
Gliese była stacją przeładunkową jak każda inna - geometria z konieczności, nie z ambicji. Ciągi modułów mieszkalnych przykręconych do szkieletu nośnego bez zbędnej troski o estetykę, korytarze wymiarowane pod transport kontenerów a nie pod człowieka, oświetlenie fluorescencyjne które robiło z każdej twarzy twarz trupa. Holt stał przy ścianie hangaru B-7 i palił. Powietrze było tu gęstsze niż na statku - filtrowane przez systemy które pamiętały lepsze czasy i już dawno przestały się starać. Pachniało smarem, recyklingowanym tlenem i jedzeniem które kilka razy zmieniło właściciela zanim trafiło na talerz.
Górnicy z kontraktu kellandowskiego kłębili się przy rękawach załadunkowych. Przeważnie Polacy - głośni, gestykulujący, rozmawiający wszyscy naraz z tą charakterystyczną energią ludzi którzy za kilka godzin wejdą do kapsuł kriogenicznych i przestaną być ludźmi na kilka najbliższych miesięcy. Holt śledził ich jednym uchem. Rodziny. Premie. Jakiś Marek komuś coś był winien od zeszłego sezonu wydobywczego.
Zaciągnął się i powoli wypuścił dym w przefiltrowane powietrze stacji.
Eskalację zauważył zanim doszło do pierwszego pchnięcia - głosy zaczęły się wznosić ponad ogólny szum hangaru, gestykulacja zmieniła charakter z ekspresywnej na groźną z tą charakterystyczną, powolną nieuchronnością z jaką zmieniają się stany skupienia materii. Dwóch mężczyzn, obaj z budową którą człowiek wypracowuje latami przy ciężkim sprzęcie wydobywczym, obaj z twarzami które widziały wystarczająco dużo żeby nie bać się konsekwencji. Między nimi trzeci, młodszy, który najwyraźniej był katalizatorem całego procesu i teraz stał z miną kogoś kto żałuje że wstał rano.
Holt westchnął, oderwał się od ściany.
Nie spieszył się. Wszedł między nich zanim temperatura przekroczyła punkt krytyczny, zajął przestrzeń między dwoma rozgrzanymi mężczyznami i po prostu stanął. Nie rozstawiał rąk, nie przyjmował żadnej postawy. Zaciągnął się cygarą i przez chwilę milczał w sposób który zajmował więcej miejsca niż większość ludzi potrafi milczeć.
Obaj spojrzeli na niego.
Holt wypuścił dym. Spojrzał na tego po lewej, potem na tego po prawej. Twarz miał spokojną z tym szczególnym rodzajem spokoju który nie jest brakiem emocji ale ich całkowitą nieobecnością.
-Marek - odezwał się w końcu, cicho, jakby znał go od lat. Nie znał. Nazwisko złapał z rozmowy pół godziny wcześniej, zarejestrował automatycznie jak rejestruje się dane środowiskowe - bez wysiłku, bez celu, na wszelki wypadek. - Ile?
Mężczyzna po lewej zmrużył oczy.
-Co ile?
-Ile ci winien.
Polak po chwili powiedział kwotę. Holt skinął głową jak człowiek który wprowadza dane do systemu.
-A ty - zwrócił się do drugiego. - Masz to przy sobie?
Cisza. Krótka, ale gęsta.
-To nie twoja sprawa - mruknął tamten, ledwie po angielsku.
Holt spojrzał na niego. Nie zmienił wyrazu twarzy, nie podniósł głosu. Patrzył przez sekundę dłużej niż było to komfortowe - z uwagą entomologa który ogląda okaz przez szkło powiększające i już wie co zobaczy, tylko pozwala żeby okaz sam do tego doszedł.
-Borodino to mała placówka - powiedział w końcu po angielsku, cicho, niemal przyjaźnie. - Mała placówka, zamknięty ekosystem, dziewięć miesięcy w obiegu zamkniętym. Głębokie tunele kopalne w których spędzicie więcej czasu niż firma pozwoli wam na sen. Długie ciemne korytarze w których ledwie będziecie widzieć twarze innych. Te same twarze przy każdym posiłku, te same korytarze, te same zmiany. Ludzka pamięć w takich warunkach działa inaczej niż na powierzchni. Lepiej.
Kolejna cisza. Dłuższa.
Mężczyzna sięgnął do kieszeni kombinezonu.
Holt nie czekał na resztę. Odwrócił się i wrócił do swojej ściany. Za plecami słyszał jeszcze przez chwilę urywane słowa po polsku, potem cisza wchłonęła całą sprawę z powrotem w ogólny szum hangaru jak ocean wchłania kamień.
Zaciągnął się resztką cygara. Westchnął ciężko - nie z satysfakcji, nie z ulgi. Po prostu wypuścił powietrze jak człowiek który wykonał kolejną drobną czynność z nieskończonej listy drobnych czynności i wrócił do czekania. Zaraz powinna pojawić się załoga ich transportu.

15.08.2183
Otworzył oczy zanim komora zdążyła zakończyć sekwencję. Świadomość dopiero się budziła, ale już w skroni biła jedna wyraźna myśl.
Kurwa. Znowu.
Kriosen był małą śmiercią. Ciało o tym wiedziało nawet jeśli umysł wolał tego nie nazywać - te kilka sekund między zamknięciem kapsuły a utratą przytomności, gdy temperatura zaczyna odbierać człowiekowi kolejne warstwy tego czym jest, aż zostaje tylko mięso i powolne bicie serca odmierzające czas który przestał mieć znaczenie. Holt nie miał z tym problemu. Miał wrażenie, że część z niego zawsze tak funkcjonuje.
Coś było nie tak z procedurą.
Nie umiałby tego nazwać - za krótki cykl, za wcześna wentylacja, jakiś drobiazg który nie pasował do harmonogramu wbitego w pamięć mięśniową przez lata kontraktów. Spojrzał na datę na monitorze diagnostycznym. Odczytał ją raz. Odczytał drugi raz.
Skinął głową do samego siebie i spróbował wstać.
Nogi odmówiły współpracy w sposób który Holt uznał za osobistą zniewagę. Siedział przez chwilę na krawędzi kapsuły i czekał aż ciało przypomni sobie do czego służy - krew wracała do kończyn z nieprzyjemną, palącą dokładnością, błędnik kłamał na temat pozycji statku, żołądek formułował roszczenia których Holt nie zamierzał honorować. Przełknął ślinę. Raz. Drugi. Skupił się na jednym punkcie na ścianie naprzeciwko i siedział nieruchomo dopóki ciało nie przestało się buntować.
Mięso.
Zawsze to samo.
Wstał gdy uznał że może to zrobić bez widowiska. Wokół budziło się to co zostało z ludzi po miesiącach w chłodziwie - mokre, blade, trzęsące się. Ktoś klęczał przy podłodze i wydawał z siebie dźwięki które organizm produkuje gdy zapomni że powinien zachować pozory. Ktoś inny wpatrywał się w ścianę z wyrazem twarzy człowieka który właśnie próbuje przypomnieć sobie po co tu jest. Kriosen robił to z ludźmi - przez chwilę po przebudzeniu byli odrobinę bardziej prawdziwi niż powinni. Odrobinę bardziej nadzy. Holt nie lubił patrzeć.
Ubrał się metodycznie, od dołu do góry. Karabin sprawdził dwoma ruchami - magazynek, bezpiecznik, optyka. Zarzucił go na ramię i dopiero wtedy rozejrzał się po komorze właściwie.
Przy wyjściu stał android.
Nowa generacja - twarz zaprojektowana żeby wzbudzać zaufanie, każdy mięsień mimiczny skalibrowany pod kątem ludzkiego komfortu. Adam. Holt widział go jeszcze na Gliese i zapamiętał to co zapamiętywał zawsze - sylwetkę, sposób poruszania się, gdzie trzyma ręce. Stary nawyk. Na panelu przy wyjściu migał czerwony punkt alertu.
Podszedł do Adama równym krokiem i stanął. Nie pytał. Czekał. Ludzie którzy pytają za wcześnie dostają niekompletne odpowiedzi, a niekompletne odpowiedzi są gorsze od ciszy bo dają złudzenie że się wie.
Czerwony punkt na panelu obok. Nierutynowe działania. Android z twarzą zaprojektowaną żeby nikt nie zadawał trudnych pytań.
No tak. Coś poszło nie tak.
W swoim życiu widział lepsze początki.