Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Online
    SantorineS Online
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #103

    Oryginalny autor: Seachmall

    - A czy czciciele Slaanesha czy Khorna czy nawet bogów południowców są różni. Realizują się i swoje cele, marzenia, plany w różny sposób. Bo właściwie dlaczego to całe Imperium nie otrząśnie się i nie dokona inwazji na Norskę aby zgnieść raz na zawsze plugawych wyznawców Chaosu z północy? Albo dlaczego Norsmeni nie ruszą na południe aby zdobyć chociaż jedno miasto Kisleva, Imperium czy Bretonii? A bliżej naszego podwórka, nasze dziewczęta? Powinny się chędożyć codziennie z kim tylko się da. Sigismundus i Strupas? Codziennie powinni pełni wiary rozsiewać zarazy. Thobias? Już dawno powinien włamać się do Akademii czy gdzie indziej aby zdobyć wiedzę której tak poząda. Silny z chłopcami zaś powinni wyjść na ulicę i zacząć rzeź. No i wreszcie ja. Powinnam też iść razem z nimi i użyć swoich mocy aby siać strach i zniszczenie. Ale to jest mało praktyczne Otto. Rzadko są ku temu sprzyjające okoliczności. Prawie zawsze takie jawne okazywanie swojej wiary, czy to u nas czy u południowców ściąga na nas kłopoty a często jest wręcz samobójcze. Jesteśmy związani tym światem, cywilizacją, moralnością, tym co wypada a co nie. Musimy działać, myśleć i poruszać się zgodnie z tymi ograniczeniami. Zwłaszcza tacy jak my, co działają na wrogim terenie. Otwarte działania byłyby pierwszym krokiem do naszej klęski i zguby. Tylko co jakiś czas możemy pozwolić sobie na jakieś uderzenie. Paradoksalnie ci południowcy mają podobnie. Sam zobacz jak rzadko trafiają się błogosławione dusze lub ci co poświęcają wszystko w imię wiary i swoich patronów. Nawet jeśli budzą podziw i uwielbienie, mało kto decyduje się ich w pełni naśladować. Wiara też jest częścią naszego życia i naszego świata. Ale nie jest od niego oderwana. Musimy się liczyć z naszym otoczeniem albo po prostu coś jeść i mieć się gdzie ogrzać. Tak działa nasz świat. I tu na południu i u nas na północy. Pomimo masy różnic oczywiście to jednak się nie zmienia. - Merga pokręciła na koniec głową gdy pozwoliła sobie na dłuższą wypowiedź. Znów przytaczając dla przykładu osoby jakie oboje znali.

    Otto pokiwał głową na słowa Mergi dotyczących przewodzącego kultem Slaanesh.

    - Masz rację, oczywiście. Być może moje wychowanie się pokazało. - mnich delikatnie zachichotał - Aby chronić nas przed zakusami Chaosu, starsi zakonu krzewili nas wiarę, że jesteśmy lepsi od tych, którzy oddali się Mrocznym Siłom. "Bogowie Zła mają władzę na północy, ponieważ tam żyją brudne, prymitywne, barbarzyńskie dzikusy, którzy chętniej by rozłupali sobie czaszki, dla przywileju wychędożenia nowo nabytej kozy, niż stworzyli coś co poprawi ich byt". Więc cały zakon uważał, że wiara w Wielką Czwórką jest czymś, co jest poniżej nas. - Otto pokręcił głową na absurd takiej myśli - Pamiętam, dostaliśmy w swoje ręce dzieło… "Pikantne noce Nuln" autorstwa Gerta Fliska, jak się okazało kultysty Slaanesh. Nawet dziś jestem w stanie przyznać, fabuła ledwo trzymała się kupy, postaci były jednowymiarowe, ale chłopak miał wyobraźnię i kunszt opisywania scen erotycznych. Jego opisy architektury i rurociągów inżynierskich sprawiały, że nikt nie spojrzał już w ten sam sposób na rusznicę. - mnich ponownie zachichotał - Mimo wszystko co sobie mówiliśmy? "To prymitywne i poniżej nas". Po czym odkładaliśmy książkę i braliśmy coś na uspokojenie krwi. Notatniki Nurglitów zawsze dobrze działały. - mnich westchnął - Więc masz rację i muszę najwyraźniej przeanalizować swoje podejść do moich braci w wierze. - uniósł brew na pytanie wyroczni o podobieństwo między Khornitami, a Slaaneshytami
    - Założe się o 5 złotych koron, że nie powiesz tego w twarz Silnemu. I masz rację, otwarta wojna wszystkich na wszystkich jest nie praktyczna. Zważając, że ciągły trud jakim jest istnienie dla Imperium, jest cudownym źródłem dla Wielkiej Czwórki. - pokiwał głową - Mogę zadać osobiste pytanie zatem. Kiedy nam się uda, sprowadzimy tu Siostry i skończy się to dla nas, mniej więcej pozytywnie. Co zamierzasz wtedy Wyrocznio? Zostaniesz z nimi i podążysz za ich przewodnictwem? Ruszysz do domu ogłaszając zwycięstwo? Czy może spróbujesz stworzyć własną legendę i ruszysz w świat?

    - Gdy Siostry już będą pośród nas nam pozostanie dostosować się do ich życzeń i woli. - odparła filozoficznie na ostatnie pytanie. Wcześniejsza część wspomnień mnicha z jego pierwotnego klasztoru chyba ją szczerze rozbawiła bo parsknęła wesoło.

    - Myślę, że oczernianie przeciwnika jest tak stare jak ludzkość i równie powszechne. U nas w Norsce czy w innych krainach jakie odwiedziłam wygląda to podobnie. - powiedziała nieco melancholijnym tonem zerkając gdzieś w zakamarki swojej pamięci.

    - Och, a jakie to jeszcze miejsca odwiedziłaś, czcigodna? Bretonnia? Kislev? Lustria? - Otto zaciekawił ten aspekt Mergi. Sam nigdy nie opuścił swego klasztoru i pomysł o obcych ziemiach wydawał mu się egzotycznie piękny.

    - Zwiedziłam całą Norskę. Widziałam cuda północnych krain ocierających się już o inną rzeczywistość. Oko Bogów. Tak na to mówimy. Brałam udział w wojnach i misjach dyplomatycznych czy zwykłym handlu z północnymi wieżami Mrocznych Elfów. Penetrowałam plugawe nory potworów z Krainy Trolli. Szukałam artefaktów dawnych herosów w zbudowanym na nowo Praag w Kislevie. Przeprawiałam się przez północne krańce Gór Krańca Świata umykając patrolom brodaczy i wiecznemu zimnu jakie tam panuje. Wędrowałam przez nieskończony ocean stepu i konne narody skośnookich barbarzyńców jacy są naszymi sojusznikami ale nie znaczy, że nie poderżną ci gardła przy pierwszym spotkaniu i nie wyhędożą twoich zwłok. Nurkowałam w pradawne kurhany królów gdzie wędrują ich zapomniane widma a kościani strażnicy stoją tam na wiecznej straży. Zmagałam się z wampirami jakie szukały tajemnej wiedzy i artefaktów tak jak ja. Nocowałam w wielkim cmentarzysku kości dawnych smoków oglądając ich zjawy na tle krystalicznie, czystego nieba. Głodowałam i medytowałam w pradawnych kamieniach mocy o jakich zaginął już wszelki ślad w pamięci i zapiskach śmiertelnych. Dotarłam do krasnoludzkich zigguratów poświęconych byczym demonom aby pertraktować wspaniałą broń i pancerze dla mego ludu. Podróżowałam na naszych statkach umykając ścigłym okrętom morskich elfów i plądrowałam z mym ludem spalone słońcem nieskończone piaski Arabii i krain południa. Widziałam tam wielkie piramidy i skorpiony wielkie jak stodoły. Bawiłam się w najdroższych zamtuzach i najpodlejszych tawernach Startossy. Ale na końcu zawsze wracałam do domu. - Merga uśmiechnęła się do swoich wspomnień i całkiem chętnie zarysowała te wszystkie krainy jakie udało jej się zwiedzić, rasy, nacje i potwory jakie miała okazję spotkać, walczyć, uciekać czy pokonać. Żywe, nieumarłe i demoniczne byty jakie spotkała. Aż na koniec westchnęła do tego wszystkiego znów spoglądając na swojego rozmówcę.

    Mnich gwizdnął słysząc tak imponujące opowieści.

    - Bogowie naprawdę ci sprzyjają. Nie uwierzyłbym, że ktoś może żyć tak długo, aby dokonać tego co ty. A do tego wyglądasz jakbyś była gotowa przywitać dopiero swoją trzecią dekadę. - mnich się uśmiechnął - Doprawdy imponujące. Czy kiedyś rozważałaś… nie wrócić? Czy jakieś miejsce kusiło cię tak bardzo, że rozważałaś odwrócić się od domu i od bogów? Nie oceniam, ale Imperium to wszystko co znam, ciekawi mnie co tam jeszcze jest.

    - W pierwszej chwili być może. To jest kuszące. Poznać to nowe miejsce. Ludzi, i nie tylko ludzi. Ich tajemnice i sekrety. Paktować z nimi, handlować, rozmawiać, kochać się, walczyć, mamić, oszukiwać. Nie wszystkie te miejsca wspominam miło. Nie wszędzie znalazłam się z własnej woli. Nie wszędzie byłam dobrze traktowana. Nie wszystkich ja dobrze traktowałam. Ale jednak jak teraz na to patrzę w każdym z tych miejsc się czegoś nauczyłam. Dowiedziałam się czegoś o innych. O samej sobie. Czegoś o moich wrogach i przyjaciołach. Tak, myślę, że dopiero z takiej dalszej perspektywy mogę powiedzieć, że mocno mnie ukształtowały. Bez nich nie byłabym tym kim jestem teraz. - powiedziała nieco zadumanym tonem ale wciąż z tym łagodnym uśmiechem pod jej złotymi oczami. Zaśmiała się cicho i wesoło jakby coś jej się przypomniało zabawnego.

    - I dziękuję ci za twe miłe słowa. Muszę przyznać, że ty też wyglądasz jakbyś miał dopiero przed sobą trzecią dekadę na karku. - zrewanżowała mu się komplementem chociaż nieco kpiącym ale humor chyba jej dopisywał.

    - Bo tak jest. - przyznał mnich - Chociaż gratuluję odgadnięcia, zważając, że połowa mojej twarzy znajduje się gdzie indziej. - uśmiechnął się mnich - Może, jeżeli się uda, to kiedyś udamy się razem w jakieś obce strony? Słyszałem, że na dalekim wschodzie posiadają magię i bogów, absolutnie różnych od tego co my znamy.

    - Może. Tam jeszcze nie byłam. Ale cóż z planami śmiertelników wobec woli bogów. Więc zobaczymy. - odparła zadumanym i nieco nostalgicznym tonem uśmiechając się gdzieś do przeszłości albo przyszłości.

    - Trzymam cię za słowo. - uśmiechnął się mnich - Dziękuję, że poświęciłaś mi trochę swojego czasu i otworzyłaś trochę serce. Nie będę już zawracał głowy i tak mam jeszcze kilka spraw do omówienia z kilkoma członkami zboru. - skłonił się wyroczni i ruszył do Sigismundusa.


    - No dobrze, mój drogi. Opowiadaj co tam się wydarzyło. Aż zżera mnie ciekawość. - mnich przywitał aptekarza uściskiem i usiadł obok nurglity.

    - Oh, to może nic takiego. - odparł aptekarz gdy mnich się do niego dosiadł. - I właściwie nie wiem czy to ma sens skoro te nasze ladacznice są takie oporne na dary Oster. - spojrzał nieco zasmuconym wzrokiem na grupkę młodych kobiet jakie siedziały przy stole trochę dalej skoncentrowane wokół swojej gwiazdy centralnej czyli czerwonej milady o czarno - granatowych włosach zaplecionych w liczne warkoczyki.

    - Ale wtedy jak mi któregoś razu powiedziałeś, że co ja niby robię dla nich, że oczekuję, że się dadzą zasiać no to wziąłem to sobie do serca. I jak to robiłem swoje rzeczy gdzieś mi się to tłukło po głowie. No i chyba coś mam. - powiedział jakby już się chociaż częściowo pogodził, że ich koleżanki “są na nie” nawet jeśli go to bardzo denrwowało i zasmucało. W końcu w jego oczach zbór by zyskał z pół tuzina noscieielek gdyby się zgodziły wszystkie. No albo chociaż część z nich. I niezmiennie bardzo nad tym bolał odkąd wrócili do miasta z Jaskini Oster.

    - No to mam różne specyfiki. Na zwiększenie szans na ciążę, na zapobieganie, na zbicie ciąży, na zwiększenie albo zmniejszenie libido, ziółka nasenne i tak dalej więc jakby coś potrzebowały to mogę im to zrobić. Tobie zresztą też. Albo innym. Chociaż ostatnio to mnie te nowe mikstury i hodowla zajmuje no ale i dla koleżanek czy kolegów to jakoś ten czas wygospodaruje. No ale to ja nie o tym. - dał znak, że podtrzymuje swoją ofertę służenia pomocą różnymi miksturami dla pozostałych członków zboru. Ale widocznie zaznaczył to tylko mimochodem w nawiązaniu do rozmowy sprzed paru dni.

    - No to mi się przypomniało, że kiedyś… No chyba rok… Albo dwa lata temu. A może już trzy? No jeszcze nie byłem z wami w każdym razie. No to dostałem wezwanie do sprawy w domu. Raczej nie chodzę na wizyty bo ja nie cyrulik ani medyk. Ale prosili, mówili, że sprawa pilna, że panna w potrzebie no i, że jak trzeba to dopłacą. No to poszedłem. - zaczął relacjonować swoje zdarzenie w jakim uczestniczył już jakiś czas temu. No i okazało się, że tam na miejscu zastał ową pannę w potrzebie. Zakleszczoną z koziołkiem. Co strasznie wszystkich zawstydzało więc prosili o dyskrecję. Sigismundus pomógł im w potrzebie. Przyjął pieniądze. I się nasłuchał mnóstwo próśb i tłumaczeń.

    - Hehe a rozumiesz Otto, okazało się, że ten koziołek to taki medalowy był i rozpłodowy, główne źródło utrzymania i dumy rodziny. I chyba starszy bardziej się o niego i jego hehe narzędzie pracy martwili niż o tą pannicę. Bo to jakaś bratanica ich była czy coś takiego. Z tej wsi co tam w lesie stoi. No i właściwie to ci mówiłem, mnie takie rzeczy nie interesują. Wyszedłem i właściwie zapomniałem o sprawie. Czasem tą młódkę widywałem na targu. Na stoisku z hehe kozami. I mi się przypomniało właśnie bo ją niedawno widziałem na targu. Skłoniliśmy się sobie i tyle. Ona zawsze czerwienieje jak mnie widzi. To nawet nie podchodziłem. Ale jak tak ostatnio pytałeś co mógłbym zaoferować tym naszym ladacznicom to tak mi się to wszystko przypomniało. Im to chyba żadna różnica czy koziołek na dwóch czy czterech nogach nie? Sam widziałeś jak przebierają nóżkami na tą orgię przy kamieniach. To pomyślałem, że mogłoby to je zainteresować. Ale teraz to sam nie wiem. Chciałem je jakoś zachęcić aby któraś się zgodziła, chociaż jedna na zasianie. Albo potargorać. Albo niech jakąś inną załatwią. Przecież Onyx o jakiejś mówiła ostatnio. Ale teraz to sam nie wiem co z tym zrobić. Przydałoby się więcej nosicielek, no przydało. Algebra i kalendarz mówią, że z tych dwóch co teraz mamy to na koniec miesiąca będzie może półtorej tuzina, może dwa, może trochę więcej. No coś jest na początek ale cóż to jest w skali całego miasta? Ja to planuję wypuścić całe hordy, jak szarańczę. Ale na taką ilość to na pewno nie na teraz. Może za parę miesięcy. Ale nie teraz. - aptekarz póki opowiadał owe zdarzenie sprzed roku czy dwóch to dość zabawnie. Chyba traktował to jako zabawną anegdotkę. W miarę jednak jak schodził na tematy dla niego ważne czyli hodowlę no to spoważniał i wydawał się coraz bardziej strapiony. Bo ta chociaż zaczęła się dość dobrze i mógł już się pochwalić pierwszymi sukcesami to jednak w relacji do planowanej akcji nie rokowała na zbyt wielkie sukcesy przy dwóch nosicielkach jakimi w tej chwili dysponował.

    Mnich przyklasnął aptekarzowi słysząc jego sugestię.

    - Brawo, bracie. Wiedziałem, że coś wymyślisz. Więcej much złapiesz na miód i tak dalej. - mnich spojrzał na zgromadzenie Slaaneshytek - O ile nasze drogie siostry mogą się lękać, aby użyczyć Ci swoich łon, to może pomogą Ci pozyskać jakieś bardziej chętne. A właśnie. - miną mnicha delikatnie posmutniała - We śnie odwiedził mnie Vigo, niech robaki Nurgla grzeją jego duszę. Chciał przeprosić, że choroba, gorączka i kaszel nie pozwoliły mu dobrze przekazać wiadomości. Nie potrzebujemy "królewskiego" łona, ale takiego o błękitnej krwi, wiięc szlachta. Jest to najwyraźniej kluczowe w sprowadzeniu Oster. - mnich się nieco dłużej zastanowił nad opowieścią o koziołku - Za jaką ceną sprzedają takiego koziołka?

    - A nie wiem. Nigdy mi do niczego nie był potrzebny to nie szukałem pewnie na targu będzie jakiś wnastwpnym tygodniu. Pewnie tańszy od konia czy krowy. - grubas wzeuszyl swoimi krzepkimi ramionami na znak, że handel kozami jest mu dość obcy.

    - Nie potrzebujemy królewskiego łona? Dziwne. Bo Strupas mi właśnie o nim mówił jak słuchał Vigo ostatniej nocy gdy tutaj był. Jakoś tak, że potrzebne jest blogoslswione łono królewskiej krwi aby wydało na świat wyjątkowy owoc. No i ja myślałem, że chodzi o ten miot Oster. Jak się trafi jakaś nosicielka co jest królewskiej krwi i tak dalej. Tylko właśnie dlatego mi się to wydało ciężkie do zrobienia. Bo skąd tu taką wziąć? Nawet jakby Pirora się zgodziła no to nie umniejszając jej to ona nie jest królewskiej krwi. Przynajmniej nic takiego nie słyszałem aby mówiła. Chociaż gdyby chodziło o szlachcianki to by łatwiej było. Bo my mamy Pirore, u Grubsona jest ta Btetonka, no i w ogóle tej szlachty to w mieście trochę jest. To by było łatwiej niż z jakąś królewna czy księżniczką. Tylko wtedy mi nie pasuje do tego to gadanie o królewskiej krwi. Mógł powiedzieć, że o szlacheckiej albo błękitnej no to by było wiadomo o co chodzi. - Sigismundus zastanawiał się obracając nowy pomysł mnicha w głowie na różne strony gdy powoli go omawiał. Wydawał się być nieco zmieszany tymi różnymi interpretacjami słów posłańca Oster.

    - A koziołki tak, ja bym chętnie ich użył aby któraś się zgodziła i nawet jak nie one to właśnie by mogły jakąś inną dać. Liczy się sztuka. Zwłaszcza, że mamy mało czasu to nie ma co wybrzydzac. Dobrze, że Lilly tą Dorne zaprosiła i namówiła. To byśmy trzy nosicielki mieli. A te królewskie czy błękitne łono to ja bardzo chętnie ale ważne jest aby mieć jak najwięcej nosicielek w ciągu powiedzmy następnego tygodnia. Potem to już może być za późno aby dar Oster zdążył się rozwinąć na czas turnieju. Chyba, że znów przesuną turniej to znów zyskamy na czasie. Ale na tą chwilę to kolejne dni i tydzień będą kluczowe dla hodowli. - aptekarz wydawał się być zmartwiony tym jak mają mało nosicielek w porównaniu do planów ich użycia. Żel, że okienko gdy można było je zasiac aby zdążyć na termin turnieju zmniejszał się z każdym dniem. Potem nawet jakby się to z jakąś udało to bardzo możliwe, że nie zdążą się one rozwinąć do stadia dorosłych owadów jakie miały zaatakować znamienitych gości.

    - Być może jak źle rozumiem jego dzisiejszą wiadomość. Sny zawsze się rozwiewają tak szybko. - Otto głęboko się zastanowił - Pytał, czy mi mówiliście o królewskiej krwi, błogosławionym łonie i owocu. Że sam myślał, że chodzi o szlachciankę, bo królewska i błękitna krew brzmią podobnie. - mnic zmartwił się - Być może, zła interpretacja z mojej strony. - mnich się poważnie zastanowił - Może nie chodzi o dosłownie "królewską" krew? Metaforycznie? Ciekawe, czy któraś niewiasta ma odgrywać rolę królowej na festynie? Albo, któraś z tych aktorek podczas sztuki?

    - Rolę królowej? A nie wiem. One chyba jeszcze nie przyjechały. To Pirora najwięcej wie o tym teatrze. Ale tak! Heinrich to świetnie wymyślił z tymi aktorkami i przedstawieniem! Genialne! - aptekarz kiwał głową do słów mlodszego kolegi i sam się nad tym zastanawiał. Ale gdy przypomniał sobie o pomyśle zasiania aktorek jaki przedstawił Heinrich to aż prawie podskoczył z radości i odszukał go spojrzeniem obdarzając pełnym wdzięczności uśmiechem. Po czym wrócił do rozmowy z Otto.

    - Tylko one musiałyby być tutaj a nie tam w stolicy. Tam się di nich nie dobierzemy. Dopiero tutaj. No i mówiłem ci, czas zasiania gra kluczową rolę więc dla nas najlepiej aby przyjechały jak najprędzej. A jak się dobrać do ich majtek aby je zasiac no to już inna sprawa. Jak widzisz że mnie żaden amant i kiepsko mi to wychodzi. - uśmiechnął się nieco smutno gdy mówił o swoich mniej doskonałych stronach. Za to miał sprecyzowany pogląd na to jak można by użyć samych aktorek gdy już będą tu na miejscu. Pomijając chwilowo taki detal jak samo ich zasilanie.

    - Aha. No i to trudne do oszacowania kiedy czerwie wyjdą na zewnątrz. Bo te małe to szybciej a duże dłużej. Ale które są które to da się poznać dopiero po wylinkach. A trzeba by mieć do nich dostęp. Bez tego trudno by było zaplanować moment wyjścia tak jak to Heinrich opisywał. - mając naturę uczonego Sigismundus dość sprawnie brał na warsztat kolejne aspekty tego eksperymentu w ogóle nie zwracając uwagi na ich moralny aspekt. Zdawał się go obchodzić tylko wydajność, wielkość i precyzja hodowli, los nosicielek wydawał mu się być obojętny o ile nie wadziło to w hodowle.

    - Ale z tą królewska krwią to zamieszał. Ja w pierwszej chwili myślałem, że chodzi o jakąś księżniczkę. Bo kto inny może być królewskiej krwi? No same zmamienite rody są zawsze blisko tronu. A nie słyszałem aby ktoś taki był u nas w mieście. Może w Saltburgu? Bo jest parę znamienitych rodów jak ci van Zee ale oni są z Marienburga. Van Hansen ale chociaż to wyższa półka to nie wiem czy są spokrewnieni odpowiednio wysoko. No i jeszcze inni ale to to samo, w genealogię im nie zaglądałem. Terazjest ich więcej no część przyjechała na turniej ale czy jest wśród nich jakaś ladacznica królewskiej krwi to nie wiem. Dlatego mnie to tak zmieszało jak mi Strupas przekazał co mówił Vigo o tej królewskiej krwi. A. jeszcze miało być błogosławione. Z tym błogosławieństwem to w ogóle nie wiem o co chodzi. Szkoda, że to od Vigo a nie od Mergi albo zapisków. To by można popytać albo poczytać. Może jeszcze raz siądę do tych zwojów. Może mi coś umknęło. Albo Mergi się zapytam. - zagadnienie królewskiej krwi i wyjątkowego owocu jakie miało wydać frapowało aptekarza ale na razie miał trudność jak rozwikłać tą przepowiednie umierającego herolda Oster.

    - Dobry pomysł. - minch westchnął - Dziś jeden z moich pacjentów rozpoczął pożar w bibliotece. Zastanawiam się, czy nowy herold Oster się ujawnił, skoro stary rośnie teraz w ogrodzie Ojczulka.

    - Pożar? Ee… To jeszcze nic nie znaczy. Ale może, może… Kto wie. Ja jak na razie mam masę planów i roboty. No i hodowli. A tu widzisz nie wiadomo już gdzie ręce włożyć. Tyle potrzeb a tak mało rąk do pracy, tyle pytań a tak mało odpowiedzi. - aptekarz pokręcił głową i westchnął nieco markotnie gdy omawiał ten ogrom prac i planów do swoich skromnych możliwości.

    - To co? Pogadasz z tymi naszymi ladacznicami aby się któraś zgodziła? Albo chociaz znalazła zastępstwo? Mi to obojętne która, liczy się sztuka. No oby tylko była płodna w zdrowy miot. Reszta to mi nie zależy. Sam widzisz mam kontakt na dorodnego koziołka z rodowodem i ladacznice co się lubi z nim bawić to pewnie by się dogadały. Ale ja potrzebuje nosicielek. Jak najwięcej i jak najszybciej. Nie ma co wybrzydzać. Każda sztuka i dzień są ważne i straty będą nie do nadrobienia. - poprosił młodego mnicha o wsparcie na tym krytycznym dla hodowli polu. Są wydawał się obłożony zadaniami ale był na tyle zaangażowany i oddany sprawie, że był gotów się z nimi zmierzyć.

    - Oczywiście i tak mam do nich kilka spraw, między innymi ta znajoma Onyks. Ty może porozmawiaj z Mergą. Wyrocznia widzi rzeczy, na które my nawet nie wiemy, że jesteśmy ślepi. Może wskaże ci to błogosławione królewskie łono. - Otto poklepał aptekarza po ramieniu i zostawił go z rozważaniami. Postanowił podejść najpierw do Onyks, już jakiś czas inne rzeczy zajmowały mu powinność wobec przyszłej Nurglitki.
    - Onyx, mogę zająć ci sekundkę, kochanie?

    - Oby. Bo niezbyt mam pomysł jak należy czytać te słowa Vigo. Brzmią ciekawie i jakby coś z tego wyszło to by było cudownie. Taki owoc królewskiej krwi musiałby być bardzo majestaryczny. - aptekarz pokiwał swoją bycza głową zgadzając się z pomysłem kolegi ale przyznając, że słowa proroctwa Vigo są dla niego zagadką. Nie zatrzymywał dłużej Otto i klepnął go po przyjacielsku na drogę. Po chwili młody mnich siedział już w narożniku stołu zajętym przez wyznawczynie Księcia Przyjemności. Onyx spojrzała na niego wzruszyła ramionami, wstała z ławy i odeszła z mnichem kilka kroków czekając na to co ten powie.

    - Chodzi o tą twoją koleżankę, która rozważa przyjęcie Dziadunia jako swego patrona. Sigismundus poprosił mnie, abym porozmawiał z nią jako reprezentant wiary. - mnich delikatnie wzruszył ramionami - Wiesz jaki on jest, od razu pewnie chciałby jej robale włożyć, więc chciał, abym ją delikatniej wprowadził w tajniki. Mogłabyś zorganizować dla nas spotkanie?

    - No nie wiem czy Laura jest gotowa na nauki Dziadunia. Ale akurat różne robale, szczury, pająki i inne takie obrzydlistwa to lubi. Jak się ktoś trafi co chce ją oglądać jak się tak zabawia to płaci sporą sumkę i ogląda albo nawet się przyłącza. Najgorzej jak chce dwie dziewczyny do zabawy to wtedy któraś z nas musi dołączyć do Larwy. Tak ja nazywamy. Laura Larwa. Albo Lala. Ale, że tacy klienci nie trafiają się zbyt często to zwykle Laura pracuje tak jak i my. Ale trzyma w jednym z pokojów to całe obrzydliwe talatajstwo na wypadek gdyby się ktoś taki trafił. Więc jakimiś nowymi robalami mogła by być zainteresowana. Ale nie sądzę aby była zainteresowana zdobyciem kurzajek, pryszczy, krwawej biegunki czy innego chłamu. - Onyx trochę się zdziwiła słysząc jak Otto zinterpretował jej wcześniejsze słowa o koleżance z pracy. Szybko to jednak wyjaśniła dokładniej jak to z nią jest i dlaczego przyszła jej do głowy jako kandydatka do zasiania.

    - Ah, wybacz. Pomyliło mi się z naszą najnowszą siostrą, zabiegany ostatnio byłem. Tak czy inaczej chętnie się z nią spotkam. O ile Sigismundus chętnie by ją dodał do hodowli, to może przekonam go, aby na razie ją przyjął jako pomoc przy niej. - mnich się uśmiechnął - A teraz chodź do swoich sióstr w wierze, mam propozycję od naszego aptekarza i nie martw się, na pewno się wam spodoba. - mnich wrócił do ławy gdzie siedział część rodziny oddana Slaanesh.
    - Moje drogie, wyglądacie tak pięknie zebrane razem, że trudno się powstrzymać. - uśmiechnął się łobuzersko - Sigismundus chciał przeprosić za swoje słowa, dotyczące was. Jego oddanie Ojczulkowi i chęć uiszczenia dzieła Oster sprawiły, że zapomniał o dobrych manierach. Chciał przekazać dla was ofertę. Wśród swoich specyfików posiada wiele ziół i środków alchemicznych, które znajdą zastosowanie w łóżku i poza nim. Maści na wysypki, tabletki na stanie kuśki, czy też środki na wpływające na ciążę. Bardzo chętnie je wam zaoferuje, bez opłat oczywiście. I o ile byłby zaszczycony mogąc dołączyć was do swojej małej menażerii lęgowej, rozumie że chcecie oddać swoje łona innym celom. Byłby za to wdzięczny, gdybyście mogły wypatrywać potencjalnych matek dla jaj Oster. Chętnych lub mniej. Samotne kobiety, jakieś przejezdne, które mogą z przykrością zniknąć w nocy.

    Sądząc po minie Onyx to zdradzała spory sceptycyzm czy Sigismundus jest w stanie zaoferować jej i koleżankom coś interesującego. W sprawie Laury obiecała, że z nią porozmawia. Większość wieczorów miały pracujące a poranki odsypiały tą pracę. Więc pewnie najłatwiej się umawiać w środku dnia albo przed pracą. Juro wieczorem też idzie do zamtuza i Laura powinna tam być to z nią pogada. Nie spodziewała się aby była chętna na zmianę swojej lubianej i dochodowej pracy na rzecz pomagania przy hodowli robali ale kto wie? Zapytać można. Raczej Onyx spodziewała się po koleżance, że ta by chciała kupić lub dostać takie nowe dla niej okazy. Ale tego też nie chciała za nią obiecywać i obiecała, że ją jutro zapyta.

    A jak wrócili do czerwonej lady i jej wianuszka dworek to dziewczęta wysłuchały go z zaciekawieniem. Potem popatrzyły po sobie i jak zwykle pierwsza głos zabrała ich liderka czyli Łasica.

    - No to podziękuj mu za tą chojna ofertę. Jak za darmo to dobra cena. Ale nie chciałabym być w jego skórze jak tam dosypie jakiegoś świństwa. Rodzina nie rodzina, policzymy się z nim. - odparła włamywaczka i jednocześnie dziewczyna z ferajny zdradzając przy okazji, że nie w pełni ufa aptekarzowi i jego specyfikom. Chyba podejrzewała, że mógłby czegoś tam dodać na cześć i chwałę swojego patrona. Zresztą koleżanki też bo poparly ją kiwaniem głów.

    - A z tą "hodowlą" to kompletna porażka. Nie dość, że chodzi o to aby dać sobie wstrzyknąć jakieś robale to jeszcze to takie zimne. W ogóle nie zna się na robieniu bajery. Jak tak to będzie sprzedawał to chyba mu zostanie Silny aby mu jakichś frajerek nałapał. Nie wierzę, że któraś może być na tyle głupia aby zgodzić się zostać częścią hodowli robali w sobie. - włamywaczka pokręciła głową dając znać, że jej zdaniem już samo podejście aptekarza nie rokuje mu szans na znalezienie zbyt wielu ochotniczek.

    - To prawda. Ja na pewno się nie zgodzę. Ale jakby nawet Fabi to zaproponować a ona lubi być posłuszna, uległa i być podmiotowo traktowana podczas zabaw to nie sądzę aby ona się zgodziła. A naprawdę rzadko czemus odmawia. Łasica ma rację, to cud będzie jak złapiecie na ten haczyk kogokolwiek z miasta. Haczyk musi mieć przynętę. - Pirora też zabrała głos dołączając się do tej krytyki metod Sigismundusa. I na przykład wzięła bretonska koleżankę jaką wszyscy tutaj zdołali poznać chociaż pobieżnie jako bardzo pokorną i posłuszną niewolnicę wykonującą wszelkie polecenia swoich koleżanek i kolegów. Ale nawet z nią Averlandka wątpiła aby się to udało uzyskać jej zgodę na świadome zasianie.

    - Ale moje dziewczęta. Mimo wszystko chodzi o nasz wspólny cel. O zadanie ciosów naszym wrogom. A z tego co widzę to przynosicie chlubę mojej matce i naszemu patronowi bo macie najwięcej znajomych jakim możecie się dobrać do majtek i tego co jest pod spodem. Może same nie musimy poświęcać się w ten sposób dla nowych doświadczeń i doznań ale jednak szkoda by było jakby potem mam wypominano, że w ogóle nic nie zrobiłyśmy w tej zaszczytnej sprawie. W końcu to cel do jakiego nasza Soria też dorzuciła nieco swoich płynów ustrojowych to i chyba my możemy pochylić się nad tym projektem. - niespodziewanie Soren zabrała głos pozwalając aby jej drogie i eleganckie buty spoczęły między udami Łasicy wciskając się tam coraz bardziej aż ta jęknęła cicho. Dłonią zaś pogłaskała nieco piegowaty policzek Pirory skutecznie przykuwając ich uwagę. No i zaskakując.

    - No ja już mówiłam o tej Laurze. Właśnie o tym rozmawiałam z Otto. - zaznaczyła od razu Onyx wskazując na stojącego obok kolegę. Dziewczęta zaś wydawały się nieco zbite z pantalyku.

    - Rozumiem waszą niepewność, ale nie wierzę, że Sigismundus zniżyłby się do takiego zagrania. Zważając, że mogłoby się to bardzo szybko zwrócić przeciwko niemu. Jeżeli mam nazwać rzeczy po imieniu, on chce po prostu kupić waszą współpracę. - mnich wzruszył ramionami - Po prostu prosi o pomoc w znalezieniu potencjalnych nosicielek. Przy okazji, wskazał mi potencjalną rekrutkę dla was. Kilka lat temu, udzielał pomocy młodej dziewczynie, która znalazła się w bardzo… wstydliwej sytuacji z rozrodczym czempionem, koziołkiem, w roli głównej. Jeżeli dziewczyna ma takie smaczki, mogą ją też ciągnąć inne przygody. - mich się chwile się zastanowił - Czy w sumie… To jego pomysł, tak przy okazji. Też nie chciałybyście takiego koziołka?

    - Koziołka? - sądząc po minach i łotrzyc i szlachcianek to ostatnio ich relace z grubym aptekarzem pogorszyły się na tyle, że były mocno mu nieufne i nieprzychylne. I pierwszą reakcją na jego osobę albo coś co od niego pochodziło było to, że “są na nie”. Pod tym względem Sigismundus chyba dobrze to wyczuł, że poprosił Otto jako pośrednika bo jak z nim slaaneshytki miały ostatnio cieplejsze relacje to na odwrót niż z nim. No i chociaż były skłonne wysłuchać młodego mnicha co w przypadku aptekarza wcale nie było takie pewne. Teraz jak im przedstawił sprawę o jaką go poprosił grubas z apteki to znów widział, że w pierwszej chwili na ładnych twarzyczkach pojawia się sceptycyzm i niedowierzanie. Chyba wcale nie były takie pewne czy by im czegoś nie dosypał od siebie do tych oferowanych specyfików. Jednak wcześniejsza uwaga Sorii nieco je zbyła z pantałyku a dalsza część tego co mówił Otto chyba je zainteresowała.

    - Ja to raczej nie. Chyba, że dla Fabi. Ale musiałabym ją zapytać. - Pirora odparła pierwsza z delikatnym powątpiewaniem aby dać znać, że osobiście nie jest zainteresowana takimi atrakcjami. Pozostałe dziewczęta jakby się zawahały.

    - I on zna takie wesołe dziewuszki? No popatrz, kto by pomyślał… - Łasica prychnęła i posłała przez stół spojrzenie aptekarzowi ale ten nie zwracał na nią uwagi zajęty rozmową z rogatą wiedźmą.

    - No cóż… Jakby się dało to właściwie mogłybyśmy poznać tą wesołą dziewuszkę. I zobaczyć jakie to miewa przygody z tymi koziołkami. - liderka wężowych dziewcząt ostatecznie wydawała się być zainteresowana poznaniem owej pechowej pacjentki Sigismundusa sprzed sezonu czy dwóch. Chociaż na razie niczego więcej nie obiecywała.

    - No dobra i niech wam będzie. Poszukamy jakiś dziewczyn na nosicielki. Zresztą Onyx to już znalazła tą Laurę to chyba coś już się przyczyniłyśmy nie? - niebieskowłosa w końcu westchnęła zwalczając własną niechęć to tego projektu i zgodziła się chociaż spróbować rozejrzeć za jakimiś kandydatkami do tej hodowli jaj Oster.

    Mnich odetchnął. Cieszyło go, że udało się chociaż odrobinę przekonać dziewczyny do współpracy z Nurglową częścią rodziny.

    - Cała rodzina będzie wam wdzięczna. Och, Piroro, najdroższa. Jeżeli będziesz widziała się jutro z Fabienne, przekaż jej proszę, że najpewniej pojutrze odwiedzę ją z Silnym. Trzeba przygotować, naszego Herolda Norry. - uśmiechnął się - Och i kiedy planujecie wycieczkę do Zwierzoludzi? Miałem nadzieję porozmawiać z którymś… mam nadzieję, że zostawicie jakiegoś na tyle przytomnego.

    - Dobrze, przekażę jej. Ale lepiej zostaw Silnego gdzieś na zewnątrz. Albo się z nim jakoś umów na mieście. Bo chyba wiesz jaki rzep z tej Gertrudy. A Silny to nie jest osoba jaka wzbudza zaufanie swoim wyglądem. - Pirora pokiwała swoją jasnoblond głową obdarzając kolegę ciepłym uśmiechem. Na co Łasica prawie weszła jej w słowo.

    - W ogóle nie znacie się na bajerowaniu i kombinowaniu. - zaśmiała się dobrodusznie jak starsza siostra obserwująca poczynania młodszego. - A po co wam Fabi jak macie romans do Anniki? - zapytała raczej retorycznie patrząc na nich oboje. Bo zaraz zaczęła dalej. - Tam gdzie jest Fabi tam i Gertruda. Zwłaszcza jak wyjeżdżają z rezydencji. Tylko do Pirory się jakoś przyzwyczaiła na tyle, że stara rura siedzi ze służbą. I na jakichś przyjęciach i balach co to wielcy państwo nie życzą sobie oglądać jakichś starych rur i innej służby. No chyba, że takie ładne i gorące kelnerki jak my. I ta ruda małpa. - łotrzyca zaśmiała się wesoło wskazując na swoją partnerkę. Ta sprzedała jej kuksańca za tą “rudą małpę” i obie zachichotały.

    - Annika to służąca Fabienne. Przynajmniej tak oficjalnie. Niech ta ją pośle po coś do miasta i tam się z nią umówcie. Albo nawet ty Otto tam się umów aby ją zabrać to pójdziecie we dwoje. I już z Silnym czy nie to już tam się jakoś umówcie. - dziewczyna z ferajny gładko wyjaśniła jak sobie wyobraża spotkanie z Anniką na dogodnych warunkach.

    - Aha i jak będziesz się z nimi widział, to daj im znać, że my tą Annikę bardzo chętnie poznamy. Zresztą tą Marisskę też bo brzmi bardzo apetycznie. No i Fabienne też, żeśmy dawno nie poniewierały, na pewno się stęskniła. Chociaż to jutro u Pirory powinna być na psalmach żałobnych. - Burgund dorzuciła coś szybko od siebie ale w ostatniej chwili przypomniała sobie, że jutro jest Festag to zapewne znów się spotkają w komplecie w loszku Pirory po porannej mszy.

    - A na tego Gnaka to sobie wsiądziemy w pełnię. Pełnia jest w Aubentag na Marktag. My jedziemy już w dzień, zająć miejsce, przygotować i tak dalej. Startujemy w południe z “Mewy” ale jak nie zdążysz to sam dojdź. To przy kamieniach od zachodniej bramy. Tylko damulki będą musiały kombinować i pewnie jak będą to dopiero przy północy bo muszą swoje ładne koleżanki pospać. - Łasica dalej nawijała gładko i ze swadą ochoczo rozmawiając o tej orgii ze zwierzoludźmi na jaką szykowały się już od zeszłego miesiąca.

    - No cóż, zasugeruję to Annice. Ostrzegam, dziewczyna lubi, jak się jej usługuje. - mnich się uśmiechnął - Fabienne byłaby nie aż tak potrzebna, jak jej sakwa. Może was to zdziwić, ale nie płacą mi dużo za moją służbę w hospicjum. - Otto się zastanowił. Południe z "Mewy"? Postaram się z wami udać, wasi partnerzy spodziewają się gromadki pięknych kobiet. Pewnie by sądzili, że jednooki mnich popsuje atmosferę i nabiliby mnie na coś długiego, zanim bym dotarł do kamieni.

    - Lubi jak jej się usługuje? - obie łotrzyce zbystrzały jak harty które wyczuły obiecujący trop. - No popatrz jaka wspaniała, mądra dziewczynka! To ją zapewnij, że my jej będziemy usługiwać bardzo chętnie! Cokolwiek sobie zażyczy. Zwłaszcza jakby miało być bez ubrań i coś mocno nieprzyzwoitego! - zapewniła go gorąco Łasica a Burgund ochoczo jej zawtórowała.

    - A z tą sakiewką Fabi no to nie moja sakiewka to niczego ci nie będę za nią obiecywać. Chociaż… Pewnie jutro się z nią spotkamy u Pirory… To się z nią pogada o tej Annice. Na tyrana to nasza Fabi nie wygląda to myślę, że powinna dać się uprosić aby dała wam pieniądze na zakupy. Zresztą na pierwszy raz to pewnie i tak pójdziecie tylko oglądać i przymierzać a pół dnia albo cały i tak zejdzie. To jak z kupowaniem ubrań. Zanim cię zmierzą, zważą i tak dalej to czas ucieka. - niebieskowłosa rozważała tą myśl o tych zakupach dla Anniki jakie powinna zasponsorować jej pani ale raczej wydawała się być dobre myśli.

    - I oczywiście, że cię zapraszamy na to spotkanie w pełnię. Przecież wszystkich was już zapraszałyśmy. I chyba Joachim jeszcze będzie. No nasze panny od Grubsona. A reszta to nie wiem, jeszcze się nie deklarowali. - liderka slaaneshytek popatrzyła po tej lekko chwiejącej się na łagodnych falach ładowni jakby liczyła kto dał jaką odpowiedź na to zaproszenie do kameni za miastem na spotkanie towarzyskie ze zwierzoludźmi.

    - I nie bój się. Ja nie wiem czy oni gustują tylko w kobietach ale ostatnio była Genda a ona jest bardzo podobna do naszej Lilly tam poniżej pasa. No i jak będzie miło to kto wie? No zawsze Lilly możesz poprosić, ona lubi takie zabawy. I możemy zapytać… Hmm… Właściwie to Lilly musiałaby zapytać. W każdym razie no jak pojedziesz z nami to się raczej nudził nie będziesz. Śpiew, wino, muzyka, chętne, nagie kobiety no i zwierzoludzie. Mam nadzieję, że też chętni i nadzy. - Łasica poklepała go przyjacielsku po ramieniu zachęcając aby z nimi pojechał na tą schadzkę w najbliższą pełnię. Niezbyt chciała coś obiecywać za zwierzoludzi jakich teraz tu nie było przy rozmowie ale tutaj też wydawała się być dobrej myśli.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Online
      SantorineS Online
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #104

      Oryginalny autor: Seachmall

      - Hm… Fabi w sumie jest mi winna… przysługę za odnalezienie dziś Anniki. Może znowu odwiedzę twój loszek Piroro. Jeżeli oczywiście mnie przyjmiesz. - uśmiechnął się - Jeżeli, któryś będzie chciał mnie przerzucić przez pieniek to chętnie skorzystam, a tak… nie wyobrażam sobie makabrycznie piękniejszej sceny niż banda hedonistek w łasce zwierzoludzi. Być może uda mi się uwiecznić na papierze.

      - To zapraszam cię serdecznie Otto. Jutro po mszy spotykamy się u mnie z obowiązkową wizytą w moim loszku oczywiście. Fabi nic mi dzisiaj nie mówiła, że nie ma inne plany więc liczę, że do nas dołączy to zapewne będzie do naszej całkowitej dyspozycji. I zgaduję, że będzie chciała się pochwalić nową służącą to zapewne z nią przyjedzie. - Pirora jako jutrzejsza gospodyni bardzo ciepło i chętnie zaprosiła kolegę na jutrzejsze odprawianie psalmów żałobnych na cześć zmarłej księżnej. Pełne pokuty i kary za grzechy. Chociaż stroje i nastroje zapewne nie będą tak całkiem żałobne sądząc po tym jak to wyglądało w zeszłym tygodniu.

      - A banda hedonistek na łasce zwierzoludzi… Tak, to rzeczywiście jest dobry materiał na jakiś obraz. Oczywiście nie taki co by można pokazywać szerszej publiczności no ale na własne potrzeby i w naszym rodzinnym gronie to mogłoby być ciekawie. - Averlandka pochwaliła pomysł Otto a, że sama była nie tylko miłośniczką sztuki i jej mecenasem ale też i aktywną malarką to pomysł od razu jej się spodobał. Zwłaszcza, że jak zaznaczyła sama nie planowała się pokładać z ungorami jacy mieli przybyć pod te kamienie za zachodnią bramą. Dziewczętom zresztą także bo znów zapanowała radosna wrzawa gdy zaczęły rozmawiać jak to by mogło wyglądać.

      - Teraz to nas będzie trochę więcej. Bo oprócz nas to jeszcze powinna być Fabi i Oksana. Chociaż z Oksaną jeszcze o tym nie rozmawiałam. No i wy, znaczy ty i chyba Joachim bo wcześniej mówił, że by chciał. Może Fabi by zabrała tą nową służkę. Albo dwie. I jeszcze mówisz Otto Sigismundus zna jakąś pannę od koziołków co? Jej. To nie wiem czy nam wystarczy tych chłopców Gnaka. Może trzeba będzie ustawić jakąś kolejkę i się zmieniać. - Łasica wesoło próbowała policzyć kogo by można się spodziewać z ich strony na tą orgię przy kamieniach jaka miała się zacząć już za parę dni. I nawet w takich luźnych rachunkach zapowiadało się, że będzie wyraźnie większa grupa niż wtedy za pierwszym razem, miesiąc temu przy urokliwym zakątku. Wtedy to wszystko wyszło tak nieco przypadkiem i niechcący. Żadna ze stron nie spodziewała się na miejscu tej drugiej. Ale teraz miało być inaczej, teraz już byli od dłuższego czasu umówieni i na razie większość przygotowań zdawała się być ukończona.

      - Hm… czy mogę sobie pozwolić na jeden dzień poza hospicjum. Czemu nie? Oczywiście się zjawię po mszy. Mam przynieść coś, aby dodać smaku naszemu spotkaniu?

      - Siebie przynieś. A resztę gościńca to mam nadzieję, że wam posmakuje. A co tam już będzie z kim wyczyniał i w jakich kombinacjach to już jutro na miejscu się wszystko okaże. - szlachcianka o przyprószonych piegami mlecznej karnacji machnęła ręką aby nie przejmować się drobiazgami o ile jest wola na wspólne zabawy jutro po porannej mszy.

      - No tak, nas też dawno u ciebie nie było. Chyba od zeszłego Festag. Przez tą robotę w świątyni. Nie mamy czasu na nic innego jak choćby odwiedziny do koleżanki. - Łasica też wydawała się zadowolona z takich warunków i chyba wszystkie dziewczęta uważały podobnie.

      Mnich na chwilę zatrzymał wzrok na Sorii.

      - Wybacz, czcigodna, coś przyszło mi na myśl. Jako istota błogosławiona przez Slaanesh jestem pewny, że masz niebywały wpływ na śmiertelników. Twój głos gotuje krew, twój zapach zmiękcza nogi… jaki wpływ miałaby twoja krew?- oko Otto było skupione, młody Chaosyta miał najwyraźniej jakiś plan formujący się w głębiach swego umysłu.

      - Krew? Moja krew? - chyba nie tylko córka Soren była zaskoczona nagłą zmianą tematu. Uniosła brwi a jej śmiertelne dwórki popatrzyły to na nią to na siedzącego na ławie obok kolegę. Też wydawały się zaciekawione odpowiedzią.

      - A o taki. - Soria lekko uśmiechnęła się i wyciągnęła swój nadgarstek ozdobiony barwnymi bransoletami. Jej starannie przycięty i zaokrąglony paznokiećpociągnięty liliową barwą wydłużył się zmieniając się bardziej w pazur niż paznokieć eleganckiej damy. Zaraz później naciął skórę aż pojawiło się krwista struga dobrze widoczna na bladej skórze kobiety. Po czy znów zwykłym palcem umoczyła go we włanej krwi i wyciągnęła przed siebie. Łasica co siedziała najbliżej z zaciekawieniem powąchała te czerwone krople.

      - O! Ale ładnie pachnie! - odkryła zaskoczona i po chwili chętnie oblizała tą krew z palca swojej milady. Może nawet więcej niż trzeba była bo w końcu zaczęła go ssać nawet jak już żadnej czerwieni poza lakierem paznokcia nie było widać. Ale i do pozostałych co siedzieli w pobliżu, także do Otto, dotarł nowy, bardzo przyjemny zapach. Taki jaki pobudzał, że aż stawały włoski na karku i budziły się lędźwie.

      - Przydaje się podczas zabaw. Albo podczas walki. - odparła Soria obserwując z zadowoleniem jakie wrażenie robi na śmiertelnikach. Bo jej służki, bez względu na to czy łotrzyce wychowane w tawernach i rynsztokach czy dobrze urodzone bogate szlachcianki co nigdy nie zaznały głodu i poniewierki miały miny jakby miały ochotę na jeszcze tej krwistej ambrozji. Ale i młody mnich też odczuwał taką pokusę.

      Otto westchnął tęsknie kiedy zapach krwi Wybranki Slaanesh natarł na jego nozdrza, jego oko nie mogło oderwać się od Łasicy kiedy ta ujęła ustami palec Sorii. Jego szczęka się otworzyła, oddech przyspieszył a strużka śliny zaczęła umykać z kącika ust - Też chcę… - słowa mimowolnie opuściły jego gardło i wyfrunęły w świat. Starał się przypomnieć po co zapytał o działanie krwi córki Soren, ale w tej chwili nie mógł myśleć o niczym innym tylko o zazdrości wobec łotrzycy, która doznała przywileju odczucia smaku tego błogosławionego nektaru.

      Wydawało się, że krótka wypowiedź Otto wywołała podobne jękliwe prośby u reszty dwórek Sorii. Zresztą także i Łasicy jaka też najwidoczniej miała ochotę na powtórkę. Córka Soren zaśmiała się wesoło widząc jakie wrażenie wywołała.

      - No dobrze. Jestem z was zadowolona, bawicie mnie, dostarczacie rozrywki i ekscytujących wrażeń więc dobrze. - oznajmiła im tonem wielkiej władczyni jaka jest skłonna wynagrodzić swoich wiernych poddanych. Umoczyła palec w rozciętym nadgarstku i wyciągała kolejnu ku każdemu z nich. Do swoich dwórek ale też i do Otto jakiego też poczęstowała. Gdy miał okazję tego spróbować to wcześniejsze wrażenie jakie wywołał tylko aromat jej krwi tylko się wzmogło.Teraz mógł poczuć ten smak na języku. I to jak pobudza jego ciało. Jak zaczyna odczuwać podniecenie. Jak włoski stają na karku i czuje jakby niewidzialną rękę jaka przyjemnie go tam pieści. Podobnie ożywienie spływało w dół ciała i kumulowało się w lędźwiach dając znać, że jest gotowy do działania. Zresztą sądząc po błyszczących spojrzeniach dziewcząt i przyspieszonych oddechach, tego jak chętnie szukały czyjegoś dotyku i bliskości i same go dawały to musiało z nimi być podobnie. Wszyscy zdawali się być podatni na tą ambrozję zaklętą w krwi bezpośredniego potomka Soren.

      Ręka Otto odruchowo wylądowała na najbliższym mu udzie, kiedy reszta ciała napawała się doświadczeniem jakim był smak krwi Sorii. Sama dłoń jednak zaczęła wędrować dalej w kierunku krocza jego nowej partnerki, chociaż sam mnich nawet nie zwracał uwagi kogo dotyka.

      Raczej nie było to udo Łasicy bo ta przyszła w swoich ulubionych, skórzanych spodniach. Dłoń Otto wyczuła materiał spódnicy, całkiem sporo tego materiału ale i sama właścicielkamusiała mu pomóc podwijając ją aby miał do niej łatwiejszy dostęp. Wtedy wyczuł kolano okryte pończochą a potem gładkie, i ciepłe uda, bardzo przyjemne w dotyku. Wreszcie dotarł do ich zwieńczenia zakrytego rozgrzanym od ciepła ciała koronkowym materiałem. A i wtey usłyszał gdzieś nad sobą i za sobą znaczące chrząknięcie. Cała zabawa zamarła gdy jego towarzyszki równie rozochocone jak on też z pewnym zdziwieniem odkryły, że są wciąż w starej ładowni, i wokół reszty towarzyszy i towarzyszek a nad nimi stoi zamaskowany mężczyzna w długiej todze.

      - Myślę, że to nie czas i miejsce na takie zabawy. - odparł z lekkim uśmiechem ale ton wypowiedzi był stanowczy. Wiadomo było, że mistrz traktuje zbór i jego czas jako teren neutralny oraz do zbudowania więzi rodzinnych między poszczególnymi członkami ich grupy, podzielenie się swoimi potrzebami, problemami i zmartwieniami gdzie można było porozmawiać o tym z kimś kto dzieli wspólną tajemnicę spisku.

      - Oh wybacz mistrzu. To moja wina. Troszeczkę mnie poniosło w tej małej prezentacji. Dziewczęta proszę was abyście zachowywały się odpowiednio do tego miejsca. - Soria wzięła tą winę na siebie i poprosiła swoje dwórki aby się uspokoiły. Bo jak się zorientował Otto to właśnie zaczynał się dobierać do majtek Pirory na co ta wcale nie była przeciwna. Łasica i Burgund już sprawdzały sobie nawzajem jędrność biustu a Onyx sprawdzała co Lilly ma pod spódnicą jakby dawno już tego nie robiła. Wszystkie więc wydawały się nieco speszone i zaskoczone jak niewiele trzeba było aby zacząć zabawę na całego. Ale był zbór i Starszy był dość stanowczy co do tego jak należy się zachowywać podczas niego. Więc po chwili nieco nerwowych i łotrzykowych uśmieszków, poprawiania ubrań sytuacja zaczęła wracać do normy.

      Mnich odchrząknął starając się przywrócić myśli i pozwolić krwi znowu płynąć, aby opuściła mniej kluczowe miejsca.

      - Więc… niewiarygodne. Podejrzewałem, że twoja… krew… pani. - potrząsnął głową odganiając myśli - Miałaby silny wpływ na śmiertelników, ale żeby aż taki. Chciałem zasugerować, aby dodać kilka kropel do napitku podczas jednej z imprez Pirory, albo Fabienne.

      - Tak. Można by tak zrobić. Ale chyba widzisz, że efekt byłby dość widoczny. Więc nie wiem czy tego właśnie byście chcieli. - czerwona milady uśmiechnęła się dostojnie jakby świetnie się bawiła w tym momencie tymi rozszerzonymi źrenicami, przyspieszonymi oddechami i rumieńcami na licach otaczających ją śmiertelników.

      - Ah… No tak… Jak tak jak u zaufanych osób jak jutro u mnie w loszku to ja bardzo chętnie. Ale na jakimś balu czy przyjęciu… Oj to by się dopiero skandal zrobił jakby goście zaczęli się obnażać i rzucać się na siebie! - Pirora rozgryzła o co pytała jej pani i chociaż wizja okazała się kusząca i taka apetyczna to jednak rozsądek podpowiadał, że nie zawsze i wszędzie możnaby zastosować tak silny afrodyzjak.

      - Nie, nie, tak to nie. Znaczy na pewno nie róbcie tego u siebie. Ani ty ani Fabi. Jak już to gdzieś gdzie nie będziecie gospodarzami bo tych by się od razu podejrzewało, że coś dosypane do wina albo co. Tylko gdzieś indziej. Gdzie będziecie jednymi z wielu gości albo nawet tak aby was nie było. Albo na odwrót. W kameralnej atmosferze i z kimś z kim jest nadzieja, że będzie chętny czy chętna na takie zabawy. Bo potem jak wytrzeźwieje to może narobić niezłej hecy jak to będzie wbrew upodobaniom albo będą świadkowie i trzeba będzie się jakoś tłumaczyć. To zawsze lepiej zwalić na kogoś niż wziąć winę na siebie. - Łasica chciwie zerkała na dłoń i nadgarstek swojej pani ale zajęła się takim numerem o jakim rozmawiali jako oszustka i włamywaczka oraz była pracownica zamtuza co miała doświadczenia jakie mogłyby być konsekwencje gdyby przypadkowym osobom z towarzystwa podać taki silny środek. Sam pomysł jej się spodobał ale namawiała aby go zastosować w odpowiedni sposób jaki nie ściągnie na nich kłopotów.

      Mnich się chwilę zastanowił.

      - To miałoby sens, oczywiście. Chociaż, lepiej będzie to zrobić… no z jakimś odstępem od kradzieży ze świątyni i misją w akademii. Jak się zrobi zbyt ciekawie, kościół może wezwać większą inkwizycję, aby zakończyć zabawę.

      - No. Na przykład na tą akcję z balem, muchami i całą resztą. Na pewno by to podkręciło atmosferę i zrobiło większe zamieszanie. Ale wcześniej gdzieś też można tylko właśnie aby to z głową zrobić. Albo jak jesteśmy sami swoi. No i nie na zborze. - Łasica ochoczo przytaknęła Otto na jego pomysł. I dodała coś od siebie. Ale widać było, że najchętniej spróbowałaby krwi swojej milady jak najprędzej.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Online
        SantorineS Online
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #105

        Oryginalny autor: Zell

        Po północy, mieszkanie Heinricha

        Heinrich był tym dniem jakoś niespodziewanie wyczerpany. Ciężko usiadł na łóżku, zastanawiając się czy w ogóle ma ochotę dziś się przebierać do snu, a nie wpaść w jego objęcia tak, jak wrócił. To była naprawdę kusząca perspektywa...

        Mimo chęci buntu przeciw nocnym konwenansom, stary Łowca Czarownic... BYŁY Łowca Czarownic, zaczął zdejmować uliczne ubranie. Jak zawsze jego wzrok spoczął na skrytej pod bandażami mutacji, która codziennie przypominała mu kim się stał.
        Zsunął bandaż, dotykając metalu skóry, z jakimś zamyśleniem przyglądając się temu obawowi chaosu, który na sobie nosił.
        A może błogosławieństwu?

        Mężczyzna przymrużył oczy i nie umiał się nie uśmiechnąć. Przed oczami widział te złote oczy pełne magii. Wydawało mu się, że wciąż czuje ziołowy zapach, miękkość ust...

        Zaśmiał się.

        Och, ta przeklęta wiedźma i jej sztuczki! Heinrich przecież znał ich smak, wiedział czemu powinien takich unikać. Merga była cwanym graczem i zdeprawowanym bytem, jakich uczono go unikać... co i sam mógł uczyć. Musiał z nią uważać, ale...

        To było tak cholernie kuszące i przyjemne.

        Ponownie skrył mutację pod porządnie zawiązanym bandażem nim ułożył się do snu. Jutro wyśle Silnemu wiadomość, by z nim nawiedzić biedaka, który położy metal na jego metalowej skórze. Po tym... trzeba będzie zająć się sprawą teatru... ale dbałość o pozory najpierw, prawda?

        Pamiętaj, że nie jesteś już Łowcą Czarownic, staruszku.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Online
          SantorineS Online
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #106

          Oryginalny autor: Seachmall

          Angestag; po północy; po zborze

          Otto wracał do domu w stanie większego spięcia i zmęczenia niż kiedy się na niego wybierał.
          Ciągle czuł palenie lędźwi, nawet kiedy krew Sorii już straciła na sile w jego ciele on ciągle czuł jej słodki zapach.
          Do tego przepychanki między indywidualnymi planami członków zboru były na prawdę męczące.
          Coś jednak było innego tego dnia, dostrzedł kawałka Prawdy i w końcu mógł coś z nim zrobić.
          Zanim położył się spać otworzył swoją księgę. Prosty tom oprawiony skórą z czystymi stronami. Zaczął wertować strona po stronie, aż w końcu coś go tknęło, miejsce, które czuł, że może uzupełnić. Namoczył piuro w kałamarzu i zaczął pisać.

          Morr
          Tytuły:

          Domeny:
          Kulty:

          Symbole:

          Relacje:

          Odetchnął kiedy zakończył ostatnią segment. Po czym napisał "Nurgle (Władca)". Sprawiło to w nim nie małą radość, w końcu od ponad pół roku począł kroki w odrestaurowaniu księgi, która ujawniła Prawdę jemu i jego braciom.

          Zostało mu rozplanowanie kolejnego dnia. O dziwo następny dzień będzie dość spokojny w planowaniu.
          Poranna msza i loszek Pirory. Być może to palenie w jego lędźwiach tak ograniczyło jego plany, ale w chwilo obecnej nie miał ochoty robić jutro nic więcej. Może umówi się z Fabienne na spotkanie Silnego i Anniki no i później odwiedzi Joachima, aby ustalić spotkanie w hospicjum.

          Położył się na łóżku, ciągle jednak czując napięcie. Jego ciała płakało za ulgą, ale Otto postanowił odmówić tej przyjemności. Nie okaże braku szacunku swoim siotrom w wierze Węża sprawiając sobie przyjemność jedynie wspomnieniami o nich. Postanowił jednak skupić się na małym eksperymencie.
          Zamknął oczy i do czasu, aż w końcu sen go nie przejął powtarzał sobie w myślach.
          "Czy możecie pomóc mi w przywróceniu Prawdy?"
          Kto wie, może ostatnia myśl jaką miał na jawie, przejdzie też do świata snów.
          Nic nie świadomy mnich nie zauważył jednak czegoś, kiedy zamykał swoją księgę. Słowa "Nurgle (Władca)" zaczęły się delikatnie przemieszczać, przyjmująć inną pozycję w liście relacji boga śmierci.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Online
            SantorineS Online
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #107

            Oryginalny autor: Pipboy79

            Oryginalny tytuł: Tura 26 - 2519.07.11; fst; ranek - przedpołudnie

            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Stare Nabrzeże; koga “Stara Adele”
            Czas: 2519.07.10/11; Festag; noc
            Warunki: wnętrze ładowni; jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: noc, pogodnie, umi.wiatr; zimno (-5)

            Wszyscy

            Zanim pojedynczo i grupkami otukane w płaszcze postacie zaczęły wychodzić na mokry po ulewie pokład starej kogi by odkryć, że jest już chyba po północy, ciemo i zimno a potem zejść po drabinie zestawionej na dół przez Normę to jeszcze mieli na koniec parę spraw do omówienia.

            Merga uznała, że jak ma przygotować to wybuchowe urządzenie sprowadzone z Eteru to nie da rady wyrobić się w jeden dzień. Dwa dni to przynajmniej. Więc niejako odpadł termin aby “zrobić domek” jak to mówiły łotrzyce w świątyni kolejnej nocy. Ale, ta ostatnia noc przed pełnią jaka miała być z Wellentag na Aubentag to już roboczo była przeznaczona na ten skok. Poza obiema łotrzycami zgłosiła się też Soria aby wesprzeć swoje dwórki w tym zaszczytnym zadaniu. Poza tym zwyczajnie w świecie chyba uważała to za ekscytującą przygodę, coś odmiennego od codziennej rutyny. Do tego Thobias potwierdził swój udział chociaż bez większego entuzjazmu. Dało się zauważyć, że raczej widział się w roli wychowawcy i nauczyciela niż jako nocnego rabusia. Ale dla rodziny był gotów się poświęcić. Tylko kompletnie nie miał w tym doświadczenia więc niezbyt wiedział jaką miałby pełnić rolę. Łotrzyce chętnie przyjęły jego pomoc i miał czekać z woźnicą przy wozie. A potem jak dadzą znak, że droga wolna to podjechać. Na razie miał pełnić rolę czujki a potem gdy będzie trzeba ładować skarby na wóz to właśnie ładowacza i tragarza. Woźnicą zaś miał być albo Sigismundus albo Strupas. Ich rola miała właśnie na tym polegać. Który z nich by miał wziąć udział to jeszcze nie do końca było pewne. Zgłosili się też Silny i Rune jako pomoc w zlikwidowaniu strażników. A potem w noszeniu tych skrzyń i worków jakie spodziewano się znaleźć za zamkniętymi i pilnowanymi w dzień drzwiami. Sama Merga i ci co mieli z nią odpłynąć do Norski miała czekać od zmroku na łodzi. Po przeładowaniu zrabowanych fantów mieli czym prędzej odpłynąć. No chyba, że do tej noc w Wellentag stałoby się coś co pokrzyżowało plany kultystów. Ale na koniec zboru tak mniej więcej rysował się plan. Łasica chciała to mieć dopięte na ostatni guzik więc między innymi wiedzieć na kogo może liczyć w tym nocnym skoku.

            Thobias podzielił się swoim pomysłem, że Hertz jak każdy stróż prawa, także łowcy nagród, szeryfowie, i inni tacy, działali na podstawie systemu prawnego. W tym wypadku licencji na konkretny typ działalności lub nawet zlecenie. Te licencje wydawały władze. Ot, jakiś hrabia zatrudniał szeryfa aby pilnował porządku, jakiś baron wyznaczał nagrodę za rozbicie jakiejś szajki, któraś ze świątyń czy ratusz dawał komuś licencje na działalność jako łowca heretyków tak ogólnie albo w sprawie jakiegoś śledztwa. Podobnie musiało być z Olegiem Hertzem. Zresztą akurat Heinrich znał ze swojej praktyki, że tak to właśnie działało. Pomysł Thobiasa polegał na tym aby skłonić jakoś odpowiednie czynniki do cofnięcia tej licencji dla Hertza i jego ludzi. Wówczas straciliby swoje wyjątkowe uprawnienia i staliby się zwykłymi obywatelami. Co najwyżej mogliby szukać nowego pracodawcy czy dobrodzieja co ich przyjmie na swoją służbę albo działać jako zwykli łowcy nagród. Jednak nauczyciel przyznawał, że rozważał to czysto teoretycznie i nie miał za bardzo pomysłu jak tą teorię przelać w praktykę. Ale chciał braciom i siostrom zwrócić uwagę na taką możliwość.

            A potem członkowie tej tajnej sekty poświęconej spiskowaniu przeciwko zastanemu porządkowi zaczęli się żegnać i rozchodzić. Wychodzili w całkiem zimną noc. Wracali po ciemku przez kolejne ulice i kwartały gdzie nogi łatwo grzęzły w błocie i gnoju jaki zalegał na ulicach. Na dnie tych ulicznych kanionów było jeszcze ciemniej. Cało miasto wydawało sie ciche, ciemne i wyludnione. Okna i mijane ulice straszyły pustymi dziurami czerni. Łatwo było potknąć się o jakiś grat niewidoczny w ciemności albo wleźć w jakąś dziurę. Albo coś jeszcze mniej przyjemnego. Dawało to przedsmak w jakich okolicznościach będzie przebiegać akcja skoku na świątynię. I właściwie każda inna nocna akcja. W końcu jednak po tym pacierzu, dwóch czy trzech udało im się wrócić do swoich domów bez żadnych napaści i innych poważniejszych przygód.


            Otto

            Już na sam koniec zboru do jednookiego mnicha podeszedł aptekarz prosząc go o rozmowę. Rozmawiał z Mergą o tej hodowli, krwi i tak dalej. Wyrocznia nie do końca była pewna jak interpretować słowa Vigo. Bo “królewska krew” jej też kojarzyła się z kimś z królewskiego rodu. Jako Norsmenka zwróciła uwagę, że to, że dosłownie to niezbyt to pasuje do Imperium. Bo Imperium miało imperatora. W Kislevie rządził car lub caryca. Na południu dominowały drobne księstwa czy wręcz państwa-miasta. Właściwie tylko w Bretonii był król. Ale to raczej potraktowała jako ciekawostkę. Zapewne chodziło o coś bardziej symbolicznego lub szerszym zakresie albo jakąś alegorię. Być może o kobietę z jakiegoś arystokratycznego rodu. Nie była pewna.

            Ale zwróciła uwagę, że jaja są raczej takie same. Przez milenia jedna napęczniały trochę bardziej lub mniej więc wielkości i barwy różniły się na pierwszy rzut oka. Ale ogólnie były podobne. A mimo to nawet w opisach Oster mioty z poszczególnych okazów były różnej wielkości. Więc uważała, że wielkość, ilość, czas miotu raczej powinna zależeć od nosicielek. Od ich żyzności i płodności. Niestety chyba nawet sama Oster póki którejś nie zasiała to nie była w stanie oszacować jaki miot może wydać.

            Potem Sigismundus otworzył torbę i wyjął z niej strzykwę i pokazał następne w torbie. Zaproponował aby Otto wziął jedną czy dwie. Tak na wszelki wypadek. A może trafi się jakaś okazja aby ich użyć? Może jutro na tej planowanej orgii u Pirory? Albo za parę dni podczas tej orgii ze zwierzoludźmi? Albo jeszcze gdzieś i kiedy indziej. Którakolwiek co by dawała nadzieję, że da się zasiać to lepiej mieć pod ręką takie strzykwy niż dopiero umawiać się na ich użycie prawda?

            Joachim

            Po zborze do Joachima podeszła Norma. Toporniczka przyznała, że sama nigdy nie była na Diabelskich Bagnach. Ale zdarzało jej się przepływać statkiem obok wybrzeża. I od kolegów słyszała, że ich granica od strony morza jest na tyle płynna, że da się tam wpłynąć łodzią. Oczywiście nie miała pojęcia czy to prawda i jak daleko by się dało wpłynąć łodzią i czy gdzieś na przykład nie trzeba by jej zacumować i dalej iść pieszo gdyby tej wody okazało się za mało do pływania. Ale jednak mogła to być jakaś alternatywa dla marszu na przełaj przez las.

            Także Merga z nim chciała chwilę porozmawiać. Podziękowała mu za okazane wsparcie z tymi projektami głównie do skoku na Akademię ale prosiła aby nie dał się ponieść entuzjazmowi z tym przyzywaniem demonów. Początkujący demonolog zaczyna od przyzywania pomniejszych istot Eteru. Nad takimi łatwiej jest zapanować. Zaś w rozważanym wypadku chodziłoby o coś wielkości dorosłego człowieka a więc mogłoby to być mocno ryzykowne dla kogoś kto pierwszy raz by miał z czymś takim kontakt. Zwłaszcza jakby mistrzyni miało nie być w pobliżu. Na początek poradziła mu aby poćwiczył z tymi zwojami z przyzwaniami tych impów i chochlików jakie mu zostawiła. I tak wolałaby aby to robił pod jej okiem no ale skoro lada dzień miała odpłynąć a jego tak zjadała niecierpliwość no to mógł spróbować samemu. O tej Akademii i tak ostatecznie zrezygnowała z usług niezrodzonych na rzecz kształtowania surowej esencji Eteru w pożądany kształt i właściwości.

            Heinrich

            Gdy się już zbierał do wyjścia w tą ciemna noc Silny dał mu znak, że jak umówi się z tym swoim szewcem to da mu znać. W ciągu paru dni to pewnie powinno się udać. Po spotkaniu, gdy już się wszyscy rozchodzili to do kuśtykającego po nabrzeżu byłego łowcy czarownic podeszła jakaś postać. Dopiero jak się odezwała zorientował się, że to Thobias co zrównał się z nim ale nie wyprzedzał tylko zaproponował, że dla bezpieczeństwa mogą przejść kawałek razem. Nocne ulice rzeczywiście nie budziły zaufania. Wymarzone miejsce aby kogoś napaść.

            Thobias jednak miał do omówienia pewien temat. Bolał nad sukcesem jaki ostatnio odnosiły dziewczęta Sorii. A zanosiło się na kolejne. Jeszcze z Sorią w szeregach to będą skazane na sukces. Ale zdaniem nauczyciela to nie musiało oznaczać klęski pozostałych. Wręcz przeciwnie. Niech one tam robią swoje. W gruncie rzeczy przecież zgarniają na siebie większość brudnej roboty. Tylko zdaniem Thobiasa bardziej by się przysłużyły ich sprawie gdyby kierować je w odpowiednim kierunku. Wtedy właściwie mogłyby spełniać wolę mądrzejszych i dostojniejszych od siebie. A właśnie w Heinrichu Thobias dostrzegł kogoś o światłym umyśle i śmiałości działania. Więc mu tego pogratulował. Ale i zapraszał do współpracy aby nakierować te wężowe pionki we właściwym kierunku. Na początek może w sprawie szukania nosicielek albo i którąś z nich do tego namówić. Ale ta sprawa z Akademią czy bagnami także. Dobrze też byłoby umniejszać ich dokonania za to uwypuklać potknięcia. A jakby jeszcze udało się zdetronizować Łasicę jako prawą rękę Mergi i Starszego to już w ogóle by było cudownie. Starszy na pewno potrzebował kogoś bardziej oczytanego, doświadczonego i wykształconego niż jakaś rozwydrzona młódka co tylko myśli przed kim znów rozłożyć nogi. I tak sobie dwóch już nie młodych panów dyskutowało idąc dniem ciemnych kanionów ulic póki się nie rozstali i każdy poszedł w swoją stronę.

            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
            Czas: 2519.07.11; Festag; po północy
            Warunki: wnętrze i podwórze świątyni; jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; ziąb (0)

            Wszyscy

            Poranna msza w Festag jak co Festag zebrała mnóstwo wiernych z całego miasta. Kto tylko mógł ubierał się odświętnie chociaż i żałobnie. Nadal więc dominowała wszędzie żałobna czerń lub ciemne barwy ubrań. Oczywiście kubrak byle rybaka nie mógł się równać z kontuszem wspaniałego rycerza a zwykła ciemna suknia jakiejś szwaczki z elegancką, czernią jakiejś szlachcianki. Ale poza tymi oczywistymi różnicami w pochodzeniu to jednak powszechnie szanowano te obowiązujące normy obyczajowe nakazujące uczcić śmierć kogoś ważnego. I jak zwykle msza była okazją aby pokazać się innym od najlepszej strony a poza tym była to też oznaka bogobojności i okazania szacunku bogom aby ubrać się w co ma się najlepszego a nie w jakieś znoszone i na co dzień używane ciuchy.

            Wciąż dało się zauważyć sporo nowych dostojników. Co prawda w mieście portowym zawsze przebywały załogi statków jakie akurat przypłynęły do miasta ale tym razem było ich więcej. Podobnie jak od dwóch czy trzech tygodni więc zapewne wciąż w mieście byli ci co przybyli tu na turniej i na razie w nim zostali. Chociaż było ich jakby mniej niż w zeszłym tygodniu. Albo tak się tylko wydawało. Dało się rozpoznać znakomitości tego miasta jak choćby burmistrza, rodzinę van Hansen, kapitana portu van Zee ze swoją piękną, dorosłą córką jaką zapewne zamierzał wydać za odpowiedniego kandydata, małżeństwo von Richter i wielu, wielu innych.

            Mszę prowadził ojciec Absalon. Słynący ze swojej stanowczości i siły charakteru. Ale też i całkiem postawnej sylwetki zawodowego marynarza i wojownika. Nie trudno było go sobie wyobrazić jako zbrojnego na pokładzie jakiegoś statku.

            Oprócz standardowego odśpiewania psalmów i modłów do Mananna, boskiego patrona i dobrodzieja tego miasta na kazaniu ojciec wzywał do zachowania czystości moralnej i poszanowania praw boskich i ludzkich. Do tego aby mieć baczenie na poczynania swoje i sąsiadów. Przypomniał, że zimą podczas ucieczki więźniów z kazamat to była kompromitacja całego miasta a nie tylko władz. I, że tamtych sprawców nigdy nie schwytano. A nie jest powiedziane, że opuścili miasto. I niejako polecił ich znamienitego gościa z Saltburga czyli dostojną Matkę Somnium. Ta wtedy wstała z ławki dla kapłanów, podeszła do niego i stanęła obok aby wszyscy mogli ją zobaczyć. Kontrast między tą dwójką kapłanów wydawał się uderzający. Kapłan Mananna był ogorzały od wiatru i słońca, brodaty, szorstki nawet z wyglądu i odziany w błękity ze złotymi trójzębami poświęcone jego patronowi. Kapłanka Morra wydawała się o połowę młodsza, właściwie jej młody wiek nadal chyba wszystkim rzucał sie w oczy bo sprawiała wrażenie jakby dopiero co skończyła nowicjat. Do tego była odziana w czerń tak, że tylko szyja, twarz i dłonie wystawały z jej szaty wiecznej żałoby. A te były dla odmiany tak blade jakby je pudrowała. Jej twarz emanowała enigmatycznym milczeniem jakie roztaczało wokół niej poważną, chłodną aurę. Ale głos miała równie młody jak wygląd i już nie był taki oschły.

            Matka Somnium zaznaczyła, że dziękuję ojcu Absalonowi za gościnę i zaproszenie tak samo jak obywatelom tego miasta. Na co dzień oczywiście urzędowała w świątyni swojego patrona. A była z zakonu Czarnowidzów więc gdyby ktoś miał jakieś nietypowe sny to zaprasza do świątyni Morra na rozmowę. A potem odprawiła tą część psalmów żałobnych poświęconych zmarłej księżnej aby ofiarować jej duszę Ogrodom Morra na wieczny spoczynek. Ojciec Absalon zaś w czasie ogłoszeń parafialnych przypomniał, że od jutra jest zbiórka do milicji na ćwiczenia z walki zasięgowej i bezpośredniej. Uważał, że dobrze jest trzymać dobrą formę więc popołudniu gdy większość robotników, rzemieślników i sprzedawców jacy byli członkami tych milicji będą spotykać się w porcie na te ćwiczenia.


            Po mszy jak zwykle wierni wysypali się po mszy na dziedziniec jaki otaczał świątynię. I była tradycyjna okazja do wymiany uprzejmości i plotek jakie miały miejsce od zeszłego tygodnia. Dla wielu osób to często była jedyna wygodna okazja aby spotkać kogoś z kim nie było im łatwo na co dzień. Albo okazja aby kupić jakiś medalik czy pieczęć ze świętymi modlitwami od sprzedawców. Podyskutować o właśnie zakończonej mszy czy też na całkiem inne tematy. Także kultyści ze zboru Starszego mogli się rozpoznać ale zwykle widzieli się pojedynczo i w rozproszeniu a nie tak na raz jak ostatniego wieczoru na “Starej Adele”.


            - Udało się! Mówię ci udało się! Radujmy się! To się stało tej nocy, akurat jak wróciłem do apteki! 11 okazów! Wszystkie żywe i zdrowe a jakie żwawe! - Sigismundus jak na swoją tuszę to poruszał się dzisiaj całkiem zwinnie. I kogo tylko z braci i sióstr mógł odnaleźć to natychmiast podzielił się z nimi radosną nowiną. A mianowicie udało mu się być wczoraj świadkiem przyjścia na świat pierwszego miotu Oster z łona tej porwanej z traktu pielgrzymki. I pomimo pewnych strat to większość dwustrzykwowego miotu jednak wyszła na świat. Tak jak pisała błogosławiona Oster! A jakie wielkie! Te zwykłe czerwie od zwykłych much to się nie umywały do tych dorodnych okazów. Były wedle relacji aptekarza jak dorodne turkucie. Tylko kształtem przypominały takie zwykłe czerwie. No ale mieli je! Obietnica Oster przyjęła namacalne, fizyczne ciało a dokładnie cały miot na prawie tuzin okazów. Więc radosny aptekarz aż zacierał z uciechy ręcę na myśl, że Loszka powinna wydać na świat jeszcze dorodniejsze okazy chociaż zapewne mniej. I prawie przy okazji dorzucił, że tej Pielgrzymce to chyba nic nie jest. Znaczy znów musieli ją ze Strupasem skneblować i związać bo się rzucała no i jeszcze podac jej ziółka na uspokojenie to teraz pewnie śpi. Ale poza tym raczej nic jej nie było. Tą ostatnią uwagę zapewne dodał z myślą o koleżankach albo o szukaniu potencjalnych kadnydatek na nosicielki.


            - Jeśli coś łaska piękna pani. - obie łotrzyce przebrane w swoje białe czepki i żałobne, ciemne suknie do samej ziemi, z makijażem na twarzy jaki sprawiał, że wydawały się być kimś podobnym niż same sobą podeszły do Pirory z wyciągniętą puszką na datki. Dalej odgrywały swoją rolę skruszonych grzesznic i dzisiaj też zjawiły się na mszy. A po niej chodziły z puszką zbierając na datki. Więc nie było takie dziwne, że podeszły i do nieco piegowatej blondynki w eleganckiej, czarnej sukni.

            - A na co zbieracie? - zapytała Pirora udając, że ich nie rozpoznaje. - Powiedziałam Kerstin, że będziemy mieć gości. Wpuści was. - rzuciła do nich ciszej gdy sięgała po swoją sakiewkę aby coś rzucić na jałmużnę. W końcu w towarzystwie w dobrym tonie było okazać jałmużnę tym pośledniejszym.

            - Dziękujemy piękna dobrodziejko! Niech ci nasi bogowie obrodzą łaską! - Łasica i Burgund dygnęły przed nią grzecznie i ruszyły dalej ze swoją puszką na datki.


            - Pochwalony Sorio. Miło cię znów widzieć. - ciemnoskóra piękność o dość egzotycznej urodzie na chwilę oderwała się od opiekuńczego ramienia ojca jaki na nią poczekał i podeszła do odzianej w czarną suknię i narzucone futro. Futro było jednak rozpięte i ukazywało całkiem atrakcyjny dekolt córki Soren.

            - Witaj Kamilo. Ja również się cieszę, że cię znów widzę. Nawet nie wiesz jak bardzo. I strasznie żałuję, że nie mogę cię ugoscić i zająć się tobą jak należy się tak pięknej damie oraz miłośniczce i mecenasowi sztuki. Ale może dasz się zaprosić do nas na jutro? Fabi przyjeżdża do nas na lekcję kultury i języków obcych. Mówię ci, jest bardzo utalentowana w poznawaniu nowych języków i zwyczajów. Bardzo miła dziewczyna, nie wywyższa się i z pokorą uczy się nowych rzeczy. - Soria gładko roztaczała swój słodki, wężowy jad wabiąc do siebie młodą szlachciankę samym spojrzeniem w jej ciemne oczy i głosem jaki zdawał się wypełniać niczym miód wszelkie wstydliwe zakamarki duszy.

            - Oczywiście! Bardzo chętnie! Będę zaszczycona! To naprawdę niesamowite, że można mieć tyle przygód w tak dalekich krainach! A Fabienne znam bardzo dobrze, odwiedza mnie podczas wieczorków poetyckich no i bardzo mi pomaga w teatrze. I dużo tłumaczy na reikspiel sztuk i ballad bo większość tych najsławniejszych jest napisana po bretońsku. - Kamila van Zee wydawała się z trudem panować nad nadmiarem swoich ekscytacji na myśl, że dzisiaj może nie ale już jutro będą mogły się spotkać w swoim błękintokrwistym gronie dam i wreszcie będzie mogła porozmawiać z tą niesamowitą szlachcianką z dalekich stron co opowiadała takie zdumiewające przygody.

            - No to jesteśmy umówione. - odparła milady w grubymi, licznymi warkoczami co zdawały się co jakiś czas poruszać nawet jak wiatr już znacznie zelżał. - Bardzo piękne kolczyki moja droga. - Soria delikatnie dotknęła dyndających przy uszach kryształków oprawionych w misternie rzeźbione złoto. Przy okazji pieszcząc palcami ucho i szyję córki kapitana portu. Co ta przyjęła wstrzymując oddech i nieco zagryzając wargi.

            - Bardzo dziękuję. Twoje też są bardzo finezyjne. A jutro to oczywiście przyjadę. Aha i dostałam list z Saltburga. Ktoś przyjedzie ich impresario aby rozejrzeć się za kwaterami i warunkami. I w ogóle jak tu możemy przyjąć tych wspaniałych aktorów. Ale jeszcze nie wiadomo czy na pewno przyjadą więc chciałam omówić jak najlepiej przyjąć tą milady aby zrobić na niej dobre wrażenie aby nas poleciła i zaprosiła resztę trupy. - panna van Zee sprawiała wrażenie, że bardzo niechętnie była skłonna opuścić towarzystwo egzotycznej szlachcianki i każdy pretekst aby przedłużyć to spotkanie wydawał się dobry.

            - Naprawdę? Oh to rzeczywiście musimy się postarać i zadbać o naszego gościa. Ale to już nie bedę cię zatrzymywać kochanie. Jutro o tym porozmawiamy. Na spokojnie i bez zbędnych świadków. W naszym zaufanym gronie. - Soria uniosła brwi jakby była trochę zdziwiona tymi wieściami w sprawie teatru ale raczej pozytywnie. Gładko jednak rozbudzała młodą szlachciankę kusząc ją obietnicą jutrzejszego spotkania. I chyba skutecznie bo panna van Zee dość niechętnie opuszczała jej towarzystwo.


            - Dobrze, że ojca widzę. Chciałabym ojcu komuś przedstawić. To Thobias Bert, mój przyjaciel. A także szanowany wykładowca w Akademii i wychowawca młodzieży i ich korepetytor. - Pirora przedstawiła dobrze ubranego mężczyznę ze starannie przyciętym zarostem. Oczywiście był ubrany w ciemne barwy zgodne z obowiązującą żałobą. Obaj mężczyźni przywitali się ze sobą wymieniając uściski dłoni i ukłony. Żaden z nich nie był szlachcicem więc nie obowiązywała ich tak ścisła etykieta jak błękintnokrwistych.

            - Opowiedziałam mu o waszych kłopotach w hospicjum. O tym biednym Georgu. Zrobił na mnie duże wrażenie, sama bym się nim zaopiekowała ale ten Thorne to już kres moich możliwości. A rozmawiałam z Fabienne i jej też nie byłoby łatwo wziąć jeszcze kogoś. Ale Thobias ma warunki i chęci. No i doświadczenie z pracą z młodzieżą. - Pirora wyjaśniła przeorowi dlaczego przedstawia mu swojego znajomego nauczyciela. Ten pokiwał swoją łysawą głową na znak, że teraz rozumie o co chodzi.

            - To bardzo zaszczytne. Ale jednak George… Jest dość specyficzny. Fizycznie ma gdzieś około czwartego krzyżyka ale umysł… No umysł pobłądził mu strasznie. Mam wrażenie, że zatrzymał się na etapie małego chłopca. Lub wrócił. Przyjmuje tylko proste polecenia jak mały chłopiec właśnie. - przeor uprzedził guwernanta jak to jest z tym akurat pacjentem. Na co ten pokiwał głową dając znak, że koleżanka mu już to wstępnie wyjaśniła ale chętnie by zobaczył go osobiście aby sprawdzić jak się sprawy mają.


            Heinrich

            - I spójrz Heinrichu. To jest właśnie Petra von Schneider. Córka szanowanego profesora artylerii w naszej znamienitej Akademii. - Heinrich akurat złapał się na moment rozmowy z Pirorą gdy ta wyłuskała gdzieś w tłumie jedną ze swoich koleżanek. I wskazała ją koledze.

            https://i.imgur.com/DpAlG1s.jpg

            Młoda dama co szła z rodzicami rzeczywiście wyglądała w sam raz na dorosłą córkę jakiegoś możnego. Poza ciemnymi barwami jakie obowiązywały w czasie żałoby. Jak na kobietę to w miarę wysoka, szczupła, oszczędnie pomalowana i naturalna blondynka o starannie ufryzowanych włosach. Wydawała się kompletnie niepasować do tych wyuzdanych opowieści jakie parę dni temu opowiadała mu panna z Averlandu.

            - Mogę was sobie przedstawić. Tylko lepiej nie mów kim byłeś. Ale jak nie chcesz korzystać a wolałbyś pooglądać młodą Petrę w akcji z kimś znacznie starszym to też powinno być do zrobienia chociaż przygotowania by nieco zajęły nam czasu. - Pirora uśmiechnęła się wesoło pod nosem gdy przedstawiała starszemu koledze różne warianty zawarcia znajomości z córką profesora żeglarskiej akademii.


            Joachim

            Joachim zaś natknął się na rodzinę van Hansenów. Mikael i Martina stali z trzecim mężczyzną. Zaś ze dwa kroki obok ich córka, Froya, rozmawiała o czymś zawzięcie z blondwłosą Katherine von Siert oraz swoją przyjaciółką Madeleine von Richter oraz jej mężem Thomasem. Kapłanka Ulryka niezmiennie przykuwała uwagę młodej von Hansen. Ale to właśnie baron von Wirsberg jaki rozmawiał z jej rodzicami zwrócił uwagę na młodego astromantę.

            - O, Herr magister! A prosimy do nas, prosimy! - baron zawołał do niego zapraszająco wspomagając słowa także gestem. Wcześniej co prawda powoływał się na znajomość z von Hansenami ale dopiero teraz po raz pierwszy Joachim spotkał ich razem. Wiekowo rzeczywiście cała trójka była z tej samej generacji. W przeciwieństwie do Joachima jaki wiekiem bardziej pasował do sąsiedniej grupki.

            - Witaj Joachimie. - Frau von Hansen wyciągnęła swoją dostojną dłoń ozdobioną gustownyi pierścienami aby młody człowiek mógł ją elegancko ucałować. Gdy się przywitali mogli rozmawiać dalej. - Heidrich opowiadał nam właśnie o twojej wizycie. Cieszę się, że doszliście do porozumienia. I jeszcze nasza szanowna Matka Somnium tam była. Aż zdumiewające, że ona jest taka młoda jak na swoje stanowisko nieprawdaż? - baronowa zagaiła rozmowę na jeden ze swoich ulubionych tematów czyli astrologii i metafizyki. Wydawała się być niezmiernie zainteresowana tym, że młody astromanta oraz wieszczka Morra razem badają sny jej przyjaciela.

            - Czyli na pewno jest bardzo uzdolniona kochanie. Inaczej pewnie byłaby zwykłą kapłanką w jakimś podrzędnej świątyni i nie przysyłaliby aby odprawiła mszę żałobną na cześć naszej księżnej matki. - Mikael starał się jakoś ostudzić entuzjazm żony dorzucając całkiem rozsądne wyjaśnienie.

            - A ja postanowiłem chwycić byka za rogi. I pojadę tam jeszcze raz. Tym razem będę przygotowany! Wezmę pachołków i ogary. I rozprawię się z tym potworem co mnie tak prześladuje w snach! A na jawie ubił i ukradł mojego jelenia! - za to baron von Wirsberg zdradzał entuzjazm co do swojego nowego pomysłu.

            - Lepiej postaraj się o dyspensę od ojca Absalona. Albo Matki Somnium. Bo jeszcze wyjdzie, że robisz jakieś polowanie dla zabawy i rozrywki. - poprosiła baronowa z troską w głosie nie chcąc aby jej kolega napytał sobie biedy za złamanie nakazów żałoby po księżnej.

            - Polowanie? To wujaszek organizuje jakieś polowanie? - wydawało się, że Froya prawie w nadnaturalny sposób wyłapała interesującą ją frazę. Ale chyba nie usłyszała zbyt wiele aby zorientować się o co dokładnie chodzi więc wolała się dopytać. A może to był jakiś młodzieńczy wybryk dla żartu.

            - Zajmij się proszę swoimi gośćmi kochanie. Wujaszek Heidrich na razie rozważa wyprawę poszukiwawczą na bagna i jeszcze nic nie jest postanowione. - zwrócił się do niej ojciec jakby z miejsca chciał ukrócić zapał tym razem córki.

            - Ona tak zawsze jak tylko gdzieś ktoś mówi o polowaniu. Albo turniejów. Albo balach. - dodała przepraszająco baronowa jakby chciała przeprosić za zachowanie córki.


            Otto

            - O, Otto, dobrze, że cię widzę. - jednooki mnich spotkał swojego przełożonego na dziedzińcu przed świątynią. - Jedna z naszych dobrodziejek, ta Pirora z Averlandu, przedstawiła mi profesora naszej Akademii. Jest zainteresowany Georgiem. Widocznie zrobił dobre wrażenie na szlachciankach i opowiedziały o nim temu Thobiasowi. Umówiłem spotkanie na jutro. Więc rano jak przyjdziesz zadbaj o Georga aby się dobrze prezentował. - polecił mu tonem wyjaśnienia oraz instrukcji na jutrzejszy dzień. I wzniósł ręcę ku górze aby znów nie wybuchły jakieś zamieszki jak ostatnio to się zdarzało. Poza tym powiedział, że rozmawiał też z Matką Somnium o tym, że jej przepowiadnia się ostatnio sprawdziła więc zaprosił ją ponownie. Obiecała przyjść tak szybko jak to możliwe czyli pewnie jutro albo na dniach. Miała sprawdzić aurę i czy coś jej się nie rzuci w oczy po tym ostatnim wybuchu szaleństwa.

            - Aha i ta von Mannlieb wysłała cię po jakieś ciuchy dla Anniki? Co ona sobie wyobraża? Ci szlachcice to sobie wyobrażają, że im wszystko wolno. No ale to nasza dobrodziejka to musimy być dla niej grzeczni. Dobrze, że się sprawiłeś i była z ciebie zadowolona. Aha mówiła, że może znów po ciebie posłać bo skoro już raz z nią byłeś to już wiesz co i jak. No to jak kogoś przyśle to idź. Może znów da nam jakiś datek albo przyśle jakiegoś innego sponsora. - przy okazji Otto dowiedział się, że widocznie przeor rozmawiał już z bretońską szlachcianką i ta całkiem zgrabnie załatwiła mu wyjaśnienie czemu wczoraj nie było go przez większość dnia w hospicjum. Oraz przygotowała grunt pod planowane zakupy dla Anniki. Chociaż broń i pancerz to raczej niekoniecznie były ubrania jak to powiedziała przeorowi. Ten zapewne nie byłby zadowolony z takiego wykorzystywania swojego personelu ale skoro Frau von Mannlieb dała ostatnio tak solidny datek i przyjęła pod swój dach dwie pacjentki to był skłonny przymknąć na to oko i pójść jej na rekę.

            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
            Czas: 2519.07.11; Festag; przedpołudnie
            Warunki: salon; jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; ziąb (0)

            Goście Pirory

            Podobnie jak to ze zborami i innymi spotkaniami z większa ilością osób to i do kamienicy na Bursztynowej 17 zanim goście gospodyni przyszli na piechotę lub powozami to trochę to trwało zanim zebrał się komplet. Ale jak już się stopniowo zbierał to robiło się całkie rodzinnie. Bo skład był dość podobny do tego co mieli wczoraj na zborze. Tylko atmosfera była przyjemniejsza, bardziej zrelaksowana gdy wszyscy wiedzieli, że spotkanie zapewne szybko przeniesie się do piwnicy i urządzonego tam prywatnego loszku gospodyni gdzie gościła zaufanych gości i kochanków.

            - O dobrze, że już jesteście. Fabi właśnie nas zapoznawała z bretońską kulturą i tradycją. I opowiadała legendę o Adelajdzie. - z pozoru nie było się do czego przyczepić. Zapewne tak właśnie powinino wyglądać spotkanie śmietaknki towarzyskiej po mszy. Eleganckie panie i panny siedzące na ozdobnych krzesłach, pośród dzieł sztuki jakie udało się zgroamdzić gospodyni i trzymając w swoich wypielęgnowanych dłoniach kryształowe kieliszki z winem lub barwnie malowane filiżanki z czymś gorącym. Wciąż wszystkie były ubrane na czarno tak jak to było na mszy. Tylko bez płaszczy, futer i wierzchnich okryć a więc w całej, swojej dostojnej krasie.

            - O tak, bardzo lubię tą legendę. Adelajda była bogobojną i zacną szlachcianką mieszkającej na południu, przy granicy z Estalią. Tam zresztą gdzie i ja bo ja jestem z Brionne. I ta piękna i nadobna dama została porwana przez barbarzyńców. Ci sprzedali ją na południe. Tam została wystawiona na aukcji niewolników. Aby ją poniżyć i obnażyć zerwano z niej ubranie. Ale wszyscy ci barbarzyńcy zamiast się śmiać i szydzić to pojęli jej wyjątkowość i prawdziwe piękno. Każdy chciał ją mieć dla siebie. Więc ceny poszybowały w górę. W końcu kupił ją jakiś arabski kupiec i uczynił swoją nałożnicą. Jedną z wielu w haremie. Aby wszyscy wiedzieli, że należy do niego kazał jej zrobić niewolniczy tatuaż. A potem uczynił najpodlejszą z podłych i najnędzniejsza z nędznych w swoim haremie. Musiała usługiwać także jego licznym żonom i nałożnicom. W końcu jednak jej hańba skończyła się i odnalazł ją jej narzeczony, sir Justin. Zabił złego kupca i wszystkich jego strażników. A potem ją uwolnił i zabrał do siebie. I żyli długo i szczęśliwie. Zawsze urzekała mnie ta ballada. Ależ ta lady Adelajda miała wspaniałe przygody! - Fabienne na użytek tych co dopiero weszli streściła im to co zdążyła już opowiedzieć reszcie. Większość zebranych roześmiała się z rozbawienia. Właściwie mogło dziwić dlaczego w salonie obok Fabienne siedzi Annika. W końcu spotkania szlachty nie były przeznaczone dla służby. A już na pewno nie po to aby razem z nimi siedzieć i mieszać się z pospólstwem. Na czarnowłosą służkę jednak jakoś nikt nie zwracał uwagi, że robi coś niestosownego. Makijaż jaki miała na sobie dość dobrze maskował efekty wczorajszej bijatyki. Chociaż opuchlizny po lewej stronie twarzy jaka częściowo weszła już na oko nie dało się przypudrować. Z bliska było widać też wczorajsze rozcięcie na ustach Fabienne. Ale też dobrze aźnięte pomadą, że wydawało się, że to jakaś opryszczka czy drobne skaleczenie a nie efekt ciosu.

            - Chyba mogę zrozumieć Fabi, dlaczego podobają ci się historie z pięknymi niewolnicami w roli głównej. - powiedziała siedząca na najlepszym krześle Soria. Co znów wywołało falę wesołości bo Bretonka bynajmniej nie zaprzeczała. Na innych krzesłach siedziały obie łotrzyce. Przyszły tu wcześniej bo za bardzo nie chciały się rzucać w oczy po mszy w świątyni jaką zamierzały jutro w nocy obrobić. Też były w tych szaroburych, prostych spódnicach ale już zdjęły białe czepki i kończyły zmywać makijaż przez co ich twarze zrobiły się bardziej znajome.

            - A w ogóle to właśnie rozmawiałyśmy, że trzeba chyba założyć klub niewiernych żon. - Fabienne oznajmiła nowym gościom co jeszcze rozmawiały zanim ci nie przyszli. Ciekawe spoglądała na Lilly i Dornę. Lilly cieszyła się u niej szczególnymi względami jako ta która cieszy się łaska ich patrona objawiającym się choćby w jej mutacjach czy znamieniu. A oprócz tego była całkiem zgrabną, wesołą, młodą kobietą. Dorna zaś była dla niej nowa. Jak zresztą jeszcze wczoraj wieczorem dla wszystkich w zborze. Bretonka mogła ją spotkać dzisiaj po raz pierwszy. Okazało się, że Lilly przyszła zaproszona przez gospodynię to i zabrała ze sobą koleżankę z Jaskini. Aby mogli się lepiej nawzajem poznać no i zabawić. I być może koleżanki mimo wszystko liczyły, że zmienią jej zdanie co do zasiania.

            - Tak. Bo właśnie tak sobie rozmawiałyśmy, że większość naszych rówieśniczek jest już mężata, dzieciata albo chociaż zaręczona. Tak jak nasza Fabi. Takie samotne panny jak ja to raczej wyjątek. Więc jak chcemy rozszerzyć działalność to musimy zacząć się rozglądać za paniami z obrączkami i pannami z pierścionkami na rękach. I tak obgadujemy sobie które by były najbardziej obiecujące. - Pirora dopowiedziała resztę skąd im się wziął taki temat do omawiania. Na co Fabienne chętnie przytaknęła. Pula niezamężnych i nie zaręczonych koleżanek była ich zdaniem mocno ograniczona więc zaczęły się zastanawiać nad tym kogo obiecującego można by próbować wyłuskać i pozyskać dla własnej uciechy a może i pożytku. W końcu każda z nich jeśli sama nie zajmowała jakiegoś stołka to miała jakiegoś męża, narzeczonego, pracowników, służbę czy inne wpływy i zasoby jakich mogłaby użyć.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Online
              SantorineS Online
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #108

              Oryginalny autor: Seachmall

              Festag; noc; końcówka zboru

              Otto niestety nie zgłosił się do pomocy przy rabunku świątyni. Bliskość jego persony z tym miejscem, do tego jego własny wkład w wprowadzeniu dwóch "pokutnic" czyniło go oczywistym podejrzanym. Im mniej będzie faktycznie wiedział o tym co się stanie podczas napadu, tym lepiej mu będzie udawać biednego idiotę, którego ladacznice wykorzystały, aby zyskać skarb.

              Uwaga Thobiasa sprawiła, że mnich zaczął się zastanawiać. Eksplozja w akademii, rabunek świątyni, cała scena jaką planują w teatrze. Gdyby jeszcze jakoś wyszło, że za kilkoma z tych zdarzeń stoi ta wiedźma, która uciekła z kazamatów i właśnie zmierza do Norki. Opinia szlachty o łowcy czarownic na pewno by podupadła.

              Otto wysłuchał Sigismundusa i przyjął od niego strzykawki z darem Oster. Upewnił się, że są schowane bezpiecznie. Chwilę zastanawiała go opinia Mergi. Być może, wśród tych jaj jest jakieś "królewskie" jajo, które ma zrodzić matkę roju, ale nie znał się na tym za bardzo. Pozostawił badanie tego dalej Sigismundusowi i obiecał, że jeżeli znajdzie potencjalne nosicielki to nie zawaha się ich pobłogosławić.

              Festag; poranek; msza

              Otto przybył na mszę skromnie ubrany w swoje mnisie szaty i maskę, zakrywającą okaleczenia na twarzy. Nie brał znacznego udziału w psalmach i modłach, skupiając się bardziej na medytacji, planowaniu i cichej czci Wielkiej Czwórki. Delikatnie się uśmiechnął gdy usłyszał zawodzenie Absoloma o czystości i przyzwoitości. Zważając jak ma zamiar spędzić resztę dnia, będzie musiał zawieść starego kapłana.
              Zmartwiła go wypowiedź Matki Somnium. Zwiększona ilość snów i zainteresowanie nimi kościoła mogą sprowadzić na nich problemy. Podejrzewał, że zarówno miejski Łowca Czarownic jak i Kapłanka Morra, powinny zostać skierowani na jakiś nowy tor.

              Później sprawy przyjęły już w miarę spokojny ton. Uradowanie Sigismundusa wywołało szczeru uśmiech na twarzy młodszego Chaosyty. Eksperymentator już niedlugo będzie mógł się pochwalić efektami swych poczynań, zastanawiało Otto, w jaki sposób przetrzymuje insekty od Oster. Pytanie na później.

              Mnich wrzucił kilka srebrników łotrzycom kiedy te do niego podeszły i zapewnił, że przybędzie na przyjęcie u Pirory. Upewniając się, że nikt go nie widzi klepnął, wcale nie delikatnie, obie kobiety po kuperkach na do widzenia.

              Już miał opuszczać świątynie kiedy zatrzymał go przełożony.

              Festag; poranek; Świątynia; Rozmowa z Przeorem

              Mnich przywitał swego przełożonego.

              - Och, doprawdy? Wspaniałe nowiny. - uśmiechnął się - Jutro chciałem też sprowadzić tego Magistra. Zastanawiał się czy senne wizje Georga nie są oznaką jakiś magicznych zdolności. Postaram się to załatwić przed pojawieniem się… Thobiasa, tak? - Otto wysłuchał słów dotyczących matki Somnium. Wiedział, że ta kobieta będzie problemem, ale teraz może to tylko pogorszyć sprawę. Trzeba będzie wyciągnąć Heroldów jak najszybciej.

              Delikatnie się zaśmiał na słowa przełożone dotyczące Fabienne.

              - Wybacz, ale sądziłem, że dobrze będzie się przypodobać Frau von Mannlieb. Sądziłem, że moja nieobecność będzie warta kolejnej dotacji, jeżeli współpraca do niej przekona. Oczywiście, że pomogę jeżeli po mnie przyślą. - mnich pokręcił głową - Ale masz rację. Szlachcie. Mają więcej kasy niż my, czyni ich to drugim Karlem Franzem.

              - No, no, nie rozpędzaj się tak z tym naszym cesarzem. Cesarz jest tylko jeden i jest szczodrym i mądrym ojcem dla nas wszystkich. - przoer pogroził mu palcem ale Otto nie był pewien czy mówił to na poważnie czy sobie kpił. Zapewne od kogoś na jego stanowisku wypadało upomnieć młodszego pracownika ale, że mówił to nieco rozstargnionym tonem myśląc już chyba o czymś innym.

              - George i zdolności magiczne? Pfuj! Wypluj to słowo! - skrzywił się na myśl, że mieliby mieć w hospicjum kogoś podejrzanego o nadnatrualne zdolności. Zupełnie jakby Otto mu podstawił żabę do połknięcia. - Mam nadzieję, że nie. Tego jeszcze brakowało. Przecież to by trzeba zgłosić. Pewnie by się zjechali komisję robić o go sprawdzać. A sam wiesz jak to trudno ich zadowolić. Z dziećmi to się nawet udaje. Zazwyczaj. Ale jak dorosły to zaraz guślarz albo wiedźma. I wiesz co się dzieje potem. No i zawsze szukają czy nie miał wspólników albo czy co gorsza do jakiejś sekty należy. No zgadnik gdzie by ich szukali najpierw? - starszy mnich wyraźnie nie przepadał ani za magami ani za tymi co ich kontrolują i ścigają gdy zajdzie taka potrzeba. A przedstawiony przez niego scenariusz brzmiał całkiem prawdopodobnie. Było całkiem realne, że gdyby uznali Georga za guślarza czy kogoś takiego podejrzanego to mogłoby im przyjść do głowy aby przeszukać jego otoczenie. Czyli w praktyce zapewne całe hospicjum poszłoby do sprawdzenia. Nawet w razie gdyby wyszli z tego bez szwanku to i tak byłoby z tego zamieszanie i wątpliwe aby było przyjemne.

              - No ale dobra, jak już go umówiłeś to niech przyjdzie. Szczerze mówiąc wolałbym tego nauczyciela co go ta nasza dobrodziejka poleciła. Zrobił na mnie dobre wrażenie. No i to człowiek wykształcony i z doświadczeniem z pracą z młodymi ludźmi. Co prawda Geoerge fizycznie to jak wiesz trudno go uznać za “młodego człowieka” no ale umysłowo to no sam wiesz. No i ten Thobias nie jest magiem. No ale już niech przyjdzie ten magister. Może być jutro. Ten Thobias też ma być jutro albo pojutrze. - przeor po raz kolejny okazał brak zaufania i sympatii do użytkowników magii. Nawet tych licencjonowanych. Skoro jednak po częsci już i tak sprawa była umówione to nie chciał cofać danego słowa i podtrzymał zgodę na wizytę Otto w hospicjum.

              - No i ta Frau von Mannlieb. Wspaniała kobieta. Taka urocza i wykształcona. No i przede wszystkim hojna. Dobrze, że zrobiłeś na niej take dobre wrażenie. Takich ludzi właśnie nam trzeba. Przecież ja nie mogę przewidzieć co się gdzieś stanie aby wam wydać dyspozycje na każdą okazję. Jak jeszcze coś w hospicjum jak jestem na miejscu to dobrze ale jak mnie nie ma albo właśnie coś trzeba załatwić poza no to jednak dobrze aby to był ktoś elastyczny. A tej Bretonki to się trzymaj. Może znów nas obdarzy jakimś datkiem albo kogoś podeśle. Ci szlachcice to oni tam się wszyscy znają, ktoś komuś powie dobre słówko o nas to sam widzisz jak z tym nauczycielem. Ale jak powie coś źle to tak samo. - na koniec przeor uśmiechnął się ciepło do jednookiego mnicha i pochwalił go za roztropność jaką wczoraj okazał w sprawie Anniki i jej bretońskiej pani, że ta dzisiaj go tak się nie mogła nachwalić u jego zwierzchnika. Wyczuł widać okazję, że to może być jakaś furtka przez jaką może udałoby się pozyskać kolejne datki i sponsorów.

              - W sumie otrzymałem zaproszenie na spotkanie z grupą możnych dziś u lady Pirory. Najwyraźniej spodobałem się podczas oprowadzenia po hospicjum. Postaram się wybadać potencjalnych sponsorów.

              - Doprawdy? No to cudownie! No to jedź i reprezentuj nas dumnie. Tylko z głową. Bez nachalności. Oni tego nie lubią. Nie bądź natrętny. To powinno pomóc. No i działaj, działaj Otto, może znów nam łaska możnych będzie łaskawa. - przeor tyleż zdziwił się co ucieszył taką wiadomością. Klepnął na zachętę młodego mnicha w ramię dając mu wyraz swojego poparcia dla takiej obiecującej inicjatywy. I widział w niej szansę na nowe datki dla ich hospicjum dla jakiej charytatywność i łaska możnych była głównym chociaż niezbyt przewidywalnym źródłem dochodu.

              - Oczywiście. Mam nadzieję, że nie zaprosiły mnie po prostu, aby pokazać innym szlachcicom jak wygląda członek plebsu. - mnich pokręcił głową - Oczywiście opowiem, jak istotna jest nasza instytucja i jak każdy, któregoś dnia, może jej potrzebować.

              Festag; popołudnie; kamienica Pirory; spotkanie u Pirory

              Otto przywitał wszystkie kobiety ciepłym uściskiem, oprócz oczywiście Sorii. Skłonił się przed córką Soren, głównie ponieważ nie był pewny, czy byłby w stanie się powstrzymać, jeżeli poczuł by jej zapach. Wysłuchał planów Pirory i Fabienne, delikatnie się zaśmiał.

              - Plan przedni, chociaż wątpię aby się udał. Przynajmniej w tej formie. Większość kobiet nie chce zdradzać swoich mężów, albo przynajmniej nie wie, że chce. - mnich zastanowił się zatrzymując na dłuższą chwilę wzrok na Fabi - Ale jak to się mówi, okazja czyni złodzieja. - jednooki kultysta się uśmiechnął - To byłaby nie lada inwestycja dla was moje drogie, ale może się opłacić, a na pewno przyciągnie nam odpowiednie osoby. Co powiecie na otworzenie budynku z usługami dla kobiet? Łaźnie z ciepłą, perfumowaną wodą z płatkami kwiatów. Służki czeszące im włosy miękkimi szczotkami, farbujące im paznokcie, nakładające im odważny, lub po prostu podkreślający makijaż. Młodzi mężczyźni o zgrabnych ciałach i miękkich dłoniach masujący ich obolałe mięśnie. - Otto zerknął na kobiety - Nie każda weźmie przynętę od razu. Jedna wróci do domu i będzie kochać się z mężem, myśląc o młodym jędrnym ciele masażysty, albo zacznie się pieścić z tym obrazem w umyśle. Inna, odważniejsza może poprosi o bardziej, dogłębny masaż?

              - Otto, to jest genialne! - zawołała zachwycona Pirora. Chociaż raczej zawołała pierwsza. Bo zaraz za nią zrobiła się wesoła i podekscytowana wrzawa slaaneshytek uwiedzionych taką wspaniałą wizją. Mówiły gwałtownie jedna przez drugą aż trudno było się na którejś skoncentrować.

              - Oj to ja bym miała poważny dylemat. Czy raczej wolałabym świadczyć takie usługi czy korzystać z takich usług. - Fabienne udała zafrasowaną tym poważnym dylematem. Reszta koleżanek zaśmiała się z tego i rzuciła parę wesołych i nieco złośliwych komentarzy.

              - My byśmy mogły pracować w takim przybytku! I usługiwać pięknym i bogatym paniom! - zawołały obie łotrzyce a i Onyx pokiwała twierdząco głową.

              - Może nawet dla Lilly znalazłoby się jakieś zajęcie? Przynajmniej jakby jakaś pani życzyła sobie coś odważniejszego i bardziej egzotycznego? - zaproponowała Burgund wskazując na odmieńca o liliowych włosach która póki była ubrana jak choćby teraz, w długą suknię do samej ziemi to nawet mogła uchodzić za całkiem zgrabną, młodą dziewczynę o przyjemnym dla oka wyglądzie. Mutantka zaśmiała się rozweselona taką piękną wizją.

              - O! Wreszcie bym miała dużo księżniczek dla siebie! - zawołała ochoczo. Pewnie już wiedziała, że nie wszystkie ładnie ubrane młode kobiety to księżniczki ale sama lubiła sobie żartować ze swojej własnej, nieco naiwnej niewiedzy jaką prezentowała pół roku temu gdy świeżo przyjechała do miasta.

              - I tych przystojnych masażystów jeszcze trzeba by poszukać. - powiedziała bretońska szlachcianka zapytując łotrzyc czy jakichś nie znają.

              - Oj no nie wiem. O jakimś klubie tylko dla kobiet to już w zimie rozmawiałyśmy no ale zabrałyśmy się za ten teatr no i to tak trochę upadło. Tak w opozycji do “Niżnika” co tam jest wstęp tylko dla mężczyzn. I ponoć pracują tam bardzo ładne kelnerki. To miałyśmy pomysł aby nasze kelnerki były jeszcze ładniejsze od nich. Ale to jednak trzeba by zachować pozory. Zwłaszcza w sprawie pracujących tam mężczyzn. - Pirora nieco ochłonęła z pierwszego zachwytu i zaczęła rozmyślać nad bardziej przyziemnymi aspektami takiego pomysłu.

              - W ogóle nie znasz się na bajerze Pirora. - zaśmiała się cicho Łasica nadal szczerze rozbawiona. - A niech tam pracują same kobiety. Oficjalnie. A nieificjalnie to kto będzie tam wiedział co się dzieje za zamkniętymi drzwiami? Przecież jak jakaś mężatka skorzysta z usług nie tylko tych oficjalnych to raczej nie będzie o tym pytlować na całym mieście a już na pewno nie w domu. Zobacz na naszą kochaną ladacznicę. - łotrzyca jak zwykle okazała chytrość lisa dostrzegając inne sprawy no i podając za przykład bladolicą, czarnowłosą Bretonkę. Ta pokiwała głową bo w końcu jako jedyna mężatka w ich gronie sporo ją kosztowało aby utrzymać pozory, że zachowuje się jak na wierną i bogobojną żonę przystało.

              - Ale z tymi żonkami Otto to my wiemy, że większość to jednak “będzie na nie”. Ale i tak jak tak właśnie rozmawiałyśmy to chyba mamy parę obiecujących kandydatek. Bo niestety liczba dorodnych, wolnych panienek, albo wdów, albo takich kobiet u jakich się toleruje z przyczyn różnych, że nie mają męża albo narzeczonego to jest dość ograniczona. - Fabienne zwróciła się do mnicha do tego pomysłu o jakim mu mówiły gdy tylko przyszedł do salonu. Sama tak samo jak jej koleżanki dała się uściskać na przywitanie więc miał swój wianuszek kobiecych uścisków jakich pewnie niejeden kolega by mu pozazdrościł. Zaś ich wężowa milady dumnie i elegancko skinęła mu głową przyjmując te wyrazu szacunku i hołdu dla swojej nietuzinkowej osoby.

              Otto ucieszył entuzjazm slaaneshytek. "Korupcja", jak określiliby to sługi bogów południa, może przybrać różne formy. Wysłuchał wyjaśnień Fabienne i Pirory, najwyraźniej nie zrozumiał na początku natury klubu, jaki miały na myśli.

              - Ah, taki klub. Na pewno będzie opozycja lokalnych mężczyzn, ale sądzę, że jeżeli Pirora i Soria będą "głowami" tego klubu, to nie będą mieli przebicia. - mnich się zastanowił - A cóż byście robiły z tymi "niewiernymi"? Wymieniały się skandalicznymi opowiastkami? Polecały sobie kochanków? Będziecie miały sypialnie, aby mogły sobie skorzystać? Z dziurkami w ścianach oczywiście, trzeba się upewnić, że robią to dobrze.

              Heinrich dotarł na spotkanie już po Otto, ale w przeciwieństwie do niego zadowolił się przysłuchiwaniem tej rozmowy, której temat tak poruszył Slaaneshytki. Na razie ograniczył się do uprzejmych przywitań zgromadzonych, samą Sorię i panią domu traktując najbardziej szlacheckim zachowaniem przynależnym tej okoliczności. Nie wtrącał się w rozmowę, ale jednocześnie wyraźnie zastanawiał się nad nią, popijając powoli alkohol z trzymanego kieliszka.

              - A chociażby! No i oczywiście intensywnie byśmy ich używały. Ale nie obawiaj się Otto, przecież wiesz, że nie jesteśmy samolubne i zachłanne to i byśmy się podzieliły z wami tymi słodkościami. - zawołała wesoło Bretonka nie tracąc dobrego humoru z takiego ekscytującego pomysłu.

              - No nie każda co ma ochotę na skok w bok musi zaraz mieć ochotę na inne kobiety. Niestety. - westchnęła Łasica ale też miała rozmarzony wyraz twarzy na myśl o takim wyjątkowym miejscu.

              - A poza tym każda z takich pań to zapewne wniosłaby ze sobą posag wpływów, sakiewek i możliwości. Sam zapewne wiesz co mogłyśmy zdziałać w hospicjum z Fabi tylko dlatego, że się tam pofatygowałyśmy, sypnęłyśmy groszem i byłyśmy miłe. A gdyby tak miałybyśmy jeszcze ze dwie, trzy takie koleżanki? - zauważyła wesoło szlachcianka z Averlandu unosząc wymownie brwi. Co prawda dopiero co narzekała, że kiepsku u niej z funduszami między innymi dlatego wyręczenie się Tobiasem w kwestii opieki nad Georgem było jej tak na rękę. Ale im większa pula im podobnych koleżanek tym większa możliwości i znajomości jakimi mogły oddziaływać na otoczenie.

              - Zapewne nie wszystkie by miały ochotę na romanse z innymi kobietami. Albo nie wszystkie nadawały się do rekrutacji do naszej rodziny. Ale i tak miałoby to sporo plusów. - Łasica też dołączyła się do luźnych rozważań nad taką opcją.

              - Tylko niestety zorganizowanie takiego miejsca to samo miejsce by trzeba znaleźć, potem papiery załatwić, wykupić to, zorganizować wystrój i personel… Sporo pracy, czasu i pieniędzy. Zapewne by trwało tyle co teraz z teatrem. Może nawet dłużej bo do teatru to się nasi mężczyźni dokładają i to sporo bo głównie oni są przy sakiewkach. A czy by wsparli projekt takiego miejsca tylko dla kobiet to nie wiem. - Pirora też nieco ochłonęła z tego pierwszego wybuchu entuzjazmu i zaczęła dostrzegać więcej z drugiego dna.

              - U nas to się do wód jeździło. Na leczenie, na reumatyzm, na różne rzeczy. Ale to jednak jakieś ozdrowieńcze źródełko by się przydało. Albo inne takie miejsce co by było malownicze, spokojne i o ozdrowieńczych właściwościach. Znaczy u nas tak to zwykle było. To i wtedy nie tylko kobiety by mogły jeździć do takiego miejsca. Chociaż taki klub tylko dla kobiet to też mi się podoba. - Fabienne podzieliła się uwagą przez perspektywę swoich bretońskich doświadczeń. Takie uzdrowiska były też popularne i w Imperium, zwłaszcza w towarzystwie i tych co nie musieli osobiście zmagać się ze znojem dnia codziennego i mogli sobie pozwolić na tydzień, dwa czy nawet dłuższy pobyt w takiej spokojnej okolicy.

              - Powiedziałbym, że najlepiej nad morzem, ale też tego tutejsi widzą codziennie dużo. Może gdzieś w lesie? - Otto się zastanowił - Może wasi konkubenci z najbliższej pełni wiedzą coś o jakimś ładnym źródełku?

              - Nie przesadzaj z tymi konkubentami. To, że sobie od czasu, do czasu z nimi pofolgujemy to nie znaczy, że nas łączy jakiś związek. - uśmiechnęła się Pirora chyba nieco rozbawiona takim wyrażeniem. Potem jednak zastanowiła się chwilę. W końcu wzruszyła ramionami. - Nie wiem. Można ich zapytać. - przyznała, się do swojej niewiedzy w tym temacie.

              - Właściwie to jest sanatorium u mnichów pod Kurtwallen. Tam jeżdżą ci bogacze z Saltzenmundu. Ale i nasi też. No ale od nas to z parę dni drogi w górę Salt. - odezwała się Łasica co w tym gronie była w mniejszości urodzonej i wychowanej w tym mieście.

              - I naprzeciwko od Stavern kiedyś coś było. Ale chyba się spaliło, czy tam zwierzoludzie kiedyś to najejachli. Chyba teraz to tylko ruiny by były. - dorzuciła Burgund gdy przypomniała sobie coś jeszcze ale sądząc po głosie i minie nie była zbyt pewna tych informacji. Stavern było nieco większą wioską i uznawano, że jest w połowie drogi między stolicą prowincji Salzenmundem a nadmorskim Neus Emskrank.

              - Na wzgórzach za Zweedorf ponoć bije jakieś cudowne jeziorko w jakiejś skale albo jaskini. Ale tu tylko takie plotki słyszałam. Nawet w Zweedorf to tylko byłam raz czy dwa. Ale w tych Nawiedzonych Wzgórzach to ponoć pełno takich nawiedzonych historii. - niespodziewanie odezwała się nieco zapomniana w dyskusji Annika. Zweedorf z kolei leżało na szlaku między Stavern a nadmorskim Dietershaven w którym były główne stocznie Nordlandu i budowano tam większość jednostek morskich. Ale wygodnego połączenia z Neus Emskrank nie miało. Trzeba by jechać na zachód do Dietershaven omijając od południa skraj Diabelskich Bagien a potem odbić na ten szlak ku południu do Zweedorf albo na odwrót, od razu udać się na południe do Stavern i potem na północny - zachód do Zweedorf. Ostatecznie próbować na przełaj przedrzeć się przez leśne ostępy i zagubione wśród nich wątpliwej jakości leśne dukty.

              - To sama nie wiem. Jak byśmy miały takie swoje sanatorium z leczącymi wodami to byśmy tam mogły się i i naszych gości gościć wedle uznania z dala od wścibskich spojrzeń. Ale to by czas i pieniądze zajęło aby to odnowić czy wybudować. A jak coś na miejscu to bliżej. Ale też plotkom i wścibskich spojrzeniom i językom byłoby bliżej. - Pirora podsumowała w zadumie te opcje jakie wydawały jej się ciekawe i chyba nie tylko jej. Ale żadna nie wyglądała do zrealizowania w najbliższym czasie. A i trzeba by poświęcić na to sporo zasobów i uwagi.

              Otto chwilę się zastanowił.

              - Porozmawiam z Przeorem. To człowiek medycyny, może coś słyszał. Do tego opowiem mu, jak to wasza wizyta w hospicjum zainspirowała was do takiej inwestycji, z drobną insynuacją dalszej współpracy. Może któraś z naszych pacjentek, lub pacjentów by znalazła tam zatrudnienie. - mnich się spojrzał na Pirorę - "Wyzwolenie Adelajdy"? Co powiesz na taką nazwę waszego przybytku?

              - Witam szanowne Panie - Joachim, który przyszedł nieco spóźniony, uśmiechnął się szczerze do zgromadzenie, z większości składającego się z ładnych kobiet, z których wiele widział przy poprzednich okazjach nie do końca ubrane i w całkiem interesujących okolicznościach… no ale nie powinien się teraz rozpraszać. Kiedy doszło do pauzy w rozmowie, młody czarodziej postanowił zejść na trochę poważniejsze tematy.

              - A propo dyskusji którą mieliśmy o wyprawie na bagna… Baron Wirsberg planuje się tam wybrać by zapolować na kryjącego się tam potwora, który pojawił się w jego i moich snach. Zastanawiam się nad dołączeniem do tej wyprawy. Froya van Hansen, którą dobre znacie, też by chciała w niej uczestniczyć…

              - Tego tylko brakowało. Jakiś szlachciur pętający się po bagnach za tym samym co my. - skrzywiła się Łasica nie przyjmując pozytywnie tej wiadomości.

              - Ja i tak nie zamierzam taplać się w tych błotach. - Pirora zaznaczyła, że już wcześniej nie zdradzała chęci wyprawy na te brudne, mokre bagniska i nadal to podtrzymuje.

              - Na razie to i tak musimy się skupić na zrobieniu świątyni. A później to się zobaczy. Bo coś zdaje się jeszcze o robieniu Akademii była mowa a się raczej nie rozdwoimy. - Burgund dorzuciła od siebie uwagę bo sama razem z niebieskowłosą partnerką parła ku jak najszybszemu zrobieniu skoku na świątynię i nie chciała się rozpraszać na inne sprawy póki tego nie załatwią.

              - No właśnie. To ktoś z was będzie brał udział w tej nocnej eskapadzie? Bo już parę osób się zgłosiło ale miejsca jeszcze są. - to jakby przypomniało Łasicy, że wczoraj nie wszyscy dali klarowną odpowiedź jak się zapatrują na udział w nocnym napadzie. A ten wedle planu jeśli nic się nie zmieni to powinien być realizowany już jutrzejszej nocy.

              - Niech gwiazdy im odradzą takie pomysły. - odezwał się w końcu Heinrich - Byliby świetnymi myszami eksperymentalnymi, ale nie teraz... Nie przed świątynią. Pójdę z tobą zobaczyć czy ich coś zeżre, tylko nie teraz, hmm? - były Łowca Czarownic zwrócił się do Joachima i zaraz przeniósł uwagę na Łasicę - Udam się z wami do świątyni. Widzę wciąż zaskakująco dobrze, a mroki nocy mi nie przeszkadzają. Wystarczy mi blady poblask, jak gwiazd, aby widzieć jakby za dnia. Pomaga na różne takie włamywaczki... - dodał do dwóch dziewczyn, z którymi rozmawiał w karczmie.

              - Naprawdę? Oh to byłoby cudownie! - Heinrich w zamian za obietnicę pomocy przy nocnej akcji został obdarowany dwoma kompletami wdzięcznych spojrzeń i uśmiechów od dwóch skruszonych grzesznic. Chociaż już bez charakteryzacji i białych czepków wyglądały na znacznie mniej skruszone a diabliki w ich oczach raczej dawały punkt ciężkości na grzesznice.

              - I koniecznie trzeba będzie sprawdzić te twoje rączki i oczka którejś nocy. I te ostre traktowanie. Tylko na razie to sam widzisz, aż nie wiadomo za co się brać tyle roboty i ciągle dochodzą kolejne. - Łasica dodała w imieniu ich obu słodko - grzeszną obietnicę i chyba miały ochotę sprawdzić się ze starym łowcą czarownic tylko jakoś grafik ostatnio miały mocno zajęty a najbliższe dni i noce nie zapowiadały się jakoś luźniej. Pozostałe koleżanki z towarzystwa obserwowały zaciekawione tą wymianę zdań ocierającą się o jawny flirt.

              Heinrich uśmiechnął się lekko.

              - To wasz wybór, kiedy zechcecie spotkania. - wzruszył ramionami - A teraz to faktycznie bardzo zajęty czas. Może polubicie takie oczekiwanie? - skończył chyba lekko zaczepnie.
              - A i mnie przyda się rozruszać na akcji. - dodał.

              - Mój kalendarz zaczyna się zapełniać. - odparł Otto - Muszę zająć się Anniką i przygotować ją na wyprawę do ołtarza. Do tego jak ustaliliśmy, lepiej, abym się trzymał dalej od tej sprawy. - mnich spojrzał na Joachima - Nie wiesz z jaką obstawą idzie ten szlachcic? Może lepiej byłoby mu pomóc znaleźć się przed jego bóstwami, niż potworem. - jednooki westchnął - Im bliżej jesteśmy tym więcej komplikacji się pojawia.

              - No właśnie, jak to sobie wyobrażasz? - zapytała Fabienne wskazując na siedzącą obok Annikę skoro już mnich poruszył ten temat i mogli o tym porozmawiać bez krępujących świadków i półsłówek. Była pacjentka hospicjum też spojrzała na nich bystro ciekawa tego o czym mowa.

              - Rozumiem, że ustaliłaś z przeorem, że jestem na twoje zawołanie. - zaczął mnich - Jeżeli mogłabyś o mnie zawołać jutrzejszego dnia.. tak po południu. Odebrałbym od ciebie Annikę i udał się z nią do Silnego. - Otto zerknął na swoją byłą pacjentkę - Silny, tak jak ty, chce odnaleźć ołtarz i jak nazwa wskazuje potrafi się bić. Z nim udamy się do zaprzyjaźnionego kowala, który wszystko dla nas załatwi z tego co rozumiem. Potem zbierzemy się z resztą rodziny, która chce odnaleźć święte miejsce Norry i wyruszymy na poszukiwania. Zmierzałaś na południe więc tam zaczniemy.

              - No nie wiem co tam zamierzacie przygotowywać ale skok na świątynie robimy w nocy. Całe miasto będzie spać. A przynajmniej powinno. - wtrąciła się Łasica zerkając po kolei na ich trójkę nie będąc pewna o czym właściwie mówią z tymi przygotowaniami nowej służki bretońskiej szlachcianki.

              - A tobie Heinrichu to możemy ci pomóc się rozruszać dzisiaj. Albo podczas pełni jeśli byś z nami pojechał. Bo potem to znów nie wiadomo co, gdzie i kiedy. Sam widzisz, że rodzinka to zawsze znajdzie takim sprytnym dziewczynom jak my jakieś zajęcie. - odparła wesoło patrząc koso na starszego od niej mężczyznę i wspominając, że jakoś tak się dziwnie sprawy zboru układają, że obie łotrzyce całkiem często były w samym centrum planów i wydarzeń.

              - No i właśnie dlatego aby was nieco odciążyć myślałyśmy aby zwerbować nowe koleżanki. Może nie od razu tak z zaproszeniem do przyjęcia do rodziny bo to jednak wymaga trochę sprawdzania. Ale już z tym klubem, salonem piękności czy jakimiś romansami i intrygami można by coś spróbować. Jak tak teraz o tym rozmawiałyśmy z Fabi to aż się trochę zdziwiłyśmy, że jest aż tyle obiecujących znajomości. - Averlandka wrzuciła swoje parę uwag aby przypomnieć, że to o czym rozmawiały gdy komplet gości zaczął się schodzić to nie tylko takie próżne plotkowanie ale mają całkiem obiecująco wyglądająco znajomości.

              - Tak daleko na północ, nic tylko morze i marynarze raz na jakiś czas. Kobiety mają potrzeby, których kapłani i kupcy nie spełnią. - odparł Otto.

              - Oj, żebyś wiedział, że mają. Albo są w innym aspekcie interesujące i obiecujące. - zaśmiała się młodziutka szlachcianka z dalekiego południa Imperium. Zresztą jej bladolica i czarnowłosa koleżanka podobnie radośnie potwierdziła to kiwając głową.

              Na przykład Fedora von Brocke. Mniej więcej rówieśniczka Fabienne a mimo to nie była zamężna a nawet nie była z nikim zaręczona. Chociaż sama w sobie była całkiem obiecująca, nawet czarująca i chętnie ją zapraszano na różne bale, przyjęcia, wystawy czy koncerty. Niestety należała do rodu von Brocke. Jej dziadek był jednym z głównych filarów przedsięwzięcia jakie zaowocowało budową tego nowoczesnego miasta. I jednym z największych bankrutów tej inwestycji. Rodzina do dziś nie podnioła się z tego krachu. Stryj Fedory też był desperat i sądził i wadził się z kim tylko popadło więc nie zostawił po sobie dobrego wrażenia. A jego brat czyli jej ojciec, niejako poczuwał się do rodzinnej lojalności więc występował po jego stronie. Od tamtych wydarzeń Fedora zdążyła dorosnąć ale wciąż w dzisiejszych kręgach śmietanki towarzyskiej nazwisko von Brocke nie kojarzyło się zbyt dobrze. Raczej nie miała co liczyć, że jakiś zacny kawaler z dobrym nazwiskiem włoży jej zaręczynowy pierścionek na palec. Do tego ci mniej zacni może by dali się skusić na jakiś majątek czy pozycję ale, że Fedora nie była pierwsza w kolejce to wątpliwej jakości rodzimej fortuny to i nikt nie spodziewał się po niej zbyt wielkiego posagu. Jakby tego było mało często osobiście zajmowała się rachunkami ich rodzimej winiarni co w oczach szlachetnie urodzonych uchodziło za ujmę bo od tego się zatrudniało ekonoma lub kogoś takiego a szlachta miała pieniądze i o nich nie musiała mówić. Więc Fedora miała metkę kupczyka co też obniżało jej towarzyską wartość w oczach szlachty. Ale była ładna, zgrabna, dobrze wychowana, świetną partnerką do tańca i rozmowy więc chętnie ją zapraszano na bale i przyjęcia albo była jako przyzwoitka dla tych lepiej urodzonych panienek. Ale wciąż jej się marzył jakiś młodzieniec albo nawet już nie młodzieniec z dobrym nazwiskiem co by jej zapewnił byt na należytym poziomie. Z tego powodu tak liczyła na tegoroczny turniej i była tak rozczarowana jego odwołaniem i żałobą jaka ukróciła te najwygodniejsze preteksty do towarzyskich spotkań w większym gronie i okazją do poznania tych znamienitych gości co się na ten turniej zjechali do miasta.

              Albo Katrin von Feiebard. Fabienne świetnie ją rozumiała bo też była żoną marynarza. Katrin była w o tyle gorszej sytuacji, że jej mąż pływał w naprawdę dalekie rejsu. Jak popłynął nieco po ślubie to go dwa lata nie było. Posiedział po powrocie pół roku i znów wypłynął. Teraz też już go chyba drugi rok nie było więc jego młoda żona czuła się jak młoda wdowa. A jak to trochę pożartowały sobie z Fabienne to okazało się, że Katrin nie jest ślepa na przystojnych młodzieńców i kawalerów jakich spotykała na balach czy w teatrze. Zresztą i wielu z nich także nie przegapiało młodej pani von Feiebard. Przyjemnie się z nią rozmawiało, miała polot w rozmowie i podobnie jak jej bretońska odpowiedniczka przeszła przez mury Akademii Morskiej. Tylko, że tutaj na miejscu a Fabienne w swoim rodzinnym Brionne. Nawet żartowała, że sama się zaciągnie na statek i popłynie szukać tego swojego morskiego nicponia. Ale na razie tkwiła tutaj czekając na niego i dość łakomie spoglądając na kawalerów i nie tylko, nigdy im nie odmawiając gdy prosili ją do tańca.

              A Birgit von Hueber to wręcz rozczuliła Fabienne gdy zarumieniona na jednym z ostatnich przyjęć przed żałobą dyskretnie próbowała wypytać ją jak to jest z tą bretońską miłością w alkowie. Fabienne oczywiście bardzo to rozbawiło ale okazało wyrozumienie. Starała się ją zachęcić do takich eksperymentów i wyrażała się w samych superlatywach a nawet zaprosiła ją do siebie obiecując jej to wyjaśnić w bardziej dyskretnych okolicznościach. Birgit była zaręczona więc Bretonka zastanawiała się czy to jakoś wypłynęło od niej samej czy od jej narzeczonego. Ale od tamtej pory nie spotkały się, przynajmniej nie na tyle aby wrócić do tamtej rozmowy.

              A z Cornelii zu Leiningen to w ogóle było niezłe ladaco. Mężatka z dwójką małych szkrabów. Chociaż raz nie udało jej się donosić ciąży a drugi raz maleństwo zmarło w kilka miesięcy po porodzie. Co jednak nie było niczym niezwykłym, nawet wśród szlachty. Ale jak to jakiś czas temu Cornelia jak już była nieco wstawiona rozgadała się z Pirorą gdzieś w alkowie to zdradziła jej, że ma całkiem sporo dobrych znajomych i jeśli jej wierzyć to miała niezłe używanie a to ze służbą a to z kimś kto jej wpadł w oko a mogła liczyć, że go stłamsi czy owinie wokół palca aby zachować dyskrecję. Ale czy to prawda czy tylko chciała zrobić wrażenie na młodej koleżance z południa która przecież nie rozpowiadała co ma w piwnicy i co tam się wyrabia no to właśnie nie było pewne. Potem jakoś nie wracały do tamtej rozmowy, Pirora nie była pewna czy Cornelia ją w ogóle pamięta czy tylko udaje, że nie albo nie uważa za warte ponownej rozmowy.

              - I jest jeszcze parę innych jakie nam wpadły w oko z przyczyn różnych i wydają nam się całkiem obiecujące. Ale nie chcemy was zanudzać takimi pikantnymi szczegółami. - odparła wesoło Pirora gdy tak na zmianę z Fabienne skończyły omawiać te parę koleżanek jakie wydały im się obiecujące do rozszerzenia znajomości.

              - Aha a jak sobie Otto życzysz to wezwanie na jutro to dobrze, wyślę bilecik po ciebie. Mam nadzieję, że przeor to uszanuje. - dorzuciła Bretonka wracając do tego co wcześniej mówił młody mnich o planach związanych z zamówieniem dla Anniki.

              - Co do wyprawy na bagna planowanej przez Barona Wirsberga, to może jednak nie jest zły pomysł żebym ja i ktoś jeszcze z naszej grupy np. Heinrich do niej dołączył? Moglibyśmy albo zdobyć uznanie u miejscowej elity albo jeśli byłaby taka konieczność, kogoś się tam pozbyć? - zadumał się Joachim. Przy czym spróbuje opóźnić tę wyprawę by odbyła się po akcji w Świątyni.
              - Przy okazji przypomniało mi się, że mieliśmy zdobyć trochę krwi Freyi w związku z proroczym snem który miał Aaron…

              - Natomiast co do wspomnianej Świątyni…. - mam sporo na głowie, natomiast możliwe że mógłbym coś pomóc moją sztuką jeśli ciągle uważasz Łasico że macie za mało ludzi. Moje zaklęcie formy astralnej, o którym rozmawialiśmy, nadawałoby się do stania na warcie. Po drugie dzisiaj w nocy mam zamiar sprawdzić zaklęcie przywołania chowańca, które przekazała mi Merga. On by się też mógł nadać np. do ostrzegania albo przekazania informacji. - Czarodziej przedstawił możliwości które widział a jego oczy zaświeciły się na myśł o możliwości wykorzystania nowych zaklęć.

              - Ale chyba mieliśmy robić tą świątynię bez żadnej magii. Aby wyglądało na zwykły rabunek jakiejś szajki z Saltezenmunda. - przypomniała mu Łasica na znak, że niezbyt jej się podoba pomysł z używaniem jakiś demonicznych chowańców. Zaś astromanta zdawał sobie sprawę, że skoro chodziło o praktykowanie nowego zaklęcia spisanego w języku w jakim dopiero się szkolił to może mu zająć nieco czasu jego płynne opanowanie.

              - A ta niewidzialność co mówiłeś wcześniej to może się przydać. Sigismundus albo Strupas będą przy wozie. Silny i my w środku. Heinrich jeszcze nie wiem. Zobaczymy. Thobias też chyba na oku bo bić się chyba nie umie. Może potem do noszenia z piwnic na wóz. To ty też byś mógł być na oku na przykład z drugiej strony ulicy. To chociaż te dwie od strony głównej bramy byśmy mieli obstawione. - włamywaczka całkiem chętnie za to przyjęła ofertę pomocy w nocnym napadzie na świątynie. I tutaj jej twarz się rozpogodziła obdarzając astromantę ciepłym uśmiechem.

              - A ten baron to wątpię aby się ruszył za miasto dzisiaj. Dzisiaj jest dzień święty. Najprędzej jutro. Ale nie zdziwię się jak przygotowania zajmą mu parę dni. Pewnie by musiał mieć dyspensę od kapłanów aby nie było, że robi to dla własnej próżności. Do tego czasu powinno być już po akcji w świątyni i Merga powinna odpłynąć do Norski. - liderka slaaneshytek oraz bywalczyni tawern i podejrzanych zaułków tego miasta wyraziła wątpliwość aby baron wyrobił się ze swoja bagienną wycieczką zanim oni zrobią swój nocny skok na świątynię. Zwłaszcza, że dzisiaj nie wypadało odmawiać święcenia dnia świątynnego a jak jutro by nie wyruszył to raczej powinno być po.

              - Ale czy to tak dobrze to nie wiem. Jak ubije jakiegoś potwora na bagnach to ubije. Jak potwór jego to też niewiele nam zmienia. Ale jak się natknie na taki ołtarz jak my znaleźliśmy od Soren albo chłopaki ten od Oster? Albo coś tak innego z dziedzictwa Sióstr? To nie wiadomo co zrobi. Może zniszszczy? Utopi w bagnie? Przecież właśnie dlatego jak wyprawialiśmy się do Wrakowiska albo potem do tego uroczego zakątka to nie braliśmy nikogo spoza zboru. - co do losu barona Wirsberga to łotrzycy za bardzo nie obchodził. Ale traktowała go jako potencjalne zagrożenie dla odnalezienia części dziedzictwa Sióstr jakie mogło trafić w niepowołane ręce.

              - A Froyi to jakoś ostatnio nie udało nam się spotkać. Przynajmniej nie tak w rozrywkowych celach aby móc próbować ją dźgnąć czy co aby zdobyć jej krew. - dodała jeszcze na koniec Pirora wyjaśniając, że mają to na uwadze ale okoliczności żałoby niezbyt sprzyjają prywatnym spotkaniom.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Online
                SantorineS Online
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #109

                Oryginalny autor: Zell

                Zbór przebiegł zaskakująco po myśli. Heinrich nie oczekiwał, że w drodze powrotnej przyłączy się do niego Thobias, ale dość szybko w rozmowie zrozumiał co gryzie drugiego wyznawcę Tzeentcha. Nie była to obawa pozbawiona sensu, jednak także pozbawiona wyjścia. To, co były Łowca Czarownic widział, to pogardę, jaką guwernant czuł do Slaaneshytek - złodziejek szczególnie. Prawda była taka, że ich umiejętności nie można było lekceważyć, a wykorzystywać we własnych celach. Większość osób, z którymi Łowca Czarownic się spotykał i wykorzystywał ich usługi nie przypadłoby do gustu Thobiasowi i jego odsuwanie się widział jako słabość. Chcesz dopiąć celu, czasem trzeba zagryźć zęby.

                Nie odrzucał słów mężczyzny. Wziął pod uwagę jego irytację i obawy, jednocześnie z zadowoleniem przyjmując jego "poświęcenie" w kwestii Georga. Sam Heinrich miał już zaczątki planu... trzeba było trochę dobrej woli okazać by okręcić się wokół kultystek Węża.


                Festag; przedpołudnie; dziedziniec świątyni; Rozmowa z Pirorą

                Heinrich z zaciekawieniem obserwował dziewczynę, a owo zaciekawienie wzrosło, gdy usłyszał kto jest jej ojcem.

                - Chętnie ją poznam. - stwierdził, chyba bardziej głodny na cokolwiek, co może otrzymać ze znajomości niż na fizyczne uciechy, nawet jeżeli to się łączyło - Co możesz mi jeszcze o niej jako o osobie powiedzieć? - zapytał Pirory.

                - Hmm… - szlachcianka z dalekiego południa Imperium była tak młoda, że dopiero stała u progu swojej dorosłości. Panienki w jej wieku to najczęściej jeszcze były pod opieką swoich rodziców i zwłaszcza wśród błękitnokrwistych były już zaręczone. Pod tym względem panna van Dyke była raczej wyjątkiem. Bo choćby jej rówieśniczka jak było widać jest tutaj z rodzicami. A o niej właśnie zastanawiała się Pirora jakby ją tu na szybko podsumować.

                - Porządnie wychowana i wykształcona młoda dama. Na pewno nie wstyd się z nią pokazać w towarzystwie. Jeszcze nie jest zaręczona to na przyjęciach i balach sporo kawalerów prosi ją do tańca i w ogóle smali cholewki. Ona i jej rodzice są z Nuln więc bliżej im do mojego Averlandu niż tutaj to mamy ze sobą nieco wspólnych tematów. Ma po swoim ojcu zacięcie do broni palnej i umie liczyć te różne dziwne rachunki z prochu i balistyki. Chociaż ona sama to raczej się tym nie interesuje ale pewnie wiesz jak to jest jak rodzice chcą aby pójść w ich ślady albo, że coś tam się ci w życiu przyda wiedzieć czy umieć. Przebieranki lubi. W sensie często jak się ze mną umawia to aby nie wydało się kim jest to się przebiera za jakąś zwykłą dziewkę. I chyba jak na razie nikt się nie poznał, że to szlachcianka na gościnnym występie. I właściwie to zaczęła swoje przygody od spotkań z Oksaną a pewnie słyszałeś jakie ona ma preferencje. No ale jednak to raczej nie jest Fabi, że to jej główny nurt zainteresowań. Chociaż oczywiście tego to raczej się nie chwal, że ci mówiłam, zwłaszcza przy jej rodzicach. No to chodź bo zaraz się pewnie z kimś zagadają to będzie trzeba rozmawiać w większym gronie. - Pirora mówiła szybko i cicho starając się scharakteryzować w paru słowach swoją koleżankę jaką poznawała od zeszłej zimy. Ale teraz jak był ten moment tradycyjnych wymiany uprzejmości i plotek po mszy to trudno było kogoś złapać kto akurat z kimś nie rozmawiał.

                - Więc poznajmy dziewczynę. - Heinrich spokojnie zawyrokował - Nie wiem czy wspominanie mojego nazwiska to dobry pomysł, a nie kuszenie losu.

                - Będzie lepiej wyglądało jak cię przedstawię z nazwiskiem. Ale jak chcesz to mogę i bez. - Pirora spojrzała na niego pytająco póki jeszcze mieli okazję coś ustalić przed planowanym spotkaniem z von Schneiderami. Każdy szlachcic był dumny ze swojego nazwiska i rodu więc raczej tego nie ukrywał. W przypadku plebsu to rzadko mieli nazwiska chociaż często posługiwali się przydomkami jakie ich pomagały dodatkowo scharakterysować oprócz imienia. No i była jeszcze ta warstwa pośrednia. Ale w towarzystwie to zwykle posługiwano się nazwiskami. Rzucało się w oczy gdy trafił się ktoś kto go nie miał czy nie podawał.

                Chwilę Heinrich się zastanawiał, nim odpowiedział bardzo powoli.

                - Przedstaw z nazwiskiem.

                - Dobrze. To chodźmy. - Pirora nie przedłużała tych ustaleń i skinęła swoją blond ufryzowaną głową w stronę rodziny profesora artylerii. I zaczęli iść w ich stronę. Mało kto się spieszył w tych okolicznościach więc dość szybko do nich dotarli. Profesor okazał się być łysiejącym i korpulentnym wujaszkiem za to córka chyba pod względem urody raczej poszła w matkę bo Frau von Schneider okazała się dla odmiany szczupła i drobna w porównaniu do barczystego męża. Petra już dorównywała jej wzrostem, może nawet odrobinę przewyższała ale to mogły robić wrażenie jej ułożone wysoko jasne, blond włosy. Cała trójka przywitała się z Pirorą i w naturalny sposób posłali zaciekawione spojrzenia ku jej towarzyszowi. Więc Averlandka przedstawiła ich sobie.

                - Miło mi cię poznać Heinrichu. - powiedział na przywitanie Gunther von Schneider. Uścisk miał całkiem krzepki a i pomimo sporej tuszy zachował całkiem sprężyste ruchy. Zaś nad jowialnym uśmiechem dało się dostrzec inteligentne, bystre oczy. Jego żona, Johana, dała się ucałować w dłoń podobnie jak ich dorodna córka. Obie na razie jednak przybrały postawę zaciekawionego, uprzejmego wyczekiwania pozwalając zacząć rozmowę głowie rodziny.

                - Rzeczywiście chyba nie mieliśmy się okazji spotkać wcześniej. A coś nie wyglądasz mi na jednego z moich żaków. - powiedział Gunther jakby chciał zacząć rozmowę od czegoś żartobliwego na pozytywny początek rozmowy.

                - Niestety spóźniłem się na proces rekrutacji. - westchnął teatralnie i uśmiechnął się - Przybyłem do Neues Emskrank niedawno.

                - Doprawdy? A skąd jeśli możesz wybaczyć mi moje wścibstwo? - zapytał grzecznie profesor obdarzając rozmówcę łagodnym, uprzejmym uśmiechem. Pirora niejako była tu jako bufor i element łagodzący obyczaje sprzyjające przyjacielskiej atmosferze. Zaś żona i córka profesora na razie z zainteresowaniem przysłuchiwały się rozmowie nie wtrącając się.

                - Z okolic Middenheim, a do Neus Emskrank skierowałem się w poszukiwaniu miejsca by osiąść w spokoju na stare lata. - wyjaśnił - Wystarczy mi już emocji traktu.

                - Ah, z Miasta Białego Wilka. No tak, tu jest dosyć spokojnie. Dla mnie jest w sam raz. Z jednej strony miasto ale niezbyt duże no i trochę to jak na prowincji. W Nuln miałem już nieco dość zgiełku wielkiego miasta. Bo my stamtąd właśnie pochodzimy. Tam też byłem wykładowcą artylerii i balistyki ale tu mi zaproponowano lepsze warunki. Własną katedrę, porządne mieszkanie i parę innych drobiazgów. Szkoda było odmówić, myślałem, że parę lat się dorobię i wrócimy a tu już prawie dekada. Po nas nie czuć ale nasza Petra jak to przyjechaliśmy to jeszcze taki mały szkrab była a teraz proszę jaka pannica. Narzeczonego już trzeba jej szukać. Byle nie kogoś z moich żaków albo marynarzy bo to same nicponie. - głowa rodziny widocznie miał wprawę w prowadzeniu rozmowy bo nie czuł się skrępowany. Ze swadą wprowadził nowego znajomego w skróconą historię swojej rodziny i jej dumne pochodzenie. Jego blond córka nieco się skrzywiła jak zwykle gdy rodzice przedstawiali młodsze pokolenie nowym znajomym w sposób w jaki rzadko spotykał się z aprobatą młodych. Żarcik na koniec sprawił, że wszyscy się roześmiali.

                - A czym się zajmowałeś w tym Middenland Heinrichu? - zapytała Frau von Schneider włączając się do rozmowy.

                - Służba wojskowa, która zakończyła się nie mieczem przy boku a laską. - uśmiechnął się lekko. - Temu i tu jestem, by zwolnić już.

                - Był pan oficerem? - zapytała Petra pierwszy raz się odzywając. Ale stopień zaciekawienia w jej spojrzeniu nowym znajomym jakby wzrósł.

                - Kochanie, nie zamęczaj pana. - poprosiła matka lekko biorąc ją za ramię jakby chciała uspokoić wyrywność córki.

                - To już przeszłość, teraz Heinrich woli odpoczywać a tutaj, nad morzem, mamy malownicze i spokojne okolice aby ukoić skołatane nerwy i zapomnieć o przeszłości. Albo przyjść do naszego teatru lub galerii. - Pirora jaka nie odzywała się od przedstawienia sobie obu stron tym razem wtrąciła się aby przedstawić kolegę w pozytywnym świetle.

                - Naprawdę? To bywa pan w takich miejscach? Lubi pan sztukę? - zapytała żwawo córka von Schneiderów zdradzając nie słabnące zainteresowanie nowym znajomym koleżanki.

                - Oczywiście. - spojrzał delikatnie na dziewczynę - Możliwość, że przybędą aktorzy z Salzburga dodała radości nawet mojemu staremu życiu. - dodał swoim zachrypniętym głosem.

                - Ja też na nich czekam. Mam ochotę ich zobaczyć na żywo, Kamila mi opowiadała, że już ich widziała podczas wizyt w Salzburgu i są wspaniali. My niestety nie możemy tak często tam jeźdźcić ale skoro oni przyjadą do nas jak mamy teraz nasz własny teatr to na pewno pójdę na ich występy. I byłoby miło spotkać kogoś znajomego. Bo na razie to nie mam z kim iść. - blond szlachcianka zdawała się z każdą chwilą rozmowy bardziej śmiała i rezolutna. Uśmiechała się ciepło do Heinricha obdarzając go nie mniej ciepłym spojrzeniem.

                - Kochanie wiesz przecież, że teraz mamy żałobę po śmierci naszej księżnej i nie jest pora na jakies wybryki. - matka postanowiła upomnieć córkę chcąc ją zapewne sprowadzić na właściwe tory.

                - Oh przepraszam za nią, czasem jest taka narwana. I matka ma rację Petro, nie zamęczaj pana swoimi głupstwami. - ojciec dołączył do swojej szacownej małżonki w sprowadzeniu córki do odpowiedniego poziomu. I zapewne nie chcąc aby nowy znajomy odebrał ich maniery jako niewłaściwe.

                - Nic się nie stało. Ale zgodzą się państwo aby Petra mogła pojechać z nami na ten plener malarski? To przecież nic zdrożnego tylko tak edukacyjnie. Tutaj w mieście trudno złapać właściwą perspektywę do malowania natury. A już chyba wszystkie koleżanki z kółka Kamili mi potwierdziły zaproszenie. - Pirora znów się odezwała zmieniając nieco temat na mniej kłopotliwy dla rodziców ale też dając Heinrichowi znać, że są szanse, że za kilka dni ta druga młoda blondynka będzie w jej świcie podczas wypadu malarskiego za miasto.

                - No cóż, tak, chyba tak. Niech się dziecko rozwija i zdobywa nowe umiejętności. Zresztą rozmawiałem z Gertem i Kamila też go bardzo zamęcza tym plenerem. O ile pogoda wam dopisze to jedźcie. Bo jak będzie szaruga to nie ma chyba po co jechać w ten las. - profesor Akademii wyraził zgodę czy też raczej ją potwierdził i brzmiało jakby było to jakieś nawiązanie do wcześniejszych rozmów i ustaleń na ten temat. Petra z radości uściskała jego a potem matkę aby im podziękować za to zezwolenie.


                Festag; przedpołudnie; dziedziniec świątyni; Rozmowa z Thobiasem

                Rozradowany Nurglita był iście uroczym obrazkiem. Można było za niego podstawić zwykłego obywatela Imperium, któremu urodziły się wnuki i obrazek byłby ten sam. Heinrich nie bronił się przed radością Sigismundusa, a wręcz pogratulował mu, sam już myśląc czy mógłby jakoś wspomóc proces zgarniania kandydatek...
                I wtedy Thobias pojawił się na widoku.

                - Jesteś podekscytowany na młodego. - odezwał się Heinrich, gdy podszedł do guwernanta po jego zakończonej rozmowie z Przeorem - Zaplanowałeś mu już pokój? - zapytał, stając obok mężczyzny oparty o swoją laskę ozdobioną metalowymi wijącymi się kształtami.

                - Powiedzmy, że podekscytowany. - różnica wieku między obydwoma mężczyznami była mniejsza niż pomiędzy większością młodszych członków zboru. I nauczyciel chociaż wydawał się być młodszy od Heinricha czy Sigismundusa to jednak też był starszy niż Silny czy Łasica. Spojrzał gdzieś w ten hałaśliwy, ubrany w żałobne barwy tłum jaki rozmawiał ze sobą na dziedzińcu świątyni albo kupował odpusty od tutejszych straganiarzy. Chwilę się chyba zastanawiał nad czymś nim się znów odezwał.

                - Nie zwykłem z kimś mieszkać. Nowa osoba to tylko element chaosu i wnosi ze sobą zamieszanie. Ja wolę mieć wszystko poukładane i na swoim miejscu. A tak z opisu to ten George nie wydaje się kimś o zbyt lotnym umyśle aby rozmowa z nim była interesująca. Ale służba to służba. Może skoro jest tym kim nasi koledzy podejrzewają to coś jednak ciekawego i pozytywnego z tego wyjdzie. - nauczyciel o zadbanym i wręcz starannym wyglądzie nie wydawał się aż tak podekscytowany na myśl o przyjęciu kogoś nowego pod swój dach. Chyba to raczej traktował jak powinność wobec swojej spaczonej rodziny i ruch jaki zgadzał się do pewnego stopnia z jego wewnętrzną logiką. Ale robił to bez większego przekonania.

                - A ty Heinrichu? Kiedy kogoś przygarniesz pod swój dach? Albo kogoś przygruchać? Nasze koleżanki jeszcze ci się nie naprzykrzały? - odbił pytanie nieco żartobliwym i ironicznym tonem. Bo za żeńską częścią ich zboru zdawał się za bardzo nie przepadać.

                - Och, nie bądź zbyt surowy dla nich. - po tych słowach zniżył głos uśmiechając się krzywo - Pamiętaj, że i one mogą okazać się użyteczne. - wzruszył ramionami - A młodego nie skreślaj póki sam go nie ocenisz. Słyszałem, że niektóre podobne przypadki po prostu są zafiksowane na własnych czynnościach, nie na rozrzucaniu ubrań po mieszkaniu. Może taki jest Georg? Kto wie. A sam... bym musiał stanąć przed odpowiednią okazją, która by wymagała mieszkania z kimś.

                - No właśnie kolego. Spróbuj najpierw dania które tak polecasz innym. - Thobias uśmiechnął się z pobłażliwym rozbawieniem gdy rozmówca przyznał się, że też nie dzieli swojego mieszkania z kimś i na razie nie ma takich planów. A sam to właśnie polecał koledze.

                - A młodego nie skreślam. Zobaczymy jaki on jest. Na razie mamy tylko relację Otto. Domyślam się, że George nie zrobił na naszych koleżankach zbyt wielkiego wrażenia jako kandydat na ogiera rozpłodowego to i stąd ich znikome nim zainteresowanie. Dlatego wybacz, ale nie biorę ich opinii w tej materii zbyt poważnie. - guwernant przyjął dość nonszalancki ton i wypowiadał się o koleżankach ze zboru z wyraźną wyższością.

                - I proszę cię Heinrichu chociaż ty zachowaj trzeźwy umysł i nie daj się złapać na ten ich słodki lep. Mam wrażenie, że z połowa naszej rodziny już się na to złapała. Co gorsza robi się ich coraz więcej. Skoro zyskały kogoś tak potężnego jak lady Soria to nie sądzę aby zbyt długo trwało nim pozyskają kogoś jeszcze. Słyszałeś co ona mówiła o tej Bretonce? No kolejna uzdolniona. A to w końcu szlachcianka, żona kapitana i kobieta z towarzystwa a nie takie byle kto jak te nasze latawice z tawerny. I jeszcze Kamila van Zee. Właściwie powinienem się cieszyć. W końcu to wpływowa młódka. Córka samego kapitana portu i jedna z dwóch najlepszych panien do wzięcia w tym mieście. Więc właściwie to dobrze. Dla nas. Ale znów ich wpływy wzrosną. A nasze niekoniecznie. - Thobias musiał mieć całkiem analityczny umysł zawodowego uczonego bo chociaż mówił lekko jakby się wymieniali jakimiś ploteczkami o znajomych to nawet jak nie używał nazewnictwa ze zboru póki rozmawiali w bardzo publicznym miejscu to jednak wiadomo było o kim mówił. I zdradzał obawy przed rosnącym wpływem wyznawczyń Węża.

                - Oczywiście to nie jest jakieś straszne samo w sobie. Ale irytuje mnie, że takie płytkie osoby które się koncentrują głównie na tym co ma kto między nogami mają u nas taki wielkie wpływy i poważanie. Ja to bym je oddał wszystkie Sigismundusowi do zasiania. Nie dlatego, że jakoś na tym jego projekcie mi zależy, jak wiesz mam inne preferencje. Ale tak, to przyszłościowy projekt. Tak w dalszej perspektywie chociaż w najbliższych tygodniach trudno będzie o to aby pokazał lwi pazur. No chyba, że byśmy mieli całą masę ochotniczek. Przeprowadziłem obliczenia i Sigismundus dość dobrze to policzył. Mnie wychodzą podobne wyniki. O ile termin z pogranicza początku przyszłego miesiąca nie ulegnie zmianie to obawiam się, że mamy może przyszły tydzień na takie aktywne wsparcie tego projektu. Może nieco więcej ale niezbyt. Dlatego ja bym je oddał Sigismundusowi. Między innymi dla tego projektu. A dwa aby pokazać im gdzie jest ich miejsce i aby wiedziały kto tu rządzi. Tak jak ci to wczoraj mówiłem. One się za bardzo szarogęszą. Wszyscy im ustępują. Dobrze, że chociaż wczoraj nasz zwierzchnik wymusił na nich tą obietnicę, że poszukają zastępstwa. Może to da im do myślenia i sprowadzi do parteru. - nauczyciel rozgadał się zerkając często dookoła jakby sprawdzał czy ktoś nie jest za bardzo zajęty podsłuchiwaniem ich rozmowy. A i tak starał się używać ogólników w rozmowie. Dopiero jak się znało detale spraw związanych z ich spaczoną rodziną dało się domyślić o czym mówi. Nadal jednak nie ukrywał, że sukcesy i poważanie slaaneshytek mocno go irytują.

                - Może Otto czy i nasz magiczny kolega są chętni zasmakować w ich czarze bez myśli o konsekwencjach, ale szczerze nie czuję się chętny skakać bez celu w lepkie bagienko. - odparł lekko - Może się nauczą, może utoną. Co do zasiania... Pomyślę nad sposobem przekonania ładniejszego lub mniej. Nie ma mowy by przepadło przez ich niechęć. Wiesz... działania takich osób... przyciągają najwięcej uwagi. Niekoniecznie czyny naszych chłopców. - uśmiechnął się - Poślizgnięcia się zdarzają.

                - Ah, te bagna, no tak… - uczony z modnie przystrzyżonym zarostem pokiwał głową jakby rozmówca przypomniał mu kolejny wątek o jakim rozprawiali wczoraj na “Starej Adele”. - Też mi się to nie uśmiecha. Nie powiem abym grzeszył doświadczeniem w takich sprawach. Obawiam się, że mógłbym być bardziej zawadą niż pomocą. Ale jednak wiesz po co tam trzeba iść. Dobrze aby poszedł tam ktoś z głową na karku. A nie tylko do rozkładania nóg przy każdej okazji. Może ktoś z nas? Albo Otto. Nieźle mu poszło tam w jaskini. Wiesz której. Tak, to by się przydał tam ktoś odpowiedzialny. Właściwie te nasze znajome też by mogły iść. Po co my mamy się topić i dać ciąć komarom? Właśnie o tym mówię Heinrichu. Trzeba to tak sprytnie zrobić aby one wykonywały nasze polecenia nawet jeśli nie były tego świadome i myślały, że same to robią bo same tak chcą. I potem niech się puszą. Każda kózka musi mieć swój wybieg do skakania aby nie myślała o dzwonku na szyi i ogrodzeniu dookoła. Trochę swobody, nawet sporo, trzeba im zostawić bo inaczej będą się buntować. Ale też trzeba je tak nakierować aby robiły co trzeba. - nauczyciel mówił wpatrzony gdzies w dal nieco niewidzącym wzrokiem gdy tak dzielił się przemyśleniami jak należałoby postępować z tymi których uważał za szeregowych członków kultu. Nawet jeśli co niektórzy byli w nim dłużej od niego.

                - A z zasianiem to myślisz, że dałbyś radę? Ja odniosłem wrażenie, że one dość zgodnie są “na nie”. A nasze zwierzchnictwo widocznie nie chce na nie naciskać. Szkoda. Dlatego są takie rozwydrzone. Nie znają swojego miejsca w szeregu. A przecież wystarczyłoby to im dobrze sprzedać. Aptekarz to wtedy źle rozegrał. Wywalił wszystko na raz bez żadnej finezji no i mleko się wylało. Szkoda. Teraz już za późno. Ale gra toczy się dalej. Szefostwo miało się skontaktować z tą drugą gildią. Wiesz, tą co wczoraj mówili. No zobaczymy. Ale i tak irytuje mnie, że te niewychowane pannice tak się szarogęszą. Chociaż mają potencjał. Trzeba im to przyznać. Tylko trzeba je tak nakierować aby działały na naszą korzyść. - westchnął jakby żałował, że nie ma tak dominującej pozycji w zborze aby narzucić innym swoją wolę i wizję. Ale ostatecznie był gotów coś ugrać nawet jeśli nie miał w ręku wymarzonych kart. Spryt i analityczny umysł, pewna doza finezji, pomagały mu zapanować nad własną niechęcią i dostosować się do sytuacji. Nawet jeśli nie była taka jaką by sobie wymarzył.

                - Poszedłbym na te bagna z Georgiem. One i tak nie będą chciały do bagien, a do tego... Wolę mieć lepsze spojrzenie na wszystko. - odparł Heinrich - Nie mam całkowitej pewności, że się uda przekonać, ale jest możliwe. W ostateczności spróbuję z szefostwem.

                - Z Georgiem… No tak to może mieć sens jeśli on taki wyjątkowy. Chociaż jakby był pod moją opieką to i mnie by wypadało… - zastanawial się nad tym rozwiązaniem jakie proponował starszy od niego rozmówca.

                - No może… Zobaczymy. Jaki gagatek z tego Georga. Ale to i tak jak już będzie u mnie. Zapewne jutro lub na dniach zawitam do hospicjum aby się z nim zobaczyc. Pirora przedstawiła mnie dzisiaj po mszy przeorowi i jestem dobrej myśli. Zrobił na mnie dobre wrażenie i chyba z wzajemnością. - poinformował kolegę o nowych faktach dotyczących sprawy wydostania Georga z hospicjum.

                - A z tym projektem naszego uzdolnionego aptekarza to powodzenia. Gdybym mógł jakiś pomoc to daj znać. Naprawdę przydałoby się tym ślicznotkom utrzeć nosa i pokazać gdzie ich miejsce w szeregu. Chociaż moim zdaniem nasz zwierzchnik jest dla nich zbyt ugodowy. Dał im wolną rękę, że jak chcą to cudownie jak się zgłoszą a jak nie to też dobrze. Naprawdę dziwne, że żadna się nie zgłosiła? Chociaż z drugiej strony to jednak jest pole manewru bo jakby któraś przekonać to po sprawie. Jak się sama zgodzi to ani ona ani reszta nie może mieć pretensji. Może jest w tym jakąś mądrość. Ale dobrze, że wczoraj nasz szef gildii chociaż daj im do zrozumienia, że dobrze aby jakieś zastępstwo znalazły jak same nie chcą. To już coś. Krok w dobrą stronę. Chociaż nie wiem czy nie spóźniony. Czasu aby zebrać dojrzały plon w wyznaczonym czasie jest dość mało. Rozumiem frustracje naszego kolegi z apteki. No więc jakby ci się udało jakąś przekonać to czapki z głów jak mawiają Bretończycy. A w ogóle o której myślałeś zacząć? - nauczyciel mówił cicho ale miał świetną dykcję i wprawę. Więc byli to wyraźne i czytelne zaś poglądy m wypowiadał zdecydowanym i stanowczym głosem. Bez zaangażowania Sigismundusa jaki podchodził do sprawy hodowli bardzo emocjonalnie i osobiście przy czym paradoksalnie wcale źle nie życzył ani koleżankom ani innym kobietom traktując je jak cenne, hodowlane sztuki. Zaś i Thobias zdawał się tą sprawę traktować jako walkę o wpływy w ich zborze i ograniczenie dominacji Slaaneshytek. A przynajmniej tak to zdawał się przedstawiać.

                - Zacznę od góry. - stwierdził enigmatycznie - Ale nie dziś. Ja postaram się opór przebić, ty przetrwaj chłopaka. I nie zatrzymuj go tylko dla siebie. - uśmiechnął się do guwernanta.

                - Niańką jeszcze nie byłem. Ale jestem dobrej myśli. Ostatecznie najwyżej kogoś wynajmę do pomocy przy zajmowaniu się tym dorosłym dzieckiem. - guwernant nieco pokwaśniał jakby myśl o nieco wymuszonej na nim opiecę nad Georgiem jaki wciąż na chwilę obecną był pacjentem hospicjum nie wprawiała go w entuzjazm. Ale podchodził do sprawy metodycznie i mimo wszystko nie robił z tego tragedii.

                - I od samej góry mówisz? No dobrze. To próbuj. Będę trzymał za ciebie kciuki. W razie potrzeby daj znać jak poszło albo wpadnij do mnie. W południe jadam obiady w “Pod pieczonym jabłkiem”. Niziołki prowadzą tą karczmę więc kuchnia jest przednia. I wieczorami zwykle wracam do domu. Ale przez większość dnia to albo mam jakieś zajęcia albo korepetycje to mi ciężko się gdzieś z tego wyrwać. A z tymi naszymi koleżankami tak, dobrze by było coś zrobić aby im pokazać gdzie ich miejsce. Zwłaszcza jak same są temu czemuś niechętne. To powinno dać im do myślenia jaką pełnią u nas rolę. - nauczyciel podał mniej więcej pory i miejsca gdzie powinno się go łatwiej spotkać. I w pełni pochwalił zamiary kolegi aby utrzeć nosa ich koleżankom ze zboru. Myśl o tym chyba nawet sprawiała mu pewną, złośliwą satysfakcję.


                Festag; popołudnie; kamienica Pirory; spotkanie u Pirory

                - Nie angażujmy magii, czarnoksięskiej szczególnie, do tego napadu. - wtrącił słuchający do tej pory Heinrich - Niech później nie mają pomysłu szukać magów lub Chaosu. Grupa złodziei by większych magicznych sztuczek nie robiła, nie pozostawiała śladów Eteru. - dodał - Co zaś do potwora... - westchnął - Możliwie jest strażnikiem dziedzictwa, a jeżeli poginą ważne osoby i rozniesie się nie taka wersja jak chcemy... Możemy na miejsce ściągnąć więcej osób niż trzeba. - zwrócił się do Joachima - Tego nie można samemu sobie zostawić. Jeszcze ratusz się dołączy i nagrodę za potwora wystawi.
                - A w świątyni to mogę i do środka wejść, jeżeli trzeba jeszcze do walki, aby upewnić się, że nikt nie zdoła uciec. - zaproponował Łasicy.

                - W środku też może być. Jak was wpuścimy to no cóż, nie wiadomo gdzie będą te ponuraki ale chyba powinni być na zapleczu za ołtarzem. To byście musieli przejść przez całą świątynię aby was nie usłyszeli. No a potem wpaść do środka i ich uciszyć. Lady Soria, Silny i Rune. No i aby nikt nie uciekł to można stanąć przy drzwiach. My tak planowałyśmy stanąć ale możesz być z nami albo tam z nimi w środku. - Łasica chętnie przyjęła taką ofertę pomocy ze strony byłego łowcy czarownic próbując jakoś go umieścić w zarysowanym wcześniej planie nocnego napadu. Sporo już było ustalone i podział ról tych co się zgłosili do tej pory także.

                - A z tą magia to właśnie. Lepiej chyba nie. Magowie to jednak nie są powszechni w różnych szajkach. To nie wiem czy to potem jakoś można rozpoznać ale jakby wiedzieli, że mają szukać jakiegoś maga z pomocnikami to już by było niezłe coś do szukania na początek. - włamywaczka ucieszyła się, że Heinrich ją poparł z tym nie używaniem magii nawet jeśli sama na niej się nie znała to jednak miała nieźle rozeznanie jak powszechni są magowie w polswiadku i wyglądało na to, że w ogóle.

                - Poza tym Joachimie zgadnij od kogo zaczęliby szukać podejrzanego maga skoro jesteś chyba jedynym jaki jest w mieście. Przynajmniej ja nie słyszałam o innym. - dorzuciła Burgund przypominając wszystkim, że magowie to nawet w skali całego miasta to rzadkość.

                - No właśnie. Na razie nikt cie chyba o nic nie podejrzewa to działasz z zaskoczenia. Ale jak cię taki Hertz czy Hertwig wezmą na widelec i zaczną oglądać? Umiesz wykrywać ogony? Albo gubić gdyby była taka potrzeba? Z psami to tak jest, że póki śpią koło budy to się wydają głupie i leniwe. Ale jak coś ich ruszy i zaczną węszyć to nie wiadomo co wywęszą. A po tym numerze w świątyni to na pewno wszystkie łapsy w mieście będą chcieli się wykazać. - Łasica gładko przejęła od kamratki pałeczkę rozmowy i próbowała przekonać kolegów, że lepiej załatwić ten skok standardowymi metodami półświatka nie przywołując na pomoc sił nadnaturalnych.

                - To jeden z powodów potrzeby wybuchu w akcji w Akademii. - Heinrich odezwał się do Joachima - Stworzyć zamaskowanie dla magii, jaka tam byłaby używana. W Świątyni będziesz widoczny jak na dłoni, a magia swoje ślady zostawi i nie potrzeba innego maga by je zobaczył. Jak mówi Łasica: będą węszyć, a jak magię znajdą to do ciebie pójdą najpierw. Wystarczy już, że będziesz obserwowany po Akademii.

                Joachim z nieco niechętnym szacunkiem skinął głową Heinrichowi. Widać było, że były łowca czarownic przewyższa go doświadczeniem w tych sprawach.

                - Może i masz rację z tym unikaniem magii w akcji w światyni skoro ma wyglądać na kradzież, chociaż z wielką chęcią użyję mojej mocy dla dobra zboru.

                Zaś co do wyprawy na bagna, Baron oczekuje jutro dyspensy od przełożonego świątyni Manannna. Na razie zaproponowałem mój udział w wyprawie, ponieważ dzięki moim wróżbom wiem że coś się tam na bagnach śwìęci… rekomendowałem też ciebie Heinrichu.
                Z jednej strony oczywiście nie chcemy by Wirsberg odkrył coś co byłoby dla nas niekorzystne. Z drugiej jednak pracuje nad zdobyciem coraz większego zaufania miejskiej elity, co jest chyba wartością samą w sobie, prawda? Mając wpływy będziemy mogli coraz więcej osiągnąć nie pozostając w kręgu podejrzeń.

                - Rekomendowałeś mnie? - Heinrich spojrzał z zaciekawieniem i trochę z ostrożnością - Jak mnie przedstawiłeś?

                - Jako łowcę czarownic - odparł czarodziej.

                Heinrich patrzył dłużej na Joachima dość pustym spojrzeniem jakby nie mógł złapać myśli. Bez słowa dolał sobie do kielicha alkoholu i nim odpowiedział upił solidny łyk.

                - Sam chciałeś, Heinrichu... - mruknął do siebie i spojrzał na młodego maga - Ogarnę to, ale pojaw się u mnie dziś jakoś wieczorem. Pooglądamy dziś gwiazdy.

                - Tylko nie zrób mu permanentnej krzywdy… - rzucił mnich.

                - Ty to się lepiej nie rozpowiadaj, żeś jest łowca czarownic. Jeszcze cię Oleg zaprosi do spółki albo weźmie na jakieś romantyczne rozmowy o starych, dobrych czasach z palenia czarownic albo takie tam. - odezwała się Łasica mówiąc nieco żartobliwie ale tonem dobrej rady.

                - A ty Joachimie zawsze możesz powiedzieć, że coś pomyliłeś z tym łowcą czarownic, że się przejęzyczyłeś, źle zrozumiałeś czyjąć wypowiedź albo pomyliłeś ludzi. - podpowiedziała Burgund przychodząc im z pomocą jak wybrnąć z zamaskowania przeszłości byłego łowcy heretyków.

                - Z tymi bagnami i Akademią to na razie i tak dalsze plany skoro najpierw zajmujemy się świątynią. Poczekajmy na to co wyniknie ze świątyni. Jak reszta miasta na to zareaguje. Zabawmy się przy kamieniach podczas pełni. I jak wrócimy do miasta to się zaczniemy zastanawiać co dalej. - zaroponowała Pirora swoje polubowne rozwiązanie patrząc po swoich gościach ze zboru.

                - A ten baron to może też słyszy zew sióstr skoro ma takie ciekawe sny. Zwłaszcza jak ma podobne do tych co ktoś z nas ma. Zapewne to nie musi być przypadek. - odparła lady Soria siedząc na swoim ozdobnym krześle w rogu salonu skąd miała okna na ulicę w swoim zasięgu i dobry widok na resztę pomieszczenia.

                Festag; południe; loszek Pirory

                Goście Pirory

                Na tych różnych rozmowach w salonie gospodyni zeszło całkiem długo. Aż ona sama się w końcu zorientowała jak jest późno gdy za oknami dało się słyszeć dwunastokrotne bicie dzwonów oznaczających samo południe.

                - Ojej, jak późno! A przecież jeszcze mieliśmy się troszkę pobawić. To zapraszam na dół. Tylko schodźcie po góra dwie osoby i co jakiś czas. Aby nie wyszła z tego jakaś podejrzana migracja do piwnicy.- oznajmiła młodziutka, blondwłosa szlachcianka z Averlandu dając od siebie zaproszenie na tą część wybitnie towarzyską spotkania jaka miała się odbyć w piwnicy gdzie miała urządzony prywatny loszek z udogodnieniami do śmiałych i wyuzdanych zabaw. A nawet tajny, krótki korytarz do kanałów jaki zimą wykopali koledzy z kultu. Na początek z salonu wyszły Soria i Fabienne bo jak same wspomniały potrzebowały się przebrać przed tymi zabawami. Ale w ciągu dwóch pacierzy to wesołe towarzystwo stopniowo przelało się z piętra do piwnicy aby tam celebrować to spotkanie. Jak to bywało było zdominowane liczebnie przez młode i podekscytowane kobiety wśród których męska część była w zdecydowanej mniejszości.

                - Bardzo was proszę o uwagę. Chciałam dzisiaj szczególnie podziękowac i wynagrodzić Fabienne. Za zdobycie klucza do skarbca świątyni i parę innych rzeczy. Dlatego postanowiłam, że Lady Butterfly będzie dziś odgrywać naszą wersję legendy o jej ulubionej bohaterce z bretońskich legend czyli Adelajdzie. I dziś myślę, dobrze będzie zacząć od aktu wystawienia na aukcji niewolników Adelajdy. Więc proszę was o aktywny udział. I mam nadzieję, że nasza najpodlejsza z podłych i najnędzniejsza z nędznych postara się aby zapewnić nam nieco wyuzdanej rozrywki. - lady Soria zdążyła się przebrać w dumny czerwono - złoty gorset jaki wyróżniał ją z publiczności. Jak i aksamitny płaszcz, też w purpurze. W pełni więc pasowała do roli władczyni tego lochu. Oraz wodzireja jaki zaprasza widownię do wspólnej zabawy. Potem wezwała do siebie gestem bretońską szlachciankę jaka wyszła zza kontuaru gdzie zwykle się przebierano czy ubierano na początku spotkania. Dla odmiany bladolica czarnulka była prawie naga. Nie licząc kostiumu który był zrobiony z czarnych, skórzanych pasków spiętych metalowymi obręczami i właściwie niewiele zakrywał. Za to ładnie kontrastował z jej alabastrową karnacją podkreślając jej kobiece atuty. Do kompletu miała na sobie skórzane obręcze przy kostkach i nadgarstkach oraz dopasowaną obrożę. I bardzo chętnie dała się wziąć swojej pani na smycz i prezentowała swoje wdzięki.

                - Oksanka mi uszyła ten kostium. Jest niesamowity! Bardzo mi się podoba. Szkoda, że jej dzisiaj tu nie ma. - Fabienne nie mogła się powstrzymać aby się nie pochwalić skąd ma ten ciekawy kostium i przy okazji wyrazić swój zachwyt. Ale szybko czerwona milady ukróciła jej tą swobodę łapiąc ją brutalnie za włosy i zmuszając do wystąpienia przed publicznością. I zaczęła się ta zabawa w aukcję. Jaka okazała się być wstępem do reszty spotkania bo mimo wszystkich chęci i talentów to zniewolona Adelajda nie była w stanie obsłużyć wszystkich gości na raz. Ci musieli więc zając się sobą nawzajem co zresztą chyba nikomu nie przeszkadzało.


                Ku uspokojeniu myśli po słowach maga wypił trochę wina, ale to także pozwoliło byłemu Łowcy Czarownic wprowadzić się w lepszy nastrój. Nie przejmował się atmosferą, wszechobecnym spaczeniem, za które kierował na stos. Na orgii zaspokajał swoje potrzeby ciała, korzystając z Łasicy i Burgund jak tylko mu przyszła ochota. Mógł pozbyć się ograniczeń, nic nie pętało jego najgłębszych fantazji... a one dodatkowo tego chciały.
                W tej chwili czuł się panem. Znowu miał władzę. Choćby i na ten moment, choćby i zaspokajając tak prymitywne żądze. Dziewczyny widziały, że były wróg Chaosu oddał się przyjemności i tym samym też im ją sprawiał. I nie był w tym zbyt łagodny.

                Przenigdy nie widziałby się na chaosyckiej orgii i to biorącego w niej czynny udział. Z drugiej strony nie widziałby się w niczym, co ostatnio się działo wokół niego. Nie powinno go tu być, ale w tym momencie... już go nie obchodziły niedogodności, czy wręcz zagrożenia dla duszy.

                Jeszcze przebywając w uwięzieniu zaczął zdawać sobie sprawę, iż został zdradzony, pozostawiony przez bogów, którzy nie mieli choć tyle chęci by pozwolić mu po prostu umrzeć, oszczędzić cierpienia, ochronić przed splugawieniem. Zabijał ich wrogów, jednak oni porzucili go, gdy nie było w tym nic dla nich.

                Heinrich skrywał pod ubraniem mozaikę blizn na ciele. Starsze z nich wyraźnie powstały podczas walk, ale tych tak wiele nie było. To relatywnie świeże głównie zajmowały skórę i one... wyglądały jak pozostale po zadaniu przemyślanych i metodycznych ran niezbyt dawno temu. Nie tworzono sztuki wizualnie. Wyliczano każde cięcie, każdą kroplę kwasu czy siłę ognia. Jeżeliby to miała być sztuka okrucieństwa... to była matematycznie okrutna.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #110

                  Oryginalny autor: Seachmall

                  Otto chętnie brał udział w przedstawieniu, przekrzykując się "cenami" z innymi kultystami. Ku własnemu zdziwieniu i odrobiny radości, wygrał aukcję i Adelajde była jego do wykorzystania jak chciał. Oczywiście na widoku wszystkich. Nigdy nie był na scenie aktorskiej, a sztukę kochania... w sumie znał chyba tylko z książek. Teoria więc musiała mu wystarczyć, aby wykonać w miarę imponującą praktykę.
                  Postanowił dosiąść Fabienne od tyłu, niczym rozochocony ogier, chwycił Bretonkę za włosy trzymając jej głowę w miejscu i rozpoczął scenę.
                  Szybko zauważył, że reszta zboru zajęła się sobą, mógł więc wykonać inne scenki ze swoją własnością. Położył się na placech i usadził bladolicą kobietę na swoim berle.

                  - Dziś ty będziesz mi dogadzać, niewolnico. - uśmiechnął się figlarnie i kontynuował zabawę z Frau von Mannlieb.

                  Ciało Otto pomimo relatywnie młodego wieku i stylu życia mnicha było dość okazałe. Nie mocno rozbudowane niczym jakiś barbarzyński król z opowieści, ale dobrze zbudowane, z bardzo małą ilością tłuszczu a jego mięśnie były silne i dobrze ukształtowane.
                  Pokryte jednak było masą blizn wszelakiego pochodzenia. Oparzenia, cięcia, tu miejsce gdzie kość przebiła ciało, a tu szereg poziomych linii sugerujących samookaleczanie, no i oczywiście pusty oczodół, który jednak zdawał się wbijać spojrzenie w partnerkę mnicha.
                  Otto nie pamiętał pochodzenia sporej ilości z nich, przypominał sobie o nich jedynie, kiedy dłonie bretonki, starając się pieścić jego skórę dotknęły delikatniejszego, zabliźnienia punktu. Może kiedyś sobie przypomni, teraz ważniejsza była przyjemność, którą czuł i którą oddawał. I w której jego rodzina tonęła wokół niego.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Online
                    SantorineS Online
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #111

                    Oryginalny autor: Lord Melkor

                    Agnestag; północ; koga “Stara Adele”; rozmowa z Normą

                    Czarodziej z uwągą słuchał opinii toporniczki na temat wyprawy na bagna, zastanawiając się jak najlepiej wykorzystać te informacje.

                    - Ciekawy pomysł z tym przedostaniem się tam na łodzi. Mówisz, że to byłoby szybsze rozwiązanie niż podróż przez las? Myślę że twoja pomoc w tym przedsięwzięciu byłaby nieoceniona, ale rozumiem, że planujesz od razu po akcji w świątyni odpłynąć wraz z Mergą?

                    - No tak. Odpływam razem z nią. - przytaknęła z niezmąconym spokojem. W końcu od zeszłej zimy sama mianowała się ochroniarzem i gwardzistką wyroczni. No i z północnej ojczyzny były tutaj tylko one. - A czy byłoby łatwiej czy szybciej to nie wiem. Nie byłam ani na tych bagnach ani w tym lesie. Ale wy, szczury lądowe, cały czas myślicie jak szczury lądowe więc jak gdzieś się dostać to zaraz lądem. To mówię, że łodzią też można by do tych bagien dopłynąć i przynajmniej z początku na nie wpłynąć tą łodzią. - toporniczka prychnęła nieco rozbawiona pytaniem ale wyjaśniła skąd jej przyszedł do głowy ten pomysł. Powiodła spojrzeniem po ubierających się kultystach jacy szykowali się już do opuszczenia pokładu i zejścia na ląd a potem dalej przez mroczne i ciche ulice do swoich domów. Norma widocznie myślała bardziej kategoriami marynarza niż szczura lądowego.

                    - To rozważe ten pomysł. Szkoda, że odpływasz, ale mam nadzieję, że nasi Patroni będą wam sprzyjać w Norsce. Byłaś tam kiedyś? - spytał się czarodziej.

                    - W Norsce? Ja jestem z Norski. Tak samo jak wyrocznia. - brwi wojowniczki z dwoma toporami uniosły się nieco do góry gdy usłyszała pytanie. Ale przypomniała, że razem z resztą swojej załogi przypłynęli tu w zimie aby przyjść Merdze z pomocą.

                    - A faktycznie… - Joachim zganił się w myślach, coś był chyba roztrzepany ostatnio.
                    - Czy w takim razie będziecie z Mergą odwiedzać wasze rodzinne strony?

                    - Tak. Właśnie tam wracamy. Ale może potem pojedziemy gdzieś dalej. Trzeba będzie dużo rozmawiać aby zachęcić do przypłynięcia. tutaj. - wojowniczka z dwoma toporami przytaknęła na takie przypuszczenie rozmówcy. Odsunęła się nieco pod ścianę aby Sigismundus mógł przejść w stronę schodów i żegnając się krótko przy okazji. Wyraźnie się spieszył, reszta jeszcze się ubierała albo rozmawiała ze sobą.

                    -W takim razie życzę powodzenia i niech nasi Patroni wam sprzyjają! - Joachim pożegnał się z całkiem sympatyczną norsemanśką wojowniczką. Było wiele do zrobienia.


                    Festag; przedpołudnie; dziedziniec świątyni; Rozmowa z Van Hansenami

                    Czarodziej przywitał się elegancko i zgodnie z wymogami etykiety z zebranym towarzystwem, oczywiście zaczynając od pocałunku w rękę Lady Hansen. Cieszyło go, że zaczyna być dostrzegany przez kolejnych szlachciców, to z pewnością stworzy mu nowe możliwości. Jednak słowa Barona nieco go zmieszały. Zaczął szybko myśleć. Miał chyba dwie możliwości - ukrócić ten pomysł albo też przyłączyć się do wyprawy, by wynieść z tego korzyść dla siebie.

                    - Ciekawy to i śmiały pomysł baronie…. - odezwał się po chwili zamyślenia - zalecałbym jednak ostrożność. Ostatnie znaki które widziałem, wskazują że nad miastem zbiera się jakieś mroczne zagrożenie i coś niepokojącego może się wydarzyć w ciągu ostatnich kilku dni. Jeśli ta wyprawa miałaby się odbyć, rekomenduje by się do niej dobrze przygotować i wziąć ze sobą odpowiednie wsparcie. Właściwie ja też mógłbym wspomóc barona w tym przedsięwzięciu, ten potwór z bagien może nie być do końca normalnym stworzeniem, więc może się okazać że moje talenty i wiedza będą tutaj przydatne.

                    - Ależ oczywiście, że to nie jest jakieś zwykłe stworzenie młodzieńcze! Przecież to potwór! Domyślam się, że to jakieś ohydne wynaturzenie. Ale szlachetny i śmiały oręż na pewno pokona tą maszkarę! - baron Wirsberg zawołał dumnie i bojowo dając znak, że jest gotów zmierzyć się z tym czymś na bagnach czymkolwiek by to nie było. Zaś państwo van Hansen przyjęli to z uznaniem chociaż milady wyglądała na nieco zmartwioną.

                    - A to wujaszek się wybiera na jakieś polowanie? - w przeciwieństwie do matki, na jej piękną córkę słowa o polowaniu zadziałały wręcz przeciwnie. Zostawiła na chwilę swoich rówieśników i podeszła bliżej do barona jaki był raczej w wieku jej rodziców niż jej.

                    - A tak moja młoda damo. Dokładnie tak. To miasto zobaczy, że stary pies ma jeszcze kły i potrafi mocno ugryźć! - zaśmiał się chrapliwie starszy od niej szlachcic.

                    - Najpierw ci radzę załatwić dyspensę u naszych ojczulków. Szkoda abyś przez ten zapał wpakował się w jakieś tarapaty. - poradził koledze Mikael przypominając, że wciąż jest zakaz świętowania, w tym także polowań, z powodu żałoby po księżnej-matce. Złamanie tego mogłoby zostać uznane za brak szacunku a nawet obrazę majestatu no a konsekwencje towarzyskie były trudne do przewidzenia.

                    - Dobrze, pójdę do nich, właściwie zaraz mogę pójść. Wszystko załatwię. Ale jestem dobrej myśli, w końcu chodzi o jakiś zaszczytny cel i ubicie jakiejś plugawej poczwary. - baron Heidrich wydawał się być pełen zapału i dobrej myśli. Froya sprytnie złapała go pod ramię owijając się swoimi wokół niego.

                    - To ja pójdę z wujaszkiem i pomogę. Ale musi mnie wujaszek ze sobą zabrać. - powiedziała raźno i nieco niewinnie jakby chciała wydać się młodszą niż była w rzeczywistości. Baron zaśmiał się wesoło ale szybko spojrzał na swoich przyjaciół a ci nie mieli zadowolonej miny.

                    - Kochanie, jestem pewna, że wujaszek na pewno sam sobie poradzi i w świątyni i tam na bagnach. Tylko byś mu przeszkadzała. - matka jak zwykle starała się wyhamować gorący temperament córki i skierować go na mniej ryzykowne tory.

                    - Właśnie, może ja z tobą pójdę Heidrichu. We dwóch możemy mieć większą siłę perswazji. - zaproponował Herr van Hansen jakby też próbował wymanewrować córkę z tej ryzykownej wyprawy. Ta jednak spojrzała na niego prosząco i coś nie zamierzała puszczać ramienia wujaszka.

                    - To męska sprawa kochanie. Niech panowie to załatwią po swojemu. Sama zobacz, że musimy się zająć naszymi drogimi gośćmi. - baronowa wskazała córce zarówno na jej rówieśników jak i Joachima chcąc zapewne namówić ją do rozsądnego zachowania.

                    - Lady Froya świetnie sobie radzi we wszelkich łowach i tego rodzaju przedsięwzięciach, nawet trolle jej niestraszne… choć to faktycznie może być niezwykle niebezpieczne, i to z racji tego potwora który wydaje się być wyjątkowo niebezpieczny, jak i zdradliwego terenu - Joachim postanowił w tej kwestii pozostać neutralnym. Właściwie to z tego co wiedział Froya w niczym nie ustępowała Baronowi w zdolnościach bojowych i łowieckich.

                    - W każdym razie Panowie, oferuje moje wsparcie… - skłonił się Wirsbergowi i van Hansenowi.

                    - Myślę, że dobrze będzie panowie jak zabierzecie Joachima ze sobą. W końcu może jego oko i umysł rzucą nieco światła podczas rozmowy z naszym ojcem. - milady zwróciła się do swojego męża oraz przyjaciela rodziny zwracając uwagę na astromantę. Nawet Froya obdarzyła go pełnym wdzięczności uśmiechem za wzmiankę o zimowej walce z potworem. Nawet jeśli on sam nie brał w niej udziału. Uśmiech jednak szybko zgasł gdy rodzicie uparcie starali się ją odciągnąć od tej bagiennej awantury.

                    - Dobrze, Joachimie, pozwól z nami. - Mikael dał znak aby młody astromanta do nich dołączył.

                    - O tak, chodź młodzieńcze! Wybacz tą moją gwałtowność to z ekscytacji. - baron Heidrich też jakby zmitygował się, że nieco zapomnieli w rozmowie o jego obecności. Dołączył się do zaproszenia kolegi. Za to milady zgrabnie pociągnęła córke w stronę dotychczasowych rozmówców aby ją odciągnąć od tej rozmowy i skierować uwagę na kogo i co innego. Panna von Hansen wyraźnie miała im to za złe ale dobre wychowanie zwyciężyło i nie chciała robić awantury w miejscu tak publicznym.

                    - Oh strasznie narwana. Nie wiem po kim ona to ma. Chyba po babce. Też taka była. - baron von Hansen pokręcił głową jakby przepraszał za zachowanie córki. Tak bardzo odmienne od zamiłowań jakim zwykle cieszyły się jej rówieśniczki.

                    - Jakby chodziło o coś innego to nawet bym ją zabrał. Jakbyście się zgodzili oczywiście. Ale to jednak nie zapowiada się na zabawę. Czy jakieś zwykłe polowanie. No i te Diabelskie Bagna. Sami wiecie jaką mają kiepska reputację. To nie jest miejsce dla dobrze urodzonej damy. - baron mówił jak dobry wujek i przyjaciel rodziny co nawet miałby może ochotę spełnić prośbę przyszywanej bratanicy ale tylko jak się rodzice zgodzą a coś na to nie wyglądało. No i jakby chodziło o coś bardziej zwyczajnego niż takie nietypowe polowanie.

                    - O tam jest ojciec Absalon. - ojciec Froyi pokiwał ze zrozumieniem głową i korzystając ze swojej wysokiej, szlachetnej sylwetki wypatrzył ich kapłana jaki rozmawiał z innymi wiernymi. Więc skierowali się w jego stronę.

                    - Myślę, że przekonanie wielebnego że polowanie na groźnego potwora na bagnach to nie zabawa nie będzie problemem - skinął głową Joachim.
                    - Może nawet jest to misja, którą kościół powinien pobłogosławić…. - dodał, kiedy podchodzili do wielebnego.

                    - Na pewno. - rzucił krótko baron Heidrich jaki nie tracił animuszu co do swojego pomysłu. Po chwili ojciec Absalon widząc jak dostojni goście do niego podeszli pożegnał się z tymi z jakimi rozmawiał i zbliżył się do ich trójki.

                    - Witam moi synowie, pochwalony, w czym mogę wam pomóc? - zapytał składając swoje mocarne dłonie przed sobą i patrząc na nich zachęcająco. Baron van Hansen dał znak koledze aby ten jako autor pomysłu i zapewne osoba najbardziej zainteresowana przedstawił sprawę.

                    - Pochwalony ojcze. Piękne kazanie, bardzo motywujące i ma mądrość w swoich słowach. Jednakże mam pewien skromny a zacny w swych zamiarach pomysł o jaki chciałbym prosić o radę oraz jeśli łaska do o błogosławieństwo wielebnego. - zaczął von Wirsberg zarówno z szacunkiem jak i łagodnością chcąc zapewne zjednać swojej prośbie kapłana morskiego patrona miasta jaki słynął ze swojej surowości czy wręcz srogości. Ten zachęcił go aby kontynuował i wysłuchał o jego pomyśle aby udać się na Diabelskie Bagna, odnaleźć i ubić plugawą poczwarę jaka nawiedzała go ostatnio w snach. A chciał postąpić jak na prawego i honorowego rycerza przystało a nie kryć się przed niebezpieczeństwem. Poza tym rozmawiał już z dwójką ekspertów od snów i przepowiedni czyli obecnym tu astromantą Joachimem jak i czcigodną Matką Somnium. I oboje uważali, że ta poczwara zapewne istnieje nie tylko w jego snach. Ale, że mieli żałobę po ich ukochanej matce - księżnej to nie chciał sobie napytać biedy, że nie okazuje jej należnej czci stąd przyszedł prosić o dyspense na to szlachetne zadanie. Aby nie zostało poczytane jako oznaka próżności czy lekceważenia dobrym zwyczajom i tradycjom.

                    Kapłan Mananna wysłuchał nie młodego już szlachcica całkiem uważnie. Zamyślił się na dłuższą chwilę. Po czym stwierdził, że on sam raczej nie widzi przeciwwskazań i zapewne po odpowiedniej pokucie i wotach takie przedsięwzięcie zapewne byłoby możliwe. Ale wolał jeszcze uzgodnić to z Matką Somnium bo ona jako najwyższa w mieście kapłanka boga śmierci miała najwyższy autorytet w sprawach żałoby. Prosił więc o czas do namysłu i rozmowę z nią i aby baron Wirsberg odwiedził go jutro. Do tego czasu powinien już mieć gotową odpowiedź.

                    Joachim potwierdził słowa Barona Wirsberga. Potwierdził że te bestia z bagien również pojawiła się w jego snach. Ponadto znaki które widział w gwiazdach są niepokojące. Nad miastem zbierało się coś niepokojącego, a ta istota na bagnach była z tym powiązana. Poza tym znaki wskazywały też na zagrożenie w Akademii Morskiej, na ten temat odbył już rozmowę z rektorem.

                    Kiedy skończyli rozmowę z kapłanem spytał się Barona jak dużo osób planowałby wziąć ze sobą na wyprawę. On by wziął przynajmniej swojego inkwizytora natomiast ostatnio poznał pewnego łowcę czarownic oraz łowcę nagród którzy również byliby zainteresowani.

                    - Akademii? Dziwne. Będę musiał porozmawiać z Matką Somnium w tej sprawie. - kapłan Mananna uniósł swoje surowe brwi i powiązanie z Akademią nieco go chyba zaskoczyło. Zresztą wiadomości o snach astromanty i bagnach także.

                    - Oh nie róbmy z tego afery. Wezmę paru pachołków i psów i na pewno damy radę. - baron Wirsberg zaś nie miał ochoty robić zbiegowiska na tych bagnach i wolał ograniczyć grono zaintersowanych. Trochę nie było wiadomo czy miał na myśli tak dosłownie parę osób.

                    Joachim podziękował Baronowi i stwierdził że proponuje wyprawić się na bagna w następnym tygodniu, w ten sposób będą mieli odpowiedni czas na przygotowanie i dogranie szczegółów.


                    Festag; przedpołudnie; dziedziniec świątyni; rozmowa z Łasicą i Burgund

                    Czarodziej zagadnął łotrzyce kiedy tłum wychodził ze mszy.

                    - Mam nadzieję, że znalazłyście wystarczające wsparcie dla akcji w świątyni? Ja jak mówiłem mam dużo na głowie, ale jeśli jest potrzeba też mogę w czymś pomóc. To zaklęcie astralnej formy, o którym wspomniałem, idealnie nadaje się do stania na czatach. Oprócz tego, Merga przekazał mi wczoraj zaklęcie pozwalające przywołać chowańca, który planuje wypróbować wieczorem. Taki stwór też by się mógł nadawać do pilnowania albo przekazywania informacji.

                    - A to szlachetny panie jest na sierociniec, ten prowadzony przez nasze szlachetne Białe Gołębice. - odparła ucharakteryzowana Łasica uśmiechając się łagodnie jakby odpowiadała zacnemu panu na zadane pytanie. Wyciągnęła ku niemu puszkę na datki z jaką chodziły z Burgund po dziedzińcu świątyni pełnym wiernych po właśnie zakończonej mszy.

                    - Widzę, że wysoko w gwiazdach to ty się może znasz ale tutaj, na ulicach to byś nie przetrwał tygodnia. Będziemy u Pirory to u

                    niej pogadamy o rodzinnych sprawach. - powiedziała już ciszej i zimniejszym tonem. Burgund zaś w tym czasie uśmiechała się ciepło i rozglądała na boki czy ktoś nie stoi za blisko nich. Widać było jednak, że pod tą maską usłużnych służek jaką przybrały to obie łotrzyce nie mają ochoty ryzykować rozmowy na te zakazane tematy w tak bardzo publicznym miejscu jak to w jakim właśnie się znajdowali.

                    - A dziękuje, taką szlachetną sprawę jak sierociniec to zawsze z przyjemnością wesprę - astromanta skinał głową i wrzucił parę monet do puszki. Następnie oddalił się, zawstydzony. Musiał na przyszłość bardziej uważać.


                    Joachim wyszedł ze spotkania u Pirory jak zakończyła się główna dyskusja. Nie czekał tym razem czy dojdzie do jakiś lubieżnych zabaw w loszku. Ostatnio było to nawet interesujące, ale on przecież nie podążał ścieżką Węża, a czasu wcale nie miał dużo. Czuł ekscytację na myśl o możliwości wypróbowania zaklęcia ze zwoju który dostał od Mergi. I nad tym miał zamiar spędzić wieczór w laboratorium które znajdowało się w podziemiach jego kamienicy.

                    Następnego dnia miała czekać go wizyta w hospicjum z Ottem no i Henrich chciał się spotkać, wydawał się mieć mieszane uczucia co do ostatnich pomysłów Joachima. Mimo wszystko unikalne doświadczenie tego byłego łowcy czyniło go użytecznym sprzymierzeńcem.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Online
                      SantorineS Online
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #112

                      Oryginalny autor: Pipboy79

                      Oryginalny tytuł: Tura 27 - 2519.07.12; wlt; ranek

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
                      Czas: 2519.07.11; Festag; południe
                      Warunki: jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                      Goście Pirory

                      Zabawa w loszku pod patronatem grupki wyznawczyń Księcia Przyjemności była zdecydowanie udana. W końcu po całym, zabieganym tygodniu można było się bez skrupułów oddać żądzom i przyjemnością bez skrępowania i zahamowań jakie trzeba było okazywać poza murami loszku. Co więcej z kimś kto też po to zszedł do piwnicy. Brakowało jedynie Joachima który widząc, że zabawa zamierza przenieść się do piwnicy wstał i pożegnał się ze wszystkimi. Gospodyni wydawała się nieco zaskoczona i zasmucona, że nie zostanie na dłużej no ale skoro taka była jego wola to go nie zatrzymywała. Po pożegnaniu się z magistrem reszta towarzystwa stopniowo zeszła na dół. A tam czerwona milady zaczęła tą zabawę w aukcję pokornej Adelajdy. Zaś Fabienne jaka wcieliła się w rolę sprzedawanej, roznegliżowanej niewolnicy o ponętnych kształtach i uległym usposobieniu była bardzo ucieszona z tej zabawy.

                      - Skoro wygrałeś tą akcję to oznacz swoją niewolnicę. Mam nadzieję, że Adelajda wybaczy nam, że to nie jest prawdziwy niewolniczy tatuaż. - powiedziała uroczyście milady wręczając Otto pędzel i słoiczek z farbą, zapewne z pracowni gospodyni. Mógł dzięki temu oznaczyć swoją własność a ta własność aż promieniała z uciechy i ekscytacji na taki pikantny dodatek do tej zabawy.

                      Potem Otto miał okazję wypróbować swoją nową niewolnicę jak mu przyszła ochota. Zresztą sama czarnowłosa też zdradzała, że ma bardzo wielką ochotę na takie próby i zabawy. Więc czy ją brał od tyłu czy też ona podskakiwała mu na biodrach to wyglądała na bardzo chętną i namiętną. Tak dla radości ucha, oka czy dłoni.

                      Heinrich odkrył, że Łascia chyba nie kłamała mu gdy tak kokietowała go na to surowe traktowanie. I chociaż podczas zborów czy innych spotkań zachowywała się bardzo swobodnie to nie dała innym zapomnieć, że jest wychowanką ulicy z jaką lepiej nie zadzierać i nie da sobie w kaszę dmuchać. Nawet jeśli nie rozwiązywała sporów w pierwszej kolejności za pomocą pięści jak Silny. To jednak podczas takich zabaw potrafiła być bardzo uległa i posłuszna. Z ochotą spełniała wszelkie życzenia i polecenia o oddanie komuś kontroli nad sobą widocznie sprawiało jej przyjemność. Sama też bardzo dbała o swoich partnerów i ich potrzeby. Więc gdy chciał znów poczuć jak to jest mieć nad kimś władzę i jak wykonuje jego polecenia to Łasica okazała się w sam raz. Odkrył też, że podczas tych zabaw znamię z jednym z symboli Węża na jej tyłku zaczyna jakby promienieć przez co było wyraźniejsze. Bo na początku to tylko coś tam błyszczało jakby się wysypało trochę brokatu bez wyraźnego kształtu. Onyx właściwie też chętnie słuchała jego poleceń. Chociaż jako zawodowa ladacznica potrafiła się dostosować do wymagań klienta jakie by one nie były. Też potrafiła klęknąć czy służyć na czworakach. Chociaż podczas zabaw nie była aż tak uległa jak jej niebieskowłosa partnerka. I potrafiła nawet razem z Heinrichem wziąć ją w obroty.

                      Lilly zaś początkowo zajmowała się Dorną. Kolczastka mutantka początkowo wydawała się zadowalać rolą obserwatora i widza. Ale stopniowo koleżanka z jaskini rozgrzała ją do tego stopnia, że się zaczęły zabawiać we dwie na całego. A potem to już trudno było się połapać kto, z kim i jak. Annika początkowo też zadowalała się rolą widza. Ale Pirora do niej podeszła i chyba o czymś rozmawiały. Potem jak obie łotrzyce już były na etapie wymiany partnerów wreszcie mogły zaspokoić swoją ciekawość nowej koleżanki i z lubością zaczęły jej usługiwać. Co wojowniczka Norry przyjmowała z pewną fascynacją i upodobaniem. Fabienne też była ciekawa nowej koleżanki i bardzo chętnie wylądowała między udami Dorny. Co ją niezmiernie ucieszyło bo nie spodziewała się, że jakaś bogata pani będzie chciała mieć z nią przyjemność. Ale widocznie Fabienne była chętna na nowe smaki i doznania. A gdy jeszcze dołączyła do nich sama Soria to już w ogóle podkręciło atmosferę. Z początku bowiem czerwona milady siedziała na swoim tronie chłonąc wszystkimi zmysłami tą wyuzdaną orgię. Nim się zdecydowała aby samej wziąć w niej udział ku niekłamanej radości jej dwórek i gości. A w międzyczasie częstowano się winem, przekąskami i owocami jakie stały na jednym ze stołów.

                      Jednak prawdziwy obiad był w jadalni na piętrze. Już po zabawach w loszku. Pirora zaprosiła wszystkich swoich gości i mogli złapać oddech, odpocząć, nasycić inne potrzeby ciała i cieszyć się wzajemną bliskością i rozmową. Chociaż już pierwsi goście zaczynali się rozchodzić. Po Joachimie pierwsza musiała towarzystwo opuścić lady Fabienne a więc i Annika. Chociaż bretońska szlachcianka dała jej zezwolenie, że jak chce to może zostać a Pirora ją chętnie zapraszała do pozostania. Ale widocznie czarnowłosa służka miała swoje powody aby pozostać przy swojej pani. Towarzystwo rozwalone wygodnie przy złączonych stołach, jeszcze niekoniecznie w kompletnych strojach musiało się z nimi pożegnać. Na szczególne pożegnanie zasłużył sobie Otto.

                      - Oh, mój ty władco i zdobywco! - zaćwierkała już ponownie ubrana, wyperfumowana i elegancka milady w obowiązkowej żałobnej czerni do samej ziemi. Pogłaskała pieszczotliwie policzek jednookiego mnicha jawnie go kokietując póki jeszcze mogli sobie na to pozwolić. Widocznie tego brutalnego traktowania w loszku nie miała mu za złe.

                      - To mówisz, że jutro na którą sobie życzysz dostać zaproszenie do mnie? I wpadaj częściej w sprawach hospicjum czy którejś z dziewcząt. No byłeś u mnie, widziałeś, że mam dość ograniczone możliwości aby cię ugościć jak by należało. Ale obiecuję zrobić wszystko co w mojej mocy abyś odszedł jak najbardziej usatysfakcjonowany. Uwielbiam poznawać nowe smaki i doznania. - powiedziała mu na pożegnanie słodkim głosem z tym charakterystycznym, bretońskim akcentem. I pocałowała go w usta na ten ostatni dzisiaj raz. Z bardziej przyziemnych spraw szlachcianka okazała pełną wolę współpracy w sprawie swoich dziewcząt. Były co prawa jej służkami ale dzięki temu, że mieszkały u niej, nie miały mężów, narzeczonych ani rodziny miały o wiele większą swobodę w poruszaniu się po mieście. A Frau von Schwarz chociaż właściwie była ich panią i właścicielką nie zamierzała ich chciwie trzymać w klatce u siebie w rezydencji. Więc dała znak, że gdyby dziewczęta były do czegoś potrzebne to aby ją zawiadomić i ona w miarę swoich mocy postara się je zwolnić ze służby aby mogły się zająć odpowiednimi zadaniami. Więc choćby tak to miało być jutro z tym braniem miary na pancerze dla Anniki.

                      Heinrich też niejako był oblegany przez trójkę o wiele młodszych i jędrniejszych ladacznic. Co prawda zaczął zabawę w lozku od Łasicy i Onyx ale i Burgund nie była mu niechętna. Jak tak siedzieli sobie już przy obiedzie to cała trójka dziewcząt chętnie weszła w rolę ponętnie roznegliżowanych służek jakie usługiwały im przy stole. Zwłaszcza jeśli to usługiwanie polegało na czymś ciekawszym niż dolewanie wina czy nakładanie na talerz.

                      - To tak mówisz, traktujesz grzeszne ladacznice? Jej to nie wiedziałam, że masz takie ciekawe doświadczenia i umiejętności. Od czasów moich romansów z Kruger to nie miałam tak ciekawych kontaktów z łowcami. Koniecznie, ale to koniecznie musisz z nami jechać na te zabawy przy kamieniach. Albo jakieś inne. Jestem pewna, że jeszcze nie pokazałeś wszystkich swoich atutów i możesz nas sporo nauczyć. Zwłaszcza moresu. - Łasica i koleżanki bardzo chętnie flirtowały ze starym łowcą czarownic. Też jakoś nie wyglądały aby któraś miała mu za złe nadużywanie władzy i wydawanie poleceń jakie miały spełniać. Ani tam wcześniej, na dole w loszku ani teraz, na piętrze, przy obiedzie w jadalni. A koleżanki ze zboru, te ladacznice którymi tak gardził Thobias uważając je za niewykształcone ulicznice jak chciały to potrafiły być całkiem miłe i życzliwe. I sprawić, że mężczyzna mógł się w ich słodkim otoczeniu poczuć jak król i władca jakiemu usługują chętnie i piękne służki gotowe spełnić każde jego życzenie.

                      - Dziękujemy za zaproszenie. I zabawę. Było cudownie! Jak zawsze zresztą. I obiad też waspaniały, bardzo dziękujemy. Ale my musimy już iść. Obiecałam Sigismundusowi, że jeszcze dzisiaj go odwiedzimy. - po obiedzie Lilly i Dorna wstały. Też zaczęły się żegnać z resztą gości i gospodyniami. Obie wydawały się być bardzo życzliwie nastawione do koleżanek i kolegów. Więc te wspólne zabawy i posiłki, takie swobodne i towarzyskie jednak pomagały we wzajemnej integracji.

                      - Ja też będę już lecieć. Muszę się przygotować do pracy. I jak pójdę wcześniej to może spotkam Laurę zanim ktoś ją zamówi. - Onyx skorzystała z okazji i też wstała od stołu robiąc rundkę wokół pozostałych gości. Dała znać, że pamięta co wczoraj obiecała, że porozmawia z koleżanką jaka lubiła robale i inne takie raczej mało przyjemne stworki. A póki co pożegnała się z innymi i we trzy wyszły na zewnątrz. Pozostałe towarzystwo też stopniowo zaczynało się rozchodzić do siebie.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                      Czas: 2519.07.12; Wellentag; ranek
                      Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sil.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                      Otto, Joachim i Heinrich

                      Otto wstał rano bez większych problemów. Czuł, że ciało zdradza oznaki wczorajszego wytężonego wysiłku. Ale był to bardzo przyjemny wysiłek jaki nawet dzisiaj o poranku dawał sporo satysfakcji. Co by nie mówić o koleżankach ze zboru to potrafiły zadbać o potrzeby mężczyzny tak aby nie odchodził w gniewie czy rozterce. No i nawet rano pamiętał te wesołe ale i nieco zazdrosne spojrzenia gdy wygrał aukcję i Słodka Adele znalazła się w jego mocy. Poranek jednak okazał się mniej przyjemny. Zwłaszcza na zewnątrz. Wiał silny, chłodny wiatr jaki przenikał przez habit aż do żywego ciała. Jednak pokonał poranną drogę bez przygód większych niż przeskakiwanie nad dużą plamą błota czy mijaniem błotnistych kałuż jakie zalegały na ulicach. A nie wszystkie były wybrukowane.

                      W hospicjum przywitał go brat siedzący na recepcji. A potem zaczęła się codzienna rutyna. Od skromnego śniadania jakie obsługa spożywała razem ze swoimi pacjentami. Zauważył, że wiele spojrzeń przykuwała Marissa. Za ten wybryk w bibliotece sprzed dwóch dni dostała kolejną turę chodzenia w karnej włosiennicy jakiej tak nie lubiła. Ale maskowała to całkiem udanie. Nie wyglądem się jednak wyróżniała a kanapkami z wędzonym łososiem jaką się zajadała. Ale jak się okazało nie była samolubna bo część tej wałówy jaką dostała od Fabienne oddała do kuchni. I tak każdy dostał po jednej dodatkowej kanapce z dobrą, suszoną kiełbasą co na pewno nie było standardem na stołówce. Dzisiaj zresztą też Marissa nie zdradzała się żadnym niestosownym zachowaniem. Nawet włosy upięła w surowy kok z tyłu głowy. Przeor zaś gdy odmawiał modlitwę przy śniadaniu podziękował jej za hojność. Oraz obu dobrodziejom, czcigodnej milady van Dake i von Mannlieb dzięki którym dzisiaj jedni nie tak cienkie jak zwykle śniadanie.

                      Po śniadaniu zaczęły się dość standardowe obowiązki. Dla Otto tak samo. Idź tam zamieć, tu posprzątaj, pomóż zmywać gary w kuchni. Ale jeden z kolegów przyszedł z wiadomością, że przeor go wzywa. Gdy tam poszedł do gabinetu miał dla niego dwie wiadomości.

                      - Nasza dobrodziejka Frau von Mannlieb przysłała bilecik. Chodzi o jakieś nowe ubrania dla Anniki. Podobno już wiesz o co chodzi. To potem pójdziesz do nich i postaraj się aby była zadowolona i nie narzekała na nas. Ona może nam przysłać kolejnego sposnora albo datek. - pomachał jakimś karteluszkiem który pewnie był owym listem od bretońskiej milady. I nadal podkreślał, że potrzebują takich bogatych sponsorów jak obie szlachcianki więc dobrze było im schlebiać i sprzyjać aby przedstawiły ich w towarzystwie w dobrym świetle.

                      - Ale najpierw jak sie umówiłeś z tym magistrem to idź do niego. Już przyszedł. Czeka w recepcji. Zaprowadź go do Georga. Daj mu z nim porozmawiać, obejrzeć, zbadać czy co aby potem nie mówił, że coś mu zabranialiśmy czy co. Ale jak wiesz, ten nauczyciel zrobił na mnie lepsze wrażenie. No i mówił, że ma wolny pokój aby go przyjąć pod swój dach. - okazało się, że Joachim też przyszedł dziś do hospicjum tak jak to się wczoraj umawiali. Ale przeor nadal był wyraźnie niechętny magowi. Chociaż zapewne chodziło o jakąś niechęć i nieufność do wszystkich magów a nie tego jednego w szczególności.

                      - Aha a jak tam wczorajsze spotkanie u tej blondynki? - już chyba miał zamiar puścić mnicha dalej ale w ostatniej chwili jakby przypomniał sobie rozmowę z poprzedniego poranka z dziedzińca świątynnego. Po chwili tej rozmowy jednooki mnich opuścił gabinet przeora i przeszedł korytarzami na front budynku do recepcji. Gdzie rzeczywiście zastał Joachima. I Heinricha.

                      - O brat Otto już jest. To was zaprowadzi. - powiedział brat recepcjonista do dwójki gości. A trójka kultystów chociaż widziała się choćby wczoraj po mszy u Pirory i łączyły ich wspólne spiski to jednak musieli zachować pozory, że nie łączy ich nic więcej niż powierzchowna znajomość.

                      Obaj goście więc ruszyli za młodym, jednookim mnichem jakiego wskazał im recepcjonista. Joachim wstał dzisiaj bez większych przygód. Nie został wczoraj na zabawie w loszku averlandzkiej koleżanki więc jego ciało nie odczuwało dzisiaj skutków takich intensywnych zabaw. Ale jednak głowy i swojej pracowni to po powrocie do domu używał całkiem mocno. Już południe było gdy wrócił do siebie. I mógł wreszcie na spokojnie obejrzeć te zwoje jakie dostał poprzedniego wieczoru od swojej mistrzyni.

                      Miał w ręku kartki papieru, dość zwyczajne. Zapisane nieco niestarannym pismem. Jak ostatnio widział na zapleczu apteki Sigismundusa to choćby Thobias miał znacznie ładniejsze i staranniejsze pismo. Jednak nie samo pismo było ważne. A treść. Wreszcie mógł się zagłębić w ekscytacji i ciekawości godnej prawdziwego uczonego jaki odkrywa nowet zakamarki ukochanej dziedziny wiedzy. Jednak po pierwszej euforii przyszła refleksja. Sprawa nie była taka prosta i oczywista jak to mu się w pierwszej chwili na zborze wydawało.

                      Tekst był napisany w dwóch językach. Sam rytuał był napiany w tajemnym demonicznym. Ale opisy i wyjaśnienia były w reikspiel. To bardzo pomagało zrozumieć o co tu właściwie chodzi. Został tu zapisany cały rytuał przywołania demonów. W tym wypadku tych mniejszych i słabszych nad którymi łatwiej było zapanować. Więc chodziło o istoty zwane wedle sztuki tajemnej chochlikami lub impami. Takie małe, najprostsze byty Eteru jakie czasem demonolodzy mieli jako chowańce. Albo używali ich jako posłańców lub do najprostszych zadań. Albo właśnie jako element treningu do opanowania sztuki przywołań przed spróbowaniem czegoś większego. Z tego co napiała Merga wynikało, że zasady są dość zbliżone. W większych potrzeba było więcej mocy, uwagi, składników, wymagań no i doświadczenia w takich sprawach. Ale podstawowy schemat się nie różnił. Więc takie pomniejsze przywołania powinny być w sam raz na początek.

                      Merga była na tyle troskliwa i miła dla swojego ucznia, że wpisała mu imiona trzech różnych impów. A jak wiedział, z Kolegium to gdy znało się imię demona to znacznie ułatwiało zapanowanie nad nim i spętanie go. Wyrocznia sama używała tych właśnie trzech impów więc tym razem niejako Joachim miał wejść w jej kapcie i przywać któregoś z nich zamiast niej. Ale nawet takie drobne chochliki nie były głupie i od razu poznają, że to nie ona je wezwała. Tylko ktoś o wiele słabszy i mniej doświadczony. Więc mogą próbować coś kombinować.Właściwie to na pewno będą bo nawet tak słabe istoty w hierarchii niezrodzonych były złośliwe, krnąbrne i jak tylko wyczuły okazję do psoty, do okazania nieposłuszeństwa to korzystały z okazji aby zaszkodzić śmiertelnikowi. Z opisów i schematycznych rysunków dało się wyczytać, że powinny to być dość niewielkie istoty, może jak dwie pięści, może jak kot domowy czy średni pies. W każdym razie sporo mniejsze od człowieka. No i każde, nawet najdrobniejsze przywanie na moment tworzyło więź tego świata z domeną Chaosu. Więc była szansa, że nie tylko wzywana istota może przeskoczyć z tamtego do tego wymiaru.

                      Odkrył też, że nie wszystkich liter i znaków mowy demonów jest pewien jak je wymówić. Poza tym z tego co nauczała go Merga i wcześniej w mowie i teraz w piśmie to samo paktowanie z demonem też trzeba było mówić w ich języku. A jak się potoczy rozmowa tego żadne zapiski nie były w stanie przewidzieć. To już trzeba było improwizować i kombinować na bieżąco. Zaś on sam chociaż przez te pół roku nauczył się podstaw tego języka to jednak ani nie miał go gdzie i kiedy wypróbować poza spotkaniami ze swoją mistrzynią to i niezbyt zdawał sobie sprawę jak mógłby ocenić siebie samego pod tym względem. Zaś Merga jeśli plany zboru pójdą po ich myśli miała odpłynąć do Norski przyszłej nocy. Właściwie to tej nocy gdy tak szedł korytarzem hospicjum za Otto. Wczoraj ta druga połowa dnia i wieczór zeszły mu na studiowaniu tych zapisków od mistrzyni.

                      Heinrich też szedł za swoim kolegą korytarzami przybytku dla kiepsko rokujących przypadków. Nie sprawiało to radosnego wrażenia ale chyba nie było się co dziwić. Rano wstawało mu się dwojako. Wymęczone wczoraj już nie tak młode ciało domagało się dzisiaj odpoczynku i dalszego snu. Czuł to zmęczenie we wszystkich swoich członkach. Ale jednak też i przyjemność. Bo w końcu już od dawna nie usługiwały mu tak chętnie i tak piękne kobiety. Czy je łapał za włosy, poniewierał, chłostał czy poniżał to aż przyjemnie było posłuchać i popatrzeć jak chętnie się temu oddawały i wracały po jeszcze. No i potem, już na obiedzie w jadalni gdy ta gorączka podniecenia już zapewne w sporej mierze z wszystkich opadła. To też coś nie wyglądały jakby miały mu za złe takie podłe traktowanie. Wręcz przeciwnie, adorowały go jakby był jakimś sławnym aktorem albo najdroższym klientem w najlepszym zamtuzie. A przecież nie zapłacił im ani miedziaka. W tej sztuce uległej miłości chyba wszystkie dziewczęta jakich wczoraj skosztował były prawdziwymi artystkami i to od serca i z zamiłowania a nie z musu czy dla pieniędzy.

                      No ale to jeszcze było wczoraj. Zresztą Pirora nie wyganiała swoich gości a nawet zaproponowała, że jak ktoś chce to ma pokój gościnny. Drugi zajmowała Soria. I była jeszcze jej włana sypialnia a to i tak tak dla formalności. Bo przecież gdyby ktoś z gości miał ochotę na więcej zabawy wieczorem czy nocą to przecież też koleżanka raczej by go chyba nie przegnała. Albo jej. Ale chociaz obie łotrzyce zastanawiały się chyba na poważnie czy nie zostać na noc to ostatecznie jednao obściskały i wycałowały wszystkich na pożegnanie, koniecznie chciały się umówić na następny raz, niekoniecznie tylko przy kamieniach za dwa dni ale i kiedy indziej bo jak już zrobią robotę w świątyni to będą miały więcej czasu na prywatne sprawy. No ale ostatecznie poszły w swoją stronę.

                      Ale na razie on i jego dwaj koledzy szli korytarzami. Aż doszli do stołówki. Tutaj George robił swoje tradycjne zajęcie czyli pomagał jak mógł. Czyli zamiatał stołówkę po śniadaniu. Podniósł głowę znad swojej miotły aby spojrzeć kto przyszedł. I obdarzył ich dziecieco poważnym spojrzeniem.

                      - Pochwalony. - przywitał się grzecznie. Jednak dziwnie to wyglądało w ciele dorosłego mężczyzny. I to już nie takiego młodego. Sprawiał wrażenie, że fizycznie mógł być bardziej rówieśnikiem Heinricha niż Otto albo Joachima. Przez okna do wydawania posiłków widać czasem było kogoś z obsługi ale stołówka właściwie była pusta.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Online
                        SantorineS Online
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #113

                        Oryginalny autor: Pipboy79

                        Oryginalny tytuł: Tura 27 - 2519.07.11-12 Bonus

                        Festag; południe; las

                        Froya i Norma

                        Wilk biegł szybko. Ale spowalniał go jeździec, uprząż i siodło jakie miał na grzbiecie. Mimo to nie można było odmówić mu wilczej gracji. Wilk i jeździec pędzili co sił. Jeździec bez skrupułów poganiał swojego wilczego wierzchowca a i ten biegł jakby od tego zależało jego życie. Właściwie mogło tak być. Gdy goblin z przerażeniem spojrzał w bok gdzie właśnie nieduży toporek z impetem wbił się w pień drzewa obok jakiego przejeżdżał. Goblin pisnął z przerażenia i dżgnął dosiadanego wilka jeszcze raz. Nie odwracał się ale nie musiał. Słyszał odgłos rozpędzonych, końskich kopyt pościgu. Nie mógł ich zgubić! Wiedział, że gdyby urwał się chociaż na chwilę to była szansa, że im zniknie w leśnych ostępach ale te dwie wiedźmy trzymały się go jak rzep psiego ogona. A w takim szaleńczym tempie to jego wilk zapewne osłabnie prędzej niż konie. I to samice! Ludzkie samice! To go zdumiało po raz kolejny ale już jak rozwaliły głowę Bakowi i ucieły Zgniłka to pojęli, że nie ma co wybrzydzać i trzeba zwiewać. Ale Klanga i Brzdęka dorwały już podczas pościgu. I nie zwalniały! Dlaczego nie chciału mu odpuścić?! Co za uparte…

                        Blondynka z furkoczącym za nią ogonem długiego warkocza krzyknęła triumfalnie gdy kolejna ciśnięta włócznia trafiła w plecy goblina. Ten zachwiał się w siodle ale nie stracił równowagi. Brak kierowniczej ręki sprawiło, że wilk który go wiózł nieco jakby stracił rezon i trochę zwolnił albo nie był do końca pewien w którą stronę biec. To wystarczyło Froyi van Hansen aby pogoniła swojego wierzchowca i dogoniła zbiegów. Wtedy sięgnęła po ozdobną szablę i sieknęła raz. Głowa goblina spadła z barków w krwawym rozbryzgu a wilk ponownie wystrzelił do przodu. Łowczyni zaś zawyła z radości zwycięskich łowów pozwalając już odjechać spłoszonemu wilkowo. Zwolniła bieg bo koń już się nieźle zgrzał tą pogonią. A i niebezpiecznie było tak gnać przez dzikie ostępy. W końcu wyhamowała i poczekała na towarzyszkę. Ta też się śmiała i wydawała się zadowolona z takiego wyniku.

                        - To jak tego pierwszego nie liczymy bo na pół to wygrałam! 3 do 2 dla mnie! - zawołała wesoło do partnerki o myszatych włosach związanych w drobne, warkoczyki ułożone wzdłuż czaszki.

                        - To prawda. Wygrałaś. Twój norsmeński jest coraz lepszy. - Norma zatrzymała konia obok partnerki i z siodła oglądała bezgłowe ciało goblina. - Twoja szabla też. - dodała z uznaniem. Jechała tuż za tutejszą szlachcianką bo w tym gęstym lesie nie było na tyle miejsca aby jechać tuż obok siebie. A jakby rozdzielały ich drzewa to tylko jedna z nich mogłaby ścigać ofiary.

                        - No niech będzie remis. W końcu to ty ich wytropiłaś. Bez ciebie żadnego polowania by nie było. - Froya poczuła dumę z komplementu tak doświadczonej wojowniczki. Ale nie chciała aby ta poczuła się gorsza albo, że ta co ją zaprosiła na polowanie się wywyższa.

                        - Mówiłam ci, że ich znajdę. Umiem ich znaleźć. - powiedziała toporniczka tak samo rozgrzana i podekscytowana wspólnym polowaniem jak i jej partnerka.

                        - Szkoda, że musisz wyjechać. Będzie mi tu smutno bez ciebie. Jesteś mi jak siostra. Tylko ty mnie rozumiesz. Wszyscy inni mi tylko ciąglę powtarzają, że młoda dama w moim wieku to nie powinna brać się za to czy za tamto. I jeszcze ta głupia żałoba. Nie można organizować polowań. Nawet wujaszek Heidrich chce jechać na jakieś na bagna ale nie chce mnie zabrać. Bo tam potwór, bagna, bo niebezpieczne. Przecież od tego są polowania! Jakbym chciała aby było bezpiecznie to bym po parku chodziła! - z blondwłosej szlachcianki co uchodziła za jedną z najlepszych partii do wzięcia w całym mieście i okolicy wylała się złość, skarga i irytacja. Norma to Axe pokiwała w zrozumieniu głową.

                        - Odpływam wkrótce. Ale jak bogowie pozwolą to wrócę. Do ciebie też wrócę. Będziesz kiedyś wielkim wojownikiem. Albo zginiesz próbując. Szkoda, że nie jesteś od nas. U nas to nie takie częste, że kobieta jest wojownikiem. Ale zdarza się częściej niż u was. Zwłaszcza jak naszych mężczyzn nie ma albo zginął. - toporniczka odparła w swoim rodzimym języku. I dała znak, że czas wracać w stronę miasta. Jechały jakiś czas obok siebie w milczeniu. Norsmenka zdając sobie sprawę, że jutro w nocy zapewne będzie odpływać do ojczyzny skorzystała z ostatniej okazji aby się pożegnać z tutejszą szlachcianką. Z którą czuła zaskakujące pokrewieństwo dusz. Nawet przez moment przeszło jej do głowy aby jej zaproponować podróż do Norski. Ale szybko uznała, że to durny pomysł. Musiałaby uzyskać zgodę Mergi i Starszego. Poza tym z tym wyjazdem były związane różne sprawy zboru jakie lepiej aby nie wyszły poza ich krąg.

                        - Szkoda, że turniej też odwołali. Cały rok na niego czekałam. - powiedziała w końcu lady van Hansen zsiadając z konia aby zabrać jedną z ciśniętych wcześniej włóczni.

                        - Tak. Też miałam na niego ochotę. Nie wiem czy by mnie dopuścili ale jak tak to bym wystartowała. Lubię walczyć. - Norma pokiwała głową i obserwowała jak towarzyszka z powrotem wsiada na siodło chowając włócznię do olstra przy siodle.

                        - Zrobiłabym co w mojej mocy aby ci to umożliwić. Ja sama to myślałam aby… o… zobacz jednak mnie sieknął. A coś mi się wydawało, że mnie szczypie. Rozdarł mi koszulę! I jej krew jest. Będę musiała jakoś to zakryć bo znów się zacznie gderanie. - Froya uśmiechnęła się do sąsiadki ale przerwała gdy prawie niechcący odkryła, że któryś z tych pierwszych goblinów to jednak ją trafił. Niezbyt poważnie. Niewiele bolało a sama rana była płytka i mało krwawiła. Ale rozdarcie i krew to rzucały się w oczy na jasnym materiale i to ją tak naprawdę martwiło.

                        - Zdejmij koszulę. Zaszyję ci to. - zaproponowała toporniczka widząc, że straty nie są zbyt poważne. Raczej symboliczne.

                        - Chcesz mnie wyłuskać z koszuli? - szlachcianka uśmiechnęła się pod nosem i obdarzyła ją ironicznym uśmiechem. Norma też się uśmiechnęła. - Dobra to chodź pojedziemy nad strumień. Znam jedno ładne miejsce. - powiedziała spinając konia ostrogami aby nadać mu właściwy kierunek. I obie ruszyły w tamtą stronę.

                        Festag; popołudnie; kryjówka przemytników

                        Silny, Rune i Egon

                        - Twoje zdrowie Egon! - pierwszy kufel wzniósł się do góry ale zaraz dołączyły się kolejne. Stukając się ze sobą i rozlewając gęstę, ciemne i spienione piwo. Po chwili trunek jednak lunął w głąb gardeł siedzących przy stole mężczyzn. Atmosera była radosna. Pomimo, że to było pożegnanie.

                        - Szkoda, że nie zostajesz z nami. Przydałby nam się taki krzepki chłop jak ty. - łysy klepnął włochatego w krzepkie ramię. Z ich trzech właśnie były gladiator był najroślejszy.

                        - Też bym został. Ale wciąż mnie szukają. A sami widzicie, że dość wyróżniam się z tłumu. A tam i tu nadal wiszą moje facjaty na listach gończych. Tylko czekać aż ktoś mnie rozpozna. - pokiwał właściciel bardzo imponującej brody i grzywy przez co jeden z jego przydomków to właśnie “lwia grzywa”.

                        - Duży jesteś to i wpadasz w oko. I ta twoja grzywa. Rzuca się w oczy. Ciężko ukryć w tłumie kogoś tak rosłego. - uznał w końcu Silny oceniając siedzącego obok kolegę. Właśnie dlatego oblewali to pożegnanie tutaj a nie gdzieś w karczmie albo tawernie. Bo charakterystyczne rozmiary i aparycja byłego gladiatora działały przeciwko niemu gdy chodziło o identyfikację. A zimą, poza Mergą, to był najbardziej poszukiwanym zbiegiem. Przynajmniej tych jakich władze miały dokładniejszy rysopis.

                        - Mogłeś coś zrobić z tą brodą i grzywą jak tam jeździłeś do tych kazamat. Albo po. Jak Łasica. Widziałem te listy gończe z Katją za jaką się podszywała. Wcale nie podobna. Jakbym nie wiedział, że to ona to mogła by usiąść obok mnie i bym jej nie poznał. - Rune przyszedł do zboru już po zimowych akcjach więc niejako był zmuszony znać je z relacji innych. Ale, że jego władze nie szukały to mógł swobodnie chodzić po mieście. Bo łysego mięśniaka jak Silny to też wtedy szukali. Właściwie tylko Łasicy dzięki temu, że od początku zmieniała wygląd i fatałaszki to tej Katji co szukali na listach gończych chyba mało kto by się dopatrzył rezolutnej włamywaczki z ferajny.

                        - Nie przypominaj mi o niej. - porosił Silny obdarzając kolegę ciężkim spojrzeniem. W jakim zawarto jednak nieme ostrzeżenie, że poruszanie tematu jego “wroga rasowego” ze zboru to nie jest najlepszy pomysł. Zwłaszcza jak wszyscy byli już po paru kuflach. Rune uniósł dłonie w pokojowym geście na znak, że nie szuka z nim zwady.

                        - Jutro też akcja. Szkoda, że ja muszę czekać na łodzi. Poszedłbym z wami. No ale gadałem wczoraj o tym ze Starszym i się nie zgodził. Bo jakby coś się stało to musimy być w komplecie, gotowi w każdej chwili do odpłynięcia. - brodacz westchnął bo przez to ukrywanie się w różnych podejrzanych zakamarkach miasta to nie miał zbyt wielu rozrywek. Zwłaszcza takich gwałtownych jakie lubił najbardziej. I jako gladiator nie mógł już występować a tak dobrze mu szło, nawet się dogadał z Theo o zgodę na otwarcie własnych walk w mieście.

                        - Trudno, co zrobisz? Nic nie zrobisz. Trzeba to trzeba. Ale jak tam będziesz w Norsce to pewnie będziesz miał swoje rozrywki. Pewnie bitkę tam lubią, w końcu to Norsmeni. I jakieś polowania może. I dziewoje też pewnie ogniste mają. - herszt krwawych ogarów dał sójkę w bok większemu koledze chcąc go jakoś pocieszyć i rozweselić.

                        - Bo ja wiem czy takie ogniste? Widzieliście Normę. Jakoś nie wygląda na zbyt ognistą. Taka cicha raczej. Powiedziałbym szara myszka nawet gdyby nie te jej topory. To już te nasze dziewczyny są bardziej ogniste. Burgund i Łasica choćby. Aż miło na nie popatrzeć jak tak się tulą do siebie na tych zborach. Chociaż Pirora i Soria to też niezły towar. - były żołnierz i najemnik zakwestionował zdanie kolegi. Czym znów zarobił jego ciężkie spojrzenie.

                        - Jeszcze raz wspomnisz tą dziwkę z tawerny to będziesz zbierał zęby z podłogi. Nie psuj mi humoru. - Silny powiedział to spokojnie ale na tyle stanowczo, że Rune znów powtórzył dłońmi pokojowy gest. - A Pirorę to miałem. Wtedy jak uwolniliśmy Mergę. I ta zabawa była. Tak, ona jest ognista. I ma styl i klasę. Nie to co reszta tych ladacznic. A Soria to daj spokój. To całkiem inna bajka. Ona nawet nie jest człowiekiem. Znaczy nie tak jak my. - herszt ich małej grupki wrócił do omawiania przyjemniejszych tematów. Koledzy zerknęli z uznaniem na wieść, z kim miewał przyjemność.

                        - A ta ich Bretonka? Ta od Huberta? Ją też miałeś? - zaciekawił się się Rune którego nie było gdy pod koniec zimy oba zboru miały pierwszy etap integracji i fraternizacji gdy świętowali uwolnienie wyroczni a na ulicach wciąż szalały grupy pościgowe szukajace zbiegów i ich pomocników.

                        - Nie. Jej nie. Ale nie podobała mi się. Taka wiotka i cherlawa. Pewnie bym się na nią walnął to bym ją połamał a jakbym ją zaczął pruć to rozprułbym ją na wylot! - przyznał Silny i zarechotał obleśnie ale szczerze. Kufle znów powędrowały w górę i się stuknęły wesoło.

                        - Ale Ł… Znaczy te ladacznice, mówią, że ona jest oh i ah. Nawet jak Sigismundus szukał nosicielek to jej nie wydały. A nawet broniły. To chyba ją lubią. - Rune zaczał ale z początku się zajkąknął. Nie chciał zbierać swoich zębów z podłogi a nie był pewny ile jeszcze starczy cierpliwości Silnemu. Wolał nie ryzykować. Koledzy jednak skrzywili się i wzruszyli ramionami.

                        - Ja to pewnie jutro i tak odpływam to mnie już to nie dotyczy. - oznajmił Egon obojętnym tonem i czknął wesoło.

                        - Nie daj im ię nabrać młody. One to zawsze coś chachmęcą. I gadają, z kogo to nie zaciągnęły do łóżka i jak było fantastycznie. Wiadomo. Aby porządnych ludzi wkurzyć i smaka narobić. Ale nie daj się nabrać. Potem ci naplują w twarz i będa rechotać. Im to nie wiara. Ja to żałuję, że Starszy się z nimi tak patyczkuję. Właściwie to cała sprawa z tymi nosicielkami to głupota. Ja to bym się nie szczypał. Przeszedłbym się koło północy po knajpach i zawsze jakąś ululaną bym znalazł. Potem do wora, na ramię i do lochu. Żadna filozofia. - Silny wzruszył ramionami na znak, że nie popiera ugodowej polityki lidera względem ich dziewcząt. Jak i całą sprawę z nosicielkami uważał za zbyt rozmemłaną.

                        - Ale Sigismundus mówił, że najlepsze by były ochotniczki. Bo tam u siebie to już ma mało miejsca na nowe. - przypomniał mu Rune dlaczego na razie zrezygnowano z siłowego wariantu.

                        - Akurat jakaś się zgodzi! Daj spokój. Ty byś się zgodził? Albo, żeby twoja panna czy matka dała sobie wsadzić takie coś? Nie wierzę, że znajdą jakąś ochotniczkę. Strata czasu. Ale poczekam do następnego zboru. I zobaczycie, że będę im się śmiał w twarz jak się okaże, że żadnej nie znaleźli. Jak wtedy Starszy też mnie spławi z tym spacerkiem po wieczornych tawernach to już nie wiem. Niech sami wtedy kombinują. - Silny skrzywił się brzydko kręcąc swoją łysą głową. To też mu się nie podobało no ale skoro Starszy poparł ten “ochotniczy” wariant to nie chciał mu jawnie stawać okoniem.

                        - Mnie to ciekawi ten czarny rycerz. I ten głaz. Też mi się śnił. To pewnie coś od Norry. Norra jest nasza. A oni ją na razie zostawili. Bo Oster i jaskinia, bo jej jaja, bo Soria i jej posąg. Zawsze jakieś wymówki. A póki byłem z wami to mogłem iść w las. Na mieście to nadal dla mnie duże ryzyko ale w las to tak, w las mógłbym pójść. No teraz to już za późno. Jutro odpływam. - Egon wrócił do dyskusji dzieląc się swoimi przemyśleniami. Koledzy pokiwali łysą i zarośniętą głową.

                        - Nie bój się. Jak tak dalej pójdzie to pewnie wrócisz z Norski i będziesz szukał tego głazu razem z nami. Zresztą Otto coś mówił, że u tej ich bladolicej Bretonki jest ta co zna drogę do głazu. Czy jakoś tak. Jutro mam się z nią spotkać. Zobaczymy co to za jedna. - Silny poklepał kolegę po ramieniu aby go pocieszyć. Sam zaś dał znać, że ma pewne nadzieje związane z byłą pacjentką hospicjum.

                        - No zobaczymy. Dobra to dawajcie, zagrajmy jeszcze partyjkę. Może Egon jak wszystko przegra i popłynie do Norski golutki to mu zrobimy większą przysługę niż można sądzić nie? - zaproponował Rune biorąc mocno zużyte i wytłuszczone karty w dłoń i zaczynając je tasować. Kamraci zaśmiali się z tego rubasznego żartu i chwycili za kufle. Po czym każdy zaczął oglądać karty jakie tym razem trafiły w jego ręce.

                        Festag; zmierzch; kryjówka pod zwaloną wieżą

                        Starszy i Merga

                        - Dziękuję złotko. - Merga uśmiechnęła się ciepło do Myszki jaka zwykle pełniła rolę gospodyni w tej kryjówce. Teraz podała jej prosty, gliniany kubek z zaparzonym naparem. Uśmiechnęła się cicho i niczym prawdziwa mysz zniknęła wyroczni z pola widzenia wracając do pieca i stołów pod ścianą gdzie zwykle rządziła. Za to jej miejsce zają mężczyzna w wysokiej masce.

                        - Gdybym mógł to bym powiedział, że za dużo pracujesz i należy ci się odpoczynek. - powiedział z uśmiechem siadając obok rogatej wiedźmy.

                        - A nie powiesz tak? - zapytała go złotooka obdarzając tym niesamowitym, złotym spojrzeniem. Wydawała się być zaciekawiona takim zagajeniem rozmowy.

                        - Nie. Bo przykro na ciebie patrzeć jak jesteś zmęczona. Ale właściwie nie mamy wyboru. Nie ma cię kto zastąpić. Ani przy tłumaczeniu zwojów Oster ani teraz w tym szykowaniu bomb z immaterium. Możemy ci najwyżej próbować nie przeszkadzać. - lider zboru uniósł dłonie do góry i bezradnie je opuścił aż klasnęły o jego uda. Kobieta prychnęła jakby ją nieco rozbawiła ta uwaga. Pokiwała swoimi rogami i dmuchnęła w kubek. Otuliła go dłońmi jakby chciała je ogrzać od jego ciepła.

                        - To prawda. U nas jest więcej specjalistów w takich sprawach. Jestem przy nadziei, że kogoś mi się uda nakłonić do współpracy i przyjazdu tutaj. Mój autorytet może nie wystarczyć. Ale dobrze, że znaleźliście te dwa ołtarze Sióstr. To na pewno podniesie wartość naszej oferty w oczach moich pobratymców. Ale ten skarb ze świątyni też by się przydał. Zwłaszcza, że to świątynne wota. Takie zbezczeszczenie świątyni południowych bogów na pewno będzie miłe sercu mego ludu. - Merga zamyśliła się nad rokowaniami jakie dawała samej sobie w planowanych negocjacjach.

                        - Kto wie? Może do twojego powrotu znajdziemy jeszcze coś? W końcu z tego co mówił Otto wynika, że jeden z heroldów, ta Annika, jest już właściwie w naszych rękach. A pozostała dwójka bardzo obiecujących ludzi jest wciąż w hospicjum ale prace aby ich wydostać już trwają. Właściwie dziewczyny już postarały się o tą Marissę od Soren i teraz czekają na odpowiedź. - Starszy też się ożywił. Gdy miał okazję przemyśleć i podsumować co się wczoraj dowiedział od swoich podopiecznych to ogólnie większość spraw wydawała się zmierzać w dobrym kierunku.

                        - Oby. Życzę wam powodzenia z całego serca. Ale miej na uwadze, specyfikę relacji naszych ludów. My tu przypływamy jako piraci, rabusie i dobywcy. W spokojniejszych czasach jako kupcy i najemnicy. Ale nie ma u nas tradycji aby to południowcy nami rządzili i wydawali rozkazy. Więc współpraca może być trudna. Im więcej ochotników ze mną wróci tym będą stanowić większą siłę ale też aby was szanować też musieliby widzieć w was przynajmniej porównywalną siłę. Inaczej będziecie zepchnięci do roli ponicniczej i usługowej. Zapewnić wikt, opierunek, rozrywkę i wykonywać polecenia. No chyba, że będziecie mieli siłę z jaką trzeba się liczyć. Wielkiego wodza, wielką armię, wielkie pieniądze, zasoby coś co zrobi na nich wrażenie. Jak będziecie mieć to co teraz no to cóż… Jak wrócę z paroma wojakami na krzyż to raczej wiele się nie zmieni. Ale jak przypłynie łódź z pół setką wojowników to chyba rozumiesz, że ciężko im będzie respektować jakiegoś dziadka w masce, parę ladacznic, miejskich rozbójników czy pojedynczego maga. Tylko silnych się traktuje po partnersku. - wyrocznia podzieliła się z liderem zboru ze swoimi obawami. Widocznie przybycie sojuszników z północy mogło nieść ze sobą nie tylko same plusy. Ale gdyby południowi sojusznicy okazali się słabi to mogli zostać zepchnięci do usługowej roli. Starszy zamyślił się nad tym na dłuższą chwilę. Odruchowo bębnił palcami w stół. Po czym podniósł swoją maskę i spojrzał na rozmówczynię.

                        - A ty? - zapytał tej jaka wydawała się mieć największy autorytet tutaj a i chyba za morzem też jakiś miała.

                        - Ja zapewne będę się miotała aby jakoś was wszystkich pogodzić byście się nawzajem nie pozabijali przy pierwszej okazji. No i będę szukać dziedzictwa Sióstr i wsłuchiwać się w ich szepty. - wiedźma odparła całkiem wesoło aż mężczyzna skryty z maską też się roześmiał.

                        - Brzmi dziwnie znajomo z tym pilnowaniem aby to wszystko nie rozpadło się w szwach. - pokręcił głową uśmiechając się blado na myśl jak choćby wczoraj wieczorem wszystko trzeszczało przy tak wielu różnych, charakterach. - Ale teraz część odpłynie z tobą. A i widzę, że sporo z moich dzieci znalazło sobie produktywne zajęcie. Cieszy mnie, że mimo wszystko jakoś potrafią ze sobą współpracować. Wiem, że każda frakcja ciągnie w swoją stronę i ogromną rolę grają sympatie, antypatie, dawne zaszłości. Przecież gdybym ich nie pilnował to Łasica z Silnym już dawno by się pewnie pozabijali. Albo teraz z tymi nosicielkami Oster. Praktycznie za każdym razem jest o to jakaś kłótnia. Rozumiem jedną i drugą stronę ale jakoś pogozić ich trzeba. - Starszy zwierzył się tej jaka od śmierci Karlika była jego główną partnerką w prowadzeniu spraw zboru. Nawet jeśli zwykle nie zajmowała się poszczególnymi członkami zboru a dziedzictwem Sióstr.

                        - Świetnie ci idzie. Nie poradziłabym tu sobie bez ciebie. I gdybyś ty nie usłyszał mojego wezwania o pomoc i nie zorganizował tej ucieczki z kazamat to by mnie wtedy na wiosnę spalili na stosie. A tak, wciąż jestem z wami. - uśmiechnęła się i pokrzepiająco poklepała go po dłoni. On też się uśmiechnął. Ale oboje podnieśli wzrok bo usłyszeli, że ktoś stuka sygnał z góry. A potem Myszka poszła otworzyć drzwi. I wróciła z Normą jakiej nie było od rana.

                        - Wróciłam. Udało nam się ubić parę goblinów. Ona jest dobrą wojowniczką. I mam trochę jej krwi. - oznajmiła wojowniczka podchodząc do ich stołu. Po czym sięgnęła do torby i wyjęła z niej jakieś zawiniątko. Okazało się, że to kawałek jasnego materiału z nieco ciemnymi już śladami krwi.

                        - Oh wybornie Normo! Świetnie się spisałaś! To póki jeszcze jestem to sprawdzę jej krew. Przyda mi się jakaś odmiana od tego ślęczenia nad tymi bombami. - ucieszyła się wyrocznia biorąc we fioletową dłoń ten kawałek materiału. Po czym jeszcze chwilę rozmawiali ze sobą przy stole aż wstali i każde wróciło do swoich zajęć.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Online
                          SantorineS Online
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #114

                          Oryginalny autor: Pipboy79

                          Oryginalny tytuł: Tura 27 - 2519.07.11-12 Bonus

                          Festag; wieczór; kamienica Pirory

                          Pirora i Soria

                          Dwie szlachcianki siedziały przy ozdobnym stole i jadły kolację w równie ozdobnych naczyniach. Były tylko we dwie więc zrezygnowały z jadalni na rzecz zwykłego stołu w kuchni. Co nieco dziwiło Pirorę no ale skoro herold Soren miała taką zachciankę to oczywiście nie protestowała.

                          - Cudownie się dzisiaj u ciebie bawiłam moja droga. Widzę, że nasza rodzinka ma sporo utalentowanych i ciekawych osób. Nie tylko nasze dziewczynki. - oznajmiła dostojnie czerwona milady o czarnych, grubych warkoczach o granatowym połysku. Które jakby nieco się poruszały chociaż wewnątrz kuchni nie było żadnego wiatru.

                          - Dziękuję za uznanie, z ust tak dostojnej osoby to prawdziwy komplement. - gospodyni z dumą przyjęła tą pochwałę ciesząc się, że nie rozczarowała swojej mistrzyni.

                          - Ale zastanawiam się nad następnymi krokami. - rzuciła płynnie dama z egzotycznych krain jaka wystudiowanym ruchem wybrała srebrnym widelcem kawałek potrawy.

                          - Nad kolejnymi krokami? - zdziwiła się młoda szlachcianka z Averlandu.

                          - Tak. Na początek jutro. Z Fabi i tą słodką, obiecującą panną van Zee. Po tym co widziałam dzisiaj po mszy i wcześniej jestem dobrej myśli. Dobrze. Chcę mieć to co najlepsze i najpiękniejsze. Niech mnie czczą. I mdleją na mój widok. Pojedynkują się o mnie. Piszą romantyczne wiersze. Rzucają się w przepaść lub robią inne tak wspaniale szalone i nonsensowne rzeczy aby zwrócić moją uwagę. Na początek może być ta słodka Kamilka. Prześliczna dziewczyna i przypomina mi te bardziej znajome strony jakie dla was są tak egzotyczne i obce. Nie wiem czy na następny zbór ją przyprowadzę na smyczy ale na takie zabawy jak dzisiaj u ciebie to bym nie wykluczała. Widziałam jak pożera mnie wzrokiem. Uwielbiam to. Więc jutro mam na nią ochotę i skonsumować tą znajomość. Oczywiście razem z tobą i Fabi bo w końcu to mają być te lekcje językowe i kulturowe u ciebie. - Soria dalej mówiła tym elganckim i wystudiowanym tonem jakby to chodziło o jutrzejszą pogodę, relację z jakiejś oglądanej sztuki lub inne zwyczajowe plotki między damami z wyższych sfer. Ale mimo wszystko Pirora tonęła z zachwytu i podziwu dla jej pewności siebie jakby jutro ze zdobyciem jednej z najpiękniejszych panien w mieście to była tylko formalność. Z drugiej strony nie bezpodstawna bo sama była świadkiem w jaką radość wpadła Kamila gdy je sobie przedstawiła pierwszy raz w zeszłym tygodniu. I od tamtej pory córka kapitana portu zdawała się korzystać z każdej okazji aby zamienić chociaż parę słów z czarującą milady z egzotycznych stron. Ostatni raz jak ją Pirora taką widziała to gdy tak szalała za estalijksą kapitan. Ale ta odpłynęła z miasta wczesną wiosną gdy szlaki morskie znów stały się żeglowne. Zostawiła swoje służki i rezydencję kupioną za miastem. Właściwie to tą jaka miała się za parę dni stać przykrywką dla spotkania z Gnakiem i jego stadem przy starych kamieniach.

                          - Jestem pewna, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Mam wrażenie, że Kamila cię uwielbia. Ma słabość do egzotycznych, pięknych, awanturniczek. - przyznała blond gospodyni sięgając po kielich z deserem.

                          - A potem jakoś nas umów z baronem Wirsbergiem. Tym o jakim mówił Joachim. - rzuciła krótko czerwona milady z godnością przyjmując uwagę gospodyni. Ale powiedziała to jakby kończyła jakąś wcześniejszą myśl.

                          - Z baronem Wirsbergiem? Ale po co? - tym razem Pirora wydawała się autentycznie zaskoczona. Pogrzebała w deserze biorąc na czubek ozdobnej łyżeczki wisienkę.

                          - A chciałabym go poznać. Wydaje się być interesującym mężczyzną. A poza tym może słyszeć szept którejś z Sióstr. Zapewne Vesty z tego co mówił Joachim. Może tak. Może nie. Jestem tego ciekawa. - wyjaśniła jej była syrena jaka przez parę tygodni terroryzowała okoliczne wody wciągając rybaków w morskie, lodowate odmęty.

                          - Słabo go znam. Zostałam mu przedstawiona na jakimś przyjęciu u van Hansenów. Nie wydał mi się ani ciekawy ani pociągający. Raczej z pokolenia rodziców Froyi. Ona nazywa go “wujaszkiem Heidrichem” i widocznie żyją ze sobą w dobrej komitywie. - gospodyni streściła to co najważniejsze o baronie jakiego jednak nie znała zbyt dobrze. I jakoś nigdy nie wydał jej się na tyle ciekawy aby go miała ochotę lepiej poznać.

                          - Swietnie. Umów mi z nim spotkanie. Zobaczymy co to za jeden. No i jak już o tym rozmwiamy. Kiedy mnie poznasz z samą Froyą? Tyle o niej słyszałam. Nawet ją rano widziałam na mszy. Bardzo atrakcyjna kobieta. Rozumiem czemu jest tak rozchwytywana. Pasowałaby mi do kompletu do Kamili. Sama zobacz. Z tej strony Froya a z tej Kamila? Czy na odwrót? - czerwona milady zręcznie przeskoczyła na temat rodziny van Hansenów. A dokładniej ich najmłodszej latorośli co miała opinię jednej z najpiękniejszych a do tego najbogatszych panien w okolicy. Na koniec jednak uniosła wysoko swoją zgrabną nogę aż się rąbek czerwonej spódnicy osunął aż do połowy uda. Ukazały się pończochy oraz trzewiki. Właśnie o tych trzewikach Soria dumała z której strony by która szlachcianka lepiej pasowała aby jej usługiwać i czcić.

                          - Poślę bilecik do Froyi jutro. Jutro mamy dość zajęty dzień. A pojutrze już jedziemy w plener. W Marktag to zapewne nie będziemy się do niczego nadawać. To najprędzej potem. Ale zrobię co się da aby umożliwić wam spotkanie. Tylko… Tylko Froya to nie jest Kamila. Ona ma bardzo silny, niezależny charakter. Robi polowania, kolekcjonuje broń, trenuje szermierkę. Właściwie gdyby urodziła się chłopcem to by to jej lepiej pasowało do zainteresowań. Tylko ona całe życie to słyszy to nie przepada jak ktoś to znów jej powtarza. - Pirora wcale nie była taka pewna czy nawet Sorii pójdzie z dumną panną van Hansen tak gładko jak z Kamilą jaka już prawie wpadła w jej sidła. Z nią to była prawie pewna, że jutro się uda. A całkiem możliwe, że nie tylko raz o ile Soria miałaby zastąpić pannie van Zee Rose. No ale Froya była całkiem inna. I słynęła z silnego charakteru i dużej niezależności.

                          - Wybornie, moja droga, wprost wybornie. Uwielbiam takie owoce co pozornie są nie do zdobycia. Zresztą zostaw to mnie. Po prostu mnie z nią umów. Zobaczymy jakie żądzę skrywa w sobie ta niepokorna i niezdobyta dama. - czerwona milady bynajmniej nie czuła się przejeta takimi ostrzeżeniami a nawet jakby wyostrzyły jej apetyt na długonogą blondynkę z nazwiskiem i majątkiem z pierwszej półki co zdradzała tak niecodzienne zainteresowania jak na młodą damę.

                          - Aha. I te koleżanki jakie mówiłaś z Fabi. Zdaję się na ciebie. Umów mnie z tą którą uznasz, albo obie uznacie, za najbadziej obiecującą. Właściwie umów mnie z jakąkolwiek. Musimy zacząć pleść naszą sieć powiązań i zależności. Słodkiego grzechu deprawacji i wyuzdania. Każdy taki cukiereczek zwiększa nasze możliwości. Widzisz kochanie, wielu wtajemniczonych w nasze sprawy uważa nas za pustych, durnych sodomitów i dewiantów. Co tylko zastanawiają się z kim pójść dzisiaj do łóżka. To dobrze. Bardzo dobrze. To działa na naszą korzyść. Uwierz mi potem są bardzo zdziwieni gdy odkrywają, że parę słówek tu czy tam i nagle wszyscy są na naszych usługach. Więc jak usłyszysz, że my jesteśmy puste ladacznice to się tym nie przejmuj i róbmy swoje. I proszę przekaż to Łasicy bo ona mi się wydaje strasznie impulsywna. Chociaż to niesamowicie dodaje jej smaku. - herold Soren zdradziła swojej podopiecznej i gospodyni jakie ma plany i zamiary co do tego miasta. A ta pokiwała głową z uznaniem bo brzmiało jakby Soria bez względu na resztę zamierzała podbić to miasto. Nie siłą czy orężem ale jedwabiście słodką nutką dekadencji i grzesznych przyjemności.

                          - No, no… - mruknęła Pirora gdy układała sobie te wszystkie plany i schematy w głowie. I niezbyt wiedziała co powiedzieć.

                          - Najadłam się. Dziękuję było przepyszne. Podziękuj kuchni, świetnie się spisali. A teraz mam ochotę na kąpiel. I mam nadzieję, że nie będę tam sama. - oznajmiła czerwona milady na koniec wieńcząc powłóczyste spojrzenie na siedzącej niedaleko gospodyni.

                          - Oczywiście milady, będę zaszczycona! - odparła radośnie ciesząc się, że to właśnie z jej gościny skorzystała ta wężowa syrena w ludzkiej skórze.

                          Festag/Wellentag; noc; rezydencja von Mannlieb - hospicjum

                          Fabienne, Łasica i Burgund

                          Obudził ją nacisk na ustach. Gwałtownie otworzyła oczy i ujrzała kogoś nad sobą. W swojej sypialni! Przy swoim łóżu! W środku nocy!

                          - Ciiii. Nie panikuj Fabi. To my. - usłyszała cichy szept pochylającej się nad nią postaci. I rozpzoznała głos Łasicy. I zapach jej niezbyt wyrafinowanych chociaż całkiem przyjemnych perfum. No cóż, nie była szlachcianką aby stać ją było na kosmetyki z wyższej półki. Dłoń włamywaczki odblokowała usta Bretonki a w zamian przysunęła swoją twarz. I pocałowała te usta. Najpierw deliikatniej, potem śmielej, wreszcie całkiem gwałtownie. Dłoń zaś sięgnęła pod kołdrę i zaczęła ściskać jej niezbyt obfite chociaż jędrne piersi. A po chwili zsunęła się niżej podwijając nocną koszulę.

                          - Zdejmuj to. - szepnęła cicho włamywaczka do gospodyni ciągnąc ją za kawałek nocnej koszuli aby dać znać o co chodzi.

                          - Dobrze! Ale to ekscytujące! Jak tu weszłyście? Będziemy się teraz kochać? Tylko cicho aby nie pobudzić reszty. Ale mam gdzieś tu knebel. Możemy go użyć. - po pierwszym zaskoczeniu szlachcianka rozbudziła się na dobre. A nawet pobudziła. I zdradzała pełną radość i chęć do współpracy z dwiema nocnymi włamywaczkami.

                          - Nie. Nie będziemy się kochać. Wstawaj i ubieraj się. - chociaż Łasica jeszcze dzisiaj w loszku zachowywała się równie ulegle jak Fabienne to teraz zdradzała zaskakująco dominującą i stanowczą postawę. Zrzuciła z gospodyni kołdrę i wstała od łóżka aby ta mogła wstać.

                          - Jak to? Nie będziemy się kochać? To po co przyszłyście? Stało się coś? - czarnowłosa gospodyni w nocnych ciemnościach wyglądała jak jakaś nocna zjawa. Bo luźne, długie, czarne włosy dawały mocny kontrast na tle jej zgrabnej, alabastrowej sylwetki. W głosie jednak słychać było mieszaninę obrażonego focha i niepokoju. Wstała jednak z łóżka i zdjęła z siebie nocną koszulę.

                          - Będziemy się kochać. Ale nie tutaj. Masz, ubierz się w to. Chyba, że masz jakieś nocne ciuchy. Takie co by można łazić przez płot. Chyba dasz radę? Gruba nie jesteś. - Burgund co dała zacząć akcję swojej partnerce teraz przejęła pałeczkę rozmowy jakby uznała, że koleżanka trochę za ostro podeszła do rozbudzonej w środku nocy szlachcianki. Podała jej zawiniątko jakie w dotyku było miękkie. Jakby w środku były ubrania.

                          - Mam się w to ubrać? I jakie płoty? Gdzie wy chcecie iść? - gospodyni odruchowo zaczęła rozwiązywać supełek ale, że było dość ciemno to podeszła do okna aby cokolwiek widzieć. Nie mogła jednak nadążyć za pomysłami swoich koleżanek.

                          - Do hospicjum. Kochać się z Marisską. - odparła krótko Łasica i mimo ciemności w jej głosie dał się słyszeć radośnie, złośliwy uśmieszek.

                          - Poszłybyśmy same. Ale nie wiemy w jakim jest skrzydle i celi. Poza tym do końca nie mogłyśmy się zdecydować czy włamać się do ciebie czy do niej. Więc uznałyśmy, że załatwimy was obie w ciągu jednej nocy. - oznajmiła jej Burgund teraz równie uradowana z ich pomysłu jak ich liderka. To dodało energii gospodyni bo już bez skrupułów zaczęła się przebierać chociaż na dotyk to zwykle ubierała się w coś znacznie lepszego i bardziej eleganckiego. Ale skoro chodziło o tak romantyczną i ekscytującą przygodę to nie wahała się ani chwili.


                          - To tam. Tamte drzwi. To do niej. - szepnęła cicho Fabienne pokazując kóteś z kolei drziw w głębi korytarza. To było niesamowite! Jeszcze nigdy nie uczestniczyła w tak ryzykownej przygodzie! Ale to dodawało tylko pikanterii do jej smaku. To było jak jakiś pokaz nieznanej jej wiedzy tajemnej gdy mogła obserwować koleżanki przy pracy. Od tej pory ich nie znała. Nawet jeśli mniej więcej wiedziała czym się zajmują to jakoś zwykle spotykały się w loszku Pirory albo na przyjęciach gdy robiły jako kelnerki czy inna obsługa. A czasem nawet była okazja na jakiś szybki numerek gdzieś na zapleczu albo chociaż na jakiś klaps w tyłek bo przecież szlachcie nie wypadało się nawzajem klepać po tyłkach na oficjalnych przyjęciach.

                          - Dobra, to chodź. Złap mnie za ramię. A ty porwadz ją ruda małpo od tyłu. - szepnęła cicho Łasica do swoich towarzyszek. Bo jak to odkryły to jakoś wielkiego zdziwienia nie było. Ale jednak było nieco irytujące jak się okazało, że szlachcianka nie jest tak dobra we włamaniach jak zawodowe włamywaczki. Dla nich była niezdarną amatorką. Ale właściwie była amatorką! Sama im się przyznała, że to jej pierwszy raz. No ale traktowały ją jak kamratkę a nie młodą na szkoleniu. Poza tym łączył jej wspólny i zaszczytny cel. A zostawić jej nie mogły bo same niezbyt wiedziały gdzie w hospicjum przebywa Marissa a szukanie jej po ciemku w tak dużym budynku było proszeniem się o kłopoty. I nawet własne chucie nie były na tyle silne aby je do tego nakłonić. Dopiero z Fabi co już tu wcześniej była miało to sens.

                          - W końcu dostaniesz po uszach za tą rudą małpę! - syknęła do niej Burgund ale położyła dłoń na plecach szlachcianki aby pomóc jej nawigować po ciemku. Zaś od przodu Łasica ciągnęła ją za rękę we właściwym kierunku. Tak jak to sobie jeszcze dzisiaj po obiedzie u Pirory umyśliły włamanie się do hospicjum okazało się fraszką. Przynajmniej dla zawodowych włamywaczek. Zapewne dlatego, że nie było tu nic cennego ani ciekawego aby się włamywać. Pewnie już prędzej aby ktoś nie uciekł z celi. Ale te cele to się zamykało od strony korytarza.

                          - To tu. - zepnęła bretońska szlachcianka przebrana w zwykłe spodnie i ciemny kubrak przez co w ogóle nie wyglądała na osobę szlachetnie urodzoną. Łasica posłuchała chwilę pod drziwami. Nachyliła się aby spojrzeć przez szparę pod nimi. I w końcu odblokowała zasuwę i otworzyła drzwi. W środku ujrzała zarys pryczy i owal twarzy na niej. Owal nieco się uniósł pewnie obudzony zgrzytaniem zasuwy i drzwi.

                          - Wchodzisz. - rzuciła cicho Burgund i trzepnęła w zgrabny, szlachecki tyłek koleżanki. Ta weszła do środka i podeszła do pryczy. Nie miała takiej wprawy w łażeniu po ciemku jak one więc czuła się nieco nieporadnie. Ale zapału i dobrych chęci jej nie brakowało.

                          - Marisko? To ja. Lady Fabienne. Poznajesz mnie? - zapytała cicho próbując zogniskować spojrzenie na jasnym owalu twarzy widocznym przed sobą.

                          - To pani? Tak, poznaję. Co się stało? - zapytała zaskoczona pacjentka hospicjum.

                          - To są moje koleżanki. Bardzo chciały cię poznać. - Bretonka wskazała na dwie, ciemne, bezpłiciowe sylwetki jakie starannie zamknęły drzwi i teraz stały obok pryczy.

                          - Właściwie to przyszłyśmy się z tobą kochać. Bo mamy trochę roboty, nie wiemy jak wyjdzie a ciebie nie wiadomo kiedy wypuszczą… No to nie wiadomo kiedy będzie następna okazja. A Fabi i Pirora nam strasznie ciekawe rzeczy o tobie opowiadały więc jesteśmy. I chcemy się z tobą kochać. Jeśli chcesz. Jak nie to trudno, spadamy stąd. I będziemy się kochać z Fabi u niej w sypialni. - zamaskowana na ciemno postać bez większej żenady i w prostych słowach wyjaśniła pacjentce po co tutaj przyszły w środku nocy. Po kolei wskazała na stojącą obok “rudą małpę” a gdy mówiła o alternatywnej opcji trzepnęła Bretonkę w tyłek aż ta syknęła i stłumiła uśmiech zadowolenia.

                          - Chcę! Odkąd Annika odeszła to prawie nikogo nie mam tu do zabawy! I jakie to romantyczne! A jak się nazywacie? - wydawało się, że spełniają mokre sny gospodyni bo ta równie ochoczo zgodziła się na taką, niemoralną propozycję. Ochoczo odrzuciła koc ukazując jasną plamę kobiecych kształtów. Tylko na biodrach był ciemny, filigranowy kształt zdradzjący bieliznę.

                          - No! I o to chodziło! Tylko cicho aby nie obudzć reszty. - Łasica ucieszyła się na taką dobrą wolę współpracy na jaką miały nadzieję już u Pirory. A po chwili one same też zaczęły się szybko rozbierać aby móc się nacieszyć nową koleżanką. Ona zresztą też przyjęła je w swoje ramiona, usta i uda bardzo chętnie. Zabaw była ciemna, chaotyczna, pośpieszna i nieco nerwowa. Czasem musiały przerwać gdy zdawało im się, że coś słyszą. Ale w końcu zdyszane i usatysfakcjonowane skończyły. Zaczęły się po ciemku ubierać ale, że trudno było się było połapać co jest co to włamywaczki zaryzykowały zapalenie małego ogarka jaki położyły na podłodze. I w jego wątpłym świetle zaczęły się ubierać. Przy okazji pierwszy raz mogły się sobie nawzajem przyjrzeć.

                          - Ale z ciebie śliczna dziewczyna! Jak stąd wyjdziesz to zapraszamy do siebie! Zabawimy się na całego i nie tak po złodziejsku jak teraz! - szepnęła wesoło Łasica gdy jako tako mogła się wreszcie przyjrzeć swojej nowej kochance. Zrobiło się całkiem miło i sympatycznie a naga lokatorka odprowadziła ich do drzwi. Tam jeszcze ostatnie całusy na pożegnanie i włamywaczki znów musiały zasunąć zasuwę. A potem we trzy wrócić korytarzami, do otwartych drzwi, zamknąć je i przeskoczyć przez mur. I pomóc Fabienne przez niego się przedostać. A potem ciemnymi kanionami miasta na północ, ku rezydencji von Manliebów.

                          - A nie będzie miała przez nas kłopotów? Nie poznają się, że tam byłyśmy? Ależ to było ekscytujące! Musimy to powtórzyć! - Fabienne chyba najbardziej przeżywała właśnie zakończone spotkanie. Chociaż u koleżanek raczej inaczej się ono objawiało ale wszystkie trzy były zadowolone z siebie i wykonanego skoku. A i Marisska żegnała ich tak czule, że dobrze to rokowało przy następnym spotkaniu.

                          - Dziewczyno, gadasz z profesjonalistkami. My jesteśmy dziewczyny z ferajny. Włamujemy się gdzie chcemy, bierzemy co chcemy, i nie zostawiamy śladów. Jeszcze jakby ktoś jutro z rana od razu zaczął szukać czegoś w zamku od kuchni i wiedział czego i miał bystre oko i wprawę no to może by dostrzegł jakąś nową rysę czy dwie. Ale jak zacznie dzień jak co dzień to się nie kapnął. Dlatego musiałyśmy zdjąć buty po wejściu. Aby nie zostawić śladów błota. Bo to każdy by się poznał, że ktoś tu był. - Łasica była pewna siebie i nie obawiała się konsekwencji. Ani dla siebie ani dla koleżanek. W tak radosnym nastroju dotarły do rezydencji gdzie znów pomogły przejść gospodyni przez jej własne ogrodzenie a potem poczekały aż wejdzie po podstawionej drabinie na górę. Ta dostała jeszcze pożegnalnego klapsa gdy wchodziła, pomachała im z góry na pożegnanie i obserwowała jeszcze z okna jak odstawiają drabinę na ziemię, czmychają przez ogród a potem zwinnie wspinają się po ogrodzeniu. Na koniec jeszcze też jej pomachały i zniknęły z ciemnościach nocy.

                          - Ależ to była przygoda… Jak z jakiegoś romansu! - westchnęła rozmarzona szlachcianka odchodząc wreszcie od okna. I zaczynając zdejmować z siebie to niegodne błękitnokrwistej ubranie. Zdejmowała je byle jak rzucając je za łóżko. Nie kłopotała się już aby szukać po ciemku i zakładać nocną koszulę tylko władowała się do swojego łóżka i z lubością ułożyła do snu. Ale ten nie przychodził. Zamiast tego pod powiekami chaotycznie przeskakiwały kolejne sceny z tego intensywnego dnia. A jutro znów ją czekała wizyta u Pirory! Więc na pewno też nie będzie się nudzić.

                          Wellentag; świt; zatoka portowa

                          Kurt i Vasilij

                          Już świtało. Z wód zatoki podniosła się tradycyjna, poranna mgła. Ale miasto i zatoka były jeszcze uśpione. Właściwie dopiero nocne niebo jaśniało a tutaj, na ziemskim padole, panował jeszcze półmrok. Już jednak widzieli wąskie łodzie rybaków jacy ich pozdrawiali gestem Mananna i wypływali na połów. Ich łódź była większa. Zdecydowanie nie rybacka. Podobna kształtem do długich łodzi z północy. Tu, na południowym wybrzeżu Morza Szponów były już mniej popularne. Wyparły je nowocześniejsze kogi i karaki. Ale to były drogie statki. Więc ci mniej zasobni wciąż używali tych długich łodzi lub konstrukcji im bardzo podobnych. Akurat taką łódź miał Vasilij. Tylko, że zwykle używał jej ze swoimi ludźmi do skrytego przewozu towarów po zatoce albo przed. Taka łódź była w sam raz do takiego szmuglu. Ale praktycznie nie używali jej do wypływania na szerokie morze nie mówiąc już o dalszych rejsach. Teraz on i nieco niższy mężczyzna stali na dziobie tej jednostki.

                          - I co? Jak wyszło? - zapytał herszt bandy przemytników. Stary bosman z namaszczeniem miętosił fajkowe ziele do swojej fajki i obojętnie wzruszył ramionami. Vasilij już sądził, że na tym się skończy ale Kuternoga jednak przemówił.

                          - Może być. Nie najgorzej. Jak sztormu nie będzie a morze spokojne to tak. Może być. - odparł w końcu jedyny wilk morski jakiego mieli w zborze.

                          - Nie brzmisz zbyt pewnie. To jest aż tak źle? - herszt przemytników wolał wiedzieć jakie jest zdanie byłego żeglarza aby wiedzieć na co się szykować. Dlatego poprosił go na rozmowę na osobności jaką zapewniał dziób jednostki.

                          - Cudów nie ma. Nie nauczę was w parę rejsów tego co ja się uczyłem przez całe życie. Ale podstawy znacie. Jakoś tam się zgraliście przez te parę rejsów. Jakoś się ciebie i mnie słuchają. No to jest nadzieja, że może być. Jak morze będzie spokojne to damy radę. To nie tak daleko. Dzień, może dwa, góra trzy dni rejsu. Zależy od stanu morza i rytmu wioślarzy jaki się da utrzymać. - bosman wyraził swoją opinię na temat trenowanej od jakiegoś czasu załogi. Owszem, podstawi mieli. Ale jego zdaniem nadal byli bardziej szczurami lądowymi niż żeglarzami. A do wilków morskich jak on nie było co ich porównywać.

                          - Aha. No to… Chyba dobrze. I tak nie mamy wyjścia. Jutro… Właściwie to dziś. Dziś w nocy wypływamy. Jak wszystko dobrze pójdzie z tą świątynią. Byłeś już tam? Tam gdzie Merga mówiła? - Vasilija podniosła na duchu ta ekspertyza. Co prawda nie brzmiała zbyt radośnie ale chyba jakieś minimum zdaniem Kurta spełniali. Co uznał za zaletę.

                          - Tak u nich to nie. Ale wiele razy tamtędy przepływałem. Tylko pewnie rozumiesz, że imperialne jednostki to zwykle mogą żywić pewne obawy przed lądowaniem w Norsce. - odparł mu z lekkim przekąsem stary bosman. Sam nie wiedział czego się spodziewać po tej wyprawie. Od strony żeglarskiej to jeszcze jako taki. Tak jak to powiedział koledzę. Jak morski żywioł nie będzie kapryśni to oceniał, że mają spore szanse, że się uda. Chociaż właśnie to by się przydało dwa albo trzy dni dobrej pogody. Ale co ich czeka na miejscu? Nie miał pojęcia. Chyba tylko Merga i może Norma mogły coś rokować. W końcu były stamtąd. Wierzył, że skoro one były gotowe podjąć się tej misji i chyba miały zamiar tu wrócić to chyba nie zaczną tam od składania durnych południowców w ofierze.

                          - Dobra. Dokujemy. Daj znak ludziom. I daj im wolne. Niech odpoczną. Niech się najedzą. Wyśpią. Przed zmierzchem trzeba załadować zapasy. O zmierzchu łódź ma być gotowa do drogi. Potem jak nam dadzą znać to podpłyniemy tam gdzie jesteśmy umówienil. - Kurt pyknął z fajki i wskazał nią w kierunku gdzie zwykle dokowali. Nie zawsze w tym samym miejscu ale dzisiaj było wolne. Przy okazji wydał dyspozycję na ten dzień co miał być ich ostatnim w rodzimym porcie. Spojrzał w coraz jaśniejsze niebo. Wszystko co mógł zrobić ze swojej strony to zrobił. Teraz zostało zdać się na pozostałych członków ich niecodziennej rodziny i na bogów.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Online
                            SantorineS Online
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #115

                            Oryginalny autor: Seachmall

                            Wellentag; ranek; hospicjum

                            Mnich przywitał ten dzień w większym uśmiechem niż miał w zwyczaju. Zmęczenie i stres ostatnich dni z niego spłynął po wczorajszym dniu. Przywitał spokojnie brata zajmującego się recepcją i zaczął swój dzień pracy.

                            Wezwanie od Fabienne dało mnichowi odetchnąć, pora na kolejny krok w odkryciu ołtarza Norry, ale najpierw Joachim. Spojrzał na Przeora kiedy ten zapytał o wczorajszą imprezę.
                            Och, jak kusiło go, aby mu opowiedzieć prawdę. O tym jak ich dobrodziejka usługiwała mu jak zwykła ladacznica, ale ugryzł się w język. Trzeba nadal trzymać pozory.

                            - Niestety była to mniejsza impreza niż sądziłem, ale wyszło z niej coś ciekawego. Najwyraźniej nasze trzy dobrodziejki zainspirowały się naszym hospicjum i planują otworzyć gdzieś w okolicy miasta uzdrowisko. - mnich trochę wzruszył ramionami - Gdzieś gdzie możni mogliby zażyć kąpieli w wodzie z leczniczego źródełka, masażu ze smarowaniem jakiś leczniczych specyfików. W sumie lady Pirora chciałby pomocy przy tym przedsięwzięciu. Chciała zapytać, czy znasz jakieś lecznicze źródełka w okolicy? Nawet jeżeli to pic, czasem wiara czyni więcej niż jakaś tam "magia". Do tego, pytała czy ktoś z naszych pacjentów, mógłby znaleźć zatrudnienie w tej lecznicy? Oczywiście Hospicjum będzie wymienione jako współtwórca tego miejsca, a to przyciągnie wzrok możnych. - przynęta zarzucona, teraz zobaczyć czy tłusty sum ugryzie.

                            - Naprawdę? Ależ to wspaniała wiadomość Otto! - przeor hospicjum prawie się zachłysnął z radości gdy usłyszał takie wieści. - Chwalmy dobrych bogów młodzieńcze! Obdarzyli nas łaską szczodrości w postaci tych cudownych kobiet! - zawołał radośnie wznosząc ręcę pod sufit w pochwalnym geście.

                            - I spójrz jakie krzywdzące są te stereotypy mój chłopcze. Tak ci starsi lubią gderać na młodzież i młodych… A tu proszę! Wszystkie trzy takie młode a zobacz jakie szlachetne dobrodziejki! I to żadna nie jest od nas. Przecież panna van Dyke to jest z Averlandu a Frau von Mannlieb co prawda ożeniona z naszym kapitanem ale jest z Bretonii. Zresztą nie da się ukryć przez jej akcent. Tej lady Sorii to nie znam ale jak nie znam to pewnie też nie od nas. Zresztą tak mówiły. I zobacz! Wzór do naśladowania! Wielu tych możnych mogłoby się uczyć hojności i dawania jałmużny od tych szlachetnych dziewcząt! - przeor rozpływał się w zachwycie nad trzema, młodymi szlachciankami. A zwłaszcza ich dobrodziejstwem.

                            - Koniecznie musimy dać na tacę w przyszły Festag aby pomodlić się w ich intencji. A co tam! Przez tydzień będziemy u nas odmawiać psalm dziękczynny za ich zdrowie i powodzenie! - wydawało się, że przeor Bernard nawet się rozczulił nad hojnością trzech błękitnokrwistych młodych kobiet.

                            - I mówisz uzdrowieńcze źródła? Tak, tak, świetny pomysł. Przydałoby się coś takiego u nas. Cóż za wspaniałe kobiety. - trochę ochłonął i zaczął się zastanawiać nad pytaniem jakie zadał mu młodszy mnich.

                            - Tu w mieście to nie słyszałem aby coś było. W okolicy też nie. W Kurtwallen jest uzdrowisko no ale to trochę daleko od nas. Już bliżej stamtąd do Salzenmundu niż do nas. No i tam już nie byłoby łatwo uszczknąć tortu. Ale coś mi świta, że coś było jeszcze… Dawniej… - gdy zaczął przeczesywać swoją pamięć powoli coś zaczynało się krystalizować. Ale to chyba nie należało do powszechnej wiedzy jakiej korzystał na codzień więc nie przychodziło mu to zbyt łatwo.

                            - Chyba coś było… Tam na południu… Może w Stavern? Właśnie niezbyt to pamiętam bo to już dawno nie działa. Chyba jakiś wypadek był czy pożar. Nie jestem pewien… Ale jeśli nawet to budynki mogły się spalić czy zapuścić ale źródełko jak tam było to chyba powinno być nadal. - przeor wyraźnie walczył ze swoją pamięcią chcąc pomóc w tym zaszczytnym dziele wspomożenia ich dobrodziejek a nawet i w jakiejś części ich własnego hospicjum. Ale widać to szło mu bardzo opornie.

                            - Wiesz co Otto? Idź z tym do Marissy. Ona jest uczona. O ile nie lata jak wariatka na golasa po meblach. I ona brała nauki w Saltmundzie. Jako zielarz i alchemik. I parę razy z nią rozmawiałem na podobne tematy. Dlatego ją przydzielam do herbarium albo biblioteki. Może ona coś wie, pamięta albo zna jakąś księgę co by można było coś znaleźć. No i jak powiesz, że to dla jej nowej pani to pewnie ci nie odmówi pomocy. Możesz jej obiecać skrócenie kary włosiennicy o dzień czy dwa jak się wykaże. Coś tam wymyślisz. Jak nie to po prostu sami będziemy musieli zajrzeć po tych księgach. - w końcu nie będąc pewnym swojej pamięci przeor skierował go ku jednej z bardziej kłopotliwych pacjentek. Przynajmniej ostatnio.

                            Przynęta, haczyk, spławik i zaczyna chyba wciągać żyłkę. Otto uśmiechnął się na radość przełożonego, czasem miło zobaczyć, że więcej niż chciwość przez niego przemawia.

                            - Uczona? Doprawdy? No patrzcie. - Mnich się zamyślił, zastanawiało go w takim razie z czyjego rozkazu tu trafiła i cóż też nawywijała. Podejrzewał, że było to przed aktywnością Sióstr, przynajmniej tak silną - Porozmawiam z nią oczywiście, wątpię, abym musiał się zniżać do przekupstwa, ale na pewno się ucieszy z myśli o zmniejszeniu kary. Odwiedzę ją zanim udam się do Frau von Mannlieb, może będę miał jakieś dobre wieści dla niej.

                            - No tak, tak, jest tu pod ręką to przynajmjniej nie trzeba za nią biegać po mieście. - przeor pokiwał swoją łysiejącą głową na znak, że aprobuje taką decyzję podwładnego i jest mu gotów dać w tej sprawie wolną rekę.

                            - No uczona może nie jak profesor bo wciąż brała nauki jak ją relegowano tutaj. Ale jednak coś z tych ksiąg musiała się nauczyć. I wcześniej wydawała się jakaś spokojniejsza. Raczej nie sprawiała kłopotów. Nie wiem co ją ostatnio ugryzło aby zachowywać się tak skandalicznie. Naprawdę wciąż mam wątpliwości czy wypuszczanie jej do tej dobrodziejki to dobry pomysł. Może by wzięła kogoś innego? Kto nie lata nago po meblach? Pomyśl co by się działo jakby zrobiła coś takiego naszej szczodrej milady! Skandal na całe miasto! - lider hospicjum nieco skorygował wcześniejsze informacje o jednej ze swoich pacjentek. I wciąż miał obawy co do jej napadów zbyt frywolnego zachowania. Ale na razie jakoś nic nie mówił, że zamierza zmienić swoją decyzję.

                            Otto westchnął słysząc obawy przełożonego. Miał szczerze dość tego jego gadania o tym jak to Marissa może przysporzyć kłopotów Fabienne, albo hospicjum biegając nago po domu. O ile oczywiście, takie rzeczy byłyby nie na miejscu, podejrzewał, że większość szlachty mogłaby to uważać za "ciekawostkę". Istnieje pewna ilość złota, która odcina cię od rzeczywistości bardziej niż najdalsza podróż na północ. Postarał się jednak zamaskować swe prawdziwe uczucia w fałszywym dzieleniu obaw przeora.

                            - Wiem, ale rozmawiałem z Frau Fabienne i zapewniła mnie, że nawet w takiej sytuacji postara się wszystko przyklepać. Do tego była pewna, że będzie w stanie uspokoić Marissę. Coś o "Rozumieniu dziewczyny bardziej, niż my chłopcy w habitach". - mnich wzruszył ramionami - Wydaje się naprawdę przekonana, że będzie miała pozytywny wpływ na Marissę.

                            - Tak nasza dobrodziejka powiedziała? - zapytał przeor i chwilę trawił to w swojej łysiejącej głowie. - No cóż, jak tak powiedziała no to chyba powinna się liczyć z takimi wyskokami Marissy. Nie powinna potem mówić, że jej nie ostrzegaliśmy. I może rzeczywiście zmiana otoczenia jakoś wpłynie na zachowanie naszej pacjentki. Zostaje nam się o to modlić do dobrych bogów. - starszy pan w habicie rozłożył ręcę zapewne uznając, że ze swojej strony hospicjum dopełniło wszelkich starań aby ostrzec szlachciankę przed nietypowymi zachowaniami ich pacjentki. Ostatecznie był chyba mimo własnych wątpliwości gotów dać szansę tej sprawie.

                            - No dobrze to już nie będę cię zatrzymywał. Leć do tego magistra w recepcji. - dał znak młodszemu mnichowi aby nie kazał czekać gościowi zbyt długo.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Online
                              SantorineS Online
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #116

                              Oryginalny autor: Lord Melkor

                              Wellentag; przedpołudnie; Otto, Joachim i Heinrich w hospicjum

                              Otto prowadził swoich dwóch przez hospicjum. Joachima się spodziewał, ale Heinrich był niespodzianką.

                              - Nie spodziewałem się ciebie, Heinrichu. - powiedział cicho kiedy przechodzili przez kolejne korytarze - Nic nie boli po wczorajszym przyjęciu?

                              Odziany w lekką zbroję Heinrich, który w tym momencie robił za niańkę maga, spojrzał spod skórzanego kaptura na mnicha.

                              - Nie jestem tak stary... - mruknął mrużąc oczy.

                              - Starszy od swoich partnerek. - zauważył Otto - Moje pytanie powodowane jest troską. Już dzwonisz, brakuje żebyś zaczął skrzypieć.

                              Odpowiedziało mu milczenie, które z jakiegoś powodu było niepokojące. A może chodziło o spojrzenie Heinricha, utkwione w oku Otto, powodujące lodowate dreszcze; spojrzenie, które nie groziło. Tylko obiecywało.

                              Mnich mimo wszystko zmusił się na, nerwowy, uśmiech.

                              - No… - Joachim kaszlnął i stuknął swoją laską maga o posadzkę, nie chcać dalej brnać w ten temat.
                              - Dużo się dzieje, mamy wspólne tematy z Henrichem. Chociażby temat potencjalnej wyprawy na bagna z baronem Wirsbergiem, prawda?


                              W końcu dotarli do jadalni, gdzie Otto dostrzegł Georga.

                              - Witaj mój drogi. - Otto przywitał się z heroldem Vesty - Tak jak mówiłem, przybył odwiedzić cię magister. To jest Joachim, członek Cechu Niebios i jego… ochroniarz? Heinrich. - rozejrzał się po stołówce - Mógłbyś się z nami przejść? Pójdziemy do ogrodu. Tutaj… trochę za dużo ludzi.

                              Gorge nie zareagował od razu. Wyglądał jakby miał spowolonione reakcje. Co z jego poważnym wyrazem twarzy i tą trzymaną w dłoniach miotłą nadawało mu niezbyt poważnego wyglądu. Przez chwilę stał jakby czekał na dalszy ciąg słów Otto. Przekrzywił trochę głowę na bok. I odwrócił się za siebie jak ludzie co sprawdzają czy to aby na pewno do nich się mówi czy do kogoś za nimi. Tylko, że na stołówce nikogo więcej tam nie było. A George rozglądał się dobrą chwilę wodząc wzrokiem nie wiadomo po czym. Wreszcie odwrócił się z powrotem do Otto i jego gości.

                              - Ale po co? Przecież już rozmawialiśmy. Wszystko wam powiedziałem. - powiedział nieco urażonym tonem jakby go nachodzili ponownie w tej samej sprawie. Ale zmarszczył brwi i znów przekrzywił głowę. Jakby czegoś nasłuchiwał. Spojrzał uważnie gdzieś pod sufit i wpatrywał się tam intensywnie. Chociaż nie widać tam było nic nadzwyczajnego godnego takiej uwagi.

                              - Aaa! Bo to pierwszy raz! Ano tak… Bo to czasem trudno rozpoznać. - uśmiechnął się promiennie jakby jakieś nieporozumienie samo się wyjaśniło. Po czym wziął swoją miotłę i podszedł do trójki swoich gości.

                              - Bo jak na początek to trzeba się przywitać ładnie. Brat Filomen tak mówi. - powiedział do nich poważnie a Otto kojarzył swojego nieco starszego kolegę co właśnie był nieco ich wychowawcą dla tych łagodniejszych albo młodszych pacjentów co rokowali jakieś nadzieję, że mogliby żyć gdzieś poza hospicjum. Chociaż większość z nich miała na to dość nikłe szanse. Takie adopcje jak to ostatnio zorganizowały ich koleżanki ze zboru należały do rzadkości. Częściej zgłaszała się po kogoś żona, mąż czy rodzina ale też niezbyt często.

                              - Dzień dobry. Jestem George. - wyciągnął dłoń do Otto jakby się spotykali po raz pierwszy i musieli się sobie przedstawić. Pacjent o ciele dorosłego mężczyzny i to tak gdzieś w połowie stawki wiekowej między Heinrichem a młodszymi kolegami miał minę i maniery małego chłopca. Takiego co to go rodzice nauczyli jakiegoś pożytecznego detalu i jest okazja się tym pochwalić przed resztą rodziny czy gośćmi.

                              Z początku George uścisnął dłoń mnicha i potrząsnął lekko ale w końcu zamarł. Znów wydawało się, że czegoś nasłuchuje albo szybko czyta oczami niewidoczny dla innych tekst. - O. Byłeś z ładnymi paniami? Tak. Ooo! Naprawdę? Ojej ale heca! - trochę się zdziwił ale szybko jakby usłyszał coś zabawnego i radosnego bo się roześmiał. - Gratuluję! Gratuluję! Też się cieszę! - powiedział i szybko zaczął potrząsać dłonią mnicha właśnie jakby chciał mu złożyć gratulacje. I nagle przestał jakby go coś spłoszyło. Popatrzył z wyrzutem gdzieś w bok, potem znów na Otto. - Nie no nie powiem mu tego… Będzie mu przykro. - powiedział jakby miał opory przed czymś. Znów chwilę się miotał w swoich myślach. W końcu westchnął i nachylił się bliżej do mnicha jakby chciał mu coś powiedzieć w tajemnicy. - Musisz uważać. Nie lubią cię tu. Są zazdrośni. Chodzisz z ładnymi paniami. Goszczą cię. Przeor cię zaczął lubić. Mówią, że jesteś chłoptaś przeora. Nowy chłoptaś przeora. Nie mówią. Nie naprawdę. Ale ja wiem takie rzeczy. - powiedział i znów się cofną patrząc poważnie na jednookiego mnicha jakby chciał się upewnić, że go dobrze zrozumiał. A potem się roześmiał promiennie. - Ale widziałem Thorna. Widzę, że się udało. Widzisz? Mówiłem ci, żebyś coś z nim zrobił. I już tak się na ciebie nie gniewa jak ostatnio. I Marissa też. Też cię lubi. Ale była dzisiaj rano szczęśliwa i radosna. Jeszcze jej takiej nie widziałem. - pokiwał mądrze głową obdarzając go swoim infantylnym spojrzeniem. I cofnął się w bok stając przed Heinrichem.

                              - Dzień dobry. Nazywam się George. - powiedział równie poważnie i uroczyście jak przed chwilą zaczynał rozmowę z Otto. Też wyciągnął dłoń i zaczął się z nim witać wedle zwyczaju. Ale jak puścił jego dłoń to z fascynacją zaczął oglądać swoją. Jakby tam było jakieś nie wiadomo co. Po czym ostrożnie znów złapał dłoń Heinricha i zaczął ją starannie oglądać jakby się przymierzał do wróżenia.

                              - Aha. Ty jesteś ogień. Ogień i krew. I popiół. Dużo popiołu. No tak. - pokiwał głową i zadumał się nad czymś z poważną miną. Wydawało się, że już nic więcej nie powie ale znów przekrzywił głowę na bok.

                              - Aaa… Tak… Przykra sprawa. Ale gdyby nie tamto to by cię teraz tu nie było. Zostaw to. Teraz będziesz z nami. I trzeba cię uściskać. Aa… Ja mam… Aha dobrze… - trochę się pogubił ale w oczach pojawiło się jakieś zrozumienie i współczucie. Po czym objął mocno Heinricha jak swojego brata albo bliskiego przyjaciela. W końcu puścił, obdarzając go ufnym spojrzeniem i poklepał pokrzepiająco w ramię. I przeszedł do Joachima.

                              - Dzień dobry. Nazywam się George. - powiedział równie radośnie jakby dopiero co zaczynał się z kimś witać. Albo jak mały chłopiec co odkrywa radość z korzystania z nowo nauczonej sztuczki. Potrząsnął dłonią magistra na powitanie ale znów zamarł w pewnym momencie.

                              - Oj. Ale jesteś splątany. Trudno rozwikłać. - pokręcił głową jakby ujrzał w nim coś zbyt skomplikowanego dla siebie. Wpatrywał się jednak dalej gdzieś w dłoń i machinalnie sunął wzrokiem w górę, po ramieniu aż do barku. Potem nawet odchylił się jakby chciał zobaczyć coś czy kogoś za jego plecami.

                              - Oj niedobrze. Zaniepokoiłeś drapieżniki. Strzygą uszami i węszą. Uważaj na nie. Teraz są czujne. Lepiej tam nie idź. - powiedział tonem życzliwej porady jakby niepokoił się o los nowo poznanego gościa. A gdy ci się skończyli do witania to znów spojrzał na Otto.

                              - To ja się przywitałem. Teraz możemy iść do ogrodu. - powiedział mu uroczyście znów wracając do tonu małego chłopca co zbyt poważnie traktuje jakieś dziecięce detale przez co nie zdaje sobie sprawy jak może komicznie i niepoważnie wyglądać w oczach dorosłych.

                              Gdy George objął Heinricha, ten był szczerze zaskoczony. W pierwszej sekundzie wszystkie mięśnie mężczyzny się spięły, jakby ciało odruchowo zareagowało na zagrożenie. Jakby oczekiwało ciosu czy bólu i chciało być przygotowane zawczasu. Nic takiego nie nadeszło, więc ostrożnie rozluźniło się, aby zaraz przyjmować uczucie bez napięcia. Heinrich niepewnym ruchem uniósł lekko rękę, aby delikatnie nią objąć Georga. Całość wyglądała jak gest uczucia, które lepiej wyrażał ten o umyśle dziecka.
                              Zaskoczony były Łowca Czarownic puścił Georga, jakby sam nie wiedział co się właśnie stało i był sytuacją skołowany podobnie jak George był skołowany... zbyt często wszystkim. Najwyraźniej jednak zrozumienie i współczucie w oczach drugiego wraz z prostym utuleniem było dla Heinricha tak nieznane i nieoczekiwane, jak i przyjemne. Chociaż mężczyzna nic nie odpowiedział, to spojrzał na swoją dłoń ciągle próbując ułożyć myśli.

                              Mnich jedynie uniósł brwi na interakcję Georga i Heinricha. Spodziewał się, że pacjent może zachować się… niespodziewanie, ale takiego przebiegu zdarzeń nigdy nie brał pod uwagę. Były Łowca najwyraźniej przyjął oznakę sympatii, zapewne było to absolutnie nowe doznanie dla niego. Postanowił trójce Tzeentchian się zaznajomić ze sobą i nie wtrącać się.

                              Joachim wpatrywał się z fascynacją w chłopaka. Najwyraźniej miał on jakiś dar i to niemały, dużo widział, z klarownością którą on mógł mu tylko pozazdrościć.

                              - Mówisz że grożą mi drapieżniki, wiesz o nich coś więcej? I gdzie nie iść, na bagna?...- zadawał szybko pytania.
                              - Ale może faktycznie kontynujmy w ogrodzie, będziemy mieli gwarancję prywatności - zreflektował się po chwili.


                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Online
                                SantorineS Online
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #117

                                Oryginalny autor: Lord Melkor


                                Czwórka mężczyzn w końcu dotarła do ogrodu gdzie przysiedli przy jednej ławce.

                                - Więc, George cóż takiego masz moim przyjaciołom do opowiedzenia?

                                - Ja? - pacjent tego przybytku trochę się zdziwił takim pytaniem. Zmarszczył brwi jakby próbował sobie coś przypomnieć. Potem spojrzał w bok na sąsiedni stół i ławy. Akurat te gdzie tydzień temu Otto z Anniką i Marissa jedli ostatni wspólny posiłek. Przyglądał się temu chwilę po czym pokręcił głową i wrócił spojrzeniem do trzech rozmówców.

                                - Nie, nie, to nie tak. To ja tylko mówię co mi mówią. Dużo rzeczy, trudno zapamiętać tyle i czasem trudne. Często. A wy za każdym razem inaczej rozmawiacie. Inaczej pytacie. Więc nie wiem jak będziecie mówić tym razem. Ale tak, możemy porozmawiać na dużo rzeczy. - powiedział jakby chciał im wyjaśnić parę rzeczy jak powinna przebiegać tą rozmowa.

                                - Ma rację. - odezwał się Heinrich do Otto - I wiesz o tym.

                                Mnich westchnął.

                                - Tak, wybacz. Więc, czy pamiętasz jakąś wiadomość od Sióstr, lub coś co uważasz, że powinieneś nam przekazać, George?

                                - Od sióstr? - pacjent zmrużył oczy i brwi. Zastanawiał się chwilę jakby coś w głowie obliczał czy porównywał. W końcu pokręcił nią i znów się odezwał. - Nie, nie. Nie od sióstr. Od książek. Tych których szukacie. One są bardzo mądrę. I wiedzą różne rzeczy. Wy też ich szukacie. Bo one chcą być znalezione. Bo dawno nikt ich nie czytał ani nie rozmawiał ani nie przynosił nowych. I tęsknią. Ale teraz mają mnie. I dużo rozmawiamy. Mówią mi dużo rzeczy. Powiedziały, że jak już będziemy razem to zostanę ich bibliotekarzem. Będę o nie dbał i się nimi opiekował. I czyścił i sprzątał. No i pilnował aby nikt im nie zrobił krzywdy. A w zamian mi pokażą różne rzeczy. I będę bardzo mądry. Będę wiedział to wszystko co one. Bo kiedyś to bardzo mądra uczona je tu zostawiła. To wszystko co wiedziała, zapomniała i chciała się dowiedzieć. Schowała je tu dla kogoś kto będzie godny je odnaleźć. I wtedy jak już je odnajdzie to będzie zwiastun jej powrotu. Tylko jeszcze światełko trzeba odnaleźć. Bo dawniej światełko i wskazywało drogę tym godnym i przeganiało obcych. Ale je zabrali. Źli ludzie. Zabrali i zamknęli. I strażnik zwariował. Szuka go. Bo też mu go brakuje. Więc szuka i szuka i nie może znaleźć. A światełko też chce być razem więc wzywa pomocy i strażnika. Strażnik coś słyszy ale nie na tyle aby je odnaleźć. Ale szuka. I pilnuje książek. Jest rozdarty. Zagubiony. Miota się. Książki nie są szczęśliwe. Ale światełko się zemściło i wybuchło im głowy. Więc je zamknęli jeszcze bardziej. Przygasili ale nie zgasili. I ono wzywa pomocy. Chce aby je uwolnić i wrócić do książek. Chcą być razem w komplecie. Tylko nie można otworzyć światełka bo wybuchął wam głowy tak jak tamtym. Trzeba znać klucz. Tylko kluczem można. Albo posłańcem. Posłaniec może otworzyć. Każda z sióstr ma swoich. No chyba, że królowa. Królowa działa jak uniwersalny klucz. Ona może otworzyć wszystkie zamki. - George mówił jednym tchem jak mały chłopiec co chce koniecznie opowiedzieć z wielkim przejęciem swoim rodzicom co robił dziś na podwórku. Czy coś podobnego. I ta dziecięca maniera dość słabo pasowała do twarzy i ciała dorosłego mężczyzny i to już niezbyt młodego. Ale mówił z pełnym przekonaniem jakby wierzył w swoją opowieść, że jest prawdziwa.

                                Gdy Heinrich usłyszał o światełku spojrzał jakoś uważniej na Georga, a w jego umyśle zaczęły się układać kawałki układanki.

                                - Będziesz musiał odkręcić tą samobójczą wyprawę na potwora. - zwrócił się do Joachima - I nie pójdziesz do Akademii. - powiedział ciszej, chrapliwym głosem, po czym znowu spojrzał na Georga - Może ci przypadnie do gustu nasz uczony kolega. - odparł, wyraźnie nie przejmując się czy George przypadnie Thobiasowi do gustu.

                                - A właśnie. - mnich pstryknął palcami przypominając sobie sprawę z Thobiasem - George dziś po południu, albo wieczorem będziemy mieli kolejnego gościa dla ciebie. Thobias, jest nauczycielem w mieście i planuje wziąć cię pod swoje skrzydła. Więc, może wkrótce opuścisz hospicjum tak jak Annika.

                                - Tak, przecież to oczywiste. Tutaj nie mógłbym zostać bibliotekarzem dla moich książek. - George obdarzył go spojrzeniem jakby wcale nie był tym zaskoczony a nawet chciał mu przypomnieć, że to się rozumie samo przez się.

                                - Czy te dzwoniące łańcuszki... - Heinrich nagle odezwał się lekko przymykając oczy, jakby wyobrażając sobie obrazy ze snu -... przywołują strażnika, jak dzwoneczki przy sidłach alarmują łowczego?

                                - Dzwoniące łańcuszki? - pacjent zdziwił się ponownie. Przyjrzał się Heinrichowi jakby go sprawdzał albo porównywał z kimś. - Nieee. Tam nie ma żadnych dzwoniących łańcuszków. - pokręcił wolno głową jakby chciał się upewnić czy aby na pewno dobrze mówi. Chyba się zgodził sam ze sobą bo pokiwal głową.

                                - Aaaa! To znaczy tak. Są. Tylko nie ma. Bo ja na początku to też słyszałem taki szmer. Tak to jak ktoś słyszy to coś zaczyna się dziać. Od książek. Słyszy książki. Tylko niewyraźnie. Słabo. Nie rozumie co to ale czuje ten zew. Zew na bagna. Bo one są na bagnach. Tylko tam jest też i strażnik. Zabija tych co chcą zdobyć książki. One mówią, że niebezpieczne. Ja też mam poczekać. Może mnie nie rozpoznać. Przez to światełko. Co je Zabrali. Dawniej wystarczyło dogadać się ze światełkiem. Jak wpuściło to strażnik nie ruszał. Ale wszystko zepsuli jak je zabrali źli ludzie. Teraz to może królowej z robakami by się mogło udać. Jakby była od Vesty najlepiej. Bo strażnik może je wyczuć. To rozpozna, że ona może przejść. Ale czasami nie i ją też zabija. Ale jak bez światełka to trzeba mieć królowa z robakami. Albo mieć światełko i dogadać się z nim. Ja bym chyba mógł się z nim dogadać. Książki mnie lubią. Powiedzą światełku, że ja jestem od nich. Albo zabić strażnika. Ale on mocny. I przy książkach jeszcze mocniejszy. Będzie trudno. Już wielu zabił. A łańcuchy są przy książkach. One ciągną niewidzialny powóz. Dlatego je słychać. Czasem. Niektórzy. Jak ktoś słyszy łańcuchy to to jest od książek. - George ponownie się ożywił i wylał z siebie potok podekscytowanych zdań jak dziecko co opowiada o swojej ulubionej zabawie. Najpierw zaczął mówić do Heinricha ale szybko i do jego sąsiadów. Jak skończył pokiwał z zadowoleniem głową.

                                - Widzisz? Mówiłem ci, że książki dużo wiedzą i są bardzo mądre. - powiedział dumnie jakby co najmniej sam napisał te książki.

                                Były Łowca Czarownic otworzył szerzej oczy i uśmiechnął się krzywo, gdy myśl zaświtała mu w głowie, ale nie powiedział nic na głos. Przynajmniej teraz nie miał zamiaru.

                                Czarodziej słuchał tego potoku nie w pełni jasnych słów Georga z jak najwyższą uwagą. Próbował sobie to wszystko ułożyć w głowie i dopasować do tego co już wiedział. Natomiast na słowa Henricha zmarszczył brwi i posłał mu zirytowane spojrzenia.

                                - Szanuje twoje zdanie ale nie rozkazuj mi proszę w ten sposób, gdzie mogę pójść a gdzie nie. Następnie zwrócił się znów do Georga.
                                - Czyli jeśli dobrze rozumiem ten strażnik na bagnach pilnuje książek i najlepiej do niego mieć światełko? Czy może chodzić o coś co jest ukryte w skrzyni w Akademii?
                                - I wcześniej mówiłeś że zaalarmowałem jakieś drapieżniki, chodziło ci o Strażnika, czy ludzi w Neues Emskrank? I gdzie mam nie iść, na bagna czy w inne miejsce, jak np. Świątynia Mananna?
                                - No i nie wiem kim jest to Królowa z Robakami? - spojrzał na Otta i Henricha, ciekaw ich reakcji i spostrzeżeń.

                                - No królowa z robakami. Ta co miała robaki w środku. Albo będzie miała. Bo to czasem już po wszystkim i zwykle jej się udaje ale czasem strażnik jej zdejmuje głowę i ją zjada. Ale częściej to wyczuwa w niej robaki a i jej będą szeptać głosem swoich patronek. I strażnik może to wyczuć dlatego może ją przepuścić. Robaki już macie to teraz musicie tylko je wsadzić do królowej i dalej ona może was poprowadzić. Ja chyba też. Ale mnie strażnik nie zna. Nie rozpoznaje. Dużo razy mnie nie rozpoznaje to mi też wtedy urywa głowę. Wielu osobom już urwał głowy i rozpruł i zjadł. Bo ja to ze światełkiem to mógłbym się dogadać. Ono jest ładniejsze niż strażnik i z nim można się ładnie pobawić. No ale jest zamknięte i uwięzione i smutne bo je zabrali źli ludzie i zamknęli ale woła o pomoc. Skrzynia wytłumia jego moc ale nie całkiem. Tylko jak się otworzy to światełko wybucha im głowy. Dlatego spanikowali i zamknęli głęboko i ukryli. Ale ja wiem. Ja je czuję i słyszę. No i książki mi powiedziały. Książki są bardzo mądrę. A ja będę w końcu ich bibliotekarzem. - George o ciele i twarzy niemłodego już mężczyzny zaczął od zirytowanego spojrzenia na magistra jakby ten pytał go o coś zbyt oczywistego niegodnego odpowiedzi. Ale jednak odpowiedział a potem z emfazą znów zaczął mówić dalej jakby sam zaraz zapomniał o tej irytacji. Mówił z dziecięcą żarliwością jak chłopiec co z zapałem tłumaczy coś rodzicom albo innym dorosłym ze swojego dziecięcego świata.

                                - Ale ty to nie, strażnik nie, nie wie o tobie. Chyba nie wie. Bo jeszcze nie poszedłeś tam do książek. Tak, jak poszedłeś to tak, wtedy był zły i urwał ci głowę i zjadł. Tak jak innym. Ale nie wszędzie. Czasem go pokonujecie. Albo uciekacie. Nie zawsze tam zginąłeś. No ale strażnik cię nie zna, strażnik jest prosty. Jak światełko mówi aby puszczać to puszcza. Jak nie mówi a kogoś znajdzie to go zabija i zjada. No chyba, żeby ta królowa z robakami w środku była. Albo z robakami od jego patronki. To wtedy może ją rozpoznać. Nie zawsze ale często. No i taka zwykła z robakami od uczonej to tylko u niej otwiera przejście a u innych to nie. A królowa to może wszędzie. Taki uniwersalny klucz z niej. Ale musi mieć robaki w środku. Tak się kiedyś siostry umówiły i to działa i dzisiaj. Nagroda dla wybrańców co są na tyle pojętni aby odkryć ich wskazówki i usłyszeć oraz zrozumieć zew. Inaczej to też można ale to trudniej i dłużej. To nie strażnik dopiero jak cię zobaczy tam przy książkach to się na ciebie rzuci. Tutaj to nie. No chyba, że go światełko przyzwie. Wtedy może tu przyjść po niego. Ale będzie wtedy rozróba! - zaśmiał się na koniec jak mały chłopiec co widział oczami wyobraźni jakiś pierwszorzędny figiel. Ale poza tym to mówił szybko i zdecydowanie jakby wiedza aż wylewała się jego ustami i ledwo mógł ją kontrolować. Nawet jeśli wychodziło mu to nieco chaotycznie i nieskładnie.

                                - A świątynia tak, świątynia to bardzo dobrze. Bo wyrocznię będą pytać co ona ma. Bo dali jej jeden statek z załogą i nie wrócił posłali drugi na ratunek i też nie wrócił. To co ona ma pokazać? Po co wysyłać trzeci? Co ma do powiedzenia? Tak, to nie jest jej łatwo o nie. I dobrze jak nie przypłynie tam z pustymi rękoma. Te skarby dobre. Dobre trofea, dobre podarki, na udobruchanie i zachętę. Tak, to trzeba zrobić, tą świątynię. Dobry chaos to potem zrobiło w mieście, będzie niezła heca z tego. Tak, to trzeba zrobić, dobrze, że to zrobiliście tak. - pokiwał głową z przekonaniem i obdarzył każdego z nich zachęcającym uśmiechem jakby ze swojej strony chciał ich dodatkowo namówić na ten skok na największą, najpotężniejszą i najbogatszą świątynię w tym mieście.

                                Heinrich złapał Joachima za ramię i przekręcił go do siebie, aby patrzył mu w oczy.

                                - Chyba czegoś nie rozumiesz. - mruknął nisko - Nie mówię tego z troski o twoje aroganckie magiczne dupsko. Moje słowa powodowane są troską o dobro kultu, któremu możesz zaszkodzić. A o kult dbam. - były Łowca Czarownic mówił cichym, twardym głosem - Pamiętaj, że twoje kroki nie tylko na ciebie wpływają, a z płonącym drapieżnikiem nie widzi mi się walczyć. - puścił maga i przybliżył się do Georga uśmiechając się zaskakująco przyjemnie - Zawsze więcej osób się przyda. - zerknął krótko na Otto i Joachima nim kontynuował do Georga - Mergi nie puścimy jako żebraczki.

                                Spojrzał na wszystkich.

                                - Mam wrażenie, że dziedzictwa są obok powozów sióstr, na wjazd do miasta.

                                - Nie jestem twoim podwładnym….-odburknął Joachim, odsuwając od Henricha. Ale nie nie było sensu kłócić się w tym miejscu przy Georgu.
                                - To chyba już rozumiem o co chodzi z tymi robakami… a mógłbyś powiedzieć kogo miałeś na myśli mówiąc o drapieżnikach? - obrócił się do Georga. Chciał wycisnąć jak najwięcej informacji.
                                - A czy tego strażnika można pokonać po prostu silną grupą? Bo ludzie z miasta chcą się tam wyprawić.

                                - I co to ci chodzi z tymi “powozami sióstr”? - spojrzał na Henricha.

                                - Zakładam, że o Hertza i Hertzwiga. - rzucił Otto - Książki ciągnące niewidzialny powóz… - mnich się zastanowił - Teoria Heinricha ma sens. Siostry nie wkroczyłyby do miasta na własnych nogach, więc całkiem możliwe, że częścią rytuału byłoby zebrać dla nich odpowiedni transport. Do tego… kojarzę, z raportów jakie czytałem lata temu, że potężne sługi Tzeentcha posiadały rydwan ciągnięty, przez pomniejsze bestie. Jeżeli te książki są świadome, to na bank mają w sobie zaklęte demony. - Otto podrapał się po głowie - Ewentualnie zaklęcia z taką potencją, że wytworzyły własną świadomość. Będzie trzeba odwiedzić jaskinie Oster ponownie, być może pozostał tam jakiś rydwan, na którego nie zwróciliśmy uwagi.

                                - Mówiliście o koniopodobnym stworzeniu, więc się łączy skojarzenie. - zerknął kątem oka na maga - A potwór to raczej nie zmęczy się polującą gromadką szlachciurków. I też sądzę, że o Hertza i Hertzwiga chodzi. - mruknął.

                                - Tylko z twarzy. - zauważył Otto - Zwierzoludzie mają przeważnie mordki kóz czy innych kopytnych, a raczej takiego nie wydoisz.. no chyba, że jesteś naszymi slaaneshytkami. Wolałbym uniknąć zabijania strażnika Vesty, zważając, że mamy już plan pozyskania światełka, co nie? - Otto spojrzał na Heinricha - To najpewniej, jest artefakt w akademii? - mnich chciał mieć pewność, że dobrze rozumuje sytuację.

                                - Tak zakładam. - odparł Heinrich.

                                - Nie wiem, czy dam radę z świątynią dziś. - zaczął Otto - Jak załatwię sprawę z Anniką, muszę poczekać tu na Thobiasa, a wiadomo, nauczyciel nie kończy pracy, kiedy skończą się lekcje. Jeżeli się wyrobię przed skokiem, to postaram się jakoś pomóc. Chociażby pomogę nosić.

                                - No tak, bo ty to jeszcze dzisiaj miałeś spotkanie z ładnymi paniami co przyszły w sprawie tych robaków. Ale nie bój się jej spodobały się te robaki. Tylko nie wszędzie będzie chciała je sobie wsadzić ich nasienie. Robaki tak ale nasienie nie wygląda jak robaki. To trzeba dobrze mówić aby ją jakoś przekonać. I gruby nie, on za bardzo podchodzi. To trzeba tak dobrze powiedzieć a on za gwałtowny i płoszy. - pacjent spojrzał na mnicha jakby chciał mu przypomnieć o umówionym spotkaniu. Albo nawet przypomnieć jak się ono odbyło. Po czym mądrze pokiwał głową. A gdy mówił oczy znów się przesuwały gdzieś nad głowami siedzących mężczyzn jakby coś tam szybko czytał.

                                - A dojenie tak! One to bardzo lubią to dojenie i kopytni też! Lubią niszczyć ludzi i ich zabijać i gwałcić samice. A jak one same tak chcą to dobrze, oni tak lubią. Takie dojenie i resztę. - zachichotał i nawet się nieco zaczerwienił jak mały chłopiec co już zaczyna się interesować “tymi rzeczami” ale jeszcze nie orientuje się za bardzo co i jak. Dziwnie to wyglądało na twarzy i ciele dorosłego mężczyzny jaki siedział naprzeciwko nich.

                                - I dobrze. Dlatego będą się schodzić. I tak to pomyślane. Ładne panie zwabią ich. Coraz więcej. I będzie można z nimi paktować. Tak to pomyślane. Bo potrzebujecie armii. A swojej nie macie. A jak przypłynęli ci z północy zobaczyli, że was mało i słabi to tylko na służbę. A oni do rządzenia i ważnych rzeczy. Ale jak będziecie mieli dużo. Armię, złoto, potęgę, skarby albo bestie to tak, będą się z wami liczyć. No i generała. Wielkiego. Wodza. Ale to nie teraz. On to będzie na turnieju. Wcześniej to nie. Turniej go stworzy. - mówił dalej George szybko przeskakując z tamatu na temat. Mówił dość chaotycznie i urywkowo jakby jedno skojarzenie przypadkowo wywoływało kolejne a te jeszcze inne przez co w tym pośpiechu na żadnym się nie zatrzymywał dłużej.

                                - A ładne panie tak, były wtedy brzemienne. I urodzą owoce swoich żądz. Bo ona wtedy miała płodne dni. Będzie. Chyba, że się zabezpieczy. To wtedy nie. Ale jak nie to będzie śmiesznie jak jej brzuch będzie rosnąć. I będzie tylu ojców. Znaczy nie będzie wiedzieć kto dokładnie bo taka gościnna przecież. - zachichotał ponownie jakby mu się przypomniała jakaś zabawna historyjka związana z ładnymi paniami.

                                - Ale strażnika książek to nie. Zabić szkoda. On robi swoją robotę. A jak zginie to kto będzie woził światełko? Trzeba będzie znaleźć nowego. A zdarza się, że go zabijają. Zależy kto tam pójdzie. Bo to wiele zmiennych ścieżek. Jak pójdą z nim silni i krzepcy, sprytni to tak, mogą dotrzeć do książek. Tak jak będą silni i sprytni mogą pokonać albo oszukać strażnika. Zwłaszcza jak będą podatni na szept książek i książki im pomogą. Ale nie zawsze. Bo strażnik też często ich zabija i zjada jak są słabi i głupi. Niegodni. Ale strażnik to jest od światełka. Dlatego tak rozpacza jak mu je zabrali. I je szuka. - szybko zmienił temat na kolejny wracając do tego co jeszcze go pytali. Poważnie pokręcił głową i pomachał przy tym rękami jakby chciał zaznaczyć, że wynik starcia ze strażnikiem wcale nie jest jednoznaczny i przesądzony. Istniała szansa, że zostanie on pokonany lub wywiedziony w pole.

                                - I tam przy skrzyni to tak, drapieżniki już czekają. Jak się zrobiła hryja to ta ładna pani w spodniach ona potem wam krzyczała, że tak się nie robi włamów jak oni czekają. Była bardzo zła na was, że ją namówiliscie. Krzyczała, że to się inaczej robi. Bo on im powiedział. Że jak coś się będzie dziać to zacznął od psów. Bo trzeba pozbyć się psów aby wejść do środka. Inaczej psy szczekają i hałas robią. Więc jak przypłynął do brzegu to pewnie zacznął od psów. Trzeba uważać na psy. Jak psy zniknął to znaczy, że coś się dzieje. Ale nie zawsze. Bo wiele razy oni szukają wtedy skarbu. I złych śmiałków. Aby ich związać i przesłuchać. Bardzo brzydko. Złe rzeczy. Dużo krwi i ognia. - pokręcił głową ponownie. Znów opowiadał jakby to już się wydarzyło i teraz tylko im to relacjonował. Trudno było się w tym połapać o jakim czasie mówi.

                                - A chora siostra to nie. Ona tak, tam jaskinia tak. Ale ona zostawiła swoje dziedzictwo pod ziemią. Na wschodzie. Jej dziedzictwo zwabiło podziemne istoty i teraz one to mają. I wiele razy z nimi paktowaliście. Czasem się udaje. A czasem nie. To różnie. Bo to trochę z tą drugą jaskinią. Ta od Chutliwej. Ona też ma swoją. I ta Chora jej zazdrościła. Ale nie chciała się przyznać. Bo Chutliwej siostry powiedziały, że ona to może i może z każdym i wszędzie i z tego wyjdzie nowy owoc. Ale że jej uczniowie i dzieci to nie. I to trudne było. Bo śmiertelnicy to nie mogą tylu rzeczy co tak boskie istoty. Ale się udało. Siostry się zdziwiły bardzo bo myślały, że Pajęcza Królowa to tylko nogi rozkładać umie. I doić! Ale nie. Zrobiła to. Zostawiła strażnika. Każda ze sióstr zostawiła swojego. Oczywiście ta od Pajęczej Królowej jest najładniejsza. Ale inna. No i ona tam pilnuje. Ale nie da nic póki herold nie przyzwie ich królowej. Tak jak ci mówiłem. Będzie z pająkami i w kokonie i pajęczynie. Ale dostanie dar. Te pająki co z niej wyjdą będą jej służyć. I to będzie znak, że jest heroldem. Otworzy przejście. Ale dopiero wtedy. A Krwawa siostra to ona prosta była. To ma prosty totem. W lesie. Tylko gdzie indziej. Na północy. Bo tak dziwnie, trzeba iść najpierw do lasu na południe a potem hyc na północ. Oj zła, zła była! Ganiała naszą siostrę za ten psikus! Bo ona nie lubiła mocy i mówiła, że to oszustwo ale Uczona siostra od mądrych książek chciała jej dać nauczkę i zrobiła hyc hyc z tym kamieniem. - George zaśmiał się radośnie jak dziecko gdy tak bez większego ładu i składu opowiadał strzępki jakichś historii, legend, przepowiedni i kto wie czego jeszcze.

                                Mnich kiwał głową słuchając każdego nowego słowa, jakie opuszczało usta Georga. Starając się przesiać mniej istotne informacje od czegoś co może naprawdę zmienić los kultu. Pierwsze to oczywiście spotkanie z znajomą Onyx, w sumie trochę zapomniał o nim, tyle się działo. Później spotkanie ze zwierzoludźmi. Później najwyraźniej kolejny krok w hodowli Sigismundusa. Strażnik Vesty. Włam do akademii i…

                                - To Soria, nie jest strażnikiem Soren? - Otto zamrugał - Ta ładna pani, którą ostatnio widziałeś. Nie ciemno włosa, nie blondynka, tylko ta od pająków. Ona nie jest strażnikiem Chutliwej Siostry?

                                - Ta od pająków? - brwi pacjenta zmarszczyły się a oczy zmrużyły. Przekrzywił głowę w bok jakby czegoś nasłuchiwał. W końcu twarz mu pojaśniała. - Aaa! Wężowa Księżniczka! A to tak. Tak, ona jest strażnikiem ale ołtarza. Tego co już macie. On ją wezwał. Ale świątynia Chutliwej Siostry ma swojego. Ona jest od jaskini przemian. Aa… Aha… Nie, znaczy to książki tak mówią. Ale tam to jest jaskinia chutliwości. I z tego wychodzą nowe mieszańce. Jak się dwie osoby skrzyżuje. Albo nie osoby. To tak, tam jest też strażnik. Strażniczka. I ona tam pilnuje. Dopiero herold może ją uwolnić. No i przejście. - pokiwał głową gdy już się domyślił o kogo pyta młody mnich. I chętnie mu to wyjaśnił w swój chaotyczny sposób.

                                Otto gwizdnął.

                                - Ciekawe, ciekawe. - spojrzał na Heinricha i Joachima - Więc to jest tak "Jaskinia Pożądania" o której pisała Oster, Chora Siostra - dodał, dla pewności, żeby George zrozumiał - W swoich zwojach. I Marissa nas do niej doprowadzi. - mnicha zastanawiało, czy księgi używają terminu "herold" ponieważ Otto je wymyślił, czy mnich dobrze odgadł rolę swoich pacjentów.

                                Joachim przysiadł, próbująca skupić się na chaotycznym, ale być może bezcennym potoku słów Georga. Od natłoku informacji zaczynała go boleć głowa. Skupił się więc na tym co najbardziej go interesowało - Akademia, gdzie chyba był ten ważny artefakt który George nazywał “światełkiem” i bagna gdzie był strażnik tych najwyraźniej bardzo ważnych i powiązanych z Vestą ksiąg….

                                - Wygląda że jesteśmy na dobrej drodze, prawda? - uśmiechnął się do towarzyszy, chcąc przykryć swoją niepewność.
                                - Czyli co do Akademii musimy być ostrożni, skoro dałem im ostrzeżenie, to już w sumie wiedzieliśmy… może jak uda mi się rozpracować to zaklęcie przywołania które dała mi Merga, to nam pomoże.
                                - A co do bagna, to widzę że ta wyprawa może się różnie potoczyć….tylko jak już wspomniałem Baronowi, że mu w tym pomogę, to trochę niezręcznie będzie się wycofać…. a jak ktoś z nas dołączy będziemy mieli większą kontrolę nad sytuacją. Co myślicie?

                                - Nie możesz iść do Akademii. - Heinrich nie ustąpił - A że trzeba wielkiej ostrożności to widać, teraz szczególnie. Baronowi możesz próbować bajeczkę sprzedać, że gwiazdy odradzają teraz czy coś... Nie chcę ryzykować strażnika, a śmierć szlachciców to kłopoty. Zaraz miasto się rzuci na bagna, Hertz znajdzie książki... Będzie tragedia. - mężczyzna potarł czoło.

                                Czarodziej zasępił się. Było w tym całym galimatiasie dużo niepewnych planów i ryzyka, a wróżby i wizje wcale nie dawały jednoznacznyc odpowiedzi.

                                - Może masz rację….chociaż nasz Patron jest władcą chaosu i spisków. Mój plan był taki, żeby zbliżyć się do szlachty i w związku z tym mieć większe możliwości. Myślałem że taka korzyść jest warta drobnych niedogodnośći? Poświęcić jakąś figurę która nie jest dla nas kluczowa też czasami można, dlatego wcześniej nie przejmowałem się ubiciem jakiegoś potwora z bagien, teraz trochę lepiej rozumiem stawkę.

                                - Masz rację, ale trzeba myśleć o konsekwencjach najpierw, a później o celu. - Heinrich zaczął tłumaczyć spokojnie - Spójrz tak: potwór przetrwa, nasi przetrwają, ale informacje zaniosą. Wielkie polowanie się rozpęta, a później i zaczną więcej Chaosu w okolicy szukać i może książki znajdą. Dokładnie to samo będzie, jeżeli nasi zginą. Jeżeli zabiją potwora to przejście do Hertza od razu i strata książek. Temu nie polecam doprowadzać innych do spotkania potwora. Bo to nie wielki niedźwiedź z lasu, to strażnik Chaosowych skarbów. Nie da się tego ot tak zamieść pod dywan.

                                - Hmmm… - zamyślił się czarodziej - może masz rację że ryzyko jest zbyt duże. Pewnie jak się postaram to jestem w stanie skłonić Barona przynajmniej do odłożenia wyprawy, on wierzy we wróżby..może porozmawiam na ten temat z tą kapłanką Morra, ona też zajmuje się wróżbami więc raczej będzie w tej sprawie po mojej stronie. A też nie chcę żeby mnie podejrzewała, a trudno podejrzewać kogoś kto z tobą współpracuje i ostrzega przed mrocznymi siłami, prawda? - Pozwolił sobie na chytry uśmiech.

                                - Dobrze. - były Łowca Czarownic z zadowoleniem przyjął słowa Joachima - Co do Morrytki, to najlepiej jak pogadacie o niej z Otto - spojrzał na mnicha i dodał do maga - Nie możemy pozwolić sobie na żadne wpadki, gdy mówimy o wszelkim kapłaństwie czy Łowcach. Lepiej zebrać informacje za wczasu.

                                Mnich przysłuchiwał się rozmowie byłego Łowcy i Magistra. Rozważał co zasugerować, aby pomóc sytuacji.

                                - Może spróbuj przekonać barona, aby wyruszył bliżej turnieju. Powiedz, że gwiazdy wtedy będą bardziej sprzyjające jego sukcesowi, a też większa chwała dla niego podczas turnieju.

                                - A co do szlachty, to możesz się kręcić przy nich i nawet po prostu im wróżyć bzdurki jakie chcą. Dużo nieistotnych rzeczy, byle szlachtę zadowolić. Pamiętaj, iż Magistrowie dla zwykłych ludzi są niezrozumiali, tajemniczy. Czasem się ich boją, czasem żądza siły jaką mogą zaoferować zakrywa ten strach. Wyższe sfery chcą wykorzystać ich umiejętności w grach politycznych. Trzeba wywołać w nich przekonanie, że jesteś im praktycznie niezbędny.

                                - Tak, tak w jaskini od Chutliwej siostry to tam kobiety rodzą różne rzeczy. - odezwał się niespodziewanie George który przez dłuższą chwilę błądził myślami nie wiadomo gdzie nie wtrącając się w rozmowę. A jak już to tak jakby nie zauważył, że coś go ominęło i mówił o tym na czym skończył.

                                - Bo wiecie. Rodzą tylko kobiety! - nachylił się nad stołem i ściszył głos jakby chciał im zdradzić jakiś wielki i nieco wstydliwy sekret bo zaśmiał się przy tym jak złośliwy chochlik.

                                - Ale nie tylko. Bo to dar chuci. One wtedy są płodniejsze i wtedy więcej z nich wychodzi i większe. I chodzi też! I dużo doją! - zaśmiał się znowu rozbawiony swoimi słowami. Po czym zamrugał oczami i popatrzył na nich trzech jakby sprawdzał efekt swoich słów. Pokiwał mądrze głową jakby i tym gestem chciał ich przekonać do swoich racji. Po czym znów kompletnie przeskoczył na całkiem inny temat.

                                - A stary rycerz nie. Nie do końca. On to różnie. Czasem zabija potwora. Czasem potwór jego. A czasem topi się w bagnie albo nie znajduje potwora. Różnie. Ale czasem to i znajduje książki. To różnie. Ale sam chce. Bo on czuje. Trochę czuje. Trochę tak. Ale nie chce aby inni zabrali mu sławę i trofeum. I dlatego jak jest u Wężowej Księżniczki to tak, lubi to. Bo go ślicznotki, młode adorują i on jest wielki rycerz. Ale jak zabierze blondynkę z mieczem albo pieszych rycerzy to może zabić potwora. Bo on i tak wiadomo, że będzie najsławniejszy bo jest najlepszy z nich. To tak, z tym starym rycerzem to różnie bywało. To trudno powiedzieć coś. A wszystko płynie, wszystko się zmienia, wszystko jest w ruchu. To jeszcze na różne strony może się ułożyć. - zaczął mówić szybko jakby się spieszył, że ktoś mu przerwie albo nie zdąży. W pewnym momencie spojrzał w bok. I tak zamarł. Ale odwrócił się do swoich rozmówców i spojrzał na nich chytrze.

                                - Zobacz! Annika wsadza rękę pod habit Marissy! Widzisz? Mówiłem ci, że one się polubią! Tylko cii! Bo nas usłyszą. - szeptał podejscytowany i pokazywał dość dyskretnie na stół i ławy po drugiej stronie alejki ogrodowej. Który był kompletnie pusty. Nikogo tam nie było. Ale tydzień temu właśnie tam Otto jadł z owymi dwoma pacjentkami ich ostatni wspólny obiad.

                                - A książki nie tak łatwo tam dotrzeć. Jak się nie wie co i jak. To nie. Tam bagna i mgła. Potopić się można, pogubić. Ciężko. I jeszcze strażnik pilnuje. I mgły. Mgły i bagna też pilnują. To trudno tam dotrzeć. Jak się nie wie co i jak. Albo książki jakoś nie pozwolą. Albo nie będzie to w ich planie. Ale niekiedy i to się zdarza. Ale najłatwiej to ze światełkiem. Jak ma się światełko to wystarczy za nim iść. Ono zaprowadzi. I przepuści przez strażnika. Jeszcze robacza królowa może też przepuścić przez strażnika. Ale i tak ze światełkiem łatwiej. Tylko światełko zamkniętę, smutne i uwięzione. Będzie ze złości wybuchać głowy każdemu kto otworzy skrzynie. Chyba, że ja. No mi pozwoli. Bo ja rozmawiam z książkami. I robacza królowa. Jej też pozwoli. Rozmawiałem właśnie i pytałem i one mówią, że tak, że jak przyjdzie robacza królowa to też jej pozwolą. - znów zmienił temat wracając do tematu bagien i wyprawy łącząc to płynnie i mało składnie z innymi wątkami skutecznie przy tym mieszając. I częściowo powtarzając niektóre rzeczy co mówił wcześniej jakby nie pamietał, że już o tym mówił.

                                Joachim zamknął oczy, by lepiej składać sobie w głowie słowa Georga. W końcu westchnął, wyjął papier i zaczął robić notatki.

                                - Czyli mówisz że w jaskini poświęconej “Chutliwej Siostrze” zwykłe kobiety będą rodzić mutanty? Dobrze to rozumiem?
                                - A “stary rycerz” to chyba Baron Wirsberg. Jeśli dobrze rozumiem, to on jest potencjalnie podatny na podszept Sióstr i może nie być w stanie się oprzeć urokom Sorii?
                                - No i teraz wiemy, że najlepiej żeby to co jest w skrzyni zamkniętej w Akademii wyjąć przy tobie.

                                - Dobry pomysł żeby opóźnić wyprawę Barona - czarodziej skinął głową na wcześniejsze słowa Ottona. A tę młodą Morrytkę to znasz, jak sugeruje Henrich?

                                - Jak wyjęliście to co ze skrzyni to wam też wybuchły głowy. A tyle razy wam będę mówił, że kto otworzy skrzynię temu wybuchnie głowa. To nie słuchaliście. To nie. Widocznie nie byliście wystarczająco godni. A szkoda, bo już mieliście pierwsze sukcesy i dobrze się zapowiadali… No ja im mówiłem… No tak, dużo razy, za każdym razem jak przychodzili. Ale nie posłuchali. Tak? No dobra, powiem. Znowu, już jestem zmęczony i ciągle gadać to samo… - pacjent hospicjum pokręcił głową jakby coś mu się nie zgadzało z tym co usłyszał. A potem zaczął mówić jakby rozmawiał z kimś i to o śmierci swoich rozmówców.

                                - Tylko ja mogę otworzyć światełko! Ono mnie rozpozna i zaprowadzi do książek! - wskazał dumnie na swoją pierś aby podkreślić swoją główną rolę w takim zaszczytnym zadaniu. Potem się odwrócił do tyłu jakby ktoś go zawołał. Patrzył tam chwilę po czym ciężko westchnął i zwrócił się ponownie do swoich gości. - No dobra, dobra… No to jeszcze robacza królowa chyba może. Jak światełko wyczuje, że ma robaki od sióstr czyli jest błogosławiona ich mocą. - odparł mniej chętnie jakby ową królową traktował jak konkurentkę do tego samego zadania jakie sam chciał wykonać.

                                - A Jaskinia Chuci to nie. Tylko, że tak. Bo one tam poszły i miały chuć. I potem z nich wyszło. Różne rzeczy. Zależy z kim się pokładały. To Chutliwa Siostra tak to tam robiła jak wydawała na świat nowe potwory. A one poszły w jej ślady. A te co ją wyznają są najdorodniejsze i najpłodniejsze dlatego duże z nich wychodzą. Przecież już wam to mówiłem. Wcale nie słuchacie. - powiedział tłumacząc najpierw całkiem zaangażowanym tonem ale szybko jakby wyłapał, że nie mówi tego po raz pierwszy to założył ręcę na piersi jakby chciał im pokazać, że się na nich gniewa i jest obrażony.

                                - Oczywiście, że ty otworzysz światełko. - odezwał się były Łowca Czarownic uspokajającym głosem, kładąc rękę na ramieniu Georga.

                                - Tak! - zawołał George obdarzając starszego mężczyznę pełnym dziecięcej ufności i radości uśmiechem. Po czym konspiracyjnie rozejrzał się na boki i nachylił się nad stołem ku niemu. - Bo ja będę ich bibliotekarzem. Powiedziały mi, że będziemy znów razem. Nauczą mnie wszystkiego. Tylko będą musiały mnie zmienić. Przyoblec w nowe, silniejsze ciało. Bo to teraz to jest słabe i ułomne. Więc mnie nagordzą i dadzą nowe abym mógł się nimi godnie opiekować. - pokiwał na koniec głową i uśmiechał się poważnie do Heinricha jakby uważał to za coś oczywistego i pewnego. Nawet jeśli obecnie był tylko jednym z wielu pacjentów hospicjum.

                                - Rozmawiałem z Matką Somnium kilka razy. - odpowiedział Otto na pytanie Joachima - Lepiej uważaj na nią, jeżeli dojdzie do rozmowy między wami. Ślepo oddana Morrowi, może widzieć więcej niż mówi. - mnich spojrzał na Georga - Zazdroszczę ci, doznać darów od Pana Przemian w celu dalszej służby... - mnich delikatnie westchnął - Nie potrafisz powiedzieć ile jest tych książek?

                                - Dużo! Cały regał! Albo dwa! Jak u nas w bibliotece. Ale to nieważne. To są wyjątkowe, magiczne książki. Jest ich tyle ile trzeba. I lubią dostawać nowe. Dobrze wygląda. Przynieść nową jako podarek. Wtedy są milsze. - George tym razem odparł błyskawicznie, z pełnym przekonaniem i bez wahania. Jakby już nie raz widział te książki i mógł o nich opowiadać.


                                Joachim opuścił hospicjum pełen ekscytacji dla ilości możliwości które się przed nim pojawiały. Ale jednocześnie trochę go to wszystko oszałamiało.
                                Ciężko było znaleźć czas by skupić się solidnie na 1 temacie naraz. Postanowił, że dzisiaj skoncentruje się na przeprowadzeniu rytuału ze zwoju Mergi. Zawarcie paktu z chowańcem da mu większe możliwości realizacji jego planów, nie mówiąc już o osobistej satysfakcji. Wybrał na początek Alztha, który miał przybrać ptasią formę, jaka dawała duże możliwości wykorzystania go jako szpiega i posłańca.

                                Dysponował już podstawowym elementem niezbędnym do przywołania, czyli prawdziwym imieniem chowańca. Składnikami które mogły mu pomóc w skutecznym rzuceniu zaklęcia były talizman z symbolem chaosu oraz trochę kosztowności. Co do tych ostatnich wystarczyło przejść się do jubilera i kupić cokolwiek co ładnie wyglądało.
                                Jeśli chodzi o talizman to wracając z hospicjum postanowił zahaczyć o Tobiasa (dla którego miał dobre wieści co do Georga) i Aarona. Może któryś ze współwyznawców mógł mu taki przedmiot pożyczyć do rytuału. Jeśli nie, mógł jeszcze sprawdzić czy Sigismund to ma, na pewno będzie w swojej aptece....
                                Zakładał, że rytuał zabierze mu większą z pozostałej części dnia, w końcu będzie to robił po raz pierwszy. Musiał upewnić się, że jego ochroniarz nie pozwoli nikomu wchodzić do jego pracowni w międzyczasie.

                                A na wieczór miał zgłosić się do Łasicy w sprawie pomocy w skoku...

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Online
                                  SantorineS Online
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #118

                                  Oryginalny autor: Seachmall

                                  Wellentag; przedpołudnie; hospicjum; rozmowa z Marissą

                                  Kiedy Otto odprowadził Joachima i Heinricha do wyjścia, pośpiesznie ruszył na poszukiwania Marissy. Musiał szybko załatwić z nią kilka spraw i ruszyć do Fabienne.
                                  Kiedy znalazł kobietę, delikatnie klepnął ją po ramieniu i zaprowadził do jednego z bocznych korytarzy.

                                  - Wybacz, moja droga, ale mam sprawę. Poszukuję w okolicach naszego miasta jakiegoś miejsca, gdzie można by znaleźć jakieś lecznicze źródełko, czy wody podziemne z dużo ilością soli. - mnich się zastanowił - Frau Fabienne i Lady Pirora chcą otworzyć uzdrowisko dla możnych. Gdyby mogły się pochwalić, że ich woda tryska z jakiś tajnych "magicznych" źródeł, to przyciągnęłoby ludzi.

                                  - I, nasze dobrodziejki chcą otworzyć własne uzdrowisko? Ależ to cudowny pomysł! Zawsze chciałam pracować w takim! Mogłabym robić swoje zioła i opracowywać mikstury. Ale w Kurtwallen to trudno się dostać, tam wszystko obsadzone od dawna, ciężko się dostać dziewczynie bez nazwiska. - szczupła, młoda brunetka chętnie ruszyła obok jednookiego mnicha a temat wydawał się blisko jej sercu. Tak przeszli przez parę schodów i korytarzy.

                                  - Ale stąd od was to dość daleko… No i tam od dawna wszystko zajęte… Ciężko by było tam się wcisnąć komuś nowemu… - zamyśliła się gdy wyszli do ogrodu. A młoda pacjentka usiadła w tym samym miejscu gdzie w zeszłym tygodniu. Tylko wtedy obok niej siedziała czarnowłosa Annika. Teraz jednak zastanawiała się nad tym zagadnieniem zamiast flirtować przy obiedzie.

                                  - W Stavern można by spróbować. - Powiedziała w końcu gdy sobie sprawę przemyślała.

                                  - Tam kiedyś było uzdrowisko. Nazywali to "źródła witalności" albo "źródła młodości". Podobno działały ożywczo i wzmacniająco. Po ostatniej wojnie z Chaosem wielu weteranów jeździło tam na kurację aby się wzmocnić, wyleczyć, odzyskać siły. Podobno rany szybciej się leczyły i choroby uchodziły. I tam panowała przyjemna atmosfera, równowaga ciała i duszy, bardzo sielsko tam było. - zaczęła opowiadać coś co chyba było jej znajome bo wyglądała jakby musiała sobie odświeżyć te wiadomości ale jak to robiła to przypominały jej się kolejne.

                                  - I winorośla tam rosły! - powiedziała z ekscytacja jakby właśnie jej się to przypomniało. - No u nas słabo rosną. Zimy za długie i surowe. Albo wymarzną albo nie owocują a jsk już to te owoce są małe i kwaśne. Nie tak jak te z Bretonii albo z południowych krajów. Ale tam było takie dobre miejsce, że rosły. I ponoć bardzo dobre wina z nich robiono. Nawet dziś są rarytasami w niektórych kolekcjach ale ja nie miałam okazji ich spróbować. - mówiła coraz szybciej i pewniej gdy omawiała ten temat.

                                  - Ale widziałam próbkę wody. Na szkoleniu. W fiolce. Taka trochę różowa. Jak bardzo rozwodniony kompot z wiśni albo malin. Tak, że prawie sama woda ale trochę koloru zostało. Właśnie podobno taka tam woda była w tych źródłach. - dodała uśmiechając się jakby mimo wszystko miała jakąś okazję do styczności z tamtymi wyjątkowymi źródłami.

                                  - I nawet jak tutaj jechałam to przejeżdżaliśmy przez Straven. Się zastanawiałam czy by tam nie pojechać no ale nie śmiałam pytać jak mnie tu wieźli jako wariatkę. Nawet się tym interesowałam. U was w ratuszu może coś być bo odkąd wybudowali to miasto to część administracji przeszło tutaj. To może coś by było. Tylko tam był jakiś wypadek

                                  Pożar czy coś takiego. W każdym razie to uzdrowisko spłonęło czy popadło w ruinę. Dawno temu. Ze sto lat albo dawniej. Zawsze się dziwiłam czemu go nie odbudowali jak było takie wyjątkowe. No więc pewnie ruiny tego uzdrowiska gdzieś tam są pod Straven. Ale źródła chyba nie powinny spłonąć tak mi się wydaje to nadal mogą tam być. - zakończyła swój wywód na temat jakim widocznie interesowała się wcześniej skoro potrafiła go tak dokładnie omówić bez przygotowania.

                                  Mnich słuchał kobiety ze szczerym zainteresowaniem. Miło było posłuchać takich ciekawostek, szczególnie, że na pewno się przydadzą.

                                  - Jestem pewny, że je to zainteresuje. Dziękuję moja droga. Jeżeli miałabyś ochotę jeszcze pomóc, to może zajrzyj do naszej biblioteki… oby nie stanęła znowu w ogniu. Ah i w podzięce za twoją pomoc, przeor skróci ci karę chodzenia we włośnicy. - Otto się uśmiechnął - Dobrze, nie będę ci już zabierał czasu. Muszę biec do Anniki i Frau Fabienne. Pozdrowię je od ciebie.

                                  - Pomóc? Mojej nowej pani i lady Pirorze? Ależ oczywiście! Bardzo chętnie. Ale czego bym miała szukać w naszej bibliotece? - brunetka uśmiechnęła się ciepło do mnicha i okazała pełną wolę współpracy a rozmowa o lubianym przez siebie temacie chyba sprawiała jej przyjemność. - A jak będziesz widział się z Anniką i moją panią to tak, pozdrów i uściskaj je koniecznie! I krócej we włośnicy? Cudownie! Już mam jej dość! Drugi tydzień w niej chodzę! Wszędzie mnie ociera i drapie. Nic przyjemnego. Ale mam te majtki od mojej pani. Są takie śliczne! No i od niej. To jakoś mi lżej. - właściwie nie chciała zatrzymywać Otto skoro ten miał plany na resztę dnia poza hospicjum ale jednak jeszcze dorzuciła parę szybkich uwag pod adresem swojej byłej koleżanki z hospicjum i bretońskiej szlachcianki jaka miała być jej nową panią. O nich wyrażała się bardzo ciepło i życzliwie. W przeciwieństwie do włosiennicy której niezmiennie nie znosiła.

                                  - Gdyby udało ci się znaleźć jakieś księgi o lokalnych ziołach, czy innych specyfikach, które nasze panie mogłyby wykorzystać. No i legendy, to zawsze dobre źródło na inspiracje. Lokalne mity, legendy, opowieści o leczniczych miejscach. - Otto zastanowił się chwilę - Nie mogę się doczekać, aż uda się ciebie stąd wydostać. Pajęcza Królowa potrzebuje ciebie, aby wrócić do domu, a ja moi przyjaciele staramy się do tego doprowadzić.

                                  - Oh ja też jej potrzebuję! Już nie mogę się doczekać aż będziemy razem i będę mogła jej służyć! - wzmianka o swojej głównej patronce sprawiła, że twarz Marissy rozpłynęła się w ciepłym, radosnym uśmiechu jaki znamionował, że jej miłość do Pajęczej Królowej bynajmniej nie osłabła. Nawet jeśli nie biegała nago wykrzykując jej imię.

                                  - Ale w tej bibliotece dobrze. Popatrzę. Jakbym już wyszła to może poszukałabym czegoś w archiwum ratuszu o tym Straven. Albo wy poszukajcie jak możecie. - zgodziła się kiwając swoją ciemnowłosą głową i dając znak, że w miarę swoich możliwości chętnie się zajmie taką tematyką.

                                  - Dziękuję i uwierz mi, będziesz jej służyć. George, może i papla dużo, ale ponieważ widzi dużo. Widzi wszystkie drogi, które prowadzą do przybycia Pajęczej Królowej i zawsze jesteś u jej boku. - mnich się uśmiechnął i kiwnął pacjentce - Będziemy później musieli o tobie porozmawiać. W sumie, nigdy nie pytałem czemu tu wylądowałaś. To jednak później, na razie życz mi szczęścia i powodzenia w poszukiwaniach.


                                  Wellentag; południe; rezydencja Von Mannlieb

                                  Otto dotarł do rezydencji Fabienne około południa, zanim wszedł do środka zaczął rozglądać się po okolicy w poszukiwaniu Silnorękiego.

                                  Właściwie to Silnoręki chyba nie był tak całkiem pacanem jak to zwykle o nim wypowiadała się Łasica z koleżankami. Otto usłyszał krótki gwizd i jak skierował tam swoje spojrzenie dostrzegł zwalistą sylwetkę łysego mięśniaka. A więc tak jak się jeszcze w Agnestag umówili to przybył w umówiony miejsce i czas. I to nawet z Rune. Poczekali aż do nich podejdzie.

                                  - Chodź tutaj. Tu nie lubią takich jak my. - mruknął Silny i wszedł w jakąś boczną uliczkę między dwiema rezydencjami. Pewnie taką dla służby i tych wszystkich gospodarskich spraw. W tej dzielnicy rezydencji rzeczywiście obaj wydawali się bardziej podejrzani niż byliby gdziekolwiek indziej. Tu dominowały ładne i zadbane rezydencje bogaczy z pięknymi ogrodami i porządnymi ogrodzeniami jakie gwarantowały im spokój i bezpieczeństwo a i patrole straży przechodziły tędy częściej. Poza tym każda posiadłość miała pewnie swoich strażników. Więc w tej okolicy któraś z ich szlachetnie urodzonych koleżanek albo łotrzyc przebranych za służbę pewnie mniej by się rzucało w oczy niż dwóch podejrzanych byczków o niezbyt przyjaznej aparycji. Otto zaś miał to szczęście, że jego mnisi habit był dość uniwersalny no i z natury wzbudzał mniej podejrzeń niż takie dwa typki do jakich właśnie podszedł.

                                  - No? Co tam? - zagaił Silny gdy już stanęli we trzech pod jakimś ceglanym murem ogrodzenia sąsiedniej do von Mannliebów rezydencji.

                                  - Jest postęp. Mam podpowiedź jeżeli idzie o poszukiwanie ołtarza Norry. Południowy las i mamy kierować się na północ. Najwyraźniej Vesta, Siostra oddana Tzeentchowi, ukryła go na przekór Norrze. Na razie pójdę po Annikę, to będziecie mogli się z nią zaznajomić i ocenić. Później chyba przyda się tego waszego kowala odwiedzić, aby ją wyposażyć. Mnie też się w sumie przyda jakaś konkretna broń. A, zapomniałbym. - mnich pstryknął palcami, wertując wszystkie informacje od Georga - Pamiętacie co mówiłem, o rycerzu zakutym w czarną zbroję, którą ma przewodzić armii Norry? Najwyraźniej ujawni się podczas turnieju.

                                  - O. To jednak będzie ten turniej? Bo na mieście to różnie gadają. Raz tak a raz tak. No ale jak będzie to dobrze. Wreszcie jakaś porządna rozrywka a nie jakieś durne orgie i bale. - Rune wyraźnie ucieszył się z takiej wiadomości. Silny też pokiwał twierdząco głową ale brwi miał zmarszczone.

                                  - A to on nie wie kto to jest? I czarny rycerz będzie na tym turnieju? No ciekawe. Ciekawe kto to. Oby był tylko jeden. Znaczy w czarnej zbroi. To by od razu było wiadomo który to. Dobrze, to dobrze. Przydałby nam się jakiś wódz no i rycerz. A nie same baby i mazgaje. - Silny przyjął to spokojniej ale też raczej brał za dobrą monetę, podnoszacą na duchu.

                                  - Ale z tym lasem to bez sensu. Przecież jak się pójdzie na południe to rzeczywiście las się zaczyna zaraz za murami. Ale jak sie wróci na północ to się wróci z powrotem do miasta. - popatrzył na obu kolegów dając znak, że coś mu się nie zgadza w tym opisie. Rune wzruszył ramionami na znak, że to go przerasta.

                                  - Może coś się wyjaśni. Zobaczymy. Ale trochę nie ufam jak w to jakaś wiedźma była zamieszana. Czary to są niebezpieczne i zdradliwe. I oszukańcze. Szkoda, że Merga wyjeżdża. Ona się zna na takich sprawach. - były weteran wojskowy cmoknął niezbyt wiedząc jak podejść do tych magicznych spraw ale chyba też był zdania, że rogata wiedźma z północy miała z nich wszystkich największe doświadczenie i autorytet w takich sprawach.

                                  - No, no, nasz mistrz też cieniak nie jest. Przecież tyle nas prowadził bez tej wiedźmy. - ofuknął go gdy najwidoczniej chciał mu przypomnieć, że on pamięta jeszcze czasy gdy wiedźma siedziała w kazamatach albo jeszcze w ogóle nie przypłynęła do miasta.

                                  - Dobra, mniejsza z tym. Potem będziemy się nad tym głowić. Leć po tą małą. Zobaczymy co to za jedna. Poczekamy tu na ciebie. - Silny machnął ręką aby uciąc mało owocne dyskusje i dał znak mnichowi aby się zajął sprowadzeniem tu tej nowej, obiecującej koleżanki jakiej jeszcze obaj nie widzieli na oczy.

                                  Mnich kiwnął głową i ruszył do rezydencji, czekając na powtórkę z rutyny. Przyjęcie przez odźwiernego i zlustrowanie przez przyzwoitkę Fabienne.

                                  Rzeczywiście po którymś razie to już zaczynał się robić znajomy schemat. Który zaczynał się od stukania w bramę rezydencji i otwarcia przez odźwiernego a kończył w salonie dla gości. Tym razem chwilę czekał sam w towarzystwie starej Gertrudy o dostojnym ale oschłym wyglądzie i manierach aż przyszła szlachetnie urodzona gospodyni. Razem z Anniką.

                                  - No nareszcie jesteś Otto. Już tyle razy miałam cię ugościć jak należy i jak widzisz zawsze mi coś przeszkadza. Gertudo weź proszę każ przynieść to ciasto i marmoladę i jeszcze owoce no i wino. Jakoś trzeba wynagrodzić temu młodemu człowiekowi, że tak dzielnie nadstawiał karku za naszą Annikę. I proszę się postaraj się w końcu to wysłannik samego przeora a to taki dobrodziej, przecież ci opowiadałam jak tam było podczas naszej wizyty. - Fabienne całkiem zgrabnie odesłała niewygodnego świadka i to tak, że wyglądało jakby młody mnich był przedstawicielem nie wiadomo jak potężnego pana. Co może mogło robić wrażenie gdzieś z poziomu ulicy jaki reprezentowali Silny czy Łasica. Ale w towarzystwie szlachetnie urodzonych to raczej wrażenia na nikim nie robił. Ale przy takich zdecydowanych poleceniach Gertruda dumnie skłoniła głowę swojej pani i wyszła z salonu. Jeszcze chwilę było słychać jej oddalające się kroki na korytarzu.

                                  - No sam widzisz Otto, ja tutaj jak w oblężonej twierdzy, wszędzie tylko szpiedzy, spiski i wrogowie. Dobrze, że teraz mam chociaż Annikę. - powiedziała Bretonka przepraszającym tonem ale też jakby chciała się pożalić na swój ciężki los. I ujęła za ramię swoją służkę przyciągając ją do siebie całkiem poufałym gestem. A ta jakoś nie zdradzała objawów aby ten ruch był jej niemiły.

                                  Mnich się uśmiechnął.

                                  - Nie zagoszczę chyba na długo. Silnoręki i Rune, czekają na zewnątrz, bardzo chcą poznać Annikę. Jednak chętnie skorzystam z poczęstunku, musimy jakieś pozory utrzymać. Macie pozdrowienia od Marissy, obie. - skinął głową również Annice mówiąc to - Ah, Lady Fabienne, w sprawie tego uzdrowiska, o którym mówiliśmy wczoraj. Marissa mówiła o uzdrowisku w Straven, które popadło w ruiny, to może być dobre miejsce. Trzeba by poszukać w archiwach miejskich na ten temat.

                                  - Straven… - bretońska milady zmrużyła oczy jakby ta nazwa niezbyt jej się obiła o uszy. Spojrzała pytająco na Annikę.

                                  - To na południe. Jak się jedzie do Saltburga. Ale bliżej naszej strony. - podpowiedziała szybko swojej pani o jakie miejsce chodzi.

                                  - Ah tak… Wybacz Otto ja wciąż słabo się orientuje co tu jest co poza murami miasta. - odparła z przepraszającym uśmiechem alabastrowa szlachcianka o ufryzowanych, czarnych lokach.

                                  - I tam było uzdrowisko? A już nie ma? No cóż, jak wody i źródełko tam zostały to można by się przejechać tam i zobaczyć jak to wygląda. Ale jeszcze porozmawiam z Pirorą na ten temat. - dodała już żwawiej widocznie woląc się naradzić ze swoją blondwłosą partnerką.

                                  - I bardzo dziękuję ci za te pozdrowienia od Marisski. To miłe z jej i twojej strony. Też ją od nas pozdrów i uściskaj. Annika dzisiaj sprzątała drugi pokój aby zrobić dla niej miejsce. - gospodyni wskazała na czarnowłosą służącą a ta pokiwała głową twierdząco.

                                  - Tak, czekamy tu na nią. Już się nie mogę doczekać wspólnych kąpieli. - zaśmiała się cicho była pacjentka hospicjum ciepło wyrażając się zarowno o nowej pani jak i byłej koleżance z hospicjum.

                                  Po jakichś dwudziestu minutach Otto wyszedł z rezydencji Fabienne w towarzystwie Anniki. Spokojnie podszedł do miejsca gdzie zostawił dwójkę Khornitów.

                                  - Dobrze, więc. Anniko, to jest Silnoręki i Rune. - wskazał odpowiednio swoich braci - Służa Bogu Krwi i poszukują ołtarza, którego ty będziesz bronić. Chłopcy, to jest Annika, herold Norry.

                                  Obie strony przyglądały się sobie z zaciekawieniem podczas tego przedstawiania. Annika widziała dwóch postawnych mężczyzn. Jednego łysego i drugiego z brodą. W sam raz wpisujących się pod stereotyp typów spod ciemnej gwiazdy jakich lepiej nie spotkać samotnie w ciemnym zaułku. Oni zaś widzieli młodą, szczupłą kobietę ze związanymi w służbowy kok czarnymi włosami i długiej spódnicy. Więc wyglądała jak jakaś służąca u państwa ale na przodującą wojowniczkę pod sztandarem Norry to niezbyt. Więc obaj mieli dość wątpiące spojrzenie i popatrzyli na mnicha niemo pytając czy sobie z nich żarty stroi.

                                  - Dobra, to chodźmy, nie ma co tu stać. - powiedział Silny po tym jak splunął na bruk alejki. Dał znak aby iść za nim, odwrócił się i ruszyli. - Otto chodź na chwilę. - zawołał do siebie mnicha więc Rune ruszył obok Anniki za nimi.

                                  Otto poszedł za Silnym stanął naprzeciwko mężczyzny.

                                  - Wiem, że nie wygląda za specjalnie, ale nie nam dyktować kogo mają wybrać Siostry.

                                  - Przecież ona jest cherlawa. Patyk a nie wojownik. Jak było gadane, że baba myślę sobie “No nic to, przecież Norma też baba a jednak przywalić umie”. Chociaż wolałbym tego czarnego rycerza co mi się ostatnio przyśnił. To to jest chłop na schwał, i zbroja, i miecz, i koń no za kimś takim to można iść w bój. Ale ona? - tak jak przypuszczał młody mnich Annika nie zrobiła na herszcie krwawych ogarów zbyt dobrego pierwszego wrażenia. Aż się odwrócił na chwilę aby spojrzeć na nią jeszcze raz.

                                  - Przecież ona wygląda jakby bardziej pasowała do tych ladacznic. Klękać do berła i nogi rozkładać. To może. A nie do walki. - Silny tak jak jeszcze wczoraj był podekscytowany spotkaniem z heroldem swojej ulubionej Siostry tak teraz wcale nie ukrywał swojego rozczarowania gdy już ją spotkał.

                                  - Ale co tam. Mistrz chciał aby ci z nią pomóc to ci pomogę. I nie ja płacę tylko ta jej damulka. Też ladacznica jak i reszta. Pójdziemy do tego kuśnierza co mówiłem i tam jej się coś zamówi. - mięśniak machnął na to ręką. Widocznie jak już obiecał pomóc to chciał się wywiązać z tej obietnicy ale bez większego przekonania, że coś z tego będzie. Widocznie czarnowłosa młódka jakoś nie pasowała mu do wyobrażenia o heroldzie krwawej siostry.

                                  - Ah! - mnich uniósł palec, aby poprawić kolegę - Pamiętaj, Annika jest heroldem Norry. Nie jej przeznaczeniem jest przewodzić armii, ma przejąć obowiązek strzeżenia ołtarza i być jednym z komponentów sprowadzenia Krwawej Siostry. Masz rację, z tym kowalem, mnie też się w sumie przyda jakiś konkretniejszy ekwipunek. - zerknął na Annikę - Jak widzisz jej szanse przeciwko zwierzoczłekowi?

                                  - Padnie po pierwszym ciosie. To jakaś dziewka służebna a nie wojowniczka. - łysa głowa pokręciła się przecząco i widocznie słowa młodego mnicha niezbyt przekonały mięśniaka do zmiany zdania.

                                  - Trzeba by zobaczyć co umie. Może jednak umie się chociaż trochę bić. I jednak coś z niej będzie. Pomimo tego cherlawego wyglądu. Bo jak ją jakiś obszczymur rozłoży to nie ma co z nią iść do lasu. A zwierzoludzie to pewnie jeszcze jakieś pałki albo siekiery mają a nie gołe łapy. To w ogóle jej rozwalą łeb po pierwszym trafieniu i skończy się jej heroldowanie. - mruknął posępnie na nie rokującą zbyt wielkich nadziei dziewczynę co szła parę kroków za nimi z ich brodatym kolegą.

                                  Mnich pokiwał głową.

                                  - Też tak sądziłem. Dobrze zobaczmy, w co się uda ją przyodziać.

                                  - Trzeba będzie ją sprawdzić. Ale na razie chodźmy do tego kuśnierza. - łysy nie rozpogodził się i poszli dalej przez miasto. W stronę mniej eleganckich dzielnic. Dotarli na ulicę gdzie kuśnierze i rymarze mieli swoje warsztaty. Silny wszedł do jednego z nich a za nim pozostała trójka. Tam na miejscu przywitał się z właścicielem co nie był ani szczupły, ani piękny, ani młody. Za to w jego warsztacie sporo było wyprawionych skór jeszcze przed przerobem jak i gotowych wyrobów. Od różnej maści toreb, plecaków, przez jakieś skórzane łaty na ubrania, ochraniacze na kolana i łokcie aż po solidne kurty i płaszcze. Silny rozmawiał chwilę z właścicielem aż ten podszedł do ich grupki.

                                  - No to na tą pannę coś tak? A co dokładnie byście chcieli? - zapytał właściciel warsztatu oceniając sylwetkę klientki na jaką miał przygotować produkt.

                                  - Nic zbyt ciężkiego jak sądzę. - Otto spojrzał na Annikę - Jak sądzisz, kaftan z utwardzonej skóry?

                                  - Może być. - zgodziła się rozglądając się po tych wszystkich wyrobach ze skóry. W różnych odcieniach i kształtach ale dominowały brązy. - O, a tamto czerwone? - zapytała gdy wzrok jej przykuły małe, przypinane do pasa kieszenie.

                                  - No jak kupicie to możecie je wziąć. - zgodził się Niklas też zerkając w tamtą stronę.

                                  - Ale nie, mi chodziło, żeby czerwone było. Ta zbroja czy kubrak. Dasz radę? - zapytała wyjaśniając o co jej chodziło.

                                  - Dam. Ale to będzie dłużej i drożej. Bo trzeba będzie skórę pobarwić a potem potrzymać tak trochę aby barwa wsiąkła. A potem jeszcze wyschnąć musi. To z tydzień na samo przygotowanie skóry zejdzie. No a potem trzeba ją pociąć i zszyć. To drugi tydzień. - kuśnierz przedstawił jak to by wyglądało takie zamówienie pod względem czasu. Nie było nie do zrobienia no ale za fanaberię trzeba było zapłacić dodatkowym czasem i robocizną.

                                  - A przeszywalnice robisz? Przeszywalnica dobra na spód. Na zewnątrz można dać wtedy i skórę, i kolczugę, i brygantynę. Pod płytę też się nosi no ale to nie naszą kieszeń raczej aby płytę zamawiać. - Rune odezwał się jako ktoś kto miał doświadczenie wojskowe i z pól bitewnych.

                                  - Ja się lnem nie zajmuję. Ale mój brat robi. Jak panienka da się zmierzyć, podam mu wymiary i wam zrobi. Albo jak chcecie to sami możecie do niego pójść. Silny powie, że ode mnie to będzie wiedział, że swój. - gospodarz przyznał, że ma mocno wyspecjalizowany warsztat ograniczający się do przerabiania wyprawionych skór na różne produkty ale widać po rodzinie miał kogoś kto mógł i przeszywalnicę uszyć. Silny więc popatrzł na Otto co ten na to wszystko.

                                  Mnich westchnął.

                                  - Daj mi chwilę. - podszedł do Anniki i zaczął zwracać się do niej dość cicho - Jesteś pewna tego czerwonego koloru? W obronie ołtarza zabijesz tylu niegodnych, że pewnie sama zrobi się czerwona z czasem.

                                  - Przemawia do mnie ta czerwień. Taka krwista. Ale jak za drogo czy za długo to może być coś innego. - czarnowłosa służka bretońskiej szlachcianki popatrzyła z uznaniem na te kawałki barwionej na czerwono skóry z jakich były wykonane dopinane kieszenie do pasa. Ale skoro nie kupowała za swoje i zdawała sobie sprawę, że nowi znajomi robią jej przysługę to nie chciała być wybredna i sprawiać im dodatkowych kłopotów. - I taka czerwona zbroja to by sie rzucała w oczy. Mogłabym z moją panią gdzieś chodzić i bym nie wyglądała jak żebraczka albo jakiś zbir. - dorzuciła jednak argument który pewnie jej zdaniem mógłby skłonić Otto do pozytywnego rozpatrzenia jej prośby.

                                  Mnich się chwilę zastanowił. Spojrzał na kuśnierza.

                                  - Zamówimy tą barwioną zbroję. Dwa tygodnie, tak? Dobrze, wtedy odbierzemy. Na razie... - spojrzał na Annikę - Wybierz coś, co posłuży ci do tego czasu. Zapłacę za zbroję, którą odbierzemy teraz. Wycenę barwionej zbroi, proszę wyślij do rezydencji von Mannlieb, uregulują wszystko.

                                  - No to będą dwie zbroje? Świetnie, wyśmienicie! To panienkę proszę tutaj, zaraz weźmiemy wymiary i zobaczymy co tu da się od ręki poradzić. - Niklas ucieszył się z podwójnego zamówienia i poprosił klientkę bliżej. Zdjął metrówkę i zaczął ją mierzyć i zapisywać wyniki mrucząc coś pod nosem.


                                  Otto wrócił do hospicjum po udanych zakupach z Anniką, Silnym i Rune. Nowe zabawki zostawił z Khornitami, miał zamiar się z nimi umówić na trening, ale to później.
                                  Teraz oczekiwał na przybycie nauczyciela, aby przedstawić go heroldowi Vesty.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Online
                                    SantorineS Online
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #119

                                    Oryginalny autor: Zell

                                    Wellentag; południe; kryjówka pod zwaloną wieżą

                                    Jeszcze przed nocną akcją i wypłynięciem Mergi, Heinrich przybył do jej kryjówki, odziany jak był jeszcze w hospicjum. Nie mając podparcia laski szedł pewnie, nie wydając się jej nawet potrzebować, choć czasem jeszcze zdawał się z większa ostrożnością stawiać kroki.
                                    Po zaanonsowaniu swojej obecności kodem, został od wejścia przywitany przez Myszkę, a obecna Norma zapytała czemu się tu zjawia.

                                    - Mam nowe wieści dla Wielebnej, które też mogą jej umilić podróż. - początkowe słowa wypowiedziane były bardziej zachrypniętym głosem, aby pod koniec otrząsnęło się gardło i ton głosu ułagodził się lekko.

                                    - To poczekaj. Zapytam. Bo czcigodna teraz zajęta. - Norma przyjęła go jako gospodyni. I skinęła na drobną mutantkę. Ta odparła podobnie i ruszyła pod ścianę gdzie piec, szafki i stoły od zeszłej zimy stanowiły jej królestwo. Nadając tej ponurej, podziemnej budowli nieco domowego ciepła i swojskich posiłków. Teraz też została sama ze swoim gościem gdy toporniczka znikła w korytarzu jaki prowadził w trzewia kryjówki. Odmieniec wróciła do Heinricha przynosząc mu zwykły, gliniany kubek z winem.

                                    - A może wolisz kompot na ciepło? Bo też mam. I bigos ze śledziami. - zaproponowała mu wskazując gdzieś w stronę garów na piecu. Coś tam widocznie się bulgotało bez pośpiechu. - Bo właśnie zrobiłam. One to już się szykują do podróży. - powiedziała i tym razem pokazała na pakunki ustawione pod jedną ze ścian. Jakieś torby, plecaki, zwinięte koce i derki. Wszystko wyglądało jak przygotowane do podróży. Dość szybko wróciła toporniczka z Norski.

                                    - Musisz poczekać. Mistrzyni robi swoją robotę. Teraz nie może przerwać. Jak skończy to przyjdzie. - oznajmiła gwardzistka niebieskiej wiedźmy gdy usiadła przy swoim krańcu stołu. Tam leżały jej topory. Ona zaś ujęła jeden z nich i bez pośpiechu zaczęła go ostrzyć.


                                    Pod ziemią Heinrich nie był pewny ile czekał z dwiema towarzyszkami. Zanim Norma nie podniosła głowy znad swoich toporów gdzieś w głąb, popatrzyła tam chwilę i skinęła mu głową. Po chwili rzeczywiście ukazała się rogata wyrocznia. Chociaż w dość niecodziennym jak na nią stroju. W oczy rzucał się gruby, rzeźnicki fartuch albo podobny. Związany w talii a za pasem były wsadzone grube, robocze rękawice też skórzane. Na szyi zaś gogle ochronne i sądząc po jasnych owalach wokół fioletowej twarzy to pewnie niedawno je ściągnęła. Bo na twarzy i szyi krople potu rzeźbiły ślady w jakimś brudzie czy sadzy. Pod fartuchem zaś miała jakąś zwykłą koszulę, też niezbyt czystą. Więc wyglądała całkiem inaczej niż zwykle na spotkaniach podczas narad.

                                    - Witaj Heinrichu. Mam nadzieję, że nie czekałeś za długo. Myszka, możesz mi coś podać do picia? Strasznie mnie suszy po tym laboratorium. - przywitała się z gościem jak i z ulgą usiadła przy złączonych stołach. Mutantka pokiwała głową i od razu ruszyła w stronę kuchennego zakątka. Z bliska wyrocznia sprawiała wrażenie jakby ćwiczyła rolę kowala. W każdym razie biło od niej gorąco a nawet końcówki włosów miała mokre od potu. Ale wydawała się w dobrym humorze.

                                    - Cóż cię do mnie sprowadza Heinrichu? - zapytała zerkając na swojego gościa swoimi niesamowitymi, złotymi oczami.

                                    Heinrich musiał w duchu przyznać, że Merga była jedną z takich kobiet, które nawet pobrudzone, zmęczone i spocone miały w sobie to pociągające piękno.

                                    - Przynoszę nowiny, które wprost wyszły z ust pacjenta hospicjum wybranego przez Vestę. Polecam kiedyś osobiście z Georgiem porozmawiać, bo oferuje rozmowa z nim niezapomniane doświadczenia poznawcze. - stwierdził szczerze - Już na dzień dobry był na nas zirytowany, że znowu przychodzimy póki nie zrozumiał, że jeszcze z nim nie rozmawialiśmy.

                                    - Ah, George? Tak, ostatnio Otto o nim mówił. Podobno jest bardzo obiecujący. - Merga pokiwała głową i całkiem dziewczęcym ruchem odgarnęła jakiś kosmyk ciemnych włosów poza swoje rogi. I przyjęła z wdzięcznością kubek od Myszki jaki wypiła duszkiem. Aż jej strużki kompotu pociekły z krańców ust. Po czym od razu podstawiła kubek po kolejną porcję i gospodyni znów ją poczęstowała. Drugi też wypiła chyba z połowę od razu nim znów podstawiła go pod dzbanek. Dopiero ten odstawiła na stół i otarła usta rękawem.

                                    - George. Tak, żałuję, że już się z nim nie spotkam przed wyjazdem. Dzisiaj odpływam. Cokolwiek by się nie wydarzyło w świątyni. Nie mogę dłużej czekać. Ale życzę wam powodzenia. Przyjdę jeszcze do “Mewy” bo mam parę ostatnich spraw do omówienia. A właśnie, Norma weź pójdź do laboratorium i przynieś te pudełko co ci mówiłam, że musimy zabrać i zostawić. - powiedziała płynnie i zwróciła się do swojej gwardzistki niezmordowanie ostrzącej swój topór. Ta pokiwała swoimi mysimi warkoczykami, wstała i z wilczą gracją zniknęła w tym samym korytarzu z jakiego właśnie wyszła rogata wyrocznia.

                                    - Ah tu jest tyle do zrobienia, żebym mogła tu siedzieć następne dwa tygodnie. No ale nie mogę dłużej czekać. - rogata wiedźma zaśmiała się i otarła spocone czoło niezbyt czystym rękawem. Widząc to Myszka zostawiła dzbanek z kompotem i poszła po jakiś ręcznik.

                                    - Ale kończę już te bomby z immaterium. Dawno nie korzystałam z technomancji. Zwłaszcza tak aby to było do użycia przez kogoś innego. Gdybym zostawała z wami to byłoby prostsze. A tak to muszę nad tym popracować trochę więcej. No ale niestety nie da się obejść bez słów mocy więc Joachim będzie niezbędny aby je uruchomić. Ale to już później mu wyjaśnię. No ale mów, mów Heinrichu bo ja tak cały czas gadam o sobie a przecież masz jakieś ciekawe wieści od tego Georga prawda? - zaczęła mówić jakby na szybko chciała streścić ze sto różnych spraw ale zreflektowała się, że przecież nie po to gość przyszedł więc dała mu wreszcie dojść do słowa.

                                    Heinrich złapał się na tym, że nie może oderwać wzroku od Mergi, gdy ta układała kosmyk włosów i łapczywie wypijała kompot. Przeklęte wiedźmy!

                                    - W skrzyni w Akademii ukryto, hmm, świetlika jaki ma przekazać potworowi z bagien, żeby nie zabijał. Nie można otworzyć skrzyni, bo, jak to George powiedział, wybuchną wam głowy. Światło ma prowadzić do książek na bagnach, z którymi on rozmawia, więc może to uwięzione w przedmiotach demony? Ale to nie cała historia. - upił trochę ze swojego kubka dla zwilżenia gardła - We śnie widziałem i światło, i łańcuszki, które mają być od tych książek... i być uczepione niewidzialnego powozu. Może siostry także mają przygotowane powozy dla siebie gdzieś tutaj?

                                    - Być może. - odparła wiedźma tym razem zamyślonym tonem. Chłonęła słowa Heinricha z wielkim zainteresowaniem ale gdy skończył mówić zadumała się patrząc gdzieś w dal na prymitywnie wygładzone ściany dawnego lochu czy piwnicy.

                                    - Może to powozy. Może coś innego. Ale zapewne to jest istotna część dziedzictwa Sióstr jaka jest potrzebna aby je sprowadzić z powrotem. Więc tak czy inaczej będziemy musieli je odnaleźć i zdobyć. - powiedziała w końcu gdy przemyślała sprawę. Znów potrzebowała chwili milczenia nim odezwała się ponownie. Upiła łyk z kubka ale już mniej łapczywie.

                                    - Więc zdobądźcie tą skrzynię ale jej nie otwierajcie. Zapewne da się ją otworzyć ale w odpowiedni sposób. Może potrzeba zrobić odpowiedni znak, glif lub zaklęcie. Lub może to zrobić odpowiednia osoba. Taka obdarzona łaską Vesny lub być może którejś z innych Sióstr. Ale zapewne ktoś od Vesty byłby najodpowiedniejszy. Być może ten George ale nie jestem pewna. Szkoda, że nie widziałam tej skrzyni. Może bym coś pomogła. A tak to spore ryzyko z tymi wybuchającymi głowami. Bo jak George nie jest odpowiedni to też pewnie zginie. - zadumała się nim w końcu podała swoje zdanie na ten temat. Dało się wyczuć, że chętnie sama by się tym zajeła no ale czas już ją naglił i nie mogła czekać na efekt zdobycia tej skrzyni.

                                    - I świetlik mówisz? A to ciekawe… - zastanowiła się biorąc od powracającej Myszki ręcznik i ocierając nim twarz, szyję i czoło. W końcu podwinęła rękawy i też zaczęła je wycierać z brudu i wilgotnego potu. - Zdarzało mi się widzieć jakieś ruchome światełko w wizjach. Ale brałam to za osobistą imaginację przewodnika i tchnienie Sióstr. Nie sądziłam, że to może być jakaś samodzielna istota. I świetlik mówisz… No to pewnie nie jest taki zwykły świetlik. Zwykłe nie są w stanie wybuchać ludziom głów. I wątpię aby miały wpływ na jakieś potwory z bagien. Do tego takie pilnujące dziedzictwa pradawnego demona. Więc to pewnie jakiś rodzaj wskaźnika lub posłańca. Albo ułamek czegoś większego. I tak musi mieć sporą moc skoro narobiło takiego stracha tutejszym władzom, że to ukryli i zamknęli na cztery spusty. To musi być potężniejsza istota lub artefakt niż można sądzić na pierwszy rzut oka. Dlatego cokolwiek byście nie planowali w tej Akademii to zachowajcie najwyższą czujność i ostrożność. Albo nawet poczekajcie na mój powrót. Chociaż wtedy zapewne może być trudniej ze zdobyciem dziedzictwa Vesty… - powiedziała szybko kończąc ten proces oczyszczania się ręcznikiem. Chociaż taki pobieżny. Rzuciła go na ławkę obok siebie i znów upiła z pół kubka kompotu. Po czym nalała sobie do pełna z dzbanka kolejnej porcji kompotu.

                                    - Trudno mi coś doradzić jak lada chwila stąd odpływam. Z jednej strony lepiej mieć jak najwięcej elementów dziedzictwa Sióstr z drugiej to może być niebezpieczne. - pokręciła głową zdając sobie sprawę z tych rozbieżności w wyborze postępowania.

                                    - A mówił coś jeszcze? - zapytała patrząc na Heinricha pytająco. Skinęła Normie jaka wróciła z czeluści podziemnej budowli i położyła niewielki, gliniany dzbanek obok wyroczni. Był zakorkowany i nie było widać co jest w środku. Ale pewnie coś magicznego. Bo Heinrich czuł jak zakłóca przepływ wiatrów Eteru jakie przenikały tu pod ziemię. Chociaż niezbyt mocno. Toporniczka zaś wróciła na swoje miejsce aby dalej ostrzyć swój topór.

                                    - Mówił wiele. - Heinrich wyraźnie skupił wzrok na glinianym dzbanku, jakby coś w nim go tak zainteresowało, że próbował dostrzec więcej... - O tym, że Królowa może skrzynię otworzyć też. Ale o tym zaraz. - niechętnie odciągnął wzrok od dzbanka, choć chyba nie całą uwagę? - Czy jedynie Joachim będzie w stanie aktywować bombę? Będzie musiał być w Akademii? - zapytał niezbyt chętny na obecność maga na miejscu.

                                    - Tak. Raczej tak. Po prostu trzeba użyć mocy aby uruchomić odliczanie. Nie mam czasu aby te pakunki zorganizować tak aby wybuchły w inny sposób. Podam mu proste słowo mocy które aktywuje mechanizm. Mogłaby to zrobić każda osoba która umiałaby korzystać z mocy i znała to słowo no ale my mamy Joachima. A z tego co wiem to już tam był i zna to miejsce. - odparła wyrocznia dlaczego jej zdaniem trudno by było ominąć młodego magistra w tym zadaniu.

                                    - A królowa co może aktywować skrzynię? Ciekawe. Co to za królowa? - zapytała zaciekawiona tym wątkiem.

                                    - Zarobaczona Królowa. Otto mówił coś o królewskim miocie. - sam Heinrich nie wyglądał na zbyt zadowolonego z potrzeby Joachima - Młody nie może przez kogoś przesłać rozkazu na odległość? Człowieka czy taką istotę, którą chce przyzwać, Impa? Akademia jest pod obserwacją i tylko czekają na moment, by kogoś dorwać, przesłuchać, wytorturować i takie tam. Sama obecność tego maga by wszystkich na raz postawiła na nogi.

                                    - Pewnie by się dało. Ale gdybym tu była i mogła to zrobić sama albo jakbym miała więcej czasu. A nie jestem pewna czy Joachim opanuje sztukę rozkazywania impom na tyle aby wydać im tak precyzyjne polecenie. Jednak możecie z tą Akademią poczekać. Przecież nie musicie tego robić lada dzień. No i z wyglądu przecież on za bardzo się nie różni od innych ludzi. Znaczy jak ktoś go nie zna to nie musi wiedzieć od razu, że to mag. Zwłaszcza jak nie ma na sobie swoich szat maga. Póki te ładunki są zapakowane i nie rozpieczętowane powinny leżeć spokojnie, nie trzeba ich używać lada dzień. Chociaż to immaterium w materialnym świecie więc nie wszystko da się całkowicie kontrolować. - przyznała złotooka patrząc na swojego rozmówcę. Tłumaczyła cierpliwie chociaż odniósł wrażenie, że czułaby się pewniej gdyby osobiście mogła użyć owych ładunków jakie właśnie przygotowywała. A skoro odpływała musiała powierzyć je innym.

                                    - I zarobaczona królowa? Ciekawe. To pewnie chodzi o te szczególnie uzdolnione nosicielki jakie są w stanie wydać wyjątkowo dorodny miot. Tak stało w zwojach Oster. Że rzadko ale takie się trafiają. Chociaż ona nie nazywała tego królewskimi no ale może to kwestia nazewnictwa. Niestety chyba nawet Oster nie była w stanie ocenić jaka kobieta może być jak wydają nosicielką póki jej nie zasiała. Ogólnie jednak te płodne wydawały się zazwyczaj skuteczniejszymi nosicielkami. Chociaż płodność to też dość trudne do oceny. Przecież zwykle mówi się, że jakaś kobieta nie jest płodna bo większość jest. Ale jak bardzo? Zwłaszcza u młodych kobiet? Trudno to jakoś zweryfikować. - pokiwała swoimi rogami i ten naukowy temat zdawał się ją ożywiać i interesować. Zwłaszcza jak bezpośrednio był związany z dziedzictwem Sióstr.

                                    - Ale tak, to możliwe, że jak nosicielka będzie miała w sobie nasienie Oster to strażnicy lub inni obdarzeni mocą mogą to jakoś wyczuć. Zwłaszcza z bliska. Ja na ostatnim zborze jak badałam Loszkę to z bliska wyczułam pewne zawirowania z jej brzucha. Więc może i inni też by mogli. To takie zawirowania z naszych wiatrów, z Dhar, więc mogłoby to zdradzić komuś wyszkolonemu, przykuć uwagę. Ale też działać przeciwnie na istoty Chaosu. Właśnie dlatego przygotowałam to. - mówiła z zaangażowaniem jakby ten temat ją fascynował choćby dla naukowych rozważań. A na koniec sięgnęła po dzbanek jaki przyniosła Norma. Podniosła go i zdjęła materiał jakim był obwiązany. Zanurzyła tam palec i po chwili wyjęła. Na dwóch jej fioletowych palcach widać było jakąś gęstą maź podobną do pół płynnego miodu.

                                    - To maść maskująca. Bazuje na szarym wietrze. Tym od iluzji, cieni i maskowania. Fizycznie może zamaskować brzuch nosicielki na wypadek gdyby widać było, że jest brzemienna. I to taką dziwną ciążą co rośnie z dnia na dzień. Zapewne łatwiej by było to zamaskować gdyby pozostała przy swoich oryginalnych kształtach. No i dla osób wyczulonych na moc ten szary wiatr powinien przykryć zakłócenia jakie mogą wytworzyć czerwie w brzuchu nosicielki. Podobnie też działa u naszych agentów obdarzonych znamieniem naszych patronów tak jak choćby u nas ma Lilly czy Łasica. Może także pomniejsze drobnostki jak jakieś zmiany skórne ale coś większego, bardziej wystającego i, że tak powiem “namacalnego” to niestety nie. Stosuje się jak zwykłą maść, wystarczy posmarować brzuch nosicielki. Jak wyschnie powinien być niewyczuwalny. Z czasem się łuszczy, po połowie dnia mniej więcej. Ale można po prostu zmyć i znów posmarować. Narobiłam wam kilka takich dzbanków i zostawiłam przepis u waszego mistrza. Był tu ale poszedł na spotkanie z Grubsonem. Może uda się pozyskać od nich jakąś pomoc. W każdym razie na to liczył. Ale potrzeba magii aby umagicznić tą maść i by miała te maskujące właściwości więc poza Joachimem to nie wiem czy ktoś z was by podołał. Chyba, że w międzyczasie pozyskacie jakiegoś nowego maga. Zwłaszcza jakby się znał na aptekarstwie, ziołach i podobnych rzeczach to wtedy tak, wtedy to powinno być dość proste do zrobienia. - przy okazji wyjaśniła co takiego jest w tym przyniesionym dzbanku. Nawet zademonstrowała na sobie. Roztarła tą klejącą się maść na swoich dłoniach. Te przez chwilę błyszczały jak natłuszczone jakąś oliwką. Ale stopniowo jej dłonie bladły, skóra z fioletowej stawała się coraz jaśniejsza aż stała się całkiem zwyczajna jak u młodej kobiety bez żadnych mutacji. Na koniec wystawiła te dłonie ku Heinrichowi aby sam mógł im się przyjrzeć i uśmiechnęła się jakby udał jej się jakiś psikus.

                                    Heinrich chwilę patrzył na dłonie.

                                    - Tak długo, jak nikt nie będzie wiecznie podejrzliwym suczysynem, a i magia będzie i tak mu niewidzialna, to Ulgu nie zobaczy. - uśmiechnął się - Dobrze, że to większość populacji.

                                    - A co do robienia czegoś innego na razie, to może nawet przyjdzie nam Akademię odłożyć póki nie wrócisz. Na razie Joachim musi ogarnąć chęci barona na polowanie na potwora na bagnach. - westchnął - I martwi szlachcice i potwór to byłby problem.

                                    - Na razie mamy też informacje o obelisku Nory i jaskini przyjemności Soren. George może i myli czas w wypowiedziach, kolejność zdarzeń, ale ma różne informacje. Tylko trzeba wyciągnąć w dobrej kolejności te słowa. Ponoć Vesta zabrała totem Norze, za co ta się wściekła. - uśmiechnął się półgębkiem - Umiem sobie to wyobrazić. Totem ma znajdować się najpierw do lasu na południe, a później na północ.Mówi ci coś takie miejsce?

                                    - Najpierw na południe a potem na północ? Dziwne. Przecież to powinno się wrócić ponownie po swoich śladach. Przynajmniej jakby to traktować tak dosłownie. - brwi Mergi podniosły się do góry gdy usłyszała tą ostatnią nowinę i zaczęła się nad tym zastanawiać. Znów sięgnęła po gliniany kubek i upiła kolejny łyk. Tym razem oszczędny.

                                    - Ale skoro w tym maczała swoje magiczne łapki Vesta to może chodzić o coś magicznego. Trochę dziwne, że ruszyła totem siostry. To raczej nie sprzyjałoby ich pokojowej koegzystencji. Ale któż się nie przewalał po trawie ze swoim rodzeństwem prawda? - powiedziała trochę zaskoczona taką informacją chociaż na koniec uśmiechnęła się ciepło jakby mówiła o własnych wspomnieniach.

                                    - Jeśli to tak dosłownie, że Vesta coś ruszała z tym totemem to może chodzić o jakąs magię. Może jakieś magiczne przeniesienie menhiru, może jakieś maskowanie czy zakrzywienie czasoprzestrzenne. Trudno zgadnąć tak bez sprawdzenia tego na miejscu. Chociaż jak się pożarły o to to może potem jakoś się pogodziły bo wedle legandy do nas, do Norski, wróciły wszystkie cztery razem. - przyznała, że to są jej przypuszczenia bo po tak skąpych danych trudno jej było zdobyć się na coś więcej.

                                    - Mnie się wydawało, że widziałam ten totem Nory. W wizji oczywiście a nie osobiście. I to było w jakimś lesie. Wśród zwierzoludzi. I kości i czaszki pod tym kamieniem leżały więc to jak najbardziej pasowało do zwolenniczki Krwawego Boga. No ale bez detali więc mógł to być jakikolwiek las. Trudno mi powiedzieć gdzie to mogło być. Chociaż rozmawiałam na zborze z Silnym i jemu tamtej nocy śniło się coś podobnego. Może z czasem Nora ujawni więcej szczegółów. Albo ta Annika was tam zaprowadzi bo nie wiem czy naprawdę jest heroldem Norry ale wydaje się podatna na jej zew. Więc efekt i tak mógłby być podobny. - dodała zastanawiając się nad tym jak to by mogło wpłynąć na ich obecną sytuację.

                                    - I jeszcze mówił o Jaskini Przyjemności? To pewnie ta sama co Oster opisała w zwojach jako Jaskinię Porządania. Dobrze, to mamy kolejne potwierdzenie, że ta jaskinia gdzieś tu jest. I do od kolejnej Siostry. A raczej przez jej posłańca. Z tą jaskinią i czerwiami to może być jakiś związek. Albo inspiracja. Bo Oster chyba troszkę zazdrościła Soren tej płodności. Tak jakby to mogło mieć wpływ na wydajność nosicielek. Ale nie napisała tego wyraźnie tylko tak między wierszami. A może to ja tylko tak przetłumaczyłam. Zabieram kopię tych zwojów jako dowód na wasze sukcesy tutaj no i też spóróbuję pokazać to innym szamanom może odkryją coś co mi umknęło. Bo mam wrażenie, że Oster gdyby mogła to by chętnie prowadziła badania nad nosicielkami właśnie w tej jaskini Soren. - mówiła z naukowym zacięciem jakby żałowała, że nie ma tu nikogo jej podobnego aby mogła to przedyskutować czy poradzić się w tej sprawie zwojów. Niestety język starożytnych szmanów z Norski był tu właściwie nieznany więc trudno było o kogoś takiego.

                                    - W każdym razie jak ja bym była w tej jaskini to bym spróbowała zasiać jakąś nosicielkę. Choćby z ciekawości czy to coś by zmieniło. Bo ta płodność to często się powtarzała w kontekście wydajności i dorodności miotu. - wiedźma powiedziała to kiwając głową i popatrzyła gdzieś po nierównym suficie sklepienia jakby sprawdzała tam czy coś jeszcze ma do dodania.

                                    - Ale w sprawie baronów i szlachciców to pozwól Heinrichu, że się nie wypowiem. Za słabo znam wasze realia. Większość czasu spędziłam tutaj pod ziemią albo na “Adele”. A o waszych znajomych i ważniakach to wiem tyle co od was więc nie czuję się na siłach coś wam doradzać w tej sprawie. Ja tu zawsze wyręczałam się naszym mistrzem. - położyła sobie dłoń na piersi przyjmując nieco przepraszający ton ale nie chciała sie widocznie angażować w temat jaki był jej znany dość mgliście.

                                    - A! A właśnie. Dobrze, że jesteś. Prawie bym zapomniała. W sprawie tych aktorek z Saltzburga. Dostałam cynk od naszych patronek, że wkrótce powinien być z tym jakiś przełom. Domyślam się, że pewnie ktoś od nich przyjedzie do miasta. Więc to powinno wam otworzyć nowe możliwości. Chociaż nie mam pojęcia kto i kiedy by to miał być. - dodała gdy jednak przypomniała sobie coś jeszcze chociaż na całkiem nowy temat.

                                    - Pamiętam, że mówiłaś też coś, o tym jakoby miał pojawić się też jakiś sojusznik? - wspomniał - Coś więcej o tym do ciebie dotarło?

                                    - Tak, to może być to. Chociaż wtedy odniosłam dość ogólne wrażenie a dzisiaj mnie złapało, że to chyba będzie ktoś związany z tym teatrem i aktorami. Nie jestem pewna ale być może to też jest ktoś kto podąża zewem Sióstr. Albo po prostu ma swoje powody dla jakich nasze cele mogą być zbieżne. Więc moglibyśmy działać wspólnie. Zresztą tak czy siak jak coś chcecie osiągnąć z tymi aktorkami to i tak jakoś trzeba je tu ściągnąć. - przyznała po chwili zastanowienia jakby siłowała się z własnymi wspomnieniami i tymi świeższymi i tymi trochę mniej. W końcu wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się dając znać, że póki aktorki pozostają w stolicy prowincji to i tak są raczej poza ich zasięgiem.

                                    - Do samej Akademii spróbuję się przybliżyć dzięki... znajomości z córką profesora. - powiedział szczerze - Ta młódka ma słabości do starszych mężczyzn, to zobaczę jak taką słabość młodości można dalej wykorzystać, aby przybliżyć się do jej ojca, a przez niego do Akademii. - zainteresowanie Heinricha wyraźnie nie było skupione na cielesnych uciechach, a jedynie byłoby tylko stopniem do celu - Więc tak, może nie stracisz przez podróż i dotrzesz na wybuchowy finał.

                                    - Doprawdyż? Takie ma upodobania? - wiedźma uniosła brwi i roześmiała się serdecznie jakby ją to mocno i zaskoczyło i rozbawiło jednocześnie. - No ale cóż, brzmi dobrze i byś wtedy był odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Mógłbyś się stać nową furtką w tej uczelni. Bo na razie to tylko Joachim i Thobias mają tam dość swobodny dostęp. Może nasze utalentowane dziewczęta gdyby się postarały bo widzę, że są dobre w takie przebieranki. Ale tak, życzę ci powodzenia. Wam wszystkim oczywiście. A gdyby udało ci się tą młódkę dla nas pozyskać to to też zawsze jest spory plus. Sam widzisz, jak ostatnio jesteśmy przytłoczeni różnymi zadaniami więc każda pomoc i nowa osoba nam się przyda. Właśnie głównie dlatego nasz mistrz postanowił namówić Huberta do spółki i ściślejszej współpracy. Potrzebujemy nowych ludzi. Ale z każdym werbunkiem to trzeba ostrożnie i z wyczuciem, każdy werbunek jest inny. Tu już bym ci polecała konsultację z mistrzem. Ale to i tak pewnie by zajęło nieco czasu a nie tak z dnia na dzień więc na razie to działaj z tą młódką, może coś się na niej uda ugrać. - mówiła szybko i swobodnie jakby po tej ostatniej uwadze jaka ją rozbawiła humor jej się poprawił i zrobiła się całkiem wesoła.

                                    - Ale kiedy ja wrócę to nie mogę obiecać. Będę się starała na ten turniej. Na początku przyszłego miesiąca. Ale co z tego wyjdzie albo nie to zależy od tylu czynników, że szkoda zgadywać. - dodała już ciut mniej rozbawionym tonem zaznaczając, że nie wszystko z tym powrotem będzie zależeć wyłącznie od jej woli i zamiarów.

                                    - Przynajmniej podróż ciekawiej upłynie na przemyśleniach. - pod koniec załamał się Heinrichowi głos i odchrząknął upijając swojego kompotu - Królewski miot będę miał na uwadze. Planuję też przekonać właśnie nasze dziewczyny do użyczenia swojej płodności, ale do tego delikatnie trzeba podejść, więc też zajmie. - westchnął - Starość wcale nie jest odpoczynkiem, nawet po aktywnej młodości.

                                    - Oh, nie jesteś wcale taki stary. Spójrz na mnie. Ile byś mi dał lat? - wiedźma uśmiechnęła się ponownie, tym razem z ciepłym uśmiechem i pogłaskała go pieszczotliwie po policzku. Tą swoją odbarwioną na ludzki kształt dłonią. Co gdyby uznać ludzkie standardy wygladała jakby zmyła z siebie farbę jaka jeszcze pokrywała jej ramiona i resztę ciała.

                                    - Ale z naszymi dziewczętami i ich zasianiem… - cmoknęła i zrobiła gest palcami jaki zwykle oznaczał śliską i niepewną sprawę. - Myślę, że Starszy świetnie z tego wybrnął zostawiając im wolny wybór. No szkoda, że wtedy za pierwszym razem Sigismundusa tak entuzjazm poniósł. Świetnie go rozumiem, to przełomowe odkrycie naszych patronek z zamierzchłej przeszłości. Ale jednak zabrzmiało to dość prostacko i ordynarnie więc też rozumiem, że niezbyt to zachęciło dziewczęta do współpracy. Myślę, że lepiej ich nie zmuszać czy nawet nie namawiać. Może zachęcać czy pokazywać. Niestety znowu tej Pielgrzymki nie widziałam ale z tego co słyszałam o jej zachowaniu i jak ją nurglici traktują to raczej nie rokuje, że pójdzie na dobrowolną współpracę aby stać się odpowiednikiem medalowej klaczy rozpłodowej. A Loszka… No cóż, sam ją ostatnio widziałeś. Powiedzmy, że ona w ogóle by miała kłopot przekonać kogokolwiek do czegokolwiek. Zaś Dorna no tak, to pierwsza ochotniczka. Ale spoza naszej grupy. Przynajmniej na razie. Bardzo dobrze, że Lilly ją dla nas pozyskała i mam nadzieję, że ją jakoś za to wynagrodzicie. Ale myślę, że w oczach naszych koleżanek to nadal nie musi być wzór do naśladowania. Właściwie chodzi o wsadzenie sobie robali tam do środka co faktycznie dla wielu osób mogłoby być dość traumatyczne i obrzydliwe. Więc jakbym ci tutaj miała coś doradzić to nie naciskaj na nie. Raczej zachęcaj. Miej na uwadze, że w dłuższej perspektywie to nawet ten turniej jest chwilowym epizodem. I po nim też będziecie na siebie skazani. A chyba wiesz jak może odbierać innych osoba jaka uważa, że ją do czegoś przymuszono. Całkiem inaczej niż gdyby się sama na coś zgodziła bez jakichś szantaży czy innych takich “dodatków”. Ale jakby jakoś im to dobrze sprzedać, pokazać jakichś przykład, zwłaszcza jak to by była jakaś atrakcyjna kobieta którą znają albo zrobiła na nich jakieś wrażenie to kto wie? Ale to moje gdybanie Heinrichu, to już zostawiam wam. Będziesz musiał działać tutaj z wyczuciem i fantazją. Chcę ci tylko zwrócić uwagę, że dobrze mieć na celu to co teraz przed oczami ale chociaż wychylić głowę aby spojrzeć co może nas czekać za miesiąc czy rok. - na temat zasiania koleżanek ze zboru wyraziła się wylewniej. Ale doradzała ostrożność i finezję ze sporą doza empatii. Bo zapewne i Starszy i ona mogli wydać dziewczętom rozkaz udostępnienia swoich łon i kto wie co by się działo. Całkiem możliwe, że dziewczęta by się podporządkowały. A możliwe, że nie. Choćby taka Łasica co miała wybitnie niezależny i wręcz anarchistyczny charakter. A na razie nic takiego oboje nie zrobili a ostatnio Starszy ograniczył się do ostrożnej prośby czy by nie znalazły jakiegoś zastępstwa za siebie. No i obiecały, że się rozejrzą. Bo w końcu do czego by doprowadziło gdyby koleżanki poczuły się przyparte do muru w tym względzie trudno było przewidzieć. Chociaż zapewne ich zgoda znacznie podniosłaby wydajność hodowli co sobie wszyscy zdawali sprawę.

                                    - Przymuszałem inne osoby, niż te, z którymi mam dzielić interesy. Nie planuję zacząć doszczętnie palić mostów. - odparł - Temu widzę to za bardzo delikatną sprawę, wymagającą ostrożności i cierpliwości. Wiem, że niektórzy traktują je jak nieprzydatne kurwy, ale nie uważam tak. Widzisz, Łowcy Czarownic nie wykorzystują tylko osób z wysokim urodzeniem czy lepszą renomą. Szukałem czasem w samych ściekach społecznych i korzystałem z każdej możliwości. Większość była obruszona moim korzystaniem także z tych, których sami by spalili, ale nie było momentu, abym poniósł za to konsekwencje czy ci, och jakże bogobojni, naprawdę nie chcieli tak brudnych interesów, jak dawały efekty. Jeżeli inny to robił. Podobnie tu się dzieje - niektórzy nie patrzą na cel, tylko od razu odrzucają sposób. Mają zamknięty umysł, który nie chce dopuścić myśli, że coś może być drogą, jeżeli droga ich obrzydza. - stwierdził wprost.

                                    - A twoja ilość lat? - zaśmiał się - Wyglądasz na może w połowie do trzeciej dekady, ale dodając do działania magię i Chaos... Nie zdziwiłoby mnie nic w kwestii wieku. Mnie magia nie trzyma w formie ani nie robi tego Wielka Czwórka czy sztuczki z Dhar. - Heinrich uśmiechnął się z przyjemności, jaką wywołał dotyk Mergi.

                                    - Naprawdę tak o nich mówią? - brwi wyroczni skoczyły do góry gdy usłyszała grube określenie użyte na większość dziewcząt z ich grupy. Westchnęła i pokręciła głową a jej wysokie, nieco łukowate rogi w jakich tak zakochana była Lilly powtórzyły i wzmocniły ten gest. - No niestety. To częste w mieszanych grupach. Pochwałę jednego stronnictwa pozostałe często traktują jak jego wywyższenie a ich porażkę. A jak się nie chwali za sukcesy to wszyscy kręcą nosami i czują niedosyt. Pod tym względem jednorodne grupy są zwykle stabilniejsze. Ale też bardziej wyprofilowane przez co mają braki na innych polach. W tak mieszanej grupie jak wasza można znaleźć kogoś na prawie każdą okazję i potrzebę. No ale też zawsze są tendencje odśrodkowe jakie mogą rozerwać grupę na mniejsze części. Podziwiam Starszego, że jakoś to za każdym razem jest w stanie znaleźć kompromis i załagodzić te swary. Ale widzę, że będę musiała na pożegnanie jakoś okazać aprobatę i podziękowanie naszym dziewczętom. Zwłaszcza Łasicy. Jak ktoś nie był w celi śmierci po przesłuchaniu inkwizytorów to nie ma pojęcia co to znaczy zobaczyć w tym dna piekła pierwszą, przyjazną twarz co ci dobrze życzy. Tak jak wtedy w zimie ujrzałam Łasicę. Jeszcze nie wiedziałam jak ma na imię ale strasznie mnie to podniosło na duchu. Uwierzyłam, że mimo wszystko jakoś uda mi się stamtąd wyrwać. Bo wcześniej miałam tylko mentalny kontakt ze Starszym ale słaby, często nam się rwał. Dawali mi usypiacze więc byłam bardzo senna i słaba. Wiązali mnie i kneblowali więc nie mogłam korzystać z mocy. Ledwo strzępki mogłam mu wysłać albo odebrać od niego. Dopiero jak Łasica odcięła te usypiacze z wina odzyskałam zdolność jasnego myślenia no i nawet jak mi tylko mrugnęła okiem przy karmieniu jak siedziała na mojej pryczy to i tak mnie to strasznie dodawało otuchy. A tu teraz zobacz… A przecież podkreślałam jaka jest jej rola w moim uwolnieniu. Innych oczywiście też no ale jednak ona też odegrała kluczową rolę w tamtych wydarzeniach. Oj tak będę musiała ją jeszcze jakoś na koniec wynagrodzić. Chociaż już mało czasu zostało. - wyrocznia wydawała się być przejęta takim pomówieniem jednej ze swoich wybawicielek z zimowych opresji. Aż pod wpływem impulsu nieco opowiedziała jak to wyglądało z jej strony to uwolnienie z niewoli i dlaczego uważa tą niepiśmienną dziewczynę z tutejszych tawern i ulic za swoją oswobodzicielke. Nie zapominając o innych oczywiście ale na razie Heinrich wspomniał właśnie jak to włamywaczce się oberwało takimi grubymi określeniami.

                                    - Sądzę, że takie podejścia są dość mocno powodowane przez poczucie zagrożenia. - powiedział wprost - Jesteś agresywny do tego, czego się boisz. Zaślepia cię to na użyteczność. - wychylił się do Mergi - Nie wiem czy powinnaś okazywać teraz przy innych wdzięczność. Napięcia w kulcie zaczynają się gotować. Nie każdy widzi taką Łasicę pamiętając o tym, czego dokonała. Masz rację, tak ją widząc, kto by inaczej reagował? Boję się tylko, aby to nie pchnęło głębiej niechęci, tym samym nie czyniąc problemu samym dziewczynom, czy dokładniej Łasicy. Już wasza pobłażliwość w zapładnianiu robakami zirytowała. Naciskanie dalej może spowodować wybuch. - odparł poważnie.

                                    - No właśnie. To broń mocno obosieczna. A prymusi rzadko są lubiani przez resztę klasy. - wyrocznia zasmuciła się i pokiwała głową też pewnie postrzegając tą sprawę podobnie. - Szkoda. Chciałabym jakoś okazać wyraz swojego poparcia i aprobaty. Niestety to może dolać oliwy do ognia. Co gorsza ja odpłynę a wy i Starszy z tym zostaniecie. - dodała dostrzegając tą kwadraturę koła. - A przecież wszyscy jesteście potrzebni. Jesteście niepowtarzalni i nawzajem uzupełniacie swoje braki. Łasica sprytnie wślizgnęła się do kazamat ale póki nie doszedł Egon trudno było jej coś zdziałać samej. Może ona otwarła wszystkie zamki wtedy ale to chłopcy powalili strażników a Egon wyniósł mnie na rękach. Schroniliśmy się w starej karczmie kupionej przez Karlika a zostaliśmy ostrzeżeni przed pościgiem przez Strupasa który stał na czujce. I przeszliśmy przez sam środek opętanego gorączką szukania zbiegów miasta dzięki mojej magii maskującej. I dzisiaj też tak jest. Świetnie się nawzajem uzupełniacie. A jednak nadal mamy mało ludzi więc przydaliby się kolejni. Sam widzisz, że aż nie wiadomo za co się brać tyle jest rzeczy do zrobienia. - pokręciła głową i rogami ponownie pocierając przy tym nasadę nosa swoim białym palcem. Wydaławała się być bezradna wobec tego systemu wzajemnych zależności i niechęci jakie wiązały członków ich grupy jakie trudno było przeskoczyć przy tak różnych charaterach, pochodzeniu, wychowaniu, statusie i paru innych rzeczy.

                                    - Przypomina mi to, jak pierwszy raz składałem swoją świtę. - Heinrich uśmiechnął się ironicznie - Połączyć różne charaktery, urodzenia, ich temperamenty... - rozłożył ręce - Poległem, co kosztowało mnie misję. Bo to ciężkie, gdy przestajesz dywagować, tylko chcesz w praktykę zmienić. Ale w dłuższym czasie wyszło na plus, bo jednak nauczyło. Czy Imperium, czy Chaos... tak długo jak masz do czynienia ze śmiertelnikiem, tak długo będą oba zaskakująco podobne.

                                    - Być może wszyscy śmiertelnicy są w jakichś tam ramach do siebie podobni. - odparła Merga z łagodnym, nieco nostalgicznym uśmiechem. Brzmiało jakby dostrzegała jakieś schematy zachowań jakimi się cechowała cała ludzkość bez względu na krainę jaką odwiedziła.

                                    Heinrich dopił zawartość kubka.

                                    - Nie powiedziałaś jednak, ile tak naprawdę masz lat. - przypomniał niewinnie.

                                    - Rzeczywiście. - odparła uśmiechając się ciepłym, łagodnym rozbawieniem. Przekrzywiła nieco głowę w bok i przyglądała się rozmówcy jakby chciała coś sprawdzić czy zapamiętać. Po czym znów wyciągnęła ku niemu swoją bladą, szczupłą dłoń i bardzo matczynym i kobiecym gestem pogłaskała go czule po policzku.

                                    - Myślę, że mogłabym być twoją matką. Albo i babcią. To jeden z licznych darów od naszych patronów. Nie tylko dla tych obdarzonych mocą jak ja. Ale jak nasi patroni uznają nas za użytecznych, za spełniających ich wolę, zachcianki, kaprysy, plany to obdarzają nas różnymi darami. Jak choćby długowiecznością. Albo rogatą koroną. Nie musimy umierać “bo tak” jak tutaj wy służycie południowym bogom. Żyjemy i tylko nagła katastrofa albo śmierć w walce może nas przebudzić. - powiedziała łagodnym tonem nie podnosząc głosu. Pokazała na swoje rogi jakie widocznie uważała za wspaniały dar od swojego patrona. I mówiła jakby chciała przekazać mu jakiś sekret lub naukę.

                                    - Przebudzić? - Heinricha zastanowiło to określenie - Uważacie życie za sen w jakimś stopniu?

                                    - Właściwie to tak. Uważamy, że ten świat to taki koszmar stworzony aby próbować śmiertelników. Aby wykazali się sprytem, zdrowiem, wytrwałością i odwagą. Ci jacy zginął, w chwale, ku czci swoich patronów, z bronią w ręku, jak wojownicy i królowie a nie niewolnicy na kolanach to wtedy bogowie ich nagrodzą. Przebudzą ich i będą świętować i walczyć w boskich wojnach po wsze czasy. I to jest właśnie prawdziwe życie. A to tutaj, dookoła, to tylko ułuda. Próba wiary i męstwa. - Merga całkiem chętnie wyjaśniła filozofię norsmeńskich poglądów.

                                    Mężczyzna się zastanawiał nad słowami Mergi.

                                    - A czy przebudzeni zostaną także ci, co nie zdołają zginąć w walce? Których zabije skrytobójca czy ogień stosu?

                                    - Jeśli umrze jako część planu, jak dokonał wspaniałych czynów, został wybrańcem albo czempionem to tak. Jak go sie wspomina z dumą a jego czyny wciąż żyją na długo po jego śmierci to tak. Jak po Siostrach. Milenia minęły odkąd ostatni raz chodziły po tym świecie. Tutaj wasze Imperium wyrosło. A legendy o ich czynach wciąż są u nas żywe. - wskazała na wzór do naśladowania w postaci Czterech Sióstr jakich dziedzictwo poruszyło ją jeszcze w północnej ojczyźnie i ściągnęło aż tutaj. I to w zimie gdy ich zew jeszcze nie był wówczas tak wyraźny jak obecnie.

                                    Mężczyzna zapatrzył się w przestrzeń.

                                    - Poczucie zostania zdradzonym przez bogów, dla jakich przez życie walczyłem - szepnął trochę wybity z rzeczywistości - powstrzymało mnie przed oddaniem się Łowcom. Ta myśl... jedna myśl nie dawała mi spokoju miesiące. Że oni kłamali. Nie ufałem, że spełniają obietnice po śmierci, skoro za życia nie spełnili jedynego życzenia, jakie miał wierny ich życzeniom. - spojrzał na Mergę - Nie dali mi śmierci. - wziął głębszy oddech - Jestem tu, bo już nie chcę spełniać woli kłamców.

                                    - Tak. Dlatego teraz jesteś z nami. Nasi patroni są potężni. I chojni. Dla tych co na to zasługują. A jak uda się przywrócić to miejsce Czterem Siostrom tak jak niegdyś ono do nich należało to na pewno wynagrodzą swoje sługi i wyznawców. Spójrz jak są poteżne. Choćby jaja Oster i papirusy z jej zapiskami. Wyjątkowej istoty w ciele śmiertelniczki jaka chodziła po tym świecie milenia temu a teraz jej owoce dojrzewają w łonach dzisiejszych kobiet. I wydają na świat jej owoce. A to tylko początek. I drobny przykład ich potęgi. A przecież jest tego więcej. Na całym świecie. We wszystkich czasach i kontynentach. Wciąż potęga naszych bogów wlewa się na biegunach w ten świat. W końcu go zaleje. Przekształci na własny obraz i podobieństwo. I wtedy lepiej być po stronie zwycięzców nieprawdaż? Siedzieć przy stole sycąc się zabawą i łupami a nie żebrać pod jego stołem na ogryzki i ogryzione kości. Prędzej czy później ten świat wpadnie w objęcia naszych bogów. To tylko kwestia czasu oczywiście. Wszystko już od dawna jest przesądzone ci bogowie południowców nie mogą tego zatrzymać. Nie powstrzymali tego do tej pory a z każdym pokoleniem zwiększamy swój zasięg. Odrobinę. Ale bez ustanku. Dlatego w końcu wygramy. To my będziemy górą. - mówiła z przejęciem i wiara rozświetlała żar jej złotych oczu. Wydawała się być pewna tego co mówi nawet jeśli mówiła o czasach jakie nadejdą… No właściwie nie wiadomo kiedy. Ale w takiej bardzo długiej perspektywie los tego świata wydawał się być przesądzony.


                                    Opuszczając kryjówkę Mergi Heinrich... czuł się inaczej. Lżej, jakby zdjęto z niego jakiś straszliwy ciężar. Końcowa rozmowa przyniosła mu to, czego już od dawna potrzebował. Uwolnienie.
                                    Były Łowca Czarownic wreszcie na głos wypowiedział swoje myśli, do których bał się przyznać przed sobą samym. Przerażały go każdej nocy, choć nikomu by nie powiedział o tym. Cząstka człowieczej duszy płakała i błagała by zszedł z tej drogi, ale on trwał w zgorzkniałej beznadziei, jaka została zasiana w trakcie uwięzienia... by później móc wykiełkować.

                                    A teraz było lżej.
                                    Choć zgorzknienie pozostało.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Online
                                      SantorineS Online
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #120

                                      Oryginalny autor: Pipboy79

                                      Oryginalny tytuł: Tura 28 - 2519.07.12; wlt; popołudnie

                                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                                      Czas: 2519.07.12; Wellentag; popołudnie
                                      Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; umiarkowanie (0)

                                      Otto

                                      Otto czuł, że będzie czuł ten dzień w nogach. Właściwie odkąd rano wstał w tak przyjemnym po wczorajszych zabawach nastroju to cały czas był na nogach. Najpierw rano, do hospicjum. Potem w samym hospicjum. Potem co prawda trochę posiedział jak Joachim i o dziwo Heinrich przyszli poznać Georga. Ale potem znów trzeba było zasuwać do północnych dzielnic miasta do lady Fabienne po Annikę. A z nią na przeciwny, południowy kraniec miasta bo tam Silny miał swoich znajomków co robili pancerze albo można było kupić inne narzędzia mordu. Tam wszędzie trzeba było wziąć miary, przymierzać, rozbierać się, ubierać a potem znów iść do następnego punktu i cała procedura zaczynała się od nowa. Annika wyręczyła go o tyle, że jak doszli do centrum do powiedziała, że dalej do swojej pani sama trafi więc chociaż tam zyskał okazję aby chociaż trochę oszczędzić sobie własnych nóg gdyby skorzystał z tej ofery. A ledwo wrócił do hospicjum to już w recepcji brat powiedział mu, żeby udał się do przeora. Ale nie powiedział po co.

                                      - O. Dobrze, że jesteś Otto. I jak poszło u lady von Mannlieb? - przywitał go przeor z ciepłym uśmiechem i pozwolił mu spocząć na krześle dla gości. Co nie zdarzało się zbyt często bo szef hospicjum uważał, że podwładni powinni mieć co do roboty aby nie zgnuśnieli i głupoty im w głowie nie hulały. I między innymi nie rozsiadać się podczas rozmowy w jego gabinecie tylko stać pokornie. Więc chyba jednak jednooki podwładny zdobył w jego oczach jakieś uznanie skoro pozwolił mu usiąść na miejscu dla gości. I z zainteresowaniem czekał na relację z tej wycieczki do miasta.

                                      - I właśnie bo już nie chciałem ci głowy zawracać jak wychodziłeś. Ale co powiedział ten magister o naszym Georgu? - zagaił do porannej rozmowy na temat wizyty magistra sztuk mistycznych co miał zbadać ich zdziecinniałego pacjenta i wydać o nim swoją ekspertyzę. - I naprawdę przyszedł z jakimś podstarzałym ochroniarzem? Dziwne. Bał się, że George mu zrobi krzywdę? Czy my? Dziwacy ci magowie, mówiłem ci. - widocznie do przeora coś dotarło co do porannej wizyty jak choćby to, że magister nie przybył sam. I to go i zdziwiło i zaciekawiło jednocześnie. Ale chyba tylko potwierdziło jego niezbyt pochlebną opinię o użytkownikach magii.

                                      - Ale mam też dla ciebie i dobrą wiadomość. - oznajmił znów się uśmiechając. Sięgnął gdzieś do szuflady i wyjął coś co wyglądało na otwarty list. - Dzisiaj to może już nie. Ale jutro przejdziesz się do tej drugiej szlachcianki. Panny van Dyke. Napiszę ci list do niej. Ale przyszła wiadomość, że może zabrać Thorna o ile nie zmieniła zdania. Nie naciskaj na nią jeśli zmieniła. Wcale bym się nie zdziwił gdyby to jednak przemyślała. Przecież to nicpoń i chuligan. No ale jak go nadal chce to może po niego przyjechać kiedy jej wygodnie. - chyba podobnie jak i właściwie do obu wybranek do adopcji ze strony szlachcianek tak i w tym wypadku przeor nie mógł się nadziwić nad ich wyborem. Tak bardzo, że gdyby zmieniły zdanie to okazałby pełne zrozumienie i wcale nie robił im wyrzutów. Ale skoro przyszła zgoda to czuł się w obowiązku je o tym powiadomić. W sprawie Marissy na razie odpowiedzi nie było. No ale ze stolicy prowincji to jednak dalej niż gdzieś z okolicy.


                                      Po wyjściu z gabinetu przeora miał nieco czasu dla siebie. I był głodny. Co prawda lady Fabienne zadbała o jego żołądek gdy był u niej i nawet jak nie zjadł na miejscu to dała mu gościńca na drogę. No ale do był lekki posiłek, raczej lekka, smaczna i słodka przekąska ale nic czym można by się najeść na dłużej. Potem co prawda nikt mu nie bronił jeść ale cały czas łazili po tych kuśnierzach, krawcach i sklepach aby coś przymierzać czy kupić. A jak skończyli musiał się spieszyć aby zdążyć na wizytę Thobiasa. Gdy wrócił do hospicjum to już było po obiedzie. A kolacja miała być dopiero za kilka dzwonów a kiszki już mu marsza grały.

                                      - Pochwalony Otto. - przywitała się z nim ta która uchodziła ponoć za najładniejszą pacjentkę hospicjum. Przywitała się ciepłym, oszczędnie filuternym uśmieszkiem. - Jak jesteś głodny to zostawiłam ci porcję. Bo pomagałam dzisiaj w kuchni. I jak moja pani i Annika? Widziałeś się z nimi? - zaświergotała radośnie gdy tak się spotkali na korytarzu. I wskazała w tą stronę gdzie się szło do stołówki i kuchni. Teraz między posiłkami pewnie powinny być puste albo prawie.


                                      Trochę odpoczął po tych miejskich wojażach. Miał okazję przemyśleć choćby te zakupy dla Anniki i dla siebie. Sporo rzeczy robiło się na zamówienie. Zwłaszcza ubrania i pancerze. Najdroższa ze wszystkiego co kupili dzisiaj to była skórzana kamizela dla Anniki. Na szczęście jak na kobietę to nie była taka niska i cherlawa więc gabarytami mieściła się jeszcze w rozmiarach drobniejszych mężczyzn. Ale przy Silnym czy Rune nie mówiąc o Egonie to faktycznie wyglądała dość mizernie. Chociaż przy nich to i on nie sprawiał wrażenie osiłka a przecież słabeuszem nie był. Jednak z tą barwioną kamizelą to już wyszła dłuższa i droższa sprawa. Niklas umiał swoje rzemiosło i mógł się dostosować do życzeń klienta. O ile tego było na to stać. Barwiona skórznia kosztowała dwa razy więcej niż taka zwykła no i samo barwienie zajmowało tydzień. Więc gotowa by była gdzieś za dwa tygodnie. Mógł też ją odpowiednio wzmocnić. Wtedy na oko wyglądałaby jak podobna jej kamizela ale dodatkowa warstwa skóry czyniłaby ją odporniejszą na ciosy. Zaręczał, że miałaby właściwości ochronne podobne do solidnej brygantyny albo nawet przeciętnej kolczugi. Rune który z trójki kultystów najlepiej się znał na tych tematach ze względu na swoja wojskową przeszłość byl zdania, że to powinno być wykonalne o ile kuśnierz by umiał i zrobił to jak należy. Za tego z kolei ręczył Silny. Przynajmniej na tyle, że rzemieślnik raczej nie odważyłby się odstawić fuszerki jemu. Przecież wtedy by do niego poszedł i się rozmówił. Ale nie tak przyjaźnie jak dzisiaj. Czyli wychodziło, że to powinno być do zrobienia. No ale i jakość kosztowała. Tyle co 10 standardowych skórzni. Zaś w sakiewce od Fabienne było 50 monet. Chyba więc i ona nie była przygotowana na takie duże wydatki. Bo na większość zakupów jakie dzisiaj miarkowali to ta jej sakiewka by pewnie wystarczyła. Ale na ile byłaby hojna dla swojej nowej służącej to już pewnie trzeba by zapytać ją samą. Silny co prawda “wyprosił” u Niklasa 20% zniżkę. Z finezją typową dla chłopaka z ferajny ale chyba rzemieślnik był do tego przyzwyczajony. Albo nie chciał się narazić osiłkowi. Ale to nadal była spora sumka za taka barwioną i wzmocnioną skórznię.

                                      W sklepie z żelastwem wiele rzeczy było do kupienia od razu. I tu też widocznie Silny miał znajomości. Rzeczywiście jak komuś nie zależało na ekwipunku godnym szlachcica to było tu całkiem sporo. Topory, ciupagi, miecze, trochę szabli, kiścienie, pałki, maczugi, sztylety, noże myśliwskie i takie małe do rękawa albo składane scyzoryki. Tarcz było dużo mniej ale też coś znalazł. Annice spodobały się kastety a Silny jako ulicznik z urodzenia i wyboru bardzo pochwalił ten wybór. Nawet jakby trochę zmiękł co do swojego pierwszego niezbyt przychylnego wrażenia jakie na nim wywołała czarnowłosa gdy zobaczył, że faktycznie zdradza zainteresowanie bronią i narzędziami mordu. Chociaż z kastetami nie poszło tak łatwo bo nowa służka Fabienne miała typowo, kobiece dłonie. A nie takie graby jak Silny czy większość mężczyzn. Więc nie było tak łatwo znaleźć takie mniejsze aby wygodnie się jej trzymało. Ale w końcu jakież znaleźli. Jak je założyła i kilka razy trzepnęła powietrze a raz w słup to wydawała się strasznie podekscytowana. A i w oczach coś jej zabłyszczało. Jakby już się widziała jak rozwala komuś tym ciosem szczękę.

                                      - Dobra to jak sobie obwiążesz ten uchwyt materiałem to będzie ci się lepiej trzymało. - poradził jej uliczny zabijaka tonem wujka dobrej rady. Czarnowłosa pokiwała głową, zdjęła te kastety i rzuciła na ladę mówiąc, że właśnie te by chciała. Wybrała też toporek. Był tak pospolity, że wydawał się aż nudny.

                                      - Dobry wybór. To topór norsmeńskich piratów. Wiele krwi nam upuścili ale w końcu ich zatopiliśmy. - pochwalił sprzedawca ten wybór. A, że Silnego jak i samą Annikę zainteresowała ta historia to opowiedział im to dla urozmaicenia zakupów. Otóż parę lat temu jak w mieście to pewnie z nich wszystkich to był tylko on i Silny to okoliczne wybrzeża pustoszyła zuchwała banda norsmeńskich piratów. Bezczelnie grasowali od Erengardu po Marienburg. Łupili statki i przybrzeżne osady. Często podczas mgły lub nocy ale i biały dzień był im niestraszny. Rabowali towary, brali jeńców w niewolę a kto stawiał opór szedł na topory. A, że byli w nich sprawni to rzadko ktoś się mógł obronić. W końcu jednak Manann ich pokarał bo wpadli w pułapkę. Zwykła koga przewoziła zamiast towaru oddział Czerwonego Legionu. Więc zamiast przestraszonych marynarzy i paru pasażerów Norsmeni nadziali się na weteranów morskich starć. I ci w końcu położyli krwawy kres ich poczynaniom. Niejaki kapitan Lange tym się właśnie wsławił. A ten topór znaleziono potem po walce i że był całkiem dobry to go zabrano jako trofeum i pamiątkę. Tylko stylisko miał ułamane to trzeba było sprawić nowe. No i teraz właśnie był na sprzedaż. Słysząc taką rewelacyjną historię Annika oczywiście już nawet nie oglądała innych broni tylko od razu chciała właśnie ten topór. No może jeszcze miecz. Bo co to za wojownik bez miecza?

                                      No tak, to trochę zeszło na tych zakupach. Właściwie z pół dnia. I monet też to sporo kosztowało. A jeśli by chcieć postawić na jakość to jeszcze więcej. Sakiewka młodego mnicha nie była aż tak zasobna aby pozwolić sobie na to wszystko. A jak hojna by była sakiewka bretońskiej pani Anniki to by trzeba dopiero z nią o tym porozmawiać. Jutro w każdym razie miała być na tej wieczorno - nocnej orgii u zachodnich głazów nawet jeśli nie ruszałaby razem z większością grupy z “Mewy”. W końcu te rozmyślania przerwał mu jeden z braci który go powiadomił, że przybył ten nauczyciel co miał obejrzeć Georga.


                                      Podobnie jak późnym rankiem kolegę ze zboru zastał czekającego na recepcji. Wyglądał bardzo dostojnie i godnie. Bez trudny można było uwierzyć, że jest belfrem z jakiejś uczelni albo prywatnym korepetytorem dla dobrze urodzonych latorośli których stać było na takie edukacyjne usługi. Chociaż jak na szacownego profesora to był jeszcze dość młody. W wieku pośrednim między żakami a szacownym, gronem naukowym. Do tego jeszcze elegancka, skórzana torba podobna do tych jakie nosili cyrulicy. Zapewne na materiały naukowe czy jakieś notatki.

                                      - A to jest brat Otto. On pana zaprowadzi do pacjenta. - podobnie jak rano brat recepcjonista niejako przekazał gościa pod opiekę innego.

                                      - Dziękuję. - nauczyciel podziękował recepcjoniście i spojrzał na przybysza jakby nic ich nie łączyło i widzieli się po raz pierwszy. - Pochwalony bracie Otto. Miło mi cię poznać. Wczoraj wasz przeor sporo mi mówił o tym wyjątkowym pacjencie. Z przyjemnością go poznam. - przywitał się z delikatnym ukłonem dopełniając grzecznościowej formuły powitania kogoś kto odebrał odpowiednie wykształcenie. Poczekał aż mnich też się przywita po czym odezwał się dopiero gdy szli razem korytarzami hospicjum.

                                      - Joachim był już u was? - zagaił cicho jakby ciekaw co wyszło z wcześniej omawianych planów wizyty w tym dobroczynnym przybytku.

                                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                                      Czas: 2519.07.12; Wellentag; popołudnie
                                      Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; umiarkowanie (0)

                                      Joachim

                                      Młodego magistra rozsadzała ekscytacja. Pierwszy raz miał samodzielnie przyzwać istotę z innego wymiaru! Ale mimo wszystko zdawał sobie sprawę, że sporo się przy tym nachodził. Właściwie to gdy tylko pożegnał się z kolegami w hospicjum to cały czas gdzieś chodził. Co okazało się nieco zaskakujące ale kultyści Chaosu mieli trudności z posadaniem symboli Chaosu. A to nie był bibelot jaki można było kupić na jarmarku, odpuście czy co tydzień po mszy na świątynnym dziedzińcu na straganach ze świętymi obrazkami i medalikami. To był bibelot za jaki można było trafić na stos.

                                      Najpierw odwiedził Thobiasa. I po części było mu po drodze bo nauczyciel mieszkał gdzieś w zachodnich granicach centrum. Lub wschodnich granicach zachodniej dzielnicy. Taka całkiem przyzwoita okolica, w sam raz dla aspirujących do wyższych sfer i elity społeczeństwa ale jacy jeszcze się do nich nie zaliczali. Ale go nie zastał. Otworzył mu jakiś służący i przekazał, że pana nie ma. Jest na zajęciach. I wróci dopiero pod koniec dnia. No tak, bo Thobias jak nie brał udziału w sekciarskich zebraniach i ich spiskach to zarabiał jako nauczyciel i korepetytor. Dlatego w dzień trudno było go zastać w domu. A magister przyszedł z dzwon czy dwa za wcześnie aby liczyć, że spotka go podczas przerwy obiadowej jak to jakiś czas temu spotkali się na niziołkowych naleśnikach i placuszkach. Służący zapytał czy ma coś przekazać i od kogo. Ale samego gospodarza w domu nie było.


                                      Potem zaszedł do Aarona. Musiał długo walić w drzwi zanim usłyszał z wnętrza jakąś reakcję. Ale gospodarz w końcu doczłapał się do drzwi i je otworzył. - A to ty. Dobrze, że nie straż. Wejdź. - powiedział mocno zaspanym głosem. Potem też potrzebował nieco czasu aby przez kacowe opary przebiło się o co kolega pyta.

                                      - Aa… Talizman z Gwiazdą Chaosu… No tak, tak to nasz symbol tak… I co? Aaa… Chcesz… A czekaj chyba gdzieś tu jakiś miałem… A po co ci? - w końcu wstał z flegmatyzmem dokładnie odwrotnym do ekscytacji kolegi. Zaczął przewalać jakieś pudła, worki, zajrzał pod łóżko, odsunął je. Przy okazji robiąc jeszcze większy bałagan a raz to bosą stopą kopnął jakiś szklany odłamek, zaklął i musiał poszukać jakiejś szmaty do obwiązania skaleczenia. Ostatecznie jednak się poddał i nie znalazł tego symbolu. - A nie wystarczy ci taki narysowany? Mogę ci narysować. Albo zrobić z patyczków. Już takie robiłem. Tylko strzałki się trudno robi. A do czego ci ten talizman? Do tej pory jakoś go nie potrzebowałeś. - zapytał i zaproponował gdy już skapitulował, że znajdzie ten talizman u siebie. W końcu nawet nie do końca był pewny czy go miał czy go jednak nie podarował na drogę Sebastianowi jak ten w zimie opuszczał miasto. A może tylko miał taki zamiar? Już sam nie był pewny. Więc pozostało udać się do apteki Sigismundusa. Z Aaronem lub bez.


                                      - Witaj chłopcze! - dzwonej zapowiedział klienta. Ale ten przez chwilę nie doczekał się nikogo za ladą. Dopiero szybkie, ciężkie kroki z zaplecza zapowiedziały gospodarza. Jeszcze skrzypnięcie drzwi i do środka wszedł znajomy grubas. Który rozpromienił się niczym dobry wujaszek na widok ulubionego siostrzeńca.

                                      - Cóż cię do mnie sprowadza? - zapytał troskliwie bo na razie w aptece poza nimi nikogo nie było. - Aa… Takie rzeczy… Tak, mam coś takiego. Kiedyś poprosiłem Starszego i mi dał. Poczekaj tu… Albo nie, chodź na zaplecze. Szkoda aby ktoś to przypadkiem zobaczył prawda? - pokiwał swoją byczą głową gdy usłyszał po co młody magister przyszedł. Przeszli na zaplecze apteki i tu gospodarz poprosił aby gość poczekał. A potem gdzieś poszedł. Nie było go dość długo ale w końcu wrócił. Przyniósł mu dość prosty medalion zrobiony z metalowych blaszek znitowanych na środku. Ale symbol się zgadzał. Osiem strzałek odchodzących od siebie. Każda liczebnie odpowiadała jednemu z podstawowych wiatrów magii. Spięte w okrąg. Tak to była właśnie Gwiazda Chaosu. Lub jak nauczał Starszy oraz jego dawny mistrz w Kolegium, Gwiazda Chaosu Niepodzielonego. Ogólny i najbardziej rozpoznawalny symbol jaki był ojcem i matką wielu innych.

                                      - A chcesz zobaczyć postęp moich prac? Czy może się spieszysz? I właściwie po co ci ten talizman? - zapytał jowialnie tonem dobrodusznego wujaszka.


                                      Potem jeszcze musiał kupić tą biżuterię. Z opisu czaru wynikało, że nie musi być jakaś z górnej półki. Altzh nie był pod tym względem jakoś bardzo wybredny. Raczej miał manierę sroki co zbiera co to błyszczące. Ale też zdawał się mieć jakiś instynkt wyczuwający co jest dla śmiertelników cenne. Zwłaszcza w sprawie biżuterii. Więc Merga zwyczajowo zwabiała go jakąś błyskotką. Koralik, łańcuszek, medalik, nawet moneta czy kolczyk. Ale na pierwszy raz to dobrze aby z tego była jakaś kupka. Tak na taki półmisek. Co oznaczało z kilkanaście sztuk niezbyt wygórowanej biżuterii. Ale jednak trochę to jego sakiewka odczuła. I sprzedawca trochę dziwnie na niego patrzył. Proponując mu jeden czy dwa jakieś droższe cacka jakie by kosztowały podobnie no ale Joachim raczej nie mógł mu powiedzieć, że to brzmi rozsądnie ale dla demonicznego impa jakiego miał zamiar przyzwać to taka sztuka czy dwa, nawet jeśli w podobnej cenie to by mogła wyglądać podejrzanie skromnie i biednie.

                                      Jak już wreszcie wrócił do domu to nieźle schodził własne nogi. Ale udało mu się zebrać komplet! Była już pora obiadowa. Może nawet trochę po. Ale ekscytacja pchała go do swojej pracowni. Jeszcze raz musiał przeczytać ten opis czaru jaki dostał od mistrzyni aby czegoś nie przegapić czy nie pokręcić. Oczywiście było tam więcej składników niż jeden talizman i kupka biżuterii. Ale większość była w miarę typowa dla odprawiania czarów. Więc świece, poświęconą kredę czy naczynia to miał już u siebie. Z opisu wynikało, że jak się nabierze wprawy to wystarczy ten talizman i jakaś błyskotka aby przyzwać Altzha. Ale na początek to jednak Merga zalecała ostrożność. Tak aby to potraktować poważnie, tak jakby chodziło o przyzwanie potężniejszych istot Eteru jakie były bardziej wymagajace. Ale wiele schematów powtarzało się więc ten prostszy czar był w jej zdaniem w sam raz do trenowania potrzebnych nawyków i procedur.

                                      Zalecała zacząć od rysowania dwóch pentagramów. Jeden wewnętrzny powinien stanowić miejsce uwięzienia demona. Im potężniejszy tym trudniej było go w niej utrzymać a i składniki oraz moc potrzebna do tego były potężniejsze. Drugi pentagram był kręgiem ochronnym dla czarnoksiężnika. Powinien mu pomóc w obronie gdyby ten pierwszy został przełamany. Precyzyjne ich wyrysowanie jednak zajęłoby sporo czasu. Nie byłoby to przeszkodą gdyby Joachim nie miał innych planów na dzisiaj. No ale miał. A dwa to nie miał pojęcia jak mu pójdzie sam rytuał ani ile czasu mu zajmie. Sam rytuał powinien trwać może pacierz. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem. Ale jak się nie uda? Miał szansę go powtórzyć. I nie był pewny co się stanie gdyby mu sie udało sprowadzić tą istotę. I czy właśnie tą? Jeszcze w Kolegium uczył się, że każde takie przejście do Eteru może sprowadzić coś innego niż planuje czarownik. Ponoć takie rzeczy się zdarzały. Było to udokumentowane w księgach. Jacyś hedoniści chcieli sobie sprowadzić ponętną demonetkę na orgię a zamiast niej wpadło jakieś krwiożercze obrzydlistwo co ich wszystkich zerżnęło. Oczywiście gdy się było bogobojnym obywatelem Imperium i pilnym uczniem Kolegium to można było z nich szydzić i mówić, że dobrze im tak. Ale gdy się samemu zaczynało takie zabawy to już nie musiało być tak lekko i do śmiechu.

                                      Ale na wypadek gdyby tak profesorowie z Kolegium tak straszyli tylko swoich żaków i młodszych kolegów to jednak Merga też mówiła podczas nauk coś podobnego. Że magia to bardzo nieobliczalna i płynna nauka. I rzeczywiście można przyzwać coś innego niż się miało zamiar. A w końcu ona była praktykującą wiedźmą i doświadczonym demonologiem. W końcu te impy jakie mu oddała traktowała właśnie jako ćwiczebne modele dla swoich uczniów.

                                      Niemniej sądząc z zapisków była dobrej myśli, że jej najnowszy uczeń powinien sobie poradzić nawet gdyby jej nie było podczas tego rytuału. Pewną trudność dostrzegała w tym, że jego znajomość języka demonów była dość pobieżna. Ale między innymi dlatego z jednej strony nauczała go najpowszechniejszych zwrotów z drugiej właśnie takie były zawarte w formule zaklęcia. Jednak to samo co przy standardowej magii ważne było aby idealnie wymówić wszystkie wersy. To jeszcze wydawało mu się do zrobienia. Zwłaszcza, że na razie mógł się posiłkować czytając z kartki. Jednak gdyby do przywania doszło wówczas musiałby w tym języku pertraktować z ta obcą istotą. A jak się potoczy rozmowa to trudno było przewidzieć.

                                      Wedle opisu wiedźmy impy to były najprostsze i najsłabsze stworzenia Eteru. Tak bardzo rozrzedzone, że tam, w Eterze, często nie miały nawet spercyzowanej formy. Przynajmniej tak na stałe. Ale też zwykle nie służyły żadnej z Czterech Potęg. Więc z całej menażerii niezrodoznych nad nimi było najłatwiej zapanować śmiertelnikowi. Tu w jej ocenie dawała spore szanse Joachimowi. No i gdyby coś szło nie tak to zawsze mógł odesłać chochlika z powrotem do Eteru. O ile nie stałoby się coś naprawde nieprzewidzianego.

                                      Pod względem potrzebnej mocy to nie był jakiś wymagający czar. Nawet dla czarodzieja u początków swojej kariery zawodowej jak Joachim. Zapewne nawet by się nie zbliżył do górnych limitów swojej mocy. W przeciwieństwie do wzywania potężniejszych istot co już byłoby bardziej wymagające. Zwłaszcza jak ktoś to robił bez swojego patrona i pierwszy raz.

                                      W końcu uznał, że chyba ma wszystko gotowe. Przynajmniej wedle tej listy jaką zrobiła mu mistrzyni. Na środku podłogi stał stosik taniej biżuterii, na stole obok niego leżał talizman Gwiazdy Chaosu. Za oknami było jeszcze widno i do zmroku gdy było umówione spotkanie w “Mewie” dla tych co mają robić nocny skok było jeszcze ze 3, może 4 dzwony. Ale jeszcze by musiał tam dojść od siebie co by mu z pół dzownu zeszło i pewnie trochę czasu tak na wszelki wypadek. Poza tym została mu decyzja czy zaczynać teraz czy odłożyć to na później. Ostatecznie uznał, że warto spróbować.

                                      Sam czar zawierał kilka wersów. Zupełnie jak jakaś jedna zwrotka poematu. Chociaż jak znał mowę demonów to przypominało to dość zabawną rymowankę dla dzieci na temat ptasiego, sprytnego posłańca godnego złota. Co chyba miało pochlebić tej istocie i było nawiązaniem do nagrody jaka go zwabiała. Zawsze zabierał ją tam do siebie do innego wymiaru. Więc za każdym razem trzeba było mu złożyć w ofierze coś nowego. Ale z opisu zaklęcia wynikało, że później to wystarczy mu zwykła błyskotka albo nawet kilka monet.

                                      W miarę jak mówił czuł, jak włosy mu stają na karku. Powietrze kilka kroków przed nim zaczynało jakoś gęstnieć i elektryzować. Chociaż swoimi zwykłymi oczami nic tam nie dostrzegał. Ale to trzecie, wyczulone na moc napradę dostrzegało, że coś tam zaczyna gęstnieć. Ale póki nie skończył to tylko rosło i pęczniało. Dopiero gdy skończył przez moment nic się nie działo. A potem trzasnęło suchym dźwiękiem podobnym do pękającej, pustej butelki. Ale to nie szkło a ten fragment rzeczywistości pękł na moment łącząc się z piekielnym wymiarem. Ten wypluł z siebie gęstą, kolorową chmurę. A gdy ta się rozwiała razem z ostrym, zapachem siarki kilka kroków przed nim na podłodze stał stwór.

                                      Taki mniej więcej ptak. Tylko to co go okrywało to chyba nie do końca były pióra. Łuski? Sierść? Właściwie może wszystko po trochu. A może coś jeszcze innego. Stworzenie było znacznie mniejsze od niego. Czubek głowy sięgał mu może do połowy ud. Miało długą szyję podobną do gęsi albo łabędzia. Tylko łeb całkiem inny. Z dużymi, okrągłymi oczami. I coś podobne do dzioba. Ale czy to był pysk czy dziób nie był pewny. W każdym razie wystające, igłowate zęby nadawały mu nieco drapieżnego wyglądu. Stwór przyglądał mu się naprawdę jak ptak. Zwłaszcza, jak przekrzywił głowę w bok. A potem ją odwrócił jakby chciał się przyjrzeć lepiej jednym ze swoich oczu. Bo okazało się, że zamiast jednej pary ma ich ze dwa czy trzy. Albo jedno ale jakoś podzielone na kilka mniejszych. Imp wyglądał obco. Nawet jego pióra czy co on tam miał opalizowały metalicznie. Tylko z daleka albo przy słabym oświetleniu mógłby być wzięty za ptaka z tego świata. To było na tyle obce, że mag poczuł suchość w ustach. Jednak świadomość przewagi jaką powinien mieć jako wzywający no i to, że się tego spodziewał pomogły mu zapędzić niskie, ostrzegawcze instynkty w głąb jaźni i zapanować nad nimi. Zaś stworzenie z innego wymiaru zaskrzeczało głośno i jeszcze dziwniej niż wyglądało. Zamachało skrzydłami i wzbiło się w powietrze. Na tyle na ile pozwalała pracownia magistra.

                                      Musiał działać szybko. Z tego co go zdążyła nauczyć mistrzyni wynikało, że nawet tak słabe chochliki są z natury złośliwe i niechętne do współpracy ze śmiertelnikami. Trzeba było je nakłonić obietnicą czegoś im przydatnego, miłego czy potrzebnego, zastraszyć do posłuszeństwa przerażający swoją potęgą lub brutalnie łamiąc ich wolę albo wynegocjować coś podobnie jak transakcję handlową. Jak powinien zadziałać w tym wypadku już musiał zdecydować sam. Była szansa, że którąkolwiek z metod obierze powinien mimo wszystko móc zapanować nad impem.


                                      Mecha 28

                                      Użycie czaru: przyzwanie impa: Altzh (Magia; 5 PM)

                                      Joachim: Magia 2
                                      składnik czaru: +1 wynik rzutu
                                      brak doświadczenia: -3 wynik rzutu

                                      Joachim: Magia 2; rzut: https://orokos.com/roll/976773 6,8 = 14; 14+1=15-3-12; 12-5=+7 > suk = czar się udał

                                      Test strachu: imp

                                      Joachim SW 60

                                      kontrolowane warunki SW +10

                                      Joachim 60+10=70; rzut: https://orokos.com/roll/976774 46; 70-46=+24 > ma.suk = wzięcie się w garść 0 (norma)


                                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
                                      Czas: 2519.07.12; Wellentag; popołudnie
                                      Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; umiarkowanie (0)

                                      Heinrich

                                      I znów był w kamienicy przy Bursztynowej 17. Tak samo jak wczoraj. Tylko wczoraj to chyba gdzieś o tej porze dopiero ją opuszczał. A może nawet jeszcze trochę później? Właściwie to nie było aż takie istotne. W każdym razie dzisiaj też drzwi otworzyła mu ta urocza, młoda brunetka co wczoraj. Kerstin poprosiła aby poczekał a ona poszła sprawdzić jakie jej pani ma plany. Przez chwilę więc starszy już mężczyzna został pozostawiony sam sobie. Ale młoda służka szybko wróciła oświadczając, że milady go przyjmie. Po czym zaprowadziła go do salonu artystycznego. Tego samego co wczoraj się stopniowo zbierali po mszy i rozmawiali na różne tajne, spiskowe i przyjemne tematy aż nie zaczeli schodzić się w loszku. Dzisiaj też zastał obie gospodynie w środku. Pirora podziękowała pokojówce i po chwili zostali w swoją kultystyczną trójkę.

                                      - Witaj Heinrichu. Czyżbyś zasmakował w moich skromnych progach? Wczoraj i dziś. Jestem zaszczycona. - oznajmiła mu blondwłosa Aerlandka jawnie go kokietując gdy nieco poufale nadstawiła mu policzek do eleganckiego pocałunku tak modnego w wyższych sferach. Soria też chyba była w dobrym humorze bo postąpiła podobnie. A wczoraj to jak widział niczym wielka dama iście królewskim gestem podawała swoją dłoń do pocałowania. Jednak siedziała na tym wspaniale zdobionym krześle w roku salonu między oknem a ścianą z licznymi obrazami. Z dobrym widokiem na przeciwną ścianę. Też z obrazami. Tam był też pierwszy obraz namalowany w zimie przez Pirorę. Jak jeszcze mieszkała w tawernie. Przedstawiał pociągającą i nieco mroczną syrenę. W tle widać było pływające w zimnym, ponurym morzu ciała marynarzy. Sugerujące, że to właśnie główna postać zwodniczej, pięknej syreny jest za to odpowiedzialna. A sama postać pół kobiety pół ryby bardzo wpadała w oko. Zwłaszcza przez swoją śmiałość w postaci wyeksponowanej nagości. Zwłaszcza ponętnych, jędrnych piersi. Z tego co wiedział modelką do tych piersi i całego zgrabnego torsu była Burgund. Zaś twarzy użyczyła Kerstin. Nawet było widać pewne podobieństwo między obrazem a obiema modelkami. Teraz ten obraz wisiał na honorowym miejscu w kolekcji gospodyni. Ale przez pół roku uzbierała kolejne. Jedne były jej autorstwa, inne Kamili van Zee co w towarzystwie szlachetnie urodoznych koleżanek była najzdolniejszą malarką. Inne jeszcze od innych artystów jacy chcieli tutaj przedstawić swoje dzieła, lub gospodyni je od nich kupiła, oni jej ofiarowali w podziekowaniu za mecenas czy też goście ze znamienitych rodów podarowali lub pożyczyli jej swoje obrazy aby dorzucić swoją cegiełkę do tej domorosłej galerii malarskiej jaką cieszyła oko i estetykę ich wszystkich.

                                      - Troszkę się spóźniłeś mój drogi. Właśnie pożegnałyśmy Fabienne i Kamilę. Przyjechały na lekcję. Językowe. I kulturowe. Wymiana doświadczeń z różnych epok, krajów, kultur. I języków. - powiedziała lady Soria rozkosznie się przeciągając. I od niechcenia rzuciła mu na kolana coś ciemnego. Jak to mu tam to wylądowało to przez chwilę wyglądało na ozdobną, koronkową chustkę albo podobny kawałek materiału. Dopiero jak go wziął w dłonie przekonał się, że to właśnie podobny kawałek materiału a nie chustka. Dokładniej to kobiece, eleganckie majtki. Takie z górnej półki na jakie takie ulicznice jak Łasica czy Burgund to pewnie nie mogły sobie pozwolić. I świadczyły o tym wyszyte, ozdobne inicjały “KvZ”.

                                      - Oj tak! Obie były bardzo chętne do nauki! Zwłaszcza jak tych nauk udzielała im milady. A jak chodzi o tą część językową to obie okazały pełną żarliwość i zaanażowanie! - roześmiała się wesoło Pirora w pełni popierając słowa swojej milady.

                                      - O tak. Naszą Fabi to miałeś okazję poznać od prywatnej strony wczoraj. A dzisiaj Kamilka okazała się tak wspaniale słodka jak wczoraj miałam nadzieję. - czerwona milady też wydawała się być w świetnym humorze tą zdobyczą. I na dowód tego podwinęła trochę swoją czerwoną suknię. Może nawet więcej niż trochę bo materiał podwinął się aż za kolano. Sama w kuszącym geście zaprezentowała swoją gładką łydkę i stopę. A na nich widać było liczne odciski kobiecych ust.

                                      - Te bordowe to od Kamili. A te fioletowe od Fabi. Miała dziś nową pomadę, bardzo ładną. A te czerwone to moje! - Pirora wytłumaczyła Heinrichowi czego dowodem są te pocałunki. I wyglądało na to, że córka Soren zebrała dzisiaj należną jej porcję hołdu od swoich dwórek. W tym jednej nowej.

                                      - Może zabierzemy ją ze sobą jutro? I tak z nami jedzie do Rose. - zapytała Pirora podekscytowana na myśl, że miałyby nową koleżankę do zabawy na jutrzejszej orgii. Soria odetchnęła pełną piersią. A miała czym oddychać. I sięgnęła po kieliszek wina rozkoszując się nim i tą myślą.

                                      - Kusząca myśl. Ale obawiam się, że jest na to za wcześnie. Numerek z koleżankami - szlachciankami w luksusowych i bezpiecznych warunkach to jednak nie to samo co jakaś orgia z pospólstwem i ladacznicami jacy parzą się jak popadnie ze zwierzoludźmi. Może później. Myślę, że jest na dobrej drodze aby do nas dołączyć na pełny etat. - stwierdziła w końcu czerwona milady sącząc bez pośpiechu wino ze swojego kieliszka. Stanowiła specyficzną mieszankę elegancji i wyuzdania. Z jednej strony była ubrana i zachowywała się jak wielka dama z najlepszych salonów i pałaców. Z drugiej ta odrobina perwersji w jej spojrzeniu, uśmiechu, obietnica zawarta w rozleniwionym tonie sprawiała, że z miejsca przychodziło na myśl coś niestosownego co przyjemnie jeżyło włosy na karku. Nawet gdy nie robiła nic szczególnego.

                                      - No tak, to jednak nie to samo. Pewnie ją więc zobaczymy dopiero w Bezahltag na wieczorku poetyckim. - Pirora nie oponowała i zgodziła się, ze zdaniem swojej milady.

                                      - W sam raz aby nabrać sił po jutrzejszej nocy. I ochoty. - odparła herold Soren rozleniwionym tonem. Jakby już smakowała zniecierpliwienie i ekscytację ciemnoskórej piękności uchodzącej za jedną z najpiękniejszych i najbogatszych panien w okolicy. Albo i mówiła o sobie.

                                      - A co do jutrzejszej nocy mam ochotę wynagrodzić Fabi jej talenty oraz wierną służbę. W końcu takie spotkanie jak jutro nie zdarza się codziennie. Nie zawsze jest okazja aby cię sponiewierało stado zwierzoludzi prawda? No ale wszystkie się na to cieszymy i czekamy z niecierpliwością ale mam ochotę ją jakoś wynagrodzić skoro tak radośnie została naszą najpodlejszą z podłych i najnędzniejsza z nędznych. Tylko jeszcze nic nie wymyśliłam. Samo prowadzanie nago na smyczy to i miała choćby wczoraj u nas. Jak myślisz Heinrichu? Może ty masz jakiś interesujący pomysł jak by dodatkowo sponiewierać naszą kochaną Fabi tak aby zapamiętała tą noc na długo? W końcu to jej pierwszy raz ze zwierzoludźmi. No i z nami w tak wyjątkowej scenerii. - Soria zaczęła mówić jakby w dwuosobowy tłum gdy tak mówiła na głos swoje myśli, początkowo raczej do swojej gospodyni ale na koniec zwróciła się bezpośrednio do byłego łowcy czarownic jakby pytała go o zdanie.

                                      - Ah! Wybaczcie ale potem mogę zapomnieć. - Pirora wtrąciła się jakby coś jej sie przypomniało. Milady dała jej znać, że może to powiedzieć. - Kamila jak u nas była to mówiła, że dostała list z Saltburga. Z ich teatru. Wyślą do nas swoje przedstawicielstwo aby rozeznali się w warunkach i w ogóle co my tu mamy. Pewnie chcą sprawdzić czy ten teatr to nie jakaś pomalowana stodoła czy inna tancbuda. No jak na to liczą to się trochę przeliczą bo trochę ten nasz teatr odstawiliśmy. Może nie jest taki wielki i wspaniały jak te w wielkich miastach co widziałam bo w końcu to kiedyś była tawerna. Ale niczego jej nie brakuje. A samych aktorów to możemy rozparcelować po naszych rezydencjach. A obsługę to już się jakoś gdzieś pomieści. Tej Violette von Spee to nie znam. Kamila też nie. To ich impresario. Ale do Odette von Treskow to się od zimy od niej nasłuchałam i to ponoć jedna z najwspanialszych div tutaj na północy. Podobno “oh i ah” wedle naszej Kamilki. No i mają do niej przyjechać za parę dni więc pewnie w tym tygodniu już będą tutaj. - Pirora przekazała najświeższe ploteczki z dzisiaj jakie się obie a pewnie i Fabienne, dowiedziały dzisiaj od głównej mecenas teatru i sztuki w tym mieście. I nie ukrywała, że jest tym bardzo podekscytowana, że takie sławy ze stolicy wreszcie przyjadą do ich dość prowincjonalnego miasteczka. Mieli przybyć wcześniej no ale przez ten pogrzeb i żałoba wszystko stanęło pod znakiem zapytania i nie było pewne kiedy ani czy w ogóle przyjadą. A wreszcie mieli przełom i to całkiem pozytywny. Była nadzieja, że jak nad wysłanniczkami ze stolicy tutejsi mecenasi sztuki i notable zrobią dobre wrażenie to ściągnął oni resztę swojej trupy. Na to przynajmniej liczyła młodziutka Averlandka.

                                      - Oh wybacz nam nasze maniery Heinrichu. Bo my tu cały czas o sobie pytlujemy a ciebie zapewne coś sprowadza do nas i masz do nas jakąś sprawę. - milady pokiwała głową do słów von Dake ale ponownie zwróciła się do gościa. Tym razem w eleganckim, przepraszającym tonie. Teraz obie umilkły i czekały co się wypowie wreszcie ich gość.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Online
                                        SantorineS Online
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #121

                                        Oryginalny autor: Seachmall

                                        Wellentag; rano; hospicjum

                                        Mnich delikatnie masował nogi kiedy miał odrobinę wolnej chwili. Jeżeli jeszcze dziś ma zamiar pomóc z rabunkiem świątyni, to musi być w względnej formie.
                                        Kiedy wezwał go przeor spodziewał się pytania o Fabienne i Georga, ale informacja o Thornie była miłą niespodzianką.

                                        - U Frau von Mannlieb wszystko w jak najlepszym porządku. Udałem się z Anniką na zakup ubrań, najwyraźniej nasza dobrodziejka chce zabierać ją na różne spotkania, więc chciała kupić dla niej coś ładnego. Dziewczyna ma gust, muszę przyznać, preferuje czerwienie. - Otto skrzywił się na pytanie o Joachima - Sądzę, że ochrona może być dla nas niż dla niego. Słyszałeś jacy magistrzy potrafią być, pierdną za głośno przy rzucaniu zaklęć, a ty i wszyscy w promieniu dwóch przecznic oddychacie przez stopy. Powiedział jednak, że sny Georga nie mają pochodzenia magicznego. Bardziej jego biedny uszkodzony umysł i cokolwiek co gnębi nasze miasto. - mnich wzruszył ramionami - Więc tu mamy spokój. Co do Thorna, no dziś raczej już nie będę miał sił zahaczyć o Lady Pirorę, ale może jutro podczas mszy ją zauważę to przekaże wiadomość.

                                        - Otto może ostatnio bywasz na szlacheckich rezydencjach ale proszę cię, nie zapominaj się gdzie jesteś i z kim rozmawiasz. - przeor uśmiechnął się dobrodusznie i mówił łagodnym głosem więc zabrzmiało jak przyjacielska dobra rada. Ale taka której rozsądniej jest posłuchać. Zwłaszcza jak jest od przełożonego.

                                        - A pan magister powiedział, że to nic magicznego z tym naszym Georgem? Świetnie! To bardzo dobra wiadomość! Tego jeszcze tylko brakowało aby rozgłaszano, że my tu jakichś guślarzy mamy! - wiadomość o werdykcie magistra magicznego kolegium wyraźnie ucieszyła przeora i jakby kamień spadł mu z serca. Chyba ucieszył się z niej równie bardzo jak Otto z pozytywnych wieści jakie miał do przekazanie blond kultystce z Averlandu.

                                        - I z naszą dobrodziejką wszystko w porządku? To dobrze, to bardzo dobrze. I chce zabierać Annikę na przyjęcia. To też dobrze. Zobacz jak dzięki nam dziewczyna wysoko zawędrowała. Tyle u nas siedziała, tylko kłopot z nią był a teraz będzie na salonach. No tak, to nic dziwnego, że Frau von Mannlieb wolałaby aby prezentowała się godnie. Ale czerwony? Dziwny wybór. To dość wyzywający kolor. Zacne panienki powinny od niego stronić. Przynajmniej moim zdaniem. No ale ja od dawna nie nadążam za modą. Chociaż Annika na wielką strojnisie mi nie wyglądała. To pewnie wpływ tej milady. W końcu to Bretonka. - wieści z domu von Mannliebów też go ucieszyły. Jak jakiegoś nauczyciela czy wychowawce jaki dopytuje się o byłą uczennicę i dowiaduje się samych dobrych wieści jak to sobie bardzo dobrze radzi.

                                        - Ale kto wie? Może tak jak mówiłeś i ta milady ma do nich dobre podejście? Może rzeczywiście i z Marissą będzie szło jej lepiej niż nam tutaj. Chociaż ostatnio jest spokojniejsza. Może idzie ku lepszemu? Ale myślałem czy na wszelki wypadek nie zaprosić znów Matki Somnium w nasze skromne progi. Wczoraj próbowałem się do niej dopchać no ale była tak oblężona, że zdołałem ją tylko pozdrowić. Tak mi sie wydaje, że to przez to ogłoszenie ojca Absalona z wczoraj. O tych snach. Teraz każdy chce spotkać się z tą kapłanką aby opowiedzieć jej swój sen. A ja myślę czy by do nas jej nie zaprosić. Pamiętasz jak ostatnio tu była i mówiła o tych aurach jakie tu mamy? Dość niepokojące. I mówiła, że będą z tego kłopoty i sam wiesz co mieliśmy tu przed Festag. - przeor zadumał się nad losami swoich podopiecznych. Ale jakoś płynnie przeszedł od czarnowłosej dobrodziejki do czarnowłosej kapłanki chociaż myślał już całkiem o czym innym.

                                        Chwila paniki przeszła przez umysł Otto. Somnium naprawdę nie była osobą, którą chciałby przyglądała się bardziej pacjentom. Szczególnie George'owi, biedak mógłby się nie powstrzymać przed podzieleniem się czymś, czym nie powinien. Nie mógł jednak powiedzieć niczego, aby zmienić tą decyzję.

                                        - Dobry pomysł. Chciałem odwiedzić jutro rano świątynię Morra, więc mogę przekazać zaproszenie.

                                        - Tak? To by było nawet lepiej. Napiszę ci list do niej. Na wypadek gdyby nie miała rano czasu albo byś jej nie zastał. To sobie poczyta kiedy jej wygodnie. I jak by zechciała nas znów odwiedzić to też nie ma co się co narzucać. Widzisz? Jak z tymi szlachciankami. Jak się nie narzucamy to da się całkiem sporo załatwić po naszej myśli. Przyjdź do mnie nim dzisiaj będziesz wychodził do domu, dam ci ten list dla niej. - przeor pokiwał swoją łysiejącą głową znów z tym jowialnym uśmiechem i te słowa podwładnego też go ucieszyły. Okazało się, że właśnie patrzył na posłańca swoich wieści więc nawet nie musiał go dalej szukać.

                                        - Oczywiście. Więc zostawię cię z pisaniem. Zrobię obchód po hospicjum i poczekam na mistrza Thobiasa. - mnich skłonił się przełożonemu i ruszył w głąb hospicjum.


                                        Wellentag; rano; spotkanie z Marissą

                                        Otto skinął głową Marissie na przywitanie.

                                        - Ah, tak. Kazały cię uściskać więc… - atak mnicha był szybszy niż sam był chętny przed sobą przyznać. Objął kobietę przyciskając swoje usta do jej i witając jej język swoim. Jego dłonie w pieszczotliwie pośladek i pierś kobiety, przyciskając szorstki materiał włosiennicy do nich wywołując ciekawe niewygodnie, przyjemne uczucie. Po najdłuższych sekundach w historii Otto odsunął się od kobiety delikatnie się uśmiechając - Muszę przekazywać wam pozdrowienia częściej.

                                        Takiego rodzaju powitania pacjentka się nie spodziewała. Poznał po tym momencie bezwładności gdy ją tak niespodziewanie zaatakował. Ale to był ten moment. Ten pierwszy moment. Zaraz później Marissa przylgnęła do niego chętnie i oddawała pocałunek wręcz chciwie. Jęknęła cicho aż było miło posłuchać gdy dłonie mężczyzny dotknęły ją przez habit i to bynajmniej nie delikatnie. I w ciągu tych paru chwil rozgrzała się tak, że jak się od niej oderwał w oczach widział nie skrywane pożądanie. Jakie na co dzień zwykle jakoś udawało jej się ukryć pod płaszczykiem pokory i posłuszeństwa, żalu i zawstydzenia za swoje niestosowne i lubieżne słowa i czyny ale w tym gwałtownym momencie namiętności ta powłoka opadła i herold Soren wyglądała na w pełni rozbudzoną i pobudzoną. Ciężko oddychała, w oczach płoną mokry płomień a policzki miała zaróżowione.

                                        - A no tak, tak… Zdecydowanie tak Otto… Częściej, znacznie częściej. To co? Chcesz ten obiad? To mogę ci go wydać z kuchni. Bo w kuchni teraz to pewnie nikogo nie ma. - odparła uśmiechając się beztrosko i z jawnie grzesznymi zamiarami skinęła w stronę gdzie się szło do stołówki i kuchni.

                                        - Chętnie. - odparł mnich - Nie miałem dzisiaj okazji odpowiednio zjeść. Może będę miał apetyt na jakiś deser? - uśmiechnął się niegrzecznie do kobiety i ruszył za nią do stołówki.

                                        - To chodź. - nie czekała dłużej tylko roześmiała się krótko i nieco nerwowo. Odwróciła się i szybko ruszyła w stronę stołówki. Tam bez wahania przeszła ją na wsrkoś i zatrzymała się dopiero pod drzwiami do nich sprawdzając czy kogoś tam nie słychać. Ale nie było. Otworzyła drzwi i ukazał się półmrok nie oświetlonych pomieszczeń w środku dnia ale z niezbyt dużą ilością niezbyt dużych okien. Więc weszła do środka. Po czym przeszli przez korytarz i kilka pomieszczeń aż Marissa zaprowadziła go do kuchni. Tam stanęła na środku i wskazała na wypukłości przykryte kocem jak to się zwykle zostawiało posiłki aby za szybko nie zdębiały.

                                        - To obiad masz tam. Ale wolałabym abyś zaczął od deseru. - rzekła patrząc na niego wyzywająco i wskazując na siebie.

                                        Mnich spojrzał na kobietę od góry do dołu i z powrotem.

                                        - A cóż jest na deser moja droga? I chciałbyś, abym z nim zrobił? - mnich podszedł do kobiety stojąc tak blisko, że omało nie stykali się nosami - Cóż za myśli krążą w tej twojej główce?

                                        - Oj takie, że lepiej aby nikt o nich nie wiedział… Może poza Pajęczą Królową… I moją milady… I Anniką… I może paroma innymi osobami… - wymruczała patrząc mu z bliska w oczy i głaszcząc po policzku. A potem sama niespodziewanie pocałowała go mocno i głęboko przejmując inicjatywę. I urwała równie nagle. Tylko po to aby wskoczyć na stół, położyć się na nim i pociągnąć go na siebie. Przy okazji z wprawą podwinęła włosiennicę tak, że zsunęła się w górę a raczej obecnie dół jej gościnnych ud tak, że widział jej koronkowe majtki z inicjałami Fabienne.

                                        Mnich odwzajemniał pocałunek kobiety, jego dłoń szybko znalazła się między udami kobiety, jego pocałunki natomiast zsunęły się na jej szyję. Druga dłoń wsunęła się pod habit kobiety ujmując jej pierś. Po chwili zsunął dar Fabienne z krocza kobiety, a sam zrzucił z siebie habit i zdjął spodnie. Natarł silnie na kobietę, kontynuując całowanie i pieszczoty.

                                        Obszerny i solidny habit nie był tak łatwy do zdjęcia jak jakaś koszula. A sztywna i szorstka włośnica to już w ogóle. Ale dla chcącego nic trudnego. Widząc, że jej partner zaczął się rozbierać na całego to i leżąca na stole brunetka skorzystała z okazji przerwy aby rozwiązać swój sznur i ściągnąć z siebie nielubianą włośnicę. Pod nią miała prostą, zwykłą, lnianą koszulę jaka zakrywała jej wstydliwość a i zapewne łagodziła wpływ szorstkiego habitu. Ale i ją Marissa bez wahania zrzuciła z siebie ciskając ją gdzieś precz na podłogę. Po czym w zniecierpliwieniu wezwała do siebie mnicha przewalając go na plecy i ochoczo zajęła się jego berłem. Z wyraźną ochotą i przyjemnością. Dostarczając mu oprócz tej przyjemności także całkiem ładnych wrażeń widokowych i słuchowych. W pełni dała się poznać jako godna kandydatka na nową dwórkę Sorii i jak miał okazję ostatnio poznać się z resztą to wyglądało, że Marissa ma okazję spełnić pokładane w niej nadzieję.

                                        Mnich postarał się pomóc swojej partnerce, gładząc i ściskając jej delikatne ciało, przepełniając je rozkoszą. Jego berło grzecznie zagościło w jaskini kobiety wypełniając tyle ile mogło. Mnich wykonywał szybkie stanowcze ruchy, jego oddech zaczął przyspieszać.

                                        Na ile podczas tych gwałtownych zabaw od jakich solidny, mocno zurzyty stół kuchenny się chwiał i skrzypiał rytmicznie mógł zorientować to chyba rzeczywiście szczupła, gibka brunetka o nieco falujących włosach zasługiwała o miano najładniejszej pacjentki hospicjum. I miała w sobie jakąś taką naturalną radość z życia i maniery, że myśl o figlowaniu z nią jakoś przychodziła sama. W przeciwieństwie do Anniki co też przecież była niczego sobie pod względem wyglądu ale jej sposób bycia był dość oschły i odpychający co raczej nie skłaniało ku flirtom i próbom fraternizacji z nią. Co innego z jej koleżanką o kasztanowych włosach. I jak teraz Otto miał okazję się przekonać to nie były tylko pozory. A młoda kobieta wręcz desperacko miała ochotę zaspokoić swoje kobiece potrzeby. Właśnie mu to udowadniała na tym stole jak najpierw zaspokajała jego i siebie ustami. A potem zupełnie nieświadomie powtórzyła z nim to co wczoraj ćwiczył z jej panią w gościnnym loszku Pirory. I też zdradzała, że czerpie sporo przyjemności z takiej gwałtownej galopady. Aż wreszcie wyglądało na to, że zbliżają się do momentu kulminacyjnego tej zabawy.

                                        Mnich objął kobietę, trzymając ją blisko siebie, kiedy wypełniał ją swoim mlekiem. Jego usta przyssały się no jej, nie wypuszczając, aż oboje nie byli spełnieni. Leżeli tak przez chwilę, mnich głaskał plecy i bok swej pacjentki.

                                        - Cudowny deser moja droga. Polecę cię kilku znajomym. - uśmiechnął się do niej i ucałował jeszcze raz - Mam nadzieję, że też jesteś zadowolona.

                                        - Oj tak, wreszcie jakiś prawdziwy mężczyzna. Dawno takiego nie miałam. - zamruczała naguska z zadowoleniem i obróciła się ku niemu aby nagrodzić go czułym, pieszczotliwym pocałunkiem w usta. Po czym westchnęła głębiej i znów zaległa trochę obok niego a trochę na nim. Jej gładkie, przyjemne w dotyku i wyglądze udo leniwie przesuwało się co jakiś czas po jego udach. I mogli od siebie nawzajem czerpać satysfakcję ze wspólnej przyjemności i bliskości jaką daje intymne zbliżenie.

                                        - A to masz jakichś ciekawych znajomych? - zagaiła po chwili bawiąc się jego piersią przesuwając po niej palcami kreśląc na niej jakieś tajemnicze wzorki.

                                        - Część kobiet już znasz, Fabienne i Pirora, no i oczywiście Soria, ale jest jeszcze Łasica, Burgund i Onyx. Dziewczyny na co dzień pracują, szerząc rozpustę po mieście. No i jest mężczyzna, który sprowadził Fabienne na drogę przyjemności, Hubert Grubson. Sprzedaje drogie ubranie na mieście, to pewnie od niego są majteczki, które podarowała ci Fabienne. - mnich głaskał pośladek kobiety, raz na jakiś czas mocniej klepiąc go - Z innych znajomych, którzy mogliby cię poznać tak dogłębnie... hm.. jest Lilly, ona jest bardzo ciekawą istotką.

                                        - A dlaczego? - zaciekawiła się kochanka czerpiąc wyraźnie przyjemność z takiej bliskości i pieszczot. Chociaż jak wspomniał o tych figlarnych i drogich majtkach jakie dostała od swojej pani a jakim wciąż była tak zachwycona to podniosła głowę jakby starała się zlokalizować gdzie upadł ten cenny dla niej detal.

                                        - I ten Hubert to robi takie piękne rzeczy? To też musi być warty poznania. I tak lady Soria! Oh jak ja się nie mogę doczekać aż będę miała z nią przyjemność! Jest taka piękna! Może nie aż tak jak moja Pajęcza Królowa no ale i tak bardzo piękna. A Łasica i Burgund… - nie był pewny czy udało jej się dojrzeć ten kawałek koronkowej bielizny czy nie ale te nowe wątki znów przykuły jej uwagę bo wróciła spojrzeniem do niego i zaczęła szybko i żarliwie mówić jakby bardzo nabrała ochoty poznać tych wszystkich ludzi jakich właśnie wymienił. Ale chyba niezmiennie herold Soren była u niej na pierwszym miejscu. Ale na koniec urwała nagle i zawiesiła głos jakby coś jej się przypomniało. Podniosła się na łokciu aby spojrzeć na niego nieco z góry i na twarzy wykwitł jej tajemniczy uśmieszek.

                                        - Wiesz co? Były u mnie ostatniej nocy. Wszystkie trzy! Łasica, Burgund i moja pani! Przyszły do mnie w środku nocy, włamały się i się kochałyśmy prawie do rana! Dopiero wtedy sobie poszły! One są cudowne! Jej tak się do kogoś włamać aby się z nim kochać! - Marissa była wyraźnie zachwycona nocnym wyczynem koleżanek Otto jakby uważała to za jakiś romantyczny wyczyn rodem z takich powieści przygodowych czy rycerskich. Chociaż tam raczej takie przygody nie były sprawką wyłącznie kobiet i do tego plugawych kultystek. Ale na pacjentce ten wyczyn zrobił ogromne wrażenie i wyraźnie pęczniała z dumy gdy mogła się nim podzielić.

                                        - Tylko nie mów nikomu. Bo rano chyba nikt nie poznał, że u mnie były. Nawet Georgowi nie mówiłam. Chociaż rano uśmiechał się do mnie głupkowato jakby się coś domyślał. Z nim to nigdy nie wiadomo. No ale nie mów. Nie chciałabym aby miały przeze mnie kłopoty. Bo to było takie piękne! - poprosiła go aby zaznaczyć, że mówi mu to w zaufaniu i nie chciałaby aby wyszła z tego jakaś afera. Zwłaszcza jakby jej nowa pani i jej koleżanki miały mieć przez to kłopoty.

                                        - Doprawdy? A to niegrzeczne ladacznice. Będę musiał z nimi porozmawiać. Odwiedzać ciebie, po godzinach? Nic nie mówiąc? Nawet nie zapraszając mnie? - mnich się uśmiechnął i ponownie ucałował Marissę - A co do Lilly... - wiedział, że teraz będzie stąpał po kruchym lodzie, ale musiał zaryzykować - Jest w połowie mężczyzną. W tej połowie, która powinna cię interesować. - było to prawdą, postanowił na razie przemilczeć kopyta. Głośne burknięcie przypomniał drugi powód dla którego tu przyszedł - Wybacz, o ile deser był pyszny, muszę skorzystać z reszty tego co zostało. - mnich założył ponownie spodnie i habit, po czym z nielada bólem i trudem ruszył do resztek z obiadu - Georgem się nie przejmuj, chłopak dużo mówi, ponieważ ktoś dużo mówi do niego. Cieszę się, że poznałaś już większą część mojej rodziny, reszta powinna ci się spodobać. Przynajmniej część z nich.

                                        - O a to ciekawe. Słyszałam o takich… hmm… osobach… Co zdradzają połączenie obu płci. W różnych wariacjach. Ale jeszcze nigdy żadnej nie spotkałam. A ładna jest ta Lilly? - Marissa widząc, że partner wstał i zaczął się ubierać zrobiła to samo. Chodziła wokół stołu zbierając porozrzucane wcześniej fragmenty garderoby. I w pierwszej kolejności założyła prezent od swojej pani. Pogłaskała go czule jakby wciąż nie mogła nim się nacieszyć. A jak Otto już wiedział gdzie patrzeć to nawet w tym niezbyt jasnym pomieszczeniu wydało mu się, że dostrzega jej szlacheckie inicjały.

                                        - Oj i proszę, nie miej im za złe. Zrobiły mi prawdziwą niespodziankę. I to jaką! A moja pani usługiwała nam wszystkim! Jej już się nie mogę doczekać aż będę z nią i Anniką w jej rezydencji! Mowiła, że chciała też i ją zabrać no ale Łasica powiedziała, że lepiej nie bo ona ma pokój blisko “starej rury”. To chyba jakaś służąca? Łasica chyba niezbyt ją lubi. No w każdym razie za długo i za dużo osób by było to przyszły bez niej. Ale i tak było wybornie! - w miarę jak się ubierała ćwierkała do niego wesoło zdradzając więcej szczegółów z ostatniej nocy jaka tak ciepło zapadła jej w pamięć. A widząc, że zabrał się do zostawionego obiadu podeszła do jakiegoś kredensu i wyjęła z tamtąd dwa kubki i butelkę wina.

                                        - To od mojej pani. To co mi zostawiła jak zabierała Annikę. - wyjaśniła rozlewając do obu kubków jakąś owocową nalewkę. Nie wyglądała na pierwsze lepsze wino ze straganu czy byle portowej tawerny. Tylko taką nalewkę dla szlachty co się pija wieczorami przy kominku i mądrych rozmowach na poziomie.

                                        - A w ogóle coś wiadomo w mojej sprawie? Kiedy mnie wypuszczą do mojej pani? - zapytała siadając obok niego i stukając się z nim w toaście zwykłym, glinianym kubkiem.

                                        - Nie zrobię im niczego, czego bym nie zrobił tobie. - zapewnił mnich - I pewnie by się im to spodobało. - Otto westchnął - Najwyraźniej decyzja należy do twojej rodziny, więc czekamy na ich odpowiedź. Mam już potwierdzenie co do Thorma, więc jest do przodu. Cierpliwości, kochana. Co do "starej rury", to major domo rezydencji Fabienne, do tego skarży wszystko jej mężowi. Przyzwoitka taka.

                                        - Aha, przyzwoitka. No to pewnie dlatego Łasica za nią nie przepada, utrudnia takie schadzki. - roześmiała się brunetka popijając oszczędnie z glinianego kubka i wskazując na kuchenny stół na jakim niedawno zawarli bliższą znajomość.

                                        - Ale u mnie to nie wiem czy czekają na zgodę od mojej rodziny. Im pewnie wszystko jedno. Bo my to jesteśmy z takiej małej wioski pod Saltzenmundem. Przeor to pewnie wysłał list do mojej dawnej szkoły. Tam gdzie się szkoliłam. Oni mnie tu wysłali to pewnie od nich trzeba by mieć zgodę. Ale wiele to nie zmienia i tak trzeba czekać na wiadomość ze stolicy i tak. - uśmiechnęła się nieco nostalgicznie gdy wspominała swoje rodzinne strony. Ale jednak bardziej ją interesowało to co tu i teraz. A z tej perspektywy chodziło pewnie głównie o czas jaki list musiałby pokonać w obie strony no i na samo podjęcie decyzji.

                                        - Dobrze, nie przejmuj się Otto. Tyle tu wytrzymałam to i jeszcze trochę wytrzymam. Wierzę, że moja pani mnie nie zostawi i prędzej czy później mnie stąd wydostanie. Tak mi to wczoraj w nocy obiecała. - uśmiechnęła się ciepło i promiennie jakby wierzyła, że jakoś się sprawy ułożą, że w końcu się stąd wydostanie. A ta myśl pomagała jej tutaj wytrzymać do tego momentu.

                                        - Tylko o tyle proszę, może zanim cię wypuszczą, będziemy mieli czas na jeszcze jeden deser? - Otto objął delikatnie kobietę i ucałował ją głęboko - W jakimś mniej bezpiecznym miejscu?

                                        - Oh, Otto, ty hultaju! - zaśmiała się dziewczyna w ciężkiej, szorstkiej włosiennicy ale dało się wyczuć, że propozycja przypadła jej do gustu jako urozmaicenie pobytu w hospicjum. Jej sprawa była już w toku ale przesądzona jeszcze nie była.

                                        Mnich uśmiechnął się i przytulił Marissę jeszcze raz, tym razem cieplej, nie jak kochanek, a jak przyjaciel.

                                        - Jeszcze raz dziękuję za deser, muszę wrócić do swoich obowiązków i poczekać na gościa dla Georga. Ty pewnie też masz jakieś obowiązki, do których będziesz musiała wrócić. - to mówiąc opuścił kuchnię i ruszył dalej robiąc swój obchód po hospicjum.


                                        Wellentag; południe; spotkanie Thobiasa z Georgem

                                        W końcu przyszła pora na Thobiasa. Przywitał nauczyciela i brata recepcjonistę uśmiechem i ukłonem.

                                        - Pochwalony. - spojrzał na nowo przybyłego - George nie może się doczekać, aby cię spotkać drogi Thobiasie. Proszę za mną. - po czym ruszył razem z gościem w głąb hospicjum. Kiedy byli w miarę sami zaczął rozmowę z Tzeentchianinem.
                                        - Był, razem z Heinrichem. Nie lada wiedzy nam przekazał. Nie mamy co poszukiwać dziedzictwa Vesty przed rabunkiem w akademii. Przetrzymują tam "świetlika", aparycja, albo świadome zaklęcie. Tak czy inaczej ma relacje ze strażnikiem dziedzictwa i łatwiej będzie do niego się dostać razem z światełkiem. Jednak do tego będzie potrzebny George, jego umysł nawiązał kontakt z biblioteką Vesty, księgi do niego przemawiają i poprowadzą w interakcji z "światełkiem" inaczej, jak to on ujął "wybuchną nam głowy".

                                        - Z Heinrichem? Naprawdę? Dziwne. Myślałem, że sam przyjdzie. - brwi podskoczyły mu do góry gdy chyba tak samo jak rano kolega nie spodziewał się, że mag przyjdzie z inkwizytorem.

                                        - I wiedzę? Przekazał wam wiedzę? No nareszcie! - mimo wszystko druga część wiadomości znacznie bardziej przykuła uwagę poszukiwacza wiedzy. Zwłaszcza tej zakazanej i niedostępnej postronnym czy nawet tak wykształconym ludziom jak on sam. Tak sie tym ucieszył, że aż podniósł głos ale szybko się uciszył i nieco speszony rozejrzał się po korytarzu jakim szli. Ale mieli fart, że akurat nikogo nie było.

                                        - I ma kontakt z Siostrą? Niesamowite! I mówił coś o bibliotece? Czyli o książkach! Wreszcie! Cudownie! Wspaniale! Wreszcie dowiemy się tylu niesamowitych rzeczy! - tym razem nauczyciel znacznie lepiej nad sobą panował ale mimo wszystko trudno mu było okiełznać radość z powodu takich dobrych wieści. A tymczasem zbliżali się do suszarni gdzie George powinien pracować przy składaniu wysuszonego prania.

                                        - Spokojnie Thobias, zaczynasz przypominać mi Sigismundusa. Chociaż to dobrze. - mnich postarał się uspokoić kolegę - Nie napieraj jednak na biedaka. Jego pogląd na czas i chronologię wydarzeń jest dość pomieszany. Jak odwiedziłem go z Joachimem i Heinrichem był zdziwiony po co wracamy i pytamy go znowu o to samo. - Otto otworzył drzwi do suszarni - George? Przyprowadziłem ci nowego gościa.

                                        - Dobra, dobra, mam doświadczenie w pracy z młodzieżą. - uspokoił go nieco zirytowanym tonem nauczyciel jakby porównanie do aptekarza o nieco szalonym spojrzeniu i stylu bycia nie był mu miły. Ale, że już byli przy suszarni to czas na wzajemne dyskusje się skończył. Otto pchnął drzwi i znaleźli się w środku. Czyli niezbyt dużemu pomieszczeniu na parterze gdzie stały spore kosze z praniem jakie trzeba było posegregować i złożyć a na koniec roznieść do szaf, szafek i komód. Był też i George. Składał właśnie jakiś habit gdy weszli. Z tą swoja upartą, dziecięcą powagą jaka wydawała się komiczna. Zwłaszcza z jego 40-letnim ciałem. Podniósł głowę na przybyszy i przez chwilę im się przypatrywał uważnie.

                                        - Ale to nie. To Otto coś pomyliłeś. Źle przyszliście. To jutro miało być. W Marktag. Dzisiaj to jesteście za wcześnie. Źle przyszliście. - pokręcił głową i odrzekł spokojnie. Bez złości, gniewu czy jakichkolwiek innych emocji. Raczej tak jak to sie wyjaśnia komuś drobną pomyłkę.

                                        - Ale jutro jest Aubentag. Marktag jest pojutrze. Ale nieważne, pozwól, George, że się przedstawię. Jestem… Hm… Może darujmy sobie oficjalne tytuły. Jestem Thobias. Miło mi cię poznać. Otto mi cię przedstawił w samych superlatywach. - wydawało się, że mimo wszystko nauczycielowi trudno było przejsć obojętnie obok takiej trywialnej pomyłki w kalendarzu z najbliższych dni. Ale szybko się zreflektował i chyba chciał wywrzeć przyjacielskie wrażenie na dorosłym pacjencie o umyśle dziecka. Podszedł do niego z miłym uśmiechem i wyciągnął ku niemu rękę. George go przyjął ale z twarzy nie schodził mu ten wyraz dzieciecej powagi. Dlatego zaskoczył nauczyciela gdy dopiero po chwili się radośnie i szczerze uśmiechnął. Jakby dopiero teraz do niego dotarło, że ma gościa albo coś sobie przypomniał.

                                        - Aha. To ty też lubisz książki. To dobrze. Książki lubią tych co lubią książki. Masz jakieś na prezent? Aha. A tamto to się nie bój. Rzadko się zdarza, że ona mówi o tym rodzicom. - powiedział radośnie energicznie potrząsając jego dłonią jakby odkrył w nim bratnią, książkową duszę. I chciał być dla niego miły i powiedzieć mu coś miłego. Co wywołało efekt sporego zaskoczenia ze strony nauczyciela. Zwłaszcza końcówka. Bo wtedy Thobias najpierw bardzo zbladł, potem równie nagle poczerwieniał aż wreszcie starał się to jakoś przykryć nerwowym odchrząknięciem.

                                        - Tak, Bardzo ciekawe, fascynujące. To możemy tu rozmawiać? Czy gdzieś się możemy przenieść gdzie moglibyśmy usiąść? - zapytał Otto starając się zachowywać godnie i poważnie.

                                        Mnich ledwo powstrzymał prychnięcie rozbawienia, ale się opanował.

                                        - O tej porze? Ogród jak sądzę, na tyle ustronny, żeby nikt nie zwracał uwagi. - mnich zaprowadził klub książkowy na pierwsze zebranie na łonie natury.

                                        W ogrodzie trójka mężczyzn usiadła na jednej z ławek, Otto postarał się wybrać taką, na której jeszcze nie siedział z Georgem, a w zasięgu tej, przy której rozmawiali z Joachimem i Heinrichem.

                                        - Mam nadzieję, że zadowalająca sceneria?

                                        - Tak dziękuję. Całkiem ładnie tu macie. Miły ogród. - Thobias przez ten kawałek marszu zdołał się opanować na tyle, że już wyglądał i mówił normalnie.

                                        - Tak, bardzo ładny. Też mi się podoba. I go lubię. I ładne kwiatki są. A tam gdzie są te róże to kiedyś spalili czarownicę. Dawno. Jak jeszcze nic tu nie było. Tylko las. To przywiązali ją do drzewa i spalili. Potem drzewo trafił piorun. I uschło. Potem zbudowali to miasto. I tutaj dobra ziemia była. I ładne kwiatki rosły. To rosną. Też je lubię. - George pokiwał zgodnie głową i jakby nigdy nic dorzucił coś od siebie o tej dyskusji wskazując na dorodny krzak róż wyższych od dorosłego człowieka jakie stały pod jednym z barbakanów.

                                        - Ale wiesz, że to miasto zaczęto budować jakieś 80 lat temu? Wcześniej rzeczywiście był tu tylko las i morze. I mała, rybacka osada ale to raczej na wschodnim brzegu a nie tutaj. - odparł nauczyciel przypominając kawałek historii tego miasta. Niezbyt długiej zresztą w porównaniu do innych miast.

                                        Głowa mnicha gwałtownie skoczyła, jego wzrok skupił się na pacjencie.

                                        - Wiedźma? Tutaj? Spalona? - oko mnicha błysnęło - Możesz opowiedzieć mi więcej?

                                        Thobias też popatrzył zachęcająco na pacjenta i machnął dłonią jakby chciał go ośmielić to takich opowieści. Zapewne chcąc się naocznie przekonać co on potrafi. George popatrzył na nich z dziecięcą powagą co wyglądało dość groteskowo na jego niezbyt ogolonej twarzy dorosłego mężczyzny i to może nawet starszego niż nauczyciel. Biologicznie pewnie był w wieku Heinricha no albo nieco młodszy. Ale jakoś potrafił przyjąć dziecięce maniery i grymasy co upodabniało go do dużego dziecka i sprawiało wrażenie wioskowego idioty jakiego trudno traktować poważnie. Zresztą jak wiedział Otto chyba właśnie tak go traktowała większość braci i pacjentów także. Bo poza Marissą to jakoś nie spotkał nikogo kto by zdradzał, że wie coś o czy od Georga coś więcej niż ta powłoka niezbyt bystrego dzieciaka w ciele dorosłego mężczyzny.

                                        - No tak. Bo tam wiedźma była. O tam. Przy tym drzewie. - pokazał George wskazując w stronę tego dorodnego krzewu róży z jakiego braciszkowie byli tak dumni. I w ogóle z ogrodu dlatego jak pogoda sprzyjała a była okazja to przeor właśnie tutaj lubił zapraszać gości, zwłaszcza tych od jakich była nadzieja wyciągnąć jakieś datki na prowadzenie tego charytatywnego przybytku. Oczywiście tam gdzie pokazywał teraz pacjent żadnego drzewa nie było. Ale on to tak mówił i pokazywał jakby je widział na własne oczy.

                                        - Bo to nieszczęśliwa miłość była. I ona była piękna i młoda. Ale ją ukochany zbrzuchacił. A ona była mężatka. Albo narzeczona. Albo nie. To różnie książki mówią. No coś tam w każdym razie było, że ona uciekła w las. Bo jakże to panna z brzuchem. A zielarka trochę była to w lesie żyła. I tam coś grzyby, jagody, zioła robiła, babom pomagała, porody przyjmowała. No to mówili, że wiedźma czyli mądra kobieta z lasu. No ale ona dalej młoda była i ładna. I z tym brzuchem. A potem już nie. Jak urodziła. I poszła znów po prośbie po jedzenie. Ale byli tam źli na nią. A ona taka młoda i ładna. I sama. Nikt o niej nie wie. Nikt nie zapyta. To ją pognali. To uciekała. Ale ją złapali. I powiedzieli, że jak będzie miła to oni ją puszczą bo tylko podupczyć chcą. To podupczyli i była miła. Ale się bali, że ich wyda. Że przyjdzie kara. To ją przywiązali i poderżnęli gardło przy tym drzewie. Ale się bali, że ją ktoś znajdzie a łopat nie mieli aby zakopać ciało. A do morza trochę daleko ciągnąć. A do wioski dość blisko. To ją obłożyli drewnem i podpalili. Aby było, że to zła wiedźma była. Ale ona jeszcze trochę żyła. I jak umierała przysięgła zemstę i jak dopiero w ostatnim tchu przysięgła duszę Mrocznym Potęgom o ile pozwolą przeżyć jej dziecku. Bo ono maleńkie było i zostało samo w jej chacie. To by zginęło bez niej jak ona by nie wróciła. To przysięgła. A tutaj Siostry działały od dawna. Zanim ten kraj powstał. I usłyszały jej zew. I spodobała im się. Mądra Siostra mówi “Ona mi się podoba, mądra jest i lubi się uczyć, lubię takie. Spełnijmy jej prośbę.”. Krwawa Siostra mówi “Ona jest słaba, nie podoba mi się. Ale i tak ciekawsza od nich a krwawa zemsta mi się podoba. Spełnijmy jej prośbę.”. A Chutliwa Siostra rzekła “Ona jest młoda i piękna, wszystkie kobiety w wiosce jej tego zazdroszczą a mężczyźni o niej marzą. Podoba mi się. Spełnijmy jej prośbę.”. A Chora Siostra nic nie rzekła ale pomyślała, że może zyska kogoś do robaków albo na inne rzeczy więc też zagłosowała aby spełnić jej prośbę. Jak uradziły tak zrobiły. Jak wiedźma umierała to w ostatnich oddechu doznała łaski widząc jak zwierzoludzie zesłane przez Siostry odnajdują jej dziecko a potem rozprawiają się z jej zabójcami. I jeszcze jak płonęła to dostała od Sióstr znamię. To znamię przeszło na jej dziecko i wolą Sióstr przeszło na wszystkich jej potomków. O tutaj jest to znamię, taka dziwna plamka, tam gdzie ich przodkinię ogień już wytapiał to i oni to do dziś mają na znak zawartego paktu. - George rozgadał się jakby opowiadał jakąś tutejszą legendę. Chociaż Otto słyszał ją pierwszy raz. Ale pacjent mówił tak pewnie jakby opowiadał ją już wiele razy. Zresztą po minie Thobiasa też dało się poznać, że do tej pory nie słyszał tej historii. Ale z kronikarskim zacięciem szybko wyjął z torby notes, pióro, przenośny kałamarz i zapisywał co dał radę z wyrazem fascynacji na twarzy. Zaś to znamię jakie mieli mieć potomkowie tamtej wiedźmy to wedle Georga miało być gdzieś na biodrze i wewnętrznym udzie. Więc dość trudne do takiej pobieżnej weryfikacji.

                                        - Fascynujące… Fascynujące… - Thobias był chyba pod wrażeniem bo przerwał pisanie i patrzył na swoje świeże zapiski jak i na tego dorosłego mężczyznę o mentalności małego chłopca co siedział po drugiej stronie stołu z zadowoloną z siebie miną.

                                        - No. Widzicie? Ja wszystko wiem! - zawołał do nich triumfalnie jakby mile połechtany tym wrażeniem. Po czym nagle skulił się jakby dostał cios ścierą przez plecy. Odwrócił się gwałtownie za siebie z pretensją wymalowaną na twarzy. Spochmurniał. Odwrócił się znów do obu rozmówców. - No książki. Książki wszystko wiedzą. Są strasznie zazdrosne. - powiedział jakby został zmuszony do zmiany swojej wypowiedzi i teraz miał urazę do owego czynnika.

                                        - George jesteś cudowny! - zawołał Otto - Książki oczywiście też. Jak je znajdziemy pomogę ci się nimi zajmować. Tyle czasu same zamknięte, potrzebują pewnie konserwacji. - radość mnicha wydawała się nadwyrost zważając co było jej powodem - Och, to może załatwić nam tyle problemów z Somnium. Dziękuję, dziękuję po tysiąc razy.

                                        - No. Będziemy razem. Będą moje. Będę z nimi rozmawiał. Czyścił je i sprzątał. I chronił aby nikt im nie zrobił krzywdy. Ale przyjaciołom pozwolę się z nimi spotkać. - George rozpromienił się radośnie na taką pochwałę i po przyjacielsku poklepał Otto po dłoni. Thobias też nie mógł wyjść z podziwu.

                                        - Ale poczekajcie a o czym rozmawialiście wcześniej? Z Joachimem i Heinrichem? Coś o tych książkach? O Siostrach? O dziedzictwie? - nauczyciel wyraźnie nie chciał jeszcze kończyć tak interesującej rozmowy też chyba poznając, że pod tą niezbyt ciekawą powłoką pacjent skrywa całkiem sporo interesujących możliwości. Był też ciekaw nieco tych wieści jakie pobieżnie Otto mu jedynie wstępnie zarysował podczas rozmowy na korytarzu gdy tu szli.

                                        - Jej dziedzictwo znajduje się poza miastem, na bagnach. - zaczął mnich - Strażnik, który go strzeże, poszukuje artefaktu, który obecnie znajduje się w Akademii. Mamy kilka pomysłów, czego będziemy potrzebować, aby sprowadzić tu siostry. Między innymi rydwanów. George, jednak nie lubi się powtarzać, uwierz mi jeżeli w twojej percepcji powiedziałeś coś już setki razy, na setki różnych sposobów... no mówienie tego po raz setny pierwszy nie jest czymś, co chcesz zrobić. Na zborze razem z Heinrichem podzielimy się co udało nam się dowiedzieć.

                                        - Oo… - nauczyciel pokiwał głową i z wyrazem facynacji i zamyślenia na twarzy. Trawił to wszystko przez chwilę. - Rydwany? No ciekawe. Myślałem, że już się ich nie używa i to przeżytek. - zaczął mówić i chyba chciał dodać coś jeszcze ale pacjent bez wahania mu przerwał.

                                        - Używa! Widziałem! Wojownicy z północy wciąż je używają! A tutaj zwierzoludzie. To oznaka władzy. Wodzowie na nich jeżdża na bitwy. A czasem i w bitwie. A czasem uderzają jak kawaleria. Zobaczycie, że jeszcze zobaczycie taki powóz i wielkich zwierzoludzi. Tylko to musicie dobrze żyć z ładnymi paniami aby je zwabić. No i dobrze mówić. Dobrą ofertę dać. Aby się dogadać. Bo jak nie to nie. Nie zobaczycie i się nie spotkacie. - pacjent przerwał nauczycielowi bez cereigieli i znów mówił jakby dzielił się z nimi taką oczywistością jakby od dawna sami powinni to wiedzieć. nauczyciela znów na chwilę zamurowało i wybiło go to z rytmu.

                                        - A te ładne panie too… - zaczął patrząc pytająco to na mnicha to na jego pacjenta nie będąc pewny o kim mówi ich rozmówca.

                                        - Nasze Slaaneshytki. - odparł Otto - Pirora i Fabienne pomagają mi w wydostaniu innych heroldów i jednego obszczymura. Następną pełnie udają się na... spotkanie ze zwierzoludźmi. Potowarzyszę im, bo mogą mieć jakieś ciekawe opowieści do podzielenia się.

                                        - Aha, one… - twarz nauczyciela pokwaśniała jakby pod pokrywką zamiast smakowitej potrawy odkrył jakąś ropuchę czy inne paskudztwo. Mitrężył to wszystko w swojej głowie lekko stukając piórem o swój notatnik. W końcu zasunął je i zaczął chować swoje przybory do pisania.

                                        - No nic. Więc chodźmy na rozmowę z przeorem. Zrobię co się da aby przekonać go aby oddał Georga pod moją opiekę. Jak będzie u mnie to będzie mu dobrze. Mam dużo książek. - powiedział jakby się gotował do rozmowy z szefem tego przybytku aby się zgodził na wydanie mu tego akurat pacjenta. Na koniec zaś zwrócił się ewidentnie właśnie do niego. Temu oczy rozbłysły i twarz zalał uśmiech jakby mu obiecał, że zabierze go do cukierni i pozwoli wybierać smakołyki bez limitów.

                                        - Lubię książki! A książki lubią mnie! Jak powiedziałeś naszemu przeorowi, że będziesz mnie edukował i nauczysz mnie czytać to on lubi takie rzeczy bo lubi jak nasi pacjenci wychodzą i potem mogą żyć samodzielnie! - poradził mu radośnie lekko tłukąc dłońmi o blat stołu z tej ekscytacji.

                                        - Ee.. To ty nie umiesz czytać? - zdziwił się ponownie nauczyciel bo pewnie niezbyt mu to pasowało do tego zainteresowania książkami jakie zdradzał dorosły pacjent.

                                        - Nie! A po co mi to? Książki wszystko wiedzą i mi mówią co potrzebne. - odparł wesoło i beztrosko George a nauczyciel westchnął. Przetarł palcami włosy jakby próbował uporządkować myśli.

                                        - Dobrze. Coś jeszcze mamy do załatwienia póki jesteśmy we własnym gronie czy idziemy do przeora? - tym razem zapytał kolegę ze zboru.

                                        Otto się zastanowił, w sumie jeżeli chodziło o Georga to chyba wszystko. Wszystko, czego nie musiał później i tak powiedzieć podczas zboru.

                                        - Nie, jeżeli chodzi o sprawy naglące, jednak. Mógłbyś sprawdzić jakieś lokalne legendy? Jeżeli siostry faktycznie działają, aż tak daleko wstecz to może ich wpływ będzie można odczytać w innych wydarzeniach. Trzeba będzie też mieć wgląd w to znamię od sióstr, sądzę, że to kolejny element rytuału.

                                        - Spróbuję. Może jest coś w bibliotece Akademii. Ale raczej bym się nie nastawiał na jakieś nie wiadomo co. To miasto nie ma nawet stu lat. Historycznie to świeżynka. Wcześniej była tu tylko jakaś śmierdząca rybami wiocha rybacka. Żadnych urzędów, uczelni, oświeconych ludzi co by mogli robić jakieś zapiski. I zbyt nieciekawi aby pisać o nich. No ale zobaczę, może jednak coś się znajdzie. Może w dokumentach ratusza coś by było ale raczej trudno mi będzie zdobyć dostęp do ich archiwum. - nauczyciel nie był zbyt nastawiony na jakiś realny sukces w tej materii no ale obiecał zrobić co się da. Chociaż to zapewne zajęłoby mu trudno do oszacowania ilość czasu. A efekt był mocno niepewny. Pozbierał do reszty swoje rzeczy z grubo ciosanego stołu do swojej eleganckiej torby, pożegnał się z Georgiem po czym dał się zaprowadzić Otto do biura przeora.

                                        Mnich posłał Georga spowrotem do pralni i polecił mu zakończyć w czym mu przerwali i ruszył za Thobiasem.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Online
                                          SantorineS Online
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #122

                                          Oryginalny autor: Seachmall

                                          Przeora zastali jednak w bibliotece. Przeglądał jakiś spis. Chyba sprawdzał czy po rozróbie jaką tu urządziła ostatnio Marissa wszystko jest znów ułożone na swoim miejscu. Podniósł głowę na obu gości.

                                          - O witam szanownego kolegę uczonego. Jak się pan dzisiaj miewa? Jak tam spotkanie z naszym pacjentem? - przeor odłożył skoroszyt i przywitał się z nimi, zwłaszcza z dostojnym belfrem jakiego dzisiaj spotykał po raz pierwszy.

                                          - A pochwalony, pochwalony. I dziękuję dobrze. Tak dzięki waszej życzliwości oraz gościnności brata Otto miałem przyjemność rozmowy z Georgiem. I zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Bardzo obiecujący. Wydaje się być opóźniony ale mam doświawdczenie w edukacji małych dzieci a on umysłowo takim właśnie odpowiada. Myślę, że jak zaprojektuję program nauczania pod jego możliwości moglibyśmy ruszyć z kopyta. Najpierw nauka alfabetu, potem składanie literek i sylabizowanie wreszcie samodzielne czytanie. Bo zdaje mi się, że strasznie lubi książki. - Thobias niczym zawodowy edukator z werwą zaczął czarować przeora wspaniałą wizją tego pozornego wioskowego idioty jakiego tu mieli o ile ten trafiłby w jego ręcę. A sądząc po reakcji gospodarza to odbierał to bardzo pozytywnie. Spojrzał jednak na podwładnego jakby chciał sprawdzić czy ten jakoś to zweryfikuje albo doda coś od siebie.

                                          - George jest uradowany tą możliwością. - zapewnił jednooki mnich - Słyszał wiele opowieści i że książki mają ich więcej, więc bardzo chce nauczyć się czytać. Wierzę, że mistrz Thobias będzie w stanie poprowadzić Georga ku lepszemu.

                                          - Doprawdy? - przeor wydawał się słuchać tego z zadowoleniem po czym zaczęli z Thobiasem omawiać detale takich przenosin pacjenta to jego mieszkania. Przeor był zainteresowany czy nauczyciela na to stać i jest w stanie zapewnić mu odpowiednie warunki bytowe na co ten wydawał się być pozytywnej myśli. Trochę to trwało, może nawet więcej niż trochę i Otto był w tej dyskusji raczej słuchaczem i obserwatorem niż uczestnikiem. Ale dzięki temu mógł się zorientować, że obaj rozmówcy mają wprawę w takich negocjacjach jak i edukacyjnych detalach. Wydawało się wszystko zmierzać ku pozytywnego rozpatrzeniu sprawy no ale jeszcze na wszelki wypadek przeor Bernard poprosił o zgodę na wizytę w domu nayczyciela aby się przekonać jak to wyglądają przygotowania na przyjęcie nowego podopiecznego. Ten zresztą przyznawał, że skoro dopiero wczoraj po mszy dowiedział się o tej sprawie to nie miał zbyt wiele czasu na przygotowania. Zwłaszcza, że od rana prowadził nauczanie w kilku punktach miasta.

                                          - Dobrze, w takim razie nie ma pośpiechu. Możemy się umówić na termin jaki będzie panu pasował. Myślę, że skoro Otto i tak jest w tej sprawie od początku to będzie w sam raz do takiej wizyty z naszej strony. - zaproponował przeor wskazując dłonią na siedzącego obok nauczyciela mnicha.

                                          - Oczywiście, świetny wybór. Myślę, że za parę dni, może tydzień uporządkuje swoje sprawy i mieszkanie na tyle aby przygotować się na przyjęcie Georga. Zrobię co w mojej mocy aby było to jak najszybciej. - Thobias pokiwał głową na znak zgody po czym obaj wstali i uścisnęli sobie ręcę. A przeor poprosił aby Otto odprowadził gościa do wyjścia.

                                          Mnich skłonił się przeorowi i poprowadził Thobiasa do wyjścia.

                                          - Dobrze, że najwyraźniej nie potrzeba zgody na jego wypuszczenie. - zaczął Otto kiedy byli już sami z Tzeentchianinem - Jakie masz teraz plany?

                                          - Idę na obiad. Potem mam jeszcze zajęcia a po wszystkim będę musiał odpocząć i przygotować się na nocną przygodę. Więc zapewne spotkamy się w “Mewie”. A ty będziesz? - odparł nauczyciel widocznie będąc zorganizowanym człowiekiem miał dość spójną wizję na drugą połowę i końcówkę dnia. Był jednak ciekaw czy kolega zmienił zdanie bo na zborze raczej nie należał do ochotników nocnej akcji.

                                          - Postaram się, każda pomoc się przyda. Czeka mnie jeszcze dziś próba zwerbowania jednej dziewczyny. Koleżanka Onyx, pokazuje zainteresowania, które mogą ją skierować na drogę Ojczulka. Nie oceniaj, każdy nowy członek rodziny może być użyteczny, nawet sługi Pana Plag. - podejrzewał, że Tzeentchianin może mieć uwagi, do przyłączenia podwładnego bóstwa, przeciwnemu jego patronowi, wolał więc zażegnać te wątpliwości.

                                          - Nie wiem czemu mówisz, jakbym miał coś przeciwko. Ja to w ogóle nie wiem czemu mistrz się tak z nimi patyczkuje. Przydałoby się im pokazać właściwy punkt widzenia i przykazać im aby chociaż część z nich dała się zasiać. Albo coś innego aby im pokazać gdzie ich miejsce w szeregu. - nauczyciel był nieco zdziwiony interpretacją swojego nastawienia względem wężowych panienek do projektu spod ręki Oster obecnie realizowanego w praktyce głónie przez kolegę aptekarza. Pokręcił głową aby wyjaśnić te niezgodności i sam widocznie nie miał nic przeciwko zasianiu koleżanek ze zboru a nawet uważał to za ruch we właściwą stronę. Chociaż z przyczyn wyraźnie innych niż Sigismundus dla którego to była prawie sprawa osobista do jakiej podchodził bardzo emocjonalnie.

                                          - Czemuż ty się nie dasz? - zawtórował Otto - Lub czemu nie pozwolisz sobie wszczepić tych pobłogosławionych przez Oster jąder? Nie atakuję cię bracie, jednak ty też mógłbyś zrobić coś dla tej sprawy. - mnich się uśmiechnął - Jest ich dużo, a teraz jak Grubson się przyłączył, więcej. Do tego Soria. Mają większość w naszej rodzinie, więc trzeba być subtelnym. Do tego nie możemy się rozochocić z hodowlą, bo zwróci to uwagę, na to co się dzieje w mieście. - Otto westchnął - Więc, czujesz, że nasze siostry i bracia spod znaku węża mają specjalne traktowanie?

                                          - A nie? - nauczyciel wydawał się niezbyt zadowolony z takiego przytyku od kolegi. Ale widocznie jakoś za bardzo zdania nie chciał zmienić w parę chwil. - Panoszą się coraz bardziej, teraz właśnie jeszcze Soria jest z nimi a to przecież nie jest byle kto. Tylko z pozoru wygląda jak człowiek jak ty czy ja. A słyszałem co nieco co ona potrafi. Teraz właśnie jeszcze te ladacznice od Grubsona. A Starszy na to wszystko pozwala i toleruje. - powiedział nijako powtarzając część rzeczy wymienionych przez kolegę tyle, że on je traktował jako uchybienie.

                                          - Oczywiście samo w sobie nie jest to złe. I działa na naszą korzyść. Tak ogólnie. Tylko szkoda aby takie ladacznice dyktowały warunki wszystkim pozostałym. Nieprawdaż? Chcą się szarogęsić we własnym gronie to proszę bardzo. Ale czemu by miały jeszcze mówić nam co mamy robić? Zobacz teraz. Z tymi bagnami co ostatnio rozmawialiśmy. Jakoś nie słyszałem aby któraś się zgłosiła do pomocy. A dzisiaj no jak pewnie wiesz całkiem spora część rodziny będzie im pomagać. Z tą Sorią to też nie załatwiły same tylko trzeba było im pomóc. Po prostu uważam, że to może nie jest złe ale przywódczą rolę powinni grać ludzie na odpowiednim poziomie a nie jakieś młódki których filozofia życiowa sprowadza się do tego przed kim dzisiaj zdjąć spódnicę. - powiedział znacznie żwawiej ale cicho bo chociaż rozmawiali już na ulicy przed głównym wejściem do hospicjum to jednak było to jak najbardziej miejsce publiczne a w drugiej połowie dnia w centrum miasta chodziło całkiem sporo ludzi. Ale większość z nich mijała ich nie traktując ich inaczej niż innych przechodniów.

                                          Mnich delikatnie prychnął, chociaż było to ewidentnie odgłos rozbawienia.

                                          - Eh, jak Wielka Gra znajduje odzwierciedlenia w śmiertelnikach. Ty i Silnoręki byście się dogadali w tej sprawie. - mnich westchnął - Szczerze, nie wiem czy potrzebowały pomocy z Sorią, ale ją uzyskały ponieważ łączy nas cel. Teraz zaplanowały skok, co musisz przyznać jest ambitnym przedsięwzięciem. Nie oceniaj naszych koleżanek zbyt cierpko, podwijanie spódnic, może wydawać się proste, jest jednak skuteczne. Huć łatwiej rozgrzać, niż ambicję, więc tu mają przewagę nad pozostałymi członkami kultu, szczególnie tych oddanych Krwawemu. Potraktuj jednak ich wybryki, jako preludium. Ich działania dadzą możliwości na bardziej chytre projekty. Mógłbyś sam spróbować ich podejścia. Zakręcić sobie wokół palca jakąś wpływową młódkę, przekonać do otworzenia ci drzwi, których sam byś nie otworzył. Do tego, jeżeli się nie mylę zaoferowały pomoc przy akademii. - mnich wzruszył ramionami - Do tego druga decydująca osoba w naszej rodzinie, jest sługą Pana Zmian. - Otto oparł się o ścianę wejścia - Musicie przestać patrzeć na to jak na konkurs, kto ugra więcej. Mamy jeden cel; Sprowadzić Siostry. Będzie to wymagało współpracy, co przyznam, będzie pewnie trudniejsze, niż zabranie poduszki spod głowy Hertza.

                                          - No właśnie Otto, dobrze mówisz. Ale ja bym na twoim miejscu inaczej rozłożył akcenty. - Thobias uśmiechnął się i wskazał kierunek przed sobą jakby zapraszał do wspólnego spaceru i rozmowy. Teraz z kolei sprawiał wrażenie nauczyciela czy uczonemu któremu się trafił interesujący partner do dyskusji i to na interesujący go temat. Gdy ruszyli początkowo wzdłuż frontu hospicjum i muru jaki je otaczał uczony wznowił temat.

                                          - Oczywiście, że mamy wspólny cel. Temu nie przeczę i chyba nikt wśród naszych wspólnych znajomych tego nie robi. I z tymi chuciami i spódnicami owszem, tak jak mówisz. Ale z jednej strony oznacza to coś strasznie pospolitego. A pospolitość nie jest zbyt cenna. Jakby wyglądało nasze stowarzyszenie gdybyśmy zaczęli werbowac same portowe ladanice i ich klientów? Gdzie byśmy wtedy zaszli? - zauważył na ten irytujący go temat. Spojrzał na rozmówcę i uniósł znacząco brwi na znak, że nie uważa tego za zbyt interesujący kierunek w jakim powinni zmierzać.

                                          - Ale tak jak mówisz, one mogą być bardzo nam przydatne. Tylko z tymi zadaniami to chyba przyznasz, że dobrze aby to robił ktoś z głową. Z odpowiednimi umiejętnościami i wiedzą. Naszego naczelnika uważam za osobę na właściwym miejscu no ale niestety zbyt podatną na ten wpływ naszych spódniczek. One powinny znać swoje miejsce i wtedy wszystko będzie się zgadzać. Niech się bawią w swoim albo czyimś gronie no ale co do poleceń i planów od tego powinien być ktoś inny. Ktoś ponad nimi. Niestety póki będą odnosić sukcesy póty trudno będzie je zbić z pantałyku. A z tego co słyszałem to wcześniej, do ostatniej zimy to Silny i Łasica byli mniej więcej sobie równi. I wpływy poszczególnych frakcji. No ale odkąd nasze szefostwo tak uhonorowało tą ladacznicę to sam widzisz jak teraz ona i one się panoszą. A ich wpływy będą rosnąć bo jak mówisz to uleganie chuci jest łatwe i przyjemne. A pewnie wiesz jakie potrafią być słodkie i ponętne. Któż by się nie skusił? Więc będą rosły w siłę. Dlatego też zgłosiłem się do dzisiejszej akcji. Tylko tak możemy jakoś za nimi nadążyć. Dopiero jakaś spektakularna porażka z ich strony mogłaby je zwalić z tronu. Albo jakiś spektakularny sukces kogoś innego. Kogoś z nas a nie od nich. Myślę, że nasz wspólny znajomy z apteki jest tego bliski. A z tą Akademią i bagnami to jeszcze nie wiadomo jak wyjdzie. Ale choćby po to aby coś zyskać też powinniśmy się zgłosić do tych projektów. No one też mogą ale dobrze by było pokazać im gdzie ich miejsce. Na pewno nie na czele. - powiedział jednym tchem gdy widocznie miał to już wszystko całkiem dobrze przemyślane. I chyba naprawdę uważał, że kultystki Węża zdobyły dominującą pozycję w zborze i zanosiło, się, że będą się w tym umacniać zwłaszcza gdy będą miały po swojej stronie istotę tak niezwykłą jak Soria albo gdy połączą się z grupą Grubsona co też przecież wyznawała dekadenckiego Księcia Rozkoszy. A zwłaszcza uczonego człowieka jak Thobias uwierało to, że te ladacznice miałyby pełnić role przywódcze także pod względem innych frakcji.

                                          - A nasza przyjaciółka z północy rzeczywiście nie jest od nich. Niestety nie miesza się w sprawy personalne, że tak powiem. Szkoda. Mogłaby być dla nas potężnym wsparciem. A tak to razem z naszym mistrzem biernie przyglądają się jak te ulicznice coraz bardziej rosną w siłę. U tego kolegi kupca też nic ciekawego. On sam no to kupiec i wspólnik naszej blondynki z południa. Jedna z jego grupy to jakaś krawcowa. Zwykła krawcowa. Więc nie spodziewam się kogoś na odpowiednim poziomie. Co może umieć zwykła krawcowa? O czym z taką rozmawiać? O ciuchach i nożyczkach? No prosze cię… A ta druga to ponoć szlachcianka. I to Bretonka. No można by się wreszcie spodziewać kogoś na poziomie. W końcu bretoński język to język poezji i ludzi na poziomie. No i w towarzystwie pewnie znaczy więcej niż jakaś krawcowa albo kupiec. No ale z tego co słyszałem to ona też się nadaje tylko do podwijania spódnic. - Thobias miał wyraźnie żal do Mergi, że chociaż wyraźnie nosiła symbole Pana Zmian to jakoś nie wyglądało aby knuła intrygi na rzecz swojej frakcji. Właściwie to od zeszłej zimy raczej starała się pozostać neutralna jako prawa ręka Starszego. Zaś po grupie od Huberta Grubsona jakoś nie spodziewał się zbytniego wsparcia innego niż te jakie by mogło działać głównie na rzecz wspólnych koleżanek. Co działało na nauczyciela dość przygnębiająco jako kolejny atut na ich korzyść.

                                          Teraz Otto wybuchł śmiechem słysząc żale Thobiasa. Uniósł obronnie dłoń.

                                          - Wybacz, wybacz. Sam miałem podobne obawy co do naszych slaaneshytów. Sądziłem, że przejawiają swoją wiarę w płytki sposób. - Otto westchnął - Kiedy jeszcze byłem w zakonie, natknąłem się niejednokrotnie na naprawdę niezwykłe działania sług Mrocznego Księcia. Dzieła sztuki, które doprowadzały najprzyzwoitrzych ludzi, do głębin deprawacji. Utwory muzyczne, które wymuszały w słuchaczach taniec do śmierci. - mnich westchnął po czym zachichotał - Był nawet jeden przypadek, takiej "pospolitej" krawcowej. Tkała suknie o tak nieludzkim kunszcie, że jej klientki zabijały się, aby móc zakupić jej najnowsze dzieło. Tu jednak, jak na razie mamy jedynie bandę rozochoconych cudzołożników. - Otto pokręcił głową i spojrzał na swojego rozmówcę - Jeżeli poszukujesz partnera do rozmów, musisz poszerzyć własne zainteresowania i własne spojrzenie na rzeczy. Krawcowa może ci wytłumaczyć teorię materiału. Czemu nie miesza się skóry z niedźwiedzia z delikatną owczą wełną. Co oznacza dany ubiór, dany kolor, dana ozdoba. Jest to wiedza, która w środowisku społecznym jest bezcenna, jeżeli chce się ugrać coś dla siebie. Jesteś sługą Pana Zmian, Władcy Intryg, Kowala Losu, nie patrz na wzrost naszych sióstr jako zagrożenie dla siebie. Bardziej pomyśl o tym jako o wielkiej wieży, z której ich zrzucisz kiedy osiągniesz swoje. I nie miej za złe Starszemu i Merdze ich neutralność. Jeżeli otwarcie okazaliby przychylność lub niechęć do jednej ze stron, szybko by stracili cały kult. - mnich uśmiechnął się do Thobiasa. Musiał przyznać, biło od niego snobistycznym zadufaniem, osoby, która nauczyła się czytać. Jego słowa dału mu jednak do zrozumienia, że sytuacja w kulcie ma się ku gorszemu. Będzie musiał zacząć działać, jeżeli idzie o duchową część kultu.

                                          - No być może. Jednak nie na darmo społeczeństwem rządzą królowie, szlachta i kapłani. To wszystko są wykształcone osoby z odpowiednimi manierami. I otaczają się równie wyedukowanymi doradcami. Nie rządzą nami chłopi i rzemieślnicy co najwyżej mogą być sołtysem czy wójtem albo skrzyknąć paru ziomków w jakiś cech i poza swoją działalnością niewiele znają się na czymkolwiek. Wyobrażasz sobie na przykład tą krawcową na czele naszego stowarzyszenia zamiast naszego mistrza? Niczego nie ujmując jej talentom do krawiectwa bo widziałem tą suknię dla Sorii uszyła całkiem piękną i ładnie się w niej nasza córa wiesz kogo prezentowała. Ale czy ta krawcowa nadaje się do rządzenia? - zapytał raczej retorycznie gdy przez parę kroków trawił słowa młodszego kolegi. Widocznie czołowa rola kogoś kto w jego mniemaniu nie dorównywał mu pod względem wykształcenia, oczytania i wiedzy bardzo mu ciążyła. I chyba takich zarzutów nie miał pod adresem Starszego czy Mergi bo chociaż wyrażał żal, że na tyle pozwalają zwykłym ladaniczom to poza tym wyrażał się o nich z szacunkiem.

                                          - No ale być może. Może i tak. One mogą sporo zdziałać ale powinny być naszymi pionkami. Wykonywać nasze polecenia. Akurat to zasianie się dobrze do tego nadaje ale tak naprawdę może być cokolwiek innego. Jakoś nie wyobrażam sobie aby na przykład ktoś z moich uczniów miał mi wydawać polecenia. To całkiem wywraca porządek rzeczy i jest nie do przyjęcia. Ale z dnia na dzień trudno będzie coś zmienić. Niestety na razie musimy tolerować to ich panoszenie się. Ale proszę cię miej to na uwadze. Musimy trzymać się razem aby w odpowiednim momencie podjąć właściwe ruchy a na razie możemy sugerować tym ladacznicom co powinny robić. I uwypuklać ich wady i porażki. Bo jak powiedziałeś na początku ta tania chuć jest bardzo pospolita a o wiele trudniej zwerbować kogoś odpowiedniego na poziomie. Dlatego takie osoby są cenne a nie jakieś ladanice. Chyba, że w roli pionków no to wtedy oczywiście wszystko by było w należytym porządku. - nauczyciel wydawał się chociaż trochę zgadzać z propozycjami kolegi i nawet dostrzegał w koleżankach potencjał jaki mógł działać na ich korzyść ale jako wykonawców poleceń i szeregowych członków zboru a nie kadrę kierowniczą i oficerów od wydawania poleceń i planowania.

                                          - Jesteś oczytany Thobiasie, ale pozwól, że podzielę się z tobą odrobiną wiedzy na temat Mrocznych Potęg. Nikt, nie jest na szczycie długo. Przewaga sił jest równie stabilna, co wóz stworzony z błota i trawy. - mnich westchnął - Służki Królowej Sypialni, mogą królować w jednej porze roku, ale ich niekontrolowana rozpusta, szerzy choroby, w wyniku czego Ojczulek wzrasta w siłę i zrzuca dotychczasowego lidera. W odpowiedzi ambitny dostojnik wprowadza zmiany w społeczeństwie, które sprzyjają twemu patronowi. I wszystko idzie w cholerę, bo banda rządnych krwi barbarzyńców przetacza się przez miasto i Krwawy Bóg zwycięża. - Otto nawet kiedy jeszcze nie ujrzał Prawdy, był trochę zafascynowany tym aspektem Wielkiej Gry. Jak Bogowie reagowali na wzrost siły przeciwników i wykorzystywali je ku własnemu wzrostowi - Jeżeli mogę doradzić. Nie uda ci się podkopać autorytetu ladacznic, więc wykorzystaj fakt, że Fabienne i Pirora są szlachciankami ze znajomościami i zasobami. Niech zainwestują w akademię po naszym rabunku. Otworzenie nowego skrzydła, z nowymi księgami i możliwościami nauki. Przyciągnie to bardziej intelektualny element, może nawet z całego Imperium.

                                          - Pirora i Fabienne… - uczony zamyślił się nad tym wszystkim co usłyszał. Wspomniał o tych dwóch młodych kobietach które poza swoimi lubieżnymi preferencjami były także szlachciankami z towarzystwa jakie zapewne miały większe możliwości aby na nie oddziaływać niż te niżej urodzone ladacznice. Pokiwał głową i milczał przez parę kroków. Dotarli do końca ulicy Białej gdzie zapewne nauczyciel miał zamiar ruszyć aby dopełnić dzień swoich zajęć. Zatrzymał się jednak aby o tym jeszcze porozmawiać nim kolega będzie musiał wracać do hospicjum.

                                          - No być może… Być może… Ta Bretonka to nas raczej nie odwiedza. Ale z Pirorą może rzeczywiście da się porozmawiać. O czymś więcej niż bale, kiecki i alkowy. - dodał na koniec z irytacją jakby po młodziutkiej Averlandce trudno mu było spodziewać się czegoś więcej niż po jakiejś niezbyt rozgarniętej uczennicy.

                                          - Może to przez to, że doszedłem do was już po zimowych wydarzeniach. I od początku mi się wydawało, że cierpimy na niedobór osób wykształconych. Za to na nadmiar płytkich ladacznic które się robią coraz bardziej rozwydrzone. Ale może w dłuższej perspektywie masz rację, może coś się zmieni na naszą korzyść. Niestety raczej nie z dnia na dzień. Dobrze, nie będę cię zatrzymywał dłużej Otto. Dziękuję za rozmowę, dałeś mi parę cennych wskazówek i nadzieję na lepszą przyszłość. Muszę już jednak iść aby zdążyć jeszcze na dzisiejsze korepetycje. Zapewne spotkamy się wieczorem w tawernie. - w końcu zebrał się w sobie aby nie przedłużać tej rozmowy i dokończyć swoje plany na kończący się dzień. Zresztą młodemu mnichowi też już wiele nie zostało do końca służby, pewnie jeszcze dzwon czy dwa i też będzie mógł udać się do domu.

                                          - Spokojnego dnia Thobiasie. Ty też dałeś mi trochę do myślenia, będę musiał porozmawiać, ze Starszym o kilku rzeczach. Nie przemęczaj się, jeżeli chcesz pomóc w rabunku. - mnich kiwnął głową nauczycielowi i zaczął wracać do hospicjum. Reszta zmiany minęła na szczęście, bez większych wydarzeń i Otto wrócił do domu trochę zmęczony, ale zadowolony z tego jak dzień minął. Oczekiwał teraz na przybycie Onyx i jej znajomej.


                                          Wellentag; popołudnie; mieszkanie Otto

                                          Onyks i koleżanka

                                          Otto siedział w swoim pokoju, leniwie wypełniając puste karty swojego przyszłego dzieła. Wiedział, że nie ma nowej wiedzy, którą mógłby przelać na papier, więc jedynie pisał te elementy, które wiedział, że znajdą się w dziale każdego boga.

                                          Zdążył po hospicjum wrócić do siebie. Na szczęście nie miał aż tak daleko, oba adresy mieściły się w tej samej dzielnicy. Wreszcie mógł usiąść i mieć czas dla samego siebie, swoich przemyśleń i księgi jaką miał zamiar napisać. Cieszył się tym spokojem gdy usłyszał stukanie do drzwi. Jak podszedł do nich zdał sobie sprawę, że to ktoś ze zboru zanim otworzył bo sygnał był ten sam jakiego używali przed wejściem na “Adele” czy do kryjówki Mergi pod zwaloną wieżą. A jak je otworzył okazało się, że to Onyx.

                                          - Serwus. Można? - zapytała rudowłosa koleżanka ze zboru jaka stała u jego drzwi.

                                          - Oczywiście. - mnich otworzył szerzej drzwi i wpuścił koleżankę - Jak minął tobie dzień?

                                          - A spokojnie dziękuję. Odespałam wczorajszą nockę no i właśnie idę na kolejną. Dlatego mnie nie będzie dzisiaj z wami. - powiedziała zawodowa ladacznica co z całego zboru i koleżanek jako jedyna naprawdę pracowała w zamtuzie. Chociaż jej łotrzykowe koleżanki wcale nie ukrywały, że w przeszłości też tak pracowały i to akurat w tym samym co Onyx. Tylko wcześniej, przed nią. Zaś nie tylko łotrzyce potrafiły znacząco zmienić swój wygląd bo teraz, za dnia, to Onyx wyglądała dość zwyczajnie. Jak taka młoda i ciekawa dla oka sąsiadka z końca ulicy no ale za ladacznicę to by pewnie jej teraz ktoś raczej nie wziął. Rozejrzała się ciekawie po mieszkaniu w jakim była po raz pierwszy ale jednak szybko wróciła spojrzeniem do gospodarza.

                                          - No i popytałam wczoraj naszą Larwę o te larwy. - powiedziała z uśmiechem jakby bawił ją ten językowy żarcik. - Jak jej poopowiadałam, że to takie jakich jeszcze nie ma i takie dorodne to się całkiem rozochociła aby je zobaczyć. I może kupić. Bo na razie jej nie mówiłam skąd one się biorą. Jest na dole. Powiedziałam jej, że zobaczę czy jesteś. Mamy trochę czasu zanim będziemy musiały iść na naszą zmianę. Powiedziałam jej, że jesteś kolegą co jest bardziej zorientowany w sprawie tych robali. - poinformowała kolegę jak to jej wczoraj poszły te negocjacje z koleżanką z pracy. I okazało się, że przyszła z nią tylko się zapewne wykręciła aby miała okazję porozmawiać chwilę sam na sam z kolegą.

                                          Otto kiwnął głową.

                                          - Rozumiem, to pójdź po nią prosze. Ja przygotuję wszystko, nie wiem czy będziesz chciała zostać i słuchać naszych dywagacji na ten temat. - mnich sięgnął do jednej ze swoich komód w poszukiwaniu strzykaw, które wręczył mu Sigismundus.

                                          Onyx skinęła głową i wyszła z mieszkania. Jeszcze chwilę słyszał jak schodzi po schodach. A sam mógł poszukać tego podarku od aptekarza kultystów. Znalazł te dwie, krótkie, gliniane rurki akurat gdy usłyszał ponowne pukanie do drzwi. Gdy otworzył okazało się, że to jego rudowłosa koleżanka. Z jakąś młodą, nieznaną mu brunetką.

                                          - To jest właśnie Laura, moja koleżanka co ci mówiłam. A to Laura jest Otto, ten kolega co ci mówiłam. - rudowłosa ladacznica przedstawiła sobie obie strony.

                                          - No serwus Otto. Onyx mówiła, że masz jakieś ciekawe wieści dla mnie. - nowa znajoma nie wydawała się wstydliwa. Razem z koleżanką z pracy śmiało weszła do mieszkania jakby nie była tu pierwszy raz. Chociaż tak samo jak ona ciekawie się rozejrzała dookoła. Ale sam gospodarz i to co ją do niego sprowadzało zainteresowało ją bardziej. Też jakoś za bardzo w tej chwili nie wyglądała na zawodową ladacznicę. Może góra na kelnerkę z jakieś tawerny albo podobnie jak Onyx, na jakąś zgrabną koleżankę z sąsiedztwa. Widać strój i makijaż znacznie potrafiły zmienić wizerunek kobiety. Jedynie ta swoboda w zachowaniu z postępowaniu z nowo poznanym mężczyzną mogła sugerować o sporej pewności siebie płynącą z doświadczenia jakie pozwalało jej właśnie na taką nonszalancję.

                                          - Być może i mam. Siadajcie proszę. - mnich usiadł przy jedynym stole w swoim mieszkaniu i zerknął na Laurę - Onyx opowiadała mi o tobie, że masz dość nietuzinkowe zainteresowania. Opowiesz mi o tym?

                                          Koleżanki usiadły za stołem a ta nowa jak usłyszała pytanie spojrzała jeszcze kontrolnie na partnerkę. Ta zachęcająco się uśmiechnęła i pokiwała twierdząco głową. Laura więc zwróciła się do gospodarza.

                                          - Co tu dużo opowiadać? Lubię robale i inne takie obrzydliwości. Mam w tym swoją niszę. Niezbyt często trafia się klient co lubi takie rzeczy no ale jak już to płaci mi z nawiązką za to aby sobie pooglądać takie bezeceństwa. No a Onyx mówiła, że masz jakieś ładne, dorodne i żwawe jakich jeszcze nie miałam. No to przyszłam. Jak to by było coś interesującego to bym mogła je od ciebie odkupić. - Laura bez większych ceregieli ani wstydu wyznała jak to u niej bywa z tymi zainteresowaniami i mniej więcej zgadzało się to z tym co o niej wcześniej mówiła Onyx. No i nie ukrywała po co tu przyszła i tratkowała sprawę trochę jak ciekawostkę a trochę jak propozycję handlową. Ot jakby się słowa koleżanki okazały prawdą to była gotowa zakupić takie ciekawe okazy.

                                          Otto gwizdnął.

                                          - No przyznam jesteś bezpośrednia. Zrozum, że powierzono mi te maleństwa i nie oddam ich, jeżeli nie będę pewny, że trafią do dobrego domu. - mnich się uśmiechnął - Co cię tak w nich fascynuje? Skąd się wzięło to zainteresowanie? Nie musisz starać się przykryć tego ładnymi słówkami. Jeżeli podoba ci się jak małe czerwie wiją się i wydają słodki mlaszczący dźwięk gdy penetrują mięso to śmiało powiedz.

                                          Laura patrzyła na niego z lekkim uśmiechem. Raczej takim rozbawionym. Znów spojrzała na siedzącą obok koleżankę a ta znów pokiwała zachęcająco głową. Więc wzruszyła ramionami i parsknęła z rozbawienia.

                                          - Ale dziwne pytania zadajesz. A dlaczego ktoś lubi blondynki albo kobiety z dorodnymi kształtami? Lubi i tyle. A ja lubię robale. Właśnie za to jak są takie ohydne. I dla wielu odstręczające. Ale nie dla mnie. Ja je lubię. I lubię się z nimi zabawiać. I nimi. Nie wiem co ci tu jeszcze powiedzieć. Zwykle to pokazuję to na sobie. A nie o tym gadam. No ale za to się płaci. Sporo się płaci. Więc nie bój się, trafią w dobre ręce. Mam wprawę w takiej hodowli. Powiedz tylko czym je karmić i jakie im warunki zapewnić to już się o to postaram. - odparła w krótkich zdaniach bawiąc się kokieteryjnym spojrzeniem i uśmiechem. Po czym jakby sobie o czymś jeszcze przypomniała bo znów parsknęła z rozbawienia.

                                          - I Onyx mi mówiła, że ci mówiła czym się zajmujemy i po co tu przyszłam. Więc oszczędźmy sobie czasu i zachodu w udawanie świętoszków. Jak masz towar to chcę go obejrzeć. Jak mi się spodoba to możemy porozmawiać o cenie. Dogadamy się to fajnie nie dogadamy to też fajnie. - przedstawiła sprawę jak kobieta interesu jaka niezbyt ma ochotę tracić czas na zbędne podchody skoro zwyczajowa maska przyzwoitości i tak spadła przed spotkaniem dzięki ich wspólnej koleżance.

                                          - Poza tym możemy trochę posiedzieć czy gdzieś się przejść ale nie jakoś strasznie długo bo przed wieczorem musimy być już w robocie. A jak widzisz jeszcze musimy się zrobić na bóstwa przed robotą. - dorzuciła od siebie Onyx dając znać, że może nie mają presji czasu aż takiej aby czuć nóż na gardłe no ale za bardzo też nie mogą wszystkiego rozwlekać. Widać te dość codzienne stroje i brak makijażu to nie był ich stanem gotowym przed wieczornymi występami.

                                          - Dobrze więc. - wsumie może z tego wyjść coś dobrego. Jeżeli najpierw się bardziej pojawią muchy nie jedzace ludzi, będzie to można podrzucić jako zwykłą plagę. Mnich wyciągnął strzykawy od Sigismundusa - W tych strzykawkach znajdują się jaja mięsożernych much. Mięso jakim się zajadają jako dorosłe i jako larwy zależy od nosiciela. Więc jeżeli wstrzyknęła byś to krowie, dorosłe trzeba karmić wołowiną. Teraz, z tego co rozumiem jaja mogą się rozwijać w niemalże każdych warunkach, jednak najlepiej im w otworach rodnych. Ponoć niezwykle dobrymi nosicielami są ludzie, a szkody wyrządzone są nieznaczne. - mnich westchnął - Osoba, która mi to wręczyła, mówi, że pasożyt wywodzi się gdzieś z Lustrii.

                                          - Hmm… - brunetka wydawała się zachowywać sporą dozę sceptycyzmu na te słowa. Patrzyła uważnie na gospodarza jakby sprawdzała czy to wszystko co ma do powiedzenia czy coś jeszcze. Albo może czy sobie z niej dworuje. I gdy się przekonała, że to koniec popatrzyła jeszcze raz na siedzącą obok koleżankę z pracy. Ta ponownie pokiwała zachęcająco głową.

                                          - No widzisz? Mówiłam ci, że takich to jeszcze nie miałaś. Rany, z samej Lustrii. Nawet nie wiedziałam, że to z tak daleka. To pewnie nikt w mieście jeszcze takich nie ma. - rudowłosa kultystka rzuciła to całkiem luźnym tonem jakby nawet na niej zrobiło to wrażenie. Zwłaszcza pod względem rzadkości i dostępności. Brunetka wzięła do ręki jedną ze strzykw i zaczęła ją ważyć w dłoni i oglądać ze wszystkich stron jakby podobnie obracała sprawę w myślach.

                                          - No ale myślałam, że to będą larwy. Takie gotowe. Chciałam je zobaczyć jak wyglądają. - przyznała nieco rozczarowanym tonem bo widocznie brązowe, gliniane rurki z wypalonej gliny, z tłokiem z jednej strony i zakorkowanym otworem drugim nie wyglądały w jej oczach na zbyt interesujące. Wahała się widocznie.

                                          - Ale mięsożerne muchy? A to bezpieczne? I to się je umieszcza w drogach rodnych? Znaczy tutaj? A one nie wyżrą sobie drogi na zewnątrz jak takie zwykłe czerwie w ścierwie? - zapytała mając jednak pewne wątpliwości i jeszcze nie decydując się na coś konkretnego.

                                          Mnich się chwilę zastanowił. Dziewczynie jeszcze daleko do oddania się ojczulkowi, dobrze, że Sigismundus się tym nie zajął, bo jedyne co by z tego wyszło to porwanie dziewczyny i zrobienie z niej uwięzionej nosicielki.

                                          - W drogach rodnych jest najlepiej. Najwięcej okazów wtedy przeżywa. Niestety nie posiadam larw, mogę porozmawiać z odpowiednią osobą o pokazaniu ich. Co do niebezpieczeństwa, nie większe niż z grupą końskich much. Chociaż jeżeli grupa licząca setki by zaatakowała to pewnie byłoby nie ciekawie. Co do wyżarcia sobie drogi, z tego co rozumiem, kiedy larwy są gotowe, nosiciel… no nosicielka je "rodzi". Wychodzą tą samą drogą, którą weszły. - mnich spojrzał na Laurę - Z informacji, które znalazłem potrafią być naprawdę uciążliwe dla elfów, żyjących w tamtych terenach.

                                          - Aha, uciążliwe dla elfów? No tak, tak… Hmm… I rodzą się? To wychodzą same? A to długo się czeka aż wyjdą? - brunetka siedziała przy stole dość machinalnie oglądając tą glinianą strzykwę od Sigismundusa i wciąż chyba nie podjęła ostatecznej decyzji chcąc najpierw dowiedzieć się nieco więcej.

                                          - No i by były w twoim ulubionym miejscu. Przecież i tak za takie numery ci płacą najwięcej. - Onyx szturchnęła ją nieco w bok jakby chciała ze swojej strony pomóc jej w podjęciu właściwej decyzji. Laura pokiwała głową ale wciąż się wahała.

                                          - Ale zawsze wsadzałam sobie gotowe. A nie jakieś jaja. Można je zobaczyć? W ogóle to ile za to chcesz? - koleżanka z zamtuza przytaknęła nieco rozkojarzonym tonem jakby sporo myśli jej się teraz przelatywało przez głowę.

                                          - Kilka dni. Zapłaty nie chcę. - zapewnił mnich - Osoba, która mi je wręczyła jest poszukiwaczem wiedzy. Gadał coś o "kontrolowanej hodowli" tych maleństw, i że chce zobaczyć jak wygląda cały proces. Więc, tak długo jak wrócisz do mnie i opowiesz o wszystkim, ja i on będziemy zadowoleni. Wszystkie informacje, które mamy są z drugiej ręki o elfich podróżników, więc jesteśmy ciekawi wszystkiego. Jak chcesz mogę ci pokrótce powiedzieć dokładnie co nam powiedzieli. Jeżeli, to uspokoi twoją niepewność.

                                          - To dasz mi je za darmo? - brwi ladacznicy uniosły się do góry i tego chyba się nie spodziewała. - Ale no jak coś o nich wiesz to opowiedz. Wolałabym coś wiedzieć więcej jakbym miała je sobie gdzieś wsadzać. - Laura uśmiechnęła się nieco a sam temat wydawał się ją ciekawić ale, że sprawa miałaby być bardzo osobista to wolał się jednak dowiedzieć jak najwięcej.

                                          - Dobrze więc, tak jak mówiłem, robaczki wywodzą się z Lustrii. Jednak tam głównie żyją olbrzymie, zimnokrwiste jaszczury. Podobno oryginalnie te muchy składały jaja w oczach martwych okazów, jedyne miękkie miejsce, lub jakiś nieszczęśników co spały z otwartymi. - zaczął Otto starając się namalować jak najlepszy obraz swojego kłamstwa - Sprawa się zmieniła, kiedy elfy zaczęły zakładać tam kolonie. Elfy mają bardziej miękką skórę, z kilkoma otworami gdzie jest ciepło i wilgotno jak w oku gada. Kobiety elfów miały naprawdę kłopot z tym, więc ponoć znajdowały jakieś sposoby na zakorkowanie siebie. - mnich chwilę się zamyślił, starając sobie "przypomnieć" szczegóły opowieści elfów - Mniej istotne, ale elfy są w ciągłym stanie wojny domowej. Rozłam między jakimś okrutnym niby Królem, a prawowitymi dziedzicami. Tak czy inaczej, ci służący temu okrutnemu potrafią wykorzystywać te muchy, przeciwko swoim kuzynom. Spora część kapłaństwa i innych czarujących u elfów to kobiety, więc wyobrażasz sobie, że "niby ciąża" z pełzającym robactwem w tamtym miejscu, musi być nie lada przeszkodą dla delikatnych elfek. Jednak szkody nie są jakieś niewyobrażalne i jedna kobieta potrafiła wydać na świat kilka pokoleń tych larw. Podobno miały też jakiś wpływ, w sensie pozytywny, na elfi odpowiednik miesięcznego krwawienia.

                                          - Jakbym miała kłopoty z miesięcznym krwawieniem to bym nie mogła pracować tam gdzie pracuję. - roześmiała się Laura ale ta opowiedziana historia o dalekich rasach i krainach wydawała się ją ciekawić. Jeszcze raz ważyła i oglądała brązową, glinianą strzykwę z wszystkich stron gdy słuchała tej historii.

                                          - I elfy tego używały? I elfki? Była u nas jakaś elfka. Zimą. Pamiętasz Onyx? Mnie nie wybrała ale dziewczyny mówiły, że było warto. Nawet by z nią mogły za darmo. No ale jak w robocie to takie numery nie przejdą. I taka ładna była i pachnąca i delikatna w dotyku. Więc chyba prawda o tych elfach, że z nich tacy świetni kochankowie. - brunetka spojrzała na siedzącą obok koleżankę a ta potwierdziła jej słowa, że pamięta i kojarzy ten temat i o kogo chodzi.

                                          - No widzisz? Jak elfki tego używały i nic im nie było to i my przecież aż tak się od nich nie różnimy. I będziesz miała swoje własne robale z tej Lustrii. I to za darmo. - Onyx trzepnęła ją w ramię aby ponownie zachęcić ją do właściwej decyzji. Koleżanka roześmiała się radośnie i pokiwała głową.

                                          - No dobra. To jak za darmo i to taki rarytas to wezmę. I zobaczymy co z tego wyjdzie. - powiedziała w końcu machając lekko trzymaną strzykwą zgadzając się wreszcie spróbować.

                                          Mnich kiwnął głową i wręczył kobiecie strzykawki.

                                          - Miłej zabawy. I proszę odwiedź mnie jak coś z tego wyjdzie. Porozmawiam w między czasie z dostawcą, może będzie chciał z tobą sprawę obgadać.

                                          - Pewnie. - obiecała Laura i z ciekawością oglądała jeszcze obie sktzywkwy. Po czym starannie zawinęła je w jakąś ściereczkę i schowała do swojej torby.

                                          - No to miło się gawędziło. Ale my już musimy lecieć. Sam rozumiesz, robota czeka. A jeszcze musimy się zrobić przed. - rzuciła wesoło wstając od stołu. Zresztą Onyx też się podniosła.

                                          - Oczywiście. Sam mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. Pozdrowić od was Łasicę i Burgund?

                                          - Tak, pozdrów i uściskaj. I trzepnij w tyłek! Pewnie będziemy się widzieć jutro no ale dzisiaj jak sam widzisz, mamy swoją robotę. - Onyx pokiwała głową i też chyba była w dobrym humorze. Może dzisiaj nie zamierzała uczestniczyć w nocnym skoku na świątynie ale jutro już zamierzała dołączyć do koleżanek i kolegów ze zboru co mieli się udać na wieczorno - nocne zabawy przy zachodnich kamieniach.

                                          Mnich odprowadził kobiety przez jakiś kawałek, po czym sam ruszył na spotkanie przed skokiem na świątynie. Najwyraźniej będzie w stanie pomóc.
                                          Zastanawiało go czy Starszy będzie również na spotkaniu, jeżeli tak to chciał pogadać o następnym zborze. I Sigismundus oczywiście, będzie musiał mu opowiedzieć o Laurze.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy