pewien co to by mogło znaczyć. Całkiem często w snach ludziom śniły się miejsca jakie znali więc to, że baron we śnie widział jakieś znajome zakątki to nie było aż takie dziwne. Często też nie były one tak wiernie odwzorowane tylko pomieszane ze sobą albo zniekształcone. To jeszcze też dałoby sie wytłumaczyć. Ale ten ścigający potwór no to już nieco wypadał ze standardu. Samo ściganie przez coś czy kogoś nie było takie rzadkie. Ale niezbyt często było coś tak przerażającego jak to opisywał baron. Co to nie było wiadomo bo cały czas goniło barona a ten bał się odwrócić. No i te dzwoneczki trudno było do czegoś przypasować czy porównać. Mało typowe. No ale musiał jakoś z tego wybrnąć aby baron i widocznie dobry znajomy hrabiny von Hansen nie pomyślał, że go lekceważy i zbywa.

                                Rozmowa z rektorem Vogelem poszła mu chyba nie tak źle. Profesor potraktował sprawę poważnie ale był ciekaw co to za znaki naprowadziła astrologa właśnie na ten trop powiązań między ich magazynami a jakąś podejrzaną szajką z zeszłej zimy. I czy wie o jaki przedmiot może tu chodzić. Ostatecznie zaprosił go na Konigstag w południe czyli za jakieś dwa… No teraz jak pewnie już była północ albo i po to za półtorej dnia na zwiedzanie magazynów licząc, że może uda mu się swoimi mistycznymi mocami zidentyfikować przedmiot.

                                - Bezpieczeństwo przede wszystkim jak zwykłem powtarzać swoim studentom. - powiedział z łagodnym uśmiechem i obiecał przygotować wszystko na tą konigstagową wizytę młodego astrologa.

                                A póki co przeplatały się jeszcze na końcówce tego spotkania różne tematy. Merga poprosiła Joachima aby ją odwiedził, najlepiej jutro bo chciała mu coś przekazać zanim wyjedzie. Zwoje do pogłębiana demonologicznej wiedzy ale dzisiaj już była zbyt zmęczona aby udzielić mu odpowiednich instrukcji. Przy okazji pytała go o poranną rozmowę z Aaronem o pannie van Hansen bo ten co prawda wtoczył się do nich gdzieś w połowie dnia ale pomamrotał coś tylko, że był u Joachima i jakaś sprawa z krwią blond laluni i tyle dało się zrozumieć zanim poszedł spać. Więc rogata wiedźma liczyła, że może jak jeszcze był u kolegi to mniej bełkotał no i może od niego dowie się o co chodziło.

                                Sigismundus rozważał różne kandydatki na nosicielki. Przypomniał sobie, że zimą Strupas złożył obietnicę swojemu patronowi ofiarowania kapłanki Shallyi. Tylko jakoś nie było okazji. A to byłaby w sam raz ofiara dla Ojczulka w tak szczytnym projekcie. I chyba trochę liczył, że koledzy i koleżanki też rozejrzął się albo nawet wskaża odpowiednie kandydatki. I dopytywał Onyx i Lilly o te dwie o jakich wcześniej wspomniały. Oraz chciał wrócić do jaskini Oster aby tam poszukać więcej darów i wskazówek. Tym razem jednak musiałby się obyć bez Vasilija i jego ludzi bo ci mieli stanowić obsadę statku jaki miał wywieźć stąd Mergę.

                                Starszy zaś dał znać, że te ślady i dary jakie do tej pory odnaleźli lub mieli trop to tylko początek. Z tego co dowiedziała się ich wyrocznia to nie byłoby dziwne gdyby każda z sióstr pozostawiła po sobie taki ołtarz, świątynie oraz projekt. Ot, na początek natrafili na dziedzictwo dwóch z nich ale tego powinno być gdzieś tutaj więcej. Bo skoro Oster i Soren zostawiły swoje ołtarze i heroldów to pozostałe siostry pewnie też. A jak Oster robiła ten projekt opisany w manuskryptach w pewnym współdziałaniu z pozostałą trójką i niejako jako konkurencję dla nich to i inne mogły coś przygotować. I jeszcze Oster wspominała o świątyni w jakiej się modliła i szukała natchnienie od swojego patrona i to było gdzieś nad morzem ale pod ziemią. Jednak nie w tej jaskini w jakiej pracowała bo traktowała to jako małą pielgrzymkę i drogę oczyszczenia ciała, duszy i serca aby wrócić tam znów do pracy. Więc to musiało być inne miejsce i też zapewne gdzieś w tej okolicy. Ta jaskinia pożądania jaką wspomniała w manuskrypcie to też mógł być jakiś przybytek pozostawiony przez Soren. Więc znów i inne siostry mogły pozostawić coś podobnego.

                                W końcu rozmowy zaczęły się rwać i zapętlać. Ta tajna, pstrokata rodzina zaczęła wstawać, żegnać się, umawiać się na to czy na tamto i ruszać ku korytarzu wejściowemu aby tam, za kotarami, wejść po ciemku po trzeszczącej drabinie i wyjść w ciemnej piwnicy jaka ostała się po zwalonej wieży. A następnie wyjść z niej na zaciemnione i ciche ulice. Było już sporo po północy więc jak ktoś musiał zacząć jutrzejszy dzień z rana to zapowiadało się, że się zbyt dobrze nie wyśpi.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Niedostępny
                                  SantorineS Niedostępny
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #73

                                  Oryginalny autor: Lord Melkor

                                  Backertag; przedpołudnie; rozmowa z Baronem

                                  Joachim spokojnie wysłuchał słów Barona. Interesujące, że więcej niż jednej osobie śniło się dzisiaj coś ciekawego. Niestety, nie był wielkim znawcą dziedziny interpretacji snów, miała ona pewne powiązania z astrologią, ale medodologia była różna. No, ale musiał w tej sytuacji coś powiedzieć, żeby nie było że przyszedł tu na marne. W pierwszej kolejności skupił swoje zmysły, szukając jakichokolwiej śladów magii w pomieszczeniu.

                                  - Interpretacja słów to złożona dziedzina. Przede wszystkim nie ma powodu aby Wielmożny Pan tak bardzo panikował. Ja jestem specjalistą od astrologii, więc najbliższej nocy postawię wróżbę w tej dziedzinie. Widzę kilka możliwości: albo Pana intuicja ostrzega przed zagrożeniem którego umknęło świadomości; jakieś dawne przeżycie wywołało ten koszmar, albo też jest to ostrzeżenie od wyższych sił. Nawet jeśli uznalibyśmy to za ostrzeżenie, raczej ma ono charakter metafory, więc chyba nie musi Pan obawiać się jakiegoś strasznego potwora - pozwolił sobie na uspokajający uśmiech.

                                  - Moje pierwsze wrażenie jest takie, że może chodzić o jakieś ukryte zagrożenie, a jednocześnie dzwoneczki sugerują pokusę lub dystrakcję, odciągającą uwagę od ukrytego zagrożenia. Czy planował Baron ostatnio jakieś istotne przedsięwzięcie?

                                  - Mój drogi panie magistrze tu nikt nie panikuje. Jestem po prostu zaniepokojony takimi snami. Nie miałem nigdy wcześniej kłopotów ze snem. Całe życie spędziłem w siodle albo na pokładzie statku. Sztormy, burze, mgły, grad, ulewy i nigdy nie miałem kłopotów ze snem i takim sennymi majakami. Aż do teraz. - sapnął nieco zirytowany baron na myśl, że mógłby zostać odebrany jako panikarz. Ale szybko podążając za tym wątkiem sam zaczął mówić o pokrewnych sprawach na dowód, że to nie jest dla niego stan naturalny.

                                  - Ale tak, jak możesz zrobić wróżbę to poproszę. Zapłacę ile się należy. - dodał spokojniejszym tonem przesuwając roztargonionym gestem nieco rozczochrane, rzedniejące już włosy.

                                  - I oby to nie chodziło o jakąś prawdziwą maszkarę. Ta we śnie prawie mnie rozgniotła. Ale miałem wrażenie, że biegnie do czegoś przede mną. A ja tylko stałem jej na drodze. Ha! Mogłem uskoczyć! Gdyby to się działo naprawdę to bym próbował! Tak jak niegdyś jak uskoczyłem przed łapą trolla! To były czasy! Ale byłem wtedy pewnie tak młody jak ty teraz. Ale nic to! Dziś też bym próbował! No ale wiesz jak to z tymi snami, niby człowiek tam jest ale to tak raczej do oglądania tylko, niewiele można zrobić. - starszy mężczyzna szybko przeskakiwał z tematu na temat jakby myśli biegły mu w podobnie szybkim tempie między przeszłością a teraźniejszością.

                                  - I ukryte zagrożenie powiadasz? Na bogów! Mam nadzieję, że nikt nie planuje podesłać mi takiej maszkary! - starszy szlachcic co chwila wracał do słów magistra i zastanawiał się nad ich znaczeniem. Był jednak nieco rozkojarzony, zapewne w skutek tych strasznych, nocnych koszmarów więc nie szło mu to łatwo.

                                  - Potencjalnie tak, ten sen mógłby wskazywać na jakieś nieoczywiste zagrożenie, ale tak jak mówiłem wątpię by należałoby go interpretować aż tak dosłownie… - czarodziej westchnął, mając wrażenie, że Baron jest nieco zbyt roztrzęsiony i nie wszystko do niego dociera. Poza tym odczuwał lekki zawirowania wiatrów magii, ale tak na granicy wykrywalności. Więc raczej nie było to kwestia tego, że jego gospodarz był pod wpływem jakiegoś groźnego uroku.
                                  - Proponuje by spotkać się jutro - ja w nocy postaram się postawić wróżbę, a Baron przez ten czas dojdzie do siebie, rekomenduje tutaj napary ziołowe, i zastanowi się czy ten sen nie kojarzy się z jakimś niedawnym przeżyciem.

                                  - No dobrze, możemy tak zrobić. - odparł baron Wirsberg po chwili zastanowienia. Zaproponował jutrzejsze południe mając nadzieję, że uda się mu umówić z dwójką ekspertów od snów na ten sam termin chociaż nie miał jeszcze odpowiedzi od morrytki. Po czym jego lokaj dał znać, że może odprowadzić gościa do wyjścia.


                                  Backertag; wieczór; rozmowy na Zborze

                                  Przeszli do omawiania planu Łasicy by włamać się do Świątyni Mananna. Tutaj nie za bardzo podobała mu się kwestia ewentualnej kolizji z jego planami w Akademii, więc nie był entuzjastycznie nastawiony.

                                  - Wydaje mi się, że nasze śliczne Panie dobrze rozpracowały cel. Z tego co słyszę, to ze wsparciem grupy Silnego powinno się udać - chrząknął.

                                  - Wygląda na to, że mamy dużo projektów do zrobienia. Przesztrzegałbym przed angażowaniem wszystkich członków Zboru w jedną sprawę w takiej sytuacji. Ja i Tobias, jak wcześniej mówiliśmy, jesteśmy na tropie skarbu Vesty. Uważamy, że może on znajdować się w magazynie pod Akademią i w pojutrze będę go zwiedzać by ustalić szczegóły. Rozmawiałem z Łasicą i Burgund, że mogłyby one pomóc gdyby była potrzeba włamania. Pytanie, czy to nie koliduje z akcją w Świątyni?

                                  - Rozumiem to Joachimie. Ale jednak uważam, że plan rabunku dóbr świątynnych ma priorytet nad innymi. Dobrze by było go zrealizować jak najszybciej. Bo wtedy nasza czcigodna i obdarzona łaską bogów wyrocznia będzie mogła wrócić do ojczyzny bogatsza o fundusze które mogą zachęcić jej pobratymców do udziału w naszych zaszczytnych zamiarach. - Starszy skinął raz swoją maską ale dał znać, że ma dość sprecyzowany pogląd jaka powinna być kolejność wykonywanych zadań.

                                  - To prawda. Poza tym zapewne negocjacje z jarlami i czarownikami potrwają trochę. Tak samo jak rozesłanie wieści w głąb lądu. I czekanie na to co z tego wyniknie. Im szybciej się tam znajdę tym więcej będę miała czasu na to wszystko i być może szybciej uda mi się tu wrócić. A chciałabym tu wrócić jak zaczną się tu rozgrywać te dramatyczne wydarzenia. Wciąż mam wrażenie, że ten turniej w końcu się odbędzie i przyniesie ze sobą wielką niespodziankę. Całkiem możliwe, że korzystną dla nas. Dlatego wolałabym tu być no ale nie sama tylko z jak największą ilością sojuszników a wielu z nich łatwiej mi będzie przekonać złotem niż pięknymi słowami ale pustymi dłońmi. - Merga poparła słowa Starszego przypominając dlaczego tak zależy im na czasie. Gdyby nie ta akcja w świątyni to zapewne już by mogło jej tu nie być. Ale jak parę dni temu, po ostatnim Festag Łasica z Burgnud zaczęły węszyć wokół tej świątyni i teraz okazało się, że zdobycie bogatego łupu jest całkiem realne to i wyrocznia była gotowa poczekać na wynik.

                                  - Właśnie. A poza tym Joachimie póki my działamy w domu bożym to nie działamy gdzie indziej. A ty miałeś jakoś rozeznać się w tej Akademii i powiedzieć co to jest, gdzie i tak dalej. Bo jak ci mówiłam, bez tego to szukanie igły w stogu siana i proszenie się o kłopoty. - Łasica też dorzuciła swoje trzy grosze i na tą chwile wydawała się i tak zaabsorbowana robotą w największej świątyni miasta i przygotowaniami do jej zuchwałego obrobienia. Zaś wcześniej na pomoc w razie włamania do Akademii mu obiecała ale on miał zawęzić obszar poszukiwań no i dowiedzieć się czego właściwie miałyby szukać.

                                  Joachim, widzące podejście Starszego do sytuacji stwierdził, że spieranie się o tą kwestię nie ma sensu.

                                  - Oczywiście, rozumiem w takim razie co jest priorytetem dla Zbioru. W sprawie tej Akademii wrócę jak zlokalizuje artefakt Vesty i oczywiście nie będę angażował naszych dziewczyn póki akcja w Świątyni nie będzie pod kontrolą - spojrzał na Łasicę, mając nadzieję, że nie musi przypominać że to on pierwszy wpadł na trop Sorii, jeszcze zeszłej zimy, więc dość znacząco pomógł wyznawczyniom Węża.

                                  Otto wysłuchał planów rabunku świątyni Mananna.

                                  - Nie mogę wziąć udziału w samym rabunku. Już i tak głęboko siedzę w tym procederze.

                                  - No cóż, to nie zanosi się w takim razie aby udało się zrobić ten domek w tym tygodniu. - fioletowowłosa łotrzyca wzruszyła ramionami gdy przemyślała to wszystko. Popatrzyła na Mergę i Starszego bo w końcu akcja ze zdobywaniem dodatkowych argumentów w zamorskich negocjacjach była mocno powiązania z odjazdem wyroczni z ich miasta.

                                  - Nawet jak jutro w dzień Pirora powiadomi Fabienne o co chodzi i ta zrobi co trzeba to nie wiadomo na kiedy uda się umówić z tym Bretończykiem. Pewnie najprędzej w Konistag. Ale równie dobrze może być Agnestag albo Festag. Do tego czasu będziemy bez klucza do skarbca. - odparła Burgund potwierdzając słowa swojej partnerki w kamratki. Teraz ona pokiwała twierdząco do słów rudowłosej.

                                  - Można by mu spóbować buchnąć klucz na mieście. Ale wtedy nawet jak się uda to się zorientuje w końcu, że go nie ma. - dorzuciła Łasica ale widocznie nie uważała tego rozwiązania za tak skuteczne jak dyskretne zrobienie odbitki.

                                  - A zrobienie klucza to też pewnie na drugi dzień jak przyniesiemy odbitkę. Więc zapewne zanim uda się to wszystko złożyć do kupy to by już początek nowego tygodnia był. Ale równie dobrze może się to wszystko przedłużyć bo mówimy o tym jakby wszystko poszło dobrze. - łotrzyca o włosach barwy ciemnej miedzi uzupełniła jak to wyglądają szacunki przy obecnych deklaracjach. A wiadomo było, że pierwotnie Merga miała zamiar opuśić ich miasto w tym tygodniu. Ale wtedy jeszcze nie było mowy o rabowaniu świąntynnych fantów.

                                  - Moim zdaniem lepiej upewnić się, że wszystkie elementy są na miejscu, niż popełnić jakiś zgubny błąd spiesząc się… - zaproponował Joachim.
                                  - A czy udając pielgrzymki nie możecie się dostać na tyle blisko skarbca by móc pobrać wymiary zamka i dorobić klucz? - zastanowił się, w sumie nie znał się na takich rzeczach.

                                  - Nie sądzę. - odparła łotrzyca kręcąc przecząco głową. - Tam do piwnic tak oficjalnie trudno o pretekst aby tam złazić to raz. Modlić się można w głównej części świątyni i nie ma po co złazić na dół. Dwa to te kołki cały czas tam stoją. Wczoraj i dzisiaj jak tam szalałyśmy ze szmatami i miotłami to cały czas stali. Póki stoją nie da się swobodnie popatrzeć na te zamki. I nie ma na miejscu też klucza. Jeden zestaw ma ich oficer, właśnie ten ziomek Fabienne, a drugi któryś z kapłanów. Chyba ten ojczulek Absalon ale nie jestem pewna. Może ojciec Benedykt. W każdym razie właśnie ten Bretończyk powinien mieć klucze przy sobie a ostatnio po mszy tak sobie słodko ćwierkali po swojemu z Fabi, że jesteśmy przy nadziei, że jakby szacowna pani kapitanowa go zaprosiła to by nie odmówił. - wyglądało na to, że Łasica nie ma zbyt wielkich nadziei na to, że pod obecną przykrywką udałoby im sie ugrać coś więcej z tymi zamkami, drzwiami i skarbcem.

                                  - Łasica by mogła spróbować z wytrychami. Ale to też bez nich. W nocy można by spróbować. Bo widziałyśmy, że w nocy tam w piwnicach się nie pali światło. A chyba po ciemku by tam nie stali całą noc to chyba nawet oni wracają na zaplecze świątyni i tam siedzą. Więc jakby się zakraść przez świątynie, przemknąć do piwnic można by spróbować. Tylko to jednak ryzyko. Jakby nas zdybali w korytarzu to kaplica. Tam nie ma gdzie się ukryć, goły korytarz. No i z wytrychami to różnie bywa. Po ciemku by trzeba wszystko robić. A jak byśmy miały klucz to prawie na pewniaka by się szło. Każdy głupi by mógł otworzyć kluczem. Tylko wciąż nie wiemy co jest za tymi drzwiami. Zdagujemy, że to tam trzymaja fanty skoro tam stoi straż no ale tak naprawdę pewności nie ma. - Burgund dorzuciła swoje uwagi do tego co mówiła jej partnerka. Wydawało się, że są całkiem pewne tego co mówią chociaż same nie wiedziały wszystkiego a w tym planach wciąż było kilka zmiennych i niewiadomych jakie mogły w krytycznej chwili całkiem inaczej rozłożyć punkty ciężkości.

                                  - Hmm… - zamyślił się Joachim - znam zaklęcie projekcji astralnej, ale nie jest ono proste do użycia. Główny problem jest taki że w tej postaci byłbym niewidoczny i niepodatny na fizyczne interakcje ale nie moge np. otwierać drzwi ani przenikać przez ściany… czyli zamknięte drzwi będą przeszkodą.

                                  - Umiesz takie rzeczy? - zaciekawiły się obie łotrzyce ubrane nadal niczym bogobojne mieszczki. Przez chwilę oczka im wesoło skakały tu i tam jakby zastanawiały się co z tym fantem można by zrobić.

                                  - Nam by się takie coś przydało na robocie. Chociaż jak nie można niczego dotknąć to nic byśmy nie mogły otworzyć ani nigdzie wejść… - Burgund zastanawiała się chwilę jak to by mogło wyglądać jakby one same miały takie możliwości.

                                  - Ale jak nie dasz rady otworzyć albo zajrzeć za drzwi to wracamy do tego co mamy teraz. Czyli zdobyć klucz albo próbować wytrychem. No nic, Pirora, będziesz musiała pogonić Fabi aby wzięła się do roboty z tym swoim bretońskim amantem. Możemy wam pomóc oczywiście w razie czego. Zresztą i tak chociaż jedna z nas musiałaby tam z wami być aby odbić klucz. - Łasica westchnęła trochę z żalem, że nie da się tak łatwo pójść na skróty i wróciła do planowania tego w bardziej standardowy sposób.

                                  - Będe ją pewnie widzieć jutro wieczorem u Kamili. Ale to trochę późno no to wyślę jej w dzień bilecik to może ona też zdąży temu oficerowi wysłać coś jeszcze tego samego dnia. I chyba umówimy się u mnie bo i jej i wam pewnie będzie najlepiej przyjść. W Konigstag i tak będzie u mnie na lekcji języka. Umawiamy się w Wellentag i Konigstag, ja ją uczę estalijskiego a ona mnie bretońskiego. No ale przy okazji można też porobić inne rzeczy. - Averlandka skinęła blond głową na znak, że rozumie i co może to pomoże w tych przygotowaniach. W końcu Frau von Mannlieb nie wypadało się spotykać bez męża z obcymi mężczyznami. Ale wizyta u koleżanki - szlachcianki co cieszyła się już należytą opinią w towarzystwie to co innego.

                                  - A jeżeli byśmy mogli przeniknąć do tych strażników? - odezwał się stary Łowca.

                                  - Ale jak? Oni wszyscy są eskortą tej czarnuli i razem z nią przyjechali z Saltburga. A wyglądają na dość obowiązkowych. No drugi dzień się tam wypinałyśmy i uśmiechały do nich a oni nic. - Łasica spojrzała z zaciekawieniem na Heinricha ale jej widocznie niezbyt przychodziło do głowy jak można by się sfraternizować z tak oziębłymi i odpornymi na ich wdzięki strażnikami.

                                  Heinrich spojrzał na Łasicę.

                                  - Wyraźnie zapłacono im wystarczająco wiele, aby na supeł się zawiązali. - powiedział dobitnie - Ale... W takim razie należy szybko i cicho ich położyć, co raczej problemem dla naszych pań nie będzie. Nyślę żeby ich na tyle móc wybić z rytmu, aby dało się pojedyńczo wybić. - były łowca czarownic mocno się zastanawiał - Będzie ciemno, więc i bez magii są szanse zmylić strażników z kim mają do czynienia. - spojrzał na Otto - Obecność mnisiego towarzysza wraz z bladą morrytką może być wystarczająco prawdziwą możliwością, aby ochroniarze zaraz nie stali się z daleka ostrożni. Nasze piękne pokutnice także nie będą problemem, jako że już sprzątały wcześniej, więc i mogłyby tam w okolicy się kręcić. Sytuacja wymaga pewnej charakteryzacji i aktorstwa, ale... Tak, to byłoby do zrobienia. Szczególnie gdybyśmy wiedzieli, że prawdziwa blada się nie pojawi.

                                  Otto przysłuchiwał się pomysłowi byłego agenta kościoła.

                                  - Ma to potencjał. Jednak strażnicy Morra to nie jakieś moczymordy, których powali solidniejszy wiatr. Trzeba będzie mieć pewność, że jeżeli się na nich rzucimy, to rozłożymy ich od razu.

                                  Obie przebrane za bogobojne mieszczki łotrzyce wysłuchały ich obu z zainteresowaniem, ale też pewną domieszką konsternacji. Popatrzyły na nich a potem na siebie i jak zwykle pierwsza odezwała się liderka slaaneshytek.

                                  - Ale poczekajcie to teraz o czym mówicie? Bo my to na razie utknęłyśmy na tych drzwiach skarbca. W dzień się do niego trudno będzie dobrać jak oni tam wciąż stoją. Dlatego myślałyśmy o nocy. Znaczy jakby już przez Fabi i Pirorę udało się załatwić odbitkę klucza. To z kluczem to by była formalność otworzyć te drzwi tylko właśnie do końca nie wiadomo co jest za tymi drzwiami. Tak pilnują to pewnie coś ważnego ale czy skarb to jeszcze nie wiemy. - Łasica przypmniała jaki obecnie mają stan przygotowań co do akcji obrobienia skarbca największej i najważniejszej świątyni w mieście.

                                  - A ci czarni to wyglądają poważnie. Znaczy kolczugi mają, na to te czarne tuniki. Hełmy też ale ich nie noszą jak stoją na warcie tylko na zakrystii trzymają. I miecze mają u pasa i jakieś buzdygany. No ja bym wolała się nie bić z kimś takim. - Burgund opisała jak są uzbrojeni ci strażnicy niejako potwierdzając słowa Otto, że nie wyglądają na cherlaków. Zresztą jak to ci sami co stanowili gwardię honorową podczas pogrzebu księżnej w ostatni Festag to na oko byłego mnicha i łowcy czarownic to wyglądali na Kruczą Gwardię, zakon poświęcony wojennej służbie Morrowi, głównie w walce z nieumarłymi i temu typu tałatajstwu. Ale widocznie obecnie przysłano ich z Saltburga jako eskortę morryckiej wieszczki no i gwardię honorową na pogrzebie księżnej.

                                  - Oczywiście rozumiemy sytuację. Obawiam się jednak, że lepiej będzie wywołać konfrontację. Nie wiadomo kiedy i czy Pirorze i Fabianne uda się załatwić dla nas kopię klucza. A podejrzewam, że takową ci strażnicy mogą posiadać. Jeżeli, ktoś jakoś, magią, sprytem, czy przypadkiem się dostał do środka pomijąjąc drzwi, no to chłopaki by byli w nie lada sytuacji, nie mogąc się tam dostać, dopóki osoba z kluczem się nie zjawi. W międzyczasie mogliby tylko krzyczeć "Niczego nie dotykajcie! To własność świątyni!".

                                  Nawet jeżeli by nie mieli klucza, wyłączenie ich dałoby nam większe okno czasu na włam i ucieczkę.

                                  - No ja nie wiem czy oni myśleli o kimś z magią czy nie ale nie widziałyśmy u nich żadnego pęku z kluczami. A jak się trochę podpytałyśmy to jeden ma ich oficer a drugi Absalon, ten kapłan. Do otwarcia drzwi wystarczy jeden z nich. Do Absalona trudno by nam było się jakoś dobrać no ale ten ich oficer co jest Bretończykiem i tak miło sobie po mszy ćwierkał z naszą Fabi no to daje większe nadzieje na to, że uda się mu zabrać i podrobić klucz. Jakby się zgodził na spotkanie to może w Konistag, może w Aubentag albo Festag. Następnego dnia mogłybyśmy mieć już wtedy swój klucz. - Łasica pokiwała głową na znak, że rozumie ale jednak sprawę klucza do skarbca jakoś udało im się chociaż częściowo rozwikłać. Na pewno właściwie oceniły kapłana Maanana bo ten był znany ze swojej nieprzychylnej postawy do kobiet jako całości. Więc ten oficer już samo przez to, że nie był Absalonem wydawał się łatwiejszym orzechem do zgryzienia a jak jeszcze zdawał się tak miło rozmawiać ze swoją tutejsza krajanką to dawało dziewczynom nadzieję, że jakoś mogłoby się udać z podmianą tego jego klucza.

                                  - Poza tym jakby wejść na rympał to pewnie, można nawet jutro w nocy. Tylko wtedy byśmy szli w ciemno. Nie wiem co jest za tymi drzwiami. A bez klucza to trzeba by jakoś wytrychami próbować jak się uda to uda jak nie to wyłamywać drzwi a to by było głośne i długie bo drzwi wyglądają na mocne. Chyba, że wy macie jakieś sposoby aby potwierdzić, że skarb jest właśnie za tymi albo innymi drzwiami to można by oszczędzić sobie tej rozpoznawczej nocki. Ale klucz i tak by nam ułatwił robotę, z kluczem to by się szło na pewniaka. - Burgund szybko dorzuciła swoje trzy grosze do słów partnerki nie wykluczając siłowego rozwiązania aczkolwiek wydawało się, że ocenia je jako dość ryzykowne.

                                  Otto rozumiał obawy Slaaneshytek. To duże przedsięwzięcie z wielką nagrodą jeżeli wszystko pójdzie dobrze, ale też nie lada katastrofą jeśli pójdzie źle.

                                  - Mają rację, Heinrichu. Mamy jeszcze czas, aby to rozplanować. Postaram się bardziej pokręcić po świątyni i wywęszyć o co chodzi z tymi drzwiami. Smutno by było, że cały nasz trud zaprowadzi nas tylko do krypty jakiegoś "świętego".

                                  - No właśnie. No chyba, żeby tam tak pilnowali jakiejś izby pokutnej z ciekawym wyposażeniem. No to wtedy może nawet zaczęłabym regularnie chodzić do świątyni na te pokuty. - powiedziała Łasica niby poważnym tonem ale za bardzo jej się przy tym oczka śmiały aby traktować to inaczej niż żart. Zresztą Burgund też się roześmiała i pokiwała głową na znak pełnej zgody.

                                  - Czyli ty albo jak ktoś da radę to też, wywiecie się co dacie radę z tymi drzwiami. Tylko tak subtelnie bo jak zrobimy ten numer to pewnie będą wypytywać kto się ciekawił tą sprawą. Pewnie połapią się, że włamywacze musieli zrobić jakieś rozpoznanie. Nas obu i tak będą szukać. Znaczy tych idiotek jakie udajemy. No ale lepiej aby nikim więcej od nas się nie interesowali. A póki co to Pirora da znać Fabi z tym liścikiem do oficera a my będziemy dalej tam szorować schody i podłogi i może coś wypatrzymy ciekawego. - Burgund popatrzyła na pozostałych czy na tym punkcie wszyscy się zgadzają co do robienia tego skosku na świątynny skarbiec czy mają jeszcze coś do ustalenia.

                                  Joachim nadal nie był entuzjastycznie nastawiony do osobistego udziału w skoku, natomiast opowiedział jak szczegółowo działa zaklęcie projekcji astralnej, jeśli dziewczyny miałyby pomysł by je wykorzystać. No ale drzwi musiałby ktoś mu fizycznie otworzyć.


                                  Rozmowa z Mergą

                                  Tak, Aaron był dzisiaj rano u mnie w sprawie tego jego dziwnego snu na temat Froyi i jej krwi. Spisaliśmy go - wyjął z kieszeni szaty kawałek pergaminu ze spisaniem tego co udało się wyciągnąć od jego kolegi.

                                  - Tylko nie wiem o jaki rytuał może chodzić i dlaczego akurat Froya jest ważna. Może ten rytuał ma coś wspólnego z dziedzictwem Sióstr które badamy? - był ciekaw zdania Mergi na ten temat.

                                  - Być może. - odparła jego mistrzyni i na razie zajęła się odczytywaniem tego co mu się udało zapisać z porannych, nieco bełkotliwych wypowiedzi szarego magistra. Zajęło jej to chwilę po czym odłożyła kartkę i zastanawiała się chwilę.

                                  - No ciekawe… Krew jest całkiem częstym składnikiem czarów i rytuałów… Hmm… Chociaż nie pisze nic o podrzynaniu gardła czy wyrywaniu serca więc raczej chodzi o dość symboliczną ilość. Jeśli to prawda to powinno wystarczyć parę kropel… Ciekawe czemu akurat ona mu się przyśniła… Nie sądziłam, że ich może coś łączyć. - wiedźma mówiła dość wolno zastanawiając się o co mogło chodzić z tym snem Aarona. Jeszcze raz uniosła kartkę i zaczęła ją czytać od nowa.

                                  - Kielich krwi, świecie, glify, rytuał… Sprawdzić krew… I coś wtedy wyjdzie… - właściwie niewiele było konkretów z tego co rano mówił skacowany magister zbudzony tym wyjątkowym snem zbyt Bo widzę że głównie jest przydatne do śledzenia kogoś w otwartej przesztrzeniowicie złotych oczach wzruszyła ramionami na znak, że ona sama nie zna owej blondwłosej szlachcianki i tutaj jedynie bazuje na tym co od nich sama usłyszała na ten temat. Więc skoncnetrowała się na omówieniu samego potencjalnego rytuału bez wnikania kto, skąd i jak miałby zdobyć tą krew Froyi do tego rytuału.

                                  Jednooki mnich pozwolił rozmówić się Joachimowi z Wyrocznią zanim do nich podszedł.

                                  - Joachimie, Wyrocznio, jeżeli mogę. Niepokojące wieści mam dotyczące Matki Somnium. Odwiedziła dziś Hospicjum w sprawie śmierci pacjenta dotkniętego przez Oster, ale też ostrzec nas przed kolejnymi napadami szaleństwa. Najwyraźniej doznała wizji tego. O ile nie lękam się jednej kapłanki, nawet wyższego stanu. Wizja oznacza wkład bóstw południa…

                                  Duet liderów zboru popatrzył na siebie z zastanowieniem po usłyszeniu wieści od jednookiego brata. Pierwsza zabrała głos wyrocznia jaka miała z nich wszystkich chyba największe doświadczenie w sztukach mistycznych.

                                  - Być może. Chociaż niekoniecznie. Domyślam się, że takie miejsca mogą emanować swoistą aurą jaka jest wyczuwalna zwłaszcza przez osoby wrażliwe na Moc. Być może jeśli ta kapłanka ma umiejętności i talenty wyprofilowane pod takim kątem to może wyczuć takie rzeczy. Ale oczywiście może to być jakiś szept jej patrona. Nie tylko ja jestem obdarzona takim talentem. - odparła wyrocznia nie przesądzając jeszcze niczego ale też nie wykluczając, że może być tak jak obawiał się tego Otto.

                                  - To nie byłoby takie dziwne. Moc Sióstr jest tak wielka, że przemawia w całej okolicy. Zwłaszcza w snach. Przemawia nawet to zwykłych śmiertelników bez żadnych nadnaturalnych talentów, wiedzy i wyszkolenia. Dlatego prosiłem was abyście zwracali uwagę na własne i cudze sny. Tam mogą kryć się wskazówki od naszych patronek. Więc całkiem możliwe, że czarna wieszczka wyspecjalizowana w czytaniu wizjonerskich snów też odbiera te szepty. - Starszy zza swojej maski zdradził jak on widzi tą sprawę. I zainteresowanie kapłanki bynajmniej go nie zdziwiło chociaż wzbudziło jego czujność.

                                  - Rzeczywiście, zauważyłem że wielu osobom coś się niepokojącego się ostatnio śni. Nawet wezwał mnie do siebie Baron Wirsberg który miał koszmar o prześladującym go potworze, staram się wyciągnąć z tego korzyść. Czyli to nie są wcale odosobnione przypadki - Joachim wtrącił swoje spostrzeżenia.

