Droga do fortu
Helmut był przygotowany na błoto. Nie spodziewał się jedynie, że będzie go aż tyle i że wojsko uzna za konieczne przeprowadzić panicza przez większość dostępnego.
Szedł swoim zwyczajem pół kroku za Fineaszem, choć koleiny co pewien czas zmuszały go do odstępstw od tej zasady. Podciągnął worek na ramieniu i spojrzał z dezaprobatą na brzeg płaszcza. Przed wyjściem z karczmy szczotkował go zupełnie niepotrzebnie. Pocieszał się, że przynajmniej przez chwilę wszystko wyglądało jak należy.
Wkraczając do lasu, Helmut z niepokojem spojrzał między drzewa, po czym przeniósł wzrok na odsłoniętą szyję Fineasza. Przynajmniej jednemu zagrożeniu mógł zaradzić od razu. - Panicz zechce osłonić szyję - odezwał się cicho. - W lesie są przeciągi i zwierzoludzie.
Helmut nasłuchiwał odgłosów lasu, z wdzięcznością przyjmując każde znajome skrzypnięcie wozu. Nie znał się na zwierzoludziach. Nie wiedział, jak brzmią przed napadem ani czy w ogóle mają uprzejmość wydawać wcześniej jakieś dźwięki. Pilnował więc, żeby nie oddalać się od pozostałych.
Widok fortu przyniósł mu ulgę. Solidne mury, nowe drewno, czysta biel mundurów. Ktoś najwyraźniej potrafił tutaj dopilnować porządku. Helmut zdążył nawet nabrać ostrożnego przekonania, że wszystko ułoży się znośnie.
Potem zobaczył człowieka golącego się sztyletem. Przez kilka kroków patrzył na niego z mimowolnym skupieniem, właściwym rzemieślnikowi obserwującemu publiczne znęcanie się nad własnym fachem. Dopiero okrzyki o świeżym mięsie przywróciły mu świadomość otoczenia. Opuścił wzrok, poprawił uchwyt worka i poszedł dalej. Odpowiadanie kosztowałoby czas, a uwagę tych ludzi można było sobie zapewne zaskarbić również w mniej przykry sposób.
Przed magazynem sumiennie czekał na swoją kolej. Oglądał wydawane ubrania i z każdą kolejną sztuką coraz mocniej zaciskał usta. Kiedy dostał własny przydział, rozłożył go ostrożnie na przedramionach. Obejrzał szwy, łaty i miejsca, w których należało spodziewać się następnych łat. Dotychczas sądził, że własność Księcia Elektora będzie przechowywana w lepszych warunkach.
- Dziękuję - powiedział do kwatermistrza z nienaganną uprzejmością.
Odsunął się, żeby nie tamować kolejki. Dopiero w pobliżu Fineasza przyjrzał się ubraniu ponownie.
- Da się poprawić, paniczu - zapewnił półgłosem. - Poprzedniego właściciela najwyraźniej rozbierano w pośpiechu.
Sierżanta Russela słuchał uważnie. Przełożeni, określone godziny, obowiązki, kary za niedbalstwo. Większość zasad brzmiała znajomo. Zaniepokoiła go dopiero konieczność jadania po wszystkich regularnych żołnierzach. Sam był przyzwyczajony do jadania na końcu. Martwił się tylko o Fineasza. Wolał nie sprawdzać, jak długie czekanie na posiłek odbije się na humorze panicza.
Przestrogę dotyczącą dezercji przyjął bez ruchu. Poprawił tylko worek, który znowu zsuwał mu się z ramienia.
W przydzielonym namiocie najpierw odłożył rzeczy i sprawdził podłoże. Potem wyjął przybornik do szycia. W obecnej sytuacji wydawał mu się bardziej użyteczny od miecza. Przez chwilę obracał igłę w palcach. Powinien był zacząć od własnego ubrania, ale wzrok sam uciekł mu w stronę Fineasza.
- Gdyby panicza gdzieś uwierało albo ciągnęło przy ramieniu, proszę powiedzieć przed jutrzejszymi ćwiczeniami. Potem będziemy musieli ustalać, który szew będzie do poprawy.

Miesiąc błota, potu i cerowania
Pierwszego ranka trąbka poderwała go, zanim zdążył sobie przypomnieć, gdzie jest. Ręka odruchowo poszła w stronę rzeczy Fineasza. Dopiero po chwili Helmut uświadomił sobie, że tym razem również jego własne ubranie i spóźnienie będą przedmiotem służbowego zainteresowania. Była to niewygodna zmiana.
W kolejnych dniach przekonał się, że sierżant Russel ma niezwykłą zdolność wyszukiwania dla rekrutów czynności, po których ubrania wymagały prania. Błoto, piach, zimny strumień, a potem znowu błoto, jakby poprzednia partia nie spełniła oczekiwań. Helmut wykonywał polecenia, zaciskając zęby. Podczas biegu z kamieniami w plecaku długo próbował znaleźć dla tego zajęcia rozsądne uzasadnienie. Ostatecznie brakowało mu już tchu nawet na myślenie.
Nie był równie sprawny we wszystkim. Woda budziła w nim głęboką nieufność, gdy było jej więcej niż w balii, a drewniana broń boleśnie przypominała, że doświadczenie z brzytwą nie czyni człowieka szermierzem. Kiedy jednak przychodziło dźwigać, powtarzać i znosić niewygodę, robił to z uporem człowieka, który od dziecka wiedział, że narzekanie nie zmniejsza ciężaru kosza.
Najtrudniejsze okazały się wieczory. Sięgał po igłę, a palce drżały ze zmęczenia. Chciał dopilnować wszystkiego tak jak dawniej, lecz coraz częściej musiał wybierać: naprawić szew, oczyścić przybory czy wreszcie położyć się spać. Mimo to sprawdzał, czy Fineasz nie chodzi w wilgotnych rzeczach. Pytał o otarcia. W razie potrzeby wyciągał czyste płótno, chociaż zapasu opatrunków pilnował z większą oszczędnością niż perfum.
Podczas wykładów o prawie i wojskowej hierarchii odpoczywał przynajmniej ciałem. Słuchał tak samo uważnie jak niegdyś nauczycieli w Wolfenburgu. Po tylu latach różnica była osobliwa: tym razem przekazywana wiedza oficjalnie przeznaczona była również dla niego.
W wolnych chwilach próbował dowiedzieć się, gdzie można wyprać i wysuszyć rzeczy, skąd bierze się nici i o jakiej porze najlepiej zdobyć nieco jedzenia z kuchni. Pytał uprzejmie, zapamiętywał imiona. Oferował przyszycie guzika, poprawienie zarostu bądź fryzury albo drobną pomoc medyczną, oczyszczenie skaleczenia czy zmianę opatrunku.

Ostatnie poprawki przed przysięgą
W przeddzień oczekiwanego zaprzysiężenia usiadł przy swoich rzeczach i wyjął kościany grzebień. Przez chwilę oglądał jego zęby, upewniając się, że żaden nie pękł. Potem podniósł wzrok na Fineasza.
- Jeśli panicz znajdzie chwilę, trzeba będzie wyrównać włosy. - Przygotował nożyczki i rozłożył ręcznik na kolanach.
- Do przysięgi wypada wyglądać porządnie. Mogą później kazać rozpoznawać po rysopisie.


mam nadzieję, że miło upłynie nam czas na wspólnej grze.
