Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
MortarelM

Mortarel

@Mortarel
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
101
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt odprowadził uciekającego szabrownika wzrokiem, po czym powoli skinął głową. Wszystko zaczęło układać mu się w całość. Strażnik przy świątyni usłyszał słowa Hieronima i ustąpił. Ten człowieczek nie tylko ustąpił, ale uciekł na samo wspomnienie Sigmara.

    Widocznie byli ludzie, do których Sigmar jeszcze docierał. I byli tacy, którzy odwrócili się od niego tak daleko, że zostało im już tylko uciekać. Kurt spojrzał na Boscha z uznaniem. Im dłużej go słuchał, tym mniej rzeczy wydawało mu się przypadkowych.

    — Dobrze gadasz.

    Powiedział to z pełnym przekonaniem.

    — Chodźmy.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Kurt oczywiście idzie za głosem swojego duchowego przewodnika 🙂

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter milczał, słuchając kolejnych pytań mieszkańców. Nie miał jednak wątpliwości. Im dłużej podróżował z Herr Sneiderem, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Łowca Czarownic nie działał pod wpływem gniewu ani fanatyzmu. Był rzemieślnikiem własnego fachu. Tak jak dobry kowal po jednym uderzeniu młota potrafił poznać jakość stali, a przepatrywacz po złamanej gałązce odczytać kierunek marszu zwierzyny, tak Sneider zdawał się dostrzegać ślady Chaosu tam, gdzie inni widzieli tylko zwykłych ludzi. To nie była wiedza, której można było nauczyć się z ksiąg. To były lata doświadczenia okupione widokiem rzeczy, których większość ludzi nie chciałaby zobaczyć nawet raz.

    Pieter nie uważał Herr Sneidera za okrutnika. Okrucieństwo było narzędziem, nie celem. Tak samo jak myśliwy nie nienawidzi wilka, którego musi zastrzelić, tak Łowca nie nienawidził mutantów. Po prostu wiedział, że jeśli zawaha się choć raz, później zginą niewinni. Pieter znał to uczucie z lasu. Czasem należało wyciąć chore drzewo, zanim zaraza przeszła na cały bór.

    Jeszcze kilka dni temu Herr Sneider wydawał mu się jedynie ponurym urzędnikiem z pistoletem i biczem. Teraz widział w nim specjalistę. Człowieka, który całe życie poświęcił tropieniu czegoś, czego zwykli ludzie nawet nie potrafili nazwać. Pieter czuł wobec niego rosnący szacunek. Jeśli ktoś miał decydować o tym, kto jest skażony, a kto nie, to właśnie ktoś taki. Nie chłopi. Nie karczmarze. Nie nawet kapłani Ulryka. Łowca Czarownic był do tego stworzony.

    ***

    Pieter wyszedł o pół kroku przed pozostałych. Twarz miał spokojną, niemal chłodną. Spojrzał po mieszkańcach, zatrzymując wzrok na kapłanie.

    — Ręczyć? — Na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. — Tak. Ręczę. — Odwrócił głowę ku Herr Sneiderowi tylko na moment.

    — Widziałem, co znaleźliśmy w tej wsi. Widziałem mutację na własne oczy. Widziałem czarną posokę płynącą w żyłach człowieka, który jeszcze chwilę wcześniej przekonywał nas o swojej niewinności. — Ponownie spojrzał na tłum. — Herr Sneider nie przyjechał tu mordować dla przyjemności lecz z obowiążku. Gdyby taki miał zamiar... — rozłożył ręce. — ...nie stalibyśmy teraz i nie rozmawiali. Wieś już dawno stałaby w płomieniach.

    Pieter zrobił krok naprzód. — Oddajcie tych, których wskaże. Złóżcie broń. Nie utrudniajcie wykonania wyroku. A wtedy reszta wróci do swoich domów. — Przepatrywacz przez chwilę mierzył ludzi wzrokiem. — Ja za to ręczę.— dodał.

    Głos miał twardy i pewny. Czy naprawdę wiedział, co zrobi Łowca Czarownic? Nie. Ale nie miało to znaczenia. W tej chwili chciał wierzyć, że uczestniczy w czymś wielkim. Że stoi po właściwej stronie. Że po raz pierwszy od dawna to on patrzy na ludzi i od jego słów może zależeć, kto będzie żył, a kto spłonie. Ta myśl nie budziła w nim lęku. Wręcz przeciwnie. Dodawała mu dziwnego, niepokojącego poczucia siły i ekscytacji.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Dziwny człowieczek okradający zwłoki rzucił się do ucieczki jak tylko Hieronim do niego przemówił. Kurt patrzył za nim z wyraźnym zdziwieniem, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło.

    Jeszcze chwilę wcześniej był przekonany, że wystarczy stanowczy głos Hieronima, aby wymóc posłuszeństwo człowieczka. Widział przecież, jak przy świątyni strażnik zmiękł niemal natychmiast. Tam słowa Boscha zatrzymały kłótnię skuteczniej niż niejedna pięść. Tym razem było inaczej.

    W głowie Kurta pojawiła się niepokojąca myśl. Czy ten człowiek był aż tak zły, że nie lękał się nawet Sigmara? A może... Sigmar nie był z Hieronimem w tej chwili? Ta myśl nie spodobała się Kurtowi.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Gniew Hieronima nie wydał się Kurtowi zwykłym gniewem. Brzmiał jak słowa świątobliwego ojca Zygfryda, kiedy mówił o Chaosie. Przez krótką chwilę vel Knut odniósł wrażenie, że Bosch przemawia nie tylko własnym głosem.

