Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto zerknął na Pirorę.
- Widzę, że chyba masz jakieś wątpliwości, co do planu Sorii i jej matki. - zaczął mnich, nie oskarżycielsko. Jego ton bardziej przywodził na myśl zatroskanego kapłana - Chcesz się nimi podzielić? Obiecuję, że to co powiesz nie opuści tego pomieszczenia.
- No jakoś nie mam ochoty rodzić jakichś potworów. - rzekła cierpko młoda blondynka o twarzy i ramionach nieco przyprószonych piegami. - Ale mam nadzieję, że Soria będzie to miała na uwadze i to taki ogólny cel gdzie będzie miejsce na jakieś wyjątki. - dorzuciła luźniejszym tonem ale nadal nie widziała dla siebie miejsca w tym co przed chwilą mówiła córka Soren.
Mnich pokiwał głową. Podejrzewał, że większość kultu nie zagłębiła się za bardzo w drogi ich wiary.
- Całkiem możliwe, jednak… to jest opinia Pirory, z którą rozmawiam dzisiaj. Drogi węża prowadzą ku nowym, ekscytującym pragnieniom i rządzom. Kto wie, czegóż będziesz chciała za miesiąc, jakich to nowych doznań będzie pragnęło twoje ciało. - mnich uniósł brew - Chociażby, larwy z hodowli Sigismundusa. Zakładam, że ciągle jesteś negatywnie do pomysłu nastawiona?
- Oczywiście, że tak! Przecież to obrzydliwe! Nie wiem jak jakaś zdrowo myśląca kobieta mogłaby się zgodzić na coś tak ohydnego. - gospodyni aż prychnęła na myśl o ulubieńcach Sigismundusa. I widocznie na tym polu nie zmieniła swojego zdania ani o jotę.
- A za miesiąc czy dwa nie zamierzam zmieniać zdania. Ani chędożyć się z jakimiś zwierzoludźmi czy pająkami. Trochę się obawiałam przy tych kamieniach, że będą na mnie naciskać ale na szczęście nie. Nie było nic takiego. To dobrze. Dlatego liczę, że jak dalej będzie to zmierzać w takim kierunku to uszanują moją wolę. Ja to zamierzam znaleźć jakiegoś przystojnego, bogatego męża z jakim będzie mi się dobrze rozmawiać i nie wtyd będzie pokazać się na salonach i aby mi go koleżanki zazdrościły a potem mieć z nim dzieci i w ogóle założyć normalną rodzinę. Jak moi rodzice. No i oczywiście najlepiej aby był wprowadzony w nasze sprawy albo dał się wprowadzić. To są moje plany. A nie rodzenie jakichś larw albo pająków. - powiedziała naburmuszonym tonem nie mając akceptacji dla takich zabaw jakim zdawała się lubować Soria. I chyba obawiała się, że będą na nią wywierane naciski aby zmieniła zdanie nawet jeśli jak na razie nic takiego nie miało miejsca.
- Oczywiście. - mnich uniósł ręce obronnie - Wolność jest na czele wartości Chaosu, otóż przecież w nich chodzi. Wolność od uprzedzeń, ograniczeń, czy zakazów. Co do larw… opinia naszej nowej siostry jest taka, że proces jest nawet przyjemny. Rozumiem jednak twoją niechęć i zmuszać do niczego nie zamierzam. Jeżeli mogę, skoro lady Soria zmierza na własne spotkanie, jakie są twoje plany?
- Poczekam tu na nią. - odparła po chwili zastanowienia. Po czym parsknęła z gorzkim rozbawieniem. - Te larwy są takie przyjemne? Cóż, widocznie jeszcze nie dorosłam do tego etapu. Może koleżanki co są bardziej znudzone i zaangażowane w sprawę ode mnie to chętnie przyjmą taki dar ale ja nie mam ochoty. Zresztą nie tylko ja. Jak rozmawiałam z dziewczynami to zwierzoludźmi były zachwycone i jak najbardziej są skore aby spotkać się z nimi ponownie ale co do tych jaj Oster to wybacz ale to nie dla nas. - odparła trochę ironicznym tonem ale chyba czuła się pewniej, że koleżanki z kultu mają dość podobne poglądy do jej własnych gdy chodziło o dziedzictwo nurglowej Siostry.
- Albo napiszę bilecik do Birgit. Zaproszę ją tutaj albo do teatru. Ona chyba jeszcze nie zna Sorii ale być może coś już o niej słyszała. Napisałabym też do tych dwóch od Onyx no ale niestety nadal nie wiemy kto to jest. Oby wróciły do tego zamtuza tak jak zapowiedziały. Domyślam się, że to pewnie jakieś szlachcianki bo kto inny by tak pieniędzmi szastał i pewnie nikt z miasta bo by je panienki rozpoznały. Ale mimo wszystko nadal nie wiemy kto to. - po chwili zaczęła rozważać co jednak by mogła zrobić gdy Soria pojedzie na spotkanie ze starszym wiekiem baronem.
- Tak jak mówiłem Fabienne będzie gościć Marissę w przeciągu kilku godzin jak sądze. Możesz pójść je odwiedzić? Zapoznać się bardziej z naszą prorokinią Pajęczej Królowej. - mnich zaproponował - Co do jaj. Oster jest ich twórcą, ale wszystkie mają w sobie iskierki od każdej z sióstr. Nawet Soren, widziałem je. Paskudki oczywiście, ale jest w nich coś urodziwego. Jak malutki, brzydki piesek potykający się o własne nóżki. Przyznam nie jestem kobietą, więc nie rozumiem stymulacji waszego kwiatu, jednak wyobrażam sobie, że wicie się kilkunastu grubych… relatywnie fallicznie kształtnych rzeczy musi być nie lada doświadczeniem. - mnich się uśmiechnął - Rozważ Fabienne, lub Grubsona. Jestem pewny, że ucieszy się na twój widok. Może będzie miał jakieś ładne ubranko, które będzie mogła dla niego zdjąć z siebie?
- Hubert? Nie raczej nie. Nie gustuję w grubasach w wieku mojego ojca. Naprawdę dziwię się jak Fabi może z nim tak swawolić i jeszcze sobie chwalić. Zresztą nie tylko ona jak to on sam a także Oksana dawali mi do zrozumienia. A teraz to już pewnie zamknął sklep i udaje wiernego, kochanego małżonka przed tą swoją lochą. - Averlandka pokręciła głową i nawet wydawała się rozbawiona sugestią, że miałaby mieć romans ze swoim głównym dostawcą kostiumów do teatru.
- A do Fabi… - zawahała się patrząc w okna aby sprawdzić jaka jest pora i pogoda. Rzeczywiście był ostatni moment na jakieś wizyty u znajomych na tyle dobrych aby zjawiać się tam bez zapowiedzi. - No może. Może pojadę. Szkoda, że ona ma tego męża i tą całą jego służbę. Zawsze trzeba strasznie główkować aby ją wyrwać na jakąś zabawę. - wetchnęła myśląc o swojej bretońskiej, czarnowłosej koleżance jaka ostatnio całkiem często uczestniczyła w ich spotkaniach i planach. Ale jako mężatce rzeczywiście często nie mogła w czymś uczestniczyć bo nie wypadało. Zwłaszcza jak prawie wszędzie musiała zabierać Gertrudę jaka była oczami i uszami jej męża.
- A z tym larwami to wybacz, niech one robią dobrze i stymulują innym kobietom. Mnie to nie interesuje. O. Jak chcesz to zapytaj właśnie Fabi. Ona zawsze mówi, że lubi poznawać nowe smaki i doznania. Chociaż nie wiem co bym zrobiła jakby się zgodziła. - powiedziała jakby właśnie ta myśl wpadła jej do głowy. Nawet jeśli za bardzo nie wierzyła w taką możliwość.
- No cóż zapytam przy następnej okazji. Poświęcenia dla wiary czasem są potrzebne. Mogę spodziewać się ciebie jutro po odbiór Thorna?
- No coś ty. Nie będę jeździć po nowego służącego. Powóz poślę po niego i niech się tu stawi. - prychnęła rozbawiona takim pomysłem. - No chyba, że po coś tam ci jestem potrzebna do czegoś. Jak nie to mi nie wypada jeździć po odbiór nowego służącego. - powiedziała na wszelki wypadek aby zaznaczyć, że etykieta salonowa ją zobowiązuje. Po czym uśmiechnęła się wesoło. - A jak już tu będzie to chętnie sprawdzę co on tam umie. Bo wtedy w hospicjum to całkiem obiecująco się zapowiadał mam nadzieję, że nie będzie rozczarowaniem. A i przyda nam się do zabaw jakichś jurny byczek bo sam widziałeś, niewiast u nas w nadmiarze a mężczyzn no naprawdę niewielu i to zwykle na gościnnych występach. - przyznała, że ma swoje niecne plany co do Thorne’a i to ją bawiło całkiem nieźle. Nawet wydawała się być podekscytowana jak przy oczekiwaniu na nową zabawkę.
- Jestem pewny, że jest jurny. Zważając jaką żądzę mordu miał następnego dnia, pewnie po dziś wspomina wasze odwiedziny. Odradzam zakładanie odzienia, za którym będziesz tęsknić kiedy go spotkasz. - mnich się uśmiechnął - Uważaj jednak na niego, to zwykły łobuz. Nie jest jednym z nas i raczej nie słyszy pojedynczej siostry. Podejrzewam, że po prostu reaguje na ich zew jak my wszyscy, tylko mniej stabilnie. A i jeśli mogę być taki bezpośredni. Masz już może na oku jakiegoś kawalera? Tego swojego przyszłego męża, z którym będziesz mogła dzielić życie i rzyć?
- No przyznam, że jego maniery budzą moje wątpliwości. Ale to da się go nauczyć. Lepiej aby dało. A nie to będzie pracował w stajni a nie na salonach. Jednak na wszelki wypadek będę z Sorią. Na nią można liczyć. Wierzę, że go będzie w stanie utemperować jeśli będzie trzeba. Chociaż ona ma taki wpływ na ludzi, że tylko podziwiać. Szkoda, że nie widziałeś jak szybko omotała sobie Kamilę. Po jednej rozmowie już jej jadła z ręki a chyba po drugiej to już baraszkowałyśmy w łóżku. A mnie się wydawało, że ona taka tęskniąca za Rose i taka wierna co jej czeka aż wróci i to tak, że ani mężczyzn ani kobiet, ani nic. A tu ledwo Soria się do niej uśmiechnęła, zaczęła opowiadać o innych krainach i ta już słuchała jej jak mały szkrab bajki. To i z Tornem sobie poradzi. A gdyby się na mnie rzucił i zdarł ze mnie ubranie to by nawet mogło być całkiem ekscytujące. - akurat co do przybycia nowego służącego to gospodyni wydawała się być całkiem spokojna. I wierzyła, że jak nie sama to wspólnie z wężową milady sobie z nim poradzą.
- Ale coś na poważny związek to niestety nie taka prosta sprawa. Bo chociaż udało mi się zawrzeć interesujące znajomości z paroma kawalerami z towarzystwa no to niestety ja nie jestem Kamila ani Froya. Tylko drobna płotka z południa. No i mojego ojca nie ma na miejscu. A jak pewnie wiesz to zawsze rodzice się dogadują co do małżeństwa. Więc na razie zostają mi romanse. Miałam dwóch kawalerów w zimie ale niestety marynarze. Więc jak zima się skończyła obaj zabrali się na swoje statki i odpłynęli. Liczę, że chociaż ten mój czarny lew co jest nawigatorem wróci przed zimą. Bo byłby całkiem interesującym partnerem. Przynajmniej takim oficjalnym, na salony. - co do swoich związków z kawalerami z tutejszej śmietanki towarzyskiej to widocznie sama uroda, maniery i uzdolenienia artystyczne nie wystarczały. A małżeńśtwa, zwłaszcza te z wyższych sfer to zwykle dwie rodziny negocjowały patrzac na mariaż przez pryzmat interesów rodu. A pod tym względem samotna młodociana szlachcianka z dalekiego południa, bez wsparcia swojego rodu, rozległych włości, bogatego posagu, interesujących stanowisk jej lub jej rodziny nie była zbyt cennym nabytkiem. I tutaj zapewne większość koleżanek z kółka poetyckiego czy teatru z jakimi się spotykała na koleżeńskiej stopie miała o wiele mocniejszą pozycję i zaplecze. A takie znamienite panny jak Kamila van Zee czy Froya van Hansen to już w ogóle były na szczycie drabiny społecznej.
- Ech, szlachcie i ich intrygi. Niepotrzebnie komplikują najprostsze elementy życia, czyż nie? No cóż, być może kiedy pojawią się Siostry, będziesz mogła sama sobie wybrać partnera z ich błogosławieństwem. Może nawet to kawalerzy będą musieli się ubiegać o twoje względy i aprobatę? Wyobraź sobie, ty na szlachetnym tronie u boku Soren i armia mężczyzn, każdy przeskakujący poprzedniego, abyś jeno się tylko do niego uśmiechnęła. Brzmi ciekawie czyż nie?
- Tak. Brzmi ciekawie. Myślę, że mogłabym pójść na taki układ. - drobna blondynka uśmiechnęła się z zadowolenia gdy taka wizja widocznie do niej przemawiała i się spodobała. Skinęła dumnie głową jakby już siedziała na takim tronie a przed nią płaszczyli się najznamienitsi kawalerowie z okolicy prześcigając się w zalotach i jej względy.
- I nikogo byś nie musiała pytać o zgodę. Rodziny, rodziców, Starszego, bogów. Jedynie ty, twój kaprys. - Otto miał nadzieję rozpalić małą iskierkę pychy i ambicji w kobiecie. Jej samo zapatrywanie się na własne potrzeby mogłoby zrobić z niej słabe ogniwo w przyszłości. Jeżeli nie nakieruje się ich w odpowiedni sposób.
- Tak to byłoby wspaniałe. Ale chyba możliwe dopiero jakby wróciły Siostry i przejęły władzę. Wcześniej to chyba będzie tak jak teraz. No chyba, że z Sorią tak zamieszamy, że wszystko stanie na głowie! - zaśmiała się młodziutka Averlandka ubawiona tą przyjemną wizją. - Kto wie? Mam jedną koleżankę co lubi dziadków. Babcie zresztą też lubi. Nawet ją już troszkę swatałam z naszym Heinrichem bo myślę, że on byłby w dolnej granicy wieku jej zainteresowań. Ale jakby więcej takich koleżanek było i może coś omotały sobie tych wszystkich tatuśków a może i mamusie jakby jakaś była skora to kto wie, kto wie? A przecież nasze dziewczęta takie utalentowane są i w zamtuzach już pracowały to nie pierwszyzna im. - dorzuciła jeszcze równie wesołym tonem jakby uważała, że dzięki wdziękom swoim i koleżanek mają szansę wpłynąć jakoś na te najbardziej decyzyjne osoby w mieście.
- I tu jest pomysł. Omotać sobie starsze pokolenie, aby robiło co zechcesz. Nikt ci nie broni, a przyzwoitość nie pozwoli im zgłosić tego. Tak długo, jak nie będzie problemów, wszelkie podwaliny upadku tego zepsutego systemu są dobre.
- Tak, to prawda… Chociaż niestety nie wszyscy są podatni na takie uroki. No i to by zajęło sporo czasu. Ale cóż, można przecież mieć trochę zabawy i pożytku jednocześnie prawda? - przyznała po chwili namysłu gdy jednak nie całkiem straciła grunt pod nogami w tych marzeniach i przejęciu słodkiej władzy w tym mieście.
- Będę musiała porozmawiać z Sorią i Fabi. Co prawda i tak mamy w planie rozszerzyć swoje wpływy. Ale one mają mniej skrupułów aby użyć swoich wdzięków. Z Sorią to jeszcze do końca nie wiem bo na razie widziałam ją tylko jak zadziałała z Kamilą no i też miałam z tego mnóstwo przyjemności. Jednak to jak rozmawiała po mszy z różnymi oficjelami albo z koleżankami na kółku poetyckim daje mi nadzieję, że umie wpływać na różnych ludzi a nie tylko na młode damy. No ale Fabi poznałam lepiej i sam zresztą już trochę wiesz jaka ona jest. No i jest Bretonką z tym swoim uroczym bretońskim akcentem jaki większość uważa za romantyczny. To może też coś mi pomoże tu czy tam. Zwłaszcza jak w nagrodę ją sponiewieram potem w moim loszku albo coś takiego. - powiedziała wpatrując się w sąsiedni budynek za oknem gdy trochę w żartach ale też może i nie do końca rozważała różne plany jak by można było rozszerzyć swoje wpływy.
- No i właśnie dlatego chcemy założyć ten klub niewiernych żon. W końcu większość oficjeli to mężczyźni. A większość z nich ma żony, kochanki, córki, asystenki, pracownice i tak dalej. Dlatego właśnie rozmawiałyśmy dzisiaj o tej Fedorze i Birgit i nie tylko. Jest ich parę ciekawych za jakie zamierzamy się zabrać i przyjrzeć się bliżej. Nawet jeśli nie każda by się nadawała na przyjęcie do rodziny to jednak może być i tak albo przyjemna albo użyteczna albo nawet jedno i drugie taka znajomość. - przyznała, że ten wcześniejszy temat o jakim rozmawiali też się z tym wszystkim zazębia i stanowi jakiś element tej układanki.
- Jest jeszcze sprawa tej lecznicy. Jednak to wszystko to daleko idące plany. Rozważałyście jakieś miejsce na ten klub? Jakaś opuszczona kamienica? Stary magazyn rybacki?
- Oh, nie, nie to tylko taka nazwa z tym klubem. - drobna blondynka roześmiała się dźwięcznie machając do tego swoją wypielęgnowaną dłonią. - Przecież nie będziemy chodzić po żonach i narzeczonych pytać czy chce wstąpić do klubu niewiernych żon. - kontynuowała w podobnie wesołym stylu.
- Nie, nie, po prostu chcemy wciągnąć więcej kobiet w orbitę naszych wpływów. Może któraś nawet przystąpi do naszej rodziny ale na początku nie ma sobie robić zbyt wielkich nadziei. - wyjaśniła jak to sobie wyobrażają. Raczej jako nieformalne stowarzyszenie i grupkę koleżanek, może w optymalnej wersji kochanek.
- A ten klub dla dam też może być. Przyjemnie by było mieć takie miejsce w kontrze do “Wyżnika”. Wyobrażasz sobie jakie to by było łowisko? Same znudzone i spragnione rozrywki kobiety z towarzystwa. Cudowne miejsce. Jednak trzeba by znaleźć odpowiednio prestiżowe miejsce. Zapewne podobnie jak teatr trzeba by wyremontować, odpowiednio urządzić, zwerbować personel. Więc to nie taka prosta ani szybka sprawa. No i jeszcze te uzdrowisko z wodami. Też dobry pomysł. Ale to to samo. Trzeba by znaleźć miejsce z tymi leczniczymi wodami, może je trzeba by wykupić albo znów wyremontować, znaleźć personel i tak dalej. Więc tak, plany są. Ale żaden nie wydaje się do zrealizowania w zasięgu ręki. - Pirora opowiedziała jakie to ma z koleżankami plany rozwoju i werbunku nowych członków. Brzmiało jak działanie z rozmachem ale też i zapowiadało się, że to raczej dłuższe w czasie i droższe pod względem kosztów, personelu i robocizny projekty.
- W każdym razie jakbyś się coś dowiedział w tego typu sprawach to proszę cię daj znać. W końcu to na chwałę naszej sprawy. - poprosiła go na koniec obdarzając ciepłym spojrzeniem i uśmiechem.
- Oczywiście. Nie będę ci już zabierał czasu. Życzę spokojnego wieczoru. Ja… ja mam jeszcze do odwiedzenia Silnego. - mnich westchnął na myśl o rozmowie z khornitą - Nie sądzę, że będzie to do końca przyjemna rozmowa. - Otto ucałował dłoń kobiety i wyruszył na ostatnie spotkanie tego dnia.
Backertag; popołudnie; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
Otto spojrzał najpierw na nóż, na mężczyznę, który rzucił nim w kierunku mnicha i Silnego, po czym na samego osiłka.
- Nie słyszałeś Silny? Kolega zgubił nóż. Oddaj mu go, tak żeby nie zapomniał go znowu. Koło nerki jest chyba dobrym miejscem.
- Heh! Dobre! - mięśniak prychnął z rozbawienia na tą uwagę. Popatrzył na trzymany nóż, obrócił go parę razy w dłoni jakby sam się zastanawiał czy rzucić nim czy zrobić jeszcze co innego. W końcu niedbałym ruchem cisnął nim na stół. - No? To co jest grane? - zapytał siedzącego obok jednookiego mnicha.
- Chodzi o Annikę. Widziałeś, jak radzi sobie w walce. Opinie? - zapytał mnich, chciał wiedzieć z czym miał do czynienia jeżeli idzie o przyszłego patrona ołtarza Norry.- Nie widziałem. - odparł łysy wzruszając obojętnie swoimi mocarnymi ramionami. Spoglądał gdzieś w głąb głównej sali gospody ale raczej niewidzącym wzrokiem. - Działo się. Każdy z nas dopadł jednego z nich. Ciasno było. Wszyscy coś wrzeszczeli i wpadali jak nie na stół to krzesło. Mnie się jakiś koc zaplątał w nogę, bałem się, że się przewrócę ale na szczęście dałem radę. Każdy miał co robić, nie było czasu ani miejsca aby się gapić. - wyjaśnił dlaczego niezbyt miał okazję aby ocenić innych w działaniu.
- Ale wszyscy dzielnie stawali. Nawet tamci. Powiem ci, że jakby to było w dzień, gdzieś na ulicy i oni by byli w pełnym rynsztunku to stawiałbym raczej na nich niż na nas. A tak chociaż wpadliśmy tam z zaskoczenia bo widziałem, że tak było. To szybko się zorganizowali i stawili nam odpór. Żaden nie spał. Coś gadali cicho nie wiem, ze sobą albo modlili się. Bo jak te ladacznice nas podprowadziły pod drzwi to chwilę słuchaliśmy czy się na nas nie szykują czy nie śpią i tak dalej. Zaden nie spał. Ale daliśmy mimo wszystko radę. Rune z miecza oberwał. Annika też. Ale też dzielnie stawali. Tak, odwagi naszym też nie brakowało. Najbardziej zdziwiłem się Sorią. Bo taka panienka w sumie. No i od tych ladacznic. Tylko bale, wino i alkowa. No ale jednak ona chyba pierwsza załatwiła swojego. Bo potem doskoczyła do tego co ciachał się z Rune. Bo tam stół stał na środku więc nie było gdzie walczyć tylko wokół niego, nie dało się przepchać. No tyle mogę ci powiedzieć. Tego ostatniego tośmy razem zaciukali. Ja i Soria. Bo Rune i Annika już broczyli krwią i zostali trochę z tyłu. - mięśniak streścił jak to wyglądała walka z jego perspektywy. A brzmiało jak chaos młócki w ciasnym pomieszczeniu gdzie wlazło stanowczo zbyt wiele osób aby walczyć swobodnie.
Mnich westchnął.
- Miałem nadzieję, że byłbyś w stanie określić czy dziewczyna to dupa żołędna, czy jednak coś potrafi. - Otto zapukał palcami o blat stołu - I tak była zainteresowana, więc możemy się umówić na szkolenie jej? Wiem, że nie jesteście żadnymi legendarnymi wojownikami, żołnierzami z dekadami doświadczenia. Jednak nie tego potrzebujemy, potrzebujemy… - zatrzymał się, aby nie powiedzieć na głos czegoś czego nie powinien, ściszył swoją wypowieć - Sług Khorna. Więc, masz pomysł jak przeszkolić dziewczynę?
- Wielkiej filozofii nie ma. Niech przyjdzie to zobaczymy co potrafi. Dość cherlawa jest. To nie ma takiej pary w łapach jak my. No ale śmiałości jej nie brakuje. Niech przyjdzie. Zobaczymy. - znów dość obojętnie wzruszył ramionami nie chcąc z góry niczego obiecywać ani się deklarować póki osobiście nie sprawdzi na co stać Annikę.
- Przekażę jej, może zabiorę się z nią. Też mi się przyda trening… szczerze o ile mord i walka nie są mi najwyraźniej obce. Sądzę, że będę potrzebował szkolenia, aby przemóc kilka rzeczy. W sumie przybyłem tutaj w jeszcze jednej sprawie. Miałem pomysł, który chciałem, abyś rozważył, ale teraz widzę jak kiepsko go przemyślałem. - mnich spojrzał na łysego towarzysza - Możesz się śmiać jak skończe. Zastanawiałem się, czy ty, albo któryś inny z naszych kolegów nie zaciągnąłby się do straży miejskiej.
- Rzeczywiście głupi pomysł. - parsknął łysol jakby jednak rozbawiła go ta myśl. - Ja jestem chłopak z ferajny. Nie zadajemy się ze strażą. Poszłaby fama, że jestem sprzedawczyk i kapuś. Kiepsko by to było. - pokręcił głową na znak, że w ogóle mu się nie widzi taki pomysł. - Zapytaj Rune. On był żołdakiem to może i do straży by przystał. No i nie jest stąd. A w ogóle skąd ten pomysł? - mimo wszystko przyjął to dość spokojnie ale zapewne dlatego, że nie traktował to inaczej niż żart albo luźne gadki.
- A ta czarnula no niech przyjdzie. Jak ty chcesz to też. Żaden problem. Ja to jestem ciekaw tego czarnego rycerza co mi się śnił. Wyglądał jak wódz. Za takim to można by podążać i walczyć. Bo ta z hospicjum to miła dziewczyna, ładna, gibka tak, aż się dziwie, że nie przystała do tych głupich ladacznic. Zresztą nie jest powiedziane, że i tak nie wpadnie w ich łapy. One lubią takie młode, jędrne i gibkie. No ale na wodza to ona mi nie wygląda. Nie zachowuje się jak wódz. No ale podszkolić w machaniu łapami albo pałą ją mogę. W końcu teraz jest jedną z nas. Lepiej aby coś umiała. - Silny podzielił się swoimi przemyśleniami na temat Anniki i nie tylko. Przerwał bo Yvonne przyniosła do piwa kolację. Nachyliła się zdejmując z tacy talerze, sztućce i miski i obdarzając gości całkiem przyjemnym dla oka uśmiechem i dekoltem. Za co mięśniak wynagrodził ją trzepnięciem w tyłek. Co wywołało parę rozbawionych uśmiechów w okolicy także u samej kelnerki i u niego.
- A Tobias mnie zainspirował. - przyznał mnich oglądając się odrobinę za Yvonne - Narzekał, że "ladacznice rosną w siłę i wpływy". Pomyślałem, że i wam się przyda zastrzyk świeżej krwi a w straży pewnie nie jeden ma za uszami tyle, że Łasica by się nie powstydziła. Jedyny powód, dla którego nie rozłupują głów bezdomnym i rzezimieszkom, to dlatego, że inni patrzą. Może nie najlepsze źródełko, ale od czegoś trzeba zacząć. Co do Anniki. - mnich się chwilę zastanowił jak dobrze ubrać w słowa swoje myśli - Nie sądzę, że ona będzie wodzem. Podejrzewam coś bardziej na wzór dewotki i chorążego.
- No pewnie, że rosną w siłę! Od początku to mowię! Wreszcie ktoś to jeszcze dojrzał. Aż dziwne, że ten wymuskany profesorek. - Silny tym razem zareagował bardzo żywo. Ale od dawna było wiadomo, że ma kosę z Łasicą. Zresztą z wzajemnością. I to niejako promieniowało też na resztę obu frakcji nawet jeśli już nie aż tak silnie jak u tych dwojga.
- Ale tak, ktoś nowy to by się przydał. Szkoda, że Norma odpłynęła z Mergą. Ona była w porządku. I w toporze była dobra. Więc ta z hospicjum no niech przyjdzie. Zawsze to ktoś nowy. Ja to bym raczej nie straży się przyjrzał tylko gladiatorom Theo. Tam może być ktoś obiecujący. Tylko jak Egon tam działał a go szukają a i ja tam też bywałem to my raczej spaleni jesteśmy aby się tam pokazywać. Może Rune. Bo on przybył do miasta już w nowym sezonie to go tam chyba nikt nie zna. No ale nikt się u nas tym nie interesuje. Tylko, że jaja, że dziedzictwo, że ladacznice to czy tamto. A przecież sam widziałeś na początku tygodnia. Może i te ladacznice coś tam potrafią z zamkami i tak dalej ale gdy przychodzi co do czego to nie ma jak mocna pięść. Tego się nie da przeskoczyć. Bez nas nic by tam nie wskórali. - mięśniak wydawał się być rozżalony i sfrustrowany rośnięciem w siłę frakcji Sorii. A także tym, że nie docenia się takich siłowych rozwiązań i walki jakie on preferował.
Mnich pokręcił głową.
- Dzieci… dosłownie dzieci. - Otto pokręcił - Narzekacie, wzdychacie i chcecie, aby KTOŚ wyrównał szale. Nie mówię, że ty, ale inne części naszej rodziny. "Czemu ladacznice nie przyłożą się do hodowli", "Czemu Starszy im pozwala na tyle", "Czemu one a nie my"... Odpowiedź jest prosta. One przynoszą rezultaty. One znalazły Sorię i jej ołtarz, one zorganizowały skok. Cóż takiego zrobiliście na korzyść rodziny? - ponownie głos Otto nie był oskarżycielski. Ponownie starał się przyjąć rolę przewodnika - Nie możecie apatycznie siedzieć w swym codziennym życiu i spodziewać się, że coś wam magicznie spadnie na ręce. Po pierwsze to dla was herezja, po drugie nie tędy droga. Podczas naszego ostatniego wypadu poza miasto udało się nam, jeżeli dobrze rozumiem, zawiązać sojusz z jednym plemieniem zwierzoludzi. - Mnich zamknął oko zbierając myśli - Wiem, że nie jesteś typem filozofa, myśliciela, stratega i tego całego głębokiego kątem plucia. Głupi jednak nie jesteś, żaden z was nie jest. Inaczej dziewczyny by owinęły sobie was wokół palców już dawno temu. Krwawy, krwawym, ale kiedy spodnie robią się ciaśniejsze, trudno się spierać. - mnich się uśmiechnął - Jeśli mogę. Pomyśl, co mógłbyś zrobić jednocześnie dobrego dla rodziny, miłego twemu patronowi i co by sprawiło, że sam stałbyś się kimś więcej?
- Mógłbym. A mógłbym. Pewnie, żebym mógł. Ale Starszy nie pozwala. Zawsze jak mu mówię coś żeby zrobił z tymi idiotkami to nie bo mamy się lubić, szanować i tak dalej. A poza rodziną to też trzeba uważać, zwłaszcza teraz po skoku jak w całym mieście wrze. Przez tą durną żałobę nie ma żadnych polowań to i nie ma co robić. A u Theo się pokazać nie mogę bo mnie przez te zimowe harce ktoś może rozpoznać i donieść. Nie ma co tu robić. - powiedział żywym tonem skarżąc się na swój ciężki los. Gdzie jego żywa natura była hamowana na różne sposoby. Od zdrowego rozsądku przez nakazy lidera zboru czy inne.
- I ja to bym się wyprawił po swoją część dziedzictwa. Ale nie mam żadnego śladu. W snach widziałem ten obelisk. Myślę, że to to co trzeba szukać. Ale poza tym, że to jest gdzieś w lesie to nie mam pojęcia gdzie. Nie wiadomo gdzie szukać. No i dlatego liczę na tą twoją z hospicjum. Że nas tam zaprowadzi. Kto wie? Może tam będzie czekał ten czarny rycerz? Bo jak go śniłem to właśnie wszystko było przy tym krwawym głazie. Tylko nie wiadomo gdzie to jest. - wyznał zrezygnowanym i sfrustrowanym tonem. Nie miał żadnych tropów prowadzących do dziedzictwa Krwawej Siostry więc w przeciwieństwie do zwolenników pozostałych nie miał za czym podążać. Irytowało go to zwłaszcza w zestawieniu do pozostałych którzy już zdobyli jakieś artefakty, kryjówki albo chociaż mieli o co się zaczepić. A on poza mętnymi snami nie miał nic.
- A gdyby nie ględzenie Starszego to już dawno bym zrobił porządek. Zwłaszcza z Łasicą. One nie są bezużyteczne to prawda. Ale za bardzo się panoszą i zadzierają nosa. Ja bym im to ukrócił. Muszą znać swoje miejsce a nie wyskakiwać przed szereg. - przyznał kwaśnym tonem skąd się bierze jego niechęć do liderki ladacznic i jej kliki.
- I tu twój problem. Twój, Tobiasa, Sigismundusa. Sądzicie, że droga do dominacji ladacznic wiedzie przez ich ukrócenie. Nie wiem czy Starszym dyktuje zdrowy rozsądek czy doświadczenie, ale nie jeden kult upadł ponieważ jego członkowie wyruszyli na ścieżkę wojenną ze sobą. - mnich przetarł oko zmęczony widzeniem tego scenariusza - Nie traktuj ich jako oponentów, wrogów. Pomyśl o nich jak o rywalkach. Na arenia naszej rodziny one właśnie zabiły wielkiego wojownika, więc zmierz się z rozszalałym bykiem. Nie będzie to łatwe, ale nic warte robienia nie jest.
- Nie mędrkuj mi tu. - skrzywił się łysok jakiemu widocznie nie były w smak takie słowa. - A jaki z nich rywal co? Jak Łasica się czuje silna to niech wyskoczy. Na pięści, na noże, na pały. Niech staje. Wtedy będzie rywal. Ale nie stanie bo jest w tym słaba. Tak samo jak ja nie znam się na włamach i zamkach. Jesteśmy od czego innego. Więc nie ma co tego porównywać. A sam widzisz, że nie tylko mnie one przeszkadzają. Ale dobra, chcecie być ich wielbicielami to sobie bądźcie. Nie obchodzi mnie to. Tylko mnie drażni, że tak się wszędzie panoszą i, że Łasica to, Burgund tamto albo jeszcze co. A to, że coś zdziałały no to co? Od tego one są. Kto inny oprócz nich miałby zaplanować skok, rozwalić zamki i tak dalej? No to zrobiły swoje. My też zrobiliśmy. Ale tego nikt nie widzi. Tylko, że one coś tam coś tam. No i też byśmy znaleźli ten cholerny głaz ale nie mamy takiej Sorii jak one albo jakich widm jak reszta. Nic nie mamy. I nikt o nas nie dba. Nikogo nie obchodzimy. Tylko ciągle wszyscy latają za tymi idiotkami jakie to one cudowne i wspaniałe. Bym dostał frajera na wyciągnięcie ręki aby go skasować to też bym był cydowny i wspaniały. - z Silnego ulała się fala żalu i złorzeczenia. A do tego widocznie miał skrywane dotąd poczucie krzywdy i niesprawiedliwego traktowania przez resztę zboru. Zwłaszcza jak w jego oczach jego największa konkurentka i jej popleczniczki były wynoszone pod niebiosa za swoje osiągnięcia. A jemu zabraniano działać tak jak lubił albo nie miał okazji jak działać nie mając tropów prowadzących do swojej części dziedzictwa.
Mnich się zastanowił chwilę, rozważając problem Khornity. W końcu spojrzał mu w oczy.
- W jaki sposób czcisz krwawego? Jaki głos wiedzie cię w jego kierunku? Co robisz, lub robiłbyś gdybyś mógł, aby mu się przypodobać? - Otto miał teorię… był odpowiedni moment, aby ją sprawdzić i przy okazji dać Silnemu coś do roboty.
- Jak to co? Daję komu trzeba w mordę. Tylko nie zawsze można. I nie zawsze jest okazja. Jak zaczniesz latać z obnażonym nożem czy siekierą z jakiej spływa krew to może to miłe naszemu patronowi no ale zaraz cię złapią i po uczciwym procesie skończysz łamany kołem ku uciesze gawiedzi. - westchnął sfrustrowany khornita na tą oczywistą sprzeczność pomiędzy dogmatami swojej wiary a zdrowym rozsądkiem jaki nakazywał się nie wyhylać. Zwłaszcza z tak krwawymi czynami.
- Widzisz? My mamy najtrudniej. Te ladacznice zaciągnął kogoś do łóżka i mają z głowy. Tobias czy Joachim pomamrotają jakieś mądre traktaty których nikt normalny nie rozumie co oni tam memłają pod nosem i mają z głowy. Sigi albo Strupas pośmierdzą trochę, poroznoszą jakieś pchły i mają z głowy. A my powinniśmy zabijać. Walczyć, przelewać krew, panować i zabijać kogo się da. A najlepiej wrogów. No ale jak zaczniesz no to zaraz straż i reszta się zleci. Wcześniej można było polować albo chodzić na walki gladiatorów. Ale teraz i tego nie. - wymruczał rozgoryczonym tonem.
- No, nie przesadzaj. Gdyby tylko tyle było trzeba, aby zadowolić Węża, Sępa czy Ojczulka, to wy moglibyście okładać siebie nawzajem po mordach, aż nie poleci krew. Ale… może i tu jest metoda. - mnich uniósł palec przypominając sobie coś - Tak, rozlew krwi jest miły Krwawemu, ale są inne aspekty życia, dzięki którym przypodobasz mu się. - mnich złożył dłonie, stykając koniuszki palców - Bóg Krwi wierzy, że prawem silnych, jest rządzenie słabymi. Jesteś silny… Silny, więc czemu nie rządzisz miastem? Czy nie jesteś dostatecznie silny? Czy powinieneś stać się silniejszy? To może być dla ciebie i pozostałych droga. Jasne, w mieście nie macie łatwo, ale okolice są pełne zwierzoludzi, rozbójników i innego ścierwa. Nie możecie polować, ale chyba nikt wam nie broni zająć się jakąś zgrają hultaji czyhających na podróżników? Trenuj, ćwicz swoje ciało do momentu łamania i przezwycięż to, potem znajdź poza miastem godne wyzwanie. Miasto może nawet nazwać cię bohaterem. - mnich spojrzał na Silnego - Bycie po naszej stronie, nie znaczy, że musisz być wrogiem wszystkich, którzy nie są.
- Może… - odparł w końcu Silny gdy przez dłuższą chwilę tylko zajadał się kaszą i bigosem z kiełbasą jakie przyniosła Yvonne. Ale widocznie trawił nie tylko pokarm ale też i słowa kolegi ze zboru. - Może. Może to jest jakieś rozwiązanie. Nie chciałem się w nic angażować większego bo sprawy rodzinne no i miałem nadzieję, że coś z tym kamieniem wyjdzie wcześniej. Ale nic nie wyszło. To może i czymś się trzeba zająć. - przyznał po tej zwłoce gdy już to przemyślał.
- Polecam. - zapewnił mnich - Do tego, jest szansa, że jeżeli aktywniej będziesz oddawał się wierze, twoja dusza mocniej zaświeci w krainie snów i przyciągnie do ciebie Siostry. Sam doznałem wizji podczas… spotkania ze zwierzoludźmi poza miastem. Może ześlą na ciebie wizję ołtarza.
- Nie znam się na snach. Ale ostatnio śniłem o tym wielkim, krwawym kamieniu. Gdzieś w lesie. Tylko “gdzieś w lesie” to trochę słabe miejsce do szukania. Może być gdziekolwiek. Dlatego myślałem, że Annika może nas tam zaprowadzić. Albo gdzieś spotkamy tego czarnego rycerza. Albo co. Ale może rzeczywiście trzeba się nie szczypać i rozwalać łby jeden za drugim to może przyśni się coś jeszcze. - Silny chyba nie do końca był przekonany co do argumentów drobniejszego kolegi. Ale też i z miejca ich nie odrzucił. Liczył zapewne, że Norra podobnie jak jej Siostry ześlą mu jakiegoś herolda jaki zaprowadzi ich na właściwe miejsce. I służka Frau von Mannlieb zdradzała pewne zachowania, że mogłaby nim być. Jednak póki co nie przekształciło się to w przewodnika jaki zaprowadzi gdzie trzeba. Więc może bezpośrednie, osobiste działania na krwawej ścieżce mogą pomóc złapać jakieś natchnienie.
- Po prostu proszę, abyś to rozważył. Siostry nie widzą nas bezpośrednio, trzeba je jakoś zawołać. - mnich poklepał kolegę po ramieniu - Nie będę już zakłócał spokoju tej karczmie. Spokojnego wieczoru, Silny. - i z tymi słowami mnich pozostawił Khornitę z rozważaniami co do następnego ruchu. Mnich natomiast wrócił do domu, miał coś do zrobienia.
Backertag; wieczór; ul. Kazamat 12, mieszkanie Otto
Mnich wrócił do domu. Ten dzień był bardzo owocny, ale jego zwieńczenie miało być najlepsze. Wyciągnął księgę nad którą delikatnie pracował ostatnimi czasy. Dość czekania, dość poszukiwania odpowiedzi. Wierny Wielkiej Czwórki miał zamiar napisać własną księgę, porzucając pomysł wiernego odtworzenia dzieła, które otworzyło jego oczy.
Strona tytułowa… to było dla niego najtrudniejsze. Na początku zdecydował się na ośmioramienną gwiazdę Chaosu, aby w jej centrum umieścić tytuł. W końcu zdecydował się na ten, który miał dla niego najwięcej sensu.
PRAWDA
Przystawił pióro poniżej gwizdy chcąc złożyć podpis autorski, ale się zatrzymał. "Otto". To imię brzmiało banalnie, docześnie. Do tego było to imię nadane mu przez mnichów Sigmara, a on porzucił tą przynależność.
"Puste Oko"? Lepiej, jednak to jedynie opis jego wyglądu.
"Ewangelista". Tak, tak. Żartobliwy tytuł Marissy był idealny. Umieścił go poniżej tytułu i gwizdy Chaosu po czym przerzucił stronę i zaczął pisać."Witaj, poszukiwaczu wiedzy, heretyku, kultysto czy nawet Inkwizytorze. Nie kwestionuj jak ta księga znalazła się w twoim posiadaniu. Jest tak, ponieważ tak miało być i jedynie o co proszę, to żebyś przeczytał jej zawartość i rozważył Prawdę jej słów. Nie jest to żaden tajny sekret szeptany w ciemnych zakamarkach najgłębszych jaskiń na dalekiej północy, czy skrzętnie ukryta tajemnica, której kościół Sigmara trzyma w za zamkniętymi drzwiami.
Słyszałeś ją pewnie nie raz i tak jak każdy odrzuciłeś jako majaki szaleńca czy idioty.
Prawdy jednak nie da się zignorować. Wszyscy Bogowie służą Chaosowi.
Czy to ludzkie bóstwa Imperium, Krasnoludzcy Bogowie Przodkowie czy Panteon Elfów, wszyscy na swój sposób są sługami Wielkiej Czwórki, lub Chaosu w całości. Świadomie czy nie.
Ta księga przedstawi każde bóstwo i jego powiązania oraz sposób ich służby…"Kiedy pisał, z tyłu głowy planował następny dzień. Oczywiście Hospicjum, chciał się upewnić, że wypuszczenie Thorna przejdzie bez incydentu. Musiał w końcu też odwiedzić Niklasa. Ciekawił go powód podpalenia biblioteki podczas ostatniego zewu Sióstr.
Potem najpewniej odwiedzi ponownie Fabienne. Marissa i Annika są na przedzie jego zainteresowań, a musi jeszcze obgadać z szlachcianką sprawę hodowli. Może uda się ją przekonać. Potem... potem może zabierze Annikę na trening do Silnego. Im obu się przyda. -
Oryginalny autor: Lord Melkor
Backertag; zmierzch; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Heinrich pojawił się po Tobiasie zmęczony całodziennym chodzeniem po mieście. Powinien pamiętać, że wiek rządzi się swoimi prawami i powinien mieć baczenie na niego. Irytowała go niemoc jakiej potrafił doświadczać. Nie powinno go to spotykać! Nie takie trudy fizyczne doświadczał polując na heretyków i magów... kiedyś. Choć wtedy też część pracy zlecał innym...
- Cieszę się, że udało się zebrać was tak szybko. - pokiwał głową - Żałuję, że twojej mistrzyni, Joachimie, nie ma, ale to nie znaczy, że mamy siedzieć bezczynnie. - zwrócił się do maga - Tobiasowi już napomknąłem, że trzymam oko na młodej Petrze von Schneider, jako że planuję ją obadać i przed dziewczynami Węża do nas przeciągnąć, ale o tym później. Zakładam, że wasza pomoc będzie potrzebna. - pokiwał głową.
- Najpierw Akademię omówmy. Powiedz mi Joachimie: jak ma wyglądać sprawa z bombą? Jakim sposobem zadziała?Joachim również był zmęczony po ostatniej wyprawie, był zły na siebie, że dzisiaj zaspał i zmarnował większość część dnia. A tyle było do zrobienia. Były inkwizytor trochę mniej go już niepokoił, zaczął się do niego przyzwyczajać.
- Dziękuje Heinrichu, masz właściwe priorytety. Co do “bomby” to ładunek immaterium, muszę dokładnie zapoznać się z zaklęciem i instrukcjami od mojej mistrzyni, ale to kwestia wypowiedzenia zaklęcia. Ładunek powinien wytrzymać tydzień albo dwa, potem zrobi się już ryzykownie.
- Dziewczyny od Węża radziły żeby chwilę poczekać z tą akcją, bo teraz miasto jest czujne z powodu zuchwałego napadu na Świątynię i żeby ustalić szczególy podczas ostatniego Zboru….
- Na pewno nie możemy czekać tak długo, aby stała się ta bomba niestabilna. - odparł Heinrich - Trzeba całą akcję przeprowadzić tak, żeby wyglądała jak prawdziwy wypadek podczas rabunku. Obawiam się tylko, żeby twoja obecność Joachimie, jako jedynego maga w mieście, nie była problemem. - zamyślił się - Będzie ta akcja wymagała naprawdę wiele ostrożności z naszej strony. Wróg będzie czatował w ten czy w inny sposób, zaatakuje od razu lub dopiero jakiś czas po akcji, gdy zbierze wszelkie pozostawione przez nas poszlaki. Możecie być pewni, że wrogowie będą przeglądać każdy kamień i łapać się każdej możliwości nawet tej najmniej podejrzanej. W pewnym momencie zaciera się już granica pomiędzy przypadkiem a prawdziwą winą.
Heinrich zwrócił się teraz do Tobiasa.
- Czy byłbyś w stanie ogarnąć plan całej Akademii? Najlepiej gdybyś miał dostęp do prawdziwego planu budynku.
- Tego obiecać wam nie mogę. Zapewne taki plan istnieje ale nie wiem gdzie by mogli go trzymać. Nie widziałem go nigdy. Zapewne gdzieś w archiwach. Ale mogę z pamięci wam naszkicować podobny plan. Tak dla orientacji chyba powinien wystarczyć. Tylko to jest sporo budynków samej uczelni jak i magazynów, stodół, różnych takich podobnych gospodarczych i pomocniczych ruder. To wszystko chyba nam nie potrzebne? Jakbym wiedział o jaki budynek chodzi i które piętro to mógłbym spróbować z tym szkicowaniem. - Tobias odparł swoim elokwentnym tonem jakby prowadził wykład dla studentów albo rozmawiał w gronie kolegów belfrów na uczelni. Jednak wydawał się być całkiem pewny swoich umiejętności i wiedzy w rozkładzie Akademii na jakiej pracował.
- Sugerowałbym, abyś postarał się wykonać plan jak największego obszaru. Przynajmniej tego wokół miejsca, w którym trzymają skrzynię. - były inkwizytor spojrzał na Joachima, który to był w tym miejscu.
- Zrobię co mogę ale musiałbym wiedzieć który to. - belfer zgodził się z sugestią starszego kolegi. I też spojrzał pytająco na magistra sztuki mistycznej. Ale w pewnym momencie jakby coś sobie przypomniał. - Aha, mam coś dla ciebie. - zwrócił się do byłego łowcy czarownic. Po czym sięgnął do swojej torby, coś tam grzebał w jakichś teczkach w końcu z jednej z nich wyjął i podał mu złożoną kartkę. - To grafik zajęć młodej von Schneider. I od razu jej ojca gdybyś potrzebował. Szkoda za tym samym latać dwa razy. - powiedział wyjaśniając co się znajduje na tej kartce.
- Artefakt naszego Patrona, którego szukamy jest w magazynach, jak zacząłeś Tobiasie robić plany Akademii to mogę ci pokazać. Nasz ładunek immaterium może zniszczyć całe pomieszczenie, ale niestety tak, muszę być na miejscu żeby go odpalić…- westchnał, stukając w zamyśleniu laską o podłogę..
- No i to miejsce będzie chronione, miałem sen na ten temat że mieli psy i spodziewali się, że nadejdziemy znad rzeki. Nasz herold z przytułka też zalecał ostrożność, a przy okazji wiecie jak on się miewa?
- A gdyby tak spowodować wybuch w innej części Akademii żeby odciągnąć uwagę.- Jak mi dasz kartkę i coś do pisania to mogę to narysować nawet teraz. - nauczyciel akademicki był gotów zrobić ten podręczny szkic budynku nawet teraz. Tylko nadal chciał wiedzieć w którym budynku jest ten magazyn aby wiedzieć który powinien naszkicować.
- Zaś na włamaniach to ja się nie znam. To już pewnie trzeba by się poradzić naszych "koleżanek". Jednak droga od strony rzeki wydaje mi się oczywista. Tylko tam nie ma muru. - wspomnianym kierunkiem wcale nie był zdziwiony bo wydawał mu się najłatwiejszy do sforsowania skoro tylko tam nie było muru okalającego posesję uczelni. Ale o dziewczynach z ferajny wypowiadał się z wyraźnym poczuciem wyższości i chyba nie uważał je za swoje koleżanki. Nawet jeśli doceniał ich fachową wiedzę w dziedzinie włamań.
- A jeśli chodzi o Georga to sprawa jest w toku. Jestem przekonany, że najbliższe dni przyniosą sfinalizowanie tego procesu i w przyszłym tygodniu ten nieszczęśnik trafi pod moją opiekę. Obecnie przygotowuje pokój dla niego. - zwrócił się do kolegi magistra odpowiadając uprzejmie na pytanie o jednego z pacjentów hospicjum.
Heinrich skrzywił się lekko.
- Wybuch w innej części na pewno spowodowałoby potrzebę szybszego działania z naszej strony. - zamyślił się - Nie jest to taki zły pomysł pod jednym warunkiem. Ten wybuch nie może być magiczny. Jedyny magiczny wybuch może zostać spowodowany tylko przy skrzyni, aby nasza historyjka miała sens. Musimy porozmawiać na Zborze o tym z naszymi dziewczynami, bo one wydają się najlepsze w takich działaniach. Byłaby to udawana akcja kradzieży. Dywersja jeżeli wolicie. - były Łowca uśmiechnął się - Tak, to może być naprawdę dobry pomysł. - skinął głową z zadowoleniem do maga - Tylko tym bardziej będzie trzeba wybrać odpowiednie miejsce, więc jak najbardziej dokładna mapa się nam przyda.
- Jak wybuch to bomba. Ktoś z nas się zna na tym? - zapytał przytomnie Tobias bo rzeczywiście jakoś nikt w zborze nie chadzał z pistoletami ani nie chwalił się, że ma prochowe doświadczenie.
- Dobre pytanie, może ktoś od Silnego? - czarodziej zaczął to rozważać.
- No i zastanawiam na ile będę podejrzany po tej akcji, dobrze byłoby jakoś odsunąć ode mnie podejrzenia, szczególnie jeśli będą ślady wskazujące na udział magii.- Silny? Nie sądzę. Nie przypominam sobie aby ktoś od nich czy w ogóle ktokolwiek chwalił się, że zna się na bombach i podobnych sprawach. - belfer zmrużył oczy ale po chwili pokręcił głową na znak, zwątpienia. Zresztą jego koledzy z tajnego spisku też sobie nie przypominali nic z takich rzeczy.
- W założeniu użycie tej bomby magicznej ma usunąć od ciebie jakiekolwiek podejrzenia. - Heinrich zwrócił się do Joachima - jeżeli będą przekonani że zaatakowali prawdziwi złodzieje, to będzie bardzo możliwe że jakoś uruchomią cokolwiek chaosowego było w tej skrzyni. A bomba... - zastanowił się - Czy w Akademii Nie znalazłaby się wiedza o użyciu prochu i bomb? - spojrzał na Tobiasa.
- Ja też zrozumiałem, że to ma wyglądać tak, że włamywacze coś tam wybuchli przypadkiem. - Tobias poparł słowa starszego kolegi wskazując go brodą.
- A wiedza o prochu oczywiście, że mamy na Akademii. W końcu mamy też zajęcia i z artylerii i strzelania i wysadzania. Więc i księgi mamy, i proch, i broń, i specjalistów od tego. Ale co nam po tym jak nikt z nas tego nie umie a przecież nie zaprosimy ich do współpracy albo o zrobienie bomby. - Tobias wydawał się być pewny, że na swojej uczelni znalazłoby się co i kto trzeba do zrobienia bomby i jej wybuchu ale niezbyt widział sens aby kogoś takiego prosić o pomoc w tej sprawie.
- W takim razie przyda się poczytać trochę tych ksiąg i pouczyć się. - starszy mężczyzna odpowiedział Tobiasowi - Używałem broni palnej, ale to jedyne z mojej strony. Jeżeli znalazłbyś coś co pomogłoby nam nauczyć się przygotowywać bomby... - zamyślił się - Zawsze też mogę spróbować zagadać Łasicę. - powiedział do siebie pod nosem jakby rozważając własne myśli.
Jak belfer usłyszał imię liderki slaaneshytek to się skrzywił jakby dostał żabę do przełknięcia. Ale jednak komentarze zachował dla siebie. - Nie wiem czy broń palna to to samo co podkładanie bomby. U nas są od tego inni instruktorzy. Ale tak, można zapytać Łasicę. Mimo wszystko ma doświadczenie przy włamywaniu się to jej opinia może się przydać. - wydawało się, że nauczyciel i wychowawca młodego pokolenia zrobił spory wysiłek aby przyznać, że ta niewykształcona analfabetka i ladacznica może im się do czegoś przydać.
- Jeżeli czas będzie odpowiedni to mogę też podpytać Petry. - Heinrich dodał niewinnie.
- No to podpytaj. Może zna kogoś albo coś co by mogło pomóc. I tak pewnie jeszcze na zborze będziemy o tym gadać ale lepiej abyśmy mieli opracowany jakiś konsensus. To wtedy dobrze to wygląda niż jak jakieś spory i niesnaski między nami. - zgodził się z pomysłem Heinricha kiwając do tego głową.
- Odsunięcie ode mnie podejrzeń….- mruknął Joachim. - W takim razie mam nadzieję, że potem nikt nie wyczuje mistycznej aury w miejscu wybuchu - czarodziej próbował wyobrazić sobie różne scenariusze -
- np. ta Morrytka, ona ma podobne zdolności do moich i dostrzega znaki.Obawiam się, że na nauczenie się obsługi ładunków wybuchowych mamy trochę mało czasu, zobaczmy czy na Zborze kogoś znajdziemy w tym wyćwiczonego.
Zawsze też po użyciu zaklęcia możecie np. zabrać artefakt i mnie pobić, jeśli będę ciężko ranny na miejscu to będzie wyglądało że próbowałem powstrzymać złodziei, choć to też ryzykowne - spojrzenie Joachima spoczęło na Heinrichu, co do którego oczekiwał że będzie lepiej od niego wiedzieć co jest podejrzane a co nie.- A i jeszcze jedna kwestia.. Baron Wirsberg wysłał mi wiadomość że planuje jednak wyprawić się na bagna gdzie może mieć spotkanie ze strażnikiem ksiąg. Spróbuje jutro się z nim spotkać i opóźnić jego plany, pytanie czy jeśli się uprze to powinienem mu towarzyszyć? Bez wsparcia jest duża szansa, że zginie, to nie byłoby dla nas tragedią, choć zastanawiałem się też czy nie moglibyśmy go zrekrutować w przyszłości. Skoro jest wyczulony na znaki i wizje pochodzące od naszego Patrona.
- Joachimie a jak byś chciał wyjaśnić władzom co robiłeś w środku nocy, w środku Akademii, zjawiając się tam po cichaczu, pomimo murów, psów i straży co? - belfer popatrzył na młodszego kolegę krytycznym wzrokiem zupełnie jak na ucznia którego by chciał zmusić aby przemyślał jeszcze logikę swojej wypowiedzi.
- A jeśli idzie o te magiczne sprawy to nie moja dziedzina. Ale wydawało mi się po tym co mówiła czcigodna Merga, że te ładunki jakie przygotowała mają imitować eksplozję jaką wywołali włamywacze co z kolei ma utrudnić zorientowanie się im czy i co zniknęło. - przypomniał co na początku tygodnia mówiła Merga na ostatnim spotkaniu na jakim była. Co też było efektem ustaleń z ostatniego zboru gdy zarysował się zrąb obecnego planu. Ale wtedy łotrzyce były zajęte rozpoznaniem świątyni a i reszta musiała być gotowa do napadu na świątynny skarbicec i sam Starszy nie był zwolennikiem rozpraszania sił na dwie, jednoczesne akcje i wolał skupić się na jednej. Dlatego wybrano napad na świątynię chwilowo odsuwając sprawy związane z Akademią na później.
- Bomba z immaterium tylko po to jest. By narobić zamieszania i uniemożliwić wyczucie kto tam co robił. Ma zasugerować, że wybuch spowodują złodzieje przypadkiem, chcąc się do chaosowej rzeczy dobrać. Myśl o tobie może być jak się uprą na maga, ale będzie łatwa do skontrowania, bo bez podstaw, a zniknięcie artefaktu też nie zostanie na stole. Wedle logiki ma on zostać zniszczony w wybuchu. - Heinrich wyjaśnił cierpliwie - Po to ta szarada, aby ukryć prawdziwe wydarzenie i jego członków. Jak będą łapać się wszystkiego to będą. Żaden problem na przesłuchaniu. Nie było cię tam i nie będą mieli jak udowodnić, że było inaczej po tym wybuchu. To byłoby nielogiczne. Ani czy coś zniknęło przy tych zniszczeniach.
Joachim w zamyśleniu słuchał słów towarzyszy. Potem napił się wody z kubka i przełknął ślinę, opierając się na wygodnym, wyściełanym poduszką krześle.
- Dziękuję, uspokoiłeś mnie Heinrichu i ty też dobrze radzisz Tobiasie. Problem jaki mamy to jak przedostać się niepostrzeżenie by użyć bomby z immaterium. Podoba mi się ten pomysł by zrobić dwa wybuchy i pierwszy odciągnąć uwagę ale faktycznie musimy zdobyć ładunek.
- A co myślicie o kwestii barona Wisberga?
- Że musisz go powstrzymać. Przed wejściem zbyt głęboko w las. Najlepiej przed wyjściem z miasta. Będzie to wymagało trochę kręcenia, odstawienia przedstawienia dla upartego szlachcica, ale tylko ty ze swoim wpływem możesz nim zakręcić. Przekonaj go jakie znaki Ci przepowiedziały to czy owo. Zagraj tę sztukę.
- Z przedostaniem się do Akademii to zapewne najrozsądniej będzie zapytać naszych koleżanek o zdanie. One mają wprawę w takich akcjach. Zaś tego barona znam tylko ze słyszenia i mniej więcej kojarzę jak wygląda więc nie czuję się na siłach coś doradzać. - belfer był gotów schować uprzedzenia do kieszeni i jednak zasięgnąć po radę zawodowych włamywaczek skoro chodziło o skryte przedostanie się do strzeżonego budynku.
Heinrich spojrzał na Tobiasa.
- Miałem w końcu coś powiedzieć o kwestii Petry. - uśmiechnął się jaszczurzo do obu Tzeenchian - Nie znam jej jeszcze tak jakbym chciał, a jedynie zasłyszałem o jej zainteresowaniach i upodobaniach. Raz się zobaczyliśmy. Nie wchodząc w szczegóły wydaje się być mną zainteresowana. - pozwoliłby młodsi to przetrawili - Możliwe, że jej zainteresowania po ojcu dają szansę w nasze sprawie. Tobias powiedział mi nie jeden raz, że żałuje, iż jest nas tak mało w kulcie. Chcę ją obadać pod kątem możliwego przyłączenia młodej duszy otwartej na naukę bardziej niż wypada szlachetnej damie. To bardzo długi proces. - potarł nasadę nosa - Ale jestem gotów się tego podjąć. Planuję też zainteresować sobą jej rodzinę... - zerknął na Tobiasa ciekawy czy nauczyciel będzie miał coś do powiedzenia.
- No tak, młoda von Schneider… - korepetytor z ufryzowanym wąsem pokiwał głową na znak, że wie o kim mowa. Zwłaszcza, że już dzisiaj podczas wcześniejszego spotkania w Akademii też o niej rozmawiali.
- Cóż, dałem ci ten jej grafik zajęć oraz jej ojca. A ona… Jakoś nie wpadła mi w oko czy ucho aby czymś się wyróżniała szczególnym na zajęciach. Czyli nie wywołała żadnej afery ani też nie zabłysnęła czymś szczególnym. - odparł po zastanowieniu. W końcu pewnie poza Pirorą i Oksaną to ze zboru on mógł znać dorodną córkę profesora najlepiej.
- I byłaby tobą zainteresowana? - mimo wszystko trochę się zdziwił owym stwierdzeniem może nawet w tonie dała się wyczuć nutka zazdrości. Chociaż szybko przykrył ją chrząknięciem zakłopotania. - No być może, być może. Nie można tego wykluczyć oczywiście. Na pewno lepiej aby przystała do nas niż do tych prostackich ladacznic. W końcu to młoda, elegancka i dość dobrze wykształcona dama. Mimo, że jej nauka jeszcze się nie zakończyła. Zdaje się kształci na iluminiarza. Do ksiąg, do map i tak dalej. Zresztą to też masz na tej rozpisce jej planu. - Tobias jednak zdecydowanie się ożywił na myśl, że owa młoda szlachcianka miałaby przystać do nich a nie do wężowych dwórek Sorii.
- Chociaż ja to bym bardziej stawiał na jej ojca. To jest dopiero wykształcony człowiek. Profesor i szanowany, z bogatą wiedzą matematyczną, balistyczną i alchemią oraz metalurgią. Tak, to na pewno byłby cenny sojusznik. - można było odnieść wrażenie, że belfer ma szacunek tylko dla osób podobnie wykształconych jak on sam. I w takim świetle szanowany profesor wydawał mu się cenniejszy niż jego dorodna córka.
- W każdym razie no można próbować i tu i tu. Gdybyś potrzebował jakiejś pomocy to co dam radę to ci pomogę. Ale sam rozumiesz, że mogę szepnąć słówko tu czy tam, ale fizycznie nie mam możliwości wpływać na nich bezpośrednio. - obiecał swoją pomoc w tak szlachetnym zamierzeniu jak pozyskanie von Schneiderów do ich słusznej sprawy.
Czarodzieja zaciekawiła wzmianka o kolejnym rodzie szlacheckim.
- Van Schneiderowie mówicie? - Sam chętnie bym się z nimi zapoznał jakby była okazja... Moja wiedza i badania mogłyby być dla nich intrygujące jeśli to faktycznie ludzie o otwartym umyśle… - zaproponował.
- No to przyjdź do nas do Akademii, może uda mi się cię przedstawić profesorowi. Albo nawet porozmawiaj z rektorem czy nie znalazłby się jakiś wakat dla ciebie. Astrolog to chyba nie miałby wzięcia ani magister sztuki tajemnej ale astronom to kto wie? - Tobias zachęcił młodszego kolegę wskazując mu na potencjalnie nową ścieżkę kariery zawodowej.
-W Akademii już byłem i poznałem rektora…- odparł astromanta z nutą dumy
- Mówisz że tam pracujesz? - Nie wiedziałem…
- Jakby co możesz wspominać profesorowi, że mnie znasz. Już oboje się poznaliśmy po mszy. - wyjaśnił Tobiasowi - Mówiłem że byłem oficerem, w czym nie kłamałem, a teraz osiadłem tu, gdy musiałem już porzucić dawną ścieżkę i złapać oddech po obrażeniach. - postukał laską w nogę o metalowej skórze - Nie chcę w pierwszej kolejności nad nim pracować, jako że młoda wydaje się łatwiejsza, a jej ojciec to dzika karta. - wyjaśnił swoje rozumowanie i spojrzał na Joachima - To byłby dobry pomysł gdybyś wbił się w Akademię jako astronom.
Spotkanie z Tobiasem i Heinrichem poprawiło młodemu czarodziejowi nastrój. Pomimo początkowych tarć miał wrażenie że coraz bardziej zaczyna się z tymi dwoma dogadywać, a jednak mieć wsparcie w planowaniu kolejnych posunięć to było nieocenione.
Po wyspaniu, miał nadzieję, że następnego dnia będzie w lepszej formie. Z samego rana planował wysłać swojego służącego, by poprosił o audiencję u Barona Wirsberga, a poza tym miał zamiar również udać się do Akademii i spytać się rektora czy nie chcieliby jego wsparcia w nauczaniu studentów astronomii. W ten sposób mógłby też być bliżej artefaktu....
-
Oryginalny autor: Zell
Backertag; noc; Dzielnica Zachodnia;
Heinrich wracał do domu zadowolony z przebiegu spotkania z innymi wyznawcami Tzeentcha. To nie było tak, że całkowicie rozumiał się z nimi oboma. Ba! Czasami wręcz drażniło go ich podejście, szczególnie Tobiasa, który uparcie nie chciał zobaczyć większego obrazka całej sytuacji. Nie zmieniało to jednak faktu, iż dogadywał się w końcu z nimi, po prostu wiedząc kiedy ugryźć się w język. Doświadczenie jako łowca go nauczyło by wykorzystywać niesnaski i wśród szlachciców, i heretyków.
Musiał rano wstać by przechwycić Otto przed jego pracą i wypytać o zasianą dziewczynę. Potrzebował informacji od niej o jej doświadczeniach zobaczą ciążą, aby mieć więcej informacji do przekazania Łasicy i tym samym zwiększyć swoje szanse na przekonanie jej w kwestii zasiania. Na to przyjdzie czas gdy w nocy do niego przyjdzie.
Po południu by czeka czasu, aż Petra skończy swoje zajęcia w Akademii, aby tym "całkowitym przypadkiem" ją spotkać. Nie miał ustalonego planu rozmowy z dziewczyną, ale w takich sprawach zdawał się na improwizację.
Może przy okazji zakupi jakiś sznur na Łasicę?
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 39 - 2519.07.16; bzt; świt - ranek
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranek
Warunki: wnętrze mieszkania, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, oberwanie chmury, d.sil.wiatr; ziąb (0)Otto
Obudził się. I w pierwszej chwili nie do końca był pewien co go obudziło. Odruchowo spojrzał w okno aby zorientować się jaka jest pora dnia. Pomimo zamkniętych okiennic przez szczeliny widział blade światło poranka. Słyszał za to jak ciężkie, krople ulewy łomoczą w deski okiennic i reszty świata za nimi. To musiała być silna ulewa. I wiatr też jak można było poznać po trzeszczeniu pracującego drewna i jakieś w oddali odgłosy gdy pewnie całkiem silny wiatr bez trudu zamiatał grubymi gałęziami albo coś porwał i rzucił w błotnistą ulicę. To go obudziło? Ten wiatr i ulewa? Być może. Ale niekoniecznie. Sądząc po tych szczelinach światła jakie wpadały do sypialni tonącej jeszcze w prawie całkowitych, nocnych ciemnościach to wstał wcześniej niż zwykle. Albo to przez sen. Sen jaki właśnie się skończył a może go nawet obudził.
Znów ją widział. Stał przed obnażonym kobiecym łonem. Młodym, zadbanym i starannie wygolonym. Z tatuażem ponętnych ust w koronie. Kobieta leżała na plecach chyba na łóżku albo stole. I miała prowokacyjnie rozchylone uda. Szybko oddychała co widać było ruchu zadbanego, płaskiego brzucha. Słyszał też jej oddech i przyjemne dla ucha jęki dopasowane do rytmu oddechu. A on stał przed nią i patrzył. Wydawało mu się, że słyszy jakiś mlaszczący odgłos. Zbliżał się podobnie jak rosło podniecenie i oddech kobiety. Wreszcie jej łono rozchyliło się i wychylił się z niego czerw. Zaczął sprawdzać okolicę gościnnych ud. Wydawał się być prawie tak gruby jak nadgarstek kobiety jaka wydała go na świat. A gdy na nią spojrzał zobaczył, że ma długie, czarne loki jakie jednak częściowo spadały jej na twarz dziurawą kurtyną. Mimo to dostrzegł jej pełne wyuzdania, lubieżne spojrzenie. I ruch gdy dłonią sięgnęła do swojego łona. Tylko teraz było bez tatuażu jaki widział tu przed chwilą. Za to dojrzał dwie kropki pieprzyków na zgięciu biodra i prawego uda.
Wydawali mu się, że czarnowłosa uśmiecha się do niego zalotnie, wręcz lubieżnie prezentują mu swoje kobiece wdzięki. Trudno było pozostać obojętnym na takie zaproszenie. Ale usłyszał szybko zbliżające się kroki za sobą. Jak się odwrócił ujrzał rozpędzonego zwierzoludzia. Tego z tym na w pół mackowatym przyrodzeniu które wystraszyło większość jego koleżanek. A on sam ledwo zdążył skoczyć w bok gdy rozjuszony kopytny minął go i dopadł wiązana do kamienia ofiarnego Fabienne. I od razu zaczął ją brać jak słusznie należne mu trofeum. Z jakąś prymitywna pasją bardziej bliską zwierzętom niż istotom cywilizowanym. A mimo to chociaż bretońska małżonka tutejszego kapitana znakomicie dopełniłaby teraz obrazu porwanej ofiary gwałtu, napadu i plugawego rytuału to sądząc po jej jękach i spazmatycznym oddechu to też czerpała z tego bluźnierczego aktu podobną przyjemność jak jej włochaty partner. Otto złowił jej namiętne spojrzenie ponad plecami kopytnego.
- Mówiłam ci przecież, że mam nadzieję że to nie był nasz ostatni raz. - Powiedziała mu zalotnie podobnie jak ostatnio gdy rozmawiali u niej w salonie. Tylko w pełni ubrani i czyści a nie tak nadzy, brudni i zdyszani jak wtedy przy zachodnich kamieniach. Ledwo to sobie uświadomił a ktoś popchnął go w plecy tak, że upadł na leśną ściółke. Jak się odwrócił ujrzał swojego partnera z tamtej leśnej przygody. Uśmiechał się złośliwie i z satysfakcją patrząc na niego z góry. Inni zwierzoludzie podobnie. Siedzieli przy ognisku. W lesie. Ale chyba już nie przy tych pradawnych głazach. Ten co posiadał jednookiego mnicha teraz śmiał się chrapliwie i rubasznie gdy coś mówił. Albo opowiadał. I chyba także o nim. Bo obok rozpoznał Gnaka i Gende. Lider stada jakie przyszło na spotkanie przy pradawnych głazach też coś mówił. Otto nie znał ich mowy to nie wiedział co. Ale jednak śmiechy, gęsty, pokrzykiwania jego i innych pozwalały się domyślić, że relacjonują ostatnie spotkanie z kultystami. W przeważającej części z młodymi, chętnym samicami z miasta. Nawet Genda wesoło się przechwala pokazując gestem jak bierze czyjąś wyimaginowana głowę i przystawia do swojego krocza aby tam sprawiła im obopólną przyjemność. Nawet pochwaliła się przed resztą samców stada jakimś wisiorkiem niczym podarkiem albo trofeum. Oni też dzielili satysfakcję tych co poszli i wrócili z zazdrością tych co zostali.
Wtem pojawiła się nowa postać. Roślejsza i barwniej odziana w futra, skóry, ozdoby z kłów, pazurów i zdobyczach na bardziej cywilizowanych rasach. Zakłopotanie, zaskoczenie, kłótnia. Gnak dostał w brzuch i twarz. Po chwili Otto widział go przygniecionego przez tamtego ważniejszego i energicznie temperowany w pozycji jaka Otto sam przyjął podczas obcowania ze swoim kopytnym partnerem. Tylko tutaj to nie była żadna miłość ani nawet zwierzęca żądza. Tylko okazanie dominacji i miejsca w hierarchii.
Szli obok siebie. Przez las. Gnak, Genda i jeszcze jeden. Rozmawiali ze sobą. Dało się wyczuć wzburzenie nawet jeśli nie znało się ich języka. Wtedy ten trzeci machnął ramieniem zakończonym krabimi szczypcami w stronę lasu. Pozostała dwójka spojrzała tam. Zaś jednooki zaczął jakby lecieć przez ten las omijając kolejne połacie pni i krzaków. Zatrzymał się tak jakby właśnie przykucnął chcąc się ukryć za tymi drzewami i krzakami. Z początku nie był pewien na co powinien patrzyć. Ot kolejny kawałek lasu.
Jednak w pewnym momencie dojrzał ruch. Gdzieś za krzakami trochę dalej. Najpierw pojawiła się głowa. A potem kobieca sylwetka wyprostowała się jakby skończyła właśnie kucać za potrzebą. Długa spódnica, fartuch na niej, gorset i koszula nadawały jej wygląd kolejnej kelnerki z jakiejś tawerny. Tylko takiej co znalazła się w lesie. Gdy poprawiała sobie spódnice zadała ją dość wysoko. Na tyle, że ukazał się rąbek jej bielizny. Oraz plama jak po jakimś zacieku na jej udzie i biodrze. Zupełnie jakby trochę stopionego wosku jej tam spadło i nawet jak już go nie było to zostawił po sobie tą nieregularną plamę zacieku. Dziewczyna opuściła spódnice i podniosła głowę akurat w takim kierunku, że Otto miał wrażenie że pomimo zasłony pni i krzaków spojrzała mu prosto w oczy. Tak go to zaskoczyło, że aż się obudził.
Obudził i nie mógł już zasnąć. Zresztą chociaż było wcześniej niż zwykle gdu wstawał do hospicjum to i tak nie było już sensu próbować zasypiać ponownie. Trzeba było zacząć ten nowy dzień. Przynajmniej ulewa i wiatr za oknem wydawały się słabnąć. Ale czy uspokoi się całkiem nim będzie musiał wyjść tego nie wiedział. Więc nie spał już gdy usłyszał pukanie do drzwi. Zdumiewającą pora na tak wczesne wizyty.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy 8, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranek
Warunki: wnętrze mieszkania, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, oberwanie chmury, d.sil.wiatr; ziąb (0)Heinrich
Heinrich wybrał kiepską porę na spacery po mieście. Pora była tak wczesna, że na ulicach spotykał tą pierwszą, ludzką falę jaka zamierzała aby otworzyć swoje sklepy, warsztaty i kuchnie. Co prawda był środek lata więc nawet teraz było już widno jak w dzień. Ale był to deszczowy dzień. Właściwie to z chmur lało się na ten ziemski padol wiadrami. Zupełnie jakby rozgniewane niebiosa chciały zatopić to grzeszne miasto. Szedł więc przez rozmiekle błoto i rwace strumienie zlobiace nowe koryta w tym gnoju i błocie jaki zalegał na ulicach. Ponieważ z Garncarskiej na Kazamat to miał dobre kilka kwartał ów do przejścia w tej zacinajacej, zimnej ulewie a rozmówcy żadnego to sprzyjało skupieniu się na sobie. Swoich planach, wspomnieniach i przeżyciach. Albo snach. Bo dzisiaj coś mu się śniło. Spiesząc do Otto aby złapać go przed wyjściem do hospicjum nie miał czasu się grzebać. Ani nawet coś zjeść. Zwłaszcza jak z powodu swojej nogi i tej złośliwej, wietrznej i dzdzystej aury mię należał do szybkobiegaczy.
A dzisiejszej nocy znów miał ten sen. Ten o teatrze i przedstawieniu. Znów był na widowni teatru przed sceną. Na sali panował półmrok aby koncentrować uwagę na scenie. Wokół niego siedziało sporo eleganckiego towarzystwa. Zaś na scenie aktorzy rozgrywali jakąś sztukę. Stracił rachubę ile czasu już trwa ten spektakl ale zdawał sobie sprawę, że podoba się publiczności. Wreszcie zbliżał się gwóźdź programu. Na scenę wyszła piękna, bogato ubrana aktorka i wszyscy na widowni oczekiwali, że zbliża się moment kulminacyjny sceny.
- No i się zaczyna. - szepnęła ku niemu siedzącą obok dama. Zauważył, że ma długie do łokci fioletowe rękawiczki z bogatymi bransoletami na nadgarstkach. Złoto tworzyło przyjemny dla oka kontrast i fiolet rękawiczek był idealnym dla niego tłem.
- Muszę ci powiedzieć że zawsze można znaleźć chętnych na takie wyjątkowe widowiska. To prawdziwa uczta dla ciała i rozkosz dla zmysłów. Dla odpowiedniej publiczności oczywiście. - dodała poufałym tonem jakby to była jakaś kontynuacja wcześniejszej rozmowy. Gdy Heinrich znów spojrzał na scenę sytuacja się zmieniła. Teraz był bliżej sceny. Właściwie to scena zredukowała się do podwyższenia może do kolan. Ale aktorka tego chyba nie zauważyła. Właśnie zaczynała swój właściwy występ gdzie bezwstydnie zrzuciła z siebie suknię zostając w samym gorsecie, pończochach i bieliźnie. Ale przez to zdawała się widowni prezentować jeszcze atrakcyjnie. Bo nagrodzili ją aplauzem i oklaskami. Ale dość nielicznym bo i widowni było mniej. W końcu wyglądało to jak jakaś biblioteka czy inny klub spotkań dla elity. Elegancko ubrani panowie i o wiele mniej dam chociaż nie mniej eleganckich wszyscy mieli jakieś barwne maski zasłaniające twarz.
- Ludzie są ciekawi. Tym czym oficjalnie pogarszają i potępiają. - rozmówczyni wskazała leniwym gestem gdzieś w bok a mówiła ironicznie rozbawionym tonem. A gdy były łowca tam spojrzał spostrzegł głaz ofiarnym przy zachodnich kamieniach. I przywiązana do niego nagą Fabienne jaką bezlitośnie brał któryś ze zwierzoludzi. A gdzieś po bokach była i reszta orgii w której dominował jego koleżanki ze zboru pokładające się z ungorami. Rzeczywiście wszystkich ich powinno się potępić i spalić aby ukarać takie bezeceństwa i dać przykład innym.
- Oczywiście nie każdy się nadaje do takiej zakazanej sztuki. Ale ci co się nadają zwykle wspierają ją całą duszą i sercem. A czasem i ciałem. - oznajmiła rozmówczyni w fioletowych rękawiczkach i wskazała wzrokiem na jedną z eleganckich dam. Ta wstała ze swojego obitego pluszem, ozdobnego krzesła i też zaczęła zdejmować z siebie suknię. Tak drogą i finezyjną, że zapewne zwykła karczmarka czy córka kupca to by przez cały rok pracy nie dała rady zarobić na coś tak wyszukanego. Jednak dama bez skrupułów zdjęła z siebie to zacne okrycie. Po czym w samym gorsecie i bieliźnie przyklękła przy jakimś kudłatym psisku. Zwierzę miało plamę na jednym oku co nadawało mu podobieństwa do przepaski na to oko. Już po chwili ogar brał ją niczym swoją rozpłodową sukę. Oboję jęczeli z zakazanej rozkoszy. Chociaż po chwili Heinrichowi wydawało się, że to nie ogar tylko kozioł. Może to od początku był kozioł? Nie zdążył tego roztrząsnąć gdy przewodniczka znów przykuła jego uwagę.
- Ale nie jest łatwo znaleźć zarówno odpowiedni personel jak i widownię. To długi i żmudny proces. Nie każdy się do tego nadaje. Nawet jeśli nadspodziewanie wielu miewa podobne fetysze i fantazje to zdecydowana większość nie czyni żadnego kroku aby je zrealizować. Nie każdy się do tego nadaje. - dodała jakby oprowadzała go po jakimś miejscu pracy i tłumaczyła co jest co. Teraz pokazała mu na wyściełaną grubym, miękkim dywanem podłogę. Na nim była czwórka młodych kobiet. Wszystkie nagie lub prawie nagie. Karnie stały na czworakach a jedną z nich właśnie brał od tyłu któryś z dżentelmenów. Pozostała trójka karnie czekała na swoją kolej. Gdy podeszli do nich jacyś państwo i z ciekawością z bliska im się przyglądali i obgadywali bez skrupułów, żartując sobie i śmiejąc się wesoło. W końcu pani uniosła rąbek swojej bogatej sukni i podsunęła pod jedną z niewolnic. Ta bez wahania nachyliła się aby ustami oddać cześć i okazać posłuszeństwo swojej nowej pani. Zaś jej partner ustawił się przed kolejną i pozwolił aby ta zajęła się tym co ma w spodniach. Przez chwilę wydawało się byłemu łowcy, że ta grupka niewolnic to jego koleżanki ze zboru. Ale gdy się przyjrzał dokładniej uznał, że chyba raczej nie. A może jednak? Znów nie udało mu się tego ustalić bo pojawił się nowy czynnik.
- Dlatego wciąż trzeba szukać jednych i drugich. Jest wieczny głód nowych doznań i atrakcji. Oraz demonstracji jak to działa w praktyce, zachęty do grzechu i spróbowania czegoś o czym wcześniej się tylko skrycie marzyło. - zamaskowana przewodniczka umiejętnie tłumaczyła dalej co to jest to wszystko i jak to działa. Wskazała zarówno na te kopytne, rogate i obrośnięte sierścią atrakcje, jak i piękne panie jakie z nich korzystały oraz widownię jaka to wszystko chłonęła a czasem płynnie dołączała do zakazanych zabaw lub wymieniała się rolami z aktorami. Obok przechodziła któraś ze zgrabnych kelnerek. Dama w fioletowych rękawiczkach przywołała ją gestem. Wzięła z tacy dwa kieliszki dla siebie i swojego gościa.
- A czyż nie o to chodzi aby chociaż w takim zaufanym gronie spełniać swoje zachcianki i potrzeby na jakie od dawna miało się ochotę? - zapytała raczej retorycznie. A Heinrich się zorientował, że ta kelnerka to Łasica. Była ubrana jak kelnerka. Tylko taka bardzo wyuzdana kelnerka. Fartuszek miała bardziej ozdobny niż praktyczny i od przodu nie zakrywał nawet połowy smukłych ud okrytych pończochami. A na górze też wymownie podkreślał dekolt jaki był zgrabnie wyeksponowany. Zaś niewielka zakładka we włosy dodatkowo podkreslał usługową rolę. Jeszcze wymowniejsza była obroża ze zwisającą na ten dekolt i fartuszek smyczą. No i to przyjemne dla oko, flirtujące spojrzenie.
- Ma pan na coś ochotę? - zapytała zalotnie podobnym tonem jak niedawno gdy się rozstawali w “Mewie” już prawie umówienie na nocne bezeceństwa u niego. Wtedy co prawda łotrzyca była ubrana jak typowa tamtejsza ladacznica z portowej tawerny ale sama wymowa spojrzeń i kuszący ton głosu zdradzał, że ma jak najbardziej ochotę poznać się z rozmówcą bliżej. I teraz z tą tacą i w stroju wyuzdanej kelnerki robiła to samo. Spojrzał znów na tamtą kobiecą grupkę i znów nie był pewien czy Łasica tam jest czy jednak nie. Ludzi nie powinno być naraz w dwóch miejscach. Ale we śnie? Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy zdawał sobie sprawę, że to wszystko mu się śni.
- Mam nadzieję, że będziemy mogli sobie pomóc nawzajem. Współdziałać razem. Zapewnimy sobie nawzajem rozrywkę i wymianę doświadczeń. Po to tu przyjechałyśmy. O. Chodź, zaczyna się. - dama w masce i złotymi bransoletami rzuciła swoje wyjaśnienie ale kątem oka dostrzegła, że na scenie zbliża się moment kulminacyjny. Aktorka przybrała pozę znaną Heinrichowi z poprzednich wersji tego snu. Na w półleżała na plecach i lubieżnie zabawiała się sama ze sobą ku uciesze widowni. Jej jęki i spazmatyczny oddech wskazywały, że też dochodzi do tego szczytowego momentu. Tylko tym razem coś tam wydawało się w niej wić i przepychać wśród cichych, mlaszczących odgłosach. A może te podpowiadała Heinrichowi wyobraźnia. Aż wreszcie coś tam się ukazało. Z początku widać było tylko jakichś niewielki ruch pośród palcow aktorki. Szybko jednak coś wyszło z jej łona. Coś obłego i podłużnego, co wiło się pomiędzy jej palcami, łonem i udami. Ta mieszanina czegoś ponętnego i ohydnego zaskoczyła widownię. Rozległ się jęki grozy, westchnienia zdumienia czy wręcz szoku. Parę osób wstało ni to by wyjść czy lepiej się przyjrzeć. Ale nikt nie wyszedł. A przedstawienie trwało dalej. Więc pojawiły się pierwsze oklaski. Z początku nieśmiałe i pojedyncze ale szybko porwały za sobą resztę. Po chwili śmiała aktorka została nagrodzona całą burzą wiwatów a atmosfera wyuzdania i podniecenie zdawała się wskoczyć na jeszcze wyższy poziom.
Teraz właściwie nie był do końca pewien czy na tym sen się kończył czy było potem jeszcze coś. Teraz szedł zmagając się z silnym wiatrem i ulewą co chciała zatopić to miasto. No i zimnym błotem i kałużami pod nogami. Zdawał sobie sprawę, że przez ten poranny pośpiech pewnie wiele detali mu umknęło. Ale jak teraz o tym myślał i starał się sobie coś z tego odtworzyć to przypomniał sobie kilka postaci. Jak choćby to, że jedna z kobiet miała nietypowo ciemną karnację skóry przez co od razu wydawała się upodabniać do młodej córki kapitana portu. Ale nie był pewien czy to była ona czy jakaś inna. Może to jednak nie ona? Bo ta ze snu miała kolczyk w nozdrzach a młoda van Zee nie. Ale takie kolczyki to chyba można było dość łatwo zakładać lub wyjmować więc jeszcze to niczego nie przesądzało. Albo druga jaką zapamiętał bo miała długie, ognistorude włosy do samego pasa i bladolica jak Fabienne. Te miedziane włosy tworzyły ostry kontrast to biało - niebieskiej sukni jaką miała na sobie. Albo jeszcze jedna. Co siedziała przy jakimś stole z licznymi świecami wokół niej jakie nadawały jej mistycznego wyglądu. A ona sama miała nieco egzotyczną urodę i mnóstwo dziwnych tatuaży. Albo malunków na ciele. I przez moment złapali się spojrzeniami więc mógł dojrzeć jej enigmatyczny wyraz twarzy. Tylko musiał się skupić aby przypomnieć sobie czy jeszcze je widział w jakiejś scenie czy roli.
Ale teraz był tutaj. Na Kazamatowej. Już widać było przez te fale zimnego deszczu mur okalający twierdzę pełniącej rolę miejskiego lochu i magazynów. Jeszcze kawałek i znalazł właściwe drzwi kamienicy. Mógł się wreszcie otrzepać z nadmiaru wody. Jeszcze trochę schodów i mógł zapukać do drzwi mieszkania Otto.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów 12; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranek
Warunki: wnętrze mieszkania, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, oberwanie chmury, d.sil.wiatr; ziąb (0)Joachim
Młody astromanta obudził się tam gdzie zasnął czyli we własnym łóżku i sypialni. Trzeszczenie okiennic zdradzało, że za oknem hula silny wiatr a silny łomot, że pada gęsty deszcz. A po przejaśnieniach pomiędzy szczelinami, że noc już się skończyła chociaż nadal jest dość wcześnie. Wcześniej niż gdy zwykle wstawał. Niemniej to nie wiatr ani deszcz go obudziły. Tylko sen. To co mu się śniło.
Śnił o bagnach. Bagnach, dźwiękach dzwoneczków i światełku. Nie był pewien czy coś było wcześniej ale we śnie wrócił do orgii przy zachodnich kamieniach. Znów leżał na ziemi a nad sobą widział jędrne, podskakujące piersi Sorii, jej lubieżny uśmiech jakim go obdarzała. No i tam w swoich lędźwiach jak ją penetrował. A potem jeszcze przyszła któraś z jej dwórek i zaczęły się całować. Ale ta całkiem przyjemna scena została przerwana jakimś zamieszaniem. Jak się odwrócił to widział, że to nagie towarzystwo się rozbiega w popłochu i znika w lesie. Zanim zdecydował się na coś został sam na tej polanie przy kamieniach. Gdzieś tam w tyle głowy miał świadomość, że to tylko sen i przecież tak naprawdę było całkiem inaczej ale póki śnił nic nie mógł na to poradzić.
Widział kawałek dalej ten pochylony głaz jaki im posłużył do złożenia bretońskiej szlachcianki w ofierze żądz i wyuzdania. Zresztą ona sama wtedy nie wyglądała na taką co by trzeba było zmuszać ją do takiej podłej roli. I zdał sobie sprawę, że ona tam została wciąż przywiązana do tego pochyłego głazu. A za nim… Za nim coś przybiegło. Przybiegło i ryczało strasznie jak jakiś potwór. Joachim nie widział go bo ten głaz mu zasłaniał. Ale włos mu się zjeżył na myśl co to by mogło być. A to coś wybiegło już na polanę i zatrzymało się. Chyba nasłuchiwało lub węszyło. Bał się poruszyć aby nie zwrócić siebie uwagi potwora. To musiało być to samo coś co już wcześniej mu się śniło jak biegło przez ulicę miasta aż go rozgniotło i pobiegło dalej ku melodii pięknych, srebrzystych dzwoneczków. Teraz to coś zatrzymało się po tamtej stronie głazu. Widział nawet fragmenty tego wielkiego cielska. To musiało być coś wielkości trolla albo niedźwiedzia. Stało teraz po tamtej stronie głazu i węszyło. Słyszał ciche kwilenie struchlałej ze strachu szlachcianki jaka nic nie mogła poradzić na tą konfrontację. Na wpół leżała oparta o głaz wciąż naga i uwiązana do niego. I chociaż tego nie widział to jakoś był dziwnie pewien, że poczwara właśnie obwąchuje przywiązaną. Jej szybko oddychającą twarz, rozedrgane blade piersi, spazmatycznie poruszający się brzuch i zapraszająco rozchylone uda. Jednak to właśnie brzuch wydawał się najbardziej interesować bestię. Węszył przy nim najdłużej i najbardziej intensywnie. Wreszcie fuknął, sapnął, wyprostował się jakby kontent czy co. W każdym razie nie wyglądało aby żywił wobec swojej ofiary jakieś krwawe zamiary. Chociaż pewnie mógłby ją rozpłatać na pół jednym capnięciem szczęk albo szponów. I bestia uniosła swoją szponiastą łapę ale ku zdumieniu samej czarnowłosej ofiary po to aby rozciąć jej więzy jakby to były jakieś nędzne pajęczyny a nie mocne liny.
Wtedy znów dał się słyszeć jakiś tumult, łamanie krzaków, jakieś okrzyki. To zwróciło uwagę bestii. Ale przez tą mgłę trudno było się zorientować co się dzieje i skąd. Las też się jakoś przerzedził, widać było tylko pojedyncze, obschniete drzewa o odstręczającym wyglądzie. Właściwie to wyglądało to raczej jak jakieś moczary a nie las. Bestia zaryczała i rzuciła się z impetem naprzeciwko źródła hałasu. Joachim zaś został z tyłu. Stracił potwora z oczu ale zaraz doszły go odgłosy walki. Szczęk oręża, porykiwania stwora, tętent konia, okrzyki co brzmiały jak ludzkie. Potem wszystko ucichło. Młody astromanta został sam w tej mgle i bagnach. Nawet ten pochylony głaz i Fabienne gdzieś zniknęli. Wszystkie kierunki wydawały się być równie nijakie i złowrogo obce.
W pewnym momencie jednak dojrzał jakąś mglistą poświatę. Nie mając innych pomysłów ruszył w tamtą stronę. Szedł a nogi grzęzły mu po połowe łydek w tej bagiennej ziemi. Stracił poczucie czasu ile tak wędrował przez ten monotonny krajobraz. Aż usłyszał dzwoneczki. Te srebrzyste dzwoneczki jakie śniły mu się przy takich snach. Wtedy ten sen w mieście i z murem też brzmiały podobnie. Teraz jednak w miarę jak się zbliżał wydawało mu się, że dźwięk tej muzyki potęguje się. Słyszał je wyraźniej niż wcześniej. A i źródło poświaty robiło się coraz silniejsze. To musiało być coś większego.
W miarę jak się zbliżał coraz więcej konturów odsłaniała ta bagienna mgła. I chociaż nie wiedział ile razy upadł w tą bagienną wodę albo błoto, był cały przemoczony i brudny to jednak coś przyciągało go kusząco coraz silniej. Coś tajemniczego ale i wspaniałego. Już widział jakieś dziwne coś. Konstrukcję? Rośliny? Drzewa? Jakieś nie wiadomo co. Ale musiało być spore. Pewnie jak dom. Ale z braku odległości od tego czegoś i wielkości to trudno było mu to właściwie ocenić. Na pewno większe od niego. I to właśnie to zdawało się być źródłem tych dziwnych świateł i muzyki dzwoneczków.
Nie zdążył się zdecydować co to by mogło być. Gdy usłyszał za sobą ciężkie i mocarne kroki. Miał dziwną prawie pewność, że to ta sama bestia co ostatnio grasowała w jego snach. Schować się nie miał gdzie więc tylko kucnął w wysokiej trawie licząc, że stwór go nie zauważy. I czekał. Czekał słysząc jak bestia rozchlapuje błoto i wodę swoimi wielkimi łapami. Zbliżała się i zbliżała coraz bardziej. Aż zbliżyła się najbardziej i go nie dostrzegła. Przeszła dalej zostawiając go za sobą. Jak się Joachim odważył wychylić dojrzał tylko wielką, niekształtną sylwetkę. Wydawało mu się, że wlókł coś za sobą. Chyba jakieś ciało. Co jeszcze trochę się ruszało i jęczało boleśnie ale nie miało szansy się wyrwać z mocarnego uchwytu potwora.
- Ciekawe kto to był. - powiedział Thobias obserwując zza pleców maga tą samą scenkę. Ale nie wyglądał na przejętego. Wziął młodszego kolegę za ramię jakby chciał go zaprosić do dyskusji. Ruszyli przez jakiś park. Ładny i zadbany, z równo przyciętą trawą i alejkami. Bagna i mgła gdzieś zniknęły a oni szli przez ten słoneczny, letni ogród.
- Właściwie mniejsza z tym. Dobrze, że się zabrałeś za sprawę naszej patronki. Nie chciałbym być nieuprzejmy ale na moje oko zbyt wiele czasu spędzasz z tymi naszymi “koleżankami”. Sam powiedz. One w czymś nam pomogły w naszej sprawie? Bo sobie nie przypominam. A my im owszem. Dlatego dobrze by było im i reszcie przypomnieć, że teraz nasza kolej i mam nadzieję, że one nas poprą. - nauczyciel akademicki wydawał się być przyjaźnie do niego nastawiony. Zupełnie jak kolega do kolegi. Podobnie zresztą to bywało pomiędzy studentami albo profesorami w Kolegium Magii w Altdorfie gdzie względem podobnych sobie stażem i tytułem ludzi panowała dość koleżeńska atmosfera i relacje. A z opowieści Joachim zdawał sobie sprawę, że i na innych uczelniach powinno to wyglądać podobnie. Być może właśnie dlatego przesiąknięty nimi Thobias zachowywał się właśnie w ten sposób.
- Niestety obawiam się, że samy nie damy rady. Niestety nie wystarczy wyłowić z wody jakaś bryłę albo pójść sobie do jakiejś jaskini. U nas sprawa wygląda trudniej. - powiedział gdy szli obok muru. Magister zorientował się, że to mur Akademii Morskiej. I chyba ten sam co go już kiedy widział we wcześniejszym śnie gdy go ta bestia z bagien rozdeptała i pobiegła tam dalej.
- No sam widzisz. - kolega belfer wskazał na postać w czerni. Gdy podeszli bliżej okazało się, że to Matka Somnium. Tylko z czarną opaską na oczach. Chodziła nieco niezdarnie wokół głównej bramy uczelni. I wyglądała jakby trochę nasłuchiwała a trochę węszyła. Przez co wyglądała dość groteskowo i zabawnie. Tobias jakby bawił się z nią w ciuciubabkę ominął ją z szelmowskim uśmiechem zaś ona szybko została z tyłu.
- Widzisz? Węszy to tu to tam. Oby czegoś nie wywęszyła. Pewnie też odbiera zew Sióstr i próbuje to jakoś poskładać do kupy ale nie wie tego co my. - uczony machnął dłonią gdzieś w bok. A chociaż Joachim wiedział, że to niemożliwe w realnym świecie to tutaj jednak rozpoznał hospicjum jakie we śnie wydawało się stać ledwo na drugim krańcu ulicy. Ale nie o to chodziło. Tam też widział podobną, czarną sylwetkę jaka błądziła po omacku to tu to tam ale wciąż tam się kręciła w pobliżu.
- Ale głowa do góry. Działa po omacku. A my musimy zajać się tym. Światełko i dzwoneczki wzywają. Bez nich trudno będzie odnaleźć dziedzictwo naszej patronki. Co prawda można jeszcze użyć nosicielek ale sam rozumiesz, że znów musielibyśmy zdać się na łaskę tych naszych “koleżanek”. I znów by czymś błysnęły. Jeszcze trochę i wyjdzie, że do wszystkiego są potrzebne i wręcz niezbędne. A lepiej by było to załatwić we własnym zakresie prawda? - powiedział przyjacielskim tonem gdy szli tak wzdłuż akademickiego muru. Zdawał się nie zauważać, że na szyi coś mu zaczęło trzeszczeć, wierzgać i ta niekształtna masa uformowała się w drugą, bliźniaczą głowę Thobiasa.
- Jednakże z drugiej strony. Całkiem ciekawym pomysłem jest pozwolić im działać w kierunkach przez nas wybranych. Nawet jesli byśmy mieli pozornie grać drugie skrzypce. Jeśli to te ladacznice miałyby się narażać za nas to niech się narażają. Czyż nie powinniśmy pełnić kierowniczych funkcji? Czyż nie jesteśmy najświatlejsi? Która z Sióstr jest najważniejsza? Norra co za wszystkim gania z toporem aby tylko coś ukatrupić i zdobyć nową czaszkę? Oster co tylko miesza w swoim kotle aby ulepić jakaś nową plagę? Soren co tylko chędoży się z kim i czym się da aby wydać kolejny obrzydliwy miot? Nie, przyjacielu nie. Tylko Vesta ma odpowiednią głębię myślenia i planowania aby wszystkim rządzić. Nawet jeśli pozwala im myśleć, że jest inaczej. A my powinniśmy brać z niej przykład. W końcu to nasza patronka. Widziałeś naszego milusińśkiego? - wskazał na koniec kciukiem za siebie jakby chodziło o powtora z bagien. Zaś ta gadająca głowa mówiła z charyzmą i pełnym przekonaniem, że jej racje są całkowicie słuszne.
- A on służy naszej patronce. Pilnuje jej domostwa, że tak powiem. Czyż to nie świadczy o potędze Vesty skoro służą jej takie bestie? - dorzucił jakby wisienkę na torcie. Uśmiechnął się z dumą ciesząc się, z tego wspaniałego pochodzenia i ścieżki jaką obaj zdecydowali się podążać.
- Nie słuchaj go. Jak raz stracimy ster z ręki na rzecz innych to potem ciężko będzie go odzyskać. Jak się okaże, że sami zdobędziemy ten artefakt to będzie to nasza chwała. Trzeba wyzyskać resztę ale najlepiej jakby się nam to udało. Ja mam swobodny dostęp do uczelni. Ty już teraz do pewnego stopnia też a może uda się więcej. Heinrich też nie jest w ciemię bity a może jeszcze coś podziała z tymi van Schneiderami. Ostatecznie może kogos z rodziny poprosi się o pomoc. Ale tak aby było wiadomo, że to poboczna rola i to nam należy przypisać sukces. - ten drugi czy też może pierwszy z belfrów wydawał się za to stawiać nacisk aby to tzeentchianie wykonali główne zadania przy zdobywaniu artefaktu Vesty. A i wedle niego mieli do tego niezłe podstawy skoro już wiedzieli gdzie jest ten artefakt a do tego jeden z nich miał swobodny dostęp do uczelni zaś dwaj pozostali może mniejszy ale nie było powiedziane, że tak pozostanie.
Sen skończył się gdy tak rozmawiali o różnych pomysłach i wariantach wykradnięcia artefaktu z zamkniętej skrzyni i wyprawy na bagna. Na trzy głosy bo Thobias do końca snu pozostał w tej dwugłowej formie co jak wiedział Joachim choćby od Mergi często było oznaką błogosławieństwa Ptasiego Pana. W końcu często nawet poświęcone mu demony często były albo zmienne, albo bezkształtne, albo miały właśnie dwie głowy. Dwugłowy belfer zaś przedstawiał dwa skrajnie odmienne rozwiązania. W jednym upierał się aby w planowanej wyprawie na bagna i w wykradzenie fantów z Akademii zrobić osobiście z jak najmniejszą pomocą reszty rodziny a zwłaszcza slaaneshytek. W drugiej dokładnie na odwrót. Aby jak najwięcej przelać na nie, nawet wykorzystać jako nosicielki co mogły wskazać drogę do dziedzictwa Vesty a samemu zadowolić się rolą planisty i doradcy a potem przełknąć jakoś sukces jaki zapewne znów spłynąłby na barki koleżanek skoro dziedzictwo zostałoby odzyskane.
I jakoś na tym się chyba skończyło. A przynajmniej w tym momencie Joachim się obudził. Okazało się, że za oknami szaleje wiatr i ulewa ale już jest jasno jak w dzień. Nie było to dziwne bo letnie dni zaczynały się wcześnie i późno kończyły.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Ulewa na dworze zniechęcała Joachima do wyjścia. Postanowił natomiast skorzystać z okazji by skupić się na swoim śnie, zamknął więc oczy i wytęzył wolę odtwarzając w myślach to co pamiętał. Zakładał, że nie był to zwykły sen tylko przynajmniej częściowo wizja zesłana mu dzięki jego mistycznym talentom, a kto wie, może nawet za sprawą jego władającego losami śmiertelników Patrona? Tym razem zdawało się, że sen był nawet w miarę jasny.
Pierwsza scena i bestia która przeszkodziła pogrążonym w orgii kultystom - to pewnie był ten strażnik dziedzictwa Vesty. A jego zainteresowanie przywiązaną do głazu bretońską szlachcianką mogło wiązać się z tym co słyszał wcześniej, że jednym z kluczy to przedostania się przez potwornego strażnika było użycie niewiasty brzemiennej z pomiotem Oster. I czyżby potem sen ukazał mu miejsce gdzie może znaleźć dziedzictwo, jakaś konstrukcja na bagnach a nawet dom?
Kolejna część snu to było ostrzeżenie przez Matką Sommium, która dzięki swojej mocy, trochę podobnej do jego, mogła dostrzegać przebłyski przyszłości i w związku z tym wpaść na ich trop. O tym w sumie też już wiedział. Czy mógł coś z tym zrobić? Zorganizować zamach, odciągnąć uwagę? Możliwości nieco było.
A potem słowa Tobiasa, które odzwierciedlały jak uznał pewne wybory, które były teraz przed nim. O ile astromanta nie mógł zaprzeczyć, że zbyt duża przewaga Slaaneshytek w ich Zborze nie mogła być na dłuższą metę dobra, to jednak musiał się zgodzić ze słowami drugiej głowy, o tym, że warto skorzystać z każdego narzędzia które się nadarzy. Przecież mag i mędrzec nie musiał robić wszystkiego sam prawda, nie taka była jego rola? Ostatecznie liczył się rezultat, czyli żeby on właśnie miał dostęp do dziedzictwa Vesty, a wszystko co zbliżało go do celu było właściwe, a szczególnie, że musieli zważać na prawdziwych wrogów, którzy mogli trafić na ślad coraz bardziej aktywnych członków Zboru.
Postanowił nie zmieniać istotnie swoich planów - wysłał wiernego Svena, by ten umówił mu spotkanie z Baronem Wirsbergiem, nadal miał też zamiar odwiedzić Akademię i wypytać się czy interesuje ich by wykładał tam nauki o gwiazdach. No i jakby starczyło czasu, może warto byłoby dowiedzieć się, gdzie jest i co robi Matka Sommium?
-
Oryginalny autor: Zell
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy 8, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranekTak, chętni na zakazane widowiska zawsze się znajdą, oj tak. Jak wielu to były Łowca Czarownic doświadczył w swoim życiu. Kościół Sigmara mógł zaprzeczać ile chciał, tuszować prawdę, ale nic nie zmieniało tego, że człowiek był podatny na podszepty Mrocznych Potęg... a Heinrich nie miał już siły zaprzeczać prawdzie. Sen, jaki go naszedł tej nocy jedynie potwierdzał doświadczenia.
Tak, możemy sobie pomóc. Nie jestem przeciwny dziewczynom i nie uważam ich po prostu jako za nieprzydatne ladacznice. Są bardziej assetami do wykorzystania. Podejście Tobiasa do nich irytowało Heinricha, jako że Tzeentchianin z własnej woli ucinał możliwe drogi do osiągnięcia sukcesu, tylko temu, że stały mu na drodze dziecinne niechęci. Nie można było odrzucać wszystkiego, co nie zgadzało się z twoim gustem...
Tak. Możemy sobie pomóc. Tak długo, jak ta pomoc będzie korzystna i dla mnie.
Otto nie spodziewał się ujrzeć starego łowcę czarownic, kiedy otworzył drzwi. Bardziej uważał, że straż znowu chciała go zabrać na spytki.
- Heinrich? Wejdź proszę. - mnich wpuścił współkultystę do środka - Co cię do mnie sprowadza? Coś się stało?
- Dobrze, że cię złapałem przed pracą. - Heinrich zadowolony skorzystał z zaproszenia - Ta dziewczyna, którą poleciłeś zasiać... masz jakieś informacje o jej stanie? I czy ot tak się zgodziła?
Mnichowi chwilę zajęło zanim zrozumiał o czym mówi jego gość.
- Laura? To nie do końca tak. Dziewczyna sama przyszła do nas. Onyks zorganizowała spotkanie, sprzedałem jej bajkę, że reprezentuje hodowcę, że jaja pochodzą z Lustrii i że obdarujemy ją nimi, jeżeli zwróci nam larwy. Ostatnio jak widziałem Onyks, mówiła, że sama ją zasiała, więc chyba wszystko na dobrej drodze. Czemu pytasz?
- Zależy mi na jak najdokładniejszym poznaniu reakcji zasianych podczas tego procesu i samej ciąży. - odparł wprost.
- Z takimi pytaniami to lepiej do Sigismundusa. - przyznał mnich - Z tego co ja się dowiedziałem, proces jest przyjemny i nieszkodliwy dla nosicielki.
- U niego już byłem i rozmawiałem, także z jedną z ochotniczek. Chcę zebrać informacje od jak największej ilości zasianych kobiet.
- To by była Loszka, ta druga, która niedługo zginie, Laura i Dorna. - zauważył mnich - Jedna praktycznie niema, druga niechętna do rozmowy, jedna która chce tego dla wiary, druga dla przyjemności. - Otto westchnął - Przyznam niezbyt pomocne źródła. Kogo planujesz zasiać, że takiś dociekliwy?
- Przekonać. - mężczyzna zamyślił się - I myślisz że najlepiej Onyx zapytać o dziewczynę?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - spostrzegł Otto - Ale tak, jeżeli nie chcesz, aby dziewczyna coś podejrzewała, to zapytaj lepiej Onyks. Nie wiem jak dużo ci powie co prawda.
Heinrich zamilkł na moment.
- Z nas wszystkich to Ty wydajesz się być najbardziej... obeznanym w religijności.
Otto uniósł brew.
- Podejrzewam, że jako jedyny, nie licząc Mergi i Starszego, studiowałem drogi Mrocznych Bogów i ich sług. Czy coś cię trapi?
- Nie tyle co trapi, co zastanawia. - Heinrich spojrzał poważnie na Otto - Nie sądzisz, że nasz kult jest bardzo... - zamyślił się na chwilę - ... świecki? Nic nas nie wiąże w wierze, a z doświadczenia wiem, że to wiara potrafi połączyć nawet sprzeczne ze sobą frakcje.
Mnich chwilę zastanowił się nad słowami kolegi zanim dał odpowiedź.
- Świecki... nie, no może... bardziej powiedziałbym, że każda frakcja dotyka jedynie powierzchni swego powołania. Slaaneshyci jedynie się chędożą, Nurglici eksperymentują z jajami, Tzeentchianie... w sumie nawet nie wiem co wy robicie. Szczególnie musi to być frustrujące dla Khornitów, którzy nie mogą nic zrobić w mieście. Brakuje nam kierunku, nadzoru powiedziałbym. Starszy jedynie nas zjednoczył jako kult, ale pozwala nam robić co chcemy tak długo jak ktoś robi coś w kierunku sprowadzenia sióstr.
- Kult jest na granicy wrzenia, o ile już nie wrze. Jest dużo niechęci do slaaneshytek. - stwierdził wprost - Nie umiemy współpracować, a mogę powiedzieć wprost: niesnaski w kulcie prowadzą do jego porażki. Wewnętrzne niechęci jedynie umacniają naszego wroga. Takich rzeczy zawsze się wyszukiwało niszcząc kulty. Najgorsze były jednorodne z prostego powodu. - Heinrich patrzył poważnie - Są zorganizowane.
- W takich sytuacjach kult na ogół niszczył się sam. - zauważył mnich - Niechęć do slaaneshytek wynika z ich sukcesu i braku możliwości podobnego u reszty. Przynajmniej na razie. Rozmawiałem wczoraj z Silnym, chłop jest naprawdę rozgoryczony tą sytuacją. Czuje się ignorowany i nie szanowany... - Otto westchnął - Starałem mu się doradzić jak zyskać w oczach Khorna i kultu, może coś z tego wyjdzie. Jednak tak samo jak ich wgląd we własną wiarę jest powierzchowny, tak samo ich pogląd na organizację jest bardzo... egocentryczny. Starałem się wytłumaczyć zarówno Silnemu jak i Tobiasowi, że nie mogą szukać metod na podkopanie "ladacznic" tylko odnaleźć drogę, aby je przewyższyć. Nie wiem czy to jednak do nich przemawia.
Heinrich uśmiechnął się nagle.
- Byłbyś za tym, aby spotkać się ze Starszym i porozmawiać na te tematy z nim? - zaproponował.
Jednooki kultysta wciągnął powietrze.
- Chciałem zacząć prowadzić msze od następnego zboru. Coś co pomogłoby zjednoczyć kult. Trzeba by było to z nim obmówić. Szczególnie, że kolejne msze mają być tematyczne.
- To tym bardziej przyda nam się wspólnie ze Starszym porozmawiać. - pokiwał głową - Zgodziłbyś się, prawda?
- Nie mam przeciwwskazań. Mam jednak wrażenie, że piszę się na więcej niż sądzę. - wskazał dłonią na kolegę - Tzeentchianin...
- Nie można wezwać tylko jednej. - stwierdził wprost - Więc wszyscy musimy się zjednoczyć i czasem nagiąć się do poświęceń.
Mnich westchnął.
- Jasne... więc kiedy chcesz się spotkać ze Starszym?
- Nie mam większych planów... choć dziś to chciałbym być wolny w nocy. - przypomniał sobie.
- Ja muszę udać się do hospicjum i... - Otto zamarł na chwilę - Miałeś dzisiaj sny Heinrichu? Wiesz jakie. - były łowca czarownic skinął głową - Mam więc do ciebie prośbę. Skoro nie masz planów. Odwiedź proszę Fabienne von Mannlieb. Ma u siebie dwójkę heroldów. Jeżeli my mieliśmy sny, to one też i wątpię, aby zniosły je tak dobrze jak my. Marissa najpewniej po prostu biega nago po domu, ale Annika czuje wołanie ołtarza Norry, ołtarza który jest poza miastem. A miasta teraz nie można opuszczać.
- ... dobrze. - Heinrich odparł po chwili zastanowienia - Choć pewnie tak z nagła to ciężej będzie tam wejść. I nie licz że będę odznaczonym biegaczem.
- Powiedz, że ja cię przysłałem. Fabienne powinna pozwolić ci wejść. Co do Anniki, jeżeli dalej będzie w domu. To wątpię, abyś siłowo ją powstrzymał więc... - mnich się zastanowił i pstryknął palcami - mapa! Wręcz jej mapę, węgiel ołówek lub cokolwiek do rysowania i niech zaznaczy na niej drogę, tak jak czuje. Zew może działać i w ten sposób, a da to jej zajęcie. Ja odwiedzę je po mojej zmianie... boję się myśleć co się tam teraz dzieje.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Miejsce : Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas : 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranekOtto leżał przez chwilę w łóżku wpatrując się w sufit. Definitywnie musiał zmienić poczynania, najwyraźniej siostry widzą w nim głównie wyznawcę Węża.
Mnich westchnął, ponownie widział te dwa łona. Pierwsze z pieprzykami należące do Fabienne i drugie, do tej szlachcianki od Onyks. Najwyraźniej obie będą musiały zostać zarobaczone. No cóż, miał zamiar porozmawiać o tym z Fabienne, na tą drugą też przyjdzie czas.Następnie widział zwierzoludzi i jednego nowego. Bardziej kolorowy… krabie szczypce. Znaczyłoby dar od jednego z bogów. Zważając na zachowanie najpewniej od Slaanesh, czyżby kolejny champion? Chyba będzie musiał to obmówić z Sorią.
I w końcu ta kobieta… ze znamieniem na udzie i biodrze. W lesie… tylko którym? O tym będzie pewnie musiał porozmawiać z Lilly o tym. Być może uda mu się nawiązać kontakt z Gnakiem.
Zaczął się powoli zbierać kiedy usłyszał pukanie do drzwi.
Rozmowa z Heinrichem była niespodziewana, ale dość owocna. Posłał byłego Łowcę Czarownic do Fabienne, więc nie musiał się na razie przejmować tym co się u niej dzieje. Sam ruszył pospiesznie do Hospicjum, spodziewał się małego pandemonium, chociaż przynajmniej część heroldów już tam nie było, a ten co został nie był groźny. Martwiła go za to Somnium, jeżeli kapłanka Morra ich akurat by odwiedziła… Mnich przyspieszył kroku.
Heinrich
Łowca Czarownic zmierzał w kierunku rezydencji von Mannlieb. Postara się załatwić sprawę u szlachcianki w swoim tempie. Umówił się z mnichem, aby następnego dnia spotkać się ze Starszym, gdyż dzisiejszej nocy miał zamiar być u siebie w domu. Nie sam oczywiście. Po drodze od szlachcianki chyba zakupi trochę liny.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 40 - 2519.07.16; bzt; przedpołudnie - popołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów 14; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; przedpołudnie
Warunki: wnętrze mieszkania, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)Joachim
Młody magister po tym jak posłał Svena do Północnej Dzielnicy gdzie mieszkali ci najznamienitsi i najdostojniejsi miał czas aby w spokoju zacząć ten nowy dzień. Zjeść coś, ubrać się, zastanowić. Nawet ta poranna ulewa się już skończyła. To poranne czekanie na powrót służącego przerwała mu wizyta gości. Bynajmniej nie znamienitych. Ale też nie była to straż miejska jaka by miała go capnąć. Jako, że Svena nie było to zaanonsował ich Ghunter.
- Przyszli jacyś tacy ze wsi. Po poradę od uczonego. - obwieścił krótko wskazując kciukiem za siebie gdzie czekać mieli owi klienci. Gdy tam wszedł obaj miętosili przemoczone czapki w spracowanych dłoniach i chyba czuli się mocno nieswojo. Obaj wyglądali na ojcowe pokolenie zaś wygląd pasował do rybaków, tragarzy, robotników portowych czy właśnie chłopów.
- Pochwalony. - odezwał się jeden z nich kiwając głową. Drugi szybko powtórzył za nim. I przez chwilę wydawało się, że na tym ich inwencja się skończy. Bo jeden zerkał nerwowo na drugiego jakby chciał aby to nie on musiał zaczynać mówić. Ale wreszcie chyba się naradzili bo odezwał się ten co zaczął.

https://i.imgur.com/DEx7L1J.jpg
- My przyszli z Dahlem. Bo my byli wczoraj tu na targu i usłyszelimy, że tu w mieście to taki uczony jest. Co gwiazdy i przyszłość łumi. To my pomyśleli, że może taki ktoś pochyliłby się nad nami. Bo my w potrzebie som. - powiedział prosząco ten nieco mniej zestrachany. Joachim kojarzył, że Dahlem to pobliska wioska ale sam nigdy tam nie był.
- Bo sprawa jest. Sprawa rodzinna. Ale ważna. - rzucił szybko ale cicho ten drugi co wyglądał jakby wolał się schować za plecami kolegi.
- No właśnie. Bo u nas taka… No taka sprawa jest. Rodzinna. I mój dziadko, po kądzieli. To on kiedyś poszedł w las. Jak ja jeszcze smarkiem byłem. To on tam poszedł. I nie wrócił. Nigdy nie wrócił. Ale mnie on tak śni się ostatnio. Że on tak tam leży w tym lesie. Tak sam i niepochowany. Ale nie wiadomo gdzie. Bo wtedy to on sam poszedł. I nikt nie wie gdzie. I co się stało. - miętolił czapkę w miarę jak mówił ale jak już zaczął to jakoś dukał co mu leży na sercu tak ważnego, że chociaż nie był dzień targowy to jednak przyszedł do miasta.
- Pewnie go co zeżarło. Bo co innego? Tyle lat minęło to przeca jeszcze za starego cesarza było. To go na pewno coś zeżarło. Albo bagno jakie połknęło? Bo co innego? - wtrącił się ten drugi jaki też nabrał nieco więcej odwagi w miarę jak kolega mówił.
- No pewnie tak, co innego? No i właśnie my w tej sprawie. Może byś panie zacny coś poradził? Bo to nieszczęśnika trzeba odnaleźć i pochować w Ogrodach Morra. By tak w snach przestał męczyć, że on tam leży taki niepochowany w niepoświęconej ziemi. A męczą te sny męczą. Ostatniej nocy to aż tak na mnie strasznie patrzył, że aż się obudziłem cały mokry. Tak głośno, że aż babę swoją obudziłem. No i ona mówi, że poradzić coś trzeba na to, może w mieście coś by poradzili bo tam mądrzy ludzie. I tak z kumem właśnie uradziliśmy aby tu do waćpana odwiedzić i się pokłonić to może by coś pomógł. - powiedział ten co był wnukiem zaginionego w lesie dziadka. Obaj wyglądali na okolice czwartego krzyżyka to i pewnie pamiętali jeszcze ojca Karla Franza jaki obecnie panował w Imperium. Zwłaszcza jak mówił, że był małym chłopakiem to tym bardziej pewnie mogło to być i ze trzy dekady temu. A widocznie coś na targu albo na mieście musieli słyszeć o jakimś astrologu więc przyszli właśnie do niego po pomoc.
Jakiś czas później do domu wrócił Sven. Ale wieści miał niekoniecznie najlepsze. Owszem, poszedł do rezydencji von Wirsbergów. Tam go wpuszczono za bramę ale już od progu widać było jakiś rwetes i zamieszanie. Początkowo nie mógł nikogo złapać co się dzieje ani nawet zostawić bileciku od swojego pana. Dopiero po chwili dorwał jakiegoś służącego od jakiego po koleżeńsku dowiedział się co nieco.
- Z samego rana baron zaczął biegać i krzyczeć, że czas na koń i ruszać na łowy. Ten z którym gadałem mówił, że i tak się szykował i miał zamiar na dniach pojechać na polowanie. Jednak nie tak nagle. Wczoraj się kładł spać to jeszcze nic nie mówił, że dziś chce właśnie jechać. A dziś to od samego rana, jeszcze ta ulewa przecież była, wszystko w błocie i mokre. A ten nic, tylko dalej swoje, że trzeba szykować konia, psy, rohatynę i ruszać w łowy. No i pojechali. Zebrał swoją świtę i pojechali tak całkiem na wariata. - Sven streścił czego się dowiedział w rezydencji barona. I rozłożył ramiona przepraszając niemo, że nie był w stanie wykonać swojego zadania z powodu braku adresata w domu. Znaczy bilecik zostawił mimo wszystko tak, na wszelki wypadek. No ale wiadomo było, że gospodarz póki nie wróci z tych nagłych łowów to go nie przeczyta.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; popołudnie
Warunki: wnętrze gabinetu, umiarkowanie, cicho; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; nieprzyjemnie (0)Joachim
Gdy wyszedł ze swojej kamienicy miał spory kawałek miasta do przejścia. Akademia była prawie na przeciwległym krańcu Nowego Miasta jak nazywano całą, zachodnią część Neus Emskrank położoną na płaskopiennym brzegu. Przy samym ujściu Salt do Zatoki. Więc miał niezły kawałek do przejścia. Dzień okazał się pochmurny ale przynajmniej przestało padać. Za to ta woda co spadła nad ranem wciąż grzęzła w błocie. Tam gdzie nie było bruku trzeba było chodzić po śliskich od błota drewnianych kładkach na jakich łatwo było się poślizgnąć albo co gorsza wpaść w to błoto obok. W takim deszczu wyglądało ono szczególnie zimno, złowrogo i odpychająco. Jak gotowa pułapka jaka jest w stanie pochłonąć w swoich odmętach każdego, nieuważnego przechodnia.
Ale niezbyt to hamowało tradycyjny dzienny ruch. O ile zachodnie rejony miasta tam gdzie mieszkał były dość opustoszałe to w miarę jak zbliżał się do centrum to tłum gęstniał. Pomimo takiej chlapy na zewnątrz. Raz widział efekt nocnej akcji z początku tygodnia gdy straż zatrzymała i zaczęła przeszukiwać jakiś wóz. A gdzie indziej wlokła jakiegoś pobitego nieszczęśnika.
W końcu jednak dotarł na rzeczne nabrzeże a po chwili widział już ceglany mur okalający Akademię. Wydawało mu się, że jest podobny do tego jaki widywał w snach. Ale nie był w stanie stwierdzić czy to przypadek czy nie. Z teorii snów w Kolegium pamiętał, że sny to zwykle jakieś tam odzwierciedlenie tego z czym się człowiek styka dookoła. Chociaż czasem zdarzały się wspomnienia z przeszłości a niekiedy nawet zdarzały się ponoć prorocze sny. W każdym razie gdyby tak było to nie byłoby chyba aż tak dziwne, że śnił mu się mur jaki znał z rzeczywistości. Po tych rozważaniach przeszedł przez główną bramę Akademii jaka w dzień była otwarta na oścież.
Zauważył sporo młodych ludzi, młodszych od niego zapewne. Co nie było dziwne skoro był dzień i trwały różnorakie zajęcia. Potem była recepcja i Philippe jaki się z nim miło przywitał i zapytał czego potrzebuje. Musiał mu powiedzieć aby ten mógł go skierować w odpowiednie miejsce albo umówić.
- Chciałbyś u nas wykładać? - upewnił się czy dobrze zrozumiał. Po czym zastanawiał się chwilę stukając piórem o blat biurka. - No to trzeba by z rektorem. On zatwierdza całą kadrę. - zdecydował się w końcu. Po czym przyzwał jakiegoś pomocnika i wyjaśnił mu w czym rzecz. Ten wyszedł i nie było go jakiś czas. Ale jak wrócił miał wiadomość dla gościa.
- Mistrz Vogel mówił, że chętnie się z panem spotka. Zaprasza pana na 3-cią do naszej biblioteki. - obwieścił zdanie rektora. Więc Joachim musiał sobie znaleźć jakieś zajęcie na jakieś dwa dzwony bo tyle brakowało do wyznaczonego terminu spotkania. Trochę stratą czasu by było wracać teraz na Kołodziejów i złapać chwilę oddechu tylko po to aby zaraz znów wędrować tymi błotnistymi ulicami z powrotem nad brzegi Salt.
- To mówisz kolego, że jesteś zainteresowany aby u nas wykładać. - w końcu obaj spotkali się w bibliotece uczelni. Pośród reagłów z księgami o głównie morskiej tematyce. Rektor przywitał go w recepcji po czym zaprosił na górę do biblioteki. Siedzieli w wygodnych, obitych pluszem i ozdobnych krzesłach, przy niskim stoliku na jakim stał dzban wina z dwoma kielichami i patera z owocami.
- Przyznam, że się tego nie spodziewałem. Do tej pory jakoś nie byłeś zainteresowany kontaktem z nami a przecież jesteś tu już troszeczkę. Więc nie sądziłem, że taka droga kariery jest ci bliska. - przyznał Vogel nie ukrywając, że prośba magistra sztuki tajemnej nieco go zaskoczyła. Joachim nie był pewien czy kryje się w tym jakiś przytyk czy tylko stwierdzenie faktu. W końcu przybył do miasta jeszcze przed zimą i początkowo mieszkał gościnnie u van Hansenów więc zapewne rozeszło się to jak nie po mieście to w towarzystwie. Nie było aż takie dziwne, że rektor zdawał sobie z tego sprawę. I do tego czasu wykształcony w Altdorfie, młodszy kolega nie objawiał chęci bliższych kontaktów z tą nadmorską uczelnią.
- No ale dobrze, pewnego dnia przychodzi odpowiedni moment na pewne decyzje. - uśmiechnął się ciepło do rozmówcy. - A więc jesteś zainteresowany aby u nas wykładać? No dobrze. A wykładaniem jakich przedmiotów byłbyś zainteresowany? I od razu zapytam, masz już jakieś doświadczenie jako akademicki wykładowca? - mimo tego początkowego zaskoczenia rektor Mathias Vogel był gotów jednak wysłuchać młodszego kolegę jaką ma dla niego ofertę jako potencjalny wykładowca.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Kapitańska 6; rezydencja von Mannliebów
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)Heinrich
Rozstali się z Otto jeszcze wczesnym rankiem. Następnie młodszy z kultystów ruszył do hospicjum a starszy ku Dzielnicy Północnej. Wcale nie było tak blisko. Zwłaszcza w taką pogodę. Po tym oberwaniu chmury było ślisko i mokro. Widział jak każdy kto zszedł ze śliskich, ubłoconych kładek zapadał się do połowy łydki w chciwe, brunatne i zimne błoto. Konie ciągnące wozy zmagały się tak samo gdy koła tonęły w błotnistej, chciwej mazi. Więc dla emerytowanego łowcy czarownic z kontuzjowaną nogą to była nie lada przeprawa. Mocno się zasapał i namęczył zanim dotarł do południowych krańców Dzielnicy Północnej. Tu był już bruk więc i błota było o wiele mniej. Właściwie w porównaniu do reszty miasta można by powiedzieć, że prawie go tu nie było. Trochę tu czy tam. Jakieś kałuże i strumienie spływające do rynsztoków lub właśnie nimi i niżej do kratek kanalizacyjnych. Wydawało się, że to całkiem inne, elegantsze i bogatsze miasto. Chociaż z tego co wiedział ze swoich wizyt w różnych miastach Imperium to często tak to wyglądało. Rzadko które miasto było wybrukowane w pełni. Podobnie jak każda miejscowość pretendująca do miana miasta zaczynała od położenia chociaż kawałka bruku gdziekolwiek. Zwykle wokół ratusza, urzędów, świątyń no albo przy prywatnych rezydencjach jak kogoś było na to stać.
W każdym razie tym brukiem szło mu się zdecydowanie łatwiej. Miał okazję się rozejrzeć dookoła. Bo zbyt często tu nie bywał. Nie miał tak dobrych znajomych aby go zapraszali do siebie pod mijane adresy. Więc chociaż Otto podał mu adres i wyjaśnił mniej więcej jak iść to i tak musiał się już na miejscu dopytywać gdzie jest ta Kapitańska na jakiej mieszkali von Mannliebowie. Wreszcie znalazł właściwą ulicę i dom. A raczej rezydencję. Tu większość posesji była odgrodzona solidnym ogrodzeniem z podmurowanych prętów, czasem nawet muru. Często za nimi były żywopłoty dodające elegancji oraz dyskrecji. Od razu widać było, że tu mieszkają ci na tyle bogaci i potężni aby nienachalnie pilnować swojej prywatności a jednocześnie puszyć się tym bogactwem i dobrym smakiem.
Tak dotarł do 6-ki. Musiał zadzwonić do furty. Podeszeł odźwierny w liberii von Mannliebów i grzecznie zapytał czego sobie życzy. Musiał się przedstawić i poprosić o spotkanie z panią. Służący zgodnie z etykietą poprosił go aby poczekał a sam udał się do domu znikając gościowi z pola widzenia. Czekał trochę pod tą bramą. Albo tak mu się dłużyło po tych nadwyrężąjących jego nogi spacerach w niesprzyjających warunkach. Chyba rzeczywiście sporo czasu mu zajęło zanim tu dotarł bo już zdecydowanie było po wczesnym poranku. W końcu rozmyślania przerwał mu powrót odźwiernego jaki otworzył mu furtę i przejął rolę przewodnika. Obaj weszli po kilku schodach jakie były szersze niż wyższe. Potem dwuskrzydłowe drzwi i tu odźwierny go zostawił wracając do swojego posterunku przy bramie. Z to przywitała go starsza, elegancka ubrana dama. Otaksowała go surowym spojrzeniem. Na dłużej zatrzymała się na ubłoconych butach i nogawkach. Ale idąc po takim błocie, taki kawał, nie dało się nie ubrudzić.
- Czego pan sobie życzy? - zapytała oficjalnym tonem jak już spojrzeniem dała mu do zrozumienia, że taki ubłocony strój nie jest tu mile widziany. Z opisu pasowała do “starej rury” jak to niezbyt pochlebnie o majordom von Mannliebów mówiła Łasica jaka miała już z nią do czynienia. I nie ukrywała, że Gertruda jest zawalidrogą i ogonem jaki mocno utrudnia kontakty z Fabienne. Teraz Heinrich miał okazję się o tym przekonać osobiście stojąc z jej suchą twarzą okraszoną nieprzychylnym spojrzeniem.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; popołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; nieprzyjemnie (0)Heinrich
Połowa dnia okazała się pochmurna i nieco wietrzna. Opad jaki spadł na ten ziemski padół o świtaniu nadal zalegał w postaci kałuż, strumyków i błota. Po opuszczeniu Dzielnicy Północnej znów trzeba było balansować na tych ubłoconych, śliskich kładkach. Co jak się nie było już młodzieniaszkiem i nie miało się obu zdrowych nóg nie było wcale takie proste. Na szczęście w pobliżu Akademii Morskiej znów był kawałek wybrukowanego wybrzeża co znacznie zmniejszało dokuczliwość błotnistej aury.
Heinrich jako obserwator miał aż za dużo okazji aby się przyjrzeć temu wszystkiemu. Ceglany mur wysokości nieco przekraczajacej wzrost przeciętnego człowieka. Zapewne ktoś odpowiednio zdeterminowany i sprawny mógłby tam podskoczyć, złapać się i podciągnąć a potem zeskoczyć na drugą stronę. Choć dla niego samego to mogłoby być trudne.
Do tego główna brama. Była otwarta na oścież. W końcu był dzień i trwały zajęcia. Ale jak by była zamknięta to wyglądała całkiem solidnie. Właściwie to cała Akademia zapewne mogła pełnić rolę fortu. W narożnikach murów widział wieżyce jakie wzmacniały ten system obronny muru zewnętrznego. Kolejne flankowały samą główną bramę. Przy niej nie widział jednak żadnej straży chociaz grube mury wskazywały jakieś drzwi pewnie do pomieszczenia strażników.

https://i.imgur.com/CyZ9VAK.jpg
Mur jaki oddzielał uczelnię od miasta dochodził do pirsu rzecznego. Więc suchą drogą nie dało się przejść. Chociaż w każdej z trzech ścian widział albo furtę albo bramę. Samego nabrzeża uczelni jednak od strony miasta nie było widać. Chyba, że ze wschodniego brzegu Salt. Zwłaszcza, że ten był wysoki i zapowiadał już klify jakimi cechowało się wschodnie wybrzeże Zatoki jak i potem dalej, ku otwartemu morzu. Gdzieś tam dalej, wśród tych klifów Vasilij miał swoją kryjówkę. Ale gdzie tego nie zdradzał nawet kultystom. A przynajmniej Heinrich nic o tym nie wiedział. Teraz jak herszt z większością swojej bandy odpłynął z Mergą do Norski to i tak była to pusta informacja.
W każdym razie czekał już całkiem sporo w okolicach głównej bramy uczelni, zakładając, że pewna szacowna młoda dama co wedle ich wspólnej koleżanki miała wstydliwe preferencje wyjdzie na zewnątrz. To, że ta pora się zbliża dało się poznać po dorożkach i powozach. I tak, jedna czy dwie stały tam odkąd tu przyszedł. Nawet jeden z nich zaproponował mu trasę zapewne biorąc go za jakiegoś przybysza co szuka podwózki. Ale jak Heinrich odmówił to dał mu spokój. Potem zaczęły się jak na zawołanie zjeżdżać kolejne konne pojazdy jak zwierzaki co przyszły do paśnika na żer. I rzeczywiście gdzieś tam zza murów rozległ się głos gongu. A wkrótce zrobiło się tam głośniej i pierwsi studenci zaczęli wychodzić przez bramę. W zdecydowanej większości byli to młodzieńcy i młodzi mężczyźni. Co nie mogło dziwić bo marynarka podobnie jak żołnierka to było przede wszystkim męskie zajęcie. Niemniej także i niczym rodzynki w cieście trafiały się i młode kobiety. Zdecydowanie większość zdawała się chcieć jak najszybciej stąd oddalić więc szła szybko, żegnali się, czasem grupki jeszcze rozmawiały o czymś chwilę. Ale tendencja była taka aby udać się pieszo i zniknąć z widoku gdzieś w przyległych ulicach miasta albo wsiąść do któregoś z czekających pojazdów. Tutaj Heinrich musiał skrócić dystans aby w tym tłumie młodych ludzi nie przegapić tej jednej, wybranej studentki. A przez co znów parę młodych głów na moment zaszczyciło go spojrzeniem ale niezbyt długim. W końcu wśród tej wesołej, głośnej ciżby rzucał się w oczy jak był o pokolenie starszy a nie należał do żadnego z belfrów.
Jednak w końcu ją wypatrzył. Szła z niewielką torbą na ramieniu i rozmawiając z dwoma koleżankami. Nie przejmowały się widocznie tym co się dzieje dookoła. Petra zatrzymała się przy jednej z dorożek zapewne zamierzając tam wsiąść jednak jeszcze chciała dokończyć rozmowę ze swoimi rówieśniczkami.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; przedpołudnie
Warunki: wnętrze mieszkania, ciepło, cicho; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)Otto
Poranna wizyta Heinricha sprawiła, że Otto musiał nieźle wyciągać nogi aby się nie spóźnić na początek swojej zmiany. A i tak nie do końca mu się to udało. Przywitało go krzywe spojrzenie brata recepcjonisty.
- Spóźniłeś się. Idź do stołówki. Znów jakaś awantura. - rzucił mu cierpko. Gdy Otto tam podążył okazało się, że jest awantura. Któryś z pacjentów głośno płakał i leżał mocno ściskając jeden z filarów. Zaś jeden z braci starał się go uspokoić i odciągnąć od tej podstawy. Na jednym ze stołów stał George i mówił donośnym głosem. Zaś niewidzące spojrzenie miał pełne egzaltacji i wpatrzone gdzieś pewnie poza okalające go ściany.
- Tak! A właśnie, że tak! Książki mnie wołają! Jak się spotkamy będziemy już razem na zawsze! - mówił pewnym pasji głosem.
- Bardzo dobrze, George, bardzo dobrze. Chcesz książki? To proszę cię, zejdź tu na podłogę i pójdziemy do biblioteki. - przeor Bertrand wyciągnął do niego dłoń jakby chciał mu pomóc zejść na dół i przemówić do rozumu jednocześnie. Pacjent w okolicach czwartego krzyżyka popatrzył z góry na niego z wyraźnym poczuciem wyższości.
- Tam są głupie książki. Ja takich nie chcę. - odparł dumnie niczym jakiś szlachcic do swojego sługi.
- Jak to głupie? Co ty mówisz George? Przecież tam mamy mądre traktaty na różne sprawy. Widziałeś je w ogóle, że tak je pochopnie osądzasz? Chodź ze mną i sam się przekonasz. - tłumaczył łagodnie przeor wciąż wyciągając ku pacjentowi rękę. Ale na chwilę się zdekoncentrował i spojrzał pod jedną ze ścian bo tam podobne negocjacje właśnie się nie powiodły i przeszły w szarpaninę. George też tam spojrzał z wysokości swojego stołu ale nie zainteresowało go to za bardzo.
- Są głupie. Nie umieją mówić. - powiedział do przeora i otaczających go braciszków z miną przemądrzałego pięciolatka.
- Co ty mówisz Geoerge? Przecież książki nie mówią. Nie tak dosłownie. Bo oczywiście przekazują nam słowa, myśli i obrazy ale same z siebie nie mówią. Mogą co najwyżej budować naszą wiedzę i wyobraźnię… - przeor starał się stłumić parsknięcie niecierpliwości i irytacji. Nie do końca mu to wyszło. Ale mimo to tłumaczył opornemu pacjentowi tak aby ten zszedł dobrowolnie. Chociaż z kilku braci dwóch już zbliżało się do stołu gotowi go pochwycić. Czekało jednak na wynik tych negocjacji i rozkaz przełożonego.
- Puszczaj klecho! Zostaw mnie! Ja już jestem poza waszym zasięgiem! Teraz będę mieszkał ze szlachtą a nie w tej norze! - gdzieś od strony korytarza dobiegł ich rozjuszony głos Thorna. Jak stojący w przejściu Otto tam spojrzał ujrzał mięśniaka i to bez ubrań. Mokry jakby właśnie wyszedł z balii. Zmagał się z trzema mnichami.
- Okryj się! Załóż coś na siebie! - krzyczał jeden z nich podając mu ręcznik i jednocześnie łapiąc za ramię aby go spowolnić. Dostał jednak w twarz bo taki uliczny łotrzyk jak Thorne to był dla braci nie lada przeciwnikiem. Tylko w kupie mieli szansę go spacyfikować.
- Ha, ha, ha! On je chce ale one się teraz zabawiają ze sobą! Bez niego! - roześmiał się szczerze rozbawiony George pokazując Thorna palcem. Chociaż nie mógł go widziec bo ściana stołówki mu zasłaniała scenę na korytarzu.
- Ty żałosny pokurczu! Dorwę cię nim stąd wyjdę! Dorwę i zrobię z tobą porządek! - zawył Thorne jakby uwaga drobniejszego z pacjenta dotknęła go do żywego. Odecphnął drugiego z mnicha, zdzielił w żołądek trzeciego i był wolny. Ruszył z impetem korytarzem jakby zamierzał wprowadzić swoje pogróżki w czyn. Naga, mokra, umięśniona furia. Szedł prosto przed siebie a Otto blokował mu drzwi do stołówki i tych co byli w środku. Gdy stało się coś czego chyba ani Thorne ani nikt inny się nie spodziewał. Bo do korytarza weszła trójka odzianych na czarno postaci. Z czego dwójka kruzych gwardzistów zgrzytała metalicznie pełnymi pancerzami rozsiewając wokół siebie chłodną, złowróżbną ciszę. Ale w centrum była młoda, bladolica i czarnowłosa kobieta. Weszli do korytarza i zatrzymali się ze dwa kroki od Otto. Zaś Thorne się pomiarkował na tyle aby też się zatrzymać.
- No ale ty też możesz być. To co? Chcesz się zabawić z prawdziwym mężczyzną a nie z jakimiś wymoczkami? - rzucił niczym największy chwat w mieście. I złapał się pod boki. Nagi prezentował się rzeczywiście w sam raz niczym model do jakiejś rzeźby antycznego gladiatora czy wojownika. Zaś liczne blizny i tatuaże pogłębiały te pirackie wrażenie typa spod ciemnej gwiazdy.
- Miarkuj się kmiocie. Do kapłanki Morra mówisz. - warknął ostro jeden z jej gwardzistów oburzony cała tą sceną. Ze stołówki zaczął ku drzwiom isć przeor zostawiając chwilowo Georga i resztę spraw. Ten zaś nagle wytrzeszczył oczy ze strachu i skulił się do tego.
- Czarny kruk! Czarny kruk po mnie przybył! - zakwilił przestraszonym tonem i aż przysiadł na tym stole jakby chciał się schować.
- Kapłanki też mają swoje potrzeby. To co skarbie? Zostawisz tych wymuskanych gogusiów i pójdziemy poznać się lepiej? - zaproponowął bezczelnie Thorne jakby był gdzieś w swojej ulubionek portowej tawernie i gadał go jakiejś karczemnej dziewki a nie kapłanki.
- Oh,Thorne, zamilcz! Matko Somnium. Proszę o wybaczenie. Ja mogę… - przeor stanął wyszedł na korytarz i zaczął mówić przeprszająco do kapłanki. Ta jednak uciszyła go gestem. Bez słowa na swojej bladej enigmatycznej twarzy ruszyła sama wprost w kierunku nagiego mięśniaka.
- Ha! Wiedziałem! Nie bój się, nic nie będzie bolało, mam w tym wprawę. - zaśmiał się rubasznie Thorne tonem zwycięzcy. Zaś przeor wytrzeszczał oczy w zdumieniu. Podobnie jak trójka braciszków jaka do tej pory starała się powstrzymwać upartego pacjenta i już pozbierali się po jego razach. Teraz stali zdezorientowani nie wiedząc co czynić. Zaś kapłanka zatrzymała się tuż przed szczerzącym się bezczelnie mięśniakiem. Ten bez skrupułów dał jej się obejrzeć najwyraźniej pewien swoich męskich walorów. Zwłaszcza jak kapłanka westchnęła cicho. Po czym uniosła dłoń i położyła ją delikatnie na czole mężczyzny. Ten uniósł swoją wskazując kciukiukiem za siebie.
- Znam jedno ustronne miejsce w którym… - zaczął mówić jakby był pewien, że właśnie po to przyszła tu ta bladolica kruczyca ale ta powiedziała jakieś słowo. Dosć cicho. Po czym Thorne padł jak ścięte drzewo na posadzkę.
- Sugeruję go zabrać tam gdzie nie będzie sprawiał więcej kłopotów. Póki się nie obudzi. - powiedziała cicho młoda morrytka odwracając się twarzą do przeora. Ten dał znak i trójka braci podbiegła do nagle bezwładnego ciała i wzięła go za ramiona.
- Dziękuję matko. Thorne bywa trochę opryskliwy. I kłopotliwy. On zwykły ulicznik, brak mu dobrych manier. - zaczął tłumaczyć się zakłopotany tym wszystkim przeor. Ale widocznie kapłanka traktowała to tylko jako drobną niedogodność.
- Miałam dziś dziwny sen. I śniłam o tym miejscu. Wielkie zagmatwanie. Czy mogę się tu trochę rozejrzeć? - zapytała skromnym, cichym głosem. A przeor po chwili wahania odparł, że oczywiście. Przecież nie mają nic do ukrycia.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Kapitańska 6; rezydencja von Mannliebów
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; popołudnie
Warunki: wnętrze mieszkania, ciepło, cicho; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; nieprzyjemnie (0)Otto
W końcu ten ponury i dżdżysty dzień pracy się skończył. Młody, jednooki mnich mógł sprawdzić swoich sił w próbach nie ześlizgnięcia się ze śliskich kładek w błotnistą breję obok. Wymagało to nie lada uwagi. Dopiero jak się wydostał z centrum do północnych rejonów miasta wyszedł na solidny, twardy bruk. Tu szło się o wiele pewniej i przyjemniej. Też te kocie łby były zapaskudzone błotem ale nie było takiego bagna jak na reszcie ulic.
Otto bywał już u von Mannliebów więc szedł na pewniaka. Jak poszło rano Heinrichowi tego na razie nie wiedział. W końcu jednak stanął przed furtą z numerem “6” i zadzwonił. Dalej poszło już w miarę standardowo. Czekanie na odźwiernego, odźwierny, wędrówka do schodów i po. Wreszcie spotkanie z oschłą Gertrudą co jak zwykle wydawała się wiecznie skwaszona i niezadowolona z jego wizyty. Jednak kazała poczekać i po tym jak wróciła zaprowadziła go do salonu. Tu znów czekał przez chwilę sam ale pomieszczenie było jak na standardy jego mieszkania czy warunków hospicjum wręcz luksusowe. Czekał jednak tylko chwilę bo drugie drzwi się otworzyły i weszła do środka bladolica gospodyni. Zadbana i elegancka jak zawsze. Przynajnmniej gdy ją tu odwiedzał. Gdyby ktoś teraz ją widział, taką czystą, wyperfumowaną, umalowaną, zapewne by nie uwierzył, że to ta sama naguska co była przywiązana parę dni temu do ołtarza ofiarnego. I całkiem chętnie się ofiarowywała nie tylko ludziom bez błękitnej krwi w żyłach ale i w ogóle tym co nie byli ludźmi.
- Oh, Otto! Dobrze, że jesteś. Heinrich już tu był rano. - jednak gospodyni od progu weszła z burzą emocji jaką roztaczała wokół siebie. W ślad za nią weszła jej nowa, młoda służąca. Ale tym razem nie Annika tylko Marissa. I jak ją pani ubrała jako swoją służkę to i tak przewodniczka Sorii wyglądała o wiele lepiej niż w szorstkim, ponurym habicie.

https://i.imgur.com/AnNmDAP.jpg
Wyglądała jakby właśnie wróciła z zakupów na mieście albo niosła jakieś zapasy ze lub do spiżarki. Pozdrowiła mnicha ciepłym uśmiechem ale pozwoliła mówić swojej pani.
- Annika uciekła! Z samego rana. I do tej pory nie wróciła. W ogóle nie wiem co robić! Posłałam umyślnych i Marissę do wież bramnych i straży. Ale nie mają nikogo takiego. Przynajmniej w południe jak to było ostatni raz. Oh, żeby jej tylko się nic nie stało! Jestem całkiem roztrzęsiona, nie wiem co robić! - szlachcianka wyrzuciła z siebie kulę trosk i zgryzot. Zaś jej kasztanowłosa służka pokiwała twierdząco głową.
- Właśnie. Akurat naszykowałam kąpiel dla naszej pani. No i dla nas oczywiście. A Annikę zostawiłam w naszym pokoju bo jeszcze spała. A nie chciałam jej budzić. Ale jak tak już nalałam ciepłej wody to pomyślałam, że teraz będzie nam bardzo przyjemnie. We trójkę. No i… - służka zaczęła streszczać jak ten poranek wyglądał z jej strony. Najpierw zaczęła mówić rzeczowo jakby relacjonowała to komuś z zewnątrz. Ale w miarę jak mówiła głos jej łagodniał a uśmiech rozleniwienia i błogości rozlewał się po jej głosie i twarzy.
- Ty bezwstydnico! Zastałam cię jak zabawiasz się niecnie ze sobą! - fuknęła na nią jej milady i trzepnęła ja w ramię. Ta zaś łamiąc protokół etykiery zaśmiała się wesoło.
- Oj tak! Bo miałam taki piękny sen! Śniło mi się, że kocham się z pająkami! Z kilkoma na raz! I potem były kokony i rodziłam kolejne pająki. A potem one sprowadziły moją ukochaną Pajęczą Królową! I ona też się ze mną kochała i napełniła mnie swoim świętym nasieniem! Na koniec byłam z nią w ciąży i miałam o taki wielki brzuch! - była pacjentka hospicjum bez skrupułów i wręcz z dumą opowiadała co jej się śniło dziś w nocy. Zwłaszcza jak pokazywała dorodny owoc ciąży jaki był jej we śnie obiecany.
- I powiedz o tych ruinach. I studni. - Fabienne machnęła na to dłonią przestając udawać, że się na nią złości i przypomniała jej jeszcze o czymś.
- A tak. Bo to było w jakiejś jaskini. I w tej jaskini była woda. Ładnie pachniała i wydawała mi się taka trochę różowa. Jak bardzo rozwodniony kompot z wiśni. A na górze była dziura. Jak świetlne oko. I nie wiem skąd ale wiedziałam, że to studnia co nabierała tą wodę. A wokół niej jest reszta ruin. Takie stare, mury z kamienia a nie z cegły. Jakiś zajazd, mały fort czy coś takiego. No w każdym razie coś większego niż zwykły dom czy kamienica no ale żadne miasto, pałac czy zamek. - Marissa chętnie podzieliła się z kolegą z hospicjum to co jeszcze zapamiętała z ostatniego snu.
- A naszej milady też dziś śniło się coś mocno nieprzyzwoitego. - służka zwróciła się do swojej pani z kpiącym uśmiechem. Ta zaśmiała się cicho ale i kpiąco. Chwilę się zastanawiała po czym wzięła głębszy oddech i kiwnęła twierdzaco głową.
- O tak. Coś bardzo nieprzyzwoitego. Byłam przywiązana i zniewolona. W samym centrum. I brali mnie wszyscy. Tak jak ostatnio przy kamieniach. Tylko więcej i większa różnorodność. Było cudownie! - zaśmiała się chrapliwie i przygryzła swoją pełną wargę kontrastującą krwistą czerwienią z jej bladą cerą. Pozwoliła sobie na moment powrócić do tych sennych majaków jakie wydały jej się tak przyjemne.
- Ale Annika miała inaczej. Zerwała się i wybiegła. Krzyczała, że głaz ją wzywa i musi tam biec. Nie dało się jej zatrzymać. Przynajmniej ja nie byłam w stanie. Jeszcze Pirora u mnie była z rana ale też nie odważyła się jej zastawić drogi. No i jak wybiegła z domu tak jej do tej pory nie widziałyśmy. Na bramach i ratuszu jej nie mieli, przynajmniej w południe jak posłałam ostatni raz. I nie wiem co teraz robić. - Bretonka spoważniała i znów do głosu doszła troska o swoją narwaną podopieczną o jakiej od rana nie miała żadnych wieści.
- Wieczorem jeszcze było normalnie. Gadałyśmy do późna bo wreszcie mogłyśmy się spotkać razem i pogadać na spokojnie. No i kochać się! Zasnęłyśmy w jednym łóżku. Tylko ja rano wstałam aby przygotować kąpiel a ją zostawiłam śpiącą w łóżku. Wydawało mi się, że coś jej się śni bo jęczała trochę ale cicho. No i poszłam do łazienki przygotować tą kapiel no a ta jak się zerwała to tak pobiegła. Ja pobiegłam za nią ale jej nie dogoniłam. Zaspałam się i nie mogłam biec dalej po tym błocie a ona to się chyba w ogóle nie męczyła. Pruła przed siebie bez opamiętania no i tak ja straciłam z oczu. Potem szukałam jej i pytałam o nią ale nie znalazłam. To wróciłam tutaj. - kasztanowłosa pokojówka zrelacjonowała jak to dalej było gdy Annika wybiegła na ulicę. Na koniec przepraszająco plasnęła dłońmi o uda na znak, że nic więcej nie mogła wtedy zrobić.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Bezahltag; przedpołudnie; Hospicjum
Mnich westchnął kiedy usłyszał o awanturze. Tak bardzo chciał się mylić kiedy tu zmierzał. Scena w stołówce przyprawiła go ból głowy, szczególnie, że George musiał otrzymać silniejszą wizję niż zwykle. Wtedy pojawił się Thorne, oczywiście rozochocony, zapewne myli go przed wypuszczeniem z hospicjum.
- Bogowie, czemu mnie testujecie… - mruknął pod nosem. Kiedy pojawiła się matka Somnium jednooki mnich musiał się powstrzymać, aby nie zakląć. Morrytka zdołała spacyfikować Thorna i Georga. Przynajmniej na razie. Otto podszedł do kulącego się heralda i położył delikatnie dłoń na jego plecach.
- George? Możesz wstać, proszę? Chodź, zaprowadzę cię do pokoju i porozmawiamy o książkach. Co ty na to?Mężczyzna w habicie o wyglądzie kogoś o generację starszego od jednookiego mnicha gorliwie pokiwał głową. Zaś minę miał przestraszonego dziecka. Co mocno kontrastowało z jego wyglądem. Ale bez wahania był gotów pójść z Otto. Trwożliwie zerkał na młodą, bladolicą kapłankę boga snów jakby widział w niej jakiegoś straszliwego potwora. Zaś Thornem to już zajęli się braciszkowie odnosząc go gdzieś w czeluści hospicjum.
Mnich spokojnie prowadził Georga, upewniając się, że nikt nie chce ich zatrzymać.
- Cóż takiego ci się dziś przyśniło Gorge? - dotychczas wizja wprowadzały mężczyznę w dość spokojny stan. Gadał oczywiście, ale stan manii był czymś nowym.
- Książki! - odparł bez wahania i wyraz smutku i zatroskania został zastąpiony przez szczerą, bezkompromisową radość. - Książki mi się śniły. Cały regał. Tak pięknie dzwonił dzwoneczkami srebrzystymi i unosił się w powietrzu. I wołał mnie, obiecywał, że znów będziemy razem, że będę mógł przeczytać te wszystkie książki i porozmawiać z nimi i będziemy już na zawsze razem. I, że będzie nam dobrze i wspaniale. I wyruszymy w podróż aby mieć mnóstwo przygód i szukać nowych książek do naszej kolekcji. - wyrzucił z siebie jednym tchem. I można było mieć wrażenie, że uskrzydla go taka wizja i porusza do głębi.
- Jestem pewny, że tak będzie. - zapewnił mnich - Magiczna Siostra na pewno, będzie chciała powiększyć swoją bibliotekę, a ty przecież będziesz jej bibliotekarzem. - mnich poklepał Georga po plecach - Na razie jednak zostań w celi. Ja muszę zobaczyć co sprowadza tu Matkę Somnium. Nie może to być nic dobrego.
- O tak, ona jest straszna. - George pokiwał z przejęciem głową i na myśl o młodej kapłance znów wrócił mu grymas obawy. Choć jak jej już nie widział na własne oczy w swoim pobliżu to nie aż tak jak gdy to się działo na stołówce. Sam jednak nie kwapił się aby podążyć z Otto ku kobiecie jaka wzbudzała w nim tak silne emocje i wolał zostać na miejscu. Zaś na słowa pocieszenia o swojej patronce zareagował wręcz z dziecięcym uśmiechem szczęścia.
Otto zostawił go samego i wrócił do stołówki. W międzyczasie jednak sytuacja się tu uspokoiła. I jego koledzy zaczęli już sprzątanie po tej awanturze. Musiał się ich podpytać gdzie poszli przeor i kapłanka. Ci wskazali mu drogę do cel gdzie przebywali pacjenci. Chociaż niekoniecznie w dzień.
Mnich ruszył za Przeorem i Morrytką. Miał w sumie zamiar odwiedzić jeszcze jednego pacjenta, Niclasa. Jeżeli zapytają o powód jego obecności, zawsze coś wymyśli. Zastanawiał się co dokładnie widziała kapłanka, że postanowiła przybyć.
Otto nie miał zbyt wielkich trudności aby odnaleźć poszukiwany duet. Właściwie to było ich więcej bo dwaj czarni gwardziści trzymali się kilka kroków za swoją równie czarną szefową. Zaś przeorowi towarzyszyło dwóch braci. Właśnie obchodzili kolejne cele. Większość z nich o tej porze była pusta więc tylko je mijali. Chociaż nie tak prędko Matka Somnium mimo, że były puste zatrzymywała się przed drzwiami i spoglądała tam uważnie jakby czegoś szukając. Zbliżali się do tego fragmentu gdzie była cela Thorna i kawałek dalej Marissy. Przynajmniej do wczoraj gdy ją nowa pani zabrała do siebie. A czy mięśniak był teraz w celi czy bracia zawlekli go gdzie indziej to z korytarza nie było widać. Za to dwóch gwardzistów obejrzało się ku Otto sprawdzając kto się zbliża.
Mnich skłonił się.
- Wybaczcie najście. Chciałem zobaczyć jak ma się reszta pacjentów. George jest już bezpiecznie w celi.
Obaj ochroniarze kapłanki spojrzeli pytająco ku głównej parze sprawdzając czy mogą przepuścić jednookiego mnicha. Przeor coś powiedział cicho do morrytki a ta skinęła głową na swoich gwardzistów. Więc przepuścili Otto do głównej grupy. Przechodząc obok nich jednooki miał okazję z bliska rzucić okiem na ich kolczugi, hełmy i miecze w pochwach. Przez moment wydawało mu się, że wyczuwa zapach oleju używanego do konserwacji metalu. I wszystko wydawało się być solidne a obaj sprawiali wrażenie groźnych przeciwników. Teraz jednak nie ingerowali w jego przejście skoro ich szefowa wyraziła taką wolę.
- Dobrze Otto. Nie wiem co się dzieje z tym chłopakiem. Kiedyś był taki spokojny. - przeor pokręcił głową i zgodził się aby młodszy mnich dołączył do ich grupki. Stali właśnie przed otwartą celą Thorna. Jak się okazało pustą. Chociaż prycza była nie posłana i te parę detali drobiazgów jakie mieli pacjenci na własność świadczyło, że ktoś tu mieszka. Kapłanka Kruka nie odezwała się tylko spoglądała w głąb tej celi. Po czym do niej weszła. Rozglądała się wodząc po niej wzrokiem, pochyliła się aby podnieść metalowy kubek i obejrzała go sobie. Nawet powąchała zawartość. Po czym odłożyła go na miejsce.
- Więc tu mieszka ten uśpiony? - zapytała jakby już wcześniej o tym rozmawiali.
- Tak, właśnie tutaj. To nie jest jego stała cela tylko izolatka. Musieliśmy go tu karnie przenieść po tym jak rozrabiał. Siedzi tu już od paru dni az mu się kara nie skończy. - wyjaśnił przeor swojemu gościowi. Bladolica nic nie odpowiedziała tylko dalej wodziła wzrokiem a czasem dłońmi po różnych detalach izolatki Thorna.
- Ale mówiłeś ojcze, że macie go przenieść. O ile dobrze zrozumiałam. - zapytała po chwili.
- Tak, jedna z naszych dobrodziejek zlitowała się nad nim i nad nami. I zgodziła się go wziąć pod swoją opiekę. Właśnie dziś ma po niego przyjechać. Chociaż sam do końca nie jestem pewien czy to taki dobry pomysł. Po tym co dzisiaj widziałem. Jednak szlachcianka zapewniała, że sobie z nim poradzi. Nie śmiem w to wątpić ale… - przeor mówił szybko i wydawało się, że jest nadal nieco zdenerwowany całą tą poranną aferą i jeszcze wizytą kapłanki z samej stolicy. Ta jednak na razie niewiele komentowała tego wszystkiego.
- Jestem pewny, że lady von Dyke da sobie radę. Kiedy ostatnio z nią rozmawiałem, zapewniała, że ma wszystko przygotowane na jego przybycie. - mnich starał się uspokoić wątpliwości przełożonego - Co do Georga. Wydaję mi się, że jest podekscytowany. Nauczą go czytać i będzie mógł sam "rozmawiać" z książkami. Jest po prostu zagubiony w tym wszystkim.
- Lady von Dyke? - zapytała morrytka jakby zaciekawiona tym kto ma przejąć tego umięśnionego, kłopotliwego pacjenta jakiego niechcący poznała prawie, że zaraz na wejściu do tego przybytku.
- Tak, taka młoda, nadobna szlachcianka z Averlandu. Z tego co wiem niedawno do nas przyjechała z południa właśnie ale dzielnie sobie radzi i nawet okazała wspaniałomyślność aby zaopiekować się tym nicponiem. - wyjaśnił usłużnie przeor o kogo może chodzić. Kapłanka zastanawiała się nad tym chwię po czym skinęła powoli swoją bladolicą głową.
- A George no chyba tak, chyba można tak powiedzieć. Jego też wkrótce ma przejąć pewien dobrodziej. Porządny człowiek, wykształcony, nauczyciel i guwernant. Także wykłada na naszej Akademii. Ulitował się nad tym biednym chłopcem i zgodził się wziąć go pod swoją opiekę. Więc zapewne tak jak Otto mówi, także nauczy go czytać i innych przydatnych rzeczy. Zwłaszcza jeśli George sam zdradza takie zainteresowania. - przeor Bernard mówił szybko i składnie chcąc przekonać gościa ze stolicy do swoich racji oraz tego, że dbają tutaj o pacjentów jak tylko można. Matka Somnium znów to chwilę trawiła w głowie. Rozejrzała się jeszcze ostatni raz po celi Thorna po czym z niej wyszła. Więc i cała grupka wznowiła marsz wzdłuż korytarza kierując się stopniowo ku celi jaką do wczoraj zajmowała Marissa.
- Chciałabym później porozmawiać z tym Georgem. Zresztą z Thornem też. Wkrótce powinien się obudzić. - oznajmiła swoją wolę idąc korytarzem i zerkając przez drzwi do mijanych cel. Nawet jeśli braciszkowie jeszcze nie zdążyli ich otworzyć. Przeor zaś pokiwał głową na znak, że jest gotów do wszelkiej współpracy na tym polu.
Mnich podążał za grupą. Co jakiś czas spoglądał na Matkę Somnium. Otto ewidentnie chciał coś powiedzieć, ale albo obawiał się, albo nie wiedział jak zacząć.
Grupka przeszła dalej, powoli mijając kolejne cele dając okazję gościowi aby rzuciła na nie okiem. Chociaż sądząc po minie obsługi to chyba niezbyt widzieli sens oglądania pustych cel. W tym zakątku hospicjum znajdowały się izolatki w jakich zwykle zamykano tych pacjentów jacy coś przeskrobali lub podejrzewano, że mają jakąś zakaźną chorobę. Dlatego rzadko tu ktoś przebywał. Obecnie tylko Thorne a i on miał wedle planu dziś opuścić lokum. Matka Somnium jednak zainteresowała się ostatnią celą w jakiej do wczoraj przebywała Marissa. Było to pierwsze pomieszczenie do jakiego weszła po celi kłopotliwego mięśniaka. W środku zaczęła się rozglądać po tym skromnym wyposażeniu. Poza złożoną pryczą, taboretem na jakim stał gliniany kubek właściwie były tu tylko ściany. Niemniej kapłanka dłuższą chwilę rozglądała się uważnie jakby czegoś szukając.
- A tu? Kto tu mieszkał? - zapytała w końcu patrząc na przeora jaki stał w przejściu. Podobnie jak za jego plecami tych kilku braciszków jacy mu towarzyszyli.
- Marissa. Raczej nieszkodliwa dziewczyna, całkiem pomocna. Pomagała w kuchni i w herbatorium. Znała się na ziołach. Ale wczoraj trafiła do nowej dobrodziejki więc już posprzątaliśmy celę. - wyjaśnił gorliwie starszy już wiekiem mnich jaki zarządzał tą placówką. Słysząc to morrytka pokiwała głową i jeszcze rozglądała się po wnętrzu celi.
- A to jak taka pomocna to dlaczego tu wylądowała? - zapytała znów obdarzając przeora uważnym spojrzeniem.
- A bo… Miała taki kłopotliwy napad szaleństwa… Biegała i krzyczała… Zachowywała się niestosownie… To musieliśmy ją tutaj zamknąć dla ochrony jej i reszty pacjentów. Później jednak żałowała za swoje postępowanie bo pokornie znosiła służbę i była bardzo pomocna. - Bernard wyraźnie się żachnął i troszkę się zająknął opowiadając dość oględnie o całkiem śmiałym zachowaniu młodej pacjentki jakie mogło przysporzyć rumieńców zawstydzenia nie tylko mnichom.
- Rozumiem. A kto ją przejął mimo tych kłopotliwych zachowań? - zapytała kapłanka lekko przesuwając dłonią o swoją dłoń jakby je myła.
- Milady von Mannlieb. Ona jest Bretonką ale wyszła za mąż za tutejszego kapitana. Od paru lat jest u nas w mieście. Przyjechała razem z tą panienką van Dyke. I postanowiły nas wspomóc przejmując opiekę nad niektórymi pacjentami. Była jeszcze trzecia milady ale jej imię wyleciało mi z głowy. No i poza tym ona nie przygarnęła żadnego z pacjentów ale nie jest stąd, przyjechała do nas niedługo przed śmiercią naszej czcigodnej księżnej-matki. - wyjaśnił chętnie przeor odpowiadając szybko na pytania kapłanki. Ona zaś pokiwała głową, rozjerzała się jeszcze ostatni raz, zwłaszcza złożonej na ścianę pryczy po czym wróciła z celi na korytarz.
- W takim razie bardzo bym była rada jeśli bym mogła porozmawiać z Thornem i Georgem. - powiedziała dostojnym tonem zaś przeor pokiwał twierdzaco głowa.
- Thorne jest w ambulatorium. To może zaczniemy od niego. A George… Otto gdzie on jest? Albo przygotuj go i przyprowadź na rozmowę z naszą czcigodną Matką. - Bernard wiedział gdzie kazał umieścić kłopotliwego pacjenta ale nie gdzie się znajdował mężczyzna o umyśle dziecka. Skoro jednak miał Otto pod ręką to jemu wydał to polecenie.
- Oczywiście. Zostawiłem go w jego celi. Pójdę po niego niezwłocznie. - mnich skinął głową Bernardowi i Matce Somnium i ruszył po pacjenta.
Kilka chwil później zapukał do drzwi celi Georga.
- George. Tu Otto, wchodzę do środka. - mnich wszedł do celi i spojrzał na pacjenta - Matka Somnium chce z tobą pomówić.
- Ona?! Oh nie, nie, nie! Ona jest straszna! Odkryje mnie! Nie, nie pójdę, nie pójdę do niej! - mężczyzna co wiekowo wyglądał na jakiś czwarty krzyżyk zwinął się na pryczy i zakwilił jak przestraszone dziecko. Chociaż Matka Somnium nie miała kłów ani pazurów i aparycję chłodnej ale młodej, spokojnej niewiasty to jednak zdawała się przerażać George’a bardziej niż ten mięśniak Thorne.
Mnich westchnął i podszedł do Georga.
- Rozumiem, że się jej boisz. Pamiętaj jednak, to tylko śmiertelnik. Nie posiada nadnaturalnej wiedzy, tajemnej magii, aby zmusić cię do mówienia prawdy. - położył dłoń na plecach pacjenta - Najpewniej zapyta cię o twoje sny. Mogę cię poprosić, abyś opowiedział jej kłamstwo?
- Jakie? Ona jest straszna. Boję się jej. - rozmówca wciąż wydawał się być przelękniony myślą o bezpośrednim stawieniu się przed młodą, bladolicą kapłanką. I nie zdradzał ochoty opuszczania celi. Jednak na razie spojrzał z mieszaniną obawy i nadziei na jednookiego mnicha.
- Pamiętasz tą opowieść o wiedźmie, którą spalili na tych ziemiach? Tej, która oddała się Siostrom, aby ocaliły jej dziecko i pomścili śmierć? Opowiedz jej, że to ci się śniło, że byłeś jednym z goniących ją ludzi. Ja zajmę się resztą. - Otto nie podobał się ten plan, ale nie miał innego.
- Ta o wiedźmie… Co spalili… Tak, pamiętam… - na moment pacjent hospicjum się skoncentrował gdy przypominał sobie jedną ze swoich licznych wizji. Co pomogło mu też się uspokoić. Potem zamrugał szybko oczami i spojrzał na jednookiego mnicha.
- No dobrze. To chodźmy. - zgodził się ale wiodcznie z ciężkim sercem. Wyszli z celi a nastęnie ruszyli korytarzami i schodami tego przybytku miłosierdzia aby odszukać głównego gościa oraz przeora pełniącego rolę przewodnika i gospodarza. Znaleźli ich w ambulatorium gdzie zgrupowali się w pobliżu jednego ze stołów. Normalnie przeprowadzało się na nim zabiegi albo myło ciała przed uroczystościami pogrzebowymi. Teraz jednak spoczywał na nich Thorne. Ktoś go zdołał ubrać w standardowy, czarny habit więc wyglądał na mocarnego braciszka. Tylko takiego co jest z jakiegoś powodu przywiązany do tego stołu. Pacjent widocznie się obudził ale już nie był taki wyrywny jak niedawno na korytarzu. Paradoksalnie wręcz ten duży i umięśniony mężczyzna wydawał się teraz obawiać szczupłej, młodej i bladej jak sama śmierć kapłanki do jakiej ostatnio tak odważnie startował w korytarzu przy stołówce. O czym rozmawiali to Otto nie usłyszał bo przerwali odwracając ku niemu głowy sprawdzając kto przyszedł.
- A to właśnie jest George. Ten co mówiłem. - przeor nie wychodził z roli dobrego gospodarza i przedstawił nie młodego już pacjenta który przyszedł z jednookim mnichem.
- Tak, pamiętam. Podejdź tutaj bliżej George. Nie bój się. - morrytka pokiwała głową do przeora ale spojrzenie utkwiła w przyprowadzonym mężczyźnie. Ten z widoczną obawą podszedł do niej zerkając wcześniej ostatni raz na jednookiego. Ale podszedł. Skinął niezdarnie głową jak wieśniak przed jakąś wielką szlachcianką. Chociaż ta mówiła łagodnie to jednak emanowała z niej władza, stanowczość i chłodne, bladolice ostrzeżenie. A za jej plecami wciąż stało w ciszy dwóch czarnych gwardzistów w pełnym uzbrojeniu.
Kapłanka albo miała wyczucie albo zorientowała się, że pacjent jej się obawia bo mimo różnicy wieku przyjęła uspokajający, matczyny ton. Chociaż biologicznie to pewnie George mógłby być jej ojcem. Zapytała go jak się nazywa i opowiedział coś o sobie. Ten dukał odpowiedzi wciskając wzrok w podłogę lub uciekając gdzieś w bok wzrokiem jakby mimo wszystko obawiał sie spojrzeć bezpośrednio na rozmówczynię. Ta jednak na to nie nalegała ale sama często szukała czegoś w jego twarzy. George opowiedział jej, że lubi książki i przygody co w jego wykonaniu wyglądało mocno dziecinnie i mało poważnie bo miał manierę mówienia małego chłopca pomimo poważnego wieku na karku.
- A śniło ci się coś dzisiaj? Wydajesz się bardzo zaniepokojony. - zagaiła go łagodnie kapłanka. Ten milczał przez chwilę po czym prawie jednocześnie pokręcił i pokiwał głową.
- Bo miałem sen. Taki dziwny. W lesie. W lesie to było. I tam kobieta. Młoda i ładna. I ją złapali. I przywiązali. I spalili. I gonili. I ja też. Bo to wiedźma była. I dużo krzyków było. I hałasy. I się tak przestraszyłem, że się obudziłem. - wydukał w końcu nerwowo skubiąc jakiś fragment swojego habitu. Somnium zapytała go łagodnie o więcej szczegółów czy jeszcze czegoś nie pamięta ale ten uparcie już tylko milczał wpatrując się gdzieś w podłogę.
Otto przez chwilę patrzył na Georga, trawiąc jego słowa. Doskonale się spisał, teraz była jego kolej.
- Wiedźma... miałoby sens. - Otto zerknął na przeora i morrytkę - Sługi Mrocznych Sił mają tendencję plugawienia ziemi po której stąpają. Im potężniejsi są, tym bardziej, Szczególnie jeżeli posiadają talent magiczny. - mnich poklepał Georga po ramieniu, starając się go uspokoić - Jeżeli na tym terenie zabito jakąś służkę Chaosu, jej śmierć mogła naznaczyć to miejsce. Sprawiając, że niesprzyjające wiatry wieją tu mocniej, a kiedy chwyt na rzeczywistość tutejszych jest kwestionowalny... - jednooki pozwolił sugestii zawisnąć w powietrzu - Nie znam się niestety na Magii... nie ponad podstawy z ksiąg...
- Tak… Być może… - odparła Matka Somnium po chwili zamyślenia nad słowami pacjenta i mnicha. I tak sprawiała wrażenie, że oddaliła sie myślami od nich wszystkich. Zbliżyła się do Georga jeszcze bardziej przez co ten znów wyglądał na przestraszonego. Przeor i bracia popatrzyli po sobie nieco zmieszani bo tak blisko zwykle nie podchodziły do siebie osoby jakie nie były małżeństwem lub bliską rodziną. Jednak milczeli bo kapłanka intensywnie jakby słuchała pacjenta. Chociaż ten speszony niczego nie mówił. Trudno było powiedzieć o co tu chodzi ale w końcu bladolica dała im wszystkim spokój. Powiedziała, że można odprawić Georga i wyszła z ambulatorium rozmawiając o czymś z przeorem. Przeszli jeszcze przez resztę hospicjum jakby morrytka dokonywała inspekcji ale chyba nie zabawili nigdzie na dłużej. W końcu pożegnali się z szacunkiem i oczywiście przeor zapewniał o wszelkiej gotowości do współpracy i to, że kapłanka przybyła z samej stolicy jako oficjalna przedstawicielka kruczego kleru zawsze będzie tu mile widziana.
Bezahltag; popołudnie, Rezydencja Von Mannlieb
Mnich dotarł do rezydencji Fabienne miał już dość tego dnia. A jeszcze się nawet na dobre nie zaczął. Niestety frau Von Mannlieb nie miała dla niego dobrych wieści. Annika ponownie wybiegła z domu i do tej pory jej nie odnaleziono. Mnich obiecał, że rozpocznie niezwłocznie poszukiwania herolda Norry i sprowadzi ją do domu.
Otto spojrzał w niebo kiedy opuścił szlachecką rezydencję.
- Też mi Łowca Czarownic. - mruknął do siebie, przypominając sobie informację Fabienne o przybyciu Heinricha - Nawet oszalałej dziewczyny nie może znaleźć w zamkniętym mieście… - jeżeli nie znaleźli jej ani strażnicy, ani służba, to najpewniej nie udała się do bram tak jak następnym razem. Potrzebował jednak pomocy, aby ją odnaleźć. I wiedział gdzie zacząć.
Nie wiele myśląc ruszył w miasto. Najpierw "Stary Kocioł", może Annika posłuchała mnicha i poszła do Silnego. Jeżeli nie to poprosi Khornitę o pomoc w jej odnalezieniu. Po drodze dopytywał przechodniów o dziewczynę.
-
Oryginalny autor: Zell
Bezahltag; przedpołudnie; rezydencja von Mannliebów
Jakby już te pogoda i błoto nie były wystarczające... Heinrich nigdy wcześniej nie spotkał tej wiedźmy od Fabienne, ale jego zmysł łowcy czarownic podpowiadał mu jakiego typu jest to kobieta. Był za stary żeby z takimi się jeszcze droczyć.
- Wybacz za to niezapowiedziane najście, droga pani. - skłonił się jak najbardziej wytwornie jak tylko teraz mógł - Śpieszyłem do Frau von Mannlieb niepomny na pogodę, która uczyniła moje przybycie nie tylko uciążliwym dla mnie samego, ale także dla ciebie, za co szczerze przepraszam.
Widział, że chyba te eleganckie słówka trafiły na podatny grunt. Bo surowa twarz starej kobiety nieco jakby złagodniała i przytaknęła jego słowom. Chociaż uśmiechu to dalej nie mógł się u niej dopatrzyć za grosz.
- A mogę poznać powód dla jakiego przedarł się pan przez tą okropną pogodę aby spotkać się z moją panią? Mam jej coś przekazać? - zapytała tak dystyngowanym tonem jakby sama była matroną szlacheckiego rodu. Jednak w głosie tym razem dało się wyczuć nieco cieplejszą nutkę.
- Przybyłem na przyjacielską prośbę, aby omówić sprawy związane z pacjentkami hospicjum. - wyjaśnił spokojnym, przyjaznym tonem.
- Rozumiem. Proszę poczekać. - starsza pani przyjęła gładko takie wyjaśnienie i z uprzejmą dyskrecją tak charakterystyczną dla fachowej służby. Cokolwiek sobie nie pomyślała to zachowała opnię dla siebie nie dając poznać gościowi swoich myśli. Odeszła gdzieś w głąb domostwa i przez chwilę były łowca czarownic został sam w halu. Ale nie na długo. Dystyngowana majordom pojawiła się ponownie.
- Milady zgodziła się pana przyjąć. Proszę za mną. - obwieściła mu te wieści po czym poprowadziła go tym samym korytarzem z jakiego właśnie wróciła. Był on bogaty w liczne portrety przodków a podłoga była wyłożona mozajką układającą się w jakieś morskie motywy. Przeszli przez dwustronne, wysokie drzwi i znaleźli się w salonie. Szefowa służby obwieściła mu, że pani zaraz przyjdzie i prosi aby poczekać ale właściwie zaraz potem drugi zestaw drzwi otworzył się i weszła sama bladolica gospodyni.
- Dziękuję ci Gertrudo. Proszę zadbaj o naszego gościa i przynieś nam coś dobrego. - odezwała się ze swoim charakterystycznym, bretońskim akcentem który czasem w towarzystwie czy artyści starali się naśladować bo uważany był, za stylowy i romantyczny. Ale akurat Fabienne jako rodowita Bretonka nie musiała go udawać czy uczyć się tylko to była językowa naleciałość do jej rodzimego języka gdy musiała nauczyć się reikspiel. Tym razem dość szybko i płynnie wyprosiła swoją opiekunkę za jaką prywatnie nie przepadała ale jakiej trudno jej się było pozbyć i po chwili zostali sami.
- Witaj Heinrichu. Coś się stało? - zapytała trochę nie dziwiąc się jego wizycie zwłaszcza, że był tu pierwszy raz no i się nie zapowiadał. A w sprawie hospicjum zwykle przychodził Otto. Jednak ledwo to zapytała a sama okazała niecierpliwość i wzburzenie tracąc na moment wyrafinowen opanowane godne błękitnokrwistych.
- Annika uciekła! Dzisiaj rano! Znów miała ten swój napad szaleństwa. Wpadła w jakiś amok i wybiegła z domu. Nawet z Pirorą nie zołałyśmy jej zatrzymać. No i nie próbowałyśmy się z nią szarpać. I wybiegła i nie wiem co się z nią stało. Wysłałam po nią Marissę ale jeszcze nie wróciła. - wyrzuciła z siebie z wielkim przejęciem widocznie bardzo przeżywając te niespodziewane i gwałtowne wydarzenie.
- Tego obawiał się Otto... - westchnął Heinrich - spodziewał się problemów. Jeżeli i my mieliśmy sny, to oni pewnie tym bardziej. - pokręcił głową - Możesz spodziewać się, iż Mnich przyjdzie dość szybko. Sam osobiście nie szczycę się już takim wigorem, aby popędzić na poszukiwanie Anniki. Miałem po prostu upewnić się czy nic się jeszcze nie stało. Niestety najwyraźniej znowu mamy oszalałą zgubę.
- Niestety, obawiam się, że to prawda. - westchnęła czarnowłosa gospodyni i na chwilę pogrążyła się w tych niezbyt wesołych rozmyślaniach. - A jakie sny? Coś ci się śniło? To dlatego przyszedłeś? - zagaiła jakby przypomniała sobie co jeszcze mówił starszy kolega ze zboru.
- Jak i mnie tak i Otto się śniły sny zesłane przez patronki. - odparł - Temu, gdy spotkałem się z mnichem, to on mnie poprosił, abym tu przyszedł, bo miał przeczucie, że inni mogą doznać takich snów i to ponownie wpłynie na Annikę.
- Nam też się coś dzisiaj śniło. Mnie i Marissie. Ale nie aż tak gwałtownie jak Annice. Ona jak wpadnie w ten amok to leci przed siebie i nie patrzy na nic. Mam nadzieję, że nic jej się nie stało. - Bretonka pokiwała głową i wciąż wydawała się być zaniepokojona o swoją zbiegłą służącą.
- Jeżeli mogę coś zrobić co jest w moim zasięgu... - spojrzał pytująco na bretonkę.
Gospodyni wodziła oczami gdzieś w bok zastanawiając się nad pytaniem. W końcu jednak uśmiechnęła się krótko do swojego gościa. - Nic mi nie przychodzi do głowy. Bardzo dziękuję wam za troskę i to, że przyszedłeś Heinrichu. To miłe z twojej strony. - skinęła mu lekko swoją utrefnioną w modny sposób czarną, głową.
Bezahltag; popołudnie; Akademia Morska
Prawdę mówiąc Heinrich najchętniej wróciłby do domu i wygrał stare kości, ale teraz nie mógł zawrócić.
- Cóż za niespodzianka! - do rozmawiających przy powozie dziewczyn podszedł opierający się o zdobioną laskę Heinrich. Skłonił się wszystkim dziewczynom, ale głównie zwrócił się do Petry - Nie spodziewałem się panienki uczęszczającej do Akademii.
- O, rzeczywiście niespodzianka. Dzień dobry panie Heinrichu. - młoda, blondwłosa szlachcianka chyba rzeczywiście ucieszyła się z tego spotkania. Bo uśmiechnęła się promiennie i lekko nawet dygnęła przed starszym jegomościem z laseczką chcąc mu okazać szacunek. Koleżanki były w jej wieku i też spojrzały z zaciekawieniem na początek tej sceny ale oddały pałeczkę prowadzenia rozmowy właśnie Petrze.
- Moje drogie, oto Herr Heinrich. Niegdyś był oficerem a teraz przyjechał do nas zażywać morskiego powietrza dla zdrowotności. Poznaliśmy się niedawno po ostatniej mszy w Festag. - młoda von Schneider płynnie weszła w rolę gospodyni i zaczęła przedstawiać swoje towarzystwo. Sądząc z tego jak to robiła to przy pierwszym spotkaniu były łowca czarownic musiał wywrzeć pozytywne wrażenie.
- A to moje koleżanki z Akademii i nie tylko. Adelajda Wolfstein, bardzo dobrze zapowiadajaca się pani nawigator. Zawsze mi pomaga z tej całej geometrii obliczeniowej i tabelek. A to Inga Sydow. Szkoli się na medyka pokładowego. I chce kiedyś wsiąść na statek i zwiedzić świat. - panna von Schneider uroczo się uśmiechając zgrabnie przedstawiła swoje koleżanki. One też wyglądały na tyle interesująco, że pewnie przykuły by uwagę slaaneshytek ze zboru. Atmosfera zrobiła się lekka i przyjacielska zaś główna aktorka tego spotkania robiła do Heinricha słodkie, roześmiane oczka. Zresztą koleżanki też się ładnie uśmiechały ale dało się wyczuć zaciekawienie i rezerwę typową gdy się poznaje kogoś nowego.
Heinrich uśmiechał się z podziwem.
- Kto by mógł przypuszczać, że w Akademii Morskiej na drodze do tych karier spotka się tak piękne i mądre panny. - pokiwał głową z uznaniem.
Dziewczęta przyjęły ten komplement z wprawą i gracją. Co nie przeszkodziło im roześmiać się wesoło jakby sprawił im przyjemność.
- A cóż cię Heinrichu przywiało w te okolice? - zapytała filuternie Petra zerkając wesolutko na swojego starszego od siebie rozmówcę. Koleżanki też wydawały się zaciekawione tą dyskusją.
- Na prośbę znajomego wyszedłem w tą nieboską pogodę. - Heinrich westchnął z bólem - Byłem akurat w okolicy to postanowiłem przyjrzeć się jaka młodzież teraz zaciąga się do życia na morzu. Sam go nie zaznałem, ale zaskoczyła mnie obecność panien w Akademii, a tym bardziej von Schneider. - uśmiechnął się do Petry - Choć sądzę że moja dobroduszność oraz ciekawość odbije się na moich starych kościach.
- Nie wszyscy są radzi aby panienki studiowały w tak męskiej uczelni. Ale jakoś dajemy sobie z tym radę. - powiedziała rezolutnie Petra zerkając na swoje koleżanki. One też uśmiechnęły się i pokiwały głowami.
- Wam szlachciankom to i tak łatwiej. Do żadnej von Schneider czy van Zee to nikt nie ośmieli się krzywo spojrzeć. - rzuciła żartobliwie Alejandra chociaż dało się wyczuć nutkę zazdrośc i przytyku wobec koleżanki z lepszym naziwskiem i uposażeniem.
- No nic na to nie poradzę a wymagania na zajęciach mamy takie same. - Schneider rozłożyła ramiona jakby nie pierwszy raz ten wątek pojawiał się w rozmowie. - A ja to za nic bym się nie wykpiła skoro jestem córką profesora artylerii. Zresztą Kamila i parę innych tak samo. - dodała jakby to nie tylko same plusy się miało za sławne nazwisko. Wymagania wobec kogoś takiego też były odpowiednio wyższe.
- No ale nie stójmy tu jak jakieś ladacznice pod bramą. - zażartowała wesoło na co koleżanki się roześmiały i troszkę jakby speszyły. - Wracajmy do domów. Zapraszam serdecznie, ciebie też Heinrichu, jakbyś do nas dołączył byłabym zaszczycona. - młoda von Schneider znów wróciła do roli gospodyni zapraszając do środka powozu przed jakim stali. Adelajda trochę się wzbraniała bo nie chciała robic kłopotu skoro blisko mieszkała ale blondynka z lepszym nazwiskiem nalegała, zwłaszcza, że takie potoki błota panowały po tym porannym i południowym deszczu. W końcu więc obie zgodziły się aby dać się odwieźć do domu i wsiadły do środka. Zostało poczekać na reakcję Heinricha.
- Nie godziłoby się teraz odmówić takiemu zaproszeniu. - odparł gładko Heinrich bez oporów wsiadł do powozu.
Cała czwórka po zajęciu miejsc ruszyła powozem. Petra zapytała Heinricha dokąd ma go podrzucić aby wiedzieć jakie polecenie wydać dorożkarzowi. Chociaż i tak najpierw podjechali pod jedną z okolicznych kamienic gdzie wysiadła Alejandra. Rzeczywiście nie miała zbyt daleko od Akademii i można było rzec, że mieszka po sąsiedzku. Podziękowała za podwózkę i ratunek od błotnistej katorgii i pożegnała się z towarzystwem. Inga mieszkała w Centralnej Dzielnicy zaś Petra oczywiście w Północnej. Więc najpierw gospodyni była gotowa odwieźdź koleżankę ale właśnie jeszcze trzeba było wiedzieć jak ustalić trasę aby Heinricha podrzucić gdzie sobie życzy.
Przez cały czas Heinrich zabawiał rozmową panny, a gdy przyszedł czas na określenie miejsca swojego mieszkania, przedstawił Petrze odpowiednie miejsce w dzielnicy do podwózki.
Widząc takie a nie inne rozmieszczenie pasażerów Petra zdecydowała, że najpierw odwiozą Inge bo po drodze a następnie najstarszego z pasażerów. Ze praktykantką medycyny pokładowej pożegnali się niedaleko Placu Targowego a więc i Bursztynowej gdzie mieszkała Pirora. Chociaż obie panny mieszkały z innej strony placu. Więc ostatni fragment drogi ku połududniowym rejonom miasta jechali już tylko we dwójkę.
- A nie obawiasz się Heinrichu tu mieszkać? Słyszałam, że tu nieciekawa okolica. Chyba trzeba być strasznie odważnym aby tu mieszkać. Ja bym się obawiała. - zwróciła się córka profesora artylerii do swojego jedynego obecnie pasażera gdy już wiedziała w jaką okolicę jadą. Co prawda Heinrich nie był ekspertem od opinii jakie mogły mieć poszczególnie rejony i ulice miasta ale i tak zdawał sobie sprawę, że mało które ulice cieszą się takim splendorem jak te północne gdzie mieszkała panna von Schneider.
Heinrich uśmiechnął się lekko do Petry.
- Nawet starszy sądzę, że poradziłbym sobie w razie problemów. Doświadczenie życia uczy. - odparł łagodnie - A do czego ty masz nadzieję się douczyć Petro?
- Geografii, kartografii, nawigacji no i oczywiście balistyki bo balistyka jest najważniejsza. - odparła tonem sugerującym, że sama z siebie nie jest zbytnio zainteresowana taką tematyką i robi to raczej aby sprostać wymogom rodziny i własnego nazwiska. A tymczasem dorożka turkotała się przez zabłocone ulice zmierzając do pogranicza Centralnej i Południowej dzielnicy.
- A ty Heinrichu? Byłeś oficerem? A jakim? Opowiesz coś o tym? - zapytała z o wiele większym zainteresowaniem bawiąc się przy tym kosmykiem swoich jasno blond włosów.
- Byłem. - spojrzał uważnie na dziewczynę - Początkowo w armii Imperium, ale liznąłem też specjalizację na oficera w sądzie wojskowym. Ty się fascynujesz marynarką, czy dla rodziny? - zapytał szczerze.
- A jakie to ma znaczenie? Jak jesteś panienką z nazwiskiem to i tak robisz to czego od ciebie wszyscy oczekują a nie to co chcesz. Rodzice, rodzina, ród, naziwsko, pozycja. Zawsze musisz robić coś co wypada albo trzeba. Zaczynam rozumieć Froyę. Szkoda, że nie jestem taka jak ona. Ona robi co chce. A też jej wiecznie wszyscy suszą głowę. - ton żalu i rozgoryczenia pojawił sie w głosie młodej szlachcianki. Strzepnęła niewidzialny pyłek z ramienia swojej sukni i nie wydawała się zbyt szczęśliwa ze swojej sytuacji. Chociaż zapewne niejedna chłopka, kelnerka, córka kupca czy rzemieślnika bez wahania określiłaby jej pozycję jako wspaniałą i zamieniła się bez skrupułów.
- A w ogóle skąd jesteś Heinrichu? I miałeś jakieś przygody jak byłeś tym oficerem? Jakieś bitwy albo przygody? - zapytała chyba spragniona jakichś ekscytujących opowieści. I wyraźnie się ożywiła.
Heinrich przysunął twarz do dziewczyny.
- Naprawdę chcesz poznać moje przygody? - wyszeptał - Chcesz wiedzieć z jakimi potwornościami tego świata przyszło mi się zmierzyć? - uśmiechnął się do niej i poprawił kosmyk włosów Petry - Nie starczyłoby czasu w tym roku, abym wszystko opowiedział. - odsunął się na miejsce.
- No to możemy się umówić na kiedy indziej. - odparła w końcu gdy już sytuacja się uspokoiła i oboje siedzieli jak należy komuś w ich wieku, roli i pozycji. Ale jeszcze przed chwilą, gdy mężczyzna skrócił odległość do mocno poufałej i nieprzyzwoitej dla kogoś kto nie jest w świętym związku małżeńskim to wyczuł. Wyczuł z bliska zapach młodego, rozgrzanego ciała, delikatnych, różanych perfum, pomady do włosów i ekscytacji. I widocznie młoda von Schneider potrzebowała chwilę na złapanie oddechu. Ale chociaż powinna go postawić do pionu i zapałać świętym oburzeniem za takie bezczelne najście to wręcz przeciwnie, wydawała się być zaciekawiona, chętna i podekscytowana takim przełamaniem codziennej rutyny. Czasu jednak nie zostało im zbyt wiele bo już wjechali w znacznie uboższą, Południową Dzielnicę i niedługo powinni się zatrzymać i pożegnać.
- Możemy. - zgodził się Heinrich - ,Będę cierpliwie czekał na propozycję.
Dzisiejszy dzień fizycznie nie był przyjazny Heinrichowi. To całe bieganie w błocie było dobre może dla Otto, ale sam za nim nie tęsknił. Kiedyś miałby od tego innych...
Ciekawiło go czy Łasica jednak pojawi się w najbliższej przyszłości. Na to musiał jednak poczekać.
Na razie musiał odnaleźć Otto, aby z nim udać się do Starszego. Przynajmniej wyśle dowódcy wiadomość. Sam Otto może być u Fabienne, którą można listownie zapytać o niego. -
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim w pierwszej chwili chciał zbyć po prostu tych wieśniaków, którzy marnowali chyba jego czas, a i pewnie zapłacić zbyt dobrze też nie mogli. Ale kiedy wspomnieli o bagnach, stwierdził, że może warto zainteresować się tematem. Czy mogło to mieć związek z tajemnicą związaną z Dziedzictwem Vesty, czy był to zwykły przypadek?
Zrobił więc mądrą minę i odpowiedział grzecznie gościom:
-Snów nie wolno lekceważyć, często są znakami lub ostrzeżeniami od bogów i innych sił mających wpływ na nasz los. Tutaj jednak przyznam, że sprawa nie jest prosta, bo mówicie, że dziadek wasz przepadł dawno temu. Nie jestem ekspertem w kwestii bagien i czyhających na nich zagrożeń, ale logika wskazywała by, że jeśli spotkał go tam jakiś tragiczny koniec, to po tylu latach wystawienia na działanie miejscowej flory i fauny szczątki mogą być trudne do odnalezienia. A czy macie jakieś wskazówki żeby zawęzić miejsce poszukiwań? Może jakbyście przypomnieli sobie sen, to było tam coś co mogłoby pomóc natrafić na ślad? - zabębnił palcami w stół, zastanawiając się jak to rozegrać. -Czy jest jakaś okolica koło waszej wioski którą ma opinię niebezpiecznej?
-Moją specjalnością jest szukanie odpowiedzi co do splątanych ścieżek ludzkich losów poprzez obserwację ciał niebieskich. Mogę postawić wróżbę w związku ze sprawą waszego zaginionego przodka, ale najwcześniej kiedy zapadnie zmrok. Czy jesteście w stanie cokolwiek za to zapłacić? Adekwatnie do waszych środków oczywiście - czarodziej stwierdził, że nie chce mieć reputacji kogoś kto pracuje za darmo. Ale pewnie wróżbę mógłby postawić, no i dobrze byłoby się dowiedzieć czy bagna w okolicy wioski Dahlen to to sama okolica gdzie Baron Wirsberg napotkał potwora, prawdopodobnie strażnika dziedzictwa Vesty.-Jeśli zostaniecie w mieście to może jutro przedstawię wam wynik mojej gwiezdnej obserwacji - zaproponował.
Droga przez miasta w deszczu zdecydowanie nie była przyjemna, ale przynajmniej straż miejska nie śmiała go niepokoić. W oczekiwaniu na spotkanie z rektorem przeszedł się trochę po Akademii i zagadnął Philippa jak tam sprawy się mają. Większość mieszkańców miasta żyła teraz tematem ataku na Świątynię Manana i Joachim wyraził oczywiście swoje oburzenie tym skandalicznym incydentem.
No ale Vogel przyjął go szybko, co poprawiło mu nastrój. Nie był w końcu byle kim.
- Potrzebowałem trochę czasu by urządzić się w mieście i muszę przyznać że z każdą wizytę coraz większą sympatią darzą waszą zacną Akademię. Wasz sprzęt i księgozbiór robią wrażenie. Myślę, że mógłbym podzielić się ze studentami moją wiedzą o astrologii i ciałach niebieskich. Jeśli chodzi o doświadczenie dydaktyczne, to dużego nie mam, natomiast studiowałem jak wiecie w Altdorfie, więc chętnie podzielę się tym co tam się nauczyłem, myślę, że każda uczelnia ma swoją unikalną perspektywę, a z łączenia ich może wyjść nowa jakość - stwierdził, że powołanie się na studiowanie w stolicy powinno pomóc.
Wieści o Baronie zaskoczyły Joachima. Myśłał, że ma więcej czasu, tym bardziej, że Soria przecież wspominała, że spotka się z Wirsbergiem i ma wobec niego jakieś własne plany. Niestety, w tej sytuacji niewiele mógł zrobić, Barona ciężko będzie dogonić. Posłał Svena by ten sprawdził, w którą stronę skierował się Baron i czy te bagna które badał leżały gdzieś właśnie w okolicach wioski Dahlen. I jak daleko to było.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 41 - 2519.07.16; bzt; zmierzch - północ
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; zmierzch
Warunki: główna izba, gwar rozmów, jasno, nieprzyjemnie; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Heinrich i Otto
“Stary kocioł” to była ponura mordownia pełna podejrzanych typów co tylko sprawiali wrażenie jakby tylko czekali aby komuś wbić nóż w plecy. Przynajmniej jak się tu przychodziło z zewnątrz i nie było się stałym bywalcem. Co prawda zarówno Otto jak i Heinrich już tu raz byli aby spotkać się z Silnorękim i właściwie po części po to tu przyszli dzisiaj. Jednak pierwszy raz spotkali się tu razem. Tak samo jak poprzednio powitały ich krzywe, złowrogie i nieufne spojrzenia. Jedynie Yvonne kompletnie zdawała się być wyrwana z innej bajki i pasowała tu jak kwiatek do kożucha. Promieniowała ciepłem, uśmiechem i życzliwością a mimo to jakoś tu funkcjonowała i nikt jej tu nie zgniótł.
Pierwszy przyszedł Heinrich. Nie było mu tak łatwo przejść od miejsca gdzie wysiadł z dorożki. Z Południowej Dzielnicy z powrotem do Centralnej musiał wrócić na piechotę. A w tym błocie jakie zalegało na ulicach łatwe to dla jego już niezbyt młodych nóg nie było. Miał czas aby przemyśleć słowa młodej von Schneider. Wyszło mu, że chyba stracił w jej oczach kilka punktów tym oddaniem inicjatywy w sprawie ustalania następnego spotkania.
- To ja mam ustalać następne spotkanie? Myślałam, że byłeś oficerem. - wbiła mu drobną szpilę ze swojego rozczarowania. Chyba jednak nie było ono aż tak wielkie aby przekreśliło go całkowicie w jej oczach bo jednak chociaż taka młódka to podała dwie możliwości kolejnej schadzki.
- Może u Pirory? Oboje ją znamy. A mnie łatwiej udać się do niej pod jakimś pretekstem. Wystarczy, że u niej wtedy będziesz. Albo w teatrze. Często tam bywam jak się angażuję w pomoc w jego funkcjonowaniu. A myślę, że powinno być tam miejsce aby sobie spokojnie porozmawiać w jakimś kąciku. - zaproponowała z łagodnym uśmieszkiem na swoich wypomadowanych ustach. Całkiem obiecujacy uśmiech jaki pochodził od kobiety jaka umawiała się właśnie na samotne spotkanie z o wiele starszym od siebie mężczyzną. I chyba nie po to aby rozmawiać o poezji czy pogodzie. Więc mimo wszystko ta krótka przejażdżka z Akademii była całkiem owocna. Tyle, że potem nie mógł spocząć a znów musiał udać się piechotą całkiem spory kawałek jak na swoje możliwości. Jak w końcu usiał na zydlu w “Kotle” to zdecydowanie czuł pulsowanie w nogach, zwłaszcza tej pokrytej metalowej skórą. Maść od Mergi znów pewnie mu się przyda ale na razie nie miał jej przy sobie. Do tego zgłodniał od tego całego dnia chodzenia po mieście i rozmów. A tu już właściwie pora zmroku była. Tyle, że letni dzień nawet jak pochmurny i deszczowy to był długi i wciąż na zewnątrz było jasno jak w dzień.
Siedząc na zydlu przy stole dłuższy czas samotnie miał okazję rozejrzeć się po wnętrzu tej podejrzanej tawerny. Pośród innych bywalców dostrzegł jakiegoś młodzieniaszka. Ten też siedział sam i rozglądał się dookoła, zwłaszcza jak ktoś wchodził do środka. W końcu jakiś mężczyzna przyszedł i dosiadł się do niego. Rozmawiali o czymś chwilę po czym ten młodszy wyciągnął coś zza pazuchy ale Heinrich nie widział co to dokładnie było. Właściwie to ten drugi złapał go za rękę nie dając mu tego wyjąc i coś do niego syknął. Po czym obaj wstali i wyszli z karczmy więc były łowca stracił ich z oczu bo do środka już nie wrócili.
Potem jak już Heinrich nasiedział się całkiem sporo i nawet nogi trochę mu odpoczęły to przyszedł łysy mięśniak ze zboru. Ten przyszedł jak swojak do swojaków. Z tym się przywitał, z tamtymi pogadał, kogoś pozdrowił. Na chwilę zaczepił się przy kontuarze całkiem raźno flirtując z Yvonne. W końcu z kuflem podszedł do stołu przy jakim siedział Heinrich.
- No co tam się urodziło? - zagaił gdy usiadł obok niego. Heinrich nie miał właściwie pojęcia czy Otto do nich dołączy. Czy zajdzie do Fabienne po hospicjum jak to mówił rano gdy się rozstawali? Bo jeśli nie to nie dostałby od niego listu o spotkaniu tutaj. Na razie go nie było ale sądząc po widoku za oknem to albo jeszcze powinien byc w swojej robocie albo dopiero co wyszedł.
- Heh. Zobacz. Fili znów się zrobiła na całego. - zaśmiał się rubasznie Silny wskazując wzrokiem na jakąś mocno już zalaną kobietę. Siedziała przy innym stole z innymi kamratami jacy też mieli już mocno w czubie i byli w wesolutkim nastroju. Ale ona to już się wyraźnie chwiała i mówiła coś niezbyt składnie. Pikowany kaftan jaki miała na sobie sugerował, że może być jakąś najemniczką czy kimś takim ale był w niezbyt dobrym stanie chociaż kiedyś zapewne musiał byc dość przyzwoitej jakości jak można było poznać po pewnych wyszywanych ozdobach na nim.
- Ktoś będzie miał dzisiaj z niej używanie w zaułku na zapleczu. - mruknął rozbawiony mięśniak obserwując przez chwilę tą scenę jakby czytał w niej jak w otwartej księdzę. Siedzieli we dwóch na tyle długo, że Yvonne przyniosła posiłek dla khornity a ten zdołał go wtranżolić i siedział znów przy nowym kulfu i właściwie pustym talerzu gdy do środka weszła postać w czarnym habicie. Z brązowymi zaciekami od sporu. Zresztą spodnie i buty Heinricha, Silnego czy całej reszty gości “Kociołka” wygladały podobnie. Błoto i pogoda nikogo dzisiaj nie pozostawiły nieskalanym i na każdym kto wyszedł zmagając się z nimi odznaczyło swój brudny ślad.
Otto zaś po krótkiej wizycie w rezydencji na Kapitańskiej 6 miał spory kawałek do przejścia do ulubionej tawerny głównego khornity. Tyle, że szedł z dużo elegantszej północy niż jak Heinrich z południowych rejonów miasta. Po drodze nie natknął się na żadna obiecujacą plotkę o Annice. Sam opis, “młoda, czarnowłosa kobieta” raczej nie rzucał się w oczy na tle przechodniów. Ale można było mieć nadzieję, że tak jak ostatnim razem będzie się wyróżniać agresywnym zachowaniem. Bo młoda czarnowłosa kobieta wdająca się w bójki i awantury albo prowadzona przez straże to już powinna wpadać w oko. Jednak o niczym takim nie usłyszał ani w Północnej ani w Centralnej dzielnicy. W końcu kierując się nadzieją, że być może udała się pod skrzydła Silnego stopniowo skierował się tutaj. Zastał samego mięśniaka jak i swojego starszego kolegę z jakim ostatni raz widział się dzisiaj rano. Tu jednak spotkało go rozczarowanie.
- Nie widziałem jej od akcji w świątyni. Ale poczekajcie popytam. - odparł Silny gdy dowiedział się o zaginięciu Anniki. Wstał od stołu i zrobił rundkę do szynkwasu aby porozmawiać z Yvonne i z paroma swoimi znajomkami. Dłużej zachwalał z jakimś tęgim zakapiorem jaki mimo siwizny wyglądał całkiem krzepko. Siedział zaś z kilkoma swoimi kamratami co sprawiali wrażenie jego bandy. Mimo to musieli się znać z Silnym całkiem dobrze bo rozmawiali dłużej całkiem przyjaźnie. W końcu jednak łysy wrócił do swoich kolegów ze zboru.
- Nikt jej nie widział. Ani tutaj ani na swoim rejonie. W każdym razie żadnej awanturnicy o czarnych włosach. - zdał im krótką relację z tego co zdołał się dowiedzieć. I zastanawiał się co tu teraz robić.
- Późno już. Ale jeszcze widno to bramy wciąż otwarte. Jak wyszła z miasta to może jeszcze wrócić. Jak nie to dopiero rano jak znów otworzą bramy. A jak nie wyszła z miasta to albo ją capnęła straż za rozróby i wtedy powinni ją zawlec do wieży. Albo jej nie złapali i się gdzieś zaszyła. I wtedy szukaj wiatru w polu. Nie zna miasta to nie wiadomo co jej strzeliło do głowy. Można by pójść do Pchełki. Ona ją widziała z bliska to wie jak wygląda. Może pomogła by szukać. - Silni chociaż nie sprawiał wrażenia zbyt przejętego losem czarnowłosej służki bretońskiej szlachcianki to jednak starał się pomóc kolegom w jej poszukiwaniach. Tyle, że chociaż jeszcze było widno to już zbyt wiele tego dnia nie zostało. A przeszukiwanie miasta zapowiadało się na żmudne zajęcie jak nie miało się, żadnego punktu zaczepienia. Do tego Silny sam z siebie podejrzewał, że w mieście mogło jej nie być.
- Miałem dzisiaj sen. Piękny sen. - rzucił łysy brutal uśmiechając się zaskakująco melancholijnie. I opowiedział co mu się śniło ostatniej nocy. Wielki, krwawy głaz gdzieś w lesie. Ze stosem różnych czaszek u podnóża. Otaczany przez uzbrojonych, wściekłych zwierzoludzi. I bitwa z tymi kopytnymi. Bitwa pod wodzą czarnego rycerza. A czarny rycerz miał na pancerzu czerwone słońce. Niezbyt częsty symbol w tym mieście. Właściwie to Silny kojarzył tylko van Hansenów aby taki mieli. Tylko, że ze złotym słońcem a nie krwawoczerwonym. No i z licznymi promieniami a nie ośmioma uformowanymi we wzór gwiazdy Chaosu. Zresztą z takim plugawym symbolem nikt by sobie nie mógł paradować po mieście bo zaraz by go zlikwidowano. Więc to pewnie jakaś wizja senna jak wierzył Silny. W każdym razie ten wódz poprowadził swoja armię na tych zwierzoludzi a Silny walczył u jego boku. Ale była krwawa jatka! A potem czarny wódz poprowadził ich dalej, do kolejnych bitew. I zawsze było krwawo i wspaniale, pokonanym rozpruwali trzewia i ścinali głowy a potem rzucali jej na stos. Tak się kończył ten sen. Na wielkim, krwawym pobojowisku pełnym trupów, triumfalnych kopców z obciętych głów i triumfujących nad tym wszystkim zwycięzców wiwatującym na cześć swojego czarnego wodza.
- I to jest cel. A nie jakieś robale, książki albo rozkładanie nóg. - prychnął pogardliwie nie uznając dziedzictwa innych Sióstr za godnych uwagi. A o tyle go to irytowało, że większa część zboru zdawała się właśnie im a nie Krwawej Siostrze poświęcać uwagę. Dlatego sądził, że jak Annice też się coś takiego przyśniło to mogła zacząć szukać tego czarnego wodza albo krwawego kamienia. A nie sądził aby one były w mieście bo we śnie zawsze to działo się w jakimś lesie. Tylko las to las. Nie pamiętał żadnych charakterystycznych elementów aby rozpoznać gdzie to mogło być. Stąd rosła jego frustracja, że nie mógł tam się udać.
- Tego czarnego rycerza trzeba znaleźć. On nas poprowadzi do bitwy. Do wielu bitew. - uznał w końcu Silny. I przez chwilę rozważał kto to by mógł być. Chyba nikt z miejscowej szlachty bo nie kojarzył takiego symbolu krawego słońca. Chociaż ekspertem od heraldyki nie był. No i to było jawnie chaosowy symbol to i tak było nierealne aby ktoś się z nim obnosił. Może ktoś z tych rycerzy co przyjechali do miasta na turniej? Ale też nie mógł sobie przypomnieź ani czarnej zbroi ani jakiegokolwiek słońca. A może dopiero to ten ktoś przybędzie? Albo działa już gdzieś w tych lasach? Albo wróci z Mergą z Norski? Nie miał w sumie pojęcia i to też go irytowało, że nie ma tu żadnego punktu zaczepienia.
- Dobra to co chcecie robić dalej? - zapytał w końcu obu towarzyszy gdy już w niezbyt wesołym nastroju skończył swoje rozważania.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów 14; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; zmierzch
Warunki: wnętrze kamienicy, cisza, jasno, nieprzyjemnie; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Joachim
Młody astromanta po powrocie z Akademii miał całkiem ubłocone buty i dół ubrania. Błoto nie odpuszczało nawet magom. I buty i ubiór nadawały się do czyszczenia. Jednak to był właściwie drobiazg. O wiele ważniejsze rzeczy do przemyślenia miał po rozmowie z rektorem Vogelem. Ten potraktował go poważnie i słuchał co młodszy kolega ma do powiedzenia. Wyglądało to jak pierwsza, wstępna rozmowa gdy obie strony sądują się nawzajem co ta druga oferuje.
- Czyli nie masz doświadczenia jako wykładowca. No szkoda, szkoda, takie doświadczenie to zawsze jest mocny punkt w takiej propozycji. Ale oczywiście każdy profesor kiedyś zaczyna te swoje pierwsze wykłady. - Vogel pokiwał głową na znak, że rozumie skąpe doświadczenie kandydata jako nauczyciela ale też był skłonny zrozumieć, że ze względu na dość młody jak na wykładowcę wiek może go nie mieć. To widocznie w jego oczach jeszcze nie skreślało jego kandydatury.
- Wykładowcy astronomii rzeczywiście nie mamy. Ale dlatego, że nie mamy takiego kierunku. Oczywiście to jest ze sobą nawzajem powiązane. Jednak mamy elementy astronomii w nawigacji. Znajomość gwiazdozbiorów, orientacja wedle gwiazd, kiedy jaki i gdzie występuje i tak dalej. - tutaj widocznie rektor dostrzegał potencjalny konflikt interesów. Bo byli Akademią Morską jaka głównie szkoliła nawigatorów i załogi statków a nie astronomów. Dlatego nie było wydzielonego kierunku od astronomii a jedynie jako element nawigacji. A do tego mieli już i kierunek i wykładowców.
- I trochę późno z tym przychodzisz. Nowy rok nauki zaczyna się wkrótce po żniwach a my byśmy musieli zaczynać z niczego. Zwykle jak otwieramy coś nowego to ogłaszamy to wiele miesięcy przed aby znalazła się pula studentów co by chciała w tym uczestniczyć. A teraz jak widzisz zostało tylko kilka tygodni. - przyznał gdy dostrzegł kolejną niefortunną okoliczność. A mianowicie krótki czas na przygotowania i uczelni i chętnych na taki nowy kierunek. A bez odpowiedniej liczby chętnych to nie było pewne czy koszty się chociaż zwrócą. Zwłaszcza jak to zaczynałby ktoś nowy, bez wyrobionego nazwiska jakie mogło przyciągnąć chętnych na jego nauczanie.
W końcu rektor zdecydował się na oficjalną procedurę. Czyli kandydat na wykładowcę powinien złożyć do rektoratu swoje zgłoszenie, dyplomy i referencje. Oraz program nauczania. Komisja to rozpatrzy i zapewne jeśli nie będzie jakichś rażących błędów i uchybień to zapewne wezwie Joachima na rozmowę. Vogel nie wyznaczył mu jakichś konkretnych terminów ale wiadomo było, że najlepiej aby z tym się uwinął przed końcem tego miesiąca. I przez drogę do domu czy już w domu astromanta miał nad czym rozmyślać.
O ile złożenie dyplomów było dość proste bo wystarczyło je wyjąć z szafy i zanieść do Akademii to już z referencjami gorzej bo nigdzie wcześniej nie wykładał. Więc mógł się posiłkować tylko pokrewnymi opiniamii jakie udałoby mu się zdobyć świadczącymi, że ma nieposzlakowaną opinię zwłaszcza jako uczony skoro miałby nauczać młode pokolenie często ze śmietanki towarzyskiej tego miasta i okolicy. Musiałby się wokół tego zakręcić.
Najwięcej trudności zapowiadało się z programem nauczania. W ogóle nie miał nic takiego gotowego. Ale oczywiście warunek był sensowny. W końcu komisja chciała się przekonać jaką ma wiedzę z przedmiotu jaki planował wykładać i plan zajęć na cały rok co zamierzał nauczać. To się zanosiło na masę pracy biurowej z kalendarzem i wertowaniem ksiąg aby jakoś sensownie to nauczać. To nawet gdyby nie miał swoich kultystycznych zajęć to czekałoby go sporo ciężkiej pracy aby to przedstawić w spójnej, czytelnej formie jaka mogła zrobić dobre wrażenie na komisji. Bo w niej zapewne będzie nie tylko rektor ale też i inni wykładowcy jacy powinni być fachowcami w swojej dziedzinie.
Tak czy inaczej nie zanosiło się aby uzyskał pozycję wykładowcy za same ładne oczy i musiałby do tego zabrać się na poważnie. Vogel chyba zdawał sobie z tego sprawę bo zaproponował mu też praktyki jako asystenta profesora powiedzmy od nawigacji. Właśnie po to aby naprał wprawy i zobaczył jak to jest być wykładowcą. A i koledzy z uczelni mogliby wtedy ocenić jego charakter, umiejętności, wiedzę i profesjonalizm czy rokuje nadzieję jako nauczyciel. Wtedy też odpadałby mu kłopot napisania własnego programu nauczania a przynajmniej tak na początek. Bo z czasem i tak zapewne by musiał go opracować ale już w ramach praktyki.
Gdy wrócił do domu okazało się, że Sven już tam był. Niewiele się dowiedział o porannej wyprawie barona Wirsberga. Tamten wyruszył wcześniej niż służący Joachima a do tego był konno więc piechur nie miał szans go dogonić. Ale dowiedział się, że niemłody już wiekiem szlachcic wyjechał przez zachodnią bramę. Czyli tą jaka prowadziła bezpośrednio ku Diabelskim Mokradłom. Co prawda droga wiodła od bramy południowym krańcem tych mokradeł ale to było mniej więcej w tą samą stronę. Tamtędy też było najszybciej dostać się do zachodnich kamieni gdzie ostatnio urządzili sobie wspólną noc z ungorami Gnaka. Chociaż trzeba było nieco zboczyć z głównej drogi a oni sami ostatnio korzystali z południowej bramy aby właśnie nie było tak łatwo powiązać ich z tymi kamieniami. Z relacji strażników z jakimi rozmawiał Sven wynikało, że rano baron otoczony własną świtą wyjechał “w wielkim wzburzeniu” co ich zdziwiło. Pojechał z pół tuzinem hartów myśliwskich i dwoma czy trzema zbrojnymi więc sądzili, że na polowanie. O tyle ich to zdziwiło, że przecież z powodu żałoby polowania, bale, koncerty i inne rozrywki były przecież zabronione i niemile widziane. No ale kto baronowi zabroni?
Ta rozmowa niejako wyrwała go z rozmyślań o Akademii i Vogelu oraz swojej karierze jako wykładowcy akademickiemu. I niejako przypomniała mu o porannych petentach. Jak się dowiedział od samych zainteresowanych to Dahlem leżało za południową bramą. Z pół dnia drogi piechotą od miasta. I na jakiś południowy - zachód. Więc raczej nie graniczyło chyba bezpośrednio z Diabelskimi Mokradłami. Zaś co do kierunku gdzie można by szukać zaginionego przodka to nie mieli pojęcia bo jak te 30 czy 40 lat temu wyszedł z ich wioski i zniknął w lesie to nikt go więcej tam nie widział ani nie słyszał. Właśnie dlatego, że nie mieli żadnego punktu zaczepienia przyszli do kogoś od spraw nadnaturalnych licząc, że on jakoś wskaże im miejsce do poszukiwań szczątków. Bo po tylu latach nie spodziewali się, że jeszcze mógłby być wśród żywych.
Przy tak skąpych wskazówkach rzeczywiście nie zanosiło się aby standardowymi metodami dało się odszukać w lesie jakiś ślad. Zapewne astromanta musiałby użyć swoich niecodziennych umiejętności. Wieśniacy coś musieli słyszeć o magii czy raczej gusłach bo na szczęście przynieśli tani, blaszany medalik należący do ich dziadka co pozwalało astromancie skupić swoje myśli i energie na poszukiwaniu zaginionego.
- A sen no był panie, był. Dziwny był. Dziadek biegł przez las. A potem leżał. Leżał cały we krwi i umierał. I wzywał wszystkich dobrych bogów i rodzinę w godzinę swojej śmierci i żałował, że on tam dogorywa w niepoświęconej ziemi z dala od przodków. - wyjaśnił wnuk zaginionego jaki miał sen o swoim przodku ostatniej nocy. Brzmiało to jak wizja umierającego jaka jakoś przez sny trafiła do jego potomka. Co nie było niemożliwe. Zwłaszcza, że i sen i sen wieczny należały do tego samego boskiego patrona. I jakby zmarły miał jakieś sprawy pozostawione na ziemi na przykład brak przyzwoitego pochówku to mógł poprzez sny tak oddziaływać na żywych. Zwłaszcza swoich krewnych. Jednak opisane detale snu nie były zbyt pomocne w zlokalizowaniu miejsca śmierci owego przodka bo mogło to być gdziekolwiek w lesie.
Chłopi stropili się gdy przyszła rozmowa o zapłacie. Zaczęli mieść czapki jeszcze bardziej i spoglądać na siebie z zakłopotaniem.
- No my kury i gęsi mamy. I jajka i sery. Dobre i zdrowe. Na targ jak wozimy to zawsze z pustymi koszami wracami. I jakaś okowita też by się znalazła. I miód dobry mamy i wosk na maści albo świece. Możemy dobrodziejowi coś z tego podrzucić. No i my trochę wczoraj sprzedali na targu to monet też trochę mamy. A wiela by to za taką pomoc było? Bo my by chcieli ciało dziadka odnaleźć i pochować jak należy a po tylu latach to trudne a te sny ciężko gniotą. - powiedział nieco trwożliwie wnuk zaginionego przodka patrząc niepewnie jak mag zareaguje na taką propozycję. A co wierzyć o niebezpieczeństwach lasu to Joachim sam nie był pewien co im wierzyć bo chyba całą głębię lasu odbierali jako niebezpieczną. Poza najbliższym otoczeniem gdzie wypasali świnie albo chodzili po chrust. Nie było to dziwne bo skarżyli się na wilki co atakowały samotne osoby, zwłaszcza zimą. Na dziki co ryły im plony i rozwalały płoty a trudno było przegnać takie stado pod wodzą wielkiego odyńca. Na zwierzoludzi jacy buszowali gdzieś tam głębiej ale czasem podchodzili pod wioskę i nawet mogli kogoś z sąsiadów skubnąć. Do tego jeszcze czasem orki, gobliny, bandyci więc ten leśny matecznik jawił się im jako kraina niebezpieczeństw w jaką nie warto się zagłębiać. I właśnie Joachim musiał im coś odpowiedzieć czy zajmie się tą sprawą czy nie.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. ???, ciemna ulica
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; północ
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, d.sil.wiatr; zimno (-5)Otto
Jednooki mnich czuł ten cały dzień w nogach. Od rana ich używał a teraz był późny wieczór. Chyba północ się zbliżała albo może było już i po. W każdym razie bardzo późno jak na kogoś kto jutro z rana miał zaczynać swój kolejny dzień roboczy z hospicjum. Czuł zmęczenie w nogach i zimno jakie od nich wędrowało w górę od tego łażenia po błocie tych ulic i miasta. Teraz wracal do siebie na Kazamatową. Anniki nie znaleźli. Jakby pochłonęło ją to miasto. Chociaż od spotkania w “Kotle” nie było już tak wiele czasu na te poszukiwania. Jak to bez finezji powiedział Silny “Albo się sama znajdzie albo jutro trzeba jej szukać od rana”. Bo chociaż czarnowłosa nie zrobiła na nim zbyt wielkiego wrażenia przy pierwszym spotkaniu, zwłaszcza jako champion Norry to jednak poczuł sie w obowiązku aby dołączyć do poszukiwań. Nawet ściągnął Rune do pomocy. Ten już wykurował się po łomocie od czarnych gwardzistów na tyle, że mógł swobodnie chodzić.
Z jutrzejszymy poszukiwaniami Otto miał o tyle dylemat, że właściwie powinien pracować w hospicjum a tam mu schodziła większa część dnia. O ile nie znalazłby jakiegoś pretekstu aby się wyrwać, zwłaszcza na dłużej. No albo zostawić te poszukiwania kolegom. Szedł zmęczony i zmarznięty przez kolejną błotnistą ulicę jaka tonęła w nocnych ciemnościach. O tej porze to rzadko gdzieś paliło się światło a tutaj to jeszcze chyba wiekszość domów stała pusta. Dobrze, że noc zrobiła się całkiem pogodna. Nad głową wisiał mu Mannlieb, nieco już nabrał masy po nowiu jaki uczcili za miastem ze zwierzoludźmi. I zwłaszcza ich koleżanki zdawały się być jak najbardziej chętne na powtórkę przy najbliższej pełni a ta powinna wypadać jakoś w następnym tygodniu. Joachim pewnie by znał dokładną datę, skoro był astronomem. Te wszystkie rozmyślania przerwał mu dźwięk. W tej nocnej ciszy był na tyle zaskakujący, że chociaz niezbyt głośny to mnich go usłyszał. Poza tym był dziwny. Trochę jak chrząknięcie albo syknięcie. Ktoś chciał zwrócić na siebie jego uwagę? Czy na odwrót? Zorientował się, że właściwie to w tej ciemnej alejce to właściwie byłby w sam raz miejsce do napadu dla kogoś takiego jak Silny i jemu podobni. Po chwili usłyszał znów podobne odgłosy. Gdzieś z boku. Trochę za nim. Ale w tej nocnej czerni mroków i półmroków nikogo nie dostrzegał.
- Ty,ty! Długiczarnydługiczarny! - doszedł go z tej ciemności pośpieszny, nerwowy i dziwnie skrzeczący głos. Tamten chyba zorientował się, że już zwrócił na niego swoją uwagę chociaż Otto wciąż nikogo nie mógł dostrzec.
- Taktyty! Długiczarnydługiczarny! Tyijatyija! Pamiętasz? Jużbyliśmybyliśmy. Zakanciastenory w lesielesie po samice. Pamiętasz? Jednadla naszego stadajedna dla waszego. - głos z ciemności skrzeczał obco ale chociaż trochę niewyraźnie i robił dziwne zbitki ze słów które wypowiadał strasznie szybko to jednak mniej więcej dało się zrozumieć co mówi.
- Taktak Długiczarny. To my, przyjacielprzyjaciel. Samice się skończyły. Maszmasz jakieś? To dajdaj! Daj szybko! Ty nam dasz samicędasz towar i my ci coś. Co chcesz? Masz samice? Maszmasz? Wymienimy się. Dobradobra umowa, robimy umowę? - skrzeczał z ciemności głos. Chyba z wnętrza któregoś z pustych budynków a tam było jeszcze ciemniej niż na ulicy. Więc mnich nie był w stanie dostrzec z kim rozmawia.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy 8, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; północ
Warunki: wnętrze sypialni, ciemno, cicho ; na zewnątrz: noc, pogodnie, d.sil.wiatr; zimno (-5)Heinrich
Zasnął. Miał już swoje lata. A dzisiaj cały dzień na własnych nogach od samego rana gdy wybrał się do Otto aby porozmawiać z nim przed wyjściem do hospicjum. Więc gdy wieczorem wrócił do domu miał dość. Gdy tylko położył się na swoim łóżku to zasnął nie wiadomo kiedy. I pewnie by spał do rana. Ale jednak coś go obudziło. Ktoś. Delikatny, matczyny ruch dłoni po jego już niemłodej twarzy. Palce przesunęły się na czoło i zanurzyły we włosy. Co było wręcz dziecięco kojące. A potem jeszcze raz. Aż zaczęły przesuwać się ku szyi i ustom. To już nie były matczyne gesty a pieszczota kochanki dla swojego kochanka.
Jak otworzył oczy zobaczył nad sobą nocną zjawę. W ciemności owal jej twarzy okolony czernią włosów albo jakiegoś nakrycia. Zapach świeżego powietrza z dworu. I kwiatowych, rozwodnionych perfum na jakie mogły sobie pozwolić zwykłe ladacznice, robotnice, żony i córki kupców bo nie było je stać na drogie pachnidła uzywane przez szlachcianki i klasę rządzącą. Ale mimo to aromat był raczej przyjemny i niezbyt nachalny. Czuł też napór jej ciała gdy usiadła na skraju jego łóżka co świadczyło, że nie jest to żadna zjawa tylko istota z krwi i kości. Cała na czarno albo tak ciemno, że w nocy i tak wydawała się ubrana na czarno. No i w spodniach.
- Obudziłeś się? Oj pospałeś się na całego. Ciężki dzień co? - po głosie rozpoznał Łasicę. Więc jednak przyszła tak jak obiecała. I właściwie jako włamywaczka musiała być niezła bo póki nie usiadła na jego łóżku i nie zaczęła go dotykać to pewnie by przegapił jej obecność. Mogłaby zapewne zrobić karierę jako zabójczyni skoro potrafiła tak bezszelestnie włamywać się do zamkniętych domów no ale na tyle ją poznał aby wiedzieć, że nie ma takiej natury i w ogóle mokra robota jej nie interesuje.
- Ale mam nadzieję, że wykrzesasz z siebie nieco sił na resztę nocy? Bo nie ukrywam, że będę bardzo rozczarowana jak się odkręcisz tyłkiem do ściany i wrócisz spać. Albo będziesz tylko ględził o swoich złotych czasach gdy byłeś wielkim i strasznym łowcą czarownic. Nie interesuje mnie to. Mam nadzieję, że wiesz po to tu zasuwałam po nocy przez pół miasta przez te cholerne błoto. - łotrzyca umiejętnie droczyła się z nim z jednej strony podpuszczając go a z drugiej nie bawiąc się w jakieś subtelności otwarcie przyznałą, że nie przyszła tu tylko na pogaduszki. Zwłaszcza jak na koniec nachyliła się nad nim i złożyła na jego ustach czuły pocałunek.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów 14; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.16; Bezahltag; północ
Warunki: wnętrze kamienicy, cisza, jasno, nieprzyjemnie; na zewnątrz: noc, pogodnie, d.sil.wiatr; zimno (-5)Joachim
Dziś młody astromanta nie nachodził się zbyt wiele po tym całym błocku jakie zalegało na ulicach po porannych i południowych deszczach. Chociaż ubranie oraz buty i tak miał do prania. Jednak jako astronom stwierdził, że zmierzch w przeciwieństwie do całego dnia przyniósł poprawę pogody. I nad miastem noc rozpostarła swój gwiaździsty płaszcz prawie nieskalany jakimiś chmurami jakie stały nad tym ziemskim padołem od samego rana. Dobra pogoda aby prowadzić obserwacje astronomiczne albo stawiać gwiezdne wróżby z pomocą znaków gwiezdnych. Chociaż była chłodna noc a w powietrzu wciąż unosiła się wilgoć jaka parowała z grząskiej ziemi więc nie było zbyt przyjemnie.
Miał też wieczorem okazję aby zastanowić się nad tymi wszystkimi sprawami jakie go otaczały i w jakich brał udział. Za parę dni będzie cotygodniowy zbór, pierwszy po akcji z rabunkiem świątyni Mannana i odpłynięciu Mergi. Coś musiał zdecydować w sprawie tych chłopów z Dahlem. I jak postąpić w sprawie nauczania w Akademii. Czy coś przedsięwziąć w sprawie barona Wirsberga? A w końcu to tylko część ze ścieżek losu jakimi podążał zaś jutro zaczynał się kolejny dzień.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Rozmowa z Rektorem przebiegała w miarę sympatycznej atmosferze, ale wygłądało na to, że wykładania na uczelni nie było wcale łatwą sprawą. Może nie powinien się dziwić, przecież Akademia Morska nie była związana z magią ani czarodziejami.
Nieco przytłoczony tymi wszystkim biurokratycznymi formalnościami Joachim podziękował uprzejmie Vogelowi i powiedział że przemyśli sprawę, natomiast w tej sytuacji może na razie mógłby przyjąć propozycję zostania asystentem. Tutaj podpytał się jak bardzo by to angażowało czasowo.
W kwestii Barona Wirserga czarodziej był nieco sfrustrowany rozwojem sytuacji, nad którą stracił kontrolę. Ale w końcu czym ryzykował, jeśli Baron tam zginie to chyba w sumie niewiele? Nikt go raczej nie powinien z tym wiązać. Podążanie na bagna śladem kilku jeżdców na koniach nie wydawało mu się dobrym pomysłem, nie miał gwarancji że w ogóle ich dogoni i nie miał czasu zbierać na szybko solidnej ekipy do wyprawy na te niebezpieczne tereny. Postanowił natomiast, że następnego dnia poszuka Sorii, która wspominała, że miała jakieś plany wobec Wirsberga, więc tym bardziej dziwiła go to sytuacja, jeśli to dziecię Soren zarzucało swoje sieci...
Jeśli chodzi o wieśniaków z Dahlen, zastanawiał się czy w ogóle zająć się tematem. Jednak nie wykluczał tutaj jakiegoś subtelnego wpływu swojego Patrona na wydarzenia, w końcu przodek wieśniaków zaginął niedaleko mokradeł i tutaj ponownie pojawiła się tematyka dziwnych, proroczych sennych wizji.
Ostatecznie powiedział, że kilka koszy jaj i jedzenia będzie wystarczającą zapłatą, bo nie gwarantuje efektu. I że musi postawić wróżbę. I faktycznie, miał zamiar podjąć się astrologicznej obserwacji medytując z tym amuletem, ciekaw czy odnajdzie jakieś wskazówki.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Bezahltag; wieczór; tawerna “Stary kocioł”
Mnich westchnął kiedy Khornita ruszył pytać tubylców o Annikę. Z nudów rozejrzał się po karczmie, spoglądając na pół przytomną kobietę i inne ciekawe okazy społeczne.
Niestety Silny nie miał dobrych nowin, Herold Norry nie pojawił się w okolicy, ale Otto był dobrej myśli. Być może zew kurchanu tym razem nie przejął na dziewczyną kontroli w taki sposób, że przyciągała do siebie uwagę.- Dzięki Silny. - jednooki wysłuchał relacji snu kolegi - Przynajmniej wiemy teraz jak wygląda… - uśmiechnął się mnich - A o rycerza się nie martw. Ma się pojawić na turnieju.
- No niezbyt wiemy. Ot, że ma czarną zbroję i czerwone słońce. A do turnieju daleko i nie wiadomo czy go w ogóle zrobią. A jak odwołają w tym roku i zrobią dopiero za rok? Do tego czasu reszta już pewnie dawno zbierze swoje fanty i zostaniemy na szarym końcu. - Silny zdawał się wcale nie być tak dobrej myśli jak drobniejszy kolega. Zwłaszcza w porównaniu do reszty frakcji które już albo osiągnęły jakieś sukcesy albo miały chociaż jakiś trop a khornici nie mieli nic poza wyrwanymi z kontekstu snami.
- Nie ma znaczenia. - odparł mnich = Nie możemy przywołać tylko jednej siostry. Wszystkie cztery na raz muszą usłyszeć nasz zew. Nie ma znaczenia, kto będzie pierwszy, a kto ostani. Spójrz na to jednak z tej strony. Jeżeli będziecie na końcu, pozostali będą pewnie wam pomagać. Łasica drobiąca po pas w krwi, aby dostać się do artefaktu? Brzmi zabawnie.
- No może, może… - łysy mięśniak pokiwał głową chociaż bez większego przekonania. Był porywczym i krewkim człowiekiem i lubił szybkie i bezpośrednie działania zaś cierpliwość nie należała do jego cnót.
- Dobra mniejsza z tym. Jak ta cherlaczka się zjawi to co z nią? Zatrzymać tutaj? Odesłać do tej Bretonii? - Silny machnął swoją spracowana łapą ma te mało owocne gdybania i chciał wiedzieć co dalej ma robić gdyby jednak jakoś udało mu się spotkać z zaginiona Anniką.
- Najlepiej odeślij do Fabienne. Zapytaj przy okazji gdzie była. - mnich poklepał khornitę po ramieniu - Bądź uważny przy okazji. Morrytka dziś odwiedziła hospicjum. Obawiam się, że wróg może wykonywać ruchy przeciwko nam.
- Dobra, jak ją spotkam to odeślę do tej bladej. - skinął łysą głową mięśniak uznając chyba ten temat za zakończony. Wieści o morrytce jednak go zainteresowały.
- Morrytka? Ta młodka ze stolicy? - upewnił się czy dobrze rozumie o kogo chodzi. Widząc, że tak upił łyk ze swojego kufla myśląc nad tym nowym elementem. W końcu wzruszył swoimi mocarnymi barami.
- Normalnie to bym powiedział, że w razie czego można pomóc szczęściu aby miała nieszczęśliwy wypadek czy jakiś napad w zaułku. No ale ona wszędzie chodzi z tymi swoimi czarnymi gawronami. No a ostatnio jak mieliśmy z nimi przeprawę to mocni byli. A bez pancerzy i tarcz ich zastaliśmy. Trzeba by wtedy dobrze się do tego zabrać jakby coś jej się miało stać. - uznał w końcu nie bawiąc się w jakieś skomplikowane plany tylko dążąc do jak najszybszego i najlepiej krwawego rozwiązania sprawy. Chociaż po nocnej walce z gwardzistami morrytów widocznie nabrał respektu do ich możliwości bojowych bo nawet przy takiej luźnej propozycji ich nie lekceważył.
Heinrich siedział na krześle racząc się tą chwilę odpoczynku. Poczuwał różnicę w swojej fizycznej kondycji, które nastąpiła stosunkowo niedawno. Miesiące uwięzienia wyryły na nim swoje piętno najwyraźniej, jakie teraz musi boleśnie opłacać. Szczerze irytowała go ta niemoc, jednak nic na to poradzić nie mógł
- Potrzebny byłby plan, dzięki któremu można by dobrać się do niej i jej straży. Bez żadnych informacji o miejscach i przebywania i ruchach strażników... - rozłożył bezradnie ręce po czym spojrzał na Otto - Jak dobre masz do niej dojście?
- Nie większe niż ty jak sądzę. - zaczął mnich - Mogę pokręcić się po świątyni Morra w najbliższych dniach. Wlepić bajeczkę, że szukam ukojenia lub powodu snów... Wątpię jednak, aby miała jakieś brudy, które moglibyśmy wyciągnąć. Co do straży... - mnich westchnął - Rozważałem, aby któryś z naszych khornitów wstąpił w ich szeregi. Zobaczył, czy da się kogoś zwerbować.
- Jak ma łeb na karku to głupia by była jakby kogoś z nas zwerbowała. Albo w ogóle kogoś z miasta. Przeca ona tu przyjechała ze swoją obstawą ze stolicy to ma swoich, sprawdzonych ludzi. A jak tu się jakieś ataki na świątynie trafiają, w zimie jakieś wiedźmy z kazamatów uciekły no to panie kochany, jak tu komuś ufać na mieście? Nie zdziwię się jak jeszcze kogoś ze stolicy ściągnie. Pewnie ktoś z miejscowych jej pomaga bo przecież gdzieś mieszkać i coś jeść musi. No ale tam najbliżej niej to są ci z jakimi przyjechała ze stolicy. - Silny pokręcił swoją łysą głową na znak, że niezbyt wierzy w możliwość przedostania się do wewnętrznego kręgu kłopotliwej kapłanki. Zwłaszcza jakichś zbrojnych. Po części pewnie dlatego nie interesował się nią bliżej do tej pory.
Mnich przez chwilę się zastanowił.
- Hertz? Ma o nim dobre mniemanie, a zakładam, że chciałby skorzystać z jej talentów, aby odnaleźć Mergę, lub kogoś innego.
- Ale co Herz? - Silny nie zrozumiał na czym miałby polegać pomysł z łowcą czarownic i morrycką kapłanką.
- Że Hertz ją gości u siebie. Bo nie widzę, aby się po karczmach czy kamienicach szwędała. Albo to, albo w świątyni Manana spędza noce.
- Gości ją u siebie? Myślałem, że ona jest u tutejszych morrytów. Ale właściwie to się nią nie interesowałem za bardzo. - mięśniak wzruszył ramionami ale chyba faktycznie kapłanka nie była w centrum jego zainteresowań.
- To pewnie zaczynają współpracować, a to nic dobrego. Muszę pomyśleć, może coś znajdę, aby się jej po kryjomu pozbyć.
Bezahltag; północ; Ciemna ulica
Mnich westchnął i spojrzał w kierunku, z którego dobiegło do niego wołanie.
- No patrzcie przyjaciele. Witajcie. Wyjdźcie proszę, nie macie się czego lękać, a ja wolę widzieć do kogo mówię.
- Tyty chodźchodz! Porozmawiamy. Tyty się nie bój. Niktnikt cie nie chodzi za tobą tu tylko mymy. - głos z ciemności odparł od razu tym samym dziwnym, skrzeczacym akcentem. Ale chyba nie zamierzał wychodzić na otwartą przestrzeń mrocznej alejki i wolał aby to rozmówca do niego przyszedł.
Otto wkroczył do alejki rozglądając się. Żałował trochę, że nie miał swojej niedawno zakupionej zabawki. Jeżeli jednak te istoty są, czym uważa, to nie powinien się lękać.
- O to jestem. - odparł do ciemności.
- Dobrzedobrze. Ty się nie bój ja przyjaciel. My razem polować na powierzchniowe samice. W lesielesie. I ty masz jakieś? Bo się nam skończyłyskończyły. A chcemy nowenowe. Maszmasz jakieś? Ty się nie bój, ty namnam dasz coś i my ci coś. - głos się nie zmienił i chyba zależało mu aby się jakoś dogadać z Otto. I ten nawet jak wszedł do dawnego sklepu to kątem oka widział jakaś podłużna plamę pionowej ciemności na tle ścian. Ale to rozmywała się i nie dostrzegał żadnych szczegółów. Za to słyszał cheobot kroków po starej podłodze gdy tamten podskakiwal i robił nogami, chyba szelest płaszcza lub innego ubrania. I błotnisty, niezbyt przyjemny zapach. Ale w tych ciemnościach oczy nie były zbyt pomocne. Tamten znów wrócił do tematu samic i chyba był gotów na jakiś rodzaj wymiany.
Mnich postanowił zaryzykować.
- Samic nie mam, ale wiem gdzie znaleźć... jedną… - zaczął Otto przypominając sobie kobietę z karczmy Silnego - Otumaniona alkoholem. Łatwa do przewozu. Tylk cóż Skaveny, oferują w zamian? - miał szczerą nadzieję, że mylił się co do natury swoich rozmówców.
- Jedna? Masz jakąśmasz? - rozmówca wydawał się być bardzo ucieszony tą wiadomością. Tak, że na chwilę zaczął podskakiwać z nogi na nogę i parskać w dziwny sposób chyba właśnie w oznace radości. Chociaż po ciemku, bez widoku rysów twarzy albo pyska trudno było tego być pewien.
- Dobrzedobrze! Ty nam dasz samice do zabawy i my ci też damy. Młode, silne samice taktak! - ucieszył się niepomiernie. - Ty nam dasz i my ci damy. Cochceszco? Możemy zgładzić twoich wrogów albo coś zabraćzabrać coś komuścoś. Co chceszco? Ty nam samice do zabawy a my zajmiemy twoich wrogów. Albo wymiana-wymiana. Cochceszco? - rozmówca mówił szybko i trudno było zrozumieć momentami co dokładnie mówił bo cały czas głos miał skrzeczący i piskliwy jednocześnie. Do tego zniekształcał lub wręcz połykał słowa tak, że utrudniało to jego zrozumienie.
Mnich westchnął. Więc miał rację i Skaveny pojawiły się w mieście. Wszelkie informacje na ich temat były bardzo ograniczone, chociaż krasnoludzkie raporty były bardziej pomocne. Podejrzewał, że nic dobrego nie wyjdzie z ich obecności, ale mógł na nich na razie skorzystać.
- Hm... wiem, że to nie w waszej naturze, ale czy jest możliwość skontaktowania się z wami? Albo czy macie jakieś miejsce, które niewolnik obserwuje, aby powiedział, że ktoś przybył? Na dziś potrzeb nie mam, ale chętnie was do niej zaprowadzę.
- Apocopoco? - tym razem osobnik zjakimrozmawiał jednooki zawahał się albo zastanawiał nad tą częścią zdania. Do tego doszedł go odgłos węszenia jakby tamten sprawdzał zapach. Podrygiwał chwilę w miejscu co dało sie poznać po odgłosach.
- Dobrzedobrze. Pryjdźprzyjdź. Wieża ze skrzydłami, wieża ze skrzydłami. Blisko-blisko wody. Tam przyjdź przyjdź. Jak będziesz miał samice to też tam przyjdźprzyjdź, z samicami taktak,tak przyjdźtak. - powiedział w końcu gdy się już namyślił co odpowiedzieć. Po czym znów się ożywił. - A teraz samicę, dajdaj, daj prędko, prowadźdaj! - znów zaczął podskakiwać w miejscu ze zniecierpliwienia.
Mnich ruszył z powrotem w stronę Kociołka. Co jakiś czas zerkał w stronę cieni poszukując ruchu swojego rozmówcy.
- Rzadko wychodzicie na powierzchnię. - przerwał ciszę po chwili - Jeszcze rzadziej nawiązujecie kontakt, nawet z nami. Cóż za sprytny, genialny plan macie? - Otto starał się, aby jego głos był jak najbardziej przepełniony uznaniem dla szczura.
- Plan to plan. Jak ja ci powiem to muszę cię zabićzabić. - usłyszał za sobą skrzek podobny do złośliwego chichotu. Ale przynajmniej potwierdzający, że Otto nie idzie sam przez tą ciemną alejkę. Od wyjścia z “Kociołka” minęło już sporo czasu i zrobiło się blisko północy więc tak naprawdę nie był pewien na ile się tam zmieniła sytuacja. Zapewne powinno być o tej porze puściej nuż gdy był tam na początku wieczoru.
- Bierzemy samice. Samice zdrowe i młode. Jak masz jakieś to daj. Dajdaj. My weźmiemy, weźmiemy. Dobre są te samice, dużo zabawy, dużo tak,tak. Jak jakąś masz to daj, daj przyprowadź do skrzydlatej wieży nad wodą. Ty nam dasz samice to i my ci damy coś. Umowa taktak, umowa tak. - słyszał ten sam skrzeczący za plecami głos. Tamten musiał się trzymać z kilka kroków za jego plecami jak można było sądzić na słuch. Miasto już było mocno uśpione i w niewielu oknach paliły się jeszcze światła.
Otto rozglądał się po alejkach wokół karczmy na razie, patrząc czy już ktoś skorzystał na pijanej dziewoji.
- W sumie po co wam one? Nie jesteście zwierzoludźmi, aby się z nimi płodzić. Chyba, że na chów niewolników.
- Potrzebnepotrzebne. Dobrze wygląda jak są. I dobrze dobrze to wychodzi. Ale trzeba je nałapać na powierzchni i cało przytargać. Można też użyć na powierzchni ale to niebezpieczne, ryzykoryzyko duże. Lepiej zdobyć i zaciągnąć do nas. No ale może być też wieża ze skrzydłami. Taktak, tam też może być. - głos za nim odpowiedział pośpiesznie i nerwowo jakby jednocześnie węszył i się rozglądał dookoła. Zaś mnich jak obszedł budynek karczmy i alejkę na zapleczu, prawie całkiem ciemną więc sprzyjającą takim zabawom o jakim wcześniej mówił mu Silny to tym razem było tu ciemno, pusto i cicho. Jak ktoś tu miał używanie tego wieczora to już nie było po tym śladu. A i przez okna o tak późnej porze to widział już końcówkę klientów. O tej porze to siedzieli już tylko ci co nie czekali następnego poranka i im podobni desperaci. Z młodych kobiet dostrzegł jedną ale siedziała razem z dwoma towarzyszami i nie wygladało na to aby ktoś z tej trójki właśnie zbierał się do wyjścia.
Mnich spojrzał na kobietę.
- Mam ofiarę, ale jeszcze nie wychodzi. Możemy poczekać, dwóch z nią jest, dacie radę ich zabić?
- Nienie? Nie wychodzi? Siedzisiedzi w norze? - rozmówca wydawał się być i zaciekawiony i zniecierpliwiony. Przez chwilę jego ciemna, nieco garbata sylwetka podskakiwała i wydawała z siebie dziwne, ciche popiskiwania i chrząkanie. Ale w końcu chyba się na coś zdecydował.
- Dobrzedobrze. Poczekamy na samicę. Samce pod nóż. Samicę bierzemybierzemy. - powiedział do Otto a temu wydawało się, że nie są tu tylko we dwóch i ciche szmery z głębi alejki świadczyły, że jest ich więcej.
- Chyba nie będziecie mnie do tego potrzebować? - mnich się chwilę zastanowił - Handlujecie Spaczeniem prawda? Moglibyśmy się umówić o niewielki kawałek, za znalezie wam kolejnej ofiary?
- Jak masz to dajdaj, taktak, jak masz to dajdaj! - rozmówca wydawał się być bardzo rad z takiego pomysłu. Ale w jego mniemaniu handel i wymiana dziwnego minerału powinna przebiegać w drugą stronę.
Mnich spojrzał w kierunku cieni.
- Miałem na myśli, że ja od was dostanę kawałek spaczenia, za niewolnicę. Ale to do ustalenia. Powodzenia z łowami. - mnich zaczął ruszać z powrotem w stronę swej kamienicy.
Następnego dnia będzie musiał i tak udać się do hospicjum, potem poszuka Heinricha. Musi z nim ustalić spotkanie ze starszym i omówić ich nowych gości.
-
Oryginalny autor: Zell
Bezahltag; północ; Mieszkanie Heinricha
Ten dzień był na tyle ciężki, że Heinrich zapomniał o Łasicy, chociaż ona nie zapomniała o nim. Przyjął jej pocałunek z przyjemnością, bo choć nie o przyjemności myślał, to przyjemność była ważną częścią składową całości planu.
- Chyba nie sądzisz, że jestem aż tak stary. - szepnął patrząc w jej oczy - Jeszcze swoje robiłem w życiu.
Sięgnął ręką pod łóżko, gdzie skrył zwój liny.
- Ty za to jesteś naprawdę niegrzeczna. - wyciągnął na widok pęta - Włamujesz mi się do domu, urażasz gospodarza... - naparł ciężarem i siłą na dziewczynę, aby zakleszczyć ją pod sobą - Na reakcję na takiego zawsze mam siłę.
- No oby, oby! - roześmiała się wesoło łotrzyca widząc pierwszą reakcję gospodarza. W nocnych ciemnościach mogła nie dostrzec co skrywa pod kołdrą ale mimo chociaż była młodsza i bardziej gibka od niego to pozwoliła mu się przewalić na plecy i zająć dominujacą pozycję. Dalej nie widział rysów jej twarzy a jedynie jaśniejszy owal. Więc więcej powiedziała mu mowa jej ciała i głos niż to co zwykle rejestrowało się dzięki oczom. Oczami to widział podłużny, mniej więcej ludzki kształt rozciągnięty na swoim łóżku. Pod sobą czuł jednak żywe ciało obleczone w zimne od nocy ubranie. Promieniujące też zapachem powietrza z zewnątrz. Tylko tam gdzie nie było ubrania, na palcach, szyi i twarzy dało się wyczuć młode, jędrne i ciepłe ciało.
- No rzeczywiście, chyba sobie troszkę pofolgowałam. Bardzo cię przepraszam za to niecne najście Heinrichu. Mam nadzieję, że będę mogła coś ci zrobić aby ci zadośćuczynić? - Łasica leżała na wznak i droczyła się z gospodarzem na całego mieszaniną pokory i wyuzdania. Pokornie leżała na łóżku pozwalając aby starszy mężczyzna zajął dominującą pozycję i pokorne były jej słowa jakby żałowała za swoje czyny. Lubieżny był jednak jej głos zadając temu kłam i sugerujący, że właśnie zaczyna się zabawa jaką lubi. Podobnie jak wodziła chłodnymi dłońmi po ramieniu, szyi i twarzy partnera w pieszczotliwej zachęcie albo jak pocierała swoim obleczonym w skórzane spodnie udem o jego udo i biodro.
- Może, może... - Heinrich zaczął całować kobietę po szyi, jednocześnie luzując jej ubrania - Oboje możemy sobie pomóc nawzajem. - pocałunki zeszły na obojczyk Łasicy - I oboje na tym zyskamy.
Ciało młodej kobiety było całkiem wdzięcznym tematem do badania i konsumpcji. Zwłaszcza jak było takie chętne i wdzięczne. Łasica poszła na pełną współpracę w zdejmowaniu ubrań i swoich i swojego partnera. Do tego nie przeszkadzało jej to we wzajemnych pieszczotach. Zgrzyt pojawił się przy zdejmowaniu jej spodni bo wymagało to więcej uwagi i wysiłku aby je rozpiąć, rozwiązać a potem zsunąć. Nagrzana od ciała skóra niechętnie oddzielała się od tego ciała a jeszcze do tego trzeba było najpierw ściągnąć buty właścielki. Ale gdy to się wreszcie udało to nocna kochanka już niewiele miała na sobie. I nawet w ciemnościach widać było zarys jej bladego ciała tak przyjemnego do dalszych zabaw. Przeciągnęła się prowokująco jakby mimo tych nocnych ciemności chciała zaprezentować swoje wdzięki przed swoim kochankiem.
Heinrich przysunął usta do ucha Łasicy.
- Lepsza byłaby zabawa, gdyby mojej głowy nie kłopotała inna sprawa... której ty mogłabyś zaradzić. - wymruczał.
- Oj, Heinrichu, naprawdę nie powinieneś teraz myśleć o czymś innym niż o mnie. Bo będę zazdrosna. - łotrzyca przycisnęła udem jego uda do siebie tak, jakby chciała się upewnić, że nigdzie jej nie zwieje. Twarzy po ciemku nie widział ale po głosie i mowie ciała rozpoznał, że jest już rozochocona na całego. Trochę jednak się z nim była gotowa podroczyć i na razie brzmiało to jak żartobliwe przepychanki a nie prawdziwe wyrzuty.
- Jak byłoby łatwiej dla mnie, gdybym miał na głowie problemów z przedstawieniem. - westchnął ciężko i zaczął owijać kawałek sznura wokół nadgarstka kobiety.
- Jakim przedstawieniem? - zapytała kobieta zadzierając głowę obserwując jak gospodarz zaczyna wiązać jej nadgarstki. Sądząc po głosie to właśnie ten etap zaczynającej się zabawy ją absorbował najbardziej i na resztę tematów była dość rozkojarzona. Chociaż to jak pieściła stopą uda i łydki Heinricha to ta cała zabawa musiała jej się podobać.
- Oczywiście z przedstawieniem w teatrze, piękna. - zakończył zdanie kilkoma pocałunkami na szyi i ustach kobiety - Dbając o nasze piękności... - ponownie złożył pocałunki - Postarałem się wywiedzieć jak najwięcej z różnych źródeł. Wszak bynajmniej nie zależy mi na uczynieniu krzywdy swoim sojusznikom. - uniósł ręce Łasicy nad jej głowę i zaczął je krępować razem.
- Przedstawienie w teatrze? A jakie? Bo teatr to raczej Pirora, Soria i Fabi się tym zajmują a my z dziewczynami to najwyżej obsługujemy przyjęcia i inne takie. Ale też bywa całkiem przyjemnie. Zwłaszcza jak się trafi ktoś kto wie jak należy wykorzystywać ślicznotki z obsługi. - Łasica zamruczała rozkosznie bez oporu dając się krępować. Chętnie przyjęła i oddała pocałunki z ochotą przyjmując uległą rolę w tej zabawie. A ćwierkała równie radośnie jakby się przekomarzała na jakiś luźny temat.
- A to co zaproponowałem. - zamruczał i przesunął palcami po podbrzuszu Łasicy - Sam byłem zaskoczony informacjami, naprawdę. Dzieło Oster, tak obrzydliwe dla Soren.... okazało się zupełnie inne. - dalej przesuwał palcami - By mój pomysł doszedł do skutku na festynie.. trzeba tej hodowli. Was. - pogłaskał policzek Łasicy - Zniewolonych przyjemnością rozchodzącą się od środka... - położył się na kobiecie - ...aż do ostatecznego spełnienia. - to mówiąc brutalnie zagłębił się w Łasicy.
Po ciemku nie widzieli swoich twarzy więc Heinrich nie mógł być pewien jak wygląda wyraz twarzy łotrzycy bo zamiast tego widział tylo owal jej twarzy okolony ciemną plamą włosów. Ale chyba coś chciała powiedzieć ale jej przerwał przechodząc do bardziej bezpośrednich działań. Co kochanka przyjęła z wdziękiem, że aż przyjemnie było to poczuć i posłuchać. Zdecydowanie miała doświadczenie w takich zabawach a do tego musiała mieć do nicu upodobanie. Bo nawet jak sapała czy jęczała pod jego naporem, jak szarpała się na uwiązanych nadgarstkach to jednak przyjemność jaką jej sprawiał była dominująca. Aż do utraty tchu. Wtedy, dopiero jak mieli przerwę na złapanie oddechu dało się coś więcej porozmawiać.
- Ale do tych robali to mnie nie namówisz. Nie i już. To obrzydliwe. Nie mam ochoty mieć z tym nic wspólnego. Z tobą, Gnakiem innymi no czemu nie, całkiem ciekawie i przyjemnie. Ale nie z tymi robalami. - odparła łotrzyca mimo wszystko nie zmieniając swojego zdania co do przyjęcia w siebie dziedzictwa Oster.
- Wijące się w środku niczym węże, gdzieś gdzie i kochanek nie może dotrzeć... - ruchami bioder uwidaczniał słowa - To byłoby smutne, gdyby główna Slaaneshytka tego nie zaznała.
- Oj nie wszystkiego bym chciała zaznać na sobie. I z tego co wiem dziewczyny też mają podobnie. I nie chcę nic mówić ale Merga mówiła, że mężczyźny też mogą przyjąć w siebie ten wspaniały dar więc naprawdę nie wiem co was powstrzymuję przed tą świętą misją. - łotrzyca przybrała ironiczny ton ale w swoim postanowieniu nie przyjmowaniu daru Oster pozostała stała. Nadal widocznie nie kojarzyło się to z niczym przyjemnym i ekstatycznym a jedynie z przerośniętymi czerwiami i muchami.
- Och, jeżeli masz jakiś mężczyzn do zaproponowania... - pocałował kobietę - ...byłoby świetnie. Po prostu mężczyzna musi zostać wykastrowany w jakimś stopniu lub przejść inną operację. Temu rozmawiałem z Dorną i temu mówię o przyjemności tego. - pogłaskał Łasicę - By mieć dobre rozeznanie.
- Dorna niewiele widziała w mieście i jest z jaskini odmieńców to jej nie tak trudno zaimponować. Jak chce to niech się daje zasiewać mnie to nie interesuje. - odparła nieco nastroszonym tonem nocna kochanka bynajmniej nie stawiając znaku równości między sobą, sprytną dziewczyną z ferajny a mutantką jaka przyszła z jaskini jej podobnych dziwaków.
- I nie odwracaj kota ogonem Heinrichu. Też byłam na tym spotkaniu co Merga czytała te zwoje. I kastracja to może być przydatna przy tej operacji z jądrami. A co do much to mąż wystarczy się wypnie czy łyknie tak samo jak kobieta i nic mu tam więcej nie trzeba wycinać, majstrować ani nic takiego. Więc jak uważasz, że to takie miłe, dobre i ciekawe to leć do Sigiego, na pewno z ochotą spełni ci tą posługę. - Łasica wydawała się być coraz bardziej zirytowana tokiem tej rozmowy na temat jaki od pierwszego spotkania nie przypadł jej do gustu i od początku zgłaszała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego.
- Zrozumiano. - Heinrich wyszeptał jej do ucha i ugryzł jego płatek - Możemy wrócić do prawdziwej zabawy. - dodał i naparł na kobietę, jakby chcąc na niej rozładować swoje emocje.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 42 - 2519.07.17; knt; północ - przedpołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.17; Konistag; przedpołudnie
Warunki: salon, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)Joachim
Gdy młody astromanta wyszedł z Placu Targowego wchodząc na Bursztynową widział już kamienicę jaka stała kilka budynków dalej. Właśnie tam, pod numer 17 zmierzał. Po drodze jednak miał czas dla siebie aby przemyśleć to co się ostatnio wydarzyło.
Wczoraj wieczór był chłodny a sądząc po tym jak dzisiaj wyszedł ze swojej kamienicy to w nocy znów musiało padać. Ale poranek i teraz przed południem były całkiem słoneczne. Wczorajszy wieczorem też jakby na przekór słotnemu dniu nad miastem zapanowało rozgwieżdżone niebo jakie sprzyjało astronomicznym obserwacjom i astrologicznym wróżbom. Postawił więc wróżbę w sprawie zaginionego dziadka chłopów z Dahlem.
Zdecydowanie promieniał Złoty Kogut. Uznawano go za symbol bogactwa, dobrych interesów i materialnej pomyślności. Więc pod tym względem gwiazdy zdawały się patrzeć łaskawie na tą sprawę poszukiwania chłopskiego przodka. Jednak pospołu mocno świeciła też Gwiazda Uroku. Ten znak zwykle uznawano za dość złowieszczy i ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem. Patronował magii i tajemnicy oraz nietypowym zjawiskom. Co już mogło budzić zdziwienie gdy w grę wchodziła zdawałoby się rutynowa, chłopska sprawa. Trzecim ze znaków był obszar gwiezdnej pustki jaki nazywano Vobisem Ulotnym. Znak obłędu, dwuznaczności, niepewności. Czyżby ta sprawa miała jakieś drugie dno? Albo groziła obłędem. Tej gwiezdnej pustki nie uznawano zwykle za zbyt dobry omen. I co ciekawe jakby na pograniczu widoczności migała i kusiła Tancerka. Była symbolem miłości i pożądania, w sam raz dla młodych zakochanych, tragicznych, niespełnionych romansów i artystów tworzących takie dzieła. Chociaż chłopi nic nie mówili o swoim dziadku, że ten się parał takimi rzeczami.
Miał więc niezły dylemat. Dwa znaki brzmiały złowieszczo, tajemniczo lub dwuznacznie i sugerowały ostrożność i być może jakieś drugie dno. Kogut zaś zwiastował materialne powodzenie i dobrobyt zupełnie jakby patronował takiej wyprawie nawet jeśli byłaby ryzykowna. Dla kupców czy odkrywców to by zwiastowało powodzenie w interesach. Zaś Tancerka zwiastowała miłość, namiętność i pożądanie i trochę nie pasowała do reszty. Zupełnie jakby chodziło o jakieś sprawy sercowe, romantyczne i gwałtowne.
Niemniej takie ogólne wrożby raczej nie miały szans zdradzić miejsca ostatniego spoczynku dziadka jednego z chłopów. Wisiorek jaki dostał od nich co prawda pomógł niejako spersonifikować wróżbę. Zapewne dzięki temu wróżba okazała się całkiem klarowna. Ale nie na tyle aby zaprowadzić go w jakieś konkretne miejsce. Był pewien rytuał który mógłby spróbować odprawić ale musiałby udać się do miejsca bliskiego poszukiwanemu człowiekowi. W tym wypadku pewnie wioska, chata i łóżko owego dziadka. Wówczas być może gdyby zapadł tam w sen z myślą o nim to może udałoby mu się złapać jakiś ślad. A może i nie. W końcu nie był ekspertem od tego rytuału a i to minęło już kilka dekad od tego zdarzenia. Z trzeciej to jednak ten zapewne nieboszczyk przyśnił się ostatnio swoiemu dorosłemu już wnukowi więc może być jakaś szansa na złapanie takiego śladu jakiegoś obrazu, wspomnienia, myśli. Albo wpadnie na coś jakby był na miejscu. Bo teraz ze swoimi standardowymi wróżbami i wisiorkiem to raczej trudno będzie o większy przełom niż wczoraj wieczorem. A w końcu i nocne niebo sprzyjało wróżbom a i gwiazdy wyraźnie przemawiały.
Tak czy inaczej tak jak się wczoraj umówili tak dzisiaj rano obaj gospodarze z Dahlem przyszli się pokłonić no i po odpowiedź czy mądry pan pochyli się nad ich prośbą i ma dla nich jakąś odpowiedź. Więcej nie wypadało ich trzymać bo musieli wracać na swoje gospodarstwa z taką czy inną odpowiedzią.
Jak wspominał wczorajszą rozmowę z rektorem to chyba nie poszło mu tak źle. Przynajmniej nie na tyle aby Vogel z miejsca pokazał mu drzwi wyjściowe. Skoro młodszy kolega nawet jak bez doświadczenia w nauczaniu był tym zainteresowany, jako asystent profesora nawigacji no to może coś by się dało zrobić. Zapewne powinien się nastawić na egzamin sprawdzający. Bo procedury tego wymagały aby uniknąć podejrzeń o zatrudnianie byle kogo i po kolesiostwu. Więc rektor miał rozmówić się z kolegami nawigatorami jak by się zapatrywali na ewentualnego asystenta i obiecał wysłać odpowiedź jak tylko coś ustali. Więc właściwie piłka teraz była po stronie uczelni a astromancie zostało czekać i najwyżej przygotowywać się aby zrobić już nie tylko na rektorze jak najlepsze wrażenie.
Na razie jednak szedł przez Bursztynową i zastukał w drzwi wejściowe. Chwilę musiał odczekać aż otwarła mu zgrabna brunetka jaka była pokojówką Pirory. Przywitała się grzecznie i poprosiła aby poczekał w holu a sama poszła na górę aby sprawdzić czy jej pani jest do dyspozycji. Okazało się, że była więc wkrótce Joachim znalazł się w znanym już sobie salonie obwieszonym obrazami tak gospodyni jak i zaprzyjaźnionych artystów. Zastał tam zarówno ją jak i wężową milady.
- Witaj Joachimie. Co cię sprowadza w moje skromne progi? - zapytała averlandzka szlachcianka witając się ze swoim gościem. Soria siedziała w swoim ulubionym miejscu czyli w narożniku bocznej i frontowej ścianie, na ozdobnym krześle przez co sprawiała wrażenie władczyni na swoim tronie. Obdarzyła gościa subtelnym uśmiechem ale też czekała aż zdradzi cel swojej wizyty.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
Czas: 2519.07.17; Konistag; przedpołudnie
Warunki: wnętrze hospicjum, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto
Tym razem jak wstał rano to nic niezwykłego mu się nie śniło. Ale “czuł nogi” po wczorajszym intensywnie spędzonym dniu. Przynajmniej poranek okazał się pogodny i słoneczny. Chociaż w nocy znów musiało padać bo były świeże ślady deszczu. Dzień w hospicjum zaczął się dość standardowo. Recepcja, przygotowania do śniadania, modlitwa, śniadanie i zajęcia po. Tam umyć podłogę, tam posprzątać cele, tu ostrzyc jednego z pacjentów, nakarmić tamtego. Więc jak na razie dzień pracy schodził bez przygód, zamieszek i niespodziewanych wizyt.
Jak się wczoraj skończyło spotkanie mieszkańców podziemi pod ulubioną karczmą Silnego tego nie wiedział. Nie czekał do finału. Chociaż odniósł wrażenie, że ten z którym gadał to raczej chętnie by zdobył nowe niewolnice “do zabawy”. Na czym owa “zabawa” miałaby polegać tego nie zdradził. Ale był chętny do wymiany. Samice w zamian za szpiegowskie i skrytobójcze usługi. Otto jakby miał jakieś samice mógł z nimi przyjść po zmroku do “wieży ze skrzydłami”. Tam miała zapewne nastąpić wymiana. Ale w ramach wspaniałomyślności rozmówca zgodził się aby i “długiczarny” jak nazywał mnicha mógł zostać i obserwować albo nawet uczestniczyć w tych zabawach.
Natomiast na spaczeń to zdecydowanie wolał przytulić niż oddawać. Więc jakby długiczarny miał jakieś bryłki to tak, bardzo chętnie by przyjęli. W zamian mogli się dogadać. Jako, że Otto nie podał żadnej propozycji ze swojej strony to tutaj rozmowa się trochę urwała. Więc wychodziło, że mieszkańcy podziemi są zainteresowani zdobyciem samic, najlepiej młodych i zdrowych no i bryłkami niecodziennego minerału o niezwykłych możliwościach. Więc właściwie można było to potraktować jako ofertę. No i zyskał punkt kontaktowy w tej wieży ze skrzydłami nad rzeką.
Silny za to rwał się do boju. I nie ukrywał, że chętnie by zdzielił kogoś pałą przez łeb czy wsadził nóż pod żebro. Nie było więc dziwne, że właśnie takie rozwiązanie zaproponował wczoraj wieczorem w “Kociołku” w sprawie morrytki. Chociaż tak naprawdę to takie istotne działania kultu lepiej było uzgodnić ze Starszym. Podobnie zresztą jak negocjacje z podziemną rasą. Herszt khornitów nie ukrywał także tego, że Annika zbytnio mu nie zaimponowała. Zdawał się ją ledwo tolerować przez wzgląd, że dzielnie stawała w nocnym starciu z gwardzistami morrytów. Ale poza tym bynajmniej nie traktował jej jak kogoś wyjątkowego. Do tego zżymał się na bezruch w sprawie dziedzictwa swojej patronki. Pozostali już mieli jakieś sukcesu i tylko khornici wciąż tkwili w punkcie startowym. Mięśniak żywił nadzieję na tego rycerza w czarnym pancerzu. Ale jego na razie w mieście też nie widział ani śladu a herbu krwawego serca nie znał ani go nie widział wśród gości co się zjechali na odwołany turniej. Co znów go frustrowało jeszcze bardziej. I chyba akcję przeciwko morrytce czy pewnie jakąkolwiek inną siłową traktował jako ujście tej frustracji.
Pracując i rozmyślając trafił na pustą celę po Thornie. Więc jednak mimo niesfornego zachowania odesłano go pod dach młodej koleżanki ze zboru. Cele po Annice i Marissie też były puste bo trafiły do rezydencji na Kapitańskiej 6. Więc z ulubionych pacjentów został mu tylko George.
Ten jednak dzisiaj był spokojny. Na swój infantylny sposób nawet radosny. Ochoczo pomagał w kuchni i przy śniadaniu. Potem bez sprzeciwu znosił naczynia do kuchni i mycia. A jak skończył zajął się zmywaniem podłogi. Pozdrowił Otto uprzejmym uśmiechem dużego dziecka lub wioskowego głupka i nie znać było, że łączy ich coś więcej niż mnicha i pacjenta powinno.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy 8, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.17; Konistag; przedpołudnie
Warunki: wnętrze mieszkania, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)Heinrich
Po wczorajszym chodzeniu po całym mieście dziś rano odczuwał to w swoich niemłodych już nogach. A po właśnie zakończonej nocy przyjemne spracowane ciało po figlach z młodą partnerką. Do tego z tak namiętną i chętną jak Łasica to było co wspominać. Aż człowiek znów mógł się poczuć młody i władczy. Łotrzyca była świetna w byciu posłuszną i uległą we władzy dominującego nad nią mężczyzny i władcy. Więc gdy zakończyli nielubiany przez nią temat robali i wrócili do cieszenia się sobą nawzajem to było całkiem angażujące i satysfakcjonujące. Oboje świetnie się uzupełniali w swoich zachciankach i potrzebach. Tam gdzie on był twardy ona była miękka, gdzie on był władczy ona była uległa. Do tego w ten wyuzdany, wężem podszyty sposób, że aż korciło do kolejnego klapsa w jędrny tyłek, szaprnąć za włosy aby usłyszeć przyjemny dla ucha jęk bólu zmieszanego z rozkoszą czy złapać i bawić się dorodnymi piersiami. A i tak pomimo tego brutalnego i poniżającego traktowania zawsze czekały na niego jej chętne, gościnne i uzdolnione usta.
Zresztą dobitnie to było widać rano. Gdy pierwszy raz od dawna nie obudził się sam tylko z młodą i piękną kobietą u boku. Oboje byli nadzy i rozleniwieni. Zaś liderka slaaneshytek jakoś wcale nie zdradzała ochoty, że zaraz zamierza wyjść albo ma mu coś za złe takie dominujące traktowanie. Wręcz przeciwnie. Okazała się słodka i wrażliwa jakby zapomniała, że jest przecież główną rozgrywającą w wężowym kulcie a do tego dziewczyną z ferajny jaka nie da sobie w kaszę dmuchać.
- No muszę przyznać Heinrichu, że nie jesteś jeszcze taki stary na jakiego wyglądasz i może być z ciebie jeszcze jakiś pożytek. - powiedziała mu rano przy śniadaniu jakie zrobiła Ilse. Przy okazji ledwo ukryła zdziwienie na widok młodego gościa u swojego pana. Za to Łasica skorzystała z okazji aby ją sobie dokładnie obejrzeć. Ale zachowała na tyle przyzwoitości, że wstrzymała się z docinkami i kłopotliwymi uwagami póki służka nie wyszła.
- Widzę, że świetnie byś się wpisywał także w gusta Burgund i Fabi. Im na pewno takie wiązania i klapsy też by przypadły do gustu. No ale one raczej się do ciebie nie włamią późną nocą. Swoją drogą taki sobie masz ten zamek. Nie namęczyłam się za bardzo aby go otworzyć. Drzwi też takie sobie. Straż by wpadła po jakiś ambaras to na długo takie drzwi ich nie zatrzymają. - powiedziała filuternym tonem bawiąc się jedzeniem na widelcu nim je wymownym gestem nie ściągnęła ustami nie odrywając wzroku od gospodarza siedzącego po drugiej stronie stołu.
- A jak tam ci idzie z ferajną co pytałeś? Coś podziałałeś z nimi? - zapytała ciekawa o ludzi z półświatka o jakich kiedyś kolega pytał ale nie było od tamtej chwili okazji aby o tym porozmawiać.
- I będziesz się widział z Otto? Bo gadałam wczoraj ze Starszym. Ale już późno a byłam umówiona z tobą to nie chciało mi się do niego zasuwać. Jak będziesz go widział przekaż mu, że Starszy się zgodził aby poprowadził mszę na zborze. Tylko niech przyjdzie z dzwon wcześniej i obgada o czym chciałby mówić. Ja jeszcze muszę do dziewczyn zajść. Onyx ma wpaść dzisiaj przed robotą i mamy radzić co tu wymyślić na te dwie maje. Tak aby to naszą Onyx wybrały na numerek. Zresztą i tak wieczorem się tam zaczaimy z tą rudą wywłoką to jak paniusie przyjadą na figle to już nam nie zwieją. Ciekawe co to za jedne. Żeby tak damulki od frontu pod burdel przyjechały i to nie po to by męża za fraki wyrzucić tylko na numerek z ladacznicą i to trzema na raz… no no… niezłe z nich numerki… Aż mnie rączki świeżbią aby się do nich dobrać. - przy okazji Łasica też poprosiła go aby przekazał wieści od mistrza zboru dla Otto. Bo sama miała jeszcze trochę innych wieści do rozniesienia po mieście. No i plany na wieczór związane z owymi tajemniczymi i bogatymi damami jakie na początku tygodni odiwedziły zamtuz w jakim pracowała Onyx. Widocznie dziewczyny nie odpuszczały sprawy i zamierzały poznać owe panie lepiej.
- A w ogóle to jak szłam do ciebie to spotkałam Chlotara Bednarza. Wołamy go Lubieżny Dziadek. Chyba jest w twoim wieku. Albo starszy. Albo starzej wygląda. Niby ma warsztat bednarski ale dawno i nieprawda. Teraz to tak po trochu łapie co tam mu wpadnie w łapy, tam coś posprząta, zamiecie, naprawi. Takie tam. Ale chutliwy okrutnie. Co tylko ma dziewczę w zasięgu to zaraz by na chędożenie brał. No i go spotkałam wczoraj to mnie też próbował zaciągnąć do siebie albo nawet w jakimś zaułku czy pustym domu bo już i tak ciemno było. No ale mówię mu aby spadał bo mam inne plany na dzisiejsze chędożenie. Ale potem tak myślałam jak szłam, że właściwie nie wiem czy to prawda ale chociaż wygląda żałośnie to ma taką bajerę, że ponoć nadal jakieś młódki udaje mu się zaciągnąć na numerek i ponoć one sobie chwalą, że numerek ich życia. Ale chyba faktycznie pamiętam, że jedna czy dwie to mi mówiły coś podobnego więc nie wiem jak on to by miał robić. No ale byłam umówiona z tobą no to nie chciało mi się sprawdzać tego dziadygi. - zdradziła mu jeszcze anegdotkę z zeszłej nocy. Chociaż imię owego Chlotara nic Heinrichowi nie mówiło i do tej pory nawet nie wiedział, że ktoś taki istnieje. A sama łotrzyca uważała to chyba za dość niespodziewane ale zabawne spotkanie.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Konistag; przedpołudnie; Hospicjum
Otto cieszył spokój dzisiejszego dnia. Po wczorajszych wariacjach miał dość niespodzianek na kilka dni. Wykonywał swoje obowiązki, nie zaczepiał nikogo… Pusta cela Thorna dała mu cel co zrobić po pracy. Zastanawiało go jak osiłek udobruchał swoje dwie nowe właścicielki. To jednak musiało poczekać. Przechodząc przez cele przypomniał mu się jeden pacjent, który jakiś czas temu przejawiał… tendencje. Niklas podpalił bibliotekę pod wpływem wizji od Sióstr. Zastanawiało go co takiego widział. Nie mając dużo więcej w planach wyruszył na poszukiwanie piromana.
Niklasa musiał nieco poszukać. Bo okazało się, że przydzielono go do sprzątania strychu. Więc zastał go jak bez większego zaangażowania i pośpiechu szorował ryżową szczotką na kiju podłogę korytarza. Moczył ją w wiadrze po czym monotonnymi ruchami szurał po podłodze. Właśnie to szuranie usłyszał Otto gdy wchodził po schodach. A pacjent pewnie jego kroki po schodach bo tuż nim wyszedł zza narożnik szuranie ustało. Za to na korytarzu powitała go nieruchoma sylwetka pacjenta. Niklas wpatrywał się w mnicha od jakiego był z dekadę starszy. Gębę miał zarośniętą szczeciną i był na przemian to spokojny, że aż flegmatyczny to żywiołowy. Zwłaszcza jak coś się dookoła działo a ostatnio w hospicjum całkiem sporo się działo. Zobaczył kto przyszedł ale dalej nie inicjował żadnego ruchu ani rozmowy ze swojej strony czekając zapewne aż to mnich zacznie mówić pierwszy skoro pofatygował się aż tutaj.
- Niklas. - mnich skinął głową - Możemy porozmawiać? Miałem zamiar cię odwiedzić już jakiś czas, ale tyle rzeczy się wydarzyło, że nie mogłem znaleźć czasu. Zapewne słyszałeś, że odwiedziła nas wczoraj kapłanka Morra?
Pacjent pokiwał głową na znak, że słyszał o wczorajszej wizycie. Było to na tyle nietuzinkowe wydarzenie, że pewnie nie dało się nie słyszeć nawet jak ktoś nie był świadkiem osobiście. A w tak małej społeczności i przestrzeni to tym bardziej taki efekt się tylko potęgował. Zapewne od wizyty trójki młodych szlachcianek to był to najznamienitszy gość w ich przybytku charytatywnym. I w przeciwieństwie do pierwszej swojej wizyty tym razem kapłance towarzyszyło dwóch, opancerzonych w żałobną czerń gwardzistów jacy roztaczali wokół siebie milczącą aurę swojego patrona. Jednak sam pacjent wciąż przybrał postawę wyczekującą i czekał co mnichowi wyjdzie z tego zagajenia do wczorajszych gości.
- Pamiętasz jak kilka dni temu podpaliłeś naszą bibliotekę? Chciałem wiedzieć, co ci się śniło, że przekonało cię to do takiego czynu? - mnich uśmiechnął się - Nie martw się, nie spotka cię kara ani nic. To będzie jedynie między nami.
- Wcale nie podpaliłem! - pacjent ożywił się nagle i słowem i czynem. Uniósł się słysząc takie oskarżenie. Po czym ze złością wbił szczotkę do kubła i zaczął namiętnie szorować podłogę. - To z pieca wypadło. Ja akurat tam wlazł jak się twoi czarni zlecieli i było na mnie, że podpaliłem. Głupoty takie, nikt, nic nie widział a potem zmyśla. Jelenia szukają aby oskarżyć. Jakbym i bez tego nie miał tu ciężko. - mówił naburmuszony z nową energią szorując ten kawałek podłogi.
- Na prawdę? Hm… samo z pieca wypadło? Czy widziałeś może jak ktoś się tam krzątał przy nim? - Otto spojrzał na podłogę, którą zajmował się pacjent - Jednak ostatnimi czasy wszyscy cierpimy koszmary. Jakieś męczą ciebie?
- Nie. Nie mam żadnych koszmarów. Ani wizji. Ani żadnych innych głupot. Jestem już zdrowy i nie wiem czemu mnie tu dalej trzymacie. - odparł ze złością wciąż mocno szorując podłogę korytarza aż się zaczęła pienić. A on zrobił się czerwony od tego wysiłku. Nie patrzył na mnicha tylko w tą szczotkę i podłogę. Szorował stopniowo sie cofając ku schodom.
- A wtedy to nie wiem co było. Wszyscy darli się i biegali. Chciałem się schować i wbiegłem do kuchni. Schowałem się tam. A potem mnie znaleźli i zaczęli się na mnie wydzierać, że to ja podpaliłem. I mnie karnie zamknęli w izolatce jak tego durnia Thorna albo tą idiotkę co ciągle zadzierała kiecę. Nie wiem za co. Zrobili ze mnie kozła ofiarnego. - mówił skarżącym się tonem jakby miał żal za to, że tak niesprawiedliwie go potraktowano.
Otto westchnął.
- Niklas, nie kłam. Wszyscy je mamy, sam miałem dwie w przeciągu ostatnich kilku dni. - mnich oparł się o ścianę - Staram się poznać ich źródło, a do tego potrzebuję porównać kilka przypadków. Więc? Tak jak powiedziałem, to co powiesz zostanie między nami. - mnich spojrzał w sufit - Widziałeś pewnie, że Annika, Marrisa i Thorn opuścili hospicjum. George będzie następny. Pomóż mi, a ja zobaczę, czy nie znajdę kolejnego dobrodzieja, któremu może się przydać twoja pomoc.
Przez parę chwil na strychu było słychać tylko szuranie ryżowej szczotki po podłodze. Raz chlupot wody w kuble gdy pacjent znów ją namoczył. I przesunął wiadro oraz samego siebie jeszcze bliżej schodów. Stopniowo jednak te energiczne ruchy narzędzia słabły i robiły się powolne. Zaś gdy ponownie moczył szczotkę w wiadrze przyglądał się młodszemu mnichowi uważnie. Na jego twarzy malowało się czujne zastanowienie jakby coś sobie kalkulował w głowie.
- Czasem śnią mi się płomienie. Pożar. Duże. Całe miasto płonie. Ludzie biegają i krzyczą. Wielka panika. A ja też tam jestem i biegam. Bo nie chcę się spalić. A nie wszystkim się udaje. Widziałem spalone ciała. I inne straszne rzeczy. No pożar taki i tyle. Nie ma o czym gadać. - burknął w końcu gdy sobie musiał przemyśleć to czy owo. I zerkał na mnicha co ten na to wszystko powie. - A tobie co się śniło? - zapytał w końcu jakby chciał sprawdzić i swojego rozmówcę.
Mnich chwilę się zastanowił, po czym zachichotał łobuzersko.
- Między nami? Kobiece łona. Szlachcianek. Rozchylone, zapraszające. - Otto pokręcił głową - Niestety, jeszcze się nie ziścił, ale mogę pomarzyć. - jednooki ponownie zamilkł rozważając sen pacjenta - Zatem, śnił ci się pożar i byłeś potem świadkiem pożaru… interesujące. - Otto zamknął swoje pozostałe oko i zaczął jakby się rozglądać po pomieszczeniu - Jeżeli… tak to by miało sens… w sumie tak działa… - otworzył nagle oko i klasnął rękoma - Tak, to by się zgadzało. - zerknął na pacjenta, które pewnie patrzy na mnicha zastanawiając się, czemu on nie jest również zamknięty - Wybacz, rozważałem możliwość, że o ile nie ty podpaliłeś niczego, to mogłeś być drobnym "zapalnikiem" tego pożaru w biblioteczce. - Otto westchnął - Posiadasz jakieś talenty Niklas? Jeżeli mam ci znaleźć jakiegoś patrona, to muszę cię czymś sprzedać.
- Talenty? - pacjent zastanowił się nad tym pytaniem jakby się go nie spodziewał. Oparł się o szczotkę i wodził po tonącym w półmroku suficie korytarza. - No pracowity jestem jak widzisz. Dużo rzeczy umiem. Tak naprawić coś w domu albo poza nim. Zwłaszcza w drewnie. Na stolarza i meblarza się kiedyś uczyłem ale nie bardzo coś z tego wyszło. Ale nadal umiem robić różne rzeczy z drewna. Przecież te stołki i krzesła co Thorne i ta Annika porozwalali jak się tłukli to większość ja naprawiałem. Ci twoi braciszkowie to w stolarce słabi są. Ale, że ja im kłopoty robię to mnie nie dopuszczają bo młotkiem czy dłutem to mógłbym kogoś zatłuc. - powiedział w końcu po tej chwili namysłu. W miarę jak zaczął mówić to głos nabierał mu pewności i znów pojawił sie w końcu żal za niesprawiedliwe traktowanie ze strony mnichów. Chociaż Otto zdawał sobie sprawę, że chociaż paru jego współbraci to jednak na pracy w drewnie się zna nawet jeśli nie byli zawodowymi stolarzami. Ale niejako z założenia chociaż część prac starano się przekierować w ręce pacjentów. Nilas jednak sprawiał od czasu do czasu kłopoty więc brak zaufania do niego nie mógł dziwić. Może nie był tak krwiożerczy jak Thorne albo jak Annika gdy miała napad szału ale jednak na pewno nie był tak spokojny jak choćby George czy inni pacjenci. W pewnym momencie spojrzał bystro na Otto i uśmiechnął się złośliwie.
- Tobie się śniły gołe szlachcianeczki? - zapytał rechocząc się złośliwie. - A ładne jakieś? Może takie co tu niedawno były te trzy co? Widziałem, widziałem… Ładniutkie, pierwsza klasa… Ale wiesz co? - powiedział i zbliżył się do mnicha. Nawet spojrzał w kierunku schodów jakby sprawdzał czy ktoś nie nadchodzi. Chociaż to pewnie byłoby raczej słychać po krokach i skrzypieniu schodów. Gdy pacjent upewnił się, że są sami mimo wszystko ściszył głos i zwrócił się do mnicha.
- Mogę też wystrugać takie zabaweczki do kobiecego łona. Są takie panny co lubią takie rzeczy. Już mi się kiedyś zdarzało robić takie cacka na zamówienie albo po przyjacielsku. Jak jakieś panny są w takiej potrzebie to ja je mogę he he zadowolić w tej materii. - dodał jeszcze jakby nagle zaczęli rozmawiać po koleżeńsku bez podziałów na mnicha i pacjenta.
Mnich pokiwał głową.
- No to chyba znajdę dla ciebie kogoś kto cię przygarnie. Meble i zabawki mówisz? Na pewno przynajmniej jedna z tych trzech cię przygarnie. Tylko cicho, wątpię, aby Przeor się zgodził cię wypuścić, gdyby wiedział po co. - mnich westchnął - A co do snu… jeżeli wierzyć moim źródłom, jedno należało do tej ciemnowłosej Bretonki co nas odwiedziła. - mnich ponownie westchnął, tym razem tęsknie - Nie będę ci już zawracał głowy. Jak skończę dziś pracę, to odwiedzę jedną z naszych dobrodziejek, zobaczymy czy będzie zainteresowana. - mnich pozostawił pacjenta i wrócił do swoich obowiązków.
Po zakończeniu pracy Otto ruszył na miasto. Postanowił odwiedzić najpierw Pirorę, jeżeli Annika wróciła to Averlandka będzie o tym wiedziała.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Konistag; przedpołudnie; kamienica Pirory
Joachim lekko skłonił się szlachciance i “syrenie.” Na widok tej drugiej pewne wspomnienia niedawnych wydarzeń same się nasuwały, ale teraz starał się na nich nie skupiać.
- Mam pewną sprawę, mam nadzieję że wszystko u was w porządku? Ostatnio tak dużo się dzieje… - stwierdził, że najpierw trochę wybada grunt zanim przejdzie do rzeczy.
- Wczoraj był u nas oficer straży. Wypytywał o wycieczkę Otto za miasto. Widocznie rozmawiali z nim i przyszli sprawdzić czy ma alibi. Z bileciku od Fabi wiem, że też u niej wczoraj byli. Pewnie chodzi o ten napad na świątynie. Ale porozmawialiśmy sobie a potem podziękowali i poszli sobie. Miałam trochę stracha czy się czymś nie wsypię ale jednak jakoś poszła ta rozmowa. Poza tym w porządku. A jak u ciebie? Straż już wokół ciebie węszy czy jeszcze nie? - Pirora streściła szybko co się ostatnio u niej działo z ważniejszych rzeczy i chociaż wczorajsze rozmowy ze strażą nie uznała za zbyt przyjemne to jednak jakoś rozeszły się po kościach. I sama odbiła piłeczkę ciekawa co słychać u kolegi astrologa.
- Byli u ciebie oficerowie straży? Ale nie mieli rozumiem żadnych konkretnych śladów? Co do mnie na szczęście tego rodzaju nieprzyjemności mnie nie spotkały - Joachim westchnął… Natomiast chciałem się spytać czy ty albo Soria widziałyście się może ostatnio z Baronem Wirsbergiem?
- Na szczęście byli zainteresowani sprawdzaniem alibi Otto. Oczywiście dałam mu to alibi. Tak samo zresztą jak Fabi. Biedaczka. Nie dość, że ją wczoraj naszli to jeszcze jedna z jej dziewczyn wczoraj rano uciekła z domu. I chyba nie wróciła a przynajmniej nic mi Fabi nie przysłała na ten temat. Ta Annika co była z wami w świątyni. Zaś co do barona to nasza milady była z nim ostatnio umówiona. - Averlandka na ile mogła próbowała uspokoić ewentualne obawy kolegi co do swoich rozmów z przedstawicielami prawa. I przy okazji dorzuciła parę plotek od swojej bretońskiej koleżanki. Potem zgrabnie przekazała pałeczkę rozmowy czerwonej milady.
- Tak, to prawda. Spotkałam się z nim wczoraj. Czarujący i interesujący mężczyzna. Bardzo… hmm… splątany. Przyjemnie mi się z nim rozmawiało. - Soria skinęła swoją ciemną głową z licznymi, grubymi warkoczykami co było dość nietypową fryzurą jak na imperialną modę. Ale baron widocznie zrobił na niej dobre wrażenie bo wyrażała się o nim z uznaniem.
- Chciałam nieco dowiedzieć się o nim. I udało mi się to. Skarżył mi się na niepokojące sny jakie go ostatnio męczą. Ale starałam się go odwieźć od polowania na bagnach na jakie miał widoczna ochotę. A przynajmniej nakierować go aby zabrał ciebie lub chociaż kogoś z nas. Myślałam o Silnym i jego drużynie, może naszych dziewczętach jako służki i obsługa. I obiecał to przemyśleć. Mam nadzieję, że skorzysta z moich sugestii i coś tutaj uda nam się ugrać. A dlaczego o niego pytasz Joachimie? - zapytała z naturalną elegancją i godnością godnej wielkiej księżnej. Gdy tak siedziała w roku pomieszczenia na tym ozdobnym krześle trudno było się doszukać w niej czegoś nadnaturalnego czy wręcz plugawego. Emanowała wręcz pięknem i dostojeństwem godnym każdego przedstawiciela władzy od urodzenia przygotowywanego aby rządzić.
Czarodziejowi trudno było poznać w Sorii tę “syrenę” na którą polował kilka miesięcy temu. Teraz była to władcza dama, która jak miał nadzieję poprowadzi ich zbór ku wielkości. Ale w sprawie Wirsberga chyba nie odniosła sukcesu
- No właśnie - przełknął ślinę - ja też próbowałem odwieść barona od pochopnego działania, tym bardziej, że jak podejrzewamy wpadł na ślad artefaktu jednej z Sióstr. Niestety chyba oboje ponieśliśmy na tym polu porażkę - dowiedziałem się, że dzisiaj rano opuścił w pośpiechu miasto, konno i z garstką ludzi, udając się w kierunku bagien…
- Doprawdy? - na twarzy wężowowłosej odmalowało się zdziwienie nieco psujące jej dostojne oblicze. Wymieniły się spojrzeniami z Pirorą ale ta lekko wzruszyła swoimi nieco piegowatymi ramionami i pokręciła głową. Podobnie jak jej gość z dalekich, południowych krain wydawała się nie spodziewać takich wieści. Syrena w ludzkiej skórze zaczęła więc przez chwilę bębnić swoimi zadbanymi paznokciami o poręcz krzesła na jakim siedziała zastanawiając się nad tymi nowymi wieściami.
- No cóż, tego się po nim nie spodziewałam. Widocznie musiał nagle zmienić zdanie. - też lekko rozłożyła ramiona i cmoknęła niezbyt zadowolona. - Ale jak wyjechał z rana to wyjechał. Przy takiej zwłoce nie mamy jak go dogonić. Trudno. Albo stamtąd wróci albo nie. Szkoda. Miałam nadzieję, że uda się go nagiąć do naszych planów. - przyznała nieco rozżalonym tonem jakby obiecująca rybka w ostatniej chwili wyślizgnęła jej się z rąk.
- No tak teraz niewiele zrobi, liczę, że niezależnie od tego się stanie, uda nam się obrócić sprawę na naszą korzyść… A jak z waszymi planami, natrafiłyście na jakiś dalszy ślad artefaków? Wiemy, że artefakt Vesty znajduje się prawdopodobnie na bagnach gdzie udał się baron, a kluczem do niego może być artefakt zamknięty w Akademii, ewentualnie nosicielka dzieci Oster…
- My mamy już naszą kluczniczkę jaka zapewne otworzy nam drzwi to nie jednej tajemnicy mojej matki. - odparła z zadowoleniem siedząca w narożniku salonu elegancko dostojna dama i spojrzała na swoją blond dwórkę. Nieco piegowata blondynka skinęła jej głową uśmiechając się również z podobnym zadowoleniem.
- Tak, liczymy, że nas zaprowadzi gdzie trzeba. Prędzej czy później. - zgodziła się Pirora więc obie zdawały się wykazywać zgodność w tej materii.
- A co do reszty dziedzictwa obawiam się, że trudno nam o jakieś punkty zaczepienia. Słyszałam już o tych bagnach i Akademii ale przecież to wy mieliście się tym zająć więc nie chciałyśmy się wtrącać i wam przeszkadzać. - odparła Soria przypominając, że owe tropy były omawiane już na wcześniejszych spotkaniach i nie jest to nic nowego.
- Oczywiście jeśli byśmy mogły w czymś pomóc to bardzo chętnie. W końcu wszyscy jesteśmy rodziną i powinniśmy sobie pomagać. Zwłaszcza jak mamy wspólnych i potężnych wrogów. Ale chyba rozumiesz, że dla nas priorytetem jest nasza Siostra i patronka. - milady wyraziła chęć pomocy nie tylko swojej frakcji ale też ponownie dała znać, że mają swoje własne priorytety w tych poszukiwaniach.
- Tylko mam nadzieję, że nie liczysz na to, że ja będę się topić i brudzić gdzieś na jakichś bagnach. Nawet pływać za bardzo nie umiem a i nie znam się ani na czarach ani na walce. Tylko bym zawadzała. Zaś w Akademii to pracuje Tobias i on powinien mieć najlepsze rozeznanie co tam się dzieje. No ale jak mówiła milady, jak coś mogłybyśmy pomóc to spróbujemy. - averlandzka szlachcianka odezwała się dość żartobliwie z początku odrzucając pomysł, że miałaby chęć na ryzykowną wyprawę na jakieś mroczne i niebezpieczne bagna. Rzeczywiście ta drobna, zadbana dziewczyna wydawała się całkiem nie pasować do tego typu przygód. A o tutejszej uczelni przypomniała, że kolega w wierze Joachima jako jedyny z kultystów ma najswobodniejszy dostęp do Akademii skoro regularnie tam wykłada.
Joachim porozmawiał jeszcze chwilę z Pirorą i Sorią, dziękukąc za informacje i wsparcie. Co do Akademii, to przypomniał że Łasica obiecała wsparcie jeśli byłaby potrzeba włamania się, zasugerował też by na razie nie wykonywać jakiś przyciągających uwagę ruchów skoro straż miejska i władze są przeczulone. I że trzeba też uważać na kapłankę Morra i jej dar widzenia spraw ukrytych, bo prawie pokrzyżowała ich plany w Świątyni. Może należało się zastanowić nad jej zneutralizowaniem.
Wróżby były niejednoznaczne, ale właściwie sprawiło to że sprawa go zaintrygowała. Kto wie, może to jakiś znak od Pana Przemian i wyjdzie z tego coś dla niego korzystnego? Ponieważ nie wiedział ile czasu zejdzie mu się we wiosce a nie chciał przegapić jutrzejszego Zboru, żeby ustalić plan działania z resztą, miał zamiar odpowiedzieć wieśniakom, że w ciągu najbliższego tygodnia pojawi się we wiosce żeby osobiście zbadać sprawę bo znaki wskazują, że kwestia ich dziadka jest złożona i ma ukryte dno. Planował tez wziąć że sobą Gunthera, zawsze czuł się jednak pewniej z ochroniarzem. W międzyczasie postanowił zaś spotkać się z kapłanką Morra i wybadać ile ona wie.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 43 - 2519.07.17; knt; popołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.17; Konistag; popołudnie
Warunki: salon, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)Otto
Sandały młodego, jednookiego mnicha z częściowo spaloną twarzą stukały po śliskich od wody i błota deskach. Chyba, że trafiały na ulice z brukiem wtedy stukały bardziej kamiennym odgłosem. Albo tonęły w gnoju i bagnie jeśli akurat nie było takich pomocy do chodzenia. Szło zrozumieć dlaczego wyższe warstwy tak lubowały się w powozach albo chociaż dorożkach lub konnych przejażdżkach aby nie mieszać się z tym przyziemnym brudem, gnojem i błotem. Niestety ubogi mnich do takich warst nie należał więc musiał sobie radzić o własnych nogach.
Na szczęście z hospicjum na Bursztynową 17 nie miał tak daleko. Oba adresy były w tej samym, centralnym rejonie miasta. Habit chronił go przed nieprzyjemnym, wilgotnym, morskim chłodem jaki tu panował nawet w środku lata. Ale przez błotem i kałużami to już nie. Za to na rozgrzewkę miał swoją rozmowę z Niklasem co chyba było najciekawszym elementem dzisiejszego dnia. Odkąd trójka najbardziej kłopotliwych pacjentów opuściła hospicjum wewnątrz zrobiło się jakby spokojniej aby nie rzec puściej. Co prawda ta trójka trafiła pod dachy członków a właściwie członkiń zboru no ale z perspektywy mnicha oznaczało to, że już nie miał z nimi tak często kontaktu jak wówczas gdy codziennie ich widywał w celach czy korytarzach. Niemniej rozmowa z Niklasem Podpalaczem jak go po ostatnich wydarzeniach zaczęli nazywac braciszkowie przebiegła raczej nieźle. Co prawda sam pacjent twierdził, że on sam niczego nie podpalił a został niesłusznie oskrażony co pasowało do jego niesfornej reputacji ale mnisi sądzili inaczej. Otto zaś jak nie był przy tym obecny nie był pewien komu powinien wierzyć. Ale wizja opuszczenia hospicjum i to jeszcze może udania się pod dach którejś z koleżanek Otto co oficjalnie przecież były szanowanymi w towarzystwie damami zaangażowanymi w życie artystyczne i charytatywne rozwiązało pacjentowi język. Podobnie jak to gdy mnich podzielił się z nim chociaż trochę swoim lubieżnym snem jaki go nawiedził ostatnio.
- He he ta Bretonka? No tak, tak widziałem. Ładniutka. I taka delikatna i wyrafinowana. No i ten jej bretoński akcent. He he też bym chętnie pobawił się jej łonem. - zaśmiał się lubieżnie na myśl o takich do tej pory niedostępnych dla niego przyjemnościach. Bo w końcu przynajmniej oficjalnie wyższe sfery nie mieszały się w takich zabawach z plebsem. Co prawda powszechnie uważano, że co jakiś czas jakiś tam pan jakąś pokojówkę czy służkę zbrzuchaci i wtedy albo daję jej srebrniki aby pozbyła się problemu albo więcej aby “wyjechała na wieś”. O tym, że jakaś pani by miała figlować z lokajem czy koniuszym szeptano dużo rzadziej i z większymi wypiekami bo ogólnie od kobiet czy szlachetnie urodzonych czy nie wymagano większej moralności i wstrzemięrzliwości pod tym względem. Więc nie było dziwne, że dla takiego Niklasa czy nawet Otto figle ze szlachciankami były raczej poza ich możliwościami. No chyba, że akurat należało się do kultu w jakim jakieś szlachcianki oddawały hołd Mrocznemu Księciu Wyuzdania i Deprawacji. No to wtedy za zamkniętymi drzwiami, bez wścibskich spojrzeń, w rodzinnym gronie te bariery społeczne znikały. A taka Fabienne to wręcz z dumą przyjęła tytuł “najpodlejszej z podłych” i radośnie usługiwała całemu towarzystwu jakie akurat było na zabawie, najczęściej w loszku Pirory.
W każdym razie udało mu się przekonać Niklasa do współpracy bo tego skusiła zwłaszcza obietnica rychłego wyjścia jak i obcowania z owymi szlachetnie urodzonymi szlachciankami. Ze swojej strony obiecał trzymać język za zębami przed przeorem i resztą no i gdyby coś mógł pomóc Otto w wydostaniu go ze swojego więzienia to był skory pomóc. Póki co jednak wszedł po dwóch schodkach i zastukał we frontowe drzwi kamienicy. Po chwili czekania otworzyła mu urocza Kristin. I dalej było już standardowo. Musiał chwilę poczekać aby pokojówka poszła i sprawdziła co z jej panią. A gdy wróciła poprosiła mnicha za sobą. Jednak ku pewnemu zdziwieniu nie poszła jak zwykle na górę do salonu tylko na zaplecze parteru. I tam właśnie pokierowała gościa. Tak trafił do kuchnie gdzie zastał dość niezwykłą scenę.
- Ah Otto przyjacielu! Muszę przyznać, że całkiem niezłą chatę mi załatwiłeś! No mała, załatw jakieś winko dla mojego gościa! - pierwszy na wejście pokojówki i gościa zareagował Thorne. Na w pół leżał rozwalony na kuchennej ławie bezczelnie kładąc nogi na stół i dyrygowął jakby był nowym właścicielem tej kamienicy.
- Nie jestem dla ciebie mała! Jestem twoją panią! Wstań jak do mnie mówisz! - krzyknęła zaczerwieniona z gniewu Pirora. Obok niej stała wężowa milady która jak zwykle miała w zwyczaju obserwowała scenę z zainteresowaniem ale nie angażowała się w nią.
- No, no, no maleńka tak nie fikaj. Bo dostaniesz klapsa. I sobie trochę poczekasz na takie zabawy jak dziś w nocy albo rano. - Thorne nie wyglądał aby się obawiał gniewu szlachcianki. I bezczelnie puszył się bliższym zaznajomieniem się z nią. Na co ta poczerwieniała jeszcze bardziej aż jej piegi zrobiły się ledwo widoczne.
- I już ci mówiłem. Przygotuj mi miejsce pracy bo będę tu teraz prowadził interesy. Muszę odnowić kontakty ze sowimi ludźmi. Więc nie truj mi proszę jakimiś pytaniami kto i po co przychodzi dobrze? To nam obojgu oszczędzi kłopotów. No i co tak stoisz? Nalej czegoś dobrego naszemu gościowi. Aha. A gdzie ta bretońska czarnulka? Poślij po nią co? Ostatnim razem jak się widzieliśmy była gotowa klękać mi do berła no to teraz wreszcie będzie miała okazję się wykazać. - rosły mięśniak z miejsca zaczął zachowywać się jak herszt bandy jakim zdaje się wcześniej był. A fizycznie obie szlachcianki wydawały się przy nim drobnymi kobietkami jakie nie były w stanie mu zagrozić. A jak nic sobie nie robił z różnic społecznych a do tego widocznie miał przyjemność z gospodynią to uważał, że teraz on tu przejął władzę.
- Jak śmiesz! Fabi też jest szlachcianką! Masz się do niej zwracać “milady” albo “milady von Mannlieb! - zasyczała rozjuszona taką bezczelnością Pirora. Chyba nawet przybycie kolegi ze zboru zeszło na dalszy plan bo zapomniała się przywitać o czym normalnie zawsze pamiętała.
- Wybacz kochanie. Widzę, że tu przyda się nietuzinkowe podejście. - Soria w końcu zdecydowała się wtrącić. Położyła opiekuńczo dłoń na barku sąsiadki jakby chciała jej dać znać, że teraz ona przejmie pałeczkę rozmowy. Thorne spojrzał na nią z zaciekawieniem.
- Właśnie. Ty właściwie też nie wyglądasz tak źle. Po prawdzie dlaczego cię do tej pory nie miałem? Chowasz się przede mnią czy cnotkę zgrywasz? - zaśmiał się obłapiac zgrabną sylwetkę wzrokiem. A ta podeszła do niego zrzucając jego nogi ze stołu na ławę. A sama wcisnęła się między te meble biodrem odsuwając nieco stół aby mogła swobodnie stanąć. Dłoń mężczyzny bez wahania powrowała ku jej biodrze i talii. Zwłaszcza jak nad sobą widział zachęcający, figlarny uśmieszek pełnych, karminowych ust.
- Nieźle wygląda? Chłopcze ja wyglądam nieziemsko. Każdy mnie zauważa. I każdy o mnie śni i marzy. W bardzo brudny sposób. To taki dar po matce. - odparła Soria jakby kokietowała kolejnego kochanka i jego dotyk na swoim udzie był jej bardzo miły. Pirora zaś zamrugała oczami i szybko spojrzała na Otto przytomniej. Bo oboje wiedzieli kim była matka wężowej damy. A ta zwykle o niej nie wspominała przy osobach spoza zboru.
- No, może, może, ale widzę, że łapiesz o co chodzi. - zaśmiał się chrapliwie Thorne jakby już czuł w lędźwiach finał nowej znajomości. Więc miał bardzo zdumioną minę gdy niespodziewanie ta szczupła i dość wysoka ale jednak drobna szlachcianka złapała go nagle za szyję i przycisnęła do ławy. Charknął coś w zdumieniu i zaczął wierzgać nogami silnymi dłońmi próbując się jednocześnie wyzwolić z uchwytu. Ale nie zdołał. Za to szlachcianka bez trudu unisoła go w górę niczym szmacianą lalkę. Zupełnie jakby ona była mocarzem a on drobnym dzieckiem. W oczach byłego pacjenta hospicjum wciąż było widać głównie zdumienie tą nagłą zmianą ról. Soria nic nie mówiła tylko z enigmatycznym uśmiechem wpatrywała się w swoją ofiarę jak wąż w tłustą mysz. Po czym gruchnęła plecami Thorna o ścianę przyszpilając go i wciąż trzymając jakby nic nie ważył.
- Tak. Ja łapię o co chodzi. - odrzekła spokojnie jakby prowadziła konwersację w środku sali balowej z jakimś wykształconym oficerem na temat sztuki, poezji czy polityki. A nie przyszpilała nad swoją głową mężczyznę roślejszego od siebie który desperacko wierzgał i próbował się wyrwać. Bezskutecznie.
- Mam nadzieję, że ty również. Bo nie będę powtarzać. Jesteś naszym sługą. I zabawką. Będziemy cię używać wedle naszego uznania. Być może tak jak nasza zacna gospodyni miała ochotę zeszłej nocy. A być może inaczej. Mamy tu wielu zacnych gości. I wymagamy w tym domu odpowiedniego zachowania. Także od naszej służby. I zabawek. Bezczelne i karygodne zachowanie nie będzie w tym domu tolerowane. Czy wyraziłam się jasno? - Soria nie podniosła głosu. I mówiła prostymi zdaniami jakie starannie wymawiała. Zupełnie jakby wcale nie czuła fizycznego oporu nowego pracownika chociaż ten wydawał się być od niej znacznie cięższy i masywniejszy a ona nadal trzymała go przy ścianie tylko jedną szczupłą i bardzo kobiecą ręką. Pirora zamilkła całkowicie chłonąc do widowisko i tylko czasem kontrolnie zerkała na kolegę ze zboru. Thorne zaś chrapiąc i charcząc już chyba nie był w stanie mówić i poczerwieniał z wysiłku i bezdechu jak przed chwilą Pirora.
- Bardzo dobrze. Cieszę się, że mamy to ustalone. Aha i uważam, że dostałeś odpowiednie instrukcje co do zachowania więc następnych nie będzie. Uznam wszelkie bezczelne zachowania za celowe i świadome złamanie zasad jakie panują w tym domu. I następna reprymenda nie będzie tak delikatna jak obecnie. Rozumiemy się Thorne? - syrena w ludzkiej skórze zdawała sobie nic nie robić z fizyczności Thorna zupełnie jakby go tak mogła dalej trzymać do końca dnia. Ten już zaczynał rzęzić i poczerwieniał aż po nasadę szyi. Z trudem pokiwał głową na znak zgody.
- Cieszy mnie to. Wierzę, że to ostatnia taka rozmowa na ten temat. - powiedziała dostojnie egzotyczna milady po czym niespodziewanie puściła nowego sługę. Ten zaś opadł jak pacynka z przeciętymi sznurkami i łapczywie łapał oddech. Zaś na Sorię zdawał się teraz patrzeć z pełnym przerażeniem. Chociaż nadal była elegancką damą ubraną w tą czerwoną suknię z odważnym rozcięciem aż po same udo jakie parę chwil wcześniej Thorne tak śmiało sobie zwiedzał.
- Jak ochłoniesz przynieś nam proszę ciasto i coś do picia do salonu. Kristin ci wyjaśni co i jak. Ah, Kristin kochanie gdyby twojemu nowemu koledze zdarzyła się chwilka zapomnienia no to nie wahaj się powiedzieć o tym mnie albo swojej pani. - pani zwróciła się do byłego pacjenta jakby nic niezwykłego się nie stało i tylko wydawało mu kolejne polecenie służbowe. Zaś Kristin, też będąc pod wrażeniem i trochę przestraszona tym całym pokazem energicznie pokiwała głową zapewniając szybko milady o swojej gotowości do współpracy. Po czym wężowa pani zwróciła się z anielskim uśmiechem do dwójki kultystów.
- Oh nie traćmy więcej czasu na te drobnostki, dużo przyjemniej rozmawia się w salonie. - skierowała ich gestem do drzwi na korytarz a po chwili weszli po schodach i znaleźli się w znanym już salonie pełnym dzieł sztuki gospodyni i zaprzyjaźnionych z nią artystów. A tu czekała na Otto kolejna niespodzianka bo zastał tu czarnowłosą Marissę.
- Już wszystko w porządku. Thorne zaraz przyniesie nam coś do picia i jakieś przekąski. - powiedziała uspokajająco Pirora odzyskując już większość swoich naturalnych barw. Bo na nowej służce bretońskiej kultystki dało się wyczytać nieme pytanie. W końcu jednak trójka kobiet i ich gość rozsiedli się na wygodnych i ozdobnych krzesłach.
- To wybacz Marisko o czym mówiłaś zanim nam przerwano? - zagaiła Soria siedząc znów w swoim ulubionym miejscu we frontowym narożniku.
- No to mówiłam, że Annika wróciła i moja pani przysłała mnie aby wam powiedzieć. Kiepsko wygląda. Znaczy Annika. Jakby przebiegła w tej koszuli co wybiegła przez pół lasu. Zresztą tak było. Ocuciła się gdzieś w głębi lasu i w ogóle nie miała pojęcia gdzie jest. Ale jakoś trafiła w końcu na jakąś ścieżkę, potem drogę no i w końcu wróciła do miasta. W jakimś amoku była bo coś jej się śniło i dlatego wybiegła. Znaczy ten głaz co ją wzywa jej się śnił. Trochę podarta i posiniaczona wróciła, zmarzła i zgłodniała ale raczej nic jej nie jest. Jak wychodziłam to moja pani zamierzała wziąć z nią kąpiel. - kolejna była pacjentka hospicjum streściła coś co widocznie nie zdążyła przed awanturą z Thornem. Tym razem o powrocie do rezydencji von Mannliebów jeszcze jednej pacjentki tego przybytku. A końcówkę o tej kąpieli to wymówiła wręcz z zazdrością jakby też miała ochotę tam się znaleźć no ale skoro dostała takie polecenie od swojej pani to przyszła je wykonać.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Krucza; świątynia Morra
Czas: 2519.07.17; Konistag; popołudnie
Warunki: salon, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)Joachim
Gdy Joachim opuścił gościnne progi Bursztynowej 17 musiał iść przez ulice centrum miasta. Te mimo, że minęło kilka dekad od ich zbudowania wciąż dominowały kostką brukową jaka pomagała w takie błotniste i dżdżyste dni jakie mieli ostatnio. Chociaż akurat popołudnie okazało się całkiem słoneczne i pogodne. Gdyby ta aura utrzymała się do wieczora niebo byłoby w sam raz do obserwacji. Ale czy się utrzyma tego nie wiedział.
Idąc mijał kolejnych przechodniów, wozy z ładunkiem, drobnych uliczników i patrole straży jakie ostatnio widać było częściej niż choćby w zeszłym tygodniu gdy było jeszcze przed napadem na największą i najbogatszą świątynię w mieście. Miał jednak czas aby sobie przemyśleć rozmowę z obiema szlachciankami.
Zdawały sobie sprawę, że obie łotrzyce obiecały pomoc przy Akademii jednak nie ukrywały, że nie uważają się za stronę inicjującą tą sprawę. Ani nie miały tam znajomości ani nie chodziło o coś z dziedzictwa ich patronki. Ot, w ramach pomocy wewnątrz rodzinych spraw obiecały coś po koleżeńsku pomóc. Ale widocznie uważały, że główną rolę powinni odegrać wyznawcy Tzeentcha skoro chodzi o dziedzictwo ich patronki. Zgodziły się też, że z całej rodziny właśnie obie łotrzyce wydawały się mieć najwiecej doświadczenia we włamaniach i infiltracji obiektów chociaż dajmy na to taki Tobias to miał szansę infiltrować ten obiekt prawie, że codziennie. Więc chociaż obiecały to wsparcie to jednak to właśnie tym razem to Joachim i Tobias powinni przyjść z jakimś planem i inicjatywą.
A o kapłance Morra jaka przybyła z Salzenmundu miały mniej wyrobione zdano jako, że nie spotały się z nią osobiście zbyt często. Oczywiście dostrzegały jej chłodną, czarno - białą urodę jaka wydawała im się nawet pociągająca i nie miałyby nic przeciwko aby się z nią poznać bliżej. Jednak brakowało im punktów zaczepienia jako, że Matka Somnium nie była stąd, do tego w mieście wizytowała pierwszy raz więc nawet szlachta nie miała z nią wcześniej jakichś kontaktów i znajomości aby sobie się z nią przedstawić. Zaś od przybycia kapłanka stroniła od życia towarzyskiego przez co niejako sama się izolowała od reszty. Jednym z niewielu miejsc i momentów gdzie łatwo było ją spotkać były poranne msze w świątyni Mananna bo tam od przyjazdu do miasta pokazywała się jak do tej pory za każdym razem. A nawet była jedną z głównych osób jakie odprawiły symboliczny pogrzeb księżnej - matki.
- Kapłani południowców zwykle są bardziej odporni na nasze wpływy i pokusy. Rzadziej przekupni na nasze podszepty. Chociaż jeszcze rzadziej są tak błogosławieni jak zdają się odgrywać. Do tego większość z nich dysponuje jakąś namiastką mocy swoich patronów przez co maluczkim zdaje się, że czynią cuda w ich imieniu. Tak czy owak nie można ich lekceważyć. Tej młódki też nie. Zwłaszcza jak Siostry śpiewają swój zew jaki objawia się w snach a nasza chłodna piękność niestety jest akurat od patrona snów wszelakich. Być może więc i ona może uchwycić jakieś echo tego zewu. Właściwie jest to prawie pewne skoro jest już na tyle silny, że zaczynają go słyszeć zwykli śmiertelnicy. Tak, może zacząć stanowić dla nasz problem a być może nawet zagrożenie, zwłaszcza, że kapłani cieszą się naturalnym szacunkiem i autorytetem wśród swoich społeczności. - podsumowała Soria gdy na głos podzieliła się z dwójką śmiertelnych kultystów swoimi spostrzeżeniami na temat czarnowłosej kapłanki.
- Szkoda, że nie jest chutliwa. Zwłaszcza względem kobiet. Bo wtedy byśmy coś wymyśliły. Ale niestety nic na to nie wskazuje. Do tego słyszałam, że kapłani Morra mają obniżone libido i w ogóle są “zimni”, zwłaszcza na te cielesne i życiowe sprawy. - przytaknęła lekko piegowata blondynka z Averlandu. Nie mówiła tego z radością bo gdyby kapłanka zdradzała choć cień sabaryckich zachowań to byłby jakiś przyczynek dla slaaneshytek a pewnie i nie tylko. Na razie jednak o niczym takim nie wiedziały chociaż też i za bardzo nie miały z nią kontaktów.
- Nad “zneutralizowaniem” jak to eufemistycznie określiłeś to bym się zastanawiała. Likwidacja jej raczej wyda się podejrzana a przez to będą węszyć wokół takiej śmierci. Do tego prawie na pewno przyślą ze stolicy kogoś do wyjaśnienia sprawy albo przejęcia po niej schedy więc to byłoby raczej krótkotrwałe odczucie ulgi. Dużo skuteczniejsze mogłoby być zdyskredytowanie jej, wplątanie w jakąś aferę bo z romansem to może być trudno. A szkoda. Podoba mi się jej chłodna uroda. Interesujący kontrast. No ale niestety nie wszystkie mówią “tak” na amory i zaloty. Więc trzeba być gotowym użyć innych środków aby ją pozbawić wiarygodności i autorytetu. - Soria miała talent nie tylko do romansów i wyuzdanych orgii ale też i do snucia różnorodnych intryg. Prawie z miejsca odrzuciła pomysł o likwidacji kłopotliwej kapłanki. Wolała subtelniejsze metody pośrednich działań. I chyba liczyła się z tym, że akurat tej ślicznotki może nie będzie tak łatwo zaciągnąć na figle do alkowy.
Rozstali się w raczej miłej atmosferze i koleżanki życzyły mu aby się szczęśliwie spotkali jutro na zborze. A zapowiadał się na bardzo intensywny choćby z tego względu, że pierwszy raz miała się spotkać razem większość wspólnoty po napadzie na świątynię. W zeszłym tygodniu jeszcze było przed i obgadywali ostatnie poprawki do planu, jeszcze Merga z nimi była.
Na razie jednak młody akolita demonologii wszedł na ulicę Kruczą. I już widział mroczną bryłą boga spokojnych snów i śmierci. Morr zajmował się wyłącznie swoim królestwem umarłych i nie ingerował w sprawy doczesnego świata. Śmiertelnicy też zazwyczaj odwiedzali jego świątynie w godzinie śmierci kogoś z bliskich, czasem w rocznicę takiej śmierci więc świątynie kruczego boga zwykle nie były ani wielkie ani zbyt okazałe. Rzadko też był głównym patronem miasta. Może nieco inaczej było tam przy granicach z tą okropną Sylvanią ale w reszcie Imperium raczej było tak jak tutaj. Czyli budynek był zbudowany z ciemnego kamienia, cichy i ponury, sprzyjający ciszy i refleksji nad kruchością śmiertelnego żywota.
Gdy wszedł do środka nie powinien być zdziwiony, że wnętrze było prawie puste. Po różnych ławkach było rozsypane góra kilkoro wiernych. Ktoś podszedł zapalić świeczkę do bocznego ołtarzyka. Świeczek było sporo, być może miało to związek z żałobą po księżnej - matce. A może z jakiegoś innego powodu. Właściwie też nie bywał tu zbyt często to nie miał porównania. Żadnego kapłana nie widział. Co jednak nie było dziwne skoro nie odbywała się żadna msza. A te zwykle były odprawiane w trakcie pogrzebów. Musiał przejść na zaplecze i tam spotkał jakiegoś kapłana ubranego w obowiązkową, żałobną czerń habitu i jaki był w ojcowskim wieku. Nie wydawał się być zdziwiony ale właściwie w ogóle się nie wydawał. Bo miał tak kamienną twarz, że nie było widać na niej żadnych emocji.
- Pochwalony. Czego tu szukasz śmiertelniku? - zapytał kapłan głosem równie żywym jak jego mimika. Patrzył na przybysza swoimi wodnistymi oczami jakby dostrzegał tylko cielesną, ulotną powłokę jaka jest niczym wobec wieczności panującej w domenie jego patrona. Gdy Joachim wyjawił mu kim jest i że szuka Matki Somnium kapłan kazał mu poczekać i zostawił go samego w niewielkim sekretarzyku. Nie było go z pół pacierza nim gość usłyszał monotone, nieśpieszne kroki i drzwi się otworzyły a ten wrócił.
- Proszę za mną. Matka zgodziła się cię przyjąć śmiertelniku. - odrzekł sługa kruczego boga i zaprowadził go dalej. Szli przez korytarz świątyni, potem wyszli na podwórze i przeszli do niewielkiego domnitorium jakie stanowiło zaplecze gospodarcze świątyni. I tam zaczęli się zbliżać do dwóch pancernych rycerzy w czernionych zbrojach i z czarnym krukami w białym polu jakie mieli wyszyte na tunikach, też czarnych. Obaj stali przed jakimś wyjściem. Jego przewodnik wszedł do środka a strażnicy nie interweniowali. W środku zastali młodą kapłankę. Siedziała przy prostym stole, w środku było dość mroczno bo światło wpadało przez wąskie okno więc grobowy mrok był rozświetlony zapalonymi lampami. Siedziała nad jakąś księgą czy dziennikiem. Właściwie kilkoma przez co sprawiała wrażenie, że coś studiuje. Obok siedział jakiś stary kapłan jaki chyba uczestniczył w tym czym przerwało im przybycie gościa.
- Pochwalony bracie astrologu. Cóż cię sprowadza w obręb świątyni wiecznej ciszy i spokoju? - zapytała Matka Somnium patrząc na Joachima swoją młodą i całkiem atrakcyjną twarzą jakiej jednak nie kalał cień uśmiechu ani żywszych emocji. Mimo wszystko może przez to, że była młodsza nie sprawiała takiego grobowego wrażenia jak kapłan jaki tu przyprowadził magistra.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy 8, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.17; Konistag; popołudnie
Warunki: salon, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)Heinrich
Były łowca czarownic już nie był takim młodzieniaszkiem jak niegdyś. Więc po tak intensywnie spędzonej nocy z o wiele młodszą kochanką potrzebował nieco czasu aby odpocząć i dojść do siebie. Nawet jak Łasica posłała mu ostatni uśmiech, całusa i wyszła. Został w mieszkaniu sam i jedynie z drugiej strony ulicy dobiegał go brzdęk kół garncarskich. Widział jeszcze jak łotrzyca odchodzi ulicą. Dostrzegł też młodą garncarkę z dom czy dwa od niego. Widział jak półpłynna glina wije się niczym żywa istota po jej ubłoconych dłoniach, jak przecieka między palcami i spada w dół. Albo chlapie na jej kolana, łydki i uda. Jak po nich ścieka aż sobie przypomniał inne kobiece uda z ostatniej nocy po jakich ściekało co innego ale podobnie. Do tego garncarka jakby zdała sobie sprawę, że ją obserwuje bo podniosła głowę i spojrzała wprost na niego. Tak go to zaskoczyło bo z tej odległości chyba nie powinna dostrzec jego stojącej w oknie sylwetki więc cofnął się i otworzył oczy.
Leżał na swoim łóżku, w swojej sypialni. Przez okna wpadał słoneczny dzień. Już było po południu. Widocznie to był tylko sen. Może wywołany zmęczeniem i przeżyciami ostatniej nocy. Widocznie przysnął po wyjściu Łasicy. O tej porze to Otto już chyba mógł kończyć pracę w hospicjum albo niedługo by kończył. A właściwie liderka slaaneshytek przekazała mu wiadomość dla jednookiego mnicha. A oni się ze sobą jakoś za bardzo nie umawiali na dzisiaj. Ze Starszym też poza zborami nie było tak łatwo się umówić i właśnie najlepiej było to zrobić przez Łasicę. Albo poczekać już do jutra. Jutro o zmroku powinien być kolejny zbór. Tym razem na “Adele” w porcie.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Konistag; popołudnie; kamienica Pirory
Mnich na początku spojrzał z dezaprobatą zarówno na Thorna jak i Pirorę. Podejrzewał, że młoda szlachcianka od razu zabierze swój nowy nabytek do łóżka, bez ustalenia dominacji nad nim. Więc mężczyzna sam ustalił siebie na szczycie tej relacji. Otto już miał zamiar wkroczyć i przypomnieć łobuzowi ich ostatnią agresywną interakcję, ale ubiegła go czcigodna Soria.
Kiedy czempionka Slaanesh zerknęła na mnicha mogła zauważyć aprobatę z jej podejścia oraz delikatny błysk znajomej ekscytacji w oku kultysty.
Delikatnie zachichotał kiedy ruszyli do salonu.- Podejrzewałem, że jeżeli ktoś ustawi tego hultaja do pionu to ty Czcigodna.
Mnich rozpromienił się jak ujrzał Marissę, tym bardziej kiedy usłyszał o powrocie Herolda Norry. Westnięcie ulgi opuściło usta mnicha na tą wieść.
- Dziękuję Marisso. Annika zaprzątała mi głowę odkąd zniknęła, zważając, że nie mogę opuścić miasta. Do tego moje wczorajsze odkrycie co do tych podziemnych zwierzoludzi… - mnich pokręcił głową - Może odprowadzę cię do rezydencji, jak porozmawiam z Lady Pirorą i Czcigodną. Mam też małą sprawę do twojej działalności pani.
- Dobrze Otto, chętnie z tobą wrocę do naszej pani. - ciemnowłosa posłała mnichowi ciepły uśmiech i skinęła głową w podziękowaniu za dobre słowo. Po czym ciągnęła dalej. - Też się martwiłyśmy co z Anniką. Nasza pani nawet posłała mnie z zapytaniem do ratusza i do wież bramnych ale jej tam nie mieli albo nie zapamiętali. No kamień w wodę, w ogóle nie wiadomo było gdzie jej szukać. Jeszcze ja miasta nie znam bo od przyjazdu cały czas trzymali mnie w hospicjum a mojej pani nie wypada biegać po mieście i szukać jakiejś zbiegłej służki. Więc też się cieszymy, że wróciła. Trochę podrapana i poobijana ale raczej cała. - Marissa widocznie czuła potrzebę wyrzucenia z siebie emocji bo od razu ulało jej się kilka zdań na raz gdy mogła podzielić się tym napięciem i niepewnością o koleżankę ze służby jak i wcześniej z hospicjum. Obie gospodynie pokiwały głowami na znak zrozumienia i aprobaty.
- To prawda, każda z was jest dla nas ważna no i zależy nam na was. Też się cieszymy, że dobrze się to skończyło. Przekaż Fabi nasze pozdrowienia no i oczywiście wszystkie czujcie się zaproszone na psalmy żałobne tutaj u mnie w Festag po porannej mszy. Wreszcie się poznamy jak należy bez żadnych cel, ścian, przeszkód i odgrywania ról. - Pirora skorzystała z okazji i zaprosiła całą trójkę młodych kobiet na już nieco tradycyjne spotkania towarzyskie pod swoim dachem co służka bretońskiej małżonki morskiego kapitana przyjęła rozpromienionym uśmiechem.
- Na pewno przekażę! I bardzo dziękuję, też mam straszną ochotę was poznać i jestem was bardzo ciekawa. - brunetka podziękowała za to zaproszenie znów obdarzając ich ciepłym spojrzeniem.
- A Thorn widzę jest prostak. To i rozumie proste metody. Nie ma co się silić na finezję. Pewnie zorientował się, że w domu nie ma żadnego mężczyzny to myślał, że takie młodki to sobie zastraszy i podporządkuje. Niezbyt inteligentne. Ale tacy jak on zwykle rozumieją język siły. Mam nadzieję, że do niego teraz dotarło jak się sprawy mają i przynajmniej się zastanowi zanim wyskoczy z czyms niestosownym. - Soria nawiązała do tego co wcześniej mówił Otto i wydawała się całą tą awanturę traktować jak drobną niedogodność jaką nie zamierza sobie zaprzątać wężowej głowy przez resztę dnia.
- A jak wyskoczy? - zapytała pierwsza gospodyni trochę z zaciekawieniem trochę z niepokojem. Na co ta druga uśmiechnęła się półgębkiem swoich pełnych i soczystych ust.
- No cóż… Wtedy najwyżej poszukamy sobie jakiegoś nowego byczka do zabawy. Z naszymi znajomościami i możliwościami na pewno znajdziemy kogoś odpowiedniego i to szybko. - nadnaturalna istota o ciele atrakcyjnej, młodej kobiety spojrzała na swoje paznokcie z miną kociego weterana rozmawiającego o soczystej myszy z sąsiedztwa. Co nieco piegowatą blondynkę podbudowało bo zaśmiała się cicho wierząc w możliwości perswazji i reakcji tej drugiej.
- W sumie w tej sprawie jestem. - zaczął mnich - Chciałem zaproponować jeszcze jednego z naszych pacjentów. Niklas, chłopak trochę starszej daty, ale dość niegroźny. Mógłby ci się przydać do teatru Piroro, z zawodu cieśla. Do tego powiedział, że mógłby wystrugać wam... zabawki. Pomyślałem, że twój loszek mógłby dostać kilka nowych mebelków. - mnich westchnął - Jest z nim jeden problem i tu chciałem zapytać się Czcigodnej. Wizje Niklasa od twojej matki i ciotek dotyczyły pożaru miasta. Następnego dnia... on określił, że ogień sam zaprószył się od kominka. Zastanawiam się, że jest możliwe, aby takie wizje pozostawiły znamię na duszy i wpłynęły na świat śmiertelnych? Przepraszam, że męczę cię taką ezoteryką, ale bez Mergi jesteś najbardziej bliską Wielkiej Czwórce.
- Rozumiem. - skinęła głową herold a przy tym jej liczne warkocze poruszyły się jakby żyjąc swoim własnym, wężowym życiem. Po czym zastanowiła się nad pytaniem.
- Obcowanie z istotami tak potężnymi jak moja matka i jej siostry na pewno nie pozostaje bez wpływu na śmiertelników. W końcu one dostąpiły boskości i od dawna przestały być śmiertelniczkami jakimi przyszły na świat tak dawno temu. - co do tego to slaaneshytka wydawała się być pewna a nawet chyba z dumą podkreśliła od jak znamienitych przodków pochodzi.
- Ale jak bardzo to już inna rzecz. Im bliższy i bardziej bezpośrednie przebywanie tym takie odbicie na ciele i umyśle byłoby bardziej widoczne. Na tą chwilę ani mojej matki ani jej Sióstr nie ma na tym świecie więc bezpośrednie oddziaływanie powinno się ograniczyć do snów, myśli i fantazji. Te co prawda mogą wpływać na zachowanie śmiertelnika ale raczej poza tym nie powinny się objawiać w bezpośredni sposób. - Soria rozwinęła swoją myśl i wymownie spojrzała na Marissę jaką nazywała Kluczniczką swojej matki i na jaką ta miała całkiem wyraźny wpływ. Nawet jeśli nie było tego widać na co dzień. Służka Fabienne uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak zgody.
- O tak, ja to wcześniej za pająkami nie przepadałam a teraz je uwielbiam. Mam nadzieję, że zaprowadzą mnie przed oblicze naszej Królowej i będę mogła jej służyć. - powiedziała wesoło dziewczyna ale z gorliwością wiernej akolitki swojej wiary. Co córka Soren przyjęła z dumną aprobatą i eleganckim uśmiechem.
- Więc raczej ten Niklas pewnie nie powinien mieć innego wpływu niż sny i wątpie aby były to wyraźniejsze niż ma któreś z przewodników ale może jest podatny na szept którejś z Sióstr skoro słyszy jej zew. - tutaj nie wykluczała niczego do końca zwłaszcza jak sama nie spotkała osobiście owego pacjenta ale raczej nie uważała aby szepty Sióstr były u niego silniejsze niż choćby u którejś z nowych służej bladolicej Bretonki.
- Jej bo my z Fabi to wszystkich tych waszych pacjentów wykupimy jak tak dalej będzie to szło. - parsknęła Pirora z rozbawieniem. Po czym zamyśliła się chwilę. - Szczerze mówiąc nie pamiętam go. Więc pewnie jakoś się nie wyróżniał. No jakiś cieśla może i by się przydał. Zwłaszcza w teatrze. Ale wiele by mnie to kosztowało? Nie wiem jak Fabi ale mnie nie stać aby kupować sobie co chwila każdą kolejną zachciankę. - szlachcianka z Averlandu nie wykluczyła możliwości przyjęcia Niklasa na swoją służbę ale też przypomniała, że ma pewne ograniczenia i finansowe i mieszkaniowe.
- To tylko sugestia. Teraz jeszcze jedna rzecz, chodzi o tych podziemnych zwierzoludzi. Sorio, czy podczas swych podróży natknęłaś się kiedyś na Skaveny? - mnich miał nadzieję, że wybranka Slaanesh będzie mogła potwierdzić, lub rozwiać jego obawy.
- Tak. Zdarzało mi się. Chociaż nie powiem aby spotkania z nimi były tak ekscytujące jak z kopytnymi nie mówiąc już choćby o elfach. Zwykle to takie szczurze z nich szkodniki były. A czemu o nie pytasz? - sądząc po wyrazie twarzy nieśmiertelnej to rzeczywiście większość wspomnień związana z tą podziemną rasą nie należała do zbyt przyjemnych. Ale była ciekawa czemu tak znienacka akurat o nie mnich pyta.
- Ponieważ są w mieście. Spotkaliśmy je jakiś czas temu z Sigismundusem, jak wracaliśmy z jaskini Oster. Wczoraj spotkały mnie w mieście, ale do wczoraj nie byłem pewny ich natury.. Moja wiedza o nich nie jest duża, jedynie krasnoludy jakkolwiek o nich mówią. Wiem, że wyznawcy chaosu za nimi nie przepadają, ale nie wiem czemu. Krasnoludy ich nienawidzą, a Imperium zaprzecza ich istnieniu. Tak czy inaczej polują na ludzkie kobiety więc lepiej uważajcie. - tu bardziej zwrócił się do Pirory i Marissy niż do Sorii. Był pewny, że wybranka chaosu da sobie radę z paroma przerośniętymi szczurami - To chyba wszystko czym chciałem wam zawadzać. Chyba, że macie jakieś prośby lub pytania do mnie?
- Szczury polują na ludzkie kobiety? A po co? - Soria była wyraźnie zdziwiona tą informacją. Pirora się nie odzywała zdając się na jej doświadczenie. - To znaczy pewnie na niewolnice. Ale zwykle nie wybrzydzają i łapią co im wpadnie w paskudne łapy. Dziwne, że teraz tak ich nagle ludzkie kobiety zaczęły interesować. - przyznała, że tego po tej podziemnej rasie by się nie spodziewała.
- Dziękuję za ostrzeżenie Otto. Nie uśmiecha mi się spotkanie z jakimiś przerośniętymi szczurami. Ale pamiętam, że jak jeszcze nasi koledzy pomieszkiwali u nich w zimie to też brali zapłatę w schwytanych niewolnikach a najwięcej płacili, że tak powiem za młode kobiety. Też żeśmy się zastanawiali po co im one. - blondynka była nie mniej zdziwiona takim zachowaniem przybyszów z podziemi.
- W każdym razie my mamy dziś plany na wieczór. Pirora zaprosiła tą młodą Fedorę i zobaczymy czy to utalentowane ponoć dziewczę jest tak słodkie i obiecujące jak to ona opowiada. Oby. - Soria uśmiechnęła się do swoich myśli gdy wspomniała o planach na dzisiejszy wieczór.
- Więc życzę miłej zabawy. - uśmiechnął się mnich - I Piroro, radzę ci również znaleźć metodę na Thorna. Chłop może i silny ale jak każdy ma słabe punkty inaczej po prostu zacznie próbować szczęścia kiedy nie będzie lady Sorii. - skinął głową slaaneshytce i czempionacie po czym spojrzał na Marissę - To jak moja droga, odprowadzamy cię do domu?
- Akurat trafiło, że Jamesa wysłałam na miasto i go nie było w domu. Przy nim by pewnie nie odważył się na taką bezczelność. No ale po tej lekcji jaką milady mu sprawiła to mam nadzieję, że pójdzie po rozum do głowy. - Pirora prychnęła gdy na moment echo wcześniej przeżywanej złości do niej wróciła.
- Też mam takie wrażenie. Mam nadzieję, że dotarło do niego, że nigdzie się stąd nie wybieram i w końcu wracam do tego domu. Ale jestem dobrej myśli. - milady też uspokoiła resztę dystyngowanym uśmiechem. Zaś widząc, że mnich się zbiera do wyjścia Marissa też wstała i zaczęła się, żegnać z koleżankami. Obiecywały sobie, że jutro to jeszcze nie wiadomo ale pewnie pojutrze po mszy to się znów spotkają w loszku na dole.
- Dobrze, to chodźmy. - powiedziała służka bretońskiej milady dając znać Otto, że jest gotowa do wyjścia.
Otto skłonił się szlachciankom po czym wziął pod rękę Herolda Soren i oboje ruszyli do rezydencji von Mannlieb.
- Może po drodzę opowiesz mi jakie to niegrzeczne sny miałaś? Siostry zesłały na nas wizje kilka nocy temu.
- No już ci opowiadałam jak do nas przyszedłeś co Annika właśnie wtedy uciekła. - spojrzała na niego trochę zdziwiona, że pyta o to co wczoraj mu opowiadała. Niemniej wzięła to chyba za dobrą monetę bo jeszcze raz streściła swój sen z przedwczoraj. O wulgarnej miłości z pająkami i o kokonach, rodzeniu kolejnych pająków i jakiejś jaskini gdzie była ładna pachnąca woda. A na górze studnia. Stara i zapomniana.
Konistag; popołudnie; Rezydencja von Mannlieb.
Mnich razem z Marissą dotarli do rezydencji Fabianne, Otto zerknął na swą towarzyszkę.
- Na ogół czekam, aż ta starsza przyzwoitka twej pani mnie wpuści. Nie wiem jaki jest teraz proceder.
- No wiem, ona jest wredna i nas nie lubi. Zresztą nie wiem czy kogokolwiek lubi. No i o wszystkim donosi mężowi naszej pani. Ale chodźmy, w końcu tu pracuję i mieszkam. - Marissa skrzywiła się na myśl o spotkaniu ze starą majordom i chyba podzielała o niej zdanie jakie miała o niej jej pani. Ale śmiało weszła przez furtę w stronę głównego wejścia domu. Tym razem nikt ich nie czekał a jakiegoś służącego nowa służka pozdrowiła skinieniem głowy.
- Poczekaj tutaj. Pójdę po moją panią. - poprosiła go gdy zostawiała go w salonie w którym zwykle przyjmowała go gospodyni. Przez parę chwil był w nim sam ale w końcu drugie drzwi się otworzyły i weszła przez nie bretońska szlachcianka wraz ze swoją służką.
- O witaj Otto. Miło cię znów widzieć. Mari przynieś proszę jakieś ciasto z kuchni no i coś do popicia. - poprosiła służącą i usiadła na tym samym ozdobnym i obitym pluszem krześle co zwykle. Ta zaś skinęła głową i wyszła ponownie z salonu. Zgodnie z wymogami żałoby po księżnej - matce, czarnowłosa Bretonka była ubrana w długą do samej ziemi suknię w czarnej barwie a włosy miała starannie upiętę. Więc blada plama jej twarzy mocno kontrastowała z resztą ubioru.
- Z wzajemnością milady. - mnich słonił się przed szlachcianką - Odwiedzałem Pirorę i spotkałem Marissę, więc postanowiłem ją do ciebie odprowadzić. Do tego usłyszałem, że zguba się znalazła. Mogę ją odwiedzić? Dziewczyna naprawdę mnie zmartwiła.
- Oczywiście, Marissa wróci to poproszę aby zawołała Annikę. Też się o nią martwiłyśmy jak tak wybiegła i zniknęła bez śladu. A co u naszych uroczych koleżanek słychać? - Bretonka skinęła głową dając znać, że nie widzi przeszkód w takim spotkaniu ale póki druga ze służek nie wróciła była ciekawa plotek od i o swoich koleżankach. Po jakimś czasie Marissa wróciła z tacą na jakiej przyniosła słodkie bułeczki i butelkę wina z dwoma kieliszkami. Wtedy pani poprosiła ją aby przyprowadziła drugą z byłych pacjentek hospicjum więc ta pierwsza znów wyszła z salonu.
Po kilku chwilach obie Heraldyki pojawiły się w salonie. Otto niemal doskoczył do Anniki przytulając ją mocno i całując jej policzki i czoło.
- Ależ mi strachu nabawiła dziewczyno. Pokaż się no. - mnich zaczął oglądać swoją byłą pacjentkę od góry do dołu. Na szczęście dziewczyna nie ucierpiała na zdrowiu, ledwo było po niej widać, że opuściła miasto - No chyba nic ci nie jest. Eh… - pokręcił głową I spojrzał na Annikę - Pewnie nie jesteś w stanie ustalić jak daleko od miasta skończyłaś?
- Nie. Słabo znam miasto a tego lasu za nim to w ogóle. - Annika chyba nie za bardzo była chętna na takie okazywanie wylewności bo wydawała się zmieszana tymi uściskami Otto. Trochę się odsunęła o pół kroku gdy już ją puścił. I zmieniła temat rozmowy na inny.
- Jak się opamiętałam to byłam w środku cholernego lasu. Nie miałam pojęcia gdzie jestem. Szłam przed siebie aż doszłam do jakiejś drogi. Ruszyłam nią i dotarłam do jakiejś wioski. Tam mnie skierowali w stronę miasta to wróciłam. Nic mi nie jest. Słabo pamiętam co się działo po tym jak wybiegłam z domu. To przez ten sen. Głaz mi się śnił, wzywał mnie i nie mogłam mu się oprzeć. Chciałam go odnaleźć. I tak pobiegłam ku niemu. Ale nie znalazłam go tylko obudziłam się w lesie. - wyburczała swoja odpowiedź relacjonując co spowodowało jej nagłe zachowanie. Marissa i Fabienne słuchały i kiwały głowami.
- Dobrze, że nic ci nie jest i wróciłaś do nas cało. - pocieszyła ją jej pani poklepując swoją bladą dłonią jej dłoń. Na niej wciąż było widać drobne zadrapania jak od jakichś jeżyn czy podobnych krzaków. Poza tym podobne miała na policzku i szyi ale właściwie jak na noc i prawie dwa dni spędzone poza murami miasta to wyszła z tego prawie bez szwanku.
- Miałem zamiar zabrać Silnego i resztę, aby cię szukać... gdybym nie miał zakazu opuszczania miasta. - przyznał mnich - Ale to już nie ważne, istotne, że wróciłaś i nic ci nie jest. Pamiętasz coś ze snu, co by mogło znaleźć ołtarz?
- Pamiętam głaz. Wielki. Na wysokość trzech ludzi. I wiele krwi i czaszek u jego stóp. I zwierzoludzi. Czekają tam. Rzucę im wyzwanie i będę walczyć z ich czempionem. Jak wygram to wtedy ja będę czempionem. Ale nie znalazłam tego głazu. Nie wiem gdzie jest. Gdzieś tam w głębi lasu. W końcu go odnajdę. - odparła czarnowłosa służka bretońskiej szlachcianki. Wzruszyła na koniec ramionami jakby mówiła o oczywistych sprawach nad jakimi nie warto się rozwodzić.
- Życzę ci jak najlepiej Anniko ale mam nadzieję, że nie przyniesie ci to zguby. - powiedziała gospodyni ale patrzyła na swoją służkę zmartwionym spojrzeniem.
- Dlatego chcę zacząć ją zabierać na treningi do Silnego. - powiedział Otto - On już się zgodził, do tego jeszcze nie długo będzie ta twoja czerwona zbroja do odbioru. - przypomniał mnich o zakupach jakie robili jakiś czas temu w towarzystwie Khornity - Jest w tobie siła Anniko i żądza krwi godna Norry, ale potrzebujesz przeszkolenia jak sądzę. Siostry wybrały ciebie na stróża ołtarza, więc nim zostaniesz. - jednooki mnich się uśmiechnął - Odnajdziesz ten głaz, możesz być tego pewna. - mnich chwilę się zamyślił nad następnymi słowami po czym zerknął na Fabienne - Lady von Mannlieb... czy możemy porozmawiać o mniej.... urokliwych tematach?
- Mniej urokliwych? No cóż, jak trzeba je omówić to trzeba. - Bretonka przysłuchiwała się rozmowie i wydawała się być zmartwiona przeznaczeniem swojej pierwszej z młodych służek. Podobnie jak jej najnowszy nabytek. Jedynie Annika nie wydawała się tym wszystkim za bardzo przejęta. Ogólnie skinęła głową ale sama jakoś nie ciągnęła dalej tego tematu. Teraz ona zaczęła się przysłuchiwać rozmowie między mnichem a jej panią.
- Zapewne pamiętasz o hodowli jaką nasza rodzina rozpoczęła? Larw much i środowisku w jakim muszą dojrzewać. Wiem, że pytam o dużo, ale chciałem zapytać, czy byłabyś skora spróbować? Mam oczywiście powody, aby pytać akurat ciebie. - mnich wiedział, że jeżeli nie ugryzie tego odpowiednio może stracić szansę - Pamiętacie dziewczyny Vigo? Biedak był Heroldem Oster, ale zanim opuścił nasz świat przekazał nam kilka podpowiedzi co do hodowli. Między innymi, że potrzebujemy szlachetnej, bądź królewskiej krwi. Od razu pomyślałem o tobie pani, zważając na twe bretońskie pochodzenie, a jeszcze jako potomkini Soren... wydajesz się być najlepsza. Do tego... moje sny ostatnio dotyczyły między innymi ciebie. Siostry pokazywały mi twe łono... najwyraźniej też tego chcą. - zostało teraz sprzedać wszystko jak najlepiej - Z tego co usłyszałem od dwóch naszych "matek" procedura jest dość przyjemna, nie prowadzi do żadnego uszczerbku na zdrowiu czy urodzie, a jedynie poród po jakimś tygodniu jest chwilową niedogodnością. Nie oczekuję odpowiedzi natychmiast...
- Pamiętam ale on był od dawna tak słaby, że ledwo zipał. To była tylko kwestia czasu kiedy kopnie w kalendarz. Beznadziejny przypadek. Czasem robiłam mu napary ale w jego stanie nic już nie mogło mu pomóc. Dziwne, że wytrzymał tak długo. - Marissa pokiwała swoją kasztanową głową dając znać, że pamięta Vigo jako swojego współplemieńca z hospicjum. Chociaż widocznie nie rokował w jej oczach już wtedy na szczęśliwe zakończenie.
- No. Słaby był. - potwierdziła Annika słowa swojej koleżanki. Zaś to dało czas ich pani na zastanowienie bo pytanie gościa wyraźnie ją zaskoczyło.
- Znaczy… Chcesz, żebym ja dała tam sobie… Wcisnąć te larwy? - upewniła się czy dobrze rozumie i wskazała na swój zgrabny, płaski brzuch zasłonięty teraz materiałem czarnej, żałobnej sukni. Pomysł wydawał się jej dziwny i niezbyt przyjemny jak można było sądzić po grymasie twarzy i z barwy głosu.
- Otto mam nadzieję, że wiesz, że ja tam lubię sobie wciskać różne rzeczy i jestem bardzo gościnna w tej materii. Mam nadzieję, że nikt od was na to nie narzeka. - zaczęła nieco żartobliwie czym wywołała figlarne uśmiechy na twarzach swoich służek.
- No ale jakieś robale tam sobie wciskać? - uniosła brwi aby dać znać, że tak sama z siebie to niezbyt ma ochotę na takie eksperymenty ale przynajmniej nie powiedziała zdecydowanego “nie” jak to w takich rozmowach zwykle czyniła choćby Łasica. - Poza tym skąd pomysł, że chodzi akurat o mnie? - zapytała jeszcze na koniec.
- Przyznam, że podążam za poszlakami i wiedzą z drugiej ręki. Tak jak powiedziałem, sny które zsyłają mi siostry są dość... mało konkretne. Na początku pokazywały mi kobiece łono, wygolone z pieprzykami na zgięciu uda. Soria twierdziła, iż ty posiadasz takie pieprzyki pani. Nie wierzę w przypadki, nie w kwestii takiej jak ta. Oczywiście w ostatnim śnie było trochę bardziej oczywiste... gdyż zapraszająco się do mnie odzywałaś. - mnich podrapał się po karku, sytuacja była wyraźnie również niewygodna dla niego - Nie do końca chodzi o wpychanie sobie larw. Nie wiem jednak czy chcesz wysłuchać całego wykładu na ten temat. Jeżeli mogę zahaczyć jedynie o aspekt religijny całej tej sytuacji. Wąż jest patronem przyjemności, ale i nowych doznań. Spodziewa się, że będziesz eksperymentować z tym co ci sprawia przyjemność, lub sprawia ją innym.
- Tak, to prawda. Lubię eksperymentować. Poznawać nowe smaki i doznania. - szlachcianka uśmiechnęła się zalotnie i wyraźnie była dumna z tej swojej cechy charakteru. Popatrzyła na swoje młode i jędrne pokojówki i one też odwzajemniły takie uśmiechy.
- No i oczywiście uwielbiam spełniać zachcianki innych i sprawiać im przyjemność. Zwłaszcza podczas figlów. - przyznała uśmiechając się szerzej i to tak jakby była chętna udowodnić te słowa czynami. Ale się powstrzymała.
- No i rzeczywiście mam takie dwa pieprzyki na zgięciu uda. O tutaj. - potwierdziła wskazując właśnie to miejsce. Chociaż przez solidny materiał czarnej, żałobnej sukni oczywiście nie było ich widać.
- No i nie powiem, zwykle jestem chętna na próbowanie nowych doznań i smaków, niekoniecznie ustami oczywiście. Ale przyznasz, że to o czym rozmawiamy jednak nie jest, że się tak wyrażę, zbyt apetyczne. No więc może opowiedz coś więcej na ten temat. - Bretonka zachęciła gościa aby rozwinął ten temat bardziej. Zdawała się odzyskać pewność siebie i przyjęła całkiem flirtujący ton jakby rozmawiali o zaproszeniu na jakieś interesujące przyjęcie z ciekawymi gośćmi. Zwłaszcza takie jakie ma szanse zakończyć się figlami jakie von Mannlieb tak bardzo uwielbiała.
Mnich zastanowił się chwilę nad informacjami, które miał przekazać. Musiał ubrać je jak najlepiej.
- Więc tak, będziesz musiała poświęcić swój kwiat dla naszej sprawy. Poświęcenie jednak będzie polegało co najwyżej na wynajęciu twego łona. Nie doznasz żadnej szkody, czy uszczerbku na zdrowiu. Co do samego zabiegu. Przy pomocy strzykawki wypełnimy twoje łono nasieniem, po kilku dniach powinnaś zacząć czuć jak się rozrasta, wywołując nacisk na ściany twej... jaskini? - mnich naprawdę starał się używać jak najbardziej kwietnego słownictwa - W przeciągu tygodnia nasienie przemieni się w dość imponujące larwy. Nie zaatakują cię oczywiście, będziesz ich matką. Z tego co rozumiem ich ruch wewnątrz ciebie potrafi naprawdę wywołać niemałą dozę przyjemności. Po jakimś tygodniu opuszczą twoje łono, to ponoć jedyna mniej przyjemna część hodowli. "Chwila niewygody na wychodku", jak to określił Sigismundus.
- Hmm… potrafi wywołać niemałą dozę przyjemności? Tam w środku? - bretońska małżonka tutejszego morskiego kapitana powtórzyła sformułowanie rozmówcy jakby zwróciło jej szczególną uwagę i przypadło do gustu. Bo zaczęła się leniwie bawić naszyjnikiem na jej mlecznej szyi i uciekła niewidzącym spojrzeniem gdzieś poza otaczające salon ściany.
- Chociaż strzykawki? Trochę to takie bezduszne. Wolę, że tak się wyraże naturalne metody. - westchnęła wracając myślami i spojrzeniem do trójki obecnej w pomieszczeniu. Dwie pokojówki przytaknęły i uśmiechnęły się ze zrozumieniem.
- Ostatnio przy kamieniach strasznie mi przypadły do gustu te naturalne metody. No i liczę na was, że to nie ostatni raz. I jakoś z Pirorą będę znów musiała coś wymyślić aby wyrwać się z domu. - uśmiechnęła się szerzej i cieplej na wspomnienie orgii z początku tygodnia. Spojrzała znacząco na mnicha aby zaznaczyć, że ma ochotę na powtórkę. Niestety jej szlachecki i małżeński status mocno jej utrudniał swobodne poruszanie się po i poza miastem.
- Jednak domyślam się, że z naturalnymi sposobami może być kłopot jak to taka prastara sprawa. - cmoknęła kiwając głową ze zrozumieniem, że wszyscy tu mają swoje limity możliwości i ograniczeń.
- Ale cóż! - powiedziała raźno lekko uderzając dłońmi w blat ozdobnego stołu jakby chciała podkreślić to co teraz powie. - No skoro to taka sprawa wiary i naszych czcigodnych Sióstr a do tego jeszcze mają być z tego jakieś ponętne doznania tam gdzie najbardziej lubię to myślę, że mogłabym spróbować tych nowych eksperymentów, smaków i doznań. - oznajmiła z ciepłym i zadowolonym uśmiechem. - To jak się do tego zabierzemy? - zapytała unosząc brwi do góry w figlarnym uśmiechu.
Mnich odetchnął.
- Udam się do naszego aptekarza po sprzęt. Jeżeli możemy się umówić to bardzo chętnie cię zapłodnię pani. - mnich odwzajemnił figlarny uśmiech Bretonki - Zapytam go przy okazji o inne aspekty wszystkiego, dla pewności. Nie wiem kiedy będziesz miała wolną chwilę na prywatne spotkanie.
- Na coś ekscytującego to myślę, że małe spotkanie tutaj albo u Pirory byłoby do zrobienia. No i oczywiście będę w Festag po mszy gościem jej lochu. Mam nadzieję, że będzie równie podniecająco jak ostatnio. Strasznie mi się spodobała ta zabawa w sprzedawaną niewolnicę i potem bycie najpodlejszą z podłych. To tak samo ekscytujące jak w przygodach Adelajdy w haremie jej arabskiego władcy! - gospodyni roześmiała się beztrosko i musiała być w świetnym humorze na myśl o tych nowych, nieznanych wcześniej przyjemnościach.
- A właściwie długo trwa to zapłodnienie? Bo jak jakoś długo to chyba łatwiej nam by się było jednak u Pirory spotkać. Chyba, że krótko to możesz nawet coś wymyślić aby mnie odwiedzić. Uprzedzę dziewczęta aby cię wpuściły. I załatwimy sprawę tutaj. - opamiętała się na tyle aby dopytać o nieco szczegółów ale dalej dobry humor jej nie opuszczał. Wskazała na swoje pokojówki a te chętnie pokiwały głowami na znak, że spełnią wolę swojej pani.
- Raczej szybko. Więc oczywiście mogę się zjawić nawet jutro. Co do ekscytujących rzeczy... - mnich westchnął - Szkoda, że reszta twojej służby jest w rezydencji.. ponieważ mam dość samolubną prośbę.
- A jakąż to? - zaciekawiła się gospodyni. Zerknęła na swoje obie pokojówki i uśmiechnęła się do całej trójki promiennie. - Na reszcie służby niestety nie mogę polegać jeśli chodzi o dyskrecję. Wszyscy szpiegują i donoszą o wszystkim mojemu małżonkowi. Tylko na tych dwóch ślicznotkach mogę polegać. - zwierzyła się już nie po raz pierwszy, że czuje się tu jak w złotej klatce i jedynie swoje dwie nowe służki jakie też były jej kochankami pokłada zaufanie.
- Tyle zarówno ty jak i Marissa opowiadałyście o kąpielach jakich zażywacie. Przyznam, że sam nie doświadczyłem więcej ponad balię z wodą ze studni. A pomysł o trzech pięknych kobietach pomagających mi w tak ekstrawaganckiej przyjemności. - mnich westchnął - Można jedynie marzyć i zazdrościć.
- Oh, to takie piękne! - Bretonkę ten pomysł widocznie zachwycił. Zresztą jej służki też zareagowały podobnie. No może Annika była bardziej powściągliwa bo ograniczyła się do uprzejmego uśmiechu i skinięcia czarną głową.
- No ale niestety u mnie jest to niemożliwe. Sam rozumiesz. Mężatka w łaźni z obcym mężczyzną pod nieobecność męża. - skrzywiła się niechętnie i przepraszająco. Rozłożyła dłonie i wskazała wzrokiem na zamknięte drzwi prowadzące na korytarz jakim tutaj przychodzili goście do salonu.
- Takie rzeczy to najwyżej u Pirory. Albo w innym takim miejscu gdzie szlachetnie urodzonej mężatce nie zaszkodzi bywać. Bo oczywiście bardzo mi się pomysł podoba. Zwłaszcza jak mi obiecacie, że będę waszą łaziebną i bedę mogła wam służyć. - szlachcianka okazała zainteresowanie takim pomysłem i nawet chęć współpracy podając w zamian dość symboliczne wymagania jakie miała w tej materii. O ile znajdzie sie odpowiednie lokum i okoliczności.
- A z tym zapłodnieniem to wpadnij jutro albo kiedy tam zechcesz. Skoro to takie szybkie to pod pretekstem rozmowy powinno się to udać. - dorzuciła zaproszenie na spotkanie z całkiem filuternym uśmieszkiem.
- Przed pracą odwiedzę Sigismundusa. Jeżeli wszystko się uda, to przyjdę cię zapłodnić po pracy. - zapewnił mnich, z łobuzerskim uśmiechem - Na razie już nie będę zabierał ci czasu milady. Naciesz się swymi służkami, a wy dziewczyny bądźcie tak grzeczne i niegrzeczne jak lady Fabienne będzie żądać.
Mnich opuścił rezydencję w dobrym humorze. Kolejny krok do przodu.
Następny dzień postara się wstać trochę wcześniej, aby zdążyć do Sigismundusa. Po czym hospicjum i Fabienne.