Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
U bram raju
PaniczP
Panicz jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
BrilchanB
Brilchan jako
Marius Utopiec
Niekatywny
MikeM
Mike jako
Randal Bronson
TomaszKT
TomaszK jako
Ballo Białe Serce
Pan ElfP
Pan Elf jako
Morwen
RewikR
Rewik jako
Seweryn Drachenwulf
Niekatywny
eToE
eTo jako
Hazar Baraz-Felak

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
105 Posty 8 Uczestników 3.1k Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • eToE Niedostępny
    eToE Niedostępny
    eTo jako Hazar Baraz-Felak
    napisał ostatnio edytowany przez eTo
    #101

    Hazar nie przejął się zbytnio wywodami na temat plotek jakie zasłyszał czasem przy kuflu bądź w kopalni, kiedy górnicy plotkowali zamiast pracować. Coś tam niby słyszał, że coś tam się gdzieś stało. Bardziej skupiał się na swojej robocie niż jątrzeniu cudzych spraw jakie go nie dotyczyły. Dlatego odczytał wspomnienie o plotce jako jawną groźbę spodziewanej zemsty złodziei. Wyczuwał jednak przekonanie i szczerość przekonań przeciwniczki. Czyli może nie groziła ale Hazar był przekonany, że może mieć problemy z ludźmi próbującymi się mścić więc był nastawiony zdecydowanie defensywnie.
    Spostrzeżenie na temat swojej duszy starał się zignorować. Tak samo jak śmiech brzmiący w jego umyśle płynący ze źródła swojej magicznej mocy zarówno jak jego własny. Wiedział bowiem, że nie puszczał wolno złodziei dzięki swej dobrej duszy… a puszczał ich aby mieli później okazję żeby razem z większą grupą kolegów spróbować się zemścić. Dzięki temu miałby pretekst do obrony własnej skóry co zamierzał uczynić w najbrutalniejszy sposób jaki przyszedłby mu do głowy…
    Tak czy inaczej był bardzo zdziwiony, że poczuł w swoim ciele jak ból przechodzi w ciepłe mrowienie po czym powraca zdecydowanie lżejszy. Nie podziękował tylko zabrał się za dalszą robotę. Nie było nad czym się zastanawiać tylko przeć dalej żeby pracodawcy nie mogli powiedzieć, że ich interes nie był zignorowany mimo podążania za swoim własnym interesem.
    - Dzięki Szwar, wisze ci dobrą beczułkę piwa za wyciągnięcie mnie od tego czegoś. - stwierdził spoglądając na górnika jednocześnie pochylając głowę w podziękowaniu.
    Następnie krasnolud rzucił okiem po polu walki biorąc większy oddech rozluźniając się i opuszczając młot.
    - Nie żebym narzekał, ale przydałoby mi sie trochę interwencji medycznej… bo trochę mocno oberwałem od tego czegoś. - tym razem Hazar skinął głową w stronę martwych przeciwników. - Czy to tutaj, czy to przy przegrupowaniu na zewnątrz, wszystko mi jedno. - dodał zamierzając się dostosować do decyzji reszty drużyny.
    Samemu skierował się jednak w stronę potrzebnych mu zasobów drewna.
    - Dobra, to kto ma topór czy siekierę? - zwrócił się do kolegów górników. - Trzeba zrobić kliny do zabezpieczenia drzwi… - niemalże bez zawahania Hazar przeszedł do wykonywania swojej pracy mając zamiar przerwać na małą przerwę, bądź na tyle czasu ile drużyna zdecyduje się poświęcić na odpoczynek… and dopiero po odpowiednim zabezpieczeniu drzwi.

    "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
    "- You can't let them run around inside of dead people!

    • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz jako Mistrz Gry
      Mecenas
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
      #102

      Macki stężały, ogień z rozbitej bańki dogasł, a pospieszne kroki niedoszłych bogaczy (obecnie gołodupców) ucichły za plecami poobijanej drużyny eksploratorów. Poobijanej, ale w tym samym składzie osobowym, co już zakrawało na co najmniej grubego farta. Było nie było, otiaki-połykacze, czy jak tam tym mackostworom było, na skali niebezpieczeństw były o wiele oczek wyżej niż sraczka od brudnej wody czy obozowa awantura po pijaku, a te rutyny niejednokrotnie pochłaniały niejedno życie.

      – Jakby taki mnie ośmiornic poskładał, to byłoby zejście. – Varlund zaśmiał się, przebijając się przez kaszel. – Ale o dziwo, wszyscyśmy uszli. Chłopy, zabezpieczcie wejścia w raz jak pan Hazar mówi i trzeba odsapnąć.

      Górnicy, Bolvar i Grebo szybko zabrali się do roboty, szykując prowizoryczne barykady. Cały oddział wycofał się w tym czasie na taras, skąd bliżej było do potencjalnego odwrotu i łatwiej do ewentualnej obrony.

      Tu ranni z pomocą kompanów – szczególnie Randal, opuchnięty od uderzeń jak groch namoczony w wodzie – pozbyli się pancerzy i dali się opatrzyć medykom. Lara sięgnęła po zawiniątka ściśnięte mocno w lekarskiej torbie i rozpoczęła opatrywanie skrwawionego pacjenta. Zestaw maści i balsamów swoje mógł pomóc, ale okazało się, że mistrzowska technika masażu w aplikacji tychże, jaką zastosował Ballo, dodaje medycznej precyzji mistycznego kopa. Może była to ciągle buzująca adrenalina, może kojąca ulga mentolu, a może pobudzone punktowo masażem mięśnie, ale paladyn szybko poczuł się dużo lepiej.

      Wiedział, że jest w rękach ekspertów, ale na pełne dojście do siebie będzie potrzebował czasu i odpoczynku. Alternatywą była magia. Tej miał niewiele i w pierwszej kolejności należała się Varlundowi (skoro Hazar stanął już na nogi z pomocą Saskii), który ciągle ledwo stał na nogach.

      – Na mnie szkoda zabiegów. – Sierżant wstrzymał próby pomocy tak ze strony Randala, jak i uczonych medyków. – Prawie mię to diabelstwo złamało i trzeba to wyleżeć, nie, pani Laro? Zlezę teraz ze Ścieżki z tym naszym rannym ‘więźniem’, co by nie prysnął… Tam mnie opatrzą, ja powiem co tu się święci i niech przyślą solidne wsparcie.

      – Doglądnę pana jednak, panie Varlundzie. Nie ma co tego zostawiać szansie – zaoferował się Seweryn. – Wyprowadzimy razem tego rzezimieszka i zobaczę, czy aby te powietrzne diabliki nie pokrzywdziły kogoś w wiosce. Może… Może trzeba będzie ars medicinae i łaski Pelora, to i, to i przydam się tam bardziej niż tutaj.

      Lara wystąpiła naprzód, skupiając na sobie spojrzenia Ballo, Morweny i Randala. Wyglądała jakby walczyła ze sobą, ale w końcu westchnęła i opuściła ręce po bokach, zdejmując broń z ramienia.

      – Tu… Tu chciałabym być, ale… Seweryn może mieć rację. Może trzeba tam opatrywać rannych… - Dziewczyna popatrzyła po zebranych, szukając bardziej wyrzutu niż zrozumienia. – Życie ludzkie to wartość ponadczasowa. A skoro to wspominam… Ty, Eutalo, pójdziesz z nami.

      Głos kobiety stwardniał jak zbity w zaspę śnieg. Nie nienawidziła, ale w spojrzeniu, jakie spadło na młodego szlachcica była niechęć i pogarda, które jeszcze przyciemniły jej węgielkowe oczy.

      – Tak, pan kusznik pójdzie z nami – poparł dziewczynę Varlund. – Bez dyskusji, drogi mój panie.

      Isebrand parsknął, ale sierżant nie żartował. Grebo wyrósł obok Oeridyjczyka jak góra, zawieszając na nim spojrzenie niby oprych obcinający ofiarę pakującą się w nie tę alejkę co trzeba. Szlachcic zmierzył go złym spojrzeniem, ale osiłek nie ustąpił.

      – Doktorze Quolleb! – Historyk był święcie oburzony, ale widząc niechęć, albo przynajmniej obojętność kompanów wobec jego sprawy, stracił rezon i głos mu osłabł. – Co to za heca? Pan to słyszy? Proszę wydać polecenia i kontynuujmy!

      Przywołany z nazwiska Quolleb wydął usta i rozłożył lekko ręce przed sobą, jakby nie do końca rozumiał, dlaczego stawiano go w tej sytuacji.

      - Panie kolego, pan rozumie, że jutro też jest dzień… Jutro też jest dzień, prawda? – zapytał retorycznie archeolog. – Polała się krew… To są emocje, to… No, było, zdarzyło się, wiadomo, ale trzeba ochłonąć po czymś takim. Nie można tak na hurra naprzód, trzeba odpocząć.

      – Panie doktorze! – zaprotestował Oeridyjczyk. – To nie jest stawianie młyna w Koziej Wólce! To jest wejście na Ścieżkę Slerotina! Tu trzeba ekspertów, wiedzy! Ja tu jestem, żeby tłumaczyć, poznawać, badać! Sam pan to zrobi?

      Quolleb miał usta ściśnięte w linię.

      – No… Rozumiem, że pan jest ekspertem, nie o to mi chodziło, że nie, ale przecież potrzeba tu wsparcia! To wielkie… WIELKIE przedsięwzięcie!

      - Panie kolego… - Emil Quolleb uśmiechnął się nieśmiało, jakby przepraszająco, ale nie było jasne kogo teraz przeprasza – szlachcica czy resztę zebranych. – Wielkie przedsięwzięcie, więc jutro też będzie stało, prawda? Proszę trochę odetchnąć, bo mówię – chłodne głowy… Chłodne głowy, prawda? To najważniejsze przy takich dziełach!

      Eutalo popatrzył po twarzach kompanów, desperacko szukając kogoś, kogo może się uczepić, ale nie było kogo. Hazar nie potępiał go za ustrzelenie rabusia i potem poprawienie drugiemu, ale skoro Varlund, ani Quolleb go tu nie chcieli, to krasnoluda mało obchodził los tego młokosa. Nieźle radził sobie z kuszą, ale widać, że to był żaden wojownik. Na co mu zatem było go bronić?

      - Ty zostań, Lara – wtrącił się w scenę Randal. Krótki moment zdziwienia i nadziei odmalował się na twarzy dziewczyny. – Pomożesz rannym, fakt, ale tam mają medykusów i klechę… I będą mieć Seweryna. A tutaj zrobisz prawdziwą różnicę. Dobrze mówię, doktorze?

      I tym razem Quolleb poczuł niechęć, by odpowiadać na wywołanie do tablicy, ale opór był mniejszy. Cenił Larę jako ekspertkę. Isebrand był zdolnym samoukiem, który pysznił się znajomością starosuelskiego, ale panna Quatermain była genialną archeolożką z uznanej rodziny badaczy. Może i stary wolałby sam spijać śmietankę odkryć, ale jeśli miał się nią z kimś podzielić, to wolał z uznanym nazwiskiem, a nie bogatym laikiem, który wkupił się do wyprawy.

      - Pan rycerz ma rację – przyznał po chwili doktor. – Pani obecność będzie istotna dla powodzenia całej wyprawy. Proszę nam towarzyszyć… Jeśli pani może, to przynajmniej na tym jeszcze etapie.

      Lara nie oponowała, a skory oponować Eutalo w końcu odpuścił i grupa rozdzieliła się. Na miejscu zostali Morwen, Ballo, Randal i Hazar z górnikami oraz Quolleb, Lara i Bolvar z Grebem.

      Ci ostatni zablokowali ciężkimi ławami wejście do ostatniej z sal po prawej stronie hallu, a górnicy w tym czasie zablokowali zepchniętymi wagonikami wejście do komnaty w środku po lewej stronie korytarza.

      A Marius… Do diaska, wszyscy na chwilę zapomnieli o Utopcu, którego zobaczyli dopiero teraz!

      Roztrzęsionego i podskakującego dziwnie, jakby w jakichś pierwotnych pląsach, zmierzającego szybko do pomieszczenia, skąd wcześniej wychynęły otiaki. Kapłan od dłuższej chwili z nikim nie rozmawiał, ale jego wypad w stronę nieznanego był tyle dziwaczny, co niebezpieczny.

      - Marius, stój! – krzyknęła Morwen.

      Marius jednak zdawał się nie słyszeć świata wokół i twardo pędził w ciemność.

      13 PW przywróconych przez Larę Randalowi.
      Randal przywraca Hazarowi 8 PW poprzez Nakładanie rąk (zostają mu 2 PW w puli).

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • MikeM Niedostępny
        MikeM Niedostępny
        Mike jako Randal Bronson
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #103
        • Oszalałeś? Zatrzymaj się!
          Randal złapał tarczę, która ostatnio uratowała mu życie, i ruszył biegiem za Utopcem, chcąc go pochwycić. Jeśli zaszła by potrzeba, gotów był dać mu po łbie. Przeszli razem nie jedno, ale jeśli mieli przejść jeszcze coś, paladyn musiał ukrócić to wariackie bieganie.
        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz jako Mistrz Gry
          Mecenas
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #104

          Ogrom hallu ogrywał numer po numerze, zmieniając jedną dramatyczną nutę na drugą. Rozbujany bieg Mariusa ku ciemności, która przyniosła potwory, był cichszy niż wszystkie sceny dotychczas, ale ściągnął spojrzenia wszystkich widzów.

          Randal zareagował najszybciej. Krzyknął, wyrwał do przodu, zadudnił na stopniach ciężkimi buciorami. Lara wrzasnęła coś z tyłu. Słuch podpowiadał, że za szaleńcem wyrwali Ballo i Hazar. Ciężar obu, gwałtownie rozpędzonych i walących po parę schodów naraz, wbijał się w uszy niby gwoździe. Pod tym dudnieniem, słów Morwen praktycznie nie dało się odtworzyć. Słychać było tylko kęsy. Urwane półsłówka, głoski. Ścinki nie do złożenia w sensowny głos.

          Ale nawet gdyby słyszeć całość, słowa były nie do powtórki. Morwen wyrzuciła je w śpiewnej zbitce sylab, które nie miały sensu. Nie dla laików. Dla świata wokół były kodem.

          Były poleceniem dla sił poza zmysłami, które zakręciły Mariusem w powietrznym wirze, obracając omotanym umysłem i ciałem jak rozpędzona karuzela. Utopiec zaskamlał coś równie bezsensownego dla reszty jak magiczne sylaby czarownicy i padł plackiem u progu komnaty, gdzie pędził.

          Był nieprzytomny. Nieprzytomny, ale zdrów i cały. Przynajmniej na ciele, bo czego można się było od niego spodziewać po ocuceniu, nie wiedział nikt.

          – Dla jego dobra? – Randal był przy Mariusie pierwszy, pokazując reszcie sznur, który zaczął rozwijać. – I dla naszego. Jakby go, powiedzmy, wzięło na czary.

          Hazar przyglądał się kapłanowi z ciekawością, choć przy jego zwyczajowej ekspresji można to było wziąć za coś pomiędzy groźbą a pogardą. Utopiec był dla krasnoluda zagadką. Nie znał go praktycznie wcale, choć coś tam o nim usłyszał. Przyglądał się jego magii i była zupełnie inna niż to, po co sięgał on sam. A jednak... Jednak coś podpowiadało Hazarowi, że obaj mają sporo wspólnego.

          Uśpiony został szybko obwiązany u kostek i w przegubach rąk, a konsensus spojrzeń zezwolił i na lekkie zakneblowanie ust magika bandażami. Marius mógł podziękować Larze, że użyczyła na knebel jedynej czystej materii jak okiem sięgnąć.

          Wiążący szybko ściągnęli pacjenta z dala od nieznanej komnaty, ale jeszcze schylając się do niego, zdążyli złowić coś tam ze środka. Na ile pozwalało światło z zewnątrz, dało się dostrzec rozciągniętą na kaflach podłogi kałużę. Woda była rozlana na środku, długą plamą od strony, z której musiały nadbiec otiaki. Z głębi, z cichej, niezmąconej dźwiękiem przestrzeni, która niknęła w cieniu.

          Oczy krasnala widziały lepiej. On zobaczył jeszcze długie granitowe bloki wzdłuż środka sali, roztrącone resztki krzeseł i przez chwilę skalne półki i wnęki w ścianach zastawione dziesiątkami pudeł, puszek i słojów.

          – Kuchnia, spiżarnia albo coś podobnego – podzielił się z resztą, gdy odeszli nieco na bok. – Albo kantyna.

          Co pociągnęło Mariusa do stołówki – bo zapewne nie był to głód – na razie było poza czyimkolwiek zgadywaniem. Może śpioch wyjaśniłby to po ocuceniu, ale czy dać mu się wypowiedzieć, czy nie, to było już w gestii krępujących go solidnie kompanów.

          Morwen patrzyła, jak młody kapłan oddycha miarowo. Spokój na twarzy i w piersi, jakby nie czuł więzów na sobie. Nie mogła mieć pewności, ale nie czuła, żeby jej urok wślizgnął się w umysł młodzika, zastępując coś innego.

          To nie była reguła, a zaawansowane zaklęcia potrafiły czasem skrywać się w głębi ofiary, ale niekiedy, wpływając na czyjąś jaźń, dawało się poczuć, czy ma już niechcianego lokatora. Morwen nie miała wrażenia, żeby jej sen spadł na Mariusa w miejsce innego uroku czy rozkazu, który nim włada. Nie odczuła, żeby jedna magia ścięła się z inną, aby ją zwalczyć.

          Nie miała pewności i mieć nie mogła. Nie w takim miejscu, gdzie od magii aż kipiało i nie z samej – jakby nie patrzeć – magicznej natury rzeczy. Nie wiedziała, ale odważyła się zgadywać. I zgadywała, że problem nie przyszedł z zewnątrz. Że był już w Mariusie. Lub z Mariusem.

          Jego magia... Każda zostawiała swój stempel w widzianej i niewidzianej rzeczywistości. Jego magiczna sygnatura pachniała żywiołem, głębią i mocą. Przestrzenią i ogromem. Ale to nie był boski ogrom. Morwen nie znała żadnego kapłana Osprem, ale zetknęła się z wieloma innymi sługami bogów. Ich moc – czy dymiąca siarką czy kojąca spokojem – zwykle pachniała inaczej.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          2
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz jako Mistrz Gry
            Mecenas
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #105

            Marius dryfował. Lekki, z czystą głową i białymi barankami nad sobą, dawał się unosić toni. Nie poruszał członkami. Nie machał choćby dłonią.

            Leżał, a fale podnosiły go same. Miarowo, jakby to babcia kołysała go delikatnie na bujanym fotelu. Umysł miał pusty i cichy. Nie myślał. Nikt mu nie towarzyszył. Był sam w słodkim bezwładzie. Nie słyszał nawet głosu...

            – Cholera.

            Jednak pomyślał. Jestestwo dobiło się uwagi gdzieś na skraju świadomości, zajrzało przez lufcik. A potem było już tylko trudniej i tylko gorzej. Głos na razie nie wrócił. Głos Mistrza.

            Ale Marius już o nim myślał. Już... Spodziewał się zaraz go usłyszeć. Wyglądał go. Oczekiwał. Nie z pragnieniem. Nie z poczuciem braku czy niepokojem.

            Mechanicznie. Mechanicznie czy naturalnie, zwał jak zwał, ale z wrażeniem niepełności świata, w którym brakowało podstawowych składników. Jakby ująć część liter z alfabetu i zacząć dukać to samo bez ładu i składu, albo wyjąć z palety któryś z podstawowych kolorów i nazywać cze... Mhm, ten, hmm, nie ten zielony, nie-niebieski. Jak żółty, ale inny. Nie, nie, inny-inny zupełnie. Wiesz, o którym mówię!

            Mariusowi brakowało głosu dzwoniącego pod czaszką i z samym tylko swoim wewnętrznym narratorem, czuł się dziwnie. Jak człowiek zaskoczony echem we własnym domu, gdy remont wypchnie mu meble na korytarz. To był ten stan docelowy? Ciekawe, że tego już nie pamiętał.

            Ale długo braku znosić nie musiał. Nie był już sam.

            ***

            – Obudził się – Hazar uważnie lustrował wracającego do siebie kapłana.

            Utopiec chciał coś odparsknąć, ale bandaż zdusił słowa. Na machnięcie rękami też nie było przestrzeni. Zero miejsca na protest i bunt Mariusa objawił się w skrępowanym, półleżącym pląsie. Kapłan nie rozumiał, o co chodzi – dlaczego jest związany i zakneblowany. Ale twarze wokół znał. Znał i nie spodziewał się nigdy oglądać ich z dołu, z perspektywy więźnia.

            – Spokojnie – miękko szepnęła Morwen. – Nic ci nie grozi. Musieliśmy cię związać, bo... Pamiętasz?

            Młodzik patrzył na czarownicę, jakby na bieżąco zliczał coś i składał do kupy. Jakby wyostrzał rozbitą mozaikę w ludzki kształt. Trwało to krótką chwilę, ale w końcu skinął jej głową na potwierdzenie. Tak, tak, wiedział, pamiętał.

            – W takim razie sam rozumiesz – wytłumaczyła się magiczka. – Przestraszyłeś nas.

            Oczy kapłana przebiegały od osoby do osoby, rejestrując wszystko, co wyrażały znajome twarze. Utopiec przetoczył się na ziemi i przysiadł z pomocą Randala, dziękując skinieniem. Powiódł wzrokiem po reszcie, a oczy miał przepraszające i smutne.

            – Takie miejsce... Może źle wpływać na niektórych – włączył się milczący od dłuższego czasu doktor Quolleb. – Odpocząć i wzmocnić się będzie rozwagą. Panie Hazar?

            – Ta? - Krasnolud czuł bicie mocy spod każdego kafla Ścieżki. Kusiła go. Ale wiedział też, że z otiakami mieli kupę szczęścia i następny taki hazard mógł być dla nich ostatnim. Domyślał się, czego może chcieć stary.

            – Zabezpieczy pan otwarte korytarze? Wtedy cofniemy się do obozu... – Badacz widział, jak po jego słowach twarze górników zajaśniały nadzieją. – Odsapniemy trochę.

            Hazar się nie sprzeciwiał. Zebrał pomagierów i na początek zastawili wejście przed sobą ciężkimi ławami. Machnął na resztę, by zmajstrowali solidniejszą dokładkę. Górnicy ruszyli stawiać do pionu wywrócone wagoniki i ściągać na wózkach ciężkie, rozrzucone po hallu belki. Wojownik nie zwykł siedzieć na tyłku, gdy inni pracowali, ale Morwen zatrzymała go na miejscu.

            Odeszli na bok z Ballo, Randalem i Larą. Zmarnowany Marius siedział teraz na ławie na środku sali, posadzony przez Bolvara i uspokajany przez cedzącego coś powoli Quolleba. Zbroje – jeszcze przed chwilą żądne krwi golemy – stały teraz w rządku w rogu komnaty i kołysały się miarowo.

            – Wrócił do siebie – powiedziała cicho czarownica. – I dlatego teraz poczułam to wyraźnie. Ktoś mu towarzyszy. Jest... Jakby w środku?

            – To kapłan – Ballo nie miał pojęcia, co to za heca z Mariusem, ale nie chciał by kogokolwiek sądzono bez choćby krztyny wątpliwości przy ocenie. – Jego bogini pewnie jest przy nim.

            – Przed chwilą na pewno nie była – żachnął się Randal. – Władowałby się w ciemno w nieznane i tyle by było z boskości.

            Hazar słuchał i mechanicznie kiwał głową, podpierając się młotem. Nie miał takiej pewności jak Morwen, ale wolał dmuchać na zimne. W robocie nie było miejsca na wariatów.

            – Możesz doprecyzować swoją ocenę? - Lara poczekała na pauzę. – Chodzi mi o rodzaj tej obecności, jeśli potrafisz to zdiagnozować. Nawet tu, w samym Drusdygg, natrafiliśmy na różne przypadki manipulacji umysłem. Może mogą mieć związek.

            Czarodziejka rozłożyła ręce i zaczęła gestykulować, szukając odpowiedniego słowa, by opisać przeczucie, które miała. Przeczucie, nie pewność.

            – Nasz kompan, Kai... Znasz go zresztą. – Lara skorzystała z okazji, by wprowadzić kontekst. – Miesiąc temu natrafiliśmy w lesie za Pogorzelą na gobliny. Sam Marius tłumaczył potem, że był wśród nich przypadek rzadkiego mutanta, który potrafił manipulować umysłami. Kai przez pewien czas zachowywał się wtedy kompletnie irracjonalnie... Czy inaczej – racjonalnie, acz nieświadomie realizował rozkazy goblinów, które chciały wciągnąć nas w pułapkę. Sam zachował świadomość i pamięć wydarzeń, ale bez późniejszej możliwości wyjaśnienia swojego zachowania. Mówił, że w tamtym czasie nie miał cienia wątpliwości, że postępuje właściwie.

            – Pamiętasz, że długo – i z bliska – przyglądał się tamtemu trupowi? - przypomniał Randal.

            – Nie wiem – zabezpieczyła się Morwen. – Nie wiem, czy to może mieć związek. Może? Pewne... No, prawie pewne, że siedzi w nim coś jeszcze, czego być nie powinno.

            Czarownica pomyślała o mistrzu Wedryku, który mógłby to rozstrzygnąć ponad wszelką wątpliwość. Dziewczyna myślała o czarodzieju z szacunkiem i głęboką obawą, nieskora, żeby się do niego zbliżać, albo wywoływać wilka z lasu choćby wspomnieniem. Może starczy tu kapłan?

            – Jak siedzi, to pewnie widzi i słyszy, co mówimy i robimy. Nie ma co... – Randal podrapał się po obolałych plecach. – Wynośmy się stąd i jego wynośmy. Może to on – nie mówię, że specjalnie – wywołał z cienia te mackostwory?

            ***

            Pytań było wiele, ale Morwen nie czuła się na siłach odpowiadać na gdybania. Nie wiedziała, a nie chciała kłamać. Paladyn miał jednak rację – jeśli ktoś kontrolował Mariusa – znał wszystkie ich kroki. Trzeba było się przegrupować, przetasować karty i spróbować jeszcze raz.

            Prowizoryczne bariery zastawiły wejścia do korytarzy odchodzących z hallu, a kompania nie traciła czasu, by sprawdzać ich solidność. Na wyjściu, dla pewności, przywiązano jeszcze ożywione zbroje do kolumn schodowych i ruszono do światła. Rażące słońce na twarzach cieszyło jak pierwsza trawa po zimie.

            Tłum strażników patrzył na mrużących oczy badaczy Ścieżki z podziwem i niepokojem. Wracali żywi i na własnych nogach, choć jednego ze swoich wlekli jak podróżny tobołek. Jednego dnia i jednego popołudnia wpłynęli na losy osady na tyle sposobów, że na rozrysowanie wszystkich scenariuszy wyobraźni nie starczyłoby nawet drobiazgowej i skrupulatnej Larze.

            Teraz mieli odpocząć i basta. Paru osiłków poklepało ich po plecach, gdy przechodzili między nimi, a ktoś z przodu klaskał. Najwyższym dowodem uznania strażniczej braci był jednak fakt, że nikt nawet nie próbował ich obszukać. Ach, gdyby tylko wcześniej skorzystali z okazji!

            Szpaler gwardzistów kończył się przy ustawionych w zaporę wozach. Tam, oddzieleni od wioski już tylko suchą przestrzenią, zdobywcy Ścieżki byli wystawieni na wzrok i ocenę mieszkańców. I tam czekali na nich ich mocodawczyni – Wylla van Coen oraz rozpromieniony, patronujący wyprawie arcymag Wedryk Weld.

            – Brawo, brawo. Doprawdy, czuję się, jakbym był tam z Wami! – Czarodziej uśmiechnął się sfinksem. – Ale zawsze mało mi przyjemności słuchania opowieści z pierwszej ręki, więc doczekać się nie mogę posłuchania.

            – Pewnie nie jest mistrz sam w tym pragnieniu – włączyła się płynnie Wylla. – Dobrostan moich pracowników wymaga jednak, żeby najpierw przeszli ocenę zdrowotną i odpoczęli psychicznie. Pozwolisz zatem, Wedryku, że nim priorytet przejmie poznawanie prawdy, zadbamy o bezpieczeństwo każdego z naszych kolegów.

            Pogodne spojrzenia i ciepłe uśmiechy starły się w serdecznym zwarciu.

            – Pan doktor Quolleb, naturalnie, nie jest zobowiązany do spełniania reguł naszej organizacji. Zachęcam jednak i pana, panie doktorze, aby w pierwszej kolejności zadbać o siebie. Wiedza i Prawda, tak utęsknione, pozwolą na siebie zaczekać.

            Troska o pracowników była naprawdę wyświechtanym frazesem i brzmiała zabawnie, wyciągnięta na pierwszy plan gry pozorów między Wyllą a Wedrykiem. Kompania Lazurowa broniła swoich interesów wszelkimi możliwymi sposobami, a stawką w tym momencie było pierwszeństwo informacji. Nie szło wyłącznie o władzę i poczucie tryumfu. Znaleziska Ścieżki miały wymierną wartość finansową nie tylko w formie wywleczonych spod ziemi złotych sztabek i czarodziejskich artefaktów.

            Kto wiedział pierwszy, wyprzedzał konkurentów w inwestycjach, planach i decyzjach. Kto wiedział pierwszy, nadawał ton narracji o Ścieżce i tych, którzy ją kształtowali. Kto wiedział pierwszy... Mógł zdecydować, co przydarzyło się Mariusowi, co czeka go dalej i jak wpłynie to na codzienność Czarnych Wrót.

            – Bezpieczeństwo przede wszystkim – uśmiechnął się Randal. – Sam mistrz rozumie.

            Paladyn poklepał Mariusa po plecach i pociągnął go ze sobą w stronę budynku Kompanii. Reszta ruszyła za nim. Czuli, że dokonali lepszego wyboru. Ale wyboru, który nie pozostanie bez konsekwencji.

            KONIEC

            CDN

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            3

            Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

            Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

            Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

            Zarejestruj się Zaloguj się
            Odpowiedz
            • Odpowiedz, zakładając nowy temat
            Zaloguj się, aby odpowiedzieć
            • Najpierw najstarsze
            • Najpierw najnowsze
            • Najwięcej głosów


            • Zaloguj się

            • Nie masz konta? Zarejestruj się

            • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
            Powered by NodeBB Contributors
            • Pierwszy post
              Ostatni post
            0
            • Kategorie
            • Ostatnie
            • Tagi
            • Popularne
            • Świat
            • Użytkownicy
            • Grupy
            • Strona startowa