                                  - Zdecydowanie nie. Już od paru miesięcy te objawy się nasilają w całej okolicy. Zapewne tam gdzie niegdyś działały siostry. Różni ludzie mogą być różnie wrażliwy na te szepty, zapewne też każdy na akurat jednej z nich. A te zjawisko się nasila. Co razem z mistrzynią interpertujemy jako stopniowy wzrost wpływu Sióstr. Zapowiedź ich przebudzenia i powrotu. Dlatego te sny będą się coraz częściej śnić różnym ludziom, nie tylko tym oddanym naszej sprawie. Co zapewne też może postawić w stan gotowości także naszych nieprzyjaciół. - mistrz pokiwał głową i powaznie podszedł do tej sprawy. Już od dawna prosił aby zwracać uwagę na te sny, zwłaszcza takie nienaturalne i dziwne. Teraz zdawało się to tylko potwierdzać.

                                  - Ludzie szaleni, balansujacy na krawędzi, jak ci z hospicjum, są szczególnie podatni na takie rzeczy. Co zresztą z tego co słyszałam w hospicjum objawiło się ostatnio w pełni. Tym co są oddani którejś z sióstr, podatni akurat na jej szept, mogą ją słyszeć wyraźniej niż inne. Ale zapewne bez wiedzy o nich będą to tylko mętne majaki z jakich trudno będzie coś wyciągnąć. Mam nadzieję, że podobnie będzie z naszymi przeciwnikami. Nie sądzę aby znali pradawną legendę z Norski o Czterch Siostrach. A bez tego chyba trudno by było złapać im kontekst. Niemniej nasilające się zjawisko oraz jego skala może postawić ich w stan gotowości i mogą zacząć węszyć. Z tym musimy się liczyć. - Merga też nie lekceważyła tego tematu i nawet jeśli uważała, że to ich strona ma atuty w ręku nie oznaczało to jeszcze, że przeciwnicy ze swoimi blotkami nie spóbują im namieszać w grze. Też mieli w końcu swoich boskich patronów oraz cały aparat władzy i wielu, oddanych obywateli.

                                  - A co temu baronowi się śniło z tym potworem? - zapytał lider zboru zaciekawiony tym wątkiem.

                                  Joachim kiwał głową, uważnie słuchając słów swojej Mistrzyni. Podzielał jej wezwanie do ostrożności i zwracania uwagi na kwestię słów.

                                  - Baronowi śniło się, że był na ulicy, chyba naszego miasta. Błąkał się między kamienicami jakie wydawały się coraz wyższe, ciemniejsze, zaczynały rosnąć i szumieć. Jakieś dzwonki mamiły go i zwodziły echami, nie mógł się zorientować skąd właściwie dochodzą. Jakby szydziły z jego bezsilności. Ilekroć skręcał w jakiś narożnik to zawsze było nie tam. Zaczął biec i krzyczeć i miał wrażenie, że coś go ściga, goni, zaraz dopadnie i rozszarpie. Ale widział już mur! Taki kryty dachówkami na szczycie jak u nas ten jaki okala świątynie Mananna albo Akademię. Tylko ten we śnie był wyższy i straszniejszy, sięgał prawie chmur! I to chyba stamtąd jęczały te dzwoneczki aby je uwolnić. Wzywały i jęczały żałośnie i prosząco, tak słodko ale i to coś co goniło barona też było coraz bliżej. Krzyknął z przerażenia gdy usłyszał dudnienie cielska i chrobot łap na bruku. Jego nogi ugrzęzły w jakimś mlaskającym błocie i wtedy krzyknął tak przerażająco, że się obudził. Był przekonany, że ściga go jakiś straszliwy potwór - czarodziej opowiedział sen dość wiernie, na szczęście robił notatki.

                                  - Zresztą mi też się coś śniło wczoraj. Szedłem do przodu a za mną wyczuwałem jakieś mroczne, złowrogie kształty kłębiące się w ciemności. Takie widoczne ledwo kątem oka. A gdy się tam spojrzało nic nie było widać. Jednak gdy wznawiałem marsz to znowu miałem wrażenie że tam są. Ale kiedy się odwracałem to nic nie było. Za każdym razem jednak gdy wznawiałem marsz to miałem wrażenie że to coś jest coraz bliżej. Miałem wrażenie że coś zaraz się rzuci mi na plecy ale się obudziłem - Joachim w zamyśleniu zaczął obracać swój amulet w dłoni. Skoro już zagłębili się w tematykę snów to równie dobrze mógł podzielić się swoim.

                                  - No to obu wam śniło się coś podobnego. Przynajmniej z tym zagubieniem w mieście i, że coś was goniło. - zauważyła Merga gdy w myślach pewnie porównała oba opisy snów. I znów zamyśliła się na dłuższą chwilę.

                                  - U ciebie to wygląda jakbyś był pod obserwacją. Może jakieś nieznane jeszcze niebezpieczeństwo. Może ostrzeżenie przed czymś co dopiero nadejdzie. Jeszcze zbyt mdłe aby nabrało konkretnych kształtów. Być może przykułeś czyjąś uwagę. Kogoś nietuzinkowego. Albo dopiero przykujesz. I skoro to coś się jednak zbliżało a nie trzymało cały czas dystans to zapewne nabierało pewności aby skrócić dystans. Sen z tego co słyszę był dość mroczny ale dość mglisty, bez szczegółów. Więc nie przejmowałabym się tym na twoim miejscu, że lada chwila coś cię capnie. Ale otarłeś się o coś, czy kogoś nietuzinkowego kto zwrócił na ciebie uwagę. Być może to być ktoś niebezpieczny albo z dużymi możliwościami. Nie parałeś się jeszcze demonologią więc to nie powinien być ktoś z niezrodzonych. Chociaż kto wie? Niektóre dość swobodnie traktują czas i przestrzeń to może z jakimś zadrzesz w przyszłości? Tak to bywa gdy się obcuje z takimi bytami z innej rzeczywistości. - zaczęła anamizować jego sen ale chyba uznała, że nie ma w nim zbyt wielu punktów zaczepienia aby wyciągnąć jakieś dokładniejsze wnioski. Końcowa uwaga chyba ją rozbawiła gdy chciała zwrócić uwagę swojemu uczniowi jakie nieprzewidywalne konsekwencje może przynieść paktowanie z demonami.

                                  - W każdym razie uważaj na siebie. Może to powiew przyszłości, jakieś ostrzeżenie. Nie wydaje mi się na tą chwilę zbyt niepokojące albo z takich by zaraz za rogiem miała na ciebie czyhać jakaś hydra czy inna potwora. Niemniej może też być jakieś pokłosie twoich kolegialnych umiejętności albo szept którejś z sióstr. Miej to na uwadze. Sny, dziwne, niespokojne, niewytłumaczalne zapewne będą zdarzać się w tej okolicy to jedna z form w jakich echo szeptu sióstr może się objawić w ten sposób. - dodała jakby chciała go nieco uspokoić ale też ostrzec aby nie bagatelizował sprawy. I był wyczulony na takie znaki jakie mogły pochodzić z różnych źródeł ale w tym także od potężnych bytów zwanych Czterema Siostrami.

                                  - A sen tego szlachcica no tutaj bym powiedziała, że jest więcej detali. Jak rozpoznał ten kawałek muru to dobrze. To częste, że się w snach widzi coś znajomego. Być może myślał przed snem o tym miejscu albo zaprzątały mu one głowę. To zagubienie jakie opisuje też jest całkiem częste w snach. Zwykle oznacza dezorientację i niepewność przy spotkaniu z czymś nieznanym albo trudność przy podjęciu jakiejś decyzji gdy obawiamy się konsekwencji. Chociaż niezbyt często osiąga to taką dramatyczną formę jak ci to opisał. - wiedźma zajęła się teraz omawianem snu barona Wirsberga. Wahała się często albo się nad nim zastanawiała. W końcu to nie był jej sen czy wizja tylko czyjś i to opowiedziany jeszcze przez kogoś innego.

                                  - Te dzwoneczki mnie zastanawiają. To coś niezbyt typowego. Zapytaj go jak go będziesz widział czy jest w jakiś sposób związany z jakimiś dzwonkami. Może coś o nich ostatnio czytał albo słyszał czy rozmawiał o nich. To by mogło wyjaśnić te dzwoneczki. Ciekawe, że go tak wabiły. Może tą bestię też jak tak biegła w tym samym kierunku co on. Też co jakiś czas miałam wizję z odgłosem dzwoneczków albo podobnych szumiących dźwięków. Miałam wrażenie, że to coś związanego z siostrami. Być może Vestą. Ale było zbyt mętne i wyrywkowe abym coś z tego wywnioskowała. Jeśli to coś od nich to być może Herr baron jest podatny na szept jednej z nich albo jakoś powiązany, lub otarł się jakoś o dziedzictwo którejś z nich. Trudno powiedzieć. W każdym razie postaraj się utrzymać z nim kontakt i miej na uwadze na wypadek gdyby te sny miały mu się powtarzać. - doradziła mu na koniec co jej zdaniem powinien zrobić. I jaka jest jej opinia na temat snu szlachetnie urodzonego starszego pana.

                                  Otto przysłuchiwał się rozmowie magistra z głowami kultu, kiedy coś przyszło mu do głowy.

                                  - Joachimie, przyznam nie znam się na organizacji i misteriach Imperialnych Magistrów, ale czy twoja odnoga, Magowie Niebios, zajmują się wieszczeniem? Lub właśnie interpretacją snów? Pytam, bo to może być droga, aby wprowadzić cię do hospicjum.

                                  Czarodziej podziękował Merdze za poradę co do niełatwej sztuki interpretacji snów, a następnie obrócił się co do Otta.

                                  - Tak, można by rzec, że zajmuje się wieszczeniem, chociaż przede wszystkim tym opartym na układach gwiezdnych bytów, sny nie są moją specjalnością. Ale pewne założenia i metodologia mają punkty styczne. Myślę, że na potrzeby laików możemy założyć, że się na tym znam, jeśli mamy odnieść z tego jakąś korzyść, tak jak z Baronem - uśmiechnął się do Otta.
                                  - A do hospicjum chętnie wejdę jakby udało się to załatwić, interesuje mnie ten człowiek dotknięty przez Vestę.

                                  - Więc jutro zarzucę sieć. Przygotuj się, że będą pewnie chcieli, abyś sypnął groszem. - zaczął Otto - Co do Georga, jego kontakt z Vestą zsyła na niego sny, które najwyraźniej ujawniają rąbek prawdy co do czyjejś natury.


                                  Joachim był zmęczony wracając do domu późnym wieczorem ze spotkania na Zborze, rozmowy trwały długo, było dużo do zastanowienia się a i wiele do zrobienia. Niestety nie mógł tak od razu pójść spać bo obiecał przecież Baronowi Wirsbergowi że postawi wróżbę na temat tego czy jego sen miał jakieś znaczenie.

                                  Co do następnego dnia planował porządnie się wyspać a potem był umówiony u Barona. Planował też pomóc w kupieniu odpowiedników składników do mikstur Sigmindusa, tych które miały wspomóc proces tworzenia pomiotu Oster. Miał środki ku temu, a czarodziej kupujący różne składniki nie powinien przecież wzbudzać podejrzeń. Chociaż tutaj mógł go może wyręczyć jego sługa Gunther.

                                  Co do planu okradzenia Świątyni, nie miał ochoty uczestniczyć w nim osobiście, natomiast zaoferował swoje usługi z zaklęciem astralnej projekcji, dzięki któremu mógłby działać niezauważony. Czekał też, czy Ottowi uda się załatwić mu wejście do hospicjum.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Niedostępny
                                    SantorineS Niedostępny
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #74

                                    Oryginalny autor: Zell

                                    Backertag; wieczór; rozmowy na Zborze

                                    Joachim z ciekawością słuchał informacji o sposobie przygotowania wylęgu much od Oster. Było to z jednej strony interesujące, z drugiej nieco obrzydliwe. Nie odzywał się zbyt wiele, nie chcąc wchodzić w spór pomiędzy Sigismundusem a służkami Węża. Z tymi ostatnimi współpracowało mu się całkiem nieźle, ale po ostatniej rozmowie z Tobiasem chciał być ostrożny jeśli chodzi o równowagę sił w Zborze.

                                    - To skomplikowany projekt, ale może wydać owoce. Ja mam teraz trochę spraw na głowie, ale mogę pomóc ze zbieraniem składników do mikstur, mam nieco środków i miejsce na na takie rzeczy u siebie - podsumował.

                                    - Bardzo dobrze Joachimie. Musimy sobie pomagać. Jak się we dwóch za to zabierzecie albo ktoś jeszcze wam pomoże powinno być szybciej jak się podzielicie zadaniami. Zwłaszcza, że jak widać nasz brat Sigismundus ma nieco ograniczone możliwości wycieczek na miasto i za miasto. A niektóre z tych składników nie są takie proste do zdobycia jak reszta. Wierzę jednak, że tacy rezolutni młodzieńcy jak wy coś wymyślą. To jeśli macie ochotę to przepiszcie te zwoje dla siebie bo te oryginały czcigodnej to jednak wolałbym aby pozostały w bezpiecznym miejscu. - Starszy uśmiechnął się pogodnie i z zadowoleniem co dało się poznać pomimo noszonej maski. Widocznie był rad ze współpracy pomiędzy swoimi przybranymi dziećmi zwłaszcza jak obrali inne ścieżki wiodące ku innym patronom.

                                    - O tak, ja to bardzo chętnie. Rzeczywiście ostatnio to cały czas jak nie ja to Strupas musimy pilnować naszego obejścia to nieco trudno nam się ruszyć. - aptekarz też pokiwał głową z zadowoleniem i spojrzał zachęcająco na młodego astrologa zapraszając go gestem na miejsce obok gdzie już sam siedział i zaczął przepisywać ten drugi manuskrypt Mergi gdzie miały być różne mikstury jakie powinny wspomóc hodowlę owoców Oster.

                                    Otto dokładnie wysłuchał informacji o projekcie Oster i coś mu nie dawało spokoju. W końcu dotarł do centrum jego zdziwienia.

                                    - Wybacz Wyrocznio, pytanie. Czy Oster stwierdza, że nosiciele muszą być żywi? Nauki Ojczulka stwierdzają, że śmierć istnieje jako pastwisko dla nowego życia. O ile nie kwestionuję geniuszu Oster, ograniczanie się do żywych dawców wydaje się… marnotrawstwem.

                                    - Ależ tu chodzi o zasianie nowego życia Otto. - odparła Merga łagodnie się uśmiechając. - Ale rozumiem co masz na myśli. W tym jednak projekcie zdecydowanie chodziło o żywe nosicielki. I to tak aby w optymalnym wariancie pozostały żywe po wydaniu na świat nowego życia i można je było użyć do tego celu ponownie. Przypominam, że Oster to robiła między innymi jako coś co powinno zrobić wrażenie na jej siostrach i przebić to co one proponowały. A robienie much z padliny to raczej nie jest coś niesamowitego i to na nikim nie robi większego wrażenia. I bez niczyjej pomoc one to robią. - dodała i wydawała się być pewna tego co mówi. Gruby aptekarz pokiwał głową uśmiechając się ze zrozumieniem i mówiąc pod nosem coś, że sam też próbował czy chciał ale z padliny to wychodzą tylko takie zwykłe muchy.

                                    Były Łowca Czarownic pojawił się jako jeden z ostatnich, nie spiesząc się bardzo. Mógłby ktoś uznać, że okazuje tak pogardę lub zastanawiać się czemu na tak długo zniknął, jednak dość szybko doszłoby do osoby oskarżającej go o ową pogardę, że brak pośpiechu, jak i ostatnia nieobecność musiała mieć inne podłoże. Heinrich wyglądał na osobę, którą musiała doświadczyć jakaś choroba i choć nie widać było fizycznych ubytków nią spowodowanych, to samo spojrzenie i wyczerpany wyraz mogły świadczyć o ciężkim uszczerbku na psychice. Starszy mężczyzna mógł w tym momencie wydawać się umęczony, co bladość skóry potwierdzała wraz z opuchnięciami pod oczami.
                                    Mimo stanu umysł Heinricha najwyraźniej od razu wszczepił się w cały wykład Mergi, jakkolwiek sugerujący nieprzyjemne obrazy. Co pewien czas były Łowca niby wyłączał się z lektury, aby znów powrócić.

                                    Nagłe podekscytowanie nurglity wywołało niewielką reakcję u Heinricha. Warte było zapamiętania, iż i on był podatny na relatywnie ludzkie odruchy, zakrawające na przyjacielskie i ciepłe... Choćby i były może tak samo ciepłe jak ciepłe były zgromadzone nieczystości w szambie.

                                    - Prócz osób nieświadomych tego "zapłodnienia" czy kilku wybranych do badań - odezwał się zaskakująco silnym głosem kontrastującym ze zmęczeniem wymalowanym na twarzy - sugeruję także wykorzystać wiedzę jaką zapisała Oster na wybranych okazach. Oczywiście należałoby dobrze wyliczyć potrzebny czas, aby zostało wszystko idealnie rozplanowane. - nie skupiał wzroku na nikim konkretnym, gdy o tym mówił - Zakładam, że na Festynie będzie lepsza okazja złapać konkretne sztuki. - uśmiechnął się do siebie samego - Muchy i jaja mają wielki potencjał także psychologiczny. Należałoby odciągnąć uwagę Łowców czy zbyt religijnego motłochu, mogącego przekazać informacje dalej, ale aktorki wydające na świat trochę tego błogosławieństwa to byłby cudowny pokaz.