    Mały zrobił krok naprzód. Nie wyciągnął miecza. Nie było potrzeby. Samą swoją obecnością chciał pokazać, że słowa Hieronima warto potraktować poważnie.

    – Odpowiadaj. - wycedził przed zęby w kierunku człowieczka.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt przywarł do ściany budynku i obserwował nieznajomego spomiędzy desek zabitego okna. Nie spieszył się. Przez ostatnie dni nauczył się już, że w Bögenhafen pośpiech często kończył się czyjąś śmiercią.

    Mężczyzna nie przypominał tych szaleńców, którzy włóczyli się po ulicach. Poruszał się pewnie i celowo. Nie miotał się bez ładu, nie wyglądał też na kogoś opętanego nagłym szałem. Przeciwnie, sprawiał wrażenie człowieka, który znalazł sobie zajęcie i wykonywał je z pełnym skupieniem.

    Kurt przyglądał się, jak tamten wyciąga kolejne przedmioty z kieszeni i sakiewek zmarłych, po czym chowa je do własnej torby. Sam widok nie robił na nim większego wrażenia. Widział już ludzi robiących gorsze rzeczy dla mniejszych korzyści.

    Bardziej zastanawiała go sama sterta ciał. Nie była przypadkowa. Ktoś poświęcił czas i siły, żeby zwlec trupy z ulicy właśnie tutaj. W miejsce ukryte pomiędzy budynkami, niewidoczne z głównych traktów. To oznaczało jakąś formę planu.

    Kurt zerknął na Boscha. Jeszcze niedawno widział w nim tylko urzędnika. Teraz coraz częściej zastanawiał się, czy Sigmar nie przemawia czasem przez takich ludzi. Sigmar był silny. Kurt szanował siłę. Świątobliwy ojciec Zygfryd służył Sigmarowi, a Hieronim służył świątobliwemu ojcu. To był porządek, który Kurt rozumiał. Czekał więc cierpliwie, co Sigmar nakaże mu ustami Hieronima.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Krzyki Marty niosły się po karczmie niczym zawodzenie potępionej duszy. Pieter usłyszał harmider, który dobiegał z podwórza przed karczmą. Następnie wszystko potoczyło się błyskawicznie. Tłum naparł na drzwi, rygiel zatrzeszczał, a Bruno ryknął do ludzi na zewnątrz jak byk prowadzony na ubój. Wtem przepatrywacz zobaczył dłoń rzeźnika. Była już przy ryglu! Pieter nie zawahał się ani przez ułamek sekundy. Lewa ręka powędrowała do pasa. Kciuk wsunął się pod skórzaną pętlę mocującą bicz. Powolny, wyćwiczony ruch. Żadnej paniki. Żadnego szarpania.

    Pstryk. Rzemień puścił. Pieter wysunął bicz jednym płynnym ruchem, pozwalając, by ciężar skórzanych splotów rozwinął się swobodnie wzdłuż nogi. Przez moment wyglądało to niemal leniwie. Jakby miał przed sobą kolejny dzień ćwiczeń. Palec wskazujący przesunął się po rękojeści. Poprawił chwyt, wyważył ciężar, wycelował, oceniał odległość.

    Rzeźnik był wielki, ale szyja pozostawała szyją. Pieter wypuścił powietrze z płuc, świst przeciął izbę. Bicz nie uderzył, nie strzelił, nie rozciął skóry. Końcówka przecięła powietrze tuż obok głowy Bruna i owinęła się wokół jego karku z precyzją człowieka, który przez lata trafiał strzałą w poruszający się pomiędzy drzewami cel.

    Dopiero wtedy szarpnął. Nie rękami, całym ciałem. Ciężar przeniósł na tylną nogę, biodra skręciły się gwałtownie, plecy napięły. Bruno był silniejszy i cięższy, ale nie był przygotowany. Poczuł nagłe szarpnięcie i stracił równowagę dokładnie w chwili, gdy próbował dosięgnąć rygla. Nogi uciekły spod jego ciała, a ręce rozłożyły się odruchowo. Runął na podłogę z hukiem, który niemal zagłuszył kolejne uderzenie tłumu w drzwi.

    Pieter natychmiast cofnął się o pół kroku, Bicz pozostał napięty. Nie zaciskał go mocniej. Nie próbował dusić. Mógł, ale nie chciał. Jeszcze nie. Pieter przez chwilę patrzył z góry na leżącego rzeźnika. Twarz przepatrywacza pozostała całkowicie obojętna.

    — Leż. - Powiedział to spokojnie. Niemal cicho.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    A, zaryzykuję xD

    "Wiedziony wrodzoną ciekawością, Kurt postanowił ostrożnie zbadać kierunek, w którym ciągnięto ciała. Szedł ostrożnie, przy ścianach budynków, tak aby nie było go widać. Zamierzał jedynie zerknąć zza rogu, aby zbadać po cichu sytuację."

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt stał przy wejściu i wodził wzrokiem po ulicy. Nie był uczonym. Nie znał się na śledztwach. Ale całe życie pracował tam, gdzie po bójce trzeba było posprzątać bałagan. Wiedział jedno: ludzie rzadko robią coś bez powodu. Tu coś się nie zgadzało. Miasto konało, domy płonęły, na ulicach walały się trupy. A jednak właśnie ta jedna droga wyglądała inaczej. Kurt zmrużył oczy. Plamy krwi były stare. Ślady też. Ale ktoś wyraźnie przeciągał tędy ciała. Nie jedno, wiele ciał. Widać było, że wleczono je wzdłuż ulicy, a następnie do najbliżej przecznicy.

    Kurt powoli przesunął dłonią po brodzie. Gdyby chodziło o porządek, sprzątano by całe miasto.
    Gdyby chodziło o zarazę, spalano by zwłoki na miejscu. Ale ktoś zadał sobie trud, żeby zabrać je właśnie stąd.
    Spojrzał w głąb ulicy. Nie podobało mu się to. Za spokojnie, za czysto, za pusto. Jakby ktoś przygotował drogę.

    Kurt odruchowo poprawił chwyt na mieczu i wrócił do obserwacji ulicy, zwracając szczególną uwagę na ślady wleczenia ciał i kierunek, w którym prowadziły. Wiedziony wrodzoną ciekawością, Kurt postanowił ostrożnie zbadać kierunek, w którym ciągnięto ciała. Szedł ostrożnie, przy ścianach budynków, tak aby nie było go widać. Zamierzał jedynie zerknąć zza rogu, aby zbadać po cichu sytuację.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    sorry, nie zrozumiałem zbytnio poprzedniego psota, stąd nie było mojej deklaracji, ale pasuje mi stanie na czatach

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    do kiedy jest czas na odpowiedź? 🙂

    Komentarze

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt szedł kilka kroków za Boschem, co jakiś czas poprawiając pas z mieczem. Broń była dobra, ale pas uwierał go w biodro przy każdym dłuższym kroku.

    Bosch zaczął rozmowę ze strażnikiem, który chyba nie poznał się na glejcie, gdyż zbluzgał srogo Hieronima. Kurt przystanął obok i ponownie poprawił pas z bronią, który znowu wbił mu się w biodro. Następnie wydarzyło się coś dziwnego, czego Kurt nie mógł wytłumaczyć. Bosch spojrzał na strażnika. Nie długo. Nie groźnie. Po prostu spojrzał.

    Kurt nie potrafił tego dobrze opisać, ale w tym spojrzeniu było coś takiego... świątynnego. Jak wtedy, gdy Zygfryd mówił o Sigmarze. Jak podczas modlitwy przy stosie. I nagle strażnik zmiękł. Nie od razu, ale jednak. Dał kuszę, dał włócznie, zaczął mówić rozsądniej. Kurt długo nad tym myślał. -Może właśnie tak działa Sigmar. - pomyślał, zastanawiając się, czy świątobliwy ojciec nie dostrzegł w Hieronimie czegoś, czego inni nie widzieli.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter odprowadził wzrokiem Sneidera wychodzącego z karczmy. Nie współczuł parobkom. Łowca wybrał ich sobie jak woźnica wybiera konie do zaprzęgu, bez pytania o zdanie i bez zainteresowania tym, czy mają na to ochotę. Kiedy drzwi się zamknęły, przepatrywacz dopił herbatę i bez słowa wyszedł do stajni. Tam było ciszej.

    Koń podniósł łeb na jego widok i prychnął cicho. Pieter od razu zabrał się do roboty. Sprawdził popręg, obejrzał kopyta, poprawił derkę i przeczesał dłonią sierść na karku zwierzęcia. Po ostatnich dniach bardziej ufał koniowi niż większości ludzi spotkanych po drodze. Dlatego tak szybko zauważył ruch przy jukach. Nie odezwał się od razu, ale stał nieruchomo, obserwując chłopaka przez dłuższą chwilę.

    Parobek jeszcze go nie dostrzegł. Najpierw rozglądał się po stajni. Potem po koniach. Wreszcie po pakunkach. A potem wsunął rękę do juków. Dopiero wtedy Pieter nieco się poruszył. Nie gwałtownie. Jeden krok, potem drugi. Parobek obejrzał się i zamarł, gdy jego wzrok napotkał spojrzenie Pietera.

    — Ja tylko przyszedłem z sianem, panie. - Parobek rzekł naprędce.

    Pieter spojrzał najpierw na siano. Potem na rękę parobka tkwiącą w pakunkach. W końcu wrócił wzrokiem do twarzy chłopaka.

    — Doprawdy? - Nie podniósł głosu. — Jeśli chciałeś sprawdzić, kim jesteśmy, mogłeś zapytać. Grzebanie w cudzych rzeczach to zły sposób na zdobywanie odpowiedzi. - Pieter zrobił krok bliżej.

    — Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie powiem Kappelowi, ale od tej chwili będziesz pilnował naszych rzeczy. Kiedy nas nie będzie, masz mieć na nie oko. Nie interesuje mnie, czy to dzieciaki, pijacy, włóczędzy czy twoi koledzy. Jeśli ktoś będzie się tu kręcił, przepędzisz go. - Rzekł stanowczo Pieter. — A jeśli coś zginie, wtedy nie będę prowadził żadnego śledztwa. Nie będę szukał winnych. Nie będę sprawdzał śladów, tylko potraktuję ciebie jako złodzieja. - Przepatrywacz zagroził parobkowi.

    -Właśnie przyłapałem cię z ręką w naszych jukach. Sam więc postawiłeś się na pierwszym miejscu listy podejrzanych. Tam skąd pochodzę złodziejom ucina się ręce. - dodał złowieszczo.

    Przez chwilę patrzyli jeszcze na siebie w milczeniu. W końcu Pieter odwrócił się do konia i poprawił popręg. — No, skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy, to zjeżaj stąd albo cię smagnę batem. — Syknął Pieter.

    Przepatrywacz nie był pewien, czy chłopak rzeczywiście kierował się wyłącznie ciekawością. Nie miało to jednak większego znaczenia. Od tej chwili wiedział już, że warto mieć na niego oko.

    O całej sprawie nie zamierzał robić zamieszania. Nie interesowało go bieganie do Kappela ani zawracanie głowy Sneiderowi. Gdy jednak nadarzy się okazja, wspomni o tym Tomasimo. Niziołek miał łeb na karku, a poza tym był jednym z niewielu nieludzi w tej wyprawie, którym Pieter ufał choć odrobinę bardziej niż reszcie. Ot, krótka informacja. Bez plotkowania i bez sensacji. To była wiedza, którą warto było mieć.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter przespał resztę nocy płytko i czujnie. Nawet zmęczenie po marszu nie pozwalało mu spać spokojnie pod dachem obcych ludzi, zwłaszcza kiedy w tej samej karczmie nocował Łowca Czarownic wracający nad ranem z cudzą krwią na rękach.

    Nie powiedział jednak o tym wszystkim. Nie przy stole. Nie przy reszcie.

    Dopiero o świcie, kiedy nadarzyła się chwila na uboczu, wspomniał o tym Tomasimo półgłosem, tak by nikt postronny nie usłyszał.

    — Sneider wychodził nocą — mruknął cicho do niziołka, poprawiając popręg przy swoim koniu. — Wrócił po dłuższym czasie. Miał krew na rękawicy i mankiecie. Nie swoją.

    Tyle. Bez domysłów. Bez oskarżeń. Potem temat urwał.

    Kiedy Sneider zebrał ich rano i zaczął mówić o posłuchu, stosie i przesłuchaniach, przepatrywacz milczał przez cały czas. Stał tylko z boku, oparty lekko o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na piersi i twarzą pozbawioną wyrazu. Nie zamierzał wdawać się z Łowcą w dyskusje.

    Gdy odprawa dobiegła końca, Pieter bez słowa zabrał swoje rzeczy i wyszedł przed karczmę.

    Mróz szczypał w policzki, ale po zaduchu izby było to niemal przyjemne. Koń przywitał go cichym parsknięciem. Przepatrywacz od razu zabrał się do roboty — sprawdził uprząż, oczyścił sierść ze zmarzniętego błota i resztek śniegu, obejrzał kopyta, poprawił pasy przy jukach. Zwierzę przeszło z nimi kawał drogi i zasługiwało na więcej troski niż większość ludzi, których Pieter spotykał na traktach. Następnie Pieter sprawdził i uporządkował ekwipunek.

    Od czasu do czasu zerkał tylko ku placowi i budzącym się mieszkańcom Dunkelwaldu, ale nie szukał rozmów. Nie ciągnęło go dziś do plotek ani do przepytywania ludzi.

    Po wszystkim usiadł przy ścianie stajni, naciągnął płaszcz mocniej na ramiona i zamknął na moment oczy, odpoczywając, póki jeszcze mogli sobie na to pozwolić.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Kurt jest ochroniarzem, a nie mediatorem od spraw damsko-urzędniczych. Nawet kurtatela ma swoje granice, w szczególności, że Kurt nie jest jeszcze pewien, czy Sigmar pochwala takie rzeczy 😛

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Noc dłużyła się bardziej, niż powinna. Po walce nikt nie wrócił już do pełnego spokoju, nawet jeśli zmęczenie w końcu zmusiło ludzi do snu. Pieter spał płytko, bardziej nasłuchując niż odpoczywając. Co jakiś czas budził go trzask drewna, ruch konia albo cichy dźwięk własnych dzwoneczków poruszonych przez wiatr. Za każdym razem ręka odruchowo odnajdywała łuk. Ale alarm nie odezwał się naprawdę ani razu. Las tym razem ich oszczędził.

    Świt przyszedł ponury i zimny. Ogień dogorywał już tylko czerwonym żarem, a powietrze w pieczarze miało ciężki zapach dymu, wilgotnych skór i krwi wilków, której mimo śniegu nie dało się całkiem pozbyć. Na zewnątrz panowała sina szarość. Niebo wyglądało jak brudna blacha zawieszona nad lasem.

    Pieter podniósł się pierwszy albo prawie pierwszy. Zwinął śpiwór, sprawdził linki z dzwoneczkami i wyszedł obejrzeć konia. Zwierzę przetrwało noc dobrze, choć nadal było niespokojne. Falk poprawił uprząż, obejrzał kopyta i dał mu chwilę spokoju, głaszcząc kark grubą rękawicą. Dopiero wtedy wrócił bliżej ognia.

    I wtedy poczuł ten zapach. Tłuszcz, mięso... smażone mięso. Heinrich siedział przy ogniu jak gdyby nigdy nic, obracając nad płomieniem kawałki wilczego mięsa. Skwierczały cicho nad ogniem, tłuszcz kapał na żar i syczał. Zapach był ciężki, dziki i nieprzyjemny. Pieter zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę tylko patrzył. Na mięso, na Heinza, na wilczą skórę leżącą obok.

    Potem powoli podszedł bliżej ognia, ale usiadł po drugiej stronie niż rudowłosy. Wyciągnął własny suchy prowiant i odgryzł kawałek twardego chleba, jakby demonstracyjnie wybierał nawet czerstwy chleb zamiast tego, co smażyło się nad ogniem. Milczał długo. W końcu splunął w bok.

    — Psojad...— rzucił cicho, wykonując zabobonny gest odpędzania złego.

    Nie podniósł głosu. Nie próbował wywoływać kłótni. Powiedział to tonem człowieka stwierdzającego coś oczywistego. Jego spojrzenie przesunęło się po wilczym mięsie. Po tych słowach zamilkł znowu i zajął się sprawdzaniem łuku oraz cięciwy, jakby temat przestał go interesować. Ale od tej chwili patrzył na Heinza inaczej. Jak na kogoś, komu głód albo bieda dawno już odebrały część człowieczeństwa.

    Pieter Falk jadł śniadanie powoli. Nie dlatego, że mu smakowało. Po prostu po nocy spędzonej w pieczarze ciało potrzebowało czasu, żeby przypomnieć sobie, że nadal należy do żywych. Siedział blisko ognia, z ramionami lekko pochylonymi, i żuł twardy kawałek chleba, który w ustach zmieniał się bardziej w obowiązek niż w posiłek.

    Kiedy Sneider zażądał oględzin dłoni, Falk bez słowa wyciągnął ręce. Nie wyglądał na urażonego. Właściwie nie wyglądał na nic szczególnego. Pozwolił Łowcy obejrzeć palce, kostki, skórę przy paznokciach, a potem tylko zacisnął dłonie z powrotem w rękawicach. Nie trzeba było mu tłumaczyć, że skaza potrafi wejść w człowieka przez ranę mniejszą niż zadrapanie od ciernia. Widział już rzeczy, które zaczynały się od plamki, swędzenia, dziwnego ciepła pod skórą. Widział ludzi, którzy jeszcze rano wyglądali jak ludzie, a wieczorem już nikt nie chciał wymówić ich imienia.

    Ruszyli.

    Drugi dzień marszu był gorszy, choć droga wydawała się łatwiejsza. Może właśnie dlatego. Pierwszego dnia człowiek idzie jeszcze na uporze, świeżym strachu i obietnicy zapłaty. Drugiego ciało zaczyna wystawiać rachunek. Stopy robią się cięższe, pasy bardziej wrzynają się w ramiona, zimno znajduje nowe szczeliny pod ubraniem, a myśli nie idą już prosto, tylko zataczają powolne kręgi wokół rzeczy, których lepiej było nie rozgrzebywać.

    Pieter prowadził bez gadania. Mapa Ulmanna pomagała. Nie ufał jej całkiem, ale korzystał z niej częściej, niż miałby ochotę przyznać. Parę kresek na pergaminie potwierdzało to, co pamiętał z własnych dróg, a parę innych korygowało wspomnienia, które śnieg i lata zdążyły rozmyć. Raz zatrzymał grupę przy miejscu, gdzie trakt zdawał się iść prosto, ale mapa i układ drzew mówiły co innego. Odgarnął śnieg przy wykrocie i znalazł kamień, dokładnie tam, gdzie powinien być. Innym razem ominął jar, który z góry wyglądał łagodnie, ale w środku mógł ich kosztować godzinę omijania trudnego terenu, jeśli nie więcej.

    Gdy las zaczął się zmieniać i pojawiły się pierwsze ślady stałej ludzkiej pracy, zwolnił nieznacznie. Nacięcia od siekier, stare pniaki, drewno przykryte śniegiem, przewrócone sanie. Wszystko to mówiło, że Dunkelwald nie był już tylko nazwą i dymem gdzieś przed nimi. Był blisko. A bliskie osady miały swoje własne ślady, inne niż las.

    Przy kopcu kamieni z wilczym kłem zatrzymał wzrok na dłużej. Nie podszedł od razu. Spojrzał tylko, zapamiętał rzemień, wysokość kamieni, stronę, ku której zwisał kieł. Miejscowi robili takie rzeczy z jakiegoś powodu. Może dla Ulryka. Może przeciw wilkom. Może po to, żeby dodać sobie odwagi, kiedy nocą słyszało się wycie z lasu. W Hochlandzie ludzie rzadko wieszali zęby, kości i wstążki dla ozdoby.

    — Dużo wilczych znaków — mruknął półgłosem do Tomasimo, kiedy ruszyli dalej. — Po ostatniej nocy nie podoba mi się to. — Lepiej, żeby mieszkańcy tej wioski pilnowali swoich kundli. - zerknął z ukosa na Heintza.

    Kiedy zobaczyli Dunkelwald, Pieter nie poczuł ulgi. Dym z kominów powinien oznaczać dach, ogień i ludzi. Po dwóch dniach marszu przez śnieg człowiek powinien przyjąć taki widok z wdzięcznością. Falk patrzył jednak na wieś tak, jak patrzy się na ślad w śniegu: najpierw kształt, potem głębokość, potem kierunek, a dopiero na końcu pytanie, kto go zostawił.

    Studnia, martwy dąb, wstążki, wilcze kły, ludzie znikający z okien, drzwi zamykane powoli. Pieter nic nie powiedział, ale poprawił pas z bronią.

    Gdy chłopiec odezwał się za ich plecami, Falk odwrócił się szybciej, niż powinien człowiek zmęczony całym dniem marszu. Nie sięgnął po broń, ale ręka zatrzymała się blisko pasa. Spojrzał na dziecko, potem na kobietę, która pojawiła się chwilę później i zabrała je do domu.

    — Dzieci rzadko wymyślają takie rzeczy — powiedział cicho do towarzyszy.

    |=W stajni zajął się koniem, zanim wszedł do karczmy. Rozsiodłał go, sprawdził grzbiet, podał obroku tyle, ile należało i obejrzał miejsce przy żłobie. Nie lubił zostawiać zwierzęcia byle gdzie, a jeszcze mniej lubił stajnie, w których za dużo rzeczy stało pod ścianami. Beczki, narzędzia, wózek, miejscowe konie, krowy, zamarznięte jabłkowe wytłoki. Dopiero po upewnieniu się, że koń ma się dobrze wszedł do środka.

    Izba karczmy "Pod Kwaśnym Jabłkiem" była ciepła, zadymiona i kwaśna od jabłek, mokrych ubrań oraz ludzkiego potu. Pieter nie zdejmował płaszcza od razu. Stanął bliżej ściany, tak by widzieć drzwi, schody i klapę w podłodze. Patrzył po twarzach miejscowych, czytając emocje wstępujące na ich twarze.

    Sneider zrobił to, co Sneider zwykle robił. Wszedł i sprawił, że ludzie przypomnieli sobie wszystkie winy, nawet te, których nie mieli. Falk słuchał rozmowy przy szynkwasie bez komentarza. Nie lubił sposobu, w jaki Łowca przepychał się przez ludzi samą obecnością, ale musiał przyznać, że działało. Karczma pustoszała szybciej niż las po pierwszym wystrzale. To też miało swoją cenę.

    Ludzie zastraszeni mówili mniej. Albo mówili to, co ich zdaniem chciał usłyszeć człowiek w kapeluszu. Kiedy Sneider przekazał im klucz i wspomniał o wejściu w jego buty, Pieter spojrzał na niego bez szczególnego entuzjazmu.

    Potem zerknął na Tomasimo, który już planował rozmowy, cydr, kaplicę i pewnie jeszcze plotki z połową wsi, zanim reszta zdąży rozpiąć pasy. Falk znał ten wyraz twarzy niziołka. Ashfield miał zamiar iść między ludzi i wyciągać z nich słowami informacje tak, jak inni wyciągali drzazgi z dłoni.

    W izbie, którą im przydzielono, Pieter najpierw podszedł do okna. Sprawdził okiennice, rygiel, szczeliny i to, czy dało się przez nie zajrzeć z zewnątrz. Potem obejrzał drzwi, zawiasy i zamek. Dopiero później odłożył rzeczy. Posłanie wybrał blisko ściany, z widokiem na wejście, ale nie pod samym oknem. Łuk postawił tak, by sięgnąć po niego bez wstawania. Mapę Ulmanna schował głęboko, zawiniętą i zabezpieczoną przed wilgocią.

    Na pytanie o warty nie protestował.

    — Wezmę drugą — powiedział po Heinrichu. — Albo tę po Tomasimo.

    Spojrzał jeszcze raz w stronę korytarza.

    — Warta na korytarzu ma sens. Jak ktoś będzie szedł do izby Sneidera, usłyszymy. Jak do naszej, też.

    Gdy Tomasimo zszedł na dół, Pieter nie poszedł za nim od razu. Został chwilę w izbie, porządkując rzeczy bardziej z nawyku niż z potrzeby. Potem wyszedł na korytarz i stanął w przejściu, skąd mógł słyszeć część rozmowy z dołu, choć nie próbował w niej uczestniczyć. Niziołek nadawał się do tego lepiej. Pieter swoją obecnością częściej zamykał ludziom usta, niż je otwierał.

    Po pewnym czasie zszedł jednak do stajni. Jeszcze raz sprawdził konia. Nie dlatego, że coś musiało być nie tak, lecz dlatego, że w nowym miejscu lepiej było upewnić się dwa razy. Przesunął dłonią po uprzęży, zerknął na miejscowe zwierzęta, na beczki, na wytłoki, na kota siedzącego gdzieś wysoko. Potem zatrzymał się przy wejściu i spojrzał na plac lustrując go wzrokiem.

    Pieter stał tak przez dłuższą chwilę. Pomyślał o sytuacji z dzieciakiem. Nie lubił kaplic nocą. Nie lubił też dzieci, które ostrzegały przed nimi obcych tuż po ich przyjeździe.

    Wrócił do karczmy bez pośpiechu. Zatrzymał się przy drzwiach, otrzepał śnieg z butów i obejrzał izbę jeszcze raz, jakby próbował zapamiętać układ ław, schodów, szynkwasu, kuchni i klapy prowadzącej w dół.

    Dopiero wtedy wrócił do przydzielonej jej izby, próbując zasnąć i zregenerować się po podróży.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Kurt dopiero odkrywa w sobie ścieżkę padawana i może być labilny, zanim nie utwierdzi się w poglądach, ale z drugiej strony sprawuje Kurtatelę, a to już do czegoś zobowiązuje xD

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    próbuję wpisać się w klimat sesji, który nie był początkowo taki oczywisty 😛

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt słuchał Boscha uważniej niż zwykle.

    Nie wszystkiego rozumiał, ale tym razem coś brzmiało inaczej. Nie jak gadanie urzędnika. Bardziej jak kazanie kapłana po kilku kuflach wina.

    -Sigmar się nad nami zmiłował. - Kurt spojrzał na glejt z pieczęcią, potem na worek z jedzeniem, a później na świątynię za plecami Hieronima. Jeszcze niedawno siedział w celi i czekał, aż ktoś go spali albo zatłucze. Teraz miał miecz i worek jedzenia.

    To było dziwne. Bardzo dziwne. Wziął worek bez słowa i zarzucił go sobie na ramię. Ciężar był przyjemny.

    -Może ten Sigmar naprawdę patrzy?- Zamyślił się.

    Kurt nigdy się nad tym nie zastanawiał. Bogowie byli od tego, żeby kapłani mieli o czym gadać, a ludzie gdzie zanosić monety przed bitwą. Ale odkąd wszystko się posypało, dziwne rzeczy działy się jedna po drugiej. Szaleniec w celi. Ludzie chodzący jak stado opętanych. Strażnik, który dostał młotem tak, że normalnemu człowiekowi odpadłaby połowa ciała, a dalej próbował zabijać. I jeszcze oni. Żywi.

    Kurt podrapał się po szczęce.

    – Może faktycznie nas pilnuje. - Szepnął pod nosem.

    Nie wiadomo było, czy mówi o Boschu, Zygfrydzie czy samym Sigmarze.

    Spojrzał na worek z jedzeniem, potem na glejt. Przez chwilę milczał, patrząc gdzieś ponad płomieniami stosu.

    – Świętobliwy ojciec Zygfryd wspomniał, że powinniśmy iść na północny-zachód? – mruknął wolniej. – Któż w takim razie miałby wątpić w jego słowa? - Zapytał retorycznie i spojrzał po reszcie.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter Falk przez chwilę jeszcze trzymał łuk napięty, choć nie miał już do czego strzelać.

    Walka skończyła się szybciej, niż zdążyła naprawdę rozgorzeć. Palce nadal pamiętały opór cięciwy. Ramiona miały w sobie tę krótką, zimną gotowość, która pojawia się, kiedy coś biegnie prosto na człowieka z zębami wyszczerzonymi w ciemności. Dopiero po kilku oddechach opuścił broń, powoli, bez pośpiechu, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł jeszcze sprowokować las do odpowiedzi.

    Patrzył na wilki. Na ciała zwalone w śnieg, na czerwone smugi rozmazane przy wejściu do pieczary, na parę unoszącą się z ran i z pysków, póki mróz nie zaczął odbierać im resztek ciepła. Zwykłe wilki wyglądały teraz mizerniej niż przed chwilą — chude, żałosne, głodne tak bardzo, że aż głupie. Głód potrafił zmienić zwierzę w coś, co przestawało bać się ognia, ludzi i stali. Pieter widział to wcześniej. Z ludźmi bywało podobnie.

    Większy basior był czymś innym. Na niego Falk patrzył krócej. Nie dlatego, że się nie bał, ale dlatego, że zbyt długie przyglądanie się rzeczom dotkniętym skazą nigdy nie przynosiło nic dobrego. Wystarczyło zobaczyć tyle, ile trzeba było zapamiętać: zielonkawa ślina, chore ślepia, smród gnicia, który nie należał do żywej bestii. Potem już lepiej było pozwolić ogniowi zrobić swoje. Kiedy Sneider przeciągnął truchło z dala od wejścia, Pieter odwrócił głowę i splunął w śnieg. Nie z pogardy. Raczej z potrzeby pozbycia się z ust smaku, którego wcale tam nie było.

    — Dobrze, że padł z daleka — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

    Potem ruszył ku miejscu, z którego strzelał. Najpierw wrócił myślą do dwóch strzał. Jedna weszła w ciało wilka, czysto, między żebra, tam gdzie powinna. Druga uciekła w ciemność, prawdopodobnie przez dym, ruch zwierzęcia albo zwykłą złośliwość świata. Pieter nie miał w zwyczaju zostawiać po sobie rzeczy, jeśli nie musiał. Strzały kosztowały, a na trakcie wszystko, co dało się odzyskać, było warte schylenia karku.

    Podszedł do martwego wilka, którego położył pierwszym trafieniem. Przykucnął, przytrzymał łapą futro i ostrożnie poruszył drzewcem. Strzała tkwiła głęboko, ale nie była złamana. Wyciągnął ją powoli, z nieprzyjemnym, mokrym oporem. Obejrzał grot w blasku ognia, potem lotki. Skrzywił się lekko.

    — Ta jeszcze pójdzie — powiedział cicho.

    Wytarł grot o śnieg, potem o kawałek szmaty, dokładniej niż zwykle. Po tym, co widzieli tego dnia, nawet krew zwykłego wilka nie wydawała się już całkiem zwykła.

    Drugiej szukał dłużej. Wyszedł kilka kroków przed pieczarę, ale nie dalej, niż rozsądek pozwalał po zmroku. Pochylił się nisko, szukając cienkiego śladu w śniegu, miejsca, gdzie drzewce mogło wbić się pod kątem albo zniknąć między korzeniami. Ogień za plecami dawał za mało światła, a noc przed nim była gęsta i niechętna. Przez chwilę widział tylko biel, czerń pni i własny oddech. Ostatecznie poddał się, nie znalazłszy zguby.

    Wrócił do ognia akurat wtedy, gdy płomienie zaczęły brać większego wilka na dobre. Smród uderzył ostrzej, tłusty, gorzki, chory. Pieter odruchowo zasłonił usta rękawem i stanął tak, żeby dym nie szedł prosto na niego. Słyszał modlitwę Sneidera, niską i twardą, bardziej podobną do wyroku niż prośby.

    Pieter nie był człowiekiem modlitw. Przynajmniej nie takich, które wypowiada się głośno przy innych. Ale kiedy ogień zajął pysk bestii, a zielonkawa ślina syknęła w śniegu, Pieter przez krótką chwilę spuścił wzrok.

    — Niech się spali do kości — powiedział tylko.

    Kiedy Tomasimo wzniósł bukłak w niemal toastowym geście, Falk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek. Niziołek miał w sobie tę dziwną, upartą żywotność, która bywała czasem bardziej irytująca niż hałas, ale po walce przy ogniu miała też coś kojącego. Jakby ktoś przypominał światu, że dopóki można wznieść bukłak, poprawić wąsa i pochwalić psa, dopóty noc jeszcze nie wygrała.

    Pieter skinął mu krótko głową. — Dobrze strzelałeś — rzucił.

    Potem spojrzał na Heinricha, który zabierał się do oprawiania wilków. Falk nie powiedział mu, żeby tego nie robił. Po ostrzeżeniu Sneidera i widoku chorego basiora każdy miał już dość rozumu, żeby wiedzieć, w co wkłada ręce. A jeśli nie miał, to żadna rada go nie ocali.

    Później zajął się koniem. Podszedł do zwierzęcia spokojnie, bokiem, bez gwałtownych ruchów. Koń nadal był niespokojny po zapachu wilków, huku pistoletu i ogniu, który teraz trawił coś, czego żadne zwierzę nie powinno było widzieć. Pieter położył mu dłoń na szyi, twardą, zimną, ale pewną. Sprawdził uwiąz, potem popręg, juki, nogi i kopyta. Obejrzał, czy zwierzę nie skaleczyło się, kiedy szarpnęło podczas ataku. Przesunął palcami po rzemieniach, poprawił jeden węzeł, drugi zawiązał na nowo. Upewnił się, że koń ma dość luzu, by nie spanikować od byle ruchu, ale nie tyle, by w nocy wpakować się w ognisko albo wyrwać między drzewa. Na koniec dosypał mu paszy tyle, ile mógł bez marnotrawienia zapasów.

    W takich warunkach koń nie był tylko koniem. Był ciepłem, ładunkiem, drogą powrotną i szansą na przewiezienie kogoś, kto jutro może nie mieć sił iść o własnych nogach.

    Dopiero gdy zwierzę uspokoiło się nieco, Pieter wrócił do swoich rzeczy. Rozłożył śpiwór pod ścianą pieczary, w miejscu, skąd miał dobry widok na wejście, ale nie leżał bezpośrednio na linii zimnego powietrza. Podłoże było twarde, nierówne i pachniało wilgotnym kamieniem. Lepsze to niż śnieg. Gorsze niż karczemna podłoga. W sam raz na życie, które ostatnio wszystkim przypadło w udziale.

    Przez chwilę patrzył na posłanie. Nie położył się. Zamiast tego wyjął z pakunku cienki sznurek. Dużo sznurka. Zwiniętego porządnie, nie dla ozdoby, lecz dla kogoś, kto wiedział, że w lesie czasem bardziej przydaje się cicha linka niż druga broń. Potem wydobył dwa niewielkie dzwoneczki.

    Były małe, niepozorne. W karczmie mogłyby wisieć przy drzwiach albo przy uprzęży kuca, wydając uprzejmy, prawie śmieszny dźwięk. W nocy, przed jaskinią, mogły obudzić człowieka o jedno uderzenie serca wcześniej.

    A czasem jedno uderzenie serca wystarczało.

    — Zrobię potykacze — powiedział do reszty, choć nie zabrzmiało to jak pytanie. — Przed wejściem. Nisko. Z dzwonkami.

    Potem wyszedł przed pieczarę, ostrożnie, z łukiem pod ręką i nożem przy pasie. Nie zapuszczał się daleko. Wybrał dwa miejsca po bokach podejścia, tam gdzie śnieg i kamienie naturalnie kierowały kroki ku wejściu. Jeden sznurek przeciągnął nisko, mniej więcej na wysokości kostki człowieka, między wystającym korzeniem a kamieniem przysypanym śniegiem. Drugi ustawił bardziej z boku, tam gdzie ktoś mógłby sądzić, że znalazł wygodniejszą ścieżkę. Dzwoneczki umocował tak, by nie brzęczały od byle podmuchu, ale odezwały się przy wyraźnym szarpnięciu.

    Pracował dokładnie, jak na tak prostą rzecz.

    Sprawdzał napięcie sznurka, poprawiał węzły, przysypywał ślady, odgarniał śnieg tam, gdzie zdradzałby za wiele. Nie próbował zastawić pułapki, która kogokolwiek zatrzyma. Chciał tylko, by ewentualny intruz został w porę usłyszany. Kiedy skończył, wrócił do środka i przez chwilę stał przy ogniu, grzejąc dłonie.

    Spojrzał ku wejściu. Za nim noc była czarna i cicha, tylko płonące truchło większego wilka dogasało dalej, śmierdząc skazą, tłuszczem i złym omenem. Potem usiadł przy swoim śpiworze, oparł łuk blisko ręki i zaczął wycierać odzyskaną strzałę jeszcze raz, choć nie było już z niej czego ścierać. Na wszelki wypadek oczyścił ją jeszcze w ogniu. Czasem dłonie musiały robić cokolwiek, żeby głowa nie wracała tam, gdzie nie trzeba. Następnie położył się spać, prosząc towarzyszy, aby obudzić go, gdy nadejdzie jego kolej trzymania warty.

    Rozgrywka
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa