
Holt leżał i przez chwilę nie robił nic.
Jego wzrok zdawał się patrzeć martwo w jeden sobie tylko znany punkt. Ewidentnie mózg trepa potrzebował kilku sekund żeby sklasyfikować informacje które właśnie do niego dotarły i zdecydować w jakiej kolejności się nimi zająć. Swoisty paraliż ochroniarza trwał tyle ile sekwencja przetwarzania danych przez system który dostał za dużo bodźców naraz.
Zdawało się, że Marcus nie reaguje na dźwięki w tle. Crowe mówił do niego pochylony, wyrażając swój szok i próbując wyciągnąć z tego logikę. Ewidentnie pytał go też o jego stan.
Właśnie. Stan.
Lewa dłoń znalazła prawy bok pod pachą.
Przesunęła się wzdłuż wyrwy w kombinezonie powoli, wyczuwając krawędzie rozdarcia przez rękawicę. Szeroka. Zbyt szeroka. Materiał odstawał od ciała w sposób który kombinezony próżniowe nie powinny sobie pozwalać.
Palce trafiły na coś mokrego.
Holt zamknął oczy na sekundę.
Otworzył.
Podniósł dłoń do latarki przyłbicy i przyjrzał się rękawicy w świetle. Nie krew. Płyn hydrauliczny z uszkodzonych układów stroju- ciemniejszy od krwi, bardziej lepki, o innej konsystencji. Rozpoznał różnicę natychmiast i zanotował fakt, patrząc jednocześnie jak drżą mu palce. Nie panował nad sytuacją do końca. Kurwa mać.
Ogarnij się człowieku. Najpierw fakty.
Nie krwawię.
Przesunął dłoń z powrotem na pancerz i zaczął go badać metodycznie - od krawędzi wyrwy w górę wzdłuż żeber, szukając deformacji strukturalnych które by sugerowały przebicie warstwy wewnętrznej. Kombinezony ochrony klasy B miały trzy warstwy między skórą a próżnią - zewnętrzna kevlarowa warstwa strukturalna, środkowa warstwa termiczna i wewnętrzna warstwa ciśnieniowa. Ogon wszedł przez pierwszą i drugą. Trzecia trzymała.
Cud inżynierii.
Albo głupie szczęście.
Prawdopodobnie jedno i drugie.
Kiedy Crowe się do niego odezwał Holt zareagował dopiero po trzecim słowie - jakby głos dochodził przez zbyt grubą warstwę materiału i mózg potrzebował chwili żeby go przepuścić przez właściwy filtr. Spojrzał na oficera naukowego z wyrazem twarzy człowieka który właśnie wraca z miejsca gdzie przez chwilę był sam i nie zapraszał gości.
-Słyszę cię - powiedział surowo - Żyję.
Odczekał aż kłótnia między Kalashnikovem a Hanniganem osiągnie swój naturalny punkt kulminacyjny. Słuchał jej jednym uchem - rejestrował słowa, ton, poziom emocji, oceniał czy sytuacja wymaga interwencji czy może jeszcze chwilę poczekać. Sadza wygadał się. Hannigan przyjął. System działał tak jak działał od początku tej wyprawy.
-Dość, Kalashnikov.
Nie krzyknął. Powiedział - spokojnie, sucho, z tą samą intonacją co rozkazy przy śluzie. Nie mniej nawet on sam wyczuł lekkie drżenie - fasada profesjonalizmu. Wspaniale.
Zaparł się lewą dłonią o podłogę. Prawa strona ciała zaprotestowała ciepłem i tępym bólem który rozchodził się od żeber w górę przy każdym wdechu. Dwa, może trzy żebra. Nic czego nie przeżył wcześniej. Nic czego nie przeżyje teraz.
Wstał.
Zajęło mu to dłużej niż powinno i wiedział że wszyscy to widzą i nie zrobił nic żeby to ukryć bo ukrywanie stanu fizycznego w sytuacji bojowej było luksusem którego żołnierze w okopach nie mieli i on też nie zamierzał.
Stanął. Dłonie przy bokach drżały - obydwie, tym samym minimalnym drżeniem które pojawiło się przy Gleesonie i które teraz miało zupełnie inne źródło. Organizm po adrenalinie. Mechanizm fizjologiczny, nic kurwa więcej.
Odwrócił się w stronę zamkniętej grodzi.
Stał i słuchał syku dobiegającego zza stali przez długą chwilę.
-Nie wiem co to jest - powiedział w końcu, nie do nikogo konkretnego, do wszystkich naraz. - Nowa broń biologiczna, droid nowej generacji, coś co Weyland hodował w laboratorium na tej stacji. Nieistotne jak to nazwiemy.
Zrobił pauzę.
-Istotne jest to że wystrzelałem w niego cały magazynek M41A. Dziewięćdziesiąt pięć pocisków kalibru dziesięć milimetrów z elektrycznym zapłonem, tryb automatyczny. I to coś wciąż się poruszało. Pancerz wytrzymał pełną serię z broni wojskowej klasy C. To oznacza że jest twardsze niż cokolwiek co spotkałem w polu i że standardowe podejście bojowe - dystans, ostrzał ciągły, neutralizacja - nie działa tak jak powinno działać.
Spojrzał na Kalashnikova.
-Ma pan rację w jednej sprawie. Kurtyna opadła. Gródź się otworzyła. Sekwencja zbyt precyzyjna na przypadek systemowy. Ktoś to zrobił. Ktoś kto mógł to zrobić i wybrał żeby nas zamknąć tu a nie tam. To nie jest wrogie działanie - wrogie działanie wyglądało inaczej, właśnie je widzieliśmy po drugiej stronie tej ściany. Ktoś nas prowadził. Dokąd i po co - to jest pytanie na które nie mam jeszcze odpowiedzi.
Przesunął prawą dłoń z powrotem na wyrwę w kombinezonie.
-Ten strój jest do niczego - stwierdził bez emocji, jakby raportował usterkę sprzętu. - Wyrwa jest zbyt szeroka żeby uszczelnić w warunkach polowych. Radiacja na Bleinercie była problemem zanim tu weszliśmy i jest problemem teraz. Potrzebuję nowego stroju albo ekranowania. Ładownia wojskowa powinna mieć skafandry techniczne w zestawach awaryjnych, szukajcie przy ścianach za panelami czerwonymi.
Sięgnął lewą ręką do boku kombinezonu i odpiął pas zabezpieczający krótką strzelbę którą nosił przy sobie jako broń zapasową przez całą operację. Armat 37A2-12 - krótka, ciężka, z wymiennym magazynkiem ośmiu nabojów. Nie był to M41A. M41A leżał po drugiej stronie grodzi przy ścianie korytarza gdzie ogon wytrącił go z rąk i gdzie prawdopodobnie zostanie na zawsze.
Obrócił strzelbę w dłoniach. Sprawdził magazynek, zamek, bezpiecznik. Mechanicznie, bez patrzenia, palce robiły to same.
-Szkoda tamtej broni - powiedział cicho, bardziej do siebie. - Choć i tak nie na wiele się zdała.
Podniósł wzrok na zebranych.
- Kapitanie. Musimy zmienić taktykę. To co robiliśmy do tej pory to była operacja militarna - szyk, sektory, pola ognia, ostrzał supresyjny. To nie działa na coś co przeżywa ostrzał supresyjny i jest szybsze niż kolumna piechoty w korytarzu.
Zrobił krótką pauzę, jakby zastanawiając się czy należy to mówić na głos.
-To jest polowanie. I my jesteśmy zwierzyną. Im szybciej to zaakceptujemy i zaczniemy myśleć jak zwierzyna która chce przeżyć a nie jak oddział który chce wygrać - tym większa szansa że wrócimy na Kardashiana.
Odwrócił się z powrotem na gródź.
Słuchał syku.
-Zwierzyna przeżywa trzema metodami. Ucieczka. Ukrycie. Albo pułapka na drapieżnika. Pierwsze wymaga drogi wyjścia której jeszcze nie mamy. Drugie wymaga miejsca którego jeszcze nie znamy. Trzecie wymaga zrozumienia jak ten stwór myśli - a tego nie wiem jeszcze.
Ścisnął strzelbę w dłoni.
-Więc najpierw szukamy wyjścia i nowego stroju. Reszta potem.