Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
MortarelM

Mortarel

@Mortarel
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
115
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt zatrzymał się przed magazynem i przyjrzał zabarykadowanym oknom oraz ścianie, za którą według Paula miało znajdować się przejście. Można było próbować dostać się do środka, nawoływać ludzi po drugiej stronie albo poszukać innej drogi. Każde z tych rozwiązań miało jakiś sens, co dla Małego oznaczało przede wszystkim, że nie należało wybierać żadnego z nich samemu.

    Kurt zerknął jeszcze na Suma. Dwa bełty w piersi, ciągnięcie po bruku, ucieczka przed hordą, a ten skurczybyk nadal żył. Hieronim mówił, że to łaska Sigmara, więc Mały nie widział powodów, żeby się z tym spierać. Najwyraźniej Młotodzierżca chciał mieć Ergo tutaj jeszcze przez jakiś czas. Kurt nie bardzo rozumiał po co, ale uznał, że bogowie też czasem podejmują dziwne decyzje.

    Kurt odruchowo zwrócił się ku Hieronimowi, oczekując dalszych instrukcji. Ostatnim razem Bosch wiedział, co robić. Położył wtedy dłoń na przedramieniu Kurta, oznajmił mu wolę Młotodzierżcy i poprowadził resztę we właściwym kierunku. Później sam Sigmar potwierdził słuszność tej decyzji, prowadząc bełt Boscha prosto w gardło ścigającego ich diaboła. Kurt nie potrzebował więcej dowodów.

    Podszedł do Hieronima i położył wielką dłoń na jego przedramieniu, dokładnie tak, jak wcześniej zrobił to mytnik. Nie powiedział jednak nic. Stał tak przez chwilę, najwyraźniej oczekując, że dalsza część nastąpi sama. Kiedy nie nastąpiła, lekko ścisnął ramię Boscha.

    – Hieronim.

    Zawahał się.

    – Co mówi Sigmar?

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    @Ketharian napisał:

    Hieronim został ranny?! Toż to prawdziwy cud! W normalnych okolicznościach zginąłby niechybnie, a tymczasem dzięki łasce Sigmara ocalał w boju składając Młotodzierżcy niewielką daninę krwi.

    Chwala Sigmarowi!

    Santo subito!

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Jeszcze przez kilka chwil po zakończeniu walki Pieter nie opuszczał miecza. Stał pośród rozdeptanego, nasiąkniętego krwią śniegu i oddychał ciężko, wodząc spojrzeniem od jednego ciała do drugiego, jakby wciąż spodziewał się, że któryś z drwali poderwie się na nogi i spróbuje ostatkiem sił sięgnąć po siekierę. Dopiero kiedy upewnił się, że żaden z nich już nie wstanie, pozwolił ostrzu opaść nieco niżej.

    Wokół nich płonął Dunkelwald. Żar bijący od najbliższych zabudowań mieszał się z zimnem ciągnącym od lasu, płatki śniegu niknęły w powietrzu rozgrzanym nad dachami, a niesione wiatrem iskry wirowały pomiędzy walczącymi jeszcze przed chwilą ludźmi. Gdzieś dalej nadal rozlegały się krzyki mieszkańców uwięzionych pośród ognia, lecz tutaj pozostało już tylko rzężenie rannych, trzask płomieni i ciężkie oddechy tych, którzy przeżyli. Śnieg wokół nich niemal zupełnie stracił swoją biel, zmieszany z krwią, popiołem i błotem w brunatną breję.

    Pieter chłonął ten widok z uwagą. Podczas wojny nauczył się, że po bitwie najlepiej nie patrzeć zbyt długo na pobojowisko. Człowiek miał zebrać strzały, opatrzyć rannych, sprawdzić poległych i zająć czymś ręce, zanim głowa zacznie zadawać pytania. Pieter nigdy nie nauczył się dobrze tej zasady. Zamiast odwracać wzrok, zawsze patrzył. Interesowała go szczególnie ta nieuchwytna granica pomiędzy człowiekiem a zwłokami, chwila, w której z ciała uchodziło coś, czego nie potrafił nazwać. Jeszcze przed momentem drwal stojący naprzeciwko niego przeklinał, dyszał i próbował rozłupać mu czaszkę siekierą, a teraz leżał kilka kroków dalej nieruchomo, z twarzą wtuloną w czerwony śnieg.

    W takich chwilach Pieter odczuwał spokój, którego od zakończenia wojny niemal nie doświadczał w zwyczajnym życiu. Walka uciszała wszystko.

    Jego wzrok zatrzymał się na staruszce klęczącej pomiędzy ciałami własnych synów. Kobieta nie próbowała już walczyć ani uciekać, a kiedy Sneider podszedł do niej z mieczem, Pieter obserwował każdy jego krok. Widział uniesienie ostrza, krótkie pchnięcie i ciało, które przez moment jakby nie rozumiało jeszcze, że zostało zabite. Dopiero później staruszka osunęła się pomiędzy swoich synów.

    Pieter patrzył do samego końca. Poczuł nawet znajome napięcie gdzieś pod żebrami, podobne do tego, które pojawiało się tuż przed wypuszczeniem strzały. Tyle że tym razem napięcie nie ustąpiło. Przeciwnie, zaczęło boleć. Przepatrywacz zmarszczył brwi i odruchowo przycisnął dłoń do korpusu. Dopiero wtedy przypomniał sobie uderzenie przyjęte podczas walki. W bitewnym zamęcie było jedynie kolejnym ciosem — potężnym, wystarczająco mocnym, żeby na moment odebrać mu oddech, ale przecież przeciwnik nadal stał, więc Pieter również musiał stać. Teraz, kiedy ciało nie potrzebowało już utrzymywać go przy życiu przez następnych kilka uderzeń serca, ból wrócił z całą należną mu siłą.

