Ksiega wchodzi do torby, ale tylko płasko, na pochodniach, i tylko wtedy, gdy krzesiwo przejdzie do bocznej kieszeni. Okładka jest sztywniejsza, niż wygląda, bo pod skórą ktoś wkleił deskę. Klapa torby zamyka się na ostatnią dziurkę paska.
Włókno przy szparze w wieku wisi prosto. Przy ścianie też. Dopiero nad podłogą, na wysokości dłoni, kładzie się w bok, zawsze w tę samą stronę: w głąb zaplecza, za skrzynię, w kąt, do którego światło z kubka sięga już tylko krawędzią. Pęknięty wizjer pokazuje je raz w spoczynku, raz w ruchu, ale późniejszy obraz za każdym razem jest ten sam.
Nitka lawendowego dymu robi to samo, tylko wyraźniej. Przez chwilę stoi przy szparze, potem schodzi na klepisko i płynie po nim nisko, jak woda, która szuka spadku. W kącie się zatrzymuje. Nie rozwiewa się, tylko znika, odcinek po odcinku, w podłodze. Ogarek, przesunięty bliżej, pokazuje dlaczego. Klepisko w kącie ma ten sam kolor co wszędzie, ale nie tę samą fakturę. Biegnie przez nie prosta linia, cienka jak włos, a potem skręca pod kątem prostym. Kwadrat. Siedem węzłów na siedem, jeśli ktoś przyłoży sznurek. Zaprawa w szczelinie zlała się z ziemią tak dawno, że Notturno zamiatał po niej osiemnaście razy i ani razu jej nie zarejestrował. Z linii idzie chłód, słaby, ale stały, i zapach mokrego kamienia, który nie pasuje do suchej piwnicy.
Odłupany okruch nie jest woskiem. Kruszy się pod mosiężnym paliczkiem jak stary ser, zostawia na nim tłusty połysk i pachnie owczarnią. Zwykły łój, pożółkły, bez barwnika, taki, jaki na Stukramiu sprzedają w kostkach po miedziaku. Ten sam łój wypełnia szpary w dwóch skrzyniach stojących tuż obok, pod ścianą, z tego samego ciemnego drewna. Trzy skrzynie, trzy szpary, jeden łój.
Pukanie daje trzy różne odpowiedzi. Przy brzegu sucho, deska na desce. Pośrodku głucho i pełno, jak w beczce, której nie da się przetoczyć. Obok zdrapanego prostokąta też głucho, ale po uderzeniu coś w środku przesypuje się z cichym sykiem i długo nie może się uspokoić.
Kiedy dociska wieko, przez kilka tyknięć nic się nie dzieje. Potem łój w szparze pęka wzdłuż jednego boku, z suchym trzaskiem, jak łamany cukier. Wieko opada o grubość paznokcia i dalej nie idzie, bo pod łojem siedzą drewniane kołki. Przez nową szczelinę wychodzi zapach soli, ciężkiej, mokrej, jak w beczkach z rybą, a pod nim coś ostrego i chemicznego, co drapie w miejscu, gdzie u kogoś innego byłoby gardło.
Ogarek, przestawiony w kąt, oświetla przy okazji resztę zaplecza. Skrzynia zamknięta na kłódkę stoi tam, gdzie stała zawsze. Kłódka wisi. Przed nią w kurzu odbił się ślad jednego kolana i obok pięć krótkich kresek, gdzie ktoś oparł czubki palców, żeby się nie przewrócić. Nikt tu nie klęczał, żeby zamiatać.
Nad ladą wisi kula, która kiedyś migotała tu nierówno. Teraz jest szara i matowa jak kamień wyjęty z potoku. Lampy Podmiasta gasną i nikt nie umie ich zapalić z powrotem.
Wtedy zza ściany dochodzi głos. Cienki, dziecięcy, niewiele głośniejszy od kapania wody. Nie płacz i nie wołanie. Mowa, równa i bez pośpiechu, w języku, którego nie ma wśród czterech, które Notturno zna. Sylaby są długie, otwarte, układają się w coś, co brzmi jak wyliczanka albo litania, i nie robią przerw tam, gdzie robi je zwykle śmiertelnik. Oddech jest, Notturno go słyszy, ale idzie swoim tempem, a słowa swoim, jakby dwie różne rzeczy korzystały z tego samego gardła.
W dwóch skrzyniach pod ścianą coś odpowiada. Brzęk, cichszy od głosu i dokładnie w jego rytmie, jakby ktoś w środku poruszał drobnymi metalowymi przedmiotami w takt czytanej mowy.



