Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Niedostępny
    SantorineS Niedostępny
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #99

    Oryginalny autor: Zell

    - To powiedz mi Heinrichu co ci podpowiada twój doświadczony umysł śledczego w takiej sytuacji? Przychodzi do ciebie zapytanie o kolegę po fachu za którym nie przepadałes, za jakim mało kto przepadał ale jakiś czas temu zniknął w podejrzanych okolicznościach. A tu przychodzi list z drugiego krańca Imperium, że on tam sobie żyje i grzeje swoje stare kości. A u was zniknął bez słowa. Jak wpadł w tarapaty i się z nich wykaraskal to widocznie nie raczył was o tym powiadomić ani nawet wrócić do swoich obowiązków czy chociaż przejść w stan spoczynku aby tutaj grzać swoje stare kości a nie tam, nad morzem, gdzie udał się bez słowa wyjaśnienia. No? Co by sobie mógł pomyśleć taki łowca czarownic o takim zachowaniu nielubianego kolegi? - zapytała tak jakby chciała nakłonić go do spojrzenia na sprawę z tej drugiej strony. I dała mu chwilę do namysłu. Ale krótką bo ciągnęła dalej.

    - I tu nie chodziło mi o samą reakcję

    Byłeś częsta imperialnej bezpieki Heinrichu. Tam wszystko jest tajne i skryte w cieniu. A tu sobie wypływa jak korek na drugim krańcu Imperium ktoś kto siedział w tym całkiem głęboko. Ale tego gdybania co by było gdyby można uniknąć. Jeśli nie będziesz prowokować swoją przeszłością. Czyli jak nie będziesz się puszył dookoła, że byłeś radykalnym łowcą czarownic z południa. Tylko będziesz starszym panem co sobie przyjechał nad morze dożyć w spokoju swoich dni. Bo każdy dotyk przeszłości może ściągnąć na ciebie kłopoty. Takie z państwowym aparatem ścigania w roli głównej. A jak na ciebie to i na nas. Dlatego myślę, że lepiej abyś nie wspominał naokoło o tym, że w ogóle byłeś łowca czarownic. A szanse, że ktoś z tamtych ludzi przyjedzie akurat do nas i jeszcze trafi akurat na ciebie są ale dość niewielkie. Zwłaszcza jak nie będzie żadnych wskazówek, że dawny Heinrich łowca czarownic przybył akurat do tego miasta. Ale nie ma co się stopować nad tym, że w każdej chwili przydybie cie jakiś dawny kolega po fachu bo nic nie osiągniesz. Będziesz się ciągle obracać przez ramię czy cie dawny kamrat nie śledzi. Radzę ci tego wszystkiego się wyzbyć i odciąć się od przeszłości. - wiedźma o złotych oczach mówiła dość długo ale jasno wynikało, że nie jest zwolenniczka tego aby Heinrich powoływał się co chwila na swoją przeszłość jakby lada chwila miała go capnac za kark albo przynieść jakieś korzyści. Wolała aby odciął się od dawnej kariery i życiorysu.

    Początkowo Heinrich chciał chyba przerwać Merdze czy zaprotestować. Podważyć jej słowa, nie zgodzić się z nią! Ale nie wtrącił się, choć cichutki głosik dawnego życia chciał go pchnąć w tamtym kierunku... tylko był zbyt słaby, zbyt przybity przez wydarzenia, jakie go tutaj zaciągnęły. Nie mógł wpłynąć na mężczyznę, jaki działał wedle jego słów, nie był w stanie przywrócić go do dawnych zmysłów i zawrócić z tej drogi, jaka doprowadzi do oddania duszy Mrocznym Potęgom. W Heinrichu wciąż istniał przygaszony, ledwo tlący się żarek, a którego nie zagasił. Czemu?
    Bo się wciąż bał. W duszy obawiał się wypowiedzieć słów odpowiedzi.

    Heinrich spojrzał umęczonym wzrokiem na Mergę, wizję tego, co zwalczał całe życie. Powinien nią pogardzać, chcieć jej zniszczenia, ale była mu w tym momencie bliższa niż ktokolwiek był dawniej.
    I teraz już nie umiał jej nienawidzić.

    - Pomóż mi... - odezwał się z błagalną nutą, lekko uginając się przed nią by zdawać się mniejszym od niej, jak zlękniony uczeń szukający wsparcia mentora - Pomóż mi się zmienić, całkowicie uwolnić od dawnego ja…

    - Chodź, chodź do mnie Heinrichu. Chodź do mnie moje dziecko. - rogata wiedźma o niesamowitych, złotych oczach wyciągnęła ku byłemu wrogowi Chaosu swoje fioletowe ramiona jak witająca kochanego syna matka. Głos też miała kojący i matczyny jakby chciała ukoić rozterki i wątpliwości swojego dziecka.

    Światło zasiane w duszy Heinricha już dawno zagasło, teraz tylko kryło się po kątach świadomości wpierw zaduszone cierpieniem, strachem i uczuciem porzucenia. Teraz jego mierny poblask ginął zakryty płachtą nieprawdziwej troski, przygarnięcia do tych, przed którymi ostrzegał rozum, jaki ostrzegałby dalej, gdyby nie uciszyła go beznadzieja i niekończące się katusze.
    Heinrich zrobił krok bliżej Mergi, pozostawiwszy laskę opartą o ścianę. Chwiał się lekko, gdy uczucie było inne, obce, ale mimo wszystko podszedł.
    Uchwycił dłonie kobiety i złączywszy je delikatnie, ucałował ich skórę z szacunkiem pochylając głowę, której czoło wsparł o te dłonie.

    - Już dobrze Heinrichu, już dobrze. Wszystko się jakoś ułoży. Zostań z nami, ze swoją nową rodzina. I wytrwaj. Pomóż nam a my pomożemy tobie. Mało nas i otaczają nas wrogowie. Tylko sami na siebie możemy liczyć. Zostań z nami a jakoś wszystko się ułoży. - szeptała cicho i miała kojący głos jak matka nucaca kołysankę swojemu dziecku. Z bliska czuł jej delikatny dotyk pocieszycielki. Ciepło jej żywego ciała i ziołowy zapach płynący chyba z jej włosów.

    Heinrich zamknął oczy pozwalając uczuciom bezpieczeństwa i troski zalać rozdygotaną psychikę. Nie chciał nawet sobie tego na głos powiedzieć, ale bał się tego zagrożenia, a jakie został wepchnięty. Teraz jednak... Merga zdawała się swoimi słowami odsuwać obawy i koić duszę. Nie był sam. Imperium mogło go odrzucić jak obrzydliwy odpadek, jednak Heinrich zyskał prawdziwe zrozumienie, rodzinę.

    - Nie jestem już jednym z nich. - szepnął zdartym od krzyku głosem - Ale mam ciągle wiedzę. - z zadowoleniem wdychał ten ziołowy zapach rozchodzący się od kobiety, kojący nerwy.

    Uniósł wzrok na jej twarz w oczach ukazując swoje podstawowe uczucia - żalu za stratą wszystkiego, czym karmił ambicję mając władzę nad innymi jako jeden z Łowców Czarownic i bycia prawie nietykalnym w strukturach Imperium. Tęsknoty za uczuciem, jakie to oferowało, a jednocześnie poczucia przynależności i posiadania celu. Bez tego czuł się pusty, bezbronny.

    - Nie mam magii, jedynie mogę ją zobaczyć. - szepnął z pogłosem jakiegoś braku spełnienia - Ale i tak mógłbym dzięki doświadczeniu i wiedzy walczyć z wrogiem, odciągać rodzinę przed wyrządzeniem sobie szkód. Wydaniem siebie na widok Łowców. Zrobieniem tego jednego kroku za daleko, na jaki oni czekają.

    - Oh, wierz mi Heinrichu, nie wszystko da się załatwić magią. Czasem mnie samą to zaskakuje. Jest całkiem sporo aspektów życia codziennego w otaczającym nas świecie jakie da się załatwić bez niej a nawet to lepiej wtedy wychodzi i zwykle jest mniej skomplikowane. - wiedźma zaśmiała się cicho, nieco chyba rozbawiona jakby znów nie otaczał ich tak doskonały i magiczny świat jakby sobie życzyła. Pogłaskała jeszcze rozmówce po policzku patrząc z bliska swoimi oczami w jakich płonął wewnętrzny ogień mocy.

    - Ale właśnie ty i twoje doświadczenie jest dla nas cenne. Właśnie jego możesz użyć jako swojego atutu. Na naszą korzyść. My wiemy, czym się trudniłeś więc przed nami nie musisz tego ukrywać. W przeciwieństwie do reszty świata. Dla nich lepiej dla ciebie i dla nas abyś był jakimś tam starszym panem co chce tylko żyć w spokoju i z jakimiś zakonami i tajnymi organizacjami nie ma nic wspólnego. - pokiwała głową głaszcząc go jeszcze chwilę ale pochwaliła właśnie taki konstruktywny kierunek myślenia. Prosiła aby nie zwracał uwagę otoczenia na to kim był w przeszłości aby nie wyszło z tego coś kłopotliwego. W końcu były łowca heretyków, obecnie kuternoga, właściwie samotny i bez wsparcia możnych i władz tego miasta, bez kontaktów i zaplecza mógł kogoś skusić aby mu dopiec w mniej lub bardziej dosadny sposób. Zapewne nie tylko Heinrich niegdyś zalazł za skórę wielu osobom podczas pełnienia swoich obowiązków nawet jeśli to było w innej części Imperium. I ktoś z tutejszych czy przyjezdnych mógł się chcieć odegrać na starym łowcy wiedźm i heretyków nawet jeśli to nie do niego miał żal.

    Stary były Łowca stracił na chwilę głos. Nigdy wcześniej żadna kobieta nie umiała wpłynąć na niego jak Merga. Patrzył w jej piękne oczy i tonął w głębi ich mocy. Dusza słabo chciała by nie wchodził w to, nie poddawał się. Przecież wiedział, że to niebezpieczeństwo, sam był uczony o takich sztuczkach... ale czy to jeszcze miało jakiekolwiek znaczenie? Ogień chaosu był zgubny, był zdradliwy... ale był też tak cholerne przyjemny, a Heinrich... przecież i tak w nim już brodził.

    - Czasem ciężko uwolnić się... - z przyjemnością przyjmował dotyk Mergi na policzku - Ciężko zapomnieć o tym, kim byłeś. Jak wiele zyskałeś. Kiedy jeszcze miałeś wyraźny cel. - sycił się ciepłem skóry kobiety o oczach pełnych potęgi - Porzucić posiadaną... - urwał, jakby walczył sam ze swoim wstydem, kiedy musiał odkryć przed sobą prawdę - ...władzę.

    - Oh tak, to prawda. Nie jest łatwo zrzucić skórę nawyków i przyzwyczajeń. Opuścić już tak dobrze ułożone gniazdko w jakim mamy wszystko poukładane. Wbrew pozorom człowiek nie wąż aby bez przeszkód i konsekwencji mógł zrzucić skórę i żyć dalej. - powiedziała z łagodnym uśmiechem zrozumienia i posłała nieco rozbawione spojrzenie ku wyznawczyniom Węża. Ale te w tej chwili nie zwracały na nich uwagi pogrążone rozmową ze sobą nawzajem.

    - A im jest się wyżej, ma się większą władzę i możliwości, tym trudniej wejść w skórę szarej myszki. - dodała nadal kiwając głową na znak, że może zrozumieć taki punkt widzenia. - Ale gdy mamy nóż na gardle to trzeba. Trzeba odrzucić te nawyki i wygodę i zacząć nowe życie.Ubrać nową skórę i maski. Zacząć żyć od nowa. Jako ktoś inny. Dajmy na to taka stara mysz co przybyła nad morze dożyć w spokoju swoich dni grzejąc swoje stare kości nadmorskim słońcem. - powiedziała przeczesując mu włosy palcami jakby był małym chłopcem a ona jego matką, babcią czy opiekunką.

    - Ale na szczęście nie jesteś tu sam. Jak widzisz masz od czego zacząć. I jestem przekonana, że rodzina ci pomoże co da radę. Wbrew pozorom to chociaż tak często wszystko trzeszczy w szwach na tych naszych rodzinnych spotkaniach to jak widzisz jakoś udaje nam się wspierać się nawzajem i nawet zmierzać ku wspólnemu celowi. - znów posłała spojrzenie po siedzących przy złączonych stołach sylwetkach, tak różnych i przypadkowych, że wydawali się na pozór nie mieć ze sobą nic wspólnego. Może by się udało jakoś dopasować Rune do Silnego, Thobiasa do Sigismundusa, dwie czy trzy łotrzyce do siebie albo dwie eleganckie szlachcianki. Ale jako całość? Zdecydowanie nie. Każde wydawało się być wyrwane z innych dzielnic miasta. A jednak było tu na nich miejsce. Merga wskazała mu głową na Łasicę i Silnego którzy byli swoimi tradycyjnymi adwersarzami i prawie nie zdarzało się aby w czymś byli zgodni. Silny nie raz nie ukrywał, że najchętniej by dorwał łotrzycę i spuścił jej solidny łomot a ona, że najchętniej wywinęłaby mu jakiś bardziej finezyjny numer co wcale nie oznaczało, że mniej wredny. Ale jakoś się znosili, zwłaszcza jak Starszy był w pobliżu i miał na nich wpływ. No albo sama Merga.

    Wzrok Heinricha na chwilę spoczął na zgromadzeniu.

    - Brakuje mi zrozumienia ich. Wiedzy o ich głębszych pragnieniach. - wrócił do twarzy mutantki - Bo to co widać... jest bardzo proste. A może nie zauważam jeszcze nic poza powierzchnią. - przesunął dłoń do twarzy Mergi i przesunął palcami po policzku pod okiem kobiety - To irytuje, gdy jesteś świadomy jak wiele ci wiedzy brakuje o świecie, w którym żyjesz.

    - Sztukę poznawania innych, siebie, tajników magii, wiedzy, zakazanych sekretów to jest doświadczenie jakie każdy z nas musi zgłębić sam Heinrichu. Oczywiście dobrze jest mieć kogoś kto nas wspiera, kieruje, pomaga, jest naszym mentorem i drogowskazem. Zwłaszcza jak właśnie taki kierunek nas interesuje. Ale ostatecznie każdy z nas kluczowe kroki musi zrobić sam, osobiście. To jak z jazdą na koniu czy pływaniem. Nie nauczysz się jeździć konno tylko oglądając konie, rozmawiając o nich czy obserwując jak inni jeżdżą. Trzeba wsiąść na grzbiet i zobaczyć co z tego wyjdzie. Tak samo tutaj z twoją… Właściwie naszą, nową rodziną. Ja też nie jestem tu z nimi od początku a przez te pół roku bardzo się z nimi zżyłam. To samo z tobą. Nie zrozumiesz ich tylko stojąc z boku i obserwując. Jeśli nie zrobisz kroku aby ich poznać na zawsze pozostaniesz kimś z boku. Tyle ci mogę poradzić w tej sprawie. - wiedźma z dalekiej, skalistej i mroźnej północy dała się pogłaskać po twarzy byłemu łowcy czarownic z południa Imperium. Co wcześniej poświęcił całe lata na ściganiu takich jak ona i sylwetki jakie ich otaczały. A ona zapewne też nie raz wchodziła w konflikty z takimi jak on. Ale teraz stali tu razem, w tej pękatej ładowni starej kogi co się lekko bujała na łagodnych dziś falach i rozmawiali ze sobą o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

    - Musisz się w to zanurzyć Heinrichu. Inaczej zawsze będziesz kimś z zewnątrz. Kimś kto jest wśród nas tylko jedną nogą. I boi się zrobić ten ostatni, integracyjny krok. Niepotrzebnie. Odrzuć przeszłość, odrzuć wahania. One tylko cię blokują. Jak cię sługusy władz odnajdą i tak zginiesz w walce albo podczas kaźni w lochu czy potem na stosie. Już nie ma dla ciebie innego życia niż to z nami. - szeptała cicho patrząc mu w twarz swoimi niesamowicie złotymi oczami i strzepując mu jakiś niewidzialny paproch spod kołnierza.

    Były Łowca Czarownic patrzył w oczy Mergi jak zahipnotyzowany. Kiwał głową na jej słowa, ale też wyraźnie nie paliło mu się zaprzestać obserwacji.

    - Za same twoje oczy, mimo że piękne, skazałbym na śmierć. - uśmiechnął się na sytuację - Ta ironia... A byłoby tak inaczej, tak niedawno. - dodał cicho.

    - Oh, dziękuję za komplement Heinrichu, to bardzo miłe z twojej strony. - odparła rogata wiedźma uśmiechając się z rozbawienia lub zadowolenia. Skróciła dystans jeszcze bardziej i delikatnie pocałowała jego usta. Odsunęła się trochę i pacnęła go palcem w policzek. - Ale otrząśnij się i przestań żyć przeszłością. Nie jesteś już stróżem prawa i nie masz władzy skazywać kogokolwiek. To minęło Heinrichu. - dodała tonem delikatnego upomnienia. I odsunęła się już tak jak nakazywała damie powszechnie pojęta przyzwoitość. - Czy jest jeszcze coś co chciałbyś ze mną omówić? - zapytała wskazując wzrokiem, że jeszcze parę innych osób też zerka w ich stronę i nie był jedynym jaki miał ochotę i potrzebę porozmawiać z wyrocznią.

    - To wszystko, dziękuję. - Heinrich skłonił się szlachecko. Z jego wzroku można było odczytać, że w sumie nie wie czy powinien tak być zadowolony z tej sytuacji z Mergą... ale w sumie...

    Był zadowolony bez śladu poczucia winy.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #100

      Oryginalny autor: Seachmall

      Angestag; wieczór; koga “Stara Adele”

      Zbór

      Otto był zmęczony dzisiejszym dniem, a jeszcze się nie skończył. Czekało go jeszcze przedstawienie sytuacji z Heroldami, ale na razie pozwolił rodzinie przedstawić swoje sprawy. Skinął na przywitanie Dornie, z krótkim "Witaj Siostro", kiedy ta została przedstawiona rodzinie. Spojrzał z delikatnym smutkiem na przepychanki między Sigismundusem a Pirorą.

      - Kult Grubsona jest oddany Slaanesh, Sigismundusie. W całości, o ile możesz spróbować sprzedać hodowlę jako nowe doświadczenie… obawiam się, że ich wiara jest dość… płytka. - wiedział, że pewnie rozgniewa kilka osób, ale zauważył to samo u służek Węża w ich rodzinie.

      Wysłuchał opisu snu Mergi, zamykając oko, pozwalając pustemu oczodołowi zobaczyć obrazy, które malowały słowa wyroczni. Piękny świat, pełen pięknych rzeczy.
      Otto uniósł dłoń, kiedy padło pytanie o ich sny.

      - Widziałem moich pacjentów, tych którzy słyszą zew Sióstr, ich Heroldzi. Poinformowali mnie, że Siostry muszą zostać przyzwane jednocześnie. albo inaczej, nie ma innej opcji niż przyzwać je wszystkie jednocześnie. - o przesłaniu Vigo postanowił poczekać, aż zaczną mówić o dziedzictwie Oster. Podniósł jednak głowę kiedy padła informacja o szukaniu nowych rekrutów.
      - Jeżeli mogę Starszy. - Otto podniósł i spojrzał na swoją rodzinę, zatrzymując wzrok na Silnym i innych Khornitach - Annika, Herold Norry, jest wolna i bezpieczna pod opieką Fabienne von Mannlieb. Słyszy zew ołtarza ofiarnego Norry, którego pilnuje jakiś zwierzoludź. Herold odwiedzi ten kamień, wyzwie strażnika na pojedynek, wygra i stanie się nowym stróżem. - mnich przedstawił to wszystko jakby już widział jak to się dzieje. Najwyraźniej wierzył w wizję Anniki tak bardzo jak ona - Herold widziała wielką armię Norry dowodzoną przez Czarnego Rycerza. Podejrzewam, że może być powiązany z ołtarzem. Wszyscy słudzy Boga Krwi są zaproszeni, aby zobaczyć pojedynek. - uśmiechnął się do Khornitów - Ale obawiam się, że będziecie musieli zadowolić się jedynie widowiskiem.

      - Wszystkie Siostry muszą zostać przyzwane jednocześnie? - Mergę widocznie zainteresowało to stwierdzenie. Zastanawiała się nad tym chwilę co wykorzystał Sigismundus. Nachylił się do Otto i rzekł do niego cicho.

      - Właściwie nie jestem wybredny gdzie i jak one rozkładają nogi. Obojętnie mi to. Byle dały się zasiać. A potem przyniosły plon. Właściwie jak dadzą znać to już kogoś po ten plon się pośle. Byle dały się zasiać i wydały plon. - aptekarz pokiwał ze zrozumieniem swoją byczą głową jakby o wyznawczyniach Węża, chyba nie tylko tych z ich zboru, nie miał najlepszego zdania. I rozpatrywał je tylko pod kątem użyteczności jako nosicielek w nowej hodowli.

      - A co to za Annika? Umie się bić? Dlaczego siedzi u tej Bretonki? Da się ją jakoś wyciągnąć na miasto? Spotkać się? - Silny widząc, że wyrocznia chyba nad czymś rozmyśla skorzystał z okazji aby wyrazić swoje zaciekawienie ową dziewczyną o jakiej Otto tak dobrze mówił.

      - Ciekawe. Nie brałam tego pod uwagę. Być może. Nie wiem na ile tak dosłownie trzeba traktować to wspólne sprowadzanie. I tak potężne istoty jak Siostry powinny móc funkcjonować same z siebie, bez pozostałych Sióstr. Ale kto wie? Może zawarły jakiś pakt o jakim nie wiem. Może wspólnie są stabilniejsze w naszej rzeczywistości. Albo potężniejsze. W każdym razie dobrze, że o tym mówisz Otto, będę musiała to sprawdzić. - wyrocznia przetrawiła chyba te informacje bo odezwała się znów jak uczona jaka rozważa jakiś interesujący projekt.

      - Tak przemówiły do mnie we śnie, ustami moich pacjentów. I najwyraźniej wszystkie przemawiają do nas, niezależnie od naszych własnych patronów. Być może, nie chodzi tylko o jakiś pakt, ale ich relacje mogły być trwalsze niż rywalizacja Wielkiej Czwórki. - Otto westchnął najwyraźniej zmęczony - Annika jest jedną z moich pacjentek, czy umie się bić… nie widziałem, ale wiem, że umie przegrywać. Została dźgnięta łyżką i trafiła do lazaretu, a dziś pogoniła na południe pod wpływem zewu ołtarza i złamała nos oraz wybiła zęby jednemu strażnikowi. Pokonali ją w kilku, ale jednak. Jest u Fabienne ponieważ ona była jedynym bezpiecznym sposobem, na wyciągnięcie jej. Co do spotkania, chciałem się z tobą umówić. Fabienne chętnie zasponsoruje jej broń i zbroje, ale ani ona, ani ja się na tym nie znamy. Mam nadzieję, że ty będziesz mógł bardziej pomóc. Jeśli zniesiesz obecność Slaaneshytki.

      - To jest u tej Bretonki? - Silny trawił to przez chwilę wskazując na czerwoną milady jaka niedawno o niej mówiła. - Dobra, może być. To umów nas z nią. Zobaczymy co to za jedna. A sklep z bronią no tak, znam jakiś. Możemy tam pojechać. - łysy mięśniak zgodził się z na taką wstępną propozycję i chyba był ciekaw tej kobiety jaka zmagała się dzisiaj ze strażą miejską.

      - A ten czarny rycerz, ciekawe kto to jest. Też mi się śnił. Prowadził nas do bitwy. Ona go zna? Wie kto to jest? No nieważne, zapytam ją jak się spotkamy. To na kiedy możesz nas umówić z nią? - lider krwawych ogarów był podekscytowany tymi dobrymi wieściami jakimi podzieliła się z nimi Merga, Otto i reszta. Wydawało się, że wreszcie i do nich bogowie się uśmiechnęli obdarzając ich swoją wspaniałomyślną łaską.

      - Napij się wina złoty chłopcze. To cię wzmocni. Bo wyglądasz na zmęczonego. Coś ci się przydarzyło przykrego dzisiaj? - Sigismundus w międzyczasie niczym jowialny wujek podał kubek wina swojemu jednookiemu siostrzeńcowi. I zdradzał troskę jego oznakami zmęczenia.

      Były łowca czarownic przysłuchiwał się rozmowom prowadzonych po sprawie dziedzictwa Oster. To, co Otto powiedział o snach było... interesujące.

      - Potrzeba nam też wybranego Vesty. - odezwał się w końcu - Bez takiej osoby nie mamy szans znaleźć dziedzictwa... a na pewno wyjść żywym po odnalezieniu. - spojrzał po zgromadzonych - Możliwe, że artefakt w Akademii to tylko klucz, jaki pomoże w znalezieniu, może nawet i tym nie jest. Niemniej i do jej dziedzictwa potrzebujemy kogoś konkretnego.

      - Możliwe. Niestety póki jest zamknięty w Akademii trudno coś o nim powiedzieć. No chyba, że udało się wam coś dowiedzieć od naszego ostatniego spotkania. - Starszy skinął głową Heinrichowi ale wolał najpierw sprawdzić czy mają jakieś nowe informacje w tej sprawie.

      - Zapewne każdy z tych artefaktów od Sióstr jest potężny. I każdy może wyglądać inaczej i mieć inne właściwości. Jak choćby ten alabastrowy posąg Pajęczej Królowej jaki tu mamy i to co chłopcy opisywali w Jaskini Oster. Więc zapewne to co jest zamknięte w tamtej skrzyni to też jeszcze coś innego. Jednak każdy kolejny zdobyty artefakt czy strzępek wiedzy o Siostrach zbliża nas do sprowadzenia ich z powrotem na ten świat. - Merga też się odezwała dorzucając swoje uwagi na ten temat.

      - Ja tam nie widzę większego kłopotu skoro Joachim mówi, że wie gdzie ta skrzynia jest. Już o tym dzisiaj gadaliśmy. Te drzwi jakoś trzeba sforsować a reszta to zwykłe przeniesienie skrzyni do łodzi. No wcześniej te psy co tam biegają trzeba będzie uciszyć i tak dalej ale robota do zrobienia. - Silny spojrzał na Rune, Joachima i Heinricha z jakimi spotkał się wcześniej w “Kociołku”. Jak na swoje standardy to był w dobrym i pogodnym nastroju po usłyszeniu tych wszystkich wieści od początku spotkania. To i robota z włamaniem się i rabunkiem Akademii wydawała mu się do zrobienia.

      Heinrich pokręcił głową na słowa Silnego.

      - To nie może zostać tak przeprowadzone. Nie, jeżeli nie chcemy mieć zaraz na karku naszego miejskiego Łowcy Czarownic. - mężczyzna spojrzał na Joachima - Nie mówiłem ci tego wszystkiego po wyjściu, aby konkretnie tylko ciebie ochronić. Mówiłem, że musisz się trzymać z dala, aby chronić cały kult.

      - Łowcy czarownic? Tego Hertza? A co on ma do tego? Też tam był? - Silny zmarszczył brwi niezbyt widząc dlaczego Heinrich przytoczył tutaj argument łowcy heretyków co od paru lat działał w ich mieście. Reszta też wyglądała na zainteresowanych tym wątkiem.

      Heinrich uśmiechnął się półgębkiem.

      - Z tego co wiem to wtedy nie. - ogarnął wszystkim wzrokiem - Ale jeżeli ktoś sądzi, że ten pies jest nieświadomy całej przepowiedni Joachima, jakiś silnych, nieznanych artefaktów w skrzyni, na które ktoś ma chrapkę... To chyba nie chcecie doceniać go. - zwrócił głowę do Silnego - Tak, on krwawi i zdechnie jak każdy... Ale Łowcy Czarownic nie mają być silni solo. Tacy jak ja byłem o tym wiedzą, nawet jeżeli się nie przyznają lub chcą zaprzeczać. Nie są nieśmiertelni, więc wystawią się tylko w ostateczności lub pewnej wygranej. W innej opcji... przeliczą się i zginą. - spojrzał na Joachima, który był w Akademii, oczekując na jego słowa.

      - Rozumiem twoje obawy Heinrichu, i dziękuje za wsparcie - odparł ostrożnie Joachim.
      - Myślę, że akcję w Akademii trzeba zrobić w ciągu najbliższych dni, bo przez moje ostrzeżenie są w trakcie zwiększania zabezpieczeń. Natomiast niekoniecznie chyba jako osoba która udzieliła ostrzeżenia będę w kręgu podejrzanych, prawda? Chociaż w śnie który miałem dzisiaj, słyszałem głos zalecający żebym uważał i czy się nie zapętliłem w sieć. I coś wiąże ten artefakt Vesty z jakimś potworem na bagnach - pokrótce opisał ten fragment snu. - Starszy, Mergo, co o tym myślicie? Na bagna i tak się wybierałem poszukać składników do mikstur Sigmindusa.

      - No właśnie, bo rozważaliśmy tą wyprawę na bagna bo tam jest kilka istotnych składników do tych bardziej zaawansowanych składników tych mikstur wspomagających hodowlę. Tych bardziej zaawansowanych. Bo te proste są dość proste. Te już zaczęliśmy ze Strupasem produkować. Za kilka dni powinny być gotowe. Ale zapewne już będzie za późno na wsparcie pierwszych miotów Loszki i tej Pielgrzymki no ale będą gotowe na później. Jednak ja raczej nie mogę opuścić apteki, Strupasa też mi ciężko puścić no ale ostatecznie może któryś z nas by dołączył do wyprawy na bagna. Ale przydałby się ktoś jeszcze aby nasz kochany i dzielny Joachim nie szedł tam sam. - aptekarz żywo pokiwał swoją byczą głową i rozejrzał się po zebranych twarzach aby sprawdzić kto jeszcze byłby chętny na taką wyprawę. Bo z powodów braku personalnych dwuosobowemu zespołowi nurglitów ciężko było wyasygnować jakieś siły na wyprawę za miasto. A jeszcze mieli w planie przeprowadzkę do Jaskini Oster co była w przeciwnym kierunku a też to jakoś trzeba było przygotwać.

      - No ja bym mógł spróbować ale szczerze mówiąc jestem dość wątłego zdrowia no i niezbyt znam się na łażeniu po mokradłach. Zaraz bym się zgubił albo coś by mnie zjadło. - Thobias podobnie jak wcześniej na spotkaniu w aptece zgłosił się ale raczej na rezerwowego członka. Rzeczywiście wykształcony i elegancki guwernant, nauczyciel niezbyt pasował do stereotypu wycieczki na bagna.

      - Ja na pewno nie będę się taplać w jakichś bagnach. Mam zresztą mnóstwo spraw na miejscu. Teatr, tych aktorów co mają przyjechać i całą resztę. Zresztą też nie znam się na łażeniu po bagnach. - zaznaczyła Pirora od razu, że wcale nie ma ochoty na tego typu wycieczki pełne komarów, błota i robactwa.

      - Ah, co do tej Jaskini Oster. - Starszy uniósł palec jakby coś mu się przypomniało. Więc zwłaszcza Sigismundus spojrzał na niego z zainteresowaniem. - Rozmawiałem z Kurtem. On zaproponował, że można by tam wpływać łodzią do tej jaskini. Tylko albo trzeba by wziąć jakąś stąd i tam przepłynąć. Albo kupić jakąś w pobliskich wioskach rybackich. Tylko Kurta tam nie było to nie jest pewny czy tam przybój nie jest na tyle silny aby było możliwe wpłynięcie i użycie łodzi. - zamaskowany lider zboru przekazał im słowa jednonogiego wilka morskiego i nawet nie było chyba aż tak dziwne, że zaproponował wodny transport do wnętrza jaskini zamiast budować jakieś kładki czy poręcze.

      - Nie, nie! Woda tam spokojna! Znaczy… Wewnątrz jaskini, im głębiej tym spokojniejsza. Tam całkiem w głębi to prawie stoi w miejscu. I ją pokrywa tak cudownie dojrzały korzuch. Ale na zewnątrz to tak, trochę rzuca. Nie mieliśmy wtedy łodzi to nie wiem czy by się udało przepłynąć do wnętrza. To by dobrze jakby ktoś kto się zna na tych łodziach tam wpłynął. Jakbyśmy zostawili łódź przy wejściu jaskini to potem by można nią pływać w głąb i z powrotem. - aptekarz zapalił się do takiego pomysłu. Ale, że nie był zawodowoym wioślarzem, rybakiem ani żeglarzem to nie do końca był pewien czy łódź dałaby radę sforsować te fale przyboju.

      - No szkoda, że wtedy z wami Kurta nie było. Teraz nie wiem czy zdąży wrócić i załatwić tą sprawę z łodzią. - Starszy pokiwał głową żałując, że mają tak skromny element morski w ich składzie. Jeszcze chwilę o tym dyskutowali bo poza Kurtem jeszcze Norma znała się na żeglarstwie ale ona też była przewidziana do opuszczenia miasta razem z Mergą. Więc jej użycie w tej roli też nie było takie pewne.

      - A w sprawie tego włamania do Akademii to właściwie jak sprawy stoją? Co udało wam się ustalić? Bo słyszę, że Joachimie widziałeś tą skrzynię i wiesz gdzie ona jest. Ale też jakieś zabezpieczenia mają montować. Możesz to jakoś wyjaśnić? Może dziewczęta coś doradzą. Znają się na takich sprawach. - Starszy co sam w końcu nie był w Akademii i znał tą sprawę jedynie z relacji swoich podwładnych poprosił aby astromanta bardziej naświetlił sprawę. I niejako poprosił o opinię obu łotrzyc co w ich tajnej rodzinie miały największe doświadczenie jako włamywaczki. Na to Silny prychnął z niezadowolenia ale skoro takie było życzenie mistrza to więcej się nie odezwał.

      - No to mówcie co wam się udało ustalić. My Akademii nie znamy. Nie miałyśmy tam spraw do załatwienia. To nie bardzo wiemy co jest w środku. - Łasica skinęła głową gotowa wysłuchać jak się sprawy mają z tym włamaniem do morskiej uczelni.

      Heinrich wstał z miejsca i niespiesznie podszedł do Joachima, za którym się zatrzymał.

      - Młodość... - mruknął patrząc w sufit - Przemawia przez ciebie bardziej zabójcza wada wieku, młody magu.

      Nachylił się bliżej Joachima, aby powiedzieć mu na tyle wyraźnie, aby jego słowo usłyszeli też inni.

      - Naiwność. - wyprostował się trzymając dłoń na plecach Joachima, ale zwracając się do ogółu - Kradzież w Akademii możemy połączyć z kradzieżą w Światyni. Dwie grupy, prawie w jednym czasie.

      Były Łowca zwrócił się do Łasicy.

      - Dziewczyny mogłyby dodać pułapkę do kadzideł. Truciznę. Bardzo konkretną, bardzo zwyczajną, bez grama chaosu w niej. - spojrzał po tym na Sigismundusa.

      ‐ Potrzebowalibyśmy twoich talentów w sporządzeniu owej trucizny. - zwrócił się do nurglity - Aby rozprowadzona w powietrzu spowodowała paraliż mięśni, głównie serca. By od razu nie została wykryta w powietrzu. By mniejsza dawka nie doprowadzała do końca, ale większą i tak użyjemy. Byłbyś w stanie opracować?

      - Trucizna? Taka rozpylana w powietrzu? Hmm… - aptekarz zaciekawił się tą prośbą i zaczął się zastanawiać. Korzystając z tego obie łotrzyce włączyły się do dyskusji.

      - Ale jaka trucizna? Jakie kadzidła? My chcemy to załatwić w nocy. W nocy świątynia jest zamknięta i nikogo tam nie będzie. Oprócz tych czarnych strażników co jej pilnują. To ich chcesz jakoś potruć? Ale jak w powietrzu to przecież my też tam będziemy. - Łasica zmrużyła oczy nie bardzo wiedząc jak to pytanie o kadzidła i trucizny ma dopasować do tego planu jaki przedstawiła wcześniej.

      - Przedstawiony plan nie wywoła dodatkowego efektu. I nie przyczyni się do odsuniecia w czasie festynu. Śmierć w świątyni daje na to szanse. - spojrzał na Sigismundusa - Także trzeba stworzyć odtrutkę, coś by ochroniło dziewczyny. - po tych słowach zwrócił się do wszystkich - Nie będzie zamieszania, po cichu to zrobimy... Zamieszanie później powstanie. A kapłanka Morra raczej nie będzie za zabawą po tragedii.

      - Skąd wiesz, jaki to będzie miało efekt na festyn? I czy w ogóle? Jak dla mnie to rabunek głównego skarbca największej świątyni w mieście wywoła całkiem spore zamieszanie. Może takie jak zimą po kazamatach? Nie wiem. Ale na pewno spore. Jak bandyci obrobią podróżnych na trakcie pod miastem to jest plotka dnia, jak jakiś bogaty sklep czy złotnika to na następne parę dni albo tydzień. A tu chodzi o świątynie do jakiej wszyscy chodzą. No i datki jakie wrzucali. No i w mieście mimo wszystko wciąż jest sporo znamienitych gości co przyjechali na ten odwołany festyn. Jak dla mnie to wybuchnie całkiem spore zamieszanie. Będą szukać skarbu no i rabusiów. - Łasica wydawała się niezbyt przekonana do modyfikacji swojego planu. A zamieszanie jakie przewidywała miało być spore ale trudne do oszacowania zbyt dokładnie.

      - A jak chcesz śmierci w świątyni to można załatwić tych strażników. To są gwardziści tej morrytki więc nie jakieś obszczymury z odpustu. W nocy jest ich tam trzech czy czterech. Tylu zwykle tam jest jak przychodzimy tam rano więc to nocna zmiana. Siedzą tam na zapleczu a na dole, w lochach raczej nie bo ciemno tam w nocy jest a chyba nawet oni nie staliby tam po ciemku przez całą noc. - Burgund dodała coś od siebie tym razem odzywając się ale wydawała się podobnie oceniać sytuację jak koleżanka.

      - No w powietrzu to trochę nietypowe. - odparł po namyśle aptekarz włączając się ponownie do dyskusji. - Zwykle to takie mocne rzeczy dodaje się do jedzenia albo picia. Rzadko są całkowicie niewykrywalne. Albo zmieniają smak albo zapach czy kolor. A nawet jak nie to potem zostaje jakiś osad. No i trzeba uważać na jadeity. Jadeity wykrywają truciznę. Więc często się je umieszcza w kielichach lub podobnie. Oczywiście tych których stać na jadeit. Dlatego jak już się kogoś truje to zwykle gdy biesiada już trwa, wszyscy są podpici, mniej uważni no a przynajmniej to są znacznie bardziej sprzyjające okoliczności niż tak gdy wszyscy są trzeźwi i w pełni się kontrolują. A jak już są nieufni czy podejrzliwi to już w ogóle wszystko mocno utrudnia. No ale właśnie dlatego te trucizny to zwykle jakis proszek albo płyn co się podaje do jedzenia. - grubas zaczął z zapałem tłumaczyć różne aspekty trucicielstwa w jakim najwyraźniej też się wyznawał. I okazało się, że to nie tylko sprawa samej trucizny ale też okoliczności jej podania sporo mogła zmienić.

      - A w powietrzu to trudniej. Dużo trudniej. Po pierwsze powietrze jest w ruchu. Im większe pomieszczenie tym bardziej się wszystko rusza i rozprasza. A ta główna nawa w świątyni jest ogromna. Strasznie długo trzeba by ją truć aby uzyskać jakiś efekt a każde otwarcie drzwi czy okien robi przeciąg jaki wszystko albo sporo rozwiewa. To całe dnie takiego kadzenia trzeba by poświęcić, gdzieś umieścić te kadzielnice na stałe czy jakoś tak aby sączyły tą truciznę a efekt nadal myślę byłby mocno niepewny. Bo to duża przestrzeń. Co innego jak mniejsza. Jakaś izba, korytarz albo podobnie. Im mniejsze pomieszczenie tym łatwiej uzyskać większe stężenie czegoś w powietrzu aby to miało pożądany efekt. No i stojące powietrze, szczelne to by musiało być, bez przeciągów, wiatru i tak dalej. Bo to też utrudnia. To podobnie jak z dymem. Pewnie wiecie jak jest, na dworze to wystarczy odejść od ogniska czy stanąc po zawietrznej a jak w izbie się komin zapcha to trudno wytrzymać jeśli ogień dalej buzuje i cały dym leci do wewnątrz. Ale jak się otworzy drzwi i okna no to już lepiej się robi prawda? - aptekarz zabrał się najpierw za sam rozmiar pomieszczenia świątyni i jego zdaniem było z powodu rozmiarów bardzo trudne do zadymienia odpowiednią substancją. Z mniejszymi komnatami i korytarzami to powinno być łatwiejsze do osiągnięcia.

      - A teraz jeszcze co. Najbardziej to by się nadawało… Hmm… Właściwie wszystko co się pali. Tylko to daje dym i zapach jakie są wyczuwalne i widoczne gołym okiem. Im więcej, im dłużej, tym łatwiejsze do zauważenia. Można oczywiście zmniejszyć dawkę no ale wtedy efekt z założenia będzie słabszy. Myślę, że by sie nadawały zwykłe zioła nasenne. Chociaż aby ktoś zasnął na stałe to by naprawdę długa ekspozycja musiała by być. Ospałość, senność, są bardziej prawdopodobne. No i zapach ziół nasennych jest dość rozpoznawalny to chyba nie powinien się kojarzyć zbyt groźnie. Są też bardziej zjadliwe rzeczy na bazie siarki i popiołu. Łzy lecą, kaszel, plucie i takie tam atrakcje. No ale to drażni od pierwszego wdechu. Więc raczej jest nie do przegapienia. Zapwene by otworzyli drzwi i okna aby wywietrzyć zanim by się coś zaczęło dziać. Są też różne trujące mizamaty jakie mogą wywoływać błogosławieństwa Ojczulka. Ale to nie działa od razu i nie na wszystkich, może by się objawiło po tygodniu, po dwóch, po trzech to nie wszyscy by to musieli z czymś co się działo w świątyni kojarzyć po tak długim czasie. Jedyne co mi przychodzi teraz do głowy aby skutecznie kogoś zatruć przez powietrze to albo jakieś małe pomieszczenie albo w jakiś sposb zablokować całą świątynie z wszystkimi ludźmi w środku. Nawet wtedy to duże pomieszczenie jest więc te najbardziej zjadliwe środki by potrzebowały czasu aby powalić sporą część. Łatwiej już pewnie by było podpalić świątynie. - aptekarz chociaż sam pomysł wydawał mu się ciekawy do rozpatrzenia to raczej pozostawał sceptyczny czy udałoby się na zamówienie, potruć większą ilość ludzi przez powietrze w tak dużym pomieszczeniu jak nawa główna największej świątyni w mieście. Do tego uznał to miejsce za bardzo niesprzyjające takim planom. A efekt aby zrobić to dyskretnie był jeszcze trudniejszy do osiągnięcia bo większość tych bardziej zabójczych trutek które można by się pokusić o podpalenie czy inne rozpylenie w powietrzu była dość łatwo wykrywalna zapachem czy w postaci dymu. No i przy pierwszych objawach zatrucia trzeba by liczyć się z kontrakcją wiernych w postaci ucieczki czy otwarcia okien i drzwi co od razu by rozwiało największe stężenie trucizny.

      Mnich wsłuchiwał się w plan Heinricha i widział w nim potencjał. Rozumiał jakie kłopoty mieli z nim pozostali więc postanowił się udzielić.

      - Łasico, o ile wiem, że nawet cały cmentarz świeżych zgonów nie powstrzymałby cię przed świętowaniem, za to cię kochamy. To zwykły rabunek świątyni nie odwlecze festynu. Natomiast masowa śmierć, podczas mszy, w świątyni Mannana w portowym mieście? To na pewno odwróci uwagę wszystkich istotnych od jakiejkolwiek imprezy. Zawsze możemy to zrobić podczas wieczornej mszy. Sigismundus ma rację, że przez powietrze nie zadziała dostatecznie szybko, jeżeli chcemy być z tym skryci. Gdyby w obrządkach Mananna brało udział wino, czy nie wiem, woda morska, można by zatruć to. Słyszałem o istotach… muchach Ojczulka, która potrafią roznieść plagę w przeciągu godziny, ale na to nie ma co liczyć. Hm… - spojrzał ponownie na Łasicę - A woda do podłogi? Gdyby zmieszać wodę, którą dziewczyny myją podłogę świątynną z jakimś mocnym środkiem, który ulotnił się razem z wodą?

      Joachim westchnął. Trochę za dużo tych planów było na raz, trudno było mu się skupić. Musiał chyba bardziej docenić element chaosu w tym wszystkim.

      - Co do Akademii, artefakt znajduje się w jednej z głębszych piwnic, za solidnie okutymi drzwiami. Mają jeszcze zamontować teraz dodatkowe mechanizmy bezpieczeństwa i poprawić zamki. Wiem, że od nabrzeża Akademia nie jest chroniona murem, ale pilnują tam psy…. -zamyślił się.

      - To może jakby tego samego dnia zaatakować Akademię i świątynie, i z Akademii ukraść więcej rzeczy, to trudniej byłoby władzom dojść prawdy? Jak myślicie?

      - No to drzwi zamontować to dzień czy dwa samej roboty. To framugi trzeba dorobić i wszystko zrobić jak trzeba. No ale trzeba mieć drzwi. Jak mają gotowe to po prawdzie jutro… No jutro nie bo to dzień świątynny. To w Wellentag mogliby zacząć robotę. Ale całkiem możliwe, że nie mają. Takie drzwi to się robi pod zamówienie i pod wymiar. To może dopiero zacznął robić te drzwi to im z parę dni, może tydzień zejdzie. Plus montaż. - Łasica wyceniła jak na jej oko może wyjść z samą robotą montowania dodatkowych drzwi.

      - Jak na moje oko to całkiem sporo osób będzie zaangażowanych w robotę przy świątyni. My załatwimy wejście. Ale trzeba jeszcze załatwić strażników, przenieść fanty na wóz, potem rozładować wóz na łódź, parę osób przydałoby się na żurawia aby filować kiedy straż nadejdzie albo kto inny i tak dalej. A ta robota w Akademii to też mi wygląda na taką co potrzeba pełny etat. Gdzie wam się tak z nią spieszy? Jeść woła ta skrzynia? Tyle tam leżała to i nic jej się nie stanie jak poleży jeszcze trochę. A po zrobieniu domku w świątyni to zrobi się niezły bajzel. Wszyscy będą szukać zuchwalców co się poważyli na takie świętokradztwo. Dodatkowe drzwi to nie problem jak się ma do nich klucz. A tu widzę Joachim tam sobie chadza jak chce. Thobias pewnie też i kto wie czy nam by się jakoś nie udało tam dostać. Ale po robocie w świątyni bo sie nie rozdwoimy. - Łasica była wyraźnie niechętna dodatkowym komplikacjom i zmianom w planie jaki już w sporej mierze opracowała tak, że zostawało obsadzić rolę, zdobyć wóz i można było zaczynać choćby jutrzejszej czy kolejnej nocy.

      - Woda w wiadrze no pewnie. Można. Tylko, że to najwięcej one się jej nawdychają i pierwsze padną zanim cokolwiek kogokolwiek innego coś ruszy. Będą najbliżej źródła no i najdłużej. Dostaną największą dawkę. A cała reszta to jest mocno niepewna i łatwo wykrywalna i do uniknięcia zatrucia. To działa najlepiej jak ktoś wypije albo zje trutkę. Albo jak przez powietrze to jak działa długo na przykład podczas snu w nocy. No albo jak ktoś jest zamknięty i nie może uciec od takiego zatrutego powietrza. Im mniejsze pomieszczenie tym to jest łatwiejsze do osiągnięcia, no przecież wam to mówiłem już. - Sigismundus odezwał się jako ekspert od trucicelstwa i dalej mówił jakby słabo rokował w powodzenie takiego planu zatrucia przez powietrze tak dużego pomieszczenia jak główna nawa świątynna o jakiej rozmawiali. Było sporo elementów z których wystarczyło aby jeden przerwać i cały plan się sypał.

      - Takie masowe morderstwo może całkowicie odwołać festyn. Zresztą taka kradzież skarbca także. Nie wiemy co zdecydują władze świeckie i kościelne. Żałobę na razie ogłosili do końca miesiąca więc do tego czasu żadnych festynów i turniejów nie będzie. Jak jednak wyjdzie taka grubsza sprawa z kradzieżą na taką skalę no to mogą odwołać. Nie nazwałbym jej zwykłą. Zwykła to można ukraść jakiś medalik czy parę monet z puszki świątynnej. A tu mówimy o rabunku na wielką skalę. Całkiem możliwe, że będzie rwetes jak zimą po uwolnieniu czcigodnej z kazamat. - Thobias się odezwał jako uczony i znawca dobrych obyczajów i tradycji. Starał się przestrzec, że po jakiejś większej akcji turniej i festyn w ogóle mogą być odwołane. A też spodziewał się, że chaos obejmie miasto nawet po tym udanym wykonaniu planu Łasicy.

      - Może faktycznie lepiej nie zabijać podczas kradzieży, chcemy żeby wyglądało to na działanie zwykłych złodziei, prawda? - zadumał się Joachim.
      - A co do Akademii, ryzyko jest takie, że wzmocnią ochronę, natomiast jeśli nie mamy środków na tę akcję teraz, to możemy podjąć trop na bagnach, moje sny sugerują że tam jest jakiś potwór lub demon w jakiś sposób powiązany z artefaktem w Akademii… można by się tam udać przy okazji wyprawy do zwierzoludzi?

      - My nie idziemy do żadnych zwierzoludzi Joachimie. Spotykamy się z nimi przy kamieniach. To od murów miasta może nie rzut beretem ale dość blisko. Tyle, że w lesie. A do bagien to jeszcze jest stamtąd całkiem spory kawałek. Przez las to pewnie z pół dnia marszu, może nawet więcej jak będzie kiepska pogoda. I to w jedna stronę. - Łasica zaznaczyła, że z jej punktu widzenia do tych bagien wcale nie jest tak blisko. I to do ich wschodniego krańca jaki leżał najbliżej miasta. A nie wiadomo było jak daleko trzeba będzie wejść w te bagna. No i do tej pory miały zamiar zorganizować nocną orgię ze zwierzoludźmi a nad ranem albo na drugi dzień wracać do miasta. O żadnych dalszych podróżach do tej pory nie było mowy.

      - Jak koniecznie chcecie mieć trupy w świątyni to możecie zadźgać strażników podczas tego włamania. Może nie będzie to jakoś strasznie ich wielu no ale to czarni gwardziści tej bladolicej ślicznotki. No i tak jak Joachim mówi. Jak zrobimy włam tak jak mówię to myślę, że powinna być szansa, że uznają to za włam jakiejś zawodowej grupy rabusiów. Na przykład z Saltburga bo tak się przedstawiałyśmy w świątyni. A jakieś kadzidła, wody z trucizną, masowe zatrucia to tak żaden włamywacz nie robi. Nawet takie mięśniaki jak Silny to by prędzej wpadli z łomami i poszli na rympał. Zresztą jak by się zrobiło zamieszanie z tymi trutkami to kiedy chcecie zwędzić ten skarb? Przecież tam będzie pełno ludzi, hałas będzie, na zewnątrz też przecież zawsze ktoś jest podczas mszy, na ulicy zawsze ktoś chodzi, przy powozach wielkich państwa czekają ich woźnice i kogo tam ze służby wzięli. Tylko nocą tam nikogo nie ma i jest ciemno i pusto. A w dzień to zawsze ktoś tam się kręci. - Łasica dorzuciła kolejne argumenty dla jakich nie podoba jej się taki pomysł. Uważała go za mało realny do zrobienia. Zbyt wiele osób w świątyni i dookoła, zbyt wielu przypadkowych przechodniów i świadków. Całkowite przeciwieństwo nocnej akcji o jakiej mówiła do tej pory. I jeszcze jej zdaniem zwinięcie skarbu na jaki przecież od tylu dni czekała wyrocznia też stawało pod bardzo dużym znakiem zapytania.

      - Jak jutro będziecie na mszy to się rozejrzyjcie po świątyni. Ile ma okien, ile jest otwartych, ile ma drzwi, jak czuć przeciąg, ile jest ludzi, ilu ludzi stoi na zewnątrz, ile woźniców czeka przy powozach i tak dalej. Wiadomo, jutro jest Festag i po porannej mszy będzie najwięcej ludzi. Ale w inne dni to wygląda podobnie tylko jest tego wszystkiego mniej. - Burgund dodała coś od siebie proponując aby każdy kto na poważnie myśli o tym planie z truciznami i kadzidłami sam jutro na własne oczy obejrzał sobie świątynie pod kątem takiej akcji. Chociaż i we wcześniejsze Festagi większość z nich bywała na porannej mszy to wiedzieli jak to mniej więcej wygląda.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Niedostępny
        SantorineS Niedostępny
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #101

        Oryginalny autor: Zell

        Heinrich nachylił się zza Joachima, któremu nadal naruszał strefę komfortu, zupełnie jakby pilnował maga.

        - Nie będzie trzeba nic dodatkowo zabierać. Jak wszystko przez głupich złodziei wyleci w powietrze, gdy chaosowym przedmiotem się pobawią. - odparł lekko - Tak, bomba magiczna by zamazała ślady. Nawet kawałek dowodu by nie zostało. Nie będzie nam Łowca Czarownic po mieście biegał za tym artefaktem, jak nie damy podstaw do podejrzewania, że takowy przetrwał. A co do potwora i bagien, dzwonków... - uśmiechnął się półgębkiem - Sami do niczego nie dojdziemy. Chyba, że do czegoś, co nas ubije. Potrzeba wybranego by prowadził do dziedzictwa Vesty.

        - Tak jak mówiłem, George jest pod moją opieką. Jeżeli jednak chcemy go mniej legalnie stamtąd zabrać, mogę poprosić o dwie rzeczy. Aby do tego doszło po tym jak wyciągniemy Marissę i Thorne'a, oraz aby przy okazji wypuścić kilka innych duszyczek. Niech se swawolą. - Otto spojrzał na Heinricha - Ktoś mógłby dojrzeć jakiś schematów w wypuszczonych pacjentach.

        - Więc zatrzyjmy ślady przez zamieszanie. Chaos w ucieczce pacjentów. - powiedział Heinrich.

        - Zważając ostatni napad szaleństwa jaki nastał? Czemu nie. Jednak Fabienne miała adoptować Marissę, coś czego ta bardzo chce. A Pirora zatrudnić Thorne'a. Trzeba będzie schować nasze zbiegłe owieczki. - mnich wzruszył ramionami - I to może pchnąć Matkę Somnium do wysłania listu do swych przełożonych "Grupa szaleńców sezonowo ucieka z lokalnego hospicjum".

        Joachim zrobił krok do tyłu i spojrzał nieco zdziwiony na Heinricha, jakby nie był w stanie go rozgryźć.

        - To taki masz plan? Wysadzić Akademię w powietrze?

        - Nie całą. - odparł beztrosko, nie odsuwając się od maga, a tylko wychylając się ku niemu, gdy ten się odsunął - Na pewno miejsce z artefaktem i cokolwiek więcej wybuch ogarnie. - niepokojący uśmiech zawitał na jego twarzy - Sprawdzi się twoja przepowiednia. I rozmyje możliwą magię pod chaosowym... zanieczyszczeniem odczytu. Jeżeli chcesz tam być... to trenuj ucieczkę. - wyszeptał ostatnie słowa do niego.

        - Chwila, chwila, jaki wybuch? Coś było i tym, że mamy tam wpaść i zabrać kufer. Jakieś ciała podrzucić, no z tymi drzwiami albo psami coś je jakoś załatwić. Ale wybuch? A co? Masz jakąś bombę? - Silny nie odzywał się dłuższy czas przysłuchując się wymianie pomysłów przez kolegów i koleżanki ale w końcu zabrał głos gdy uznał, że ten plan, zaczyna sporo odbiegać od pierwotnego o jakim mówili wcześniej.

        - Magiczny, oczywiście. Magią też możemy przybrać wygląd nieszczęsnych strażników, którymi się zajmiemy wcześniej, ale wybuch... To byłaby kulminacja tego szaleństwa. I Hertz czy Hartwig by nie doszli prawdy. Szczególnie jak martwych podrzucimy. - Heinrich spojrzał na Mergę - Wielebna? - człowiek zachęcił kobietę, która mogła teraz od siebie dać opinie.

        Sądząc po minie łysego bandziora to nie wsmak mu były jakieś wybuchy a zwłaszcza magiczne wybuchy. Ale skoro padło imię rogatej zlotookiej to spojrzał na nią pytająco. Zresztą inni także.

        - Wybuch magiczny mogłabym sprokurować ale musiałabym być na miejscu. Być może udałoby mi się przyzwać pomniejszego biesa aby wywołał taki efekt ale tego już jestem znacznie mniej pewna. Musiałabym to zbadać. Taki czart jakby się dał namowic do współpracy to może by wywołał efekt demonicznego wybuchu. Tylko znów musiałabym być na miejscu aby to sfinalizować. No i każdy kapłan czy mag mógłby potem wyczuć silne stężenie Dhar. Czyli mrocznej magii. - wyrocznia dała znak, że może i byłoby to w zasięgu jej możliwości ale sama do końca nie jest pewna efektu.

        - Nie no, zaraz, zaraz. Wyrocznia to miała czekać na nas w lodzi razem z Egonem, Vasilijem i resztą. Aż przeładujemy fanty ze świątyni. A potem odpłynąć. - tym razem Łasica dostrzegła niezgodność w porównaniu do planu rabunku świątynnego skarbca jaki omawiała na początku spotkania. W nim Merga miała czekać na te fanty na lodzi aby niezwłocznie z nimi odpłynąć zanim władze własną na pomysł zablokowania portu czy inne takie reakcje na tak zuchwale świętokradztwo.

        - Ja tylko dodam, że Versana w zimie mówiła coś o wybuchających głowach. Podobno jakieś ładunki niesli do piwnic akademii i któremuś wybuchła głowa. Tylko nie wiedziała czy to prawda. No ale jak mówicie o wybuchach w Akademii to mi się przypomniało. - dodała Pirora jakby jej się właśnie tamta luźna plotka sprzed pół roku przypomniała.

        - To, co "oficjalnie" wybuchnie samo w sobie... jasne nie będzie. Wiadomo, że w skrzyni jest coś nieczystego, chaosowego, więc zdziwienia nie będzie, jak coś wyczują. - były Łowca Czarownic spojrzał na Mergę - Czy kogoś innego nie mogłabyś zrobić przewodnikiem dla swojej magii?

        - O ile ktoś z was nie jest doświadczonym czarnoksiężnikiem z obyciem z precyzyjnym obrabianiem immaterium wyrwanego z Eteru lub paktowaniem z demonami to raczej nie. - odparła wyrocznia z lekkim uśmiechem bo na zaawansowanych w czarnej magii magistrów to zbór raczej nie był w nich zasobny. Mieli co prawda Joachima i Aarona ale byli na początku tej drogi oświecenia w sztuce czarnej magii.

        - No cóż, może to być dobry test na siłę naszej wiary. - uśmiechnął się Otto - Plan Heinricha mi się podoba. Uzyskamy artefakt, inkwizycja będzie przekonana, że zginął bezpowrotnie i będzie potencjał "splugawienia" akademii.

        ,

        - No to fajnie. Akademia mnie ni grzeje ni ziębi. Wysadzajcie ją sobie w cholerę albo spalcie. Obojętne mi to. Tylko jak tam ma brać udział czcigodna to nie będzie jej w łodzi przy nabrzeżu gdzie będziemy rozładowywać wóz z fantami. A jak będzie w łodzi przy nabrzeżu to nie będzie jej w Akademii. Tak tylko cichutko zauważam z poziomu dziewczyny z ulicy co by wam wielkim piśmiennym głowom i planom nie umklo. Skoro mnie i mój plan jak widzę macie w poważaniu. - zauważyła cierpko Łasica i wyglądała na porządnie zirytowana tym, że rozmowa się toczy jakby koleżanki i koledzy wyrzucili tydzień ich przygotowań i rozpoznawania świątyni w błoto i kompletnie nie biorą go pod uwagę w swoich rozważaniach. Zwłaszcza, że dała znać, że prawie wszystko jest już gotowe i jutro lub pojutrze można by się pokusić o wykonanie tego śmiałego numeru a to wiązało się z odpłynięciem rogatej wyroczni do jej północnej ojczyzny.

        Otto spojrzał smutno na Łasicę.

        - Masowy mord możemy też zrobić akademii. - zauważył mnich - Jeżeli wysadzimy cały budynek, to raczej też nikt nie będzie chciał imprezować. Rozumiem jak dużo pracy i wyrzeczeń musiałaś włożyć w to moja droga i nie chciałbym, aby to było bez rezultatów. - spojrzał na Heinricha - Co sądzisz? Zrobić tą bombkę tak o kilka pokoi silniejszą?

        - No to sobie róbcie w tej Akademii co tam uważacie. Wysadzajcie, podpalajcie, mordujcie. Nic mi do tego. Ale niech to nie wpływa na naszą akcje w świątyni. Od tygodnia w niej z Burgund siedzimy a jak jeszcze dzisiaj Fabienne i Pirora zdobyły klucz to już w ogóle wszystko jest gotowe do akcji. No i Merga ma po niej odpłynąć z Kurtem i Vasilijem do Norski. Więc na moje oko to ta wasza akcja w Akademii będzie już bez Mergi bo będzie wtedy w Norsce albo do niej płynąć. Dlatego nie rozumiem czemu rozważacie jej udział. A jeśli ona by po naszej akcji miała zostać w mieście to cała akcja jest bez sensu bo przecież chodzi o to aby Merga mogła stąd odpłynąć wraz z funduszami na nową armię i resztę szpeja. - Łasica dalej wyglądała na zirytowana jakby tydzień jej roboty rozpoznawczej miał pójść w błoto. Zresztą nie tylko ona była w to zaangażowana. Podobnie Burgund a w mniejszym ale nie mniej kluczowym momencie także Averlandka i Bretonka. No i mowa o akcji w Akademii niejako wywracała ten ustalony wcześniej porządek i hierarchię celów.

        Joachim ożywił się na słowa Mergi o możliwości użycia demona w akcji w Akademii i postanowił kontynuować ten wątek.

        - Mistrzyni, pewne podstawy demonologii już opanowałem. Myślisz że wraz z Aaronem nie bylibyśmy w stanie kontrolować przyzwanego przez ciebie wcześniej demona?

        - A co wybrańca Vesty to jak rozumiem Otto zlokalizował jednego w Hospicjum. Czy widzisz możliwość wyciągnięcia go stamtąd?

        - A przypomnij mi mój uczniu. Ile przyzwań demonów masz na swoim koncie? - zapytała czarownica z północ z lekkim uniesieniem brwi.

        - Gdyby chodziło o jakąś drobnostkę w komfortowych, kontrolowanych warunkach to wtedy by początkujący demonolog mógł się tego podjąć. Ale chodzi o akcje w warunkach mało komfortowych i taka jaka wymaga dodatkowego skupienia i doświadczenia. W praktyce i tak bym musiała być w pobliżu aby przejąć pałeczkę gdyby była potrzeba. No a skoro i tak bym miała tam być to dalej mamy ten konflikt między napadem na świątynię i uczelnie. I wybacz mi Joachimie ale tu chodzi o akcję gdzie nie ma miejsca na amatorów w danym fachu. To tak jakby początkującego włamywacza dać do otwarcia pod presją czasu i akcji kluczowych drzwi. To nie jest czas aby uczyć się fachu. - Merga pokręciła głową na znak, że na tak ważny numer jaki planują to potrzebni są pewni w swoim zawodzie ludzie.