                                    - Z tym mógłby być kłopot… - zaczął Otto - O ile przyznam, wizja takiego spektaklu wydaje się obrazem przepięknym. Podejrzewam, że "ciąża" będzie wyglądać w miarę autentycznie. Trudno będzie sprzedać szlachcie przedstawienie "Sztuka Teatralna, gdzie wszystkie aktorki są w ciąży", wątpię, aby uwierzyli, że istnieje jakieś królestwo gdzie to norma. Natomiast służki?

                                    - Ja na pewno bym poszedł na takie przedstawienie! Dużo bym nawet gotów był zapłacić! A macie takie aktorki? - grubas mimo swojej tuszy i niekoniecznie miłej aparycji jak chciał i mu na czymś zależało to potrafił się wykazać zarówno wielką życzliwością przechodzącą momentami w wujaszkowatą jowialność jak i refleksem. Jak teraz, gdy pomysł Heinricha od razu przypadł mu do gustu i poparł go bez zastanowienia obdarzając go pełnym życzliwości uśmiechem i spojrzeniem.

                                    - To na pewno byłoby prawdziwe dzieło sztuki godne naszych wspaniałych przodkiń. - uśmiechnęła się Merga, ale zaczęła omawiać stronę bardziej praktyczną takiego pomysłu.

                                    - Pominę na chwilę to jak by miało dojść do zasiania tego daru od Oster u tych aktorek czy ich służek to myślę, że niekoniecznie by musiały zdradzać stan brzemienny. To w sporej mierze zależy od dawki. Przypuszczam, że jedna, może dwie takie strzykwy powinny dać niezauważalny stan albo bardzo niewielki. Taki jak na wczesnych etapach ciąży gdzie jest to słabo zauważalne zwłaszcza jak się nie zna takiej kobiety. Dopiero przy większych dawkach co prawda miot byłby większy ale też i brzuch także. Niestety opisy i ilustracje jakie zostawiła Oster nie są w tej materii zbyt precyzyjne. To już byście musieli sprawdzić sami. - wyrocznia zwróciła uwagę na tą zależność co do wielkości brzucha, dawki i miotu. Brzmiało jakby przy odpowiednim zestawie mógł wyjść z tego w miarę dyskretny komplet. Przynajmniej w teorii zapisanej na pradawnych zwojach.

                                    - No i nie do końca wiadomo ile by mogła trwać ta pseudo ciąża. Bo wahania są od pół tygodnia do tygodnia. Plus minus parę dni. O ile indywidualnie to nie byłby chyba jakiś problem to, aby uzyskać efekt masowego porodu to może być różnie. Te wylinki mogą sugerować oczekiwany czas wydania miotu. Chociaż zgaduję, że przy odpowiednio dużej próbie i zasiania w tym samym czasie są większe szanse na to, że więcej niż jedna kobieta wyda na świat miot w podobnym czasie. - dorzuciła jeszcze kolejne wyjaśnienie chociaż sam pomysł wydawała się akceptować. Raczej mówiła o tym jakby omawiała jakieś zagadnienie naukowe dość abstrakcyjne jakie próbowali obecnie wypróbować w praktyce. Pierwszy raz od mileniów.

                                    Oczy Heinricha jakby zabłysły w tym momencie, a Heinrich aż wstał z miejsca.

                                    - Przedstawienie mogłoby być bardziej na nasz smak, gdyby uderzyło nie tylko w osoby z miasta, ale także poniekąd naszych wrogów. Na bank prędzej czy później muszy poród na scenie, powiedzmy dwóch aktorek zwróci uwagę nieprzychylnych, ale im bardziej pozornie jedynymi, od których to wyjdzie będą aktorzy z Salzburga, tym większa możliwość, że oni poniosą wszelkie konsekwencje, jak ten, który ich wysłał. Możliwe, że stos czy kilka zapłonie, a także może jacyś z naszych wrogów będą zmuszeni do opuszczenia miasta by szukać spaczenia Chaosem w Salzburgu, zostawiając nasze poletko w spokoju, gdy pogonią za nieistniejącym zagrożeniem. Łowcy Czarownic będą trzymać się najmniejszej poszlaki, nawet jeżeli zaprowadzi ich na manowce, a jedynie pozostawi na drodze swąd trupów. - spojrzał przepraszająco na Sigismundusa - Musielibyśmy oczywiście poświęcić miot, aby samemu nie dać się złapać, ale wiele innych dzięki temu by mogło powstać w lepszych dlań warunkach. Bezpieczniejszych.

                                    Otto kiwał głową słysząc propozycję Heinricha, plan miał sens oraz więcej niż jeden benefit dla kultu, a jednak oznaczał jedno.

                                    - Obawiam się jednak Sigismundusie, że będziesz musiał ograniczyć szerzenie daru Oster do koniecznego minimum, aby wyszkolić u siebie metodę aplikacji i hodowli. Nagła plaga ludziożernych much, przykuję uwagę i sprawi, że nasze drogie miasto będzie uważane za źródło, a nie Salzburg.

                                    Sigismundus aż zaniemówił na to wszystko. I to chyba kilka razy pod rząd. Jeszcze nie otrząsnął się z rozmarzenia na myśl o tej pięknej wizji muszego porodu na scenie jaką mogłyby sprezentować jakieś tam aktorki co wreszcie by się przydały w jakimś zbożnym celu a nie tylko dla tandetnej rozrywki gawiedzi. Potem ponownie ale już mniej przyjemnie jak dotarło do niego, jakie zagrożenie to może nieść i dla tak utalentowanych nosicielek a zwłaszcza ukochanego miotu jakiego chyba już czuł się ojcem chrzestnym. I jeszcze na słowa Otto z którym do tej pory współpraca układała mu się całkiem nieźle.

                                    - Wcale, że nie! - zaprotestował głośno aptekarz. I to tak żywiołowo jakby właśnie chodziło o obronę jego własnych, ukochanych dzieci. - Przecież musimy mieć ich jak najwięcej prawda? Aby uzyskać jak najlepszy efekt jak już je wypuścimy. Ale można je hodować u nas w jakimś zaciszu. Wcale nie musimy ich od razu wypuszczać. Jakieś wygodne, dyskretne miejsce się znajdzie. Trzeba by tylko jakaś cela albo dwie aby zamknąć te ladacznice. No chyba, że by się któraś sama zgodziła no to nie. Ale można założyć hodowlę gdzieś z dala od wścibskich oczu. A wypuścić je gdy będzie to wygodne. - aptekarz szybko połączył te różne punkty w jego zdaniem logiczną całość a był przy tym tak żywiołowy, że wtrącił się nawet Merdze i Starszemu co mieli właśnie coś powiedzieć. Ci jednak dali mu się wygadać i dopiero jak skończył zabrali głos.

                                    - Wyborny pomysł Heinrichu. Podoba mi się. Gdyby taki poród nastąpił przy świadkach to trudno by to było zatuszować. Co prawda musielibyśmy tak jak to Otto mówi, wstrzymać się z wcześniejszymi akcjami z użyciem much czy innych potomków Sióstr, ale myślę, że efekt mógłby być interesujący. Rzeczywiście mogłoby powstać wrażenie, że tą muszą plagę ściągnęła ta aktorska trupa. Pewnie by poszli, że tak powiem, na pierwszy ogień w przesłuchaniach i szukaniu winnych. - Starszy pokiwał swoją wydłużoną maską i dało się słyszeć w głosie pochwałę i aprobatę za pomysł jaki im sprezentował były łowca czarownic.

                                    - Chociaż ja nie do końca jestem pewna czy udałoby się to zgrać do jakiegoś występu. To by praktycznie musiało być jak poród na zamówienie. To może być trudne. Do pewnego stopnia można to regulować tymi miksturami z drugiego manuskryptu. One głównie powodują większy wzrost albo szybszy rozwój. W połączeniu z wylinkami może dałoby się to jakoś oszacować co do dnia, ale czy godziny to nie jestem pewna. Może jakbym zdążyła wrócić z Norski to bym coś pomogła, ale nie wiem czy się wyrobię. W razie czego działajcie beze mnie. - wiedźma z rogami też wydawała się być zadowolona z takiego planu. I nawet ją zaciekawił chociaż jak zwykle bardziej zajmowała się techniczną stroną problemu.

                                    - A mnie trochę ich szkoda. Wreszcie jakiś teatr z prawdziwymi aktorami by do nas przyjechał. Miałam co do nich spore plany. I te związane ze zborem i te oficjalne. - westchnęła nieco z żalem młoda Averlandka która z całego zboru najbardziej była zaangażowana w sprawy teatru oraz zaproszenia dla grupy aktorów z Saltzmundu jacy mieli uświetnić swoimi wystepami tegoroczny turniej. Ale jak go odwołano to na razie to wszystko uległo zawieszeniu.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Niedostępny
                                      SantorineS Niedostępny
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #75

                                      Oryginalny autor: Seachmall

                                      Otto chwilę się zastanawiał, rozważając możliwości. Spojrzał na Sigismundusa, po czym na Starszego.

                                      - Starszy, z jakimi funduszami bylibyśmy w stanie się rozstać, aby wybudować niewielki system kładek w klifowym terenie w okolicach morza?

                                      - System kładek? Co masz na myśli? - zamaskowany lider zboru widocznie niezbyt wiedział o co chodzi młodszemu kultyście więc wolał aby ten doprecyzował swój zamiar zanim mu odpowie.

                                      - Wybacz, za bardzo przyszłościowo myślę. - zaczął jednooki mnich - Jaskinia Oster byłaby idealnym miejscem, na przeprowadzenie tego eksperymentu. Ma już strażnika w postaci tego "konia". Jest na odludnym miejscu. Poświęcone Nurglowi, więc hodowla może być bardziej udana. Kładki byłyby potrzebne, bo dojście jest dość, uciążliwe, o czym Sigismundus może poświadczyć.

                                      - Genialne! - krzyknął znów rozradowany aptekarz obdarzając Otto takim samym zachwyconym i wdzięcznym spojrzeniem jak przed chwilą Heinricha i jego pomysł z publicznym porodem. - I tak, tam jest woda morska z zatoki, głęboko wchodzi do jaskini, ciężko przejść. Jakieś kładki mogłyby pomóc. - szybko poparł ten pomysł zaświadczając, że młody mnich nie mija się z prawdą.

                                      - Hmm… Tak, myślę, że to dałoby się zorganizować. Chociaż nasza największa brygada robotnicza odpływa wraz z Vasilijem jako obsada łodzi Mergi. No ale sam pomysł tak, myślę, że to drobne niedogodności i jakieś ścieżki damy radę tam urządzić. - Starszy też wydawał się skłonny poprzeć taki pomysł chociaż brał pod uwagę, że wkrótce ich zbór znacznie zubożeje pod względem ilości i jakości. Z ich małej, spaczonej rodziny ubytek członków będzie odczuwalny a jak jeszcze mieli sporo zadań na mieście to i wysłać kogoś o dzień drogi stąd nie było tak prosto. Ale lider zdawał się to traktować jako drobnostki do przezwyciężenia.

                                      - Tylko to cały dzień drogi, albo półtorej stąd. Właściwie to ktoś z nas musiałby tam się przenieść aby czuwać nad wszystkim, doglądać nosicielek i miotu a potem hodowli… - aptekarz zreflektował się, że to by jednak oznaczało kolejne rozbicie się na mniejsze grupki i to tak raczej w dłuższej perspektywie. - Ale ja się chętnie podejmę tego zadania! Cóż znaczy jakaś tam apteka wobec możliwości eksperymentowania i obcowania z darami Oster! - zawołał radośnie jakby jemu jeszcze mniej przeszkadzało takie oddalenie w zamian za możliwość swobodnej hodowli. Chociaż w ich miejskiej społeczności ubyłoby im wtedy aptekarza.

                                      Otto kiwnął głową.

                                      - Więc mamy plan działa w tym kierunku. - mnich uśmiechnął się - Mamy również Sorię i plan z nią związany, aby zadowolić Mrocznego Księcia. Czy ktoś może ma jakieś informacje dotyczące pozostałych darów?

                                      - Jaki plan? - zapytała rogata wiedźma zerkając to na jednookiego mnicha to na ciemnowłosą kobietę w eleganckiej sukni otoczonej wianuszkiem swoich zgrabnych dwórek.

                                      - A jeśli chodzi o dziedzictwo innych Sióstr to może i dwie z nich najszybciej do nas przemówiły ale nie lekceważmy pozostałych. Tylko głupiec by sobie lekko traktował tak potężne istoty. W końcu nasza czcigodna Soria może dać temu niezły przykład a jest córką jedną z nich a nie nią samą. - Starszy też poparł pytanie jednookiego mnicha zerkając ciekawie po pozostałych. Merga co prawda wcześniej wspomniała, że jest w okolicy jakaś “jaskinia miłości” po Soren no ale nie dało się poznać detali z tych zapisków jej siostry.

                                      Otto uśmiechnął się.

                                      - Zaprezentowaliśmy Sorię jako szlachciankę z obcych stron, przyjętą jako gość przez Pirorę i lady Fabianne. Plan, przynajmniej ten, który ja miałem w głowie, zakładał, aby zaprezentować naszą czcigodną córę Soren podczas festynu. Jej egzotyczna uroda, obce pochodzenia i "dziwne zwyczaje" jak pewnie by sądzili o niej krótkowzroczni szlachcice, byłaby przynętą. Na własne oczy widziałem jak cudowne szepty Czempiona Węża rozbudziły tajne, wstydliwe żądze w kobiecie, podejrzewam nie zainteresowanej we własnej płci, ale również obecnie będącej pod wpływem Norry. Obraz masowej orgii seksu i okrucieństwa, kiedy na scenie aktorki wydają na świat owoce miłości Nurgla wydaje mi się paradoksalnie komiczny.

                                      - Ah takk… Orgia seksu i okrucieństwa, strachu i podniecenia, wywyższenia i poniżenia, bólu i przyjemności… - na twarzy Sorii wykwitł uśmiech jakby już w myślach smakowała jakiś wyrafinowany deser jaki był jej ulubionym. Jej dziewczęta symbolicznie zastrzygły uszami wyczuwając żądzę i podniecenie kryjące się tuż pod skórem swojego herolda. Zresztą nie tylko one.

                                      - No może i dla tych miotów Oster znalazłoby się miejsce. To ohydne i obrzydliwe. Ale może być też pociągające. - mówiła jakby rozważała na głos składniki jakiegoś ciasta jakie zamierzała skosztować na planowanym przyjęciu.

                                      - Oczywiście nie mogłybyśmy tego zrobić tego tak publicznie jak te nieszczęsne aktorki jakim planujecie zgotować ten straszny los, bo niestety moglibyśmy stanąć na tych palach wbitych w stos obok nich. Ale kto wie? Może się trafi taka czy inna okazja na takie rozkoszne zabawy. Tu czy tam. Wtedy lub kiedy idzień. W takim lub innym gronie. - Soria uśmiechnęła się leniwie i lubieżnie jakby takie zakazane i bluźniercze zabawy były bardzo miłe jej rogatej duszy i sercu. Nawet jej dwórki były chyba pod wrażeniem i tego się nie do końca spodziewały, bo zamilkły i popatrzyły na nią i na siebie nawzajem nieco skonsternowane.

                                      - Ale przecież mówiłaś, że pojedziesz z nami do Kamili. Jutro na to spotkanie poetyckie. I Fabi pewnie też będzie. - przypomniała jej Averlandka chyba niepewna czy słowa jej mistrzyni oznaczają jakąś zmianę planów na kolejny dzień.

                                      - No to pojedziemy. Spodobała mi się ta słodka Kamilka. Zobaczymy jakie tam macie sztuki do złowienia na tych spotkaniach. Mówisz, że Kamilka ma słabość do śmiałych, awanturniczek z odległych stron? - Soria uśmiechnęła się, tym razem wesoło i beztrosko jakby jutro wieczorem doświadczona kocica miała wpaść w stado tłuściutkich myszy. Pirora uśmiechnęła się także i pokiwała głową.

                                      - Tak. Przynajmniej Rose to jej zimą tak zawróciła w głowie, że z pół roku po niej płakała. - zaśmiała się Averlandka.

                                      - No to zobaczymy jutro. I jeszcze ta wasza Froya mnie interesuje. Przydałaby mi się do kompletu. Myślę, że obie by ładnie mi się tutaj prezentowały. - powiedziała pewnym siebie tonem unosząc swoją zgrabną nogę i pokazując na trzewik gdzie widziała miejsca dla obu młodych szlachcianek uchodzących za najlepsze panny do zamążpójścia w tym mieście. Dziewczęta zaśmiały się wesoło jakby szykowała się niezła zabawa.

                                      - A ta moc Sorii to tak, ja też to widziałam! To było w hospicjum jak Otto nam pokazywał swoich pacjentów. Fabi też tam była i widziała. A ta Annika to to taka była “na nie” jak żeśmy weszli do niej a jak wychodziłyśmy to miała takie tęskne spojrzenie za Sorią, że na pewno o niej myśli i tęskni. - zaśmiała się Pirora streszczając ten epizod wspólnej wizyty w hospicjum.

                                      - Zresztą Fabi tak samo. Aż przebiera nóżkami aby znów się spotkać z naszą milady. - zaśmiała się na wspomnienie o uległej Bretonce.

                                      - Ah, tak, ta Fabi… Nie poświęciłam jej ostatnio zbyt wiele uwagi. Kiedy nas odwiedzi? W Konistag? Na te wasze lekcje wyuzdanego języka? Dobrze. Będę jej się musiała przyjrzeć uważniej. Domyślam się, że nie będzie miała nic przeciwko. - wspomnienie o bretońskiej szlachciance przypomniało herold, że miała co do niej osobne plany.

                                      - A właśnie Otto jak tam te nasze nowe zabaweczki? Coś wiadomo kiedy możemy się ich spodziewać? - zagaiła Pirora przypominając sobie, że nadal czekają na decyzję przeora w tej sprawie. Ten jednak dzisiaj nic na ten temat nie mówił a pewnie wezwałby Otto gdyby coś było wiadomo. No ale jutro też był dzień.

                                      Mnich jedynie smutno wzruszył ramionami. Nie lubił sprawiać zawodu członkiniom zboru.

                                      - Niestety jeszcze cisza, jutro zagadam do przeora. Może coś się uda.

                                      - No oby. Mam nadzieję, że się nie rozmyśli. W końcu datki wziął i ode mnie i od Fabi. Jakby coś tam trzeba było to daj znać, w razie czego możemy znów was tam odwiedzić no ale nie chciałabym być zbyt nachalna. Mam nadzieję, że jakoś to się uda w miarę szybko załatwić. - Pirora przyjęła to do wiadomości całkiem spokojnie i na razie widocznie była gotowa pozwolić sprawie “nabierać mocy urzędowej” i toczyć się swoim trybem jednak zainteresowania trójką zabaweczek jednak nie zmieniała.

                                      Otto kiwnął głową. Miał nadzieję wypchnąć trójkę pacjentów z hospicjum jak najszybciej. Przed zapowiedzianym przez Morrytkę następnym atakiem szaleństwa.

                                      - A ci aktorzy to kiedy mają przyjechać? Przyjadą w ogóle jak ten turniej odwołany albo przełożony na “później”? Są tam w ogóle jakieś aktorki, że tak śmiało planujemy ich użycie? - zagaił milczący do tej pory Tobias.

                                      - Co do Froyi to nie byłabym taka pewna czy wam ulegnie. To wielka, dumna wojowniczka. Jakby się urodziła u nas. Szkoda, że się nie urodziła. Wtedy byłaby naszym wodzem i walczylibyśmy ramię w ramię. - odezwała się Norma która rzadko zabierała głos w takich dyskusjach ograniczając się do roli gwardzistki rogatej wyroczni. Ale zimą akurat nawiązała cieplejsze relacje z młodą szlachcianką bo okazało się, że mają wspólne zainteresowania co do polowań i wojaczki. Zdecydowanie mniej ją interesowały sprawy jej alkowy. Młoda van Hansen jednak musiała zrobić na niej dobre wrażenie skoro teraz wypowiadała się o niej z takim uznaniem.

                                      Heinrich zwrócił spojrzenie na Tobiasa.

                                      - Cała trupa aktorska, aktorki też będą. Wielki festiwal i mieliby odpuścić ci z Salzburga? Szlachta by nie pozwoliła na stratę choć grosza, bo jakieś grajki nie przyjadą. To wydarzenie to duża sprawa, jedna martwa baba nie pogrąży im interesu. - odparł wprost - Czerwony Johan zbierał ochroniarzy właśnie dla tej grupy. Mieli pojawić się kilka dni przed wydarzeniem, a wyjechać nawet po kilku tygodniach. - odwrócił się i wyłowił wzrokiem jednego z khornitów - Rune, mówiłeś że zakręcisz się przy nim. Coś z tego wyszło?

                                      - No miałem ale właściwie nie poszedłem. Mieliśmy tutaj sporo roboty a jeszcze nie było pewne kto z nas popłynie z wyrocznią to nie chciałem zaczynać coś nowego. Ale jak teraz wiadomo, że popłynie Egon no to właściwie mógłbym się tam przejść. Tylko wtedy jak o tym rozmawialismy to chyba jeszcze było przed pogrzebem. Nie wiadomo jak to z tym werbunkiem jest teraz. - Rune przyznał, że odpuścił tą niezbyt pirorytetową dla siebie sprawę. W końcu miała być okazją do jakiegoś dodatkowego zarobku z nowej fuchy. Jednak rzeczywiście jeszcze do niedawna niezbyt było pewne kto by miał popłynąć z Mergą do Norski. Dopiero na dniach się to wykrystalizowało, że między innymi kronitów reprezentowałby były, brodaty gladiator.

                                      - A z tej trupy to tak, aktorki też będą. Cała trupa. Mężczyźni, kobiety i ci wszyscy pomocnicy. Kamila to nawet niektórych widziała na operach czy teatrze w Saltzburgu i ona ma najlepsze dojścia z nimi. Ja to ich nie spotkałam, wiem tyle co od niej. Ale mają opinię najlepszej trupy w Nordlandzie. I to z takimi egzotycznymi elementami jak dwoje czy troje z nich jest tak ciemnoskórych jak ona to ona ich uwielbia i strasznie chce ich zobaczyć na żywo tutaj. Nawet mają jedną czy dwie muzyczki albo tancerki z dalekiego Cathayu. Takie z migdałowymi oczami. W ogóle to one chyba są z Marienburga bo tam jest ich enklawa i to Kamila też pamięta jeszcze jak była dzieckiem i tam mieszkali. No w ogóle całkiem spora i barwna grupa ma przyjechać. Miał być najświetniejszy pokaz i otwarcie naszego nowego teatru. - Pirora odezwała się jako ta co była w ich spiskowej rodzinie pewnie najlepiej zorientowana w sprawach teatru i wyższej sztuki. I tej jaką organizowała z koleżankami w nowo otwartym teatrze jak i tych gościach z Saltburga co mieli uświetnić swoimi występami zarówno otwarcie tego nowego przybytku kultury w ich leśno - morskiej prowincji jak i coroczny, letni turniej. Sama Averlandka wydawała się przygaszona i przygnębiona losem jaki miał ich tutaj spotkać oraz konsekwencjami na przyszłość.

                                      Joachim nieco się zgubił w tych wszystkich dyskusjach o trupach teatralnych, miał inne rzeczy na głowie. Ale na wzmiankę o Froyi zareagował.

                                      - Aaron miał dzisiaj dziwny sen, co do którego nie wykluczamy że był znakiem od Vesty albo od innej z sióstr. Dotyczył on tego, że powinniśmy zdobyć jej krew do jakiegoś ważnego rytuału. Myślicie dziewczyny, że byłoby to bardzo trudne?

                                      - Krew? Jej? - zapytała Łasica jakby się upewniała czy rozmawiają o tym samym. Po czym spojrzała na swoją partnerkę w zbrodni oraz resztę koleżanek. W końcu to one zdawały się być w całkiem dobrej komitywie z blondwłosą szlachcianką.

                                      - Łatwiej by było na odwrót. Wystarczyłoby ją zaprosić i dać jej szpicrutę albo pejcz do ręki. - uśmiechnęła się Burgund co wywołało uśmiechy na pozostałych twarzach, nie tylko jej koleżanek.

                                      - No ja ją mogę zaprosić do siebie. Albo spróbować się z nią umówić. Z tego co pamiętam to niestety Łasica jest jej ulubioną służką to może się na nią skusi jak z nią przyjdę albo u mnie ją zobaczy. - Pirora zaoferowała swoją pomoc bo jako szlachciance było jej najłatwiej umawiać się z innymi szlachciankami. Westchnęła nieco jakby miała za złe Froyi, że preferuje nie tą służkę co powinna ale nic nie mogła na to poradzić. Za to łotrzyca ubrana jak na bogobojną mieszczkę przystało uśmiechnęła się rezolutnie.

                                      - Moja piękna milady wciąż o mnie myśli i pamięta? No spójrzcie jaka kochana! - uśmiechnęła się jakby ją rozczuliło takie stwierdzenie i chętnie była gotowa służyć van Hansen w takich prywatnych spotkaniach.

                                      - Dobra, zaproś ją. I nas jakoś umów. Albo chociaż mnie. Oczywiście będę wam służyć jak zwykle a w międzyczasie gdzieś tam się ją dziabnie czy co. - powiedziała wesoło machając niedbale dłonią i klepiąc udo averlandzkiej szlachcianki aby dać jej zielone światło na takie umawianie z wielką panią.

                                      - Tylko nie w Aubentag bo to pełnia to już jesteśmy umówione. - przypomniała Burgund na wszelki wypadek, że w końcu mają w planach małe spotkanie ze zwierzoludźmi przy starym, kamiennym kręgu za miastem. A to już było na początku przyszłego tygodnia.

                                      Po zebraniu Otto wrócił do domu.
                                      Następnego dnia miał zamiar odwiedzić świątynie, dowiedzieć się trochę o nowej kapłance Morra. Tej nocy miał zamiar przyjrzeć się swoim snom, może zobaczy coś godnego uwagi.
                                      Potem oczywiście hospicjum, trzeba zobaczyć jak idzie transfer pacjentów, no i rozpocząć proces wprowadzenia Joachima.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Niedostępny
                                        SantorineS Niedostępny
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #76

                                        Oryginalny autor: Pipboy79

                                        Oryginalny tytuł: Tura 22 - 2519.07.08; bzt; ranek - popołudnie (1/2)

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                                        Czas: 2519.07.08; Bezahltag; noc
                                        Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, łag.wiatr, ziąb

                                        Wszyscy

                                        Gdy pierwsze sylwetki wynurzały się z czeluści piwnicy pod zwaloną wieżą była już głęboka noc. Cisza, bezruch i różne odległe odgłosy które niosły się pustymi, mrocznymi kanionami miasta świadczyły o późnej porze. Kultyści rozproszyli się wśród tych ulic i zaołków gdy każdy zmierzał do swoich domów. O ile tacy co sami zarządzali swoim dniem jak Pirora, Joachim czy Heinrich mieli szansę odespać tą zarwaną nockę to lud pracujący jak Otto czy łotrzyce udające skruszone grzesznice to im zapowiadał się bardzo długi i męczący dzień. Ale ten niecodzienny zbór, całkiem nie planowany wcześniej, w środku tygodnia, okazał się bardzo burzliwy ale i owocny. Nie tylko Merga przetłumaczyła zwoje Oster ale i ogłosiła im wszystkim co tam jest. A z jej interpetacji oraz słów Starszego wynikało, że chociaż opracowała to jedna z Sióstr, poświęcona jednemu z patronów to jednak sprawa dotyczy ich wszystkich. No i jest tylko ułamkiem dziedzictwa pozostawionego im w spadku przez mityczne Siostry jakie w końcu dostąpiły demonicznego wywyższenia stając się czymś więcej niż tylko śmiertelniczkami. Zresztą nawet obecność i możliwości Sorii świadczyć się zdawały za taką interpretacją w końcu nawet ona sama nie śmiała się choćby porównywać do swojej legendarnej matki i wyrażała się o niej z najwyższą czcią i szacunkiem.

                                        Ale wracając z tego zboru, już pojedynczo czy w w duetach każdy chyba miał okazję przemyśleć to wszystko co zostało powiedziane, przedstawione i planowane. Chyba najwięcej emocji wzbudziły te zwoje i to co z nich wynikało. Starszy i Merga przykładali do tego wielką wagę. Pomysł Heinricha o zapłodnieniu nasieniem Oster aktorek jakie miały przybyć w trupie teatralnej z Saltburga na tutejszy turniej czy inne uroczystości spotkał się z wielkim poparciem ze strony liderowego duetu. Niemniej na tą chwilę niezbyt było wiadomo kiedy dokładnie ta trupa miałaby przybyć do miasta i kto dokładnie byłby w jej składzie. Ale informacji jakich udzieliła Pirora wynikało, że tak czy inaczej jakieś aktorki tam będą na pewno. Zapewne jakieś służki także. No ale na razie nie było tego wiadome jak to by miało wyglądać dokładniej. Poproszono Pirorę aby się tego dowiedziała bo w końcu z kultystów to ona zdawała się być najlepiej zaznajomiona w śmietance towarzyskiej miasta oraz sprawach teatru. Chociaż ona sama nie wyglądała aby tyrskała entuzjazjem na takie marnotrastwo utalentowanych dusz jakie tak długo starała się ściągnąć do miasta do świeżo otwartego teatru. Ogólnie dziewczęta poświęcone Wężowi zdawały się być najmniej pozytywnie nastawione do tego całego muszego projektu.

                                        - Ale te aktorki chociaż to bardzo obiecujący trop to jednak sami wiecie, lepiej mieć wróbla w garści niż gołębia na dachu. Mimo wszystko rozglądajcie się za okazją do pozyskania nosicielek tu na miejscu. I najlepiej jak najprędzej bo jak słyszeliście ten rozwój nieco trwa i jak chcemy mieć gotowe muchy na dzień naszego ataku to musimy zacząć hodowlę jak najwcześniej. - Starszy już pod koniec spotkania zrobił takie podsumowanie tego wszystkiego co omawiali dzisiejszego wieczoru. Po różnych dyskusjach okazało się, że po opuszczeniu kobiecego łona to dalszy rozwój much Oster wydawał się względnie prosty. Paradoksalnie nawet samo zapłodnienie nie było takie trudne. Zabierało parę chwil i jak już się miało przed sobą nagą kobietę to wydawało się całkiem proste. Wystarczyło wsadzić tą krótką rurkę jej tam do środka i wstrzyknąć zawartość. O ile oczywiście zdobycie chętnej do rozebrania się kobiety nie było dla kogoś trudne. Najtrudniejszym etapem właściwie wydawało się te czekanie co dalej. Bo to miało zająć gdzieś od pół tygodnia do tygodnia. Tak mniej więcej. Więc nie działo się tak od razu, tej samej nocy czy dnia co by jeszcze taka nosicielka była w mocy kultystów. Tylko trzeba było czekać.

                                        To oczywiście nie był kłopot gdy była w mocy kultystów. Silny bez wahania się zaoferował, że pozbieranie jakichś naprutych ladacznic z tawern nie powinno być trudne. A gdyby nawet nie były naprute to wystarczy jakąś znaleźć na ulicy, dać jej w łeb i można było zaciągnąć gdzie trzeba. Nawet jeśli to nie wszystko by poszło tak gładko czy tak prymitywnie jak to mówił khornita to wydawało się oczywiste, że nałapanie nosicielek na mieście nie powinno sprawić im większych trudności. Zwłaszcza jakby użyć siły jaką mieli Silny czy Rune albo wykorzystać jakiś podstęp z dużą ilością wina czy nawet numerkiem z ladacznicami. To wydawało się do zrobienia. Chociaż oczywiście każde takie porwanie niosło ze sobą możliwość wpadki. Jeden kłopotliwy świadek czy nawet pechowe nadzianie się na jakichś innych osiłków, wybawicieli czy straż miejską mogło narobić bigosu. Drugim wąskim gardłem było trzymanie takich branek w niewoli. Do tej pory Sigismundus trzymał je u siebie w piwnicy. Nawet jakby zwolnił z niewoli Loszkę to i tak miał do dyspozycji dwie cele w każdej mógł pomieścić jedną, góra dwie osoby. Rozważano czy nie użyć którejś z kryjówek kultystów. Albo “Starej Adele” albo tej pod zwaloną wieżą. Na razie zostawiono to jako plan rezerwowy bo Starszy wolał aby ich kryjówki pozostały ich kryjówkami. W przyszłości jak podsunął Otto można było wykorzystać do tego celu jaskinię Oster. Ale ona była za miastem. Szło się tam cały dzień. Trzeba by i tak jakoś znaleźć chociaż czasową kryjówkę na mieście dla tych schwytanych branek. A potem je jakoś przetransporotwać za miasto do tej jaskini. Całkiem spore przedsięwzięcie logistyczne. Zwłaszcza jak zauważalna część z nich miała wkrótce odpłynąć z Mergą więc zrobiłoby się ich jeszcze mniej. Starszy co prawda był dobrej myśli ale i tak trzeba było rozważyć jak to wszystko ugryźć.

                                        - Może moi pobratymcy by mogli pomóc? Do naszej jaskini to tak z pół dnia. Można by u nich się zatrzymać. Z tymi brankami też. Chociaż musiałabym zapytać o to Kopfa i Opal. - zaproponowała Lilly bo w końcu pochodziła z jaskini odmieńców nawet jeśli od zimy mieszkała tutaj w mieście. Wciąż była razem ze Strupasem głównymi łącznikami z mutantami Kopfa. Starszy przychylił się do tej prośby a nawet ucieszył. Obiecał, że napisze list do Kopfa i ogólnie da wytyczne Lilly aby z nimi porozmawiała na ten zaszczytny temat. Więc zanosiło się, że lada dzień dziewczyna o liliowych włosach wyruszy za miasto w las aby zanieść to zapytanie ich mistrza do lidera społeczności odmieńców.

                                        - No i widzicie drogie dzieci, cały ten ambaras z nosicielkami nam zbywa jeśli trafiłaby się ochotniczka. Wtedy ona dalej sobie żyje i robi co zwykle a jak wyda na świat pomiot Oster to przychodzimy na gotowe i wszystko zostaje bez zbędnych świadków. - westchnął zamaskowany mężczyzna bo to wydawał się przypadek idealny. Gdyby jakaś kobieta zgodziła się na zasianie i na dalszą współpracę to wydawało się, że są spore szanse, że udałoby się zachować sprawę w dyskrecji. A po paru dniach czy tygodniu odebrać wydany na świat owoc. Bez tego całego porywania, zamykania w celach, transportowania przez miasto czy za miasto co na każdym etapie było obarczone jakimś ryzykiem wpadki. Tylko znalezienie ochotniczki na taki numer nie zapowiadało się na łatwe zadanie. No ale należało mieć na uwadze aby znaleźć takie nosicielki, takie lub inne, w ten czy inny sposób.

                                        Przy okazji planu z trupą aktorską dobrze było zakręcić się przy pannie van Zee bo to właśnie ona była tutaj główną dusza i sercem spraw teatralnych. Poza tym znała się osobiście z częścią aktorów i aktorek jakie w sporej mierze przyjeżdżali tu z jej inicjatywy i na jej zaproszenie. Nawet Pirora nie znała wszystkich detali ani tych aktorów osobiście. Zimą przez Salzburg tylko przejeżdżała zatrzymując się tam na krótki postój dla regneracji zmarzniętych sił i nie miała okazji go zwiedzić czy poznać się z kimś lepiej. Zaś tutejsza śmietanka całkiem regularnie jeździła do operu czy teatru w Saltburgu i w dobrym tonie było się tam pokazać co jakiś czas. Przyjechać z wrażeniami ze sztuki, jak wypadki aktorzy i reżyser no i z jakimiś nowymi ploteczkami ze stolicy. Tutaj nie tylko Kamila van Zee była taka obyta, to raczej Pirorę ominęły takie rozrywki bo była zbyt krótko a sprawy związane z remontem teatru i własnej kamienicy mocno ją absorbowały na miejscu.

                                        Jak już zbierali się do wyjścia to dawało się zauważyć dużą różnicę w zachowaniu. Sigismundus był radosny jak skowronek. Jak dobry wujaszek jaki był gotów utulić do serca cały świat i swoich kolegów i koleżanki także. Puścić w niepamięć wszystkie złe słowa jakie między nimi stanęły gdy stali u progu tak świetlanej ery. Pirora i Łasica na odwrót. Wychodziły ciche jak pobita strona jakiejś bitwy. Dało się wyczuć, że im ten plany pochodzące z dziedzictwa Oster zdecydowanie nie przypadły do gustu. I o ile tydzień temu gdy sprawa była świeża i niejasna to jeszcze różnie mogło się potoczyć to teraz te wieści ze zwojów i to jak Merga ze Starszym przyklepali ten plan, w tej czy innej wersji ale przyklepali to trudno im było z tym dyskutować. Ale braku akceptacji nie ukrywały i entuzjazjmem nie tryskały.

                                        - I pamiętajcie o snach. Własnych i cudzych. Wsłuchajcie się w nie, nie lekceważcie ich. Sióstr nie ma jeszcze w naszym świecie i sny są furtką do wsłuchania się w ich głosy. - poprosiła na koniec rogata wiedźma obdarzając ich ciepłym uśmiechem i złotym spojrzeniem.

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                                        Czas: 2519.07.08; Bezahltag; południe
                                        Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanie

                                        Joachim

                                        Gdyby astrolog musiał wstawać z samego rana to zapewne by się nie wyspał. Na szczęscie ci byli znani z nocnego wpatrywania się w gwiazdy to nawet chyba nikogo za bardzo nie dziwiło, że potem przesypiają do południa. Tak czy inaczej Joachim wstał jak uznał za stosowne czyli jak się wyspał. Była już z połowa dnia gdy zdecydował się na poważnie otworzyc oczy. Chociaż widok za oknem nie budził zachwytu bo niebo było dość pochmurne. Dobrze, że w nocy dopisało mu szczęście i ładnie było widać gwiazdy. Wrócił prawie w ostatnim momencie. Swoim wprawnym okiem już po wyjściu z piwnic kryjówki pod wieżą zorientował się, że ma mało czasu. Co prawda do poranka było jeszcze parę, dobrych dzwonów ale teraz, w lato, tutaj na północy to przedświt przychodził wcześnie i kradł blade światło gwiazd już między drugim a trzecim dzwonem. A o czwartym to już nieboskłon wyraźnie zaczynał różowieć i blednąć mimo, że na ziemi panowała jeszcze głęboka noc. Dopiero po piątym dzwonie zaszynało tam szarzeć no ale wówczas to astronom już poza księżycami i najjaśniejszymi gwiazdami już niezbyt miał w co wycelować lunetę.

                                        Zanim się rozstali to obie łotrzyce podziękowały mu za ofertę pomocy. Ale chyba nie wpadły na pomysł jak mogłyby użyć jego niezwykłych talentów. - A nie możesz przechodzić przez ściany? Przez drzwi by wystarczyło. Aby zobaczyć co za nimi jest. Bo jak nie to i tak my byśmy musiały ci otworzyć te zewnętrzne drzwi. A potem te od skarbca właściwie też. - zastanawiały się trochę niepewnie czy dobrze rozumieją opisaną moc. Ale już tak późno w nocy to nic nie wymyśliły jak tego talentu można by użyć. Jak bez ingerencji w świat materialny to chyba nawet dla kawału kopnąć kogoś w tyłek nie było można albo rzucić czymś aby odwrócić uwagę… Joachim mógł im potwierdzić, że nie, takich rzeczy się nie da. W tej bezcielesnej formie astralnego ducha mógł chodzić tam gdzie dałby radę wejść w swojej fizycznej formie więc przenikanie przez materię i jakakolwiek ingerencja z nią nie była możliwa.

                                        - Wiesz, my byśmy musiały cię zobaczyć jak to wygląda. Czy rzeczywiście cię nie widać. Może coś wtedy byśmy wymyśliły. Bo zwykle obywamy się bez takich numerów bo my zwykłe dziewczyny z ulicy jesteśmy. Ale to miłe, że chcesz nam pomóc. - dodała od siebie Burgund i cmoknęła go w policzek. A Łasica w drugi. Po czym zaśmiały się wesolutko i ruszyły w ciemności nocy. A on w swoją stronę.

                                        Tej nocy jednak zdołał jeszcze zdążyć do domu a z południowej do zachodniej dzielnicy to miał spory kawałek do przejścia. Ale zdążył na tyle aby złapać za lunetę i poobserwować gwiazdy. I zastanowić się co też one mogą nieść za wróżbę dla barona Wirsberga.

                                        Co ciekawe to wyraźnie był wyraźny łucznik znany jako Sznur Limnera. To był symbol sprzyjający wenie artystów, precyzji rzemieślników i zamysłom wymagających finezji. Joachim nie był do końca pewny czy można by uznać barona za rzemieślnika czy artystę no chyba, że to miałaby być jakaś metafora. Albo jako śniącego ten swój dziwny, niepokojący sen. W każdym razie Sznur lśnił wczoraj pierwszorzędnie więc ogólnie wydawał się sprzyjać takim różnym finezyjnym i natchnionym projektom lub wymagających precyzji.

                                        Co więcej dobrze też świecił Wielki Krzyż. Ten z kolei patronował jasności umysłu, podejmowaniu klarownych i właściwych decyzji i takich jakie dawały sznase na przynoszące efekty działania. Jeśli by wziąć pod uwagę, że pytał we wróżbie o barona jaki sprawił na nim wrażenie rozstrzęsionego i skołowanego to paradoksalnie wychodziłoby, że baron jednak jest trzeźwy na umyśle a nawet promienieje jasnością o ile by tak interpetować te skrzyżowane ze sobą gwiazdy z ostatniej nocy.

                                        W oko wpadał też ciemny, bezgwiezdny obszar zwany przez maluczkich Wielką Pustką, Wielką Dziurą a przez uczonych Vobistem Ulotnym. To zwykle był złowróżbny znak. Podobno gdy był w pełni łowcy czarownic ruszali na łów aby palić heretyków i czarnoksiężników. Z drugiej jednak strony gdy się było takim czarnoksiężnikiem to niekoniecznie mógł to być zły omen. Wręcz przeciwnie, mógł oznaczać, że los mu sprzyja i aby podążał dalej swoją drogą. Chociaż był też symolem chorób psychicznych, majaków i przywidzeń i jeśli tak by potraktować sny barona no to niestety nie było to dla niego zbyt pochlebne.

                                        Tak czy inaczej umówił się na spotkanie z baronem Wirsbergiem jutro. Czyli właściwie już dzisiaj. No i musiał mu coś powiedzieć. Tak czy inaczej będzie to rozmowa z baronem, przyjacielem państwa van Hansenów no i osobą z towarzystwa jaka całkiem możliwe, że opowie jak się sprawił tutejszy młody astrolog. Co więcej z tego co mówił wczoraj na dzisiaj zaprosił do siebie tą młodą morrytkę bo ona też uchodziła za eksperta od snów. Tylko nie było pewne czy na tą samą porę i czy się spotkają. W każdym razie gdy już za oknami gwiazdy bladły i na wschodzie niebo zaczynało zdradzać pierwsze oznaki przedświtu zdecydował się udać do swojego łóżka na spoczynek. I miał sen.

                                        Właśnie sen go obudził. Snił znajomy widok. Chociaż w pierwszej chwili nie mógł rozpoznać co w nim znajomego. Dopiero po chwili się zorientował, że jest na ulicy. I jakieś kamienice są… Takie dziwnie wysokie. Jakby był małym dzieckiem i wszystko wydawało się większe… I trochę straszniejsze niż teraz gdy od dawna już był dorosłym mężczyzną. Zorientował się gdy zobaczył mur. Też wydawał się duży i trochę złowieszczy. Ale był kryty dachówką. Jak ten mur jaki okalał Akademię albo świątynie Mananna. Wtedy się zorientował, że to dziwnie przypomina sen jaki mu opowiedział baron Wirsterg… Nie miał pojęcia czy śni ten sam sen czy to jego imaginacja tak sobie zwizualizowała słowa szlachcica. Ale tak jak mu opowiadał usłyszał dzwoneczki. Całe mnóstwo drobnych dzwoneczków. Jeden taki mały łatwo by było przegapić ale musiało być ich wiele. Każdy dzwonił nieco innym tonem przez co trudno było się skupić na jednym i wyłapać jego dźwięk. Ale jako całość to tak, słyszał ich ładny, przyjemny dla ucha odgłos. Jak chór dziecięcych głosików śpiewających piękny psalm pochwalny.

                                        Sam nie był pewien kiedy się znalazł przy murze. To już na pewno musiał być sen bo z bliska mur wydawał się jeszcze wyższy. Niebotyczny! Ale w snach to często się zdarzało, że rzeczy wydawały się być jakieś wypaczone i zakrzywione, niby podobne do tych co się znało ale jednak jakieś takie inne. I jak stał przed tym ogromnym murem to usłyszał… Właściwie to nie. Właściwie to poczuł bardzo charakterystyczny zapach. Znajomy każdemu żakowi, uczonemu czu chociaż wykształconemu człowiekowi. Zapach księgi. Takiej starej, jak się ją dopiero otworzy pierwszy raz i ten kurz, zapach papieru, zaschniętego inkaustu, wszystko uderza w twarz ze swoją mocą. Nie miał pojęcia skąd dochodził ten zapach. Bo nie widział żadnej księgi w pobliżu. Ale usłyszał coś nowego. Chrobot pazurów po bruku. Biegły! Coś wielkiego, groźnego i drapieżnego jak jakaś straszna bestia zerwana z łańucha. A przypomniał sobie jak baron opowiedział mu, że coś go goniło i rozdeptało pazurzastą łapą! To było w tym momencie tak sugestywne, tak przerażające, że jakaś szponiasta łapa zaraz go rozszarpie i wetrze w ten brudny bruk, że aż się obudził. Na szczęście bez żadnej szponiastej łapy nad głową, w swoim łóżku i sypialni, bez żadnych niespodzianek. I jak spojrzał za okno okazało się, że przespał już z połowę dnia. Ale chociaż mniej więcej się wyspał.


                                        Potem zjadł śniadanie i mógł się zastanowić co dalej. Najpierw przejrzał na spokojnie swoje notatki jakie zrobił wczoraj z tego drugiego manuskryptu Oster. Razem z aptekarzem je notowali chociaż i Tobias chyba też coś zapisywał. Wczoraj grubas od Nurgla był dobrej myśli i Joachimowi wydawało się, że chyba słusznie. Ale tyle się działo i mówiono dookoła, że nie był do końca tego taki pewien. Dopiero dzisiaj jak usiadł wygodnie u siebie i miał okazję pożądnie się wczytać w swoje zapiski mógł się zapoznać z tym dokładniej.

                                        Merga na pewno miała rację w tym, że to przypominało książkę kucharską. Parę łyżek tego, pokroić tamto, utrzeć to, dolać jeszcze coś… Tam podgrzać na tyle a tyle czasu, tu zostawić aby się zsiadło czy spleśniało… Nie wydawało się to trudne. Właściwie jak się nie wiedziało jaki ma to mieć efekt i do czego ma służyć to nawet nie brzmiało jakoś strasznie. Może poza fragmentami gdy ewidentnie pisało o larwach, czerwiach albo muchach. A tak to można było wierzyć, że chodzi o jakiś standardowy eliksir czy miksturę. On sam co prawda zielarzem czy alchemikiem nie był ale większa część przepisów wymagała po prostu uwagi i przestrzegania reżimu aby dodać to co trzeba, takie jak trzeba i wtedy kiedy trzeba.

                                        Przepisów było kilka. Najkrótszy to się mieścił w paru linijkach i nawet nie było pewne czy to nie jest jakiś żart Oster albo Mergi. Bo brzmiał tyleż lapidarnie co brutalnie.

                                        “Jeśli zależy ci na czasie a nie zależy na nosicielce napchaj do środka tyle świńskiego łajna ile zdołasz i dopilnuj aby tego nie wydłubała. Czerwie będą rosnąć jak na drożdżach ale los nosicielka rzadko bywa do ponownego użytku.”

                                        Poza tym krótkim wpisem przepisów było kilka. Na przyspieszenie rozwoju czerwi w nosicielce i aby były większe i silniejsze. Na to aby kokony dojrzewały szybciej. Na dodatek do karmy dla dorosłych owadów aby rosły większe. Na to aby dojrzewały szybciej i by szybciej mogły składać kolejne jaja. Na to aby, na afrodyzjak który miał zwabiać dorosłe owady w dane miejsce na wypadek gdyby się rozleciały po okolicy a były potrzebne w tym, jednym miejscu.

                                        Same przepisy pod względem składników rzeczywiście nie wyglądały jakoś bardzo skomplikowanie. Dwa gatunki pospolitych tutaj grzybów do tego mogły być ich zasuszone wersje, trochę runa leśnego w postaci czerwonych jagód i mchu, pająki razem z pajęczyną, surowe jajko… No nie, nie wyglądało to na coś bardzo trudnego do zdobycia. Pewnie dlatego wczoraj Sigismundus był taki ucieszony. Trochę zachodu było z tym, że niektóre rzeczy trzeba było poczekać aż się sok wyciśnie, aż się pleśń zmaceruje i całość się przegryzie ze sobą. Ale właściwie tą najprostszą wersję eliksiru na przyspieszenie pseudociąży to chyba jakby posłał Gunthera to do wieczora powinien wszystko kupić. A Sigismundus to może nawet miał większość tych rzeczy u siebie w aptece. Pewnie też dlatego tak wczoraj mu się oczka śmiały. Joachim nie miał takiej wprawy w aptekarskim rzemiośle jak tamten ale mimo wszystko opis wydał mu się na tyle prosty, że chyba mógłby i sam spróbować. Bo chyba Oster albo nie była tak skomplikowana w projektowaniu tych mikstur albo cechowała się dużą pragmatycznością w możliwości zdobycia poszczególnych składników do swoich przepisów. Zresztą jak urzędowała w tej okolicy no to tutaj pewnie i dziś były podobne składniki jak i za jej czasów.

                                        Co więcej przepisy były tak ułożone, że do tych najprostszych wersji wystarczyło dodać kolejne składniki aby uzyskać mocniejszy efekt. Z tymi bardziej zaawansowanymi już nie był taki pewny czy byłoby tak łatwo zdobyć te brakujące elementy. Kwiat zielonego żonkila to chyba rósł na bagnach na wschodzie a te cieszyły się opinią niezbyt przyjemnego i przyjaznego miejsca. Zresztą całkiem zasłużenie. Same okropności miały tam mieszkać. Skrzek salamandry plamistej to chyba też tam. Nie był pewien czy kiedyś ją widział na własne oczy podobnie zresztą jak z tym zielonym żonkilem. Ale chyba jednak oba składniki były dostępne na tych bagnach a były niezbędne do tej bardziej zaawansowanej wersji. Do mistrzowskiej też. Ale jeszcze trzeba by mieć elfi miód. A to chyba było od pszczół jakie były w lesie tutejszych leśnych elfów. Tyle, że one ponoć strzelały do każdego kto im się władował w ich leśny matecznik więc nie zapowiadało się aby szło to łatwo zdobyć. Na takiej nadnaturalnej istocie jaką zapewne już wówczas była Oster to może nie robiło większego wrażenia ale dla zwykłego śmiertelnika to mogło się skończyć kiepsko taka wycieczka w elfie podwórko. No chyba, że jakoś bez tego by udało się dostać ten elfi miód. Potem musiał odłożyć te zapiski i przemyślenia bo zapukał Sven dając znać, że powóz barona przyjechał.

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Szlachecka; rezudencja von Wirsberga
                                        Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
                                        Warunki: salon barona, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnie

                                        Joachim

                                        Joachimowi podczas podróży znów towarzyszył ten sam, dystyngowany, nie młody już lokaj barona Wirsberga co wczoraj. Okazywał nienaganne maniery między innymi tym, że sam nie indagował rozmowy jeśli nie miał do zakomunikowania woli swojego pana. Paul razem z Joachimem wysiedli z powozu i lokaj zaprowadził go nieco tym razem gdzie indziej niż wczoraj bowiem do salonu a nie do sypialni.

                                        - A jesteś mój drogi. Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Wczoraj wziąłem na noc te nowe krople na sen i… No może nie spałem jak dziecko ale przynajmniej bez snów. I bardzo dobrze, i bardzo dobrze. No siadaj, siadaj przyjacielu, Paul obsłuż pana. - dzisiaj dla odmiany ze dwa razy starszy od astrologa gospodarz wydawał się być w o wiele lepszym humorze niż wczoraj. No i był ubrany jak do przyjmowania gości a nie w nocnej koszuli jak wczoraj.

                                        - To papo jak masz gości to ja uciekam. Cieszę się, że już ci lepiej. - młoda kobieta, ubrana jak szlachcianka, cmoknęła ojca w policzek i wyszła z salonu zostawiając ich samych. Po drodze jednak skusiła się posłać zaciekawione spojrzenie gościowi. Ale nie wypadało tej młodej damie zostawać przy rozmowach ojca z gośćmi, do tego innymi mężczyznami. Baron pożegnał córkę ciepło ale nieco w roztargniony sposób ciekaw widocznie jakie wieści przynosi młody astrolog.

                                        - No i co tam mówią niebiosa? Coś się udało dowiedzieć w mojej sprawie? - zagaił gospodarz po wyjściu córki jakby nie mógł się doczekać tych wieści. Paul stał jak żywy posąg ze dwa kroki za swoim panem i nie ingerował w rozmowę. Aż na zewnątrz dało się słyszeć nadjeżdżający powóz jaki się zatrzymał niedaleko. Wkrótce drzwi salonu się otworzyły, weszła jakaś pokojówka, dygnęła grzecznie gościom i poczekała aż lokaj ją przejmie. Powiedziała coś do niego cicho a ten skinął głową.

                                        - Jaśnie panie, przyjechała czcigodna Matka Somnium o jaką prosiłeś. - zaanonsował gościa czekając na decyzję swojego pana.

                                        - O! I bardzo dobrze, bardzo dobrze! Poproś tą zacną kobietę niech nie czeka! - zaśmiał się baron ucieszony takimi wiadomościami. Kamerdyner więc dał znak służącej i ta znów dygnęła wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Zaś lokaj już przy nich został skoro niedługo i tak powinna przez nie wejść młoda kapłanka w czerni.

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Metalowa; mieszkanie Heinricha
                                        Czas: 2519.07.08; Bezahltag; południe
                                        Warunki: mieszkanie Heinricha, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanie

                                        Heinrich

                                        Dobrą stroną posiadania słusznego wieku było to, że nie trzeba było zaczynać dnia o świtaniu. Tylko można było wstać wtedy kiedy się chciało i uznało za stosowne. No albo jak kogoś sen obudził. Tak jak jego dzisiaj. Sam nie miał pojęcia czemu mu się przyśnił. Może to te ostatnie słowa rogatej wiedźmy aby mieli baczenie na swoje i cudze sny? Może to to o czym rozmawiali przez cały wieczór o dziedzictwie Oster i nie tylko? I tym jego pomyśle o aktorkach jaki dwójka liderów ich spaczonej rodziny zaakceptowała praktycznie z miejsca. Ot jedynie zostało ustalić parę praktycznych stron tego pomysłu ale właściwie został zaakceptowany. A Sigismundus to prawie go nosił na rękach za tak genialną myśl. Już na zborze ale i na koniec spotkania to prawie się rozpływał od wdzięczności i wzruszenia.

                                        - Genialne! Genialne Heinrichu! Taki cudowny użytek z tych rozwydrzonych ladacznic! I w tak szlachetnym i zbożnym celu! Genialne! Gdybyś czegokolwiek potrzebował do tych aktorek czy czego innego to tylko daj znać. Póki będę w mieście to postaram się zrobić co się da! Potem jak pewnie widziałeś przeprowadzę się do tej jaskini ale to nie tak z dnia na dzień, na razie będę mieszkał tu, z wami. - wydawało się, że dzięki swojej śmiałej wizji były łowca czarownic wiele zyskał w oczach aptekarza. Chyba tylko z Otto żegnał się równie wylewnie. Za to zarobił krzywe spojrzenie od Łasicy więc ona chyba nie pochwała tego projektu. No ale to jeszcze było wczoraj w nocy. Zanim ruszył samotnie ku swojej kamienicy i wynajmowanemu mieszkaniu. A potem był sen. Całkiem wyraźny. Też chyba w nawiązaniu do tego co się działo na tym wczorajszym spotkaniu.

                                        Bo śniły mu się… No chyba te aktorki… Chociaż nie, najpierw ktoś zapowiadał, że będzie wielka sztuka, wielcy artyści, wiele niespodzianek… Te wielkie niespodzianki jakoś wydały mu się szczególnie trafne a i zabawne. Potem to nie był pewny czy coś było jak tak to chyba tego nie zapamiętał po przebudzeniu. W każdym razie w końcu na scenie były one. Dwie aktorki odgrywające swoje role. Publiczność słuchała i oglądała w zachwycie. On właściwie też. Tylko, że wiedział coś czego nie wiedzieli oni. Że one, tam pod ubraniem, pod tymi kolorowymi sukniami i gorsetami ściskającymi szczupłe talie jakie im tak zazdrościły niejedne damy z widowni, one tam jeszcze pod spodem, w środku, miały prawdziwą niespodziankę. Ekscytacja publiczności rosła widząc, że sztuka zbliża się do wielkiego finału a Heinricha rosła jeszcze bardziej bo chociaż znał prawdziwe zakończenie to jednak nadal było przyjemnie na nie czekać i oglądać na własne oczy.

                                        Wreszcie obie siadły na krzesłach. Każda na swoim i dalej odgrywały swoją rolę do końca. Po czym wolno, nieskończenie wolno zaczęły się schylać i uśmiechać. Sięgały po rąbek swoich spódnic. Heinrich wiedział, że to wywoła zaskoczenie i może nawet zgorszenie. A może i fascynację? W końcu to była wielka sztuka! Z samego Saltburga.

                                        - Muszę ci powiedzieć, że trochę mi ich szkoda. Ale zawsze mnie trochę irytowały. Zadzierały nosa. No i przecież w każdej wielkiej grze są pionki do zbicia prawda? Tylko nie powinien wiedzieć, że jest pionkiem, lepiej niech myśli, że jest figurą, niech myśli, że jest ważny. Niezastąpiony. Wtedy się łatwiej nimi gra. - gdy spojrzał na mówiącą to stała tuż obok niego. Też jako widz siedzący na krześle tak jak i inni. Tylko pod ścianą a on tak raczej siedział w środku. Nie widział jej twarzy bo cień, bo włosy, bo kaptur. Ale gdy patrzył w bok, z bliska na jej niby płaski, zgrabny brzuch to też wiedział, że ona też to tam ma. To samo co kobiety na scenie jakie lada chwila miały ujawnić swoje splugawienie i sromotę. Ten jej brzuch tak przykuł jego uwagę, że się obudził. Zapamiętał tylko fiolet. Ciemny fiolet. Na jej dłoni. Nie był pewny co to było. Lakier na paznokciach? Rękawiczki? Pierścionek? Jeszcze coś innego? No coś w ciemnym fiolecie na dłoni. Dłoni jaką matczynym ruchem położyła na swoim brzuchu.

                                        No a potem się obudził i już nie zasnął. Zostało mu zejść z łóżka, przygotować się na nowy dzień, zjeść co przygotowała Ilse no i pomyśleć nad tym wszystkim. Właściwie wczoraj nie było tak źle. Ani go noga nie rwała i jak już poszedł na spotkanie to byli prawie wszyscy. No i okazało się, że mają przełom w tym poszukiwaniu dziedzictwa Czterech Sióstr. Jak przyszedł to Starszy i Merga też go przywitali ciepło jak para dobrych gospodarzy dawno nie widzianego krewnego. Wiedźma pytała o nogę i czy maść pomogła. Bo teraz miała wkrótce odpłynąć do dzikiej, mroźnej północy ale jak maść by działała to mogła przygotować jej zapas przed odjazdem. Albo nawet zostawić przepis Starszemu aby mógł to przygotować samemu gdyby jej zbyt długo nie było. Więc powitali go całkiem rodzinnie. No a potem było to tłumaczenie zwojów przez Mergę i omawianie tego, planu obrabowania świątyni no i różne mniejsze i większe na bliższą i dalsza przyszłość. Jak już się żegnali i rozstawali podszedł do niego Rune.

                                        - To coś myślisz działać z tym Czerwonym Johanem? Będziesz coś z nim gadał? Ja mam się do niego zgłosić? Mam się powołać na ciebie czy lepiej aby nas nie kojarzył ze sobą? - zagaił go były weteran wojenny bo skoro jednak miał zostać a nie płynąć do Norski to mógł się czymś zająć. Chociaż i tak jakby trzeba było porywać jakieś dzierlatki na rozpoczęcie hodowli czy szykować tą jaskinię za miastem to pewnie i jego by tam przydzielono bo trochę mało ich tu zostawało na miejscu a zadań zdawało się przybywać z każdym dniem.

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
                                        Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
                                        Warunki: salon Pirory, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnie

                                        Heinrich

                                        Bursztynowa to była z punktu widzenia metalowego kuternogi po niewłaściwej stronie miasta. Bo on mieszkał na południe od centrum a ona właściwie w samym centrum, bo Bursztynowa odchodziła na północ od Markplatz. Ale jak się nie musial z nikim ścigać ani spieszyć to dotarł tam kiedy mu było wygodnie.

                                        Drzwi otworzyła mu zgrabna, młoda brunetka w ubrabiu pokojówki. Chociaż z nieco przykrótką spódnicą. Widać było zakończenie trzewików i kawałek łydek. Co by już podchodziło pod pewną dozę frywolności i dobrze wychowane damy ani tym bardziej ich służba nie powinny zachowywać się tak swobodnie. No ale panna van Dyke jako przybysz z południa Imperium, do tego miłośniczka i mecenas sztuki miała pewną dyspensę na takie detale więc pewnie i służba chociaż u niej w nieco mniej klasycznych sukniach do samej ziemi. Ale zachowywała się jak na służbę przystało.

                                        - Proszę zaczekać. Sprawdzę czy panienka jest na górze. - poprosiła go ta młoda pokojówka zgodnie z zasadami etykiety. Po czym poszła schodami na górę i przez chwilę słyszał jej odchodzące kroki. Po czym na odwrót, jak się zbliża, schodzi po schodach i zatrzymała się przed nim obwieszczając, że panienka jest, przyjmie go więc prosi aby udał się za nią. Tak wszedł jej śladem na piętro i tu co mogło trochę dziwić w korytarzu już czekała na niego blondwłosa gospodyni.

                                        - Dziękuję Kristen, sama już się panem zajmę. - powiedziała grzecznie i odprawiła służkę. Ta dygnęła jej na pożegananie, skłoniła się przechodząc obok gościa po czym słychać było jak schodzi po schodach na dół. Pirora nie czekała aż zejdzie do końca tylko od razu zaczęła mówić.

                                        - Witaj Heinrichu. Muszę cię ostrzec, że Oksana jest u nas. Przywiozła tą suknię co Otto zamówił u nich dla Sorii. Jest śliczna! Soria bosko w niej wygląda! Ale Oksana jest, że tak powiem z sąsiedniej rodziny. Wie o nas i często bawimy się razem. Ona jest ulubioną dominą Fabi. Chociaż mi też robi za prawą rękę jak się bawimy w loszku. Poznałeś już ją? No nic no to teraz poznasz. Nie bój się, obędzie się bez żadnych bezeceństw. Tylko przymierzamy suknię. I wszystkie jesteśmy ubrane. - krótko streściła mu dlaczego do niego wyszła i chciała go uprzedzić kto jeszcze jest dzisiaj z nimi. O samej Oksanie, Hubercie i Fabienne to Heinrich trochę słyszał. Głównie przez plotek o ich konszachtach i romasach z ich wężowymi dziewczętami i spotkania w loszku jaki Pirora miała w piwnicy. No ale sam to tej sąsiedniej rodziny jeszcze nie spotkał. Trochę ich kojarzył z widzenia z porannych mszy jak mu ktoś z rodziny ich pokazał to mniej więcej wiedział czego się spodziewać. Hubert to taki ich lider jak w ich zborze Starszy. Tylko nastawiony na czczenie Księcia Przyjemności. Fabienne była czarnowłosą i bladolicą bretońską szlachcianką jaka wyszła za tutejszego kapitana statku. A Oksana była ich krawcową, projektantką i kochanką. No i ponoć pierwszorzędną dominą w zabawach w loszku czy alkowie. Łatwo ją było rozpoznać po dwukolorowych włosach. Przy skórze były jasno blond i stopniowo ciemniały aż przy końcówkach przechodziły w tak ciemny kasztan, że wydawały się prawie czarne. Końcówkę wypowiedzi Pirora pozwoliła sobie przejść w lekki i żartobliwy ton.

                                        - Zastanawiałyśmy się właśnie czy by jej nie powiedzieć o tym, że szukamy nosicielek. Ona jest tu dłużej od nas i chwali się, że kogo to ona pod butem i pejczem nie miała. Kobiety też. Zresztą widać po Fabi. Ale nie tylko ją. No i mieliśmy szukać nosicielek. Tylko nie jestem pewna czy gadać z nią o tym czy nie. W ogóle o Siostrach to wiedzą ale to o muchach i reszcie to świeża sprawa to raczej nie. - zagaiła jakby właśnie sama łamała sobie głowę czy wspominać o tych ich poszukiwaniach koleżance i kochance z sąsiedniej rodziny czy lepiej nie. Brzmiało jakby ta miała spore towarzyskie znajomości i to wśród płci pięknej także a i częściowo już i tak wiedziała o Siostrach. No ale jednak bez takich drastycznych detali jakie wczoraj padły na spotkaniu pod zwaloną wieżą. A później zaprosiła gościa aby zrobił te kilka ostatnich kroków do widocznych drzwi do salonu.

                                        Gdy weszli tam oboje to rzeczywiście wyglądało jak przymierzanie nowej sukni. Soria stała przed dużym a więc pewnie drogim lustrem i oglądała z zaciekawieniem swój własny wizerunek. Zaś obok niej stała młoda kobieta która w ogóle nie kojarzyła się z czymkolwiek dominującym. Miała skromnie upięte włosy, szpilki w ustach i koncentrowała się coś tam poprawiając przy barku klientki i krawędzi sukni. Sama była w o wiele skromniejszej spódnicy. Chociaż… Chociaż była w niej ukryta elegancja. Tam sztuczna róża, tu wyszywany pieczołowicie kwietny wzorek, tu z pozoru skromne wycięcie w boku jakie nie było od razu widoczne aż nie zrobiła szerszy krok aby sięgnąć po nożyczki i wtedy dało się zobaczyć kawałek całkiem zgrabnej nogi odzianej w pończochę. Pończochy były domeną szlachcianek bo to był eksluzywny i drogi towar na jakie zwykłe praczki czy szwaczki nie było stać. Albo krawcowe. No i kurtyzany z wyższej półki to jeszcze używały takich drogich rzeczy. A ta tutaj niby taka zwykła, prosta krawcowa a miała na sobie pończochy. Obie widząc, że mają gości odwróciły się do niego.

                                        - I jak ci się podoba Heinrichu? - zapytała Soria kokieteryjnym tonem odwracając się do niego frontem i przybierając jeszcze bardziej kokieteryjną pozę. Oksana zwinnie usunęła się w bok aby nie zasłaniać widoku. Zaś modelka w tej krwistej czerwieni prezentowała się śmiało i powabnie. Może nawet nieco zbyt wyzywająco bo na takie śmiałe linie mogła sobie pozwolić tylko nietuzinkowa i pewna swoich pleców dama. Inaczej mogłaby wywołać zgorszenie i liczne plotki tak śmiałym by nie rzec wyuzdanym tonem. Ale przynajmniej na ten moment sama modelka wydawała się cieszyć nową zabawką, podobnie jak projektantka sukni no i gospodyni tego lokalu. Powitanie więc zaczęło się całkiem przyjemnie i w żartobliwej, przyjacielskiej atmosferze.

                                        - A w ogóle to tak się wczoraj niespodziewanie zjawiłeś, że cię właśnie obgadywałyśmy. Napijesz się czegoś? - zagaiła do niech averlandzka szlachcianka chwilę później nie wychodząc z roli dobrej gospodyni podeszła do stolika z ciastkami i napitkiem.

                                        - Ciebie interesują sprawy alkowy? Bo jak tak to mam taką, jedną koleżankę. Szlachcianka, wykształcona, oczytana, dobrze wychowana, zafascynowana sztuką i poezją. Znam ją właśnie z kółka poetyckiego u Kamili. Dzisiaj tam zabieram Sorię, niech promienieje i ich olśni swoim blaskiem. - van Dake mówiła dalej odwracając się do gościa i podając mu pełny kielich gdy projektantka i jej modelka znów zaczęły coś gmerać przy czerwonej sukni. Ale sądząc po spojrzeniach i uśmiechach też były filuternie ciekawe tej rozmowy.

