Jeszcze przez kilka chwil po zakończeniu walki Pieter nie opuszczał miecza. Stał pośród rozdeptanego, nasiąkniętego krwią śniegu i oddychał ciężko, wodząc spojrzeniem od jednego ciała do drugiego, jakby wciąż spodziewał się, że któryś z drwali poderwie się na nogi i spróbuje ostatkiem sił sięgnąć po siekierę. Dopiero kiedy upewnił się, że żaden z nich już nie wstanie, pozwolił ostrzu opaść nieco niżej.
Wokół nich płonął Dunkelwald. Żar bijący od najbliższych zabudowań mieszał się z zimnem ciągnącym od lasu, płatki śniegu niknęły w powietrzu rozgrzanym nad dachami, a niesione wiatrem iskry wirowały pomiędzy walczącymi jeszcze przed chwilą ludźmi. Gdzieś dalej nadal rozlegały się krzyki mieszkańców uwięzionych pośród ognia, lecz tutaj pozostało już tylko rzężenie rannych, trzask płomieni i ciężkie oddechy tych, którzy przeżyli. Śnieg wokół nich niemal zupełnie stracił swoją biel, zmieszany z krwią, popiołem i błotem w brunatną breję.
Pieter chłonął ten widok z uwagą. Podczas wojny nauczył się, że po bitwie najlepiej nie patrzeć zbyt długo na pobojowisko. Człowiek miał zebrać strzały, opatrzyć rannych, sprawdzić poległych i zająć czymś ręce, zanim głowa zacznie zadawać pytania. Pieter nigdy nie nauczył się dobrze tej zasady. Zamiast odwracać wzrok, zawsze patrzył. Interesowała go szczególnie ta nieuchwytna granica pomiędzy człowiekiem a zwłokami, chwila, w której z ciała uchodziło coś, czego nie potrafił nazwać. Jeszcze przed momentem drwal stojący naprzeciwko niego przeklinał, dyszał i próbował rozłupać mu czaszkę siekierą, a teraz leżał kilka kroków dalej nieruchomo, z twarzą wtuloną w czerwony śnieg.
W takich chwilach Pieter odczuwał spokój, którego od zakończenia wojny niemal nie doświadczał w zwyczajnym życiu. Walka uciszała wszystko.
Jego wzrok zatrzymał się na staruszce klęczącej pomiędzy ciałami własnych synów. Kobieta nie próbowała już walczyć ani uciekać, a kiedy Sneider podszedł do niej z mieczem, Pieter obserwował każdy jego krok. Widział uniesienie ostrza, krótkie pchnięcie i ciało, które przez moment jakby nie rozumiało jeszcze, że zostało zabite. Dopiero później staruszka osunęła się pomiędzy swoich synów.
Pieter patrzył do samego końca. Poczuł nawet znajome napięcie gdzieś pod żebrami, podobne do tego, które pojawiało się tuż przed wypuszczeniem strzały. Tyle że tym razem napięcie nie ustąpiło. Przeciwnie, zaczęło boleć. Przepatrywacz zmarszczył brwi i odruchowo przycisnął dłoń do korpusu. Dopiero wtedy przypomniał sobie uderzenie przyjęte podczas walki. W bitewnym zamęcie było jedynie kolejnym ciosem — potężnym, wystarczająco mocnym, żeby na moment odebrać mu oddech, ale przecież przeciwnik nadal stał, więc Pieter również musiał stać. Teraz, kiedy ciało nie potrzebowało już utrzymywać go przy życiu przez następnych kilka uderzeń serca, ból wrócił z całą należną mu siłą.
Kiedy oderwał rękę od boku, rękawica była mokra od krwi. Przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu.
Spróbował nabrać głębiej powietrza i natychmiast tego pożałował. Ból przeszedł przez korpus aż pod żebra, zmuszając go do pochylenia się i podparcia mieczem. Świat na moment stracił ostrość, płomienie Dunkelwaldu rozmazały się w jedną pomarańczową łunę, a gdzieś daleko odezwało się znajome piszczenie w uszach.
Pieter zamknął oczy. Przez moment nie znajdował się już w Dunkelwaldzie. Był gdzieś na północy, wiele lat wcześniej i znowu klęczał w błocie z rękami śliskimi od cudzej krwi. Ktoś krzyczał, żeby się wycofywać. Ktoś inny wołał matkę. Nad nimi płonął dom albo stodoła, może jedno i drugie, a Pieter próbował przypomnieć sobie, gdzie zostawił łuk. Otworzył oczy. Śnieg, Dunkelwald, drwale... Sneider. Pieter wrócił do rzeczywistości.
Przez kilka oddechów stał bez ruchu, czekając, aż przestanie kręcić mu się w głowie, po czym spojrzał na martwego mężczyznę, z którym walczył chwilę wcześniej. Nie czuł do niego nienawiści. Przeciwnie, na twarzy Pietera pojawił się blady uśmiech, w którym można było dostrzec niemal odrobinę uznania.
— Niewiele brakowało...
Głos Sneidera wyrwał go z zamyślenia. Zielonoskórzy schodzili już z gór i Łowca nie pozostawił im złudzeń, że mają czas na opatrywanie ran czy przeszukiwanie trupów. Trzeba było natychmiast opuścić Dunkelwald.
Pieter schował miecz, choć samo wsunięcie go do pochwy wymagało od niego więcej wysiłku, niż chciałby pokazać pozostałym. Następnie podniósł pośpiesznie rzuconą sieć i upuszczony bicz. Do konia dotarł o własnych siłach i dopiero przy próbie wejścia na siodło przekonał się, jak poważna jest rana. Uniesienie nogi pociągnęło mięśnie korpusu tak gwałtownie, że musiał zatrzymać się z czołem opartym o szyję zwierzęcia.
— Spokojnie... — mruknął, przesuwając dłonią po sierści wierzchowca. — Spokojnie.
Koń parsknął i poruszył niespokojnie uszami. Pieter nie był pewien, którego z nich próbował uspokoić. Ostatecznie wdrapał się na siodło i ruszył razem z pozostałymi, jedną dłonią prowadząc konia, a drugą przyciskając do rany zwinięty kawał materiału. Każdy krok wierzchowca wbijał mu ból głębiej pod żebra, ale nie poprosił o postój ani razu. Podczas wojny widział już ludzi, którzy stawali się ciężarem dla własnego oddziału i pamiętał aż nazbyt dobrze, jakie spojrzenia zaczynały wtedy krążyć pomiędzy pozostałymi.
Nie zamierzał zostać jednym z nich.
Kiedy zatrzymali się później na wzniesieniu, Pieter milczał i patrzył wraz ze Sneiderem na dogorywający Dunkelwald. Ogień pochłaniał domy, zielonoskórzy mordowali tych, których nie dosięgły płomienie, a Łowca mówił o oczyszczeniu, konieczności i smrodzie palonych ciał, który miał już nigdy ich nie opuścić.
Pieter słuchał. Tym razem jednak nie patrzył wyłącznie na płonącą wieś. Patrzył również na ludzi ginących w dole. I nawet kiedy ból stawał się coraz trudniejszy do zniesienia, jego wzrok mimowolnie odnajdywał kolejne sylwetki uciekające pomiędzy płomieniami, śledząc je aż do chwili, gdy któraś przewracała się pod goblińskim ostrzem albo znikała w płonącym budynku. Jak zawsze patrzył do końca.
Dalsza droga ciągnęła się Pieterowi znacznie dłużej, niż wskazywałby na to przebyty dystans. Dopóki za plecami widział łunę pożaru, a pomiędzy drzewami mógł spodziewać się goblińskich zwiadowców, ciało jeszcze jakoś z nim współpracowało. Siedział pochylony w siodle, oszczędzał oddech i pozwalał koniowi samemu wybierać najpewniejsze miejsca na zasypanej śniegiem ścieżce. Jedną dłonią trzymał wodze, drugą niemal bez przerwy dociskał do rany zwinięty kawał materiału, który już dawno przesiąkł krwią i teraz bardziej przypominał mu o jej obecności, niż rzeczywiście ją tamował.
Z czasem odgłosy ginącej wsi zaczęły cichnąć. Najpierw przestał słyszeć pojedyncze krzyki, później zniknęły wrzaski zielonoskórych, aż wreszcie pozostał tylko jednostajny skrzyp śniegu pod końskimi kopytami, ciche brzęczenie uprzęży i szum lasu. Przepatrywacz starał się skupić na drodze. Liczył zakręty, zapamiętywał charakterystyczne drzewa i odruchowo oceniał miejsca nadające się do urządzenia zasadzki. Raz czy dwa obejrzał się również za siebie, chociaż wiedział, że przy takim bólu niewiele zdziałałby przeciwko ewentualnej pogoni. Były to jednak stare przyzwyczajenia.
Kiedy natrafili na starą ścieżkę łowczych, Pieter początkowo uznał ją jedynie za kolejną rzecz wartą zapamiętania. Dopiero kilkadziesiąt kroków dalej pomiędzy drzewami wyłonił się niski dach niewielkiej chaty, częściowo przykryty śniegiem. Budynek wyglądał na opuszczony, lecz pozostawał w zaskakująco dobrym stanie. Okiennice wciąż trzymały się zawiasów, dach nie zapadł się pod ciężarem zimy, a pod szerokim okapem ktoś pozostawił stos suchego drewna. Po nocy spędzonej pośród ognia, krwi i wrzasków zwyczajna łowiecka chata wyglądała niemal nierealnie. Pieter zsunął się z siodła i natychmiast pożałował tej decyzji.
Nogi ugięły się pod nim, gdy tylko buty dotknęły ziemi, a ból rozszedł się od rany po całym korpusie tak gwałtownie, że przez moment musiał oprzeć się ramieniem o bok konia. Przed oczami zatańczyły mu czarne plamy. Zacisnął powieki, przeczekał najgorsze i dopiero wtedy powoli się wyprostował.
Pogładził wierzchowca po szyi, bardziej dla zachowania pozorów niż z potrzeby uspokojenia zwierzęcia. Koń parsknął cicho. Pieter poklepał go jeszcze raz.
Kiedy weszli do środka, przepatrywacz najpierw rozejrzał się po pomieszczeniu z zawodowego przyzwyczajenia. Nie dostrzegł nic, czego należałoby się obawiać. Mimo to przez chwilę sprawdzał kąty, drzwi oraz okna, jakby spodziewał się, że za którymś z nich znajdzie kolejnego przeciwnika. Dopiero kiedy upewnił się, że naprawdę są sami, poczuł ulgę. Wraz z ulgą przyszło wyczerpanie. Nie stopniowo, lecz całym ciężarem.
Jeszcze przed chwilą był w stanie maszerować, rozglądać się po lesie i zastanawiać nad możliwością pościgu. Teraz wystarczyło, że zagrożenie zniknęło, a jego ciało jakby uznało zawarte wcześniej porozumienie za nieważne. Pieter usiadł ciężko przy ścianie i przez chwilę po prostu oddychał, starając się znaleźć pozycję, w której rana bolała trochę mniej. Nie znalazł.
Kiedy niedługo później odkryli gorące źródło, przepatrywacz początkowo pomyślał, że któryś z bogów rzeczywiście postanowił z nich zakpić. Zaledwie kilka godzin wcześniej stali pośród płonącej wsi, a teraz zza skał unosiła się para, pod kamiennym sklepieniem czekała ciepła woda, zaś całe miejsce wyglądało jak coś, czego człowiek spodziewałby się raczej po opowieści pijanego wędrowca niż po nocy takiej jak ta. Pieter nie rzucił się jednak do kąpieli. Kiedy przyszła jego kolej, usiadł na jednym z kamieni i dopiero tam, z dala od pozostałych, zaczął zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrania. Szło mu znacznie gorzej niż zwykle.
Zaschnięta krew skleiła materiał z ciałem i przy każdym ostrożnym szarpnięciu rana odpowiadała głębokim, pulsującym bólem. Pieter pracował cierpliwie, centymetr po centymetrze odsuwając tkaninę, aż w końcu odsłonił korpus. Przez dłuższą chwilę przyglądał się obrażeniom bez słowa.
W czasie walki rana wydawała się czymś odległym i niemal nieistotnym. Teraz, kiedy widział ją w pełni, nie mógł już oszukiwać samego siebie. Cios drwala nie był draśnięciem ani kolejną pamiątką, którą za kilka tygodni będzie można pokazywać przy kuflu piwa. Stracił dużo krwi, cały bok pulsował bólem, a nawet spokojne oddychanie wymagało od niego wysiłku. Ostrożnie przesunął palcami po skórze obok rany. Syknął.
Zmienił nieco pozycję, żeby obejrzeć ranę dokładniej. Następnie przyglądał się własnemu ciału próbując przypomnieć sobie twarz człowieka, który zadał mu ten cios. Ku własnemu zdziwieniu nie wracał myślami do bólu. Pamiętał raczej samą walkę. Ciężar miecza. Oddech przeciwnika. Śnieg rozpryskujący się spod butów. Spojrzenie drwala w ostatnich sekundach starcia. A przede wszystkim pamiętał to, jak dobrze się wtedy czuł. Ta myśl pojawiła się bez zaproszenia i została z nim dłużej, niż powinna.
Od zakończenia wojny Pieter próbował odnaleźć podobne uczucie w wielu miejscach. W samotnych wyprawach przez las, w polowaniach, w alkoholu, nawet w hazardzie, kiedy zdarzało mu się mieć kilka monet więcej. Nic nie działało. Dopiero kiedy znowu ktoś próbował go zabić, świat odzyskał dawną ostrość. Ból nie miał wtedy znaczenia, strach znikał, a wspomnienia milkły.
Ostatecznie wrócił do chaty po kąpieli, ostrożnym obmyciu i opatrzeniu zranionego miejsca. Przy palenisku było ciepło. Mokre ubrania wisiały przy ścianach, a przez niewielkie okno można było dostrzec pierwsze oznaki nadchodzącego świtu. Pieter usiadł ostrożnie przy ogniu, oparł plecy o ścianę, wyciągnął nogi i przez chwilę obserwował Sneidera. Kiedy Łowca oznajmił, że dostaną dodatkowe dziesięć koron za trudy, Pieter uśmiechnął się blado.
Kiedy Sneider położył się spać, Pieter przez dłuższy czas siedział w tej samej pozycji. Zmęczenie ciążyło mu na powiekach, lecz za każdym razem, kiedy próbował je zamknąć, obrazy minionej nocy natychmiast wracały.
Płonące domy Dunkelwaldu mieszały się z innymi płonącymi domami, których mieszkańców dawno zapomniał. Drwale przybierali twarze ludzi zabitych wiele lat wcześniej. Krzyk staruszki przechodził w krzyk kogoś, kogo imienia nie pamiętał... po chwili przepatrywacz zasnął.