        - Jednakże nie jestem teraz pewna czy sprowadzenie biesa jest właściwym rozwiązaniem. To złośliwe i krnąbrne stworzenia. Jak tylko będą mogły to na pewno zrobią coś na opak. Teraz mi przyszło do głowy coś innego. Można by sprowadzić surową esencję Eteru. Zakląć ją w odpowiedni sposób. I w odpowiednim momencie uruchomić. W praktyce powstałaby bomba ze spaczonej energii. I tu byś mi się Joachimie mógł przydać bo takie bomby uruchomiałoby odpowiednie zaklęcie mocy. To byś mógł zabrać te artefakty i je uruchomić. No ale najpierw ja bym musiała to zrobić a to by mi zajęło czas. Nie wiem czy do Wellentag bym się z tym wyrobiła. No ale jakby mi się udało mielibyście magiczny wybuch bez mojej obecności. - wyglądało jakby podczas tej dyskusji w głowie wyroczni wykrystalizował się nowy pomysł. I go mniej więcej omówiła tak aby i dla pozostałych był on zrozumiały.

        Joachim westchnął, kiedy Merga zgasiła jego pomysł by spróbował kontrolować demona. Chyba trochę się z tym pospieszył….

        - Oczywiście mistrzyni, masz rację, że z demonami należy postępować ostrożnie, chociaż kiedyś też trzeba zacząć… - nie miał wielkiego wyboru, trzeba było jakoś z twarzą wycofać się z tego pomysłu.
        - A co do tego zaklęcia Eteru, ciekawy pomysł i z chęcią tutaj pomogę jeśli byłabyś oczywiście w stanie znaleźć na to czas - stuknął swoją laską o podłogę dla podkreślenia tych słów.

        - Zastanawiam się tylko, czy lepiej atak na Akademię zrobić równocześnie z atakiem na Świątynię, co by oznaczało rozdzielenie naszych sił, czy też poczekać na bardziej dogodny moment? - zastanawiał się na głos.
        - Czy ludzie Silnego będą potrzebni w akcji w Świątyni?

        - No raczej. Przecież tam będzie trzech czy czterech strażników. I to tych czarnych gwardzistów tej bladolicej kruczycy. A nie jakieś niedołężne dziadki. No ja z Burgund na pewno nie damy im rady. A póki się ich jakoś nie usunie nie ma co zabierać się za skarbiec. Lady Soria mówi, że może się z nimi spróbować no ale chyba rozumiecie, że lepiej aby nie była sama? Zresztą walka to zawsze jest hałas i krzyki. Rzadko kto odwala kitę grzecznie i cichutko. Znaczy podczas walki. I dlatego trzeba ich załatwić jak w pobliżu nie będzie miejskich strażników. Znaczy lamp bo oni chodzą w nocy z lampami. Trzeba wypatrywać czy jakieś lampy się nie zbliżają. To duży plac i główne drogi i największa i najważniejsza świątynia w mieście więc na pewno będa tamtędy co jakiś czas chodzić. Dlatego trzeba wybrać moment jak przejdą i załatwić sprawę jak najszybciej i najciszej. A potem jeszcze poznosić te fanty na wóz. Jak ktoś z nas oberwie na tyle, że nie będzie nadawał się do noszenia to też nam odpadnie jedna osoba i wszystko wydłuży. Dlatego trzeba mieć jak najwięcej tych silnych do załatwienia strażników. - tym razem Łasica mówiła szybko, sprawnie i bez wahania gdy rozmowa wróciła na tory akcji jaką z Burgund rozpracowywały od zeszłego Festag i miały już prawie wszystko zapięte na ostatni guzik.

        - No właśnie. Bo gdyby chodziło o jakichś najemników, cieci, czy innych takich to my byśmy mogły spróbować ich obezwładnić podczas zabawy. Tak jak zimą Łasica w kazamatach robiła. No ale z nimi się tak nie da. Cholerni służbiści. Może w nocy, bez oficerów to by byli bardziej chętni no ale nie możemy ryzykować, że nas przegnają. Już to rozważałyśmy. Trzeba tam wejść i jakoś ich wyłączyć z działania. My uważamy, że trzeba im dać w łeb i pewnie zadźgać no ale trudno. Nie ma chyba innej rady. Chyba, że ktoś ma to niech się udziela. - Burgund wsparła kamratkę w omawianiu ich planu jak to sobie wymyśliły na te najbliższe noce. Soria potwierdziła, że chętnie wesprze tą akcję swoim udziałem ale czy nawet we trzy dadzą radę powalić jak najszybciej trzech czy czterech gwardzistów to nie było takie pewne. Gołym okiem było widać, że w tym punkcie planu przydałoby im się wsparcie.

        - Ja już mówiłem. Mogę powozić. Do młócki to raczej nie. W razie czego Strupas to samo. Bo jak mamy teraz Dornę to moglibyśmy ją zostawić w aptece. I nawet we dwóch moglibyśmy coś pomóc. I jakieś ziółka czy co jak by potrzeba to też. Ale do młócki to raczej nie, raczej nie nasza branża. - aptekarz podtrzymał swoją deklarację sprzed paru dni, że on i garbus są gotowi wesprzeć ten napad na świątynie. Wskazał tutaj z wdzięcznością na kolczastogłową mutantkę która była istnym darem Papy bo zwalniała ich dwuosobowe dotąd zasoby na jakąś akcję poza apteką.

        - Na moje oko to nie mamy tylu ludzi aby zrobić dwie grube akcje tej samej nocy. Zwłaszcza jak to by miało być teraz, w ciągu paru dni. Zresztą nie wiem po co się spieszyć z tą Akademią. Zrobimy świątynie, pojedziemy sobie na romantyczne spotkanie z Gnakiem przy najbliższej pełni, wrócimy i zobaczymy jak to będzie wyglądało. Zrobi się pewnie taki magiel jak zimą po kazamatach. Wszyscy będa szukać sprawców świętokradztwa. Więc Akademia powinna być mniej pilnowana. Wstawienie drzwi na wymiar to jak wam mówiłam, nie tak, że w jeden dzień się to zrobi. I żadne drzwi nie są problemem jak ma się klucz. Więc jak ktoś tam ma dostęp do Akademii to niech się zorientuje gdzie oni mają klucze. Może by się udało zrobić taki myk jak dzisiaj z Fabi u Pirory z tym bretońskim oficerem. - Łasica gdy chodziło o sprawy włamu wydawała się zaskakująco zdecydowana i konkretna gdy mówiła o swoich życiowym fachu. Niekoniecznie pasowało to do tego jak się lubiła zachowywać całkiem często na prywatnych spotkaniach czyli jak wesoła trzpiotka o niezbyt lotnym umyśle co tylko ciąglę myśli o jednym. I to zapewne czymś nieprzyzwoitym.

        - A ja dodam, że za pomoc Joachimie dziękuję. Postaram się zacząć ten proces jak najszybciej. Pewnie już jutro. Tam u mnie pod zwaloną wieżą. Ale w ogóle nie byłam przygotowana do takiego zadania więc mi to pewnie parę dni zajmie. Jak masz ochotę to zajrzyj do mnie. - wyrocznia zwróciła się jeszcze do swojego młodego ucznia dając mu znak, że może do niej dołączyć podczas przygotowań owego magicznego rytuału. A potem oddała głos pozostałym.

        Dziękuje mistrzyni - Joachim skłonił się w geście szacunku, zadowolony że pozna nowe sekrety mistycznej sztuki… - oczywiście pojawię się. Następnie spojrzał w zadumie na pozostałych.

        - W takim razie wygląda na to, że wpierw świątynia, a później Akademia, dobrze…. - nie wydawał się tym zachwycony ale najwyraźniej brakowało zborowi środków i ludzi na kilka dużych akcji w tym samym momencie…
        - Ja też planowałem udać się do Gnaka, natomiast pytanie czy równocześnie moglibyśmy o bagna zahaczyć?

        - Jak chcesz to sobie zahaczaj. Ale po tej zabawie z Gnakiem i jego stadem my wracamy do miasta. Już ci mówiłam, że od kamieni do skraju bagna to z pół dnia marszu. Jak to sobie wyobrażasz? Po całej nocy zabawy mamy zasuwać pół dnia przez las po to aby wleźć i topić się w jakichś bagnach? Jak coś jest na tych bagnach to trzeba to porządnie zorganizować bo to pewnie ze dwa dni conajmniej by zajęło. A nie w dzień po porządnej orgii. Przecież my się nie zamierzamy oszczędzać to nie będziemy się do niczego nadawać. - Łasica spojrzała na kolegę z dezaprobatą. Ale starała się utrzymać chociaż neutralny ton. Jej zdaniem jednak nie było sensu aby łączyć te dwa punkty w jeden. Koleżanki pokiwały głowami, że się z nią zgadzają w tej materii.

        - No…. myślałem, żeby się ewentualni9e od was odłączyć, ale to raczej by nie miałoby sensu jakbym bym sam… - czarodziej rozważał różne opcje.
        - Może zapytam się zwierzoludzi czy coś wiedzą na ten temat albo czy mieliby jakiegoś przewodnika.
        - Tobiasie, Aaronie, Heinrichu, ktoryś z was chciałby też wybrać się na bagna? Mamy dwa powody by się tam wybrać - ślady dziedzictwa Vesty oraz poszukiwanie składników dla mikstur Sigmindusa, prawda? Jeśli z powodu braku środków odsuwamy w czasie akcję w Akademii, to możemy wpierw tam się wybrać.

        - Jak mówiłem niedawno ja niezbyt znam się na chodzeniu po bagnach ale skoro chodzi o tak zaszczytny cel to gotów bym był się podjąć. Tylko przydałby się ktoś w tym obeznany. Skoro ty i koleżanki zamierzacie celebrować najbliższą pełnię a chyba tą świątynię jak rozumiem mamy robić przed to raczej zostaje druga połowa tygodnia. Mnie to nawet pasuje bo bym musiał uprzedzić moich studentów i ich rodziców, że mnie nie będzie. Jednak pragnę zwrócić uwagę, że jeśli to byłoby po obrabowaniu świątyni to zapewne nie tylko naszej czcigodnej wyroczni już nie będzie w mieście ale też Normy i Vasilija. A wśród nas to chyba oni by się na tej materii znali najlepiej. - Thobias jak się odezwał to jak zwykle starannie dobierając słowa jak na człowieka wykształconego przystało. Zwrócił jednak uwagę, że tydzień, także ten nadchodzący ma tylko 8 dni a grafik już teraz robi się coraz bardziej zapełniony. Do tego chronologia wiązała ze sobą poszczególne akcje więc rzeczywiście gdyby obrabować świątynię to nie było już większego sensu aby Merga i gorący, zrabowany towar siedzieli dalej w mieście. A wraz z nimi miała odpłynąć ta dwójka jaka się najbardziej na tym znała.

        - Ja też mogę wziąć udział. Albo Strupas. Ale tak jak mówiłem wcześniej, ktoś z nas dwóch musi zostać dopilnować apteki i hodowli. - aptekarz pokiwał głową na znak zgody ale prosił aby wziąć pod uwagę jego ograniczenia. No i gdyby brał udział w jakiejś wyprawie na zachód to opóźniłoby to jego wyprawę na wschód, do jaskini Oster aby tam założyć nową hodowlę, z dala od wścibskich oczu.

        - My się trochę znamy. Chociaż bardziej na lesie niż bagnach. I na tych diabelskich bagnach to wcześniej nie byłyśmy. - zgłosiła się Lilly nieco niepewnie wskazując na siebie i Dornę. Ta pokiwała swoją kolczastą głową ale na razie się nie odzywała.

        - No to i ja bym mogła się przejść. A zapewne miasto po rabunku świątyni zrobi się dla co niektórych moich dwórek zbyt gorące to mam wrażenie, że przydałoby mi się jakieś towarzystwo abym się nie nudziła. - dorzuciła skromnie czerwona milady nieco zaskakując wszystkich bo w tej czerwonej sukni jaką zamówił Otto u Huberta a wykonała ją Oksana to bardziej pasowała do sali balowej niż na jakieś mokradła.

        - No dobra ale to dzień albo dwa po pełni bo musimy po tych figlach dojść do siebie. - powiedziała Łasica nadal biorąc pod uwagę, że uważa za mało realne aby po intensywnie spędzonej nocy do czegoś się nadawały innego niż odsypianie i regeneracja sił.

        - Mógłbym pójść... - odezwał się Heinrich do Joachima - Choć poszukiwanie dziedzictwa Vesty bez... herolda, jak go Otto nazywa, byłoby płonne. Tylko on może nas doprowadzić. I przejść przez strażnika w jednym kawałku. - dodał wyjaśniając

        Mnich się chwilę zastanowił.

        - Po pierwsze nie wiemy jaki to strażnik, gdzie jest to dziedzictwo i czy George będzie w stanie na niego wpłynąć. Ze strażnikiem Oster bo był szczęśliwy traf, nie zakładajmy, że tak samo będzie w przypadku Vesty.

        - Zakładam tylko to, co w śnie widziałem i słyszałem. - były wróg chaosu wzruszył ramionami - Dziedzictwo jest chronione i tylko wybrany do niego trafi, nikt inny. Na każdego innego... nic miłego nie czeka.

        - Więc tym bardziej musimy Georga wydostać z hospicjum. Na razie dobrze będzie go odwiedzić. Kto wie, może najpierw potrzebny będzie artefakt z akademii. - mnich westchnął.

        W międzyczasie opowiedział Sigismundusowi swój dzień. Wizytę w świątyni Morra, atak szaleństwa w hospicjum, bójkę z Thornem i w końcu pogoń za Anniką. Przysłuchiwał się rozmowie Heinricha z resztą zboru.

        - Herold Vesty jest również w hospicjum, ale wyzwolenie jego będzie cięższą sprawą. Jego umysł zatrzymał się na etapie dziecięcym. Miałem zamiar zapoznać go z Joachimem, jest już zgoda od przeora na wpuszczenie magistra na teren hospicjum.

        - Już ci mówiłam. Te zamki co tam macie w hospicjum to śmiech na sali. Jakby trzeba było to włamać się tam jest bardzo proste. Tylko my to teraz ugrzęzłyśmy w tej świątyni to najwyżej potem. - Łasica co w końcu raz była wewnątrz hospicjum i widocznie skorzystała z okazji aby obejrzeć swoim okiem włamywacza mijane drzwi i zamki nie miała o nich zbyt dobrego mniemania. Na tyle, że dla niej jako zawodowej włamywaczki nie wydawało się trudne ich sforsowanie. W przeciwieństwie na przykład do drzwi w lochach świątyni Mananna jakie zrobiły na niej wrażenie na tyle, że wolała zdobyć do nich oryginalny klucz lub jego kopię co się ostatecznie dzisiaj udało.

        Ale nie tylko ona i Sigismundus przysłuchiwali się opowieści Otto relacjonującego swój dzisiejszy dzień. Bo miał co opowiadać i trochę to trwało zanim streścił co dziś przeżył odkąd wyszedł z domu. Najpierw mówił do aptekarza no ale, że to nie było dwa zdania to siłą rzeczy skupił na sobie uwagę większości osób przy stole.

        - Ciekawe są te ataki szaleństwa u was. I to nie tylko u tych heroldów. Może mają słabszego ducha ci wasi pacjenci przez co są podatniejsi na zew Sióstr. Może to to miejsce. Może po prostu od dawna mają jakieś tendencje jakie mogłyby nam sprzyjać. Dobrze, że zwróciłeś na to uwagę Otto. Ale musimy się liczyć, że i w innych miejscach mogą zdarzać się podobne wypadki. Jak nie obecnie to w miarę jak zew będzie się nasilał. Albo po prostu trwał a im dłuższe działanie na tak dużym obszarze to też może pobudzić więcej osób. Jak z falami przyboju. Pierwszą można ustać, drugą i dziesiątą też. Ale jak stoisz odpowiednio długo to któraś tam cię w końcu przewróci. - Merga wydawała się zainteresowana opisem wydarzeń z hospicjum. Inni też, mniej lub bardziej, z powodów zapewne różnych ale niekoniecznie pozwolili sobie na jakiś komentarz do tego.

        - A tak, ta morrytka może nam narobić kłopotów. Skoro ma podobne umiejętności i wrażliwość do naszej czcigodnej mistrzyni. Lepiej mieć ją na oku. - Starszy pokiwał zamaskowaną głową przyjmując te wieści o bladolicej kapłance patrona snów, wizji i wiecznego spoczynku. Na razie jednak nie powziął decyzji co z tym fantem zrobić.

        - Ha! To biłeś się z tym Thornem? No! Zuch chłopak! Tak trzeba! A nie tylko pytlowanie ozorem po próżnicy. Jak się strzeli takiego tu czy tam to od razu chodzi jak trzeba i wie kto tu rządzi. - Silny zaśmiał się chrapliwie i najbardziej spodobała mu się ta najbardziej znajoma dla niego część czyli opis bójki z Thornem w bibliotece hospicjum. Wyglądało jakby nie spodziewał się tego po młodym mnichu i ten zyskał nieco w jego oczach.

        - A ta Annika to ładna? I ta Marissa? - zaciekawiła się Łasica która co prawda była parę dni temu w przybytku na Białej no ale została jako przyzwoitka przyzwoitki Fabienne więc nie miała okazji poznać pacjentów jacy najbardziej interesowali Otto.

        - A w ogóle to mam ci coś do powiedzenia. Drobiazg ale to potem pogadamy. - Sigismundus nachylił się do Otto i rzekł mu cicho nie chcąc zapewne, żeby inni go usłyszeli.

        - Dziękuje Otto, to ważne czego dokonałeś w Hospicjum… To kiedy mógłbym spotkać się z tym heroldem Vesty? - zapytał się astromant.

        - Możesz nawet jutro. Zapytaj przy wejściu o mnie a ja cię zaprowadzę. Radzę uzbroić się w cierpliwość. George jest dzieckiem w ciele dorosłego, wydobycie z niego co byś chciał może zająć. - mnich zamyślił się na chwilę - W sumie się zastanawiałem, czy mógłbyś jakoś zakręcić prawdę, że wizję Georga to symptom kontaktu z wiatrami magii? Że mógłbyś lub nawet musiałbyś go wziąć na ucznia?

        - To nie jest taka prosta droga. - w iście inkwizytorskiej manierze Heinrich pojawił się tuż obok Joachima - Artykuł trzynasty o Magii Imperialnej nakłada na Magistra obowiązek poszukiwania nieusankcjonowanych użytkowników magii, ale nie kończy się to wedle gustu Magistra, o nie. - patrzył na obu mężczyzn jakby ich oceniał - Taki Magister musi zgłosić znalezisko do swojego Kolegium lub Zakonu Templariuszy czy najbliższego Łowcy Czarownic. Im starszy użytkownik magii, tym mniejsza szansa, że zostanie usankcjonowany, a problemy psychiczne skreślają z zasady. Joachim może, a wręcz musi, zbadać kogoś, kogo podejrzewa, ale patrząc na przypadek Georga... Żyw pacjent nie skończy. A Łowcy Czarownic nawet będą woleli osobiście proces nadzorować, nie wierzyć magowi na słowo. - mówił powoli, zupełnie jak ktoś mierzący każde słowo lub badający reakcję słuchaczy... czy nadający tak mocy przekazowi.

        Mnich zerknął na nowo przybyłego Heinricha.

        - Zadziwiająco cicho się poruszasz, jak na człowieka z metalową nogą. - mina Otto jednak zrzedła - Szczerze "Prawo Imperialne" jakoś nigdy nie było w książkach, które czytałem. Więc dziękuję za uwagę. Pozostaje więc zdać się na talenty Łasicy. Chociaż… wybuch w Akademii, rabunek w świątyni i potem ucieczka z hospicjum. Obawiam się, że Hertz mógłby dostać kolegów jeżeli przesadzimy z ciekawymi zdarzeniami z tym mieście.

        - Znaczy jakich moich talentów? Bo już się pogubiłam. Ja na razie to się nie dotykam do tej Akademii póki nie skończymy numeru ze świątynią. Ale tak, jak skończymy to ja spodziewam się, że wybuchnie chryja na dwadzieścia fajerek. Będzie grubo. No ale to może odciągnąć uwagę od Akademii. Ale rzeczywiście mogą kogoś przysłać do rozwiązania sprawy czy wziąć kogoś z tych co już przyjechali na turniej. Trudno powiedzieć ale taka burza nieźle zakołysze tą balią, tego jestem pewna. - Łasica zmrużyła oczy niezbyt wiedząc do czego pije Otto. Ale dalej wyraziła swoje zdanie na temat efektu jaki powinien wywołać rabunek świątynnego skarbca.

        - Och, mi chodzi o wyzwolenie kolejnego pacjenta, lub pacjentów z hospicjum. Sama mówiłaś, że zamkni są słabe. Sam się na tym nie znam i pewnie miałbym większe szanse wyrwać drzwi niż otworzyć zamek. - mnich uśmiechnął się do łotrzycy - No chyba, że swoimi talentami uwodzidzielskimi tak zakręcisz przeora, że wypuści Georga bez niczego.

        - Jak już to bym wolała się zakręcić wokół Marisski. Bo mi dziewczyny mówiły, że całkiem niczego sobie. I jest taka jak my. Albo ten Thorne. Też podobno niezły byczek i całkiem obiecujący. - Łasica nie omieszkała delikatnie wypomnieć, że podczas wizyty w hospicjum na początku tego tygodnia Otto, z koleżankami nieco ją wykolegowali i nie miała okazji poznać tych obiecujących pacjentów.

        - Ale cóż, nie przed takimi się w zamtuzie uda rozkładało. Może być i przeor. Tylko pewnie wiesz, że nie wszyscy są chętni na skruszone grzesznice czy inne dziewczęta. Ten przeor to trochę go kojarzę z mszy. Już nie młody. Właściwie mogłabym się z nim spróbować ale to w tym ambaras aby obie strony chciały na raz. - właściwie łotrzyca nie wykluczyła możliwości prywatnego spotkania z przeorem ale chyba za bardzo nie robił on na niej wrażenia bawidamka i dziwkarza aby poleciał na byle chętną spódniczkę. Zresztą miała świeże doświadczenia ze świątyni Mananna gdzie ani kapłani ani czarni templariusze coś nie zdradzali zainteresowania aby poznać bliżej dwie, miłe dziewoje jakim przecież niczego nie brakowało a i miło się do nich uśmiechały pokornie wypełniając wszelkie polecenia. I nic z tego nie wyszło.

        - A te zamki tak. Ale to tak samo jak wcześniej mówiłam do Joachima z tą Akademią. Jak ja mam iść na robotę to muszę wiedzieć dokładnie w które drzwi uderzyć. Czyli byś mi musiał powiedzieć jaka to cela tego Georga. W nocy to bym mogła to załatwić od ręki.Tylko,żeby on wiedział co i jak i aby nie robił scen, że ktoś mu się włamuje. Może nawet w dzień by było łatwiej jak ty tam jesteś. Tam chyba jakieś wolnotariuszki czasem przychodzą. No albo w nocy ale to musiałbyś ustawić tak aby ten George był gotowy do zabrania. - włamywaczka szybko mówiła gdy szybko obracała wstępne warunki do takiego zabrania Georga z hospicjum. Sądząc po tym jak lekko o tym mówiła to swoją cześć roboty uwazała za całkiem prostą. Hospicjum w przeciwieństwie do skarbca świątynnego nie zrobiło na niej wrażenia pancernej twierdzy.

        - A z tym przeorem i zgodą to może jakby on nie leciał na młode, chętne spódniczki to może na coś innego? Jakaś dama z towarzystwa może by go mogła uprosić o coś? Może ten George by mógł gdzieś pracować na zewnątrz abo ktoś by go mógł wziąć całkiem legalnie pod opiekę? Tak jak dziewczyny wzięły te dwie nowe służki i tego Thorna. Całkiem legalnie przecież. - Burgund podpowiedziała coś od siebie z nieco innej strony. Wskazała na Pirorę jaka siedziała obok no a na bretońską koleżankę nie mogła skoro jej tu teraz nie było ale wiadomo było, że o niej właśnie mówi.

        - Dziękuje za propozycję pomocy Łasico, może się przyda, ale może uda się też wydostać stamtąd Georga bez tego…. - spojrzał nieco łyso na Heinricha, temat inkwizycji nie był mu zbyt miły, no ale trzeba było brać pod uwagę jego słowa.
        - Myślę, że zacząłbym od spotkania z nim jutro, może uda się sprawę rozwiązać jakoś bardziej polubownie niż włamaniem… nasze dziewczyny są bardzo zdolne, ale nie mogą być chyba w kilku miejscach na raz, prawda? - uśmiechnął się do Łasicy i Burgund.

        Dziewczęta odwzajemniły mu się miłym uśmiechem pełnym wdzięczności za jego troskę ale tym razem pierwsza odezwała się ich blond koleżanka szlachetnego rodu.

        - Nie wiem czy jutro co się uda. Jutro jest Festag. Dzień świątynny, wolny od pracy, nie załatwia się żadnych spraw. Możesz polować na przeora jutro po mszy ale zdziwię się jak zgodzi się coś załatwić od razu. Zapewne umówi cię na jakiś termin spotkania. - Pirora zwróciła uwagę, że w dzień świątynny to powszechnie był wolny aby śmiertelnicy mieli dzień odpoczynku na kontemplację i pochwałę dobrych bogów. Najlepiej w jakiejś poświęconej im świątyni. Tego dnia raczej nie załatwiało się innych spraw a poza tawernami, karczmami i innymi lokalami rozrywkowymi to reszta miasta była zamknięta. Tak zresztą było i w Altdorfie i w innych miastach Imperium a wieści nosiły, że i w reszcie Starego Świata.

        - Naprawdę chcecie w to mieszać magię? To zawsze wzbudza niezdrowe zainteresowanie. Jak jeszcze Hertz albo kapłani się w to włączą to w ogóle będzie zbiegowisko nad tym Georgem. Wszyscy zaczną się nim interesować. Ja wam mówię, załatwcie to jak ktoś z ferajny. Po cichu i dyskretnie. Bez zbędnego kombinowania. Jest jakiś George w hospicjum, ktoś tam chce go przygarnąć i się dogadajcie. A jak nie wyjdzie no to my już możemy mu pomóc uciec. A jak Hertz i inni zaczną koło niego węszyć to nie wiadomo co wywęszą. Ja tam wam odradzam z tą magią ale róbcie jak chcecie. Potem mi nie płaczcie, że Hertz komuś siedzi na ogonie albo postanowił profilaktycznie posłać kogoś na stos. - Łasica uniosła obie dłonie na znak, że umywa od tego ręce ale jednak swoje powiedziała co jej podpowiada instynkt i doświadczenie łotrzyka aby nie zwracać na siebie uwagi gdy chce się coś zachachmęcić. Burgund pokiwała głową na zgodę i poparcie ale na razie obie zamilkły.

        - Hmm…. jak zawsze myślisz praktycznie Łasico… Joachim rozważył jej słowa, zwracanie uwagi inkwizycji wcale mu się nie uśmiechało.
        - Jak myślisz Otto, dałoby się wydostać Georga z hospicjum w taki sposób jak tę dziewczynę wcześniej? To pewnie przyciągnełoby mniej uwagi niż moja ingerencja.

        - Nie wydaje mi się. Umysł Georga jest… zacofany. I to nie jest tylko decyzja przeora. Musi wysłać zapytanie do osób, które umieściły pacjenta w hospicjum i zapytać o zezwolenie na wypuszczenie pacjenta. Nie wiem, z czyjej siły George jest w hospicjum i czy mielibyśmy odpowiednie argumenty na jego wypuszczenie.

        - Raczej nie wystarczy, że tak zapewni mu się zdrową atmosferę na świeżym powietrzu? - parsknął Heinrich - Przydałoby się wiedzieć kto go tam umieścił. Szczerze, nie sądzę by tęsknili z czystej dobroci serca. Bardziej działania na korzyść swojego imienia.

        Mnich się chwilę zastanowił.

        - Imersja? - powiedział do siebie - Powiedzieć przeorowi, że można pokazać George'owi fałsz jego wizji, zabierając go w miejsce, które rzekomo "widział"?

        - Nie zdziwię się jakby przeor chętnie pozbył się dodatkowej gęby do wykarmienia. Te wasze hospicjum to z bogactwa i wystawnych uczt coś nie słynie. Ale pewnie też musi mieć jakąś podkładkę pod takie ruchy więc te pozwolenie od kogoś to raz a dwa to dobrze by było aby taki pacjent miał trafić w jakieś dobre ręce. Do kogoś o nieposzlakowanej opinii. Jak nasze dziewczyny. Czy ktoś podobny. To pewnie by działało na plus. Bo jak do kogoś podejrzanego czy obcego to potem wasz przeor może się obawiać, że jakaś heca z tego będzie. - Onyx powiedziała swoją opinię dołączając do dyskusji. Reszta też się przysłuchiwała i zastanawiała nad tym wszystkim.

        - Mnie to już by nie było tak łatwo. Dałam spory datek na Thorna. A Fabi na dziewczyny. Nie wiem czy jeszcze by miała na kogoś ale u niej to kasę mąż trzyma a ona to ma na takie swoje głupotki aby wstydu nie było w towarzystwie i tyle. Jutro ją zapytam jak u mnie będzie. Zresztą wy też możecie. Albo trzeba by znaleźć kogoś jeszcze. Tak aby wyglądało, że George mógłby trafić w dobre ręce. - Pirora dopowiedziała coś od siebie zastanawiając się nad tą sytuacją. Już wcześniej zaznaczała, że wcześniejsze wydatki na remont kamienicy i teatru ją sporo kosztowały więc wcale nie ma tak wesoło w sakiewce jak można by się spodziewać po jej eleganckim wyglądzie. U Fabienne zapewne mogło to wyglądać podobnie chociaż z innych przyczyn. Obie jednak uchodziły w towarzystwie za damy godne zaufania i nie skalane jakimiś skandalami czy innymi takimi ujmami na honorze.

        - Może niech nasz Tobias adoptuje. - uśmiechnął się w kierunku człowieka - Nauczyciel co zaopiekuje się biedakiem. I pouczy, i zadba.

        Propozycja Heinricha nieco zaskoczyła towarzystwo bo większość głów skierowała się najpierw na niego a potem na eleganckiego guwernanta o jakim mówił. Sam Thobias też wydawał się nie być gotowy na taki pomysł. Zastanawiał się chwilę nad tym.

        - Właściwie to jak już bym miał brać ucznia czy wychowanka to wolałbym kogoś bardziej rozgarniętego. Bo z tego co o nim mówicie jak on jest na poziomie bawienia się klockami to no cóż… dyskusja nie mówiąc o nauczaniu i wychowaniu może być trudna. - uśmiechnął się raczej kwaśno aby zaznaczyć, że gdyby miał wybór to wolałby sam dobierać sobie uczniów.

        - Ale rozumiem sytuację. No i jak sądzę chodzi o kogoś kto słyszy podszepty Vesty wyraźniej od nas. To może być nawet interesujące doświadczenie. Więc dobrze, zgadzam się. Mogę się nim zainteresować. - dodał już z nieco łagodniejszym i cieplejszym uśmiechem kiwając do tego ciemnowłosa głową, że jest gotów przysłużyć się rodzinie i ją wspomóc w tym zadaniu. Albo chociaż spróbować.

        - To jak będę odbierać Thorna to mogę cię polecić. Albo jutro powiem Fabi bo nie wiem która z nas pierwsza by odebrała swojego służącego. Albo napiszę bilecik do przeora, że cię polecam. - Pirora zapaliła się do tego pomysłu i ochoczo zaczęła rozważać jakby mogła go wesprzeć. Nawet jak nie osobiście czy finansowo to chociaż dobrym słowem i referencjami.

        Heinrich był zadowolony z takiego wyniku. Będzie ciekawie zobaczyć efekty tej adopcji w wykonaniu Tobiasa. Może pójść idealnie, a może przyprawić guwernanta o ból głowy.

        - Z Marissą może to jeszcze zająć. Dziewczyna ma najwyraźniej wpływową rodzinę w Saltzburgu. Pomysł jednak z próbą wykształcenia George'a może się udać, szczególnie jeżeli z polecenia. - mnich przytaknął temu pomysłowi - Porozmawiam przy najbliższej okazji z Georgem o tym.

        - No dobrze. Będę musiał zrobić małe przemeblowanie jeśli miałby się do mnie wprowadzić. - przyznał nauczyciel jakby już zastanawiał się jakie kroki powinien podjąć z powodu przyjęcia pod dach dodatkowego dorosłego co miał ponoć umysł małego chłopca.

        - Ja to czekam na tą naszą Marisskę. Strasznie bym chciała aby już była z nami. Aż szkoda, że tyle musimy czekać. Ale jakby się tam jej dłużyło bidulce samej to Otto coś tam pomyśl o jakiejś wizycie jednej czy dwóch wolnotariuszek co? - skoro rozmawiali o pacjentach co wciąż byli w hospicjum to i Łasica się udzieliła bezwstydnie zdradzając swoje zainteresowania kto jest jej faworytą w tej puli. Nawet poprosiła kolegę z jednym okiem aby w razie potrzeby coś podziałał w materii szybszego spotkania się z nią.

        - Przeor to chyba powinien być jutro na mszy. Tylko nie wiadomo czy udałoby się go złapać. No i może nie chcieć rozmawiać na jakieś poważne tematy ale coś zagadać można. - Burgund odezwała się po dłuższej chwili milczenia. Mogło tak być bo w końcu poranne msze w Festag gromadziły w świątyni Mananna sporą część populacji miasta. Zwłaszcza tą co się miała za prawą, bogobojną i na świeczniku.

        Joachim ucieszył się że pojawiło się jakieś rozwiązanie kwestii Georga.

        - Dziękuje Tobiasie, myślę że jak ty wyrazisz chęć zajęcia się tym chłopakiem to będzie faktycznie mniej podejrzane niż jak zajmie się tym czarodziej - ze swojej strony mogę natomiast wesprzeć ciebie finansowo.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #102

          Oryginalny autor: Seachmall

          Otto podszedł do Starszego i Mergi, kiedy rozmowy zaczęły schodzić na bardziej przyziemne sprawy.

          - Wyrocznio, Czcigodny, mógłbym poprosić o chwilę. - skłonił się dwójce przewodzącej kultowi - Odwiedziłem dziś świątynię Morra i udało mi się porozmawiać z Matką Somnium. Najwyraźniej ona też słyszy szepty Sióstr, co jednocześnie rodzi kłopoty i potencjalne zyski. Jeżeli Siostrom udałoby się przeciągnąć Somnium ku właściwej stronie, byłaby potężnym sojusznikiem. Jednak jest na razie sługą Przewoźnika i zaznajomiła się z Inkwizytorem, co mogłoby nam przysporzyć kłopotów. Oczywiście decyzję w tej sprawie pozostawiam wam, mam inną sprawę, którą chciałbym obgadać. - Otto chwilę zastanowił się, dokładnie ubierając swoje myśli w słowa - Czy byłoby możliwym, przy pomocy magii, rytuałów, ziół, grzybów, czegokolwiek, doprowadzić się do stanu świadomego snu? Być w kontroli, kiedy twój umysł i dusza sięgają do Świata Chaosu i w ten sposób nawiązać kontakt z Siostrami? Nie żeby prosić o wskazówki, czy coś takiego, sprowadzenie ich to nasz test. Jednak moglibyśmy im wskazać osoby, którymi mogłyby się zainteresować.

          Skoro późnym wieczorem, gdy o pokład nad ich głowami wciąż z uporem uderzały krople ulewy rozmowy podzieliły się na mniejsze grupki i strony to i dwójka liderów nie miała nic przeciwko aby porozmawiać z jednym ze swoich podopiecznych. Z uwagą wysłuchali słów jednookiego mnicha i zasępili się na chwilę. Przynajmniej Merga bo przez maskę mistrza zboru niewiele było widać z jego mimiko.

          - No tak… Ona jest z tego odłamu morrytów co się zajmuje snami, wizjami i przepowiedniami… No tak, to może być bardziej podatna na zew Sióstr… Albo nawet jej patron w jakiś sposób ją ostrzega… - Starszy zadumał się nad słowami mnicha. Popatrzył na wyrocznię bo ta też zabrała głos.

          - Liczyliśmy się z tym od dawna. Tak uwrażliwione osoby mogą odbierać zew podobnie do nas. My, że tak powiem mamy uprzywilejowaną pozycję w tym słuchowisku ale do innych też może coś dotrzeć. No ale to kapłanka do tego nie jakaś nowicjuszka tylko ze stolicy. Może mieć posłuch u swoich. - wyrocznia też uważała, że to jest możliwe z tym odbieraniem ostrzeżeń przez bladolicą kapłankę. No a, że była kapłanką to niejako z miejsca stawiało ją na piedestale w oczach jej pobratymców. Kapłani zwykle cieszyli się uznaniem i byli lokalnymi autorytetami wśród zwykłych ludzi.

          - Nie wiem czy udałoby się ją przeciągnąć na naszą stronę. Widziałem, że wpadła w oko naszym dziewczętom. Ale w ogóle jej nie znam. Pierwszy raz do nas przyjechała. Nic dziwnego jak taka młoda. Powinniśmy zachować ostrożność w jej względzie. Byłoby cudownie gdyby dziewczętom albo komuś z nas udało ją się zbałamucić ale kapłani zwykle mają lepsze wykształcenie, silniejszą wolę i doświadczenie w działaniu przeciwko takim dysydentom jak my. Więc lepiej będzie zachować ostrożność. Ale też dobrze mieć ją na oku aby chociaż wiedzieć co porabia i czego może się domyślać. Tak, masz rację Otto, trzeba ją wziąć pod uwagę. Dobrze, że o niej powiedziałeś. - lider chyba obrabiał ten temat na bieżąco bo mówił dość szybko ale w głosie dało się poznać zastanowienie. Widocznie nie miał gotowego rozwiązania co tu teraz począć z tą bladolicą kapłanką. Zwłaszcza jak była pierwszy raz w mieście i nie miał o niej wyrobionego zdania.

          - A co do tego kontaktu z Siostrami… - Merga wróciła do tego o co jeszcze pytał młody mnich. - One są u siebie. W Domenie Chaosu. W Domenie Demonów. To nie jest takie łatwe aby skontaktować się właśnie z nimi. Trzeba by odprawić rytuał. I mieć doświadczenie w takich sprawach. To raczej nie jest rozwiązanie dla amatorów. Ja mam pewne takie praktyki na koncie ale to zawsze jest ryzykowna sprawa. Sam rozumiesz, nie wszyscy wielcy państwo lubią jak jakieś obdartusy kołaczą do ich bram wykrzykując ich imię. - powiedziała z namysłem jakby rzecz o jaką Otto zapytał może i była w zasięgu jej możliwości ale uważała to za mocno ryzykowną sprawę. Na koniec pozwoliła sobie na nieco ironicznie rozbawioną uwagę.

          - Ale właściwie po co chciałbyś się z nimi skontaktować? Bo nie do końca rozumiem jaki masz w tym zamiar. - Starszy poprosił aby mnich dokładniej opowiedział jak sobie wyobraża ten kontakt nawet gdyby Merdze udało się go przeprowadzić.

          - Siostry są świadome nie tylko naszego istnienia, ale poczynań i postępów. Wysyłają do nas spersonalizowane wiadomości, przyjmując formy, które rozpoznamy i przekazując informacje, które zrozumiemy. O ile nie umniejszałbym tak cudownym istotom, zastanawiałem się nad potencjałem zamienienia faktu, że całe miasto słyszy Siostry w swoich snach, w narzędzie przyspieszenia ich przybycia. Norra zsyłające sny na straż miejską, sprawiając, że są agresywniejsi i bardziej morderczy. Oster wypełniająca umysły chorych plagą szaleństwa. Vesta zmieniająca szlachtę w bandę paranoicznych, wbijających sobie noże w plecy konspiratorów. - Otto westchnął - Teraz jak to powiedziałem, czuję się trochę jak bluźnierca. Wymagać od naszych cudownych Sióstr, aby zniżyły się do działania na naszą korzyść. Może trochę samolubny powód wychylił swój łeb. Prawda, która otworzyła mnie i moich braci na służbę Mrocznym Siłom ciągle mi umyka, a jednak jestem przekonany, że jest ona prawdziwa. Chyba szukam wszelkich możliwości, aby do niej sięgnąć.

          - Wspaniała wizja Otto. Takie coś na pewno by nam pomogło i opanować to miasto i sprowadzić Siostry do ich matecznika. - wiedźma pokiwała swoją rogatą głową uśmiechając się ciepło do takiej wizji. Po czym uśmiech stał się dość melancholijny i westchnęła krótko.

          - Ale obawiam się, że sprawy są znacznie bardziej skomplikowane. - powiedziała jakby nie miała do przekazania zbyt dobrych wieści. - Takie potężne istoty jak nasze wspaniałe Siostry… Hmm… Myślę, że są dla nas tak samo obce, niezrozumiałe i tajemnicze jak my dla nich. One nie myślą i nie planują takimi samymi kategoriami jak my. Już samo pojęcie czasoprzestrzeni tak jak my ją odczuwamy dla nich nie jest takie oczywiste. Stąd sto czy tysiąc lat dla nas to bardzo długo dla nich to abstrakcyjne coś z naszej rzeczywistości. Dlatego wydarzenia z odległej przeszłości czy przyszłości nie muszą ale mogą być dla nich dostępne jak dla nas zaglądanie do którejś z licznych butelek na stosie takich butelek. To znacznie utrudnia wzajemną komunikację. Żeby w ogóle złapać coś wspólnego aby do niej doszło. Z tego powodu nie sądzę aby Siostry czy podobne im byty postrzegały akurat ten fragment rzeczywistości w którym akurat my istniejemy teraz tak jak my. - powiedziała żwawo i całkiem chętnie jak to ludzie z pasją gdy mogą o niej z kimś porozmawiać. Starszy też zdawał się słuchać tego z wielkim zainteresowaniem.

          - Więc myślę, że one jakoś namierzyły ten kawałek naszego czasu i świata. I nadają swoje pragnienia, plany i wizje, do nas śmiertelników jacy są akurat tu i teraz. Ale to jest jak deszcz. Moczy wszystkich. Nie jestem też pewna czy nas rozróżniają. Poszczególnych śmiertelników. Być może dostrzegają tylko artefakty i miejsca mocy. Stąd przy ich artefaktach, ołtarzach ich zew powinien być silniejszy. I być może będą starały się przemówić, nakłonić, skusić, zastraszyć kogoś kto jest w pobliżu. Ale raczej takie działanie, dość wybiórcze, o jakim mówisz nie sądzę aby to udało się aż tak skanalizować. Zapewne mogłabym spróbować wywołać którąś z nich ale to nie jest igraszka. Na razie tego nie robiłam i na tą chwilę wolałabym tego uniknąć. To nie chodzi o jakiegoś żałosnego impa czy biesa tylko potężne istoty z jakimi nie ma żartów. Co mogę zasugerować to te sny. Bez względu na ich dziedzictwo śmiertelnicy którzy są bardziej podatni na podszepty Chaosu, zwłaszcza od któregoś z Wielkiej Czwórki powinni słyszeć właśnie zew swojej patronki. Co zresztą mam wrażenie obserwujemy. Silny nie śni o orgiach z Pajęczą Królową a Łasica o bitwach pod wodzą o czarnym rycerzu. - powiedziała kręcąc powoli głową jakby uznała, że to raczej nie tak działa jak to sobie wyobraża jej rozmówca. A wszystko to jest znacznie bardziej skomplikowane. Mimo wszystko chociaż była wyznawczynią Czterech Sióstr nie zdradzała ochoty, że miałaby ochotę je przedwcześnie niepokoić wywołując je do rozmowy z ich piekielnej domeny.

          - Rozumiem. Przepraszam, jeszcze jedno pytanie. Czy mamy… plan na ich przyzwanie? Czy zbierzemy wszystkie ołtarze, artefakty, heroldów i czempionów w jedno miejsce i odprawimy jakiś rytuał? Czy jest to bardziej subtelne i wymagające mniejszej ilości składników? Czy może same się pojawią kiedy zbierzemy ostatni artefakt? - to pytanie kręciło się w głowie Otto od dzisiejszego ranka, podejrzewał, że Merga jest w stanie przyzwać Niezrodzonych z Domeny Chaosu, pewnie byłaby też w stanie przyzwać istoty tak potężne jak Siostry. Skoro jednak wszystkie na raz muszą się tu pojawić, może to oznaczać bardziej skomplikowany proces.

          - Czy mamy plan na ich przyzwanie? Nie. Na tą chwilę nie. Nasza wiedza jest zbyt szczątkowa. I wciąż w sporej mierze poruszamy się po omacku. Po cichu zakładam, że w miarę zdobywania kolejnych elementów ich dziedzictwa coraz więcej spraw powinno się wyjaśnić. Być może aby je sprowadzić trzeba mieć jakiś komplet. - Merga przyznała szybko i bez ogródek, że na tą chwilę nie mają co liczyć na sprowadzenie Sióstr do tego świata. Widocznie nawet dla tak doświadczonej wieszczki i wiedźmy zbyt wiele było niewiadomych.

          - I szczerze mówiąc liczę na to, że coś się wyjaśni. A ta wieść, że miałyby być przyzwane cztery na raz szczerze mówiąc mocno mnie zaniepokoiła. Paktowanie z jedną tak potężną istotą, nawet gdy powinno się mieć wszystkie atuty w ręku nadal jest śmiertelnie niebezpieczne i ryzykowne. Wolałabym nie ryzykować takiego kroku póki nie będzie dobrych omenów świadczących o ich łaskawości. A sprowadzenie czterech na raz to wszystko to jeszcze bardziej zwiększa ryzyko. Być może to “na raz” to niekoniecznie tak dosłownie. Mówiłam ci, że takie istoty inaczej postrzegają czas i przestrzeń więc ich “na raz” nie musi być tożsame z naszym. - wyrocznia z pięknymi, długimi rogami jakie niezmiennie tak zachwycały Lilly chętnie podjęła ten temat dzieląc się z nimi oboma swoimi spostrzeżeniami na ten temat.

          - To jest kolejna rzecz jaką mam nadzieję załatwić w Norsce. Tam, że tak powiem, łatwiej o fachowców z takich tajemnych dziedzin. Być może uda mi się kogoś takiego pozyskać do współpracy bo ta sprawa z Siostrami to nie przelewki i przydałoby mi się każde wsparcie doświadczonego czarnoksiężnika. Na to zapewne też przydadzą się te skarby ze świątyni. I jaja Oster. Taki namacalny dowód na ich łaskę i ślady dziedzictwa tutaj. Zamierzam zabrać ich próbkę ze sobą. I te małe, alabastrowe syrenki z pomnika Soren. Jak do czasu wyjazdu znajdziecie jeszcze jakiś artefakt co dałoby się zabrać to też chętnie bym go zabrała na dowód łaski Sióstr. To powinno zainteresować moich braci i siostry po fachu. - rogata podzieliła się też swoimi planami jakie miała na tą podróż. Okazało się, że liczy nie tylko na zwerbowanie morskich rozbójników ale i na kogoś jeszcze. I wszelkie odłamki dziedzictwa sióstr na równi ze zdobytymi skarbami powinny ją wspomóc w tym zadaniu.

          - I nie masz za co przepraszać Otto. Od tego tu jestem aby wam służyć radą póki jeszcze jestem z wami. Twoj pomysł był ciekawy, bardzo mi się spodobał, chciałabym aby to było możliwe. Ale raczej to tak nie działa. Niech cię to jednak nie zniechęcia ani do zadawania pytań ani do szukania odpowiedzi. - na koniec uśmiechnęła się ciepło do młodego mnicha obdarzając go spojrzeniem swoich płonących wewnętrznym ogniem złotych oczu i położyła mu rękę na barku aby dodać mu otuchy.

          - No rzeczywiście szkoda. To by mogło pomóc nam bez alarmowania pozostałych. Z drugiej strony bez tych wizji i omenów dalej nic byśmy nie wiedzieli o tych Siostrach i, że ich dziedzictwo jest wokół nas, że stąpamy po tej samej ziemi jaką niegdyś przemierzały one czyniąc swoje cuda i wspaniałą sztukę jaka jest wzorem dla nas. - Starszy chyba też się uśmiechnął ale starał się znaleźć i dobrą część takiego wpływania Sióstr na ich rzeczywistość.

          - Jeżeli chodzi o Niezrodzonych. Można polegać na ich przewidywalności, jeżeli to ma sens. Nie mogą postąpić poza rygory swej natury. Siostry są jednak ludźmi, wywyższonymi, ale ludźmi. Mamy jednak wgląd w ich plany, jak już tu powrócą. Soren najwyraźniej chce udowodnić swój tytuł Matki Potworów, gdyż ma mieć cały harem, wśród nich Marisse, jej Herolda. Norra najwyraźniej chce sprowadzić armię, na której czele ma stanąć ten Czarny Rycerz. Podejrzewam, że Nueus Emskrank może stać się punktem początkowym inwazji Imperium.

          - To nie jest wykluczone. Ale póki ich tu nie ma albo nie prześlą nam swoich życzeń w bardziej zrozumiały sposób to możemy to tylko zgadywać. Pierwszym etapem będzie sprowadzenie ich tutaj, na ten świat. Zapewne w tym mieście albo okolicy. Przybycie takiej potężnej istoty na pewno nie pozostanie niezauważne. Sam widzisz jaki mają na nas wpływ gdy jeszcze ich tu nie ma i nie działają z pełną mocą. - wiedźma uśmiechnęła się łagodnie wskazując wolną dłonią na resztę zboru. Większość z nich miała ostatniej nocy jakieś wyjątkowe sny z których chyba wszystkie były mniej lub bardziej wyraźnie powiązane z zewem Sióstr.

          - Ale ile potrwa ten pierwszy etap trudno powiedzieć. Zależy w sporej mierze od nas samych i naszych poczynań w kompletowaniu wiedzy i dziedzictwa Sióstr. Więc na razie przynajmniej ja, daruję sobie zastanawianie się co będzie dalej. Zapewne staniemy do walki o to miasto. - pokiwała głową ponownie gdy patrzyła gdzieś w dal albo próbowała wyobrazić sobie jak może wyglądać przyszłość.

          - Ale absolutnie nie ma co traktować Sióstr lub podobnych im istot tak jak nas. Nawet jeśli urodzili się jako śmiertelnicy to wywyższenie skutecznie odziera ich z tej ludzkiej powłoki, mentalności, charakteru. Stają się czymś innym. Czymś potężniejszym. Stają się jednym z potężnych bytów Eteru razem z innymi a nasz świat, nasza rzeczywistość, staje się dla nich tak samo obca jak dla nas ich rzeczywistość. Ale skoro wolą Sióstr jest powrót tutaj skąd zaczęły i skończyły wędrówki po tym świecie to daje nam szanse, że będą nam udzielać jakichś wskazówek jak doprowadzić do ich powrotu. - uśmiechnęła się łagodnie kręcąc swoją rogatą głową na znak, że akurat nie może się zgodzić aby Sióstr traktować jak śmiertelników nawet jeśli kiedyś takimi były. Nie traciła jednak nadziei, że mimo tych wszystkich przeszkód i różnic skoro mają wspólny cel to uda się jakoś dojść do porozumienia.

          - Och, nie miałem na myśli, aby traktować ich jak jednych z nas. Jedynie spostrzegałem, że tak jak można się spodziewać po Demonie Khorna, że będzie żądny krwi, a pomysł kopulacji będzie dla nich obcy jak dla nas oddychanie płynnym żelazem. Tak po wywyższonych śmiertelnikach można się spodziewać… szerszej palety emocjonalnej i możliwości upodobań. Czyni ich to bardziej nieprzewidywalnymi i niebezpiecznymi. - mnich chwilę się zastanowił - Legenda, którą nam przedstawiliście, mówi o siostrach z punktu widzenia… no naszego. Ale legendy zawsze mają dwie twarze, czy istnieje "Imperialna Wersja" legendy czterech sióstr? Jakaś lokalna opowieść o Czterech Świętych Kobietach czy coś takiego?

          - Nie sądzę. - odparła Merga po tym jak przez chwilę marszczyła brwi. - Siostry pochodziły od nas, z Norski i to z naszych okolic. Traktujemy je jako jedne z naszych znamienitych przodków i… hmm… błogosławione dusze… Tak to chyba by się u was mogło nazywać. U nas to już jest legenda z odległych czasów. Nawet w Norsce, w reszcie krainy, nie wszyscy o niej słyszeli. Ale za to mają inne. Prawie każde miasto, osada, świątynia, jaskinia czy pustelnia ma podobną historię. Do tego to działo się dawno temu. Nasze sagi nie podają dokładnych dat ale przypuszczam, że przybyły tutaj albo w początkach waszego Imperium albo i przed. Potem znikły z tego świata dostępując wywyższenia. Chociaż czasem obdarzały kogoś z nas swoją łaską. Zwykle któraś z Sióstr swojego championa. Tak też raczyły zwrócić uwagę na mnie zeszłej zimy. Tym razem wszystkie co było wyjątkowe. Dlatego od razu wiedziałam, że to coś niecodziennego czego nie można zignorować. Więc kierując się ich szeptami wsiadłam na statek i przypłynęłam tutaj. Dalej to pewnie słyszałeś, statek się rozbił, ledwo dopłynęłam do brzegu, tam prawie zamarzłam ale w końcu mnie znaleźli miejscowi i jako wiedźmę i mutanta wsadzili do kazamat. Dopiero Starszy i jego zbór mnie uwolnił. No ale wracając do twojego pytania to Siostry działały tu tak dawno temu, że wątpie aby wśród południowców przetrwały jakieś legendy. Być może. Ale Siostry wędrowały całe lata przez ten świat, Oster na przykład dotarła aż do Cathayu, Soren do południowych krain porośniętych dżunglą. Więc być może gdzieś przetrwały jakieś opowieści i legendy ale zapewne o którejś z nich. Obe się rozdzieliły gdzieś tutaj, w tej okolicy. Potem każda poszła swoją drogą. Dopiero jak uznały, “że to już” ponownie się tutaj spotkały. - Merga dość chętnie i całkiem sporo opowiedziała więcej detali z tych sag o Czterech Siostrach. Ale nie spodziewała się, że po tej stronie Morza Szponów z tak zamierzchłej przeszłości przetrwały jakieś legendy po ich działalności.

          - Można poszukać pamiątek po nich. Jak ta Jaskinia Oster czy ta jaką zapwene gdzieś tu miała Soren. Dwie pozostałe też pewnie coś takiego miały. Może w nich zostały jakieś runy czy glify ale nie wiem czy dacie radę je odczytać. Może zwierzoludzie? Są dość pierwotni. Chociaż to od ich czasów jakieś plemię musiałoby tu przebywać. Lub w jakiś sposób przekazywać sobie takie legendy. Ale u twoich pobratymców wątpię aby coś przetrwało do naszych czasów. Zwłaszcza z ich zamiłowaniem do niszczenia tego typu artefaktów i heretyków jacy im sprzyjają. - pokręciła głową gdy znów wątpiła aby imperialni zdołali przechować tak im obce i wrogie legendy. Ale chyba uznała, że jest cień szansy, że zwierzoludzie mogli coś ocalić od zapomnienia bo w końcu też byli dziećmi Chaosu. Dla nich Siostry to też byłyby jak święte i potężne istoty błogosławione przez bogów.

          - No cóż… nasze Slaaneshytki zacieśniają więzy z jednym plemieniem. Może udam się z nimi i popytam. Sądzę, że można sięgnąć mimo wszystko do lokalnych legend. Przejście tak potężnych istot musiało zostawić swoje piętno, korupcję jak ładnie by to nazwali Sigmaryci. Wszelkie wzmianki o potworach mogą odnosić się do potomstwa Soren, a to przybliżyć nam lokalizację jej "Jaskini Pożądania". Żałuję, że nigdy nie poznałem Mrocznego Języka… w klasztorze nauczyli nas rozpoznawać tylko słowa klucze, aby bardziej niebezpieczna wiedza nie weszła nam do głów. - prychnął na te słowa - Cóż, zabawne, że księga która "zgubiła" cały zakon była napisana w czystym Imperialnym.

          - Oh tak, myślę, że nasze dziewczęta wybrały całkiem dobrą drogę do nawiązania porozumienia z kopytnymi. Dlatego życzę im jak najlepiej. Już o tym rozmawialiśmy z mistrzem. Zapewne będzie z tego dekadencka orgia za jaką tutaj powinny spłonąć na stosie ale jednak daje to podstawy do załatwienia z kopytnymi innych spraw. Kto wie co dzięki temu uda nam się dowiedzieć albo uzyskać. W końcu oni mieszkają w lesie i znają tamten teren jaki dla nas jest obcy. Za to my znamy miasto. - rogata pokiwała swoją głową i uśmiechnęła się z aprobatą dla planowanej zabawy przy najbliższej pełni Mannlieba. Widocznie traktowała to jako możliwość nawiązania szerszej współpracy z rogatym plemieniem ungorów.

          - Ale co to tych śladów to tak, masz rację. Całkiem możliwe, że jakieś opowieści o potworach jakie być może pochodzą od Soren, plagi jakie nawiedzały okolicę a mogą być dziełem Oster i tak dalej, to coś mogły się przechować. Legendy o nawiedzonych miejscach, zagajnikach gdzie spotykali się kultyści i czarownice, pradawnych kamieniach, miejscach dziwnych zjawisk i tym podobnych to wszystko mogą być ślady po naszych Siostrach. Nawet jeśli tutejsi nie mają o tym pojęcia. Mogą też być w ogóle z nimi nie związane ale i tak zwykle w takich opowieściach coś jest. To może nas naprowadzić na jakiś ciekawy ślad, nawet jeśli nie jest bezpośrednio związany z Czterema Siostrami. Spójrz na ten uroczy zakątek nad rzeką w jakim Joachim i dziewczęta odnaleźli ołtarz Soren. Zwierzoludzie zaś traktowali to miejsce jako sprzyjające płodności i po to tam wtedy przyszli. Więc coś jest w tych opowieściach. - za to w tym kolejnym punkcie wiedźma przyznała rację młodemu mnichowi prosząc go aby zwracali uwagę na takie tajemnicze i przeklęte zjawiska czy miejsca. Jako te w jakich mogła być skryta część dziedzictwa Czterech Sióstr.

          - A co to była za książka o jakiej mówisz? - zaciekawiła się na koniec detalem o jakim wspomniał na końcu.

          - Z początku wyglądała jak zwykła księga prawiąca o bogach. I to nawet nie Wielkiej Czwórce czy innych mniejszych siłach, tylko o bogach Imperium, Elfów i Krasnoludów. Imiona, tytuły, domeny i relacje. Jednak… w relacjach ktoś z Wielkiej Czwórki był wspomniany. Na przykład…- mnich najwyraźniej zaczynał poważnie walczyć z własnymi wspomnieniami - Na przykład! Na przykład Morr miał powiązania z Nurglem… powiązania… powiązania… pan? Tak! Władca.. to było słowo. Nurgle władca Morra! - głos Otto uniósł się w odrobinie niemalże ekstazy - I byli tam też inni! I był Sigmar i on… i on… - twarz Otto zapadła się w smutku - Uciekło. Nigdy nie pamiętam całości. - mnich westchnął - Nie rozumiem czemu informacja, która w każdym innym Imperialnym wywołałyby typowe "bluźnierstwo", sprawiła, że cały mój zakon i rycerze, którzy nas pilnowali zrozumieli Prawdę. Co tam jeszcze było?

          - Ciekawe… Skoro księga tak wpływała nie tylko na ciebie to zapewne był to potężny artefakt obdarzony mocą. Być może nawet był w niej zaklęty demon. Ale tego nie wiem bez jej zbadania. Zdarzają się jednak takie rzeczy. Nawet opętania. To jedna z metod aby ustabilizować demona w naszym świecie. Musi opętać jakieś ciało jakie będzie dla niego kotwicą. Z czasem wypacza takie ciało obdarzając je błogosławieństwami. Właśnie coś takiego przydarzyło się naszemu Gustawowi. Ale i z przedmiotami to się zdarza, zwłaszcza jak ktoś spęta i uwięzi w nich demona. Te raczej nie są z tego powodu szczęśliwe ale rzadko są gdy zjawiają się w naszej rzeczywistości. Coś takiego mogło być z tą księgą. Co się z nią stało? - Mergę zaciekawił ten temat i podzieliła się swoimi przypuszczeniami. I była ciekawa co było dalej z tą księgą i braćmi do jakich wtedy należał Otto.

          - Pewności nie mam, ale bezpiecznie będzie zakładać, że spłonęła razem z klasztorem i moimi braćmi. Wiem, i to nie jest "uważam" czy "wierzę". WIEM, że informacje, które były w niej zawarte ciągle są we mnie. To jest Prawda, o której czasami mówię. Coś najwyraźniej tak silnego, że wryło się w moją duszę. Niestety nie potrafię jej przywołać na wierzch. - mnich ponownie westchnął - I nie, nie wiem jak przetrwałem atak inkwizycji na mój klasztor. Pamiętam, że broniliśmy się w Głównej Bibliotece. Setki, tysiące ksiąg, zwoi, pamiętników, kamiennych tablic pełnych "heretyckiej wiedzy" i smród dymu dochodzący do nas zza głównych drzwi… wyważyli je. Inkwizycja, regularne wojsko i tyle. Następne co pamiętam to leże na trakcie sto kilometrów na północ, dwa tygodnie później, bez jednego oka. - mnich wzruszył ramionami - Fakt, że niewiele pamiętam też po tym jak zakon doznał oświecenia. Spora część z nas popadła w obłęd. Ja… chyba kontrolowałem się, pamiętam, że myślałem gorzej o moich braciach, którzy poświęcili się jednemu patronowi. Pycha, jak sądzę.1

          - Ciekawe… Bardzo ciekawe… Być może otarłeś się o coś niesamowitego. Być może ocalałeś przypadkiem. A być może już wtedy byłeś przewidziany jako część dalszego planu. - Merga spoglądała na niego z zainteresowaniem czy nawet fascynacją. Musiała to chwilę przemyśleć.

          - Jeśli dane ci jest być nośnikiem cennej wiedzy to kiedyś to wypłynie. W odpowiednim momencie. No albo tak ci się tylko wydaje z tą wiedzą. Tak czy inaczej brzmi to ciekawie. I nie jest wykluczone, że ktoś jeszcze przeżył z twoich braci. Skoro niezbyt pamiętasz jak to się skończyło. - raczej chyba myślała na głos chcąc podsumować to co usłyszała niż pytała go o coś.

          - I ciekawe jest to, że uważałeś się za lepszego od innych co się poświęcili jednemu patronowi. Zwykle jest na odwrót. Ci co obierają jedną ze ścieżek uważają pozostałych za mniej zdolnych, pięknych, inteligentnych i tym podobne. W sporej mierze widać to nawet tutaj u was. Ja jestem zdania, że tak bardziej ogólnie to dla wszystkich dróg jest miejsce. Ot, w danej sytuacji czy miejscu któraś z potęg może wydawać się silniejsza czy lepsza ale w większej skali to się dość wyrównuje. - podzieliła się swoimi poglądami na ten temat obdarzając go ciepłym i pogodnym uśmiechem.

          - Obecnie dzielę twój pogląd. - przyznał mnich - Żadna z mocy nie jest silniejsza na długo. Pomimo swej nazwy, chaos jest dość statyczny. Status quo utrzymuje się bez interwencji z zewnątrz, dlatego nasz świat jest takim kąskiem dla Wielkiej Czwórki. Dusze obdarzone wolną wolą, które wybierają jednego z nich nad pozostałych oznacza nowego pionka, którego przeciwnicy nie posiadają. - mnich potrząsnął głową, jakby starał się odgonić obce myśli - Wtedy jednak, chyba uważałem, że jestem bystrzejszy od nich. Od moich braci, którzy poświęcili się jednemu patronowi. Jakby oni nie zrozumieli pełni Prawdy. Tak jak powiedziałem, pycha. Pewnie sam jej nie rozumiałem, a sądziłem przeciwnie.

          - Wszystko ma swoją cenę Otto. Owszem gdy się wybiera jednego patrona jest szansa, że ten obdarzy nas łaską. Na to każdy z nas liczy. Na boską łaskę, uwagę i dary. Nasi patroni mocno różnią się od siebie ale zwykle sporo z nas może się dopasować czy utożsamiać z jednym z nich. I łatwiej jest uzbierać względy jednego z patronów czy choćby jego sług jakimi są choćby Siostry. Dla nas istoty jakże potężne. No ale ceną za to jest nieufność lub wręcz wrogość od pozostałych trzech stron. Można więc próbować lawirować pomiędzy nimi służąc po trochu każdemu ale nie obierając żadnego z nich za patrona. Można. Tylko wtedy może nie ma się wrogich relacji ot tak, za samą przynależność. Ale też wszędzie jest się obcym jakiemu się nie ufa i wiadomo, że to nikt ze swoich. Wasz zbór jest o tyle wyjątkowy, że zwykle takie grupy obierają sobie jednego z patronów. A wy ty macie misz masz. Po trochu każdego. Jak plemię. Podobnie jest w tej jaskini odmieńców z jakiej pochodzi Lilly. Tam też jest to wymieszane. Ale zawsze jest coś za coś Otto, zawsze trzeba dokonać wyboru. Zawsze za to trzeba w końcu zapłacić. - powiedziała szybko i z przekonaniem dzieląc się z nim swoimi przekonaniami. Brzmiało jakby te dylematy i rozterki były jej całkiem dobrze znane jak nie jej własne to z innymi z jakimi stykała się wcześniej.

          - Nie chcę urazić, Czcigodna. Jednak twoje słowa brzmią, jakbyś wyznawała bogów, w celu pozyskania czegoś. Tak jak powiedziałaś, łaska, uwaga, dary. Brzmisz jakby te… przyziemne zyski były powodem, dla którego wierzysz w Wielką Czwórkę, lub w twoim przypadku oddajesz się Panu Zmian. - mnich dobierał słowa, starając się brzmieć jak najmniej oskarżycielsko - Być może usłyszałaś, jak określiłem wiarę kultu Grubsona jako płytką. Uważam tak, ponieważ oddają się jedynie przyjemnościom cielesnym. Nie chcą zgłębić prawd Węża. Pomimo, że ich wiare jest płytka, jest jednak.. czysta. Prawdziwa. Oni oddają się przyjemnościom swych ciał, oddając w ten sposób cześć Slaanesh i nie oczekując w zamian nic, ponad więcej przyjemności. Wiara, dla wiary. Taka jest moja. Wielka Czwórka są jedynymi, PRAWDZIWYMI Bogami - nasilił brzmienie swojego głosu, dając nacisk na "Prawdziwi". Najwyraźniej dla mnicha określanie bogów Imperium fałszywymi sięga poza ich słabość, czy bezsilność w porównaniu do Mrocznych Sił - i dlatego w nich wierzę. Dlatego oddaję im swoje ciało, przyszłość i duszę. Ponieważ zrobienie inaczej, dla mnie, nie ma sensu.

          - Bardzo bym chciała aby było tak jak mówisz i być może w jakimś wariancie rzeczywistości tak jest, że istnieje tylko Wielka Czwórka prawdziwych bogów ale obawiam się, że my w niej nie jesteśmy. - pokręciła głową na znak, że chociaż wizja malowana przez mnicha jej się podoba i wydaje kusząca to jednak nie może się z nią zgodzić.

          - Bogowie południowców istnieją. Istnieją, działają i wspierają swoich kapłanów i wyznawców. To niezaprzeczalny fakt. Zapewne sam nie raz widziałeś uzdrawiające moce kapłanek Shallyi czy różne cuda czynione przez kapłanów. A oni nie są magami i nie robią tego sami z siebie tylko są przekaźnikami mocy ich patronów. Traktowanie ich jak podrzędne istoty byłoby mało odpowiedzialne i niedocenieniem przeciwnika. Aby daleko nie szukać spójrz na tą morrytkę o jakiej dzisiaj rozmawialiśmy. Ona zapewne ma jakieś sygnały płynące poprzez wizje od swojego kruczego patrona. A nie od naszych Sióstr czy patronów. A póki oni mają swoich bogów a my swoich to jesteśmy skazani na walkę między sobą. My, śmiertelnicy i wyznawcy. My jakich przekonują czynione cuda i dary przekazywane najczęściej przez sługi boże i różne błogosławione dusze. Spójrz na mnie. Czy byłabym tak przekonywująca gdybym nie miała tych rogów, świecących ogniem oczu? Tego stroju i kostura? Gdybym wyglądała jak zwykła dziewczyna z ludu? Gdybym nie miała tej wiedzy i mocy jaką zdobyłam dzięki opatrzoności i łasce moich patronów? Wrescie gdybym nie słyszała szeptu istot wywyższonych przez naszych patronów. Uwierzyłbyś mi wtedy bardziej? Gdzie wówczas byłyby oznaki mojej wiary i oddania? - zadała serię pytań wskazując na samą siebie. I widocznie uznawała, że jej nietuzinkowy wygląd jaki zimą sprowadził na nią tyle kłopotów to dzieło boskiej łaski. Podobnie jak wiedza i moce jakimi władała czy wizje zsyłane przez Siostry lub patronów.

          - Tym właśnie obdarowali mnie bogowie. Zwykle w ten sposób nas nagradzają. Gdy mają na to ochotę i ktoś zwróci na siebie ich uwagę. Lub potężnych bytów takich jak nasze Siostry. Na to wielu z nas liczy, mniej lub bardziej, przyznając się do tego przed innymi lub nawet samym sobą albo nie. Ale większość z nas robi swoje. Tak po prostu. Tak samo jak ja rzuciłam wszystko aby podążyć tutaj za moimi wizjami nie mając pojęcia co tutaj zastanę. Czy liczyłam na nagrodę? Niekoniecznie. Byłam zaciekawiona. I wierzyłam, że w ten sposób powinnam służyć potężniejszym od siebie. A Łasica? Pomogła mi w zimie. Z przyczyn różnych. I została nagrodzona piętnem swojego patrona. Nie sądzę aby to planowała a jak pamiętam to znamię bardzo ją zaskoczyło i ucieszyło. Wątpię aby to było jej motywacją gdy zimą codziennie przychodziła pracować w kazamatach gdzie każdego dnia mogli ją zdemaskować, pojmać, poddać torturom i stracić razem ze mną. A Lilly? Poza resztą błogosławieństw też ma znamię swojego patrona oznaczającego jego łaskę. A nie sprawia na mnie wrażenia zbyt wyrachowanej i interesownej. - pokręciła głową podając parę przykładów z ich własnego zboru, łącznie z sobą samą gdzie można było zauważyć wpływ czynników nadprzyrodzonych na życie, ciało i działania zwykłych śmiertelników.

          - Zaś Herberta Grubsona widziałam raz czy dwa gdy wizytował nas zimą po moim uwolnieniu. Więc nie czuję się ekspertem aby go osądzać. Sporo jednak o nim słyszałam od naszych dziewcząt. Podobnie jak o Fabienne i Oksanie. Ich wiara wydaje ci się zbyt płytka? Dlaczego? Oddawanie czci Wężowi objawia się zwykle nie przez klęczenie, leżenie krzyżem, posty i modły tylko przez folgowanie swoim żądzom, ciekawości i zachciankom. Nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu, próbowaniu nowych potraw, nowych zabawek, nowych kochanków i pozycji w alkowie. Pod tym względem to z tego co słyszałam niczego im nie brakuje i są bardzo religijni a wiara ich jest szczera i głęboka. Nie wszyscy muszą się z tym zgadzać czy aprobować, sam zapewne widziałeś sarkania Thobiasa czy Sigismundusa na to co wyczyniają nasze dziewczęta. Ale tak się właśnie najczęściej objawia wiara w Węża. Także w zamiłowaniu do piękna, estetyki, poezji, sztuki i artystów. Czasem, dużo rzadziej, do pewnego rodzaju naukowej ciekawości co już nieco graniczy z zainteresowaniami wobec mojego patrona. Ale nie, jeśli Grubson robi to co robi i jest w tym oddany podobnie jak nasze dziewczęta to moim zdaniem jak najbardziej jest wierny swoim ideałom i ma spore szanse na łaskawość swojego patrona. Dziewczęta też bo taka wyuzdana i perwersyjna orgia jaką planują w najbliższą pełnię to jest właśnie odpowiednik żarliwej mszy jaką ostatnio choćby widzieliśmy na pogrzebie księżnej - matki. To jest właśnie religijne oddanie sprawie. Zaspokojenie swoich ządz, perwersji, próbowanie czegoś nowego, to tak, właśnie tak się najczęściej objawia wiara w Węża. - dodała jeszcze, że inaczej niż Otto ocenia wiarę grubego kupca czy nawet ich dziewcząt ze zboru. Brzmiało jakby takie bezeceństwa jakie odprawiali uważała za świadectwo oddania się swojej wierze i patronowi.

          Otto pokręcił głową.

          - Mnie nie chodzi, że bogowie Imperium, czy Elfów, czy innych ras nie są bogami. Definitywnie są istotami o boskiej mocy i możliwościach. Jednak jest znacząca różnica między nimi a Wielką Czwórką. Poprosiłbym cię o opisanie Morra, czy Shallyi, czy Sigmara. Jak wyglądają? Jak wyobrażają sobie ich śmiertelnicy? Blady, ciemnowłosy mężczyzna. Jasna kobieta, w białym habicie. Potężny mężczyzna z wielkim młotem. Tak samo z bogami elfów i krasnoludów. - Otto spojrzał na wyrocznię - A teraz opisz mi, proszę kogoś z Wielkiej Czwórki. Tu zaczynają się schody, nie jesteś naprawdę w stanie ubrać ich w słowa. Najbliższe co można powiedzieć to "Jak ich najpotężniejsze demony, tylko bardziej". - Otto delikatnie się uśmiechnął - Krasnoludy same twierdzą, że ich bogowie są ich przodkami. Sigmar jest śmiertelnikiem, który dostąpił "boskości". Są pretendentami, uzurpatorami do prawdziwych bogów, którzy są obcy temu światu, tak jak powinni być. - mnich westchnął - Ale to dywagacje teologiczne. I oczywiście mogę się mylić, ale wierzę, w co wierzę. Co do Grubsona i jego gromadki. Ponownie, nie uważam ich wiarę za niegodną, a płytką. Ponieważ Slaanesh ma o wiele więcej do zaoferowania niż zaspokajanie żądz i pragnień. Tworzenie sztuki ohydnej i pięknej na raz. Kuszenie innych, "czystych" dusz oferując rzeczy, których pragną, nie tylko cielesnych, ale materialnych, czy intelektualnych w zamian za przysługi, dary czy nawet czyny, które zbliżą ich w objęcia Slaanesh. Zaspokojenia chuci wydaje mi się płytkie, kiedy istnieje cały ocean możliwości innych niż to. Jako Slaaneshyta nie musisz być tylko dewiantem, możesz też być kusicielem, a wiele rzeczy na tym świecie może być pokusą. - mnich zamknął oko, starając się uspokoić emocje - Mogę nie być długo w gronie wyznawców Chaosu. Czytałem jednak o ich metodach i działaniach całe moje życie, uczyłem się czytania na raportach z bitew przeciwko marauderom Khorna. - Otto spojrzał na rogi Tzeentchianki - No cóż, nie umniejszając ci pani. Dobry demagog sprzeda ci most na pustyni.

          - Zapewne tak właśnie jest Otto. - rogata wiedźma o fioletowej skórze i złotych oczach uśmiechnęła się łagodnie i skinęła głową. - A co do kuszenia, no powiedzmy Grubsona w roli kusiciela, to jak myślisz. Kto mu podarował ten cały harem pięknych i bogatych dam jakim się tak chwali przed naszymi dziewczętami? Nie sądzę aby go odziedziczył w spadku razem z nazwiskiem. Więc zapewne jakoś sam je nakłonił do tych wszystkich bezeceństw o jakich czasem mówią nasze dziewczęta. Czyli je skusił. A z tego co pamiętam to nie wygląda na amanta. Nie ma szlacheckiego nazwiska. Nie mieszka w rezydencji w drogiej dzielnicy. A już nie raz słyszałam od Pirory, że Fabienne czy Oksana szaleją za nim. A w końcu nasza Averlandka to bardzo piękna dziewczyna, ze swoją kamienicą, renomą miłośniczki sztuki, dobrym nazwiskiem, mile widziana w towarzystwie która całkiem dobrze dogaduje się i z Fabienne i Oksaną. Co mamy po drugiej stronie? Zwykły, gruby kupiec w średnim wieku. A coś nasza piękna Pirora ma kłopot aby być o jego kochanek na pierwszym miejscu. Czy to ci nie wygląda na oczarowanie czystej wody? Na kusicielstwo w czystej postaci? - Merga uśmiechnęła się zwracając uwagę na nieco inne aspekty grubego kupca niż Otto. I przytaczając tutaj przykład osób jakie oboje dość dobrze znali.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #103

            Oryginalny autor: Seachmall

            - A czy czciciele Slaanesha czy Khorna czy nawet bogów południowców są różni. Realizują się i swoje cele, marzenia, plany w różny sposób. Bo właściwie dlaczego to całe Imperium nie otrząśnie się i nie dokona inwazji na Norskę aby zgnieść raz na zawsze plugawych wyznawców Chaosu z północy? Albo dlaczego Norsmeni nie ruszą na południe aby zdobyć chociaż jedno miasto Kisleva, Imperium czy Bretonii? A bliżej naszego podwórka, nasze dziewczęta? Powinny się chędożyć codziennie z kim tylko się da. Sigismundus i Strupas? Codziennie powinni pełni wiary rozsiewać zarazy. Thobias? Już dawno powinien włamać się do Akademii czy gdzie indziej aby zdobyć wiedzę której tak poząda. Silny z chłopcami zaś powinni wyjść na ulicę i zacząć rzeź. No i wreszcie ja. Powinnam też iść razem z nimi i użyć swoich mocy aby siać strach i zniszczenie. Ale to jest mało praktyczne Otto. Rzadko są ku temu sprzyjające okoliczności. Prawie zawsze takie jawne okazywanie swojej wiary, czy to u nas czy u południowców ściąga na nas kłopoty a często jest wręcz samobójcze. Jesteśmy związani tym światem, cywilizacją, moralnością, tym co wypada a co nie. Musimy działać, myśleć i poruszać się zgodnie z tymi ograniczeniami. Zwłaszcza tacy jak my, co działają na wrogim terenie. Otwarte działania byłyby pierwszym krokiem do naszej klęski i zguby. Tylko co jakiś czas możemy pozwolić sobie na jakieś uderzenie. Paradoksalnie ci południowcy mają podobnie. Sam zobacz jak rzadko trafiają się błogosławione dusze lub ci co poświęcają wszystko w imię wiary i swoich patronów. Nawet jeśli budzą podziw i uwielbienie, mało kto decyduje się ich w pełni naśladować. Wiara też jest częścią naszego życia i naszego świata. Ale nie jest od niego oderwana. Musimy się liczyć z naszym otoczeniem albo po prostu coś jeść i mieć się gdzie ogrzać. Tak działa nasz świat. I tu na południu i u nas na północy. Pomimo masy różnic oczywiście to jednak się nie zmienia. - Merga pokręciła na koniec głową gdy pozwoliła sobie na dłuższą wypowiedź. Znów przytaczając dla przykładu osoby jakie oboje znali.

            Otto pokiwał głową na słowa Mergi dotyczących przewodzącego kultem Slaanesh.

            - Masz rację, oczywiście. Być może moje wychowanie się pokazało. - mnich delikatnie zachichotał - Aby chronić nas przed zakusami Chaosu, starsi zakonu krzewili nas wiarę, że jesteśmy lepsi od tych, którzy oddali się Mrocznym Siłom. "Bogowie Zła mają władzę na północy, ponieważ tam żyją brudne, prymitywne, barbarzyńskie dzikusy, którzy chętniej by rozłupali sobie czaszki, dla przywileju wychędożenia nowo nabytej kozy, niż stworzyli coś co poprawi ich byt". Więc cały zakon uważał, że wiara w Wielką Czwórką jest czymś, co jest poniżej nas. - Otto pokręcił głową na absurd takiej myśli - Pamiętam, dostaliśmy w swoje ręce dzieło… "Pikantne noce Nuln" autorstwa Gerta Fliska, jak się okazało kultysty Slaanesh. Nawet dziś jestem w stanie przyznać, fabuła ledwo trzymała się kupy, postaci były jednowymiarowe, ale chłopak miał wyobraźnię i kunszt opisywania scen erotycznych. Jego opisy architektury i rurociągów inżynierskich sprawiały, że nikt nie spojrzał już w ten sam sposób na rusznicę. - mnich ponownie zachichotał - Mimo wszystko co sobie mówiliśmy? "To prymitywne i poniżej nas". Po czym odkładaliśmy książkę i braliśmy coś na uspokojenie krwi. Notatniki Nurglitów zawsze dobrze działały. - mnich westchnął - Więc masz rację i muszę najwyraźniej przeanalizować swoje podejść do moich braci w wierze. - uniósł brew na pytanie wyroczni o podobieństwo między Khornitami, a Slaaneshytami
            - Założe się o 5 złotych koron, że nie powiesz tego w twarz Silnemu. I masz rację, otwarta wojna wszystkich na wszystkich jest nie praktyczna. Zważając, że ciągły trud jakim jest istnienie dla Imperium, jest cudownym źródłem dla Wielkiej Czwórki. - pokiwał głową - Mogę zadać osobiste pytanie zatem. Kiedy nam się uda, sprowadzimy tu Siostry i skończy się to dla nas, mniej więcej pozytywnie. Co zamierzasz wtedy Wyrocznio? Zostaniesz z nimi i podążysz za ich przewodnictwem? Ruszysz do domu ogłaszając zwycięstwo? Czy może spróbujesz stworzyć własną legendę i ruszysz w świat?

            - Gdy Siostry już będą pośród nas nam pozostanie dostosować się do ich życzeń i woli. - odparła filozoficznie na ostatnie pytanie. Wcześniejsza część wspomnień mnicha z jego pierwotnego klasztoru chyba ją szczerze rozbawiła bo parsknęła wesoło.

            - Myślę, że oczernianie przeciwnika jest tak stare jak ludzkość i równie powszechne. U nas w Norsce czy w innych krainach jakie odwiedziłam wygląda to podobnie. - powiedziała nieco melancholijnym tonem zerkając gdzieś w zakamarki swojej pamięci.

            - Och, a jakie to jeszcze miejsca odwiedziłaś, czcigodna? Bretonnia? Kislev? Lustria? - Otto zaciekawił ten aspekt Mergi. Sam nigdy nie opuścił swego klasztoru i pomysł o obcych ziemiach wydawał mu się egzotycznie piękny.

            - Zwiedziłam całą Norskę. Widziałam cuda północnych krain ocierających się już o inną rzeczywistość. Oko Bogów. Tak na to mówimy. Brałam udział w wojnach i misjach dyplomatycznych czy zwykłym handlu z północnymi wieżami Mrocznych Elfów. Penetrowałam plugawe nory potworów z Krainy Trolli. Szukałam artefaktów dawnych herosów w zbudowanym na nowo Praag w Kislevie. Przeprawiałam się przez północne krańce Gór Krańca Świata umykając patrolom brodaczy i wiecznemu zimnu jakie tam panuje. Wędrowałam przez nieskończony ocean stepu i konne narody skośnookich barbarzyńców jacy są naszymi sojusznikami ale nie znaczy, że nie poderżną ci gardła przy pierwszym spotkaniu i nie wyhędożą twoich zwłok. Nurkowałam w pradawne kurhany królów gdzie wędrują ich zapomniane widma a kościani strażnicy stoją tam na wiecznej straży. Zmagałam się z wampirami jakie szukały tajemnej wiedzy i artefaktów tak jak ja. Nocowałam w wielkim cmentarzysku kości dawnych smoków oglądając ich zjawy na tle krystalicznie, czystego nieba. Głodowałam i medytowałam w pradawnych kamieniach mocy o jakich zaginął już wszelki ślad w pamięci i zapiskach śmiertelnych. Dotarłam do krasnoludzkich zigguratów poświęconych byczym demonom aby pertraktować wspaniałą broń i pancerze dla mego ludu. Podróżowałam na naszych statkach umykając ścigłym okrętom morskich elfów i plądrowałam z mym ludem spalone słońcem nieskończone piaski Arabii i krain południa. Widziałam tam wielkie piramidy i skorpiony wielkie jak stodoły. Bawiłam się w najdroższych zamtuzach i najpodlejszych tawernach Startossy. Ale na końcu zawsze wracałam do domu. - Merga uśmiechnęła się do swoich wspomnień i całkiem chętnie zarysowała te wszystkie krainy jakie udało jej się zwiedzić, rasy, nacje i potwory jakie miała okazję spotkać, walczyć, uciekać czy pokonać. Żywe, nieumarłe i demoniczne byty jakie spotkała. Aż na koniec westchnęła do tego wszystkiego znów spoglądając na swojego rozmówcę.

            Mnich gwizdnął słysząc tak imponujące opowieści.

            - Bogowie naprawdę ci sprzyjają. Nie uwierzyłbym, że ktoś może żyć tak długo, aby dokonać tego co ty. A do tego wyglądasz jakbyś była gotowa przywitać dopiero swoją trzecią dekadę. - mnich się uśmiechnął - Doprawdy imponujące. Czy kiedyś rozważałaś… nie wrócić? Czy jakieś miejsce kusiło cię tak bardzo, że rozważałaś odwrócić się od domu i od bogów? Nie oceniam, ale Imperium to wszystko co znam, ciekawi mnie co tam jeszcze jest.

            - W pierwszej chwili być może. To jest kuszące. Poznać to nowe miejsce. Ludzi, i nie tylko ludzi. Ich tajemnice i sekrety. Paktować z nimi, handlować, rozmawiać, kochać się, walczyć, mamić, oszukiwać. Nie wszystkie te miejsca wspominam miło. Nie wszędzie znalazłam się z własnej woli. Nie wszędzie byłam dobrze traktowana. Nie wszystkich ja dobrze traktowałam. Ale jednak jak teraz na to patrzę w każdym z tych miejsc się czegoś nauczyłam. Dowiedziałam się czegoś o innych. O samej sobie. Czegoś o moich wrogach i przyjaciołach. Tak, myślę, że dopiero z takiej dalszej perspektywy mogę powiedzieć, że mocno mnie ukształtowały. Bez nich nie byłabym tym kim jestem teraz. - powiedziała nieco zadumanym tonem ale wciąż z tym łagodnym uśmiechem pod jej złotymi oczami. Zaśmiała się cicho i wesoło jakby coś jej się przypomniało zabawnego.

            - I dziękuję ci za twe miłe słowa. Muszę przyznać, że ty też wyglądasz jakbyś miał dopiero przed sobą trzecią dekadę na karku. - zrewanżowała mu się komplementem chociaż nieco kpiącym ale humor chyba jej dopisywał.

            - Bo tak jest. - przyznał mnich - Chociaż gratuluję odgadnięcia, zważając, że połowa mojej twarzy znajduje się gdzie indziej. - uśmiechnął się mnich - Może, jeżeli się uda, to kiedyś udamy się razem w jakieś obce strony? Słyszałem, że na dalekim wschodzie posiadają magię i bogów, absolutnie różnych od tego co my znamy.

            - Może. Tam jeszcze nie byłam. Ale cóż z planami śmiertelników wobec woli bogów. Więc zobaczymy. - odparła zadumanym i nieco nostalgicznym tonem uśmiechając się gdzieś do przeszłości albo przyszłości.

            - Trzymam cię za słowo. - uśmiechnął się mnich - Dziękuję, że poświęciłaś mi trochę swojego czasu i otworzyłaś trochę serce. Nie będę już zawracał głowy i tak mam jeszcze kilka spraw do omówienia z kilkoma członkami zboru. - skłonił się wyroczni i ruszył do Sigismundusa.


            - No dobrze, mój drogi. Opowiadaj co tam się wydarzyło. Aż zżera mnie ciekawość. - mnich przywitał aptekarza uściskiem i usiadł obok nurglity.

            - Oh, to może nic takiego. - odparł aptekarz gdy mnich się do niego dosiadł. - I właściwie nie wiem czy to ma sens skoro te nasze ladacznice są takie oporne na dary Oster. - spojrzał nieco zasmuconym wzrokiem na grupkę młodych kobiet jakie siedziały przy stole trochę dalej skoncentrowane wokół swojej gwiazdy centralnej czyli czerwonej milady o czarno - granatowych włosach zaplecionych w liczne warkoczyki.

            - Ale wtedy jak mi któregoś razu powiedziałeś, że co ja niby robię dla nich, że oczekuję, że się dadzą zasiać no to wziąłem to sobie do serca. I jak to robiłem swoje rzeczy gdzieś mi się to tłukło po głowie. No i chyba coś mam. - powiedział jakby już się chociaż częściowo pogodził, że ich koleżanki “są na nie” nawet jeśli go to bardzo denrwowało i zasmucało. W końcu w jego oczach zbór by zyskał z pół tuzina noscieielek gdyby się zgodziły wszystkie. No albo chociaż część z nich. I niezmiennie bardzo nad tym bolał odkąd wrócili do miasta z Jaskini Oster.

            - No to mam różne specyfiki. Na zwiększenie szans na ciążę, na zapobieganie, na zbicie ciąży, na zwiększenie albo zmniejszenie libido, ziółka nasenne i tak dalej więc jakby coś potrzebowały to mogę im to zrobić. Tobie zresztą też. Albo innym. Chociaż ostatnio to mnie te nowe mikstury i hodowla zajmuje no ale i dla koleżanek czy kolegów to jakoś ten czas wygospodaruje. No ale to ja nie o tym. - dał znak, że podtrzymuje swoją ofertę służenia pomocą różnymi miksturami dla pozostałych członków zboru. Ale widocznie zaznaczył to tylko mimochodem w nawiązaniu do rozmowy sprzed paru dni.

            - No to mi się przypomniało, że kiedyś… No chyba rok… Albo dwa lata temu. A może już trzy? No jeszcze nie byłem z wami w każdym razie. No to dostałem wezwanie do sprawy w domu. Raczej nie chodzę na wizyty bo ja nie cyrulik ani medyk. Ale prosili, mówili, że sprawa pilna, że panna w potrzebie no i, że jak trzeba to dopłacą. No to poszedłem. - zaczął relacjonować swoje zdarzenie w jakim uczestniczył już jakiś czas temu. No i okazało się, że tam na miejscu zastał ową pannę w potrzebie. Zakleszczoną z koziołkiem. Co strasznie wszystkich zawstydzało więc prosili o dyskrecję. Sigismundus pomógł im w potrzebie. Przyjął pieniądze. I się nasłuchał mnóstwo próśb i tłumaczeń.

            - Hehe a rozumiesz Otto, okazało się, że ten koziołek to taki medalowy był i rozpłodowy, główne źródło utrzymania i dumy rodziny. I chyba starszy bardziej się o niego i jego hehe narzędzie pracy martwili niż o tą pannicę. Bo to jakaś bratanica ich była czy coś takiego. Z tej wsi co tam w lesie stoi. No i właściwie to ci mówiłem, mnie takie rzeczy nie interesują. Wyszedłem i właściwie zapomniałem o sprawie. Czasem tą młódkę widywałem na targu. Na stoisku z hehe kozami. I mi się przypomniało właśnie bo ją niedawno widziałem na targu. Skłoniliśmy się sobie i tyle. Ona zawsze czerwienieje jak mnie widzi. To nawet nie podchodziłem. Ale jak tak ostatnio pytałeś co mógłbym zaoferować tym naszym ladacznicom to tak mi się to wszystko przypomniało. Im to chyba żadna różnica czy koziołek na dwóch czy czterech nogach nie? Sam widziałeś jak przebierają nóżkami na tą orgię przy kamieniach. To pomyślałem, że mogłoby to je zainteresować. Ale teraz to sam nie wiem. Chciałem je jakoś zachęcić aby któraś się zgodziła, chociaż jedna na zasianie. Albo potargorać. Albo niech jakąś inną załatwią. Przecież Onyx o jakiejś mówiła ostatnio. Ale teraz to sam nie wiem co z tym zrobić. Przydałoby się więcej nosicielek, no przydało. Algebra i kalendarz mówią, że z tych dwóch co teraz mamy to na koniec miesiąca będzie może półtorej tuzina, może dwa, może trochę więcej. No coś jest na początek ale cóż to jest w skali całego miasta? Ja to planuję wypuścić całe hordy, jak szarańczę. Ale na taką ilość to na pewno nie na teraz. Może za parę miesięcy. Ale nie teraz. - aptekarz póki opowiadał owe zdarzenie sprzed roku czy dwóch to dość zabawnie. Chyba traktował to jako zabawną anegdotkę. W miarę jednak jak schodził na tematy dla niego ważne czyli hodowlę no to spoważniał i wydawał się coraz bardziej strapiony. Bo ta chociaż zaczęła się dość dobrze i mógł już się pochwalić pierwszymi sukcesami to jednak w relacji do planowanej akcji nie rokowała na zbyt wielkie sukcesy przy dwóch nosicielkach jakimi w tej chwili dysponował.

            Mnich przyklasnął aptekarzowi słysząc jego sugestię.

            - Brawo, bracie. Wiedziałem, że coś wymyślisz. Więcej much złapiesz na miód i tak dalej. - mnich spojrzał na zgromadzenie Slaaneshytek - O ile nasze drogie siostry mogą się lękać, aby użyczyć Ci swoich łon, to może pomogą Ci pozyskać jakieś bardziej chętne. A właśnie. - miną mnicha delikatnie posmutniała - We śnie odwiedził mnie Vigo, niech robaki Nurgla grzeją jego duszę. Chciał przeprosić, że choroba, gorączka i kaszel nie pozwoliły mu dobrze przekazać wiadomości. Nie potrzebujemy "królewskiego" łona, ale takiego o błękitnej krwi, wiięc szlachta. Jest to najwyraźniej kluczowe w sprowadzeniu Oster. - mnich się nieco dłużej zastanowił nad opowieścią o koziołku - Za jaką ceną sprzedają takiego koziołka?

            - A nie wiem. Nigdy mi do niczego nie był potrzebny to nie szukałem pewnie na targu będzie jakiś wnastwpnym tygodniu. Pewnie tańszy od konia czy krowy. - grubas wzeuszyl swoimi krzepkimi ramionami na znak, że handel kozami jest mu dość obcy.

            - Nie potrzebujemy królewskiego łona? Dziwne. Bo Strupas mi właśnie o nim mówił jak słuchał Vigo ostatniej nocy gdy tutaj był. Jakoś tak, że potrzebne jest blogoslswione łono królewskiej krwi aby wydało na świat wyjątkowy owoc. No i ja myślałem, że chodzi o ten miot Oster. Jak się trafi jakaś nosicielka co jest królewskiej krwi i tak dalej. Tylko właśnie dlatego mi się to wydało ciężkie do zrobienia. Bo skąd tu taką wziąć? Nawet jakby Pirora się zgodziła no to nie umniejszając jej to ona nie jest królewskiej krwi. Przynajmniej nic takiego nie słyszałem aby mówiła. Chociaż gdyby chodziło o szlachcianki to by łatwiej było. Bo my mamy Pirore, u Grubsona jest ta Btetonka, no i w ogóle tej szlachty to w mieście trochę jest. To by było łatwiej niż z jakąś królewna czy księżniczką. Tylko wtedy mi nie pasuje do tego to gadanie o królewskiej krwi. Mógł powiedzieć, że o szlacheckiej albo błękitnej no to by było wiadomo o co chodzi. - Sigismundus zastanawiał się obracając nowy pomysł mnicha w głowie na różne strony gdy powoli go omawiał. Wydawał się być nieco zmieszany tymi różnymi interpretacjami słów posłańca Oster.

            - A koziołki tak, ja bym chętnie ich użył aby któraś się zgodziła i nawet jak nie one to właśnie by mogły jakąś inną dać. Liczy się sztuka. Zwłaszcza, że mamy mało czasu to nie ma co wybrzydzac. Dobrze, że Lilly tą Dorne zaprosiła i namówiła. To byśmy trzy nosicielki mieli. A te królewskie czy błękitne łono to ja bardzo chętnie ale ważne jest aby mieć jak najwięcej nosicielek w ciągu powiedzmy następnego tygodnia. Potem to już może być za późno aby dar Oster zdążył się rozwinąć na czas turnieju. Chyba, że znów przesuną turniej to znów zyskamy na czasie. Ale na tą chwilę to kolejne dni i tydzień będą kluczowe dla hodowli. - aptekarz wydawał się być zmartwiony tym jak mają mało nosicielek w porównaniu do planów ich użycia. Żel, że okienko gdy można było je zasiac aby zdążyć na termin turnieju zmniejszał się z każdym dniem. Potem nawet jakby się to z jakąś udało to bardzo możliwe, że nie zdążą się one rozwinąć do stadia dorosłych owadów jakie miały zaatakować znamienitych gości.

            - Być może jak źle rozumiem jego dzisiejszą wiadomość. Sny zawsze się rozwiewają tak szybko. - Otto głęboko się zastanowił - Pytał, czy mi mówiliście o królewskiej krwi, błogosławionym łonie i owocu. Że sam myślał, że chodzi o szlachciankę, bo królewska i błękitna krew brzmią podobnie. - mnic zmartwił się - Być może, zła interpretacja z mojej strony. - mnich się poważnie zastanowił - Może nie chodzi o dosłownie "królewską" krew? Metaforycznie? Ciekawe, czy któraś niewiasta ma odgrywać rolę królowej na festynie? Albo, któraś z tych aktorek podczas sztuki?

            - Rolę królowej? A nie wiem. One chyba jeszcze nie przyjechały. To Pirora najwięcej wie o tym teatrze. Ale tak! Heinrich to świetnie wymyślił z tymi aktorkami i przedstawieniem! Genialne! - aptekarz kiwał głową do słów mlodszego kolegi i sam się nad tym zastanawiał. Ale gdy przypomniał sobie o pomyśle zasiania aktorek jaki przedstawił Heinrich to aż prawie podskoczył z radości i odszukał go spojrzeniem obdarzając pełnym wdzięczności uśmiechem. Po czym wrócił do rozmowy z Otto.

            - Tylko one musiałyby być tutaj a nie tam w stolicy. Tam się di nich nie dobierzemy. Dopiero tutaj. No i mówiłem ci, czas zasiania gra kluczową rolę więc dla nas najlepiej aby przyjechały jak najprędzej. A jak się dobrać do ich majtek aby je zasiac no to już inna sprawa. Jak widzisz że mnie żaden amant i kiepsko mi to wychodzi. - uśmiechnął się nieco smutno gdy mówił o swoich mniej doskonałych stronach. Za to miał sprecyzowany pogląd na to jak można by użyć samych aktorek gdy już będą tu na miejscu. Pomijając chwilowo taki detal jak samo ich zasilanie.

            - Aha. No i to trudne do oszacowania kiedy czerwie wyjdą na zewnątrz. Bo te małe to szybciej a duże dłużej. Ale które są które to da się poznać dopiero po wylinkach. A trzeba by mieć do nich dostęp. Bez tego trudno by było zaplanować moment wyjścia tak jak to Heinrich opisywał. - mając naturę uczonego Sigismundus dość sprawnie brał na warsztat kolejne aspekty tego eksperymentu w ogóle nie zwracając uwagi na ich moralny aspekt. Zdawał się go obchodzić tylko wydajność, wielkość i precyzja hodowli, los nosicielek wydawał mu się być obojętny o ile nie wadziło to w hodowle.

            - Ale z tą królewska krwią to zamieszał. Ja w pierwszej chwili myślałem, że chodzi o jakąś księżniczkę. Bo kto inny może być królewskiej krwi? No same zmamienite rody są zawsze blisko tronu. A nie słyszałem aby ktoś taki był u nas w mieście. Może w Saltburgu? Bo jest parę znamienitych rodów jak ci van Zee ale oni są z Marienburga. Van Hansen ale chociaż to wyższa półka to nie wiem czy są spokrewnieni odpowiednio wysoko. No i jeszcze inni ale to to samo, w genealogię im nie zaglądałem. Terazjest ich więcej no część przyjechała na turniej ale czy jest wśród nich jakaś ladacznica królewskiej krwi to nie wiem. Dlatego mnie to tak zmieszało jak mi Strupas przekazał co mówił Vigo o tej królewskiej krwi. A. jeszcze miało być błogosławione. Z tym błogosławieństwem to w ogóle nie wiem o co chodzi. Szkoda, że to od Vigo a nie od Mergi albo zapisków. To by można popytać albo poczytać. Może jeszcze raz siądę do tych zwojów. Może mi coś umknęło. Albo Mergi się zapytam. - zagadnienie królewskiej krwi i wyjątkowego owocu jakie miało wydać frapowało aptekarza ale na razie miał trudność jak rozwikłać tą przepowiednie umierającego herolda Oster.

            - Dobry pomysł. - minch westchnął - Dziś jeden z moich pacjentów rozpoczął pożar w bibliotece. Zastanawiam się, czy nowy herold Oster się ujawnił, skoro stary rośnie teraz w ogrodzie Ojczulka.

            - Pożar? Ee… To jeszcze nic nie znaczy. Ale może, może… Kto wie. Ja jak na razie mam masę planów i roboty. No i hodowli. A tu widzisz nie wiadomo już gdzie ręce włożyć. Tyle potrzeb a tak mało rąk do pracy, tyle pytań a tak mało odpowiedzi. - aptekarz pokręcił głową i westchnął nieco markotnie gdy omawiał ten ogrom prac i planów do swoich skromnych możliwości.

            - To co? Pogadasz z tymi naszymi ladacznicami aby się któraś zgodziła? Albo chociaz znalazła zastępstwo? Mi to obojętne która, liczy się sztuka. No oby tylko była płodna w zdrowy miot. Reszta to mi nie zależy. Sam widzisz mam kontakt na dorodnego koziołka z rodowodem i ladacznice co się lubi z nim bawić to pewnie by się dogadały. Ale ja potrzebuje nosicielek. Jak najwięcej i jak najszybciej. Nie ma co wybrzydzać. Każda sztuka i dzień są ważne i straty będą nie do nadrobienia. - poprosił młodego mnicha o wsparcie na tym krytycznym dla hodowli polu. Są wydawał się obłożony zadaniami ale był na tyle zaangażowany i oddany sprawie, że był gotów się z nimi zmierzyć.

            - Oczywiście i tak mam do nich kilka spraw, między innymi ta znajoma Onyks. Ty może porozmawiaj z Mergą. Wyrocznia widzi rzeczy, na które my nawet nie wiemy, że jesteśmy ślepi. Może wskaże ci to błogosławione królewskie łono. - Otto poklepał aptekarza po ramieniu i zostawił go z rozważaniami. Postanowił podejść najpierw do Onyks, już jakiś czas inne rzeczy zajmowały mu powinność wobec przyszłej Nurglitki.
            - Onyx, mogę zająć ci sekundkę, kochanie?

            - Oby. Bo niezbyt mam pomysł jak należy czytać te słowa Vigo. Brzmią ciekawie i jakby coś z tego wyszło to by było cudownie. Taki owoc królewskiej krwi musiałby być bardzo majestaryczny. - aptekarz pokiwał swoją bycza głową zgadzając się z pomysłem kolegi ale przyznając, że słowa proroctwa Vigo są dla niego zagadką. Nie zatrzymywał dłużej Otto i klepnął go po przyjacielsku na drogę. Po chwili młody mnich siedział już w narożniku stołu zajętym przez wyznawczynie Księcia Przyjemności. Onyx spojrzała na niego wzruszyła ramionami, wstała z ławy i odeszła z mnichem kilka kroków czekając na to co ten powie.

            - Chodzi o tą twoją koleżankę, która rozważa przyjęcie Dziadunia jako swego patrona. Sigismundus poprosił mnie, abym porozmawiał z nią jako reprezentant wiary. - mnich delikatnie wzruszył ramionami - Wiesz jaki on jest, od razu pewnie chciałby jej robale włożyć, więc chciał, abym ją delikatniej wprowadził w tajniki. Mogłabyś zorganizować dla nas spotkanie?

            - No nie wiem czy Laura jest gotowa na nauki Dziadunia. Ale akurat różne robale, szczury, pająki i inne takie obrzydlistwa to lubi. Jak się ktoś trafi co chce ją oglądać jak się tak zabawia to płaci sporą sumkę i ogląda albo nawet się przyłącza. Najgorzej jak chce dwie dziewczyny do zabawy to wtedy któraś z nas musi dołączyć do Larwy. Tak ja nazywamy. Laura Larwa. Albo Lala. Ale, że tacy klienci nie trafiają się zbyt często to zwykle Laura pracuje tak jak i my. Ale trzyma w jednym z pokojów to całe obrzydliwe talatajstwo na wypadek gdyby się ktoś taki trafił. Więc jakimiś nowymi robalami mogła by być zainteresowana. Ale nie sądzę aby była zainteresowana zdobyciem kurzajek, pryszczy, krwawej biegunki czy innego chłamu. - Onyx trochę się zdziwiła słysząc jak Otto zinterpretował jej wcześniejsze słowa o koleżance z pracy. Szybko to jednak wyjaśniła dokładniej jak to z nią jest i dlaczego przyszła jej do głowy jako kandydatka do zasiania.

            - Ah, wybacz. Pomyliło mi się z naszą najnowszą siostrą, zabiegany ostatnio byłem. Tak czy inaczej chętnie się z nią spotkam. O ile Sigismundus chętnie by ją dodał do hodowli, to może przekonam go, aby na razie ją przyjął jako pomoc przy niej. - mnich się uśmiechnął - A teraz chodź do swoich sióstr w wierze, mam propozycję od naszego aptekarza i nie martw się, na pewno się wam spodoba. - mnich wrócił do ławy gdzie siedział część rodziny oddana Slaanesh.
            - Moje drogie, wyglądacie tak pięknie zebrane razem, że trudno się powstrzymać. - uśmiechnął się łobuzersko - Sigismundus chciał przeprosić za swoje słowa, dotyczące was. Jego oddanie Ojczulkowi i chęć uiszczenia dzieła Oster sprawiły, że zapomniał o dobrych manierach. Chciał przekazać dla was ofertę. Wśród swoich specyfików posiada wiele ziół i środków alchemicznych, które znajdą zastosowanie w łóżku i poza nim. Maści na wysypki, tabletki na stanie kuśki, czy też środki na wpływające na ciążę. Bardzo chętnie je wam zaoferuje, bez opłat oczywiście. I o ile byłby zaszczycony mogąc dołączyć was do swojej małej menażerii lęgowej, rozumie że chcecie oddać swoje łona innym celom. Byłby za to wdzięczny, gdybyście mogły wypatrywać potencjalnych matek dla jaj Oster. Chętnych lub mniej. Samotne kobiety, jakieś przejezdne, które mogą z przykrością zniknąć w nocy.

            Sądząc po minie Onyx to zdradzała spory sceptycyzm czy Sigismundus jest w stanie zaoferować jej i koleżankom coś interesującego. W sprawie Laury obiecała, że z nią porozmawia. Większość wieczorów miały pracujące a poranki odsypiały tą pracę. Więc pewnie najłatwiej się umawiać w środku dnia albo przed pracą. Juro wieczorem też idzie do zamtuza i Laura powinna tam być to z nią pogada. Nie spodziewała się aby była chętna na zmianę swojej lubianej i dochodowej pracy na rzecz pomagania przy hodowli robali ale kto wie? Zapytać można. Raczej Onyx spodziewała się po koleżance, że ta by chciała kupić lub dostać takie nowe dla niej okazy. Ale tego też nie chciała za nią obiecywać i obiecała, że ją jutro zapyta.

            A jak wrócili do czerwonej lady i jej wianuszka dworek to dziewczęta wysłuchały go z zaciekawieniem. Potem popatrzyły po sobie i jak zwykle pierwsza głos zabrała ich liderka czyli Łasica.

            - No to podziękuj mu za tą chojna ofertę. Jak za darmo to dobra cena. Ale nie chciałabym być w jego skórze jak tam dosypie jakiegoś świństwa. Rodzina nie rodzina, policzymy się z nim. - odparła włamywaczka i jednocześnie dziewczyna z ferajny zdradzając przy okazji, że nie w pełni ufa aptekarzowi i jego specyfikom. Chyba podejrzewała, że mógłby czegoś tam dodać na cześć i chwałę swojego patrona. Zresztą koleżanki też bo poparly ją kiwaniem głów.

            - A z tą "hodowlą" to kompletna porażka. Nie dość, że chodzi o to aby dać sobie wstrzyknąć jakieś robale to jeszcze to takie zimne. W ogóle nie zna się na robieniu bajery. Jak tak to będzie sprzedawał to chyba mu zostanie Silny aby mu jakichś frajerek nałapał. Nie wierzę, że któraś może być na tyle głupia aby zgodzić się zostać częścią hodowli robali w sobie. - włamywaczka pokręciła głową dając znać, że jej zdaniem już samo podejście aptekarza nie rokuje mu szans na znalezienie zbyt wielu ochotniczek.

            - To prawda. Ja na pewno się nie zgodzę. Ale jakby nawet Fabi to zaproponować a ona lubi być posłuszna, uległa i być podmiotowo traktowana podczas zabaw to nie sądzę aby ona się zgodziła. A naprawdę rzadko czemus odmawia. Łasica ma rację, to cud będzie jak złapiecie na ten haczyk kogokolwiek z miasta. Haczyk musi mieć przynętę. - Pirora też zabrała głos dołączając się do tej krytyki metod Sigismundusa. I na przykład wzięła bretonska koleżankę jaką wszyscy tutaj zdołali poznać chociaż pobieżnie jako bardzo pokorną i posłuszną niewolnicę wykonującą wszelkie polecenia swoich koleżanek i kolegów. Ale nawet z nią Averlandka wątpiła aby się to udało uzyskać jej zgodę na świadome zasianie.

            - Ale moje dziewczęta. Mimo wszystko chodzi o nasz wspólny cel. O zadanie ciosów naszym wrogom. A z tego co widzę to przynosicie chlubę mojej matce i naszemu patronowi bo macie najwięcej znajomych jakim możecie się dobrać do majtek i tego co jest pod spodem. Może same nie musimy poświęcać się w ten sposób dla nowych doświadczeń i doznań ale jednak szkoda by było jakby potem mam wypominano, że w ogóle nic nie zrobiłyśmy w tej zaszczytnej sprawie. W końcu to cel do jakiego nasza Soria też dorzuciła nieco swoich płynów ustrojowych to i chyba my możemy pochylić się nad tym projektem. - niespodziewanie Soren zabrała głos pozwalając aby jej drogie i eleganckie buty spoczęły między udami Łasicy wciskając się tam coraz bardziej aż ta jęknęła cicho. Dłonią zaś pogłaskała nieco piegowaty policzek Pirory skutecznie przykuwając ich uwagę. No i zaskakując.

            - No ja już mówiłam o tej Laurze. Właśnie o tym rozmawiałam z Otto. - zaznaczyła od razu Onyx wskazując na stojącego obok kolegę. Dziewczęta zaś wydawały się nieco zbite z pantalyku.

            - Rozumiem waszą niepewność, ale nie wierzę, że Sigismundus zniżyłby się do takiego zagrania. Zważając, że mogłoby się to bardzo szybko zwrócić przeciwko niemu. Jeżeli mam nazwać rzeczy po imieniu, on chce po prostu kupić waszą współpracę. - mnich wzruszył ramionami - Po prostu prosi o pomoc w znalezieniu potencjalnych nosicielek. Przy okazji, wskazał mi potencjalną rekrutkę dla was. Kilka lat temu, udzielał pomocy młodej dziewczynie, która znalazła się w bardzo… wstydliwej sytuacji z rozrodczym czempionem, koziołkiem, w roli głównej. Jeżeli dziewczyna ma takie smaczki, mogą ją też ciągnąć inne przygody. - mich się chwile się zastanowił - Czy w sumie… To jego pomysł, tak przy okazji. Też nie chciałybyście takiego koziołka?

            - Koziołka? - sądząc po minach i łotrzyc i szlachcianek to ostatnio ich relace z grubym aptekarzem pogorszyły się na tyle, że były mocno mu nieufne i nieprzychylne. I pierwszą reakcją na jego osobę albo coś co od niego pochodziło było to, że “są na nie”. Pod tym względem Sigismundus chyba dobrze to wyczuł, że poprosił Otto jako pośrednika bo jak z nim slaaneshytki miały ostatnio cieplejsze relacje to na odwrót niż z nim. No i chociaż były skłonne wysłuchać młodego mnicha co w przypadku aptekarza wcale nie było takie pewne. Teraz jak im przedstawił sprawę o jaką go poprosił grubas z apteki to znów widział, że w pierwszej chwili na ładnych twarzyczkach pojawia się sceptycyzm i niedowierzanie. Chyba wcale nie były takie pewne czy by im czegoś nie dosypał od siebie do tych oferowanych specyfików. Jednak wcześniejsza uwaga Sorii nieco je zbyła z pantałyku a dalsza część tego co mówił Otto chyba je zainteresowała.

            - Ja to raczej nie. Chyba, że dla Fabi. Ale musiałabym ją zapytać. - Pirora odparła pierwsza z delikatnym powątpiewaniem aby dać znać, że osobiście nie jest zainteresowana takimi atrakcjami. Pozostałe dziewczęta jakby się zawahały.

            - I on zna takie wesołe dziewuszki? No popatrz, kto by pomyślał… - Łasica prychnęła i posłała przez stół spojrzenie aptekarzowi ale ten nie zwracał na nią uwagi zajęty rozmową z rogatą wiedźmą.

            - No cóż… Jakby się dało to właściwie mogłybyśmy poznać tą wesołą dziewuszkę. I zobaczyć jakie to miewa przygody z tymi koziołkami. - liderka wężowych dziewcząt ostatecznie wydawała się być zainteresowana poznaniem owej pechowej pacjentki Sigismundusa sprzed sezonu czy dwóch. Chociaż na razie niczego więcej nie obiecywała.

            - No dobra i niech wam będzie. Poszukamy jakiś dziewczyn na nosicielki. Zresztą Onyx to już znalazła tą Laurę to chyba coś już się przyczyniłyśmy nie? - niebieskowłosa w końcu westchnęła zwalczając własną niechęć to tego projektu i zgodziła się chociaż spróbować rozejrzeć za jakimiś kandydatkami do tej hodowli jaj Oster.

            Mnich odetchnął. Cieszyło go, że udało się chociaż odrobinę przekonać dziewczyny do współpracy z Nurglową częścią rodziny.

            - Cała rodzina będzie wam wdzięczna. Och, Piroro, najdroższa. Jeżeli będziesz widziała się jutro z Fabienne, przekaż jej proszę, że najpewniej pojutrze odwiedzę ją z Silnym. Trzeba przygotować, naszego Herolda Norry. - uśmiechnął się - Och i kiedy planujecie wycieczkę do Zwierzoludzi? Miałem nadzieję porozmawiać z którymś… mam nadzieję, że zostawicie jakiegoś na tyle przytomnego.

            - Dobrze, przekażę jej. Ale lepiej zostaw Silnego gdzieś na zewnątrz. Albo się z nim jakoś umów na mieście. Bo chyba wiesz jaki rzep z tej Gertrudy. A Silny to nie jest osoba jaka wzbudza zaufanie swoim wyglądem. - Pirora pokiwała swoją jasnoblond głową obdarzając kolegę ciepłym uśmiechem. Na co Łasica prawie weszła jej w słowo.

            - W ogóle nie znacie się na bajerowaniu i kombinowaniu. - zaśmiała się dobrodusznie jak starsza siostra obserwująca poczynania młodszego. - A po co wam Fabi jak macie romans do Anniki? - zapytała raczej retorycznie patrząc na nich oboje. Bo zaraz zaczęła dalej. - Tam gdzie jest Fabi tam i Gertruda. Zwłaszcza jak wyjeżdżają z rezydencji. Tylko do Pirory się jakoś przyzwyczaiła na tyle, że stara rura siedzi ze służbą. I na jakichś przyjęciach i balach co to wielcy państwo nie życzą sobie oglądać jakichś starych rur i innej służby. No chyba, że takie ładne i gorące kelnerki jak my. I ta ruda małpa. - łotrzyca zaśmiała się wesoło wskazując na swoją partnerkę. Ta sprzedała jej kuksańca za tą “rudą małpę” i obie zachichotały.

            - Annika to służąca Fabienne. Przynajmniej tak oficjalnie. Niech ta ją pośle po coś do miasta i tam się z nią umówcie. Albo nawet ty Otto tam się umów aby ją zabrać to pójdziecie we dwoje. I już z Silnym czy nie to już tam się jakoś umówcie. - dziewczyna z ferajny gładko wyjaśniła jak sobie wyobraża spotkanie z Anniką na dogodnych warunkach.

            - Aha i jak będziesz się z nimi widział, to daj im znać, że my tą Annikę bardzo chętnie poznamy. Zresztą tą Marisskę też bo brzmi bardzo apetycznie. No i Fabienne też, żeśmy dawno nie poniewierały, na pewno się stęskniła. Chociaż to jutro u Pirory powinna być na psalmach żałobnych. - Burgund dorzuciła coś szybko od siebie ale w ostatniej chwili przypomniała sobie, że jutro jest Festag to zapewne znów się spotkają w komplecie w loszku Pirory po porannej mszy.

            - A na tego Gnaka to sobie wsiądziemy w pełnię. Pełnia jest w Aubentag na Marktag. My jedziemy już w dzień, zająć miejsce, przygotować i tak dalej. Startujemy w południe z “Mewy” ale jak nie zdążysz to sam dojdź. To przy kamieniach od zachodniej bramy. Tylko damulki będą musiały kombinować i pewnie jak będą to dopiero przy północy bo muszą swoje ładne koleżanki pospać. - Łasica dalej nawijała gładko i ze swadą ochoczo rozmawiając o tej orgii ze zwierzoludźmi na jaką szykowały się już od zeszłego miesiąca.

            - No cóż, zasugeruję to Annice. Ostrzegam, dziewczyna lubi, jak się jej usługuje. - mnich się uśmiechnął - Fabienne byłaby nie aż tak potrzebna, jak jej sakwa. Może was to zdziwić, ale nie płacą mi dużo za moją służbę w hospicjum. - Otto się zastanowił. Południe z "Mewy"? Postaram się z wami udać, wasi partnerzy spodziewają się gromadki pięknych kobiet. Pewnie by sądzili, że jednooki mnich popsuje atmosferę i nabiliby mnie na coś długiego, zanim bym dotarł do kamieni.

            - Lubi jak jej się usługuje? - obie łotrzyce zbystrzały jak harty które wyczuły obiecujący trop. - No popatrz jaka wspaniała, mądra dziewczynka! To ją zapewnij, że my jej będziemy usługiwać bardzo chętnie! Cokolwiek sobie zażyczy. Zwłaszcza jakby miało być bez ubrań i coś mocno nieprzyzwoitego! - zapewniła go gorąco Łasica a Burgund ochoczo jej zawtórowała.

            - A z tą sakiewką Fabi no to nie moja sakiewka to niczego ci nie będę za nią obiecywać. Chociaż… Pewnie jutro się z nią spotkamy u Pirory… To się z nią pogada o tej Annice. Na tyrana to nasza Fabi nie wygląda to myślę, że powinna dać się uprosić aby dała wam pieniądze na zakupy. Zresztą na pierwszy raz to pewnie i tak pójdziecie tylko oglądać i przymierzać a pół dnia albo cały i tak zejdzie. To jak z kupowaniem ubrań. Zanim cię zmierzą, zważą i tak dalej to czas ucieka. - niebieskowłosa rozważała tą myśl o tych zakupach dla Anniki jakie powinna zasponsorować jej pani ale raczej wydawała się być dobre myśli.

            - I oczywiście, że cię zapraszamy na to spotkanie w pełnię. Przecież wszystkich was już zapraszałyśmy. I chyba Joachim jeszcze będzie. No nasze panny od Grubsona. A reszta to nie wiem, jeszcze się nie deklarowali. - liderka slaaneshytek popatrzyła po tej lekko chwiejącej się na łagodnych falach ładowni jakby liczyła kto dał jaką odpowiedź na to zaproszenie do kameni za miastem na spotkanie towarzyskie ze zwierzoludźmi.

            - I nie bój się. Ja nie wiem czy oni gustują tylko w kobietach ale ostatnio była Genda a ona jest bardzo podobna do naszej Lilly tam poniżej pasa. No i jak będzie miło to kto wie? No zawsze Lilly możesz poprosić, ona lubi takie zabawy. I możemy zapytać… Hmm… Właściwie to Lilly musiałaby zapytać. W każdym razie no jak pojedziesz z nami to się raczej nudził nie będziesz. Śpiew, wino, muzyka, chętne, nagie kobiety no i zwierzoludzie. Mam nadzieję, że też chętni i nadzy. - Łasica poklepała go przyjacielsku po ramieniu zachęcając aby z nimi pojechał na tą schadzkę w najbliższą pełnię. Niezbyt chciała coś obiecywać za zwierzoludzi jakich teraz tu nie było przy rozmowie ale tutaj też wydawała się być dobrej myśli.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Niedostępny
              SantorineS Niedostępny
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #104

              Oryginalny autor: Seachmall

              - Hm… Fabi w sumie jest mi winna… przysługę za odnalezienie dziś Anniki. Może znowu odwiedzę twój loszek Piroro. Jeżeli oczywiście mnie przyjmiesz. - uśmiechnął się - Jeżeli, któryś będzie chciał mnie przerzucić przez pieniek to chętnie skorzystam, a tak… nie wyobrażam sobie makabrycznie piękniejszej sceny niż banda hedonistek w łasce zwierzoludzi. Być może uda mi się uwiecznić na papierze.

              - To zapraszam cię serdecznie Otto. Jutro po mszy spotykamy się u mnie z obowiązkową wizytą w moim loszku oczywiście. Fabi nic mi dzisiaj nie mówiła, że nie ma inne plany więc liczę, że do nas dołączy to zapewne będzie do naszej całkowitej dyspozycji. I zgaduję, że będzie chciała się pochwalić nową służącą to zapewne z nią przyjedzie. - Pirora jako jutrzejsza gospodyni bardzo ciepło i chętnie zaprosiła kolegę na jutrzejsze odprawianie psalmów żałobnych na cześć zmarłej księżnej. Pełne pokuty i kary za grzechy. Chociaż stroje i nastroje zapewne nie będą tak całkiem żałobne sądząc po tym jak to wyglądało w zeszłym tygodniu.

              - A banda hedonistek na łasce zwierzoludzi… Tak, to rzeczywiście jest dobry materiał na jakiś obraz. Oczywiście nie taki co by można pokazywać szerszej publiczności no ale na własne potrzeby i w naszym rodzinnym gronie to mogłoby być ciekawie. - Averlandka pochwaliła pomysł Otto a, że sama była nie tylko miłośniczką sztuki i jej mecenasem ale też i aktywną malarką to pomysł od razu jej się spodobał. Zwłaszcza, że jak zaznaczyła sama nie planowała się pokładać z ungorami jacy mieli przybyć pod te kamienie za zachodnią bramą. Dziewczętom zresztą także bo znów zapanowała radosna wrzawa gdy zaczęły rozmawiać jak to by mogło wyglądać.

              - Teraz to nas będzie trochę więcej. Bo oprócz nas to jeszcze powinna być Fabi i Oksana. Chociaż z Oksaną jeszcze o tym nie rozmawiałam. No i wy, znaczy ty i chyba Joachim bo wcześniej mówił, że by chciał. Może Fabi by zabrała tą nową służkę. Albo dwie. I jeszcze mówisz Otto Sigismundus zna jakąś pannę od koziołków co? Jej. To nie wiem czy nam wystarczy tych chłopców Gnaka. Może trzeba będzie ustawić jakąś kolejkę i się zmieniać. - Łasica wesoło próbowała policzyć kogo by można się spodziewać z ich strony na tą orgię przy kamieniach jaka miała się zacząć już za parę dni. I nawet w takich luźnych rachunkach zapowiadało się, że będzie wyraźnie większa grupa niż wtedy za pierwszym razem, miesiąc temu przy urokliwym zakątku. Wtedy to wszystko wyszło tak nieco przypadkiem i niechcący. Żadna ze stron nie spodziewała się na miejscu tej drugiej. Ale teraz miało być inaczej, teraz już byli od dłuższego czasu umówieni i na razie większość przygotowań zdawała się być ukończona.

              - Hm… czy mogę sobie pozwolić na jeden dzień poza hospicjum. Czemu nie? Oczywiście się zjawię po mszy. Mam przynieść coś, aby dodać smaku naszemu spotkaniu?

              - Siebie przynieś. A resztę gościńca to mam nadzieję, że wam posmakuje. A co tam już będzie z kim wyczyniał i w jakich kombinacjach to już jutro na miejscu się wszystko okaże. - szlachcianka o przyprószonych piegami mlecznej karnacji machnęła ręką aby nie przejmować się drobiazgami o ile jest wola na wspólne zabawy jutro po porannej mszy.

              - No tak, nas też dawno u ciebie nie było. Chyba od zeszłego Festag. Przez tą robotę w świątyni. Nie mamy czasu na nic innego jak choćby odwiedziny do koleżanki. - Łasica też wydawała się zadowolona z takich warunków i chyba wszystkie dziewczęta uważały podobnie.

              Mnich na chwilę zatrzymał wzrok na Sorii.

              - Wybacz, czcigodna, coś przyszło mi na myśl. Jako istota błogosławiona przez Slaanesh jestem pewny, że masz niebywały wpływ na śmiertelników. Twój głos gotuje krew, twój zapach zmiękcza nogi… jaki wpływ miałaby twoja krew?- oko Otto było skupione, młody Chaosyta miał najwyraźniej jakiś plan formujący się w głębiach swego umysłu.

              - Krew? Moja krew? - chyba nie tylko córka Soren była zaskoczona nagłą zmianą tematu. Uniosła brwi a jej śmiertelne dwórki popatrzyły to na nią to na siedzącego na ławie obok kolegę. Też wydawały się zaciekawione odpowiedzią.

              - A o taki. - Soria lekko uśmiechnęła się i wyciągnęła swój nadgarstek ozdobiony barwnymi bransoletami. Jej starannie przycięty i zaokrąglony paznokiećpociągnięty liliową barwą wydłużył się zmieniając się bardziej w pazur niż paznokieć eleganckiej damy. Zaraz później naciął skórę aż pojawiło się krwista struga dobrze widoczna na bladej skórze kobiety. Po czy znów zwykłym palcem umoczyła go we włanej krwi i wyciągnęła przed siebie. Łasica co siedziała najbliżej z zaciekawieniem powąchała te czerwone krople.

              - O! Ale ładnie pachnie! - odkryła zaskoczona i po chwili chętnie oblizała tą krew z palca swojej milady. Może nawet więcej niż trzeba była bo w końcu zaczęła go ssać nawet jak już żadnej czerwieni poza lakierem paznokcia nie było widać. Ale i do pozostałych co siedzieli w pobliżu, także do Otto, dotarł nowy, bardzo przyjemny zapach. Taki jaki pobudzał, że aż stawały włoski na karku i budziły się lędźwie.

              - Przydaje się podczas zabaw. Albo podczas walki. - odparła Soria obserwując z zadowoleniem jakie wrażenie robi na śmiertelnikach. Bo jej służki, bez względu na to czy łotrzyce wychowane w tawernach i rynsztokach czy dobrze urodzone bogate szlachcianki co nigdy nie zaznały głodu i poniewierki miały miny jakby miały ochotę na jeszcze tej krwistej ambrozji. Ale i młody mnich też odczuwał taką pokusę.

              Otto westchnął tęsknie kiedy zapach krwi Wybranki Slaanesh natarł na jego nozdrza, jego oko nie mogło oderwać się od Łasicy kiedy ta ujęła ustami palec Sorii. Jego szczęka się otworzyła, oddech przyspieszył a strużka śliny zaczęła umykać z kącika ust - Też chcę… - słowa mimowolnie opuściły jego gardło i wyfrunęły w świat. Starał się przypomnieć po co zapytał o działanie krwi córki Soren, ale w tej chwili nie mógł myśleć o niczym innym tylko o zazdrości wobec łotrzycy, która doznała przywileju odczucia smaku tego błogosławionego nektaru.

              Wydawało się, że krótka wypowiedź Otto wywołała podobne jękliwe prośby u reszty dwórek Sorii. Zresztą także i Łasicy jaka też najwidoczniej miała ochotę na powtórkę. Córka Soren zaśmiała się wesoło widząc jakie wrażenie wywołała.

              - No dobrze. Jestem z was zadowolona, bawicie mnie, dostarczacie rozrywki i ekscytujących wrażeń więc dobrze. - oznajmiła im tonem wielkiej władczyni jaka jest skłonna wynagrodzić swoich wiernych poddanych. Umoczyła palec w rozciętym nadgarstku i wyciągała kolejnu ku każdemu z nich. Do swoich dwórek ale też i do Otto jakiego też poczęstowała. Gdy miał okazję tego spróbować to wcześniejsze wrażenie jakie wywołał tylko aromat jej krwi tylko się wzmogło.Teraz mógł poczuć ten smak na języku. I to jak pobudza jego ciało. Jak zaczyna odczuwać podniecenie. Jak włoski stają na karku i czuje jakby niewidzialną rękę jaka przyjemnie go tam pieści. Podobnie ożywienie spływało w dół ciała i kumulowało się w lędźwiach dając znać, że jest gotowy do działania. Zresztą sądząc po błyszczących spojrzeniach dziewcząt i przyspieszonych oddechach, tego jak chętnie szukały czyjegoś dotyku i bliskości i same go dawały to musiało z nimi być podobnie. Wszyscy zdawali się być podatni na tą ambrozję zaklętą w krwi bezpośredniego potomka Soren.

              Ręka Otto odruchowo wylądowała na najbliższym mu udzie, kiedy reszta ciała napawała się doświadczeniem jakim był smak krwi Sorii. Sama dłoń jednak zaczęła wędrować dalej w kierunku krocza jego nowej partnerki, chociaż sam mnich nawet nie zwracał uwagi kogo dotyka.

              Raczej nie było to udo Łasicy bo ta przyszła w swoich ulubionych, skórzanych spodniach. Dłoń Otto wyczuła materiał spódnicy, całkiem sporo tego materiału ale i sama właścicielkamusiała mu pomóc podwijając ją aby miał do niej łatwiejszy dostęp. Wtedy wyczuł kolano okryte pończochą a potem gładkie, i ciepłe uda, bardzo przyjemne w dotyku. Wreszcie dotarł do ich zwieńczenia zakrytego rozgrzanym od ciepła ciała koronkowym materiałem. A i wtey usłyszał gdzieś nad sobą i za sobą znaczące chrząknięcie. Cała zabawa zamarła gdy jego towarzyszki równie rozochocone jak on też z pewnym zdziwieniem odkryły, że są wciąż w starej ładowni, i wokół reszty towarzyszy i towarzyszek a nad nimi stoi zamaskowany mężczyzna w długiej todze.

              - Myślę, że to nie czas i miejsce na takie zabawy. - odparł z lekkim uśmiechem ale ton wypowiedzi był stanowczy. Wiadomo było, że mistrz traktuje zbór i jego czas jako teren neutralny oraz do zbudowania więzi rodzinnych między poszczególnymi członkami ich grupy, podzielenie się swoimi potrzebami, problemami i zmartwieniami gdzie można było porozmawiać o tym z kimś kto dzieli wspólną tajemnicę spisku.

              - Oh wybacz mistrzu. To moja wina. Troszeczkę mnie poniosło w tej małej prezentacji. Dziewczęta proszę was abyście zachowywały się odpowiednio do tego miejsca. - Soria wzięła tą winę na siebie i poprosiła swoje dwórki aby się uspokoiły. Bo jak się zorientował Otto to właśnie zaczynał się dobierać do majtek Pirory na co ta wcale nie była przeciwna. Łasica i Burgund już sprawdzały sobie nawzajem jędrność biustu a Onyx sprawdzała co Lilly ma pod spódnicą jakby dawno już tego nie robiła. Wszystkie więc wydawały się nieco speszone i zaskoczone jak niewiele trzeba było aby zacząć zabawę na całego. Ale był zbór i Starszy był dość stanowczy co do tego jak należy się zachowywać podczas niego. Więc po chwili nieco nerwowych i łotrzykowych uśmieszków, poprawiania ubrań sytuacja zaczęła wracać do normy.

              Mnich odchrząknął starając się przywrócić myśli i pozwolić krwi znowu płynąć, aby opuściła mniej kluczowe miejsca.

              - Więc… niewiarygodne. Podejrzewałem, że twoja… krew… pani. - potrząsnął głową odganiając myśli - Miałaby silny wpływ na śmiertelników, ale żeby aż taki. Chciałem zasugerować, aby dodać kilka kropel do napitku podczas jednej z imprez Pirory, albo Fabienne.

              - Tak. Można by tak zrobić. Ale chyba widzisz, że efekt byłby dość widoczny. Więc nie wiem czy tego właśnie byście chcieli. - czerwona milady uśmiechnęła się dostojnie jakby świetnie się bawiła w tym momencie tymi rozszerzonymi źrenicami, przyspieszonymi oddechami i rumieńcami na licach otaczających ją śmiertelników.

              - Ah… No tak… Jak tak jak u zaufanych osób jak jutro u mnie w loszku to ja bardzo chętnie. Ale na jakimś balu czy przyjęciu… Oj to by się dopiero skandal zrobił jakby goście zaczęli się obnażać i rzucać się na siebie! - Pirora rozgryzła o co pytała jej pani i chociaż wizja okazała się kusząca i taka apetyczna to jednak rozsądek podpowiadał, że nie zawsze i wszędzie możnaby zastosować tak silny afrodyzjak.

              - Nie, nie, tak to nie. Znaczy na pewno nie róbcie tego u siebie. Ani ty ani Fabi. Jak już to gdzieś gdzie nie będziecie gospodarzami bo tych by się od razu podejrzewało, że coś dosypane do wina albo co. Tylko gdzieś indziej. Gdzie będziecie jednymi z wielu gości albo nawet tak aby was nie było. Albo na odwrót. W kameralnej atmosferze i z kimś z kim jest nadzieja, że będzie chętny czy chętna na takie zabawy. Bo potem jak wytrzeźwieje to może narobić niezłej hecy jak to będzie wbrew upodobaniom albo będą świadkowie i trzeba będzie się jakoś tłumaczyć. To zawsze lepiej zwalić na kogoś niż wziąć winę na siebie. - Łasica chciwie zerkała na dłoń i nadgarstek swojej pani ale zajęła się takim numerem o jakim rozmawiali jako oszustka i włamywaczka oraz była pracownica zamtuza co miała doświadczenia jakie mogłyby być konsekwencje gdyby przypadkowym osobom z towarzystwa podać taki silny środek. Sam pomysł jej się spodobał ale namawiała aby go zastosować w odpowiedni sposób jaki nie ściągnie na nich kłopotów.

              Mnich się chwilę zastanowił.

              - To miałoby sens, oczywiście. Chociaż, lepiej będzie to zrobić… no z jakimś odstępem od kradzieży ze świątyni i misją w akademii. Jak się zrobi zbyt ciekawie, kościół może wezwać większą inkwizycję, aby zakończyć zabawę.

              - No. Na przykład na tą akcję z balem, muchami i całą resztą. Na pewno by to podkręciło atmosferę i zrobiło większe zamieszanie. Ale wcześniej gdzieś też można tylko właśnie aby to z głową zrobić. Albo jak jesteśmy sami swoi. No i nie na zborze. - Łasica ochoczo przytaknęła Otto na jego pomysł. I dodała coś od siebie. Ale widać było, że najchętniej spróbowałaby krwi swojej milady jak najprędzej.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #105

                Oryginalny autor: Zell

                Po północy, mieszkanie Heinricha

                Heinrich był tym dniem jakoś niespodziewanie wyczerpany. Ciężko usiadł na łóżku, zastanawiając się czy w ogóle ma ochotę dziś się przebierać do snu, a nie wpaść w jego objęcia tak, jak wrócił. To była naprawdę kusząca perspektywa...

                Mimo chęci buntu przeciw nocnym konwenansom, stary Łowca Czarownic... BYŁY Łowca Czarownic, zaczął zdejmować uliczne ubranie. Jak zawsze jego wzrok spoczął na skrytej pod bandażami mutacji, która codziennie przypominała mu kim się stał.
                Zsunął bandaż, dotykając metalu skóry, z jakimś zamyśleniem przyglądając się temu obawowi chaosu, który na sobie nosił.
                A może błogosławieństwu?

                Mężczyzna przymrużył oczy i nie umiał się nie uśmiechnąć. Przed oczami widział te złote oczy pełne magii. Wydawało mu się, że wciąż czuje ziołowy zapach, miękkość ust...

                Zaśmiał się.

                Och, ta przeklęta wiedźma i jej sztuczki! Heinrich przecież znał ich smak, wiedział czemu powinien takich unikać. Merga była cwanym graczem i zdeprawowanym bytem, jakich uczono go unikać... co i sam mógł uczyć. Musiał z nią uważać, ale...

                To było tak cholernie kuszące i przyjemne.

                Ponownie skrył mutację pod porządnie zawiązanym bandażem nim ułożył się do snu. Jutro wyśle Silnemu wiadomość, by z nim nawiedzić biedaka, który położy metal na jego metalowej skórze. Po tym... trzeba będzie zająć się sprawą teatru... ale dbałość o pozory najpierw, prawda?

                Pamiętaj, że nie jesteś już Łowcą Czarownic, staruszku.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Niedostępny
                  SantorineS Niedostępny
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #106

                  Oryginalny autor: Seachmall

                  Angestag; po północy; po zborze

                  Otto wracał do domu w stanie większego spięcia i zmęczenia niż kiedy się na niego wybierał.
                  Ciągle czuł palenie lędźwi, nawet kiedy krew Sorii już straciła na sile w jego ciele on ciągle czuł jej słodki zapach.
                  Do tego przepychanki między indywidualnymi planami członków zboru były na prawdę męczące.
                  Coś jednak było innego tego dnia, dostrzedł kawałka Prawdy i w końcu mógł coś z nim zrobić.
                  Zanim położył się spać otworzył swoją księgę. Prosty tom oprawiony skórą z czystymi stronami. Zaczął wertować strona po stronie, aż w końcu coś go tknęło, miejsce, które czuł, że może uzupełnić. Namoczył piuro w kałamarzu i zaczął pisać.

                  Morr
                  Tytuły:

                  Domeny:
                  Kulty:

                  Symbole:

                  Relacje:

                  Odetchnął kiedy zakończył ostatnią segment. Po czym napisał "Nurgle (Władca)". Sprawiło to w nim nie małą radość, w końcu od ponad pół roku począł kroki w odrestaurowaniu księgi, która ujawniła Prawdę jemu i jego braciom.

                  Zostało mu rozplanowanie kolejnego dnia. O dziwo następny dzień będzie dość spokojny w planowaniu.
                  Poranna msza i loszek Pirory. Być może to palenie w jego lędźwiach tak ograniczyło jego plany, ale w chwilo obecnej nie miał ochoty robić jutro nic więcej. Może umówi się z Fabienne na spotkanie Silnego i Anniki no i później odwiedzi Joachima, aby ustalić spotkanie w hospicjum.

                  Położył się na łóżku, ciągle jednak czując napięcie. Jego ciała płakało za ulgą, ale Otto postanowił odmówić tej przyjemności. Nie okaże braku szacunku swoim siotrom w wierze Węża sprawiając sobie przyjemność jedynie wspomnieniami o nich. Postanowił jednak skupić się na małym eksperymencie.
                  Zamknął oczy i do czasu, aż w końcu sen go nie przejął powtarzał sobie w myślach.
                  "Czy możecie pomóc mi w przywróceniu Prawdy?"
                  Kto wie, może ostatnia myśl jaką miał na jawie, przejdzie też do świata snów.
                  Nic nie świadomy mnich nie zauważył jednak czegoś, kiedy zamykał swoją księgę. Słowa "Nurgle (Władca)" zaczęły się delikatnie przemieszczać, przyjmująć inną pozycję w liście relacji boga śmierci.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Niedostępny
                    SantorineS Niedostępny
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #107

                    Oryginalny autor: Pipboy79

                    Oryginalny tytuł: Tura 26 - 2519.07.11; fst; ranek - przedpołudnie

                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Stare Nabrzeże; koga “Stara Adele”
                    Czas: 2519.07.10/11; Festag; noc
                    Warunki: wnętrze ładowni; jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: noc, pogodnie, umi.wiatr; zimno (-5)

                    Wszyscy

                    Zanim pojedynczo i grupkami otukane w płaszcze postacie zaczęły wychodzić na mokry po ulewie pokład starej kogi by odkryć, że jest już chyba po północy, ciemo i zimno a potem zejść po drabinie zestawionej na dół przez Normę to jeszcze mieli na koniec parę spraw do omówienia.

                    Merga uznała, że jak ma przygotować to wybuchowe urządzenie sprowadzone z Eteru to nie da rady wyrobić się w jeden dzień. Dwa dni to przynajmniej. Więc niejako odpadł termin aby “zrobić domek” jak to mówiły łotrzyce w świątyni kolejnej nocy. Ale, ta ostatnia noc przed pełnią jaka miała być z Wellentag na Aubentag to już roboczo była przeznaczona na ten skok. Poza obiema łotrzycami zgłosiła się też Soria aby wesprzeć swoje dwórki w tym zaszczytnym zadaniu. Poza tym zwyczajnie w świecie chyba uważała to za ekscytującą przygodę, coś odmiennego od codziennej rutyny. Do tego Thobias potwierdził swój udział chociaż bez większego entuzjazmu. Dało się zauważyć, że raczej widział się w roli wychowawcy i nauczyciela niż jako nocnego rabusia. Ale dla rodziny był gotów się poświęcić. Tylko kompletnie nie miał w tym doświadczenia więc niezbyt wiedział jaką miałby pełnić rolę. Łotrzyce chętnie przyjęły jego pomoc i miał czekać z woźnicą przy wozie. A potem jak dadzą znak, że droga wolna to podjechać. Na razie miał pełnić rolę czujki a potem gdy będzie trzeba ładować skarby na wóz to właśnie ładowacza i tragarza. Woźnicą zaś miał być albo Sigismundus albo Strupas. Ich rola miała właśnie na tym polegać. Który z nich by miał wziąć udział to jeszcze nie do końca było pewne. Zgłosili się też Silny i Rune jako pomoc w zlikwidowaniu strażników. A potem w noszeniu tych skrzyń i worków jakie spodziewano się znaleźć za zamkniętymi i pilnowanymi w dzień drzwiami. Sama Merga i ci co mieli z nią odpłynąć do Norski miała czekać od zmroku na łodzi. Po przeładowaniu zrabowanych fantów mieli czym prędzej odpłynąć. No chyba, że do tej noc w Wellentag stałoby się coś co pokrzyżowało plany kultystów. Ale na koniec zboru tak mniej więcej rysował się plan. Łasica chciała to mieć dopięte na ostatni guzik więc między innymi wiedzieć na kogo może liczyć w tym nocnym skoku.

                    Thobias podzielił się swoim pomysłem, że Hertz jak każdy stróż prawa, także łowcy nagród, szeryfowie, i inni tacy, działali na podstawie systemu prawnego. W tym wypadku licencji na konkretny typ działalności lub nawet zlecenie. Te licencje wydawały władze. Ot, jakiś hrabia zatrudniał szeryfa aby pilnował porządku, jakiś baron wyznaczał nagrodę za rozbicie jakiejś szajki, któraś ze świątyń czy ratusz dawał komuś licencje na działalność jako łowca heretyków tak ogólnie albo w sprawie jakiegoś śledztwa. Podobnie musiało być z Olegiem Hertzem. Zresztą akurat Heinrich znał ze swojej praktyki, że tak to właśnie działało. Pomysł Thobiasa polegał na tym aby skłonić jakoś odpowiednie czynniki do cofnięcia tej licencji dla Hertza i jego ludzi. Wówczas straciliby swoje wyjątkowe uprawnienia i staliby się zwykłymi obywatelami. Co najwyżej mogliby szukać nowego pracodawcy czy dobrodzieja co ich przyjmie na swoją służbę albo działać jako zwykli łowcy nagród. Jednak nauczyciel przyznawał, że rozważał to czysto teoretycznie i nie miał za bardzo pomysłu jak tą teorię przelać w praktykę. Ale chciał braciom i siostrom zwrócić uwagę na taką możliwość.

                    A potem członkowie tej tajnej sekty poświęconej spiskowaniu przeciwko zastanemu porządkowi zaczęli się żegnać i rozchodzić. Wychodzili w całkiem zimną noc. Wracali po ciemku przez kolejne ulice i kwartały gdzie nogi łatwo grzęzły w błocie i gnoju jaki zalegał na ulicach. Na dnie tych ulicznych kanionów było jeszcze ciemniej. Cało miasto wydawało sie ciche, ciemne i wyludnione. Okna i mijane ulice straszyły pustymi dziurami czerni. Łatwo było potknąć się o jakiś grat niewidoczny w ciemności albo wleźć w jakąś dziurę. Albo coś jeszcze mniej przyjemnego. Dawało to przedsmak w jakich okolicznościach będzie przebiegać akcja skoku na świątynię. I właściwie każda inna nocna akcja. W końcu jednak po tym pacierzu, dwóch czy trzech udało im się wrócić do swoich domów bez żadnych napaści i innych poważniejszych przygód.


                    Otto

                    Już na sam koniec zboru do jednookiego mnicha podeszedł aptekarz prosząc go o rozmowę. Rozmawiał z Mergą o tej hodowli, krwi i tak dalej. Wyrocznia nie do końca była pewna jak interpretować słowa Vigo. Bo “królewska krew” jej też kojarzyła się z kimś z królewskiego rodu. Jako Norsmenka zwróciła uwagę, że to, że dosłownie to niezbyt to pasuje do Imperium. Bo Imperium miało imperatora. W Kislevie rządził car lub caryca. Na południu dominowały drobne księstwa czy wręcz państwa-miasta. Właściwie tylko w Bretonii był król. Ale to raczej potraktowała jako ciekawostkę. Zapewne chodziło o coś bardziej symbolicznego lub szerszym zakresie albo jakąś alegorię. Być może o kobietę z jakiegoś arystokratycznego rodu. Nie była pewna.

                    Ale zwróciła uwagę, że jaja są raczej takie same. Przez milenia jedna napęczniały trochę bardziej lub mniej więc wielkości i barwy różniły się na pierwszy rzut oka. Ale ogólnie były podobne. A mimo to nawet w opisach Oster mioty z poszczególnych okazów były różnej wielkości. Więc uważała, że wielkość, ilość, czas miotu raczej powinna zależeć od nosicielek. Od ich żyzności i płodności. Niestety chyba nawet sama Oster póki którejś nie zasiała to nie była w stanie oszacować jaki miot może wydać.

                    Potem Sigismundus otworzył torbę i wyjął z niej strzykwę i pokazał następne w torbie. Zaproponował aby Otto wziął jedną czy dwie. Tak na wszelki wypadek. A może trafi się jakaś okazja aby ich użyć? Może jutro na tej planowanej orgii u Pirory? Albo za parę dni podczas tej orgii ze zwierzoludźmi? Albo jeszcze gdzieś i kiedy indziej. Którakolwiek co by dawała nadzieję, że da się zasiać to lepiej mieć pod ręką takie strzykwy niż dopiero umawiać się na ich użycie prawda?

                    Joachim

                    Po zborze do Joachima podeszła Norma. Toporniczka przyznała, że sama nigdy nie była na Diabelskich Bagnach. Ale zdarzało jej się przepływać statkiem obok wybrzeża. I od kolegów słyszała, że ich granica od strony morza jest na tyle płynna, że da się tam wpłynąć łodzią. Oczywiście nie miała pojęcia czy to prawda i jak daleko by się dało wpłynąć łodzią i czy gdzieś na przykład nie trzeba by jej zacumować i dalej iść pieszo gdyby tej wody okazało się za mało do pływania. Ale jednak mogła to być jakaś alternatywa dla marszu na przełaj przez las.

                    Także Merga z nim chciała chwilę porozmawiać. Podziękowała mu za okazane wsparcie z tymi projektami głównie do skoku na Akademię ale prosiła aby nie dał się ponieść entuzjazmowi z tym przyzywaniem demonów. Początkujący demonolog zaczyna od przyzywania pomniejszych istot Eteru. Nad takimi łatwiej jest zapanować. Zaś w rozważanym wypadku chodziłoby o coś wielkości dorosłego człowieka a więc mogłoby to być mocno ryzykowne dla kogoś kto pierwszy raz by miał z czymś takim kontakt. Zwłaszcza jakby mistrzyni miało nie być w pobliżu. Na początek poradziła mu aby poćwiczył z tymi zwojami z przyzwaniami tych impów i chochlików jakie mu zostawiła. I tak wolałaby aby to robił pod jej okiem no ale skoro lada dzień miała odpłynąć a jego tak zjadała niecierpliwość no to mógł spróbować samemu. O tej Akademii i tak ostatecznie zrezygnowała z usług niezrodzonych na rzecz kształtowania surowej esencji Eteru w pożądany kształt i właściwości.

                    Heinrich

                    Gdy się już zbierał do wyjścia w tą ciemna noc Silny dał mu znak, że jak umówi się z tym swoim szewcem to da mu znać. W ciągu paru dni to pewnie powinno się udać. Po spotkaniu, gdy już się wszyscy rozchodzili to do kuśtykającego po nabrzeżu byłego łowcy czarownic podeszła jakaś postać. Dopiero jak się odezwała zorientował się, że to Thobias co zrównał się z nim ale nie wyprzedzał tylko zaproponował, że dla bezpieczeństwa mogą przejść kawałek razem. Nocne ulice rzeczywiście nie budziły zaufania. Wymarzone miejsce aby kogoś napaść.

                    Thobias jednak miał do omówienia pewien temat. Bolał nad sukcesem jaki ostatnio odnosiły dziewczęta Sorii. A zanosiło się na kolejne. Jeszcze z Sorią w szeregach to będą skazane na sukces. Ale zdaniem nauczyciela to nie musiało oznaczać klęski pozostałych. Wręcz przeciwnie. Niech one tam robią swoje. W gruncie rzeczy przecież zgarniają na siebie większość brudnej roboty. Tylko zdaniem Thobiasa bardziej by się przysłużyły ich sprawie gdyby kierować je w odpowiednim kierunku. Wtedy właściwie mogłyby spełniać wolę mądrzejszych i dostojniejszych od siebie. A właśnie w Heinrichu Thobias dostrzegł kogoś o światłym umyśle i śmiałości działania. Więc mu tego pogratulował. Ale i zapraszał do współpracy aby nakierować te wężowe pionki we właściwym kierunku. Na początek może w sprawie szukania nosicielek albo i którąś z nich do tego namówić. Ale ta sprawa z Akademią czy bagnami także. Dobrze też byłoby umniejszać ich dokonania za to uwypuklać potknięcia. A jakby jeszcze udało się zdetronizować Łasicę jako prawą rękę Mergi i Starszego to już w ogóle by było cudownie. Starszy na pewno potrzebował kogoś bardziej oczytanego, doświadczonego i wykształconego niż jakaś rozwydrzona młódka co tylko myśli przed kim znów rozłożyć nogi. I tak sobie dwóch już nie młodych panów dyskutowało idąc dniem ciemnych kanionów ulic póki się nie rozstali i każdy poszedł w swoją stronę.

                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                    Czas: 2519.07.11; Festag; po północy
                    Warunki: wnętrze i podwórze świątyni; jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; ziąb (0)

                    Wszyscy

                    Poranna msza w Festag jak co Festag zebrała mnóstwo wiernych z całego miasta. Kto tylko mógł ubierał się odświętnie chociaż i żałobnie. Nadal więc dominowała wszędzie żałobna czerń lub ciemne barwy ubrań. Oczywiście kubrak byle rybaka nie mógł się równać z kontuszem wspaniałego rycerza a zwykła ciemna suknia jakiejś szwaczki z elegancką, czernią jakiejś szlachcianki. Ale poza tymi oczywistymi różnicami w pochodzeniu to jednak powszechnie szanowano te obowiązujące normy obyczajowe nakazujące uczcić śmierć kogoś ważnego. I jak zwykle msza była okazją aby pokazać się innym od najlepszej strony a poza tym była to też oznaka bogobojności i okazania szacunku bogom aby ubrać się w co ma się najlepszego a nie w jakieś znoszone i na co dzień używane ciuchy.

                    Wciąż dało się zauważyć sporo nowych dostojników. Co prawda w mieście portowym zawsze przebywały załogi statków jakie akurat przypłynęły do miasta ale tym razem było ich więcej. Podobnie jak od dwóch czy trzech tygodni więc zapewne wciąż w mieście byli ci co przybyli tu na turniej i na razie w nim zostali. Chociaż było ich jakby mniej niż w zeszłym tygodniu. Albo tak się tylko wydawało. Dało się rozpoznać znakomitości tego miasta jak choćby burmistrza, rodzinę van Hansen, kapitana portu van Zee ze swoją piękną, dorosłą córką jaką zapewne zamierzał wydać za odpowiedniego kandydata, małżeństwo von Richter i wielu, wielu innych.

                    Mszę prowadził ojciec Absalon. Słynący ze swojej stanowczości i siły charakteru. Ale też i całkiem postawnej sylwetki zawodowego marynarza i wojownika. Nie trudno było go sobie wyobrazić jako zbrojnego na pokładzie jakiegoś statku.

                    Oprócz standardowego odśpiewania psalmów i modłów do Mananna, boskiego patrona i dobrodzieja tego miasta na kazaniu ojciec wzywał do zachowania czystości moralnej i poszanowania praw boskich i ludzkich. Do tego aby mieć baczenie na poczynania swoje i sąsiadów. Przypomniał, że zimą podczas ucieczki więźniów z kazamat to była kompromitacja całego miasta a nie tylko władz. I, że tamtych sprawców nigdy nie schwytano. A nie jest powiedziane, że opuścili miasto. I niejako polecił ich znamienitego gościa z Saltburga czyli dostojną Matkę Somnium. Ta wtedy wstała z ławki dla kapłanów, podeszła do niego i stanęła obok aby wszyscy mogli ją zobaczyć. Kontrast między tą dwójką kapłanów wydawał się uderzający. Kapłan Mananna był ogorzały od wiatru i słońca, brodaty, szorstki nawet z wyglądu i odziany w błękity ze złotymi trójzębami poświęcone jego patronowi. Kapłanka Morra wydawała się o połowę młodsza, właściwie jej młody wiek nadal chyba wszystkim rzucał sie w oczy bo sprawiała wrażenie jakby dopiero co skończyła nowicjat. Do tego była odziana w czerń tak, że tylko szyja, twarz i dłonie wystawały z jej szaty wiecznej żałoby. A te były dla odmiany tak blade jakby je pudrowała. Jej twarz emanowała enigmatycznym milczeniem jakie roztaczało wokół niej poważną, chłodną aurę. Ale głos miała równie młody jak wygląd i już nie był taki oschły.

                    Matka Somnium zaznaczyła, że dziękuję ojcu Absalonowi za gościnę i zaproszenie tak samo jak obywatelom tego miasta. Na co dzień oczywiście urzędowała w świątyni swojego patrona. A była z zakonu Czarnowidzów więc gdyby ktoś miał jakieś nietypowe sny to zaprasza do świątyni Morra na rozmowę. A potem odprawiła tą część psalmów żałobnych poświęconych zmarłej księżnej aby ofiarować jej duszę Ogrodom Morra na wieczny spoczynek. Ojciec Absalon zaś w czasie ogłoszeń parafialnych przypomniał, że od jutra jest zbiórka do milicji na ćwiczenia z walki zasięgowej i bezpośredniej. Uważał, że dobrze jest trzymać dobrą formę więc popołudniu gdy większość robotników, rzemieślników i sprzedawców jacy byli członkami tych milicji będą spotykać się w porcie na te ćwiczenia.


                    Po mszy jak zwykle wierni wysypali się po mszy na dziedziniec jaki otaczał świątynię. I była tradycyjna okazja do wymiany uprzejmości i plotek jakie miały miejsce od zeszłego tygodnia. Dla wielu osób to często była jedyna wygodna okazja aby spotkać kogoś z kim nie było im łatwo na co dzień. Albo okazja aby kupić jakiś medalik czy pieczęć ze świętymi modlitwami od sprzedawców. Podyskutować o właśnie zakończonej mszy czy też na całkiem inne tematy. Także kultyści ze zboru Starszego mogli się rozpoznać ale zwykle widzieli się pojedynczo i w rozproszeniu a nie tak na raz jak ostatniego wieczoru na “Starej Adele”.


                    - Udało się! Mówię ci udało się! Radujmy się! To się stało tej nocy, akurat jak wróciłem do apteki! 11 okazów! Wszystkie żywe i zdrowe a jakie żwawe! - Sigismundus jak na swoją tuszę to poruszał się dzisiaj całkiem zwinnie. I kogo tylko z braci i sióstr mógł odnaleźć to natychmiast podzielił się z nimi radosną nowiną. A mianowicie udało mu się być wczoraj świadkiem przyjścia na świat pierwszego miotu Oster z łona tej porwanej z traktu pielgrzymki. I pomimo pewnych strat to większość dwustrzykwowego miotu jednak wyszła na świat. Tak jak pisała błogosławiona Oster! A jakie wielkie! Te zwykłe czerwie od zwykłych much to się nie umywały do tych dorodnych okazów. Były wedle relacji aptekarza jak dorodne turkucie. Tylko kształtem przypominały takie zwykłe czerwie. No ale mieli je! Obietnica Oster przyjęła namacalne, fizyczne ciało a dokładnie cały miot na prawie tuzin okazów. Więc radosny aptekarz aż zacierał z uciechy ręcę na myśl, że Loszka powinna wydać na świat jeszcze dorodniejsze okazy chociaż zapewne mniej. I prawie przy okazji dorzucił, że tej Pielgrzymce to chyba nic nie jest. Znaczy znów musieli ją ze Strupasem skneblować i związać bo się rzucała no i jeszcze podac jej ziółka na uspokojenie to teraz pewnie śpi. Ale poza tym raczej nic jej nie było. Tą ostatnią uwagę zapewne dodał z myślą o koleżankach albo o szukaniu potencjalnych kadnydatek na nosicielki.


                    - Jeśli coś łaska piękna pani. - obie łotrzyce przebrane w swoje białe czepki i żałobne, ciemne suknie do samej ziemi, z makijażem na twarzy jaki sprawiał, że wydawały się być kimś podobnym niż same sobą podeszły do Pirory z wyciągniętą puszką na datki. Dalej odgrywały swoją rolę skruszonych grzesznic i dzisiaj też zjawiły się na mszy. A po niej chodziły z puszką zbierając na datki. Więc nie było takie dziwne, że podeszły i do nieco piegowatej blondynki w eleganckiej, czarnej sukni.

                    - A na co zbieracie? - zapytała Pirora udając, że ich nie rozpoznaje. - Powiedziałam Kerstin, że będziemy mieć gości. Wpuści was. - rzuciła do nich ciszej gdy sięgała po swoją sakiewkę aby coś rzucić na jałmużnę. W końcu w towarzystwie w dobrym tonie było okazać jałmużnę tym pośledniejszym.

                    - Dziękujemy piękna dobrodziejko! Niech ci nasi bogowie obrodzą łaską! - Łasica i Burgund dygnęły przed nią grzecznie i ruszyły dalej ze swoją puszką na datki.


                    - Pochwalony Sorio. Miło cię znów widzieć. - ciemnoskóra piękność o dość egzotycznej urodzie na chwilę oderwała się od opiekuńczego ramienia ojca jaki na nią poczekał i podeszła do odzianej w czarną suknię i narzucone futro. Futro było jednak rozpięte i ukazywało całkiem atrakcyjny dekolt córki Soren.

                    - Witaj Kamilo. Ja również się cieszę, że cię znów widzę. Nawet nie wiesz jak bardzo. I strasznie żałuję, że nie mogę cię ugoscić i zająć się tobą jak należy się tak pięknej damie oraz miłośniczce i mecenasowi sztuki. Ale może dasz się zaprosić do nas na jutro? Fabi przyjeżdża do nas na lekcję kultury i języków obcych. Mówię ci, jest bardzo utalentowana w poznawaniu nowych języków i zwyczajów. Bardzo miła dziewczyna, nie wywyższa się i z pokorą uczy się nowych rzeczy. - Soria gładko roztaczała swój słodki, wężowy jad wabiąc do siebie młodą szlachciankę samym spojrzeniem w jej ciemne oczy i głosem jaki zdawał się wypełniać niczym miód wszelkie wstydliwe zakamarki duszy.

                    - Oczywiście! Bardzo chętnie! Będę zaszczycona! To naprawdę niesamowite, że można mieć tyle przygód w tak dalekich krainach! A Fabienne znam bardzo dobrze, odwiedza mnie podczas wieczorków poetyckich no i bardzo mi pomaga w teatrze. I dużo tłumaczy na reikspiel sztuk i ballad bo większość tych najsławniejszych jest napisana po bretońsku. - Kamila van Zee wydawała się z trudem panować nad nadmiarem swoich ekscytacji na myśl, że dzisiaj może nie ale już jutro będą mogły się spotkać w swoim błękintokrwistym gronie dam i wreszcie będzie mogła porozmawiać z tą niesamowitą szlachcianką z dalekich stron co opowiadała takie zdumiewające przygody.

                    - No to jesteśmy umówione. - odparła milady w grubymi, licznymi warkoczami co zdawały się co jakiś czas poruszać nawet jak wiatr już znacznie zelżał. - Bardzo piękne kolczyki moja droga. - Soria delikatnie dotknęła dyndających przy uszach kryształków oprawionych w misternie rzeźbione złoto. Przy okazji pieszcząc palcami ucho i szyję córki kapitana portu. Co ta przyjęła wstrzymując oddech i nieco zagryzając wargi.

                    - Bardzo dziękuję. Twoje też są bardzo finezyjne. A jutro to oczywiście przyjadę. Aha i dostałam list z Saltburga. Ktoś przyjedzie ich impresario aby rozejrzeć się za kwaterami i warunkami. I w ogóle jak tu możemy przyjąć tych wspaniałych aktorów. Ale jeszcze nie wiadomo czy na pewno przyjadą więc chciałam omówić jak najlepiej przyjąć tą milady aby zrobić na niej dobre wrażenie aby nas poleciła i zaprosiła resztę trupy. - panna van Zee sprawiała wrażenie, że bardzo niechętnie była skłonna opuścić towarzystwo egzotycznej szlachcianki i każdy pretekst aby przedłużyć to spotkanie wydawał się dobry.

                    - Naprawdę? Oh to rzeczywiście musimy się postarać i zadbać o naszego gościa. Ale to już nie bedę cię zatrzymywać kochanie. Jutro o tym porozmawiamy. Na spokojnie i bez zbędnych świadków. W naszym zaufanym gronie. - Soria uniosła brwi jakby była trochę zdziwiona tymi wieściami w sprawie teatru ale raczej pozytywnie. Gładko jednak rozbudzała młodą szlachciankę kusząc ją obietnicą jutrzejszego spotkania. I chyba skutecznie bo panna van Zee dość niechętnie opuszczała jej towarzystwo.


                    - Dobrze, że ojca widzę. Chciałabym ojcu komuś przedstawić. To Thobias Bert, mój przyjaciel. A także szanowany wykładowca w Akademii i wychowawca młodzieży i ich korepetytor. - Pirora przedstawiła dobrze ubranego mężczyznę ze starannie przyciętym zarostem. Oczywiście był ubrany w ciemne barwy zgodne z obowiązującą żałobą. Obaj mężczyźni przywitali się ze sobą wymieniając uściski dłoni i ukłony. Żaden z nich nie był szlachcicem więc nie obowiązywała ich tak ścisła etykieta jak błękintnokrwistych.

                    - Opowiedziałam mu o waszych kłopotach w hospicjum. O tym biednym Georgu. Zrobił na mnie duże wrażenie, sama bym się nim zaopiekowała ale ten Thorne to już kres moich możliwości. A rozmawiałam z Fabienne i jej też nie byłoby łatwo wziąć jeszcze kogoś. Ale Thobias ma warunki i chęci. No i doświadczenie z pracą z młodzieżą. - Pirora wyjaśniła przeorowi dlaczego przedstawia mu swojego znajomego nauczyciela. Ten pokiwał swoją łysawą głową na znak, że teraz rozumie o co chodzi.

                    - To bardzo zaszczytne. Ale jednak George… Jest dość specyficzny. Fizycznie ma gdzieś około czwartego krzyżyka ale umysł… No umysł pobłądził mu strasznie. Mam wrażenie, że zatrzymał się na etapie małego chłopca. Lub wrócił. Przyjmuje tylko proste polecenia jak mały chłopiec właśnie. - przeor uprzedził guwernanta jak to jest z tym akurat pacjentem. Na co ten pokiwał głową dając znak, że koleżanka mu już to wstępnie wyjaśniła ale chętnie by zobaczył go osobiście aby sprawdzić jak się sprawy mają.


                    Heinrich

                    - I spójrz Heinrichu. To jest właśnie Petra von Schneider. Córka szanowanego profesora artylerii w naszej znamienitej Akademii. - Heinrich akurat złapał się na moment rozmowy z Pirorą gdy ta wyłuskała gdzieś w tłumie jedną ze swoich koleżanek. I wskazała ją koledze.

                    https://i.imgur.com/DpAlG1s.jpg

                    Młoda dama co szła z rodzicami rzeczywiście wyglądała w sam raz na dorosłą córkę jakiegoś możnego. Poza ciemnymi barwami jakie obowiązywały w czasie żałoby. Jak na kobietę to w miarę wysoka, szczupła, oszczędnie pomalowana i naturalna blondynka o starannie ufryzowanych włosach. Wydawała się kompletnie niepasować do tych wyuzdanych opowieści jakie parę dni temu opowiadała mu panna z Averlandu.

                    - Mogę was sobie przedstawić. Tylko lepiej nie mów kim byłeś. Ale jak nie chcesz korzystać a wolałbyś pooglądać młodą Petrę w akcji z kimś znacznie starszym to też powinno być do zrobienia chociaż przygotowania by nieco zajęły nam czasu. - Pirora uśmiechnęła się wesoło pod nosem gdy przedstawiała starszemu koledze różne warianty zawarcia znajomości z córką profesora żeglarskiej akademii.


                    Joachim

                    Joachim zaś natknął się na rodzinę van Hansenów. Mikael i Martina stali z trzecim mężczyzną. Zaś ze dwa kroki obok ich córka, Froya, rozmawiała o czymś zawzięcie z blondwłosą Katherine von Siert oraz swoją przyjaciółką Madeleine von Richter oraz jej mężem Thomasem. Kapłanka Ulryka niezmiennie przykuwała uwagę młodej von Hansen. Ale to właśnie baron von Wirsberg jaki rozmawiał z jej rodzicami zwrócił uwagę na młodego astromantę.

                    - O, Herr magister! A prosimy do nas, prosimy! - baron zawołał do niego zapraszająco wspomagając słowa także gestem. Wcześniej co prawda powoływał się na znajomość z von Hansenami ale dopiero teraz po raz pierwszy Joachim spotkał ich razem. Wiekowo rzeczywiście cała trójka była z tej samej generacji. W przeciwieństwie do Joachima jaki wiekiem bardziej pasował do sąsiedniej grupki.

                    - Witaj Joachimie. - Frau von Hansen wyciągnęła swoją dostojną dłoń ozdobioną gustownyi pierścienami aby młody człowiek mógł ją elegancko ucałować. Gdy się przywitali mogli rozmawiać dalej. - Heidrich opowiadał nam właśnie o twojej wizycie. Cieszę się, że doszliście do porozumienia. I jeszcze nasza szanowna Matka Somnium tam była. Aż zdumiewające, że ona jest taka młoda jak na swoje stanowisko nieprawdaż? - baronowa zagaiła rozmowę na jeden ze swoich ulubionych tematów czyli astrologii i metafizyki. Wydawała się być niezmiernie zainteresowana tym, że młody astromanta oraz wieszczka Morra razem badają sny jej przyjaciela.

                    - Czyli na pewno jest bardzo uzdolniona kochanie. Inaczej pewnie byłaby zwykłą kapłanką w jakimś podrzędnej świątyni i nie przysyłaliby aby odprawiła mszę żałobną na cześć naszej księżnej matki. - Mikael starał się jakoś ostudzić entuzjazm żony dorzucając całkiem rozsądne wyjaśnienie.

                    - A ja postanowiłem chwycić byka za rogi. I pojadę tam jeszcze raz. Tym razem będę przygotowany! Wezmę pachołków i ogary. I rozprawię się z tym potworem co mnie tak prześladuje w snach! A na jawie ubił i ukradł mojego jelenia! - za to baron von Wirsberg zdradzał entuzjazm co do swojego nowego pomysłu.

                    - Lepiej postaraj się o dyspensę od ojca Absalona. Albo Matki Somnium. Bo jeszcze wyjdzie, że robisz jakieś polowanie dla zabawy i rozrywki. - poprosiła baronowa z troską w głosie nie chcąc aby jej kolega napytał sobie biedy za złamanie nakazów żałoby po księżnej.

                    - Polowanie? To wujaszek organizuje jakieś polowanie? - wydawało się, że Froya prawie w nadnaturalny sposób wyłapała interesującą ją frazę. Ale chyba nie usłyszała zbyt wiele aby zorientować się o co dokładnie chodzi więc wolała się dopytać. A może to był jakiś młodzieńczy wybryk dla żartu.

                    - Zajmij się proszę swoimi gośćmi kochanie. Wujaszek Heidrich na razie rozważa wyprawę poszukiwawczą na bagna i jeszcze nic nie jest postanowione. - zwrócił się do niej ojciec jakby z miejsca chciał ukrócić zapał tym razem córki.

                    - Ona tak zawsze jak tylko gdzieś ktoś mówi o polowaniu. Albo turniejów. Albo balach. - dodała przepraszająco baronowa jakby chciała przeprosić za zachowanie córki.


                    Otto

                    - O, Otto, dobrze, że cię widzę. - jednooki mnich spotkał swojego przełożonego na dziedzińcu przed świątynią. - Jedna z naszych dobrodziejek, ta Pirora z Averlandu, przedstawiła mi profesora naszej Akademii. Jest zainteresowany Georgiem. Widocznie zrobił dobre wrażenie na szlachciankach i opowiedziały o nim temu Thobiasowi. Umówiłem spotkanie na jutro. Więc rano jak przyjdziesz zadbaj o Georga aby się dobrze prezentował. - polecił mu tonem wyjaśnienia oraz instrukcji na jutrzejszy dzień. I wzniósł ręcę ku górze aby znów nie wybuchły jakieś zamieszki jak ostatnio to się zdarzało. Poza tym powiedział, że rozmawiał też z Matką Somnium o tym, że jej przepowiadnia się ostatnio sprawdziła więc zaprosił ją ponownie. Obiecała przyjść tak szybko jak to możliwe czyli pewnie jutro albo na dniach. Miała sprawdzić aurę i czy coś jej się nie rzuci w oczy po tym ostatnim wybuchu szaleństwa.

                    - Aha i ta von Mannlieb wysłała cię po jakieś ciuchy dla Anniki? Co ona sobie wyobraża? Ci szlachcice to sobie wyobrażają, że im wszystko wolno. No ale to nasza dobrodziejka to musimy być dla niej grzeczni. Dobrze, że się sprawiłeś i była z ciebie zadowolona. Aha mówiła, że może znów po ciebie posłać bo skoro już raz z nią byłeś to już wiesz co i jak. No to jak kogoś przyśle to idź. Może znów da nam jakiś datek albo przyśle jakiegoś innego sponsora. - przy okazji Otto dowiedział się, że widocznie przeor rozmawiał już z bretońską szlachcianką i ta całkiem zgrabnie załatwiła mu wyjaśnienie czemu wczoraj nie było go przez większość dnia w hospicjum. Oraz przygotowała grunt pod planowane zakupy dla Anniki. Chociaż broń i pancerz to raczej niekoniecznie były ubrania jak to powiedziała przeorowi. Ten zapewne nie byłby zadowolony z takiego wykorzystywania swojego personelu ale skoro Frau von Mannlieb dała ostatnio tak solidny datek i przyjęła pod swój dach dwie pacjentki to był skłonny przymknąć na to oko i pójść jej na rekę.

                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
                    Czas: 2519.07.11; Festag; przedpołudnie
                    Warunki: salon; jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; ziąb (0)

                    Goście Pirory

                    Podobnie jak to ze zborami i innymi spotkaniami z większa ilością osób to i do kamienicy na Bursztynowej 17 zanim goście gospodyni przyszli na piechotę lub powozami to trochę to trwało zanim zebrał się komplet. Ale jak już się stopniowo zbierał to robiło się całkie rodzinnie. Bo skład był dość podobny do tego co mieli wczoraj na zborze. Tylko atmosfera była przyjemniejsza, bardziej zrelaksowana gdy wszyscy wiedzieli, że spotkanie zapewne szybko przeniesie się do piwnicy i urządzonego tam prywatnego loszku gospodyni gdzie gościła zaufanych gości i kochanków.

                    - O dobrze, że już jesteście. Fabi właśnie nas zapoznawała z bretońską kulturą i tradycją. I opowiadała legendę o Adelajdzie. - z pozoru nie było się do czego przyczepić. Zapewne tak właśnie powinino wyglądać spotkanie śmietaknki towarzyskiej po mszy. Eleganckie panie i panny siedzące na ozdobnych krzesłach, pośród dzieł sztuki jakie udało się zgroamdzić gospodyni i trzymając w swoich wypielęgnowanych dłoniach kryształowe kieliszki z winem lub barwnie malowane filiżanki z czymś gorącym. Wciąż wszystkie były ubrane na czarno tak jak to było na mszy. Tylko bez płaszczy, futer i wierzchnich okryć a więc w całej, swojej dostojnej krasie.

                    - O tak, bardzo lubię tą legendę. Adelajda była bogobojną i zacną szlachcianką mieszkającej na południu, przy granicy z Estalią. Tam zresztą gdzie i ja bo ja jestem z Brionne. I ta piękna i nadobna dama została porwana przez barbarzyńców. Ci sprzedali ją na południe. Tam została wystawiona na aukcji niewolników. Aby ją poniżyć i obnażyć zerwano z niej ubranie. Ale wszyscy ci barbarzyńcy zamiast się śmiać i szydzić to pojęli jej wyjątkowość i prawdziwe piękno. Każdy chciał ją mieć dla siebie. Więc ceny poszybowały w górę. W końcu kupił ją jakiś arabski kupiec i uczynił swoją nałożnicą. Jedną z wielu w haremie. Aby wszyscy wiedzieli, że należy do niego kazał jej zrobić niewolniczy tatuaż. A potem uczynił najpodlejszą z podłych i najnędzniejsza z nędznych w swoim haremie. Musiała usługiwać także jego licznym żonom i nałożnicom. W końcu jednak jej hańba skończyła się i odnalazł ją jej narzeczony, sir Justin. Zabił złego kupca i wszystkich jego strażników. A potem ją uwolnił i zabrał do siebie. I żyli długo i szczęśliwie. Zawsze urzekała mnie ta ballada. Ależ ta lady Adelajda miała wspaniałe przygody! - Fabienne na użytek tych co dopiero weszli streściła im to co zdążyła już opowiedzieć reszcie. Większość zebranych roześmiała się z rozbawienia. Właściwie mogło dziwić dlaczego w salonie obok Fabienne siedzi Annika. W końcu spotkania szlachty nie były przeznaczone dla służby. A już na pewno nie po to aby razem z nimi siedzieć i mieszać się z pospólstwem. Na czarnowłosą służkę jednak jakoś nikt nie zwracał uwagi, że robi coś niestosownego. Makijaż jaki miała na sobie dość dobrze maskował efekty wczorajszej bijatyki. Chociaż opuchlizny po lewej stronie twarzy jaka częściowo weszła już na oko nie dało się przypudrować. Z bliska było widać też wczorajsze rozcięcie na ustach Fabienne. Ale też dobrze aźnięte pomadą, że wydawało się, że to jakaś opryszczka czy drobne skaleczenie a nie efekt ciosu.

                    - Chyba mogę zrozumieć Fabi, dlaczego podobają ci się historie z pięknymi niewolnicami w roli głównej. - powiedziała siedząca na najlepszym krześle Soria. Co znów wywołało falę wesołości bo Bretonka bynajmniej nie zaprzeczała. Na innych krzesłach siedziały obie łotrzyce. Przyszły tu wcześniej bo za bardzo nie chciały się rzucać w oczy po mszy w świątyni jaką zamierzały jutro w nocy obrobić. Też były w tych szaroburych, prostych spódnicach ale już zdjęły białe czepki i kończyły zmywać makijaż przez co ich twarze zrobiły się bardziej znajome.

                    - A w ogóle to właśnie rozmawiałyśmy, że trzeba chyba założyć klub niewiernych żon. - Fabienne oznajmiła nowym gościom co jeszcze rozmawiały zanim ci nie przyszli. Ciekawe spoglądała na Lilly i Dornę. Lilly cieszyła się u niej szczególnymi względami jako ta która cieszy się łaska ich patrona objawiającym się choćby w jej mutacjach czy znamieniu. A oprócz tego była całkiem zgrabną, wesołą, młodą kobietą. Dorna zaś była dla niej nowa. Jak zresztą jeszcze wczoraj wieczorem dla wszystkich w zborze. Bretonka mogła ją spotkać dzisiaj po raz pierwszy. Okazało się, że Lilly przyszła zaproszona przez gospodynię to i zabrała ze sobą koleżankę z Jaskini. Aby mogli się lepiej nawzajem poznać no i zabawić. I być może koleżanki mimo wszystko liczyły, że zmienią jej zdanie co do zasiania.

                    - Tak. Bo właśnie tak sobie rozmawiałyśmy, że większość naszych rówieśniczek jest już mężata, dzieciata albo chociaż zaręczona. Tak jak nasza Fabi. Takie samotne panny jak ja to raczej wyjątek. Więc jak chcemy rozszerzyć działalność to musimy zacząć się rozglądać za paniami z obrączkami i pannami z pierścionkami na rękach. I tak obgadujemy sobie które by były najbardziej obiecujące. - Pirora dopowiedziała resztę skąd im się wziął taki temat do omawiania. Na co Fabienne chętnie przytaknęła. Pula niezamężnych i nie zaręczonych koleżanek była ich zdaniem mocno ograniczona więc zaczęły się zastanawiać nad tym kogo obiecującego można by próbować wyłuskać i pozyskać dla własnej uciechy a może i pożytku. W końcu każda z nich jeśli sama nie zajmowała jakiegoś stołka to miała jakiegoś męża, narzeczonego, pracowników, służbę czy inne wpływy i zasoby jakich mogłaby użyć.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Niedostępny
                      SantorineS Niedostępny
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #108

                      Oryginalny autor: Seachmall

                      Festag; noc; końcówka zboru

                      Otto niestety nie zgłosił się do pomocy przy rabunku świątyni. Bliskość jego persony z tym miejscem, do tego jego własny wkład w wprowadzeniu dwóch "pokutnic" czyniło go oczywistym podejrzanym. Im mniej będzie faktycznie wiedział o tym co się stanie podczas napadu, tym lepiej mu będzie udawać biednego idiotę, którego ladacznice wykorzystały, aby zyskać skarb.

                      Uwaga Thobiasa sprawiła, że mnich zaczął się zastanawiać. Eksplozja w akademii, rabunek świątyni, cała scena jaką planują w teatrze. Gdyby jeszcze jakoś wyszło, że za kilkoma z tych zdarzeń stoi ta wiedźma, która uciekła z kazamatów i właśnie zmierza do Norki. Opinia szlachty o łowcy czarownic na pewno by podupadła.

                      Otto wysłuchał Sigismundusa i przyjął od niego strzykawki z darem Oster. Upewnił się, że są schowane bezpiecznie. Chwilę zastanawiała go opinia Mergi. Być może, wśród tych jaj jest jakieś "królewskie" jajo, które ma zrodzić matkę roju, ale nie znał się na tym za bardzo. Pozostawił badanie tego dalej Sigismundusowi i obiecał, że jeżeli znajdzie potencjalne nosicielki to nie zawaha się ich pobłogosławić.

                      Festag; poranek; msza

                      Otto przybył na mszę skromnie ubrany w swoje mnisie szaty i maskę, zakrywającą okaleczenia na twarzy. Nie brał znacznego udziału w psalmach i modłach, skupiając się bardziej na medytacji, planowaniu i cichej czci Wielkiej Czwórki. Delikatnie się uśmiechnął gdy usłyszał zawodzenie Absoloma o czystości i przyzwoitości. Zważając jak ma zamiar spędzić resztę dnia, będzie musiał zawieść starego kapłana.
                      Zmartwiła go wypowiedź Matki Somnium. Zwiększona ilość snów i zainteresowanie nimi kościoła mogą sprowadzić na nich problemy. Podejrzewał, że zarówno miejski Łowca Czarownic jak i Kapłanka Morra, powinny zostać skierowani na jakiś nowy tor.

                      Później sprawy przyjęły już w miarę spokojny ton. Uradowanie Sigismundusa wywołało szczeru uśmiech na twarzy młodszego Chaosyty. Eksperymentator już niedlugo będzie mógł się pochwalić efektami swych poczynań, zastanawiało Otto, w jaki sposób przetrzymuje insekty od Oster. Pytanie na później.

                      Mnich wrzucił kilka srebrników łotrzycom kiedy te do niego podeszły i zapewnił, że przybędzie na przyjęcie u Pirory. Upewniając się, że nikt go nie widzi klepnął, wcale nie delikatnie, obie kobiety po kuperkach na do widzenia.

                      Już miał opuszczać świątynie kiedy zatrzymał go przełożony.

                      Festag; poranek; Świątynia; Rozmowa z Przeorem

                      Mnich przywitał swego przełożonego.

                      - Och, doprawdy? Wspaniałe nowiny. - uśmiechnął się - Jutro chciałem też sprowadzić tego Magistra. Zastanawiał się czy senne wizje Georga nie są oznaką jakiś magicznych zdolności. Postaram się to załatwić przed pojawieniem się… Thobiasa, tak? - Otto wysłuchał słów dotyczących matki Somnium. Wiedział, że ta kobieta będzie problemem, ale teraz może to tylko pogorszyć sprawę. Trzeba będzie wyciągnąć Heroldów jak najszybciej.

                      Delikatnie się zaśmiał na słowa przełożone dotyczące Fabienne.

                      - Wybacz, ale sądziłem, że dobrze będzie się przypodobać Frau von Mannlieb. Sądziłem, że moja nieobecność będzie warta kolejnej dotacji, jeżeli współpraca do niej przekona. Oczywiście, że pomogę jeżeli po mnie przyślą. - mnich pokręcił głową - Ale masz rację. Szlachcie. Mają więcej kasy niż my, czyni ich to drugim Karlem Franzem.

                      - No, no, nie rozpędzaj się tak z tym naszym cesarzem. Cesarz jest tylko jeden i jest szczodrym i mądrym ojcem dla nas wszystkich. - przoer pogroził mu palcem ale Otto nie był pewien czy mówił to na poważnie czy sobie kpił. Zapewne od kogoś na jego stanowisku wypadało upomnieć młodszego pracownika ale, że mówił to nieco rozstargnionym tonem myśląc już chyba o czymś innym.

                      - George i zdolności magiczne? Pfuj! Wypluj to słowo! - skrzywił się na myśl, że mieliby mieć w hospicjum kogoś podejrzanego o nadnatrualne zdolności. Zupełnie jakby Otto mu podstawił żabę do połknięcia. - Mam nadzieję, że nie. Tego jeszcze brakowało. Przecież to by trzeba zgłosić. Pewnie by się zjechali komisję robić o go sprawdzać. A sam wiesz jak to trudno ich zadowolić. Z dziećmi to się nawet udaje. Zazwyczaj. Ale jak dorosły to zaraz guślarz albo wiedźma. I wiesz co się dzieje potem. No i zawsze szukają czy nie miał wspólników albo czy co gorsza do jakiejś sekty należy. No zgadnik gdzie by ich szukali najpierw? - starszy mnich wyraźnie nie przepadał ani za magami ani za tymi co ich kontrolują i ścigają gdy zajdzie taka potrzeba. A przedstawiony przez niego scenariusz brzmiał całkiem prawdopodobnie. Było całkiem realne, że gdyby uznali Georga za guślarza czy kogoś takiego podejrzanego to mogłoby im przyjść do głowy aby przeszukać jego otoczenie. Czyli w praktyce zapewne całe hospicjum poszłoby do sprawdzenia. Nawet w razie gdyby wyszli z tego bez szwanku to i tak byłoby z tego zamieszanie i wątpliwe aby było przyjemne.

                      - No ale dobra, jak już go umówiłeś to niech przyjdzie. Szczerze mówiąc wolałbym tego nauczyciela co go ta nasza dobrodziejka poleciła. Zrobił na mnie dobre wrażenie. No i to człowiek wykształcony i z doświadczeniem z pracą z młodymi ludźmi. Co prawda Geoerge fizycznie to jak wiesz trudno go uznać za “młodego człowieka” no ale umysłowo to no sam wiesz. No i ten Thobias nie jest magiem. No ale już niech przyjdzie ten magister. Może być jutro. Ten Thobias też ma być jutro albo pojutrze. - przeor po raz kolejny okazał brak zaufania i sympatii do użytkowników magii. Nawet tych licencjonowanych. Skoro jednak po częsci już i tak sprawa była umówione to nie chciał cofać danego słowa i podtrzymał zgodę na wizytę Otto w hospicjum.

                      - No i ta Frau von Mannlieb. Wspaniała kobieta. Taka urocza i wykształcona. No i przede wszystkim hojna. Dobrze, że zrobiłeś na niej take dobre wrażenie. Takich ludzi właśnie nam trzeba. Przecież ja nie mogę przewidzieć co się gdzieś stanie aby wam wydać dyspozycje na każdą okazję. Jak jeszcze coś w hospicjum jak jestem na miejscu to dobrze ale jak mnie nie ma albo właśnie coś trzeba załatwić poza no to jednak dobrze aby to był ktoś elastyczny. A tej Bretonki to się trzymaj. Może znów nas obdarzy jakimś datkiem albo kogoś podeśle. Ci szlachcice to oni tam się wszyscy znają, ktoś komuś powie dobre słówko o nas to sam widzisz jak z tym nauczycielem. Ale jak powie coś źle to tak samo. - na koniec przeor uśmiechnął się ciepło do jednookiego mnicha i pochwalił go za roztropność jaką wczoraj okazał w sprawie Anniki i jej bretońskiej pani, że ta dzisiaj go tak się nie mogła nachwalić u jego zwierzchnika. Wyczuł widać okazję, że to może być jakaś furtka przez jaką może udałoby się pozyskać kolejne datki i sponsorów.

                      - W sumie otrzymałem zaproszenie na spotkanie z grupą możnych dziś u lady Pirory. Najwyraźniej spodobałem się podczas oprowadzenia po hospicjum. Postaram się wybadać potencjalnych sponsorów.

                      - Doprawdy? No to cudownie! No to jedź i reprezentuj nas dumnie. Tylko z głową. Bez nachalności. Oni tego nie lubią. Nie bądź natrętny. To powinno pomóc. No i działaj, działaj Otto, może znów nam łaska możnych będzie łaskawa. - przeor tyleż zdziwił się co ucieszył taką wiadomością. Klepnął na zachętę młodego mnicha w ramię dając mu wyraz swojego poparcia dla takiej obiecującej inicjatywy. I widział w niej szansę na nowe datki dla ich hospicjum dla jakiej charytatywność i łaska możnych była głównym chociaż niezbyt przewidywalnym źródłem dochodu.

                      - Oczywiście. Mam nadzieję, że nie zaprosiły mnie po prostu, aby pokazać innym szlachcicom jak wygląda członek plebsu. - mnich pokręcił głową - Oczywiście opowiem, jak istotna jest nasza instytucja i jak każdy, któregoś dnia, może jej potrzebować.

                      Festag; popołudnie; kamienica Pirory; spotkanie u Pirory

                      Otto przywitał wszystkie kobiety ciepłym uściskiem, oprócz oczywiście Sorii. Skłonił się przed córką Soren, głównie ponieważ nie był pewny, czy byłby w stanie się powstrzymać, jeżeli poczuł by jej zapach. Wysłuchał planów Pirory i Fabienne, delikatnie się zaśmiał.

                      - Plan przedni, chociaż wątpię aby się udał. Przynajmniej w tej formie. Większość kobiet nie chce zdradzać swoich mężów, albo przynajmniej nie wie, że chce. - mnich zastanowił się zatrzymując na dłuższą chwilę wzrok na Fabi - Ale jak to się mówi, okazja czyni złodzieja. - jednooki kultysta się uśmiechnął - To byłaby nie lada inwestycja dla was moje drogie, ale może się opłacić, a na pewno przyciągnie nam odpowiednie osoby. Co powiecie na otworzenie budynku z usługami dla kobiet? Łaźnie z ciepłą, perfumowaną wodą z płatkami kwiatów. Służki czeszące im włosy miękkimi szczotkami, farbujące im paznokcie, nakładające im odważny, lub po prostu podkreślający makijaż. Młodzi mężczyźni o zgrabnych ciałach i miękkich dłoniach masujący ich obolałe mięśnie. - Otto zerknął na kobiety - Nie każda weźmie przynętę od razu. Jedna wróci do domu i będzie kochać się z mężem, myśląc o młodym jędrnym ciele masażysty, albo zacznie się pieścić z tym obrazem w umyśle. Inna, odważniejsza może poprosi o bardziej, dogłębny masaż?

                      - Otto, to jest genialne! - zawołała zachwycona Pirora. Chociaż raczej zawołała pierwsza. Bo zaraz za nią zrobiła się wesoła i podekscytowana wrzawa slaaneshytek uwiedzionych taką wspaniałą wizją. Mówiły gwałtownie jedna przez drugą aż trudno było się na którejś skoncentrować.

                      - Oj to ja bym miała poważny dylemat. Czy raczej wolałabym świadczyć takie usługi czy korzystać z takich usług. - Fabienne udała zafrasowaną tym poważnym dylematem. Reszta koleżanek zaśmiała się z tego i rzuciła parę wesołych i nieco złośliwych komentarzy.

                      - My byśmy mogły pracować w takim przybytku! I usługiwać pięknym i bogatym paniom! - zawołały obie łotrzyce a i Onyx pokiwała twierdząco głową.

                      - Może nawet dla Lilly znalazłoby się jakieś zajęcie? Przynajmniej jakby jakaś pani życzyła sobie coś odważniejszego i bardziej egzotycznego? - zaproponowała Burgund wskazując na odmieńca o liliowych włosach która póki była ubrana jak choćby teraz, w długą suknię do samej ziemi to nawet mogła uchodzić za całkiem zgrabną, młodą dziewczynę o przyjemnym dla oka wyglądzie. Mutantka zaśmiała się rozweselona taką piękną wizją.

                      - O! Wreszcie bym miała dużo księżniczek dla siebie! - zawołała ochoczo. Pewnie już wiedziała, że nie wszystkie ładnie ubrane młode kobiety to księżniczki ale sama lubiła sobie żartować ze swojej własnej, nieco naiwnej niewiedzy jaką prezentowała pół roku temu gdy świeżo przyjechała do miasta.

                      - I tych przystojnych masażystów jeszcze trzeba by poszukać. - powiedziała bretońska szlachcianka zapytując łotrzyc czy jakichś nie znają.

                      - Oj no nie wiem. O jakimś klubie tylko dla kobiet to już w zimie rozmawiałyśmy no ale zabrałyśmy się za ten teatr no i to tak trochę upadło. Tak w opozycji do “Niżnika” co tam jest wstęp tylko dla mężczyzn. I ponoć pracują tam bardzo ładne kelnerki. To miałyśmy pomysł aby nasze kelnerki były jeszcze ładniejsze od nich. Ale to jednak trzeba by zachować pozory. Zwłaszcza w sprawie pracujących tam mężczyzn. - Pirora nieco ochłonęła z pierwszego zachwytu i zaczęła rozmyślać nad bardziej przyziemnymi aspektami takiego pomysłu.

                      - W ogóle nie znasz się na bajerze Pirora. - zaśmiała się cicho Łasica nadal szczerze rozbawiona. - A niech tam pracują same kobiety. Oficjalnie. A nieificjalnie to kto będzie tam wiedział co się dzieje za zamkniętymi drzwiami? Przecież jak jakaś mężatka skorzysta z usług nie tylko tych oficjalnych to raczej nie będzie o tym pytlować na całym mieście a już na pewno nie w domu. Zobacz na naszą kochaną ladacznicę. - łotrzyca jak zwykle okazała chytrość lisa dostrzegając inne sprawy no i podając za przykład bladolicą, czarnowłosą Bretonkę. Ta pokiwała głową bo w końcu jako jedyna mężatka w ich gronie sporo ją kosztowało aby utrzymać pozory, że zachowuje się jak na wierną i bogobojną żonę przystało.

                      - Ale z tymi żonkami Otto to my wiemy, że większość to jednak “będzie na nie”. Ale i tak jak tak właśnie rozmawiałyśmy to chyba mamy parę obiecujących kandydatek. Bo niestety liczba dorodnych, wolnych panienek, albo wdów, albo takich kobiet u jakich się toleruje z przyczyn różnych, że nie mają męża albo narzeczonego to jest dość ograniczona. - Fabienne zwróciła się do mnicha do tego pomysłu o jakim mu mówiły gdy tylko przyszedł do salonu. Sama tak samo jak jej koleżanki dała się uściskać na przywitanie więc miał swój wianuszek kobiecych uścisków jakich pewnie niejeden kolega by mu pozazdrościł. Zaś ich wężowa milady dumnie i elegancko skinęła mu głową przyjmując te wyrazu szacunku i hołdu dla swojej nietuzinkowej osoby.

                      Otto ucieszył entuzjazm slaaneshytek. "Korupcja", jak określiliby to sługi bogów południa, może przybrać różne formy. Wysłuchał wyjaśnień Fabienne i Pirory, najwyraźniej nie zrozumiał na początku natury klubu, jaki miały na myśli.

                      - Ah, taki klub. Na pewno będzie opozycja lokalnych mężczyzn, ale sądzę, że jeżeli Pirora i Soria będą "głowami" tego klubu, to nie będą mieli przebicia. - mnich się zastanowił - A cóż byście robiły z tymi "niewiernymi"? Wymieniały się skandalicznymi opowiastkami? Polecały sobie kochanków? Będziecie miały sypialnie, aby mogły sobie skorzystać? Z dziurkami w ścianach oczywiście, trzeba się upewnić, że robią to dobrze.

                      Heinrich dotarł na spotkanie już po Otto, ale w przeciwieństwie do niego zadowolił się przysłuchiwaniem tej rozmowy, której temat tak poruszył Slaaneshytki. Na razie ograniczył się do uprzejmych przywitań zgromadzonych, samą Sorię i panią domu traktując najbardziej szlacheckim zachowaniem przynależnym tej okoliczności. Nie wtrącał się w rozmowę, ale jednocześnie wyraźnie zastanawiał się nad nią, popijając powoli alkohol z trzymanego kieliszka.

                      - A chociażby! No i oczywiście intensywnie byśmy ich używały. Ale nie obawiaj się Otto, przecież wiesz, że nie jesteśmy samolubne i zachłanne to i byśmy się podzieliły z wami tymi słodkościami. - zawołała wesoło Bretonka nie tracąc dobrego humoru z takiego ekscytującego pomysłu.

                      - No nie każda co ma ochotę na skok w bok musi zaraz mieć ochotę na inne kobiety. Niestety. - westchnęła Łasica ale też miała rozmarzony wyraz twarzy na myśl o takim wyjątkowym miejscu.

                      - A poza tym każda z takich pań to zapewne wniosłaby ze sobą posag wpływów, sakiewek i możliwości. Sam zapewne wiesz co mogłyśmy zdziałać w hospicjum z Fabi tylko dlatego, że się tam pofatygowałyśmy, sypnęłyśmy groszem i byłyśmy miłe. A gdyby tak miałybyśmy jeszcze ze dwie, trzy takie koleżanki? - zauważyła wesoło szlachcianka z Averlandu unosząc wymownie brwi. Co prawda dopiero co narzekała, że kiepsku u niej z funduszami między innymi dlatego wyręczenie się Tobiasem w kwestii opieki nad Georgem było jej tak na rękę. Ale im większa pula im podobnych koleżanek tym większa możliwości i znajomości jakimi mogły oddziaływać na otoczenie.

                      - Zapewne nie wszystkie by miały ochotę na romanse z innymi kobietami. Albo nie wszystkie nadawały się do rekrutacji do naszej rodziny. Ale i tak miałoby to sporo plusów. - Łasica też dołączyła się do luźnych rozważań nad taką opcją.

                      - Tylko niestety zorganizowanie takiego miejsca to samo miejsce by trzeba znaleźć, potem papiery załatwić, wykupić to, zorganizować wystrój i personel… Sporo pracy, czasu i pieniędzy. Zapewne by trwało tyle co teraz z teatrem. Może nawet dłużej bo do teatru to się nasi mężczyźni dokładają i to sporo bo głównie oni są przy sakiewkach. A czy by wsparli projekt takiego miejsca tylko dla kobiet to nie wiem. - Pirora też nieco ochłonęła z tego pierwszego wybuchu entuzjazmu i zaczęła dostrzegać więcej z drugiego dna.

                      - U nas to się do wód jeździło. Na leczenie, na reumatyzm, na różne rzeczy. Ale to jednak jakieś ozdrowieńcze źródełko by się przydało. Albo inne takie miejsce co by było malownicze, spokojne i o ozdrowieńczych właściwościach. Znaczy u nas tak to zwykle było. To i wtedy nie tylko kobiety by mogły jeździć do takiego miejsca. Chociaż taki klub tylko dla kobiet to też mi się podoba. - Fabienne podzieliła się uwagą przez perspektywę swoich bretońskich doświadczeń. Takie uzdrowiska były też popularne i w Imperium, zwłaszcza w towarzystwie i tych co nie musieli osobiście zmagać się ze znojem dnia codziennego i mogli sobie pozwolić na tydzień, dwa czy nawet dłuższy pobyt w takiej spokojnej okolicy.

                      - Powiedziałbym, że najlepiej nad morzem, ale też tego tutejsi widzą codziennie dużo. Może gdzieś w lesie? - Otto się zastanowił - Może wasi konkubenci z najbliższej pełni wiedzą coś o jakimś ładnym źródełku?

                      - Nie przesadzaj z tymi konkubentami. To, że sobie od czasu, do czasu z nimi pofolgujemy to nie znaczy, że nas łączy jakiś związek. - uśmiechnęła się Pirora chyba nieco rozbawiona takim wyrażeniem. Potem jednak zastanowiła się chwilę. W końcu wzruszyła ramionami. - Nie wiem. Można ich zapytać. - przyznała, się do swojej niewiedzy w tym temacie.

                      - Właściwie to jest sanatorium u mnichów pod Kurtwallen. Tam jeżdżą ci bogacze z Saltzenmundu. Ale i nasi też. No ale od nas to z parę dni drogi w górę Salt. - odezwała się Łasica co w tym gronie była w mniejszości urodzonej i wychowanej w tym mieście.

                      - I naprzeciwko od Stavern kiedyś coś było. Ale chyba się spaliło, czy tam zwierzoludzie kiedyś to najejachli. Chyba teraz to tylko ruiny by były. - dorzuciła Burgund gdy przypomniała sobie coś jeszcze ale sądząc po głosie i minie nie była zbyt pewna tych informacji. Stavern było nieco większą wioską i uznawano, że jest w połowie drogi między stolicą prowincji Salzenmundem a nadmorskim Neus Emskrank.

                      - Na wzgórzach za Zweedorf ponoć bije jakieś cudowne jeziorko w jakiejś skale albo jaskini. Ale tu tylko takie plotki słyszałam. Nawet w Zweedorf to tylko byłam raz czy dwa. Ale w tych Nawiedzonych Wzgórzach to ponoć pełno takich nawiedzonych historii. - niespodziewanie odezwała się nieco zapomniana w dyskusji Annika. Zweedorf z kolei leżało na szlaku między Stavern a nadmorskim Dietershaven w którym były główne stocznie Nordlandu i budowano tam większość jednostek morskich. Ale wygodnego połączenia z Neus Emskrank nie miało. Trzeba by jechać na zachód do Dietershaven omijając od południa skraj Diabelskich Bagien a potem odbić na ten szlak ku południu do Zweedorf albo na odwrót, od razu udać się na południe do Stavern i potem na północny - zachód do Zweedorf. Ostatecznie próbować na przełaj przedrzeć się przez leśne ostępy i zagubione wśród nich wątpliwej jakości leśne dukty.

                      - To sama nie wiem. Jak byśmy miały takie swoje sanatorium z leczącymi wodami to byśmy tam mogły się i i naszych gości gościć wedle uznania z dala od wścibskich spojrzeń. Ale to by czas i pieniądze zajęło aby to odnowić czy wybudować. A jak coś na miejscu to bliżej. Ale też plotkom i wścibskich spojrzeniom i językom byłoby bliżej. - Pirora podsumowała w zadumie te opcje jakie wydawały jej się ciekawe i chyba nie tylko jej. Ale żadna nie wyglądała do zrealizowania w najbliższym czasie. A i trzeba by poświęcić na to sporo zasobów i uwagi.

                      Otto chwilę się zastanowił.

                      - Porozmawiam z Przeorem. To człowiek medycyny, może coś słyszał. Do tego opowiem mu, jak to wasza wizyta w hospicjum zainspirowała was do takiej inwestycji, z drobną insynuacją dalszej współpracy. Może któraś z naszych pacjentek, lub pacjentów by znalazła tam zatrudnienie. - mnich się spojrzał na Pirorę - "Wyzwolenie Adelajdy"? Co powiesz na taką nazwę waszego przybytku?

                      - Witam szanowne Panie - Joachim, który przyszedł nieco spóźniony, uśmiechnął się szczerze do zgromadzenie, z większości składającego się z ładnych kobiet, z których wiele widział przy poprzednich okazjach nie do końca ubrane i w całkiem interesujących okolicznościach… no ale nie powinien się teraz rozpraszać. Kiedy doszło do pauzy w rozmowie, młody czarodziej postanowił zejść na trochę poważniejsze tematy.

                      - A propo dyskusji którą mieliśmy o wyprawie na bagna… Baron Wirsberg planuje się tam wybrać by zapolować na kryjącego się tam potwora, który pojawił się w jego i moich snach. Zastanawiam się nad dołączeniem do tej wyprawy. Froya van Hansen, którą dobre znacie, też by chciała w niej uczestniczyć…

                      - Tego tylko brakowało. Jakiś szlachciur pętający się po bagnach za tym samym co my. - skrzywiła się Łasica nie przyjmując pozytywnie tej wiadomości.

                      - Ja i tak nie zamierzam taplać się w tych błotach. - Pirora zaznaczyła, że już wcześniej nie zdradzała chęci wyprawy na te brudne, mokre bagniska i nadal to podtrzymuje.

                      - Na razie to i tak musimy się skupić na zrobieniu świątyni. A później to się zobaczy. Bo coś zdaje się jeszcze o robieniu Akademii była mowa a się raczej nie rozdwoimy. - Burgund dorzuciła od siebie uwagę bo sama razem z niebieskowłosą partnerką parła ku jak najszybszemu zrobieniu skoku na świątynię i nie chciała się rozpraszać na inne sprawy póki tego nie załatwią.

                      - No właśnie. To ktoś z was będzie brał udział w tej nocnej eskapadzie? Bo już parę osób się zgłosiło ale miejsca jeszcze są. - to jakby przypomniało Łasicy, że wczoraj nie wszyscy dali klarowną odpowiedź jak się zapatrują na udział w nocnym napadzie. A ten wedle planu jeśli nic się nie zmieni to powinien być realizowany już jutrzejszej nocy.

                      - Niech gwiazdy im odradzą takie pomysły. - odezwał się w końcu Heinrich - Byliby świetnymi myszami eksperymentalnymi, ale nie teraz... Nie przed świątynią. Pójdę z tobą zobaczyć czy ich coś zeżre, tylko nie teraz, hmm? - były Łowca Czarownic zwrócił się do Joachima i zaraz przeniósł uwagę na Łasicę - Udam się z wami do świątyni. Widzę wciąż zaskakująco dobrze, a mroki nocy mi nie przeszkadzają. Wystarczy mi blady poblask, jak gwiazd, aby widzieć jakby za dnia. Pomaga na różne takie włamywaczki... - dodał do dwóch dziewczyn, z którymi rozmawiał w karczmie.

                      - Naprawdę? Oh to byłoby cudownie! - Heinrich w zamian za obietnicę pomocy przy nocnej akcji został obdarowany dwoma kompletami wdzięcznych spojrzeń i uśmiechów od dwóch skruszonych grzesznic. Chociaż już bez charakteryzacji i białych czepków wyglądały na znacznie mniej skruszone a diabliki w ich oczach raczej dawały punkt ciężkości na grzesznice.

                      - I koniecznie trzeba będzie sprawdzić te twoje rączki i oczka którejś nocy. I te ostre traktowanie. Tylko na razie to sam widzisz, aż nie wiadomo za co się brać tyle roboty i ciągle dochodzą kolejne. - Łasica dodała w imieniu ich obu słodko - grzeszną obietnicę i chyba miały ochotę sprawdzić się ze starym łowcą czarownic tylko jakoś grafik ostatnio miały mocno zajęty a najbliższe dni i noce nie zapowiadały się jakoś luźniej. Pozostałe koleżanki z towarzystwa obserwowały zaciekawione tą wymianę zdań ocierającą się o jawny flirt.

                      Heinrich uśmiechnął się lekko.

                      - To wasz wybór, kiedy zechcecie spotkania. - wzruszył ramionami - A teraz to faktycznie bardzo zajęty czas. Może polubicie takie oczekiwanie? - skończył chyba lekko zaczepnie.
                      - A i mnie przyda się rozruszać na akcji. - dodał.

                      - Mój kalendarz zaczyna się zapełniać. - odparł Otto - Muszę zająć się Anniką i przygotować ją na wyprawę do ołtarza. Do tego jak ustaliliśmy, lepiej, abym się trzymał dalej od tej sprawy. - mnich spojrzał na Joachima - Nie wiesz z jaką obstawą idzie ten szlachcic? Może lepiej byłoby mu pomóc znaleźć się przed jego bóstwami, niż potworem. - jednooki westchnął - Im bliżej jesteśmy tym więcej komplikacji się pojawia.

                      - No właśnie, jak to sobie wyobrażasz? - zapytała Fabienne wskazując na siedzącą obok Annikę skoro już mnich poruszył ten temat i mogli o tym porozmawiać bez krępujących świadków i półsłówek. Była pacjentka hospicjum też spojrzała na nich bystro ciekawa tego o czym mowa.

                      - Rozumiem, że ustaliłaś z przeorem, że jestem na twoje zawołanie. - zaczął mnich - Jeżeli mogłabyś o mnie zawołać jutrzejszego dnia.. tak po południu. Odebrałbym od ciebie Annikę i udał się z nią do Silnego. - Otto zerknął na swoją byłą pacjentkę - Silny, tak jak ty, chce odnaleźć ołtarz i jak nazwa wskazuje potrafi się bić. Z nim udamy się do zaprzyjaźnionego kowala, który wszystko dla nas załatwi z tego co rozumiem. Potem zbierzemy się z resztą rodziny, która chce odnaleźć święte miejsce Norry i wyruszymy na poszukiwania. Zmierzałaś na południe więc tam zaczniemy.

                      - No nie wiem co tam zamierzacie przygotowywać ale skok na świątynie robimy w nocy. Całe miasto będzie spać. A przynajmniej powinno. - wtrąciła się Łasica zerkając po kolei na ich trójkę nie będąc pewna o czym właściwie mówią z tymi przygotowaniami nowej służki bretońskiej szlachcianki.

                      - A tobie Heinrichu to możemy ci pomóc się rozruszać dzisiaj. Albo podczas pełni jeśli byś z nami pojechał. Bo potem to znów nie wiadomo co, gdzie i kiedy. Sam widzisz, że rodzinka to zawsze znajdzie takim sprytnym dziewczynom jak my jakieś zajęcie. - odparła wesoło patrząc koso na starszego od niej mężczyznę i wspominając, że jakoś tak się dziwnie sprawy zboru układają, że obie łotrzyce całkiem często były w samym centrum planów i wydarzeń.

                      - No i właśnie dlatego aby was nieco odciążyć myślałyśmy aby zwerbować nowe koleżanki. Może nie od razu tak z zaproszeniem do przyjęcia do rodziny bo to jednak wymaga trochę sprawdzania. Ale już z tym klubem, salonem piękności czy jakimiś romansami i intrygami można by coś spróbować. Jak tak teraz o tym rozmawiałyśmy z Fabi to aż się trochę zdziwiłyśmy, że jest aż tyle obiecujących znajomości. - Averlandka wrzuciła swoje parę uwag aby przypomnieć, że to o czym rozmawiały gdy komplet gości zaczął się schodzić to nie tylko takie próżne plotkowanie ale mają całkiem obiecująco wyglądająco znajomości.

                      - Tak daleko na północ, nic tylko morze i marynarze raz na jakiś czas. Kobiety mają potrzeby, których kapłani i kupcy nie spełnią. - odparł Otto.

                      - Oj, żebyś wiedział, że mają. Albo są w innym aspekcie interesujące i obiecujące. - zaśmiała się młodziutka szlachcianka z dalekiego południa Imperium. Zresztą jej bladolica i czarnowłosa koleżanka podobnie radośnie potwierdziła to kiwając głową.

                      Na przykład Fedora von Brocke. Mniej więcej rówieśniczka Fabienne a mimo to nie była zamężna a nawet nie była z nikim zaręczona. Chociaż sama w sobie była całkiem obiecująca, nawet czarująca i chętnie ją zapraszano na różne bale, przyjęcia, wystawy czy koncerty. Niestety należała do rodu von Brocke. Jej dziadek był jednym z głównych filarów przedsięwzięcia jakie zaowocowało budową tego nowoczesnego miasta. I jednym z największych bankrutów tej inwestycji. Rodzina do dziś nie podnioła się z tego krachu. Stryj Fedory też był desperat i sądził i wadził się z kim tylko popadło więc nie zostawił po sobie dobrego wrażenia. A jego brat czyli jej ojciec, niejako poczuwał się do rodzinnej lojalności więc występował po jego stronie. Od tamtych wydarzeń Fedora zdążyła dorosnąć ale wciąż w dzisiejszych kręgach śmietanki towarzyskiej nazwisko von Brocke nie kojarzyło się zbyt dobrze. Raczej nie miała co liczyć, że jakiś zacny kawaler z dobrym nazwiskiem włoży jej zaręczynowy pierścionek na palec. Do tego ci mniej zacni może by dali się skusić na jakiś majątek czy pozycję ale, że Fedora nie była pierwsza w kolejce to wątpliwej jakości rodzimej fortuny to i nikt nie spodziewał się po niej zbyt wielkiego posagu. Jakby tego było mało często osobiście zajmowała się rachunkami ich rodzimej winiarni co w oczach szlachetnie urodzonych uchodziło za ujmę bo od tego się zatrudniało ekonoma lub kogoś takiego a szlachta miała pieniądze i o nich nie musiała mówić. Więc Fedora miała metkę kupczyka co też obniżało jej towarzyską wartość w oczach szlachty. Ale była ładna, zgrabna, dobrze wychowana, świetną partnerką do tańca i rozmowy więc chętnie ją zapraszano na bale i przyjęcia albo była jako przyzwoitka dla tych lepiej urodzonych panienek. Ale wciąż jej się marzył jakiś młodzieniec albo nawet już nie młodzieniec z dobrym nazwiskiem co by jej zapewnił byt na należytym poziomie. Z tego powodu tak liczyła na tegoroczny turniej i była tak rozczarowana jego odwołaniem i żałobą jaka ukróciła te najwygodniejsze preteksty do towarzyskich spotkań w większym gronie i okazją do poznania tych znamienitych gości co się na ten turniej zjechali do miasta.

                      Albo Katrin von Feiebard. Fabienne świetnie ją rozumiała bo też była żoną marynarza. Katrin była w o tyle gorszej sytuacji, że jej mąż pływał w naprawdę dalekie rejsu. Jak popłynął nieco po ślubie to go dwa lata nie było. Posiedział po powrocie pół roku i znów wypłynął. Teraz też już go chyba drugi rok nie było więc jego młoda żona czuła się jak młoda wdowa. A jak to trochę pożartowały sobie z Fabienne to okazało się, że Katrin nie jest ślepa na przystojnych młodzieńców i kawalerów jakich spotykała na balach czy w teatrze. Zresztą i wielu z nich także nie przegapiało młodej pani von Feiebard. Przyjemnie się z nią rozmawiało, miała polot w rozmowie i podobnie jak jej bretońska odpowiedniczka przeszła przez mury Akademii Morskiej. Tylko, że tutaj na miejscu a Fabienne w swoim rodzinnym Brionne. Nawet żartowała, że sama się zaciągnie na statek i popłynie szukać tego swojego morskiego nicponia. Ale na razie tkwiła tutaj czekając na niego i dość łakomie spoglądając na kawalerów i nie tylko, nigdy im nie odmawiając gdy prosili ją do tańca.

                      A Birgit von Hueber to wręcz rozczuliła Fabienne gdy zarumieniona na jednym z ostatnich przyjęć przed żałobą dyskretnie próbowała wypytać ją jak to jest z tą bretońską miłością w alkowie. Fabienne oczywiście bardzo to rozbawiło ale okazało wyrozumienie. Starała się ją zachęcić do takich eksperymentów i wyrażała się w samych superlatywach a nawet zaprosiła ją do siebie obiecując jej to wyjaśnić w bardziej dyskretnych okolicznościach. Birgit była zaręczona więc Bretonka zastanawiała się czy to jakoś wypłynęło od niej samej czy od jej narzeczonego. Ale od tamtej pory nie spotkały się, przynajmniej nie na tyle aby wrócić do tamtej rozmowy.

                      A z Cornelii zu Leiningen to w ogóle było niezłe ladaco. Mężatka z dwójką małych szkrabów. Chociaż raz nie udało jej się donosić ciąży a drugi raz maleństwo zmarło w kilka miesięcy po porodzie. Co jednak nie było niczym niezwykłym, nawet wśród szlachty. Ale jak to jakiś czas temu Cornelia jak już była nieco wstawiona rozgadała się z Pirorą gdzieś w alkowie to zdradziła jej, że ma całkiem sporo dobrych znajomych i jeśli jej wierzyć to miała niezłe używanie a to ze służbą a to z kimś kto jej wpadł w oko a mogła liczyć, że go stłamsi czy owinie wokół palca aby zachować dyskrecję. Ale czy to prawda czy tylko chciała zrobić wrażenie na młodej koleżance z południa która przecież nie rozpowiadała co ma w piwnicy i co tam się wyrabia no to właśnie nie było pewne. Potem jakoś nie wracały do tamtej rozmowy, Pirora nie była pewna czy Cornelia ją w ogóle pamięta czy tylko udaje, że nie albo nie uważa za warte ponownej rozmowy.

                      - I jest jeszcze parę innych jakie nam wpadły w oko z przyczyn różnych i wydają nam się całkiem obiecujące. Ale nie chcemy was zanudzać takimi pikantnymi szczegółami. - odparła wesoło Pirora gdy tak na zmianę z Fabienne skończyły omawiać te parę koleżanek jakie wydały im się obiecujące do rozszerzenia znajomości.

                      - Aha a jak sobie Otto życzysz to wezwanie na jutro to dobrze, wyślę bilecik po ciebie. Mam nadzieję, że przeor to uszanuje. - dorzuciła Bretonka wracając do tego co wcześniej mówił młody mnich o planach związanych z zamówieniem dla Anniki.

                      - Co do wyprawy na bagna planowanej przez Barona Wirsberga, to może jednak nie jest zły pomysł żebym ja i ktoś jeszcze z naszej grupy np. Heinrich do niej dołączył? Moglibyśmy albo zdobyć uznanie u miejscowej elity albo jeśli byłaby taka konieczność, kogoś się tam pozbyć? - zadumał się Joachim. Przy czym spróbuje opóźnić tę wyprawę by odbyła się po akcji w Świątyni.
                      - Przy okazji przypomniało mi się, że mieliśmy zdobyć trochę krwi Freyi w związku z proroczym snem który miał Aaron…

                      - Natomiast co do wspomnianej Świątyni…. - mam sporo na głowie, natomiast możliwe że mógłbym coś pomóc moją sztuką jeśli ciągle uważasz Łasico że macie za mało ludzi. Moje zaklęcie formy astralnej, o którym rozmawialiśmy, nadawałoby się do stania na warcie. Po drugie dzisiaj w nocy mam zamiar sprawdzić zaklęcie przywołania chowańca, które przekazała mi Merga. On by się też mógł nadać np. do ostrzegania albo przekazania informacji. - Czarodziej przedstawił możliwości które widział a jego oczy zaświeciły się na myśł o możliwości wykorzystania nowych zaklęć.

                      - Ale chyba mieliśmy robić tą świątynię bez żadnej magii. Aby wyglądało na zwykły rabunek jakiejś szajki z Saltezenmunda. - przypomniała mu Łasica na znak, że niezbyt jej się podoba pomysł z używaniem jakiś demonicznych chowańców. Zaś astromanta zdawał sobie sprawę, że skoro chodziło o praktykowanie nowego zaklęcia spisanego w języku w jakim dopiero się szkolił to może mu zająć nieco czasu jego płynne opanowanie.

                      - A ta niewidzialność co mówiłeś wcześniej to może się przydać. Sigismundus albo Strupas będą przy wozie. Silny i my w środku. Heinrich jeszcze nie wiem. Zobaczymy. Thobias też chyba na oku bo bić się chyba nie umie. Może potem do noszenia z piwnic na wóz. To ty też byś mógł być na oku na przykład z drugiej strony ulicy. To chociaż te dwie od strony głównej bramy byśmy mieli obstawione. - włamywaczka całkiem chętnie za to przyjęła ofertę pomocy w nocnym napadzie na świątynie. I tutaj jej twarz się rozpogodziła obdarzając astromantę ciepłym uśmiechem.

                      - A ten baron to wątpię aby się ruszył za miasto dzisiaj. Dzisiaj jest dzień święty. Najprędzej jutro. Ale nie zdziwię się jak przygotowania zajmą mu parę dni. Pewnie by musiał mieć dyspensę od kapłanów aby nie było, że robi to dla własnej próżności. Do tego czasu powinno być już po akcji w świątyni i Merga powinna odpłynąć do Norski. - liderka slaaneshytek oraz bywalczyni tawern i podejrzanych zaułków tego miasta wyraziła wątpliwość aby baron wyrobił się ze swoja bagienną wycieczką zanim oni zrobią swój nocny skok na świątynię. Zwłaszcza, że dzisiaj nie wypadało odmawiać święcenia dnia świątynnego a jak jutro by nie wyruszył to raczej powinno być po.

                      - Ale czy to tak dobrze to nie wiem. Jak ubije jakiegoś potwora na bagnach to ubije. Jak potwór jego to też niewiele nam zmienia. Ale jak się natknie na taki ołtarz jak my znaleźliśmy od Soren albo chłopaki ten od Oster? Albo coś tak innego z dziedzictwa Sióstr? To nie wiadomo co zrobi. Może zniszszczy? Utopi w bagnie? Przecież właśnie dlatego jak wyprawialiśmy się do Wrakowiska albo potem do tego uroczego zakątka to nie braliśmy nikogo spoza zboru. - co do losu barona Wirsberga to łotrzycy za bardzo nie obchodził. Ale traktowała go jako potencjalne zagrożenie dla odnalezienia części dziedzictwa Sióstr jakie mogło trafić w niepowołane ręce.

                      - A Froyi to jakoś ostatnio nie udało nam się spotkać. Przynajmniej nie tak w rozrywkowych celach aby móc próbować ją dźgnąć czy co aby zdobyć jej krew. - dodała jeszcze na koniec Pirora wyjaśniając, że mają to na uwadze ale okoliczności żałoby niezbyt sprzyjają prywatnym spotkaniom.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Niedostępny
                        SantorineS Niedostępny
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #109

                        Oryginalny autor: Zell

                        Zbór przebiegł zaskakująco po myśli. Heinrich nie oczekiwał, że w drodze powrotnej przyłączy się do niego Thobias, ale dość szybko w rozmowie zrozumiał co gryzie drugiego wyznawcę Tzeentcha. Nie była to obawa pozbawiona sensu, jednak także pozbawiona wyjścia. To, co były Łowca Czarownic widział, to pogardę, jaką guwernant czuł do Slaaneshytek - złodziejek szczególnie. Prawda była taka, że ich umiejętności nie można było lekceważyć, a wykorzystywać we własnych celach. Większość osób, z którymi Łowca Czarownic się spotykał i wykorzystywał ich usługi nie przypadłoby do gustu Thobiasowi i jego odsuwanie się widział jako słabość. Chcesz dopiąć celu, czasem trzeba zagryźć zęby.

                        Nie odrzucał słów mężczyzny. Wziął pod uwagę jego irytację i obawy, jednocześnie z zadowoleniem przyjmując jego "poświęcenie" w kwestii Georga. Sam Heinrich miał już zaczątki planu... trzeba było trochę dobrej woli okazać by okręcić się wokół kultystek Węża.


                        Festag; przedpołudnie; dziedziniec świątyni; Rozmowa z Pirorą

                        Heinrich z zaciekawieniem obserwował dziewczynę, a owo zaciekawienie wzrosło, gdy usłyszał kto jest jej ojcem.

                        - Chętnie ją poznam. - stwierdził, chyba bardziej głodny na cokolwiek, co może otrzymać ze znajomości niż na fizyczne uciechy, nawet jeżeli to się łączyło - Co możesz mi jeszcze o niej jako o osobie powiedzieć? - zapytał Pirory.

                        - Hmm… - szlachcianka z dalekiego południa Imperium była tak młoda, że dopiero stała u progu swojej dorosłości. Panienki w jej wieku to najczęściej jeszcze były pod opieką swoich rodziców i zwłaszcza wśród błękitnokrwistych były już zaręczone. Pod tym względem panna van Dyke była raczej wyjątkiem. Bo choćby jej rówieśniczka jak było widać jest tutaj z rodzicami. A o niej właśnie zastanawiała się Pirora jakby ją tu na szybko podsumować.

                        - Porządnie wychowana i wykształcona młoda dama. Na pewno nie wstyd się z nią pokazać w towarzystwie. Jeszcze nie jest zaręczona to na przyjęciach i balach sporo kawalerów prosi ją do tańca i w ogóle smali cholewki. Ona i jej rodzice są z Nuln więc bliżej im do mojego Averlandu niż tutaj to mamy ze sobą nieco wspólnych tematów. Ma po swoim ojcu zacięcie do broni palnej i umie liczyć te różne dziwne rachunki z prochu i balistyki. Chociaż ona sama to raczej się tym nie interesuje ale pewnie wiesz jak to jest jak rodzice chcą aby pójść w ich ślady albo, że coś tam się ci w życiu przyda wiedzieć czy umieć. Przebieranki lubi. W sensie często jak się ze mną umawia to aby nie wydało się kim jest to się przebiera za jakąś zwykłą dziewkę. I chyba jak na razie nikt się nie poznał, że to szlachcianka na gościnnym występie. I właściwie to zaczęła swoje przygody od spotkań z Oksaną a pewnie słyszałeś jakie ona ma preferencje. No ale jednak to raczej nie jest Fabi, że to jej główny nurt zainteresowań. Chociaż oczywiście tego to raczej się nie chwal, że ci mówiłam, zwłaszcza przy jej rodzicach. No to chodź bo zaraz się pewnie z kimś zagadają to będzie trzeba rozmawiać w większym gronie. - Pirora mówiła szybko i cicho starając się scharakteryzować w paru słowach swoją koleżankę jaką poznawała od zeszłej zimy. Ale teraz jak był ten moment tradycyjnych wymiany uprzejmości i plotek po mszy to trudno było kogoś złapać kto akurat z kimś nie rozmawiał.

                        - Więc poznajmy dziewczynę. - Heinrich spokojnie zawyrokował - Nie wiem czy wspominanie mojego nazwiska to dobry pomysł, a nie kuszenie losu.

                        - Będzie lepiej wyglądało jak cię przedstawię z nazwiskiem. Ale jak chcesz to mogę i bez. - Pirora spojrzała na niego pytająco póki jeszcze mieli okazję coś ustalić przed planowanym spotkaniem z von Schneiderami. Każdy szlachcic był dumny ze swojego nazwiska i rodu więc raczej tego nie ukrywał. W przypadku plebsu to rzadko mieli nazwiska chociaż często posługiwali się przydomkami jakie ich pomagały dodatkowo scharakterysować oprócz imienia. No i była jeszcze ta warstwa pośrednia. Ale w towarzystwie to zwykle posługiwano się nazwiskami. Rzucało się w oczy gdy trafił się ktoś kto go nie miał czy nie podawał.

                        Chwilę Heinrich się zastanawiał, nim odpowiedział bardzo powoli.

                        - Przedstaw z nazwiskiem.

                        - Dobrze. To chodźmy. - Pirora nie przedłużała tych ustaleń i skinęła swoją blond ufryzowaną głową w stronę rodziny profesora artylerii. I zaczęli iść w ich stronę. Mało kto się spieszył w tych okolicznościach więc dość szybko do nich dotarli. Profesor okazał się być łysiejącym i korpulentnym wujaszkiem za to córka chyba pod względem urody raczej poszła w matkę bo Frau von Schneider okazała się dla odmiany szczupła i drobna w porównaniu do barczystego męża. Petra już dorównywała jej wzrostem, może nawet odrobinę przewyższała ale to mogły robić wrażenie jej ułożone wysoko jasne, blond włosy. Cała trójka przywitała się z Pirorą i w naturalny sposób posłali zaciekawione spojrzenia ku jej towarzyszowi. Więc Averlandka przedstawiła ich sobie.

                        - Miło mi cię poznać Heinrichu. - powiedział na przywitanie Gunther von Schneider. Uścisk miał całkiem krzepki a i pomimo sporej tuszy zachował całkiem sprężyste ruchy. Zaś nad jowialnym uśmiechem dało się dostrzec inteligentne, bystre oczy. Jego żona, Johana, dała się ucałować w dłoń podobnie jak ich dorodna córka. Obie na razie jednak przybrały postawę zaciekawionego, uprzejmego wyczekiwania pozwalając zacząć rozmowę głowie rodziny.

                        - Rzeczywiście chyba nie mieliśmy się okazji spotkać wcześniej. A coś nie wyglądasz mi na jednego z moich żaków. - powiedział Gunther jakby chciał zacząć rozmowę od czegoś żartobliwego na pozytywny początek rozmowy.

                        - Niestety spóźniłem się na proces rekrutacji. - westchnął teatralnie i uśmiechnął się - Przybyłem do Neues Emskrank niedawno.

                        - Doprawdy? A skąd jeśli możesz wybaczyć mi moje wścibstwo? - zapytał grzecznie profesor obdarzając rozmówcę łagodnym, uprzejmym uśmiechem. Pirora niejako była tu jako bufor i element łagodzący obyczaje sprzyjające przyjacielskiej atmosferze. Zaś żona i córka profesora na razie z zainteresowaniem przysłuchiwały się rozmowie nie wtrącając się.

                        - Z okolic Middenheim, a do Neus Emskrank skierowałem się w poszukiwaniu miejsca by osiąść w spokoju na stare lata. - wyjaśnił - Wystarczy mi już emocji traktu.

                        - Ah, z Miasta Białego Wilka. No tak, tu jest dosyć spokojnie. Dla mnie jest w sam raz. Z jednej strony miasto ale niezbyt duże no i trochę to jak na prowincji. W Nuln miałem już nieco dość zgiełku wielkiego miasta. Bo my stamtąd właśnie pochodzimy. Tam też byłem wykładowcą artylerii i balistyki ale tu mi zaproponowano lepsze warunki. Własną katedrę, porządne mieszkanie i parę innych drobiazgów. Szkoda było odmówić, myślałem, że parę lat się dorobię i wrócimy a tu już prawie dekada. Po nas nie czuć ale nasza Petra jak to przyjechaliśmy to jeszcze taki mały szkrab była a teraz proszę jaka pannica. Narzeczonego już trzeba jej szukać. Byle nie kogoś z moich żaków albo marynarzy bo to same nicponie. - głowa rodziny widocznie miał wprawę w prowadzeniu rozmowy bo nie czuł się skrępowany. Ze swadą wprowadził nowego znajomego w skróconą historię swojej rodziny i jej dumne pochodzenie. Jego blond córka nieco się skrzywiła jak zwykle gdy rodzice przedstawiali młodsze pokolenie nowym znajomym w sposób w jaki rzadko spotykał się z aprobatą młodych. Żarcik na koniec sprawił, że wszyscy się roześmiali.

                        - A czym się zajmowałeś w tym Middenland Heinrichu? - zapytała Frau von Schneider włączając się do rozmowy.

                        - Służba wojskowa, która zakończyła się nie mieczem przy boku a laską. - uśmiechnął się lekko. - Temu i tu jestem, by zwolnić już.

                        - Był pan oficerem? - zapytała Petra pierwszy raz się odzywając. Ale stopień zaciekawienia w jej spojrzeniu nowym znajomym jakby wzrósł.

                        - Kochanie, nie zamęczaj pana. - poprosiła matka lekko biorąc ją za ramię jakby chciała uspokoić wyrywność córki.

                        - To już przeszłość, teraz Heinrich woli odpoczywać a tutaj, nad morzem, mamy malownicze i spokojne okolice aby ukoić skołatane nerwy i zapomnieć o przeszłości. Albo przyjść do naszego teatru lub galerii. - Pirora jaka nie odzywała się od przedstawienia sobie obu stron tym razem wtrąciła się aby przedstawić kolegę w pozytywnym świetle.

                        - Naprawdę? To bywa pan w takich miejscach? Lubi pan sztukę? - zapytała żwawo córka von Schneiderów zdradzając nie słabnące zainteresowanie nowym znajomym koleżanki.

                        - Oczywiście. - spojrzał delikatnie na dziewczynę - Możliwość, że przybędą aktorzy z Salzburga dodała radości nawet mojemu staremu życiu. - dodał swoim zachrypniętym głosem.

                        - Ja też na nich czekam. Mam ochotę ich zobaczyć na żywo, Kamila mi opowiadała, że już ich widziała podczas wizyt w Salzburgu i są wspaniali. My niestety nie możemy tak często tam jeźdźcić ale skoro oni przyjadą do nas jak mamy teraz nasz własny teatr to na pewno pójdę na ich występy. I byłoby miło spotkać kogoś znajomego. Bo na razie to nie mam z kim iść. - blond szlachcianka zdawała się z każdą chwilą rozmowy bardziej śmiała i rezolutna. Uśmiechała się ciepło do Heinricha obdarzając go nie mniej ciepłym spojrzeniem.

                        - Kochanie wiesz przecież, że teraz mamy żałobę po śmierci naszej księżnej i nie jest pora na jakies wybryki. - matka postanowiła upomnieć córkę chcąc ją zapewne sprowadzić na właściwe tory.

                        - Oh przepraszam za nią, czasem jest taka narwana. I matka ma rację Petro, nie zamęczaj pana swoimi głupstwami. - ojciec dołączył do swojej szacownej małżonki w sprowadzeniu córki do odpowiedniego poziomu. I zapewne nie chcąc aby nowy znajomy odebrał ich maniery jako niewłaściwe.

                        - Nic się nie stało. Ale zgodzą się państwo aby Petra mogła pojechać z nami na ten plener malarski? To przecież nic zdrożnego tylko tak edukacyjnie. Tutaj w mieście trudno złapać właściwą perspektywę do malowania natury. A już chyba wszystkie koleżanki z kółka Kamili mi potwierdziły zaproszenie. - Pirora znów się odezwała zmieniając nieco temat na mniej kłopotliwy dla rodziców ale też dając Heinrichowi znać, że są szanse, że za kilka dni ta druga młoda blondynka będzie w jej świcie podczas wypadu malarskiego za miasto.

                        - No cóż, tak, chyba tak. Niech się dziecko rozwija i zdobywa nowe umiejętności. Zresztą rozmawiałem z Gertem i Kamila też go bardzo zamęcza tym plenerem. O ile pogoda wam dopisze to jedźcie. Bo jak będzie szaruga to nie ma chyba po co jechać w ten las. - profesor Akademii wyraził zgodę czy też raczej ją potwierdził i brzmiało jakby było to jakieś nawiązanie do wcześniejszych rozmów i ustaleń na ten temat. Petra z radości uściskała jego a potem matkę aby im podziękować za to zezwolenie.


                        Festag; przedpołudnie; dziedziniec świątyni; Rozmowa z Thobiasem

                        Rozradowany Nurglita był iście uroczym obrazkiem. Można było za niego podstawić zwykłego obywatela Imperium, któremu urodziły się wnuki i obrazek byłby ten sam. Heinrich nie bronił się przed radością Sigismundusa, a wręcz pogratulował mu, sam już myśląc czy mógłby jakoś wspomóc proces zgarniania kandydatek...
                        I wtedy Thobias pojawił się na widoku.

                        - Jesteś podekscytowany na młodego. - odezwał się Heinrich, gdy podszedł do guwernanta po jego zakończonej rozmowie z Przeorem - Zaplanowałeś mu już pokój? - zapytał, stając obok mężczyzny oparty o swoją laskę ozdobioną metalowymi wijącymi się kształtami.

                        - Powiedzmy, że podekscytowany. - różnica wieku między obydwoma mężczyznami była mniejsza niż pomiędzy większością młodszych członków zboru. I nauczyciel chociaż wydawał się być młodszy od Heinricha czy Sigismundusa to jednak też był starszy niż Silny czy Łasica. Spojrzał gdzieś w ten hałaśliwy, ubrany w żałobne barwy tłum jaki rozmawiał ze sobą na dziedzińcu świątyni albo kupował odpusty od tutejszych straganiarzy. Chwilę się chyba zastanawiał nad czymś nim się znów odezwał.

                        - Nie zwykłem z kimś mieszkać. Nowa osoba to tylko element chaosu i wnosi ze sobą zamieszanie. Ja wolę mieć wszystko poukładane i na swoim miejscu. A tak z opisu to ten George nie wydaje się kimś o zbyt lotnym umyśle aby rozmowa z nim była interesująca. Ale służba to służba. Może skoro jest tym kim nasi koledzy podejrzewają to coś jednak ciekawego i pozytywnego z tego wyjdzie. - nauczyciel o zadbanym i wręcz starannym wyglądzie nie wydawał się aż tak podekscytowany na myśl o przyjęciu kogoś nowego pod swój dach. Chyba to raczej traktował jak powinność wobec swojej spaczonej rodziny i ruch jaki zgadzał się do pewnego stopnia z jego wewnętrzną logiką. Ale robił to bez większego przekonania.

                        - A ty Heinrichu? Kiedy kogoś przygarniesz pod swój dach? Albo kogoś przygruchać? Nasze koleżanki jeszcze ci się nie naprzykrzały? - odbił pytanie nieco żartobliwym i ironicznym tonem. Bo za żeńską częścią ich zboru zdawał się za bardzo nie przepadać.

                        - Och, nie bądź zbyt surowy dla nich. - po tych słowach zniżył głos uśmiechając się krzywo - Pamiętaj, że i one mogą okazać się użyteczne. - wzruszył ramionami - A młodego nie skreślaj póki sam go nie ocenisz. Słyszałem, że niektóre podobne przypadki po prostu są zafiksowane na własnych czynnościach, nie na rozrzucaniu ubrań po mieszkaniu. Może taki jest Georg? Kto wie. A sam... bym musiał stanąć przed odpowiednią okazją, która by wymagała mieszkania z kimś.

                        - No właśnie kolego. Spróbuj najpierw dania które tak polecasz innym. - Thobias uśmiechnął się z pobłażliwym rozbawieniem gdy rozmówca przyznał się, że też nie dzieli swojego mieszkania z kimś i na razie nie ma takich planów. A sam to właśnie polecał koledze.

                        - A młodego nie skreślam. Zobaczymy jaki on jest. Na razie mamy tylko relację Otto. Domyślam się, że George nie zrobił na naszych koleżankach zbyt wielkiego wrażenia jako kandydat na ogiera rozpłodowego to i stąd ich znikome nim zainteresowanie. Dlatego wybacz, ale nie biorę ich opinii w tej materii zbyt poważnie. - guwernant przyjął dość nonszalancki ton i wypowiadał się o koleżankach ze zboru z wyraźną wyższością.

                        - I proszę cię Heinrichu chociaż ty zachowaj trzeźwy umysł i nie daj się złapać na ten ich słodki lep. Mam wrażenie, że z połowa naszej rodziny już się na to złapała. Co gorsza robi się ich coraz więcej. Skoro zyskały kogoś tak potężnego jak lady Soria to nie sądzę aby zbyt długo trwało nim pozyskają kogoś jeszcze. Słyszałeś co ona mówiła o tej Bretonce? No kolejna uzdolniona. A to w końcu szlachcianka, żona kapitana i kobieta z towarzystwa a nie takie byle kto jak te nasze latawice z tawerny. I jeszcze Kamila van Zee. Właściwie powinienem się cieszyć. W końcu to wpływowa młódka. Córka samego kapitana portu i jedna z dwóch najlepszych panien do wzięcia w tym mieście. Więc właściwie to dobrze. Dla nas. Ale znów ich wpływy wzrosną. A nasze niekoniecznie. - Thobias musiał mieć całkiem analityczny umysł zawodowego uczonego bo chociaż mówił lekko jakby się wymieniali jakimiś ploteczkami o znajomych to nawet jak nie używał nazewnictwa ze zboru póki rozmawiali w bardzo publicznym miejscu to jednak wiadomo było o kim mówił. I zdradzał obawy przed rosnącym wpływem wyznawczyń Węża.

                        - Oczywiście to nie jest jakieś straszne samo w sobie. Ale irytuje mnie, że takie płytkie osoby które się koncentrują głównie na tym co ma kto między nogami mają u nas taki wielkie wpływy i poważanie. Ja to bym je oddał wszystkie Sigismundusowi do zasiania. Nie dlatego, że jakoś na tym jego projekcie mi zależy, jak wiesz mam inne preferencje. Ale tak, to przyszłościowy projekt. Tak w dalszej perspektywie chociaż w najbliższych tygodniach trudno będzie o to aby pokazał lwi pazur. No chyba, że byśmy mieli całą masę ochotniczek. Przeprowadziłem obliczenia i Sigismundus dość dobrze to policzył. Mnie wychodzą podobne wyniki. O ile termin z pogranicza początku przyszłego miesiąca nie ulegnie zmianie to obawiam się, że mamy może przyszły tydzień na takie aktywne wsparcie tego projektu. Może nieco więcej ale niezbyt. Dlatego ja bym je oddał Sigismundusowi. Między innymi dla tego projektu. A dwa aby pokazać im gdzie jest ich miejsce i aby wiedziały kto tu rządzi. Tak jak ci to wczoraj mówiłem. One się za bardzo szarogęszą. Wszyscy im ustępują. Dobrze, że chociaż wczoraj nasz zwierzchnik wymusił na nich tą obietnicę, że poszukają zastępstwa. Może to da im do myślenia i sprowadzi do parteru. - nauczyciel rozgadał się zerkając często dookoła jakby sprawdzał czy ktoś nie jest za bardzo zajęty podsłuchiwaniem ich rozmowy. A i tak starał się używać ogólników w rozmowie. Dopiero jak się znało detale spraw związanych z ich spaczoną rodziną dało się domyślić o czym mówi. Nadal jednak nie ukrywał, że sukcesy i poważanie slaaneshytek mocno go irytują.

                        - Może Otto czy i nasz magiczny kolega są chętni zasmakować w ich czarze bez myśli o konsekwencjach, ale szczerze nie czuję się chętny skakać bez celu w lepkie bagienko. - odparł lekko - Może się nauczą, może utoną. Co do zasiania... Pomyślę nad sposobem przekonania ładniejszego lub mniej. Nie ma mowy by przepadło przez ich niechęć. Wiesz... działania takich osób... przyciągają najwięcej uwagi. Niekoniecznie czyny naszych chłopców. - uśmiechnął się - Poślizgnięcia się zdarzają.

                        - Ah, te bagna, no tak… - uczony z modnie przystrzyżonym zarostem pokiwał głową jakby rozmówca przypomniał mu kolejny wątek o jakim rozprawiali wczoraj na “Starej Adele”. - Też mi się to nie uśmiecha. Nie powiem abym grzeszył doświadczeniem w takich sprawach. Obawiam się, że mógłbym być bardziej zawadą niż pomocą. Ale jednak wiesz po co tam trzeba iść. Dobrze aby poszedł tam ktoś z głową na karku. A nie tylko do rozkładania nóg przy każdej okazji. Może ktoś z nas? Albo Otto. Nieźle mu poszło tam w jaskini. Wiesz której. Tak, to by się przydał tam ktoś odpowiedzialny. Właściwie te nasze znajome też by mogły iść. Po co my mamy się topić i dać ciąć komarom? Właśnie o tym mówię Heinrichu. Trzeba to tak sprytnie zrobić aby one wykonywały nasze polecenia nawet jeśli nie były tego świadome i myślały, że same to robią bo same tak chcą. I potem niech się puszą. Każda kózka musi mieć swój wybieg do skakania aby nie myślała o dzwonku na szyi i ogrodzeniu dookoła. Trochę swobody, nawet sporo, trzeba im zostawić bo inaczej będą się buntować. Ale też trzeba je tak nakierować aby robiły co trzeba. - nauczyciel mówił wpatrzony gdzies w dal nieco niewidzącym wzrokiem gdy tak dzielił się przemyśleniami jak należałoby postępować z tymi których uważał za szeregowych członków kultu. Nawet jeśli co niektórzy byli w nim dłużej od niego.

                        - A z zasianiem to myślisz, że dałbyś radę? Ja odniosłem wrażenie, że one dość zgodnie są “na nie”. A nasze zwierzchnictwo widocznie nie chce na nie naciskać. Szkoda. Dlatego są takie rozwydrzone. Nie znają swojego miejsca w szeregu. A przecież wystarczyłoby to im dobrze sprzedać. Aptekarz to wtedy źle rozegrał. Wywalił wszystko na raz bez żadnej finezji no i mleko się wylało. Szkoda. Teraz już za późno. Ale gra toczy się dalej. Szefostwo miało się skontaktować z tą drugą gildią. Wiesz, tą co wczoraj mówili. No zobaczymy. Ale i tak irytuje mnie, że te niewychowane pannice tak się szarogęszą. Chociaż mają potencjał. Trzeba im to przyznać. Tylko trzeba je tak nakierować aby działały na naszą korzyść. - westchnął jakby żałował, że nie ma tak dominującej pozycji w zborze aby narzucić innym swoją wolę i wizję. Ale ostatecznie był gotów coś ugrać nawet jeśli nie miał w ręku wymarzonych kart. Spryt i analityczny umysł, pewna doza finezji, pomagały mu zapanować nad własną niechęcią i dostosować się do sytuacji. Nawet jeśli nie była taka jaką by sobie wymarzył.

                        - Poszedłbym na te bagna z Georgiem. One i tak nie będą chciały do bagien, a do tego... Wolę mieć lepsze spojrzenie na wszystko. - odparł Heinrich - Nie mam całkowitej pewności, że się uda przekonać, ale jest możliwe. W ostateczności spróbuję z szefostwem.

                        - Z Georgiem… No tak to może mieć sens jeśli on taki wyjątkowy. Chociaż jakby był pod moją opieką to i mnie by wypadało… - zastanawial się nad tym rozwiązaniem jakie proponował starszy od niego rozmówca.

                        - No może… Zobaczymy. Jaki gagatek z tego Georga. Ale to i tak jak już będzie u mnie. Zapewne jutro lub na dniach zawitam do hospicjum aby się z nim zobaczyc. Pirora przedstawiła mnie dzisiaj po mszy przeorowi i jestem dobrej myśli. Zrobił na mnie dobre wrażenie i chyba z wzajemnością. - poinformował kolegę o nowych faktach dotyczących sprawy wydostania Georga z hospicjum.

                        - A z tym projektem naszego uzdolnionego aptekarza to powodzenia. Gdybym mógł jakiś pomoc to daj znać. Naprawdę przydałoby się tym ślicznotkom utrzeć nosa i pokazać gdzie ich miejsce w szeregu. Chociaż moim zdaniem nasz zwierzchnik jest dla nich zbyt ugodowy. Dał im wolną rękę, że jak chcą to cudownie jak się zgłoszą a jak nie to też dobrze. Naprawdę dziwne, że żadna się nie zgłosiła? Chociaż z drugiej strony to jednak jest pole manewru bo jakby któraś przekonać to po sprawie. Jak się sama zgodzi to ani ona ani reszta nie może mieć pretensji. Może jest w tym jakąś mądrość. Ale dobrze, że wczoraj nasz szef gildii chociaż daj im do zrozumienia, że dobrze aby jakieś zastępstwo znalazły jak same nie chcą. To już coś. Krok w dobrą stronę. Chociaż nie wiem czy nie spóźniony. Czasu aby zebrać dojrzały plon w wyznaczonym czasie jest dość mało. Rozumiem frustracje naszego kolegi z apteki. No więc jakby ci się udało jakąś przekonać to czapki z głów jak mawiają Bretończycy. A w ogóle o której myślałeś zacząć? - nauczyciel mówił cicho ale miał świetną dykcję i wprawę. Więc byli to wyraźne i czytelne zaś poglądy m wypowiadał zdecydowanym i stanowczym głosem. Bez zaangażowania Sigismundusa jaki podchodził do sprawy hodowli bardzo emocjonalnie i osobiście przy czym paradoksalnie wcale źle nie życzył ani koleżankom ani innym kobietom traktując je jak cenne, hodowlane sztuki. Zaś i Thobias zdawał się tą sprawę traktować jako walkę o wpływy w ich zborze i ograniczenie dominacji Slaaneshytek. A przynajmniej tak to zdawał się przedstawiać.

                        - Zacznę od góry. - stwierdził enigmatycznie - Ale nie dziś. Ja postaram się opór przebić, ty przetrwaj chłopaka. I nie zatrzymuj go tylko dla siebie. - uśmiechnął się do guwernanta.

                        - Niańką jeszcze nie byłem. Ale jestem dobrej myśli. Ostatecznie najwyżej kogoś wynajmę do pomocy przy zajmowaniu się tym dorosłym dzieckiem. - guwernant nieco pokwaśniał jakby myśl o nieco wymuszonej na nim opiecę nad Georgiem jaki wciąż na chwilę obecną był pacjentem hospicjum nie wprawiała go w entuzjazm. Ale podchodził do sprawy metodycznie i mimo wszystko nie robił z tego tragedii.

                        - I od samej góry mówisz? No dobrze. To próbuj. Będę trzymał za ciebie kciuki. W razie potrzeby daj znać jak poszło albo wpadnij do mnie. W południe jadam obiady w “Pod pieczonym jabłkiem”. Niziołki prowadzą tą karczmę więc kuchnia jest przednia. I wieczorami zwykle wracam do domu. Ale przez większość dnia to albo mam jakieś zajęcia albo korepetycje to mi ciężko się gdzieś z tego wyrwać. A z tymi naszymi koleżankami tak, dobrze by było coś zrobić aby im pokazać gdzie ich miejsce. Zwłaszcza jak same są temu czemuś niechętne. To powinno dać im do myślenia jaką pełnią u nas rolę. - nauczyciel podał mniej więcej pory i miejsca gdzie powinno się go łatwiej spotkać. I w pełni pochwalił zamiary kolegi aby utrzeć nosa ich koleżankom ze zboru. Myśl o tym chyba nawet sprawiała mu pewną, złośliwą satysfakcję.


                        Festag; popołudnie; kamienica Pirory; spotkanie u Pirory

                        - Nie angażujmy magii, czarnoksięskiej szczególnie, do tego napadu. - wtrącił słuchający do tej pory Heinrich - Niech później nie mają pomysłu szukać magów lub Chaosu. Grupa złodziei by większych magicznych sztuczek nie robiła, nie pozostawiała śladów Eteru. - dodał - Co zaś do potwora... - westchnął - Możliwie jest strażnikiem dziedzictwa, a jeżeli poginą ważne osoby i rozniesie się nie taka wersja jak chcemy... Możemy na miejsce ściągnąć więcej osób niż trzeba. - zwrócił się do Joachima - Tego nie można samemu sobie zostawić. Jeszcze ratusz się dołączy i nagrodę za potwora wystawi.
                        - A w świątyni to mogę i do środka wejść, jeżeli trzeba jeszcze do walki, aby upewnić się, że nikt nie zdoła uciec. - zaproponował Łasicy.

                        - W środku też może być. Jak was wpuścimy to no cóż, nie wiadomo gdzie będą te ponuraki ale chyba powinni być na zapleczu za ołtarzem. To byście musieli przejść przez całą świątynię aby was nie usłyszeli. No a potem wpaść do środka i ich uciszyć. Lady Soria, Silny i Rune. No i aby nikt nie uciekł to można stanąć przy drzwiach. My tak planowałyśmy stanąć ale możesz być z nami albo tam z nimi w środku. - Łasica chętnie przyjęła taką ofertę pomocy ze strony byłego łowcy czarownic próbując jakoś go umieścić w zarysowanym wcześniej planie nocnego napadu. Sporo już było ustalone i podział ról tych co się zgłosili do tej pory także.

                        - A z tą magia to właśnie. Lepiej chyba nie. Magowie to jednak nie są powszechni w różnych szajkach. To nie wiem czy to potem jakoś można rozpoznać ale jakby wiedzieli, że mają szukać jakiegoś maga z pomocnikami to już by było niezłe coś do szukania na początek. - włamywaczka ucieszyła się, że Heinrich ją poparł z tym nie używaniem magii nawet jeśli sama na niej się nie znała to jednak miała nieźle rozeznanie jak powszechni są magowie w polswiadku i wyglądało na to, że w ogóle.

                        - Poza tym Joachimie zgadnij od kogo zaczęliby szukać podejrzanego maga skoro jesteś chyba jedynym jaki jest w mieście. Przynajmniej ja nie słyszałam o innym. - dorzuciła Burgund przypominając wszystkim, że magowie to nawet w skali całego miasta to rzadkość.

                        - No właśnie. Na razie nikt cie chyba o nic nie podejrzewa to działasz z zaskoczenia. Ale jak cię taki Hertz czy Hertwig wezmą na widelec i zaczną oglądać? Umiesz wykrywać ogony? Albo gubić gdyby była taka potrzeba? Z psami to tak jest, że póki śpią koło budy to się wydają głupie i leniwe. Ale jak coś ich ruszy i zaczną węszyć to nie wiadomo co wywęszą. A po tym numerze w świątyni to na pewno wszystkie łapsy w mieście będą chcieli się wykazać. - Łasica gładko przejęła od kamratki pałeczkę rozmowy i próbowała przekonać kolegów, że lepiej załatwić ten skok standardowymi metodami półświatka nie przywołując na pomoc sił nadnaturalnych.

                        - To jeden z powodów potrzeby wybuchu w akcji w Akademii. - Heinrich odezwał się do Joachima - Stworzyć zamaskowanie dla magii, jaka tam byłaby używana. W Świątyni będziesz widoczny jak na dłoni, a magia swoje ślady zostawi i nie potrzeba innego maga by je zobaczył. Jak mówi Łasica: będą węszyć, a jak magię znajdą to do ciebie pójdą najpierw. Wystarczy już, że będziesz obserwowany po Akademii.

                        Joachim z nieco niechętnym szacunkiem skinął głową Heinrichowi. Widać było, że były łowca czarownic przewyższa go doświadczeniem w tych sprawach.

                        - Może i masz rację z tym unikaniem magii w akcji w światyni skoro ma wyglądać na kradzież, chociaż z wielką chęcią użyję mojej mocy dla dobra zboru.

                        Zaś co do wyprawy na bagna, Baron oczekuje jutro dyspensy od przełożonego świątyni Manannna. Na razie zaproponowałem mój udział w wyprawie, ponieważ dzięki moim wróżbom wiem że coś się tam na bagnach śwìęci… rekomendowałem też ciebie Heinrichu.
                        Z jednej strony oczywiście nie chcemy by Wirsberg odkrył coś co byłoby dla nas niekorzystne. Z drugiej jednak pracuje nad zdobyciem coraz większego zaufania miejskiej elity, co jest chyba wartością samą w sobie, prawda? Mając wpływy będziemy mogli coraz więcej osiągnąć nie pozostając w kręgu podejrzeń.

                        - Rekomendowałeś mnie? - Heinrich spojrzał z zaciekawieniem i trochę z ostrożnością - Jak mnie przedstawiłeś?

                        - Jako łowcę czarownic - odparł czarodziej.

                        Heinrich patrzył dłużej na Joachima dość pustym spojrzeniem jakby nie mógł złapać myśli. Bez słowa dolał sobie do kielicha alkoholu i nim odpowiedział upił solidny łyk.

                        - Sam chciałeś, Heinrichu... - mruknął do siebie i spojrzał na młodego maga - Ogarnę to, ale pojaw się u mnie dziś jakoś wieczorem. Pooglądamy dziś gwiazdy.

                        - Tylko nie zrób mu permanentnej krzywdy… - rzucił mnich.

                        - Ty to się lepiej nie rozpowiadaj, żeś jest łowca czarownic. Jeszcze cię Oleg zaprosi do spółki albo weźmie na jakieś romantyczne rozmowy o starych, dobrych czasach z palenia czarownic albo takie tam. - odezwała się Łasica mówiąc nieco żartobliwie ale tonem dobrej rady.

                        - A ty Joachimie zawsze możesz powiedzieć, że coś pomyliłeś z tym łowcą czarownic, że się przejęzyczyłeś, źle zrozumiałeś czyjąć wypowiedź albo pomyliłeś ludzi. - podpowiedziała Burgund przychodząc im z pomocą jak wybrnąć z zamaskowania przeszłości byłego łowcy heretyków.

                        - Z tymi bagnami i Akademią to na razie i tak dalsze plany skoro najpierw zajmujemy się świątynią. Poczekajmy na to co wyniknie ze świątyni. Jak reszta miasta na to zareaguje. Zabawmy się przy kamieniach podczas pełni. I jak wrócimy do miasta to się zaczniemy zastanawiać co dalej. - zaroponowała Pirora swoje polubowne rozwiązanie patrząc po swoich gościach ze zboru.

                        - A ten baron to może też słyszy zew sióstr skoro ma takie ciekawe sny. Zwłaszcza jak ma podobne do tych co ktoś z nas ma. Zapewne to nie musi być przypadek. - odparła lady Soria siedząc na swoim ozdobnym krześle w rogu salonu skąd miała okna na ulicę w swoim zasięgu i dobry widok na resztę pomieszczenia.

                        Festag; południe; loszek Pirory

                        Goście Pirory

                        Na tych różnych rozmowach w salonie gospodyni zeszło całkiem długo. Aż ona sama się w końcu zorientowała jak jest późno gdy za oknami dało się słyszeć dwunastokrotne bicie dzwonów oznaczających samo południe.

                        - Ojej, jak późno! A przecież jeszcze mieliśmy się troszkę pobawić. To zapraszam na dół. Tylko schodźcie po góra dwie osoby i co jakiś czas. Aby nie wyszła z tego jakaś podejrzana migracja do piwnicy.- oznajmiła młodziutka, blondwłosa szlachcianka z Averlandu dając od siebie zaproszenie na tą część wybitnie towarzyską spotkania jaka miała się odbyć w piwnicy gdzie miała urządzony prywatny loszek z udogodnieniami do śmiałych i wyuzdanych zabaw. A nawet tajny, krótki korytarz do kanałów jaki zimą wykopali koledzy z kultu. Na początek z salonu wyszły Soria i Fabienne bo jak same wspomniały potrzebowały się przebrać przed tymi zabawami. Ale w ciągu dwóch pacierzy to wesołe towarzystwo stopniowo przelało się z piętra do piwnicy aby tam celebrować to spotkanie. Jak to bywało było zdominowane liczebnie przez młode i podekscytowane kobiety wśród których męska część była w zdecydowanej mniejszości.

                        - Bardzo was proszę o uwagę. Chciałam dzisiaj szczególnie podziękowac i wynagrodzić Fabienne. Za zdobycie klucza do skarbca świątyni i parę innych rzeczy. Dlatego postanowiłam, że Lady Butterfly będzie dziś odgrywać naszą wersję legendy o jej ulubionej bohaterce z bretońskich legend czyli Adelajdzie. I dziś myślę, dobrze będzie zacząć od aktu wystawienia na aukcji niewolników Adelajdy. Więc proszę was o aktywny udział. I mam nadzieję, że nasza najpodlejsza z podłych i najnędzniejsza z nędznych postara się aby zapewnić nam nieco wyuzdanej rozrywki. - lady Soria zdążyła się przebrać w dumny czerwono - złoty gorset jaki wyróżniał ją z publiczności. Jak i aksamitny płaszcz, też w purpurze. W pełni więc pasowała do roli władczyni tego lochu. Oraz wodzireja jaki zaprasza widownię do wspólnej zabawy. Potem wezwała do siebie gestem bretońską szlachciankę jaka wyszła zza kontuaru gdzie zwykle się przebierano czy ubierano na początku spotkania. Dla odmiany bladolica czarnulka była prawie naga. Nie licząc kostiumu który był zrobiony z czarnych, skórzanych pasków spiętych metalowymi obręczami i właściwie niewiele zakrywał. Za to ładnie kontrastował z jej alabastrową karnacją podkreślając jej kobiece atuty. Do kompletu miała na sobie skórzane obręcze przy kostkach i nadgarstkach oraz dopasowaną obrożę. I bardzo chętnie dała się wziąć swojej pani na smycz i prezentowała swoje wdzięki.

                        - Oksanka mi uszyła ten kostium. Jest niesamowity! Bardzo mi się podoba. Szkoda, że jej dzisiaj tu nie ma. - Fabienne nie mogła się powstrzymać aby się nie pochwalić skąd ma ten ciekawy kostium i przy okazji wyrazić swój zachwyt. Ale szybko czerwona milady ukróciła jej tą swobodę łapiąc ją brutalnie za włosy i zmuszając do wystąpienia przed publicznością. I zaczęła się ta zabawa w aukcję. Jaka okazała się być wstępem do reszty spotkania bo mimo wszystkich chęci i talentów to zniewolona Adelajda nie była w stanie obsłużyć wszystkich gości na raz. Ci musieli więc zając się sobą nawzajem co zresztą chyba nikomu nie przeszkadzało.


                        Ku uspokojeniu myśli po słowach maga wypił trochę wina, ale to także pozwoliło byłemu Łowcy Czarownic wprowadzić się w lepszy nastrój. Nie przejmował się atmosferą, wszechobecnym spaczeniem, za które kierował na stos. Na orgii zaspokajał swoje potrzeby ciała, korzystając z Łasicy i Burgund jak tylko mu przyszła ochota. Mógł pozbyć się ograniczeń, nic nie pętało jego najgłębszych fantazji... a one dodatkowo tego chciały.
                        W tej chwili czuł się panem. Znowu miał władzę. Choćby i na ten moment, choćby i zaspokajając tak prymitywne żądze. Dziewczyny widziały, że były wróg Chaosu oddał się przyjemności i tym samym też im ją sprawiał. I nie był w tym zbyt łagodny.

                        Przenigdy nie widziałby się na chaosyckiej orgii i to biorącego w niej czynny udział. Z drugiej strony nie widziałby się w niczym, co ostatnio się działo wokół niego. Nie powinno go tu być, ale w tym momencie... już go nie obchodziły niedogodności, czy wręcz zagrożenia dla duszy.

                        Jeszcze przebywając w uwięzieniu zaczął zdawać sobie sprawę, iż został zdradzony, pozostawiony przez bogów, którzy nie mieli choć tyle chęci by pozwolić mu po prostu umrzeć, oszczędzić cierpienia, ochronić przed splugawieniem. Zabijał ich wrogów, jednak oni porzucili go, gdy nie było w tym nic dla nich.

                        Heinrich skrywał pod ubraniem mozaikę blizn na ciele. Starsze z nich wyraźnie powstały podczas walk, ale tych tak wiele nie było. To relatywnie świeże głównie zajmowały skórę i one... wyglądały jak pozostale po zadaniu przemyślanych i metodycznych ran niezbyt dawno temu. Nie tworzono sztuki wizualnie. Wyliczano każde cięcie, każdą kroplę kwasu czy siłę ognia. Jeżeliby to miała być sztuka okrucieństwa... to była matematycznie okrutna.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Niedostępny
                          SantorineS Niedostępny
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #110

                          Oryginalny autor: Seachmall

                          Otto chętnie brał udział w przedstawieniu, przekrzykując się "cenami" z innymi kultystami. Ku własnemu zdziwieniu i odrobiny radości, wygrał aukcję i Adelajde była jego do wykorzystania jak chciał. Oczywiście na widoku wszystkich. Nigdy nie był na scenie aktorskiej, a sztukę kochania... w sumie znał chyba tylko z książek. Teoria więc musiała mu wystarczyć, aby wykonać w miarę imponującą praktykę.
                          Postanowił dosiąść Fabienne od tyłu, niczym rozochocony ogier, chwycił Bretonkę za włosy trzymając jej głowę w miejscu i rozpoczął scenę.
                          Szybko zauważył, że reszta zboru zajęła się sobą, mógł więc wykonać inne scenki ze swoją własnością. Położył się na placech i usadził bladolicą kobietę na swoim berle.

                          - Dziś ty będziesz mi dogadzać, niewolnico. - uśmiechnął się figlarnie i kontynuował zabawę z Frau von Mannlieb.

                          Ciało Otto pomimo relatywnie młodego wieku i stylu życia mnicha było dość okazałe. Nie mocno rozbudowane niczym jakiś barbarzyński król z opowieści, ale dobrze zbudowane, z bardzo małą ilością tłuszczu a jego mięśnie były silne i dobrze ukształtowane.
                          Pokryte jednak było masą blizn wszelakiego pochodzenia. Oparzenia, cięcia, tu miejsce gdzie kość przebiła ciało, a tu szereg poziomych linii sugerujących samookaleczanie, no i oczywiście pusty oczodół, który jednak zdawał się wbijać spojrzenie w partnerkę mnicha.
                          Otto nie pamiętał pochodzenia sporej ilości z nich, przypominał sobie o nich jedynie, kiedy dłonie bretonki, starając się pieścić jego skórę dotknęły delikatniejszego, zabliźnienia punktu. Może kiedyś sobie przypomni, teraz ważniejsza była przyjemność, którą czuł i którą oddawał. I w której jego rodzina tonęła wokół niego.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #111

                            Oryginalny autor: Lord Melkor

                            Agnestag; północ; koga “Stara Adele”; rozmowa z Normą

                            Czarodziej z uwągą słuchał opinii toporniczki na temat wyprawy na bagna, zastanawiając się jak najlepiej wykorzystać te informacje.

                            - Ciekawy pomysł z tym przedostaniem się tam na łodzi. Mówisz, że to byłoby szybsze rozwiązanie niż podróż przez las? Myślę że twoja pomoc w tym przedsięwzięciu byłaby nieoceniona, ale rozumiem, że planujesz od razu po akcji w świątyni odpłynąć wraz z Mergą?

                            - No tak. Odpływam razem z nią. - przytaknęła z niezmąconym spokojem. W końcu od zeszłej zimy sama mianowała się ochroniarzem i gwardzistką wyroczni. No i z północnej ojczyzny były tutaj tylko one. - A czy byłoby łatwiej czy szybciej to nie wiem. Nie byłam ani na tych bagnach ani w tym lesie. Ale wy, szczury lądowe, cały czas myślicie jak szczury lądowe więc jak gdzieś się dostać to zaraz lądem. To mówię, że łodzią też można by do tych bagien dopłynąć i przynajmniej z początku na nie wpłynąć tą łodzią. - toporniczka prychnęła nieco rozbawiona pytaniem ale wyjaśniła skąd jej przyszedł do głowy ten pomysł. Powiodła spojrzeniem po ubierających się kultystach jacy szykowali się już do opuszczenia pokładu i zejścia na ląd a potem dalej przez mroczne i ciche ulice do swoich domów. Norma widocznie myślała bardziej kategoriami marynarza niż szczura lądowego.

                            - To rozważe ten pomysł. Szkoda, że odpływasz, ale mam nadzieję, że nasi Patroni będą wam sprzyjać w Norsce. Byłaś tam kiedyś? - spytał się czarodziej.

                            - W Norsce? Ja jestem z Norski. Tak samo jak wyrocznia. - brwi wojowniczki z dwoma toporami uniosły się nieco do góry gdy usłyszała pytanie. Ale przypomniała, że razem z resztą swojej załogi przypłynęli tu w zimie aby przyjść Merdze z pomocą.

                            - A faktycznie… - Joachim zganił się w myślach, coś był chyba roztrzepany ostatnio.
                            - Czy w takim razie będziecie z Mergą odwiedzać wasze rodzinne strony?

                            - Tak. Właśnie tam wracamy. Ale może potem pojedziemy gdzieś dalej. Trzeba będzie dużo rozmawiać aby zachęcić do przypłynięcia. tutaj. - wojowniczka z dwoma toporami przytaknęła na takie przypuszczenie rozmówcy. Odsunęła się nieco pod ścianę aby Sigismundus mógł przejść w stronę schodów i żegnając się krótko przy okazji. Wyraźnie się spieszył, reszta jeszcze się ubierała albo rozmawiała ze sobą.

                            -W takim razie życzę powodzenia i niech nasi Patroni wam sprzyjają! - Joachim pożegnał się z całkiem sympatyczną norsemanśką wojowniczką. Było wiele do zrobienia.


                            Festag; przedpołudnie; dziedziniec świątyni; Rozmowa z Van Hansenami

                            Czarodziej przywitał się elegancko i zgodnie z wymogami etykiety z zebranym towarzystwem, oczywiście zaczynając od pocałunku w rękę Lady Hansen. Cieszyło go, że zaczyna być dostrzegany przez kolejnych szlachciców, to z pewnością stworzy mu nowe możliwości. Jednak słowa Barona nieco go zmieszały. Zaczął szybko myśleć. Miał chyba dwie możliwości - ukrócić ten pomysł albo też przyłączyć się do wyprawy, by wynieść z tego korzyść dla siebie.

                            - Ciekawy to i śmiały pomysł baronie…. - odezwał się po chwili zamyślenia - zalecałbym jednak ostrożność. Ostatnie znaki które widziałem, wskazują że nad miastem zbiera się jakieś mroczne zagrożenie i coś niepokojącego może się wydarzyć w ciągu ostatnich kilku dni. Jeśli ta wyprawa miałaby się odbyć, rekomenduje by się do niej dobrze przygotować i wziąć ze sobą odpowiednie wsparcie. Właściwie ja też mógłbym wspomóc barona w tym przedsięwzięciu, ten potwór z bagien może nie być do końca normalnym stworzeniem, więc może się okazać że moje talenty i wiedza będą tutaj przydatne.

                            - Ależ oczywiście, że to nie jest jakieś zwykłe stworzenie młodzieńcze! Przecież to potwór! Domyślam się, że to jakieś ohydne wynaturzenie. Ale szlachetny i śmiały oręż na pewno pokona tą maszkarę! - baron Wirsberg zawołał dumnie i bojowo dając znak, że jest gotów zmierzyć się z tym czymś na bagnach czymkolwiek by to nie było. Zaś państwo van Hansen przyjęli to z uznaniem chociaż milady wyglądała na nieco zmartwioną.

                            - A to wujaszek się wybiera na jakieś polowanie? - w przeciwieństwie do matki, na jej piękną córkę słowa o polowaniu zadziałały wręcz przeciwnie. Zostawiła na chwilę swoich rówieśników i podeszła bliżej do barona jaki był raczej w wieku jej rodziców niż jej.

                            - A tak moja młoda damo. Dokładnie tak. To miasto zobaczy, że stary pies ma jeszcze kły i potrafi mocno ugryźć! - zaśmiał się chrapliwie starszy od niej szlachcic.

                            - Najpierw ci radzę załatwić dyspensę u naszych ojczulków. Szkoda abyś przez ten zapał wpakował się w jakieś tarapaty. - poradził koledze Mikael przypominając, że wciąż jest zakaz świętowania, w tym także polowań, z powodu żałoby po księżnej-matce. Złamanie tego mogłoby zostać uznane za brak szacunku a nawet obrazę majestatu no a konsekwencje towarzyskie były trudne do przewidzenia.

                            - Dobrze, pójdę do nich, właściwie zaraz mogę pójść. Wszystko załatwię. Ale jestem dobrej myśli, w końcu chodzi o jakiś zaszczytny cel i ubicie jakiejś plugawej poczwary. - baron Heidrich wydawał się być pełen zapału i dobrej myśli. Froya sprytnie złapała go pod ramię owijając się swoimi wokół niego.

                            - To ja pójdę z wujaszkiem i pomogę. Ale musi mnie wujaszek ze sobą zabrać. - powiedziała raźno i nieco niewinnie jakby chciała wydać się młodszą niż była w rzeczywistości. Baron zaśmiał się wesoło ale szybko spojrzał na swoich przyjaciół a ci nie mieli zadowolonej miny.

                            - Kochanie, jestem pewna, że wujaszek na pewno sam sobie poradzi i w świątyni i tam na bagnach. Tylko byś mu przeszkadzała. - matka jak zwykle starała się wyhamować gorący temperament córki i skierować go na mniej ryzykowne tory.

                            - Właśnie, może ja z tobą pójdę Heidrichu. We dwóch możemy mieć większą siłę perswazji. - zaproponował Herr van Hansen jakby też próbował wymanewrować córkę z tej ryzykownej wyprawy. Ta jednak spojrzała na niego prosząco i coś nie zamierzała puszczać ramienia wujaszka.

                            - To męska sprawa kochanie. Niech panowie to załatwią po swojemu. Sama zobacz, że musimy się zająć naszymi drogimi gośćmi. - baronowa wskazała córce zarówno na jej rówieśników jak i Joachima chcąc zapewne namówić ją do rozsądnego zachowania.

                            - Lady Froya świetnie sobie radzi we wszelkich łowach i tego rodzaju przedsięwzięciach, nawet trolle jej niestraszne… choć to faktycznie może być niezwykle niebezpieczne, i to z racji tego potwora który wydaje się być wyjątkowo niebezpieczny, jak i zdradliwego terenu - Joachim postanowił w tej kwestii pozostać neutralnym. Właściwie to z tego co wiedział Froya w niczym nie ustępowała Baronowi w zdolnościach bojowych i łowieckich.

                            - W każdym razie Panowie, oferuje moje wsparcie… - skłonił się Wirsbergowi i van Hansenowi.

                            - Myślę, że dobrze będzie panowie jak zabierzecie Joachima ze sobą. W końcu może jego oko i umysł rzucą nieco światła podczas rozmowy z naszym ojcem. - milady zwróciła się do swojego męża oraz przyjaciela rodziny zwracając uwagę na astromantę. Nawet Froya obdarzyła go pełnym wdzięczności uśmiechem za wzmiankę o zimowej walce z potworem. Nawet jeśli on sam nie brał w niej udziału. Uśmiech jednak szybko zgasł gdy rodzicie uparcie starali się ją odciągnąć od tej bagiennej awantury.

                            - Dobrze, Joachimie, pozwól z nami. - Mikael dał znak aby młody astromanta do nich dołączył.

                            - O tak, chodź młodzieńcze! Wybacz tą moją gwałtowność to z ekscytacji. - baron Heidrich też jakby zmitygował się, że nieco zapomnieli w rozmowie o jego obecności. Dołączył się do zaproszenia kolegi. Za to milady zgrabnie pociągnęła córke w stronę dotychczasowych rozmówców aby ją odciągnąć od tej rozmowy i skierować uwagę na kogo i co innego. Panna von Hansen wyraźnie miała im to za złe ale dobre wychowanie zwyciężyło i nie chciała robić awantury w miejscu tak publicznym.

                            - Oh strasznie narwana. Nie wiem po kim ona to ma. Chyba po babce. Też taka była. - baron von Hansen pokręcił głową jakby przepraszał za zachowanie córki. Tak bardzo odmienne od zamiłowań jakim zwykle cieszyły się jej rówieśniczki.

                            - Jakby chodziło o coś innego to nawet bym ją zabrał. Jakbyście się zgodzili oczywiście. Ale to jednak nie zapowiada się na zabawę. Czy jakieś zwykłe polowanie. No i te Diabelskie Bagna. Sami wiecie jaką mają kiepska reputację. To nie jest miejsce dla dobrze urodzonej damy. - baron mówił jak dobry wujek i przyjaciel rodziny co nawet miałby może ochotę spełnić prośbę przyszywanej bratanicy ale tylko jak się rodzice zgodzą a coś na to nie wyglądało. No i jakby chodziło o coś bardziej zwyczajnego niż takie nietypowe polowanie.

                            - O tam jest ojciec Absalon. - ojciec Froyi pokiwał ze zrozumieniem głową i korzystając ze swojej wysokiej, szlachetnej sylwetki wypatrzył ich kapłana jaki rozmawiał z innymi wiernymi. Więc skierowali się w jego stronę.

                            - Myślę, że przekonanie wielebnego że polowanie na groźnego potwora na bagnach to nie zabawa nie będzie problemem - skinął głową Joachim.
                            - Może nawet jest to misja, którą kościół powinien pobłogosławić…. - dodał, kiedy podchodzili do wielebnego.

                            - Na pewno. - rzucił krótko baron Heidrich jaki nie tracił animuszu co do swojego pomysłu. Po chwili ojciec Absalon widząc jak dostojni goście do niego podeszli pożegnał się z tymi z jakimi rozmawiał i zbliżył się do ich trójki.

                            - Witam moi synowie, pochwalony, w czym mogę wam pomóc? - zapytał składając swoje mocarne dłonie przed sobą i patrząc na nich zachęcająco. Baron van Hansen dał znak koledze aby ten jako autor pomysłu i zapewne osoba najbardziej zainteresowana przedstawił sprawę.

                            - Pochwalony ojcze. Piękne kazanie, bardzo motywujące i ma mądrość w swoich słowach. Jednakże mam pewien skromny a zacny w swych zamiarach pomysł o jaki chciałbym prosić o radę oraz jeśli łaska do o błogosławieństwo wielebnego. - zaczął von Wirsberg zarówno z szacunkiem jak i łagodnością chcąc zapewne zjednać swojej prośbie kapłana morskiego patrona miasta jaki słynął ze swojej surowości czy wręcz srogości. Ten zachęcił go aby kontynuował i wysłuchał o jego pomyśle aby udać się na Diabelskie Bagna, odnaleźć i ubić plugawą poczwarę jaka nawiedzała go ostatnio w snach. A chciał postąpić jak na prawego i honorowego rycerza przystało a nie kryć się przed niebezpieczeństwem. Poza tym rozmawiał już z dwójką ekspertów od snów i przepowiedni czyli obecnym tu astromantą Joachimem jak i czcigodną Matką Somnium. I oboje uważali, że ta poczwara zapewne istnieje nie tylko w jego snach. Ale, że mieli żałobę po ich ukochanej matce - księżnej to nie chciał sobie napytać biedy, że nie okazuje jej należnej czci stąd przyszedł prosić o dyspense na to szlachetne zadanie. Aby nie zostało poczytane jako oznaka próżności czy lekceważenia dobrym zwyczajom i tradycjom.

                            Kapłan Mananna wysłuchał nie młodego już szlachcica całkiem uważnie. Zamyślił się na dłuższą chwilę. Po czym stwierdził, że on sam raczej nie widzi przeciwwskazań i zapewne po odpowiedniej pokucie i wotach takie przedsięwzięcie zapewne byłoby możliwe. Ale wolał jeszcze uzgodnić to z Matką Somnium bo ona jako najwyższa w mieście kapłanka boga śmierci miała najwyższy autorytet w sprawach żałoby. Prosił więc o czas do namysłu i rozmowę z nią i aby baron Wirsberg odwiedził go jutro. Do tego czasu powinien już mieć gotową odpowiedź.

                            Joachim potwierdził słowa Barona Wirsberga. Potwierdził że te bestia z bagien również pojawiła się w jego snach. Ponadto znaki które widział w gwiazdach są niepokojące. Nad miastem zbierało się coś niepokojącego, a ta istota na bagnach była z tym powiązana. Poza tym znaki wskazywały też na zagrożenie w Akademii Morskiej, na ten temat odbył już rozmowę z rektorem.

                            Kiedy skończyli rozmowę z kapłanem spytał się Barona jak dużo osób planowałby wziąć ze sobą na wyprawę. On by wziął przynajmniej swojego inkwizytora natomiast ostatnio poznał pewnego łowcę czarownic oraz łowcę nagród którzy również byliby zainteresowani.

                            - Akademii? Dziwne. Będę musiał porozmawiać z Matką Somnium w tej sprawie. - kapłan Mananna uniósł swoje surowe brwi i powiązanie z Akademią nieco go chyba zaskoczyło. Zresztą wiadomości o snach astromanty i bagnach także.

                            - Oh nie róbmy z tego afery. Wezmę paru pachołków i psów i na pewno damy radę. - baron Wirsberg zaś nie miał ochoty robić zbiegowiska na tych bagnach i wolał ograniczyć grono zaintersowanych. Trochę nie było wiadomo czy miał na myśli tak dosłownie parę osób.

                            Joachim podziękował Baronowi i stwierdził że proponuje wyprawić się na bagna w następnym tygodniu, w ten sposób będą mieli odpowiedni czas na przygotowanie i dogranie szczegółów.


                            Festag; przedpołudnie; dziedziniec świątyni; rozmowa z Łasicą i Burgund

                            Czarodziej zagadnął łotrzyce kiedy tłum wychodził ze mszy.

                            - Mam nadzieję, że znalazłyście wystarczające wsparcie dla akcji w świątyni? Ja jak mówiłem mam dużo na głowie, ale jeśli jest potrzeba też mogę w czymś pomóc. To zaklęcie astralnej formy, o którym wspomniałem, idealnie nadaje się do stania na czatach. Oprócz tego, Merga przekazał mi wczoraj zaklęcie pozwalające przywołać chowańca, który planuje wypróbować wieczorem. Taki stwór też by się mógł nadawać do pilnowania albo przekazywania informacji.

                            - A to szlachetny panie jest na sierociniec, ten prowadzony przez nasze szlachetne Białe Gołębice. - odparła ucharakteryzowana Łasica uśmiechając się łagodnie jakby odpowiadała zacnemu panu na zadane pytanie. Wyciągnęła ku niemu puszkę na datki z jaką chodziły z Burgund po dziedzińcu świątyni pełnym wiernych po właśnie zakończonej mszy.

                            - Widzę, że wysoko w gwiazdach to ty się może znasz ale tutaj, na ulicach to byś nie przetrwał tygodnia. Będziemy u Pirory to u

                            niej pogadamy o rodzinnych sprawach. - powiedziała już ciszej i zimniejszym tonem. Burgund zaś w tym czasie uśmiechała się ciepło i rozglądała na boki czy ktoś nie stoi za blisko nich. Widać było jednak, że pod tą maską usłużnych służek jaką przybrały to obie łotrzyce nie mają ochoty ryzykować rozmowy na te zakazane tematy w tak bardzo publicznym miejscu jak to w jakim właśnie się znajdowali.

                            - A dziękuje, taką szlachetną sprawę jak sierociniec to zawsze z przyjemnością wesprę - astromanta skinał głową i wrzucił parę monet do puszki. Następnie oddalił się, zawstydzony. Musiał na przyszłość bardziej uważać.


                            Joachim wyszedł ze spotkania u Pirory jak zakończyła się główna dyskusja. Nie czekał tym razem czy dojdzie do jakiś lubieżnych zabaw w loszku. Ostatnio było to nawet interesujące, ale on przecież nie podążał ścieżką Węża, a czasu wcale nie miał dużo. Czuł ekscytację na myśl o możliwości wypróbowania zaklęcia ze zwoju który dostał od Mergi. I nad tym miał zamiar spędzić wieczór w laboratorium które znajdowało się w podziemiach jego kamienicy.

                            Następnego dnia miała czekać go wizyta w hospicjum z Ottem no i Henrich chciał się spotkać, wydawał się mieć mieszane uczucia co do ostatnich pomysłów Joachima. Mimo wszystko unikalne doświadczenie tego byłego łowcy czyniło go użytecznym sprzymierzeńcem.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #112

                              Oryginalny autor: Pipboy79

                              Oryginalny tytuł: Tura 27 - 2519.07.12; wlt; ranek

                              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
                              Czas: 2519.07.11; Festag; południe
                              Warunki: jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                              Goście Pirory

                              Zabawa w loszku pod patronatem grupki wyznawczyń Księcia Przyjemności była zdecydowanie udana. W końcu po całym, zabieganym tygodniu można było się bez skrupułów oddać żądzom i przyjemnością bez skrępowania i zahamowań jakie trzeba było okazywać poza murami loszku. Co więcej z kimś kto też po to zszedł do piwnicy. Brakowało jedynie Joachima który widząc, że zabawa zamierza przenieść się do piwnicy wstał i pożegnał się ze wszystkimi. Gospodyni wydawała się nieco zaskoczona i zasmucona, że nie zostanie na dłużej no ale skoro taka była jego wola to go nie zatrzymywała. Po pożegnaniu się z magistrem reszta towarzystwa stopniowo zeszła na dół. A tam czerwona milady zaczęła tą zabawę w aukcję pokornej Adelajdy. Zaś Fabienne jaka wcieliła się w rolę sprzedawanej, roznegliżowanej niewolnicy o ponętnych kształtach i uległym usposobieniu była bardzo ucieszona z tej zabawy.

                              - Skoro wygrałeś tą akcję to oznacz swoją niewolnicę. Mam nadzieję, że Adelajda wybaczy nam, że to nie jest prawdziwy niewolniczy tatuaż. - powiedziała uroczyście milady wręczając Otto pędzel i słoiczek z farbą, zapewne z pracowni gospodyni. Mógł dzięki temu oznaczyć swoją własność a ta własność aż promieniała z uciechy i ekscytacji na taki pikantny dodatek do tej zabawy.

                              Potem Otto miał okazję wypróbować swoją nową niewolnicę jak mu przyszła ochota. Zresztą sama czarnowłosa też zdradzała, że ma bardzo wielką ochotę na takie próby i zabawy. Więc czy ją brał od tyłu czy też ona podskakiwała mu na biodrach to wyglądała na bardzo chętną i namiętną. Tak dla radości ucha, oka czy dłoni.

                              Heinrich odkrył, że Łascia chyba nie kłamała mu gdy tak kokietowała go na to surowe traktowanie. I chociaż podczas zborów czy innych spotkań zachowywała się bardzo swobodnie to nie dała innym zapomnieć, że jest wychowanką ulicy z jaką lepiej nie zadzierać i nie da sobie w kaszę dmuchać. Nawet jeśli nie rozwiązywała sporów w pierwszej kolejności za pomocą pięści jak Silny. To jednak podczas takich zabaw potrafiła być bardzo uległa i posłuszna. Z ochotą spełniała wszelkie życzenia i polecenia o oddanie komuś kontroli nad sobą widocznie sprawiało jej przyjemność. Sama też bardzo dbała o swoich partnerów i ich potrzeby. Więc gdy chciał znów poczuć jak to jest mieć nad kimś władzę i jak wykonuje jego polecenia to Łasica okazała się w sam raz. Odkrył też, że podczas tych zabaw znamię z jednym z symboli Węża na jej tyłku zaczyna jakby promienieć przez co było wyraźniejsze. Bo na początku to tylko coś tam błyszczało jakby się wysypało trochę brokatu bez wyraźnego kształtu. Onyx właściwie też chętnie słuchała jego poleceń. Chociaż jako zawodowa ladacznica potrafiła się dostosować do wymagań klienta jakie by one nie były. Też potrafiła klęknąć czy służyć na czworakach. Chociaż podczas zabaw nie była aż tak uległa jak jej niebieskowłosa partnerka. I potrafiła nawet razem z Heinrichem wziąć ją w obroty.

                              Lilly zaś początkowo zajmowała się Dorną. Kolczastka mutantka początkowo wydawała się zadowalać rolą obserwatora i widza. Ale stopniowo koleżanka z jaskini rozgrzała ją do tego stopnia, że się zaczęły zabawiać we dwie na całego. A potem to już trudno było się połapać kto, z kim i jak. Annika początkowo też zadowalała się rolą widza. Ale Pirora do niej podeszła i chyba o czymś rozmawiały. Potem jak obie łotrzyce już były na etapie wymiany partnerów wreszcie mogły zaspokoić swoją ciekawość nowej koleżanki i z lubością zaczęły jej usługiwać. Co wojowniczka Norry przyjmowała z pewną fascynacją i upodobaniem. Fabienne też była ciekawa nowej koleżanki i bardzo chętnie wylądowała między udami Dorny. Co ją niezmiernie ucieszyło bo nie spodziewała się, że jakaś bogata pani będzie chciała mieć z nią przyjemność. Ale widocznie Fabienne była chętna na nowe smaki i doznania. A gdy jeszcze dołączyła do nich sama Soria to już w ogóle podkręciło atmosferę. Z początku bowiem czerwona milady siedziała na swoim tronie chłonąc wszystkimi zmysłami tą wyuzdaną orgię. Nim się zdecydowała aby samej wziąć w niej udział ku niekłamanej radości jej dwórek i gości. A w międzyczasie częstowano się winem, przekąskami i owocami jakie stały na jednym ze stołów.

                              Jednak prawdziwy obiad był w jadalni na piętrze. Już po zabawach w loszku. Pirora zaprosiła wszystkich swoich gości i mogli złapać oddech, odpocząć, nasycić inne potrzeby ciała i cieszyć się wzajemną bliskością i rozmową. Chociaż już pierwsi goście zaczynali się rozchodzić. Po Joachimie pierwsza musiała towarzystwo opuścić lady Fabienne a więc i Annika. Chociaż bretońska szlachcianka dała jej zezwolenie, że jak chce to może zostać a Pirora ją chętnie zapraszała do pozostania. Ale widocznie czarnowłosa służka miała swoje powody aby pozostać przy swojej pani. Towarzystwo rozwalone wygodnie przy złączonych stołach, jeszcze niekoniecznie w kompletnych strojach musiało się z nimi pożegnać. Na szczególne pożegnanie zasłużył sobie Otto.

                              - Oh, mój ty władco i zdobywco! - zaćwierkała już ponownie ubrana, wyperfumowana i elegancka milady w obowiązkowej żałobnej czerni do samej ziemi. Pogłaskała pieszczotliwie policzek jednookiego mnicha jawnie go kokietując póki jeszcze mogli sobie na to pozwolić. Widocznie tego brutalnego traktowania w loszku nie miała mu za złe.

                              - To mówisz, że jutro na którą sobie życzysz dostać zaproszenie do mnie? I wpadaj częściej w sprawach hospicjum czy którejś z dziewcząt. No byłeś u mnie, widziałeś, że mam dość ograniczone możliwości aby cię ugościć jak by należało. Ale obiecuję zrobić wszystko co w mojej mocy abyś odszedł jak najbardziej usatysfakcjonowany. Uwielbiam poznawać nowe smaki i doznania. - powiedziała mu na pożegnanie słodkim głosem z tym charakterystycznym, bretońskim akcentem. I pocałowała go w usta na ten ostatni dzisiaj raz. Z bardziej przyziemnych spraw szlachcianka okazała pełną wolę współpracy w sprawie swoich dziewcząt. Były co prawa jej służkami ale dzięki temu, że mieszkały u niej, nie miały mężów, narzeczonych ani rodziny miały o wiele większą swobodę w poruszaniu się po mieście. A Frau von Schwarz chociaż właściwie była ich panią i właścicielką nie zamierzała ich chciwie trzymać w klatce u siebie w rezydencji. Więc dała znak, że gdyby dziewczęta były do czegoś potrzebne to aby ją zawiadomić i ona w miarę swoich mocy postara się je zwolnić ze służby aby mogły się zająć odpowiednimi zadaniami. Więc choćby tak to miało być jutro z tym braniem miary na pancerze dla Anniki.

                              Heinrich też niejako był oblegany przez trójkę o wiele młodszych i jędrniejszych ladacznic. Co prawda zaczął zabawę w lozku od Łasicy i Onyx ale i Burgund nie była mu niechętna. Jak tak siedzieli sobie już przy obiedzie to cała trójka dziewcząt chętnie weszła w rolę ponętnie roznegliżowanych służek jakie usługiwały im przy stole. Zwłaszcza jeśli to usługiwanie polegało na czymś ciekawszym niż dolewanie wina czy nakładanie na talerz.

                              - To tak mówisz, traktujesz grzeszne ladacznice? Jej to nie wiedziałam, że masz takie ciekawe doświadczenia i umiejętności. Od czasów moich romansów z Kruger to nie miałam tak ciekawych kontaktów z łowcami. Koniecznie, ale to koniecznie musisz z nami jechać na te zabawy przy kamieniach. Albo jakieś inne. Jestem pewna, że jeszcze nie pokazałeś wszystkich swoich atutów i możesz nas sporo nauczyć. Zwłaszcza moresu. - Łasica i koleżanki bardzo chętnie flirtowały ze starym łowcą czarownic. Też jakoś nie wyglądały aby któraś miała mu za złe nadużywanie władzy i wydawanie poleceń jakie miały spełniać. Ani tam wcześniej, na dole w loszku ani teraz, na piętrze, przy obiedzie w jadalni. A koleżanki ze zboru, te ladacznice którymi tak gardził Thobias uważając je za niewykształcone ulicznice jak chciały to potrafiły być całkiem miłe i życzliwe. I sprawić, że mężczyzna mógł się w ich słodkim otoczeniu poczuć jak król i władca jakiemu usługują chętnie i piękne służki gotowe spełnić każde jego życzenie.

                              - Dziękujemy za zaproszenie. I zabawę. Było cudownie! Jak zawsze zresztą. I obiad też waspaniały, bardzo dziękujemy. Ale my musimy już iść. Obiecałam Sigismundusowi, że jeszcze dzisiaj go odwiedzimy. - po obiedzie Lilly i Dorna wstały. Też zaczęły się żegnać z resztą gości i gospodyniami. Obie wydawały się być bardzo życzliwie nastawione do koleżanek i kolegów. Więc te wspólne zabawy i posiłki, takie swobodne i towarzyskie jednak pomagały we wzajemnej integracji.

                              - Ja też będę już lecieć. Muszę się przygotować do pracy. I jak pójdę wcześniej to może spotkam Laurę zanim ktoś ją zamówi. - Onyx skorzystała z okazji i też wstała od stołu robiąc rundkę wokół pozostałych gości. Dała znać, że pamięta co wczoraj obiecała, że porozmawia z koleżanką jaka lubiła robale i inne takie raczej mało przyjemne stworki. A póki co pożegnała się z innymi i we trzy wyszły na zewnątrz. Pozostałe towarzystwo też stopniowo zaczynało się rozchodzić do siebie.

                              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                              Czas: 2519.07.12; Wellentag; ranek
                              Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sil.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                              Otto, Joachim i Heinrich

                              Otto wstał rano bez większych problemów. Czuł, że ciało zdradza oznaki wczorajszego wytężonego wysiłku. Ale był to bardzo przyjemny wysiłek jaki nawet dzisiaj o poranku dawał sporo satysfakcji. Co by nie mówić o koleżankach ze zboru to potrafiły zadbać o potrzeby mężczyzny tak aby nie odchodził w gniewie czy rozterce. No i nawet rano pamiętał te wesołe ale i nieco zazdrosne spojrzenia gdy wygrał aukcję i Słodka Adele znalazła się w jego mocy. Poranek jednak okazał się mniej przyjemny. Zwłaszcza na zewnątrz. Wiał silny, chłodny wiatr jaki przenikał przez habit aż do żywego ciała. Jednak pokonał poranną drogę bez przygód większych niż przeskakiwanie nad dużą plamą błota czy mijaniem błotnistych kałuż jakie zalegały na ulicach. A nie wszystkie były wybrukowane.

                              W hospicjum przywitał go brat siedzący na recepcji. A potem zaczęła się codzienna rutyna. Od skromnego śniadania jakie obsługa spożywała razem ze swoimi pacjentami. Zauważył, że wiele spojrzeń przykuwała Marissa. Za ten wybryk w bibliotece sprzed dwóch dni dostała kolejną turę chodzenia w karnej włosiennicy jakiej tak nie lubiła. Ale maskowała to całkiem udanie. Nie wyglądem się jednak wyróżniała a kanapkami z wędzonym łososiem jaką się zajadała. Ale jak się okazało nie była samolubna bo część tej wałówy jaką dostała od Fabienne oddała do kuchni. I tak każdy dostał po jednej dodatkowej kanapce z dobrą, suszoną kiełbasą co na pewno nie było standardem na stołówce. Dzisiaj zresztą też Marissa nie zdradzała się żadnym niestosownym zachowaniem. Nawet włosy upięła w surowy kok z tyłu głowy. Przeor zaś gdy odmawiał modlitwę przy śniadaniu podziękował jej za hojność. Oraz obu dobrodziejom, czcigodnej milady van Dake i von Mannlieb dzięki którym dzisiaj jedni nie tak cienkie jak zwykle śniadanie.

                              Po śniadaniu zaczęły się dość standardowe obowiązki. Dla Otto tak samo. Idź tam zamieć, tu posprzątaj, pomóż zmywać gary w kuchni. Ale jeden z kolegów przyszedł z wiadomością, że przeor go wzywa. Gdy tam poszedł do gabinetu miał dla niego dwie wiadomości.

                              - Nasza dobrodziejka Frau von Mannlieb przysłała bilecik. Chodzi o jakieś nowe ubrania dla Anniki. Podobno już wiesz o co chodzi. To potem pójdziesz do nich i postaraj się aby była zadowolona i nie narzekała na nas. Ona może nam przysłać kolejnego sposnora albo datek. - pomachał jakimś karteluszkiem który pewnie był owym listem od bretońskiej milady. I nadal podkreślał, że potrzebują takich bogatych sponsorów jak obie szlachcianki więc dobrze było im schlebiać i sprzyjać aby przedstawiły ich w towarzystwie w dobrym świetle.

                              - Ale najpierw jak sie umówiłeś z tym magistrem to idź do niego. Już przyszedł. Czeka w recepcji. Zaprowadź go do Georga. Daj mu z nim porozmawiać, obejrzeć, zbadać czy co aby potem nie mówił, że coś mu zabranialiśmy czy co. Ale jak wiesz, ten nauczyciel zrobił na mnie lepsze wrażenie. No i mówił, że ma wolny pokój aby go przyjąć pod swój dach. - okazało się, że Joachim też przyszedł dziś do hospicjum tak jak to się wczoraj umawiali. Ale przeor nadal był wyraźnie niechętny magowi. Chociaż zapewne chodziło o jakąś niechęć i nieufność do wszystkich magów a nie tego jednego w szczególności.

                              - Aha a jak tam wczorajsze spotkanie u tej blondynki? - już chyba miał zamiar puścić mnicha dalej ale w ostatniej chwili jakby przypomniał sobie rozmowę z poprzedniego poranka z dziedzińca świątynnego. Po chwili tej rozmowy jednooki mnich opuścił gabinet przeora i przeszedł korytarzami na front budynku do recepcji. Gdzie rzeczywiście zastał Joachima. I Heinricha.

                              - O brat Otto już jest. To was zaprowadzi. - powiedział brat recepcjonista do dwójki gości. A trójka kultystów chociaż widziała się choćby wczoraj po mszy u Pirory i łączyły ich wspólne spiski to jednak musieli zachować pozory, że nie łączy ich nic więcej niż powierzchowna znajomość.

                              Obaj goście więc ruszyli za młodym, jednookim mnichem jakiego wskazał im recepcjonista. Joachim wstał dzisiaj bez większych przygód. Nie został wczoraj na zabawie w loszku averlandzkiej koleżanki więc jego ciało nie odczuwało dzisiaj skutków takich intensywnych zabaw. Ale jednak głowy i swojej pracowni to po powrocie do domu używał całkiem mocno. Już południe było gdy wrócił do siebie. I mógł wreszcie na spokojnie obejrzeć te zwoje jakie dostał poprzedniego wieczoru od swojej mistrzyni.

                              Miał w ręku kartki papieru, dość zwyczajne. Zapisane nieco niestarannym pismem. Jak ostatnio widział na zapleczu apteki Sigismundusa to choćby Thobias miał znacznie ładniejsze i staranniejsze pismo. Jednak nie samo pismo było ważne. A treść. Wreszcie mógł się zagłębić w ekscytacji i ciekawości godnej prawdziwego uczonego jaki odkrywa nowet zakamarki ukochanej dziedziny wiedzy. Jednak po pierwszej euforii przyszła refleksja. Sprawa nie była taka prosta i oczywista jak to mu się w pierwszej chwili na zborze wydawało.

                              Tekst był napisany w dwóch językach. Sam rytuał był napiany w tajemnym demonicznym. Ale opisy i wyjaśnienia były w reikspiel. To bardzo pomagało zrozumieć o co tu właściwie chodzi. Został tu zapisany cały rytuał przywołania demonów. W tym wypadku tych mniejszych i słabszych nad którymi łatwiej było zapanować. Więc chodziło o istoty zwane wedle sztuki tajemnej chochlikami lub impami. Takie małe, najprostsze byty Eteru jakie czasem demonolodzy mieli jako chowańce. Albo używali ich jako posłańców lub do najprostszych zadań. Albo właśnie jako element treningu do opanowania sztuki przywołań przed spróbowaniem czegoś większego. Z tego co napiała Merga wynikało, że zasady są dość zbliżone. W większych potrzeba było więcej mocy, uwagi, składników, wymagań no i doświadczenia w takich sprawach. Ale podstawowy schemat się nie różnił. Więc takie pomniejsze przywołania powinny być w sam raz na początek.

                              Merga była na tyle troskliwa i miła dla swojego ucznia, że wpisała mu imiona trzech różnych impów. A jak wiedział, z Kolegium to gdy znało się imię demona to znacznie ułatwiało zapanowanie nad nim i spętanie go. Wyrocznia sama używała tych właśnie trzech impów więc tym razem niejako Joachim miał wejść w jej kapcie i przywać któregoś z nich zamiast niej. Ale nawet takie drobne chochliki nie były głupie i od razu poznają, że to nie ona je wezwała. Tylko ktoś o wiele słabszy i mniej doświadczony. Więc mogą próbować coś kombinować.Właściwie to na pewno będą bo nawet tak słabe istoty w hierarchii niezrodzonych były złośliwe, krnąbrne i jak tylko wyczuły okazję do psoty, do okazania nieposłuszeństwa to korzystały z okazji aby zaszkodzić śmiertelnikowi. Z opisów i schematycznych rysunków dało się wyczytać, że powinny to być dość niewielkie istoty, może jak dwie pięści, może jak kot domowy czy średni pies. W każdym razie sporo mniejsze od człowieka. No i każde, nawet najdrobniejsze przywanie na moment tworzyło więź tego świata z domeną Chaosu. Więc była szansa, że nie tylko wzywana istota może przeskoczyć z tamtego do tego wymiaru.

                              Odkrył też, że nie wszystkich liter i znaków mowy demonów jest pewien jak je wymówić. Poza tym z tego co nauczała go Merga i wcześniej w mowie i teraz w piśmie to samo paktowanie z demonem też trzeba było mówić w ich języku. A jak się potoczy rozmowa tego żadne zapiski nie były w stanie przewidzieć. To już trzeba było improwizować i kombinować na bieżąco. Zaś on sam chociaż przez te pół roku nauczył się podstaw tego języka to jednak ani nie miał go gdzie i kiedy wypróbować poza spotkaniami ze swoją mistrzynią to i niezbyt zdawał sobie sprawę jak mógłby ocenić siebie samego pod tym względem. Zaś Merga jeśli plany zboru pójdą po ich myśli miała odpłynąć do Norski przyszłej nocy. Właściwie to tej nocy gdy tak szedł korytarzem hospicjum za Otto. Wczoraj ta druga połowa dnia i wieczór zeszły mu na studiowaniu tych zapisków od mistrzyni.

                              Heinrich też szedł za swoim kolegą korytarzami przybytku dla kiepsko rokujących przypadków. Nie sprawiało to radosnego wrażenia ale chyba nie było się co dziwić. Rano wstawało mu się dwojako. Wymęczone wczoraj już nie tak młode ciało domagało się dzisiaj odpoczynku i dalszego snu. Czuł to zmęczenie we wszystkich swoich członkach. Ale jednak też i przyjemność. Bo w końcu już od dawna nie usługiwały mu tak chętnie i tak piękne kobiety. Czy je łapał za włosy, poniewierał, chłostał czy poniżał to aż przyjemnie było posłuchać i popatrzeć jak chętnie się temu oddawały i wracały po jeszcze. No i potem, już na obiedzie w jadalni gdy ta gorączka podniecenia już zapewne w sporej mierze z wszystkich opadła. To też coś nie wyglądały jakby miały mu za złe takie podłe traktowanie. Wręcz przeciwnie, adorowały go jakby był jakimś sławnym aktorem albo najdroższym klientem w najlepszym zamtuzie. A przecież nie zapłacił im ani miedziaka. W tej sztuce uległej miłości chyba wszystkie dziewczęta jakich wczoraj skosztował były prawdziwymi artystkami i to od serca i z zamiłowania a nie z musu czy dla pieniędzy.

                              No ale to jeszcze było wczoraj. Zresztą Pirora nie wyganiała swoich gości a nawet zaproponowała, że jak ktoś chce to ma pokój gościnny. Drugi zajmowała Soria. I była jeszcze jej włana sypialnia a to i tak tak dla formalności. Bo przecież gdyby ktoś z gości miał ochotę na więcej zabawy wieczorem czy nocą to przecież też koleżanka raczej by go chyba nie przegnała. Albo jej. Ale chociaz obie łotrzyce zastanawiały się chyba na poważnie czy nie zostać na noc to ostatecznie jednao obściskały i wycałowały wszystkich na pożegnanie, koniecznie chciały się umówić na następny raz, niekoniecznie tylko przy kamieniach za dwa dni ale i kiedy indziej bo jak już zrobią robotę w świątyni to będą miały więcej czasu na prywatne sprawy. No ale ostatecznie poszły w swoją stronę.

                              Ale na razie on i jego dwaj koledzy szli korytarzami. Aż doszli do stołówki. Tutaj George robił swoje tradycjne zajęcie czyli pomagał jak mógł. Czyli zamiatał stołówkę po śniadaniu. Podniósł głowę znad swojej miotły aby spojrzeć kto przyszedł. I obdarzył ich dziecieco poważnym spojrzeniem.

                              - Pochwalony. - przywitał się grzecznie. Jednak dziwnie to wyglądało w ciele dorosłego mężczyzny. I to już nie takiego młodego. Sprawiał wrażenie, że fizycznie mógł być bardziej rówieśnikiem Heinricha niż Otto albo Joachima. Przez okna do wydawania posiłków widać czasem było kogoś z obsługi ale stołówka właściwie była pusta.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Niedostępny
                                SantorineS Niedostępny
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #113

                                Oryginalny autor: Pipboy79

                                Oryginalny tytuł: Tura 27 - 2519.07.11-12 Bonus

                                Festag; południe; las

                                Froya i Norma

                                Wilk biegł szybko. Ale spowalniał go jeździec, uprząż i siodło jakie miał na grzbiecie. Mimo to nie można było odmówić mu wilczej gracji. Wilk i jeździec pędzili co sił. Jeździec bez skrupułów poganiał swojego wilczego wierzchowca a i ten biegł jakby od tego zależało jego życie. Właściwie mogło tak być. Gdy goblin z przerażeniem spojrzał w bok gdzie właśnie nieduży toporek z impetem wbił się w pień drzewa obok jakiego przejeżdżał. Goblin pisnął z przerażenia i dżgnął dosiadanego wilka jeszcze raz. Nie odwracał się ale nie musiał. Słyszał odgłos rozpędzonych, końskich kopyt pościgu. Nie mógł ich zgubić! Wiedział, że gdyby urwał się chociaż na chwilę to była szansa, że im zniknie w leśnych ostępach ale te dwie wiedźmy trzymały się go jak rzep psiego ogona. A w takim szaleńczym tempie to jego wilk zapewne osłabnie prędzej niż konie. I to samice! Ludzkie samice! To go zdumiało po raz kolejny ale już jak rozwaliły głowę Bakowi i ucieły Zgniłka to pojęli, że nie ma co wybrzydzać i trzeba zwiewać. Ale Klanga i Brzdęka dorwały już podczas pościgu. I nie zwalniały! Dlaczego nie chciału mu odpuścić?! Co za uparte…

                                Blondynka z furkoczącym za nią ogonem długiego warkocza krzyknęła triumfalnie gdy kolejna ciśnięta włócznia trafiła w plecy goblina. Ten zachwiał się w siodle ale nie stracił równowagi. Brak kierowniczej ręki sprawiło, że wilk który go wiózł nieco jakby stracił rezon i trochę zwolnił albo nie był do końca pewien w którą stronę biec. To wystarczyło Froyi van Hansen aby pogoniła swojego wierzchowca i dogoniła zbiegów. Wtedy sięgnęła po ozdobną szablę i sieknęła raz. Głowa goblina spadła z barków w krwawym rozbryzgu a wilk ponownie wystrzelił do przodu. Łowczyni zaś zawyła z radości zwycięskich łowów pozwalając już odjechać spłoszonemu wilkowo. Zwolniła bieg bo koń już się nieźle zgrzał tą pogonią. A i niebezpiecznie było tak gnać przez dzikie ostępy. W końcu wyhamowała i poczekała na towarzyszkę. Ta też się śmiała i wydawała się zadowolona z takiego wyniku.

                                - To jak tego pierwszego nie liczymy bo na pół to wygrałam! 3 do 2 dla mnie! - zawołała wesoło do partnerki o myszatych włosach związanych w drobne, warkoczyki ułożone wzdłuż czaszki.

                                - To prawda. Wygrałaś. Twój norsmeński jest coraz lepszy. - Norma zatrzymała konia obok partnerki i z siodła oglądała bezgłowe ciało goblina. - Twoja szabla też. - dodała z uznaniem. Jechała tuż za tutejszą szlachcianką bo w tym gęstym lesie nie było na tyle miejsca aby jechać tuż obok siebie. A jakby rozdzielały ich drzewa to tylko jedna z nich mogłaby ścigać ofiary.

                                - No niech będzie remis. W końcu to ty ich wytropiłaś. Bez ciebie żadnego polowania by nie było. - Froya poczuła dumę z komplementu tak doświadczonej wojowniczki. Ale nie chciała aby ta poczuła się gorsza albo, że ta co ją zaprosiła na polowanie się wywyższa.

                                - Mówiłam ci, że ich znajdę. Umiem ich znaleźć. - powiedziała toporniczka tak samo rozgrzana i podekscytowana wspólnym polowaniem jak i jej partnerka.

                                - Szkoda, że musisz wyjechać. Będzie mi tu smutno bez ciebie. Jesteś mi jak siostra. Tylko ty mnie rozumiesz. Wszyscy inni mi tylko ciąglę powtarzają, że młoda dama w moim wieku to nie powinna brać się za to czy za tamto. I jeszcze ta głupia żałoba. Nie można organizować polowań. Nawet wujaszek Heidrich chce jechać na jakieś na bagna ale nie chce mnie zabrać. Bo tam potwór, bagna, bo niebezpieczne. Przecież od tego są polowania! Jakbym chciała aby było bezpiecznie to bym po parku chodziła! - z blondwłosej szlachcianki co uchodziła za jedną z najlepszych partii do wzięcia w całym mieście i okolicy wylała się złość, skarga i irytacja. Norma to Axe pokiwała w zrozumieniu głową.

                                - Odpływam wkrótce. Ale jak bogowie pozwolą to wrócę. Do ciebie też wrócę. Będziesz kiedyś wielkim wojownikiem. Albo zginiesz próbując. Szkoda, że nie jesteś od nas. U nas to nie takie częste, że kobieta jest wojownikiem. Ale zdarza się częściej niż u was. Zwłaszcza jak naszych mężczyzn nie ma albo zginął. - toporniczka odparła w swoim rodzimym języku. I dała znak, że czas wracać w stronę miasta. Jechały jakiś czas obok siebie w milczeniu. Norsmenka zdając sobie sprawę, że jutro w nocy zapewne będzie odpływać do ojczyzny skorzystała z ostatniej okazji aby się pożegnać z tutejszą szlachcianką. Z którą czuła zaskakujące pokrewieństwo dusz. Nawet przez moment przeszło jej do głowy aby jej zaproponować podróż do Norski. Ale szybko uznała, że to durny pomysł. Musiałaby uzyskać zgodę Mergi i Starszego. Poza tym z tym wyjazdem były związane różne sprawy zboru jakie lepiej aby nie wyszły poza ich krąg.

                                - Szkoda, że turniej też odwołali. Cały rok na niego czekałam. - powiedziała w końcu lady van Hansen zsiadając z konia aby zabrać jedną z ciśniętych wcześniej włóczni.

                                - Tak. Też miałam na niego ochotę. Nie wiem czy by mnie dopuścili ale jak tak to bym wystartowała. Lubię walczyć. - Norma pokiwała głową i obserwowała jak towarzyszka z powrotem wsiada na siodło chowając włócznię do olstra przy siodle.

                                - Zrobiłabym co w mojej mocy aby ci to umożliwić. Ja sama to myślałam aby… o… zobacz jednak mnie sieknął. A coś mi się wydawało, że mnie szczypie. Rozdarł mi koszulę! I jej krew jest. Będę musiała jakoś to zakryć bo znów się zacznie gderanie. - Froya uśmiechnęła się do sąsiadki ale przerwała gdy prawie niechcący odkryła, że któryś z tych pierwszych goblinów to jednak ją trafił. Niezbyt poważnie. Niewiele bolało a sama rana była płytka i mało krwawiła. Ale rozdarcie i krew to rzucały się w oczy na jasnym materiale i to ją tak naprawdę martwiło.

                                - Zdejmij koszulę. Zaszyję ci to. - zaproponowała toporniczka widząc, że straty nie są zbyt poważne. Raczej symboliczne.

                                - Chcesz mnie wyłuskać z koszuli? - szlachcianka uśmiechnęła się pod nosem i obdarzyła ją ironicznym uśmiechem. Norma też się uśmiechnęła. - Dobra to chodź pojedziemy nad strumień. Znam jedno ładne miejsce. - powiedziała spinając konia ostrogami aby nadać mu właściwy kierunek. I obie ruszyły w tamtą stronę.

                                Festag; popołudnie; kryjówka przemytników

                                Silny, Rune i Egon

                                - Twoje zdrowie Egon! - pierwszy kufel wzniósł się do góry ale zaraz dołączyły się kolejne. Stukając się ze sobą i rozlewając gęstę, ciemne i spienione piwo. Po chwili trunek jednak lunął w głąb gardeł siedzących przy stole mężczyzn. Atmosera była radosna. Pomimo, że to było pożegnanie.

                                - Szkoda, że nie zostajesz z nami. Przydałby nam się taki krzepki chłop jak ty. - łysy klepnął włochatego w krzepkie ramię. Z ich trzech właśnie były gladiator był najroślejszy.

                                - Też bym został. Ale wciąż mnie szukają. A sami widzicie, że dość wyróżniam się z tłumu. A tam i tu nadal wiszą moje facjaty na listach gończych. Tylko czekać aż ktoś mnie rozpozna. - pokiwał właściciel bardzo imponującej brody i grzywy przez co jeden z jego przydomków to właśnie “lwia grzywa”.

                                - Duży jesteś to i wpadasz w oko. I ta twoja grzywa. Rzuca się w oczy. Ciężko ukryć w tłumie kogoś tak rosłego. - uznał w końcu Silny oceniając siedzącego obok kolegę. Właśnie dlatego oblewali to pożegnanie tutaj a nie gdzieś w karczmie albo tawernie. Bo charakterystyczne rozmiary i aparycja byłego gladiatora działały przeciwko niemu gdy chodziło o identyfikację. A zimą, poza Mergą, to był najbardziej poszukiwanym zbiegiem. Przynajmniej tych jakich władze miały dokładniejszy rysopis.

                                - Mogłeś coś zrobić z tą brodą i grzywą jak tam jeździłeś do tych kazamat. Albo po. Jak Łasica. Widziałem te listy gończe z Katją za jaką się podszywała. Wcale nie podobna. Jakbym nie wiedział, że to ona to mogła by usiąść obok mnie i bym jej nie poznał. - Rune przyszedł do zboru już po zimowych akcjach więc niejako był zmuszony znać je z relacji innych. Ale, że jego władze nie szukały to mógł swobodnie chodzić po mieście. Bo łysego mięśniaka jak Silny to też wtedy szukali. Właściwie tylko Łasicy dzięki temu, że od początku zmieniała wygląd i fatałaszki to tej Katji co szukali na listach gończych chyba mało kto by się dopatrzył rezolutnej włamywaczki z ferajny.

                                - Nie przypominaj mi o niej. - porosił Silny obdarzając kolegę ciężkim spojrzeniem. W jakim zawarto jednak nieme ostrzeżenie, że poruszanie tematu jego “wroga rasowego” ze zboru to nie jest najlepszy pomysł. Zwłaszcza jak wszyscy byli już po paru kuflach. Rune uniósł dłonie w pokojowym geście na znak, że nie szuka z nim zwady.

                                - Jutro też akcja. Szkoda, że ja muszę czekać na łodzi. Poszedłbym z wami. No ale gadałem wczoraj o tym ze Starszym i się nie zgodził. Bo jakby coś się stało to musimy być w komplecie, gotowi w każdej chwili do odpłynięcia. - brodacz westchnął bo przez to ukrywanie się w różnych podejrzanych zakamarkach miasta to nie miał zbyt wielu rozrywek. Zwłaszcza takich gwałtownych jakie lubił najbardziej. I jako gladiator nie mógł już występować a tak dobrze mu szło, nawet się dogadał z Theo o zgodę na otwarcie własnych walk w mieście.

                                - Trudno, co zrobisz? Nic nie zrobisz. Trzeba to trzeba. Ale jak tam będziesz w Norsce to pewnie będziesz miał swoje rozrywki. Pewnie bitkę tam lubią, w końcu to Norsmeni. I jakieś polowania może. I dziewoje też pewnie ogniste mają. - herszt krwawych ogarów dał sójkę w bok większemu koledze chcąc go jakoś pocieszyć i rozweselić.

                                - Bo ja wiem czy takie ogniste? Widzieliście Normę. Jakoś nie wygląda na zbyt ognistą. Taka cicha raczej. Powiedziałbym szara myszka nawet gdyby nie te jej topory. To już te nasze dziewczyny są bardziej ogniste. Burgund i Łasica choćby. Aż miło na nie popatrzeć jak tak się tulą do siebie na tych zborach. Chociaż Pirora i Soria to też niezły towar. - były żołnierz i najemnik zakwestionował zdanie kolegi. Czym znów zarobił jego ciężkie spojrzenie.

                                - Jeszcze raz wspomnisz tą dziwkę z tawerny to będziesz zbierał zęby z podłogi. Nie psuj mi humoru. - Silny powiedział to spokojnie ale na tyle stanowczo, że Rune znów powtórzył dłońmi pokojowy gest. - A Pirorę to miałem. Wtedy jak uwolniliśmy Mergę. I ta zabawa była. Tak, ona jest ognista. I ma styl i klasę. Nie to co reszta tych ladacznic. A Soria to daj spokój. To całkiem inna bajka. Ona nawet nie jest człowiekiem. Znaczy nie tak jak my. - herszt ich małej grupki wrócił do omawiania przyjemniejszych tematów. Koledzy zerknęli z uznaniem na wieść, z kim miewał przyjemność.

                                - A ta ich Bretonka? Ta od Huberta? Ją też miałeś? - zaciekawił się się Rune którego nie było gdy pod koniec zimy oba zboru miały pierwszy etap integracji i fraternizacji gdy świętowali uwolnienie wyroczni a na ulicach wciąż szalały grupy pościgowe szukajace zbiegów i ich pomocników.

                                - Nie. Jej nie. Ale nie podobała mi się. Taka wiotka i cherlawa. Pewnie bym się na nią walnął to bym ją połamał a jakbym ją zaczął pruć to rozprułbym ją na wylot! - przyznał Silny i zarechotał obleśnie ale szczerze. Kufle znów powędrowały w górę i się stuknęły wesoło.

                                - Ale Ł… Znaczy te ladacznice, mówią, że ona jest oh i ah. Nawet jak Sigismundus szukał nosicielek to jej nie wydały. A nawet broniły. To chyba ją lubią. - Rune zaczał ale z początku się zajkąknął. Nie chciał zbierać swoich zębów z podłogi a nie był pewny ile jeszcze starczy cierpliwości Silnemu. Wolał nie ryzykować. Koledzy jednak skrzywili się i wzruszyli ramionami.

                                - Ja to pewnie jutro i tak odpływam to mnie już to nie dotyczy. - oznajmił Egon obojętnym tonem i czknął wesoło.

                                - Nie daj im ię nabrać młody. One to zawsze coś chachmęcą. I gadają, z kogo to nie zaciągnęły do łóżka i jak było fantastycznie. Wiadomo. Aby porządnych ludzi wkurzyć i smaka narobić. Ale nie daj się nabrać. Potem ci naplują w twarz i będa rechotać. Im to nie wiara. Ja to żałuję, że Starszy się z nimi tak patyczkuję. Właściwie to cała sprawa z tymi nosicielkami to głupota. Ja to bym się nie szczypał. Przeszedłbym się koło północy po knajpach i zawsze jakąś ululaną bym znalazł. Potem do wora, na ramię i do lochu. Żadna filozofia. - Silny wzruszył ramionami na znak, że nie popiera ugodowej polityki lidera względem ich dziewcząt. Jak i całą sprawę z nosicielkami uważał za zbyt rozmemłaną.

                                - Ale Sigismundus mówił, że najlepsze by były ochotniczki. Bo tam u siebie to już ma mało miejsca na nowe. - przypomniał mu Rune dlaczego na razie zrezygnowano z siłowego wariantu.

                                - Akurat jakaś się zgodzi! Daj spokój. Ty byś się zgodził? Albo, żeby twoja panna czy matka dała sobie wsadzić takie coś? Nie wierzę, że znajdą jakąś ochotniczkę. Strata czasu. Ale poczekam do następnego zboru. I zobaczycie, że będę im się śmiał w twarz jak się okaże, że żadnej nie znaleźli. Jak wtedy Starszy też mnie spławi z tym spacerkiem po wieczornych tawernach to już nie wiem. Niech sami wtedy kombinują. - Silny skrzywił się brzydko kręcąc swoją łysą głową. To też mu się nie podobało no ale skoro Starszy poparł ten “ochotniczy” wariant to nie chciał mu jawnie stawać okoniem.

                                - Mnie to ciekawi ten czarny rycerz. I ten głaz. Też mi się śnił. To pewnie coś od Norry. Norra jest nasza. A oni ją na razie zostawili. Bo Oster i jaskinia, bo jej jaja, bo Soria i jej posąg. Zawsze jakieś wymówki. A póki byłem z wami to mogłem iść w las. Na mieście to nadal dla mnie duże ryzyko ale w las to tak, w las mógłbym pójść. No teraz to już za późno. Jutro odpływam. - Egon wrócił do dyskusji dzieląc się swoimi przemyśleniami. Koledzy pokiwali łysą i zarośniętą głową.

                                - Nie bój się. Jak tak dalej pójdzie to pewnie wrócisz z Norski i będziesz szukał tego głazu razem z nami. Zresztą Otto coś mówił, że u tej ich bladolicej Bretonki jest ta co zna drogę do głazu. Czy jakoś tak. Jutro mam się z nią spotkać. Zobaczymy co to za jedna. - Silny poklepał kolegę po ramieniu aby go pocieszyć. Sam zaś dał znać, że ma pewne nadzieje związane z byłą pacjentką hospicjum.

                                - No zobaczymy. Dobra to dawajcie, zagrajmy jeszcze partyjkę. Może Egon jak wszystko przegra i popłynie do Norski golutki to mu zrobimy większą przysługę niż można sądzić nie? - zaproponował Rune biorąc mocno zużyte i wytłuszczone karty w dłoń i zaczynając je tasować. Kamraci zaśmiali się z tego rubasznego żartu i chwycili za kufle. Po czym każdy zaczął oglądać karty jakie tym razem trafiły w jego ręce.

                                Festag; zmierzch; kryjówka pod zwaloną wieżą

                                Starszy i Merga

                                - Dziękuję złotko. - Merga uśmiechnęła się ciepło do Myszki jaka zwykle pełniła rolę gospodyni w tej kryjówce. Teraz podała jej prosty, gliniany kubek z zaparzonym naparem. Uśmiechnęła się cicho i niczym prawdziwa mysz zniknęła wyroczni z pola widzenia wracając do pieca i stołów pod ścianą gdzie zwykle rządziła. Za to jej miejsce zają mężczyzna w wysokiej masce.

                                - Gdybym mógł to bym powiedział, że za dużo pracujesz i należy ci się odpoczynek. - powiedział z uśmiechem siadając obok rogatej wiedźmy.

                                - A nie powiesz tak? - zapytała go złotooka obdarzając tym niesamowitym, złotym spojrzeniem. Wydawała się być zaciekawiona takim zagajeniem rozmowy.

                                - Nie. Bo przykro na ciebie patrzeć jak jesteś zmęczona. Ale właściwie nie mamy wyboru. Nie ma cię kto zastąpić. Ani przy tłumaczeniu zwojów Oster ani teraz w tym szykowaniu bomb z immaterium. Możemy ci najwyżej próbować nie przeszkadzać. - lider zboru uniósł dłonie do góry i bezradnie je opuścił aż klasnęły o jego uda. Kobieta prychnęła jakby ją nieco rozbawiła ta uwaga. Pokiwała swoimi rogami i dmuchnęła w kubek. Otuliła go dłońmi jakby chciała je ogrzać od jego ciepła.

                                - To prawda. U nas jest więcej specjalistów w takich sprawach. Jestem przy nadziei, że kogoś mi się uda nakłonić do współpracy i przyjazdu tutaj. Mój autorytet może nie wystarczyć. Ale dobrze, że znaleźliście te dwa ołtarze Sióstr. To na pewno podniesie wartość naszej oferty w oczach moich pobratymców. Ale ten skarb ze świątyni też by się przydał. Zwłaszcza, że to świątynne wota. Takie zbezczeszczenie świątyni południowych bogów na pewno będzie miłe sercu mego ludu. - Merga zamyśliła się nad rokowaniami jakie dawała samej sobie w planowanych negocjacjach.

                                - Kto wie? Może do twojego powrotu znajdziemy jeszcze coś? W końcu z tego co mówił Otto wynika, że jeden z heroldów, ta Annika, jest już właściwie w naszych rękach. A pozostała dwójka bardzo obiecujących ludzi jest wciąż w hospicjum ale prace aby ich wydostać już trwają. Właściwie dziewczyny już postarały się o tą Marissę od Soren i teraz czekają na odpowiedź. - Starszy też się ożywił. Gdy miał okazję przemyśleć i podsumować co się wczoraj dowiedział od swoich podopiecznych to ogólnie większość spraw wydawała się zmierzać w dobrym kierunku.

                                - Oby. Życzę wam powodzenia z całego serca. Ale miej na uwadze, specyfikę relacji naszych ludów. My tu przypływamy jako piraci, rabusie i dobywcy. W spokojniejszych czasach jako kupcy i najemnicy. Ale nie ma u nas tradycji aby to południowcy nami rządzili i wydawali rozkazy. Więc współpraca może być trudna. Im więcej ochotników ze mną wróci tym będą stanowić większą siłę ale też aby was szanować też musieliby widzieć w was przynajmniej porównywalną siłę. Inaczej będziecie zepchnięci do roli ponicniczej i usługowej. Zapewnić wikt, opierunek, rozrywkę i wykonywać polecenia. No chyba, że będziecie mieli siłę z jaką trzeba się liczyć. Wielkiego wodza, wielką armię, wielkie pieniądze, zasoby coś co zrobi na nich wrażenie. Jak będziecie mieć to co teraz no to cóż… Jak wrócę z paroma wojakami na krzyż to raczej wiele się nie zmieni. Ale jak przypłynie łódź z pół setką wojowników to chyba rozumiesz, że ciężko im będzie respektować jakiegoś dziadka w masce, parę ladacznic, miejskich rozbójników czy pojedynczego maga. Tylko silnych się traktuje po partnersku. - wyrocznia podzieliła się z liderem zboru ze swoimi obawami. Widocznie przybycie sojuszników z północy mogło nieść ze sobą nie tylko same plusy. Ale gdyby południowi sojusznicy okazali się słabi to mogli zostać zepchnięci do usługowej roli. Starszy zamyślił się nad tym na dłuższą chwilę. Odruchowo bębnił palcami w stół. Po czym podniósł swoją maskę i spojrzał na rozmówczynię.

                                - A ty? - zapytał tej jaka wydawała się mieć największy autorytet tutaj a i chyba za morzem też jakiś miała.

                                - Ja zapewne będę się miotała aby jakoś was wszystkich pogodzić byście się nawzajem nie pozabijali przy pierwszej okazji. No i będę szukać dziedzictwa Sióstr i wsłuchiwać się w ich szepty. - wiedźma odparła całkiem wesoło aż mężczyzna skryty z maską też się roześmiał.

                                - Brzmi dziwnie znajomo z tym pilnowaniem aby to wszystko nie rozpadło się w szwach. - pokręcił głową uśmiechając się blado na myśl jak choćby wczoraj wieczorem wszystko trzeszczało przy tak wielu różnych, charakterach. - Ale teraz część odpłynie z tobą. A i widzę, że sporo z moich dzieci znalazło sobie produktywne zajęcie. Cieszy mnie, że mimo wszystko jakoś potrafią ze sobą współpracować. Wiem, że każda frakcja ciągnie w swoją stronę i ogromną rolę grają sympatie, antypatie, dawne zaszłości. Przecież gdybym ich nie pilnował to Łasica z Silnym już dawno by się pewnie pozabijali. Albo teraz z tymi nosicielkami Oster. Praktycznie za każdym razem jest o to jakaś kłótnia. Rozumiem jedną i drugą stronę ale jakoś pogozić ich trzeba. - Starszy zwierzył się tej jaka od śmierci Karlika była jego główną partnerką w prowadzeniu spraw zboru. Nawet jeśli zwykle nie zajmowała się poszczególnymi członkami zboru a dziedzictwem Sióstr.

                                - Świetnie ci idzie. Nie poradziłabym tu sobie bez ciebie. I gdybyś ty nie usłyszał mojego wezwania o pomoc i nie zorganizował tej ucieczki z kazamat to by mnie wtedy na wiosnę spalili na stosie. A tak, wciąż jestem z wami. - uśmiechnęła się i pokrzepiająco poklepała go po dłoni. On też się uśmiechnął. Ale oboje podnieśli wzrok bo usłyszeli, że ktoś stuka sygnał z góry. A potem Myszka poszła otworzyć drzwi. I wróciła z Normą jakiej nie było od rana.

                                - Wróciłam. Udało nam się ubić parę goblinów. Ona jest dobrą wojowniczką. I mam trochę jej krwi. - oznajmiła wojowniczka podchodząc do ich stołu. Po czym sięgnęła do torby i wyjęła z niej jakieś zawiniątko. Okazało się, że to kawałek jasnego materiału z nieco ciemnymi już śladami krwi.

                                - Oh wybornie Normo! Świetnie się spisałaś! To póki jeszcze jestem to sprawdzę jej krew. Przyda mi się jakaś odmiana od tego ślęczenia nad tymi bombami. - ucieszyła się wyrocznia biorąc we fioletową dłoń ten kawałek materiału. Po czym jeszcze chwilę rozmawiali ze sobą przy stole aż wstali i każde wróciło do swoich zajęć.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Niedostępny
                                  SantorineS Niedostępny
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #114

                                  Oryginalny autor: Pipboy79

                                  Oryginalny tytuł: Tura 27 - 2519.07.11-12 Bonus

                                  Festag; wieczór; kamienica Pirory

                                  Pirora i Soria

                                  Dwie szlachcianki siedziały przy ozdobnym stole i jadły kolację w równie ozdobnych naczyniach. Były tylko we dwie więc zrezygnowały z jadalni na rzecz zwykłego stołu w kuchni. Co nieco dziwiło Pirorę no ale skoro herold Soren miała taką zachciankę to oczywiście nie protestowała.

                                  - Cudownie się dzisiaj u ciebie bawiłam moja droga. Widzę, że nasza rodzinka ma sporo utalentowanych i ciekawych osób. Nie tylko nasze dziewczynki. - oznajmiła dostojnie czerwona milady o czarnych, grubych warkoczach o granatowym połysku. Które jakby nieco się poruszały chociaż wewnątrz kuchni nie było żadnego wiatru.

                                  - Dziękuję za uznanie, z ust tak dostojnej osoby to prawdziwy komplement. - gospodyni z dumą przyjęła tą pochwałę ciesząc się, że nie rozczarowała swojej mistrzyni.

                                  - Ale zastanawiam się nad następnymi krokami. - rzuciła płynnie dama z egzotycznych krain jaka wystudiowanym ruchem wybrała srebrnym widelcem kawałek potrawy.

                                  - Nad kolejnymi krokami? - zdziwiła się młoda szlachcianka z Averlandu.

                                  - Tak. Na początek jutro. Z Fabi i tą słodką, obiecującą panną van Zee. Po tym co widziałam dzisiaj po mszy i wcześniej jestem dobrej myśli. Dobrze. Chcę mieć to co najlepsze i najpiękniejsze. Niech mnie czczą. I mdleją na mój widok. Pojedynkują się o mnie. Piszą romantyczne wiersze. Rzucają się w przepaść lub robią inne tak wspaniale szalone i nonsensowne rzeczy aby zwrócić moją uwagę. Na początek może być ta słodka Kamilka. Prześliczna dziewczyna i przypomina mi te bardziej znajome strony jakie dla was są tak egzotyczne i obce. Nie wiem czy na następny zbór ją przyprowadzę na smyczy ale na takie zabawy jak dzisiaj u ciebie to bym nie wykluczała. Widziałam jak pożera mnie wzrokiem. Uwielbiam to. Więc jutro mam na nią ochotę i skonsumować tą znajomość. Oczywiście razem z tobą i Fabi bo w końcu to mają być te lekcje językowe i kulturowe u ciebie. - Soria dalej mówiła tym elganckim i wystudiowanym tonem jakby to chodziło o jutrzejszą pogodę, relację z jakiejś oglądanej sztuki lub inne zwyczajowe plotki między damami z wyższych sfer. Ale mimo wszystko Pirora tonęła z zachwytu i podziwu dla jej pewności siebie jakby jutro ze zdobyciem jednej z najpiękniejszych panien w mieście to była tylko formalność. Z drugiej strony nie bezpodstawna bo sama była świadkiem w jaką radość wpadła Kamila gdy je sobie przedstawiła pierwszy raz w zeszłym tygodniu. I od tamtej pory córka kapitana portu zdawała się korzystać z każdej okazji aby zamienić chociaż parę słów z czarującą milady z egzotycznych stron. Ostatni raz jak ją Pirora taką widziała to gdy tak szalała za estalijksą kapitan. Ale ta odpłynęła z miasta wczesną wiosną gdy szlaki morskie znów stały się żeglowne. Zostawiła swoje służki i rezydencję kupioną za miastem. Właściwie to tą jaka miała się za parę dni stać przykrywką dla spotkania z Gnakiem i jego stadem przy starych kamieniach.

                                  - Jestem pewna, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Mam wrażenie, że Kamila cię uwielbia. Ma słabość do egzotycznych, pięknych, awanturniczek. - przyznała blond gospodyni sięgając po kielich z deserem.

                                  - A potem jakoś nas umów z baronem Wirsbergiem. Tym o jakim mówił Joachim. - rzuciła krótko czerwona milady z godnością przyjmując uwagę gospodyni. Ale powiedziała to jakby kończyła jakąś wcześniejszą myśl.

                                  - Z baronem Wirsbergiem? Ale po co? - tym razem Pirora wydawała się autentycznie zaskoczona. Pogrzebała w deserze biorąc na czubek ozdobnej łyżeczki wisienkę.

                                  - A chciałabym go poznać. Wydaje się być interesującym mężczyzną. A poza tym może słyszeć szept którejś z Sióstr. Zapewne Vesty z tego co mówił Joachim. Może tak. Może nie. Jestem tego ciekawa. - wyjaśniła jej była syrena jaka przez parę tygodni terroryzowała okoliczne wody wciągając rybaków w morskie, lodowate odmęty.

                                  - Słabo go znam. Zostałam mu przedstawiona na jakimś przyjęciu u van Hansenów. Nie wydał mi się ani ciekawy ani pociągający. Raczej z pokolenia rodziców Froyi. Ona nazywa go “wujaszkiem Heidrichem” i widocznie żyją ze sobą w dobrej komitywie. - gospodyni streściła to co najważniejsze o baronie jakiego jednak nie znała zbyt dobrze. I jakoś nigdy nie wydał jej się na tyle ciekawy aby go miała ochotę lepiej poznać.

                                  - Swietnie. Umów mi z nim spotkanie. Zobaczymy co to za jeden. No i jak już o tym rozmwiamy. Kiedy mnie poznasz z samą Froyą? Tyle o niej słyszałam. Nawet ją rano widziałam na mszy. Bardzo atrakcyjna kobieta. Rozumiem czemu jest tak rozchwytywana. Pasowałaby mi do kompletu do Kamili. Sama zobacz. Z tej strony Froya a z tej Kamila? Czy na odwrót? - czerwona milady zręcznie przeskoczyła na temat rodziny van Hansenów. A dokładniej ich najmłodszej latorośli co miała opinię jednej z najpiękniejszych a do tego najbogatszych panien w okolicy. Na koniec jednak uniosła wysoko swoją zgrabną nogę aż się rąbek czerwonej spódnicy osunął aż do połowy uda. Ukazały się pończochy oraz trzewiki. Właśnie o tych trzewikach Soria dumała z której strony by która szlachcianka lepiej pasowała aby jej usługiwać i czcić.

                                  - Poślę bilecik do Froyi jutro. Jutro mamy dość zajęty dzień. A pojutrze już jedziemy w plener. W Marktag to zapewne nie będziemy się do niczego nadawać. To najprędzej potem. Ale zrobię co się da aby umożliwić wam spotkanie. Tylko… Tylko Froya to nie jest Kamila. Ona ma bardzo silny, niezależny charakter. Robi polowania, kolekcjonuje broń, trenuje szermierkę. Właściwie gdyby urodziła się chłopcem to by to jej lepiej pasowało do zainteresowań. Tylko ona całe życie to słyszy to nie przepada jak ktoś to znów jej powtarza. - Pirora wcale nie była taka pewna czy nawet Sorii pójdzie z dumną panną van Hansen tak gładko jak z Kamilą jaka już prawie wpadła w jej sidła. Z nią to była prawie pewna, że jutro się uda. A całkiem możliwe, że nie tylko raz o ile Soria miałaby zastąpić pannie van Zee Rose. No ale Froya była całkiem inna. I słynęła z silnego charakteru i dużej niezależności.

                                  - Wybornie, moja droga, wprost wybornie. Uwielbiam takie owoce co pozornie są nie do zdobycia. Zresztą zostaw to mnie. Po prostu mnie z nią umów. Zobaczymy jakie żądzę skrywa w sobie ta niepokorna i niezdobyta dama. - czerwona milady bynajmniej nie czuła się przejeta takimi ostrzeżeniami a nawet jakby wyostrzyły jej apetyt na długonogą blondynkę z nazwiskiem i majątkiem z pierwszej półki co zdradzała tak niecodzienne zainteresowania jak na młodą damę.

                                  - Aha. I te koleżanki jakie mówiłaś z Fabi. Zdaję się na ciebie. Umów mnie z tą którą uznasz, albo obie uznacie, za najbadziej obiecującą. Właściwie umów mnie z jakąkolwiek. Musimy zacząć pleść naszą sieć powiązań i zależności. Słodkiego grzechu deprawacji i wyuzdania. Każdy taki cukiereczek zwiększa nasze możliwości. Widzisz kochanie, wielu wtajemniczonych w nasze sprawy uważa nas za pustych, durnych sodomitów i dewiantów. Co tylko zastanawiają się z kim pójść dzisiaj do łóżka. To dobrze. Bardzo dobrze. To działa na naszą korzyść. Uwierz mi potem są bardzo zdziwieni gdy odkrywają, że parę słówek tu czy tam i nagle wszyscy są na naszych usługach. Więc jak usłyszysz, że my jesteśmy puste ladacznice to się tym nie przejmuj i róbmy swoje. I proszę przekaż to Łasicy bo ona mi się wydaje strasznie impulsywna. Chociaż to niesamowicie dodaje jej smaku. - herold Soren zdradziła swojej podopiecznej i gospodyni jakie ma plany i zamiary co do tego miasta. A ta pokiwała głową z uznaniem bo brzmiało jakby Soria bez względu na resztę zamierzała podbić to miasto. Nie siłą czy orężem ale jedwabiście słodką nutką dekadencji i grzesznych przyjemności.

                                  - No, no… - mruknęła Pirora gdy układała sobie te wszystkie plany i schematy w głowie. I niezbyt wiedziała co powiedzieć.

                                  - Najadłam się. Dziękuję było przepyszne. Podziękuj kuchni, świetnie się spisali. A teraz mam ochotę na kąpiel. I mam nadzieję, że nie będę tam sama. - oznajmiła czerwona milady na koniec wieńcząc powłóczyste spojrzenie na siedzącej niedaleko gospodyni.

                                  - Oczywiście milady, będę zaszczycona! - odparła radośnie ciesząc się, że to właśnie z jej gościny skorzystała ta wężowa syrena w ludzkiej skórze.

                                  Festag/Wellentag; noc; rezydencja von Mannlieb - hospicjum

                                  Fabienne, Łasica i Burgund

                                  Obudził ją nacisk na ustach. Gwałtownie otworzyła oczy i ujrzała kogoś nad sobą. W swojej sypialni! Przy swoim łóżu! W środku nocy!

                                  - Ciiii. Nie panikuj Fabi. To my. - usłyszała cichy szept pochylającej się nad nią postaci. I rozpzoznała głos Łasicy. I zapach jej niezbyt wyrafinowanych chociaż całkiem przyjemnych perfum. No cóż, nie była szlachcianką aby stać ją było na kosmetyki z wyższej półki. Dłoń włamywaczki odblokowała usta Bretonki a w zamian przysunęła swoją twarz. I pocałowała te usta. Najpierw deliikatniej, potem śmielej, wreszcie całkiem gwałtownie. Dłoń zaś sięgnęła pod kołdrę i zaczęła ściskać jej niezbyt obfite chociaż jędrne piersi. A po chwili zsunęła się niżej podwijając nocną koszulę.

                                  - Zdejmuj to. - szepnęła cicho włamywaczka do gospodyni ciągnąc ją za kawałek nocnej koszuli aby dać znać o co chodzi.

                                  - Dobrze! Ale to ekscytujące! Jak tu weszłyście? Będziemy się teraz kochać? Tylko cicho aby nie pobudzić reszty. Ale mam gdzieś tu knebel. Możemy go użyć. - po pierwszym zaskoczeniu szlachcianka rozbudziła się na dobre. A nawet pobudziła. I zdradzała pełną radość i chęć do współpracy z dwiema nocnymi włamywaczkami.

                                  - Nie. Nie będziemy się kochać. Wstawaj i ubieraj się. - chociaż Łasica jeszcze dzisiaj w loszku zachowywała się równie ulegle jak Fabienne to teraz zdradzała zaskakująco dominującą i stanowczą postawę. Zrzuciła z gospodyni kołdrę i wstała od łóżka aby ta mogła wstać.

                                  - Jak to? Nie będziemy się kochać? To po co przyszłyście? Stało się coś? - czarnowłosa gospodyni w nocnych ciemnościach wyglądała jak jakaś nocna zjawa. Bo luźne, długie, czarne włosy dawały mocny kontrast na tle jej zgrabnej, alabastrowej sylwetki. W głosie jednak słychać było mieszaninę obrażonego focha i niepokoju. Wstała jednak z łóżka i zdjęła z siebie nocną koszulę.

                                  - Będziemy się kochać. Ale nie tutaj. Masz, ubierz się w to. Chyba, że masz jakieś nocne ciuchy. Takie co by można łazić przez płot. Chyba dasz radę? Gruba nie jesteś. - Burgund co dała zacząć akcję swojej partnerce teraz przejęła pałeczkę rozmowy jakby uznała, że koleżanka trochę za ostro podeszła do rozbudzonej w środku nocy szlachcianki. Podała jej zawiniątko jakie w dotyku było miękkie. Jakby w środku były ubrania.

                                  - Mam się w to ubrać? I jakie płoty? Gdzie wy chcecie iść? - gospodyni odruchowo zaczęła rozwiązywać supełek ale, że było dość ciemno to podeszła do okna aby cokolwiek widzieć. Nie mogła jednak nadążyć za pomysłami swoich koleżanek.

                                  - Do hospicjum. Kochać się z Marisską. - odparła krótko Łasica i mimo ciemności w jej głosie dał się słyszeć radośnie, złośliwy uśmieszek.

                                  - Poszłybyśmy same. Ale nie wiemy w jakim jest skrzydle i celi. Poza tym do końca nie mogłyśmy się zdecydować czy włamać się do ciebie czy do niej. Więc uznałyśmy, że załatwimy was obie w ciągu jednej nocy. - oznajmiła jej Burgund teraz równie uradowana z ich pomysłu jak ich liderka. To dodało energii gospodyni bo już bez skrupułów zaczęła się przebierać chociaż na dotyk to zwykle ubierała się w coś znacznie lepszego i bardziej eleganckiego. Ale skoro chodziło o tak romantyczną i ekscytującą przygodę to nie wahała się ani chwili.


                                  - To tam. Tamte drzwi. To do niej. - szepnęła cicho Fabienne pokazując kóteś z kolei drziw w głębi korytarza. To było niesamowite! Jeszcze nigdy nie uczestniczyła w tak ryzykownej przygodzie! Ale to dodawało tylko pikanterii do jej smaku. To było jak jakiś pokaz nieznanej jej wiedzy tajemnej gdy mogła obserwować koleżanki przy pracy. Od tej pory ich nie znała. Nawet jeśli mniej więcej wiedziała czym się zajmują to jakoś zwykle spotykały się w loszku Pirory albo na przyjęciach gdy robiły jako kelnerki czy inna obsługa. A czasem nawet była okazja na jakiś szybki numerek gdzieś na zapleczu albo chociaż na jakiś klaps w tyłek bo przecież szlachcie nie wypadało się nawzajem klepać po tyłkach na oficjalnych przyjęciach.

                                  - Dobra, to chodź. Złap mnie za ramię. A ty porwadz ją ruda małpo od tyłu. - szepnęła cicho Łasica do swoich towarzyszek. Bo jak to odkryły to jakoś wielkiego zdziwienia nie było. Ale jednak było nieco irytujące jak się okazało, że szlachcianka nie jest tak dobra we włamaniach jak zawodowe włamywaczki. Dla nich była niezdarną amatorką. Ale właściwie była amatorką! Sama im się przyznała, że to jej pierwszy raz. No ale traktowały ją jak kamratkę a nie młodą na szkoleniu. Poza tym łączył jej wspólny i zaszczytny cel. A zostawić jej nie mogły bo same niezbyt wiedziały gdzie w hospicjum przebywa Marissa a szukanie jej po ciemku w tak dużym budynku było proszeniem się o kłopoty. I nawet własne chucie nie były na tyle silne aby je do tego nakłonić. Dopiero z Fabi co już tu wcześniej była miało to sens.

                                  - W końcu dostaniesz po uszach za tą rudą małpę! - syknęła do niej Burgund ale położyła dłoń na plecach szlachcianki aby pomóc jej nawigować po ciemku. Zaś od przodu Łasica ciągnęła ją za rękę we właściwym kierunku. Tak jak to sobie jeszcze dzisiaj po obiedzie u Pirory umyśliły włamanie się do hospicjum okazało się fraszką. Przynajmniej dla zawodowych włamywaczek. Zapewne dlatego, że nie było tu nic cennego ani ciekawego aby się włamywać. Pewnie już prędzej aby ktoś nie uciekł z celi. Ale te cele to się zamykało od strony korytarza.

                                  - To tu. - zepnęła bretońska szlachcianka przebrana w zwykłe spodnie i ciemny kubrak przez co w ogóle nie wyglądała na osobę szlachetnie urodzoną. Łasica posłuchała chwilę pod drziwami. Nachyliła się aby spojrzeć przez szparę pod nimi. I w końcu odblokowała zasuwę i otworzyła drzwi. W środku ujrzała zarys pryczy i owal twarzy na niej. Owal nieco się uniósł pewnie obudzony zgrzytaniem zasuwy i drzwi.

                                  - Wchodzisz. - rzuciła cicho Burgund i trzepnęła w zgrabny, szlachecki tyłek koleżanki. Ta weszła do środka i podeszła do pryczy. Nie miała takiej wprawy w łażeniu po ciemku jak one więc czuła się nieco nieporadnie. Ale zapału i dobrych chęci jej nie brakowało.

                                  - Marisko? To ja. Lady Fabienne. Poznajesz mnie? - zapytała cicho próbując zogniskować spojrzenie na jasnym owalu twarzy widocznym przed sobą.

                                  - To pani? Tak, poznaję. Co się stało? - zapytała zaskoczona pacjentka hospicjum.

                                  - To są moje koleżanki. Bardzo chciały cię poznać. - Bretonka wskazała na dwie, ciemne, bezpłiciowe sylwetki jakie starannie zamknęły drzwi i teraz stały obok pryczy.

                                  - Właściwie to przyszłyśmy się z tobą kochać. Bo mamy trochę roboty, nie wiemy jak wyjdzie a ciebie nie wiadomo kiedy wypuszczą… No to nie wiadomo kiedy będzie następna okazja. A Fabi i Pirora nam strasznie ciekawe rzeczy o tobie opowiadały więc jesteśmy. I chcemy się z tobą kochać. Jeśli chcesz. Jak nie to trudno, spadamy stąd. I będziemy się kochać z Fabi u niej w sypialni. - zamaskowana na ciemno postać bez większej żenady i w prostych słowach wyjaśniła pacjentce po co tutaj przyszły w środku nocy. Po kolei wskazała na stojącą obok “rudą małpę” a gdy mówiła o alternatywnej opcji trzepnęła Bretonkę w tyłek aż ta syknęła i stłumiła uśmiech zadowolenia.

                                  - Chcę! Odkąd Annika odeszła to prawie nikogo nie mam tu do zabawy! I jakie to romantyczne! A jak się nazywacie? - wydawało się, że spełniają mokre sny gospodyni bo ta równie ochoczo zgodziła się na taką, niemoralną propozycję. Ochoczo odrzuciła koc ukazując jasną plamę kobiecych kształtów. Tylko na biodrach był ciemny, filigranowy kształt zdradzjący bieliznę.

                                  - No! I o to chodziło! Tylko cicho aby nie obudzć reszty. - Łasica ucieszyła się na taką dobrą wolę współpracy na jaką miały nadzieję już u Pirory. A po chwili one same też zaczęły się szybko rozbierać aby móc się nacieszyć nową koleżanką. Ona zresztą też przyjęła je w swoje ramiona, usta i uda bardzo chętnie. Zabaw była ciemna, chaotyczna, pośpieszna i nieco nerwowa. Czasem musiały przerwać gdy zdawało im się, że coś słyszą. Ale w końcu zdyszane i usatysfakcjonowane skończyły. Zaczęły się po ciemku ubierać ale, że trudno było się było połapać co jest co to włamywaczki zaryzykowały zapalenie małego ogarka jaki położyły na podłodze. I w jego wątpłym świetle zaczęły się ubierać. Przy okazji pierwszy raz mogły się sobie nawzajem przyjrzeć.

                                  - Ale z ciebie śliczna dziewczyna! Jak stąd wyjdziesz to zapraszamy do siebie! Zabawimy się na całego i nie tak po złodziejsku jak teraz! - szepnęła wesoło Łasica gdy jako tako mogła się wreszcie przyjrzeć swojej nowej kochance. Zrobiło się całkiem miło i sympatycznie a naga lokatorka odprowadziła ich do drzwi. Tam jeszcze ostatnie całusy na pożegnanie i włamywaczki znów musiały zasunąć zasuwę. A potem we trzy wrócić korytarzami, do otwartych drzwi, zamknąć je i przeskoczyć przez mur. I pomóc Fabienne przez niego się przedostać. A potem ciemnymi kanionami miasta na północ, ku rezydencji von Manliebów.

                                  - A nie będzie miała przez nas kłopotów? Nie poznają się, że tam byłyśmy? Ależ to było ekscytujące! Musimy to powtórzyć! - Fabienne chyba najbardziej przeżywała właśnie zakończone spotkanie. Chociaż u koleżanek raczej inaczej się ono objawiało ale wszystkie trzy były zadowolone z siebie i wykonanego skoku. A i Marisska żegnała ich tak czule, że dobrze to rokowało przy następnym spotkaniu.

                                  - Dziewczyno, gadasz z profesjonalistkami. My jesteśmy dziewczyny z ferajny. Włamujemy się gdzie chcemy, bierzemy co chcemy, i nie zostawiamy śladów. Jeszcze jakby ktoś jutro z rana od razu zaczął szukać czegoś w zamku od kuchni i wiedział czego i miał bystre oko i wprawę no to może by dostrzegł jakąś nową rysę czy dwie. Ale jak zacznie dzień jak co dzień to się nie kapnął. Dlatego musiałyśmy zdjąć buty po wejściu. Aby nie zostawić śladów błota. Bo to każdy by się poznał, że ktoś tu był. - Łasica była pewna siebie i nie obawiała się konsekwencji. Ani dla siebie ani dla koleżanek. W tak radosnym nastroju dotarły do rezydencji gdzie znów pomogły przejść gospodyni przez jej własne ogrodzenie a potem poczekały aż wejdzie po podstawionej drabinie na górę. Ta dostała jeszcze pożegnalnego klapsa gdy wchodziła, pomachała im z góry na pożegnanie i obserwowała jeszcze z okna jak odstawiają drabinę na ziemię, czmychają przez ogród a potem zwinnie wspinają się po ogrodzeniu. Na koniec jeszcze też jej pomachały i zniknęły z ciemnościach nocy.

                                  - Ależ to była przygoda… Jak z jakiegoś romansu! - westchnęła rozmarzona szlachcianka odchodząc wreszcie od okna. I zaczynając zdejmować z siebie to niegodne błękitnokrwistej ubranie. Zdejmowała je byle jak rzucając je za łóżko. Nie kłopotała się już aby szukać po ciemku i zakładać nocną koszulę tylko władowała się do swojego łóżka i z lubością ułożyła do snu. Ale ten nie przychodził. Zamiast tego pod powiekami chaotycznie przeskakiwały kolejne sceny z tego intensywnego dnia. A jutro znów ją czekała wizyta u Pirory! Więc na pewno też nie będzie się nudzić.

                                  Wellentag; świt; zatoka portowa

                                  Kurt i Vasilij

                                  Już świtało. Z wód zatoki podniosła się tradycyjna, poranna mgła. Ale miasto i zatoka były jeszcze uśpione. Właściwie dopiero nocne niebo jaśniało a tutaj, na ziemskim padole, panował jeszcze półmrok. Już jednak widzieli wąskie łodzie rybaków jacy ich pozdrawiali gestem Mananna i wypływali na połów. Ich łódź była większa. Zdecydowanie nie rybacka. Podobna kształtem do długich łodzi z północy. Tu, na południowym wybrzeżu Morza Szponów były już mniej popularne. Wyparły je nowocześniejsze kogi i karaki. Ale to były drogie statki. Więc ci mniej zasobni wciąż używali tych długich łodzi lub konstrukcji im bardzo podobnych. Akurat taką łódź miał Vasilij. Tylko, że zwykle używał jej ze swoimi ludźmi do skrytego przewozu towarów po zatoce albo przed. Taka łódź była w sam raz do takiego szmuglu. Ale praktycznie nie używali jej do wypływania na szerokie morze nie mówiąc już o dalszych rejsach. Teraz on i nieco niższy mężczyzna stali na dziobie tej jednostki.

                                  - I co? Jak wyszło? - zapytał herszt bandy przemytników. Stary bosman z namaszczeniem miętosił fajkowe ziele do swojej fajki i obojętnie wzruszył ramionami. Vasilij już sądził, że na tym się skończy ale Kuternoga jednak przemówił.

                                  - Może być. Nie najgorzej. Jak sztormu nie będzie a morze spokojne to tak. Może być. - odparł w końcu jedyny wilk morski jakiego mieli w zborze.

                                  - Nie brzmisz zbyt pewnie. To jest aż tak źle? - herszt przemytników wolał wiedzieć jakie jest zdanie byłego żeglarza aby wiedzieć na co się szykować. Dlatego poprosił go na rozmowę na osobności jaką zapewniał dziób jednostki.

                                  - Cudów nie ma. Nie nauczę was w parę rejsów tego co ja się uczyłem przez całe życie. Ale podstawy znacie. Jakoś tam się zgraliście przez te parę rejsów. Jakoś się ciebie i mnie słuchają. No to jest nadzieja, że może być. Jak morze będzie spokojne to damy radę. To nie tak daleko. Dzień, może dwa, góra trzy dni rejsu. Zależy od stanu morza i rytmu wioślarzy jaki się da utrzymać. - bosman wyraził swoją opinię na temat trenowanej od jakiegoś czasu załogi. Owszem, podstawi mieli. Ale jego zdaniem nadal byli bardziej szczurami lądowymi niż żeglarzami. A do wilków morskich jak on nie było co ich porównywać.

                                  - Aha. No to… Chyba dobrze. I tak nie mamy wyjścia. Jutro… Właściwie to dziś. Dziś w nocy wypływamy. Jak wszystko dobrze pójdzie z tą świątynią. Byłeś już tam? Tam gdzie Merga mówiła? - Vasilija podniosła na duchu ta ekspertyza. Co prawda nie brzmiała zbyt radośnie ale chyba jakieś minimum zdaniem Kurta spełniali. Co uznał za zaletę.

                                  - Tak u nich to nie. Ale wiele razy tamtędy przepływałem. Tylko pewnie rozumiesz, że imperialne jednostki to zwykle mogą żywić pewne obawy przed lądowaniem w Norsce. - odparł mu z lekkim przekąsem stary bosman. Sam nie wiedział czego się spodziewać po tej wyprawie. Od strony żeglarskiej to jeszcze jako taki. Tak jak to powiedział koledzę. Jak morski żywioł nie będzie kapryśni to oceniał, że mają spore szanse, że się uda. Chociaż właśnie to by się przydało dwa albo trzy dni dobrej pogody. Ale co ich czeka na miejscu? Nie miał pojęcia. Chyba tylko Merga i może Norma mogły coś rokować. W końcu były stamtąd. Wierzył, że skoro one były gotowe podjąć się tej misji i chyba miały zamiar tu wrócić to chyba nie zaczną tam od składania durnych południowców w ofierze.

                                  - Dobra. Dokujemy. Daj znak ludziom. I daj im wolne. Niech odpoczną. Niech się najedzą. Wyśpią. Przed zmierzchem trzeba załadować zapasy. O zmierzchu łódź ma być gotowa do drogi. Potem jak nam dadzą znać to podpłyniemy tam gdzie jesteśmy umówienil. - Kurt pyknął z fajki i wskazał nią w kierunku gdzie zwykle dokowali. Nie zawsze w tym samym miejscu ale dzisiaj było wolne. Przy okazji wydał dyspozycję na ten dzień co miał być ich ostatnim w rodzimym porcie. Spojrzał w coraz jaśniejsze niebo. Wszystko co mógł zrobić ze swojej strony to zrobił. Teraz zostało zdać się na pozostałych członków ich niecodziennej rodziny i na bogów.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Niedostępny
                                    SantorineS Niedostępny
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #115

                                    Oryginalny autor: Seachmall

                                    Wellentag; ranek; hospicjum

                                    Mnich przywitał ten dzień w większym uśmiechem niż miał w zwyczaju. Zmęczenie i stres ostatnich dni z niego spłynął po wczorajszym dniu. Przywitał spokojnie brata zajmującego się recepcją i zaczął swój dzień pracy.

                                    Wezwanie od Fabienne dało mnichowi odetchnąć, pora na kolejny krok w odkryciu ołtarza Norry, ale najpierw Joachim. Spojrzał na Przeora kiedy ten zapytał o wczorajszą imprezę.
                                    Och, jak kusiło go, aby mu opowiedzieć prawdę. O tym jak ich dobrodziejka usługiwała mu jak zwykła ladacznica, ale ugryzł się w język. Trzeba nadal trzymać pozory.

                                    - Niestety była to mniejsza impreza niż sądziłem, ale wyszło z niej coś ciekawego. Najwyraźniej nasze trzy dobrodziejki zainspirowały się naszym hospicjum i planują otworzyć gdzieś w okolicy miasta uzdrowisko. - mnich trochę wzruszył ramionami - Gdzieś gdzie możni mogliby zażyć kąpieli w wodzie z leczniczego źródełka, masażu ze smarowaniem jakiś leczniczych specyfików. W sumie lady Pirora chciałby pomocy przy tym przedsięwzięciu. Chciała zapytać, czy znasz jakieś lecznicze źródełka w okolicy? Nawet jeżeli to pic, czasem wiara czyni więcej niż jakaś tam "magia". Do tego, pytała czy ktoś z naszych pacjentów, mógłby znaleźć zatrudnienie w tej lecznicy? Oczywiście Hospicjum będzie wymienione jako współtwórca tego miejsca, a to przyciągnie wzrok możnych. - przynęta zarzucona, teraz zobaczyć czy tłusty sum ugryzie.

                                    - Naprawdę? Ależ to wspaniała wiadomość Otto! - przeor hospicjum prawie się zachłysnął z radości gdy usłyszał takie wieści. - Chwalmy dobrych bogów młodzieńcze! Obdarzyli nas łaską szczodrości w postaci tych cudownych kobiet! - zawołał radośnie wznosząc ręcę pod sufit w pochwalnym geście.

                                    - I spójrz jakie krzywdzące są te stereotypy mój chłopcze. Tak ci starsi lubią gderać na młodzież i młodych… A tu proszę! Wszystkie trzy takie młode a zobacz jakie szlachetne dobrodziejki! I to żadna nie jest od nas. Przecież panna van Dyke to jest z Averlandu a Frau von Mannlieb co prawda ożeniona z naszym kapitanem ale jest z Bretonii. Zresztą nie da się ukryć przez jej akcent. Tej lady Sorii to nie znam ale jak nie znam to pewnie też nie od nas. Zresztą tak mówiły. I zobacz! Wzór do naśladowania! Wielu tych możnych mogłoby się uczyć hojności i dawania jałmużny od tych szlachetnych dziewcząt! - przeor rozpływał się w zachwycie nad trzema, młodymi szlachciankami. A zwłaszcza ich dobrodziejstwem.

                                    - Koniecznie musimy dać na tacę w przyszły Festag aby pomodlić się w ich intencji. A co tam! Przez tydzień będziemy u nas odmawiać psalm dziękczynny za ich zdrowie i powodzenie! - wydawało się, że przeor Bernard nawet się rozczulił nad hojnością trzech błękitnokrwistych młodych kobiet.

                                    - I mówisz uzdrowieńcze źródła? Tak, tak, świetny pomysł. Przydałoby się coś takiego u nas. Cóż za wspaniałe kobiety. - trochę ochłonął i zaczął się zastanawiać nad pytaniem jakie zadał mu młodszy mnich.

                                    - Tu w mieście to nie słyszałem aby coś było. W okolicy też nie. W Kurtwallen jest uzdrowisko no ale to trochę daleko od nas. Już bliżej stamtąd do Salzenmundu niż do nas. No i tam już nie byłoby łatwo uszczknąć tortu. Ale coś mi świta, że coś było jeszcze… Dawniej… - gdy zaczął przeczesywać swoją pamięć powoli coś zaczynało się krystalizować. Ale to chyba nie należało do powszechnej wiedzy jakiej korzystał na codzień więc nie przychodziło mu to zbyt łatwo.

                                    - Chyba coś było… Tam na południu… Może w Stavern? Właśnie niezbyt to pamiętam bo to już dawno nie działa. Chyba jakiś wypadek był czy pożar. Nie jestem pewien… Ale jeśli nawet to budynki mogły się spalić czy zapuścić ale źródełko jak tam było to chyba powinno być nadal. - przeor wyraźnie walczył ze swoją pamięcią chcąc pomóc w tym zaszczytnym dziele wspomożenia ich dobrodziejek a nawet i w jakiejś części ich własnego hospicjum. Ale widać to szło mu bardzo opornie.

                                    - Wiesz co Otto? Idź z tym do Marissy. Ona jest uczona. O ile nie lata jak wariatka na golasa po meblach. I ona brała nauki w Saltmundzie. Jako zielarz i alchemik. I parę razy z nią rozmawiałem na podobne tematy. Dlatego ją przydzielam do herbarium albo biblioteki. Może ona coś wie, pamięta albo zna jakąś księgę co by można było coś znaleźć. No i jak powiesz, że to dla jej nowej pani to pewnie ci nie odmówi pomocy. Możesz jej obiecać skrócenie kary włosiennicy o dzień czy dwa jak się wykaże. Coś tam wymyślisz. Jak nie to po prostu sami będziemy musieli zajrzeć po tych księgach. - w końcu nie będąc pewnym swojej pamięci przeor skierował go ku jednej z bardziej kłopotliwych pacjentek. Przynajmniej ostatnio.

                                    Przynęta, haczyk, spławik i zaczyna chyba wciągać żyłkę. Otto uśmiechnął się na radość przełożonego, czasem miło zobaczyć, że więcej niż chciwość przez niego przemawia.

                                    - Uczona? Doprawdy? No patrzcie. - Mnich się zamyślił, zastanawiało go w takim razie z czyjego rozkazu tu trafiła i cóż też nawywijała. Podejrzewał, że było to przed aktywnością Sióstr, przynajmniej tak silną - Porozmawiam z nią oczywiście, wątpię, abym musiał się zniżać do przekupstwa, ale na pewno się ucieszy z myśli o zmniejszeniu kary. Odwiedzę ją zanim udam się do Frau von Mannlieb, może będę miał jakieś dobre wieści dla niej.

                                    - No tak, tak, jest tu pod ręką to przynajmjniej nie trzeba za nią biegać po mieście. - przeor pokiwał swoją łysiejącą głową na znak, że aprobuje taką decyzję podwładnego i jest mu gotów dać w tej sprawie wolną rekę.

                                    - No uczona może nie jak profesor bo wciąż brała nauki jak ją relegowano tutaj. Ale jednak coś z tych ksiąg musiała się nauczyć. I wcześniej wydawała się jakaś spokojniejsza. Raczej nie sprawiała kłopotów. Nie wiem co ją ostatnio ugryzło aby zachowywać się tak skandalicznie. Naprawdę wciąż mam wątpliwości czy wypuszczanie jej do tej dobrodziejki to dobry pomysł. Może by wzięła kogoś innego? Kto nie lata nago po meblach? Pomyśl co by się działo jakby zrobiła coś takiego naszej szczodrej milady! Skandal na całe miasto! - lider hospicjum nieco skorygował wcześniejsze informacje o jednej ze swoich pacjentek. I wciąż miał obawy co do jej napadów zbyt frywolnego zachowania. Ale na razie jakoś nic nie mówił, że zamierza zmienić swoją decyzję.

                                    Otto westchnął słysząc obawy przełożonego. Miał szczerze dość tego jego gadania o tym jak to Marissa może przysporzyć kłopotów Fabienne, albo hospicjum biegając nago po domu. O ile oczywiście, takie rzeczy byłyby nie na miejscu, podejrzewał, że większość szlachty mogłaby to uważać za "ciekawostkę". Istnieje pewna ilość złota, która odcina cię od rzeczywistości bardziej niż najdalsza podróż na północ. Postarał się jednak zamaskować swe prawdziwe uczucia w fałszywym dzieleniu obaw przeora.

                                    - Wiem, ale rozmawiałem z Frau Fabienne i zapewniła mnie, że nawet w takiej sytuacji postara się wszystko przyklepać. Do tego była pewna, że będzie w stanie uspokoić Marissę. Coś o "Rozumieniu dziewczyny bardziej, niż my chłopcy w habitach". - mnich wzruszył ramionami - Wydaje się naprawdę przekonana, że będzie miała pozytywny wpływ na Marissę.

                                    - Tak nasza dobrodziejka powiedziała? - zapytał przeor i chwilę trawił to w swojej łysiejącej głowie. - No cóż, jak tak powiedziała no to chyba powinna się liczyć z takimi wyskokami Marissy. Nie powinna potem mówić, że jej nie ostrzegaliśmy. I może rzeczywiście zmiana otoczenia jakoś wpłynie na zachowanie naszej pacjentki. Zostaje nam się o to modlić do dobrych bogów. - starszy pan w habicie rozłożył ręcę zapewne uznając, że ze swojej strony hospicjum dopełniło wszelkich starań aby ostrzec szlachciankę przed nietypowymi zachowaniami ich pacjentki. Ostatecznie był chyba mimo własnych wątpliwości gotów dać szansę tej sprawie.

                                    - No dobrze to już nie będę cię zatrzymywał. Leć do tego magistra w recepcji. - dał znak młodszemu mnichowi aby nie kazał czekać gościowi zbyt długo.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Niedostępny
                                      SantorineS Niedostępny
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #116

                                      Oryginalny autor: Lord Melkor

                                      Wellentag; przedpołudnie; Otto, Joachim i Heinrich w hospicjum

                                      Otto prowadził swoich dwóch przez hospicjum. Joachima się spodziewał, ale Heinrich był niespodzianką.

                                      - Nie spodziewałem się ciebie, Heinrichu. - powiedział cicho kiedy przechodzili przez kolejne korytarze - Nic nie boli po wczorajszym przyjęciu?

                                      Odziany w lekką zbroję Heinrich, który w tym momencie robił za niańkę maga, spojrzał spod skórzanego kaptura na mnicha.

                                      - Nie jestem tak stary... - mruknął mrużąc oczy.

                                      - Starszy od swoich partnerek. - zauważył Otto - Moje pytanie powodowane jest troską. Już dzwonisz, brakuje żebyś zaczął skrzypieć.

                                      Odpowiedziało mu milczenie, które z jakiegoś powodu było niepokojące. A może chodziło o spojrzenie Heinricha, utkwione w oku Otto, powodujące lodowate dreszcze; spojrzenie, które nie groziło. Tylko obiecywało.

                                      Mnich mimo wszystko zmusił się na, nerwowy, uśmiech.

                                      - No… - Joachim kaszlnął i stuknął swoją laską maga o posadzkę, nie chcać dalej brnać w ten temat.
                                      - Dużo się dzieje, mamy wspólne tematy z Henrichem. Chociażby temat potencjalnej wyprawy na bagna z baronem Wirsbergiem, prawda?


                                      W końcu dotarli do jadalni, gdzie Otto dostrzegł Georga.

                                      - Witaj mój drogi. - Otto przywitał się z heroldem Vesty - Tak jak mówiłem, przybył odwiedzić cię magister. To jest Joachim, członek Cechu Niebios i jego… ochroniarz? Heinrich. - rozejrzał się po stołówce - Mógłbyś się z nami przejść? Pójdziemy do ogrodu. Tutaj… trochę za dużo ludzi.

                                      Gorge nie zareagował od razu. Wyglądał jakby miał spowolonione reakcje. Co z jego poważnym wyrazem twarzy i tą trzymaną w dłoniach miotłą nadawało mu niezbyt poważnego wyglądu. Przez chwilę stał jakby czekał na dalszy ciąg słów Otto. Przekrzywił trochę głowę na bok. I odwrócił się za siebie jak ludzie co sprawdzają czy to aby na pewno do nich się mówi czy do kogoś za nimi. Tylko, że na stołówce nikogo więcej tam nie było. A George rozglądał się dobrą chwilę wodząc wzrokiem nie wiadomo po czym. Wreszcie odwrócił się z powrotem do Otto i jego gości.

                                      - Ale po co? Przecież już rozmawialiśmy. Wszystko wam powiedziałem. - powiedział nieco urażonym tonem jakby go nachodzili ponownie w tej samej sprawie. Ale zmarszczył brwi i znów przekrzywił głowę. Jakby czegoś nasłuchiwał. Spojrzał uważnie gdzieś pod sufit i wpatrywał się tam intensywnie. Chociaż nie widać tam było nic nadzwyczajnego godnego takiej uwagi.

                                      - Aaa! Bo to pierwszy raz! Ano tak… Bo to czasem trudno rozpoznać. - uśmiechnął się promiennie jakby jakieś nieporozumienie samo się wyjaśniło. Po czym wziął swoją miotłę i podszedł do trójki swoich gości.

                                      - Bo jak na początek to trzeba się przywitać ładnie. Brat Filomen tak mówi. - powiedział do nich poważnie a Otto kojarzył swojego nieco starszego kolegę co właśnie był nieco ich wychowawcą dla tych łagodniejszych albo młodszych pacjentów co rokowali jakieś nadzieję, że mogliby żyć gdzieś poza hospicjum. Chociaż większość z nich miała na to dość nikłe szanse. Takie adopcje jak to ostatnio zorganizowały ich koleżanki ze zboru należały do rzadkości. Częściej zgłaszała się po kogoś żona, mąż czy rodzina ale też niezbyt często.

                                      - Dzień dobry. Jestem George. - wyciągnął dłoń do Otto jakby się spotykali po raz pierwszy i musieli się sobie przedstawić. Pacjent o ciele dorosłego mężczyzny i to tak gdzieś w połowie stawki wiekowej między Heinrichem a młodszymi kolegami miał minę i maniery małego chłopca. Takiego co to go rodzice nauczyli jakiegoś pożytecznego detalu i jest okazja się tym pochwalić przed resztą rodziny czy gośćmi.

                                      Z początku George uścisnął dłoń mnicha i potrząsnął lekko ale w końcu zamarł. Znów wydawało się, że czegoś nasłuchuje albo szybko czyta oczami niewidoczny dla innych tekst. - O. Byłeś z ładnymi paniami? Tak. Ooo! Naprawdę? Ojej ale heca! - trochę się zdziwił ale szybko jakby usłyszał coś zabawnego i radosnego bo się roześmiał. - Gratuluję! Gratuluję! Też się cieszę! - powiedział i szybko zaczął potrząsać dłonią mnicha właśnie jakby chciał mu złożyć gratulacje. I nagle przestał jakby go coś spłoszyło. Popatrzył z wyrzutem gdzieś w bok, potem znów na Otto. - Nie no nie powiem mu tego… Będzie mu przykro. - powiedział jakby miał opory przed czymś. Znów chwilę się miotał w swoich myślach. W końcu westchnął i nachylił się bliżej do mnicha jakby chciał mu coś powiedzieć w tajemnicy. - Musisz uważać. Nie lubią cię tu. Są zazdrośni. Chodzisz z ładnymi paniami. Goszczą cię. Przeor cię zaczął lubić. Mówią, że jesteś chłoptaś przeora. Nowy chłoptaś przeora. Nie mówią. Nie naprawdę. Ale ja wiem takie rzeczy. - powiedział i znów się cofną patrząc poważnie na jednookiego mnicha jakby chciał się upewnić, że go dobrze zrozumiał. A potem się roześmiał promiennie. - Ale widziałem Thorna. Widzę, że się udało. Widzisz? Mówiłem ci, żebyś coś z nim zrobił. I już tak się na ciebie nie gniewa jak ostatnio. I Marissa też. Też cię lubi. Ale była dzisiaj rano szczęśliwa i radosna. Jeszcze jej takiej nie widziałem. - pokiwał mądrze głową obdarzając go swoim infantylnym spojrzeniem. I cofnął się w bok stając przed Heinrichem.

                                      - Dzień dobry. Nazywam się George. - powiedział równie poważnie i uroczyście jak przed chwilą zaczynał rozmowę z Otto. Też wyciągnął dłoń i zaczął się z nim witać wedle zwyczaju. Ale jak puścił jego dłoń to z fascynacją zaczął oglądać swoją. Jakby tam było jakieś nie wiadomo co. Po czym ostrożnie znów złapał dłoń Heinricha i zaczął ją starannie oglądać jakby się przymierzał do wróżenia.

                                      - Aha. Ty jesteś ogień. Ogień i krew. I popiół. Dużo popiołu. No tak. - pokiwał głową i zadumał się nad czymś z poważną miną. Wydawało się, że już nic więcej nie powie ale znów przekrzywił głowę na bok.

                                      - Aaa… Tak… Przykra sprawa. Ale gdyby nie tamto to by cię teraz tu nie było. Zostaw to. Teraz będziesz z nami. I trzeba cię uściskać. Aa… Ja mam… Aha dobrze… - trochę się pogubił ale w oczach pojawiło się jakieś zrozumienie i współczucie. Po czym objął mocno Heinricha jak swojego brata albo bliskiego przyjaciela. W końcu puścił, obdarzając go ufnym spojrzeniem i poklepał pokrzepiająco w ramię. I przeszedł do Joachima.

                                      - Dzień dobry. Nazywam się George. - powiedział równie radośnie jakby dopiero co zaczynał się z kimś witać. Albo jak mały chłopiec co odkrywa radość z korzystania z nowo nauczonej sztuczki. Potrząsnął dłonią magistra na powitanie ale znów zamarł w pewnym momencie.

                                      - Oj. Ale jesteś splątany. Trudno rozwikłać. - pokręcił głową jakby ujrzał w nim coś zbyt skomplikowanego dla siebie. Wpatrywał się jednak dalej gdzieś w dłoń i machinalnie sunął wzrokiem w górę, po ramieniu aż do barku. Potem nawet odchylił się jakby chciał zobaczyć coś czy kogoś za jego plecami.

                                      - Oj niedobrze. Zaniepokoiłeś drapieżniki. Strzygą uszami i węszą. Uważaj na nie. Teraz są czujne. Lepiej tam nie idź. - powiedział tonem życzliwej porady jakby niepokoił się o los nowo poznanego gościa. A gdy ci się skończyli do witania to znów spojrzał na Otto.

                                      - To ja się przywitałem. Teraz możemy iść do ogrodu. - powiedział mu uroczyście znów wracając do tonu małego chłopca co zbyt poważnie traktuje jakieś dziecięce detale przez co nie zdaje sobie sprawy jak może komicznie i niepoważnie wyglądać w oczach dorosłych.

                                      Gdy George objął Heinricha, ten był szczerze zaskoczony. W pierwszej sekundzie wszystkie mięśnie mężczyzny się spięły, jakby ciało odruchowo zareagowało na zagrożenie. Jakby oczekiwało ciosu czy bólu i chciało być przygotowane zawczasu. Nic takiego nie nadeszło, więc ostrożnie rozluźniło się, aby zaraz przyjmować uczucie bez napięcia. Heinrich niepewnym ruchem uniósł lekko rękę, aby delikatnie nią objąć Georga. Całość wyglądała jak gest uczucia, które lepiej wyrażał ten o umyśle dziecka.
                                      Zaskoczony były Łowca Czarownic puścił Georga, jakby sam nie wiedział co się właśnie stało i był sytuacją skołowany podobnie jak George był skołowany... zbyt często wszystkim. Najwyraźniej jednak zrozumienie i współczucie w oczach drugiego wraz z prostym utuleniem było dla Heinricha tak nieznane i nieoczekiwane, jak i przyjemne. Chociaż mężczyzna nic nie odpowiedział, to spojrzał na swoją dłoń ciągle próbując ułożyć myśli.

                                      Mnich jedynie uniósł brwi na interakcję Georga i Heinricha. Spodziewał się, że pacjent może zachować się… niespodziewanie, ale takiego przebiegu zdarzeń nigdy nie brał pod uwagę. Były Łowca najwyraźniej przyjął oznakę sympatii, zapewne było to absolutnie nowe doznanie dla niego. Postanowił trójce Tzeentchian się zaznajomić ze sobą i nie wtrącać się.

                                      Joachim wpatrywał się z fascynacją w chłopaka. Najwyraźniej miał on jakiś dar i to niemały, dużo widział, z klarownością którą on mógł mu tylko pozazdrościć.

                                      - Mówisz że grożą mi drapieżniki, wiesz o nich coś więcej? I gdzie nie iść, na bagna?...- zadawał szybko pytania.
                                      - Ale może faktycznie kontynujmy w ogrodzie, będziemy mieli gwarancję prywatności - zreflektował się po chwili.


                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Niedostępny
                                        SantorineS Niedostępny
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #117

                                        Oryginalny autor: Lord Melkor


                                        Czwórka mężczyzn w końcu dotarła do ogrodu gdzie przysiedli przy jednej ławce.

                                        - Więc, George cóż takiego masz moim przyjaciołom do opowiedzenia?

                                        - Ja? - pacjent tego przybytku trochę się zdziwił takim pytaniem. Zmarszczył brwi jakby próbował sobie coś przypomnieć. Potem spojrzał w bok na sąsiedni stół i ławy. Akurat te gdzie tydzień temu Otto z Anniką i Marissa jedli ostatni wspólny posiłek. Przyglądał się temu chwilę po czym pokręcił głową i wrócił spojrzeniem do trzech rozmówców.

                                        - Nie, nie, to nie tak. To ja tylko mówię co mi mówią. Dużo rzeczy, trudno zapamiętać tyle i czasem trudne. Często. A wy za każdym razem inaczej rozmawiacie. Inaczej pytacie. Więc nie wiem jak będziecie mówić tym razem. Ale tak, możemy porozmawiać na dużo rzeczy. - powiedział jakby chciał im wyjaśnić parę rzeczy jak powinna przebiegać tą rozmowa.

                                        - Ma rację. - odezwał się Heinrich do Otto - I wiesz o tym.

                                        Mnich westchnął.

                                        - Tak, wybacz. Więc, czy pamiętasz jakąś wiadomość od Sióstr, lub coś co uważasz, że powinieneś nam przekazać, George?

                                        - Od sióstr? - pacjent zmrużył oczy i brwi. Zastanawiał się chwilę jakby coś w głowie obliczał czy porównywał. W końcu pokręcił nią i znów się odezwał. - Nie, nie. Nie od sióstr. Od książek. Tych których szukacie. One są bardzo mądrę. I wiedzą różne rzeczy. Wy też ich szukacie. Bo one chcą być znalezione. Bo dawno nikt ich nie czytał ani nie rozmawiał ani nie przynosił nowych. I tęsknią. Ale teraz mają mnie. I dużo rozmawiamy. Mówią mi dużo rzeczy. Powiedziały, że jak już będziemy razem to zostanę ich bibliotekarzem. Będę o nie dbał i się nimi opiekował. I czyścił i sprzątał. No i pilnował aby nikt im nie zrobił krzywdy. A w zamian mi pokażą różne rzeczy. I będę bardzo mądry. Będę wiedział to wszystko co one. Bo kiedyś to bardzo mądra uczona je tu zostawiła. To wszystko co wiedziała, zapomniała i chciała się dowiedzieć. Schowała je tu dla kogoś kto będzie godny je odnaleźć. I wtedy jak już je odnajdzie to będzie zwiastun jej powrotu. Tylko jeszcze światełko trzeba odnaleźć. Bo dawniej światełko i wskazywało drogę tym godnym i przeganiało obcych. Ale je zabrali. Źli ludzie. Zabrali i zamknęli. I strażnik zwariował. Szuka go. Bo też mu go brakuje. Więc szuka i szuka i nie może znaleźć. A światełko też chce być razem więc wzywa pomocy i strażnika. Strażnik coś słyszy ale nie na tyle aby je odnaleźć. Ale szuka. I pilnuje książek. Jest rozdarty. Zagubiony. Miota się. Książki nie są szczęśliwe. Ale światełko się zemściło i wybuchło im głowy. Więc je zamknęli jeszcze bardziej. Przygasili ale nie zgasili. I ono wzywa pomocy. Chce aby je uwolnić i wrócić do książek. Chcą być razem w komplecie. Tylko nie można otworzyć światełka bo wybuchął wam głowy tak jak tamtym. Trzeba znać klucz. Tylko kluczem można. Albo posłańcem. Posłaniec może otworzyć. Każda z sióstr ma swoich. No chyba, że królowa. Królowa działa jak uniwersalny klucz. Ona może otworzyć wszystkie zamki. - George mówił jednym tchem jak mały chłopiec co chce koniecznie opowiedzieć z wielkim przejęciem swoim rodzicom co robił dziś na podwórku. Czy coś podobnego. I ta dziecięca maniera dość słabo pasowała do twarzy i ciała dorosłego mężczyzny i to już niezbyt młodego. Ale mówił z pełnym przekonaniem jakby wierzył w swoją opowieść, że jest prawdziwa.

                                        Gdy Heinrich usłyszał o światełku spojrzał jakoś uważniej na Georga, a w jego umyśle zaczęły się układać kawałki układanki.

                                        - Będziesz musiał odkręcić tą samobójczą wyprawę na potwora. - zwrócił się do Joachima - I nie pójdziesz do Akademii. - powiedział ciszej, chrapliwym głosem, po czym znowu spojrzał na Georga - Może ci przypadnie do gustu nasz uczony kolega. - odparł, wyraźnie nie przejmując się czy George przypadnie Thobiasowi do gustu.

                                        - A właśnie. - mnich pstryknął palcami przypominając sobie sprawę z Thobiasem - George dziś po południu, albo wieczorem będziemy mieli kolejnego gościa dla ciebie. Thobias, jest nauczycielem w mieście i planuje wziąć cię pod swoje skrzydła. Więc, może wkrótce opuścisz hospicjum tak jak Annika.

                                        - Tak, przecież to oczywiste. Tutaj nie mógłbym zostać bibliotekarzem dla moich książek. - George obdarzył go spojrzeniem jakby wcale nie był tym zaskoczony a nawet chciał mu przypomnieć, że to się rozumie samo przez się.

                                        - Czy te dzwoniące łańcuszki... - Heinrich nagle odezwał się lekko przymykając oczy, jakby wyobrażając sobie obrazy ze snu -... przywołują strażnika, jak dzwoneczki przy sidłach alarmują łowczego?

                                        - Dzwoniące łańcuszki? - pacjent zdziwił się ponownie. Przyjrzał się Heinrichowi jakby go sprawdzał albo porównywał z kimś. - Nieee. Tam nie ma żadnych dzwoniących łańcuszków. - pokręcił wolno głową jakby chciał się upewnić czy aby na pewno dobrze mówi. Chyba się zgodził sam ze sobą bo pokiwal głową.

                                        - Aaaa! To znaczy tak. Są. Tylko nie ma. Bo ja na początku to też słyszałem taki szmer. Tak to jak ktoś słyszy to coś zaczyna się dziać. Od książek. Słyszy książki. Tylko niewyraźnie. Słabo. Nie rozumie co to ale czuje ten zew. Zew na bagna. Bo one są na bagnach. Tylko tam jest też i strażnik. Zabija tych co chcą zdobyć książki. One mówią, że niebezpieczne. Ja też mam poczekać. Może mnie nie rozpoznać. Przez to światełko. Co je Zabrali. Dawniej wystarczyło dogadać się ze światełkiem. Jak wpuściło to strażnik nie ruszał. Ale wszystko zepsuli jak je zabrali źli ludzie. Teraz to może królowej z robakami by się mogło udać. Jakby była od Vesty najlepiej. Bo strażnik może je wyczuć. To rozpozna, że ona może przejść. Ale czasami nie i ją też zabija. Ale jak bez światełka to trzeba mieć królowa z robakami. Albo mieć światełko i dogadać się z nim. Ja bym chyba mógł się z nim dogadać. Książki mnie lubią. Powiedzą światełku, że ja jestem od nich. Albo zabić strażnika. Ale on mocny. I przy książkach jeszcze mocniejszy. Będzie trudno. Już wielu zabił. A łańcuchy są przy książkach. One ciągną niewidzialny powóz. Dlatego je słychać. Czasem. Niektórzy. Jak ktoś słyszy łańcuchy to to jest od książek. - George ponownie się ożywił i wylał z siebie potok podekscytowanych zdań jak dziecko co opowiada o swojej ulubionej zabawie. Najpierw zaczął mówić do Heinricha ale szybko i do jego sąsiadów. Jak skończył pokiwał z zadowoleniem głową.

                                        - Widzisz? Mówiłem ci, że książki dużo wiedzą i są bardzo mądre. - powiedział dumnie jakby co najmniej sam napisał te książki.

                                        Były Łowca Czarownic otworzył szerzej oczy i uśmiechnął się krzywo, gdy myśl zaświtała mu w głowie, ale nie powiedział nic na głos. Przynajmniej teraz nie miał zamiaru.

                                        Czarodziej słuchał tego potoku nie w pełni jasnych słów Georga z jak najwyższą uwagą. Próbował sobie to wszystko ułożyć w głowie i dopasować do tego co już wiedział. Natomiast na słowa Henricha zmarszczył brwi i posłał mu zirytowane spojrzenia.

                                        - Szanuje twoje zdanie ale nie rozkazuj mi proszę w ten sposób, gdzie mogę pójść a gdzie nie. Następnie zwrócił się znów do Georga.
                                        - Czyli jeśli dobrze rozumiem ten strażnik na bagnach pilnuje książek i najlepiej do niego mieć światełko? Czy może chodzić o coś co jest ukryte w skrzyni w Akademii?
                                        - I wcześniej mówiłeś że zaalarmowałem jakieś drapieżniki, chodziło ci o Strażnika, czy ludzi w Neues Emskrank? I gdzie mam nie iść, na bagna czy w inne miejsce, jak np. Świątynia Mananna?
                                        - No i nie wiem kim jest to Królowa z Robakami? - spojrzał na Otta i Henricha, ciekaw ich reakcji i spostrzeżeń.

                                        - No królowa z robakami. Ta co miała robaki w środku. Albo będzie miała. Bo to czasem już po wszystkim i zwykle jej się udaje ale czasem strażnik jej zdejmuje głowę i ją zjada. Ale częściej to wyczuwa w niej robaki a i jej będą szeptać głosem swoich patronek. I strażnik może to wyczuć dlatego może ją przepuścić. Robaki już macie to teraz musicie tylko je wsadzić do królowej i dalej ona może was poprowadzić. Ja chyba też. Ale mnie strażnik nie zna. Nie rozpoznaje. Dużo razy mnie nie rozpoznaje to mi też wtedy urywa głowę. Wielu osobom już urwał głowy i rozpruł i zjadł. Bo ja to ze światełkiem to mógłbym się dogadać. Ono jest ładniejsze niż strażnik i z nim można się ładnie pobawić. No ale jest zamknięte i uwięzione i smutne bo je zabrali źli ludzie i zamknęli ale woła o pomoc. Skrzynia wytłumia jego moc ale nie całkiem. Tylko jak się otworzy to światełko wybucha im głowy. Dlatego spanikowali i zamknęli głęboko i ukryli. Ale ja wiem. Ja je czuję i słyszę. No i książki mi powiedziały. Książki są bardzo mądrę. A ja będę w końcu ich bibliotekarzem. - George o ciele i twarzy niemłodego już mężczyzny zaczął od zirytowanego spojrzenia na magistra jakby ten pytał go o coś zbyt oczywistego niegodnego odpowiedzi. Ale jednak odpowiedział a potem z emfazą znów zaczął mówić dalej jakby sam zaraz zapomniał o tej irytacji. Mówił z dziecięcą żarliwością jak chłopiec co z zapałem tłumaczy coś rodzicom albo innym dorosłym ze swojego dziecięcego świata.

                                        - Ale ty to nie, strażnik nie, nie wie o tobie. Chyba nie wie. Bo jeszcze nie poszedłeś tam do książek. Tak, jak poszedłeś to tak, wtedy był zły i urwał ci głowę i zjadł. Tak jak innym. Ale nie wszędzie. Czasem go pokonujecie. Albo uciekacie. Nie zawsze tam zginąłeś. No ale strażnik cię nie zna, strażnik jest prosty. Jak światełko mówi aby puszczać to puszcza. Jak nie mówi a kogoś znajdzie to go zabija i zjada. No chyba, żeby ta królowa z robakami w środku była. Albo z robakami od jego patronki. To wtedy może ją rozpoznać. Nie zawsze ale często. No i taka zwykła z robakami od uczonej to tylko u niej otwiera przejście a u innych to nie. A królowa to może wszędzie. Taki uniwersalny klucz z niej. Ale musi mieć robaki w środku. Tak się kiedyś siostry umówiły i to działa i dzisiaj. Nagroda dla wybrańców co są na tyle pojętni aby odkryć ich wskazówki i usłyszeć oraz zrozumieć zew. Inaczej to też można ale to trudniej i dłużej. To nie strażnik dopiero jak cię zobaczy tam przy książkach to się na ciebie rzuci. Tutaj to nie. No chyba, że go światełko przyzwie. Wtedy może tu przyjść po niego. Ale będzie wtedy rozróba! - zaśmiał się na koniec jak mały chłopiec co widział oczami wyobraźni jakiś pierwszorzędny figiel. Ale poza tym to mówił szybko i zdecydowanie jakby wiedza aż wylewała się jego ustami i ledwo mógł ją kontrolować. Nawet jeśli wychodziło mu to nieco chaotycznie i nieskładnie.

                                        - A świątynia tak, świątynia to bardzo dobrze. Bo wyrocznię będą pytać co ona ma. Bo dali jej jeden statek z załogą i nie wrócił posłali drugi na ratunek i też nie wrócił. To co ona ma pokazać? Po co wysyłać trzeci? Co ma do powiedzenia? Tak, to nie jest jej łatwo o nie. I dobrze jak nie przypłynie tam z pustymi rękoma. Te skarby dobre. Dobre trofea, dobre podarki, na udobruchanie i zachętę. Tak, to trzeba zrobić, tą świątynię. Dobry chaos to potem zrobiło w mieście, będzie niezła heca z tego. Tak, to trzeba zrobić, dobrze, że to zrobiliście tak. - pokiwał głową z przekonaniem i obdarzył każdego z nich zachęcającym uśmiechem jakby ze swojej strony chciał ich dodatkowo namówić na ten skok na największą, najpotężniejszą i najbogatszą świątynię w tym mieście.

                                        Heinrich złapał Joachima za ramię i przekręcił go do siebie, aby patrzył mu w oczy.

                                        - Chyba czegoś nie rozumiesz. - mruknął nisko - Nie mówię tego z troski o twoje aroganckie magiczne dupsko. Moje słowa powodowane są troską o dobro kultu, któremu możesz zaszkodzić. A o kult dbam. - były Łowca Czarownic mówił cichym, twardym głosem - Pamiętaj, że twoje kroki nie tylko na ciebie wpływają, a z płonącym drapieżnikiem nie widzi mi się walczyć. - puścił maga i przybliżył się do Georga uśmiechając się zaskakująco przyjemnie - Zawsze więcej osób się przyda. - zerknął krótko na Otto i Joachima nim kontynuował do Georga - Mergi nie puścimy jako żebraczki.

                                        Spojrzał na wszystkich.

                                        - Mam wrażenie, że dziedzictwa są obok powozów sióstr, na wjazd do miasta.

                                        - Nie jestem twoim podwładnym….-odburknął Joachim, odsuwając od Henricha. Ale nie nie było sensu kłócić się w tym miejscu przy Georgu.
                                        - To chyba już rozumiem o co chodzi z tymi robakami… a mógłbyś powiedzieć kogo miałeś na myśli mówiąc o drapieżnikach? - obrócił się do Georga. Chciał wycisnąć jak najwięcej informacji.
                                        - A czy tego strażnika można pokonać po prostu silną grupą? Bo ludzie z miasta chcą się tam wyprawić.

                                        - I co to ci chodzi z tymi “powozami sióstr”? - spojrzał na Henricha.

                                        - Zakładam, że o Hertza i Hertzwiga. - rzucił Otto - Książki ciągnące niewidzialny powóz… - mnich się zastanowił - Teoria Heinricha ma sens. Siostry nie wkroczyłyby do miasta na własnych nogach, więc całkiem możliwe, że częścią rytuału byłoby zebrać dla nich odpowiedni transport. Do tego… kojarzę, z raportów jakie czytałem lata temu, że potężne sługi Tzeentcha posiadały rydwan ciągnięty, przez pomniejsze bestie. Jeżeli te książki są świadome, to na bank mają w sobie zaklęte demony. - Otto podrapał się po głowie - Ewentualnie zaklęcia z taką potencją, że wytworzyły własną świadomość. Będzie trzeba odwiedzić jaskinie Oster ponownie, być może pozostał tam jakiś rydwan, na którego nie zwróciliśmy uwagi.

                                        - Mówiliście o koniopodobnym stworzeniu, więc się łączy skojarzenie. - zerknął kątem oka na maga - A potwór to raczej nie zmęczy się polującą gromadką szlachciurków. I też sądzę, że o Hertza i Hertzwiga chodzi. - mruknął.

                                        - Tylko z twarzy. - zauważył Otto - Zwierzoludzie mają przeważnie mordki kóz czy innych kopytnych, a raczej takiego nie wydoisz.. no chyba, że jesteś naszymi slaaneshytkami. Wolałbym uniknąć zabijania strażnika Vesty, zważając, że mamy już plan pozyskania światełka, co nie? - Otto spojrzał na Heinricha - To najpewniej, jest artefakt w akademii? - mnich chciał mieć pewność, że dobrze rozumuje sytuację.

                                        - Tak zakładam. - odparł Heinrich.

                                        - Nie wiem, czy dam radę z świątynią dziś. - zaczął Otto - Jak załatwię sprawę z Anniką, muszę poczekać tu na Thobiasa, a wiadomo, nauczyciel nie kończy pracy, kiedy skończą się lekcje. Jeżeli się wyrobię przed skokiem, to postaram się jakoś pomóc. Chociażby pomogę nosić.

                                        - No tak, bo ty to jeszcze dzisiaj miałeś spotkanie z ładnymi paniami co przyszły w sprawie tych robaków. Ale nie bój się jej spodobały się te robaki. Tylko nie wszędzie będzie chciała je sobie wsadzić ich nasienie. Robaki tak ale nasienie nie wygląda jak robaki. To trzeba dobrze mówić aby ją jakoś przekonać. I gruby nie, on za bardzo podchodzi. To trzeba tak dobrze powiedzieć a on za gwałtowny i płoszy. - pacjent spojrzał na mnicha jakby chciał mu przypomnieć o umówionym spotkaniu. Albo nawet przypomnieć jak się ono odbyło. Po czym mądrze pokiwał głową. A gdy mówił oczy znów się przesuwały gdzieś nad głowami siedzących mężczyzn jakby coś tam szybko czytał.

                                        - A dojenie tak! One to bardzo lubią to dojenie i kopytni też! Lubią niszczyć ludzi i ich zabijać i gwałcić samice. A jak one same tak chcą to dobrze, oni tak lubią. Takie dojenie i resztę. - zachichotał i nawet się nieco zaczerwienił jak mały chłopiec co już zaczyna się interesować “tymi rzeczami” ale jeszcze nie orientuje się za bardzo co i jak. Dziwnie to wyglądało na twarzy i ciele dorosłego mężczyzny jaki siedział naprzeciwko nich.

                                        - I dobrze. Dlatego będą się schodzić. I tak to pomyślane. Ładne panie zwabią ich. Coraz więcej. I będzie można z nimi paktować. Tak to pomyślane. Bo potrzebujecie armii. A swojej nie macie. A jak przypłynęli ci z północy zobaczyli, że was mało i słabi to tylko na służbę. A oni do rządzenia i ważnych rzeczy. Ale jak będziecie mieli dużo. Armię, złoto, potęgę, skarby albo bestie to tak, będą się z wami liczyć. No i generała. Wielkiego. Wodza. Ale to nie teraz. On to będzie na turnieju. Wcześniej to nie. Turniej go stworzy. - mówił dalej George szybko przeskakując z tamatu na temat. Mówił dość chaotycznie i urywkowo jakby jedno skojarzenie przypadkowo wywoływało kolejne a te jeszcze inne przez co w tym pośpiechu na żadnym się nie zatrzymywał dłużej.

                                        - A ładne panie tak, były wtedy brzemienne. I urodzą owoce swoich żądz. Bo ona wtedy miała płodne dni. Będzie. Chyba, że się zabezpieczy. To wtedy nie. Ale jak nie to będzie śmiesznie jak jej brzuch będzie rosnąć. I będzie tylu ojców. Znaczy nie będzie wiedzieć kto dokładnie bo taka gościnna przecież. - zachichotał ponownie jakby mu się przypomniała jakaś zabawna historyjka związana z ładnymi paniami.

                                        - Ale strażnika książek to nie. Zabić szkoda. On robi swoją robotę. A jak zginie to kto będzie woził światełko? Trzeba będzie znaleźć nowego. A zdarza się, że go zabijają. Zależy kto tam pójdzie. Bo to wiele zmiennych ścieżek. Jak pójdą z nim silni i krzepcy, sprytni to tak, mogą dotrzeć do książek. Tak jak będą silni i sprytni mogą pokonać albo oszukać strażnika. Zwłaszcza jak będą podatni na szept książek i książki im pomogą. Ale nie zawsze. Bo strażnik też często ich zabija i zjada jak są słabi i głupi. Niegodni. Ale strażnik to jest od światełka. Dlatego tak rozpacza jak mu je zabrali. I je szuka. - szybko zmienił temat na kolejny wracając do tego co jeszcze go pytali. Poważnie pokręcił głową i pomachał przy tym rękami jakby chciał zaznaczyć, że wynik starcia ze strażnikiem wcale nie jest jednoznaczny i przesądzony. Istniała szansa, że zostanie on pokonany lub wywiedziony w pole.

                                        - I tam przy skrzyni to tak, drapieżniki już czekają. Jak się zrobiła hryja to ta ładna pani w spodniach ona potem wam krzyczała, że tak się nie robi włamów jak oni czekają. Była bardzo zła na was, że ją namówiliscie. Krzyczała, że to się inaczej robi. Bo on im powiedział. Że jak coś się będzie dziać to zacznął od psów. Bo trzeba pozbyć się psów aby wejść do środka. Inaczej psy szczekają i hałas robią. Więc jak przypłynął do brzegu to pewnie zacznął od psów. Trzeba uważać na psy. Jak psy zniknął to znaczy, że coś się dzieje. Ale nie zawsze. Bo wiele razy oni szukają wtedy skarbu. I złych śmiałków. Aby ich związać i przesłuchać. Bardzo brzydko. Złe rzeczy. Dużo krwi i ognia. - pokręcił głową ponownie. Znów opowiadał jakby to już się wydarzyło i teraz tylko im to relacjonował. Trudno było się w tym połapać o jakim czasie mówi.

                                        - A chora siostra to nie. Ona tak, tam jaskinia tak. Ale ona zostawiła swoje dziedzictwo pod ziemią. Na wschodzie. Jej dziedzictwo zwabiło podziemne istoty i teraz one to mają. I wiele razy z nimi paktowaliście. Czasem się udaje. A czasem nie. To różnie. Bo to trochę z tą drugą jaskinią. Ta od Chutliwej. Ona też ma swoją. I ta Chora jej zazdrościła. Ale nie chciała się przyznać. Bo Chutliwej siostry powiedziały, że ona to może i może z każdym i wszędzie i z tego wyjdzie nowy owoc. Ale że jej uczniowie i dzieci to nie. I to trudne było. Bo śmiertelnicy to nie mogą tylu rzeczy co tak boskie istoty. Ale się udało. Siostry się zdziwiły bardzo bo myślały, że Pajęcza Królowa to tylko nogi rozkładać umie. I doić! Ale nie. Zrobiła to. Zostawiła strażnika. Każda ze sióstr zostawiła swojego. Oczywiście ta od Pajęczej Królowej jest najładniejsza. Ale inna. No i ona tam pilnuje. Ale nie da nic póki herold nie przyzwie ich królowej. Tak jak ci mówiłem. Będzie z pająkami i w kokonie i pajęczynie. Ale dostanie dar. Te pająki co z niej wyjdą będą jej służyć. I to będzie znak, że jest heroldem. Otworzy przejście. Ale dopiero wtedy. A Krwawa siostra to ona prosta była. To ma prosty totem. W lesie. Tylko gdzie indziej. Na północy. Bo tak dziwnie, trzeba iść najpierw do lasu na południe a potem hyc na północ. Oj zła, zła była! Ganiała naszą siostrę za ten psikus! Bo ona nie lubiła mocy i mówiła, że to oszustwo ale Uczona siostra od mądrych książek chciała jej dać nauczkę i zrobiła hyc hyc z tym kamieniem. - George zaśmiał się radośnie jak dziecko gdy tak bez większego ładu i składu opowiadał strzępki jakichś historii, legend, przepowiedni i kto wie czego jeszcze.

                                        Mnich kiwał głową słuchając każdego nowego słowa, jakie opuszczało usta Georga. Starając się przesiać mniej istotne informacje od czegoś co może naprawdę zmienić los kultu. Pierwsze to oczywiście spotkanie z znajomą Onyx, w sumie trochę zapomniał o nim, tyle się działo. Później spotkanie ze zwierzoludźmi. Później najwyraźniej kolejny krok w hodowli Sigismundusa. Strażnik Vesty. Włam do akademii i…

                                        - To Soria, nie jest strażnikiem Soren? - Otto zamrugał - Ta ładna pani, którą ostatnio widziałeś. Nie ciemno włosa, nie blondynka, tylko ta od pająków. Ona nie jest strażnikiem Chutliwej Siostry?

                                        - Ta od pająków? - brwi pacjenta zmarszczyły się a oczy zmrużyły. Przekrzywił głowę w bok jakby czegoś nasłuchiwał. W końcu twarz mu pojaśniała. - Aaa! Wężowa Księżniczka! A to tak. Tak, ona jest strażnikiem ale ołtarza. Tego co już macie. On ją wezwał. Ale świątynia Chutliwej Siostry ma swojego. Ona jest od jaskini przemian. Aa… Aha… Nie, znaczy to książki tak mówią. Ale tam to jest jaskinia chutliwości. I z tego wychodzą nowe mieszańce. Jak się dwie osoby skrzyżuje. Albo nie osoby. To tak, tam jest też strażnik. Strażniczka. I ona tam pilnuje. Dopiero herold może ją uwolnić. No i przejście. - pokiwał głową gdy już się domyślił o kogo pyta młody mnich. I chętnie mu to wyjaśnił w swój chaotyczny sposób.

                                        Otto gwizdnął.

                                        - Ciekawe, ciekawe. - spojrzał na Heinricha i Joachima - Więc to jest tak "Jaskinia Pożądania" o której pisała Oster, Chora Siostra - dodał, dla pewności, żeby George zrozumiał - W swoich zwojach. I Marissa nas do niej doprowadzi. - mnicha zastanawiało, czy księgi używają terminu "herold" ponieważ Otto je wymyślił, czy mnich dobrze odgadł rolę swoich pacjentów.

                                        Joachim przysiadł, próbująca skupić się na chaotycznym, ale być może bezcennym potoku słów Georga. Od natłoku informacji zaczynała go boleć głowa. Skupił się więc na tym co najbardziej go interesowało - Akademia, gdzie chyba był ten ważny artefakt który George nazywał “światełkiem” i bagna gdzie był strażnik tych najwyraźniej bardzo ważnych i powiązanych z Vestą ksiąg….

                                        - Wygląda że jesteśmy na dobrej drodze, prawda? - uśmiechnął się do towarzyszy, chcąc przykryć swoją niepewność.
                                        - Czyli co do Akademii musimy być ostrożni, skoro dałem im ostrzeżenie, to już w sumie wiedzieliśmy… może jak uda mi się rozpracować to zaklęcie przywołania które dała mi Merga, to nam pomoże.
                                        - A co do bagna, to widzę że ta wyprawa może się różnie potoczyć….tylko jak już wspomniałem Baronowi, że mu w tym pomogę, to trochę niezręcznie będzie się wycofać…. a jak ktoś z nas dołączy będziemy mieli większą kontrolę nad sytuacją. Co myślicie?

                                        - Nie możesz iść do Akademii. - Heinrich nie ustąpił - A że trzeba wielkiej ostrożności to widać, teraz szczególnie. Baronowi możesz próbować bajeczkę sprzedać, że gwiazdy odradzają teraz czy coś... Nie chcę ryzykować strażnika, a śmierć szlachciców to kłopoty. Zaraz miasto się rzuci na bagna, Hertz znajdzie książki... Będzie tragedia. - mężczyzna potarł czoło.

                                        Czarodziej zasępił się. Było w tym całym galimatiasie dużo niepewnych planów i ryzyka, a wróżby i wizje wcale nie dawały jednoznacznyc odpowiedzi.

                                        - Może masz rację….chociaż nasz Patron jest władcą chaosu i spisków. Mój plan był taki, żeby zbliżyć się do szlachty i w związku z tym mieć większe możliwości. Myślałem że taka korzyść jest warta drobnych niedogodnośći? Poświęcić jakąś figurę która nie jest dla nas kluczowa też czasami można, dlatego wcześniej nie przejmowałem się ubiciem jakiegoś potwora z bagien, teraz trochę lepiej rozumiem stawkę.

                                        - Masz rację, ale trzeba myśleć o konsekwencjach najpierw, a później o celu. - Heinrich zaczął tłumaczyć spokojnie - Spójrz tak: potwór przetrwa, nasi przetrwają, ale informacje zaniosą. Wielkie polowanie się rozpęta, a później i zaczną więcej Chaosu w okolicy szukać i może książki znajdą. Dokładnie to samo będzie, jeżeli nasi zginą. Jeżeli zabiją potwora to przejście do Hertza od razu i strata książek. Temu nie polecam doprowadzać innych do spotkania potwora. Bo to nie wielki niedźwiedź z lasu, to strażnik Chaosowych skarbów. Nie da się tego ot tak zamieść pod dywan.

                                        - Hmmm… - zamyślił się czarodziej - może masz rację że ryzyko jest zbyt duże. Pewnie jak się postaram to jestem w stanie skłonić Barona przynajmniej do odłożenia wyprawy, on wierzy we wróżby..może porozmawiam na ten temat z tą kapłanką Morra, ona też zajmuje się wróżbami więc raczej będzie w tej sprawie po mojej stronie. A też nie chcę żeby mnie podejrzewała, a trudno podejrzewać kogoś kto z tobą współpracuje i ostrzega przed mrocznymi siłami, prawda? - Pozwolił sobie na chytry uśmiech.

                                        - Dobrze. - były Łowca Czarownic z zadowoleniem przyjął słowa Joachima - Co do Morrytki, to najlepiej jak pogadacie o niej z Otto - spojrzał na mnicha i dodał do maga - Nie możemy pozwolić sobie na żadne wpadki, gdy mówimy o wszelkim kapłaństwie czy Łowcach. Lepiej zebrać informacje za wczasu.

                                        Mnich przysłuchiwał się rozmowie byłego Łowcy i Magistra. Rozważał co zasugerować, aby pomóc sytuacji.

                                        - Może spróbuj przekonać barona, aby wyruszył bliżej turnieju. Powiedz, że gwiazdy wtedy będą bardziej sprzyjające jego sukcesowi, a też większa chwała dla niego podczas turnieju.

                                        - A co do szlachty, to możesz się kręcić przy nich i nawet po prostu im wróżyć bzdurki jakie chcą. Dużo nieistotnych rzeczy, byle szlachtę zadowolić. Pamiętaj, iż Magistrowie dla zwykłych ludzi są niezrozumiali, tajemniczy. Czasem się ich boją, czasem żądza siły jaką mogą zaoferować zakrywa ten strach. Wyższe sfery chcą wykorzystać ich umiejętności w grach politycznych. Trzeba wywołać w nich przekonanie, że jesteś im praktycznie niezbędny.

                                        - Tak, tak w jaskini od Chutliwej siostry to tam kobiety rodzą różne rzeczy. - odezwał się niespodziewanie George który przez dłuższą chwilę błądził myślami nie wiadomo gdzie nie wtrącając się w rozmowę. A jak już to tak jakby nie zauważył, że coś go ominęło i mówił o tym na czym skończył.

                                        - Bo wiecie. Rodzą tylko kobiety! - nachylił się nad stołem i ściszył głos jakby chciał im zdradzić jakiś wielki i nieco wstydliwy sekret bo zaśmiał się przy tym jak złośliwy chochlik.

                                        - Ale nie tylko. Bo to dar chuci. One wtedy są płodniejsze i wtedy więcej z nich wychodzi i większe. I chodzi też! I dużo doją! - zaśmiał się znowu rozbawiony swoimi słowami. Po czym zamrugał oczami i popatrzył na nich trzech jakby sprawdzał efekt swoich słów. Pokiwał mądrze głową jakby i tym gestem chciał ich przekonać do swoich racji. Po czym znów kompletnie przeskoczył na całkiem inny temat.

                                        - A stary rycerz nie. Nie do końca. On to różnie. Czasem zabija potwora. Czasem potwór jego. A czasem topi się w bagnie albo nie znajduje potwora. Różnie. Ale czasem to i znajduje książki. To różnie. Ale sam chce. Bo on czuje. Trochę czuje. Trochę tak. Ale nie chce aby inni zabrali mu sławę i trofeum. I dlatego jak jest u Wężowej Księżniczki to tak, lubi to. Bo go ślicznotki, młode adorują i on jest wielki rycerz. Ale jak zabierze blondynkę z mieczem albo pieszych rycerzy to może zabić potwora. Bo on i tak wiadomo, że będzie najsławniejszy bo jest najlepszy z nich. To tak, z tym starym rycerzem to różnie bywało. To trudno powiedzieć coś. A wszystko płynie, wszystko się zmienia, wszystko jest w ruchu. To jeszcze na różne strony może się ułożyć. - zaczął mówić szybko jakby się spieszył, że ktoś mu przerwie albo nie zdąży. W pewnym momencie spojrzał w bok. I tak zamarł. Ale odwrócił się do swoich rozmówców i spojrzał na nich chytrze.

                                        - Zobacz! Annika wsadza rękę pod habit Marissy! Widzisz? Mówiłem ci, że one się polubią! Tylko cii! Bo nas usłyszą. - szeptał podejscytowany i pokazywał dość dyskretnie na stół i ławy po drugiej stronie alejki ogrodowej. Który był kompletnie pusty. Nikogo tam nie było. Ale tydzień temu właśnie tam Otto jadł z owymi dwoma pacjentkami ich ostatni wspólny obiad.

                                        - A książki nie tak łatwo tam dotrzeć. Jak się nie wie co i jak. To nie. Tam bagna i mgła. Potopić się można, pogubić. Ciężko. I jeszcze strażnik pilnuje. I mgły. Mgły i bagna też pilnują. To trudno tam dotrzeć. Jak się nie wie co i jak. Albo książki jakoś nie pozwolą. Albo nie będzie to w ich planie. Ale niekiedy i to się zdarza. Ale najłatwiej to ze światełkiem. Jak ma się światełko to wystarczy za nim iść. Ono zaprowadzi. I przepuści przez strażnika. Jeszcze robacza królowa może też przepuścić przez strażnika. Ale i tak ze światełkiem łatwiej. Tylko światełko zamkniętę, smutne i uwięzione. Będzie ze złości wybuchać głowy każdemu kto otworzy skrzynie. Chyba, że ja. No mi pozwoli. Bo ja rozmawiam z książkami. I robacza królowa. Jej też pozwoli. Rozmawiałem właśnie i pytałem i one mówią, że tak, że jak przyjdzie robacza królowa to też jej pozwolą. - znów zmienił temat wracając do tematu bagien i wyprawy łącząc to płynnie i mało składnie z innymi wątkami skutecznie przy tym mieszając. I częściowo powtarzając niektóre rzeczy co mówił wcześniej jakby nie pamietał, że już o tym mówił.

                                        Joachim zamknął oczy, by lepiej składać sobie w głowie słowa Georga. W końcu westchnął, wyjął papier i zaczął robić notatki.

                                        - Czyli mówisz że w jaskini poświęconej “Chutliwej Siostrze” zwykłe kobiety będą rodzić mutanty? Dobrze to rozumiem?
                                        - A “stary rycerz” to chyba Baron Wirsberg. Jeśli dobrze rozumiem, to on jest potencjalnie podatny na podszept Sióstr i może nie być w stanie się oprzeć urokom Sorii?
                                        - No i teraz wiemy, że najlepiej żeby to co jest w skrzyni zamkniętej w Akademii wyjąć przy tobie.

                                        - Dobry pomysł żeby opóźnić wyprawę Barona - czarodziej skinął głową na wcześniejsze słowa Ottona. A tę młodą Morrytkę to znasz, jak sugeruje Henrich?

                                        - Jak wyjęliście to co ze skrzyni to wam też wybuchły głowy. A tyle razy wam będę mówił, że kto otworzy skrzynię temu wybuchnie głowa. To nie słuchaliście. To nie. Widocznie nie byliście wystarczająco godni. A szkoda, bo już mieliście pierwsze sukcesy i dobrze się zapowiadali… No ja im mówiłem… No tak, dużo razy, za każdym razem jak przychodzili. Ale nie posłuchali. Tak? No dobra, powiem. Znowu, już jestem zmęczony i ciągle gadać to samo… - pacjent hospicjum pokręcił głową jakby coś mu się nie zgadzało z tym co usłyszał. A potem zaczął mówić jakby rozmawiał z kimś i to o śmierci swoich rozmówców.

                                        - Tylko ja mogę otworzyć światełko! Ono mnie rozpozna i zaprowadzi do książek! - wskazał dumnie na swoją pierś aby podkreślić swoją główną rolę w takim zaszczytnym zadaniu. Potem się odwrócił do tyłu jakby ktoś go zawołał. Patrzył tam chwilę po czym ciężko westchnął i zwrócił się ponownie do swoich gości. - No dobra, dobra… No to jeszcze robacza królowa chyba może. Jak światełko wyczuje, że ma robaki od sióstr czyli jest błogosławiona ich mocą. - odparł mniej chętnie jakby ową królową traktował jak konkurentkę do tego samego zadania jakie sam chciał wykonać.

                                        - A Jaskinia Chuci to nie. Tylko, że tak. Bo one tam poszły i miały chuć. I potem z nich wyszło. Różne rzeczy. Zależy z kim się pokładały. To Chutliwa Siostra tak to tam robiła jak wydawała na świat nowe potwory. A one poszły w jej ślady. A te co ją wyznają są najdorodniejsze i najpłodniejsze dlatego duże z nich wychodzą. Przecież już wam to mówiłem. Wcale nie słuchacie. - powiedział tłumacząc najpierw całkiem zaangażowanym tonem ale szybko jakby wyłapał, że nie mówi tego po raz pierwszy to założył ręcę na piersi jakby chciał im pokazać, że się na nich gniewa i jest obrażony.

                                        - Oczywiście, że ty otworzysz światełko. - odezwał się były Łowca Czarownic uspokajającym głosem, kładąc rękę na ramieniu Georga.

                                        - Tak! - zawołał George obdarzając starszego mężczyznę pełnym dziecięcej ufności i radości uśmiechem. Po czym konspiracyjnie rozejrzał się na boki i nachylił się nad stołem ku niemu. - Bo ja będę ich bibliotekarzem. Powiedziały mi, że będziemy znów razem. Nauczą mnie wszystkiego. Tylko będą musiały mnie zmienić. Przyoblec w nowe, silniejsze ciało. Bo to teraz to jest słabe i ułomne. Więc mnie nagordzą i dadzą nowe abym mógł się nimi godnie opiekować. - pokiwał na koniec głową i uśmiechał się poważnie do Heinricha jakby uważał to za coś oczywistego i pewnego. Nawet jeśli obecnie był tylko jednym z wielu pacjentów hospicjum.

                                        - Rozmawiałem z Matką Somnium kilka razy. - odpowiedział Otto na pytanie Joachima - Lepiej uważaj na nią, jeżeli dojdzie do rozmowy między wami. Ślepo oddana Morrowi, może widzieć więcej niż mówi. - mnich spojrzał na Georga - Zazdroszczę ci, doznać darów od Pana Przemian w celu dalszej służby... - mnich delikatnie westchnął - Nie potrafisz powiedzieć ile jest tych książek?

                                        - Dużo! Cały regał! Albo dwa! Jak u nas w bibliotece. Ale to nieważne. To są wyjątkowe, magiczne książki. Jest ich tyle ile trzeba. I lubią dostawać nowe. Dobrze wygląda. Przynieść nową jako podarek. Wtedy są milsze. - George tym razem odparł błyskawicznie, z pełnym przekonaniem i bez wahania. Jakby już nie raz widział te książki i mógł o nich opowiadać.


                                        Joachim opuścił hospicjum pełen ekscytacji dla ilości możliwości które się przed nim pojawiały. Ale jednocześnie trochę go to wszystko oszałamiało.
                                        Ciężko było znaleźć czas by skupić się solidnie na 1 temacie naraz. Postanowił, że dzisiaj skoncentruje się na przeprowadzeniu rytuału ze zwoju Mergi. Zawarcie paktu z chowańcem da mu większe możliwości realizacji jego planów, nie mówiąc już o osobistej satysfakcji. Wybrał na początek Alztha, który miał przybrać ptasią formę, jaka dawała duże możliwości wykorzystania go jako szpiega i posłańca.

                                        Dysponował już podstawowym elementem niezbędnym do przywołania, czyli prawdziwym imieniem chowańca. Składnikami które mogły mu pomóc w skutecznym rzuceniu zaklęcia były talizman z symbolem chaosu oraz trochę kosztowności. Co do tych ostatnich wystarczyło przejść się do jubilera i kupić cokolwiek co ładnie wyglądało.
                                        Jeśli chodzi o talizman to wracając z hospicjum postanowił zahaczyć o Tobiasa (dla którego miał dobre wieści co do Georga) i Aarona. Może któryś ze współwyznawców mógł mu taki przedmiot pożyczyć do rytuału. Jeśli nie, mógł jeszcze sprawdzić czy Sigismund to ma, na pewno będzie w swojej aptece....
                                        Zakładał, że rytuał zabierze mu większą z pozostałej części dnia, w końcu będzie to robił po raz pierwszy. Musiał upewnić się, że jego ochroniarz nie pozwoli nikomu wchodzić do jego pracowni w międzyczasie.

                                        A na wieczór miał zgłosić się do Łasicy w sprawie pomocy w skoku...

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Niedostępny
                                          SantorineS Niedostępny
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #118

                                          Oryginalny autor: Seachmall

                                          Wellentag; przedpołudnie; hospicjum; rozmowa z Marissą

                                          Kiedy Otto odprowadził Joachima i Heinricha do wyjścia, pośpiesznie ruszył na poszukiwania Marissy. Musiał szybko załatwić z nią kilka spraw i ruszyć do Fabienne.
                                          Kiedy znalazł kobietę, delikatnie klepnął ją po ramieniu i zaprowadził do jednego z bocznych korytarzy.

                                          - Wybacz, moja droga, ale mam sprawę. Poszukuję w okolicach naszego miasta jakiegoś miejsca, gdzie można by znaleźć jakieś lecznicze źródełko, czy wody podziemne z dużo ilością soli. - mnich się zastanowił - Frau Fabienne i Lady Pirora chcą otworzyć uzdrowisko dla możnych. Gdyby mogły się pochwalić, że ich woda tryska z jakiś tajnych "magicznych" źródeł, to przyciągnęłoby ludzi.

                                          - I, nasze dobrodziejki chcą otworzyć własne uzdrowisko? Ależ to cudowny pomysł! Zawsze chciałam pracować w takim! Mogłabym robić swoje zioła i opracowywać mikstury. Ale w Kurtwallen to trudno się dostać, tam wszystko obsadzone od dawna, ciężko się dostać dziewczynie bez nazwiska. - szczupła, młoda brunetka chętnie ruszyła obok jednookiego mnicha a temat wydawał się blisko jej sercu. Tak przeszli przez parę schodów i korytarzy.

                                          - Ale stąd od was to dość daleko… No i tam od dawna wszystko zajęte… Ciężko by było tam się wcisnąć komuś nowemu… - zamyśliła się gdy wyszli do ogrodu. A młoda pacjentka usiadła w tym samym miejscu gdzie w zeszłym tygodniu. Tylko wtedy obok niej siedziała czarnowłosa Annika. Teraz jednak zastanawiała się nad tym zagadnieniem zamiast flirtować przy obiedzie.

                                          - W Stavern można by spróbować. - Powiedziała w końcu gdy sobie sprawę przemyślała.

                                          - Tam kiedyś było uzdrowisko. Nazywali to "źródła witalności" albo "źródła młodości". Podobno działały ożywczo i wzmacniająco. Po ostatniej wojnie z Chaosem wielu weteranów jeździło tam na kurację aby się wzmocnić, wyleczyć, odzyskać siły. Podobno rany szybciej się leczyły i choroby uchodziły. I tam panowała przyjemna atmosfera, równowaga ciała i duszy, bardzo sielsko tam było. - zaczęła opowiadać coś co chyba było jej znajome bo wyglądała jakby musiała sobie odświeżyć te wiadomości ale jak to robiła to przypominały jej się kolejne.

                                          - I winorośla tam rosły! - powiedziała z ekscytacja jakby właśnie jej się to przypomniało. - No u nas słabo rosną. Zimy za długie i surowe. Albo wymarzną albo nie owocują a jsk już to te owoce są małe i kwaśne. Nie tak jak te z Bretonii albo z południowych krajów. Ale tam było takie dobre miejsce, że rosły. I ponoć bardzo dobre wina z nich robiono. Nawet dziś są rarytasami w niektórych kolekcjach ale ja nie miałam okazji ich spróbować. - mówiła coraz szybciej i pewniej gdy omawiała ten temat.

                                          - Ale widziałam próbkę wody. Na szkoleniu. W fiolce. Taka trochę różowa. Jak bardzo rozwodniony kompot z wiśni albo malin. Tak, że prawie sama woda ale trochę koloru zostało. Właśnie podobno taka tam woda była w tych źródłach. - dodała uśmiechając się jakby mimo wszystko miała jakąś okazję do styczności z tamtymi wyjątkowymi źródłami.

                                          - I nawet jak tutaj jechałam to przejeżdżaliśmy przez Straven. Się zastanawiałam czy by tam nie pojechać no ale nie śmiałam pytać jak mnie tu wieźli jako wariatkę. Nawet się tym interesowałam. U was w ratuszu może coś być bo odkąd wybudowali to miasto to część administracji przeszło tutaj. To może coś by było. Tylko tam był jakiś wypadek

                                          Pożar czy coś takiego. W każdym razie to uzdrowisko spłonęło czy popadło w ruinę. Dawno temu. Ze sto lat albo dawniej. Zawsze się dziwiłam czemu go nie odbudowali jak było takie wyjątkowe. No więc pewnie ruiny tego uzdrowiska gdzieś tam są pod Straven. Ale źródła chyba nie powinny spłonąć tak mi się wydaje to nadal mogą tam być. - zakończyła swój wywód na temat jakim widocznie interesowała się wcześniej skoro potrafiła go tak dokładnie omówić bez przygotowania.

                                          Mnich słuchał kobiety ze szczerym zainteresowaniem. Miło było posłuchać takich ciekawostek, szczególnie, że na pewno się przydadzą.

                                          - Jestem pewny, że je to zainteresuje. Dziękuję moja droga. Jeżeli miałabyś ochotę jeszcze pomóc, to może zajrzyj do naszej biblioteki… oby nie stanęła znowu w ogniu. Ah i w podzięce za twoją pomoc, przeor skróci ci karę chodzenia we włośnicy. - Otto się uśmiechnął - Dobrze, nie będę ci już zabierał czasu. Muszę biec do Anniki i Frau Fabienne. Pozdrowię je od ciebie.

                                          - Pomóc? Mojej nowej pani i lady Pirorze? Ależ oczywiście! Bardzo chętnie. Ale czego bym miała szukać w naszej bibliotece? - brunetka uśmiechnęła się ciepło do mnicha i okazała pełną wolę współpracy a rozmowa o lubianym przez siebie temacie chyba sprawiała jej przyjemność. - A jak będziesz widział się z Anniką i moją panią to tak, pozdrów i uściskaj je koniecznie! I krócej we włośnicy? Cudownie! Już mam jej dość! Drugi tydzień w niej chodzę! Wszędzie mnie ociera i drapie. Nic przyjemnego. Ale mam te majtki od mojej pani. Są takie śliczne! No i od niej. To jakoś mi lżej. - właściwie nie chciała zatrzymywać Otto skoro ten miał plany na resztę dnia poza hospicjum ale jednak jeszcze dorzuciła parę szybkich uwag pod adresem swojej byłej koleżanki z hospicjum i bretońskiej szlachcianki jaka miała być jej nową panią. O nich wyrażała się bardzo ciepło i życzliwie. W przeciwieństwie do włosiennicy której niezmiennie nie znosiła.

                                          - Gdyby udało ci się znaleźć jakieś księgi o lokalnych ziołach, czy innych specyfikach, które nasze panie mogłyby wykorzystać. No i legendy, to zawsze dobre źródło na inspiracje. Lokalne mity, legendy, opowieści o leczniczych miejscach. - Otto zastanowił się chwilę - Nie mogę się doczekać, aż uda się ciebie stąd wydostać. Pajęcza Królowa potrzebuje ciebie, aby wrócić do domu, a ja moi przyjaciele staramy się do tego doprowadzić.

                                          - Oh ja też jej potrzebuję! Już nie mogę się doczekać aż będziemy razem i będę mogła jej służyć! - wzmianka o swojej głównej patronce sprawiła, że twarz Marissy rozpłynęła się w ciepłym, radosnym uśmiechu jaki znamionował, że jej miłość do Pajęczej Królowej bynajmniej nie osłabła. Nawet jeśli nie biegała nago wykrzykując jej imię.

                                          - Ale w tej bibliotece dobrze. Popatrzę. Jakbym już wyszła to może poszukałabym czegoś w archiwum ratuszu o tym Straven. Albo wy poszukajcie jak możecie. - zgodziła się kiwając swoją ciemnowłosą głową i dając znak, że w miarę swoich możliwości chętnie się zajmie taką tematyką.

                                          - Dziękuję i uwierz mi, będziesz jej służyć. George, może i papla dużo, ale ponieważ widzi dużo. Widzi wszystkie drogi, które prowadzą do przybycia Pajęczej Królowej i zawsze jesteś u jej boku. - mnich się uśmiechnął i kiwnął pacjentce - Będziemy później musieli o tobie porozmawiać. W sumie, nigdy nie pytałem czemu tu wylądowałaś. To jednak później, na razie życz mi szczęścia i powodzenia w poszukiwaniach.


                                          Wellentag; południe; rezydencja Von Mannlieb

                                          Otto dotarł do rezydencji Fabienne około południa, zanim wszedł do środka zaczął rozglądać się po okolicy w poszukiwaniu Silnorękiego.

                                          Właściwie to Silnoręki chyba nie był tak całkiem pacanem jak to zwykle o nim wypowiadała się Łasica z koleżankami. Otto usłyszał krótki gwizd i jak skierował tam swoje spojrzenie dostrzegł zwalistą sylwetkę łysego mięśniaka. A więc tak jak się jeszcze w Agnestag umówili to przybył w umówiony miejsce i czas. I to nawet z Rune. Poczekali aż do nich podejdzie.

                                          - Chodź tutaj. Tu nie lubią takich jak my. - mruknął Silny i wszedł w jakąś boczną uliczkę między dwiema rezydencjami. Pewnie taką dla służby i tych wszystkich gospodarskich spraw. W tej dzielnicy rezydencji rzeczywiście obaj wydawali się bardziej podejrzani niż byliby gdziekolwiek indziej. Tu dominowały ładne i zadbane rezydencje bogaczy z pięknymi ogrodami i porządnymi ogrodzeniami jakie gwarantowały im spokój i bezpieczeństwo a i patrole straży przechodziły tędy częściej. Poza tym każda posiadłość miała pewnie swoich strażników. Więc w tej okolicy któraś z ich szlachetnie urodzonych koleżanek albo łotrzyc przebranych za służbę pewnie mniej by się rzucało w oczy niż dwóch podejrzanych byczków o niezbyt przyjaznej aparycji. Otto zaś miał to szczęście, że jego mnisi habit był dość uniwersalny no i z natury wzbudzał mniej podejrzeń niż takie dwa typki do jakich właśnie podszedł.

                                          - No? Co tam? - zagaił Silny gdy już stanęli we trzech pod jakimś ceglanym murem ogrodzenia sąsiedniej do von Mannliebów rezydencji.

                                          - Jest postęp. Mam podpowiedź jeżeli idzie o poszukiwanie ołtarza Norry. Południowy las i mamy kierować się na północ. Najwyraźniej Vesta, Siostra oddana Tzeentchowi, ukryła go na przekór Norrze. Na razie pójdę po Annikę, to będziecie mogli się z nią zaznajomić i ocenić. Później chyba przyda się tego waszego kowala odwiedzić, aby ją wyposażyć. Mnie też się w sumie przyda jakaś konkretna broń. A, zapomniałbym. - mnich pstryknął palcami, wertując wszystkie informacje od Georga - Pamiętacie co mówiłem, o rycerzu zakutym w czarną zbroję, którą ma przewodzić armii Norry? Najwyraźniej ujawni się podczas turnieju.

                                          - O. To jednak będzie ten turniej? Bo na mieście to różnie gadają. Raz tak a raz tak. No ale jak będzie to dobrze. Wreszcie jakaś porządna rozrywka a nie jakieś durne orgie i bale. - Rune wyraźnie ucieszył się z takiej wiadomości. Silny też pokiwał twierdząco głową ale brwi miał zmarszczone.

                                          - A to on nie wie kto to jest? I czarny rycerz będzie na tym turnieju? No ciekawe. Ciekawe kto to. Oby był tylko jeden. Znaczy w czarnej zbroi. To by od razu było wiadomo który to. Dobrze, to dobrze. Przydałby nam się jakiś wódz no i rycerz. A nie same baby i mazgaje. - Silny przyjął to spokojniej ale też raczej brał za dobrą monetę, podnoszacą na duchu.

                                          - Ale z tym lasem to bez sensu. Przecież jak się pójdzie na południe to rzeczywiście las się zaczyna zaraz za murami. Ale jak sie wróci na północ to się wróci z powrotem do miasta. - popatrzył na obu kolegów dając znak, że coś mu się nie zgadza w tym opisie. Rune wzruszył ramionami na znak, że to go przerasta.

                                          - Może coś się wyjaśni. Zobaczymy. Ale trochę nie ufam jak w to jakaś wiedźma była zamieszana. Czary to są niebezpieczne i zdradliwe. I oszukańcze. Szkoda, że Merga wyjeżdża. Ona się zna na takich sprawach. - były weteran wojskowy cmoknął niezbyt wiedząc jak podejść do tych magicznych spraw ale chyba też był zdania, że rogata wiedźma z północy miała z nich wszystkich największe doświadczenie i autorytet w takich sprawach.

                                          - No, no, nasz mistrz też cieniak nie jest. Przecież tyle nas prowadził bez tej wiedźmy. - ofuknął go gdy najwidoczniej chciał mu przypomnieć, że on pamięta jeszcze czasy gdy wiedźma siedziała w kazamatach albo jeszcze w ogóle nie przypłynęła do miasta.

                                          - Dobra, mniejsza z tym. Potem będziemy się nad tym głowić. Leć po tą małą. Zobaczymy co to za jedna. Poczekamy tu na ciebie. - Silny machnął ręką aby uciąc mało owocne dyskusje i dał znak mnichowi aby się zajął sprowadzeniem tu tej nowej, obiecującej koleżanki jakiej jeszcze obaj nie widzieli na oczy.

                                          Mnich kiwnął głową i ruszył do rezydencji, czekając na powtórkę z rutyny. Przyjęcie przez odźwiernego i zlustrowanie przez przyzwoitkę Fabienne.

                                          Rzeczywiście po którymś razie to już zaczynał się robić znajomy schemat. Który zaczynał się od stukania w bramę rezydencji i otwarcia przez odźwiernego a kończył w salonie dla gości. Tym razem chwilę czekał sam w towarzystwie starej Gertrudy o dostojnym ale oschłym wyglądzie i manierach aż przyszła szlachetnie urodzona gospodyni. Razem z Anniką.

                                          - No nareszcie jesteś Otto. Już tyle razy miałam cię ugościć jak należy i jak widzisz zawsze mi coś przeszkadza. Gertudo weź proszę każ przynieść to ciasto i marmoladę i jeszcze owoce no i wino. Jakoś trzeba wynagrodzić temu młodemu człowiekowi, że tak dzielnie nadstawiał karku za naszą Annikę. I proszę się postaraj się w końcu to wysłannik samego przeora a to taki dobrodziej, przecież ci opowiadałam jak tam było podczas naszej wizyty. - Fabienne całkiem zgrabnie odesłała niewygodnego świadka i to tak, że wyglądało jakby młody mnich był przedstawicielem nie wiadomo jak potężnego pana. Co może mogło robić wrażenie gdzieś z poziomu ulicy jaki reprezentowali Silny czy Łasica. Ale w towarzystwie szlachetnie urodzonych to raczej wrażenia na nikim nie robił. Ale przy takich zdecydowanych poleceniach Gertruda dumnie skłoniła głowę swojej pani i wyszła z salonu. Jeszcze chwilę było słychać jej oddalające się kroki na korytarzu.

                                          - No sam widzisz Otto, ja tutaj jak w oblężonej twierdzy, wszędzie tylko szpiedzy, spiski i wrogowie. Dobrze, że teraz mam chociaż Annikę. - powiedziała Bretonka przepraszającym tonem ale też jakby chciała się pożalić na swój ciężki los. I ujęła za ramię swoją służkę przyciągając ją do siebie całkiem poufałym gestem. A ta jakoś nie zdradzała objawów aby ten ruch był jej niemiły.

                                          Mnich się uśmiechnął.

                                          - Nie zagoszczę chyba na długo. Silnoręki i Rune, czekają na zewnątrz, bardzo chcą poznać Annikę. Jednak chętnie skorzystam z poczęstunku, musimy jakieś pozory utrzymać. Macie pozdrowienia od Marissy, obie. - skinął głową również Annice mówiąc to - Ah, Lady Fabienne, w sprawie tego uzdrowiska, o którym mówiliśmy wczoraj. Marissa mówiła o uzdrowisku w Straven, które popadło w ruiny, to może być dobre miejsce. Trzeba by poszukać w archiwach miejskich na ten temat.

                                          - Straven… - bretońska milady zmrużyła oczy jakby ta nazwa niezbyt jej się obiła o uszy. Spojrzała pytająco na Annikę.

                                          - To na południe. Jak się jedzie do Saltburga. Ale bliżej naszej strony. - podpowiedziała szybko swojej pani o jakie miejsce chodzi.

                                          - Ah tak… Wybacz Otto ja wciąż słabo się orientuje co tu jest co poza murami miasta. - odparła z przepraszającym uśmiechem alabastrowa szlachcianka o ufryzowanych, czarnych lokach.

                                          - I tam było uzdrowisko? A już nie ma? No cóż, jak wody i źródełko tam zostały to można by się przejechać tam i zobaczyć jak to wygląda. Ale jeszcze porozmawiam z Pirorą na ten temat. - dodała już żwawiej widocznie woląc się naradzić ze swoją blondwłosą partnerką.

                                          - I bardzo dziękuję ci za te pozdrowienia od Marisski. To miłe z jej i twojej strony. Też ją od nas pozdrów i uściskaj. Annika dzisiaj sprzątała drugi pokój aby zrobić dla niej miejsce. - gospodyni wskazała na czarnowłosą służącą a ta pokiwała głową twierdząco.

                                          - Tak, czekamy tu na nią. Już się nie mogę doczekać wspólnych kąpieli. - zaśmiała się cicho była pacjentka hospicjum ciepło wyrażając się zarowno o nowej pani jak i byłej koleżance z hospicjum.

                                          Po jakichś dwudziestu minutach Otto wyszedł z rezydencji Fabienne w towarzystwie Anniki. Spokojnie podszedł do miejsca gdzie zostawił dwójkę Khornitów.

                                          - Dobrze, więc. Anniko, to jest Silnoręki i Rune. - wskazał odpowiednio swoich braci - Służa Bogu Krwi i poszukują ołtarza, którego ty będziesz bronić. Chłopcy, to jest Annika, herold Norry.

                                          Obie strony przyglądały się sobie z zaciekawieniem podczas tego przedstawiania. Annika widziała dwóch postawnych mężczyzn. Jednego łysego i drugiego z brodą. W sam raz wpisujących się pod stereotyp typów spod ciemnej gwiazdy jakich lepiej nie spotkać samotnie w ciemnym zaułku. Oni zaś widzieli młodą, szczupłą kobietę ze związanymi w służbowy kok czarnymi włosami i długiej spódnicy. Więc wyglądała jak jakaś służąca u państwa ale na przodującą wojowniczkę pod sztandarem Norry to niezbyt. Więc obaj mieli dość wątpiące spojrzenie i popatrzyli na mnicha niemo pytając czy sobie z nich żarty stroi.

                                          - Dobra, to chodźmy, nie ma co tu stać. - powiedział Silny po tym jak splunął na bruk alejki. Dał znak aby iść za nim, odwrócił się i ruszyli. - Otto chodź na chwilę. - zawołał do siebie mnicha więc Rune ruszył obok Anniki za nimi.

                                          Otto poszedł za Silnym stanął naprzeciwko mężczyzny.

                                          - Wiem, że nie wygląda za specjalnie, ale nie nam dyktować kogo mają wybrać Siostry.

                                          - Przecież ona jest cherlawa. Patyk a nie wojownik. Jak było gadane, że baba myślę sobie “No nic to, przecież Norma też baba a jednak przywalić umie”. Chociaż wolałbym tego czarnego rycerza co mi się ostatnio przyśnił. To to jest chłop na schwał, i zbroja, i miecz, i koń no za kimś takim to można iść w bój. Ale ona? - tak jak przypuszczał młody mnich Annika nie zrobiła na herszcie krwawych ogarów zbyt dobrego pierwszego wrażenia. Aż się odwrócił na chwilę aby spojrzeć na nią jeszcze raz.

                                          - Przecież ona wygląda jakby bardziej pasowała do tych ladacznic. Klękać do berła i nogi rozkładać. To może. A nie do walki. - Silny tak jak jeszcze wczoraj był podekscytowany spotkaniem z heroldem swojej ulubionej Siostry tak teraz wcale nie ukrywał swojego rozczarowania gdy już ją spotkał.

                                          - Ale co tam. Mistrz chciał aby ci z nią pomóc to ci pomogę. I nie ja płacę tylko ta jej damulka. Też ladacznica jak i reszta. Pójdziemy do tego kuśnierza co mówiłem i tam jej się coś zamówi. - mięśniak machnął na to ręką. Widocznie jak już obiecał pomóc to chciał się wywiązać z tej obietnicy ale bez większego przekonania, że coś z tego będzie. Widocznie czarnowłosa młódka jakoś nie pasowała mu do wyobrażenia o heroldzie krwawej siostry.

                                          - Ah! - mnich uniósł palec, aby poprawić kolegę - Pamiętaj, Annika jest heroldem Norry. Nie jej przeznaczeniem jest przewodzić armii, ma przejąć obowiązek strzeżenia ołtarza i być jednym z komponentów sprowadzenia Krwawej Siostry. Masz rację, z tym kowalem, mnie też się w sumie przyda jakiś konkretniejszy ekwipunek. - zerknął na Annikę - Jak widzisz jej szanse przeciwko zwierzoczłekowi?

                                          - Padnie po pierwszym ciosie. To jakaś dziewka służebna a nie wojowniczka. - łysa głowa pokręciła się przecząco i widocznie słowa młodego mnicha niezbyt przekonały mięśniaka do zmiany zdania.

                                          - Trzeba by zobaczyć co umie. Może jednak umie się chociaż trochę bić. I jednak coś z niej będzie. Pomimo tego cherlawego wyglądu. Bo jak ją jakiś obszczymur rozłoży to nie ma co z nią iść do lasu. A zwierzoludzie to pewnie jeszcze jakieś pałki albo siekiery mają a nie gołe łapy. To w ogóle jej rozwalą łeb po pierwszym trafieniu i skończy się jej heroldowanie. - mruknął posępnie na nie rokującą zbyt wielkich nadziei dziewczynę co szła parę kroków za nimi z ich brodatym kolegą.

                                          Mnich pokiwał głową.

                                          - Też tak sądziłem. Dobrze zobaczmy, w co się uda ją przyodziać.

                                          - Trzeba będzie ją sprawdzić. Ale na razie chodźmy do tego kuśnierza. - łysy nie rozpogodził się i poszli dalej przez miasto. W stronę mniej eleganckich dzielnic. Dotarli na ulicę gdzie kuśnierze i rymarze mieli swoje warsztaty. Silny wszedł do jednego z nich a za nim pozostała trójka. Tam na miejscu przywitał się z właścicielem co nie był ani szczupły, ani piękny, ani młody. Za to w jego warsztacie sporo było wyprawionych skór jeszcze przed przerobem jak i gotowych wyrobów. Od różnej maści toreb, plecaków, przez jakieś skórzane łaty na ubrania, ochraniacze na kolana i łokcie aż po solidne kurty i płaszcze. Silny rozmawiał chwilę z właścicielem aż ten podszedł do ich grupki.

                                          - No to na tą pannę coś tak? A co dokładnie byście chcieli? - zapytał właściciel warsztatu oceniając sylwetkę klientki na jaką miał przygotować produkt.

                                          - Nic zbyt ciężkiego jak sądzę. - Otto spojrzał na Annikę - Jak sądzisz, kaftan z utwardzonej skóry?

                                          - Może być. - zgodziła się rozglądając się po tych wszystkich wyrobach ze skóry. W różnych odcieniach i kształtach ale dominowały brązy. - O, a tamto czerwone? - zapytała gdy wzrok jej przykuły małe, przypinane do pasa kieszenie.

                                          - No jak kupicie to możecie je wziąć. - zgodził się Niklas też zerkając w tamtą stronę.

                                          - Ale nie, mi chodziło, żeby czerwone było. Ta zbroja czy kubrak. Dasz radę? - zapytała wyjaśniając o co jej chodziło.

                                          - Dam. Ale to będzie dłużej i drożej. Bo trzeba będzie skórę pobarwić a potem potrzymać tak trochę aby barwa wsiąkła. A potem jeszcze wyschnąć musi. To z tydzień na samo przygotowanie skóry zejdzie. No a potem trzeba ją pociąć i zszyć. To drugi tydzień. - kuśnierz przedstawił jak to by wyglądało takie zamówienie pod względem czasu. Nie było nie do zrobienia no ale za fanaberię trzeba było zapłacić dodatkowym czasem i robocizną.

                                          - A przeszywalnice robisz? Przeszywalnica dobra na spód. Na zewnątrz można dać wtedy i skórę, i kolczugę, i brygantynę. Pod płytę też się nosi no ale to nie naszą kieszeń raczej aby płytę zamawiać. - Rune odezwał się jako ktoś kto miał doświadczenie wojskowe i z pól bitewnych.

                                          - Ja się lnem nie zajmuję. Ale mój brat robi. Jak panienka da się zmierzyć, podam mu wymiary i wam zrobi. Albo jak chcecie to sami możecie do niego pójść. Silny powie, że ode mnie to będzie wiedział, że swój. - gospodarz przyznał, że ma mocno wyspecjalizowany warsztat ograniczający się do przerabiania wyprawionych skór na różne produkty ale widać po rodzinie miał kogoś kto mógł i przeszywalnicę uszyć. Silny więc popatrzł na Otto co ten na to wszystko.

                                          Mnich westchnął.

                                          - Daj mi chwilę. - podszedł do Anniki i zaczął zwracać się do niej dość cicho - Jesteś pewna tego czerwonego koloru? W obronie ołtarza zabijesz tylu niegodnych, że pewnie sama zrobi się czerwona z czasem.

                                          - Przemawia do mnie ta czerwień. Taka krwista. Ale jak za drogo czy za długo to może być coś innego. - czarnowłosa służka bretońskiej szlachcianki popatrzyła z uznaniem na te kawałki barwionej na czerwono skóry z jakich były wykonane dopinane kieszenie do pasa. Ale skoro nie kupowała za swoje i zdawała sobie sprawę, że nowi znajomi robią jej przysługę to nie chciała być wybredna i sprawiać im dodatkowych kłopotów. - I taka czerwona zbroja to by sie rzucała w oczy. Mogłabym z moją panią gdzieś chodzić i bym nie wyglądała jak żebraczka albo jakiś zbir. - dorzuciła jednak argument który pewnie jej zdaniem mógłby skłonić Otto do pozytywnego rozpatrzenia jej prośby.

                                          Mnich się chwilę zastanowił. Spojrzał na kuśnierza.

                                          - Zamówimy tą barwioną zbroję. Dwa tygodnie, tak? Dobrze, wtedy odbierzemy. Na razie... - spojrzał na Annikę - Wybierz coś, co posłuży ci do tego czasu. Zapłacę za zbroję, którą odbierzemy teraz. Wycenę barwionej zbroi, proszę wyślij do rezydencji von Mannlieb, uregulują wszystko.

                                          - No to będą dwie zbroje? Świetnie, wyśmienicie! To panienkę proszę tutaj, zaraz weźmiemy wymiary i zobaczymy co tu da się od ręki poradzić. - Niklas ucieszył się z podwójnego zamówienia i poprosił klientkę bliżej. Zdjął metrówkę i zaczął ją mierzyć i zapisywać wyniki mrucząc coś pod nosem.


                                          Otto wrócił do hospicjum po udanych zakupach z Anniką, Silnym i Rune. Nowe zabawki zostawił z Khornitami, miał zamiar się z nimi umówić na trening, ale to później.
                                          Teraz oczekiwał na przybycie nauczyciela, aby przedstawić go heroldowi Vesty.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy