– Dobra ludzie, zbierać graty i do wozów!
Długa kolumna wojskowych pojazdów stała wzdłuż ulicy. Ciężarówki, Humvee, nawet kilka Strykerów z półcalówkami na dachu. Żołnierze krążyli dookoła jak mrówki, pakując do pojazdów sprzęt i amunicję. Wokół Johna zebrała się grupka kilku ludzi, przerywając ładowanie starego Hummera. Od razu posypały się pytania, poprzedzone nerwowymi spojrzeniami.
– Co się dzieje, sierżancie?
– Gdzie tym razem?
– Ewakuują nas w końcu?
John spojrzał na nich zmęczonym wzrokiem. Przez chwilę zacisnął szczękę, zanim odezwał się pewnym, mocnym głosem.
– Robimy, co do nas należy. Zabezpieczamy cywilów. Mamy rozkaz ewakuacji McCormick Place. Są tam setki ludzi otoczonych przez… przez wroga.
– McCormick Place? To jest kurwa w centrum! To samobójstwo…
– Wysłali tam sto siedemdziesiąty ósmy parę dni temu. Nikt nie wrócił…
– Zamknij ryj Galíndez! – odezwał stojący obok kapral – Moi mogą tam być. Twoja żona też. Już o niej zapomniałeś?
– Z całym szacunkiem, spierdalaj sir! Martwy sie jej nie przydam.
– Słuchaj Galíndez. Ty…
John uniósł głos, ucinając rozmowy.
– Spokój! To ciągle kurwa jest wojsko! Nikt nie wrócił, bo wciąż tam są. Trzymają budynek i pilnują cywilów. Naszym zadaniem jest ich stamtąd wyciągnąć. Przebijamy się, ładujemy ludzi na ciężarówki i zabieramy do Fort Sheridan. Strzelać tylko na rozkaz. Oszczędzać amunicję. Wjeżdżamy i wyjeżdżamy, szybko i czysto. I żadnego kurwa bohaterstwa. Pytania?
Tym razem nie było żadnych. – To do wozu!
Żołnierze zaczęli wsiadać do pojazdów, mrucząc pod nosem przekleństwa. John już miał wsiadać do samochodu, ale odwrócił, słysząc kroki za sobą i zasalutował widząc kto nadchodzi.
– Sir!
– Spocznij sierżancie. Gotowi do wymarszu?
– Tak sir, możemy ruszać.
– Świetnie. Jedziecie na szpicy. Reszta kolumny rusza dwie minuty za wami. Meldować o wszystkim. Zresztą znasz procedure.
– Tak sir. Kto jedzie z nami?
– Nikt. Nie mam już kogo wam przydzielić…
John starał się nie okazać emocji, ale jego wzrok mówił wszystko.
– Rozumiem. Wykonamy zadanie…
– To już nasze ostatnie zadanie tutaj sierżancie. Góra zbiera wszystko co zostało w Fort Sheridan. Baza jest już ufortyfikowana i zbierają zapasy. Sprowadzimy tam wszystkich i zaczniemy oczyszcza okolicę z… z wroga.
– Tak sir.
– Jak ludzie? Trzymają się jakoś?
– Póki co jeszcze tak. Martwią się o rodziny. To gówno jest wszędzie, każdy kogoś gdzieś ma. Radio pracuje cały czas i sam Pan wie co w większość przychodzi…
– Wiem. Trzymaj ich w ryzach jeszcze trochę. Po tej akcji, jak będziemy już w Fort Sheridan będzie lepiej…
– Tak sir.
– A co z wami sierżancie? Sara i Wendy… Są bezpieczne?
– Tak sir... – John odpowiedział niemal automatycznie, ale potem zamilkł na sekundę zanim dokończył. – Są w Nowym Orleanie…
John patrzył w skupieniu na grób, który jeszcze kilka godzin temu sam wykopał. W ramionach czuł jeszcze wysiłek i opór, jaki stawiała ziemia, nie chcąc przyjąć kolejnego ciała. Chyba nawet ona miała już dość tego typu „podarunków”. Głos Troya niósł się po polanie, ale John prawie go nie rejestrował. Jego myśli były gdzieś daleko. Chociaż nie, nie "gdzieś". Był w bardzo konkretnym miejscu, wcale nie tak daleko stąd. Czy tam też znajdzie taki grób? Jeden? Dwa? Może nawet trzy… Nie. Za każdym razem, gdy te myśli wracały, odpychał je z uporem, choć inna część niego nie pozwalała o nich zapomnieć.
Jego spojrzenie na chwilę musnęło Ruth, ale zaraz potem przeniosło się na Elenę, stojącą nieco z boku. Kobieta jedną dłonią mocno przyciskała brzuch, jakby chciała uchronić to, co w nim rosło przed wszystkim wokół. Patrzyła na małą Ruth, która trzymała się spódnicy Theresy. Jej twarz była spięta, usta zaciśnięte, a z oczu płynęły łzy, choć bardzo starała się je zatrzymać. Kiedy reszta zaczęła się powoli rozchodzić, obrócił się do niej.
– Hej.
Elena nie spojrzała od razu. Przez chwilę wciąż wpatrywała się w Ruth.
– Trzymasz się? – zapytał ciszej.
Skinęła głową, ale ruch był krótki, prawie automatyczny.
– Ruth… – odezwała się w końcu, ledwie słyszalnie, gdy dziewczynki nie było już w zasięgu jej głosu. – Została sama.
John przez moment milczał.
– Nie została – powiedział spokojnie. – Nie zostawimy jej – odparł niemal mechanicznie, jakby to było tak oczywiste. Przecież powinno być, prawda? Po chwili wahania uniósł rękę i objął ją ramieniem. Przyciągnął delikatnie, ale pewnie. Elena spięła się na ułamek sekundy, po czym pozwoliła sobie utonąć w tym uścisku, rozluźniając ciało. Oparła czoło o jego ramię. Jej oddech był nierówny. Przez kilka chwil stali tak w ciszy.
– Poradzę sobie – mruknęła.
– Poradzisz sobie. Ale nie musisz być sama. Ani teraz, ani potem…
Elena uniosła głowę. Spojrzała na niego z bliska. W jej oczach majaczyło coś, czego nie dało się łatwo nazwać. Kiedyś, strasznie dawno temu, mówiło się po prostu, że „to skomplikowane”. Teraz… W sumie, czego innego się spodziewał?
– Nie sama? Naprawdę? A z kim?
Odsunęła się z drwiącym uśmiechem na twarzy. Nie gwałtownie, ale zdecydowanie. Wyplątała się z jego ramienia i zrobiła krok w tył, jakby nagle potrzebowała dystansu. Spojrzenie Johna zrobiło się twarde, przez co Elena od razu odwróciła wzrok. Spojrzała na niego jeszcze raz – krótko, ostrożnie.
– Poradzę sobie – powtórzyła ciszej.
Odwróciła się i ruszyła sama w stronę obozu, nie oglądając się.
John został przy mogile. Ręka, którą przed chwilą ją obejmował, opadła powoli wzdłuż ciała. Spoglądał za nią ponurym wzrokiem przez dłuższą chwilę, po czym raz jeszcze spojrzał na świeży grób. Westchnął cicho i poprawił pasek karabinu na ramieniu. Mechanicznie sprawdził stan broni, z ponurym wyrazem twarzy po raz kolejny odnotowując ilość amunicji.
– Najpopularniejszy rodzaj amunicji w najbardziej uzbrojonym kraju świata… – mruknął do siebie, zirytowany.
Z oddali widział, że ludzie, jak zawsze, zbierają się przy kamperze, ich małej ostoi w tym parszywym świecie. Nie musiał tam być, żeby wiedzieć, jakie nastroje panują w grupie.
– Jeszcze tylko kawałek, tylko mały kawałek…
Westchnął ciężko, przywołał najbardziej zdecydowany i pewny wyraz twarzy, na jaki było go stać i ruszył w ich kierunku.
– TJ. Zaczekaj chwilę.
John zatrzymał go, gdy z bronią w ręku wychodził z kampera. Nietrudno było się domyślić, gdzie się wybiera, ale John potrzebował jeszcze przez chwilę jego znajomości lokalnego terenu. W razie czego poprawi go, jeśli coś źle oszacował.
Potem podniósł głos tak, żeby usłyszeli go wszyscy.
– Słuchajcie mnie chwilę.
Kilka osób uniosło głowy. Ktoś odłożył torbę. Roy przestał kręcić pokrętłem. Nawet Archibald się przebudził i spojrzał na niego z zainteresowaniem. Względnie z irytacją albo obrzydzeniem — u niego ciężko było stwierdzić. Staruszek splunął żółtą flegmą przed siebie, brudząc sobie czubek buta. Dobra, teraz już łatwiej...
– Niedaleko stąd, po północnej stronie jeziora, jest Camp Villere. Baza Gwardii koło Slidell. Byłem tam kiedyś na szkoleniu. Solidne budynki, beton, ogrodzenie, duże warsztaty i garaże, w których spokojnie zmieścimy kamper i terenówkę. To nie namioty. To mury, które mają szansę przetrwać to, co na nas idzie.
Zrobił przerwę, spoglądając po ich twarzach i oceniając, czy udało mu się choć trochę wyrwać ich z marazmu i nadać jakiś cel. Jakikolwiek…
– Nie musimy pchać się przez miasto ani przejeżdżać przez centrum… Trasa prowadzi I-12, bokiem. Paliwa nam starczy. Może nawet znajdziemy tam coś więcej. Pewnie już wielu próbowało przed nami, ale byłem w takich miejscach. Wiem, gdzie trepy chowają różne rzeczy, nawet sami przed sobą. Poza tym, jeśli ktoś miałby szukać schronienia w okolicy, to właśnie tam. Przez kilka tygodni jeszcze nadawali. Dostawaliśmy komunikaty z bazy. Mieli robić strefę ewakuacyjną, coś jak Fort Sheridan u nas na północy…
John zamilkł na chwilę, zdając sobie sprawę, że to nie był do końca udany przykład. Ale to było jeszcze w Chicago, milion lat temu…
– Wszyscy wiemy, że nie możemy tu zostać. Jak wyruszymy jutro, powinniśmy dotrzeć tam jeszcze za dnia i ocenić sytuację. W razie czego poszukamy czegoś innego. Były jeszcze inne bazy w tej okolicy. Znajdziemy coś.
John spojrzał na TJ-a, szukając jego poparcia. I zrozumienia, że grupa potrzebuje czegoś realnego, do czego może zmierzać, zostawiając ten grób za sobą…
– Co myślisz? Uda się nam tam dotrzeć?