Krzyk Pustki
-
Davy O'Collan - Mostek Kardashiana
Davy siedział pochylony nad konsolą, z łokciami opartymi o krawędź pulpitu. Na głównym ekranie miał transmisję z kamer grupy abordażowej. Obraz co chwilę rwał się, rozpadał na kwadraty i wracał, ale wystarczał, żeby śledzić każdy ich krok na pokładzie Bleinerta.
Crowe prowadził światłem po ścianach. Holt sprawdzał boczne przejścia. Hannigan trzymał grupę w ryzach. Kalashnikov szedł ciężko, pewnie, zaciskając w dłoni wielki klucz wielozadaniowy, którym mógł otworzyć zaryglowane drzwi lub rozłupać komuś czaszkę. Android poruszał się z tą swoją nieludzką precyzją, która zwykle działała Davy’emu na nerwy, ale w tej chwili była raczej pocieszająca.
Nadia stała obok, pochylona nad drugim panelem.
— Sygnał Crowe’a znowu spada — powiedziała.
— Statek jest obłożony złomem, ołowiem i prawdopodobnie klątwą starożytnego kosmicznego górnika. Cieszmy się, że w ogóle coś widzimy.
Wtedy z bocznego głośnika dobiegł cichy, pojedynczy ton.
Krótki, dyskretny sygnał administracyjny, który w normalnych warunkach można było zignorować.
Davy zerknął na komunikat.
NIEPLANOWANE OTWARCIE DRZWI SEKCJI HYPERSNU
AUTORYZACJA AWARYJNAPrzez moment patrzył na ekran bez ruchu.
— Co, do chuja…
Przełączył widok z transmisji abordażowej na monitoring Kardashiana.
Potem powoli wyjął z ust gumę do żucia i przykleił ją do krawędzi pulpitu.
Widok jaki zobaczył, zakoczył go. Skradający się William Biscuit, idący przez korytarz prowadzący w stronę sekcji kriogenicznej. Pochylony, spięty, z czymś trzymanym w obu dłoniach. Kamera była zbyt słaba, by jednoznacznie rozpoznać przedmiot, ale sposób, w jaki William go trzymał, nie wyglądał jak spacer z kubkiem kawy.
Co ciekawe, drzwi do pokoju z lodówkami były otwarte.
Zaczął przeglądać obraz z drugiej kamery korytarzowej, jakby w jakiś sposób mógł zmusić system monitoringu do pokazania wnętrza hypersypialni.
Nie mógł.
W projekcie Kardashiana zachowano jeszcze resztki wiary w ludzką godność. W hypersypialniach, prysznicach i toaletach nie instalowano kamer. Najwyraźniej konstruktorom nie przyszło do głowy, że pewnego dnia podczas abordażu opuszczonego wojskowego tendera ktoś z pasażerów spróbuje samowolnie rozmrozić podejrzanego żołnierza. No ale kto ?
Pokład mieszkalny był niemal pusty. Kapitan, Holt, Crowe, Nexus, Kalashnikov i reszta znajdowali się na Bleinercie. Nadia siedziała z nim na mostku. Pozostawała więc dwójka pasażerów - Delilah le Fey i William Biscuit. Wiliama widział na monitoringu, więc wniosek nasuwał się sam.
— Ja pierdolę, kurwa - pomyślał.
— Czyli w środku musi być le Fey - powiedział do Nadii - Pani królowa pizda...
Na ekranie nadal pulsował alarm. Cykl kriogeniczny pozostawał aktywny, ale część systemów została przełączona na ręczną kontrolę.
— Ona chce go obudzić — stwierdziła Nadia.
Davy odchylił się w fotelu.
— No jasne, że chce go obudzić. Bo czemu, kurwa, nie? Kapitan jest na obcym statku, połowa załogi ryzykuje życie, a nasza korporacyjna księżniczka postanowiła rozmrozić uzbrojonego rozbitka, który już raz zaczął dzień od strzelania do ludzi.
Po chwili rozmyślania, przesunął palcem po panelu interkomu.
Aktywował nagłośnienie całego pokładu mieszkalnego.
W głośnikach rozszedł się krótki sygnał.
Davy nachylił się nad mikrofonem.
— Raz, dwa, trzy. Raz, dwa trzy... Próba mikrofonu. A właściwie to taki oto komunikat...
Mówił spokojnie.
— Pani le Fey. Tu mostek.
Przerwał na sekundę.
— Na pokładzie mieszkalnym zostały dokładnie dwie osoby. Pani i pan Biscuit. Pana Biscuita widzę na kamerach. Tak, tak - widzę pana...
— Widzę też otwarte drzwi kriokomór a to znaczy, że w środku jest pani.
Jego głos stwardniał.
— Nie jestem może detektywem, ale wnioskuję, że postanowiła pani samowolnie otworzyć sekcję kriogeniczną podczas trwającej operacji ratunkowej. Doceniam inicjatywę. Naprawdę. Zawsze marzyłem, żeby w chwili, gdy kapitan, ochrona, lekarz, android i połowa technicznej załogi znajdują się na pokładzie potencjalnie skażonego wojskowego tendera, ktoś urządził nam dodatkowy kryzys wewnętrzny. Ma pani mój szacunek za fantazję i pomysłowość. Naprawdę doceniam.
Nachylił się jeszcze bliżej mikrofonu.
— Mam jednak jedną małą prośbę - proszę przestać, kurwa, robićto co właśnie pani robi i wrócić do swej kabiny.
Nadia zerknęła na niego, ale nic nie powiedziała.
— Proszę natychmiast odsunąć się od komory Jeremiaha Purcella, nie dotykać panelu sterowania, dźwigni awaryjnych, przewodów, aplikatorów, pacjenta ani czegokolwiek, co wygląda, jakby miało przycisk. Następnie proszę opuścić sekcję kriogeniczną, położyć wszelką posiadaną broń o ile pani taką posiada i wrócić do swojej kwatery.
Przechylił głowę i dodał tonem człowieka przekazującego szczególnie uprzejmą informację o opóźnionym locie:
— To nie jest propozycja ani początek negocjacji. Pod nieobecność kapitana Hannigana pełnię obowiązki dowódcy Kardashiana. Świadome złamanie mojego rozkazu zostanie uznane za próbę przejęcia kontroli nad jednostką, czyli bunt. A bunt na statku kończy się zwykle znacznie mniej przyjemnie niż reklamacja usługi transportowej. Ja naprawdę panią lubię, ba powiedział bym nawet, że jest pani podobna do mojej kolejnej, byłej żony, no ale jak będzie mi pani latała bez autoryzacji po statku - to się nie dogadamy...
— Panie Biscuit. Pana również widzę.
William zatrzymał się w pół kroku.
— Nie wiem, co panu strzeliło do głowy, bo wygląda pan niesamowicie sympatycznie, no ale też bym kurwa prosił, by wrócił pan do siebie... ok?
Davy kontynuował:
— Teraz proszę posłuchać, jeszcze raz, bardzo uważnie, bo nie będę się powtarzał.
Jego ton utracił resztki ironii.
— Pod nieobecność kapitana Hannigana pełnię obowiązki dowódcy Kardashiana. Wydałem bezpośredni rozkaz bezpieczeństwa. Jego złamanie zostanie potraktowane jako świadome zagrożenie dla statku, załogi i trwającej operacji ratunkowej.
Odczekał chwilę.
— A więc bunt. Nie taki romantyczny, z flagami, przemówieniami i wolnością dla uciśnionych. Taki zwykły, brudny bunt, po którym ludzie trafiają do zamkniętych pomieszczeń, a kapitan zastanawia się, czy bardziej opłaca się ich sądzić, czy wyrzucić na najbliższej stacji razem z odpadami przemysłowymi. Albo po prostu wpakować kulkę w łeb.
— Mam szczerą nadzieję, że przekaz dotarł.
Wyłączył mikrofon.
— Opiekunie.
— Słucham.
— Zmień status istniejącej blokady pokładu mieszkalnego. Tryb bezpieczeństwa statku. Poziom naruszenia wewnętrznego. Pilot O'Collan, autoryzacja 8127849045 alfa.
— Proszę sprecyzować zakres procedury.
Davy nie odrywał wzroku od kamer.
Grodzie pokładu mieszkalnego były już zamknięte i zabezpieczone kodami PIN. Teraz jednak nie chodziło o zwykłe ograniczenie ruchu.
— Utrzymaj wszystkie grodzie zamknięte. Unieważnij lokalne kody PIN pasażerów. Zablokuj panele dostępu poza mostkiem i maszynownią. Wyłącz terminale osobiste, systemy rozrywki, automaty gastronomiczne i całą elektronikę, która nie jest konieczna do podtrzymania życia.
— Czy zachować oświetlenie?
— Awaryjne i korytarzowe. Resztę wyłączyć.
— Dostęp do sieci pokładowej?
— Odciąć urządzenia pasażerów. Żadnych połączeń z systemami statku, zamkami, wentylacją, medycznymi bazami danych ani systemem kriogenicznym.
— Potwierdzić izolację sekcji hypersnu?
— Tak. Sterowanie wyłącznie z mostka. Żadnych lokalnych komend.
— Procedura może uniemożliwić dokończenie ręcznie rozpoczętych operacji.
— O to właśnie chodzi.
Światła na podglądzie korytarza przygasły. Panele dostępowe zgasły jeden po drugim. Kolorowe wyświetlacze informacyjne zniknęły, pozostawiając jedynie czerwone oznaczenia drogi ewakuacyjnej i chłodne światła awaryjne.
William stał teraz w półmroku.
— Tryb naruszenia bezpieczeństwa statku aktywny — poinformował Opiekun. — Pokład mieszkalny pozostaje odizolowany. Wszystkie zbędne systemy zostały wyłączone. Lokalne sterowanie sekcją kriogeniczną jest niedostępne.
Davy ponownie włączył interkom.
— Panie i panowie, wielki brat patrzy. Raz, raz do pokoików proszę...
Wyłączył interkom i odetchnął ciężko.
— Ja pierdolę. Co za ludzie...
Przywrócił transmisję grupy abordażowej.
Na główny ekran wróciły obrazy z kamer nahełmowych. Crowe szedł pierwszy przez wąski, czarny korytarz. Światło jego latarki ślizgało się po ścianach pokrytych czymś, co przypominało sadzę albo zaschniętą maź.
Davy poprawił jakość transmisji.
— Sygnał jest jeszcze gorszy — zauważyła Nadia.
— Za dużo metalu między nimi a nami.
Z kamery Crowe’a było widać fragment sufitu i kratę wentylacyjną.
Przez sekundę nic się nie działo.
Potem krata drgnęła.
— Co znów ?!
Kratownica runęła w dół, uderzając Crowe’a i odrzucając obraz kamery pod ostrym kątem. Transmisja eksplodowała szumem, trzaskiem i przekleństwami.
Razem z kratą z szybu spadło coś jeszcze.
Przemknął przez snop światła i zniknął poza kadrem.
— Co to było?! — Nadia pochyliła się nad ekranem.
Davy natychmiast cofnął nagranie.
— Opiekunie, ostatnie pięć sekund. Stabilizacja obrazu. Maksymalna rozdzielczość.
Nagranie ruszyło ponownie.
Ciemna masa przecinająca obraz.
— Zatrzymaj.
Piksele zastygły.
Obiekt był niemal całkowicie czarny. Częściowo przesłonięty przez kratę, rozmyty ruchem i widoczny na zaledwie kilku klatkach.
— Powiększ.
Obraz rozpadł się na grube bloki.
— Korekcja kontrastu.
Cień zmienił się w jaśniejszą, ale równie nieczytelną plamę.
— Analiza kształtu — rozkazał Davy.
— Niewystarczająca liczba klatek — odpowiedział Opiekun. — Rozdzielczość obrazu jest zbyt niska. Obiekt pozostaje częściowo zasłonięty. Nie można określić jego wymiarów ani struktury.
Davy przełączył się między transmisjami Holta, Hannigana, Kalashnikova i Adama.
Na jednej widać było tylko spadającą kratę.
Na drugiej nagły ruch światła.
Na trzeciej plecy Crowe’a i czarną smugę znikającą poza ekranem.
Nie dało się powiedzieć, czy spadł człowiek, ciało, zwierzę, fragment wyposażenia czy coś zupełnie innego.
Na monitorze oznak życiowych tętno Crowe’a gwałtownie wzrosło. Parametry pozostałych również skoczyły niemal równocześnie.
— Kanał grupy. Natychmiast. - rzucił do Nadii.
Davy wcisnął przycisk transmisji.
— Kapitanie, tu Kardashian.
Odpowiedział mu wyłącznie szum, urwane oddechy i odległy metaliczny trzask.
Davy ścisnął mikrofon.
— Kapitanie Hannigan, czy wszystko wporządku? Co tam się kurwa odpierdala u Was ?
Spojrzał na kamery, szukając choćby jednego stabilnego kadru.
— Kapitanie… ?
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Właśnie wtedy, gdy wszyscy wgapiali się w ciemną plamę rozlaną na pokładzie, coś huknęło za jego plecami.
Nie wystrzał. Coś ciężkiego. Metal o metal.
Sadza odwrócił się odruchowo.
— Shto... kurwa?
Obraz przez moment nie chciał się złożyć w całość.
Chimik leżał na kolanach, podparty rękami, kaszląc i mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa. Za nim stał Joshua. Sztywny. Nieruchomy.
— Crowe?
Nie zdążył zrobić nawet kroku.
Coś spadło z sufitu.
Ciemna, błyszcząca masa runęła pomiędzy niego a Eliasa z mokrym, obrzydliwym plaśnięciem.
Sadza aż drgnął.
— Blin!
Odruch był szybszy od myśli. Zamachnął się ciężkim buciorem, chcąc odkopnąć to paskudztwo gdzieś pod ścianę. Nie zastanawiał się, czym jest. Nie chciał wiedzieć.
-
Delilah le Fey
Zawahała się.
Dopóki Hannigan wciąż był kapitanem statku, a Purcell jego więźniem nie miała prawa tak po prostu uwolnić żołnierza. To byłoby jawne przestępstwo. Najmniejszy błąd z jej strony, jeden fałszywy krok, a ten drań z uśmiechem na ustach wepchnie ją do pustej komory tuż obok Purcella.
Cofnęła dłoń do dźwigni jak oparzona a na skroni pojawiły pierwsze krople potu. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się we własne palce, jakby należały do kogoś obcego. Nie rozumiała co się z nią dzieje. Prawie zniszczyła swoją pozycję pod wpływem durnego impulsu. Lata szkoleń właśnie przegrały z frustracją wywołaną przez brudny kombajn i jego dowódcę.
Zrobiła krok w tył, odsuwając się od rzędu zamrażarek. Spojrzała na śpiącego żołnierza ten ostatni raz. Zostawi go tu, przynajmniej na razie. Zamierzała opuścić spalnię i ruszyć głównym korytarzem w kierunku dziobu. Mostek i systemy komunikacyjne musiały poczekać jeszcze kilkanaście minut. Najpierw postanowiła zejść do hangaru i obejrzeć szczątki kapsuły ewakuacyjnej z bliska.
I właśnie wtedy usłyszała głos pilota...
-
Marcus Holt
Kratownica uderzyła w podłogę z dźwiękiem który odbił się od ścian wąskiej odnogi i wrócił ze wszystkich stron naraz.
Holt był przy ścianie zanim metal przestał rezonować - jeden krok w tył, plecy do betonu, M41A uniesiony na poziom ramion, palec przy kabłąku nie na spuście. Latarka przyłbicy uderzyła snopem światła w masę która spadła między Crowe'a a Sadzę.
Jedna sekunda.
Czarna błyszcząca bryła. Nienaturalny połysk. Fragment który nie pasował do żadnego organicznego kształtu który Holt znał z doświadczenia. Sadza już się zamachiwał butem, Gleeson miał pistolet w górze skierowany w sufit, Crowe klęczał i mamrotał coś przez radio z opóźnieniem charakterystycznym dla człowieka który właśnie dostał czymś ciężkim w głowę.
Dwie sekundy.
Latarka przesunęła się wzdłuż bryły. Złącze w miejscu gdzie powinno być ramię. Przegub. Urwana kończyna leżąca pół metra dalej. Płyn hydrauliczny rozlewający się po pokładzie ciemną plamą, zbierający się w szczelinach między płytami podłogowymi.
Trzecia sekunda.
Holt wciągnął powietrze przez zęby - krótko, kontrolowanie - i opuścił lufę o kilkanaście centymetrów.
-Stać. - Zdecydowany głos ochroniarza wybrzmiał tembrem w słuchawce. - Nie strzelać. Nie drzeć się. Nie bić tego na oślep. Kalashikov, do was mówię!
Pauza. Latarka wróciła na chwilę na bryłę, potem powędrowała pionowo w górę na otwór po kratownicy. Ciemność. Przewody. Nic więcej.
- Szkoda amunicji. To tylko...
Nie zdążył dokończyć. Widzieli sami już bardzo dobrze z czym mieli doczynienia.
-
Caleb Hannigan
Podtrzymywanie życia na Bleinercie działało. Grawitacja, temperatura, chyba atmosfera. Tylko brakowało załogi. Minęli kilka otwartych grodzi, ale tender tylko pomrukiwał życiem swoich mechanizmów. Aż znaleźli dziwne grafitowe powłoki. Czy cokolwiek to było. Adam nie był w stanie na razie niczego wyjaśnić, ale pewne pozostawało, że im bliżej źródło ciepła na Bleinercie, tym więcej tych powłok.
Zanim jednak zagłębili się w korytarz, Crowe zakomunikował wyciek nad głowami.Hannigan zamiast spojrzeć na oficera naukowego, odruchowo spojrzał ponad siebie w poszukiwaniu uszkodzeń w suficie, lub rurach. Zanim jednak mógł dojść do wniosku, że żadnego wycieku nie widzi, dał się słyszeć zgrzyt stali i coś spadło z hukiem na Crowe’a. Dopiero wtedy Caleb spojrzał w kierunku oficera orientując się, że ten jest ranny… a w ślad za kratką na dół spadł.
- Android… - kończąc za konwojenta, powiedział na otwartym kanale by słyszał go wywołujący ich Davy, wcale jednak nie uspokojony odkryciem. Przeciwnie. - To android, uwaga!
Skoczył ku ogłuszonemu Crowe’owi by stanąć na ewentualnej drodze syntetyka do naukowca i pamiętny poleceń Holta, być gotowym zniszczyć wyraźnie uszkodzoną maszynę, której zamiary nie musiały być przyjazne i na razie nic na to nie wskazywało by były.
-
Adam zareagował natychmiast.
Minął Marcusa Holta i kapitana Hannigana z uprzejmą, lecz zdecydowaną stanowczością. Nie było w tym ani cienia pośpiechu, tylko chłodna konieczność wykonania obowiązków medycznych.
— Proszę o umożliwienie oceny obiektu.
Uklęknął przy leżącym syntetyku.
Przez kilka sekund nie wykonywał żadnych czynności. Jedynie obserwował.
Czarny kombinezon nosił wyraźną naszywkę korporacji Weyland-Yutani.
Lewa ręka i lewa noga zostały oderwane z korpusu. Nie wyglądało to na precyzyjne cięcie. Charakter uszkodzeń wskazywał na działanie ogromnej siły mechanicznej.
Z poszarpanych połączeń nie wypływała już biała substancja hydrauliczna.
Wyciekła niemal całkowicie.
Pojedyncze krople spływały jeszcze z rozerwanych przewodów.
Adam przesunął wzrok na korpus i głowę.
Poszycie było głęboko roztrzaskane.
Kolejne uszkodzenia układały się w charakterystyczny wzór.
Wgniecenie.
Rozdarcie.
Następny cios.
Analiza trajektorii i geometrii obrażeń zajęła mu zaledwie chwilę.
— Uszkodzenia nie są skutkiem awarii ani eksplozji.
Przyłożył dłoń do zdeformowanego pancerza.
— Charakter deformacji wskazuje na wielokrotne uderzenia ciężkim narzędziem o spiczastym zakończeniu. Prawdopodobne narzędzie górnicze... oskard lub konstrukcja o zbliżonej geometrii.
Jego palce na moment spoczęły przy uszkodzonej czaszce syntetyka.
Nie wyczuwał żadnej aktywności.
Żadnej odpowiedzi systemów.
Żadnego sygnału.
— Brak komunikacji elektronicznej.
Krótka pauza.
— Rdzeń poznawczy uległ krytycznemu uszkodzeniu. Jednostka nie wykazuje oznak funkcjonalności intelektualnej.
Adam wyprostował się powoli.
Spojrzał kolejno na kapitana, Holta i pozostałych członków zespołu.
— Moja ocena jest jednoznaczna. Ten syntetyk nie stanowi zagrożenia. Jest trwale wyłączony z działania.
Na moment przeniósł wzrok ku otwartemu szybowi wentylacyjnemu, z którego wypadł android.
— Natomiast osoba lub czynnik, który doprowadził go do tego stanu... może nadal znajdować się na pokładzie. -
Adam odwrócił się od uszkodzonego syntetyka i podszedł do Eliasa Crowe'a. Uderzenie kratownicą mogło zakończyć się znacznie gorzej, jednak medyk nie zamierzał opierać się wyłącznie na przypuszczeniach.
— Panie Crowe, przeprowadzę krótką ocenę neurologiczną.
Jego głos pozostawał spokojny i rzeczowy.
Najpierw przyjrzał się uszkodzonemu skafandrowi. Mimo widocznych uszkodzeń powłoka nie utraciła szczelności.
— Integralność skafandra zachowana. Rozszczelnienia nie stwierdzam.
Następnie skierował światło niewielkiej latarki diagnostycznej w oczy Crowe'a.
— Proszę patrzeć przed siebie.
Wąskie źrenice zwęziły się pod wpływem światła.
Adam porównał ich wielkość.
— Źrenice równe. Reakcja na światło prawidłowa.
Przeszedł do oceny orientacji.
— Proszę podać swoje imię i nazwisko.
Krótka przerwa.
— Jaka jest dzisiejsza data?
— Gdzie się obecnie znajdujemy?
— Co było przyczyną urazu?
Nie komentował odpowiedzi. Rejestrował je.
Po chwili powiedział:
— Proszę zapamiętać trzy słowa. Drzewo. Dom. Rzeka.
Odczekał kilka sekund, kontynuując badanie.
— Proszę wykonać kilka kroków w moim kierunku.
Obserwował ustawienie stóp, płynność ruchów i utrzymanie równowagi. Następnie polecił:
— Proszę dotknąć palcem wskazującym czubka własnego nosa.
Kolejne dane trafiały do jego wewnętrznej analizy.
Po upływie krótkiej chwili wrócił do poprzedniego polecenia.
— Proszę powtórzyć trzy słowa, które wcześniej wymieniłem.
Adam przez moment milczał, zestawiając wyniki wszystkich prób.
— Wstępna ocena zakończona. Jeżeli odpowiedzi są prawidłowe, a równowaga i pamięć pozostają zachowane, nie stwierdzam jednoznacznych objawów wstrząśnienia mózgu. Zalecam jednak dalszą obserwację. W przypadku wystąpienia zawrotów głowy, nudności, zaburzeń widzenia lub splątania należy natychmiast zgłosić ten fakt.
Dopiero wtedy uniósł wzrok znad skanera.
— Może pan kontynuować działania, panie Crowe. Będę monitorował pański stan. -
Caleb Hannigan
Uszkodzony. A właściwie zupełnie zrujnowany zgodnie z diagnozą Adama. Kapitan nie przeszkadzał androidowi w jego obowiązkach. Przyjrzał się wyłamanej kratce wentylacyjnej i raz jeszcze czarnej strukturze na ścianach. Potem gdy Adam zajął się Eliasem przyjrzał się rozczłonkowanemu syntetykowi, który wyglądał jakby wpadł w jakąś górniczą machinę. Co robił w szybie wentylacyjnym?
Na widok naszywki skrzywił się na chwilę. Karty kodowe krążyły. Po świecie. Kosmosie. Na Kardashianie była karta kodowa Lasalle co przecież nie znaczyło, że kombajn należał do Lasalle. Ale karta kodowa i android… Caleb zapragnął jak najszybciej uporać się z szukaniem rozbitków.
I wtedy spojrzał na młodszego inżyniera. I broń.
- Panie Gleeson - powiedział, ale tamten wydawał się być w jakimś stuporze - Panie Gleeson!
Pistolet w rękach Joshuy wyglądał na narzędzie kompletnie nieprzewidywalne i wymiernie niebezpiecznie. Do tego technik świadomie zignorował polecenie poinformowania Marcusa o posiadaniu broni. Szlag. Caleb wiedział, że Gleeson to bumelant. Ale teraz dowiedział się, że to neurotyk z poważnymi zaburzeniami, który był o krok od otwarcia ognia na uszkodzonym tenderze.
- Adam, zebrałeś coś do sedacji? - zapytał syntetyka wciąż zajmującego się Crowem.
- Panie Gleeson, proszę opuścić i oddać panu Holtowi broń. -
To, co przed chwilą wydawało się być bezkształtnym koszmarem wylewającym się z sufitu, w ostrym świetle latarek nabrało wreszcie makabrycznie realnych kształtów.
Nie potwór z ciemności. Zwykły, choć potwornie okaleczony syntetyk.
Czarny kombinezon lśnił od lepkiej, białej substancji hydraulicznej, która wciąż kapała z poszarpanych kikotów. Lewa ręka i noga zostały brutalnie wyrwane z korpusu, a naszywka Weyland-Yutani na piersi była umazana syntetyczną krwią. Beznamiętny, analityczny głos Adama przeciął ciszę. Z każdym jego słowem obraz sytuacji stawał się coraz bardziej ponury.W tym samym momencie wzrok kapitana Hannigana oderwał się od zniszczonego androida i spoczął na trzęsących się dłoniach inżyniera. W półmroku korytarza lufa pistoletu Gleesona wciąż celowała w ziejącą czernią wyrwę wentylacyjną.
Dla Joshuy czas ponownie zwolnił, ale tym razem strach został wyparty przez coś znacznie bardziej prymitywnego. W jego żyłach krążyło obecnie niebezpiecznie wysokie stężenie krwi w adrenalinie. Ten biologiczny koktajl sprawił, że mięśnie inżyniera napięły się, a umysł, zamiast szukać uległości, wszedł w tryb agresywnego przetrwania. Przypomniał sobie złośliwy uśmiech kapitana w ambulatorium, być może tylkp w jego wyobraźni, ale jakże do niego teraz pasował! Zdał sobie sprawę, że Hannigan wciągnął go w to piekło dla czystej satysfakcji.
Joshua powoli opuścił lufę w stronę podłogi, ale jego palec nie zsunął się z kabłąka, a dłoń ani na milimetr nie zbliżyła się do Marcusa Holta.
— Oddać? — wyrzucił z siebie z nerwowym, suchym śmiechem, w którym nie było krzty rozbawienia. Przeniósł gorączkowe spojrzenie z Holta na Hannigana. — Kapitanie... Z całym szacunkiem, ale chyba pan nie słyszał, co przed chwilą powiedział Adam. Ten syntetyk nie rozerwał się sam, bo miał wadliwe oprogramowanie. Został zmasakrowany!
Zrobił minimalny krok w tył, zapierając się mocniej na nogach, jakby z każdym słowem przytwierdzał się do pokładu. Paranoja i stres zmieszały się z dawnymi, wypartymi instynktami. W kolonii górniczej, w której dorastał, nikt nie oddawał broni dobrowolnie. Tam można było zarobić kosę pod żebro za znalezienie się na złej ulicy, w niewłaściwym czasie, albo po prostu za to, że ktoś miał gorszy dzień i nie spodobało mu się twoje spojrzenie. W tamtym rdzewiejącym piekle pistolet nie był luksusem. Był absolutnym przedłużeniem woli życia.
W tym.momencie jakby otrzeźwiał, a powietrze uszło z niego szybko jak z rozwiązanego, urodzinowego balonika. Zdał sobie bowiem sprawę, że jego emocjonalny ton właśnie być może potwierdził słuszność decyzji kapitana. Wziął głęboki oddech i zamknął oczy na moment. Po chwili postarał się spokojnym tonem wyjaśnić swoją wolę.
— Wydał pan rozkaz abordażu. Wszystko tu pachnie nagłą śmiercią, a znam ten zapach doskonale. I tylko to — uniósł lekko broń — gwarantuje mi, że jeśli znów z sufitu spadnie coś nieoczekiwanego, będę miał czym odpowiedzieć.
Schował broń pod kurtkę, by nie kusić losu. Jednak widząc, że sylwetka Holta wciąż pozostaje napięta, a oficer bezpieczeństwa może zaraz spróbować siłowego rozbrojenia, Gleeson przełknął ślinę i spróbował szybko zracjonalizować całe zajście, odzyskując odrobinę inżynieryjnego tonu:
— A to, że ją wyciągnąłem... To było tylko skrajne zaskoczenie. Czysty, bezwarunkowy odruch. Mam przeszkolenie wojskowe i pozwolenie. Nic nikomu nie grozi z mojej strony, dopóki celuję w to, co próbuje nas zabić. Zresztą, sam mi pan niedawno podawał swój pistolet, czyż nie?
Ostatnie zdanie było niepotrzebne, ale padło. Pobudzenie definitywnie pokonało lęk. Joshua rzucił na szalę resztki swojej insubordynacji, świadomy, że na tym mrocznym okręcie zasady korporacyjne właśnie przestały obowiązywać, a zaczęło się surowe prawo przetrwania. Co miał do stracenia? Że wyrzucą wyrzutka? Może tak będzie lepiej. Z dala od tego szaleństwa.
-
Marcus Holt
Holt obrócił się w stronę Gleesona w momencie gdy ten schował broń pod kurtkę.
Zrobił dwa kroki i bez ostrzeżenia próbował chwycić Gleesona za nadgarstek - szybko, precyzyjnie, z siłą która miała zakończyć dyskusję zanim zdążyła się zacząć. Gleeson szarpnął się instynktownie. Holt poczuł jak technik odpycha jego dłoń i cofa się o krok. Niech go szlag.
Broń została pod kurtką.
Holt stał przez sekundę nieruchomo. Wzrok zjechał mu na podłogę - na android leżący między nimi. Na naszywkę na piersi syntetyka.
Weyland-Yutani.
Podniósł wzrok na Hannigana. Spojrzenie trwało półtorej sekundy i nie było w nim nic czytelnego poza tym że było za długie i za ciężkie jak na zwykłą wymianę spojrzeń między ludźmi którzy razem wykonują zadanie. Widać było, że w głowie ochroniarza połączyły się jakieś kropki, tak jakby domyślił się czegoś więcej.
Odwrócił się do Gleesona.
- Kurwa mać. Trzy rozkazy. Wydałem rozkaz zgłoszenia broni. Wydałem rozkaz opuszczenia broni. Wydałem rozkaz oddania broni.- wycedziło przez zęby, cicho, bardzo cicho. - Trzy razy. Żaden nie został wykonany.
Zamilkł. Szczęka zaciśnięta, dłonie przy bokach drżące tym małym, nie do końca kontrolowanym drżeniem które wyrywało się spod całej reszty.
Jeszcze raz - dokończył - i nie będę się pytał kapitana o zgodę.
Gdy Gleeson wyciągnął pistolet spod kurtki i podał go Kalashnikovowi bez słowa, Holt patrzył na to przez sekundę.
Odwrócił się gwałtownie w stronę korytarza. Uniósł M41A. Patrzył w ciemność przed grupą z tym samym zimnym skupieniem co zawsze, jakby poprzednie trzydzieści sekund w ogóle nie miało miejsca.
- Kapitanie. Gleeson powinien iść z przodu by mieć go na oku, szaleństwem jest kazać mu zabezpieczać teraz tyły. Nie ufam mu
Dłonie na karabinie drżały dalej. Zupełnie tak jakby fasada profesjonalizmu runęła.
-
Tym razem zachował spokój jak nigdy. Choć minęło sporo czasu od ostatniego szkolenia na wojskowym poligonie, pewne odruchy były już na zawsze wprogramowane w jego mózg. "Nie daj sobie odebrać broni żołnierzu!'" wykrzykiwane głosem sierżanta, tkwiło w jego umyśle niczym tabliczka mnożenia czy pierwszy pocałunek.
— Zapomniałeś powiedzieć "proszę" — rzucił z przekąsem.
A potem zauważył kolejnego narwańca, który szykował się chyba do futbolowego obalenia. Rosjanin był od niego większy i silniejszy, a cała sytuacja robiła się groteskowa. Odruchowo uniósł obie dłonie otwarte w stronę "Sadzy". Nie miał ochotu pojedynkować się.
— Dobra, poddaję się.
Sięgnąl do kurtki i rozładowując broń podał ją Siergiejowi
— Tylko pożyczam. Nie przywiązuj się.
Joshua mógł teraz czuć chyba nawet lekką satysfakcję. Mimo, iż przegrał sytuację, to w pewnym sensie odzyskał wiarę w swoje umiejętności. Dopiero słowa wkurzonego ostro Marcusa znów go pobudził:
— Jeb się — wypalił wprost — Właśnie dlatego ci o niej nie powiedziałem. Zabrałbyś mi ją, bo chcesz żywej tarczy! Teraz to aż nadto oczywiste.
Po tych słowach zerknął na kapitana pretensjonalnym wzrokiem. Czy odnajdzie w nim choć promil zrozumienia? A może ten wyrok nad nim zapadł już dawno, tam w ambulatorium?
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Atmosfera na Bleinercie iskrzyła jak pompa głębinowa z przebiciem na obudowie. Jeszcze działała. Ale każdy, kto choć raz pracował pod ziemią, wiedział, że to tylko kwestia czasu, zanim coś jebnie..
Widząc nieskuteczne odebranie broni Nikołajewicz już, już napinał nogi do skoku, lecz Joshua zauważając zamiar Sadzy sam oddał broń w jego ręce. Przyjął.
— Blint! - warknął w kierunku Mienta. — To co? Zabierasz? Czy mam sobie zostawić?
Serce waliło mu nierówno. Chciał przetrzeć czoło rękawem kombinezonu, bo pot spływał mu do oczu, lecz otarł dłonią jedynię wizjerę hełmu.
— Job twoju mać!
Zaczynał coraz bardziej mieć dojść tej wyprawy.
Powinni siedzieć na Kardashianie. Nadać meldunek "Ryzyko kontynuowania akcji ratunkowej". Zamknąć śluzę. Podpiąć Bleinerta na długiej smyczy i ciągnąć go do najbliższego portu, niech wojskowi sami włażą do własnych trupiarni.
Zacisnął szczękę.
Był zły na Starego. Był zły na Mienta. Był zły na Joshuę. Był zły na Bleinerta...
Lista była długa.
-
Marcus Holt
Holt nie odwrócił się. Gestem tylko pokazał, że Kalashikov może zatrzymać broń.
Stał przy ścianie z M41A uniesionym na sektor korytarza i patrzył w ciemność przed grupą. Kiedy mówił, mówił do korytarza, nie do Gleesona. Głos miał znowu równy i suchy - szorstki w swej nieprzyjemności. Tak jakby próbował hamować podstawowe instynkty.
-Android mimo że nie jest człowiekiem wypełnia rozkazy - powiedział. - Obecnie ma większą wartość operacyjną.
Krótka pauza.
- Wystarczyło iść zgodnie z protokołem. Oczekujesz litości od kapitana, którego rozkazy wielokrotnie sam zignorowałeś. Masz tupet chłopcze.
-
Caleb Hannigan
Cholera jasna. Nie byli ekipą ratunkową. A ostatnie szkolenie z takiej sytuacji przechodzili tylko raz przy wyrabianiu uprawnień. Lub w ogóle jeśli ktoś patent kupił. Jakże to mierziło Caleba, który widział tą wyciągniętą od losu pomocną dłoń, którą wystarczyło tylko sięgnąć przy odrobinie wysiłku. Tylko jednej pieprzonej odrobinie, którą musiał wykrzesać z tych ludzi. Obrzucił każdego spojrzeniem i powoli docierało do niego, że jedynym pewnikiem jest Adam. Crowe był ranny i już dość naraził naukowca. Sadza był wkurwiony jak rzadko. Mimo iż wykonywał rozkazy. Ale ten wkurw nie mógł rosnąć w nieskończoność. Problem odłożony w czasie. Gleeson… jak się on uchował w wojsku, które miał w papierach. Choć właściwie się nie uchował i trafił do załogi Hannigana. O dziwo kapitański zmysł, który rzadko Caleba zawodził, podpowiadał mu, że technik się rzeczywiście uspokoił. I choć nadal bredził, były to brednie zgodne z jego logiką, a nie podyktowane utratą panowania nad sobą. No właśnie. I tu pojawiał się konwojent, który ruszył na technika i w widoczny sposób bardzo źle zniósł to, że nie udało mu się obezwładnić Joshuy. Szorstki, zimny ton Holta będący fasadą kłębka nerwów był równie znamienny.
Nie. Wszyscy na kombajnie z samym kapitanem włącznie, byli podszyci własną mniej lub bardziej skrywaną frustracją w związku z obejmowanym miernym stanowiskiem na dnie drabiny Kelland.
- Dość tego panowie. - odezwał się nim technik mógł odpowiedzieć Holtowi i spojrzał na korytarz wyścielony dziwnym tworzywem i raz jeszcze na korpus androida. Trzy prawa. Takiego. Kolejne spotkania z androidami W-Y mogą nie być równie bezpieczne. Zwłaszcza, że kolejne androidy mogą być sprawniejsze... Włączył też otwarty kanał, żeby słyszano go na mostku. - Z sufitu, z wentylacji zleciał zepsuty android, a na ścianie jest jakieś czarne tworzywo poliuretanowe. Tylko tyle. Nie ma promieniowania i toksycznego wycieku. To nie jest chyba coś co nas przerasta? - w ostatnim zdaniu mimo pytania nie było oczekiwania odpowiedzi. - Niestety ta naszywka oznacza, że Wallander należał do Weyland-Yutani. A jeden syntetyk, może oznaczać ich więcej. Dlatego zmieniamy plany. Wracamy. Po drodze znajdziemy pokładowy interkom. Były przy wrotach ładowni. Przy użyciu kodu pana Purcella nadamy na cały statek wezwanie do ewentualnych rozbitków. Zostawimy komunikator przed śluzą. I wrócimy na Kardashiana. Panie Gleeson, pomoże pan panu Crowe'owi. Panie Holt, technik jest rozbrojony. Nie ma potrzeby, by szedł na przedzie. Zgadza się pan?
Pytanie tym razem oczekiwało odpowiedzi. W końcu zdał dowodzenie na Holta na pokładzie Bleinerta.
-
Marus Holt
Holt skinął głową do Hannigana krótko, raz.
Odwrócił się i przeszedł wzrokiem po grupie - szybko, metodycznie, od tyłu do przodu.
- Zmieniamy szyk - powiedział spokojnie, jakby opanował już swoje nerwy. A może decyzja o powrocie tutaj pomogła? - Adam na czole, ja za nim. Crowe kolejny. Gleeson środek, za Gleesonem Kalashnikov. Kapitan zamyka.
Spojrzał na Sadzę.
- Gleeson jest twój Panie Kalashnikov. Proszę mieć go przez cały czas w zasięgu wzroku.
- Pytanie czy bierzemy androida, możliwe, że Pan Crowe wyciągnię z tego coś więcej?
Potem zwrócił się do reszty i uniósł lufę M41A w stronę sufitu.
- Kratki wentylacyjne. Obserwujemy je. Każda. Po obu stronach korytarza i nad głową. Nie idziemy dalej dopóki nie sprawdzimy tego co jest powyżej. Tym razem nie dajemy się zaskoczyć od góry.
Zaczął iść powoli, lufa wędrująca rytmicznie od kratki do kratki wzdłuż sufitu - lewa ściana, sufit, prawa ściana. Latarka przyłbicy zatrzymywała się na każdym otworze przez pełne dwie sekundy zanim szła dalej.
-
Po usłyszeniu pierwszych słów komunikatu William zastygł na chwilę. Skradam się z tym na widoku jak debil. Na całe szczęście poruszał się w taki sposób, że kamery nie widziały co dokładnie trzyma w dłoni a przynajmniej taką miał nadzieję. Szybko wsadził przedmiot do kieszeni, przy czym uśmiechnął się głupio do kamer.
Światła zgasły, a on wyglądał jak psychopata z horroru, a przynajmniej tak mu się wydawało. W rzeczywistości bliżej mu było do ostatniego ciastka w opakowaniu.
- Panno Delilah proszę wyjść albo chociaż wyjaśnić co pani akcja ma na celu. - Wiliam zaczął nieśmiało rozmowę po tym jak samozwańczy wielki brat zdradził jego obecność. - Z jednej strony rozumiem pani wybryk. Każą nam czekać, kiedy potencjalnie połowa załogi może umrzeć. Nieludzkie prawda? Chce tylko dowiedzieć się co pani robi i dlaczego. Nie sądzę, żeby powodem była nuda, ale jeśli jednak to ona to może wspólnie pójdziemy wymusić oglądanie akcji ratunkowej? - Mówiąc to, podszedł do drzwi. Gdy skończył, ostrożnie zajrzał do środka. -
Delilah le Fey
O’Callan gadał, gadał i gadał.
Był jak natrętny insekt, komar latający koło ucha. Nie miała zegarka i nie mogła policzyć ile czasu zajęły mu erudycyjne popisy, ale wyglądało na to, że prosta komenda “wracaj do kajuty” u pilota Kardashian rozciąga się w monodram liczący tysiąc słów i pięć aktów. Wyliczał obecnych na pokładzie mieszkalnym, chwalił jej pomysłowość, napomknął coś o byłej żonie, a potem przeszedł do gróźb. Na początku słuchała jego wywodów z irytacją, potem z niedowierzaniem a na końcu już tylko z rozbawieniem.
On się boi.
Przez monolog pilota przemawiała czysta histeria, maskowana zabawnymi dygresjami, ale Delilah w tym sztucznym luzie bezbłędnie wyczuła strach. O’Callan odkąd go poznała pozował na macho, ale teraz przemawiał przez niego wystraszony samiec beta. Samiec, który dostał na godzinę władzę i nie wie co z nią zrobić więc wygłasza przemówienie.
Zostało jedno pytanie i było jedynym, które ją obchodziło.
Skąd wiedział?
W spalni nie było kamer. Sprawdziła to pierwszego dnia po wejściu na pokład, zanim jeszcze rozpakowała walizkę. Przepisy zabraniały instalacji sprzętu nagrywającego w strefach prywatnych i kriogenicznych, a jednak pilot zachowywał się jakby stał tuż obok i relacjonował jej mały występek. Bezbłędnie odgadł zamiary agentki choć zanim zdążył powiedzieć choć jedno słowo, Delilah puściła dźwignię i nie potrzebowała do tego zachęty. Sama uznała, że to zły pomysł. Teraz słuchając pilota, miała ochotę zrobić na przekór. Ale to nie przysłużyłoby się jej interesom. Interesom Lasalle.
W końcu głośnik trzasnął i zamilkł a światła w spalni przygasły do awaryjnej czerwieni. Delilah nie miała już tu czego szukać. Odwróciła się plecami do kriokomór i ruszyła w kierunku śluzy.
Właśnie wtedy usłyszała czyjś głos.
— Panno Delilah proszę wyjść albo chociaż wyjaśnić co pani akcja ma na celu. Z jednej strony rozumiem pani wybryk. Każą nam czekać, kiedy potencjalnie połowa załogi może umrzeć. Nieludzkie prawda? Chce tylko dowiedzieć się co pani robi i dlaczego. Nie sądzę, żeby powodem była nuda, ale jeśli jednak to ona to może wspólnie pójdziemy wymusić oglądanie akcji ratunkowej?
Głos był za młody.
Delilah zatrzymała się w pół kroku i przebiegła w głowie listę. Hannigan, Holt, Crowe, Kalashnikov, Gleeson i syntetyk siedzieli w tej chwili we wnętrznościach napromieniowanego wraku. O'Callan i Volkov trzymali mostek. Purcell leżał za jej plecami w lodzie.
Zostawał jeden.
Pilot wymienił go w swoim monodramie, gdzieś między groźbą a komplementem. Widział go na kamerach. Powiedział mu, żeby wracał do siebie i chłopak najwyraźniej posłuchał go równie chętnie.
Biscuit.
Kolejny jasnowidz.
Dwoje ludzi na tym pokładzie odgadło jej ruch, zanim zdążyła go wykonać i żadne z nich nie miało po temu narzędzi. Albo nie była tak dobrą agentką jak jej się wydawało, ale na statku działy się rzeczy, których nie potrafiła wytłumaczyć.
Delilah wysunęła gumkę z włosów i potrząsnęła głową. Kosmyki opadły jej na ramiona. Poluzowała zamek bluzy, podniosła wyżej piersi i ruszyła w stronę drzwi pewnym krokiem.
Skoro chcą się bawić, dostaną zabawę.
Stanęła w progu dokładnie w chwili, gdy Biscuit zaglądał do środka. Chłopak cofnął się o pół kroku i otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Zanim zdążył, spojrzała przez jego ramię. Kamera wisiała pod sufitem korytarza, dioda się paliła. Awaryjne światło odbijało się w obiektywie czerwonym punkcikiem i Delilah przez ułamek sekundy patrzyła prosto w niego.
Uśmiechnęła się do chłopaka promiennie. Oczy błyszczały w ciemnościach jak u kotki w rui.
— Co ja tu robię? A jak myślisz ty niemądry dzieciaku?
Złapała Wiliama za przód kombinezonu i przyciągnęła do siebie.
Jej wargi rozchyliły miękko i pocałowała go bez ostrzeżenia i żadnego wstępu. Pocałunek trwał krótko, lecz w tym jednym wilgotnym oddechu, chłopak dostał grzeszną obietnicę nagrody, jaka czeka na niego w ciemnych i lepkich zakamarkach statku.
Oderwała usta i została blisko. Nie spoglądała już w kamery. Wiedziała, że patrzą.
— Czułam, że za mną pójdziesz. — powiedziała niskim szeptem, ale nie na tyle cicho, żeby mikrofon korytarzowy tego nie złapał. — Nudziło mi się i liczyłam na odrobinę zabawy, zanim Hannigan pośle nas wszystkich do piekła.
Przesunęła kciukiem po jego bicepsie.
— O'Callan siedzi na kamerach i widzi, kto wchodzi i wychodzi z kajut. Więc znalazłam bardziej dyskretne miejsce, gdzie ich nie ma.
Roześmiała się.
— Niestety ten idiota wszystko zepsuł. Myślał, że idę wypuścić więźnia.
-

Pokład Bleinerta
Mężczyźni poruszali się pełnymi nerwowości ruchami, prowadzeni przez niewzruszonego w swojej mechanicznej obojętności androida. Tempo ewakuacji wyznaczał Elias, podtrzymywany pod ramię przez Joshuę i próbujący z wszelkich sił nie opóźniać grupy.
Akcja ratunkowa straciła rację bytu w obliczu tak dramatycznych odkryć, bo rodzaj uszkodzeń znalezionego w pobliżu maszynowni syntetyka Weylanda-Yutani musiał budzić trwożny respekt i niejeden członek ekipy abordażowej musiał widzieć oczami wyobraźni androida demolowanego z tak brutalną skutecznością przez innego przedstawiciela swojego rodzaju: cóż bowiem innego mogło spowodować aż tak daleko posunięte uszkodzenia?
Perspektywa konfrontacji z takim przeciwnikiem zdawała się wszystkich wręcz uskrzydlać w drodze do śluzy stanowiącej część połączenia z kombajnem, dlatego grupa ratowników znalazła się w korytarzu przylegającym do ciągu ładowni po dwóch minutach od rozpoczęcia odwrotu.
- Dodatkowy check na integralność łącznika, zanim wprowadzimy do środka doktora - polecił Hannigan odwracając głowę i spoglądając na pękniętą przyłbicę hełmu Eliasa - Nie chcę żadnych niespodzianek z mikrorozszczelnieniem w trakcie przechodzenia. Potem odcinamy łącznik i pozostajemy wyłącznie na sztywnych cumach aż po Borodino.
W eterze rozległy się zdawkowe mruknięcia i chrząknięcia będące substytutem potwierdzeń odbioru rozkazów.
- Panie O’Collan, za minutę rozpoczniemy proces otwierania śluzy - rzucił do radia Hannigan - Status Kardashiana?
- Mamy tu pewien problem, który może zaczekać do pana powrotu - odpowiedziała Nadia ubiegając pilota - Jesteśmy gotowi na wasze przyjęcie. Status Eliasa?
- Będę żył - rzucił w eter doktor Crowe - Nie cierpię na nic, czego nie wyleczy setka spirytusu.
- Dyscyplina radiowa - powiedział kapitan zatrzymując się przy jednym z interkomów wbudowanych w futryny mijanych jedne pod drugich włazów ładowni. Przyciski na jego budowie nie były opisane, a pojedyncza dioda paliła się na pomarańczowo.
Hannigan odezwał wzrok od interkomu, zerknął w stronę widocznej dwadzieścia metrów dalej śluzy łączącej Bleinerta z Kardashianem.
- Kontrola integralności i ruszamy, pierwszy doktor Crowe z asystą - rzucił z ostentacyjną oschłością do Joshui.
Nagły jęk hydraulicznych przekładni osadził wszystkich w miejscu, sparaliżował mięśnie w jednej sekundzie. Segment korytarza z wejściem do śluzy zniknął z oczu mężczyzn jakby nigdy nie istniał, zamknięty opuszczoną z sufitu przeciwpożarową kurtyną, która przyległa szczelnie do ścian i podłogi korytarza.
- Co do chuja?! - zawył Gleeson puszczając z wrażenia ramię doktora - Co to kurwa jest?
Hydrauliczne przekładnie jęknęły ponownie wieszcząc otwarcie wejścia, tą samą szargającą nerwy nutą, co chwilę wcześniej.
Wejście do ładowni na wysokości Hannigana stanęło bez ostrzeżenia otworem, z miejsca przyciągając wzrok ratowników czernią swojego pogrążonego w ciemności wnętrza.
-
Elias próbował skupić wzrok na Adamie, ale snop diagnostycznej latarki sprawiał, że ból pod czaszką pulsował jeszcze mocniej. Zmrużył oczy i odruchowo odsunął głowę. Nie miał najmniejszej pieprzonej ochoty na badanie, ale wiedział, że android tak po prostu nie odpuści.
– Elias Crowe – odpowiedział, siląc się na rzeczowy ton. – Naukowiec. Ten stary zrzęda, którego wszyscy tak lubią. Właśnie próbował zabić mnie element wentylacji.
Przy pytaniu o datę zawahał się wyraźnie. Podał dzień, poprawił się, a potem machnął ręką z irytacją, natychmiast żałując gwałtownego ruchu. Dalej kręciło mu się trochę w głowie.
– Jesteśmy na Bleinercie. Dolne pokłady, sekcja napędowa… chyba. A przyczyną urazu była krata, która postanowiła sprawdzić jakość mojego hełmu. – rzucił, biorąc głębszy oddech.
– Drzewo. Dom… – zmarszczył brwi. – Rzeka. Tak, rzeka.
Powtórzył za Adamem trzy słowa, choć ostatnie wymówił dopiero po krótkiej pauzie. Kiedy android polecił mu przejść kilka kroków, Crowe podniósł się ostrożnie. Pierwszy zrobił pewnie, przy drugim zachwiał się i musiał oprzeć dłoń o ścianę. Do nosa trafił palcem za drugim podejściem.Nie trzeba było być syntetykiem medycznym, żeby zauważyć, że wszystko nie było z nim w porządku. Mdłości powoli ustępowały, ale obraz nadal od czasu do czasu tracił ostrość, a metaliczne głosy w radiu brzmiały, jakby dochodziły z końca bardzo długiego tunelu. Typowe objawy wstrząśnienia mózgu. Przechodził coś podobnego w młodości. Nadwrażliwość na dzwięki, dawała mu się we znaki, a kłótnia wokół broni Joshuy tylko pogarszała sprawę. Elias zacisnął powieki, gdy kolejne głosy zaczęły nakładać się na siebie.
– Czy możecie przestać przez chwilę warczeć na siebie? – wychrypiał. – Dajcie sobie po buziaku i chodźmy stąd. I bez tego mam wrażenie, że czaszka zaraz mi się rozpadnie.
Nie próbował rozstrzygać, kto miał rację. Był naukowcem i z racji poglądów miał awersje do broni. Poza tym Hannigan uciął spór, zanim Crowe zdążył dodać coś jeszcze. Decyzję o odwrocie przyjął bez protestu.– Mądrze – powiedział tylko. – Nie będę udawał, że mi się tu podoba. Zresztą cokolwiek pokiereszowało tego przyjemniaczka... – wskazał na androida Weyland-Yutani – ...daje nam prawdo do wycofania się? Warunkiem udzielenia pomocy jest zdaje się dbanie przede wszystkim o własne bezpieczeństwo.
Na pytanie Holta spojrzał w stronę zniszczonego syntetyka. Choć android był oględnie mówiąc zniszczony, te cudeńka można było podpiąć do czegokolwiek w stacji naprawczej. Być może nie miał ochoty na dalszy spacer, ale to nie znaczy, że nie ciekawiło go co tu zaszło.– Oczywiście, że Pan Crowe coś z tego wyciągnie. – podsumował żartobliwie.
– Nawet jeśli rdzeń poznawczy jest martwy, mogą zostać logi pomocnicze, identyfikator jednostki, zapis ostatnich poleceń albo dane z lokalnych systemów. Istnieje szansa, że podpięcie modługu głowy do zasilania sprawi nawet, że będziemy mogli z nim porozmawiać. W każdym razie, jeśli możemy zabrać cały korpus bez ryzyka, że to nas spowoloni to bierzmy go. Jeśli nie, Adam powinien wymontować moduł pamięci albo głowę.
Przesunął wzrok na czarny nalot ciągnący się po ścianach. Nie podobało mu się to, bo nie wiedział co to jest. Kiedy Holt ustalił nowy szyk, Elias ruszył za nim i Adamem. Pierwsze kroki stawiał ostrożnie. Gdy podłoga ponownie lekko odpłynęła mu spod nóg, nie protestował, kiedy Joshua znalazł się przy jego boku. Oparł dłoń o jego ramię dla równowagi.
– Dzięki Gleeson – mruknął. Ruszajac dalej, zerkał co kilka kroków ku kratkom wentylacyjnym. Tym razem nie zamierzał ignorować żadnej z nich.
Elias stracił podparcie, kiedy Joshua puścił jego ramię. Zachwiał się mocno, ale zdołał oprzeć bark o ścianę i nie runąć na podłogę. Przez moment świat znowu odpłynął mu na bok, a pulsujący ból pod czaszką odezwał się ze zdwojoną siłą. Na komendę Holta docisnął się do ściany razem z resztą. Nie miał broni, więc zamiast tego uniósł rękę, odruchowo osłaniając przyłbicę, i próbował skupić wzrok na czarnej przestrzeni ładowni.
– Świetnie – mruknął. – Po prostu, kurwa, świetnie – zaklął po części z irytacji, po części po to, by pozbyć się narastającego poczucia strachu i bezradności.Nie wychylał się. Nie próbował zaglądać przed Holta ani Adama. Po ostatnim spotkaniu z kratownicą stracił resztki bohaterskiego zapału. Zerknął tylko w stronę kurtyny, potem z powrotem ku ładowni.
– To nie wygląda na przypadek – wyartykułował to, co zdawał się widzieć na twarzach innych, a na pewno Holta.
Przesunął dłoń po ścianie, szukając stabilniejszego oparcia.
– Joshua, wróć tu, proszę – rzucił bez odrywania wzroku od otwartych wrót. – Jeśli mam stąd wyjść o własnych nogach, będziesz mi jeszcze potrzebny. -
Marcus Holt
Kurtyna opadła z hukiem.
Holt był przy ścianie zanim echo przekładni ucichło - jeden krok w bok, plecy do betonu, M41A uniesiony, lufa w stronę kurtyny. Serce uderzyło raz mocniej niż powinno i przestało.
Potem wrota ładowni stanęły otworem.
- Ściana! - warknął przez radio, krótko, bez tłumaczenia. - Wszyscy do ściany, broń w stronę ładowni!
Sam już tam był. Latarka przyłbicy uderzyła snopem światła w czerń otwartego wejścia - systematycznie, od podłogi do sufitu, od lewej do prawej. Palec przy kabłąku. Oddech równy, kontrolowany, wbrew temu co ciało chciało robić.
Kurtyna przeciwpożarowa. Automatyczna. Czujnik albo ręczne wyzwolenie.
Kurwa. To zbyt duży przypadek. To było ręczne wyzwolenie.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się