Maksymilian „Maks” Kruk

Parking powitał ich ciszą. Taką, od której Maksowi jeżyły się włosy na karku. Blade świetlówki brzęczały nad pasami jezdni, a między samochodami zalegał półmrok, w którym mogło czaić się wszystko. Szedł przodem, z latarką w dłoni i drugą ręką przy łomie, i przy każdym filarze spodziewał się, że coś zza niego wyskoczy.
Nic nie wyskoczyło.
Zieliński mruczał pod nosem, że idzie zbyt prosto. Maks nie odpowiedział, ale w duchu przyznał mu rację. W wojsku powtarzali, że jeśli natarcie idzie wyjątkowo gładko, to znaczy, że właśnie wchodzisz w zasadzkę.
Przy budce ochrony zwolnił. Pusto. Tylko kluczyki porzucone na blacie, jakby ktoś wyszedł na chwilę i już nie wrócił. Przez sekundę bił się z myślami, potem sięgnął do środka i wsunął je do kieszeni. Nie sprawdzał, który samochód mrugnie światłami – nie teraz, nie w tej ciszy. Ale w świecie, który właśnie się sypał, kluczyki do czegokolwiek na kołach mogły się jeszcze przydać.
Kiedy dogoniła ich Wójcik, odruchowo zerknął jej przez ramię, w głąb ciemnego korytarza. Nikt za nią nie szedł.
Brama otworzyła się niemal bezgłośnie i do środka wpadło nocne powietrze. Maks wciągnął je głęboko. Po trzech dniach w szklanym pudle, w klimatyzowanej duchocie, smakowało jak pierwszy łyk wody po całodniowym marszu.
Zieliński prowadził, Maks zamykał szyk. Ktoś musiał pilnować tyłów, a to akurat umiał. Co kilkadziesiąt kroków oglądał się przez ramię, lustrował bramy, ciemne okna i wyloty przecznic. Przed nim przez całą drogę stukały obcasy Wrońskiej. Pół miasta na obcasach, a ona ani razu nie jęknęła. Zapamiętał to sobie. Nikt nie wybiera stroju na koniec świata, ale nie każdy potrafi iść w nim bez marudzenia.
Kiedy zza zakrętu wypadła kolumna – dwa radiowozy, wóz strażacki, karetka – wszyscy rzucili się za wiatę przystanku. Maks przykucnął ostatni, z ręką na łomie, i odprowadzał wzrokiem migające światła, dopóki nie zniknęły. Nikt nawet nie zwolnił.
Później jeszcze dwa razy nie zdążyli się schować. I dwa razy radiowóz na sygnale minął ich, jakby byli powietrzem. Dopiero wtedy Maks zrozumiał, co niepokoi go w tym najbardziej. Policja, która olewa godzinę policyjną, ma na głowie coś znacznie gorszego niż szóstkę spacerowiczów.
Im dalej na południe, tym więcej widział. Dym nad dachami. Ogień w oknach jakiegoś budynku w oddali. Syreny, które nie milkły, tylko przesuwały się po mieście, raz bliżej, raz dalej. W końcu na horyzoncie zamajaczyły biurowce Mordoru. Znał je jak mało kto – od zewnątrz, z liny, kilkadziesiąt metrów nad chodnikiem. Teraz stały w większości ciemne i obce, jak nagrobki.
Blok na Gotarda wyglądał jak setki innych w tym mieście – szary, zmęczony, pamiętający jeszcze Gierka. Cztery piętra po schodach to była pestka po trzydziestu siedmiu w wieżowcu. Maks patrzył, jak Zieliński zasuwa zamki jeden po drugim – trzy antywłamaniowe, łańcuch, mosiężny skobel – i z każdym kolejnym czuł, jak schodzi z niego warstwa napięcia. Paranoja paranoją, ale to dzięki niej spali dziś za drzwiami, których nie powstydziłby się bank.
W mieszkaniu pachniało stęchlizną i kebabem z poprzedniej epoki. Na ścianach wisiały mapy, notatki i wycinki z gazet, a na regale, między książkami, stała maska przeciwgazowa. Maks zatrzymał na niej wzrok dłużej, niż wypadało. Jego własna kawalerka wyglądała przy tym jak koszary: łóżko, szafa, wszystko poskładane w kostkę, gołe ściany. Żadnych map. Może to był błąd.
Scenę między Owczarkiem a Wójcik obserwował w milczeniu. Nie znał całej historii i nie zamierzał wchodzić między młot a kowadło. Kiedy jednak ratownik zniknął w kuchni, a Wójcik została z jego kurtką w rękach, Maks, przechodząc obok, mruknął:
— Swoje gacie wypiorę sam. Proszę się nie przejmować.
Chwilę później Owczarek obwieścił, że zajmuje łazienkę na pół godziny. Maks przewrócił oczami. W koszarach po dziesięciu minutach wyważyliby mu drzwi.
Uchylił drzwi balkonowe, żeby choć trochę przewietrzyć mieszkanie, wyszedł na zewnątrz, oparł łom o ścianę i wyciągnął papierosy. Chciał chwili spokoju.
Skrzypnięcie drzwi balkonowych sprawiło, że Maksymilian odwrócił się szybciej, niż było trzeba. Dopiero kiedy rozpoznał Wiktorię, wypuścił powietrze. Ciało jeszcze nie przyjęło do wiadomości, że są już poza wieżowcem. Głowa zresztą też nie bardzo.
Wiktoria Wrońska & Maksymilian Kruk

— Mogę? — Blondynka wyciągnęła rękę, wskazując na paczkę. — Nie chcę się narzucać. Jeśli woli pan odetchnąć tutaj bez towarzystwa, wrócę później.
Uśmiechnęła się nieznacznie, jakby chciała dać znać, że naprawdę nie będzie miała z tym problemu.
Przypalił w końcu papierosa i zaciągnął się, zanim odpowiedział. Kojarzył ją głównie z działu HR. Pewnie wiedziała o nim więcej niż on o niej – w końcu to u niej leżała jego teczka. Za to w wieżowcu zobaczył coś, czego nie wpisuje się do akt: kiedy robiło się nerwowo, nie panikowała, tylko rozglądała się, komu pomóc. W wojsku nauczył się cenić takich ludzi. Zwykle było ich za mało.
Wytrząsnął z paczki papierosa i podał go jej filtrem do przodu.
— Proszę. Tylko niech Sebastian nie widzi. Według niego właśnie przepuszczam majątek.
Pstryknął zapalniczką i osłonił płomień dłonią.
— I nie narzuca się pani. Gdyby tak było, powiedziałbym.
W kąciku jego ust coś drgnęło. Może uśmiech, a może tylko grymas od dymu.
Wiktoria przyjęła papierosa z lekkim uśmiechem i nachyliła się do płomienia. Przytrzymał go, aż koniec się zajął. Zaciągnęła się jak ktoś, kto kiedyś robił to często – zauważył to, ale nie skomentował.
Oparł się o barierkę i znów zapatrzył w miasto. Nad dachami unosiły się łuny pożarów, ulice świeciły pustkami. Godzina policyjna. Pomyślał o ludziach, których – odkąd zamienił mundur na linę – oglądał zza szyb biurowców, pochylonych nad monitorami, pewnych, że jutro będzie takie samo jak dziś. Ciekawe, co sie z nimi stanie. Odsunął tę myśl, zanim zdążyła się rozgościć.
— Dobrze się pani trzymała — odezwał się w końcu, nie odwracając głowy. — Tam, w środku. Tylko że to zawsze dopada człowieka później. Kiedy robi się cicho i nie ma już nic do zrobienia. — Wzruszył ramionami. — U mnie zwykle przy drugim papierosie.
Położył paczkę na barierce, między nimi. Wystarczająco blisko, żeby nie trzeba było o nią prosić.
— Maks — dodał jeszcze po chwili. — Jeśli to pani nie przeszkadza. Ten cały „pan” chyba został w Darpolu.
— Wiktoria — odpowiedziała z wyraźnym rozbawieniem.
Skinął głową, jakby przyjmował meldunek. Znali przecież swoje imiona, nazwiska, a nawet stanowiska, a po wspinaczce na trzydzieste siódme piętro – także własne granice wytrzymałości. Formalności i tak straciły sens.
— Cóż… — Spojrzała na zapalonego papierosa. — W takim razie dziękuję za tak kosztowny prezent. I za to, co powiedziałeś.
Nigdy nie wiedział, co odpowiadać na podziękowania, więc tylko mruknął coś niewyraźnego w dym.
Wypuściła powoli dym, spoglądając na rozświetlone miasto.
— Zabawne, prawda? Na co dzień to ja tłumaczę ludziom, dlaczego emocje czasami przychodzą z opóźnieniem. A teraz sama stoję tutaj i próbuję przekonać organizm, że może już przestać być w pogotowiu. — Uśmiechnęła się nieznacznie. — Chociaż muszę przyznać, że nie spodziewałam się usłyszeć tak trafnej obserwacji akurat podczas papierosa na balkonie.
— Wiedzieć, jak to działa, to jedno. Przekonać do tego ciało to drugie — odparł. — A najmądrzejsze rzeczy w wojsku słyszałem w palarni. Nie na odprawach.
Zerknął na nią z ukosa. W świetle łun wyglądała inaczej niż w Darpolu. Spojrzenie miała mniej chłodne, twarz łagodniejszą. Tam kojarzyła mu się z kimś, kto zaraz poprosi o podpis w trzech egzemplarzach. Teraz – po prostu z człowiekiem, który miał bardzo zły dzień.
— Czyli drugi papieros? — Spojrzała na papierosa w jego dłoni, a potem na niego. — To chyba powinnam zacząć się martwić, co będzie przy trzecim.
Jakby na potwierdzenie jej słów sięgnął po paczkę i przypalił drugiego od niedopałka.
— Spokojnie, nic groźnego. Przy trzecim zaczynam planować.
Na moment się uśmiechnął, ale zaraz spoważniał i spojrzał na migające między łunami światła syren.
— Dziś nigdzie się nie ruszamy. Godzina policyjna, ciemno, a miasto się pali. Na noc warty, dwójkami, po dwie godziny. Pierwszą biorę ja, i tak nie zasnę. Michała bym oszczędzał – jak coś się stanie, będzie nam potrzebny wypoczęty. Rano radio, wiadomości i przegląd zapasów. Nasz gospodarz pewnie ma ich na pół roku. Pierwszy raz w życiu cieszę się, że ktoś ma paranoję.
— Chwileczkę. — Uniosła brew, spoglądając na papierosa w jego dłoni. — Mówiłeś, że planować zaczynasz dopiero przy trzecim. A już zdążyłeś rozpisać nam harmonogram na najbliższe kilkanaście godzin. Powinnam się obawiać, co wymyślisz, kiedy faktycznie go zapalisz?
— Przy trzecim? Mapy, trasy ewakuacji i plan B. Może nawet C. — Urwał i pokręcił głową. — Wybacz. Z wojska można odejść, ale wojsko z człowieka tak łatwo nie wychodzi.
Nie sięgnął już po paczkę. Trzeciego dziś nie będzie.
— Nie sądzę, aby warty były potrzebne. Jeszcze nie — zaczęła ze spokojem, strzepując popiół za barierkę.— Jesteśmy na czwartym piętrze, za zamkniętymi drzwiami, a na ulicach obowiązuje godzina policyjna. Oczywiście nie oznacza to pełnego bezpieczeństwa, tego nie neguję. Jednakże sądzę, że dziś powinniśmy wszyscy porządnie wypocząć. Jesteśmy w o niebo lepszej, choć nie idealnej, sytuacji. Tak na poważnie. Dzięki temu jutrzejszy dzień będzie odrobinę lżejszy. — Zerknęła w dół. — Dodatkowo nie ukrywam, że moje buty sprawiają mi problem. Może to błahe, ale cóż…
Już chciał zaprotestować, ale jego wzrok powędrował za jej spojrzeniem – na bose stopy, zaczerwienione, przyciśnięte do zimnej posadzki. Jeśli ona tak wyglądała, reszta pewnie niewiele lepiej.
— Dobra, masz rację — przyznał. — Ale drzwi zastawię, a za nimi postawię parę garnków. Jak ktoś spróbuje wejść, usłyszymy. — Wskazał brodą w dół. — A to wcale nie jest błahe. W wojsku powtarzali, że żołnierz jest tyle wart, co jego nogi. Pokaż stopy Michałowi przed snem. Jutro znajdziemy ci porządne buty. Zieliński pewnie ma w szafie ze trzy pary na koniec świata. Za duże? Dwie pary skarpet i będzie jak ulał.
Wiktoria uśmiechnęła się wyraźnie szerzej i kiwnęła głową.
— Dobry jesteś — pochwaliła szczerze. — Te garnki to coś, z czym nawet ci pomogę. Jak kiedyś stracę głowę, będziesz pierwszą osobą, do której się zwrócę.
Maks odchrząknął i nagle bardzo zainteresował się barierką. Komplementy przyjmował jeszcze gorzej niż podziękowania.
— Dobry to ja jestem w myciu okien — mruknął. — Ale pomoc przy garnkach przyjmę. Tylko uważaj, w wojsku kto się zgłasza, ten robi. A co do głowy… trzymam za słowo. Choć wolałbym, żebyś nie musiała.
— Nie boję się robić — oznajmiła poważnie. — Po prostu daj mi znać, gdy będziesz się za to zabierał, to zrobimy to razem. I uważaj, bo wór ze starymi smrodami przed drzwiami postawiłam.
Wyjął z kieszeni martwy telefon i obrócił go w palcach.
— I trzeba naładować telefony, póki jest prąd.
— Swój ładuję co wieczór — przyznała, wyjmując smartfon z kieszeni spódnicy. Zerknęła na jego aparat i zmarszczyła brwi. — Chcesz skorzystać?
Wyciągnęła telefon w jego stronę i przy okazji, zupełnie niechcący, wydmuchała mu dym prosto w twarz. Zmrużył oczy i rozgonił go dłonią, ale się nie cofnął. Delikatnie odsunął za to jej rękę z telefonem.
— Dzięki, ale nic mi to nie da. Śmieszna sprawa. Kiedyś znało się na pamięć numery do połowy rodziny, a dziś bez swojego telefonu nie zadzwonię nawet do matki. — Postukał w ciemny ekran. — Poczekam, aż się podładuje.
Wiktoria schowała telefon z powrotem do kieszeni.
Zamilkł na chwilę, wypuszczając dym.
— Potem zdecydujemy, czy tu siedzimy, czy próbujemy wyrwać się z miasta, zanim zrobi się gorzej. Duże miasto w takiej sytuacji to pułapka. Za dużo ludzi, za mało wyjść. — Dopiero teraz odwrócił się do niej przodem. — A ty? Masz kogoś, do kogo musisz się dostać?
— Ja mam rodziców. Tylko. Mieszkają w domu poza Warszawą — przyznała prosto z mostu, zaciągając się. — Reszty rodziny nawet nie lubię, w dupie to mam.
Uniósł brew.
— Tego chyba nie uczą na szkoleniach z HR.
Parsknęła.
— Nie, na szkoleniach z HR uczą, jak powiedzieć komuś „mam cię w dupie”, żeby jeszcze podziękował za konstruktywny feedback.
Tym razem roześmiał się naprawdę. Pierwszy raz tej nocy, krótko i chrapliwie, jakby wyszedł z wprawy.
— To by wiele tłumaczyło. Po każdej wizycie w kadrach czułem, że powinienem jeszcze podziękować.
Zauważył, jak zawiesiła głos na tym „tylko”, ale nie dopytywał. Każdy ma jakąś teczkę, której nie pokazuje się obcym.
— Dobrze, że twoi są poza miastem. Tam pewnie spokojniej niż tutaj.
— A na ciebie ktoś czeka? Żona, dzieci? Sierżant? — rzuciła luźnym półżartem.
Na wzmiankę o sierżancie pokręcił głową z rozbawieniem.
— Sierżant został w jednostce. Choć, jak widać, czasem jeszcze odzywa się w mojej głowie. — Po chwili spoważniał. — Żony ani dzieci nie mam. Rodzice są w Lublinie, już swoje lata mają. Mam jeszcze brata i siostrę. Po wojsku przyjechałem do Warszawy, żeby zacząć od nowa. Skakać mi już nie pozwolili, to przynajmniej wiszę.
— Czyli zamieniłeś jeden rodzaj adrenaliny na drugi. — Zabrzmiało to jak pytanie, choć wyraźnie nie zamierzała naciskać. — Lubiłeś robić to, co robiłeś?
— Z adrenaliną to nie do końca. Skok to adrenalina, lina to raczej spokój.
Na drugie pytanie odpowiedział dopiero po chwili.
— Lubiłem. Wojsko, chłopaków, a najbardziej skakanie. Stoisz w otwartych drzwiach, wiatr wyrywa ci oddech, a potem nagle robi się cicho. Czasza się otwiera i przez minutę cały świat jest pod tobą. Niczego w życiu nie lubiłem bardziej. — Wzruszył ramionami, sztywniej, niż chciał. — Reszta to długa historia. Opowiem ci przy trzecim papierosie. Kiedyś.
— Czyli trzeci papieros oznacza nie tylko plan ewakuacji, ale też tę obiecaną historię? — Uniosła brew. — Zaczynam rozumieć, dlaczego tak oszczędnie nimi gospodarujesz.
— Trzeci jest wielofunkcyjny. Dlatego trzeba go oszczędzać. — Spojrzał w dół, na pustą ulicę. — Co do liny, to lina to najbliżej tego, co mi zostało. Wysoko i cicho. I widzisz ludzi takimi, jacy są, kiedy myślą, że nikt nie patrzy. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Twoje okna pewnie też myłem. Nikt wtedy nie podnosi głowy.
Słuchała uważnie, ze wzrokiem utkwionym w najdalszych płomieniach. Kącik jej ust drgnął, ale uśmiech nie doszedł do skutku. Zauważył to, ale nie pytał. Nie dziś.
Mimowolnie spojrzał na południowy wschód, gdzie za łunami ciągnęła się ciemność. Lublin. W zwykły dzień jakieś dwie godziny drogi. Dziś równie dobrze mógłby leżeć na drugim końcu świata.
Otrząsnął się z tej myśli i zgasił niedopałek o barierkę.
— Ja najpierw muszę się dodzwonić do swoich. Od tego, co usłyszę, zależy reszta. Ale jak znam wojsko, drogi wylotowe pewnie już blokują, więc łatwo nie będzie. — Spojrzał na nią. — Skoro przegłosowałaś mnie w sprawie wart, to teraz twoja kolej. Bez trzeciego papierosa planowanie idzie mi dziś opornie. Jaki masz plan? Chcesz się przebijać do rodziców czy poczekać, aż się wyjaśni, co tu się w ogóle dzieje?
Westchnęła i przeniosła wzrok na ulicę.
— Nie wiem, Maks. Chciałabym powiedzieć, że mam jakiś genialny plan, ale prawda jest taka, że nie mam. Najpierw muszę wiedzieć, czy są bezpieczni. A potem... potem będę się martwić, jak do nich dotrzeć. Nie wyobrażam sobie tego, bo to nie jest wcale blisko, to nie jest zwykłe „pod Warszawą”, to jest poza… Jakieś sto kilometrów. Myślę, że najpierw powinniśmy porozmawiać z pozostałymi. Każdy z nas może mieć kogoś, do kogo chciałby wrócić. Nie chciałabym zakładać, że wszyscy zamierzają trzymać się razem.
Słuchał, nie przerywając.
— Tak jak ja — powiedział, kiedy skończyła. — Najpierw trzeba wiedzieć, czy są cali. Reszta potem. I masz rację z pozostałymi. Rano siądziemy razem i każdy powie, czego chce. — Zawahał się. — Ale w grupie łatwiej przeżyć. Nawet jeśli każdy ciągnie w swoją stronę.
Potem zmarszczył brwi, jakby coś przeliczał. Pewnie przeliczał.
— Sto kilometrów. Samochodem godzina z hakiem. Na piechotę trzy, cztery dni. Na obcasach – nigdy. W którą stronę? — Zaraz jednak uniósł ręce w obronnym geście. — Pytam z czystej ciekawości. Trzeci papieros dalej leży w paczce.
— Mam wrażenie, że wystarczy, żebyś dotknął paczki, a już zaczynasz planować. Nawet nie musisz zapalać — odparła z lekkim uśmiechem.
Zerknął na swoją dłoń. Faktycznie spoczywała na barierce, dwa centymetry od paczki. Cofnął ją jak oparzony i ostentacyjnie schował obie ręce do kieszeni.
— Południowy wschód, w okolicy Róży Podgórnej, pod Siedlcami — odpowiedziała w końcu. — To taka wieś, nie mają wielu sąsiadów, nic tam się nie dzieje. Co oznacza, że i zasięg mają marny, więc najczęściej do nich piszę.
Jego głowa zaczęła liczyć, zanim zdążył ją powstrzymać.
— Siedlce. Na wschód, za Wisłą. Do Lublina to prawie po drodze, jak się nadłoży kawałek… — Urwał i spojrzał na swoje kieszenie. — Cholera. Nawet nie dotknąłem paczki.
Pokręcił głową nad własną beznadziejnością, ale myśl została. Oboje musieli za Wisłę.
— Wieś, mało sąsiadów i marny zasięg. Brzmi jak najlepsze miejsce, w jakim można teraz być.
Zmierzyła go wzrokiem ze śmiertelną powagą, a po chwili parsknęła, nieudolnie próbując to zamaskować.
— Powiedz mi tylko, czy w wojsku też tak wszystko przeliczałeś, czy to na mój widok zaczynasz opracowywać plany ewakuacji? — zapytała z zaczepnym uśmieszkiem, ukrywając go za papierosem.
Zrobił kamienną twarz.
— W wojsku przeliczałem wszystko. Odruch.
Kamienna twarz przetrwała może trzy sekundy. Potem zobaczył uśmiech, który chowała za papierosem, i sam parsknął.
— A tak w ogóle — odezwał się, kiedy już się uspokoił. — Jak się trafia do HR-u? Z powołania czy za karę?
Wydmuchnęła dym – tym razem w bok, z dala od jego twarzy. Postęp.
— Tak w sumie, to studiowałam psychologię. Ponoć każdy, kto ma nie po kolei w głowie, tam idzie. A szczerze to lubię obserwować ludzi i próbować ich zrozumieć — odpowiedziała z namysłem — Na przykład niektórzy twierdzą, że potrzebują trzeciego papierosa, żeby zacząć planować, a potem okazuje się, że wystarczy wspomnieć Siedlce...
— Psychologia — powtórzył. — No to pięknie. A ja ci tu od pół godziny opowiadam o sobie jak na kozetce. Ile jestem winien za sesję? Przyjmujesz w papierosach?
— Nie ukrywam, że słuchałam tych zwierzeń z ogromną przyjemnością. Poprawiłeś mi nastrój, to uczciwa zapłata.
— W takim razie jesteśmy kwita.
Po chwili dodał spokojniej:
— Czyli oboje podglądamy ludzi. Tylko ty z dyplomem, a ja z wiadrem. I co, rozgryzłaś mnie już? Nie, czekaj. Nie mów. Nie chcę wiedzieć.
Złapał się na tym, że od dobrych kilku minut ani razu nie pomyślał o wieżowcu.
— Czyli co, teraz myślisz, żeby tam pojechać? Pójść? Pewnie warto by było gdzieś przeczekać to wszystko. — Ręką z papierosem zatoczyła koło nad miastem, kreśląc w powietrzu nietrwały okrąg z dymu.
Powiódł wzrokiem za rozwiewającą się smugą.
— Do Siedlec? Po jednym wspólnym papierosie nie wpraszam się do niczyich rodziców. Ale przeczekać, tak. Byle nie tutaj. Trzeba się stąd wyrwać, zanim miasto zamknie się na dobre. Jak znam życie, mosty pójdą na pierwszy ogień. — Spoważniał. — Najpierw muszę wiedzieć, co z moimi. Lublin to też miasto. Jeśli tam jest tak jak tutaj… — Nie dokończył. Przez chwilę patrzył na łuny, potem przeniósł wzrok na nią. — A ty? Pojechałabyś sama?
Wiktoria odwróciła się tyłem do miasta i oparła o balustradę. Zadarła brodę, szukając na niebie gwiazd. Szło jej marnie.
— Nie wprosisz się, jeśli sama cię zaproszę. Możesz co najwyżej odmówić — odpowiedziała spokojnie, wciąż wpatrzona w pochmurny mrok. — Czyli póki nie dodzwonisz się do nich, to nie masz planu. Ale masz jakiś zalążek. Dobre i to. W ostateczności przynajmniej kierunek mamy podobny. Ja nie jestem pewna, czy dałabym radę sama. Chyba nawet bym nie chciała. Cóż, może nie widać, ale... nie jestem dobra w podtrzymywaniu relacji...
Nie odpowiedział od razu. Tym razem sięgnął po paczkę celowo. Wyciągnął papierosa i przez chwilę mu się przyglądał. Trzeciego miało dziś nie być.
— Nie odmówię — powiedział w końcu. — Siedlce, potem Lublin. Jakoś to połączymy.
Zamiast zapalić, podał jej papierosa filtrem do przodu, tak jak tamtego pierwszego. Widział, że już chce odmówić, ale odezwał się pierwszy.
— Trzymaj. To trzeci. Jak będziesz miała ochotę pogadać, o czymkolwiek, po prostu mi go daj. Wtedy go zapalę i opowiem ci tę historię.
Zaskoczenie na jej twarzy powoli ustąpiło miejsca ciepłemu uśmiechowi. Spojrzała na papierosa, potem znów na niego, i ostrożnie odebrała go z jego dłoni.
— Jak go zgubię, to ciekawość mnie zeżre. Więc muszę pilnować, dzięki — odpowiedziała z rozbawieniem, przyglądając się przez chwilę podarunkowi. — Sebastian miał rację, jesteś wyjątkowo hojny ze swoim majątkiem.
— Tylko mu nie mów — mruknął.
Schowała papierosa w bezpiecznym miejscu.
— A z tymi relacjami… — dodał po chwili ciszej. — Ja też nie jestem w tym dobry. Ale jak na dwie osoby, które tego nie umieją, idzie nam całkiem nieźle.
Podążył za jej wzrokiem w górę, w pochmurny mrok nad dachami.
— Nie szukaj. Gwiazd dziś nie zobaczysz, za dużo dymu i świateł. Pod Siedlcami będzie ich pełno.
Przez chwilę stali obok siebie w milczeniu, z głowami uniesionymi ku niebu. Wiktoria i tak wypatrywała choćby jednej gwiazdy między chmurami, dymem a łuną nad miastem. Może i obydwoje nie byli zbyt dobrzy w utrzymywaniu relacji, ale w utrzymywaniu przyjemnej ciszy byli bliscy perfekcji. Pierwszy raz od trzech dni cisza była po prostu ciszą.
W końcu odepchnął się od barierki i wziął łom.
— Idę podładować telefon i rzucić okiem na mapy Zielińskiego. Skoro już planujemy, to porządnie.
Odprowadziła go spojrzeniem, nie odrywając pleców od balustrady.
— Dzięki, Maks. Za rozmowę też — odezwała się z uśmiechem. — Ja jeszcze chwilę tutaj zostanę, poczekam, aż Michał zwolni łazienkę. Dopalę pierwszy podarunek, bo szkoda marnować.
Zatrzymał się w drzwiach balkonowych.
— A garnki razem, jak się umawialiśmy. Zawołam cię. I nie stój za długo boso na tych płytkach. Te nogi mają ci jeszcze posłużyć na sto kilometrów.
Na wzmiankę o garnkach uniosła palec wskazujący, jakby chciała przypomnieć mu o czymś niezwykle istotnym.
— I pamiętaj, jestem w kolejce do łazienki! Więc żebyś przypadkiem nie uciekł z tymi garami beze mnie.
— Tak jest — odparł i niedbale zasalutował dwoma palcami.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i znów spojrzała na pogrążone w chaosie miasto. Maks zostawił ją z tym widokiem i wszedł do środka.
Ładowarkę znalazł w szufladzie, którą wskazał mu Zieliński – w plątaninie kabli, w której była chyba końcówka do każdego telefonu wyprodukowanego w tym stuleciu. Podłączył swój i zostawił go na parapecie.
Zajrzał do kuchennych szafek. Zapasy były, owszem, ale liczone na jedną osobę, nie na sześć. Tyle w temacie półrocznych zapasów. Zjadł na stojąco pół konserwy turystycznej, prosto z puszki, jak na poligonie, a resztę odstawił dla innych. Potem zebrał z kuchni garnki i ustawił je w przedpokoju, pod drzwiami. Wieżę zostawił na później. Umówili się.
Dopiero wtedy podszedł do map. Zieliński pozaznaczał na nich rzeczy, których Maks nie do końca rozumiał – i nie był pewien, czy chce. Odszukał mapę, na której mieściły się i Warszawa, i Lublin, po czym przesunął palcem od Służewca na wschód. Wisła. Mosty. Każdy to wąskie gardło – gdyby to on miał zamknąć miasto, zacząłby właśnie od nich. Dalej Siedlce. Potem na południe, aż do Lublina. Na mapie wyglądało to niewinnie. Kilka centymetrów.
Telefon ożył po kwadransie. Zawibrował raz, drugi, dziesiąty. Nieodebrane połączenia z ostatnich dni. Matka. Ojciec. Brat. Siostra. Znowu matka. Ostatnie od siostry – sprzed dwóch dni. Na końcu SMS od matki: „Synku, odezwij się, jak tylko będziesz mógł”.
Za pierwszym razem połączenie zerwało się po jednym sygnale. Za drugim usłyszał tylko trzaski. Za trzecim ktoś odebrał.
— Maksiu? — Głos matki, cienki i daleki, jakby dochodził z dna studni. — Maksiu, to ty? Boże…
— Mamo, jestem cały. Słyszysz mnie? Jestem bezpieczny. Co u was?
— U nas też… — Reszta zginęła w szumie. — …dzwoniłam i dzwoniłam… tata mówi, żeby nie wychodzić…
— Mamo, wolniej. Nie słyszę.
Przez kilka sekund w słuchawce były tylko trzaski. Potem imię siostry. Potem słowo „szpital”. Potem „od wczoraj”. Głos matki się załamał.
— Co z nią? Mamo! Co z nią?
— …pojechał po nią… — Imię brata, coś o samochodzie, o tym, że miał zadzwonić. — …i nie odbiera…
— Mamo!
Trzy krótkie sygnały. Połączenie zakończone.
Wybrał numer jeszcze raz. „Abonent jest czasowo niedostępny”. I jeszcze raz. To samo. Spróbował do brata – sygnał, sygnał, sygnał, poczta głosowa. Do siostry – od razu poczta.
Napisał do matki: „Mamo, co z nią? Gdzie jest brat? Jestem bezpieczny, zadzwonię rano”. Pod wiadomością zaczęło się kręcić kółko wysyłania. Kręciło się dalej, kiedy ekran zgasł.
Usiadł na podłodze pod oknem, z łomem obok i telefonem wciąż podpiętym do ładowarki, i patrzył na mapę na ścianie. Lublin. W zwykły dzień dwie godziny drogi.
Teraz, brzmiało jak drugi koniec świata...