Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
Janusz PodziemiJ

Janusz Podziemi

@Janusz Podziemi
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
29
Tematy
6
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Trzewik nie odpowiada od razu, i to nie jest to samo milczenie, co twoje.

    — Dziewczynka — mówi w końcu. — Nie chłopiec.

    Podnosi kosz z ziemi i zarzuca na ramię.

    — Poznam cię. Nie dzisiaj. Za tydzień. I nie będziesz mi nic winien, bo ja tego nie liczę. Od pięćdziesięciu lat nie liczę i jeszcze nie zbankrutowałem.

    Rusza. Nie sprawdza, czy idziesz.

    — Ale skoro już o długach mowa. Pieniądze rozumiesz? Monety. Złoto, srebro, miedź, krążki z metalu, dajesz komuś krążek, dostajesz chleb. Jedzenie.

    Nie czeka długo na odpowiedź. Najwyraźniej tak samo pyta wszystkich i zdążył się nauczyć, że nie ma na to jednej odpowiedzi.

    — Nieważne skąd te monety. Bite w miejscach, o których nikt tu nie słyszał, z profilami władców, którzy dawno nie żyją. Nikogo to nie obchodzi. Ma być kruszec i ma się zgadzać waga. Kupiec kładzie ci to na szalkę, nie patrzy na stempel, tylko na wskazówkę, i tyle.

    Wchodzi między wozy, a tłum rozstępuje się przed nim, zanim zdąży kogokolwiek poprosić.

    — Gorzej, kiedy trafisz na kogoś, kto monet nie chce. A trafisz. Jest tu handlarz, który za instrument bierze wyłącznie kamienie w kolorze, którego nie umiem ci opisać, bo nie istnieje w tym świecie. Jest baba, co sprzedaje składniki do czarów i przyjmuje zapłatę tylko w czymś, czego ci nie opiszę, bo byś drugi raz zwymiotował. I są tacy, co biorą lata.

    Zatrzymuje się na moment, żeby przepuścić wóz.

    — Nie zapłatę za lata. Lata. Twoje. Podpisujesz, dostajesz upragnioną rzecz, i jesteś o siedem lat bliżej śmierci, niż byłeś rano. Taki handel też jest tu legalny.

    Idzie dalej.

    — Kardus ma rację co do długów, tylko mówi to tak, jakby to była ustawa. To nie ustawa, to raczej pogoda. Jak będziesz chciał coś od kogoś w tym mieście, to i tak się dowiesz, ile to kosztuje. Ale nie zaczyna się od długów. Zaczyna się od tego, żeby wiedzieć, gdzie się jest. Dlatego idziemy do łaźni. Jest w dzielnicy Sześciu Dłoni. My jesteśmy w Miechach. Musimy przejść przez Stukramie.

    92fcb826-3e38-49cc-abe4-8233046a4460-image.jpeg

    Miechy. Jedna z wielu dzielnic Stubramia.

    Pierwsze pięć czy sześć łokci każdego domu to kamień starszy niż dom. Bloki dopasowane do siebie tak ściśle, że nie ma między nimi zaprawy. Wyżej idzie cegła, glina, deska, blacha, i im wyżej, tym mniej staranności, jakby budowniczowie wiedzieli, że dolna część i tak wytrzyma wszystko, co postawią na górze. Gdzieniegdzie w tym kamieniu wycięto otwory na drzwi i okna, i widać, że wycinał je ktoś później, bo krawędzie są poszarpane, a reszta nie.

    Cztery kuźnie na jednej ulicy. Żadna nie ma pełnej ściany od frontu; palenisko stoi otwarte na przechodniów, a żar bije wprost na bruk, więc idzie się przez naprzemienne pasy gorąca i cienia, i po dziesięciu krokach przestajesz zwracać na to uwagę. Powietrze ma smak. Metaliczny, ten sam, co krew w gardle, tylko suchszy.

    Nad wejściem do każdej kuźni wisi praktycznie to samo: podkowa, kołek, a na kołku para butów. Starych, zdartych, po kimś.

    — Buty są po tych, co zginęli przy palenisku, podczas buntu żywiołaków ognia — mówi Trzewik przez ramię. — Tak mówi jeden kowal. Drugi mówi, że po dziadkach, i że to na szczęście. Trzeci mówi, że wisiały tu, zanim postawiono kuźnie. Pytałem wszystkich trzech.

    W piątym warsztacie nie kują. Stoi tam coś wielkości wozu i nie jest wozem. Nie ma dyszla ani miejsca, gdzie dyszel mógłby być. Koła są cztery, ale przednie mniejsze od tylnych i osadzone w widłach, które dają się obracać. Z tyłu sterczy stożek z blachy zwinięty w spiralę, wypolerowany od środka. Rama jest z drewna okutego mosiądzem, a na niej jedno siedzisko, jedno, z pasami z rzemienia, i to te pasy mówią najwięcej, bo nikt nie przypina się do wozu, który ciągnie wół.

    Gnomka w skórzanym fartuchu klęczy przy tym czymś i pracuje nie nad kołem ani nad osią, tylko nad kamieniem wielkości pięści, wsadzonym w klatkę z drutu pośrodku ramy. Kamień jest matowy. Kiedy dotyka go dwoma palcami, na moment przestaje być matowy, a we wszystkich czterech piastach odzywa się cienki, wysoki dźwięk. Wszystko na ulicy w promieniu kilku kroków porusza się o włos. Kurz podskakuje.

    Klnie i przykrywa kamień dłonią. Dłoń jest ze stali, palce mają przeguby jak u zbroi, a spod rękawa fartucha widać, że reszta pewnie też. Dźwięk gaśnie.

    Pod ścianą warsztatu stoją pod płótnem trzy inne, każdy inny, i z jednego wystaje coś, co jest chyba skrzydłem.

    — Do środka nie wchodź — mówi Trzewik, nie zwalniając. — Ona wpuści każdego, kto zapyta, i potem nie da wyjść do wieczora. A ty masz dzisiaj inne sprawy.

    Kawałek dalej sprzedają wodę. Kobieta z dwoma wiadrami na nosidle, ceną wypisaną kredą na fartuchu i kubkiem na łańcuszku, którego nikt nie myje. Przy niej kolejka. To pierwsza rzecz w tym mieście, przy której ktokolwiek stoi w kolejce.

