Przejdź do treści
  • Krzyk Pustki

    Rozgrywka
    259
    7 Głosy
    259 Posty
    11k Wyświetlenia
    MarrrtM
    Informacja o stanie baterii miernika ruchu była zła. Zła, ale spodziewana i ogłoszona we właściwym czasie. Znacznie gorzej by było gdyby miernik wysiadł nieoczekiwanie. A tak, mieli czas by zorganizować zasilanie. - Da się go jakoś podładować ze źródeł napięcia Bleinerta? - zapytał cicho Eliasa i Joshuę gdy z szybu windy dochodziło do nich sapanie Sadze mocującego się z drzwiami - Albo wymienić akumulator? Nie znał się na technikaliach, ale idea podboju kosmosu wymusiła na ludzkości bardzo szeroko zakrojoną kompatybilność podzespołów. Procedury nie mogły sobie pozwolić na trzymanie odrębnych części zamiennych dla każdego urządzenia i celowo narzucały na producentach korzystanie z tych samych komponentów. - Holt, idź do niego - powiedział gdy Sadza zameldował dotarcie do wyższych pomieszczeń - Joshua, Ty za nim. Potem Elias i ja na końcu. Nie możemy nigdzie zostać na długo. - Sadza, czekaj przy windzie. Spróbuj wywołać Davy'ego i Nadię - Nadał jeszcze do interkomu. Liczył, że zdołają w końcu nawiązać kontakt z Kardashianem. Bez tego nie mogli liczyć na ucieczkę z tego przeklętego miejsca.
  • Krzyk Pustki

    Komentarze
    526
    0 Głosy
    526 Posty
    20k Wyświetlenia
    ReRebirthR
    Hipotetycznie czy wedle mechaniki Aliena, jakby Joshua teraz puścił ze stresu bengala, to osoba pod nim musiałaby zdać test wytrzymalości, a przy tej ilości kostek stresu mogłaby wpaść w panikę i spaść z drabinki, wobec czego byłby to zgodny z zasadami fart kill? Pytam z ciekawości.
  • [A masks a new generation game ]Maski: Czas dumy i uprzedzenia

    Rozgrywka
    135
    2 Głosy
    135 Posty
    4k Wyświetlenia
    GurenG
    O Diagnozach z duchem Pana Murphiego Duch Murphy’ego rozdziawił usta zanim uśmiechnął się szeroko. Eddie mółg odnieść wrażenie, że światło żarówki nabrało cieplejszego koloru. -Do innego świata? Takiego z magią, smokami i mieczem? Po chwili wróciło do normy, a duch zaczął wymachiwać rękami: -Ale jak działa przepływ czasu? Tam mija dzień, a ile tutaj? Coś trzeba zrobić, żeby przejść? Czy jak w Narni, że się po przejściu człowiek restartuje do wieku z chwili wyjścia? A bogowie to nie są mutanty, któym przypisano boskość? O drugich tożsamościach Joan uniosła ramiona nad głową: -Jakie “kochana”? Próbuję zrozumieć czemu gadasz jakbyś był w wieku mojego taty. Co ja gadam, gadasz mniej współcześnie niż wujasy z kapeli. Ale co do tożsamości to przerabiam to od miesięcy z Deanem… -A jak jest z Ari? -zapytał duch. Widząc wyraz twarzy córki odwrócił się gwałtownie w stronę syna- No bez jaj! Też nie wie?! Z wszystkich osób bym stawiał… -Jestem za utrzymaniem tajemnicy do grobu- oświadczył Mephisto klepnął w ramię Sewer Rata- dla dobra wszystkich i zasad. I dla solidarności ze Strzygą Dojechanie dziadka Dallena i ważne pytania Dallen Senior dłuższy czas się przyglądał niebieskowłosemu jakby pierwszy raz go zobaczył w życiu. Przez dłuższy moment rozglądał się na boki jakby się nad czymś zastanawiał zanim ostatecznie oświadczył: -Eddulan, czemuś się tak uparli na jakąś zakazaną miłość. Jest mały, pierzasty, zachowuje się jak pyszałek, a jest patologicznym kłamcą. Ludzi za to czaruje tak, że myślą, że jest niewiadomo jaki mądry i oświecony. Ja nim gardzę! Ale że ludzie nabierają się na takie czarujące słówka szyj, to owija sobie ich wokół palca. Gada tym swoim pseudo włoskim i już kobiety mu jedzą z ręki. Je dziwaczne jedzenie, a ludzie jaka to jest otwartość umysłu. Rozbił się pod restauracją na której byłem na randce, a potem zżarł rybkę z akwarium. I nawet nie przeprosił. Łże jak pies o tym swoim trudnym dzieciństwie, żeby naciągać ludzi na wyższe datki. Jaki 11-latek by przeżył sam na ulicy? Nikt nie byłby taki wesolutki po takich traumach. A i jeszcze wszyscy jaki biedny był. JA musiałem sprostać wysokim oczekiwaniom rodziców i jakoś nie jołczę?! Jesteście naiwni z tym romantyzowaniem gangsterskiego życia. Ta wasza drużyna próbuje zadrzeć z Czerwoną Rękawicą, a ten cały “Szefunio” o którym gada Hawkman to mogę wam powiedzieć, że jest jeszcze gorszą siłą. Czarownik, który robił dla Nazistów? Władający piorunami, który mówi w wymarłych językach ze spojrzeniem jak zimowe niebo? Czy macie siłę zadzierać nie z jednym, a z dwoma magicznymi mafiozami?! - przycisnął dłoń do piersi, żeby usiąść na krześle. Po dłuższej chiwli próby zapanowania nad oddechem spytała: -Czy opowiadałem wam jak zacząłem chorować na serce? Ważne pytanie dla Deana Dean dłuższy czas milczał zanim westchnął: -Wyjdę na kretyna, ale przez parę miesięcy starałem się jeść nie dotykać jedzenia całą dłonią, ale nie… Jedzenie jest za żywą materią. Co innego jeśli za długo potrzymam tak widelec. A słyszałaś o Zasadzie Równowartej wymiany- przerobisz tylko tyle materii ile jej masz? Jak się utwardzę to wszystko trzyma się w jednym miejscu, ale nie mam tej gwarancji z czymś sypkim jak piasek, woda czy nie wiem... Czy jeśli zgubię po drodzę ileśtam materiału, to czy nie stracę organu, albo kawałka palca? Pod mieszkaniem Diany Mark Baptise czekał na schodach przyklejony do ściany, żeby nieuzauważony przyglądać się korytarzowi. -Diana? Pssst… Teraz stara zaczęła śpiewać. Pod drzwiami mieszkania Skyler stała opierając się o białej lasce starsza kobieta we wzorzystej sukni i turban jakie Strzyga mogła zobaczyć w dokumentach o Afryce. W drugiej ręce kołysała kadzidłem paachnącym mieszanką pieczywa czosnkowego, cynamonu i ziół. - Donne-nous, Donne-nous de la force pour traverser l'obscurité jusqu'à la lumière! Nagle odwróciła głowę w stronę gdzie się ukrywali. Nosiła ciemne okulary -Podejdziecie tutaj? Wszyscy czworo? Okolica Nataniela Pracownicy w ciemnogranatowych kombinezonach (wysocy, umięśnieni i w ciemnych okularach) skierowali głowy w stronę Nataniela i panią Abbott. Mówili jeden przez drugich: -Po mieście latają potwory. Domowi pupile mogłyby zostać przez nie pożarte. -Zarząd dzielnicy przenosi je w bezpieczne miejsce do czasu aż rozwiążą problem z bestiami. Chyba zależy pani na ich bezpieczeństwie. -Nie możemy się dłużej przyjaźnić! Kocham cię!- zawołała papuga z furgonetki. -A papudze co grozi w mieszkaniu?- wytknęła pani Abbott
  • XIII - Martwa godzina

    Komentarze
    174
    0 Głosy
    174 Posty
    2k Wyświetlenia
    BardielB
    Postaram się jutro wrzucić mój post. Stety / niestety wolumen tekstu jest duży (mamy sporo graczy i wszyscy zaangażowani) i ciężko mi nadążyć za akcją / czytaniem / odnoszeniem się do wszystkiego na raz.
  • The Haunting of Harrowstone

    Rozgrywka
    15
    3 Głosy
    15 Posty
    457 Wyświetlenia
    PaniczP
    Warczące na grobowy pochód stado rozpierzchło się, pogonione nadludzkim głosem kapłana. Przyjemnie było patrzeć, jak ci szubrawcy karleją, cofają się, jak uchodzi z nich gniew, a w ucieczce chcą osłonić się od zwierzecęgo lęku pozorami kultury. Wymówką, pomyłką, niedomówieniem. Przemyśleniem sprawy. Pokracznym ukłonem zapowiadającym zejście ze sceny. Vald chłonął to wszystko żarłocznie, przebiegając spojrzeniem po każdym, kto stanął barykadą na ostatniej drodze Profesora. Zapamiętywał twarze, ruchy i szczegóły, jakby miał odmalować każdy detal na obrazie. Gibsa praktycznie rozrysował sobie na planszy notując, jak prowadzi kończyny, jak odgina się w tył przy wzburzeniu, jak gestykuluje dłońmi i bardziej obciąża lewą nogę przy ruchu. Obserwował każdy z ruchomych punktów, dopóki nie zniknęły w cmentarnej szarości. W końcu uwolniony z napięcia, wypuścił cicho powietrze i z szacunkiem schylił głowę przed krasnoludem. Pochód mógł trwać i poniesiona na nowo trumna dopłynęła kresu drogi. Vald odstąpił od niej powoli, delikatny i należycie stonowany w ruchach. W środku czuł złość i wzbierającą żółć. Złość na bydlaków, którzy znieważyli jego przyjaciela i złość na siebie. Że nie mógł teraz skupić się na deszczowej kontemplacji śmierci, na słowach Kendry, na wspomnieniach i odpowiednio posępnym spojrzeniu przy sypaniu ziemi na trumnę. Że zamiast uspokoić myśli i wzrok, cały czas wypatrywał zagrożenia i szukał śladów Gibsowego stada. Że nie ma kontroli, jakiej od siebie wymaga. Że miota się pod emocją, zamiast dostojnie smutnieć i dać Kendrze pokrzepienie jakimś pięknym wspomnieniem o Profesorze. A nieboszczykowi, w zgodzie z tą nekromancją, którą prawdziwie się parał – historią – przedłużyć życie przez pamięć. Dobrą mową czy epitafium zapadając w głowy tych, którzy dzisiaj szli dalej. Zły na siebie, pokornie skłonił się nad trumną, sypiąc garść ziemi i odszedł w tłum. Ulżyło mu dopiero, kiedy grabarze ubili ziemię na mogile. Goście zaczęli znikać w deszczu, wzmagając ciszę i pewność, że historia Profesora dobiegła końca. – Tyle o ile, Profesorze. – Pomyślał, na krótkie mgnienie uśmiechając się pod nosem. Petros Lorrimor był człowiekiem nietuzinkowym. O ile nie lubił zadęcia i pompy, o tyle nie zwykł też traktować rzeczy, które dla innych były ważne czy święte lekko. Nawet, jeśli sam uznawał je za banialuki. Choć wielu dał się poznać jako poważny i oficjalny, nie stronił od groteski i miał poczucie humoru, które brało na rogi sprawy, jakie niektórzy obchodzili z nabożnym lękiem. Jakkolwiek Profesor współczułby każdemu znajomemu pogrążonemu w żałobie i składał wymowne kondolencje, zawsze dostojnie dojrzały w obliczu śmierci, tak Vald był przekonany, że w swoim odejściu na pewno widziałby przestrzeń na coś więcej niż lamenty. Pewnie zawczasu nie spodziewałby się, że może to być miejsce na tajemnicę i śledztwo, ale ucieszyłby się. Tak przynajmniej sądził jego dawny student, gdy znalazł się już w domu mentora, znów blisko jego pogodnego ducha, a dalej od tych, którzy chcieli go podeptać. Myśli uspokoiły się, a wspomnienia na widok tysiąca ksiąg, których znajome grzbiety Vald widział w szkolnej bibliotece chyba wieki temu zaczęły grzać. – Szanowne Panie. – Vald złożył lekki, dzielony na trzy ukłon, w stronę Kendry, niziołki i tajemniczej zakonnicy. – Szanowni Panowie. – Wielki to zaszczyt być pod jednym dachem z ludźmi, których Profesor nazywał przyjaciółmi. – Na bladą twarz wpłynął skromny uśmiech. – Jestem Vald Bendic. Przed wieloma laty byłem studentem Profesora. Jednym z wielu, pewnikiem nie wśród jego najwybitniejszych uczniów. Ale Profesor, tak oddany samemu nauczaniu, jak i nauce – co przy uczonym jego formatu mówi niemało – zawsze miał czas i serce dla studentów, których porwały jego pasje. – Zaszczepił we mnie zamiłowanie do historii i kultury tych ziem. Choć studiowałem prawo i przez parę lat to był mój zawód... – Vald niemal prychnął na odległość i dziwność wspomnienia, które przez lata stanowiło o jego osobie. – To od wielu lat żyję zupełnie inaczej. Na co dzień z dala od liter i ludzi. Jako myśliwy, można powiedzieć. – Profesor był przez te ostatnie dekady moim głosem ze świata i – powiem to z dumą, bo sam tak mnie nazywał – przyjacielem. Korespondowaliśmy, kiedy tylko się dało, co może nie było relacją tak bliską i częstą, jaka może była zaszczytem tu obecnych, ale dla mnie niezwykle cenną. – Jestem – Panie, Panowie – do waszych, jako przyjaciół Profesora, usług. Przede wszystkim zaś. – Vald symbolicznie podniósł się na ten fragment przemowy. – Pani, Pani Kendro. Ostatnie listy od Pani Ojca wzbudziły już mój niepokój, więc jeśli jest coś w jego śmierci, co można wyjaśnić, nie pozostawię tego nierozstrzygniętym. Dopytania pozostałych jasno stanowiły o tym, że oni też nie chcieli zostawiać sieroty wśród wątpliwości i nie opuszczą sprawy wypadku bez wyjaśnienia. Vald pociągnął łyk wina, pokrzepiony oddaniem przyjaciół Profesora. Tym, że wliczał się w ich grono i że nie stał sam wobec sprawy. To, że grono stanowili krasnolud, niziołka i zielonooki czarownik, a on tylko – dawny żak, którego życie rzuciło w dzicz – był zwykłym człowiekiem, nie odbierało śmiałości. Przeciwnie, pasowało do Profesora i jego historii, w której to co z ksiąg, splatało się z tym, co za miedzą.
  • XIII - Martwa godzina

    Rozgrywka
    52
    1
    1 Głosy
    52 Posty
    946 Wyświetlenia
    CavallinoC
    Vivienne spojrzała na Alejandro z wyraźnym zaskoczeniem, kiedy ścisnął jej ramię. Przez moment miała ochotę zaprotestować, że przecież nie ma pojęcia, czy FBI rzeczywiście podsłuchuje telefon Granta, ale widok jego skupionej twarzy powstrzymał ją przed komentarzem. Odprowadziła go wzrokiem, kiedy ruszył w stronę balkonu, przez chwilę ważąc jego słowa i zastanawiając się czy mężczyzna ma rację z tymi podsłuchami i czy powinna dzwonić do Becki. Nie była przecież agentem XIII – i tak była tutaj na doczepkę. Westchnęła, wyjęła telefon z kieszeni płaszcza i wybrała numer. – Hej, tu Viv. Coś dziwnego się właśnie wydarzyło… Wyszli z budynku na mroźne, zimowe powietrze, które bezlitośnie wdarło się w poły płaszcza Vivienne. Ciaśniej się nim owinęła i naciągnęła czapkę na głowę zanim skierowali się powoli do miejsca gdzie zostawili auto. Przez chwilę szli w milczeniu. W końcu Viv powtórzyła pytanie na które nie dostała odpowiedzi w atrium: – Uwierzyłeś w tę historię z Lionelem Grantem? Że to niebezpieczny ćpun i wariat? Trochę dziwne, że FBI podsłuchiwałoby telefon zwykłego wariata… Swoją drogą dlaczego się nie pojawił? Myślisz, że wiedział o FBI i ich pojawienie go spłoszyło?
  • Bastion 2521 - Walka o Ostland (Warhammer 2-ed)

    Komentarze
    122
    2 Głosy
    122 Posty
    4k Wyświetlenia
    DekaresD
    Czołem! Dałem potężny edyt do swojego posta. Przepraszam że tak zmieniam.
  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]

    Przeniesiony Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077
    392
    2 Głosy
    392 Posty
    15k Wyświetlenia
    JohnyTRSJ
    Hartley "Mack" Mackinaw Megablok, parking na -1 Ostatnie co Hartley chciał, to być członkiem gangu na krucjacie. Albo być z tym, albo innym gangiem w położeniu bojowym. Trzymał się z tyłu, krew zdołał zmyć, a obecnie nie marzył o niczym innym jak porządnym żarciu i prysznicu, by móc się uwalić na materacu i iść spać. Bo jutro musi wstać jeszcze wcześniej, sprawdzić stan tej małej i wstrzyknąć kolejną dawkę painkillerów. O ile dożyje jutra. Nie wyciągał broni. Przy tej ilości luf jego pistolecik na nic się nie zda, w wąskich korytarzach trzeba będzie się chować, a nie udawać Rambo na Wrzecionie w Straylight (stary film - "Rambo 10" z czterdziestego piątego). Parking. Mack nigdy tu nie był, nie miał po co. Chakkasi prawie rozstrzelali Switcha. Kiedy tamci omiatali bronią podziemną halę, Hartley stał z tyłu. W słabym świetle gówno było widać. Sufit, ściany, słupy, betonowa podłoga z ledwo co czytelną numeracją miejsc parkingowych. Odpływ liniowy z metalową kratą. Mack z automatu ocenił ją jako niebezpieczną - szerokie szczeliny, koło roweru bez problemu wpadnie, a on zrobiłby przewrót przez kierę. To było naprawdę interesujące jak zawód zmienia postrzeganie świata. Kiedyś by nawet nie zwrócił na to uwagi. Kratka jakich wiele. Ale od kiedy wyszedł i zdobył tak absurdalną robotę, nauczył się czytać nawierzchnię, nauczył się przewidywać ruchy pojazdów, zwracać uwagi na sygnały pieszych mających zaraz się wtoczyć na jezdnię. Zauważył to, słabo migające na zielono światełko w korycie odpływowym, nigdy nie czyszczonym. Odpalił latarkę w telefonie, poświecił. - Mam! Tutaj! - założył kolejną lateksową rękawiczkę i czubkami palców wydobył mrugający przedmiot - bezprzewodową słuchawkę, ciągle mającą naładowany akumulator oraz nadal sparowaną ze smarthingiem. Nikt tego ot tak nie gubi. Chyba że doszło do szarpaniny a właściciel nie mógł po to wrócić. Albo porywacz, albo porwana dziewczyna. - Brazil, spójrz na to!
  • [komty] Syreni Śpiew Neonów

    Przeniesiony Komentarze cyberpunk2077
    596
    3 Głosy
    596 Posty
    19k Wyświetlenia
    JohnyTRSJ
    Przepraszam za opóźnienie, mój post będzie jeszcze dziś. EDIT: Tak sobie myślę, że Kosiarze pasują najbardziej. Chakkasi mają blok poza parterem. Na parterze, gdzie są sklepy i poważne pieniądze, są Tygersi. A podziemia? Chakkasi nie kontrolują, Tygersi nie mają czego tam szukać (nic, z czego dałoby się ściągnąć opłatę za ochronę). Więc w piwnicy rządzi ktoś inny, w Night City pojęcie próżni nie istnieje. Brzytwiarze odpadają, oni nie kryliby się po piwnicach, tylko w miarę możliwości naskoczyli na Tygersów albo Chakkasów. Zostają więc Kosiarze. Albo inni, nieznany jeszcze gang).
  • [Smoczy Jeźdźcy] Magnum Opus

    Rozgrywka
    121
    1 Głosy
    121 Posty
    3k Wyświetlenia
    GurenG
    O Alchemii rozmowa -Coś gorszego niż próba przedłużenia młodości i życia?- spytała Cynthia. Ostatecznie szepnęła swojemu mężowi do ucha- Takie, że wolisz opowiadać kiedy dzieci nie ma w pobliżu? Kwestia Smoków Ruggiero-Berenger westchnęła równie ciężko. -Rozumiem, że zbyt wiele razy próbowałeś uniknąć losu, aby go ignorowac. Jak i twoja matka nie zamierza zrezygnować. Nigdy nie wiadomo kto naprwdę wróci z Wyspy, może tobie akurat się uda.
  • Miasto, Mgła, Machina

    Rozgrywka
    86
    1 Głosy
    86 Posty
    2k Wyświetlenia
    slann22S
    Rozmowa z uroczą szwagierką Hitomi Uśmiechnęła się i powiedziała łagodnym głosem. - Dlatego powinnaś udać się do prasy. Ja tak zrobiłam z moją siostrą i wszyscy wiedzieli jakim ona jest potworem. Pamiętaj, kobieca Solidarność jest najważniejsza.- W ciemności - Szłam za naszą przyszłość szwagierką, gdzie zobaczyłam że gdzieś idzie za księciem i mam nadzieję ich Przyłapać! - Powiedziała jej siostra wyrywając się i i wskazałabym ciemny opustoszały boczny korytarz.
  • Horror/Slasher - Letni Obóz Wakacyjny

    Sondy
    30
    2 Głosy
    30 Posty
    274 Wyświetlenia
    NamiN
    Ponieważ Marika dokonała tutaj analizy systemu i zestawiła szansę i liczby, które przemawiały mocno za zbytnią łatwością, pochyliłam się lekko nad mechaniką. Bardzo mi zależy na zostawieniu własnej, wymyślonej mechaniki, nie na korzystaniu z gotowej i przerabianiu jej. Czemu? Szczerze powiem, że ja jestem bardzo kiepska w mechanice. Mam słabą pamięć do tego, zawsze coś mieszam. Tutaj, gdy mam coś własnego, no nie zapomnę, bom sama na to wpadła! Jakby ktoś pytał, jak bardzo jest źle - jak kiedyś prowadziłam Pathfindera, to potrzebowałam drugiego MG, który odpowiadał za mechanikę, a ja robiłam tylko storytelling Do rzeczy. Sugerując się zestawieniem, poprawiłam mechanikę i teraz szanse prezentują się tak: [image: HHXcyY7.jpeg] Dla mnie to spoko, bo ja chcę, aby te szanse istniały. A wiem, że czasami mając i 13 kostek, można zrobić bardzo fajną sumę na kości, ale nie wyrzucić ani jednej 6tki. A system będzie się opierał na tym, że 6 = sukces. Brak 6, porażka. Wg mnie nie jest to takie hop-siup. Ale. Jeśli jednak nie widzicie systemu, bo wolicie storytelling, to jest coś równie łatwego, a szansa jest zawsze 50/50. Turlacie kością i parzyste ro sukces, a nieparzyste porażka xD Co prawda odejmuje to trochę od głębi, ale teoretycznie wszystko da się odegrać. Wtedy i tak rzuty po mojej stronie, a wy się nie martwicie, tylko działacie. Mi się jednak system podoba. Podopisuję do niego jeszcze klimatyczne sprawy, jak dodanie więcej archetypów (przy zachowaniu aktualnego zestawu + i - ). I zamieniłabym dostawanie ran psychicznych na: Niezdany NORMALNY i TRUDNY test, powoduje ranę psychiczną. Niezdany łatwy test na opanowanie, po prostu byłby fabularny. Myślę, że to byłoby bardziej fair dla osób z Archetypem "popularsa". Czy mam jakieś pytania? Chyba nie. Może tylko dla podkreślenia swojego stanowiska, żeby ktoś się nie zdziwił "po slasherze spodziewałem się czegoś innego" <--- dopuszczam do myśli, że możecie przeżyć. Może genialny plan, może fart na kościach. Stawiać też chcę na atmosferę grozy, niepewności, zagrożenia; niekoniecznie na samym ciachaniu. Ale wiecie, ja to tak z grubsza kminię jeszcze w głowie. Dzięki za zainteresowanie. Nie śpię po nocach, bo myślę:P
  • [WFRP 2ed.] CIERNIE

    Rozgrywka
    10
    1
    0 Głosy
    10 Posty
    143 Wyświetlenia
    BartoshRPGB
    Danderbrock zapatrzył się w ogień, skubiąc w zamyśleniu koniuszek brody, po czym pstryknął palcem w pierścień zdobiący zarost. Srebrna biżuteria wydała przyjemny dla ucha dźwięk, którego aksamitne tony dłuższą chwilę utrzymywały się w powietrzu. - Jako młodzieniec, mocno wyróżniałem się pośród rówieśników. Nigdy nie byłem tak zwinny i silny jak inni, do tego moje uszy i zarost na brodzie były u naszego ludu czymś raczej niespotykanym. Nic dziwnego że nazywali mnie “Kudłaczem” lub “Kozimsynem”. Wszystko zmieniło się, gdy przez naszą wioskę przechodził oddział krasnoludów. Staliśmy tam, z rozdziawionymi buziami patrząc na ich pochód. Wojownicy byli wymęczeni i brudni, ale humor im dopisywał, gdy dorośli wynosili z chat jedzenie i napitki. Ledwo co zwolnili kroku by się posilić. Jeden z nich, szeroki jak tur, miał ogromny topór na którym można by było usmażyć z tuzin jaj Pamiętam że miał też na sobie płytową zbroję, której elementy składały się bezdźwięcznie jak harmonijka, a każdy fragment był wykonany z niezwykłą precyzją. Wypatrzył mnie z tłumu, pociągnął za bródkę i zarechotał, mówiąc że jako jedyny wyglądam tutaj jak prawdziwy mężczyzna. Zdjął ze swojej brody jeden z ozdobnych pierścieni i zatrzasnął go na moim zaroście, po czym klepnął w ramię tak, że poleciałem w błoto. Tego dnia zebrałem się w sobie i chociaż mimo starań mięśnie mi nie urosły, wyrobiłem w sobie całkiem sprawny umysł i ostry jak nóż język. No i mam tę błyskotkę. Zacna krasnoludzka robota. Poranek dnia następnego nie należał do najprzyjemniejszych, a to ze względu na dolegliwości po wieczornym opilstwie. Na szczęście gospodyni zachęcona brzęczącą monetą uwarzyła polewkę zgodnie z precyzyjnymi wytycznymi obu nieszczęśników. Ciepła strawa i zimna woda w miednicy wnet przywróciły im energię do życia. Danderbrock pożegnał towarzysza, poprawił na ramieniu płócienną torbę, w którą włożył słój z resztką leczniczej polewki, kamionkową butelkę równie leczniczego, mocno chmielonego piwa oraz solidną pajdę chleba przełożonego wędzonym serem. Szykował się na dłuższe posiedzenie. Podążając za wskazówkami dotarł na północno-wschodni skraj miasta. Stukot młotków i chrobot pił mieszały się z obwoływaniem się straży, bacznie przyglądającej się nieodległej ścianie mrocznego lasu. Niemal każdy w zasięgu wzroku, od cieśli po tragarzy, miał przy sobie broń lub narzędzie mogące ją zastąpić. Danderbrock bez problemu ulokował się na poddaszu jednej z prawie ukończonych chat, umościł się wygodnie, dbając o odpowiednie maskowanie, po czym zajął się obserwacją placu budowy. [image: 1793009011021-1000014866.jpg] Do konstrukcji budynków używano lokalnego drewna o paskudnej, chropowatej korze, pod którą kryło się jednak zaskakująco białe drewno, nieco za miękkie jak na gust niziołka. Budynki stawiano gęsto obok siebie. Od strony lasu pozbawione były okien, poza małym otworem na poddaszu, idealnym dla strzelca z kuszą lub muszkietem. Przestrzenie między nimi wypełniano wysokim, solidnym płotem, a samo przedpole obsadzone było kolczastą, niskopienną roślinnością. Pomysł co do struktury ewidentnie narodził się w głowie wojskowego. Niziołek skupił się na ludziach, krzątających się po placu budowy, skrzętnie analizując to co zauważył. Test Umysł: (2, 4) Mamy trop! Nietrudno było odnotować jak wielu było tu weteranów. Zdradzał ich chód, czujność oraz specyficzny język, jakim komunikowali się ze sobą. Trzymali się razem, wyraźnie izolując się od nielicznych w tym miejscu cywilów. Tworzyli zwartą i zamkniętą grupę w ramach większej społeczności miasta. Kilkakrotnie w żartach padała nazwa “Ostatniej Reduty” w kontekście popijaw, żołnierskich przyśpiewek a także służek uwielbiających bohaterskie opowieści. Tam też łączył się świat obecnych wojskowych z tymi, którzy nie chcą już podlegać pod sztywne rygory armii. Tam też z dużym prawdopodobieństwem powinniśmy wypatrywać naszego celu.
  • 21 dni Kwarantanny

    Rozgrywka
    75
    3
    4 Głosy
    75 Posty
    2k Wyświetlenia
    MilobM
    Maksymilian „Maks” Kruk [image: 1782306220432-token_1.png] Herbata Zielińskiego była za słodka i parzyła w palce, ale nic w ostatnich dniach nie smakowało lepiej. Maks słuchał, jak gospodarz wykłada im swój plan – sklep, zapasy, przeczekać najgorsze – i z każdym zdaniem zgadzał się bardziej. Proste, logiczne, bez fajerwerków. Wyglądało na to, że Zieliński też nie potrzebował trzeciego papierosa, żeby zacząć planować. Przed snem postawili z Wiktorią wieżę z garnków pod drzwiami. Wyszła krzywa, ale stała. Maks oparł obok łom, sprawdził jeszcze raz telefon – wiadomość do matki dalej wisiała na „wysyłaniu” – i poszedł pomóc przy materacu. Sebastianowi przypadł przedpokój, co skwitował tekstem o korynckiej ladacznicy, a Maks, ku własnemu zaskoczeniu, parsknął śmiechem. Robił się z niego jakiś wesołek. Zasnął, jak tylko przyłożył głowę do materaca. W wojsku uczą tego szybciej niż strzelania. Raz obudził go szelest – Owczarek zbierał poduszkę i wymykał się z kuchni. Maks uchylił jedno oko, zarejestrował, że nic się nie pali, i zasnął z powrotem. Obudził go dźwięk. Znał go. Mył szyby w Mordorze, przy samym Okęciu, a samoloty schodziły tam do lądowania tak nisko, że czasem czuł, jak drży lina. Tylko że ten dźwięk był nie w tej tonacji. Silniki nie szumiały – wyły. Za nisko. Za blisko. Za szybko. Usiadł na materacu, zanim zdążył pomyśleć. Szyby w kuchni zadrżały. Potem przez szpary w roletach wlało się światło – krwawopomarańczowe, jasne jak w południe. Ciało zareagowało samo. Przetoczył się z materaca pod parapet i zakrył głowę ramionami. — Od okien! — ryknął w stronę pokoju. Jego krzyk utonął w huku. Blok jęknął jak stary statek. Podłoga przez sekundę falowała, a szyby zabrzęczały w ramach – ale wytrzymały. Na szkoleniu powtarzali to do znudzenia: przy wybuchu najczęściej zabija szkło. Leżał jeszcze chwilę, licząc oddechy, aż na zewnątrz rozwyły się alarmy samochodowe. Najpierw jeden, potem dziesięć, potem chyba wszystkie na Służewcu. Dopiero wtedy wstał i podciągnął roletę na kilka centymetrów. Kawałek dalej, między blokami, płonął samolot. Duży, pasażerski, przełamany jak zapałka. Nad wrakiem iskrzyły zerwane linie wysokiego napięcia, a ogień lizał ściany najbliższych budynków. Maks patrzył na to i przez długą chwilę nie potrafił myśleć o niczym innym niż o tym, ilu ludzi było w środku. Potem odruchowo sięgnął po telefon. Naładowany do pełna. Wiadomość do matki: „Dostarczono”. Odpowiedzi brak. O czwartej rano to jeszcze nic nie znaczyło. Powtarzał to sobie, wciągając spodnie i sznurując buty. W progu dużego pokoju omal nie wpadł na Owczarka. Ratownik stał bez ruchu i patrzył. Maks podążył za jego wzrokiem – Wiktoria w pośpiechu się przebierała – i od razu odwrócił głowę. Owczarek nie odwrócił. Patrzył o sekundę za długo, zanim w końcu ruszył na balkon. Maks zanotował to sobie. Nic nie powiedział. Na balkonie zrobiło się tłoczno, więc został w drzwiach. Lornetki nie potrzebował, żeby zrozumieć, co widzi. Z bocznych uliczek wyłaniały się sylwetki – powolne, nieskładne, sunące w stronę ognia jak ćmy do lampy. Jedna rzuciła się na policjanta. Potem rozległy się strzały. Krótka broń, pojedyncze, nerwowe. Za mało. Z balkonu doleciało go słowo „szwendacze” – Zieliński najwyraźniej miał już na to nazwę. Sebastian się skrzywił, ale Maks uznał, że słowo pasuje. Wolałby, żeby nie pasowało. Wójcik stwierdziła, że jest gorzej, niż myślała, i Maks pomyślał, że to chyba najbardziej optymistyczne zdanie, jakie usłyszy dzisiaj. — Na to wygląda — odezwał się, kiedy Wiktoria zapytała, czy każdy zarażony reaguje na hałas. — Idą na dźwięk. Może i na światło. Czyli na ulicy żadnych latarek i żadnego gadania. Spojrzał na Sebastiana. — A z tą bezpieczną okolicą bym nie przesadzał. Alarmy wyją na całym Służewcu. Jeśli ich ciągnie hałas, to mają teraz z czego wybierać. — Zamyślił się na moment. — Ale jest i dobra strona. Przy tym jazgocie nikt nie usłyszy, jak otwieramy Żabkę. — Wiktoria ma rację — dodał, kiedy wspomniała o sklepie. — Za godzinę zrobi się jasno i pół Służewca wpadnie na ten sam pomysł. Teraz policja i… one są zajęte samolotem. Lepszej chwili nie będzie. — Na uwagę o filmach wzruszył ramionami. — Ja tam wiedzę mam z poligonu. Filmy najwyżej ją potwierdzają. Kątem oka zobaczył, jak Wiktoria odkłada adidasy Zielińskiego, bierze swoje eleganckie buty i bez ceregieli odłamuje w nich obcasy. — Pierwsza rozsądna rzecz, jaką ktoś tu dziś zrobił — mruknął z uznaniem. — Porządne buty i tak ci załatwię. Obiecałem. Poszedł do przedpokoju, podniósł łom spod drzwi i zważył go w dłoni. — Klucz uniwersalny — przyznał Sebastianowi. — Tylko że otwiera nie tylko drzwi. — Potem zwrócił się do wszystkich: — Idziemy w trzy, cztery osoby, nie więcej. Wchodzimy, bierzemy, wychodzimy. Dziesięć minut, nie dłużej. Najpierw woda, potem konserwy, baterie, plastry i coś przeciwbólowego. Zapalniczki. Papierosy. — Zerknął na Sebastiana. — Nie patrz tak, to inwestycja. I skarpety, jeśli będą. — Ostatnie zdanie skierował do Wiktorii. — A na ladzie zostawimy kasę. Póki pieniądze mają jakąś wartość, niech mają. Powiódł wzrokiem po pozostałych. — Ktoś musi zostać przy drzwiach i otworzyć nam bez pytań, jak wrócimy. Najlepiej ktoś z lornetką na balkonie, żeby widział, czy coś za nami nie idzie. Wiktoria zbierała już reklamówki i wypytywała Zielińskiego oraz Sebastiana tonem, jakim pewnie prowadziła rozmowy kwalifikacyjne. Nie musiał pytać, czy idzie. — Idziesz za mną — powiedział tylko. — Jak powiem „stój”, stoisz. Jak powiem „wracamy”, wracamy. Na dyskusje będzie czas potem. Ukląkł przy drzwiach i zaczął rozbierać wieżę z garnków, pokrywka po pokrywce, tak cicho, jak się dało. Jedna brzęknęła i wszyscy na moment zamarli, ale alarmy na zewnątrz zagłuszyły ją bez trudu. Za drzwiami wór ze smrodami, który wystawiła Wiktoria, wciąż trzymał wartę. — Wychodzimy za dwie minuty — rzucił przez ramię. — Kto idzie, niech zakłada buty.
  • Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)

    Komentarze
    72
    1
    1 Głosy
    72 Posty
    767 Wyświetlenia
    ElenorsarE
    Mój post wpadł, chociaż nie wykluczam kolejnych. To zależy co inni napiszą. Klara zachęca do rozmowy
  • Rozdział I - Jak zostać trepem?

    Rozgrywka
    25
    4
    2 Głosy
    25 Posty
    516 Wyświetlenia
    ElenorsarE
    Klara szła przed wszystkimi rekrutami oświetlając drogę z pochodnią w ręku. Migoczące cienie wśród drzew poruszały się w jej tempie, a było ono zabójcze. Sierżant Otiksohn wraz ze starszym szeregowym Hauserem poruszali się przed nią, choć Klara coraz częściej marzyła, aby dzieląca ich odległość nie powiększała się z każdym kolejnym krokiem. Ledwo za nimi nadążała po nieznanej jej ścieżce. Rola pochodniowego wcale nie była taka świetna. Nie dość, że niosła ciężar taki jak jak każdy inny, to dodatkowo musiała mieć ciągle uniesioną pochodnię, a jej ręka już bez tego była mocno obolała. Ciepło i światło pochodni też nie pomagało. Gorąc buchał w nią, powodując że robiła się mokra jeszcze szybciej niż normalnie, a bliskie światło oślepiało ją aż zbyt bardzo, utrudniając tym marsz. Z drugiej strony, gdy odpowiednio ustawiła pochodnię mogła dostrzec rzeczy, których nie zobaczyłaby reszta, więc co jakiś czas odwracała głowę, wprawiając w ruch niesforne loki, i rzucała do tyłu krótkie ostrzeżenia "kamień", "dziura", "korzeń". Z początku nie zwracała na pewne znaki uwagi, lecz im dalej szli, tym zauważała pewne punkty, które nie do końca jej się zgadzały. Ścieżka, którą prowadził ich sierżant sprawiała wrażenie zapuszczonej i rzadko uczęszczanej, ale nosiła ślady regularnego użytkowania. Co jakiś czas w świetle pochodni Klara zauważała w błocie stosunkowo świeże odciski wojskowych butów, które z pewnością nie należały ani do szeregowego, ani do sierżanta, a ten zdawał się na domiar tego, doskonale wiedzieć gdzie się kieruje. Dziewczynie wydawało się, że sierżant nie wybrał tej trasy przypadkowo i doskonale wiedział dokąd zmierza. Poruszał się tak pewnie, jakby znał każdy zakręt ścieżki, każdy kamień, dziurę czy gałąź, która mogłaby mu stanąć na drodze. Kiedy wreszcie dotarli na polanę i zarządzono postój, Klara przyjęła tę wiadomość z wielką ulgą. Odruchowo pochyliła się i oparła wolną rękę na kolanie, próbując odpocząć i złapać oddech. Piekące mięśnie nóg i pleców, boleśnie przypominały o wczorajszym treningu i nieprzespanej nocy. Rekrutka rozważała nawet zdjęcie plecaka, ale obawiała się, że gdy przyjdzie czas dalszego marszu będzie miała problemy, aby ponownie go założyć. Wśród własnych sapnięć i odgłosów odpoczywających towarzyszy wychwyciła odgłosy Otiksohna i Hausera, którzy rozmawiali kawałek dalej. Początkowo nie przywiązywała do tego większej uwagi, jednak kilka słów spowodowało, że mimowolnie nadstawiła uszu. "Na miejsce... pojmani..." Klara zmarszczyła brwi, próbując wyłapać kolejne słowa, niestety większość ginęła w odległości, szeleście liści i innych odgłosach otoczenia. Dopiero po chwili dotarły do niej kolejne słowa. "Punkt... egzekucja." Klara odruchowo poprawiła okulary, spoglądając w stronę rozmawiających przełożonych. Pojmani? Egzekucja? Co to może mieć wspólnego z nocnymi ćwiczeniami? Przypomniała sobie ślady na ścieżce i pewność z jaką sierżant prowadził ich przez las. Zaczęła podejrzewać, że rekruci właśnie są poddawani ostatecznemu sprawdzianowi przed złożeniem przysięgi, jednocześnie nie mogąc pozbyć się wrażenia, że coś tu nie pasuje. Odchrząknęła cicho, po czym rozejrzała się za pozostałymi rekrutami. Gestem dłoni przywołała do siebie najbliższych, aby się do niej zbliżyli. Nie chciała zwrócić uwagi sierżanta, ani aby jej słowa dotarły do jego uszu. Gdy uznała, że przełożeni nadal są zajęci rozmową, ściszyła głos. - Słuchajcie coś jest nie tak. Zauważyłam coś podczas marszu. - Odwróciła się w stronę przełożonych, aby mieć pewność, że jej nie usłyszą. - Ta ścieżka wcale nie jest tak rzadko uczęszczana jak się wydaje. Widziałam dosyć świeże ślady wojskowych trepów i to nie tych, które należały do szeregowego i sierżanta. Zresztą on prowadził nas tak pewnie w tej ciemności, jakby doskonale wiedział, gdzie stawia każdy krok. Wątpię, aby prowadził nas tędy przypadkiem. Zrobiła pauzę, aby zastanowić się nad tym, jak przekazać słowa, które przed chwilą usłyszała. - Przed chwilą udało mi się usłyszeć fragmenty rozmów między Otiksohnem i Hauserem. Nie zrozumiałam całych zdań, ale mówili coś o miejscu, pojmanych, jakimś punkcie i egzekucji. Nie mam pojęcia jednak co może to oznaczać. - Spojrzała ponownie na sierżanta. - Mam przeczucie, że przygotowali nam coś więcej niż zwykły marsz. Myślę, że powinniśmy zachować dodatkową ostrożność. Poprawiając chwyt na pochodni, pomyślała, że to wcale nie będzie takie proste, będąc tak zmęczoną i ponownie zwróciła się do towarzyszy. - A wy? Zauważyliście coś niepokojącego lub dziwnego po drodze?
  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    712
    0 Głosy
    712 Posty
    15k Wyświetlenia
    MortarelM
    jak coś, to wróciłem
  • [Sesja głosowo-diskordowa] Może tym razem Patfinder 2ed

    Sondy
    5
    1 Głosy
    5 Posty
    125 Wyświetlenia
    slann22S
    Szukam szukam na Fejsie
  • 5 Głosy
    572 Posty
    17k Wyświetlenia
    CaiC
    W końcu będzie musiał, przed niemieckim nie ucieknie
  • [Horror] Gruzy przeszłości

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie
    144
    9 Głosy
    144 Posty
    5k Wyświetlenia
    CaiC
    [image: MP100.png] Mikołaj Pogorzelski Ósemka raziła zmrużone oczy czerwienią załączonego radiobudzika. „Fakty w RMF FM” - zabrzmiał znajomy dżingiel. Prezenter zaatakował uszy nieskazitelną dykcją głębokiego głosu, dzieląc się wiadomościami z kraju i ze świata. AWS, SLD, wybory tuż za rogiem. Tragiczna śmierć Diany, przygotowania do pogrzebu. Wyjątkowo ciepły wrzesień, chyba nie w Sokołowie. Nie odkleił się od poduszki. Przywarł mocniej, jakby wgniatanie pierza miało sforsować bramy krainy snów. Najgorszy moment, jak przegapiony finał filmu. Kruk nie rozwalił Top Dollara. Batman nie zrzucił Jokera z wieży. Tak i on nie wygarnął serią w czarnoksiężnika z krainy KKK. Nie zadziałało. Zmienił plany. Z kuchni napływał smakowity zapach szynki z patelni. Przetoczył się przez krawędź wersalki. Wymacał stopami kapcie. — Ajem barbie girl — zanucił za trzeszczącym głośniczkiem, tekst męczonego w koło hiciora. Zawlókł do łazienki. Niechętnie rozpoczął nowy dzień. Co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro. Niestety, właśnie nadeszło. Zerkając na plan, wrzucał do opróżnionego plecaka zestaw potrzebnych szpargałów. Dwa niemieckie z rana na „miły” początek. „Themen neu” odziedziczył po bracie. Nawet w dobrym stanie, mało gryzmołów, nałożona okładeczka, część ćwiczeń rozwiązana ołówkiem. Biologia, dajcie żyć. Religia, polski i matma. Zszedł do piwnicy. Potrzebne szpargały obejmowały również coś wytrzymałego i twardego. Wahał się między toporkiem, używanym najczęściej do ciosania pniaka choinki pod statyw, ojcowskim bagnetem i składaną łopatką piechoty. Wybrał ostatnią, po złożeniu pod 90 mogła robić za kilof lub otwieracz czaszek, a gdyby kto pytał, przecież, że po szkole szedł pomóc na działce, groby przed świętami odchwaścić, czy koledze skarbów w ziemi szukać, obojętnie. Stwierdził, że jak dożyje starości, nie omieszka tradycjnie rzucać młodym pokoleniom, że gówno wiedzą o życiu. Gdy do szkoły chodził, dzień w dzień składał oklep cyganom i przebijał przez zastępy zombie. Dotarł bez przeszkód. Orzeźwiającej, chłodnej siąpaniny do nich nie zaliczał. Nie zabrał parsola, parasole były dla staruchów. Kaptur, nieprzemakalne buty i uwielbienie dla jesieni, nocy i deszczu, nadawały światu barw. Ciemnych, czyli najlepszych. W szkole unikał kontaktu z namaszczonymi. Z dystansu pokątnie upewnił się, czy wszyscy dotarli? Magda się nie pojawiła. Wczorajszy ideał, by skruszyć twarde serca policmajstrów. Jak każdy ideał równie nieuchwytny. Co jeśli mieli córki w podobnym wieku? Może dla nich zamieniali gumowe pały i kajdanki w różyk? Przysiadali na herbatkowych spotkaniach, wciskając się w przymaławe krzesła, mając misia za sąsiada. A nikt nie krzywdzi księżniczek tatusiów, w sposób bezpośredni, czy tam hipotetyczny. W try miga zrobiliby taką obławę, że każdy sokołowski ortalion przebrałby się w gajer. Reakcja, której metal-satanista mógł tylko pozazdrościć, choćby nie wiadomo jak mizernie wyglądał i z ilu ran broczył. Wozy transmisyjne olał. Nie był osobą mogącą z łatwością poruszyć opinię publiczną. Zaobserwował, że nikt inny również się nie kwapił. Może powinien rozdziawić im paszcze i napchać Mentosami, to by weszli w tryb „Freshmaker" i wreszcie coś ugrali. Sen wciąż za nim chodził. Tak realistyczny, że chciałby złapać Daniela za fraki i wytrząsnąć, w której piwnicy trzyma automat z Jugosławi? Znając typa, mógłby. I granaty, granaty też musiały być od niego. Powstrzymywał się, by nie patrzeć na Skorupskiego nachalnie, wnikliwie i podejrzliwie, jakby chciał zajrzeć w jego duszę. Bez powodzenia.