Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
MortarelM

Mortarel

@Mortarel
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
150
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
1

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Rozdział I - Jak zostać trepem?
    MortarelM Mortarel

    Droga do fortu

    Helmut był przygotowany na błoto. Nie spodziewał się jedynie, że będzie go aż tyle i że wojsko uzna za konieczne przeprowadzić panicza przez większość dostępnego.

    Szedł swoim zwyczajem pół kroku za Fineaszem, choć koleiny co pewien czas zmuszały go do odstępstw od tej zasady. Podciągnął worek na ramieniu i spojrzał z dezaprobatą na brzeg płaszcza. Przed wyjściem z karczmy szczotkował go zupełnie niepotrzebnie. Pocieszał się, że przynajmniej przez chwilę wszystko wyglądało jak należy.

    Wkraczając do lasu, Helmut z niepokojem spojrzał między drzewa, po czym przeniósł wzrok na odsłoniętą szyję Fineasza. Przynajmniej jednemu zagrożeniu mógł zaradzić od razu. - Panicz zechce osłonić szyję - odezwał się cicho. - W lesie są przeciągi i zwierzoludzie.

    Helmut nasłuchiwał odgłosów lasu, z wdzięcznością przyjmując każde znajome skrzypnięcie wozu. Nie znał się na zwierzoludziach. Nie wiedział, jak brzmią przed napadem ani czy w ogóle mają uprzejmość wydawać wcześniej jakieś dźwięki. Pilnował więc, żeby nie oddalać się od pozostałych.

    Widok fortu przyniósł mu ulgę. Solidne mury, nowe drewno, czysta biel mundurów. Ktoś najwyraźniej potrafił tutaj dopilnować porządku. Helmut zdążył nawet nabrać ostrożnego przekonania, że wszystko ułoży się znośnie.

    Potem zobaczył człowieka golącego się sztyletem. Przez kilka kroków patrzył na niego z mimowolnym skupieniem, właściwym rzemieślnikowi obserwującemu publiczne znęcanie się nad własnym fachem. Dopiero okrzyki o świeżym mięsie przywróciły mu świadomość otoczenia. Opuścił wzrok, poprawił uchwyt worka i poszedł dalej. Odpowiadanie kosztowałoby czas, a uwagę tych ludzi można było sobie zapewne zaskarbić również w mniej przykry sposób.

    Przed magazynem sumiennie czekał na swoją kolej. Oglądał wydawane ubrania i z każdą kolejną sztuką coraz mocniej zaciskał usta. Kiedy dostał własny przydział, rozłożył go ostrożnie na przedramionach. Obejrzał szwy, łaty i miejsca, w których należało spodziewać się następnych łat. Dotychczas sądził, że własność Księcia Elektora będzie przechowywana w lepszych warunkach.

    - Dziękuję - powiedział do kwatermistrza z nienaganną uprzejmością.

    Odsunął się, żeby nie tamować kolejki. Dopiero w pobliżu Fineasza przyjrzał się ubraniu ponownie.

    - Da się poprawić, paniczu - zapewnił półgłosem. - Poprzedniego właściciela najwyraźniej rozbierano w pośpiechu.

    Sierżanta Russela słuchał uważnie. Przełożeni, określone godziny, obowiązki, kary za niedbalstwo. Większość zasad brzmiała znajomo. Zaniepokoiła go dopiero konieczność jadania po wszystkich regularnych żołnierzach. Sam był przyzwyczajony do jadania na końcu. Martwił się tylko o Fineasza. Wolał nie sprawdzać, jak długie czekanie na posiłek odbije się na humorze panicza.

    Przestrogę dotyczącą dezercji przyjął bez ruchu. Poprawił tylko worek, który znowu zsuwał mu się z ramienia.

    W przydzielonym namiocie najpierw odłożył rzeczy i sprawdził podłoże. Potem wyjął przybornik do szycia. W obecnej sytuacji wydawał mu się bardziej użyteczny od miecza. Przez chwilę obracał igłę w palcach. Powinien był zacząć od własnego ubrania, ale wzrok sam uciekł mu w stronę Fineasza.

    - Gdyby panicza gdzieś uwierało albo ciągnęło przy ramieniu, proszę powiedzieć przed jutrzejszymi ćwiczeniami. Potem będziemy musieli ustalać, który szew będzie do poprawy.

    igła.png

    Miesiąc błota, potu i cerowania

    Pierwszego ranka trąbka poderwała go, zanim zdążył sobie przypomnieć, gdzie jest. Ręka odruchowo poszła w stronę rzeczy Fineasza. Dopiero po chwili Helmut uświadomił sobie, że tym razem również jego własne ubranie i spóźnienie będą przedmiotem służbowego zainteresowania. Była to niewygodna zmiana.

    W kolejnych dniach przekonał się, że sierżant Russel ma niezwykłą zdolność wyszukiwania dla rekrutów czynności, po których ubrania wymagały prania. Błoto, piach, zimny strumień, a potem znowu błoto, jakby poprzednia partia nie spełniła oczekiwań. Helmut wykonywał polecenia, zaciskając zęby. Podczas biegu z kamieniami w plecaku długo próbował znaleźć dla tego zajęcia rozsądne uzasadnienie. Ostatecznie brakowało mu już tchu nawet na myślenie.

    Nie był równie sprawny we wszystkim. Woda budziła w nim głęboką nieufność, gdy było jej więcej niż w balii, a drewniana broń boleśnie przypominała, że doświadczenie z brzytwą nie czyni człowieka szermierzem. Kiedy jednak przychodziło dźwigać, powtarzać i znosić niewygodę, robił to z uporem człowieka, który od dziecka wiedział, że narzekanie nie zmniejsza ciężaru kosza.

    Najtrudniejsze okazały się wieczory. Sięgał po igłę, a palce drżały ze zmęczenia. Chciał dopilnować wszystkiego tak jak dawniej, lecz coraz częściej musiał wybierać: naprawić szew, oczyścić przybory czy wreszcie położyć się spać. Mimo to sprawdzał, czy Fineasz nie chodzi w wilgotnych rzeczach. Pytał o otarcia. W razie potrzeby wyciągał czyste płótno, chociaż zapasu opatrunków pilnował z większą oszczędnością niż perfum.

    Podczas wykładów o prawie i wojskowej hierarchii odpoczywał przynajmniej ciałem. Słuchał tak samo uważnie jak niegdyś nauczycieli w Wolfenburgu. Po tylu latach różnica była osobliwa: tym razem przekazywana wiedza oficjalnie przeznaczona była również dla niego.

    W wolnych chwilach próbował dowiedzieć się, gdzie można wyprać i wysuszyć rzeczy, skąd bierze się nici i o jakiej porze najlepiej zdobyć nieco jedzenia z kuchni. Pytał uprzejmie, zapamiętywał imiona. Oferował przyszycie guzika, poprawienie zarostu bądź fryzury albo drobną pomoc medyczną, oczyszczenie skaleczenia czy zmianę opatrunku.

    igła.png

    Ostatnie poprawki przed przysięgą

    W przeddzień oczekiwanego zaprzysiężenia usiadł przy swoich rzeczach i wyjął kościany grzebień. Przez chwilę oglądał jego zęby, upewniając się, że żaden nie pękł. Potem podniósł wzrok na Fineasza.

    - Jeśli panicz znajdzie chwilę, trzeba będzie wyrównać włosy. - Przygotował nożyczki i rozłożył ręcznik na kolanach.

    - Do przysięgi wypada wyglądać porządnie. Mogą później kazać rozpoznawać po rysopisie.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter milczał, słuchając kolejnych pytań mieszkańców. Nie miał jednak wątpliwości. Im dłużej podróżował z Herr Sneiderem, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Łowca Czarownic nie działał pod wpływem gniewu ani fanatyzmu. Był rzemieślnikiem własnego fachu. Tak jak dobry kowal po jednym uderzeniu młota potrafił poznać jakość stali, a przepatrywacz po złamanej gałązce odczytać kierunek marszu zwierzyny, tak Sneider zdawał się dostrzegać ślady Chaosu tam, gdzie inni widzieli tylko zwykłych ludzi. To nie była wiedza, której można było nauczyć się z ksiąg. To były lata doświadczenia okupione widokiem rzeczy, których większość ludzi nie chciałaby zobaczyć nawet raz.

    Pieter nie uważał Herr Sneidera za okrutnika. Okrucieństwo było narzędziem, nie celem. Tak samo jak myśliwy nie nienawidzi wilka, którego musi zastrzelić, tak Łowca nie nienawidził mutantów. Po prostu wiedział, że jeśli zawaha się choć raz, później zginą niewinni. Pieter znał to uczucie z lasu. Czasem należało wyciąć chore drzewo, zanim zaraza przeszła na cały bór.

    Jeszcze kilka dni temu Herr Sneider wydawał mu się jedynie ponurym urzędnikiem z pistoletem i biczem. Teraz widział w nim specjalistę. Człowieka, który całe życie poświęcił tropieniu czegoś, czego zwykli ludzie nawet nie potrafili nazwać. Pieter czuł wobec niego rosnący szacunek. Jeśli ktoś miał decydować o tym, kto jest skażony, a kto nie, to właśnie ktoś taki. Nie chłopi. Nie karczmarze. Nie nawet kapłani Ulryka. Łowca Czarownic był do tego stworzony.

    ***

    Pieter wyszedł o pół kroku przed pozostałych. Twarz miał spokojną, niemal chłodną. Spojrzał po mieszkańcach, zatrzymując wzrok na kapłanie.

    — Ręczyć? — Na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. — Tak. Ręczę. — Odwrócił głowę ku Herr Sneiderowi tylko na moment.

    — Widziałem, co znaleźliśmy w tej wsi. Widziałem mutację na własne oczy. Widziałem czarną posokę płynącą w żyłach człowieka, który jeszcze chwilę wcześniej przekonywał nas o swojej niewinności. — Ponownie spojrzał na tłum. — Herr Sneider nie przyjechał tu mordować dla przyjemności lecz z obowiążku. Gdyby taki miał zamiar... — rozłożył ręce. — ...nie stalibyśmy teraz i nie rozmawiali. Wieś już dawno stałaby w płomieniach.

    Pieter zrobił krok naprzód. — Oddajcie tych, których wskaże. Złóżcie broń. Nie utrudniajcie wykonania wyroku. A wtedy reszta wróci do swoich domów. — Przepatrywacz przez chwilę mierzył ludzi wzrokiem. — Ja za to ręczę.— dodał.

    Głos miał twardy i pewny. Czy naprawdę wiedział, co zrobi Łowca Czarownic? Nie. Ale nie miało to znaczenia. W tej chwili chciał wierzyć, że uczestniczy w czymś wielkim. Że stoi po właściwej stronie. Że po raz pierwszy od dawna to on patrzy na ludzi i od jego słów może zależeć, kto będzie żył, a kto spłonie. Ta myśl nie budziła w nim lęku. Wręcz przeciwnie. Dodawała mu dziwnego, niepokojącego poczucia siły i ekscytacji.

    Archiwum

  • [WFRP 2ed] Żołnierze Imperium
    MortarelM Mortarel

    Myślę, że kadet może potrzebować pazia/służącego, już jestem po wstępnym słowie z @piołun

    Służący, balwierz i samozwańczy opiekun Fineasza Hohenwarta. Od lat dba o jego fryzurę, garderobę i pełny żołądek. Ojciec Fineasza wysłał go wraz z synem do wojska, żeby ktoś dopilnował, by przyszły oficer wyglądał godnie i wrócił w jednym kawałku.

    902c41e9-252c-4ad8-8292-eac6e481deb7-image.jpeg

    Archiwum

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Może jeszcze wypłynie nasiąknięty mocą, jak Obelix ^^

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter Falk przez dłuższą chwilę milczał. Nie dlatego, że ważył słowa szczególnie starannie. Raczej dlatego, że słowa zwykle przychodziły mu z oporem, jakby każde trzeba było wydobyć spod śniegu, błota i starego zmęczenia. Stał nieco z boku, z barkiem opuszczonym pod ciężarem własnego płaszcza, i patrzył nie na Sneidera, nie na jego kapelusz, pistolet ani sakiewkę, lecz na wyrytą w jego głowie mapę. Na drogę ukrytą pod zaspami. Na białą linię traktu, której nikt rozsądny nie szukałby teraz bez powodu. Na miejsca, gdzie las schodził bliżej drogi, a wiatr potrafił nagle ucichnąć tak, że człowiek słyszał własną krew w uszach.

    Dunkelwald.

    Znał tę nazwę. Nie była ważna dla ludzi z miast ani dla poborców, którzy woleli drogi szersze, suchsze i lepiej opisane w papierach. Ale dla kogoś urodzonego w Hochlandzie, przy Górach Środkowych, takie miejsca nie były plamami na mapie. Były wspomnieniem zapachu mokrej kory, śladów racic w śniegu, dymu z osad, których nie widać było zza drzew, dopóki człowiek prawie na nie nie wszedł.

    Falk przesunął spojrzeniem po twarzy Łowcy Czarownic. Potem po rannym kapłanie. Potem znów ku oknu, za którym zamieć skrobała szkło, jakby chciała dostać się do środka i położyć dłoń na każdym karku.

    — Dwa dni — powiedział wreszcie.

    Głos miał niski, suchy, bez chęci robienia wrażenia. Nie brzmiał jak człowiek, który chce się targować, ani jak ktoś, kto próbuje dodać sobie odwagi. Raczej jak ktoś, kto podaje wagę martwego zwierzęcia albo odległość do miejsca, gdzie znaleziono ciało.

    — Jeśli śnieg nie pójdzie wyżej. Jeśli wiatr nie zasypie wszystkiego do rana. Na wieczór drugiego dnia można być w Dunkelwaldzie. - „Można” w tych stronach znaczyło mniej więcej tyle, co „jeżeli bogowie nie zechcą dla odmiany splunąć człowiekowi w twarz”. Każdy, kto choć raz zimą wyszedł poza światło karczemnych okien, powinien to wiedzieć bez tłumaczenia.

    Pieter poprawił pas na ramieniu. Skóra zaskrzypiała cicho. W izbie było ciasno, za ciepło i za bardzo śmierdziało krwią. Nie lubił takich pomieszczeń. Człowiek stał za blisko ścian, za blisko innych ludzi, za blisko cudzych oddechów i cudzych decyzji. Na zewnątrz przynajmniej wiadomo było, skąd wieje.

    — Droga idzie starym traktem. Słabo chodzonym. Zimą prawie go nie ma. Kamienie zasypane, koleiny zasypane, drzewa wszystkie jednakowe, jak ktoś nie zna okolicy. — Przerwał na chwilę i zasępił się.

    Spojrzał krótko na Tomasimo, kiedy niziołek skończył mówić. W tym spojrzeniu było coś starego, wojskowego, niewypowiedzianego. Fort Schippel. Białe Wzgórza. Zmarznięte dłonie, nocne alarmy, mokradła, w których ludzie zapadali się po pas, a czasem głębiej. Falk pamiętał niziołczy kapelusz sterczący nad wodą jak znak drogowy postawiony przez pijanego inżyniera. Pamiętał też inne rzeczy, mniej zabawne, których nie opowiadało się przy piwie, jeśli człowiek chciał potem zasnąć.

    — Nie ma osad po drodze — dodał. — Nie takich, gdzie można zapukać i dostać miskę zupy. Jedną noc trzeba będzie spędzić na zewnątrz. Może pod skałą. Może w jamie, jeśli znajdziemy suchą i pustą.

    Słowo „pustą” zawisło w powietrzu trochę ciężej niż reszta.

    Pieter nie spojrzał wtedy na rannego kapłana, ale czuł jego obecność. Czuł ją w zapachu krwi, w mokrym płótnie, w napięciu Łowcy. Ranny człowiek zawsze zmieniał rachunek drogi. Spowalniał marsz. Przyciągał zwierzęta. Wymuszał postoje tam, gdzie nie powinno się stawać. A jeżeli krew należała do kapłana Sigmara, niesionego przez Łowcę Czarownic po ataku zwierzoludzi, rachunek robił się jeszcze brzydszy.

    — Wilki są tam zawsze — mruknął. — Zwłaszcza o tej porze. Głodne. Ciche, dopóki nie będą blisko. Orkowie… może. Ludzie gadają dużo, kiedy śnieg zamknie ich pod dachem. Zwierzoludzie… - Urwał.

    W izbie przez chwilę słychać było tylko oddech kapłana i ciche stuknięcie czegoś za ścianą. Może belka pracowała od mrozu. Może ktoś w sali głównej przesunął kufel. Falk nie odwrócił głowy, ale oczy drgnęły mu w stronę drzwi.

    — Jeśli wyszli z zamieci raz, mogą wyjść drugi raz. - Nie było w tym straszenia. Po prostu stwierdzenie faktu. Takiego samego jak to, że śnieg padał, a człowiek w końcu marzł, jeśli stał za długo bez ruchu.

    Pieter przeniósł spojrzenie na Sneidera. Patrzył na niego inaczej niż większość ludzi patrzyła na Łowcę Czarownic. Bez jawnego buntu, ale też bez pokornego spuszczenia oczu. Raczej tak, jak patrzy się na źle przywiązanego konia, na zbyt świeży trop albo na drzewo nadłamane przez wichurę. Coś, co może jeszcze stać spokojnie albo zaraz spaść człowiekowi na głowę.

    — Kapłan z nami pójdzie? — zapytał w końcu. — Jeśli pójdzie, umrze po drodze albo spowolni nas tak, że noc zastanie nas w złym miejscu. - Było to niegrzeczne. Zbyt proste. Może nawet niestosowne. Pieter nie miał do takich rzeczy ręki. Nie umiał owijać prawdy w płótno, żeby wyglądała mniej paskudnie.

    — Krew przyszła tutaj razem z wami. Nie wiem, czy bestie poszły za tropem... - Falk przesunął dłonią po przerzedzonych włosach na czole, odruchowo, bez myśli. Potem opuścił rękę i spojrzał na sakiewkę Łowcy.

    Trzydzieści karlów.

    Za tyle człowiek mógł przez jakiś czas udawać, że życie nie jest tylko marszem od jednego nieszczęścia do następnego. Mógł kupić nowe buty, naprawić broń, zapłacić za dach, który nie przeciekał. Mógł też dać się zabić w śniegu za sprawę, która nie była jego sprawą, w wiosce, do której nikt rozsądny nie szedłby po zmroku. Pieter znał już takie rachunki. Zwykle wychodziły na minus.

    — Poprowadzę — powiedział krótko.

    Nie dodał „dla złota”, choć złoto miało znaczenie. Nie powiedział też „dla Imperium”, bo za dużo widział ludzi, którzy ginęli z takimi słowami na ustach i błotem w płucach. Nie powiedział „dla Sigmara”, bo nie lubił wypowiadać wielkich imion, kiedy pod paznokciami ludzi wciąż siedziała świeża krew.

    Po prostu poprowadzi. Bo znał drogę. Bo jeżeli ktoś inny spróbuje ją znaleźć, zabłądzi. Bo Dunkelwald leżał w Hochlandzie, a Hochland, choć brudny, zmarznięty i często niewdzięczny, był jego ziemią. I bo gdzieś tam, za dwoma dniami marszu, za jedną nocą pod gołym niebem, za wilkami i białą pustką traktu, coś najwyraźniej czekało.

    A Falk nie lubił rzeczy, które czekały w ciszy.

    — Ruszyć trzeba rano — dodał. — Przed świtem, jeśli wiatr siądzie. Weźmiemy liny, suchy opał, płachty, więcej jedzenia niż wygląda na potrzebne. I coś na opał, co zapali się nawet mokre. Kto ma dobre buty, niech je dziś sprawdzi. Kto nie ma, niech ukradnie albo kupi.

    Spojrzał po obecnych, na każdym zatrzymując wzrok tylko na moment. Nie szukał zgody. Raczej oceniał, kto pierwszy zacznie narzekać.

    — Na trakcie nie będzie gadania więcej niż trzeba. Nie po zmroku. Nie w lesie. Jak powiem stać, stoicie. Jak powiem zgasić światło, gasicie. Jak powiem, że coś jest nie tak… -Tu zawahał się nieznacznie. Może dlatego, że przez ułamek chwili wróciły inne śniegi, inne drzewa i inna cisza, której kiedyś nie usłuchał wystarczająco dokładnie. — …to nie pytacie od razu dlaczego.

    Dopiero wtedy cofnął się pół kroku, jakby uznał, że powiedział już więcej, niż powinien. W izbie wciąż pachniało krwią, mokrą wełną i alkoholem. Za drzwiami ludzie pewnie dalej szeptali o stosach, zwierzoludziach i nieszczęściu. Pieter Falk poprawił płaszcz na ramieniu i spojrzał jeszcze raz ku oknu. Śnieg dalej padał. Cicho, cierpliwie, jakby miał cały czas świata.

    Archiwum

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    MortarelM Mortarel

    KP wysłana, Pieter Falk, człowiek, przepatrywacz.

    Archiwum warhammer 2ed

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Kurt i tak niewiele będzie myślał nad dalszym planem, on nie jest od takich rzeczy jak myślenie. Odpowiada mu to, że ktoś inny stworzy plan.

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter Falk przez chwilę jeszcze trzymał łuk napięty, choć nie miał już do czego strzelać.

    Walka skończyła się szybciej, niż zdążyła naprawdę rozgorzeć. Palce nadal pamiętały opór cięciwy. Ramiona miały w sobie tę krótką, zimną gotowość, która pojawia się, kiedy coś biegnie prosto na człowieka z zębami wyszczerzonymi w ciemności. Dopiero po kilku oddechach opuścił broń, powoli, bez pośpiechu, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł jeszcze sprowokować las do odpowiedzi.

    Patrzył na wilki. Na ciała zwalone w śnieg, na czerwone smugi rozmazane przy wejściu do pieczary, na parę unoszącą się z ran i z pysków, póki mróz nie zaczął odbierać im resztek ciepła. Zwykłe wilki wyglądały teraz mizerniej niż przed chwilą — chude, żałosne, głodne tak bardzo, że aż głupie. Głód potrafił zmienić zwierzę w coś, co przestawało bać się ognia, ludzi i stali. Pieter widział to wcześniej. Z ludźmi bywało podobnie.

    Większy basior był czymś innym. Na niego Falk patrzył krócej. Nie dlatego, że się nie bał, ale dlatego, że zbyt długie przyglądanie się rzeczom dotkniętym skazą nigdy nie przynosiło nic dobrego. Wystarczyło zobaczyć tyle, ile trzeba było zapamiętać: zielonkawa ślina, chore ślepia, smród gnicia, który nie należał do żywej bestii. Potem już lepiej było pozwolić ogniowi zrobić swoje. Kiedy Sneider przeciągnął truchło z dala od wejścia, Pieter odwrócił głowę i splunął w śnieg. Nie z pogardy. Raczej z potrzeby pozbycia się z ust smaku, którego wcale tam nie było.

    — Dobrze, że padł z daleka — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

    Potem ruszył ku miejscu, z którego strzelał. Najpierw wrócił myślą do dwóch strzał. Jedna weszła w ciało wilka, czysto, między żebra, tam gdzie powinna. Druga uciekła w ciemność, prawdopodobnie przez dym, ruch zwierzęcia albo zwykłą złośliwość świata. Pieter nie miał w zwyczaju zostawiać po sobie rzeczy, jeśli nie musiał. Strzały kosztowały, a na trakcie wszystko, co dało się odzyskać, było warte schylenia karku.

    Podszedł do martwego wilka, którego położył pierwszym trafieniem. Przykucnął, przytrzymał łapą futro i ostrożnie poruszył drzewcem. Strzała tkwiła głęboko, ale nie była złamana. Wyciągnął ją powoli, z nieprzyjemnym, mokrym oporem. Obejrzał grot w blasku ognia, potem lotki. Skrzywił się lekko.

    — Ta jeszcze pójdzie — powiedział cicho.

    Wytarł grot o śnieg, potem o kawałek szmaty, dokładniej niż zwykle. Po tym, co widzieli tego dnia, nawet krew zwykłego wilka nie wydawała się już całkiem zwykła.

    Drugiej szukał dłużej. Wyszedł kilka kroków przed pieczarę, ale nie dalej, niż rozsądek pozwalał po zmroku. Pochylił się nisko, szukając cienkiego śladu w śniegu, miejsca, gdzie drzewce mogło wbić się pod kątem albo zniknąć między korzeniami. Ogień za plecami dawał za mało światła, a noc przed nim była gęsta i niechętna. Przez chwilę widział tylko biel, czerń pni i własny oddech. Ostatecznie poddał się, nie znalazłszy zguby.

    Wrócił do ognia akurat wtedy, gdy płomienie zaczęły brać większego wilka na dobre. Smród uderzył ostrzej, tłusty, gorzki, chory. Pieter odruchowo zasłonił usta rękawem i stanął tak, żeby dym nie szedł prosto na niego. Słyszał modlitwę Sneidera, niską i twardą, bardziej podobną do wyroku niż prośby.

    Pieter nie był człowiekiem modlitw. Przynajmniej nie takich, które wypowiada się głośno przy innych. Ale kiedy ogień zajął pysk bestii, a zielonkawa ślina syknęła w śniegu, Pieter przez krótką chwilę spuścił wzrok.

    — Niech się spali do kości — powiedział tylko.

    Kiedy Tomasimo wzniósł bukłak w niemal toastowym geście, Falk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek. Niziołek miał w sobie tę dziwną, upartą żywotność, która bywała czasem bardziej irytująca niż hałas, ale po walce przy ogniu miała też coś kojącego. Jakby ktoś przypominał światu, że dopóki można wznieść bukłak, poprawić wąsa i pochwalić psa, dopóty noc jeszcze nie wygrała.

    Pieter skinął mu krótko głową. — Dobrze strzelałeś — rzucił.

    Potem spojrzał na Heinricha, który zabierał się do oprawiania wilków. Falk nie powiedział mu, żeby tego nie robił. Po ostrzeżeniu Sneidera i widoku chorego basiora każdy miał już dość rozumu, żeby wiedzieć, w co wkłada ręce. A jeśli nie miał, to żadna rada go nie ocali.

    Później zajął się koniem. Podszedł do zwierzęcia spokojnie, bokiem, bez gwałtownych ruchów. Koń nadal był niespokojny po zapachu wilków, huku pistoletu i ogniu, który teraz trawił coś, czego żadne zwierzę nie powinno było widzieć. Pieter położył mu dłoń na szyi, twardą, zimną, ale pewną. Sprawdził uwiąz, potem popręg, juki, nogi i kopyta. Obejrzał, czy zwierzę nie skaleczyło się, kiedy szarpnęło podczas ataku. Przesunął palcami po rzemieniach, poprawił jeden węzeł, drugi zawiązał na nowo. Upewnił się, że koń ma dość luzu, by nie spanikować od byle ruchu, ale nie tyle, by w nocy wpakować się w ognisko albo wyrwać między drzewa. Na koniec dosypał mu paszy tyle, ile mógł bez marnotrawienia zapasów.

    W takich warunkach koń nie był tylko koniem. Był ciepłem, ładunkiem, drogą powrotną i szansą na przewiezienie kogoś, kto jutro może nie mieć sił iść o własnych nogach.

    Dopiero gdy zwierzę uspokoiło się nieco, Pieter wrócił do swoich rzeczy. Rozłożył śpiwór pod ścianą pieczary, w miejscu, skąd miał dobry widok na wejście, ale nie leżał bezpośrednio na linii zimnego powietrza. Podłoże było twarde, nierówne i pachniało wilgotnym kamieniem. Lepsze to niż śnieg. Gorsze niż karczemna podłoga. W sam raz na życie, które ostatnio wszystkim przypadło w udziale.

    Przez chwilę patrzył na posłanie. Nie położył się. Zamiast tego wyjął z pakunku cienki sznurek. Dużo sznurka. Zwiniętego porządnie, nie dla ozdoby, lecz dla kogoś, kto wiedział, że w lesie czasem bardziej przydaje się cicha linka niż druga broń. Potem wydobył dwa niewielkie dzwoneczki.

    Były małe, niepozorne. W karczmie mogłyby wisieć przy drzwiach albo przy uprzęży kuca, wydając uprzejmy, prawie śmieszny dźwięk. W nocy, przed jaskinią, mogły obudzić człowieka o jedno uderzenie serca wcześniej.

    A czasem jedno uderzenie serca wystarczało.

    — Zrobię potykacze — powiedział do reszty, choć nie zabrzmiało to jak pytanie. — Przed wejściem. Nisko. Z dzwonkami.

    Potem wyszedł przed pieczarę, ostrożnie, z łukiem pod ręką i nożem przy pasie. Nie zapuszczał się daleko. Wybrał dwa miejsca po bokach podejścia, tam gdzie śnieg i kamienie naturalnie kierowały kroki ku wejściu. Jeden sznurek przeciągnął nisko, mniej więcej na wysokości kostki człowieka, między wystającym korzeniem a kamieniem przysypanym śniegiem. Drugi ustawił bardziej z boku, tam gdzie ktoś mógłby sądzić, że znalazł wygodniejszą ścieżkę. Dzwoneczki umocował tak, by nie brzęczały od byle podmuchu, ale odezwały się przy wyraźnym szarpnięciu.

    Pracował dokładnie, jak na tak prostą rzecz.

    Sprawdzał napięcie sznurka, poprawiał węzły, przysypywał ślady, odgarniał śnieg tam, gdzie zdradzałby za wiele. Nie próbował zastawić pułapki, która kogokolwiek zatrzyma. Chciał tylko, by ewentualny intruz został w porę usłyszany. Kiedy skończył, wrócił do środka i przez chwilę stał przy ogniu, grzejąc dłonie.

    Spojrzał ku wejściu. Za nim noc była czarna i cicha, tylko płonące truchło większego wilka dogasało dalej, śmierdząc skazą, tłuszczem i złym omenem. Potem usiadł przy swoim śpiworze, oparł łuk blisko ręki i zaczął wycierać odzyskaną strzałę jeszcze raz, choć nie było już z niej czego ścierać. Na wszelki wypadek oczyścił ją jeszcze w ogniu. Czasem dłonie musiały robić cokolwiek, żeby głowa nie wracała tam, gdzie nie trzeba. Następnie położył się spać, prosząc towarzyszy, aby obudzić go, gdy nadejdzie jego kolej trzymania warty.

    Archiwum

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt starał się wyglądać możliwie niegroźnie, co przy jego posturze, pokiereszowanej twarzy i mieczu u pasa było zadaniem wymagającym niemal większego skupienia niż walka. Unikał patrzenia żołnierzom w oczy, ręce trzymał z dala od broni i nawet poruszał się ostrożniej niż zwykle. Jeźdźcy wyglądali na takich, którzy mogliby wypuścić bełt tylko dlatego, że ktoś za szybko podrapał się po nosie, a Mały nie zamierzał sprawdzać, czy dobrze celują. Dlatego z rosnącym zdumieniem obserwował Hieronima.

    Bosch nie tylko się ich nie bał. Beształ ich jak niesforne dzieci, powoływał się na świątynię, groził gniewem Sigmara, a potem jeszcze wziął w obronę pozostałych. Nawet Ergo, którego wrzaski mogły właśnie wszystkim napytać biedy, został w ustach Hieronima człowiekiem głęboko bogobojnym.

    Kurt słuchał tego z coraz większym podziwem. Sam uważał, że przy tych kuszach najlepiej było stać spokojnie i nikogo nie drażnić. Hieronim najwyraźniej uważał inaczej. I mówił z taką pewnością, jakby naprawdę wiedział, że nic złego nie może mu się stać.

    Dopiero ostatnie słowa sprawiły, że Kurt spojrzał na niego zupełnie inaczej.

    „Kto do mnie przemawia, jakby do samego świątobliwego ojca Zygfryda Grimmiga przemawiał.”

    Mały powoli pokiwał głową. A więc jednak. Kurt poczuł znajome już ukłucie nabożnego respektu.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Kurt jest ochroniarzem, a nie mediatorem od spraw damsko-urzędniczych. Nawet kurtatela ma swoje granice, w szczególności, że Kurt nie jest jeszcze pewien, czy Sigmar pochwala takie rzeczy 😛

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter stał nieco z boku, z dłonią opartą o łuk i w milczeniu przyglądał się płonącym stosom. Nie odwracał wzroku, kiedy ogień wspinał się po drewnie, ani wtedy, gdy płomienie zaczęły obejmować ciała skazańców. Większość ludzi w takich chwilach szukała sobie innego zajęcia. Jedni spuszczali głowy, inni udawali, że poprawiają rzemienie albo rozglądają się po okolicy, byle tylko nie patrzeć. Pieter nigdy tego nie rozumiał. Jeśli śmierć już przyszła, należało patrzeć jej w twarz.

    Krzyki rozchodziły się po wiosce, odbijając od ścian chat i niknąc gdzieś pomiędzy nagimi drzewami. Były przeraźliwe, rozpaczliwe i pełne bólu, a mimo to przepatrywacz odniósł niepokojące wrażenie, że brzmią znajomo. Zamknął na chwilę oczy i natychmiast wróciły obrazy sprzed lat. Nie tej wioski. Nie tych ludzi. Zupełnie innego miejsca, gdzie również płonęły drewniane zabudowania, a dym zasnuwał niebo tak szczelnie, że trudno było odróżnić dzień od nocy. Pamiętał żołnierzy biegnących z wiadrami, pamiętał konie z pianą na pyskach i ludzi próbujących wydostać się z płonących domostw, zanim padł rozkaz, którego nikt nie chciał wydać, ale wszyscy musieli wykonać. Strzelano wtedy do własnych, bo zaraza nie mogła wydostać się poza wieś. Krzyki były niemal identyczne.

    Minęło tyle lat, a mimo to niektóre dźwięki wciąż potrafiły otworzyć drzwi, które od dawna powinny pozostać zamknięte. Pieter nie czuł obrzydzenia. To uczucie wypaliło się w nim dawno temu, pozostawiając po sobie jedynie chłodną ciekawość. Obserwował ogień z uwagą człowieka, który widział już dziesiątki trupów. Na wojnie panował chaos. Tutaj wszystko miało swój porządek. Ogień był narzędziem, a każdy obecny wiedział, dlaczego stoi właśnie w tym miejscu.

    Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Herr Sneider nie był zwykłym fanatykiem, za jakiego początkowo go brał. W jego działaniach nie było miejsca na przypadek ani na ślepy gniew. Łowca od początku prowadził śledztwo tak, jak doświadczony myśliwy prowadzi zwierzynę w zastawione sidła. Pozwalał ludziom mówić, pozwalał im kłamać, a później cierpliwie obserwował, które z tych kłamstw zaczynają się rozpadać pod własnym ciężarem. Nawet wtedy, gdy wydawał rozkaz spalenia wioski, nie sprawiał wrażenia człowieka owładniętego religijną gorączką. Wyglądał raczej jak rzemieślnik wykonujący dobrze znaną sobie pracę. Ta myśl dziwnie uspokajała Pietera.

    Kiedy wrócili do karczmy, przepatrywacz usiadł ciężko na ławie i przez dłuższą chwilę obracał w dłoniach gliniany kubek z cydrem. Ciepło napoju powoli wracało do zmarzniętych palców, lecz jego myśli wciąż pozostawały gdzieś na placu, pośród płonących stosów. Słuchał rozmowy towarzyszy, jednak robił to bardziej z przyzwyczajenia niż z zainteresowania. Tomasimo mówił o ciężarze rozkazów i o wojsku, Moriz próbował ubierać swoje przemyślenia w dziwne metafory, a Heinz jak zwykle szukał powodów, by się sprzeciwić. Pieter odniósł wrażenie, że każdy z nich próbuje przekonać przede wszystkim samego siebie.

    On nie potrzebował usprawiedliwień. Jeżeli wojna nauczyła go czegokolwiek, to tego, że nie każdą decyzję podejmuje się po to, aby była słuszna. Niektóre podejmuje się wyłącznie dlatego, że brak decyzji kosztowałby jeszcze więcej istnień.

    Dlatego, gdy Tomasimo wspomniał o ciężarze podobnych rozkazów, Pieter uniósł wzrok znad kubka i odchylił się na ławie, a jego wzrok spoczął na płomieniu świecy. Przez krótką chwilę obserwował, jak ogień pochłania knot i dopiero wtedy uświadomił sobie, że od dobrych kilku minut nie słucha już rozmowy przy stole. Patrzył jedynie w płomień, zastanawiając się, dlaczego za każdym razem, gdy ogień zabierał kolejne życie, wracały do niego wspomnienia, których od lat bezskutecznie próbował się pozbyć. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.

    Gdzieś na skraju tych rozmyślań pojawiła się jednak jedna, uporczywa myśl, która nie dawała mu spokoju. Nie rozumiał postawy Heinza ani Moriza. Jeszcze bardziej niepokoiło go to, że obaj zdawali się traktować rozkaz Herr Sneidera jak coś, z czym można polemizować. Na wojnie nie dyskutowało się z rozkazami ludzi, którzy wiedzieli więcej od szeregowców. A Łowca Czarownic wiedział. Widział to już wielokrotnie. Jeżeli uznał, że wieś należy spalić, musiał mieć ku temu powody, których oni zwyczajnie jeszcze nie dostrzegali. Pieter nie potrafił zdecydować, co powinien zrobić z takim buntem. Przemilczeć go i liczyć, że to tylko chwilowe zawahanie? Czy może ostrzec Sneidera, zanim niezdecydowanie któregoś z towarzyszy zagrozi całej akcji? Sama myśl o tym była niewygodna. Coraz częściej łapał się na tym, że bardziej ufa osądowi Łowcy Czarownic niż ludziom, z którymi od kilku dni dzielił drogę, ogień i niebezpieczeństwa.

    Archiwum

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt zatrzymał się przed magazynem i przyjrzał zabarykadowanym oknom oraz ścianie, za którą według Paula miało znajdować się przejście. Można było próbować dostać się do środka, nawoływać ludzi po drugiej stronie albo poszukać innej drogi. Każde z tych rozwiązań miało jakiś sens, co dla Małego oznaczało przede wszystkim, że nie należało wybierać żadnego z nich samemu.

    Kurt zerknął jeszcze na Suma. Dwa bełty w piersi, ciągnięcie po bruku, ucieczka przed hordą, a ten skurczybyk nadal żył. Hieronim mówił, że to łaska Sigmara, więc Mały nie widział powodów, żeby się z tym spierać. Najwyraźniej Młotodzierżca chciał mieć Ergo tutaj jeszcze przez jakiś czas. Kurt nie bardzo rozumiał po co, ale uznał, że bogowie też czasem podejmują dziwne decyzje.

    Kurt odruchowo zwrócił się ku Hieronimowi, oczekując dalszych instrukcji. Ostatnim razem Bosch wiedział, co robić. Położył wtedy dłoń na przedramieniu Kurta, oznajmił mu wolę Młotodzierżcy i poprowadził resztę we właściwym kierunku. Później sam Sigmar potwierdził słuszność tej decyzji, prowadząc bełt Boscha prosto w gardło ścigającego ich diaboła. Kurt nie potrzebował więcej dowodów.

    Podszedł do Hieronima i położył wielką dłoń na jego przedramieniu, dokładnie tak, jak wcześniej zrobił to mytnik. Nie powiedział jednak nic. Stał tak przez chwilę, najwyraźniej oczekując, że dalsza część nastąpi sama. Kiedy nie nastąpiła, lekko ścisnął ramię Boscha.

    – Hieronim.

    Zawahał się.

    – Co mówi Sigmar?

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Pieter pomagał układać na saniach dzbany z oliwą, deski i liny z gorliwością, której trudno byłoby się po nim spodziewać jeszcze kilka dni wcześniej. Każde wiązanie sprawdzał dwukrotnie, poprawiał położenie naczyń i pilnował, żeby nic nie uderzało o siebie podczas ciągnięcia sań. Patrząc na przygotowania Sneidera, coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że Łowca doskonale wie, co robi. Nie było w tym improwizacji ani gniewnego zrywu człowieka, który zapragnął puścić z dymem kilka chałup. Wszystko miało swoje miejsce i przeznaczenie: oliwa, deski, liny, nawet niewielkie sanie znalezione w piwnicy Kappela.

    Ta zwyczajność przygotowań podobała mu się chyba najbardziej, chociaż nie potrafiłby powiedzieć dlaczego. Przypominała wojskowe szykowanie się przed nocnym wypadem, kiedy sprawdzało się cięciwę, liczyło strzały i poprawiało paski przy jukach, wiedząc doskonale, że za kilka godzin któryś z ludzi może już tego ekwipunku nie potrzebować. Pieter pamiętał takie wieczory aż nazbyt dobrze. Najgorsze były zawsze chwile oczekiwania, kiedy człowiek miał jeszcze czas na myślenie, natomiast kiedy wreszcie padał rozkaz, wszystko stawało się proste. Było zadanie, byli ludzie zdolni je wykonać i pozostawało jedynie zrobić je jak najlepiej.

    Dlatego wcześniejsze odkrycie śladów uciekinierów wciąż trochę go drażniło. Dwie rodziny wymknęły się ze wsi, korzystając z ciemności. Pieter wykonał polecenie Sneidera, pozostając na posterunku zamiast ruszać za nimi w pościg, niemniej miał poczucie niedokończonej roboty. Zapamiętał jednak drogę, którą obrali uciekinierzy, dokładnie tak, jak nakazał Łowca. Jeżeli tej nocy mieli oczyścić Dunkelwald, chciał przynajmniej dopilnować, żeby kolejni mieszkańcy nie dostali podobnej szansy.

    Kiedy Sneider zamknął Heinricha w jego izbie, Pieter nie zaprotestował. Przeciwnie, odczuł pewną ulgę. Zachowanie rudego nie dawało mu spokoju od czasu zjedzenia psiego mięsa, a dalszy brak zaufania jedynie pogłębił się rozmowy przy stole. Przepatrywacz coraz mniej ufał człowiekowi, który w najważniejszej chwili zaczął rozprawiać o własnym sumieniu. Sneider najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, skoro postanowił zabezpieczyć się przed niespodziankami.

    Pieter nie zamierzał zawieść łowcy czarownic tej nocy. Jeszcze przed wyjściem sprawdził łuk, poprawił kołczan i upewnił się, że nóż łatwo wychodzi z pochwy. Przytroczył do pasa bicz, a dodatkowo na saniach przygotował sieć, aby łapać w nią ewentualnych uciekinierów. Z juków swojego konia zabrał dodatkową linę i sznurek do wiązania drzwi. Lina, deski i oliwa, które spoczęły na saniach stanowiły teraz narzędzia równie potrzebne jak broń. Pieter zamierzał wykorzystać wszystko, czego nauczyły go lata przepatrywania szlaków i podchodzenia przeciwnika. Potrafił poruszać się cicho, korzystać z ciemności, omijać miejsca, w których śnieg mógł zdradzić go głośnym chrzęstem, i obserwować budynki na tyle długo, by dostrzec ruch za oknem. Teraz zamiast podchodzić wartowników miał podchodzić śpiące domostwa.

    Plan, który układał sobie w głowie, był prosty. Najpierw upewnić się, że mieszkańcy śpią, potem podejść od strony pozbawionej okien i zabezpieczyć wyjście tak, żeby zbudzony człowiek nie mógł jednym szarpnięciem otworzyć drzwi. Dopiero później przychodziła kolej na oliwę i ogień. Jeżeli gdzieś znajdzie się szpara pod drzwiami, sucha strzecha, drewutnia albo stos opału przylegający do ściany, tym lepiej. Nie chciał marnować ani czasu, ani paliwa. Skoro już mieli to zrobić, należało zrobić to porządnie i sprawić, żeby pożar przeniósł się na zabudowania szybciej, niż mieszkańcy zdążą zrozumieć, co się dzieje.

    Na samą myśl Pieter poczuł znajome pobudzenie, którego nie doświadczał od zakończenia wojny. Serce biło trochę szybciej, dłonie przestały odczuwać zimno, a zmysły zdawały się wyostrzać wraz z każdym kolejnym spojrzeniem rzucanym na pogrążoną w ciemności wieś. Nie zastanawiał się, dlaczego właśnie teraz czuł się bardziej żywy niż podczas spokojnych tygodni spędzonych na trakcie. Wiedział tylko, że znał ten stan. Pamiętał go z nocy poprzedzających bitwy, z zasadzek urządzanych na maruderów Chaosu i z tych kilku strasznych chwil, kiedy stojąc pośród dymu oraz wrzasku, potrafił nagle dostrzegać każdy szczegół z niemożliwą wręcz wyrazistością.

    Przez moment przed oczami stanęła mu inna wieś, znacznie większa od Dunkelwaldu, choć nie potrafił już przypomnieć sobie jej nazwy. Pamiętał za to dach pochłaniany przez płomienie, sylwetkę człowieka rzucającego się z piętra i charakterystyczny trzask, który rozległ się, kiedy ciało uderzyło o ziemię. Wspomnienie pojawiło się niespodziewanie i zniknęło równie szybko. Pieter zamrugał kilka razy, po czym zacisnął mocniej palce na burcie sań. Przez ostatnie lata nauczył się, że z podobnymi obrazami nie należało walczyć. Przychodziły, kiedy chciały, a potem odchodziły, jeśli człowiek miał przed sobą coś wystarczająco ważnego, by zająć ręce i myśli. Tej nocy zdecydowanie miał.

    Kiedy uchylił drzwi gospody i spojrzał na pogrążony w ciszy Dunkelwald, przez dłuższą chwilę po prostu obserwował rząd ciemnych domostw. Jeszcze kilka godzin wcześniej widział w ich oknach światła, poruszające się sylwetki oraz dzieci odciągane przez rodziców od szyb. Teraz niemal wszystkie okna były ciemne, a mieszkańcy najwyraźniej uwierzyli, że najgorsze już minęło. Pieter uśmiechnął się pod nosem.

    — Postaram się podejść pierwszy — powiedział cicho do Sneidera i Tomasimo, poprawiając rękawice. — Wyciągajcie oliwę dopiero, kiedy dam znak. Najpierw sprawdzę okna i drzwi, a jeśli będzie spokojnie, zastawię wyjścia. Nie ma sensu budzić całej wsi przy pierwszej chałupie.

    Przesunął spojrzeniem po zabudowaniach, próbując już teraz wybierać najdogodniejszą drogę między nimi.
    Przepatrywacz zerknął jeszcze na przygotowane deski, a potem na naczynia z paliwem. Czuł niemal dziecięcą niecierpliwość, której nie wypadało okazywać w obecności Łowcy, dlatego przybrał poważniejszy wyraz twarzy i tylko mocniej zacisnął dłonie. Chciał zobaczyć, jak dobrze przygotowany plan zaczyna działać. Chciał poczuć gorąco ognia na twarzy. Chciał usłyszeć ten szczególny łoskot zapadającego się płonącego dachu, którego nie słyszał od wojny. Przede wszystkim zaś chciał, żeby Sneider zobaczył, że powierzając mu podobne zadanie, nie pomylił się co do niego, jako człowieka.

    — Herr Sneider — odezwał się jeszcze, zanim ruszyli. — Proszę tylko wskazywać, które mają płonąć.

    Archiwum

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Jeszcze przez kilka chwil po zakończeniu walki Pieter nie opuszczał miecza. Stał pośród rozdeptanego, nasiąkniętego krwią śniegu i oddychał ciężko, wodząc spojrzeniem od jednego ciała do drugiego, jakby wciąż spodziewał się, że któryś z drwali poderwie się na nogi i spróbuje ostatkiem sił sięgnąć po siekierę. Dopiero kiedy upewnił się, że żaden z nich już nie wstanie, pozwolił ostrzu opaść nieco niżej.

    Wokół nich płonął Dunkelwald. Żar bijący od najbliższych zabudowań mieszał się z zimnem ciągnącym od lasu, płatki śniegu niknęły w powietrzu rozgrzanym nad dachami, a niesione wiatrem iskry wirowały pomiędzy walczącymi jeszcze przed chwilą ludźmi. Gdzieś dalej nadal rozlegały się krzyki mieszkańców uwięzionych pośród ognia, lecz tutaj pozostało już tylko rzężenie rannych, trzask płomieni i ciężkie oddechy tych, którzy przeżyli. Śnieg wokół nich niemal zupełnie stracił swoją biel, zmieszany z krwią, popiołem i błotem w brunatną breję.

    Pieter chłonął ten widok z uwagą. Podczas wojny nauczył się, że po bitwie najlepiej nie patrzeć zbyt długo na pobojowisko. Człowiek miał zebrać strzały, opatrzyć rannych, sprawdzić poległych i zająć czymś ręce, zanim głowa zacznie zadawać pytania. Pieter nigdy nie nauczył się dobrze tej zasady. Zamiast odwracać wzrok, zawsze patrzył. Interesowała go szczególnie ta nieuchwytna granica pomiędzy człowiekiem a zwłokami, chwila, w której z ciała uchodziło coś, czego nie potrafił nazwać. Jeszcze przed momentem drwal stojący naprzeciwko niego przeklinał, dyszał i próbował rozłupać mu czaszkę siekierą, a teraz leżał kilka kroków dalej nieruchomo, z twarzą wtuloną w czerwony śnieg.

    W takich chwilach Pieter odczuwał spokój, którego od zakończenia wojny niemal nie doświadczał w zwyczajnym życiu. Walka uciszała wszystko.

    Jego wzrok zatrzymał się na staruszce klęczącej pomiędzy ciałami własnych synów. Kobieta nie próbowała już walczyć ani uciekać, a kiedy Sneider podszedł do niej z mieczem, Pieter obserwował każdy jego krok. Widział uniesienie ostrza, krótkie pchnięcie i ciało, które przez moment jakby nie rozumiało jeszcze, że zostało zabite. Dopiero później staruszka osunęła się pomiędzy swoich synów.

    Pieter patrzył do samego końca. Poczuł nawet znajome napięcie gdzieś pod żebrami, podobne do tego, które pojawiało się tuż przed wypuszczeniem strzały. Tyle że tym razem napięcie nie ustąpiło. Przeciwnie, zaczęło boleć. Przepatrywacz zmarszczył brwi i odruchowo przycisnął dłoń do korpusu. Dopiero wtedy przypomniał sobie uderzenie przyjęte podczas walki. W bitewnym zamęcie było jedynie kolejnym ciosem — potężnym, wystarczająco mocnym, żeby na moment odebrać mu oddech, ale przecież przeciwnik nadal stał, więc Pieter również musiał stać. Teraz, kiedy ciało nie potrzebowało już utrzymywać go przy życiu przez następnych kilka uderzeń serca, ból wrócił z całą należną mu siłą.

    Kiedy oderwał rękę od boku, rękawica była mokra od krwi. Przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu.
    Spróbował nabrać głębiej powietrza i natychmiast tego pożałował. Ból przeszedł przez korpus aż pod żebra, zmuszając go do pochylenia się i podparcia mieczem. Świat na moment stracił ostrość, płomienie Dunkelwaldu rozmazały się w jedną pomarańczową łunę, a gdzieś daleko odezwało się znajome piszczenie w uszach.

    Pieter zamknął oczy. Przez moment nie znajdował się już w Dunkelwaldzie. Był gdzieś na północy, wiele lat wcześniej i znowu klęczał w błocie z rękami śliskimi od cudzej krwi. Ktoś krzyczał, żeby się wycofywać. Ktoś inny wołał matkę. Nad nimi płonął dom albo stodoła, może jedno i drugie, a Pieter próbował przypomnieć sobie, gdzie zostawił łuk. Otworzył oczy. Śnieg, Dunkelwald, drwale... Sneider. Pieter wrócił do rzeczywistości.

    Przez kilka oddechów stał bez ruchu, czekając, aż przestanie kręcić mu się w głowie, po czym spojrzał na martwego mężczyznę, z którym walczył chwilę wcześniej. Nie czuł do niego nienawiści. Przeciwnie, na twarzy Pietera pojawił się blady uśmiech, w którym można było dostrzec niemal odrobinę uznania.

    — Niewiele brakowało...

    Głos Sneidera wyrwał go z zamyślenia. Zielonoskórzy schodzili już z gór i Łowca nie pozostawił im złudzeń, że mają czas na opatrywanie ran czy przeszukiwanie trupów. Trzeba było natychmiast opuścić Dunkelwald.

    Pieter schował miecz, choć samo wsunięcie go do pochwy wymagało od niego więcej wysiłku, niż chciałby pokazać pozostałym. Następnie podniósł pośpiesznie rzuconą sieć i upuszczony bicz. Do konia dotarł o własnych siłach i dopiero przy próbie wejścia na siodło przekonał się, jak poważna jest rana. Uniesienie nogi pociągnęło mięśnie korpusu tak gwałtownie, że musiał zatrzymać się z czołem opartym o szyję zwierzęcia.

    — Spokojnie... — mruknął, przesuwając dłonią po sierści wierzchowca. — Spokojnie.

    Koń parsknął i poruszył niespokojnie uszami. Pieter nie był pewien, którego z nich próbował uspokoić. Ostatecznie wdrapał się na siodło i ruszył razem z pozostałymi, jedną dłonią prowadząc konia, a drugą przyciskając do rany zwinięty kawał materiału. Każdy krok wierzchowca wbijał mu ból głębiej pod żebra, ale nie poprosił o postój ani razu. Podczas wojny widział już ludzi, którzy stawali się ciężarem dla własnego oddziału i pamiętał aż nazbyt dobrze, jakie spojrzenia zaczynały wtedy krążyć pomiędzy pozostałymi.
    Nie zamierzał zostać jednym z nich.

    Kiedy zatrzymali się później na wzniesieniu, Pieter milczał i patrzył wraz ze Sneiderem na dogorywający Dunkelwald. Ogień pochłaniał domy, zielonoskórzy mordowali tych, których nie dosięgły płomienie, a Łowca mówił o oczyszczeniu, konieczności i smrodzie palonych ciał, który miał już nigdy ich nie opuścić.

    Pieter słuchał. Tym razem jednak nie patrzył wyłącznie na płonącą wieś. Patrzył również na ludzi ginących w dole. I nawet kiedy ból stawał się coraz trudniejszy do zniesienia, jego wzrok mimowolnie odnajdywał kolejne sylwetki uciekające pomiędzy płomieniami, śledząc je aż do chwili, gdy któraś przewracała się pod goblińskim ostrzem albo znikała w płonącym budynku. Jak zawsze patrzył do końca.

    Dalsza droga ciągnęła się Pieterowi znacznie dłużej, niż wskazywałby na to przebyty dystans. Dopóki za plecami widział łunę pożaru, a pomiędzy drzewami mógł spodziewać się goblińskich zwiadowców, ciało jeszcze jakoś z nim współpracowało. Siedział pochylony w siodle, oszczędzał oddech i pozwalał koniowi samemu wybierać najpewniejsze miejsca na zasypanej śniegiem ścieżce. Jedną dłonią trzymał wodze, drugą niemal bez przerwy dociskał do rany zwinięty kawał materiału, który już dawno przesiąkł krwią i teraz bardziej przypominał mu o jej obecności, niż rzeczywiście ją tamował.

    Z czasem odgłosy ginącej wsi zaczęły cichnąć. Najpierw przestał słyszeć pojedyncze krzyki, później zniknęły wrzaski zielonoskórych, aż wreszcie pozostał tylko jednostajny skrzyp śniegu pod końskimi kopytami, ciche brzęczenie uprzęży i szum lasu. Przepatrywacz starał się skupić na drodze. Liczył zakręty, zapamiętywał charakterystyczne drzewa i odruchowo oceniał miejsca nadające się do urządzenia zasadzki. Raz czy dwa obejrzał się również za siebie, chociaż wiedział, że przy takim bólu niewiele zdziałałby przeciwko ewentualnej pogoni. Były to jednak stare przyzwyczajenia.

    Kiedy natrafili na starą ścieżkę łowczych, Pieter początkowo uznał ją jedynie za kolejną rzecz wartą zapamiętania. Dopiero kilkadziesiąt kroków dalej pomiędzy drzewami wyłonił się niski dach niewielkiej chaty, częściowo przykryty śniegiem. Budynek wyglądał na opuszczony, lecz pozostawał w zaskakująco dobrym stanie. Okiennice wciąż trzymały się zawiasów, dach nie zapadł się pod ciężarem zimy, a pod szerokim okapem ktoś pozostawił stos suchego drewna. Po nocy spędzonej pośród ognia, krwi i wrzasków zwyczajna łowiecka chata wyglądała niemal nierealnie. Pieter zsunął się z siodła i natychmiast pożałował tej decyzji.

    Nogi ugięły się pod nim, gdy tylko buty dotknęły ziemi, a ból rozszedł się od rany po całym korpusie tak gwałtownie, że przez moment musiał oprzeć się ramieniem o bok konia. Przed oczami zatańczyły mu czarne plamy. Zacisnął powieki, przeczekał najgorsze i dopiero wtedy powoli się wyprostował.

    Pogładził wierzchowca po szyi, bardziej dla zachowania pozorów niż z potrzeby uspokojenia zwierzęcia. Koń parsknął cicho. Pieter poklepał go jeszcze raz.

    Kiedy weszli do środka, przepatrywacz najpierw rozejrzał się po pomieszczeniu z zawodowego przyzwyczajenia. Nie dostrzegł nic, czego należałoby się obawiać. Mimo to przez chwilę sprawdzał kąty, drzwi oraz okna, jakby spodziewał się, że za którymś z nich znajdzie kolejnego przeciwnika. Dopiero kiedy upewnił się, że naprawdę są sami, poczuł ulgę. Wraz z ulgą przyszło wyczerpanie. Nie stopniowo, lecz całym ciężarem.

    Jeszcze przed chwilą był w stanie maszerować, rozglądać się po lesie i zastanawiać nad możliwością pościgu. Teraz wystarczyło, że zagrożenie zniknęło, a jego ciało jakby uznało zawarte wcześniej porozumienie za nieważne. Pieter usiadł ciężko przy ścianie i przez chwilę po prostu oddychał, starając się znaleźć pozycję, w której rana bolała trochę mniej. Nie znalazł.

    Kiedy niedługo później odkryli gorące źródło, przepatrywacz początkowo pomyślał, że któryś z bogów rzeczywiście postanowił z nich zakpić. Zaledwie kilka godzin wcześniej stali pośród płonącej wsi, a teraz zza skał unosiła się para, pod kamiennym sklepieniem czekała ciepła woda, zaś całe miejsce wyglądało jak coś, czego człowiek spodziewałby się raczej po opowieści pijanego wędrowca niż po nocy takiej jak ta. Pieter nie rzucił się jednak do kąpieli. Kiedy przyszła jego kolej, usiadł na jednym z kamieni i dopiero tam, z dala od pozostałych, zaczął zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrania. Szło mu znacznie gorzej niż zwykle.

    Zaschnięta krew skleiła materiał z ciałem i przy każdym ostrożnym szarpnięciu rana odpowiadała głębokim, pulsującym bólem. Pieter pracował cierpliwie, centymetr po centymetrze odsuwając tkaninę, aż w końcu odsłonił korpus. Przez dłuższą chwilę przyglądał się obrażeniom bez słowa.

    W czasie walki rana wydawała się czymś odległym i niemal nieistotnym. Teraz, kiedy widział ją w pełni, nie mógł już oszukiwać samego siebie. Cios drwala nie był draśnięciem ani kolejną pamiątką, którą za kilka tygodni będzie można pokazywać przy kuflu piwa. Stracił dużo krwi, cały bok pulsował bólem, a nawet spokojne oddychanie wymagało od niego wysiłku. Ostrożnie przesunął palcami po skórze obok rany. Syknął.

    Zmienił nieco pozycję, żeby obejrzeć ranę dokładniej. Następnie przyglądał się własnemu ciału próbując przypomnieć sobie twarz człowieka, który zadał mu ten cios. Ku własnemu zdziwieniu nie wracał myślami do bólu. Pamiętał raczej samą walkę. Ciężar miecza. Oddech przeciwnika. Śnieg rozpryskujący się spod butów. Spojrzenie drwala w ostatnich sekundach starcia. A przede wszystkim pamiętał to, jak dobrze się wtedy czuł. Ta myśl pojawiła się bez zaproszenia i została z nim dłużej, niż powinna.

    Od zakończenia wojny Pieter próbował odnaleźć podobne uczucie w wielu miejscach. W samotnych wyprawach przez las, w polowaniach, w alkoholu, nawet w hazardzie, kiedy zdarzało mu się mieć kilka monet więcej. Nic nie działało. Dopiero kiedy znowu ktoś próbował go zabić, świat odzyskał dawną ostrość. Ból nie miał wtedy znaczenia, strach znikał, a wspomnienia milkły.

    Ostatecznie wrócił do chaty po kąpieli, ostrożnym obmyciu i opatrzeniu zranionego miejsca. Przy palenisku było ciepło. Mokre ubrania wisiały przy ścianach, a przez niewielkie okno można było dostrzec pierwsze oznaki nadchodzącego świtu. Pieter usiadł ostrożnie przy ogniu, oparł plecy o ścianę, wyciągnął nogi i przez chwilę obserwował Sneidera. Kiedy Łowca oznajmił, że dostaną dodatkowe dziesięć koron za trudy, Pieter uśmiechnął się blado.

    Kiedy Sneider położył się spać, Pieter przez dłuższy czas siedział w tej samej pozycji. Zmęczenie ciążyło mu na powiekach, lecz za każdym razem, kiedy próbował je zamknąć, obrazy minionej nocy natychmiast wracały.

    Płonące domy Dunkelwaldu mieszały się z innymi płonącymi domami, których mieszkańców dawno zapomniał. Drwale przybierali twarze ludzi zabitych wiele lat wcześniej. Krzyk staruszki przechodził w krzyk kogoś, kogo imienia nie pamiętał... po chwili przepatrywacz zasnął.

    Archiwum

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    Kurt otworzył oczy wybudzony nagłym hałasem. Huk rozniósł się w powietrzu niczym uderzenie w klatkę piersiową. Przez chwilę siedział nieruchomo, plecami do ściany, licząc oddechy. Wilgoć kapała gdzieś w ciemności. Dym był jeszcze słaby, ale już czuć go było w gardle.

    Nasłuchiwał. Krzyków współwięźniów. Bełkotu wychudzonego. Pisków szczurów, które zawsze wiedziały pierwsze. Kurt znał ten moment – chwila, gdy jeszcze można wybrać, zanim zrobi się za późno.

    Gdy pękł wychodek, podniósł się powoli. Smród uderzył jego nos, ale nie cofnął się. Podszedł bliżej i spojrzał w dół, mrużąc oczy, próbując dojrzeć krawędzie i cień ścieku. Potem zerknął na kraty, na korytarz za nimi. Straży nie było. Albo była gdzie indziej.

    Dla Kurta sytuacja była prosta – ogień, dym, zawalona droga. Pozostanie w celi nie miało sensu.

    Deklaracja akcji:

    Kurt podchodzi do wychodka. Sprawdza wzrokiem głębokość i czy da się tam stanąć albo złapać czegokolwiek.

    Jeśli jest możliwość bezpiecznego zejścia – schodzi na dół, wykorzystując ściany i krawędzie, żeby ustawić się stabilnie na dole.

    Jeśli zapach będzie nie do zniesienia, to wykorzysta posiadany kawałek szmaty, aby osłonić nos.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Witam wszystkich 🙂 mam nadzieję, że miło upłynie nam czas na wspólnej grze.

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Wieczorem Pieter nie pił więcej, niż musiał. Siedział przy stole z kawałkiem starego węgla w palcach i przez dłuższy czas przesuwał nim po blacie, znacząc krótkie linie, urwane łuki i punkty, które dla kogoś postronnego mogły wyglądać jak bezładne bazgroły. Dla niego były jednak drogą. Zasypanym traktem. Miejscem, gdzie należało trzymać się lewej strony jaru. Kamieniem drogowym, którego rano nikt nie zobaczy, bo śnieg przykrył go pewnie po sam czubek. Starą świerczyną, po której można rozpoznać zakręt, jeśli człowiek pamiętał, że jedno z drzew pękło dawno temu od pioruna i rosło teraz krzywo, jakby chciało uciec od własnego korzenia. Nie mówił dużo.

    Tomasimo dopytywał, poprawiał coś, kręcił wąsa i co jakiś czas rzucał uwagą, która w innych okolicznościach mogłaby rozjaśnić wieczór. Pieter odpowiadał krótko. Tu bagno pod śniegiem. Tam osłonięta skała. Dalej zwężenie traktu. W połowie drogi powinna być pieczara, jeśli wejścia nie zawiało. Dobra na nocleg, bo od północy chroni ją kamień, a dym przy słabym ogniu nie powinien nieść się za wysoko.

    Później wstał od stołu i sprawdził swój ekwipunek. Nie było w tym żadnej przesadnej ceremonii, raczej stary nawyk człowieka, który zbyt wiele razy widział, jak drobiazg decyduje o życiu. Poprawił rzemienie, obejrzał sprzączki, przeciągnął palcem po ostrzu, upewnił się, że hubka i krzesiwo są suche, a rzeczy, które powinny być pod ręką, naprawdę będą pod ręką, kiedy przyjdzie po nie sięgnąć zmarzniętymi palcami. Zwinął płaszcz tak, by nie przeszkadzał w marszu, a jednocześnie dawał się szybko narzucić na ramiona podczas postoju.

    Z samego rana poszedł do stajni, zanim karczma na dobre się rozbudziła. Koń parsknął cicho, niezadowolony z chłodu i poruszenia o takiej porze. Pieter nie przemówił do niego pieszczotliwie. Nie miał do tego talentu. Przesunął tylko dłonią po karku zwierzęcia, sprawdził nogi, podciągnął popręg, obejrzał podkowy i uprząż. Potem uporządkował pakunki tak, żeby ciężar nie ciągnął na jedną stronę. Wszystko musiało leżeć równo. Na trakcie nierówny juk potrafił narobić więcej kłopotu niż głupi człowiek, a głupich ludzi i tak zwykle nie brakowało.

    Kiedy wyszedł przed karczmę, spojrzał jeszcze raz na niebo. Nie wyglądało dobrze.


    Droga od pierwszych kroków odebrała im złudzenie, że opuszczenie karczmy było początkiem przygody. Nie było w tym nic wzniosłego. Był tylko śnieg, który chrzęścił pod butami i kopytami, mróz wciskający się pod rękawy, oddech zmieniający się w białą parę oraz powolne, nużące pilnowanie, żeby iść dalej. Las nie robił nic widowiskowego. Nie ryczał, nie wył, nie wysyłał od razu potworów spomiędzy pni. Stał cicho, ciężki od bieli, obojętny na ludzi, którzy uznali, że mają dostatecznie dobry powód, by przejść przez jego gardło.

    Pieter szedł przodem. Nie wyglądał na kogoś, kto prowadzi wielką wyprawę. Bardziej na człowieka wykonującego pracę, która dawno przestała wymagać od niego słów. Co jakiś czas zatrzymywał się, patrzył na linię drzew, na kształt zaspy, na pochylenie starego pnia albo przerwę między gałęziami. Tam, gdzie inni widzieli tylko biel i ciemne smugi lasu, on widział resztki traktu, ukryty spadek terenu, miejsce, w którym śnieg ułożył się inaczej, bo pod spodem leżał kamień albo wykrot.

    Nie tłumaczył każdego wyboru. Czasem wskazał ręką. Czasem mruknął jedno słowo. Czasem skręcił bez zapowiedzi. Milczenie nie było przyjemne, ale było użyteczne. Po jakimś czasie każdy dźwięk zaczynał znaczyć więcej. Skrzypienie uprzęży. Parsknięcie konia. Cięższy oddech któregoś z ludzi. Szelest śniegu zsuwającego się z gałęzi. Dalekie pęknięcie drewna, które mogło być tylko mrozem, ale mogło też nie być tylko mrozem. Pieter słuchał tego wszystkiego bez szczególnej miny.

    Spojrzał raz przez ramię na Tomasimo. Niziołek trzymał się jak zwykle lepiej, niż powinien ktoś jego wzrostu w takim śniegu. Pieter nie lubił przyznawać, że obecność psa go uspokajała, więc tego nie robił. Ale pies słyszał rzeczy, których ludzie nie słyszeli. A w lesie to wystarczało, żeby mieć dla niego szacunek.

    Sneider milczał. To Pieter zapisał mu na plus, choć nie powiedział tego nikomu. Łowca Czarownic szedł z twarzą człowieka, który niósł w sobie więcej gniewu niż snu, ale nie przeszkadzał. Nie pytał co kwadrans, czy to na pewno dobra droga. Nie kazał zawracać przy każdej zaspie. Nie poprawiał człowieka, którego wynajął do prowadzenia. W świecie pełnym ludzi pewnych własnej racji była to cecha rzadka.


    Pieter stał nad martwym koniem z twarzą równie nieruchomą jak śnieg zalegający między drzewami, ale oczy pracowały mu uważnie, powoli, bez pośpiechu. Nie patrzył na padlinę tak, jak patrzy człowiek, który widzi tylko mięso, skórę i zamarzniętą krew. Patrzył jak ktoś, kto próbuje odtworzyć ostatnie chwile zwierzęcia, jego strach, kierunek ucieczki, sposób, w jaki upadło, i to, co stało się później, kiedy wszystko powinno już należeć tylko do mrozu, wilków i ciszy.

    Śnieg prószył drobno, cierpliwie, jakby chciał zakryć każdy ślad po ludzkich błędach. Falk nie lubił takiego śniegu. Za dobrze wiedział, że biel potrafi kłamać lepiej niż ludzie.

    Przykucnął przy boku konia i przesunął wzrokiem po uprzęży. Nie dotknął od razu niczego, tylko pochylił się niżej, tak że para jego oddechu osiadła na zmarzniętej skórze zwierzęcia i zniknęła po chwili w zimnym powietrzu. Dopiero wtedy odgarnął rękawicą śnieg spod siodła.

    Przy jednym rzemieni, tuż pod siodłem, zauważył coś, co nie pasowało do reszty. Rzemień był częściowo przerwany. Nie była to jednak poszarpana krawędź po zębach ani brzydkie rozerwanie od nadmiernej siły. Nacięcie było czyste, równe, wykonane ostrym nożem. Pieter przyglądał mu się przez chwilę, mrużąc oczy.

    — To nie wilki — powiedział cicho. — I nie zwierzoludzie.

    Odgarnął więcej śniegu, potem ostrożnie oderwał od skóry niewielką tubę, częściowo przymarzniętą do rzemieni. Szło opornie. Mróz trzymał mocno, jakby nawet martwe rzeczy nie chciały oddawać tego, co do nich przywiązano. W końcu skóra puściła z cichym trzaskiem. Pieter otworzył tubę i wyciągnął mapę.

    Nie była piękna. Nie miała w sobie nic z pracy uczonego kartografa siedzącego przy świecy w ciepłej izbie. Była praktyczna, brudna, zrobiona ręką człowieka, który bardziej potrzebował trafić do celu, niż zachwycić kogokolwiek starannością kreski. Zaznaczono na niej dukty, leśne przejścia, kamienie drogowe i punkty, które dla obcego nie znaczyłyby pewnie nic, ale dla kogoś z Hochlandu mogły mówić całkiem sporo.

    Falk patrzył na nią dłużej, niż wymagała zwykła ciekawość. Próbował rozeznać się jaką drogę przedstawiała mapa. Przesunął palcem po jednym z oznaczeń, potem po drugim. Przez moment wyglądał, jakby w głowie nakładał rysunek na las, który ich otaczał, na zasypany trakt i drogę do Dunkelwaldu.

    Pieter podniósł wzrok na Sneidera — Ktoś chciał ją zabrać, ale nie zdążył. - Rzekł krótko.

    Nie powiedział „ktoś rozumny”, ale to wisiało między nimi wystarczająco wyraźnie. Zwierzoludzie mogli mordować, rozrywać, palić, plugawić i zostawiać po sobie ślady, które człowiekowi śniły się później przez lata. Ale takie cięcie, w takim miejscu, przy takiej rzeczy, nie było dziełem bestii szukającej mięsa.

    Potem Falk przesunął się bliżej zadu konia i zaczął przeszukiwać rząd. Nie było w tym zachłanności. Raczej surowa praktyka ludzi, którzy zbyt długo chodzili po miejscach, gdzie martwi zostawiali rzeczy bardziej potrzebne żywym. Pod zmarzniętą fałdą skóry i śniegu znalazł małą sakiewkę. Oderwał ją z wysiłkiem, potem rozwiązał i wysypał zawartość na dłoń.

    Srebro. Miedź. Kościana kostka.

    Falk obejrzał ją pobieżnie, po czym obrócił między palcami jeszcze raz, już uważniej. Kącik ust drgnął mu ledwie dostrzegalnie, ale nie był to uśmiech.

    — Oszukiwał przy kościach — powiedział sucho, pokazując obciążoną kostkę Tomasimo, a potem reszcie. — Dwadzieścia szylingów. Piętnaście pensów.

    Przez chwilę ważył sakiewkę w dłoni. Potem spojrzał na martwego konia, na mapę, na ślady kopyt rozrzucone w śniegu i dalej, ku drzewom, gdzie Tyci wcześniej zatrzymał wzrok.

    Nie było w tym potępienia. Raczej zwykłe stwierdzenie faktu, może nawet cień zrozumienia. Ludzie, którzy żyli z prowadzenia innych przez las, rzadko byli święci. Święci zresztą zazwyczaj kończyli gorzej.

    Falk wstał powoli i otrzepał rękawice ze śniegu. Dopiero wtedy przyjrzał się tropom.

    Najpierw kopytom. Potem drobniejszym śladom łap przy boku i zadzie. Potem miejscu, gdzie koń musiał się szarpać, ranić, zapadać i próbować poderwać się z ziemi. Śnieg był już częściowo zniszczony przez nocny opad i wiatr, ale nadal dało się coś z niego wydobyć. Zbyt mało, żeby nazwać to pełną odpowiedzią. Dość, żeby nie podobało się Pieterowi jeszcze bardziej.

    Kiedy Tomasimo wspomniał o znakach na drzewie, Pieter odwrócił głowę i popatrzył w tamtą stronę. Nacięcia w korze. Proste, celowe. Nie takie, które robi gałąź albo pazur. Słyszał o znakach łowców, drwali i ludzi, którzy chcieli zostawić wiadomość bez używania słów. Czasem oznaczały drogę. Czasem ostrzeżenie. Czasem miejsce, gdzie ktoś coś ukrył. A czasem mówiły tylko: „Tu byłem - Knut”. Pieter nie próbował udawać, że wie więcej, niż wiedział. To była jedna z niewielu uczciwości, na które mógł sobie pozwolić.

    Słowa Heinza o guślarskich amuletach sprawiły, że Falk spojrzał w głąb lasu dłużej niż wcześniej. Nie lubił guseł. Nie dlatego, że był człowiekiem szczególnie pobożnym albo uczonym. Po prostu w górach i lasach Hochlandu człowiek uczył się szybko, że rzeczy powieszone na drzewach rzadko wiszą tam bez powodu. A powód zwykle nie był dobry.

    — Nie brałbym mięsa — powiedział spokojnie. Spojrzał na Heinza, potem na Tomasimo. — Nie z tego miejsca.

    Nie tłumaczył od razu, ale po chwili dodał, bo widział, że trzeba.

    — Koń jest dziwnie ranny. Są przy nim znaki. Amulety wiszą w lesie. Nawet wilki przyszły i nie zeżarły truchła...

    Odwrócił głowę ku martwemu zwierzęciu. Śnieg zaczynał już osiadać na jego otwartym oku, przykrywając je powoli, jakby las sam chciał zamknąć sprawę.

    — Głodny wilk nie zostawia takiego mięsa bez powodu.

    Pieter schował mapę z powrotem do tuby, ale nie oddał jej od razu. Trzymał ją jeszcze chwilę razem z mieszkiem z monetami i kością, jakby ważył, czy przedmioty powinny trafić w ręce Sneidera, czy pozostać u niego. W końcu spojrzał na Łowcę Czarownic.

    — Mapa może mi się przydać. Jeśli była Ulmanna, prowadzi w tę samą stronę, w którą idziemy. Mogę ją nieść. Albo wy ją niesiecie, a ja będę mówił, kiedy trzeba spojrzeć.

    To była najgrzeczniejsza forma sprzeciwu, na jaką Falk potrafił się zdobyć. Nie chciał kłócić się z Łowcą Czarownic nad końskim truchłem, w zimnym lesie, przy śladach czegoś, co mogło nadal być blisko.

    Potem wskazał na sakiewkę.

    — Pieniądze i kostka.. Wasz człowiek, wasza decyzja. - Zerkną pytająco na łowcę czarownic. Nie dodał, że martwemu pieniądze nie są już potrzebne.

    Pieter przez moment stał nieruchomo, nasłuchując. Las był cichy, ale nie była to dobra cisza. Dobra cisza zimą ma w sobie oddech: skrzyp gałęzi, ruch śniegu, nawoływanie ptaka gdzieś daleko, pękające drewno.

    Archiwum

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    MortarelM Mortarel

    ochroniarz-awatar2.png

    Mały Kurt vel Knut

    Skrzyżowanie było złe. Za szerokie, za otwarte. Spojrzał w każdą z odnóg po kolei, licząc sylwetki, patrząc na sposób, w jaki się poruszali. Wolno. Równo. To mu się nie podobało.

    Zerknął w stronę wieży świątyni. Zdawała się nie być daleko.

    Kurt opuścił głowę, wysunął bark do przodu i wyszczerzył zęby w krótkim grymasie.
    – Przez nich. Teraz. Bez stania.

    Kurt stara się utorować drogę do świątyni. Wykorzystując swoją masę, impet i ciężar kolczugi, taranem stara się przebić przez szyk przeciwników.
    Nie cofa się i nie wiąże walką, chyba że nie będzie miał wyboru. Zamiast tego odpycha, przewraca, łamie drogę, uderzając mieczem krótko i brutalnie, by zrobić przejście.
    Jeśli któryś przeciwnik upadnie – depcze go i idzie dalej. Gdy tylko powstanie luka –pomaga przedostać się reszcie do przodu i rusza dalej biegiem w stronę świątyni, nie oglądając się.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    MortarelM Mortarel

    Kurt będzie osłaniał wejście, przejdzie przez bramę jako ostatni, o ile przeżyje 😄

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Popiół i Śnieg
    MortarelM Mortarel

    Noc dłużyła się bardziej, niż powinna. Po walce nikt nie wrócił już do pełnego spokoju, nawet jeśli zmęczenie w końcu zmusiło ludzi do snu. Pieter spał płytko, bardziej nasłuchując niż odpoczywając. Co jakiś czas budził go trzask drewna, ruch konia albo cichy dźwięk własnych dzwoneczków poruszonych przez wiatr. Za każdym razem ręka odruchowo odnajdywała łuk. Ale alarm nie odezwał się naprawdę ani razu. Las tym razem ich oszczędził.

    Świt przyszedł ponury i zimny. Ogień dogorywał już tylko czerwonym żarem, a powietrze w pieczarze miało ciężki zapach dymu, wilgotnych skór i krwi wilków, której mimo śniegu nie dało się całkiem pozbyć. Na zewnątrz panowała sina szarość. Niebo wyglądało jak brudna blacha zawieszona nad lasem.

    Pieter podniósł się pierwszy albo prawie pierwszy. Zwinął śpiwór, sprawdził linki z dzwoneczkami i wyszedł obejrzeć konia. Zwierzę przetrwało noc dobrze, choć nadal było niespokojne. Falk poprawił uprząż, obejrzał kopyta i dał mu chwilę spokoju, głaszcząc kark grubą rękawicą. Dopiero wtedy wrócił bliżej ognia.

    I wtedy poczuł ten zapach. Tłuszcz, mięso... smażone mięso. Heinrich siedział przy ogniu jak gdyby nigdy nic, obracając nad płomieniem kawałki wilczego mięsa. Skwierczały cicho nad ogniem, tłuszcz kapał na żar i syczał. Zapach był ciężki, dziki i nieprzyjemny. Pieter zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę tylko patrzył. Na mięso, na Heinza, na wilczą skórę leżącą obok.

    Potem powoli podszedł bliżej ognia, ale usiadł po drugiej stronie niż rudowłosy. Wyciągnął własny suchy prowiant i odgryzł kawałek twardego chleba, jakby demonstracyjnie wybierał nawet czerstwy chleb zamiast tego, co smażyło się nad ogniem. Milczał długo. W końcu splunął w bok.

    — Psojad...— rzucił cicho, wykonując zabobonny gest odpędzania złego.

    Nie podniósł głosu. Nie próbował wywoływać kłótni. Powiedział to tonem człowieka stwierdzającego coś oczywistego. Jego spojrzenie przesunęło się po wilczym mięsie. Po tych słowach zamilkł znowu i zajął się sprawdzaniem łuku oraz cięciwy, jakby temat przestał go interesować. Ale od tej chwili patrzył na Heinza inaczej. Jak na kogoś, komu głód albo bieda dawno już odebrały część człowieczeństwa.

    Pieter Falk jadł śniadanie powoli. Nie dlatego, że mu smakowało. Po prostu po nocy spędzonej w pieczarze ciało potrzebowało czasu, żeby przypomnieć sobie, że nadal należy do żywych. Siedział blisko ognia, z ramionami lekko pochylonymi, i żuł twardy kawałek chleba, który w ustach zmieniał się bardziej w obowiązek niż w posiłek.

    Kiedy Sneider zażądał oględzin dłoni, Falk bez słowa wyciągnął ręce. Nie wyglądał na urażonego. Właściwie nie wyglądał na nic szczególnego. Pozwolił Łowcy obejrzeć palce, kostki, skórę przy paznokciach, a potem tylko zacisnął dłonie z powrotem w rękawicach. Nie trzeba było mu tłumaczyć, że skaza potrafi wejść w człowieka przez ranę mniejszą niż zadrapanie od ciernia. Widział już rzeczy, które zaczynały się od plamki, swędzenia, dziwnego ciepła pod skórą. Widział ludzi, którzy jeszcze rano wyglądali jak ludzie, a wieczorem już nikt nie chciał wymówić ich imienia.

    Ruszyli.

    Drugi dzień marszu był gorszy, choć droga wydawała się łatwiejsza. Może właśnie dlatego. Pierwszego dnia człowiek idzie jeszcze na uporze, świeżym strachu i obietnicy zapłaty. Drugiego ciało zaczyna wystawiać rachunek. Stopy robią się cięższe, pasy bardziej wrzynają się w ramiona, zimno znajduje nowe szczeliny pod ubraniem, a myśli nie idą już prosto, tylko zataczają powolne kręgi wokół rzeczy, których lepiej było nie rozgrzebywać.

    Pieter prowadził bez gadania. Mapa Ulmanna pomagała. Nie ufał jej całkiem, ale korzystał z niej częściej, niż miałby ochotę przyznać. Parę kresek na pergaminie potwierdzało to, co pamiętał z własnych dróg, a parę innych korygowało wspomnienia, które śnieg i lata zdążyły rozmyć. Raz zatrzymał grupę przy miejscu, gdzie trakt zdawał się iść prosto, ale mapa i układ drzew mówiły co innego. Odgarnął śnieg przy wykrocie i znalazł kamień, dokładnie tam, gdzie powinien być. Innym razem ominął jar, który z góry wyglądał łagodnie, ale w środku mógł ich kosztować godzinę omijania trudnego terenu, jeśli nie więcej.

    Gdy las zaczął się zmieniać i pojawiły się pierwsze ślady stałej ludzkiej pracy, zwolnił nieznacznie. Nacięcia od siekier, stare pniaki, drewno przykryte śniegiem, przewrócone sanie. Wszystko to mówiło, że Dunkelwald nie był już tylko nazwą i dymem gdzieś przed nimi. Był blisko. A bliskie osady miały swoje własne ślady, inne niż las.

    Przy kopcu kamieni z wilczym kłem zatrzymał wzrok na dłużej. Nie podszedł od razu. Spojrzał tylko, zapamiętał rzemień, wysokość kamieni, stronę, ku której zwisał kieł. Miejscowi robili takie rzeczy z jakiegoś powodu. Może dla Ulryka. Może przeciw wilkom. Może po to, żeby dodać sobie odwagi, kiedy nocą słyszało się wycie z lasu. W Hochlandzie ludzie rzadko wieszali zęby, kości i wstążki dla ozdoby.

    — Dużo wilczych znaków — mruknął półgłosem do Tomasimo, kiedy ruszyli dalej. — Po ostatniej nocy nie podoba mi się to. — Lepiej, żeby mieszkańcy tej wioski pilnowali swoich kundli. - zerknął z ukosa na Heintza.

    Kiedy zobaczyli Dunkelwald, Pieter nie poczuł ulgi. Dym z kominów powinien oznaczać dach, ogień i ludzi. Po dwóch dniach marszu przez śnieg człowiek powinien przyjąć taki widok z wdzięcznością. Falk patrzył jednak na wieś tak, jak patrzy się na ślad w śniegu: najpierw kształt, potem głębokość, potem kierunek, a dopiero na końcu pytanie, kto go zostawił.

    Studnia, martwy dąb, wstążki, wilcze kły, ludzie znikający z okien, drzwi zamykane powoli. Pieter nic nie powiedział, ale poprawił pas z bronią.

    Gdy chłopiec odezwał się za ich plecami, Falk odwrócił się szybciej, niż powinien człowiek zmęczony całym dniem marszu. Nie sięgnął po broń, ale ręka zatrzymała się blisko pasa. Spojrzał na dziecko, potem na kobietę, która pojawiła się chwilę później i zabrała je do domu.

    — Dzieci rzadko wymyślają takie rzeczy — powiedział cicho do towarzyszy.

    |=W stajni zajął się koniem, zanim wszedł do karczmy. Rozsiodłał go, sprawdził grzbiet, podał obroku tyle, ile należało i obejrzał miejsce przy żłobie. Nie lubił zostawiać zwierzęcia byle gdzie, a jeszcze mniej lubił stajnie, w których za dużo rzeczy stało pod ścianami. Beczki, narzędzia, wózek, miejscowe konie, krowy, zamarznięte jabłkowe wytłoki. Dopiero po upewnieniu się, że koń ma się dobrze wszedł do środka.

    Izba karczmy "Pod Kwaśnym Jabłkiem" była ciepła, zadymiona i kwaśna od jabłek, mokrych ubrań oraz ludzkiego potu. Pieter nie zdejmował płaszcza od razu. Stanął bliżej ściany, tak by widzieć drzwi, schody i klapę w podłodze. Patrzył po twarzach miejscowych, czytając emocje wstępujące na ich twarze.

    Sneider zrobił to, co Sneider zwykle robił. Wszedł i sprawił, że ludzie przypomnieli sobie wszystkie winy, nawet te, których nie mieli. Falk słuchał rozmowy przy szynkwasie bez komentarza. Nie lubił sposobu, w jaki Łowca przepychał się przez ludzi samą obecnością, ale musiał przyznać, że działało. Karczma pustoszała szybciej niż las po pierwszym wystrzale. To też miało swoją cenę.

    Ludzie zastraszeni mówili mniej. Albo mówili to, co ich zdaniem chciał usłyszeć człowiek w kapeluszu. Kiedy Sneider przekazał im klucz i wspomniał o wejściu w jego buty, Pieter spojrzał na niego bez szczególnego entuzjazmu.

    Potem zerknął na Tomasimo, który już planował rozmowy, cydr, kaplicę i pewnie jeszcze plotki z połową wsi, zanim reszta zdąży rozpiąć pasy. Falk znał ten wyraz twarzy niziołka. Ashfield miał zamiar iść między ludzi i wyciągać z nich słowami informacje tak, jak inni wyciągali drzazgi z dłoni.

    W izbie, którą im przydzielono, Pieter najpierw podszedł do okna. Sprawdził okiennice, rygiel, szczeliny i to, czy dało się przez nie zajrzeć z zewnątrz. Potem obejrzał drzwi, zawiasy i zamek. Dopiero później odłożył rzeczy. Posłanie wybrał blisko ściany, z widokiem na wejście, ale nie pod samym oknem. Łuk postawił tak, by sięgnąć po niego bez wstawania. Mapę Ulmanna schował głęboko, zawiniętą i zabezpieczoną przed wilgocią.

    Na pytanie o warty nie protestował.

    — Wezmę drugą — powiedział po Heinrichu. — Albo tę po Tomasimo.

    Spojrzał jeszcze raz w stronę korytarza.

    — Warta na korytarzu ma sens. Jak ktoś będzie szedł do izby Sneidera, usłyszymy. Jak do naszej, też.

    Gdy Tomasimo zszedł na dół, Pieter nie poszedł za nim od razu. Został chwilę w izbie, porządkując rzeczy bardziej z nawyku niż z potrzeby. Potem wyszedł na korytarz i stanął w przejściu, skąd mógł słyszeć część rozmowy z dołu, choć nie próbował w niej uczestniczyć. Niziołek nadawał się do tego lepiej. Pieter swoją obecnością częściej zamykał ludziom usta, niż je otwierał.

    Po pewnym czasie zszedł jednak do stajni. Jeszcze raz sprawdził konia. Nie dlatego, że coś musiało być nie tak, lecz dlatego, że w nowym miejscu lepiej było upewnić się dwa razy. Przesunął dłonią po uprzęży, zerknął na miejscowe zwierzęta, na beczki, na wytłoki, na kota siedzącego gdzieś wysoko. Potem zatrzymał się przy wejściu i spojrzał na plac lustrując go wzrokiem.

    Pieter stał tak przez dłuższą chwilę. Pomyślał o sytuacji z dzieciakiem. Nie lubił kaplic nocą. Nie lubił też dzieci, które ostrzegały przed nimi obcych tuż po ich przyjeździe.

    Wrócił do karczmy bez pośpiechu. Zatrzymał się przy drzwiach, otrzepał śnieg z butów i obejrzał izbę jeszcze raz, jakby próbował zapamiętać układ ław, schodów, szynkwasu, kuchni i klapy prowadzącej w dół.

    Dopiero wtedy wrócił do przydzielonej jej izby, próbując zasnąć i zregenerować się po podróży.

    Archiwum
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa