Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
Polowanie w Lwiej Loży
SantorineS
Santorine jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
MekowM
Mekow jako
Zaira
LubeszL
Lubesz jako
Jaithe
slann22S
slann22 jako
Zakareth z Leng
PiołunP
Piołun jako
Kraghul Ośmiooki

Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder 2egolarion
45 Posty 5 Uczestników 965 Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PiołunP Niedostępny
    PiołunP Niedostępny
    Piołun jako Kraghul Ośmiooki
    Mecenas
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #25

    Kraghul stał jeszcze przez chwilę z uniesioną dłonią, choć widmowy tasak zakończył już swoją pracę. Duchowa broń zadrżała w powietrzu, po czym rozpłynęła się w drobnych smugach światła, jakby została wciągnięta z powrotem pomiędzy niewidzialne nici płynące spoza tego planu. Dopiero wtedy ork wypuścił powietrze.

    Ból w piersi natychmiast przypomniał mu o złamanym albo przynajmniej mocno nadwyrężonym żebrze. Skrzywił się i przycisnął na moment dłoń do boku. Walka dobiegła końca, ale on dalej nie mógł się otrząsnąć po tym co się stało. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Wokół leżały potłuczone misy, rozlane wino i jedzenie, które miało... właściwie co? Uśpić ich? Zabić. Po Auldegrundzie i Vorlindim nie zostały jednak trupy. Zamiast krwi, kości i wnętrzności na kamiennej posadzce rozlewała się zimna breja śniegu i lodu. Kraghul przyglądał się temu w milczeniu.

    Kher zsunął się z jego barku na przedramię. Eteryczny pająk zatrzymał się przy nadgarstku orka i uniósł przednie odnóża, zwrócony w stronę topniejących szczątków. Kraghul przysiadł ciężko obok pozostałości Auldegrunda, zanurzył dwa palce w lodowatej brei, a następnie roztarł ją między opuszkami. Zimna wilgoć, którą poczuł wydała mu się zwyczajna, ale powoli topniejące oblicze krasnoluda, już nie. Coś było na rzeczy i nie za bardzo podobały mu się wnioski do których dochodził. Właściwie nie mógł mieć pewności, ale...
    – Słyszałem kiedyś o rytuałach, które pozwalają stworzyć ze śniegu albo lodu podobiznę żywej istoty. Jako badacz istot duchowych i zagadnień pneumatologicznych podobne relokacje jaźni interesowały mnie od praktycznej strony – powiedział powoli.
    – Potrzebna jest do tego rzecz należąca do osoby, kogo chce się skopiować. Włos, kropla krwi, kawałek ciała. Potem lepi się powłokę, nadaje jej twarz i karmi cudzymi wspomnieniami, aż zacznie chodzić i mówić jak ten, którego ma udawać.
    Przyjrzał się topniejącym szczątkom.
    – Simulacrum. Tak chyba nazywali to uczeni. Jeśli dobrze pamiętam, taka kopia nie jest prawdziwym człowiekiem. Ma jego wygląd i tylko tyle wiedzy, ile włożył w nią twórca. Bywa też związana z nim rozkazem, czasem podobno nawet myślą, niezależnie od odległości.
    Uniósł wzrok na Dorlivina.
    – Ale to tylko coś, co kiedyś zasłyszałem. Nie traktujcie moich domysłów jako pewnik – rzekł do towarzyszy.
    – Może wykorzystano tu inną magię. Potężniejszą. Bo coś nie pasuje... – zwrócił się do krasnoluda. – Ty nie zachowujesz się jak pusta powłoka. Czujesz gniew, winę i strach. Nich by ci ich nie umieszczał specjalnie. Przyznaje, że nie wiem co to znaczy. – dodał.

    Jego oczy zwęziły się lekko i jeszcze raz badawczo przyjrzał się krasnoludowi. Podczas walki ruchy Dorlivina przypominały mu zachowanie źle wykonanego konstruktu albo aktora zmuszonego do odgrywania roli, której sam nie rozumiał. Nie była to jednak zwykła magia umysłu. Coś sięgało głębiej. Do samego sposobu, w jaki ciało i wola krasnoluda były ze sobą połączone. Kraghul podniósł się z pewnym trudem. Zignorował na razie odłożoną w czasie prośbę o zakończenie jego jak to ujął "nieżycia". Zamiast tego stanął naprzeciw niego, ciężko opierając się na kosturze.
    – Nie – odpowiedział krótko. Nie zabrzmiało to ani jak odmowa z litości, ani jak groźba.
    – Jeśli prosisz nas o łaskę śmierci najpierw będziesz musiał odpowiedzieć na kilka pytań.
    Przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, jakby próbował dostrzec pod jego twarzą kolejną warstwę.

    Rozejrzał się po sali. Po zamkniętych na głucho wrotach oraz po topniejących szczątkach dwóch istot, które jeszcze przed chwilą serwowały im zatrute posiłki. Jakże się cieszył, że nie nabrali się na ten marny podstęp.
    – Powiedziałeś, że powstrzymałeś mord następnych śmiałków. Ilu było przed nami? Co się z nimi stało? Dlaczego naprawdę zostaliśmy tutaj zwabieni? I co zrobi Auldegrund, kiedy wróci?
    Urwał na moment.
    – Vorlindi powiedział, że „on już wie”. Jeśli prawdziwy Auldegrund widział przez oczy swojej kopii albo poczuł jej śmierć, czasu może być mniej, niż sądzisz.

    Palce wolnej dłoni Kraghula odruchowo zacisnęły się na rytmicznej kości ukrytej przy pasie. Jedynie na chwilę, nim ponownie je rozluźnił.
    – Po prostu powiedz Dorlivinie coście tu czynili. Bez upiększeń. Czuje, że przychodząc tu wdepneliśmy w bagno, ale chcę wiedzieć jak bardzo jest głębokie.
    Kraghul wyciągnął dłoń bliżej, chcąc dotknąć ramienia krasnoluda i wsłuchać się w to, co mogło pozostać pod jego sztuczną powłoką.

    Deklaracje dla MG:

    Chciałbym spróbować rozpoznać naturę Dorlivina oraz pozostałości Auldegrunda i Vorlindiego. Kraghul wysuwa teorię, że mogą być magicznymi duplikatami, ale na razie nie traktuje tego jako pewnej wiedzy. Jeśli mógłbym przetestować to, by mieć większą pewność to fajnie. A tak to próbuje sprawdzić, czy Dorlivin posiada własnego ducha, fragment cudzej duszy albo jedynie sztucznie odtworzoną osobowość. Do rozpoznania chciałbym użyć Occultism lub Religion, zależnie od tego, co uznasz za właściwe. Jeśli jakieś pozostałości albo przedmioty Dorlivina się do tego nadają, Kraghul może również użyć Read Psychometric Resonance.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    🆒
    1
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine jako Mistrz Gry
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
      #26

      – Rzeczesz, że nie zachowuję się jak pusta powłoka, ale czy sądziłeś tak o tych bastardach? Wszak grali swe role wcale nieźle – Dorlivin kopnął pozostałości po Vorlindim, a mokry śnieg plusnął. – Coś poszło… Nie tak. Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy obudziłem się tutaj, byłem jakiś innych od tych dwóch, którzy wykonywali każde z jego poleceń co do joty. Stary nigdy nie zauważył.

      Kraghul zapytał:

      – Powiedziałeś, że powstrzymałeś mord następnych śmiałków. Ilu było przed nami? Co się z nimi stało? Dlaczego naprawdę zostaliśmy tutaj zwabieni? I co zrobi Auldegrund, kiedy wróci?
      – Przed wami byli jeszcze jacyś, czwórka – odparł Dorlivin. – Jeśli był tam jeszcze ktoś, to nie pamiętam… Moje istnienie liczy zaledwie jakiś tydzień – spojrzenie Dorlivina błądziło jakiś czas po płomieniach kominka; zdawało się, że pamięć krasnoluda była w takim samym opłakanym stanie, jak sala uczt. – Ale kiedy trucizna poczęła działać, Auldegrund i jego “wybrani” zabierali ich tam.

      Odwrócił się i wskazał na wysunięte najbardziej na północny wschód drzwi, po stronie prawej łapy jednego z wypchanych niedźwiedzi, w rogu.

      – Oni zabierali ich tam – ciągnął Dorlivin. – Auldegrund nie chciał, byśmy zobaczyli, co tam jest i dlatego rzucił zaklęcie na drzwi. Pułapka. Ja i pozostali byliśmy zawsze tutaj, czasem w kuchni.

      Krasnolud milczał chwilę, nagle rozproszony. Przypomniawszy sobie nagle ostatnie z pytań orka, dodał:

      – Nie wiem, co się z nimi stało – rzekł wreszcie. – Jedyne, co wiem, to że nigdy już nie wrócili.

      Tymczasem, Kraghul zbliżył się nieco do Dorlivina, który zdawał się być zajęty swoimi własnymi myślami - jeśli, w istocie, cokolwiek co stało przed nimi, można było nazywać Dorlivinem. Szaman skupił się w jednym krótkim momencie, szukając wizji, emocji…

      Tak. Coś tu było. Wizja. Cienista energia wydawała się spowijać Dorlivina, oplatając go niczym kokon lub też, czy można było rzec, że sam był z niej utkany? Przez jedną, krótką chwilę Kraghul widział daleką scenę pojedynczej, krępej postaci, z której głowy wystawała para pokaźnych rogów. Szepty i mamrotanie, a przed nim stół i kawałki lodu obok alchemicznych fiol.

      Wizja minęła tak szybko, jak się pojawiła, jednak Kraghul, który wzrokiem powiódł także po śnieżnych statuach, nabrał pewności, że cokolwiek, co stało przed nimi, rzeczywiście nie było krasnoludem. Był to cienisty klon kogoś. Na usta cisnęło się pytanie: gdzie był ten prawdziwy Dorlivin?

      Dorlivin-simulacrum odsunął się, nagle niepewny intencji orka.

      – Kiedy Auldegrund wróci, zapewne będzie chciał dokończyć swoją robotę – rzekł.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      3
      • slann22S Online
        slann22S Online
        slann22 jako Zakareth z Leng
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #27

        Zakareth Wysłuchała fałszywego krasnoluda z namysłem rozważając jego słowa… To wszystko aż tak jejnie szokowało, może co najwyżej dziwiło ją, jak wiele wysiłku włożono w te oszustwo… Tworzenie fałszywego siebie było cokolwiek ekscentrycznym pomysłem…
        - Czy ty istniałeś wcześniej? I Kim jest prawdziwy Auldegrund? Lub przynajmniej czym… Tak na oko… - potem zwróciła się do towarzyszy.-* Mam jeszcze wystarczająco mocno magicznej na dwa uleczenia, i prawdę mówiąc osobiście czuję, że moje ciało potrzebuje wsparcia… Wolę jednak tę moc zachować na później… Czy więc ktoś z was potrafi leczyć nie magicznie? I jeszcze pytanie, czy da się opuścić to miejsce, a jeśli tak to czy robimy to, szykujemy tutaj zasadzkę albo zaglądamy do tego ukrytego pomieszczenia… Mam pomysł jak można rozbroić pułapkę. -* Wskazała nieznacznifałszywego krasnoluda

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine jako Mistrz Gry
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #28

          – Czy ty istniałeś wcześniej? – zapytała kapłanka. – I kim jest prawdziwy Auldegrund? Lub przynajmniej czym… Tak na oko…
          – Jest krasnoludem z krwi i kości, lub też, ongiś był – przyznał Dorlivin, patrząc na posiniaczoną i krwawiącą Zakareth. – Za każdym razem jednak, kiedy ktoś znikał, zmieniał się… Ostatnim razem, kiedy tu był, jego skóra była czerwona, niby najprawdziwszy jaspis albo kwiat maku. Nie zwierzał nam się z tych zmian, jeno coś gadał o “darach”, co miał dostać. Śliska rzecz, ta jego magia.

          Dorlivin nalał sobie wina do jednego z przewróconych kielichów, z antała Auldegrunda-simulacrum, przypuszczalnie niezatrutego.

          – Zaiste, istniałem – odparł jeszcze krasnolud i pokręcił głową, nagle nieufny wspomnieniom, które mogły się okazać fałszywe. – Tak myślę…

          I dodał jeszcze:

          – Wydaje mi się, że tam, w głębi, są jakieś groty, jaskinie – wypił wino. – Tak gadali jego “wybrani”, co z nimi się prowadzał, bo mówili czasem o “światłach na stalaktytach”. Cokolwiek to miało znaczyć.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • MekowM Niedostępny
            MekowM Niedostępny
            Mekow jako Zaira
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Mekow
            #29

            Sytuacja była co najmniej dziwna, a przyczyny całej wizyty pozostawały nieznane. Dobrze, że Dorlivin postanowił stanąć po ich stronie i mógł im wyjaśnić kilka rzeczy. Zaira początkowo skupiła się na truciźnie, którą chcieli im podać w jedzeniu - wąchała je, zbadała konsystencje i kolory, smakować nie miała zamiaru mimo iż zawsze mogła to wypluć.
            Jednocześnie słuchała tego co mówili inni. Nie znała się na magii i nie słyszała o simulacrum, ale ufała opinii towarzyszy. Istota, w tym przypadku krasnolud, będąca tak naprawdę magicznym lodowo-śnieżnym posągiem? To musiało(!) być tym o czym mówił Kraghul... Ale skoro Auldegrund i Vorlindi nimi byli, to Dorlivin z pewnością też - jakkolwiek to działa.

            Wyglądało na to, że zwabiano tu podróżników, aby Auldegrund lub ktoś tam, mógł posiąść nowe "cechy"... Zaira nie zdziwiła by się, gdyby jednocześnie zrobił lodowo-śniegowe marionetki na ich podobieństwo, którymi sam by dyrygował.

            Zakareth zadała konkretne pytanie.
            - Tak. Umiem zatamować krwawienie, rozluźnić nabrzmiałe od uderzenia mięśnie... opatrzeć ranę, dbając aby się dobrze goiła. Niestety potrzeba czasu aby całkiem przeszło. Choć zwykle da się zrobić tak, aby nie przeszkadzało.
            Zaira podeszła dwa kroki bliżej, świadoma że kapłanka walczyła z krasnoludem-lodowcem sam na sam i to w niezłym zwarciu - bo pokonanie Auldegrunda było ważniejsze dla całej walki. - Dzielnie walczyłaś, gratuluję. Jeśli coś Cię boli, dokucza, powiedz a postaram się pomóc.

            Drzwi zabezpieczone magiczną pułapką? Dobrze, że przynajmniej o niej wiedzą! Ale i tak. Jakieś podziemia? Cóż, można się było spodziewać, że "budynek" był tylko skromnym przedsionkiem całego kompleksu - niczym kupka igieł sosnowych na powierzchni podziemnego mrowiska.
            Pierwszą walkę wygrali, ale wyzwanie było duże jak na ich skromną ekipę.
            - Zostaliśmy wplątani w niezłą kabałę. Pytanie brzmi: czy zamierzamy rozwiązać sytuację? Czy też opuścimy Lożę i... powiadomimy o wszystkim straż i króla?

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • PiołunP Niedostępny
              PiołunP Niedostępny
              Piołun jako Kraghul Ośmiooki
              Mecenas
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #30

              Kraghul trwał przez chwilę w milczeniu, przetwarzając to, co właśnie usłyszeli. Prawdziwy Auldegrund nie tylko żył i zmierzał w ich kierunku, ale też najwyraźniej zmieniał się za każdym razem, gdy w głębi Loży znikał kolejny ze zwabionych tu podstępem śmiałków. Czerwona skóra i ten tajemniczy dar od... właśnie kogo? Zakareth wspominała o władcach piekieł, a sam Dorlivin mówił, iz chce posłać ojca do piekielnych czeluści. Czyżby za zdolnościami Auldegrund kryła sie istota z planu Infernalnego? Każda kolejna odpowiedź zamiast rozplątywać całą sprawę, dodawała do niej następny węzeł.

              Kher zszedł z ramienia orka i przeszedł po jego przedramieniu, po czym zatrzymał się na grzbiecie dłoni. Kraghul pozwolił mu tam zostać, sam zaś oparł ciężar ciała na kosturze. Walka dobiegła końca, ale ból pod żebrami dawał o sobie znać. Każdy głębszy oddech stanowił porblem.
              – Nie sądzę, żebyśmy mogli po prostu wyjść – odezwał się w końcu, odpowiadając Zairze. – Kiedy zaczęła się walka, stary uruchomił mechanizm w dźwierzach. Słyszałem zapadki, łańcuchy i rygle. Wrota nadal są zamknięte.

              Przesunął wzrokiem po ścianach Loży, jakby próbował dostrzec przez kamień prowadzące dalej korytarze.
              – Zanim zdecydujemy, czy chcemy rozwiązać tę sprawę, dobrze byłoby sprawdzić, czy w ogóle mamy wybór. Dorlivin mówi o jaskiniach w głębi. Jeśli istnieje drugie wyjście, droga do niego najpewniej prowadzi właśnie tam. Jeśli nie istnieje, trzeba będzie wrócić do głównych wrót i przygotować się na przybycie Auldegrunda.
              Spojrzał na drzwi wskazane wcześniej przez krasnoluda.
              – Najpierw obejrzałbym jednak pozostałe pomieszczenia. Kuchnię, komnaty i wszystkie przejścia, których jeszcze nie widzieliśmy. Możemy znaleźć klucz do mechanizmu, inne wyjście albo rzeczy należące do poprzednich gości. Przy okazji dowiemy się może, ilu ludzi naprawdę przez to miejsce przeszło.

              Na wspomnienie pułapki Kraghul nieznacznie zwęziły oczy.
              – Chyba nie możemy działać w pośpiechu. Każde przejście trzeba najpierw obejrzeć. Większość pułapek potrzebuje nacisku, ruchu albo czegoś, co wejdzie w ich pole działania. – zwrócił oblicze w stronę Zakareth.
              – Nie rozstawałbym się z naszym przyjacielem jeszcze tak szybko. Jeśli Dorlivin pamięta, gdzie ją umieszczono, niech nam wskaże miejsce. Nie będę jednak pchał go przodem tylko dlatego, że sam prosił o śmierć.
              Zatrzymał wzrok na krasnoludzie.
              – Jeśli zgodzisz się nas prowadzić, będziesz przewodnikiem, nie przynętą. Dość istot zostało już tutaj użytych jak narzędzia.
              Potem spojrzał na wypchane zwierzęta. W sali nie brakowało ciężkich trofeów. Oprócz tych zdecydowanie za dużych do celu o którym myślał, były też mniejsze.
              – Możemy rzucić tam tą wypchaną głową jelenia – wskazał na trofeum wiszące na ścienie – Jeśli nie trafimy od razu, można pociągnąć go liną w odpowiednią stronę. O ile oczywiście pułapka reaguje na ciężar lub ruch. Jeśli działa inaczej, będziemy potrzebować kogoś, kto zna się na jej rozbrajaniu.

              Kraghul odwrócił się w stronę Zairy. Przez chwilę milczał, jakby sama prośba sprawiała mu większy problem niż przyjęcie kolejnego uderzenia młotem.
              – Skoro potrafisz opatrywać rany... przydałaby mi się twoja pomoc. Auldegrund chyba naruszył moje żebro. Mogę iść dalej, ale wolałbym nie sprawdzać, ile jeszcze uderzeń wytrzyma.

              Na koniec ponownie spojrzał na zamknięte drzwi wiodące w głąb Loży.
              – Jeśli nie znajdziemy wyjścia, proponuje przygotować zasadzkę przy głównych wrotach. Być może da się ponownie wykorzystać mechanizmy albo pułapki tego miejsca przeciwko jego gospodarzowi. Ale zanim zaczniemy przesuwać meble i stawiać sidła, naprawdę wolałbym wiedzieć co czycha na nas tutaj w środku. Nie podoba mi się myśl, że będziemy czekać na Auldegrunda, w niepewności, czy coś nie zaskoczy nas od tyłu.

              Wyciągnął dłoń z Kherem w stronę korytarzy prowadzących z sali. Eteryczny pająk uniósł przednie odnóża, jakby próbował wyczuć cokolwiek swoim zmysłami. Raczej nie było to możliwe, ale ork doceniał gest chowańca.
              – Proponuję, żebyśmy najpierw przeszukali dostępne pomieszczenia i poszukali innego wyjścia. Razem, bez rozdzielania się. Potem zajmiemy się drzwiami z pułapką. A jeśli nie znajdziemy drogi na zewnątrz, przygotujemy temu prawdziwemu Auldegrundowi powitanie, które mam nadzieje, będzie ostatnią niespodzianką w jego życiu.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              ♥
              2
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine jako Mistrz Gry
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #31

                – Jeśli zgodzisz się nas prowadzić, będziesz przewodnikiem, nie przynętą. Dość istot zostało już tutaj użytych jak narzędzia – rzekł Kraghul.

                Dorlivin jednak wzruszył ramionami.

                – To nie-życie jest bez żadnej wartości. Jeśli będzie pożytek ze mnie, tym lepiej dla was! – odparł.

                W miarę rozmowy orka i Dorlivina, Zaira zeskoczyła ze stołu. Uprzednio skupiła się na tym, czym mogła być trucizna w jedzeniu. Elfka obwąchiwała zatrute jedzenie przez jakiś czas i niekiedy odwracała grotem strzały pokrojone kawałki.

                Zaira skonstatowała, że trucizna, którą poczęstował ich gospodarz, musiała być jakimś rodzajem mocnego środka usypiającego, na tyle silnego, by zasnąć twardym snem na parę lub paręnaście godzin.

                Zdawało się jednak, że ów środek był całkowicie pozbawiony zapachu, smakowania zaś mięsiwa elfka poniechała. Koniec końców, fałszywy Auldegrund, chwile przed zastygnięciem w śnieg wydawał się oszołomiony i senny. Tedy, wyciągnęła wniosek: mieli zasnąć, a nie być zabici.

                Wreszcie, Zaira wyciągnęła ze swego plecaka podróżnego narzędzia medyka: bandaże i laudanum, obok którego były naturalne medykamenty znalezione w dziczy.

                Rozwinęła bandaże i poczęła aplikować roztwór z kory wierzby i kupalnika, uśmierzając ból i próbując w niemagiczny sposób potraktować rany swych towarzyszy.

                Zaira Nature Check (Wisdom +0, Expert +8, Natural Medicine +2) 20 Rezultat: Sukces.
                Zaira Nature Check (Wisdom +0, Expert +8, Natural Medicine +2) 27 Rezultat: Krytyczny sukces. .

                Kraghul odzyskuje 13 PW.
                Zakareth odzyskuje 9 PW.

                Ponownie mogli opatrzyć swe rany za jakąś godzinę.

                ~

                Dorlivin szedł pierwszy, jak ustalono.

                Fałszywy krasnolud wydawał się być całkowicie obojętny co do swojego losu i wykonywał wszystkie polecenia na podobieństwo konstruktu, którym kierowała tylko ślepa żądza zemsty wobec własnego stwórcy. Pozostali ustawili się za nim, ostrożnie idąc jeden po drugim, sam Dorlivin bowiem nie znał w pełni rozkładu Lwiej Loży. Kraghul, Zakareth, Jaithe i Zaira poczęli odwiedzać wszystkie pokoje, do których mieli przystęp.

                Kuchnia i spiżarnia

                Kuchnia urządzona była surowo i skromnie, acz funkcjonalnie. Wielki, kamienny piec został wbudowany w północne lico skalnej ściany i, choć pomarańczowe płomienie dawały światło i ciepło, wyglądało na to, że w jakiś niezrozumiały sposób drewno nie dymiło ani trochę. Zapewne magia? Były tutaj też noże, kociołek, patelnie i cały arsenał kuchenny, którym zapewne para krasnoludów przyrządziła posiłek. Nieco pozostałości po tym przygotowywaniu zostało na stole: połowa cebuli, trzy nadmiarowe ziemniaki i jeszcze cały antałek wina.

                Obok pieca zostały rozłożone narzędzia alchemiczne - cztery puste fiole z resztkami jakiegoś szarego płynu, mały palnik na oliwę i pojedyncza kolba zatkana korkiem. Obok tego moździerz i destylator. Choć zapach był przyćmiewany przez przejmujące doznania ziół, to jednak bliższy rekonesans z destylatorem wyjawiał, że całość cuchnęła lekkim, niedostrzegalnym niemal zapachem przywodzącym na myśl zgniłe jaja.

                Zaira, sprawdzając resztki proszku w moździerzu stwierdziła, że krasnoludy warzyły tutaj nic innego, jak truciznę znaną pod nazwą Pajęczej Grzybni. Trucizna była silnym środkiem nasennym: ten, który zjadł choć tylko naparstek, zasypiał snem, niby martwy, na wiele godzin.

                Spiżarnia była pustym pomieszczeniem: wydawało się, że Auldegrund i jego świta simulacrum przechowywała tylko tyle jedzenia, aby przygotować jedną ucztę. Wewnątrz podróżnicy znaleźli jeszcze trzy szklane fiole, które znowuż Zaira zidentyfikowała jako nektar grozokwiatu: w trzech fiolkach znajdowały się porcje bladozielonego płynu. Według tego, co zrozumiała łowczyni, nektar, raz zaaplikowany na strzałę, wywoływał przerażające wizje.

                Pokoje gości

                Para południowych drzwi otwierała się na korytarz, który zapewne miał prowadzić pokojów dla gości Lwiej Loży. Rząd czterech zwykłych, drewnianych drzwi znajdował się w kamiennym korytarzu, który rozświetlany był magicznymi pochodniami. Te, choć dawały światło, nie wydzielały żadnego ciepła. Zdawać się mogło, że nie było tutaj żadnych pułapek albo zasadzki, lub też… Być może ta jeszcze nie znalazła ich? Grupka podróżników, wiedziona przez Dorlivina, otworzyła pierwsze z drzwi.

                Wnętrze pokoju było proste i surowo urządzone. Pojedyncze, wyrzezane z niedbałością biurko i jeden, drewniany kubek na nim, a przed nimi spartańsko wyglądające krzesło. Dębowe łoże, posłanie ze średniawej jakości, szarej tkaniny, która została wypchana zasuszoną paprocią.

                Coś obrzydliwego wisiało na południowej ścianie.

                Była to wypchana, ludzka głowa. Pozostałości po czymś, co było kiedyś ludzkim mężczyzną zostały zawieszone na drewnianej tarczy, zaś skóra błyszczała lekko w świetle pochodni, jako że czerep zdał się być pokryty cienką warstwą żywicy. Szklane oczy zostały wprowadzone nieco krzywo, nadając twarzy groteskowego zeza.

                Na szczęście, wewnątrz pokoju nie było żadnych pułapek - być może Auldegrund pokładał tyle pewności w truciznę i jego stworzone z substancji cienia klony, że po prostu nie przewidywał porażki?

                Iście, na to wyglądało, bowiem każdy z trzech pozostałych pokoi miał trofeum podobnego rodzaju: w każdym z nich było trofeum elfa, gnoma i niziołka, wszystkie spreparowane z wprawą zawodowego kuśnierza. W szufladzie jednego z biurek Jaithe znalazła porzucony piszczel, Zakareth zaś pod jednym z łóżek zlokalizowała zasuszoną dłoń.

                Całe to przeszukiwanie, sprawdzanie i macanie wszystkiego zajęło około godziny; akurat na czas zmiany bandaży i ponowne opatrzenie Zakareth i Kraghula. Zręczne elfie dłonie pracowały nad ranami jej kompanionów, aż wreszcie dwójka mogła odczuć ulgę.

                Zaira Nature Check (Wisdom +0, Expert +8, Natural Medicine +2) 19 Rezultat: Sukces.
                Zaira Nature Check (Wisdom +0, Expert +8, Natural Medicine +2) 27 Rezultat: Krytyczny sukces.

                Kraghul odzyskuje 6 PW.
                Zakareth odzyskuje 25 PW.

                ~

                Północne dźwierze

                Wreszcie, zbadawszy wszystkie pomieszczenia wokół sali uczt, podróżnicy podeszli do północnych drzwi.

                Niepozorne, drewniane drzwi wyglądały tak samo surowo i prosto, jak wszystkie pozostałe w Lwiej Loży. Czy naprawdę była tutaj pułapka? Ork, elfka, krasnolud i dwie spaczone przez magię wytężyli oczy, jednak tylko Zakareth była w stanie dojrzeć małą, niepozorną runę naniesioną na drzwi.

                Jaithe, kiedy tylko Zakareth wskazała jej runę, rzuciła Wykrycie Magii; zaiste, drewniane drzwi emanowały dosyć silną aurę magiczną. Cóż… Czy potrzeba było cokolwiek więcej co do tego, że jest tutaj pułapka?

                Spaczona stanęła przed drzwiami, zaś jej dłonie rozbłysły ciemnoniebieską energią magii, która była wspólna dla wszystkich tradycji: boskiej, wtajemniczeń, okultyzmu i pierwotnej. Zaklinaczka przez chwilę kreśliła magiczny symbol i wyrzekła wreszcie słowo, a fala energii pomknęła przez przestrzeń.

                Drzwi zabrzęczały złowrogo, powietrze zapachniało ozonem. W jednej chwili jednak wszystko ustało.

                Przejście stało otworem.

                Ołtarz

                Grota wysoka na około dwadzieścia stóp przechodziła naturalnie w większą jaskinię na południu. W miejscu, w którym znaleźli się, znajdował się drewniany stół otoczony sześcioma krzesłami. Obfite, choć chybotliwe światło zdawało się emanować ze strony stalaktytów, których końce lizały zaklęte płomienie.

                Różnorakie narzędzia zostały rozrzucone na stole wokół pułapki na niedźwiedzie, w której środku znajdowała się czaszka humanoida. W stronę północy, do dwóch drewnianych ram przybito skóry. Na nich zaś znajdowały się malowidła. Te przedstawiały humanoida o głowie lwa, który rzygał ogniem i dosiadał jakąś dziwną hybrydę smoka i konia. Oba z malowideł przedstawiały tą samą scenę, choć detale nieco zmieniały się: w jednym malowidle przejeżdżał on przez górskie szlaki i knieje, w drugim zaś stał na środku miasta, otoczony przez pokonane, ludzkie sylwetki. Nie było wątpliwości, że postać człeka-lwa miała naturę diabła lub też demona pośledniejszego rodzaju.

                Na południe zaś rozciągała się półka skalna, szeroka na jakieś pięć stóp, która także była rozświetlana przez tuziny stalaktytowych pochodni. Półka skalna tworzyła pewnego rodzaju ścieżkę nad przepaścią w dole.

                Podróżnicy przyjrzeli się malunkom na rozciągniętych skórach. Po paru chwilach, Zakareth nie miała wątpliwości, przed czyją podobizną stoi: był to Alocer.

                Podobizny piekielnego księcia, znanego też jako Pana Watahy, w upiorny sposób zdawały się przeszywać wzrokiem tego, który na nie spoglądał. Oba z tych obrazów przedstawiały księcia Piekieł podczas łowieckiej rejzy. Sposób wykonania nieco różnił się, jednak detale zgadzały się niemal co do matematycznej joty: diabeł miał głowę lwa, w jego paszczy tlił się ogień, miał na sobie skórzany pancerz, zaś szponiaste dłonie dzierżyły napięty łuk, którego strzała płonęła.

                Dorlivin jednak tylko splunął ze złością na ołtarz.

                – Przekleństwo – mruknął krasnolud.

                Choć ścieżka prowadziła dalej, wzdłuż skalnej półki, podróżnicy rozejrzeli się wokół: pod stołem rytualnym znajdował się zestaw narzędzi do składania sideł, a także mały kuferek, wewnątrz którego piątka znalazła strzały ze srebrnymi grotami i garść zwojów zaklęć. Pod stołem znalazł się także stos małych elementów, takich jak sprężyny, kolce, żyłki, metalowe pręty. Kraghul rozpoznał, że były to narzędzia do zakładania sideł.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                🔥
                3
                • slann22S Online
                  slann22S Online
                  slann22 jako Zakareth z Leng
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #32

                  Gdy usłyszała słowa orka na temat tego, że nie chce wykorzystać fałszywego krasnoluda, to wzruszyło ramionami i cicho powiedziała.
                  - Dla Pełzającego Chaosu i tak wszystkie narody i cywilizacje są tylko jak kwiaty, który należy podlewać, ale i przycinać, albo wyrywać z korzeniami-
                  Zakareth W milczeniu pomagała towarzyszom badać całą posiadłość. Na widok zawieszonej wypchanej ludzkiej głowy powiedziała.
                  - Tam skąd pochodzę mieszka pewien Ghoul, który handluje ludzkimi głowami należącymi do mędrców i uczonych… Są zaklęte tak, że zachowują świadomość i zawsze można z nimi porozmawiać… W pewnym sensie ten człowiek więcej miał szczęście… -
                  Przyjęła pomoc w leczeniu bez narzekania,
                  Gdy natrafili na ołtarz, to powiedziała.
                  - Mam ochotę go w jakiś sposób zbezcześcić… To mogło by osłabić krasnoluda sługę diabłu… Ale wolę nie robić sobie na razie tak wielkich wrogów…- I podeszła przyglądać się zwojom.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • LubeszL Niedostępny
                    LubeszL Niedostępny
                    Lubesz jako Jaithe
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #33

                    Chodząc po pomieszczeniach dotykałam wszystko. Były to jak najbardziej zwykle pomieszczenia, choć dekoracja z trofeum osób była osobista. Każda z nich dotknęłam jakbym patrzyła na coś... co mi cos przypominało. Miałam znów to samo uczucie jak z wypchanymi zwierzętami. A gdy zakareth powiedziała o ghoulu, az sie uśmiechnęłam.
                    -TAK... bycie w zawieszeniu śmierci jest gorsze niż samo bycie trofeum.

                    Pogłaskałam czule trofea jakbym im współczują, albo miało się wrażenie jakbym rozumiała przez co mogli przechodzić.
                    Nie czekaliśmy długo w tych pomieszczeniach i ruszyliśmy do zamkniętych drzwi. Ściągnęłam runę pułapkę i wkroczylismy do srodka.

                    Pomieszczenie nie wzbudziło we mnie strachu, rozejrzałam sie zaciekawiona. Mieszkałam w ciemności jaskiń, tutaj było dość jasno. Malowidła na ścianie były dopracowane detalami, ale nie rozpoznałam kto to jest.
                    -Czy to ten demon o którym mówiłaś że list mial jego pieczęć?- zapytałam pokazujac na malowidła
                    -Zbeszteścić stół? Myslisz że to coś pomoże? Czy masz podejrzenia że on daje moc?-
                    Spojrzałam uważnie na stół próbując obczaić czy ten ołtarz mial powiązania magiczne religijno-okulistuczne ktore by dawały jakas moc lub władzę.

                    -Coś ciekawego jest w zwojach? Lista ofiar? Cel?

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Niedostępny
                      SantorineS Niedostępny
                      Santorine jako Mistrz Gry
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #34

                      Zakareth i Jaithe skupiły swoją uwagę na poszarpanych skrawkach pergaminu. Zwoje, poza paroma, które podróżnicy zidentyfikowali jako zaklęcia leczenia, iluzji i klątwę, która zsyłała nienaturalny strach na przeciwników, wydawały się być jakimś rodzajem traktatu diabolistycznego poświęconemu księciu piekieł, Alocerowi.

                      Część stronic, zapewne wyrwanych z jakiejś księgi, w specyficzny sposób wykładała fragmenty jakiegoś rytuału: był tutaj spis wszystkich potrzebnych składników (kadzideł, cielęcej krwi zmieszanej z ziołami), a także krótki traktat o pozycjach planet, które miały skrupić się w najlepszą moc. Był to jakiś rytuał, który polegał na polowaniu ofiar ku czci diabelskiego księcia.

                      Jaithe przez parę momentów skupiła się na stole: choć były tutaj pozostałości magii przywoływań, zaklinaczka stwierdziła, że było to po prostu jakieś miejsce kultu, które było przeznaczone oddawaniu czci. Była jednak pewna, że od pewnego czasu żadnej magii tu nie czynił, bowiem magiczne sygnatury były słabe.

                      Kraghul nagle zauważył, że skóra, na którą zostały naniesione malowidła była najprawdopodobniej ludzka.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PiołunP Niedostępny
                        PiołunP Niedostępny
                        Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                        Mecenas
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #35

                        Kraghul nie odpowiedział od razu na słowa Zakareth. Zatrzymał się przed rozwieszonymi skórami, uważnie je studiując. Migotliwe światło płonących stalaktytów padało na malowidła Alocera, wydobywając z nich kolejne szczegóły. Ogień tlący się w lwiej paszczy, napiętą cięciwę i płonący grot strzały. W zmiennym blasku podobizna piekielnego łowcy wydawała się jeszcze bardziej złowroga. Kher przeszedł powoli z barku orka na jego kołnierz. Zwykle niespokojne odnóża eterycznego pająka znieruchomiały, zwrócone ku wizerunkowi księcia Piekieł.

                        Kraghul zbliżył się o krok i uniósł dłoń, lecz nie dotknął malowidła. Jego palce zatrzymały się tuż przed nierówną powierzchnią skóry. W kilku miejscach widoczne były ślady po rozciąganiu, drobne nacięcia i zmarszczki, których nie pozostawiłby żaden tkacz. Palce drugiej dłoni zacisnęły się mocniej na kosturze. Głowy zawieszone w pokojach gościnnych, fragmenty ciał porzucone w szufladach i pod łóżkami, ludzka skóra wykorzystana jako nośnik piekielnych podobizn. Wszystko w tym miejscu podporządkowano jednemu celowi. Transformacji cielesnej powłoki tak, by zasilić inną, dalece mroczniejszą przemianę.

                        Kraghul odwrócił się ku stołowi. Pułapka na niedźwiedzie zaciskała stalowe szczęki wokół czaszki. Wokół leżały fragmenty pergaminów, zapiski o cielęcej krwi, ziołach i właściwym położeniu planet. Miejsce kultu nieprzyjemnie przywodziło mu na myśl warsztat rzeźnika, który nauczył się czytać z gwiazd.
                        – Nie można mieć złudzeń, że zabijał wyłącznie dla czystej perwersji zadawania śmierci – powiedział wreszcie. – Każda ofiara była częścią obrzędu.
                        Przesunął palcami po rytmicznej kości zawieszonej przy pasie. To przypomniało mu o niej.

                        – Podejrzewam, że polowanie samo w sobie jest istotną częścią tego rytuału. Strach, pościg i zabicie kogoś, kto przybył tu jako gość. Mogę się mylić, ale nie chodziło wyłącznie o składanie ofiar. Trzeba było na nie zapolować, a kiedy Auldegrund dopadł już swoją zdobycz i ją oprawił, otrzymywał nowe dary od tego, z kim... albo z czymkolwiek zawiązał pakt. Ta istota może karmić się strachem ofiary i determinacją łowcy.
                        Jego spojrzenie przesunęło się ku ciemniejszej części groty, dalej niż sięgało chybotliwe światło.

                        – Ciekaw jestem, czy rytuał jest właśnie w toku. Możliwe, że wystarczyło zwabić nas do Loży i odebrać nam drogę odwrotu. Jeśli tak, Auldegrund nie musi zabijać nas własną ręką. Być może dla Alocera wystarczy, że zginiemy na jego terenie, ścigani jak zwierzęta. Ciekawe.
                        Z głębi jaskini dochodził ledwie słyszalny szmer. Może przeciąg przesuwał się przez szczeliny, a może gdzieś daleko kapała woda. Echo wracało przeciągłe i obce, podobne do oddechu czegoś ukrytego pod warstwami skały.

                        Dopiero wtedy Kraghul zwrócił się do Zakareth.
                        – Na razie niczego bym nie niszczył. Raczej nie z obawy przed panem naszego łowcy, tylko dlatego, że możemy się jeszcze czegoś stąd dowiedzieć. Zapewne więcej niż od Dorlivina. Zabierzmy wszystko, co może się przydać. Gdy poznamy zasady rytuału, łatwiej będzie go przerwać. Zbezczeszczenie ołtarza bez wiedzy może osłabić Auldegrunda, ale równie dobrze go ostrzec.
                        Kher poruszył się niespokojnie. Przebiegł po kołnierzu Kraghula i zatrzymał się przy jego szyi, zwrócony ku ciemności. Ork uniósł dwa palce i przesunął nimi delikatnie po jego grzbiecie, uspokajając stworzenie.

                        Potem podszedł do krawędzi półki skalnej. Końcem kostura odsunął drobny kamień. Ten potoczył się po nierównej powierzchni, odbił raz, drugi, a potem zniknął w przepaści. Minęła dłuższa chwila, nim z dołu dobiegło ciche, głuche uderzenie. Kraghul przechylił głowę, nasłuchując.
                        – Proponuję, żebyśmy poszli dalej, ale ostrożnie. Skoro gospodarz tak bardzo lubuje się w pułapkach, może ich tu być całkiem sporo.
                        Stuknął kosturem o kamień przed sobą, tym razem lżej, badając nie tylko podłoże, lecz także sposób, w jaki echo wracało od ścian. Nie miał dużego doświadczenia z wykrywaniem pułapek, ale to nie znaczyło, że nie należało przynajmniej próbować.
                        – Dorlivinie. Proszę, skup się. Przypomnij sobie. Dokąd prowadzi ta droga i co miało tam na nich czekać? – zayptał w ostatim zrywie desperackiej nadziei, że jeszcze jakiś ślad pamięci został w sztucznie podtrzymywanym konstrukcie. Zawsze warto próbować.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • slann22S Online
                          slann22S Online
                          slann22 jako Zakareth z Leng
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #36

                          Kapłanka Nyarlathotepa pokiwała głową wysłuchując orka i odpowiedziała.
                          - Zgadzam się z tobą w kwestii ołtarza… Jednakże będziemy musieli wymyślić sposób, aby zastawić na niego pułapkę. Możemy po prostu udawać trupy, albo przynajmniej niech towarzysz krasnolud powie, że się z nami uporał kosztem swoich towarzyszy. Jeśli ktoś z nas potrafi budować pułapki, lub widzi coś co jako taka może posłużyć, to możemy go w nią zbawić, zwłaszcza jak wypiszemy na ścianach wyzwiska oskarżające go o tchórzostwo, co nawet nie będzie kłamstwem-

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • MekowM Niedostępny
                            MekowM Niedostępny
                            Mekow jako Zaira
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez Mekow
                            #37

                            Cztery pokoje "gościnne" - akurat dla nich. Może liczebność była dodatkowym powodem dla którego zaproszono tu właśnie ich ekipę? Mieli zostać odurzeni i śpiąc w tych pokojach czekać na złożenie w ofierze? Zaira uznała te głowy za paskudne i od razu odwróciła wzrok. Co innego jeleń z majestatycznie wyglądającymi porożami, dzik z kłami, wypchany niedźwiedź lub pięknie upierzony ptak - to było estetyczne. Ludzkie głowy wyglądały okropnie - ani to to ładne, ani chwalebne... Ich głowy miały zapewne skończyć podobnie.

                            Elfka uspokoiła swoje nerwy gdy opatrywała Zakareth i Kraghula. Pomoc towarzyszom była czymś zupełnie normalnym. Ale kapłanka została sama i oberwała za nich wszystkich, podczas gdy oni skupili się na siwobrodym, a konkretnie gdy Zaira to zrobiła - należało jej zrekompensować to poświęcenie. Kraghul zaś był ich najsilniejszym wojownikiem, że nic dziwnego iż obrano go jako główny cel. Musiał pozostać sprawny i silny - i miał tak dobrze zbudowaną klatę, że... pomaganie im pomogło też mentalnie elfce.

                            Szkoda, że nie było zapasów i jedyne co Zaira mogła zebrać z kuchni to środek nasenny. Śniegolodowe zaklęte konstrukty nie jadały... Ciepło, na przykład wydzielane przez ogień mogło być skuteczną bronią przeciwko nim, ale tego właśnie brakowało tutejszemu oświetleniu.

                            Religia. Znowu, religia! Bogowie mieli dość mocy i nie potrzebowali posługaczy, ale zawsze znajdzie się taki, który za przywileje 'darów' jak to je określono, będzie zabijał innych i składał ich w ofierze.
                            Ona sama zniszczyła by oba obrazy. Już nawet miała dłoń na rękojeści scimitara. Ale decyzja był inna - cóż, Zaira nie zamierzała się wyrywać z niszczeniem. W czym by im to pomogło? Poczuli by się trochę lepiej i tyle.

                            Sprawdzić kamieniem jak tu wysoko? Sama też by to zrobiła. Ale czy kamień upadł na skały, czy kości poprzednich ofiar? Ciężko było powiedzieć...

                            - Bardziej znam się na polowaniu, niż zastawianiu pułapek. To dwie zupełnie różne rzeczy, - zauważyła Zaira i zamyśliła się na chwilę. Uśpienie ich było niczym sidła i co zamierzali zrobić potem? Wypuszczać pojedynczo, bez broni, osłabionych, aby na nich zapolować? Dorlivin to udaremnił... - ale wiem jak to się rozstawia. - powiedziała po krótkiej chwili. Przez myśli przemknęła jej wizja połączenia sideł z środkiem nasennym, ale ten musiał by być zaaplikowany na metal nie dłużej niż minuty przed zatrzaśnięciem się, a tego przywileju nie mieli.

                            - Ktoś wie coś więcej o tym bogu, co może nam się przydać? Jak postępują jego kapłani na przykład?- zagadała cicho, nie chcąc aby jej głos poniósł się tunelami.
                            Plany planami, ale teraz musieli iść dalej.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine jako Mistrz Gry
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #38

                              – Dorlivinie. Proszę, skup się. Przypomnij sobie. Dokąd prowadzi ta droga i co miało tam na nich czekać?

                              Fałszywy krasnolud, który dotychczas raczej biernie przypatrywał się całej tej scenerii, drgnął, kiedy usłyszał Kraghula. Brodacz podrapał się po swojej kudłatej głowie, próbując przypomnieć sobie cokolwiek.

                              – Nie wiem… – rzekł wreszcie, bezwiednie obracając w ręce żelazne kolce, które służyły jako element sideł. – Na młot i stylisko młota Toraga, przysięgam, że nie wiem! Przeklęta pamięć!

                              Potrząsnął głową.

                              – Rzekłbym jednak, że to tam, w głębi znajduje się jego… Pracownia? – krasnolud zrobił minę, jakby wypowiedział coś głupiego. – Wydaje mi się, że ja i pozostali dopiero żeśmy zostali wniesieni do komnaty uczt nieco później, a w każdym razie ON tak mówił – Dorlivin zadrżał lekko, myśląc o oryginalnym Auldegrundzie.

                              Krasnolud jednak podniósł przed siebie kolec pułapki.

                              – Pamiętam jednak, jak stawiać sidła – rzekł Dorlivin, przesuwając żyłki i zapadki wśród masy różnorakich części pozostawionych pod stołem. – Co, jeśli - haha! - co jeśli zapolujemy na tych drani i rozłożymy te pułapki tak, że kiedy stary ‘degrund tu przyjdzie, to nadzieje się na swoje własne sidła!?

                              ~

                              Czwórka podróżników i Dorlivin ruszyli przed siebie, wzdłuż półki skalnej. Kraghul przystawał co pewien czas i spoglądał to na lśniące od wilgoci posadzkę i ściany, a także sklepienie jaskini. Cóż, trzeba było przyznać, że jeśli ukryć pułapki, to właśnie tutaj, gdzie każdy kamień, stalaktyt i szczelina mogły być jakimś rodzajem plujki albo wilczego dołu. Grota, rozświetlana przez stalaktyty, wydawała się być zdradliwa i kryjąca coś wyjątkowo paskudnego.

                              Dorlivin co innego. Krasnolud parł przed siebie, niemalże zobojętniałym wzrokiem witając kolejne z zakrętów półki skalnej ze stoickim spokojem i, być może, jakimś rodzajem twardej determinacji, której tylko iskry przenikały na jego twarz.

                              ~

                              Grota

                              Jak się okazało, uskok skalny otwierał się na spore wgłębienie. Płaskie lico ściany uskakiwało na jakieś dziesięć stóp. Kamienny uskok był stromy, jednak Zaira i Zakareth oceniły, że jeśli znalazłby się ktoś wprawny we wspinaczce, mógłby zsunąć się na dół i wejść z powrotem na półkę skalną.

                              Nieco dalej znajdowała się także prowizoryczna, drewniana platforma, na której zapewne można było zostać opuszczonym w dół. Przypominała ona Kraghulowi dźwigi, które konstruowały niziołki w Baslwief, w kopalniach. Ten tutaj wydawał się być nieco prymitywniejszy i starszy. Koła zębate miały na sobie lekką warstwę rdzy.

                              Tam, w dole, kamienna posadzka, po części zalana mulistą wodą, lśniła w świetle magicznych płomieni. Klatka wykonana z metalowych sztab znajdowała się w południowej części wgłębienia. Pojedyncze wyjście z klatki pozwalało na wchodzenie i wychodzenie, podczas gdy siatka krat wznosiła się na jakieś dziesięć stóp. Ponad tym wszystkim, jakieś dodatkowe dziesięć stóp wyżej, znajdowało się sklepienie jaskini, na którym pobłyskiwały magiczne płomienie oświetlające pomieszczenie.

                              Klatka

                              Wokół wielkiego wgłębienia ciągnęła się skalna ścieżka, półka, która kończyła się wreszcie drzwiami w zachodniej części tego pomieszczenia. Z daleka, drzwi wydawały się być zwykłe, drewniane i nie różniące się niczym od tych do wejścia do kapliczki. Zdawało się, że dalej na zachód był jeszcze jakiś wąski tunel.

                              Kraghul, Jaithe, Zakareth i Zaira spojrzeli w dół… Wydawało się, że tam, niedaleko klatki, była para rzeźbionych posągów.

                              Dwa posągi wydawały się całkowicie odstawać od mokrego, brudnego, starego i zapomnianego wnętrza jaskini, od rdzy na klatce i od czarnego smaru dźwigu. Posągi wydawały się być zrobione z kamienia lub też marmuru i, cóż, nie można było odmówić pewnego kunsztu robocie rzeźbiarza, które je wykonał. Oba miały humanoidalne kształty, różniły się tylko głowami: pierwszy posąg miał głowę lwa, drugi zaś jelenia o potężnych rogach.

                              Statuy

                              Zaira skonstatowała, że tam, wewnątrz klatki, był jakiś kształt, który z grubsza wyglądał na humanoida. Czy to był kolejny trup? Wydawał się nie ruszać. Z drugiej strony, ta humanoidalna sylwetka mogła być po prostu masą poskręcanych, pociętych ubrań. Podróżnicy znajdowali się nieco zbyt daleko, żeby skonstatować, cóż to tam było w tej klatce.

                              ~

                              Orczy szaman, Kraghul, choć już zdążył przyzwyczaić się do złych przeczuć, które towarzyszyły mu przez całą podróż, nagle wyczuł coś, a jego nastrój udzielił się Jaithe. Tam, za tymi niepozornymi, drewnianymi drzwiami było… COŚ. Ork miał wrażenie, że jeśli w Lwiej Loży istniało jakieś centrum, jakiś środek, wokół którego wszystko się obracało, to musiało znajdować się właśnie tam, za drewnianymi drzwiami. Z wnętrza pomieszczenia wydawała się emanować niemalże namacalna aura złej woli.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              • slann22S Online
                                slann22S Online
                                slann22 jako Zakareth z Leng
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez slann22
                                #39

                                Kapłanka przedwiecznego popatrzyła w dół na obydwa posągi i powiedziała z namysłem.
                                - Nie jestem pewna, Czy powinniśmy tam schodzić na dół… Chyba cała nasza czwórka wie, że posągi te zaraz ożyją! Chyba że spróbujecie je ostrzelać z daleka, Ale Nasze ataki mogą być nieskuteczne biorąc pod uwagę, że są z kamienia. -

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                1
                                • LubeszL Niedostępny
                                  LubeszL Niedostępny
                                  Lubesz jako Jaithe
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #40

                                  Moja skóra zareagowała lekkim dreszczykiem emocji, z napięcia, nerwów adrenaliny i ciekawości. Odebrałam też nastrój Orczka ktory zareagował na drzwi, był nerwowy, jakby miał niejasne odczucia że tam coś było...złego.

                                  -"Wyczułeś to Orczku? Za drzwiami coś jest... coś co może byc zguba lub wyjaśnieniem wszystkiego. Lub to i to."

                                  Spojrzałam nisko pod siebie, skupiłam wzrok a pozniej ducha i moc, aby przebadać posąg.

                                  -"Dobre przypuszczenia Zakareth. Magia Transmitacji, mogą byc to golemy jak nasze krasnoludy, lub osoby przemienienie w posągi... ale na pewno mogą ożyć. Tylko moja magia malo sie tu zda, jezeli sa to posągi ataki psychiczne czy nałożenie krwawień nic nie da. Jedynie moge swoimi mackami walić, ale nie mam tego w zanadrzu duzo. Rozproszyć magie ich? Nie wiem czy bede na tyle silna, mozna sie tez przekrasc obok nich... jezeli macie chęć moge przepowiedzieć przyszłość... nawet do 30 minut, jezeli mi sie uda."

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  2
                                  • PiołunP Niedostępny
                                    PiołunP Niedostępny
                                    Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                                    Mecenas
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #41

                                    Kraghul jeszcze przez chwilę spoglądał w dół, to na nieruchome posągi, to na klatkę i majaczący w niej kształt. Im dłużej na nie patrzył, tym bardziej nie podobała mu się myśl o schodzeniu na oślep. Jeśli rzeczywiście były strażnikami, musiały w jakiś sposób odróżniać gospodarza od intruza. Inaczej Auldegrund i jego ludzie sami ryzykowaliby za każdym razem, gdy schodzili do groty. Logika nakazywała, że muszą w jakiś sposób rozpoznawać swojego Pana. Percepcja podobnych konstruków musiała opierać się na czymś prostym. Z jakiegoś powodu jego pierwsza myśl na temat tch konstruktów oscylowała wokół golemów, nie przemienionych osób jak zasugerowała Jaithe.
                                    – Muszą rozpoznawać swoich – mruknął. – Pytanie po czym. Głos? Twarz? Rozkaz? Albo...
                                    Jego umysł wszedł w analityczny tryb, a w myślach przeglądał zestaw potencjalnych rzeczy, które pasowały do jego teorii. Myślami wrócił na moment do czerwonego wosku na zaproszeniu i do wizerunku Alocera, który widzieli przy ołtarzu. Wtedy pieczęć wyglądała jak dziwna postać dosiadająca smoka. Teraz, po tym wszystkim, co odkryli, nie wydawało się już niemożliwe, że był to po prostu uproszczony znak piekielnego księcia. W dodatku budynek do którego weszli miał kształt, budzący nieco grozę. Co jeśli kamienne płaskorzeźby na wejściu zmieniono by zmylić wchodzące do środka ofiary. By nie skojarzyły faktów.
                                    – ...albo symbol.
                                    Spojrzał na Jaithe i Zakareth.
                                    – Jeśli te konstrukty służą Auldegrundowi, możliwe, że reagują na znak jego pana albo coś, co oznacza przynależność. To tylko przypuszczenie, ale wolałbym je sprawdzić, zanim zaczniemy walić w kamień całą magią, jaką mamy.

                                    Przeniósł wzrok ku dalszej części półki.
                                    – Ja również jestem za tym, żeby w razie potrzeby zaatakować z góry. Na pewno nie schodziłbym pomiędzy nie, żeby dopiero wtedy sprawdzić, czy ożyją. Mam też zaklęcie, które potrafi naprawdę mocno naruszyć kamień i konstrukty. Jeśli trzeba będzie, użyję go.
                                    Na chwilę zamilkł, po czym pokręcił głową.
                                    – Ale nie chcę nim szafować, dopóki nie upewnimy się, że nie ma prostszego rozwiązania. Nie wiemy jeszcze, co siedzi w klatce, nie wiemy, jak reagują posągi i nie wiemy, czy dalej nie znajdziemy czegoś, co pozwoli je ominąć albo wyłączyć. Warto rozejrzeć się zanim sięgniemy po ostateczne rozwiązania

                                    Kraghul wskazał kosturem w stronę dalszej części jaskini.
                                    – Proponuję, żebyśmy najpierw poszli jeszcze kawałek dalej i zobaczyli, dokąd prowadzi ta półka. To nie może ciągnąć się bez końca. Jeśli po chwili dotrzemy do ślepego zaułka albo nie znajdziemy niczego, co zmieni sytuację, zawrócimy tutaj i spróbujemy szczęścia z posągami.

                                    Spojrzał ponownie w dół, na klatkę. Ten moment wybrał na odpowiedzenie Jaithe. Fakt, że nazwała go "orczkiem" nieco wytrącił go z toku myślowego. Niejmniej odpowiedział niezrażony dziwnym zdrobnieniem.
                                    – Zguba? Wątpie. Ktoś raczej jest uwięziony, może nawet z poprzedniego rzutu ofiar. Stąd strażnicy. Tak zakładam, choć mogę się mylić. Wyczuwam, że tam jest coś co stanowi oś problemu, ale nie wiem jak interpretować ten podryg intuicji. Nie mniej, cokolwiek to jest, nie ucienie. Może poczekać.

                                    Na koniec przesunął dłonią po kosturze i skinął głową w stronę dalszej drogi.
                                    – No dobrze. Dajmy sobie jeszcze chwilę na rekonesans. Jeśli ta grota rzeczywiście skrywa serce całej Loży, dowiedzmy się więcej zanim uderzymy w nie tym co mamy.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    1
                                    • SantorineS Niedostępny
                                      SantorineS Niedostępny
                                      Santorine jako Mistrz Gry
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                                      #42

                                      Podróżnicy - Zaira, Zakareth, Jaithe i Kraghul, wespół z krasnoludem-simulacrum lustrowali przez jakiś czas ów kamienny dół, w którym znajdowała się klatka. Choć obecność klatki sugerowała o jakimś rodzaju więzienia, pozostałości murów, ruiny, wydawały się mieć jakieś inne znaczenie. Być może były to pozostałości po jakiejś kaplicy lub kulcie, który czcił piekielnego księcia? Parę z pozostałości murów nawet miało jakieś reliefy, które z daleka wyglądały na postacie, zatarte przez czas i porośnięte mchem.

                                      Cóż. Jeśli jeśli tylko mieli wykaraskać się z tego wszystkiego, czasu na spekulacje było dużo.

                                      Ruszyli zatem wzdłuż skalnej półki. Ostrożnie i z pewnym ociąganiem, jako że Kraghul nadal co pewien czas próbował wybadać obecność pułapek. Stopa po stopie, podróżnicy posuwali się coraz dalej i dalej.

                                      ~

                                      Tunel

                                      Najbardziej wysunięty na południe był tunel, który był nieco niższy i przypominał króliczą norę, jeśli tylko to można było rzec o skalnej dziurze, wokół której formacje skalne sterczały niczym kły otwartej paszczy. Migotliwe światło pochodni-stalaktytów nie sięgało tutaj, jednak nie był to żaden problem: wszyscy zgromadzeni bowiem widzieli w ciemnościach, szczególnie Kraghul, Dorlivin i Zakareth. Oczy orka pozwalały mu jego dziedzictwem widzieć w czerni i bieli, tak samo jak Dorlivinowi, który, pomimo bycia iluzorycznym pomiotem Auldegrunda, jakimś aspektem czaru cienia zachował tą zdolność. Zakareth widziała w ciemnościach zaś za sprawą mutacji jako spaczona przez magię istota.

                                      Tunel był pusty. Prawie.

                                      U samego końca tunelu był jakiś zasuszony, stary szkielet, lub też jego pozostałości. Ciężko było powiedzieć, do kogo należał - wydawał się być chyba tak stary, jak sama Lwia Loża, bowiem zasuszona i podobna pergaminowi skóra była żółta i przysypana sporą warstwą kurzu. Było tam coś. Jakiś przedmiot.

                                      Zaira wślizgnęła się w ciasny tunel. W jednym momencie elfka, choć giętka, poczuła się, jak gdyby spuszczono ją na samo dno grobu. Przesuwając się coraz dalej i dalej do końca tunelu, elfka nagle zauważyła cztery pary otworów, dokładnie pasujące na oczy.

                                      Spojrzawszy do jednej z tych par Zaira stwierdziła, że otwory ukazywały pokoje gościnne. Ktoś w przemyślny sposób wydrążył otwory, żeby podglądać kogokolwiek, kto znajdował się wewnątrz pokojów. Każde z tych “oczu” kończyło się trofeum - można było włożyć swoją głowę do spreparowanego czerepu i przez fałszywe, szklane oczy widzieć łóżko i biurka.

                                      Elfka jednak parła dalej - aż do samego końca, aby wreszcie dopaść do zasuszonego, zmurszałego trupa. Zaira podniosła dwie rzeczy, które pozostały tutaj. Z jakiegoś powodu, dwa przedmioty nie wydawały się stare. Ktoś musiał położyć je tutaj niedawno.

                                      Pierwszym z przedmiotów był długi miecz pokryty srebrem, na którym jakiś mag tudzież kowal naniósł magiczne runy. Drugim zaś była prosta, stalowa tarcza. Rynsztunek wydawał się zrabowany od jakiegoś podróżnika.

                                      Kraghul i Jaithe zauważyli, że w zakurzonym, starym tunelu znajdowało się parę małych śladów: małych, szponiastych stóp.

                                      ~

                                      Sanctum diabolisty

                                      Pozostało więc wejść w ostatnie drzwi. Prowadzeni przez Dorlivina, czwórka ostrożnie stąpała po śliskiej, lśniącej od wilgoci posadzki.

                                      ~

                                      Pomieszczenie, które znajdowało się za drewnianymi dźwierzami zdawało się być salą trofeów i komnatą rytualisty jednocześnie, jednak, istniała spora różnica - wypchane głowy zawieszone na ścianach nie zostały pozyskane z zajadłych bestii z dziczy.

                                      Byli to ludzie. Wypchane głowy na tarczach trofeum miały otwarte usta, zaś niewidzące oczy gapiły się w przestrzeń, zupełnie jak te, które podróżnicy znaleźli w pokojach.

                                      Sporej wielkości stół, na którym znajdowały się księgi i papierzyska stał w południowej części tego pomieszczenia. Wielka, drewniana gablota znajdowała się w północnowschodnim wgłębieniu; zdawał się z niej emanować nienaturalny chłód, jeszcze zimniejszy niż naturalny ziąb jaskini, jako że przy brzegach zamkniętych drzwiczek zbierał się lód. Na środku pomieszczenia znajdował się stół, przypominający te medyków - lub wiwisekcyjny…

                                      Para judaszy w zachodniej ścianie wydawała się stanowić jakiegoś rodzaju punkt obserwacyjny do komnaty obok. Wreszcie, dalej na północ, pentagram szeroki na dziesięć stóp został wyryty na podłodze i dodatkowo wysmarowany krwią, tworząc krąg przywołania. Pentagram został udekorowany kośćmi, czaszkami i krwistoczerwonymi świecami.

                                      Powietrze cuchnęło siarką i nieprzyjemnym zapachem, które przywodził na myśl piżmo i zgniliznę.

                                      ~

                                      Kiedy tylko drzwi otworzyły się szerzej, wszyscy nagle usłyszeli dźwięk gwałtownie zasysanego powietrza. Zakareth, która znajdowała się zaraz za Dorlivinem, zauważyła, jak ogień świec zmienił swój kolor na czarny, krew na pentagramie natychmiast zaś poczęła się gotować. Odór wzmógł się w dwójnasób, akompaniowany przez nagły ryk. Mulista energia w centrum zawibrowała; wreszcie, nagły wybuch ognia i dymu wyrzygał humanoidalną sylwetkę.

                                      – STAŃ I WALCZ DLA WATAHY PANA – wrzasnął dzierżący trójząb czart, który natychmiast zaatakował podróżników. – LEKKA ŚMIERĆ BĘDZIE CI DANA…

                                      I z szyderczym śmiechem, rad z krotochwili, rzucił się na Dorlivina.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      1
                                      • slann22S Online
                                        slann22S Online
                                        slann22 jako Zakareth z Leng
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #43

                                        Zakareth Uśmiechała się do siebie, gdy zobaczyła otwory przez które można było oglądać pokoje, przypominały jej bardziej jakąś krotochwilną opowieść groszową niż normalne świątynię jednego z Arcydiabłów. Zastanawiała się przez jakiś czas, czy ten krasnolud odnalazł tę świątynię, i właściwie Czy próbował ją odinstalować do stanu wyjściowego.
                                        - Myślicie, że on odszukał to miejsce, czy też może cały jego Klan oddalał siedzibę pradawnego kultu?-
                                        Gdy znaleźli mieć zasugerowała aby wziął go któryś z jej towarzyszy, najlepiej Elfka…
                                        Musiała przyznać jednak, że diabła się tutaj nie spodziewała… Niezbyt cieszyła ją perspektywa walki z czymś takim przed pokonaniem tutejszego… Wielkiego kapłana?

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Niedostępny
                                          SantorineS Niedostępny
                                          Santorine jako Mistrz Gry
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                                          #44

                                          – GIŃ, POMIOCIE! – diabeł krzyknął i dosadził do Dorlivina, próbując zbić krasnoluda z nóg.
                                          Krasnolud jednak nie dał się zaskoczyć: zadrobił swymi krótkimi nogami i zbił cios trójzębu swym młotem.
                                          – Mogę być i fałszywym, bezwartościowym bastardem Auldegrunda! – splunął Dorlivin. – Ale takim jak ty to mordę oklepię za darmo, ha!
                                          I okręcił się raz jeszcze, unikając ciosów płonącego trójzębu.

                                          Kraghul zmrużył oczy, próbując przypomnieć sobie, z jakim rodzajem piekielnego pomiotu mieli do czynienia. Rogi, trójząb, smród siarki i sposób, w jaki rzucił się do walki, mogły zdradzać więcej, niż chciał pokazać.
                                          – Zobaczmy, czym jesteś.
                                          Nie czekał jednak na pełną odpowiedź własnej pamięci. Zacisnął dłoń na kościanym fetyszu i wymówił kilka niskich, gardłowych słów. Tym razem duchy nie przybrały postaci ostrza. Ciemna, półprzezroczysta smuga wyślizgnęła się spomiędzy jego palców i pomknęła ku Dorlivinowi, oplatając krasnoluda niczym kilka warstw niewidzialnej pajęczyny. W jej wnętrzu pojawiały się na moment niewyraźne sylwetki, pazury, szczęki i migotliwe oczy istot, których już dawno nie było pośród żywych.
                                          Kraghul, widząc walczących Zakareth i Dorlivina z dziwnym diabłem który zmaterializował się dosłownie znikąd, skupił się przez chwilę. Tak… Słyszał o tym rodzaju istoty, która pochodziła z gorejących Piekieł, dawno temu. Choć pamięć była nieco mglista i w ferworze walki trudno było przypomnieć sobie szczegóły, ork przypomniał sobie słowa jednego ze Starszych plemienia, którzy wprowadzali go w tajniki planów. Było to dawno temu, jeszcze przed śmiercią Nary.
                                          – “Diabły służą temu, kogo lud ludzki zwie Asmodeusz” – mówił wtedy Starszy. – “Rzadka rzecz, widzieć przeklęty pomiot na tej ziemi. Ale głupi ludzie czasem wywołują je, bo są i ku temu narzędzia… Odporne są na ciosy zwykłej broni, poza srebrną. Moc, którą władają bogowie i boginie, poświęcona energia jest tym, czego się obawiają”.

                                          Wszyscy usłyszeli łopot błoniastych skrzydeł. Z ciemności - na podobieństwo diabła, z którym walczyli Zakareth i Dorlivin - wychynął pomniejszy diabeł. Zmaterializował się niemalże z powietrza, lub też uprzedniej był niewidzialny. Z syczącym, nienawistnym głosem zaatakował Jaithe! Ta, wzięta z zaskoczenia, nie uniknęła ciosu ogonem, który wydawał się pryskać dziwnym, żółtawym jadem.
                                          Jaithe zacisnęła zęby. Udało się jej pokonać jad.

                                          Dorlivin tymczasem z rykiem walił młotem, podwójnie ośmielony zaklęciem, które rzucił na niego Kraghul.
                                          – Dzięki, bracie! – Dorlivin uderzał z rykiem. – O żesz no, na jaja Toraga, khuurwa! – krasnolud, zirytowany rezultatem soldinych ciosów, sapnął. – Co ma być?
                                          – Żałosne zabawki – z gardła diabła dobył się pogardliwy chichot. – Dziś wasze łby dołączą do tej ściany!
                                          I uderzał dalej swym trójzębem.

                                          Zakareth Uśmiechnęła się widząc karłowatego diabełka, zastanowiła się czym on jest właściwie. A potem spróbowała zaatakować go dwa razy swoim kosturem.

                                          Zakareth zakręciła swym kosturem i odwróciła się na pięcie. Spaczona przeciskała się przez jej towarzyszy, dalej na południe, aby pomóc Jaithe!
                                          – Dokąd to? – zakpił diabeł.
                                          Rogaty chlasnął Zakareth swym trójzębem solidnie, a z trzech ran pociekła krew. Czerwonoskóry o płomiennych oczach zaśmiał się tubalnym basem.
                                          – Dokąd to, szpetna? Ciebie pierwszą obedrę ze skóry, jak z wami skończę!

                                          Zakareth jednak, niepomna słów czerwonoskórego kata, pomknęła dalej. Chlasnęła swym kosturem raz i drugi. Trafiła! Potężne uderzenie rozbiło się na czerepie małego demona, ten zaś pisnął z bólu i pogardy, miotając wymyślne klątwy.

                                          Jaithe tymczasem przestąpiła, żeby znaleźć się w zasięgu rzucenia zaklęcia. Zobaczyła go: diabelski kat wywijał swym trójzębem i syczał, wymieniając ciosy z Dorlivinem. Spaczona magią wzniosła rękę ponad siebie, a czarna emanacja, niby dym, zaanonsowała tchnienie energii grozy.
                                          Diabeł, choć zacisnął zęby, nie mógł przemóc nienaturalnej grozy, którą wywołała zaklinaczka.
                                          – Z-zapłacisz za to, suko! – ryknął, rozeźlony.

                                          Jednak elfia łuczniczka, uprzednio zakasawszy swój łuk na plecy, już nacierała na piekielnego kata! Srebrny miecz, który dzierżyła w swej dłoni, błysnął raz po raz, jednak mniej wprawna we władaniu mieczy elfka chybiała raz po raz.
                                          – Zabierz to z mojej mordy! – krzyknął diabeł, który spoważniał na widok srebrnej broni.

                                          Zakareth usłyszała kolejną parę trzepoczących, nietoperzych skrzydeł za sobą. I złośliwy chichot. Kolejny z diablików uderzył na nią z flanki, pozycjonując się za jej plecami. Choć diablik wymacał wreszcie lukę w pancerzu, spaczona magią z łatwością zbiła cios. Trucizna nie wdała się.

                                          – Zdychaj, pokurczu! – brodaty, czerwonoskóry kat wrzasnął do Dorlivina.
                                          Dorlivin jednak oparł się kolejnej próbie zbicia go z nóg. Krasnolud niemal z mistrzowskim zacięciem uchylał się od zastawianych haków diabła, który z furią uderzał coraz bardziej i bardziej.
                                          Wreszcie, diabeł zwinął się i uderzył swym rozszczepionym kopytem, które płonęło żywym ogniem. Dorlivin syknął z bólu, z gniewem wyszczerzył się:
                                          – Kiedy zarżnę cię, cholerny cieciu, to łeb ci na włócznię nabiję – krasnolud splunął.
                                          Kiedy tylko to wyrzekł, zaklęcie Kraghula uderzyło: cieniste postacie, które były skupione wokół krasnoluda, uderzyły wespół niczym rój szarańczy. Drasnęły jeno diabła, jednak ten ze złością tupnął na kontratak.

                                          Orczy szaman wykonał parę gestów i dotknął kościanego fetyszu, który zawibrował. Wirujące duchy, które otaczały Dorlivina zakręciły się, rój szarych postaci wirował wokół ciała fałszywego krasnoluda, który wymieniał ciosy z diabłem.
                                          Zaraz potem jednak ork krzyknął słowa zaklęcia - ni to słowo, ni to zwierzęce warknięcie. Chmara pająków natychmiast eksplodowała zaraz za diabłem, gryząc, uderzając kłami, próbując wbiec w zakamarki ciała.
                                          Z chmary jednak wydobył się triumfalny rechot diabła.
                                          – I to mają być ci, których ten stary dureń miał złożyć w ofierze!? – czerwonoskóry kat o płonących oczach zaśmiał się. – To ma być wszystko!? Alocerze! Popatrz na prawdziwego sługę Piekieł!
                                          Zdało się, w istocie, że rój pająków wyrządził jeno poślednią szkodę. Draśnięcia i nic więcej.

                                          Tymczasem Zakareth i małe diabły walczyły zażarcie. Kapłanka starego bóstwa zdawała się uchylać przed ciosami małego diabła, który w międzyczasie dotknął swą szponiastą dłonią ranę wyrządzoną przez nią i zabliźnił część ran. Ze złośliwym grymasem atakował kolczastym ogonem, jednak Zakareth ledwie odczuła rany.

                                          Krasnolud tymczasem zmienił taktykę.
                                          – Dalej, ty kupo łajna z Piekieł! – wrzasnął. – AAUGH!
                                          Uderzając, krasnolud trafił tak pechowo, że sam stracił grunt pod nogami. Diabeł natychmiast wykorzystał lukę w obronie i pchnął swym trójzębem, aż jucha Dorlivina zbryzgała stół. Liżąc krew z trójzębu, śmiech diabła dobywał się zza jego długich kłów.
                                          Natychmiast jednak dusze, które osłaniały Dorlivina uderzyły diabła: tuziny małych dłoni i szponów rozorały ciało diabła, a czerwona skóra pociekła posoką.
                                          Dorlivin powstał jednak.
                                          – Spróbuj tego, gnido! ZA TORAGA!!!
                                          Dorlivin uderzył w goleń diabła, ten zachwiał się, poślizgnął i wreszcie upadł na kamienną posadzkę z rumorem i wrzaskiem, które potoczyły się echem w jaskini.
                                          – ZAPŁACISZ ZA TO, PRZEKLĘTY KARLEEE – wrzeszczał.
                                          Kapłanka Pełzającego chaosu postanowiła odsunąć się od przeciwników tak aby ich stać pomiędzy nimi i zaatakowała pomiot piekieł dwukrotnie swoim kijem…

                                          Jaithe popatrzyłą w stronę stwora, na razie bylo trzechna jednego więc ufała, że sobie w miarę poradzą. Dlatego skoncentrowała się na pomiotach pomocnikach. Wystawiłam rekę, atakując mackami z rąk w pomiot.

                                          Kapłanka zakręciła swą laską bitewną, aż wizgnęło powietrze. Łeb małego diabła eksplodował niby dojrzałe jabłko przeszyte bełtem kuszy, zaś korpus zatrzepał skrzydłami i runął na posadzkę groty, rzygając krwią, która poczęła wylewać się całymi kałużami. Zakareth odwróciła się raz jeszcze i wyprowadziła parę uderzeń, jednak czerwonoskóry bachor wymykał się przed sztychami i smagnięciami.

                                          Feeria mrocznych macek eksplodowała z ręki Jaithe. Oślizłe, pokryte szlamem, potężne macki zwarły się wokół karku drugiego z diablików. Chrupnęło nieprzyjemnie, a drugi z małych czartów runął w dół, w przepaść pod podróżnikami, aby wreszcie plasnąć w wodzie w na pół zalanej posadzce. Nie żył. Cieniste macki, na podobieństwo dymu, rozwiały się, kiedy zaklęcie Jaithe dokonało swego dzieła.

                                          Zaira pojedynczym susem doskoczyła do prawej ręki Dorlivina. Krasnolud odbijał raz po raz ataki diabła, który z sekundy na sekundę zdawał się być coraz bardziej rozwścieczony. Zwłaszcza po tym jak został powalony na posadzkę. Skorzystawszy z okazji, elfka wypatrzyła moment nieuwagi czarta i uderzyła na odlew swym srebrnym mieczem.
                                          Trafiła! Ryk bolesnej furii wydarł się z gardła diabła. Tym razem, ostrze pokryte srebrem uderzyło głęboko w czarcią skórę, nie to, co uderzenia Dorlivina, którego młot, choć pokryty runami jego klanu, nie mógł przemóc naturalnej odporności. Zairze przemknęło przez myśli, że jego broń może być śniegową kopią, ale ważniejsze że trafiła przeciwnika i polała się krew demona - tudzież diabła, potwora - czymkolwiek był.

                                          Kraghul nie próbował tym razem przełamywać odporności diabła kolejnym zaklęciem. Widział już, jak niewiele zrobił rój duchowych pająków, a srebrne ostrze Zairy weszło w czarcią skórę znacznie głębiej. Lepiej było pomóc tym, którzy mieli w rękach właściwe narzędzia.
                                          Zacisnął palce na fetyszu i ponownie poruszył dłonią w stronę Dorlivina. Krążące wokół krasnoluda duchy zgęstniały, zacieśniając swój wir niczym stado cierpliwie czekające na kolejne uderzenie.

                                          Srebrne ostrze które dzierżyła Zaira, działało jak należy i elfka ani przez chwilę nie miała zamiaru odpuszczać.
                                          – Z całej siły – odpowiedziała Kraghulowi, nie spuszczając oczu z demona. Już podczas powstawania z podłogi zbierała impet aby mocniej uderzyć przeciwnika, który zdecydowanie za dużo gadał. Mocniej, z kucków używając mięśni rąk i nóg, oraz oczywiście celnie. Broń miała to do siebie, że służyła też do parowania ciosów i zwykle trzeba było brać na to poprawkę, Zaira czuła jednak taką pewność siebie, że tym razem skupiła się wyłącznie na celu, aby ciąć bestię głęboko i wręcz wbić ostrze w ciało przeciwnika.

                                          Widzałam jak padają małe diabełki, przez co mój uśmiech zdobił moją twarz. Spojrzałam w stronę głownego przeciwnika, próbując ogarnąć jak im idzie. Nie było źle, ale nie wiedziałam czy wykorzystywać całą moc na tę walkę. Wolałam nie.

                                          Orczy szaman podtrzymał zaklęcie i szepnął słowo. Chmara szarych postaci wirowała nadal przy krasnoludzie. Ork, trzymając przygotowany wcześniej zwój zaklęcia Grozy, zaintonował żałobny kawałek pieśni. Zwój natychmiast stanął w płomieniach, zaś pojedynczy glif, który został nań naniesiony wygiął się w przestrzeni i zalśnił kolorem ciemnej krwi. Runa grozy eksplodowała głośnym rykiem, zaś wokół Kraghula pojawiły się dwie, trzy, cztery cieniste sylwetki, które pomknęły prosto do diabła!
                                          Efekt był piorunujący: pewny uśmieszek czarta natychmiast zamienił się w grymas przerażenia, jak gdyby ork skrzywił jego umysł i pokazał mu najgorszą z katusz lub też najboleśniejszą z tortur. Wrzeszcząc z przerażenia, już gotował się do ucieczki!
                                          Zwój wypalił się całkowicie, pozostawiając po sobie tylko tlące się popioły.

                                          – A, zara, przestań się drzeć, ladaco…
                                          Dorlivin dał susa w bok i ustawił się naprzeciw Zairy. Krasnolud huknął swym młotem raz jeszcze po goleniach diabła, który w panice nie wydawał się panować nad sobą. Runął po raz drugi na ziemię, Dorlivin zaś zwinął się i poprawił ciosem młota bojowego po żebrach, aż zatrzeszczało.
                                          – Zdychaj, kreaturo! – krasnolud splunął z pogardą.

                                          Spaczona kapłanka Nyarlathotepa biegła już z południowej strony jaskini: minęła Kraghula i Jaithe i wpadła wreszcie do komnaty diabolisty. Jej kostur zapłonął czarnym, niemal smolistym płomieniem, jednak drący się czart w ostatniej chwili przeturlał się obok, potężne uderzenie zaś z prawdziwym gromem uderzyło obok jego czerepu. Tak niewiele brakowało!

                                          Zaklinaczka Jaithe pobieżyła za Zakareth i chlasnęła swoimi pokaźnymi szponami po ciele diabła. Niestety, na nic! Gruby pancerz i skóra zaabsorbowały impet ostrych niczym żylety szponów spaczonej przez magię, która nijak nie mogła dostać się w krwawiące rany!

                                          Elfia łuczniczka tymczasem powstała. Diabeł, ostatkiem sił, chciał dźgnąć Zairę swym trójzębem, jednak ta okazała się zbyt szybka. Pewnie odskoczyła obok, aby wreszcie skorzystać z siły impetu i z całej siły uderzyć srebrnym mieczem. Klinga wgryzła się głęboko w pierś czerwonoskórego czarta - elfka pchnęła jednak dalej, brutalnie patrosząc stwora z piekieł.

                                          – ALOCERZE!! – wrzasnął po raz ostatni czart. – WSPOMÓÓÓŻ!!!

                                          Świece pentagramu zapłonęły migotliwym światłem, we wnętrzu zawirowała ciemna energia. Gdzieś tam, po drugiej stronie, rozległ się przeraźliwy, nieludzki wizg, czart zaś, ranion przez Zairę wreszcie znieruchomiał. Ohydny krzyk zastygł w jego gardle, a ciemny wiatr, który powiał od strony zamykającego się portalu tchnął obrzydliwym zapachem siarki i śmierci. Czart w parę chwil postarzał się, jego skóra naciągnęła się na szkielet. Wreszcie, energia w środku pentagramu zawibrowała złowrogo i huknęła trzaskiem. Nastała cisza.

                                          To było wszystko. Po wierzgającym, wrzeszczącym czarcie pozostały tylko szkieletowe pozostałości. Jakikolwiek był rytuał lub zaklęcie, które go spętały, zdało się, że dopełniły się właśnie.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa