Deszcz.
Alicia nie lubiła deszczu, a jeszcze bardziej rozrastających się przed jej oczami kałuż zakrywających solidny grunt pod jej małymi, drobnymi nogami. Śnieg był uczciwy. Skrzypiał pod stopami, pozwalał odczytać, kto przeszedł tędy przed tobą. Bez trudu potrafiłaby dostrzec po głębokości śladów, ich kształcie oraz anatomicznych odciśniętych detalach jak dawno ktoś poruszał się przed nią tą drogą, w jakiej ilości, w jakim tempie oraz jak dawno temu. Świeże ślady były piękniejsze, a starsze stawały się już odciśniętą historią. Nawet nadmiar śniegu był pożyteczny, z upływem czasu zasypywał stare ślady przywracając krajobraz do naturalnego piękna.
Alicia odetchnęła głęboko z poirytowaniem, omijając bokiem większą kałużę na drodze, która mogłaby ją pochłonąć conajmniej do pasa. Wiatr niósł zapachy niedalekiego miasta, mokry kamień, gotowaną kapustę i coś co Alicia podejrzewała o bycie zbyt długo martwą rybą.
Niziołka szła poboczem drogi, z kapturem naciągniętym na burzę rudych loków. Pomimo to szare pióra gołębia, wplecione we włosy, nasiąkły wodą i przykleiły się do jej skroni. Futro lisa polarnego na ramionach zrobiło się ciężkie, a błoto z uporem oblepiało jej buty z twardej skóry mamuta. Co kilka kroków zerkała na niebo, jakby rozważała, czy nie powinna porozmawiać z nim o manierach.
Ravengro wyłoniło się z mgły powoli, najpierw jako skupisko ciemnych dachów, potem jako kamienne ściany, płoty i dym unoszący się z kominów. Miasteczko wyglądało jak coś, co przeżyło ciężką zimę, choć nie było pewne, czy chce doczekać następnej. Alicia zatrzymała się na drodze prowadzącej do miasta. Nie lubiła miast. Nie lubiła też mgły, która zasłaniała ich krawędzie i sprawiała, że trudno było odgadnąć, co kryje się za następnym zakrętem.
-To tylko miasto. Miasto ma drzwi. I okna. I za dużo ludzi, ale z tym sobie poradzę.
Obejrzała się jeszcze raz za siebie, sprawdzając drogę, którą przyszła. Dziewczyna zastanawiała się czy nie zawrócić, miała jeszcze czas na zmianę decyzji. Jej ręka powoli spoczęła na pergaminie ukrytym w kieszeni płaszcza. Przygryzła boleśniej wargę odganiając od siebie zwątpienie i ruszyła w stronę miasta.
Docierając do placu miejskiego w Ravengro ruszyła zgodnie z instrukcjami z listu na południe. Zasłaniając szczelniej twarz przed ciekawskimi spojrzeniami mijanych mieszkańców miasta. Przyjechała dla człowieka, który kiedyś nie zapytał, ile jest warta schwytana egzotyczna uciekinierka, tylko czy przyjmie pomocną dłoń by samodzielnie stanąć na nogi w tym ponurym regionie. Człowieka, który nie żył. Śmierć Petrosa była przykrą niespodzianką, a z listu wynikało, że była nagła i wydarzyła się w przykrych okolicznościach. Profesor nie był głupcem, zawsze miał plan, zawsze był przygotowany na ryzyko, a od wykrywania spraw nagłych i przykrych miał Alicię. Dlaczego jej nie wezwał jak przy dziesiątkach innych okazji, kiedy było trzeba wykonać coś skrajnie niebezpiecznego i nie do końca zgodnego z prawem.
Alicia rozpoznała posiadłość Lorrimorów po książkach. W szparach między zasłonami dawało się dostrzec wysokie regały uginające się od książek. Profesor nigdy nie potrzebował złotych klamek, żeby udowodnić, że ma coś ważnego do powiedzenia. Przed wejściem stała garstka ludzi. Czarne płaszcze, parasole, przyciszone rozmowy. Woda ściekała z okapu i rozbijała się o kamienne stopnie. Alicia zwolniła. Policzyła obecnych. Obejrzała drzwi, okna, boczną ścianę budynku. Wejście, wyjście, osłona, miejsce, w którym można się schować, gdyby coś poszło źle.
Potem spojrzała na Kendrę, westchnęła cicho, nie była jeszcze gotowa na te spotkanie. Kobieta stała w czarnej sukni i welonie. Miała zaczerwienione oczy i twarz kogoś, kto od wielu godzin usiłuje nie rozsypać się na kawałki, bo wciąż są ludzie, których trzeba przyjąć, pozdrowić i podziękować im za przybycie.
Alicia poczuła, jak coś zaciska się jej w gardle. Kendrę widywała jako dziewczynkę, uskarżającą się na brak uwagi zapracowanego ojca. W Lepidstadt widywały się często, kiedy Petros nauczał Alicie pisać i czytać. Później Alicia musiała się odsunąć od dziewczynki z powodu pochodzenia i charakteru wykonywanych przysług dla profesora. Stała się z uczennicy i gościa cieniem stojącym za fotelem ojca, białym królikiem wyskakującym z okna przy pierwszych odgłosach kroków, polarnym lisem podrzucającym piękny bursztyn pod poduszkę. Teraz Kendra stała przed nią jako dojrzała kobieta, z którą od dawna nie utrzymywała kontaktu, a może nie pamiętała jej wcale.
Niziołka podeszła, zdjęła kaptur i otrząsnęła go odruchowo. Zorientowawszy się, że kilka kropel poleciało na próg, zmarszczyła nos i przetarła butem kamień. Rude loki rozlały się na ramiona zakrywając białe lisie futro. Palce usunęły materiał z opalonej twarzy smaganej latami północnymi wichrami, a bursztynowe oczy zaświeciły początkiem wzbieranych łez. - Kendra.
Nie dodała żadnego tytułu. Nie próbowała układać odpowiednich słów, bo te, które znała, wydawały jej się za małe. - Przykro mi - powiedziała w końcu.
- Wiem, że to słowa, które ludzie mówią, kiedy nie potrafią niczego naprawić. Ale naprawdę mi przykro.
Przez chwilę patrzyła na córkę profesora, a potem objęła ją ostrożnie, niezgrabnie, jak ktoś, kto zna uścisk jako obietnicę ochrony, nie jako towarzyski gest. Jej ręce były zimne od deszczu.
- Twój ojciec uratował mi życie. Ale nie tylko dlatego jestem tutaj. Potraktował mnie jak osobę, kiedy inni widzieli we mnie rzecz, którą można sprzedać. Nie zapomnę tego. Cofnęła się o krok. Przez moment wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zamiast tego skinęła głową.
-Nie musisz teraz być silna dla wszystkich. Jeśli ktoś będzie od ciebie czegoś chciał, może poczekać. A jeśli nie potrafi poczekać, mogę mu pomóc zrozumieć. - Zabrzmiało to niemal uprzejmie. Niemal.
Alicia spuściła wzrok na własne przemoknięte ubranie. -Nie jestem dobra w pocieszaniu. Na północy, kiedy ktoś umiera, przynosimy rodzinie jedzenie, pilnujemy ognia i nie pozwalamy jej siedzieć samej. Z jedzeniem mogę pomóc. Z ogniem też. Z ludźmi… - zerknęła na żałobników - …będę musiała improwizować. - Przez jej twarz przemknął cień uśmiechu. - Powiedz tylko, gdzie mam stanąć.
Alicia po paru minutach przyjrzała się pozostałym zebranym. Nie patrzyła na nich jak na mieszkańców miasta, urzędników czy ludzi o odpowiednich tytułach. Patrzyła na nich jak na nieznane zwierzęta w obcym lesie: uważnie, bez pochopnych wniosków, szukając znaków, które mogłyby powiedzieć jej, czego się po nich spodziewać. Vashian Hearthmount wyglądał jak człowiek przyzwyczajony do wydawania rozkazów i oczekiwania, że zostaną wykonane. Alicia zauważyła jego postawę, staranny strój i kapelusz. Skinęła mu głową z szacunkiem, ale bez ukłonu, który mógłby pomylić z poddaństwem.
- Dzień dobry. Szkoda, że poznajemy się przy takiej okazji. Nie próbowała prowadzić rozmowy na siłę. Jeśli mężczyzna chciał mówić, mogła słuchać. Jeśli wolał milczeć, milczenie jej nie przeszkadzało.
Gharen Muricar przyciągnął jej uwagę żywym spojrzeniem. Alicia nie ufała automatycznie ludziom, którzy dużo widzieli, ale ceniła tych, którzy wciąż byli ciekawi świata. Odwzajemniła jego spojrzenie, jakby chciała sprawdzić, czy potrafi patrzeć równie uważnie jak ona. - Znał pan profesora dobrze? -zapytała prosto.
Zokar Elkarid wyglądał na kogoś, kto mógłby nakarmić pół plemienia, a potem narzekać, że ktoś zostawił za dużo okruszków. Alicia uznała to za dobrą cechę. Przywitała go krótkim skinieniem, a gdy dostrzegła jego syna, Pevrina, odruchowo przesunęła wzrok na chłopca. - Trudno ci tutaj? - spytała go półgłosem. - Tyle dorosłych, a każdy udaje, że wie, co robi. Nie czekała na odpowiedź. Zostawiła mu tylko porozumiewawcze mrugnięcie, jakby oboje należeli do tajnego stowarzyszenia ludzi, którzy nie zawsze rozumieją obyczaje dorosłych.
Jominda Fallenbridge, miejscowa aptekarka, wyglądała na osobę praktyczną. Alicia zapamiętała jej twarz i ubranie. Ludzie, którzy potrafili opatrywać rany i rozpoznawać trucizny, byli cenni. Nie zamierzała od razu wypytywać jej o lekarstwa, ale odnotowała w pamięci, gdzie może ją znaleźć, jeśli ktoś zostanie ranny. - Dobrze mieć w mieście kogoś, kto umie naprawiać ludzi — powiedziała jej cicho. - Chociaż mam nadzieję, że nie będę musiała sprawdzać pani umiejętności.
Dopiero potem spojrzała na siostrę Marię. Zakonnica stała na uboczu, bosa, blada, w czarnym habicie. Kosa na jej plecach sprawiała, że Alicia przez moment zastanowiła się, czy to zwyczajny atrybut zakonu, czy może ostrzeżenie dla świata. Śnieżnobiałe włosy, głęboko nasunięty welon i nieruchoma postawa nie pasowały do żadnej kapłanki Sarenrae, którą znała. Podeszła na tyle blisko, by nie musieć podnosić głosu. - Siostro. Zawahała się, szukając właściwych słów. - Nie znam waszych zwyczajów. Ale wiem, że śmierć nie potrzebuje pomocy w straszeniu żywych. Jej wzrok na moment zatrzymał się na kosie. - Mam nadzieję, że niesie ją siostra po to, by chronić tych, którzy jeszcze oddychają. Nie czekała na zapewnienie ani wyjaśnienie. Skinęła głową i odeszła. Nie zamierzała osądzać zakonnicy po wyglądzie, lecz nie zamierzała też ignorować własnego niepokoju. W końcu to właśnie profesor nauczył ją, że ciekawość bez ostrożności bywa równie niebezpieczna jak strach bez rozumu.
Po paru minutach niziołka ruszyła w kierunku trumny jedynie po to, aby się nagle zatrzymać. Przez kilka uderzeń serca nie potrafiła się poruszyć dalej. Profesor powinien siedzieć przy jednym z regałów, z książką otwartą na kolanach i kolejnym pytaniem, na które nie znała odpowiedzi. Powinien unosić brwi, kiedy opowiadała mu o tradycjach plemienia, i udawać, że nie dostrzega, gdy podkradała suszone owoce z miski stojącej na biurku. Powinien żyć.
Niziołka zacisnęła szczękę. Podeszła do trumny powoli, stawiając kroki tak ostrożnie, jakby ziemia pod nią mogła się załamać. Z sakiewki wyjęła niewielki, żółtopomarańczowy kamień. Był gładki, ciepły od noszenia przy ciele. Nie miał żadnej wartości dla kupca, ale dla Alicii przypominał skrawek światła, który można zabrać ze sobą nawet wtedy, gdy niebo robi wszystko, żeby je zgasić. Położyła go obok świecy. - Przyniosłam ci słońce - szepnęła. - Wiem, że to głupie. Tutaj niebo jest wiecznie mokre, a kamień nie ogrzeje nikogo poza mną. Przez chwilę patrzyła na zamknięte wieko. - Powiedziałeś mi kiedyś, że wiedza nie należy do tych, którzy ją posiadają, tylko do tych, którzy się nią dzielą. Nie wiem, czy to prawda. Ale wiem, że ty podzieliłeś się ze mną czymś ważniejszym niż książki.
Pochyliła głowę. Nie znała modlitw, które wypadało odmawiać przy zmarłym. Nie znała też właściwych słów Pharasmy i nie zamierzała udawać, że je zna. Zamiast tego zamknęła oczy i przycisnęła dłoń do bursztynowego amuletu. - Siostro Popiół prowadź go przez ciemność. Niech nie zgubi drogi. A jeśli po drugiej stronie jest ktoś, kto zechce go osądzić, niech najpierw pozwoli mu dokończyć zdanie. Profesor miał zwyczaj mówić długo. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu, ale zniknął niemal natychmiast. -Nie wiem, co się stało. Jeszcze nie. Ale się dowiem. Obiecuję.
Odsunęła się od trumny. Przez moment wyglądała, jakby chciała dotknąć drewna, jednak ręka zatrzymała się w połowie drogi. Opuściła ją i zacisnęła palce na brzegu płaszcza. W końcu odwróciła się i wróciła do Kendry. Nie powiedziała jej, że wszystko będzie dobrze. Alicia nie składała obietnic, których nie mogła dotrzymać. Zamiast tego stanęła blisko niej, na tyle blisko, by Kendra nie musiała szukać jej wzrokiem, jeśli nagle zabraknie jej sił.
Kiedy akolita Pharasmy wystąpił przed katafalk, Alicia ucichła. Słuchała modlitwy w skupieniu, choć słowa o Rzece Dusz i sądzie Pani Grobów były jej obce. Nie zamierzała obrażać obrzędu tylko dlatego, że należał do innej wiary. Każdy lud miał własny sposób odprowadzania zmarłych, a ona wiedziała, jak ważne jest, by ci, którzy zostają, mogli pożegnać swoich bliskich. Gdy duchowny zapytał, czy ktoś z rodziny lub przyjaciół profesora zechce pomóc nieść trumnę, Alicia uniosła głowę. Przez krótką chwilę spojrzała na uchwyty. Wiedziała, że nie jest silna. Wiedziała też, że inni mogą uznać, iż tak mała osoba nie powinna brać na siebie takiego ciężaru. Niziołka już miała ruszyć naprzód, kiedy zatrzymała ją dłoń Kendry na ramieniu. Spojrzała na nią i powoli chwyciła ją ze rękę zapewniając o swojej obecności.
Gdy kondukt ruszył wilgotnymi, błotnistymi uliczkami Ravengro ku świątyni, szła tuż za Kendrą, gotowa w każdej chwili dobyć sztyletów ukrytych w cholewach butów, by uciąć wszelkie zagrożenie czające się w cieniu tutejszych mgieł.