'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
-
Gorączka bitwy nie ustawała, choć zebrani w hallu walczący zaczęli powoli układać sobie plan na batalię. Harce z otiakami przyjmowały formę niebezpiecznego tańca, gdzie każdy kto nadto zbliżył się do stwora ryzykował zbicie i wypadnięcie z zabawy. Trzeba było trzymać dystans, drzeć się i hałasować, robiąc im w bulwiastych łbach mętlik... I mieć nadzieję, że nogi nie odmówią posłuszeństwa, nierówna podłoga nie powali na ziemię, a ktoś wolniejszy będzie akurat bliżej mackostwora.
Było jasne, że wylazłe z mroku wynaturzenia są potwornie silne i wytrzymałe, więc walka w zwarciu to praktycznie samobójstwo. Ostrzeliwane magią i nie-magią, potwory nadal były nienasycone i niezmącone w pragnieniu pożerania. A konkretniej – niewzruszony był ten pierwszy, którego ledwie przed chwilą spiorunował czarem Marius, poprawiony bełtami z kuszy przez Eutalo i Varlunda. Ten drugi w ogóle nie zaznał jeszcze bólu, którym obficie suflowała drużyna z powierzchni, a jeśli miarkować tylko po rozmiarze, musiał być jeszcze twardszy.
Trzeba było sięgać po wszystko, co się dało. Seweryn i Bolvar wyzwolili podskakujący pancerz, obserwując jak automaton brzęcząco galopuje na otiaka. I Lara stwierdziła, że nie ma miejsca na ostrożność, wykrzykując swoją komendę ponownie, gdy wygasł już jej – chybiony tym razem – arkebuzowy wystrzał. Rozkaz zadziałał i wszystkie golemy paliły się do boju.
Ten najbliżej pierwszej z bestii zaatakował jak bokser, ale potwór zbił uderzenie macką i podciął blaszanego wojownika. Choć atak nie przyniósł efektu, kupił chwilę Szwarowi, który porwał Hazara za co dało się schwycić (w całej szarpaninie nieszczęśliwie chwytając i krasnoludziej brody) i odciągnął nieprzytomnego kawałek w bok.
Reszta górników nie planowała nawet zbliżać się do zagrożenia – jedni, szerokim łukiem, "eskortowali jeńca do wyjścia", inni pod pozorem pilnowania drogi ucieczki, cofali się na schodach. Był przy nich i doktor Quolleb, który wydawał się poruszony, ale daleki od paniki.
Szabrownicy przy złotym wózku pakowali w zakamarki szat, ile wlezie, ale cała reszta waliła już do ucieczki. Tylko jeden, ten trafiony wcześniej przez Eutalo, jęczał zza wózka z kryształami i błagał o litość. Lara cofnęła się w jego stronę – trochę taktycznie po wystrzale, a trochę niesiona współczuciem wobec cierpiącej jednostki.
Na pewno pomogłaby mu i Saskia, ale dziewczyna wydarła się na otiaka i uciekła w przeciwną stronę, pociągając bestię za sobą. Była szybka, ale chyba nie doceniła potwora, bo jego słoniowy galop szybko skrócił dystans między nimi. Kapłanka chciała zobaczyć, czy trafiony wcześniej przez plecy biedak jeszcze dycha, ale było po wszystkim. Martwy jak głaz, a ona miała na karku ziejącą smrodem paszczę pożeracza.
Druga z bestii, której tym razem nie trafiła ani asekurowana przez Ballo Morwen, ani Randal, rzuciła się przez węglową górkę na Varlunda, który trafił ją solidnie, pakując bełt głęboko w trzewia. Stary wiarus był szybki, ale przede wszystkim cwany. Korzystając z otoczenia, uskoczył tak, że kamienna ławka i sterta węgla ograniczyły ruchy stwora. Jedna z macek przejechała z chrzęstem przez hałdę, a zębiska chapnęły ledwie powietrze.
Kończyny z drugiej strony, spadające z góry niby ogon skorpiona, dosięgły jednak żołnierza mimo sprytnych uników. Varlund miał nie lada refleks, bo palnięcie grubej jak stropowa belka macki strąciłoby mu makówkę, gdyby nie kucnął w porę. Następny cios był jednak poza nadzieją uniku i rąbnął sierżanta potężnie przez bark aż trzasnęło i rozjechały się pod nim nogi. Wojak rzucił się w tył i szybko pozbierał do kupy, ale w zgięciu po złapanej bombie widać było, że uszedł z niego kawał życia.
Porządek inicjatywy:
Seweryn - 19 (uwalnia zbroję)
Hazar - 19 (nieprzytomny; 1/3 rzuty przeciw śmierci zdane)
Bolvar - 17 (strzela, pudło)
Lara - 16 (strzela, pudło)
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16 (Szwar odciąga Hazara, reszta bez działań ofensywnych)
Grebo - 15 (strzał, pudło)
Eutalo - 11 (strzał, trafia Otiaka #1)
Marius - 11 (Eldritch Blast w Otiaka #1, trafiony)
Saskia - 11 (prowokuje Otiaka #2 i ucieka)
Zbroja #3 - 11 (atakuje Otiaka #1, ale bez chybia)
Przybysze (grupka z przodu) - 9 (dwóch szabruje złoto, jeden leży i jęczy)
Ballo - 10 (zbliża się nieco w stronę walki, ale dalej Morwen za plecami)
Złota zbroja - 9 (chce walczyć, ale nadal nieuwolniona)
Dr Quolleb - 6 (powoli do wyjścia)
Varlund – 4 (atakuje i trafia; w kontrze Otiaka poważnie go rani)
Otiak #1 – 4 (ranny, na skraju śmierci)
Randal - 3 (pudłuje)
Morwen - 3 (pudłuje)
Otiak #2 - 3 (goni Saskię)
Przybysze (grupka z tyłu) - 2 (kto może, ucieka)
Skoczna zbroja z ławą - 2 [uwolniona przez Seweryna, rusza do boju] -
Powiedzenie, że strach ma wielkie oczy byłoby w przypadku otiaka nietrafione. Wielkie zęby, o to już bardziej. Tego Otiakowi, Połykaczowi Dzieci z Ballowej przeszłości, odmówić nie można było. Stwór był groźny, to bez wątpienia. Łamał ludzi jak gałązki jednym trafieniem macki, a kto się nawinął, trafiał do otiakowego żołądka w całości.
Ale tak jak da się pokonać strach, jeśli zawziąć się w sobie, tak i senny, mackowaty koszmar okazał się do zwalczenia. Metodycznie, pospołu, mądrze. I z werwą. Kiedy do walki z bestią włączyli się niemal wszyscy awanturnicy, kolejne spadające na maszkarę razy i pociski musiały w końcu dać efekt.
Poraniona, ale ciągle wściekle miotająca się zmora została usadzona na ziemi w sposób zupełnie niespodziewany. Kruszynka, wierna ręczna kusza Seweryna, sprawdzała się z bliska i przy słabo opancerzonych celach. Medyk miał dobre oko, ale czymże był taki oręż wobec ogromu połykacza?
A jednak! Jednak!
Cyrulik zdecydował, że dorzuci swoje pięć groszy do zespołowego wysiłku i nim jeszcze uwolniona zbroja zdążyła dopaść otyugha, snajper zrobił kilka kroków naprzód i palnął z kuszy ot tak, ni z tego, ni z owego. Medykus był dobry z anatomii, ale co zrobił jego bełt w ciele tak dziwacznego monstrum nie wiedział. Pocisk wpadł między zębiska i zniknął w czarnej otchłani, a momentalnie po tym nastąpił gulgot, świst i ciężkie sapnięcie, po którym słoniowate nogi stwora zgięły się i cielsko runęło martwe i nieruchome.
