Maksymilian „Maks” Kruk

- Odpuść, Artur
Odezwał się, stając tuż obok swojego kierownika zmiany. Położył mu dłoń na ramieniu w geście uspokajającym.
- Gość ma rację. Nie on wymyśla te durne zasady, tylko spanikowane zderzaki z zarządu. Szarpiąc się z nim, nie otworzysz tych drzwi, a jedyne co ugrasz, to dyscyplinarkę albo pałą po nerkach od prewencji, która kręci się na dole
Kontynuował rzeczowo
- Borkowski kazał pracować, bo mu w excelu słupki płaczą, ale prawda jest taka, że mamy płacone za gotowość. Skoro magazyn objęto zakazem, to mamy przymusowe postojowe. Chodź. Zrobimy tę kawę, a zarząd niech się martwi swoimi problemami.
Artur zerknął na Maksymiliana.
- A,to ty, Max...Miałeś gdzie spać? Ta...Kawa to dobry pomysł, dopóki jest.
- W schowku z chemią gospodarczą i mopami
Odparł krótko, wzruszając lekko ramionami.
-Śmierdziało chlorem i najtańszym płynem do podłóg, ale przynajmniej miałem tam święty spokój i mogłem odciąć się od tego rozhisteryzowanego stada.
Weszli do firmowej kuchni. Maks odruchowo przeskanował wzrokiem pomieszczenie, po czym podszedł do ekspresu. Znalazł dwa w miarę czyste kubki i uruchomił maszynę, oparł się biodrem o blat, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
-Skoro Borkowski sypie z rękawa durnymi poleceniami o powrocie do pracy i prewencyjnie blokuje sprzęt, to o co tu chodzi
Zniżając głos, by brzmieć bardziej poufnie. — Jesteś wyżej na szczebelkach drabiny, Artur. Masz kontakt z innymi kierownikami. Szepczą coś po wewnętrznych kanałach? Obaj wiemy, że zwykła kwarantanna z powodu grypy z Niemiec nie tłumaczy tego cyrku. Na dole chłopaki w ołowianych piżamach stawiają jebany szpital polowy, a policja zmieniła maseczki na pełne filtry. Wiesz cokolwiek więcej o tym, z czym my tu tak naprawdę siedzimy zamknięci?
-Właśnie, Maksymilianie, rzecz jest w tym, że wszyscy chuja wiedzą o tym co się tu dzieje. Nie dziwię się, że nam zablokowali sprzęt. Sam bym się chętnie stąd zmył przez okno. Odparł posępnie Artur.
-Kiedy to całe szambo ostatecznie wybije, dobrze byłoby mieć pod ręką nasze liny i pełen szpej. Czysty wariant W. Nie oszukujmy się, Artur... goście w ołowianych piżamach nie rozstawiają na dole namiotów po to, żeby rozdawać nam witaminy, a ja nie ufam systemowi i naszym służbom w 100%. Co ty na to, żebyśmy jednak zorganizowali sobie ten dostęp do magazynu?
-Dobry pomysł, tylko jak? Klucze zabezpieczone, rozróba z ochronią nie wchodzi w grę, a pieniędzmi raczej nikogo nie przekupisz. - Stwierdził Kierownik.
Maks upił łyk kawy i odstawił kubek. Uśmiechnął się
– Rozróby i łapówki daj spokój, Artur. Cieć z góry sam podał nam rozwiązanie na tacy. Klucze są w głównej stróżówce na parterze.
Oparł dłonie o blat, zniżając głos do rzeczowego szeptu.
– Zastanów się. Na dole jest teraz absolutny chaos. HAZMAT stawia śluzy, ludzie panikują, a ochrona sra w gacie, gapiąc się na wojskowy sprzęt. Stróżówka to w tej chwili najsłabsze ogniwo. Prawdopodobnie siedzi tam jeden przebodźcowany gość. Wystarczy chwila zamieszania w lobby, żebym wszedł, zgarnął właściwy klucz i wyszedł bez słowa. Wchodzisz w to?
-Możemy spróbować. Chcesz tylko zabezpieczyć sprzęt, czy może od razu stąd nawiać? - Artur uśmiechnął się łobuzersko.
-Zabezpieczyć sprzęt, żeby miec tak zwaną polisę ubezpieczeniową
-Dobra. Jaki masz plan?
– Prosto i bez fajerwerków. Ty będziesz moją zasłoną dymną – zaczął, opierając się przedramionami o blat. – Schodzimy na parter. W lobby jest teraz absolutny chaos przez te namioty i lekarzy, ale musimy mieć pewność, że cieć w stróżówce nie będzie gapił się na monitory ani na tablicę z kluczami.
Maks uderzył lekko palcem w blat, akcentując swoją myśl.
– Jako kierownik masz idealny pretekst. Uderzasz prosto do okienka i zaczynasz wiercić facetowi dziurę w brzuchu. Pytaj o procedury BHP na czas kwarantanny, żądaj papierów na piśmie, każ mu dzwonić do przełożonego itd. Bądź maksymalnie upierdliwy, zrób z siebie biurokratyczny wrzód na dupie. Masz skupić całą jego uwagę na sobie i odwrócić go plecami do drzwi zaplecza.
Spojrzał Arturowi prosto w oczy, sprawdzając, czy ten nadąża.
– Kiedy on będzie próbował cię spławić, ja wykorzystuję zamieszanie, wchodzę do stróżówki, ściągam z tablicy nasz klucz i wychodzę. Potem spotykamy się na górze. Otwieramy magazyn, zgarniamy dwustumetrową linę, uprzęże i szpej zjazdowy. Sprzęt zamelinujemy gdzieś, może w schowku z chemią. Od tego momentu mamy swoje prywatne wyjście awaryjne, o którym nie wie nikt na tym statku.
Maks odstawił pusty kubek na blat i ruszył w stronę wyjścia.
– Schodzę na dół – rzucił krótko przez ramię. – Jeśli w to wchodzisz, daj mi pięć minut przewagi, a potem uderzaj do stróżówki robić zamieszanie; ja w tym czasie zgarnę klucze. Lepiej nie idźmy tam razem, mniej będziemy rzucać się w oczy.