Pieter Falk przez dłuższą chwilę milczał. Nie dlatego, że ważył słowa szczególnie starannie. Raczej dlatego, że słowa zwykle przychodziły mu z oporem, jakby każde trzeba było wydobyć spod śniegu, błota i starego zmęczenia. Stał nieco z boku, z barkiem opuszczonym pod ciężarem własnego płaszcza, i patrzył nie na Sneidera, nie na jego kapelusz, pistolet ani sakiewkę, lecz na wyrytą w jego głowie mapę. Na drogę ukrytą pod zaspami. Na białą linię traktu, której nikt rozsądny nie szukałby teraz bez powodu. Na miejsca, gdzie las schodził bliżej drogi, a wiatr potrafił nagle ucichnąć tak, że człowiek słyszał własną krew w uszach.
Dunkelwald.
Znał tę nazwę. Nie była ważna dla ludzi z miast ani dla poborców, którzy woleli drogi szersze, suchsze i lepiej opisane w papierach. Ale dla kogoś urodzonego w Hochlandzie, przy Górach Środkowych, takie miejsca nie były plamami na mapie. Były wspomnieniem zapachu mokrej kory, śladów racic w śniegu, dymu z osad, których nie widać było zza drzew, dopóki człowiek prawie na nie nie wszedł.
Falk przesunął spojrzeniem po twarzy Łowcy Czarownic. Potem po rannym kapłanie. Potem znów ku oknu, za którym zamieć skrobała szkło, jakby chciała dostać się do środka i położyć dłoń na każdym karku.
— Dwa dni — powiedział wreszcie.
Głos miał niski, suchy, bez chęci robienia wrażenia. Nie brzmiał jak człowiek, który chce się targować, ani jak ktoś, kto próbuje dodać sobie odwagi. Raczej jak ktoś, kto podaje wagę martwego zwierzęcia albo odległość do miejsca, gdzie znaleziono ciało.
— Jeśli śnieg nie pójdzie wyżej. Jeśli wiatr nie zasypie wszystkiego do rana. Na wieczór drugiego dnia można być w Dunkelwaldzie. - „Można” w tych stronach znaczyło mniej więcej tyle, co „jeżeli bogowie nie zechcą dla odmiany splunąć człowiekowi w twarz”. Każdy, kto choć raz zimą wyszedł poza światło karczemnych okien, powinien to wiedzieć bez tłumaczenia.
Pieter poprawił pas na ramieniu. Skóra zaskrzypiała cicho. W izbie było ciasno, za ciepło i za bardzo śmierdziało krwią. Nie lubił takich pomieszczeń. Człowiek stał za blisko ścian, za blisko innych ludzi, za blisko cudzych oddechów i cudzych decyzji. Na zewnątrz przynajmniej wiadomo było, skąd wieje.
— Droga idzie starym traktem. Słabo chodzonym. Zimą prawie go nie ma. Kamienie zasypane, koleiny zasypane, drzewa wszystkie jednakowe, jak ktoś nie zna okolicy. — Przerwał na chwilę i zasępił się.
Spojrzał krótko na Tomasimo, kiedy niziołek skończył mówić. W tym spojrzeniu było coś starego, wojskowego, niewypowiedzianego. Fort Schippel. Białe Wzgórza. Zmarznięte dłonie, nocne alarmy, mokradła, w których ludzie zapadali się po pas, a czasem głębiej. Falk pamiętał niziołczy kapelusz sterczący nad wodą jak znak drogowy postawiony przez pijanego inżyniera. Pamiętał też inne rzeczy, mniej zabawne, których nie opowiadało się przy piwie, jeśli człowiek chciał potem zasnąć.
— Nie ma osad po drodze — dodał. — Nie takich, gdzie można zapukać i dostać miskę zupy. Jedną noc trzeba będzie spędzić na zewnątrz. Może pod skałą. Może w jamie, jeśli znajdziemy suchą i pustą.
Słowo „pustą” zawisło w powietrzu trochę ciężej niż reszta.
Pieter nie spojrzał wtedy na rannego kapłana, ale czuł jego obecność. Czuł ją w zapachu krwi, w mokrym płótnie, w napięciu Łowcy. Ranny człowiek zawsze zmieniał rachunek drogi. Spowalniał marsz. Przyciągał zwierzęta. Wymuszał postoje tam, gdzie nie powinno się stawać. A jeżeli krew należała do kapłana Sigmara, niesionego przez Łowcę Czarownic po ataku zwierzoludzi, rachunek robił się jeszcze brzydszy.
— Wilki są tam zawsze — mruknął. — Zwłaszcza o tej porze. Głodne. Ciche, dopóki nie będą blisko. Orkowie… może. Ludzie gadają dużo, kiedy śnieg zamknie ich pod dachem. Zwierzoludzie… - Urwał.
W izbie przez chwilę słychać było tylko oddech kapłana i ciche stuknięcie czegoś za ścianą. Może belka pracowała od mrozu. Może ktoś w sali głównej przesunął kufel. Falk nie odwrócił głowy, ale oczy drgnęły mu w stronę drzwi.
— Jeśli wyszli z zamieci raz, mogą wyjść drugi raz. - Nie było w tym straszenia. Po prostu stwierdzenie faktu. Takiego samego jak to, że śnieg padał, a człowiek w końcu marzł, jeśli stał za długo bez ruchu.
Pieter przeniósł spojrzenie na Sneidera. Patrzył na niego inaczej niż większość ludzi patrzyła na Łowcę Czarownic. Bez jawnego buntu, ale też bez pokornego spuszczenia oczu. Raczej tak, jak patrzy się na źle przywiązanego konia, na zbyt świeży trop albo na drzewo nadłamane przez wichurę. Coś, co może jeszcze stać spokojnie albo zaraz spaść człowiekowi na głowę.
— Kapłan z nami pójdzie? — zapytał w końcu. — Jeśli pójdzie, umrze po drodze albo spowolni nas tak, że noc zastanie nas w złym miejscu. - Było to niegrzeczne. Zbyt proste. Może nawet niestosowne. Pieter nie miał do takich rzeczy ręki. Nie umiał owijać prawdy w płótno, żeby wyglądała mniej paskudnie.
— Krew przyszła tutaj razem z wami. Nie wiem, czy bestie poszły za tropem... - Falk przesunął dłonią po przerzedzonych włosach na czole, odruchowo, bez myśli. Potem opuścił rękę i spojrzał na sakiewkę Łowcy.
Trzydzieści karlów.
Za tyle człowiek mógł przez jakiś czas udawać, że życie nie jest tylko marszem od jednego nieszczęścia do następnego. Mógł kupić nowe buty, naprawić broń, zapłacić za dach, który nie przeciekał. Mógł też dać się zabić w śniegu za sprawę, która nie była jego sprawą, w wiosce, do której nikt rozsądny nie szedłby po zmroku. Pieter znał już takie rachunki. Zwykle wychodziły na minus.
— Poprowadzę — powiedział krótko.
Nie dodał „dla złota”, choć złoto miało znaczenie. Nie powiedział też „dla Imperium”, bo za dużo widział ludzi, którzy ginęli z takimi słowami na ustach i błotem w płucach. Nie powiedział „dla Sigmara”, bo nie lubił wypowiadać wielkich imion, kiedy pod paznokciami ludzi wciąż siedziała świeża krew.
Po prostu poprowadzi. Bo znał drogę. Bo jeżeli ktoś inny spróbuje ją znaleźć, zabłądzi. Bo Dunkelwald leżał w Hochlandzie, a Hochland, choć brudny, zmarznięty i często niewdzięczny, był jego ziemią. I bo gdzieś tam, za dwoma dniami marszu, za jedną nocą pod gołym niebem, za wilkami i białą pustką traktu, coś najwyraźniej czekało.
A Falk nie lubił rzeczy, które czekały w ciszy.
— Ruszyć trzeba rano — dodał. — Przed świtem, jeśli wiatr siądzie. Weźmiemy liny, suchy opał, płachty, więcej jedzenia niż wygląda na potrzebne. I coś na opał, co zapali się nawet mokre. Kto ma dobre buty, niech je dziś sprawdzi. Kto nie ma, niech ukradnie albo kupi.
Spojrzał po obecnych, na każdym zatrzymując wzrok tylko na moment. Nie szukał zgody. Raczej oceniał, kto pierwszy zacznie narzekać.
— Na trakcie nie będzie gadania więcej niż trzeba. Nie po zmroku. Nie w lesie. Jak powiem stać, stoicie. Jak powiem zgasić światło, gasicie. Jak powiem, że coś jest nie tak… -Tu zawahał się nieznacznie. Może dlatego, że przez ułamek chwili wróciły inne śniegi, inne drzewa i inna cisza, której kiedyś nie usłuchał wystarczająco dokładnie. — …to nie pytacie od razu dlaczego.
Dopiero wtedy cofnął się pół kroku, jakby uznał, że powiedział już więcej, niż powinien. W izbie wciąż pachniało krwią, mokrą wełną i alkoholem. Za drzwiami ludzie pewnie dalej szeptali o stosach, zwierzoludziach i nieszczęściu. Pieter Falk poprawił płaszcz na ramieniu i spojrzał jeszcze raz ku oknu. Śnieg dalej padał. Cicho, cierpliwie, jakby miał cały czas świata.

pomyślę jeszcze nad koncepcją postaci