Tak jak każdy zgodzi się, że nieszczęścia chodzą parami, tak na raz wyszło, że i cuda. Ledwie bowiem pożeracz wyzionął ducha, a nowy duch wstąpił w Hazara. Co działo się w głowie i ciele krasnoluda pozostać miało niezgłębioną tajemnicą, ale jakaś siła tchnęła w niego nowe życie i zsiniałe powieki podniosły się. Wojownik czuł pulsujący ból w każdym koniuszku ciała, ale żył. Żył, był przytomny i spodziewał się nawet, że sił mu starczy, by się podnieść. A co dalej? O, tu musiał podjąć ryzyko i sprawdzić.
Porządek inicjatywy:
Seweryn - 19 (zbliża się do Otyugha #1, by zredukować dystans; strzela i trafia za 8; potwór ginie)
Hazar - 19 (20 na rzucie obronnym przeciwko śmierci; Hazar odzyskuje przytomność i na 1 PW może działać - Twój ruch :))
Bolvar - 17 (strzela, pudło)
Lara - 16 (strzela, pudło)
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16 (Szwar odciąga Hazara, reszta bez działań ofensywnych)
Grebo - 15 (strzał, pudło)
Eutalo - 11 (strzał, trafia Otiaka #1)
Marius - 11 (Eldritch Blast w Otiaka #1, trafiony)
Saskia - 11 (prowokuje Otiaka #2 i ucieka)
Zbroja #3 - 11 (atakuje Otiaka #1, ale bez chybia)
Przybysze (grupka z przodu) - 9 (dwóch szabruje złoto, jeden leży i jęczy)
Ballo - 10 (zbliża się nieco w stronę walki, ale dalej Morwen za plecami)
Złota zbroja - 9 (chce walczyć, ale nadal nieuwolniona)
Dr Quolleb - 6 (powoli do wyjścia)
Varlund – 4 (atakuje i trafia; w kontrze Otiaka poważnie go rani)
Otiak #1 – 4 (ranny, na skraju śmierci)
Randal - 3 (pudłuje)
Morwen - 3 (pudłuje)
Otiak #2 - 3 (goni Saskię)
Przybysze (grupka z tyłu) - 2 (kto może, ucieka)
Skoczna zbroja z ławą - 2 [uwolniona przez Seweryna, rusza do boju] -
Ballo zauważył ciężko rannego Hazara. Jego głównym zadaniem była ochrona słabszych, ale Ci pod jego pieczą byli chwilowo bezpieczni. Natomiast ciężko ranny, to już inna kwestia...
"Zaraz wrócę, trzymajcie dystans" powiedział lakonicznie i z szybkością, o którą nikt by nie posądzał olbrzyma ruszył by stanąć między Otiakiem - lub jego macką - a rannym towarzyszem. -
Gdy Ballo ruszył dziarskim krokiem przed siebie, Morwen dopiero wtedy dostrzegła, co się wydarzyło. Hazar leżał półprzytomny. Choć wiedziała, że krasnoludy nie należą do wątłych i sytuacja nie wyglądała jeszcze tragicznie, nie było czasu na bezczynność.
Nie uśmiechało jej się bliskie starcie z mackowatym stworem. Zdążyła już zauważyć, że bezpośredni kontakt z nim zwykle kończył się gorzej dla tego, kto odważył się podejść zbyt blisko.
- Wyciągnij go stamtąd. Postaram się was osłaniać! - rzuciła za mnichem.
Wokół jej smukłych palców zatańczyły drobne iskry. Przeskakiwały między opuszkami niczym niespokojne świetliki, z każdą chwilą jaśniejąc i nabierając intensywności, gotowe za moment przemienić się w ogniste pociski.
-
Kiedy przeciwnik zadawał cios krasnolud miał złe przeczucie. Jego doświadczenie po prostu dawało mu znać, że taka siła pod takim kątem będzie boleć. Dlatego Hazar zaczął bluźnić. Nie zdołał jednak skończyć kiedy uderzenie pozbawiło go przytomności ucinając jego wywód na temat rodziców szalejącego potwora zanim zdołał wypowiedzieć więcej jak pół słowa.
Nadeszła więc ciemność w której bólu więcej nie było przynajmniej przez ten krótki moment zanim ciemność została rozwiana przez obrazy rywalizujące o uwagę krasnoluda. Oczywiście były wśród nich obrazy pewnego niezbyt przyjemnego demona, który z radością przywoływał obrazy z przeszłości niosące ze sobą wspomnienie prawdziwego bólu. Nie tego od byle uderzenia, a tego zadanego z przyjemnością dla samego faktu torturowania krasnoluda. Dlatego mimo wszystko Hazar zaczął się śmiać. Śmiał się kiedy był torturowany jak i śmiał się i teraz aby za wszelką cenę nie dać satysfakcji jego katom. Śmiał się i głośniej kiedy ból ze wspomnień zelżał i został zastąpiony zwykłym uczuciem bardzo obolałego ciała kiedy świadomość do niego powracała.
Kiedy czuł jak jego obolałe ciało jest gdzieś wleczone chciał śmiać się dalej lecz jedyne co zdołał zrobić to kaszleć dopóki niepewne oddechy nie nabrały na sile. Ledwie gdy doszedł do siebie zaczął machać prawą ręką aby przestać go wlec. Nieco narwany ale uczynny Szwar posłuchał się swojego szefa pomagając mu również powstać na chwiejne nogi.
- Dzięki. - odpowiedział szczerze rozglądając się po otoczeniu aby wiedzieć co się wokół niego działo. Jego młot leżał tam. Przeciwnik posyłający go do otchłani wspomnień leżał obok bez ruchu. Tarcza na szczęście jeszcze trzymała się na jego ramieniu. Część drużyny zdawała ruszać się w jego stronę, reszta drużyny wyglądała na szykujących się do dalszego starcia z drugim przeciwnikiem będącym po drugiej stronie Hazara. Tak czy inaczej nie było czasu na zwlekanie.
- Czas na nastempną runde… hehehehe… - powiedział bardziej do siebie niż do Szwara, na którego przez moment spojrzał. Jednocześnie oczy krasnoluda zaczynały jarzyć się czerwonym blaskiem kiedy po raz drugi przyłożył dłoń do piersi rozpoczynając kolejną krasnoludzką inkantację lub ciąg przekleństw podczas dobywania kolejnego energetycznego młota. Kolega po fachu mógł więc zauważyć jak dodatkowo z tęczówek krasnoluda wydobywa się się eteryczna czerwona mgiełka podczas wyciągania kolejnego młota. Jednocześnie Hazar ustawił się przodem do przeciwnika aby być gotowym do obrony. I to w zasadzie jedyne co mógł zrobić. Stać na ledwo trzymających go w pionie nogach, rzucać młotami i czekać aż kolejny przeciwnik podejdzie. Byłby to lekki problem, gdyż jego młot nie znajdował się w ręku… ale cofanie się aby go podnieść podczas gdy reszta szła do ataku było dla Hazara lekkim problemem. Raz, że w obecnej chwili jego nogi ledwo z nim współpracowały, a dwa, że krasnolud bardziej chciał podbiec do przeciwnika i mu przywalić. Tak samo jak poprzedni przeciwnik uczynił jemu. Po prostu krasnolud chciał się odegrać zamiast mądrze dozbroić aby móc lepiej się odegrać. Widocznie całkiem nieźle mu to przyłożenie od potwora namieszało we łbie… lub może nawet w pełni świadomie powstrzymywał się przed szarżą. Z pewnością chwiał się trochę na nogach jakby zaraz miał się przewrócić do przodu więc pewności czy tylko stał na nogach czy się powstrzymywał nie było. Jedyne co było słychać od krasnoluda to śmiech pod nosem nie zapowiadający nikomu nic dobrego. -
Powołanie Hazara na powrót w rejestr żywych podniosło w górnikach nadwątlonego ducha. Kopacze nie kwapili się do wojowania z zębatą, mackowatą paszczą na kulasach, ale zostali na polu walki. Chwała im za to.