                                        - No i właśnie ta koleżanka ma baardzoo wielką słabość do zmarszczek. Dla niej prawdziwy mężczyzna zaczyna się w okolicach szóstego krzyżyka. Kobieta zresztą też. Chociaż jak dominująca to może być nawet w jej wieku bo w posłuszeństwo też się lubi bawić. No piąty krzyżyk no chociaż czwarty no to może chyba przymknąć oko. No a taki dystyngowany, starszy pan jak ty to myślę, że mógłbyś być w jej guście. No chyba, że cię nie interesują takie sprawy no to nie. Ale jakby coś było na rzeczy to tylko powiedz. Dobrze pójdzie to będzie dziś na wieczorku poetyckim u Kamili to mogłabym jej wspomnieć, że mam dla niej nowego amanta w interesującym ją wieku. Bo czasem pomagam jej zorganizować takie schadzki. A takie młokosy jak nasz Otto czy Joachim to jej w ogóle nie interesują. Może na Tobiasa by raczyła zwrócić uwagę. - powiedziała siadajac wygodnie na ozdobnym krześle i popijając wino ze swojego kieliszka. Czekała z wpatrując się w gościa z zaciekawionym uśmiechem i wyglądało, że mimo to pyta na poważnie i naprawdę zna taką koleżankę co preferuje starszych kochanków. Najlepiej o wiele starszych. No ale gdyby Heinrich nie był zainteresowany takimi zabawami to nie miała zamiaru drążyć tematu.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Niedostępny
                                          SantorineS Niedostępny
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #77

                                          Oryginalny autor: Pipboy79

                                          Oryginalny tytuł: Tura 22 - 2519.07.08; bzt; ranek - popołudnie (2/2)

                                          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów; mieszkanie Otto
                                          Czas: 2519.07.08; Bezahltag; ranek
                                          Warunki: mieszkanie Otto, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanie

                                          Otto

                                          Trudno było powiedzieć aby wstawał rano wypoczęty. Co nie dziwiło. Wrócił do siebie późno w nocy, pewnie już było z godzina albo dwie po północy. Ale jeszcze było ciemno jak w nocy czyli raczej późno niż wcześnie. Wrócił z tego niezapowiedzianego spotkania całej ich spaczonej rodziny. Plany i ambicje ta rodzina miała wielkie, cele zaszczytne ale i ograniczone środki oraz wielu wrogów i przeciwności. Jednak nawet wczoraj udało się ustalić jakiś konsensus. Najszczęśliwszy z wczorajszego spotkania to wychodził chyba Sigismundus. Grubas prawie leciał na skrzydłach tej szczęśliwości aby jak najprędzej zasiać nasienie Oster w łonach dwóch nosicielek jakie trzymał w piwnicy. Ale wcześniej zwłaszcza z Heinrichem i Otto żegnał się bardzo wylewnie, wręcz wydawał się być wzruszony jak bardzo obaj przysłużyli się sprawie Oster. Do jednookiego mnicha miał jednak pewną sprawę gdy tak na chwilę rozmawiali sami.

                                          - Słyszałeś co mówiła Onyx? Mówiła, że ona tam ma w robocie jakąś co lubi z robakami. Gadałem z nią teraz mówi, że niczego nie obiecuje ale może jej powiedzieć i przyprowadzić aby obejrzała te robaki. Tylko ja się boję, że znów mnie poniesie. Jak tydzień temu z naszymi dziewczynami. I ją spłoszę. Może ty byś z nią pogadał? Tobie to lepiej wychodzi. Z tobą jakoś normalnie gadają. Bo jakby się zgodziła i dała sobie wstrzyknąć no to… Nooo! To by było! Chociaż jeden miot w końcu to tylko parę dni, może tydzień. Umówiłbym was jakoś, ona by ją przyprowadziła jak ci tam pasuje na który dzień i byś z nią pogadał co? - poprosił go przed rozstaniem aptekarz. Wcześniej na naradzie Onyx rzeczywiście coś wspomniała o jakiejś koleżance z pracy co ma takie pokrewne zainteresowania no i widocznie to grubas wyłapał. Ale sam sobie nie dowierzał, że w gorączce emocji w ostatniej chwili nie spłoszy ladacznicy swoją zamaszystością i ekspresywnością. Bo jeszcze Lilly coś mówiła podobnego no ale tamta miała być tam u nich w jaskini za miastem a ta od Onyx to prawie pod ręką bo tutaj na miejscu, w mieście a jak jeszcze pracowała razem z Onyx to pewnie widywały się co noc albo prawie.

                                          A potem jeszcze ostatnie pożegnanie, uścisk i czas było wracać do domu. Przez te bezpańskie, skryte w nocnym cieniu ulice. Gdzie po omacku łatwo było wdepnąć w coś paskudnego czy kopnąć coś zbyt twardego aby to kopać. W końcu wrócił do siebie, zamknął drzwi, poszedł do łóżka i zasnął. I śnił.

                                          Śnił taki sen, że gdyby wciąż był w zakonie to powinien natychmiast biec do spowiednika albo sam wybrać sobie pokutę za taki nieprzyzwoity a wręcz plugawy sen! Żaden prawy obywatel by nie mógł przejść spokojnie na takie obrzydliwe obrazy!

                                          Śniło mu się bowiem kobiece łono. Całkowicie nagie. Nawet bez żadnego włoska nie mówiąc już o bieliźnie. Widział je jak na dłoni bo było gościnnie zaprezentowane tuż przed nim. Kobieta musiała leżeć na plecach. Jej blady srom pulsował w podobnym rytmie jak szybki oddech jej brzucha. Zaś uda były szeroko i zapraszająco rozchylone. Jakby jakaś wyuzdana ladacznica czekała na przyjęcie kochanka. Albo kobieta szykowała się do poczęcia nowego życia. Tylko wtedy brzuch powinna mieć brzemienny a ten na taki nie wyglądał. Jednak to był poród. Widział jak brzuch kobiety zaczyna przyspieszać, jak ona sama jęczy i sapie coraz częściej. A coś tam przepycha się z jej wnętrza na zewnątrz. Chociaż tego nie widział to wiedział, że tak właśnie jest. Coś wijącego i żwawego co torowało sobie drogę na zewnątrz. Już wydawało się, że coś zaczyna być widać ale wtedy właśnie się obudził. Ujrzał blade szczeliny wbijające się do środka przez szpary w okiennicach i zorientował się, że ma niewiele czasu aby zdążyć do hospicjum na swoją zmianę. Prawie zaspał co po takiej zarwanej nocy nie było dziwne. Ale musiał się pospieszyć jak nie chciał się spóźnić na całego.

                                          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                                          Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
                                          Warunki: hospicjum, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnie

                                          Otto

                                          Dzień w hospicjum się dłużył. Dawno nie musiał przychodzić z samego rana po tak kiepsko przespanej nocy. Na pocieszenie miał wspomnienia z wieczornego spotkania gdzie przecież zapowiadało się na spory postęp w ich zaszczytnej sprawie. Ale póki co musiał się zmagać z prozą życia. Z samego rana przeora nie było. Załatwiał jakieś sprawy w ratuszu. Więc Otto musiał zająć się swoimi zwyczajowymi obowiązkami. Z czwórki ulubionych pacjentów to oględziny wyszły mu różnie.

                                          Thorn nadal patrzył na niego spod byka. Co prawda już się nie rzucał na drzwi i nie darł się na jego widok, że go dorwie i tak dalej ale spojrzenie nadal nie wróżyło mnichowi nic dobrego gdyby nie dzieliły ich drzwi i ściany.

                                          U Anniki właściwie było bez zmian czyli bez sensacji. Promieniała niemą obojętnością z domieszką pogardy dla świata. Poza tym jednak nie sprawiała kłopotu i jak to miała w zwyczaju nie kwapiła się do rozpoczęcia samej rozmowy.

                                          Właściwie chyba tylko z Mariką i Georgiem dało się jakoś normalnie porozmawiać. A zastał ich razem na stołówce. Ona jaka ta “prawie normalna” bo na tle różnych stadiów, różnych chorób na jakie cierpieli pacjenci hospicjum rzeczywiście była prawie normalna. Jakby nie ten jej wyskok z zeszłego tygodnia to by można ją wziać nawet za jakaś pracownicę hospicjum. I dziś miała szorować gary. Jak Otto wszedł do odremontowanej stołówki to już obok niej stało kilka z nich całkiem ładnie wypucowanych. Braciszkowie przydzielili jej dzisiaj nieco lżejsze zadanie. Może z powodu plotek o tym, że ma szanse stąd wyjść i to na służbę do wielkiej pani. Szorowanie garów może niekoniecznie było lżejszym zadaniem niż szorowanie podłóg, schodów czy wielogodzinne pranie. Ale na pewno trwało krócej.

                                          Drugim zadaniem Mariki miało być pilnowanie Georga. Ten dzisiaj miał już dużo mniejszy bandaż na głowie więc rany musiały się goić. Siedział niedaleko koleżanki z zawziętością małego chłopca układał na stole piramidę z klocków. Swoim zwyczajem zdawał się nie zauważać mnicha nawet jak ten przywitał się z nimi. Klocki zdawały się pochłaniać całą jego uwagę co wyglądało dość zabawnie z racji tego, że był to już rodosły mężczyzna gdzieś na pograniczu młodego i średniego wieku. Ale nie licząc powitania to właśnie on odezwał się pierwszy.

                                          - Mówiłem, ci że przyszedł. - powiedział chyba do Mariki chociaż sam dokładał właśnie kolejny klocek. Na oko mnicha to wcześniejszy rząd był ułożony “na styk” co nie wróżyło tej konstrukcji zbyt dobrze zwłaszcza jak się dokładało kolejne klocki.

                                          - Phi! Mówiłeś też, że nie mam majtek. - skwitowała to wesoło dziewczyna jakby oświadczenie kolegi nie robiło na niej większego wrażenia.

                                          - Bo nie masz. Albo nie… Nie miałaś? Miałaś? Aaa… Albo to jutro będzie… Chyba tak… Ciężkie to miesza mi się… Chyba jutro nie będziesz miała. W przyszłości, tak. No chyba, że to było i wcześniej ściągałaś… - chłopiec w ciele mężczyzny znieruchomiał swoją dłoń z klockiem jaki już miał dostawić na szczyt piramidy gdy rozmowa z koleżanką go pochłonęła do reszty. Wydawał się być w pełni skoncentrowany właśnie na tym.

                                          - E tam, do dupy te twoje wróżby! Co to za wiedza jak mogę ściągać te majtki wczoraj, dzisiaj albo jutro? - roześmiała się wesoło dziewczyna i chlapnęła Georga wodą ze swoich mokrych dłoni. Krople poleciały w jego stronę i niektóre spadły na niego, część na stół, podłogę albo klocki. Jedna na ten klocek jaki trzymał wciąż z nieruchomej dłoni.

                                          - Widzisz? - zapytał wskazując wzrokiem na kroplę jaka powoli ściekała w dół klocka a gdy doszła do krawędzi zaczęła się na niej chybotać.

                                          - Co? - zapytała dziewczyna niezbyt chyba wiedząc na co ma patrzeć i co chce jej pokazać. Spojrzała pytająco na jednookiego mnicha ale ten też widział tylko drgającą na krańcu klocka kroplę wody. Chyba, że chodziło o sam klocek. Albo piramidę. Ale to na kropli chyba koncentrowała sie uwaga tego dużego chłopca.

                                          - Nici. Pajęcze nici. Idą do ciebie. Będziesz cała w niciach. W kokonie. W pajęczym kokonie. - powiedział poważnie pokazując palcem nic. Ale tak jakby od tej kropli biegła ta pajęcza nić o jakiej mówił wprost do siedzącej obok koleżanki. Marika zamrugała oczami i chyba nie wiedziała co ma na to powiedzieć. Znów podniosła głowę i spojrzała pytająco na Otto.

                                          - Tak on z nimi rozmawiał. Szuka ich. I innych rzeczy. Tak, oni tego szukają. Mają coraz więcej nici. Muszą je łapać i iść po nich. Duży mętlik, dużo osób wczoraj było. Skomplikowane. Głowa mnie boli. - poskarżył się duży chłopiec jakby osiągnął jakiś swój limit i miał już dość. Odłożył klocek obok piramidy i wyglądał na zgaszonego.

                                          - Może idź się połóż do łóżka? Jak chcesz to przyniosę ci obiad. - zaproponowała koleżanka całkiem siostrzanym tonem. Ale George nie odpowiedział. Wpatrywał się gdzieś w przestrzeń jakby już go tu nie było.

                                          - A tak, już wiem… Bo ty zabrałeś Thornowi kobietę. Dlatego tak cię teraz nie lubi. No tak, tak… Ale to nic. Dasz mu nową to się uspokoi. On nie chce ciebie tylko kobietę. Dawno żadnej nie miał. A ty mu ją zabrałeś sprzed nosa. Ale jak mu jakąś dasz to mu przejdzie. Chce kobiety a nie ciebie. Sprzątałem dzisiaj u niego. Nic mi nie zrobił. Ale słyszałem go. Co ma w głowie i sercu. Dużo miejsca mu zajmujesz. I ta ładna pani z czarnymi włosami. Aha i Annika. Jest brudna. Śmierdzi. Chce się wykąpać. Nie wychodziła z celi od zeszłego tygodnia. Nie dają jej wody do mycia. Czuje się brudna, lepka. I myśli o tej ładnej pani z wężami. Zaczarowała ją chyba. Tak myśli. Chce to zmyć. Bo jest lepka, brudna i śmierdzi. Ale sama nie poprosi. Nikogo o nic nie prosi. Nikt jej nigdy niczego nie dał. To nie prosi. I bracia ci zazdroszczą. Bo oprowadzałeś ładne, bogate panie. A oni nie. I teraz dały duży datek to przeor cię lubi. Rozmawia z tobą. Wcześniej nie zwracał na ciebie uwagi a teraz traktuje jak ulubieńca. I patrzą się na Marikę jak podwija habit. Albo jak szoruje podłogi na czworakach. To patrzą się na nią. - George zaczął mówić sennie jakby właśnie był w jakimś śnie albo transie. Mówił wpatrzony gdzieś w nie wiadomo gdzie jakby słuchał jakiejś rozmowy, widział jakieś obrazy, czytał książkę czy oglądał jakąś sztukę. Albo wszystko to na raz albo coś jeszcze innego. W każdym razie skóra mogła scierpnąć jak się słyszało te słowa jakie mówiły o rzeczach jakich taki idiota chyba nie powinien móc wiedzieć. Kto co myśli? Kto co powiedział jak go przy tym nie było? Jakie kto ma potrzeby? Dziwnie to wszystko brzmiało.

                                          - Dobrze, będę zmęczony i zaśpię na obiad ale dziękuję, że mi przyniosłaś obiad to bardzo miłe z twojej strony. Jesteś dla mnie bardzo miła. Daruję ci, że uważasz mnie za dziwnego i trochę się mnie boisz. - powiedział przyjaźnie niczym mały chłopiec zwracając się do dziewczyny która znów chyba nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Bo w końcu tylko się uśmiechnęła nieco sztucznie i nie protestowała kiedy ten zbierał się do wyjścia ze stołówki.


                                          Potem było już niewiele czasu do obiadu. I zaczął się sam obiad. Z przeorem bo zdążył widocznie wrócić z miasta. Wszyscy zasiedli do wspólnej wieczerzy, odmówili modlitwę dziękczynną i zjedli całkiem nie tak skromny posiłek. Nawet jakieś kawałki ryby i kiełbasy były dzisiaj na talerzach czyli całkiem bogato. Po obiedzie przeor sam wezwał Otto do swojego gabinetu.

                                          - Jesteś chłopcze. Bardzo dobrze. Mam dla ciebie dobre wieści. Właściwie dla Frau von Mannlieb. Annikę można przenieść. Już napisałem list do naszej dobrodziejki. Zaniesiesz jej. Tu na kopercie masz adres, to w Północnej Dzielnicy oczywiście. - powiedział na wstępie podnosząc zalakowaną kopertę jaka po złamaniu pieczęci była jednocześnie listem. Przeor wydawał się w dobrym humorze. Obrzucił podwładnego spojrzeniem jakby się zastanawiał czy będzie się prezentował odpowiednio godnie na szlacheckich salonach.

                                          - Mam nadzieję, że nasza szlachetna pani się nie rozmyśliła. Z tymi bogaczami to nie wiadomo. Raz wiatr zawieje tak to oni tak a jak w inną to oni też w inną. Oby tym razem to było coś stabilniejszego. - przywódca hospicjum wzniósł ręce do nieba na znak jak zmienni potrafią być humory i łaska tych sławnych i bogatych.

                                          - Ale uważaj Otto. Musisz działać z wyczuciem mój chłopcze. Zgaduję, że je masz skoro najpierw sprowadziłeś je tutaj a potem namówiłeś na te datki. Oby tak dalej! Tym razem jednak postaraj się wyczuć, że Frau chce tą Annikę. Jak zmieniła zdanie no to trudno. Lepiej tak niż potem by miało się roznieść, że wciskamy albo sprzedajemy naszych pacjentów! No ale dobrze jakby jednak ją wzięła. Już zainwestowałem większość ich datków na spłaecenie naszych długów i w weksle żywnościowe na przyszłość. Widziałeś obiad? Mamy kiełbasę i ryby! Na raz! To właśnie ze szczodrości naszych dobrodziejek więc wyszłoby nieco niezręcznie jakby prosiły z powrotem o jałmużnę. To by się nie godziło tak zabierać od ust ubogim. Ale łaska wielmożów na pstrym koniu jeździ. No ale to tyle. Weź ten list i udaj się do tych von Mannliebów i grzecznie poproś o odpowiedź. Jakby trzeba było to jutro, jak się uprze to właściwie nawet dziś, mogłaby po nią przyjechać. Ale lepiej jutro. - przeor skończył omawiać sprawę dla jakiej wezwał młodszego mnicha. Ten na kopercie zobaczył adres von Mannliebów. Co prawda nigdy tam nie był ale kojarzył mniej więcej tą zacną okolicę bogaczy to wiedział, że trafi.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy