Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [VtDA] Stille Nacht

[VtDA] Stille Nacht

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
owodwampir mroczne wiekithe night walkers
23 Posty 2 Uczestników 57 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • ZellZ Niedostępny
    ZellZ Niedostępny
    Zell
    Moderator Obsługa
    napisał ostatnio edytowany przez
    #10

    Rycerze ustawili się w pozycji obronnej. Posłuchali słów Zygfryda, choć nie był on najstarszym z nich. Młody Rohrbach mógłby się nad tym zastanowić gdyby jego instynkt skupiony na zagrożeniu dawał mu chwilę na nieważne rozważania w sytuacji życia i śmierci.

    Bestie obchodziły osaczonych niczym pachnącą świeżą krwią zwierzynę. Gdy młody rycerz spojrzał w ich oczy dostrzegł zatrważający obraz, któremu nie mógł dorównać żaden bitewny zamysł, żadna wściekłość wroga. To ujrzał w tych kreaturach było bezmyślne, nieukierunkowane, nie do ogarnięcia przez pobożny umysł wojowników jakimi byli Kawalerowie Mieczowi.

    Nagłe słowa Zygfryda wyrwały pogankę z tej litanii przerażonego serca Svajone. Wciąż skrępowana kobieta uniosła spojrzenie na górującego nad nią na koniu Rohrbacha.

    - One... Nie odczują bólu od stali, choć krwawią... - głos Svajone łamał się przy każdej sylabie.

    Poganka uniosła się z ziemi, stając o własnych z jakąś niezrozumiałą dumą pokonanego. Zygfryd czuł jej przenikliwe spojrzenie i przez ledwie ulotny moment wydawało mu się jakoby te oczy przeszywały jego duszę na wskroś.

    - Nie odczują strachu... Nie przed wami.

    Kobieta uniosła związane dłonie ku Zygfrydowi oczekując ich rozpętania... a tenże uczyniony gest jawił się wręcz bliźniaczy gestom czynionym podczas modłów przez błagalników.
    Tym razem jednak nie były te błagania skierowane ku Jedynemu...

    - Nigdy przed nikim innym prócz przed swoimi panami... - szepnęła kobieta zaś Zygrfyd poczuł ukłucie pychy tuż przy sercu.
    Był dla niej Bogiem.

    I wtedy nastąpił atak, którego dzikość wzięła z zaskoczenia nawet najbardziej doświadczonych z rycerzy. Zdeformowane kreatury o ciałach przypominających szatański wilczy pomiot rzuciły się bez obawy wprost na rycerzy. Nie robiły sobie nic z ostrzy stojących na drogach do ich rycerskiej zwierzyny. Co najbardziej przerażające - nie każdy kontratak spotykał się z przebiciem przez pozornie miękkie mięso, a odbijał się od niej niczym od utwardzonej zbroi ze skóry.
    Zaskoczonych rycerzy w pierwszej chwili uratował ich własny pancerz, niestety bestie nie odpuszczały ataku.

    Nim Rohrbach dołączył do walki, jego spojrzenie przykuło świetlistą sylwetę obok drzew po lewej. Zauważył także, iż te ulotne byty zaczęły gromadzić się wokół otulonej mglistą powłoczką osoby niczym owady uciekające w kierunku światła...

    text alternatywny

    Tylko do tej chwili w powietrzu nie odczuwał wilgoci, więc ta mgła...

    Koń wierzgnął zrzucając nieprzygotowanego Zygfryda ze swojego grzbietu, gdy jedna z wilczych kreatur znalazła się za blisko. Spłoszone zwierze uderzało kopytami w ziemię nieopodal powalonego Zygrfryda, którego niepełne uzbrojenie obciążało dodatkowo.

    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • Lord MelkorL Niedostępny
      Lord MelkorL Niedostępny
      Lord Melkor
      napisał ostatnio edytowany przez
      #11

      text alternatywny

      Zygfryd, starający się nie dać opanować strachowi, zerwał się na równe nogi, przeklinając utratę konia. Instynktownym ruchem sięgnął po miecz, próbując się zorientować w otaczającym go chaosie.
      Zygfrydowi zajęło chwilę wstanie na nogi po upadku, który może i sam nie był bardzo groźny (choć mógł spowodować nieciekawe obrażenia przy nieszczęśliwym upadku), ale nie dość, że spowodował dezorientację Rohrbacha na moment to jeszcze samo uniesienie się z ziemi wymagało wysiłku zwiększonego przez ciężar napierśnika.

      Dopiero, gdy się podniósł zobaczył prawdziwy rozmiar tego chaosu. Atakujących bestii było tylko trzy, ale po szybkim spojrzeniu zobaczył, iż mimo ran zadanych przez rycerzy, nie zaprzestały one ataku... ani nawet nie wydawały się być mniej doń chętne. Jedno z tych diabelskich pomiotów broczyło krwią z rozciętego do żeber boków, jednak najwyraźniej i to nie uczyniło szkody jej morale.
      Rycerze za to walczyli dość nieskoordynowanie, uderzeni widokiem tego pogańskiego dzieła. Zygryd nie widział, by to ich ziemskie ciała doznawały uszczerbku... ale nieśmiertelne dusze trawione strachem, z którym nie każdemu udało się walczyć w uczciwej walce.

      Obite upadkiem ramię zapulsowało bólem, gdy Zygfryd sięgnął po miecz, tylko aby zorientować się, iż ten w trakcie upadku wysunął się z pochwy i bezładnie spadł na ziemię kawałek od Zygrfryda.

      A po oręż, z nieznanym zamiarem sięgała już Svajone.

      Rycerz, modląc się w duchu o wsparcie w walce z szatańskim pomiotem, przekręcił głową jakby próbując odpędzić od siebie przerażenie, po czym rzucił się w stronę miecza.
      - Oddaj mi to! - Krzyknał do Svajone.

      Poganka zwróciła głowę w stronę Zygfryda, jakby do tej chwili spodziewała się, iż ten przetrącił sobie kark lub cały połamał.
      - Rozetnij mi więzy, do cholery! - krzyknęła w stronę Rohrbacha, najwyraźniej zrozumiawszy iż on szybciej sobie z nimi poradzi - Mogę ci pomóc, ale ty musisz mnie! - Svejone stanęła na klindze miecza.

      Zygfryd zobaczył kątem oka jak jedna z bestii przewraca rycerza odciągniętego kilka kroków od grupy i wygryza się w jego gardło z paskudnym chrzęstem miażdżonej krtani mężczyzny. Czerwień posoki oblała sierść na szczęce kreatury.

      Zygfryd z przerażeniem spojrzał na masakrowanego rycerza.
      - Walczcie w imię Boże, widzicie, że te potwory krwawią, można je zranić! - Zawołał do pozostałych rycerzy, próbując dodać otuchy również sobie, następnie na powrót zwrócił uwagę na Svajone. Nie wiedział na ile mógł jej ufać, ale wydawało się, że nie była po stronie tych bestii. Wyciągnął sztylet, by rozciąć jej więzy.

      Nie wszyscy rycerze zareagowali na słowa Zygfryda. Po prawdzie większość wyglądała na zbyt zdjętych nieboskim strachem, co także wpływało na ich siłę bojową. Choć były tylko trzy bestie, to szybko okazało się, iż były "aż" trzy bestie. Kompani Zygfryda nie byli w stanie wyrządzić im takiej krzywdy, aby miała ona widoczny skutek. Jedna z nich wyrwała miecz z ręki rosłego mężczyzny niczym z dłoni szmacianej lalki, co zaburzyło równowagę rycerza, walczącego przez chwilę o jej odzyskanie. Nim jednak zdołał stanąć pewnie otrzymał uderzenie w plecy, gdy trzeci ze stworów właśnie na niego skoczył, obalając go z całym impetem na ziemię.
      - Nie wygrasz z nimi. - szepnęła Svajone, gdy Zygfryd przecinał jej więzy - Może twój dowódca wygra. Nie wiem. - zerknęła w stronę kobiecej postaci rozmywającej się we mgle - Tylko on mógłby.
      Rohrbach zobaczył jak dwóch z rycerzy najwyraźniej próbuje umknąć pozostawiając resztę kompanów...
      - Deohteri? - Zygfryd patrząc na nieludzką siłę stworów, próbował sobie wyobrazić co mógłby przeciwko nim zdziałać dowódca.
      - On jest jak panowie tych bestii... - zeszła z miecza, gdy jej dłonie zostały uwolnione.
      - O czym ty mówisz, odebrało ci zmysły do reszty? - Odparł osłupiały.
      - Kim jest to kobieta? - Wziął miecz i spojrzał w kierunku rozmywającej się w mgle postaci, rozglądając się też za swoim koniem.
      - Ona... - Svajone przysunęła się bliżej Zygfryda, w tym momencie zdając się być jedynie wystraszoną niewiastą - Musi być również władcą bestii... choć nie wiem więcej, a Deotheri... - uśmiechnęła się blado - Rozmawiał ze mną... i nie krył się z niczym. - zacisnęła dłoń na ramieniu Rohrbacha - Chodził w dzień kiedy?
      Spłoszony koń Zygfryda musiał odbiec wystarczająco daleko, aby nie być już w zasięgu wzroku.
      Zygfryd wybałuszył oczy.
      - Nie przypominam sobie by chodził… Czyli żeby powstrzymać bestie, najlepiej uderzyć na tę wiedźmę we mgle?
      - Rozkaż im na nią ruszyć - wyszeptała Zygfrydowi do ucha - Odwróci to uwagę bestii... bo najlepszym sposobem na przeżycie... - spojrzała w stronę, w którą poszła reszta grupy z dowódcą - ...jest być z Deotherim.
      W momencie wypowiedzenia tych ostatnich sylab, z tamtego kierunku uderzył potężny podmuch wiatru, który powaliłby Svajone gdyby nie była uczepiona Zygfryda.
      - Chryste…-Zygfryd spojrzał w tamtym kierunku, po czym zawołał do rycerzy.
      - Tam przy drzewach jest wiedźma, która kontroluje bestie, ruszajcie na nią! - Zawołał do konnych rycerzy. Sam by ich poprowadził, gdyby nie stracił konia…
      - A wy do mnie, ustawcie się plecami do siebie, wycofamy się do reszty - rozkazał z kolei pieszym żołnierzom. Miał nadzieję że atak czwórki konnych rycerzy na wiedźmę faktycznie pomoże… nie powinien może ufać słowom tej poganki która do wczoraj była ich zaprzysięgłym wrogiem, lecz nie mógł zaprzeczyć, że wiedziała więcej o tych piekielnych czarnoksięskich sprawach niż on. I z jakieś przyczyny czuł, że nie jest mu teraz wroga.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ZellZ Niedostępny
        ZellZ Niedostępny
        Zell
        Moderator Obsługa
        napisał ostatnio edytowany przez
        #12

        - Jesteśmy tu intruzami... Powinniśmy byli zawrócić, gdy znaki ostrzegały... - Svajone trzymała się blisko Zygfryda, a jej rozszerzone oczy lustrowały otoczenie.

        Kawalerowi Mieczowi najwyraźniej czerpali jakąś potuchę z rozkazów młodego Zygfryda, czy raczej z jego spokojnej pewności i braku poddania się diabelskiemu wpływowi. Bez wahania ustawili się w szyku, który nakazał młody rycerz, jakby pokładali nadzieję, iż może to jego słowa będą ich ochroną. Rohrbach zrozumiał, iż w tym jednym momencie zyskał władzę nad wszystkimi zwykle powyżej niego, a władzę tą właśnie zapewniały mu diabelskie byty i ich... panowie.

        - Moi ludzie nazywają te istoty „Mogiłami, które kroczą nocami”. - wpięła palce w ramię Rohrbacha - Nie trzeba im powietrza, a krwią oddychają, zaś to co już jest martwe...nie może umrzeć. - spojrzała poważnie na Zygfryda - A Deotheri jest jednym z nich. - uśmiechnęła się grymasem kogoś zdesperowanego, jak i potwornie smutnego.
        Zygryd nie widział wspomnianego Deotheriego, który udał się do samotnego czarownika. Otoczenie, w jakim się znajdowali ogarnięte było zawieją ziemi, liści i runa leśnego, niczym tornadem z nich stworzonym, przesłaniającym widok. Drobinki niesionej wiatrem ziemi smagały rycerzy po twarzach i oślepiały, gdy odnalazły oczy. Dźwięk walki z bestiami ciągle dochodził do świadomości Rohrbacha i choć czasem nie był w stanie otworzyć oczu, to był świadom chaosu. Dopiero gdy udało mu się rozchylić powieki zrozumiał, iż stracili po drodze jednego z rycerzy wcześniej zajmującego pozycję blisko na prędce ustawionego przywódcy. Tam gdzie stał wyzierała luka w przestrzeni...
        Po policzku Zygfryda spłynęła ciepła i gęsta krew. Nie jego.

        Wiedźma nie drgnęła nawet, zupełnie nie pomna na podchodzących ludzi. Patrzyła na nich z rozbawieniem i... oczekiwaniem?

        Duchowy puch począł się unosić z ziemi i roślinności wokół Kawalerów Mieczowych.

        text alternatywny

        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • Lord MelkorL Niedostępny
          Lord MelkorL Niedostępny
          Lord Melkor
          napisał ostatnio edytowany przez
          #13

          text alternatywny

          Zygfryd przez chwilę czuł się jakby śnił, ten cały dziwny wiatr niosący atakującą ich oczy ziemię i fragmenty poszycia, dziwny puch... ale szybko otrząsnął się czując na policzku krew, która jednak nie była jego. Następnie zobaczył Gerharda, jednego z jego towarzyszy broni, który nie pochodził wprawdzie ze szlachetnej krwi jak on, lecz w przeciwieństwie do Zygfryda był weteranem wielu bitew o których barwnie opowiadał przy obozowym ognisku. Teraz jednak Gerhard był już tylko trupem, z gardłem rozdartym przez pazury jednej z tych bestii i pustymi oczami zastygłymi w wyrazie zgrozy. Rycerz pokręcił głową, próbując zebrać w sobie całe pokłady swojej siły i odwagi wobec tych potworności z piekła rodem. Czuł odpowiedzialność za ludzi którzy mu zawierzyli, a może nawet nieco dumy?

          - Powiadasz "Mogiły które kroczą nocami"? To jakieś upiory, ale czy stal może je zranić? - spytał się Svajone, ktora najwyraźniej wiedziała więcej od nich. Słowa o Deotherim były niepokojące i chyba w tej kwestii dziewczynie musiało się coś pomieszać w głowie. Tamten był przecież mężnym i rozumnym rycerzem, dowódcą, choć może było w nim coś niepokojącego....ale nie miał teraz czasu na takie wątpliwości, musiał działać.

          Gdy poganka wymruczała coś o duchach w ciałach, a ciała można przecież zranić, wyciągnął miecz i wskazał ostrzem w stronę wiedźmy. Konni, którym już wcześniej nakazał atak, wahali się.

          - Musimy ubić tę czarownicę, ona rozkazuje wilczym bestiom! Módlmy się, a bóg nas nie opuści w tej godzinie próby, walczymy przecież w jego imię! Reimundzie, poprowadź konnych do szarży, ja będę z pieszym oddziałem ubezpieczać wasze tyły! - odezwał się dobitnie do młodego von Leiningena, który w przeciwieństwie do niego nie stracił konia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • ZellZ Niedostępny
            ZellZ Niedostępny
            Zell
            Moderator Obsługa
            napisał ostatnio edytowany przez
            #14

            Gdyby była inna sytuacja można by uznać, iż otaczający ich mieniący się puch miał w sobie pierwotne piękno Gdyby nie obecność tych wilczych bestii z piekła rodem skupiłoby się na atmosferze tego miejsca, tak bardzo wydającej się sielską i spokojną w swej naturze. Gdyby nie zaczął narastać ten chaos mogłoby to być idealne miejsce dla ułożenia zmęczonego ciała na kawałku leśnej ściółki.
            Ale było inaczej.
            Niemniej musieli podjąć decyzję co do dalszej potyczki i młody Rohrbach wiedział o tym doskonale. Jeżeli działanie młodszego rycerza zaskoczyło starszych kolegów to nie okazali niczego po sobie, ani nawet nie zdecydowali się protestować. po prostu oddając dowództwo Zygfrydowi. nienaturalna sytuacja z jaką się mierzyli wyraźnie wpłynęła także i na morale tych doświadczonych wojowników, którzy z pewną ulgą przyjęli trzeźwy działanie Rohbracha. Zygfryd nie umiał się im dziwić i potępiać. nic nie przygotowywało ich do stanięcia twarzą w twarz z szatańskimi sługami, które najwyraźniej nic nie robiły sobie ze stali. jedynym pocieszeniem dla Zygfryda było, iż te stwory krwawiły, a w końcu to co krwawi może zginąć.

            Czarownice zdawała sobie sprawę z ich chęci zmiany taktyki, ale wbrew wszelkiemu rozumowi nie próbowała opuścić tego miejsca czy chociaż wzmóc ataki swoich bestii, które wręcz przeszły do wstrzymania. Jej eteryczna sylwetka miała trudne do rozróżnienia rysy, a i cała postać zdawała się być otoczona lub może wręcz stworzona z wiatru wirującego niczym wodne fale. młodemu rycerzowi czasami zdawało się, że widzi w tej wiecznej plątaninie prawdziwe rysy dość młodej ludzkiej kobiety, ale nim zdołał na nich skupić uwagę to wiatr czynił jego próby płonnymi skrywając prawdziwe oblicze wiedźmy.

            Konni spięli konie i ruszyli w kierunku kochanki diabłów... i wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego.

            Wydawało się, że kawalerzyści dopadną szybko pogańskie nasienie, a przyczajone wilcze bestie nie podjęły za nimi pościgu, łypiąc jedynie na pozostałe na tyłach odddziały Zygfryda. Zachowywały się jakby pozostawione bez ochoty ba dalszą walkę.
            Coś tu było nie tak...

            Nagle Zygfryda doszło przerażone rżenie koni i tętent wielu par kopyt. Gdy spojrzał w tamtą stronę zauważył w osłupieniu, iż to większość z ich rumaków porwała swoich jeźdźców i oszalało rzuciła się w tył, byle dalej od wiedźmy.Nie każdy z rycerzy był w stanie zapanować nad swoim koniem na tyle by ten go nie zrzucił popłochu. Reymont na te powstrzyniowo swoje zwierzę, że to nie popędziło popłochu za resztą, ale to była jedyna pociecha. rycerz siłował się ze swoim koniem nie chcąc mu pozwolić odbiec, a jednocześnie dać strącić się z grzbietu.
            - Spanikowały! - krzyknął jeden z podnoszących się z ziemi i wskazał na bitwę Raimunda z koniem, który robił wszystko, aby nie przybliżyć się do kobiety. - Dziwka diabłów!

            Jeden z konnych rycerzy zwalonych z wierzchowca odnalazł na ziemi swój łuk i kierowany tylko emocjami nie zaś rozkazem, z nabożną złością na nałożnicę demonów skierował strzałę w jej skrytą za wiatrem sylwetkę. Ni zdążył Zygfryd go upomnieć ni on poniechał swojego pomysłu, a bez rozkazu posłał pocisk ku wiedźmie.

            I trafił mimo szalejącego wokoło powietrza, a strzała wbiła się głęboko w brzuch wiedźmy.

            Rohrbachowi wydawało się, jakby las zamilkł w pierwszym momencie, a furia okrywających postać wiatry osłabła. Widział powoli brudzącą ubranie leniwą krew, która poczęła wypływać z rany... ale nie wyglądało na to, aby kobieta wiele sobie robiła z tej niedogodności. Uchwyciła trzonek strzały i bezceremonialnie wyszarpnęła ją z siebie, bardziej jakby niedogodność natarczywej muchy niż śmiertelne zagrożenie.
            Odrzuciła na bok pocisk, z którego skapywała jej krew, sama nie próbując tamować rany w żaden sposób. Dopiero w tym momencie Zygfryd mógł lepiej przyjrzeć się kobiecie.

            A kobieta to była, choć oblicze zakrywało ciemne odzienie, jakiego poły były obmywane przez zastanawiająco gęste powietrze.

            centered paragraph

            Kaptur zdawał się zbyt agresywnie nachodzić na twarz, niczym gruby welon, ale w tym momencie to zachowanie kobiety stawiało w osłupienie, gdy niefrasobliwie wycisnęła z rany trochę krwi, aby zbrukać nią ziemię, nad którą stała.Gdy krew wchłonęła się w grunt... wtedy cały świat zwariował.
            Głosy, wszechobecne szepty przybrały na sile. Nie miały jednego źródła, o nie. Bardziej dochodziły z każdej cząstki ogarniającego ich świata.

            Wrzask rycerza, który posłał strzałę wyryje się na długo w pamięci. Ziemia, na której stał wybiła ku górze, opasając zgubionego do dolnych żeber, aby bez zwlekania wzmocnić swój uścisk miłością gruntu i kamienia. Obrzydliwy trzask kości, szczęk zgniatanego metalu zbroi i ten wrzask pełen cierpienia, strachu i błagania o pomoc wypełnił uszy Zygfryda.

            - Betolakodó. - dało się usłyszeć syk ze strony wiedźmy szczelnie odzianej w...
            ...w ubranie zrobione z żywej skóry, która zdawała się lekko podrygiwać w rytm wiatru.

            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • Lord MelkorL Niedostępny
              Lord MelkorL Niedostępny
              Lord Melkor
              napisał ostatnio edytowany przez
              #15

              text alternatywny

              Zygfryd przez chwilę poczuł się dumny, że starsi od niego rycerze uznali jego przywództwo. Jeśli jego ojciec, który oddał życie w walce o wyzwolenie Świętej Ziemi z rąk Mahometan, mógłby to widzieć z Niebios gdzie na pewno trafił, to miał nadzieję, że byłby zadowolony ze swojego najmłodszego syna. Ale to przyjemne uczucie szybko minęło w konfrontacji z iście szatańskimi sztuczkami którymi musieli stawić czoła w tej pogańskiej krainie.

              Jego plan konnej szarży rycerzy na wiedźmę (która wyglądała jak człowiek, choć spowita jakąś dziwną mocą, pewnie rezultatem jakiegoś plugawego czarnoksięstwa) runął kiedy konie spłoszyły się nagle i jeźdźcy nie mogli nad nimi zapanować.
              Widział jak Heinrich, rycerz pochodzący z Saksonii i zawzięty przeciwko poganom, trafił wiedźmę strzała. I nawet jeśli był to jakiś rodzaj upiora, jak sugerowała Svajone, to jednak tamta krwawiła, choć rana nie wydawała się na niej robić szczególnego wrażenia. I wtedy ta kobieta coś zrobiła, usłyszał nagle jakieś głosy niczym szepty samego diabła, a potem ziemia pochłonęła Heinricha miażdżąc mu kości. Młody von Rohrbach wydał z siebie okrzyk zgrozy i na chwilę zastygł, walcząc z odruchem ucieczki jak najdalej od tych bestii i czarnoksięskich mocy. Ale nie mógł przecież zawieść swoich braci i zhańbić honoru rodu....

              - Ta dziwka krwawi, można ją zranić! - zawołał do swojego coraz mniejszego oddziału, starając się zapanować na strachem by jego głos zabrzmiał dobitnie.
              - Zabijemy ją i będzie koniec tego, pamiętajcie że jeśli zawierzymy się Panu, to jego moc jest większa niż wszelkie sztuczki Szatana! Zostawcie konie i za mną, ubijemy wiedźmę! Gott mit uns, Kyrie Eleison! - W desperacji zaczął odmawiać początek modlitwy, jednocześnie wyciągając miecz z zamiarem poprowadzenia szarży, tym razem pieszych, na tę przeklętą czarownicę.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZellZ Niedostępny
                ZellZ Niedostępny
                Zell
                Moderator Obsługa
                napisał ostatnio edytowany przez
                #16

                Zygfryd nie mógł pozbyć się wrażenia, że nie poszło nawet powiedz jak dobrze jak miał nadzieję. Powinien bardziej cieszyć się, że przeklęta wiedźma okazała się krwawić jak każdy inny śmiertelnik. Powinien składać modły ku niebu, iż najwyraźniej siła Szatana nie była w stanie obronić kobiety przed słabościami ciała człowieka. Powinien... a jednak...

                Słowa Zygfryda nie miały takiej mocy, jaką posiadały jeszcze przed chwilą. Najwyraźniej obraz, jaki rozpościerał się na ich oczach mocniej poruszył ducha co młodszych rycerzy, jacy jeszcze nie zostali zaprawieni w boju. Nie było co dziwić się tym słabościom, gdy za wroga miało się diabelskie moce.
                Niemniej sama postawa młodego Rohrbracha najwyraźniej przywróciła chart boskim wojownikom (a może bardziej zaważył na tym wstyd?), ponieważ ruszyli oni prowadzeni przez Zygfryda ku bezbożnej kobiecie.

                Gdyby tylko zdawali sobie sprawę...

                Do uszu Zygfryda dotarło dźwięknięcie metalu pancerza, gdy ostatni z rycerzy powalon został na ziemię przez cielsko wilczej bestii, które jakby od niechcenia zatopiła kły w zbroi bezbronnego.

                Jednak to była tylko zapowiedź koszmaru, jakiego zniszczenia się obawiał.

                Z okalających i chaszczy po słyszeli charczenia psów... nie, wilków, napomniał się Zygfryd. Był to zdany już im dźwięk.

                - Panie Niebiański...

                Rohrbach nie miał czasu spojrzeć na rycerza wzywającego Boga. Sam już chodził oczami po wychodzących z gęstwin bestiach i te same słowa ugrzęzły mu w gardle. Wcześniej mógł zastanawiać się czy wiedźma posiada jedynie te trzy bestie na swojej uwięzi, ale teraz otrzymał odpowiedź. Tamte miały za zadanie odciąć im drogę ucieczki w razie dalszej walki...
                I te nie czekały z atakiem. Rzuciły się z kłami i pazurami jak tylko zobaczyły swoje ofiary. Waleczne krzyki nie brzmiały już tak dostojnie i rycersko, jak nierówna walka rozpętała się na dobre. Zygfryd nie rozumiał Czemu jego własny miecz nie tnie tak dobrze diabelskiego nasienia, które do tego zdaje się nie odczuwać siły obrażeń. Choć udało się odciąć łapy jednego z potworów to zdawał się nie przykładać wagi do obrażeń, gdy kikutem stawał nierówno na okaleczonej łapie, jaka zmniejszyła jego możliwości ruchu, ale w żadnym stopniu zapalczywości ataku.

                Zygfryd usłyszał przeraźliwy wrzask swojego kamrata, który poważnie ranion został powalony przez dwie bestie, jakie rzuciły się by pożywić na odsłonionej jego skórze.
                Pożerając go żywcem.

                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • Lord MelkorL Niedostępny
                  Lord MelkorL Niedostępny
                  Lord Melkor
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #17

                  text alternatywny

                  Zygfryd musiał zawierzyć wsparciu Bożemu i jego archaniołów, by nie stracić nadziei w tej przerażającej sytuacji. Ta wiedźma najwyraźniej władała całym stadem wilczych bestii z piekła rodem. Widok druha pożeranego przez te potwory był najstraszliwszym, jakim kiedykolwiek widział. Nie mógł na nim się jednak skupiać, musiał znaleźć dalej w sobie ducha do walki.

                  - Boże dopomóź swoim wiernym rycerzom! Skupcie się wokół mnie bracia! - Zawołał, zbierając w sobie ostatek sił. Wściekle ciął rannego już wilka, któremu odciął drugą z łap, lecz tamten nie ustawał w zajadłości, próbując dosięgnąć jego gardła kłami. Zadawał ciosy dalej, aż w końcu stał sobie sprawę, że zbryzgane krwią truchło przestało się ruszać. Zaczął szukać wzrokiem wiedźmy...czy jej ubicie mogło jakoś powstrzymać stado? I co ze Svajone?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ZellZ Niedostępny
                    ZellZ Niedostępny
                    Zell
                    Moderator Obsługa
                    napisał ostatnio edytowany przez Zell
                    #18

                    text alternatywny
                    ANNO DOMINI MCCIX, puszcza na granicy Litwy z Kurlandią

                    Uderzenie w plecy niczym młotem wyrwało z Zygfryda ostatki powietrza z płuc. Cielsko wygłodzonej bestii ważyło więcej niż przypuszczałby młody mężczyzna, który upadł twarzą na ziemię wraz z odgłosem miażdżonych kości pod diabelskim ciężarem. Rohrbach wrzasnął jak jego plecy poddały się ciężarowi, w momencie gdy pazury bestii przebiły się przez zbroję i wbiły w kręgosłup pokonanego rycerza.

                    Dalsze wydarzenia były jak na wpół jawie.

                    Słyszał trzask metalu zbroi zgniatanej zębiskami.
                    Czuł ciepło wypływającej z ran gęstej krwi.
                    Widział jak jest pożerany żywcem.
                    Ale nie czuł swoich nóg.

                    Przynajmniej dopóki stwór się nimi nie zajął.

                    Wrzeszczał, chciał umrzeć. Jego skołatany umysł nawet nie był w stanie wyciągnąć z pamięci podstawowej modlitwy...
                    Pół świadom z cierpienia uniósł wzrok ku niebu zasłoniętemu czerwienią jego własnej krwi, gdy ziemia na której leżał skąpana była w żelaznym zapachu posoki cnych rycerzy Boga.

                    Zygfryda omył podmuch wiatru niosący ze sobą jedno słowo.

                    - Dość.

                    Młody Rohrbach był już zbyt głęboko w objęciach nadchodzącej śmierci, aby zarejestrować coś innego poza bólem, choć i on począł odchodzić.

                    Nawet, jak uniosły go ręce rycerza, jaki wcześniej odszedł wraz z dowódcą.
                    Nawet, gdy połamany pancerz wbijał swe kły w ciało.
                    Nawet, kiedy dosłyszał szloch ciągniętej obok Svajone.

                    Wiedział tylko, że umiera.

                    Wiedział, gdy położono go na twardej ziemi.
                    Wiedział, kiedy przez krew ujrzał górującą nad nim sylwetkę Deotheriego.

                    Ból odszedł nagłą ulgą i zaczął przygotowywać się do wstąpienia do Królestwa Niebieskiego.
                    Ale inne królestwo było mu pisane...


                    Omył go spokój. Poczucie bezpieczeństwa, jakie doświadcza dziecko w objęciach rodzica. Czuł troskę i czystą miłość.

                    text alternatywny

                    A później znalazł się w Piekle.


                    Nigdy wcześniej nie zaznał takiego bólu. Nigdy nic nie dostawało choć do połowy cierpienia, jakie doświadczał. Nie byłby też w stanie opisać uczuć nim targających podczas tego czasu. Były jak wichura emocji, w której pioruny uderzały w ziemię rozszczepiając ją niczym niesione boskim gniewem. Wierzgał na ziemi, drapał ją w jakiejś wściekłości, pierwotnej furii żywiołów przebijającej wściekłość diabelnych bestii, jakie jadły go żywcem.

                    Czuł ból nie tylko ciała. Z bólem ciała umiał sobie poradzić.Czuł...

                    GŁÓD

                    Czerwień krwi na oczach, metaliczny zapach rozrywanego mięsa.Wrzask ofiary.
                    Smak ciepłej krwi na języku spływającej po brodzie. Błaganie.

                    ZYGFRYD! BŁAGAM!

                    Dłonie w kałuży krwi na ziemi z jakiej chłeptał zachłannie obok jednego z rycerzy jakiego gardło rozszarpał.

                    - Nie możemy tu zostać dłużej. - głos Deotheriego przebił się przez krwawą mgiełkę.

                    Uniósł wzrok do góry, aby zobaczyć wciąż przyglądającego z odległości się scenie poganina.

                    text alternatywny

                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • Lord MelkorL Niedostępny
                      Lord MelkorL Niedostępny
                      Lord Melkor
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #19

                      text alternatywny

                      Zygryd nie rozumiał. Przez chwilę czuł błogośc raju. Zaakceptował swój los, tak jak ojciec i inni przodkowie poległ walcząc w imię Boże, z poganami a nawet bestiami prosto z piekielnych czulości. Nikt mu nie mógł odmówić, że stawał dzielnie przeciwko mocy, której człowiek najwyraźniej sprostać nie mógł.

                      A potem... piekło? Ale dlaczego, czym sobie zasłużył? Bół i pragnienie które były nie do zniesienia, nie mógł myśleć, mógł tylko..pić? W miarę jak pił, to cierpienie...głód?... powoli ustępowało. Próbował coś zrozumieć z tego co się z nim działo, był w kałuży krwi...krwi Bertholda, jednego z rycerzy z jego oddziału. Jak w jakimś najgorszym koszmarze, zaczął rozumieć że rozszarpał gardło i pił jego krew. To krwi pożądał i ona dawała ukojenie.

                      - Co się stało?! Co ze mną zrobiłeś?! - Syknął wściekle, obracając się w stronę Deotheriego.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • ZellZ Niedostępny
                        ZellZ Niedostępny
                        Zell
                        Moderator Obsługa
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #20

                        Krew skapywała z brody młodego Rohrbacha malując na ziemi odcisk jego zwierzęcej zbrodni... niczym znacząc ziemię Świętą Pieczęcią zamykająca go za wrotami Piekieł.

                        Deotheri powoli skierował spojrzenie na Zygfryda chwiejącego się na nogach zdających się być martwym mięsem bez mięśni. Nie wykonał żadnego ruchu w jego stronę ni nie skrzywił żadnego cala twarzy. Wyciągnął dłoń w bok w oczekiwaniu na włożenia czegoś w nią.
                        - Nie planowałem tego tak. - odezwał się von der Recke przyszpilając spojrzeniem Zygfryda - Wiem, że jesteś głodny.

                        Ruch po boku młodego rycerza pozwolił mu ujrzeć kątem wzroku jednego z rycerzy jaki wiernie towarzyszył dowódcy. Uklękł przed mężczyzną unosząc nad głowę prostą drewnianą miskę, w której jeszcze tego ranka jedli owsiankę wokół ogniska.
                        - Wybacz te urągające warunki. - odezwał się Deotheri przyjmując miskę, z której dobywał się taki nęcący zapach....
                        Miska została przysunięta do Zygfryda, który wręcz siebie nie mógł powstrzymać przed rzuceniem się by dobrać do jej karmazynowej, ciepłej zawartości.

                        Chłeptał ją niczym wygłodniały pies. Czuł taką przyjemność rozchodzącą się po jego ciele... Krzyki, jęki i błagania braci broni nie docierały uszu Rohrbacha zbyt skupionego na tym i teraz. Nie pamiętał czy wyrwał miskę z rąk dowódcy, czy on mu ją podał. Nie obchodziło go, że teraz liże drewno miski w poszukiwaniu resztek krwi...

                        Obok niego upadła pchnięta na ziemię Svajone, jakiej suknię plamiła brudna od krwi błotnista ziemia. Głód lekko zdążył ustąpić, ale...

                        - Jest twoja.

                        Usłyszał słowa dowódcy przyglądającego się scenie. Svajone zakwiliła, gdy zobaczyła wzrok Zygfryda. Wzrok bestii. Zaczęła czołgać się po ziemi byle odsunąć. Drżała na całym ciele wyciągając dłonie w obronnym geście.

                        A Deotheri patrzył na tle odgłosów śmierci.

                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • Lord MelkorL Niedostępny
                          Lord MelkorL Niedostępny
                          Lord Melkor
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #21

                          text alternatywny

                          Zygfryd nie miał czasu by przemyśleć słowa Deotheriego na temat "urągających warunków". Wciąć przenikał go głód, jakiego nigdy nie czuł i niczym zwierzę, a nie rycerz ze szlachetnego przecież rodu, wychłeptał cudowną ciecz z miski, a czerwone niczym ognie piekieł krople spływały po jego twarzy. Na szczęście nie mógł teraz sam zobaczyć swojego splugawionego oblicza.

                          A potem Svajone została rzucona do jego stóp niczym zdobyczna branka. Którą właściwie była...chociaż czy ta tajemnicza poganka nie próbowała go ostrzec? Wraz z zaspokajaniem głodu w jego głowie pojawił się natłok myśli, ale nie był w stanie jeszcze tego zrozumieć, czym się właściwie stał?

                          Ale na widok czołgającej się niewiasty głód powrócił i odmieniony Rohrbach doskoczył do niej, przyszpilając do ziemi ciężarem ciała. Coś krzyczało do niego żeby zaspokił pragnienie zupełnie i wbił się w jej szyję. To go przeraziło.....przecież przybył tutaj by nawracać pogan, dając im światło Prawdziwej Wiary.

                          Nie! - wydał z siebie okrzyk i wytężył całą swoję wolę by puścić Svajone.

                          - Nie chce jej krzywdzić, zabierz ją ode mnie! - zawył do rycerza służącemu Deotheriemu.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          1
                          • ZellZ Niedostępny
                            ZellZ Niedostępny
                            Zell
                            Moderator Obsługa
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #22

                            W pierwszej reakcji rycerz służący Deotheriemu odwrócił głowę w stronę dowódcy nim choćby drgnął, wyraźnie oczekując wpierw od niego rozkazu. Zdesperowany Zygfryd czuł jakby jaka bestia chciała wyrwać się z jego piersi i rozszarpać bezbronną Svajone, jaka zakrywała oczy oczekując śmierci.
                            Nie trwało długo nim rycerz nie pochwycił poganki za ramiona i nie odsunął ją dalej od wygłodniałego Zygfryda. Gdyby młody mężczyzna nie był ciągłe w oszalałym stanie mógłby zastanowić się dłużej czemu nagle kobieta uspokoiła się, gdy napotkała wzrok Deotheriego, jednak sam zapach wszechobecnej krwi kamratów buzował coś w nim, czego opanować nie mógł.

                            - Pożyw się więc na nich. - Deotheri gestem dłoni wskazał na leżące na ziemi ciała niektórych Kawalerów Mieczowych i ponownie zwrócił się rozmawiać z rycerzami na swoich usługach.

                            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • Lord MelkorL Niedostępny
                              Lord MelkorL Niedostępny
                              Lord Melkor
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez Lord Melkor
                              #23

                              "Pożyw się więc na nich". Skołowany Zygfryd nie mógł zrozumieć dlaczego przywódca Kawalerów Mieczowych, rycerzy służących Bożej sprawie, wydał taką plugawę komendę.... jak przez zalewającą go zewsząd czerwoną mgłę przypomniał sobie słowa Svajone: "Mogiły które chodzą nocami...." Czy Deotheri był jakimś demonem, który właśnie uczynił go podobnym sobie? Nie mógł jednak myśleć jasno, ten potworny głód uderzył go ponownie niczym rozrywający na strzępy huragan. Wciaż nie chcąc odebrać życia Svajone, skoczył ku jednemu ze swoich ciężko rannych braci, który chyba i tak dogorywał, tłumiąc uczucie palącego wstydu. Musiał zaspokoić głód żeby móc zrozumieć co się stało...nie spocznie póki Deotheri mu tego nie wyjaśni! Musiał mu odzielić odpowiedzi.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              Odpowiedz
                              • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                              Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                              • Najpierw najstarsze
                              • Najpierw najnowsze
                              • Najwięcej głosów


                              • Zaloguj się

                              • Nie masz konta? Zarejestruj się

                              • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                              Powered by NodeBB Contributors
                              • Pierwszy post
                                Ostatni post
                              0
                              • Kategorie
                              • Ostatnie
                              • Tagi
                              • Popularne
                              • Świat
                              • Użytkownicy
                              • Grupy