Szwar i Mavir byli w pobliżu pryncypała, gotowi wesprzeć obolałego druha, gdyby członki wysiadły, a pozostali – trochę markując działania – osłaniali tyły lub "eskortowali" jeńca, którego przejęli. Nie oni jedni wzięli kierunek na schody, bo w międzyczasie strategiczną pozycję na górze zajął już doktor Quolleb, a (niedoszli) szabrownicy, których wyratowała Saskia znikali już w ciemności. Jeden, który zmitrężył, słaby na duchu bardziej niż ciele, zwłóczył z tyłu i byłby już schrupany, gdyby Saskia znów nie wydarła się na otiaka, skupiając na sobie uwagę.
Dziewczyna wydarła się piskliwie – a wiedziała co robi! - a potem pognała ku płomieniom, które ciągle biły w górę, rozchodząc się nawet nieco po płynącej na boki plamie. Pomysł na ogniową zasłonę był dobry i bestia zdecydowała się na łatwiejszy cel.
Łatwiejszy, ale nie łatwy, bo nikt tu nie był łatwą ofiarą. Hazar miotał przez płomienie świetlistym młotem, Marius flankował z drugiej wodnistymi pociskami, a jednoznacznym i tradycyjnym ogniem waliła jeszcze z innej strony Morwen. Strzelali Varlund, Bolo i Grebo. Z kuszy celował Eutalo i niesiony sukcesem poprzedniego trafienia działał Seweryn.
Każdy, kto mógł działał, by dołożyć swój krwawy odważnik na szali przeprawy z Pożeraczem. Może to ogólny rejwach, może szalejący ogień, a na pewno i zatrważająca, szarżująca szybkość otiaka, ale większość ataków tym razem chybiała, albo odbijała się niegroźnie od brudnej, zgrubiałej skóry potwora.
Bolvar i Seweryn coś uszczknęli z potworowego życia, a pocisk Morweny przypalił mu jedną z macek, ale reszta nie miała szczęścia. Trzeba było otwartej ścieżki na strzał, pewności w oku i stałości przez cały ruch.
Tego, jak i odwagi, nie brakowało Randalowi, więc ciśnięty przez paladyna oszczep przyniósł nagrodę w postaci rozoranego guza na otiakową paszczą. Piękne trafienie, ale przyniosło rycerzowi więcej uwagi niż się spodziewał. Pożeracz wziął go na cel, zaszarżował i natarł jak lawina.
Bronson, widząc walący na niego kilkusetkilogramowy kadłub, szybko sięgnął po ekspresowe modlitwy, które znał każdy błędny rycerz. Chyba pomogły, bo druzgocące uderzenia macek ominęły ciało, a zębiska stwora zacisnęły się na pawęży jak imadło. Mimo tego, sam impet uderzenia rozpędzonej bestii grzmotnął Randalem jakby wichura strąciła go z dachu, wbijając w przygięte do ziemi kolana ból, jakiego wojownik dawno nie poczuł.
Rycerz trzymał tarczę mocno. Tak mocno, że zatopiony w niej zębiskami otiak pomachał nie tylko nią, ale i jej właścicielem, jakby trzepotał wachlarzem. Uchwyt w końcu puścił, jednak rycerz był już poważnie wyłomotany i obolały.
Kto wie, co byłoby dalej, gdyby w sukurs nie przyszła mu zwolniona wcześniej przez Seweryna zbroja. Dwie pozostałe też rwały się do boju, ale jedna została z tyłu, a jeszcze kolejna, dalej spięta z kamienną ławą, trzepotała po posadzce jak karaś w trawie. Na miejscu była ta jedna.
Była i pokazała, ile mocy jest w żelaznym cielsku. Proste, mechaniczne uderzenia zadudniły na cielsku połykacza, rozbijając skorupę brudu i chityny. Pozbawione techniki, ale zabójczo szybkie ciosy spadały na stwora serią, grzmocąc go jak bokserski worek. Zbroja nie musiała oddychać, ani stopować, ale podlegała fizyce jak wszyscy. Atak został wstrzymany, gdy otiak kopnął w pancerz swą słoniową nogą, posyłając go bezwładnie w tył. Na moment, ale moment, którego pożeracz potrzebował, by naszykować zabójczą kontrę.
Krew, guzy i siniaki były podstawowym obrazem sceny, ale poza nimi działo się coś jeszcze. Gdy otiak okładał ofiary, a te odwijały się na niego, Lara wybrała za cel ratowanie. Jęczący, wyjący już niemal ranny za wagonikiem, musiał zostać celem numer jeden.
Lekarka z westchnieniem odrzuciła arkebuz na bok i sięgnęła po medyczną torbę, zabierając się do tamowania krwotoku u postrzelonego przez Eutalo szabrownika. Kalb, niegdyś obiecujący stelmach, teraz głównie opoj i bandziorek, a w tej konkretnie chwili ranny w wielkiej potrzebie, miał farta, że trafił na uzdolnioną medyczkę. Lekarski geniusz doktor Quatermain marnował się na co dzień, gdy zatapiała się w manuskryptach, ale gdy miał okazję zabłysnąć, błyszczał gwiezdnie.
Zdawało się to mało prawdopodobne, ale chwil parę i Kalb był w stanie, podpierany przez kobietę, podnieść się i oparty o wagonik, stanąć na własnych nogach. Nie tylko zadawanie śmierci, ale i jej odwracanie sumowało się do sukcesów drużyny.
Porządek inicjatywy:
Jest kolejna runda, opisuję przy postaciach, co zrobiły poprzedniej, tj. tej opisywanej w powyższym poście.
Seweryn - 19 (strzelił w tej rundzie, trafił w Otiaka za 5; teraz kolejna runda)
Hazar - 19 (uderzył Eldritch Blastem w tej rundzie, ale pudło)
Bolvar - 17 (strzela, trafia w Otiaka za
Lara - 16 (leczy rannego, 20, krytyczny sukces)
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16 (Szwar i Mavir przy Hazarze; reszta po bokach)
Grebo - 15 (strzał, pudło)
Eutalo - 11 (strzał, pudło)
Marius - 11 (Eldritch Blast, pudło)
Saskia - 11 (prowokuje Otiaka i bieg za płomienie)
Zbroja #3 - 11 (rusza do Otiaka)
Przybysze (grupka z przodu) - 9 (dwóch szabruje złoto, jeden uleczony przez Larę)
Ballo - 10 (zbliża się osłaniać Hazara)
Złota zbroja - 9 (chce walczyć, ale nadal nieuwolniona - powoli ciągnie się po ziemi)
Dr Quolleb - 6 (na tarasie)
Varlund – 4 (atakuje i pudło)
Randal - 3 (trafia oszczepem za 5)
Morwen - 3 (trafia ognistym pociskiem za
Otiak #2 - 3 (celem jest Randal - dostaje za 12)
Przybysze (grupka z tyłu) - 2 (uciekają; zostaje jeden chłopak)
Skoczna zbroja z ławą - 2 [uderza i mocno trafia Otiaka] -
Otiak krążył wśród wojowników jak dżuma, zwalając z nóg i przeciągając na czarną stronę jednym dotknięciem. Był nieprzejednanym żywiołem, który nic sobie nie robił z ludzkich prób zatrzymania.
Ostrzeliwali go wszyscy: Seweryn, Eutalo, Bolvar, Varlund. Magiczne pociski ze wszech rodzajów energii, świętej i nieświętej, lepili Morwen, Hazar, Marius i Saskia. Razy spadały na wielorybie cielsko z hukiem, ryjąc krwawe szramy w glutowatej skorupie potwora. Ale ciągle było mu mało.
Część uderzeń znosił, jakby spadały nań letnim deszczem, a nie gradem potężnych, metalowych uderzeń. Kilka bełtów odbiło się od wywijających na prawo i lewo macek, zmuszając strzelców do repetowania, gdy zębiska bestii szykowały już zacisk na kolejnej ofierze.
Szło powoli, niebezpiecznie powoli, ale krok po kroku, udawało się jednak ukruszyć nieco życia z Otiakowej skały. A to szczęśliwy strzał Seweryna wprost w pysk, a to drażniąca macki magia Utopca. Do tego Saskia, która wymodliła znienacka świelistą smugę, okalającą teraz Pożeracza jasnością, jak scenicznego aktora. Ognista wiązka wyrzucona z dłoni Morwen osmoliła cielsko maszkary, a zbroje okładały ją metodycznie, choć – mimo nieludzkiej siły – nie zawsze skutecznie.
Randal czuł jak dłoń pod pawężem mięknie pod uderzeniami stwora i wiedział, że musi się wycofać, albo garda całkiem padnie, a ostatni paladyński opór niegodziwościom tego świata postawi już tylko sama zbroja w przepastnym żołądku otiaka. Rycerz rozpoczął odwrót, korzystając z natarcia sojuszników. Nawet jeśli nie byli skuteczni, mącili w wynaturzonym móżdżku stwora, dając drużynie taktyczną przewagę.
Ten zaczynał atakować coraz bardziej w amoku. Rzucił się na powrót w stronę Varlunda, którego próbował dosięgnąć macką, ale sierżant podskoczył jakby robił manewr na skakance. Zbudował sobie łokieć dystansu, by nie dać się dziabnąć zębiskom bestii, ale przed następną macką nie miał już gdzie się schronić i rąbnięty przez biodro, zawył jak raniony kojot i potoczył się bezładnie do tyłu.
W oczy żołnierza zajrzała śmierć i każdy widział, że stary wisi już na ostatnim strzępku życia. Kto mógł, rzucił się dołożyć swoją cegiełkę do kaźni otiaka. Cholerstwo musiało wreszcie zginąć nim nie zabierze kogoś ze sobą!
Lara odciągnęła ze sobą wyratowanego złodzieja, dalej od zagrożenia i zaraz wróciła, szybko sypiąc proch do wystrzału. Może gdyby strzeliła szybciej powstrzymałaby Pożeracza nim połamał Varlunda? Nie sposób dociec – potwór wciąż tam był, a jego głód nie znał ukojenia.
***
Paszcza dalej szczękała nierównymi zębiskami, ziejąc smrodem i głębokim zaprzeczeniem piękna symetrii. W świetlistej glorii otiak wyglądał wyjątkowo plugawie. Bluźnierstwo przeciw naturze postawione na złoty piedestał biło obrzydlistwem po oczach bardziej niż wcześniej.
Marius aż ryknął złowrogo, czy to przerażony, czy rozeźlony na stałą, niezmywalną obecność bestii, a za jego słowami popłynęła moc, która wstrząsnęła stworem. Morwen znała ten czar, ale w takim wykonaniu widziała go po raz pierwszy. Plugawy Żart, Wiedźmi Rechot, Paskudny Śmiech Tashy czy – jak kiedyś nazwała go sama autorka – Drażniący Chichot Iggwilv. Magia mąciła ofierze w głowie, zwalając ją z nóg i porywając w chore napady śmiechu, które mogły trwać i trwać.
Wielu czarodziejów łączyło zaklęcie ze słowami naturalnego języka, a bardowie upodobali sobie wplatać w nie kpiny i żarty, ale w tak drastycznej formie Morwen dotąd go nie widziała. Cel nie musiał nawet rozumieć języka, ani w ogóle słyszeć słów, a magia i tak robiła swoje, wbijając pojmanego w urok w stan maniakalnego śmiechu i umysłowego bezładu.
Chyba, że przezwycięży zaklęcie. Otiak słyszał – bo i ten jego zmysł był mocno rozwinęty i podatny na bodźce – ale nogi pod nim nie drgnęły. Nie było drgawek, tupania, szalonego tańca, ani bezładnych wymachów macek. Bestia sapnęła tylko i zawinęła się tyłem do Mariusa, szykując szarżę na towarzystwo zebrane wokół Hazara.
Krasnolud zaśmiał się złowrogo, jakby to on sam wpadł pod Plugawy Rechot, machając samobójczo na stwora, by nacierał. Wojownik wiedział, że bestia zmiecie go z powierzchni ziemi, jednak nie tchórzył. Mimo całej swej burzliwej historii był w końcu krasnoludem. Mavir ulotnił się gdzieś w międzyczasie, a reszta górników bezpiecznie odprowadzała jeńców po schodach, ale sztygar nie stał w walce sam.
Szwar, z nietęgą miną, ale kilofem dalej w łapach, stał obok szefa. Saskia, choć nie po drodze było jej z gotowym obijać szabrownikó Hazarem, czarowała dalej, dorzucając świętego ognia do gasnącej wokół otiaka powłoki. Grebo, który zobaczył, że jedno pacnięcie macką i Varlund zejdzie z tego świata, a za nim pójdą krasnolud i kolejni, porzucił ataki z dystansu i rycząc niegorzej niż rury Wielkiego Dechu przy wypluciu mefitów, rzucił się na pożeracza z toporkiem.
Lara strzelała z tyłu, strzelał Bolvar, ktoś krzyczał, inny czarował, szczękały kusze, tupały nogi. Zbroje waliły w osaczonego coraz mocniej otiaka niby w mokrą szmatę, a macki bestii zacinały dookoła, łupiąc płytki z podłóg i zginając w kontrze metal żywych pancerzy. Ballo poczuł, że życie Otiaka Pożeracza Dzieci iskrzy się niepewnym żywiołem i potrzebuje popchnięcia. W jedną stronę, albo drugą.
Mnich wciągnął głęboko powietrze, świadomy ryzyka. Był większy niż ktokolwiek w okolicy i pewnie silniejszy niż większość. Miał zręczność, jaka przy tej masie była niespotykana, a lata treningów utwardziły jego ciało niby dębowe drewno. I miał świadomość, że frontalny atak na otiaka – jeśli dać bestii szansę skontrować – skończy się dla niego śmiercią, albo ciężkim kalectwem.
Ale miał też świadomość pola bitwy. Tego, co dzieje się wokół. Przepływów życia i energii. Widział ruchy kompanów, śledził ich gesty, czytał z nieodczytywalnej fizjonomii otyugha, co dzieje się w jego bryle. Varlund odczołgiwał się na bok, ale nie miał dość czasu. Hazar był osłabiony, zbyt wolny do odskoku. Tarcza też nic by nie dała...
Potwór słabł, a jego duch gasł, ale głód w nim ciągle buchał po skraj bytu. Otiak chciał pożerać, co żywe i Ballo musiał zatrzymać go jeszcze ten moment dłużej, nim drużyna i zbroje nie ugaszą w końcu żarłoczności przydeptując bestię do ziemi.
Białe Serce uderzył się po udach i z pędem, jakby zjeżdżał na saniach, zwalił się na pożeracza.
Ale...
Zodalu, czymże była ta bestia? Ballo natarł z uderzeniami pięści, jakie zrąbałyby dębową ławę... A stwór odbił łapy mnicha macką jakby od niechcenia, odklepując je z irytacją, która miała poprzedzić wbicie zapaśnika w ziemię jak kołka.
Ale Ballo nie był tu sam. Randal, wcześniej prawie złamany ciężarem uderzenia otiaka, teraz powracał z furią, wkładając w pchnięcie oszczepem całą swoją energię. Rzut miotnął pociskiem i samym paladynem, który aż zakręcił się, ledwo wyłapując równowagę przed upadkiem. Siła zrobiła swoje. Oszczep strzyknął jak chrząstka i pękł na kawałki, ale większa, centralna część ze stalowym grotem wbiła się w bulwiastą wypustkę na łbie otiaka, zrywając osłonę z łusek i zaskorupiałego brudu.
Tam, gdzie nie zadziałał czar, tam potężne uderzenie zgięło nogi potwora i wraz słoniowe kulasy popędziły bezładnie naprzód. Ballo odczuł ten moment. Przecięta nić życia puściła z jękiem, a potwór potoczył się jeszcze przez chwilę, grożąc zmiażdżeniem wszystkich po drodze i upadł, powoli tężejąc.
Macki pełzały jeszcze przez chwilę wokół, niby puszczone samopas, ale w końcu i one ucichły. Ogień z naftowej bańki dogasał, a dźwięki Ścieżki na powrót schodziły z rejestrów walki i rozpaczy niżej. Nieco niżej. Na bliższy codzienności awanturników poziom napięcia i zagrożenia.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się