Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
MortarelM

Mortarel

@Mortarel
Informacje
Posty
90
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt szedł kilka kroków za Boschem, co jakiś czas poprawiając pas z mieczem. Broń była dobra, ale pas uwierał go w biodro przy każdym dłuższym kroku.

    Bosch zaczął rozmowę ze strażnikiem, który chyba nie poznał się na glejcie, gdyż zbluzgał srogo Hieronima. Kurt przystanął obok i ponownie poprawił pas z bronią, który znowu wbił mu się w biodro. Następnie wydarzyło się coś dziwnego, czego Kurt nie mógł wytłumaczyć. Bosch spojrzał na strażnika. Nie długo. Nie groźnie. Po prostu spojrzał.

    Kurt nie potrafił tego dobrze opisać, ale w tym spojrzeniu było coś takiego... świątynnego. Jak wtedy, gdy Zygfryd mówił o Sigmarze. Jak podczas modlitwy przy stosie. I nagle strażnik zmiękł. Nie od razu, ale jednak. Dał kuszę, dał włócznie, zaczął mówić rozsądniej. Kurt długo nad tym myślał. -Może właśnie tak działa Sigmar. - pomyślał, zastanawiając się, czy świątobliwy ojciec nie dostrzegł w Hieronimie czegoś, czego inni nie widzieli.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter odprowadził wzrokiem Sneidera wychodzącego z karczmy. Nie współczuł parobkom. Łowca wybrał ich sobie jak woźnica wybiera konie do zaprzęgu, bez pytania o zdanie i bez zainteresowania tym, czy mają na to ochotę. Kiedy drzwi się zamknęły, przepatrywacz dopił herbatę i bez słowa wyszedł do stajni. Tam było ciszej.

    Koń podniósł łeb na jego widok i prychnął cicho. Pieter od razu zabrał się do roboty. Sprawdził popręg, obejrzał kopyta, poprawił derkę i przeczesał dłonią sierść na karku zwierzęcia. Po ostatnich dniach bardziej ufał koniowi niż większości ludzi spotkanych po drodze. Dlatego tak szybko zauważył ruch przy jukach. Nie odezwał się od razu, ale stał nieruchomo, obserwując chłopaka przez dłuższą chwilę.

    Parobek jeszcze go nie dostrzegł. Najpierw rozglądał się po stajni. Potem po koniach. Wreszcie po pakunkach. A potem wsunął rękę do juków. Dopiero wtedy Pieter nieco się poruszył. Nie gwałtownie. Jeden krok, potem drugi. Parobek obejrzał się i zamarł, gdy jego wzrok napotkał spojrzenie Pietera.

    — Ja tylko przyszedłem z sianem, panie. - Parobek rzekł naprędce.

    Pieter spojrzał najpierw na siano. Potem na rękę parobka tkwiącą w pakunkach. W końcu wrócił wzrokiem do twarzy chłopaka.

    — Doprawdy? - Nie podniósł głosu. — Jeśli chciałeś sprawdzić, kim jesteśmy, mogłeś zapytać. Grzebanie w cudzych rzeczach to zły sposób na zdobywanie odpowiedzi. - Pieter zrobił krok bliżej.

    — Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie powiem Kappelowi, ale od tej chwili będziesz pilnował naszych rzeczy. Kiedy nas nie będzie, masz mieć na nie oko. Nie interesuje mnie, czy to dzieciaki, pijacy, włóczędzy czy twoi koledzy. Jeśli ktoś będzie się tu kręcił, przepędzisz go. - Rzekł stanowczo Pieter. — A jeśli coś zginie, wtedy nie będę prowadził żadnego śledztwa. Nie będę szukał winnych. Nie będę sprawdzał śladów, tylko potraktuję ciebie jako złodzieja. - Przepatrywacz zagroził parobkowi.

    -Właśnie przyłapałem cię z ręką w naszych jukach. Sam więc postawiłeś się na pierwszym miejscu listy podejrzanych. Tam skąd pochodzę złodziejom ucina się ręce. - dodał złowieszczo.

    Przez chwilę patrzyli jeszcze na siebie w milczeniu. W końcu Pieter odwrócił się do konia i poprawił popręg. — No, skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy, to zjeżaj stąd albo cię smagnę batem. — Syknął Pieter.

    Przepatrywacz nie był pewien, czy chłopak rzeczywiście kierował się wyłącznie ciekawością. Nie miało to jednak większego znaczenia. Od tej chwili wiedział już, że warto mieć na niego oko.

    O całej sprawie nie zamierzał robić zamieszania. Nie interesowało go bieganie do Kappela ani zawracanie głowy Sneiderowi. Gdy jednak nadarzy się okazja, wspomni o tym Tomasimo. Niziołek miał łeb na karku, a poza tym był jednym z niewielu nieludzi w tej wyprawie, którym Pieter ufał choć odrobinę bardziej niż reszcie. Ot, krótka informacja. Bez plotkowania i bez sensacji. To była wiedza, którą warto było mieć.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter przespał resztę nocy płytko i czujnie. Nawet zmęczenie po marszu nie pozwalało mu spać spokojnie pod dachem obcych ludzi, zwłaszcza kiedy w tej samej karczmie nocował Łowca Czarownic wracający nad ranem z cudzą krwią na rękach.

    Nie powiedział jednak o tym wszystkim. Nie przy stole. Nie przy reszcie.

    Dopiero o świcie, kiedy nadarzyła się chwila na uboczu, wspomniał o tym Tomasimo półgłosem, tak by nikt postronny nie usłyszał.

    — Sneider wychodził nocą — mruknął cicho do niziołka, poprawiając popręg przy swoim koniu. — Wrócił po dłuższym czasie. Miał krew na rękawicy i mankiecie. Nie swoją.

    Tyle. Bez domysłów. Bez oskarżeń. Potem temat urwał.

    Kiedy Sneider zebrał ich rano i zaczął mówić o posłuchu, stosie i przesłuchaniach, przepatrywacz milczał przez cały czas. Stał tylko z boku, oparty lekko o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na piersi i twarzą pozbawioną wyrazu. Nie zamierzał wdawać się z Łowcą w dyskusje.

    Gdy odprawa dobiegła końca, Pieter bez słowa zabrał swoje rzeczy i wyszedł przed karczmę.

