[image: UiUdZHN.png]
Michaił zesztywniał.
Coś drgnęło mu pod okiem.
— Z ciekawości? — powtórzył powoli, jakby smakował słowo i od razu chciał je wypluć. — Z ciekawości to ja ci zaraz brzuch rozpruję, dziewucho, żeby sprawdzić, co tam tak mądrze w środku gada.
Pół kroku do stołu. Pochylił się nad nim gwałtowniej, niż zamierzał. W oczach pociemniało. Z gniewu? W nozdrza uderzył mu zapach mięsa, samogona i wilgotnego kamienia.
— Ty myślisz, że to zabawa? — wychrypiał. — Że ja tu siedzę dla ciekawości?
Dłoń sama zacisnęła mu się na brzegu stołu. Twardo. Jeszcze chwila i zawoła Dragosa. Kazać ją znowu przypiąć do ściany. Do żelaza. Tam było prościej. Człowiek wiedział, gdzie stoi.
Już nawet nabrał powietrza.
I zawahał się.
Bo patrzyła.
Nie jak skazaniec. Nie jak ktoś złamany. Ostrożnie. Jakby naprawdę czegoś szukała pod jego skórą. Jakby nie pytała dla kpiny.
Durak.
Powinien skończyć tę rozmowę. Zawołać strażników. Oddać ją z powrotem pod łańcuchy i mieć święty spokój.
A jednak...
coś go uwierało.
Ta ciekawość. Durna. Nie na miejscu. Jak gwóźdź wbity pod paznokieć.
Michaił osunął się ciężko z powrotem na zydel. Potarł twarz dłonią.
— Oślepiony… — mruknął.
Parsknął krótko.
— Ty gadasz jak ktoś, kto nigdy głodu nie widział. Nigdy zimą drewna nie liczył. Nigdy nie patrzył, jak dziecko ci słabnie, bo nie ma czym pieca napalić.
Spojrzał na nią spode łba.
— Człowiek nie słucha dlatego, że chce. Człowiek słucha, bo świat go wcześniej nauczył, co się dzieje z tymi, co nie słuchają.
Znów zerknął ku drzwiom.
Jedno słowo.
Dragos wszedłby i przykuł ją do ściany.
Powinien to zrobić.
A mimo to dalej siedział.