    Kiedy oderwał rękę od boku, rękawica była mokra od krwi. Przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu.
    Spróbował nabrać głębiej powietrza i natychmiast tego pożałował. Ból przeszedł przez korpus aż pod żebra, zmuszając go do pochylenia się i podparcia mieczem. Świat na moment stracił ostrość, płomienie Dunkelwaldu rozmazały się w jedną pomarańczową łunę, a gdzieś daleko odezwało się znajome piszczenie w uszach.

    Pieter zamknął oczy. Przez moment nie znajdował się już w Dunkelwaldzie. Był gdzieś na północy, wiele lat wcześniej i znowu klęczał w błocie z rękami śliskimi od cudzej krwi. Ktoś krzyczał, żeby się wycofywać. Ktoś inny wołał matkę. Nad nimi płonął dom albo stodoła, może jedno i drugie, a Pieter próbował przypomnieć sobie, gdzie zostawił łuk. Otworzył oczy. Śnieg, Dunkelwald, drwale... Sneider. Pieter wrócił do rzeczywistości.

    Przez kilka oddechów stał bez ruchu, czekając, aż przestanie kręcić mu się w głowie, po czym spojrzał na martwego mężczyznę, z którym walczył chwilę wcześniej. Nie czuł do niego nienawiści. Przeciwnie, na twarzy Pietera pojawił się blady uśmiech, w którym można było dostrzec niemal odrobinę uznania.

    — Niewiele brakowało...

    Głos Sneidera wyrwał go z zamyślenia. Zielonoskórzy schodzili już z gór i Łowca nie pozostawił im złudzeń, że mają czas na opatrywanie ran czy przeszukiwanie trupów. Trzeba było natychmiast opuścić Dunkelwald.

    Pieter schował miecz, choć samo wsunięcie go do pochwy wymagało od niego więcej wysiłku, niż chciałby pokazać pozostałym. Następnie podniósł pośpiesznie rzuconą sieć i upuszczony bicz. Do konia dotarł o własnych siłach i dopiero przy próbie wejścia na siodło przekonał się, jak poważna jest rana. Uniesienie nogi pociągnęło mięśnie korpusu tak gwałtownie, że musiał zatrzymać się z czołem opartym o szyję zwierzęcia.

    — Spokojnie... — mruknął, przesuwając dłonią po sierści wierzchowca. — Spokojnie.

    Koń parsknął i poruszył niespokojnie uszami. Pieter nie był pewien, którego z nich próbował uspokoić. Ostatecznie wdrapał się na siodło i ruszył razem z pozostałymi, jedną dłonią prowadząc konia, a drugą przyciskając do rany zwinięty kawał materiału. Każdy krok wierzchowca wbijał mu ból głębiej pod żebra, ale nie poprosił o postój ani razu. Podczas wojny widział już ludzi, którzy stawali się ciężarem dla własnego oddziału i pamiętał aż nazbyt dobrze, jakie spojrzenia zaczynały wtedy krążyć pomiędzy pozostałymi.
    Nie zamierzał zostać jednym z nich.

    Kiedy zatrzymali się później na wzniesieniu, Pieter milczał i patrzył wraz ze Sneiderem na dogorywający Dunkelwald. Ogień pochłaniał domy, zielonoskórzy mordowali tych, których nie dosięgły płomienie, a Łowca mówił o oczyszczeniu, konieczności i smrodzie palonych ciał, który miał już nigdy ich nie opuścić.

    Pieter słuchał. Tym razem jednak nie patrzył wyłącznie na płonącą wieś. Patrzył również na ludzi ginących w dole. I nawet kiedy ból stawał się coraz trudniejszy do zniesienia, jego wzrok mimowolnie odnajdywał kolejne sylwetki uciekające pomiędzy płomieniami, śledząc je aż do chwili, gdy któraś przewracała się pod goblińskim ostrzem albo znikała w płonącym budynku. Jak zawsze patrzył do końca.

    Dalsza droga ciągnęła się Pieterowi znacznie dłużej, niż wskazywałby na to przebyty dystans. Dopóki za plecami widział łunę pożaru, a pomiędzy drzewami mógł spodziewać się goblińskich zwiadowców, ciało jeszcze jakoś z nim współpracowało. Siedział pochylony w siodle, oszczędzał oddech i pozwalał koniowi samemu wybierać najpewniejsze miejsca na zasypanej śniegiem ścieżce. Jedną dłonią trzymał wodze, drugą niemal bez przerwy dociskał do rany zwinięty kawał materiału, który już dawno przesiąkł krwią i teraz bardziej przypominał mu o jej obecności, niż rzeczywiście ją tamował.

    Z czasem odgłosy ginącej wsi zaczęły cichnąć. Najpierw przestał słyszeć pojedyncze krzyki, później zniknęły wrzaski zielonoskórych, aż wreszcie pozostał tylko jednostajny skrzyp śniegu pod końskimi kopytami, ciche brzęczenie uprzęży i szum lasu. Przepatrywacz starał się skupić na drodze. Liczył zakręty, zapamiętywał charakterystyczne drzewa i odruchowo oceniał miejsca nadające się do urządzenia zasadzki. Raz czy dwa obejrzał się również za siebie, chociaż wiedział, że przy takim bólu niewiele zdziałałby przeciwko ewentualnej pogoni. Były to jednak stare przyzwyczajenia.

    Kiedy natrafili na starą ścieżkę łowczych, Pieter początkowo uznał ją jedynie za kolejną rzecz wartą zapamiętania. Dopiero kilkadziesiąt kroków dalej pomiędzy drzewami wyłonił się niski dach niewielkiej chaty, częściowo przykryty śniegiem. Budynek wyglądał na opuszczony, lecz pozostawał w zaskakująco dobrym stanie. Okiennice wciąż trzymały się zawiasów, dach nie zapadł się pod ciężarem zimy, a pod szerokim okapem ktoś pozostawił stos suchego drewna. Po nocy spędzonej pośród ognia, krwi i wrzasków zwyczajna łowiecka chata wyglądała niemal nierealnie. Pieter zsunął się z siodła i natychmiast pożałował tej decyzji.

    Nogi ugięły się pod nim, gdy tylko buty dotknęły ziemi, a ból rozszedł się od rany po całym korpusie tak gwałtownie, że przez moment musiał oprzeć się ramieniem o bok konia. Przed oczami zatańczyły mu czarne plamy. Zacisnął powieki, przeczekał najgorsze i dopiero wtedy powoli się wyprostował.

    Pogładził wierzchowca po szyi, bardziej dla zachowania pozorów niż z potrzeby uspokojenia zwierzęcia. Koń parsknął cicho. Pieter poklepał go jeszcze raz.

    Kiedy weszli do środka, przepatrywacz najpierw rozejrzał się po pomieszczeniu z zawodowego przyzwyczajenia. Nie dostrzegł nic, czego należałoby się obawiać. Mimo to przez chwilę sprawdzał kąty, drzwi oraz okna, jakby spodziewał się, że za którymś z nich znajdzie kolejnego przeciwnika. Dopiero kiedy upewnił się, że naprawdę są sami, poczuł ulgę. Wraz z ulgą przyszło wyczerpanie. Nie stopniowo, lecz całym ciężarem.

    Jeszcze przed chwilą był w stanie maszerować, rozglądać się po lesie i zastanawiać nad możliwością pościgu. Teraz wystarczyło, że zagrożenie zniknęło, a jego ciało jakby uznało zawarte wcześniej porozumienie za nieważne. Pieter usiadł ciężko przy ścianie i przez chwilę po prostu oddychał, starając się znaleźć pozycję, w której rana bolała trochę mniej. Nie znalazł.

    Kiedy niedługo później odkryli gorące źródło, przepatrywacz początkowo pomyślał, że któryś z bogów rzeczywiście postanowił z nich zakpić. Zaledwie kilka godzin wcześniej stali pośród płonącej wsi, a teraz zza skał unosiła się para, pod kamiennym sklepieniem czekała ciepła woda, zaś całe miejsce wyglądało jak coś, czego człowiek spodziewałby się raczej po opowieści pijanego wędrowca niż po nocy takiej jak ta. Pieter nie rzucił się jednak do kąpieli. Kiedy przyszła jego kolej, usiadł na jednym z kamieni i dopiero tam, z dala od pozostałych, zaczął zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrania. Szło mu znacznie gorzej niż zwykle.

    Zaschnięta krew skleiła materiał z ciałem i przy każdym ostrożnym szarpnięciu rana odpowiadała głębokim, pulsującym bólem. Pieter pracował cierpliwie, centymetr po centymetrze odsuwając tkaninę, aż w końcu odsłonił korpus. Przez dłuższą chwilę przyglądał się obrażeniom bez słowa.

    W czasie walki rana wydawała się czymś odległym i niemal nieistotnym. Teraz, kiedy widział ją w pełni, nie mógł już oszukiwać samego siebie. Cios drwala nie był draśnięciem ani kolejną pamiątką, którą za kilka tygodni będzie można pokazywać przy kuflu piwa. Stracił dużo krwi, cały bok pulsował bólem, a nawet spokojne oddychanie wymagało od niego wysiłku. Ostrożnie przesunął palcami po skórze obok rany. Syknął.

    Zmienił nieco pozycję, żeby obejrzeć ranę dokładniej. Następnie przyglądał się własnemu ciału próbując przypomnieć sobie twarz człowieka, który zadał mu ten cios. Ku własnemu zdziwieniu nie wracał myślami do bólu. Pamiętał raczej samą walkę. Ciężar miecza. Oddech przeciwnika. Śnieg rozpryskujący się spod butów. Spojrzenie drwala w ostatnich sekundach starcia. A przede wszystkim pamiętał to, jak dobrze się wtedy czuł. Ta myśl pojawiła się bez zaproszenia i została z nim dłużej, niż powinna.

    Od zakończenia wojny Pieter próbował odnaleźć podobne uczucie w wielu miejscach. W samotnych wyprawach przez las, w polowaniach, w alkoholu, nawet w hazardzie, kiedy zdarzało mu się mieć kilka monet więcej. Nic nie działało. Dopiero kiedy znowu ktoś próbował go zabić, świat odzyskał dawną ostrość. Ból nie miał wtedy znaczenia, strach znikał, a wspomnienia milkły.

    Ostatecznie wrócił do chaty po kąpieli, ostrożnym obmyciu i opatrzeniu zranionego miejsca. Przy palenisku było ciepło. Mokre ubrania wisiały przy ścianach, a przez niewielkie okno można było dostrzec pierwsze oznaki nadchodzącego świtu. Pieter usiadł ostrożnie przy ogniu, oparł plecy o ścianę, wyciągnął nogi i przez chwilę obserwował Sneidera. Kiedy Łowca oznajmił, że dostaną dodatkowe dziesięć koron za trudy, Pieter uśmiechnął się blado.

    Kiedy Sneider położył się spać, Pieter przez dłuższy czas siedział w tej samej pozycji. Zmęczenie ciążyło mu na powiekach, lecz za każdym razem, kiedy próbował je zamknąć, obrazy minionej nocy natychmiast wracały.

    Płonące domy Dunkelwaldu mieszały się z innymi płonącymi domami, których mieszkańców dawno zapomniał. Drwale przybierali twarze ludzi zabitych wiele lat wcześniej. Krzyk staruszki przechodził w krzyk kogoś, kogo imienia nie pamiętał... po chwili przepatrywacz zasnął.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt przyglądał się nadciągającym z trzech stron grupom, próbując ocenić sytuację tak, jak robił to zawsze. Tych od zachodu było najmniej, więc tam najłatwiej byłoby się przebić. Można też było schować się w którymś z budynków albo spróbować dostać do bramy, o której mówił żołnierz. Ulrich chciał ciągnąć Ergo, Oswald mówił o barykadzie, a sam ranny najwyraźniej chciał przede wszystkim nie zostać na ulicy.

    Każdy czegoś chciał. Kurt zmarszczył brwi.

    Jeszcze niedawno wybrałby po prostu rozwiązanie, które wydawało mu się najprostsze. Złapałby Suma, zarzucił go sobie na ramię i ruszył tam, gdzie stało najmniej przeciwników. Teraz jednak takie postępowanie wydało mu się pochopne. Ostatnie godziny nauczyły go przecież, że rzeczy nie zawsze były takimi, na jakie wyglądały. Hieronim potrafił dostrzec heretyka tam, gdzie Kurt widział zwykłego szabrownika, rozpoznać wolę Sigmara w bezładnej strzelaninie i wskazać, kto zasługiwał na ocalenie, a kogo Młotodzierżca postanowił pokarać.

    Mały spojrzał więc na Hieronima. Bosch milczał. Kurt poczuł się z tym zaskakująco niekomfortowo.

    Ponownie zerknął na ludzi nadciągających ulicami, potem na Ergo, następnie na przygotowywane przez Ulricha prześcieradło. Mógł pomóc. Oczywiście, że mógł. Tylko czy powinien? A jeśli Hieronim za chwilę nakaże iść w przeciwną stronę? Albo uzna, że Sigmar przeznaczył dla nich inną drogę? Kurt nie zamierzał po raz kolejny przekonywać się, że własnymi oczami widzi mniej, niż Bosch potrafi wyczytać z woli Młotodzierżcy.

    Na pytanie Ulricha nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł bliżej Hieronima i nachylił się ku niemu.

    – Co robimy?

    I czekał.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    @Dekline Wszystko w porządku 😀 Kurt odkrył, że Hieronim potrafi zabijać ludzi słowami, więc obserwuje mistrza przy pracy 😂

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Przez kilka uderzeń serca Kurt stał nieruchomo, próbując pojąć, co właściwie się wydarzyło. Jeszcze przed chwilą rozmawiali z żołnierzami, potem ktoś podniósł kuszę, ktoś strzelił, konie zaczęły się płoszyć, ludzie uciekać, a teraz na ziemi leżał dowódca z bełtem w głowie, jego przyboczny nie żył, zaś Ergo dławił się własną krwią.

    Wszystko wydarzyło się tak szybko i bezładnie, że Mały nie potrafił znaleźć w tym żadnego sensu.

    I wtedy przemówił Hieronim.

    Kurt słuchał w milczeniu, a z każdym kolejnym zdaniem jego zmarszczone brwi powoli się rozluźniały. Bosch wyjaśniał rzeczy, które jeszcze przed chwilą wydawały się zupełnie przypadkowe. Jedni uciekli, bo okazali się niegodni. Inni pozostali, bo nie ulegli złu. Dowódca zginął, bo Sigmar nie zamierzał oszczędzić grzesznika. Nawet los leżącego we krwi Ergo znalazł swoje miejsce w tym wszystkim.

    Mały spojrzał na ciało dowódcy, później na uciekających żołnierzy, a na końcu na Hieronima. Zgadzało się. Wszystko się zgadzało.

    Kurt nie potrafił pojąć, skąd Bosch wiedział, kto był ziarnem, kto plewami, a kto zasłużył właśnie na spotkanie z Sigmarem. Najwyraźniej na tym właśnie polegały sprawy wiary.

    Mały odruchowo wyprostował się za plecami Hieronima i spojrzał na pozostałych żołnierzy już znacznie spokojniej. Skoro Sigmar właśnie zrobił tu porządek, Kurt nie zamierzał mu przeszkadzać.

    Kurt jeszcze przez chwilę stał za plecami Hieronima, wodząc wzrokiem po pozostałych żołnierzach. Problem polegał na tym, że wciąż tutaj stali. Kurt wysunął się zza pleców Hieronima i ruszył spokojnie o kilka kroków do przodu. Nie sięgnął po miecz. Nie musiał. Wyprostował się tylko, pozwalając, żeby żołnierze dobrze przyjrzeli się jego pokiereszowanej twarzy, szerokim barkom i sylwetce człowieka, który zdecydowanie zbyt dobrze czuł się pośród świeżych trupów. Przez chwilę patrzył na nich w milczeniu.

    – Słyszeliście. - Skinął głową w stronę żołdaków. – Sigmar już wybrał.

    Spojrzenie Kurta przesunęło się na martwego dowódcę, potem na jego przybocznego, a na końcu wróciło do żołnierzy.

    – Wy jeszcze żyjecie. - Kurt pozwolił im przez moment zastanowić się nad znaczeniem tych słów. – Lepiej już idźcie w swoją stronę.

    Kurt nie zamierzał ich prowokować do walki. Chciał jedynie uzmysłowić pozostałym żołnierzom, że najlepszą rzeczą, jaką mogą teraz zrobić dla swojego zdrowia, sumienia i dalszych relacji z Sigmarem, jest dołączenie do kolegów, którzy wykazali się już stosowną przezornością i uciekli.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    @Zell napisał:

    Wykidajło co ulicznic nie widział?

    no właśnie to jest pewien szkopuł

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    jeszcze się zastanawiam, czy Kurt widział kiedy gołe babe, ale jeśli nie, to może rodzić to pole do wewnętrznych rozterek Kurta w zakresie jego rodzącej się pobożności xD

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    @Ketharian napisał:

    oniemiały Hierek wciąż zbiera myśli!

    niech lepiej dobrze je zbierze, Kurt oczekuje duchowego przewodnictwa 😄

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter pomagał układać na saniach dzbany z oliwą, deski i liny z gorliwością, której trudno byłoby się po nim spodziewać jeszcze kilka dni wcześniej. Każde wiązanie sprawdzał dwukrotnie, poprawiał położenie naczyń i pilnował, żeby nic nie uderzało o siebie podczas ciągnięcia sań. Patrząc na przygotowania Sneidera, coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że Łowca doskonale wie, co robi. Nie było w tym improwizacji ani gniewnego zrywu człowieka, który zapragnął puścić z dymem kilka chałup. Wszystko miało swoje miejsce i przeznaczenie: oliwa, deski, liny, nawet niewielkie sanie znalezione w piwnicy Kappela.

    Ta zwyczajność przygotowań podobała mu się chyba najbardziej, chociaż nie potrafiłby powiedzieć dlaczego. Przypominała wojskowe szykowanie się przed nocnym wypadem, kiedy sprawdzało się cięciwę, liczyło strzały i poprawiało paski przy jukach, wiedząc doskonale, że za kilka godzin któryś z ludzi może już tego ekwipunku nie potrzebować. Pieter pamiętał takie wieczory aż nazbyt dobrze. Najgorsze były zawsze chwile oczekiwania, kiedy człowiek miał jeszcze czas na myślenie, natomiast kiedy wreszcie padał rozkaz, wszystko stawało się proste. Było zadanie, byli ludzie zdolni je wykonać i pozostawało jedynie zrobić je jak najlepiej.

    Dlatego wcześniejsze odkrycie śladów uciekinierów wciąż trochę go drażniło. Dwie rodziny wymknęły się ze wsi, korzystając z ciemności. Pieter wykonał polecenie Sneidera, pozostając na posterunku zamiast ruszać za nimi w pościg, niemniej miał poczucie niedokończonej roboty. Zapamiętał jednak drogę, którą obrali uciekinierzy, dokładnie tak, jak nakazał Łowca. Jeżeli tej nocy mieli oczyścić Dunkelwald, chciał przynajmniej dopilnować, żeby kolejni mieszkańcy nie dostali podobnej szansy.

    Kiedy Sneider zamknął Heinricha w jego izbie, Pieter nie zaprotestował. Przeciwnie, odczuł pewną ulgę. Zachowanie rudego nie dawało mu spokoju od czasu zjedzenia psiego mięsa, a dalszy brak zaufania jedynie pogłębił się rozmowy przy stole. Przepatrywacz coraz mniej ufał człowiekowi, który w najważniejszej chwili zaczął rozprawiać o własnym sumieniu. Sneider najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, skoro postanowił zabezpieczyć się przed niespodziankami.

    Pieter nie zamierzał zawieść łowcy czarownic tej nocy. Jeszcze przed wyjściem sprawdził łuk, poprawił kołczan i upewnił się, że nóż łatwo wychodzi z pochwy. Przytroczył do pasa bicz, a dodatkowo na saniach przygotował sieć, aby łapać w nią ewentualnych uciekinierów. Z juków swojego konia zabrał dodatkową linę i sznurek do wiązania drzwi. Lina, deski i oliwa, które spoczęły na saniach stanowiły teraz narzędzia równie potrzebne jak broń. Pieter zamierzał wykorzystać wszystko, czego nauczyły go lata przepatrywania szlaków i podchodzenia przeciwnika. Potrafił poruszać się cicho, korzystać z ciemności, omijać miejsca, w których śnieg mógł zdradzić go głośnym chrzęstem, i obserwować budynki na tyle długo, by dostrzec ruch za oknem. Teraz zamiast podchodzić wartowników miał podchodzić śpiące domostwa.

    Plan, który układał sobie w głowie, był prosty. Najpierw upewnić się, że mieszkańcy śpią, potem podejść od strony pozbawionej okien i zabezpieczyć wyjście tak, żeby zbudzony człowiek nie mógł jednym szarpnięciem otworzyć drzwi. Dopiero później przychodziła kolej na oliwę i ogień. Jeżeli gdzieś znajdzie się szpara pod drzwiami, sucha strzecha, drewutnia albo stos opału przylegający do ściany, tym lepiej. Nie chciał marnować ani czasu, ani paliwa. Skoro już mieli to zrobić, należało zrobić to porządnie i sprawić, żeby pożar przeniósł się na zabudowania szybciej, niż mieszkańcy zdążą zrozumieć, co się dzieje.

    Na samą myśl Pieter poczuł znajome pobudzenie, którego nie doświadczał od zakończenia wojny. Serce biło trochę szybciej, dłonie przestały odczuwać zimno, a zmysły zdawały się wyostrzać wraz z każdym kolejnym spojrzeniem rzucanym na pogrążoną w ciemności wieś. Nie zastanawiał się, dlaczego właśnie teraz czuł się bardziej żywy niż podczas spokojnych tygodni spędzonych na trakcie. Wiedział tylko, że znał ten stan. Pamiętał go z nocy poprzedzających bitwy, z zasadzek urządzanych na maruderów Chaosu i z tych kilku strasznych chwil, kiedy stojąc pośród dymu oraz wrzasku, potrafił nagle dostrzegać każdy szczegół z niemożliwą wręcz wyrazistością.

    Przez moment przed oczami stanęła mu inna wieś, znacznie większa od Dunkelwaldu, choć nie potrafił już przypomnieć sobie jej nazwy. Pamiętał za to dach pochłaniany przez płomienie, sylwetkę człowieka rzucającego się z piętra i charakterystyczny trzask, który rozległ się, kiedy ciało uderzyło o ziemię. Wspomnienie pojawiło się niespodziewanie i zniknęło równie szybko. Pieter zamrugał kilka razy, po czym zacisnął mocniej palce na burcie sań. Przez ostatnie lata nauczył się, że z podobnymi obrazami nie należało walczyć. Przychodziły, kiedy chciały, a potem odchodziły, jeśli człowiek miał przed sobą coś wystarczająco ważnego, by zająć ręce i myśli. Tej nocy zdecydowanie miał.

    Kiedy uchylił drzwi gospody i spojrzał na pogrążony w ciszy Dunkelwald, przez dłuższą chwilę po prostu obserwował rząd ciemnych domostw. Jeszcze kilka godzin wcześniej widział w ich oknach światła, poruszające się sylwetki oraz dzieci odciągane przez rodziców od szyb. Teraz niemal wszystkie okna były ciemne, a mieszkańcy najwyraźniej uwierzyli, że najgorsze już minęło. Pieter uśmiechnął się pod nosem.

    — Postaram się podejść pierwszy — powiedział cicho do Sneidera i Tomasimo, poprawiając rękawice. — Wyciągajcie oliwę dopiero, kiedy dam znak. Najpierw sprawdzę okna i drzwi, a jeśli będzie spokojnie, zastawię wyjścia. Nie ma sensu budzić całej wsi przy pierwszej chałupie.

    Przesunął spojrzeniem po zabudowaniach, próbując już teraz wybierać najdogodniejszą drogę między nimi.
    Przepatrywacz zerknął jeszcze na przygotowane deski, a potem na naczynia z paliwem. Czuł niemal dziecięcą niecierpliwość, której nie wypadało okazywać w obecności Łowcy, dlatego przybrał poważniejszy wyraz twarzy i tylko mocniej zacisnął dłonie. Chciał zobaczyć, jak dobrze przygotowany plan zaczyna działać. Chciał poczuć gorąco ognia na twarzy. Chciał usłyszeć ten szczególny łoskot zapadającego się płonącego dachu, którego nie słyszał od wojny. Przede wszystkim zaś chciał, żeby Sneider zobaczył, że powierzając mu podobne zadanie, nie pomylił się co do niego, jako człowieka.

    — Herr Sneider — odezwał się jeszcze, zanim ruszyli. — Proszę tylko wskazywać, które mają płonąć.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    przepraszam, ale byłem kilka dni nieobecny, do kiedy mamy czas na odpowiedź? 🙂 planuję dodać post jutro

    Komentarze

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt starał się wyglądać możliwie niegroźnie, co przy jego posturze, pokiereszowanej twarzy i mieczu u pasa było zadaniem wymagającym niemal większego skupienia niż walka. Unikał patrzenia żołnierzom w oczy, ręce trzymał z dala od broni i nawet poruszał się ostrożniej niż zwykle. Jeźdźcy wyglądali na takich, którzy mogliby wypuścić bełt tylko dlatego, że ktoś za szybko podrapał się po nosie, a Mały nie zamierzał sprawdzać, czy dobrze celują. Dlatego z rosnącym zdumieniem obserwował Hieronima.

    Bosch nie tylko się ich nie bał. Beształ ich jak niesforne dzieci, powoływał się na świątynię, groził gniewem Sigmara, a potem jeszcze wziął w obronę pozostałych. Nawet Ergo, którego wrzaski mogły właśnie wszystkim napytać biedy, został w ustach Hieronima człowiekiem głęboko bogobojnym.

    Kurt słuchał tego z coraz większym podziwem. Sam uważał, że przy tych kuszach najlepiej było stać spokojnie i nikogo nie drażnić. Hieronim najwyraźniej uważał inaczej. I mówił z taką pewnością, jakby naprawdę wiedział, że nic złego nie może mu się stać.

    Dopiero ostatnie słowa sprawiły, że Kurt spojrzał na niego zupełnie inaczej.

    „Kto do mnie przemawia, jakby do samego świątobliwego ojca Zygfryda Grimmiga przemawiał.”

    Mały powoli pokiwał głową. A więc jednak. Kurt poczuł znajome już ukłucie nabożnego respektu.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter stał nieco z boku, z dłonią opartą o łuk i w milczeniu przyglądał się płonącym stosom. Nie odwracał wzroku, kiedy ogień wspinał się po drewnie, ani wtedy, gdy płomienie zaczęły obejmować ciała skazańców. Większość ludzi w takich chwilach szukała sobie innego zajęcia. Jedni spuszczali głowy, inni udawali, że poprawiają rzemienie albo rozglądają się po okolicy, byle tylko nie patrzeć. Pieter nigdy tego nie rozumiał. Jeśli śmierć już przyszła, należało patrzeć jej w twarz.

    Krzyki rozchodziły się po wiosce, odbijając od ścian chat i niknąc gdzieś pomiędzy nagimi drzewami. Były przeraźliwe, rozpaczliwe i pełne bólu, a mimo to przepatrywacz odniósł niepokojące wrażenie, że brzmią znajomo. Zamknął na chwilę oczy i natychmiast wróciły obrazy sprzed lat. Nie tej wioski. Nie tych ludzi. Zupełnie innego miejsca, gdzie również płonęły drewniane zabudowania, a dym zasnuwał niebo tak szczelnie, że trudno było odróżnić dzień od nocy. Pamiętał żołnierzy biegnących z wiadrami, pamiętał konie z pianą na pyskach i ludzi próbujących wydostać się z płonących domostw, zanim padł rozkaz, którego nikt nie chciał wydać, ale wszyscy musieli wykonać. Strzelano wtedy do własnych, bo zaraza nie mogła wydostać się poza wieś. Krzyki były niemal identyczne.

    Minęło tyle lat, a mimo to niektóre dźwięki wciąż potrafiły otworzyć drzwi, które od dawna powinny pozostać zamknięte. Pieter nie czuł obrzydzenia. To uczucie wypaliło się w nim dawno temu, pozostawiając po sobie jedynie chłodną ciekawość. Obserwował ogień z uwagą człowieka, który widział już dziesiątki trupów. Na wojnie panował chaos. Tutaj wszystko miało swój porządek. Ogień był narzędziem, a każdy obecny wiedział, dlaczego stoi właśnie w tym miejscu.

    Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Herr Sneider nie był zwykłym fanatykiem, za jakiego początkowo go brał. W jego działaniach nie było miejsca na przypadek ani na ślepy gniew. Łowca od początku prowadził śledztwo tak, jak doświadczony myśliwy prowadzi zwierzynę w zastawione sidła. Pozwalał ludziom mówić, pozwalał im kłamać, a później cierpliwie obserwował, które z tych kłamstw zaczynają się rozpadać pod własnym ciężarem. Nawet wtedy, gdy wydawał rozkaz spalenia wioski, nie sprawiał wrażenia człowieka owładniętego religijną gorączką. Wyglądał raczej jak rzemieślnik wykonujący dobrze znaną sobie pracę. Ta myśl dziwnie uspokajała Pietera.

    Kiedy wrócili do karczmy, przepatrywacz usiadł ciężko na ławie i przez dłuższą chwilę obracał w dłoniach gliniany kubek z cydrem. Ciepło napoju powoli wracało do zmarzniętych palców, lecz jego myśli wciąż pozostawały gdzieś na placu, pośród płonących stosów. Słuchał rozmowy towarzyszy, jednak robił to bardziej z przyzwyczajenia niż z zainteresowania. Tomasimo mówił o ciężarze rozkazów i o wojsku, Moriz próbował ubierać swoje przemyślenia w dziwne metafory, a Heinz jak zwykle szukał powodów, by się sprzeciwić. Pieter odniósł wrażenie, że każdy z nich próbuje przekonać przede wszystkim samego siebie.

    On nie potrzebował usprawiedliwień. Jeżeli wojna nauczyła go czegokolwiek, to tego, że nie każdą decyzję podejmuje się po to, aby była słuszna. Niektóre podejmuje się wyłącznie dlatego, że brak decyzji kosztowałby jeszcze więcej istnień.

    Dlatego, gdy Tomasimo wspomniał o ciężarze podobnych rozkazów, Pieter uniósł wzrok znad kubka i odchylił się na ławie, a jego wzrok spoczął na płomieniu świecy. Przez krótką chwilę obserwował, jak ogień pochłania knot i dopiero wtedy uświadomił sobie, że od dobrych kilku minut nie słucha już rozmowy przy stole. Patrzył jedynie w płomień, zastanawiając się, dlaczego za każdym razem, gdy ogień zabierał kolejne życie, wracały do niego wspomnienia, których od lat bezskutecznie próbował się pozbyć. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.

    Gdzieś na skraju tych rozmyślań pojawiła się jednak jedna, uporczywa myśl, która nie dawała mu spokoju. Nie rozumiał postawy Heinza ani Moriza. Jeszcze bardziej niepokoiło go to, że obaj zdawali się traktować rozkaz Herr Sneidera jak coś, z czym można polemizować. Na wojnie nie dyskutowało się z rozkazami ludzi, którzy wiedzieli więcej od szeregowców. A Łowca Czarownic wiedział. Widział to już wielokrotnie. Jeżeli uznał, że wieś należy spalić, musiał mieć ku temu powody, których oni zwyczajnie jeszcze nie dostrzegali. Pieter nie potrafił zdecydować, co powinien zrobić z takim buntem. Przemilczeć go i liczyć, że to tylko chwilowe zawahanie? Czy może ostrzec Sneidera, zanim niezdecydowanie któregoś z towarzyszy zagrozi całej akcji? Sama myśl o tym była niewygodna. Coraz częściej łapał się na tym, że bardziej ufa osądowi Łowcy Czarownic niż ludziom, z którymi od kilku dni dzielił drogę, ogień i niebezpieczeństwa.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt stał tuż za Boschem i nie odrywał od niego wzroku.

    Jeszcze przed chwilą nie był pewien, czy słowa Hieronima rzeczywiście niosły w sobie moc Sigmara. Teraz wątpliwości powoli ustępowały. Szabrownik uciekł, jakby samo imię Młotodzierżcy paliło go żywym ogniem. Ci dwaj na koniach odpowiedzieli zaś od razu, bez kręcenia i bez wykrętów, głośno przyzywając Sigmara na świadka.

    Kurt poczuł, jak po plecach przebiega mu przyjemny dreszcz.

    Ojciec Zygfryd opowiadał o potędze Sigmara. Hieronim był z kolei człowiekiem, przy którym Kurt miał wrażenie, że tej potęgi można dotknąć. Im dłużej Mały nad tym myślał, tym trudniej było mu uwierzyć, że to wszystko jest zwykłym przypadkiem.

    Przesunął spojrzenie z Boscha na jeźdźców. Jeśli Hieronim uzna ich za ludzi Sigmara, Kurt nie będzie miał żadnych wątpliwości. Jeśli zaś nazwie ich heretykami, nie zawaha się ani chwili.

    Milczał. Czekał, co Sigmar nakaże ustami Hieronima.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt odprowadził uciekającego szabrownika wzrokiem, po czym powoli skinął głową. Wszystko zaczęło układać mu się w całość. Strażnik przy świątyni usłyszał słowa Hieronima i ustąpił. Ten człowieczek nie tylko ustąpił, ale uciekł na samo wspomnienie Sigmara.

    Widocznie byli ludzie, do których Sigmar jeszcze docierał. I byli tacy, którzy odwrócili się od niego tak daleko, że zostało im już tylko uciekać. Kurt spojrzał na Boscha z uznaniem. Im dłużej go słuchał, tym mniej rzeczy wydawało mu się przypadkowych.

    — Dobrze gadasz.

    Powiedział to z pełnym przekonaniem.

    — Chodźmy.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Kurt oczywiście idzie za głosem swojego duchowego przewodnika 🙂

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter milczał, słuchając kolejnych pytań mieszkańców. Nie miał jednak wątpliwości. Im dłużej podróżował z Herr Sneiderem, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Łowca Czarownic nie działał pod wpływem gniewu ani fanatyzmu. Był rzemieślnikiem własnego fachu. Tak jak dobry kowal po jednym uderzeniu młota potrafił poznać jakość stali, a przepatrywacz po złamanej gałązce odczytać kierunek marszu zwierzyny, tak Sneider zdawał się dostrzegać ślady Chaosu tam, gdzie inni widzieli tylko zwykłych ludzi. To nie była wiedza, której można było nauczyć się z ksiąg. To były lata doświadczenia okupione widokiem rzeczy, których większość ludzi nie chciałaby zobaczyć nawet raz.

    Pieter nie uważał Herr Sneidera za okrutnika. Okrucieństwo było narzędziem, nie celem. Tak samo jak myśliwy nie nienawidzi wilka, którego musi zastrzelić, tak Łowca nie nienawidził mutantów. Po prostu wiedział, że jeśli zawaha się choć raz, później zginą niewinni. Pieter znał to uczucie z lasu. Czasem należało wyciąć chore drzewo, zanim zaraza przeszła na cały bór.

    Jeszcze kilka dni temu Herr Sneider wydawał mu się jedynie ponurym urzędnikiem z pistoletem i biczem. Teraz widział w nim specjalistę. Człowieka, który całe życie poświęcił tropieniu czegoś, czego zwykli ludzie nawet nie potrafili nazwać. Pieter czuł wobec niego rosnący szacunek. Jeśli ktoś miał decydować o tym, kto jest skażony, a kto nie, to właśnie ktoś taki. Nie chłopi. Nie karczmarze. Nie nawet kapłani Ulryka. Łowca Czarownic był do tego stworzony.

    ***

    Pieter wyszedł o pół kroku przed pozostałych. Twarz miał spokojną, niemal chłodną. Spojrzał po mieszkańcach, zatrzymując wzrok na kapłanie.

    — Ręczyć? — Na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. — Tak. Ręczę. — Odwrócił głowę ku Herr Sneiderowi tylko na moment.

    — Widziałem, co znaleźliśmy w tej wsi. Widziałem mutację na własne oczy. Widziałem czarną posokę płynącą w żyłach człowieka, który jeszcze chwilę wcześniej przekonywał nas o swojej niewinności. — Ponownie spojrzał na tłum. — Herr Sneider nie przyjechał tu mordować dla przyjemności lecz z obowiążku. Gdyby taki miał zamiar... — rozłożył ręce. — ...nie stalibyśmy teraz i nie rozmawiali. Wieś już dawno stałaby w płomieniach.

    Pieter zrobił krok naprzód. — Oddajcie tych, których wskaże. Złóżcie broń. Nie utrudniajcie wykonania wyroku. A wtedy reszta wróci do swoich domów. — Przepatrywacz przez chwilę mierzył ludzi wzrokiem. — Ja za to ręczę.— dodał.

    Głos miał twardy i pewny. Czy naprawdę wiedział, co zrobi Łowca Czarownic? Nie. Ale nie miało to znaczenia. W tej chwili chciał wierzyć, że uczestniczy w czymś wielkim. Że stoi po właściwej stronie. Że po raz pierwszy od dawna to on patrzy na ludzi i od jego słów może zależeć, kto będzie żył, a kto spłonie. Ta myśl nie budziła w nim lęku. Wręcz przeciwnie. Dodawała mu dziwnego, niepokojącego poczucia siły i ekscytacji.

    Rozgrywka

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Dziwny człowieczek okradający zwłoki rzucił się do ucieczki jak tylko Hieronim do niego przemówił. Kurt patrzył za nim z wyraźnym zdziwieniem, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło.

    Jeszcze chwilę wcześniej był przekonany, że wystarczy stanowczy głos Hieronima, aby wymóc posłuszeństwo człowieczka. Widział przecież, jak przy świątyni strażnik zmiękł niemal natychmiast. Tam słowa Boscha zatrzymały kłótnię skuteczniej niż niejedna pięść. Tym razem było inaczej.

    W głowie Kurta pojawiła się niepokojąca myśl. Czy ten człowiek był aż tak zły, że nie lękał się nawet Sigmara? A może... Sigmar nie był z Hieronimem w tej chwili? Ta myśl nie spodobała się Kurtowi.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Gniew Hieronima nie wydał się Kurtowi zwykłym gniewem. Brzmiał jak słowa świątobliwego ojca Zygfryda, kiedy mówił o Chaosie. Przez krótką chwilę vel Knut odniósł wrażenie, że Bosch przemawia nie tylko własnym głosem.

    Mały zrobił krok naprzód. Nie wyciągnął miecza. Nie było potrzeby. Samą swoją obecnością chciał pokazać, że słowa Hieronima warto potraktować poważnie.

    – Odpowiadaj. - wycedził przed zęby w kierunku człowieczka.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt przywarł do ściany budynku i obserwował nieznajomego spomiędzy desek zabitego okna. Nie spieszył się. Przez ostatnie dni nauczył się już, że w Bögenhafen pośpiech często kończył się czyjąś śmiercią.

    Mężczyzna nie przypominał tych szaleńców, którzy włóczyli się po ulicach. Poruszał się pewnie i celowo. Nie miotał się bez ładu, nie wyglądał też na kogoś opętanego nagłym szałem. Przeciwnie, sprawiał wrażenie człowieka, który znalazł sobie zajęcie i wykonywał je z pełnym skupieniem.

    Kurt przyglądał się, jak tamten wyciąga kolejne przedmioty z kieszeni i sakiewek zmarłych, po czym chowa je do własnej torby. Sam widok nie robił na nim większego wrażenia. Widział już ludzi robiących gorsze rzeczy dla mniejszych korzyści.

    Bardziej zastanawiała go sama sterta ciał. Nie była przypadkowa. Ktoś poświęcił czas i siły, żeby zwlec trupy z ulicy właśnie tutaj. W miejsce ukryte pomiędzy budynkami, niewidoczne z głównych traktów. To oznaczało jakąś formę planu.

    Kurt zerknął na Boscha. Jeszcze niedawno widział w nim tylko urzędnika. Teraz coraz częściej zastanawiał się, czy Sigmar nie przemawia czasem przez takich ludzi. Sigmar był silny. Kurt szanował siłę. Świątobliwy ojciec Zygfryd służył Sigmarowi, a Hieronim służył świątobliwemu ojcu. To był porządek, który Kurt rozumiał. Czekał więc cierpliwie, co Sigmar nakaże mu ustami Hieronima.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa