Jakub zwany Puchatym
-
Sześć tygodni temu obudziłeś się pod zachodnią bramą miasta. Byłeś ranny i nie pamiętałeś niczego sprzed tamtego dnia. Znalazł cię Trzewik, niziołek z Bractwa Ostiariuszy, które opiekuje się przybyszami. To on nazwał cię Puchatym, bo tego samego dnia pod bramą ktoś widział bestię podobną do niedźwiedzia, która przegoniła rabusiów napadających na kupców. Kiedy odzyskałeś siły, Trzewik zauważył, że twoje ręce pamiętają coś, czego ty nie pamiętasz, i załatwił ci pracę u kowala.
Od tamtej pory jesteś czeladnikiem w kuźni mistrza Teriona.

Kuźnia stoi w Miechach, dzielnicy kowali, płatnerzy i wynalazców, która wspina się po stoku ku Czarnym Urwiskom. Urwiska to wysoka ściana skalna nad miastem, podziurawiona setkami otworów. To wejścia do katakumb, w których Stubramie od tysięcy lat chowa zmarłych. Z ulicy wyglądają jak okna domu, w którym nikt nie zapala światła.
Główna ulica Miechów nie jest ulicą, tylko schodami. Setki kamiennych stopni pną się pod górę między warsztatami, a z boku, w wyżłobionym rowku, spływa strużka wody z kanatów, podziemnych kanałów, które nawadniają miasto. Kowale czerpią z niej do hartowania, kłócąc się o każdy kubeł.
Domy po obu stronach schodów rosną jeden na drugim. Dół to kamień, starszy niż miasto, wyżej drewno, blacha i rury, a z każdego piętra zwisają łańcuchy, koła zębate i bloki, na których wciąga się ciężary. Przed warsztatami stoją stojaki pełne grotów i drzewców, skrzynie złomu, beczki z węglem. Nad drzwiami jednego z nich wisi czaszka byka. Terion przechodzi pod nią codziennie i nigdy na nią nie patrzy.
Tłum na schodach jest taki, jakiego nie zobaczysz nigdzie indziej. Ork w skórzanym fartuchu wnosi na ramieniu wiązkę żelaznych prętów. Ktoś z łuskowatą jaszczurczą głową pcha pod górę wózek z przenośnym piecem. Diabelstwo o czerwonej skórze i z ogonem zamiata stopnie. Kenku, człowiek-ptak z dziobem zamiast ust, przebiera w skrzynce gwoździe i śrubki, po jednej sztuce do każdej przegródki. Pod ścianą stara kobieta w szerokim kapeluszu, z nosem długim jak dziób, ogląda pod światło koło zębate i targuje się o nie z handlarzem złomu.
Najbliżej waszej kuźni siedzi olbrzymi żelazny człowiek, trzy razy wyższy od ciebie, pordzewiały i nieruchomy. Nikt nie wie, kto go zbudował ani ile ma lat. Gnomka w goglach i z jedną dłonią ze stali, której wszyscy tu schodzą z drogi, grzebie mu w piersi, a brodaty krasnolud trzyma jej latarnię. Robią to od miesięcy. Olbrzym jeszcze ani razu się nie poruszył.
Na tych schodach są cztery kuźnie obok siebie. Żadna nie ma przedniej ściany, więc paleniska są otwarte na ulicę, a przechodnie idą przez gorące powietze.
Mistrz Terion jest minotaurem. Ma byczą głowę z rogami i ciało jak beczka, a sierść na karku zawsze przyprószoną sadzą. Jest tak wysoki, że rogami rysuje belki stropu. Mimo to mówi cicho i spokojnie, a młota prawie nie wypuszcza z ręki. Ma zwyczaj, który zauważyłeś pierwszego dnia: przygląda się ludziom tak, jak ogląda kawałek żelaza przed kuciem, jakby sprawdzał, do czego się nadają. Wieczorami schodzi do piwnicy przez klapę w podłodze za paleniskiem. Zabiera ze sobą drzewce do broni, „do naprawy”, a wraca z pustymi rękami.
Galatea, którą wszyscy nazywają Świerszczem, jest uczennicą w tej kuźni od trzech lat. Jest odmieńcem, istotą, która potrafi zmieniać wygląd twarzy. W kuźni nosi twarz wysokiej, złotowłosej piękności. Tylko dłonie ma pokryte oparzeniami, bo wciąż źle trzyma szczypce. Mówi bez przerwy i z wielką pewnością siebie, a prawie zawsze się myli. Przez sześć tygodni dowiedziałeś się od niej, że stal hartuje się w mleku i że dziura w bruku za rogiem prowadzi do skarbca dawnego króla. Kiedy ktoś ją poprawia, jej twarz na chwilę zaczyna się zmieniać, sama z siebie, a rozmowa schodzi na inny temat.
Twoja praca jest prosta: dmuchać miechem, nosić węgiel, trzymać, gdzie każą, i kuć to, co mistrz ci powierzy. Co tydzień Terion wypłaca ci zapłatę i jedną monetę odkłada do skrzynki pod ławą.
— Pogłówne — mówi. — To podatek, który płacą w tym mieście ci, którzy nie są obywatelami. Co kwartał, przez siedem lat. Jak zapłacisz wszystko bez jednej zaległości, zostaniesz obywatelem. — Raz dodał, patrząc na monety: — Albo jak przeżyjesz jedną wojnę w obronie miasta. To szybsza droga.
I parsknął, jakby to był żart.
Na drzwiach kuźni wisi tabliczka cechu kowali. Każdy cech w Stubramiu pilnuje swojego kawałka murów miejskich. Kowale mają odcinek przy zachodniej bramie, tej samej, pod którą cię znaleziono. Na tabliczce kredą wpisano, kto i której nocy pełni wartę. Twoje imię stoi przy nocy, która przypada za trzy dni.
Na stojaku w głębi warsztatu leży zamówienie, o którym mistrz mówi z szacunkiem: głownia miecza bez rękojeści, owinięta w płótno. Na płótnie jest woskowa pieczęć z dwiema twarzami. To znak Zakonu Janusowego, złotych paladynów, którzy pilnują w mieście portali. Starsi rycerze Zakonu naprawdę mają dwie twarze, jedną z przodu, drugą z tyłu głowy. Terion wykuł tę głownię dziesięć dni temu. Nikt poza nim nie może jej dotykać.
Dziś rano ulicą przechodzi patrol Zakonu. Ostatni z czterech rycerzy ma na potylicy drugą, brodatą twarz, która powoli ogląda kuźnie.
— Patrzył na mnie? — pyta Terion, nie podnosząc głowy.
— Patrzył — mówi Galatea.
— Którą twarzą?
— Tą z tyłu.
— To dobrze. Tamta jest głupsza.
Przed południem ogień w palenisku nagle bucha, choć nikt nie ruszył miecha. Terion marszczy brwi. Ulicą idzie gość. Wokół niego wieje wiatr, chociaż na ulicy powietrze stoi.
To Magister. Czarodziej z Almutałatu. Almutałat to trzy wieże, siedziba cechu magów zwanych Trzykrotnymi. Doskonalą się w trzech sztukach: alchemii, magii i sferologii.
Magister ma bladoniebieską skórę i włosy, które cały czas falują, jakby stał na wichurze. W prawej dłoni niesie szklaną kulę, w której kręci się mała burzowa chmura. Na palcu nosi trzy obrączki, ale tylko jedna z nich ma kamień.
— Magistrze — mówi Terion.
— Mistrzu. — Magister wchodzi do środka, a płomień w palenisku pochyla się w jego stronę. — Przyszedłem przygotować ostrze Zakonu do zaklęcia.
Galatea od razu staje przy stojaku i uśmiecha się do niego promiennie.
— Stal jest gotowa, magistrze. Mistrz hartował ją w mleku, jak w Hyrkanii…
— W wodzie z odrobiną soli — przerywa Magister. — Widać to po kolorze. W mleku nikt nie hartuje, jeśli nie chce mieć pękniętego miecza.
Twarz Galatei zaczyna się zmieniać. Oczy jej jaśnieją, rysy łagodnieją.
— Przestań — mówi magister ostro. — Nie znoszę tego. Wybierz sobie jedną twarz i przy niej zostań.
Galatea cofa się pod ścianę.
Magister odwija płótno. Przez środek głowni biegną dwa wąskie, głębokie rowki, zwane zbroczami. W zwykłym mieczu są płytkie i służą do odciążenia ostrza. Te są zbyt głębokie. Magister przesuwa palec tuż nad nimi, nie dotykając stali.
— Dobrze. Rowki są równe. Później trzeba będzie je wypełnić magicznym składnikiem. — Odwraca się do Teriona. — Skoro o tym mowa: karawana przyszła?
— Nie.
— Miała wejść zachodnią bramą półtora miesiąca temu.
— Weszła — mówi Terion. — Ale bez skrzyni, na którą czekamy. Kupców napadnięto pod samą bramą. Któryś z rabusiów uszedł z życiem. Zabrał skrzynię.
Magister śmieje się krótko i bez wesołości.
— Cudownie. Zakon zapłacił z góry, a przełęcz w górach zamknie się za miesiąc i do wiosny nie przyjedzie żadna karawana. Ten miecz ma ostrzegać rycerza przed każdym zagrożeniem, żeby nikt nie zaskoczył go przy portalu. Do tego potrzebuję dwóch języków z jednego zwierzęcia, które ma dwie głowy. Zwierzęta, o których mówię, żyją tylko w Zamurzu, w dzikich krainach daleko za miastem. Nazywa się je psami śmierci.
Galatea pochyla się do ciebie i szepcze, już zapomniawszy o urazie:
— Słyszałeś? Napad pod zachodnią bramą. To tam, gdzie była ta bestia, co przegoniła rabusiów. Tego samego dnia, kiedy cię znaleźli.
Patrzy na twoje ręce i brodę dłużej, niż wypada.
Magister kładzie głownię z powrotem na płótnie.
— Dzisiaj przygotuję w stali miejsce na zaklęcie. Jeśli tego nie zrobię teraz, metal zapomni kształt, zanim zdobędziemy składnik. Potrzebuję kogoś, kto będzie trzymał ostrze w ogniu, dopóki nie skończę mówić. Mistrzu?
Terion opiera młot o kowadło.
— Kuję dla Zakonu, bo płaci. Czarować dla niego nie będę.
Magister wzdycha i spogląda na Galateę.
— Ona też nie. Ten miecz nie może widzieć twarzy, która się zmienia.
Potem patrzy na ciebie wyczekująco.
— Ty, nowy.
Terion nie protestuje. Kiwa ci głową.
Magister unosi szklaną kulę. Głownia podnosi się z płótna, jakby nic nie ważyła, przelatuje nad kowadłem i opada w najgorętszy żar paleniska. Magister wskazuje długie szczypce wiszące na ścianie.
— Chwyć ostrze szczypcami i trzymaj dokładnie tam, gdzie leży. Nie ruszaj się. Jeśli drgniesz, rowki pękną i cała robota pójdzie na marne. Patrz na stal, nie na mnie. I nie słuchaj słów, które wypowiadam.
-
Jakub posłusznie chwyta za szczypce. Nic nie mówi. Choć praca wydaje się prosta, chce wykonać ją jak najlepiej. Łapie szczypcami za ostrze i trzyma dokładnie w takiej pozycji jak mu przykazano. Zapach i ciepło unoszące się z paleniska działają na niego uspokajająco. W mieście zawsze czuje się przytłoczony- za dużo się tam dzieje i nie da się zebrać myśli. W kuźni jednak wszystko wydaje się bardziej znajome- swojskie wręcz, wszystko ma tu swój rytm- każdy dźwięk, zapach czy nawet iskra. Trzewik wiedział, co robi kiedy go tu przyprowadził.
Kiedy Magister zaczyna swoją inkantację, Puchaty pogrąża się w myślach. Wspomnienia spod zachodniej bramy wracają. Jego ręce są w nich jednak inne, pełne brązowej sierści. Przypominają bardziej łapy. Nie, całe ciało jest inne. Czuje się w nim jednak pewniej- jakby sama krew ojców chroniła go przed zgubą. "Zbyt wielu" przypomina sobie to, o czym myślał, zanim stracił przytomność. Wataha bandytów kąsa go, niczym rój os. Bezbronni są jednak bezpieczni. "Jakub! Zostaw to! Nie mamy czasu! Biegiem do bramy!" Słyszy nieopodal zdesperowany kobiecy głos. W tej samej chwili, coś ciężkiego uderza go w tył głowy. Zgiełk walki cichnie i robi się ciemno.
Świadomość w końcu wraca. Jakiś zapach dobiega jego nozdrzy, a Jakub próbuje go sobie przypomnieć. Ser? Czyjaś drobna dłoń potrząsa nim delikanie.
- Nieźle cię poturbowali.
Zagaduje do niego nieznajomy głos. Jakub otwiera oczy i widzi nad sobą pochylonego Trzewika. Instynktownie łapie się za szyję. Coś mu ukradli. Coś dla niego ważnego. Nie pamięta jednak co. Niczego nie pamięta. Przeszywa go ból- z każdej strony. Najbardziej jednak boli go głowa. Jego włosy i broda pozlepiane są od zaschniętej krwi. Niziołek patrzy na niego tak jakby patrzył na zagubione dziecko.
- Chodź Puchaty. Zabiorę cię w bezpieczniejsze miejsce. Przyda ci się odpoczynek.
Mówi spokojnie niziołek, pomagając Jakubowi wstać.
- Z... za-brali.
Udaje się z trudem wydukać Jakubowi.
Puchaty wraca myślami do pracy. W głowie zaczyna mu się jednak kłębić pytanie, które chciałby zadać Magistrowi. Skrzynia ze składnikiem wciąż musi gdzieś być, a wraz z nią to, co mu zabrano. Może przecież pomóc ją odnaleźć. Mimo to, czeka aż czarodziej z Almutałat skończy. Tak, jak żołnież czeka, aż wyższy stopniem udzieli mu głosu.
-

CON ST DC 12 = 10+5 -> sukces!
Magister staje po drugiej stronie paleniska. Kazał ci patrzeć na stal, ale kątem oka i tak go widzisz. Jest wysoki i chudy. Ma wąską, zapadniętą twarz, z której nie da się wyczytać wieku. W blasku żaru jego bladoniebieska skóra wydaje się szara jak popiół. Długie siwe włosy unoszą się nad nim, choć w kuźni nie ma przeciągu. Nosi kilka warstw szat w kolorach fioletu i szarości, haftowanych złotą nicią przy wysokim kołnierzu i rękawach. Brzegi szat są postrzępione i podarte w pasy, jakby wiatr, który go otacza, szarpał je od lat. Kiedy czarodziej się porusza, strzępy falują razem z włosami.
Na piersi wisi mu złoty medalion z gwiazdą. U pasa, na łańcuszkach, pobrzękują mosiężne tuby na zwoje, sakiewki i flakony. Między nimi kołysze się mała kula zrobiona z mosiężnych obręczy, jedna wewnątrz drugiej, jakby model nieba. Wysokie buty ma zdarte, szare od pyłu z ulic Miechów.
Wyciąga lewą dłoń nad żar. Palce ma długie i kościste. W prawej unosi szklaną kulę, a burza w jej wnętrzu zaczyna krążyć szybciej. Potem zaczyna mówić.
Inkantacja trwa dłużej, niż się spodziewałeś. Słowa Magistra nie przypominają żadnego języka, który słyszałeś na schodach Miechów. Nawet jeśli ich nie słuchasz, docierają do ciebie jako dźwięk: krótkie i twarde, jakby ktoś stukał młotkiem w cienką blachę. Przy każdym z nich wiatr wokół czarodzieja przybiera na sile, a płomień kładzie się płasko na węglach i obejmuje głownię z obu stron.
Żar wchodzi w szczypce. Najpierw czujesz go w dłoniach, potem w przedramionach, wreszcie w barkach. Pot spływa ci po brwiach. Stal zmienia kolor z wiśniowej czerwieni w pomarańcz, a potem w jasną żółć. Ostrze nie drga.
W zbroczach pojawia się światło. Jest bladsze niż żar wokół, niebieskawe jak niebo tuż przed burzą. Przepływa rowkami od nasady do sztychu i z powrotem, raz, drugi, trzeci, jakby czegoś szukało. Przez moment masz wrażenie, że to nie ty patrzysz na stal, tylko ona na ciebie.
Magister milknie. Wiatr opada, a płomień prostuje się i znowu jest zwykłym ogniem.
Czarodziej unosi szklaną kulę. Głownia sama wysuwa się ze szczypiec, podnosi nad palenisko i wisi w powietrzu, sycząc i stygnąc. Światło w rowkach gaśnie. Zostają po nim dwie linie, ciemniejsze niż reszta stali. Puste.
Magister pochyla się nad nimi, potem przenosi wzrok na twoje dłonie.
— Nie drgnąłeś. — Brzmi to jak stwierdzenie, nie pochwała. — I nie słuchałeś. Widziałem po oczach. Byłeś gdzie indziej. — Po chwili dodaje: — Tak trzeba.
Terion odkłada młot i przygląda ci się tak, jak przygląda się żelazu przed kuciem. Nic nie mówi.
Galatea stoi pod ścianą. Wciąż ma tę samą złotowłosą twarz.
Głownia opada na płótno. Magister owija ją starannie, pieczęcią z dwiema twarzami do góry.
— Mistrzu. Jeśli usłyszysz cokolwiek o tej skrzyni, daj znać. Bez niej tracimy tu tylko czas. Almutułat zapłaci.
Zbiera się do wyjścia. Na progu wiatr znów podnosi mu włosy, a płomień w palenisku pochyla się za nim jak pies za panem. Magister zatrzymuje się i spogląda przez ramię.
— Stoisz, jakbyś chciał o coś zapytać, nowy. Pytaj teraz. W Almutałacie nie przyjmą cię wyżej niż w sieni, a tam nikt ci nie odpowie.
-
Jakub skinął głową w podziękowaniu. Nad paleniskiem, ręce miał suche od gorąca. Teraz zdawało mu się jednak, że strasznie się pocą. Trudno było mu stwierdzić, czy to od trzymania szczypiec, czy też osoba samego magistra wywoływała w nim jakiś rodzaj przestrachu, podobnego do tego, który można spotkać u zwierząt, w kontakcie z ogniem. Słyszał wcześniej co prawda o magii. Teraz jednak, za sprawą czarodzieja, zadziały się rzeczy, których nie potrafił zrozumieć. Unosząca się w powietrzu głownia, była jedną z nich.
Osmolone dłonie złożył między klatką piersiową a brzuchem.
- Panie... Magistrze...
Wybąknął Puchary.
- Mnie też tego dnia okradziono. Pomógłbym chętnie z tą skrzynką i może przy okazji swoją zgubę znalazł. Nie godzi się tak napadać na ludzi na drodze. Popytać mogę. Może u kupców? Pewno będą mieli co do powiedzenia. Tylko musiałbym wiedzieć gdzie szukać. Jak trzeba, to bić się też potrafię i łajdakom skórę złoić.
Jakub zrobił krótką pauzę. Rzadko zdarzało mu się mówić tyle na raz. Zastanawiał się nad reakcją czarodzieja i nad tym, czy nie zapędza się za bardzo.
- Jak więcej chętnych by się znalazło - kontynuował - to tym większa szansa że szajkę rozbijemy. A i przekaz będzie też dla reszty, że rabowanie towaru Almutałatu źle się dla każdego kończy.
-
Magister słucha do końca. Nie przerywa ci ani razu, choć wiatr wokół niego szarpie strzępy szat, jakby się niecierpliwił. Przy słowach „tego dnia” unosi wzrok. Kiedy kończysz, patrzy na twoje osmolone dłonie, potem na twarz. Dłużej, niż patrzył na stal.
— Tego samego dnia — mówi powoli. Nie pyta o nic. Odkłada to sobie gdzieś, jak monetę do sakiewki. — Trzeba przyznać, że Trzewik zbiera spod bram różne rzeczy.
Dopiero potem wraca do tego, co powiedziałeś.
— Przekaz dla reszty — powtarza. Kącik ust mu drga. — Podoba mi się. Szkoda, że nikt go jeszcze nie wysłał.
Obraca szklaną kulę w palcach. Burza w środku zwalnia.
— Kupców raczej nie znajdziesz. Najpewniej wyjechali, zanim zaczęło im się w tym mieście podobać, ale możesz popytać w karawanseraju przy bramie zachodniej. Wiem za to dwie rzeczy. Od sześciu tygodni nikt nie przyniósł do żadnego pasera skrzyni z pieczęcią Almutałatu. I nikt nie wniósł jej przez bramę do miasta. Pytałem. — Unosi brew. — Skoro nikt jej nie sprzedał, rabusie wciąż ją mają. A skoro nie weszli bramą, to weszli inaczej. Albo wcale.
Podchodzi krok bliżej. Płomień w palenisku wychyla się za nim.
— Pieczęć Almutałatu nie jest ze zwykłego wosku. Kto ją złamie albo zdrapie, nosi ją potem na dłoniach. Czarne ślady, które nie schodzą przy myciu. — Spogląda na twoje ręce, czarne od węgla, i parska. — Nie takie jak twoje. Twoje zmyjesz. A jeśli znajdziesz skrzynię, nie otwieraj jej. Za każdą wiadomość o skrzyni Almutałat płaci. Za samą skrzynię zapłaci tyle, że twój mistrz przestanie odkładać ci na pogłówne.
Wychodzi na schody, a wiatr idzie razem z nim. Po chwili powietrze w kuźni znowu stoi.

Terion podchodzi do drzwi. Musi się przy tym schylić, bo rogi zahaczają o belkę. Staje w progu pod światło. Jest ogromny, szerszy w barkach niż drzwi kuźni. Brązowa sierść jest na łbie i karku gęsta i skołtuniona, szara od sadzy, a niżej, na ramionach, starta prawie do skóry od lat noszenia ciężarów. Rogi zawijają się do przodu, jasne i gładkie jak stara kość. Prawy jest ukruszony, a przez jego koniec biegnie cienkie pęknięcie. Nosi skórzany fartuch, tak przepalony iskrami, że więcej na nim łat niż skóry. Przedramiona ma owinięte grubymi skórzanymi mankietami, od łokci po nadgarstki. U pasa, na żelaznym kółku, wiszą przecinaki i małe szczypce. Nie stoi na stopach, tylko na kopytach, i nawet one są czarne od węglowego pyłu.
Stuka paznokciem w tabliczkę cechu, w twoje imię wypisane kredą.
— Za trzy dni stoisz na murze przy zachodniej bramie. Stamtąd widać, którędy wchodzi się do miasta, a którędy nie powinno. Będziesz mógł się rozejrzeć.
Wraca do kowadła i bierze młot. Rozmowa jest dla niego skończona.
Galatea odrywa się od ściany i staje przy tobie, bliżej, niż trzeba.
— Słyszałeś? „Weszli inaczej” — szepcze. — Mówiłam ci o dziurze w bruku za rogiem. Nikt mi nie wierzy.
Twarz zaczyna jej się zmieniać, ale po chwili wraca do złotowłosej.
— Po robocie mogę ci pokazać. Jeśli chcesz.
-
Jakub, przypominając sobie, że czeka go jeszcze nocka na murze, kiwa głową minotaurowi. Patrzy na tabliczkę zastanawiając się, co czeka go na warcie.
– Tak zrobię - odpowiada krótko.
Nie dopytuje więcej, choć w głowie pojawiją się kolejne pytania. Wie, że musi sam znaleźć na nie odpowiedzi. Kiedy Terion idzie do kowadła, to dla niego sygnał, że czas wracać do pracy. Chwyta za worek z węglem. Wie, że niedługo trzeba będzie dorzucić do ognia.
Pochylony patrzy na podchodzącą do niego Galateę.
– Dziura za rogiem?
Powtarza przesypując trochę węgla do wiadra, po czym uśmiecha się do dziewczyny.
– Ta, co prowadzi do królewskiego skarbca? Pamiętam. Jak masz czas po robocie, to bym ją z tobą zobaczył. Myślisz, że ciagnie się aż za Stubramie?
Puchaty prostuje się, poprawiając przy tym jeden z zakasanych rękawów. Ociera czoło wierzchem dłoni, rozcierając na nim trochę sadzy i zaklina pod nosem.
– Szlag, zapomniałem zapytać go o imię. W głowie się miesza przez te jego czary...
-
Galatea jest prawie tak wysoka jak ty. Włosy ma złote i kręcone, związane byle jak na karku, a kosmyki i tak wymykają się jej na czoło i przyklejają do spoconej skóry. Twarz ma jasną, o wysokich kościach policzkowych, i uśmiecha się szeroko, z lekko uchylonymi ustami, jakby zawsze była w pół zdania. Zwykle jest. Nosi lnianą koszulę, kiedyś białą, dziś w kolorze popiołu, z rękawami podwiniętymi do łokci. Na nią zakłada skórzany fartuch, za duży o dwa rozmiary, sięgający jej poniżej kolan, dwa razy opasany rzemieniem z żelazną klamrą. Dół ma poszarpany i przepalony w kilku miejscach na wylot. Spodnie wpuszcza w stare, rozczłapane buty z cholewami, które ktoś kiedyś nosił przed nią.
Przedramiona i dłonie ma pokryte oparzeniami. Stare są blade i błyszczące, nowsze różowe, najświeższe jeszcze się łuszczą. Układają się w pasy od nadgarstków w górę, tam, gdzie żar dosięga ręki, kiedy trzyma się szczypce za blisko przegubu. A ona zawsze trzyma je za blisko przegubu.
Przez sześć tygodni nauczyłeś się, że złotowłosa twarz to twarz do kuźni. Nie jedyna, jaką widziałeś. Pierwszego tygodnia przyszła raz o świcie jako piegowaty chłopak z krótko ściętymi rudymi włosami i dopiero po głosie poznałeś, że to ona. W dzień wypłaty, kiedy Terion odliczał monety, stała przy ławie ciemnowłosa kobieta z ostrym nosem, starsza o dziesięć lat, która wyglądała, jakby przyszła się targować. Wszystkie te twarze łączy jedno: oparzenia na rękach są zawsze te same, w tych samych miejscach. Twarz zmienia, kiedy chce, a czasem, kiedy nie chce. Dłoni nie zmienia nigdy. Nie wiesz, czy nie potrafi, czy nie chce.

— Tę samą dziurę — mówi Galatea i aż się prostuje. Na twoją propozycję twarz jej się rozjaśnia, ale tym razem sama z siebie, bez żadnej zmiany rysów. — Po robocie. Obiecujesz?
Od strony kowadła młot Teriona uderza, a potem nie uderza. Mija jeden takt, może dwa. Potem kucie idzie dalej, równe jak przedtem. Minotaur nie podnosi głowy.
— Czy ciągnie się za Stubramie? — Galatea zniża głos. — Oczywiście, że tak. Bezimienny Król kazał kopać pod całym miastem, a potem pod górami, aż do Hyrkanii. Żeby móc uciec, jakby co. Tylko że nie zdążył, bo go wymazali. Wszyscy o tym wiedzą. — Po chwili dodaje z pełnym przekonaniem: — Stamtąd są Krętowiska. To te same korytarze, tylko z drugiej strony gór.
O Krętowiskach słyszałeś nie jeden raz. To jaskinie, które odchodzą w bok od Czarnych Urwisk i podobno ciągną się przez całe pasmo, aż na drugą stronę gór. Mówi się, że ginie się w nich od potworów albo od tego, że trzy razy skręciło się źle i nie wiadomo już, którędy się przyszło.
Kiedy ocierasz czoło i klniesz pod nosem, że zapomniałeś zapytać o imię, Galatea macha ręką, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
— Hermogenes. Magister Hermogenes. Przychodzi tu co miesiąc.
— Hermodor — mówi Terion od kowadła. — I przychodzi drugi raz w życiu.
Twarz Galatei zaczyna płynąć. Nos się wydłuża, złote włosy na chwilę ciemnieją u nasady. Galatea odwraca się do beczki z wodą i coś w niej poprawia, choć nie ma tam czego poprawiać. Kiedy się odwraca z powrotem, jest znowu złotowłosa.
Terion uderza jeszcze dwa razy, zanim znowu się odzywa.
— Zresztą Hermodor to nie imię. To imię z wieży. Dostają je, kiedy zostają przyjęci do Almutałatu, a swoje zostawiają za progiem. — Obraca żelazo na kowadle. — Prawdziwego imienia żadnego z nich nikt nie zna.
— A czemu? — pyta Galatea, już zapomniawszy o urazie.
— Bo kto zna twoje imię, ten może cię przywołać. — Terion uderza młotem. — Nawet jak nie chcesz przyjść.
Reszta dnia mija jak zwykle. Węgiel, miech, woda z rowka przy schodach, o którą kowal z sąsiedniej kuźni kłóci się z Terionem dwa razy przed zmierzchem. Głownia leży na stojaku owinięta w płótno, pieczęcią do góry, i nikt jej nie dotyka.
Kiedy słońce schodzi za dachy, Miechy cichną. Paleniska przygasają jedno po drugim, na schodach robi się pusto. Czarne Urwiska nad dzielnicą ciemnieją szybciej niż niebo i przez chwilę setki otworów w skale wyglądają jak okna, w których ktoś zgasił światło, a nie jak okna, w których nikt go nigdy nie zapalał.
Terion przysypuje żar popiołem. Potem zbiera spod ściany trzy drzewca i podnosi klapę w podłodze za paleniskiem. Z dołu wieje chłodem. Zatrzymuje się na pierwszym stopniu, z drzewcami na ramieniu, i patrzy na was, na ciebie i na Galateę, która już stoi w drzwiach.
Sięga ręką za siebie, zdejmuje z haka latarnię i stawia ją na progu.
— Nie zapuszczajcie się za głęboko. Nie dalej niż do pierwszego zakrętu — mówi.
Nie mówi, do jakiego zakrętu ani skąd wie, że jakiś tam jest. Może to po prostu wymyślił. Schodzi w dół, a klapa opada za nim z głuchym stuknięciem.
Galatea bierze latarnię i prowadzi. Niedaleko jest miejsce, które znasz z widzenia, bo mijasz je codziennie. Dziura w bruku, wielkości koła od wozu, obstawiona czterema kamieniami i owinięta sznurem. Kamienie są stare, szare i obtłuczone. Sznur jest nowy. Bruk wokół wydeptany na gładko, bo wszyscy ją omijają i robią to od dawna.
— Jeszcze tydzień temu wisiał tu stary sznur — mówi Galatea. — Zgniły, szary. Ktoś go zmienił.
Stajecie nad krawędzią. Latarnia Galatei oświetla kamienną ścianę i niewiele więcej. Ty widzisz dalej, bo twoje oczy nigdy nie potrzebowały wiele światła. Dziura opada pionowo na wysokość dwóch, może trzech wzrostów. Na dnie leży gruz, a z boku zaczyna się korytarz z dopasowanych bloków, starszy niż bruk nad nim. Opada łagodnie w stronę, w którą ciągną się Urwiska.
Z dołu płynie chłodne powietrze. Pachnie kamieniem, wilgocią i łojem. Pod tym jest coś jeszcze, słabego, czego nie umiesz nazwać: ciepły, słodkawy zapach, trochę jak kadzidło, a trochę jak żywe zwierzę, ale żadne, które kiedykolwiek czułeś.
Na dwóch z czterech kamieni widać świeże, jasne otarcia. W tych samych miejscach, po przeciwnych stronach dziury, jakby ktoś niedawno opuszczał po nich coś ciężkiego na linie.
Galatea klęka przy krawędzi i wyciąga latarnię nad ciemność. Przez chwilę nic nie mówi, co u niej zdarza się rzadko. Potem zerka na ciebie. Uśmiech ma ten sam co zawsze, tylko trochę za szeroki.
— No i? — pyta. — Mówiłam, że prowadzi w dół.
Jej twarz drga, jeden raz, i wraca do siebie.
-
Puchaty drapie się po głowie wpatrując się w dół i przyglądając otarciom na skale. Korytarz na dole wzbudza w nim ciekawość. Zastanawia się, ile z tego, o czym mówiła Galatea, może okazać się prawdą.
— Większa niż myślałem — komentuje rozglądając się jednocześnie za czymś, do czego mógłby przywiązać linę. — Ktoś nią ostatnio schodził. Ciekawe po co?
Odległość na sam dół, może i nie jest zbyt duża, jednak ewentualny upadek na gruz, mógłby skończyć się nieprzyjemnie. Jakub przygląda się też ścianom dziury. Próbuje ocenić szanse na wspinaczkę z powrotem. Tak na wszelki wypadek, gdyby z jakichś powodów nie mógł wspiąć się po linie.
— I ten zapach... Zejdę i sprawdzę ten korytarz na dole- do pierwszego zakrętu, tak jak rzekł Terion. Chcesz iść ze mną? — Zaproponował Galatei ściągając jednocześnie plecak z zamiarem wyciagnięcia liny — Dobrze, jakbyś została na górze przypilnować, ale twoje towarzystwo na dole też może się przydać.
-
Na rogu, tam gdzie schody Miechów rozszerzają się w mały placyk, stoi stare kowadło. Pęknięte przez środek, wpuszczone w bruk tak głęboko, że nikt go już nie wyrwie. Woźnice przywiązują do niego muły, bo wytarte jest od tysięcy sznurów, a dzieciaki siadają na nim okrakiem. Lina sięga od niego do krawędzi dziury z dużym zapasem. Galatea patrzy, jak ją wiążesz.
— Wiedziałam, że zejdziesz — mówi. — Nikt tego jeszcze nie zrobił. Wszyscy tylko obchodzą. A skarbiec tam jest, tylko ktoś musiał się w końcu odważyć!
Kiedy jesteś już w połowie liny, nad krawędzią pojawiają się jej buty. Latarnię przypięła sobie do rzemienia fartucha i światło kołysze się teraz pod nią, rzucając na ściany długie, skaczące cienie. Schodzi niezgrabnie, trzyma linę za blisko przegubów, tak samo jak szczypce. Raz się zsuwa i syczy przez zęby. Nie mówi nic, póki nie stanie na gruzie obok ciebie. To najdłuższa cisza, jaką u niej słyszałeś.
Na dole zapach jest mocniejszy. Łój, wilgoć, kamień, a pod tym ten ciepły, słodkawy ślad, jakby coś dużego leżało tu niedawno i zostawiło po sobie trochę ciepła. Gruz pod liną jest rozepchnięty na boki, a pył przy wejściu do korytarza zdeptany tyloma stopami, że nic się z niego nie da wyczytać. Między dwoma kamieniami gruzu, tuż pod liną, coś leży. Pióro. Długie jak twoje przedramię, szarozłote, z miękką, gęstą chorągiewką. Dudka jest ucięta równo, prosto, jednym cięciem nożyc, i to nie wczoraj, bo brzeg cięcia zdążył się wygładzić i ściemnieć. Kto je obciął, robił to dawno i z rozmysłem.
Galatea wyjmuje ci je z ręki i ogląda pod latarnią.
— Gryf — mówi z przekonaniem. — Królowie trzymali gryfy, do pilnowania skarbca. Wszyscy to wiedzą. — Obraca pióro w palcach. — Tylko że gryfy są brązowe... — Oddaje ci je, trochę zbyt szybko.

Korytarz jest zbudowany z tych samych dopasowanych bloków co dół dziury. Nie ma w nim zaprawy, a szczeliny są tak wąskie, że nie wsunąłbyś w nie noża. Strop jest niski, ale się mieścisz. Opada łagodnie. Twoje oczy widzą go daleko w głąb, szarego, bez koloru, jak wszystko, co widzisz w ciemności. Latarnia Galatei oświetla tylko kilka kroków, ale na tych kilku krokach kamień jest żółty i ciepły. Po kilkudziesięciu krokach w ścianach zaczynają się pojawiać wnęki. Płytkie, wielkości człowieka, puste. Nad każdą jest wykuta w kamieniu tabliczka i każda jest wygładzona, jakby ktoś długo pocierał ją kciukiem, aż zostało tylko gładkie zagłębienie. Galatea przesuwa po jednej palcem i szybko cofa rękę.
— Skarbnicy — szepcze. — Tu chowali skarbników. Tylko oni wiedzieli, kto ile ukradł. Zabrali tę wiedzę do grobów.
Jej twarz w świetle latarni zaczyna płynąć. Nos się wydłuża, policzki zapadają, przez moment patrzy na ciebie ta ciemnowłosa kobieta z dnia wypłaty. Galatea chyba tego nie zauważa. Idzie dalej, a po kilku krokach znów jest złotowłosa.
Korytarz skręca w lewo. Ostro, pod kątem prostym, jakby ktoś, kto go budował, nagle zmienił zdanie. Zanim Galatea dojdzie do zakrętu, ty już widzisz, co jest za nim. Ta sama szara posadzka, ten sam strop, a na posadzce ciemne plamy. Drobne, okrągłe, w nierównych odstępach, jakby ktoś szedł z czymś, co kapało. Ciągną się dalej, w dół. Tuż za rogiem, pod ścianą, leży coś podłużnego, wielkości palca. Potem dochodzi Galatea, latarnia wychyla się za róg i wszystko nabiera koloru. Plamy są czerwone. Ciemnoczerwone, prawie brązowe, zastygłe w twarde kropki. Pod ścianą leży ogarek świecy z tego samego czerwonego łoju, złamany wpół, z knotem zdeptanym płasko, jakby wypadł komuś z kieszeni i ktoś inny na niego nadepnął. Galatea pochyla się nad nim, a ciebie dolatuje zapach łoju, ten sam, który czułeś z góry.
Z głębi korytarza ciągnie powietrze, odrobinę cieplejsze niż tu. Galatea prostuje się i wyciąga rękę z latarnią w stronę, w którą biegną krople. Uśmiech wrócił, tak samo za szeroki jak nad dziurą.
— Tędy — mówi. — Widzisz? Ktoś znaczył drogę. Do skarbca zawsze się znaczy drogę.
Za wami jest zakręt, ten pierwszy. Przed wami krople ciągną się w ciemność, dalej niż sięga twój wzrok.
-
Jakub przykuca nad posadzką. Patrzy na zaschnięte krople marszcząc brwi. Przeciera jedną z kropli dłonią, po czym rozciera ją między palcami.
– Pewno krew. Tylko czyja? – Mruczy do siebie.
Po chwili odrywa wzrok, by spojrzeć w głąb tunelu. Nasłuchuje- sam nie wie czego. Może kogoś, kto pozostawił ten ślad, a może czy nie ma tam grupy, która niedawno musiała schodzić przez dziurę. Na chwilę zerka na Galeteę, która mówi do niego z przekonaniem o gryfach. Lubi ją, jednak nauczył się już podchodzić do jej rewelacji z przymrużeniem oka. Za często się myliła, a tu na dole mogło to kosztować więcej niż poparzone dłonie. Spogląda jeszcze raz na rozepchany gruz. Nie bardzo ma ochotę mierzyć się sam na sam z czymś tej wielkości.
– Popytamy na górze czy to faktycznie gryf – zwraca się do Galatei łapiąc za pióro. Przygląda mu się jeszcze przez chwilę. Nigdy nie miał głowy do szczegółów, z rzadka jednak, udawało mu się zidentyfikować ślady zwierząt.
– Skarb, czy nie, głupio byłoby dać się czemuś zaskoczyć i wpaść w tarapaty. Łój, krew, pióra, kamienie jeszcze ciepłe... Po mojemu, to za dużo się tu dzieje żeby złazić głębiej tylko we dwoje. Przygotujemy się lepiej, może zorganizujemy więcej ludzi i wrócimy tutaj, co? Chodźmy, na dzisiaj wystarczy.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się