[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Już miał Ergo zawołać, że hola, ale zoczywszy, że Nadia się rozbiera odczekał strategiczne mgnienie oka niezbędne markietance do fachowego wyraźnie zzucia przyodziewku i jeszcze jedno na oblizanie spierzchniętych warg. A wtedy dało się słyszeć kazania spadkobiercy pożal się Morrze brata Zygfryda, które jakimś cudem odwiodły uwagę koniuchów od Nadii.
- Mam cię na celu! - zawołał wycelowując z bliska w kapitana z kuszy - sodomicki chaośnik jebany, tfu! Jeszcze, że fajną babkę dupczyć chciałeś to bym zrozumiał, ale że grubasa kusia Ci się zachciało oglądać??? Tfu! Nawet nie pytam gdzieś wkładać te pałki myślał, bo po gębie widać, żeś zwyrodnialec, albo inny Bretończyk! Oooo... zaraz się tobą inkwizytor zajmie pederasto chędożony. Brat... Hieronim, a z nim brat... Insolenty już tu idą. Inkozgnito, znaczy pod przebraniem! Ze świętą misyją od brata Grimmiga!
Oczywiście przemowa mimo iż kierowana do kapitana, przeznaczona była dla jego wystrachanych podkomendnych. Ergo bowiem był marny w zasadzie we wszystkich dziedzinach życia. Nie wyłączając słuchania rozkazów.
- Mam cię na celu! - zawołał wycelowując z bliska w kapitana z kuszy - sodomicki chaośnik jebany, tfu! Jeszcze, że fajną babkę dupczyć chciałeś to bym zrozumiał, ale że grubasa kusia Ci się zachciało oglądać??? Tfu! Nawet nie pytam gdzieś wkładać te pałki myślał, bo po gębie widać, żeś zwyrodnialec, albo inny Bretończyk! Oooo... zaraz się tobą inkwizytor zajmie pederasto chędożony. Brat... Hieronim, a z nim brat... Insolenty już tu idą. Inkozgnito, znaczy pod przebraniem! Ze świętą misyją od brata Grimmiga!
-
Uliczki Bögenhafen
Podążając za parą jeźdźców w bezpiecznej bliskości Kurta, Hieronim Bosch złapał się jedną ręką za głowę widząc los zgotowany swoim kompanom.
- Co tu się wyczynia?! - krzyknął potrząsając drugą dłonią po zaciśnięciu jej w pięść - Psubraty chciwe, żywym odzienie kradniecie jak wkoło tyle dobra na trupach się poniewiera?! Odstąpcie od nich i nie ważcie się zabierać ich strojów, bo ci ludzie są pod protekcją najwyższego kapłana Sigmara w Bögenhafen!
Skupiwszy na sobie tą gniewną perorą uwagę wszystkich zbrojnych, mytnik przywołał na swe oblicze bardziej spolegliwy wyraz twarzy, bardziej stosowny dla nawykłego do swej władzy cesarskiego urzędnika.
- Jestem Hieronim Bosch, z nadania najwyższego kapłana Sigmara w tym mieście wysłannik świątyni do dowództwa odsieczy - oznajmił wspierając się na włóczni - Świątynia wciąż się opiera, pełno tam pobożnych ocaleńców, wszelako to myśmy zgłosili się do świętej misji. Kto nam przeszkadza, może ściągnąć na siebie słuszny gniew Młotodzierżcy. Dla waszego dobra, odstąpcie i pozostawcie tych nieboraków w spokoju.
Bosch wstrzymał na chwilę przemowę, by dać dowódcy żołdaków szansę na zrehabilitowanie i okazanie staremu mężczyźnie należnego mu szacunku, wówczas jednak ponad ulicą poniósł się wściekły okrzyk ukrytego gdzieś chytrze Suma.
Mytnik zagotował się w myślach z wściekłości, przez chwilę gotów zawrzasnąć, że tego akurat łachmyty wcale nie zna, zwyciężyło w nim jednak niechętne poczucie odpowiedzialności nawet za takiego pyskatego i niewdzięcznego szubrawca.
- To jeden z moich zbrojnych, człek głęboce bogobojny, a przez to gotowy uczynić wszystko w imię Sigmara, lepiej go nie denerwujcie! Mówcie lepiej, kto wami dowodzi i co tu robicie, a szczerze, bo kto do mnie przemawia, jakby do samego świątobliwego ojca Zygfryda Grimmiga przemawiał!
-
Kurt starał się wyglądać możliwie niegroźnie, co przy jego posturze, pokiereszowanej twarzy i mieczu u pasa było zadaniem wymagającym niemal większego skupienia niż walka. Unikał patrzenia żołnierzom w oczy, ręce trzymał z dala od broni i nawet poruszał się ostrożniej niż zwykle. Jeźdźcy wyglądali na takich, którzy mogliby wypuścić bełt tylko dlatego, że ktoś za szybko podrapał się po nosie, a Mały nie zamierzał sprawdzać, czy dobrze celują. Dlatego z rosnącym zdumieniem obserwował Hieronima.
Bosch nie tylko się ich nie bał. Beształ ich jak niesforne dzieci, powoływał się na świątynię, groził gniewem Sigmara, a potem jeszcze wziął w obronę pozostałych. Nawet Ergo, którego wrzaski mogły właśnie wszystkim napytać biedy, został w ustach Hieronima człowiekiem głęboko bogobojnym.
Kurt słuchał tego z coraz większym podziwem. Sam uważał, że przy tych kuszach najlepiej było stać spokojnie i nikogo nie drażnić. Hieronim najwyraźniej uważał inaczej. I mówił z taką pewnością, jakby naprawdę wiedział, że nic złego nie może mu się stać.
Dopiero ostatnie słowa sprawiły, że Kurt spojrzał na niego zupełnie inaczej.
„Kto do mnie przemawia, jakby do samego świątobliwego ojca Zygfryda Grimmiga przemawiał.”
Mały powoli pokiwał głową. A więc jednak. Kurt poczuł znajome już ukłucie nabożnego respektu.
-

Legenda mapy:
- czerwony - dowódca
- pomarańczowy - dwójka która strzeliła do Ergo
- różowy - dwójka która nosiła graty
- niebieski - BG
- czarny - pozostali wojacy
Oswald
opuścił budynek, lecz dowódca nie był jeszcze do końca zadowolony, zupełnie jakby nie tego oczekiwał, albo na kogoś jeszcze czekał. Negliż Nadji był tym co zbiło oddział z tropu. Oficer co prawda zachował rezon, lecz jego ludzie, prości ludzie, nie potrafili się opanować. Mężczyzna już miał zacząć rugać swych podkomendnych, gdy Ulrich rozpoczął swoje przedstawienie, które działało, może dlatego że nie było przedstawieniem, a szczerą prawdą. Ludzie zdali sobie sprawę z kim rozmawiają i spuścili z tonu, marnego ale zawsze. Do ogólnego rozproszenia i rozluźnienia przyczynił się również Hieronim ze swym świątobliwym gadulstwem. Dało to chwilę czasu Ergo na podniesienie i wycelowanie z kuszy w Pana Jaśnie Pana.
Przemowa Suma miałaby duży potencjał, gdyby tylko doszła do skutku. Żołnierze nie mieli zamiaru czekać aż Ergo cokolwiek powie. Widząc broń skierowaną w stronę swojego przełożonego zadziali od razu. Dwójka stojąca najbliżej wystrzeliła w stronę Suma. Dwa bełty wbiły się w jego ciało, a dokładnie w tors. Cudem i ostatnim tchem, rannemu udało się posłać swój pocisk. Ergo nie widział efektu, padł na chwile przed swym oponentem. Bohater poruszał się, w przeciwieństwie do dowódcy z którego czoła wystawała końcówka lotki.
Z czasem gdy oba ciała wylądowały na klepisku ( a przynajmniej jedną z kończyn) nastąpiło po sobie kilka wydarzeń:
- Zupełnie nie przestraszony, lecz dotkliwie uderzony przez martwe ciało, koń dowódcy, odszedł na bok wlokąc za sobą ciało swego jeźdźca.
- Żołnierze którzy wystrzelili, wycofali się próbując jednocześnie przeładowywać kusze i nawoływać do ataku - bezskutecznie.
- Tragarze jęli bić bez opamiętania, powodując okropny dla uszu metaliczny hałas.
- Dwóch żołnierzy, stojących bliżej Nadji, z okrzykiem: "Demon!" na ustach wystrzelili w stronę Sigmara ducha winnej Kobiecie. Dwa Bełty minęły dziewczynę, z czego jeden niepokojąco blisko. Porażeni swym pechem zestrachali się jeszcze bardziej i pognali tam skąd przybyli.
- Konni stojący przy Ulrichu, oraz ci od Hieronima i Kurta, zdecydowali się odsunąć w kierunku przeciwnym do swych przestraszonych współbratymców, ciągle obserwując bohaterów, lecz z większej odległości. Kusze mieli wciął w łapach, lecz dalej skierowane w klepisko. Wyglądali na przestraszonych i raczej nie mieli zamiaru atakować kogokolwiek. Uciekliby, ale wyglądali jakby czekali na pozwolenie. Prości chłopi.
- Ostatni z żołnierzy, który do tej pory nie zrobił nic, podniósł swa kuszę i wystrzelił wprost w tył głowy, niespodziewającego się niczego, przybocznego dowódcy. Mężczyzna spadł z konia bez śladu życia, a jego koń uciekł na zachód, tratując zwłoki.
" %#$" - odpowiedział na niezadane pytanie i skinął Ulrichowi głową, na znak zrozumienia
Nie miał zamiaru uciekać, tym bardziej ze: - Drugi ze strzelców - zabójców Ergo, przerachował swoje szanse i dołączył do uciekających na zachód.
- Tragarze obejrzeli się wokoło i bez zbędnego komentarza stwierdzili że nic tu po nich. Pojechali na zachód, zostawiając swe toboły.
- Ergo trząsł się w konwulsjach, plując wokoło krwią.
Dla Ulricha
Żołnierz który zastrzelił przybocznego to ten sam któremu Ulrich "uratował" matule.
Z wyglądu i zachowania zdaje się być tak samo głupi jak i reszta, lecz jego pewność siebie wynika prawdopodobnie z faktu znajomości z Ulrichem.Dla Ergo
Każdy dzień niesie nowe doświadczenia, na przykład teraz Sum doświadczał okropnego, paraliżującego bólu który uniemożliwiał oddychanie a co dopiero poruszanie się. W ustach czuł smak krwi, dużej ilości krwi.
-
- Skrwhyughhyhyy ssyhnyyy... - charknął cyrkowiec spoglądając nierozumiejącym wzrokiem na 2 sterczące z niego bełty. Nie wiedział co właściwie zaszło, a jego mózg choć panicznie wydał polecenie ciału do działania i pompowania krwi, to jej całość wypełniała właśnie jego płuca topiąc go i dławiąc przy każdej desperackiej próbie zaczerpnięcia oddechu. Żył glupio i umierał głupio. To jedno chyba rozumiał dobrze, choć nie do końca dlaczego. Śmierć jednak nie mogła być taka najgorsza, bo ujrzał nad sobą nagusieńką dziewczynę zapewne słodką westalkę Ranalda wiodącą jemu podobnych szalbierzy na drugą stronę zgranej talii kart.
Szczery acz karkaturalny od bólu uśmiech wykrzywił mu twarz. Chyba chciał coś powiedzieć, ale już tylko chlusnął z ust gęstą krwią. -
Ulrich wypuścił powietrze z płuc jednym, pociągłym wydechem. Z zewnątrz wyglądało to trochę jak zblazowane wzdychanie, lecz prawda była inna - przez moment największego rozgardiaszu cyrulik przetrwał na jednym wdechu, aż twarz mu lekko poczerwieniała. Lecz nie czas było na ulgę. Spojrzał na żołnierzy którzy oddali strzały w kierunku Nadji.
- Toż to dobra kurwa, a nie demon!
Warknął głośno i wyraźnie, a po chwili zorientował się, iż w emocjach użył sformułowania po którym może go boleć szczęka, a przynajmniej policzek. Nie tracą jednak rezonu, dodał po chwili, głownie kierując to do znajomka.
- A teraz idę połatać tego cyrkowca bełtem dorżniętego!
I to mówiąc, w te pędy ruszył w stronę Ergo, a podczas biegu poza wspomnieniami z najazdów na Imperium i służby w armii (trochę naciąganymi, cyrulik był medykiem obozowym, ale tylko trochę- ataki na zgrupowanie i podczas przemarszów się zdarzały) trochę zadowolony jak z grubsza chwytliwe opisał kompanię. Dał im człowieczeństwo, znane pozycje społeczne, niezbyt bystrzy ludzie lubią takie hasła które mogą powtarzać zamiast "morderca dowódcy" to "cyrkowiec".
- Nic nie mów Ergo - powiedział gdy dotarł do kompana i zasłonił mu wdzięki Laleczki sobą, o ile widok był uspokajający to nie chciał aby pacjentowi teraz serce biło szybciej tłocząc krew poza ciało - oddychaj powoli - polecił zaczynając ogląd ran. -
Nie rozumiała czemu do niej wystrzelono, a jeszcze bardziej nie rozumiała czemu nie trafiono w nieruchomy cel. Poczuła jak serce truchleje, gdy jeden z bełtów prawie ją drasnął, ale najwyraźniej Morr... jeszcze jej nie chciał u siebie? Drżała z zimna i stresu, sytuacja wydarzyła się tak szybko, tak bez sensu. Dlaczego Ergo to zrobił? Nie było żadnego zagrożenia, zaczynało wszystko wchodzić pod kontrolę. Dlaczego?
Nadja chciała rzucić się z pazurami na Urlicha, ale to wyraźnie musiało poczekać. Ergo był ważniejszy od jej własnego... ego, niezależnie jak ugodzonego, nawet jeżeli nie mijał się cyrulik zbytnio z prawdą. Temu choć rozeźlona na konowała, nie dbając o własny negliż wpierw dopadła do ranionego (porywając jedynie swoją bluzkę ze sobą by nią próbować mało skutecznie tamować krwawienie) i jedną dłonią gładziła go po policzku jednocześnie próbując uspokajająco do niego szeptać, starając się nie zasłaniać rannego Urlichowi. -
Uliczki Bögenhafen
Hieronim Bosch chlubił się posiadaniem żwawego umysłu, który nadążał za biegiem wydarzeń w każdych bez mała okolicznościach, jednakże to, co miało miejsce na ulicy za nic w świecie nie mogło uchodzić za normalne. Nagła eksplozja przemocy sparaliżowała na chwilę cesarskiego mytnika, odebrała mu nie tylko mowę, ale i dech.
Kilka śmierci później, wciąż stojąc na ugiętych nogach w krzepiącym cieniu rzucanym przez Kurta, powiernik zwoju świątyni odchrząknął, oczyścił gardło chrapliwym splunięciem pod nogi i podniósł nad głowę włócznię w geście skupienia uwagi.
- Oto przesiał Młotodzierżca ziarno i oddzielił od niego plewy, a srogo je pokarał! - krzyknął starzec, rozgniewanym spojrzeniem wodząc po tych żołdakach, którzy z sobie tylko wiadomych powodów wciąż jeszcze nie uciekli - Wyście nie ulegli zgubnym podszeptom czarnej magii i nie ominie was za to nagroda, ani w tym życiu ani następnym! Tych, którzy tu zginęli Sigmar nie chciał oszczędzić przez wzgląd na ich grzechy, to oczywiste, bo przecie inaczej by żyli…
Bosch urwał na chwilę swoją perorę robiąc nieco zmieszaną minę, którą zaraz przykrył pod grymasem żarliwego natchnienia.
- Sprawa tyczy się wszystkich prócz błogosławionego Ergo Suma rzecz jasna, bo jeśli ten wyzionie ducha z rąk grzeszników, będzie to dla niego zaszczytną nagrodą, że jeszcze dziś ujrzy Sigmara na własne oczy! Cyruliku, jak z Ergo, dycha jeszcze? A wy wszyscy broń opuśćcie, żołnierze, i gadajcie, kto tu teraz jest dowódcą?
-
Przez kilka uderzeń serca Kurt stał nieruchomo, próbując pojąć, co właściwie się wydarzyło. Jeszcze przed chwilą rozmawiali z żołnierzami, potem ktoś podniósł kuszę, ktoś strzelił, konie zaczęły się płoszyć, ludzie uciekać, a teraz na ziemi leżał dowódca z bełtem w głowie, jego przyboczny nie żył, zaś Ergo dławił się własną krwią.
Wszystko wydarzyło się tak szybko i bezładnie, że Mały nie potrafił znaleźć w tym żadnego sensu.
I wtedy przemówił Hieronim.
Kurt słuchał w milczeniu, a z każdym kolejnym zdaniem jego zmarszczone brwi powoli się rozluźniały. Bosch wyjaśniał rzeczy, które jeszcze przed chwilą wydawały się zupełnie przypadkowe. Jedni uciekli, bo okazali się niegodni. Inni pozostali, bo nie ulegli złu. Dowódca zginął, bo Sigmar nie zamierzał oszczędzić grzesznika. Nawet los leżącego we krwi Ergo znalazł swoje miejsce w tym wszystkim.
Mały spojrzał na ciało dowódcy, później na uciekających żołnierzy, a na końcu na Hieronima. Zgadzało się. Wszystko się zgadzało.
Kurt nie potrafił pojąć, skąd Bosch wiedział, kto był ziarnem, kto plewami, a kto zasłużył właśnie na spotkanie z Sigmarem. Najwyraźniej na tym właśnie polegały sprawy wiary.
Mały odruchowo wyprostował się za plecami Hieronima i spojrzał na pozostałych żołnierzy już znacznie spokojniej. Skoro Sigmar właśnie zrobił tu porządek, Kurt nie zamierzał mu przeszkadzać.
Kurt jeszcze przez chwilę stał za plecami Hieronima, wodząc wzrokiem po pozostałych żołnierzach. Problem polegał na tym, że wciąż tutaj stali. Kurt wysunął się zza pleców Hieronima i ruszył spokojnie o kilka kroków do przodu. Nie sięgnął po miecz. Nie musiał. Wyprostował się tylko, pozwalając, żeby żołnierze dobrze przyjrzeli się jego pokiereszowanej twarzy, szerokim barkom i sylwetce człowieka, który zdecydowanie zbyt dobrze czuł się pośród świeżych trupów. Przez chwilę patrzył na nich w milczeniu.
– Słyszeliście. - Skinął głową w stronę żołdaków. – Sigmar już wybrał.
Spojrzenie Kurta przesunęło się na martwego dowódcę, potem na jego przybocznego, a na końcu wróciło do żołnierzy.
– Wy jeszcze żyjecie. - Kurt pozwolił im przez moment zastanowić się nad znaczeniem tych słów. – Lepiej już idźcie w swoją stronę.
Kurt nie zamierzał ich prowokować do walki. Chciał jedynie uzmysłowić pozostałym żołnierzom, że najlepszą rzeczą, jaką mogą teraz zrobić dla swojego zdrowia, sumienia i dalszych relacji z Sigmarem, jest dołączenie do kolegów, którzy wykazali się już stosowną przezornością i uciekli.
-
Oswald, który od lat wielu wędrował po szerokim świecie, wielokroć znajdował się w różnych dziwnych sytuacjach. Ta jednak była dziwna nad podziw.
Nie znajdując słów, mogących wyrazić uczucia, Oswald przez moment stał z lekko otwartymi ustami, by po chwili dopiero zacząć się przyodziewać, dzieląc swą uwagę między swoje odzienie, gołą Nadję i tych z oponentów, co przeżyli krótką wymianę bełtów.
Po uzupełnieniu braków w odzieży miał zamiar zająć się ciałem dowódcy, o ile koń wspomnianego wojaka nie pobiegł w siną dal. -
Ulrich oraz Nadja zajęli się ranionym Sumem. Towarzysz o dziwo nie był w aż tak złym stanie jak wskazywałyby na to dwa wystające z torsu bełty. Ergo nie mógł co prawda wstać i walczyć, lecz przy odpowiedniej opiece, okładach, modłach i oczywiście lewatywie, po kilku tygodniach mógłby spróbować samodzielnie się wysrać ... chyba. Pomysł Hieronima na odstawienie Suma do świątyni, po odpowiednim zabezpieczeniu ran, zdawał się być dobrym pomysłem. Cyrulik i Laleczka zabrali się do pracy, przerywając tylko na chwilę Mytnikowi, streszczając przy okazji całej grupie jego stan.
Oswald podszedł do ciała dowódcy, ciągle wiszącego jedną nogą w siodle. Koń był spokojny, stał jakby nigdy nic. Braun wyciągnął nogę z uprzęży i odciągnął kawałek aby zwierze go nie kopnęło.
Dowódca nie miał przy sobie zbyt wiele, sakiewkę z tuzinem srebrników, zwykły lecz zadbany miecz oraz sztylet.Hieronim wraz z Kurtem zrobili na żołnierzach niemałe wrażenie. Wojacy nie byli chętni do rozmów, więc gdy tylko Mały zasugerował im taktyczny odwrót, ci skorzystali, jednocześnie zupełnie pomijając "prośbę" o zabranie ciała do Świątyni. W popłochu spięli konie i pojechali w stronę muru, a następnie w kierunku z którego przybyli, skrzętnie omijając bohaterów. Hieronim hełmu nie znalazł, lecz bez problemu przytulił sobie miecz, razem z pasem, zdjęty z ciała przybocznego dowódcy. Obok leżała jeszcze kusza poległego.
Na szczęście znajomek Ulricha, mimo iż poważał wszystkich obecnych, nie strachał się jak oni.
- Yyy Panie ... Yyy , no, Panie. Tak, no. To ja powim. Dowódca ło jeden tu leży, zara obok tego tu, długo se nie podowódcował. A jeszczy jydyn to spierzchł ino przed chwilo. Także teraz to już żodyn nie żądzi.
- Ja, jest wincyj takich działów. Zbieraja chopów co kunia sie nie boja, daja strzelałke, żylastwo i dawaj.
- Noszym zadaniem je ino słuchać oficyra, groźnie wyglądać i szyć jak każo. i jeszcze nie myślec i nie gadac zbyt wiela. Godoli ze człowiekom się w łbach pokiełbasiło i że niby takie miłe ale później cie szyja rozszarpio. No i tak to tez było, co my kogo spotykali to sie oni na nas, to my ich na jeża robili i nazad za mur. Mowio ze to dla byzpieczyństwa, co by barachło dzilnicy naszej nie opanowało. No i tak, tak sie toczy.
- Do bramy, jo, bezpieczno, koło mura to my cały czas tłuczem bydło, tyla że tyraz to Was wszystkich na jeżo zrobiom, a i mnie ino tyż, bo pewno podboczny już wszystko wypaploł. Takze to, niemondry pomysł tam gnać tera jesli komu żyć miła. Chyba że dalyj, bliżyj wody, jest druga brama, tam to moze i jeszcze nie wią o nas i damy rade, ale to trza rach ciach, póki para w gymbie. A i mniej zbrojnych tam je, bo to jak brama nie wyglondo, tylko tam taki ten no ... wysoki budynek i przeze niego idzie przejście. Trza wiąć że ono jest i da rade.
- Ciało .. znaczy brata waszego możliw zabrać do Łojca Zygfryda, pewno. Kuniem uda mnie sie. Jako wyżyje drogie to i dalyj wyżyje. A i jachytniej tam ostane, w swiontyni pomogę usłuznie, co trza to zrobie. Mogiem ruszać tyraz jak trza.
Hieronim nie był całkowicie pewny o który budynek chodzi, lecz właściwie to wiedział o jednym takim który stoi idealnie na drodze muru. Ulrich spojrzał w stronę mytnika i prawie w tym samym momencie powiedzieli:
- Magazyn Braci Kargów!
Sytuacja się uspokoiła, bohaterowie zdobyli trochę informacji, nawet Ergo już tak nie wierzgał - a ciągle przecież jeszcze żył. Wszystko byłoby względnie dobrze gdyby nie jeden mały szczegół. Bohaterowie zaaferowani całą sytuacją, niezbyt przejmowali się rabanem jaki wokół tego wszystkiego zrobili. Swawola właśnie zbierała swoje żniwa. Z wszystkich kierunków, poza murem, w ich stronę, zmierzały grupki "ludzi" Z zachodu, najmniej zaledwie sześciu, z południa dwudziestu czterech, a ze wschodu dwunastu. Szli kupą, powoli, miarowo a z bocznych uliczek wychodzili kolejni.
- Ło %#!%#T%#^ czorny! - krzyknął ostatni z żołnierzy wskazując palcem kierunek wschodni.
Bohaterowie bez problemu dostrzegli postać która poruszała się zdecydowanie szybciej i agresywoniej niż reszta. Osobnik parł na przód tratując nawet "swoich".
-
Ponieważ (albo mimo iż) rany okazały się (jeśli wierzyć fachowej ocenie aptekarza) powierzchowne, Ergo jak przystało na prawdziwego mężczyznę, zachowywał się wciąż jak cierpiący męki i balansujący na progu śmierci. Falująca tuż nad nim gibka niewieścia pierś co prawda stanowiła potężne remedium na machinacje przy bełtach jakie zaserwował mu Ulrich, ale cyrkowiec i tak się miotał, stękał i wyzywał już nieobecnych zbrojnych i ich matki od %$!!!, a także &^$%(! i nawet [%!!&^] kompletnie nieświadom rabanu jakiego przy tym robił i wynikających z niego konsekwencji, na które nie trzeba było długo czekać.
Uczepił się ramienia markietanki wbijając w nią błagalne spojrzenie gdy jasnym się stało nawet dla całkiem sprawnie operowanego na środku bruku pacjenta, że mają tylko kilka chwil na ucieczkę.
- Nnhie zossshtawiajcie mmhnie... -
Cyrulik wypuścił powietrze przez usta. Nie podobał się mu żwawo idący jegomość, budził wyobrażenia o pomyleńcu z więzienia.
- Ergo, wolisz iść z nami czy do świątyni?
Zapytał mimochodem, ale nie czekając na informację zwrotną aby w razie czego przekazać cyrkowca konnym, poprosił Laleczkę aby poszukała szybko w zagrabionych ubraniach prześcieradła. Nie musiał jej tłumaczyć, akurat to znali oboje - prześcieradło związane w nogach, na nim ranny i ciągnięcie go po ulicy we dwójkę.
- Hej, Kurt, pomożesz? - zapytał wskazując na powstającą konstrukcję. We dwóch krzepkich mężczyzn powinni bez trudu biec z ciągnącym po bruku ergo. -
Ku wielkiemu żalowi Oswalda dowódca nie należał do osób zasobnych. Ale nie należało narzekać. Na bezrybiu i rak ryba, powiadano, więc Oswald przygarnął (tymczasowo) to wszystko, co dało się zgarnąć w parę chwil. Bo więcej czasu nie było, jako że zbyt szybko pojawiło się kolejne niebezpieczeństwo, na dodatek w dość znacznej liczbie, co sugerowało, iż dalsze przeszukiwanie ciała dowódcy w poszukiwaniu kolejnych łupów było co najmniej nierozsądne. Lepiej było oddalić się jak najszybciej, na przykład przebijając się przez najmniej liczną grupę zbliżających się przeciwników.
- A przeżyje podróż na grzbiecie wierzchowca? - spytał, równocześnie rozglądając się w poszukiwaniu najlepszej drogi ucieczki. - Albo zabarykadujemy się w domu... - przedstawił, z mniejszym nieco entuzjazmem, drugą możliwość.
-
Kurt przyglądał się nadciągającym z trzech stron grupom, próbując ocenić sytuację tak, jak robił to zawsze. Tych od zachodu było najmniej, więc tam najłatwiej byłoby się przebić. Można też było schować się w którymś z budynków albo spróbować dostać do bramy, o której mówił żołnierz. Ulrich chciał ciągnąć Ergo, Oswald mówił o barykadzie, a sam ranny najwyraźniej chciał przede wszystkim nie zostać na ulicy.
Każdy czegoś chciał. Kurt zmarszczył brwi.
Jeszcze niedawno wybrałby po prostu rozwiązanie, które wydawało mu się najprostsze. Złapałby Suma, zarzucił go sobie na ramię i ruszył tam, gdzie stało najmniej przeciwników. Teraz jednak takie postępowanie wydało mu się pochopne. Ostatnie godziny nauczyły go przecież, że rzeczy nie zawsze były takimi, na jakie wyglądały. Hieronim potrafił dostrzec heretyka tam, gdzie Kurt widział zwykłego szabrownika, rozpoznać wolę Sigmara w bezładnej strzelaninie i wskazać, kto zasługiwał na ocalenie, a kogo Młotodzierżca postanowił pokarać.
Mały spojrzał więc na Hieronima. Bosch milczał. Kurt poczuł się z tym zaskakująco niekomfortowo.
Ponownie zerknął na ludzi nadciągających ulicami, potem na Ergo, następnie na przygotowywane przez Ulricha prześcieradło. Mógł pomóc. Oczywiście, że mógł. Tylko czy powinien? A jeśli Hieronim za chwilę nakaże iść w przeciwną stronę? Albo uzna, że Sigmar przeznaczył dla nich inną drogę? Kurt nie zamierzał po raz kolejny przekonywać się, że własnymi oczami widzi mniej, niż Bosch potrafi wyczytać z woli Młotodzierżcy.
Na pytanie Ulricha nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł bliżej Hieronima i nachylił się ku niemu.
– Co robimy?
I czekał.
-
Nadja naprawdę zaczęła się bać. Nie miało to nic wspólnego ze stanem jej odzienia, jakiego nie zdołała dokończyć zakładać, jak Ergo uczepił się jej ramienia tym samym nie dając jej choćby zarzucić na siebie jakiegokolwiek odzienia by skryć swoją pierś. Ona po prostu czuła się ustawiona między młotem a kowadłem, a do tego straszliwie bezbronna, choć kusza jaką upuścił Sum kusiła wyglądem. Spojrzała na Urlicha, jaki zobaczył w jej oczach błaganie o pomoc. Zobaczył, że kobieta nie wiedziała jak się wyplątać z tej sytuacji.
-
Uliczki Bögenhafen
Hieronim nie odpowiedział na pytanie Kurta od razu, bo bezsilna złość odebrała mu na chwilę mowę. Ledwie sprawy zaczęły podążać we właściwym kierunku, a niebezpieczeństwo samo się wręcz wyeliminowało, bogowie ciemności rzucili pod nogi szanowanego urzędnika świnie przemieszane z kłodami!
Jęki ugodzonego bełtami Suma dodatkowo pogłębiły złość Boscha. Dlaczego ten kąpany w gorącej wodzie szubrawiec nie mógł bohatersko sczeznąć oszczędzając swoim towarzyszom z przymusu uciążliwości, tego mytnik nie pojmował.
- Młotodzierżca dał nam znak - oznajmił Hieronim podnosząc dłoń i kładąc ją na przedramieniu Kurta - Ocalił od nagłej śmierci Suma i może nawet pozwoli mu wydobrzeć, to przejaw wielkodusznej łaski i nie wolno nam oczekiwać na te chwile więcej, grzechem byłoby wystawiać jego wielkoduszność na próbę. Trza nam odstąpić od powrotu do świątyni, zbyt wielkie stwarza niebezpieczeństwo dla naszego rannego druha.
Mytnik oszacował wzrokiem odległość dzielącą wszystkie grupy szaleńców od kamienicy, wzdrygnął się mimowolnie na widok diaboła, nakreślił na piersiach ochronny znak.
- Cyruliku, dacie radę z dziewką pociągnąć tego nieboraka za nami?! - krzyknął kanał ciągnąć Kurta za rękę w stronę reszty grupy - Musimy wyrwać się czym prędzej z tej matni, tedy lepiej bić w tych najmniej licznych! I niech ktoś zastrzeli tego diaboła, zanim nas dogoni!
Plan nie był ani bezpieczny ani szybki w realizacji, ale gdyby wysłannicy świątyni przebili się przez najmniejszą grupę roznosząc ją na ostrzach Kurta, Oswalda i Hieronima, zawsze można było porzucić ciągniętego w tyle Suma na żer pościgowi i zwiększyć w ten sposób odległość od pozostałych dwóch hord.
-
Grupa bohaterów mimo odmiennych zdań i szczegółowego planu, mimo wszystko zebrała się dość szybko. Wybrali kierunek, gdzie było najmniej wrogów. Ulrich i Nadja na prędce naszykowali prowizoryczne nosze i zabezpieczyli Ergo. W tym samym czasie Oswald, Hieronim, ostatni z żołnierzy, oraz mimo wszystko Kurt, oddali strzały w kierunku diaboła. Dwa z czterech pocisków minęło zbyt odległy cel. Kurt trafił, lecz ledwie drasnął oponenta. Paul miał większe szczęście, bełt wbił się głęboko i lekko spowolnił przeciwnika.
Nigdzie nie było widać Lindy.
Bohaterowie ruszyli naprzód, z Kurtem na czele. Mały rozpłatał dwóch oponentów, jednego próbował stratować Paul - nie udało mu się, lecz odrzucił przeciwnika od grupy. Dwóch rzuciło się na Oswalda, jeden na Hieronima. Duchowy przewodnik grupy oberwał solidnie, na jego ramieniu pojawił się czerwony wykwit, lecz nie spowolniło to napędzanego adrenaliną bohatera. Ominięci przeciwnicy zrezygnowali z kontrataku, dalej zmierzali w tym samym kierunku.
Grupa biegła dalej, aż ich oczom, w sporej odległości, ukazał się zarys bramy o której mówił Paul. Złą wiadomością było to że wedle zeznań, nie byli tam mile widziani. Bohaterowie zatrzymali się na chwile, udało im się wyrwać z okrążenia, prawie nikt ich nie gonił. Prawie, gdyż diaboł był niestrudzony i ciągle zmierzał ich tropem. Ulrich zajął się Sumem - wyglądał stabilnie, oraz Hieronimemem - tracił krew, wiec Cyrulik odkaził ranę i zatamował krwawienie, na ten moment nie było czasu na nic więcej. Kurt przekazał kusze Nadji i ponownie poleciała salwa. Cel dalej poruszał się w lini prostej, lecz był zdecydowanie bliżej, szanse na trafienie wzrastały. Trzy bełty wbiły się w diaboła, z czego jeden - wystrzelony przez Hieronima - trafił w sam środek krtani. Przeciwnik zapluł się krwią i padł na klepisko. Bohaterowie mieli nieodparte wrażenie że gdyby nie tak precyzyjne trafienie, wszystko mogłoby skończyć się walką w zwarciu.
Po krótkim odpoczynku towarzystwo ruszyło, okrężną drogą, do pierwotnego celu: magazynu braci Kragów. Ulice były puste, śmiałkowie nie musieli zbytnio lawirować, w milczeniu, po dłuższym czasie, stanęli na przeciwko rzeczonego budynku. Magazyn wyglądał na obwarowany ale opuszczony. Gdyby nie wiadomości od Paula, nikt nie pomyślałby że jest tam jakieś przejście. Drzwi i okna były zabarykadowane i dopiero wnikliwa analiza wskazała że jedna ze ścian jest w rzeczywistości bramą, a górne okna nie zabite, a jeno zamknięte, w celu jakim każdy zdrowo myślący człowiek mógł się domyśleć. Na przedpolu nie było ciał. Panowała cisza która przerwał Paul.
- Nie paczajcie na mnie, ja ni znam tych. A jak ni tu to ja do Łojca pognam. Czort wie co tam za jest. Znaczy wiadoma, dzilnica naszo, ale przejść wpierw trza.
-
Ciągnięty na skleconych noszach Sum miał doskonały widok na ścigającego ich potwora. Bardziej jednak niż grozę tej wynaturzonej bestii, odczuwał każdą nierówność miejskiego bruku, która sprawiała mu niewysłowiony (a przynajmniej tak go sobie egzemplifikował) ból. Jęczał więc niezmiennie jak i wcześniej dzięki czemu diaboł nawet jakby ofiary zniknęły mu z oczu, miał łatwe zadanie w ponownym ich namierzeniu. Ale Ergo nie myślał o tym. Myślał o swoim życiu. O tym jakich doznał krzywd i niesprawiedliwości. I że jego aktualne cierpienia są tego nieprzypadkowym podsumowaniem. Chlipał więc i jęczał. Jęczał i chlipał. I patrzał niemal ze zrozumieniem w oczach na upadającego diaboła tak jak on naszpikowanego bełtami...
Aż w końcu droga przez mękę dotarła do nieoczekiwanego interludium pod magazynem Braci Kragów, o których Ergo chuja wiedział i nijak nie mógł pomóc swej kompanii w przedostaniu się do środka.
-
Kurt zatrzymał się przed magazynem i przyjrzał zabarykadowanym oknom oraz ścianie, za którą według Paula miało znajdować się przejście. Można było próbować dostać się do środka, nawoływać ludzi po drugiej stronie albo poszukać innej drogi. Każde z tych rozwiązań miało jakiś sens, co dla Małego oznaczało przede wszystkim, że nie należało wybierać żadnego z nich samemu.
Kurt zerknął jeszcze na Suma. Dwa bełty w piersi, ciągnięcie po bruku, ucieczka przed hordą, a ten skurczybyk nadal żył. Hieronim mówił, że to łaska Sigmara, więc Mały nie widział powodów, żeby się z tym spierać. Najwyraźniej Młotodzierżca chciał mieć Ergo tutaj jeszcze przez jakiś czas. Kurt nie bardzo rozumiał po co, ale uznał, że bogowie też czasem podejmują dziwne decyzje.
Kurt odruchowo zwrócił się ku Hieronimowi, oczekując dalszych instrukcji. Ostatnim razem Bosch wiedział, co robić. Położył wtedy dłoń na przedramieniu Kurta, oznajmił mu wolę Młotodzierżcy i poprowadził resztę we właściwym kierunku. Później sam Sigmar potwierdził słuszność tej decyzji, prowadząc bełt Boscha prosto w gardło ścigającego ich diaboła. Kurt nie potrzebował więcej dowodów.
Podszedł do Hieronima i położył wielką dłoń na jego przedramieniu, dokładnie tak, jak wcześniej zrobił to mytnik. Nie powiedział jednak nic. Stał tak przez chwilę, najwyraźniej oczekując, że dalsza część nastąpi sama. Kiedy nie nastąpiła, lekko ścisnął ramię Boscha.
– Hieronim.
Zawahał się.
– Co mówi Sigmar?
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się