Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
Janusz PodziemiJ

Janusz Podziemi

@Janusz Podziemi
Mecenas
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
140
Tematy
12
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
1
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Powitania, pożegnania i powroty
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Zasugerowano mi delikatnie, że poprzednim razem wyszło zbyt lakonicznie - nadrabiam. 😉

    Z tej strony Janusz Podziemi (i Worldbuildingu). Erpegowo: nerd D&D od wielu lat, w każdej możliwej formie: papierowej, komputerowej i planszowej. Nowe edycje, stare edycje, dedekoidy, bez uprzedzeń; do każdej mam i sentyment, i pretensje. Choć cały czas mam wrażenie, że jeszcze dużo do rozegrania przede mną i mało co widziałem.

    Jak na Janusza Światotwórstwa przystało, mam własny, wiecznie ewoluujący autorski świat i to właśnie w nim zamierzam tu prowadzić. Przy okazji traktuję tę sesję jako pretekst, żeby wreszcie skodyfikować to wszystko, co od lat chodzi mi po głowie, a nigdy nie trafiło na papier.

    Świeżo po Baldur's Gate 3, które przeszedłem półorkiem - Oathbreaker/Hexblade z kryminalną przeszłością - który ostatecznie sam został łupieżcą umysłu i nowym Absolutem. Postać spodobała mi się na tyle, że w swoim świecie próbuję teraz odpowiedzieć na pytanie, jak wygląda Multiwersum po tysiącleciach kosmicznych rządów kogoś takiego. Skojarzyło mi się to mocno z wątkiem Boga Imperatora Leto II z Diuny, jeśli ktoś czytał, i to skojarzenie porządnie pobudziło wyobraźnię.

    Do PBF wracam po setkach sesji na żywo i przy wirtualnym stole, między innymi dlatego, że po prostu lubię pisać. W trybie pisanym to medium działa zupełnie inaczej niż przy stole: daje przestrzeń na głęboką odgrywkę, na bardziej splątane wątki i na światotwórstwo, które na żywo zwykle przegrywa z tempem akcji i przygody.

    Hydepark

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu

    Podróżnik wracający z starożytnej ziemi
    Rzekł do mnie: Nóg olbrzymich z głazu dwoje sterczy
    Wśród puszczy bez tułowia. W pobliżu za niemi
    Tonie w piasku strzaskana twarz. Jej wzrok szyderczy,
    Zacięte usta, wyraz zimnego rozkazu
    Świadczą, iż rzeźbiarz dobrze na tej bryle głazu
    Odtworzył skryte żądze, co, choć w poniewierce,
    Przetrwały rękę mistrza i mocarza serce.
    A na podstawie napis dochował się cało:
    «Ja jestem Ozymandias, król królów. Mocarze!
    Patrzcie na moje dzieła i przed moją chwałą
    Gińcie z rozpaczy!» Więcej nic już nie zostało…
    Gdzie stąpić, gruz bezkształtny oczom się ukaże
    I piaski bielejące w pustyni obszarze.

    — "Ozymandias", Percy Bysshe Shelley (tłum. Adam Asnyk)

    902a2735-93d5-4964-ae65-6d952c9e4d7b-image.jpeg

    Trzewik mierzy metr dwadzieścia w kapeluszu, ma siedemdziesiąt kilka lat i kosz z wikliny. W koszu spoczywają: ser w trzech odmianach, krakersy solone, mydło o woni, której żaden zielarz nie przypisał dotąd do konkretnego kwiatu, ręcznik oraz bukłak wody. Zawsze to samo. Od pięćdziesięciu lat to samo, bo, jak lubi powtarzać, przez pięćdziesiąt lat nikt nie wymyślił rzeczy, która uspokajałaby przybysza z obcego świata lepiej niż ten zestaw.

    Dziś Trzewik będzie miał ręce pełne roboty.

    Zaczyna wysoko, od Czarnych Urwisk, zbocza przeżartego katakumbami, w których miasto składa swoich zmarłych od tak dawna, że rachuba straciła sens. Trzewik nie lubi tam chodzić. Dzisiaj jednak w bocznej komorze pełnej kurzu i zatartych imion pewien nieczynny od stuleci portal rozżarzył się i wypuścił z siebie kogoś, kto siedział potem na posadzce przez trzy godziny, próbując przypomnieć sobie własne imię i nie dochodząc dalej niż do pierwszej głoski.

    Tak to zwykle wygląda. Portali jest w mieście kilkadziesiąt, jeśli nie więcej. Kamiennych, spiżowych, wrośniętych w mury, stojących samotnie pośrodku placu, a jeden tak wielki, że wieże sięgają mu ledwie do połowy przęsła. Wszystkie były niegdyś wrotami do innych światów i wszystkie postawił jeden władca.

    Tak... Tysiące lat temu miastem władał tyran, którego imperium sięgało przez portale dalej niż przez jakikolwiek trakt. Wygrano z nim wojnę i… wymazano go. Imię, twarz, pieczęć, każdy zapis, każdą wzmiankę w każdej kronice. Została pusta forma, w którą nie pasuje żadne słowo; został tytuł używany dziś przy dzieciach jak straszak - Bezimienny Król - oraz kilkadziesiąt jego bram, rozstawionych po placach, na których dzieci grają teraz w berka.

    Jednak kilkoro mieszkańców w tym mieście uważa, że wymazanie kogoś z historii to nie to samo co zabicie go. Niektórzy z nich nawet twierdzą, że mają na to dowody.

    Nikt nad portalami nie panuje. Prawie wszystkie od wieków śpią i lepiej, żeby spały; mieszkańcy mimo to zostawiają pod nimi kwiaty, monety i drobne prośby, na wypadek gdyby ktoś po drugiej stronie na to liczył. Raz na jakiś czas któryś budzi się bez ostrzeżenia i bez powodu, i ktoś przez niego wychodzi. Oszołomiony, z dziurą w pamięci dokładnie tam, gdzie było poprzednie życie. Mówi się, że istnieją klucze, którymi da się otworzyć łuk celowo i świadomie. Na prywatnych aukcjach magicznych przedmiotów ceny takich kluczy osiągają niewyobrażalne poziomy.

    Bractwo Ostiariuszy czeka na przybyszów z serem i mydłem, ponieważ dekady doświadczenia dowodzą, że ser i mydło działają skuteczniej niż halabarda. Trzewik przyjmował już w tym mieście istoty, których cień padał w złą stronę, i istoty, które trzeba było przez pierwszy tydzień karmić łyżeczką, i pewnego diabła o siedmiu imionach, z których pamiętał ostatnie i nie był z niego zadowolony. Ten diabeł prowadzi dziś jadłodajnię przy trzeciej bramie i piecze wyśmienite ciasto.

    A kiedy ser nie wystarcza, w gotowości stoi Zakon Janusowy - z halabardami i w wypolerowanych zbrojach barwy starego złota.

    Trzewik schodzi w miasto. Mija plac, na którym herold odczytuje poranne obwieszczenia, dorzucając do nich komentarze, za które kiedyś oberwie. W Stubramiu nie ma żadnych prawdziwych szlachciców, żadnych koron, herbów i innych takich błyskotek jak w starych królestwach z legend. Demokracja! Tu każdy obywatel jest podobno równy. Podobno. Bo spróbujcie wejść na zgromadzenie i przegadać starego rajcę, którego ród od trzech pokoleń siedzi blisko Kolegium Pontyfików. Albo mistrza gildii, który jednym skinieniem potrafi sprawić, że pół targu nagle przestaje z tobą handlować. Poszczególne stronnictwa mają tu wiele do powiedzenia, a ich strefy wpływów są różne. Między innymi, Zakon Janusowy egzekwuje prawo, a Bractwo Ostiariuszy opiekuje się portalami i przybyszami. Elementów tej układanki jest znacznie więcej i układ ten działa, choć Trzewik pamięta czasy, kiedy działał lepiej...

    Drugiego przybysza Trzewik zabiera z Podmiasta - miasta pod miastem, oświetlanego coraz mniejszą liczbą magicznych lamp z czasów, których już nikt nie pamięta. Prawo obowiązuje tam mniej więcej tak, jak obowiązuje wszędzie, gdzie nie zagląda Zakon Janusowy. Kto rządzi Podmiastem? Odpowiedź zależy od ulicy i tego, kogo się pyta. Działa tam przynajmniej kilka gildii złodziejskich; ile dokładnie, na górze nie wie nikt. Mają swoje barwy, swój język, swoje dzielnice i układy, których warunków nigdy nie spisano, ale wszystkie ponoć wywodzą się od Autolykosa, legendarnego złodzieja, stąd też określane są zbiorowo Autolykotami. Mieszkaniec z powierzchni widzi w Podmieście chaos. Ktoś stamtąd widzi mapę: kto komu płaci, kto komu wisi, kogo wolno zaczepić, a przy kim spuszcza się wzrok i idzie dalej bez pytania. Tej mapy nie da się kupić ani wyczytać. Można ją poznać wyłącznie od środka i zajmuje to lata.

    Trzewik schodzi tam bez broni i nikt go nie zaczepia. Niziołek z koszem sera jest w Podmieście czymś w rodzaju nieszkodliwej pogody. Trzeciego przybysza znajduje przy studni, tam gdzie zawsze. Ten akurat nie przyszedł żadnym łukiem - urodził się trzy ulice stąd, zna w tym mieście każdy zaułek i wie, których trzech zaułków nie ma na żadnym planie. Zna też Trzewika, bo Trzewika zna całe miasto, i rozumie, że jeśli niziołek zjawia się z koszem, to znaczy, że będzie robota, i że będzie dziwna.

    Jednak tak jak jego rodzice, nie pamięta nic ze świata, z którego pochodzi. Jedynie pojedyncze obrazy czy wrażenia, chyba że zdążył już je sprzedać Leteańczykom - wyciągają wspomnienia z głowy, zamykają w szklanej fiolce i sprzedają dalej. Chcesz zapomnieć coś, co cię dręczy? Płacisz. Chcesz poczuć jak to jest widzieć inny świat, żyć cudzym życiem przez chwilę? Też płacisz, tylko więcej. Prowadzi to kobieta, Melinoe, która przyszła przez portal jak połowa tego miasta, tylko że zamiast szukać swojej przeszłości, postanowiła zbierać cudze.

    Czwartą czy czwartego przybysza Trzewik ma na końcu trasy, przy bramie zachodniej. Stamtąd przychodzi się z zewnątrz, a zewnątrz jest w tej opowieści osobnym rozdziałem. Trakty poza miastem nie są bezpieczne. Karawany chodzą zbrojno albo nie chodzą wcale, a im dalej od bram, tym mniej kogokolwiek obchodzi, że w mieście obowiązuje prawo. O tym, co leży dalej niż tydzień drogi, mieszkaniec Stubramia wie tyle, co o dnie morza: że jest, że jest ogromne i że wracają stamtąd nieliczni. A jeśli wracają, opowiadają o spieczonej, zepsutej magią Bezimiennego Króla krainie ruin i grobowców, po której chodzą rzeczy mające apetyt, ale nie mające nazwy, oraz bandy mające nazwy aż nadto konkretne.

    Trzewik prowadzi całą czwórkę pod wodospad. Woda spada tam z lodowców, przelewa się przez dłonie trzech kamiennych olbrzymek, ogrzewa się w ich palcach - nikt nie wie, jakim sposobem - i wpada do publicznych łaźni, gdzie miasto od tysiąca lat moczy nogi i załatwia interesy. Podobno ta woda leczy. Trzewik w to nie wierzy, ale wysyła tam każdego, bo każdy wychodzi z niej spokojniejszy, a spokojny przybysz to przybysz, którego nie trzeba nikomu tłumaczyć...

    5dba3055-b783-430d-9523-8383a7068833-image.jpeg

    Późny październik w Stubramiu poznaje się po świetle. Przez pół roku słońce stało wysoko i wypłukiwało miastu kolory; teraz idzie nisko, wzdłuż ulic zamiast nad nimi, i wszystko, na co pada, wygląda na cenniejsze niż jest. Mur ma barwę miodu, a kurz w powietrzu świeci.

    Ostatnie karawany zeszły z traktu przed tygodniem i nikt już nie targuje się dla przyjemności. Sól, olej, mąka, węgiel drzewny, wełna: każdy liczy w głowie, ile dni jeszcze zostało. Kto ma dług, spłaca go teraz albo przyznaje się, że nie spłaci. Kto ma coś do załatwienia po drugiej stronie gór, załatwia to w tym tygodniu, bo za miesiąc przełęcz zamknie się na cztery miesiące i nie obchodzi jej, jak pilna jest sprawa. Handlarze wodą zaczynają się uśmiechać.

    Wodospad Trzech Sióstr o tej porze roku zaczyna milczeć. W maju słychać go z połowy miasta i w łaźniach trzeba mówić podniesionym głosem; teraz woda przechodzi przez kamienne palce trzema cienkimi strużkami i szeleści, zamiast huczeć. Basen jest ciepły jak zawsze, ale wody mniej, i widać w nim dno. Odsłania to rzeczy, których przez większość roku nie ma. Stopnie schodzące pod wodę i prowadzące donikąd. Wąskie wejście u podstawy środkowej siostry, którego przez osiem miesięcy w roku dosłownie nie da się zobaczyć.

    Woda w miejskich rynsztokach płynie leniwie i przejrzyście, bo w górze nie zostało już prawie nic do stopienia. Mieszkańcy z dolnych dzielnic mówią, że w tym roku dostali jej mniej niż zwykle, a z górnych mówią, że to nieprawda, i tak co roku.

    Nad ranem dachy są mokre od rosy i pierwszy raz od wiosny nikt na nich nie śpi. Poduszki zniesiono na dół, kilimy wywietrzono, a na płaskich dachach zostały tylko sznury z suszącymi się złotymi jabłkami z Parku Hesperyd i ci, którzy nie mają noclegu gdzie indziej.

    Zmierzch przychodzi teraz wcześnie i bez uprzedzenia. O tej porze na schodach schodzących ku dolnej ulicy pachnie dymem i tłuszczem, a bezpańskie psy chodzą pod wiatr, żeby dojść do źródła zapachu.

    ***

    Do Orthosa i Porthosa się schodzi. Solne Schody prowadzą z Sześciu Dłoni, dzielnicy przyrośniętej do wodospadu Trzech Sióstr, w dół ku Stukramiu, nazwanemu tak przez kogoś, kto uznał, że skoro miasto ma sto bram, to targ może mieć sto kramów, i miasto ten dowcip przyjęło na stałe. Karczma stoi w połowie tych schodów, wciśnięta w zbocze tak, że drzwi frontowe wychodzą na jedną ulicę, a okna kuchni na drugą, o piętro niżej, i sąsiedzi z dołu od lat toczą przegraną wojnę o to, żeby ich nie otwierano.

    Szyld karczmy jest jeden. Kucharz też jest jeden. Imiona zaś dwa. Głowy również dwie. Ettin ma cztery metry i nie mieści się w żadnym pomieszczeniu przeznaczonym dla gości, więc wiele lat temu wybito strop nad kuchnią. Dzięki temu Orthos i Porthos stoją na dole przy palenisku, a ich głowy są dokładnie na wysokości sali jadalnej i lady, przy której siedzą stali bywalcy. Zamawia się przez ladę, w dół. Po tygodniu każdy wie, że mięso zamawia się u Orthosa, a sosy i wszystko, co słodkie, u Porthosa, i że pomylenie tych dwóch spraw kosztuje kwadrans życia, bo bracia będą to przy tobie prostować od początku.

    13a81753-c387-49a2-bedd-70a989c862cc-image.jpeg

    Karta dań jest spisana w dwóch kolumnach, dwoma charakterami pisma. Żeberka sowoniedźwiedzie. Ogon ankhega w occie, na zimno. Języki wilcze w maśle. Galareta z sześcianu, o której Porthos mówi bez pytania, że gotowana przez trzy dni traci właściwości żrące i jest bezpieczna dla większości smakoszy. Jedyne, co jest w tej karczmie święte, to że nazwa dania nie kłamie: jeśli napisano, z czego jest, to jest z tego. W mieście, w którym połowa jadłodajni sprzedaje po prostu „mięso", uchodzi to za zbytek. Orthos i Porthos ponoć polegają na całym zastępie awanturników, aby zdobyć składniki do egzotycznych potraw.

    Sala dzieli się sama, bez niczyjej pomocy, na cztery miejsca, i po tym, gdzie ktoś usiadł, można poznać, po co przyszedł.

    Przy ladzie siedzą ci, którzy przychodzą tu codziennie. Stołki są tam wytarte do jasnego drewna, jest najcieplej w całej karczmie i słychać wszystko, co dzieje się na dole w kuchni, łącznie z rzeczami, których ani Orthos, ani Porthos nie chciał powiedzieć głośno. Miejsca przy ladzie się nie rezerwuje. Się je ma albo nie.

    Sala z paleniskiem to trzy długie stoły, przy których siada się tam, gdzie akurat jest luka, i je z sąsiadem z tej samej michy, jeśli sąsiad nie ma nic przeciwko. Tu jest głośno, tu się kłócą, tu ktoś zawsze komuś coś tłumaczy zbyt cierpliwym tonem.

    Pod ścianą naprzeciw wiszą trzy kotary z ciężkich derek, każda na własnym drągu, każda zasłaniająca wnękę z jednym stołem. Za kotarę dopłaca się dwa srebrne i nikt nie pyta, po co.

    Na koniec jest ganek: wąska galeryjka nad dolną ulicą, na wysokości okien kuchni, gdzie stoi jedna ławka i beczka po soli. Jest tam zimno, ciągnie dymem i zapachem gotowania prosto z okna, i nic się za to nie płaci. Siadają tam ci, którzy nie chcą siedzieć w środku, i ci, których w środku wolą nie widzieć.

    Wieczór jest zwyczajny, czyli pełny.

    Przy ladzie trzech orczych poganiaczy, którzy zeszli z traktu trzy dni temu i wciąż mają kurz Zamurza na butach. Nie rozmawiają, bo najstarsza z nich właśnie zasnęła nad miską i nikt nie ma serca jej budzić. Po sali chodzi kenku i przyjmuje zamówienia w ten sposób, że powtarza je w dół do kuchni dokładnie twoim głosem, z twoim wahaniem i twoim kaszlnięciem w środku zdania. Przy trzecim stole diablica z notesem — zasłania go przedramieniem, ilekroć ktoś przechodzi, i tłumaczy coś cierpliwie ogromnemu, wyraźnie młodemu strachunowi w czystej tunice. Na ganku, na beczce po soli, siedzi rogaty chłopak, którego nikt tu nie zapraszał i nikt jeszcze nie wygonił.

    Środkowa kotara jest zaciągnięta. Spod niej widać tylko krawędź stołu, kufel, którego nikt nie tknął, i przedramię: szare, żylaste, pokryte tatuażem — pismem, którego nikt w tej sali nie umie przeczytać, a które w świetle paleniska wygląda, jakby się tliło. Raz na jakiś czas z wnęki wychodzi ktoś inny, kiwa głową i wychodzi z karczmy. Wytatuowany duergar zostaje.

    Na dole, w kuchni, coś idzie nie po kolei. Porthos ma minę, jakiej u niego nie widuje się przy pracy, a Orthos przelicza coś na palcach po raz trzeci.

    — Sześćset czterdzieści funtów — mówi Porthos w górę, do nikogo i do wszystkich naraz. — Sześćset czterdzieści! I to nie żaden ochłap, tylko z boku, spod samego karku, gdzie ziarno przechodzi w mięso. Do Nowego Roku będę z tego robił rzeczy, o których wy nawet nie wiecie, że są możliwe.

    — Zapłaciliśmy za to jak za lampę z Podmiasta, co jeszcze świeci — dodaje Orthos.

    — Zapłaciliśmy uczciwie i nie psuj mi wieczoru.

    — Wół biesiadny — orczy poganiacz tłumaczy sąsiadowi od stołu, który najwyraźniej zapytał. — My na niego mówimy “uczciwiec”, ale w tym fachu mówi się też “biesiadnik”, “żywiciel”... Nie, nie stado. Jeden. Wielki jak ta karczma razem ze zboczem. Chodzi po pustkowiu i nigdy nie staje, ani w dzień, ani w nocy, więc się za nim idzie i tyle: przez cały sezon idziesz za wołem, śpisz przy nim, pijesz z niego, a za nim rośnie trawa tam, gdzie od stu lat nie rosło nic. Ma twarz. Prawie ludzką. Odcinasz mu z boku i on się nawet nie ogląda, bo jemu to odrasta w dwa dni, a czuje, jakbyś go podrapał tam, gdzie sam nie sięga. Do tego trzeba przywyknąć. Ja przywykłem dopiero w trzecim sezonie.

    — To po co wam broń? — pyta ten sam głos.

    — Nie na niego. Na tych, co idą za nami. — Poganiacz nabiera z miski i mówi resztę już ciszej. — Wyszliśmy ze Stubramia w czworo, wróciliśmy we trójkę.

    Sala nie milknie, bo sala nigdy nie milknie, ale przy ladzie robi się o jeden ton ciszej.

    — Nie, to nie były ani potwory, ani nomadzi. Yasba, jeden z nas, poszedł po serce. Bo z boku to jest mięso i tyle, a serce jest warte jak trzy sezony. Tylko że po serce się wchodzi do środka, tunelem wyciosanym w żywej tkance uczciwca, który sam się za tobą zasklepia, jak przestaniesz go trzymać otwartym. Trzymaliśmy. Zabrakło jednego uderzenia serca.

    — To znaczy… wyjęliście go?

    — To znaczy, że nie. Rana się zeszła jak nic. Bez śladu. — Poganiacz wzrusza ramionami z czymś, co u kogoś mniej zmęczonego byłoby złością. — I ten wół biesiadny poszedł dalej, bo on nigdy nie staje. Idzie sobie teraz gdzieś po pustkowiu, ma już pewnie nieżywego Yasbę w środku i pewnie nawet o tym nie wie. Nikt tam nikogo nie zabił. Tak to trzeba mówić i tak powiem jego siostrze. Zresztą, jest cień szansy, że Yasba wciąż żyje, uwięziony w żywicielu...

    Porthos przez chwilę nie mówi nic, co przy jego naturze jest formą żałoby.

    — Zapiszę go na karcie — mruczy w końcu. — Nie jego, tylko wołu. „Pieczeń z wołu biesiadnego, sezon jesienny, od Yasby". Jak ktoś zapyta, to mu odpowiem, kto to był. U mnie nazwa dania nie kłamie. — I zaraz, bo cisza mu ciąży: — Tylko że ja teraz mam sześćset funtów mięsa, a piwnicę może na trzysta. Musimy pogłębić piwnicę. Zima idzie, mięsa jest więcej, mięso musi mieć chłód, chłód jest niżej. Proste.

    — Nie jest proste — mówi Orthos równie stentorowym tonem.

    — Nie jest proste — zgadza się Porthos. — Przeklęte szczury! Dwie ekipy budowlane, i za każdym razem to samo. Wychodzą ze ściany, którą rozbieramy. Nie uciekają. Wiecie, że szczur ucieka od światła? Te siedzą i patrzą, a żeby tylko!

    — Przegryzły obręcz beczki — dodaje Orthos. — Żelazną. Ci robotnicy… ledwo uszli!

    — Tego akurat nie musisz mówić przy jedzeniu.

    Przy ladzie najmłodszy z poganiaczy budzi śpiącą łokciem, bo zaczęła mówić przez sen. Nie w orczym i nie we wspólnym. W niczym, co ktokolwiek przy ladzie potrafiłby nazwać. Ona siada prosto i przez chwilę nie wie, gdzie jest.

    — Każdej nocy to samo — mówi cicho, do nikogo konkretnego. — W Podmieście cała ulica tak ma. Bez wyjątku. Wszystkim się śni, że schodzisz i schodzisz, i wiesz, że schodzisz do własnego mieszkania, tylko schodów jest za dużo. A na dole jest światło, fioletowe. I ktoś tam czeka, i wita cię po imieniu. Tylko że to nie jest twoje imię, a ty i tak się odzywasz.

    — I co mówi? — pyta ktoś od stołu.

    — Nie wiem. Rano nie pamiętam. — Poganiaczka szuka słów dłużej, niż wygląda na kogoś, kto ich w ogóle szuka. — I nie chodzi o to, że się zapomina. We śnie się wie, kto to jest. Wie się to na pewno, tak jak się wie, że własna matka to własna matka. A jak się człowiek obudzi, to nie ma czego zapominać. Puste miejsce w głowie i tyle. Moja siostra przestała już opowiadać, bo mówi, że jak opowie, to następnej nocy schodów jest więcej.

    — Idźcie z tym do Trzech Sióstr.

    — Byliśmy. Kapłan powiedział, że to wilgoć i grzyby Podmiasta.

    — To nie wilgoć, to nie grzyby, to ta Wieża — mówi trzeci z nich, ten z irokezem, i wskazuje kciukiem w podłogę. — Tydzień temu zaświeciła. Stoi w ruinie od zawsze, nikt tam nie chodzi, bo po co, a teraz bije z niej słup światła prosto w Klosz pod sklepieniem. Fioletowe światło! Klosz jest ciemny, odkąd ktokolwiek pamięta, bo magia wygasła. Starzy mówili, że kiedyś robił nam dzień i noc, i nikt im nie wierzył. Teraz się pali i ludzie u nas na dole przestali gasić lampy na noc, chociaż lampy nic nie pomagają, bo to nie o ciemność chodzi.

    — Weszła tam banda Pogromców św. Jerzego. Nowi rekruci, to miała być ich próba — dodaje ktoś od stołu. — Sześcioro. Trzy dni temu.

    — I?

    — I nic. To znaczy: nadal sześcioro, nadal tam. Bez wieści.

    Kobieta prycha w kubek. Palce ma spięte błoną do drugiego stawu.

    — Fioletowo świeci, woła po imieniu, którego nie ma, a wy się zastanawiacie, kto to. Ja bym się nie zastanawiała…

    — Nie w mojej karczmie, Wercha — mówi Porthos z dołu, nie odwracając głowy znad rondla. — Straszcie sobie dzieci na ulicy, ja mam pełną salę i ludzie mi jedzą.

    — Ja tylko mówię, co słyszę.

    — A ja tylko mówię, czego u siebie nie chcę słyszeć!

    Dwa stoły dalej diablica stuka ołówkiem w notes.

    — Nie. Jeszcze raz, bo pan mnie nie słucha. Wynająć — owszem, dziś, choćby jutro. Kupić — nie. Otworzyć warsztat pod własnym szyldem — nie. Wpisać się do cechu rzemieślniczego — też nie, bo cech przyjmuje wyłącznie obywateli, a pan obywatelem nie jest i nie będzie przez siedem lat.

    — Siedem? — Strachun ma głos zaskakująco cichy jak na swoje wymiary. — Ale ja tu już mieszkam dwa lata!

    — Mieszka pan. To co innego niż jest pan stąd. Siedem lat pogłównego, płaconego co kwartał, bez ani jednej zaległości, dwóch poręczycieli z obywateli i wpis w rejestrze u kwestora. I stawiennictwo, oczywiście. Jak Zakon Janusowy zadmie, staje pan pod bramą z tym, co ma pan pod ręką, i broni pan Stubramia jak swego domu, mimo że miasto nie pozwoliło panu kupić w nim ani jednej cegły. — Zapisuje coś. — Mówi się „siedem lat albo jedna wojna". Wojną idzie szybciej i o wiele więcej osób w ten sposób zostało obywatelami, niż to wynika z podatków. Radzę jednak podatki.

    — A ten mój list bramny...?

    — List bramny to jest kwit, że pan przyszedł łukiem i że Bractwo Ostiariuszy pana widziało. Ma pan dzięki niemu prawo tu być i prawo do wody. To naprawdę wiele w dzisiejszych czasach. Wystarczy wyjrzeć za mur Stubramia, żeby to zrozumieć.

    Przy palenisku starsza kobieta z błoniastymi palcami i w fartuchu łaziebnej dolewa sobie z cudzego dzbanka i mówi to, co mówi od trzech dni każdemu, kto nie zdążył odejść.

    — Wercha mówi, a wy słuchajcie. Trzydzieści dwa lata robię przy basenie i takiej niskiej wody nie widziałam. Dno widać jak na dłoni. A pod środkową siostrą jest wejście. Nie szpara, nie dziura, wejście: framuga, próg, dwa stopnie w dół i ciemno. Stało tam zawsze, tylko pod wodą.

    — I zostanie pod wodą — odzywa się chłopak w za dużej kamizelce, siedzący prosto. Chorąży Zakonu Janusowego po służbie: cywilna kamizelka, regulaminowe buty, wygolona potylica i na niej druga twarz, na razie zaszyta kreskami zamiast oczu i ust. Otworzą mu ją na wiosnę, przy ślubowaniu. Do tego czasu chodzi po mieście z tyłem głowy, który śpi. — Zamurowywano to dwa razy. Pozycja czterysta jedenaście i czterysta dwanaście, rejestr robót podwodnych — recytuje bez zająknięcia, jak ktoś, komu kazano się tego nauczyć, zanim dostał halabardę.

    — I nikt nie pyta, dlaczego mur nie wytrzymał.

    — Nikt nie pyta, bo od pytania do wchodzenia jest jeden kieliszek laakówki — mówi chorąży. — Woda wróci w marcu. Do marca niech tam siedzi, co siedzi.

    — Do marca — powtarza Wercha z satysfakcją kogoś, kto właśnie usłyszał, ile ma czasu. Mówi to nie do chorążego, tylko do wytatuowanej twarzy na jego potylicy, bo tak się w tym mieście robi, dając do zrozumienia zakonnikowi, że te słowa nie są przeznaczone do oficjalnego rejestru.

    Spod środkowej kotary nikt się nie odzywa ani razu.

    ***

    Drzwi otwierają się na tyle, na ile trzeba niziołkowi, i wchodzi Trzewik: metr dwadzieścia, kosz z wikliny, płaszcz zwilgotniały na ramionach, bo na górnej ulicy widocznie mży. Stali bywalcy przy ladzie podnoszą wzrok i opuszczają go z powrotem. Podchodzi do was.

    — Witajcie. Mam nadzieję, że od naszego ostatniego spotkania zdążyliście już znaleźć swój kąt w Stubramiu — mówi, stawiając kosz na ławie. — Przyniosłem ser. Pamiętacie jego smak, kiedy tu trafiliście? Częstujcie się. Potem powiem wam, w co was wpakuję. W tej kolejności, bo w odwrotnej połowa z was odeszłaby przed serem.

    Zdejmuje kapelusz, kładzie go na kolanie i dopiero teraz przygląda się wam po kolei, jednemu po drugim, bez pośpiechu.

    — Nie znacie się. Ale ja miałem okazję poznać każde z was choć trochę i chciałem, żebyście poznali się nawzajem, bo intuicja mi podpowiada, że dobrze na tym wyjdziecie. Zwykle mam rację. Zwykle, nie zawsze.

    ***

    W co gramy? Podstawą przygody jest "City of Arches" Michaela E. Shea - miasto zbudowane tam, gdzie granice między światami są cienkie. Dokładam do tego inspiracje z Planescape (punkowość, planarna dziwność; stronnictwa, które są czymś więcej niż gildiami zawodowymi), oraz z Ptolusa (miasto poziome i pionowe, warstwy ruin pod ulicami, polityka rozgrywana na poziomie konkretnej przecznicy, oraz zasada, że wszystko, co widzicie na ulicy, ma pod spodem cztery warstwy historii). Wnikliwa znajomość którejkolwiek z moich inspiracji nie jest do gry potrzebna, bo to bardziej mój autorski take, niż wierne odwzorowanie.

    Postapokaliptyczne weird fantasy. Gramy w ciemnych wiekach. Imperium Bezimiennego Króla obejmowało nie jedną krainę i nie jeden świat, tylko całe multiwersum, spięte portalami w coś, czego dziś nikt już nie potrafi sobie wyobrazić. Za jego rządów, uwielbianych przez jednych, przeklinanych przez drugich, Plan Materialny i wszystkie pozostałe światy zmieniły się w sposób, którego nie da się cofnąć. Potem imperium upadło, portale pogasły, a kawałki, które po nim zostały, przestały ze sobą sąsiadować. To nie jest jednak świat po apokalipsie w tym sensie, że wszystko się skończyło. Stubramczycy budują, handlują, kłócą się o podatki i zakochują. Rzecz w tym, że robią to w cieniu potęgi, której nie rozumieją i której nie umieją odtworzyć. Mieszkają w cudzych murach, posługują się starożytną technologią i nie potrafią naprawić połowy rzeczy, z których korzystają. Mniej więcej tak, jak barbarzyńcy w rzymskich ruinach. Nadzieja na nowy ład istnieje. Widmo powrotu poprzedniego niestety również.

    Sandboksowa kampania miejska. Miasto jest bohaterem tej gry na równi z waszymi postaciami. Nie prowadzę was po linii od sceny do sceny - stawiam przed wami kilka wątków naraz i to wy decydujecie, w który wejdziecie, kiedy i po co. Jeśli powiecie „olewamy zlecenie od Zakonu, idziemy pogadać z paserką z Podmiasta", to tam idziemy.

    Amnezja. Wasze postacie najprawdopodobniej trafiły do Stubramia przez portal, a to znaczy, że niewiele pamiętają ze świata, z którego przyszły. Pamiętacie wątek Bezimiennego z Planescape: Torment? Tutaj ma go połowa miasta, i to jest zwyczajne, męczące i pozbawione dramatyzmu, tak jak zwyczajna jest w mieście portowym cudzoziemska wymowa. Amnezja nie oznacza pustki. Postać pamięta, jak się walczy, mówi, rzuca zaklęcia i wiąże węzeł. Pamięta, co lubi i czego się boi, tylko nie pamięta dlaczego. Zostają jej pojedyncze obrazy bez kontekstu: czyjaś twarz, smak, dźwięk, którego tutaj nie słychać, przekonanie, że komuś jest coś winna. Wy sami decydujecie, ile z tego chcecie mieć. Ktoś, kto urodził się w mieście, ma to samo, tylko odziedziczone po rodzicach.

    Świat poznajecie od mieszkańców, nie z kompendium. Nie będzie wykładów o historii świata ani ścian tekstu na start. Tyle, co powyżej, w zupełności wystarczy do gry. Reszta przyjdzie od NPC-ów, którzy mają własne powody, żeby mówić akurat to, co mówią. Będzie stara kobieta, która pamięta co innego niż kroniki. Będzie kapłan, który przemilcza istotny fragment. Będzie dwóch świadków opowiadających tę samą historię w dwóch sprzecznych wersjach, i nie musicie ustalić, który kłamie, żeby grać dalej. Wiedza o świecie jest tu zdobyczą, nie założeniem.

    Przynależność daje wiedzę. Rzeczy takie jak mapa gildii z Podmiasta czy układy w Kolegium nie są dostępne z zewnątrz i nie sprowadzę ich do jednego rzutu na Wiedzę. Jeśli chcecie wiedzieć, kto tam naprawdę komu płaci, trzeba w to wejść, komuś zaufać, coś komuś być winnym. Działa to też w drugą stronę: postać z odpowiednim backgroundem wchodzi do gry z lore, którego pozostali nie mają, i to jest jej realna przewaga.

    Stronnictwa żyją własnym życiem. Zakon Janusowy, gildie Podmiasta, poszczególni pontyfikowie, Leteańczycy i parę rzeczy paskudniejszych mają swoje cele i realizują je niezależnie od was. Możecie się z nimi związać, rozegrać jedną przeciw drugiej albo trzymać się z daleka, ale świat nie stoi i nie czeka.

    Problemy mają więcej niż jedno rozwiązanie. Praktycznie każde wyzwanie da się rozwiązać siłą, ale też przekupstwem, śledztwem, kłamstwem, sojuszem z kimś nieprzyjemnym, magią, ucieczką albo poczekaniem, aż dwa stronnictwa same się pogryzą. Nie projektuję scen pod jedno „poprawne" wyjście. Jeśli macie plan, którego nie przewidziałem, tym lepiej.

    Ton. Miasto jest cywilizowane, dowcipne i całkiem przyjemne do życia, a jednocześnie stoi na czymś bardzo starym, czego nikt do końca nie rozumie, łącznie z tymi, którzy twierdzą, że rozumieją. Magia przenikająca ten świat bywa piękna i bywa obrzydliwa, rzadko bywa wygodna. Rzeczy niepojęte traktuje się tu z uprzejmą rezerwą, bo panika nie pomaga, a sąsiad z trzema parami oczu płaci czynsz na czas. Sporo suchego humoru; groza raczej z dziwności niż z rozlanej krwi, choć brutalności pewnie nie zabraknie. W końcu to Lochy i Smoki.

    Trzewik jest waszym punktem zaczepienia na start: zna was wszystkich, zna miasto i zna ludzi, którzy mają kłopoty. Nie jest jednak waszym szefem ani przewodnikiem po fabule i nie zamierzam prowadzić was za rękę przez jego usta. W pewnym momencie przestaniecie go potrzebować. Wtedy zacznie się właściwa gra.

    ***

    Tworzenie postaci

    • System: D&D 5E wg zasad z 2014 - załączony link traktujmy jako jedno źródło prawdy o zasadach. Zasad domowych będzie raczej mało, jeśli wcale, np. podoba mi się z BG3 konieczność powrotu do "obozu" i posiadania żywności żeby odbyć długi odpoczynek. Jak w trakcie gry zabrniemy w jakiś obszar gry, gdzie 5E ma niewiele lub zero zasad, to wtedy będę z konieczności więcej rulingował.
    • Poziom startowy: 1.
    • Atrybuty: point buy.
    • Rasa i klasa: dowolne. Serio dowolne. Przez portale przychodzi wszystko ze wszystkich światów, a Stubramie zdążyło się przyzwyczaić - nikt nie zmruży oka na centaura, warforged, czy kenku. Nie ma tu "dziwnych" ras, a ludzie pewnie są w mniejszości, gdyby ktoś kwapił się przeprowadzić spis ludności.
    • Pochodzenie (background): dowolne z podręcznikowych. Jak ktoś chce połączyć z jednym ze wspomnianych stronnictw, możemy się nad tym zastanowić.
    • HP na 1. poziomie: maksymalne.
    • Ekwipunek: startowy z klasy i pochodzenia. Można sprzedawać i kupować po cenach podręcznikowych.
    • Format KP: dowolny, byle czytelny.
    • Historia postaci: Kilka pomysłów ode mnie, co warto przemyśleć. Z jakiego świata pochodzi? Nie musisz go opisywać - wystarczy, że wiesz, czy było tam zimno i czy było tam głośno. Co dokładnie z niego pamięta? Nie historię, tylko pojedyncze obrazy: czyjąś twarz, smak, dźwięk, którego tutaj nie słychać. Czy ma przy sobie jakiś przedmiot stamtąd? Jeden. Niekoniecznie cenny (patrz trinkets w D&D 5E). Chce wrócić? Jeśli tak - do czego konkretnie? Jeśli nie, przed czym ucieka? Jak się czuje w tym mieście fizycznie? Powietrze jest suche i rzadkie, zimą pada śnieg, latem kurz wchodzi wszędzie. Ktoś, kto żył w dżungli albo pod wodą, będzie tu miał ciągle popękane usta i będzie o tym mówić przy każdej okazji. Co ją tu obrzydza, a do czego zdążyła się przywiązać wbrew sobie? Zależy jej na tym mieście? Czy raczej mieszka w nim tak, jak mieszka się w poczekalni? Skąd zna Trzewika? Odebrał ją spod łuku? Kupuje u niego ser? Wyciągnął z aresztu? Jest mu winna pieniądze? To wystarczy, żeby drużyna miała się skąd wziąć w pierwszej scenie.

    ***

    Podsumowanie

    • System: D&D 5E wg zasad z 2014 - załączony link traktujmy jako jedno źródło prawdy o zasadach. Zasad domowych będzie raczej mało, jeśli wcale, np. podoba mi się z BG3 konieczność powrotu do "obozu" i posiadania żywności żeby odbyć długi odpoczynek. Jak w trakcie gry zabrniemy w jakiś obszar gry, gdzie 5E ma niewiele lub zero zasad, to wtedy będę z konieczności więcej rulingował.
    • Liczba graczy: Idealnie 4, ale jestem skłonny przyjąć nawet 5-6, jeśli zgłoszenia będą dobre, bo ktoś pewnie się wykruszy.
    • Kryteria przyjęcia graczy: First come, first served.
    • Platforma: forum - lubię klasyczne PBF.
    • Częstotliwość odpisów: Do dogadania z grupą.
    • Dokumenty Google: Sam raczej nie będę używał, ale jeśli gracze chcą między swoimi postaciami poprowadzić jakiś rozbudowany dialog, to nie zabraniam.
    • Użycie AI: Dopóki nie obrzydza współuczestnikom sesji, jest ok.
    • Przewidywana długość sesji: do dyskusji. Zaczniemy od rozegrania kilku epizodów i popatrzymy, czy nam się to podoba. Bez zobowiązań na dwa lata.
    • Termin zakończenia rekrutacji: Bezterminowo.

    ***

    Lista zgłoszeń:

    • Leszek Dyskietka jako Notturno-09-REM (Warforged / Aberrant Mind Sorcerer / Sage).
    • Nabuchodonozor jako Ystyriaeth (Githyanki / Monk / Planar Philosopher).
    • Agape jako Pluskwa (Goblin / Ranger / City Watch).
    • Dust Mephit jako Ja'aqob “Puchaty” (Beasthide Shifter / Fighter / Folk Hero).
    Archiwum

  • Notturno-09-REM
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Dzień osiemdziesiąty dziewiąty według rachuby Notturno
    Wieczór
    Podmiasto Stubramia
    Aleja Tysiąca Dłoni

    Najpierw idzie tam, gdzie iść nie warto. Jedenaście wilgotnych stopni w dół, a na ich końcu drzwi do sklepu Kirriwima. Zabite deskami przez kogoś, kto nie miał do tego ani serca, ani odpowiednich gwoździ. Trzeci dzień tak samo. Notturno stoi przed nimi dokładnie tyle, ile trzeba, żeby ustalić, że nic się nie zmieniło, po czym wraca na górę i pozwala nogom zrobić to, co robią zawsze, kiedy nie mają nic mądrzejszego do roboty.

    Niosą go pod ocynowaną rynnę.

    To miejsce po przeciwnej stronie ulicy naprzeciwko okutych drzwi z wypolerowaną klamką, gdzie stał dzień po dniu, aż leteańskie osiłki zaczęły go stamtąd wynosić z tą samą znudzoną skutecznością, z jaką wynoszą pijanych i płaczących od cudzych wspomnień. Rynna kapie osiemnaście kropel na minutę, wczoraj dwadzieścia dwa, przedwczoraj dwadzieścia sześć, i to jest jedyna rzecz w całym zaułku, która zachowuje się przewidywalnie, bo nie chodzi o liczbę, tylko o to, że schodzi w dół zawsze o tyle samo.

    Ulica schodzi stąd również w dół, ku kanałowi, gdzie woda odbija światło lamp i rozbija je na drobne, ruchome plamy, których nie da się policzyć, co Notturno uważa za osobistą zniewagę ze strony fizyki. Nad zejściem wisi na łańcuchu latarnia z zielonym szkłem. Mryga. Łańcuch jeszcze się kołysze.

    Ktoś stoi pod nią.

    Sprawny wizjer zwęża się i klika, katalogując; drugi, pęknięty od trzynastu dni, migocze nierówno i zostaje pół kroku w tyle za obrazem. Postać wysoka, kobieca, w płaszczu ze zbyt wysokim kołnierzem jak na tę pogodę. Skóra w kolorze wody spod lodu. Zamiast włosów grube, ciemne sploty, poruszające się powoli, każdy własnym rytmem, i to właśnie one zatrzymują uwagę Notturna najdłużej, bo jest ich dziewiętnaście i każdy porusza się w innej fazie, co oznacza, że nie ma między nimi żadnego wspólnego mechanizmu. Ktoś popełnił przy projektowaniu tego stworzenia błąd, który Notturno chętnie wskaże palcem, gdy tylko nadarzy się okazja. Oczy bez źrenic. Na czole coś, co wygląda jak wprawiony w kość kamień. Przez ramię pas ciężkiej torby.

    4d66e547-5c5c-4311-8024-0f3290960d42-image.jpeg

    Nie odchodzi na jego widok. Nie sięga po nic. Po prostu przestaje patrzeć w wodę i zaczyna patrzeć na niego, i robi to o dwie sekundy dłużej, niż wypada. Potem, przez ułamek chwili, przenosi wzrok na jego cień.

    Cień leży spokojnie. Cień leży nadal spokojnie, kiedy Notturno przestępuje z nogi na nogę, i zaczyna się poruszać dopiero pół sekundy później.

    Kobieta nie komentuje cienia. Odnotowuje za to pewne fakty:

    — Sto siedemnaście kroków od studni pod trzecim łukiem do tego miejsca — mówi, jakby kontynuowała rozmowę zaczętą kiedy indziej, a jego udział w niej był tylko formalnością. Głos ma cichy, mówi bez pośpiechu. — Tyle ci zajmuje. Codziennie tyle samo. Mijaliśmy się cztery razy. Ostatni raz jedenaście dni temu, koło południa. Szedłeś pod górę i liczyłeś na głos coś, co brzmiało jak dachówki.

    Notturno nie pamięta żadnego z tych czterech razy. Zaskakuje go co innego: liczba się zgadza. Sto siedemnaście. Sprawdzał ją wielokrotnie i nikomu nigdy nie podał.

    — Ile stopni prowadzi do sklepu Kirriwima? — pyta kobieta.

    – Przed chwilą było jedenaście – odpowiada bez chwili wahania – Nie wiem, jak teraz. Trzeba by sprawdzić.

    Stan sprzed chwili i stan obecny to w jego rachunku dwie osobne wartości. Liczba bez znacznika czasu jest dla niego bezwartościowa, a Notturno nie podaje bezwartościowych liczb.

    Wizjery mrugnęły trzy razy szybko, urwały się na pół uderzenia, mrugnęły raz krótko, znów urwały się na pół uderzenia, po czym zamigotały w rytmie krótko-długo-krótko, zanim się uspokoiły. Palce wybiły na udzie krótki, nierówny rytm, zanim zdążył go powstrzymać. Sprawdził rachunek jeszcze raz, od tyłu, licząc na to, że gdzieś w środku znajdzie się choć jedna cyfra do poprawienia. Nie znalazł. Przez chwilę nic się nie działo. Nawet tyknięcie w piersi zwolniło, dopasowując się do ciszy, w której czekał na wynik. To był rodzaj irytacji, na którą nie miał gotowej procedury - nie dlatego, że przegrał, tylko dlatego, że nie było czego wygrać, a mimo to czuł, że powinien. Póki nie znajdziemy lepszego określenia, nazwijmy tę emocję numerem 37.

    Odczekał moment dłużej, niż wymagała odpowiedź

    – Rachunek się zgadza – mówi, tonem, który sugeruje, że to on właśnie postawił ostatnią kropkę w czyimś dowodzie, a nie że ktoś przedstawił mu gotowy wynik. – Choć zauważę, że sama zgodność liczby nie świadczy jeszcze o zrozumieniu metody, którą się do niej doszło. Można trafić poprawnie i wciąż nie wiedzieć, dlaczego trafiło się poprawnie. To dwie zupełnie różne kompetencje, które ludzie notorycznie mylą.

    Nikt go o to nie pytał. Nie żeby musiał.

    – Kim pani jest – mówi, prostując się, tym samym tonem, jakim wskazałby palcem słuchacza, który ośmielił się podnieść rękę w środku wykładu i nie mieć racji – że w ogóle zabiera pani głos w temacie, w którym, jak dotąd, jedynym kompetentnym rachmistrzem w promieniu tego niezbyt przyjaznego dla geniuszy miasta byłem ja?

    Nie cofnął się o krok. Czekał, licząc w duchu, ile sekund minie, zanim odpowie. Ciekawe czy ona też to robi?

    Kobieta nie odpowiada od razu. Najpierw sięga do torby. Notturno rejestruje ruch i przez ćwierć sekundy przelicza, co może z niej wyjąć. Wyjmuje jabłko. Takie, jakie rosną w Parku Hesperyd, choć nikt w mieście nie umie powiedzieć, po której stronie muru ten zaklęty park właściwie leży. Nie nóż, nie odznakę, nie zwitek papieru. Jabłko. Odgryza kęs, przeżuwa, i dopiero wtedy mówi:

    — Nazywają mnie Mnema. Nie ja to wymyśliłam, tylko mieszkańcy Stubramia. — Kolejny kęs. — Nie jestem rachmistrzem. Wynajmują mnie do znajdowania rzeczy, których miasto zgubiło. To zaskakująco pojemna kategoria.

    — Trzy noce temu ktoś wszedł do sklepu Kirriwima i wyszedł z nim. — Mówi to zupełnie tak samo, jak mówiła o krokach. Bez zmiany tempa, bez ostrzeżenia, że idzie zdanie, które ma coś w słuchaczu poruszyć.

    — Nie ograbiono go. Nie podpalono sklepu. Ktoś przyszedł po niego, wyniósł go i zadał sobie trud, żeby zostawić jak najmniejszy bałagan. Deski na drzwiach przybili sąsiedzi, dwa dni później, bo nikt inny się tym nie zajął.

    Rynna kapie. Osiemnaście na minutę.

    — A teraz konkrety, przy których zwykle ktoś zaczyna mi przerywać, więc powiem to od razu w całości i zaoszczędzę nam obojgu czasu. — Odkłada nadgryzione jabłko do torby. — Odpracowałeś u niego trybik, zamiatając po zamknięciu, sam, do zgaszenia światła. Jest jeszcze soczewka, którą ci pożyczył i która wybuchła, a jego warunki mówiły wtedy o podwójnej stawce. Trzynaście dni temu zjawiłeś się pod jego okiennicą o czwartej nad ranem i waliłeś w nią tak długo, że obudziłeś trzy domy powyżej. Wyszedłeś z tą soczewką. O świcie wróciłeś z rozbitą maską — tak, właśnie tą, którą teraz obracasz ode mnie o pół stopnia w lewo — i zażądałeś od niego rekompensaty. Wyrzucił cię za drzwi przy dwóch świadkach. — Pauza. Krótsza, niż potrzebowałaby, gdyby musiała sobie cokolwiek przypomnieć. — I nie sypiasz. Wiem, że nie sypiasz, i wiem, że zamierzasz mi to zaraz wyjaśnić od strony konstrukcyjnej, więc uprzedzę pytanie: to nie jest zarzut. Każdy w tej dzielnicy ma na tamtą noc alibi zbudowane z tego, że spał. Ty jesteś jedyną osobą, o której wiem na pewno, że nie spała.

    Sploty poruszają się, dziewiętnaście, każdy w innej fazie.

    — Osobno żadna z tych rzeczy nic nie znaczy. Razem znaczą tyle, że rozmawiam dziś tutaj z tobą, a nie z kimś innym.

    Podnosi kołnierz wyżej, jakby rozmowa dobiegała końca. A potem, tym samym tonem, którym pytała o stopnie, i patrząc gdzieś obok niego, w stronę zielonej latarni:

    — Zaplecze. Skrzynie, które Kirriwim trzymał za zasłoną. — Pauza. — Ile ich było, kiedy zamiatałeś tam ostatni raz?

    Notturno milczy przez chwilę.

    — To, co pani przed chwilą przedstawiła... proszę wybaczyć szczerość, ale to bezczelna amatorszczyzna. Zbiór faktów, które osobno są prawdziwe, ale ułożono je w kolejność sugerującą związek. Związek, którego nikt nie zadał sobie trudu udowodnić.

    Latarnia kołysze się niezmiennie w tym samym rytmie. Notturno mierzy ją wzrokiem przez moment, licząc odstępy między wychyleniami, i dopiero potem wraca do Mnemy.

    — Trybik: transakcja handlowa opłacona pracą fizyczną, udokumentowana obecnością samego Kirriwima za ladą. Sprzedawca obecny przy wymianie dowodzi wyłącznie swojego stanu w tamtej konkretnej sekundzie. Nie tego, co spotkało go później. Soczewka: kłótnia publiczna, o świcie, w miejscu o wysokiej słyszalności dla przechodniów. Istoty planujące działania wymagające dyskrecji z reguły unikają manifestowania swoich intencji krzykiem pod czyimiś drzwiami. To elementarna logika.

    W optykach Notturno coś cicho kliknęło, gdy przeniósł wzrok bezpośrednio na Mnemę.

    — A brak snu tamtej nocy? To nie dowód niczego poza tym, że nikt nie widział mnie śpiącego. Braku dowodu nie należy mylić z dowodem czegoś - to rozróżnienie, które w pani zawodzie powinno być podstawą, nie ciekawostką.

    Notturno zerka w stronę zabitych deskami drzwi. Zatrzymuje na nich wzrok o ułamek sekundy dłużej niż na czymkolwiek innym, po czym ucina to spojrzenie i wraca do Mnemy. Splata dłonie za plecami, unosi podbródek i nieruchomieje. Studiuje ją z daleka, napędzany rytmem własnego wywodu.

    — Przedstawiła pani okazję. Trybik, soczewka, noc bez snu. To, w najlepszym razie, odpowiedź na pytanie „czy mógł”. Nikt kompetentny nie marnuje czasu na to pytanie, bo każdy głupiec „mógł” zrobić cokolwiek, gdyby tylko chciał. Prawdziwe pytanie brzmi „po co”. Tego pani nie podała, bo – podejrzewam – to po prostu przerosło pani możliwości. Okazja bez motywu to zbiór niepełnych danych. A niepełnych danych nie nazywam dowodem, tylko obietnicą dowodu, której nie potrafi pani dotrzymać.

    Milknie na moment, żeby poprawić pasek torby badawczej. Ten jeden ruch zamyka temat jej kompetencji. Kiedy mówi dalej, jego głos znów jest suchy i urzędowy:

    — Trzynaście — mówi bez cienia wahania. W jego głosie słychać satysfakcję kogoś, kto od początku czekał dokładnie na to pytanie. — Dziewięć pełnych, cztery napoczęte. W pełnych: trzy skrzynie ze złomem mechanicznym, dwie z komponentami alchemicznymi w słojach, jedna z butami bez pary, jedna z tkaninami, jedna z przedmiotami o niesklasyfikowanym przeznaczeniu i jedna zamknięta na kłódkę. Brak dostępu. W czterech napoczętych: siedemnaście elementów, rozrzuconych bez żadnego systemu. To organizacyjne niedbalstwo. Aczkolwiek nie moje.

    Zawiesza głos, dając jej czas na przyswojenie samej liczby, zanim zapyta o metodologię.

    — Stan sprzed jedenastu dni.

    Nie czeka na jej reakcję.

    — A teraz pani kolej na wyjaśnienia, skoro zeszliśmy już do takich szczegółów. Skąd zna pani liczbę moich kroków od studni, godzinę mojego ostatniego przejścia i treść dźwięków, które wtedy liczyłem? A jednocześnie twierdzi, że nie znaliśmy się wcześniej. I, co ciekawsze: po co w ogóle zawracała sobie tym głowę? Nikt nie prowadzi tak precyzyjnego rejestru cudzych ruchów bez powodu. A pani nie podała jeszcze żadnego, który uznałbym za sensowny.

    Mnema słucha do końca. Nie przerywa, nie prostuje się, nie robi żadnej z tych rzeczy, które robią zwykle śmiertelnicy, gdy czekają na swoją kolej. Po prostu stoi i pozwala, żeby wywód się skończył sam. Notturno odnotowuje, że nie przerwała mu ani razu, i nie potrafi rozstrzygnąć, czy to cierpliwość, czy metoda.

    — Masz rację — mówi. — Miałeś okazję i miałeś powód do urazy, ale to jeszcze nie motyw.

    Sploty poruszają się, dziewiętnaście, każdy w innej fazie.

    — Skąd wiem, ile masz kroków od studni? Bo nie umiem nie wiedzieć. To nie jest metoda, tylko przypadłość.

    Odgarnia z czoła jeden ze splotów. Kamień wprawiony w kość łapie zielone światło i oddaje je z opóźnieniem, jakby przepuszczał je przez coś głębszego.

    Latarnia mryga. Rynna kapie, osiemnaście na minutę.

    — Posłuchaj uważnie, bo powiem to raz i nie będę tego dla ciebie interpretować. — Byłam w tym sklepie. Weszłam drzwiami, bo nikt tam niczego nie wyważał. Naliczyłam szesnaście skrzyń.

    Cisza trwa dokładnie tyle, ile powinna.

    — Kłódka wciąż wisi na tej samej. Nic nie zniknęło.

    Notturno otwiera usta, których nie ma, żeby zażądać znacznika czasu, bo liczba bez niego jest bezwartościowa i mówił to niecałe pięć minut temu. Nie zdąża.

    — Wiem — mówi Mnema, zanim padnie pierwsza głoska. — Nie podałam kiedy. Sprawdzałam, czy się upomnisz. — Poprawia pasek torby. — Upomniałeś się szybciej, niż zakładałam.

    Odwraca się w stronę zejścia ku kanałowi, jakby to był koniec przesłuchania, i mówi już przez ramię:

    — Zaułek Kwitnących Progów. Ostatni dom przed śluzą, drzwi bez klamki. Gdyby przyszło ci do głowy, do czego prowadzą te liczby, i gdzie może być Kirriwim, przyjdź. Dostaniesz też datę.

    Robi dwa kroki i przystaje.

    — Deski są przybite byle jak. Ta od lewej odchodzi przy pierwszym szarpnięciu.

    Rozgrywka notturno

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Otwierasz oczy.

    Pierwsze, co widzisz, to szkło. Dwa owalne, przydymione szkła w mosiężnej oprawie, która nie kończy się przy skroniach, tylko obiega całą głowę pierścieniem. Po drugiej stronie tego pierścienia są jeszcze dwa. Głowa jest zgolona na całym obwodzie. Gładka. Nie ma na niej tyłu.

    Bo z tyłu jest twarz.

    Ta sama szczęka, ten sam nos jak dziób, ta sama broda i ten sam wąs, szeroki i utrzymany z pedanterią, która musi kosztować czas codziennie rano. Obie twarze są tą samą twarzą, zrobioną dwa razy. Przednia patrzy na ciebie. Tylna patrzy w głąb ulicy.

    Metr sześćdziesiąt, może mniej, i mimo to jest z tych kształtów, przy których nie przychodzi do głowy słowo „mały". Kanciasty, ciężki, masywne barki pod płytą. Skóra ma kolor mokrego kamienia.

    Zbroja barwy starego złota jest wypolerowana tak, że w naramienniku widzisz kawałek własnej twarzy, wydłużony i pożółkły, i to jest pierwszy raz, kiedy widzisz ją od przybycia.

    Zbrojny stoi w pełnym słońcu i słońce mu nie służy. Szkła są przydymione nie dla ozdoby. Skóra pod oczami jest ściągnięta, bruzdy przy nosie za głębokie jak na tę porę dnia, a oddech nadal idzie przez zaciśnięte zęby. Nie ze złości. Tak oddycha ktoś, kto od rana ma w głowie ból i postanowił nie zwracać na to uwagi.

    556579a9-f796-45ca-8ecc-5d966169ad44-image.jpeg

    Odwracasz głowę w lewo, potem w prawo, powoli.

    Po lewej zbrojny. Ma wąski medalion na rzemieniu — dwie twarze wybite w mosiądzu — i trzyma go w garści od dłuższej chwili, patrząc na ciebie tak, jak patrzy się na tekst, który się właśnie czyta. Kiedy wasze spojrzenia się spotykają, rozluźnia palce i medalion opada na napierśnik. Pokazuje Kardusowi otwartą dłoń.

    Po prawej: zaułek, wylot komory, z której krzyczały dzieci. Dzieci już nie ma. Nie słyszałeś, kiedy poszły.

    Kardus przygląda się twoim uszom po kolei, z odległości dłoni, nie dotykając. Trwa to krócej, niż trwałoby zawiązanie buta.

    — Bez ceremorfozy — mówi w bok, do swoich, tonem kogoś, kto dyktuje do księgi. — Czysty, kapłan potwierdził. Zapisz.

    Ktoś z tyłu rzeczywiście zapisuje.

    Ceremorfoza...

    Palec w rękawicy stuka dwa razy w napierśnik, w miejsce, gdzie wybito znak.

    — Kluzjusz Kardus. Zakon Janusowy. Kluzjusz to ten, który zamyka portal. Przyszedłeś do miasta, więc jesteś mój. Zwyczaje masz proste. Nie uciekasz z miasta, nie wchodzisz nikomu do domu nieproszony. Przez pierwszy tydzień śpisz tam, gdzie ci każą spać, i to on ci powie, gdzie. — Przechyla głowę w stronę Trzewika. — Przez siedem dni jesteś zapisany jako przybysz i nikt ci nic nie zrobi, bo za ciebie odpowiadam. Po siedmiu dniach jesteś mieszkańcem i wtedy sam za siebie odpowiadasz, a to jest gorsze, tylko jeszcze o tym nie wiesz. Obywatelem możesz zostać po siedmiu latach.

    Trzewik od dłuższej chwili otrzepuje wieko kosza z kurzu, którego na nim nie ma. Teraz przestaje.

    — Kosz masz od niego, nie ode mnie — mówi Kardus. — Ser, mydło, ręcznik, woda. Do tego kartka do łaźni pod wodospadem, ważna przez tydzień. Idź tam dzisiaj. Wszyscy tam idą i wszyscy wracają spokojniejsi, a mnie zależy, żebyś był spokojny.

    Ser nadal leży na wieku kosza, rozwinięty, przesunięty w twoją stronę i nietknięty.

    — Za niestosowne zachowanie cię nie zamknę. Rzygał tu już każdy. — Bruzdy przy nosie pogłębiają się o włos i to jest prawdopodobnie wszystko, co ta twarz robi zamiast uśmiechu. — Ale jedno zapamiętaj. Pytałeś o zwyczaje uprzejmie i to dobrze. Tutaj uprzejmość nic nie kosztuje i nic nie znaczy. Znaczy to, komu jesteś winien i kto jest winien tobie. Od dzisiaj jesteś winien mnie siedem dni spokoju.

    Odwraca się do odejścia. To znaczy odchodzi, nie przestając na ciebie patrzeć, bo teraz patrzy druga twarz.

    — Skąd przyszedłeś? I nie mów mi, że nie pamiętasz.

    Trzewik bierze zawiniątko z wieka i podaje ci je do ręki.

    Rozgrywka ystyriaeth

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Jest lekko.

    Trwa to tyle, co jedno mrugnięcie, i nie ma w tym żadnej treści. Szarość bez źródła światła. Ciało, które nic nie waży.

    Nagle, ciężar wraca. Kolana uderzają w kamień pierwsze, dłonie drugie. Kamień jest zimny, suchy i ma pod palcami drobne, równoległe bruzdy. Za równe. Powietrze jest rzadkie. Pierwszy oddech nie wystarcza, drugi też nie, trzeci w połowie zamienia się w kaszel.

    Komora ma sklepienie. Nie ma okien. Kurz stoi w niej równomiernie, jakby nikt nie wchodził tu dostatecznie długo, żeby go strącić. Pod ścianami rzędy kamiennych płyt, a na płytach imiona. Prawie wszystkie zatarte. Nie skute, nie zniszczone. Ktoś przejeżdżał po nich dłonią albo szmatką przez bardzo długi czas, aż litery zeszły i zostały tylko płytkie zagłębienia.

    Za plecami coś stygnie. Łuk wmurowany w ścianę, z którego jeszcze przed chwilą szło ciepło, przestaje być czymkolwiek poza kamieniem.

    ***

    Schody. Prowadzą w górę. Wykute w skale. Mają niewłaściwe wymiary. Każdy stopień jest za wysoki o dwie dłonie i za płytki o pół stopy. Stopa nie mieści się na nim cała. Żeby iść, trzeba stawiać ją bokiem albo wspinać się na palcach, i po dwudziestu stopniach mięśnie ud zaczynają piec. Wyślizgane są tylko pośrodku. Krawędzie każdy ma ostre, jakby wykuto je wczoraj. Coś chodziło tędy przez wieki i nie dotykało brzegów.

    Mięśnie ud pieką. Do góry jeszcze daleko.

    ***

    Mięśnie ud przestały piec.

    Korytarz, poziomy, z zaklętą lampą w niszy. Świeci słabiej, niż powinna. Dłonie są otarte do krwi, po wewnętrznej stronie palców. Kolana są brudne od czegoś ciemniejszego i tłustszego niż kurz.

    ***

    Korytarz rozwidla się i jedno z odgałęzień kończy się otworem w podłodze.

    To szyb. Pionowy, wykuty starannie, o przekroju, który nie jest ani kołowy, ani czworokątny. Schodzi w dół głębiej, niż sięga światło. Nie ma w nim stopni. Nie ma drabiny, klamer, śladów po klamrach, haków, uchwytów. Ściany są równe i czyste.

    Nikt tego nie zamurował.

    Coś w mięśniach brzucha reaguje wcześniej niż myśl. Nie jest to strach. Potem przychodzi coś innego. Nie jest to myśl, tylko pewność.

    To nie zostało zbudowane dla ludzi. Nie dla kogoś wyższego ani niższego. Dla czegoś, co się nie wspina, nie potyka, nie sięga do klamki. Nie ma do tego imienia. Nie ma wspomnienia, obrazu, twarzy. Jest tylko to, co zostaje, kiedy wspomnienie się usunie, a reakcja zostanie, i ta reakcja mówi jedno: stąd się uciekało. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo kto, nie wiadomo, czy udało się komukolwiek. Czy to on uciekał? Jego przodkowie?

    Mistrz wiedział. Mistrz nie wysyłał nikogo w przypadkowe miejsce, nie po latach przygotowań, nie z listem napisanym z góry, nie z księgą, którą trzymał od pierwszego dnia.

    Po co mnie tutaj wysłałeś.

    Kamień nie odpowiada.

    Potem przychodzą mdłości i wszystko robi się białe po brzegach.

    ***

    Ktoś mówi.

    Głos jest kobiecy, obcy, mówi szybko i w niczym, bardzo blisko ucha. Pod pachą jest czyjaś ręka. Potem tej ręki nie ma, a kroki oddalają się w prawo i nie wracają.

    Otwarte oczy. Siedząca pozycja, plecami do ściany, nogi wyprostowane przed siebie. Nad głową otwarte niebo, ostre i żółte. W dłoni wgnieciony cynowy kubek, pusty. W ustach smak wody. Stęchłej, ale wody.

    Nie wiadomo, kto ją nalał, ani ile czasu temu, ani jak długo się ją piło.

    ***

    Ulica.

    Hałas uderza pierwszy: kilkaset głosów naraz, blacha, koła po bruku, ktoś wykrzykuje cenę, ktoś się śmieje. Kurz stoi w świetle słupami. Zapachy nakładają się bez porządku. Pot, olej, uryna, dym, coś smażonego, coś zepsutego.

    Nadproże nad wejściem do sklepiku po lewej wykonano z jednego bloku kamienia, wyraźnie starszego niż mur, w który go wstawiono. Rowkowanie o czterokrotnej symetrii promienistej, rozchodzące się od punktu, którego w bloku już nie ma, bo kamień przycięto do wymiaru drzwi. Za równe. Pod spodem stoi skrzynka z suszoną rybą.

    Drzwi obok nie mają zawiasów, klamki ani śladu po zamku. Są wpuszczone w otwór z dokładnością, jakiej nie osiąga się drewnem. Ktoś przybił do nich gwoździem tabliczkę: NIE OTWIERAĆ. NIE DZIAŁA OD LAT. NAPRAWDĘ.

    Żołądek podchodzi wyżej.

    ***

    Dwoje dzieci wbiega do komory na końcu zaułku i zaczyna krzyczeć.

    Krzyczą bez powodu, z przyjemności, na całe gardło. Dźwięk wchodzi w komorę i nie wraca. Nie ma echa, nie ma pogłosu, nie ma nawet tego półsekundowego ogona, który zostawia po sobie każde puste wnętrze pod kamiennym sklepieniem.

    Robią to jeszcze raz i śmieją się. Musiały odkryć to dawno temu.

    ***

    fa4df0b2-c06e-4d6c-b6e4-826f64b83644-image.jpeg

    Zapach sera.

    Jest tak nie na miejscu wśród reszty, że przez moment zagłusza wszystko inne. Bicie młotów z trzech warsztatów naraz, nierówne, każdy w swoim rytmie, tak że uderzenia raz się rozchodzą, raz schodzą w jedno i wtedy idą przez bruk w stopy. Gorąco od palenisk stoi w powietrzu i nie ma jak z ulicy uciec.

    Zapach sera idzie z wiklinowego kosza, który trzyma na ramieniu ktoś niski. Metr dwadzieścia razem z kapeluszem, siwy, siedemdziesiąt kilka lat, ani trochę niezaskoczony. W koszu widać ręcznik, bukłak, kostkę mydła i trzy zawiniątka.

    Za nim, w odległości dziesięciu kroków, stoi czterech zbrojnych w wypolerowanych płytach barwy starego złota. Halabardy trzymają grotami w dół, w postawie ludzi, którzy robią to po raz tysięczny i się nudzą.

    — Spóźniliśmy się...

    Niski stawia kosz na ziemi, prostuje się i otwiera usta.

    — Witaj, przybyszu. Jestem Trzewik. Mamy tu taki zwyczaj, żeby witać wszystkich...

    Dźwięki układają się w słowa dopiero w połowie zdania. Wcześniej były szumem.

    Jeden z halabardników obraca głowę do drugiego. Z tyłu głowy ma drugą twarz - oczy, nos, usta, wszystko. Nie tatuaż. Żyjącą twarz! Mówi półgłosem do drugiego, z ręką przy przednich ustach, patrząc w bok. Nie ścisza się dostatecznie.

    — ...illithid. Zajrzeć mu w ucho, dzisiaj.

    Trzewik nie odwraca głowy. Rozwija pierwsze zawiniątko, kładzie je na wieku kosza i przesuwa o kilka cali w stronę przybysza, tak jak się to robi zwierzęciu, przy którym nie wykonuje się gwałtownych ruchów.

    — Nie słuchaj ich — mówi. — Oni to mówią o każdym. Jedz.

    Illithid. Słowo zostaje w mglistej pamięci. Nie ma dla niego gotowego obrazu ani znaczenia, nie znaczy nic, a mimo to kłuje dokładnie w to samo miejsce pod mostkiem, w którym siedzi od rana szyb bez stopni, dziwaczne schody i kamień, który jest za równy.

    Ser pachnie.

    Rozgrywka ystyriaeth

  • Notturno-09-REM
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    31081712-03b4-4ac9-8fab-13045186769b-image.jpeg

    Do jedenastu wilgotnych stopni są stąd dwie drogi. Krótsza prowadzi przewiązką za dawną garbarnią i Notturno nigdy nie przeszedł jej od końca do końca, więc formalnie nie istnieje. Dłuższa wspina się aleją pod studnię i wraca. Notturno idzie dłuższą, bo tylko ta jest policzona.

    Podziemna Aleja Tysiąca Dłoni sprawia wrażenie szczeliny między dwiema ścianami, do której ktoś przez kilkaset lat dobudowywał miasto, aż zabrakło miejsca, a potem dobudowywał dalej, tylko do góry. Dolne łokcie każdego domu to kamień starszy niż wszystko powyżej: bloki dopasowane bez zaprawy tak ściśle, że nie wciśnie się między nie ostrza. Otwory na drzwi wycięto w nich później i widać gdzie, bo krawędzie są poszarpane, a reszta nie. Wyżej idzie już cegła, glina, deska i blacha, a jeszcze wyżej nie idzie nic poza rusztowaniem. Piętra wiszą na belkach wbitych w skałę, pomosty łączą jedną stronę z drugą, drabiny prowadzą do drzwi, pod którymi nie ma nic. Ktoś mieszka w koszu podwieszonym pod mostem i wciąga do siebie wiadro na sznurze.

    Nad kramami rozpięte są płótna. Nie ma tu deszczu. Płótna są mokre od tego, co kapie ze sklepienia, a to nie zawsze jest woda.

    Światło dają lampy z czasów, których nikt nie pamięta. Wiszą na łańcuchach bez systemu: jedna nad wejściem oznakowanym czerwonym graffiti, cztery obok siebie nad niczym, potem dwadzieścia kroków ciemności. Naprawić ich się nie da. Można je tylko zdejmować i przenosić bliżej ulic, na których jeszcze komuś zależy, i ilekroć któraś gaśnie, zamieszkane miasto kurczy się o kawałek. Poniżej albo obok Podmiasta są Cysterny, jeszcze niżej są Zapadliska, których nikt już nie nazywa się dzielnicą. To po prostu podziemia, w których miasto kiedyś było. Niebezpieczne podziemia.

    Na ścianach znaki. Kreda, czerwona glina, sadza. Trójkąt w kółku. Sierp. Gwiazdka o sześciu ramionach, przekreślona. Część oznacza, komu się płaci i za co, część ostrzega przed czymś konkretnym, a część nie znaczy już nic, bo ten, kto je stawiał, dawno nie żyje. Nikt ich jednak nie zmywa, bo nie wiadomo, które są które.

    Przy kramie stary człowiek o zbyt długim nosie waży coś na szalkach aptekarskich, a kupujący ma na sobie kapelusz z opadającym rondem, rogi wychodzące spod ronda i dziób. Środkiem ulicy idzie ktoś wysoki, szary i chudy do granic konstrukcyjnej możliwości, boso, i wszyscy ustępują mu z drogi.

    Pod ścianą, podparta z trzech stron belkami, stoi kamienna twarz wielkości wozu. Wygrzebano ją z gruzu jakieś czterdzieści lat temu i zostawiono, bo nie przeszłaby żadną z tutejszych uliczek. Oczy ma puste. Ktoś postawił jej u podbródka miskę. W misce leży trochę miedziaków i ząb.

    Nikt nie mówi, kto to wszystko zbudował. Mówi się „stare", albo „sprzed Króla", albo nie mówi się wcale, bo jedna z nazw, które przychodzą do głowy, jest przy bramach Stubramia zakazana i ludzie nauczyli się nie zaczynać jej wymawiać. Zostały za to proporcje. Łuki za szerokie i za wysokie. Nisze wykute cztery metry nad brukiem, do których nie prowadzą żadne schody, bo ten, kto z nich korzystał, schodów nie potrzebował.

    Aleja wspina się do miejsca, gdzie sklepienie się otwiera. Szyb idzie stąd prosto w górę, przez całą grubość skały, i na samej górze za dnia można dojrzeć słońce. W południe światło schodzi nim jak coś gęstego, zawiesza się w kurzu i kładzie na mokrym bruku białą plamę, w którą wchodzą dzieci, bo to jedyne miejsce w Podmieście, gdzie coś grzeje. Teraz jest po niej tylko mokry kamień, jaśniejszy od reszty bruku, i nikt na nim nie stoi. Ścianami szybu sączy się woda, całą wysokość, cienkimi pasmami, i rozbija się o kamień z dźwiękiem, który słychać z połowy alei. Kiedy gaśnie słup dziennego światła, dźwięk zostaje sam i wtedy słychać, jak bardzo jest głośny.

    Wchodzi się w obręb studni wyłożony w bruku innym kamieniem, odrywa stopy od ziemi i leci w górę, pod wodę. Wychodzi się w Stukramiu, przy kramie z solą, przemoczony. Działa też w drugą stronę. Nikt nie wie, dlaczego. Nikt nie wie, kto to zbudował ani czy w ogóle zbudował to jako studnię, a nie jako coś innego, co przy okazji unosi. Mieszkańcy przed wejściem dotykają dłonią muru. Robią tak wszyscy i nikt nie umie powiedzieć, po co.

    Notturno stoi z boku i patrzy, jak mężczyzna z siatką pełną czegoś zawiniętego w płótno odrywa stopy i idzie w górę. Wiosną doliczał w takich razach do dziewiętnastu. Dziś dochodzi do dwudziestu pięciu. To już nie jest szum pomiarowy.

    Notturno zawraca i schodzi aleją w dół. Po drodze coś się nie zgadza, choć nie od razu wiadomo co. Okiennice zamykane wcześniej, niż zamyka je ktoś, kto chce jeszcze tego dnia zarobić. Kram zwinięty z towarem w środku, byle jak, na węzeł. Dwóch mężczyzn przy wylocie zaułka nie robi nic, a stanie i nierobienie niczego jest w Podmieście zajęciem pełnoetatowym. Kobieta zmywa coś ze ściany szmatą i wiadrem, a spod szmaty i tak wychodzi kreda.

    Sklep Kirriwima jest w piwnicy. Jedenaście wilgotnych stopni, ściek po prawej, na dole sień poniżej poziomu ulicy, w której zbiera się muł z przesiąku. Nad wejściem blaszany szyld bez napisu, z wytłoczoną spiralą. Kirriwim nie widział powodu, żeby pisać cokolwiek dla kogoś, kto i tak nie umie czytać, ani dla kogoś, kto i tak wie.

    Nad drzwiami, po lewej, tkwi w kamieniu mosiężny uchwyt na lampę. Jest w nim pusto.

    Drzwi są zabite deskami. Gwoździe różne, jeden zgięty i zabity na płasko, bo komuś skończyły się proste i nie chciało mu się iść po nowe. Deska z lewej trzyma się na dwóch, z czego jeden nie wszedł w futrynę, tylko obok.

    (OOC: Zatrzymałem odpowiedź przed drzwiami, bo nie byłem pewien, co zamierzasz zdziałać. Co robisz?)

    Rozgrywka notturno

  • Gormalesh Pluskwą zwany
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Blaszek jest dwieście czterdzieści.

    Wiszą w stróżówce przy Bramie Cedrowej, na haczykach wbitych w dębową ramę, szesnaście rzędów po piętnaście. Każda wielkości paznokcia kciuka, mosiężna, wytarta do połysku przez cudze palce, z wybitym numerem. Kto wchodzi do Parku Hesperyd, dostaje jedną. Kto wychodzi, oddaje. O zachodzie rama ma być pełna i dopiero wtedy przekręca się klucz do bramy.

    Bram było kiedyś kilka. Pozostałe zamurowano tak dawno, że po trzech poznaje się już tylko wnęki w murze, a po czwartej nic. Do parku wchodzi się i z parku wychodzi jednym otworem i to jest jedyny powód, dla którego rachunek blaszek w ogóle ma sens.

    Rama pełna, brama zamknięta. Tak się to tutaj mówi i tak to stoi w instrukcji, której nikt tu nie czytał, bo każdemu czyta się ją na głos przy przyjęciu, raz, i uważa się to za wystarczające.

    W Stubramiu za porządek na ulicy nie płaci miasto. Płaci dzielnica. To jest pierwsza rzecz, którą trzeba zrozumieć, i nikt jej nowemu nie tłumaczy, bo wszyscy uważają, że to oczywiste. Hesperydy stać. Hesperydy mają astynomów w mundurach koloru zieleni, blaszki liczone dwa razy dziennie i stróżówkę z piecem, w której zimą naprawdę jest ciepło. W innych dzielnicach jest różnie. Na przykład w Kurzawie, tam na zachodzie, gdzie wiatr nanosi pył i mur się sypie, ma co najwyżej trzech pijaków i dzwon na alarm. Stukramie, wielki targ w dole, ma ciche porozumienie z gildiami złodziei z Podmiasta i wszyscy udają, że go nie ma.

    Astynom. Tak się nazywa to stanowisko. Słowo jest stare i znaczy mniej więcej „ten od porządku". Tydzień służby, tydzień wolnego - czy to na odpoczynek, czy bardziej awanturnicze życie. Żołd wypłaca skarbnik dzielnicy, w srebrze, bez opóźnień. Robota jest nudna. Nuda jest Pluskwie znajoma, i to nie jest ta znajomość, która przychodzi po trzech miesiącach stania w bramie. Jest starsza. Gdzieś już się tak stało, coś już się tak liczyło i tak samo nic się nie działo, i wtedy też było dobrze.

    Pluskwa celował wyżej.

    Podwoje to dzielnica koszar. Najczystsza w mieście i najmniej lubiana, jedno wynika z drugiego. Stacjonują tam prawdziwi rycerze w zbrojach barwy starego złota, a starsi z nich mają dwie twarze: jedną z przodu i jedną z tyłu głowy, obie takie same i tak samo żywe. Zakon Janusowy. Pilnują portali, przez które się do tego miasta wchodzi, i tych nielicznych, przez które da się wyjść.

    Pluskwie nie odmówiono. Przyjął go skryba, wysłuchał, zajrzał do rejestru. Potem wyjaśnił uprzejmie i bez pośpiechu, że do Zakonu przyjmuje się wybrańców lub obywateli, a obywatelem zostaje się po siedmiu latach pogłównego płaconego co kwartał, bez ani jednej zaległości, przy dwóch poręczycielach. Albo po jednej wojnie, jeśli się ją przeżyje. Powiedział, żeby przyszedł, kiedy termin minie, i to nie było kłamstwo. Nie padło ani jedno słowo o goblinach. Nie musiało.

    To i tak lepiej niż inne alternatywy. Jedna z nich nazywa się Ekskubitorzy, ale tak mówią o nich tylko urzędnicy. Na ulicy mówi się: Kubły. Nocna straż, opróżnianie szamb, walka z ogniem. Przyjmują wyłącznie tych bez obywatelstwa, siedem lat służby daje obywatelstwo i to jest trzecia droga obok podatków i wojny. Gaszą pożary. Wyciągają ludzi ze studni. Nad ranem zbierają z bruku to, co zostało po nocy. Wywożą trupy.

    Astynom w Parku Hesperyd brzmiał zdecydowanie lepiej. Nie ma pożarów. Nie ma szamb. Śpi się nocą. Trupy? Zdarzają się.

    Praca wygląda tak. O świcie otwiera się Bramę Cedrową i wiesza tabliczkę z zakazami, których jest cztery: nie śmiecić, nie nocować, nie rozpalać ognia, nie wchodzić w dzicz bez druida. Potem stoi się i rozdaje blaszki. Numer pierwszy idzie do starej kobiety z krasnoludzkiej rodziny, która przychodzi codziennie i codziennie mówi to samo o suszy. Potem idą dzieci, potem mamki z dziećmi cudzymi, potem dwóch młodych, którzy przychodzą osobno i wychodzą razem, i myślą, że nikt tego nie zauważył. W południe przychodzą czeladnicy z Miechów, którym kazano narysować liść. Po południu starcy, psy, ktoś z lutnią i bez talentu. Raz w tygodniu przychodzi coś, co nie ma nazwy w żadnym znanym mu języku i chodzi wyłącznie po lewej stronie alei.

    Nikt nikogo o nic nie pyta. Diabelstwo, niziołek, coś z trzema parami rąk, człowiek, elf, goblin... w tym mieście to nie jest temat. Połowa mieszkańców przyszła tu przez portale z odległych światów, druga połowa urodziła się z takich, co przyszli (często w wyniku naprawdę egzotycznych krzyżówek), i niewielu pamięta, skąd. Rozmawia się o pogodzie i o cenie mąki. Pluskwa rozumie ich wszystkich. Wspólny, krasnoludzki, elfi, jeszcze dwa, i nie pamięta, żeby się któregokolwiek uczył. Języków nie wynosi się z nauki, tylko z sąsiedztwa: z targu, z podwórka, ze stania obok kogoś przez lata. Ktoś stał obok niego przez lata. Nie pamięta kto.

    a2cc6249-bcd0-482c-87f7-9585fdc39781-image.jpeg

    Park jest wielki i zielony, co w tej krainie jest rzadkością, jeśli wierzyć w opowieści tych żyjących na Zamurzu lub wracających stamtąd do miasta. Zielony nie znaczy jednak uporządkowany. Drzewa są tu starsze niż miasto albo przynajmniej tak wyglądają: pnie, których dwóch ludzi nie obejmie, korzenie wyłażące z ziemi grubymi pętlami, a pod nimi jamy, w których mieszka to, co zdążyło wejść pierwsze i utrzymać legowisko. Z konarów zwisają brody porostów. Między kamieniami rośnie paproć. Woda schodzi kaskadami po omszałym kamieniu i zbiera się w strumieniach na tyle wąskich, że da się je przekroczyć, i na tyle głębokich, że nie da się ich przebrnąć. Kwiaty kwitną tu wtedy, kiedy chcą, a nie wtedy, kiedy powinny.

    Ścieżki wyłożono płaskim kamieniem tak, żeby wyglądały, jakby leżały tu od zawsze. Kaskady schodzą po kamieniach, które ktoś dawno temu ustawił pod właściwym kątem. Mchowi wolno rosnąć wszędzie poza ścieżką. Drzewo, które padnie, zostawia się tam, gdzie padło, chyba że padło w poprzek alei. Dopiero kiedy się to zrozumie, widać, ile pracy kosztuje park, który udaje, że nikt go nigdy nie urządzał.

    Woda schodzi tu kanałami z łaźni pod wodospadem, ciepława, i przez to trawa trzyma się dłużej, niż powinna o tej porze roku. W tym roku kanały stoją niżej niż zwykle. Widać w nich dno, kamienie i rzeczy, które ktoś kiedyś wrzucił.

    Alejki są grabione co drugi dzień. Grabią je ogrodnicy w szarym płótnie, powoli, rzędem, po trzech, i kiedy nad wodą stoi mgła, widać z daleka tylko sylwetki, które suną obok siebie w równym tempie i nie odzywają się do siebie ani słowem.

    Coś w żołądku Pluskwy na ten widok odzywa się wtedy wcześniej niż myśl. Za każdym razem. Nie ma do tego obrazu ani imienia, jest tylko to, co zostaje, kiedy wspomnienie usunąć, a odruch zostawić, i ten odruch mówi jedno: oko, ręka, strzała, cięciwa!

    Nie, to są jednak ogrodnicy. Wiadomo, że to ogrodnicy.

    Otwarta część parku kończy się grabowym żywopłotem. Przez pierwsze pół mili jest strzyżony do wysokości piersi i nie ma w nim nic niepokojącego. Potem przestaje być strzyżony. Robi się wyższy niż człowiek na koniu, wrasta w siebie, gałęzie skręcają się w dół zamiast w górę, pojawiają się ciernie długie jak palec i rosnące w złą stronę. Za żywopłotem stoją drzewa, których nikt nie sadził, i stoją zbyt gęsto. Nikt ich nie podcina, nikt spod nich nie sprząta i nikt nie wchodzi tam z grabiami.

    Tę część nazywa się Stumilowym Lasem. Powiadają, że ciągnie się sto mil w głąb, a park mierzy ledwie ułamek tego. Mówi się, że to już nie jest ta sama sfera. Mówi się różnie.

    Stumilowym Lasem rządzą druidzi. Nazywa się ich Ladonitami. Miasto nie ma nad nimi żadnej władzy, oni nad miastem żadnej nie chcą i taki układ trwa już długo. Astynom pilnuje, żeby nikt nie wszedł w ciernie. To wszystko, czego się od astynoma oczekuje, i to jest jedyny zakaz z czterech, przy którym nikt nigdy nie dyskutuje. W razie naruszeń tudzież kłopotów, przy ścieżce, w miejscu gdzie żywopłot się zmienia, stoi słupek z mosiężnym dzwonem. Uderza się trzy razy i czeka na nadejście druida. Z reguły ktoś przychodzi, czasem nie.

    Dziś jest zwyczajny dzień pod koniec zwyczajnego tygodnia służby.

    Słońce stoi nisko nad Czarnymi Urwiskami i podchodzi do krawędzi. Liście schodzą z grabów, żwir jest mokry od popołudniowego deszczu, który padał przez dwadzieścia oddechów i przestał. Ostatni spacerowicze wyszli kwadrans temu, oddając blaszki jeden po drugim, i stara krasnoludka powiedziała to samo, co mówi codziennie, o suszy:

    — Sucho. Za sucho. Mój dziadek mówił, że jak kanały pokazują dno, to potem leje trzy miesiące i wszyscy nagle nie pamiętają, że narzekali na suszę. Nie doczekam.

    Brakuje czterech. Sześćdziesiąt jeden. Sześćdziesiąt dwa. Sześćdziesiąt trzy. Sześćdziesiąt cztery. Numery schodzą z ramy po kolei, od pierwszego rzędu w dół, więc cztery kolejne znaczą cztery osoby, które weszły razem, jedna za drugą, bez przerwy pomiędzy.

    Cztery blaszki to cztery blaszki. Ktoś poszedł między drzewa i nie wyszedł. Zdanie jest urzędowe i powinno ważyć tyle, ile waży zapis w rejestrze. Dla Pluskwy waży więcej. Nie wiadomo dlaczego i nie ma do tego twarzy.

    Podobne sytuacje w Parku Hesperyd zdarzały się już wcześniej. Pluskwa pamięta zawstydzonych kochanków, którzy przespali noc pod drzewem i jest pewien, że mieli z tego więcej kłopotu niż przyjemności. Kto nie odda blaszki do zamknięcia, ten i tak kiedyś wyjdzie. Być może.

    A jeśli się nie zgłosi, to rama jest niepełna, a niepełna rama idzie do rejestru dzielnicy. Z rejestru dzielnicy rzeczy zaginione i osoby zaginione idą dalej, a wracają przesłuchania, niewygodne pytania i żołd obcięty za niedbalstwo. Powtórzy taki numer drugi czy trzeci raz, to Kubły już niemal pewne.

    Ciernie i słupek z dzwonem są pół mili stąd.

    Do zachodu została godzina, może mniej. Klucz od Bramy Cedrowej leży na stole w stróżówce. Rama jest niepełna.

    Pluskwa musiałby wytężyć głowę, żeby przypomnieć sobie, kto tak właściwie przepadł w parku. Co zrobić? Zawiadomić druidów? Rozejrzeć się po parku na własną rękę? A może udać, że nic się nie stało, zamknąć bramę i... czas na upragnione wolne?

    (Narrator: Wspomniane "wytężenie" głowy to będzie test INT (Investigation) DC 10. 1d20-1 = 5-1 = 4. Niepowodzenie.)

    Pluskwa zamyka oczy i cofa dzień.

    Przedpołudnie wraca kawałkami i żaden z nich nie jest twarzą. Deszcz, który padał dwadzieścia oddechów. Mokry kamień pod łukiem bramy. Ktoś stał tam, przeczekując.

    Ręka pamięta więcej niż głowa. Cztery razy ten sam ruch: zdjąć haczyk, podać, zdjąć haczyk, podać, jeden za drugim, bez przerwy pomiędzy, bo nikt między nimi nie wszedł. Blaszki schodziły z piątego rzędu.

    I był dźwięk. Podkute buty na mokrym bruku. Dźwięk, którego przy Bramie Cedrowej nie słychać za często, bo ćwieki nabija się na trakt, a nie na spacer. Do tego coś długiego stuknęło o kamień odrzwi, raz, i ktoś to podniósł wyżej. Coś było ciężkie. Ktoś się przywitał. Ktoś nie.

    Tyle.

    Nie ma liczby butów ani wzrostów. Nie ma rasy, nie ma płci, nie ma ani jednego słowa, które wtedy padło. Sześć godzin temu, trzy kroki od niego, w pełnym świetle... i został z tego stuk, ciężar i cztery takie same ruchy ręki.

    Pewne jest jedno. Kto idzie w Hesperydy popatrzeć na liście, nie zakłada ciężkich butów na trakt.

    Słońce dotknęło krawędzi Czarnych Urwisk. Cień przeszedł przez żwir i podniósł się na pnie. Do zachodu została godzina.

    Klucz leży na stole. Rama jest niepełna.

    Rozgrywka pluskwa

  • Jakub zwany Puchatym
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    4b5fecaf-d041-417b-b759-019bead7bc21-image.jpeg

    CON ST DC 12 = 10+5 -> sukces!

    Magister staje po drugiej stronie paleniska. Kazał ci patrzeć na stal, ale kątem oka i tak go widzisz. Jest wysoki i chudy. Ma wąską, zapadniętą twarz, z której nie da się wyczytać wieku. W blasku żaru jego bladoniebieska skóra wydaje się szara jak popiół. Długie siwe włosy unoszą się nad nim, choć w kuźni nie ma przeciągu. Nosi kilka warstw szat w kolorach fioletu i szarości, haftowanych złotą nicią przy wysokim kołnierzu i rękawach. Brzegi szat są postrzępione i podarte w pasy, jakby wiatr, który go otacza, szarpał je od lat. Kiedy czarodziej się porusza, strzępy falują razem z włosami.

    Na piersi wisi mu złoty medalion z gwiazdą. U pasa, na łańcuszkach, pobrzękują mosiężne tuby na zwoje, sakiewki i flakony. Między nimi kołysze się mała kula zrobiona z mosiężnych obręczy, jedna wewnątrz drugiej, jakby model nieba. Wysokie buty ma zdarte, szare od pyłu z ulic Miechów.

    Wyciąga lewą dłoń nad żar. Palce ma długie i kościste. W prawej unosi szklaną kulę, a burza w jej wnętrzu zaczyna krążyć szybciej. Potem zaczyna mówić.

    Inkantacja trwa dłużej, niż się spodziewałeś. Słowa Magistra nie przypominają żadnego języka, który słyszałeś na schodach Miechów. Nawet jeśli ich nie słuchasz, docierają do ciebie jako dźwięk: krótkie i twarde, jakby ktoś stukał młotkiem w cienką blachę. Przy każdym z nich wiatr wokół czarodzieja przybiera na sile, a płomień kładzie się płasko na węglach i obejmuje głownię z obu stron.

    Żar wchodzi w szczypce. Najpierw czujesz go w dłoniach, potem w przedramionach, wreszcie w barkach. Pot spływa ci po brwiach. Stal zmienia kolor z wiśniowej czerwieni w pomarańcz, a potem w jasną żółć. Ostrze nie drga.

    W zbroczach pojawia się światło. Jest bladsze niż żar wokół, niebieskawe jak niebo tuż przed burzą. Przepływa rowkami od nasady do sztychu i z powrotem, raz, drugi, trzeci, jakby czegoś szukało. Przez moment masz wrażenie, że to nie ty patrzysz na stal, tylko ona na ciebie.

    Magister milknie. Wiatr opada, a płomień prostuje się i znowu jest zwykłym ogniem.

    Czarodziej unosi szklaną kulę. Głownia sama wysuwa się ze szczypiec, podnosi nad palenisko i wisi w powietrzu, sycząc i stygnąc. Światło w rowkach gaśnie. Zostają po nim dwie linie, ciemniejsze niż reszta stali. Puste.

    Magister pochyla się nad nimi, potem przenosi wzrok na twoje dłonie.

    — Nie drgnąłeś. — Brzmi to jak stwierdzenie, nie pochwała. — I nie słuchałeś. Widziałem po oczach. Byłeś gdzie indziej. — Po chwili dodaje: — Tak trzeba.

    Terion odkłada młot i przygląda ci się tak, jak przygląda się żelazu przed kuciem. Nic nie mówi.

    Galatea stoi pod ścianą. Wciąż ma tę samą złotowłosą twarz.

    Głownia opada na płótno. Magister owija ją starannie, pieczęcią z dwiema twarzami do góry.

    — Mistrzu. Jeśli usłyszysz cokolwiek o tej skrzyni, daj znać. Bez niej tracimy tu tylko czas. Almutułat zapłaci.

    Zbiera się do wyjścia. Na progu wiatr znów podnosi mu włosy, a płomień w palenisku pochyla się za nim jak pies za panem. Magister zatrzymuje się i spogląda przez ramię.

    — Stoisz, jakbyś chciał o coś zapytać, nowy. Pytaj teraz. W Almutałacie nie przyjmą cię wyżej niż w sieni, a tam nikt ci nie odpowie.

    Rozgrywka jakub

  • Jakub zwany Puchatym
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Magister słucha do końca. Nie przerywa ci ani razu, choć wiatr wokół niego szarpie strzępy szat, jakby się niecierpliwił. Przy słowach „tego dnia” unosi wzrok. Kiedy kończysz, patrzy na twoje osmolone dłonie, potem na twarz. Dłużej, niż patrzył na stal.

    — Tego samego dnia — mówi powoli. Nie pyta o nic. Odkłada to sobie gdzieś, jak monetę do sakiewki. — Trzeba przyznać, że Trzewik zbiera spod bram różne rzeczy.

    Dopiero potem wraca do tego, co powiedziałeś.

    — Przekaz dla reszty — powtarza. Kącik ust mu drga. — Podoba mi się. Szkoda, że nikt go jeszcze nie wysłał.

    Obraca szklaną kulę w palcach. Burza w środku zwalnia.

    — Kupców raczej nie znajdziesz. Najpewniej wyjechali, zanim zaczęło im się w tym mieście podobać, ale możesz popytać w karawanseraju przy bramie zachodniej. Wiem za to dwie rzeczy. Od sześciu tygodni nikt nie przyniósł do żadnego pasera skrzyni z pieczęcią Almutałatu. I nikt nie wniósł jej przez bramę do miasta. Pytałem. — Unosi brew. — Skoro nikt jej nie sprzedał, rabusie wciąż ją mają. A skoro nie weszli bramą, to weszli inaczej. Albo wcale.

    Podchodzi krok bliżej. Płomień w palenisku wychyla się za nim.

    — Pieczęć Almutałatu nie jest ze zwykłego wosku. Kto ją złamie albo zdrapie, nosi ją potem na dłoniach. Czarne ślady, które nie schodzą przy myciu. — Spogląda na twoje ręce, czarne od węgla, i parska. — Nie takie jak twoje. Twoje zmyjesz. A jeśli znajdziesz skrzynię, nie otwieraj jej. Za każdą wiadomość o skrzyni Almutałat płaci. Za samą skrzynię zapłaci tyle, że twój mistrz przestanie odkładać ci na pogłówne.

    Wychodzi na schody, a wiatr idzie razem z nim. Po chwili powietrze w kuźni znowu stoi.

    722e706f-8d5e-45b1-b781-4837d2a15346-image.jpeg

    Terion podchodzi do drzwi. Musi się przy tym schylić, bo rogi zahaczają o belkę. Staje w progu pod światło. Jest ogromny, szerszy w barkach niż drzwi kuźni. Brązowa sierść jest na łbie i karku gęsta i skołtuniona, szara od sadzy, a niżej, na ramionach, starta prawie do skóry od lat noszenia ciężarów. Rogi zawijają się do przodu, jasne i gładkie jak stara kość. Prawy jest ukruszony, a przez jego koniec biegnie cienkie pęknięcie. Nosi skórzany fartuch, tak przepalony iskrami, że więcej na nim łat niż skóry. Przedramiona ma owinięte grubymi skórzanymi mankietami, od łokci po nadgarstki. U pasa, na żelaznym kółku, wiszą przecinaki i małe szczypce. Nie stoi na stopach, tylko na kopytach, i nawet one są czarne od węglowego pyłu.

    Stuka paznokciem w tabliczkę cechu, w twoje imię wypisane kredą.

    — Za trzy dni stoisz na murze przy zachodniej bramie. Stamtąd widać, którędy wchodzi się do miasta, a którędy nie powinno. Będziesz mógł się rozejrzeć.

    Wraca do kowadła i bierze młot. Rozmowa jest dla niego skończona.

    Galatea odrywa się od ściany i staje przy tobie, bliżej, niż trzeba.

    — Słyszałeś? „Weszli inaczej” — szepcze. — Mówiłam ci o dziurze w bruku za rogiem. Nikt mi nie wierzy.

    Twarz zaczyna jej się zmieniać, ale po chwili wraca do złotowłosej.

    — Po robocie mogę ci pokazać. Jeśli chcesz.

    Rozgrywka jakub

  • Jakub zwany Puchatym
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Galatea jest prawie tak wysoka jak ty. Włosy ma złote i kręcone, związane byle jak na karku, a kosmyki i tak wymykają się jej na czoło i przyklejają do spoconej skóry. Twarz ma jasną, o wysokich kościach policzkowych, i uśmiecha się szeroko, z lekko uchylonymi ustami, jakby zawsze była w pół zdania. Zwykle jest. Nosi lnianą koszulę, kiedyś białą, dziś w kolorze popiołu, z rękawami podwiniętymi do łokci. Na nią zakłada skórzany fartuch, za duży o dwa rozmiary, sięgający jej poniżej kolan, dwa razy opasany rzemieniem z żelazną klamrą. Dół ma poszarpany i przepalony w kilku miejscach na wylot. Spodnie wpuszcza w stare, rozczłapane buty z cholewami, które ktoś kiedyś nosił przed nią.

    Przedramiona i dłonie ma pokryte oparzeniami. Stare są blade i błyszczące, nowsze różowe, najświeższe jeszcze się łuszczą. Układają się w pasy od nadgarstków w górę, tam, gdzie żar dosięga ręki, kiedy trzyma się szczypce za blisko przegubu. A ona zawsze trzyma je za blisko przegubu.

    Przez sześć tygodni nauczyłeś się, że złotowłosa twarz to twarz do kuźni. Nie jedyna, jaką widziałeś. Pierwszego tygodnia przyszła raz o świcie jako piegowaty chłopak z krótko ściętymi rudymi włosami i dopiero po głosie poznałeś, że to ona. W dzień wypłaty, kiedy Terion odliczał monety, stała przy ławie ciemnowłosa kobieta z ostrym nosem, starsza o dziesięć lat, która wyglądała, jakby przyszła się targować. Wszystkie te twarze łączy jedno: oparzenia na rękach są zawsze te same, w tych samych miejscach. Twarz zmienia, kiedy chce, a czasem, kiedy nie chce. Dłoni nie zmienia nigdy. Nie wiesz, czy nie potrafi, czy nie chce.

    543cc09e-ab28-44f2-9aae-fbc54debe1a9-image.jpeg

    — Tę samą dziurę — mówi Galatea i aż się prostuje. Na twoją propozycję twarz jej się rozjaśnia, ale tym razem sama z siebie, bez żadnej zmiany rysów. — Po robocie. Obiecujesz?

    Od strony kowadła młot Teriona uderza, a potem nie uderza. Mija jeden takt, może dwa. Potem kucie idzie dalej, równe jak przedtem. Minotaur nie podnosi głowy.

    — Czy ciągnie się za Stubramie? — Galatea zniża głos. — Oczywiście, że tak. Bezimienny Król kazał kopać pod całym miastem, a potem pod górami, aż do Hyrkanii. Żeby móc uciec, jakby co. Tylko że nie zdążył, bo go wymazali. Wszyscy o tym wiedzą. — Po chwili dodaje z pełnym przekonaniem: — Stamtąd są Krętowiska. To te same korytarze, tylko z drugiej strony gór.

    O Krętowiskach słyszałeś nie jeden raz. To jaskinie, które odchodzą w bok od Czarnych Urwisk i podobno ciągną się przez całe pasmo, aż na drugą stronę gór. Mówi się, że ginie się w nich od potworów albo od tego, że trzy razy skręciło się źle i nie wiadomo już, którędy się przyszło.

    Kiedy ocierasz czoło i klniesz pod nosem, że zapomniałeś zapytać o imię, Galatea macha ręką, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

    — Hermogenes. Magister Hermogenes. Przychodzi tu co miesiąc.

    — Hermodor — mówi Terion od kowadła. — I przychodzi drugi raz w życiu.

    Twarz Galatei zaczyna płynąć. Nos się wydłuża, złote włosy na chwilę ciemnieją u nasady. Galatea odwraca się do beczki z wodą i coś w niej poprawia, choć nie ma tam czego poprawiać. Kiedy się odwraca z powrotem, jest znowu złotowłosa.

    Terion uderza jeszcze dwa razy, zanim znowu się odzywa.

    — Zresztą Hermodor to nie imię. To imię z wieży. Dostają je, kiedy zostają przyjęci do Almutałatu, a swoje zostawiają za progiem. — Obraca żelazo na kowadle. — Prawdziwego imienia żadnego z nich nikt nie zna.

    — A czemu? — pyta Galatea, już zapomniawszy o urazie.

    — Bo kto zna twoje imię, ten może cię przywołać. — Terion uderza młotem. — Nawet jak nie chcesz przyjść.

    Reszta dnia mija jak zwykle. Węgiel, miech, woda z rowka przy schodach, o którą kowal z sąsiedniej kuźni kłóci się z Terionem dwa razy przed zmierzchem. Głownia leży na stojaku owinięta w płótno, pieczęcią do góry, i nikt jej nie dotyka.

    Kiedy słońce schodzi za dachy, Miechy cichną. Paleniska przygasają jedno po drugim, na schodach robi się pusto. Czarne Urwiska nad dzielnicą ciemnieją szybciej niż niebo i przez chwilę setki otworów w skale wyglądają jak okna, w których ktoś zgasił światło, a nie jak okna, w których nikt go nigdy nie zapalał.

    Terion przysypuje żar popiołem. Potem zbiera spod ściany trzy drzewca i podnosi klapę w podłodze za paleniskiem. Z dołu wieje chłodem. Zatrzymuje się na pierwszym stopniu, z drzewcami na ramieniu, i patrzy na was, na ciebie i na Galateę, która już stoi w drzwiach.

    Sięga ręką za siebie, zdejmuje z haka latarnię i stawia ją na progu.

    — Nie zapuszczajcie się za głęboko. Nie dalej niż do pierwszego zakrętu — mówi.

    Nie mówi, do jakiego zakrętu ani skąd wie, że jakiś tam jest. Może to po prostu wymyślił. Schodzi w dół, a klapa opada za nim z głuchym stuknięciem.

    Galatea bierze latarnię i prowadzi. Niedaleko jest miejsce, które znasz z widzenia, bo mijasz je codziennie. Dziura w bruku, wielkości koła od wozu, obstawiona czterema kamieniami i owinięta sznurem. Kamienie są stare, szare i obtłuczone. Sznur jest nowy. Bruk wokół wydeptany na gładko, bo wszyscy ją omijają i robią to od dawna.

    — Jeszcze tydzień temu wisiał tu stary sznur — mówi Galatea. — Zgniły, szary. Ktoś go zmienił.

    Stajecie nad krawędzią. Latarnia Galatei oświetla kamienną ścianę i niewiele więcej. Ty widzisz dalej, bo twoje oczy nigdy nie potrzebowały wiele światła. Dziura opada pionowo na wysokość dwóch, może trzech wzrostów. Na dnie leży gruz, a z boku zaczyna się korytarz z dopasowanych bloków, starszy niż bruk nad nim. Opada łagodnie w stronę, w którą ciągną się Urwiska.

    Z dołu płynie chłodne powietrze. Pachnie kamieniem, wilgocią i łojem. Pod tym jest coś jeszcze, słabego, czego nie umiesz nazwać: ciepły, słodkawy zapach, trochę jak kadzidło, a trochę jak żywe zwierzę, ale żadne, które kiedykolwiek czułeś.

    Na dwóch z czterech kamieni widać świeże, jasne otarcia. W tych samych miejscach, po przeciwnych stronach dziury, jakby ktoś niedawno opuszczał po nich coś ciężkiego na linie.

    Galatea klęka przy krawędzi i wyciąga latarnię nad ciemność. Przez chwilę nic nie mówi, co u niej zdarza się rzadko. Potem zerka na ciebie. Uśmiech ma ten sam co zawsze, tylko trochę za szeroki.

    — No i? — pyta. — Mówiłam, że prowadzi w dół.

    Jej twarz drga, jeden raz, i wraca do siebie.

    Rozgrywka jakub

  • Jakub zwany Puchatym
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Na rogu, tam gdzie schody Miechów rozszerzają się w mały placyk, stoi stare kowadło. Pęknięte przez środek, wpuszczone w bruk tak głęboko, że nikt go już nie wyrwie. Woźnice przywiązują do niego muły, bo wytarte jest od tysięcy sznurów, a dzieciaki siadają na nim okrakiem. Lina sięga od niego do krawędzi dziury z dużym zapasem. Galatea patrzy, jak ją wiążesz.

    — Wiedziałam, że zejdziesz — mówi. — Nikt tego jeszcze nie zrobił. Wszyscy tylko obchodzą. A skarbiec tam jest, tylko ktoś musiał się w końcu odważyć!

    Kiedy jesteś już w połowie liny, nad krawędzią pojawiają się jej buty. Latarnię przypięła sobie do rzemienia fartucha i światło kołysze się teraz pod nią, rzucając na ściany długie, skaczące cienie. Schodzi niezgrabnie, trzyma linę za blisko przegubów, tak samo jak szczypce. Raz się zsuwa i syczy przez zęby. Nie mówi nic, póki nie stanie na gruzie obok ciebie. To najdłuższa cisza, jaką u niej słyszałeś.

    Na dole zapach jest mocniejszy. Łój, wilgoć, kamień, a pod tym ten ciepły, słodkawy ślad, jakby coś dużego leżało tu niedawno i zostawiło po sobie trochę ciepła. Gruz pod liną jest rozepchnięty na boki, a pył przy wejściu do korytarza zdeptany tyloma stopami, że nic się z niego nie da wyczytać. Między dwoma kamieniami gruzu, tuż pod liną, coś leży. Pióro. Długie jak twoje przedramię, szarozłote, z miękką, gęstą chorągiewką. Dudka jest ucięta równo, prosto, jednym cięciem nożyc, i to nie wczoraj, bo brzeg cięcia zdążył się wygładzić i ściemnieć. Kto je obciął, robił to dawno i z rozmysłem.

    Galatea wyjmuje ci je z ręki i ogląda pod latarnią.

    — Gryf — mówi z przekonaniem. — Królowie trzymali gryfy, do pilnowania skarbca. Wszyscy to wiedzą. — Obraca pióro w palcach. — Tylko że gryfy są brązowe... — Oddaje ci je, trochę zbyt szybko.

    2d8353a6-5c80-4d55-82c3-a235d69561c1-image.jpeg

    Korytarz jest zbudowany z tych samych dopasowanych bloków co dół dziury. Nie ma w nim zaprawy, a szczeliny są tak wąskie, że nie wsunąłbyś w nie noża. Strop jest niski, ale się mieścisz. Opada łagodnie. Twoje oczy widzą go daleko w głąb, szarego, bez koloru, jak wszystko, co widzisz w ciemności. Latarnia Galatei oświetla tylko kilka kroków, ale na tych kilku krokach kamień jest żółty i ciepły. Po kilkudziesięciu krokach w ścianach zaczynają się pojawiać wnęki. Płytkie, wielkości człowieka, puste. Nad każdą jest wykuta w kamieniu tabliczka i każda jest wygładzona, jakby ktoś długo pocierał ją kciukiem, aż zostało tylko gładkie zagłębienie. Galatea przesuwa po jednej palcem i szybko cofa rękę.

    — Skarbnicy — szepcze. — Tu chowali skarbników. Tylko oni wiedzieli, kto ile ukradł. Zabrali tę wiedzę do grobów.

    Jej twarz w świetle latarni zaczyna płynąć. Nos się wydłuża, policzki zapadają, przez moment patrzy na ciebie ta ciemnowłosa kobieta z dnia wypłaty. Galatea chyba tego nie zauważa. Idzie dalej, a po kilku krokach znów jest złotowłosa.

    Korytarz skręca w lewo. Ostro, pod kątem prostym, jakby ktoś, kto go budował, nagle zmienił zdanie. Zanim Galatea dojdzie do zakrętu, ty już widzisz, co jest za nim. Ta sama szara posadzka, ten sam strop, a na posadzce ciemne plamy. Drobne, okrągłe, w nierównych odstępach, jakby ktoś szedł z czymś, co kapało. Ciągną się dalej, w dół. Tuż za rogiem, pod ścianą, leży coś podłużnego, wielkości palca. Potem dochodzi Galatea, latarnia wychyla się za róg i wszystko nabiera koloru. Plamy są czerwone. Ciemnoczerwone, prawie brązowe, zastygłe w twarde kropki. Pod ścianą leży ogarek świecy z tego samego czerwonego łoju, złamany wpół, z knotem zdeptanym płasko, jakby wypadł komuś z kieszeni i ktoś inny na niego nadepnął. Galatea pochyla się nad nim, a ciebie dolatuje zapach łoju, ten sam, który czułeś z góry.

    Z głębi korytarza ciągnie powietrze, odrobinę cieplejsze niż tu. Galatea prostuje się i wyciąga rękę z latarnią w stronę, w którą biegną krople. Uśmiech wrócił, tak samo za szeroki jak nad dziurą.

    — Tędy — mówi. — Widzisz? Ktoś znaczył drogę. Do skarbca zawsze się znaczy drogę.

    Za wami jest zakręt, ten pierwszy. Przed wami krople ciągną się w ciemność, dalej niż sięga twój wzrok.

    Rozgrywka jakub

  • Ystyriaeth
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    — Eunoe — mówi Siostra. — Eu-no-e. Nie poprawiam cię z próżności. W tym mieście imiona potrafią mieć wielką moc, więc warto wymawiać je dokładnie.

    Odwraca się w głąb korytarza.

    — Chodź. Tutaj nie będziemy rozmawiać.

    Korytarz jest wykuty w skale i ma ludzkie wymiary. Kamień pod stopami jest gładki, ale nie wyślizgany, raczej starannie wyrównany, a przy ścianach biegną dwie wąskie rynienki, w których płynie woda. Słychać ją cały czas. Nie jest to huk wodospadu, który został za drzwiami, ani cisza. To ciągły, cienki dźwięk, który po kilku krokach przestaje się zauważać, a który zauważyłbyś od razu, gdyby ucichł.

    Jest zimno. Nie tak jak na zewnątrz po zmroku i nie tak jak w zimie. Ściany są delikatnie wilgotne. Kiedy przeciągasz po nich palcem, zostaje ciemniejszy ślad, który znika, zanim zrobisz następny krok.

    W stropie co kilkanaście kroków jest otwór, pionowy szyb biegnący w górę przez skałę. Ma przekrój okrągły, szerokość ramion człowieka i w środku wisi pęk metalowych pręcików na sznurku. Z dnia zostało w nich trochę szarego światła, a z góry ciągnie zimnem znad lodu. Kiedy przechodzisz pod pierwszym, pręciki stukają o siebie cicho i nierówno. Szyb jest pionowy, gładki, bez stopni i bez drabiny. Ktoś zawiesił w nim dzwonki.

    Korytarz kończy się kaplicą. To okrągła sala pod kopułą wykutą w skale, tak wysoką, że jej szczyt ginie w mroku nad lampami. Posadzka schodzi lekko ku środkowi, a w najniższym miejscu stoi ołtarz, czyli trzy kamienne kobiety, jedna nad drugą, wyższe od człowieka. Wygląda to jak pomniejszona kopia posągów, które widziałeś przy wodospadzie. Dłonie mają złożone w misy, a woda przelewa się z górnych do środkowych i z nich do dolnych, a stamtąd płytkim korytem w posadzce odpływa do trzech wyjść z sali. Słychać ją wszędzie. Wokół ołtarza leżą maty z sitowia, wytarte w trzech miejscach, każde naprzeciw innej Siostry.

    Twarzy nie mają. Owale są gładkie, wklęsłe i matowe, wytarte jak imiona w komorze, w której obudziłeś się rano. U stóp ołtarza, na kamiennym stopniu, leżą setki skrawków. Kawałki płótna, czegoś w rodzaju drewna i kory, gliniane tabliczki, wstążki, jeden zwinięty liść. Na każdym coś napisano, w kilkudziesięciu pismach.

    89badeb8-4b6e-4df3-95f0-9d93bea4ff6b-image.jpeg

    Przy dolnej misie klęczy krasnolud w lnie, który nie jest niebarwiony, tylko szary jak popiół. Jest szeroki jak drzwi, którymi weszliście, a broda, siwa i zapleciona w jeden gruby warkocz, sięga mu do kolan i jest zawinięta za pas, żeby nie wpadała do wody. Czerpie wodę z dolnych dłoni do glinianego dzbana, powoli, nie rozlewając ani kropli, i śpiewa pod nosem, nisko, głosem, który zdaje się dochodzić spod posadzki. Każdy wers kończy się wcześniej, niż się spodziewasz:

    Odchodzisz, a my się nie oglądamy.
    Bierzesz zimę, bierzesz starych, bierzesz słomę.
    Co bierzesz, oddajesz polu.

    Podnosi się z pełnym dzbanem. Patrzy na ciebie dłużej niż ktokolwiek dziś, nie wrogo, tylko tak, jakby cię zapamiętywał. Potem na Eunoe.

    — Nowy — mówi Eunoe.

    — Widzę. — Krasnolud poprawia dzban na biodrze. — Siostra Radogost. Służę Dolnej Siostrze. — Mówi to do ciebie i zaraz wraca wzrokiem do Eunoe. — Idę do tej z wczoraj. Na noc.

    Wychodzi prawym przejściem. Dzban zostawia na posadzce mokry ślad, który prowadzi tam, dokąd poszedł.

    — Siostrami nazywamy tu wszystkich, którzy służą — mówi Eunoe, kiedy jego kroki cichną. — Kobiety, mężczyzn i tych, którzy nie są ani jednym, ani drugim, bo i tacy przychodzą przez łuki. Siostry nie pytają, kim byłeś, kiedy przyszedłeś im służyć. My też nie.

    Podchodzi do stopnia z darami. Podnosi jeden skrawek, czyta go bez wyrazu i odkłada dokładnie tam, skąd go wzięła.

    — Każdy, kto tu przychodzi, patrzy na Trzy Siostry i widzi kogoś znajomego. Swoją boginię życia, swoją panią zmarłych, czy boginię wiedzy. Twarzy nie ma, więc nic mu nie przeszkadza. Przynoszą nam potem jej imię. Zapisujemy je i kładziemy tutaj, jako dar. Żadnego nie odrzucamy i żadnego nie uznajemy za prawdziwe.

    Patrzy w górę, po kolei, na trzy puste twarze.

    — Stubramie mówi na nie Górna, Środkowa i Dolna. Między sobą używamy imion z najstarszych zapisów. Górna to Nahid. Dolna to Morana. Środkowa to Saga. Jej służę.

    Siada na macie naprzeciw środkowej Siostry, w miejscu, gdzie sitowie jest wytarte najbardziej, i wskazuje ci matę obok. Nie czeka, aż usiądziesz.

    — Pytałeś, jakimi zasadami się kieruję. Powiem ci, czego uczy Saga, bo to jest to samo.

    Mówi powoli, tak jak się mówi rzeczy powtarzane od lat, ale nie recytuje.

    — Każdy, kto umiera, dochodzi w ciemności do dwóch źródeł. Pierwsze jest blisko, przy drodze, i woda w nim jest ciepła. Kto się z niego napije, zapomina. Przestaje go boleć, przestaje się bać, przestaje być tym, kim był. Drugie jest dalej, zimne, płynie z jeziora Pamięci i ma strażników. O łyk z niego trzeba poprosić i trzeba umieć powiedzieć, kim się jest.

    Patrzy na wodę w środkowych dłoniach, która stoi tam przez chwilę, zanim przeleje się niżej.

    — Saga uczy, żeby nie pić z pierwszego. Ani po śmierci, ani za życia. W tym mieście są ludzie, którzy z tego pierwszego źródła żyją. Kupują to, co boli, i każą sobie za to dziękować. Nie walczymy z nimi. Opłakujemy tych, którzy do nich idą. — Przez moment nic nie mówi. — Zastanawiasz się pewnie, czy mogłabym sprzedać to, co mi powiesz. Nie piję z pierwszego źródła i nikomu z niego nie podaję. Tego się trzymam, kiedy wszystko inne mnie zawodzi.

    Teraz patrzy na ciebie.

    — Pytasz też, czy otworzę się tak, jak chcę, żebyś ty się otworzył. — Krótka pauza. — Nie. Każdy nosi coś, czego nie oddaje. Ty też. Ja też. Nie poproszę cię o więcej, niż sama mogę dać. Możesz powiedzieć mi jedną rzecz albo żadnej. Zapiszemy cię w księdze przybyszów, ale nic z tego, co tu powiesz, do niej nie trafi, jeśli sam tego nie zechcesz.

    Słuchasz jej tak, jak cię uczono. Patrzysz na dłonie, na barki, na oddech między zdaniami. Nie kłamie. Tego jesteś pewien. Ale nie jest to szczerość kogoś, kogo nigdy nie kuszono. Tak mówi ktoś, komu proponowano ten łyk wiele razy i kto za każdym razem odmawia od nowa. Jej dłonie. Myła je przy misie przed rozmową i wytarła o len po twoim słowie. Kłykcie ma zaczerwienione. Tak myje dłonie ktoś, kto zmywa z nich coś, czego nie widać. I jeszcze jedno, najkrócej, przy jej „ja też”. Ten spokój nie jest tym, czym wydawał się w progu. Jak dłoń przyciśnięta do drzwi, za którymi ktoś stoi. Przez mgnienie wydaje ci się, że w niej są dwie osoby, a ona pilnuje, żeby odezwała się ta właściwa. Znasz ten chwyt. Uczono cię go latami.

    Ze środkowego przejścia, z głębi, dochodzi jeden głos, męski, bez melodii, prawie mówiony. Robi długie przerwy, w których słychać tylko wodę:

    Sago, ty, która zatrzymujesz,
    zatrzymaj mnie w sobie.

    Eunoe składa dłonie na kolanach, jedną w drugą, w płytką miskę. Tym razem są suche. Woda w środkowych dłoniach nad waszymi głowami stoi chwilę i przelewa się niżej.

    — Nie musisz teraz. Pokażę ci jeszcze, gdzie jest kuchnia, biblioteka i dormitorium. Jeśli zechcesz mi coś powiedzieć, po drodze albo jutro, będę słuchać.

    Rozgrywka ystyriaeth

  • Jakub zwany Puchatym
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Rozcierasz kroplę między palcami. Nie kruszy się jak skrzep. Mięknie od ciepła skóry, rozmazuje się i zostawia na opuszkach tłusty, czerwonawy ślad. Pachnie tak samo jak złamany ogarek pod ścianą. To nie krew, tylko łój. Ktoś szedł tędy ze świecą, chyba czerwoną.

    Nasłuchujesz. Latarnia Galatei syczy cicho. Gdzieś daleko kapie woda, w równych odstępach. Przeciąg niesie ten słodkawy zapach i nic więcej.

    Pióro jest lżejsze, niż wygląda. Wygląda jak lotka celowo przycięta ptakowi, żeby uniemożliwić odlot.

    Galatea słucha cię do końca i ani razu nie wchodzi ci w słowo.

    — Jasne — mówi. Za szybko. — Więcej osób. Pewnie, że tak.

    Twarz zaczyna jej płynąć i tym razem trwa to dłużej niż zwykle. Odwraca się w stronę, w którą biegną krople, i przez chwilę stoi z wyciągniętą latarnią. Potem schyla się, podnosi obie połówki ogarka i chowa je do kieszeni fartucha.

    — Na dowód — mówi. — Żeby nikt nie gadał, że zmyślam.

    Wracacie tą samą drogą, wzdłuż pustych wnęk z wygładzonymi tabliczkami. Lina trzyma. Galatea wspina się gorzej, niż schodziła, i na górze długo ogląda swoje dłonie.

    Miechy są już ciemne. W czterech kuźniach żar tli się pod popiołem. Żelazny olbrzym siedzi tam, gdzie siedział, a gnomka i krasnolud dawno poszli. Galatea odzyskuje głos, zanim odzyska oddech.

    — Tylko nie myśl, że to nam ucieknie. Kubły tej dziury nie zamurują tak szybko, co ty. Im się nie chce przykryć studni, jak ktoś do niej wpadnie. Przyjdą za miesiąc z jedną deską.

    Kubły znasz z widzenia. Nocna straż od ognia, wody, brudu i trupów: skórzane wiadra, bosaki, latarnie na długich kijach. Służą w niej sami nieobywatele. Co wieczór po zmierzchu idą schodami Miechów pod górę i sprawdzają, czy wszystkie paleniska są przysypane.

    — A właściwie — Galatea prostuje się nagle — po co czekać? Kubły mają liny. Mają latarnie. Jest ich zawsze kilku. Zagadamy ich dzisiaj i zejdziemy większą kupą. Chciałeś ludzi, to masz ludzi.

    Lina wciąż wisi w dziurze, przywiązana do pękniętego kowadła. W dole schodów, daleko, kołysze się rząd świateł. Kubły. Idą powoli, od kuźni do kuźni.

    Galatea patrzy na ciebie i uśmiecha się szeroko.

    — No?

    Rozgrywka jakub

  • Powitania, pożegnania i powroty
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Duży plus za Runequesta. 🙂 Glorantha to niesamowity setting.

    Hydepark

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Pierwotny termin rekrutacji chyba właśnie minął.

    Wydłużam rekrutację bezterminowo - do czasu aż znajdziemy czterech graczy.

    Zasadę przyjęcia do sesji z konkursu kart postaci zmieniam na „first come, first served”, bo nie spodziewam się, że będę miał duży wybór i nikt z nikim nie będzie walczył o miejsce. 😉

    W międzyczasie gramy sobie już solówkę z Notturno tutaj i wychodzi inspirująco, więc mam nadzieję, że sesja prędzej czy później ruszy.

    Archiwum

  • Gormalesh Pluskwą zwany
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Obchód robi tak, jak się go robi. Altany, ławki, mostki. Zagląda pod krzaki, w których zwykle śpi ten, kto nie ma gdzie. Sprawdza jamy pod korzeniami, bo raz w jednej z nich siedziało dziecko i nie chciało wyjść.

    Woła. Za trzecim razem słyszy własny głos wracający znad wody, cieńszy, niż wyszedł. Nikt nie odpowiada. To jest pierwsza rzecz, która nie pasuje. Ludzie, którzy zagapili się w parku, odkrzykują. Zwykle z zażenowaniem, czasem z pretensją, ale odkrzykują. Cisza jest tylko wtedy, kiedy nikogo nie ma.

    Słońce jest już za pniami, kiedy dochodzi do zakola kanału, tam gdzie woda skręca i gdzie latem trzeba było pilnować, żeby dzieciaki się nie kąpały. Alejka idzie górą, wzdłuż brzegu. Żwir jest równy, zagrabiony przedwczoraj, wygładzony popołudniowym deszczem. Na długości czterech, pięciu kroków nie jest. Żwir jest rozgarnięty, rozrzucony w bok, i ktoś zszedł tędy z alei na trawę. Dziś, bo deszcz tego nie zdążył zamyć. Pluskwa nie musi umieć czytać śladów. Wystarczy, że wie, jak jego park wygląda, kiedy jest w porządku.

    Trawa poniżej jest wygnieciona szerokim pasem, jakby przeszło tamtędy kilka osób jedna za drugą. Pas prowadzi w dół, wzdłuż kanału. Nie w stronę żywopłotu, nie w stronę cierni. W głąb parku. W tę część, którą zna na pamięć i którą uważał za najnudniejsze pół mili w mieście.

    Sto kroków dalej leży stary buk, przewrócony dwie zimy temu i zostawiony tam, gdzie padł, bo nie padł w poprzek alei. Pod jego korzeniami ktoś się rozłożył. Zwinięty koc. Plecak oparty o pień, otwarty. Blaszana osłona latarni. Kawałek liny, jeszcze przywiązany do korzenia, ucięty albo urwany kilka stóp dalej. Nic z tego nie jest rzeczą, którą zabiera się na godzinę spaceru, i nic z tego nie jest rzeczą, którą się zostawia, jeśli się stąd odchodzi.

    Ptaków nie słychać. Nie przestały nagle śpiewać, tylko gdzieś po drodze, i Pluskwa nie umie powiedzieć, kiedy dokładnie.

    Słońce dotyka krawędzi Czarnych Urwisk górujących nad Stubramiem.

    Rozgrywka pluskwa

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Mamy czwarte zgłoszenie, co prawda jeszcze work in progress, ale już dodam: Dust Mephit jako Ja'aqob “Puchaty” (Beasthide Shifter / Fighter / Folk Hero).

    Rekrutacja jeszcze chwilę powisi, ale już można uznać jej koniec. Kolejne zgłoszenia jedynie na listę rezerwową.

    Archiwum

  • Gormalesh Pluskwą zwany
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    WIS (Survival) DC 12 = 14+5 = sukces!

    dc5edbef-26a6-4153-a07d-ead953bfbfa7-image.jpeg

    Czterech. Wygnieciona trawa trzyma cztery osobne pasy, a przy samym pniu ściółka jest ubita na kształt, na którym ktoś siedział. Przyszli być może przed południem i siedzieli tu dłużej, niż trwa odpoczynek. Na tyle długo, żeby rozłożyć koc, zjeść i się nie spieszyć. Jeden nosił buty z ćwiekami i to on chodził najwięcej: jego ślad wraca do pnia cztery czy pięć razy, jakby czegoś szukał albo coś przynosił.

    Miejsce wybrali dobrze. Alejka biegnie górą, wzdłuż kanału, oddzielona od skarpy żeliwną balustradą. Tyle że tutaj balustrady nie ma, bo dwie zimy temu zabrał ją ze sobą przewracający się buk i nikt jej od tamtej pory nie postawił. Pluskwa pisał o tym w zgłoszeniu do dzielnicy w drugim tygodniu służby. Dzielnica przyjęła zgłoszenie.

    Buk leży wzdłuż muru, konarami w bok. Korzenie wyrwane pionowo do góry. Tworzy zaciszną dziurę, której nie widać z alejki, jeśli nie zejdzie się z drogi. Tam się rozłożyli.

    Nikt inny do nich nie doszedł. Mech od strony kanału jest nietknięty, mech od strony alejki zadeptany. Wszystko, co się tu wydarzyło, szło w jedną stronę. I nikt tą drogą nie wrócił. Źdźbła są położone w dół zbocza, wszystkie, bez jednego wyjątku.

    Odeszli w stronę wody i odeszli jakby nagle. Nikt nie zwijał obozu. Wstali i poszli, a rzeczy zostały tam, gdzie leżały.

    Pod pniem leży zwinięty koc i drugi, rozłożony na ściółce. Obok plecak, otwarty, z klapą zarzuconą na bok. W środku suchary i solone mięso na dwa dni, pusty bukłak, zawinięta w płótno lutnia z popękanym pudłem, i skórzany zwitek z narzędziami: przecinak, młotek, cienkie dłuto, zwój drutu. Osłona latarni leży obok, blaszana, poczerniała od środka. Zakłada się taką, żeby przeciąg nie zgasił płomienia i żeby światła nie było widać z boku. Koców się nie znosi sto kroków od alejki po to, żeby je tu zostawić. Mieli tu wrócić.

    Lina jest przywiązana do korzenia buka, węzłem zaciągniętym mocno i sprawdzonym. Ktoś obciążał ją całym ciężarem. Przechodzi przez krawędź muru i zwisa po jego licu, a koniec dynda w powietrzu, wysoko nad dnem. Nie jest cięty. Jest rozstrzępiony na wszystkie strony, włókno po włóknie, jak sznur przetarty o kamień.

    Pluskwa kładzie się na brzuchu i zagląda za krawędź. Mur schodzi w dół na trzy jego wzrosty. Kamienny, dopasowany blok do bloku, obrośnięty bluszczem, który zwiesza się z góry jak firana. W poprzek całego lica biegnie ciemny pas, równy jak od linijki, na wysokości dwóch łokci pod jego twarzą. Tak wysoko stoi woda kanału, kiedy stoi normalnie.

    Pod tym pasem, u samej podstawy muru, jest wejście do podziemi. Nie dziura. Nie wylot ścieku. Łuk, wysokości człowieka, z obrobionego kamienia, z progiem i z ościeżami. I tu jest rzecz, która nie daje mu spokoju bardziej niż urwana lina. Pluskwa zna to miejsce. Przechodził tędy dziesiątki razy, bo obchód idzie wzdłuż kanału i nie ma jak go ominąć. Zna ten buk, zna wyrwę po balustradzie, wie, że latem nad zakolem stoją komary. Pod nim nie ma nic. Nigdy nie było, bo nigdy nie było widać. Łuk stoi cały poniżej ciemnego pasa na murze. W każdym innym roku patrzyłby w tym miejscu na wodę.

    Więc albo tamci czterej wiedzieli o czymś, o czym nie wie astynom tego parku, a to znaczy, że dowiedzieli się tego poza parkiem, od kogoś z miasta. Albo tego czegoś do niedawna po prostu nie było widać. I dopiero teraz, leżąc na brzuchu nad rozstrzępionym końcem liny, Pluskwa przypomina sobie, co stara krasnoludka mówi codziennie przy oddawaniu blaszki. Że tak sucho nie było od lat. Że zbiorniki i cieki wodne pokazują dno.

    Rozgrywka pluskwa

  • Notturno-09-REM
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Za deskami nie ma sklepu. Za deskami jest ciemność, która zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się blady prostokąt światła z alei, i to jest granica ostra jak cięcie. Prostokąt sięga zaledwie półtora kroku w głąb. Widać w nim kawałek klepiska, nogę lady i kant czegoś, co jest chyba skrzynią. Dalej nie ma nic. Nie ciemny kształt, nie zarys, nie domysł. Nic.

    Wizjery Notturna świecą. Świecą fioletem i świeciły nim przez wszystkie osiemdziesiąt dziewięć dni, i przez ten cały czas nie oświetliły ani jednej rzeczy poza sobą. Brak widzenia w ciemnościach. Konstrukcyjnie rzecz biorąc, to niemal jak lampka sygnalizacyjna zamontowana w miejscu, gdzie powinien być reflektor. Notturno miał w tej sprawie kilka teorii i ani jednej, która by mu się podobała.

    Oczywiście, zna to wnętrze. Szorował tu podłogę, zamiatał za zasłoną, przestawiał słoje, bo Kirriwim przestawiał je z powrotem. Umiałby przejść od progu do lady z zamkniętymi oczami, gdyby miał oczodoły, które da się zamknąć. Problem polega na tym, że pamięć układu pomieszczenia jest użyteczna wyłącznie pod warunkiem, że nic się w nim nie przesunęło. A jedyny powód, dla którego tu stoi, brzmi: coś się przesunęło.

    W torbie ma pochodnie i krzesiwo. Pochodnia w zamkniętej piwnicy da dym, którego nie ma czym odprowadzić, zapach, który zostanie w tym miejscu na tydzień, i łunę idącą przez szparę po oderwanej desce prosto na ulicę. Ma też sztuczkę, którą zapali knot, pod warunkiem, że znajdzie knot, a jedyna lampa, jaką ten sklep miał, wisiała nad wejściem i nie wisi tam już od...

    Notturno przerywa rachunek w połowie. Bo teraz, stojąc pod framugą i patrząc w górę, na pusty mosiężny uchwyt wkręcony w kamień, po raz pierwszy odnotowuje jego stan jako pozycję w inwentarzu, a nie jako element tła. Szkła nie ma na stopniach. Nie ma go w ścieku. Nikt jej nie stłukł. Ktoś odkręcił i zabrał. W Podmieście to przestępstwo.

    Z góry, ze schodów, dobiega szuranie. Ktoś usłyszał Notturno. Ktoś schodzi bokiem, po jednym stopniu, trzymając się ściany, jak schodzi się tam, gdzie wiadomo, że kamień jest oślizgły. Światło pojawia się wcześniej niż postać. Maleńkie, żółte, osłonięte z jednej strony dłonią. Ogarek świecy.

    50c38a3d-6c6b-4b48-819d-ce76e8fdefaf-image.jpeg

    Kobieta zatrzymuje się cztery stopnie wyżej i nie schodzi niżej. Wysoka, chuda tak, że pod skórą szyi widać każde ścięgno z osobna. Skóra szara, z odcieniem popiołu, który jeszcze nie całkiem ostygł, i cętkowana drobniejszymi plamkami na ramionach. Oczy ciemne od krawędzi do krawędzi i głęboko osadzone; ogarek nie odbija się w nich ani trochę, co Notturno rejestruje natychmiast i klasyfikuje jako niemożliwe przy tym kącie padania.

    Włosy ciemne i wilgotne, zgarnięte na bok i potargane, z jednej strony ostrzyżone przy samej skórze. Po tej stronie, wzdłuż skroni i wyżej, biegnie nieregularny szereg drobnych, jaśniejszych blizn, którego nikt nie próbował zakryć. U nasady szyi ciemny tatuaż, cienki i rozgałęziony.

    Suknia jest cienka, śliwkowa, kiedyś droga i dawno temu. Jedno ramiączko zsunięte, dół rozdarty i poplamiony, pończochy podarte w kilkunastu miejscach i nikt tego nie cerował. Na wierzchu męski płaszcz, ciężki i za duży, zsunięty z obu ramion i podtrzymywany łokciami. Buty znoszone do cienkości, ale czyszczone.

    W jednej ręce trzyma wgnieciony cynowy kubek. W drugiej ogarek, który stawia na stopniu i cofa palce.

    — Weź. — Głos ma cichy i zupełnie pozbawiony pośpiechu. — I nie stawiaj go na ladzie. Postaw gdzieś głębiej. Przez szparę po tej desce widać ladę i nic poza nią, a naprzeciwko są trzy okna. Ktoś może siedzieć w każdym z nich i obserwować.

    Nie schodzi niżej. Milknie na moment i patrzy nie na niego, tylko na pusty uchwyt nad jego głową.

    — Kojarzę cię. Stałeś pod rynną, naprzeciw drzwi Leteańczyków. Zapytałeś mnie kiedyś o wagę i o długość fali. Chyba nie tylko mnie... — Przekłada kubek do drugiej ręki. — Nie umiałam odpowiedzieć. Szłam wtedy do domu i myślałam o tym całą drogę, i następnego dnia też. Nikt mnie przy tych drzwiach o nic nie zapytał. Ani razu.

    Wskazuje brodą uchwyt.

    — Ta lampa wisiała tam, odkąd tu mieszkam. Zniknęła pewnego wieczoru. Nikt jej nie stłukł i nikt jej nie szukał, i nikt o niej nie powiedział ani słowa.

    Ogarek stoi na stopniu i dopala się we własnym tempie, obojętny wobec wszystkiego, co się nad nim mówi.

    — A te drzwi nie były nawet zamknięte na klucz. Wyglądały jak nieczynne i tyle. Wystarczyło nacisnąć klamkę. Nikt nie nacisnął. Nie po towar, nie po zemstę, nie po nic. W tej dzielnicy, wyobrażasz to sobie? Sąsiedzi przybili w końcu deski. Nikt tego nie uzgadniał. Mieszkańcy potrafią uzgodnić coś takiego bez jednego słowa, jeśli wystarczająco się boją, i to jest jedyna rzecz, którą ta ulica robi dobrze.

    Fiolet z jego wizjerów kładzie się na jej twarzy i nie jest to dla tej twarzy dobre światło. Schodzi jeszcze o jeden stopień, dokładnie o jeden, i zatrzymuje się. Palce na blaszanym kubku zaciskają się i blacha cicho ustępuje.

    — Myślisz, że Kirriwim jeszcze żyje?

    Nie czeka nawet pół sekundy.

    — I nie mów mi, że za mało wiesz. Wiem, że za mało wiesz. Pytam mimo to.

    Rozgrywka notturno

  • Gormalesh Pluskwą zwany
    Janusz PodziemiJ Janusz Podziemi

    Na szerokość dwóch dłoni ktoś bluszcz zerwał, a raczej zdarł, bo łodygi nie są przecięte, tylko poszarpane, i zwisają teraz strzępami razem z resztkami korzeni. Tam, gdzie spod liści wyłazi goły kamień, są rysy. Krótkie, jasne na ciemnym, równoległe, po trzy, po cztery obok siebie, powtarzające się co krótką odległość. Takie, jakie mogła zostawić podkuta podeszwa, kiedy ktoś zapiera się stopą o ścianę i ciągnie się na rękach.

    Bluszcz obok zdartego pasa jest stary. Przy samym buku łodygi są grube jak kciuk i wrośnięte w spoiny tak głęboko, że nie ruszają się pod ręką. Goblina utrzymają. Trzy wzrosty w dół to niewiele. W górę to co innego, bo w górę trzeba się wciągnąć, a Pluskwa nie należy do siłaczy. Kikut liny przy korzeniu wisi na długość jednego jego wzrostu. Dalej byłby już tylko bluszcz.

    Na dnie kanału jest mniej wody, niż Pluskwa kiedykolwiek tu widział, i to, co z niej zostało, stoi. Pod łukiem ktoś usypał kopiec. Czarny muł, grudy gliny, kamienie. Kopiec zatarasował strużkę, która zwykle płynie środkiem, i woda rozlała się za nim w płaską kałużę. Część kamieni na kopcu jest zwyczajna, rzeczna. Część nie. Mają równe krawędzie i płaskie lica, dokładnie takie jak bloki w murze, i leżą tam, gdzie spadły, rzucane z progu jeden po drugim. Muł między kopcem a progiem jest zdeptany. Ślady prowadzą do łuku. Z łuku wraca tylko jedna para, tam i z powrotem, raz za razem, aż wydeptała w osadzie ścieżkę. Buty ciężkie, szerokie. Pozostałe idą tylko w jedną stronę.

    Liny na dole nie ma. Nie ma jej w kałuży ani na kopcu, nie leży na progu. Na górnej krawędzi łuku, tam gdzie nadproże wychodzi z muru ostrym narożem, wisi kępka jasnych włókien, zaczepiona o kamień i poruszająca się lekko. Resztę ktoś zabrał do środka?

    Wtedy to słyszy. Z otworu, z daleka i nisko, jakby spod samego dna, dochodzi nikłe stukanie. Musi dochodzić z daleka. Jakby metal o kamień. Nierówne, raz szybkie, raz z przerwą. Jest go kilka taktów. Potem cichnie. Pluskwa czeka i po chwili stukanie wraca, słabsze albo po prostu dalej, a potem znowu cichnie i już się nie odzywa.

    Za plecami, po drugiej stronie parku, stoi otwarta brama. Rama z blaszkami wisi w stróżówce, do zamknięcia zostało niewiele, a dzwon, którym wzywa się Ladonitów, wisi tam, gdzie zawsze. Słońce zniknęło już za pniami. Z otworu pod bukiem ciągnie chłodem i zapachem mokrego kamienia, jak z piwnicy, której nikt dawno nie otwierał.

    Rozgrywka pluskwa
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa