@Arthur-Fleck ja miałem byc na próbę, nigdy wcześniej nie dograłem do konca żadnej sesji u Ketha
Macabra78
Posty
-
Krzyk Pustki -
Krzyk Pustki@Marrrt zdalne włączenie autodestrukcji naszego statku za 3...2...1...
-
Krzyk Pustki@GreK starałem sie wypaść na tyle dobrze zeby moc jeszcze kiedys nie tyle u Ketha co ogólnie gdzieś zagrać, moze ktoś gdzieś kiedyś poczyta i zrekompensuje.
-
Krzyk PustkiAdam zarejestrował pierwszy sygnał, zanim pozostali zdążyli w pełni zrozumieć, co pokazuje detektor ruchu.
Piknięcie.
Potem kolejne.
Sygnał się zbliżał.
Syntetyk przeniósł wzrok na urządzenie, a jego wewnętrzne procesy natychmiast zaczęły zestawiać dane. Kierunek. Tempo przemieszczania się. Zmiana odległości. Nie miał jeszcze podstaw, by stwierdzić, czym było źródło sygnału, ale jedna rzecz nie pozostawiała wątpliwości.
Coś znajdowało się nad nimi.
W chwili, gdy Marcus Holt uniósł M41A w stronę sufitu, Adam instynktownie przesunął się odrobinę w bok, oceniając położenie pozostałych członków zespołu i możliwe skutki ostrzału.
Pierwsza seria.
Huk wystrzałów uderzył w jego sensory.
Druga.
Syntetyk nie zareagował na hałas. Obserwował.
Zniszczone panele.
Kłęby dymu.
Detektor.
Zmianę położenia sygnału.
A potem sufit eksplodował.
Adam zdążył jedynie zarejestrować gwałtowny ruch, zanim połyskliwa, czarna istota runęła w dół wraz z fragmentami konstrukcji.
Przez ułamek sekundy jego systemy próbowały sklasyfikować obiekt.
Brak zgodności.
Nie był syntetykiem.
Nie był człowiekiem.
Nie przypominał żadnego znanego Adamowi organizmu.
Wydłużona czaszka. Organiczny karapaks. Nienaturalna budowa ciała. Zęby. Ogon.
A potem ślina.
I ciecz.
Pierwsze krople spadły na metalową podłogę.
Adam zobaczył dym.
Usłyszał syk.
Analiza składu nie była konieczna.
— Żrący kwas.
Ostrzał Holta nie zatrzymał stworzenia. Adam obserwował, jak kolejne pociski rozrywają jego ciało, a z ran wypływa coraz więcej cieczy. Zamiast zbliżyć się do bestii, syntetyk cofnął się o krok.
Nie ze strachu.
Z kalkulacji.
Każde kolejne uszkodzenie stwora oznaczało kolejne rozpryski kwasu. Walka wręcz była ryzykiem, którego nie zamierzał podejmować. Uszkodzenie jego syntetycznego ciała mogło ograniczyć zdolność udzielania pomocy pozostałym.
Potem karabin Holta umilkł.
Adam obrócił głowę.
Zarejestrował charakterystyczny dźwięk pustej komory.
Zamek.
Brak amunicji.
Stwór ruszył.
Sekundy zamieniły się w ułamki sekund.
Ogon przeszył powietrze.
Holt został trafiony.
Broń wypadła mu z dłoni.
Człowiek uderzył o ścianę i osunął się na podłogę.
Ranny.
Bezpośrednie zagrożenie.
Adam ruszył.
Podniósł z podłogi duży fragment odstrzelonej płyty sufitowej. Drugą ręką chwycił leżący wśród kabli kawał metalowej rury. Wykorzystał oba elementy nie jako broń, lecz narzędzia.
Tarcza.
Dźwignia.
Dystans.
— Do ładowni! Natychmiast!
Nie próbował zadać stworowi ciosu.
Płyta została wbita pomiędzy bestię a ludzi, odsuwając jej głowę i łapy od najbliższych członków zespołu. Rura posłużyła jako druga dźwignia.
Adam naparł.
Syntetyczne mięśnie pracowały z siłą niedostępną dla człowieka.
Metalowa podłoga zaskrzypiała pod jego butami.
Nie atakował.
Pchał.
Całą swoją nadludzką siłę wykorzystał do jednego celu.
Odepchnąć stworzenie jak najdalej od ludzi.
Jednocześnie unikał każdej kropli kwasu. Nie próbował chwytać bestii. Nie pozwalał, by ciało miało bezpośredni kontakt z wydzieliną.
Przez interkom usłyszał głos kapitana.
— Gleeson, zamykaj drzwi! Odwrót do ładowni!
W tym samym momencie Adam zarejestrował ruch ciężkiej grodzi.
Wrota zaczynały się zamykać.
Jeżeli pozostanie tam jeszcze kilka sekund, może zostać odcięty.
Analiza sytuacji zajęła mu mniej niż chwilę.
Prawdopodobieństwo zamknięcia grodzi przed jego powrotem: wysokie.
Prawdopodobieństwo odniesienia uszkodzeń przez zespół bez jego osłony: jeszcze wyższe.
Nie cofnął się.
Nie próbował przebiec do drzwi.
Zamiast tego pochylił się mocniej, zacisnął dłonie na metalowej płycie i raz jeszcze wykorzystał pełną moc syntetycznego ciała.
Miał tylko jeden cel.
Odepchnąć potwora.
Dać ludziom czas.
Nawet jeżeli drzwi zamkną się przed nim -
Krzyk PustkiMaciej78 rolls 8D6 = 6 +1 +3 +3 +3 +4 +6 +1 27
-
Krzyk PustkiAdam odwrócił się od uszkodzonego syntetyka i podszedł do Eliasa Crowe'a. Uderzenie kratownicą mogło zakończyć się znacznie gorzej, jednak medyk nie zamierzał opierać się wyłącznie na przypuszczeniach.
— Panie Crowe, przeprowadzę krótką ocenę neurologiczną.
Jego głos pozostawał spokojny i rzeczowy.
Najpierw przyjrzał się uszkodzonemu skafandrowi. Mimo widocznych uszkodzeń powłoka nie utraciła szczelności.
— Integralność skafandra zachowana. Rozszczelnienia nie stwierdzam.
Następnie skierował światło niewielkiej latarki diagnostycznej w oczy Crowe'a.
— Proszę patrzeć przed siebie.
Wąskie źrenice zwęziły się pod wpływem światła.
Adam porównał ich wielkość.
— Źrenice równe. Reakcja na światło prawidłowa.
Przeszedł do oceny orientacji.
— Proszę podać swoje imię i nazwisko.
Krótka przerwa.
— Jaka jest dzisiejsza data?
— Gdzie się obecnie znajdujemy?
— Co było przyczyną urazu?
Nie komentował odpowiedzi. Rejestrował je.
Po chwili powiedział:
— Proszę zapamiętać trzy słowa. Drzewo. Dom. Rzeka.
Odczekał kilka sekund, kontynuując badanie.
— Proszę wykonać kilka kroków w moim kierunku.
Obserwował ustawienie stóp, płynność ruchów i utrzymanie równowagi. Następnie polecił:
— Proszę dotknąć palcem wskazującym czubka własnego nosa.
Kolejne dane trafiały do jego wewnętrznej analizy.
Po upływie krótkiej chwili wrócił do poprzedniego polecenia.
— Proszę powtórzyć trzy słowa, które wcześniej wymieniłem.
Adam przez moment milczał, zestawiając wyniki wszystkich prób.
— Wstępna ocena zakończona. Jeżeli odpowiedzi są prawidłowe, a równowaga i pamięć pozostają zachowane, nie stwierdzam jednoznacznych objawów wstrząśnienia mózgu. Zalecam jednak dalszą obserwację. W przypadku wystąpienia zawrotów głowy, nudności, zaburzeń widzenia lub splątania należy natychmiast zgłosić ten fakt.
Dopiero wtedy uniósł wzrok znad skanera.
— Może pan kontynuować działania, panie Crowe. Będę monitorował pański stan. -
Krzyk PustkiAdam zareagował natychmiast.
Minął Marcusa Holta i kapitana Hannigana z uprzejmą, lecz zdecydowaną stanowczością. Nie było w tym ani cienia pośpiechu, tylko chłodna konieczność wykonania obowiązków medycznych.
— Proszę o umożliwienie oceny obiektu.
Uklęknął przy leżącym syntetyku.
Przez kilka sekund nie wykonywał żadnych czynności. Jedynie obserwował.
Czarny kombinezon nosił wyraźną naszywkę korporacji Weyland-Yutani.
Lewa ręka i lewa noga zostały oderwane z korpusu. Nie wyglądało to na precyzyjne cięcie. Charakter uszkodzeń wskazywał na działanie ogromnej siły mechanicznej.
Z poszarpanych połączeń nie wypływała już biała substancja hydrauliczna.
Wyciekła niemal całkowicie.
Pojedyncze krople spływały jeszcze z rozerwanych przewodów.
Adam przesunął wzrok na korpus i głowę.
Poszycie było głęboko roztrzaskane.
Kolejne uszkodzenia układały się w charakterystyczny wzór.
Wgniecenie.
Rozdarcie.
Następny cios.
Analiza trajektorii i geometrii obrażeń zajęła mu zaledwie chwilę.
— Uszkodzenia nie są skutkiem awarii ani eksplozji.
Przyłożył dłoń do zdeformowanego pancerza.
— Charakter deformacji wskazuje na wielokrotne uderzenia ciężkim narzędziem o spiczastym zakończeniu. Prawdopodobne narzędzie górnicze... oskard lub konstrukcja o zbliżonej geometrii.
Jego palce na moment spoczęły przy uszkodzonej czaszce syntetyka.
Nie wyczuwał żadnej aktywności.
Żadnej odpowiedzi systemów.
Żadnego sygnału.
— Brak komunikacji elektronicznej.
Krótka pauza.
— Rdzeń poznawczy uległ krytycznemu uszkodzeniu. Jednostka nie wykazuje oznak funkcjonalności intelektualnej.
Adam wyprostował się powoli.
Spojrzał kolejno na kapitana, Holta i pozostałych członków zespołu.
— Moja ocena jest jednoznaczna. Ten syntetyk nie stanowi zagrożenia. Jest trwale wyłączony z działania.
Na moment przeniósł wzrok ku otwartemu szybowi wentylacyjnemu, z którego wypadł android.
— Natomiast osoba lub czynnik, który doprowadził go do tego stanu... może nadal znajdować się na pokładzie. -
Krzyk PustkiAdam zatrzymał się natychmiast.
Nie dlatego, że usłyszał pytanie Joshuy.
Dlatego, że usłyszał dźwięk.
Marcus skinął w jego stronę, dając znak, by się wsłuchał. Syntetyk lekko przechylił głowę, odcinając od analizy pozostałe odgłosy statku. Szum wentylacji. Ciche brzęczenie instalacji elektrycznej. Echo własnych kroków.
Pozostał tylko rytmiczny stukot.
Uderzenie.
Sześć sekund ciszy.
Uderzenie.
Sześć sekund.
Powtarzalność była niemal idealna.
Adam analizował częstotliwość, rezonans i sposób rozchodzenia się fal dźwiękowych w metalowej konstrukcji kadłuba.
— Słyszę.
Po kilku sekundach dodał spokojnym głosem:
— Dźwięk ma stały interwał sześciu sekund. Źródło generuje uderzenia o znacznej masie w element metalowy. Nie przypomina odgłosów poruszającego się człowieka ani zwierzęcia.
Przez chwilę ponownie wsłuchiwał się w echo odbijające się od grodzi.
— Moja wstępna ocena wskazuje na pracę urządzenia mechanicznego lub elementu wyposażenia statku działającego cyklicznie.
Uniósł rękę i wskazał jeden z korytarzy prowadzących w głąb jednostki.
— Stamtąd. -
Krzyk PustkiAdam pracował w ciszy, przygotowując wyposażenie do wejścia na pokład obcej jednostki. Na stalowym blacie leżały już uporządkowane narzędzia: detektor ruchu, miernik skażeń, zestaw medykamentów oraz podręczna apteczka interwencyjna.
Każdy element sprawdzał metodycznie.
Zasilanie.
Kalibracja.
Zakresy pomiarowe.
Następnie przeszedł do skafandrów kosmicznych. Jeden po drugim poddawał je szybkiemu przeglądowi — integralność powłoki, szczelność złączy, poziom tlenu, sprawność systemów podtrzymywania życia. Wszystko działało zgodnie z normą.
Wtedy odezwał się interkom.
— Adam. Więzień Purcell ma zostać wprowadzony w kriosen. Bezwarunkowo.
— Przyjąłem, kapitanie.
Bez chwili zwłoki skierował się do sekcji kriogenicznej. Jedna z trzydziestu zapasowych komór, przeznaczonych pierwotnie dla górników, pozostawała nieaktywna. Adam uruchomił ją, inicjując procedurę rozruchu. Systemy zaczęły podnosić gotowość operacyjną.
Temperatura.
Ciśnienie.
Sekwencja stabilizacji.
Wszystko przebiegało prawidłowo.
Syntetyk odwrócił się i sięgnął po dozownik medyczny. Na podstawie zapisanych parametrów Purcella szybko obliczył odpowiednią dawkę środka nasennego. Wprowadził dane, przygotowując aplikator do użycia.
Następnie ruszył do ambulatorium.
Drzwi rozsunęły się bezgłośnie.
W środku znajdował się kapitan Hannigan, prowadzący rozmowę z przypiętym do łóżka Purcellem. Adam zatrzymał się na moment, skinął głową.
— Panie kapitanie.
Podszedł bliżej i stanął przy łóżku, spoglądając na żołnierza z tą samą, niezmienną neutralnością.
— Panie Purcell — odezwał się spokojnym, rzeczowym tonem. — W związku z nowymi wytycznymi kapitana jestem zmuszony użyć wszelkich metod, by doprowadzić pana do komory kriosnu i umieścić tam do czasu przybycia na Borodino.
Krótka pauza.
— W związku z dotychczasowym pana zachowaniem na pokładzie tego statku uznaję pana za zagrożenie dla załogi. W związku z czym za zasadne uznaję podanie środka uspokajającego.
Nie czekał na odpowiedź.
Jednym płynnym ruchem przyłożył dozownik do szyi Purcella i aktywował iniekcję.
Cichy syk.
Preparat został podany.
Adam cofnął rękę i obserwował reakcję organizmu, gotowy na kolejne etapy procedury transportu do komory kriogenicznej. -
Krzyk PustkiZakładam ze Adam bedzie szedł przodem ze światłem i miernikiem a także detektorem ruchu.
Jesli tak to poproszę o jakis opis pierwszej lokacji do której wejdziemy żebym mogl odpowiednio napisać post -
Krzyk PustkiAdam powrócił do otwartej kapsuły ratunkowej z noszami i hermetycznym workiem transportowym. W jej wnętrzu panował chłód, a ciężki zapach rozkładu mieszał się z metaliczną wonią zamkniętej przestrzeni.
Nie był jednak sam.
Pochylony nad zwłokami pracował już Elias Crowe. Diagnostyczna nakładka na oku analizowała kolejne szczegóły, podczas gdy toksykolog metodycznie oglądał wnętrze kapsuły i ciało zmarłego, poszukując śladów skażeń oraz wszystkiego, co mogło mieć znaczenie dla bezpieczeństwa załogi.
Adam nie przerywał jego pracy.
Stanął z boku, cierpliwie czekając na zakończenie oględzin. Dopiero gdy Crowe zakończył zabezpieczanie materiału i odsunął się od ciała, syntetyk wykonał kolejny etap procedury.
Rozłożył hermetyczny worek transportowy obok zwłok.
Ciało znajdowało się w zaawansowanym stadium rozkładu. Na wysuszonej skórze można było dostrzec jedynie słabo widoczne rany postrzałowe, częściowo zatarte przez procesy pośmiertne.
Adam ostrożnie przeniósł zwłoki do worka, unikając gwałtownych ruchów. Po zamknięciu szczelnego zamka sprawdził uszczelnienie, a następnie ułożył ciało na noszach.
— Zwłoki zabezpieczone do transportu — oznajmił spokojnie.
Chwycił nosze i opuścił śluzę, kierując się do hangaru.
Po dotarciu na miejsce ostrożnie zsunął worek z noszy i pozostawił go na stalowej podłodze, zgodnie z decyzją kapitana. Nie wykonywał dalszych czynności. Procedura przewidywała pozostawienie ciała w hangarze do czasu rozhermetyzowania pomieszczenia i wykorzystania próżni oraz niskiej temperatury przestrzeni kosmicznej do jego naturalnego zamrożenia.
Adam wyprostował się i przez chwilę spoglądał na nieruchomy worek.
Następnie aktywował komunikator.
— Zwłoki zostały przetransportowane do hangaru i zabezpieczone zgodnie z pańskimi rozkazami, kapitanie. Hangar jest gotowy do dalszej procedury. -
Krzyk PustkiMonotonne piknięcia monitorów wypełniały ambulatorium, gdy Purcell odzyskiwał siły pod czujnym okiem załogi. Parametry życiowe ustabilizowały się na tyle, że bezpośrednie zagrożenie minęło.
Wtedy przez pokładowy interkom rozległ się głos kapitana Hannigana.
— Adam, przygotuj nosze i worek ochronny. Na ciało.
Syntetyk nie zadał ani jednego pytania.
— Przyjąłem.
Odwrócił się do szaf medycznych i sprawnymi, precyzyjnymi ruchami wyjął składane nosze transportowe oraz hermetyczny worek przeznaczony do transportu zwłok. Sprawdził zamki, uchwyty i szczelność materiału, po czym złożył oba elementy w gotowy do użycia zestaw.
Dopiero wtedy spojrzał na zgromadzonych w ambulatorium.
Jego wzrok na chwilę zatrzymał się na Purcellu.
— Pacjent znajduje się w stanie stabilnym. Funkcje życiowe pozostają prawidłowe.
Krótka pauza.
— Powierzam opiekę nad panem Purcellem obecnym członkom załogi. W razie pogorszenia stanu zdrowia proszę natychmiast skontaktować się ze mną przez interkom.
Przewiesił przez ramię nosze, a worek ochronny ujął w drugą dłoń.
— Kapitan oczekuje mnie na mostku.
Bez zbędnych słów opuścił ambulatorium i skierował się szybkim, pewnym krokiem w stronę centrum dowodzenia, niosąc wyposażenie, którego przeznaczenie nie pozostawiało złudzeń, że na pokładzie wydarzyło się coś znacznie gorszego niż przechwycenie kapsuły ratunkowej. -
Krzyk PustkiAmbulatorium wypełniał cichy szum aparatury medycznej.
Adam stał przy łóżku, na którym spoczywał rozbitek z kapsuły ratunkowej. Mężczyzna był już zabezpieczony szerokimi pasami przy nadgarstkach, kostkach oraz klatce piersiowej. Nie było w tym nic osobistego. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej próbował zastrzelić swoich ratowników.
Syntetyk przyjrzał mu się uważnie.
Mężczyzna miał około metra osiemdziesięciu wzrostu i ważył prawdopodobnie nie więcej niż siedemdziesiąt kilka kilogramów. W normalnych warunkach byłby zapewne znacznie cięższy, jednak długotrwałe wycieńczenie pozostawiło wyraźne ślady. Zapadnięte policzki, napięta skóra i widoczne oznaki odwodnienia wskazywały na wiele dni spędzonych w skrajnie niekorzystnych warunkach.
Wojskowy kombinezon nosił ślady długiego użytkowania.
Naszywka identyfikacyjna.
J. Purcell.
Takie samo nazwisko widniało na nieśmiertelniku oraz karcie dostępowej zabezpieczonej wcześniej przez załogę.
Adam przesunął wzrok na monitor funkcji życiowych.
Tętno stabilizowało się.
Saturacja wracała do normy.
Ciśnienie pozostawało nieco obniżone, ale nie stanowiło już bezpośredniego zagrożenia.
— Stan pacjenta odpowiedni do wybudzenia — stwierdził spokojnie.
Podszedł do szafki medycznej i przygotował niezbędne środki farmakologiczne.
Preparat wspomagający odzyskanie przytomności.
Dawkę elektrolitów.
Środek ograniczający gwałtowne reakcje stresowe po wybudzeniu.
Wszystko zgodnie z procedurami dotyczącymi pacjentów potencjalnie agresywnych.
Po sprawdzeniu dawek podłączył ampułki do istniejącego wkłucia kroplówki.
Przez chwilę obserwował przepływ cieczy w przewodzie.
Następnie uruchomił pompę infuzyjną.
Przez kilka sekund w ambulatorium słychać było jedynie pracę aparatury.
Monitor wyświetlił niewielkie przyspieszenie akcji serca.
Drgnienie mięśni twarzy.
Ruch palców.
Oddech stał się głębszy.
Adam pozostał nieruchomy przy łóżku.
Gotowy zareagować na każdą możliwą reakcję pacjenta.
Po chwili powieki J. Purcella poruszyły się.
I otworzył oczy. -
Krzyk PustkiAdam ostrożnie ułożył nieprzytomnego rozbitka na przygotowanych noszach. Następnie przykucnął obok i sprawnym ruchem przyłożył skaner diagnostyczny do jego szyi.
Tętno.
Oddech.
Saturacja.
Reakcja źrenic.
Dane pojawiały się na ekranie urządzenia niemal natychmiast.
— Pacjent żyje. Stan stabilny. Widoczne objawy wycieńczenia i niedotlenienia.
Po krótkiej ocenie zabezpieczył poszkodowanego pasami transportowymi.
Karabin rozbitka, wcześniej rozładowany i zabezpieczony, przewiesił przez plecy, pozostawiając wolne ręce do obsługi noszy.
— Transportuję pacjenta do ambulatorium. Rozpoczynam procedury diagnostyczne.
Nie czekając na odpowiedź ruszył korytarzem w stronę medlabu, prowadząc nosze przed sobą. Metaliczne koła cicho turkotały po pokładzie statku, podczas gdy Adam koncentrował się już na kolejnych etapach leczenia i identyfikacji tajemniczego pasażera kapsuły. -
Krzyk PustkiCiemność pochłonęła wnętrze kapsuły.
Adam pozostał nieruchomy przy grodzi śluzy, nasłuchując.
Nie potrzebował światła.
Wystarczały mu dźwięki.
Oddech.
Szum poruszającego się ciała.
Metaliczne stuknięcie kolby o poszycie.
Dane spływające z czujników statku pozwalały mu na bieżąco aktualizować model sytuacji.
Poziom tlenu spadał.
Tętno napastnika rosło.
Oddech stawał się coraz szybszy i bardziej urywany.
Panika.
Hiperwentylacja.
Przyspieszone zużycie resztek dostępnego powietrza.
Syntetyk przeprowadzał kolejne kalkulacje.
Człowiek w takim stanie traci zdolność logicznego myślenia.
Następnie koordynację ruchową.
W końcu przytomność.
Pozostawało jedynie wybrać właściwy moment.
W ciemności rozległ się kolejny hałas.
Tym razem cięższy.
Jakby ktoś osunął się o ścianę.
Adam ruszył.
Bez ostrzeżenia.
Bez zawahania.
W jednym płynnym ruchu przekroczył właz kapsuły.
Wnętrze było niemal całkowicie ciemne.
Dla niego nie miało to znaczenia.
Dostrzegł sylwetkę mężczyzny próbującego utrzymać broń w drżących dłoniach. Napastnik ledwie stał na nogach.
Jeden krok.
Chwyt za lufę.
Skręt.
Karabin został wyrwany z osłabionych rąk, zanim jego właściciel zdążył zareagować.
Druga dłoń Adama zacisnęła się na przedramieniu mężczyzny, odbierając mu równowagę.
Napastnik próbował się szarpnąć.
Bezskutecznie.
Wycieńczony brakiem tlenu organizm nie był w stanie przeciwstawić się sile syntetyka.
Mężczyzna osunął się bezwładnie.
Adam podtrzymał go jeszcze przed uderzeniem o pokład.
— Zagrożenie wyeliminowane — powiedział spokojnie.
Kilka sekund później w kapsule rozbłysły awaryjne lampy.
Czerwone światło wypełniło wnętrze.
Właz otworzył się szerzej.
Z mroku wyłoniła się sylwetka syntetyka.
Na jednym ramieniu niósł nieprzytomnego pasażera kapsuły niczym ważący niewiele pakunek. W drugiej dłoni trzymał zabezpieczony karabin.
Spokojnym krokiem opuścił wnętrze kapsuły i wszedł do śluzy.
Czerwone światła alarmowe odbijały się od białego kombinezonu medycznego.
Przez chwilę panowała cisza.
Adam spojrzał przez grube okna obserwacyjne.
Po drugiej stronie grodzi stała załoga.
Obserwowali każdy jego ruch.
Syntetyk bez pośpiechu odłożył zabezpieczoną broń na pokład śluzy.
Następnie uniósł wzrok.
I wykonał gest rzadko spotykany u androidów.
Uniósł kciuk do góry.
Krótki, jednoznaczny sygnał.
Sytuacja znajdowała się pod kontrolą. -
Krzyk PustkiAdam zareagował, zanim ostatni huk wystrzału zdążył wybrzmieć w metalowym wnętrzu śluzy.
Syntetyczne mięśnie wyrzuciły go poza linię ognia z prędkością niedostępną dla ludzkiego organizmu. Plecami przywarł do ściany obok włazu, wykorzystując masywną konstrukcję śluzy jako osłonę. Przez ułamek sekundy przeanalizował sytuację.
Uzbrojony.
Skrajnie wycieńczony.
Pobudzony stresem.
Prawdopodobnie odwodniony.
Prawdopodobnie zdezorientowany.
Nieprzewidywalny.
Słowa nieznajomego odbiły się echem od metalowych ścian.
Adam nie odpowiedział od razu.
Pozwolił, by cisza trwała kilka sekund.
Gdy się odezwał, jego głos był spokojny i pozbawiony emocji.
— Proszę zachować spokój.
Mówił wyraźnie, nie podnosząc tonu.
— Znajduje się pan na pokładzie cywilnej jednostki ratunkowej. Nie jesteśmy personelem wojskowym i nie stanowimy dla pana zagrożenia.
W tym samym czasie jedna z jego dłoni powędrowała do podręcznej apteczki przypiętej do pasa. Bez odrywania uwagi od wejścia kapsuły odnalazł ampułkę środka uspokajającego oraz automatyczny iniektor.
Ruch był płynny i niemal niezauważalny.
— Strzelanie wewnątrz statku kosmicznego bywa niekorzystne dla wszystkich obecnych. Zalecam odłożenie broni i podjęcie rozmowy.
Klik.
Iniektor został przygotowany do użycia.
Adam schował go częściowo za osłoną własnego ciała.
— Pańska kapsuła ratunkowa została podjęta przez jednostkę cywilną. Otrzymaliśmy sygnał SOS i odpowiedzieliśmy na wezwanie.
Przez chwilę wsłuchiwał się w oddech dobiegający z wnętrza kapsuły, próbując ocenić stan nieznajomego.
— Jeżeli jest pan ranny, mogę udzielić pomocy medycznej. Jeżeli jest pan głodny lub odwodniony, również możemy rozwiązać ten problem.
Syntetyk nie poruszył się ani o centymetr.
Nie próbował zaglądać do środka.
Nie prowokował.
Jedynie czekał.
Przygotowany zarówno na rozmowę, jak i na moment, w którym wycieńczony strzelec popełni pierwszy błąd. Wtedy jeden szybki ruch wystarczyłby, by podać środek uspokajający i zakończyć sytuację bez dalszego rozlewu krwi. -
Krzyk Pustki@GreK a potraktować cie mikrofalami?
-
Krzyk PustkiAdam przyjął od Siergieja miernik promieniowania bez zbędnych słów. Urządzenie natychmiast znalazło się w jego dłoni, gdy spojrzał na dane przesyłane przez systemy statku.
Promieniowanie: 5 mSv.
Atmosfera wewnętrzna: podwyższone stężenie dwutlenku węgla.
Temperatura kadłuba: znacznie poniżej norm operacyjnych.
Nie były to wartości alarmowe.
Ale nie były również normalne.
Kapsuła USS Bleinert pozostawała przyczepiona do zewnętrznego włazu śluzy. Gruba warstwa pancerza statku oddzielała ją od próżni, a Adam miał dostęp jedynie do tej części kadłuba, która znajdowała się bezpośrednio za grodzią śluzy.
Na moment zatrzymał się przed wewnętrznym panelem sterowania.
— Opiekunie, uruchom system nagłośnienia.
Krótka pauza.
— Głośność optymalna. Nie zakłócać pracy załogi.
Po chwili dodał:
— Włącz muzykę. Richard Wagner. Wejście Bogów do Walhalli.
W śluzie rozległy się pierwsze dźwięki orkiestry.
Adam wszedł do środka.
Ogromne wrota zamknęły się za nim z ciężkim, metalicznym hukiem. Pomieszczenie było przestronne, lecz niemal puste. Przed nim znajdował się jedynie fragment lodowatego kadłuba kapsuły, przycumowanej do zewnętrznego pierścienia dokującego.
Warstwa szronu pokrywała metal niczym cienka skorupa lodu.
Syntetyk powoli zbliżył się do włazu ratunkowego.
Miernik Geigera przesuwał wzdłuż dostępnego fragmentu poszycia, kontrolując poziom promieniowania przy zamkach, uszczelkach i mechanizmach dokujących. Trzaski urządzenia pozostawały jednostajne. Nie wskazywały na obecność niebezpiecznego źródła promieniowania.
Następnie położył dłoń na lodowatym kadłubie.
Metal był zimny niemal jak powierzchnia kriokomory.
Przez chwilę analizował dane spływające z czujników.
Brak uszkodzeń widocznych z tej strony.
Brak śladów przebicia.
Brak oznak gwałtownej dekompresji.
A jednak wewnątrz panowało wysokie stężenie dwutlenku węgla.
To oznaczało, że odpowiedzi należało szukać dalej.
Wagnerowska orkiestra narastała za jego plecami, gdy Adam stanął przed jedynym włazem kapsuły.
Spojrzał na mechanizm zamykający.
Potem na wyświetlacz miernika.
I wreszcie położył dłoń na masywnej dźwigni.
— Otwieram właz.
Jego głos rozbrzmiał spokojnie w przestrzeni śluzy.
Palce zacisnęły się na zimnym metalu.
Procedura otwarcia została rozpoczęta. -
Krzyk PustkiJedno pytanie bo sesja zamarła.
Czekacie za moim wejściem do sluzy?
Bo ja czekam za postem podającym odczyty ze sluzy po przyjęciu kapsuły. -
Krzyk PustkiAdam odłączył się od grupy bez słowa. W chwili, gdy decyzja o przechwyceniu kapsuły ratunkowej zapadła na mostku, jego priorytety zostały automatycznie zaktualizowane.
Ratownictwo.
Diagnostyka.
Izolacja zagrożeń.
Metalowe korytarze statku mijały go w jednostajnym rytmie, gdy kierował się do ambulatorium. Nie spieszył się, lecz mimo to dotarł na miejsce szybciej, niż większość członków załogi zdołałaby pokonać ten sam dystans.
Po wejściu aktywował kolejne procedury przygotowawcze.
Na mobilny wózek medyczny trafiły zestawy pierwszej pomocy urazowej, automatyczne iniektory, środki przeciwbólowe, preparaty stabilizujące funkcje życiowe oraz przenośny skaner diagnostyczny. Obok nich umieścił pakiety transfuzyjne, respiratory awaryjne i zestawy chirurgiczne przeznaczone do działań w warunkach polowych.
Następnie przeszedł do wyposażenia dekontaminacyjnego.
Hermetyczne maski.
Przenośny analizator skażeń.
Zestawy dekontaminacyjne.
Jednorazowe osłony biologiczne.
Przenośne dawkomierze i środki przeciwradiacyjne.
Każdy element został sprawdzony dwukrotnie pod kątem sprawności oraz poziomu zapasów.
Kapsuła nadająca sygnał SOS mogła zawierać rannych.
Mogła zawierać osoby napromieniowane.
Mogła zawierać coś znacznie gorszego.
Procedury wymagały przygotowania na każdą możliwość.
Gdy zakończył kompletowanie wyposażenia, przesłał krótki komunikat do mostka.
— Zestawy medyczne, ratownicze i dekontaminacyjne przygotowane. Jestem gotów do przyjęcia rozbitków.
Po chwili opuścił ambulatorium, ciągnąc za sobą mobilny wózek wyposażony we wszystko, czego mogła wymagać sytuacja kryzysowa.
W pobliżu śluzy zatrzymał się i zajął pozycję przy stanowisku medycznym. Wózek ustawił tak, aby zapewnić natychmiastowy dostęp do sprzętu po otwarciu włazu.
Potem po prostu czekał.
Nieruchomy.
Spokojny.
Gotowy na spotkanie z tym, co przybywało do nich z ciemności między gwiazdami.