Wieczorem Pieter nie pił więcej, niż musiał. Siedział przy stole z kawałkiem starego węgla w palcach i przez dłuższy czas przesuwał nim po blacie, znacząc krótkie linie, urwane łuki i punkty, które dla kogoś postronnego mogły wyglądać jak bezładne bazgroły. Dla niego były jednak drogą. Zasypanym traktem. Miejscem, gdzie należało trzymać się lewej strony jaru. Kamieniem drogowym, którego rano nikt nie zobaczy, bo śnieg przykrył go pewnie po sam czubek. Starą świerczyną, po której można rozpoznać zakręt, jeśli człowiek pamiętał, że jedno z drzew pękło dawno temu od pioruna i rosło teraz krzywo, jakby chciało uciec od własnego korzenia. Nie mówił dużo.
Tomasimo dopytywał, poprawiał coś, kręcił wąsa i co jakiś czas rzucał uwagą, która w innych okolicznościach mogłaby rozjaśnić wieczór. Pieter odpowiadał krótko. Tu bagno pod śniegiem. Tam osłonięta skała. Dalej zwężenie traktu. W połowie drogi powinna być pieczara, jeśli wejścia nie zawiało. Dobra na nocleg, bo od północy chroni ją kamień, a dym przy słabym ogniu nie powinien nieść się za wysoko.
Później wstał od stołu i sprawdził swój ekwipunek. Nie było w tym żadnej przesadnej ceremonii, raczej stary nawyk człowieka, który zbyt wiele razy widział, jak drobiazg decyduje o życiu. Poprawił rzemienie, obejrzał sprzączki, przeciągnął palcem po ostrzu, upewnił się, że hubka i krzesiwo są suche, a rzeczy, które powinny być pod ręką, naprawdę będą pod ręką, kiedy przyjdzie po nie sięgnąć zmarzniętymi palcami. Zwinął płaszcz tak, by nie przeszkadzał w marszu, a jednocześnie dawał się szybko narzucić na ramiona podczas postoju.
Z samego rana poszedł do stajni, zanim karczma na dobre się rozbudziła. Koń parsknął cicho, niezadowolony z chłodu i poruszenia o takiej porze. Pieter nie przemówił do niego pieszczotliwie. Nie miał do tego talentu. Przesunął tylko dłonią po karku zwierzęcia, sprawdził nogi, podciągnął popręg, obejrzał podkowy i uprząż. Potem uporządkował pakunki tak, żeby ciężar nie ciągnął na jedną stronę. Wszystko musiało leżeć równo. Na trakcie nierówny juk potrafił narobić więcej kłopotu niż głupi człowiek, a głupich ludzi i tak zwykle nie brakowało.
Kiedy wyszedł przed karczmę, spojrzał jeszcze raz na niebo. Nie wyglądało dobrze.
Droga od pierwszych kroków odebrała im złudzenie, że opuszczenie karczmy było początkiem przygody. Nie było w tym nic wzniosłego. Był tylko śnieg, który chrzęścił pod butami i kopytami, mróz wciskający się pod rękawy, oddech zmieniający się w białą parę oraz powolne, nużące pilnowanie, żeby iść dalej. Las nie robił nic widowiskowego. Nie ryczał, nie wył, nie wysyłał od razu potworów spomiędzy pni. Stał cicho, ciężki od bieli, obojętny na ludzi, którzy uznali, że mają dostatecznie dobry powód, by przejść przez jego gardło.
Pieter szedł przodem. Nie wyglądał na kogoś, kto prowadzi wielką wyprawę. Bardziej na człowieka wykonującego pracę, która dawno przestała wymagać od niego słów. Co jakiś czas zatrzymywał się, patrzył na linię drzew, na kształt zaspy, na pochylenie starego pnia albo przerwę między gałęziami. Tam, gdzie inni widzieli tylko biel i ciemne smugi lasu, on widział resztki traktu, ukryty spadek terenu, miejsce, w którym śnieg ułożył się inaczej, bo pod spodem leżał kamień albo wykrot.
Nie tłumaczył każdego wyboru. Czasem wskazał ręką. Czasem mruknął jedno słowo. Czasem skręcił bez zapowiedzi. Milczenie nie było przyjemne, ale było użyteczne. Po jakimś czasie każdy dźwięk zaczynał znaczyć więcej. Skrzypienie uprzęży. Parsknięcie konia. Cięższy oddech któregoś z ludzi. Szelest śniegu zsuwającego się z gałęzi. Dalekie pęknięcie drewna, które mogło być tylko mrozem, ale mogło też nie być tylko mrozem. Pieter słuchał tego wszystkiego bez szczególnej miny.