    Za rogiem kolejnej ulicy, dziura w bruku, wielkości koła od wozu, obstawiona czterema kamieniami i owinięta sznurem. W środku ciemno. Sznur jest nowy, kamienie stare, a bruk wokół wydeptany na gładko, bo wszyscy ją omijają i robią to od dawna. Nikt nie zagląda.

    Wchodzicie po schodach. Na jednym ze stopni siedzi coś w kapturze, rozmiarów dziecka, i sprzedaje gwoździe na sztuki. Przy nodze ma dwie miski. W jednej brzęczy bilon. W drugiej nie ma monet.

    Mieszkańcy wyglądają różnie i nikt tego nie komentuje. Mijasz kogoś o skórze jak kora. Mijasz dwoje, którzy trzymają się za ręce i mają dokładnie po tyle samo palców, tylko że po siedem. Mijasz zupełnie zwyczajnego mężczyznę z wąsem, który je bułkę, i przez chwilę to on wydaje ci się najdziwniejszy na tej ulicy.

    Nikt się nie odwraca za tobą. Trzewik miał rację.

    Bruk pod stopami jest w jednym miejscu starty inaczej niż wszędzie. Dwa równoległe pasy, gładkie, wąskie, biegnące środkiem ulicy i znikające za zakrętem. Za wąskie na koła wozu. Za daleko od siebie jak na ślad sań.

    Po jakichś dwustu krokach ulica zaczyna się wznosić i między dachami widać, dokąd idziecie: w górę, gdzie kamień robi się jaśniejszy i gęściej postawiony, a nad wszystkim stoi łuk tak wielki, że dwie wieże sięgają mu ledwie do połowy przęsła.

    Rozgrywka solo retrospekcja

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Kluzjusz Kardus nie odpowiada od razu. Słucha tylną twarzą, bo przednia patrzy już w stronę wylotu ulicy.

    — Pokój, harmonia... Słońce i księżyc — powtarza. — Albo dwa. Pola, skały, brąz. Lato i zima.

    Milknie na dwa oddechy.

    — Zapisać: „praworządna sfera zewnętrzna, nieustalona". Do weryfikacji z kwestorem w Podwojach.

    Skrobanie rylca. Zapisane. Kardus odwraca się do ciebie i wskazuje palcem w zbrojnej rękawicy.

    — Ystyriaeth. Podałeś to imię, więc jest teraz twoje. Radzę zapamiętać, jak brzmiało, bo mieszkańcy tutaj bardzo szybko zaczynają mówić do ciebie inaczej i po trzech miesiącach nie pamiętasz, jak było na początku.

    Rusza. Trzej pozostali ruszają razem z nim bez rozkazu. Dwóch przodem, jeden z tyłu, w odstępach, które muszą być przećwiczone. Ten z medalionem mija cię i nie patrzy. Kardus nie odwraca się, żeby powiedzieć ostatnie zdanie. Nie musi.

    — Siedem dni, chuda żabo. Liczę od dzisiaj.

    Złote zbroje Zakonu Janusowego znikają za rogiem.

    Trzewik czeka jeszcze chwilę.

    — Ystyriaeth — powtarza po chwili. Wymawia poprawnie za pierwszym razem. — Dobre imię. Trudne, to i nikt ci go nie skróci na złość, tylko z lenistwa. Zapamiętam.

    Milknie na moment.

    — Co do nietypowości... Widzisz tego na dachu po lewej? Nie patrz za długo, on tego nie lubi. Siedem rąk. Kryje gont najlepiej w Miechach i bierze za to potrójnie. Chłopak od gwoździ, ten w fartuchu przy tamtym warsztacie, przyszedł tu przez portal sto czterdzieści lat temu i wygląda na piętnaście, bo tam skąd przyszedł piętnaście lat trwa dłużej. Mieszka tu też taka kobieta, co ma dziecko, które śpi tylko w dzień i mówi w starożytnym języku.

    Zadziera głowę do góry, żeby spojrzeć ci w oczy.

    — Nikt na ciebie tutaj nie patrzy. Naprawdę nikt. Przez pierwszy tydzień wszyscy tak robią — chodzą i czekają, aż ktoś ich wyśmieje. Nikt nie wyśmieje. Tu nie ma z czego, bo połowa miasta byłaby następna w kolejce. Kardusem się nie przejmuj. To duergar z Podmiasta, którego od rana boli głowa od słońca.

    Rozgląda się po ulicy, raz w jedną stronę, raz w drugą, i dopiero potem mówi.

    — Jedno tylko. Nie mów każdemu, że przyszedłeś dzisiaj. Nie dlatego, że to wstyd. Dlatego, że są tacy, co czekają na świeżych, i płacą uczciwie, i to jest w tym najgorsze.

    Rozgrywka solo retrospekcja

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Otwierasz oczy.

    Pierwsze, co widzisz, to szkło. Dwa owalne, przydymione szkła w mosiężnej oprawie, która nie kończy się przy skroniach, tylko obiega całą głowę pierścieniem. Po drugiej stronie tego pierścienia są jeszcze dwa. Głowa jest zgolona na całym obwodzie. Gładka. Nie ma na niej tyłu.

    Bo z tyłu jest twarz.

    Ta sama szczęka, ten sam nos jak dziób, ta sama broda i ten sam wąs, szeroki i utrzymany z pedanterią, która musi kosztować czas codziennie rano. Obie twarze są tą samą twarzą, zrobioną dwa razy. Przednia patrzy na ciebie. Tylna patrzy w głąb ulicy.

    Metr sześćdziesiąt, może mniej, i mimo to jest z tych kształtów, przy których nie przychodzi do głowy słowo „mały". Kanciasty, ciężki, masywne barki pod płytą. Skóra ma kolor mokrego kamienia.

    Zbroja barwy starego złota jest wypolerowana tak, że w naramienniku widzisz kawałek własnej twarzy, wydłużony i pożółkły, i to jest pierwszy raz, kiedy widzisz ją od przybycia.

    Zbrojny stoi w pełnym słońcu i słońce mu nie służy. Szkła są przydymione nie dla ozdoby. Skóra pod oczami jest ściągnięta, bruzdy przy nosie za głębokie jak na tę porę dnia, a oddech nadal idzie przez zaciśnięte zęby. Nie ze złości. Tak oddycha ktoś, kto od rana ma w głowie ból i postanowił nie zwracać na to uwagi.

    556579a9-f796-45ca-8ecc-5d966169ad44-image.jpeg

    Odwracasz głowę w lewo, potem w prawo, powoli.

    Po lewej zbrojny. Ma wąski medalion na rzemieniu — dwie twarze wybite w mosiądzu — i trzyma go w garści od dłuższej chwili, patrząc na ciebie tak, jak patrzy się na tekst, który się właśnie czyta. Kiedy wasze spojrzenia się spotykają, rozluźnia palce i medalion opada na napierśnik. Pokazuje Kardusowi otwartą dłoń.

    Po prawej: zaułek, wylot komory, z której krzyczały dzieci. Dzieci już nie ma. Nie słyszałeś, kiedy poszły.

    Kardus przygląda się twoim uszom po kolei, z odległości dłoni, nie dotykając. Trwa to krócej, niż trwałoby zawiązanie buta.

    — Bez ceremorfozy — mówi w bok, do swoich, tonem kogoś, kto dyktuje do księgi. — Czysty, kapłan potwierdził. Zapisz.

    Ktoś z tyłu rzeczywiście zapisuje.

    Ceremorfoza...

    Palec w rękawicy stuka dwa razy w napierśnik, w miejsce, gdzie wybito znak.

    — Kluzjusz Kardus. Zakon Janusowy. Kluzjusz to ten, który zamyka portal. Przyszedłeś do miasta, więc jesteś mój. Zwyczaje masz proste. Nie uciekasz z miasta, nie wchodzisz nikomu do domu nieproszony. Przez pierwszy tydzień śpisz tam, gdzie ci każą spać, i to on ci powie, gdzie. — Przechyla głowę w stronę Trzewika. — Przez siedem dni jesteś zapisany jako przybysz i nikt ci nic nie zrobi, bo za ciebie odpowiadam. Po siedmiu dniach jesteś mieszkańcem i wtedy sam za siebie odpowiadasz, a to jest gorsze, tylko jeszcze o tym nie wiesz. Obywatelem możesz zostać po siedmiu latach.

    Trzewik od dłuższej chwili otrzepuje wieko kosza z kurzu, którego na nim nie ma. Teraz przestaje.

    — Kosz masz od niego, nie ode mnie — mówi Kardus. — Ser, mydło, ręcznik, woda. Do tego kartka do łaźni pod wodospadem, ważna przez tydzień. Idź tam dzisiaj. Wszyscy tam idą i wszyscy wracają spokojniejsi, a mnie zależy, żebyś był spokojny.

    Ser nadal leży na wieku kosza, rozwinięty, przesunięty w twoją stronę i nietknięty.

    — Za niestosowne zachowanie cię nie zamknę. Rzygał tu już każdy. — Bruzdy przy nosie pogłębiają się o włos i to jest prawdopodobnie wszystko, co ta twarz robi zamiast uśmiechu. — Ale jedno zapamiętaj. Pytałeś o zwyczaje uprzejmie i to dobrze. Tutaj uprzejmość nic nie kosztuje i nic nie znaczy. Znaczy to, komu jesteś winien i kto jest winien tobie. Od dzisiaj jesteś winien mnie siedem dni spokoju.

    Odwraca się do odejścia. To znaczy odchodzi, nie przestając na ciebie patrzeć, bo teraz patrzy druga twarz.

    — Skąd przyszedłeś? I nie mów mi, że nie pamiętasz.

    Trzewik bierze zawiniątko z wieka i podaje ci je do ręki.

    Rozgrywka solo retrospekcja

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Zamknąłeś oczy.

    Najpierw hałas to monolit. Potem rozpada się na części.

    Trzy młoty, w trzech różnych warsztatach, każdy w swoim tempie. Rozchodzą się, schodzą na moment w jedno i znowu rozchodzą. Wóz na okutych kołach, daleko. Pies, chyba pies, bo szczekanie brzmi jak język. Dwa głosy targujące się słowami, których nie ma w żadnej z czterech znanych ci mów, ale rytm jest znajomy, jakby ktoś liczył. Woda z rynny, cienka, nierówna. Mucha? Przy uchu, potem nie przy uchu.

    Szelest. Zawiniątko rozwijane dalej, warstwa po warstwie, bez pośpiechu.

    Jeden zbrojny przestępuje z nogi na nogę i płyta na jego udzie skrzypi przy każdym przeniesieniu ciężaru. Skrzypi z dwadzieścia razy. Jej właściciel nudzi się... albo denerwuje.

    Głos tego, który mówił wcześniej, wraca, ale przychodzi z niewłaściwej strony. Zbrojny stoi tam, gdzie stał, jest obrócony tak, jak był obrócony, a mowa idzie od tyłu jego głowy.

    Zbroja skrzypi inaczej. Ktoś zrobił krok w twoją stronę.

    — Zostaw, Kardusie — mówi Trzewik, nie podnosząc głosu. — Siedzi i oddycha. Też byś tak zrobił.

    Kolejny krok pada i tak.

    — Ja też bym tak zrobił, gdybym chciał, żeby mnie zostawiono. Ty, wstawaj. — Rozkazał gardłowy głos.

    Coś twardego dotyka twojego kolana. Drzewce halabardy, bez nacisku.

    — Nie proszę cię drugi raz, tylko powtarzam pierwszy. Wstań i otwórz usta. Szeroko. Następnie oczy. Potem odwrócisz głowę na lewo i na prawo i pozwolisz mi zajrzeć sobie w uszy. Zajmie to tyle, co zawiązanie buta, i skończy się dobrze dla ciebie albo nie skończy się dla nikogo.

    Oddech przez zęby jest teraz bardzo blisko. Krótszy niż przedtem.

    — Ser zjesz potem. Jeszcze nigdy nikomu tu nie uciekł.

    Rozgrywka solo retrospekcja

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Jest lekko.

    Trwa to tyle, co jedno mrugnięcie, i nie ma w tym żadnej treści. Szarość bez źródła światła. Ciało, które nic nie waży.

    Nagle, ciężar wraca. Kolana uderzają w kamień pierwsze, dłonie drugie. Kamień jest zimny, suchy i ma pod palcami drobne, równoległe bruzdy. Za równe. Powietrze jest rzadkie. Pierwszy oddech nie wystarcza, drugi też nie, trzeci w połowie zamienia się w kaszel.

    Komora ma sklepienie. Nie ma okien. Kurz stoi w niej równomiernie, jakby nikt nie wchodził tu dostatecznie długo, żeby go strącić. Pod ścianami rzędy kamiennych płyt, a na płytach imiona. Prawie wszystkie zatarte. Nie skute, nie zniszczone. Ktoś przejeżdżał po nich dłonią albo szmatką przez bardzo długi czas, aż litery zeszły i zostały tylko płytkie zagłębienia.

    Za plecami coś stygnie. Łuk wmurowany w ścianę, z którego jeszcze przed chwilą szło ciepło, przestaje być czymkolwiek poza kamieniem.

    ***

    Schody. Prowadzą w górę. Wykute w skale. Mają niewłaściwe wymiary. Każdy stopień jest za wysoki o dwie dłonie i za płytki o pół stopy. Stopa nie mieści się na nim cała. Żeby iść, trzeba stawiać ją bokiem albo wspinać się na palcach, i po dwudziestu stopniach mięśnie ud zaczynają piec. Wyślizgane są tylko pośrodku. Krawędzie każdy ma ostre, jakby wykuto je wczoraj. Coś chodziło tędy przez wieki i nie dotykało brzegów.

    Mięśnie ud pieką. Do góry jeszcze daleko.

    ***

    Mięśnie ud przestały piec.

    Korytarz, poziomy, z zaklętą lampą w niszy. Świeci słabiej, niż powinna. Dłonie są otarte do krwi, po wewnętrznej stronie palców. Kolana są brudne od czegoś ciemniejszego i tłustszego niż kurz.

    ***

    Korytarz rozwidla się i jedno z odgałęzień kończy się otworem w podłodze.

    To szyb. Pionowy, wykuty starannie, o przekroju, który nie jest ani kołowy, ani czworokątny. Schodzi w dół głębiej, niż sięga światło. Nie ma w nim stopni. Nie ma drabiny, klamer, śladów po klamrach, haków, uchwytów. Ściany są równe i czyste.

    Nikt tego nie zamurował.

    Coś w mięśniach brzucha reaguje wcześniej niż myśl. Nie jest to strach. Potem przychodzi coś innego. Nie jest to myśl, tylko pewność.

    To nie zostało zbudowane dla ludzi. Nie dla kogoś wyższego ani niższego. Dla czegoś, co się nie wspina, nie potyka, nie sięga do klamki. Nie ma do tego imienia. Nie ma wspomnienia, obrazu, twarzy. Jest tylko to, co zostaje, kiedy wspomnienie się usunie, a reakcja zostanie, i ta reakcja mówi jedno: stąd się uciekało. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo kto, nie wiadomo, czy udało się komukolwiek. Czy to on uciekał? Jego przodkowie?

    Mistrz wiedział. Mistrz nie wysyłał nikogo w przypadkowe miejsce, nie po latach przygotowań, nie z listem napisanym z góry, nie z księgą, którą trzymał od pierwszego dnia.

    Po co mnie tutaj wysłałeś.

    Kamień nie odpowiada.

    Potem przychodzą mdłości i wszystko robi się białe po brzegach.

    ***

    Ktoś mówi.

    Głos jest kobiecy, obcy, mówi szybko i w niczym, bardzo blisko ucha. Pod pachą jest czyjaś ręka. Potem tej ręki nie ma, a kroki oddalają się w prawo i nie wracają.

    Otwarte oczy. Siedząca pozycja, plecami do ściany, nogi wyprostowane przed siebie. Nad głową otwarte niebo, ostre i żółte. W dłoni wgnieciony cynowy kubek, pusty. W ustach smak wody. Stęchłej, ale wody.

    Nie wiadomo, kto ją nalał, ani ile czasu temu, ani jak długo się ją piło.

    ***

    Ulica.

    Hałas uderza pierwszy: kilkaset głosów naraz, blacha, koła po bruku, ktoś wykrzykuje cenę, ktoś się śmieje. Kurz stoi w świetle słupami. Zapachy nakładają się bez porządku. Pot, olej, uryna, dym, coś smażonego, coś zepsutego.

    Nadproże nad wejściem do sklepiku po lewej wykonano z jednego bloku kamienia, wyraźnie starszego niż mur, w który go wstawiono. Rowkowanie o czterokrotnej symetrii promienistej, rozchodzące się od punktu, którego w bloku już nie ma, bo kamień przycięto do wymiaru drzwi. Za równe. Pod spodem stoi skrzynka z suszoną rybą.

    Drzwi obok nie mają zawiasów, klamki ani śladu po zamku. Są wpuszczone w otwór z dokładnością, jakiej nie osiąga się drewnem. Ktoś przybił do nich gwoździem tabliczkę: NIE OTWIERAĆ. NIE DZIAŁA OD LAT. NAPRAWDĘ.

    Żołądek podchodzi wyżej.

    ***

    Dwoje dzieci wbiega do komory na końcu zaułku i zaczyna krzyczeć.

    Krzyczą bez powodu, z przyjemności, na całe gardło. Dźwięk wchodzi w komorę i nie wraca. Nie ma echa, nie ma pogłosu, nie ma nawet tego półsekundowego ogona, który zostawia po sobie każde puste wnętrze pod kamiennym sklepieniem.

    Robią to jeszcze raz i śmieją się. Musiały odkryć to dawno temu.

    ***

    fa4df0b2-c06e-4d6c-b6e4-826f64b83644-image.jpeg

    Zapach sera.

    Jest tak nie na miejscu wśród reszty, że przez moment zagłusza wszystko inne. Bicie młotów z trzech warsztatów naraz, nierówne, każdy w swoim rytmie, tak że uderzenia raz się rozchodzą, raz schodzą w jedno i wtedy idą przez bruk w stopy. Gorąco od palenisk stoi w powietrzu i nie ma jak z ulicy uciec.

    Zapach sera idzie z wiklinowego kosza, który trzyma na ramieniu ktoś niski. Metr dwadzieścia razem z kapeluszem, siwy, siedemdziesiąt kilka lat, ani trochę niezaskoczony. W koszu widać ręcznik, bukłak, kostkę mydła i trzy zawiniątka.

    Za nim, w odległości dziesięciu kroków, stoi czterech zbrojnych w wypolerowanych płytach barwy starego złota. Halabardy trzymają grotami w dół, w postawie ludzi, którzy robią to po raz tysięczny i się nudzą.

    — Spóźniliśmy się...

    Niski stawia kosz na ziemi, prostuje się i otwiera usta.

    — Witaj, przybyszu. Jestem Trzewik. Mamy tu taki zwyczaj, żeby witać wszystkich...

    Dźwięki układają się w słowa dopiero w połowie zdania. Wcześniej były szumem.

    Jeden z halabardników obraca głowę do drugiego. Z tyłu głowy ma drugą twarz - oczy, nos, usta, wszystko. Nie tatuaż. Żyjącą twarz! Mówi półgłosem do drugiego, z ręką przy przednich ustach, patrząc w bok. Nie ścisza się dostatecznie.

    — ...illithid. Zajrzeć mu w ucho, dzisiaj.

    Trzewik nie odwraca głowy. Rozwija pierwsze zawiniątko, kładzie je na wieku kosza i przesuwa o kilka cali w stronę przybysza, tak jak się to robi zwierzęciu, przy którym nie wykonuje się gwałtownych ruchów.

    — Nie słuchaj ich — mówi. — Oni to mówią o każdym. Jedz.

    Illithid. Słowo zostaje w mglistej pamięci. Nie ma dla niego gotowego obrazu ani znaczenia, nie znaczy nic, a mimo to kłuje dokładnie w to samo miejsce pod mostkiem, w którym siedzi od rana szyb bez stopni, dziwaczne schody i kamień, który jest za równy.

    Ser pachnie.

    Rozgrywka solo retrospekcja

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Dzięki! Dogadamy szczegóły na pw. Zaczniemy od indywidualnego intro tutaj. Wątek drużynowy ruszę dopiero jak będzie komplet graczy na pokładzie.

    Rekrutacje

  • Notturno-09-REM
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Dzień osiemdziesiąty dziewiąty według rachuby Notturno
    Wieczór
    Podmiasto Stubramia
    Aleja Tysiąca Dłoni

    Najpierw idzie tam, gdzie iść nie warto. Jedenaście wilgotnych stopni w dół, a na ich końcu drzwi do sklepu Kirriwima. Zabite deskami przez kogoś, kto nie miał do tego ani serca, ani odpowiednich gwoździ. Trzeci dzień tak samo. Notturno stoi przed nimi dokładnie tyle, ile trzeba, żeby ustalić, że nic się nie zmieniło, po czym wraca na górę i pozwala nogom zrobić to, co robią zawsze, kiedy nie mają nic mądrzejszego do roboty.

    Niosą go pod ocynowaną rynnę.

    To miejsce po przeciwnej stronie ulicy naprzeciwko okutych drzwi z wypolerowaną klamką, gdzie stał dzień po dniu, aż leteańskie osiłki zaczęły go stamtąd wynosić z tą samą znudzoną skutecznością, z jaką wynoszą pijanych i płaczących od cudzych wspomnień. Rynna kapie osiemnaście kropel na minutę, wczoraj dwadzieścia dwa, przedwczoraj dwadzieścia sześć, i to jest jedyna rzecz w całym zaułku, która zachowuje się przewidywalnie, bo nie chodzi o liczbę, tylko o to, że schodzi w dół zawsze o tyle samo.

    Ulica schodzi stąd również w dół, ku kanałowi, gdzie woda odbija światło lamp i rozbija je na drobne, ruchome plamy, których nie da się policzyć, co Notturno uważa za osobistą zniewagę ze strony fizyki. Nad zejściem wisi na łańcuchu latarnia z zielonym szkłem. Mryga. Łańcuch jeszcze się kołysze.

    Ktoś stoi pod nią.

    Sprawny wizjer zwęża się i klika, katalogując; drugi, pęknięty od trzynastu dni, migocze nierówno i zostaje pół kroku w tyle za obrazem. Postać wysoka, kobieca, w płaszczu ze zbyt wysokim kołnierzem jak na tę pogodę. Skóra w kolorze wody spod lodu. Zamiast włosów grube, ciemne sploty, poruszające się powoli, każdy własnym rytmem, i to właśnie one zatrzymują uwagę Notturna najdłużej, bo jest ich dziewiętnaście i każdy porusza się w innej fazie, co oznacza, że nie ma między nimi żadnego wspólnego mechanizmu. Ktoś popełnił przy projektowaniu tego stworzenia błąd, który Notturno chętnie wskaże palcem, gdy tylko nadarzy się okazja. Oczy bez źrenic. Na czole coś, co wygląda jak wprawiony w kość kamień. Przez ramię pas ciężkiej torby.

    4d66e547-5c5c-4311-8024-0f3290960d42-image.jpeg

    Nie odchodzi na jego widok. Nie sięga po nic. Po prostu przestaje patrzeć w wodę i zaczyna patrzeć na niego, i robi to o dwie sekundy dłużej, niż wypada. Potem, przez ułamek chwili, przenosi wzrok na jego cień.

    Cień leży spokojnie. Cień leży nadal spokojnie, kiedy Notturno przestępuje z nogi na nogę, i zaczyna się poruszać dopiero pół sekundy później.

    Kobieta nie komentuje cienia. Odnotowuje za to pewne fakty:

    — Sto siedemnaście kroków od studni pod trzecim łukiem do tego miejsca — mówi, jakby kontynuowała rozmowę zaczętą kiedy indziej, a jego udział w niej był tylko formalnością. Głos ma cichy, mówi bez pośpiechu. — Tyle ci zajmuje. Codziennie tyle samo. Mijaliśmy się cztery razy. Ostatni raz jedenaście dni temu, koło południa. Szedłeś pod górę i liczyłeś na głos coś, co brzmiało jak dachówki.

    Notturno nie pamięta żadnego z tych czterech razy. Zaskakuje go co innego: liczba się zgadza. Sto siedemnaście. Sprawdzał ją wielokrotnie i nikomu nigdy nie podał.

    — Ile stopni prowadzi do sklepu Kirriwima? — pyta kobieta.

    – Przed chwilą było jedenaście – odpowiada bez chwili wahania – Nie wiem, jak teraz. Trzeba by sprawdzić.

    Stan sprzed chwili i stan obecny to w jego rachunku dwie osobne wartości. Liczba bez znacznika czasu jest dla niego bezwartościowa, a Notturno nie podaje bezwartościowych liczb.

    Wizjery mrugnęły trzy razy szybko, urwały się na pół uderzenia, mrugnęły raz krótko, znów urwały się na pół uderzenia, po czym zamigotały w rytmie krótko-długo-krótko, zanim się uspokoiły. Palce wybiły na udzie krótki, nierówny rytm, zanim zdążył go powstrzymać. Sprawdził rachunek jeszcze raz, od tyłu, licząc na to, że gdzieś w środku znajdzie się choć jedna cyfra do poprawienia. Nie znalazł. Przez chwilę nic się nie działo. Nawet tyknięcie w piersi zwolniło, dopasowując się do ciszy, w której czekał na wynik. To był rodzaj irytacji, na którą nie miał gotowej procedury - nie dlatego, że przegrał, tylko dlatego, że nie było czego wygrać, a mimo to czuł, że powinien. Póki nie znajdziemy lepszego określenia, nazwijmy tę emocję numerem 37.

    Odczekał moment dłużej, niż wymagała odpowiedź

    – Rachunek się zgadza – mówi, tonem, który sugeruje, że to on właśnie postawił ostatnią kropkę w czyimś dowodzie, a nie że ktoś przedstawił mu gotowy wynik. – Choć zauważę, że sama zgodność liczby nie świadczy jeszcze o zrozumieniu metody, którą się do niej doszło. Można trafić poprawnie i wciąż nie wiedzieć, dlaczego trafiło się poprawnie. To dwie zupełnie różne kompetencje, które ludzie notorycznie mylą.

    Nikt go o to nie pytał. Nie żeby musiał.

    – Kim pani jest – mówi, prostując się, tym samym tonem, jakim wskazałby palcem słuchacza, który ośmielił się podnieść rękę w środku wykładu i nie mieć racji – że w ogóle zabiera pani głos w temacie, w którym, jak dotąd, jedynym kompetentnym rachmistrzem w promieniu tego niezbyt przyjaznego dla geniuszy miasta byłem ja?

    Nie cofnął się o krok. Czekał, licząc w duchu, ile sekund minie, zanim odpowie. Ciekawe czy ona też to robi?

    Kobieta nie odpowiada od razu. Najpierw sięga do torby. Notturno rejestruje ruch i przez ćwierć sekundy przelicza, co może z niej wyjąć. Wyjmuje jabłko. Takie, jakie rosną w Parku Hesperyd, choć nikt w mieście nie umie powiedzieć, po której stronie muru ten zaklęty park właściwie leży. Nie nóż, nie odznakę, nie zwitek papieru. Jabłko. Odgryza kęs, przeżuwa, i dopiero wtedy mówi:

    — Nazywają mnie Mnema. Nie ja to wymyśliłam, tylko mieszkańcy Stubramia. — Kolejny kęs. — Nie jestem rachmistrzem. Wynajmują mnie do znajdowania rzeczy, których miasto zgubiło. To zaskakująco pojemna kategoria.

    — Trzy noce temu ktoś wszedł do sklepu Kirriwima i wyszedł z nim. — Mówi to zupełnie tak samo, jak mówiła o krokach. Bez zmiany tempa, bez ostrzeżenia, że idzie zdanie, które ma coś w słuchaczu poruszyć.

    — Nie ograbiono go. Nie podpalono sklepu. Ktoś przyszedł po niego, wyniósł go i zadał sobie trud, żeby zostawić jak najmniejszy bałagan. Deski na drzwiach przybili sąsiedzi, dwa dni później, bo nikt inny się tym nie zajął.

    Rynna kapie. Osiemnaście na minutę.

    — A teraz konkrety, przy których zwykle ktoś zaczyna mi przerywać, więc powiem to od razu w całości i zaoszczędzę nam obojgu czasu. — Odkłada nadgryzione jabłko do torby. — Odpracowałeś u niego trybik, zamiatając po zamknięciu, sam, do zgaszenia światła. Jest jeszcze soczewka, którą ci pożyczył i która wybuchła, a jego warunki mówiły wtedy o podwójnej stawce. Trzynaście dni temu zjawiłeś się pod jego okiennicą o czwartej nad ranem i waliłeś w nią tak długo, że obudziłeś trzy domy powyżej. Wyszedłeś z tą soczewką. O świcie wróciłeś z rozbitą maską — tak, właśnie tą, którą teraz obracasz ode mnie o pół stopnia w lewo — i zażądałeś od niego rekompensaty. Wyrzucił cię za drzwi przy dwóch świadkach. — Pauza. Krótsza, niż potrzebowałaby, gdyby musiała sobie cokolwiek przypomnieć. — I nie sypiasz. Wiem, że nie sypiasz, i wiem, że zamierzasz mi to zaraz wyjaśnić od strony konstrukcyjnej, więc uprzedzę pytanie: to nie jest zarzut. Każdy w tej dzielnicy ma na tamtą noc alibi zbudowane z tego, że spał. Ty jesteś jedyną osobą, o której wiem na pewno, że nie spała.

    Sploty poruszają się, dziewiętnaście, każdy w innej fazie.

    — Osobno żadna z tych rzeczy nic nie znaczy. Razem znaczą tyle, że rozmawiam dziś tutaj z tobą, a nie z kimś innym.

    Podnosi kołnierz wyżej, jakby rozmowa dobiegała końca. A potem, tym samym tonem, którym pytała o stopnie, i patrząc gdzieś obok niego, w stronę zielonej latarni:

    — Zaplecze. Skrzynie, które Kirriwim trzymał za zasłoną. — Pauza. — Ile ich było, kiedy zamiatałeś tam ostatni raz?

    Notturno milczy przez chwilę.

    — To, co pani przed chwilą przedstawiła... proszę wybaczyć szczerość, ale to bezczelna amatorszczyzna. Zbiór faktów, które osobno są prawdziwe, ale ułożono je w kolejność sugerującą związek. Związek, którego nikt nie zadał sobie trudu udowodnić.

    Latarnia kołysze się niezmiennie w tym samym rytmie. Notturno mierzy ją wzrokiem przez moment, licząc odstępy między wychyleniami, i dopiero potem wraca do Mnemy.

    — Trybik: transakcja handlowa opłacona pracą fizyczną, udokumentowana obecnością samego Kirriwima za ladą. Sprzedawca obecny przy wymianie dowodzi wyłącznie swojego stanu w tamtej konkretnej sekundzie. Nie tego, co spotkało go później. Soczewka: kłótnia publiczna, o świcie, w miejscu o wysokiej słyszalności dla przechodniów. Istoty planujące działania wymagające dyskrecji z reguły unikają manifestowania swoich intencji krzykiem pod czyimiś drzwiami. To elementarna logika.

    W optykach Notturno coś cicho kliknęło, gdy przeniósł wzrok bezpośrednio na Mnemę.

    — A brak snu tamtej nocy? To nie dowód niczego poza tym, że nikt nie widział mnie śpiącego. Braku dowodu nie należy mylić z dowodem czegoś - to rozróżnienie, które w pani zawodzie powinno być podstawą, nie ciekawostką.

    Notturno zerka w stronę zabitych deskami drzwi. Zatrzymuje na nich wzrok o ułamek sekundy dłużej niż na czymkolwiek innym, po czym ucina to spojrzenie i wraca do Mnemy. Splata dłonie za plecami, unosi podbródek i nieruchomieje. Studiuje ją z daleka, napędzany rytmem własnego wywodu.

    — Przedstawiła pani okazję. Trybik, soczewka, noc bez snu. To, w najlepszym razie, odpowiedź na pytanie „czy mógł”. Nikt kompetentny nie marnuje czasu na to pytanie, bo każdy głupiec „mógł” zrobić cokolwiek, gdyby tylko chciał. Prawdziwe pytanie brzmi „po co”. Tego pani nie podała, bo – podejrzewam – to po prostu przerosło pani możliwości. Okazja bez motywu to zbiór niepełnych danych. A niepełnych danych nie nazywam dowodem, tylko obietnicą dowodu, której nie potrafi pani dotrzymać.

    Milknie na moment, żeby poprawić pasek torby badawczej. Ten jeden ruch zamyka temat jej kompetencji. Kiedy mówi dalej, jego głos znów jest suchy i urzędowy:

    — Trzynaście — mówi bez cienia wahania. W jego głosie słychać satysfakcję kogoś, kto od początku czekał dokładnie na to pytanie. — Dziewięć pełnych, cztery napoczęte. W pełnych: trzy skrzynie ze złomem mechanicznym, dwie z komponentami alchemicznymi w słojach, jedna z butami bez pary, jedna z tkaninami, jedna z przedmiotami o niesklasyfikowanym przeznaczeniu i jedna zamknięta na kłódkę. Brak dostępu. W czterech napoczętych: siedemnaście elementów, rozrzuconych bez żadnego systemu. To organizacyjne niedbalstwo. Aczkolwiek nie moje.

    Zawiesza głos, dając jej czas na przyswojenie samej liczby, zanim zapyta o metodologię.

    — Stan sprzed jedenastu dni.

    Nie czeka na jej reakcję.

    — A teraz pani kolej na wyjaśnienia, skoro zeszliśmy już do takich szczegółów. Skąd zna pani liczbę moich kroków od studni, godzinę mojego ostatniego przejścia i treść dźwięków, które wtedy liczyłem? A jednocześnie twierdzi, że nie znaliśmy się wcześniej. I, co ciekawsze: po co w ogóle zawracała sobie tym głowę? Nikt nie prowadzi tak precyzyjnego rejestru cudzych ruchów bez powodu. A pani nie podała jeszcze żadnego, który uznałbym za sensowny.

    Mnema słucha do końca. Nie przerywa, nie prostuje się, nie robi żadnej z tych rzeczy, które robią zwykle śmiertelnicy, gdy czekają na swoją kolej. Po prostu stoi i pozwala, żeby wywód się skończył sam. Notturno odnotowuje, że nie przerwała mu ani razu, i nie potrafi rozstrzygnąć, czy to cierpliwość, czy metoda.

    — Masz rację — mówi. — Miałeś okazję i miałeś powód do urazy, ale to jeszcze nie motyw.

    Sploty poruszają się, dziewiętnaście, każdy w innej fazie.

    — Skąd wiem, ile masz kroków od studni? Bo nie umiem nie wiedzieć. To nie jest metoda, tylko przypadłość.

    Odgarnia z czoła jeden ze splotów. Kamień wprawiony w kość łapie zielone światło i oddaje je z opóźnieniem, jakby przepuszczał je przez coś głębszego.

    Latarnia mryga. Rynna kapie, osiemnaście na minutę.

    — Posłuchaj uważnie, bo powiem to raz i nie będę tego dla ciebie interpretować. — Byłam w tym sklepie. Weszłam drzwiami, bo nikt tam niczego nie wyważał. Naliczyłam szesnaście skrzyń.

    Cisza trwa dokładnie tyle, ile powinna.

    — Kłódka wciąż wisi na tej samej. Nic nie zniknęło.

    Notturno otwiera usta, których nie ma, żeby zażądać znacznika czasu, bo liczba bez niego jest bezwartościowa i mówił to niecałe pięć minut temu. Nie zdąża.

    — Wiem — mówi Mnema, zanim padnie pierwsza głoska. — Nie podałam kiedy. Sprawdzałam, czy się upomnisz. — Poprawia pasek torby. — Upomniałeś się szybciej, niż zakładałam.

    Odwraca się w stronę zejścia ku kanałowi, jakby to był koniec przesłuchania, i mówi już przez ramię:

    — Zaułek Kwitnących Progów. Ostatni dom przed śluzą, drzwi bez klamki. Gdyby przyszło ci do głowy, do czego prowadzą te liczby, i gdzie może być Kirriwim, przyjdź. Dostaniesz też datę.

    Robi dwa kroki i przystaje.

    — Deski są przybite byle jak. Ta od lewej odchodzi przy pierwszym szarpnięciu.

    Rozgrywka solo retrospekcja

  • Stubramie - Materiały
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Materiały:

    • System: D&D 5E wg zasad z 2014 - załączony link traktujmy jako jedno źródło prawdy o zasadach.

    PS Póki co nie wiem, czy będę korzystał z wątku materiałów na forum - zobaczymy w trakcie gry. Może jak się nagromadzi nam postaci, lokalizacji i innych elementów to zagospodarujemy taki wątek jako rodzaj dziennika dla graczy.

    Materiały

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Dzień dobry,

    Tutaj mamy miejsce na wszystkie dyskusje i komentarze out of character.

    Przypomnę kilka podstawowych ustaleń z rekrutacji:

    • System: D&D 5E wg zasad z 2014 - załączony link traktujmy jako jedno źródło prawdy o zasadach. Zasad domowych będzie raczej mało, jeśli wcale, np. podoba mi się z BG3 konieczność powrotu do "obozu" i posiadania żywności żeby odbyć długi odpoczynek. Jak w trakcie gry zabrniemy w jakiś obszar gry, gdzie 5E ma niewiele lub zero zasad, to wtedy będę z konieczności więcej rulingował.
    • Platforma: forum - lubię klasyczne PBF.
    • Częstotliwość odpisów: Nie będę narzucał żadnych terminów, bo życie lubi płatać figle. Im szybciej odpiszecie, tym szybciej postaram się odpowiedzieć.
    • Długość odpisów: Nie patrzę na to - piszcie tyle, ile potrzebujecie.
    • Dokumenty Google: Sam raczej nie będę używał, ale jeśli gracze chcą między swoimi postaciami poprowadzić jakiś rozbudowany dialog, to nie zabraniam.
    • Użycie AI: Dopóki nie obrzydza współuczestnikom sesji, jest ok.
    • Przewidywana długość sesji: do dyskusji. Zaczniemy od rozegrania kilku epizodów i popatrzymy, czy nam się to podoba. Bez zobowiązań na dwa lata.

    Życzę miłej gry,

    Komentarze

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Pierwotny termin rekrutacji chyba właśnie minął.

    Wydłużam rekrutację bezterminowo - do czasu aż znajdziemy czterech graczy.

    Zasadę przyjęcia do sesji z konkursu kart postaci zmieniam na „first come, first served”, bo nie spodziewam się, że będę miał duży wybór i nikt z nikim nie będzie walczył o miejsce. 😉

    W międzyczasie gramy sobie już solówkę z Notturno tutaj i wychodzi inspirująco, więc mam nadzieję, że sesja prędzej czy później ruszy.

    Rekrutacje

  • Longrest - kostnica i coś więcej
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Fajne! Spróbuję tego użyć na mojej sesji jak już wystartuje.

    Twórczość

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    W skrócie „Y”. 🙂

    Rekrutacje

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Dodałem do listy zgłoszeń. Nabuchodonozor jako Ystyriaeth (Githyanki / Monk / Planar Philosopher).

    Ktoś jeszcze czai się ze zgłoszeniem?

    Rekrutacje

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Możesz tej listy z naszego źródła zasad używać jako wyjściowej:

    https://2014.5e.tools/languages.html

    Sensowność czy istotność poszczególnych będzie trudna do oceny na tym etapie. Nie mam gotowego wątku, o którym mogę np. powiedzieć, że będziecie w trakcie niego głównie rozmawiali z aarakocra i autognomami. 🙂 Kieruj się tym, co pasuje Ci do wizji postaci, a ja postaram się to jakoś umieścić w grze. Zawsze istnieje też szansa, że postać ze Stubramia trafi z powrotem do świata, z którego pochodzi...

    Rekrutacje

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    To jeszcze jedna lub dwie postacie mocne na froncie (np. wojownik, paladyn, barbarzyńca, moon druid, jakiś ciężkozbrojny cleric) by się przydały i można grać. 🙂

    Rekrutacje

  • Powitania, pożegnania i powroty
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Duży plus za Runequesta. 🙂 Glorantha to niesamowity setting.

    Hydepark

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Dwóch Aberrant Mind Sorcererów w jednej drużynie... byłoby co najmniej ciekawie, nie mówię nie. 😉 Sorcerer to też dobra klasa do multiclassów, np. z paladynem, więc nawet jak zaczniecie jako taka sama klasa, na dalszych etapach gry różnie to może wyglądać. Choć chyba sensowniej byłoby wtedy zacząć paladynem, a w sorcerera iść dopiero na późniejszych poziomach.

    Karta postaci w Google Docs będzie ok.

    Rekrutacje

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Dobry wieczór!

    Co do odpisywania, widziałem to bardziej jako tradycyjną sesję PBF, bez Google Docs, ale jak gracze chcieliby między sobą używać, to nie zabraniam. To może się zmienić, jeśli stwierdzimy, że pewne wątki czy sceny wymagają jednak bardziej elastycznego podejścia.

    Tempo zależy od tego, jak się dogadamy i dotrzemy jako grupa. Po prostu jak będę miał komplet odpisów, to odpiszę. 🙂 Życie pisze różne scenariusze, a wszyscy pewnie mamy dedlajnów po dziurki w nosie w prawdziwym życiu, więc tutaj nie będę narzucał jakichś terminów.

    Co do mechanicznej części gry, to wierzę, że stworzenie postaci jest w D&D 5E dosyć proste. Wybierasz rasę, klasę i background, i z tej kombinacji wynika większość rzeczy, które znajdą się na karcie. Nie musicie przesadnie optymalizować, bo nie gramy w jakąś hardkorową kampanię (pozdro dla ekipy od Lochu Szalonego Maga... 😉 ). Jak lubisz bardziej losowe podejście do tworzenia postaci, to obczaj koniecznie narzędzie "This Is Your Life" (https://2014.5e.tools/lifegen.html) z Xanathar's Guide to Everything.

    Co do świata, dziękuję, to dopiero przedsmak możliwości. 🙂 Prawie codziennie wpada mi do głowy jakiś pomysł na nowy content. Nic poza tym, co napisałem w rekrutacji, nie trzeba wiedzieć.

    Rekrutacje

  • Powitania, pożegnania i powroty
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Zasugerowano mi delikatnie, że poprzednim razem wyszło zbyt lakonicznie - nadrabiam. 😉

    Z tej strony Janusz Podziemi (i Worldbuildingu). Erpegowo: nerd D&D od wielu lat, w każdej możliwej formie: papierowej, komputerowej i planszowej. Nowe edycje, stare edycje, dedekoidy, bez uprzedzeń; do każdej mam i sentyment, i pretensje. Choć cały czas mam wrażenie, że jeszcze dużo do rozegrania przede mną i mało co widziałem.

    Jak na Janusza Światotwórstwa przystało, mam własny, wiecznie ewoluujący autorski świat i to właśnie w nim zamierzam tu prowadzić. Przy okazji traktuję tę sesję jako pretekst, żeby wreszcie skodyfikować to wszystko, co od lat chodzi mi po głowie, a nigdy nie trafiło na papier.

    Świeżo po Baldur's Gate 3, które przeszedłem półorkiem - Oathbreaker/Hexblade z kryminalną przeszłością - który ostatecznie sam został łupieżcą umysłu i nowym Absolutem. Postać spodobała mi się na tyle, że w swoim świecie próbuję teraz odpowiedzieć na pytanie, jak wygląda Multiwersum po tysiącleciach kosmicznych rządów kogoś takiego. Skojarzyło mi się to mocno z wątkiem Boga Imperatora Leto II z Diuny, jeśli ktoś czytał, i to skojarzenie porządnie pobudziło wyobraźnię.

    Do PBF wracam po setkach sesji na żywo i przy wirtualnym stole, między innymi dlatego, że po prostu lubię pisać. W trybie pisanym to medium działa zupełnie inaczej niż przy stole: daje przestrzeń na głęboką odgrywkę, na bardziej splątane wątki i na światotwórstwo, które na żywo zwykle przegrywa z tempem akcji i przygody.

    Hydepark
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa