Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
Janusz PodziemiJ

Janusz Podziemi

@Janusz Podziemi
Mecenas
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
140
Tematy
12
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
1
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Notturno-09-REM
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Ksiega wchodzi do torby, ale tylko płasko, na pochodniach, i tylko wtedy, gdy krzesiwo przejdzie do bocznej kieszeni. Okładka jest sztywniejsza, niż wygląda, bo pod skórą ktoś wkleił deskę. Klapa torby zamyka się na ostatnią dziurkę paska.

    Włókno przy szparze w wieku wisi prosto. Przy ścianie też. Dopiero nad podłogą, na wysokości dłoni, kładzie się w bok, zawsze w tę samą stronę: w głąb zaplecza, za skrzynię, w kąt, do którego światło z kubka sięga już tylko krawędzią. Pęknięty wizjer pokazuje je raz w spoczynku, raz w ruchu, ale późniejszy obraz za każdym razem jest ten sam.

    Nitka lawendowego dymu robi to samo, tylko wyraźniej. Przez chwilę stoi przy szparze, potem schodzi na klepisko i płynie po nim nisko, jak woda, która szuka spadku. W kącie się zatrzymuje. Nie rozwiewa się, tylko znika, odcinek po odcinku, w podłodze. Ogarek, przesunięty bliżej, pokazuje dlaczego. Klepisko w kącie ma ten sam kolor co wszędzie, ale nie tę samą fakturę. Biegnie przez nie prosta linia, cienka jak włos, a potem skręca pod kątem prostym. Kwadrat. Siedem węzłów na siedem, jeśli ktoś przyłoży sznurek. Zaprawa w szczelinie zlała się z ziemią tak dawno, że Notturno zamiatał po niej osiemnaście razy i ani razu jej nie zarejestrował. Z linii idzie chłód, słaby, ale stały, i zapach mokrego kamienia, który nie pasuje do suchej piwnicy.

    Odłupany okruch nie jest woskiem. Kruszy się pod mosiężnym paliczkiem jak stary ser, zostawia na nim tłusty połysk i pachnie owczarnią. Zwykły łój, pożółkły, bez barwnika, taki, jaki na Stukramiu sprzedają w kostkach po miedziaku. Ten sam łój wypełnia szpary w dwóch skrzyniach stojących tuż obok, pod ścianą, z tego samego ciemnego drewna. Trzy skrzynie, trzy szpary, jeden łój.

    Pukanie daje trzy różne odpowiedzi. Przy brzegu sucho, deska na desce. Pośrodku głucho i pełno, jak w beczce, której nie da się przetoczyć. Obok zdrapanego prostokąta też głucho, ale po uderzeniu coś w środku przesypuje się z cichym sykiem i długo nie może się uspokoić.

    Kiedy dociska wieko, przez kilka tyknięć nic się nie dzieje. Potem łój w szparze pęka wzdłuż jednego boku, z suchym trzaskiem, jak łamany cukier. Wieko opada o grubość paznokcia i dalej nie idzie, bo pod łojem siedzą drewniane kołki. Przez nową szczelinę wychodzi zapach soli, ciężkiej, mokrej, jak w beczkach z rybą, a pod nim coś ostrego i chemicznego, co drapie w miejscu, gdzie u kogoś innego byłoby gardło.

    Ogarek, przestawiony w kąt, oświetla przy okazji resztę zaplecza. Skrzynia zamknięta na kłódkę stoi tam, gdzie stała zawsze. Kłódka wisi. Przed nią w kurzu odbił się ślad jednego kolana i obok pięć krótkich kresek, gdzie ktoś oparł czubki palców, żeby się nie przewrócić. Nikt tu nie klęczał, żeby zamiatać.

    Nad ladą wisi kula, która kiedyś migotała tu nierówno. Teraz jest szara i matowa jak kamień wyjęty z potoku. Lampy Podmiasta gasną i nikt nie umie ich zapalić z powrotem.

    Wtedy zza ściany dochodzi głos. Cienki, dziecięcy, niewiele głośniejszy od kapania wody. Nie płacz i nie wołanie. Mowa, równa i bez pośpiechu, w języku, którego nie ma wśród czterech, które Notturno zna. Sylaby są długie, otwarte, układają się w coś, co brzmi jak wyliczanka albo litania, i nie robią przerw tam, gdzie robi je zwykle śmiertelnik. Oddech jest, Notturno go słyszy, ale idzie swoim tempem, a słowa swoim, jakby dwie różne rzeczy korzystały z tego samego gardła.

    W dwóch skrzyniach pod ścianą coś odpowiada. Brzęk, cichszy od głosu i dokładnie w jego rytmie, jakby ktoś w środku poruszał drobnymi metalowymi przedmiotami w takt czytanej mowy.

    Rozgrywka notturno

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Wracam do żywych. 🙂

    Mam nadzieję, że nie straciliście zainteresowania sesją.

    Planuję dzisiaj odpisać Notturno @leszek-dyskietka , a pozostałym na dniach.

    Chyba tylko Jakub @dust-mephit będzie musiał chwilę poczekać, bo musimy tutaj delikatnie zgrać timing pozostałych wątków.

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Żyć żyję, ale po tak pracowitym tygodniu w weekend byłem warzywem. Chyba potrzebuję jeszcze trochę czasu na złapanie jakiejś równowagi, bo pisać z musu też nie chcę.

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Tak. Praca mnie niestety pochłonęła na ~16h dziennie, ale już niedługo weekend. Sorki za obsuwę.

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Mówisz, że orkowie powinni zaatakować świątynię? Ok.

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Doczekałeś się. 😉

    @leszek-dyskietka , postaram się odpisać jutro-pojutrze.

    Komentarze

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Eunoe nie odpowiada od razu. Patrzy na ciebie dłużej, niż patrzyła, kiedy mówiła o źródłach, i przez ten czas jej dłonie leżą na kolanach nieruchomo.

    — Saga jest boginią — mówi w końcu. — Jedną z trzech Sióstr. Nie matką przełożoną ani starszą z nas. — Lekko unosi brodę w stronę środkowych dłoni nad wami. — Nahid jest życiem. Do niej należy woda spadająca z gór i łaźnie. Ktoś od niej obejrzy cię rano. Morana jest odejściem. Jej słudzy chowają zmarłych i siedzą przy tych, którzy nie przeżyją nawet swojego pierwszego tygodnia. Siostra Radogost poszła właśnie do takiej osoby...

    Milknie na chwilę.

    — Pytałeś, czy musiałabym powtórzyć starszym to, co mi powiesz. Nie. To, co ktoś z własnej woli powie słudze Sagi, należy do niego i do niej, a nie do świątyni. Tak nas uczono i tak robię.

    Patrzy na wodę w środkowych dłoniach.

    — Jedno tylko. W naszym języku „zatrzymać” znaczy także „przechować”. Saga nie wstrzymuje wody od Nahid. Trzyma ją przez chwilę, zanim odda dalej, do Morany.

    Nie tłumaczy, po co to mówi, ale pewnie w jej religii ma to znaczenie. Wraca wzrokiem do ciebie i przez mgnienie coś w jej twarzy wygląda tak, jakby chciała zadać pytanie, i nie zadaje.

    — Pytasz, gdzie szukać, żeby nikomu nie zaszkodzić. Warto sprawdzić bibliotekę. Ta część, do której wolno ci wejść, nie powie ci za wiele o odległych czasach, ale ma słowniki, przekłady i odpisy chyba wszystkiego, co przybysze przynieśli przez portale. Po drugie Bractwo Ostiariuszy, ci od Trzewika. Spisują każdego przybysza od czterystu lat, co mówił, w czym przyszedł i jak wyglądał. Oni mogą wiele wiedzieć. A po trzecie, wielu takich jak ty przybyło do Stubramia i wielu podobnych sobie pewnie znajdziesz. Nie wszyscy przybysze trafiają do świątyni na pierwszy tydzień, ale przedstawiciele twojego ludu tak. Ze względu na waszą rolę w historii. Tak jest bezpieczniej.

    Wstaje z maty jednym ruchem, tak cicho, że sitowie pod nią nie szeleści.

    — Chodź. Pokażę ci resztę, zanim zgaszą lampy.

    Lewe przejście prowadzi w górę i z każdym krokiem robi się w nim głośniej. Najpierw szum, jakby woda spadała z wysoka do kamiennej misy, potem głosy. Wiele głosów, męskich i kobiecych, równo, mocno, na jednym oddechu. Nie słychać jeszcze słów, tylko rytm, który pasuje do spadającej wody tak dokładnie, że trudno powiedzieć, czy to śpiew naśladuje wodę, czy woda śpiew. Potem słowa.

    Spadasz z góry, czysta, nieskalana,
    nikt cię nie dosięga, a ty dosięgasz wszystkich.

    Chór śpiewa za ścianą, gdzieś po prawej. Eunoe nie skręca w jego stronę, tylko prowadzi cię do niskich drzwi na lewo, a pieśń przechodzi przez kamień.

    Obmyj ręce, które dźwigały,
    obmyj oczy, które widziały.

    Kuchnia jest jedynym miejscem w świątyni, w którym widać dym. Ucieka szybem w stropie, szerszym od tamtych z dzwonkami, i stoi pod nim cienką, siną warstwą. Palenisko jest jedno, długie, murowane z ciemnego kamienia. Woda dopływa do kamiennego koryta prosto ze ściany, ze strugi, która nie przestaje płynąć i w której słychać ten sam rytm co w pieśni za murem. Na stole leży stos rzepy i drugi, mniejszy, czegoś bulwiastego, szarego, czego nie znasz. Pachnie kaszą, cebulą, dymem. Pod ścianą stoją worki. Dużo worków, ułożonych równo. Większość jest pusta do połowy. Kilka leży płasko, złożonych w kostkę, jakby ktoś nie chciał ich wyrzucić, bo jeszcze kiedyś się przydadzą.

    Obmyj łono, niech nosi,
    obmyj pierś, niech karmi.

    Przy palenisku stoi ktoś, przy kim kuchnia wydaje się za mała. Jest ogromny, wyższy od ciebie o dwie głowy i szerszy od drzwi, którymi weszliście. Len, ten sam niebarwiony co u Eunoe, opina mu brzuch, zamiast spływać, a na nim wisi poplamiony skórzany fartuch. Rękawy ma podwinięte za łokcie. Skóra jest szara, gruba i pomarszczona w głębokie fałdy na przedramionach, jak koryto wyschniętej rzeki widziane z wysoka.

    Głowa nie jest ludzka. Wielkie uszy, postrzępione na brzegach, opadają mu na ramiona. Z twarzy wyrasta trąba, długa i ruchliwa jak trzecia ręka, i to nią właśnie miesza w żelaznym kotle, drewnianą chochlą, równo i bez przerwy, podczas gdy obiema dłońmi kroi na desce rzepę na kawałki. Przy pysku sterczą dwa kły, krótkie, przycięte i okute matową miedzią. Lewy jest ułamany w połowie. Na szyi wisi mu długi sznur glinianych żetonów, każdy z innym znakiem wyrytym paznokciem, i żetony stukają o siebie przy każdym ruchu noża.

    e7ade199-d5f5-4afe-b15e-b5d81ae541c7-image.jpeg

    Śpiewa razem z chórem, nosowo, ciszej niż oni, z trąbą na kotle:

    Nahid, o Nahid wysoka,
    spadnij na nas, a my nie upadniemy.

    Chór milknie na oddech. On też. Nóż zatrzymuje się w połowie rzepy. Odwraca głowę. Oczy ma małe, z zaczerwienionymi brzegami powiek, jak ktoś, kto od lat śpi krócej, niż powinien. Patrzy na ciebie od stóp do głów, powoli, a trąba przestaje mieszać i unosi się, podwinięta na końcu, z cichym, głuchym parsknięciem. Nie wygląda, żeby był zadowolony z tego, co widzi.

    — Czego chcesz? Bo jeśli jeść, to jadłeś.

    Trąba wraca do kotła. Kroi jeszcze dwie rzepy. Potem odkłada nóż, sięga trąbą do sznura na szyi i przesuwa żetony, jeden po drugim, jakby liczył paciorki modlitwy. Zatrzymuje się na jednym. Z kieszeni fartucha wyjmuje drugi, czysty, jeszcze bez znaku, a ostrym końcem ułamanego kła rysuje na nim coś szybko, nie patrząc. Glina skrzypi. Kładzie żeton na desce, obok rzepy, i przesuwa go trąbą w twoją stronę.

    — Twój. Nosisz przy sobie. Pokazujesz przy każdej misce. Zgubisz, to nie jesz, aż znajdziesz. Jutro przed pierwszym śpiewem masz kilka kosza rzepy do skrojenia.

    Na żetonie jest znak, którego nie umiesz przeczytać: krótka kreska i nad nią druga, dłuższa. Nie tłumaczy, co znaczy. Wraca do krojenia. Za ścianą chór zaczyna od pierwszego wersu, a on śpiewa razem z nimi, nosowo, nie podnosząc głowy.

    Rozgrywka ystyriaeth

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Nic z tych rzeczy. Po prostu akurat tyle czasu miałem. Dla Ystyriaetha mam już roboczy draft, a dla Notturno jeszcze nie zacząłem.

    Komentarze

  • Gormalesh Pluskwą zwany
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Guzik nie dolatuje do bruku. Błoniasta dłoń zamyka się na nim w powietrzu, szybciej, niż ktoś tak wyschnięty powinien umieć. Skrzela obraca go pod latarnią, sprawdza herb paznokciem, potem zębem.

    – Hesperydy – mówi. – Takiego nie mam.

    Rozwiązuje rzemień przy pasie i zawiązuje go z powrotem. Guzik wisi teraz między srebrną klamrą a pierścionkiem z pustym oczkiem.

    – Nic – powtarza. – Dobra. Nic kosztuje akurat guzik, więc jesteśmy kwita. Do jutra.

    Szarpie głową w stronę dziury.

    – A żadnej nie widziałeś, bo do tej pory padały tam, gdzie zieloni nie chodzą. Ta jest pierwsza, która wpadła bogatym pod okna. Zobaczysz, jak szybko znajdzie się zaprawa.

    – Jak już o zaprawie – odzywa się ktoś od kołków, nie przerywając wiązania liny. – Dziura w Miechach stoi otwarta już za długo. Dziesiętnik pytał dwa razy. Trzeci raz nie zapyta.

    – Jutro – mówi Skrzela.

    – Wczoraj też było jutro.

    Tryton polewa skrzela i nie odpowiada. Potem patrzy z góry na Pluskwę.

    – Słyszałeś. Jutro Miechy. O zmierzchu, przy tym gołym z dzbanem. Wodę weź własną, nie pożyczam. I buty, których ci nie szkoda.

    Lina jest naciągnięta, na skrajnym kołku ktoś wiesza latarnię. Patrol zbiera bosaki. Skrzela ogląda się jeszcze raz, na mundur.

    – Zostało ci pięć guzików.

    Rozgrywka pluskwa

  • Jakub zwany Puchatym
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Rozcierasz kroplę między palcami. Nie kruszy się jak skrzep. Mięknie od ciepła skóry, rozmazuje się i zostawia na opuszkach tłusty, czerwonawy ślad. Pachnie tak samo jak złamany ogarek pod ścianą. To nie krew, tylko łój. Ktoś szedł tędy ze świecą, chyba czerwoną.

    Nasłuchujesz. Latarnia Galatei syczy cicho. Gdzieś daleko kapie woda, w równych odstępach. Przeciąg niesie ten słodkawy zapach i nic więcej.

    Pióro jest lżejsze, niż wygląda. Wygląda jak lotka celowo przycięta ptakowi, żeby uniemożliwić odlot.

    Galatea słucha cię do końca i ani razu nie wchodzi ci w słowo.

    — Jasne — mówi. Za szybko. — Więcej osób. Pewnie, że tak.

    Twarz zaczyna jej płynąć i tym razem trwa to dłużej niż zwykle. Odwraca się w stronę, w którą biegną krople, i przez chwilę stoi z wyciągniętą latarnią. Potem schyla się, podnosi obie połówki ogarka i chowa je do kieszeni fartucha.

    — Na dowód — mówi. — Żeby nikt nie gadał, że zmyślam.

    Wracacie tą samą drogą, wzdłuż pustych wnęk z wygładzonymi tabliczkami. Lina trzyma. Galatea wspina się gorzej, niż schodziła, i na górze długo ogląda swoje dłonie.

    Miechy są już ciemne. W czterech kuźniach żar tli się pod popiołem. Żelazny olbrzym siedzi tam, gdzie siedział, a gnomka i krasnolud dawno poszli. Galatea odzyskuje głos, zanim odzyska oddech.

    — Tylko nie myśl, że to nam ucieknie. Kubły tej dziury nie zamurują tak szybko, co ty. Im się nie chce przykryć studni, jak ktoś do niej wpadnie. Przyjdą za miesiąc z jedną deską.

    Kubły znasz z widzenia. Nocna straż od ognia, wody, brudu i trupów: skórzane wiadra, bosaki, latarnie na długich kijach. Służą w niej sami nieobywatele. Co wieczór po zmierzchu idą schodami Miechów pod górę i sprawdzają, czy wszystkie paleniska są przysypane.

    — A właściwie — Galatea prostuje się nagle — po co czekać? Kubły mają liny. Mają latarnie. Jest ich zawsze kilku. Zagadamy ich dzisiaj i zejdziemy większą kupą. Chciałeś ludzi, to masz ludzi.

    Lina wciąż wisi w dziurze, przywiązana do pękniętego kowadła. W dole schodów, daleko, kołysze się rząd świateł. Kubły. Idą powoli, od kuźni do kuźni.

    Galatea patrzy na ciebie i uśmiecha się szeroko.

    — No?

    Rozgrywka jakub

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Coming soon. 🙂

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Odpiszę dopiero w niedzielę, bo mam szalony tydzień.

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    @Nabuchodonozor to był żart. Ja dopiero na 30 odcinku Naruto jestem. Bez spojlerów proszę. 😉

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    @nabuchodonozor odgrywaj go jak Naruto. 😉

    Pytanie, kto będzie wtedy drużynowymi Sasuke i Sakurą…

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Chyba odbieram inaczej te postacie. Zarówno Trzewik, jak i siostra Eunoe to kapłani, więc WIS (Insight) jest wysoki. Czytają między wierszami, a z poniższego cytatu można wyczytać takie wątpliwości. Ystyriaeth to też nie pierwszy i nie ostatni przybysz, z którym mają do czynienia. 😉 Zmienię "pytasz" na "pewnie zastanawiasz się" i powinno być git.

    "- Pani ekhm Siostro... Euone. Wybacz, nie znam tutejszej kultury. Być może mam więcej informacji, być może nawet jest ich więcej niż sam podejrzewam. Zanim jednak wyjawię ci to co jak sama powiedziałaś może być niebezpieczne i dla mnie i dla samej Harmonii pozwól, że wpierw udamy się na jakieś osobne miejsce, a Ty powiesz mi jakimi zasadami się w życiu kierujesz. Nie wiem kim jesteś i nie wiem co zrobisz z wiedzą, którą mógłbym się z Tobą podzielić, z drugiej strony są rzeczy, których sam chcę się dowiedzieć by lepiej zrozumieć siebie. Czy otworzysz się tak jak chcesz bym i ja się otworzył?"

    Gdybyśmy mieli to porównać do jakiejś książkowej postaci, to Bene Gesserit z Diuny z ich umiejętnościami czytania emocji byłyby tu odpowiednim porównaniem.

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Dzięki, miło. Te wątki solo to dla mnie okazja na sążny worldbuilding. 😉

    Komentarze

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Krasnolud chociaż trochę człowieka przypomina. 😉

    Miałem o wiele dłuższy odpis dla Ciebie (z kuchnią, biblioteką i dormitorium), ale zaparkowałem tutaj, bo pewnie będziesz chciał jakoś zareagować.

    Komentarze

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    — Eunoe — mówi Siostra. — Eu-no-e. Nie poprawiam cię z próżności. W tym mieście imiona potrafią mieć wielką moc, więc warto wymawiać je dokładnie.

    Odwraca się w głąb korytarza.

    — Chodź. Tutaj nie będziemy rozmawiać.

    Korytarz jest wykuty w skale i ma ludzkie wymiary. Kamień pod stopami jest gładki, ale nie wyślizgany, raczej starannie wyrównany, a przy ścianach biegną dwie wąskie rynienki, w których płynie woda. Słychać ją cały czas. Nie jest to huk wodospadu, który został za drzwiami, ani cisza. To ciągły, cienki dźwięk, który po kilku krokach przestaje się zauważać, a który zauważyłbyś od razu, gdyby ucichł.

    Jest zimno. Nie tak jak na zewnątrz po zmroku i nie tak jak w zimie. Ściany są delikatnie wilgotne. Kiedy przeciągasz po nich palcem, zostaje ciemniejszy ślad, który znika, zanim zrobisz następny krok.

    W stropie co kilkanaście kroków jest otwór, pionowy szyb biegnący w górę przez skałę. Ma przekrój okrągły, szerokość ramion człowieka i w środku wisi pęk metalowych pręcików na sznurku. Z dnia zostało w nich trochę szarego światła, a z góry ciągnie zimnem znad lodu. Kiedy przechodzisz pod pierwszym, pręciki stukają o siebie cicho i nierówno. Szyb jest pionowy, gładki, bez stopni i bez drabiny. Ktoś zawiesił w nim dzwonki.

    Korytarz kończy się kaplicą. To okrągła sala pod kopułą wykutą w skale, tak wysoką, że jej szczyt ginie w mroku nad lampami. Posadzka schodzi lekko ku środkowi, a w najniższym miejscu stoi ołtarz, czyli trzy kamienne kobiety, jedna nad drugą, wyższe od człowieka. Wygląda to jak pomniejszona kopia posągów, które widziałeś przy wodospadzie. Dłonie mają złożone w misy, a woda przelewa się z górnych do środkowych i z nich do dolnych, a stamtąd płytkim korytem w posadzce odpływa do trzech wyjść z sali. Słychać ją wszędzie. Wokół ołtarza leżą maty z sitowia, wytarte w trzech miejscach, każde naprzeciw innej Siostry.

    Twarzy nie mają. Owale są gładkie, wklęsłe i matowe, wytarte jak imiona w komorze, w której obudziłeś się rano. U stóp ołtarza, na kamiennym stopniu, leżą setki skrawków. Kawałki płótna, czegoś w rodzaju drewna i kory, gliniane tabliczki, wstążki, jeden zwinięty liść. Na każdym coś napisano, w kilkudziesięciu pismach.

    89badeb8-4b6e-4df3-95f0-9d93bea4ff6b-image.jpeg

    Przy dolnej misie klęczy krasnolud w lnie, który nie jest niebarwiony, tylko szary jak popiół. Jest szeroki jak drzwi, którymi weszliście, a broda, siwa i zapleciona w jeden gruby warkocz, sięga mu do kolan i jest zawinięta za pas, żeby nie wpadała do wody. Czerpie wodę z dolnych dłoni do glinianego dzbana, powoli, nie rozlewając ani kropli, i śpiewa pod nosem, nisko, głosem, który zdaje się dochodzić spod posadzki. Każdy wers kończy się wcześniej, niż się spodziewasz:

    Odchodzisz, a my się nie oglądamy.
    Bierzesz zimę, bierzesz starych, bierzesz słomę.
    Co bierzesz, oddajesz polu.

    Podnosi się z pełnym dzbanem. Patrzy na ciebie dłużej niż ktokolwiek dziś, nie wrogo, tylko tak, jakby cię zapamiętywał. Potem na Eunoe.

    — Nowy — mówi Eunoe.

    — Widzę. — Krasnolud poprawia dzban na biodrze. — Siostra Radogost. Służę Dolnej Siostrze. — Mówi to do ciebie i zaraz wraca wzrokiem do Eunoe. — Idę do tej z wczoraj. Na noc.

    Wychodzi prawym przejściem. Dzban zostawia na posadzce mokry ślad, który prowadzi tam, dokąd poszedł.

    — Siostrami nazywamy tu wszystkich, którzy służą — mówi Eunoe, kiedy jego kroki cichną. — Kobiety, mężczyzn i tych, którzy nie są ani jednym, ani drugim, bo i tacy przychodzą przez łuki. Siostry nie pytają, kim byłeś, kiedy przyszedłeś im służyć. My też nie.

    Podchodzi do stopnia z darami. Podnosi jeden skrawek, czyta go bez wyrazu i odkłada dokładnie tam, skąd go wzięła.

    — Każdy, kto tu przychodzi, patrzy na Trzy Siostry i widzi kogoś znajomego. Swoją boginię życia, swoją panią zmarłych, czy boginię wiedzy. Twarzy nie ma, więc nic mu nie przeszkadza. Przynoszą nam potem jej imię. Zapisujemy je i kładziemy tutaj, jako dar. Żadnego nie odrzucamy i żadnego nie uznajemy za prawdziwe.

    Patrzy w górę, po kolei, na trzy puste twarze.

    — Stubramie mówi na nie Górna, Środkowa i Dolna. Między sobą używamy imion z najstarszych zapisów. Górna to Nahid. Dolna to Morana. Środkowa to Saga. Jej służę.

    Siada na macie naprzeciw środkowej Siostry, w miejscu, gdzie sitowie jest wytarte najbardziej, i wskazuje ci matę obok. Nie czeka, aż usiądziesz.

    — Pytałeś, jakimi zasadami się kieruję. Powiem ci, czego uczy Saga, bo to jest to samo.

    Mówi powoli, tak jak się mówi rzeczy powtarzane od lat, ale nie recytuje.

    — Każdy, kto umiera, dochodzi w ciemności do dwóch źródeł. Pierwsze jest blisko, przy drodze, i woda w nim jest ciepła. Kto się z niego napije, zapomina. Przestaje go boleć, przestaje się bać, przestaje być tym, kim był. Drugie jest dalej, zimne, płynie z jeziora Pamięci i ma strażników. O łyk z niego trzeba poprosić i trzeba umieć powiedzieć, kim się jest.

    Patrzy na wodę w środkowych dłoniach, która stoi tam przez chwilę, zanim przeleje się niżej.

    — Saga uczy, żeby nie pić z pierwszego. Ani po śmierci, ani za życia. W tym mieście są ludzie, którzy z tego pierwszego źródła żyją. Kupują to, co boli, i każą sobie za to dziękować. Nie walczymy z nimi. Opłakujemy tych, którzy do nich idą. — Przez moment nic nie mówi. — Zastanawiasz się pewnie, czy mogłabym sprzedać to, co mi powiesz. Nie piję z pierwszego źródła i nikomu z niego nie podaję. Tego się trzymam, kiedy wszystko inne mnie zawodzi.

    Teraz patrzy na ciebie.

    — Pytasz też, czy otworzę się tak, jak chcę, żebyś ty się otworzył. — Krótka pauza. — Nie. Każdy nosi coś, czego nie oddaje. Ty też. Ja też. Nie poproszę cię o więcej, niż sama mogę dać. Możesz powiedzieć mi jedną rzecz albo żadnej. Zapiszemy cię w księdze przybyszów, ale nic z tego, co tu powiesz, do niej nie trafi, jeśli sam tego nie zechcesz.

    Słuchasz jej tak, jak cię uczono. Patrzysz na dłonie, na barki, na oddech między zdaniami. Nie kłamie. Tego jesteś pewien. Ale nie jest to szczerość kogoś, kogo nigdy nie kuszono. Tak mówi ktoś, komu proponowano ten łyk wiele razy i kto za każdym razem odmawia od nowa. Jej dłonie. Myła je przy misie przed rozmową i wytarła o len po twoim słowie. Kłykcie ma zaczerwienione. Tak myje dłonie ktoś, kto zmywa z nich coś, czego nie widać. I jeszcze jedno, najkrócej, przy jej „ja też”. Ten spokój nie jest tym, czym wydawał się w progu. Jak dłoń przyciśnięta do drzwi, za którymi ktoś stoi. Przez mgnienie wydaje ci się, że w niej są dwie osoby, a ona pilnuje, żeby odezwała się ta właściwa. Znasz ten chwyt. Uczono cię go latami.

    Ze środkowego przejścia, z głębi, dochodzi jeden głos, męski, bez melodii, prawie mówiony. Robi długie przerwy, w których słychać tylko wodę:

    Sago, ty, która zatrzymujesz,
    zatrzymaj mnie w sobie.

    Eunoe składa dłonie na kolanach, jedną w drugą, w płytką miskę. Tym razem są suche. Woda w środkowych dłoniach nad waszymi głowami stoi chwilę i przelewa się niżej.

    — Nie musisz teraz. Pokażę ci jeszcze, gdzie jest kuchnia, biblioteka i dormitorium. Jeśli zechcesz mi coś powiedzieć, po drodze albo jutro, będę słuchać.

    Rozgrywka ystyriaeth

  • Powitania, pożegnania i powroty
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    @bartoshrpg kojarzę chyba Ciebie z YouTube, nie nagrywałeś czegoś kiedyś o OD&D?

    Hydepark

  • Stubramie
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Dziwadło też człowiek. 😉 Samą Eunoe trudno byłoby uznać za race: human.

    Komentarze
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa