Tura 73 - 2519.07.27; fst; ranek
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.27; Festag; ranek
Warunki: półmrok, chłodno, msza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; sła.wiatr; ziąb (0)
Msza w świątyni Mananna (Heinrich, Marcus, Otto)
Ludowa mądrość mówiła, że kim by się nie było i co nie robiło przez cały tydzień, to i tak się wszyscy spotykają w Festag na mszy. To wydawało się dość trafne powiedzenie gdy się patrzyło na pełne ławki w największej i najpopularniejszej świątyni w mieście. Tu, nad brzegem smaganego wichrami Morza Szponów, była to oczywiście świątynia boskiego patrona mórz i oceanów. Wszelkie inne świątynie w Neus Emskrank były mniejsze i skromniejsze. Niecały wiek temu, miasto wybudowano jako wielki, imperialny projekt otwarcia wielkiego portu morskiego. Jako alternatywy dla Marienburga na zachodzie i Erengradu na wschodzie. Ale wyszedł z tego wielki skandal i niewiele więcej. Obecnie port co prawda funkcjonował ale był ledwo zauważalnym okruchem w porównaniu do tych dwóch wielkich portów na przeciwległych krańcach burzliwego morza. Większość budynków od dekad stała pusta stąd miasto był anomalią do zatłoczonych miast w innych rejonach świata. Tutaj, żartowano, że w mieście jest więcej domów niż mieszkańców. A wielu z nich, co tydzień spotykało się w Festag w największej świątyni. To był dzień świątynny, wolny od codziennego znoju, aby śmiertelnicy mogli w pełni oddać cześć bogom i odpocząć przed kolejnym tygodniem pracy. Był to cotygodniowy mały festyn gdy nawet ubodzy mieszczanie wyciągali z szaf odświętne ubrania aby tak przed ludźmi jak i bogami, pokazać się z jak najlepszej strony.
Msza w świątyni jak w soczewce ogniskowała hierarchię społeczną. W pierwszych rzędach siedziała elita tego miasta. Najznaczniejsze rody szlacheckie jak von Zee czy van Hansen, rektor Akademii Morskiej oraz ci najznaczniejsi z rady miejskiej, gildii czy kleru. Obecnie było też kilkoro znaczniejszych gości przybyłych na turniej. Za nimi ta mniej znacząca szlachta, ważniejsi kupcy, sławniejsi kapitanowie statków, szlachetnie urodzeni profesorowie szkoły morskiej, bogatsi kupcy. Tutaj dało się dostrzec lady Fabienne von Manlieb czy Benitę von Hohenfels z mężem. Nieco za nimi była Pirora van Dyke która była na tyle nowa w mieście, że chociaż zdołała zaistniec w błękitnokrwistym towarzystwie to jednak bez bogatej rodziny i tradycji z tych okolic, trudno jej było się przebić do przednich ławek. Jeszcze rząd czy dwa za nią pokornie siedział Hubert Gruber ze swoją grubą małżonka i gromadka pulchnych dzieci. A niedaleko także Tobias, Marcus z Nadią, Heinrich i Joachim albo rodzina Lebkuchenów. Nawet Adrienne z archiwum ratusza. Stała razem ze swoimi rodzicami. Bez nazwisk rodowych, koneksji wśród śmietanki towarzyskiej, włości ziemskich i majątków drogę do wyżyn społecznych mieli mocno utrudnioną. Przynajmniej jeśli patrzeć na to oficjalnie, z pryzmatu świątynnych ławek. To co łączyło ich z co niektórymi przedstawicielami śmietanki towarzyskiej miasta towarzysko czy sekretnie, to nawet nie powinno było ujrzeć światła dziennego, zwłaszcza w świątyni i pod okiem wścibskich kapłanów. Jeszcze za nimi była szara masa zwykłych urzędników, rzemieślników, rybaków, dokerów, nawet paru chłopów z okolicznych wiosek co zdążyli przybyć na poranną mszę. Kto wie, może nawet już wieczorem koczowali pod bramami miasta albo w izbie zbiorowej jakiejś karczmy. Gdzieś wśród nich był Otto. Jako ubogi mnich z dobroczynnego hospicjum bezczelnością z jego strony byłoby przepychać się do przednich ławek gdzie zasiadali godniejsi od niego.
Msza wymagała godności i powagi. Jednak zanim na dobre się zaczęła dały się słyszeć szepty i pytania. “A dzisiaj też będzie?”, “A jeszcze jest w mieście?”, “A nie wyjechała?”. Widać było, że występ Słowika Północy z zeszłego tygodnia, powszechnie zapadł w pamięć. I przełamywał tą codzienna rutynę. Nie co dzień miasto miało okazję gościć tak znamienitą osobę. A jeśli już to o ile nie było to związane z festynem czy turniejem gdzie tłuszcza miejska mogła ujrzeć kogoś takiego na własne oczy, to takie znakomitości gościły w zbyt wysokich i wyperfumowanych progach aby jakiś rzemieślnik czy robotnik mógł w ogóle o niej wiedzieć. Tym razem było inaczej bo lady Odette von Treskow, zwana Słowikiem Północy, tydzień temu dała wspaniały popis swoich sławnych możliwości jako diwa i pieśniarka. Całe miasto mogło ją oglądać i słuchać chociaż na chwilę. I wszystkich urzekła swoim głosem i urodą. Więc i dzisiaj przed mszą ludzie zastnawiali się czy też tak uświetni mszę. Wydawało się, że nawet młoda morrytka, tajemnicza, bladolica matka Somnium, wywołuje już mniejsze emocje niż sławna diwa.
Ta nie zawiodła oczekiwań widowni. Wyszła z zakrystii gdy przyszła pora psalmów i zaśpiewała “Ave Manann”. Głos miała potężny i czysty jak górski kryształ. Zdawało się, że ściany świątyni zostały stworzone aby rezonansować i wzmacniać taki właśnie głos. Nawet chór śpiewał wyraźnie lepiej niż ostatnio. Widać było, że ten tydzień pracy jaki diwa włożyła w jego trening przyniósł efekty albo stała się dla nich żywą inspiracją. Wierni mieli łzy wzruszenia w oczach, kiwali głowami dawali z siebie co się dało aby śpiewać razem za swoją liderką. Nawet surowy zwykle ojciec Absalon, wydawał się złagodnieć na twarzy gdy młoda śpiewaczka o miodowych włosach skończyła swoją pieśń. A aktorka nawet strojem dopasowała się do mszy. Miała na sobie prostą suknię w morskich kolorach i jedyną ozdobą wydawała się być srebrna brosza i kolczyki ale była zbyt daleko aby zobaczyć więcej detali.
- Dawno nie słyszałem tak pięknego wykonania tej pieśni. - Ponury kapłan morskiego boga podziękował milady za ten występ. I musiał odchrząknąć aby zebrać się w sobie i prowadzić właściwą część mszy. Uczył o tym jak jego boski patron potrafi się gniewać a już na pewno gdy wierni pozwalają aby obrabować jego świątynię. Bo przecież te wszystkie precjoza są nie dla uciechy kapłanów ale są poświęcone bogu, na utrzymanie świątyni, wierni, wspomaganie sierot po rybakach i marynarzach. Więc ci zbrodniarze i świętokradcy co ośmielili się podnieść rękę na świątynie zapłacą za to po stukroć i nie będą mogli liczyć na litość Absalona skoro okradają jego boskiego patrona i jego wiernych.
- Wysłałem list do Salzenmunda i Marienburga. Skoro mamy tak niespokojne czasy, że nawet świątynie bogobojnych ludzi nie są bezpieczne. To poprosiłem o pomoc. I radujcie się bracia i siostry! Nasi bracia w wierze nie zostawili nas samych! I obiecali nas wspomóc w tej godzinie próby! Wielka Świątynia Mananna w Marienburgu obiecała przysłać do nas swoich strażników aby wesprzeć nasze zbrojne ramię! A władze w naszej stolicy śledczych jacy pomogą schwytać sprawców! - Obwieścił wiernym radosne nowiny. I w większości przywitano to z radością. Mało rozsądnym było okazywanie braki entuzjazmu do ścigania i karania świętokradców. Ale zerkano w kierunku władz ratusza jacy do tej pory odpowiadali za śledztwo. Właściwie słowa kapłana oznaczały ograniczone zaufanie jakie do nich miał. Lub działał pod wpływem gniewu i emocji. W przypadku brata Absalona znanego ze swojego radykalizmy i trudnego charakteru, obie możliwości wydawały się być równie prawdopodobne. Zresztą nie wykluczały się wzajemnie. Później surowy kapłan ustąpił miejsca swojej młodszej, bladolicej koleżance. Matka Somnium zajęła jego miejsce. Wydawała się młoda, krucha i delikatna. Jak wiotka trzcina, zwłaszcza jak była blisko muskularnego, ogorzałego od morskiej soli i wiatru kapłana morskiego boga. Bardziej szło uwierzyć, że jest dopiero akolitką niż pełnoprawną kapłanką. Ale jednak otaczał ją nimb mistycyzmu jaki sprawiał, ze trudno ją było zignorować.
Ostatnio spada na nasze miasto ciąg ciosów. Nasi boscy patroni poddają nas próbie. My, morryci, bez względu na wszystko, dalej zapewniamy posługę i przeprowadzamy wszystkich do bram Morra. Ale nasz Kruczy Pan, jest także patronem snów. A ostatnio wiele naszych sióstr i braci skarży się na dziwne sny. Przyznam, że są one niepokojące. A jest ich zbyt wiele aby uznać je za przypadek czy wariactwo jednej albo paru osób. Choćby baron Wirsberg. Tydzień temu w sennym widzie na gwałt wyjechał z miasta w las i do tej pory go nie odnaleziono. Nie wszystkie przypadki są tak spektakularne ale świadczą, że mrok zbliża się do naszego miasta. Z każdą nocą jest trochę bliżej. Widziałam to jak cztery chmury co się zbliżają z czterech stron świata. Każda trochę inna ale wszystkie są dla nas zagrożeniem. To co wszyscy widzimy co się dzieje w świątyniach, na ulicach, w mieście to tylko objaw tego zagrożenie. Musimy być czujni i pokładać wiarę w dobrych bogach i kapłanach. Ostatniej nocy miałam sen. O tym, że w trzewiach ziemi, przebudziło się coś pradawnego. I nie jest to przyjaciel dobrych ludzi. Uważajcie na siebie moi bracia i siostry, bądźcie czujni na objawy zepsucia i zgnilizny. A jeśli coś takiego dojrzycie nie czekajcie! Zawiadomcie mnie lub brata Absolona. Straż miejską. Kogokolwiek. Pamiętajcie, że bierność jest współudziałem. - Bladolica kapłanka mówiła z troską i obawą. Ale jednak jej głos potrafił być czysty i mocny. Jej słowa poruszyły wiernych. Zerkali po sobie, niektórzy kiwali głowami lub mieli zamyślony wyraz twarzy. A ona w tym czasie odeszła od mównicy. A ojciec Absalon znów zabrał głos i dokończył mszę. Wszystkich zastanowiło, że wspomniał, że za dwa tygodnie obchodzą święto Pierwszego Kamienia. Czyli tradycyjną datę rozpoczęcia budowy miasta. Co roku był festyn z tej okazji. Czyżby to oznaczało, że w tym roku też? Czy żałoba po księżnej-matce okaże się silniejsza? Kapłan tego już nie powiedział więc oba domysły wydawały się być równie prawdopodobne. Miały swoich zwolenników i przeciwników. Wiadomo było, że żałobę ogłosiły władze prowincji więc lokalne nie mogły jej samoistnie odwołać. Ale kto wie? Może wystarają się o dyspensę? A może wiedzą już kiedy się skończy?
---
Po mszy jak zwykle wierni wylegli na dziedziniec świątynny. To była tradycyjna okazja aby się spotkać, porozmawiać z członkami dalszej rodziny czy kimś kogo się nie widziało przez cały tydzień. Wymienić się pozdrowieniami i plotkami co się u kogo działo od ostatniego spotkania czy umówić się na coś. Można było tez kupić święte obrazki, wisiorki i inne odpusty. Ale też zobaczyć z bliska diwę co tak pięknie śpiewała. Oczywiście jak ktoś miał tyle samozaparcia aby się przepchać przez tłum. Wiele osób bowiem chciało chocaż przez chwilę zobaczyć ją z kilku kroków. Ona zaś wcale nie śpieszyła się do bramy. Śmiało rozmawiała z różnymi osobistościami tego miasta lub ich zacnymi gośćmi co przyjechali na turniej. Blisko niej trzymała się Kamila van Zee, dorodna córka kapitana portu o nietypowo ciemnej karnacji wskazującej na domieszkę krwi z dalekich, egzotycznych krain. To nie było dziwne bo jej ojciec. Gert von Zee, za młody był śmiałym kapitanem który pływał w bardzo dalekie rejsy. I z nich przywiózł młodą, atrakcyjną żonę o nietypowej w Imperium karnacji. Chociaż podobno zmarła ona dawno temu jednak urodą jej córka ją miała bardzo przypominać. Obecnie zaś lady Kamila milcząco pławiła się w swoim sukcesie. Bo von Treskow wcale nie ukrywała, że przyjechała tu z Salzenmundu specjalnie na jej zaproszenie. I właśnie rodzina van Zee udzieliła jej gościny na czas pobytu.
Obecnie widać było jak jakiś szlachcic stara się zaprosić sławną diwę do siebie, inny pochwalił się, że miał okazję podziwiać ją w salzenmunskiej operze, jakaś milady, że była na jej koncercie w marienburskim Grosses Theater. Wydawało sie, że czy tutejsi czy zagraniczni możni są wielbicielami talentu, wdzięku i urody młodej śpiewaczki. A opinia skandalistki wdającej się w liczne romanse wcale im nie przeszkadza.
|-Heinrich i plotki-|
Gdy wczoraj Heinrich wrócił od Tobiasa, dał znać swoim podwładnym, że jest łaskaw posłuchać ich plotek. Kurta zastał jeszcze wczoraj. Mężczyzna wydawał się w pierwszej chwili zdziwiony prośbą swojego pana. Ale w końcu zaczął coś mówić. Większość z tych jego opowieści wydawała się błacha i nie związana ani ze snami od Sióstr ani sprawami kultu. Ktoś tam się pobił z kimś w karczmie, inny z powodów długów się powiesił, tam jakiś inny sprał i wyrzucił na bruk niewierną żonę. Inny gadał, że wie od znajomego rybaka, że na nabrzeżu widział jakieś dziwne stwory. Takie ani to ludzie ani potwory. Trochę jak żaboludzie albo kraboludzie. Tu trochę się opowieść rozjeżdżała z jakim morskim gatunkiem miała to być domieszka ale coś takiego groźnego, ohydnego i morskiego na dwóch nogach. Ot, codzienna rutyna w mieście. Ale w “Kwarcie” pojawiła się nowa najemniczka i łowczyni nagród. Ładna. I spoza miasta bo nikt jej nie zna. Znajomi Kurta zastanawiali się po co tu przyjechała. Niby pyta o jakieś zlecenia ale żadnego nie bierze. Więc dumają, że albo jeszcze ją sakiewka za gardło nie ciśnie albo czeka na jakieś konkretne zlecenie. No i smukła, gładka i w ogóle dziewczyna - malina. I twarda babka, podobno jak jeden z wojaków złapał ją za tyłek to tak mu dała w pysk, że aż na podłogę poleciał. Za to bardzo miła jest dla kelnerek. I to się ostatnio przebiło z codziennej rutyny.
Ilse przyszła dziś rano aby pomóc panu wyszykować się na mszę no i śniadanie zrobić aby na głodnego nie szedł. Jej wcale za język nie trzeba było ciągnąć. Jak tylko zorientowała się, że tym razem pan chce jej słuchać to gdy kroiła, parzyła, podawała do stołu albo wyjmowała ubranie z szafy to gadała jak najęta. Większości też były to głupstwa. Ot sklep gdzie zwykle kupowała mydło na pranie zbankrutował więc biadoliła jakie to trudne czasy i gdzie ona teraz będzie kupować to mydło na pranie. Chyba przesadzała bo przecież był to codzienny produkt jaki można było kupić na każdym rogu. Kolega z jakim wychowywała się na ulicy dostał się na pomocnika piekarza. To dobrze, dobrze. Przecież to dobra i pewna praca bo chleba wszyscy potrzebują. Syn innej zamustrował się na statek. Wiadomo, trudno w tym mieście o dobry zarobek dla zwykłych ludzi a marynarz dawał szansę na taki. Ale to przecież taki niebezpieczny zawód. Szkoda chłopaka, nie wiadomo czy w ogóle wróci z tego morza. A największy dziw to było jak sprzątała u tej milady z banku. Znaczy nie była szlachcianką ale miały taką różnicę w bogactwie i statusie, że Ilse w praktyce i tak traktowała ją jakby była. No więc jak u niej sprzątała sypialnię to niechcący przewróciła pudło pod łóżkiem. No i tam były rzeczy dla uprzyjemniania samotności kobietom. Ilse aż się zarumieniła gdy o tym wspomniała i dodała od razu, że ona sama nie używa nic tak sprośnego. No ale jeden przedmiot przykuł jej uwagę bo wyglądał jak jakiś czerw albo robak. Taki brązowy i nie ruszał się. Ale Ilse bała się go dotknąć więc tylko szybko kapciem wturlała to wszystko z powrotem do pudła i odłożyła na miejsce. I ma nadzieję, że pani nie pozna się, że jej tam zaglądała. Trochę się obawiała, że jednak tak ale to będzie u niej ponownie dopiero po Festag.
|-Heinrich i Pirora-|
Heinrich gdy pokuśtykał na zewnątrz znalazł się na dziedzińcu świątynnym. Też zdarzyło mu się dojrzeć przez ten tłum ramion i głów, teatralną diwę. Już lepiej ją widział na mszy gdy tak pięknie śpiewała spod morskiego ołtarza. A najlepiej jak przez moment minęła go gdy wychodziła z kościoła. Wtedy dzieliło ich tylko kilka kroków. Dzisiaj jak była czysta, w skromnej ale eleganckiej sukni prezentowała się godnie i dumnie. Perła w koronie dam jakie dziś przyszły na mszę w swoich drogich sukniach. Trudno było uwierzyć, że to ta sama kobieta z którą były łowca czarownic rozmawiał przy Zachodnich Kamieniach dwie noce temu. Wtedy była całkiem naga i splugawiona lepkimi, brudnymi śladami orgii z wszetecznymi zwierzoludźmi. A widział ją wówczas z bliższej odleści niż teraz. Konstrast wydawał się być oszałamiający. Teraz w świetle dnia, w rześkim, morskim powietrzu, można by myśleć, że to dwie, całkiem różne osoby.
- A tu jesteś Heinrichu. Bałam się, że cię nie złapię w tym tłumie. - Z zamyślenia wyrwał go młody, kobiecy głos. Jak się odwrócił dojrzał Pirorę. Ucieszyła się gdy go znalazła. I nie traciła czasu. - Jeśli byś miał ochotę to jesteś zaproszony do mnie na psalmy żałobne. Niekoniecznie w aktywnej formie, samo uczestnictwo też będzie mile widziane. - Uśmiechnęła się delikatnie dając znać, że go zaprasza ale nie zmusza. Zapewne pamiętała, że podobnie jak ona, podczas zabaw przy Zachodnich Kamieniach, wolał oszczędzić sobie bezpośrednich zabaw. - No i lady Soria z nami rozmawiała o tobie i Petrze von Schneider. Przed odjazdem poprosiła nas abyśmy pomogły wam się spotkać. Zaprosiłam Petrę do mnie i zgodziła się przyjść. Dlatego dziś nie będę mogła uczestniczyć w psalmach w pełni. Jeśli byś miał ochotę się z nią spotkać to zapraszam. Jeśli nie to powiedz kiedy ci pasuje i postaram się ją umówić ale niczego nie obiecuję. - Mówiła szybko i przyciszonym głosem. A i tak starała się nie wypowiadać zbyt kompromitujących szczegółów. Zapewne spieszyła się aby jako gospodyni owych psotnych psalmów, wrócić do domu jako pierwsza.
|-Heinrich i garncarka-|
- Pochwalony sąsiedzie. - Wydawało się, że dopiero co Pirora odeszła mieszając się z tłumem a znów usłyszał kobiecy głos. Tym razem okazało się, że to ta garncarka z naprzeciwka. Dziś miała na sobie lepszą, choć wciąż dość prostą suknię. I bez plam gliny na niej na rękach. Bez śladów glinianych czerwi jakie sunęły po niej w jego śnie. Tylko uśmiech miała ten sam. Psotny i krnąbrny. Widząc, że ją zauważył odezwała się ponownie.
- Wczoraj umówiliśmy się na dzisiaj z tym odbiorem misy. Ale oboje zapomnieliśmy, że dziś jest Festag. Więc wszystko jest zamknięte, mój warsztat też. - Przypomniała mu ich rozmowę z wczorajszego poranka. - W każdym razie zrobiłam ci tą misę sąsiedzie. Wsadziłam do pieca i wypaliłam. Dziś powinna już być gotowa. Jak chcesz to jutro możesz po nią przyjść. Bo dziś to mam zamknięte. Nikogo nie będzie w warsztacie. No chyba, żebyś sąsiedzie zadzwonił. No to bym mogła zejść i ci dać. Bo co te robaki będą stać takie nieużywane nie? - Patrzyła na niego leniwym wzrokiem. I oczywiście miała rację. Zapomnieli, że dziś Festag i nawet jak zdążyła wczoraj zrobić tą misę to dziś nie wypadało jej otwierać warsztatu. Ale widocznie była skłonna przymknąć oko jeśli by akurat on tam dzisiaj przyszedł. Jeśli mieszkała gdzieś nad warsztatem to faktycznie mogła dość szybko zejść i mu otworzyć.
|-Marcus, Nadia i Herman-|
Gdy przyszedł z samego rana po Nadię to ta była już prawie gotowa do wyjścia. Ucieszyła się, że przyszedł. Objęła go i cmoknęła w policzek na przywitanie. Jeszcze kilka ostatnich poprawek, płaszcz i mogli wychodzić. Na mszę się nie spóźnili ale i tak było gęsto. Co prawda ta największa świątynia w Neus Emskrank, mogłaby być ledwo przedsionkiem do tych najwspanialszych w Altdorfie no ale pewnie całe to miasto mogłoby się zmieścić w jednej z dzielnic imperialnej stolicy a mieszkańcy pewnie w jednym jej kwartale.
W świątyni odkrył, że wiele się nie zmieniło. I chociaż ubrał się godnie jak należy to dalej było to zbyt skromnie aby przeć do przednich ławek. Zajął gdzieś miejsce po środku. Nadia i tak promieniowała z dumy bo jako skromna urzędniczka z ratusza zwykle siadała dobre parę rzędów z tyłu. Dla niej to i tak był symboliczny awans społeczny w przeliczeniu na ten ławkowy prestiż.
Później zaczęła się msza. Miał okazję ujrzeć ową Słowik Północy. Co prawda bez detali ale dało się dostrzec, że ma ładną, smukłą sylwetkę i porusza się z płynnością tancerki. Zresztą widział, że wzbudza ona powszechne zainteresowanie. Nadia też dyskretnie wychyliła głowę aby ją lepiej zobaczyć. Zaś śpiew diwy był oszałamiający. Zapewne nawet w altdorfskiej operze czy na deskach tamtego teatru też by się odnalazła. Ale nieco bliżej tą ją widział tylko przez chwilę, gdy już po mszy, wychodziła głową nawą w kierunku wyjścia. Wtedy dojrzał jej młodą, regularną twarz, pełny biust i zgrabną kibić. Jakby mimochodem zarejestrował, że obok niej szła Kamila van Zee oraz jej ojciec. Ale szybko przeszła obok i jakby stanowiła czoło procesji. Dopiero jak ich minęła, ludzie z ławek wychodzili i też szli w kierunku wyjścia.
Oprócz tego dostrzegł na mszy parę znajomych twarzy. Nawet dyskretnie go pozdrowili skinieniem głowy czy spojrzeniem. Zwykle wydawało mu się, że dostrzega zdziwienie na ich twarzach. W końcu bez ostrzeżenia wrócił do miasta po prawie roku nieobecności. Knuta czy Hansa też dostrzegł ale zajmowali zbyt odległe miejsca aby porozmawiać. Zresztą msza nie była od tego. Można było liczyć, że po niej będzie okazja zamienić z kimś ze dwa słowa chociaż.
O, zobacz, jest Herman. - Gdy wyszli po mszy na dziedziniec świątynny wmieszali się w barwny, rozgadany tłum. Nie było sensu się przepychać na siłę. Zresztą ludziom na pewnym poziomie nawet nie wypadało. Wydawało się, że to diwa o miodowych włosach, w naturalny sposób kumuluje na sobie uwagę wiernych. Trudno było się tam dopchać przez tą ciżbę. Niektóre dzieciaki stawały na skrzynkach i beczkach aby zobaczyć coś ponad głowami dorosłych. Nadia też się zastanawiała na głos czy aby nie udało im się tam podejść i chociaż rzucić okiem na sławną aktorkę. Ale w pewnym momencie pociągnęła za rękę Marcusa aby wskazać mu na jakiegoś mężczyznę. Miał na sobie wielki, granatowy beret z jeszcze większym i piękniejszym pawim piórem. Widać było, że wielmoża choć pewnie nie szlachcic. I był z jakąś podobnie mu wystrojoną kobietą, pewnie żoną. Dopiero jak się odwrócił nieco bocznym profilem, ekonom poznał, że to Herman Schuster. Miał zamiar odwiedzić go jutro w ratuszu. Ale spotkali się już dzisiaj. W tym tłumie to zaraz Schusterowie mogli wpaść na niego a równie dobrze tłum mógł ich rozdzielić, że się już dziś nie spotkają.
Wczoraj pod wieczór Hans faktycznie przysłał mu listę swoich winnych towarów. Było tego sporo. Jakby naprawdę zrobił zakupy na obsługę znaczących gości turnieju. Najwięcej różnych bretońskich i averlandzkich win. Ale też sporadycznie mocniejsza bretońska brandy, reiklandzkie nalewki, ostlandzka miodówka i kislevskie miody. Nic dziwnego, że tak się wściekał na żałobę. Bez festynu pewnie też w końcu sprzeda tak interesujący towar ale nie będzie miał tak szybkiego i dużego zysku jak podczas festynu.
|-Marcus, Nadia i Łasica-|
- Oh, przepraszam! - Jakaś dziewka potknęła się i wpadła na nich oboje. Odruchowo on i Nadia złapali ją aby nie upadła do końca. Zresztą wtedy groziłoby im, że całą trójką przewrócili się na brudne, kocie łby dziedzińca. A tak, to udało im się uniknąć tej małej katastrofy. Gdy we trójkę się wyprostowali dziewczyna na chwilę obdarzyła ich ciepłym, życzliwym uśmiechem wdzięczności. - Dziękuję państwu. Niech wam bogowie w lędźwiach i brzuchach wynagrodzą. - Powiedziała do nich życzliwie i odeszła w tłum.
- Chyba wzięła nas za parę. - Nadia uśmiechnęła się nieco zakłopotana. Powiedzonko było znane i życzliwe, choć dość frywolne i raczej niskich lotów. Zwykle tak matrony i ciotki mówiły do młodszego pokolenia gdy im dobrze życzyły na przyszłość. Na salonach raczej nie należało się go spodziewać. Marcus jednak w ostatniej chwili rozpoznał w tej dziewczynie Łasicę. Nic dziwnego. Przecież łotrzyca była zawodową oszustką jaka potrafiła się wcielać w różne role. Teraz była ubrana jak skromna mieszczka, w grzecznym, białym czepku na głowie. Nie zdążył już zapobiec zanim odeszła. Ale po chwili zorientował się, że pewnie nie przypadkiem na niego wpadła. Bo teraz szła równolegle do nich parę rzędów ludzi między nimi. Celowo aby ją zauważył. I posyłała mu bezczelny, ironiczny uśmieszek jaki już bardziej pasował do dziewczyny z ferajny niż ten biały czepek i suknia córki rzemieślnika czy sprzedawcy. Gdy się złapali spojrzeniami skinęła głową w bok. Czyli chciała gdzieś pogadać ale bez zbędnych świadków spoza ich spiskowej rodziny.
|-Otto i Teofano-|
Mnich zdążył już wyjść ze świątyni. Wmieszał się w ten barwny, rozkrzyczany tłum na zewnątrz. Widział zbiegwisko jakie w naturalny sposób zrobiło się wokół miodwłosej diwy no ale wczoraj mu obiecała, że dziś będzie na psalmach żałobnych u Pirory. Więc za parę pacierzy pewnie i tak się tam spotkają.
Co jakiś czas spotykał znajome twarze. Nawet jeśli publicznie nie wypadało się im przyznawać do jakiejś znajomości. Obok niego przeszła Adrienne z rodzicami. Oczywiście pracownica archiwum ratusza nie poznała go. Przecież gdy widział ją ostatni raz to było parę dni temu, na zapleczu teatru, gdy jako pokazowa niewolnica Huberta i Oksany, składała na czworakach hołd lady Sorii i innym szlachciankom. A on osobiście władował w jej trzewia jedną strzykwę jaj Oster. Jeśli jeszcze nie urodziła miotu to pewnie wciąż je miała w sobie. Chociaż brzuch miała płaski jak wtedy w teatrze. Jednak po jednej dawce to nie było takie dziwne. Na razie razem z rodzicami przeszli obok ubogiego, jednookiego mnicha pewnie nawet nie wiedząc o jego istnieniu.
Drugą muszą matkę spotkał zaraz potem. Benita von Hohenfels szła pod ramię ze swoim mężem. Wyglądała tak jak elegancka, młoda, kochająca żona szlachcica powinna. Prawie na siebie wpadli i dlatego się zauważyli. Brunetka z jaką Otto wczoraj figlował razem z Odette i Fabienne w garderobie diwy zauważyła go w ostatniej chwili. I posłała mu krótki, dyskretny uśmieszek. Na więcej przy swoim mężu się nie odważyła. Po chwili minęli się i państwo von Hohenfels poszli dalej.
Dopiero trzecia musza matka jaką spotkał, bez wahania podeszła do niego i skinęła głową w oznace szacunku. - Pochwalony ojcze. - Teofano przywitała się z nim jakby był jej ulubionym spowiednikiem. Też szła z rodzicami ale ci właśnie rozmawiali z kimś kto chyba Teo tak bardzo nie interesował. Dlatego wypatrzyła jednookiego mnicha. Odeszła od nich aby podejść do niego. Miała na sobie tunikę w morskim kolorze jakie nosili członkowie chóru. Możliwe, że w nim była ale mnich stał zbyt daleko aby podczas mszy ją rozróżnić wśród podobnie ubranych postaci stojących obok siebie. - Z Margo wszystko w porządku. Jest gotowa na jeszcze. Ale rodzice jej potrzebują na dzisiaj. Mnie lady Pirora zaprosiła dziś do siebie. Jak tylko wykręcę się rodzicom to tam przyjdę. - Młoda cukiernik mówiła szybko i cicho aby nikt ich nie podsłuchał. Ale widać było, że jest bardzo podekscytowana tym zaproszeniem od szlachcianek jakie prawie na pewno miało się skończyć karesami z tymi szlachciankami. Zerknęla szybko za siebie aby sprawdzić czy rodzice już jej nie wołają ale widać jeszcze byli zajęci rozmową ze znajomymi.
|-Otto i Elke-|
Już powoli wychodził w stronę bramy. Gdy usłyszał kobiecy, nieco onieśmielony głos obok siebie. - Pochwalony ojcze. - Gdy się odwrócił zobaczył młodą, szczupłą blondynkę w odświętnym, czystym stroju niezbyt bogatej mieszczki. Nic dziwnego. Elke pochodziła z podmiejskiej wsi więc po chłopce nie należało oczekiwać bogactwa. Ale była zaskakująco rumiana, miała ładny uśmiech, zdrową cerę i trzymała się jeszcze prosto. Widać ciężkie, chłopskie życie jeszcze nie zdążyło przygnieść ją do ziemi. Ostatni raz widzieli się parę dni temu, w dzień targowy. Teraz wydawało się to wieki temu. Wtedy Elke poszła z nim i bliżej się poznali na piętrze opuszczonej kamienicy. A jeszcze dała do zrozumienia, że bardzo kocha swoje kozy a zwłaszcza kozły. Może dlatego teraz tak patrzyła nieśmiało na niego, niepewna czy ją rozpozna albo czy w ogóle będzie chciał rozpoznać. Wtedy była chętna pójść na służbę do jakiejś bogatej pani a on obiecał jej, że się rozejrzyj.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; okolice kurhanu Gonsara Trzyokiego; skraj lasu i mokradeł, obóz
Czas: 2519.07.27; Festag; ranek
Warunki: półmrok, chłodno, msza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; sła.wiatr; ziąb (0)
|-Egon i obozowicze-|
- Ale mi w baniaku dzwoni. - Lars mruczał sennie gdy zmęczonym gestem przykładał dłoń do czoła.
- To od tej mgły i wilgoci. Za blisko tego bagna się rozbiliśmy. - Astrid też wyglądała na markotną. No rzecziwście. Jak wyszli z podziemi to już zmierzchało. Jak przeszli przez ten pas mokradeł jaki oddzielał pagórek od skraju lasu to już panował półmrok. Gałęzi na ognisko szukali już prawie po ciemku. Więc gdzie tu mowić aby jeszcze iść gdzieś w las byle dalej od podmokłego terenu. No to jeszcze przy tak ostrej nocy nic dziwnego, że ten nocleg pod chmurką dał im w kość. Chociaż przynajmniej jak wrócili to czekała ich pewna niespodzianka.
- No co? Jak milady poszła to chyba urok przestał działać i się zaczęła szarpać. Chciała zwiać. No ale dałam radę. - Burgund zareagowała obronnym tonem jeszcze zanim ktoś ją o coś zapytał. Ale Hannach siedząca na ziemi, z nadgarskami przywiązanymi do drzewa wywołała zdziwione, rozbawione i kpiące spojrzenia.
- Wypuśćcie mnie! Nic nikomu nie powiem! - Zajęczała przestraszona rybaczka. Wierzgnęła nogami ale nic jej to nie dało. Dziewczyna z ferajny związała ją solidnie. Rzeczywiście wyglądała teraz na trzeźwą i przestraszoną. Jakby wreszcie zdała sobie sprawę z powagi swojej sytuacji. Ale długo to nie trwało.
- Oh doprawdy Hannah? To już nie masz ochoty mi służyć? - Syrena wysunęła się do przodu i przemówiła swoim lepkim, powabnym głosem jaki pobudzał nawet gdy nic niezwykłego nie robiła ani nie mówiła. Od razu przykuła uwagę przywiązanej wieśniaczki. Ta zadarła głowę i wpatrywała się w nią jakby zastanawiała się czy ją zna. - Tylko nie krzyczcie i nie wykonujcie gwałtownych ruchów. - Milady odwróciła się przez ramię i rzuciła cicho do grupy. Ci pokiwali głowami ale z ciekawością obserwowali co będzie dalej. Ona zaś znów zwróciła się do rybaczki. Podeszła jeszcze o dwa kroki ku niej. - Nie poznajesz mnie Hannah? Swojej milady? Nie pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Jak wezmę cię do miasta na służbę i będziesz mi służyć? Mówiłaś mi, że bardzo tego pragniesz. I pragniesz mi służyć. - Dalej mówiła spokojnym, aksamitnym głosem. I trudno było zgadnąć czy pierwszy raz czy naprawdę o tym wcześniej rozmawiały.
- Milady! Oh tak! Tak, moja milady! Tak, pragnę ci służyć! Chcę być z tobą! Proszę weź mnie ze sobą! - Hannah nagle wykrzyknęła, jakby wiatr zdmuchnął mgłę niepamieci z jej umysłu. I w oczach było widać gorliwość do tej służby. Syrena zaśmiała się z lekkim poczuciem triumfu i zadowolenia.
- Rozwiąż ją. Teraz Hannah już jest z nami. - Poleciła łotrzycy o miedzianych włosach. Ta bez słowa podeszła do pnia i zaczęła rozwiązywać sznur. Po chwili młoda wieśniaczka już była wolna. Odruchowo rozcierała czerwone nadgarski ale też jeszcze na kolanach podeszła do stojącej szlachcianki o grubych, granatowych warkoczach i objęła ją.
- Tak bardzo tęskniłam. Tak się cieszę, że milady już wróciła. - Mamrotała jakby świata poza nią nie widziała. Ona zaś delikatnie głaskała ją po głowie jak jakaś kapłanka albo matka witająca córę marnotrawną.
- Pomożesz nam poszukać drewna na ognisko? - Lekko uniosła jej brodę aby z góry spojrzeć swojej nowej służce prosto w oczy. A rybaczka gorliwie pokiwała głową na znak zgody. I rzeczywiście już później nie sprawiała więcej kłopotów. Chodziła z resztą po drewno, chociaż niby miała szansę się urwać w ciemnościach lasu. Jednak wracała do obozu z kolejnymi kawałkami znalezionego drewna. Przy rozpalonym ognisku ugotowali spóźnioną kolację. A jak za towarzyszki miało się Sorię, Burgund, Astrid i zaślepioną urokiem milady Hannah to wieczór zrobił się nawet przyjemny. Ale dogasający ogień nie był w stanie odpędzić wilgotnego zimna ciągnącego od bagien. Więc rano mało komu wstawało się lekko. Chyba tylko wężowa milady wydawała się być świeża, wypoczęta i tryskająca pozytywna energią. Zupełnie jak poprzedniego poranka przy Zachodnich Kamieniach. Egonowi też się tak lekko nie wstawało ale jak już zaczął się ruszać to stopniowo ostatnia noc zaczęła opuszczać zesztywniałe ciało. Ale było coś jeszcze. Jak dotknął ucha gdzie wczoraj Raisa wbiła mu improwizowany kolczyk to wyczuł drobną opuchliznę. I zaschniętą krew jaka kruszyła się na pył pod dotykiem palców. Coś mu się śniło.
Ten obraz już widział wcześniej. Jak w komorze sarkofagu wybuchł ten czarny dym i wszystkich zamroczyło na jakiś czas. Parę dni temu, gdy byli tu pierwszy raz. Coś jakby obły kamień ofiarny. I inne, stojące pionowo dookoła. W tym jeden pochylony, jakby zamierzał upaść ale jednak nie upadł. Podobnie to wyglądało przy Zachodnich Kamieniach. Tylko nie było tego stołu ofiarnego na środku. Ale sam widział jak ledwo poprzedniej nocy do tego skośnego kamienia przywiązano lady Odette i Fabienne aby mogły służyć im wszystkim i jeszcze zwierzoludziom jak już przybyli.
Teraz jednak na tym kamieniu ofiarnym leżała młoda, naga kobieta. Miała na ciele wymalowane glify. Krwią albo farbą. Rozpoznał tylko schematyczną Gwiazdę Chaosu między obojczykami. Po zewnętrznej stronie uda kobieta miała dziwną plamę, jak bezkształtne znamię. Coś takiego widział już we wcześniejszej wizji. Ale wtedy kobieta była w zaawansowanej ciąży, jakby miała rodzić. A ta była płaska. Zresztą nie pamiętał twarzy tamtej więc nie był pewny czy teraz to ta sama co wtedy czy jakaś inna. I pojawiło się coś nowego. Jakby czyjś chrapliwy oddech. Zobaczył blade, zaniedbane dłonie o za długich paznokciach tak jakby był ich właścicielem. Rękawy długie, i ozdobione jakimiś znakami. I jakby pojawił się nowy obraz.
Młoda kobieta, chyba ta sama co na ołtarzu. Sama w lesie. Na skraju lasu. W oddali widać było kawałek, zwykłej zaniedbanej chaty. Jakby stamtąd uciekała. Ale ścigający ją mężczyźni dogonili ją. Śmiali się gdy zdzierali z niej suknię i sukmanę. Widział jak kobieta w rozpaczy zaciska palce na ściółce. Jak gdy jest już sama zanosi swoją płaczliwą skargę do bogów. Jak bogowie milczą. A ona w desperacji obiecuje zemstę na swoich oprawcach. Chociaż została sama na świecie i nie ma szans ich pokonać orężem.
Następna scena. Ta sama kobieta. W biednej, brudnej sukmanie. Ale z zaciętym wyrazem twarzy. Stoi w chacie czarownika. Chce zemsty. Ale nie ma nic do zaoferowania. Żadnej zapłaty. Prócz siebie. Więc oferuje siebie.
Więc leży teraz nago, na kamieniu ofiarnym. Czarownik obiecał jej, że zna sposób. Sama wyda na świat swoją zemstę. Jej dzieci spadną na jej oprawców i pokonają ich. To zajmie trochę czasu zanim urosną i nabiorą sił. Ale bez obaw, to się stanie jeszcze przed nastaniem zimy. Więc czeka. W świetle ogniska i dymu kadzidełek, do śpiewu i mamrotania czarownika. wewnątrz tych prastarych, mistycznych kamieni. Czeka na ojca swojej zemsty. I w końcu się pojawia. Zapowiada go owadzie bzyczenie. To tu to tam. Czasem ucicha jakby przysiadł gdzieś i obserwował. A w końcu widzę jakiś cień. Coś co spaceruje po jednym z pionowych kamieni. Wreszcie wlatuje w obręb światła. Tłusta, włochata mucha wielkości średniego psa. Kobieta panikuje. Nie spodziewała się tego. Krzyczy i chce się zerwać z kamienia. Suche, dłonie czarownika są całkiem mocne. Zresztą podał jej wcześniej zioła uspokajające więc może to ona nie jest w pełni sił. Mówi do niej. Przypomina o zemście. O wstydzie, o straconym mężu, dzieciach, ciąży, rodzinie, domu. Wszystkim co miała. Jest sama. Nikt jej nie zna. Nie należy do żadnego plemienia. Nikt nie zadrze dla kobiety z lasu z sąsiednim plemieniem. Tylko ona sama może wywrzeć na nich zemstę. To przekonuje kobietę. Kładzie się z powrotem na kamieniu. Po chwili wahania rozchyla uda. I przyjmuje swojego kochanka.
Czarownik się cieszy. Okazała się być dobrą matką. Wydała wiele solidnych miotów. I osiągnęła swoją zemstę. Widział jak stado much wielkości latającego psa atakuje jakąś wioskę. Jak wlatują do domów, powalają mężczyzn i kobiety. Czasem któryś insekt oberwał od siekiery czy włóczni ale są w locie, szybkie, mniejsze od człowieka i nie tak łatwe do trafienia. Gdzieś na skraju lasu stoi ich matka. Uśmiecha się mściwie gdy słyszy płacz, ból i strach dobiegające z wioski. Ma ciężarny brzuch, wkrótce pewnie znów wyda na świat kolejny miot. Albo kolejnego mutanta czy zwierzoludzia. To już mniejsza z tym. Zawarła pakt z Siostrami w zamian za zemstę. Stąd ma to znamię widocznie na udzie przez szczelinę spódnicy. Ona i jej córki aż do sto dwudziestego trzeciego pokolenia.
Coś takiego mu się śniło tej nocy. Te muchy ze snu, wyglądały podobne jak te które widział w klatkach co u Raisa w aptece pokazywała. Może te ze snu były trochę większe ale tego nie był pewien. Ogólnie to wyglądały podobnie. No i z tego co mówił Starszy to właśnie tak chcieli użyć tych much tylko teraz, na tych ważniakach z miasta. Tak jak przed mileniami ta pierwsza matka much z pomocą czarownika, użyła ich na wiosce swoich wrogów.
- Dobra. Nic tam nie wybuchło, nie idzie na nas armia trupów. Więc chyba możemy odchodzić z czystymi sumieniami. - Głos kolegi wyrwał Egona z zadumy. Lars patrzył w stronę kurhanu. Od wczoraj nic się tam nie zmieniło. Śniadanie już zjedli. To mogli się zbierać do drogi.
- A co ty taki zamyślony z rana? - Astrid posłała gladiatorowi nieco kpiący ale też zaciekawiony uśmieszek.
- Mam dość tych cholernych lasów bagien. Wracajmy do cywilizacji. - Silny sarknął i splunał na trawę. Energicznie pakował swój koc i derkę aby się szykować do drogi.
- Eh, ominie nas zabawa u Pirory po mszy. Nie ma szans abyśmy zdążyli. Ciekawe czy Łasica poszła wieczorem do lady Froyi. Miała iść. - Burgund też się pakowała i widać było, że dziewczynę z ferajny ciągnie do miasta tak samo jak jej łysego kolegę. W tym chociaż byli zgodni.
---
|-Brzeg morza-|
Przeszli lasem z kilka pacierzy aż dało się wyczuć zwiekszoną wilgoć w powietrzu. Potem prześwity między drzewami oznaczające koniec lasu. A w końcu wyszli na piaszczystą plaze z widokiem na odległe, klify po zachodniej stronie zatoki. Byli trochę na południe od osady Hannah i kilka dzwonów marszu od miasta. Faktycznie szykowało się, że najprędzej będą tam na obiad. Tego jednak spodziewali się już wczoraj. Mniej więcej też pół dnia im wczoraj zeszło na dotarciu z miasta do kurhanu.
- Dobrze moi przyjaciele. Tu musimy się rozstać. - Syrenia milady, z gracją elfki, odwróciła się ku nim i na chwilę obrzuciła każdego swoim tajemniczym spojrzeniem. W połączeniu z jej aksamitnym głosem i lekkim uśmieszkiem brzmiało to obiecująco kusząco. - Ja sobie teraz zażyję nieco kąpieli w morzu. I poszukam kolegów dla naszego znajomego ze wzgórza. Więc dziś w mieście raczej się mnie nie spodziewajcie. Jutro już prędzej. - Stała na tle zielonkawych, morskich fal czarując uśmiechem i spojrzeniem.
- A to milady odchodzi? - Hannah chociaż pewnie rozpoznawała domowe okolice, w ogóle nie zdradzała zainteresowania powrotem do rodzinnej wioski. Za to jakby właśnie do niej dotarło, że nadchodzi chwila rozstania z ukochaną panią. Ta spojrzała do niej i wezwała ją gestem do siebie. Wieśniaczka bez wahania wykonała polecenie.
- Tak Hannah. Muszę załatwić pewne sprawy. Ale wrócę. Spotkamy się w mieście. I znów będziemy razem i będziesz mogła mi służyć. - Wyglądało to jakby kapłanka przemawiała do swojej wiernej wyznawczyni. Pogłaskała ją po policzku pieszczotliwym gestem jak obietnica tego co zazna po ponownym spotkaniu.
- No dobrze milady. Będę czekać. - Młoda rybaczka odparła pokornie ale z zauważalnym bólem i tęsknotą w głosie.
- Bardzo dobrze Hannah. Nie smuć się, przecież nie zostawiam cię samej tylko z przyjaciółmi. Zadbają o ciebie i dadzą opiekę, schronienie póki ja nie wrócę. Postaraj się nie sprawiać kłopotów dobrze? - Syrena mówiła łagodnym tonem jakby chciała przekonać nową służkę do współpracy z resztą grupy.
- Dobrze milady. - Hannah pokiwała głową i w nagrodę jej pani, dała jej dłoń do pocałowania. Służka z radością ją pocałowała. I cofnęła się z powrotem do grupy. Burgund objęła ją ramieniem i bez ceregieli zajrzała w jej niezbyt obfity dekolt.
- Nie bój się Hannnah, zajmiemy się tobą. Ja się tobą bardzo chętnie zajmę. - Obiecała jej choć to zabrzmiało mocno dwuznacznie. Jak mieli załatwioną tą sprawę to jeszcze milady popatrzyła czy mają coś jeszcze do omówienia zanim zniknie w morskich odmętach.