![]()
Maksymilian Kruk
Ekran poobijanego smartfona rzucał blade światło na zmęczoną twarz Maksymiliana. Wiadomości z grupy na Telegramie ładowały się z irytującym, rosnącym opóźnieniem. Zwalniający internet – odnotował w myślach z chłodnym pragmatyzmem. To był kolejny element układanki, który bardzo mu się nie podobał. Nagłe, twarde lockdowny biurowców w całym mieście bez żadnych wcześniejszych ostrzeżeń z ministerstwa. Żadnych gładkich konferencji w telewizji, tylko kordony policji i taśmy na drzwiach. Dla Maksa ten schemat działania wyglądał niepokojąco znajomo, choć wolałby o nim zapomnieć. Błyskawiczne odcięcie strategicznych obiektów, blokada przepływu informacji i narzucanie pełnej kontroli nad cywilami śmierdziały mu z daleka wprowadzeniem nieoficjalnego stanu wojennego, a może nawet wojskowym puczem. Ktoś na samej górze albo całkowicie stracił kontrolę nad sytuacją, albo właśnie próbował ją brutalnie przejąć.
Zablokował ekran i wsunął telefon z powrotem do głębokiej kieszeni oliwkowych bojówek. Podniósł wzrok akurat w momencie, by odprowadzić spojrzeniem wsiadającą do windy grupkę. Elegancka blondynka z HR-u – Weronika? Wiktoria? Jakoś tak – a za nią wcisnęła się ta dwójka jedynych w miarę przytomnych gości: monter Karol i wymięty medyk Michał. Maks zmrużył oczy, gdy metalowe drzwi się zasunęły. Jazda zamkniętą puszką na dwudzieste piąte piętro w momencie, gdy nie wiadomo, co dokładnie krąży w wentylacji lub kto zaraz odetnie prąd, nie była według niego najbystrzejszym pomysłem pod słońcem, ale to był ich wybór. On zdecydowanie wolał zostać w pobliżu parteru.
Z zamyślenia wyrwały go słowa Sebastiana. Gość miał rację. Stanie jak kołek w pustoszejącym lobby, gdy spięta ochrona już zaczynała nerwowo łypać na każdego, kto nie wracał grzecznie do swojego boksu, było proszeniem się o bezsensowny konflikt na samym starcie.
– Palarnia to w sumie jedyne miejsce na tym piętrze, gdzie wyciąg musi wyrzucać syf bezpośrednio na zewnątrz, a nie tłoczyć go w główny obieg – mruknął cicho Maksymilian do Sebastiana
Ruszył za Sebastianem w stronę strefy dla palących. Choć na co dzień dbał o siebie, miał jedną słabość. Stary, parszywy nawyk, który złapał lata temu w wojsku, siedząc godzinami na zimnych, deszczowych patrolach, i który z uporem maniaka z nim został. Ale potrzebował tego, w takich momentach jak ten ciche kliknięcie benzynowej zapalniczki Zippo i dym drapiący w gardło uspokajały go. To stanowczo nie zapowiadało się na łatwy dzień.




