Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Niedostępny
    SantorineS Niedostępny
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #150

    Oryginalny autor: Seachmall

    Kiedy ujrzał larwy westchnął radośnie.

    - Są piękne i jakie barwne. Siła bogów drzemie w nich. Mogą jedną wziąć do ręki?

    - Oczywiście, że są piękne! Najwspanialsze! I pewnie, naciesz się nimi. Póki nie wytworzą kokonu to można je brać i dotykać. Swoją drogą jestem ciekaw czy gdyby im nie dać zrobić kokonu to jak długo można by to odwlekać. Chyba spróbuję tak z jednym czy dwoma maleństwami. To niestety nie jest w tych przetłumaczonych przez Mergę tekstów. Ah, tak wiele chciałbym o tym wiedzieć! I dowiem się, dowiem, mam mnóstwo pomysłów, to dopiero początek nowej, wspaniałej ery. Ah, jak dobrze, że Starszy poparł ten projekt a nie tylko to co od Sorii i jej ladacznic! Sam zobacz, jakie wspaniałe owoce wyszły z tego na świat! Słowo staje się ciałem na naszych oczach! Po tylu mileniach! Szkoda, że nie wszyscy w rodzinie należycie doceniają to wspaniałe dziedzictwo. - Sigismundus wydawał się być wręcz uskrzydlony tymi epokowymi wydarzeniami w jakich brali aktywny udział. Z czułością wziął jedną z larw i podał gościowi sam zaś wziął kolejną i głaskał je troskliwe jak inni głaskali szczenięta psów czy kotów rozczulając się nad nimi. Ale znów zrobił przytyk, że reszta zboru to tak sobie wspiera ten wspaniały projekt. W drzwiach stanęła Dorna i Loszka, obie uśmiechały się ciepło i łagodnie niczym matki obserwujące wizytę wujka u swoich dzieci.

    Sama Drona wydawała się ucieszona, że Otto tak miło się z nią obszedł i podziękował. Dała mu się objąć i pocałować w czoło. - Strasznie chciałam jechać z wami na te zabawy ze zwierzoludźmi. Ale wiem, że nie byłoby mnie tak łatwo przemycić, zwłaszcza jak teraz tak wszystko mocno sprawdzają. No i wiedziałam, że termin rozwiązania mi się zbliża ale nie byłam pewna kiedy dokładnie to też nie chciałam ryzykować. Może następnym razem się uda. A dziewczynom możesz powiedzieć, że to nic strasznego. A momentami nawet przyjemne. Zwłaszcza poród. Aż się nie mogę doczekać następnego razu ale Sigismundus mówił, że trzeba poczekać parę dni no to czekamy. - mutantka z kolcami zamiast włosów dodała coś od siebie jak to wyglądało z jej strony i nie brzmiało to jakoś strasznie. Wydawało się, że nawet przeciwnie, miło wspominała tą pseudo ciążę. I była skora na takie zabawy w jakich wczoraj uczestniczyła spora część zboru no ale zdawała sobie sprawę, że bardziej rzuca się w oczy swoją odmiennością niż ktokolwiek inny, choćby jej przyjaciółka z jaskini co miała takie fortunne mutacje, że można było dość łatwo je ukryć. Szaro - zielona cera Dorny z miejsca musiała się wydać podejrzana nie mówiąc już o reszcie zmian jakie ją charakteryzowały.

    - A tamta idiotka tak, jej los już jest przypieczętowany. W końcu napełnię ją tak aż pęknię. Będzie miała za swoje. No i przyda się to w sprawdzaniu bezpiecznego limitu jakie można by zasiać w nosicielkę. Wiesz, że jak liczyłem to w przy zasianiu wszystkich dziurek z teoretycznych wyliczeń wynika, że można by zalać każdą nosicielkę około pół tuzinem porcji? Całkiem sporo jak na jedną nosicielkę. Można by spróbować. Zwłaszcza jak Merga zostawiła nam tą maść maskującą. Dorna miała przez dwa dni w sobie cztery dawki, dwie z przodu i dwie z tyłu. I jak widzisz jakoś to przeżyła szczęśliwie. Więc to całkiem możliwe z tymi wyliczeniami. Jeszcze potrzebuję badań ale w łono to myślę, że dwie lub trzy dawki to można by władować na raz i z maścią Mergi albo może i bez nadal to powinno być bezpieczne a może nawet i dyskretne. I na tej idiotce zza ściany zamierzam to przetestować. A w końcu się jej pozbędę. Ale jeszcze nie teraz. Na razie mamy za mało nosicielek aby wybrzydzać i grymasić. Każda dziura jest cenna, że tak powiem. No to jeszcze pożyje. - gospodarz głaszcząc jednego z zielonkawych czerwi dał wyraz swoim planom jako uczonego i hodowcy tych nietuzinkowych okazów. Więziona w celi kobieta uzbierała sobie sporą dozą jego niechęci ale na razie priorytetem dla niego było uzyskanie jak największej ilości miotów to nawet ją był gotów poki co oszczędzić.

    - I jakaś kobieta co ma takie ciekawe znamię mieszka z banitami w lesie i koleguje się ze zwierzoludźmi? Brzmi mi trochę jak jedna z ladacznic. Ale jakby udało się ją pozyskać dla hodowli to oczywiście będę bardzo kontent. Zresztą z każdej nosicielki będę bardzo kontent. Tylko sam widzisz ile tu mam zajęcia. Nie mogę się stąd ruszyć. A jeszcze przecież mamy w planie te przenosiny do jaskini Oster. Nie wiem kiedy się za to zabiorę. Dobrze, że Dorna i Strupas mi tu bardzo pomagają. Nie poradziłbym tu sobie sam z tym wszystkim i jeszcze z prowadzeniem apteki. Więc na mnie raczej nie licz w jakichś wyprawach do lasu. - Sigismundus wolną ręką wskazał na tą całą piwnicę i w górę ku parterowi tego domostwa aby dobitnie nakreślić ogrom zadań i pracy jakie go wiążą na miejscu mocno ograniczając inne jego aktywności. Loszka miała mentalność domowego zwierzęcia więc trudno było ją gdzieś posłać z jakimś zadaniem a Dorna za bardzo rzucała się w oczy aby swobodnie czuć się w mieście. Do wszystkich innych zadań pozostawał aptekarzowi tylko śmierdzący garbus co też mocno ograniczało mu pole do działania na rzecz reszty zboru.

    Otto delikatnie podniósł jedną z larw i położył ją płasko na dłoni, delikatnie głaszcząc jej "grzbiet". Czerw miała zielonkawy kolor, jasno pokazując esencję Oster przepełniającą jej malutkie ciało.

    - Tyle wspaniałych rzeczy zrobisz na tym świecie, moje maleństwo. - Otto spojrzał na Dornę - Na pewno będzie ku temu okazja. Jestem prawie pewny, że zawarliśmy z plemieniem Gnaka. - zerknął na Sigismundusa, kiedy coś mu się przypomniało, nie przestając głaskania larwy - Nie pamiętasz, czy zwoje wyjaśniały jaki wpływ ma esencja sióstr na dorosłe okazy? Na przykład czy muchy przepełnione oster nie będą roznosiły darów Ojczulka, a te od Krwawego nie będą wywoływać morderczego szału? A co do tej kobiety, najwyraźniej pokłada się z nimi, ale nie przekreślaj jej jeszcze. Może być oddana wszystkim siostrom, więc i tobie będzie miła.

    Mutanka uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak zgody biorąc tą obietnicę Otto za dobry omen. - Byłoby miło. I tak się cieszę, że mnie przyjmują tam u Pirory. Na początku trochę się bałam, że tylko Lilly będzie się do mnie odzywać i w ogóle. Ale nie. Wszyscy tu są dla mnie bardzo mili. - Dorna odparła jakby pomimo zapewnień swojej kamratki z jaskini miała jednak wątpliwości jak ją przyjmie zbór Starszego z odległego miasta. Chyba jednak się przekonała, że spotkało ją całkiem ciepłe przyjęcie i to nawet za zamkniętymi drzwiami loszku rozkoszy averlandzkiej szlachcianki.

    - Tak, właśnie… Czasami są nawet przydatne te nasze ladacznice… - aptekarz skinął swoją byczą głową jakby trochę go zaskoczyło takie wyznanie swojej nowej i to tak uzdolnionej pomocnicy.

    - A w ogóle to nie. Nie, nie Otto, mnie naprawdę nie interesuje z kim one się pokładają. Albo ktokolwiek inny. Czy ze sobą nawzajem czy ze zwierzoludźmi, czy jeszcze z kimś no niech im dobrze i im się szczęści. To co mnie boli to to, że na nosicielki najlepiej nadają się kobiety a sam wiesz, że mamy ich w rodzinie całkiem sporo. A jeszcze są te od tego grubego ze sklepu. No i żadna nie chce powiedzieć “tak” dla tego zbożnego dzieła. I to mnie boli Otto, to mnie właśnie boli. Albo, żeby chociaż jakieś zastępstwo znalazły. Jak Onyx tą swoją ladacznicę. A w ogóle to skąd wiesz, że ona ją zasiała? Byłeś przy tym? Może tak tylko gadała? Powiem ci, że ja to im trochę nie ufam w te ich słodkie uśmiechy i gładkie słówka. Jakbyś trafił na jakąś do zasiania to wolałbym, żebyś sam to zrobił albo jakoś przyprowadził ją tutaj. Bo jakoś nie mam wiary, że one zrobią wszystko jak należy i czy w ogole… - grubas westchnął gdy znów zżymał się, że na całkiem spore stadko nosicielek jakie mieli w rodzinie jak na razie żadna nie zgodziła się na tą zaszczytną w jego oczach rolę.

    - Ale mnie to Lilly powiedziała o tych larwach Oster. Przyszła do nas do jaskini i mi powiedziała. - Dorna przypomniała gospodarzowi, kto ją tutaj ściągnął w roli nosicielki. Ten przewrócił oczami i pokręcił głową.

    - No dobra, no to Lilly i Onyx znalazły kogoś na zastępstwo. Ale to wciąż mało. A sami wiecie jak to one się ciągle przechwalają z kim to znów nie wskoczyły do łóżka. I to nie wiem czy nie częściej z jakimis kobietami niż kimś innym. Dobra, mniejsza z tym. - aptekarz widocznie mial w tej materii spory niedosyt jaki łatwo wylewał się żółcią złości i żalu przy każdej okazji dotyczącej hodowli jaka od paru tygodni tak go poróżniła z dwórkami Sorii.

    - Pytałeś o te cudeńka. - uśmiechnął się na swoich mięsistych wargach wskazując na trzymane larwy. A te były specyficzne. Jak kogoś nie brzydził ich widok to mogło to być nawet przyjemne. W dłoniach miało się obły, dość ruchliwy kształt podobny do krótkiego węża albo ryby. Miękki w dotyku i ciepły. Na ciężar też przypominał średnią rybę czy małego ptaka bo i na wielkość wydawał się podobny. A aptekarza rozczulało to jak ten kształt wił się w dłoniach jakby węszył czy próbował otaczające go dłonie czy powietrze.

    - Tak, potem z opisu wynika, że one mniej więcej są takie same ale kolorem i właściwościami różnią sie między sobą. Zresztą zobacz tutaj. - odłożył swoje maleństwo do przygotowanej skrzynki a sam złapał za klatkę i podniósł ją aby Otto mógł się lepiej przyjrzeć.

    - Widzisz? Ten jest od Oster a ten od Norry. Widać po kolorze. I na grzbiecie mają takie plamki, tuż gdzie zaczynają się skrzydełka. Widzisz? O tym nic nie ma w zapiskach ale trochę to podobne do symboli ich patronów. Zobaczę jak to będzie wyglądać jak będzie ich więcej bo na razie mam tylko te dwa do sprawdzenia. - z pasją uczonego gospodarz tłumaczył detale tych wielkich much. Bo każda z nich była wielkości gołębia albo mewy co nie zdarzało się w naturze. Ale kolorem chociaż przede wszystkim były w ciemnych barwach to odcienie miały albo zgniło zielonkawe albo nieco krwiste. Podobnie zresztą jak czerwie.

    - A i ukąszenia przynoszą inny efekt. Te od Oster wywołują zatrucie i gorączkę, te od Norry krwawy szał berserkera, te od Soren napady ekstazy a te od Vesty czynią obłąkanych a czasem i mutacje. Każdy rodzaj coś innego. No i im większy okaz tym ma więcej jadu i silniej to wszystko działa no ale tych dużych jest mniej w miocie i wolniej dojrzewają. A jak mniejszy to na odwrót. Ah, jak się nie mogę doczekać aż je wypuścimy na miasto! Ale będzie zabawa! - uczony z lubością opowiadał o tym jak działa który rodzaj much a myśl, że wkrótce będą mogli użyć tego błogosławieństwa jakie Siostry zostawiły w spadku swoim wyznawcom doprowadzała go do euforii.

    - Sigismundusie, proszę. Czemuż Onyx miałaby mnie okłamywać? Wierzę, że jej koleżanka pozwoliła się jej zapłodnić. A co do ich niechęci… - zastanowił się chwilę - Rozmawiałem z Heinrichem dziś rano, byłem razem z nami na tej zabawie, ale nie brał udziału w zakończeniu. Zapytał mnie jak ma pogodzić fakt, że jest chaosytą z odrazą do tego co widział. Odpowiedziałem jemu, to samo co powiem teraz tobie. "To nie twoja bajka, nie twoje zainteresowania. Nie udawaj przed sobą, że musisz lubić wszystkie zwyczaje Wielkiej Czwórki". To samo tyczy się naszych ladacznic, o ile faktycznie cel zbożny, jest to typowy eksperyment Ojczulka. Nie widziałem ciebie na orgii poświęcającego się dla dobra zboru. - ton mnicha nie był oskarżający, bardziej opisywał sytuację - Cieszy mnie, że próbujesz się dziewczynom przypodobać, ale zrozum. Dla nie nurglity, prosisz o coś… obrzydliwego, chorego i potencjalnie szkodliwego. - mnich westchnął - Dlatego pytałem o szczegóły wpływu hodowli na nosicielkę. Czy larwy uszkadzają łono, czy wywołują ból lub inne niedogodności? Chciałbym sprzedać im jakoś wzięcie w tym udziału, ale trudno mi opisać łajno, jako coś innego niż łajno. Potrzebuję czegoś, aby je przekonać.

    - No to sam widzisz, że nic im nie jest. - gospodarz wskazał brodą w kierunku dwóch stojących w drzwiach nosicielek. Ta świadoma otoczenia, z kolcami zamiast włosów pokiwała głową na znak potwierdzenia.

    - Pod koniec długo się siedzi w wychodku. I trochę to męczące. Ale to tylko dwa, trzy dni, da się przeżyć. - odparła Dorna głaszcząc dłonią swój brzuch. Jak się tak na nią patrzyło z zewnątrz to pomijając jej oczywiste mutacje to nic nie wskazywało, że nosi w sobie jakieś obce życie nieludzkiego pochodzenia.

    - No właśnie. Sam widzisz. Da się przeżyć. Co więcej trochę się zdziwiłem jak to nasza kochana Dorna opisywała ale wygląda na to, że może to być nawet przyjemne dla nosicielki. Przypuszczam, że to może być wpływ Soren albo jej pierwiastka. Jak rozmawiałem z Mergą to mówiła, że każda z Sióstr chciała udowodnić pozostałym, że jest od nich lepsza. I nasza rogata wyrocznia uważała, że Oster nie napisała tego wprost ale te liczne wzmianki i płodności co sprzyjają… no cóż… płodności. Czyli aby te maleństwa rosły silne, duże i jak najwięcej no to właśnie sprzyjają płodne kobiety, w płodne dni i Merga zastanawiała się czy nie chodziło o Soren bo przecież jej patron jest patronem płodności. Przynajmniej tam u nich w Norsce. Więc sam widzisz, że to może być i dla nich całkiem interesujący eksperyment. - uczony nurglitów chętnie zaczął tłumaczyć swoje racje. Odłożył klatkę z dwoma prawie dorosłymi muchami z powrotem na miejsce nie przerywając artykuowania swoich argumentów.

    - A Onyx no być może, być może… Po prostu czułbym się pewniej jakby ty czy ja byśmy przy tym byli a najlepiej zrobili to sami. Nie mam do nich za bardzo zaufania. A jak wyrzuciła te strzykwy albo coś sknociła? A jeśli nawet zrobiła jak mówi jak ta jej koleżanka spanikuje i pozbędzie się tych maleństw? Przecież widzisz jakie po urodzeniu są słodkie, słabe i bezbronne. No ale jak mówisz, że jej ufasz no dobra, niech będzie. Jak nie pokaże chociaż jednego okazu co z niej wyszedł to więcej jej nie dam. - rzekł dość ugodowym tonem jakby nie chciał zaczynać o to sprzeczki ale widocznie miał ograniczone zaufanie do koleżanki ladacznicy jakiej nigdy nie widział na oczy, że zrobi to co obiecała.

    - Mam nieco zapasu to tak na próbę mogę na sztukę poświęcić dwie czy trzy strzykwy no ale chcę widzieć z tego owoce. Najlepiej o takie. Ale nie mam ich aż tyle aby je rozdawać na prawo i lewo. Swoją drogą to kolejny powód dla jakiego wkrótce trzeba będzie wrócić do jaskini. Poruszę ten temat na następnym zborze, mam nadzieję, że mnie poprzesz a Starszy się przychyli do tej prośby bo jak ci mówię, za mało nas przy tej hodowli i trudno nam się zająć czymś jeszcze. Ale mimo wszystko przyczyniliśmy się do wspólnej sprawy jak robiliśmy tą świątynię ostatnio to Strupas z wami też był. Mam nadzieję, że inni o tym nie zapomną. - przez aptekarza znów przemawiał ledwo przykryty żal, że poza rozmówcą zbór okazuje mu takie słabe wsparcie w tym i innych projektach jakimi się tu zajmował.

    - A, że obrzydliwe no to rozumiem, rozumiem, nie każdy ma aż tak otwarty umysł aby dostrzec mądrość i piękno w zamysłach i naczyniach Ojczulka. Szkoda. I dlatego no nie gadaj, dałem im spokój, nie nachodzę ich i nie proponuję. Z tobą wiem, że mogę o tym porozmawiać to mówię ale do nich się nie odzywam. Przecież mówię, że nie zależy mi z kim i gdzie się pokładają i w ogóle co robią. A co mogę to pomogę. Zawsze przecież mówię, że jakby ktoś z was potrzebował czegoś z apteki to wystarczy powiedzieć co i jak dam radę to przygotuję. - pod koniec uderzył już w całkiem ugodowy ton dobrego choć nieco ekscentrycznego wujaszka przypominając, że stara się jak może aby nie zrażać do siebie i swoich praktyk reszty rodziny, zwłaszcza dziewcząt zgrupowanych ostatnio wokół Sorii. Niestety w praktyce średnio to wychodziło bo na tym polu sytuacja między nimi była od pierwszego spotkania dość podminowana i niewiele było trzeba aby iskra gniewu czy pretensji wywołała kłótnię między nimi.

    - Porozmawiam z nimi, może coś uda się ugrać. - mnich wręczył aptekarzowi, trzymaną przez siebie larwę - Opiekuj się maleństwami, w między czasie… chyba pora zacząć szukać nowych nabytków do zboru. Może jacyś koledzy Strupasa byliby chętni?

    - No to porozmawiaj. Albo nie. Sam już nie wiem. Wiem tylko, że trzy nosicielki nie dadzą nam zbyt wielkich plonów w ciągu nadchodzących dwóch tygodni. A pomysłów padło sporo ale jak się za nie weźmiemy to samo się nie zrobi. Bo to czyny, czyny popychają tą sprawę do przodu, bez czynów, samym gadaniem, wiele się nie zdziała. - odparł nieco melancholijnym tonem i zdawał się być przygaszony niezbyt wesołymi rokowaniami swojego ulubionego projektu.

    - A z nowymi to nie tak łatwo. Obaj ze Strupasem jesteśmy uwiazani tutaj i niezbyt mamy czas na coś więcej. Sam widziałeś jak musieliśmy się gimnastykować aby jeden z nas mógł wziąć udział w zrobieniu tej świątyni. - pokręcił swoją bycza głową na znak, że niezbyt ma ochotę, czas i możliwości aby jeszcze rozważać czy ktoś mógłby nadawać się na nowego członka zboru.

    - Ale jakoś sobie poradzimy. A coś poza tym chciałbyś od wujaszka Sigismundusa? - machnął ręką, westchnął odpychając troski i spróbował uderzyć w weselszy ton rozmowy.

    - Chciałem sprawdzić, jak ma się hodowla. I przekazać czego się nauczyłem. - chwilę się zastanowił - Na razie to tyle, nie będę już zabierał ci czasu. Muszę przygotować się do powrotu do "normalności".

    - Chciałem sprawdzić, jak ma się hodowla. I przekazać czego się nauczyłem. - chwilę się zastanowił - Na razie to tyle, nie będę już zabierał ci czasu. Muszę przygotować się do powrotu do "normalności".

    Mnich spokojnie wrócił do domu. Zakupił po drodze jedzenie i postanowił nie opuszczać mieszkania do następnego dnia. Przez chwilę zastanowił się czy nie odwiedzić Pirory i reszty przyjęcia, ale postanowił, że wszystkim należy się odpoczynek od spraw kultu i religii.
    No oczywiście nie jemu. Po zjedzeniu posiłku przysiadł do swojej księgi.
    Najwięcej postępu miał z Morrem, więc postanowił wrócić do Pana Snów.
    Strona na której zaczynał się jego segment była już prawie wypełniona, no prawie. Zawierała wszystkie elementy, które pamiętał. Imiona; Tytuły; Domena; Symbol; Relacje; Dogmat; Historia. Uzuepłnił stronę o te informacje, które pamiętał i całość wyglądała składnie. Zaczął ostatnio rysować obramówkę na portrecik Boga Śmierci. Ciągle nie mógł się zdecydować co do tytułu. Umoczył piórko w kałamarzu i wrócił do pracy. Może do przyszłego lata uda mu się wypełnić podstawowe rzeczy. Musiał ciągle odkryć, jakaż to Prawda, przekonała jego i jego braci o słuszności Wielkiej Czwórki.

    Wieczorem odłożył księge na swoje miejce i udał się na spoczynek. Jutro będzie musiał udać się do hospicjum oczywiście, dość urlopu. Później odwiedzi chyba Fabienne, chciał się upewnić w jakim stanie jest Herold Nory.
    Potem, jeżeli czas pozwoli, odwiedzi Pirorę i Lady Sorię, może uda mu się z nimi natrafić na jakiś szlak co do potomka wiedźmy.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #151

      Oryginalny autor: Lord Melkor

      Marktag, popołudnie, rozmowa u Pirory.

      - Dziękuje, czuje się… całkiem dobrze właściwie - Joachim nieco zmieszał się na pytanie Sorii.

      - Zmęczyłem się trochę wczorajszej nocy, ale myślę, że było warto i ceremonia zakończyła się pełnym sukcesem, prawda? Więzy naszego Zboru z tym plemieniem stają się coraz mocniejsze, prawda? - kontynuował, starając się nie rumienić zbytnio.

      - Mam wrażenie, że chyba się nikt się nikt nie uskarżał na to spotkanie. - milady siedząc na swoim ulubionym, ozdobnym krześle w rogu salonu rozejrzała się pytająco po zebranych uczestnikach wspomnianej zabawy. Od koleżanek ze zboru nad jakimi objęła patronat rozeszły się wesołe śmiechy i uwagi więc nie wyglądało aby poza oczywistym przy takiej intensywności zapoznawania się zmęczeniem któraś nie miała ochotę na powtórne spotkanie przy najbliższej okazji.

      - No właśnie. I chyba z Gnakiem i jego kolegami powinno być podobnie. I dobrze. Niech roznoszą wieści o chętnych samicach co się z nimi pokładają i sojusznikach w mieście co też oddają cześć Wielkim Siostrom to wieść powinna się rozejść po leśnych plemionach. Mam nadzieję, że tak się stanie. To może przy następnym spotkaniu przybędzie jeszcze liczniejsze grono. - ciemnowłosa siedziała na swoim krześle niczym na tronie i wydawała się uważać, że spotkanie poszło po jej myśli a do tego było bardzo satysfakcjonujące. A jej dwórki czy to z portowych tawern czy szlacheckich salonów też wydawały się cieszyć na myśl o kolejnych spotkaniach takich jakie skończyli dziś nad ranem.

      - Tak, myślę, że następnym razem przyjdzie im więcej, nie będą w stanie oprzeć się waszemu urokowi moje Panie - uśmiechnął się czarodziej.

      - Oby tak dalej - musimy kontynuować nasze poszukiwania artefaktów Sióstr a wtedy nic się nam nie oprze - zaczął obracać w dłoni swój amulet, zastanawiając się nad dalszymi planami.

      - Czy Froya wspominała coś może o tej wyprawie na bagna? - nawiązał do wcześniejszego tematu?

      - Nie, jakoś nie przypominam sobie aby mówiła coś w tym temacie. - odparła wężowa milady po niemej konsultacji z dwoma szlachciankami jakie w dzień towarzyszyły jej na tym artystycznym plenerze malarskim. Te jednak po chwili zastanowienia pokręciły głowami, że też nic nie kojarzą w tym temacie.

      - Miałyśmy o czym rozmawiać. O sztuce, o malarstwie, o teatrze, o miłostkach, nawet o was jak Froya opowiadała jak was spotkała przy wyjeździe z miasta. Ale o żadnych bagnach to nie przypominam sobie aby ktoś, coś mówił. - Pirora potwierdziła słowa swojej patronki nakreślając panoramę zwyczajowych tematów jakie dominowały wczoraj wśród szlachetnie urodzonych dam.

      - A w sprawie dziedzictwa Sióstr ja liczę, że nasza słodka Marisska zaprowadzi nas do Jaskini Miłości mojej matki. Więc mam nadzieję, że wkrótce do nas dołączy aby mogła nas poprowadzić. Ale jak to mawiała Merga to Siostry kontaktują się z nami i nie tylko z nami, poprzez sny więc należy zwracać uwagę co się komu śni. Zwłaszcza jak mówi o nietypowych snach. Zgaduję, że gdyby komuś patronowała moja matka to byłyby bardzo nieprzyzwoite sny. - Soria widocznie nie wykluczała znalezienia dziedzictwa innych Sióstr ale oczywiście najbardziej ją interesowało to co pozostawiła po sobie jej matka.

      - Hm, a Froya wspomniała coś ciekawego na nasz temat po tym spotkaniu? - zaciekawił się Joachim.

      - Zaś co do Marissy, to rozumiem, że udało się ją już wydostać z przytułku? Macie jakieś podejrzenia co do kierunku w którym owa Jaskinia Miłości się znajduje? - Czarodzieja bardziej interesowało dziedzictwo innej z Sióstr, ale stwierdził że może warto podejść do sprawy dyplomatycznie i wykazać zainteresowanie.

      - O ile mi wiadomo to Otto się zajmuje tą sprawą. - milady spojrzała pytająco na blondynkę z Averlandu.

      - Tak, Otto, w końcu tam pracuje. I czekają na jakieś zezwolenie z Saltburga czy coś takiego. Ale jestem dobrej myśli. Właśnie przypomnieliście mi, że mam tego swojego amanta do odebrania z hospicjum bo mi list przyszedł w Wellentag ale sami wiecie co się u nas działo. - Pirora pokiwała głową i obie wydawały się być w miarę spokojne jeśli chodziło o wydostanie pacjentki z hospicjum. Zwłaszcza, że nie był to ich pierwszy sukces na tym polu.

      - Więc jak będziemy mieli naszą słodziuktą Marisskę kto się popytamy jej o tą Jaskinię Miłości. Domyślam się co to może być bo moja matka często jak gdzieś zatrzymywała się na dłużej wiła sobie takie gniazdka. Ale nie mam pojęcia gdzie może być w tej okolicy. Jak nam Marissa nie pomoże trzeba będzie skoncentrować się na snach. Zwłaszcza tych nieprzyzwoitych i tam szukać wskazówek. Albo poszukać miejsc o skandalicznej reputacji bo takie gniazdko miłości na pewno może wpływać na śmiertelników przebywających w pobliżu. - Soria wydawała się mieć zalążek alternatywnych planów gdyby coś z przewodnictwem pacjentki hospicjum poszło nie tak. I popatrzyła tak na Joachima jak i resztę swoich gości aby dać im znać, że powinni mieć takie rzeczy na uwadze. Pirora i jej koleżanki pokiwały twierdząco głową na znak zgody.

      - A co do Froyi to tylko wspomniała o spotkaniu przy bramie i nie dywagowałyśmy na ten temat. Nie chciałam aby ktoś zwrócił większą uwagę na ten detal niż potrzeba. - ciemnowłosa szlachcianka dała znak, że widzi sensu aby ciągnąć ten temat.

      Czarodziej skinął głową.

      - Tak, Merga też wspominała, żeby zwracać uwagę na sny, one zawierają wskazówki. One zaprowadziły mnie też w stronę dziedzictwa Vesty i pomogły zlokalizować artefakt w Akademii.

      - Otóż to. Zew istot tak potężnych jak Siostry jest bardzo silny na śmiertelników więc nie tylko my, co o nich wiemy i je wyznajemy możemy je odbierać. Także nasi wrogowie albo osoby w ogóle nie zainteresowane podobnymi sprawami. Chociaż w przeciwieństwie do nas dla innych mogą być to słabo zrozumiałe majaki. Choćby jakby Marissa co śniła o pająkach, sieciach i pięknych królowych. Bez kontekstu może być to trudne do zrozumienia ale nie można tego wykluczyć. No i zapewne każdy śmiertelnik najbardziej podatny powinien być na zew tej Siostry jaka jest najbardziej zgodna z jego naturą i charakterem. Ale tak, musimy mieć na uwadze te sny i własne i innych. No i wszelkie plotki o różnych nieprawidłowościach, tajemniczych zjawiskach, anomaliach i tak dalej. Przecież póki ja nie spotkałam was to też tu po wybrzeżu grasowała jakaś syrena co bałamuciła rybaków i ich porywała w morskie odmęty prawda? I właśnie tego typu rzeczy musimy wypatrywać. - nadnaturalny herold jednej z Sióstr przypomniała reszcie zgromadzonych kultystów, że choćby na paru przykładach jakie osobiście mieli do czynienia, że oddziaływanie Sióstr może być na pierwszy rzut oka pozornie nie rozpoznane i niezrozumiałe, łatwe do pomylenia z innymi codziennymi czy mniej codziennymi plotkami na jakie trafiali każdego dnia.


      Joachim spędził jeszcze trochę czasu rozmawiając z dziewczynami. Był raczej zadowolony z przebiegu zdarzeń, chociaż z drugiej strony miał wrażenie że z trudem za nimi nadąża. Chociaż powtarzał sobie wciąż, że jego Patron jest panem zmian i chaosu, więc podążając za jego sprawą spokoju na pewno nie mógł oczekiwać.

      Było ewidentne, że Kult rósł w siłę i że przed nim też otwierały się nowe możliwości, zarówno mistyczne (będzie musiał poćwiczyć jeszcze przywoływanie i komunikację z chowańcem) jak i w świecie doczesnym. Ale musiał się teraz mocno skoncentrować na sprawie dziedzictwa Vesty. W związku z tym chciał zwołać spotkanie w sprawie włamania się do Akademii, które planował. Zaprosił Heinricha, Otta, Tobiasa, Łasicę, Burgund i Silnego oraz oczywiście innych jeśli byli zainteresowani. Zaproponował ranek albo wieczór następnego dnia u siebie.

      Planował też sprawdzić co u chłopaka z zakładu dla obłąkanych którego dotknął Pan Przemian, pamiętał jego ostrzeżenia oraz odwiedzić Barona Wirsberga - chciał opóźnić jego wyprawę na bagna żeby móc wcześniej zdobyć "światło". No i dawno też nie stawiał wróżby - jeśli gwiazdy pozwolą, chciał zrobić to przed pójściem spać w intencji akcji w Akademii i jej przeprowadzenia w tym tygodniu.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Niedostępny
        SantorineS Niedostępny
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #152

        Oryginalny autor: Pipboy79

        Oryginalny tytuł: Tura 37 - 2519.07.15; bkt; ranek - przedpołudnie

        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
        Czas: 2519.07.15; Backertag; ranek - przedpołudnie
        Warunki: stołówka, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, b.sil.wiatr; nieprzyjemnie (0)

        Otto

        O ile po przygodach ostatniej, intensywnie spędzonej nocy młodemu mnichowi zasnęło się gładko to wstawało się bardzo opornie. Miał uczucie, że ta intensywna przygoda jaką przeżył z bezimiennym, kopytnym partnerem teraz zdradza swoje owoce w zesztywniałych członkach i całym ciele. Zapewne też spanie na trawie czy wewnątrz wozu jaki stał pod chmurką w czasie porannego deszczu też pewnie nie pomogło. Był młody i krzepki to wczoraj jeszcze jak to wszystko było na świeżo to jeszcze jakoś się trzymał zwłaszcza, że miał na osłodę przyjemne wspomnienia. Zresztą podobnie jak koleżanki. One nie ograniczały się tylko do jednego partnera to zapewne im się też nie wstawało lżej niż jemu dzisiaj. No ale jakoś wstał. Musiał się znów pojawić w hospicjum.

        Jak już wstał to ciało jakoś powoli wracało do znajomych ruchów jak na nowo naoliwiony mechanizm co z wolna zaczyna znów kręcić zardzewiałymi i zapiaszczonymi trybami. Z początku powoli, ząbek za ząbkiem ale w końcu udało się wrócić do mniej więcej normy. Gdy już wyszedł na poranne miasto to to wyglądało jak zazwyczaj po dniu targowym. Było chłodno ale widocznie w przeciwieństwie do poprzedniej nocy czy świtu nie padało więc nie było nowego błota u kałuż. Idąc przez Dzielnice Centralną dojrzał w paru miejscach świeżo rozlepione listy gończe z dwoma kobiecymi podobiznami w charakterystycznych, jasnych czepkach. Widać władze poszukiwały dwóch oszustek podejrzanych o tą straszną, zuchwałą zbrodnię na największym w mieście domu bożym. Chociaż facjaty na portretach były dość uniwersalne i nie był pewny czy sam gdyby nie znał sprawczyń tego heretyckiego czynu czy by dał radę je rozpoznać.

        Gdy przekroczył drzwi frontowe hospicjum brat recepcjonista posłał mu nieco zdziwione i przydługie spojrzenie.

        - Gdzie byłeś? Przeor chce cię widzieć. - zagaił go ledwo jednooki wszedł do recepcji. Nie żartował. Gdy tylko Otto zjawił się u przeora ten od razu uniósł ręce do góry.

        - No nareszcie! Gdzie byłeś synu? - zapytał w ramach powitania jakby też nie mógł się doczekać aż ten którego ostatnio koledzy podejrzewali o bycie jego ulubieńcem wreszcie się zjawił w miejscu pracy.

        - Straż tu była i pytała o ciebie. Ponoć jakoś rekomendowałeś te dwie heretyczki z Saltburga co zniknęły zaraz po tej strasznej zbrodni? Niewiarygodne! Straszne! A potem jeszcze i ty zniknąłeś a oni tu przychodzą codziennie i ciebie nie ma i nie ma i w domu twoim byli i też mówili, że cię nie ma! Straszne! To nie wygląda dobrze mój chłopcze, leć do nich do komendy w ratuszu i wytłumacz im to nieporozumienie! Straszne, straszne co się teraz dzieje na tym nieszczęsnym świecie, żadnej świętości ci bandyci nie uszanują! - przeor Bernard był mocno przejęty, może nawet nieco przestraszony zwłaszcza jak zniknięcie Otto zaraz następnego dnia po obrabowaniu świątyni Mananna musiało wyglądać podejrzanie. A kolejne wizyty strażników świadczyły, że bardzo im zależy na tym aby sobie z nim porozmawiać.

        No ale, że była już pora śniadania to przeor zgodził się aby już został i zjadł coś i nie leciał na głodniaka. Jednak na stołówce panowała dość standardowa atmosfera. Jednak albo jednookiemu się wydawało albo braciszkowie coś nie kwapią się aby się do niego odezwać a za to często mu się przypatrują. A może nie? Może tylko mu się tak wydawało?

        W każdym razie nie usłyszał plotek o jakichś napadach szału czy bieganiu nago więc chyba te dwa dni co go nie było tutaj obyło się bez takich ekscesów. Chociaż rzucił mu się w oczy Thorn. Widocznie już skończył swoją odsiadkę w swojej samotni. Czy decyzja o tym aby go uwolnić i przejść na służbę Pirory miała z tym coś wspólnego czy nie tego nie wiedział. Ani nawet czy ktoś brutalnemu pacjentowi powiedział o tej decyzji. Averlandka wróciła do miasta wczoraj w południe i może nie miała jeszcze głowy czy czasu aby się zgłosić czy posłać kogoś po swojego nowego służącego. A dzisiaj dopiero ranek się zaczynał kończyć to też jeszcze była dość wczesna pora jak na szlachetnie urodzone osoby.

        Zaś po śniadaniu stołówka szybko opustoszała. On właściwie powinien się już szykować aby pomaszerować do ratusza i tam straży wyjaśnić to co chcieli wiedzieć ale na miejscu została znajoma dwójka. Marissa wyglądała w tym duecie jak starsza siostra co wydaje młodszemu bratu polecenia co teraz ma pozbierać ze stołów czy zanieść do kuchni. I dość dziwnie czy zabawnie to wyglądało jak Greg, na oko był w wieku jej ojca ale mina wioskowego głupka mogła wyjaśnić czemu to tak wygląda.

        - Dawno cię u nas nie było Otto. Zwykle opuszczasz nas tylko w Festag. Cieszę się, że cię widzę cało i zdrowo. Jakieś plotki słyszałam, że uciekłeś z miasta i jesteś zamieszany w kradzież z tej świątyni. Byłabym niepocieszona gdybyś mnie tu zostawił samą. Jestem przy nadziej, że dzięki tobie spotkam się z moją Pajęczą Królową i będziemy się kochać i będe jej służyć. - powiedziała do niego trochę niby naburmuszona ale w taki jawnie żartobliwy sposób. I chyba też szczerze martwiła się o jego los.

        - Niee. Przecież ci powiem wczoraj, że wrócił cały i zadowolony. I reszta też. Dużo dzieci nam wkrótce przybędzie w rodzinie, obfita to zabawa była no ale teraz go szukają i chmury ma nad głową, dużo sprzeczności musiał to im wyjaśnić, też ci to mówiłem. Tam gdzie zrobił to dobrze to przeszło i żył dalej a tam gdzie nie to nie. Przecież już wam to mówiłem tyle razy. - kolega znów zrobił minę obrażonego prymusa co musi tłumaczyć mniej uzdolnionym kolegom i koleżankom jakieś oczywiste dla niego rzeczy. Marissa popatrzyła na niego uważnie z miną sugerującą, że znów nie wie jak powinna traktować słowa kolegi pacjenta o charakterze małego dziecka w ciele mężczyzny który mógłby być jej ojcem.

        - Jakieś dzieci z tego będą? No, no, Otto, widzę, że się działo. Szkoda, że mnie tam nie było. Mam nadzieję, że to nie jest ostatni raz i mi też się uda tak zabawić. A moja pani tam była? I lady Soria? Ah, jak się nie mogę doczekać aż stąd wyjdę i wreszcie będziemy razem! - kasztanowłosa w szorstkim, prostym habicie który nadal drapał jej młode ciało zaciekawiła się tym lubieżnym wątkiem jaki od razu przypadł jej do gustu. No i była ciekawa tych szlachcianek jakie poznała i tak już do nich tęskniła przez mury bo wydawały się bliskie sobie sercem i zainteresowaniami.

        - Nie, nie, ty teraz to nie. To wcześniej było jak wyszłaś z hospicjum. Wtedy się łajdaczyłyście na całego a twoja pani z radością będzie ci służyć. Ona zawsze lubiła służyć podlejszym od siebie zwłaszcza jak mieli silny charakter. Albo ich lubiła. No a potem to było dużo łajdaczenia się no chyba, że była jakaś wpadka wtedy do kazamat na przesłuchanie no i wiadomo, krwawa śmierć w trakcie albo stos no i wtedy to może nam zagrozić dlatego wiele zależało od tego co on pogadał ze strażnikami, przecież już wam tyle razy to mówiłem jak dobrze zagadał to było dobrze a jak nie no to nie i zaczynały się trudności a to dobrze było wyprostować bo potem są mniej pobudzeni jak będą inne hece wychodzić to wtedy łatwiej a jak są czujniejsi to trudniej. A co z tym? - dojrzały wiekiem pacjent mówił monotonnym głosem jakby to była jakaś tam historyjka jaką już znudziło mu się opowiadać po raz nie wiadomo który to samo kolejnej osobie. Na koniec zapytał na gliniane wazy w jakich była rybna zupa chcąc wiedzieć gdzie ma je zanieść czy tam gdzie odstawiali brudne naczynia czy od razu do kuchni. Koleżanka trochę się zająknęła znów nie mając w pierwszej chwili pojęcia jak zareagować na jego poplątane słowa a w końcu ocknęła się wskazując mu na kuchnię gdzie miał zanieść te wazy.

        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
        Czas: 2519.07.15; Backertag; ranek - przedpołudnie
        Warunki: sypialnia, ciepło, cisza; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, b.sil.wiatr; nieprzyjemnie (0)

        Joachim

        Sypialnia Joachima była dla niego gościnna, przytulna i cicha jak zawsze odkąd się tu wprowadził parę miesięcy temu. I dobrze. Bo wczorajszych harcach z koleżankami przy zachodnich kamieniach czuł te harce w kościach i członkach. Albo to przez to niewygodne spanie pod chmurką potem. Nawet jak wtedy gdy nad ranem spadł deszcz i przenieśli się pod plandekę wozu albo improwizowane zadaszenie z gałęzi to było ciasno, twardo, chłodno i niezbyt wygodnie. Ale przynajmniej miał dla siebie miłe wspomnienia z tej nocnej zabawy.

        Potem jak wrócili do miasta to jeszcze jakoś się trzymał siłą rozpędu. Ale jak wczoraj wieczorem wrócił do siebie no to wreszcie miał okazję wyspać się w ciepłym, suchym i wygodnym łóżku. A jako, że należał do przedstawicieli wolnych zawodów to nie musiał się zrywać z samego rana. i dobrze! Przydało mu się aby odespać to wszystko na spokojnie.

        I jeszcze w łóżku, sypialni, przy porannych ablucjach czy śniadaniu miał czas aby podsumować to jakoś i zastanowić się co dalej. Z tego co widział wczoraj u Pirory to koleżanki mimo fizycznych dolegliwości czy wręcz wyczerpania po nieprzespanej i intensywnie spędzonej nocy zdecydowanie uznawały ją za przyjemnie spędzoną, że było prawie pewne, że to raczej początek nowego rozdziału kontaktów z ungorami Gnaka a nie ich koniec. Co więcej pannicom nie uśmiechało się czekać aż cały miesiąc na kolejną pełnię Mannlieba więc w przyszłym tygodniu. Teraz jak miał okazję sprawdzić dokładnie to wypadało to 25-go w Konigstag. Wczoraj nie do końca był pewny czy to raczej w Konigstag, dzień przed czy po. Dziewczęta jeszcze nie były pewne czy spotkanie będzie tak rozkoszne i obfite jak te właśnie zakończone ale obie strony wydawały się być chętne na takie spotkanie. Soria nie ukrywała, że te zaangażowanie jakie dziewczęta włożyły w tą integrację powinno przyciągnąć więcej zwierzoludzi a przynajmniej taką miała nadzieję i ona i one. Niestety kaldenrza ludzi był kopytnym całkiem obcy. Nawet sama idea czegoś takiego była dla nich kompletnie niezrozumiała. Co niejako z góry wymuszało albo umawianie się wedle kwadr Mannlieba którego regularność była czytelna i przewidywalna dla wszystkich albo umawianie się w jakimś miejscu. Na tą drugą opcję jednak nikt z rogaczami nie rozmawiał więc na razie spotkanie znów było wyznaczone przy zachodnich kamieniach.

        W sprawie omówienia planów ataku na Akademię wczoraj niezbyt miał z kim rozmawiać. Z interesujących osób jakie zamierzał zaprosić były tylko dwie łotrzyce. Otto i Heinrich odłączyli się od wycieczki jeszcze jak jechali przez miasto a Tobiasa i Silnego w ogóle nie było na tych harcach przy kamieniach i nie widział ich odkąd rozstali się nad ranem po obrabowaniu świątyni dwa, właściwie dzisiaj to już trzy dni temu. Dopiero teraz mógł napisać do nich wiadomość i posłać aby przekazali je adresatom. Z czego do ich łysego mięśniaka nie było co wysyłać pisma skoro podobnie jak łotrzyce był niepiśmienny. One zaś jeszcze wczoraj na Bursztynowej dały mu odpowiedź.

        - Wstrzymaj się na razie z tą Akademią. Widziałeś jak gorąco się zrobiło? Szukają nas i jest jak w zimie po zrobieniu kazamat. Tylko teraz nie można zamknąć miasta ani portu. Poczekaj na zbór i decyzję Starszego. On musi dać zielone światło bo to grubsza akcja niż obrabowanie komuś sakiewki na ulicy. - poradziły mu koleżanki ale odkąd zostały zwolnione z codziennego szorowania schodów i podłóg w świątyni to mogły się zająć czymś innym. Chociaż wedle jej rubasznych słów i żartów to najbliższe dni zamierzały spędzić w łóżku aby odpocząć po tych intensywnych figlach z kopytnymi.

        Wróżby nie udało mu się wczoraj postawić bo niebo było pochmurne i za mało gwiazd prześwitywało aby było sens się w nie wpatrywać i pytać o radę. Oczywiście można było czekać aż niebo się przejaśni ale tak naprawdę to sen już go zmógł zanim się tego doczekał. Przynajmniej lady Soria się ładnie zachowała bo słysząc, że pyta jej dwórki o tą świątynie też zabrała głos.

        - Dziewczęta na razie muszą odpocząć. Ale jak odpoczną to oczywiście nasza rodzina może na nas liczyć skoro co niektórzy z was przyczynili się do naszych sukcesów w zdobywaniu wiedzy o mojej czcigodnej matce. - czerwona milady odezwała się niczym księżna zarządzająca swoim dworem. I widząc taką postawę żadna z jej dwórek nie ośmieliła się jej przeciwstawić nawet jeśli same z siebie niezbyt zdradzały ochotę podążania tropami prowadzącymi do Sióstr ich umiłowanej Soren. Pokiwały głowami, dorzuciły coś twierdzącego i wyraziły ogólne wsparcie.

        - I słyszałam Joachimie, że interesujesz się baronem Wirstbergiem. Dobrze, ja też mam do niego sprawę. Ale lepiej aby na razie nie łączył nas ze sobą. Dlatego działaj z nim wedle uznania i na swoją rękę a my będziemy działać po swojemu. Może komuś z nas uda się od Herr barona dowiedzieć coś ciekawego. Albo nakłonić do czegoś. Przed wyjazdem Pirora wysłała mu bilecik i widzę, że przysłał odpowiedź proponując spotkanie w “Skrzyżowanych kluczach”. Ale to my a ty działaj w swoim zakresie. - poinformowała go córka Soren też wczoraj gdy jeszcze wizytował w salonie averlandzkiej młódki z twarzą przysypaną delikatnymi plamkami piegów. Więc raczej nie wpływało to na jego zamiary względem starszego od niego barona ale liderka slaaneshytek dała mu znać, że też interesuje się tą samą osobą. I przez ten czas nieobecności baron odesłał swoją odpowiedź jaką czerwona milady i jej gospodyni przeczytały dopiero po powrocie na Bursztynową.

        Zresztą jak dzisiaj przy śniadaniu sam też mógł się przekonać, że i o nim baron nie zapomniał. Bo przysłał mu swoją odpowiedź na jego krótki liścik jaki zdążył mu wysłać przed wyjazdem na nocne harce przy zachodnich kamieniach. Młody astronom nie był ponetną szlachcianką więc jego dojrzały wiekiem arystokrata nie zapraszał do najelegantszego klubu w mieście. Był zwięzły w słowach. Dziękował za troskę i radę ale zdradzał dużą determinację aby spełnić swoją wizję i pokonać bagiennego stwora. Nie było jednak zbyt wielu detali aby wiedzieć czy już tam pojechał czy dopiero zamierzał. Chociaż odpowiedź jaką napisał do lady Sorii mogła sugerować, że poczeka w mieście na spotkanie z nią. No chyba, że nie poczekał i pojechał mimo to bo obie odpowiedzi przyszły w Aubentag w południe czyli gdy kultyści albo byli w drodze wyjazdowej z miasta albo już na plenerze malarskim w posiadłości kapitan de la Vega.

        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
        Czas: 2519.07.15; Backertag; ranek - przedpołudnie
        Warunki: recepcja, ciepło, cisza; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, b.sil.wiatr; nieprzyjemnie (0)

        Heinrich

        Heinrich mógł mniemać, że jako jeden z nielicznych uczetników zakazanych, dzikich orgii nie powinien mieć kłopotów aby wstać rano. I chyba tak rzeczywiście było. Chociaż wczorajsza wizytwa w portowej tawernie na jaką sobie pozwolił po powrocie do miasta mogła mu sprawić pewne trudności z powrotem do domu. Chociaż do rana wszystko co miało to się wywiało i przetrawiło. Więc mimo wszystko chyba raczej wstawał jak zwykle gdy Ilse szykowała mu śniadanie.

        Wizyta w karczmie miała pomóc mu w kacu moralnym. Aby wyrzucić z pamięci te wszystkie bezeceństwa ostatniej nocy jakie wciąż krążyły w jego umyśle. Jęki nagich ladacznic jakie mieszały się z dzikim porykiwaniem kopytnych. Kosmate, często zwierzęce ramiona splecione w miłosnych spazmach z gładkimi, kobiecymi. Te wszystkie mokre od potu, błota, ziemi i wydzielin męskie i kobiece ciała ludzi i nieludzi. Za to wszystko była jedna kara: tortury, śmierć i stos. Tak to powinnno się zakończyć. Tak to to powinien zakończyć każdy dobry obywatel nie mówiąc o przedstawicielach prawa, władzy, kapłanach. Albo łowców czarownić. On powinien to zakończyć! Ale nie. Siedział tam, patrzył, jadł, popijał wino i nie zrobił z tym nic. Co więcej ci wszyscy zbereźnicy nie mieli mu tego za złe a nawet byli dla niego mili.

        - A ty Heinrichu nie masz na coś ochotę? - pytały go roznegliżowane łotrzyce kokietując go spojrzeniami i uśmiechami. - Jestem przekonana, że jeśli moje dziewczęta mogą jakoś ci służyć to na pewno zrobią to z największą przyjemnością. - rzuciła w pewnym momencie Soria jakby chciała go zapewnić, że ona i jej dwórki są chętne i gotowe spełnić jego życzenia gdyby tylko miał jakoweś. - Napijesz się jeszcze wina? - przez sporą część nocy towarzyszyli mu na wozie Otto, Joachim i Pirora. Z czego koledzy w końcu też dołączyli do zabawy chociaż każdy na swój sposób i zakresie więc do końca przesiedział właśnie z młodziutką Pirorą jaka też była w tych zabawach wstrzemięźliwa. Potem ona i szlachetnie urodzone chociaż mocno zbrukane tą zakazaną żądzą koleżanki odjechały w ciemny las aby rano udawać przed innymi damami, że spędziły całą noc śpiąc grzecznie w swoich łóżkach i sypialniach a on został z resztą. Jednak spotkanie już dogasało i coraz więcej osób zalegało we śnie. A rano czyli w południe już było po wszystkim. Zwierzoludzie odeszli a ludzie pakowali się ociężale i z mozołem a potem okrężną drogą wrócili do miasta.

        Cóż, przynajmniej chociaż wesolutkie koleżanki mu się proponowały to jednak nie na tyle nachalnie aby go do czegoś zmuszać. Gdyby wciąż był w swoim dawnym zawodzie to powinien ich wszystkich wyrżnąć i spalić. Ale tamten rozdział był już za nim zamknięty. Sam by został tak potraktowany gdyby wyszła na jaw jego metalowa sromota i te parszywe konszachty. Więc siedział samotnie w tawernie i zapijał smutki i zgryzoty. I albo mu się wydawało albo jedna z kelnerek wydawała mu się strasznie powabna i miła. Pytała czy czegoś sobie życzy. Albo to nakładały się świeże wspomnienia z zaproszeniami “jego” koleżanek z ostatniej nocy. W każdym razie w końcu powlókł się błotnistymi ulicami do domu i tam zasnął snem bez snów. Rano wstał nieco później niż zwykle. Widocznie ta nieprzespana noc pod chmurką w lesie dała i jemu się we znaki i niemłody już organizm musiał to odespać. Jak sobie z tym radziłą reszta jego nowej rodziny to nie miał pojęcia. Odkąd wczoraj wysiadł z wozu a oni pożegnali go całkiem miłymi uśmiechami to nie miał z nimi kontaktu.

        Chociaż jak myślał przy śniadaniu jakie zrobiła Ilse to może jednak śniło mu się coś? Nie był już pewien czy to sen, jakieś urywki myśli z wczorajszego wieczoru czy jeszcze co innego. Ale kołatało mu się w głowie, że gdyby wczoraj naszli ich jego koledzy po fachu, z gniewnymi mieczami i pochodniami to wszyscy skończyliby marnie. Chyba tylko Fabienne miałaby cień szansy się uratować bo skoro sporą cześć nocy była przywiązana do głazu ofiarnego mogłaby się jeszcze zgrywać na porwaną ofiarę. Przynajmniej dopóki pod koniec ktoś jej nie odwiązał i nie zaczęła się pokładać równie ochoczo ze wszystkimi jak reszta tej chutliwej zgraji.

        W każdym razie po śniadaniu zostawił te ponure myśli za sobą i zaczął kolejny dzień od wyjścia na miasto. Musiał pokuśtykać na północ przez Dzielnicę Centralną i jeszcze dalej do samej Akademii. Po drodze już ranek zaczął przeradzać się w przedpołudnie więc dzień pracy już był na dobre rozpoczęty. Widział to już jak tylko wyszedł z kamienicy i mijał warsztaty pracujących garncarzy. Znów nie był pewien czy to było złudzenie czy echo nocnych przygód za miastem ale wydawało mu się, że jedna z ganrcarek jest całkiem dorodna i posłała mu zainteresowane spojrzenie i uśmiech. A może to znów tylko mu się zdawało? I przez skojarzenie, z nocnymi harcami kultystek do jakich przystał?

        Tak czy inaczej potem było centrum miasta i nowy dzień roboczy. Widział coś nowego. Nie był pewien czy wczoraj to już mijał czy nie ale dzisiaj to dostrzegł. Dużo nowych listów gończych z kobiecymi aparycjami podejrzanych ladacznic z Saltburga jakie podejrzewano o udział w bezczelnym, świędokradczym napadzie na największą świątynie w mieście. Na jego oko to te facjaty niezbyt przypominały Łasicę i Burgund. Więc pewnie te portrety robił ktoś kto ich nie widział i rysował wedle opisów świadków. No ale był to ewidentny dowód, że władze uruchomiły swój mechanizm pościgowy. Zresztą nie mogło być inaczej. To była kompromitacja na pełną skalę. Jakieś obrabowanie małej, przydrożnej kapliczki to może by było sprawą lokalną i powodem do biadolenia z ambon czy na targu ale rabunek i mord na taką skalę nie mógł przejść bez echa. No i nie przechodził. Dobrze dla kultystów, że trefny towar już wywieziono z miasta bo obecnie byłby zabójczo niebezpieczny dla każdego kto go posiadał.

        Na Placu Targowym mijał wieszczy zagłady jacy wołali o poprawę moralności i karę za grzechy. O wypełnienie woli dobrych bogów i przejaw pychy grzesznej ludzkości. Winie jaka mogła zmyć tylko krew bluźnierców jacy dopuścili się tak haniebnej zbrodni. Tak, zdecydowanie nie wyglądało na to aby miasto w parę dni miało przejść nad czymś takim do porządku dziennego.

        W końcu jednak dotarł do ceglanego muru jaki okalał najwiekszą i jedyną uczelnię tego formatu w mieście. Przeszedł przez główną bramę bez problemów bo była otwarta na oścież. Na dziedzińcu minął kilkoro młodych ludzi, w większości młodzieńców. Ale i parę dziewcząt się trafiło. Chociaż były w wyraźnej mniejszości. Starszy, obcy mężczyzna wzbudzał u niektórych krótkotrwałe, zaciekawione spojrzenia ale sporo osób mijała go obojętnie rozmawiając ze sobą czy śpiesząc się gdzieś. Chociaż znów wydało mu się, że u jednej czy dwóch całkiem niczego sobie dziewcząt dojrzał coś więcej niż przelotne zainteresowanie. Zanim się zdecydował czy to faktycznie miało znaczyć coś więcej czy nie podszedł do niego mężczyzna w liberii szkoły. Czyli w trójzęby jakie były atrybutem Mananna i często były w herbie wielu rodów i organizacji związanych z morzem i sprawami z nim związanymi. Mężczyzna pewnie był tu odźwiernym czy woźnym i chyba byli w podobnym wieku chociaż tamten miał dość spory kałdun jaki uwypuklał jego morskiej barwy surdut.

        - A Herr to czegoś tu szuka? - zapytał zawodowo uprzejmym i neutralnym tonem jakim pewnie często podejmował gości i nieznajomych uczelni. Uczelnia jak to teraz widział Heinrich miała sporo budynków i w środku dnia była pełna studentów, ciała nauczycielskiego jak i całej tej obsługi jaka tu pracowała. Więc szanse, że się wejdzie ot tak z ulicy i spotka akurat szukaną osobę były bardzo minimalne. Teraz wypadało coś odpowiedzieć odźwiernemu aby nie wzbudzać podejrzeń albo grzecznie podziękować, przeprosić i odejść. W holu recepcyjnym kilka przypadkowych osób przypatrywało się w tej rozmowie jak zwykle to się dzieje gdy chwilowo coś zaburza monotonię dnia. Sądząc po wieku to w większości pewnie studenci i może ze dwie studentki tu czy tam co zauważył przed chwilą.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #153

          Oryginalny autor: Seachmall

          Backertag, Przedpołudnie, hospicjum

          Mnichem wyraźnie wstrząsnęła informacja, że poszukuje go straż. Chociaż mógł się tego spodziewać. Pozwolił przeorowi skończyć wypowiedź zanim zaczął tłumaczyć sytuację.

          - Wybacz, proszę. Nie przemyślałem sytuacji. W dniu napadu na świątynie, sam zostałem napadnięty. Nie wiem czy te same zbiry, czy może zbieg okoliczności. Mocno mnie potłukli, jeden patrol znalazł mnie i zaprowadził do domu. Ból przeszedł szybko, ale… wspomnienia. - ciało mnicha przeszedł dreszcz - Zrozum, drugi raz zostałem napadnięty i pobity do nieprzytomności. Poprzednim razem… na tym się nie skończyło. Nie byłbym w stanie pracować. Nie kiedy widziałem przed oczami… okiem, tamte dni. Opuściłem miasto i rozbiłem mały obóz w lesie. Potrzebowałem ciszy, tylko ja, głusza i bogowie. - Otto wypuścił powoli powietrze starając się uspokoić - Co do ladacznic. Przyszły do mnie, na opowiadały jak to poszukują odkupienia. Głupi jestem, bo uwierzyłem, że ktoś jak ja, chce uczynić coś dobrego dla świata. Udam się oczywiście do straży i wyjaśnię wszystko.

          - Zostałeś napadnięty? To straszne! Co za bezprawie! Skandal, żadnej świętości ci bandyci nie uszanują, nawet świętego habitu! - zagrzmiał przeor którego wieści o tym nocnym napadzie chyba poruszyły.

          - Koniecznie to powiedz w ratuszu strażnikom. Mam nadzieję, że pomoże to im zrozumieć, że nie miałeś z tym napadem nic wspólnego a nawet mogłeś też paść jego ofiarą. Koniecznie to im wyjaśnij. Oni podejrzewają, że możesz być w to jakoś zamieszany a to twoje zniknięcie zaraz po tym okropnym wydarzeniu niestety wyglądało podejrzanie i nie stawiało cie w korzystnym świetle. Ale jak sam się u nich zjawisz i wyjaśnisz to nieszczęsne zamieszanie powinno ci to pomóc się oczyścić z tych ich podejrzeń. - dorzucił tonem dobrej rady chcąc zapewne wlac nieco wiary i otuchy w serce młodego mnicha. Bo widać było zaangażowanie władz w poszukiwanie sprawców i choćby ospali zwykle strażnicy wykazywali się nadzwyczajna gorliwością i energia. Czego sam Otto doświadczył wczoraj i przedwczoraj przy bramie. A w końcu jak wyprawiali się do jaskini Oster czy wracali stamtąd to przejazd przez tą samą bramę był właściwie formalnością. Teraz jednak każdy chciał mieć swoją cegiełkę w schwytaniu bluźnierców albo chociaz wykazać swój entuzjazm w poszukiwaniach.

          - Oczywiście, zjem tylko śniadanie, dobrze? Nie chcę aby żołądek odwracał moją uwagę. - jak powiedział, tak zrobił. Na śniadanie zjadł z dwa jajka, trochę chleba i udało mu się zdobyć trochę szynki, wszystko zapił kozim mlekiem. Nie mógł nie zauważyć, że inni bracia mu się przyglądają i go obgadują. No cóż, nic dziwnego, nie na codzień straż miejska poszukuje jednego z nich w sprawie rabunku.

          On w międzyczasie ćwiczył w głowie historyjkę, którą naopowiada straży.

          Zmierzał ku wyjściu kiedy natrafił na swoje dwie pociechy. Przytulił i ucałował w czoło ich oboje, chociaż pozwolił sobie uścisnąć pośladek Marisy.

          - Witajcie kochani, wybaczcie, ale trochę się działo. Opowiem ci wszystko ze szczegółami jutro Mariso, spodoba ci się. - zerknął na Georga - Więc muszę baczyć na słowa, dziękuję. Powiedz, czy spotkałem Łowcę Czarownic?

          Dziewczyna z Saltburga ucieszyła się takim przejawem ciepłych uczuć i obietnicą nowych plotek na temat jaki bardzo lubiła. Zaś George zamyślił się. Mrużąc oczy popatrzył gdzieś w bok jakby szukał natchnienia w suficie stołówki a i koleżanka spojrzała na niego z zaciekawieniem.

          - Tak, czasem tak ale częściej nie. Bo to było wtedy jak rozmawiałeś w biurze straży. To wtedy było właśnie. Oni cię pytali o tą świątynie ty im odpowiadałeś no i zależy jak to wyszło. Jak nudnie to mówili abyś sobie poszedł i byli rozczarowani bo myśleli, że już mają jakiś trop. Bo dobrze pasowałeś aby kogoś powiesić za współudział i się pochwalić to w sam raz. Dobry byś był mówiłem wam, że ten braciszek będzie w sam raz. A czasem nie. Dużo gadania bo byś im pasował ale jak nic nie chlapnąłeś i nie przykujesz ich uwagi to każą ci zjeżdżać i uważać abyś nie zawracał głowy bo oni ważne obowiązki mają. Bo jak przykujesz ich uwagę to wezmą cię w obroty. Zaczną pytać długo i dużo. Przyjdzie taki co rozumny jest i umie pytać. I wtedy będzie ciężko, ciężko będzie wtedy oszukać ich wszystkich. Tak, tak właśnie było wtedy jak Otto poszedł tam do tych strażników. - George odpowiedział i to tak jakby streszczał im jakąś historię co już ją wiele razy słyszał albo czytał i tylko ją relacjonuje bez większego zaangażowania. Za to Marissa zamrugała oczami i wydawała się tym wszystkim o wiele bardziej przejęta. Popatrzyła na nich niepewnie, najpierw na Georga a potem widząc, że ten skończył na mnicha.

          Otto chwilę się zastanowił.

          - Więc nudno, ale nie za bardzo. Na tyle, żeby nie było podejrzane. - westchnął i spojrzał na swych pacjentów - Mariso, mogę cię prosić na chwilę? George, proszę zostań, chcę coś z nią obgadać. - mnich zabrał kobietę do jednego z bocznych korytarzy, a kiedy upewnił się, że są sami przyszpilił ją do ściany głęboko całując i wsuwając dłoń pod jej spódnicę. Chwilę tak pieścił jej zmysły językiem i dłonią po czym delikatnie się odsunął - Na wypadek gdyby mi się nie udało. - ucałował ją w czubek nosa - Jeżeli się uda, będę miał ochotę na deser.

          George popatrzył na nich przez chwilę ale nie oponował. Wrócił do znoszenia brudnych naczyń ze stołówki do kuchni. Zaś jego młodsza wiekiem koleżanka dała się zaprowadzić mnichowi na zewnątrz i tam uległa jego zdecydowanym pieszczotom. Bardzo chętnie. Na Otto czekały miękkie i chętne usta do tego całkiem utalentowane. Tak samo jak pod szorstkim i nieprzyjemnym materiałem włosiennicy czekało go kontrastowo gładkie, ciepłe i jędrne ciało. A palcami wyczuł delikatną koronkę jaką pacjentka dostała w prezencie od swojej nowej, bretońskiej pani. W parę chwil rozgrzała się od tych pieszczot i widać było, że miała ochotę na więcej. Bo dyszała ciężko a w oczach płonęło wilgotne pożądanie. Z takim trudem skrywane pod włosiennicą i maską pokory. Ale wystarczył jeden moment aby z entuzjazmem wybuchło i wyzwoliło się na wolność. Teraz jednak Marissa starała się znów opanować. Poprawiła habit i próbowała odzyskać oddech aby wyglądać jak zwykle.

          - No to uważaj na siebie Otto. I wróć. Będę czekała. Tylko nie daj im się złapać. Nie wiem czy to ci pomoże ale chyba możesz wspomnieć o mojej pani albo kimś z jej koleżanek. Gdyby było potrzeba. Moja pani jest taka kochana i bardzo dobra to chyba by ci pomogła jakby mogła. - powiedziała jakby chciała mu dać od siebie jakąś dobrą radę pokładając zaufanie we Frau von Mannlieb jaka okazała jej ostatnio tyle dobroci. No a poza tym była żoną tutejszego kapitana statku no i damą z towarzystwa. Przynajmniej tak oficjalnie. Tylko pacjentka nie była pewna czy to by Otto pomogło podczas rozmowy ze strażnikami.

          - Może to coś da. - pogłaskał dziewczynę po policzku i puścił ją dalej. Ruszył następnie do miasta i do ratusza. Pora zobaczyć, czy uda mu się wykiwać straż miejską.

          Backertag, południe, Ratus z

          Otto wszedł do budynku Ratusza delikatnie się rozglądając. Poprawił maskę upewniając się, że dobrze zasłania blizny na lewej stronie twarzy, no i brak oka. Rozejrzał się za jakąś recepcją czy inną osobą odpowiedzialną za przyjmowanie gości.

          Recepcja była widoczna od samego progu. Tyle, że stało w niej parę osób i trzeba było ustawić się w kolejce. W ogóle panował tu harmider na całego. Ktoś chodził szybkim krokiem nosiąc jakieś księgi, ktoś się głośno kłócił albo narzekał o coś, gdzieś na ławie
          ,siedziała matka z dzieckiem jakie głośno płakało a chyba każdy kto tu był dokładał swoją cegiełkę do tego galimatiasu. Zwłaszcza jak mnich stanął w kolejcę jaka nie posuwała się zbyt szybko. Zwykle chodziło o jakieś zapytanie a niezbyt młoda ani sympatyczna urzędniczka i podobnie wyglądający kolega tłumaczyli coś petentom. Albo gdzie mają iść, albo coś zgłosić, albo czemu nie ma odpowiedzi, czy jak pracuje jakiś urzędnik. W końcu jednak kolejka doczłapała się także i do niego gdy i za nim stało już parę innych osób. Urzędniczka posłała mu przez blat biurka niezbyt przyjazne spojrzenie i czekała aż zacznie przedstawiać po co tu przyszedł.

          Mnich chrząknął.

          - Witam, Otto, mnich pracujący w hospicjum. Rozumiem, że Straż mnie poszukiwała.

          - Otto z hospicjum? I straż cię poszukiwała? - urzędniczka powtórzyła to jakby się nad tym zastanawiała albo próbowała to do czegoś przypasować w swojej głowie. Bo sama twarz czy imię petenta chyba nic jej nie mówiło. - No to masz sprawę do straży. Wiesz gdzie mają biuro? Idź tam w lewo przez tamte drzwi, do końca korytarza a potem w prawo. Tam będzie pisało “Straż” to właśnie tam. Jak się zgubisz to pytaj, tam już ktoś ci powie jak trafić. - wskazała mu na widoczne drzwi i pokierowała gdzie ma się udać.

          - Oczywiście, dziękuję. - ruszył, podáżając za wskazówkami kobiety. Kiedy dotarł pod odpowiednie drzwi zapukał i otworzył je, zaglądając do środka - Dzień dobry?

          Za drzwiami też znajdowało się biurko. Tylko bliżej drzwi wejściowych. Za nim siedział jakiś grubszy urzędnik obwieszczający petentom swoją funckję za pomocą grubego łańcucha zwieńczonego herbem miasta a jeszcze za nim pracowało przy biurkach dwóch innych. Wszyscy podnieśli głowy na nowego co wszedł do środka ale raczej tak jak zawsze gdy do środka wchodzi ktoś nowy.

          - Dzień dobry. Co się stało? - urzędnik zapytał raczej służbowym zainteresowaniem jakby twarz petenta nic mu nie mówiła.

          - Erm, witam. Brat Otto, pracuje w hospicjum. - mnich wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi - Poszukiwano mniej. Rozumiem, że ma to jakiś związek z napadem na świątynię.

          - Aaa! Czekaj, czekaj… - urzędnikowi rozjaśniła się twarz jakby przypomniało mu się coś ciekawego i zaczął szybko przeglądać swoje papiery. Znalazł w końcu jakąś kartę, przyjrzał jej się i zaczął kiwać głową. - A tak, tak, Otto z hospicjum. Z jednym okiem. Tak, mamy cię tu. - pokiwał głową jeszcze raz jakby wreszcie wszystko się zgadzało. Po czym zawołał do jednego z młodszych kolegów aby zawołał Straussa. Ten wyszedł z pomieszczenia bocznym wejściem a urzędnik pokazał gestem aby gość spoczął na krześle. Ale nie na długo. Po chwili te same drzwi się otworzyły i wrócił przez nie ten młodszy a za nim wszedł dziarskim krokiem ciężkiej tuszy mężczyzna. W średnim wieku, ze sporym brzuszyskiem i też z łańcuchem na jakim był herb miasta. Ale z dodatkiem jaki nosili strażnicy.

          - To ten od świątyni co go szukaliście. - powiedział główny urzędnik wskazując na Otto. Mężczyzna przypatrywał mu się przez moment bardzo intensywnie po czym pokiwał głową.

          - No wreszcie jesteś! Wiesz ile cię szukaliśmy? Gdzie się podziewałeś! To taka ważna sprawa! Co ty sobie wyobrażasz! Chodź. - powiedział głośno tonem reprymendy. Po czym dał znak aby Otto za nim podążył. Przeszli przez sąsiednie pomieszczenie i jeszcze kolejne wyszli na korytarz i w końcu zaszli do jakiegoś biura. Tu za biurkiem siedziała jakaś młoda dziewczyna jaka widocznie miała protokołować rozmowę. Było jeszcze dwóch chyba strażników albo urzędników ale to ten co przyprowadził Otto wodził tu mir.

          - Siadaj. - powiedział krótko wskazując na proste, drewniane krzesło. Sam ruszył za biurko ale nie zasiadł na głównym miejscu tylko stanął za nim i znów intensywnie wpatrywał się w całą sylwetkę mnicha. - No? To gadaj. Skąd znasz te dwie ladacznice. Wiemy, że to ty je przedstawiłeś ojcu Absalonowi. Już z nim rozmawialiśmy. I gdzie zniknąłeś na tyle dni? Akurat po tej strasznej zbrodni. Ciekawe, ciekawe. No? Odpowiadaj! - wycedził z siebie jakby ledwo się hamował aby otwarcie nie uznać, że już uznał petenta za winnego. Wydawał się być pewny siebie i zdenerwowany. Jakby koniecznie zależało mu na jakimś sukcesie w tej krytycznej dla władz sprawie.

          Otto wypuścił powoli powietrze.

          - Więc tak, dziewczyny znalazły mnie. Widziały, że czasem pomagam w świątyni. Podeszły I opowiedziały swoją historię. Jak to są z Salzburga, jak to wygonił je tamtejszy szef straży. Mówiły, że chcą przeprosić bogów i poprosiły o pomoc. - mnich westchnął - Miękki jestem i uwierzyłem w bajkę o chęci drugiej szansy. - mnich się skrzywił kiedy miało przejść do drugiej sprawy - Co do mojej nieobecności. Musiałem opuścić miasto. Potrzebowałem czasu z dala od ludzi. Dzień tylko dla siebie, swoich myśli i bogów. - spojrzał na otyłego strażnika - Za mało, prawda? Eh… w dzień napadu na świątynie, ktoś napadł mnie. Dranie wzięli mnie od ślepej strony, obili do nieprzytomności. Obudziłem się jakiś czas później i trafiłem na jeden z waszych patroli. Odprowadzili mnie do domu. Całą noc spędziłem pod łóżkiem… następnego dnia, opuściłem miasto, spędzić czas w głuszy… czułem się bezpieczniej, tam gdzie nie było nikogo.

          Przesłuchujący go mężczyzna z początku się nie odezwał. Wpatrywał się w siedzącego petenta świdrując go wzrokiem i wydawał się zastanawiać nad tym wszystkim. Zmrużył oczy a spisująca zeznania dziewczyna popatrzyła na niego unosząc do góry głowę ale zaraz ją opuściła z powrotem czekajac na dalszy ciąg jaki powinna zapisać.

          - A więc przyznajesz się, że tam byłeś. A po co? Co robiłeś w pobliżu świątyni w środku nocy? I wyjechałeś z miasta tak? A ktoś to może potwierdzić? I pobili cię? A gdzie? Masz jakieś ślady? - przesłuchujący wydawał się być nadal podejrzliwy i chciał sprawdzić tą opowieść. Można było odnieść wrażenie, że chętnie przyłapał by tak podejrzanego świadka na kłamstwie albo jakiejś dziurze w jego zeznaniach. Ale na razie tylko pytał.

          - Koszmary. - mnich się wzdrygnął - Męczą mnie od kilku nocy. Matka Somnium radziła odwiedzić świątynię jeżeli byłyby naprawdę uporczywe. Co do śladów… - zdjął maskę zakrywającą połowę jego twarzy - Nie wiem, czy odróżnicie stare od nowych. - chwilę się zastanowił - Co do świadków. Widziałem Frau Fabienne von Mannlieb i Lady Pirorę. Zmierzały na jakieś swoje spotkanie poza miastem. Znamy się, więc mogłyby potwierdzić, że widziały jak opuszczam miasto.

          Przesłuchujący obszedł biurko i nachylił się nad siedzącym aby z bliska przyjrzeć się jego twarzy. Oglądał te ślady uważnie ale jak coś sobie pomyślał to nie dał tego po sobie poznać. Potem wyprostował się, złożył ręcę z tyłu i jeszcze tak stał przez chwilę spoglądając z góry na Otto jaki siedział na krześle.

          - Frau Fabienne von Mannlieb i lady Pirora. Jaka Pirora? Nazwisko. Sprawdzimy to. - obiecał mu i popatrzył wymownie na protokulantkę jakby chciał sprawdzić czy zapisała co trzeba. Ta pokiwała tylko głową potwierdzając to w ten sposób.

          - A skąd ty niby znasz jakieś szlachcianki co? - zapytał jeszcze jakby wydało mu się podejrzane, że zwykły mnich z hospicjum może znać jakieś damy z towarzystwa.

          - Pirora van Dake. Lady Pirore znam z klubu poetyckiego. O ile rymować nie umiem, prezentowałem malunki. - zaczął mnich - Frau von Mannlieb odwiedziła jakiś czas temu hospicjum i wzięła pod swoje skrzydła jedną pensjonariuszkę. Mnie powierzono cały proces zapoznania ich, przetransportowania i kontroli.

          Śledczy znów chwilę trawił te informację. Spojrzał na protokolantkę, na dwóch innych strażników co siedzieli przy sąsiednim stole ale nie wtrącali się w rozmowę. Pokiwał głową i wrócił za biurko. Zajrzał przez ramię na zapisane przez dziewczynę pismo a ta nieco się odsunęła aby było mu łatwiej czytać. Znów pokiwał głową i podniósł głowę na przesłuchiwanego.

          - Sprawdzimy to. - obiecał mu surowym tonem. Po czym złożył ręce do tyłu i zaczął chodzić od ściany do ściany.

          - A jak cię tej nieszczęsnej nocy napadnięto. To gdzie spędziłeś resztę nocy? Przecież bramy na noc są zamykane. To gdzie byłeś do rana? I po co w ogóle opuszczałeś miasto? I kto cię napadł? Widziałeś kogoś? Ilu ich było? Jak wyglądali? - znów rzucił wiązkę pytań chcąc poznać motywy zachowania przesłuchiwanego i dodatkowe szczegóły tamtego zdarzenia.

          - W nocy kiedy mnie napadnięto? Spędziłem ją w domu. Pod łóżkiem. Tak jak mówiłem, jak się ocknąłem znalazł mnie jeden z waszych patroli i odprowadził do domu. Ilu ich było, nie widziałem. Trzech, może czterech. Jak mówiłem, wzięli mnie od ślepej strony, potem wszystko było trochę zamazane. Twarzy nie widziałem. Co do tego czemu opuściłem miasto… musiałbym opowiedzieć skąd to ... - tu zamachał ręką wokół okaleczonej części twarzy - się wzięło. Jeżeli nie chcesz tej historii. W skrócie nie jest ona ładna, ani przyjemna, a napad przywrócił mi wspomnienia o niej. Potrzebowałem ciszy i spokoju, aby uspokoić siebie i duszę. Nie mogłem tego zrobić w mieście, a świątynie miały dostatecznie dużo problemów tego dnia.

          - Sprawdzimy to. - odparł ponownie w podobnie nieprzyjemnym tonie. Zatrzymał się o krok przed ścianą i wpatrywał się tam albo gdzieś jeszcze dalej, w głąb swoich myśli. Trwał tak chwilę nieruchomo aż protokolantka odwróciła się aby na niego spojrzeć. Obserwowała go chwilę ale w końcu wróciła do obracania pióra nad mocno już zapisaną kolejną kartką zeznania.

          - Dziwne, że cię nie zabili. Powinni zlikwidować świadka. - mruknął pod nosem przesłuchujący. I znów pogrążył się w myślach. W końcu widocznie podjął jakąś decyzję bo gwałtownie odwrócił się, podszedł do biurka i oparł o nie jedną dłonią. Drugą zaś wycelował w Otto cedząc przy tym słowa.

          - Sprawdzimy to wszystko. Nie chciałbym być w twojej skórze jak coś się nie będzie zgadzać. Na razie możesz iść. Ale zabraniam ci opuszczać miasto. Bo uznamy cię za zbiega i spiskowca. Jak będziesz miał wyjazd to masz przyjść tutaj i zapytać o zgodę. A do tego czasu albo dom albo hospicjum masz być łatwy do znalezienia jakbyśmy mieli cię znów wezwać. A nie jak ostatnio. Tu taka zbrodnia a ten sobie wyjeżdża pochlipać pod drzewkami! - wysyczał mu przez biurko co brzmiało jak instrukcja na nadchodzące dni. Zapewne rzeczywiście mieli sprawdzić co się da z jego zeznań ale na razie mógł odejść. Musiał się jednak liczyć z tym, że znów może zostać wezwany na kolejne przesłuchanie.

          - Oczywiście. Miałem plany na małą pielgrzymkę po okolicznych wsiach, ale może to poczekać. Jeżeli coś bym sobie przypomniał, do kogo mam się zwrócić? - lepiej było udawać, że chce się pomóc.

          - Żadnych pielgrzymek i wycieczek za miasto! - fuknął mu ostrzegawczo i pomachał palcem aby to podkreślić. Po czym wyprostował się i znów chwilę przypatrywał się przesłuchiwanemu. - A jak coś jeszcze ci się przypomni to przyjdź tutaj do ratusza. Tam do tego biura co się spotkaliśmy. I powiedz, że masz dla kapitana Straussa informacje o napadzie na świątynie. - powiedział wskazując na bok drzwi przez jakie tu przyszli.

          - Oczywiście. - wstał i wyciągnął dłoń, aby uścisnąć dłoń kapitanowi - Życzę powodzenia.

          Strauss popatrzył tak krytycznie na tą wyciągniętą dłoń, że od razu było wiadomo, że nie odda tego gestu. W zamian za to wezwał jednego ze strażników aby odprowadził podejrzanego na miejsce. A jak obaj wychodzili widzieli jeszcze jak kapitan sięga przez ramię protokulantki po zapisane papiery i zaczyna je czytać. Potem drzwi się zamknęły i obaj przeszli kolejnymi korytarzami i schodami aż wrócili do pierwszego pomieszczenia z recepcją.

          - Dalej już chyba trafisz. - odparł krótko strażnik wskazując na główne wejście z ratusza. Odwrócił się i wrócił tam skąd przyszedł. Zaś w recepcji sceneria się niewiele zmieniła. Wciąż wyglądało na to, że jest zbyt wielu petentów a zbyt mało recepcjonistów więc było hałaśliwie i tłoczno.

          Otto opuścił ratusz zastanawiając się co teraz. Zastanawiał się, czy nie pójść do Fabienne, albo Pirory, ale podejrzewał, że Strauss każe go obserwować. Wrócił więc do hospicjum. Nie mógł ot tak zakończyć dnia.

          Backertag, popołudnie, Hospicjum

          Mnich wrócił do przybytku, w miarę dobrym nastroju. Nie zawisł, to plus. Fakt, że jest więźniem miasta psuł mu jednak plany. Ruszył do przeora, zgłosić powrót i zdać relację. Zapukał do drzwi biura przełożonego i spokojnie wszedł.

          - Wróciłem. Załatwione na razie, ale obawiam się, że mogą wrócić. Mam zakaz opuszczania miasta. Wydaję mi się, że chcą kozła ofiarnego.

          Wszedł gdy usłyszał krótkie “Proszę!” ze środka. Zastał swojego przełożonego za biurkiem jak przeglądał jakieś księgi i inne papiery. Gdy Otto wszedł dał mu znak gestem aby usiadł na krzesłach dla gości przed biurkiem i wysłuchał co ten ma do powiedzenia. Kiwał przy tym głową i namyślał się przez chwilę nad tym wszystkim.

          - To dobrze mój chłopcze, dobrze. Cieszę się, że to tak sprawnie wyjaśniłeś. A im się nie dziwię. Sam wiesz jaka to straszna zbrodnia była. Nic dziwnego, że łapią się każdego tropu jakiego mogą, nawet tak niedorzecznego jak z tobą. Ale dobrze, że tam poszedłeś i wyjaśniłeś. A wypady za miasto to żadna kara. I tam działamy na terenie miasta a nie poza tym. Ja już im to tłumaczyłem jak tu byli no ale nie spodziewałem się, że tak znikniesz niespodziewanie i to tak niefortunnie. Dobrze, że się wyjaśniło. A oni niech tu sobie przychodzą i sprawdzają. Wcześniej nie mieli się czego czepiać to teraz pewnie też. Nie przejmuj się, trzeba to jakoś przecierpieć. Cierpienie uszlachetnia. Trzeba robić swoje. Tylko proszę cię, nie zrób czegoś głupiego jak właśnie wyjazd z miasta czy coś równie niestosownego bo mogą mieć cię na oku. Przyjdą tutaj albo do ciebie do domu no i może być ambaras. A właśnie a propos robienia tego co trzeba. - przeor Bernard chciał zapewne dodać otuchy młodemu mnichowi i dać znać, że takie właśnie sa koleje losu i nie ma co się na to zżymać. Chyba się naprawdę cieszył, że podopieczny na tyle wyjaśnił sprawę u strażników, że nie skończył w lochu. A jak skończył zaczął czegoś szukać po swoim biurku zaglądając to tu to tam. Wreszcie znalazł jakiś list. Otworzył go i przeleciał go wzrokiem więc pewnie już go czytał zwłaszcza, że list był otwarty.

          - Przyszła odpowiedź z Saltburga w sprawie naszej Marissy. Jej dawna pani nie ma nic przeciwko aby opuściła to miejsce i znalazła się u nowej pani. Chyba rozumiesz, że przedstawiłem Frau von Mannlieb w jak najlepszym świetle. Właśnie pisałem odpowiedź z podziękowaniem do naszej dobrodziejki. Ale ty tu masz ten. - powiedział przesuwając na kraniec biurka już zalakowany list. - Ten jest do Frau von Mannlieb. Już tam byłeś to wiesz gdzie. Zanieś jej wiadomość, że jeśli nie zmieniła zdania to może zabrać Marissę. Tylko tak z wyczuciem to załatw tak jak ci się udało z Anniką. Nie nalegaj i nie rób jej wyrzutów jeśli zmieniła zdanie. I tak bardzo nas wspomogła swoimi datkami i zabrała już jedną z dziewcząt. A sam wiesz ile ona tu nam ostatnio sprawiała kłopotów. Zresztą Marissa chociaż wydaje się taka miła i spokojna to sam pamiętasz zapewne co tu ostatnio broiła. Więc z wyczuciem chłopcze to załatw z wyczuciem. - podał mu swoje wytyczne jak powinien załatwić sprawę nowej służącej dla jej bretońskiej pani. Ale wydawało się, że pokładał w jednookim mnichu nieco więcej zaufania niż gdy zlecał mu podobną sprawę z Anniką za pierwszym razem bo mówił to chyba tylko dla przypomnienia.

          - Oczywiście. Przekażę tylko Marisie nowinę. Dziewczyna się ucieszy. - Otto wziął list z biurka - Zachaczę też o dom lady Von Dyke. Zapytam, kiedy będzie chciał odebrać Thorna.

          - No możesz, możesz. Tylko też tak z wyczuciem no i nie nalegaj. I tak nam obie zrobiły przysługę. I nawet jakby teraz zrezygnowały to może w przyszłości znów nas tak ozłocą albo namówią kogoś z towarzystwa aby postąpił podobnie więc lepiej ich do siebie nie zrażać. - przeor pokiwał swoją wygoloną na czubku głową i nie widział przeszkód w takim spotkaniu ufając, że młodszy podwładny załatwi to z odpowiednim wyczuciem.

          Otto opuścił biuro przeora i ruszył na poszukiwanie Marisy. Po drodzę udało mu się znaleźć Georga, który uśmiechnął się widząc mnicha.

          - Tym razem ci się udało. - herold Vesty zwrócił się do jednookiego. Otto poczochrał mężczyznę.
          - Tym razem, ale jeszcze może mi się noga powinąć. Widziałeś Marissę? - George ponownie się uśmiechnął.
          - Była w ogrodzie, kiedy przybyła po nią jej pani. A nie… to nie teraz, to wczoraj. Jutro… w pralni. Tak teraz w pralni powinna być. - mnich kiwnął głową. Spojrzenie na czas oczami Georga musi być fascynujące. Pożegnał mężczyznę i ruszył do pralni.

          Faktycznie znalazł Marisę składającą pranie w jednej z pralni.

          - O, tu jesteś. - powiedział, zamykając za sobą drzwi. Kobieta spojrzała na niego, ale kontynuowała swoje zadanie.
          - Wróciłeś. I jak wszystko w porządku? Nie zabili cię? - mnich uniósł brew.
          - Najwyraźniej. Będą mnie pewnie obserwować. Mam jednak dla ciebie nowinę. Przyszedł list z stolicy. Jest zgoda na twoje wypuszczenie. - nie zdążył zareagować, dziewczyna błyskawicznie się przy nim znalazła wskakując na niego, obejmując nogami i głęboko całując.
          - Moja pani mnie stąd zabierze? Do Anniki? Do Pajęczej Królowej? - zaczęła pytać kiedy odkleiła się do twarzy mnicha. Jemu chwilę zajęło zanim zebrał myśli.
          - Erm. Tak.. ta.. - nie dokończył ponieważ dziewczyna ponownie zakneblowała go własnym językiem. Po chwili zeszła z Otto i spojrzała mu w oko.
          - To cudownie. Jestem taka szczęśliwa! - powiedziała wracając do prania, ale po chwili zatrzymała się i jednym ruchem zdjęła z siebie ubranie. Pozostawiając koronkowe majteczki - Jestem ci chyba winna deser. - westchnął i spojrzał w sufit. Za prawdę Wąż nie chce mu dać spokoju. Duży błąd z jego strony, kiedy mnich podziwiał sufit Marisa wskoczyła pod jego habit, ściągając jego spodnie i szybko owijając usta wokół jego berła. Nagły zastrzyk przyjemnej stymulacji wypchnął powietrze z płuc kultysty. Marisa wykonywała szybkie ruchy jej mięciutkie usta pieściły główkę i trzon berła, jednocześnie jej dłoń delikatnie masowała jego korale. Długo nie zajęło kiedy oddech Otta przyspieszył i po chwili wypełnił usta kobiety mlekiem rozkoszy, które ona łapczywie spijała. W końcu wypuściła narzędzie mnicha i wysunęła się spod habitu, stając przed nim delikatnie głaszcząc brzuszek.
          - No, to jednak ja dostałam deser. Co teraz? - Otto nie odpowiedział, jedynie pchnął dziewczynę na stertę prania, obracając nią i unosząc jej kuperek. Następnie zakopał twarz w jej udach, całując i pieszcząc jej dolne usta. Jednocześnie jego dłonie eksplorowały ciało dziewczyny, jedna dłoń znajdując tylne wejście, któremu zaczęła poświęcać pełnię uwagi. Marisa schowała twarz w praniu, tłumiąc jęki i krzyki, aby nikt ich nie usłyszał. Kilka chwil później, które mnich chciałby aby trwały wiecznie, jego narzędzie było znowu gotowe do pracy. Nie czekając zsunął ze swej kochanki jej prezent od Fabienne i silnie natarł, łącząc ich ciała w przyjemności. Kolejne zduszone krzyki i jęki wydobywały się spod prania, co jedynie zwiększyło jego chęci. Ruchy mnicha przyspieszyły i przybrały na sile, pchnięty emocjami i przyjemnością przedał solidnego klapsa pośladkom swej kochanki, która wydała zduszony krzyk, ale nie powiedziała nic w proteście. Kilka minut później znajome uczucie zaczęło przepełniać mnicha, który chciał wysunął się z kobiety. Ta jednak wepchnęła się mocniej nie pozwalając mu na przerwanie ich aktu. Sekundy później nektar życia wypełnił Marissę, która wydała z siebie zwierzęce mruczenie przyjemności.

          Otto padł na plecy, jego ciało będzie miało z nim do obgadania kilka spraw zapewne. Poczuł spocone nagie ciało Marisy wtulające się w niego. Dziewczyna spojrzała na mnicha.

          - To było cudowne. Dziękuję, dawno nie czułam się tak spełniona. mój ty ewangelisto. - cmoknęła mnicha w nos - Miałeś mi opowiedzieć o tym przyjęciu. Była tam moja pani? I ta piękne Soria? - kultista zachichotał. "Ewangelista". Słodki tytuł. Może go zaadoptuje. Jak szybko przyjemności ciała obudziła w niej chęć poznania kilku prawd.
          - Tak, obie tam były. Przyjęcie odbyło się poza miastem, wśród leżących kamieni. Naszymi partnerami byli zwierzoludzie, którzy są oddani Pajęczej Królowej. - kobieta usiadła mnichowi na brzuchu i spojrzała mu prosto w twarz, zaciekawiona - Zwierzoludzie? Mutanty? I one się z nimi kochały? Ty też? Jakąś zwierzokobietę sobie znalazłeś?
          - Och, kochały to duże słowo. To było zwierzęce rżnięcie. Fabienne była przykuta do kamienia a jej partnerem, był okaz, który u konia by wywołał zazdrość. Co do mnie… mój partner nie był, aż tak okazały, ale zadowolił mnie. - kobieta zachichotała i cmoknęła go ponownie. Otto poczuł, że wspomnienia orgii pobudziło go na ostatnią próbę, więc szybko zsunął Marissę, która jęknęła czując, że znowu została nabita.
          - Może następnym razem, znajdę jakąś zabawkę? Aby przypomnieć ci tego kolegę? - Otto rozpoczął swoje ruchy.
          - Nie wiem, czy nadarzy się okazja. Frau von Mannlieb pewnie nie wypuści cię już, ale chętnie się oddam w twoje ręce znowu.

          Zabawa z Marissą trwała dłużej niż się spodziewał. Musiał później pomóc jej z praniem, aby nie miała kłopotów za ociąganie się. Na szczęście miał jeszczę drugą połowę dnia.
          Kiedy w końcu opuścił hospicjum musiał rozplanować resztę dnia.
          Najpierw oczywiście Fabienne. Musi przekazać radosną nowinę. Przy okazji sprawdzi jak ma się Annika. Potem spróbuje odwiedzić Pirorę. Sprawa Thorna też wymaga załatwienia. Na koniec pójdzie odwiedzić Silnorękiego. Ma kilka spraw do obgadania z kultystami Khorna.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #154

            Oryginalny autor: Zell

            Backertag, Przedpołudnie, Akademia Morska

            Heinrich lekko skinął głową woźnemu, wspierając się na lasce zdobionej metalowymi wzorami. Nie grzeszył ubraniem ni nie było po nim widać nocnego picia, którego objawy mogły mu pokrzyżować plany.

            - Szukam Tobiasa Berda. Powinien znajdować się już na terenie Akademii.

            - A kogo mam zaanonsować? - woźny zapytał z profesjonalnym spokojem godnym kamerdynera z jakiejś szlacheckiej rezydencji zapytał gościa. Wydawało się, że tu panują podobne zasady jak w urzędach czy u szlachty gdzie wypadało się wcześniej umówić na spotkanie a nawet jeśli nie było na to okazji to zapowiedzieć kogo gospodarz powinien się spodziewać.

            - Heinricha von Achterberg. - odpowiedział utrzymując niewzruszenie tymi słowami tak naturalnymi dla niego, jak jego własna skóra... prócz tej na nodze.

            - Proszę poczekać. - poinformował go wytworny woźny po czym odszedł w stronę blatu recepcji. Rozmawiał tam z młodszymi od siebie ale krótko. Gość musiał jeszcze poczekać na tą dość standardowa w urzędach czy dworach szlacheckich procedurę ale w końcu woźny wrócił do niego z kimś młodszym mówiąc że zostanie zaprowadzony do doktora Berda. I tak się stało. Wzbudzając u co niektórych przypadkowe albo zaciekawione przeszli przez jakieś schody i korytarze tej zacnej uczelni aż przewodnik zapukał w kolejne drzwi i gdy dało się słyszeć krótkie "Proszę!" zaanonsowal gościa i zostawił dwójkę spiskowców samych.

            - Siadaj Heinrichu. Przyznam, że zaskoczyła mnie twoja wizyta. Cóż za siła tak nagle skierowała twoje kroki w moje skromne progi? - zagail kolega z kultu wskazując dwa wolne krzesła przed jego biurkiem.

            Stary łowca usiadł na jednym z krzeseł, wspierając łaskę obok biurka.

            - Myślałem o tym, co ostatnio podniosłeś, o nierównowadze w siłach i liczbach. O tym, że trzeba coś z tym zrobić... I choć wciąż mam to samo nieprzychylne zdanie o podkopywaniu tamtych działań, które wszak są na ogólną korzyść... - uniósł dłoń nim Tobias zdecydowałby się zaprotestować -... to sądzę, że trzeba brać naukę z sukcesu przeciwnika. Ich sukcesy czerpią z jedności w ich rankach. Działają razem. - spojrzał zaciekawiony na Tobiasa - A wydaje mi się, że nasza grupa miałaby więcej do zaoferowania sobie nawzajem i położenia wspólnego sukcesu przed resztą.

            - Niestety. Jest ich coraz więcej. I trudno nam mierzyć się z kimś takim jak "czerwona milady". A przykro mi to mówić ale moje szacunki i analizy wskazują, że ich stronnictwo będzie przyrastać prędzej niż wszystkie inne razem wzięte. Bo znasz ich metody. I co by nie mówić opanowały te metody alkowy wyśmienicie. To im zapewnia kolejnych członków a co za tym idzie wpływy. Sukcesy jeszcze bardziej. Dlatego cieszę się, że wzięliśmy udział w.. Hmm… Wiesz czym. To chociaż nie zostalismy całkiem do tyłu i zminimalizowaliśmy straty. Wyobrażasz jakby w piórka obrosły jakby załatwiły to same? Już całkiem by nas zdominowały. A tak to jeszcze jesteśmy w tym wyścigu. No ale… Rozgadalem się. Masz jakiś pomysł w tej sprawie? - wyglądało na to, że miłośnik tajnej, zakazanej i okultystycznej wiedzy nadal miał trudność aby przeboleć wzrost znaczenia stronniczek Węża bo gdy tylko padł ten temat od razu ulala mu się niezbyt radosna litania. W końcu jednak dał koledze dojść do głosu gdy się w tym zorientował.

            Heinrich uśmiechnął się półgębkiem.

            - Przyjacielu, sądzę że powinieneś patrzeć pod kątem użyteczności, a tą mają wysoką. Nasza rogata tego na własnej skórze doświadczyła i pamięta mocno. Rozumiem doskonale. A co do... ich alkow i wzrastania w liczbę... - uśmiechnął się - Wiesz co mówią o ilości ponad jakość. - zachrypiał na koniec.

            Gospodarz patrzył przez chwilę na gościa jak belfer na egzaminowanego zaka. Wyglądało jakby to trawił w swojej uczonej głowie co kolega powiedział. W końcu cmoknal z niezadowolenia.

            - No właśnie. Tu jest pies pogrzebany. Tu jest źródło ich sukcesów. Są skuteczne, dobrze zorganizowane i osiągają sukcesy. A to siła rzeczy promuje ich na tle reszty. Czy można się dziwić, że… Wyrocznia po zimowych przygodach odwdzięczyla się tej niebieskiej ladacznicy? No nie. Tak się właśnie powinno wynagradzać za wierną służbę i sukcesy. To samo z ostatnia przygodą. I ciężko je pominąć. We wszystko się wtrącają. Jedne znają slamsy i tawerny drugie bale i rezydencje. Aż nie wiem jak one się dogadują. Takie ladacznice portowe i szlachetnie urodzone damy. Nie pojmuje. Powinny się nienawidzić i gardzić nawzajem jak to klasy społeczne mają w zwyczaju… - znów pokręcił swoją elegancko wypomadowana głowa nie mogąc się nadziwić, że wezowniczki przy tylu różnicach nie rozpadają się od środka. Chociaż analityczny umysł uczonego był w stanie to wziąć pod uwagę to tak po ludzku nie mieściło mu się to w głowie.

            - A alkowy daj spokój. - westchnął ciężko jakby to był drażliwy temat. - Nie zabawiałem się z nimi i nie mam ochoty. Jestem ponad takie dyrdymały. Ale niestety moje analizy wskazują, że znają się na "tych rzeczach" skoro co chwila przynoszą z tego jakieś profity. Tylko patrzeć jak omotaja cała śmietankę tego miasta. I powiedz Heinrichu po co my im wtedy będziemy potrzebni? A jeśli uznają, że powrót tylko ich patronki wystarczy i reszta jest zbędna? Zastanawiałeś się nad tym? Co wtedy? Jak wtedy ich powstrzymamy jak będą głównymi graczami i u nas i w mieście? Teraz. Teraz musimy coś zdziałać póki jeszcze możemy coś zdziałać. Zanim znów zwerbują kogoś jeszcze. - wydawało się, że uczony bardzo przeżywa i obawia się wzrostu potęgo Slaaneshytek jaki ostatnio ciągle jego zdaniem niepokojąco przyrastał.

            - Nie można przyzwać tylko jednej. Trzeba wszystkie na raz. - uspokoił - I jest pewien problem, jaki cię ogranicza tutaj. Patrzysz na innych jak na robaki, nie widząc jak przydatne być mogą. A tym samym nie traktujesz ich dobrze. Czy to pomoże w relacjach i osiągnięciu wspólnego celu? - pokręcił głową - Możemy kłótniami i brakiem współpracy sami się zniszczyć. Niechęcią. Tylko tym. Przeoczymy wydarzenia, miną nas szanse. Bo nie chcemy się dostosować sami będąc na dnie służąc panom... i większości im służących. Na razie mamy cel. Nie wyżyny hierarchii.

            - Ale one nie nadają się do rządzenia i dominacji nad nami! - wyrzucił z siebie ze sfrustrowana złością. - Kogo one mają? Onyx? Zwykła, niepiśmienna ladacznica. Dosłownie. Burgund? To samo. Do tego zawsze bierze stronę Łasicy. Sama Łasica? Impulsywna, zawsze działa bez planu i strategii. Może umie zaplanować jakiś skok i przyznaje, złodziejskiego sprytu jej nie brakuje ale to nie jest ktoś kogo bym widział u steru naszej grupy. Ani żadnej innej. Pirora? Owszem wykształcona i inteligentna, wreszcie można by z kimś od nich porozmawiać o czymś innym niż rozkładanie nóg. Ale w pełni współpracuje i popiera resztę ich planów i jest furtką do wyższego świata. Może jakby ją przekształcic, ulepić na nowo to może, może ale nie teraz. To by zajęło lata albo miesiące. A teraz? Teraz to małolata, córeczka tatusia z południa co nieco błysnęła w teatrze i na salonach, głównie dzięki swoim nowym koleżankom. Sama z siebie niewiele może i znaczy. Tej ich Bretonki nie znam za dobrze. Żona kapitana statku zdaje się. Ale z tego co słyszałem to to samo co reszta tych ladacznic. I one są od nas lepsze? Doskonalsze? Ależ skąd! Nasz farmaceuta to jest wykształcony człowiek i zorganizowany aby prowadzić wiesz jaką znajomość. Ja jestem uczonym. Nasz kolega ze stolicy też. Ty to sam wiesz. Jednooki też ciekawie rokuje. No sam powiedz. W czym my im ustępujemy aby one miały nami rządzić? - znów przemawiał z pasją jak zawodowy mówca albo urzędnik w sądzie. Wcale nie podobała mu się podległa rola względem zwolenniczek Węża.

            - Oczywiście można im pozwolić myśleć, że wygrywają. Usiąść na tronie i sugerować odpowiednie rozwiązania. I niech myślą, że rządzą. No ale to samo się nie zrobi przyjacielu. Jak mamy być czymś więcej niż ich popychadłami to musimy zacząć działać aby coś znaczyć. - usiadł opierając się wygodniej o swoje krzesło i czekał jak gość zareaguje na to wszystko co usłyszał.

            A zareagował mówiąc spokojnym, wyważonym tonem.

            - Ustępujemy w tym wszystkim, w czym nie chcemy się taplać i wolimy im zostawić. Chyba, że kuszą cię jednak te alkowy? - wychylił się ku Tobiasowi - I czemu już sądzisz, że to dominacja nad nami, jeżeli będą czekać naszych rad i sądów? Chyba nie sądzisz, że zaczną cię na rozkaz do burdelu zaciągać?

            - Doprawdy? A powiedz. Kiedy któraś z nich przyszła do ciebie po radę? I to tak, że potem postąpiła tak jak jej doradziłeś? - brew belfra uniosla się w górę i zawiesił na chwilę głos aby kolega mógł przeszukać swoją pamięć w tym zakresie.

            - Bo ja nie pamiętam aby mnie o coś pytały o zdanie. Sugerowałem aby poparły projekt aptekarski bo to leży w interesie nas wszystkich. I co? I nic. Łasica tupnęła swoją zgrabną nóżką, że nie i nikt się jej nie postawił. Sam widzisz. Już teraz robią co chcą. A jak będzie ich jeszcze więcej? Bo zapewniam cię, że będzie. Wszystko na to wskazuje. W ogóle nas zaleją. - powiedział smutnym tonem jakby zaglądał przez okno w przyszłość o nie widział tam szczęśliwego zakończenia.

            - Dlatego powinniśmy walczyć. Ustawić je do pionu. Ingerować w ich projekty aby musiały się z nami liczyć. Bo jak zostanie jak jest to dalej będą robiły co chciały, odnosiły sukcesy, ściągały nowych członków i jeszcze bardziej rosły w siłę. A wolałbym tego uniknąć. Niestety ja sam nie dam i rady. Zawsze ten motłoch mnie zakrzyczy albo przegłosuje. Stąd wpadłem na pomysł aby każda frakcja miała jeden głos. To zniweluje ich przewagę a wzmocni nasze znaczenie bez względu na to ile tych ladacznic tu będzie. Zamierzam to poruszyć na następnym spotkaniu. Mogę na ciebie liczyć? - Tobias przedstawił swój pomysł na ograniczenia znaczenia przewagi liczebnej u frakcji jakiej nie był zbyt przychylny. Popatrzył pytająco na siedzącego po drugiej stronie biurka kolegę.

            - Możesz. - odparł po chwili - Ale co do zakrzyczenia... Mimo że dałem pomysł godzacy w teatr... to przeszedł bez problemu. - przypomniał.

            - Chodzi ci o to robacze przedstawienie? Z tego co pamiętam to najbardziej zachwycony był aptekarz. A nasze słodkie koleżanki niekoniecznie. A to zdaje się zależy od przyjazdu tych aktorów z Saltburga. Zwłaszcza aktorek. A przypomnij mi kto z nas wszystkich ma najlepszy dostęp do teatru? - głowa guwernanta uniósła się i opadła gdy szukał w pamięci nawiązanie do czego pil jego rozmówca. Prychnął bez wesołości aby podkreślić swój brak zaufania do koleżanek spod znaku Węża.

            - Szkoda, że to nie nasz znajomy grubas. Jemu bez obaw bym powierzył ten projekt bo od początku zdradza do niego ogromny entuzjazm. Ale one? Nie zdziw się jak dziwnym zbiegiem okoliczności nagle wystąpią liczne, nieprzewidziane okoliczności jakie przeszkodzą w zasianiu nowych koleżanek. Ale zapewne nie przeszkodzi zaciągnąć je do lochu, alkowy czy inne orgie. - podkreślił swoje oczekiwania jakie ma co do dworek Sorii w tym punkcie programu.

            - Dlatego my powinniśmy brać w tym udział. A najlepiej zasiać chociaż część z nich. No. Chociaż jedną. Wtedy będzie cień nadziei, że coś z tego będzie. - znów podzielił się z kolegą jak on sam widzi rozwiązanie tego problemu.

            - Postaram się dziś umówić spotkanie z Łasicą, ale powstrzymaj na teraz swoje zapędy. Nie czyń moich starań jałowymi. - przestrzegł i na chwilę zamilkł, próbując odzyskać siłę głosu. Odchrząknął.
            - Mam jednak propozycję dla ciebie. Dziś udam się do Joachima, którego wiedza mi się przyda, a i mógłbym umówić przy okazji miejsce u naszego maga, gdzie nasza trójka by się spotkała. Omówilibyśmy tylko we własnym gronie... sprawy. - skinął i zatoczył ręką koło, jakby wskazywał na Akademię - Nie możemy się wspólnie izolować. Nie mamy luksusu na działanie samotnie na czym teraz tylko tracimy. - dodał sugerując, że rezygnacja z przybycia na spotkanie byłaby szkodliwa dla wszystkich Tzeentchian.

            - Dziś wieczorem? U Joachima? - belfer powtórzył miejsce i termin zamyślonym głosem jakby sprawdzał swoje plany na ten termin albo kalkulował coś innego. - Dobra, przyjdę. Dobrze by było coś zacząć działać w tym zakresie bo od siedzenia i narzekania to nic się samo nie zmieni. - przytaknął i wydawał się skory przyjść na takie spotkanie.

            Heinrich skinął głową z zadowoleniem.

            - Mam zamiar jeszcze zakręcić się wokół młodej von Schneider. - zmienił temat - A także wokół jej ojca. - wychylił się ku Tomasowi - W najlepszym wypadku chciałbym zorientować się czy młodą można do nas przekonać i nastawić na odpowiednią drogę.

            - Von Schneider? Profesor von Schneider? - nauczyciel upewnił się czy mówią o tej samej osobie. Jak się okazało, że tak to skinął głową i wzruszył ramionami.

            - Gunthera to znam dość dobrze. W końcu obaj pracujemy tutaj. Jeden z najważniejszych profesorów u nas i najlepszy ekspert od używania prochu i artylerii. W końcu pochodzi z Nuln. Ale jego córka? Nie wydała mi się zbyt interesująca. Poznałem ją przy paru okazjach, jakieś bale, uroczystości jak się przychodzi z całą rodziną no i Gunther też przyszedł z żoną i córką. Chociaż może wyrosła bo to było parę lat temu, wtedy to jeszcze taki podlotek z niej był, niezbyt było o czym z nią rozmawiać. - doktor nauk przyrodniczym uśmiechnął się zadowolony, że może pochwalić się taką ważną znajomością z profesorem. Chociaż jego dorosłą już córkę zdawał się traktować tylko jako dodatek do jej wykształconego ojca jakiego zdawał się cenić i szanować. Zaś młoda von Schneider mało go interesowała i nie przykładał do niej większej wagi.

            - I ona do nas? A dlaczego? Zwróciła jakoś twoją uwagę? - wydawał się być zdziwiony, że właśnie nią się kolega interesuje.

            - Wyraźnie ja sam zwróciłem jej uwagę. - zaśmiał się chrapliwie - Dziewczyna wyraźnie w zainteresowania ojca poszła i można to wykorzystać. Jest ważnym połączeniem z Akademią i swoim ojcem. Już o niej myślały nasze dziewczyny, ale teraz już wiedzą, że zajęta. - włożył dłonie - Nie chcemy chyba by ich szeregi zasiliła, prawda? Muszę ją pobadać, zobaczyć ile ciekawego materiału jest w niej, a jej osobiste zainteresowanie mną w tym pomoże. - spojrzał w zamyśleniu na Tobiasa - No i zawsze są twoje znajomości z jej ojcem, które się mogą przydać w "naprostowaniu" jej na drogę. Z dala od dziewczyn.

            - No nie mów, że do niej też się dobierały… - westchnął belfer kręcąc z irytacją głową na myśl, że kolejna młoda szlachcianka miałaby wpaść w orbitę wpływów slaaneshytek z ich kultu. Przez chwilę się nie odzywał trawiąc tą wiadomość w swoim analitycznym umyśle.

            - No tak, ładna jest, zgrabna, wykształcona, niezamężna i chyba nawet nie zaręczona. No tak, może się podobać. Mam nadzieję, że jej nie dopadną. - powiedział gdy chyba próbował spojrzeć na tą córkę profesora z Nuln od tej fizycznej strony jaka dla niego nie była najważniejsza.

            - Patrząc na to z tej strony to rzeczywiście lepiej aby była z nami niż z nimi. Tylko nie jestem pewien jak byśmy mieli ją zwerbować i przekonać do naszej sprawy. Przyznam, że nie zwracałem na nią zbyt wielkiej uwagi. Nie jest moją uczennicą. Chociaż przychodzi tutaj na niektóre zajęcia. Na artylerię i balistykę oczywiście chociaż nie sądzę aby pewnego dnia miała wsiąść na statek i dowodzić artylerią. Nie ten typ. Zapewne chodzi o rodzinne tradycje no i prestiż jej ojca. - przyznał co wie o Petrze von Schneider od tej służbowej strony. Mówił o niej głównie jako studentce i córce kolegi z pracy na jaką do tej pory nie zwracał większej uwagi niż uprzejme zainteresowanie jakie wypada oddać komuś z najbliższej rodziny szanowanego profesora z jakim się pracuje na uczelni.

            - Przy nim też będę musiał się zakręcić. Poznaliśmy już się, ale będę musiał zawrzeć lepszą znajomość z profesorem. - zamyślił się - Czy mógłbyś się zorientować w jakich godzinach Petra przebywa w Akademii? I jak z niej lub do niej podróżuje? - uśmiechnął się do siebie - Mam na nią pewien pomysł.

            - Tak, myślę, że mógłbym się tego dowiedzieć. Jej ojciec to przyjeżdża i odjeżdża dorożką. Przyjeżdża rano jak większość z profesorów co pracują na cały etat. Kończy popołudniu i raczej nie zabiera ze sobą córki. Bo studenci zaczynają poranne zajęcia ale nieco później. Zresztą Petra nie chodzi na pełne nauczanie tylko na wybrane zajęcia bo jak mówię chodzi raczej o to aby zdobyła porządne wykształcenie i o prestiż rodzinny ale wątpię aby się zamustrowała na statek albo do regimentu artylerii. No ale jak ona cię tak interesuje to sprawdzę kiedy dokładnie ma zajęcia. A co to masz za pomysł z nią związany? - gospodarz nieco zmrużył oczy i mówił trochę wolniej. Znów bardziej orientował się w planie zając profesora von Schneider niż jego córki. Mimo to jednak zdobycie jej grafiku wydawało mu się dość prostym zadaniem. Na koniec jednak zaciekawił się jakie kolega ma plany względem młodej, blondwłosej szlachcianki.

            - Wyjaśnię na spotkaniu u młodego Joachima. - obiecał - Może i wszyscy się przydamy w tym zamierzeniu. - pokiwał głową - Na razie muszę zająć się ogarnięciem spotkań, więc pogadamy już na spotkaniu wieczorem.

            - No dobra. To jeszcze coś masz do obgadania? - belfer chyba nie do końca był zadowolony z takiej odpowiedzi ale ostatecznie nie naciskał na inną. Był ciekaw czy kolega ze zboru ma jeszcze coś w zanadrzu czy raczej nie.

            Heinrich zaprzeczył, że teraz ma coś więcej do powiedzenia Tobiasowi, a resztę zachowa na ich spotkanie. Po tym wymienili krótkie uprzejmości, pożegnali się i były łowca ruszył dalej wprawiać plany w ruch. Pierwsza miała być Łasica.

            Backertag, Popołudnie, Mewa

            Heinrich skierował swe kroki ku Mewie, po przebraniu się w domu i ucharakteryzowaniu trochę swojego wyglądu na bardziej dostający do miejsca. W środku zagadnął Cori o Łasicę i nie czekając tak długo uśmiechnął się zadowolony widząc nadchodzącą Łasicę.

            - Zawsze na posterunku, jak widzę. - odezwał się do kobiety, gdy podeszła bliżej.

            - Oj nie zawsze, nie zawsze. Naprawdę dzisiaj jest Backertag? Cori mi tak mówiła. Raanyy! To chyba przespałam ze dwa dni i noce! Pewnie bym spała nadal no ale sam rozumiesz, ciało ma swoje potrzeby a już nie chciałam by Cori nas karmiła w nieskończoność. - Łasica odparła wesoło i niefrasobliwie obejmując krótko swojego gościa, obchodząc go i siadając na ławie obok niego. Mimo swojego dość nonszalanckiego narzekania wydawała się w całkiem wesołym nastroju. Pstryknęła palcami aby zwrócić uwagę swojej ulubionej kelnerki i gdy ta podniosła wzrok zza kontuaru przywołała ją gestem. Ta uśmiechnęła się, pokiwała głową i dała znać, że zaraz przyjdzie.

            - To cóż cię sprowadza w te niegodne i lubieżne progi? - zapytała równie lekko i nieco kpiąco spoglądając wymownie po reszcie tawerny. Chociaż w środku dnia to było tu dość pustawo w porównaniu do wieczoru. Dominowali marynarze i typy spod ciemnej gwiazdy. No i ladacznice. Zresztą sama Łasica przyszła w kontrastowo barwnej, długiej spódnicy z zakładkami jaka rzucała się w oczy i w jakich lubowały się ladacznice właśnie po to aby wyróżniać się w tłumie ulicy czy tawerny.

            - Przyszedłem złożyć zażalenie. - spojrzał w oczy Łasicy i nachylił jej się do ucha - Szczerze, nie wiedziałem, że wy potraficie dostać cykora na takie oferty. - pogłaskał dziewczynę po policzku.

            - A na które dokładnie oferty? - odparła mu równie konspiracyjnym szeptem jakoś nie zwiększając dystansu między nimi. Z bliska dało się wyczuć nie tylko gładkość jej policzka pod palcami ale też zapach po kąpieli bijący z jej szyi i włosów. Te zresztą wciąż były w połowie mokre.

            Heinrich objął ramieniem niebieskowłosą w pasie i przysunął bliżej siebie.

            - Piękna, sama chciałaś wpadać nocą, a teraz co? Już nie taka chętna jednak?

            - Aa tamto! Ha! To jednak pamiętasz? - niebieskowłosa roześmiała się i trzepnęła się w udo jakby przypomniał jej coś zabawnego. Dała mu się objąć i czuł przy boku przyjemną, kobiecą obecność. Ona zaś podrapała go czule po brodzie po czym jej sprytna dłoń łotrzycy zjechała pod blat stołu gładząc go po jego udzie.

            - Wybacz kochany ale sam widziałeś co się działo na wycieczce do lasu. A potem jak wróciłyśmy do miasta to nie miałyśmy już czasu na nic. No wyobraź sobie, że sypiałyśmy po dwie, trzy w jednym łóżku, ja, Burgund i Lilly i nic się nie działo. Samo spanie z przerwami na jedzenie co nam przynosiła Cori i wizyty w wychodku. Dopiero dzisiaj się do czegoś nadajemy. - powiedziała jawnie z nim flirtując i wciąż głaszcząc go po udzie. Do tego przylgnęła do niego całkiem chętnie jakby chciała mu się wytłumaczyć skąd to opóźnienie w zamiarach i aby się nie gniewał.

            - Ale jak nie zapomniałeś i ci zależy to oczywiście postaram ci się wszystko wynagrodzić. Teraz już jestem po robocie to nie muszę pracować na kolanach tak jak nie chcę tylko tak jak chcę i z kim chcę. Obiecuję ci, że się wkrótce spotkamy. Tylko obym cię nie przyłapała na figlach z kimś innym bo wtedy jakoś będzie się trzeba tłumaczyć i jakoś we trójkę sobie poradzić. Albo co gorsza jak ja przybędę a ciebie nie będzie. Miałabym ci wtedy za złe. - mówiła pieszcząc go swoją dłonią, spojrzeniem i kuszacym uśmiechem jakby już obiecywała mu rozkosze łoża. I jak zwykle nie do końca było wiadomo w którym momencie jeszcze żartuje a w którym już niekoniecznie ale na słuch i wzrok to i tak wyglądało to całkiem przyjemnie i zachęcająco.

            - Oczywiście, że pamiętam. - nie puszczał kobiety - Jak mógłbym zapomnieć? - uśmiechnął się z przymrużonymi oczami - Noce nie baluję na mieście, łypie w nodze. Wolę ciepło miękkiego posłania... - spojrzał od góry na Slaaneshytkę - ...lub czyjegoś ciała.

            Klepnął Łasicę w tyłek.

            - Dziś będę wieczorem poza domem i nie wiem czy nie przedłuży się, ale jutro... mogę niefrasobliwie zostawić szparkę w oknie... - pocałował dziewczynę w policzek - I może inna szparka się wciśnie.

            - Znakomity pomysł kochany. Ja też uwielbiam się wciskać we wszelkie możliwe szparki i dziury. - roześmiała się dźwięcznie i niefrasobliwie wynagradzając go całusem w policzek. A gdy ją trzepnął w tyłek to wydała z siebie zduszony jęk. Bardzo przyjemny i dla oka i dla ucha obdarzając go przy tym kuszącym spojrzeniem.

            - I też uwielbiam się grzać od czyjegoś ciała. Więc widzę, że będziemy mieli wspólne tematy do rozmowy. - skinęła głową i pozwoliła sobie przerzucić swoje długie nogi na jego uda. I spojrzała na salę bo właśnie zbliżała się do nich blondwłosa kelnerka. Przy okazji Heinrich zorientował się, że ten czy ów z tamtego czy innego stołu posłał im zaciekawione spojrzenie. A może nawet nieco zazdrosne. Jednak podeszła Cori i Łasica sprawnie zaczęła z nią rozmowę. Zamówiła dla siebie coś do jedzenia gulaszem i rybami w roli głównej i wino do popicia. Po czym zapytała czy jej adorowany kamrat ma na coś ochotę więc blondynka przeniosła wzrok na niego.

            Heinrich odpowiedział, że to, na co ma ochotę teraz jest niedostępne dla niego, jako że nie może więcej czasu tu poświęcić dziś, niestety. Z westchnięciem ucałował Łasicę w policzek i wyraził nadzieję, że nie rozczaruje go ta szparka nim się pożegnał.


            Wracał do domu układając już sobie plany w kolejności. Zawiadomił Tobiasa, teraz musiał wysłać do Joachima wiadomość, że jego "bracia w wierze" wpadną do niego wieczorem. Załatwił sprawę z Łasicą, przynajmniej tyle ile mógł na ten moment. Musiał posłać też do Sigismundusa, do którego przed spotkaniem w Wieży zamierzał jeszcze zawitać. Przydałoby się ogarnąć sprawę z larwami nim porozmawia z Łasicą.

            Tobias był wedle Heinricha irytująco ograniczony w swoim spojrzeniu na świat i możliwości, jakie się przed nimi rozciągają. Heinrich musiał zaplanować kroki, by ich wyciągnąć z tego dołu. Oczywiście były łowca czarownic nie planował Tobiasa pozostawić bez pracy, tylko zbierającego profity. Swoją rolę też będzie miał zaplanowaną. Niech się cieszy, ale za darmo niczego z planów nie zagarnie.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Niedostępny
              SantorineS Niedostępny
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #155

              Oryginalny autor: Pipboy79

              Oryginalny tytuł: Tura 38 - 2519.07.15; bkt; przedpołudnie - zmierzch

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Diamentowa; rezydencja von Mannliebów
              Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
              Warunki: salon, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)

              Otto, Fabienne i Annika

              Jednooki mnich dzisiaj mógł opuścić hospicjum nieco wcześniej. Właściwie przez przypadek. Gdy już rozstał się z kasztanowłosą pacjentką to parę sal i korytarzy dalej napatoczył się na przeora. Ten z ciekawości zapewne zapytał o to jak mu poszło z obiema szlachciankami a gdy się okazało, że jeszcze w ogóle to nieco się zirytował za taką zwłokę bo sądził, że podwładny pójdzie do nich zaraz po śniadaniu a tu już po obiedzie było. Więc kazał mu się za to natychmiast zabrać.

              Na osłodę tych cierpkich słów przeora Otto miał świeże i miłe wspomnienia z chwil spędzonych z młodą pacjentką. Wydawała się skora do takich figlów w praniu i zapewne nie tylko ale jeśli była heroldem Pajęczej Królowej to chyba nie było takie dziwne. Świetnie wpasowywała się do reszty dwórek Sorii czy swojej nowej bretońskiej panii jakiej miała służyć. Przynajmniej tak oficjalnie. I z wielką chęcią i rozpalonymi oczami słuchała rewelacji o wspólnej orgii ze zwierzoludźmi nawet nie próbując ukrywać, że taka wizja bardzo ją podnieca i strasznie żałuje, że nie mogła wziąć w niej udziału. Domagała się pikatnych szczegółów kto, z kim, w jakiej pozycji i kompozycji a jak doszedł do momentu gdy relacjonował przygody jej bretońskiej pani z dorodnymi rozmiarami zwierzoludźmi to słuchała tego z wypiekami na twarzy.

              - Mam nadzieję, że nic mojej pani się nie stało. I, że bawiła się świetnie. Naprawdę zmieściła w siebie coś tak wielkiego? I dała się przywiązać? - przeżywała te przygody jak jakiś wielbiciel sztuki coś nowego wystawianego ze swoimi ulubionymi aktorami. A sama też okazała się bardzo namiętną, żywiołową i utalentowaną kochanką jaka z lubością wypuszczała spod szorstkiego habitu demona lubieżności. Więc pożegnała się z nim całkiem ciepło, miło i życzliwie. Bardziej przypominało to rozstanie kochanków niż mnicha i pacjentki. A jak się pani kasztanowłosej miała to wkrótce sam miał okazję się przekonać.

              Musiał ruszyć z hospicjum na północ do tej dzielnicy z najbogatszych i najpotężniejszych. Jako, że drogę już znał nie miał trudności tam trafić. Prawie. Zatrzymał go jakiś patrol straży jakiemu chyba wydał się podejrzany w tym miejscu. Pytali kim jest i czego tu szuka. Na szczęście miał zalakowany i zaadresowany list od przeora. Nie był pewien czy strażnicy mogli to przeczytać ale w połączeniu z tym, że jest posłańcem co niesie wieści spowodowało, że dali mu spokój i pozwolili odejść. Niemniej świadczyło to o tym, że władze nadal szukają sprawców bezczelnej napaści na świątynię i krwawej jatki jaka tam miała miejsce.

              Początek wizyty u von Mannliebów był podobny do poprzednich. Czyli najpierw brama i odźwierny, potem krótki spacer do głównych drzwi gdzie przywitała go chłodna i oschła Gertruda jak zawsze pytając po co przyszedł. Tonem sugerującym jakby lepiej nie zawracał znamienitszym od siebie głowy jakimiś błachostkami. Jednak decyzja nie należała do niej więc po tradycyjnym już czekaniu na odpowiedź pani domu został zaproszony do salonu. Tam gdzie zwykle spotykał się z panią domu. Odczekał chwilę samemu aż drzwi się otworzyły i weszła do środka bladolica i czarnowłosa Bretonka w obowiązkowej w czasie żałoby czerni oraz znacznie skromniej ubranej młodej służącej. Do niedawna pacjentce hospicjum.

              - Witaj Otto. Miło cię znów widzieć. Usiądź proszę. - Fabienne przywitała się z mnichem jak z dobrym znajomym. Zupełnie jakby nie dostrzegała przepaści społecznej jaka dzieliła bogatą szlachciankę i żonę szanowanego kapitana statku z ubogim mnichem jaki niewiele posiadał.

              - Jak się czujesz? Bo ostatnio jak się widzieliśmy na wycieczce to widziałam, że też się nie oszczędzałeś. Ale ja to ledwo się dzisiaj zwlokłam się z łóżka. Umieram! Wszystkim tu mówię, że mnie straszna migrena dopadła w tym lesie na tym plenerze. Dobrze, że mogę liczyć na Annikę bo chyba bym umarła. - po cerze szlachcianki trudno było dostrzec jakieś zmiany bo z natury miała alabastrową i delikatną karnację. Właśnie taki zestaw w szlacheckim świecie był uważany za bardzo cenny i ideał piękna więc natura była jej łaskawa. Ale przez to wszelka bladość wynikająca z choroby czy zmęczenia była trudniejsza do zauważenia. A i ton był nieco przerysowany przez co dobrze wpasowywał się w standardowe grymaszenie i plotki tych dobrze urodzonych dam. Przynajmniej tak by pewnie można pomyśleć gdyby się ze dwie noce temu nie było przy zachodnich kamieniach na zakazanej i plugawej orgii ze zwierzoludźmi gdzie właśnie ta zacna bretońska dama była niejako daniem głównym dla chuci ludzi i zwierzoludzi. I wtedy bynajmniej nie skarżyła się na swój los.

              - To prawda. Widziałam przy kąpieli. Same siniaki i zadrapania. A u mojej pani byle co i już siniak. A po tej nocy to wróciła jakby ją ktoś pobił. - odezwała się Annika wyłamując się z roli służby. Jednak rozmawiali tu we trójkę.

              - Nie jest tak źle. W końcu się zagoi. Mam nadzieję, że do tradycyjnych modłów żałobnych u Pirory po mszy już nie będę was straszyć tymi siniakami. Mam nadzieję, że nas odwiedzisz Otto? Strasznie mi się spodobała ta zabawa w Adelajdę i niewolnicze aukcje i tatuaże! Zawsze chciałam przeżyć takie ekscytujące przygody! - myśl o już nieco tradycyjnym spotkaniu w loszku averlandzkiej młódki po mszy w Festag od razu poprawiła Bretonce humor i widocznie ostatnia zabawa gdzie była główną niewolnicą do zabawy reszty kultystów a zwłaszcza Otto który ją wygrał widocznie bardzo ciepło wspominała i miała ochotę na powtórkę.

              - Aha ale właśnie bo tak cały czas gadam o sobie. A ciebie właściwie co sprowadziło w nasze skromne progi? - zagaiła jakby sobie uzmysłowiła, że zapewne jest jakaś przyczyna dla jakiej jednooki mnich ich tu odwiedził. Annika też popatrzyła na niego z czujnym zaciekawieniem. Śladów walki już po niej nie było widać. Przynajmniej jak była ubrana. W ruchach też już nie dostrzegał jakiejś sztywności jaką mogły spowodować świeże rany.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
              Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
              Warunki: salon, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)

              Otto, Pirora i Soria

              Po wizycie u von Mannliebów ruszył na południe. Wciąż jeszcze dniało bo w końcu nadal był środek lata jeszcze przed żniwami. Pogoda się poprawiła w porównaniu gdy rano szedł do hospicjum ale nadal nie było zbyt przyjemnie. Zwłaszcza jak wyszedł z brukowanych ulic Północnej Dzielnicy i wrócił na znajomy zwierzęcy i ludzki gnój jaki zlegał na nie tak wyszukanych i zadbanych ulicach. Pirora bowiem mieszkała bliżej centrum, w poblizu Placu Targowego co było dobrą lokalizacją chociaż nie tak prestiżową jak mieszkanie w Północnej. Gdy zapukał do drzwi kamienicy chwilę odczekał a potem otworzyła mu Kristin. Zaprosiła do środka i tu też musiał poczekać na odpowiedź od gospodyni. Gdy wróciła zaprowadziła go na piętro do salonu gdzie już przy misternie ozdobionych filiżankach, paterze z owocami i cieście siedziały obie szlachcianki.

              - Witaj Otto. Miło nam, że wpadłeś. Pytanie czy towarzysko czy w jakiejś sprawie rodzinnej albo służbowej. - zagaiła go na przywitanie młodziutka szlachcianka z Averlandu. Była tak młoda, że panny w jej wieku zwykle jeszcze były pod opieką rodziców co zdaje się też nie raz wzbudzało zdziwione uniesienie brwi gdy się ktoś dowiadywał, że ojciec wysłał i zostawił ją samą w tym obcym dla nich mieście. W końcu pochodzili ze słonecznego Averlandu czyli prawie dokładnie na przeciwległym krańcu Imperium. Jak sama jednak przyznawała główna zainteresowana te dwa miesiące gdy tu przyjechał późną wiosną i nim wyjechał wczesnym latem sporo jej pomogły i mocno uwiarygodniły jej pochodzenie i koneksje. Nadal jednak to nie było to samo co ktoś ze szlachty urodzony tutaj czy w Saltburgu jaki od pokoleń albo chociaż od dekad stanowił trzon tej lokalnej społeczności. Tutaj zdaje się młoda Averlandka stanowiła swego rodzaju ciekawostkę i wiele zawdzięczała swoim talentom artystycznym, obyciu no i przyjaźni z najznamienitszymi damami w tym mieście.

              - Bo my tu właśnie spiskujemy kogo by tu omotać naszą słodką siecią. Czy raczej zacząć od ślicznej i ambitnej Feodory co jest utalentowaną śpiewaczką tylko, że jest na szarym końcu dziedziczenia to nie ma co liczyć na zbyt duży posag więc poza urodą i talentem niewiele wniesie do majątku męża czy raczej na ciekawską i świeżutką Birgit jaka na razie praktykuje w aptece i jako akuszerka no ma misję edukacyjną co do tych kobiecych spraw ale ma bardzo interesujące pytania odnośnie sztuki alkowy więc brzmi to bardzo interesująco. - dorzuciła swobodnie Soria jakby na pohybel wszelkim złorzeczeniom kolegów ze zboru. Bo brzmiało co prawda luźno i wesoło niczym ton żartobliwej pogawędki czy wręcz plotkarski. Ale nie można było wykluczyć, że któraś z owych koleżanek Pirory i Fabienne skusi herolda Soren do wprowadzenia jej w zakazane arkana sztuki miłości i lubieżności co może zaowocować jej przystąpieniem do kultu.

              Okazało się, że Soria nie może zostać zbyt długo bo zamierza wkrótce udać się na spotkanie z baronem Wirsbergiem w “Dwóch kluczach”. Tym samym o jakim Joachim wspominał ostatnio jako tym co miewa dziwne sny o bagnach i jakichś tajemniczych światłach. Ale póki co mogli jeszcze w przyjemnej atmosferze artystycznej bohemy salonu obwieszonego obrazami namalowanymi przez gospodynię i nie tylko sobie porozmawiać o tym czy owym.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
              Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
              Warunki: salon, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)

              Otto i Silny

              Po wizycie w dwóch szlacheckich rezydencjach Otto musiał skierować się bliżej Salt i portowej dzielnicy. Kilka przecznic dalej była “Mewa”, ulubiona tawerna duetu łotrzyc co niejako potwierdzało, że dwoje największych adwersarzy w kulcie, Łasica i Silny, pochodzą z tej samej warstwy społecznej miejskich cwaniaków i łotrów. Chociaż każde z nich miało inny charakter, zainteresowania i metody działania.

              “Stary kocioł” nie miał zbyt dobrej opinii. Właściwie to miał renomę mordowni, tam gdzie za krzywe spojrzenie można po gębie dostać. Niestety właśnie tutaj Silny miał swój punkt kontaktowy. A, że był niepiśmienny to trzeba było spotykać się z nim osobiście albo posłać kogoś innego z rodziny. Świetnie do tego nadawał się Strupas, Vasilij czy Rune a na pewno nie Pirora czy Soria bo pasowały tu jak rodzynki do błota. Ale tym razem Otto nie miał czasu na jakieś podchody i jak chciał sprawę załatwić od ręki albo chociaż zostawić wiadomość dla Silnego to musiał się pofatygować osobiście. Jak tylko otworzył drzwi i wszedł do środka powitała go ciężka atmosfera przetrawionego alkoholu, potu, trocin i czegoś nieświeżego. Ale ginęło to wszystko pod naporem krzywych spojrzeń. W porównaniu do tego lokalu to “Mewa” była luksusowym przybytkiem dla wyrafinowanych gości. Chociaż po prawdzie tam bawili głównie zwykli marynarze, morscy żołnierze i typki spod ciemnej gwiazdy. To tutaj chyba przybywali ci co chcieli dostać albo dać komuś po mordzie. Zwłaszcza obcemu. A Otto był tu zdecydowanie obcy. Ledwo podszedł do kontuaru a już poleciała w jego stronę pierwsza zaczepka.

              - E. Ty. Braciszek. Zgubiłeś się? - nie była zbyt wyszukana ot tak aby zagaić rozmowę. Habit rzeczywiście zdawał się słabo pasować do tego miejsca i rzucał się w oczy. Z drugiej była jakaś szansa, że stan duchowny może dać mu ciut więcej szansy niż jakiś zwykły.

              - Słyszałeś co kolega pytał? Jak zbierasz na tacę to źle trafiłeś. Ale jak chcesz to możesz dać mi jakiś datek. W ciężkiej sytuacji życiowej jestem. - zagaił drugi prawie od razu potem. Posłał gościowi krzywe i złowrogie spojrzenie. Nie on jeden zresztą. Na ile Otto widział to chyba mało który z bywalców “Kociołka” nie miałby ochoty coś mu zabrać albo zwyczajnie dać w mordę, skopać, może przejechać nożem po żebrach i wywalić w błoto rynsztoka na zewnątrz.

              - Oj chłopcy, dajcie spokój, gość przyszedł tylko na jednego i nie szuka kłopotów. Prawda? - kobieta jaka wróciła z tacą pełną pustych kufli i talerzy za szynkwas kompletnie nie pasowała do tego miejsca. Młoda, ładna, zgrabna i delikatna. Do tego sympatycznie uśmiechnięta i z życzliwym spojrzeniem. Zostawiła tacę i stanęła naprzeciwko Otto promieniejąc życzliwością. Chociaż z pewnym lubieżnie drapieżnym posmakiem. Albo tak mu się tylko wydawało. Co dziwne wydawało się, że chociaż chwilowo spacyfikowała tą jedną prośbą agresywne zapędy wobec obcego.

              - Tylko grzecznie pytam nie? Wiadomo czego taki chce? No nie. To pytam. Jak chce zbierać zęby z podłogi to czemu ma prosić i czekać? Wyjdzie taki niezadowolony a potem będzie głupoty na mieście opowiadał, że go tu nie obsłużono jak trzeba. - jeden z bywalców uderzył w niby żartobliwy ton a reszta zarechotała z rozbawienia. Wciąż obdarzali obcego złymi spojrzeniami i było widać, że nadal mają ochotę pokazać mu co myślą o obcych w ich świętym miejscu.

              - O Silny! Silny zobacz jakich gości dzisiaj mamy! Cudak jaki! - gdy do środka weszła zwalista sylwetka powitanie było całkiem inne. Zupełnie jakby widownia witała się z głównym rozgrywającym jaki przybył w samą porę. Ten zaś skinął głową temu czy tamtemu, tu się uśmiechnął, tam machnął dłonią i widocznie czuł się tu jak ryba w wodzie. Śmiało podszedł do szynkwasu w stronę obcego.

              - Właśnie mówiliśmy mu, żeby stąd spadał w podskojach bo mu pomożemy. Ale Yvonne się uparła. No to… - dorzucił wesoło ktoś z innego stolika wskazując na winowajczynię jaka wtrąciła się i chwilowo odebrała im zabawę. Czy raczej zabawkę.

              - Ta? - Silny zatrzymał się przy szynkwasie obok Otto. Popatrzył ciekawie na niego i na kelnerkę. Reszta za jego plecami czekała co się stanie jakby spodziewali się, że zaraz się zacznie.

              - No dopiero przyszedł. Jeszcze nic nie zdążył zamówić ani powiedzieć bo oni się wtrącają. - kelnerka odparła bez wahania trochę tonem zażalenia a trochę wyjaśnienia.

              - Aha. - przytaknął Silny wracając spojrzeniem do jednookiego. A potem na resztę sali. - To mój człowiek. Jak tu przychodzi to ma sprawę do mnie. - rzucił im krótko wskazując na jednookiego w habicie. Przez salę przeszedł szmer zdziwienia i jakieś na w pół urwane wypowiedzi.

              - Aaa… A to nie wiedzieliśmy… Nic nie mówiłeś… Pierwszy raz tu jest…

              - Yvonne daj mi bigos i jakieś żarcie. I piwo. Głodny jestem. - rzucił krótko Silny do kelnerki. A sam zwrócił się do kolegi z kultu. - Dobry bigos i ryby tu mają. Chcesz to se zamów. I chodź bo wkurzasz chłopców. Nie lubią obcych. - powiedział do niego po czym dał mu znać aby poszedł za nim. I tak siedli przy jednym ze stołów przy ścianie. Co prawda jakichś dwóch omawiało coś przy kuflach ale jak Silny posłał im wymowne spojrzenie to od razu zwolnili dla nich stół i przenieśli się do innego.

              - No? Co jest? - zapytał siadając przy chwilowo pustym stole. Od ręki dostali tylko piwo czy coś do picia a na kolację trzeba było trochę poczekać. Zanim Otto zdążył odpowiedzieć w drewnianą ścianę z krok od nich z głośnym stuknięciem wbił się ciśnięty nóż. Oprych zadarł głowę do góry i utkwił w nim spojrzenie. Po czym przeniósł je na miotacza który popisywał się swoimi umiejętnościami już od paru chwil. A teraz patrzył z przestrachem na Silnego próbując wymemłać coś ale nic chyba nie był w stanie wymyślić.

              - To było niechcący Silny! Wyleciał mi! - wydukał w końcu zduszonym głosem. A w sali zrobiło się jakby dwa tony ciszej. Jak na moment przed bójką nim spadnie pierwszy cios.

              - Jasne Rudy. Nie ma sprawy. - Silny uśmiechnął się wstał i wyszarpał nóż. Obrócił go w swojej wielkiej łapie, prychnął z rozbawienia i siadł z powrotem na swoje miejsce. - Chcesz kupić nóż? Zobacz jaki ostry i jak dobrze się wbija. Po koleżeńsku nie wezmę od ciebie zbyt drogo. - rzucił tonem pogawędki pokazując Otto zdobyty nóż jakby byli gdzieś na targu i trafiła się dobra okazja.

              - Ale Silny… Ale to jest mój nóż. I ten… No wiesz… - zaprotestował Rudy ale jakoś bez większego przekonania. Łysy posłał mu ostre spojrzenie.

              - Twój? Nie wiedziałem. Znalazłem go w ścianie. Nikt nic nie mówił to teraz jest mój. Chcesz to ci go sprzedam. Tanio, po koleżeńsku. - odparł mu mięśniak wywołując wśród publiczności falę złośliwej radości. Pechowy nożownik przemyślał sprawę, speszył się i machnął na to ręką. Oprych zaś znów zaczął się bawić zdobytym nożem i ponownie spojrzał na sąsiada.

              - No? To co jest? - zagaił tak samo jak przed chwilą.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
              Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
              Warunki: wnętrze apteki, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)

              Heinrich, Sigismundus i Strupas

              Były łowca czarownic nie był już młodzieniaszkiem. I właśnie z tego powodu miał szansę przykuć uwagę młodej von Schneider co lubowała się w znacznie starszych od siebie kochankach. Przynajmniej wedle słów Pirory. Ale też czuł w kościach to dzisiejsze chodzenie. Najpierw z południa miasta na północ i to przy bardzo wietrznej i zimnej pogodzie aby dotrzeć do Akademii. Potem znów wracać na południe chociaż tak nie całkiem bo “Mewa” gdzie się spotkał z Łasicą była w portowej dzielnicy jaka na tym obszarze dość płynnie przechodziła w centralną część miasta. A potem zrobiło się południe i w sam raz pora aby coś zjeść na obiad. I znów dalej, ku południowym dzielnicom gdzie mieszkał pewien gruby aptekarz i tam też prowadził swój przybytek z różnymi maściami, ziołami i miksturami. No i jedną uwięzioną nosicielką porwaną z traktu w jaką ładował jaja pradawnych much stworzonych przez nieśmiertelne, demoniczne istoty jakie planowali przyzwać tu z powrotem.

              Gdy więc drzwi apteki uderzyły o dzwonek obwieszczając przybycie gościa na zewnątrz było słonecznie i wiał łagodny wiatr ale nadal było dość chłodno. Chociaż nie czuło się tego tak jak się miało na sobie jakiś kubrak, kurtę czy płaszcz. Niemniej w nogach czuł już wyraźnie całodzienne chodzenie a to przecież jeszcze nie był koniec planów na dzisiejszy dzień. Na osłodę miał dość krótką ale jakże owocną i przyjemną rozmowę z Łasicą. Co o ile się nie mylił nie miała nic przeciwko nocnej wizycie u niego i całonocnym harcom w ostrym stylu jaki przecież uwielbiała. Co sam choćby widział parę nocy temu na polanie przy zachodnich kamieniach. Wydawało się, że to ten intensywny początek tygodnia z wielkim rabunkiem, wyjazdem z miasta i potem regenerowaniem sił po orgii odwiodły ją od tego nieco zapowiedzianego włamania po nocne rozkosze ale z samego pomysłu nie zrezygnowała. A przynajmniej takie sprawiała wrażenie. W każdym razie jak się rozstawali w tawernie to żegnała go jak kochanka a nie kolegę. Dostał nawet obiecującego całusa w policzek i kusząco łobuzerskie mrugnięcie okiem niczym niemą obietnicę przyszłego spotkania. No i na razie to chyba rzeczywiście po obrobieniu świątyni i niedawnym powrocie do miasta to rodzinka jakoś nie odzywała się nowymi zleceniami. A jak tak to on nic o tym nie wiedział a ona nic o tym mu nie wspomniała. Ale na razie to był w aptece Sigismundusa. Przez chwilę był sam gdyż gospodarza nie było w sali dla klientów. Ale zaraz usłyszał jego szybkie i ciężkie kroki gdzieś z zaplecza, skrzypnięcie drzwi i pokazał się on sam.

              - O proszę, prosze, cóż za niespodzianka! Witaj przyjacielu, witaj! Chodź, chodź, nie stój tam tak jak jakiś petent. Chodź, do środka jak na gościa przystało. - chociaż Łasica z koleżankami wyraźnie nie przepadały za aptekarzem to trzeba było przyznać, że jak chciał to potrafił zachowywać się jak jowialny wujek dla swoich kochanych siostrzeńców. Albo gości. Bo akurat Heinrich to chyba był w podobnym mu wieku albo nawet trochę starszy.

              - Wejdź, wejdź, usiądź. Napijesz się czegoś? - Sigismundus zaprosił gościa na zaplecze do pomieszczenia które było skrzyżowaniem stołówki pracowniczej, kuchni i sali narad. Było nieco zagracone jakimś dzbanami, skrzynkami, obwieszone pękami ziół suszących się pod sufitem i różnymi takimi roboczymi bibelotami. Sam gospodarz zaś wyjął z szafki kubki, butelkę wina i rozlał dla siebie i gościa. Po czym usiadł obok.

              - To cóż cię do mnie sprowadza przyjacielu? - zagaił przyjaźnie do swojego gościa. Ten zaś poczuł ulgę w nadwyrężonych nogach gdy mógł wreszcie spocząć.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
              Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
              Warunki: wnętrze kamienicy, ciepło, cicho; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)

              Joachim, Heinrich i Tobias

              Joachim tym razem miał być gospodarzem spotkania. Podobnie jak niegdyś Sigismundus gdy spotkali się na zapleczu jego apteki. Teraz skład zapowiadał się podobnie chociaż liczebnie był skromniejszy. Heinrich bowiem przysłał mu przed południem krótki bilecik zapowiadający przybycie swoje i Tobiasa. Dzień zmierzał ku końcowi. Jako, że było lato to jeszcze było w pełni widno, zima to już o tej porze panowały nocne ciemności. Co więcej zmierzch póki co był pogodny i słoneczny. Jakby się pogoda nie zepsuła pod wieczór to gwiazdy powinny być ładnie widoczne. W końcu doczekał się, że służba przyniosła mu wiadomości o pierwszym gościu. Przywitali się i rozsiedli we dwóch. A po dwóch czy trzech pacierzach zrobił się komplet.

              - Ah to tak się tu urządziłeś. No nieźle, nieźle… Dobrą sprawą tego miasta jest to, że wolnych domów jest więcej niż chętnych aby w nich mieszkać. Bo gdzie indziej to albo trzeba czekać aż ktoś wykorkuje albo się wyprowadzi albo płacić krocie. - Tobias co pierwszy raz gościł u Joachima rozglądał się ciekawie po wnętrzach i pozwolił sobie na komplement. Pod względem pustostanów to Neus Emskrank rzeczywiście było wyjątkiem na skalę całej prowincji albo i nie tylko. Ale mało które inne miasto budowano jako odgórny projekt do rozwoju i zasiedlenia, prawie zawsze miały za sobą długą ewolucję sięgającą setek a czasem i tysięcy lat w przeszłość więc i mieszkańcy zwykle gnieździli się tam jeden na drugim.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #156

                Oryginalny autor: Pipboy79

                Oryginalny tytuł: Tura 38 - 2519.07.15; bkt; (Bonus - przybycie Mergi do Norski)

                Miejsce: Zach. Norska; ziemie Bjornlingów, osada Stemmestein
                Czas: 2519.07.15; Backertag; zmierzch
                Warunki: chłodny dzień

                Merga

                https://i.imgur.com/cSurk8v.jpg

                Dziób długiej łodzi rozbijał leniwie płynące fale. Towarzyszył temu rytmiczny plusk tuzina wioseł. Tutaj, na dnie tego skalistego wąwozu, wiatru prawie nie było. Co sprawiało, że morze i powietrze było spokojne ale przez to niezbyt można było sie wesprzeć żaglem.

                - Spokojnie dzisiaj. - skomentowała kobieta ubrana w kolczugę i z dwoma toporami zatkniętymi za solidny pas. Stała na rufie łodzi, w pobliżu kulawego sternika. Ten skinął głową przyznając jej rację. Ale kobieta czuła wewnętrzną potrzebę opowiedzenia przybyszom co tu byli pierwszy raz coś więcej. Chociaż zwykle uchodziła za mliczka. - Zwykle silniej tu wieje to i fale większe są. I chmury i mgły. Ale dzisiaj jest ładnie. - powiedziała Norma z trudem powstrzymując uśmiech. Czuła radość. Tą samą i niezmienną jak zawszy gdy wraca się po długiej podróży do domu. Znów się widzi znajome krajobrazy, detale, znajome kąty. Nie była tu z pół roku. Gdy odpływała ze swoją poprzednią załogą, wodzem i statkiem była jeszcze zima i początek nowego roku. Teraz był środek lata, tuż przed żniwami. I wracała. Wracała do domu. To sprawiało, że odczuwała tą mimowolną radość wbrew zdrowemu rozsądkowi.

                - Co to? - zapytał Kurt. Ale i inne głowy poruszyły się niespokojnie szukając źródła metalicznego dźwięku. Brzmiało jak gong albo dzwon. Kilka razy. Jednak nie byli w stanie stwierdzić tak od razu skąd dochodzi.

                - Tam. Wieża strażnicza. Dają znać naszym, że jakiś statek wpływa do fiordu. Dwa razy po cztery razy. Obcy statek. Nasze są oznaczane po trzy razy. Wrogie po dwa. - wyjaśniła toporniczka swoim południowym sojusznikom wskazując dłonią na ledwo widoczną konstrukcję na jednym ze zboczy fiordu. Z dołu i z tej odległości wydawała się dziecięcą zabawką.

                - Czyli już o nas wiedzą. - Kurt pokiwał swoją czarną, przetykaną już tu i tam siwymi włosami głową. Chociaż odkąd ruszył w rejs to starym, marynarskim zwyczajem obwiązał głowę chustą więc to aż tak nie rzucało się w oczy. Jednak podobne znamiona niemłodego już wieku miał też i na brodzie a tego już chusta nie mogła ukryć.

                - Tak. Wiedzą. - Norma przestała się uśmiechać. Spoważniała. Wszelkie wątpliwości jakie nosiła w sercu odkąd na początku tygodnia nocą odbili od pirsu Neus Emskrank znów rozlały się niepokojem po jej sercu. Ogólnie była raczej dobrej myśli. Ale mimo wszystko nie była do końca pewna jak ich przyjmą pobratymcy. Odruchowo dłonią pogładziła swój topór jakby to miało dodać jej otuchy.

                - Już jesteśmy prawie na miejscu. Spokojnie moi drodzy, wszystko będzie dobrze. Tylko proszę was nie dajcie się ponieść emocjom. Nasi pobratymcy są dość nieufni i gorącokrwiści. Nie dajcie się sprowokować bo nam to wszystko utrudni. - do rozmowy włączyła się kolejna kobieta. Wyszła z niewielkiego, rozkładanego namiotu gdzie sypiała i chroniła się przed słotą. Oprócz niej na ten luksus mogły sobie pozwolić nieliczne niewiasty zabrane na pokład. Mężczyźni musieli radzić sobie okrywając się futrami, impregnowaną skórą lub kocami i sypiać gdzie popadło. Łódź nie pozwalała na luksusy, nie miała nawet pokładu. Na szczęście wedle słów ich dwóch norsmeńskich przewodniczek kurs na ich rodzimą osadę powinien zająć tylko kilka dni. I jak teraz mieli się o tym przekonać miały rację. Dopływali właśnie na miejsce. Gdzieś tam, przed nimi, za którymś tam zakrętem fiordu, miała stać osada jaka one nazywały Stemmestein. Co jak im tłumaczyły oznaczało Miejsce Mówiących Kamieni. Albo śniących kamieni. Albo szepczących kamieni. Jakoś tak w każdym razie. Południowcy znów musieli im uwierzyć na słowo bo żaden z nich wcześniej tu nie był ani nie znał języka tych barbarzyńców z północy. Nieco z duszą na ramieniu płynęli jednak dalej.


                https://i.imgur.com/o9yHrrg.jpg

                Łódź wedle wskazówek Normy skierowała się ku molo. I w pierwszej chwili przyszła czas na marynarską rutynę co nieco zajęła rece i myśli. Wyhamować, schować wiosła, przygotować cumy. Lekkie, drewniane uderzenie o molo. Toporniczka sprawnie pierwsza wyskoczyła na pomost, złapała za cumy i zaczęła je mocować do pali. Jedną od dziobu potem jedną od rufy. Łódź ostatecznie wyhamowała i zaczęła leniwie dryfować na fali przyboju. Pośród innych podobnych albo większych łodzi. Jakie na pełnym morzu lub na wrogim in wybrzeżu siały taki strach i spustoszenie gdy wyskakiwali z nich ci krwiożerczy barbarzyńcy z północy aby siać pożogę, śmierć, zabijać i łapać niewolników. A teraz byli właśnie tu. W samym ich mateczniku. Zanim się wszystko z cumowaniem łodzi uspokoiło na nabrzeżu już zebrał się mały tłumek ciekawskich. Wśród nich było sporo wojowników. Mieli topory wsadzone za pas albo miecze u pasa. Czasem dzierżyli włócznie, tarcze albo łuki. Jednak jeszcze nie celowali ani nie wznosili ostrzy. Też wydawali się niezbyt wiedzieć czego się spodziewać. Norma krzyknęła do nich dziarsko i wesoło tradycyjne pozdrowienie jakiego południowcy nie zrozumieli. Kilka głosów i głów odpowiedziało jej podobnie. Niektórzy byli zaskoczeni inni nieufni, paru radosnych. Ale dominowało uczucie wyczekiwania.

                - Spokojnie moi drodzy. Zostańcie tu. Ja z nimi porozmawiam. Nie dajcie się sprowokować bo to wszystko skomplikuje. - wyrocznia rzuciła do swoich południowych sojuszników. Bo ci też wstali od wioseł, co któryś sięgnął po łuk lub trzymał dłoń na rękojeści broni jakby czerpał z tego otuchy i pewności siebie w tej niejasnej sytuacji. Wiedźma zaś wyciągnęła rękę do swojej gwardzistki i ta pomogła wspiąć się na pomost. Gdy rogata stanęła naprzeciwko swoich pobratymców i ruszyła ku nim śmiało i z uśmiechem na ustach, wyciągając do tego dłonie jakby chciała się z nimi wszystkimi objąć i przywitać po długiej rozłące tłum zafalował.

                - To Merga! Wyrocznia wróciła! To ona! Tak jak Birk przepowiedział! - dały się słyszeć okrzyki tu i tam gdy ją rozpoznali. Sytuacja znacznie się ociepliła. Ona też odpłynęła stąd jeszcze w zimie, na samym początku nowego roku. Wiedzieli, że kierowała się wolą bogów i ruszyła na południe. Wiedzieli, że wpadła w tarapaty i wódz wysłał drugi statek aby ją ratować. Właśnie na nim płynęła też Norma to Asker. I wreszcie obie wróciły. Padły pierwsze powitania i pytania, pierwsze uśmiechy, śmiechy i poklepywanie się po ramionach. Ale w końcu padło i to pytanie jakiego obawiała się i wyrocznia i wojowniczka.

                - A gdzie reszta? Gdzie nasi? Co to za jedni? - pytali ich wskazując na świeżo zacumowaną łódź oraz obcą jej obsadę jaka zdradzała tych słabych i tchórzliwych południowców.

                - To nasi przyjaciele i sojusznicy. Pomogli nam tu wrócić. Są moimi gośćmi. - rzekła rogata wyrocznia o niesamowicie złotych oczach. Tutaj nie musiała ukrywać swojego prawdziwego wizerunku i natury jak w mieście południowców. Mogła w pełni być sobą i wiedziała, że jej pobratymcy to w pełni akceptują. W przeciwieństwie do krain na południu Morza Szponów gdzie takie błogosławieństwo bogów uznawano za herezję i starano się zniszczyć przy pierwszej okazji. Teraz jej pobratymcy popatrzyli jeszcze raz na obcą łódź sami jeszcze nie wiedząc jak traktować przybyszy i słowa wyroczni.

                - Helmold cię czeka. - powiedział któryś z wojowników. Co zresztą było do przewidzenia. Helmold Flinkrev był w końcu jarlem Stemmestein. I zapewne doniesiono mu o tym, że obcy statek śmiało wpływa do fiordu. A do tej pory może nawet to kto wrócił do domu na tym statku.

                - Dobrze więc chodźmy, nie każmy mu czekać. - złotooka odparła z łagodnym uśmiechem ale wewnętrznie spięła się w sobie. Wiedziała, że to spotkanie będzie decydujące i zaważy o jej losie jak i tych co przypłynęli razem z nią.


                https://i.imgur.com/ZtloIbC.jpg

                Słyszała jak jej południowi sojusznicy szeptali za jej plecami. Gdy szli pomiędzy chatami jej ludu. I potem gdy zostali na ulicy. Spięci i nerwowi. Nie dziwiła się im. W końcu byli tu pierwszy raz i obcy. Otoczeni przez ponure, brodate twarze i równie szare, drewniane domy z nieznanymi im ornamentami i stylistyką. Co więcej to była kraina Norsmenów. Niesławnych w południowych krainach barbarzyńcach, grabieżcach, mordercach i piratach. Mieli się czego obawiać. Ale i ona sama nie była pewna co przyniosą najbliższe chwile. Musiała ich zostawić a sama, razem z Normą, ruszyła do chaty jarla eskortowana przez paru wojowników. Po drodze widziała znajome twarze. Wojownicy, łowcy, kobiety, starcy, dzieci. Nawet psy. Przystawali i odprowadzali ją wzrokiem. Próbowała wysondować z ich twarzy jakie mogą mieć nastawienie. Różne. Część wydawała się być zaciekawiona jej powrotem, część jawnie się cieszyła i pozdrowiała ją okrzykami czy kiwaniem głowa. Dobrze! Jakby została tu wyklęta to by się pewnie tak nie narażali z jawnymi pozdrowieniami. Czyli jej los nie był jeszcze przesądzony. To dodawało jej otuchy. Zwłaszcza, że część twarzy obdarzała ją ponurymi spojrzeniami a niektóre wydawały się wręcz wrogie. Ale to wódz miał ostatnie słowo i on miał o wszystkim zadecydować. Dlatego właśnie do niego szli.

                Zatrzymali się przed większą chatą jaka była też zdobniejsza. Także w trofea z czaszek ludzkich i różnych bestii sławiących chwałę i potęgę gospodarza. Wieści widocznie zdążyły już się rozejść po wiosce bo przed frontem chaty stała już spora część huskarli, osobistej drużyny jarla. Z ich twarzy też mogła odczytać takie same mieszane sygnały jak i od reszty mieszkańców.

                - Przyszłam odwiedzić mojego pana i złożyć mu pozdrowienia i hołd. - rzekła uroczyście i oficjalnie do dwóch pancernych stojących przed wejściem. Ci skinęli głowami i dali znak, że może wejść do środka. Norma też bez słowa podążyła za nią do środka. Skrzypnęły drzwi, trzeba było odchylić skórę jaka zasłaniała wejście potem wewnętrze drzwi przedsionka i weszły do środka. Wewnątrz zgodnie z tradycją była spora izba a pod jedną ze ścian długi stół jaki służył i do uczt i do narad wojennych. A na jego środku wyższe od innych i zdobione w zdobyte na wrogach sztandary i czaszki krzesło. Zaś na nim zasiadał Helmold zwany Sprytnym Lisem ze względu na swoją mądrość i przebiegłość. Siedział na szczęście bez zbroi chociaż założył ozdobną koszulę co Merga odebrała za dobry znak. Bez słowa podeszły z Normą na środek sali i przyklęknęły na kolano pochylając pokornie głowy w tradycyjnym geście szacunku.

                - Witaj panie. Twoje córki powróciły do twojego gościnnego gniazda i ich serca raduje się móc znów widzieć twe dostojne oblicze. - wyrocznia odezwała się pierwsza. Jej gwardzistka milczała wiedząc, że nie jest to sytuacja gdy powinna się wtrącać do rozmowy dostojniejszych od siebie. Wódz mógłby być jej ojcem ale nadal był krzepki a wierzono, że jego umysł z każdym rokiem nabiera ostrości i chytrości. Wiedziała też, że Merga jest wyrocznią więc jest względnie bezpieczna przed gniewem wodza i reszty wioski. Póki jawnie by nie wystąpiła przeciw jarlowi lub nie dopuściła się jawnej zdrady czy podobnej zbrodni to przynajmniej życie powinna ocalić. Ale ona sama była tylko młodą wojowniczką i takich gwarancji nie miała.

                - Tak. Widzę. Właśnie widzę. Moje córki wróciły. Cieszą się moje stare oczy na wasz widok. Ale gdzie są moi synowie co popłynęli z wami? Gdzie są moje statki? Wysłałem z tobą jeden statek pełen najprzedniejszych mężów boś miała misję od naszych bogów. Przysłałaś wołanie o pomoc. Wysłałem drugi statek pełen najdzielniejszych mężów. A teraz wracasz sama. Na obcym statku i z obcą załogą. Do tego z tymi cherlawymi, tchórzliwymi południowcami. Więc jak to tak? - Helmold nie był aż tak stary na jakiego się w tej chwili zgrywał. Ale oboje wiedzieli, że nie o to tu chodzi. Zadał to pytanie jakiego obie się najbardziej obawiały. Więc nawet doświadczona wiedźma musiała wziąć oddech i chociaż szykowała się na tą rozmowę jeszcze w Neus Emskrank to jednak w końcu trzeba było to zrobić.

                - To prawda mój panie. Jest tak jak mówisz. Twa dobroć, szczodrość i mądrość rozgrzewała me serce i duszę gdy trafiłam w ręce tych południowych parszywców. Gdy mnie smagali batem i przypalali ogniem krzyczałam z bólu ale trzymała mnie myśl, że jestem dumną córką wspaniałych Bjornlingów z plemienia Chyżych Łodzi i nie spamię się skamlaniem o litość ani zdradą. Nie przyniosę wstydu mojemu panu i ojcu. To byłaby hańba cięższa niż śmierć z ręki tych południowych psów! - rzekła pełna pasji i zapału. Wciąż pokornie klęczała na ziemi i mówiła wpatrzona w podłogę aby okazać szacunek. Wiedziała, że to ważne jeśli chciała zyskać przychylność i łaskę wodza. Może i była szanowaną wyrocznią ale była sama. A jej plemię wyekspediowało dwie pełne łodzie aby wspomóc jej świętą misję. Więc nie będą pocieszeni na wieść, że z całej wyprawy wróciła tylko ona i Norma. A ci wszyscy synowie, mężowie, ojcowie jakich przecież znała i ona i on nie wrócili i nie wrócą. Zaś na miejscu zostali ich synowie, córki, żony, matki, bracia, wujowie i chcieli wiedzieć co się z nimi stało. Ich też musiała jakoś przebłagać i pozyskać. W końcu nie wróciła tu tylko po to aby wrócić ale wciąż była w trakcie misji jaka pół roku temu skierowała ją ku wybrzeżom południowców. A teraz klęczała przed swoim władcą czekając na werdykt. W sali nie byli sami. Zdążyli się zejść najważniejsze osobistości osady i co chwila ktoś wchodził. A jeszcze więcej zapewne czekało na werdykt przed jarlową chatą. Ona też czekała. Podobnie jak klęcząca nieco obok niej ale trochę za nią toporniczka.

                - Mów dalej. - odrzekł w końcu wódz. W końcu poza mętnymi przekazami wiedźm też nie miał żadnych pewnych wiadomości o tym co się stało z rogatą wyrocznią oraz statkiem jaki wysłał jej na ratunek. Wreszcie mógł się tego dowiedzieć. - I wstań. - dodał krótko. Na co Merga uśmiechnęła się w duchu biorąc to za kolejny dobry omen. Gdyby był za tym aby wrzucić ją do morza z kamieniem u stóp albo wygnać precz z wioski to by zapewne dalej kazał jej klęczeć aby pokazać swój gniew i władzę. A tak to widocznie dawał jej szansę aby chociaż przedstawiła swoją wersję wydarzeń. Wstała więc i pierwszy raz spojrzała mu bezpośrednio w twarz. Teraz on wewnętrznie się wzdrygnął gdy para promieniejących tajemną mocą i pradawną wiedzą oczu przeszyła jego samego poruszając jakieś atawistyczne instynkty jakie od początku świata ostrzegały śmiertelników przed czymś nieznanym i nienaturalnym. Ona zaś szybko urwała kontakt i zaczęła mówić. Nie tylko do niego ale i do zgromadzonej publiczności. Wiedziała, że ma szansę ich pozyskać, prosić o przebaczenie i wsparcie dla jej sprawy. I dlatego zaczęła toczyć opowieść. Świeżo napisaną sagę w jakich lubowali się jej współplemieńcy.

                Mówiła więc o rejsie przez zdradliwe zimowe wody Morza Szponów. O katastrofie prawie u celu podróży. Jak załoga do końca starała się uratować statek i dopłynąć do najbliższego brzegu. Jak ofiarnie starali się aby chociaż ona się uratowała. O tym jak z trudem dopłynęła przez lodowate morze do brzegu. Jak tam całkiem opadła z sił i została znaleziona przez południowców. Rogi i cała reszta w oczywisty sposób czyniły ją winną w ich oczach więc trafiła do lochu. Gdzie była przesłuchiwania całymi dniami w izbie tortur. Widziała jak to mocno wzburzyło słuchaczy bo tutaj wyrocznie i wieszcze mieli status nietykalnych. Tylko własnymi knowaniami mogli sobie spuścić gniew pobratymców. A tam, na południu, żadnej świętości dla nich nie było. Traktowali ją jak szczególnie niebezpieczną wiedźmę i koniecznie chcieli się dowiedzieć czego tu szuka. Ale nic im nie powiedziała. Więc przesłuchiwali ją znowu a ona dalej milczała.

                Już sądziła, że tam sczeźnie marnie gdy odebrała słaby szept obcego. Okazał się przyjacielem. Mimo, że był południowcem. Ale sprzyjał naszym bogom i sprawie. Obiecał pomoc. To sprawiło, że dręczona wiedźma zyskała nadzieję. Wreszcie rozpoznała przysłaną przez niego wysłanniczkę przebraną za zwykłą dziewkę kuchenną co roznosiła posiłki więźniom. I to był jeden z najpiękniejszych momentów tej wyprawy. A w końcu prawie w ostatniej chwili zorganizowali akcję odbicia jej z lochów. W ostatniej bo mieli ją spalić na stosie w przesilenie wiosenne kiedy to robią coroczny festyn. A uwolnili ją ledwo parę dni przed. Tak ich poznała bezpośrednio. Pomogli jej, zadbali, ukryli. A potem jak doszła do siebie wspólnie zaczęli szukać dziedzictwa Sióstr.

                - One tam są. Są i chcą wrócić. Szepczą. Mówią. Krzyczą. W snach. Najpierw tylko u mnie. Ale z czasem, z każdym miesiącem ich głos potężnieje. Staje się coraz wyraźniejszy. Coraz więcej osób je odbiera. One rosną w siłę. Ich wpływ jest coraz silniejszy. Dają nam znaki. I udało nam się je odczytać. Znaleźliśmy ślady po ich cudownej, boskiej obecności. Jaskinię w jakiej Oster miała swoją pracownię i zostawiła swój ołtarz oraz demonicznego strażnika. Kolejny ołtarz należał do Soren. Pomogła nam go odnaleźć jej rodzona córka. Wyjątkowa istota. Tak ponętna co potężna. Już zaczęła oplatać tamto miasto siecią swoich wpływów i intryg. I bardzo chce zrobić wszystko co potrzeba aby jej rodzicielka wróciła. A także jej ciotki. Wszyscy chcemy. Jak odpływałam stamtąd mieliśmy trop do kolejnych śladów dziedzictwa ale już bieżyłam tutaj i nie mogłam z nimi zostać. A tu proszę! Proszę! Sami zobaczcie! - w miarę jak toczyła swoją opowieść zachowywała się coraz pewniej i swobodniej. Z początku wyraźnie mówiła głównie do jarla ale w miare jak dała się ponieść emocjom zaczęła chodzić po sali aby coś wyjaśnić słuchaczom i złapać z nimi lepszy kontakt. Zwłaszcza, że w chadzie wodza zebrali się ci najznamienitsi i najważniejsi co mieli wpływ na resztę społeczności a i jarl nie mógł ich ignorować. Na sam koniec sięgnęła do torby i wyjęła z nich dwa przedmioty.

                - To jeden z węży Sorii. Dała mi go na pamiątkę, dowód dobrej woli i abyście sami mogli się przekonać, że ona tam jest i czeka na nas. - zademonstrowała w dłoni coś ruchomego. Gdy się przypatrzyli jawiło się to jako mała, ciemna żmija mieniąca się wszystkimi kolorami tęczy. A krótka żmija przypatrywała się im. Wijąc się pomiędzy smukłymi palcami wiedźmy. A w końcu ku uciesze widowni zaczęła ssać jej palce i miziać się do nich niczym kochany kot.

                - Zapewniam, że umie jeszcze więcej. Zwłaszcza w alkowie. - powiedziała wesoło rogata widząc, że już rozbudziła ciekawość zebranych i kupiła sobie ich uwagę. W końcu podeszła do córki jarla, Astrid jaka uchodziła za jedną z najpiękniejszych dziewcząt w osadzie. A do tego znana była z licznych romansów i podała jej tą ciemną żmiję. Dziewczyna z ciekawości wyciągnęła swoją smukłą dłoń i pozwoliła aby stworzenie przepełzło z ręki na rękę. Nie tylko ona zerkała jak ciemny, gibki kształt przesuwa się pomiędzy jej palcami. A gdy chciała mu się przyjrzeć bliżej żmija ześlizgnęła się z jej dłoni za jej dekolt. Więc Astrid wydała z siebie całkiem przyjemny dla ucha i oka pisk i jęki próbując jednocześnie wydobyć stworzenie spod koszuli. Przez co już w ogóle zrobiło się wesoło.

                - A to. - wiedźma pozwoliła na tą chwilę wesołości i błazenady wiedząc, że to działa na jej korzyść. Wtedy dopiero uniosła drugą dłoń pokazując w niej coś o wiele drobniejszego. I nieruchomego. Więc przeszła wzdłuż stołów i widzów pokazując kilka, niewielkich, obłych przedmiotów. Wyglądały jak ziarnka fasoli albo groszku. Tylko takie bladej barwie i lepkie od jakiegoś śluzu. Przez co nie było łatwo zgadnąć co to może być.

                - A to są jaja Oster. Powiernica Ojczulka zaklęła w nich moc swoją i pozostałych swoich wspaniałych Sióstr. Ale oczywiście w formie miłej jej patronowi. Z nich wykluwają się czerwie a potem muchy jakie roznoszą po świecie ich błogosławieństwo. Wraz z naszymi sojusznikami już zaczęliśmy wstępny etap hodowli tych wspaniałych istot. Ale wzięłam też próbkę abyście i wy mogli spróbować tego dobrodziejstwa. Dajcie mi tuzin kobiet a też pokażę wam jak założyć u nas ich hodowlę. - obwieściła czym są te niepozorne, obłe przedmioty trzymane w dłoni. Znów rozległy się szmery rozmów na co pozwoliła. Wiedziała, że dla nich to nowość. Ale takie okruchy dziedzictwa Sióstr były namacalnym dowodem, że trafiła na właściwy trop i dalej zamierza nim podążać. W końcu wszyscy uciszyli się gdy głos znów zabrał jarl.

                - Wszystko co mówisz czcigodna brzmi zacnie. Ale nadal nie wrócili z tobą nasi bracia i statki. A chcesz nas namówić na kolejną wyprawę? - Arnulf chociaż też był zainteresowany tymi wieściami jakie zza morza przywiozła widząca to jednak nie zapomniał, że nie licząc Normy to wróciła stamtąd sama. No i z jakimiś południowcami. Rogata głowa skinęła mu z szacunkiem i właścicielka skierowała się w jego stronę. Reszta też się uciszyła wiedząc, że znów rozmawiają o niezbyt łatwych sprawach.

                - To prawda. Po stokroć opłakiwałam i opłakuję tych dzielnych wojowników bez których nie byłoby mnie tutaj. - przyznała i skłoniła pokornie głowę tak przed jarlem jak i przed resztą współplemieńców. Większość z nich miała kogoś na pokładzie tych dwóch statków jakie już tu nie wrócą.

                - Dlatego aby choć symbolicznie zadośćuczynić waszej stracie przywiozłam garść nędznych podarków. - powiedziała podnosząc głowę na Normę i wyciągając ku niej dłoń. Toporniczka była umówiona na tą okoliczność i sięgnęła to pakunku jaki miała na plecach. Podała go wiedźmie a ta odwinęła pakunek z koca. Na zewnątrz wyturlał się w jej smukłe, fioletowe dłonie miecz. Ale nie taki zwykły miecz dla zwykłego wojownika. Tylko ozdobny w złoto, zdobienia i klejnoty. Godny jarla. Przez tłum przeszedł jęk podziwu, zaciekawienia, zazdrości i chciwości. Zaś wyrocznie podeszła przed oblicze jarla, znów skłoniła swoją rogatą głowę i ofiarowała mu ten podarek. Ten pewnie złapał za broń i jak każdy wojownik z lubością oglądał najpierw jak wygląda na zewnątrz. A w końcu wysunął ostrze z pochwy i sprawdził klingę. To była wspaniała broń. Nawet ci co stali lub siedzieli dalej to widzieli jak nie osobiście to po reakcji wodza.

                - To dar nie tylko ode mnie ale też od naszych sojuszników z Neus Emskrank. Zdobyliśmy to w najlepszy możliwy sposób. Obrabowaliśmy tamtejszą świątynię! Zabiliśmy jej strażników aż krew ściekała po ich ołtarzach! - zawołała z dziką radością co wywołało podobną reakcję wśród publiczności. Wiedzieli, że w tamtejszych świątyniach zawsze można się obłowić a przynajmniej jest szansa na lepszy łup niż w przeciętnej chacie. A poza tym mieli satysfakcję z niszczenia, plądrowania i plugawienie domów bożych tych słabych, wrogich im bogów południowców. Jak Merga jeszcze wspomniała, że przywiozła podarki nie tylko dla jarla to już w ogóle zrobiło się radośnie. A jarl w końcu zezwolił traktować przybyszy jako gości i kazał przygotować ucztę. Aby cieszyć się z powrotu wyroczni, odnalezienie dziedzictwa znamienitych przodków jak i potencjalnych sojuszników. Nawet jeśli byli tylko słabymi południowcami.


                https://i.imgur.com/IQCPHpn.jpg

                - Wreszcie w domu. - nie mogła się powstrzymać aby nie uśmiechnąć się na widok znajomych drzwi, ścian i dachu. I znajomego ujadania. Pochyliła się gdy wielki, kudłaty, dwugłowy ogar jaki miał uchwyt szczęk w sam raz do przegryzania dyszli wozów wybiegł jej na spotkanie łasząc się jak mały szczeniak.

                - Co? Tęskniliscie za mamusią chłopcy? - wiedźma też do nich zakwiliła serdecznie jakby znów była młodą dzierlatką co dopiero co przestała być dzieckiem. Zawsze tak było gdy wracała do domu. Zwłaszcza po dłuższej nieobecności. Teraz ogar prawie ją przewrócił z tej radości co nie było takie dziwne bo pewnie ważył więcej niż jego pani. Wreszcie śmiejąc się niemożebnie i trochę czując też wypity wcześniej na uczcie miód i piwo poczłapała do drzwi udając, że się odgania od złośliwego natręta. Pogłaskała psisko ostatni raz a ono zamerdało ogonem. Ale nie szczekało. Miało więcej wspólnego z wilkami niż zwykłymi psami. Wielkie, kudłate, bydlę z pancernym grzbietem, kolcami przebijającymi skórę i maczugą na końcu ogona. Więc nie szczekał. Warczał, czasem wył, skamlał jak oberwał, tulił ogon jak był przestraszony, jeżył sierść, rozszarpywał jej wrogów swoimi kłami i pazurami, warował przy jej spokojnym śnie ale nie szczekał.

                - Wróciłaś. Witaj w domu czcigodna. - gdy weszła do środka przywitał ją mały komitet powitalny. Przewodził im mężczyzna jaki stał na ich czele i witał ją niczym gospodarz. Nie była tym zaskoczona. W końcu od dawna Birk był jej uczniem. Właściwie to obecnie już raczej partnerem i następcą. Zwłaszcza jak musiała opuścić rodzinne strony. Obok niego stała kolejna jej uczennica. Hrefna od dziecka naznaczona błogosławieństwem Władcy Wszystkich Ścieżek jaką parę sezonów temu przyjęła na nauki wiedzy tajemnej. Także Bjorn jaki był jej trzyręcznym ochroniarzem i wsparciem gdy potrzebne były silne argumenty a i poza tym miał kilka innych zalet. Else co była jej długoletnią służącą i dbała aby “ten kurnik” nie rozpadł się od środka i aby pani nie umarła z głodu. I parę innych osób z jej osobistych przyjaciół i świty jacy przyszli ją powitać w jej własnym domu nie zważając czy się widzieli wcześniej u wodza na uczcie czy nie. Ona sama nie mogła się poważyć aby zniknąć z uczty na jakiej była głównym gościem. To byłby afront tak dla jarla jaki był gospodarzem jak i wszystkich pozostałych gości z ich plemienia. Ale teraz wreszcie mogła się z nimi wszystkimi uściskać i przywitać na spokojnie. Ale, że i jej się udzielił nastrój powrotu i życzliwości wzmocniony przez sporą ilość trunków to i zrobiło się nawet rzewnie.

                - Nawet nie wiecie jak się cieszę, że wróciłam i znów was widzę! - powiedziała rogata gospodyni wzruszonym głosem po raz któryś z kolei. Roześmieli się i wreszcie usiedli w izbie w jakiej zwykle przyjmowała gości. Była największa z wszystkich i najmniej zagracona więc najlepiej się do tego nadawała. W środku piec przyjemnie rozgrzewał a i Else przygotowała poczęstunek i picie na wypadek gdyby pani i jej świta mieli ochotę dalej biesiadować tutaj.

                - Słyszałam Birk, że zwiastowałeś mój powrót. - zagaiła mistrzyni zerkając na swoją prawą rękę. Zapewne już niedługo ich drogi się rozejdą. Birk był ambitny i już na tyle wiedział i umiał, że był gotów ruszyć własną drogą. Szukać własnego przeznaczenia. Pewnie już by to zrobił gdyby zimą nie poprosiła go aby zajął się wszystkim póki nie wróci. I nie miała pojęcia, że wróci dopiero za pół roku. Ale cóż… Nawet wyrocznia nie była w stanie odgadnąć planów i zamiarów bogów jakie ci mają wobec swoich śmiertelnych pionków

                - Tak, oczywiście, że tak. Przecież tak właśnie mówiłem. - odparł szaman uśmiechając się nonszalancko. Chociaż znali się na tyle aby wiedzieć, że jest w tym jakiś figiel. - Właściwie to kości mi powiedziały, że dziś należy się spodziewać niecodziennego gościa. Starego znajomego. Ale przyznam, że byłem ciekaw jak usłyszałem gongi o obcym statku co wpłynął do fiordu. - skoro byli sami swoi to mógł się przyznać jak to było.

                - Słyszałam u jarla co ci się stało czcigodna. To straszne. A ja miałam takie złe sny na początku roku. Wiedziałam, że stało ci się coś złego. Dopiero później przeszły. Po wiosennym przesileniu. Pewnie jak cię odbili z tych lochów. - Hrefna dodała coś od siebie. I jak się teraz ich mistrzyni dowiedziała od Bjorna to właśnie oni optowali najgłośniej aby zorganizować wyprawę ratunkową. Jarl się zgodził ale im samym zabronił tam płynąć. Nie chciał puścić Birka i zostać tylko z młodą wiedźmą co nie ma jego doświadczenia ani puścić jej skoro to taka niebezpieczna wyprawa a ona taka niedoświadczona.

                - Oj nie taka niedoświadczona. Zrobiła sporo postępów od zeszłej zimy. Niedługo będzie umieć więcej ode mnie. - zaśmiał się Birk a młodsza koleżanka aż pokraśniała od tego komplementu.

                - Bardzo wam dziękuję. Za pomoc i wszystko inne. I, że tu dopilnowaliście wszystkiego. - gospodyni o niesamowicie złotych oczach nadal była wyjątkowo wylewna. Zresztą oni też. Nie co dzień wracali do siebie po tak długim rozstaniu. Rozmawiali dość chaotycznie na dość różne tematy. Co prawda oni już mniej więcej słyszeli co tam się działo u południowców ona nieco nadrobiła braki co u nich się działo ale wciąż byli spragnieni wiedzy i plotek tego co się działo u tej drugiej strony.

                - A ci południowcy? Ci z jakimi tu przypłynęłaś? Co to za jedni? - zapytał Birk jaki dość krótko był na uczcie. Jedynie chciał się przywitać i obiecał, że pogadają w domu.

                - Słyszałam jak ich chwaliłaś na uczcie. Przyznam, że ten ich mięśniak robi wrażenie. No i to znamię na plecach. A jeszcze jak mówiłaś, że tam czekają piękne i chętne dziewoje, przygody, skarby do złupienia, krew do przelania to już w ogóle wszyscy dostali gobliniego rozumu. - Hrefna też była ciekawa. Domyślała się, że mistrzyni zapewne mogła nieco ubarwić historie jakie przywiozła. Ale nie była pewna jak bardzo. W końcu jarl też ich zaprosił jako swoich gości więc przyszli na tą ucztę. Ale trudno było się z nimi dogadać bo nie znali norsmeńskiego. Chociaż nierzadko który tubylec mówił lepiej lub gorzej w reikspiel, bretońskim czy kislevskim więc jakoś tam się dogadywali. No i wszystkich zaskoczyła Norma bo przez te pół roku nieźle podłapała ten reikspiel i mogła robić za tłumacza.

                - Tak, mamy tam sojuszników. Zaryzykowali zimą swoje życie aby ocalić moje. A potem działaliśmy razem aby odnaleźć dziedzictwo Sióstr. - potaknęła do swoich wcześniejszych na uczcie słów a potem zaczęła im co nieco opowiadać dokładniej. Najważniejszy tam jest Starszy. Zawsze nosi maskę i zarządza całym kultem jak ojciec rodziną. Zezwala na każdego patrona albo i bez i jakoś próbuje tym wszystkim kręcić. Jest spore grono wyuzdanych dziewcząt z jakich większość poznała w zimie a Łasica to właśnie ta dziewczyna jaką fizycznie spotkała po raz pierwszy jeszcze jako więzień w lochach skazany na stos. A niebieskowłosa udawała wtedy pomoc kuchenną. Pomógł jej potem Egon, właśnie ten mięśniak jaki z nią teraz przypłynął. Oboje za to zostali pobłogosławieni znamieniem przez swoich patronów. Pozostałe frakcje są mniejsze ale nie mniej gorliwe i barwne. Sigismundus przewodzi wyznawcom Papy chociaż jest ich ledwo dwóch więc raczej działają jak partnerzy. Właśnie oni zajęli się hodowlą jaj Oster. Grono wyznawców Władcy Wszystkich Ścieżek też nie jest liczne. I raczej nie mają wykrystalizowanego lidera. Wśród nich działa Joachim jaki jest magiem południowców i jakiego przyjęła na swojego ucznia. Demonologia wydaje się go strasznie pociągać, może nawet za bardzo. Ale zdążyła go nauczyć samych podstaw. Podobnie wyznaje Pana Zmian były wróg zaprzańców czyli Heinrich. Już starszy jegomość ale z bardzo przenikliwym umysłem i śmiałymi pomysłami. Zaś siłę stanowi trójka mięśniaków czyli Silny i Rune. No i ta trzecia to Norma bo najczęściej z nimi przystawała chociaż chyba dziewczętom też podpasowała bo były na każde jej skinienie ale ona niezbyt często z nimi przestawała. I jest jeszcze jeden czy dwóch niezdecydowanych co nie obrali sobie jeszcze patrona. Jak choćby Vasilij jaki dowodził marynarzami co tu przypłynęli albo Otto, były, jednooki mnich co próbuje działać po trochu na korzyść każdej z Sióstr i frakcji. Przynajmniej o ile był jakiś trop czy okazja.

                - No to nie brzmi tak tragicznie. Myślałem, że tam mieszkają same mięczaki i zarozumialce. - powiedział Bjorn gdy gospodyni w końcu skończyła streszczać kogo tam zostawiła po drugiej stronie morza.

                - Tak, nie jest tak tragicznie. Powiedziałabym, że całkiem dobrze mi się tam mieszkało i pracowało. Zwłaszcza jak złapaliśmy tropy wiodące bezpośrednio do dziedzictwa Sióstr. Aż żal mi było odpływać. Chciałam zostać na miejscu i wszystkiego dopilnować. Ale musiałam. Bo obiecałam tam wrócić. I to nie sama. - mistrzyni upiła z rogu kolejny łyk wina gdy obwieściła im to czego jeszcze nie miała zamiaru ogłaszać podczas uczty. To ich niepomiernie zdziwiło.

                - Chcesz tam wrócić? Ale dlaczego? Kiedy? - zapytał Birk w imieniu ich wszystkich. Bo widział po spojrzeniach, że tego się nie spodziewali.

                - Przecież dopiero co wróciłaś. Po pół roku. - dodała Hrefna też się nie mogąc temu nadziwić.

                - Bo muszę tam być aby zrobić co trzeba. Nie sądzę aby Siostry wróciły ot tak. Na pewno coś trzeba będzie zrobić. Coś czemu nie podoła ktoś bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia. A Siostry chcą wrócić. Wszystkie proroctwa i znaki na to wskazują. Nie wiem ile nam to zajmie ale trzeba zrobić co w naszej mocy aby pomóc im wrócić. A one wynagrodzą swoje wierne sługi. Poczekam do końca miesiąca. Zobaczę kogo i co uda się zebrać. Wtedy pomyślę co dalej. Tak czy inaczej w kolejnym miesiącu będę chciała tam wrócić. Więc proszę was abyście zrobili co się da aby ściągnąć kogo się da na tą wyprawę. Jutro porozmawiam o tym z Arnulfem. Dziś tylko ogólnie mu zaznaczyłam temat. - wyrocznia nakreśliła swoje plany na nadchodzące tygodnie i miesiące. Jej uczniowie, przyjaciele i świta pokiwali w zadumie głowami. Tego się nie spodziewali. Ale jednak bogowie lubili tak mieszać w żywotach śmiertelników i to nie było nic nowego. Zwłaszcza jak się było głosem ich woli jak Merga i częściowo także oni. Rozmawiali jeszcze trochę ale widząc, że co niektórym a zwłaszcza gospodyni już głos się rwie i oczy przymykają, pożegnali się obiecując się spotkać jutro. Zaś Merga gdy została sama chwilę leżała w ciszy z zamkniętymi oczami. Ale mimo zmęczenia, szumu trunków w skroniach i poczucia błogości i szczęśliwości sen jakoś nie przychodził. Wstała więc, wyszła przez tylne wejście widząc, że wstaje już kolejny, letni dzień. Usiadła na drewnianej ławie, podkuliła nogi pod brodę i wpatrywała się w te rodzinne fiordy.

                https://i.imgur.com/30iAVry.jpg

                - Wreszcie w domu. - wyszeptała sama do siebie czując, że wreszcie powieki zaczynają jej ciążyć i się zamykać. Po chwili czcigodna pochrapywała cicho wsparta o blat stołu. Nie czuła jak czyjeś ręce delikatnie ją objęły, podniosły i zaniosły do środka chaty ostrożnie układając ją na posłaniu. Jeszcze ostatnie spojrzenie na śpiącą o imponujących rogach i ciche kroki skierowały się ku drzwiom jakie zamknęły się cicho. Zaś Merga z Mówiącej Góry pierwszy raz od pół roku spała wreszcie we własnym łóżku.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Niedostępny
                  SantorineS Niedostępny
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #157

                  Oryginalny autor: Zell

                  Backertag; zmierzch; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa

                  Stary były łowca uśmiechnął się na reakcję Sigismundusa. Gdyby nie wiedzieć kim tak naprawdę jest to można uznać go za niegroźnego przyjaznego wujka do opiekowania się twoimi dziećmi.

                  - Przyszedłem do ciebie chcąc porozmawiać o procesie hodowli, jakim się zajmujesz. - odparł wprost - Zależy mi postarać się bardziej do niego przekonać kultystów ku wspomożenia cię, ale chcę jeszcze raz usłyszeć o technicznych szczegółach, przyjacielu.

                  - Alez oczywiście mój drogi, oczywiście! - grubas roześmiał się rubasznie zupełnie jak kucharz którego by pytać o danie jakie jest jego specjalnością. Aż się brzuch mu zatrząsł od tej radości. Usiadł ze swoim kubkiem obok gościa i chwilkę się namyślał zbierając myśli.

                  - Właściwie nie wiem co już wiesz. Merga zrobiła cudowną robotę z tym tłumaczeniem. Niech jej Ojczulek w zdrowiu wynagrodzi. Bez niej to nadal byśmy nie wiedzieli co tak naprawdę przynieśliśmy z tej jaskini. - zaczął od pochwały dla rogatej wiedźmy jaka na początku tygodnia odpłynęła ku swojej górskiej mroźnej ojczyźnie.

                  - No to pewnie wiesz, że mamy jaja z tej jaskini Oster. Bo je już pokazywałem na naszych spotkaniach. Ale jak chcesz zobaczyć jeszcze raz to mogę pójść na dół i ci przynieść. Albo nawet jak chcesz możesz iść ze mną. Nie mam nic do ukrycia. - mówił szybko, ze swadą i życzliwością. Jak to zwykle gdy rozmawia się z kimś o swojej pasji, hobby czy miłości. Nawet wskazał na drzwi i w dół gdzie pewnie była piwnica apteki.

                  - No i dalej prosta sprawa. Trzeba te jaja umieścić w ludzkim ciele. Najłatwiej je wstrzyknąć do środka za pomocą strzykw. Nic strasznego. Jak zwykła lewatywa. Nie boli ani nic takiego. - chętnie tłumaczył kolejne kroki tej swojej ukochanej hodowli.

                  - I każdy naturalny otwór ciała się nadaje. I ten z góry i z dołu. Ale najlepiej się sprawdza kobiece łono. Statystyki jakie przełożyła Merga jasno na to wskazują. Dlatego kobiety są najefektywniejszymi nosicielkami. Tam się może zmieścić najwięcej jaj i są najmniejsze straty w miocie. Średnio większość jaj powinna się wykluć i przeżyć. Tak średnio że dwie trzecie nawet że trzy czwarte, czasem prawie wszystkie. Tam od tyłu to mniej. Gdzieś z połowa. A w usta to najmniej. Większość ginie, niewiele przeżywa do wyjścia. - tłumaczył zawzięcie i z wielkim zapałem. Z pieczolowitoscia ogrodnika omawiajacego jakaś cenną i ulubioną roślinę uprawna.

                  - No ta pseudo ciąża też raczej jest najlżejsza gdy nosi się ją w łonie. Gdzie indziej to jednak mogą wystąpić niekorzystne objawy. Głównie nudności, wymioty, bóle brzucha. W końcu to wszystko dzieje się gdzieś tam w bebechach jakich się na co dzień używa. Ale do pewnego stopnia można to regulować podaną dawką. Im mniejsza tym słabsze efekty uboczne. No ale i mniejszy miot. Znów dlatego preferowane są kobiety i ich łono. Ale częściowo zależy też od indywidualnych cech charakteru. Bo opisy Oster świadczą, że czasem przy podobnych dawkach nosicielki reagowały bardzo różnie. Od ogólnego osłabienia i wrażenia zatrucia i choroby po prawie bezboleśnie przechodzenie pseudo ciąży albo nawet sprawiało im to przyjemność. Więc na to nie ma reguły. Po prostu trzeba to sprawdzić w praktyce. - wyjaśnił, że chociaż Oster a potem Merga na pracowały się przy odpisywaniu tych eksperymentów i ich tłumaczeniem to była tylko ogólna teoria jaką za każdym razem trzeba było sprawdzić w praktyce.

                  - No i nawet Oster nie umiała przewidzieć która nosicielka wyda jaki miot. W sensie jakie duże maleństwa urodzi. Bo ziarna wszystkie są takie same. A mioty różne. To widać już od nosicielki zależy. Na przykład Loszka jest dobrą nosicielka to rodzi te duże. A tamta idiotka ze szlaku to te małe. Ale za to więcej. - podał przykłady na te teorie jakie ostatnio sam miał okazję sprawdzić w praktyce.

                  .

                  - No i jeszcze jak trafi się wyjątkowa nosicielka to mogą być te maleństwa jeszcze większe. Ale one statystycznie rzadko się trafiają to chyba nie ma co się na to nastawiać. Chociaż ten zdechlak co go Otto do nas przywiózł zanim wykitował majaczył coś o królewskiej krwi. Niezbyt to zrozumiałem. Znaczy ja to wiem od Strupasa bo to w nocy było a mnie tu z nimi nie było. No i ponoć łono królewskiej krwi wyda owoc królewskiej krwi. Czy jakoś tak. I to tak mówił jakby on spotkał czy widział tą nosicielkę królewskiej krwi ale jeśli tak to nie powiedział kto to. Szkoda. Chciałbym zobaczyć takie królewskie okazy. A te zapiski nie podają górnej granicy wielkości jedynie mówią, że to od płodności nosicielki zależy. A im większe maleństwa są po wyjściu tym większe muchy z nich potem rosną. Chociaż rosną dłużej. Ogólnie im większe tym dłużej przechodzą wszystkie etapy i jest ich mniej a jak są mniejsze to na odwrót. - dalej chętnie opowiadał o różnych możliwościach i wariantach tej hodowli.

                  - Jak chcesz zobaczyć to na dole mam już i świeże maleństwa, i kokony i świeże dorosłe okazy. Chociaż jeszcze będą przechodzić wylinki i dalej rosnąć. Myślę, że w pełni dorosłe będą gdzieś pod koniec przyszłego tygodnia. A jutro znów będę zasiewał tą idiotkę że szlaku a pojutrze Loszke. - dorzucił na koniec i popatrzył ciekawie na byłego łowcę czarownic czy to to właśnie chciał wiedzieć.

                  Heinrich słuchał uważnie i zastanawiał się nad prawdziwą możliwością wykorzystanie informacji w przypadku Łasicy.

                  - Chętnie z tobą pójdę zobaczyć. - odparł - Ale chciałbym też się dowiedzieć o możliwościach zasiewania sposobami bardziej, hmm, naturalnymi. Z wykorzystaniem mężczyzny.

                  - Mężczyzny? - grubas zapytał i chwilę się zastanawiał. Po czym wzruszył ramionami.

                  - Tego jeszcze nie próbowałem. A i opisy Oster koncentrują się na kobietach bo one były efektywniejszymi nosicielkami. Ale na mężczyznach też próbowała. I z opisu wynika, że tak samo jak u kobiet tylko bez kobiecego łona. Czyli zasianie od tyłu albo górą. Pseudo ciąża, skutki uboczne, długość ciąży, wielkość miotu tak samo jak u kobiet gdy się je zasieje w te inne dziurki. - odparł po tej chwili zastanowienia. Tego był pewien co do opisów z tłumaczenia rogatej wyroczni ale przyznawał, że jeszcze tego nie praktykował.

                  - No i mężczyźni to mają okazję na ten przeszczep jąder. Wtedy mogą zasiewać kobiety. Ale czym to nie wiadomo bo to na tym trzecim, najbardziej zniszczonym zwoju było. Wiadomo, że każda z Sióstr wydaje inny owoc ale jaki to nie wiadomo. Tu jeszcze mogą się przydać takie kobiety jak Lilly no ale zbyt wiele ich raczej nie ma więc to raczej dla mężczyzn. - dodał tak na wszelki wypadek i dla przypomnienia co jeszcze Merga zdołała przetłumaczyć ze zwojów przyniesionych z jaskini Oster.

                  - Ale o tym już rozmawiałem ze Strupasem. On jest taki kochany, taki zaangażowany! Jest bardzo chętny doświadczyć tego procesu aby dać osobisty przykład innym. No i mieć palmę pierwszeństwa w tym zaszczytnym dziele. Może zrobimy to jak będzie chwila spokoju. Dziś lub jutro. Najlepiej tak aby było przed zborem. Wtedy można by ogłosić kolejny mały krok ku świetlanej przyszłości. - westchnął z rozmarzeniem gdy mówił o swoim garbatym pomocniku. Brzmiało jakby rwał się do tych eksperymentów na cześć i chwałę swojego patrona.

                  - Interesuje mnie kwestia z tym zasiewaniem kobiet przez mężczyznę. To wymaga przeprowadzenia wpierw kastracji, tak? - dopytał.

                  - Przez te jądra Oster? - gospodarz dopytał się wskazując dłonią gdzieś za ścianę jakby chciał się upewnić czy dobrze rozumie pytanie. - No cóż… - zawahał się nim odpowiedział. - Właściwie to nie jest to konieczne. Można ten męski woreczek rozciąć, umieścić dodatkowe jądro albo dwa i zaszyć. Tylko wtedy ma się ich tam o te dodatkowe sztuki więcej. Ktoś kto się tam dobierze może narobić harmider. Aby się nie rzucało w oczy więc lepiej zamienić jedno albo oba. Jak się wszystko dobrze złoży, zagoi co trwa około tygodnia, może dwóch zanim te nowe zaczną być w pełni wydajne to po tym czasie już można zasiewać nasieniem Oster kobiety. Dalej to już podobnie jak ze strzykwami i jajami tylko, że działa to już tylko na kobiece łona. Gdzie indziej nie jest w stanie się utrzymać i szanse na wydanie miotu są nikłe. Więc właśnie do noszenia jąder raczej potrzebny jest mężczyzna a do zasiania łono kobiety. No i jak się wykastruje oryginalne jądra wtedy jest pewność, że te zasiane to będą tym wyjątkowym nasieniem. Bo jak są te własne no to jednak wciąż jest szansa na standardowe zapłodnienie. Aha no i to też potrzebne jest kobiece łono ale to nie jest prawdziwa ciąża więc tak samo jak z jajami. Czyli aby łono było. Płodność, bezpłodność, ciąża nie mają tutaj znaczenia. Chodzi o samo miejsce do rozwoju miotu. - gruby gospodarz dalej z ożywieniem tłumaczył co i jak z tymi różnymi rodzajami zasiewania jakie dostali w spadku po Oster i jej Siostrach.

                  - A podczas ciąży... Co się dzieje, jeżeli osoba uprawia seks z mężczyzną? Czy można wyczuć cokolwiek? Na którymś etapie? Czy to tak jak w zwykłej ciąży?

                  Tym razem gospodarz zastanawiał się dłużej. A w końcu rozłożył ramiona przyznając się do niewiedzy i uśmiechając się przepraszająco.

                  - Tego akurat w zapiskach nie było. A co do mojej praktyki no to cóż… Loszka i ta idiotka ze szlaku zbyt rozmowne nie są. No i z seksem też nie. A Dorna to chyba się tam zabawiała u Pirory ale to jeszcze było przed zasianiem. A teraz jest u mnie. Zresztą nie ma co tu siedzieć, chciałeś zobaczyć to chodźmy, sam się przekonasz, że to nic strasznego. Tylko pilnować wszystkiego trzeba. Właśnie dlatego ciężko mi się stąd ruszyć. Nie wiem jak ja jeszcze zrobię tą przeprowadzkę do jaskini. To cały dzień marszu, albo półtorej w jedną stronę. A pewnie jeszcze trzeba się tam jakoś urządzić i przygotować wszystko. A tutaj nie mam komu tego wszystkiego zostawić. - powiedział najpierw powoli gdy musiał przyznać się do niewiedzy ale potem przyspieszył i wrócił mu ton jowialnego wujka. Wstał od stołu i zachęcił gestem kolegę aby poszedł za nim.

                  Heinrich mocno się nad czymś zastanawiał idąc za gospodarzem.

                  - Chciałbym też porozmawiać z Dorną. Ile czasu u niej minęło od zasiania? Były jakieś niepokojące sygnały? - zapytał suchym tonem kogoś, kto w głowie rozwiązuje dręczący go problem.

                  - Oczywiście, oczywiście, chodź przyjacielu bo widzę, że więcej załatwimy na dole niż tutaj. - gospodarz dał znak aby gość podążył za nim a sam ruszył przodem. Wydawał się jowialny jak dobry wujaszek jaki oprowadza gościa po swoich włościach.

                  - A w ogóle nie wiem czy mówiłem. Ale genialny! Genialny pomysł z zasianiem tych aktorek! Genialny! Wielki plan godny wielkiego człowieka! - powiedział z uznaniem w głosie i uśmiechu gdy tak szli przez korytarze i zaplecze apteki. - Tylko szkoda, że ta żałoba bo tak to już by może przyjechały. A tak to nie i nie wiadomo kiedy. I czy w ogóle. Ale z drugiej strony gdyby nie ta żałoba to ten turniej już by był i się skończył więc musielibyśmy się obyć bez naszych kochanych maleństw. W ogóle to ci powiem, że dla samej hodowli to lepiej aby ta akcja była jak najpóźniej. Każdy tydzień więcej to więcej dorosłych okazów. Będę musiał na to uczulić Starszego. Może nie warto się tak śpieszyć? - dorzucił już bardziej filozoficznie dostrzegając w tej żałobie i dobre i mniej dobre cechy w stosunku do swoich planów. A w międzyczasie zeszli schodami piwnicy na dół i zajrzeli do pierwszych drzwi. Zastali tam Strupasa i Dornę. Oboje siedzieli w jakiejś kuchni czy czymś podobnym. Mieli rękawy zakasane do łokci. I przygotowywali jakąś miksturę jak można było poznać po licznych misach, butlach, moździerzach i innych takich utensyliach. Oboje przywitali gościa i gospodarza życzliwymi uśmiechami.

                  - Spójrzcie kto nas odwiedził! - zapowiedział gościa gospodarz. Przywitali się z nim ciepło a potem ten znów wrócił do swojej roli.

                  - Heinrich przyszedł nas odwiedzić. A poza tym interesuje się hodowlą i jaj Oster i jej jądrami. Dorna właśnie dzisiaj wydała miot z tego tylnego wejścia. A wczoraj z głównego. A nasz kochany Strupas na ochotnika zgodził się na te nowe jajca i na razie nie słyszę aby się skarżył. No ale to sobie porozmawiajcie a ja muszę zajrzeć do tych notatek bo o ile jaja znam już prawie na pamięć to jądrami interesowałem się trochę mniej. - gospodarz chwilowo opuścił swoją rodzinę i były łowca czarownic został sam na sam z garbatym śmierdzielem i szaroskórą mutantką.

                  - No tak. My tu widzisz robimy te mikstury wspomagające. Aby tam w łonach te maleństwa rosły szybciej i większe. A jak coś o jajach to pytaj Dornę. Ona to miała i już z niej wyszły i jak widzisz cała tu jest i nic jej nie jest. - Strupas poczuł się w obowiązku do zastąpienia gospodarza i zachęcił gościa aby wszedł i usiadł. Dorna potwierdziła jego słowa głową i lekkim uśmiechem na swojej szarej, kolczastej twarzy. W przeciwieństwie do swojej kamratki Lilly jej wygląd od razu rzucał się w oczy więc trudno jej było się poruszać po mieście.

                  Heinrich wydawał się szczerze zaciekawiony, jednakże jego ciekawość była inna niż Sigismundusa. Była bardziej... pragmatycznej natury.

                  - Jak się czujesz od czasu zasiania? - zapytał Dorny - Odczuwałaś jakiejś niechciane skutki? Chociażby zwykłą... niewygodę?

                  Mutantka chwilę zastanawiała się nad pytaniem szukając natchnienia w niskim, piwnicznym suficie i własnej głowie.

                  - Samo zasianie wcale nie boli. Wsadza się tą rurkę a potem czujesz jak to się tam rozlewa w środku. Jak w tyłek to trochę jak lewatywa. Nic strasznego. Tylko trochę takie… nie wiem jak to powiedzieć… takie inne niż lewatywa albo jak mężczyzna ci tam w środku kończy. Takie… hmm… Zimne? Chłodne? Potem trochę tak swędzi przez chwilę. Nawet zabawne. Ale też i trochę szczypie. Potem przestaje. Sigismundus mówi, że pewnie jak się nagrzeje od ciała to przestaje. Czyli dość szybko. A potem właściwie już nic się nie czuje, że coś tam było robione. - Dorna mówiła prosto i powoli. Często szukała odpowiednich słów jak opisać swoje doznania w trakcie trwania tego eksperymentu.

                  - I ja to miałam te małe. To pierwszy dzień nic. Drugiego coś zaczęłam czuć. Takie swędzenie albo burczenie w brzuchu. Ale to już mnie tego samego dnia Sigismundus zasiał od tyłu to może dlatego. Trochę dziwne to było ale nawet zabawne. Dopiero trzeciego dnia czułam je wyraźnie. Czułam jak się ruszają. - pokazała matczynym gestem i uśmiechem na swój ciężarny parę dni temu brzuch. I uśmiechnęła się z zadowoleniem.

                  - To było całkiem przyjemne. Tak jakbym tam jakiś kochanek coś robił. Coś miłego. Albo Lilly. Podobało mi się. Chociaż pod koniec to tak szczypało bardziej. Te maleństwa były już większe pewnie dlatego. - przyznała z zadowoleniem głaszcząc się ppo płaskim brzuchu.

                  - Tam z tyłu to trochę trudniej. Brzuch mnie trochę bolał. Wiesz tak jak chce się do wychodka ale jak idziesz i siadasz to nic nie leci. Zwłaszcza pod koniec. Ale nic strasznego. Trochę niewygodnie. Ale jak się tam ruszały to nawet miło było. - dodała opisując jak ta pseudo ciąża wyglądała od jesj strony jako nosicielki.

                  - A najfajniejszy był poród! To było wspaniałe! Dlatego jak tylko będę mogła to chętnie to powtórzę! - na koniec kolczatka roześmiała się gdy wspomniała ten ostatni etap który widocznie sprawił jej najwięcej przyjemności.

                  Mężczyzna słuchał uważnie całej opowieści, a gdy Dorna zakończyła dopiero wtedy się odezwał swoim zachrypniętym głosem.

                  - Opowiedz o doznaniach tego "porodu", jak tylko najdokładniej będziesz w stanie to przekazać.

                  - Doznania z porodu… - Dorna znów się zastanawiała jak to ubrać w słowa. Ale tym razem dużo krócej. - Na pewno nie ma porównania do zwykłego porodu. Znaczy takiego jak rodzisz dziecko. Rodziłam trzy razy. Tylko moje maleństwa nie przeżyły. Umarły szybko po porodzie. Mam z tym trudności. Nie mogę zajść w ciążę a jak mi się uda to nie mogę donosić a jak mi się uda donosić to umierają przy porodzie albo zaraz po. Dlatego tak z Lilly tyle razy próbowałam. Ona jest bardzo płodna. Nie jedną kobietę u nas zbrzuchaciła. To miałam nadzieję, że z nią mi się uda. I z nią to właśnie były te trzy razy ale jednak nie. - jedna myśl wywołała drugą i tym razem nie była przyjemna. Bo kolczasta mutantka wyraźnie posmutniała. Garbus poklepał ją pocieszająco po ramieniu. Wzięła się w garść i zaczęła mówić dalej.

                  - W każdym razie taki prawdziwy poród to nie zabawa. Ani u mnie ani u innych kobiet. Ale ten z tymi maleństwami Oster to sama przyjemność! - wróciła do znacznie przyjemniejszych myśli i się od razu rozpogodziła.

                  - Wiadomo kiedy mniej więcej masz termin. Bo to po wylinkach widać. Ja miała codziennie więc wiadomo było, że mam te małe. Tylko musiałam używać nocnika aby czegoś nie przegapić. Bo Sigismundus mówił, że jak się pójdzie do wychodka to nawet nie wiadomo co z ciebie wyleci. W każdym razie wiadomo, że tego a tego dnia powinnaś mieć rozwiązanie. Albo w nocy. Trochę wcześniej albo później ale wiadomo. Więc się spodziewasz. I w pewnym momencie zaczyna cię gonić. Tak jak nagle by ci się do bardachy zachciało. Tylko czujesz, że ona tam w środku są strasznie pobudzone. I takie parcie na dół. Wiesz, że zaczynaja wychodzić. Więc trzeba znaleźć sobie miejsce. Ułożyć się wygodnie. I czekać. I się w końcu zaczyna. A jak się zacznie to jest bardzo, bardzo przyjemne. Wcale nie boli. Jak przy zwykłym porodzie. No ale te maleństwa są o wiele mniejsze od naszych noworodków. Więc ja to sie czułam tak jakbym z jakimś mężczyzną harcowała i tam mi w środku robił tak jak trzeba. Bardzo przyjemne. Tylko w drugą stronę bo czujesz jak z ciebie wychodzą. I tak jest dobrze, że hej, zupełnie jak w tym szczytowym momencie podczas igraszek. O tak, bardzo, bardzo przyjemne, strasznie mi się podobało. Aż potem chce się zasnąć z tej błogości i nic nie robić. I zasnęłam. A potem jak wstałam to trochę mnie tam bolało wszystko, zwłaszcza tam między nogami. Ale to nic takiego. Tak samo jak się dobrze zabawisz z kimś to też tak trochę to potem czuć ale przecież i tak się miło wspomina. - mutantka żwawo zaczęła opowiadać jak zapamiętała ten poród. I widać było, że wspomnienia są i świeże, i żywe, i zdecydowanie bardzo przyjemne by nie rzec rozkoszne. Bo w pewnym momencie jak o tym mówiła, przymknęła oczy, przygryzła wargę i opuściła dłoń pod stół gdzieś w okolice swojego brzucha albo jeszcze niżej. Zaś na twarzy wykwitł jej wyraz błogości i spełnienia jak o tym myślała.

                  - Sigismundus mówi, że to może być wpływ Soren. Bo ona jest od takich zabaw. Może i Oster to wszystko zrobiła ale jednak jakiś wpływ inne Siostry też miały. Tylko nie jest tam opisane jaki dokładnie. Bo te przyjemności to trochę do Papy mi nie pasują więc pewnie przez Oster. - garbus widząc, że koleżanka skończyła dorzucił swoje trzy grosze. I spojrzał w przejście korytarza bo było słychać ciężkie kroki powracającego gospodarza. Ale całkiem energiczne mimo jego tuszy.

                  - Mam! - zawołał Sigismundus i uniósł triumfalnie przyniesioną torbę. Siadł obok gościa i zaczął coś w niej grzebać. - To co właściwie chciałeś się dopytać? - zapytał coś tam cały czas szukając. Ale przestał i odwrócił się do byłego łowcy czarownic. - A! Pytałeś jak to jest w trakcie igraszek jak się ma pełne łono tych maleństw. - uniósł palec jakby to sobie właśnie przypomniał. - Tego nie wiem. I Dorna oraz reszta dziewcząt też nie. Ale możesz zapytać tej ladacznicy. Tej z burdelu. Co ją Onyx ponoć zasiała. Przynajmniej Otto zdaje się w to wierzyć, chociaż nie zrobiły tego przy nim. Bo nie sądzę aby zrezygnowała z pracy więc pewnie robiła to z tymi maleństwami w środku. No chyba, że akurat klientów nie miała no ale to od początku tygodnia to nie sądzę. Chyba, że jakaś szpetna czy felerna jest. No to ją możesz zapytać. A swoją drogą cos cicho u niej. Jak to miało być w Wellentag to te małe powinna już urodzić. Te większe to może jeszcze nie. - powiedział co mu się przypomniało jak był na górze.

                  Heinrich pokiwał głową na słowa Sigismundusa.

                  - Zakręcę się wokół tej sprawy. - obiecał - I później odwiedzę tą co ją Onyx zasiała. Chcę też poznać jej doznania. - zginął głową Dornie - Dziękuję ci za twoją opowieść, naprawdę pomogła i rozjaśniła bardziej sytuację. - lekko uśmiechnął się do mutantki, co osłodziło zachrypniętą nutę w głosie na końcu zdania.

                  - Byłbym wdzięczny. Bo Otto mówi aby i zaufać i, że jak mówi, że ta koleżankę zasiała to pewnie tak było. Ale sam wiesz jakie są te nasze koleżanki. Może i tak ale wolałbym sam je zasiać. Albo ty lub Otto. Do was mam zaufanie. Albo, żebyście chociaż przy tym byli. Byłbym wtedy spokojniejszy. - brzmiało to trochę tak jakby jednooki mnich i były łowca heretyków zdobyli w oczach aptekarza punkty zaufania. W przeciwieństwie do wężowych koleżanek ze zboru z jakimi ostatnio niezbyt mi się układało. A w przeciwieństwie do Tobiasa był zbyt impulsywny aby nie dało się po nim poznać emocji. Zwłaszcza jeśli chodziło o projekt hodowli Oster w jaki się w pełni zaangażował. W międzyczasie wyjął z torby jakieś papiery i zaczął je przeglądać.

                  - Aha… Trzeci zwój… O jądrach Oster. No tak, mam to. Ale był najbardziej uszkodzony więc naszej czcigodnej Merdze nie udało się wszystkiego odczytać. Są luki. Po prostu pergamin zgnił i rozpadł się w palcach. - mówił do gościa tłumacząc dlaczego ma takie braki w tekście.

                  - No więc zaczyna się od rozcięcia worka. I potem trzeba tam włożyć jądro albo dwa i zaszyć. Właściwie można więcej ale to wtedy rzuca się w oczy. Właśnie dla niepoznaki można wyciąć oryginalne. Wtedy jak rany się zagoją to wszystko wygląda jak powinno. Bo jakby gdzieś w dziczy albo tam w Norsce to pewnie można działać swobodniej. Ale z wycinaniem oryginalnych trzeba ostrożnie. To grozi wykrwawieniem. Duże ryzyko. Wrażliwe miejsce to jucha leci stamtąd strumieniem. Trudno zatamować. Pod tym względem lepiej jest dodać te dodatkowe jądra niż wycinać stare. Coś za coś. - pokiwał głową gdy wyjaśniał koledze przebieg operacji wszczepiania daru Oster.

                  - Potem trzeba czekać aż się rany zagoją. No i tam w środku się wszystko ułoży. To parę dni do tygodnia. Sporo zależy od indywidualnego przypadku i dbania o siebie i warunków. Ale pół tygodnia do tygodnia tak przeciętnie. A potem. Potem można działać i rozsiewać po świecie nasienie Oster. - uśmiechnął się błogo na taką zacna myśl jaka widocznie była bardzo miła jego sercu.

                  - Znaczy można sobie pewnie psikać jak się chce. Ale w przeciwieństwie do jak potomstwo będzie tylko w tej właściwej dziurce. Tak samo jak z prawdziwą ciążą. Tylko to tak samo jak z jajami nie jest prawdziwa bo chodzi tylko o miejsce aby w kobiecym łonie. - doprecyzował jak to się sprawy mają i na tym polu.

                  - I ponoć bardzo efektywne. Kuśka stoi jak drąg i zawsze jest gotowa do działania. W każdym razie bardziej niż taka zwykła. W końcu to nie do końca jest takie zwykłe coś. Dlatego na dłuższą metę może wywoływać zmiany. Ale nie wiem jakie bo nie pisze. - przyznał, że są i plusy i minusy takiego zabiegu przeszczepu.

                  - No niestety nie pisze co z tego wyjdzie. Wiadomo, że ciąża trwa około tygodnia. Ciężarnych brzuch raczej widać, zwłaszcza pod koniec. Czyli niezbyt dyskretne jak na nasze warunki. I wiadomo, że tak jak z jajami każda z Sióstr wydaje inne potomstwo. Ale jakie to nie wiadomo bo to się nie zachowało. - zakończył i odłożył papiery na stół dając znak, że więcej w nich nie ma.

                  - Jak cię nie było właśnie gadaliśmy o tych larwach, ciąży i zasianiu. I, że Dorna jest chętna na kolejny raz. - odezwał się w końcu garbus krótko wspominając gospodarzowi o przebiegu dotyczasowej rozmowy. Mutantka uśmiechnęła się do nich ładnie i pokiwała głową jako potwierdzenie.

                  - Ah. No to dobrze, dobrze. Jakbyś Heinrichu miał jeszcze jakieś pytania co do tej hodowli to pytaj śmiało. My następnym razem zasiejemy naszą kochaną w Angestag. Może nawet na zborze? O ile Starszy by się zgodził. Co myślisz? Taki mały pokaz, że to nic strasznego. I chyba zwiększę dawkę. Bo teraz było dwa z przodu i dwa z tyłu. I nie widzę żadnych przykrych konsekwencji. Więc następny raz spróbujemy cztery z przodu. Może jeden z tyłu albo bez. Jeszcze pomyślę. - podzielił się z byłym łowcą planami na kolejne zasianie mutantki już w ciągu najbliższych dni.

                  Heinrich kiwał głową w zamyśleniu.

                  - Może pojutrze będę więcej wiedział czy mój plan na więcej kandytatek się uda. A raczej bym na Zborze nie zasiewał, bo niektórzy mogą to źle przyjąć. - poklepał Sigismundusa po ramieniu - Może też z kandydatem się by udało, ale nie zapeszam. Pamiętam o kwestii hodowli i też dla mnie istotna, przyjacielu.

                  - No właśnie. Niezmiernie mnie to cieszy. Bo poza Strupasem to tylko ty i Otto się tym interesujecie i jakoś wspieracie ten projekt. - gospodarz obdarzył gościa prawdziwie wdzięcznym spojrzeniem i po przyjacielsku położył mu swoja dużą dłoń na jego barku.

                  - To mówisz, że na zborze lepiej nie? - zastanowił się nad jego odpowiedzią. Chwilę to trawił w myślach, popatrzył na garbusa i mutantkę. On wzruszył ramionami ale ona się odezwała.

                  - Jeśli o mnie chodzi to może być na zborze a może być i poza. Tak czy inaczej to będzie dla mnie zaszczyt być naczyniem Oster. I przyznam też, że całkiem spora przyjemność. - kolczasta mutantka mówiła całkiem przyjemnym dla ucha głosem. W przeciwieństwie do jej fizycznych zniekształceń jakie były trudne do ukrycia głos miała całkiem spokojny, naturalny i łatwo wpadający w ucho. W sam raz do śpiewania sentymentalnych ballad lub kołysanek dla dzieci.

                  - Jesteś taka dzielna i wspaniała Dorno. Inne koleżanki powinny brać z ciebie przykład. - Sigismundus spojrzał z ojcowskim rozczuleniem na odmieńca tak jak na dorosłą córkę co idzie jego drogą.

                  - I mówisz Heinrichu, że miałbyś szanse na jeszcze jakieś nosicielki? Cudownie! Byłoby wspaniale! Zwłaszcza jak mamy niewiele czasu aby maleństwa zasiać, wydać na świat i aby potem one jeszcze dojrzały do działania. Więc każda hehe dziura jest w cenie. Jakbyś tylko coś potrzebował w tej sprawie to tylko daj znać, zrobimy co się da aby ci pomóc. - z kolei też bardzo dobrze przyjął zapowiedź na szansę zdobycia kolejnej nosicielki. I wydawał się tym być nie mniej wzruszony. Zresztą pozostała dwójka też chętnie pokiwała głowami zapewniając o swojej gotowości do współpracy.

                  - I jeszcze byś miał jakiegoś kawalera nawet? No, no to by było coś. Bo z tymi jądrami no to Strupasa na razie mamy. Tylko no niestety… No chyba nie będzie mu zbyt łatwo znaleźć taką co rozłoży przed nim nogi… Ale przynajmniej mogliśmy pierwszy raz przeprowadzić tą operację więc ma to wartość dla nauki. I już wiemy, że da się to zrobić. - wieści o kawalerze też go mocno pobudziła. I widać było, że zjada go ciekawość ale na razie powstrzymał się przed pytaniami.

                  - Jeżeli zajdą jakieś dodatkowe zmiany w kwestii nosicieli to dam ci znać. - obiecał i wstał z krzesła - Na razie mam jeszcze inne sprawy do przeprowadzenia, więc nie mogę z wami dłużej zostać. - wytłumaczył się - Mam nadzieję że szybko rozwiążemy sprawę.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Niedostępny
                    SantorineS Niedostępny
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #158

                    Oryginalny autor: Seachmall

                    Backertag; popołudnie; Rezydencja Von Mannlieb

                    Otto skłonił się frau Fabienne.

                    - Lady Fabienne, Anniko, miło was widzieć. - przywitał się mnich siadając z delikatnym westchnieniem - Przyznam, nie sądziłem, że młodość już nie będzie mi wystarczać, aby przetrwać takie zabawy. Co do celu mojej wizyty, mam dwie. Po pierwsze… - wręczył list od przeora Fabienne - Jest zgoda na wypuszczenie Marissy. Dziewczyna już wie i… była naprawdę, naprawdę szczęśliwa. - mnich westchnął trochę tęsknie - Więc możesz ją odebrać w dogodnej dla siebie chwili. Druga jest niestety mniej przyjemna. Z powodu faktu, że to ja "wprowadziłem ladacznice do świątyni", jak to ładnie ujęła straż, wzięli mnie na przesłuchanie. Wybacz frau Fabienne, ale podałem ciebie i lady Pirore jako świadków, mojego opuszczanie miasta następnego dnia. Jeżeli mogłabyś potwierdzić tą historię kiedy przyjdą… no, uniknąłbym stryczka.

                    - Oh! Możemy zabrać Marisskę!? To cudownie! No nareszcie! - nie tylko bretońska szlachcianka się ucieszyła na taką wieść. Także była, czarnowłosa pacjentka hospicjum wyglądała na ucieszoną. Zupełnie jakby miały przywitać się z dawno wyczekiwanym gościem albo nawet członkiem rodziny.

                    - Oczywiście, że ją zabierzemy. Co tam biedulka będzie smutnieć samotnie. Dołączy do nas i wyrwie się na szerokie wody, odetchnie świeżym powietrzem. Ubierze się w coś porządnego. Tak, zdecydowanie to dobra wiadomość. - gospodyni nie ukrywała, że sprawiła jej mnóstwo radości. W pośpiechu otwarła wręczony jej list od przeora a lakowa pieczęć pyknęła z cichym trzaskiem. I Frau von Mannlieb zamilkła na chwilę szybko przesuwając oczami staranne pismo przeora Bernarda.

                    - Już jak ja sie tu wprowadziłam to było dla niej miejsce. Będziemy mieszkać w jednym pokoju. - czarnowłosa skorzystała z chwili ciszy i dorzuciła coś od siebie. Widać to wspólne mieszkanie z koleżanką z hospicjum wydawało jej się całkiem miłe dla serca.

                    - Tak, pisze to co mówisz… Że przyszła zgoda od jej dawnej pani… czcigodna dobrodziejka von Spee… - bladolica czarnowłosa streszczała co tam kierownik hospicjum napisał. Zmarszczyła brwi jakby próbowała coś sobie przypomnieć albo odczytać ale ekscytacja szybko sprawiła, że przesunęła się oczami dalej po tekście. - No i tak, mogę ją zabrać w każdej chwili… I podziękowania, modlitwy za mą duszę, poleceanie się na przyszłość… - wyłuskała z listu to co najważniejsze i w końcu odłożyła papier na stół wracając do rozmowy.

                    - To chyba nie ma na co czekać. Co biedaczka będzie sama spędzać noc w celi jak może już zamieszkać z nami, wziąć pożądną kąpiel, zjeść coś normalnego… Poślę po nią powóz. Annika pojedziesz po nią? Znacie się to będzie jej łatwiej. Hmm… Czy może lepiej nie? I poczekać do rana? Nie będzie to podejrzane jak poślę po nią teraz? - gospodyni zaczęła już wydawać polecenia swojej nowej służącej a ta chętnie kiwała na nie głową ale pod koniec Bretonka zawahała się. Spojrzała pytająco na Otto pytając tak o radę.

                    - A z tą świątynią to straszne, że cię podejrzewają. Oczywiście, że powiem co trzeba. Zresztą to nawet prawda, że się widzieliśmy za miastem. Chociaż o okolicznościach to chyba im lepiej nie mówić. - gdy zaś wspomniał o tej mniej przyjemnej sprawie to wyglądała na przejętą. Przyłożyła swoją szczupłą, elegancką i zadbaną dłoń ozdobioną złotym pierścieniem rodowym i dwoma innymi do ust w geście poruszenia. Ale zaraz zapewniła o swoim wsparciu. Nawet uśmiechnęła sie ironicznie na dwuznaczność takiego potwierdzenia bo w końcu rzeczywiście się spotkali w nocy za miastem. Ale w takiej roli, że groziłaby im natychmiastowa ekskomunika, tortury i śmierć gdyby władze się o tym dowiedziały.

                    - Coś konkretnego mam im powiedzieć o tym spotkaniu za miastem? - chciała wiedzieć jakiej wersji ma się trzymać gdyby ktoś ze straży rzeczywiście przyszedł prosić ją o zeznania w tej sprawie.

                    - Hospicjum jest do twej dyspozycji. - zapewnił mnich - Zależy czy chcesz, abym ja tam był, bo dziś muszę jeszcze odwiedzić Pirorę i Silnorękiego. - mnich się chwilę zastanowił - Bardziej po prostu wspomnij, że widziałaś mnie przy bramie jak opuszczałem miasto. Nic wiążącego. Kojarzysz mnie, bo byłem pośrednikiem w wypuszczeniu Anniki i Marissy, a brak oka wyróżnia mnie w tłumie. Nie ma co robić z tego większej konspiracji. - Otto zerknął na Anniką - A jak ty się czujesz, moja droga? Solidnego kuksańca dostałaś podczas tego skoku.

                    - Ehh… - czarnowłosa skrzywiła się na wspomnienie nocnej walki w świątyni. Chwilę tak trzymała tą niezbyt zadowoloną minę. A w tej prostej sukni, w szlacheckim salonie, stojąc u boku swojej pani raczej nie kojarzyła się z jakąś bandytką o morderczych zapędach. Wręcz przeciwnie. Pasowała tutaj jako jakaś młoda pokojówka na służbie u bogatych państwa. Ale to wciąż była ta sama dziewczyna co ponoć słyszała w sobie zew Krwawej Siostry i potrafiła iść na ostre udry z takim zabijaką i mięśniakiem jak Thorne który już na pierwszy rzut oka był od niej wyższy i masywniejszy.

                    - Byli mocniejsi niż sądziłam. Chyba nie jestem tak dobra jak myślałam. Dobrze, że nie mieli założonych pancerzy bo mogło być kiepsko. Rune też oberwał. Silny i Soria to chyba nie. Albo nie bardzo. Nie widziałam w każdym razie aby coś tam z nich sikało jak z nas. - przyznała niezbyt zadowolonym tonem. Szlachcianka podniosła na nią swoje blade lico okolone czarną koroną ładnie ułożonych włosów i pocieszająco złapała ją za dłonie chcąc jej dodać otuchy.

                    - Dobrze, że wyszłaś z tego. Strasznie się o ciebie martwiłam. No i sama widziałaś, że się udało. Merga i reszta odpłynęli z łupami. - powiedziała miękko z bretońskim akcentem a służka pokiwała swoją czarną głową. Chyba jednak nadal nie była zbyt zadowolona ze swojej walki podczas tamtego nocnego starcia.

                    - Dobrze to w takim razie jakby ktoś ze straży pytał to powiem, że się przypadkiem spotkaliśmy przy bramie. W końcu mogę cię znać właśnie z hospicjum albo i wieczorków poetyckich u Kamili. Mam nadzieję, że to im wystarczy i nie będą rozpytywać. A po Marisskę w takim razie jak to nic zdrożnego to poślę zaraz. Niech bidulka tam nie marznie sama w tej swojej celi i tej okropnej włośnicy. Zasługuje na coś lepszego. Oczywiście Otto mam nadzieję, że będziemy się spotykać u Pirory albo gdzie tam by była okazja. Zresztą z tego co mi mówiliście to nasza słodka Marisska ma nas zaprowadzić do Pajęczej Królowej czy jakoś tak. No ale to już jak będzie u nas. Wtedy wszystko się jakoś zorganizuje. - bretońska małżonka tutejszego kapitana statku zdecydowała się jak wykonać kolejne ruchy i znów humor jej się poprawił na myśl o przyjemniejszych sprawach.