Spojrzał raz przez ramię na Tomasimo. Niziołek trzymał się jak zwykle lepiej, niż powinien ktoś jego wzrostu w takim śniegu. Pieter nie lubił przyznawać, że obecność psa go uspokajała, więc tego nie robił. Ale pies słyszał rzeczy, których ludzie nie słyszeli. A w lesie to wystarczało, żeby mieć dla niego szacunek.
Sneider milczał. To Pieter zapisał mu na plus, choć nie powiedział tego nikomu. Łowca Czarownic szedł z twarzą człowieka, który niósł w sobie więcej gniewu niż snu, ale nie przeszkadzał. Nie pytał co kwadrans, czy to na pewno dobra droga. Nie kazał zawracać przy każdej zaspie. Nie poprawiał człowieka, którego wynajął do prowadzenia. W świecie pełnym ludzi pewnych własnej racji była to cecha rzadka.
Pieter stał nad martwym koniem z twarzą równie nieruchomą jak śnieg zalegający między drzewami, ale oczy pracowały mu uważnie, powoli, bez pośpiechu. Nie patrzył na padlinę tak, jak patrzy człowiek, który widzi tylko mięso, skórę i zamarzniętą krew. Patrzył jak ktoś, kto próbuje odtworzyć ostatnie chwile zwierzęcia, jego strach, kierunek ucieczki, sposób, w jaki upadło, i to, co stało się później, kiedy wszystko powinno już należeć tylko do mrozu, wilków i ciszy.
Śnieg prószył drobno, cierpliwie, jakby chciał zakryć każdy ślad po ludzkich błędach. Falk nie lubił takiego śniegu. Za dobrze wiedział, że biel potrafi kłamać lepiej niż ludzie.
Przykucnął przy boku konia i przesunął wzrokiem po uprzęży. Nie dotknął od razu niczego, tylko pochylił się niżej, tak że para jego oddechu osiadła na zmarzniętej skórze zwierzęcia i zniknęła po chwili w zimnym powietrzu. Dopiero wtedy odgarnął rękawicą śnieg spod siodła.
Przy jednym rzemieni, tuż pod siodłem, zauważył coś, co nie pasowało do reszty. Rzemień był częściowo przerwany. Nie była to jednak poszarpana krawędź po zębach ani brzydkie rozerwanie od nadmiernej siły. Nacięcie było czyste, równe, wykonane ostrym nożem. Pieter przyglądał mu się przez chwilę, mrużąc oczy.
— To nie wilki — powiedział cicho. — I nie zwierzoludzie.
Odgarnął więcej śniegu, potem ostrożnie oderwał od skóry niewielką tubę, częściowo przymarzniętą do rzemieni. Szło opornie. Mróz trzymał mocno, jakby nawet martwe rzeczy nie chciały oddawać tego, co do nich przywiązano. W końcu skóra puściła z cichym trzaskiem. Pieter otworzył tubę i wyciągnął mapę.
Nie była piękna. Nie miała w sobie nic z pracy uczonego kartografa siedzącego przy świecy w ciepłej izbie. Była praktyczna, brudna, zrobiona ręką człowieka, który bardziej potrzebował trafić do celu, niż zachwycić kogokolwiek starannością kreski. Zaznaczono na niej dukty, leśne przejścia, kamienie drogowe i punkty, które dla obcego nie znaczyłyby pewnie nic, ale dla kogoś z Hochlandu mogły mówić całkiem sporo.
Falk patrzył na nią dłużej, niż wymagała zwykła ciekawość. Próbował rozeznać się jaką drogę przedstawiała mapa. Przesunął palcem po jednym z oznaczeń, potem po drugim. Przez moment wyglądał, jakby w głowie nakładał rysunek na las, który ich otaczał, na zasypany trakt i drogę do Dunkelwaldu.
Pieter podniósł wzrok na Sneidera — Ktoś chciał ją zabrać, ale nie zdążył. - Rzekł krótko.
Nie powiedział „ktoś rozumny”, ale to wisiało między nimi wystarczająco wyraźnie. Zwierzoludzie mogli mordować, rozrywać, palić, plugawić i zostawiać po sobie ślady, które człowiekowi śniły się później przez lata. Ale takie cięcie, w takim miejscu, przy takiej rzeczy, nie było dziełem bestii szukającej mięsa.
Potem Falk przesunął się bliżej zadu konia i zaczął przeszukiwać rząd. Nie było w tym zachłanności. Raczej surowa praktyka ludzi, którzy zbyt długo chodzili po miejscach, gdzie martwi zostawiali rzeczy bardziej potrzebne żywym. Pod zmarzniętą fałdą skóry i śniegu znalazł małą sakiewkę. Oderwał ją z wysiłkiem, potem rozwiązał i wysypał zawartość na dłoń.
Srebro. Miedź. Kościana kostka.
Falk obejrzał ją pobieżnie, po czym obrócił między palcami jeszcze raz, już uważniej. Kącik ust drgnął mu ledwie dostrzegalnie, ale nie był to uśmiech.
— Oszukiwał przy kościach — powiedział sucho, pokazując obciążoną kostkę Tomasimo, a potem reszcie. — Dwadzieścia szylingów. Piętnaście pensów.
Przez chwilę ważył sakiewkę w dłoni. Potem spojrzał na martwego konia, na mapę, na ślady kopyt rozrzucone w śniegu i dalej, ku drzewom, gdzie Tyci wcześniej zatrzymał wzrok.
Nie było w tym potępienia. Raczej zwykłe stwierdzenie faktu, może nawet cień zrozumienia. Ludzie, którzy żyli z prowadzenia innych przez las, rzadko byli święci. Święci zresztą zazwyczaj kończyli gorzej.
Falk wstał powoli i otrzepał rękawice ze śniegu. Dopiero wtedy przyjrzał się tropom.
Najpierw kopytom. Potem drobniejszym śladom łap przy boku i zadzie. Potem miejscu, gdzie koń musiał się szarpać, ranić, zapadać i próbować poderwać się z ziemi. Śnieg był już częściowo zniszczony przez nocny opad i wiatr, ale nadal dało się coś z niego wydobyć. Zbyt mało, żeby nazwać to pełną odpowiedzią. Dość, żeby nie podobało się Pieterowi jeszcze bardziej.
Kiedy Tomasimo wspomniał o znakach na drzewie, Pieter odwrócił głowę i popatrzył w tamtą stronę. Nacięcia w korze. Proste, celowe. Nie takie, które robi gałąź albo pazur. Słyszał o znakach łowców, drwali i ludzi, którzy chcieli zostawić wiadomość bez używania słów. Czasem oznaczały drogę. Czasem ostrzeżenie. Czasem miejsce, gdzie ktoś coś ukrył. A czasem mówiły tylko: „Tu byłem - Knut”. Pieter nie próbował udawać, że wie więcej, niż wiedział. To była jedna z niewielu uczciwości, na które mógł sobie pozwolić.
Słowa Heinza o guślarskich amuletach sprawiły, że Falk spojrzał w głąb lasu dłużej niż wcześniej. Nie lubił guseł. Nie dlatego, że był człowiekiem szczególnie pobożnym albo uczonym. Po prostu w górach i lasach Hochlandu człowiek uczył się szybko, że rzeczy powieszone na drzewach rzadko wiszą tam bez powodu. A powód zwykle nie był dobry.
— Nie brałbym mięsa — powiedział spokojnie. Spojrzał na Heinza, potem na Tomasimo. — Nie z tego miejsca.
Nie tłumaczył od razu, ale po chwili dodał, bo widział, że trzeba.
— Koń jest dziwnie ranny. Są przy nim znaki. Amulety wiszą w lesie. Nawet wilki przyszły i nie zeżarły truchła...
Odwrócił głowę ku martwemu zwierzęciu. Śnieg zaczynał już osiadać na jego otwartym oku, przykrywając je powoli, jakby las sam chciał zamknąć sprawę.
— Głodny wilk nie zostawia takiego mięsa bez powodu.
Pieter schował mapę z powrotem do tuby, ale nie oddał jej od razu. Trzymał ją jeszcze chwilę razem z mieszkiem z monetami i kością, jakby ważył, czy przedmioty powinny trafić w ręce Sneidera, czy pozostać u niego. W końcu spojrzał na Łowcę Czarownic.
— Mapa może mi się przydać. Jeśli była Ulmanna, prowadzi w tę samą stronę, w którą idziemy. Mogę ją nieść. Albo wy ją niesiecie, a ja będę mówił, kiedy trzeba spojrzeć.
To była najgrzeczniejsza forma sprzeciwu, na jaką Falk potrafił się zdobyć. Nie chciał kłócić się z Łowcą Czarownic nad końskim truchłem, w zimnym lesie, przy śladach czegoś, co mogło nadal być blisko.
Potem wskazał na sakiewkę.
— Pieniądze i kostka.. Wasz człowiek, wasza decyzja. - Zerkną pytająco na łowcę czarownic. Nie dodał, że martwemu pieniądze nie są już potrzebne.
Pieter przez moment stał nieruchomo, nasłuchując. Las był cichy, ale nie była to dobra cisza. Dobra cisza zimą ma w sobie oddech: skrzyp gałęzi, ruch śniegu, nawoływanie ptaka gdzieś daleko, pękające drewno.