Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
MilobM

Milob

@Milob
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
21
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Herbata Zielińskiego była za słodka i parzyła w palce, ale nic w ostatnich dniach nie smakowało lepiej. Maks słuchał, jak gospodarz wykłada im swój plan – sklep, zapasy, przeczekać najgorsze – i z każdym zdaniem zgadzał się bardziej. Proste, logiczne, bez fajerwerków. Wyglądało na to, że Zieliński też nie potrzebował trzeciego papierosa, żeby zacząć planować.

    Przed snem postawili z Wiktorią wieżę z garnków pod drzwiami. Wyszła krzywa, ale stała. Maks oparł obok łom, sprawdził jeszcze raz telefon – wiadomość do matki dalej wisiała na „wysyłaniu” – i poszedł pomóc przy materacu. Sebastianowi przypadł przedpokój, co skwitował tekstem o korynckiej ladacznicy, a Maks, ku własnemu zaskoczeniu, parsknął śmiechem. Robił się z niego jakiś wesołek.

    Zasnął, jak tylko przyłożył głowę do materaca. W wojsku uczą tego szybciej niż strzelania. Raz obudził go szelest – Owczarek zbierał poduszkę i wymykał się z kuchni. Maks uchylił jedno oko, zarejestrował, że nic się nie pali, i zasnął z powrotem.

    Obudził go dźwięk.

    Znał go. Mył szyby w Mordorze, przy samym Okęciu, a samoloty schodziły tam do lądowania tak nisko, że czasem czuł, jak drży lina. Tylko że ten dźwięk był nie w tej tonacji. Silniki nie szumiały – wyły. Za nisko. Za blisko. Za szybko.

    Usiadł na materacu, zanim zdążył pomyśleć. Szyby w kuchni zadrżały.

    Potem przez szpary w roletach wlało się światło – krwawopomarańczowe, jasne jak w południe. Ciało zareagowało samo. Przetoczył się z materaca pod parapet i zakrył głowę ramionami.
    — Od okien! — ryknął w stronę pokoju.
    Jego krzyk utonął w huku.

    Blok jęknął jak stary statek. Podłoga przez sekundę falowała, a szyby zabrzęczały w ramach – ale wytrzymały. Na szkoleniu powtarzali to do znudzenia: przy wybuchu najczęściej zabija szkło. Leżał jeszcze chwilę, licząc oddechy, aż na zewnątrz rozwyły się alarmy samochodowe. Najpierw jeden, potem dziesięć, potem chyba wszystkie na Służewcu.

    Dopiero wtedy wstał i podciągnął roletę na kilka centymetrów.

    Kawałek dalej, między blokami, płonął samolot. Duży, pasażerski, przełamany jak zapałka. Nad wrakiem iskrzyły zerwane linie wysokiego napięcia, a ogień lizał ściany najbliższych budynków. Maks patrzył na to i przez długą chwilę nie potrafił myśleć o niczym innym niż o tym, ilu ludzi było w środku.

    Potem odruchowo sięgnął po telefon. Naładowany do pełna. Wiadomość do matki: „Dostarczono”. Odpowiedzi brak. O czwartej rano to jeszcze nic nie znaczyło. Powtarzał to sobie, wciągając spodnie i sznurując buty.

    W progu dużego pokoju omal nie wpadł na Owczarka. Ratownik stał bez ruchu i patrzył. Maks podążył za jego wzrokiem – Wiktoria w pośpiechu się przebierała – i od razu odwrócił głowę. Owczarek nie odwrócił. Patrzył o sekundę za długo, zanim w końcu ruszył na balkon. Maks zanotował to sobie. Nic nie powiedział.

    Na balkonie zrobiło się tłoczno, więc został w drzwiach. Lornetki nie potrzebował, żeby zrozumieć, co widzi. Z bocznych uliczek wyłaniały się sylwetki – powolne, nieskładne, sunące w stronę ognia jak ćmy do lampy. Jedna rzuciła się na policjanta. Potem rozległy się strzały. Krótka broń, pojedyncze, nerwowe. Za mało.

    Z balkonu doleciało go słowo „szwendacze” – Zieliński najwyraźniej miał już na to nazwę. Sebastian się skrzywił, ale Maks uznał, że słowo pasuje. Wolałby, żeby nie pasowało. Wójcik stwierdziła, że jest gorzej, niż myślała, i Maks pomyślał, że to chyba najbardziej optymistyczne zdanie, jakie usłyszy dzisiaj.

    — Na to wygląda — odezwał się, kiedy Wiktoria zapytała, czy każdy zarażony reaguje na hałas. — Idą na dźwięk. Może i na światło. Czyli na ulicy żadnych latarek i żadnego gadania.
    Spojrzał na Sebastiana.
    — A z tą bezpieczną okolicą bym nie przesadzał. Alarmy wyją na całym Służewcu. Jeśli ich ciągnie hałas, to mają teraz z czego wybierać. — Zamyślił się na moment. — Ale jest i dobra strona. Przy tym jazgocie nikt nie usłyszy, jak otwieramy Żabkę.

    — Wiktoria ma rację — dodał, kiedy wspomniała o sklepie. — Za godzinę zrobi się jasno i pół Służewca wpadnie na ten sam pomysł. Teraz policja i… one są zajęte samolotem. Lepszej chwili nie będzie. — Na uwagę o filmach wzruszył ramionami. — Ja tam wiedzę mam z poligonu. Filmy najwyżej ją potwierdzają.

    Kątem oka zobaczył, jak Wiktoria odkłada adidasy Zielińskiego, bierze swoje eleganckie buty i bez ceregieli odłamuje w nich obcasy.
    — Pierwsza rozsądna rzecz, jaką ktoś tu dziś zrobił — mruknął z uznaniem. — Porządne buty i tak ci załatwię. Obiecałem.

    Poszedł do przedpokoju, podniósł łom spod drzwi i zważył go w dłoni.
    — Klucz uniwersalny — przyznał Sebastianowi. — Tylko że otwiera nie tylko drzwi. — Potem zwrócił się do wszystkich: — Idziemy w trzy, cztery osoby, nie więcej. Wchodzimy, bierzemy, wychodzimy. Dziesięć minut, nie dłużej. Najpierw woda, potem konserwy, baterie, plastry i coś przeciwbólowego. Zapalniczki. Papierosy. — Zerknął na Sebastiana. — Nie patrz tak, to inwestycja. I skarpety, jeśli będą. — Ostatnie zdanie skierował do Wiktorii. — A na ladzie zostawimy kasę. Póki pieniądze mają jakąś wartość, niech mają.
    Powiódł wzrokiem po pozostałych.
    — Ktoś musi zostać przy drzwiach i otworzyć nam bez pytań, jak wrócimy. Najlepiej ktoś z lornetką na balkonie, żeby widział, czy coś za nami nie idzie.

    Wiktoria zbierała już reklamówki i wypytywała Zielińskiego oraz Sebastiana tonem, jakim pewnie prowadziła rozmowy kwalifikacyjne. Nie musiał pytać, czy idzie.
    — Idziesz za mną — powiedział tylko. — Jak powiem „stój”, stoisz. Jak powiem „wracamy”, wracamy. Na dyskusje będzie czas potem.

    Ukląkł przy drzwiach i zaczął rozbierać wieżę z garnków, pokrywka po pokrywce, tak cicho, jak się dało. Jedna brzęknęła i wszyscy na moment zamarli, ale alarmy na zewnątrz zagłuszyły ją bez trudu. Za drzwiami wór ze smrodami, który wystawiła Wiktoria, wciąż trzymał wartę.
    — Wychodzimy za dwie minuty — rzucił przez ramię. — Kto idzie, niech zakłada buty.

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Parking powitał ich ciszą. Taką, od której Maksowi jeżyły się włosy na karku. Blade świetlówki brzęczały nad pasami jezdni, a między samochodami zalegał półmrok, w którym mogło czaić się wszystko. Szedł przodem, z latarką w dłoni i drugą ręką przy łomie, i przy każdym filarze spodziewał się, że coś zza niego wyskoczy.

    Nic nie wyskoczyło.

    Zieliński mruczał pod nosem, że idzie zbyt prosto. Maks nie odpowiedział, ale w duchu przyznał mu rację. W wojsku powtarzali, że jeśli natarcie idzie wyjątkowo gładko, to znaczy, że właśnie wchodzisz w zasadzkę.

    Przy budce ochrony zwolnił. Pusto. Tylko kluczyki porzucone na blacie, jakby ktoś wyszedł na chwilę i już nie wrócił. Przez sekundę bił się z myślami, potem sięgnął do środka i wsunął je do kieszeni. Nie sprawdzał, który samochód mrugnie światłami – nie teraz, nie w tej ciszy. Ale w świecie, który właśnie się sypał, kluczyki do czegokolwiek na kołach mogły się jeszcze przydać.

    Kiedy dogoniła ich Wójcik, odruchowo zerknął jej przez ramię, w głąb ciemnego korytarza. Nikt za nią nie szedł.

    Brama otworzyła się niemal bezgłośnie i do środka wpadło nocne powietrze. Maks wciągnął je głęboko. Po trzech dniach w szklanym pudle, w klimatyzowanej duchocie, smakowało jak pierwszy łyk wody po całodniowym marszu.

    Zieliński prowadził, Maks zamykał szyk. Ktoś musiał pilnować tyłów, a to akurat umiał. Co kilkadziesiąt kroków oglądał się przez ramię, lustrował bramy, ciemne okna i wyloty przecznic. Przed nim przez całą drogę stukały obcasy Wrońskiej. Pół miasta na obcasach, a ona ani razu nie jęknęła. Zapamiętał to sobie. Nikt nie wybiera stroju na koniec świata, ale nie każdy potrafi iść w nim bez marudzenia.

    Kiedy zza zakrętu wypadła kolumna – dwa radiowozy, wóz strażacki, karetka – wszyscy rzucili się za wiatę przystanku. Maks przykucnął ostatni, z ręką na łomie, i odprowadzał wzrokiem migające światła, dopóki nie zniknęły. Nikt nawet nie zwolnił.

    Później jeszcze dwa razy nie zdążyli się schować. I dwa razy radiowóz na sygnale minął ich, jakby byli powietrzem. Dopiero wtedy Maks zrozumiał, co niepokoi go w tym najbardziej. Policja, która olewa godzinę policyjną, ma na głowie coś znacznie gorszego niż szóstkę spacerowiczów.

    Im dalej na południe, tym więcej widział. Dym nad dachami. Ogień w oknach jakiegoś budynku w oddali. Syreny, które nie milkły, tylko przesuwały się po mieście, raz bliżej, raz dalej. W końcu na horyzoncie zamajaczyły biurowce Mordoru. Znał je jak mało kto – od zewnątrz, z liny, kilkadziesiąt metrów nad chodnikiem. Teraz stały w większości ciemne i obce, jak nagrobki.

    Blok na Gotarda wyglądał jak setki innych w tym mieście – szary, zmęczony, pamiętający jeszcze Gierka. Cztery piętra po schodach to była pestka po trzydziestu siedmiu w wieżowcu. Maks patrzył, jak Zieliński zasuwa zamki jeden po drugim – trzy antywłamaniowe, łańcuch, mosiężny skobel – i z każdym kolejnym czuł, jak schodzi z niego warstwa napięcia. Paranoja paranoją, ale to dzięki niej spali dziś za drzwiami, których nie powstydziłby się bank.

    W mieszkaniu pachniało stęchlizną i kebabem z poprzedniej epoki. Na ścianach wisiały mapy, notatki i wycinki z gazet, a na regale, między książkami, stała maska przeciwgazowa. Maks zatrzymał na niej wzrok dłużej, niż wypadało. Jego własna kawalerka wyglądała przy tym jak koszary: łóżko, szafa, wszystko poskładane w kostkę, gołe ściany. Żadnych map. Może to był błąd.

    Scenę między Owczarkiem a Wójcik obserwował w milczeniu. Nie znał całej historii i nie zamierzał wchodzić między młot a kowadło. Kiedy jednak ratownik zniknął w kuchni, a Wójcik została z jego kurtką w rękach, Maks, przechodząc obok, mruknął:
    — Swoje gacie wypiorę sam. Proszę się nie przejmować.

    Chwilę później Owczarek obwieścił, że zajmuje łazienkę na pół godziny. Maks przewrócił oczami. W koszarach po dziesięciu minutach wyważyliby mu drzwi.

    Uchylił drzwi balkonowe, żeby choć trochę przewietrzyć mieszkanie, wyszedł na zewnątrz, oparł łom o ścianę i wyciągnął papierosy. Chciał chwili spokoju.

    Skrzypnięcie drzwi balkonowych sprawiło, że Maksymilian odwrócił się szybciej, niż było trzeba. Dopiero kiedy rozpoznał Wiktorię, wypuścił powietrze. Ciało jeszcze nie przyjęło do wiadomości, że są już poza wieżowcem. Głowa zresztą też nie bardzo.

    Wiktoria Wrońska & Maksymilian Kruk

    text alternatywny

    — Mogę? — Blondynka wyciągnęła rękę, wskazując na paczkę. — Nie chcę się narzucać. Jeśli woli pan odetchnąć tutaj bez towarzystwa, wrócę później.
    Uśmiechnęła się nieznacznie, jakby chciała dać znać, że naprawdę nie będzie miała z tym problemu.

    Przypalił w końcu papierosa i zaciągnął się, zanim odpowiedział. Kojarzył ją głównie z działu HR. Pewnie wiedziała o nim więcej niż on o niej – w końcu to u niej leżała jego teczka. Za to w wieżowcu zobaczył coś, czego nie wpisuje się do akt: kiedy robiło się nerwowo, nie panikowała, tylko rozglądała się, komu pomóc. W wojsku nauczył się cenić takich ludzi. Zwykle było ich za mało.

    Wytrząsnął z paczki papierosa i podał go jej filtrem do przodu.
    — Proszę. Tylko niech Sebastian nie widzi. Według niego właśnie przepuszczam majątek.
    Pstryknął zapalniczką i osłonił płomień dłonią.
    — I nie narzuca się pani. Gdyby tak było, powiedziałbym.
    W kąciku jego ust coś drgnęło. Może uśmiech, a może tylko grymas od dymu.

    Wiktoria przyjęła papierosa z lekkim uśmiechem i nachyliła się do płomienia. Przytrzymał go, aż koniec się zajął. Zaciągnęła się jak ktoś, kto kiedyś robił to często – zauważył to, ale nie skomentował.

    Oparł się o barierkę i znów zapatrzył w miasto. Nad dachami unosiły się łuny pożarów, ulice świeciły pustkami. Godzina policyjna. Pomyślał o ludziach, których – odkąd zamienił mundur na linę – oglądał zza szyb biurowców, pochylonych nad monitorami, pewnych, że jutro będzie takie samo jak dziś. Ciekawe, co sie z nimi stanie. Odsunął tę myśl, zanim zdążyła się rozgościć.

    — Dobrze się pani trzymała — odezwał się w końcu, nie odwracając głowy. — Tam, w środku. Tylko że to zawsze dopada człowieka później. Kiedy robi się cicho i nie ma już nic do zrobienia. — Wzruszył ramionami. — U mnie zwykle przy drugim papierosie.

    Położył paczkę na barierce, między nimi. Wystarczająco blisko, żeby nie trzeba było o nią prosić.
    — Maks — dodał jeszcze po chwili. — Jeśli to pani nie przeszkadza. Ten cały „pan” chyba został w Darpolu.
    — Wiktoria — odpowiedziała z wyraźnym rozbawieniem.
    Skinął głową, jakby przyjmował meldunek. Znali przecież swoje imiona, nazwiska, a nawet stanowiska, a po wspinaczce na trzydzieste siódme piętro – także własne granice wytrzymałości. Formalności i tak straciły sens.

    — Cóż… — Spojrzała na zapalonego papierosa. — W takim razie dziękuję za tak kosztowny prezent. I za to, co powiedziałeś.
    Nigdy nie wiedział, co odpowiadać na podziękowania, więc tylko mruknął coś niewyraźnego w dym.

    Wypuściła powoli dym, spoglądając na rozświetlone miasto.
    — Zabawne, prawda? Na co dzień to ja tłumaczę ludziom, dlaczego emocje czasami przychodzą z opóźnieniem. A teraz sama stoję tutaj i próbuję przekonać organizm, że może już przestać być w pogotowiu. — Uśmiechnęła się nieznacznie. — Chociaż muszę przyznać, że nie spodziewałam się usłyszeć tak trafnej obserwacji akurat podczas papierosa na balkonie.
    — Wiedzieć, jak to działa, to jedno. Przekonać do tego ciało to drugie — odparł. — A najmądrzejsze rzeczy w wojsku słyszałem w palarni. Nie na odprawach.

    Zerknął na nią z ukosa. W świetle łun wyglądała inaczej niż w Darpolu. Spojrzenie miała mniej chłodne, twarz łagodniejszą. Tam kojarzyła mu się z kimś, kto zaraz poprosi o podpis w trzech egzemplarzach. Teraz – po prostu z człowiekiem, który miał bardzo zły dzień.

    — Czyli drugi papieros? — Spojrzała na papierosa w jego dłoni, a potem na niego. — To chyba powinnam zacząć się martwić, co będzie przy trzecim.
    Jakby na potwierdzenie jej słów sięgnął po paczkę i przypalił drugiego od niedopałka.
    — Spokojnie, nic groźnego. Przy trzecim zaczynam planować.
    Na moment się uśmiechnął, ale zaraz spoważniał i spojrzał na migające między łunami światła syren.
    — Dziś nigdzie się nie ruszamy. Godzina policyjna, ciemno, a miasto się pali. Na noc warty, dwójkami, po dwie godziny. Pierwszą biorę ja, i tak nie zasnę. Michała bym oszczędzał – jak coś się stanie, będzie nam potrzebny wypoczęty. Rano radio, wiadomości i przegląd zapasów. Nasz gospodarz pewnie ma ich na pół roku. Pierwszy raz w życiu cieszę się, że ktoś ma paranoję.

    — Chwileczkę. — Uniosła brew, spoglądając na papierosa w jego dłoni. — Mówiłeś, że planować zaczynasz dopiero przy trzecim. A już zdążyłeś rozpisać nam harmonogram na najbliższe kilkanaście godzin. Powinnam się obawiać, co wymyślisz, kiedy faktycznie go zapalisz?
    — Przy trzecim? Mapy, trasy ewakuacji i plan B. Może nawet C. — Urwał i pokręcił głową. — Wybacz. Z wojska można odejść, ale wojsko z człowieka tak łatwo nie wychodzi.
    Nie sięgnął już po paczkę. Trzeciego dziś nie będzie.

    — Nie sądzę, aby warty były potrzebne. Jeszcze nie — zaczęła ze spokojem, strzepując popiół za barierkę.— Jesteśmy na czwartym piętrze, za zamkniętymi drzwiami, a na ulicach obowiązuje godzina policyjna. Oczywiście nie oznacza to pełnego bezpieczeństwa, tego nie neguję. Jednakże sądzę, że dziś powinniśmy wszyscy porządnie wypocząć. Jesteśmy w o niebo lepszej, choć nie idealnej, sytuacji. Tak na poważnie. Dzięki temu jutrzejszy dzień będzie odrobinę lżejszy. — Zerknęła w dół. — Dodatkowo nie ukrywam, że moje buty sprawiają mi problem. Może to błahe, ale cóż…

    Już chciał zaprotestować, ale jego wzrok powędrował za jej spojrzeniem – na bose stopy, zaczerwienione, przyciśnięte do zimnej posadzki. Jeśli ona tak wyglądała, reszta pewnie niewiele lepiej.
    — Dobra, masz rację — przyznał. — Ale drzwi zastawię, a za nimi postawię parę garnków. Jak ktoś spróbuje wejść, usłyszymy. — Wskazał brodą w dół. — A to wcale nie jest błahe. W wojsku powtarzali, że żołnierz jest tyle wart, co jego nogi. Pokaż stopy Michałowi przed snem. Jutro znajdziemy ci porządne buty. Zieliński pewnie ma w szafie ze trzy pary na koniec świata. Za duże? Dwie pary skarpet i będzie jak ulał.

    Wiktoria uśmiechnęła się wyraźnie szerzej i kiwnęła głową.
    — Dobry jesteś — pochwaliła szczerze. — Te garnki to coś, z czym nawet ci pomogę. Jak kiedyś stracę głowę, będziesz pierwszą osobą, do której się zwrócę.
    Maks odchrząknął i nagle bardzo zainteresował się barierką. Komplementy przyjmował jeszcze gorzej niż podziękowania.
    — Dobry to ja jestem w myciu okien — mruknął. — Ale pomoc przy garnkach przyjmę. Tylko uważaj, w wojsku kto się zgłasza, ten robi. A co do głowy… trzymam za słowo. Choć wolałbym, żebyś nie musiała.
    — Nie boję się robić — oznajmiła poważnie. — Po prostu daj mi znać, gdy będziesz się za to zabierał, to zrobimy to razem. I uważaj, bo wór ze starymi smrodami przed drzwiami postawiłam.

    Wyjął z kieszeni martwy telefon i obrócił go w palcach.
    — I trzeba naładować telefony, póki jest prąd.
    — Swój ładuję co wieczór — przyznała, wyjmując smartfon z kieszeni spódnicy. Zerknęła na jego aparat i zmarszczyła brwi. — Chcesz skorzystać?
    Wyciągnęła telefon w jego stronę i przy okazji, zupełnie niechcący, wydmuchała mu dym prosto w twarz. Zmrużył oczy i rozgonił go dłonią, ale się nie cofnął. Delikatnie odsunął za to jej rękę z telefonem.
    — Dzięki, ale nic mi to nie da. Śmieszna sprawa. Kiedyś znało się na pamięć numery do połowy rodziny, a dziś bez swojego telefonu nie zadzwonię nawet do matki. — Postukał w ciemny ekran. — Poczekam, aż się podładuje.
    Wiktoria schowała telefon z powrotem do kieszeni.

    Zamilkł na chwilę, wypuszczając dym.
    — Potem zdecydujemy, czy tu siedzimy, czy próbujemy wyrwać się z miasta, zanim zrobi się gorzej. Duże miasto w takiej sytuacji to pułapka. Za dużo ludzi, za mało wyjść. — Dopiero teraz odwrócił się do niej przodem. — A ty? Masz kogoś, do kogo musisz się dostać?
    — Ja mam rodziców. Tylko. Mieszkają w domu poza Warszawą — przyznała prosto z mostu, zaciągając się. — Reszty rodziny nawet nie lubię, w dupie to mam.
    Uniósł brew.
    — Tego chyba nie uczą na szkoleniach z HR.
    Parsknęła.
    — Nie, na szkoleniach z HR uczą, jak powiedzieć komuś „mam cię w dupie”, żeby jeszcze podziękował za konstruktywny feedback.
    Tym razem roześmiał się naprawdę. Pierwszy raz tej nocy, krótko i chrapliwie, jakby wyszedł z wprawy.
    — To by wiele tłumaczyło. Po każdej wizycie w kadrach czułem, że powinienem jeszcze podziękować.

    Zauważył, jak zawiesiła głos na tym „tylko”, ale nie dopytywał. Każdy ma jakąś teczkę, której nie pokazuje się obcym.
    — Dobrze, że twoi są poza miastem. Tam pewnie spokojniej niż tutaj.
    — A na ciebie ktoś czeka? Żona, dzieci? Sierżant? — rzuciła luźnym półżartem.
    Na wzmiankę o sierżancie pokręcił głową z rozbawieniem.
    — Sierżant został w jednostce. Choć, jak widać, czasem jeszcze odzywa się w mojej głowie. — Po chwili spoważniał. — Żony ani dzieci nie mam. Rodzice są w Lublinie, już swoje lata mają. Mam jeszcze brata i siostrę. Po wojsku przyjechałem do Warszawy, żeby zacząć od nowa. Skakać mi już nie pozwolili, to przynajmniej wiszę.
    — Czyli zamieniłeś jeden rodzaj adrenaliny na drugi. — Zabrzmiało to jak pytanie, choć wyraźnie nie zamierzała naciskać. — Lubiłeś robić to, co robiłeś?
    — Z adrenaliną to nie do końca. Skok to adrenalina, lina to raczej spokój.
    Na drugie pytanie odpowiedział dopiero po chwili.
    — Lubiłem. Wojsko, chłopaków, a najbardziej skakanie. Stoisz w otwartych drzwiach, wiatr wyrywa ci oddech, a potem nagle robi się cicho. Czasza się otwiera i przez minutę cały świat jest pod tobą. Niczego w życiu nie lubiłem bardziej. — Wzruszył ramionami, sztywniej, niż chciał. — Reszta to długa historia. Opowiem ci przy trzecim papierosie. Kiedyś.
    — Czyli trzeci papieros oznacza nie tylko plan ewakuacji, ale też tę obiecaną historię? — Uniosła brew. — Zaczynam rozumieć, dlaczego tak oszczędnie nimi gospodarujesz.
    — Trzeci jest wielofunkcyjny. Dlatego trzeba go oszczędzać. — Spojrzał w dół, na pustą ulicę. — Co do liny, to lina to najbliżej tego, co mi zostało. Wysoko i cicho. I widzisz ludzi takimi, jacy są, kiedy myślą, że nikt nie patrzy. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Twoje okna pewnie też myłem. Nikt wtedy nie podnosi głowy.

    Słuchała uważnie, ze wzrokiem utkwionym w najdalszych płomieniach. Kącik jej ust drgnął, ale uśmiech nie doszedł do skutku. Zauważył to, ale nie pytał. Nie dziś.

    Mimowolnie spojrzał na południowy wschód, gdzie za łunami ciągnęła się ciemność. Lublin. W zwykły dzień jakieś dwie godziny drogi. Dziś równie dobrze mógłby leżeć na drugim końcu świata.
    Otrząsnął się z tej myśli i zgasił niedopałek o barierkę.
    — Ja najpierw muszę się dodzwonić do swoich. Od tego, co usłyszę, zależy reszta. Ale jak znam wojsko, drogi wylotowe pewnie już blokują, więc łatwo nie będzie. — Spojrzał na nią. — Skoro przegłosowałaś mnie w sprawie wart, to teraz twoja kolej. Bez trzeciego papierosa planowanie idzie mi dziś opornie. Jaki masz plan? Chcesz się przebijać do rodziców czy poczekać, aż się wyjaśni, co tu się w ogóle dzieje?

    Westchnęła i przeniosła wzrok na ulicę.
    — Nie wiem, Maks. Chciałabym powiedzieć, że mam jakiś genialny plan, ale prawda jest taka, że nie mam. Najpierw muszę wiedzieć, czy są bezpieczni. A potem... potem będę się martwić, jak do nich dotrzeć. Nie wyobrażam sobie tego, bo to nie jest wcale blisko, to nie jest zwykłe „pod Warszawą”, to jest poza… Jakieś sto kilometrów. Myślę, że najpierw powinniśmy porozmawiać z pozostałymi. Każdy z nas może mieć kogoś, do kogo chciałby wrócić. Nie chciałabym zakładać, że wszyscy zamierzają trzymać się razem.
    Słuchał, nie przerywając.
    — Tak jak ja — powiedział, kiedy skończyła. — Najpierw trzeba wiedzieć, czy są cali. Reszta potem. I masz rację z pozostałymi. Rano siądziemy razem i każdy powie, czego chce. — Zawahał się. — Ale w grupie łatwiej przeżyć. Nawet jeśli każdy ciągnie w swoją stronę.
    Potem zmarszczył brwi, jakby coś przeliczał. Pewnie przeliczał.
    — Sto kilometrów. Samochodem godzina z hakiem. Na piechotę trzy, cztery dni. Na obcasach – nigdy. W którą stronę? — Zaraz jednak uniósł ręce w obronnym geście. — Pytam z czystej ciekawości. Trzeci papieros dalej leży w paczce.
    — Mam wrażenie, że wystarczy, żebyś dotknął paczki, a już zaczynasz planować. Nawet nie musisz zapalać — odparła z lekkim uśmiechem.
    Zerknął na swoją dłoń. Faktycznie spoczywała na barierce, dwa centymetry od paczki. Cofnął ją jak oparzony i ostentacyjnie schował obie ręce do kieszeni.
    — Południowy wschód, w okolicy Róży Podgórnej, pod Siedlcami — odpowiedziała w końcu. — To taka wieś, nie mają wielu sąsiadów, nic tam się nie dzieje. Co oznacza, że i zasięg mają marny, więc najczęściej do nich piszę.
    Jego głowa zaczęła liczyć, zanim zdążył ją powstrzymać.
    — Siedlce. Na wschód, za Wisłą. Do Lublina to prawie po drodze, jak się nadłoży kawałek… — Urwał i spojrzał na swoje kieszenie. — Cholera. Nawet nie dotknąłem paczki.
    Pokręcił głową nad własną beznadziejnością, ale myśl została. Oboje musieli za Wisłę.
    — Wieś, mało sąsiadów i marny zasięg. Brzmi jak najlepsze miejsce, w jakim można teraz być.
    Zmierzyła go wzrokiem ze śmiertelną powagą, a po chwili parsknęła, nieudolnie próbując to zamaskować.
    — Powiedz mi tylko, czy w wojsku też tak wszystko przeliczałeś, czy to na mój widok zaczynasz opracowywać plany ewakuacji? — zapytała z zaczepnym uśmieszkiem, ukrywając go za papierosem.
    Zrobił kamienną twarz.
    — W wojsku przeliczałem wszystko. Odruch.
    Kamienna twarz przetrwała może trzy sekundy. Potem zobaczył uśmiech, który chowała za papierosem, i sam parsknął.
    — A tak w ogóle — odezwał się, kiedy już się uspokoił. — Jak się trafia do HR-u? Z powołania czy za karę?

    Wydmuchnęła dym – tym razem w bok, z dala od jego twarzy. Postęp.
    — Tak w sumie, to studiowałam psychologię. Ponoć każdy, kto ma nie po kolei w głowie, tam idzie. A szczerze to lubię obserwować ludzi i próbować ich zrozumieć — odpowiedziała z namysłem — Na przykład niektórzy twierdzą, że potrzebują trzeciego papierosa, żeby zacząć planować, a potem okazuje się, że wystarczy wspomnieć Siedlce...
    — Psychologia — powtórzył. — No to pięknie. A ja ci tu od pół godziny opowiadam o sobie jak na kozetce. Ile jestem winien za sesję? Przyjmujesz w papierosach?
    — Nie ukrywam, że słuchałam tych zwierzeń z ogromną przyjemnością. Poprawiłeś mi nastrój, to uczciwa zapłata.
    — W takim razie jesteśmy kwita.
    Po chwili dodał spokojniej:
    — Czyli oboje podglądamy ludzi. Tylko ty z dyplomem, a ja z wiadrem. I co, rozgryzłaś mnie już? Nie, czekaj. Nie mów. Nie chcę wiedzieć.

    Złapał się na tym, że od dobrych kilku minut ani razu nie pomyślał o wieżowcu.

    — Czyli co, teraz myślisz, żeby tam pojechać? Pójść? Pewnie warto by było gdzieś przeczekać to wszystko. — Ręką z papierosem zatoczyła koło nad miastem, kreśląc w powietrzu nietrwały okrąg z dymu.
    Powiódł wzrokiem za rozwiewającą się smugą.
    — Do Siedlec? Po jednym wspólnym papierosie nie wpraszam się do niczyich rodziców. Ale przeczekać, tak. Byle nie tutaj. Trzeba się stąd wyrwać, zanim miasto zamknie się na dobre. Jak znam życie, mosty pójdą na pierwszy ogień. — Spoważniał. — Najpierw muszę wiedzieć, co z moimi. Lublin to też miasto. Jeśli tam jest tak jak tutaj… — Nie dokończył. Przez chwilę patrzył na łuny, potem przeniósł wzrok na nią. — A ty? Pojechałabyś sama?

    Wiktoria odwróciła się tyłem do miasta i oparła o balustradę. Zadarła brodę, szukając na niebie gwiazd. Szło jej marnie.
    — Nie wprosisz się, jeśli sama cię zaproszę. Możesz co najwyżej odmówić — odpowiedziała spokojnie, wciąż wpatrzona w pochmurny mrok. — Czyli póki nie dodzwonisz się do nich, to nie masz planu. Ale masz jakiś zalążek. Dobre i to. W ostateczności przynajmniej kierunek mamy podobny. Ja nie jestem pewna, czy dałabym radę sama. Chyba nawet bym nie chciała. Cóż, może nie widać, ale... nie jestem dobra w podtrzymywaniu relacji...

    Nie odpowiedział od razu. Tym razem sięgnął po paczkę celowo. Wyciągnął papierosa i przez chwilę mu się przyglądał. Trzeciego miało dziś nie być.
    — Nie odmówię — powiedział w końcu. — Siedlce, potem Lublin. Jakoś to połączymy.
    Zamiast zapalić, podał jej papierosa filtrem do przodu, tak jak tamtego pierwszego. Widział, że już chce odmówić, ale odezwał się pierwszy.
    — Trzymaj. To trzeci. Jak będziesz miała ochotę pogadać, o czymkolwiek, po prostu mi go daj. Wtedy go zapalę i opowiem ci tę historię.
    Zaskoczenie na jej twarzy powoli ustąpiło miejsca ciepłemu uśmiechowi. Spojrzała na papierosa, potem znów na niego, i ostrożnie odebrała go z jego dłoni.
    — Jak go zgubię, to ciekawość mnie zeżre. Więc muszę pilnować, dzięki — odpowiedziała z rozbawieniem, przyglądając się przez chwilę podarunkowi. — Sebastian miał rację, jesteś wyjątkowo hojny ze swoim majątkiem.
    — Tylko mu nie mów — mruknął.
    Schowała papierosa w bezpiecznym miejscu.
    — A z tymi relacjami… — dodał po chwili ciszej. — Ja też nie jestem w tym dobry. Ale jak na dwie osoby, które tego nie umieją, idzie nam całkiem nieźle.

    Podążył za jej wzrokiem w górę, w pochmurny mrok nad dachami.
    — Nie szukaj. Gwiazd dziś nie zobaczysz, za dużo dymu i świateł. Pod Siedlcami będzie ich pełno.

    Przez chwilę stali obok siebie w milczeniu, z głowami uniesionymi ku niebu. Wiktoria i tak wypatrywała choćby jednej gwiazdy między chmurami, dymem a łuną nad miastem. Może i obydwoje nie byli zbyt dobrzy w utrzymywaniu relacji, ale w utrzymywaniu przyjemnej ciszy byli bliscy perfekcji. Pierwszy raz od trzech dni cisza była po prostu ciszą.

    W końcu odepchnął się od barierki i wziął łom.
    — Idę podładować telefon i rzucić okiem na mapy Zielińskiego. Skoro już planujemy, to porządnie.
    Odprowadziła go spojrzeniem, nie odrywając pleców od balustrady.
    — Dzięki, Maks. Za rozmowę też — odezwała się z uśmiechem. — Ja jeszcze chwilę tutaj zostanę, poczekam, aż Michał zwolni łazienkę. Dopalę pierwszy podarunek, bo szkoda marnować.
    Zatrzymał się w drzwiach balkonowych.
    — A garnki razem, jak się umawialiśmy. Zawołam cię. I nie stój za długo boso na tych płytkach. Te nogi mają ci jeszcze posłużyć na sto kilometrów.
    Na wzmiankę o garnkach uniosła palec wskazujący, jakby chciała przypomnieć mu o czymś niezwykle istotnym.
    — I pamiętaj, jestem w kolejce do łazienki! Więc żebyś przypadkiem nie uciekł z tymi garami beze mnie.
    — Tak jest — odparł i niedbale zasalutował dwoma palcami.
    Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i znów spojrzała na pogrążone w chaosie miasto. Maks zostawił ją z tym widokiem i wszedł do środka.

    Ładowarkę znalazł w szufladzie, którą wskazał mu Zieliński – w plątaninie kabli, w której była chyba końcówka do każdego telefonu wyprodukowanego w tym stuleciu. Podłączył swój i zostawił go na parapecie.

    Zajrzał do kuchennych szafek. Zapasy były, owszem, ale liczone na jedną osobę, nie na sześć. Tyle w temacie półrocznych zapasów. Zjadł na stojąco pół konserwy turystycznej, prosto z puszki, jak na poligonie, a resztę odstawił dla innych. Potem zebrał z kuchni garnki i ustawił je w przedpokoju, pod drzwiami. Wieżę zostawił na później. Umówili się.

    Dopiero wtedy podszedł do map. Zieliński pozaznaczał na nich rzeczy, których Maks nie do końca rozumiał – i nie był pewien, czy chce. Odszukał mapę, na której mieściły się i Warszawa, i Lublin, po czym przesunął palcem od Służewca na wschód. Wisła. Mosty. Każdy to wąskie gardło – gdyby to on miał zamknąć miasto, zacząłby właśnie od nich. Dalej Siedlce. Potem na południe, aż do Lublina. Na mapie wyglądało to niewinnie. Kilka centymetrów.

    Telefon ożył po kwadransie. Zawibrował raz, drugi, dziesiąty. Nieodebrane połączenia z ostatnich dni. Matka. Ojciec. Brat. Siostra. Znowu matka. Ostatnie od siostry – sprzed dwóch dni. Na końcu SMS od matki: „Synku, odezwij się, jak tylko będziesz mógł”.

    Za pierwszym razem połączenie zerwało się po jednym sygnale. Za drugim usłyszał tylko trzaski. Za trzecim ktoś odebrał.
    — Maksiu? — Głos matki, cienki i daleki, jakby dochodził z dna studni. — Maksiu, to ty? Boże…
    — Mamo, jestem cały. Słyszysz mnie? Jestem bezpieczny. Co u was?
    — U nas też… — Reszta zginęła w szumie. — …dzwoniłam i dzwoniłam… tata mówi, żeby nie wychodzić…
    — Mamo, wolniej. Nie słyszę.
    Przez kilka sekund w słuchawce były tylko trzaski. Potem imię siostry. Potem słowo „szpital”. Potem „od wczoraj”. Głos matki się załamał.
    — Co z nią? Mamo! Co z nią?
    — …pojechał po nią… — Imię brata, coś o samochodzie, o tym, że miał zadzwonić. — …i nie odbiera…
    — Mamo!
    Trzy krótkie sygnały. Połączenie zakończone.

    Wybrał numer jeszcze raz. „Abonent jest czasowo niedostępny”. I jeszcze raz. To samo. Spróbował do brata – sygnał, sygnał, sygnał, poczta głosowa. Do siostry – od razu poczta.

    Napisał do matki: „Mamo, co z nią? Gdzie jest brat? Jestem bezpieczny, zadzwonię rano”. Pod wiadomością zaczęło się kręcić kółko wysyłania. Kręciło się dalej, kiedy ekran zgasł.

    Usiadł na podłodze pod oknem, z łomem obok i telefonem wciąż podpiętym do ładowarki, i patrzył na mapę na ścianie. Lublin. W zwykły dzień dwie godziny drogi.

    Teraz, brzmiało jak drugi koniec świata...

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Maksymilian ledwie powstrzymał westchnienie, słysząc pełen jadu szept Michała. Maks miał już zamiar wciąć się między nich i uciąć tę dyskusję, kiedy z ciemności dobiegł cienki, dziecięcy głosik.

    Kruk zamarł w bezruchu, a jego dłoń odruchowo zacisnęła się na zimnej stali zdobycznego łomu. Dziecko...

    Wyminął kłócącą się dwójkę i zrównał się z prowadzącym Zielińskim. Skierował snop światła latarki nisko na posadzkę, omijając twarze siedzących, by ich nie oślepić, ale wyraźnie zidentyfikować skulone sylwetki matki i córki.

    — Co wy tu w ogóle robicie na samym dole? — zapytał twardym, konspiracyjnym szeptem, w którym zdumienie mieszało się z napięciem.

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Maksymilian wysłuchał wywodu informatyka, stojąc z ramionami skrzyżowanymi na piersi i opierając się biodrem o krawędź biurka. Zimne, migoczące światło ledów odbijało się w jego oczach, gdy uważnie śledził plany wyświetlane na monitorze. Równolegle przysłuchiwał się serii wnikliwych pytań rzucanych przez Wiktorię. Musiał przyznać, w duchu, że korporacyjna szkoła drążenia detali i szacowania ryzyka w tym konkretnym przypadku okazała się przydatna.

    Sytuacja ulegała diametralnej zmianie. Plan ewakuacji po elewacji, choć ryzykowny, to Maks miał nim pełną kontrolę. Kanały były logistycznym koszmarem – wąskie gardło, brak światła, toksyczne gazy i szlam spowalniający ruchy do zera. Z kolei podziemny parking brzmiał stanowczo zbyt dobrze, by był prawdziwy.

    Kiedy Wiktoria skończyła, Maks odepchnął się od biurka i podszedł bliżej monitora z planami.

    — Pani z HR-u ma rację, Zieliński. Zadała cholernie trafne pytania, a mnie też brakuje w tym twoim wykładzie kluczowych danych

    Odezwał się niskim, rzeczowym tonem i wskazał palcem na plan podziemi.

    — Garaż to strefa zjazdu do poziomu ulicy, co oznacza, że wyjazd musi być zabezpieczony ciężką bramą lub szlabanami. Jeśli wojsko zamknęło front, na dziewięćdziesiąt procent uszczelnili też rolety na tyłach. Pytanie brzmi, czy masz podgląd na to, co dzieje się za zewnętrzną linią garaży?

    Maks przeniósł wzrok z planu na bladą twarz informatyka.

    — I jeszcze jedno. Jeśli pójdziemy przez parking, zapomnijcie o braniu jakiegokolwiek samochodu. Uruchomienie silnika w garażu to jak krzyczenie „tu jesteśmy, strzelajcie”. Musimy wyjść na zewnątrz jako piesi, korzystając z awaryjnych klatek ewakuacyjnych przy garażach.

    Spojrzał przelotnie na zmęczonego Michała, który wolał spacerować w gównie niż zjechać na linie, po czym wrócił wzrokiem do Zielińskiego. Czekając, aż ten odpowie na pytania Wiktori

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Wspinaczka betonową klatką schodową była monotonną torturą. Maksymilian, przyzwyczajony do wielogodzinnego wiszenia w uprzęży i ciężkiej pracy na wysokościach, miał żelazną kondycję, ale pokonanie blisko ośmiuset stopni w dusznym, odciętym od wentylacji szybie potrafiło zmielić mięśnie. Powietrze gęstniało z każdym piętrem, śmierdząc kurzem, zaschniętym potem i tymi ohydnymi, rozmokłymi w wodzie niedopałkami, które zalegały w kątach. Maks szedł równym, wyuczonym tempem, oszczędzając siły, podczas gdy reszta grupy dosłownie rozpadała się na jego oczach – rzężący z braku tlenu medyk, wypluwający płuca palacz i HR-ówa, która w akcie desperacji pokonywała betonowe stopnie boso.

    Teraz, gdy wreszcie dotarli pod właściwe drzwi, Maks wykorzystał moment, w którym Wiktoria włączyła swój wyuczony, dyplomatyczny ton, by zrzucić z siebie zmęczenie i ostatecznie wyrównać oddech. Zignorował gładkie słowa płynące z jej ust i skupił się na tym, co umiał najlepiej – na chłodnej ocenie fizycznej przeszkody.

    Omiatał wzrokiem futrynę, analizując strukturę drzwi. Szukał słabych punktów, odsłoniętych zawiasów czy luzów w zamku, ale szybko ocenił, że sforsowanie tej puszki jego stalowym łomem bez zrobienia potwornego hałasu graniczyło z cudem. Drzwi były pancerne i osadzone wzorowo, istny bunkier w środku biurowca. Skoro wejście siłowe odpadało, musiał kontrolować jedyny słaby punkt tej konstrukcji.

    Bezszelestnie przysunął się do ściany, stając tuż z boku, na granicy pola widzenia Judasza. Płynnym, wyuczonym ruchem odpiął pałkę od pasa. Zważył ją w dłoni, gotowy w ułamku sekundy wsunąć płaską końcówkę w szczelinę i zablokować metalową zasuwkę, gdyby paranoiczny informatyk nagle postanowił uciąć negocjacje i zatrzasnąć im to okno na świat. Przez chwilę kalkulował nawet, pod jakim kątem musiałby wsunąć dłoń, by w razie odmowy chwycić faceta za ubranie i unieruchomić go przy wizjerze, ale otwór był na to zdecydowanie za mały. Chociaż może....

    Maks nie odezwał się ani słowem. Zacisnął palce na rękojeści narzędzia, wtopił się w półmrok korytarza i z napiętymi mięśniami czekał na reakcję Zielińskiego. Pozwolił Wiktorii grać jej kartami, samemu pozostając w gotowości. W końcu to on tutaj będzię musiał odgrywać tego złego policjanta

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Maksymilian wysłuchał wywodu lekarki, powoli wypuszczając z płuc resztkę dymu. Pani Alicja spaliła za sobą wszystkie mosty. Była teraz po ich stronie.

    Sebastian, Pani doktor, Wiktoria i Michał. Grupa uciekinierów rozrastała się w niepokojącym tempie, co zwiastowało kłopoty logistyczne. Maks nie ufał tłumom. Z drugiej strony, w tym konkretnym kółku mieli teraz głównego epidemiologa, lekarza, HR i człowieka, który wiedział, jak dotrzeć do głównego speca od IT. Każda z tych osób była warta ryzyka.

    — Wyjście siłowe przez lobby z pomocą Kaczmarka to samobójstwo. Front jest obstawiony, a jeśli zbrojni poczują się zagrożeni, kwarantanna w pięć sekund zmieni się w rzeźnię — odezwał się spokojnie Maks, miażdżąc niedopałek czubkiem buta. — Z frontowymi drzwiami dajmy sobie spokój. Ale ja od wczoraj przygotowywałem się na ewentualność, że ten okręt pójdzie na dno.

    Przysunął się nieco bliżej, zniżając głos tak, by słyszeli go tylko oni, odcinając się od gwaru spanikowanego lobby.

    — Nie zamierzałem się tym chwalić, ale skoro gramy w otwarte karty... Mam wariant awaryjny. Od razu uprzedzam: nie będzie to łatwe, i na pewno nie będzie przyjemne dla kogoś, kto spędził życie za biurkiem, ale to w tej chwili nasza jedyna szansa na ciche ominięcie kordonu.

    Kącik ust Maksa uniósł się w nieznacznym, niemal drapieżnym uśmiechu. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że perspektywa pionowej ewakuacji po fasadzie wieżowca budzi w nim autentyczną ekscytację, zupełnie jakby ten cały apokaliptyczny chaos stanowił zaledwie doskonałą wymówkę, by zrzucić korporacyjny gorset i wrócić do swojego naturalnego żywiołu.

    — Mój tak zwany wariant "W". W ukrytym schowku na górnym piętrze mam zamelinowaną linę, uprzęże i przyrządy zjazdowe. Wyniesienie sprzętu z magazynu załatwiłem wczoraj, gdy na dole trwała zadyma. Musimy dostać się na dach lub galerię techniczną. Potem zjedziemy po ślepej ścianie biurowca. Ale tuaj dochodzimy do pewnego mankamenu, dla osób bez szkolenia to ogromny stres, więc będę musiał opuszczać was z góry lub zrobimy to w tandemach, co wydłuży całą operację.

    Maksymilian spojrzał prosto na Sebastiana, wskazując na niego palcem.

    — Ten twój Zieliński z IT to w tym momencie nasz najważniejszy atut. Idź do niego. Jeśli chce z nami wyjść, jego biletem wstępu jest wyłączenie lub zapętlenie kamer na dachu i na rampie rozładunkowej dokładnie na czas naszej operacji.

    Następnie przeniósł wzrok na lekarkę.

    — Pani doktor, potrzebuję, by ustaliła pani, kiedy dokładnie zbrojni z HAZMAT-u mają przerwy lub zmiany wart na tyłach budynku. Musimy wstrzelić się w ich ślepe okno.

    Maks oparł dłonie na biodrach, rzucając okiem na całą piątkę.

    — Wszystko musi być dograne co do sekundy, a musimy ruszyć zaraz po zmroku. Zatem, wchodzicie w to, czy wolicie czekać, aż domek z kart runie. Chyba, że są jakieś inne pomysły, to słucham

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Maksymilian rzucił okiem na metalową rurę, którą z niewzruszonym spokojem wcisnął mu Sebastian. Zważył ją w dłoni, przesuwał palcami po zimnej, chropowatej powierzchni ułamanego gwintu, wzdrygnął się na samą myśl tego po co mu ja wręczył Sebastian. Ale nie zmieniało to faktu, że obraz w biurowcu zmieniał się drastycznie. Ludzie, jeszcze wczoraj połączeni wspólnym wrogiem w postaci rządowych ochroniarzy, teraz podzielili się na małe, podejrzliwie spoglądające na siebie plemiona uzbrojone w nogi od krzeseł.

    Czuł, jak po kręgosłupie spływa mu lodowaty, drażniący pot. Nie znosił tego uczucia. Jak szczur złapany w pułapkę.

    text alternatywny

    — Bezpieczeństwo? — Maksymilian parsknął krótko, bez krzty rozbawienia. Przekręcił rurę w dłoni, sprawdzając jej wyważenie.

    — Pani Wiktorio, to złudzenie bezpieczeństwa opiera się na tym, że panowie z bronią wciąż łaskawie dowożą nam racje żywnościowe i utrzymują ciśnienie w rurach z wodą. Ale skoro ten pacjent z IT zaczął nad ranem wyrywać ludziom kawałki mięsa, a Warszawa za oknami krwawi...

    Urwał na moment, zbliżając się do nich. Zniżył głos, by nie budzić uwagi podzielonego stada dookoła.

    — Jeśli sanitariusze z wczoraj mówili prawdę, to znaczy, że system już padł albo padnie za chwilę. Kiedy gówno uderzy w wentylator, nikt nie przyjedzie z nową paletą konserw. Nie będzie wody, bo staną przepompownie. Zostaniemy zamknięci w klatce z tłumem głodnych, spanikowanych ludzi i czymś, co nie zdycha, dopóki nie odstrzeli mu się głowy. A wtedy wojsko po prostu zamknie drzwi, zaspawa zamki, i wyrzuci klucz do rzeki. O ile w ogóle będzie jeszcze komu ten klucz wyrzucić.

    Następnie wyciągnął dwa palce w stronę Sebastiana, milczącym gestem prosząc o papierosa. Odpalił go od podanej zapalniczki i zaciągnął się głęboko, gryzącym dymem próbując stłumić nerwy

    — Kiedy byłem w wojsku, na szkoleniach z przetrwania tłukli nam do głów dwie podstawowe zasady. Pierwsza: ruch to życie. Druga: rutyna zabija. A my właśnie łamiemy je obie

    Zaciągnął się jeszcze raz i wskazał żarzącym się niedopałkiem w stronę sufitu.

    — Poza tym, pomyślcie logicznie. Skąd mamy pewność, że na zabarykadowanych górnych piętrach nie roi się już od chmary takich panów Menglów, którzy tylko czekają, aż ktoś otworzy drzwi? Wczoraj sanitariusze sami przyznali, że zarząd odciął się od reszty i zerwał z nimi jakikolwiek kontakt. A wystarczy tylko 1 osoba, która te drzwi otworzy i zamiast azylu mamy szklana pułapkę .

    Spojrzał wymownie na Michała

    — Nie wiem, co jest na zewnątrz, ale wiem, co nas czeka tutaj, jeśli zostaniemy. Dlatego odpowiadając na twoje pytanie, Michał, tak. Trzeba stąd spierdalać. I to natychmiast. Kto jest ze mną?

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Maksymilian odprowadził wzrokiem znikającą w klatce schodowej grupę. Blondynka z HR-u i ten zmęczony życiem ratownik medyczny ewidentnie mieli jakiś konkretny cel, skoro ciągnęli ze sobą dwóch sanitariuszy. Zanim jednak zdążył ruszyć ich śladem, by sprawdzić, na co właściwie polują, drogę zagrodził mu ochroniarz.

    Maks spojrzał na zielony kawałek plastiku dyndający na smyczy mężczyzny. Szybka kalkulacja przyniosła jednoznaczny wniosek. Pchanie się w ręce ludzi w kombinezonach nie uśmiechało mu się ani trochę, ale w zamkniętym, paranoicznym środowisku brak stempla "zdrowy" oznaczał bycie chodzącą tarczą strzelniczą. Jeśli ta plakietka była biletem do swobodnego poruszania się po budynku, musiał ją zdobyć.

    – Dzięki. Słuszna uwaga – odpowiedział, kiwając ochroniarzowi głową. – Nie ma sensu kopać się z koniem. Załatwię to od razu.

    Odwrócił się i ruszył miarowym krokiem w stronę foliowych śluz dekontaminacyjnych. Plan ułożył mu się w głowie natychmiast: poddać się badaniu i zdobyć zielony immunitet dla świętego spokoju. A kiedy już oficjalnie zawiśnie mu na szyi dowód, że jest „bezpieczny”, bez zwłoki ruszy na górę tropem medyka i jego świty. Skoro tamci wymykali się po cichu, wiedzieli coś, o czym milczały korporacyjne maile i służby. Maks zamierzał dojść do sedna sprawy

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Kiedy na dole szef ochrony ściągnął wszystkie posiłki, by zapanować nad gotującym się tłumem, korytarz przed magazynem wreszcie opustoszał. Maks nie potrzebował drugiego zaproszenia. Zostawił Artura na czatach i ruszył w kierunku schowka

    Kradziony klucz wszedł w zamek gładko. Wewnątrz, Maks działał z szybko. Zapakował do toreb transportowych cały potrzebny sprzęt: szpulę liny statycznej, uprząż, przyrządy zjazdowowe oraz stalowe karabinki. Zasunął zamki, zamknął drzwi na cztery spusty, a klucz schował do kieszeni z zamiarem schowania go gdzieś później

    Chwilę później wepchnął ciężkie torby głęboko pod stertę czystych mopów w swoim cuchnącym chlorem azylu. Nikt o zdrowych zmysłach tu nie zajrzy.

    Siedzenie w ciemności i bezczynne czekanie na rozwój wydarzeń nie leżało jednak w jego naturze. Obserwacja to podstawa. Maks opuścił schowek i ruszył w stronę niższych pięter oraz wewnętrznych balkonów. Zamierzał wmieszać się w tłum uwięzionych pracowników i z bezpiecznego dystansu ocenić sytuację na własne oczy i dostać odpowiedź na pytanie: co się tutaj do cholery dzieje!?

    Szczególnie zależało mu na namierzeniu tego sanitariusza, którego niefortunnie zamkneli tu razem z nimi. On musi coś wiedzieć

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Maksymilian ocenił sytuację w ułamku sekundy. Tłum gęstniał, a napięcie między zdesperowanymi pracownikami a rządową obstawą osiągnęło masę krytyczną. Groźba otwartego linczu ściągała wzrok absolutnie każdego pracownika bezpieczeństwa w lobby. Darpolowscy ochroniarze wręcz wkleili się w ściany, modląc się, by gniew tłumu nie zrykoszetował w ich stronę.

    Artur rzucił Maksowi krótkie spojrzenie i po prostu stanął z boku, wtapiając się w tło. Nie musiał otwierać ust.

    Maks ruszył. Płynnie, bezszelestnie, omijając linie wzroku. Wślizgnął się do otwartej stróżówki niczym cień. Wewnątrz pachniało tanim tytoniem i stresem. Strażnik, odwrócony tyłem do drzwi, stał przy oknie, zafascynowany eskalacją buntu. Maksymilian nawet na niego nie spojrzał. Miękkim krokiem zbliżył się do tablicy, bezbłędnie zlokalizował brelok z odpowiednim numerem pomieszczenia technicznego, zdjął go z haczyka i ułamek sekundy później był już z powrotem na korytarzu. Cała operacja zajęła mu mniej niż dziesięć sekund.

    Skinął krótko na Artura i natychmiast ruszyli w stronę klatek schodowych, zostawiając gotujące się lobby za sobą.

    Niestety, spowrotem u góry, oparty plecami o futrynę, stał ten sam poirytowany ochroniarz, z którym Artur użerał się wcześniej. Przewijał coś znudzony na ekranie telefonu, ale skutecznie blokował dostęp własnym ciałem.

    – Zwijamy się stąd – szepnął do kierownika, zapinając kieszeń, w której spoczywał skradziony klucz. – Ten facet to tylko człowiek. Do wieczora zmiękną mu nogi od opierania się o futrynę. Poczekamy do nocy, aż oświetlenie na korytarzach wejdzie w tryb awaryjny, a jego uwaga spadnie do zera. Wtedy tu wrócę, wejdę tam i wyniosę nasz szpej tak cicho, że facet nawet nie oderwie wzroku od ekranu telefonu. Cierpliwość, Artur. W tej chwili to nasza najsilniejsza karta.

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    - Odpuść, Artur

    Odezwał się, stając tuż obok swojego kierownika zmiany. Położył mu dłoń na ramieniu w geście uspokajającym.

    - Gość ma rację. Nie on wymyśla te durne zasady, tylko spanikowane zderzaki z zarządu. Szarpiąc się z nim, nie otworzysz tych drzwi, a jedyne co ugrasz, to dyscyplinarkę albo pałą po nerkach od prewencji, która kręci się na dole

    Kontynuował rzeczowo

    - Borkowski kazał pracować, bo mu w excelu słupki płaczą, ale prawda jest taka, że mamy płacone za gotowość. Skoro magazyn objęto zakazem, to mamy przymusowe postojowe. Chodź. Zrobimy tę kawę, a zarząd niech się martwi swoimi problemami.

    Artur zerknął na Maksymiliana.

    - A,to ty, Max...Miałeś gdzie spać? Ta...Kawa to dobry pomysł, dopóki jest.

    - W schowku z chemią gospodarczą i mopami

    Odparł krótko, wzruszając lekko ramionami.

    -Śmierdziało chlorem i najtańszym płynem do podłóg, ale przynajmniej miałem tam święty spokój i mogłem odciąć się od tego rozhisteryzowanego stada.

    Weszli do firmowej kuchni. Maks odruchowo przeskanował wzrokiem pomieszczenie, po czym podszedł do ekspresu. Znalazł dwa w miarę czyste kubki i uruchomił maszynę, oparł się biodrem o blat, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.

    -Skoro Borkowski sypie z rękawa durnymi poleceniami o powrocie do pracy i prewencyjnie blokuje sprzęt, to o co tu chodzi

    Zniżając głos, by brzmieć bardziej poufnie. — Jesteś wyżej na szczebelkach drabiny, Artur. Masz kontakt z innymi kierownikami. Szepczą coś po wewnętrznych kanałach? Obaj wiemy, że zwykła kwarantanna z powodu grypy z Niemiec nie tłumaczy tego cyrku. Na dole chłopaki w ołowianych piżamach stawiają jebany szpital polowy, a policja zmieniła maseczki na pełne filtry. Wiesz cokolwiek więcej o tym, z czym my tu tak naprawdę siedzimy zamknięci?

    -Właśnie, Maksymilianie, rzecz jest w tym, że wszyscy chuja wiedzą o tym co się tu dzieje. Nie dziwię się, że nam zablokowali sprzęt. Sam bym się chętnie stąd zmył przez okno. Odparł posępnie Artur.

    -Kiedy to całe szambo ostatecznie wybije, dobrze byłoby mieć pod ręką nasze liny i pełen szpej. Czysty wariant W. Nie oszukujmy się, Artur... goście w ołowianych piżamach nie rozstawiają na dole namiotów po to, żeby rozdawać nam witaminy, a ja nie ufam systemowi i naszym służbom w 100%. Co ty na to, żebyśmy jednak zorganizowali sobie ten dostęp do magazynu?

    -Dobry pomysł, tylko jak? Klucze zabezpieczone, rozróba z ochronią nie wchodzi w grę, a pieniędzmi raczej nikogo nie przekupisz. - Stwierdził Kierownik.

    Maks upił łyk kawy i odstawił kubek. Uśmiechnął się

    – Rozróby i łapówki daj spokój, Artur. Cieć z góry sam podał nam rozwiązanie na tacy. Klucze są w głównej stróżówce na parterze.

    Oparł dłonie o blat, zniżając głos do rzeczowego szeptu.

    – Zastanów się. Na dole jest teraz absolutny chaos. HAZMAT stawia śluzy, ludzie panikują, a ochrona sra w gacie, gapiąc się na wojskowy sprzęt. Stróżówka to w tej chwili najsłabsze ogniwo. Prawdopodobnie siedzi tam jeden przebodźcowany gość. Wystarczy chwila zamieszania w lobby, żebym wszedł, zgarnął właściwy klucz i wyszedł bez słowa. Wchodzisz w to?

    -Możemy spróbować. Chcesz tylko zabezpieczyć sprzęt, czy może od razu stąd nawiać? - Artur uśmiechnął się łobuzersko.

    -Zabezpieczyć sprzęt, żeby miec tak zwaną polisę ubezpieczeniową

    -Dobra. Jaki masz plan?

    – Prosto i bez fajerwerków. Ty będziesz moją zasłoną dymną – zaczął, opierając się przedramionami o blat. – Schodzimy na parter. W lobby jest teraz absolutny chaos przez te namioty i lekarzy, ale musimy mieć pewność, że cieć w stróżówce nie będzie gapił się na monitory ani na tablicę z kluczami.

    Maks uderzył lekko palcem w blat, akcentując swoją myśl.

    – Jako kierownik masz idealny pretekst. Uderzasz prosto do okienka i zaczynasz wiercić facetowi dziurę w brzuchu. Pytaj o procedury BHP na czas kwarantanny, żądaj papierów na piśmie, każ mu dzwonić do przełożonego itd. Bądź maksymalnie upierdliwy, zrób z siebie biurokratyczny wrzód na dupie. Masz skupić całą jego uwagę na sobie i odwrócić go plecami do drzwi zaplecza.

    Spojrzał Arturowi prosto w oczy, sprawdzając, czy ten nadąża.

    – Kiedy on będzie próbował cię spławić, ja wykorzystuję zamieszanie, wchodzę do stróżówki, ściągam z tablicy nasz klucz i wychodzę. Potem spotykamy się na górze. Otwieramy magazyn, zgarniamy dwustumetrową linę, uprzęże i szpej zjazdowy. Sprzęt zamelinujemy gdzieś, może w schowku z chemią. Od tego momentu mamy swoje prywatne wyjście awaryjne, o którym nie wie nikt na tym statku.

    Maks odstawił pusty kubek na blat i ruszył w stronę wyjścia.

    – Schodzę na dół – rzucił krótko przez ramię. – Jeśli w to wchodzisz, daj mi pięć minut przewagi, a potem uderzaj do stróżówki robić zamieszanie; ja w tym czasie zgarnę klucze. Lepiej nie idźmy tam razem, mniej będziemy rzucać się w oczy.

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Wspinaczka przebiegła bez najmniejszych zakłóceń. Maksymilian pchnął ciężkie, stalowe drzwi prowadzące na dach. Ustąpiły gładko, witając go uderzeniem ostrego wiatru.

    Ma otwartej przestrzeni szum miasta w dole zlewał się z wyciem syren, ale tutaj, na samej górze, panował specyficzny, spokój, który zawsze pozwalał mu zebrać myśli. Podszedł do krawędzi, opierając dłonie o gruby, stalowy reling służący do asekuracji. Wychylił się, metodycznie skanując wzrokiem elewację i to, co działo się u podstawy wieżowca.

    Trasa zjazdu: Idealna linia po ślepej stronie biurowca, tuż nad zapleczem logistycznym. Gładka tafla szkła i aluminium, pozbawiona gzymsów czy wystających elementów klimatyzacji, które mogłyby przetrzeć oplot liny. Co najważniejsze, zjazd kończył się w wąskim, zacienionym przesmyku między rampą załadowczą a rzędem przemysłowych kontenerów na śmieci.

    Punkty kotwiczenia: Masywne, certyfikowane ringi stanowiskowe w stropodachu po zawietrznej stronie budynku.

    Sprzęt: Szybki rzut oka w dół i ocena pięter pozwoliły mu oszacować dystans. Miał do pokonania grubo ponad sto pięćdziesiąt metrów w linii prostej. Zwykła, stumetrowa lina robocza nie wystarczy. Musiał wydobyć z magazynu pełną, dwustumetrową szpulę, by zjechać na sam dół bez ryzykownych przepinek w powietrzu. Do tego pełna uprząż przemysłowa i parę innych drobiazgów

    Maksymilian cofnął się od krawędzi, a na jego twarzy wykwitł uśmiech. Miał to. Plan był, trasa czysta, co redukowało niemal wszystkie zmienne i ryzyko błędu do absolutnego minimum.

    „Kiedy to szambo wybije, ja po prostu stąd zjeżdżam” – pomyślał, rzucając ostatnie spojrzenie na rozciągającą się przed nim panoramę Warszawy.

    Zamknął i zabezpieczył za sobą drzwi, po czym ruszył z powrotem w dół klatki schodowej. Teraz musiał tylko zebrać niezauważynie odpowiedni szpej. Ruszył szybko w kierunku magazynku technicznego

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    token_1.png
    Maksymilian „Maks” Kruk

    Noc spędzona na stercie czystych mopów w schowku na szczotki miała tylko jedną zaletę: nikt mu nie przeszkadzał. Smród chemii gospodarczej, drażniący nozdrza przy każdym oddechu, skutecznie odstraszał innych szukających azylu. Jednak miejsce to nie było idealnym, więc maks obudził się cały połamany

    Kiedy przed ósmą usłyszał wycie syren, stał przy wielkim oknie na półpiętrze, z widokiem na główny plac przed biurowcem. Światła radiowozów malowały wnętrze budynku na niebiesko, ale to nie policja przykuła jego uwagę. To sylwetki, które wysypały się z ciężarówek. Zakład z Sebastianem o paczkę fajek właśnie chyba został oficjalnie przegrany

    „Ołowiane piżamy” – pomyślał, czując, jak mięśnie karku same mu się spinają.

    Z góry, z bezpiecznego dystansu, obserwował, jak ekipa w kombinezonach CBRN wkracza do środka i zaczyna rozstawiać śluzy dekontaminacyjne oraz foliowe tunele. To nie była kwarantanna. To była strefa zero. Gładkie słowa doktor Wójcik z megafonu o „prewencji” i „braku powodów do obaw” brzmiały w zestawieniu z tym widokiem jak kiepski, makabryczny żart. Skoro wnosili sprzęt medyczny na taką skalę, to znaczyło, że spodziewali się trupów albo masowych zakażeń.

    Maksymilian podszedł bliżej szyby, opierając o nią dłonie. Zmarszczył brwi, skanując wzrokiem przestrzeń na zewnątrz.

    Jeśli główne wyjścia są obstawione, to jedyna droga prowadzi w dół po elewacji.

    Oceniał rozstawienie sił na zewnątrz. Radiowozy blokowały główne dojazdy, ale tyły budynku, tam gdzie znajdowały się rampy rozładunkowe i ślepe zaułki, wydawały się słabiej oświetlone i mniej obstawione. To trzeba by było sprawdzić. Gdyby zdołał dostać się na dach lub do okna technicznego na jednym z wyższych pięter pod osłoną nocy, mógłby zjechać na pełnej prędkości po zewnętrznej szybie. Musiałby to zrobić cicho i bezbłędnie. Złapanie przez specjalsów w strefie skażenia oznaczało w najlepszym razie izolatkę na kilka tygodni, w najgorszym – kto wie.

    Odszedł od okna. Nadszedł czas na "wariant Z". W jego głowie już skrystalizował się plan: musiał niepostrzeżenie dostać się na piętro techniczne albo dach, by ocenić dostęp do elewacji.

    Bez wahania ruszył w stronę cichej, rzadko używanej klatki schodowej, gotowy na długą wspinaczkę.

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian „Maks” Kruk

    token_1.png

    Kolejka po darmowe jedzenie. Scena stara jak świat, niezależnie od tego, czy rozgrywa się pod namiotem Czerwonego Krzyża, czy na marmurach prestiżowego biurowca przy Domaniewskiej. Maksymilian stał w tłumie, starając się nie rzucać w oczy, i uważnie obserwował policjantów. Pełen rynsztunek, maski, rękawiczki, nerwowe ruchy. Nawet nie próbowali udawać, że panują nad sytuacją; po prostu chcieli zrzucić ten towar i zmyć się stąd jak najszybciej.

    Gdy nadeszła jego kolej, odebrał ciężką, foliową reklamówkę i butelkę wody. Odszedł na bok, opierając się o chłodny filar, i zajrzał do środka, spodziewając się wojskowych racji MRE albo chociaż puszek z mielonką.

    Zamiast tego w środku znalazł absurdalny zestaw wyciągnięty wprost z koszyka jakiegoś przypadkowego klienta w markecie: kostka masła, dwa jogurty naturalne, serek wiejski ,paczka paluszków słonych ,jedna, samotna mandarynka

    Maks wypuścił powietrze przez nos w cichym, ironicznym prychnięciu. Dział nabiału dostał rykoszetem ,pomyślał, ważąc w dłoni serek wiejski.

    Zwinął siatkę, postanawiając zjeść jogurty przy pierwszej nadarzającej się okazji. Miał właśnie ruszyć z powrotem w stronę klatki schodowej, gdy jego uwagę przykuł podniesiony, chamski rechot. Spojrzał w stronę kolejki. Jakiś typ przyciasnej koszuli właśnie bezczelnie wepchnął się przed Wiktorię – tę samą elegancką blondynkę z HR-u, która rano tak gładko spacyfikowała nastroje w lobby.

    Maksymilian nie znosił HR-u, korporacji i całej tej fasadowej kultury. Ale jeszcze bardziej nie znosił chaosu, braku dyscypliny i cwaniaków, którzy wykorzystywali stresującą sytuację, by wejść innym na głowę. W warunkach kryzysowych takie zachowanie było jak iskra rzucona na rozlane paliwo. Jeśli reszta stada zobaczy, że przepychanie się działa, za pięć minut z tej kolejki zostanie walcząca o soczki dżungla.

    Ruszył w ich stronę szybkim krokiem, gotowy chwycić faceta za fraki i uciąć ten kabaret u samego źródła.

    Zatrzymał się jednak w pół kroku.

    Wiktoria nie potrzebowała ratunku. Maks wycofał się z powrotem pod filar, skrzyżował ramiona na klatce piersiowej i z fascynacją godną ornitologa obserwującego rzadkiego ptaka, słuchał, jak blondynka z HR-u rozbraja napuszonego grubasa.

    Niezła jest przyznał w myślach Maks, lekko unosząc brwi.

    Odpuścił interwencję. Skoro radziła sobie sama, nie było sensu zdradzać swoich możliwości ani zwracać na siebie uwagi. Otworzył jogurt i jedząc go metodycznie, obserwował kobietę dalej.

    Wyrzucił puste opakowanie po jogurcie do kosza. HR-ówa ewidentnie grała w swoją własną, przemyślaną grę, a w tym szklanym ulu stawała się właśnie najciekawszym punktem orientacyjnym. Była spostrzegawcza, opanowana i zbierała sojuszników. Maksymilian poprawił komin na szyi. Postanowił na razie trzymać się z boku, ale nie zamierzał spuszczać z niej wzroku. Jeśli ktoś w tym budynku miał plan, to najprawdopodobniej była to ona.

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian Kruk

    token_1.png

    Wypuścił siwą chmurę przez nos i spojrzał na Sebastiana z lekkim, niemal ironicznym uśmiechem.

    – Zombie? – parsknął cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową.

    – Za dużo filmów i gier, Seba. Zejdź na ziemię. Zgodzę się, że pewnie przywlekło się tu jakieś ostre choróbsko, może i to gówno z Niemiec, ale żywe trupy nie zaczną nam zaraz drapać w szyby. Nie rozśmieszaj mnie.

    Strzepnął popiół do stojącej obok metalowej popielniczki.

    – Ale zakład przyjmuję, darmową paczką nie pogardzę – powiedział, ściskając dłoń Sebastiana z uśmiechem, jakby przed chwilą usłyszał świetny żart.

    Przez chwilę palił w milczeniu, a jego umysł przestawił się na chłodną, pragmatyczną analizę przetrwania, której uczył się latami. Odrzucił na bok wizje z gier wideo Sebastiana, skupiając się na rzeczywistości.

    Wypuścił ostatnią smugę dymu i głośnym pstryknięciem zamknął zapalniczkę Zippo, po czym wsunął ją do kieszeni bojówek.

    – Skoro uwięzili nas w tej szklanej puszce, musimy znaleźć sensowną metę na przeczekanie -stwierdził rzeczowo, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Spojrzał twardo na Sebastiana.

    – Zapomnij o wyjściu o szesnastej i wieczorze na własnej kanapie z Netflixem. Trzeba działać, zanim inni się zorientują. Na razie jeszcze nie panikują tylko kręcą filmiki, nagrywają stories i traktują to jako coś śmiesznego, ale za kilka godzin dotrze do nich, że muszą gdzieś to przesiedzieć. A biurowe fotele to kiepskie prycze.

    Maksymilian starannie przygniótł niedopałek w metalowej popielniczce.

    – Wspomniałeś, że wolisz dwudzieste piąte piętro. Podpisuję się pod tym. Z góry mamy lepszy widok na ulicę, a poza tym... tam siedzą też technicy. Mają tam swoją kanciapę. O ile dobrze kojarzę, stoi tam stara, całkiem znośna kanapa. Najlepiej będzie, jak pójdziemy tam teraz i zaklepiemy sobie bazę, zanim reszta tego spanikowanego stada zacznie szukać wygodnego kąta. Zbieramy się.

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    139-rpgavatar-1778700749645.png

    Maksymilian Kruk

    Ekran poobijanego smartfona rzucał blade światło na zmęczoną twarz Maksymiliana. Wiadomości z grupy na Telegramie ładowały się z irytującym, rosnącym opóźnieniem. Zwalniający internet – odnotował w myślach z chłodnym pragmatyzmem. To był kolejny element układanki, który bardzo mu się nie podobał. Nagłe, twarde lockdowny biurowców w całym mieście bez żadnych wcześniejszych ostrzeżeń z ministerstwa. Żadnych gładkich konferencji w telewizji, tylko kordony policji i taśmy na drzwiach. Dla Maksa ten schemat działania wyglądał niepokojąco znajomo, choć wolałby o nim zapomnieć. Błyskawiczne odcięcie strategicznych obiektów, blokada przepływu informacji i narzucanie pełnej kontroli nad cywilami śmierdziały mu z daleka wprowadzeniem nieoficjalnego stanu wojennego, a może nawet wojskowym puczem. Ktoś na samej górze albo całkowicie stracił kontrolę nad sytuacją, albo właśnie próbował ją brutalnie przejąć.

    Zablokował ekran i wsunął telefon z powrotem do głębokiej kieszeni oliwkowych bojówek. Podniósł wzrok akurat w momencie, by odprowadzić spojrzeniem wsiadającą do windy grupkę. Elegancka blondynka z HR-u – Weronika? Wiktoria? Jakoś tak – a za nią wcisnęła się ta dwójka jedynych w miarę przytomnych gości: monter Karol i wymięty medyk Michał. Maks zmrużył oczy, gdy metalowe drzwi się zasunęły. Jazda zamkniętą puszką na dwudzieste piąte piętro w momencie, gdy nie wiadomo, co dokładnie krąży w wentylacji lub kto zaraz odetnie prąd, nie była według niego najbystrzejszym pomysłem pod słońcem, ale to był ich wybór. On zdecydowanie wolał zostać w pobliżu parteru.

    Z zamyślenia wyrwały go słowa Sebastiana. Gość miał rację. Stanie jak kołek w pustoszejącym lobby, gdy spięta ochrona już zaczynała nerwowo łypać na każdego, kto nie wracał grzecznie do swojego boksu, było proszeniem się o bezsensowny konflikt na samym starcie.

    – Palarnia to w sumie jedyne miejsce na tym piętrze, gdzie wyciąg musi wyrzucać syf bezpośrednio na zewnątrz, a nie tłoczyć go w główny obieg – mruknął cicho Maksymilian do Sebastiana

    Ruszył za Sebastianem w stronę strefy dla palących. Choć na co dzień dbał o siebie, miał jedną słabość. Stary, parszywy nawyk, który złapał lata temu w wojsku, siedząc godzinami na zimnych, deszczowych patrolach, i który z uporem maniaka z nim został. Ale potrzebował tego, w takich momentach jak ten ciche kliknięcie benzynowej zapalniczki Zippo i dym drapiący w gardło uspokajały go. To stanowczo nie zapowiadało się na łatwy dzień.

    text alternatywny

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    MilobM Milob

    Maksymilian Kruk

    Screenshot 2026-05-13 105938.jpg

    Maksymilian klął pod nosem, ale dłonie pracowały automatycznie, z precyzją wyrobioną przez tysiące zjazdów. Komunikat kierownika był lakoniczny i nerwowy, a to nigdy nie wróżyło niczego dobrego w "Darpolu".

    "Pewnie znowu jakieś VIP-owskie spotkanie 'wszystkie ręce na pokład', które można by załatwić głupim mailem... Jeszcze tylko trzy miesiące tego gówna” — powtarzał sobie w myślach, jak mantrę. Trzy miesiące znoszenia korporacyjnego betonu i skrobania ptasich wnętrzności. Trzy miesiące, żeby domknąć budżet, rzucić tę robotę w pizdziec i kupić bilet w jedną stronę. Patagonia. Surowe góry, zimny wiatr, żadnych biurowców, żadnych durniów w garniturach, żadnych zmartwień. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem.

    Gdy wszedł przez techniczne okno do środka, słyszał już trzaskający radiowęzeł. Komunikat o kwarantannie i wezwaniu do lobby zalał go falą cynicznego znużenia. Kiedy jednak zobaczył policję oklejającą szyby na parterze taśmą i Administratora Borkowskiego wchodzącego na improwizowane podwyższenie, instynkt z dawnych lat — ten, który tak starannie ukrywał przed kolegami z pracy — zaczął cicho brzęczeć w głowie.

    Maks stanął z tyłu tłumu, niepozorny w swojej brudnej, roboczej kurtce, z narzędziami wciąż wciśniętym w pętlę przy pasku. Słuchał gładkich, korporacyjnych zapewnień Borkowskiego o "prewencji" i "standardowych procedurach". Patrzył na zdenerwowane twarze innych pracowników, na nerwowe reakcje ochrony. Kątem oka zauważył faceta w roboczym uniformie z torbą narzędziową przy nodze. Znał go z widzenia – Karol, technik. Maks usłyszał, jak tamten wymienia uwagi ze stojącym obok korposzczurem o zaklejaniu wyjść. Maksymilian kiwnął tylko minimalnie głową, sam do siebie. Przynajmniej ktoś tu jeszcze myślał racjonalnie

    Z zamyślenia wyrwał go spokojny, kobiecy głos. Przeniósł wzrok na elegancką blondynkę z HR-u, która właśnie z zaczęła pacyfikować nastroje tłumu. Mówiła cicho, ale z taką pewnością siebie, że ludzie faktycznie zaczęli jej słuchać. Choć jego wzrok skupił się na jednej osobie, która jej akurat nie słuchała, ratownika medycznego z czerwoną torbą, który przed chwilą nerwowo szarpał za zablokowane drzwi wyjściowe. Facet wyglądał, jakby nie spał od tygodnia

    Maks obserwował, jak medyk przepycha się przez tłum, podchodzi prosto do Karola i pyta o obieg powietrza w wentylacji. Jeśli facet z karetki pytał o wentylację, to nie szukali tu podłożonej bomby. Szukali czegoś, czym oddychali... odruchowo nasunął wyżej na szyję wojskowy komin termoaktywny, gotów naciągnąć go na twarz w ułamku sekundy. Maksymilian nie miał w zwyczaju wtrącać się w cudze rozmowy. Zazwyczaj wolał trzymać się z boku i obserwować, ale pytanie rzucone przez ratownika medycznego zmartwiło go. Przez ułamek sekundy miał ochotę do nich podejść. Znał ten budynek od zewnątrz, wiedział, gdzie są wyrzutnie na dachu i jak biegną ciągi techniczne, ale jego instynkt ten który przez tak długi czas był skryty w zakamarkach jego jaźni powoli się budził i brzęczał

    Nie wykonuj gwałtownych ruchów. Najpierw rozeznanie.

    "Zablokowali cały cholerny biurowiec w kilkanaście minut. Ktoś na pewno nagrał coś z zewnątrz, zanim odcięli sygnał, albo napisał, co się dzieje na mieście" - pomyślał. Zaczął metodycznie scrollować lokalne portale informacyjne, Telegrama i X (Twittera), wpisując w wyszukiwarkę krótkie hasła: Domaniewska, Darpol, kwarantanna, policja, ewakuacja Warszawa. Służby rzadko działały tak szybko bez przecieków. Ktoś na zewnątrz musiał nagrać kordon z okna sąsiedniego biurowca, ktoś musiał rzucić plotkę w eter. Zanim podejmie decyzję, czy otwierać szyby techniczne, dogadywać się z Karolem i Michałem, czy ewakuować się po zewnętrznej elewacji, musiał zebrać twarde dane.

    Rozgrywka

  • Bohaterowie Graczy
    MilobM Milob

    IMIĘ I NAZWISKO: Maksymilian Kruk
    ARCHETYP/PROFESJA: Były żołnierz / Alpinista przemysłowy
    WIEK: 26 lat

    e526216c-00ca-4ec5-a12a-38d44340f108-Screenshot 2026-05-13 105938.jpg

    Maksymilian urodził się i wychował w zapomnianej przez Boga dziurze na Pomorzu Zachodnim, gdzieś między upadłym PGR-em a ścianą lasu. Ojciec tyrał na wózku widłowym, matka dorabiała sprzątaniem. Zwykła rodzina bez wielkich ambicji, w miasteczku, w którym jedyną opcją dla młodych była robota za najniższą krajową w lokalnej fabryce mebli. Maksymilian miał jednak inne plany – wiedział, że jeśli tam zostanie, skończy z tanim piwem pod sklepem. Gdy tylko skończył osiemnaście lat, spakował plecak i poszedł w kamasze. Trafił do 25 Brygady Kawalerii Powietrznej. Wojsko dało mu wszystko, czego nie miał w domu: dyscyplinę, braterstwo i cel. Był dobry, szybki i opanowany.
    Niestety świat nie jest cukierkowy, a problem z wojskiem polega jednak na tym, że twoje życie zależy od przetargów, w których wygrywa najtańsza oferta. Wszystko posypało się podczas jednych, rutynowych ćwiczeń nocnych. Zjazd ze śmigłowca (fast-rope), pełne obciążenie, a potem trzask pękającego, taniego karabinka. Maks runął z kilku metrów prosto na beton. Otwarcie złamanie, strzaskane kolano, miesiące bólu. Wojskowa komisja lekarska nie miała sentymentów. Dostał "kategorię N" – niezdolny do służby zawodowej. Armia wypluła go z powrotem do cywila.
    Maksymilian postawił jednak na swoim, rehabilitacja trwała ponad rok. Kiedy w końcu stanął na nogi, musiał z czegoś żyć. Z wojska jedyne co wyniósł to uprawnienia wysokościowe, więc zatrudnił się w "Darpolu"- akurat szukali kogoś z jego umiejętnościami. Szybko zrozumiał, jak wielką ironią losu był ten wybór. Uciekł przed prowincjonalnym wyzyskiem, tylko po to, by skończyć w korporacyjnej wersji "Januszpolu". Wielka firma, lśniące biurowce, ale te same cięcia kosztów, ten sam brak szacunku do pracownika i te same śmieciowe umowy. Przeznaczenia nie oszukasz.
    I tak Maksymilian trwa w tym zawieszeniu, nie bardzo wiedząc, do czego właściwie dąży. Właśnie wisi w uprzęży na 44. piętrze szklanego biurowca. Klnie pod nosem, zeskrobując z szyby rozmazane wnętrzności i pióra jakiegoś pechowego ptaka, który rozbił się o elewację. Nagle w jego przypiętej do szelek krótkofalówce trzeszczy głos kierownika. Zamiast standardowego opierdolu za powolne tempo, Maks słyszy nerwowy, niemal paniczny rozkaz: ma natychmiast zjeżdżać z lin i wracać do środka budynku. Bez dyskusji.

    CECHY
    Empatia: 2
    Polot 4
    Siła 4
    Zwinność 4

    UMIEJĘTNOŚCI
    Wytrzymałość 1
    Spostrzegawczość 2
    Skradanie się 2
    Ruch 2
    Walka 1
    Strzelanie 1
    Sztuka Przetrwania 1

    TALENT: SPECJALIZACJA W BRONI (Walka bez Broni)
    Doskonale władasz określonym typem broni. Gdy walczysz przy użyciu tego oręża, otrzymujesz modyfikator +2. Możesz wykupić ten Talent kilkukrotnie, za każdym razem wybierając inny typ broni. Można się specjalizować w walce bez broni.

    WIELKIE MARZENIE
    Bilet w jedną stronę- Odłożenie potężnej kwoty na wielomiesięczną, solową wyprawę wschodnią ścianą Cerro Torre w Patagonii. To jego ostateczny test umiejętności i ucieczka od szarej, polskiej rzeczywistości. I zostanie tam, jako przewodnik Wersja postapokaliptyczna: Znaleznie miejsca gdzie nie ma zombie

    DUMA
    Jego wola przetrwania została już przetestowana w najgorszy możliwy sposób podczas miesięcy brutalnej rehabilitacji strzaskanego kolana. Maksymilian wie, jak smakuje agonia i potrafi ją na chwilę wyłączyć z własnej świadomości.

    WYGLĄD: Krótko zgolone maszynką włosy, szorstki, kilkudniowy zarost. Twarz ogorzała od wiatru, ale w kącikach bystrych oczu kryją się zmarszczki od częstego, przekornego uśmiechu. Chodzi płynnie i spokojnie, starając się nie pokazywać, że lekko utyka na prawą nogę.

    DANE OSOBOWE:
    Imię i nazwisko: Maksymilian Kruk
    Wiek: 26 lat
    Zawód: Alpinista przemysłowy
    Stan cywilny: Kawaler
    Miejsce zamieszkania: Warszawa, Żoliborz

    Materiały

  • 21 Dni
    MilobM Milob

    Hej, witam wszystkich 🙂

    Komentarze

  • Powitania, pożegnania i powroty
    MilobM Milob

    Hej, witam wszystkich 😄

    Nawet nie wiem co to Tanith :p. Więc tak, to jest zbieg okoliczności. A co do tego dlaczego tutaj jestem, to migneło mi ogłoszenie do rekrutacji do World War Z Warsaw Edtion na facebooku i jako fan zombie nie mogłem tego odpuścić. Także zawsze chciałem zagrać w PBF, i nawet raz mi się udało, niestety sesja po 2 turach się skończyła... mam nadzięję że tym razem mi się poszczęści 🙂

    Co do systemów to jak prawdziwy Polak Warhammer:) jk. Ale tak naprawdę na stole u mnie goszczą u mnie różnorakie systemy od Warhammera przez OSR aż po Dread albo Ten Candles. U mnie nie ma faworytów . Zawsze lubię potestować coś nowego i uważam, że nie ma systemu uniwersalnego i trzeba zawsze szukać systemu pod setting a nie na odwrót

    Hydepark
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa