Rankiem obudziło ich szare światło przeciskające się przez szczeliny w okiennicach i jednostajny szum drzew za ścianą chaty. Ogień w palenisku zdążył już przygasnąć, pozostawiając po sobie tylko wątłe, czerwone punkciki żaru, dogasające pod warstwą popiołu. Po nocnej zawiei śnieg przyprószył ślady prowadzące do starej myśliwskiej chaty i ukrytego pośród skał gorącego źródła. Las za oknem wyglądał niemal niewinnie. Cichy, biały i nieruchomy, jakby koszmar tego, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej, nigdy nie miał miejsca. Sneider dotrzymał słowa i pozwolił im spać ledwie tyle, ile sam uznał za konieczne. Gdy przyszło wstać, wyglądali marnie, choć poprzedniego wieczora Tomasimo zrobił, co mógł, opatrując rannych z wojskową pieczołowitością. Bądźmy jednak szczerzy. Świeże bandaże, przemyte rany i kilka godzin w cieple nie mogły przywrócić ich do stanu sprzed tej krwawej eskapady. Na ciałach pozostawały siniaki, rozcięcia, zesztywniałe mięśnie i tępy ból przypominający o sobie przy każdym gwałtownym ruchu. Jeszcze trudniej było z tym, czego opatrzyć nie dało. Spalenie całej wsi, a potem pozostawienie jej na łaskę zielonoskórych, nie było czymś, co można było po prostu z siebie zmyć, nawet jeśli każdy z nich na swój sposób rozumiał, że dokonała się tam... konieczna czystka. Choć wiedzieli w głębi ducha, że tak musiało być, nie mogło to rozwiać obrazów które przyszły do nich niechciane podczas snu. Obrazu płonących domów, krzyków ludzi i ciał zostawionych w spływającym szkarłatem śniegu. Sneider nie skomentował ich stanu ani min nawet słowem. Założył po prostu kapelusz, sprawdził broń z tą samą mechaniczną dokładnością co zawsze, poprawił pas i rzucił tylko krótkie spojrzenie w stronę drzwi, po czym ruszyli w dalszą drogę.
[image: aO1alFv.jpeg]
Przez pierwszą godzinę szli niemal dokładnie pod prąd strumienia, trzymając się jego brzegu tam, gdzie pozwalał na to teren. Śnieg tłumił kroki, a woda, częściowo skuta lodem, przesuwała się pomiędzy kamieniami leniwie i ciemno. Początkowo nic nie wskazywało na to, że w lesie kryło się jeszcze cokolwiek niezwykłego. Dopiero dalej zaczęli dostrzegać drobne odstępstwa od porządku natury. Mech przy brzegu miał miejscami dziwnie mięsistą strukturę, korzenie kilku drzew pokrywały twarde narośla przypominające zgrubiałe paznokcie, a pod lodem widać było ciemne, zielonkawe żyły przecinające zamarzniętą taflę niczym naczynia krwionośne pod bladą skórą rzeki. Raz natrafili nawet na niewielką rybę zamarzniętą tuż przy brzegu. Kręgosłup wygiął jej się w łuk, a z pyska wyrastały drobne kostne wypustki. Sneider zatrzymał się przy niej na chwilę.
– Jesteśmy blisko. – powiedział przypiekając ją ogniem pochodni, jak czynił ze wszystkimi odstępstwami natury, które widzieli po drodzę. Kilkaset kroków dalej ślady stały się zbyt wyraźne, by mogły być dziełem przypadku. W jednym miejscu lód wokół środka strumienia w ogóle nie zamarzł, choć mróz trzymał od wielu dni. Woda bulgotała tam cicho, jakby pod powierzchnią coś oddychało, a wokół niewielkiej przerębli wyrastały z lodu ostre, czarne narośla. Nie przypominały niczego, co powinno znajdować się w górskim potoku. Sterczały ku górze w nieregularnych skupiskach, podobne do zębów albo zrogowaciałych cierni. W samym środku znajdowało się coś jeszcze.
Konstrukcja tkwiła pomiędzy kamieniami, częściowo zanurzona w nurcie i przytwierdzona do dna grubym żelaznym łańcuchem. Wyglądała jak niewielka klatka spleciona z kości, cienkich żeber i długich, zaostrzonych fragmentów kończyn. Wszystko związano drutem oraz wyschniętymi rzemieniami. Wypustki skierowano do środka, gdzie pomiędzy nimi zakleszczono nieregularny, ciemny kamień wielkości dziecięcej pięści. Nawet z brzegu widać było na jego powierzchni tłusty, zielonkawy połysk. Spaczeń, jedna z najdroższych i najbardziej niestabilnych substancji w świecie, kawałek Morrslieba, którego drobiny czasem spadały z nieba, a które słudzy chaosu wykorzystywali w najgroszych rytuałach.
– Przeklęci kultyści psia mać – powiedział w końcu Sneider.
Wyjął z juków długi żelazny hak, grube rękawice i szczypce o rękojeściach owiniętych skórą. Wszystko wyglądało na sprzęt przygotowany właśnie na podobną okazję. Kazał pozostałym odsunąć się od brzegu, po czym zaczepił klatkę hakiem i przeciągnął ją po kamieniach ku płyciźnie. Konstrukcja zgrzytała o lód, a woda wokół niej mętniała i ciemniała. Kiedy w końcu wyciągnął ją na brzeg, spod kości zaczęła sączyć się gęsta, czarna ciecz. Tam, gdzie dotykała śniegu, biel syczała i topniała w niewielkich zagłębieniach.
Sneider przyklęknął obok znaleziska, ale nawet wtedy nie dotknął go gołą ręką. Przez chwilę oglądał sposób wiązania kości, metalowe zaczepy i sam odłamek. Było widać po jego twarzy, że coś sobie wykoncypował.
– To nie pierwszy przypadek z użyciem rzeki, ale takiej roboty nie widziałem dawno. Ktoś chciał, żeby nurt obmywał go bez przerwy – powiedział. – Dzień po dniu. Każda kropla, która płynęła dalej do wsi, przechodziła tędy. Całe szczęście, że woda nie jest dobrym nośnikiem skażenia. Działa dobrze na niewielkim odcinku lub w studni. – wyjaśnił niespotykanie wylewnie jak na jego osobę. Spojrzał w dół strumienia. Ktokolwiek znał choćby zasłyszane przy kuflu historie o spaczeniu, wiedział również, że fragment tej wielkości wart był fortunę. Dostarczony do odpowiednich rąk i odpowiednimi kanałami, mógł kosztować więcej niż cała ich dotychczasowa zapłata, konie i wyposażenie razem wzięte, wliczając w to oporządzenie Łowcy. Po karczmach dało się zasłyszeć historie głupców, w których zdecydowała chciwość i pomarli lub zmutowali nim udało im się znaleźć dostatecznie majętnego kupca. Sneider, trzeba mu to przyznać, nie zawahał się jednak nawet przez moment. Wyciągnął niewielką metalową fiolkę owiniętą grubą skórą i ostrożnie polał jej zawartością kościaną klatkę, skażony mech oraz czarne narośla przy brzegu. Woń była ostra, gryząca i chemiczna. Chwilę później krzesiwo posłało iskrę. Ogień buchnął nienaturalnie jasno.
Nie był czerwony ani pomarańczowy. Przez pierwsze sekundy płonął niemal biało, później przeszedł w blady błękit i dopiero na końcu przybrał zwyczajną barwę. Kości trzaskały, rzemienie zwijały się w czarne strzępy, a ze spaczenia unosił się dym o barwie zgniłej zieleni. Sneider stał nad tym nieruchomo, z rękami splecionymi na rękojeści miecza.
– Sigmarze Młotodzierżco, spójrz na plugastwo wydarte ciemności. Sigmarze Niezłomy, umocnij tych, którzy stoją przeciw zepsuciu. Sigmarze Młocie, skrusz to, czego człowiek nie może skruszyć własną dłonią. Sigmarze Oczyszczający, niech Twój płomień wypali skazę Chaosu z tej ziemi, z tej wody i ze wszystkiego, czego zdołała dotknąć. Niech spaczenie nie zapuści tu korzenia, nie wyda owocu i nie znajdzie schronienia w ciele ni duszy człowieka. Przez Ghal Maraz i przez Kometę, niech to, co spaczone, obróci się w popiół.
Gdy wypowiedział ostatnie słowa modlitwy i ogień objął spaczeń, po skutej lodem powierzchni pomknęło kilka cienkich, złocistych żyłek światła. Rozeszły się promieniście od płonącej klatki, sycząc cicho pod lodem, a tam, gdzie dotykały czarnych, spaczeniowych nacieków, te kurczyły się i pękały, jakby wypalane od środka. Łowca czekał długo. Kiedy konstrukcja zapadła się sama w siebie, użył szczypiec i młotka, by rozbić to, co pozostało po odłamku na mniejsze fragmenty, a później wrzucił je kolejno w głęboką szczelinę pomiędzy skałami, uprzednio polewając jeszcze resztką tej samej mieszaniny. Dopiero wtedy przysypał miejsce śniegiem i ziemią.
– Skończone – stwierdził Sneider.
Przez chwilę jeszcze patrzył na wypaloną ziemię i resztki czarnych narośli, z których unosiły się ostatnie smużki dymu. Złociste żyłki światła zgasły równie szybko, jak się pojawiły, a strumień znów wyglądał niemal zwyczajnie. Woda płynęła dalej pomiędzy kamieniami, czysta przynajmniej na tyle, na ile mogli to ocenić. Po wszystkim, co wydarzyło się w Dunkelwaldzie, było w tym coś gorzko uspokajającego. Znaleźli źródło skażenia. Zniszczyli je. Być może krew, którą przelali w imię oczyszczenia nie pójdzie na marnę. Przynajmniej taką mogli mieć nadzieje. Ruszyli więc dalej przez zasypany śniegiem las, zostawiając za plecami skażony potok i Dunkelwald. Na reszcie było po robocie. Wykonali dobrą pracę. Prawda?
[image: BsVqiZn.png]
Epilog
Tymczasem w Dunkelwaldzie dalej ciągnął się krwawy koszmar. Do południa większość pożarów zdążyła wygasnąć, pozostawiając po dawnych domostwach tylko zwęglone belki, zapadnięte dachy i osmalone kamienne kominy sterczące pośród ruin niczym czarne nagrobki. Ulice przykrywała ciężka breja z czarnego błota, popiołu i topniejącego śniegu, a nad wszystkim unosił się mdlący odór spalenizny. Zielonoskórzy nie opuścili jednak wsi wraz z ustaniem rzezi. Przeciwnie. Kiedy ucichły ostatnie krzyki, a pośród ruin nie było już z kim walczyć, zabrali się do pracy, dla której najwyraźniej przybyli tutaj od samego początku. Gobliny rozchodziły się pomiędzy zgliszczami, wyciągając ciała spod belek i ciągnąc je za ręce lub nogi ku środkowi osady. Orkowie przejmowali je przy studni i tam, ciężkimi tasakami oraz toporami, odcinali głowy tym, których ogień nie zdążył pozbawić twarzy. Nie robili tego w bitewnym szale ani dla zabawy. Pracowali niemal metodycznie, a przy kamiennej cembrowinie szybko wyrosła sterta splątanych włosów, przypalonych twarzy i pustych oczu skierowanych ku szaremu niebu.
Pomiędzy nimi krążył szaman, ork jeszcze bardziej wynaturzony niż większość jego pobratymców. Był wysoki, choć przy tym nienaturalnie wychudzony. Kości barków sterczały spod napiętej skóry niczym kolce, a z jednej strony czaszki wyrastał zakrzywiony, kostny narośl, który z czasem zespolił się z czołem i skronią, nadając mu wygląd istoty noszącej hełm wyrosły wprost z własnego ciała. Skóra na ramionach i piersi była popękana, miejscami niemal czarna, a z kilku ran bez przerwy sączyła się krew, choć żadna nie wyglądała na świeżą. Nie osłabiało go to jednak w najmniejszym stopniu. Poruszał się gwałtownie, z gorączkową energią, raz po raz oblizując zęby i drapiąc pazurami zaschniętą posokę na własnej piersi, jakby nie mógł powstrzymać czerwonego łaknienia. Wódz stojący nieopodal wyglądał z goła innaczej, choć był naznaczony przez tę samą siłę. Ogromny nawet jak na orka, górował nad resztą wojowników szerokością barków i masą ciała. Jedno ramię rozrosło mu się do groteskowych rozmiarów, niemal dwukrotnie większych od drugiego, a kark napęczniał tak bardzo, że łeb zdawał się wyrastać bezpośrednio z piersi. Miał wysuniętą dolną szczękę, pełna krzywych zębów przypominających kły dzika. Spod skóry zaś, przebijały się twarde, białawe narośla. Jedne przypominały odsłoniętę kości, a inne ostre szpikulce. Nawet kiedy stał nieruchomo, mięśnie drżały mu pod skórą z napięcia, a w oczach nie było niczego poza niecierpliwą żądzą przemocy. Każda chwila, podczas której nie mógł czegoś rozszarpać, wyglądała u niego niemal jak fizyczne cierpienie.
Szaman pozwolił pozostałym pracować, dopóki wszystko nie zostało przygotowane. Dopiero wtedy podszedł do studni i zdjął z ramienia gruby, skórzany worek, który nosił ze sobą przez cały marsz. Z jego wnętrza wyciągnął niewielką konstrukcję splecioną z kości, drutu i wysuszonych rzemieni. Klatkę. Niemal identyczną jak ta, którą kilka godzin wcześniej Sneider wyciągnął ze strumienia daleko powyżej wsi. W jej wnętrzu, pomiędzy zaostrzonymi wypustkami żeber i kości kończyn, tkwił drugi fragment spaczenia. Zielonkawo-czarny kamień połyskiwał tłusto nawet w bladym świetle dnia, a przez moment można było odnieść wrażenie, że barwa otaczającego go powietrza staje się odrobinę brudniejsza.
Szaman uniósł klatkę wysoko ponad głowę i wyrzucił z siebie kilka gardłowych słów, tak chrapliwych i poszarpanych, że ledwie przypominały mowę. Orkowie wokół niego ucichli, a nawet gobliny przestały na moment przepychać się pomiędzy ciałami.
– Pan Gnatów i Czerepów czekał zbyt długo – wychrypiał w swojej mowie, a kilku wojowników pochyliło łby, stukając pięściami w piersi albo rękojeści broni. – Pijący Juchę czeka. – Na zdeformowanej twarzy szamana pojawił się szeroki uśmiech.
– Napełnijcie jego gardziel.
Kościana klatka zniknęła w studni z głuchym pluskiem, a chwilę później rozpoczęła się właściwa część rytuału. Orkowie chwytali przygotowane wcześniej głowy i wrzucali je w ciemność studni jedną po drugiej. Czaszki odbijały się od kamiennych ścian, z pluskiem resztek mięsnej pulpy i odgłosem rozrywającej się skóry, aż w końcu zaczęły klinować się niżej, w zwężającym kominie. Każda kolejna zatrzymywała się na poprzedniej. Włosy wplątały się pomiędzy występami muru, rozbite zęby spadały jeszcze głębiej, a resztki krwi spływały po kamieniach cienkimi, ciemnymi strużkami. Wkrótce sama głębokość studni przestała przyjmować czaszki swobodnie i zaczęły one układać się jedna na drugiej, tworząc plugawy korek z kości, skóry i mięsa. Martwa krew nie wystarczała jednak Pijącemu. Gobliny zaczęły przyciągać ku studni tych nielicznych mieszkańców, którzy jakimś cudem przeżyli noc, lecz nie mieli już siły uciekać. Niektórych wyciągano spod zawalonych ścian, innych znajdowano poparzonych i półprzytomnych w piwnicach albo przy granicy lasu. Orkowie ustawiali ich nad cembrowiną i podcinali gardła, pozwalając, by jeszcze ciepła posoka spływała po kamieniach wprost do wnętrza studni. Para podnosiła się z krwi w zimnym powietrzu, mieszając z drobnym śniegiem. Szaman zanurzał w niej palce i rozmazywał ją po twarzy, szyi oraz piersi, mamrocząc coś pod nosem i drżąc coraz mocniej z podniecenia. Wódz obserwował wszystko w milczeniu, z szeroko rozstawionymi nogami i ciężkim toporem wspartym o ramię. Dopiero kiedy ostatni szkarłatny strumień czerwieni trysnął z ostatniego mieszkańca Dunkenwaldu, pochylił łeb ku studni.
– Pij Złakniony. Pij. – warknął.
Trudno byłoby powiedzieć, czy zwracał się do szamana, do wrzuconego w głębinę okruchu spaczenia, czy może do czegoś, co w jego mniemaniu znajdowało się jeszcze dalej pod ziemią. Rytuał ciągnął się przez wiele godzin. Kiedy słońce zaczęło kryć się za górami, w kominie studni zalegała już zbita masa czaszek, kości i szczątków, przez którą wciąż przesączała się krew. Spływała coraz niżej, pomiędzy zębami zmarłych i pęknięciami kamiennej cembrowiny, aż docierała tam, gdzie w czarnej wodzie spoczywał zamknięty w kościanej klatce fragment spaczenia.
Zielonoskórzy skończyli dopiero wtedy, gdy nie było już mieszkańców, którzych można było poświecić, a nawet i chwile dłużej bo do studni trafiło parę mniej sprawujących się goblinów, które naraziły się czymś orkom podczas ostatnich dni. Dopiero wówczas zielonoskórzy rozeszli się po ruinach wsi. Część szukała żywności i łupów, pozostali przygotowywali miejsca do spania pomiędzy niedopalonymi domami. Nad Dunkelwaldem ponownie zaczął padać śnieg. Płatki osiadały na zwęglonych belkach, rozbitych drzwiach i ciałach, których nie wykorzystano podczas rytuału. Tłumiły resztki żaru, przykrywały krew na placu i powoli zabielały czarne ruiny, na wtóry czyniąc te krainę czystą i spokojną. Z każdą kolejną godziną osada obrastała w ciszę. Gdyby nie sylwetki zielonoskórych przemykające pomiędzy zgliszczami, z daleka można byłoby nawet pomyśleć, że Dunkelwald był opuszczony od wielu lat.
[image: g3H7d43.jpeg]
Gdy noc zaczęła domykać nad Dunkelwaldem swój czarny kobierzec, studnia pośrodku martwej wsi przestała wyglądać jak zwyczajna kamienna czeluść. Spomiędzy czaszek i szczelin cembrowiny wypłynęła najpierw jedna cienka smuga czerwieni, potem kolejna, słaba i niepewna, jakby światło samo szukało drogi ku powierzchni. Z każdą chwilą pojawiało się ich więcej, oplatając kamienie i niknąc gdzieś pomiędzy zakrwawionymi kośćmi. Poświata nie migotała jak ogień i nie niosła ze sobą żadnego ciepła. Zdawała się raczej pulsować własnym, powolnym rytmem, jakby głęboko pod ziemią budziło się coś, co od dawna czekało na właściwy moment, by przypomnieć o swoim istnieniu.
[image: FeIX3j8.png]