                    - Dziękuję. - odpowiedział mnich i zerknął na Herolda Norry - Dlatego idę do Silnego. Sądzę, że przyda ci się szkolenie zanim udamy się do ołtarza. Przeznaczenie, przeznaczeniem, ale dobrze by było, abyś strzegła go z oboma rękoma. - mnich się uśmiechnął - Co do dalszych spotkań. Z wielką chęcią, szczególnie, że na razie mam zakaz opuszczania miasta. Jednak sprowadzenie Soren nie jest możliwe, bez jej sióstr. Muszę więc dopomóc pozostałym projektom naszej rodziny. Właśnie, milady jeżeli mogę prosić o drobną wspomoc w jednej sprawie. Mogę obdarować cię komplementem, gdyż twoje współżycie z ogierem wywołało u mnie dosłownie religijne doznanie. Siostry obdarowały mnie wizją, kiedy widziałem twoje delikatne ciało plugawione zwierzęcym organem. - mnich się uśmiechnął łobuzersko - Poszukujemy kobiety do hodowli naszych Nurglitów. Tak naprawdę poszukujemy wielu kobiet, ale jedna jest istotna. niestety nic o niej nie wiemy oprócz tego, że posiada "królewskie łono". Na początku sądziłem, że może chodzić o ciebie zważając na twoje Bretońskie pochodzenie i pokrewieństwo z Sorią. Jednak wizja pokazała mi, że królem jest każdy, kto ma koronę. Nawet narysowaną najwyraźniej. Najwyraźniej poszukujemy kobiety, która ma wytatuowane ukoronowane usta w okolicy łona. Jeżeli w swych przygodach z Lady Pirorą natrafiły byście na taki okaz, proszę dajcie mi znać. Jest to naprawdę istotna osoba.

                    - Oh tak, on był niesamowity! Zawsze marzyłam aby przeżyć coś tak wyjątkowego! Okropnie mi się spodobało te plugawienie i mam nadzieję, że to był pierwszy a nie ostatni raz! - Bretonka nagle się ożywiła i roześmiała się szczerze i beztrosko. Zupełnie jakby w pełni podzielała ten łobuzerskie uwagi rozmówcy i bardzo jej się spodobały. Otwarcie zdradzała i słowem i resztą ciała, że takie orgie jak ta ostatnia przy kamieniach bardzo jej przypadły do gustu i ma ochotę na więcej.

                    - A to pochodzenie od Soren bardzo mnie zaskoczyło jak mi o tym Soria powiedziała. Ale jestem z tego strasznie dumna i bardzo się raduje serce moje. To zaszczyt pochodzić od tak znamienitych przodków. - dodała też z nabożną wręcz czcią ale i dumą że ma tak znamienite pochodzenie.

                    - Jednak nie myśl, że tam w Bretonii to wypadłam sroce spod ogona i byłam jakąś tam tawernianą ladacznicą. Co to to nie. Chociaż nie powiem aby taki zawód byłby niemiły. Zapewne można by poznać wielu ciekawych ludzi. I nieludzi. I może jeszcze coś bardziej egzotycznego. - wpadła w pogodny nastrój jaki pozwalał jej zapomnieć o nadwyrężonym ciele. Mówiła szybko, żwawo i energicznie.

                    - A więc moja rodzina ma tytuł hrabiowski więc mnie on też się należy. A w ogóle to jestem księżniczką krwi. - powiedziała lekko i chętnie. Jak to często ci lepiej urodzeni lubili się chwalić swoimi liniami genealogicznymi. I z tego co mówiła to tam w Bretonii co prawda mieli króla a nie cesarza i inne nazwy ale ogólnie ten feudalny system był podobny. I rodzina Fabienne pochodziła z Brionne, portowego miasta przy pograniczu z Estalią. I była spokrewniona z lordami jacy w Imperium byliby zapewne księciami - elektorami. Czyli wśród nich wybierano kolejnego króla o ile była taka potrzeba. I te linie rodowe nazywano właśnie księciami krwi królewskiej a w skrócie księciami krwi. Księciami bo dziedziczyć mogli tylko mężczyźni. Ale kobiety z takich rodów też były w cenie jako małżonki i dziedziczki potężnych posagów. Niestety rodzina Fabienne nie była ani pierwsza ani druga w kolejce i ona sama uważała, że mieli mizerne szanse aby bez jakiegoś pomoru na skalę całej prowincji mogli się dochrapać do tej elektorskiej pozycji no ale tak genealogicznie to tak, byli z królewskiej linii a ona dziedziczyła nie tylko tytuł hrabiowski ale była też księżniczką krwi.

                    - Tylko niestety tutaj sama sobie zaszkodziłam. Bo dałam się ponieść mojej chuci i rodzicom nie wszystko udało się zatuszować. Więc aż tak wieli amantów z dobrymi nazwiskami nie starało się o moją rękę. Więc jak się trafił pewien starszy, dobrze mówiący po bretońsku kapitan z odległego portu w Imperium to mnie z nim ożenili z pocałowaniem w rękę. No i teraz mają mnie z głowy i nie muszą się za mnie już więcej wstydzić. On zapewne oczywiście nie wie co tam nabroiłam w czasach gdy byłam płochą panienką. - streściła w luźnym tonie jak to było z zawarciem jej małżeństwa jako młodej, bretońskiej hrabiny z dwukrotnie starszym imperialnym kapitanem von Mannliebem z jakim w końcu wylądowała i zamieszkała tutaj.

                    - A te wytatuowane usta to ja jej nie spotkałam. Żadnej kobiety z jaką miałam przyjemność. Chociaż pomysł mi się podoba. Prawie tak ciekawy jak niewolniczy tatuaż Adelajdy. - zaśmiała się wciąż będąc w dobrym humorze. - Ale na tym spotkaniu dziewczyny mi opowiadały o jakichś dwóch, bogatych ślicznotkach co odwiedziły zamtuz gdzie pracuje Onyx. I ta co się zabawiała z dziewczętami miała taki tatuaż. Mam nadzieję, że ją poznam! Jestem jej strasznie ciekawa! Zwłaszcza jak lubi się zabawić z dziewczynami i do tego jest piękna i dobrze się z nią rozmawia. Oby wróciła tam do nich i Onyx udało się jakoś złapać z nimi kontakt! - ćwierkała wesoło i chętnie podzieliła się plotkami jakie usłyszała ostatnio od koleżanek z kultu. Sama wydawała się być pod wrażeniem owych pięknych i bogatych nieznajomych, że była ich jawnie ciekawa.

                    Oko mnicha otworzyło się szeroko na wieść o tatuażu klientki Onyx, musiał zapomnieć o tym szczególe z opowieści ladacznicy. Po chwili Otto wydał z siebie dość złowróżbny chichot - Och… mam taki cudowny plan co do niej… o tak. Dziękuję ci Fabienne, właśnie otworzyłaś dla nas kolejne drzwi. - ucałował dłoń szlachcianki - Wybacz, ale muszę uciekać. Mam jeszcze do odwiedzenia Pirorę, też sprawa strażników. No i Silny… powiedz mi tylko, czy chciałabyś zagrać w "udawanym kulcie", ku uciesze klientek Onyx?

                    - O nie, nie, absolutnie nie, co ty sobie wyobrażasz? Zapomniałeś z kim rozmawiasz? Za takie bezczelne insynuację złożę skargę do twojego opata. - pogroziła mu palcem i przez chwilę zachowywała się jak dobrze urodzona dama powinna na takie poufałości i w ogóle plugastwa. Chociaż ten gniew i powaga nie sięgały roześmianych oczu i gdzieś tam w głębi głosu było słychać dobry humor jaki przez nią przemawiał.

                    - Oczywiście, że zagram! Uwielbiam teatr i przedstawienia! A jak jeszcze bym dostała jakąś lubieżną i wyuzdaną rolę to chyba bym potem musiała się wam odwdzięczyć tak abyście byli usatysfakcjonowani. A chyba wiesz Otto, że ja umiem się odwdzięczać co? - zapytała na koniec gdy już wybuchła jawną radością i kokietowaniem rozmówcy. Ale uniosła w pewnym momencie palec do góry.

                    - Tylko pamiętaj, że oficjalnie to jestem mężatką i damą z towarzystwa. Więc muszę się dostosować do tej roli i niezbyt mi łatwo załawić sobie wolny wieczór, noc, wizyty w zamtuzie czy tawernie. No ale jak coś będziecie mieli to daj znać, zrobię co się da abyśmy wszyscy wyszli z tego usatysfakcjonowani. I jakieś małe plugawienie zwierzęcym organem tu czy tam albo jakieś inne takie to też bym przyjęła z szeroko rozwartymi ramionami. I udami też. - powiedziała jeszcze nie mniej wesoło chociaż starała się zwrócić uwagę, że nie ma takiej swobody manewru jak większość jej koleżanek z kultu.

                    - Och, proszę się nie martwić. Mój plan może zostać wykonany w środku dnia. Jednak teraz naprawdę muszę już lecieć. Och, Pirora pokocha to! - mnich był wyraźnie podekscytowany swoim pomysłem. Ponownie ucałował dłoń Fabienne i ciepło przytulił Annikę, po czym pozostawił dwie kobiety, aby zadowoliły się własnym towarzystwem. Niemalże w podskokach ruszył w stronę kamienicy z loszkiem panienki von Dyke. Miał nadzieję, że naprawdę spodoba się jej jego pomysł.

                    Backertag; popołudnie; ul. Bursztynowa, kamienica Pirory

                    Otto skłonił się obu kobietom i zastanowił nad ich pytaniem.

                    - Zaleciłbym Birgit. Ładnych buź nigdy za wiele, to prawda, ale dziewoja, która ma między uszami coś więcej niż piękne oczy. Niecodzienne jak wy moje panie, a to oznacza interesujące. - mnich się uśmiechnął - Co do celu mojej wizyty obawiam się, że sprawy rodzinne, ale może wam się spodobają. Najpierw najmniej przyjemna. Mam małe kłopoty z powodu tego skoku na świątynię. Straż miejska się mi przygląda, już wzięli mnie na spytki. Pytali gdzie byłem wczorajszego dnia. Prawdę powiedziałem, że poza miastem, nie powiedziałem prawdy w tym co tam robiłem, ale to już mniejszy szczegół. - zerknął na Pirorę - Podałem ciebie i Fabienne jako osoby, które widziały jak opuszczam miasto, lady Piroro. Więc gdyby straż przyszła oto zapytać. Po prostu potwierdź, że widziałaś mój pobliźniony pysk przy bramie. Druga sprawa to Thorne. O ile nie ponaglam, chłopak jest już do odebrania, więc jeżeli znajdziesz czas, aby nas odwiedzić i go zabrać, byłby kolejny kłopot z mojej głowy. I teraz najważniejsza sprawa. - mnich powoli wziął oddech i wypuścił powietrze, zbierając myśli - Podczas orgii siostry zesłały na mnie wizję. Widziałem dwa łona, jedno należało do potomkini wiedźmy, która zawarła pakt z siostrami. Dwa pieprzyki na zgięciu uda. Ona jest gdzieś poza miastem, więc to będzie musiało poczekać. Drugie łono, miało tatuaż ukoronowanych ust. Podejrzewam, że jest to to "królewskie łono", o którym mówił Vigo, Herold Oster. Fabienne powiedziała, że jedna z szlachcianek, które ostatnio odwiedziły Onyx miała ten tatuaż. - mnich klasnął dłońmi wyraźnie się ekscytując - Więc, skoro już wiemy kto, musimy wymyślić jak przekonać ją do naszych zabaw i mam plan. Kobiety najwyraźniej pożądają nowych doznań i mam zamiar im ich dostarczyć. Czcigodna, w jakiej krainie założyłaś swoją siedzibę, gdzie czczono cię jako Wężową Księżnę? - to ostatnie pytanie padło do Sorii.

                    - To było daleko, daleko na południu, w krainie zwanej Indem. I już dobre kilka wieków temu. Albo i kilkanaście? A czemu pytasz? - milady całkiem chętnie odpowiedziała na pytanie dotyczącej przeszłości jej ponadnaturalnego żywota. Nawet może mile połechtana takim zainteresowaniem swoją osobą.

                    - I Thorne jest do odebrania? I bardzo dobrze! Ile można czekać? Przecież zapłaciłam za niego. W gruncie rzeczy do tego to się sprowadza. Dzisiaj jest już późno to nie będę robić głupstw z takimi przeprowadzkami. Ale jutro po niego poślę. A ta druga dziewczyna co Fabi ją zamówiła? Jeszcze jest u was? Coś o niej wiadomo? - młoda dama z dalekiego, słonecznego Averlandu za to wydawała się bardzo rada z tego, że ten umięśniony i jurny pacjent z hospicjum wreszcie znajdzie się w jej domu do osobistej dyspozycji. Jak jednak grzeczność i koleżeństwo wymagała zapytała też o los drugiej służki jaka miała wylądować u bretońskiej milady.

                    - Ja zaś ufam, że powiedziałeś straży co trzeba. I na pewno nie powiedziałeś co naprawdę robiliśmy za miastem. Bo wtedy zapewne już byś tu z nami nie rozmawiał. Tylko przeprowadzał szczere rozmowy z władzami w tych romantycznych, miejskich lochach co Merga tam gościła. - zaśmiała się cicho córka Soren pozwalając sobie na pewną nonszalancję wypowiedzi. Ta uwaga jednak nieco skwasiła blondwłosą i nieco piegowatą gospodynię.

                    - No trudno. Jak przyjdą to przyjdą. Powiem, że cię widziałam przy bramie i tyle. Miałam nadzieję, że jednak nikogo z nas nie będą pytać tak szybko. Ale dziewczyny już w lesie mi mówiły, że akurat ciebie to jednak mogą pytać o “te dwie ladacznice ze stolicy”. - van Dake nie przyjęła tych wieści tak lekko jak nieśmiertelna córka Soren ale jednak nadal wydawała się to odbierać jako kolejną niedogodność a nie coś poważnego. I widocznie obie łotrzyce zaangażowane od początku w ten pomysł obrobienia największej i najbogatszej świątyni w mieście musiały ją coś uczulić w tym temacie bo tak całkiem zaskoczona nie była.

                    - A te dwie ślicznotki co odwiedziły Onyx tak, słyszałam. Przyznam, że wzbudziły moje zainteresowanie. Chętnie je poznam. Szkoda, że Onyx nie udało się złapać jakiegoś kontaktu z nimi bo wyglądają bardzo obiecująco. Ale liczę, że jak wrócą to coś podziała w tej materii. Zresztą słyszałam, że i tak Łasica z Burgund coś planują się na nie zasadzić i wyśledzić co to za jedne. Jak będzie wiadomo gdzie mieszkają to już coś się z tego ukręci. - milady podobnie jak Pirora, Fabienne i chyba wszystkie dwórki nieśmiertelnej były zaintrygowane owymi pięknymi i hojnymi nieznajomymi z początku tygodnia. I chętnie by zaznajomiły się z nimi dokładniej. A obie łotrzyce to już widać nawet coś zaczęły planować w tej sprawie i i zapewne Onyx także bo jak o nich opowiadała jeszcze w “Mewie” to też strasznie przeżywała, że nie wybrały jej tylko Larwę i jej koleżanki.

                    - Tak, tak, słyszałam o tym tatuażu tej miodowej. Także jestem go ciekawa. Jak zresztą i jej samej. Ale te dwa pieprzyki to nie wiem czy coś wyjątkowego. Na zgięciu biodra i uda? To nawet Fabi ma dwa takie pieprzyki. I to się tak nie rzuca w oczy jak tatuaż. Jeśli jednak są jakieś śliczne i ciekawe panie i panienki do sprawdzenia aby szukać tego królewskiego łona to no cóż… Poświęcę się dla sprawy. - Pirora też miała dobry humor i lekko mówiła o tych kobiecych łonach o jakich zaczął kolega. I o ile to z tatuażem wydawało się charakterystyczne i prawie już potwierdzone kto je ma to to z pieprzykami nie była taka pewna skoro nawet ich bretońska przyjaciółka i kochanka miała coś takiego.

                    - Ale Fedory tak nie oceniaj surowo. Oni są tak ubodzy, że musieli ją posłać do szkoły i nauczyć rachunkowości i nawet miała praktyki w sklepie i magazynie. Wyobrażasz sobie jaki to upadek? Żeby szlachcic stał za ladą albo był liczykrupą? Okropne. No ale dobrze, możemy i na początek przyjrzeć się Birgit. Zwłaszcza jak Fabi pytała jak to jest jak się używa tych mniej klasycznych dziurek. Oczywiście Fabi zaoferowała jej odpowiednie wyjaśnienia i teorię a i praktyki zapewne też by jej użyczyła. A musimy założyć ten klub niewiernych żon bo sam widzisz, że wolne panienki i panie nam się powoli kończą niestety i trzeba przejrzeć te wszystkie nienasycone i znudzone żonki, wdowy, narzeczone i całą resztę. Na szczęście parę ciekawych okazów już udało nam się wybrać. - młodziutka Averlandka nieco wystąpiła w obronie swojej ubogiej ale utalentowanej artystycznie koleżanki jednak ostatecznie chyba po prostu chciały od którejś zacząć aby poszerzyć swój krąg znajomości i kochanek a kto wie może i w przyszłości nawet nowych członkiń zboru.

                    Mnich gwizdnął.

                    - Ind? To południowy wschód. Faktycznie daleko. Nie wiele wiem o tej krainie, poza tym, że jest blisko Cathay. Co do powodu mojego pytania. Tak jak mówiłem, te dwie szlachcianki chcą zasmakować przygody, ekscytacji, egzotyki. Nie ma nic bardziej ekscytującego nad taboo. - mnich się uśmiechnął - Chciałem odtworzyć namiastkę twej świątyni… może w jakiejś okolicznej jaskini. Sprowadzić nasze ciekawskie szlachcianki obietnicą zabaw w tematyce pradawnych pogańskich kultów hedonizmu I deprawacji. Poświęcilibyśmy świątynie wężowi. Nawet nieświadome, ich czyny w świątyni zasiałyby nasionko wiary. Kiełki pojawiłyby się szybko. - mnich westchnął - Oznaczałoby to niemały wkład z naszej strony oczywiście. Będzie do obgadania na zborze. - Otto poczochrał się delikatnie zastawiając się, który temat ugryźć najpierw - Fabienne posłała po Marissę więc sądzę, że dziś już u niej będzie. Co do mojej wersji zdarzeń z wczoraj. Pchnięty traumą napadu na moją osobę, w dzień rabunku świątyni, opuściłem miastu szukając ciszy, spokoju i oczyszczenia w głuszy. Tak w skrócie. - mnich się chwilę zastanowił - Możecie przedstawić ją Grubsonowi. Piękne ubrania mogą być nie lada zachętą na dalszą eksplorację siebie. Ubrania, makijaż, fryzura, jeżeli dziewczyna poczuje się piękną i będzie traktowana takowo. Nie daleko temu do igraszek.

                    - Oby. Chętnie bym ją widziała w swojej sypialni. I te ubrania od Huberta, sama Oksana i reszta, tak, dobry pomysł. Chociaż na razie nasza słodka i niewinna Birgit nie zdradzała żadnych zainteresowań figlami z inną kobietą ale kto wie? Zawsze od czegoś się przecież zaczyna i ma się ten pierwszy raz. - Pirora co z całej ich trójki najlepiej poznała te szlachetnie urodzone panie i panny które wybrały do bliższego poznania uśmiechnęła się leniwie. Z jednej strony chyba nie chciała sobie zbyt wiele obiecywać ale też chyba nie wykluczała, że taka nowa znajomość z wykształconą na aptekarza szlachcianką może pójść w jej ulubionym kierunku.

                    - A jak straż przyjdzie to z nimi porozmawiam. Dziękuję ci, że mnie o tym uprzedziłeś. Będę wiedziała co mówić. - skinęła mu z uznaniem swoją jasnoblond głową. I chyba wierzyła, że tak pobieżne przesłuchanie jakiego się widocznie spodziewała to da radę załatwić jak należy.

                    - Ah! Mieć znów własną świątynię, przystojnych i jurnych kapłanów, ponętne i lubieżne kapłanki, rzesze wiernych oddających hołd swojej bogini… - Soria zaś rozmażyła się czy też wróciła wspomnieniami do swoich wcześniejszych etapów długiego żywota. Leniwie zaplatała sobie jeden z warkoczyków na palec bawiąc się tak od niechcenia.

                    - Tu jednak jest sporo ludzi. I w mieście i poza. Zawsze ktoś się tu kręci. Trzeba by znaleźć jakieś miejsce. To chyba by trzeba pogadać z Łasicą i dziewczynami. One znają miasto może by coś znalazły na taką świątynię. - panna z Averlandu nie protestowała przeciwko pomysłowi jednookiego mnicha ale nie była pewna czy to jest do zrobienia od tej praktycznej strony. - Ja się zastanawiałam czy jakoś by im nie zorganizować spotkania z naszym Gustawem. Już wcześniej o nim myślałam tylko dla Fabi. Właściwie to nadal by można. Jednak to już trzeba by ze Starszym ustalić bo Gustaw to tak trochę więzień a trochę strażnik. Wcześniej pilnował Mergi gdyby ją odkryto tam pod wieżą ale jak ona odpłynęła… To nie wiem. Chyba Myszka o niego dba. W każdym razie jak Onyx tak naopowiadała, że one takie zmanierowane, znudzone i spragnione egzotyki i nowych doznań to już też rozmawiałyśmy co by im ciekawego wymyślić. Tylko o tyle trudno, że nie mamy z nimi swobodnego dostępu i tylko Onyx je widziała. - Pirora chętnie podążała tą ścieżką tematyczną zmierzającą ku tajemniczym, bogatym ślicznotkom i nawet się rozgadała co sama albo z koleżankami już rozprawiały na ten temat.

                    - Chociaż ten numer z usługiwaniem co mówiłeś wcześniej też wygląda ciekawie. Przynajmniej dla mnie. Ale trochę nie jestem pewna jak one by się na to zapatrywały. No i i tak trzeba by je jakoś wyłuskać na ulicę albo gdzieś poza zamtuz. Dlatego jak nasze koleżanki by wyśledziły gdzie one mieszkają to by nam znacznie ułatwiło wszelkie panowanie. Jak są takie bogate i zadbane to zapewne nie mieszkają w jakiejś dziurze czy byle portowej tawernie. - Soria też chętnie rozmawiała o tych dwóch nietuzinkowych nieznajomych. I popierała wszelkie starania aby je namierzyć i bliżej poznać.

                    - Macie czas i możliwości, aby owinąć sobie całe miasto wokół paluszków, najwspanialsze. - zapewnił mnich - Możemy zacząć od drobnych egzotyków i przejść do prawdziwie niebywałych rzeczy później. Co do Marissy, dziewczyna nie może się doczekać spotkania z twoją matką, czcigodna. Najwyraźniej Soren zapowiedziała, że Mari ma zrodzić ci rodzeństwo i to nie tylko ona, czas pokaże. Co do świątyni… może to być projekt dla wszystkich członków rodziny. Sigismundus pewnie zacznie coś takiego w jaskini Oster, nie wiem jak nasi Tzeentchianie. Annika ma znaleźć ołtarz w lesie, poświęcony Norrze. Początkowe miejsca, aby poszczególne kulty zaczęły rosnąć w siłę i sprowadzić Siostry z powrotem. I dziękuję, milady. Nie chciałbym zawisnąć przed uiszczeniem tej misji, albo zanim nie skończę książki.

                    - A to piszesz jakąś książkę? - Pirora wydawała się trochę zdziwiona a trochę zaciekawiona tą ostatnią wzmianką.

                    - Widocznie nasz Otto też ma więcej talentów niż to nam pokazuje. - zaśmiała się Soria. Zaś uwagi o świątyni i egzotyce bardzo przypadły jej do gustu co widać było po pełnym aprobaty spojrzeniu, uśmiechu i kiwaniem głową. - Zaś prawdziwą świątynię urządzimy w tej jaskini miłości mojej matki. Tam na pewno będzie idealne miejsce. Domyślam się, że zostawiła tam coś ciekawego no i będzie znów można pławić się w jej esencji, jestestwie i smaku. Ona zawsze jak gdzieś się zatrzymywała na dłużej to wiła sobie takie urocze gniazdko do wygodnego spełniania swoich żądz i zachcianek. I dlatego właśnie dobrze, że Marisska jest już w naszych rękach. Liczę, że nas tam zaprowadzi. Mam wrażenie, że moja matka jest w niej silna więc może powiedzie ją do swoich gościnnych zakamarków. - córka pradawnej istoty w ciele młodej szlachcianki wydawała się być święcie przekonana, że gdzieś tu, w okolicy, musi być jakieś miejsce kultu jej matki. I nawet miała jakieś praktyczne wyobrażenie jak to może wyglądać skoro odwiedzała takie miejsca wcześniej.

                    - A co do potomstwa Marisski… - zaśmiała się i popatrzyła z lubieżnym uśmieszkiem na parę śmiertelników. - Oczywiście, że wyda nam na świat jakieś interesujące potomstwo. Jest do tego przeznaczona. To będzie jej nagroda za wierną służbę. Wszystkie wydamy potomstwo naszej czcigodnej matce żądz i wyuzdania. W końcu nie na darmo ją nazywano Matką Wszystkich Potworów. Więc i te potwory zrodzone z jej cór i uczennic albo i zwykłych śmiertelniczek zwiastują powrót Pajęczej Królowej. Oczywiście nie wiem co dokładnie będzie w tej jaskini i czy to tak dosłownie będzie jaskinia ale, że tam będzie coś lubieżnego i wyuzdanego co zaowocuje zbrzuchaceniem Marisski i pewnie nie tylko jej to jestem pewna. Tak moja matka nagradza swoje wybranki. - tutaj znów ciemnowłosa wężowa syrena wydawała się być całkowicie przekonana jak powinien wyglądać ten schemat nawet jeśli nie znała jeszcze wielu jego detali z tego miejsca i czasu. To ten nienaturalnie długi żywot i podążanie za swoją Matką i jej śladami dały jej świadomość czego powinna się spodziewać. Pirora zamurgała oczami jakby mimo wszystko trochę zaskoczona taką skalą i pewnością z jaką Soria mówiła o tym wszystkim. Ale zdając sobie sprawę kim ona jest to w końcu nie skomentowała tego.

                    - No tak… Ale to i tak najpierw musielibyśmy jakoś złapać kontakt z tymi dwiema ślicznotkami. Bo bez tego to trochę trudno coś z nimi planować. - powiedziała w końcu wracając do tematu owych dwóch nieznanych dam z ekscentrycznymi zachciankami.

                    - Powiedzmy… podchodziłem do tego w zły sposób jak sądzę. - zaczął mnich opowiadając o księdze - Zanim przyłączyłem się do grona wiernych Mrocznych Potęg, ja i moi bracia zajmowaliśmy się analizą pradawnych, heretyckich lub po prostu podejrzanych tekstów. W końcu trafiliśmy na księgę, która nawróciła nas wszystkich, w tym i naszych braci rycerzy, na wiarę w Wielką Czwórkę. Księga spłonęła razem z moim zakonem, kiedy przybyła inkwizycja. Chcę odtworzyć tą księgę, ale do tej pory czekałem na inspirację z zewnątrz. Oczekiwałem, że przypomnę sobie treść całej księgi i przekopuję tą pamięć na papier. Chyba lepiej będzie, jeśli napiszę tą księgę na własny sposób.

                    - Oby ci się udało. Takie źródła są potrzebne dla szerzenia naszej wiary i przekonań. Mogą sięgać przez przestrzeń i czas tam gdzie my nie możemy. - Soria uśmiechnęła się do mnicha życzliwie i zachęciła do kontynuowania prac nad tą książką. Pirora pokiwała głową niemo przyłączając się do tego wsparcia.

                    - Ale teraz wybaczcie. Muszę się odświeżyć zanim udam się na spotkanie z baronem. - wężowa księżniczka wstała i pożegnała się ciepło z gospodynią jak i jej gościem po czym opuściła salon.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Niedostępny
                      SantorineS Niedostępny
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #159

                      Oryginalny autor: Seachmall

                      Otto zerknął na Pirorę.

                      - Widzę, że chyba masz jakieś wątpliwości, co do planu Sorii i jej matki. - zaczął mnich, nie oskarżycielsko. Jego ton bardziej przywodził na myśl zatroskanego kapłana - Chcesz się nimi podzielić? Obiecuję, że to co powiesz nie opuści tego pomieszczenia.

                      - No jakoś nie mam ochoty rodzić jakichś potworów. - rzekła cierpko młoda blondynka o twarzy i ramionach nieco przyprószonych piegami. - Ale mam nadzieję, że Soria będzie to miała na uwadze i to taki ogólny cel gdzie będzie miejsce na jakieś wyjątki. - dorzuciła luźniejszym tonem ale nadal nie widziała dla siebie miejsca w tym co przed chwilą mówiła córka Soren.

                      Mnich pokiwał głową. Podejrzewał, że większość kultu nie zagłębiła się za bardzo w drogi ich wiary.

                      - Całkiem możliwe, jednak… to jest opinia Pirory, z którą rozmawiam dzisiaj. Drogi węża prowadzą ku nowym, ekscytującym pragnieniom i rządzom. Kto wie, czegóż będziesz chciała za miesiąc, jakich to nowych doznań będzie pragnęło twoje ciało. - mnich uniósł brew - Chociażby, larwy z hodowli Sigismundusa. Zakładam, że ciągle jesteś negatywnie do pomysłu nastawiona?

                      - Oczywiście, że tak! Przecież to obrzydliwe! Nie wiem jak jakaś zdrowo myśląca kobieta mogłaby się zgodzić na coś tak ohydnego. - gospodyni aż prychnęła na myśl o ulubieńcach Sigismundusa. I widocznie na tym polu nie zmieniła swojego zdania ani o jotę.

                      - A za miesiąc czy dwa nie zamierzam zmieniać zdania. Ani chędożyć się z jakimiś zwierzoludźmi czy pająkami. Trochę się obawiałam przy tych kamieniach, że będą na mnie naciskać ale na szczęście nie. Nie było nic takiego. To dobrze. Dlatego liczę, że jak dalej będzie to zmierzać w takim kierunku to uszanują moją wolę. Ja to zamierzam znaleźć jakiegoś przystojnego, bogatego męża z jakim będzie mi się dobrze rozmawiać i nie wtyd będzie pokazać się na salonach i aby mi go koleżanki zazdrościły a potem mieć z nim dzieci i w ogóle założyć normalną rodzinę. Jak moi rodzice. No i oczywiście najlepiej aby był wprowadzony w nasze sprawy albo dał się wprowadzić. To są moje plany. A nie rodzenie jakichś larw albo pająków. - powiedziała naburmuszonym tonem nie mając akceptacji dla takich zabaw jakim zdawała się lubować Soria. I chyba obawiała się, że będą na nią wywierane naciski aby zmieniła zdanie nawet jeśli jak na razie nic takiego nie miało miejsca.

                      - Oczywiście. - mnich uniósł ręce obronnie - Wolność jest na czele wartości Chaosu, otóż przecież w nich chodzi. Wolność od uprzedzeń, ograniczeń, czy zakazów. Co do larw… opinia naszej nowej siostry jest taka, że proces jest nawet przyjemny. Rozumiem jednak twoją niechęć i zmuszać do niczego nie zamierzam. Jeżeli mogę, skoro lady Soria zmierza na własne spotkanie, jakie są twoje plany?

                      - Poczekam tu na nią. - odparła po chwili zastanowienia. Po czym parsknęła z gorzkim rozbawieniem. - Te larwy są takie przyjemne? Cóż, widocznie jeszcze nie dorosłam do tego etapu. Może koleżanki co są bardziej znudzone i zaangażowane w sprawę ode mnie to chętnie przyjmą taki dar ale ja nie mam ochoty. Zresztą nie tylko ja. Jak rozmawiałam z dziewczynami to zwierzoludźmi były zachwycone i jak najbardziej są skore aby spotkać się z nimi ponownie ale co do tych jaj Oster to wybacz ale to nie dla nas. - odparła trochę ironicznym tonem ale chyba czuła się pewniej, że koleżanki z kultu mają dość podobne poglądy do jej własnych gdy chodziło o dziedzictwo nurglowej Siostry.

                      - Albo napiszę bilecik do Birgit. Zaproszę ją tutaj albo do teatru. Ona chyba jeszcze nie zna Sorii ale być może coś już o niej słyszała. Napisałabym też do tych dwóch od Onyx no ale niestety nadal nie wiemy kto to jest. Oby wróciły do tego zamtuza tak jak zapowiedziały. Domyślam się, że to pewnie jakieś szlachcianki bo kto inny by tak pieniędzmi szastał i pewnie nikt z miasta bo by je panienki rozpoznały. Ale mimo wszystko nadal nie wiemy kto to. - po chwili zaczęła rozważać co jednak by mogła zrobić gdy Soria pojedzie na spotkanie ze starszym wiekiem baronem.

                      - Tak jak mówiłem Fabienne będzie gościć Marissę w przeciągu kilku godzin jak sądze. Możesz pójść je odwiedzić? Zapoznać się bardziej z naszą prorokinią Pajęczej Królowej. - mnich zaproponował - Co do jaj. Oster jest ich twórcą, ale wszystkie mają w sobie iskierki od każdej z sióstr. Nawet Soren, widziałem je. Paskudki oczywiście, ale jest w nich coś urodziwego. Jak malutki, brzydki piesek potykający się o własne nóżki. Przyznam nie jestem kobietą, więc nie rozumiem stymulacji waszego kwiatu, jednak wyobrażam sobie, że wicie się kilkunastu grubych… relatywnie fallicznie kształtnych rzeczy musi być nie lada doświadczeniem. - mnich się uśmiechnął - Rozważ Fabienne, lub Grubsona. Jestem pewny, że ucieszy się na twój widok. Może będzie miał jakieś ładne ubranko, które będzie mogła dla niego zdjąć z siebie?

                      - Hubert? Nie raczej nie. Nie gustuję w grubasach w wieku mojego ojca. Naprawdę dziwię się jak Fabi może z nim tak swawolić i jeszcze sobie chwalić. Zresztą nie tylko ona jak to on sam a także Oksana dawali mi do zrozumienia. A teraz to już pewnie zamknął sklep i udaje wiernego, kochanego małżonka przed tą swoją lochą. - Averlandka pokręciła głową i nawet wydawała się rozbawiona sugestią, że miałaby mieć romans ze swoim głównym dostawcą kostiumów do teatru.

                      - A do Fabi… - zawahała się patrząc w okna aby sprawdzić jaka jest pora i pogoda. Rzeczywiście był ostatni moment na jakieś wizyty u znajomych na tyle dobrych aby zjawiać się tam bez zapowiedzi. - No może. Może pojadę. Szkoda, że ona ma tego męża i tą całą jego służbę. Zawsze trzeba strasznie główkować aby ją wyrwać na jakąś zabawę. - wetchnęła myśląc o swojej bretońskiej, czarnowłosej koleżance jaka ostatnio całkiem często uczestniczyła w ich spotkaniach i planach. Ale jako mężatce rzeczywiście często nie mogła w czymś uczestniczyć bo nie wypadało. Zwłaszcza jak prawie wszędzie musiała zabierać Gertrudę jaka była oczami i uszami jej męża.

                      - A z tym larwami to wybacz, niech one robią dobrze i stymulują innym kobietom. Mnie to nie interesuje. O. Jak chcesz to zapytaj właśnie Fabi. Ona zawsze mówi, że lubi poznawać nowe smaki i doznania. Chociaż nie wiem co bym zrobiła jakby się zgodziła. - powiedziała jakby właśnie ta myśl wpadła jej do głowy. Nawet jeśli za bardzo nie wierzyła w taką możliwość.

                      - No cóż zapytam przy następnej okazji. Poświęcenia dla wiary czasem są potrzebne. Mogę spodziewać się ciebie jutro po odbiór Thorna?

                      - No coś ty. Nie będę jeździć po nowego służącego. Powóz poślę po niego i niech się tu stawi. - prychnęła rozbawiona takim pomysłem. - No chyba, że po coś tam ci jestem potrzebna do czegoś. Jak nie to mi nie wypada jeździć po odbiór nowego służącego. - powiedziała na wszelki wypadek aby zaznaczyć, że etykieta salonowa ją zobowiązuje. Po czym uśmiechnęła się wesoło. - A jak już tu będzie to chętnie sprawdzę co on tam umie. Bo wtedy w hospicjum to całkiem obiecująco się zapowiadał mam nadzieję, że nie będzie rozczarowaniem. A i przyda nam się do zabaw jakichś jurny byczek bo sam widziałeś, niewiast u nas w nadmiarze a mężczyzn no naprawdę niewielu i to zwykle na gościnnych występach. - przyznała, że ma swoje niecne plany co do Thorne’a i to ją bawiło całkiem nieźle. Nawet wydawała się być podekscytowana jak przy oczekiwaniu na nową zabawkę.

                      - Jestem pewny, że jest jurny. Zważając jaką żądzę mordu miał następnego dnia, pewnie po dziś wspomina wasze odwiedziny. Odradzam zakładanie odzienia, za którym będziesz tęsknić kiedy go spotkasz. - mnich się uśmiechnął - Uważaj jednak na niego, to zwykły łobuz. Nie jest jednym z nas i raczej nie słyszy pojedynczej siostry. Podejrzewam, że po prostu reaguje na ich zew jak my wszyscy, tylko mniej stabilnie. A i jeśli mogę być taki bezpośredni. Masz już może na oku jakiegoś kawalera? Tego swojego przyszłego męża, z którym będziesz mogła dzielić życie i rzyć?

                      - No przyznam, że jego maniery budzą moje wątpliwości. Ale to da się go nauczyć. Lepiej aby dało. A nie to będzie pracował w stajni a nie na salonach. Jednak na wszelki wypadek będę z Sorią. Na nią można liczyć. Wierzę, że go będzie w stanie utemperować jeśli będzie trzeba. Chociaż ona ma taki wpływ na ludzi, że tylko podziwiać. Szkoda, że nie widziałeś jak szybko omotała sobie Kamilę. Po jednej rozmowie już jej jadła z ręki a chyba po drugiej to już baraszkowałyśmy w łóżku. A mnie się wydawało, że ona taka tęskniąca za Rose i taka wierna co jej czeka aż wróci i to tak, że ani mężczyzn ani kobiet, ani nic. A tu ledwo Soria się do niej uśmiechnęła, zaczęła opowiadać o innych krainach i ta już słuchała jej jak mały szkrab bajki. To i z Tornem sobie poradzi. A gdyby się na mnie rzucił i zdarł ze mnie ubranie to by nawet mogło być całkiem ekscytujące. - akurat co do przybycia nowego służącego to gospodyni wydawała się być całkiem spokojna. I wierzyła, że jak nie sama to wspólnie z wężową milady sobie z nim poradzą.

                      - Ale coś na poważny związek to niestety nie taka prosta sprawa. Bo chociaż udało mi się zawrzeć interesujące znajomości z paroma kawalerami z towarzystwa no to niestety ja nie jestem Kamila ani Froya. Tylko drobna płotka z południa. No i mojego ojca nie ma na miejscu. A jak pewnie wiesz to zawsze rodzice się dogadują co do małżeństwa. Więc na razie zostają mi romanse. Miałam dwóch kawalerów w zimie ale niestety marynarze. Więc jak zima się skończyła obaj zabrali się na swoje statki i odpłynęli. Liczę, że chociaż ten mój czarny lew co jest nawigatorem wróci przed zimą. Bo byłby całkiem interesującym partnerem. Przynajmniej takim oficjalnym, na salony. - co do swoich związków z kawalerami z tutejszej śmietanki towarzyskiej to widocznie sama uroda, maniery i uzdolenienia artystyczne nie wystarczały. A małżeńśtwa, zwłaszcza te z wyższych sfer to zwykle dwie rodziny negocjowały patrzac na mariaż przez pryzmat interesów rodu. A pod tym względem samotna młodociana szlachcianka z dalekiego południa, bez wsparcia swojego rodu, rozległych włości, bogatego posagu, interesujących stanowisk jej lub jej rodziny nie była zbyt cennym nabytkiem. I tutaj zapewne większość koleżanek z kółka poetyckiego czy teatru z jakimi się spotykała na koleżeńskiej stopie miała o wiele mocniejszą pozycję i zaplecze. A takie znamienite panny jak Kamila van Zee czy Froya van Hansen to już w ogóle były na szczycie drabiny społecznej.

                      - Ech, szlachcie i ich intrygi. Niepotrzebnie komplikują najprostsze elementy życia, czyż nie? No cóż, być może kiedy pojawią się Siostry, będziesz mogła sama sobie wybrać partnera z ich błogosławieństwem. Może nawet to kawalerzy będą musieli się ubiegać o twoje względy i aprobatę? Wyobraź sobie, ty na szlachetnym tronie u boku Soren i armia mężczyzn, każdy przeskakujący poprzedniego, abyś jeno się tylko do niego uśmiechnęła. Brzmi ciekawie czyż nie?

                      - Tak. Brzmi ciekawie. Myślę, że mogłabym pójść na taki układ. - drobna blondynka uśmiechnęła się z zadowolenia gdy taka wizja widocznie do niej przemawiała i się spodobała. Skinęła dumnie głową jakby już siedziała na takim tronie a przed nią płaszczyli się najznamienitsi kawalerowie z okolicy prześcigając się w zalotach i jej względy.

                      - I nikogo byś nie musiała pytać o zgodę. Rodziny, rodziców, Starszego, bogów. Jedynie ty, twój kaprys. - Otto miał nadzieję rozpalić małą iskierkę pychy i ambicji w kobiecie. Jej samo zapatrywanie się na własne potrzeby mogłoby zrobić z niej słabe ogniwo w przyszłości. Jeżeli nie nakieruje się ich w odpowiedni sposób.

                      - Tak to byłoby wspaniałe. Ale chyba możliwe dopiero jakby wróciły Siostry i przejęły władzę. Wcześniej to chyba będzie tak jak teraz. No chyba, że z Sorią tak zamieszamy, że wszystko stanie na głowie! - zaśmiała się młodziutka Averlandka ubawiona tą przyjemną wizją. - Kto wie? Mam jedną koleżankę co lubi dziadków. Babcie zresztą też lubi. Nawet ją już troszkę swatałam z naszym Heinrichem bo myślę, że on byłby w dolnej granicy wieku jej zainteresowań. Ale jakby więcej takich koleżanek było i może coś omotały sobie tych wszystkich tatuśków a może i mamusie jakby jakaś była skora to kto wie, kto wie? A przecież nasze dziewczęta takie utalentowane są i w zamtuzach już pracowały to nie pierwszyzna im. - dorzuciła jeszcze równie wesołym tonem jakby uważała, że dzięki wdziękom swoim i koleżanek mają szansę wpłynąć jakoś na te najbardziej decyzyjne osoby w mieście.

                      - I tu jest pomysł. Omotać sobie starsze pokolenie, aby robiło co zechcesz. Nikt ci nie broni, a przyzwoitość nie pozwoli im zgłosić tego. Tak długo, jak nie będzie problemów, wszelkie podwaliny upadku tego zepsutego systemu są dobre.

                      - Tak, to prawda… Chociaż niestety nie wszyscy są podatni na takie uroki. No i to by zajęło sporo czasu. Ale cóż, można przecież mieć trochę zabawy i pożytku jednocześnie prawda? - przyznała po chwili namysłu gdy jednak nie całkiem straciła grunt pod nogami w tych marzeniach i przejęciu słodkiej władzy w tym mieście.

                      - Będę musiała porozmawiać z Sorią i Fabi. Co prawda i tak mamy w planie rozszerzyć swoje wpływy. Ale one mają mniej skrupułów aby użyć swoich wdzięków. Z Sorią to jeszcze do końca nie wiem bo na razie widziałam ją tylko jak zadziałała z Kamilą no i też miałam z tego mnóstwo przyjemności. Jednak to jak rozmawiała po mszy z różnymi oficjelami albo z koleżankami na kółku poetyckim daje mi nadzieję, że umie wpływać na różnych ludzi a nie tylko na młode damy. No ale Fabi poznałam lepiej i sam zresztą już trochę wiesz jaka ona jest. No i jest Bretonką z tym swoim uroczym bretońskim akcentem jaki większość uważa za romantyczny. To może też coś mi pomoże tu czy tam. Zwłaszcza jak w nagrodę ją sponiewieram potem w moim loszku albo coś takiego. - powiedziała wpatrując się w sąsiedni budynek za oknem gdy trochę w żartach ale też może i nie do końca rozważała różne plany jak by można było rozszerzyć swoje wpływy.

                      - No i właśnie dlatego chcemy założyć ten klub niewiernych żon. W końcu większość oficjeli to mężczyźni. A większość z nich ma żony, kochanki, córki, asystenki, pracownice i tak dalej. Dlatego właśnie rozmawiałyśmy dzisiaj o tej Fedorze i Birgit i nie tylko. Jest ich parę ciekawych za jakie zamierzamy się zabrać i przyjrzeć się bliżej. Nawet jeśli nie każda by się nadawała na przyjęcie do rodziny to jednak może być i tak albo przyjemna albo użyteczna albo nawet jedno i drugie taka znajomość. - przyznała, że ten wcześniejszy temat o jakim rozmawiali też się z tym wszystkim zazębia i stanowi jakiś element tej układanki.

                      - Jest jeszcze sprawa tej lecznicy. Jednak to wszystko to daleko idące plany. Rozważałyście jakieś miejsce na ten klub? Jakaś opuszczona kamienica? Stary magazyn rybacki?

                      - Oh, nie, nie to tylko taka nazwa z tym klubem. - drobna blondynka roześmiała się dźwięcznie machając do tego swoją wypielęgnowaną dłonią. - Przecież nie będziemy chodzić po żonach i narzeczonych pytać czy chce wstąpić do klubu niewiernych żon. - kontynuowała w podobnie wesołym stylu.

                      - Nie, nie, po prostu chcemy wciągnąć więcej kobiet w orbitę naszych wpływów. Może któraś nawet przystąpi do naszej rodziny ale na początku nie ma sobie robić zbyt wielkich nadziei. - wyjaśniła jak to sobie wyobrażają. Raczej jako nieformalne stowarzyszenie i grupkę koleżanek, może w optymalnej wersji kochanek.

                      - A ten klub dla dam też może być. Przyjemnie by było mieć takie miejsce w kontrze do “Wyżnika”. Wyobrażasz sobie jakie to by było łowisko? Same znudzone i spragnione rozrywki kobiety z towarzystwa. Cudowne miejsce. Jednak trzeba by znaleźć odpowiednio prestiżowe miejsce. Zapewne podobnie jak teatr trzeba by wyremontować, odpowiednio urządzić, zwerbować personel. Więc to nie taka prosta ani szybka sprawa. No i jeszcze te uzdrowisko z wodami. Też dobry pomysł. Ale to to samo. Trzeba by znaleźć miejsce z tymi leczniczymi wodami, może je trzeba by wykupić albo znów wyremontować, znaleźć personel i tak dalej. Więc tak, plany są. Ale żaden nie wydaje się do zrealizowania w zasięgu ręki. - Pirora opowiedziała jakie to ma z koleżankami plany rozwoju i werbunku nowych członków. Brzmiało jak działanie z rozmachem ale też i zapowiadało się, że to raczej dłuższe w czasie i droższe pod względem kosztów, personelu i robocizny projekty.

                      - W każdym razie jakbyś się coś dowiedział w tego typu sprawach to proszę cię daj znać. W końcu to na chwałę naszej sprawy. - poprosiła go na koniec obdarzając ciepłym spojrzeniem i uśmiechem.

                      - Oczywiście. Nie będę ci już zabierał czasu. Życzę spokojnego wieczoru. Ja… ja mam jeszcze do odwiedzenia Silnego. - mnich westchnął na myśl o rozmowie z khornitą - Nie sądzę, że będzie to do końca przyjemna rozmowa. - Otto ucałował dłoń kobiety i wyruszył na ostatnie spotkanie tego dnia.

                      Backertag; popołudnie; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”

                      Otto spojrzał najpierw na nóż, na mężczyznę, który rzucił nim w kierunku mnicha i Silnego, po czym na samego osiłka.

                      - Nie słyszałeś Silny? Kolega zgubił nóż. Oddaj mu go, tak żeby nie zapomniał go znowu. Koło nerki jest chyba dobrym miejscem.

                      - Heh! Dobre! - mięśniak prychnął z rozbawienia na tą uwagę. Popatrzył na trzymany nóż, obrócił go parę razy w dłoni jakby sam się zastanawiał czy rzucić nim czy zrobić jeszcze co innego. W końcu niedbałym ruchem cisnął nim na stół. - No? To co jest grane? - zapytał siedzącego obok jednookiego mnicha.
                      - Chodzi o Annikę. Widziałeś, jak radzi sobie w walce. Opinie? - zapytał mnich, chciał wiedzieć z czym miał do czynienia jeżeli idzie o przyszłego patrona ołtarza Norry.

                      - Nie widziałem. - odparł łysy wzruszając obojętnie swoimi mocarnymi ramionami. Spoglądał gdzieś w głąb głównej sali gospody ale raczej niewidzącym wzrokiem. - Działo się. Każdy z nas dopadł jednego z nich. Ciasno było. Wszyscy coś wrzeszczeli i wpadali jak nie na stół to krzesło. Mnie się jakiś koc zaplątał w nogę, bałem się, że się przewrócę ale na szczęście dałem radę. Każdy miał co robić, nie było czasu ani miejsca aby się gapić. - wyjaśnił dlaczego niezbyt miał okazję aby ocenić innych w działaniu.

                      - Ale wszyscy dzielnie stawali. Nawet tamci. Powiem ci, że jakby to było w dzień, gdzieś na ulicy i oni by byli w pełnym rynsztunku to stawiałbym raczej na nich niż na nas. A tak chociaż wpadliśmy tam z zaskoczenia bo widziałem, że tak było. To szybko się zorganizowali i stawili nam odpór. Żaden nie spał. Coś gadali cicho nie wiem, ze sobą albo modlili się. Bo jak te ladacznice nas podprowadziły pod drzwi to chwilę słuchaliśmy czy się na nas nie szykują czy nie śpią i tak dalej. Zaden nie spał. Ale daliśmy mimo wszystko radę. Rune z miecza oberwał. Annika też. Ale też dzielnie stawali. Tak, odwagi naszym też nie brakowało. Najbardziej zdziwiłem się Sorią. Bo taka panienka w sumie. No i od tych ladacznic. Tylko bale, wino i alkowa. No ale jednak ona chyba pierwsza załatwiła swojego. Bo potem doskoczyła do tego co ciachał się z Rune. Bo tam stół stał na środku więc nie było gdzie walczyć tylko wokół niego, nie dało się przepchać. No tyle mogę ci powiedzieć. Tego ostatniego tośmy razem zaciukali. Ja i Soria. Bo Rune i Annika już broczyli krwią i zostali trochę z tyłu. - mięśniak streścił jak to wyglądała walka z jego perspektywy. A brzmiało jak chaos młócki w ciasnym pomieszczeniu gdzie wlazło stanowczo zbyt wiele osób aby walczyć swobodnie.

                      Mnich westchnął.

                      - Miałem nadzieję, że byłbyś w stanie określić czy dziewczyna to dupa żołędna, czy jednak coś potrafi. - Otto zapukał palcami o blat stołu - I tak była zainteresowana, więc możemy się umówić na szkolenie jej? Wiem, że nie jesteście żadnymi legendarnymi wojownikami, żołnierzami z dekadami doświadczenia. Jednak nie tego potrzebujemy, potrzebujemy… - zatrzymał się, aby nie powiedzieć na głos czegoś czego nie powinien, ściszył swoją wypowieć - Sług Khorna. Więc, masz pomysł jak przeszkolić dziewczynę?

                      - Wielkiej filozofii nie ma. Niech przyjdzie to zobaczymy co potrafi. Dość cherlawa jest. To nie ma takiej pary w łapach jak my. No ale śmiałości jej nie brakuje. Niech przyjdzie. Zobaczymy. - znów dość obojętnie wzruszył ramionami nie chcąc z góry niczego obiecywać ani się deklarować póki osobiście nie sprawdzi na co stać Annikę.

                      - Przekażę jej, może zabiorę się z nią. Też mi się przyda trening… szczerze o ile mord i walka nie są mi najwyraźniej obce. Sądzę, że będę potrzebował szkolenia, aby przemóc kilka rzeczy. W sumie przybyłem tutaj w jeszcze jednej sprawie. Miałem pomysł, który chciałem, abyś rozważył, ale teraz widzę jak kiepsko go przemyślałem. - mnich spojrzał na łysego towarzysza - Możesz się śmiać jak skończe. Zastanawiałem się, czy ty, albo któryś inny z naszych kolegów nie zaciągnąłby się do straży miejskiej.

                      - Rzeczywiście głupi pomysł. - parsknął łysol jakby jednak rozbawiła go ta myśl. - Ja jestem chłopak z ferajny. Nie zadajemy się ze strażą. Poszłaby fama, że jestem sprzedawczyk i kapuś. Kiepsko by to było. - pokręcił głową na znak, że w ogóle mu się nie widzi taki pomysł. - Zapytaj Rune. On był żołdakiem to może i do straży by przystał. No i nie jest stąd. A w ogóle skąd ten pomysł? - mimo wszystko przyjął to dość spokojnie ale zapewne dlatego, że nie traktował to inaczej niż żart albo luźne gadki.

                      - A ta czarnula no niech przyjdzie. Jak ty chcesz to też. Żaden problem. Ja to jestem ciekaw tego czarnego rycerza co mi się śnił. Wyglądał jak wódz. Za takim to można by podążać i walczyć. Bo ta z hospicjum to miła dziewczyna, ładna, gibka tak, aż się dziwie, że nie przystała do tych głupich ladacznic. Zresztą nie jest powiedziane, że i tak nie wpadnie w ich łapy. One lubią takie młode, jędrne i gibkie. No ale na wodza to ona mi nie wygląda. Nie zachowuje się jak wódz. No ale podszkolić w machaniu łapami albo pałą ją mogę. W końcu teraz jest jedną z nas. Lepiej aby coś umiała. - Silny podzielił się swoimi przemyśleniami na temat Anniki i nie tylko. Przerwał bo Yvonne przyniosła do piwa kolację. Nachyliła się zdejmując z tacy talerze, sztućce i miski i obdarzając gości całkiem przyjemnym dla oka uśmiechem i dekoltem. Za co mięśniak wynagrodził ją trzepnięciem w tyłek. Co wywołało parę rozbawionych uśmiechów w okolicy także u samej kelnerki i u niego.

                      - A Tobias mnie zainspirował. - przyznał mnich oglądając się odrobinę za Yvonne - Narzekał, że "ladacznice rosną w siłę i wpływy". Pomyślałem, że i wam się przyda zastrzyk świeżej krwi a w straży pewnie nie jeden ma za uszami tyle, że Łasica by się nie powstydziła. Jedyny powód, dla którego nie rozłupują głów bezdomnym i rzezimieszkom, to dlatego, że inni patrzą. Może nie najlepsze źródełko, ale od czegoś trzeba zacząć. Co do Anniki. - mnich się chwilę zastanowił jak dobrze ubrać w słowa swoje myśli - Nie sądzę, że ona będzie wodzem. Podejrzewam coś bardziej na wzór dewotki i chorążego.

                      - No pewnie, że rosną w siłę! Od początku to mowię! Wreszcie ktoś to jeszcze dojrzał. Aż dziwne, że ten wymuskany profesorek. - Silny tym razem zareagował bardzo żywo. Ale od dawna było wiadomo, że ma kosę z Łasicą. Zresztą z wzajemnością. I to niejako promieniowało też na resztę obu frakcji nawet jeśli już nie aż tak silnie jak u tych dwojga.

                      - Ale tak, ktoś nowy to by się przydał. Szkoda, że Norma odpłynęła z Mergą. Ona była w porządku. I w toporze była dobra. Więc ta z hospicjum no niech przyjdzie. Zawsze to ktoś nowy. Ja to bym raczej nie straży się przyjrzał tylko gladiatorom Theo. Tam może być ktoś obiecujący. Tylko jak Egon tam działał a go szukają a i ja tam też bywałem to my raczej spaleni jesteśmy aby się tam pokazywać. Może Rune. Bo on przybył do miasta już w nowym sezonie to go tam chyba nikt nie zna. No ale nikt się u nas tym nie interesuje. Tylko, że jaja, że dziedzictwo, że ladacznice to czy tamto. A przecież sam widziałeś na początku tygodnia. Może i te ladacznice coś tam potrafią z zamkami i tak dalej ale gdy przychodzi co do czego to nie ma jak mocna pięść. Tego się nie da przeskoczyć. Bez nas nic by tam nie wskórali. - mięśniak wydawał się być rozżalony i sfrustrowany rośnięciem w siłę frakcji Sorii. A także tym, że nie docenia się takich siłowych rozwiązań i walki jakie on preferował.

                      Mnich pokręcił głową.

                      - Dzieci… dosłownie dzieci. - Otto pokręcił - Narzekacie, wzdychacie i chcecie, aby KTOŚ wyrównał szale. Nie mówię, że ty, ale inne części naszej rodziny. "Czemu ladacznice nie przyłożą się do hodowli", "Czemu Starszy im pozwala na tyle", "Czemu one a nie my"... Odpowiedź jest prosta. One przynoszą rezultaty. One znalazły Sorię i jej ołtarz, one zorganizowały skok. Cóż takiego zrobiliście na korzyść rodziny? - ponownie głos Otto nie był oskarżycielski. Ponownie starał się przyjąć rolę przewodnika - Nie możecie apatycznie siedzieć w swym codziennym życiu i spodziewać się, że coś wam magicznie spadnie na ręce. Po pierwsze to dla was herezja, po drugie nie tędy droga. Podczas naszego ostatniego wypadu poza miasto udało się nam, jeżeli dobrze rozumiem, zawiązać sojusz z jednym plemieniem zwierzoludzi. - Mnich zamknął oko zbierając myśli - Wiem, że nie jesteś typem filozofa, myśliciela, stratega i tego całego głębokiego kątem plucia. Głupi jednak nie jesteś, żaden z was nie jest. Inaczej dziewczyny by owinęły sobie was wokół palców już dawno temu. Krwawy, krwawym, ale kiedy spodnie robią się ciaśniejsze, trudno się spierać. - mnich się uśmiechnął - Jeśli mogę. Pomyśl, co mógłbyś zrobić jednocześnie dobrego dla rodziny, miłego twemu patronowi i co by sprawiło, że sam stałbyś się kimś więcej?

                      - Mógłbym. A mógłbym. Pewnie, żebym mógł. Ale Starszy nie pozwala. Zawsze jak mu mówię coś żeby zrobił z tymi idiotkami to nie bo mamy się lubić, szanować i tak dalej. A poza rodziną to też trzeba uważać, zwłaszcza teraz po skoku jak w całym mieście wrze. Przez tą durną żałobę nie ma żadnych polowań to i nie ma co robić. A u Theo się pokazać nie mogę bo mnie przez te zimowe harce ktoś może rozpoznać i donieść. Nie ma co tu robić. - powiedział żywym tonem skarżąc się na swój ciężki los. Gdzie jego żywa natura była hamowana na różne sposoby. Od zdrowego rozsądku przez nakazy lidera zboru czy inne.

                      - I ja to bym się wyprawił po swoją część dziedzictwa. Ale nie mam żadnego śladu. W snach widziałem ten obelisk. Myślę, że to to co trzeba szukać. Ale poza tym, że to jest gdzieś w lesie to nie mam pojęcia gdzie. Nie wiadomo gdzie szukać. No i dlatego liczę na tą twoją z hospicjum. Że nas tam zaprowadzi. Kto wie? Może tam będzie czekał ten czarny rycerz? Bo jak go śniłem to właśnie wszystko było przy tym krwawym głazie. Tylko nie wiadomo gdzie to jest. - wyznał zrezygnowanym i sfrustrowanym tonem. Nie miał żadnych tropów prowadzących do dziedzictwa Krwawej Siostry więc w przeciwieństwie do zwolenników pozostałych nie miał za czym podążać. Irytowało go to zwłaszcza w zestawieniu do pozostałych którzy już zdobyli jakieś artefakty, kryjówki albo chociaż mieli o co się zaczepić. A on poza mętnymi snami nie miał nic.

                      - A gdyby nie ględzenie Starszego to już dawno bym zrobił porządek. Zwłaszcza z Łasicą. One nie są bezużyteczne to prawda. Ale za bardzo się panoszą i zadzierają nosa. Ja bym im to ukrócił. Muszą znać swoje miejsce a nie wyskakiwać przed szereg. - przyznał kwaśnym tonem skąd się bierze jego niechęć do liderki ladacznic i jej kliki.

                      - I tu twój problem. Twój, Tobiasa, Sigismundusa. Sądzicie, że droga do dominacji ladacznic wiedzie przez ich ukrócenie. Nie wiem czy Starszym dyktuje zdrowy rozsądek czy doświadczenie, ale nie jeden kult upadł ponieważ jego członkowie wyruszyli na ścieżkę wojenną ze sobą. - mnich przetarł oko zmęczony widzeniem tego scenariusza - Nie traktuj ich jako oponentów, wrogów. Pomyśl o nich jak o rywalkach. Na arenia naszej rodziny one właśnie zabiły wielkiego wojownika, więc zmierz się z rozszalałym bykiem. Nie będzie to łatwe, ale nic warte robienia nie jest.

                      - Nie mędrkuj mi tu. - skrzywił się łysok jakiemu widocznie nie były w smak takie słowa. - A jaki z nich rywal co? Jak Łasica się czuje silna to niech wyskoczy. Na pięści, na noże, na pały. Niech staje. Wtedy będzie rywal. Ale nie stanie bo jest w tym słaba. Tak samo jak ja nie znam się na włamach i zamkach. Jesteśmy od czego innego. Więc nie ma co tego porównywać. A sam widzisz, że nie tylko mnie one przeszkadzają. Ale dobra, chcecie być ich wielbicielami to sobie bądźcie. Nie obchodzi mnie to. Tylko mnie drażni, że tak się wszędzie panoszą i, że Łasica to, Burgund tamto albo jeszcze co. A to, że coś zdziałały no to co? Od tego one są. Kto inny oprócz nich miałby zaplanować skok, rozwalić zamki i tak dalej? No to zrobiły swoje. My też zrobiliśmy. Ale tego nikt nie widzi. Tylko, że one coś tam coś tam. No i też byśmy znaleźli ten cholerny głaz ale nie mamy takiej Sorii jak one albo jakich widm jak reszta. Nic nie mamy. I nikt o nas nie dba. Nikogo nie obchodzimy. Tylko ciągle wszyscy latają za tymi idiotkami jakie to one cudowne i wspaniałe. Bym dostał frajera na wyciągnięcie ręki aby go skasować to też bym był cydowny i wspaniały. - z Silnego ulała się fala żalu i złorzeczenia. A do tego widocznie miał skrywane dotąd poczucie krzywdy i niesprawiedliwego traktowania przez resztę zboru. Zwłaszcza jak w jego oczach jego największa konkurentka i jej popleczniczki były wynoszone pod niebiosa za swoje osiągnięcia. A jemu zabraniano działać tak jak lubił albo nie miał okazji jak działać nie mając tropów prowadzących do swojej części dziedzictwa.

                      Mnich się zastanowił chwilę, rozważając problem Khornity. W końcu spojrzał mu w oczy.

                      - W jaki sposób czcisz krwawego? Jaki głos wiedzie cię w jego kierunku? Co robisz, lub robiłbyś gdybyś mógł, aby mu się przypodobać? - Otto miał teorię… był odpowiedni moment, aby ją sprawdzić i przy okazji dać Silnemu coś do roboty.

                      - Jak to co? Daję komu trzeba w mordę. Tylko nie zawsze można. I nie zawsze jest okazja. Jak zaczniesz latać z obnażonym nożem czy siekierą z jakiej spływa krew to może to miłe naszemu patronowi no ale zaraz cię złapią i po uczciwym procesie skończysz łamany kołem ku uciesze gawiedzi. - westchnął sfrustrowany khornita na tą oczywistą sprzeczność pomiędzy dogmatami swojej wiary a zdrowym rozsądkiem jaki nakazywał się nie wyhylać. Zwłaszcza z tak krwawymi czynami.

                      - Widzisz? My mamy najtrudniej. Te ladacznice zaciągnął kogoś do łóżka i mają z głowy. Tobias czy Joachim pomamrotają jakieś mądre traktaty których nikt normalny nie rozumie co oni tam memłają pod nosem i mają z głowy. Sigi albo Strupas pośmierdzą trochę, poroznoszą jakieś pchły i mają z głowy. A my powinniśmy zabijać. Walczyć, przelewać krew, panować i zabijać kogo się da. A najlepiej wrogów. No ale jak zaczniesz no to zaraz straż i reszta się zleci. Wcześniej można było polować albo chodzić na walki gladiatorów. Ale teraz i tego nie. - wymruczał rozgoryczonym tonem.

                      - No, nie przesadzaj. Gdyby tylko tyle było trzeba, aby zadowolić Węża, Sępa czy Ojczulka, to wy moglibyście okładać siebie nawzajem po mordach, aż nie poleci krew. Ale… może i tu jest metoda. - mnich uniósł palec przypominając sobie coś - Tak, rozlew krwi jest miły Krwawemu, ale są inne aspekty życia, dzięki którym przypodobasz mu się. - mnich złożył dłonie, stykając koniuszki palców - Bóg Krwi wierzy, że prawem silnych, jest rządzenie słabymi. Jesteś silny… Silny, więc czemu nie rządzisz miastem? Czy nie jesteś dostatecznie silny? Czy powinieneś stać się silniejszy? To może być dla ciebie i pozostałych droga. Jasne, w mieście nie macie łatwo, ale okolice są pełne zwierzoludzi, rozbójników i innego ścierwa. Nie możecie polować, ale chyba nikt wam nie broni zająć się jakąś zgrają hultaji czyhających na podróżników? Trenuj, ćwicz swoje ciało do momentu łamania i przezwycięż to, potem znajdź poza miastem godne wyzwanie. Miasto może nawet nazwać cię bohaterem. - mnich spojrzał na Silnego - Bycie po naszej stronie, nie znaczy, że musisz być wrogiem wszystkich, którzy nie są.

                      - Może… - odparł w końcu Silny gdy przez dłuższą chwilę tylko zajadał się kaszą i bigosem z kiełbasą jakie przyniosła Yvonne. Ale widocznie trawił nie tylko pokarm ale też i słowa kolegi ze zboru. - Może. Może to jest jakieś rozwiązanie. Nie chciałem się w nic angażować większego bo sprawy rodzinne no i miałem nadzieję, że coś z tym kamieniem wyjdzie wcześniej. Ale nic nie wyszło. To może i czymś się trzeba zająć. - przyznał po tej zwłoce gdy już to przemyślał.

                      - Polecam. - zapewnił mnich - Do tego, jest szansa, że jeżeli aktywniej będziesz oddawał się wierze, twoja dusza mocniej zaświeci w krainie snów i przyciągnie do ciebie Siostry. Sam doznałem wizji podczas… spotkania ze zwierzoludźmi poza miastem. Może ześlą na ciebie wizję ołtarza.

                      - Nie znam się na snach. Ale ostatnio śniłem o tym wielkim, krwawym kamieniu. Gdzieś w lesie. Tylko “gdzieś w lesie” to trochę słabe miejsce do szukania. Może być gdziekolwiek. Dlatego myślałem, że Annika może nas tam zaprowadzić. Albo gdzieś spotkamy tego czarnego rycerza. Albo co. Ale może rzeczywiście trzeba się nie szczypać i rozwalać łby jeden za drugim to może przyśni się coś jeszcze. - Silny chyba nie do końca był przekonany co do argumentów drobniejszego kolegi. Ale też i z miejca ich nie odrzucił. Liczył zapewne, że Norra podobnie jak jej Siostry ześlą mu jakiegoś herolda jaki zaprowadzi ich na właściwe miejsce. I służka Frau von Mannlieb zdradzała pewne zachowania, że mogłaby nim być. Jednak póki co nie przekształciło się to w przewodnika jaki zaprowadzi gdzie trzeba. Więc może bezpośrednie, osobiste działania na krwawej ścieżce mogą pomóc złapać jakieś natchnienie.

                      - Po prostu proszę, abyś to rozważył. Siostry nie widzą nas bezpośrednio, trzeba je jakoś zawołać. - mnich poklepał kolegę po ramieniu - Nie będę już zakłócał spokoju tej karczmie. Spokojnego wieczoru, Silny. - i z tymi słowami mnich pozostawił Khornitę z rozważaniami co do następnego ruchu. Mnich natomiast wrócił do domu, miał coś do zrobienia.

                      Backertag; wieczór; ul. Kazamat 12, mieszkanie Otto

                      Mnich wrócił do domu. Ten dzień był bardzo owocny, ale jego zwieńczenie miało być najlepsze. Wyciągnął księgę nad którą delikatnie pracował ostatnimi czasy. Dość czekania, dość poszukiwania odpowiedzi. Wierny Wielkiej Czwórki miał zamiar napisać własną księgę, porzucając pomysł wiernego odtworzenia dzieła, które otworzyło jego oczy.

                      Strona tytułowa… to było dla niego najtrudniejsze. Na początku zdecydował się na ośmioramienną gwiazdę Chaosu, aby w jej centrum umieścić tytuł. W końcu zdecydował się na ten, który miał dla niego najwięcej sensu.

                      PRAWDA

                      Przystawił pióro poniżej gwizdy chcąc złożyć podpis autorski, ale się zatrzymał. "Otto". To imię brzmiało banalnie, docześnie. Do tego było to imię nadane mu przez mnichów Sigmara, a on porzucił tą przynależność.
                      "Puste Oko"? Lepiej, jednak to jedynie opis jego wyglądu.
                      "Ewangelista". Tak, tak. Żartobliwy tytuł Marissy był idealny. Umieścił go poniżej tytułu i gwizdy Chaosu po czym przerzucił stronę i zaczął pisać.

                      "Witaj, poszukiwaczu wiedzy, heretyku, kultysto czy nawet Inkwizytorze. Nie kwestionuj jak ta księga znalazła się w twoim posiadaniu. Jest tak, ponieważ tak miało być i jedynie o co proszę, to żebyś przeczytał jej zawartość i rozważył Prawdę jej słów. Nie jest to żaden tajny sekret szeptany w ciemnych zakamarkach najgłębszych jaskiń na dalekiej północy, czy skrzętnie ukryta tajemnica, której kościół Sigmara trzyma w za zamkniętymi drzwiami.
                      Słyszałeś ją pewnie nie raz i tak jak każdy odrzuciłeś jako majaki szaleńca czy idioty.
                      Prawdy jednak nie da się zignorować. Wszyscy Bogowie służą Chaosowi.
                      Czy to ludzkie bóstwa Imperium, Krasnoludzcy Bogowie Przodkowie czy Panteon Elfów, wszyscy na swój sposób są sługami Wielkiej Czwórki, lub Chaosu w całości. Świadomie czy nie.
                      Ta księga przedstawi każde bóstwo i jego powiązania oraz sposób ich służby…"

                      Kiedy pisał, z tyłu głowy planował następny dzień. Oczywiście Hospicjum, chciał się upewnić, że wypuszczenie Thorna przejdzie bez incydentu. Musiał w końcu też odwiedzić Niklasa. Ciekawił go powód podpalenia biblioteki podczas ostatniego zewu Sióstr.
                      Potem najpewniej odwiedzi ponownie Fabienne. Marissa i Annika są na przedzie jego zainteresowań, a musi jeszcze obgadać z szlachcianką sprawę hodowli. Może uda się ją przekonać. Potem... potem może zabierze Annikę na trening do Silnego. Im obu się przyda.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Niedostępny
                        SantorineS Niedostępny
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #160

                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                        Backertag; zmierzch; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima

                        Heinrich pojawił się po Tobiasie zmęczony całodziennym chodzeniem po mieście. Powinien pamiętać, że wiek rządzi się swoimi prawami i powinien mieć baczenie na niego. Irytowała go niemoc jakiej potrafił doświadczać. Nie powinno go to spotykać! Nie takie trudy fizyczne doświadczał polując na heretyków i magów... kiedyś. Choć wtedy też część pracy zlecał innym...

                        - Cieszę się, że udało się zebrać was tak szybko. - pokiwał głową - Żałuję, że twojej mistrzyni, Joachimie, nie ma, ale to nie znaczy, że mamy siedzieć bezczynnie. - zwrócił się do maga - Tobiasowi już napomknąłem, że trzymam oko na młodej Petrze von Schneider, jako że planuję ją obadać i przed dziewczynami Węża do nas przeciągnąć, ale o tym później. Zakładam, że wasza pomoc będzie potrzebna. - pokiwał głową.
                        - Najpierw Akademię omówmy. Powiedz mi Joachimie: jak ma wyglądać sprawa z bombą? Jakim sposobem zadziała?

                        Joachim również był zmęczony po ostatniej wyprawie, był zły na siebie, że dzisiaj zaspał i zmarnował większość część dnia. A tyle było do zrobienia. Były inkwizytor trochę mniej go już niepokoił, zaczął się do niego przyzwyczajać.

                        - Dziękuje Heinrichu, masz właściwe priorytety. Co do “bomby” to ładunek immaterium, muszę dokładnie zapoznać się z zaklęciem i instrukcjami od mojej mistrzyni, ale to kwestia wypowiedzenia zaklęcia. Ładunek powinien wytrzymać tydzień albo dwa, potem zrobi się już ryzykownie.

                        - Dziewczyny od Węża radziły żeby chwilę poczekać z tą akcją, bo teraz miasto jest czujne z powodu zuchwałego napadu na Świątynię i żeby ustalić szczególy podczas ostatniego Zboru….

                        - Na pewno nie możemy czekać tak długo, aby stała się ta bomba niestabilna. - odparł Heinrich - Trzeba całą akcję przeprowadzić tak, żeby wyglądała jak prawdziwy wypadek podczas rabunku. Obawiam się tylko, żeby twoja obecność Joachimie, jako jedynego maga w mieście, nie była problemem. - zamyślił się - Będzie ta akcja wymagała naprawdę wiele ostrożności z naszej strony. Wróg będzie czatował w ten czy w inny sposób, zaatakuje od razu lub dopiero jakiś czas po akcji, gdy zbierze wszelkie pozostawione przez nas poszlaki. Możecie być pewni, że wrogowie będą przeglądać każdy kamień i łapać się każdej możliwości nawet tej najmniej podejrzanej. W pewnym momencie zaciera się już granica pomiędzy przypadkiem a prawdziwą winą.

                        Heinrich zwrócił się teraz do Tobiasa.

                        - Czy byłbyś w stanie ogarnąć plan całej Akademii? Najlepiej gdybyś miał dostęp do prawdziwego planu budynku.

                        - Tego obiecać wam nie mogę. Zapewne taki plan istnieje ale nie wiem gdzie by mogli go trzymać. Nie widziałem go nigdy. Zapewne gdzieś w archiwach. Ale mogę z pamięci wam naszkicować podobny plan. Tak dla orientacji chyba powinien wystarczyć. Tylko to jest sporo budynków samej uczelni jak i magazynów, stodół, różnych takich podobnych gospodarczych i pomocniczych ruder. To wszystko chyba nam nie potrzebne? Jakbym wiedział o jaki budynek chodzi i które piętro to mógłbym spróbować z tym szkicowaniem. - Tobias odparł swoim elokwentnym tonem jakby prowadził wykład dla studentów albo rozmawiał w gronie kolegów belfrów na uczelni. Jednak wydawał się być całkiem pewny swoich umiejętności i wiedzy w rozkładzie Akademii na jakiej pracował.

                        - Sugerowałbym, abyś postarał się wykonać plan jak największego obszaru. Przynajmniej tego wokół miejsca, w którym trzymają skrzynię. - były inkwizytor spojrzał na Joachima, który to był w tym miejscu.

                        - Zrobię co mogę ale musiałbym wiedzieć który to. - belfer zgodził się z sugestią starszego kolegi. I też spojrzał pytająco na magistra sztuki mistycznej. Ale w pewnym momencie jakby coś sobie przypomniał. - Aha, mam coś dla ciebie. - zwrócił się do byłego łowcy czarownic. Po czym sięgnął do swojej torby, coś tam grzebał w jakichś teczkach w końcu z jednej z nich wyjął i podał mu złożoną kartkę. - To grafik zajęć młodej von Schneider. I od razu jej ojca gdybyś potrzebował. Szkoda za tym samym latać dwa razy. - powiedział wyjaśniając co się znajduje na tej kartce.

                        - Artefakt naszego Patrona, którego szukamy jest w magazynach, jak zacząłeś Tobiasie robić plany Akademii to mogę ci pokazać. Nasz ładunek immaterium może zniszczyć całe pomieszczenie, ale niestety tak, muszę być na miejscu żeby go odpalić…- westchnał, stukając w zamyśleniu laską o podłogę..
                        - No i to miejsce będzie chronione, miałem sen na ten temat że mieli psy i spodziewali się, że nadejdziemy znad rzeki. Nasz herold z przytułka też zalecał ostrożność, a przy okazji wiecie jak on się miewa?
                        - A gdyby tak spowodować wybuch w innej części Akademii żeby odciągnąć uwagę.

                        - Jak mi dasz kartkę i coś do pisania to mogę to narysować nawet teraz. - nauczyciel akademicki był gotów zrobić ten podręczny szkic budynku nawet teraz. Tylko nadal chciał wiedzieć w którym budynku jest ten magazyn aby wiedzieć który powinien naszkicować.

                        - Zaś na włamaniach to ja się nie znam. To już pewnie trzeba by się poradzić naszych "koleżanek". Jednak droga od strony rzeki wydaje mi się oczywista. Tylko tam nie ma muru. - wspomnianym kierunkiem wcale nie był zdziwiony bo wydawał mu się najłatwiejszy do sforsowania skoro tylko tam nie było muru okalającego posesję uczelni. Ale o dziewczynach z ferajny wypowiadał się z wyraźnym poczuciem wyższości i chyba nie uważał je za swoje koleżanki. Nawet jeśli doceniał ich fachową wiedzę w dziedzinie włamań.

                        - A jeśli chodzi o Georga to sprawa jest w toku. Jestem przekonany, że najbliższe dni przyniosą sfinalizowanie tego procesu i w przyszłym tygodniu ten nieszczęśnik trafi pod moją opiekę. Obecnie przygotowuje pokój dla niego. - zwrócił się do kolegi magistra odpowiadając uprzejmie na pytanie o jednego z pacjentów hospicjum.

                        Heinrich skrzywił się lekko.

                        - Wybuch w innej części na pewno spowodowałoby potrzebę szybszego działania z naszej strony. - zamyślił się - Nie jest to taki zły pomysł pod jednym warunkiem. Ten wybuch nie może być magiczny. Jedyny magiczny wybuch może zostać spowodowany tylko przy skrzyni, aby nasza historyjka miała sens. Musimy porozmawiać na Zborze o tym z naszymi dziewczynami, bo one wydają się najlepsze w takich działaniach. Byłaby to udawana akcja kradzieży. Dywersja jeżeli wolicie. - były Łowca uśmiechnął się - Tak, to może być naprawdę dobry pomysł. - skinął głową z zadowoleniem do maga - Tylko tym bardziej będzie trzeba wybrać odpowiednie miejsce, więc jak najbardziej dokładna mapa się nam przyda.

                        - Jak wybuch to bomba. Ktoś z nas się zna na tym? - zapytał przytomnie Tobias bo rzeczywiście jakoś nikt w zborze nie chadzał z pistoletami ani nie chwalił się, że ma prochowe doświadczenie.

                        - Dobre pytanie, może ktoś od Silnego? - czarodziej zaczął to rozważać.
                        - No i zastanawiam na ile będę podejrzany po tej akcji, dobrze byłoby jakoś odsunąć ode mnie podejrzenia, szczególnie jeśli będą ślady wskazujące na udział magii.

                        - Silny? Nie sądzę. Nie przypominam sobie aby ktoś od nich czy w ogóle ktokolwiek chwalił się, że zna się na bombach i podobnych sprawach. - belfer zmrużył oczy ale po chwili pokręcił głową na znak, zwątpienia. Zresztą jego koledzy z tajnego spisku też sobie nie przypominali nic z takich rzeczy.

                        - W założeniu użycie tej bomby magicznej ma usunąć od ciebie jakiekolwiek podejrzenia. - Heinrich zwrócił się do Joachima - jeżeli będą przekonani że zaatakowali prawdziwi złodzieje, to będzie bardzo możliwe że jakoś uruchomią cokolwiek chaosowego było w tej skrzyni. A bomba... - zastanowił się - Czy w Akademii Nie znalazłaby się wiedza o użyciu prochu i bomb? - spojrzał na Tobiasa.

                        - Ja też zrozumiałem, że to ma wyglądać tak, że włamywacze coś tam wybuchli przypadkiem. - Tobias poparł słowa starszego kolegi wskazując go brodą.

                        - A wiedza o prochu oczywiście, że mamy na Akademii. W końcu mamy też zajęcia i z artylerii i strzelania i wysadzania. Więc i księgi mamy, i proch, i broń, i specjalistów od tego. Ale co nam po tym jak nikt z nas tego nie umie a przecież nie zaprosimy ich do współpracy albo o zrobienie bomby. - Tobias wydawał się być pewny, że na swojej uczelni znalazłoby się co i kto trzeba do zrobienia bomby i jej wybuchu ale niezbyt widział sens aby kogoś takiego prosić o pomoc w tej sprawie.

                        - W takim razie przyda się poczytać trochę tych ksiąg i pouczyć się. - starszy mężczyzna odpowiedział Tobiasowi - Używałem broni palnej, ale to jedyne z mojej strony. Jeżeli znalazłbyś coś co pomogłoby nam nauczyć się przygotowywać bomby... - zamyślił się - Zawsze też mogę spróbować zagadać Łasicę. - powiedział do siebie pod nosem jakby rozważając własne myśli.

                        Jak belfer usłyszał imię liderki slaaneshytek to się skrzywił jakby dostał żabę do przełknięcia. Ale jednak komentarze zachował dla siebie. - Nie wiem czy broń palna to to samo co podkładanie bomby. U nas są od tego inni instruktorzy. Ale tak, można zapytać Łasicę. Mimo wszystko ma doświadczenie przy włamywaniu się to jej opinia może się przydać. - wydawało się, że nauczyciel i wychowawca młodego pokolenia zrobił spory wysiłek aby przyznać, że ta niewykształcona analfabetka i ladacznica może im się do czegoś przydać.

                        - Jeżeli czas będzie odpowiedni to mogę też podpytać Petry. - Heinrich dodał niewinnie.

                        - No to podpytaj. Może zna kogoś albo coś co by mogło pomóc. I tak pewnie jeszcze na zborze będziemy o tym gadać ale lepiej abyśmy mieli opracowany jakiś konsensus. To wtedy dobrze to wygląda niż jak jakieś spory i niesnaski między nami. - zgodził się z pomysłem Heinricha kiwając do tego głową.

                        - Odsunięcie ode mnie podejrzeń….- mruknął Joachim. - W takim razie mam nadzieję, że potem nikt nie wyczuje mistycznej aury w miejscu wybuchu - czarodziej próbował wyobrazić sobie różne scenariusze -
                        - np. ta Morrytka, ona ma podobne zdolności do moich i dostrzega znaki.

                        Obawiam się, że na nauczenie się obsługi ładunków wybuchowych mamy trochę mało czasu, zobaczmy czy na Zborze kogoś znajdziemy w tym wyćwiczonego.
                        Zawsze też po użyciu zaklęcia możecie np. zabrać artefakt i mnie pobić, jeśli będę ciężko ranny na miejscu to będzie wyglądało że próbowałem powstrzymać złodziei, choć to też ryzykowne - spojrzenie Joachima spoczęło na Heinrichu, co do którego oczekiwał że będzie lepiej od niego wiedzieć co jest podejrzane a co nie.

                        - A i jeszcze jedna kwestia.. Baron Wirsberg wysłał mi wiadomość że planuje jednak wyprawić się na bagna gdzie może mieć spotkanie ze strażnikiem ksiąg. Spróbuje jutro się z nim spotkać i opóźnić jego plany, pytanie czy jeśli się uprze to powinienem mu towarzyszyć? Bez wsparcia jest duża szansa, że zginie, to nie byłoby dla nas tragedią, choć zastanawiałem się też czy nie moglibyśmy go zrekrutować w przyszłości. Skoro jest wyczulony na znaki i wizje pochodzące od naszego Patrona.

                        - Joachimie a jak byś chciał wyjaśnić władzom co robiłeś w środku nocy, w środku Akademii, zjawiając się tam po cichaczu, pomimo murów, psów i straży co? - belfer popatrzył na młodszego kolegę krytycznym wzrokiem zupełnie jak na ucznia którego by chciał zmusić aby przemyślał jeszcze logikę swojej wypowiedzi.

                        - A jeśli idzie o te magiczne sprawy to nie moja dziedzina. Ale wydawało mi się po tym co mówiła czcigodna Merga, że te ładunki jakie przygotowała mają imitować eksplozję jaką wywołali włamywacze co z kolei ma utrudnić zorientowanie się im czy i co zniknęło. - przypomniał co na początku tygodnia mówiła Merga na ostatnim spotkaniu na jakim była. Co też było efektem ustaleń z ostatniego zboru gdy zarysował się zrąb obecnego planu. Ale wtedy łotrzyce były zajęte rozpoznaniem świątyni a i reszta musiała być gotowa do napadu na świątynny skarbicec i sam Starszy nie był zwolennikiem rozpraszania sił na dwie, jednoczesne akcje i wolał skupić się na jednej. Dlatego wybrano napad na świątynię chwilowo odsuwając sprawy związane z Akademią na później.

                        - Bomba z immaterium tylko po to jest. By narobić zamieszania i uniemożliwić wyczucie kto tam co robił. Ma zasugerować, że wybuch spowodują złodzieje przypadkiem, chcąc się do chaosowej rzeczy dobrać. Myśl o tobie może być jak się uprą na maga, ale będzie łatwa do skontrowania, bo bez podstaw, a zniknięcie artefaktu też nie zostanie na stole. Wedle logiki ma on zostać zniszczony w wybuchu. - Heinrich wyjaśnił cierpliwie - Po to ta szarada, aby ukryć prawdziwe wydarzenie i jego członków. Jak będą łapać się wszystkiego to będą. Żaden problem na przesłuchaniu. Nie było cię tam i nie będą mieli jak udowodnić, że było inaczej po tym wybuchu. To byłoby nielogiczne. Ani czy coś zniknęło przy tych zniszczeniach.

                        Joachim w zamyśleniu słuchał słów towarzyszy. Potem napił się wody z kubka i przełknął ślinę, opierając się na wygodnym, wyściełanym poduszką krześle.

                        - Dziękuję, uspokoiłeś mnie Heinrichu i ty też dobrze radzisz Tobiasie. Problem jaki mamy to jak przedostać się niepostrzeżenie by użyć bomby z immaterium. Podoba mi się ten pomysł by zrobić dwa wybuchy i pierwszy odciągnąć uwagę ale faktycznie musimy zdobyć ładunek.

                        - A co myślicie o kwestii barona Wisberga?

                        - Że musisz go powstrzymać. Przed wejściem zbyt głęboko w las. Najlepiej przed wyjściem z miasta. Będzie to wymagało trochę kręcenia, odstawienia przedstawienia dla upartego szlachcica, ale tylko ty ze swoim wpływem możesz nim zakręcić. Przekonaj go jakie znaki Ci przepowiedziały to czy owo. Zagraj tę sztukę.

                        - Z przedostaniem się do Akademii to zapewne najrozsądniej będzie zapytać naszych koleżanek o zdanie. One mają wprawę w takich akcjach. Zaś tego barona znam tylko ze słyszenia i mniej więcej kojarzę jak wygląda więc nie czuję się na siłach coś doradzać. - belfer był gotów schować uprzedzenia do kieszeni i jednak zasięgnąć po radę zawodowych włamywaczek skoro chodziło o skryte przedostanie się do strzeżonego budynku.

                        Heinrich spojrzał na Tobiasa.

                        - Miałem w końcu coś powiedzieć o kwestii Petry. - uśmiechnął się jaszczurzo do obu Tzeenchian - Nie znam jej jeszcze tak jakbym chciał, a jedynie zasłyszałem o jej zainteresowaniach i upodobaniach. Raz się zobaczyliśmy. Nie wchodząc w szczegóły wydaje się być mną zainteresowana. - pozwoliłby młodsi to przetrawili - Możliwe, że jej zainteresowania po ojcu dają szansę w nasze sprawie. Tobias powiedział mi nie jeden raz, że żałuje, iż jest nas tak mało w kulcie. Chcę ją obadać pod kątem możliwego przyłączenia młodej duszy otwartej na naukę bardziej niż wypada szlachetnej damie. To bardzo długi proces. - potarł nasadę nosa - Ale jestem gotów się tego podjąć. Planuję też zainteresować sobą jej rodzinę... - zerknął na Tobiasa ciekawy czy nauczyciel będzie miał coś do powiedzenia.

                        - No tak, młoda von Schneider… - korepetytor z ufryzowanym wąsem pokiwał głową na znak, że wie o kim mowa. Zwłaszcza, że już dzisiaj podczas wcześniejszego spotkania w Akademii też o niej rozmawiali.

                        - Cóż, dałem ci ten jej grafik zajęć oraz jej ojca. A ona… Jakoś nie wpadła mi w oko czy ucho aby czymś się wyróżniała szczególnym na zajęciach. Czyli nie wywołała żadnej afery ani też nie zabłysnęła czymś szczególnym. - odparł po zastanowieniu. W końcu pewnie poza Pirorą i Oksaną to ze zboru on mógł znać dorodną córkę profesora najlepiej.

                        - I byłaby tobą zainteresowana? - mimo wszystko trochę się zdziwił owym stwierdzeniem może nawet w tonie dała się wyczuć nutka zazdrości. Chociaż szybko przykrył ją chrząknięciem zakłopotania. - No być może, być może. Nie można tego wykluczyć oczywiście. Na pewno lepiej aby przystała do nas niż do tych prostackich ladacznic. W końcu to młoda, elegancka i dość dobrze wykształcona dama. Mimo, że jej nauka jeszcze się nie zakończyła. Zdaje się kształci na iluminiarza. Do ksiąg, do map i tak dalej. Zresztą to też masz na tej rozpisce jej planu. - Tobias jednak zdecydowanie się ożywił na myśl, że owa młoda szlachcianka miałaby przystać do nich a nie do wężowych dwórek Sorii.

                        - Chociaż ja to bym bardziej stawiał na jej ojca. To jest dopiero wykształcony człowiek. Profesor i szanowany, z bogatą wiedzą matematyczną, balistyczną i alchemią oraz metalurgią. Tak, to na pewno byłby cenny sojusznik. - można było odnieść wrażenie, że belfer ma szacunek tylko dla osób podobnie wykształconych jak on sam. I w takim świetle szanowany profesor wydawał mu się cenniejszy niż jego dorodna córka.

                        - W każdym razie no można próbować i tu i tu. Gdybyś potrzebował jakiejś pomocy to co dam radę to ci pomogę. Ale sam rozumiesz, że mogę szepnąć słówko tu czy tam, ale fizycznie nie mam możliwości wpływać na nich bezpośrednio. - obiecał swoją pomoc w tak szlachetnym zamierzeniu jak pozyskanie von Schneiderów do ich słusznej sprawy.

                        Czarodzieja zaciekawiła wzmianka o kolejnym rodzie szlacheckim.

                        - Van Schneiderowie mówicie? - Sam chętnie bym się z nimi zapoznał jakby była okazja... Moja wiedza i badania mogłyby być dla nich intrygujące jeśli to faktycznie ludzie o otwartym umyśle… - zaproponował.

                        - No to przyjdź do nas do Akademii, może uda mi się cię przedstawić profesorowi. Albo nawet porozmawiaj z rektorem czy nie znalazłby się jakiś wakat dla ciebie. Astrolog to chyba nie miałby wzięcia ani magister sztuki tajemnej ale astronom to kto wie? - Tobias zachęcił młodszego kolegę wskazując mu na potencjalnie nową ścieżkę kariery zawodowej.

                        -W Akademii już byłem i poznałem rektora…- odparł astromanta z nutą dumy

                        - Mówisz że tam pracujesz? - Nie wiedziałem…

                        - Jakby co możesz wspominać profesorowi, że mnie znasz. Już oboje się poznaliśmy po mszy. - wyjaśnił Tobiasowi - Mówiłem że byłem oficerem, w czym nie kłamałem, a teraz osiadłem tu, gdy musiałem już porzucić dawną ścieżkę i złapać oddech po obrażeniach. - postukał laską w nogę o metalowej skórze - Nie chcę w pierwszej kolejności nad nim pracować, jako że młoda wydaje się łatwiejsza, a jej ojciec to dzika karta. - wyjaśnił swoje rozumowanie i spojrzał na Joachima - To byłby dobry pomysł gdybyś wbił się w Akademię jako astronom.


                        Spotkanie z Tobiasem i Heinrichem poprawiło młodemu czarodziejowi nastrój. Pomimo początkowych tarć miał wrażenie że coraz bardziej zaczyna się z tymi dwoma dogadywać, a jednak mieć wsparcie w planowaniu kolejnych posunięć to było nieocenione.

                        Po wyspaniu, miał nadzieję, że następnego dnia będzie w lepszej formie. Z samego rana planował wysłać swojego służącego, by poprosił o audiencję u Barona Wirsberga, a poza tym miał zamiar również udać się do Akademii i spytać się rektora czy nie chcieliby jego wsparcia w nauczaniu studentów astronomii. W ten sposób mógłby też być bliżej artefaktu....

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Niedostępny
                          SantorineS Niedostępny
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #161

                          Oryginalny autor: Zell

                          Backertag; noc; Dzielnica Zachodnia;

                          Heinrich wracał do domu zadowolony z przebiegu spotkania z innymi wyznawcami Tzeentcha. To nie było tak, że całkowicie rozumiał się z nimi oboma. Ba! Czasami wręcz drażniło go ich podejście, szczególnie Tobiasa, który uparcie nie chciał zobaczyć większego obrazka całej sytuacji. Nie zmieniało to jednak faktu, iż dogadywał się w końcu z nimi, po prostu wiedząc kiedy ugryźć się w język. Doświadczenie jako łowca go nauczyło by wykorzystywać niesnaski i wśród szlachciców, i heretyków.

                          Musiał rano wstać by przechwycić Otto przed jego pracą i wypytać o zasianą dziewczynę. Potrzebował informacji od niej o jej doświadczeniach zobaczą ciążą, aby mieć więcej informacji do przekazania Łasicy i tym samym zwiększyć swoje szanse na przekonanie jej w kwestii zasiania. Na to przyjdzie czas gdy w nocy do niego przyjdzie.

                          Po południu by czeka czasu, aż Petra skończy swoje zajęcia w Akademii, aby tym "całkowitym przypadkiem" ją spotkać. Nie miał ustalonego planu rozmowy z dziewczyną, ale w takich sprawach zdawał się na improwizację.

                          Może przy okazji zakupi jakiś sznur na Łasicę?

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #162

                            Oryginalny autor: Pipboy79

                            Oryginalny tytuł: Tura 39 - 2519.07.16; bzt; świt - ranek

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
                            Czas: 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranek
                            Warunki: wnętrze mieszkania, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, oberwanie chmury, d.sil.wiatr; ziąb (0)

                            Otto

                            Obudził się. I w pierwszej chwili nie do końca był pewien co go obudziło. Odruchowo spojrzał w okno aby zorientować się jaka jest pora dnia. Pomimo zamkniętych okiennic przez szczeliny widział blade światło poranka. Słyszał za to jak ciężkie, krople ulewy łomoczą w deski okiennic i reszty świata za nimi. To musiała być silna ulewa. I wiatr też jak można było poznać po trzeszczeniu pracującego drewna i jakieś w oddali odgłosy gdy pewnie całkiem silny wiatr bez trudu zamiatał grubymi gałęziami albo coś porwał i rzucił w błotnistą ulicę. To go obudziło? Ten wiatr i ulewa? Być może. Ale niekoniecznie. Sądząc po tych szczelinach światła jakie wpadały do sypialni tonącej jeszcze w prawie całkowitych, nocnych ciemnościach to wstał wcześniej niż zwykle. Albo to przez sen. Sen jaki właśnie się skończył a może go nawet obudził.

                            Znów ją widział. Stał przed obnażonym kobiecym łonem. Młodym, zadbanym i starannie wygolonym. Z tatuażem ponętnych ust w koronie. Kobieta leżała na plecach chyba na łóżku albo stole. I miała prowokacyjnie rozchylone uda. Szybko oddychała co widać było ruchu zadbanego, płaskiego brzucha. Słyszał też jej oddech i przyjemne dla ucha jęki dopasowane do rytmu oddechu. A on stał przed nią i patrzył. Wydawało mu się, że słyszy jakiś mlaszczący odgłos. Zbliżał się podobnie jak rosło podniecenie i oddech kobiety. Wreszcie jej łono rozchyliło się i wychylił się z niego czerw. Zaczął sprawdzać okolicę gościnnych ud. Wydawał się być prawie tak gruby jak nadgarstek kobiety jaka wydała go na świat. A gdy na nią spojrzał zobaczył, że ma długie, czarne loki jakie jednak częściowo spadały jej na twarz dziurawą kurtyną. Mimo to dostrzegł jej pełne wyuzdania, lubieżne spojrzenie. I ruch gdy dłonią sięgnęła do swojego łona. Tylko teraz było bez tatuażu jaki widział tu przed chwilą. Za to dojrzał dwie kropki pieprzyków na zgięciu biodra i prawego uda.

                            Wydawali mu się, że czarnowłosa uśmiecha się do niego zalotnie, wręcz lubieżnie prezentują mu swoje kobiece wdzięki. Trudno było pozostać obojętnym na takie zaproszenie. Ale usłyszał szybko zbliżające się kroki za sobą. Jak się odwrócił ujrzał rozpędzonego zwierzoludzia. Tego z tym na w pół mackowatym przyrodzeniu które wystraszyło większość jego koleżanek. A on sam ledwo zdążył skoczyć w bok gdy rozjuszony kopytny minął go i dopadł wiązana do kamienia ofiarnego Fabienne. I od razu zaczął ją brać jak słusznie należne mu trofeum. Z jakąś prymitywna pasją bardziej bliską zwierzętom niż istotom cywilizowanym. A mimo to chociaż bretońska małżonka tutejszego kapitana znakomicie dopełniłaby teraz obrazu porwanej ofiary gwałtu, napadu i plugawego rytuału to sądząc po jej jękach i spazmatycznym oddechu to też czerpała z tego bluźnierczego aktu podobną przyjemność jak jej włochaty partner. Otto złowił jej namiętne spojrzenie ponad plecami kopytnego.

                            - Mówiłam ci przecież, że mam nadzieję że to nie był nasz ostatni raz. - Powiedziała mu zalotnie podobnie jak ostatnio gdy rozmawiali u niej w salonie. Tylko w pełni ubrani i czyści a nie tak nadzy, brudni i zdyszani jak wtedy przy zachodnich kamieniach. Ledwo to sobie uświadomił a ktoś popchnął go w plecy tak, że upadł na leśną ściółke. Jak się odwrócił ujrzał swojego partnera z tamtej leśnej przygody. Uśmiechał się złośliwie i z satysfakcją patrząc na niego z góry. Inni zwierzoludzie podobnie. Siedzieli przy ognisku. W lesie. Ale chyba już nie przy tych pradawnych głazach. Ten co posiadał jednookiego mnicha teraz śmiał się chrapliwie i rubasznie gdy coś mówił. Albo opowiadał. I chyba także o nim. Bo obok rozpoznał Gnaka i Gende. Lider stada jakie przyszło na spotkanie przy pradawnych głazach też coś mówił. Otto nie znał ich mowy to nie wiedział co. Ale jednak śmiechy, gęsty, pokrzykiwania jego i innych pozwalały się domyślić, że relacjonują ostatnie spotkanie z kultystami. W przeważającej części z młodymi, chętnym samicami z miasta. Nawet Genda wesoło się przechwala pokazując gestem jak bierze czyjąś wyimaginowana głowę i przystawia do swojego krocza aby tam sprawiła im obopólną przyjemność. Nawet pochwaliła się przed resztą samców stada jakimś wisiorkiem niczym podarkiem albo trofeum. Oni też dzielili satysfakcję tych co poszli i wrócili z zazdrością tych co zostali.

                            Wtem pojawiła się nowa postać. Roślejsza i barwniej odziana w futra, skóry, ozdoby z kłów, pazurów i zdobyczach na bardziej cywilizowanych rasach. Zakłopotanie, zaskoczenie, kłótnia. Gnak dostał w brzuch i twarz. Po chwili Otto widział go przygniecionego przez tamtego ważniejszego i energicznie temperowany w pozycji jaka Otto sam przyjął podczas obcowania ze swoim kopytnym partnerem. Tylko tutaj to nie była żadna miłość ani nawet zwierzęca żądza. Tylko okazanie dominacji i miejsca w hierarchii.

                            Szli obok siebie. Przez las. Gnak, Genda i jeszcze jeden. Rozmawiali ze sobą. Dało się wyczuć wzburzenie nawet jeśli nie znało się ich języka. Wtedy ten trzeci machnął ramieniem zakończonym krabimi szczypcami w stronę lasu. Pozostała dwójka spojrzała tam. Zaś jednooki zaczął jakby lecieć przez ten las omijając kolejne połacie pni i krzaków. Zatrzymał się tak jakby właśnie przykucnął chcąc się ukryć za tymi drzewami i krzakami. Z początku nie był pewien na co powinien patrzyć. Ot kolejny kawałek lasu.

                            Jednak w pewnym momencie dojrzał ruch. Gdzieś za krzakami trochę dalej. Najpierw pojawiła się głowa. A potem kobieca sylwetka wyprostowała się jakby skończyła właśnie kucać za potrzebą. Długa spódnica, fartuch na niej, gorset i koszula nadawały jej wygląd kolejnej kelnerki z jakiejś tawerny. Tylko takiej co znalazła się w lesie. Gdy poprawiała sobie spódnice zadała ją dość wysoko. Na tyle, że ukazał się rąbek jej bielizny. Oraz plama jak po jakimś zacieku na jej udzie i biodrze. Zupełnie jakby trochę stopionego wosku jej tam spadło i nawet jak już go nie było to zostawił po sobie tą nieregularną plamę zacieku. Dziewczyna opuściła spódnice i podniosła głowę akurat w takim kierunku, że Otto miał wrażenie że pomimo zasłony pni i krzaków spojrzała mu prosto w oczy. Tak go to zaskoczyło, że aż się obudził.

                            Obudził i nie mógł już zasnąć. Zresztą chociaż było wcześniej niż zwykle gdu wstawał do hospicjum to i tak nie było już sensu próbować zasypiać ponownie. Trzeba było zacząć ten nowy dzień. Przynajmniej ulewa i wiatr za oknem wydawały się słabnąć. Ale czy uspokoi się całkiem nim będzie musiał wyjść tego nie wiedział. Więc nie spał już gdy usłyszał pukanie do drzwi. Zdumiewającą pora na tak wczesne wizyty.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy 8, mieszkanie Heinricha
                            Czas: 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranek
                            Warunki: wnętrze mieszkania, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, oberwanie chmury, d.sil.wiatr; ziąb (0)

                            Heinrich

                            Heinrich wybrał kiepską porę na spacery po mieście. Pora była tak wczesna, że na ulicach spotykał tą pierwszą, ludzką falę jaka zamierzała aby otworzyć swoje sklepy, warsztaty i kuchnie. Co prawda był środek lata więc nawet teraz było już widno jak w dzień. Ale był to deszczowy dzień. Właściwie to z chmur lało się na ten ziemski padol wiadrami. Zupełnie jakby rozgniewane niebiosa chciały zatopić to grzeszne miasto. Szedł więc przez rozmiekle błoto i rwace strumienie zlobiace nowe koryta w tym gnoju i błocie jaki zalegał na ulicach. Ponieważ z Garncarskiej na Kazamat to miał dobre kilka kwartał ów do przejścia w tej zacinajacej, zimnej ulewie a rozmówcy żadnego to sprzyjało skupieniu się na sobie. Swoich planach, wspomnieniach i przeżyciach. Albo snach. Bo dzisiaj coś mu się śniło. Spiesząc do Otto aby złapać go przed wyjściem do hospicjum nie miał czasu się grzebać. Ani nawet coś zjeść. Zwłaszcza jak z powodu swojej nogi i tej złośliwej, wietrznej i dzdzystej aury mię należał do szybkobiegaczy.

                            A dzisiejszej nocy znów miał ten sen. Ten o teatrze i przedstawieniu. Znów był na widowni teatru przed sceną. Na sali panował półmrok aby koncentrować uwagę na scenie. Wokół niego siedziało sporo eleganckiego towarzystwa. Zaś na scenie aktorzy rozgrywali jakąś sztukę. Stracił rachubę ile czasu już trwa ten spektakl ale zdawał sobie sprawę, że podoba się publiczności. Wreszcie zbliżał się gwóźdź programu. Na scenę wyszła piękna, bogato ubrana aktorka i wszyscy na widowni oczekiwali, że zbliża się moment kulminacyjny sceny.

                            - No i się zaczyna. - szepnęła ku niemu siedzącą obok dama. Zauważył, że ma długie do łokci fioletowe rękawiczki z bogatymi bransoletami na nadgarstkach. Złoto tworzyło przyjemny dla oka kontrast i fiolet rękawiczek był idealnym dla niego tłem.

                            - Muszę ci powiedzieć że zawsze można znaleźć chętnych na takie wyjątkowe widowiska. To prawdziwa uczta dla ciała i rozkosz dla zmysłów. Dla odpowiedniej publiczności oczywiście. - dodała poufałym tonem jakby to była jakaś kontynuacja wcześniejszej rozmowy. Gdy Heinrich znów spojrzał na scenę sytuacja się zmieniła. Teraz był bliżej sceny. Właściwie to scena zredukowała się do podwyższenia może do kolan. Ale aktorka tego chyba nie zauważyła. Właśnie zaczynała swój właściwy występ gdzie bezwstydnie zrzuciła z siebie suknię zostając w samym gorsecie, pończochach i bieliźnie. Ale przez to zdawała się widowni prezentować jeszcze atrakcyjnie. Bo nagrodzili ją aplauzem i oklaskami. Ale dość nielicznym bo i widowni było mniej. W końcu wyglądało to jak jakaś biblioteka czy inny klub spotkań dla elity. Elegancko ubrani panowie i o wiele mniej dam chociaż nie mniej eleganckich wszyscy mieli jakieś barwne maski zasłaniające twarz.

                            - Ludzie są ciekawi. Tym czym oficjalnie pogarszają i potępiają. - rozmówczyni wskazała leniwym gestem gdzieś w bok a mówiła ironicznie rozbawionym tonem. A gdy były łowca tam spojrzał spostrzegł głaz ofiarnym przy zachodnich kamieniach. I przywiązana do niego nagą Fabienne jaką bezlitośnie brał któryś ze zwierzoludzi. A gdzieś po bokach była i reszta orgii w której dominował jego koleżanki ze zboru pokładające się z ungorami. Rzeczywiście wszystkich ich powinno się potępić i spalić aby ukarać takie bezeceństwa i dać przykład innym.

                            - Oczywiście nie każdy się nadaje do takiej zakazanej sztuki. Ale ci co się nadają zwykle wspierają ją całą duszą i sercem. A czasem i ciałem. - oznajmiła rozmówczyni w fioletowych rękawiczkach i wskazała wzrokiem na jedną z eleganckich dam. Ta wstała ze swojego obitego pluszem, ozdobnego krzesła i też zaczęła zdejmować z siebie suknię. Tak drogą i finezyjną, że zapewne zwykła karczmarka czy córka kupca to by przez cały rok pracy nie dała rady zarobić na coś tak wyszukanego. Jednak dama bez skrupułów zdjęła z siebie to zacne okrycie. Po czym w samym gorsecie i bieliźnie przyklękła przy jakimś kudłatym psisku. Zwierzę miało plamę na jednym oku co nadawało mu podobieństwa do przepaski na to oko. Już po chwili ogar brał ją niczym swoją rozpłodową sukę. Oboję jęczeli z zakazanej rozkoszy. Chociaż po chwili Heinrichowi wydawało się, że to nie ogar tylko kozioł. Może to od początku był kozioł? Nie zdążył tego roztrząsnąć gdy przewodniczka znów przykuła jego uwagę.

                            - Ale nie jest łatwo znaleźć zarówno odpowiedni personel jak i widownię. To długi i żmudny proces. Nie każdy się do tego nadaje. Nawet jeśli nadspodziewanie wielu miewa podobne fetysze i fantazje to zdecydowana większość nie czyni żadnego kroku aby je zrealizować. Nie każdy się do tego nadaje. - dodała jakby oprowadzała go po jakimś miejscu pracy i tłumaczyła co jest co. Teraz pokazała mu na wyściełaną grubym, miękkim dywanem podłogę. Na nim była czwórka młodych kobiet. Wszystkie nagie lub prawie nagie. Karnie stały na czworakach a jedną z nich właśnie brał od tyłu któryś z dżentelmenów. Pozostała trójka karnie czekała na swoją kolej. Gdy podeszli do nich jacyś państwo i z ciekawością z bliska im się przyglądali i obgadywali bez skrupułów, żartując sobie i śmiejąc się wesoło. W końcu pani uniosła rąbek swojej bogatej sukni i podsunęła pod jedną z niewolnic. Ta bez wahania nachyliła się aby ustami oddać cześć i okazać posłuszeństwo swojej nowej pani. Zaś jej partner ustawił się przed kolejną i pozwolił aby ta zajęła się tym co ma w spodniach. Przez chwilę wydawało się byłemu łowcy, że ta grupka niewolnic to jego koleżanki ze zboru. Ale gdy się przyjrzał dokładniej uznał, że chyba raczej nie. A może jednak? Znów nie udało mu się tego ustalić bo pojawił się nowy czynnik.

                            - Dlatego wciąż trzeba szukać jednych i drugich. Jest wieczny głód nowych doznań i atrakcji. Oraz demonstracji jak to działa w praktyce, zachęty do grzechu i spróbowania czegoś o czym wcześniej się tylko skrycie marzyło. - zamaskowana przewodniczka umiejętnie tłumaczyła dalej co to jest to wszystko i jak to działa. Wskazała zarówno na te kopytne, rogate i obrośnięte sierścią atrakcje, jak i piękne panie jakie z nich korzystały oraz widownię jaka to wszystko chłonęła a czasem płynnie dołączała do zakazanych zabaw lub wymieniała się rolami z aktorami. Obok przechodziła któraś ze zgrabnych kelnerek. Dama w fioletowych rękawiczkach przywołała ją gestem. Wzięła z tacy dwa kieliszki dla siebie i swojego gościa.

                            - A czyż nie o to chodzi aby chociaż w takim zaufanym gronie spełniać swoje zachcianki i potrzeby na jakie od dawna miało się ochotę? - zapytała raczej retorycznie. A Heinrich się zorientował, że ta kelnerka to Łasica. Była ubrana jak kelnerka. Tylko taka bardzo wyuzdana kelnerka. Fartuszek miała bardziej ozdobny niż praktyczny i od przodu nie zakrywał nawet połowy smukłych ud okrytych pończochami. A na górze też wymownie podkreślał dekolt jaki był zgrabnie wyeksponowany. Zaś niewielka zakładka we włosy dodatkowo podkreslał usługową rolę. Jeszcze wymowniejsza była obroża ze zwisającą na ten dekolt i fartuszek smyczą. No i to przyjemne dla oko, flirtujące spojrzenie.

                            - Ma pan na coś ochotę? - zapytała zalotnie podobnym tonem jak niedawno gdy się rozstawali w “Mewie” już prawie umówienie na nocne bezeceństwa u niego. Wtedy co prawda łotrzyca była ubrana jak typowa tamtejsza ladacznica z portowej tawerny ale sama wymowa spojrzeń i kuszący ton głosu zdradzał, że ma jak najbardziej ochotę poznać się z rozmówcą bliżej. I teraz z tą tacą i w stroju wyuzdanej kelnerki robiła to samo. Spojrzał znów na tamtą kobiecą grupkę i znów nie był pewien czy Łasica tam jest czy jednak nie. Ludzi nie powinno być naraz w dwóch miejscach. Ale we śnie? Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy zdawał sobie sprawę, że to wszystko mu się śni.

                            - Mam nadzieję, że będziemy mogli sobie pomóc nawzajem. Współdziałać razem. Zapewnimy sobie nawzajem rozrywkę i wymianę doświadczeń. Po to tu przyjechałyśmy. O. Chodź, zaczyna się. - dama w masce i złotymi bransoletami rzuciła swoje wyjaśnienie ale kątem oka dostrzegła, że na scenie zbliża się moment kulminacyjny. Aktorka przybrała pozę znaną Heinrichowi z poprzednich wersji tego snu. Na w półleżała na plecach i lubieżnie zabawiała się sama ze sobą ku uciesze widowni. Jej jęki i spazmatyczny oddech wskazywały, że też dochodzi do tego szczytowego momentu. Tylko tym razem coś tam wydawało się w niej wić i przepychać wśród cichych, mlaszczących odgłosach. A może te podpowiadała Heinrichowi wyobraźnia. Aż wreszcie coś tam się ukazało. Z początku widać było tylko jakichś niewielki ruch pośród palcow aktorki. Szybko jednak coś wyszło z jej łona. Coś obłego i podłużnego, co wiło się pomiędzy jej palcami, łonem i udami. Ta mieszanina czegoś ponętnego i ohydnego zaskoczyła widownię. Rozległ się jęki grozy, westchnienia zdumienia czy wręcz szoku. Parę osób wstało ni to by wyjść czy lepiej się przyjrzeć. Ale nikt nie wyszedł. A przedstawienie trwało dalej. Więc pojawiły się pierwsze oklaski. Z początku nieśmiałe i pojedyncze ale szybko porwały za sobą resztę. Po chwili śmiała aktorka została nagrodzona całą burzą wiwatów a atmosfera wyuzdania i podniecenie zdawała się wskoczyć na jeszcze wyższy poziom.

                            Teraz właściwie nie był do końca pewien czy na tym sen się kończył czy było potem jeszcze coś. Teraz szedł zmagając się z silnym wiatrem i ulewą co chciała zatopić to miasto. No i zimnym błotem i kałużami pod nogami. Zdawał sobie sprawę, że przez ten poranny pośpiech pewnie wiele detali mu umknęło. Ale jak teraz o tym myślał i starał się sobie coś z tego odtworzyć to przypomniał sobie kilka postaci. Jak choćby to, że jedna z kobiet miała nietypowo ciemną karnację skóry przez co od razu wydawała się upodabniać do młodej córki kapitana portu. Ale nie był pewien czy to była ona czy jakaś inna. Może to jednak nie ona? Bo ta ze snu miała kolczyk w nozdrzach a młoda van Zee nie. Ale takie kolczyki to chyba można było dość łatwo zakładać lub wyjmować więc jeszcze to niczego nie przesądzało. Albo druga jaką zapamiętał bo miała długie, ognistorude włosy do samego pasa i bladolica jak Fabienne. Te miedziane włosy tworzyły ostry kontrast to biało - niebieskiej sukni jaką miała na sobie. Albo jeszcze jedna. Co siedziała przy jakimś stole z licznymi świecami wokół niej jakie nadawały jej mistycznego wyglądu. A ona sama miała nieco egzotyczną urodę i mnóstwo dziwnych tatuaży. Albo malunków na ciele. I przez moment złapali się spojrzeniami więc mógł dojrzeć jej enigmatyczny wyraz twarzy. Tylko musiał się skupić aby przypomnieć sobie czy jeszcze je widział w jakiejś scenie czy roli.

                            Ale teraz był tutaj. Na Kazamatowej. Już widać było przez te fale zimnego deszczu mur okalający twierdzę pełniącej rolę miejskiego lochu i magazynów. Jeszcze kawałek i znalazł właściwe drzwi kamienicy. Mógł się wreszcie otrzepać z nadmiaru wody. Jeszcze trochę schodów i mógł zapukać do drzwi mieszkania Otto.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów 12; kamienica Joachima
                            Czas: 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranek
                            Warunki: wnętrze mieszkania, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, oberwanie chmury, d.sil.wiatr; ziąb (0)

                            Joachim

                            Młody astromanta obudził się tam gdzie zasnął czyli we własnym łóżku i sypialni. Trzeszczenie okiennic zdradzało, że za oknem hula silny wiatr a silny łomot, że pada gęsty deszcz. A po przejaśnieniach pomiędzy szczelinami, że noc już się skończyła chociaż nadal jest dość wcześnie. Wcześniej niż gdy zwykle wstawał. Niemniej to nie wiatr ani deszcz go obudziły. Tylko sen. To co mu się śniło.

                            Śnił o bagnach. Bagnach, dźwiękach dzwoneczków i światełku. Nie był pewien czy coś było wcześniej ale we śnie wrócił do orgii przy zachodnich kamieniach. Znów leżał na ziemi a nad sobą widział jędrne, podskakujące piersi Sorii, jej lubieżny uśmiech jakim go obdarzała. No i tam w swoich lędźwiach jak ją penetrował. A potem jeszcze przyszła któraś z jej dwórek i zaczęły się całować. Ale ta całkiem przyjemna scena została przerwana jakimś zamieszaniem. Jak się odwrócił to widział, że to nagie towarzystwo się rozbiega w popłochu i znika w lesie. Zanim zdecydował się na coś został sam na tej polanie przy kamieniach. Gdzieś tam w tyle głowy miał świadomość, że to tylko sen i przecież tak naprawdę było całkiem inaczej ale póki śnił nic nie mógł na to poradzić.

                            Widział kawałek dalej ten pochylony głaz jaki im posłużył do złożenia bretońskiej szlachcianki w ofierze żądz i wyuzdania. Zresztą ona sama wtedy nie wyglądała na taką co by trzeba było zmuszać ją do takiej podłej roli. I zdał sobie sprawę, że ona tam została wciąż przywiązana do tego pochyłego głazu. A za nim… Za nim coś przybiegło. Przybiegło i ryczało strasznie jak jakiś potwór. Joachim nie widział go bo ten głaz mu zasłaniał. Ale włos mu się zjeżył na myśl co to by mogło być. A to coś wybiegło już na polanę i zatrzymało się. Chyba nasłuchiwało lub węszyło. Bał się poruszyć aby nie zwrócić siebie uwagi potwora. To musiało być to samo coś co już wcześniej mu się śniło jak biegło przez ulicę miasta aż go rozgniotło i pobiegło dalej ku melodii pięknych, srebrzystych dzwoneczków. Teraz to coś zatrzymało się po tamtej stronie głazu. Widział nawet fragmenty tego wielkiego cielska. To musiało być coś wielkości trolla albo niedźwiedzia. Stało teraz po tamtej stronie głazu i węszyło. Słyszał ciche kwilenie struchlałej ze strachu szlachcianki jaka nic nie mogła poradzić na tą konfrontację. Na wpół leżała oparta o głaz wciąż naga i uwiązana do niego. I chociaż tego nie widział to jakoś był dziwnie pewien, że poczwara właśnie obwąchuje przywiązaną. Jej szybko oddychającą twarz, rozedrgane blade piersi, spazmatycznie poruszający się brzuch i zapraszająco rozchylone uda. Jednak to właśnie brzuch wydawał się najbardziej interesować bestię. Węszył przy nim najdłużej i najbardziej intensywnie. Wreszcie fuknął, sapnął, wyprostował się jakby kontent czy co. W każdym razie nie wyglądało aby żywił wobec swojej ofiary jakieś krwawe zamiary. Chociaż pewnie mógłby ją rozpłatać na pół jednym capnięciem szczęk albo szponów. I bestia uniosła swoją szponiastą łapę ale ku zdumieniu samej czarnowłosej ofiary po to aby rozciąć jej więzy jakby to były jakieś nędzne pajęczyny a nie mocne liny.

                            Wtedy znów dał się słyszeć jakiś tumult, łamanie krzaków, jakieś okrzyki. To zwróciło uwagę bestii. Ale przez tą mgłę trudno było się zorientować co się dzieje i skąd. Las też się jakoś przerzedził, widać było tylko pojedyncze, obschniete drzewa o odstręczającym wyglądzie. Właściwie to wyglądało to raczej jak jakieś moczary a nie las. Bestia zaryczała i rzuciła się z impetem naprzeciwko źródła hałasu. Joachim zaś został z tyłu. Stracił potwora z oczu ale zaraz doszły go odgłosy walki. Szczęk oręża, porykiwania stwora, tętent konia, okrzyki co brzmiały jak ludzkie. Potem wszystko ucichło. Młody astromanta został sam w tej mgle i bagnach. Nawet ten pochylony głaz i Fabienne gdzieś zniknęli. Wszystkie kierunki wydawały się być równie nijakie i złowrogo obce.

                            W pewnym momencie jednak dojrzał jakąś mglistą poświatę. Nie mając innych pomysłów ruszył w tamtą stronę. Szedł a nogi grzęzły mu po połowe łydek w tej bagiennej ziemi. Stracił poczucie czasu ile tak wędrował przez ten monotonny krajobraz. Aż usłyszał dzwoneczki. Te srebrzyste dzwoneczki jakie śniły mu się przy takich snach. Wtedy ten sen w mieście i z murem też brzmiały podobnie. Teraz jednak w miarę jak się zbliżał wydawało mu się, że dźwięk tej muzyki potęguje się. Słyszał je wyraźniej niż wcześniej. A i źródło poświaty robiło się coraz silniejsze. To musiało być coś większego.

                            W miarę jak się zbliżał coraz więcej konturów odsłaniała ta bagienna mgła. I chociaż nie wiedział ile razy upadł w tą bagienną wodę albo błoto, był cały przemoczony i brudny to jednak coś przyciągało go kusząco coraz silniej. Coś tajemniczego ale i wspaniałego. Już widział jakieś dziwne coś. Konstrukcję? Rośliny? Drzewa? Jakieś nie wiadomo co. Ale musiało być spore. Pewnie jak dom. Ale z braku odległości od tego czegoś i wielkości to trudno było mu to właściwie ocenić. Na pewno większe od niego. I to właśnie to zdawało się być źródłem tych dziwnych świateł i muzyki dzwoneczków.

                            Nie zdążył się zdecydować co to by mogło być. Gdy usłyszał za sobą ciężkie i mocarne kroki. Miał dziwną prawie pewność, że to ta sama bestia co ostatnio grasowała w jego snach. Schować się nie miał gdzie więc tylko kucnął w wysokiej trawie licząc, że stwór go nie zauważy. I czekał. Czekał słysząc jak bestia rozchlapuje błoto i wodę swoimi wielkimi łapami. Zbliżała się i zbliżała coraz bardziej. Aż zbliżyła się najbardziej i go nie dostrzegła. Przeszła dalej zostawiając go za sobą. Jak się Joachim odważył wychylić dojrzał tylko wielką, niekształtną sylwetkę. Wydawało mu się, że wlókł coś za sobą. Chyba jakieś ciało. Co jeszcze trochę się ruszało i jęczało boleśnie ale nie miało szansy się wyrwać z mocarnego uchwytu potwora.

                            - Ciekawe kto to był. - powiedział Thobias obserwując zza pleców maga tą samą scenkę. Ale nie wyglądał na przejętego. Wziął młodszego kolegę za ramię jakby chciał go zaprosić do dyskusji. Ruszyli przez jakiś park. Ładny i zadbany, z równo przyciętą trawą i alejkami. Bagna i mgła gdzieś zniknęły a oni szli przez ten słoneczny, letni ogród.

                            - Właściwie mniejsza z tym. Dobrze, że się zabrałeś za sprawę naszej patronki. Nie chciałbym być nieuprzejmy ale na moje oko zbyt wiele czasu spędzasz z tymi naszymi “koleżankami”. Sam powiedz. One w czymś nam pomogły w naszej sprawie? Bo sobie nie przypominam. A my im owszem. Dlatego dobrze by było im i reszcie przypomnieć, że teraz nasza kolej i mam nadzieję, że one nas poprą. - nauczyciel akademicki wydawał się być przyjaźnie do niego nastawiony. Zupełnie jak kolega do kolegi. Podobnie zresztą to bywało pomiędzy studentami albo profesorami w Kolegium Magii w Altdorfie gdzie względem podobnych sobie stażem i tytułem ludzi panowała dość koleżeńska atmosfera i relacje. A z opowieści Joachim zdawał sobie sprawę, że i na innych uczelniach powinno to wyglądać podobnie. Być może właśnie dlatego przesiąknięty nimi Thobias zachowywał się właśnie w ten sposób.

                            - Niestety obawiam się, że samy nie damy rady. Niestety nie wystarczy wyłowić z wody jakaś bryłę albo pójść sobie do jakiejś jaskini. U nas sprawa wygląda trudniej. - powiedział gdy szli obok muru. Magister zorientował się, że to mur Akademii Morskiej. I chyba ten sam co go już kiedy widział we wcześniejszym śnie gdy go ta bestia z bagien rozdeptała i pobiegła tam dalej.

                            - No sam widzisz. - kolega belfer wskazał na postać w czerni. Gdy podeszli bliżej okazało się, że to Matka Somnium. Tylko z czarną opaską na oczach. Chodziła nieco niezdarnie wokół głównej bramy uczelni. I wyglądała jakby trochę nasłuchiwała a trochę węszyła. Przez co wyglądała dość groteskowo i zabawnie. Tobias jakby bawił się z nią w ciuciubabkę ominął ją z szelmowskim uśmiechem zaś ona szybko została z tyłu.

                            - Widzisz? Węszy to tu to tam. Oby czegoś nie wywęszyła. Pewnie też odbiera zew Sióstr i próbuje to jakoś poskładać do kupy ale nie wie tego co my. - uczony machnął dłonią gdzieś w bok. A chociaż Joachim wiedział, że to niemożliwe w realnym świecie to tutaj jednak rozpoznał hospicjum jakie we śnie wydawało się stać ledwo na drugim krańcu ulicy. Ale nie o to chodziło. Tam też widział podobną, czarną sylwetkę jaka błądziła po omacku to tu to tam ale wciąż tam się kręciła w pobliżu.

                            - Ale głowa do góry. Działa po omacku. A my musimy zajać się tym. Światełko i dzwoneczki wzywają. Bez nich trudno będzie odnaleźć dziedzictwo naszej patronki. Co prawda można jeszcze użyć nosicielek ale sam rozumiesz, że znów musielibyśmy zdać się na łaskę tych naszych “koleżanek”. I znów by czymś błysnęły. Jeszcze trochę i wyjdzie, że do wszystkiego są potrzebne i wręcz niezbędne. A lepiej by było to załatwić we własnym zakresie prawda? - powiedział przyjacielskim tonem gdy szli tak wzdłuż akademickiego muru. Zdawał się nie zauważać, że na szyi coś mu zaczęło trzeszczeć, wierzgać i ta niekształtna masa uformowała się w drugą, bliźniaczą głowę Thobiasa.

                            - Jednakże z drugiej strony. Całkiem ciekawym pomysłem jest pozwolić im działać w kierunkach przez nas wybranych. Nawet jesli byśmy mieli pozornie grać drugie skrzypce. Jeśli to te ladacznice miałyby się narażać za nas to niech się narażają. Czyż nie powinniśmy pełnić kierowniczych funkcji? Czyż nie jesteśmy najświatlejsi? Która z Sióstr jest najważniejsza? Norra co za wszystkim gania z toporem aby tylko coś ukatrupić i zdobyć nową czaszkę? Oster co tylko miesza w swoim kotle aby ulepić jakaś nową plagę? Soren co tylko chędoży się z kim i czym się da aby wydać kolejny obrzydliwy miot? Nie, przyjacielu nie. Tylko Vesta ma odpowiednią głębię myślenia i planowania aby wszystkim rządzić. Nawet jeśli pozwala im myśleć, że jest inaczej. A my powinniśmy brać z niej przykład. W końcu to nasza patronka. Widziałeś naszego milusińśkiego? - wskazał na koniec kciukiem za siebie jakby chodziło o powtora z bagien. Zaś ta gadająca głowa mówiła z charyzmą i pełnym przekonaniem, że jej racje są całkowicie słuszne.

                            - A on służy naszej patronce. Pilnuje jej domostwa, że tak powiem. Czyż to nie świadczy o potędze Vesty skoro służą jej takie bestie? - dorzucił jakby wisienkę na torcie. Uśmiechnął się z dumą ciesząc się, z tego wspaniałego pochodzenia i ścieżki jaką obaj zdecydowali się podążać.

                            - Nie słuchaj go. Jak raz stracimy ster z ręki na rzecz innych to potem ciężko będzie go odzyskać. Jak się okaże, że sami zdobędziemy ten artefakt to będzie to nasza chwała. Trzeba wyzyskać resztę ale najlepiej jakby się nam to udało. Ja mam swobodny dostęp do uczelni. Ty już teraz do pewnego stopnia też a może uda się więcej. Heinrich też nie jest w ciemię bity a może jeszcze coś podziała z tymi van Schneiderami. Ostatecznie może kogos z rodziny poprosi się o pomoc. Ale tak aby było wiadomo, że to poboczna rola i to nam należy przypisać sukces. - ten drugi czy też może pierwszy z belfrów wydawał się za to stawiać nacisk aby to tzeentchianie wykonali główne zadania przy zdobywaniu artefaktu Vesty. A i wedle niego mieli do tego niezłe podstawy skoro już wiedzieli gdzie jest ten artefakt a do tego jeden z nich miał swobodny dostęp do uczelni zaś dwaj pozostali może mniejszy ale nie było powiedziane, że tak pozostanie.

                            Sen skończył się gdy tak rozmawiali o różnych pomysłach i wariantach wykradnięcia artefaktu z zamkniętej skrzyni i wyprawy na bagna. Na trzy głosy bo Thobias do końca snu pozostał w tej dwugłowej formie co jak wiedział Joachim choćby od Mergi często było oznaką błogosławieństwa Ptasiego Pana. W końcu często nawet poświęcone mu demony często były albo zmienne, albo bezkształtne, albo miały właśnie dwie głowy. Dwugłowy belfer zaś przedstawiał dwa skrajnie odmienne rozwiązania. W jednym upierał się aby w planowanej wyprawie na bagna i w wykradzenie fantów z Akademii zrobić osobiście z jak najmniejszą pomocą reszty rodziny a zwłaszcza slaaneshytek. W drugiej dokładnie na odwrót. Aby jak najwięcej przelać na nie, nawet wykorzystać jako nosicielki co mogły wskazać drogę do dziedzictwa Vesty a samemu zadowolić się rolą planisty i doradcy a potem przełknąć jakoś sukces jaki zapewne znów spłynąłby na barki koleżanek skoro dziedzictwo zostałoby odzyskane.

                            I jakoś na tym się chyba skończyło. A przynajmniej w tym momencie Joachim się obudził. Okazało się, że za oknami szaleje wiatr i ulewa ale już jest jasno jak w dzień. Nie było to dziwne bo letnie dni zaczynały się wcześnie i późno kończyły.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #163

                              Oryginalny autor: Lord Melkor

                              Ulewa na dworze zniechęcała Joachima do wyjścia. Postanowił natomiast skorzystać z okazji by skupić się na swoim śnie, zamknął więc oczy i wytęzył wolę odtwarzając w myślach to co pamiętał. Zakładał, że nie był to zwykły sen tylko przynajmniej częściowo wizja zesłana mu dzięki jego mistycznym talentom, a kto wie, może nawet za sprawą jego władającego losami śmiertelników Patrona? Tym razem zdawało się, że sen był nawet w miarę jasny.

                              Pierwsza scena i bestia która przeszkodziła pogrążonym w orgii kultystom - to pewnie był ten strażnik dziedzictwa Vesty. A jego zainteresowanie przywiązaną do głazu bretońską szlachcianką mogło wiązać się z tym co słyszał wcześniej, że jednym z kluczy to przedostania się przez potwornego strażnika było użycie niewiasty brzemiennej z pomiotem Oster. I czyżby potem sen ukazał mu miejsce gdzie może znaleźć dziedzictwo, jakaś konstrukcja na bagnach a nawet dom?

                              Kolejna część snu to było ostrzeżenie przez Matką Sommium, która dzięki swojej mocy, trochę podobnej do jego, mogła dostrzegać przebłyski przyszłości i w związku z tym wpaść na ich trop. O tym w sumie też już wiedział. Czy mógł coś z tym zrobić? Zorganizować zamach, odciągnąć uwagę? Możliwości nieco było.

                              A potem słowa Tobiasa, które odzwierciedlały jak uznał pewne wybory, które były teraz przed nim. O ile astromanta nie mógł zaprzeczyć, że zbyt duża przewaga Slaaneshytek w ich Zborze nie mogła być na dłuższą metę dobra, to jednak musiał się zgodzić ze słowami drugiej głowy, o tym, że warto skorzystać z każdego narzędzia które się nadarzy. Przecież mag i mędrzec nie musiał robić wszystkiego sam prawda, nie taka była jego rola? Ostatecznie liczył się rezultat, czyli żeby on właśnie miał dostęp do dziedzictwa Vesty, a wszystko co zbliżało go do celu było właściwe, a szczególnie, że musieli zważać na prawdziwych wrogów, którzy mogli trafić na ślad coraz bardziej aktywnych członków Zboru.

                              Postanowił nie zmieniać istotnie swoich planów - wysłał wiernego Svena, by ten umówił mu spotkanie z Baronem Wirsbergiem, nadal miał też zamiar odwiedzić Akademię i wypytać się czy interesuje ich by wykładał tam nauki o gwiazdach. No i jakby starczyło czasu, może warto byłoby dowiedzieć się, gdzie jest i co robi Matka Sommium?

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Niedostępny
                                SantorineS Niedostępny
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #164

                                Oryginalny autor: Zell

                                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy 8, mieszkanie Heinricha
                                Czas: 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranek

                                Tak, chętni na zakazane widowiska zawsze się znajdą, oj tak. Jak wielu to były Łowca Czarownic doświadczył w swoim życiu. Kościół Sigmara mógł zaprzeczać ile chciał, tuszować prawdę, ale nic nie zmieniało tego, że człowiek był podatny na podszepty Mrocznych Potęg... a Heinrich nie miał już siły zaprzeczać prawdzie. Sen, jaki go naszedł tej nocy jedynie potwierdzał doświadczenia.

                                Tak, możemy sobie pomóc. Nie jestem przeciwny dziewczynom i nie uważam ich po prostu jako za nieprzydatne ladacznice. Są bardziej assetami do wykorzystania. Podejście Tobiasa do nich irytowało Heinricha, jako że Tzeentchianin z własnej woli ucinał możliwe drogi do osiągnięcia sukcesu, tylko temu, że stały mu na drodze dziecinne niechęci. Nie można było odrzucać wszystkiego, co nie zgadzało się z twoim gustem...

                                Tak. Możemy sobie pomóc. Tak długo, jak ta pomoc będzie korzystna i dla mnie.


                                Otto nie spodziewał się ujrzeć starego łowcę czarownic, kiedy otworzył drzwi. Bardziej uważał, że straż znowu chciała go zabrać na spytki.

                                - Heinrich? Wejdź proszę. - mnich wpuścił współkultystę do środka - Co cię do mnie sprowadza? Coś się stało?

                                - Dobrze, że cię złapałem przed pracą. - Heinrich zadowolony skorzystał z zaproszenia - Ta dziewczyna, którą poleciłeś zasiać... masz jakieś informacje o jej stanie? I czy ot tak się zgodziła?

                                Mnichowi chwilę zajęło zanim zrozumiał o czym mówi jego gość.

                                - Laura? To nie do końca tak. Dziewczyna sama przyszła do nas. Onyks zorganizowała spotkanie, sprzedałem jej bajkę, że reprezentuje hodowcę, że jaja pochodzą z Lustrii i że obdarujemy ją nimi, jeżeli zwróci nam larwy. Ostatnio jak widziałem Onyks, mówiła, że sama ją zasiała, więc chyba wszystko na dobrej drodze. Czemu pytasz?

                                - Zależy mi na jak najdokładniejszym poznaniu reakcji zasianych podczas tego procesu i samej ciąży. - odparł wprost.

                                - Z takimi pytaniami to lepiej do Sigismundusa. - przyznał mnich - Z tego co ja się dowiedziałem, proces jest przyjemny i nieszkodliwy dla nosicielki.

                                - U niego już byłem i rozmawiałem, także z jedną z ochotniczek. Chcę zebrać informacje od jak największej ilości zasianych kobiet.

                                - To by była Loszka, ta druga, która niedługo zginie, Laura i Dorna. - zauważył mnich - Jedna praktycznie niema, druga niechętna do rozmowy, jedna która chce tego dla wiary, druga dla przyjemności. - Otto westchnął - Przyznam niezbyt pomocne źródła. Kogo planujesz zasiać, że takiś dociekliwy?

                                - Przekonać. - mężczyzna zamyślił się - I myślisz że najlepiej Onyx zapytać o dziewczynę?

                                - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - spostrzegł Otto - Ale tak, jeżeli nie chcesz, aby dziewczyna coś podejrzewała, to zapytaj lepiej Onyks. Nie wiem jak dużo ci powie co prawda.

                                Heinrich zamilkł na moment.

                                - Z nas wszystkich to Ty wydajesz się być najbardziej... obeznanym w religijności.

                                Otto uniósł brew.

                                - Podejrzewam, że jako jedyny, nie licząc Mergi i Starszego, studiowałem drogi Mrocznych Bogów i ich sług. Czy coś cię trapi?

                                - Nie tyle co trapi, co zastanawia. - Heinrich spojrzał poważnie na Otto - Nie sądzisz, że nasz kult jest bardzo... - zamyślił się na chwilę - ... świecki? Nic nas nie wiąże w wierze, a z doświadczenia wiem, że to wiara potrafi połączyć nawet sprzeczne ze sobą frakcje.

                                Mnich chwilę zastanowił się nad słowami kolegi zanim dał odpowiedź.

                                - Świecki... nie, no może... bardziej powiedziałbym, że każda frakcja dotyka jedynie powierzchni swego powołania. Slaaneshyci jedynie się chędożą, Nurglici eksperymentują z jajami, Tzeentchianie... w sumie nawet nie wiem co wy robicie. Szczególnie musi to być frustrujące dla Khornitów, którzy nie mogą nic zrobić w mieście. Brakuje nam kierunku, nadzoru powiedziałbym. Starszy jedynie nas zjednoczył jako kult, ale pozwala nam robić co chcemy tak długo jak ktoś robi coś w kierunku sprowadzenia sióstr.

                                - Kult jest na granicy wrzenia, o ile już nie wrze. Jest dużo niechęci do slaaneshytek. - stwierdził wprost - Nie umiemy współpracować, a mogę powiedzieć wprost: niesnaski w kulcie prowadzą do jego porażki. Wewnętrzne niechęci jedynie umacniają naszego wroga. Takich rzeczy zawsze się wyszukiwało niszcząc kulty. Najgorsze były jednorodne z prostego powodu. - Heinrich patrzył poważnie - Są zorganizowane.

                                - W takich sytuacjach kult na ogół niszczył się sam. - zauważył mnich - Niechęć do slaaneshytek wynika z ich sukcesu i braku możliwości podobnego u reszty. Przynajmniej na razie. Rozmawiałem wczoraj z Silnym, chłop jest naprawdę rozgoryczony tą sytuacją. Czuje się ignorowany i nie szanowany... - Otto westchnął - Starałem mu się doradzić jak zyskać w oczach Khorna i kultu, może coś z tego wyjdzie. Jednak tak samo jak ich wgląd we własną wiarę jest powierzchowny, tak samo ich pogląd na organizację jest bardzo... egocentryczny. Starałem się wytłumaczyć zarówno Silnemu jak i Tobiasowi, że nie mogą szukać metod na podkopanie "ladacznic" tylko odnaleźć drogę, aby je przewyższyć. Nie wiem czy to jednak do nich przemawia.

                                Heinrich uśmiechnął się nagle.

                                - Byłbyś za tym, aby spotkać się ze Starszym i porozmawiać na te tematy z nim? - zaproponował.

                                Jednooki kultysta wciągnął powietrze.

                                - Chciałem zacząć prowadzić msze od następnego zboru. Coś co pomogłoby zjednoczyć kult. Trzeba by było to z nim obmówić. Szczególnie, że kolejne msze mają być tematyczne.

                                - To tym bardziej przyda nam się wspólnie ze Starszym porozmawiać. - pokiwał głową - Zgodziłbyś się, prawda?

                                - Nie mam przeciwwskazań. Mam jednak wrażenie, że piszę się na więcej niż sądzę. - wskazał dłonią na kolegę - Tzeentchianin...

                                - Nie można wezwać tylko jednej. - stwierdził wprost - Więc wszyscy musimy się zjednoczyć i czasem nagiąć się do poświęceń.

                                Mnich westchnął.

                                - Jasne... więc kiedy chcesz się spotkać ze Starszym?

                                - Nie mam większych planów... choć dziś to chciałbym być wolny w nocy. - przypomniał sobie.

                                - Ja muszę udać się do hospicjum i... - Otto zamarł na chwilę - Miałeś dzisiaj sny Heinrichu? Wiesz jakie. - były łowca czarownic skinął głową - Mam więc do ciebie prośbę. Skoro nie masz planów. Odwiedź proszę Fabienne von Mannlieb. Ma u siebie dwójkę heroldów. Jeżeli my mieliśmy sny, to one też i wątpię, aby zniosły je tak dobrze jak my. Marissa najpewniej po prostu biega nago po domu, ale Annika czuje wołanie ołtarza Norry, ołtarza który jest poza miastem. A miasta teraz nie można opuszczać.

                                - ... dobrze. - Heinrich odparł po chwili zastanowienia - Choć pewnie tak z nagła to ciężej będzie tam wejść. I nie licz że będę odznaczonym biegaczem.

                                - Powiedz, że ja cię przysłałem. Fabienne powinna pozwolić ci wejść. Co do Anniki, jeżeli dalej będzie w domu. To wątpię, abyś siłowo ją powstrzymał więc... - mnich się zastanowił i pstryknął palcami - mapa! Wręcz jej mapę, węgiel ołówek lub cokolwiek do rysowania i niech zaznaczy na niej drogę, tak jak czuje. Zew może działać i w ten sposób, a da to jej zajęcie. Ja odwiedzę je po mojej zmianie... boję się myśleć co się tam teraz dzieje.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Niedostępny
                                  SantorineS Niedostępny
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #165

                                  Oryginalny autor: Seachmall

                                  Miejsce : Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
                                  Czas : 2519.07.16; Bezahltag; świt - ranek

                                  Otto leżał przez chwilę w łóżku wpatrując się w sufit. Definitywnie musiał zmienić poczynania, najwyraźniej siostry widzą w nim głównie wyznawcę Węża.
                                  Mnich westchnął, ponownie widział te dwa łona. Pierwsze z pieprzykami należące do Fabienne i drugie, do tej szlachcianki od Onyks. Najwyraźniej obie będą musiały zostać zarobaczone. No cóż, miał zamiar porozmawiać o tym z Fabienne, na tą drugą też przyjdzie czas.

                                  Następnie widział zwierzoludzi i jednego nowego. Bardziej kolorowy… krabie szczypce. Znaczyłoby dar od jednego z bogów. Zważając na zachowanie najpewniej od Slaanesh, czyżby kolejny champion? Chyba będzie musiał to obmówić z Sorią.

                                  I w końcu ta kobieta… ze znamieniem na udzie i biodrze. W lesie… tylko którym? O tym będzie pewnie musiał porozmawiać z Lilly o tym. Być może uda mu się nawiązać kontakt z Gnakiem.

                                  Zaczął się powoli zbierać kiedy usłyszał pukanie do drzwi.


                                  Rozmowa z Heinrichem była niespodziewana, ale dość owocna. Posłał byłego Łowcę Czarownic do Fabienne, więc nie musiał się na razie przejmować tym co się u niej dzieje. Sam ruszył pospiesznie do Hospicjum, spodziewał się małego pandemonium, chociaż przynajmniej część heroldów już tam nie było, a ten co został nie był groźny. Martwiła go za to Somnium, jeżeli kapłanka Morra ich akurat by odwiedziła… Mnich przyspieszył kroku.


                                  Heinrich

                                  Łowca Czarownic zmierzał w kierunku rezydencji von Mannlieb. Postara się załatwić sprawę u szlachcianki w swoim tempie. Umówił się z mnichem, aby następnego dnia spotkać się ze Starszym, gdyż dzisiejszej nocy miał zamiar być u siebie w domu. Nie sam oczywiście. Po drodze od szlachcianki chyba zakupi trochę liny.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Niedostępny
                                    SantorineS Niedostępny
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #166

                                    Oryginalny autor: Pipboy79

                                    Oryginalny tytuł: Tura 40 - 2519.07.16; bzt; przedpołudnie - popołudnie

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów 14; kamienica Joachima
                                    Czas: 2519.07.16; Bezahltag; przedpołudnie
                                    Warunki: wnętrze mieszkania, nieprzyjemnie, cicho; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)

                                    Joachim

                                    Młody magister po tym jak posłał Svena do Północnej Dzielnicy gdzie mieszkali ci najznamienitsi i najdostojniejsi miał czas aby w spokoju zacząć ten nowy dzień. Zjeść coś, ubrać się, zastanowić. Nawet ta poranna ulewa się już skończyła. To poranne czekanie na powrót służącego przerwała mu wizyta gości. Bynajmniej nie znamienitych. Ale też nie była to straż miejska jaka by miała go capnąć. Jako, że Svena nie było to zaanonsował ich Ghunter.

                                    - Przyszli jacyś tacy ze wsi. Po poradę od uczonego. - obwieścił krótko wskazując kciukiem za siebie gdzie czekać mieli owi klienci. Gdy tam wszedł obaj miętosili przemoczone czapki w spracowanych dłoniach i chyba czuli się mocno nieswojo. Obaj wyglądali na ojcowe pokolenie zaś wygląd pasował do rybaków, tragarzy, robotników portowych czy właśnie chłopów.

                                    - Pochwalony. - odezwał się jeden z nich kiwając głową. Drugi szybko powtórzył za nim. I przez chwilę wydawało się, że na tym ich inwencja się skończy. Bo jeden zerkał nerwowo na drugiego jakby chciał aby to nie on musiał zaczynać mówić. Ale wreszcie chyba się naradzili bo odezwał się ten co zaczął.

                                    https://i.imgur.com/DEx7L1J.jpg

                                    - My przyszli z Dahlem. Bo my byli wczoraj tu na targu i usłyszelimy, że tu w mieście to taki uczony jest. Co gwiazdy i przyszłość łumi. To my pomyśleli, że może taki ktoś pochyliłby się nad nami. Bo my w potrzebie som. - powiedział prosząco ten nieco mniej zestrachany. Joachim kojarzył, że Dahlem to pobliska wioska ale sam nigdy tam nie był.

                                    - Bo sprawa jest. Sprawa rodzinna. Ale ważna. - rzucił szybko ale cicho ten drugi co wyglądał jakby wolał się schować za plecami kolegi.

                                    - No właśnie. Bo u nas taka… No taka sprawa jest. Rodzinna. I mój dziadko, po kądzieli. To on kiedyś poszedł w las. Jak ja jeszcze smarkiem byłem. To on tam poszedł. I nie wrócił. Nigdy nie wrócił. Ale mnie on tak śni się ostatnio. Że on tak tam leży w tym lesie. Tak sam i niepochowany. Ale nie wiadomo gdzie. Bo wtedy to on sam poszedł. I nikt nie wie gdzie. I co się stało. - miętolił czapkę w miarę jak mówił ale jak już zaczął to jakoś dukał co mu leży na sercu tak ważnego, że chociaż nie był dzień targowy to jednak przyszedł do miasta.

                                    - Pewnie go co zeżarło. Bo co innego? Tyle lat minęło to przeca jeszcze za starego cesarza było. To go na pewno coś zeżarło. Albo bagno jakie połknęło? Bo co innego? - wtrącił się ten drugi jaki też nabrał nieco więcej odwagi w miarę jak kolega mówił.

                                    - No pewnie tak, co innego? No i właśnie my w tej sprawie. Może byś panie zacny coś poradził? Bo to nieszczęśnika trzeba odnaleźć i pochować w Ogrodach Morra. By tak w snach przestał męczyć, że on tam leży taki niepochowany w niepoświęconej ziemi. A męczą te sny męczą. Ostatniej nocy to aż tak na mnie strasznie patrzył, że aż się obudziłem cały mokry. Tak głośno, że aż babę swoją obudziłem. No i ona mówi, że poradzić coś trzeba na to, może w mieście coś by poradzili bo tam mądrzy ludzie. I tak z kumem właśnie uradziliśmy aby tu do waćpana odwiedzić i się pokłonić to może by coś pomógł. - powiedział ten co był wnukiem zaginionego w lesie dziadka. Obaj wyglądali na okolice czwartego krzyżyka to i pewnie pamiętali jeszcze ojca Karla Franza jaki obecnie panował w Imperium. Zwłaszcza jak mówił, że był małym chłopakiem to tym bardziej pewnie mogło to być i ze trzy dekady temu. A widocznie coś na targu albo na mieście musieli słyszeć o jakimś astrologu więc przyszli właśnie do niego po pomoc.


                                    Jakiś czas później do domu wrócił Sven. Ale wieści miał niekoniecznie najlepsze. Owszem, poszedł do rezydencji von Wirsbergów. Tam go wpuszczono za bramę ale już od progu widać było jakiś rwetes i zamieszanie. Początkowo nie mógł nikogo złapać co się dzieje ani nawet zostawić bileciku od swojego pana. Dopiero po chwili dorwał jakiegoś służącego od jakiego po koleżeńsku dowiedział się co nieco.

                                    - Z samego rana baron zaczął biegać i krzyczeć, że czas na koń i ruszać na łowy. Ten z którym gadałem mówił, że i tak się szykował i miał zamiar na dniach pojechać na polowanie. Jednak nie tak nagle. Wczoraj się kładł spać to jeszcze nic nie mówił, że dziś chce właśnie jechać. A dziś to od samego rana, jeszcze ta ulewa przecież była, wszystko w błocie i mokre. A ten nic, tylko dalej swoje, że trzeba szykować konia, psy, rohatynę i ruszać w łowy. No i pojechali. Zebrał swoją świtę i pojechali tak całkiem na wariata. - Sven streścił czego się dowiedział w rezydencji barona. I rozłożył ramiona przepraszając niemo, że nie był w stanie wykonać swojego zadania z powodu braku adresata w domu. Znaczy bilecik zostawił mimo wszystko tak, na wszelki wypadek. No ale wiadomo było, że gospodarz póki nie wróci z tych nagłych łowów to go nie przeczyta.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
                                    Czas: 2519.07.16; Bezahltag; popołudnie
                                    Warunki: wnętrze gabinetu, umiarkowanie, cicho; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; nieprzyjemnie (0)

                                    Joachim

                                    Gdy wyszedł ze swojej kamienicy miał spory kawałek miasta do przejścia. Akademia była prawie na przeciwległym krańcu Nowego Miasta jak nazywano całą, zachodnią część Neus Emskrank położoną na płaskopiennym brzegu. Przy samym ujściu Salt do Zatoki. Więc miał niezły kawałek do przejścia. Dzień okazał się pochmurny ale przynajmniej przestało padać. Za to ta woda co spadła nad ranem wciąż grzęzła w błocie. Tam gdzie nie było bruku trzeba było chodzić po śliskich od błota drewnianych kładkach na jakich łatwo było się poślizgnąć albo co gorsza wpaść w to błoto obok. W takim deszczu wyglądało ono szczególnie zimno, złowrogo i odpychająco. Jak gotowa pułapka jaka jest w stanie pochłonąć w swoich odmętach każdego, nieuważnego przechodnia.

                                    Ale niezbyt to hamowało tradycyjny dzienny ruch. O ile zachodnie rejony miasta tam gdzie mieszkał były dość opustoszałe to w miarę jak zbliżał się do centrum to tłum gęstniał. Pomimo takiej chlapy na zewnątrz. Raz widział efekt nocnej akcji z początku tygodnia gdy straż zatrzymała i zaczęła przeszukiwać jakiś wóz. A gdzie indziej wlokła jakiegoś pobitego nieszczęśnika.

                                    W końcu jednak dotarł na rzeczne nabrzeże a po chwili widział już ceglany mur okalający Akademię. Wydawało mu się, że jest podobny do tego jaki widywał w snach. Ale nie był w stanie stwierdzić czy to przypadek czy nie. Z teorii snów w Kolegium pamiętał, że sny to zwykle jakieś tam odzwierciedlenie tego z czym się człowiek styka dookoła. Chociaż czasem zdarzały się wspomnienia z przeszłości a niekiedy nawet zdarzały się ponoć prorocze sny. W każdym razie gdyby tak było to nie byłoby chyba aż tak dziwne, że śnił mu się mur jaki znał z rzeczywistości. Po tych rozważaniach przeszedł przez główną bramę Akademii jaka w dzień była otwarta na oścież.

                                    Zauważył sporo młodych ludzi, młodszych od niego zapewne. Co nie było dziwne skoro był dzień i trwały różnorakie zajęcia. Potem była recepcja i Philippe jaki się z nim miło przywitał i zapytał czego potrzebuje. Musiał mu powiedzieć aby ten mógł go skierować w odpowiednie miejsce albo umówić.

                                    - Chciałbyś u nas wykładać? - upewnił się czy dobrze zrozumiał. Po czym zastanawiał się chwilę stukając piórem o blat biurka. - No to trzeba by z rektorem. On zatwierdza całą kadrę. - zdecydował się w końcu. Po czym przyzwał jakiegoś pomocnika i wyjaśnił mu w czym rzecz. Ten wyszedł i nie było go jakiś czas. Ale jak wrócił miał wiadomość dla gościa.

                                    - Mistrz Vogel mówił, że chętnie się z panem spotka. Zaprasza pana na 3-cią do naszej biblioteki. - obwieścił zdanie rektora. Więc Joachim musiał sobie znaleźć jakieś zajęcie na jakieś dwa dzwony bo tyle brakowało do wyznaczonego terminu spotkania. Trochę stratą czasu by było wracać teraz na Kołodziejów i złapać chwilę oddechu tylko po to aby zaraz znów wędrować tymi błotnistymi ulicami z powrotem nad brzegi Salt.


                                    - To mówisz kolego, że jesteś zainteresowany aby u nas wykładać. - w końcu obaj spotkali się w bibliotece uczelni. Pośród reagłów z księgami o głównie morskiej tematyce. Rektor przywitał go w recepcji po czym zaprosił na górę do biblioteki. Siedzieli w wygodnych, obitych pluszem i ozdobnych krzesłach, przy niskim stoliku na jakim stał dzban wina z dwoma kielichami i patera z owocami.

                                    - Przyznam, że się tego nie spodziewałem. Do tej pory jakoś nie byłeś zainteresowany kontaktem z nami a przecież jesteś tu już troszeczkę. Więc nie sądziłem, że taka droga kariery jest ci bliska. - przyznał Vogel nie ukrywając, że prośba magistra sztuki tajemnej nieco go zaskoczyła. Joachim nie był pewien czy kryje się w tym jakiś przytyk czy tylko stwierdzenie faktu. W końcu przybył do miasta jeszcze przed zimą i początkowo mieszkał gościnnie u van Hansenów więc zapewne rozeszło się to jak nie po mieście to w towarzystwie. Nie było aż takie dziwne, że rektor zdawał sobie z tego sprawę. I do tego czasu wykształcony w Altdorfie, młodszy kolega nie objawiał chęci bliższych kontaktów z tą nadmorską uczelnią.

                                    - No ale dobrze, pewnego dnia przychodzi odpowiedni moment na pewne decyzje. - uśmiechnął się ciepło do rozmówcy. - A więc jesteś zainteresowany aby u nas wykładać? No dobrze. A wykładaniem jakich przedmiotów byłbyś zainteresowany? I od razu zapytam, masz już jakieś doświadczenie jako akademicki wykładowca? - mimo tego początkowego zaskoczenia rektor Mathias Vogel był gotów jednak wysłuchać młodszego kolegę jaką ma dla niego ofertę jako potencjalny wykładowca.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Kapitańska 6; rezydencja von Mannliebów
                                    Czas: 2519.07.16; Bezahltag; przedpołudnie
                                    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)

                                    Heinrich

                                    Rozstali się z Otto jeszcze wczesnym rankiem. Następnie młodszy z kultystów ruszył do hospicjum a starszy ku Dzielnicy Północnej. Wcale nie było tak blisko. Zwłaszcza w taką pogodę. Po tym oberwaniu chmury było ślisko i mokro. Widział jak każdy kto zszedł ze śliskich, ubłoconych kładek zapadał się do połowy łydki w chciwe, brunatne i zimne błoto. Konie ciągnące wozy zmagały się tak samo gdy koła tonęły w błotnistej, chciwej mazi. Więc dla emerytowanego łowcy czarownic z kontuzjowaną nogą to była nie lada przeprawa. Mocno się zasapał i namęczył zanim dotarł do południowych krańców Dzielnicy Północnej. Tu był już bruk więc i błota było o wiele mniej. Właściwie w porównaniu do reszty miasta można by powiedzieć, że prawie go tu nie było. Trochę tu czy tam. Jakieś kałuże i strumienie spływające do rynsztoków lub właśnie nimi i niżej do kratek kanalizacyjnych. Wydawało się, że to całkiem inne, elegantsze i bogatsze miasto. Chociaż z tego co wiedział ze swoich wizyt w różnych miastach Imperium to często tak to wyglądało. Rzadko które miasto było wybrukowane w pełni. Podobnie jak każda miejscowość pretendująca do miana miasta zaczynała od położenia chociaż kawałka bruku gdziekolwiek. Zwykle wokół ratusza, urzędów, świątyń no albo przy prywatnych rezydencjach jak kogoś było na to stać.

                                    W każdym razie tym brukiem szło mu się zdecydowanie łatwiej. Miał okazję się rozejrzeć dookoła. Bo zbyt często tu nie bywał. Nie miał tak dobrych znajomych aby go zapraszali do siebie pod mijane adresy. Więc chociaż Otto podał mu adres i wyjaśnił mniej więcej jak iść to i tak musiał się już na miejscu dopytywać gdzie jest ta Kapitańska na jakiej mieszkali von Mannliebowie. Wreszcie znalazł właściwą ulicę i dom. A raczej rezydencję. Tu większość posesji była odgrodzona solidnym ogrodzeniem z podmurowanych prętów, czasem nawet muru. Często za nimi były żywopłoty dodające elegancji oraz dyskrecji. Od razu widać było, że tu mieszkają ci na tyle bogaci i potężni aby nienachalnie pilnować swojej prywatności a jednocześnie puszyć się tym bogactwem i dobrym smakiem.

                                    Tak dotarł do 6-ki. Musiał zadzwonić do furty. Podeszeł odźwierny w liberii von Mannliebów i grzecznie zapytał czego sobie życzy. Musiał się przedstawić i poprosić o spotkanie z panią. Służący zgodnie z etykietą poprosił go aby poczekał a sam udał się do domu znikając gościowi z pola widzenia. Czekał trochę pod tą bramą. Albo tak mu się dłużyło po tych nadwyrężąjących jego nogi spacerach w niesprzyjających warunkach. Chyba rzeczywiście sporo czasu mu zajęło zanim tu dotarł bo już zdecydowanie było po wczesnym poranku. W końcu rozmyślania przerwał mu powrót odźwiernego jaki otworzył mu furtę i przejął rolę przewodnika. Obaj weszli po kilku schodach jakie były szersze niż wyższe. Potem dwuskrzydłowe drzwi i tu odźwierny go zostawił wracając do swojego posterunku przy bramie. Z to przywitała go starsza, elegancka ubrana dama. Otaksowała go surowym spojrzeniem. Na dłużej zatrzymała się na ubłoconych butach i nogawkach. Ale idąc po takim błocie, taki kawał, nie dało się nie ubrudzić.

                                    - Czego pan sobie życzy? - zapytała oficjalnym tonem jak już spojrzeniem dała mu do zrozumienia, że taki ubłocony strój nie jest tu mile widziany. Z opisu pasowała do “starej rury” jak to niezbyt pochlebnie o majordom von Mannliebów mówiła Łasica jaka miała już z nią do czynienia. I nie ukrywała, że Gertruda jest zawalidrogą i ogonem jaki mocno utrudnia kontakty z Fabienne. Teraz Heinrich miał okazję się o tym przekonać osobiście stojąc z jej suchą twarzą okraszoną nieprzychylnym spojrzeniem.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
                                    Czas: 2519.07.16; Bezahltag; popołudnie
                                    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; nieprzyjemnie (0)

                                    Heinrich

                                    Połowa dnia okazała się pochmurna i nieco wietrzna. Opad jaki spadł na ten ziemski padół o świtaniu nadal zalegał w postaci kałuż, strumyków i błota. Po opuszczeniu Dzielnicy Północnej znów trzeba było balansować na tych ubłoconych, śliskich kładkach. Co jak się nie było już młodzieniaszkiem i nie miało się obu zdrowych nóg nie było wcale takie proste. Na szczęście w pobliżu Akademii Morskiej znów był kawałek wybrukowanego wybrzeża co znacznie zmniejszało dokuczliwość błotnistej aury.

                                    Heinrich jako obserwator miał aż za dużo okazji aby się przyjrzeć temu wszystkiemu. Ceglany mur wysokości nieco przekraczajacej wzrost przeciętnego człowieka. Zapewne ktoś odpowiednio zdeterminowany i sprawny mógłby tam podskoczyć, złapać się i podciągnąć a potem zeskoczyć na drugą stronę. Choć dla niego samego to mogłoby być trudne.

                                    Do tego główna brama. Była otwarta na oścież. W końcu był dzień i trwały zajęcia. Ale jak by była zamknięta to wyglądała całkiem solidnie. Właściwie to cała Akademia zapewne mogła pełnić rolę fortu. W narożnikach murów widział wieżyce jakie wzmacniały ten system obronny muru zewnętrznego. Kolejne flankowały samą główną bramę. Przy niej nie widział jednak żadnej straży chociaz grube mury wskazywały jakieś drzwi pewnie do pomieszczenia strażników.

                                    https://i.imgur.com/CyZ9VAK.jpg

                                    Mur jaki oddzielał uczelnię od miasta dochodził do pirsu rzecznego. Więc suchą drogą nie dało się przejść. Chociaż w każdej z trzech ścian widział albo furtę albo bramę. Samego nabrzeża uczelni jednak od strony miasta nie było widać. Chyba, że ze wschodniego brzegu Salt. Zwłaszcza, że ten był wysoki i zapowiadał już klify jakimi cechowało się wschodnie wybrzeże Zatoki jak i potem dalej, ku otwartemu morzu. Gdzieś tam dalej, wśród tych klifów Vasilij miał swoją kryjówkę. Ale gdzie tego nie zdradzał nawet kultystom. A przynajmniej Heinrich nic o tym nie wiedział. Teraz jak herszt z większością swojej bandy odpłynął z Mergą do Norski to i tak była to pusta informacja.

                                    W każdym razie czekał już całkiem sporo w okolicach głównej bramy uczelni, zakładając, że pewna szacowna młoda dama co wedle ich wspólnej koleżanki miała wstydliwe preferencje wyjdzie na zewnątrz. To, że ta pora się zbliża dało się poznać po dorożkach i powozach. I tak, jedna czy dwie stały tam odkąd tu przyszedł. Nawet jeden z nich zaproponował mu trasę zapewne biorąc go za jakiegoś przybysza co szuka podwózki. Ale jak Heinrich odmówił to dał mu spokój. Potem zaczęły się jak na zawołanie zjeżdżać kolejne konne pojazdy jak zwierzaki co przyszły do paśnika na żer. I rzeczywiście gdzieś tam zza murów rozległ się głos gongu. A wkrótce zrobiło się tam głośniej i pierwsi studenci zaczęli wychodzić przez bramę. W zdecydowanej większości byli to młodzieńcy i młodzi mężczyźni. Co nie mogło dziwić bo marynarka podobnie jak żołnierka to było przede wszystkim męskie zajęcie. Niemniej także i niczym rodzynki w cieście trafiały się i młode kobiety. Zdecydowanie większość zdawała się chcieć jak najszybciej stąd oddalić więc szła szybko, żegnali się, czasem grupki jeszcze rozmawiały o czymś chwilę. Ale tendencja była taka aby udać się pieszo i zniknąć z widoku gdzieś w przyległych ulicach miasta albo wsiąść do któregoś z czekających pojazdów. Tutaj Heinrich musiał skrócić dystans aby w tym tłumie młodych ludzi nie przegapić tej jednej, wybranej studentki. A przez co znów parę młodych głów na moment zaszczyciło go spojrzeniem ale niezbyt długim. W końcu wśród tej wesołej, głośnej ciżby rzucał się w oczy jak był o pokolenie starszy a nie należał do żadnego z belfrów.

                                    Jednak w końcu ją wypatrzył. Szła z niewielką torbą na ramieniu i rozmawiając z dwoma koleżankami. Nie przejmowały się widocznie tym co się dzieje dookoła. Petra zatrzymała się przy jednej z dorożek zapewne zamierzając tam wsiąść jednak jeszcze chciała dokończyć rozmowę ze swoimi rówieśniczkami.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
                                    Czas: 2519.07.16; Bezahltag; przedpołudnie
                                    Warunki: wnętrze mieszkania, ciepło, cicho; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; chłodno (0)

                                    Otto

                                    Poranna wizyta Heinricha sprawiła, że Otto musiał nieźle wyciągać nogi aby się nie spóźnić na początek swojej zmiany. A i tak nie do końca mu się to udało. Przywitało go krzywe spojrzenie brata recepcjonisty.

                                    - Spóźniłeś się. Idź do stołówki. Znów jakaś awantura. - rzucił mu cierpko. Gdy Otto tam podążył okazało się, że jest awantura. Któryś z pacjentów głośno płakał i leżał mocno ściskając jeden z filarów. Zaś jeden z braci starał się go uspokoić i odciągnąć od tej podstawy. Na jednym ze stołów stał George i mówił donośnym głosem. Zaś niewidzące spojrzenie miał pełne egzaltacji i wpatrzone gdzieś pewnie poza okalające go ściany.

                                    - Tak! A właśnie, że tak! Książki mnie wołają! Jak się spotkamy będziemy już razem na zawsze! - mówił pewnym pasji głosem.

                                    - Bardzo dobrze, George, bardzo dobrze. Chcesz książki? To proszę cię, zejdź tu na podłogę i pójdziemy do biblioteki. - przeor Bertrand wyciągnął do niego dłoń jakby chciał mu pomóc zejść na dół i przemówić do rozumu jednocześnie. Pacjent w okolicach czwartego krzyżyka popatrzył z góry na niego z wyraźnym poczuciem wyższości.

                                    - Tam są głupie książki. Ja takich nie chcę. - odparł dumnie niczym jakiś szlachcic do swojego sługi.

                                    - Jak to głupie? Co ty mówisz George? Przecież tam mamy mądre traktaty na różne sprawy. Widziałeś je w ogóle, że tak je pochopnie osądzasz? Chodź ze mną i sam się przekonasz. - tłumaczył łagodnie przeor wciąż wyciągając ku pacjentowi rękę. Ale na chwilę się zdekoncentrował i spojrzał pod jedną ze ścian bo tam podobne negocjacje właśnie się nie powiodły i przeszły w szarpaninę. George też tam spojrzał z wysokości swojego stołu ale nie zainteresowało go to za bardzo.

                                    - Są głupie. Nie umieją mówić. - powiedział do przeora i otaczających go braciszków z miną przemądrzałego pięciolatka.

                                    - Co ty mówisz Geoerge? Przecież książki nie mówią. Nie tak dosłownie. Bo oczywiście przekazują nam słowa, myśli i obrazy ale same z siebie nie mówią. Mogą co najwyżej budować naszą wiedzę i wyobraźnię… - przeor starał się stłumić parsknięcie niecierpliwości i irytacji. Nie do końca mu to wyszło. Ale mimo to tłumaczył opornemu pacjentowi tak aby ten zszedł dobrowolnie. Chociaż z kilku braci dwóch już zbliżało się do stołu gotowi go pochwycić. Czekało jednak na wynik tych negocjacji i rozkaz przełożonego.

                                    - Puszczaj klecho! Zostaw mnie! Ja już jestem poza waszym zasięgiem! Teraz będę mieszkał ze szlachtą a nie w tej norze! - gdzieś od strony korytarza dobiegł ich rozjuszony głos Thorna. Jak stojący w przejściu Otto tam spojrzał ujrzał mięśniaka i to bez ubrań. Mokry jakby właśnie wyszedł z balii. Zmagał się z trzema mnichami.

                                    - Okryj się! Załóż coś na siebie! - krzyczał jeden z nich podając mu ręcznik i jednocześnie łapiąc za ramię aby go spowolnić. Dostał jednak w twarz bo taki uliczny łotrzyk jak Thorne to był dla braci nie lada przeciwnikiem. Tylko w kupie mieli szansę go spacyfikować.

                                    - Ha, ha, ha! On je chce ale one się teraz zabawiają ze sobą! Bez niego! - roześmiał się szczerze rozbawiony George pokazując Thorna palcem. Chociaż nie mógł go widziec bo ściana stołówki mu zasłaniała scenę na korytarzu.

                                    - Ty żałosny pokurczu! Dorwę cię nim stąd wyjdę! Dorwę i zrobię z tobą porządek! - zawył Thorne jakby uwaga drobniejszego z pacjenta dotknęła go do żywego. Odecphnął drugiego z mnicha, zdzielił w żołądek trzeciego i był wolny. Ruszył z impetem korytarzem jakby zamierzał wprowadzić swoje pogróżki w czyn. Naga, mokra, umięśniona furia. Szedł prosto przed siebie a Otto blokował mu drzwi do stołówki i tych co byli w środku. Gdy stało się coś czego chyba ani Thorne ani nikt inny się nie spodziewał. Bo do korytarza weszła trójka odzianych na czarno postaci. Z czego dwójka kruzych gwardzistów zgrzytała metalicznie pełnymi pancerzami rozsiewając wokół siebie chłodną, złowróżbną ciszę. Ale w centrum była młoda, bladolica i czarnowłosa kobieta. Weszli do korytarza i zatrzymali się ze dwa kroki od Otto. Zaś Thorne się pomiarkował na tyle aby też się zatrzymać.

                                    - No ale ty też możesz być. To co? Chcesz się zabawić z prawdziwym mężczyzną a nie z jakimiś wymoczkami? - rzucił niczym największy chwat w mieście. I złapał się pod boki. Nagi prezentował się rzeczywiście w sam raz niczym model do jakiejś rzeźby antycznego gladiatora czy wojownika. Zaś liczne blizny i tatuaże pogłębiały te pirackie wrażenie typa spod ciemnej gwiazdy.

                                    - Miarkuj się kmiocie. Do kapłanki Morra mówisz. - warknął ostro jeden z jej gwardzistów oburzony cała tą sceną. Ze stołówki zaczął ku drzwiom isć przeor zostawiając chwilowo Georga i resztę spraw. Ten zaś nagle wytrzeszczył oczy ze strachu i skulił się do tego.

                                    - Czarny kruk! Czarny kruk po mnie przybył! - zakwilił przestraszonym tonem i aż przysiadł na tym stole jakby chciał się schować.

                                    - Kapłanki też mają swoje potrzeby. To co skarbie? Zostawisz tych wymuskanych gogusiów i pójdziemy poznać się lepiej? - zaproponowął bezczelnie Thorne jakby był gdzieś w swojej ulubionek portowej tawernie i gadał go jakiejś karczemnej dziewki a nie kapłanki.

                                    - Oh,Thorne, zamilcz! Matko Somnium. Proszę o wybaczenie. Ja mogę… - przeor stanął wyszedł na korytarz i zaczął mówić przeprszająco do kapłanki. Ta jednak uciszyła go gestem. Bez słowa na swojej bladej enigmatycznej twarzy ruszyła sama wprost w kierunku nagiego mięśniaka.

                                    - Ha! Wiedziałem! Nie bój się, nic nie będzie bolało, mam w tym wprawę. - zaśmiał się rubasznie Thorne tonem zwycięzcy. Zaś przeor wytrzeszczał oczy w zdumieniu. Podobnie jak trójka braciszków jaka do tej pory starała się powstrzymwać upartego pacjenta i już pozbierali się po jego razach. Teraz stali zdezorientowani nie wiedząc co czynić. Zaś kapłanka zatrzymała się tuż przed szczerzącym się bezczelnie mięśniakiem. Ten bez skrupułów dał jej się obejrzeć najwyraźniej pewien swoich męskich walorów. Zwłaszcza jak kapłanka westchnęła cicho. Po czym uniosła dłoń i położyła ją delikatnie na czole mężczyzny. Ten uniósł swoją wskazując kciukiukiem za siebie.

                                    - Znam jedno ustronne miejsce w którym… - zaczął mówić jakby był pewien, że właśnie po to przyszła tu ta bladolica kruczyca ale ta powiedziała jakieś słowo. Dosć cicho. Po czym Thorne padł jak ścięte drzewo na posadzkę.

                                    - Sugeruję go zabrać tam gdzie nie będzie sprawiał więcej kłopotów. Póki się nie obudzi. - powiedziała cicho młoda morrytka odwracając się twarzą do przeora. Ten dał znak i trójka braci podbiegła do nagle bezwładnego ciała i wzięła go za ramiona.

                                    - Dziękuję matko. Thorne bywa trochę opryskliwy. I kłopotliwy. On zwykły ulicznik, brak mu dobrych manier. - zaczął tłumaczyć się zakłopotany tym wszystkim przeor. Ale widocznie kapłanka traktowała to tylko jako drobną niedogodność.

                                    - Miałam dziś dziwny sen. I śniłam o tym miejscu. Wielkie zagmatwanie. Czy mogę się tu trochę rozejrzeć? - zapytała skromnym, cichym głosem. A przeor po chwili wahania odparł, że oczywiście. Przecież nie mają nic do ukrycia.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Kapitańska 6; rezydencja von Mannliebów
                                    Czas: 2519.07.16; Bezahltag; popołudnie
                                    Warunki: wnętrze mieszkania, ciepło, cicho; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; nieprzyjemnie (0)

                                    Otto

                                    W końcu ten ponury i dżdżysty dzień pracy się skończył. Młody, jednooki mnich mógł sprawdzić swoich sił w próbach nie ześlizgnięcia się ze śliskich kładek w błotnistą breję obok. Wymagało to nie lada uwagi. Dopiero jak się wydostał z centrum do północnych rejonów miasta wyszedł na solidny, twardy bruk. Tu szło się o wiele pewniej i przyjemniej. Też te kocie łby były zapaskudzone błotem ale nie było takiego bagna jak na reszcie ulic.

                                    Otto bywał już u von Mannliebów więc szedł na pewniaka. Jak poszło rano Heinrichowi tego na razie nie wiedział. W końcu jednak stanął przed furtą z numerem “6” i zadzwonił. Dalej poszło już w miarę standardowo. Czekanie na odźwiernego, odźwierny, wędrówka do schodów i po. Wreszcie spotkanie z oschłą Gertrudą co jak zwykle wydawała się wiecznie skwaszona i niezadowolona z jego wizyty. Jednak kazała poczekać i po tym jak wróciła zaprowadziła go do salonu. Tu znów czekał przez chwilę sam ale pomieszczenie było jak na standardy jego mieszkania czy warunków hospicjum wręcz luksusowe. Czekał jednak tylko chwilę bo drugie drzwi się otworzyły i weszła do środka bladolica gospodyni. Zadbana i elegancka jak zawsze. Przynajnmniej gdy ją tu odwiedzał. Gdyby ktoś teraz ją widział, taką czystą, wyperfumowaną, umalowaną, zapewne by nie uwierzył, że to ta sama naguska co była przywiązana parę dni temu do ołtarza ofiarnego. I całkiem chętnie się ofiarowywała nie tylko ludziom bez błękitnej krwi w żyłach ale i w ogóle tym co nie byli ludźmi.

                                    - Oh, Otto! Dobrze, że jesteś. Heinrich już tu był rano. - jednak gospodyni od progu weszła z burzą emocji jaką roztaczała wokół siebie. W ślad za nią weszła jej nowa, młoda służąca. Ale tym razem nie Annika tylko Marissa. I jak ją pani ubrała jako swoją służkę to i tak przewodniczka Sorii wyglądała o wiele lepiej niż w szorstkim, ponurym habicie.

                                    https://i.imgur.com/AnNmDAP.jpg

                                    Wyglądała jakby właśnie wróciła z zakupów na mieście albo niosła jakieś zapasy ze lub do spiżarki. Pozdrowiła mnicha ciepłym uśmiechem ale pozwoliła mówić swojej pani.

                                    - Annika uciekła! Z samego rana. I do tej pory nie wróciła. W ogóle nie wiem co robić! Posłałam umyślnych i Marissę do wież bramnych i straży. Ale nie mają nikogo takiego. Przynajmniej w południe jak to było ostatni raz. Oh, żeby jej tylko się nic nie stało! Jestem całkiem roztrzęsiona, nie wiem co robić! - szlachcianka wyrzuciła z siebie kulę trosk i zgryzot. Zaś jej kasztanowłosa służka pokiwała twierdząco głową.

                                    - Właśnie. Akurat naszykowałam kąpiel dla naszej pani. No i dla nas oczywiście. A Annikę zostawiłam w naszym pokoju bo jeszcze spała. A nie chciałam jej budzić. Ale jak tak już nalałam ciepłej wody to pomyślałam, że teraz będzie nam bardzo przyjemnie. We trójkę. No i… - służka zaczęła streszczać jak ten poranek wyglądał z jej strony. Najpierw zaczęła mówić rzeczowo jakby relacjonowała to komuś z zewnątrz. Ale w miarę jak mówiła głos jej łagodniał a uśmiech rozleniwienia i błogości rozlewał się po jej głosie i twarzy.

                                    - Ty bezwstydnico! Zastałam cię jak zabawiasz się niecnie ze sobą! - fuknęła na nią jej milady i trzepnęła ja w ramię. Ta zaś łamiąc protokół etykiery zaśmiała się wesoło.

                                    - Oj tak! Bo miałam taki piękny sen! Śniło mi się, że kocham się z pająkami! Z kilkoma na raz! I potem były kokony i rodziłam kolejne pająki. A potem one sprowadziły moją ukochaną Pajęczą Królową! I ona też się ze mną kochała i napełniła mnie swoim świętym nasieniem! Na koniec byłam z nią w ciąży i miałam o taki wielki brzuch! - była pacjentka hospicjum bez skrupułów i wręcz z dumą opowiadała co jej się śniło dziś w nocy. Zwłaszcza jak pokazywała dorodny owoc ciąży jaki był jej we śnie obiecany.

                                    - I powiedz o tych ruinach. I studni. - Fabienne machnęła na to dłonią przestając udawać, że się na nią złości i przypomniała jej jeszcze o czymś.

                                    - A tak. Bo to było w jakiejś jaskini. I w tej jaskini była woda. Ładnie pachniała i wydawała mi się taka trochę różowa. Jak bardzo rozwodniony kompot z wiśni. A na górze była dziura. Jak świetlne oko. I nie wiem skąd ale wiedziałam, że to studnia co nabierała tą wodę. A wokół niej jest reszta ruin. Takie stare, mury z kamienia a nie z cegły. Jakiś zajazd, mały fort czy coś takiego. No w każdym razie coś większego niż zwykły dom czy kamienica no ale żadne miasto, pałac czy zamek. - Marissa chętnie podzieliła się z kolegą z hospicjum to co jeszcze zapamiętała z ostatniego snu.

                                    - A naszej milady też dziś śniło się coś mocno nieprzyzwoitego. - służka zwróciła się do swojej pani z kpiącym uśmiechem. Ta zaśmiała się cicho ale i kpiąco. Chwilę się zastanawiała po czym wzięła głębszy oddech i kiwnęła twierdzaco głową.

                                    - O tak. Coś bardzo nieprzyzwoitego. Byłam przywiązana i zniewolona. W samym centrum. I brali mnie wszyscy. Tak jak ostatnio przy kamieniach. Tylko więcej i większa różnorodność. Było cudownie! - zaśmiała się chrapliwie i przygryzła swoją pełną wargę kontrastującą krwistą czerwienią z jej bladą cerą. Pozwoliła sobie na moment powrócić do tych sennych majaków jakie wydały jej się tak przyjemne.

                                    - Ale Annika miała inaczej. Zerwała się i wybiegła. Krzyczała, że głaz ją wzywa i musi tam biec. Nie dało się jej zatrzymać. Przynajmniej ja nie byłam w stanie. Jeszcze Pirora u mnie była z rana ale też nie odważyła się jej zastawić drogi. No i jak wybiegła z domu tak jej do tej pory nie widziałyśmy. Na bramach i ratuszu jej nie mieli, przynajmniej w południe jak posłałam ostatni raz. I nie wiem co teraz robić. - Bretonka spoważniała i znów do głosu doszła troska o swoją narwaną podopieczną o jakiej od rana nie miała żadnych wieści.

                                    - Wieczorem jeszcze było normalnie. Gadałyśmy do późna bo wreszcie mogłyśmy się spotkać razem i pogadać na spokojnie. No i kochać się! Zasnęłyśmy w jednym łóżku. Tylko ja rano wstałam aby przygotować kąpiel a ją zostawiłam śpiącą w łóżku. Wydawało mi się, że coś jej się śni bo jęczała trochę ale cicho. No i poszłam do łazienki przygotować tą kapiel no a ta jak się zerwała to tak pobiegła. Ja pobiegłam za nią ale jej nie dogoniłam. Zaspałam się i nie mogłam biec dalej po tym błocie a ona to się chyba w ogóle nie męczyła. Pruła przed siebie bez opamiętania no i tak ja straciłam z oczu. Potem szukałam jej i pytałam o nią ale nie znalazłam. To wróciłam tutaj. - kasztanowłosa pokojówka zrelacjonowała jak to dalej było gdy Annika wybiegła na ulicę. Na koniec przepraszająco plasnęła dłońmi o uda na znak, że nic więcej nie mogła wtedy zrobić.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Niedostępny
                                      SantorineS Niedostępny
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #167

                                      Oryginalny autor: Seachmall

                                      Bezahltag; przedpołudnie; Hospicjum

                                      Mnich westchnął kiedy usłyszał o awanturze. Tak bardzo chciał się mylić kiedy tu zmierzał. Scena w stołówce przyprawiła go ból głowy, szczególnie, że George musiał otrzymać silniejszą wizję niż zwykle. Wtedy pojawił się Thorne, oczywiście rozochocony, zapewne myli go przed wypuszczeniem z hospicjum.

                                      - Bogowie, czemu mnie testujecie… - mruknął pod nosem. Kiedy pojawiła się matka Somnium jednooki mnich musiał się powstrzymać, aby nie zakląć. Morrytka zdołała spacyfikować Thorna i Georga. Przynajmniej na razie. Otto podszedł do kulącego się heralda i położył delikatnie dłoń na jego plecach.
                                      - George? Możesz wstać, proszę? Chodź, zaprowadzę cię do pokoju i porozmawiamy o książkach. Co ty na to?

                                      Mężczyzna w habicie o wyglądzie kogoś o generację starszego od jednookiego mnicha gorliwie pokiwał głową. Zaś minę miał przestraszonego dziecka. Co mocno kontrastowało z jego wyglądem. Ale bez wahania był gotów pójść z Otto. Trwożliwie zerkał na młodą, bladolicą kapłankę boga snów jakby widział w niej jakiegoś straszliwego potwora. Zaś Thornem to już zajęli się braciszkowie odnosząc go gdzieś w czeluści hospicjum.

                                      Mnich spokojnie prowadził Georga, upewniając się, że nikt nie chce ich zatrzymać.

                                      - Cóż takiego ci się dziś przyśniło Gorge? - dotychczas wizja wprowadzały mężczyznę w dość spokojny stan. Gadał oczywiście, ale stan manii był czymś nowym.

                                      - Książki! - odparł bez wahania i wyraz smutku i zatroskania został zastąpiony przez szczerą, bezkompromisową radość. - Książki mi się śniły. Cały regał. Tak pięknie dzwonił dzwoneczkami srebrzystymi i unosił się w powietrzu. I wołał mnie, obiecywał, że znów będziemy razem, że będę mógł przeczytać te wszystkie książki i porozmawiać z nimi i będziemy już na zawsze razem. I, że będzie nam dobrze i wspaniale. I wyruszymy w podróż aby mieć mnóstwo przygód i szukać nowych książek do naszej kolekcji. - wyrzucił z siebie jednym tchem. I można było mieć wrażenie, że uskrzydla go taka wizja i porusza do głębi.

                                      - Jestem pewny, że tak będzie. - zapewnił mnich - Magiczna Siostra na pewno, będzie chciała powiększyć swoją bibliotekę, a ty przecież będziesz jej bibliotekarzem. - mnich poklepał Georga po plecach - Na razie jednak zostań w celi. Ja muszę zobaczyć co sprowadza tu Matkę Somnium. Nie może to być nic dobrego.

                                      - O tak, ona jest straszna. - George pokiwał z przejęciem głową i na myśl o młodej kapłance znów wrócił mu grymas obawy. Choć jak jej już nie widział na własne oczy w swoim pobliżu to nie aż tak jak gdy to się działo na stołówce. Sam jednak nie kwapił się aby podążyć z Otto ku kobiecie jaka wzbudzała w nim tak silne emocje i wolał zostać na miejscu. Zaś na słowa pocieszenia o swojej patronce zareagował wręcz z dziecięcym uśmiechem szczęścia.

                                      Otto zostawił go samego i wrócił do stołówki. W międzyczasie jednak sytuacja się tu uspokoiła. I jego koledzy zaczęli już sprzątanie po tej awanturze. Musiał się ich podpytać gdzie poszli przeor i kapłanka. Ci wskazali mu drogę do cel gdzie przebywali pacjenci. Chociaż niekoniecznie w dzień.

                                      Mnich ruszył za Przeorem i Morrytką. Miał w sumie zamiar odwiedzić jeszcze jednego pacjenta, Niclasa. Jeżeli zapytają o powód jego obecności, zawsze coś wymyśli. Zastanawiał się co dokładnie widziała kapłanka, że postanowiła przybyć.

                                      Otto nie miał zbyt wielkich trudności aby odnaleźć poszukiwany duet. Właściwie to było ich więcej bo dwaj czarni gwardziści trzymali się kilka kroków za swoją równie czarną szefową. Zaś przeorowi towarzyszyło dwóch braci. Właśnie obchodzili kolejne cele. Większość z nich o tej porze była pusta więc tylko je mijali. Chociaż nie tak prędko Matka Somnium mimo, że były puste zatrzymywała się przed drzwiami i spoglądała tam uważnie jakby czegoś szukając. Zbliżali się do tego fragmentu gdzie była cela Thorna i kawałek dalej Marissy. Przynajmniej do wczoraj gdy ją nowa pani zabrała do siebie. A czy mięśniak był teraz w celi czy bracia zawlekli go gdzie indziej to z korytarza nie było widać. Za to dwóch gwardzistów obejrzało się ku Otto sprawdzając kto się zbliża.

                                      Mnich skłonił się.

                                      - Wybaczcie najście. Chciałem zobaczyć jak ma się reszta pacjentów. George jest już bezpiecznie w celi.

                                      Obaj ochroniarze kapłanki spojrzeli pytająco ku głównej parze sprawdzając czy mogą przepuścić jednookiego mnicha. Przeor coś powiedział cicho do morrytki a ta skinęła głową na swoich gwardzistów. Więc przepuścili Otto do głównej grupy. Przechodząc obok nich jednooki miał okazję z bliska rzucić okiem na ich kolczugi, hełmy i miecze w pochwach. Przez moment wydawało mu się, że wyczuwa zapach oleju używanego do konserwacji metalu. I wszystko wydawało się być solidne a obaj sprawiali wrażenie groźnych przeciwników. Teraz jednak nie ingerowali w jego przejście skoro ich szefowa wyraziła taką wolę.

                                      - Dobrze Otto. Nie wiem co się dzieje z tym chłopakiem. Kiedyś był taki spokojny. - przeor pokręcił głową i zgodził się aby młodszy mnich dołączył do ich grupki. Stali właśnie przed otwartą celą Thorna. Jak się okazało pustą. Chociaż prycza była nie posłana i te parę detali drobiazgów jakie mieli pacjenci na własność świadczyło, że ktoś tu mieszka. Kapłanka Kruka nie odezwała się tylko spoglądała w głąb tej celi. Po czym do niej weszła. Rozglądała się wodząc po niej wzrokiem, pochyliła się aby podnieść metalowy kubek i obejrzała go sobie. Nawet powąchała zawartość. Po czym odłożyła go na miejsce.

                                      - Więc tu mieszka ten uśpiony? - zapytała jakby już wcześniej o tym rozmawiali.

                                      - Tak, właśnie tutaj. To nie jest jego stała cela tylko izolatka. Musieliśmy go tu karnie przenieść po tym jak rozrabiał. Siedzi tu już od paru dni az mu się kara nie skończy. - wyjaśnił przeor swojemu gościowi. Bladolica nic nie odpowiedziała tylko dalej wodziła wzrokiem a czasem dłońmi po różnych detalach izolatki Thorna.

                                      - Ale mówiłeś ojcze, że macie go przenieść. O ile dobrze zrozumiałam. - zapytała po chwili.

                                      - Tak, jedna z naszych dobrodziejek zlitowała się nad nim i nad nami. I zgodziła się go wziąć pod swoją opiekę. Właśnie dziś ma po niego przyjechać. Chociaż sam do końca nie jestem pewien czy to taki dobry pomysł. Po tym co dzisiaj widziałem. Jednak szlachcianka zapewniała, że sobie z nim poradzi. Nie śmiem w to wątpić ale… - przeor mówił szybko i wydawało się, że jest nadal nieco zdenerwowany całą tą poranną aferą i jeszcze wizytą kapłanki z samej stolicy. Ta jednak na razie niewiele komentowała tego wszystkiego.

                                      - Jestem pewny, że lady von Dyke da sobie radę. Kiedy ostatnio z nią rozmawiałem, zapewniała, że ma wszystko przygotowane na jego przybycie. - mnich starał się uspokoić wątpliwości przełożonego - Co do Georga. Wydaję mi się, że jest podekscytowany. Nauczą go czytać i będzie mógł sam "rozmawiać" z książkami. Jest po prostu zagubiony w tym wszystkim.

                                      - Lady von Dyke? - zapytała morrytka jakby zaciekawiona tym kto ma przejąć tego umięśnionego, kłopotliwego pacjenta jakiego niechcący poznała prawie, że zaraz na wejściu do tego przybytku.

                                      - Tak, taka młoda, nadobna szlachcianka z Averlandu. Z tego co wiem niedawno do nas przyjechała z południa właśnie ale dzielnie sobie radzi i nawet okazała wspaniałomyślność aby zaopiekować się tym nicponiem. - wyjaśnił usłużnie przeor o kogo może chodzić. Kapłanka zastanawiała się nad tym chwię po czym skinęła powoli swoją bladolicą głową.

                                      - A George no chyba tak, chyba można tak powiedzieć. Jego też wkrótce ma przejąć pewien dobrodziej. Porządny człowiek, wykształcony, nauczyciel i guwernant. Także wykłada na naszej Akademii. Ulitował się nad tym biednym chłopcem i zgodził się wziąć go pod swoją opiekę. Więc zapewne tak jak Otto mówi, także nauczy go czytać i innych przydatnych rzeczy. Zwłaszcza jeśli George sam zdradza takie zainteresowania. - przeor Bernard mówił szybko i składnie chcąc przekonać gościa ze stolicy do swoich racji oraz tego, że dbają tutaj o pacjentów jak tylko można. Matka Somnium znów to chwilę trawiła w głowie. Rozejrzała się jeszcze ostatni raz po celi Thorna po czym z niej wyszła. Więc i cała grupka wznowiła marsz wzdłuż korytarza kierując się stopniowo ku celi jaką do wczoraj zajmowała Marissa.

                                      - Chciałabym później porozmawiać z tym Georgem. Zresztą z Thornem też. Wkrótce powinien się obudzić. - oznajmiła swoją wolę idąc korytarzem i zerkając przez drzwi do mijanych cel. Nawet jeśli braciszkowie jeszcze nie zdążyli ich otworzyć. Przeor zaś pokiwał głową na znak, że jest gotów do wszelkiej współpracy na tym polu.

                                      Mnich podążał za grupą. Co jakiś czas spoglądał na Matkę Somnium. Otto ewidentnie chciał coś powiedzieć, ale albo obawiał się, albo nie wiedział jak zacząć.

                                      Grupka przeszła dalej, powoli mijając kolejne cele dając okazję gościowi aby rzuciła na nie okiem. Chociaż sądząc po minie obsługi to chyba niezbyt widzieli sens oglądania pustych cel. W tym zakątku hospicjum znajdowały się izolatki w jakich zwykle zamykano tych pacjentów jacy coś przeskrobali lub podejrzewano, że mają jakąś zakaźną chorobę. Dlatego rzadko tu ktoś przebywał. Obecnie tylko Thorne a i on miał wedle planu dziś opuścić lokum. Matka Somnium jednak zainteresowała się ostatnią celą w jakiej do wczoraj przebywała Marissa. Było to pierwsze pomieszczenie do jakiego weszła po celi kłopotliwego mięśniaka. W środku zaczęła się rozglądać po tym skromnym wyposażeniu. Poza złożoną pryczą, taboretem na jakim stał gliniany kubek właściwie były tu tylko ściany. Niemniej kapłanka dłuższą chwilę rozglądała się uważnie jakby czegoś szukając.

                                      - A tu? Kto tu mieszkał? - zapytała w końcu patrząc na przeora jaki stał w przejściu. Podobnie jak za jego plecami tych kilku braciszków jacy mu towarzyszyli.

                                      - Marissa. Raczej nieszkodliwa dziewczyna, całkiem pomocna. Pomagała w kuchni i w herbatorium. Znała się na ziołach. Ale wczoraj trafiła do nowej dobrodziejki więc już posprzątaliśmy celę. - wyjaśnił gorliwie starszy już wiekiem mnich jaki zarządzał tą placówką. Słysząc to morrytka pokiwała głową i jeszcze rozglądała się po wnętrzu celi.

                                      - A to jak taka pomocna to dlaczego tu wylądowała? - zapytała znów obdarzając przeora uważnym spojrzeniem.

                                      - A bo… Miała taki kłopotliwy napad szaleństwa… Biegała i krzyczała… Zachowywała się niestosownie… To musieliśmy ją tutaj zamknąć dla ochrony jej i reszty pacjentów. Później jednak żałowała za swoje postępowanie bo pokornie znosiła służbę i była bardzo pomocna. - Bernard wyraźnie się żachnął i troszkę się zająknął opowiadając dość oględnie o całkiem śmiałym zachowaniu młodej pacjentki jakie mogło przysporzyć rumieńców zawstydzenia nie tylko mnichom.

                                      - Rozumiem. A kto ją przejął mimo tych kłopotliwych zachowań? - zapytała kapłanka lekko przesuwając dłonią o swoją dłoń jakby je myła.

                                      - Milady von Mannlieb. Ona jest Bretonką ale wyszła za mąż za tutejszego kapitana. Od paru lat jest u nas w mieście. Przyjechała razem z tą panienką van Dyke. I postanowiły nas wspomóc przejmując opiekę nad niektórymi pacjentami. Była jeszcze trzecia milady ale jej imię wyleciało mi z głowy. No i poza tym ona nie przygarnęła żadnego z pacjentów ale nie jest stąd, przyjechała do nas niedługo przed śmiercią naszej czcigodnej księżnej-matki. - wyjaśnił chętnie przeor odpowiadając szybko na pytania kapłanki. Ona zaś pokiwała głową, rozjerzała się jeszcze ostatni raz, zwłaszcza złożonej na ścianę pryczy po czym wróciła z celi na korytarz.

                                      - W takim razie bardzo bym była rada jeśli bym mogła porozmawiać z Thornem i Georgem. - powiedziała dostojnym tonem zaś przeor pokiwał twierdzaco głowa.

                                      - Thorne jest w ambulatorium. To może zaczniemy od niego. A George… Otto gdzie on jest? Albo przygotuj go i przyprowadź na rozmowę z naszą czcigodną Matką. - Bernard wiedział gdzie kazał umieścić kłopotliwego pacjenta ale nie gdzie się znajdował mężczyzna o umyśle dziecka. Skoro jednak miał Otto pod ręką to jemu wydał to polecenie.

                                      - Oczywiście. Zostawiłem go w jego celi. Pójdę po niego niezwłocznie. - mnich skinął głową Bernardowi i Matce Somnium i ruszył po pacjenta.

                                      Kilka chwil później zapukał do drzwi celi Georga.

                                      - George. Tu Otto, wchodzę do środka. - mnich wszedł do celi i spojrzał na pacjenta - Matka Somnium chce z tobą pomówić.

                                      - Ona?! Oh nie, nie, nie! Ona jest straszna! Odkryje mnie! Nie, nie pójdę, nie pójdę do niej! - mężczyzna co wiekowo wyglądał na jakiś czwarty krzyżyk zwinął się na pryczy i zakwilił jak przestraszone dziecko. Chociaż Matka Somnium nie miała kłów ani pazurów i aparycję chłodnej ale młodej, spokojnej niewiasty to jednak zdawała się przerażać George’a bardziej niż ten mięśniak Thorne.

                                      Mnich westchnął i podszedł do Georga.

                                      - Rozumiem, że się jej boisz. Pamiętaj jednak, to tylko śmiertelnik. Nie posiada nadnaturalnej wiedzy, tajemnej magii, aby zmusić cię do mówienia prawdy. - położył dłoń na plecach pacjenta - Najpewniej zapyta cię o twoje sny. Mogę cię poprosić, abyś opowiedział jej kłamstwo?

                                      - Jakie? Ona jest straszna. Boję się jej. - rozmówca wciąż wydawał się być przelękniony myślą o bezpośrednim stawieniu się przed młodą, bladolicą kapłanką. I nie zdradzał ochoty opuszczania celi. Jednak na razie spojrzał z mieszaniną obawy i nadziei na jednookiego mnicha.

                                      - Pamiętasz tą opowieść o wiedźmie, którą spalili na tych ziemiach? Tej, która oddała się Siostrom, aby ocaliły jej dziecko i pomścili śmierć? Opowiedz jej, że to ci się śniło, że byłeś jednym z goniących ją ludzi. Ja zajmę się resztą. - Otto nie podobał się ten plan, ale nie miał innego.

                                      - Ta o wiedźmie… Co spalili… Tak, pamiętam… - na moment pacjent hospicjum się skoncentrował gdy przypominał sobie jedną ze swoich licznych wizji. Co pomogło mu też się uspokoić. Potem zamrugał szybko oczami i spojrzał na jednookiego mnicha.

                                      - No dobrze. To chodźmy. - zgodził się ale wiodcznie z ciężkim sercem. Wyszli z celi a nastęnie ruszyli korytarzami i schodami tego przybytku miłosierdzia aby odszukać głównego gościa oraz przeora pełniącego rolę przewodnika i gospodarza. Znaleźli ich w ambulatorium gdzie zgrupowali się w pobliżu jednego ze stołów. Normalnie przeprowadzało się na nim zabiegi albo myło ciała przed uroczystościami pogrzebowymi. Teraz jednak spoczywał na nich Thorne. Ktoś go zdołał ubrać w standardowy, czarny habit więc wyglądał na mocarnego braciszka. Tylko takiego co jest z jakiegoś powodu przywiązany do tego stołu. Pacjent widocznie się obudził ale już nie był taki wyrywny jak niedawno na korytarzu. Paradoksalnie wręcz ten duży i umięśniony mężczyzna wydawał się teraz obawiać szczupłej, młodej i bladej jak sama śmierć kapłanki do jakiej ostatnio tak odważnie startował w korytarzu przy stołówce. O czym rozmawiali to Otto nie usłyszał bo przerwali odwracając ku niemu głowy sprawdzając kto przyszedł.

                                      - A to właśnie jest George. Ten co mówiłem. - przeor nie wychodził z roli dobrego gospodarza i przedstawił nie młodego już pacjenta który przyszedł z jednookim mnichem.

                                      - Tak, pamiętam. Podejdź tutaj bliżej George. Nie bój się. - morrytka pokiwała głową do przeora ale spojrzenie utkwiła w przyprowadzonym mężczyźnie. Ten z widoczną obawą podszedł do niej zerkając wcześniej ostatni raz na jednookiego. Ale podszedł. Skinął niezdarnie głową jak wieśniak przed jakąś wielką szlachcianką. Chociaż ta mówiła łagodnie to jednak emanowała z niej władza, stanowczość i chłodne, bladolice ostrzeżenie. A za jej plecami wciąż stało w ciszy dwóch czarnych gwardzistów w pełnym uzbrojeniu.

                                      Kapłanka albo miała wyczucie albo zorientowała się, że pacjent jej się obawia bo mimo różnicy wieku przyjęła uspokajający, matczyny ton. Chociaż biologicznie to pewnie George mógłby być jej ojcem. Zapytała go jak się nazywa i opowiedział coś o sobie. Ten dukał odpowiedzi wciskając wzrok w podłogę lub uciekając gdzieś w bok wzrokiem jakby mimo wszystko obawiał sie spojrzeć bezpośrednio na rozmówczynię. Ta jednak na to nie nalegała ale sama często szukała czegoś w jego twarzy. George opowiedział jej, że lubi książki i przygody co w jego wykonaniu wyglądało mocno dziecinnie i mało poważnie bo miał manierę mówienia małego chłopca pomimo poważnego wieku na karku.

                                      - A śniło ci się coś dzisiaj? Wydajesz się bardzo zaniepokojony. - zagaiła go łagodnie kapłanka. Ten milczał przez chwilę po czym prawie jednocześnie pokręcił i pokiwał głową.

                                      - Bo miałem sen. Taki dziwny. W lesie. W lesie to było. I tam kobieta. Młoda i ładna. I ją złapali. I przywiązali. I spalili. I gonili. I ja też. Bo to wiedźma była. I dużo krzyków było. I hałasy. I się tak przestraszyłem, że się obudziłem. - wydukał w końcu nerwowo skubiąc jakiś fragment swojego habitu. Somnium zapytała go łagodnie o więcej szczegółów czy jeszcze czegoś nie pamięta ale ten uparcie już tylko milczał wpatrując się gdzieś w podłogę.

                                      Otto przez chwilę patrzył na Georga, trawiąc jego słowa. Doskonale się spisał, teraz była jego kolej.

                                      - Wiedźma... miałoby sens. - Otto zerknął na przeora i morrytkę - Sługi Mrocznych Sił mają tendencję plugawienia ziemi po której stąpają. Im potężniejsi są, tym bardziej, Szczególnie jeżeli posiadają talent magiczny. - mnich poklepał Georga po ramieniu, starając się go uspokoić - Jeżeli na tym terenie zabito jakąś służkę Chaosu, jej śmierć mogła naznaczyć to miejsce. Sprawiając, że niesprzyjające wiatry wieją tu mocniej, a kiedy chwyt na rzeczywistość tutejszych jest kwestionowalny... - jednooki pozwolił sugestii zawisnąć w powietrzu - Nie znam się niestety na Magii... nie ponad podstawy z ksiąg...

                                      - Tak… Być może… - odparła Matka Somnium po chwili zamyślenia nad słowami pacjenta i mnicha. I tak sprawiała wrażenie, że oddaliła sie myślami od nich wszystkich. Zbliżyła się do Georga jeszcze bardziej przez co ten znów wyglądał na przestraszonego. Przeor i bracia popatrzyli po sobie nieco zmieszani bo tak blisko zwykle nie podchodziły do siebie osoby jakie nie były małżeństwem lub bliską rodziną. Jednak milczeli bo kapłanka intensywnie jakby słuchała pacjenta. Chociaż ten speszony niczego nie mówił. Trudno było powiedzieć o co tu chodzi ale w końcu bladolica dała im wszystkim spokój. Powiedziała, że można odprawić Georga i wyszła z ambulatorium rozmawiając o czymś z przeorem. Przeszli jeszcze przez resztę hospicjum jakby morrytka dokonywała inspekcji ale chyba nie zabawili nigdzie na dłużej. W końcu pożegnali się z szacunkiem i oczywiście przeor zapewniał o wszelkiej gotowości do współpracy i to, że kapłanka przybyła z samej stolicy jako oficjalna przedstawicielka kruczego kleru zawsze będzie tu mile widziana.


                                      Bezahltag; popołudnie, Rezydencja Von Mannlieb

                                      Mnich dotarł do rezydencji Fabienne miał już dość tego dnia. A jeszcze się nawet na dobre nie zaczął. Niestety frau Von Mannlieb nie miała dla niego dobrych wieści. Annika ponownie wybiegła z domu i do tej pory jej nie odnaleziono. Mnich obiecał, że rozpocznie niezwłocznie poszukiwania herolda Norry i sprowadzi ją do domu.

                                      Otto spojrzał w niebo kiedy opuścił szlachecką rezydencję.

                                      - Też mi Łowca Czarownic. - mruknął do siebie, przypominając sobie informację Fabienne o przybyciu Heinricha - Nawet oszalałej dziewczyny nie może znaleźć w zamkniętym mieście… - jeżeli nie znaleźli jej ani strażnicy, ani służba, to najpewniej nie udała się do bram tak jak następnym razem. Potrzebował jednak pomocy, aby ją odnaleźć. I wiedział gdzie zacząć.

                                      Nie wiele myśląc ruszył w miasto. Najpierw "Stary Kocioł", może Annika posłuchała mnicha i poszła do Silnego. Jeżeli nie to poprosi Khornitę o pomoc w jej odnalezieniu. Po drodze dopytywał przechodniów o dziewczynę.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Niedostępny
                                        SantorineS Niedostępny
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #168

                                        Oryginalny autor: Zell

                                        Bezahltag; przedpołudnie; rezydencja von Mannliebów

                                        Jakby już te pogoda i błoto nie były wystarczające... Heinrich nigdy wcześniej nie spotkał tej wiedźmy od Fabienne, ale jego zmysł łowcy czarownic podpowiadał mu jakiego typu jest to kobieta. Był za stary żeby z takimi się jeszcze droczyć.

                                        - Wybacz za to niezapowiedziane najście, droga pani. - skłonił się jak najbardziej wytwornie jak tylko teraz mógł - Śpieszyłem do Frau von Mannlieb niepomny na pogodę, która uczyniła moje przybycie nie tylko uciążliwym dla mnie samego, ale także dla ciebie, za co szczerze przepraszam.

                                        Widział, że chyba te eleganckie słówka trafiły na podatny grunt. Bo surowa twarz starej kobiety nieco jakby złagodniała i przytaknęła jego słowom. Chociaż uśmiechu to dalej nie mógł się u niej dopatrzyć za grosz.

                                        - A mogę poznać powód dla jakiego przedarł się pan przez tą okropną pogodę aby spotkać się z moją panią? Mam jej coś przekazać? - zapytała tak dystyngowanym tonem jakby sama była matroną szlacheckiego rodu. Jednak w głosie tym razem dało się wyczuć nieco cieplejszą nutkę.

                                        - Przybyłem na przyjacielską prośbę, aby omówić sprawy związane z pacjentkami hospicjum. - wyjaśnił spokojnym, przyjaznym tonem.

                                        - Rozumiem. Proszę poczekać. - starsza pani przyjęła gładko takie wyjaśnienie i z uprzejmą dyskrecją tak charakterystyczną dla fachowej służby. Cokolwiek sobie nie pomyślała to zachowała opnię dla siebie nie dając poznać gościowi swoich myśli. Odeszła gdzieś w głąb domostwa i przez chwilę były łowca czarownic został sam w halu. Ale nie na długo. Dystyngowana majordom pojawiła się ponownie.

                                        - Milady zgodziła się pana przyjąć. Proszę za mną. - obwieściła mu te wieści po czym poprowadziła go tym samym korytarzem z jakiego właśnie wróciła. Był on bogaty w liczne portrety przodków a podłoga była wyłożona mozajką układającą się w jakieś morskie motywy. Przeszli przez dwustronne, wysokie drzwi i znaleźli się w salonie. Szefowa służby obwieściła mu, że pani zaraz przyjdzie i prosi aby poczekać ale właściwie zaraz potem drugi zestaw drzwi otworzył się i weszła sama bladolica gospodyni.

                                        - Dziękuję ci Gertrudo. Proszę zadbaj o naszego gościa i przynieś nam coś dobrego. - odezwała się ze swoim charakterystycznym, bretońskim akcentem który czasem w towarzystwie czy artyści starali się naśladować bo uważany był, za stylowy i romantyczny. Ale akurat Fabienne jako rodowita Bretonka nie musiała go udawać czy uczyć się tylko to była językowa naleciałość do jej rodzimego języka gdy musiała nauczyć się reikspiel. Tym razem dość szybko i płynnie wyprosiła swoją opiekunkę za jaką prywatnie nie przepadała ale jakiej trudno jej się było pozbyć i po chwili zostali sami.

                                        - Witaj Heinrichu. Coś się stało? - zapytała trochę nie dziwiąc się jego wizycie zwłaszcza, że był tu pierwszy raz no i się nie zapowiadał. A w sprawie hospicjum zwykle przychodził Otto. Jednak ledwo to zapytała a sama okazała niecierpliwość i wzburzenie tracąc na moment wyrafinowen opanowane godne błękitnokrwistych.

                                        - Annika uciekła! Dzisiaj rano! Znów miała ten swój napad szaleństwa. Wpadła w jakiś amok i wybiegła z domu. Nawet z Pirorą nie zołałyśmy jej zatrzymać. No i nie próbowałyśmy się z nią szarpać. I wybiegła i nie wiem co się z nią stało. Wysłałam po nią Marissę ale jeszcze nie wróciła. - wyrzuciła z siebie z wielkim przejęciem widocznie bardzo przeżywając te niespodziewane i gwałtowne wydarzenie.

                                        - Tego obawiał się Otto... - westchnął Heinrich - spodziewał się problemów. Jeżeli i my mieliśmy sny, to oni pewnie tym bardziej. - pokręcił głową - Możesz spodziewać się, iż Mnich przyjdzie dość szybko. Sam osobiście nie szczycę się już takim wigorem, aby popędzić na poszukiwanie Anniki. Miałem po prostu upewnić się czy nic się jeszcze nie stało. Niestety najwyraźniej znowu mamy oszalałą zgubę.

                                        - Niestety, obawiam się, że to prawda. - westchnęła czarnowłosa gospodyni i na chwilę pogrążyła się w tych niezbyt wesołych rozmyślaniach. - A jakie sny? Coś ci się śniło? To dlatego przyszedłeś? - zagaiła jakby przypomniała sobie co jeszcze mówił starszy kolega ze zboru.

                                        - Jak i mnie tak i Otto się śniły sny zesłane przez patronki. - odparł - Temu, gdy spotkałem się z mnichem, to on mnie poprosił, abym tu przyszedł, bo miał przeczucie, że inni mogą doznać takich snów i to ponownie wpłynie na Annikę.

                                        - Nam też się coś dzisiaj śniło. Mnie i Marissie. Ale nie aż tak gwałtownie jak Annice. Ona jak wpadnie w ten amok to leci przed siebie i nie patrzy na nic. Mam nadzieję, że nic jej się nie stało. - Bretonka pokiwała głową i wciąż wydawała się być zaniepokojona o swoją zbiegłą służącą.

                                        - Jeżeli mogę coś zrobić co jest w moim zasięgu... - spojrzał pytująco na bretonkę.

                                        Gospodyni wodziła oczami gdzieś w bok zastanawiając się nad pytaniem. W końcu jednak uśmiechnęła się krótko do swojego gościa. - Nic mi nie przychodzi do głowy. Bardzo dziękuję wam za troskę i to, że przyszedłeś Heinrichu. To miłe z twojej strony. - skinęła mu lekko swoją utrefnioną w modny sposób czarną, głową.


                                        Bezahltag; popołudnie; Akademia Morska

                                        Prawdę mówiąc Heinrich najchętniej wróciłby do domu i wygrał stare kości, ale teraz nie mógł zawrócić.

                                        - Cóż za niespodzianka! - do rozmawiających przy powozie dziewczyn podszedł opierający się o zdobioną laskę Heinrich. Skłonił się wszystkim dziewczynom, ale głównie zwrócił się do Petry - Nie spodziewałem się panienki uczęszczającej do Akademii.

                                        - O, rzeczywiście niespodzianka. Dzień dobry panie Heinrichu. - młoda, blondwłosa szlachcianka chyba rzeczywiście ucieszyła się z tego spotkania. Bo uśmiechnęła się promiennie i lekko nawet dygnęła przed starszym jegomościem z laseczką chcąc mu okazać szacunek. Koleżanki były w jej wieku i też spojrzały z zaciekawieniem na początek tej sceny ale oddały pałeczkę prowadzenia rozmowy właśnie Petrze.

                                        - Moje drogie, oto Herr Heinrich. Niegdyś był oficerem a teraz przyjechał do nas zażywać morskiego powietrza dla zdrowotności. Poznaliśmy się niedawno po ostatniej mszy w Festag. - młoda von Schneider płynnie weszła w rolę gospodyni i zaczęła przedstawiać swoje towarzystwo. Sądząc z tego jak to robiła to przy pierwszym spotkaniu były łowca czarownic musiał wywrzeć pozytywne wrażenie.

                                        - A to moje koleżanki z Akademii i nie tylko. Adelajda Wolfstein, bardzo dobrze zapowiadajaca się pani nawigator. Zawsze mi pomaga z tej całej geometrii obliczeniowej i tabelek. A to Inga Sydow. Szkoli się na medyka pokładowego. I chce kiedyś wsiąść na statek i zwiedzić świat. - panna von Schneider uroczo się uśmiechając zgrabnie przedstawiła swoje koleżanki. One też wyglądały na tyle interesująco, że pewnie przykuły by uwagę slaaneshytek ze zboru. Atmosfera zrobiła się lekka i przyjacielska zaś główna aktorka tego spotkania robiła do Heinricha słodkie, roześmiane oczka. Zresztą koleżanki też się ładnie uśmiechały ale dało się wyczuć zaciekawienie i rezerwę typową gdy się poznaje kogoś nowego.

                                        Heinrich uśmiechał się z podziwem.

                                        - Kto by mógł przypuszczać, że w Akademii Morskiej na drodze do tych karier spotka się tak piękne i mądre panny. - pokiwał głową z uznaniem.

                                        Dziewczęta przyjęły ten komplement z wprawą i gracją. Co nie przeszkodziło im roześmiać się wesoło jakby sprawił im przyjemność.

                                        - A cóż cię Heinrichu przywiało w te okolice? - zapytała filuternie Petra zerkając wesolutko na swojego starszego od siebie rozmówcę. Koleżanki też wydawały się zaciekawione tą dyskusją.

                                        - Na prośbę znajomego wyszedłem w tą nieboską pogodę. - Heinrich westchnął z bólem - Byłem akurat w okolicy to postanowiłem przyjrzeć się jaka młodzież teraz zaciąga się do życia na morzu. Sam go nie zaznałem, ale zaskoczyła mnie obecność panien w Akademii, a tym bardziej von Schneider. - uśmiechnął się do Petry - Choć sądzę że moja dobroduszność oraz ciekawość odbije się na moich starych kościach.

                                        - Nie wszyscy są radzi aby panienki studiowały w tak męskiej uczelni. Ale jakoś dajemy sobie z tym radę. - powiedziała rezolutnie Petra zerkając na swoje koleżanki. One też uśmiechnęły się i pokiwały głowami.

                                        - Wam szlachciankom to i tak łatwiej. Do żadnej von Schneider czy van Zee to nikt nie ośmieli się krzywo spojrzeć. - rzuciła żartobliwie Alejandra chociaż dało się wyczuć nutkę zazdrośc i przytyku wobec koleżanki z lepszym naziwskiem i uposażeniem.

                                        - No nic na to nie poradzę a wymagania na zajęciach mamy takie same. - Schneider rozłożyła ramiona jakby nie pierwszy raz ten wątek pojawiał się w rozmowie. - A ja to za nic bym się nie wykpiła skoro jestem córką profesora artylerii. Zresztą Kamila i parę innych tak samo. - dodała jakby to nie tylko same plusy się miało za sławne nazwisko. Wymagania wobec kogoś takiego też były odpowiednio wyższe.

                                        - No ale nie stójmy tu jak jakieś ladacznice pod bramą. - zażartowała wesoło na co koleżanki się roześmiały i troszkę jakby speszyły. - Wracajmy do domów. Zapraszam serdecznie, ciebie też Heinrichu, jakbyś do nas dołączył byłabym zaszczycona. - młoda von Schneider znów wróciła do roli gospodyni zapraszając do środka powozu przed jakim stali. Adelajda trochę się wzbraniała bo nie chciała robic kłopotu skoro blisko mieszkała ale blondynka z lepszym nazwiskiem nalegała, zwłaszcza, że takie potoki błota panowały po tym porannym i południowym deszczu. W końcu więc obie zgodziły się aby dać się odwieźć do domu i wsiadły do środka. Zostało poczekać na reakcję Heinricha.

                                        - Nie godziłoby się teraz odmówić takiemu zaproszeniu. - odparł gładko Heinrich bez oporów wsiadł do powozu.

                                        Cała czwórka po zajęciu miejsc ruszyła powozem. Petra zapytała Heinricha dokąd ma go podrzucić aby wiedzieć jakie polecenie wydać dorożkarzowi. Chociaż i tak najpierw podjechali pod jedną z okolicznych kamienic gdzie wysiadła Alejandra. Rzeczywiście nie miała zbyt daleko od Akademii i można było rzec, że mieszka po sąsiedzku. Podziękowała za podwózkę i ratunek od błotnistej katorgii i pożegnała się z towarzystwem. Inga mieszkała w Centralnej Dzielnicy zaś Petra oczywiście w Północnej. Więc najpierw gospodyni była gotowa odwieźdź koleżankę ale właśnie jeszcze trzeba było wiedzieć jak ustalić trasę aby Heinricha podrzucić gdzie sobie życzy.

                                        Przez cały czas Heinrich zabawiał rozmową panny, a gdy przyszedł czas na określenie miejsca swojego mieszkania, przedstawił Petrze odpowiednie miejsce w dzielnicy do podwózki.

                                        Widząc takie a nie inne rozmieszczenie pasażerów Petra zdecydowała, że najpierw odwiozą Inge bo po drodze a następnie najstarszego z pasażerów. Ze praktykantką medycyny pokładowej pożegnali się niedaleko Placu Targowego a więc i Bursztynowej gdzie mieszkała Pirora. Chociaż obie panny mieszkały z innej strony placu. Więc ostatni fragment drogi ku połududniowym rejonom miasta jechali już tylko we dwójkę.

                                        - A nie obawiasz się Heinrichu tu mieszkać? Słyszałam, że tu nieciekawa okolica. Chyba trzeba być strasznie odważnym aby tu mieszkać. Ja bym się obawiała. - zwróciła się córka profesora artylerii do swojego jedynego obecnie pasażera gdy już wiedziała w jaką okolicę jadą. Co prawda Heinrich nie był ekspertem od opinii jakie mogły mieć poszczególnie rejony i ulice miasta ale i tak zdawał sobie sprawę, że mało które ulice cieszą się takim splendorem jak te północne gdzie mieszkała panna von Schneider.

                                        Heinrich uśmiechnął się lekko do Petry.

                                        - Nawet starszy sądzę, że poradziłbym sobie w razie problemów. Doświadczenie życia uczy. - odparł łagodnie - A do czego ty masz nadzieję się douczyć Petro?

                                        - Geografii, kartografii, nawigacji no i oczywiście balistyki bo balistyka jest najważniejsza. - odparła tonem sugerującym, że sama z siebie nie jest zbytnio zainteresowana taką tematyką i robi to raczej aby sprostać wymogom rodziny i własnego nazwiska. A tymczasem dorożka turkotała się przez zabłocone ulice zmierzając do pogranicza Centralnej i Południowej dzielnicy.

                                        - A ty Heinrichu? Byłeś oficerem? A jakim? Opowiesz coś o tym? - zapytała z o wiele większym zainteresowaniem bawiąc się przy tym kosmykiem swoich jasno blond włosów.

                                        - Byłem. - spojrzał uważnie na dziewczynę - Początkowo w armii Imperium, ale liznąłem też specjalizację na oficera w sądzie wojskowym. Ty się fascynujesz marynarką, czy dla rodziny? - zapytał szczerze.

                                        - A jakie to ma znaczenie? Jak jesteś panienką z nazwiskiem to i tak robisz to czego od ciebie wszyscy oczekują a nie to co chcesz. Rodzice, rodzina, ród, naziwsko, pozycja. Zawsze musisz robić coś co wypada albo trzeba. Zaczynam rozumieć Froyę. Szkoda, że nie jestem taka jak ona. Ona robi co chce. A też jej wiecznie wszyscy suszą głowę. - ton żalu i rozgoryczenia pojawił sie w głosie młodej szlachcianki. Strzepnęła niewidzialny pyłek z ramienia swojej sukni i nie wydawała się zbyt szczęśliwa ze swojej sytuacji. Chociaż zapewne niejedna chłopka, kelnerka, córka kupca czy rzemieślnika bez wahania określiłaby jej pozycję jako wspaniałą i zamieniła się bez skrupułów.

                                        - A w ogóle skąd jesteś Heinrichu? I miałeś jakieś przygody jak byłeś tym oficerem? Jakieś bitwy albo przygody? - zapytała chyba spragniona jakichś ekscytujących opowieści. I wyraźnie się ożywiła.

                                        Heinrich przysunął twarz do dziewczyny.

                                        - Naprawdę chcesz poznać moje przygody? - wyszeptał - Chcesz wiedzieć z jakimi potwornościami tego świata przyszło mi się zmierzyć? - uśmiechnął się do niej i poprawił kosmyk włosów Petry - Nie starczyłoby czasu w tym roku, abym wszystko opowiedział. - odsunął się na miejsce.

                                        - No to możemy się umówić na kiedy indziej. - odparła w końcu gdy już sytuacja się uspokoiła i oboje siedzieli jak należy komuś w ich wieku, roli i pozycji. Ale jeszcze przed chwilą, gdy mężczyzna skrócił odległość do mocno poufałej i nieprzyzwoitej dla kogoś kto nie jest w świętym związku małżeńskim to wyczuł. Wyczuł z bliska zapach młodego, rozgrzanego ciała, delikatnych, różanych perfum, pomady do włosów i ekscytacji. I widocznie młoda von Schneider potrzebowała chwilę na złapanie oddechu. Ale chociaż powinna go postawić do pionu i zapałać świętym oburzeniem za takie bezczelne najście to wręcz przeciwnie, wydawała się być zaciekawiona, chętna i podekscytowana takim przełamaniem codziennej rutyny. Czasu jednak nie zostało im zbyt wiele bo już wjechali w znacznie uboższą, Południową Dzielnicę i niedługo powinni się zatrzymać i pożegnać.

                                        - Możemy. - zgodził się Heinrich - ,Będę cierpliwie czekał na propozycję.


                                        Dzisiejszy dzień fizycznie nie był przyjazny Heinrichowi. To całe bieganie w błocie było dobre może dla Otto, ale sam za nim nie tęsknił. Kiedyś miałby od tego innych...

                                        Ciekawiło go czy Łasica jednak pojawi się w najbliższej przyszłości. Na to musiał jednak poczekać.
                                        Na razie musiał odnaleźć Otto, aby z nim udać się do Starszego. Przynajmniej wyśle dowódcy wiadomość. Sam Otto może być u Fabienne, którą można listownie zapytać o niego.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Niedostępny
                                          SantorineS Niedostępny
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #169

                                          Oryginalny autor: Lord Melkor

                                          Joachim w pierwszej chwili chciał zbyć po prostu tych wieśniaków, którzy marnowali chyba jego czas, a i pewnie zapłacić zbyt dobrze też nie mogli. Ale kiedy wspomnieli o bagnach, stwierdził, że może warto zainteresować się tematem. Czy mogło to mieć związek z tajemnicą związaną z Dziedzictwem Vesty, czy był to zwykły przypadek?

                                          Zrobił więc mądrą minę i odpowiedział grzecznie gościom:

                                          -Snów nie wolno lekceważyć, często są znakami lub ostrzeżeniami od bogów i innych sił mających wpływ na nasz los. Tutaj jednak przyznam, że sprawa nie jest prosta, bo mówicie, że dziadek wasz przepadł dawno temu. Nie jestem ekspertem w kwestii bagien i czyhających na nich zagrożeń, ale logika wskazywała by, że jeśli spotkał go tam jakiś tragiczny koniec, to po tylu latach wystawienia na działanie miejscowej flory i fauny szczątki mogą być trudne do odnalezienia. A czy macie jakieś wskazówki żeby zawęzić miejsce poszukiwań? Może jakbyście przypomnieli sobie sen, to było tam coś co mogłoby pomóc natrafić na ślad? - zabębnił palcami w stół, zastanawiając się jak to rozegrać. -Czy jest jakaś okolica koło waszej wioski którą ma opinię niebezpiecznej?
                                          -Moją specjalnością jest szukanie odpowiedzi co do splątanych ścieżek ludzkich losów poprzez obserwację ciał niebieskich. Mogę postawić wróżbę w związku ze sprawą waszego zaginionego przodka, ale najwcześniej kiedy zapadnie zmrok. Czy jesteście w stanie cokolwiek za to zapłacić? Adekwatnie do waszych środków oczywiście - czarodziej stwierdził, że nie chce mieć reputacji kogoś kto pracuje za darmo. Ale pewnie wróżbę mógłby postawić, no i dobrze byłoby się dowiedzieć czy bagna w okolicy wioski Dahlen to to sama okolica gdzie Baron Wirsberg napotkał potwora, prawdopodobnie strażnika dziedzictwa Vesty.

                                          -Jeśli zostaniecie w mieście to może jutro przedstawię wam wynik mojej gwiezdnej obserwacji - zaproponował.


                                          Droga przez miasta w deszczu zdecydowanie nie była przyjemna, ale przynajmniej straż miejska nie śmiała go niepokoić. W oczekiwaniu na spotkanie z rektorem przeszedł się trochę po Akademii i zagadnął Philippa jak tam sprawy się mają. Większość mieszkańców miasta żyła teraz tematem ataku na Świątynię Manana i Joachim wyraził oczywiście swoje oburzenie tym skandalicznym incydentem.

                                          No ale Vogel przyjął go szybko, co poprawiło mu nastrój. Nie był w końcu byle kim.

                                          - Potrzebowałem trochę czasu by urządzić się w mieście i muszę przyznać że z każdą wizytę coraz większą sympatią darzą waszą zacną Akademię. Wasz sprzęt i księgozbiór robią wrażenie. Myślę, że mógłbym podzielić się ze studentami moją wiedzą o astrologii i ciałach niebieskich. Jeśli chodzi o doświadczenie dydaktyczne, to dużego nie mam, natomiast studiowałem jak wiecie w Altdorfie, więc chętnie podzielę się tym co tam się nauczyłem, myślę, że każda uczelnia ma swoją unikalną perspektywę, a z łączenia ich może wyjść nowa jakość - stwierdził, że powołanie się na studiowanie w stolicy powinno pomóc.


                                          Wieści o Baronie zaskoczyły Joachima. Myśłał, że ma więcej czasu, tym bardziej, że Soria przecież wspominała, że spotka się z Wirsbergiem i ma wobec niego jakieś własne plany. Niestety, w tej sytuacji niewiele mógł zrobić, Barona ciężko będzie dogonić. Posłał Svena by ten sprawdził, w którą stronę skierował się Baron i czy te bagna które badał leżały gdzieś właśnie w okolicach wioski Dahlen. I jak daleko to było.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy