Pieter Falk przez chwilę jeszcze trzymał łuk napięty, choć nie miał już do czego strzelać.
Walka skończyła się szybciej, niż zdążyła naprawdę rozgorzeć. Palce nadal pamiętały opór cięciwy. Ramiona miały w sobie tę krótką, zimną gotowość, która pojawia się, kiedy coś biegnie prosto na człowieka z zębami wyszczerzonymi w ciemności. Dopiero po kilku oddechach opuścił broń, powoli, bez pośpiechu, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł jeszcze sprowokować las do odpowiedzi.
Patrzył na wilki. Na ciała zwalone w śnieg, na czerwone smugi rozmazane przy wejściu do pieczary, na parę unoszącą się z ran i z pysków, póki mróz nie zaczął odbierać im resztek ciepła. Zwykłe wilki wyglądały teraz mizerniej niż przed chwilą — chude, żałosne, głodne tak bardzo, że aż głupie. Głód potrafił zmienić zwierzę w coś, co przestawało bać się ognia, ludzi i stali. Pieter widział to wcześniej. Z ludźmi bywało podobnie.
Większy basior był czymś innym. Na niego Falk patrzył krócej. Nie dlatego, że się nie bał, ale dlatego, że zbyt długie przyglądanie się rzeczom dotkniętym skazą nigdy nie przynosiło nic dobrego. Wystarczyło zobaczyć tyle, ile trzeba było zapamiętać: zielonkawa ślina, chore ślepia, smród gnicia, który nie należał do żywej bestii. Potem już lepiej było pozwolić ogniowi zrobić swoje. Kiedy Sneider przeciągnął truchło z dala od wejścia, Pieter odwrócił głowę i splunął w śnieg. Nie z pogardy. Raczej z potrzeby pozbycia się z ust smaku, którego wcale tam nie było.
— Dobrze, że padł z daleka — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Potem ruszył ku miejscu, z którego strzelał. Najpierw wrócił myślą do dwóch strzał. Jedna weszła w ciało wilka, czysto, między żebra, tam gdzie powinna. Druga uciekła w ciemność, prawdopodobnie przez dym, ruch zwierzęcia albo zwykłą złośliwość świata. Pieter nie miał w zwyczaju zostawiać po sobie rzeczy, jeśli nie musiał. Strzały kosztowały, a na trakcie wszystko, co dało się odzyskać, było warte schylenia karku.
Podszedł do martwego wilka, którego położył pierwszym trafieniem. Przykucnął, przytrzymał łapą futro i ostrożnie poruszył drzewcem. Strzała tkwiła głęboko, ale nie była złamana. Wyciągnął ją powoli, z nieprzyjemnym, mokrym oporem. Obejrzał grot w blasku ognia, potem lotki. Skrzywił się lekko.
— Ta jeszcze pójdzie — powiedział cicho.
Wytarł grot o śnieg, potem o kawałek szmaty, dokładniej niż zwykle. Po tym, co widzieli tego dnia, nawet krew zwykłego wilka nie wydawała się już całkiem zwykła.
Drugiej szukał dłużej. Wyszedł kilka kroków przed pieczarę, ale nie dalej, niż rozsądek pozwalał po zmroku. Pochylił się nisko, szukając cienkiego śladu w śniegu, miejsca, gdzie drzewce mogło wbić się pod kątem albo zniknąć między korzeniami. Ogień za plecami dawał za mało światła, a noc przed nim była gęsta i niechętna. Przez chwilę widział tylko biel, czerń pni i własny oddech. Ostatecznie poddał się, nie znalazłszy zguby.
Wrócił do ognia akurat wtedy, gdy płomienie zaczęły brać większego wilka na dobre. Smród uderzył ostrzej, tłusty, gorzki, chory. Pieter odruchowo zasłonił usta rękawem i stanął tak, żeby dym nie szedł prosto na niego. Słyszał modlitwę Sneidera, niską i twardą, bardziej podobną do wyroku niż prośby.
Pieter nie był człowiekiem modlitw. Przynajmniej nie takich, które wypowiada się głośno przy innych. Ale kiedy ogień zajął pysk bestii, a zielonkawa ślina syknęła w śniegu, Pieter przez krótką chwilę spuścił wzrok.
— Niech się spali do kości — powiedział tylko.
Kiedy Tomasimo wzniósł bukłak w niemal toastowym geście, Falk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek. Niziołek miał w sobie tę dziwną, upartą żywotność, która bywała czasem bardziej irytująca niż hałas, ale po walce przy ogniu miała też coś kojącego. Jakby ktoś przypominał światu, że dopóki można wznieść bukłak, poprawić wąsa i pochwalić psa, dopóty noc jeszcze nie wygrała.
Pieter skinął mu krótko głową. — Dobrze strzelałeś — rzucił.
Potem spojrzał na Heinricha, który zabierał się do oprawiania wilków. Falk nie powiedział mu, żeby tego nie robił. Po ostrzeżeniu Sneidera i widoku chorego basiora każdy miał już dość rozumu, żeby wiedzieć, w co wkłada ręce. A jeśli nie miał, to żadna rada go nie ocali.
Później zajął się koniem. Podszedł do zwierzęcia spokojnie, bokiem, bez gwałtownych ruchów. Koń nadal był niespokojny po zapachu wilków, huku pistoletu i ogniu, który teraz trawił coś, czego żadne zwierzę nie powinno było widzieć. Pieter położył mu dłoń na szyi, twardą, zimną, ale pewną. Sprawdził uwiąz, potem popręg, juki, nogi i kopyta. Obejrzał, czy zwierzę nie skaleczyło się, kiedy szarpnęło podczas ataku. Przesunął palcami po rzemieniach, poprawił jeden węzeł, drugi zawiązał na nowo. Upewnił się, że koń ma dość luzu, by nie spanikować od byle ruchu, ale nie tyle, by w nocy wpakować się w ognisko albo wyrwać między drzewa. Na koniec dosypał mu paszy tyle, ile mógł bez marnotrawienia zapasów.
W takich warunkach koń nie był tylko koniem. Był ciepłem, ładunkiem, drogą powrotną i szansą na przewiezienie kogoś, kto jutro może nie mieć sił iść o własnych nogach.
Dopiero gdy zwierzę uspokoiło się nieco, Pieter wrócił do swoich rzeczy. Rozłożył śpiwór pod ścianą pieczary, w miejscu, skąd miał dobry widok na wejście, ale nie leżał bezpośrednio na linii zimnego powietrza. Podłoże było twarde, nierówne i pachniało wilgotnym kamieniem. Lepsze to niż śnieg. Gorsze niż karczemna podłoga. W sam raz na życie, które ostatnio wszystkim przypadło w udziale.
Przez chwilę patrzył na posłanie. Nie położył się. Zamiast tego wyjął z pakunku cienki sznurek. Dużo sznurka. Zwiniętego porządnie, nie dla ozdoby, lecz dla kogoś, kto wiedział, że w lesie czasem bardziej przydaje się cicha linka niż druga broń. Potem wydobył dwa niewielkie dzwoneczki.
Były małe, niepozorne. W karczmie mogłyby wisieć przy drzwiach albo przy uprzęży kuca, wydając uprzejmy, prawie śmieszny dźwięk. W nocy, przed jaskinią, mogły obudzić człowieka o jedno uderzenie serca wcześniej.
A czasem jedno uderzenie serca wystarczało.
— Zrobię potykacze — powiedział do reszty, choć nie zabrzmiało to jak pytanie. — Przed wejściem. Nisko. Z dzwonkami.
Potem wyszedł przed pieczarę, ostrożnie, z łukiem pod ręką i nożem przy pasie. Nie zapuszczał się daleko. Wybrał dwa miejsca po bokach podejścia, tam gdzie śnieg i kamienie naturalnie kierowały kroki ku wejściu. Jeden sznurek przeciągnął nisko, mniej więcej na wysokości kostki człowieka, między wystającym korzeniem a kamieniem przysypanym śniegiem. Drugi ustawił bardziej z boku, tam gdzie ktoś mógłby sądzić, że znalazł wygodniejszą ścieżkę. Dzwoneczki umocował tak, by nie brzęczały od byle podmuchu, ale odezwały się przy wyraźnym szarpnięciu.
Pracował dokładnie, jak na tak prostą rzecz.
Sprawdzał napięcie sznurka, poprawiał węzły, przysypywał ślady, odgarniał śnieg tam, gdzie zdradzałby za wiele. Nie próbował zastawić pułapki, która kogokolwiek zatrzyma. Chciał tylko, by ewentualny intruz został w porę usłyszany. Kiedy skończył, wrócił do środka i przez chwilę stał przy ogniu, grzejąc dłonie.
Spojrzał ku wejściu. Za nim noc była czarna i cicha, tylko płonące truchło większego wilka dogasało dalej, śmierdząc skazą, tłuszczem i złym omenem. Potem usiadł przy swoim śpiworze, oparł łuk blisko ręki i zaczął wycierać odzyskaną strzałę jeszcze raz, choć nie było już z niej czego ścierać. Na wszelki wypadek oczyścił ją jeszcze w ogniu. Czasem dłonie musiały robić cokolwiek, żeby głowa nie wracała tam, gdzie nie trzeba. Następnie położył się spać, prosząc towarzyszy, aby obudzić go, gdy nadejdzie jego kolej trzymania warty.