Ralf stał obok Wulfa, raz zerkając na ślady, a raz na okolicę, żeby wypracować jakiś plan działania. Ich koń wyczuwał jakiś niepokój. Zachowywał się niespokojnie, pomimo że stali samotnie wśród ciszy.
Na gniewny komentarz Wulfa odpowiedział jedynie:
– Plugastwo... zapewne zamęczają teraz jakiegoś nieszczęśnika.
Pomimo, że myśliwy nadal nazywal go sierżantem, Rolf nie był na służbie i nie obowiązywała żadna szarża. Mimo to nienawiść do plugastwa i poczucie obowiązku, ukształtowane przez wieloletnią służbę, nie pozostawiały cienia wątpliwości. Trzeba było pomóc nieszczęśnikowi, póki istniał jeszcze choć cień szansy, że może się to udać. Rolf zerknął na swój pistolet, upewniając się, że nadal ma komplet naboi. Następnie zwrócił się do myśliwego:
– Jestem spokojny o to, że Auriel i Viktor, ze swoimi umiejętnościami, poradzą sobie z plugastwem na otwartej przestrzeni. Zresztą doskonale powinni wiedzieć, że z tych chaszczy może coś na nich wyleźć. A możliwe, że właśnie ktoś zamęcza w lesie człowieka – ciągnął dalej. – Jeśli zwierzoludzie poszli tam na noc rozbić obóz, nie mogli wejść nie wiadomo jak głęboko.
– Nie ma czasu do stracenia – rzekł Rolf z pełnym przekonaniem. – Podejdźmy i zorientujmy się, co się tam dzieje. Tylko uważajmy, żeby nie wpaść na Mathiassa i Adolfa, aby przez przypadek się wzajemnie nie ostrzelać. Jeśli usłyszą odgłosy walki, powinni przyjść nam z pomocą... albo my im.