    Mróz szczypał w policzki, ale po zaduchu izby było to niemal przyjemne. Koń przywitał go cichym parsknięciem. Przepatrywacz od razu zabrał się do roboty — sprawdził uprząż, oczyścił sierść ze zmarzniętego błota i resztek śniegu, obejrzał kopyta, poprawił pasy przy jukach. Zwierzę przeszło z nimi kawał drogi i zasługiwało na więcej troski niż większość ludzi, których Pieter spotykał na traktach. Następnie Pieter sprawdził i uporządkował ekwipunek.

    Od czasu do czasu zerkał tylko ku placowi i budzącym się mieszkańcom Dunkelwaldu, ale nie szukał rozmów. Nie ciągnęło go dziś do plotek ani do przepytywania ludzi.

    Po wszystkim usiadł przy ścianie stajni, naciągnął płaszcz mocniej na ramiona i zamknął na moment oczy, odpoczywając, póki jeszcze mogli sobie na to pozwolić.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Kurt jest ochroniarzem, a nie mediatorem od spraw damsko-urzędniczych. Nawet kurtatela ma swoje granice, w szczególności, że Kurt nie jest jeszcze pewien, czy Sigmar pochwala takie rzeczy 😛

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Noc dłużyła się bardziej, niż powinna. Po walce nikt nie wrócił już do pełnego spokoju, nawet jeśli zmęczenie w końcu zmusiło ludzi do snu. Pieter spał płytko, bardziej nasłuchując niż odpoczywając. Co jakiś czas budził go trzask drewna, ruch konia albo cichy dźwięk własnych dzwoneczków poruszonych przez wiatr. Za każdym razem ręka odruchowo odnajdywała łuk. Ale alarm nie odezwał się naprawdę ani razu. Las tym razem ich oszczędził.

    Świt przyszedł ponury i zimny. Ogień dogorywał już tylko czerwonym żarem, a powietrze w pieczarze miało ciężki zapach dymu, wilgotnych skór i krwi wilków, której mimo śniegu nie dało się całkiem pozbyć. Na zewnątrz panowała sina szarość. Niebo wyglądało jak brudna blacha zawieszona nad lasem.

    Pieter podniósł się pierwszy albo prawie pierwszy. Zwinął śpiwór, sprawdził linki z dzwoneczkami i wyszedł obejrzeć konia. Zwierzę przetrwało noc dobrze, choć nadal było niespokojne. Falk poprawił uprząż, obejrzał kopyta i dał mu chwilę spokoju, głaszcząc kark grubą rękawicą. Dopiero wtedy wrócił bliżej ognia.

    I wtedy poczuł ten zapach. Tłuszcz, mięso... smażone mięso. Heinrich siedział przy ogniu jak gdyby nigdy nic, obracając nad płomieniem kawałki wilczego mięsa. Skwierczały cicho nad ogniem, tłuszcz kapał na żar i syczał. Zapach był ciężki, dziki i nieprzyjemny. Pieter zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę tylko patrzył. Na mięso, na Heinza, na wilczą skórę leżącą obok.

    Potem powoli podszedł bliżej ognia, ale usiadł po drugiej stronie niż rudowłosy. Wyciągnął własny suchy prowiant i odgryzł kawałek twardego chleba, jakby demonstracyjnie wybierał nawet czerstwy chleb zamiast tego, co smażyło się nad ogniem. Milczał długo. W końcu splunął w bok.

    — Psojad...— rzucił cicho, wykonując zabobonny gest odpędzania złego.

    Nie podniósł głosu. Nie próbował wywoływać kłótni. Powiedział to tonem człowieka stwierdzającego coś oczywistego. Jego spojrzenie przesunęło się po wilczym mięsie. Po tych słowach zamilkł znowu i zajął się sprawdzaniem łuku oraz cięciwy, jakby temat przestał go interesować. Ale od tej chwili patrzył na Heinza inaczej. Jak na kogoś, komu głód albo bieda dawno już odebrały część człowieczeństwa.

    Pieter Falk jadł śniadanie powoli. Nie dlatego, że mu smakowało. Po prostu po nocy spędzonej w pieczarze ciało potrzebowało czasu, żeby przypomnieć sobie, że nadal należy do żywych. Siedział blisko ognia, z ramionami lekko pochylonymi, i żuł twardy kawałek chleba, który w ustach zmieniał się bardziej w obowiązek niż w posiłek.

    Kiedy Sneider zażądał oględzin dłoni, Falk bez słowa wyciągnął ręce. Nie wyglądał na urażonego. Właściwie nie wyglądał na nic szczególnego. Pozwolił Łowcy obejrzeć palce, kostki, skórę przy paznokciach, a potem tylko zacisnął dłonie z powrotem w rękawicach. Nie trzeba było mu tłumaczyć, że skaza potrafi wejść w człowieka przez ranę mniejszą niż zadrapanie od ciernia. Widział już rzeczy, które zaczynały się od plamki, swędzenia, dziwnego ciepła pod skórą. Widział ludzi, którzy jeszcze rano wyglądali jak ludzie, a wieczorem już nikt nie chciał wymówić ich imienia.

    Ruszyli.

    Drugi dzień marszu był gorszy, choć droga wydawała się łatwiejsza. Może właśnie dlatego. Pierwszego dnia człowiek idzie jeszcze na uporze, świeżym strachu i obietnicy zapłaty. Drugiego ciało zaczyna wystawiać rachunek. Stopy robią się cięższe, pasy bardziej wrzynają się w ramiona, zimno znajduje nowe szczeliny pod ubraniem, a myśli nie idą już prosto, tylko zataczają powolne kręgi wokół rzeczy, których lepiej było nie rozgrzebywać.

    Pieter prowadził bez gadania. Mapa Ulmanna pomagała. Nie ufał jej całkiem, ale korzystał z niej częściej, niż miałby ochotę przyznać. Parę kresek na pergaminie potwierdzało to, co pamiętał z własnych dróg, a parę innych korygowało wspomnienia, które śnieg i lata zdążyły rozmyć. Raz zatrzymał grupę przy miejscu, gdzie trakt zdawał się iść prosto, ale mapa i układ drzew mówiły co innego. Odgarnął śnieg przy wykrocie i znalazł kamień, dokładnie tam, gdzie powinien być. Innym razem ominął jar, który z góry wyglądał łagodnie, ale w środku mógł ich kosztować godzinę omijania trudnego terenu, jeśli nie więcej.

    Gdy las zaczął się zmieniać i pojawiły się pierwsze ślady stałej ludzkiej pracy, zwolnił nieznacznie. Nacięcia od siekier, stare pniaki, drewno przykryte śniegiem, przewrócone sanie. Wszystko to mówiło, że Dunkelwald nie był już tylko nazwą i dymem gdzieś przed nimi. Był blisko. A bliskie osady miały swoje własne ślady, inne niż las.

    Przy kopcu kamieni z wilczym kłem zatrzymał wzrok na dłużej. Nie podszedł od razu. Spojrzał tylko, zapamiętał rzemień, wysokość kamieni, stronę, ku której zwisał kieł. Miejscowi robili takie rzeczy z jakiegoś powodu. Może dla Ulryka. Może przeciw wilkom. Może po to, żeby dodać sobie odwagi, kiedy nocą słyszało się wycie z lasu. W Hochlandzie ludzie rzadko wieszali zęby, kości i wstążki dla ozdoby.

    — Dużo wilczych znaków — mruknął półgłosem do Tomasimo, kiedy ruszyli dalej. — Po ostatniej nocy nie podoba mi się to. — Lepiej, żeby mieszkańcy tej wioski pilnowali swoich kundli. - zerknął z ukosa na Heintza.

    Kiedy zobaczyli Dunkelwald, Pieter nie poczuł ulgi. Dym z kominów powinien oznaczać dach, ogień i ludzi. Po dwóch dniach marszu przez śnieg człowiek powinien przyjąć taki widok z wdzięcznością. Falk patrzył jednak na wieś tak, jak patrzy się na ślad w śniegu: najpierw kształt, potem głębokość, potem kierunek, a dopiero na końcu pytanie, kto go zostawił.

    Studnia, martwy dąb, wstążki, wilcze kły, ludzie znikający z okien, drzwi zamykane powoli. Pieter nic nie powiedział, ale poprawił pas z bronią.

    Gdy chłopiec odezwał się za ich plecami, Falk odwrócił się szybciej, niż powinien człowiek zmęczony całym dniem marszu. Nie sięgnął po broń, ale ręka zatrzymała się blisko pasa. Spojrzał na dziecko, potem na kobietę, która pojawiła się chwilę później i zabrała je do domu.

    — Dzieci rzadko wymyślają takie rzeczy — powiedział cicho do towarzyszy.

    |=W stajni zajął się koniem, zanim wszedł do karczmy. Rozsiodłał go, sprawdził grzbiet, podał obroku tyle, ile należało i obejrzał miejsce przy żłobie. Nie lubił zostawiać zwierzęcia byle gdzie, a jeszcze mniej lubił stajnie, w których za dużo rzeczy stało pod ścianami. Beczki, narzędzia, wózek, miejscowe konie, krowy, zamarznięte jabłkowe wytłoki. Dopiero po upewnieniu się, że koń ma się dobrze wszedł do środka.

    Izba karczmy "Pod Kwaśnym Jabłkiem" była ciepła, zadymiona i kwaśna od jabłek, mokrych ubrań oraz ludzkiego potu. Pieter nie zdejmował płaszcza od razu. Stanął bliżej ściany, tak by widzieć drzwi, schody i klapę w podłodze. Patrzył po twarzach miejscowych, czytając emocje wstępujące na ich twarze.

    Sneider zrobił to, co Sneider zwykle robił. Wszedł i sprawił, że ludzie przypomnieli sobie wszystkie winy, nawet te, których nie mieli. Falk słuchał rozmowy przy szynkwasie bez komentarza. Nie lubił sposobu, w jaki Łowca przepychał się przez ludzi samą obecnością, ale musiał przyznać, że działało. Karczma pustoszała szybciej niż las po pierwszym wystrzale. To też miało swoją cenę.

    Ludzie zastraszeni mówili mniej. Albo mówili to, co ich zdaniem chciał usłyszeć człowiek w kapeluszu. Kiedy Sneider przekazał im klucz i wspomniał o wejściu w jego buty, Pieter spojrzał na niego bez szczególnego entuzjazmu.

    Potem zerknął na Tomasimo, który już planował rozmowy, cydr, kaplicę i pewnie jeszcze plotki z połową wsi, zanim reszta zdąży rozpiąć pasy. Falk znał ten wyraz twarzy niziołka. Ashfield miał zamiar iść między ludzi i wyciągać z nich słowami informacje tak, jak inni wyciągali drzazgi z dłoni.

    W izbie, którą im przydzielono, Pieter najpierw podszedł do okna. Sprawdził okiennice, rygiel, szczeliny i to, czy dało się przez nie zajrzeć z zewnątrz. Potem obejrzał drzwi, zawiasy i zamek. Dopiero później odłożył rzeczy. Posłanie wybrał blisko ściany, z widokiem na wejście, ale nie pod samym oknem. Łuk postawił tak, by sięgnąć po niego bez wstawania. Mapę Ulmanna schował głęboko, zawiniętą i zabezpieczoną przed wilgocią.

    Na pytanie o warty nie protestował.

    — Wezmę drugą — powiedział po Heinrichu. — Albo tę po Tomasimo.

    Spojrzał jeszcze raz w stronę korytarza.

    — Warta na korytarzu ma sens. Jak ktoś będzie szedł do izby Sneidera, usłyszymy. Jak do naszej, też.

    Gdy Tomasimo zszedł na dół, Pieter nie poszedł za nim od razu. Został chwilę w izbie, porządkując rzeczy bardziej z nawyku niż z potrzeby. Potem wyszedł na korytarz i stanął w przejściu, skąd mógł słyszeć część rozmowy z dołu, choć nie próbował w niej uczestniczyć. Niziołek nadawał się do tego lepiej. Pieter swoją obecnością częściej zamykał ludziom usta, niż je otwierał.

    Po pewnym czasie zszedł jednak do stajni. Jeszcze raz sprawdził konia. Nie dlatego, że coś musiało być nie tak, lecz dlatego, że w nowym miejscu lepiej było upewnić się dwa razy. Przesunął dłonią po uprzęży, zerknął na miejscowe zwierzęta, na beczki, na wytłoki, na kota siedzącego gdzieś wysoko. Potem zatrzymał się przy wejściu i spojrzał na plac lustrując go wzrokiem.

    Pieter stał tak przez dłuższą chwilę. Pomyślał o sytuacji z dzieciakiem. Nie lubił kaplic nocą. Nie lubił też dzieci, które ostrzegały przed nimi obcych tuż po ich przyjeździe.

    Wrócił do karczmy bez pośpiechu. Zatrzymał się przy drzwiach, otrzepał śnieg z butów i obejrzał izbę jeszcze raz, jakby próbował zapamiętać układ ław, schodów, szynkwasu, kuchni i klapy prowadzącej w dół.

    Dopiero wtedy wrócił do przydzielonej jej izby, próbując zasnąć i zregenerować się po podróży.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Kurt dopiero odkrywa w sobie ścieżkę padawana i może być labilny, zanim nie utwierdzi się w poglądach, ale z drugiej strony sprawuje Kurtatelę, a to już do czegoś zobowiązuje xD

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    próbuję wpisać się w klimat sesji, który nie był początkowo taki oczywisty 😛

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt słuchał Boscha uważniej niż zwykle.

    Nie wszystkiego rozumiał, ale tym razem coś brzmiało inaczej. Nie jak gadanie urzędnika. Bardziej jak kazanie kapłana po kilku kuflach wina.

    -Sigmar się nad nami zmiłował. - Kurt spojrzał na glejt z pieczęcią, potem na worek z jedzeniem, a później na świątynię za plecami Hieronima. Jeszcze niedawno siedział w celi i czekał, aż ktoś go spali albo zatłucze. Teraz miał miecz i worek jedzenia.

    To było dziwne. Bardzo dziwne. Wziął worek bez słowa i zarzucił go sobie na ramię. Ciężar był przyjemny.

    -Może ten Sigmar naprawdę patrzy?- Zamyślił się.

    Kurt nigdy się nad tym nie zastanawiał. Bogowie byli od tego, żeby kapłani mieli o czym gadać, a ludzie gdzie zanosić monety przed bitwą. Ale odkąd wszystko się posypało, dziwne rzeczy działy się jedna po drugiej. Szaleniec w celi. Ludzie chodzący jak stado opętanych. Strażnik, który dostał młotem tak, że normalnemu człowiekowi odpadłaby połowa ciała, a dalej próbował zabijać. I jeszcze oni. Żywi.

    Kurt podrapał się po szczęce.

    – Może faktycznie nas pilnuje. - Szepnął pod nosem.

    Nie wiadomo było, czy mówi o Boschu, Zygfrydzie czy samym Sigmarze.

    Spojrzał na worek z jedzeniem, potem na glejt. Przez chwilę milczał, patrząc gdzieś ponad płomieniami stosu.

    – Świętobliwy ojciec Zygfryd wspomniał, że powinniśmy iść na północny-zachód? – mruknął wolniej. – Któż w takim razie miałby wątpić w jego słowa? - Zapytał retorycznie i spojrzał po reszcie.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter Falk przez chwilę jeszcze trzymał łuk napięty, choć nie miał już do czego strzelać.

    Walka skończyła się szybciej, niż zdążyła naprawdę rozgorzeć. Palce nadal pamiętały opór cięciwy. Ramiona miały w sobie tę krótką, zimną gotowość, która pojawia się, kiedy coś biegnie prosto na człowieka z zębami wyszczerzonymi w ciemności. Dopiero po kilku oddechach opuścił broń, powoli, bez pośpiechu, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł jeszcze sprowokować las do odpowiedzi.

    Patrzył na wilki. Na ciała zwalone w śnieg, na czerwone smugi rozmazane przy wejściu do pieczary, na parę unoszącą się z ran i z pysków, póki mróz nie zaczął odbierać im resztek ciepła. Zwykłe wilki wyglądały teraz mizerniej niż przed chwilą — chude, żałosne, głodne tak bardzo, że aż głupie. Głód potrafił zmienić zwierzę w coś, co przestawało bać się ognia, ludzi i stali. Pieter widział to wcześniej. Z ludźmi bywało podobnie.

    Większy basior był czymś innym. Na niego Falk patrzył krócej. Nie dlatego, że się nie bał, ale dlatego, że zbyt długie przyglądanie się rzeczom dotkniętym skazą nigdy nie przynosiło nic dobrego. Wystarczyło zobaczyć tyle, ile trzeba było zapamiętać: zielonkawa ślina, chore ślepia, smród gnicia, który nie należał do żywej bestii. Potem już lepiej było pozwolić ogniowi zrobić swoje. Kiedy Sneider przeciągnął truchło z dala od wejścia, Pieter odwrócił głowę i splunął w śnieg. Nie z pogardy. Raczej z potrzeby pozbycia się z ust smaku, którego wcale tam nie było.

    — Dobrze, że padł z daleka — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

    Potem ruszył ku miejscu, z którego strzelał. Najpierw wrócił myślą do dwóch strzał. Jedna weszła w ciało wilka, czysto, między żebra, tam gdzie powinna. Druga uciekła w ciemność, prawdopodobnie przez dym, ruch zwierzęcia albo zwykłą złośliwość świata. Pieter nie miał w zwyczaju zostawiać po sobie rzeczy, jeśli nie musiał. Strzały kosztowały, a na trakcie wszystko, co dało się odzyskać, było warte schylenia karku.

    Podszedł do martwego wilka, którego położył pierwszym trafieniem. Przykucnął, przytrzymał łapą futro i ostrożnie poruszył drzewcem. Strzała tkwiła głęboko, ale nie była złamana. Wyciągnął ją powoli, z nieprzyjemnym, mokrym oporem. Obejrzał grot w blasku ognia, potem lotki. Skrzywił się lekko.

    — Ta jeszcze pójdzie — powiedział cicho.

    Wytarł grot o śnieg, potem o kawałek szmaty, dokładniej niż zwykle. Po tym, co widzieli tego dnia, nawet krew zwykłego wilka nie wydawała się już całkiem zwykła.

    Drugiej szukał dłużej. Wyszedł kilka kroków przed pieczarę, ale nie dalej, niż rozsądek pozwalał po zmroku. Pochylił się nisko, szukając cienkiego śladu w śniegu, miejsca, gdzie drzewce mogło wbić się pod kątem albo zniknąć między korzeniami. Ogień za plecami dawał za mało światła, a noc przed nim była gęsta i niechętna. Przez chwilę widział tylko biel, czerń pni i własny oddech. Ostatecznie poddał się, nie znalazłszy zguby.

    Wrócił do ognia akurat wtedy, gdy płomienie zaczęły brać większego wilka na dobre. Smród uderzył ostrzej, tłusty, gorzki, chory. Pieter odruchowo zasłonił usta rękawem i stanął tak, żeby dym nie szedł prosto na niego. Słyszał modlitwę Sneidera, niską i twardą, bardziej podobną do wyroku niż prośby.

    Pieter nie był człowiekiem modlitw. Przynajmniej nie takich, które wypowiada się głośno przy innych. Ale kiedy ogień zajął pysk bestii, a zielonkawa ślina syknęła w śniegu, Pieter przez krótką chwilę spuścił wzrok.

    — Niech się spali do kości — powiedział tylko.

    Kiedy Tomasimo wzniósł bukłak w niemal toastowym geście, Falk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek. Niziołek miał w sobie tę dziwną, upartą żywotność, która bywała czasem bardziej irytująca niż hałas, ale po walce przy ogniu miała też coś kojącego. Jakby ktoś przypominał światu, że dopóki można wznieść bukłak, poprawić wąsa i pochwalić psa, dopóty noc jeszcze nie wygrała.

    Pieter skinął mu krótko głową. — Dobrze strzelałeś — rzucił.

    Potem spojrzał na Heinricha, który zabierał się do oprawiania wilków. Falk nie powiedział mu, żeby tego nie robił. Po ostrzeżeniu Sneidera i widoku chorego basiora każdy miał już dość rozumu, żeby wiedzieć, w co wkłada ręce. A jeśli nie miał, to żadna rada go nie ocali.

    Później zajął się koniem. Podszedł do zwierzęcia spokojnie, bokiem, bez gwałtownych ruchów. Koń nadal był niespokojny po zapachu wilków, huku pistoletu i ogniu, który teraz trawił coś, czego żadne zwierzę nie powinno było widzieć. Pieter położył mu dłoń na szyi, twardą, zimną, ale pewną. Sprawdził uwiąz, potem popręg, juki, nogi i kopyta. Obejrzał, czy zwierzę nie skaleczyło się, kiedy szarpnęło podczas ataku. Przesunął palcami po rzemieniach, poprawił jeden węzeł, drugi zawiązał na nowo. Upewnił się, że koń ma dość luzu, by nie spanikować od byle ruchu, ale nie tyle, by w nocy wpakować się w ognisko albo wyrwać między drzewa. Na koniec dosypał mu paszy tyle, ile mógł bez marnotrawienia zapasów.

    W takich warunkach koń nie był tylko koniem. Był ciepłem, ładunkiem, drogą powrotną i szansą na przewiezienie kogoś, kto jutro może nie mieć sił iść o własnych nogach.

    Dopiero gdy zwierzę uspokoiło się nieco, Pieter wrócił do swoich rzeczy. Rozłożył śpiwór pod ścianą pieczary, w miejscu, skąd miał dobry widok na wejście, ale nie leżał bezpośrednio na linii zimnego powietrza. Podłoże było twarde, nierówne i pachniało wilgotnym kamieniem. Lepsze to niż śnieg. Gorsze niż karczemna podłoga. W sam raz na życie, które ostatnio wszystkim przypadło w udziale.

    Przez chwilę patrzył na posłanie. Nie położył się. Zamiast tego wyjął z pakunku cienki sznurek. Dużo sznurka. Zwiniętego porządnie, nie dla ozdoby, lecz dla kogoś, kto wiedział, że w lesie czasem bardziej przydaje się cicha linka niż druga broń. Potem wydobył dwa niewielkie dzwoneczki.

    Były małe, niepozorne. W karczmie mogłyby wisieć przy drzwiach albo przy uprzęży kuca, wydając uprzejmy, prawie śmieszny dźwięk. W nocy, przed jaskinią, mogły obudzić człowieka o jedno uderzenie serca wcześniej.

    A czasem jedno uderzenie serca wystarczało.

    — Zrobię potykacze — powiedział do reszty, choć nie zabrzmiało to jak pytanie. — Przed wejściem. Nisko. Z dzwonkami.

    Potem wyszedł przed pieczarę, ostrożnie, z łukiem pod ręką i nożem przy pasie. Nie zapuszczał się daleko. Wybrał dwa miejsca po bokach podejścia, tam gdzie śnieg i kamienie naturalnie kierowały kroki ku wejściu. Jeden sznurek przeciągnął nisko, mniej więcej na wysokości kostki człowieka, między wystającym korzeniem a kamieniem przysypanym śniegiem. Drugi ustawił bardziej z boku, tam gdzie ktoś mógłby sądzić, że znalazł wygodniejszą ścieżkę. Dzwoneczki umocował tak, by nie brzęczały od byle podmuchu, ale odezwały się przy wyraźnym szarpnięciu.

    Pracował dokładnie, jak na tak prostą rzecz.

    Sprawdzał napięcie sznurka, poprawiał węzły, przysypywał ślady, odgarniał śnieg tam, gdzie zdradzałby za wiele. Nie próbował zastawić pułapki, która kogokolwiek zatrzyma. Chciał tylko, by ewentualny intruz został w porę usłyszany. Kiedy skończył, wrócił do środka i przez chwilę stał przy ogniu, grzejąc dłonie.

    Spojrzał ku wejściu. Za nim noc była czarna i cicha, tylko płonące truchło większego wilka dogasało dalej, śmierdząc skazą, tłuszczem i złym omenem. Potem usiadł przy swoim śpiworze, oparł łuk blisko ręki i zaczął wycierać odzyskaną strzałę jeszcze raz, choć nie było już z niej czego ścierać. Na wszelki wypadek oczyścił ją jeszcze w ogniu. Czasem dłonie musiały robić cokolwiek, żeby głowa nie wracała tam, gdzie nie trzeba. Następnie położył się spać, prosząc towarzyszy, aby obudzić go, gdy nadejdzie jego kolej trzymania warty.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    dodane 🙂 umknęło mi

    Komentarze

  • KP Bohaterów
    MortarelM Mortarel

    przepatrywacz.png

    Imię: Pieter Falk
    Profesja: przepatrywacz
    Wiek: 35

    Wygląd:
    Pieter Falk to wychudzony, około trzydziestoletni mężczyzna o pociągłej, zszarzałej od zimna i wiatru twarzy. Nosi kilkudniowy zarost i proste, przybrudzone ubrania podróżne, noszące ślady długiej drogi. Jego chłodne oczy rzadko patrzą rozmówcom w twarz — częściej obserwują otoczenie, drzwi i cienie. Porusza się oszczędnie i czujnie, jak ktoś przyzwyczajony do zagrożenia.

    Charakter:
    Falk jest małomówny, szorstki i pozbawiony ogłady towarzyskiej, przez co często sprawia wrażenie nieuprzejmego lub obojętnego. Lepiej rozumie ślady i zagrożenia niż ludzi, dlatego w rozmowach bywa bezpośredni aż do niezręczności. Nie ufa słowom — obserwuje, zapamiętuje i reaguje dopiero wtedy, gdy jest czegoś pewien. W sytuacjach niebezpiecznych działa szybko i bez wahania, kierując się instynktem i doświadczeniem, a nie opinią innych

    Widoczny ekwipunek:
    skórzana kurta i hełm
    łuk i strzały (9/10)
    bicz
    sieć
    tarcza
    miecz jednoręczny
    koń
    juki
    lina
    sakwy podróżne
    ubranie
    śpiwór
    bukłak z wodą

    Statystyki:
    (W tym podpunkcie wyśle każdemy później statystyki w formie graficznej tabeli)

    Punkty Żywotności (Żyw): 13
    Punkty Przeznaczenia (PP): 3
    Punkty Szczęścia (PS): 1/3

    Materiały

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt słuchał Boscha w milczeniu. Im dłużej Hieronim mówił, tym bardziej Mały marszczył brwi, jakby próbował przesunąć ciężką szafę we własnej głowie. Pisma. Glejty. Pieczęcie. Bramy. Kufry. Za dużo słów. Ale potem padło „złoto” i to już zrozumiał.

    Kurt powoli usiadł, patrząc na Boscha trochę inaczej niż wcześniej. Nie jak na urzędnika. Bardziej jak na człowieka, który właśnie powiedział, że kiedyś może mieć własny dom z piętrem. Albo dwa.

    – Hmmm... - Kurt zadumał się srodze. Bosch gadał jak ktoś, kto już widział siebie z kufrem pełnym złota, siedzącego przy dużym stole, z mięsem, winem i ludźmi biegającymi wokół na skinienie palca.

    I wtedy do Kurta dotarło coś jeszcze. Jak Bosch będzie bogaty… to będzie potrzebował ochrony. Prawdziwej ochrony. Nie stania przy drzwiach karczmy za miskę zupy i dwa miedziaki. Nie obijania pijaków dla lichwiarza. Tylko porządnej roboty. Z bogatym człowiekiem. Może nawet z własnym pokojem.

    Kurt zamyślił się tak mocno, że prawie przestał słuchać reszty rozmowy.

    – Mocarz… – mruknął pod nosem.

    Im dłużej o tym myślał, tym bardziej mu się podobało. Bogaci ludzie żyją długo, bo mają takich jak on. Spojrzał na Boscha z czymś, co u Kurta mogło uchodzić za uznanie. Kurt kiwnął w stronę Hieronima porozumiewawczo głową.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt już podczas poprzedniej rozmowy z Hieronimem zgodził się objąć ową misję swoją Kurtatelą. Zresztą robił to niemal od samego początku. Można byłoby rzec, że wręcz pasował do tego jak mało kto, a jeśli dzięki temu miał zostać oczyszczony ze swoich przewin, to tym bardziej mu to pasowało. Kiwnął więc głowo twierdząco, bo nie zwykł zbyt dużo mówić, a nikt i tak specjalnie nie oczekiwał tego od niego.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Dla takiego bogactwa, to mogę dać nawet dwa dni xD

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    w porządku, myślałem, że poza mapą okolicy, zostało coś na niej może zaznaczone 🙂 np. taki duży X, gdzie tradycyjnie ukryto skrzynię ze złotem albo coś 😄

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pomogę przerzucić konia. Może niech MG zrobi nam jakiś test na obrócenie tego konia, to załatwimy to w komentarzach.

    MG, czy jestem w stanie określić, co przedstawia mapa?

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Wieczorem Pieter nie pił więcej, niż musiał. Siedział przy stole z kawałkiem starego węgla w palcach i przez dłuższy czas przesuwał nim po blacie, znacząc krótkie linie, urwane łuki i punkty, które dla kogoś postronnego mogły wyglądać jak bezładne bazgroły. Dla niego były jednak drogą. Zasypanym traktem. Miejscem, gdzie należało trzymać się lewej strony jaru. Kamieniem drogowym, którego rano nikt nie zobaczy, bo śnieg przykrył go pewnie po sam czubek. Starą świerczyną, po której można rozpoznać zakręt, jeśli człowiek pamiętał, że jedno z drzew pękło dawno temu od pioruna i rosło teraz krzywo, jakby chciało uciec od własnego korzenia. Nie mówił dużo.

    Tomasimo dopytywał, poprawiał coś, kręcił wąsa i co jakiś czas rzucał uwagą, która w innych okolicznościach mogłaby rozjaśnić wieczór. Pieter odpowiadał krótko. Tu bagno pod śniegiem. Tam osłonięta skała. Dalej zwężenie traktu. W połowie drogi powinna być pieczara, jeśli wejścia nie zawiało. Dobra na nocleg, bo od północy chroni ją kamień, a dym przy słabym ogniu nie powinien nieść się za wysoko.

    Później wstał od stołu i sprawdził swój ekwipunek. Nie było w tym żadnej przesadnej ceremonii, raczej stary nawyk człowieka, który zbyt wiele razy widział, jak drobiazg decyduje o życiu. Poprawił rzemienie, obejrzał sprzączki, przeciągnął palcem po ostrzu, upewnił się, że hubka i krzesiwo są suche, a rzeczy, które powinny być pod ręką, naprawdę będą pod ręką, kiedy przyjdzie po nie sięgnąć zmarzniętymi palcami. Zwinął płaszcz tak, by nie przeszkadzał w marszu, a jednocześnie dawał się szybko narzucić na ramiona podczas postoju.

    Z samego rana poszedł do stajni, zanim karczma na dobre się rozbudziła. Koń parsknął cicho, niezadowolony z chłodu i poruszenia o takiej porze. Pieter nie przemówił do niego pieszczotliwie. Nie miał do tego talentu. Przesunął tylko dłonią po karku zwierzęcia, sprawdził nogi, podciągnął popręg, obejrzał podkowy i uprząż. Potem uporządkował pakunki tak, żeby ciężar nie ciągnął na jedną stronę. Wszystko musiało leżeć równo. Na trakcie nierówny juk potrafił narobić więcej kłopotu niż głupi człowiek, a głupich ludzi i tak zwykle nie brakowało.

    Kiedy wyszedł przed karczmę, spojrzał jeszcze raz na niebo. Nie wyglądało dobrze.


    Droga od pierwszych kroków odebrała im złudzenie, że opuszczenie karczmy było początkiem przygody. Nie było w tym nic wzniosłego. Był tylko śnieg, który chrzęścił pod butami i kopytami, mróz wciskający się pod rękawy, oddech zmieniający się w białą parę oraz powolne, nużące pilnowanie, żeby iść dalej. Las nie robił nic widowiskowego. Nie ryczał, nie wył, nie wysyłał od razu potworów spomiędzy pni. Stał cicho, ciężki od bieli, obojętny na ludzi, którzy uznali, że mają dostatecznie dobry powód, by przejść przez jego gardło.

    Pieter szedł przodem. Nie wyglądał na kogoś, kto prowadzi wielką wyprawę. Bardziej na człowieka wykonującego pracę, która dawno przestała wymagać od niego słów. Co jakiś czas zatrzymywał się, patrzył na linię drzew, na kształt zaspy, na pochylenie starego pnia albo przerwę między gałęziami. Tam, gdzie inni widzieli tylko biel i ciemne smugi lasu, on widział resztki traktu, ukryty spadek terenu, miejsce, w którym śnieg ułożył się inaczej, bo pod spodem leżał kamień albo wykrot.

    Nie tłumaczył każdego wyboru. Czasem wskazał ręką. Czasem mruknął jedno słowo. Czasem skręcił bez zapowiedzi. Milczenie nie było przyjemne, ale było użyteczne. Po jakimś czasie każdy dźwięk zaczynał znaczyć więcej. Skrzypienie uprzęży. Parsknięcie konia. Cięższy oddech któregoś z ludzi. Szelest śniegu zsuwającego się z gałęzi. Dalekie pęknięcie drewna, które mogło być tylko mrozem, ale mogło też nie być tylko mrozem. Pieter słuchał tego wszystkiego bez szczególnej miny.

    Spojrzał raz przez ramię na Tomasimo. Niziołek trzymał się jak zwykle lepiej, niż powinien ktoś jego wzrostu w takim śniegu. Pieter nie lubił przyznawać, że obecność psa go uspokajała, więc tego nie robił. Ale pies słyszał rzeczy, których ludzie nie słyszeli. A w lesie to wystarczało, żeby mieć dla niego szacunek.

    Sneider milczał. To Pieter zapisał mu na plus, choć nie powiedział tego nikomu. Łowca Czarownic szedł z twarzą człowieka, który niósł w sobie więcej gniewu niż snu, ale nie przeszkadzał. Nie pytał co kwadrans, czy to na pewno dobra droga. Nie kazał zawracać przy każdej zaspie. Nie poprawiał człowieka, którego wynajął do prowadzenia. W świecie pełnym ludzi pewnych własnej racji była to cecha rzadka.


    Pieter stał nad martwym koniem z twarzą równie nieruchomą jak śnieg zalegający między drzewami, ale oczy pracowały mu uważnie, powoli, bez pośpiechu. Nie patrzył na padlinę tak, jak patrzy człowiek, który widzi tylko mięso, skórę i zamarzniętą krew. Patrzył jak ktoś, kto próbuje odtworzyć ostatnie chwile zwierzęcia, jego strach, kierunek ucieczki, sposób, w jaki upadło, i to, co stało się później, kiedy wszystko powinno już należeć tylko do mrozu, wilków i ciszy.

    Śnieg prószył drobno, cierpliwie, jakby chciał zakryć każdy ślad po ludzkich błędach. Falk nie lubił takiego śniegu. Za dobrze wiedział, że biel potrafi kłamać lepiej niż ludzie.

    Przykucnął przy boku konia i przesunął wzrokiem po uprzęży. Nie dotknął od razu niczego, tylko pochylił się niżej, tak że para jego oddechu osiadła na zmarzniętej skórze zwierzęcia i zniknęła po chwili w zimnym powietrzu. Dopiero wtedy odgarnął rękawicą śnieg spod siodła.

    Przy jednym rzemieni, tuż pod siodłem, zauważył coś, co nie pasowało do reszty. Rzemień był częściowo przerwany. Nie była to jednak poszarpana krawędź po zębach ani brzydkie rozerwanie od nadmiernej siły. Nacięcie było czyste, równe, wykonane ostrym nożem. Pieter przyglądał mu się przez chwilę, mrużąc oczy.

    — To nie wilki — powiedział cicho. — I nie zwierzoludzie.

    Odgarnął więcej śniegu, potem ostrożnie oderwał od skóry niewielką tubę, częściowo przymarzniętą do rzemieni. Szło opornie. Mróz trzymał mocno, jakby nawet martwe rzeczy nie chciały oddawać tego, co do nich przywiązano. W końcu skóra puściła z cichym trzaskiem. Pieter otworzył tubę i wyciągnął mapę.

    Nie była piękna. Nie miała w sobie nic z pracy uczonego kartografa siedzącego przy świecy w ciepłej izbie. Była praktyczna, brudna, zrobiona ręką człowieka, który bardziej potrzebował trafić do celu, niż zachwycić kogokolwiek starannością kreski. Zaznaczono na niej dukty, leśne przejścia, kamienie drogowe i punkty, które dla obcego nie znaczyłyby pewnie nic, ale dla kogoś z Hochlandu mogły mówić całkiem sporo.

    Falk patrzył na nią dłużej, niż wymagała zwykła ciekawość. Próbował rozeznać się jaką drogę przedstawiała mapa. Przesunął palcem po jednym z oznaczeń, potem po drugim. Przez moment wyglądał, jakby w głowie nakładał rysunek na las, który ich otaczał, na zasypany trakt i drogę do Dunkelwaldu.

    Pieter podniósł wzrok na Sneidera — Ktoś chciał ją zabrać, ale nie zdążył. - Rzekł krótko.

    Nie powiedział „ktoś rozumny”, ale to wisiało między nimi wystarczająco wyraźnie. Zwierzoludzie mogli mordować, rozrywać, palić, plugawić i zostawiać po sobie ślady, które człowiekowi śniły się później przez lata. Ale takie cięcie, w takim miejscu, przy takiej rzeczy, nie było dziełem bestii szukającej mięsa.

    Potem Falk przesunął się bliżej zadu konia i zaczął przeszukiwać rząd. Nie było w tym zachłanności. Raczej surowa praktyka ludzi, którzy zbyt długo chodzili po miejscach, gdzie martwi zostawiali rzeczy bardziej potrzebne żywym. Pod zmarzniętą fałdą skóry i śniegu znalazł małą sakiewkę. Oderwał ją z wysiłkiem, potem rozwiązał i wysypał zawartość na dłoń.

    Srebro. Miedź. Kościana kostka.

    Falk obejrzał ją pobieżnie, po czym obrócił między palcami jeszcze raz, już uważniej. Kącik ust drgnął mu ledwie dostrzegalnie, ale nie był to uśmiech.

    — Oszukiwał przy kościach — powiedział sucho, pokazując obciążoną kostkę Tomasimo, a potem reszcie. — Dwadzieścia szylingów. Piętnaście pensów.

    Przez chwilę ważył sakiewkę w dłoni. Potem spojrzał na martwego konia, na mapę, na ślady kopyt rozrzucone w śniegu i dalej, ku drzewom, gdzie Tyci wcześniej zatrzymał wzrok.

    Nie było w tym potępienia. Raczej zwykłe stwierdzenie faktu, może nawet cień zrozumienia. Ludzie, którzy żyli z prowadzenia innych przez las, rzadko byli święci. Święci zresztą zazwyczaj kończyli gorzej.

    Falk wstał powoli i otrzepał rękawice ze śniegu. Dopiero wtedy przyjrzał się tropom.

    Najpierw kopytom. Potem drobniejszym śladom łap przy boku i zadzie. Potem miejscu, gdzie koń musiał się szarpać, ranić, zapadać i próbować poderwać się z ziemi. Śnieg był już częściowo zniszczony przez nocny opad i wiatr, ale nadal dało się coś z niego wydobyć. Zbyt mało, żeby nazwać to pełną odpowiedzią. Dość, żeby nie podobało się Pieterowi jeszcze bardziej.

    Kiedy Tomasimo wspomniał o znakach na drzewie, Pieter odwrócił głowę i popatrzył w tamtą stronę. Nacięcia w korze. Proste, celowe. Nie takie, które robi gałąź albo pazur. Słyszał o znakach łowców, drwali i ludzi, którzy chcieli zostawić wiadomość bez używania słów. Czasem oznaczały drogę. Czasem ostrzeżenie. Czasem miejsce, gdzie ktoś coś ukrył. A czasem mówiły tylko: „Tu byłem - Knut”. Pieter nie próbował udawać, że wie więcej, niż wiedział. To była jedna z niewielu uczciwości, na które mógł sobie pozwolić.

    Słowa Heinza o guślarskich amuletach sprawiły, że Falk spojrzał w głąb lasu dłużej niż wcześniej. Nie lubił guseł. Nie dlatego, że był człowiekiem szczególnie pobożnym albo uczonym. Po prostu w górach i lasach Hochlandu człowiek uczył się szybko, że rzeczy powieszone na drzewach rzadko wiszą tam bez powodu. A powód zwykle nie był dobry.

    — Nie brałbym mięsa — powiedział spokojnie. Spojrzał na Heinza, potem na Tomasimo. — Nie z tego miejsca.

    Nie tłumaczył od razu, ale po chwili dodał, bo widział, że trzeba.

    — Koń jest dziwnie ranny. Są przy nim znaki. Amulety wiszą w lesie. Nawet wilki przyszły i nie zeżarły truchła...

    Odwrócił głowę ku martwemu zwierzęciu. Śnieg zaczynał już osiadać na jego otwartym oku, przykrywając je powoli, jakby las sam chciał zamknąć sprawę.

    — Głodny wilk nie zostawia takiego mięsa bez powodu.

    Pieter schował mapę z powrotem do tuby, ale nie oddał jej od razu. Trzymał ją jeszcze chwilę razem z mieszkiem z monetami i kością, jakby ważył, czy przedmioty powinny trafić w ręce Sneidera, czy pozostać u niego. W końcu spojrzał na Łowcę Czarownic.

    — Mapa może mi się przydać. Jeśli była Ulmanna, prowadzi w tę samą stronę, w którą idziemy. Mogę ją nieść. Albo wy ją niesiecie, a ja będę mówił, kiedy trzeba spojrzeć.

    To była najgrzeczniejsza forma sprzeciwu, na jaką Falk potrafił się zdobyć. Nie chciał kłócić się z Łowcą Czarownic nad końskim truchłem, w zimnym lesie, przy śladach czegoś, co mogło nadal być blisko.

    Potem wskazał na sakiewkę.

    — Pieniądze i kostka.. Wasz człowiek, wasza decyzja. - Zerkną pytająco na łowcę czarownic. Nie dodał, że martwemu pieniądze nie są już potrzebne.

    Pieter przez moment stał nieruchomo, nasłuchując. Las był cichy, ale nie była to dobra cisza. Dobra cisza zimą ma w sobie oddech: skrzyp gałęzi, ruch śniegu, nawoływanie ptaka gdzieś daleko, pękające drewno.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Na lastinn była taka fajna opcja wykonania rzutu tworząc posta, dobry to był patent

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Nie będę przerzucał, jestem zadowolony, że wyszły 2 z 3 testów, a obawiam się, że później PS mogą być bardziej przydatne 😛

    Dam szansę innym jeśli chodzi o tropienie 🙂

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    image.png

    Tropienie nie wyszło.
    Przeszukiwanie i spostrzegawczość - rzuty udane.

    Komentarze
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa