Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Online
    SantorineS Online
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #219

    Oryginalny autor: Seachmall

    Aubentag; popołudnie

    Mnich wpuścił młodszego kolegę i wysłuchał krótkiej wiadomości. Ciekawiło go cóż za korespondencję otrzymał przeor i w jak dużych tarapatach jest. Gdybanie na ten temat wydało się na razie bez celowe skupił się więc na pytaniu Ludwika.

    - Osobisty urok i wdzięk. - zażartował jednooki - Przekonanie ich, by nas odwiedziły nie było tak trudne jak uzyskanie przywileju, by z nimi porozmawiać. Nie wszedłem przecież na dwór szlachecki i zacząłem żądać danin na hospicjum.

    - No tak, oczywiście, że nie. To byłoby niestosowne. Pewnie by pognały precz takiego chama co by powiedział coś takiego. - Ludwik jako ktoś wychowany wśród plebsu nie był nawykły do obcowania ze szlachtą więc traktował ich jak jakiś egzotyczny podgatunek ludzi. Takich jakich zwykle ogląda się z dala i trochę zazdrości, trochę obawia, trochę podziwia i trochę nie pała sympatią. Była to typowa mieszanka u prostych ludzi. Zresztą gdyby nie tajne znajomości Otto z koleżankami z kultu to też nie byłoby mu tak prosto się do nich dostać. Właśnie to było coś co wzbudzało podziw i ciekawość młodszego mnicha, że starszemu koledze tak się powodzi wśród bogatych szlachcianek.

    - Ale ładnie ci z nimi idzie. Te co były ostatnio zabrały te dwie dziewuchy i Torna. Torna to się dziwię bo niezły łajdak z niego. Ja tam nie chciałbym z nim mieszkać pod jednym dachem. A teraz jeszcze ten nauczyciel z Akademii ma zabrać Grega. Jeszcze go nie zabrał ale słyszałem, że rozmawiał o tym z przeorem a ten nic nie mówił, że się nie zgodzi. Ten nauczyciel miał przygotować dla Grega kwaterę czy coś, to pewnie wróci jak będzie gotowe. Wiesz i tak myślę, że teraz też może chodzić o jakąś szlachciankę albo kogoś takiego. Bo przeor mówił, że “Otto się nadaje do tej sprawy bo ostatnio tyle załatwił.” No a przecież ostatnio to właśnie z tymi szlachciankami załatwiałeś. - Ludwik czekając aż kolega z hospicjum się zbierze do wyjścia rozglądał się ciekawie po jego mieszkaniu. A przy okazji wyczuwając życzliwość gospodarza nawet się rozgadał.

    - Dziwne, czyżby już wysłała…? - mnich mruknął do siebie i zaczął się zbierać - Kilka dni temu, kiedy odwiedzałem nasze dwie niedoszłe pacjentki, ich nowa opiekun zapoznała mnie z jedną damą sceny, przybyła niedawno do miasta. - mieszkanie Otto było ledwo ponad pokojem, łóżko krzesło, stół i niewielka garderoba - Była zainteresowana pochodzeniem służek lady Mannlieb i wyglądało, że też chciałaby spróbować. - jednooki wzruszył ramionami - Jeżeli to ona, to wiem co robić. Jeżeli nie… no to będzie ciekawie.* - dwójka mnichów ruszyła w stronę hospicjum - Co do szlachciców… nie różnią się tak bardzo od nas. Mają więcej możliwości przez swoje pochodzenie i zasoby, ale tak jak my mają swoje potrzeby.

    - Ta bretońska szlachcianka co wzięła Annikę i Marissę? Poznała cię z lady Odette von Treskov?! Tą co tak pięknie śpiewała psalmy żałobne na mszy w ostatni Festag? I widziałeś ją z bliska? - Młodszy mnich aż nachylił się aby lepiej przyjrzeć się twarzy idącego obok kolegi. Świadomość, że mógł on zobaczyć z bliska tą wspaniałą i słynną aktorkę i śpiewaczkę, którą nie na darmo zwaną Słowikiem Północy, zrobiła na nim tak piorunujące wrażenie, że aż zamilkł na kilka kroków. Te zaś robili po warstwie błota jakie pokrywało bruk ulic. A monotonna mżawka dodawała kolejną dawkę wilgoci obiecując, że to wszystko prędko nie wyschnie. Był jeszcze dzień ale do zmroku został pewnie dzwon albo dwa. Tu w centrum na ulicach było jeszcze sporo wozów i przechodniów a większość sklepów i warsztatów jeszcze była otwarta.

    - A potrzeby szlachty no nie żartuj. Wiesz co oni jedzą? I ile? Co dzień jedzą mięso! I na białych obrusach, srebrnymi sztućcami, z porcelanowych talerzy i popijając winem droższym niż cokolwiek my piliśmy. - Żachnął się Ludwik. Dało się wyczuć żal i zazdrość. Odkąd Otto bliżej poznał się ze szlachetnie urodzonymi koleżankami z kultu wiedział, że ta popularna wśród pospólstwa plotka o szlachcie akurat jest prawdziwa. W porównaniu do oszczędnej diety i warunków jakie panowały w hospicjum to różnica była ogromna.

    - No ale tak trzeba, tak trzeba. Taki jest boski i ziemski porządek. Musimy okazywać pokorę i skromność. - Nowicjusz sam przypomniał sobie coś co pewnie wielokrotnie słyszał od innych braci bo i Otto nim jeszcze odkrył swoje prawdziwe powołanie też wielokrotnie słyszał podobne maksymy.

    - O a słyszałeś, że… A nie, nie słyszałeś bo cię nie było. - Zapytał i od razu sobie przypomniał, że kolegi nie było dziś właściwie cały dzień w hospicjum. - Przeor mówił, że niedługo przyjdzie do nas jakaś kobieta na praktyki. Teraz praktykuje u białych gołębic ale chce nabrać więcej praktyki więc chce służyć także i u nas. Ciekawe kto to będzie. - Ucieszył się, że i on ma jakąś plotkę jakiej kolega jeszcze nie słyszał. To faktycznie była rzadkość bo w hospicjum pracowali wyłącznie bracia. Kobiet nie było. Ale na jakieś praktyki jakaś mniszka z innego zakonu albo nawet świecka kobieta mogła się jednak trafić. Chociaż odkąd Otto doszedł do tego przybytku to nic takiego nie miało miejsca.

    Otto się chwilę zastanowił.

    - No cóż nie odgadnę. Myśl pozytywnie bracie, być może nie ważne co wymyślisz o naszej nowej koleżance, prawda będzie o wiele bardziej zaskakująca. - jednooki się uśmiechnął

    - To prawda, błękitna krew daje szlachcie przywileje, o których my nie powinniśmy marzyć. Za bardzo jednak skupiasz się na tym co nas różni, a nie łączy. Wszyscy służymy Imperium, wszyscy chorujemy, wszyscy umieramy. Chcesz być bardziej przyziemny wszyscy sramy, nie ważne czy do dziury w ziemi czy specjalnego pokoju. - Otto trącił młodszego kolegę - Wszyscy mamy potrzeby i spełniamy je jak możemy. Szlachta po prostu ma więcej szans na przyjemność a i to potrafi być klątwą. Wróg przywiera wiele form, a przyjemność jest najjadowitsza.

    - Tak, oczywiście masz rację Otto. Szlachta to nasi obrońcy przed wrogiem materialnym a kapłaństwo przed duchowym. Rzeczywiście za bardzo się skupiam na przyziemnych sprawach. Nie powinienem tego robić. Odmówię na nieszpory psalm pokutny. - Nowicjusz pokornie pokiwał głową na znak, że się zapomniał i kolega wskazał mu właściwą drogę.

    - A wiesz co ten wariat Greg powiedział? - Zagaił weselszym tonem gdy znów przez jakiś czas szedł w ciszy. - Powiedział, że jeszcze dziś do niego przyjdziesz i będziesz z nim rozmawiał prędzej niż z przeorem. No wariat! Mówimy mu, że przecież sam przeor cię zwolnił z obowiązków na dzisiaj bo cię napadli ale ten dalej swoje. Sam wiesz jaki on jest. Taki duży dzieciak. No ale zobacz. Wariat miał rację i jednak jeszcze dzisiaj wrócisz do hospicjum. Bo myśleliśmy, że może jutro albo nawet za parę dni. Bo jednak trochę cię poturbowali. Dobrze, że ci banici gardła ci nie poderżnęli. Co za czasy, nawet duchownych napadają. - Kolega podzielił się z Otto kolejną plotką z ich przybytku. Sam zdawał się ją traktować jako zabawną anegdotkę, szczęście głupca. Bo tak traktowano Grega który wydawał się być zdziecinniałym imbecylem w ciele tatuśkowatego mężczyzny. Zwykle nie sprawiał kłopotów jak Annika, Marissa czy Torne i nawet bywał przydatny wykonując proste prace ale nikt go nie traktował poważnie. Już zresztą byli prawie na miejscu, jeszcze dwie przecznice im zostało do przejścia.

    Otto uniósł brew na "napadają duchownych" zważając jak wygląda prawa strona jego twarzy.

    - Cieszę się, że tym razem pozostawili mnie tak jak znaleźli. - mnich westchnął - Jeszcze nie spotkałem sytuacji, aby Greg się mylił. Po prostu nie zawsze rozumiałem co mówił. - jednooki zastanowił się chwilę - Chciałbyś spotkać się ze szlachcicami? Tak osobiście? Ja zdobyłem ich zainteresowanie, może uda mi się załatwić zaproszenie dla ciebie.

    - Ze szlachcicami? - Ludwik powtórzył ostatnie pytanie starszego kolegi. I widocznie potrzebował czasu aby na nie odpowiedzieć. - Z tymi kobietami co u nas były? - Chciał wiedzieć czy dobrze się rozumieją. I trochę się zmieszał. - Eee, chyba nie. No co ty… Ty to umiesz ładnie mówić i wiesz co i jak. A ja to nie. Tylko bym wam zawadzał. - Jako plebejuszowi sam pomysł przebywania w pobliżu szlachetnie urodzonych wydawał mu się nienaturalny i mocno go speszył. Chyba nie był pewien co powinien odpowiedzieć.

    - A ten Greg no to jak ma rację? On chyba myśli, że z książkami to się rozmawia. A przecież je się czyta. On nawet tego nie odróżnia. Zresztą on jest analfabeta nie wiem po co mu w ogóle książki. - Temat zdziecinniałego pacjenta wydał mu się pewniejszy niż propozycja spotkania z błękitnokrwistymi. W końcu Greg miał w hospicjum ugruntowaną opinię podobną do wioskowego głupka co sprawiało, że mało kto jego i jego mamrotanie traktował poważnie.

    - On widzi świat inaczej niż my, inaczej też go rozumie. - odparł Otto - Kto wie, może ten nauczyciel zrobi jeszcze z niego porządnego człowieka. - mnich się chwilę zastanowił - Jak chcesz, to przyniosę ci jakąś słodycz od naszych dobrodziejek.

    - Nie chciałbym robić ci kłopotu. Nie przejmuj się mną. Ale jeśli by coś udało ci się dostać z pańskiego stołu to z góry ci bardzo dziękuję. I podziwiam cię, że tak umiesz z nimi rozmawiać. Ja to bym nawet nie wiedział od czego zacząć. - Ludwik wydawał się być wdzięczny za propozycję. I chyba zazdrościł starszemu koledze umiejętności swobodnej rozmowy ze szlachciankami. Jednak doszli już do frontowych drzwi hospicjum. Weszli do znajomego wnętrza gdzie za prostym stołem siedział dyżurny mnich. Przywitał ich zwyczajowym “pochwalonym”.

    - No do dalej drogę już znasz. Ja idę na nieszpory. - Nowicjusz pożegnał się z Otto wskazując w kierunku kaplicy. Bo gdzie jest biuro przeora to każdy mnich wiedział. Ledwo się rozstali gdy na korytarzu jednooki spotkał Niklasa. Ten ożywił się gdy go zobaczył. Szybko podszedł do niego i skłonił się lekko.

    - Otto! - szepnął do niego rozglądając się czy nikt ich nie widzi. Ale na tym kawałku korytarza akurat byli we dwóch. Chociaż w każdej chwili ktoś mógł nadejść. - Zrobiłem to. Prawie skończyłem. Tą zabaweczkę dla szlachcianek. Znalazłem nogę od stołka. Obrobiłem trochę, wyżłobiłem aby było miejsce na płyn. Prawie skończyłem tłok. Tylko nie wiedziałem jaki wywiercić otwór na czubku. Jak chcesz to ci pokażę bo idę teraz do kuchni, pomagać przy kolacji. - Pacjent ubrany w mnisi habit brązowego koloru szybko streścił zaufanemu bratu o swoich postępach w zamówionej zabaweczce do lubieżnych zabaw. Ale widocznie nie miał jej przy sobie i nie spodziewał się, że spotkają się jeszcze dzisiaj.

    - O, to bardzo dobrze, Niklasie. Podejrzewam, że otwór nie musi być jakiś mały. - mnich się chwilę zastanowił, wolał nie kazać przełożonemu czekać - Ufam twemu kunsztowi, do tego może ci się poszczęściło. Przeor mnie wzywa z powodu odebranego listu. Być może twoja dobrodziejka już cię wzywa.

    - Nie musi być mały. - Pacjent powtórzył po nim zamyślonym głosem. - No tak. Im większy tym szybciej to co w środku wleci he he he do jej środka. I trudniej się zapycha jak jest większy. Dobra, to zrobię większy. Jak chcesz to możesz przyjść zobaczyć jak będziesz wracał od przeora. Słyszałem, że cię pobili. Widzę, że to prawda. Myślałem, że jutro przyjdziesz albo za parę dni. Ale skoro jesteś no to chciałem ci powiedzieć, że prawie skończyłem. A nie wiesz kiedy one przyjdą? - Niklas jak większość artystycznych dusz czuł potrzebę pochwalenia się swoim dziełem. I chyba do niego też doszły plotki o przykrościach jakie wczoraj spotkały Otto co brał na karb ulicznego napadu. Nadzieja na wolność pod dachem którejś ze szlachcianek wyraźnie ożywiała go i motywowała do pracy.

    - Obszczymury. - skomentował mnich - Do wesela się zagoi. - klepnął przyjacielsko pacjenta - Oczywiście odwiedzę cię, jak załatwię sprawę z przeorem. Grega też odwiedzę. Jeżeli nie szlachcianki to może Annikę i Marissę sprowadzę. Dziewczęta ci opowiedzą czego będziesz mógł oczekiwać.

    - O, one też? A no tak, bo one poszły do tej Bretonki. Ale byłoby miło je znów zobaczyć. Zwłaszcza he he Marisskę. - Zaśmiał się chrapliwie na myśl o byłej pacjentce hospicjum jaka niedawno poszła na służbę do von Mannliebów. Widocznie do niej czuł więcej atencji niż do twardej i potrafiącej się bić Anniki. Nie zatrzymywał go jednak dłużej uspokojony obietnicą ponownego spotkania po rozmowie brata z przeorem. A do niego już nie miał tak daleko. Wkrótce stanął przed drzwiami i zapukał. Gdy usłyszał zdecydowane “Proszę!” wiedział, że lider hospicjum jest w środku. Gdy jednooki wszedł do środka zastał go za biurkiem jak przeglądał jakąś księgę. Jednak odłożył ją szybko na blat i wstał.

    - Aha! Jesteś Otto! To dobrze, dobrze. Wejdź i siadaj. - Przeor wyraźnie ucieszył się na jego widok. Poczekał aż usiądzie ale pochylił się nad biurkiem aby mu się lepiej przyjrzeć. - Nadal ci nie zeszło. No tak, dziwne aby od rana zniknęło całkowicie. - Pokiwał głową i nie był zdziwiony, że tak samo jak rano nadal widzi siniaki i opuchlizny na twarzy młodszego mnicha. Ale chyba miał nadzieję, że może jednak się chociaż zmniejszą.

    - No nic. Trudno. Nic z tym teraz nie zrobimy. Może nawet się przydać. Wzbudza litość i współczucie. Mów, że cię napadli na ulicy. - Widocznie nie wezwał go po to aby rozmawiać o jego stanie zdrowia bo potraktował to jako poboczny temat. Wyprostował się i zasępił. Westchnął i podszedł do szafy na jakiej stał zwykły dzban z winem. Nalał do dwóch glinianych kubków i postawił po jednym na każdej stronie biurka. I wreszcie usiadł.

    - Wezwałem cię bo chodzi o delikatną sprawę. A ty się ostatnio wykazałeś z tymi naszymi dobrodziejkami. Widać, że umiesz z nimi taktownie rozmawiać. Teraz nie chodzi o szlachtę no ale też o kobietę z dobrego domu. - Zaczął wyjaśniać i prawie od razu zamilkł gdy potrzebował zastanowienia jak przedstawić sprawę.

    - Wracam właśnie od Lebkuchenów. Pewnie ich znasz albo chociaż słyszałeś. - Wspomniał nazwisko znanych w mieście cukierników. Specjalizowali się w produkcji pierników które były ich znakiem rozpoznawczym. Cieszyły się popularnością tak u szlachty jak i pospólstwa. Nawet morscy oficerowie kupowali je jako deser bo długo się nie psuły. Były też popularnym słodkim upominkiem. Podobno nawet wysyłali partie słodkości do Wolfenburga i innych miast ale tego mnich już nie był pewien czy to prawda. Nie byli szlachetnego pochodzenia ale byli rozpoznawalni w mieście i całkiem przyzwoicie sytuowani. I ze dwa albo trzy razy do roku w ramach jałmużny dostarczali swoje pierniki także do hospicjum. Jak już więc jedzono tu jakieś słodycze to najczęściej właśnie wtedy gdy Lebkuchenowie je dostarczyli. Nic dziwnego, że przeor potraktował poważnie wezwanie od dobrodziejów hospicjum. Sam Otto ledwo ich kojarzył z widzenia, głównie z mszy alb festynów. Nie rozmawiał z nimi wcześniej.

    - Chodzi o ich córkę, Teofano. Możesz jej nie znać. Rozmawiałem z jej rodzicami i są… Hmm.. Zaniepokojeni jej stanem. - Przeor miał coraz większe trudności ze sprecyzowaniem o co chodzi i sprawa musiała wydawać mu się albo bardzo skomplikowana albo delikatna. - Ona ma sny. Dziwne sny. O robakach. Słuchałem tego i brzmiało to rzeczywiście niepokojąco. Rozumiem, że jej rodzice są także zaniepokojeni. I to delikatna sprawa, obiecałem, że pomożemy naszym dobrodziejom. Dlatego cię wezwałem Otto. Pójdziesz do nich i porozmawiaj z nimi. Delikatnie, z wyczuciem tak jak ci poszło z tymi szlachciankami. Wybornie sobie z nimi poradziłeś. O coś takiego właśnie mi chodzi. Z wyczuciem, zrozumieniem, bez nachalności. Niech ci powiedzą o co dokładnie chodzi i jak ci pozwolą to może porozmawiaj z samą Teofaną. Szkolą ją na cukiernika, jest już zaręczona, sam wiesz jakby to strasznie wyglądało dla nich gdyby sprawa się wydała. - Przeor w końcu powiedział na czym ma polegać nowe zadanie dla jednookiego mnicha. Widocznie ostatnie sukcesy w zdobywanie sobie względów i sakiewek życzliwych i hojnych dam z towarzystwo wyrobiło mu w oczach przeora pewną pozytywną reputację i dlatego jemu chciał powierzyć to delikatne zadanie.

    Mnich się chwilę zastanowił. Czyżby kolejny herald się przebudził? Jeżeli tak to może być jednocześnie trudniej i łatwiej z wciągnięciem jej do rodziny.

    - Rozumiem, koszmary ostatnio są zmorą tego miasta. Sam spędziłem kilka niespokojnych nocy. Co jeżeli jednak sytuacja Teofany będzie beznadziejna?

    - Nie wiem. Przecież ona jest pod kuratelą rodziców. To oni zdecydują o jej losie. - Przyznał przeor i upił łyk rozcieńczonego wina ze swojego kubka. Miał sporo racji bo dorosłe dzieci, zwłaszcza kobiety były pod opieką rodziców póki nie wyszły za mąż. Po ślubie to mąż przejmował opiekę nad swoją żoną.

    - Ale mam nadzieję, że sprawa nie jest beznadziejna. Nie rozmawiałem z Teofano, tylko z jej rodzicami. Oni początkowo ignorowali jej wzmianki o tych robakach no ale ostatnio to się nasiliło. I jeszcze te sny. Właśnie to sprawdzam - wskazał na księgę przy jakiej zastał go podwładny - Na razie nic podobnego o robakach i czerwiach nie znalazłem co by pasowało ale dalej szukam. Jakoś musimy im pomóc Otto. - Przeor widocznie też się zaangażował w tą sprawę chociaż raczej zamierzał działać na miejsce skoro wyznaczył jednookiego mnicha aby subtelnie wybadał rzecz u Lebkuchenów.

    - Oczywiście. Mam się udać teraz, czy spodziewają się mnie o jakiejś konkretnej dacie? - Otto starał się zachować zatroskany ton, ale po prawdzie był podekscytowany nowym znaleziskiem.

    - Hm… Nie wiedziałem czy cię znajdziemy jakoś prędko więc powiedziałem rodzicom, że zajmiemy się tym jak najprędzej i ktoś od nas przyjdzie do nich. - Nad tym pytaniem przeor zastanowił się chwilę i spojrzał przez okno aby sprawdzić ile zostało do zmierzchu. - Jeszcze widno. No możesz spróbować teraz ale nie nalegaj jeśli powiedzą, że za późno na wizytę czy coś takiego. Albo jutro rano. - Dał mu pewne pole do manewru.

    - Może do jutra będę też bardziej reprezentatywny. - zauważył Otto - Dziś chyba w końcu pracuję z pacjentami. Nie będę już zabierał czasu.

    - No tak. Może przez noc ci trochę to zejdzie z twarzy. - Starszy mnich znów zmrużył oczy przyglądając się wyglądowi młodszego i po zastanowieniu zgodził się na odłożenie wizyty u Lebkuchenów do jutra. - A dziś masz wolne, odpocznij. Oczywiście możesz też się rozejrzeć u nas ale nocne dyżury są już obsadzone. Jutro też nie musisz przychodzić. To znaczy przyjdź i powiedz co u nich wyszło. Ufam w twoją finezję i intuicję. Poza tym masz wolne. - Przeor okazał się być wspaniałomyślny co do odpoczynku swojego podwładnego. I pewnie gdyby nie wezwanie do dobrodziejów hospicjum to by i jednookiego mnicha nie wzywał.

    Otto skłonił się i opuścił pokój przełożonego. Cieszyło go, że nie zmarnuje więcej czasu w hospicjum niż musi. Miał jeszcze kilka rzeczy do załatwienia z resztą kultu, najpierw jednak musiał dokończyć zajmowaniem się swoimi najważniejszymi pacjentami. Ruszył najpierw do kuchni w poszukiwaniu Niklasa. Musiał doświadczyć dzieła artysty.

    W jadalni podszedł bezpośrednio do do pacjenta, kiwając mu głową na przywitanie.

    - Jednak skucha, wychodzi na to, że idę wybadać jedną potencjalnie chorą. - mnich wzruszył ramionami - Ale to później, najpierw jestem tobie winny ocenę twego dzieła.

    - Aha, no i tak bywa. - Pacjent niezbyt się przejął wyjaśnieniem jednookiego mnicha. Za to szybko rozejrzał się po kuchni. - To ja pójdę wyczyścić ten kocioł! - Zawołał do reszty obsługi. Ktoś mu mruknął coś w odpowiedzi a ten nie czekał. Złapał za ów naczynie i ruszył do wyjścia. Kotły i wiele innych zabrudzonych naczyń czyściło się piaskiem na zewnątrz więc Nilkas zyskał pretekst aby ulotnić się z kuchni. Gdy obaj wyszli to cisnął naczynie obok ławki na jakiej powinien usiąść i zacząć szorować piaskiem powierzchnię. Dał znak aby Otto ruszył za nim. Przeszli do komórki na drewno. Tam z jakiegoś zakamarka za szczapami wyjął zawiniątko. A gdy je odwinął ukazał się obły, podłużny przedmiot.

    - Użyłem nogi od stołka. Urżnąłem jeden koniec i zaokrągliłem drugi. Najwięcej czasu mi zeszło z wydrążeniem wnętrza. Mam tylko zwykłe dłuto. I jeszcze tłok do tego jest, to już dzisiaj kończyłem. - Pochwalił się chętnie swoim wyrobem. A ten bardzo przypominał strzykwy używane do zasiewania jajami Oster. Był podobnej wielkości, kształtu i zasady działania. Też wpychało się tłok do pustego wnętrza co pozwalało wypchnąć zawartość przez mały otwór na czubku. Otworek był na razie mały, pewnie zrobion gwoździem lub czymś podobnym.

    - Właśnie dlatego pytałem o otwór. Na razie zrobiłem mały ale to zawsze można powiększyć. Trudniej jak jest za duży. Wtedy trzeba czymś g zalepić albo coś zrobić z korkiem z wydrążoną mniejszą dziurą. Masz i zaznacz jaki ma być duży. - Tłumaczył mu chętnie z czym miał dzisiaj dylemat. I podał gwóźdź mnichowi aby ten zarysował rozmiar planwanego otworu. Ta końcówka właśnie różniła tą zabaweczkę od strzykw. Była zaokrąglona. Przez co przypominała zabawki używane przez koleżanki Otto do swoich lubieżnych zabaw. Wciąż było widać ślady obróbki dłutem albo nożem przez co powierzchnia nie była idealnie gładka.

    - To potem wygładzę. Na razie spieszyłem się aby zdążyć zanim te szlachcianki wrócą. - Wyjaśnił widząc, że Otto ogląda tą końcówkę jaka docelowo miała się zagłębiać w ciała szlachcianek. I od strzykw różnił się jeszcze materiałem. Sprzęt używany przez nurglitów był z wypalanej gliny. Był więc gładki ale dość kruchy, tak samo jak dzbany i talerze. Spełniał jednak swoje zadanie jak się stosowało go ostrożnie. Przerobiona przez Nilklasa noga ze stołka była z drewna. I miała grubsze ścianki co powinno czynić je odporniejszymi. A i tak zawartość wnętrza byłaby podobnej wielkości jak te ze strzykw. Wnętrze było jeszcze nie wyszlifowane i tak samo jak na głowni zabawki widać było ślady dłuta. Sam tłok mniej więcej pasował ale wsuwał się do wnętrza gdzieś do trzech czwartych głębokości.

    - Nie zdążyłem tam na końcu wyszlifować. Jutro będę kończył. Ale łatwiej by było jakbym miał coś do szlifowania, pilnik czy co. Bo mam tylko nóż, dłuto i małą piłę. Jakbym dostał przydział na stolarnię, chociaż na jeden dzień, to bym to wyszlifował i dokończył w tri mi ga. - Mówił chętnie tłumacząc się pośpiechem jak i prymitywnymi narzędziami jakich był zmuszony używać. Hospicjum stolarni z prawdziwego zdarzenia nie miało ale był mały warsztat z narzędziami gdzie takie do obróbki drewna, na przykład połamanych mebli, też się znajdowały.

    - I jeszcze tutaj, zobacz. - Rzemieślnik na chwilę przejął z powrotem swój sprzęt z rąk Otto i wskazał mu na jakieś wypustki przy wlocie zabawki. - Ja wiem jak te ladacznice tego używają, już takie rzeczy robiłem. - Zaśmiał się lubieżnie na to wspomnienie. - Tu mogę zrobić zaczepy. I jak mi zorganizujesz jakiś pasek czy inną skórę to mogę zrobić tak, że jedna będzie to mogła przypiąć do siebie i dogadzać drugiej. Ale na razie nie miałem żadnej skóry aby tak zrobić. - Zakończył swoje tłumaczenia co do pomysłów usprawnienia swojej drewnianej zabawki dla lubieżnych ladacznic.

    Mnich dokładnie obserwował dzieło rzemieślnika, przyłożył je kilka razy do przedramienia, aby zobaczyć długość w perspektywie, przyjrzał się ogólnej obłości i kształtu.

    - Bardzo dobrze Niklasie, jestem pewny, że nasze drogie panny będą zadowolone z twego dzieła. - Otto zaznaczył rozmiar otworu, który jak uważał zezwoli na bezpieczną implantację - Nie wiem, czy będę w stanie coś załatwić z warsztacikiem, mam kilka własnych spraw do załatwienia, a jutro idę obadać sytuację z tą córką kupca. - Otto spojrzał w sufit szukając rozwiązania - Zawsze mógłbyś coś "niechcący" uszkodzić, jakieś krzesło czy stół. Coś, żebyś potrzebował dostępu do narzędzi.

    - Jakbyś mógł to byłoby miło. To by pomogło. Możesz też mi przynieść piłkę do drewna, pilnik aby łatwiej wygładzić, może jakiś rylec i te krawędzie i jak chcesz te paski do mocowania na biodrach to coś skórzanego. - Niklas rozpromienił się słysząc opinię jednookiego o swojej zabawce. - Starałem się aby dogodzić naszym dobrodziejkom he he. Jeszcze to dokończę. Wygładzę tu na czubku i w środku. Jak będę miał jutro tyle czasu co dzisiaj to chyba dam radę skończyć. - Zaznaczył, że jest gotów przyłożyć się do pracy. Obietnica zabrania stąd przez którąś ze szlachcianek wydawała się go motywować do pracy.

    - Oczywiście, gdyby ktoś pytał, strugasz dla mnie pałkę do obrony. - Otto pozostawił Niklasa samego ze swym dziełem. Po drodze mijając kilku ze swych braci zapytał, czy użyczyliby cieśli dostępu do warsztatu, gdyż wykonuje dla niego pewien projekt.

    Opuścił hospicjum mając przed sobą jeszcze trochę dnia i miał zamiar z niego skorzystać. Pierwszy postój to Łasica, lub przynajmniej miejsce gdzie mógłby ją znaleźć.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Online
      SantorineS Online
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #220

      Oryginalny autor: Cioldan

      Rosalia powoli otworzyła oczy, a pulsujący ból w głowie przypomniał jej o brutalnym uderzeniu, które ją tu sprowadziło. Czuła, jak siniak na skroni nabrzmiewa, a każde poruszenie głową wzmagało dyskomfort. Jej nadgarstki i kostki były ciasno związane linami, które wpijały się w skórę, a krzesło, na którym siedziała, wydawało się stare i chwiejne, jakby miało się rozpaść pod jej ciężarem. Powietrze w pomieszczeniu było ciężkie, przesycone zapachem kurzu i wilgoci – typowe dla opuszczonych domów w Neus Emskrank. Mimo bólu i niewygody, jej umysł pracował szybko, analizując sytuację. Była w pułapce, ale nie bezradna. Strach czaił się gdzieś w głębi jej duszy, lecz stłumiła go, zastępując chłodną kalkulacją. Musiała znaleźć sposób, by odwrócić los na swoją korzyść.

      Jej wzrok padł na kobietę siedzącą naprzeciwko – najemniczkę, jak sugerował jej strój: spodnie, pas z bronią i futrzany kołnierz. Była pewna siebie, niemal arogancka, a jej ciemne oczy błyszczały zaciekawieniem, gdy popijała jakiś trunek z metalowego kubka. Rosalia poczuła ukłucie niepokoju, słysząc imię Helmuta w jej słowach... Więc to on ją wysłał. Nie odpuścił, tak jak się obawiała. Gniew zapłonął w jej piersi na myśl o jego obsesji, ale szybko go zdusiła. Emocje mogły ją zdradzić, a teraz potrzebowała kontroli.

      Kiedy najemniczka podeszła i przyłożyła kubek do jej ust, Rosalia napiła się ostrożnie, czując, jak rozcieńczone wino łagodzi suchość w gardle. Dotyk dłoni kobiety na jej policzku był zaskakująco delikatny, choć słowa, które padły potem, ociekały złośliwą satysfakcją. Rosalia zmusiła się do zachowania spokoju, choć jej serce zabiło szybciej. Ta kobieta była niebezpieczna, ale jej ciekawość – wyrażona w pytaniach, które zadała – dawała Rosalii nadzieję. Postanowiła współpracować, opowiedzieć swoją historię, ale z ostrożnością. Nie mogła ujawnić wszystkiego – zwłaszcza prawdy o Chaosie czy kulcie – lecz mogła użyć prawdy jako narzędzia manipulacji.

      Postanowiła grać na emocjach kobiety, używając swojego wdzięku i umiejętności aktorskich, by wzbudzić sympatię. Jednocześnie zamierzała pozostać czujna, obserwując reakcje rozmówczyni, by dostosować swoje słowa i podejście. Jej celem było uniknięcie powrotu do Helmuta, a może nawet zyskanie sprzymierzeńca w tej nieznajomej.

      Rosalia wyprostowała się, na ile pozwalały jej więzy, i spojrzała na najemniczkę z powagą, choć w kącikach jej ust czaił się cień uśmiechu.

      - Widzę, że jesteś osobą, która ceni kontrolę i skuteczność - zaczęła, jej głos był spokojny, ale ciepły, wręcz lekko kokieteryjny, z nutą szacunku.

      - Muszę przyznać, że zrobiłaś na mnie wrażenie, znajdując mnie w tym labiryncie ulic. Ale skoro dałaś mi szansę, by mówić, chętnie opowiem ci, moją historię w skrócie. - Zrobiła pauzę, pozwalając słowom wybrzmieć, po czym kontynuowała, zniżając lekko ton, jakby dzieliła się czymś osobistym.

      - Znam Helmuta od dawna. Był dla mnie kimś ważnym, może nawet mentorem. Ale z czasem jego opieka zmieniła się w coś mroczniejszego. Traktował mnie jak swoją własność, jak pionek w grze, którą tylko on rozumiał. Nie będę ukrywała, ale od początku jako jedyna w grupie nie oddałam mu się w pełni. Zdaje mi się, że równocześnie był pod wrażeniem jak i wkurwiony, że jego 'urok osobisty' nie zadziałał w pełni - jej głos zadrżał lekko, gdy wspomniała o przeszłości - celowy zabieg, by podkreślić ból, jaki jej sprawił.

      - Wykorzystywał moje zaufanie, moje umiejętności, a ja… czułam, że to nie do końca moje miejsce, że nie mogę wiecznie tułać się z Helmutem. On nie zagłębiał wiary coraz to bardziej, jedyne co zagłębiał to swoje mizerne przyrodzenie... nie mogłam dłużej tego znieść. Wiedziała, że muszę kiedyś odejść... - podniosła wzrok, szukając oczu najemniczki, by ocenić jej reakcję. Rosalia zamierzała utrzymać równowagę między szczerością a ostrożnością. Jej historia była prawdziwa, ale teraz zmierzała już w niepewne terytorium. Nie chciała w dalszej części swojej opowieści zdradzać całą prawdę. Chciała wykorzystać wszystkie znane sobie sztuczki, by zyskać zaufanie interlokutorki. Używając etykiety, chciała pokazać, że szanuje najemniczkę, a wtrącany czasem subtelny flirt miał zbudować nić porozumienia. Jednocześnie jej aktorstwo - drżenie głosu, spojrzenia pełne emocji - miało wzmocnić opowieść i wzbudzić w wynajętej przez Helumuta kobiecie - zrozumienie. Obserwowała każdy gest kobiety, każdy grymas na jej twarzy, gotowa dostosować się do jej reakcji. Jeśli uda jej się zasiać wątpliwości co do słuszności zlecenia Helmuta, być może zyska znów wolność albo coś więcej - niespodziewaną sojuszniczkę.

      - Pewnej nocy miałam sen - proroczy, jak sądzę. Wizję od jednego z Bogów... przyszła do mnie pewna kapłanka... - zawahała się, świadomie pomijając imię Slaanesh - Pokazała mi to miasto, Neus Emskrank i od razu poczułam, że to moje przeznaczenie. Gdy się obudziłam wciąż czułam dokładnie to samo co w śnie. Był nawet bardziej realistyczny niż dzisiejszy dzień... - zrobiła wymowną pauzę, wzięła głęboki oddech i kontynuowała znów bardziej kokieteryjnie.

      - Nie wiem jeszcze, co dokładnie mnie tu czeka, ale osiadłam tutaj, znalazłam pracę i próbuję zrozumieć, dokąd zmierzam. Chcę tylko spokoju od ludzi, którzy udają kogoś kim nie są... i możliwości decydowania o sobie. - jej ton stał się łagodniejszy, niemal proszący, ale w oczach błysnęła iskierka flirtu kilkukrotnie.

      - Nie wyrządziłam żadnej krzywdy Helmutowi... Zdaje mi się, że gdybym została mógłby skończyć się jego swego rodzaju kult. Na pewno nie chcę wracać do tamtego życia, w którym jestem czyimś trofeum, a nie uczniem czy partnerem. - Rosalia przechyliła głowę, jej spojrzenie nabrało ciekawości.

      - Ale dość o mnie. Powiedz mi, skąd znasz Helmuta? Jesteście starymi znajomymi, czy to tylko zlecenie? Nie kojarzę Cię, a z grupą Helmuta znałam się jeszcze jak przebywali w Bechofen... - Zniżyła głos, dodając mu odrobinę figlarności.

      - I czym się zajmujesz? Wyglądasz na kogoś, kto zawsze dostaje to, czego chce. - Rosalia zrobiła krótką pauzę i kontynuowała, jakby to Ona przejmowała śledztwo

      - Jak mnie znalazłaś? Myślałam, że dobrze się ukryłam - uśmiechnęła się lekko i mówiła to w ten sposób aby wybrzmiało, że podziwia umiejętności kobiety. Na koniec spojrzała jej prosto w oczy - I powiedz mi, dlaczego w ogóle mnie słuchasz? Pieniędzy to ja Ci więcej nie zaoferuje niż Helmut... jeśli chodzi o inne rzeczy to już inna rozmowa... Helmut jak się jakimś cudem dowie, że go wykiwałaś, to zapłaci komuś innemu, ale już za dwie głowy... chyba, że to My, damy jemu jakąś nauczkę... a może chcesz lepiej poznać Neus Emskrank, z moją pomocą?

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Online
        SantorineS Online
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #221

        Oryginalny autor: Lord Melkor

        Umysł Joachima rozważał możliwości, musiał szybko podjąć decyzję, czego nie lubił.

        - Może i dobrze uciec do lasu. A wiesz co z Fenkiem i pozostałymi… demon którego przywoływali wymknął się spod kontroli.

        - Wątpię aby któryś przeżył mój panie. Jak cię wynosiłem po drabinie to nie wiem czy jeszcze ktoś żył w tej piwnicy. - Gunter był wyraźnie wątpiący czy poza nimi dwoma ktoś jeszcze przeżyłby walkę z demonem.

        - Chcesz się przejmować trupami? - Zapytała zirytowana Darcy patrząc na maga ponaglającym tonem. Może jeszcze nie było słychać walenia strażników w zamkniętą bramę ale skoro jechali w tą stronę to czasu na działanie albo ucieczkę spiskowcy mieli niewiele.

        Ucieczka wydawała się być najbardziej rozsądnym pomysłem, ale żal było mu zostawiać artefakt…

        - A widzialeś co się stało z figurką przedstawiającą demona? One jest cenna. A i sam demon, odszedł? - astromanta zadał pytanie.

        - Nie wiem panie. Tam było pełno dymu. Ale coś tam się świeciło, może ta figurka, nie wiem. Dźwigałem cię panie aby cię uratować. A czy ten demon tam jeszcze jest czy nie to nie wiem. Jakoś wyciągnąłem cię stamtąd i nic mnie nie atakowało. A jak zamykałem klapę to było cicho. - Gunter streścił nieco dokładniej jak wyglądało wyciąganie z piwnicy, nieprzytomnego maga.

        - Ja stąd też nie słyszałam stamtąd jakichś hałasów jak tu się wylegiwałeś ale na pewno nie zamierzam tam wracać. To się mogło gdzieś przyczaić na każdego kto tam wejdzie. - Blondynka dała znać, że jej nie zależy na czymkolwiek z piwnicy zwłaszcza jak nie było pewne czy ta niebezpieczna poczwara wciąż tam jest.

        Joachim postanowił jednak zaryzykować. Może zdąży przed strażnikami, a jak nie, to wierzył że jest w stanie ich zagadać, że jest tutaj ofiarą, która się uwolniła.

        - Poczekaj chwilę na mnie Gunther, to figurka jest ważna, wróce się po nią. A demona raczej już tam nie ma, myślę, że wrócił do domeny Pana Przemian- stwierdził, wracając się do piwnicy.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Online
          SantorineS Online
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #222

          Oryginalny autor: Pipboy79

          Oryginalny tytuł: Tura 55 - 2519.07.21; abt; zmierzch

          Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
          Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
          Warunki: - na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

          Egon

          Imperialny gladiator znów miał okazję dostrzec podobieństwa między zachowaniem Norsmenów od różnych patronów a imperialnymi kultystami do jakich przystał w zeszłym roku. I tu i tu sukces jednej z frakcji wywoływał niechęć u pozostałych. Tak było i teraz w sporze o Helgę. Gdy Egon się wypowiedział za tym aby ją oszczędzić i przynajmniej na razie nie zasiewać jajami Oster zobaczył całą gamę reakcji u swoich towarzyszy.

          - Właśnie, słuchajcie Egona, on jest stąd i zna się na rzeczy! Chodź tu Helga. - Astrid była rozpromieniona tym, że wsparł jej pomysł. A natura też jej nie poskąpiła atutów.

          link: https://i.imgur.com/rCtHJ7O.jpeg

          Wezwała do siebie blond niewolnicę a ta podeszła do niej bez wahania. W ten sposób obie znalazły się przy południowcu. - Widzisz, Egon ci ocalił żyć i życie. Okażesz mu swoją wdzięczność prawda? - Zapytała zniewoloną kobietę.

          - Oczywiście Astrid. - Helga uniosła głowę aby obdarzyć gladiatora obiecującym, wdzięcznym spojrzeniem. Chyba zdawała sobie sprawę, że sama córka wodza mogłaby mieć za mały wpływ aby postawić na swoim co do losu niewolnicy i to właśnie ten wojownik z południa przeważył szalę.

          - Mam nadzieję Egonie, że nie masz ochoty dziś spać samotnie i twa jurność jest równie wielka jak twoje mięśnie. - Astrid uderzyła we flirciarski ton pieszczotliwie przesuwając swoją dłonią po piersi południowca. Ale chociaż zyskał uznanie w ich oczach to pozostali Norsmenowie dali mu odczuć, że niekoniecznie są zadowoleni z jego decyzji.

          - Siew jaj Oster to wola Sióstr, bogów, Mergi i waszego Starszego. - Rzuciła rozzłoszczona Raisa. - Poza tym nic jej nie będzie. Ponosi je w sobie parę dni gdy będzie nam służyć. Potem wyda na świat nowy błogosławiony miot i cały czas będzie nam służyć. Jak chcesz to przecież cały czas będziesz mógł ją chędożyć. - Wiedźma starała się przekonać go do zmiany zdania dowodząc, że wpływ noszenia w sobie błogosławionego daru jednej z Sióstr nie wpłynie na przydatność niewolnicy.

          Bjorn też okazał swoje niezadowolenie. Egon nie musiał znać norsmeńskiego aby domyślić się, że mu złorzeczy za brak chęci skrócenia niewolnicy o głowę i podarowania krwawej patronce jej czaszki. Tu nie bez cienia złośliwości gladiatora poparła córka wodza.

          - Krwawy Ogar i służąca mu Norra lubi ofiary zdobyte w walce albo polowaniu a nie ścinanie bezbronnych niewolnic. - Rzuciła mu w reikspiel ale potem przetłumaczyła to na norski. Lars zaś po zastanowieniu nie robił mu wyrzutów.

          - Może i tak będzie lepiej. Ściąć jej głowę zawsze zdążymy tak samo jak i zasiać tymi jajami. - Uznał w końcu, że pomysł Astrid wsparty przez Egona jest obecnie najbardziej uniwersalny. Ale przybycie Zoga i jego wieści o nietypowej sąsiadce na plaży skutecznie odłożyło ten konflikt o niewolnicę na później.

          Po krótkiej dyskusji Norsmeni przystali na plan Egona. Wydawał się być rozsądnym kompromisem między ciekawością a ostrożnością. Naga piękność na mokrej, ponurej plaży pobudzała ciekawość i lędźwie ale też była tak nietypowa na tym pustkowiu, że ostrożność i podejrzliwość wydawały się wskazane.

          “Pójdę wydmami” Usłyszeli “głos” Zoga. I zwiadowca z łukiem zwinnie ruszył wzdłuż wydmy kierując się w stronę stałego lądu. Trzy kobiety zgodziły się poczekać na wynik pierwszego kontaktu. Z czego Raisa była chyba zadowolona i podejrzliwa co do nieznajomej, Astrid trochę zniecierpliwiona i zaciekawiona ową pięknością a Helgi jak zwykle nikt o zdanie nie pytał. Lars przystał na ten plan chociaż chyba trochę żałował, że nie będzie pierwszym który obejrzy sobie nagą plażowiczkę z bliska bo nawet stąd zapowiadała się bardzo ciekawie. Za to Bjorn był zadowolony i mlasnął językiem jakby już smakował ową nieznajomą.

          Wyszli więc zza wydmy we dwóch. Imperialny gladiator i norsmeński barbarzyńca. W miarę jak się zbliżali do nieznajomej Bjorn zdradzał coraz większy entuzjazm do szybkiego zaznajomienia się z obcą kobietą. Co wydawało się zrozumiałe. Im byli bliżej tym więcej powabnych szczegółów było widać. Długie, zgrabne nogi zakończone bosymi stopami. Pogrążone w plażowym piasku tylne krągłości, bezwstydnie obnażone biodra i łono, płaski brzuch, odkryty pełny biust jakby stworzony do zabawy, łabędzia szyja, piękna i dostojna twarz i czarno-granatowe włosy uplecione w liczne, grube warkocze jakie z odchylonej głowy spływały aż do szarego, mokrego piasku.

          Gdy pokonali ponad połowę dystansu od wydmy zza jakiej wyszli Egon poznał ją właśnie po tych włosach. Czarne z granatowym połyskiem uplecione w nietypowe, liczne grube warkocze. To była lady Soria. Bożyszcze jego koleżanek z kultu. I podobn córka samej Soren, jednej z czterech Sióstr jakie kult i Merga chcieli sprowadzić na ten świat. Ta nadnaturalna istota potrafiła przybrać formę powabnej śmiertelniczki co właśnie widział teraz na własne oczy ale i zdarzało mu się widzieć podczas orgii w prywatnym lochu Pirory gdzie milady się nie oszczędzała i była duszą towarzystwa. Jednak wedle słów choćby Joachima czy Łasicy potrafiła też przyjąć formę wężowej syreny i była wówczas o wiele potężniejsza. Zresztą podczas napadu na świątynię Mananna w jakiej Egon też brał udział widział ją jak rąbała kruczych gwardzistów Morra jacy tam stacjonowali i wówczas radziła sobie nie gorzej od niego. Mimo, że wyglądała jak wiotka, zmanierowana szlachcianka a napad zdawała się traktować jak ekscytującą przygodę i przyjemną odmianę od balów i romansów. I właśnie ona leżała sobie samotnie na plaży czekając aż do niej podejdą.

          - Oh, cóż za wspaniali wojownicy dziś mnie odwiedzili. Bogowie zapowiedzieli mi, że dziś spotkam na plaży wyjątkowych gości. Witaj Egonie, miło cię znów widzieć. Cieszę się, że wróciłeś. Kim jest twój kudłaty kolega? - Nie zmieniła pozycji i dalej bezwstydnie leżała nago na mokrym, szarym piasku kusząc swoimi obnażonymi wdziękami. Bjorn pożerał ją wzrokiem ale słysząc reikspiel o coś zapytał towarzysza. Zaś milady słysząc to pytanie odezwała się w norsmeńskiej mowie. Zaskoczyło to niedźwiedzia z północy bo warknął do niej coś rozkazująco. Co wywołało rozbawienie na ustach milady.

          - Mam ci pokazać co mam między nogami? No dobrze. Mam nadzieję, że wy pokażecie mi również co tam skrywacie. Uwielbiam norsmeńską żywiołowość. Ale to może później bo mam nadzieję, że wspomożecie mnie w pewnym szlachetnym zadaniu. Chodzi o walkę więc myślę, że wam obu powinno się to spodobać. - Soria potrafiła zachować dostojeństwo nawet gdy leżała nago na plaży. A przy tym kusić słowem i spojrzeniem. Jakby na zachętę rozchyliła swoje gładkie uda ukazując obu mężczyznom swoje łono. I flirtowała z nimi bez skrępowania. Jednak okazało się, że nie tylko o figle na plaży jej chodzi. Zapewne coś podobnego mówiła do Bjorna bo przeszli na norsmeński. On jakby na moment otrzeźwiał i coś się zapytał. Ona zaś wskazała swoją bosą stopą gdzieś na kipiel oblewającą wraki statków i skały wystające z morza. Widząc zaś, że obaj rozmawiają z naguską do dwóch wojowników dołączyła większość ich towarzyszy. Brakowało tylko Zoga i nigdzie nie było go widać.

          - Co się dzieje? - Zapytał podchodząc do nich Lars. I stanął obok z lubością obserwując nagą Sorię. Astrid nie ukrywała swojego zachwytu i w oczach zapłonęły jej ognie lubieżności. Jedynie Raisa wydawała się obojętna na wdzięki nagiej kobiety.

          - Zasiejmy ją. Ona nie jest od nas. - Mruknęła licząc, że może ten pomysł zyska poparcie pozostałych skoro na razie nie udało się jej ani z Astrid ani z Helgą.

          W mieszaninie dwóch języków szybko jednak okazało się z kim mają do czynienia. Soria nie tylko pierwszą dwójkę przywitała jako dobra choć lubieżna gospodyni. A świadomość kim jest wywołała różne reakcje u Norsmenów. Astrid była zachwycona jeszcze bardziej niż samym widokiem nagiej kusicielki.

          - Czcigodna Merga podarowała mi twojego węża i jak tylko o tobie usłyszałam to chciałam cię poznać i służyć pod twoją komendą! - Zapewniła gorliwie córka norsmeńskiego jarla. Wywołało to uśmiech zadowolenia na twarzy nagiej milady.

          - Oczywiście Astrid, chętnie wezmę cię pod swoje skrzydła. I pod siebie. Złóż mi hołd. - Wężowłosa uniosła stopę a Astrid bez wahania uroczyście ją pocałowała. Po czym wezwała znów Helgę aby uczyniła to samo. Pozostali Norsmeni też okazali szacunek córce jednej z Sióstr o jakiej słyszeli jeszcze w Norsce od Mergi. Ale nie aż tak entuzjastycznie jak zrobiła to córka wodza. Może dlatego, że obrali sobie za patronki inne Siostry. Lars skłonił się z szacunkiem leżącej milady i powiedział, że cieszy się z tego spotkania z tak piękną kobietą. Raisa tylko skinęła głową mówiąc, że to zaszczyt chociaż w ogóle nie zdradzała radości ze spotkania. Zog nadal się nie pojawiał a Helgi o zdanie nikt nie pytał. Bjorn burknął coś i wzruszył ramionami. Do niego właśnie odniosła się naga kusicielka mówiąc najpierw po norsmeńsku a później w reikspiel.

          - Oczywiście, że będzie chędożenie. Byłabym niepocieszona a nawet obrażona gdybyście odmówili mi tej odrobiny przyjemności spółkowania ze śmiertelnikami. Ale najpierw muszę was prosić o przysługę w pewnej zaszczytnej sprawie. - Kusicielka wreszcie wstała i okazała się smukła i wysoka. Zrobiła kilka kroków w stronę styku plaży i morskiej kipieli.

          - Odkąd nas opuściłeś Egonie sporo się działo w mieście. Mieliśmy dużo wydatków. Zwłaszcza Pirora i Fabienne musiały sypnąć groszem aby pozyskać z hospicjum obiecujących pacjentów co zdają się być kluczami i ścieżkami zmierzającymi do naszych wspaniałych Sióstr. Dlatego chciałam pozyskać nieco funduszy na dalsze inwestycje. - Naga milady stała wśród ubranych Norsmenów i patrzyła na wraki statków o jakie rozbijały się morskie fale. O tych pacjentach Egon słyszał jeszcze przed napadem na świątynię Mananna i podróży do Norsci. Otto tam pracował i przynosił wieści o tych kilkoro pacjentów jacy zdawali się być wybitnie podatni na głosy którejś z Sióstr. Słyszał też, że właśnie głównie Pirora i Fabienne, jako szlachcianki i damy ze śmietanki towarzyskiej miasta, sypnęły groszem aby wziąć tych obiecujących pacjentów pod opiekę. Dzięki czemu stali się bardziej dostępni dla kultu. Obie zapewne to odczuły na tyle, że Soria postanowiła udać się tutaj aby zdobyć nowe fundusze. Tylko jeszcze nie było wiadomo jak bo nie było tu widać nic prócz szarej plaży, ponurego nieba, bagien za plecami i morskiej kipeli przed sobą.

          - W tamtym wraku swego czasu umieściłam nieco skarbów. - Wskazała na któryś z wraków oddalony sporo od wybrzeża i oblewany przez wzburzone fale. - Niestety jak zajrzałam tam teraz okazuje się, że zagnieździły się tam sługi Mananna. Kraby. Mają tam swoje gniazdo. Dla mnie samej to trochę skomplikowane zadanie. Ale z waszą pomocą powinno się udać. - Tłumaczyła aksamitnym tonem jaką widziała ich rolę w tym zbożnym dziele.

          - Popłynę tam i odciągnę matki. Większość powinna pójść za mną aby bronić gniazda. Zostaną te małe kraby. Oraz skrzynie ze skarbem. Będziecie musieli tam dotrzeć, przedostać się do tych skrzyń i zabrać je. No i pozabijać to co stanie wam na drodze. Potrzebujemy tych funduszy aby rozwinąć skrzydła w mieście. - Wyjaśniła im jak widzi podział ról w tym zaszczytnym zadaniu zdobycia funduszy.

          - Po wszystkim obiecuję wam chędożenie i figle na jakie tylko będziecie mieli ochotę. Kto się najbardziej zasłuży temu odwdzięczę się pierwsza. Ale o reszcie też nie zapomnę. No i oczywiście po powrocie do miasta przedstawię wasze wyczyny w odpowiednim świetle. - Obiecała im to jako nagrodę za udział w tej misji. To się spodobało wszystkim, może oprócz Raisy bo wiedźma chyba rzeczywiście nie była zainteresowana chędożeniem więc nie zdradzała entuzjazmu. Jednak nawet ona nie odważyła się odmówić prośbie kogoś tak wyjątkowego.

          - O tak! Znów będę przelewać krew, rabować złoto i chędożyć niewiasty! - Zawołał Lars któremu takie zadanie bardzo przypadło do gustu.

          - Ja mogę rabować złoto i chędożyć niewiasty! - Astrid dorzuciła swoją rezolutną i wesołą ripostę. Lars, Bjorn i Astrid byli chętni ruszyć na tą przygodę. Ale widok kotłujących się fal nieco ostudził ich początkowy entuzjazm. Pojawił się też Zog jaki “powiedział”, że też ruszy razem z nimi. Pierwszych dwóch Norsmenów wyglądało na krzepkich wojowników. Zod wydawał się żylasty ale miał łuk więc mógł razić przeciwnika na odległość.

          - Trzeba będzie jakoś dokicać do tego wraku. - Lars próbował ocenić czy przeskakując ze skały na skałę, z wraku na wrak da się dotrzeć do wskazanego przez milady wraku. Wyglądało to na do zrobienia chociaż i ryzykowne zadanie. Jeśli ktoś miałby pecha wpadłby w tą wodną kipiel. Raisa wydawała się zbyt stara i niezdarna aby brać udział w tej eskapadzie. Ale była gotowa ich wspomóc w inny sposób.

          - Przyzwę wam sprzymierzeńca który będzie walczył za mnie. - Szpetna starucha burknęła i odeszła od grupki na bok. Zaczęła wyjmować coś ze swojej brudnej torby i przygotowywać rytuał.

          - Weźmy też Helgę. Może walczyć nie będzie ale skarby będzie mogła brać. - Zaproponowała córka wodza wskazując na blondwłosą niewolnicę. Ta energicznie pokiwała głową.

          - Mogę wam się przydać, zrobię co zechcecie! - Zapewniła gorliwie jakby chciała udowodnić, że żywa im się przyda bardziej niż martwa. Lars i Bjorn popatrzyli na nią krytycznie coś nie kwapiąc się aby zawierzyć sukces misji niewolnicy. Nawet broni nie miała oprócz małego noża jakim oprawiała ryby i przygotowywała posiłki.

          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
          Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
          Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

          Otto

          Jednooki mnich przemierzał ulice Neus Emskrank. Niedawna mżawka pozostawiła po sobie kałuże i nadmiar wilgoci jaka wsiąkła w błoto i koński nawóz. Co jakiś czas musiał przechodzić po mokrych, brudnych deskach jakie rozłożono na tym błocie aby łatwiej było je pokonywać. Chociaż trzeba było uważać aby nie ześlizgnąć się w to paskudztwo na śliskim drewnie. Długi, letni dzień jeszcze trwał ale pierwsi sprzedawcy już zaczynali zamykać swoje sklepy a rzemieślnicy warsztaty. Idąc z hospicjum miał okazję aby przemyśleć sobie ostatnie wydarzenia.

          - He he, na pewno chcesz abym mówił, że ta pałka to dla ciebie? - Pacjent zarechotał pokazując wyrzeźbiony kawałek drewna. Właściwie to już teraz przypominał męskie przyrodzenie w stanie wzwodu. Ale poza tym żartem to Niklas obiecywał, że jak jutro będzie miał tyle czasu co dzisiaj to powinien dokończyć zabaweczkę dla lubieżnych szlachcianek. Wygładzi ją i wyszlifuje. Z tymi paskami do mocowania nie był pewien czy znajdzie coś odpowiedniego. Ale ogólnie był dobrej myśli.

          - No dobra, jak chcesz to możemy go posłać do warsztatu. - Bracia z hospicjum też jakoś nie stwarzali trudności jednookiemu koledze. Trochę się zdziwili czemu Niklas miałby pracować w warsztacie ale nie dopytywali się za bardzo. Obiecali, że jutro go tam przydzielą. Więc ta sprawa też wydawała się być załatwiona pozytywnie. A teraz mnich musiał przejść przez miasto kierując się ku rzece aby dotrzeć do dzielnicy portowej gdzie znajdowała się ulubiona tawerna Łasicy. Jak się nie było z nią umówionym to był to najpewniejszy adres aby jej szukać albo chociaż zostawić wiadomość.

          Gdy zbliżał się do budynku słyszał już gwar jaki z niej dobiegał. Była to jedna z popularniejszych portowych tawern więc nic dziwnego, że pod koniec dnia zaczynało być tam głośno i tłoczno. Przed frontem było jakieś zbiegowisko na zabłoconej ulicy. Z tuzin osób obserwowało walkę dwóch marynarzy albo łotrów co widocznie pięściami chcieli sobie coś wyjaśnić. Improwizowana widownia a może towarzysze walczących żywo komentowali te zmagania i kibicowali swojemu faworytowi. Jednak wśród nich mnich nie dostrzegł żadnych znajomych twarzy. Za to widząc mnisi habit kilka osób przyjrzało mu się dokładniej. Jak otworzył drzwi okazało się, że też jest wesoło.

          link: https://i.imgur.com/bY167va.jpeg

          Mieszanina ludzi morza, ladacznic i typów spod ciemnej gwiazdy sprawiała, że zawsze w “Mewie” było barwnie i gwarnie. Większość stołów była obsadzona przez różnych obwiesiów. Oficerowie i szlachta raczej tu nie przychodzili. Ale zwykli marynarze tak i to w znacznej liczbie. Podobnie półświatek odwiedzał to miejsce aby się rozerwać albo ubić kolejny podejrzany interes. Tanie, drewniane lub gliniane kufle uderzały o blaty stołów lub o siebie nawzajem. A stoły były zrobione z grubych, solidnych desek aby wytrzymać ten entuzjazm i karczemne burdy. Jedni grali w kości inni w karty, ktoś czynił awanse jakiejś ślicznotce. Ladacznice miały dobre branie w tym towarzystwie i pewnie część widocznych kobiet siedząca na ławach razem z gośćmi nie adorowała ich za darmo. Pomiędzy tym gwarnym chaosem uwijały się kelnerki roznosząc na tacach kolację, kubki i kufle a znosząc na zaplecze opróżnione naczynia. Nie było tu łatwo znaleźć konkretną osobę ale na szczęście za szynkwasem urzędowała blondwłosa Corette jaka była koleżanką obu łotrzyc z kultu i ich kontaktem w tym miejscu. Mnich w końcu dotarł do niej z pewną pomocą swojego habitu. Widocznie nie był to popularny w tym miejscu ubiór i zwracał na siebie uwagę.

          - Nie pomyliłeś drzwi braciszku? To nie świątynia! - Zawołał do niego jeden z siedzących marynarzy a koledzy wybuchli śmiechem.

          - Jak gardło suszy to i mnisi nie wybrzydzają! - Inny też dołożył swoje trzy pensy do tych złośliwych komentarzy.

          Ostatecznie jednak ubiór mnicha był rozpoznawalny i wzbudzał na tyle szacunku, że poza okazyjnymi szyderczymi uwagami Otto przeszedł cało do szynkwasu. I tam mógł zapytać blondwłosą Corette o swoje koleżanki.

          - Łasicy to dzisiaj nie widziałam ale jeszcze wczesna pora. A Burgund to tam siedzi przy oknie. - Barmanka wskazała mu kierunek pod ścianą. Tam przy jednym z licznych stołów siedziało rozbawione towarzystwo. A jedną z kobiet była właśnie partnerka fioletowowłosej łotrzycy. Otto zdawał sobie sprawę, że obie koleżanki często działały razem a nawet jeśli nie to zwykle jedna była zorientowana gdzie może być ta druga.

          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; ??; opuszczona kamienica
          Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
          Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

          Rosalia

          - Sporo pytań jak na kogoś kto jest porwany i przywiązany do krzesła. - Ciemnowłosa najemniczka wyglądała na rozbawioną końcową falą pytań jakie Rosalia jej posłała. Słuchała jednak jej wypowiedzi w skupieniu. Wydawała się ważyć w głowie jej słowa. Bawiła się podróżnym kubkiem leniwie przechylając go to w jedną, to drugą stronę. Korzystając z chwili ciszy porwana zauważyła, że mżawka jaka padała dotąd się skończyła. A siedziały w kuchni. Zaniedbanej i porzuconej lata temu. Wciąż jednak pod ścianą stał częściowo zdewastowany kredens, w rogu stał piec który miał kilka ozdobnych kafli. Cycata syrena, groźna ośmiornica, statek prujący fale, wyskakujący z wody delfin. Na podłodze leżał jakiś brudny garnek ozdobiony motywem morskich fal. Na stole przy jakim siedziała nieznajoma Rosalia dostrzegła lampę oliwną w kształcie smukłej syreny grającej na lirze. A ogień zapewne musiał tlić się na czubku jej ogona. Fantazja podpowiadała w jakie ciekawe miejsca można by wsadzić ten gładki ogon. Pod oknem leżał przewrócony kandelabr z ułamanym jednym ramieniem. Kuchnia wydawała się być wielokrotnie splądrowana odkąd dawni mieszkańcy przestali ją użytkować.

          link: https://i.imgur.com/sonGJBH.jpeg

          - Czyli jesteś tu z powodu snu. Snu o tym mieście i jakiejś kapłance. - Podsumowała to co usłyszała od kelnerki o powodach jej ucieczki. Ta zdała sobie sprawę, że najemniczka może jej nie uwierzyć. Sen to nie było coś materialnego co można było komuś pokazać albo przywołać świadka aby potwierdził słowa czy opis wydarzeń.

          - I dlatego rzuciłaś Huberta i jego przyjaciół? Opowiedz mi coś więcej o tym śnie. Coś już ci się sprawdziło skoro już tu przybyłaś? Spotkałaś tą kapłankę ze snu? - Ciemnowłosa chciała się dowiedzieć czegoś więcej o tym tajemniczym śnie więc chyba jeszcze nie miała wyrobionego zdania na ten temat. I wydawała się być nim zaciekawiona.

          - Ależ z ciebie niewdzięcznica. Już nie pałasz miłością do Helmuta? I jego przyrodzenia? - Nieznajoma popatrzyła na nią kpiąco gdy to mówiła i wydawała się świetnie przy tym bawić. - Nie wiem czy zgodziłabym się, że jego przyrodzenie jest takie malutkie ale wiem, że bardzo mu zależy na tobie. Aby znów cię zobaczyć. Bardzo przeżył twoje zniknięcie. I zapraszał cię ponownie. Obiecywał, że nie zrobi ci krzywdy i chce abyście znów byli przyjaciółmi. - Teraz mówiła jakby przekazywała słowa lidera hedonistycznego kultu. I wydawała się ciekawa reakcji przywiązanej do krzesła kobiety.

          - Ale obawiałam się, że spanikujesz jak tylko padnie jego imię więc musiałam cię zaprosić na rozmowę tak aby nikt nam nie przeszkadzał. - Wyjaśniła jaki był jeden z powodów siłowego “zaproszenia” Rosalii na to spotkanie. - On też mi wspominał coś o dziwnych snach. Tak jak i ty. Właśnie dlatego tu jestem. Nie tylko wy macie nietypowe sny. - Skinęła swoją czarną głową podkreślając, że czeka na więcej szczegółów o snach kelnerki.

          - A zlecenie na ciebie wzięłam od Helmuta przy okazji. Po starej znajomości. Zajechałam na stare śmieci no i wypłakał mi się w rękach jak go jedna niewdzięczna siksa zdradziecko potraktowała. Bo szukam kogo innego. Kobieta. Uczona albo nawet mag. Też zmierzała do tego miasta. I prawdopodobnie już tu jest. Jeśli nie wsiadła na statek i nie popłynęła gdzieś dalej. I też ma ciekawy zwyczaj wypytywania się o sny. Młodo wygląda, liczne czarne warkocze, chodzi na niebiesko albo fioletowo. Po nią tu głównie jestem więc jeśli byś okazała się użyteczna aby ją odnaleźć no to być może miałabym zbyt wiele roboty aby z nią wracać aby jeszcze kłopotać się z jakąś siksą dla Helmuta. - Najemniczka przedstawiła główny powód dla jakiego przybyła do miasta i okazało się, że to wcale nie chodziło o Rosalię. Chociaż dała znać, że gdyby jej się nie udało odnaleźć kobietę o jakiej mówiła to z braku laku była gotowa i zawieźć uciekinierkę wspólnemu znajomemu. Tu znów pojawił się motyw dziwnych snów więc nieznajoma dała znać, że czeka na więcej wyjaśnień o snach jakie miewa przywiązana do krzesła kobieta.

          Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
          Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzche
          Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

          Joachim

          - Pójdę z tobą panie bo ja tą klapę przywaliłem. - Ochroniarz zaoferował swoją pomoc. Na co blond kultystka zareagowała ze złością.

          - Zwariowaliście! Złapią was! - Syknęła do nich ale obaj już biegli na zaplecze. Tam zamiast klapy mag ujrzał przewrócony blatem do podłogi stół a na nim krzesła i jakaś skrzynia. Gunter szybko zaczął przesuwać te rzeczy aby odsłonić klapę. Ta wciąż tam była. Burzooki pierwszy raz widział ją od zewnątrz. Gdy się zbliżył poczuł jak włoski na karku stają mu dęba. Z piwnicy promieniowała spaczona energia, czuł ją nawet tutaj. Skoro jednak mieli do czynienia ze sprowadzoną z innego wymiaru istotą to chyba nie powinno go dziwić. Podoną emanację wyczuwał od chochlików jakie sprowadzał u siebie. I jeszcze wiele godzin po, nawet na drugi dzień je wyczuwał. A jeśli on to pewnie i inni magowie czy co gorsza kapłani. Zresztą magiczne oko wyczulone na eteryczne wiatry mieli nie tylko oni. Widząc, że jego pan jest gotowy Gunter otworzył klapę.

          Widać było ciemność. I powiało ciemnym, fioletowym dymem z drobinkami przypominającymi brokat. Nie był to zwykły opar. Joachim czuł, że promieniuje on mroczną energią. Może to był jakiś skutek uboczny przyzwania demona, może jego resztki czy jeszcze coś innego. Tego nie był pewien. W kwadratowym otworze piwnicy też widać było leniwie przelewający się brokatowy dym.

          - Proszę panię. - Gunter widząc, że w środku jest ciemno wybiegł z pomieszczenia i przybiegł z jakaś wyjętą z pieca szczapą. Była ciepła w dotyku, w polowie osmalona ale płonęła więc można było użyć jej jak pochodni.

          Joachim musiał z pomocą tylko jednej, wolnej ręki zejść po drabinie. Mimo posiadania pochodni niewiele widział z powodu dymu. Jakby szedł przez ciemną, bardzo gęstą mgłę. Płomień coś oświetlał może na krok dookoła niego. Potknął się o coś. Jak spojrzał w dół dojrzał ciało Fenka. Jego talizman zawieszony na szyi emanował pulsującą poświatą. A eterycznym okiem magister dostrzegł, że zakrzywia on moc. Musiał być magiczny albo teraz został tak spaczony, że to robił. Kawałek dalej dostrzegł coś. Chyba nogę. Bo się zaczynała się biodrami i udem odzianym w spodnie. Ale gdzieś jeszcze przed kolanem przechodziła w jakąś nieforemną mackę. Jej dziwne narośla przebijały tą nogawkę. W tym dymie trudno było zorientować się gdzie się znajduje. Bo dotarł do jednej ze ścian ale nie wiedział której. Jak zadarł głowę to nawet nie widział otworu klapy nad głową. Musiał wrócić bo jak pamiętał Fenk ustawił figurkę na jakimś kamieniu który był w centrum małego lochu. Co prawda nie wiadomo było gdzie była teraz, po walce z demonem ale musiał od czegoś zacząć. Zawrócił więc i powoli starał się iść przed siebie. Pomogło mu trzecie oko. Wyczuł, że tam, w tym dymie jest coś co zakrzywia wiatry magii jeszcze bardziej niż medalion lidera kultystów. Minął ciało tego grubasa któremu widocznie próba ucieczki się nie udała. Ogromny brzuch miał rozpruty pazurami. Flaki jakie się z niego wylały zmieniły się w jakieś dziwne, mackowate rośliny które drżały jak na niewyczuwalnym wietrze. Na twarzy zastygł mu grymas przerażenia i bolesnej agonii.

          Joachim znalazł wreszcie leżącą na podłodze figurkę. Na wysokość sięgała mu może od czubka dłoni do połowy przedramienia. Teraz wiedział, że przedstawiała tą maszkarę jaką Fenk przywołał. To ona promieniowała świeżo rozbudzoną mocą. I albo mu się wydawało albo była trochę większa niż to zapamiętał. Ale może mu się tylko tak wydawało? Gdy wziął ją w ręce zosientował się, że na spodzie ma glify w demonicznej mowie. To mogło być imię demona albo modlitwa do niego czy też jakieś zaklęcie. A może jeszcze coś innego, teraz na szybko nie miał czasu się nad tym zastanawiać. I na piersi potwora czegoś brakowało. To mógł być ten talizman Fenka, mógł być fragmentem tego posążka a przynajmniej kolorystycznie pasował i emanwał podobną energią.

          - Mój panie! Strażnicy walą w bramę! - Doszedł go z góry ponaglający głos ochroniarza. Chociaż dalej go nie widział tak samo jak klapy. To musiało być niedaleko bo i cały loch był dość niewielki. Już chciał się ruszyć gdy zorientował się, że nie jest tu sam.

          link: https://i.imgur.com/3KpAGZ6.jpeg

          Kobieta patrzyła wprost na niego. Miała na sobie resztki ubrania i widać było, że została odmieniona przez moce jakie tu szalały. Wciąż je wyczuwał i były silne tak świeżo po emanacji demona. Jego raczej już tu nie było bo promieniował by mocą Eteru bardziej niż figurka jaka go przedstawiała. Ale teraz stał naprzeciwko tej odmienionej kobiety. Miała ciemne włosy i młodą twarz, szczupłą sylwetkę. Tylko na połowie twarzy i głowy wyrosły jej jakieś dziwne narośla. Podobnie widział je na jej ramionach i kto wie gdzie jeszcze. Kucała na podłodze lochu podpierając się ramionami przez co wyglądała dość zwierzęco. Jej oczy wpatrywały się w niego, że aż ciarki go przeszły. Na razie jednak była nieruchoma i milcząca.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Online
            SantorineS Online
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #223

            Oryginalny autor: Santorine

            Egon był zmęczony gadaniną o jajach Oster i skróceniu dziewki o głowę już niemal od samego początku. Głupie pomysły, pomyślał wojownik.

            – Mam nadzieję Egonie, że nie masz ochoty dziś spać samotnie i twa jurność jest równie wielka jak twoje mięśnie.
            – Znajdziesz mnie doświadczonym! – Egon odparł, wspominając wcześniej nałożnice, z którymi był. – Obyś tylko wytrwała, dziewki bez doświadczenia męczą mnie.

            Co do złorzeczenia staruchy i berserkera, puścił ich uwagi mimo uszu. Powiedział swoje, toteż nie zamierzał się tłumaczyć. Jeśli zaś kto chciał kwestionować jego zdanie, mógł się spotkać z Egonem na ubitym gruncie. Bjorn zapewne byłby ciężkim przeciwnikiem, ale i Raisa miała niejedną sztuczkę pod swoim szpetnym, pokrytym zmarszczkami czerepem. Albo Egon będzie w stanie zadowolić swych kompanów, albo też rzecz zakończy się bitką, nie wątpił tego.

            Spotkanie lady Sorii było niespodziewane. Czy kobieta posłużyła się gusłami, żeby wywiedzieć się, kiedy znajdą się w powrotem w Nordlandzie? Lub też, czy też wyruszyła w dzicz bezwiednie, posłuszna sugestii swoich mrocznych patronów? Egon wiedzieć nie mógł.

            – Oh, cóż za wspaniali wojownicy dziś mnie odwiedzili. Bogowie zapowiedzieli mi, że dziś spotkam na plaży wyjątkowych gości. Witaj Egonie, miło cię znów widzieć. Cieszę się, że wróciłeś. Kim jest twój kudłaty kolega?
            – Witaj – Egon odrzekł krótko. – Zwą go Bjorn… – i urwał, bowiem okazało się, że Soria zna także i Norsmeński.

            Kiedy reszta przybyła - Lars, Astrid, Raisa i Helga, bez Zoga, Egon zignorował pytania, kto to jest, wkrótce bowiem reszta miała się przekonać, z kim zacz.

            – Zasiejmy ją. Ona nie jest od nas – rzuciła Raisa.
            – W Neues Emskrank będziesz miała aż nadto okazji na próbę tych twoich jaj – rzekł Egon nieprzyjemnym głosem. Irytowało go bowiem gadanie staruchy, która zdawała się obsesyjnie zafiksowana na jajach.

            Soria tymczasem rozgadała się: mówiła o tym, co działo się w Neues Emskrank od czasu, kiedy Egon je opuścił. Pal licho - myślał Egon - pacjentów z hospicjum. Skarby na starym okręcie? Walka, aby się do skarbów dostać?

            Egon uśmiechnął się, kiedy Soria rzekła swoją część.

            – Popłynę tam i odciągnę matki. Większość powinna pójść za mną aby bronić gniazda. Zostaną te małe kraby. Oraz skrzynie ze skarbem. Będziecie musieli tam dotrzeć, przedostać się do tych skrzyń i zabrać je. No i pozabijać to co stanie wam na drodze. Potrzebujemy tych funduszy aby rozwinąć skrzydła w mieście.
            – Zaiste, będzie, jak mówisz – postawny wojownik skinął głową. Zdało się, że Soria miała jakiś plan we wdzięczeniu się do Egona i Bjorna, dumanie nad tym jednak zostawił na później. – Nie minie ten dzień, a skarb będzie twój!

            – Trzeba będzie jakoś dokicać do tego wraku – rzekł Lars.
            – Przyzwę wam sprzymierzeńca który będzie walczył za mnie – rzekła i Raisa.
            – Weźmy też Helgę. Może walczyć nie będzie ale skarby będzie mogła brać.
            – Mogę wam się przydać, zrobię co zechcecie!

            Egon milczał przez dłuższy czas, ważąc słowa swych towarzyszy.

            – Skoro chcesz się wykazać, dziewko, pójdziesz z nami – rzekł wreszcie Egon, sam nie do końca pewien, czy był to dobry pomysł.

            Choć walka nie była zbyt trudna, to dotarcie do okrętu już mogło stanowić wyzwanie. Sam nie miał zbyt wielkiej koordynacji, ażeby zagwarantować, że każdy dotrze bez szwanku.

            Opowiedział więc o swoim planie:

            – Raisa zostanie na tyłach. Później wyczaruje ten rój. A teraz… Ma ktoś linę? Z hakiem najlepiej?

            Okazało się, że Lars ma linę. Bez haka, ale zawsze coś.

            – Onuż, posłuchajcie no… Zrobimy tak. Pierwszy z nas pójdzie ten najbardziej zręczny. Przewiąże sobie ten sznur na piersi. Jeśli by się stało, że poślizgnie się i będzie spadać, to my go w porę zatrzymamy. Ten pierwszy przywiąże sznur do masztu albo czegokolwiek, co nie zgniło na okręcie. My przywiążemy sznur po swojej stronie, przejdziemy po sznurze, a ostatni z nas zrobi to samo, co pierwszy, tylko na odwrót. Odwiąże sznur po tej stronie i zawiąże sobie na piersi… Rozumiecie? Linę za każdym razem zabierzemy ze sobą.

            – Kiedy będziemy dość blisko, Soria weźmie na siebie wielkie kraby, a Raisa uderzy swym rojem. Oby się przydał! Kiedy rój uderzy, wejdziemy my. Ja, Bjorn, Astrid na przedzie, zaś Zog w odwodzie, za nami. Helga czeka. Walczyć nie będzie, bo bitki nie jest nauczona. Skarby zbierać będzie.

            – Wyrżniemy wszystko i zabieramy tyle, ile możemy unieść. No. Proste? No to do roboty.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Online
              SantorineS Online
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #224

              Oryginalny autor: Seachmall

              Aubentag; zmierzch

              Otto puścił mimochodem uwagi pijaczków.
              Fakt faktem, jego zawód na ogół nie przewidywał uczęszczania do tego typu przybytków. Podziękował Corette za pomoc i poprosił ją o dwa kufle jasnego piwa. Uzbrojony w napitek podszedł do Burgund stawiają kufle na stole, jeden przed nią.

              - Dobry wieczór, moja droga. Pozwolisz, że się przysiądę? - nie czekając zbytnio na odpowiedź mnich usiadł naprzeciwko ladacznicy - Nie zabiorę ci dużo czasu. Szukam Łasicy, muszę ją porwać do Silnorękiego. Sprawy religijne. - mnich uśmiechnął się delikatnie i upił łyk piwa, zapraszając koleżankę, aby też się poczęstowała.

              Kobieta o burgundowych włosach przywitała się z kolegą uśmiechem i przyjaznym skinieniem głowy chociaż reszta towarzystwa popatrzyła na niego zaskoczona. Ladacznica słysząc co powiedział dała mu znać głową aby wstał i poszedł za nią. Zatrzymała się pod jedną ze ścian w pobliżu wejścia do bardachy gdzie nie stały żadne stoły.

              - Łasica jeszcze nie wróciła. Starszy ją wezwał rano. Miał jakiś sen, być może o kimś wrażliwym na zew Sióstr. Prawdopodobnie kobieta. Coś może być związane z posągiem syreny. Znamy gdzie jest jeden więc Łasica tam poszła. Ale jeszcze nie wróciła. A czemu chcesz aby poszła z tobą do Silnego? - Łotrzyca streściła mu co się dzisiaj działo z jej koleżanką i dlaczego obecnie nie ma jej w tawernie.

              - A to ciekawe bo ja mam poszlakę w podobnej sprawie. Córka lokalnych piekarzy i cukierników dostaje sny od Oster. Jutro idę obadać sprawę. Co do Łasicy i Silnego. - mnich chwilę się zastanowił - Planuję zabrać was, moje drogie ladacznice, oraz chłopaków Silnego, na piknik poza miasto. Wy sobie dogodzicie łakociami, a my z chłopakami udamy się upolować niedźwiedzia. - Otto westchnął - Trzeba utrzymać ciepłe relacje w rodzinie. Do tego jest jeszcze sprawa ataku na akademię.

              - No my z dziewczynami coś działamy z tą akademią. Ja i Łasica dostałyśmy się tam jako biuściaste modelki na galiony. To poza pozowaniem z gołymi cyckami może uda się tam rozejrzeć. I myślałyśmy o Fabi. Bo ona jako żona kapitana który jest tam w jakiejś radzie akademickiem może też swobodnie tam przychodzić. I może Odette? Przed Słowikiem Północy wiele drzwi stoi otworem. A Silny i jego chłopaki coś zrobili w tej sprawie? - Łotrzyca od razu odbiła piłeczkę, informując jak zwolenniczki Soren przyłożyły się do wsparcia sprawy wydobycia światełka z akademickich lochów. I to mimo, że nie chodziło o poszlaki związen z ich patronką. Była ciekawa czy łysy mięśniak z kolegami wykazał się taką zaradnością.

              - No ale dobra, jeśli chodzi o chędożenie w lesie to ja bardzo chętnie. Łasica pewnie też. Zresztą za parę dni i tak jesteśmy umówieni na spotkanie z Gnakiem. I Odette też chce iść z nami. A Fabi mówiła, że ma dość tej starej krowy co ją wiecznie szpieguje i nie będzie jej brała tylko Annikę i Marissę. To nam ułatwi organizację bo wystarczy pojechać do rezydencji Rose de la Vega i wieczorem do Zachodnich Kamieni. Nie trzeba będzie nikogo usypiać ani pilnować aby się w nocy nie obudził. - Lubieżny temat wzbudził w niej więcej sympatii, że aż się uśmiechnęła ciepło do rozmówcy. Nie miała nic przeciwko takiej łączonemu piknikowi w lesie ale to przypomniało jej o orgii przy menhirach na jaką byli umówieni z ungorami Gnaka. I widać było, że się niecierpliwi na to spotkanie.

              - I sny od Oster? Córka piekarzy i cukierników? Których? Znasz nazwisko? Bo może ich albo ją znam. Ale jak od Oster to o tych czerwiach? No ale co mi tam, nie jest od nas to niech sobie je wsadza. Chociaż jak ładna to trochę ją szkoda oddawać robakom. - Wzmianka o nielubianej przez nią hodowli skwasił jej minę. Widać było, że dalej jest mu niechętna. Chociaż jeśli chodziło o obcą osobę to aż tak jej to nie drażniło.

              - Lebkuchen. - odparł mnich - I nie nasze miejsce decydować kto do kogo przynależy. - przypomniał kobiecie - A co do pikniku to bez chędożenia. Jeno pyszne jedzenie, wino i może uda mi się załatwić jakieś ziółka do palenia, na rozluźnienie i piękne wizje. - mnich pokręcił głową - Wiesz, że metody patrona Silnego nie sprzyjają chytrości, stąd ich ból i zgorzknienie. Wy, lubieżne kobiety, możecie czcić węża w każdej alejce, salonie, sypialni i nikt nawet nie bąknie, co najwyżej się obruszy. Chłopaki, gdyby dali upust swej religijnej chęci, zrzuciliby nam wojsko na głowy, więc szanujcie ich za wytrwałość dla dobra sprawy.

              - Bez chędożenia? Ty myślisz, że my jakieś mniszki jesteśmy? Chcesz zabrać Silnego i resztę aby sobie poużywali na polowaniu a my mamy grzecznie siedzieć przy winie aż wrócicie? A jak wrócicie to dalej tylko pić wino. A z tego co pamiętam to Silny jak już raczył zawitać do loszku Pirory to jakoś nie udawał eremity. Przemyśl to jeszcze Otto bo mnie to niezbyt się chce iść do lasu aby się Silny poczuł lepiej. - Łotrzyca popatrzyła na mnicha krytycznie i odezwała się w podobnym stylu. Nie ukrywała, że pomysł pikniku z takimi ograniczeniami jej głównej rozrywki w ogóle jej nie pociąga.

              - A Lebkuchen wiem którzy to. Wiem gdzie mają zakład. No faktycznie mają kilka córek a najmłodsza to chyba jeszcze nie jest zamężna. Ale nie gadałam z nimi, nie znam ich osobiście. Widywałam ich na mszy albo na festynach. - Podzieliła się swoją wiedzą na temat rodziny cukierników. I jako osoba mieszkająca w mieście od urodzenia znała chociaż z widzenia bardziej znane osoby.

              - Chodzi o Teofano. Najwyraźniej ona ma te wizje, nie wiem która to jest z ich córek. - mnich zastanowił się chwilę - Wielbienie węża to nie tylko przyjemności z seksu. To rozkosz jedzenia, ciepło wina, piękno sztuki… między innymi. Chcę wam pokazać trochę głębsze prawdy waszej wiary. - przyznał Otto - Dlatego planuje przynieść jakieś lżejsze narkotyki. Szkoda, że nie ma Sigismundusa, to bym jego się poradził.

              - Teo to ta najmłodsza. Ciemne włosy ma, brązowe albo czarne. Nie pamiętam już. - Burgund dotknęła swoich pukli aby zademonstrować włosy o jakich mówiła. - A wielbienie Węża my okazujemy przez seks. Jak coś innego to może być ale bez seksu to nie jest to takie ciekawe. Jak chcesz o sztuce gadać to idź do Pirory, ona jest malarka i lubi takie rzeczy. Mnie bez seksu to nie chce się iść do lasu. Ale dobra, jak przekonasz Łasicę to pójdę. - Dziewczyna o burgundowych włosach dalej nie zdradzała, że przekonał ją do swojego pomysłu. Ale aby nie zbyć go całkowitą odmową zostawiła pewną furtkę na niegocjacje. - I wiesz Otto, my wychodzimy na miasto aby coś złowić i zaciągnąć do łóżka to Silny z resztą też może wyjść aby komuś dać po mordzie. Albo tak jak mówisz wyjść do lasu na polowanie. A z tego co nam Fabi mówiła to Annikę wzywa do lasu jak ma te swoje napady szaleństwa. To może i Silny by się tam wybrał i przestał strugać obrażonego hrabiego? - Łotrzyca okazała się mieć cięty język i potrafiła odbić piłeczkę wskazując na inne wyjścia jakie mogłyby zmniejszyć niezadowolenie Silnego.

              - A Silny to od dawna ma coś do Łasicy. Będzie strugał pajaca póki jej się nie powinie noga i nie zleci z piedestału. Tylko jej porażka i pognębienie go zadowoli. A wiesz jaka ona jest. Nie da sobie w kaszę dmuchać. I co ona ma teraz robić? Wiecznie przepraszać Silnego, że zimą podeszła z Egonem strażników i zrobili dojście do Mergi? Za to, że ją Starszy wynagrodził potem? Czyli co? Nie opłaca się nam aby służyć rodzinie i odnosić sukcesy bo jesteśmy za to zwalczane i karane? Bo Silny czy Tobias będą kręcić noskiem? - W jej głosie dał się słyszeć żal i rozgoryczenie za te objawy zawiści od innych frakcji.

              - Nie o to mi chodzi moja droga. - mnich uniósł dłonie w obronnym geście - Ambicja będzie pchać nas do przodu, ku chwale sióstr. Nie chcę abyście zaprzestawały waszych działań. Jeżeli mogę mieć prośbę, to pomyślcie za naszych braci, dla których myślenie to wyczyn, lub tych, którzy myślą za dużo, aby coś zrobić. - Otto się uśmiechnął - Pomyślcie jak ich wcielić w wasze plany, nauczcie się jak przedstawić te plany, aby się spodobały Silnemu, a żeby Tobias pomyślał, że pomysł jest jego. Ja postaram się utrzymać naszą rodzinę w całości, taki mam cel z tym piknikiem, trochę załagodzić awersje. - mnich poczochrał się po czuprynie - Z tego co na razie wiemy, nie sprowadzimy sióstr pojedynczo, trzeba wszystkie na raz. Więc skupianie się tylko na swojej części kultu nie jest produktywne. Cieszy mnie, że robicie podchody do akademii, teraz pomyślmy jak tam wciągnąć Silnego i resztę, przydadzą się nam na pewno. Wszystko jednak po kolei. - mnich zamknął oko, aby zebrać myśli - Rozumiem, że twe oddanie wężowi przejawia się w rozkoszach ciała. No cóż, nie zabronię ci zabaw podczas pikniku, nie jestem jakimś purystą. Chciałbym jednak, abyście… zaczerpnęły z głębszych prawd. Wąż wie jak czerpać przyjemność z wszelkich źródeł, nawet bólu, ale na to chyba nie jesteście jeszcze gotowe.

              - No i teraz mówisz bardziej po mojemu. - Łotrzyca uśmiechnęła się półgębkiem okazując w ten sposób zadowolenie. - Bo bez chędożenia to ty nas nie potrzebujesz Otto. Do ladacznicy przychodzi się aby poswawolić. Bez tego to możesz otoczyć Silnego jakimiś cnotkami. Pogadaj z Pirorą może ma jakieś nawiedzone koleżanki. Albo ja z Łasicą może jakieś parę chętnych na darmową wyżerkę byśmy znalazły. - Pokręciła głową na znak, że pierwotny pomysł kolegi w ogóle jej nie pociąga.

              - Ale powiem ci, że rozchylone, chętne uda ladacznicy potrafią skutecznie łagodzić spory. Sam widziałeś co u Pirry się dzieje. Albo przy kamieniach. Nie słyszałam aby kopytni kochali ludzi i byli im wielkimi przyjaciółmi. Słyszałam, że im ostatnio odbija i atakują częściej niż zwykle. I co? Trochę ladacznic z rozchylonymi udami widziałeś jak zmieniło ich podejście? Przychodzą do nas jak psy do suki w rui. I to ani te mądre książki Tobiasa ani mięśnie Silnego to sprawiły. Więc ja ci proponuję zrobić piknik towarzyski bez ograniczeń. Kto chce to będzie się chędożył, palił, pił, jadł czy co tam. Nie sądzę aby Łasica spółkowała z Silnym ale poza tym to chyba reszta powinna się dać dogadać. I wtedy oni sobie powojują w lesie jak lubią a my dzielnie obmyjemy ich pot i rany no i zgarniemy swoją pulę. Bo bez chędożenia to mi się ciżm zakładać nie opłaca aby tam iść. - Oznajmiła mu jak ona się zapatruje na tą wspólną wycieczkę w las.

              - A jak wykorzystać mądralę i mięśniaka w planie to zobaczymy. Pewnie w akademii się przydadzą tak samo jak przy świątyni. Pogadam z Łasicą i dziewczynami. Teraz mamy i Fabi i Odette i Kamila je już z ręki Sorii to może coś się wymyśli. - Pod względem opracowania planów wolała jednak uzgodnić to z koleżankami z kultu. Ale ogólnie zarys jaki przedstawił kolega jej się spodobał.

              - To prawda. - przyznał mnich na komentarz co do ud ladacznic - Jednak Silny i reszta czują potrzebę oddania czci krwawemu, więc wasze wdzięki zostawimy na deser. Z tego co rozumiem nic tak nie cieszy mężczyzny jak głaskanie główki i ciepłe słowa po wykonanej robocie. - Otto się uśmiechnął - Jakbyście powiwatowały im jak wyruszą na łów, to byłoby idealnie. - mnich się skrzywił na wieść o zwierzoludziach - Dzieci Chaosu są bardziej podatne na jego zawołania. Słyszałaś o koszmarach, które gnębią mieszkańców miasta. Podejrzewam, że stada zwierzoludzi cierpią podobnie, jeżeli nie gożej. A oni reagują tylko w jeden sposób na niewygody. Podejrzewam, że tak długo jak będzie z wami Soria, będziecie bezpieczne wśród kopytnych. Co do twojego planu, jest o wiele lepszy od mojego, najwyraźniej moja pozycja umiarkowanego środka zasłania mi niektóre możliwości. - mnich postanowił rzucić drobny komplement ladacznicy, niech się czuje dowartościowana - Jeżeli więc, przekazałabyś moją propozycję Łasicy i innym dziewczynom, a nawet Pirorze i damom z dworu Sorii, byłbym wdzięczny.

              - Nie no nie frapuj się tak. - Łotrzyca nieco się zmieszała i na pocieszenie klepnęła go w ramię w przyjacielskim geście. - Się starasz aby zadowolić wszystkich. Przez co zawsze jesteś trochę z zewnątrz. I w takim rozkroku między nami. Ale miło, że wpadasz na nasze orgie i w ogóle. Z tym piknikiem może być. Też nie chcę aby Silnemu odbiło i z kosiorem do nas wyskoczył. A jak się bawił u Pirory to się jakiś znośniejszy robił. No i powiem Łasicy i dziewczynom o tym pikniku. A kiedy byś chciał go zorganizować? - Teraz ona chciała go udobruchać aby się nie gniewał ani nie smucił. I była ciekawa czy ma jakiś dokładniejszy plan na takie spotkanie.

              - Jeżeli nic nagłego się nie zdarzy, to za tydzień. Muszę zorientować się gdzie są dobre tereny łowieckie, zorganizować jedzenie, trunki i inne rzeczy. Dużo pracy i planowania. Zobaczymy jeszcze co Silny powie. - mnich skrzywił się na myśl o spotkaniu z Khornitą - Lepiej pójdę to z nim obgadam. Przekaż Łasicy pozdrowienia ode mnie, no i moją propozycję. - mnich skłonił się ladacznicy i pozostawił ją, by polowała na klientów. Sam ruszył do karty Silnorękiego. Miał nadzieję, że zastanie Khornitę.

              - Za tydzień? No to jeszcze sporo może się wydarzyć. Ale dobra, powiem Łasicy. - Łotrzyca o burgundowych włosach skinęła głową, że przekaże propozycję jednookiego kolegi swojej partnerce. I po chwili zgrabnie wracała między stołami do towarzystwa jakie na chwilę zostawiła. Otto zaś mógł wyjść na zewnątrz i udać się na melinę Silnego.

              Mieszkanie Silnego

              Khornitę zastał w domu. Już tu kiedyś był i na oko niewiele się tu zmieniło. Łysy siłacz otworzył mu drzwi. Obrzucił czujnym spojrzeniem nim odsunął się aby wpuścić go do środka. Zaraz potem zamknął za nim drzwi.

              - Co jest? - Zapytał od razu nie siląc się na finezję.

              - Wybacz, że nachodzę, postaram się nie zajmować dużo czasu. - mnich zamknął oko, aby zebrać myśli, wciągnął powietrze i zaczął swoją propozycję - Wiem, że ty i chłopaki ubolewacie, że nie wolno wam wielbić krwawego tak jak byście chcieli. Mam więc dla was propozycję. Chcę za tydzień zabrać na łowy, może na niedźwiedzia? Dowiedziemy swej siły, poświęcimy czaszkę bestii dla Tronu Czaszek? - Otto starał się zaproponować jak najlepsze elementy swego planu - Do tego, chcę zabrać nasze ladacznice z nami. Nie oczywiście na samo polowanie, wiadomo, że się nie nadają. Ale mogły by wam wiwatować, a po polowaniu, może by przyrządziłyby mięso z waszej zdobyczy?

              Z początku mięśniak nie odpowiedział. Trawił pod łysą czaszką pomysł kolegi. Machnął ręką wskazując mu aby usiadł przy stole jakiemu przydałoby się sprzątnięcie. A sam podszedł do szafki i bez pośpiechu szukał tam czegoś. Znalazł butelkę, jak potrzasnął nią okazało się, że nie jest pusta. W podobnym stylu znalazł jakiś gliniany kubek. Nalał do niego wina i postawił przed gościem. Popatrzył na niego z góry i wziął parę solidnych łyków wprost z butelki. Obszedł stół, odsunął sobie drugie krzesło i usiadł naprzeciwko mnicha.

              - Polowanie? - Zapytał jakby chciał się upewnić czy dobrze rozumie o co chodzi. Prychnął rozbawiony i popatrzył gdzieś w bok. - Może być i polowanie. Chociaż ja to bym wolał skręcić parę karków. Okrom, zwierzoludziom czy innym łapserdakom. Ale polowanie może być. - Przyznał, że mógłby się zgodzić wejść w ten układ jaki proponwał jednooki.

              - A ladacznice? Heh! Pewnie, że się nie nadają! Ale jak nie będą włazić nam pod nogi i rozchylą swoje to może być. - Zgodził się chociaż widocznie nawet nie rozważał koleżanek z kultu jako partnerek we wspólnych zmaganiach. Dało się wyczuć pogardę jaką ich obdarzał. Jak zresztą każdego kto nie umiał się bić i walczyć bronią na jakimś akceptowalnym dla niego poziomie.
              - Na pewno będą uległe wojownikom takim jak wy. - zapewnił mnich i klasnął dłońmi - Dobrze, więc mamy was oboje pozytywnie nastawionych. Teraz będę potrzebował drobnej pomocy i porady. Jesteś chłopak ulicy, na pewno masz kontakt z przemytnikami i innego pokroju rezolutnymi ludźmi. Sądzisz, że uda ci się skołować jakieś narkotyki dla naszych dziwek? Chcę spróbować pokazać im trochę więcej, co do ich wiary. No i jesteś w tym mieście dłużej ode mnie, macie tu jakąś lożę łowiecką? Czy muszę się płaszczyć przed kościołem Taala?

              - Możesz uderzyć do “Kniei”. Tam powinni wiedzieć kto się zajmuje polowaniami. Konrad Jelonek chyba by się nadał. Ale po co chcesz z nimi gadać? Jak to ma być rodzinna wyprawa to po co nam obcy? - Silnemu spodobało się jak kolega grubo określił ladacznice z kultu. Nawet się zaśmiał na tą okoliczność. Jednak chociaż wskazał mu gdzie mógłby się udać po pomoc w organizacji polowania to jednak miał wątpliwości czy to jest konieczne.

              - A z czymś mocniejszym możesz zapytać Onyx albo Sigismundusa. Ona może wiedzieć co używają z klientami u niej w zamtuzie a on to ma sporo zielska u siebie w aptece to może i coś co by się nadało. Jeszcze w “Śledziku” możesz Szybkiego Gunharda zapytać. Powiedz, że cię przysłałem. Też powinien coś mieć. - W sprawie zdobycia egzotycznych używek miał całkiem konkretne namiary i to także w obrębie kultu.

              Otto opuścił rezydencję Silnorękiego w dobrym humorze. Miał plan na najbliższe dni, miejsca do odwiedzenia i osoby do obgadania.
              Wrócił do domu, popisał jeszcze w swoim prywatnym projekcie, zaczął zauważać pierwsze zmiany na okładce i stronach. Niedługo będzie musiał pomyśleć o lepszej skrytce dla tomu, być może zainwestuje w jakiś sejfik? To jednak problem na kiedy indziej.
              Jutro czeka go wizyta w domu Lebkuchen i ocena stanu Teofano, potem najpewniej wróci do hospicjum z raportem. Jeżeli zostanie mu czas to odwiedzi "Knieję"... będzie musiał tylko pomyśleć czemu mnich z hospicjum chce iść na polowanie.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Online
                SantorineS Online
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #225

                Oryginalny autor: Cioldan

                Rosalia zamknęła na moment oczy, wdychając stęchły zapach, i stłumiła strach, który czaił się w jej sercu jak cień w zaułkach portu. Nie była bezradna. Była córką Ostmarku, wychowaną na walce i sprycie, a ta rozmowa mogła być jej przepustką do wolności. Nie była jakaś wyjątkowo zręczna, ale palce wytrenowała w różnych sytuacjach... próbowała więc podczas rozmowy rozwiązać linę, którą była skrępowana.

                Najemniczka siedziała naprzeciw, jej czarne włosy opadały na futrzany kołnierz, a ciemne oczy błyszczały zaciekawieniem, gdy bawiła się metalowym kubkiem. Jej pewność siebie wypełniała pomieszczenie, ale Rosalia wyczuła w niej coś jeszcze – ciekawość, może nawet cień wątpliwości. Wzmianka o Helmucie wywołała w niej raczej niespodziewaną reakcję. Była nieco złośliwa, to pewnie z racji tego, że obecnie jest w pozycji dominującej, ale rozbawienia się nie spodziewała. Sama poczuła momentalnie gorący gniew, jak iskra gotowa wzniecić pożar gdy usłyszała o Helmucie jako kimś kto się troszczył... Ten człowiek, jego obsesja, jego przekonanie, że może ją posiąść – to wszystko było jak trucizna, której smak wciąż czuła na języku. Przecież ten człowiek chciał przekształcić ludzi którzy za nim podążali w jego wyznawców. Chciał się wywyższyć ponad Slaanesha, a do tego nawet podczas zbliżeń dbał jedynie o swoje zachcianki. Jednak słowa o snach Helmuta, a później o tajemniczej uczonej w niebiesko-fioletowych szatach sprawiły, że jej serce zadrgało. Helmut i sny? Nie, on zmyślał, jak zawsze, by manipulować innymi. A ta uczona… może to ktoś jej własnych wizji? Rosalia poczuła dreszcz ekscytacji, jakby Slaanesh szeptał jej do ucha, kusząc, by chwyciła tę szansę.

                Postanowiła mówić, ostrożnie, jak ktoś, kto stąpa po kruchym lodzie. Manipulowała głosem, a jej oczy – bystre i czujne – śledziły każdy gest najemniczki, każdy grymas, każde drgnienie warg. Chciała wzbudzić zaufanie, grając na emocjach, a jednocześnie zaproponować układ, który da jej wolność i szansę na odnalezienie tropów Czterech Sióstr.

                - Owszem sny sprowadziły mnie do tego miasta - zaczęła Rosalia, jej głos był spokojny, ale wibrował pewnością, jakby opowiadała historię, którą zna na wylot.
                - Pewnej nocy, jeszcze z grupą Helmuta, zobaczyłam we śnie kobietę. Wysoką, o oczach, które widziały przez duszę, i głosie, który obiecywał rozkosz .... albo ból. Kazała mi iść do Neus Emskrank. Gdy się obudziłam, czułam jej dotyk na skórze, a w ustach smak krwi. Straciłam nawet ząb, jakby sen był bardziej realny niż dzień, gdyż to w śnie dostałam biczem w twarz... - zrobiła pauzę, patrząc w oczy najemniczki, szukając śladu reakcji.
                - Po przybyciu sny ustały, ale nie na długo. Kilka dni temu znalazłam posąg syreny w zaułku. Dotknęłam go, i przez moment… żył. Kamień stał się ciepły, słyszałam szepty, śmiech, ale przede wszystkim rozkosz, jak w moich wizjach. Wszystko było jakby jawa połączona ze snem, a wtedy nawet nie spałam. To się powtórzyło teraz jak mnie porwałaś i nagle ocknęłam się tutaj... To nie przypadek. To miasto coś kryje, a ja muszę to odkryć.

                - Helmut? Jeśli mówi, że ma sny, to kłamie. Zawsze był mistrzem manipulacji, a nie wizji. Traktował mnie jak swoją własność, jakby moje pragnienia, moja wiara nic nie znaczyły. Uciekłam, bo nie chciałam być jego zabawką. Jego ‘przyjaźń’ to tylko urażona duma, nic więcej. Sama chyba wiesz, że to ogólnie prosty człowiek. - Jej ton stwardniał, gdy wspomniała Helmuta.

                - Ale ty… ty jesteś inna. Mówisz o tej uczonej, może magu, w niebiesko-fioletowych szatach. Czuję, że ona może być kluczem do tego, co mnie tu sprowadziło. Proponuję układ: pomogę ci ją znaleźć. Znam karczmy, zaułki, ludzi w tym mieście. Podzielimy się nagrodą po równo, a ja dorzucę tyle, ile Helmut obiecał za mnie, a może jakieś nieco inne przysługi. Uczciwie, nie sądzisz? - przechyliła głowę, a jej spojrzenie nabrało figlarności.

                Spojrzała prosto w oczy najemniczki, jej głos stał się niemal aksamitny. - Powiedz mi, dlaczego wierzysz, że ta uczona jest tutaj? Widziałaś ją? A może… to nie zlecenie, tylko sny cię tu sprowadziły? - uśmiechnęła się lekko, jakby podziwiała spryt kobiety, ale w głębi duszy wiedziała, że najemniczka poluje na uczoną z rozkazu, nie wizji. Jeśli uda jej się zasiać wątpliwości co do misji i przekonać ją do współpracy, to może nie tylko odzyska wolność, ale i zbliży się do tajemnic, które Slaanesh dla niej przygotował.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #226

                  Oryginalny autor: Lord Melkor

                  Astromanta w służbie Pana Przemian przyglądał się odmienionej kobiecie z dużym zainteresowaniem, zastanawiając się na ile ona stanowi dla niego zagrożenie. Niestety okrzyki jego ochroniarza wskazywały, że nie miał wiele czasu. Zdobycie tej figurki uważał za spory sukces.

                  - Nie obawiaj się, nie chce zrobić ci krzywdy - odezwał się do mutantki uspokajającym tonem i cofając się powoli w stronę wyjścia.
                  - Wychodze stąd, czy chcesz iść ze mną?

                  Kobieta nie odpowiedziała. Kucała przy podłodze w zwierzęcej pozie i uważnie obserwowała maga. Zakwiliła coś na tyle cicho, że nie zrozumiał co. Widział jak wpatruje się w niego gdy ją mijał. Podniosła się gdy stanął plecami do drabiny. Nad sobą widział już jaśniejszy kwadrat otwartej klapy prowadzący na poziom gruntu.

                  - Boli… Boli mnie… Piecze… Łamie… Zobacz co się ze mną stało! - Kobieta wyjęczała cicho ale wydawała się bliska płaczu przygnieciona tragedią jaka ją spotkała. A mogła też czuć ból transformacji jej ciała.

                  - Chodź ze mną, może będe w stanie ci pomóc - Joachim stwierdził, że nic dobrego nie wyniknie z napotkania przez tę nowo przeistoczoną mutantkę oddziału straży. Pewnie zabiliby ją na miejscu. A tak może zasiliłaby szeregi ich Zboru albo tej drugiej grupy kultystów.
                  - Czy ten oddział jest liczny?! - zawołal w górę do Gunthera. Jeśli nie zdąży uciec, pozostałaby albo walka, albo przekonanie strażników że jest ofiarą kultystów, która zdołała uciec.

                  - Czterech konnych! Już walą w bramę! - Z góry dobiegło go ponaglenie Gunthera. Pewnie dwójki w lochu nie widział tak jak oni jego też nie. Odmieniona kobieta popatrzyła na maga przestraszonymi oczami. Ale chyba nie chciała zostać sama w tej ciemnicy. Widząc drabinę prowadzącą do góry złapała się niej i ruszyła do góry. Szła chwiejnie i nie tak szybko jakby można było sobie tego życzyć. Stękała przy tym jakby ciało bolało ją przy każdym ruchu. Z góry do Joachima doszedł zaskoczony okrzyk jego sługi gdy ją zobaczył zamiast niego. Magistrowi znacznie sprawniej poszło wspięcie się po drabinie. Znalazł się w kuchennej spiżarni gdzie pod ścianą wciąż leżał stół jakim wcześniej Gunther zablokował klapę do lochu.

                  - Mój panie, kto to jest? - Zapytał jego sługa wskazując na prawie nagiego odmieńca. Ona zaś stanęła pod ścianą widocznie obawiając się ich obu i ich reakcji. Niepewnie patrzyła to na jednego to na drugiego.

                  - Proszę, nie oddawajcie mnie strażnikom! Zabiją mnie! Nawet jak to nie była moja wina i całe życie byłam pobożna! - Prosiła płaczliwym tonem zdając sobie widocznie sprawę jaki los czekał mutantów z rąk prawych obywateli.

                  Joachim spojrzał nowo przeistoczonej mutantce w oczy, a z jego ust wydobyło się westchnienie ulgi - dobrze, że nie była ona agresywna.

                  - W takim razie chodź szybko za mną, uciekamy do lasu, gdzie możemy znaleźć sojuszników.

                  - Tędy mój panie! Tędy pobiegła Darcy! - Gunther ruszył pierwszy. Wybiegł przez kuchenne drzwi na podwórze. Potem do palisady jaka otaczała gospodę. Od frontu słychać było męskie głosy jakie domagały się aby otworzyć wrota. Służący wystawił złożone dłonie aby pomóc pozostałej dwójce podciągnąć się do górnej krawędzi palisady. Ale i tak wyglądało to nie niezbyt proste zadanie. Blondwłosa kultystka musiała być całkiem sprawna jeśli poradziła sobie bez niczyjej pomocy. Zaś ciemnowłosa mutantka jaka wybiegła za oboma mężczyznami spojrzała z desperacją ale i obawą na zaostrzone pale ogrodzenia.

                  - Jak wysoko. - Jęknęła cicho. Doszedł ich też głos od frontu.

                  - Johan weź zobacz z drugiej strony! - Brzmiało jak polecenie wydane przez któregoś ze strażników koledze. Zapewne aby objechał ogrodzenie. Skoro brama jaka powinna być w środku dnia otwarta była zamknięta to stróżom prawa wydało się to podejrzane.

                  - Gunther szybko, pomóż mi ją podsadzić. - zaaordynował w pośpiechu czarodziej. Sam planował wspomóc się zaklęciem podniebnego chodu, nie był niestety mistrzem w przechodzeniu przez ogrodzenia.

                  Joachim stanął obok palisady jaka otaczała gospodę. Pierwej obaj z Ghunterem podsadzili odmienioną kobietę. Ta albo wciąż była osłabiona przez to co wydarzyło się w lochu albo nie była zbyt zwinna. Bo z trudem poradziła sobie aby nawet z pomocą mężczyzn złapać się zaostrzonych palików, przełożyć przez nie nogę i jeszcze swoje ciało. Wreszcie znikneła im z widoku i na słuch to spadła na ziemię po drugiej stronie palisady. Później przyszła kolej na ochroniarza. Jemu już mógł pomóc tylko jego pan. Jednak i zbrojny nie okazał się wykazywać kocią zwinnością. Ledwo dał radę przeleźć przez czubek przeszkody. Jednak odgłos ciężkiego upadku świadczył, że znalazł się po drugiej stronie.

                  I przyszła kolej na samego Joachima. Zebrał się w sobie ale wiatry magii nie chciały z nim współpracować. Z trudem zaczerpnął z nich tyle aby utkać z niego potrzebne zaklęcie. Jednak udało mu się. Poczuł jak zaczyna unosić się w powietrzu. Jakby wchodził po niewidzialnych schodach. Oszczędziło mu to fizycznej wspinaczki dwójki poprzedników. Dojrzał jak przechodzi ponad zaostrzonymi palami ogrodzenia i schodzi po drugiej stronie. Tu był kawałek zaoranej ziemi zapewne aby zapewnić pas wolny od przeszkód jakie mógłby wykorzystać napastnik. Jeszcze chwila i znalzał się pomiędzy pierwszymi krzakami i drzewami jakie dawału mu jakąś osłonę przed łowcami. A gdy się odwrócił dostrzegł jednego z nich. Pewnie tego co miał objechać ogrodzenie dookoła. Wyjechał właśnie zza narożnika. Zdążyli pokonać tą przeszkdę w ostatnim momencie.

                  Nieco w głębi lasu dostrzegł Gunthera który wychylał się zza omszałego drzewa i machał do swojego pana aby wskazać mu gdzie się znajdują. Po chwili byli we czwórkę. Okazało się, że Darcy też tu czekała na nich. Z ciekawością przyglądała się prawie nagiej mutantce.

                  - To Marlene. Jedna z kucharek. Widzę, że twój stan się troszkę odmienił. I bez ubrania Marlene wyglądasz o wiele lepiej. - Kultystka wydocznie rozpoznała drugą kobietę. Sięgnęła z ciekawością wymalowaną na twarzy aby ja dotknąć ale ta odsunęła się. Blondynka skwitowała to cichym parsknięciem. - Teraz potrzebujesz przyjaciół bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. - Zakpiła z niej wskazując brodą jej dziwne narośla na głowie i ramionach jakie od razu zdradzały, że jest odmieńcem.

                  - Jak sobie chcesz. Wy też. Ja nie zamierzam tu siedzieć aż się tu nowi goście rozpanoszą. A wy? - Blondynka popatrzyła na pozostałą trójkę. Wciąz pomiędzy szparami drzew i krzaków widać był palisadę a jadący wzdłuż niej kawalerzysta powoli się zbliżał do miejsca gdzie przebiegli po zaoranej ziemi. Nie było wiadomo czy zostawili na tyle wyraźne ślady aby on mógł je dostrzec.

                  - Dobrze, że umknęliśmy w porę - westchnął Joachim, macając po kieszeni, by upewnić się że nadal ma figurkę.
                  - Znasz te okolice na pewno lepiej ode mnie - musimy zgubić ewentualną pogoń a potem gdzieś przeczekać noc. - spojrzał w górę oceniając czy mają z Guntherem szanse dotrzeć do miasta przed zmrokiem. W przeciwnym wypadku będą musielli znaleść schronienie na noc i tutaj liczył na pomoc Darcy.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Online
                    SantorineS Online
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #227

                    Oryginalny autor: Pipboy79

                    Oryginalny tytuł: Tura 56 - 2519.07.21; abt; zmierzch

                    Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
                    Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
                    Warunki: - na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

                    Egon

                    Chyba za bardzo nikt nie miał przeciwko planowi jaki zaproponował imperialny gladiator. Wybrzeże było dość gołe. Linia piachu ciągnęła się między niebieskozielonym morzem za zielonoszarymi morkadłami. W drzewa okolica nie obfitowała. Już bardziej szczodra okazała się domena Mananna bo z morza wyłowili różne pływające szczątki masztów, desek i belek. Wspólnym wysiłkiem udało się połączyć w dość badziewną kładkę. Nie mogła wystarczyć na pomost prowadzący do samego wraku jaki wskazała im lady Soria ale na chociaż część drogi powinna im ułatwić sforsować tą przeszkodę. Drugim ułatwieniem była lina jaką miał przy sobie Lars. Co prawda ktoś musiał iść pierwszy bez tej asekuracji i wsparcia ale na to już nie znaleźli rady. Siekiery szły w ruch, krzepkie dłonie pracowicie wyławiały z zimnego morza pływające kawałki drewna a inne wiązały je w kładkę. Ten wspólny wysiłek chwilowo uciszył większość sporów i dyskusji. Tak samo jak dowód na nadprzyrodzone pochodzenie Sorii. Zgrabna i gibka niczym elfka albo jakaś najada wyglądała jak zwykłe śmiertelniczka. Aż nie wskoczyła w morskie odmęty. Wydawało się, że tak jak pewnie każdym innym fale będą nią miotać jak korkiem aż nieszczęsną roztrzaskają o skały i wraki. Ale tak się nie stało. Naguska wyłoniła swoje powabne oblicze. Teraz już było widać, że jej ciemne warkocze zmieniły się w węże. Bezwstydnie świeciła swoim jędrnym, mokrym biustem, kusiła płaskim brzuchem i ponętnymi biodrami. Jednak z wody unosiło ją rybie albo wężowe ciało. Wydawało się być nienaturalnie duże i długie, znacznie większe niż można by powinny się przemienić nogi zwykłej śmiertelniczki. Ta przemiana zrobiła ogromne wrażenie na Norsmenach. Nawet Riska i Bjorn przestali się na nią fochać. Zaś Astrid nie ukrywała swojego zachwytu nad swoją nową panią. Soria zaś pomogła im wyrzucając kawałki drewna na plażę aby mogli z nich sklecić kładki. W końcu ta praca była gotowa.

                    - Niech bogowie wam sprzyjają! Ja zmykam robić swoje. - Slaaneshowa syrena pożegnała ich życząc im powodzenia po czym zanurkowała w morskie odmęty i tyle ją widzieli.

                    - To chodźcie, trzeba przenieść tą kładkę jak daleko się da. - Lars skinął na pozostałych aby tak jak on złapali za tą sklecony pomost. Z początku trasa była w miarę łatwa bo pierwszy wrak prawie lezał przy samej plaży. Wymagało to trochę ostrożności i zręczności ale przypominało dziecięce chodzenie po drzewach. Przy jego rufie jednak już trzeba było położyć kładkę aby przejśc po niej do wystającej z wody skały. To też udało się każdemu. Wszyscy znaleźli się na niej i teraz już trzeba było skakać i wdrapywać się na kolejne skały i wraki.

                    - Dajcie tą linę. Jestem najlżejsza z was to mnie w razie czego wyciągnięcie. - Astrid zgłosiła się na ochotnika aby być tą pierwszą co będzie skakać. Lars podał jej linę a ona przewiązała się nią w pasie.

                    - Patrzcie! - Lars nagle krzyknął wskazując w stronę wraku do jakiego mieli się dostać. Wszyscy zdołali już dostrzec, że coś tam zaczeło się dziać. Słychać było jakieś klekoty a woda się tam skotłowała jeszcze bardziej.

                    - Soria walczy z krabami! Musimy jej pomóc! - krzyknęła przejęta Astrid. I szybko odwróciła się twarzą w stronę kolejnego wraku. Zrobiła kilka kroków w tył po czym przebiegła i skoczyła. Zgrabnie wylądowała na przekrzywionej rufie sponiewieranego statku. I gdy zawiązała linę do relingu pozostali mogli powtórzyć jej wyczyn.

                    Dzięki tej metodzie po kolei przeskakiwali coraz bliżej wskazanego celu. Jednak stopniowo ich grupka coraz bardziej się rozciągała. Pod koniec Larsowi szło tak dobrze a bitewna krew tak w nim wrzała, że nie korzystał już z liny. Gdy był już na wraku sąsiadującym z tym docelowym nad głowami przeleciała im brzęcząca chmura. I wleciała do środka wraku. Teraz oprócz huku fal jakie rozbijały się o wraki i skały, klekotu krabich sczypiec doszło także bzyczenie insektów. Norsmeńskiego korsarza to jednak nie powstrzymało. Pierwszy wylądował na wskazanym wraku.

                    - Za krew i złoto! - Krzyknął w euforii. Dobył topór, zdjął tarczę z plecow i ruszył na kraby. Niektóre bowiem łaziły po i wokół wraku. Tak jak mówiła Soria były wielkości psa, ich płaskie tułowia sięgały może kolan dorosłych osób. I zaatakowały intruza który dotarł pierwszy na ten przyczółek. Lars z impetem rozwalił swoim toporem pierwszego napastnika i zaśmiał się serdecznie. - Wcale nie są takie straszne! - Zawołał i cisnął truchłem precz bo z miejsca zastąpił go kolejny krab.

                    Trochę później wylądowały tam Astrid i Helga. Niewolnica nie miała broni z prawdziwego zdarzenia i nawet wedle planu nie miała walczyć. - Zostań tu! Bierz złoto i skarby jak oczyścimy drogę! - Poleciła jej córka jarla. Sama zaś dobyła miecza i ruszyła w stronę okrążonego krabami towarzysza. - Za orgie i złoto na orgie! - Krzyknęła i dołączyła do Larsa. Helga stała za ich plecami i starała się nie przeszkadzać. Widać było, że korsarz jest sprawniejszym wojownikiem niż blondynka z mieczem ale przeciwnik nie był zbyt wymagający. Za to liczny. Więc nawet niezbyt wprawny wojownik mógł powstrzymać napór krabiej fali i dbać aby nie zalała ona towarzysza.

                    Wtedy Egonowi udało się doskoczyć na ten wrak. Złapał się ramionami za fragment mokrej i śliskiej burty. Helga wyciągnęła dłonie aby pomóc mu się po nich wspiąć. Gdy to zrobił widział plecy pierwszej dwójki walczących. Dobył topora i ruszył ku nim. We trójkę młócili tą krabią hordę na tyle skutecznie, że wreszcie zaczęli zdobywać teren. Mozolnie i krok po kroku ale zbliżali się do pękniętego kadłuba częsciowo zalanego przez morską wodę.

                    Wtedy nad ich ramionami świsnęła pierwsza strzała. To Zog dołączył do walki. Jego strzały były celne nawet do tych względnie niewielkich obiektów. To trafiało niektóre z nich zanim zdążyły dobiec do trójki walczących. Już widzieli jak wewnątrz kraby są atakowane przez muchy wielkości wróbli. Toczyła się tam walka i na falach kołysały się ciała obu stron.

                    Wreszcie dotarł do nich Bjorn. Wcześniej prawie wpadł do kipieli gdy fragment relingu jakiego się złapał okazał się bardziej przegniły niż się wydawało. I razem z nim zsunął się do wody. Zdążył się złapać czegoś w ostatniej chwili aby nie pochłonęły go żarłoczne fale. Ale nogi miał całkiem przemoczne. To go spowolniło na tyle, że dotarł na pole walki jako ostatni. Jego furia jednak dała o sobie znać gdy ze zwierzęcym rykiem rzucił się na krabią hordę i miażdżył je swoim toporem. Wspólnym wysiłkiem przedostali się do wnętrza pękniętego wraku. Tu walczyło się trudniej bo pokład był przechylony a i morskiej wody było po kolana, po pas albo pierś. Zależy czy się było po tej bardziej czy mniej pogrążonej w wodzie miejscu.

                    - Tam są jakieś skrzynie! Helga! Zobacz czy to te skarby! - Krzyknął Lars wskazując na jakieś kanciaste kształty częściowo wystające z wody. Całkiem możliwe, że to były jakieś kufry i skrzynie. Niewolnica słysząc rozkaz wbiegła do środka w ich kierunku. Próbowała otworzyć ale widocznie nie dała rady. Złapała za kawałek pływającego drewna i starała się podważyć albo rozbić te pakunki. Właśnie ona zaalarmowała walczących w zalanej wodą ładowni wojowników.

                    - Za wami! - Krzyknęła wskazując z przestrachem na coś za ich plecami. Gdy się odwrócili ujrzeli krabie monstrum.

                    link: https://i.imgur.com/ROj3Ls7.jpeg

                    - Mamuśka wcześniej wróciła do domu! Musiała ominąć Sorię albo te małe ją wezwały! - Krzyknął Lars ale wciąż jeszcze walczyli z małymi krabami. Chociaż większość już leżała martwa na dnie przegniłego pokładu albo dała dyla poza pokład.


                    Hopsanie po wrakowisku (ZRĘ)

                    rzut: https://orokos.com/roll/1038808 5d100=47, 99, 12, 39, 22

                    mod

                    pomocny skill +10 (wszyscy)
                    kładka +10 (wszyscy)
                    lina +10 (wszyscy oprócz Astrid)

                    Egon 40+10+10+10=70-47=23 > ma.suk > dociera nieco spóźniony
                    Bjorn 45+10+10+10=75-99=-24 > ma.por > ledwo dociera, b.spóźniony
                    Lars 40+10+10+10=70-12=58 > du.suk > dociera w dobrym tempie
                    Astrid 50+10+10=70-39=31 > śr.suk > dociera w średnim tempie
                    Helga 35+10+10+10=65-22=43 > śr.suk > dociera w średnim tempie

                    Walka z rojem krabów (200/200 HP)

                    Tura 01 (1 walczący mod -15)

                    Lars 50-15=35-35=0 (17/17 ŻYW)

                    Tura 02 (2 walczących mod -10)

                    Lars 50-10=40-35=5 > (200-5=195/200)
                    Astrid 35-10=25-35=-10 > -2 ŻYW (15-2=13/15)

                    Tura 03 (4 walczących mod 0)

                    Lars 50-0=50-35=15 (195-15=180/200)
                    Astrid 35-0=35-35=0
                    Egon 70-0=70-35=35 (180-35=145/200)
                    Zog 10 (łuk) (145-10=135/200)

                    Tura 04 (5 walczących mod +5)

                    Lars 50+5=55-35=20 (135-20=110/200)
                    Astrid 35+5=40-35=5 (110-5=105/200)
                    Egon 70+5=75-35=40 (105-40=65/200)
                    Zog 10 (łuk) (65-10=55/200)
                    Bjorn 50+5=55-35=20 (55-20=35/200)

                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
                    Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
                    Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

                    Otto

                    Jednooki mnich zdążył wrócić do swojego mieszkania jeszcze zanim dzień się skończył. Silny pożegnał go niewyraźnym mruknięciem i machnięciem dłoni czyli jak na jego standardy to całkiem wylewnie. Mnich miał sporo planów na jutro jak i kolejne dni. Tyle, że aż trudno było to wszystko pomieścić w nadchodzący grafik. Siedział właśnie nad swoją tajną księgą podziwiając swoje dzieło gdy usłyszał pukanie do drzwi jak jeszcze było jasno na zewnątrz. Chociaż cienie robiły się juz długie zwiastują, że wkrótce zacznie się zmierzch. Pukanie jednak było sygnałem, że odwiedził go ktoś z jego sekretnej, mrocznej rodziny. Gdy podszedł do drzwi i otworzył okazało się, że to stary, łowca heretyków który jakiś czas temu odkrył nowe powołanie.

                    - Dzień dobry Otto. - Henri przywitał się z wdziękiem starego dżentelmena. Gdy gospodarz go zaprosił wszedł nieco kulejąc i dla równowagi podpierając się laską. - Ah, starość nie radość. Ostatnio mnie zmogło i nieco wypadłem z obiegu mój młody przyjacielu. Ale już mi lepiej. - Wszedł za gospodarzem i poczekał gdzie ten mu wskaże miejsce dla gościa. Dopiero wtedy usiadł. Pod względem wieku rzeczywiście był jednym ze starszych członków zboru.

                    - Dobrze, że ta maść od Mergi działa. Nie wiem co bym bez niej zrobił. - Rzekł z ulgą i wyprostował swoją chromą nogę. Chwile odpoczywał nim zaczął mówic dalej.

                    - Rozmijamy się cały dzień młodzieńcze. Byłem w aptece Sigismundusa ale zastałem tylko Dornę. Ale nie żałuję. Pokazała mi hodowlę. Dorodna. Już trochę ich mamy. A część i tak Strupas z Sigismundusem zabrali do jaskini. Opowiedziała mi o eksperymencie jaki przeprowadziliście. Nie wiem czy dobrze to zrozumiałem ale Dorna była bardzo podekscytowana. - Starszy pan mówił towarzyskim tonem jakby rozmawiali o pogodzie. Ale wydawał się być pełen uznania dla pasji badawczej młodszego kolegi.

                    - Słyszałem, że Tobias też tam był. Ale jego też nie spotkałem. Bo widzisz też chciałem się coś poradzić Sigismundusa. W sprawie dziedzictwa Oster. Wydaje mi się godnym uczniem Mergi w tej materii. Ale skoro go nie zastałem i nie wiadomo kiedy wróci to postanowiłem przyjść do ciebie. Bo też wydajesz się być zaangażowany w ten projekt. No i masz podejście do kobiet. - Zaczął się zbliżać do sprawy jaka na sam koniec dnia przygnała go do tej niepozornej kamienicy. Zbierał jednak przez chwilę myśli nad tym co teraz powiedzieć.

                    - Jak leżałem na łożu boleści miałem sen. A sam wiesz, że Siostry przemawiają do nas przez sny. - Zaczął i od razu przerwał aby posłać młodszemu kultyście porozumiewawczy uśmieszek.

                    - Śniła mi się kobieta. Młoda. Chyba naga jeśli nie liczyć ubłocnego gliną fartucha. Bo to garncarka. Widziałem ją z bliska, jakbym stał w jej warsztacie. Nie wiem czy naprawdę tam byłem czy tylko duchem. Sam wiesz jak to w snach, to nie zawsze da się poznać. I ona tam siedziała przy tym kole garncarskim i kręciła nim. Ta mokra glina wyciekała jej między palcami. Czasem ocierała pot z czoła zostawiając na nim roztarte błoto. Było goraco i pociła się. I wiesz co ulepiła z tej gliny? - Henri zaczął opowiadać koledze swój sen. Wydawał się przeżywać go na nowo. Ale gdy zadał pytanie spojrzał prosto na gospodarza uśmiechając się do niego zagadkowo.

                    - Robaka. Glistę. Takiego czerwia jak widziałem dziś w aptece. Przyjrzałem im się gdy Dorna mnie tam zaprowadziła. Taki sam. Tylko tam u naszych nurglitów są żywe a ten co ulepiła ta garncarka był z gliny. Brązowy i błyszczący. Ale jak kręciła kołem to poruszał się jak żywy. I wiesz co Otto? On był żywy. Albo ożył. Bo zaczął pełzać jej po ramieniu. Zostawiał błotny ślad od tej mokrej gliny. A ona lepiła dalej jakby w ogóle tego nie zauważała. Ten robak w końcu doszedł do szelek jej fartucha a potem wślizgnął się między jej piersi. A ona lepiła kolejnego jakby nic nie czuła ani nie widziała. I z kolejnym to samo. Też ożył i po ręcę zaczął po niej pełzać a ona nic. Widziałem, że miała już całe ciało poznaczone tymi śladami po tych czerwiach gdy się obudziłem. Dlatego chciałem porozmawiać z Sigismundusem. No ale jak wyszło to już wiesz. - Zakończył opowiadać mu swój sen jaki tak go poruszył, że postanowił się podzielić z zaufanymi braćmi w wierze. Zwłaszcza jak mieli coś wspólnego z dziedzictwem Oster.

                    - A wiesz co sobie uświadomiłem jak wyszedłem z domu? - Zagadną go kolejną ciekawostką. I po tym jak się zagadkowo uśmiechnął powiedział dalej. - Że prawie naprzeciwko mojej kamienicy rzeczywiście jest warsztat garncarski. Często z okna słyszę szum obracającego się koła. I tam faktycznie pracuje młoda garncarka. Ale z bliska jej nie widziałem. Nie byłem tam w środku. Nigdy jakoś nie potrzebowałem nowego dzbanka czy talerza. Ale tak teraz myślę, że może chodzić o nią. Nie znam żadnej innej młodej garncarki. Jej właściwie też nie ale chociaż czasem ją widziałem z ulicy jak się tam kręciła u siebie. Tylko w ogóle nie wiem co z tym dalej robić. Młode dziewczęta to raczej nie moja specjalność. Więc pomyślałem o tobie. Może coś doradzisz? Coś pomożesz? Albo poszedłbyś tam do niej i zobaczył czy coś jest na rzeczy z tym snem? - Poprosił go o pomoc. Otto czasem bywał u Henriego i kojarzył, że obok niego faktycznie jest warsztat garncarski. Ale czy pracuje tam jakaś młoda garncarka to nie miał pojęcia. Też nigdy nie miał żadnego interesu aby tam zajść.

                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; ??; opuszczona kamienica
                    Czas: 2519.07.21; Aubentag; popołudnie
                    Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

                    Rosalia

                    Najemniczka słuchała z zanteresowaniem słów Rosali ale nie wyglądała na przejętą. Raczej starała się wychwycić wszelkie detale z jej opowieści. Wciąż leniwymi ruchami dłoni bawiła się kubkiem. Była pewna siebie ale w końcu to ona była wolna a porwana wciąż przywiązana do krzesła. Na dotyk to kelnerka wyczuła, że nadgarstki ma związane całkiem solidnie. Nie wyczuwała szans na uwolnienie się. Krzesło wyglądało na równie stare jak reszta zdezelowanej kuchni to może jakby nim poszarpać, postukać, trzasnąć o coś to by się rozpadło. Tyle, że nie było szans aby to zrobić dyskretnie na oczach tej obcej kobiety.

                    - Czyli znalazłaś posąg syreny jaką ożywia dotyk. - Podsumowała łowczyni nagród. Upiła łyk ze swojego kubka i zastanawiała się dalej. Nagle parsknęła rozbawiona i posłała związanej kpiący uśmieszek.

                    - Skąd wiesz co się Helmutowi śni albo nie? Lub mnie? Albo komuś innemu? To, że ktoś mówi o snach nie znaczy, że je ma. Ktoś kto nie mówi o swoich snach nie znaczy, że ich nie ma. - Zwróciła jej uwagę, że niekoniecznie Helmut musiał “siksie” mówić o wszystkim. Tak samo jak ona przecież nie powiedziała mu o swoich snach. Nieznajoma nie ciągnęła jednak dalej tego tematu.

                    - I nie wiem czy jesteś bardziej zabawna czy bezczelna. - Uśmiechnęła się znowu gdy podjęła kolejną myśl. Popatrzyła wesoło na przywiązaną do krzesła kelnerkę. - Próbujesz mi złożyć moją ofertę współpracy jako swoją? - Uniosła brew w rozbawionym grymasie. - To ja ci przedstawiam propozycję udowodnienia swojej użyteczności. Bo łapanie tamten niebieskiej jest dla mnie bardziej opłacalne niż łapanie ciebie. To ja ci daję szansę wygrzebać się z tarapatów. I to ty jesteś w moich więzach a nie ja w twoich. - Rosalia wyczuła, że pod wierzchnią warstwą rozbawienia tamta jest nieco zirytowana taką próbą manipulacji. Chociaż nie na tyle aby to jawnie okazać.

                    - Szłam twoim tropem więc wiem, że jesteś dość krótko w mieście. Ale dam ci się wykazać. Jeśli dzięki tobie schwytam tą niebieską to chyba nie będzie mi się chciało jechać taki kawał z dwiema związanymi kobietami. Zaś nagroda jest do odebrania daleko stąd a za ładną buzię nie zamierzam ci płacić z własnej sakiewki. Chyba, że zasłużysz. - Wyjaśniła jak sobie wyobraża współpracę w schwytaniu uczonej jaka była jej głównym celem za jakim tu przyjechała. Mówiła dobitnym tonem ale nie wydawała się być wrogo nastawiona do swojej schwytanej ofiary. Próby flirtu chyba nieco ją bawiły ale przynajmniej na razie nie dała znać, że jest tym zainteresowana.

                    - A dlaczego uważam, że tu jest? Dlatego, że jechałam jej śladem aż tutaj. Ale miała kilka dni przewagi. Więc osobiście jej nie widziałam. Tylko mam jej rysopis od tych co z nią rozmawiali albo widzieli. Wpada w oko swoim zachowaniem i wyglądem. Nie tak często się spotyka niebieskie czy fioletowe suknie ze śmiałym dekoltem i kosturem z jakimś kamieniem na zwieńczeniu. Też niebieski albo fioletowy. I jeszcze dziwny diadem na głowie. Dlatego podejrzewam, że to uczona lub mag. I jeszcze rozpytuje o sny. Chętnie ich słucha. Od każdego, nieważne czy z plebsu, kapłaństwa, rycerstwa czy uczonych. Zwłaszcza jakieś nietuzinkowe ją interesowały. Na biedną nie wygląda, jak miała wybór to nie zatrzymywała się w podrzędnych tawernach tylko brała te z górnej półki. Ale jak nie miała to mogła nocować i w karczmie przy trakcie. Za kimś takim masz się rozglądać. - Podała całkiem dokładny rysopis kobiety jakiej szukała. Razem z zaobserwowanymi zainteresowaniami i zwyczajami. Rzeczywiście opis był nietuzinkowy. Zapewne gdyby kogoś takiego spotkać w tawernie czy na ulicy wart byłby chociaż drugiego spojrzenia. Stąd Rosalia była pewna, że kogoś o takim rysopisie, nie spotkała ani w tym mieście ani w ogóle. Najemniczka zastanawiała się jeszcze chwilę w ciszy. Po czym dopiła wino z kubka, strząchnęła nim aby pozbyć się resztek napoju i wstała od stołu. Bez pośpiechu schowała naczynie do przyczepianej do pasa kieszeni. I wyjęła nóż. Podeszła z tym nożem do związanej i zatrzymała się przed nią. Przez chwilę patrzyła na nią z góry z zagadkowym wyrazem twarzy.

                    - Rozwiążę cię. I lepiej bądź rozsądna. Chyba widzisz, że mi nie znikniesz i cię znajdę. A próbe ucieczki potraktuję jako zerwanie współpracy. Wtedy wkurzysz mnie i wydam cię tutejszym władzom. A jak widzisz obie możemy sobie pomóc na tej współpracy. - Mówiła rzeczowym tonem jakby chciała aby do związanej dotarły zalety takiej współpracy. Nachyliła się ku niej tak, że znalazły się twarzą w twarz. Jakby chciała coś szepnąć do Rosalii albo ją pocałować. Przetrzymała ją tak chwilę w niepewności obdarzając figlarnym spojrzeniem.

                    - A kto wie? Może się nawet zaprzyjaźnimy podczas tej współpracy? - Powiedziała cicho jakby jednak było jakieś pole na flirty między nimi. Ale zaraz zwinnie przesunęła się obok krzesła i znalazła się za Rosalią. Kelnerka poczuła jak nóż pracuje przy węzłach i po chwili liny puściły. Mogła rozetrzeć zaczerwienione od liny nadgarskti co przyniosło jej ulgę. Najemniczka zaś znów obeszła krzesło aby znaleźć się przodem do uwolnionej kobiety.

                    - Zaprowadź mnie do posągu tej syreny co o niej mówiłaś. Chcę go zobaczyć. No i bądź mi przewodniczką. Opowiedz mi o tym mieście. Zwłaszcza o miejscach w których ta niebieska mogła się zatrzymać. - Powiedziała chowając nóż do pochwy u pasa. Pistolet też tam był. I jeszcze jakaś długa broń z rękojeścią jak miecz lub szabla. Ale gestem dała jej znać, że może wstać i skierować się do wyjścia. Najwidoczniej zamierzała iść razem z nią. Zaś z miejsc jakie Rosalia zdążyła jakoś poznać lepiej do głowy przychodziły jej “Kwarta” i “Mewa”. Pierwsza była gospodą w jakiej lubowali się wszelcy najemnicy, łowcy nagród i strażnicy. W drugiej głównie marynarze i typy spod ciemnej gwiazdy. Słyszała jeszcze o “Skrzyżowanych kluczach” że to lokal dla szlachty i tutejszych elit. Ale sama tam jeszcze nie była. Ceny na pewno nie były robione z myślą dla zwykłej kelnerki.

                    Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
                    Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzche
                    Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)

                    Joachim

                    Na dotyk wyczuwał kształt demonicznej figurki w swojej torbie. Zresztą to samo podpowiadały mu jego nadnaturalne zmysły. Zdawał sobie sprawę, że podobnie będzie reagował każdy kto dysponuje podobnym darem i trzymanie figurki w torbie niewiele pomoże. Solidny ołowiany pojemnik mógłby wytłumić tą emanację. A jak nie to chociaż coś podobnego o solidnych ściankach. Działałoby pewnie słabiej niż ołów. Na szczęście ludzie wyczuleni na moc nie zdarzali się zbyt często.

                    - Niedługo zacznie się zmierzch. Teraz to nawet konno i drogą nie zdążylibyście do miasta. - Darcy wzruszyła ramionami jakby napawała się chwilą, że tak wiele od niej zależy. Gunther pokiwał twierdząco głową.

                    - Wiele nam czasu zeszło w tej oberży panie. A ona jest prawie pół dnia marszu od miasta. Nie zdążymy przed zmierzchem. Ale zostać tu nie możemy bo ci strażnicy pewnie zaraz zorientują się co się wydarzyło w gospodzie. - Ochroniarz maga potwierdził, że w jego opinii nie mają szans wrócić do miasta przed nocą. Więc musieli znaleźć jakieś miejsce na nocleg. I umknąć potencjalnej pogoni. Marlene milczała i wstydliwie zasłaniała swoje wdzięki dłonią.

                    - Ja zamierzam wrócić do naszej kryjówki. Ale uprzedzam, że urzęduję tam z moim plemieniem. Nie wiem jak was przyjmą. - Blondynka w bieli i błekicie popatrzyła na nich po kolei. Zatrzymała się na prawe nagiej kucharce.

                    - Plemieniem? - Gunther wydawał się być zdziwiony słowem jakiego użyła. Spojrzał pytająco na swojego pana czy też to zauważył.

                    - Ty masz szansę. Jesteś teraz błogosławiona. I jesteś ładna. Pewnie płodna. Tak, masz spore szanse. Chłopcy się ucieszą. Ja też. Widzisz? Będziemy miały okazję poznać się lepiej. - Darcy mówiła bezpardonow jakby bawiło ją nieszczęście odmienionej kobiety. Zdawała się w ogóle jej nie współczuć a mutacje uważała za błogosławieństwo. W końcu jednak była kultystką ze zboru Fenka a w zborze Starszego podobnie do tego podchodzono.

                    - A ty dysponujesz mocą. No to może zrobisz odpowiednie wrażenie. Chłopcy czują respekt przed takimi rzeczami. Tylko nie przesadź. Bo nie wiem czy dasz radę obronić się przed tuzinem włóczni w trzewiach. - Kobieta powiedziała do Joachima. I brzmiało trochę jak dobra rada chociaż powiedziane dość nonszalanckim tonem który graniczył z bezczelnością.

                    - Twoi chłopcy? - Zapytała niepewnie Marlene. Odważyła się wreszcie zabrać głos.

                    - Tak. Moi chłopcy. Zaraz sami ich poznacie. Chodźcie. - Zachęciła ich machnięciem dłoni aby poszli za nią. Przeszli może z pół pacierza może cały. Gdy w mrocznej okolicy coś zdawało się przemykać pomiędzy drzewami. Gunther do dostrzegł, Marlene też. Ale ich przewodniczka mówiła aby się nie przejmować.

                    - Oni zapewniają nam bezpieczeństwo idiotko. Nawet jeśli strażnicy ruszą za nami to moi chłopcy ich przegonią. - Fuknęła na prawie nagą służącą gdy ta zwróciła jej uwagę, że ktoś tu chyba jest. W końcu kształty zbliżyły się na tyle, że dało się rozpoznać z kim mają do czynienia.

                    link: https://i.imgur.com/LBYojcU.jpeg

                    Zwierzoludzie. Te prawdziwe zwierzoludzie ze zwierzęcymi głowami. Głównie baranów i kozłów. A nie jak Gnak i jego banda co ich głowy zazwyczaj wciąż przypominały ludzkie. Te były większe i przez brak ludzkich rysów twarzy wydawały się bardziej obce. Co więcej było ich przynajmniej z pół tuzina. Tyle ich zbliżyło się na tyle aby dało się zauważyć. Szli bez pośpiechu pewni, że zwierzyna im się już nie wymknie.

                    - Już po nas! - Zakwiliła cicho przerażona Marlene. Gunther popatrzył pytająco i nerwowo na Joachima. Nie było wiadomo ile obie kobiety są warte w walce ale nie wyglądały zbyt bojowo. A zwierzoludzi było wyraźnie po kilku na każdego z nich. Tylko Darcy z całej trójki zachowała spokój a nawet dobry humor. Z uśmiechem ruszyła na spotkanie z leśnymi dzikusami.

                    Lekko pochyliła głowę w geście szacunku i powiedziała coś cicho do tego który pewnie był przywódcą. Miał najwięcej ozdób z kłów, kości i ludzkiej biżuterii. U pasa zwisał ludzki czerep i niedawno odcięta głowa. Za pasem miał topór, chyba ludzkiej roboty. A w dłoni włówcznię której używał jak kostura. Wysłuchał ludzkiej kobiety i warknął coś do niej rozkazująco. Ona zaś jeszcze raz skinęła mu głową niczym pokorna służka i wróciła do czekającej trójki.

                    - To jest Gormul Rozpruwacz Wnętrzności. Dowodzi tą bandą. Pokłońcie się mu aby okazać szacunek. Jak was przyjmie udzielimy wam schronienia w naszym leżu. - Blond kultystka przetłumaczyła czego od nich oczekuje herszt tej bandy zwierzoludzi. Z tego co wiedział Joachim to kopytni nienawidzili ludzi i ich cywilizacji. Chętnie niszczyli jedno i drugie. Ale jeszcze w czasach nauki w Kolegium wiedział, że różni spiskowcy i heretycy często zdradzają rasę ludzką pakując ze zwierzoludźmi. Czego doświadczył osobiście na orgiach swojego zboru z bandą Gnaka. Zresztą postawa Darcy też pokazywała, że jest możliwa współpraca między ludźmi a kopytnymi. Kultystka zdawała się być częścią plemienia Gormula.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Online
                      SantorineS Online
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #228

                      Oryginalny autor: Santorine

                      - Mamuśka wcześniej wróciła do domu! Musiała ominąć Sorię albo te małe ją wezwały! - Krzyknął Lars ale wciąż jeszcze walczyli z małymi krabami. Chociaż większość już leżała martwa na dnie przegniłego pokładu albo dała dyla poza pokład.

                      Słowa Larsa przeleciały przez egonowy umysł niby przelotna iskra odpryskująca od rozpalonego ogniska.

                      - Trzeba zarżnąć pozostałe mniejsze, zanim weźmiemy się za tamtego! – Egon zawołał, uderzając swoim toporem raz po raz. – Bjorn, Lars, zabijcie te mniejsze! Ja wezmę się przeciwko wielkiemu! Zog niech z dystansu razi tego wielkiego! Astrid, weź, z Helgą zabierz te skarby i poniechaj bitki! Soria musi mieć jakie cacka po tym wszystkim, zabierz skrzynie!

                      Egon wskazał Astrid w stronę zapomnianych skarbów.

                      Sam ruszył natychmiast na szarżę z okrzykiem

                      - Ejże, kamraci, trza mi mierzyć w jego nogi! Pewnie padnie…

                      Egon zamierzał zawrzeć się z krabem parę razy. Jeśli tylko okazać się miało, że będą mogli jakoś wystraszyć bestię albo tanio się wykręcić, trzeba będzie to rozważyć.

                      - Dobra! - Odkrzyknął Lars. I dalej rąbał tą drobną, krabią hołotę. Krzyknął coś do Bjorna ale chyba się dogadali bo zostali razem. Zog zaś czmychnął z otworu jaki powstał w pękniętej ładowni w głąb niej aby być z dala od nadciągającej poczwary. Rozchlapując wodę dobiegł do grupki towarzyszy. A widząc, że Egon zostawia dotychczasowego przeciwnika i rusza na nadchodzącą “mamuśkę” sam zajął pozycję przy burcie aby mógł razić strzałami spoza pleców imperialnego wojownika. Ten widział jeszcze jak obie kobiety ruszyły ju zdezelowanej burcie aby spróbować dobrać się do zebranych tam w skrzyniach skarbów.

                      Krab górował wzrostem nad wojownikiem i był od niego masywniejszy. Kłopot sprawiał mu też zasięg jego szczypiec jakie utrudniały mu zbliżenie się do odnóży potwora. A przecież je miał zamiar atakować. Jeszcze zanim uniósł topór do pierwszego ciosu nad jego ramieniem świsnęła pierwsza strzała Zoga. Utkwiła gdzieś w grzbiecie poczwary ale nie widać było aby ta do jakoś wyraźnie odczuła. Egon ciął toporem i trafił w jedno z odnóży. To pękło od siły uderzenia i pociekła z niego posoka. Wyczuł jednak opór chityny jaka działała jak solidny pancerz.

                      Zaczęła się regularna wymiana ciosów. Egon całkiem często trafiał wielkiego kraba ale wiele z jego ciosów ześlizgiwało się po wierzchniej warstwie poczwary. Podobnie i Zog całkiem często trafiał ją swoimi strzałami ale jakoś nie widać było aby przynosiło to zauważalny efekt. W pewnym momencie to szczypce tego potwora dosięgły gladiatora. Ich czubek chlasnął go na odlew na tyle, że poleciał i zderzył się plecami z burtą statku. Zabolało! Ale nie na tyle aby wyłączyło go to z walki.

                      Krab nie zdążył wykorzystać swojego drobnego sukcesu bo w tym momencie pozostała dwójka wojowników uporawszy się z rojem pomniejszych stworzeń z dzikimi okrzykami rzuciło się w sukurs Egonowi. Teraz już walczyli we trzech przeciwko jednemu potworowi. A do tego Zog wciąż go ostrzeliwał z łuku. I chociaż stwora chronił solidny pancerz to jednak nawała ciosów i strzał stopniowo zdobywała przewagę. Kolejne pociski i ciosy toporów raniły bestię. Łamały jej kończyny i wgryzały się w korpus wdzierając się w jej trzewia. Jednak w obronie gniazda nie zamierzała tanio sprzedać swojej chityny. Bjorn dostał potężnym ciosem w pierś. Szczypce złapały i zacisnęły się na nim. Chociaż wspólny atak jego towarzyszy sprawił, że stwór puścił berserkera. Chwilę później Lars oberwał odnóżem w ramię. Mimo to z dzikim wrzaskiem zaatakował kraba. Ten tym razem okazał się nieco szybszy niż spodziewał się wojownik i zdzielił go szczypcami w brzuch. Korsarz upadł na kolano jęcząc boleśnie ale wkrótce się podniósł i wrócił do walki.

                      Wspólnie pokonali matkę krabów. Wreszcie padła ona w wodę jaka zalegała w starej ładowni i skrzeczała agonalnie nie będąc już w stanie bronić gniazda ani stawiać oporu. Trójka wojowników przypłaciła to zwycięstwo własną krwią. Mniej lub bardziej. Lars został ciężko ranny, Bjorn nieco lżej. Rany Egona były na tyle lekkie, że nie spowalniały go. Dwójka kobiet pochylała się nad skrzyniami i kuframi ładując coś błyszczącego do toreb. Właśnie one dostrzegły nowe niebezpieczeństwo.

                      - Nadchodzą kolejne! Już są blisko! - Astrid krzyknęła do swoich towarzyszy pokazując na szczlinę w przegniłych deskach przez jakie dojrzała powracające do gniazda poczwary.

                      - Mmm, kolejne!? - warknął Egon.

                      Dwa, trzy? Pięć? Do licha, nie ma znaczenia. Jeśli wielkie powracały do swojego legowiska, znaczyło to, że cuda, które odstawiała Soria zapewne się skończyły. Lars był solidnie ranny i choć on z Bjornem mogliby stawić niejaki opór jeszcze jednemu, to więcej już nie wchodziło w rachubę.

                      - Bierzcie, ile możecie i wynośmy się stąd! - Egon zakomenderował donośnym rykiem. - Ruszać dupy, ruszać!

                      Sam podskoczył, chcąc sprawdzić, ile trzeba było jeszcze wziąć - skrzynia, może jakiś pakunek? Astrid i Helga już ogarniały łupy dla Sorii. Czym prędzej trzeba było się stąd wydostać!

                      Nikt z norsmeńskich towarzyszy nie chciał kolejnych zmagań z przeważającym liczebnie przeciwnikiem. Wybiegli z wraku mijając dogorywającego kraba. Na szczycie rufy znów trzeba było wziąć rozbieg i skakać ponad spienionymi falami. Pierwszy skakał Lars. Ale poważne rany podcięły jego grację i zwinność jaką cechował się przy podejściu do wraku. Bjorn również był mniej sprawny. Nawet obu kobietom objuczonym torbami z fantami skakało się ciężej. Ale przynajmniej krabia horda ich nie goniła. Gdy się byli gdzieś w połowie drogi na plażę dostrzegli jak na rufie wraku pojawia się wielka mamuśka. A za nią kolejna. I jeszcze jedna. Wokół nich kłębiły się te małe kraby. Wszystkie klekotały ze złością szczypcami. Niektóre z tych dużych krwawiły posoką wskazując na świeżo zakończoną walkę. Ale nie zdecydowały się wskoczyć w kipiel za intruzami.

                      Wrakowisko i tak było wyzwaniem. Nie wszyscy mu podołali. Osłabiony ranami Lars skoczył na skałę i złapał się niej. Okazało się jednak, że złapał jakieś pąkle a nie prawdziwą skałę i runął w morską kipiel. Towarzysze krzyczeli do niego patrząc z góry jak dryfuje na falach. Wydawało się, że lada chwila roztrzaskają go o wraki czy skały. Nadzieją na jakiś kawałek masztu, zmiażdzą głowę o skały czy coś podobnego. Nic takiego się jednak nie stało. W pewnym momencie z głębin morskich coś się pojawiło. Jak potwór który zamierza połknąć bezradną ofiarę dryfującą na powierzchni. Okazało się jednak, że to Soria. Wynurzyła się i bez trudu pochwyciła korsarza w swoje ludzkie ramiona. W syreniej formie miała ich bowiem sześć. Z czego ta najniższa przypominała smukłe, krabie szczypce. Slaaneshowa syrena otuliła tymi ramionami norsmeńskiego wojownika i popłynęła z nim do brzegu. Ich dwójka dotarła do plaży jako pierwsza. Astrid udało się tam wylądować jako pierwszej ze skaczącej grupki. Po niej na suchy ląd wyszła Helga. A jeszcze po nich Egon i Zog. Bjorn wydostał się z tego cmentarzyska wraków jako ostatni.

                      - Ależ to było ekscytujące! - Roześmiała się lady Soria. Już była w swojej ludzkiej formie i to okryta jakąś suknią która była czysta i sucha. A w niej wyglądała jak imperialna szlachcianka.

                      - O tak, będzie co wspominać. Ale trzeba rozbić jakieś ognisko. - Lars też się zaśmiał. Był jednak całkiem przemoczony więc potrzebował ciepła ogniska, żeby się rozgrzać i wysuszyć ubranie.

                      - Mamy co świętować! Zobaczcie na to! - Śmiejąca się Astrid sięgnęła do wora z fantami i wyciągnęła z niego jakiś drogi naszyjnik. Pomachała nim po czym triumfalnie założyła go sobie na szyję. Bjorn coś krzyknął ale po norsmeńsku więc Egon nie zrozumiał co. Chyba jakąś pogróżkę w stronę wrakowiska. Zog zachował milczenie a przez ciemność skrytą pod kapturem trudno było odgadnąć jego emocje. Helgi zaś jak zwykle o zdanie nikt nie pytał.

                      – Dobrze, bardzo dobrze – Egon pokiwał głową z zadowoleniem.

                      Koniec końców, wyglądało na to, że małym kosztem wydarli całkiem sporą część łupów z wraku. Ile zostało, Egon nie mógł się doliczyć, ale niewykluczone było, że jeśli kiedyś mieli się pofatygować po kolejną część, to będzie to fraszka. Mogli uderzać raz po raz, byle tylko wielkie kraby Soria była w stanie wywabić raz po raz lub też jakimi gusłami je nęcić.

                      – Rozpalmy ognisko – zgodził się Egon.

                      Stare, porąbane fragmenty wraków i resztki bali na piasku na plaży posłużyły na skrzesanie ogniska. Ogień, choć na początku skąpy z powodu lekko wilgotnego drewna, wreszcie przybrał na sile i roztoczył przyjemne ciepło.

                      Egon wyciągnął ze swej kiesy podróżnej suszone mięsiwo na przekąskę i nieco samogonu, który zakupił podczas swojego pobytu na północy.

                      – No! To żeśmy porobili! – zawołał Egon. – Trza nam jakoś opatrzyć rany. Raisa, Helga, znacie się na cyrulikowaniu? Larsa trzeba opatrzeć nade wszystko…

                      Pociągnął duży łyk ze flaszy.

                      – Lady Sorio, rzeknij no, jak się tam sprawy w Neues Emskrank mają. Dawno żem nie bywał… Szlachciury szukają mnie nadal? Trza nam bezpiecznie się do miasta dostać…

                      Egon zmierzył spojrzeniem Sorię, czekając jej odpowiedzi.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Online
                        SantorineS Online
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #229

                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                        Joachim nie uważał że ich mała grupa nie byłaby sobie w stanie poradzić z 4 strażnikami dróg.... ale było to jednak jakieś ryzyko, zawsze mogło być ich więcej w pobliżu. A zarówno nowo odmieniona przez czystą moc chaosu mutantka jak i Darcy nie były zainteresowane konfrontacją.... i w sumie chyba miały rację. W każdym razie uzyskał coś z tego całego bałaganu - ta figurka wydawała się być artefaktem o sporej mocy, którą teraz całkiem przyjemnie wyczuwał z kieszeni. Wygłądało na to, że Zmieniający Drogi pomógł mu znaleźć dobrą ścieżkę.

                        Oczywiście teraz nie było powiedziane, że ci zwierzoludzie okażą się bardziej przyjaźni od strażników dróg, którzy mimo wszystko byli ludźmi. Oni wydawali się dużo bardziej zwierzęcy niż plemie Gnaka które poznał wcześniej. No i wyglądali na takich, którym z
                        Potęg Chaosu bliżej było do Khorna niż Tzeentchta, szczególnie z takimi przydomkami jak "Rozprowacz Wnętrzoności". No ale teraz nie było już odwrotu, trzeba było wywrzeć na nich właściwe wrażenie.

                        - Ja się na razie odezwę - rzekł cicho do Marlene i Gunthera, sam podchodząc powoli kilka kroków do przodu. Skłonił głowę przez przywódcą, jednocześnie używając jednego z zaklęć które poznał od Mergi, by jego oczy rozbysły zielonkawym światłem, wskazującym, że włada mocami pochodzącymi od Potęg Chaosu.

                        Zaklęcie Jasne Wejrzenie

                        - Poteżny Gormulu Rozpruwaczu Wnętrzności - przemówił z nutą szacunku - zaszczyt nam cię poznać - jestem Joachim, mag ze zboru z Neues Emskrank, który wyznaje Potęgi Chaosu. - Darcy powiedziała nam, jakim potężnym jesteś przywódcą i że może mógłbyś udzielić nam na noc schronienia. Jeśli zgodziłbyś sie, na pewno nadarzyłaby się okazja by tę przysługę odwzajemnić. W końcu nie jesteśmy aż tak daleko od siebie a może się okazać, że mamy wspólnych wrogów... - podniósł główę, czekając na odpowiedź przywódcy zwierzoludzi.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Online
                          SantorineS Online
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #230

                          Oryginalny autor: Seachmall

                          Mnich wpuścił byłego łowcę i wysłuchał jego opowieści. Wypuścił powoli powietrze, nawet nie zauważył, że wstrzymał je, gdy Henri zaczął opowiadać o swoim śnie. Spojrzał na starszego mężczyznę z lekkim uśmiechem.

                          - No, przyznam, nie lada sen. Siostry chyba zaczynają tracić cierpliwość. - mruknął. - Albo Oster uważa, że nasza hodowla jest nieadekwatna.

                          Zamyślił się na chwilę, stukając paznokciem o róg stołu.

                          - Sam wybieram się dziś do piekarzy. Jedna z ich córek coś majaczy o robakach. Sądziłem, że to nowa Herald, mająca zastąpić Vigo... ale skoro teraz tobie się przyśniła kolejna... - pokręcił głową. - Może to nie przypadek.

                          Zawahał się, zanim dodał:

                          - Dobra, nie ma co dywagować. Zróbmy tak: ja udam się do Lebkuchenów i zobaczę, co tam z ich córką. Jeśli zostanie mi trochę czasu, odwiedzę ten warsztat garncarski. Ty w międzyczasie też tam zajrzyj, zapytaj, czy przyjmują specjalne zamówienia na ozdoby ceramiczne. Powiedz, że chcesz przyozdobić kuchnię glinianymi motylami i innymi owadzikami. - Wzruszył ramionami. - Też nie mam pojęcia, jak wyciągnąć nurglitę z garncarza... Ale ty powinieneś mieć w tym więcej doświadczenia ode mnie - dodał z uśmiechem.

                          Po czym spoważniał, spoglądając na obolałą nogę Henriego.

                          - Zmieńmy temat na chwilę. Twoja noga... i nękająca ją przypadłość. Jeśli mogę dorzucić coś od siebie, opierając się na teorii mutacji... - nachylił się nieco, głos mu nieco przycichł. - Ból, który czujesz, wynika z faktu, że twoje ciało i dusza nadal odrzucają ten dar. Walczą z nim, próbują się oderwać od zmian, które zostały ci dane. Ale to nie dar był błędem. To opór jest chorobą. Nie musisz pozwolić, żeby cię pożarła — ale musisz przestać udawać, że możesz wrócić do tego, kim byłeś przedtem.

                          Otto wziął oddech i oparł się z powrotem o krzesło.

                          - Gdybyś chciał... porozmawiać o tym więcej, wiesz, bez snów i garncarek, to po prostu daj znać.
                          - Dobrze. - Otto wstał i skierował kolegę w kierunku drzwi - Nie jesteśmy jeszcze tacy starzy, aby nasze konwersacje dotyczyły co nas boli i gdzie nam cieknie. Mamy plan działania, odwiedzę cię jak sam załatwię ten sklep garncarski. - i z tym Otto opuścił swój dom w towarzystwie starszego kolegi. Szybko rozeszli się, a jednooki mnich ruszył do rezydencji Lebkuchenów.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Online
                            SantorineS Online
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #231

                            Oryginalny autor: Pipboy79

                            Oryginalny tytuł: Tura 57 - 2519.07.22; mkt; wieczór - ranek

                            Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
                            Czas: 2519.07.22; Marktag; wieczór - ranek
                            Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                            Egon

                            link: https://i.imgur.com/0yA8XkK.jpeg

                            Poranek okazał się całkiem pogodny i przyjemny dla oka. Oczywiście o ile nie patrzyło się na skotłowane wody wrakowiska. Częściwo zatopione a częściowo wystające z wody skały i wraki powodowały wieczne wzburzenie fal. Poza nimi w ten ładny poranek morze było spokojne. W oddali widać było jakieś podłużne kreski. Może łodzie rybaków a może jakieś inne statki. Tu, na plaży wciśniętej pomiędzy wrakowisko a Diabelskie Bagna nadal było bezludnie. W głębi mokradeł widać było poranną mgłę ale tu, przy samym brzego, morska bryza zwiewała ją w głąb lądu.

                            Egon oprócz tego miał całkiem przyjemną pobudkę. Dostał całusa od wstającej Astrid. Córka jarla do wstydliwych nie należała i nie spieszyła się aby przykryć suknią swojej nagości. Wręcz prowokująco się z tym nie spieszyła. Co pozwalało nacieszyć oko jej ponętnymi krągłościami. Helga zasnęła przy boku poranionego Larsa zaś córka Soren przy Bjornie. A przynajmniej teraz rano budzili się w takich parach. Jednak jeszcze wieczorem to różnie bywało. Talenty łóżkowe wężowej milady to kultyści z Neus Emskrank, nie raz mieli okazję poznać podczas prywatnych spotkań w lochu Pirory. Tam milady się nie oszczędzała i nie wybrzydzała kosztowaniu wdzięków swoich wiernych. Tej nocy, na tej plaży zachowywała się podobnie. Jakby walka z krabami i zdobycie skarbu stanowiło jedynie rozgrzewkę do cielesnych uciech jakie nastąpiły później. Zresztą podobnie zachowywała się podczas ataku na świątynie Mananna, też zdawała się traktować walkę z kruczymi gwardzistami jako atrakcyjną przygodę. Wówczas jeśli reszta zboru świętowała to zwycięstwo w loszku Pirory to Egon już tego nie doświadczył bo wraz ze świtą Mergi odpłynęli do Norsci. Tego wieczoru jednak miał okazję przekonać się, że bujne piersi milady są tak jędrne i apetyczne jak wyglądają, usta chciwe i utalentowane w braniu i dawaniu rozkoszy a uda gładkie i gościnne. Milady tak jak im wcześniej obiecała obdarzyła swoją atencją i wdziękami wszystkich uczestników akcji jacy mieli na to ochotę. Zwłaszcza jak to robiła z Astrid i Helgą to przyjemnie było popatrzeć. Obie niewiasty też okazały się być niczego sobie. Córka wodza była wyraźnie zafascynowana wężową slaaneshą i tratkowała jako swoją liderkę. Nie miała żadnych oporów aby okazywać jej cześć i uwielbienie. Helgi jak zwykle o zdanie nikt nie pytał ale to, że zainteresowała się nią sama wężowa syrena na pewno było dla niewolnicy korzystne. Norsmeni zdawali się żywić naturalny, prawie zabobonny szacunek dla tej istoty nadprzyrodzonej nawet jeśli preferowali oddanie innej z Sióstr. Lars z racji swoich poważnych ran nie był zbyt aktywny w tych wieczornych zabawach. Ale Soria razem z towarzyszkami postarały się aby nie czuł się samotny i porzucony. Obrażenia Bjorna zaś były na tyle lekkie, że dał się ponieść euforii zabawy. Chyba nawet zapomniał, że wcześniej chciał uciąć głowę Heldze nawet wtedy gdy ją bezkompromisowo chędożył.

                            Zanim oddali się rozpuście musieli poszukać drewna na ognisko. Znaleźli tylko mokre kawałki wraków jakie dryfowały przy brzegu. Trudno więc było je podpalić ale jakoś się Bjornowi się to udało. Ognisko więc mocno dymiło i strzelało od parującej wilgoci. Raisa nie brała udziału w przygotowywaniach. Tak jak mówiła wcześniej, chędożenie i swawole jej nie interesowały. Więc przygotowyała jaki wywar na ogniu. Później dała to wszystkim rannym do wypicia. Było trochę gorzkie a trochę słone i niezbyt smaczne w wyglądało jak rozgotowane błoto. Inną maścią przesmarowała rany i nałożyła opatrunki. Mówiła przy tym, że rano trzeba będzie zrobić to jeszcze raz. No i teraz, rano, znów gotowała to swoje błoto w kotle zawieszonym nad ogniskiem. Mówiła, że trzeba jeszcze dobrać drewna bo to z wieczora się już wypaliło.

                            Widząc jak obóz budzi się do życia wzrok Egona natknął się na sylwetkę Sorii. Znów była ubrana w długą, czerwoną suknię do samego piachu. Z prowokującym rozcięciem przez jakie widać było jej smukłe udo. Zdecydowanie żadna szanująca milady nie odważyłaby się założyć tak ekstrawaganckiej kreacji. Suknia podkreślała jej gibką talię jak i pełen dekolt. Mimo pewnej frywolności sukni jednak wyglądała jak imperialna szlachcianka. A to mu przypomniało o czym wczoraj rozmawiali siedząc obok siebie przed ogniskiem.

                            - Tak, szukają cię. Szukają wielkoluda z bujną grzywą. Ale mam wrażenie, że ten skok na świątynie co wykonaliśmy w zeszłym tygodniu był podobnym skandalem jak uwolnienie Mergi zimą. Zabiliśmy wszystkich gwardzistów więc tym razem raczej nie powinni mieć świadków. Chyba, że ta krucza wiedźma coś dała radę wyciągnąć z ich trupów. Nie można tego wykluczyć. Ale nie martw się. Mam przy sobie jeden z pierścieni Mergi. Mogą one zmienić wygląd tego kto je nosi. Dam ci go jak będziemy wchodzić do miasta. - Mówiła wczoraj lekkim, przyjemnym tonem obserwując jak obok Astrid podskakuje na leżącym na wznak Larsie. Jej młode, jędrne piersi i rozkosz wymalowana na okolonej blond lokami twarzy były bardzo przyjemnym widokiem do oglądania. Soria wspomniała o Matce Somnium, młodej, bladolicej kapłance Morra z talentem do proroczych snów. Przez to właśnie przykuwała uwagę Starszego i reszty zboru bo podejrzewano, że może być wrażliwsza od zwykłych śmiertelników na zew Sióstr. Tyle, że była po stronie władz przeciwko jakim spiskowali kultyści.

                            - O ile mi wiadomo nie złapali jeszcze sprawców tego potwornego świętokradztwa. - To musiało bawić milady o wężowych włosach bo przybrała ironiczny ton i uśmiechnęła się złośliwie. - Miasto czeka na odwołanie żałoby po księżnej - matce. Jak ją odwołają będzie można zrobić festyn i turniej rycerski. W mieście wciąż jest sporo znamienitych gości co przyjechali właśnie na niego. W ten Festag ma być Święto Kamienia. Czyli rocznika rozpoczęcia budowy tego miasta. Na razie nie wiadomo czy władze pozwolą coś organizować czy nie. - Przedstawiła mu oficjalne plany miasta na nadchodzące dni.

                            - Wcześniej jednak, za parę dni, będzie pełnia Mannlieba. Nasza rodzina jest umówiona z plemieniem Gnaka na solidne chędożenie przy Zachodnich Kamieniach. Niedaleko Zachodniej Bramy. Nasz Słowik Północy aż przebiera swoimi zgrabnymi nóżkami aby dołączyć na to przedstawienie. Jeśli chcesz co oczywiście też możesz dołączyć. Nasi goście z północy również. - Uśmiechnęła się leniwie na myśl o umówionej orgii. Wcześniej Egon na nich nie bywał ale słyszał z relacji kolegów i koleżanek. Gnak był liderem stada zwierzoludzi o prawie ludzkich głowach. Soria i część zboru spotkali ich pierwszy raz parę tygodni temu podczas podróży do zatopionego ołtarza Soren. Gnak ze zwierzoludźmi traktowali to miejsce jako poświęcone płodności i chędożeniu. I tak to się zaczęło. Od tamtej pory odbyło się już kilka takich spotkań i za każdym razem przybywało trochę wiecej kopytnych z plemienia Gnaka. Z oczywistych powodów umawiano się z nimi poza miastem. Oprócz zaspokojenia lubieżnych potrzeb Soria czy Lilly znały ich mowę więc mogły się od nich dowiedzieć co się dzieje w leśnych matecznikach. Wedle ich relacji zwierzludzie też słyszeli zew Sióstr a nawet wydawali się bardziej na nie podatni. Starszy i część kultystów dostrzegali w nich naturalnych sojuszników a orgie z nimi oprócz dostarczania przyjemności tym którzy brali w nich udział miały także związać ze sobą. I kto wie? Może coś uda się przedsięwziąć razem?

                            - Pirorze i Fabiennem z pomocą Otto, udało się wykupić niektórych, obiecujących pacjentów. Marissa wydaje się być bardzo wrażliwa na szepty mojej matki. Liczymy, że doprowadzi nas do jej gniazda. Podobnie Annika wyczuwa zes Norry. Obie są teraz na służbie u Fabienne, jako jej osobiste pokojówki. Miewa napady gdy gna przed siebie na oślep. Myślę, że wówczas to Norra ją kieruje. I każdy kolejny atak jest silniejszy od poprzedniego. Zapewne jeśli nie zginie po drodze to Annika może nas doprowadzić do jakiegoś miejsca ważnego dla Norry. Opowiadała o jakimś krwawym kamieniu u stóp którego jest pełno czaszek. To by pasowało do Norry, skoro poświeciła się Krwawemu Ogarowi. Więc dobrze, że udało nam się je obie wydostać. - Opowiedziała mu nieco więcej o tajnych planach sekty do jakiej należeli. Zwłaszcza o dwóch kobietach jakie wcześniej były pacjentkami hospicjum a teraz były na terenie bardziej kontrolowanym przez kultystów. I obie wydawały się być kluczowe w odnalezieniu kolejnych ścieżek prowadzących do powrotu Sióstr na ten świat.

                            - O ile wiem to Sigismundus i Strupas zajęli się hodowlą larw Oster. Już mają jakieś wyniki. Zdaje się, że już nawet dorosłe owady mają. Ale wąskim gardłem są nosicielki. Nasze dziewczęta na razie nie są zbyt chętne aby dać się zasiać jajami much i potem rodzić ich larwy. Jest spór o to. Zresztą sam widziałeś, u Norsmenów wygląda to podobnie. - Lekko uśmiechnęła się i wskazała na Raisę i roznegliżowaną Helgę. Obie stanowiły żywy kontrast między starością a młodością. Niewolnica właśnie jęczała z rozkoszy gdy była na czworakach a Bjorn chędożył ją bez wytchnienia. A wcześniej właśnie kłótnia między innymi wybuchła właśnie o to aby zasiać młode kobiety jajami Oster. - No niestety aby dorosłe muchy atakowały ludzi to muszą zostać wyhodowane wewnątrz ludzi. Na pewno to ma potencjał do zaskoczenia i przerażenia. Pomyśl jaki będzie to piękny widok jak się wypuści takie stado wewnątrz sali balowej pełnej znamienitych gości jacy przyjechali na festyn i turniej. Jaki to wywoła skandal, jak pokaże słabość i nieudolność władz świeckich i duchownych. Jak podważy ich autorytet. I jaki chaos wywoła. - Mówiła o zamiarach zboru na użycie tych nietypowych much do dokonania ataku na śmietaknię towarzyską tego miasta i ich bogatych i znanych gości. - No ale wąskim gardłem są nosicielki. Bo hodowla zajmuje czas, nie chodzi tylko o to aby zasiać i poczekać aż nosicielka urodzi czerwia. Ale jeszcze one tak jak zwykłe muchy, muszą przejść przemianę w kokon a potem dorosłe owady. To zajmuje całe dnie a czasu jest coraz mniej. Stąd presja na dziewczęta rośnie. Albo na ich zastępstwo. - Opowiedziała mu także jak się mają sprawy poświęcone Oster. Zaznaczyła na czym polega trudność w tej hodowli i dlaczego budzi tyle niesnasek wewnątrz kultu.

                            - Mamy też ślad prowadzący do niezwykłego stworzenia. Albo artefaktu. W piwnicach Akademii Morskiej. Joachimowi i Tobiasowi udało się namierzyć konkretny loch i skrzynie. Niestety nie jest łatwa do wyniesienia. Dlatego na razie planują jak się tam dostać. Wiele wskazuje na to, że to “światełko” może doprowadzić do jakiegoś miejsca lub artefaktu związanego z Vestą. To chyba jest gdzieś na tych bagnach. Ale one są spore więc przydałby się dokładniejszy namiar albo przewodnik. - Wskazała na morkadła na jakich obrzeżach byli. Te zdawały się nie mieć końca. Teren pośredni między wodą a lądem, zamglony i tajemniczy. Pasował do kogoś kto poświęcił się Dwugłowemu Ptakowi. Kultyści nawet mieli jakiś trop ale widocznie jeszcze nie zdążyli go przekuć w konkretny plan. I gdzieś mniej więcej na tym skończyła się wczorajsza rozmowa nim wrócili do figlów.

                            Za to w nocy miał sen. Śniła mu się jakaś postać. W Lesie. Biegła przez las. A on biegł za nią. Nie był pewien dlaczego ale zależało mu aby ją złapać. Chociaż teraz już nie wiedział dlaczego. W pewnym momencie dojrzał jej długie, czarne włosy i wąską kibić. I spódnicę. Zorientował się, że to kobieta. Biegła przez las a on za nią. Wołał ją a ona też coś krzyczała. Teraz jednak nie mógł zrozumieć ani jej ani własnych słów. Kobieta wybiegła na polanę. A on za nią.

                            - Widzisz! To to! To jest brama! Mówiłam wam! - Krzyknęła gdy na chwilę się zatrzymała. Wskazywała toporem na menhir. Głaz czarno - krwawej barwie, poprzecinany złotymi żyłkami jakby gorąca lawa buzowała pod jego powierzchnią. Na jego nieregularnej, z grubsza jedynie ociosanej powierzchni widać było jakieś glify i znaki. Nie miał pojęcia co oznaczają. Ale też czuł, że ten głaz go wzywa.

                            - Dobra, teraz się policzymy! - Warknął Silny. Splunął w dłoń i poklepał swoją ulubioną, okutą metalem pałkę w dłoń. Za nim z lasu wyszedł uśmiechnięty Rune. W kolczudze, z tarczą i mieczem w dłoni. Nie byli tu sami. Po przeciwnej stronie polany stała podobna grupa potworów. Zwierzoludzie, umięśnione mutanty, kłapiące szczękami ogary, chyba jakiś troll czy coś podobnie dużego. Też szykowali swoją broń do bitki. Ryczeli i szarpali trawę kopytami. Wśród nich wyróżniał się potężny zwierzoczłowiek z masywnymi rogami. Ludzi wydawało się znacznie mniej. Ale obie grupy dziko wrzasnęły i zwarły się ze sobą. Egon siekł i rąbał a także jego siekali i rąbali. Wydawało mu się, że w zmaganiach z potworami widzi swoich znajomych. Larsa i Bjorna. Nawet wojowniczkę z dwoma toporami podobną do Normy to Axe. Chociaż ona została w Norsce. A wielu nawet nie znał. Mimo to ludzie zdawali się mniej liczni i zaczynali oddawać pola sojuszowi potworów. Troll któremuś oderwał ramię, zwierzoczłwiek rozpruł brzuch wojownikowi obok tak, że jego parujace wnętrzności i kerw ochlapała twarz Egona. Widział gdzieś toczącą się ludzką głowę. Poteżny zwierzoczłowiek złapał ją za włosy i szarpnął do góry pokazując swoje trofeum. W pewnym momencie w tą kotłowaninę wjechał czarny rycerz. Jego kopia wbiła się w trzewia trolla wywołując dziki wrzask potwora. Wojownik skrócił dystans i dobył miecza. Raźno rąbał aż łeb poczwary spadł i potoczył się na ziemię. To dodało otuchy ludzkim wyznawcom Krwaweg Ogara. Wrzasnęli triumfalnie i zmusili się do jeszcze jednego wysiłku. Konny rycerz był w pełnym hełmie tak samo czarnym jak reszta jego zbroi. Na napierśniku miał emblemat słońca. Czerwonego lub zaczerwienionego od posoki. Ale popatrzył gdzieś w bok. Gdy i Egon tam spojrzał dojrzał ten czarno-czerwony, pradawny menhir. Ponieważ był centralnym punktem walki to liczna posoka chlapała na niego. Teraz zaś zdawał się promienieć mocą jeszcze bardziej. Złote żyłki skoncentrwały się w jednym miejscu tworząc szczelinę od góry do dołu. Z wnętrza wyzierał krwawy dym jaki zaczął zalewać walczących. Oczekiwanie, radość i nadzieja osiągnęły taki poziom, że Egon obudził się. Ujrzał nad sobą błękit nieba, nagie ramię Astrid i szum morza uderzającego o brzeg.

                            Z rozmów Norsmenów przy śniadaniu wynikało, że też mieli wyjątkowe sny. I teraz o nich gadali. Były inne i chyba kto był oddany której Siostrze to taki mu sen zsyłała. Astrid mówiła o orgiach z pająkami w jaskini, Bjorn po norsmeńsku to nie wiadomo co ale chyba coś z walką bo rechotał się na całego jak robił wymowne gesty jakby ciął toporem, Lars opowiadał o skarbach w porcie jaki zdobył ze swoimi towarzyszami a Raisa o zdrowych nosicielkach jakich brzuchy wydadzą na świat miot Oster jaki pomoże im opanować to miasto.

                            - Daleko jeszcze do tego miasta? - Zapytał Lars gdy siedzieli przy ognisku jedząc śniadanie. Wyglądał lepiej niż wczoraj wieczorem. Widocznie gotowane błoto Raisy, odpoczynek i dobre jedzenie pomogły mu się pozbierać po walce z krabami. Chociaż wciąż widać było pewną sztywność w jego ruchach. Brakowało w nich płynności i zwinności tego który wczoraj jako pierwszy dotarł na krabi wrak. Zapewniał jednak, że da radę iść razem z nimi.

                            - Na obiad to raczej nie zdążymy ale kolację to już powinniśmy zjeść w mieście. - Odparła Soria jaka była najlepiej z nich zorientowana w tutejszej topografii terenu. Na oko Egona to mogło to jakoś tak wyglądać. Z połowę trasy mieli do przejścia tą plażą na wschód, aż do ujścia zatoki nad jaką leżało miasto. A potem na południe, zachodnim wybrzeżem tej zatoki. I pewnie przez Zachodnią Bramę bo była najbliżej.


                            Zdrowienie i gojenie ran (wieczorem leczenie Rainy, rano leczenie Rainy i gojenie się ran)

                            Egon 14>14>15>17/17 (s.zdrowy; mod 0)
                            Bjorn 12>13>14>15/18 (s.draśnięty; mod 0)
                            Lars 8>9>11>11/17 (s.ranny; mod -10)
                            Astrid 13>14>15/15 (s.zdrowy; mod 0)

                            Miejsce: Nordland; na południe od Neues Emskrank; leśny matecznik; obóz Gormula;
                            Czas: 2519.07.22; Marktag; wieczór - ranek
                            Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                            Joachim

                            link: https://i.imgur.com/tzTkUgf.jpeg

                            Miał sen. Sen o mgle i bagnach. Sen o światełku jakie prowadziło go przez te bagna. Szedł przez jakieś szuwary i błoto. Szatę miał ubłoconą po kolana. Rękawy i dłonie też. Bo co chwila tonął w półpłynnej, bagiennej masie. A czuł presję aby nie zgubić świetlnego przewodnika. Podążam za nim niczym za latarnikiem. Wiedział, że tam nie było żadnego latarnika, że to to światełko ze skrzyni Akademii go prowadzi. Ale znajome skojarzenia same przychodziły mu do głowy.

                            - Widzisz? Mówiłem ci, że to dobry pomysł. Oczywiście, że dobry bo mój. - Tobias nagle znalazł się obok niego. I był irytująco czyściutki, świeży i wypoczęty. Wymownie spojrzał w bok. Jak mag też tam spojrzał ujrzał znajomą skrzynię. Przed nią stała kobieta. Ale była tyłem do niego więc nie widział jej twarzy. Miała czarne włosy jak Fabienne. I była w ciąży. Widział jej pękaty brzuch. Położyła na nim swoją dłoń w matczynym odruchu. A światełko lewitowało nad nią i nad skrzynią. Zbliżyło się do niej i Tobias znów się odezwał.

                            - Widzisz? To działa! Zobacz, co się dzieje jak nie masz w sobie dziedzictwa Oster i jej Sióstr! - Zawołał triumfalnie ucieszony belfer wskazując na czyjeś nogi leżące obok. Ciało było bezgłowe. Jakby głowa eksplodowała. Kto to był? Jakiś trażnik? Profesor? Otto? Cholera to mógł być nawet on sam! Nie zdążył się dokładniej przyjrzeć a i ciało leżało w półmroku pomiędzy innymi gratami gdy światełko poruszyło się co zwróciło uwagę magistra. Świetlna kula obniżyła się ku brzuchwi kobiety. Swietlne macki wystrzeliły jakby badały jej brzemienność. Joachim też wyczuwał, że jej łono jest spaczone nieludzkim potomstwem. Chociaż jego nowa wiara kazałaby nazwać je błogosławionym. Kobieta o miodowych włosach roześmiała się wesoło gdy świetlna kula wyskowczyła w górę i poszybowała do wyjścia. I czekała na nią jakby chciała ją gdzieś zaprowadzić. Właściwie teraz przez te włosy to wyglądała bardziej jak ta diwa z Saltzburga a nie Fabienne. I to pomieszczenie też nie wyglądało jak loch w Akademii. Raczej jak ta kryjówka kultystów pod zwaloną wieżą. Nie miał pojęcia czy to dwie różne sceny z różnymi aktorkami czy też jedna ale jakoś dziwnie pokazana. Wykluczały się nawzanem czy też stanowiły dla siebie alternatywę?

                            - Zostaw to, patrz tam! - Tobias trącił go w ramię i wskazał kierunek. Znów byli na bagnach. A belfer szedł jakby ponad powierzchnią błota nie brudząc się wcale gdy dla Joachima każdy krok był męczarnią. Musiał wyjmować nogę z błota tylko po to aby włożyć ją znów kawałek dalej. Ze stuporu i umęczenia wyrwał go nowy głos.

                            - No tak, teraz to takie oczywiste… - Zaplątany w mackowate krzaki rycerz kiwał głową w zadumie. Wyglądał na już dość leciwego. I pogodzonego z losem. - Idź, idź, może tobie się uda. - Uśmiechnął się do niego mimo wyczerpania. Zachęcił go machnięciem dłoni aby młodzieniec szedł dalej za światełkiem. W pewnym momencie ktoś znów klepnął go w ramię. Tym razem była to zakapturzona postać z łukiem w dłoni. Mimo, że byli blisko siebie Joachim nie mógł dojrzeć jej twarzy. Ona zaś położyła palec na ustach lub miejscu gdzie powinna je mieć. I dała znać aby mag podąrzył za nią. Przeszli tak znów jakiś kawałek. Nowy towarzysz miał talent do odnajdywania kęp bagiennych traw i po nich jakoś lżej się szło. Zatrzymał się jednak i intensywnie wpatrywał się przed siebie. W końcu gestem pokazał Joachimowi jakiś kierunek. Poza mgłą nic ciekawego tam nie było. Nawet światełko gdzieś zniknęło. A nie! Jednak dojrzał kogoś! Ktoś tam stał. Chyba w spódnicy więc chyba kobieta. Ale stała tyłem do nich i częściowo mgła nie pozwalała dostrzec detali. Miała czarne włosy. Albo miodowe. Nie był pewien. Światełko znów wypłynęło z mgły i zatrzymało się przed nią. Tym razem nie było same. We mgle zamajaczył olbrzymi cień. Pewnie conajmniej tak duży jak ogr albo troll. To coś pochyliło się do brzucha kobiety jakby węsząc czy sprawdzając jego zawartość. A potem cofnęło się.

                            - Widzisz! Teraz można! - Zawołał radośnie Tobias i raźn ruszył przed siebie. Ten zakapturzony także. Obaj szli pewnie jak po bruku ale Joachim znów się zaczął zapadać w bagnie i nie mógł za nimi nadążyć. Wołał ich ale stopniowo zniknęli mu z oczu. Poczucie straty, osamotnienia w tej mgle i bagnie było tak dominujące, że aż się obudził.

                            Spał okryty własnym płaszczem. Przytulony do Gunthera. Ten już siedział i czyścił broń. Marlene jeszcze spała. Czuł tą noc w sobie. Opuszczając swoją kamienicę nie planował nocować w lesie. A chociaż pranek był słoneczny to jednak noc była chłodna. Zwłaszcza jak się spało z dala od ogniska. A sąsiedzi do dyskretnych nie należeli. Zwierzoludzie co prawda przyjęli ich do siebie na noc. Tylko wyglądało to na jakieś tymczasowe obozowisko w leśnym mateczniku. Teraz Joachim w ogóle nie miał pojęcia gdzie się znajduje ani jak wrócić do miasta. Albo chociaż na trakt jaki do niego prowadzi. Byli na terenie zwierzoludzi gdzie ludzie się nie zapuszczali. Chyba, że jako jeńcy lub ofiary. Dzięki swojej mocy i słowom Darcy dostąpili rzadkiego przywileju być gośćmi kopytnych. Ograniczało się to jednak do tolerowania obecności bezsierstnych. Ci kopytni wydawali się jeszcze bardziej brutalni i dzicy niż plemię Gnaka. Łącznie było ich około tuzina. I Gormul Rozpruwacz Wnętrzności wyraźnie im przewodził. Wieczorem Darcy przyniosła swoim ludzkim towarzyszom coś do jedzenia. Posiłek był skromny. Ledwo dopieczone mięso jakiejś dziczyzny.

                            - Nie wychylajcie się, nie wchodźcie im w drogę. Zwykle nie mamy tutaj ludzkich gości. Chyba, że ludzkie samice. Lubią chędożyć ludzkie samice. Mamy dwie w obozie do zabawy. Porwaliśmy je na szlaku. Teraz będą rodzić nam nowe koźlątka. Ale jak nie jesteście samicami do chędożenia a nie macie silnej bandy za sobą to lepiej im nie wchodźcie w drogę. - Blondynka poradziła im wczoraj wieczorem gdy posiedziała chwilę przy nich. Kopytni ich faktycznie ledwo torelowali i nie okazywali sympatii ani życzliwości. Ale wrogości też nie. Wedle Darcy nie byli nawykli do ludzkich gości. Musiała im naopowiadać, że Joachim jest takim samym wyznawcą Mrocznych Bogów jak Fenk i jego kult. No i dysponuje mocą. Co wedle niej zrobiło na nich wrażenie na tyle aby dać spokój jemu i jego dwójce towarzyszy. Darcy bowiem zachowywała się jakby była członkiem tego stada. Widzieli wieczorem jak oddawała się Gormulowi i jego wojownikom. Tak samo jak kultystki z miasta chętnie bratały się z Gnakiem i jego stadem. Ale chociaż ona okazała gościom jakieś zainteresowanie, pokazała im gdzie mogą się umościć na noc, dała jakąś skórę jaką mogli położyć pod siebie albo się okryć no i przyniosła chociaż skromną kolację. A teraz rano przyszła znowu.

                            - Ale miałam sen. Śniła mi się potężna i piękna kobieta o wężowych włosach. Wspaniała pani! Kochałyśmy się. Z jej łona wyrosło męskie przyrodzenie i zalała mnie swoim nasieniem. Było cudownie. I wiem, że byłam z nią brzemienna. A ona jeszcze miała dużo ładnych koleżanek. I była jakaś bogata kamienica z ładnymi obrazami i rzeźbami. A w piwnicy był loch. I co tam się działo w tym lochu! - Obserwując jak jedzą znów kawałki zimnego pieczystego z wczorajszej kolacji opowiedziała im swój sen. Pogłaskała się po swoim płaskim brzuchu jakby wspominała tą ciążę ze snu jaka była nienaturalnego pochodzenia.

                            - Chcecie wracać do miasta? Mogę was zaprowadzić do traktu. Dalej to już chyba traficie. - Spojrzała na nich przytomniej. I jakby przypomniała sobie co wczoraj na przywitaniu mówił Joachim. - Nieźle ci wczoraj poszło. Gormul nie jest taki głupi na jakiego wygląda. Jest cwany. Ale nie lubi ludzi. Gdybyś był orkiem czy mutantem to pewnie byłby dla ciebie milszy. Dobrze, że władasz mocą i wyznajesz odpowiednich bogów. To zrobiło na nim jakieś wrażenie. Szkoda, że jest was tylko dwóch. Jakbyś był rycerzem, wojownikiem, miałbyś swoją świtę no to to robiłoby większe wrażenie. Oni teraz są bardzo znarowieni. Mają sny od bogów tak samo jak ja. Ostatnio widzieli niebieską milady. Ja jej nie widziałam to wiem tylko od nich. Z opisu to wnioskuję, że albo kapłanka albo magini. Ciemne włosy, niebieska suknia z dekoltem i kostur. Chyba wyczuła nasze stado bo zrobiła magiczne fiku miku i się chłopcy rozmyślili napadać ją. Jechała w stronę miasta. A dziś przyśniła się Gormulowi. Tej nocy chłopcy mieli dużo, różnych snów. Ale skoro ona się mu przyśniła to wola bogów. Widocznie jest ważna i jego i jej ścieżki mają się ze sobą jeszcze spleść. Jakbyście trafili na tą niebieską w mieście to dajcie znać. Wiem, że chłopcy są trochę nieokrzesani ale w lesie nie ma lepszej bandy od nich. - Mówiła im obserwując jak jedzą kawałki półsurowej dziczyzny. Twarzysze Joachima jedli i słuchali jej w milczeniu.

                            - Panie a co z nią? - Zapytał Ghunter wskazując głową na Marlene. Wczoraj blondynka przyniosła jej jakąś skórę więc chociaż trochę mutantka mogła okryć swoją nagość. Ale nawet jakby miała jakieś zwykłe ubranie to jej sromota, zwłaszcza na głowie, była bardzo widoczna. Ona zaś spojrzała na nich błagalnie.

                            - Nie zostawiajcie mnie tu z nimi! Zabierzcie mnie ze sobą! - Poprosiła rzucając im przestraszone spojrzenie. Co z kolei wywołało złośliwy śmiech Darcy.

                            - A co się boisz słonko? Po pierwszym koźlątku idzie się przyzwyczaić, po drugim pokochasz to! - Zaśmiała się tak swobodnie jakby nie była całkiem przy zdrowych zmysłach. Co stropiło Marlene na tyle, że zamilkła.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; Plac Targowy
                            Czas: 2519.07.22; Marktag; ranek
                            Warunki: jasno, umiarkowanie; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

                            Otto

                            Jednooki mnich zorientował się jeszcze wczoraj, że za bardzo zagadał się z kolegą ze zboru i właściwie nie było już sensu gdzieś iść. Zmierzchało więc i warsztat garcnarski był już pewnie zamknięty i nie wypadało porządnym ludziom się dobijać do drzwi o tej porze. Rozsądek podpowiadał aby zostawić te wizyty na jutrzejszy poranek. Jeszcze tylko pożegnali się z byłym łowcą czarownic.

                            - Oh, pewnie, że bym wyciągnął z niej co bym chciał. I nawet bym w nią włożył co bym chciał. Ale zwykle miałem do dyspozycji swoją świtę i odpowiednie pomieszczenie. Teraz to chyba Pirora w swoim loszku ma najbardziej zbliżone narzędzia no ale obaj wiemy kto i do czego ich używa. - Henri zaśmiał się rubasznie i trochę tęsknie na wspomnienie władzy jaką dawniej dysponował jako łowca heretyków. Wówczas pewnie mógłby zabrać taką dzierlatkę na przesłuchanie z zastosowaniem dowolnych metod. Teraz jednak był już na emeryturze i nie chciał aby ktoś dowiedział się o jego przeszłości. Uznał jednak, że “robacza” kolekcja z gliny to ciekawy pomysł i przemyśli go. Chociaż Otto wyczuł, że starszy kolega wolałby aby jednooki go wspomógł w tym zadaniu. Zwłaszcza, że ostatnio tak mu świetnie wychodziły relacje z młodymi kobietami różnych stanów. A ta młoda garncarka znad przeciwka ze względu na ten wymowny sen wydawała mu się warta sprawdzenia. Na tym się wczoraj rozstali.

                            A dziś w nocy sam miał sen. Początek był dość znajomy. Dwa, młode, soczyste, kobiece łona. Bezwstydnie obnażone, z zapraszająco rozchylonymi udami. Jedno ozdobione tatuażem karminowych ust w koronie, drugie z dwoma pieprzykami na zgięciu biodra. Teraz już wiedział, że pierwsze należy do Odette a drugie do Fabienne. To jakby pozwoliło mu ujrzeć coś więcej niż we wcześniejszych snach. Obie miały spory, ciężarny brzuch. Leżały na wznak, trzymały się za dłonie i uśmiechały się do siebie. Wygladały jak dwie, młode matki w trakcie porodu. W pewnym momencie Bretonka spojrzała prosto na niego.

                            - Jestem najpodlejszą z podłych i najnędzniejszą z nędznych. I zawsze uwielbiam próbować nowe smaki. Cieszę się, że pozwoliłeś mi tego skosztować. - Powiedziała zalotnym tonem kładąc opiekuńczo dłoń na swoim ciężarnym brzuchu.

                            - No i to jest coś! Jednak w tej śmierdzącej rybami dziurze są jakieś atrkacje jakie nie ma u nas w stolicy! A już na pewno nie ma tam takich niepowtarzalnych tatusiów! - Odette roześmiała się równie wesoło jakby ta ciąża sprawiała jej mnóstwo frajdy. A poród już się zaczynał. Widział jak ich brzuchy pulsują jakby coś w nich się kotłowało. A ich łona ociekają lepką wilgocią. Wreszcie przy jęku rozkoszy z jednego i drugiego łona wychylił się pierwszy czerw. Duży, silny i dorodny. Co każda z matek przywitała z okrzykiem ekstazy.

                            - Ja też tak chcę! Tak jak one! Chyba nie powiesz mi, że to przywilej tylko dla tych nadętych szlachcianek!? - Przy swoim uchu nagle Otto usłyszał kolejny kobiecy głos. Musiała stać tuż za nim. Czuł napór jej ciała na swoich plecach. - Zostało mi to obiecane! Od dawna się na to przygotowuję! - Głos zrobił się jednocześnie rozkazujący i desperacki. Kosmyk kasztanowych włosów spadł mu na ramię okryte habitem. Ze złością postawiła mosiężny moździerz z tłuczkiem na nocnej szafce.

                            - Teraz sam widzisz jak to jest. Trudno to wytłumaczyć słowami. - Henri popatrzył na niego z dobroduszynym uśmiechem. Obaj stali przed warstatem garcnarskim. Obserwowali albo podglądali przez okno młodą garnacrkę przy pracy. Tak jak to opowiadał były łowca czarownic siedziała okryta tylko skórzanym fartuchem. Jej młode, jędrne ciało oblewał pot od rozgrzanego pieca w jakim wypalały się jej wyroby. Ona zaś pracowała nad szybko obracajacą się na kole ganrcarskim grudką gliny. Urabiała ją w coraz węższy wałek jaki w końcu zaczął się gibać na boki jak główka węża. Albo czerwia. W pewnym momencie ożył i zaczął sunąć po nagim, spoconym ramieniu rzemieślniczki zostawiając na niej gliniasty ślad. Ona zdawała się być tego nieświadoma. Robak zaś zawędrował do jej barki, powęszył tam trochę jakby zastanawiając się nad kierunkiem. I w końcu ześlizgnął się w dół znikając pod ubrudzonym fartuchem. Jeszcze jednak widać było jego zarys jak tam buszuje. Po piersiach, po brzuchu i jeszcze niżej. Kobieta się uśmiechnęła. A może dlatego, że drzwi skrzypnęły.

                            - Witaj sąsiedzie. W końcu zaszczyciłeś mnie swoją wizytą. Czyżbyś zobaczył we mnie coś co wcześniej przeoczyłeś? - Zapytała wesoło, wręcz zalotnie. Henri też się uśmiechnął ale nie odpowiedział od razu. Jej dłonie kończyły właśnie formować kolejnego robaka a ona zdawała się w ogóle tego nie dostrzegać.

                            - Mozna tak powiedzieć. Czy można u ciebie zamówić jakieś robaki? - Zapytał próbując odzyskać inicjatywę w tej rozmowie.

                            - Robaki? Dziwne zamówienie. Ale czemu nie. Jakie byś chciał te robaki? Do czego by miały służyć? Jakiej wielkości? - Pytała tylko chwilowo zaskoczona jego zamówieniem. Skończyła właśnie swoją parcę i kolejny czerw sunął po jej nagim ramieniu zostawiając błotnisty ślad na spoconej skórze. Ona zaś wzięła w dłoń kolejną grudę mokrej gliny.

                            - No właśnie takiego. Myślałem o czymś takim. - Henri który widocznie widział te gliniane robaki starał się jakoś zachować pozory normalnej rozmowy handlowej. W końcu jednak spojrzał w okno gdzie stał jego towarzysz. A ten widział, że gliniara też zaczyna odwracać głowę w tą stronę. Jednooki tak się przestraszył, że dziewczyna go zobaczy, że się obudzł. Nie było jej tu. Ani Henriego. Ani koła garncarskiego i glinianych robaków. Był sam, w swoim łóżku. I przez zamknięte okiennice prześwitywał kolejny dzień. Tym razem pogodny i słoneczny.


                            Nawet jakby zapomniał to ruch na ulicach przypomniał mu, że dziś jest Marktag. Dzień handlowy. Tak się składało, że jak chciał dojść do Lebkuchenów to musiał przejść przez Plac Targowy. Właściwie wczoraj obiecał Dornie, że kupi dla niej nieco żywności. Sama z powodu swojej sromoty nie mogła wychodzić na zewnątrz. A dziś jak co tydzień plac był zawalony wozami i straganami. Chłopi przyjeżdżali z okolicznych wsi oferując jajka, mleko, drób i żywy inwentarz. Dlatego te uwiązane krowy, kozy i świnie beczały i kwiczały mieszając się z ludzkimi krzykami, kłótniami, targowaniem o cenę i zachwalaniem swojego towaru. Co chwilę musiał zwalniać albo ktoś go popychał czy wpadał na niego. Zapewne mnisi habit nieco mu pomagał torować sobie drogę przez tą ciżbę ale po prostu tłum był tak gęsty, że nawet to nie gwarantowało mu swobodnego przejścia.

                            Widział nawet drewniane rusztowanie jakie zaczęto wznosić na turniej rycerski. Dwaj rycerze jechaliby naprzeciwko siebie wzdłuż niego aby się potykać kopiami. Teraz nie zostało ani dokończone ani rozebrane co potwierdzało o specyficznym zawieszeniu decyzji co dalej z tym turniejem. W Festag wypadął Dzień Pierwszego Kamienia czyli rocznica rozpoczęcia budowy Neus Emskrank. Jednak dalej nie było wiadomo czy z powodu żałoby po księżnej miasto będzie to świętować czy nie.

                            - Mówię ci, miałem ją. Dasz parę miedziaków i idzie z tobą do pustego budynku. A potem możecie się he he zapoznać bliżej. - Czekając aż się jakas grupką kłócących przekupek rozładuje usłyszał rozmowę tuż obok siebie.

                            - Niezła. Skąd ją znasz? - Odpowiedział jego towarzysz. Obaj patrzyli gdzieś kawałek dalej nie zwracajac uwagi ani na jednookiego mnicha ani na kłócące się kobiety.

                            - Ona jest ze wsi. Przyjeżdża z tymi kozami i świniami. Zobacz jak się wystroiła. A he he kuzyn co tam był u nich to się od sąsiadów dowiedział, że tam ciekawe rzeczy u tych dieterów się wyrabia. Ale chyba jej służy, zobacz jaka dorodna ta ich Elke wyrosła. - Zaśmiał się lubieżnie i obaj z zafascynowaniem obserwowali jedno ze stanowisk opodal. Widać było przywiązane kozy i świnie z jakimi pasterka przyszła na handel. Ale to ona właśnie bardziej przykuwała uwagę rozmówców.

                            - No dorodna. Jak ja bym taką miał pod sobą to już by jej wsiowe głupoty wyleciały z głowy! - Zaśmiał się ten drugi ale widocznie zgadzał się z opinią kolegi.

                            link: https://i.imgur.com/ewgTJhh.jpeg

                            - Możesz ją mieć. Jak się dobrze zagada to może nawet tych miedziaków nie trzeba. Elke chętnie się dzieli swoimi wdziękami. - Zachęcał ten drugi ale w tym momencie do rozmowy wdarła się nowa kobieta. I to nie tak powabna jak pasterka trzody jaka przykuła ich uwagę.

                            - A tu jesteś huncwocie! Gdzie się migasz od roboty! No kto to wszystko weźmie?! Sama mam to wszystko nosić?! Na co się tak gapisz hultaju?! Znów na jakąś wywłokę się gapisz?! - Chyba żona przywróciła męża do małżeńskich obowiązków. Widać było, że gwałtownie odwrócił się ku niej i razem z kolegą próbują ją udobruchać aby tylko nie zorientowała się, że jej wrzaskliwe podejrzenia są słuszne. Nawet kilka osób zaśmiało się na tą małżeńską, jakże powszechną scenę i po chwili wszystko rozeszło się po kościach.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; ul. Morska; mieszkanie Rosalii
                            Czas: 2519.07.22; Marktag; ranek
                            Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

                            Rosalia

                            Rosalia obudziła się we własnym łóżku. Sama. Był kolejny, pogodny poranek. Ale na osłodę miała sen jaki jej się przyśnił. Znów była przywiązana do krzesła. A ta najemniczka podawała jej kubek z winem aby się mogła napić. Tak rzeczywiście wczoraj było w tej opuszczonej kamienicy. Jednak w śnie sprawy potoczyły się inaczej. Najemniczka usiadła okrakiem na jej kolanach i objęła szyję ramionami. Przyglądała się z lubością w twarz porwanej kelnerki.

                            - Ładna jesteś. - Oznajmiła jej zalotnym tonem. Coś podobnego faktycznie powiedziała wczoraj ale nie tak zalotnie i nie siedziała jej wówczas na kolanach. We śnie jednak to robiła. Bawiła się palcami jej kosmykiem włosów, zaczeła głaskać jej policzki i coraz bardziej przypominało to pieszczoty.

                            - Tak, też to zauważyłam. - Odezwała się druga kobieta. Tym razem zza pleców Rosalii więc ta jej nie widziała. Za to czuła jak tamta położyła swoje dłonie na jej ramionach. I schyliła się bo wyczuła jej oddech na swoim karku. Po chwili zmieniło się to w delikatny pocałunek. A kątem oka Rosalia dostrzegła kosmyk granatowych albo niebieskich włosów. Zupełnie jak w tym śnie o ożywionej syrenie.

                            - Ale chyba się jakoś podzielimy? - Zaproponowała najemniczka tonem najedzonej kotki co ma w łapach tłuściutką mysz ale nie musi jej jeść od razu. Przesunęła swoją dłoń na dekolt sukienki kelnerki jakby ciekawa co znajduje się w środku.

                            - No chyba trzeba będzie. Przecież nie będziemy się o to bić skoro możemy się kochać prawda? - Odparła ta za plecami związanej. Nagle coś świsnęło i cała scena rozpadła się jak po cięciu bicza. Rosalia czuła, że gdzieś spada i stacza się. Potem garnęła ją ciemność gdy grzmotnęła głową o jakiś kamień. A może to kamień grzmotną ją w głowę? Taki trzymany czyjąś ręką? Lub pałka? Przecież tak ją ogłuszyła ta najemniczka. To dlatego jej to się śniło?

                            Nie zdążyła się zastanowić gdy zorientowała się, że wisi. Jakieś więzy trzymały ją za nadgarstki. Zupełnie jak w tych snach co miała jeszcze zanim przybyła do tego miasta. Usłyszała kroki za sobą. Stanowcze ale spreżyste.

                            - Aha obudziłaś się. Dobrze. Mam do ciebie wiele pytań. - Usłyszała za sobą kobiecy głos. Tamta gdzieś podeszła a potem wróciła. Znalazła się tuż za rozkrzyżowaną kelnerką.

                            - Jak mi to wyjaśnisz? Nie kłam, że nie twoje. Wiesz przecież gdzie to znalazłam. - Ta nowa była stanowcza. Rosalia nie mogła na nią spojrzeć ale dojrzała na dole fragment jej sukni albo togi. Niebieskiej. Albo fioletowej. Nie była do końca pewna. Ale nie to było w głównym polu widzenia. Tylko to co trzymała w ręku. Kość. Rzeźbioną kość. Albo alabaster? Alabaster też był taki biały jak kość. I ten kawałek był wyrzeźbiony w syrenę. Góra należała do cycatej piękności o sześciu ramionach. Grała na flecie a jej pozostałe dłonie jakby tańczyły i pieściły się jednocześnie. A jej rybi ogon był tak uformowany, że był długi, gruby i zagięty tak, że w sam raz nadawał się aby dogodzić kobiecie jeśli nie miała żadnej pomocy z zewnątrz. Obca jednak gestem machnęła nią w stronę sterty kości, śladów starego ogniska i czaszki jelenia albo łosia. Rosalia od razu rozpoznała swoją kryjówkę gdzie oddawała się lubieżności w samotności. Już prawie widziała jak się tam kładzie, zdejmuje spódnicę, bierze tą rzeźbioną syrenę i… I wtedy dojrzała, że ta rzeźba puściła jej oczko! To było tak zaskakujące, że aż się obudziła. Sama. We własnym łóżku.

                            No tak. Wczoraj ta najemniczka ją porwała, związała i przesłuchała w pustym domu. Pełno w tym mieście było pustych domów. W żadnym innym mieście jakie widziała wcześniej tyle ich nie było. W końcu jednak doszły do jakiegoś porozumienia i ta obca chciała aby kelnerka znalazła dla niej tą “niebieską”. A potem nawet ją rozwiązała i chciała zobaczyć ten posąg syreny o jakim Rosalia jej wspomniała podczas rozmowy. A potem puściła ją wolno. Kelnerka bez przeszkód wróciła do swojego mieszkania chociaż było już dość późno. Poszła spać a dziś rano obudziła się mając świeżo w głowie ten sen. Wciąż był wczesny poranek i dzień roboczy. A nawet więcej bo dziś Marktag. Dziś miała jednak wieczorną zmianę więc do zmroku miała czas dla siebie.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Online
                              SantorineS Online
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #232

                              Oryginalny autor: Santorine

                              Poranek przy wrakowisku zastał Egona nieco wyczerpanym z wiadomych powodów. Zeszłego wieczora, kiedy celebracja zdobyczy łupów rozpoczęła się, wiadome było, że dziewki użyczą swych wdzięków wojownikom na całą noc.

                              ~

                              Egonowi podobał się taki obrót spraw. Jak już baby podróżowały, to przynajmniej wygadzać wojom mogły w łożnicy, jako że do bitki nie były zdatne, poza być może Astrid, a któż wie, czy sama Helga nie byłaby odpowiednio zdolna do walki, jeśli by tylko ją nauczyć odpowiednio finty albo i też uczciwego podrzynania gardeł. Sam Egon stronił od takich wybryków, woląc zetrzeć się ze swymi wrogami na otwartym polu, jednak imperialny gladiator zdawał sobie sprawę z tego, że niejedna bitwa była wygrana właśnie z powodu zastosowania porządnego fortelu.

                              Szczęściem, między udami Astrid, Helgi i syreny Sorii nie było żadnego podstępu, o czym przekonał się noc wcześniej. Co do Raisy zaś, tego wiedzieć nie mógł i pewien nie mógł być czy przypadkiem starucha Raisa przypadkiem nie hodowała w swym łonie larw Oster, wszak gadała o tym jak najęta i bez zdziwienia przyjąłby, że guślarka zasiała larwy much w swym własnym ciele.

                              Nieważne zresztą. Sprawy larw Oster nie należały do Egona. Dupczył tedy zapamiętale, zostawiając swe troski na dzień następny.

                              ~

                              Dnia następnego zaś wysłuchał z uwagą przydługiej przemowy lady Sorii - jak dla niego, o wiele zbyt długiej, Egon bowiem nie cierpiał zbytecznej paplaniny. Wszakże by wystarczyło, że go szukają i że do miasta bezpieczny wejdzie. Postanowił wszak wygodzić syrenie, tak jak ona mu wygodziła wczoraj, jeno w innej formie.

                              – Dzięki ci za pierścień, lady Soria – Egon z podziwem skinął głową, kiedy kobieta zaprezentowała magiczny przedmiot. – Iście, rzecz będzie mi potrzebna, miałem dosyć siedzenia pod ziemią, kiedy za pierwszym razem nas tropili…

                              Na wzmiankę o turnieju, drgnął. Przypomniał mu się jego sen.

                              – Turniej? – Egon skinął głową. – Hmm. Iście, o interesujących sprawunkach prawisz… Trza mi będzie się w rzecz wpleść jakoś. Co do larw Oster, Raisa jest mistrzynią. Nie znam się na tych rzeczach, ale zda mi się, że larwy można by zasiać w byle kim, a nie jeno w kobietach. Myślałem, czy by jasyrem nie unieść jakich mieszczan albo kogo i zagospodarować ich.

                              Egon skinął na Raisę. Spodziewał się, że starucha chętnie przychyli uszu do propozycji.

                              – Słyszysz, Raisa? – rzekł Egon. – Sprawę jaj Oster można by zrobić… Ale nie od razu. Mus nam dojść do miasta i tam się zorientować.

                              Egon pamiętał swój sen. Stety, niestety - wyglądało na to, że sam jego mroczny patron, lub też raczej, za jego przyzwoleniem, magia sióstr wpływała na umysł Egona. Znaczenie snu zdawało się Egonowi jasne i było zgodne z tym, co przekazała mu wyrocznia: ów wojownik odzian w czerń był czymś, co Egon miał odnaleźć… Lub, znając przewrotną logikę snów i wizji, być może w jakiś sposób sam nim miał się stać? Wszakże Egon szlacheckiego rodowodu nie miał, ale czy dla snów i wizji miało to jakieś znaczenie?

                              Egon postanowił, że będzie musiał skupić się na sprawach nadchodzącego turnieju, kiedy tylko dotrze do Neues Emskrank.

                              O sny swoich kamratów nie pytał, myślał bowiem, że próżny był to trud.

                              – Chodźmy zatem, czas na podróż do miasta – rzekł Egon, gotowy do podróży.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Online
                                SantorineS Online
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #233

                                Oryginalny autor: Seachmall

                                Otto przysłuchiwał się przelotnie rozmowie, miło było słyszeć, że nawet wśród niezainicjowanych pierwotne żądze biorą górę. Zerknął na zebraną trzodę i zainspirowany słowami mężczyzn podszedł do pasterki.

                                - Dzień dobry, moja droga. Mogę zabrać ci chwilkę?

                                - Tak, co trzeba? Jakąś kózkę? Proszę zobaczyć jakie dorodne i zdrowe. - Dziewczyna podniosła się z murka na jakim siedziała i uśmiechnęła się sympatycznie. Z tym uśmiechem jeszcze bardziej wyładniała. Jednak widać było, że ma też żyłkę handlową bo wskazała zachęcająco na stado jakie przyprowadziła na handel. Zwierzęta meczały co chwila i szukały czegoś do jedzenia między kamieniami bruku i jak to kozy miały w zwyczaju każde źdzbło słomy potrafiły dojrzeć i zeżreć. Wśród nich był jeden kozioł, wyróżniał się od samic o wiele większym porożem. Pies z jakim bawił się jakiś niedorostek spojrzał na mnicha ale oboje szybko stracili nim zainteresowanie.
                                - Właściwie pewnie nie jedną. Jednak nie dziś, ano jedynie poradzić się. Zakładam, że rozpoczęcie niewielkiej hodowli w hospicjum mogłoby być dobrym pomysłem. Więc pewnie przydałby się nam ten koziołek i kilka koleżanek dla niego. Tylko czy trudno utrzymać taką hodowlę? I czy możesz mi więcej powiedzieć o naszym rogaczu? Jurny?

                                - Konrad? O tak, bardzo jurny! - Dziewczyna rozweseliła się i ruszyła w stronę rogacza. Niedorostek zachichotał złośliwie i zaczął zezować na kobietę i jej mnisiego klienta. Ona zaś zaprowadziła Otto do kozła. Szła przez swoje stadko a zwierzęta rozstępwały się przed nią. Blondynka dumnie poklepała kozła po kłębie.

                                - Zobacz jak solidnie zbudowany. Kryje wiele naszych kóz. Jest bardzo dobry, nawet z sąsiedniej wsi przyjeżdżają z kozami do krycia albo ojca wynajmują aby przyjechał do nich. Zawsze z tego wychodzą zdrowe dzieci. Ma bardzo dobre i silne nasienie. - Reklamowała swojego kozła czule głaszcząc go po grzbiecie i łbie. On zaś zaczął węszyć za jej ręką i patrzeć na dwójkę ludzi swoimi pionowymi źrenicami jakie czasem ludziom wydawały się niepokojące.

                                - Jest bardzo dobry na początek. Jurny tak jak trzeba. I jak jeszcze byś kupił parę kóz dla niego to na pewno byście szybko dorobili się ładnego stadka. A to kozy to wiele nie ptrzebują, mogą zjeść wszystko. - Obdarzyła mnicha ciepłym i życzliwym uśmiechem. Może nawet nieco zalotnym. A teraz czekała co on na to wszystko powie.

                                - I ile taka zabawa będzie kosztować? Wątpię, abym miał przy sobie dostatecznie dużo, ale będę chciał wiedzieć co powiedzieć Przeorowi. - mnich się chwilę zastanowił - I jedna sprawa… niektóre nasze pacjentki potrafią być… również jurne. Czy będziemy musieli uważać, aby nie dały się pokryć Konradowi?

                                - Oh… - Blondynkę zaskoczyło stwierdzenie mnicha. Trochę się zarumieniła i uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Widocznie nie miała gotowej odpowiedzi i musiała się zastanowić. - No cóż… Jak macie takie jurne pacjentki… No to Konrad jest też bardzo jurny. I lubi dokazywać. To wtedy tak. Lepiej aby trzymać ich oddzielnie od siebie. - Odparła znów lekko się uśmiechając. Zaczęła leniwie skubać jeden z blond kosmyków swoich włosów. - A za kozę to będzie 10 monet. Za jurnego Konrada 30. Ale to się szybko zwróci. Ja mogę też wziąć i pokazać jak trzeba. Ze 20 monet jakby się dało. Tylko byśmy musieli pójść w jakieś spokojne miejsce. - Niezbyt się bawiąc w finezję zaoferowała cennik swojego stadka a nawet siebie.

                                Mnich uniósł brew na propozycję.

                                - No przyznam, odważnaś. Chyba muszę cię przedstawić kilku moim znajomym, na pewno by cię polubiły. Niestety nie skorzystam bo czas nagli, ale może później… - mnich zerknął na kobietę trochę tęsknie - Kiedy wracasz do swojego gospodarstwa?

                                - Będę tu do południa. Chyba, że sprzedam dużo wcześniej. Zostanę na obiad a potem wracam. Jakbyś miał ochotę to wróć. Następnym razem będę z Konradem za tydzień. - Zachęciła go pokazując na swoje stado jakie ich otaczało.
                                - A może jakaś próbka na zaostrzenie apetytu? - spróbował mnich.

                                - Próbka? - Blondynka uniosła brwi do góry, położyła sobie dłonie na biodrach i lekko nimi zakręciła. Często podobne ruchy kobiety wykonywały podczas tańców, zwłaszcza tych bardziej żywiołowych i plebejskich. Zwykle symbolizowało to zachętę wobec partnera z jakim tańczyły lub dawały mu znać, że jest mile widziany.

                                - No to może spojrzysz tutaj? Na narzędzie pracy Konrada? - Zaprosiła go gestem wskazując na tylne nogi i brzuch kozła. Sama przy nim uklękła i zadarła głowę aby spojrzeć na stojącego przed nią mnicha. A przez to znalazła się w pozycji w jakiej by mogła “obrobić mu berło” jak to mawiały Łasica i Burgund. No i widać było jej dorodny dekolt. Oczywiście tu w środku gwarnego placu targowego nie było co liczyć na coś więcej ale widać było, że dziewczyna ma doświadczenie w takich flirtach i zalotach. Nawet mnisi habit jej nie peszył. A jeśliby też ukląkł przy niej to kozie stado chociaż minimalnie by ich przesłoniło od sąsiednich straganów i klientów.

                                Mnich postanowił spróbować swoich sił we flirtach. Słóżba Wielkiej Czwórce wymaga wszelkich umiejętności. Delikatnie rozpiął pas habitu, pokryjomu rozsuwając poły swego wierzchniego odzienia.

                                - No nieźle, faktycznie dorodny. - przyznał z udawanym zainteresowaniem - Może chcesz porównać? Czy na pewno jest zdrowy, lub czy obaj jesteśmy?

                                - Oj byłoby ci trudno dorównać Konradowi. - Uśmiechnęła się całkiem przyjaźnie. I rozejrzała się dookoła. Głowy im wystawały ponad kozie grzbiety więc widzieli chodzących wokół, kłócących się i wrzeszczących ludzi. Z drugiej strony sam dopiero co podsłuchiwał rozmowę dwóch mężczyzn a oni nawet nie zdali sobie z tego sprawy. Blondynka też o tym wiedziała bo wróciła spojrzeniem do klienta.

                                - Tutaj to nie. Będzie chryja. Ale możemy gdzieś pójść. Jest tu niedaleko pusty dom. - Powiedziała mu konspiracyjnie i zerknęła ciekawie na rozchylony habit. Sama rozchyliła swoje uda i podniosła krawędź spódnicy. Ukazały się całkiem zgrabne łydki i kawałek ud. Bez pończoch jakich używały szlachcianki jak Pirora czy Fabienne albo nawet co bogatsze mieszczki. Lub ladacznice jak Łasica i Burgund. Ale dzięki temu widać było, że blondynka ma całkiem ładne nogi.

                                - Miły jesteś to może być za 15. Taka cena jak od serca. - Rzekła do niego z uśmiechem i chwyciła go za rękę. Położyła ją sobie na piersi jakby chciała pokazać swoje szczere uczucia. A przy okazji on mógł poczuć pod swoją dłonią, przyjemną, kobiecą gładkość jej piersi. Wydawała się nawet chętna na taką prywatną przygodę jednak w bardziej kontrolowanych warunkach. Tutaj już teraz ocierali się o ryzyko wścibskich spojrzeń i awantury o brak przyzwoitości. Dziewczyna na zachętę przejechała dłonią po krawędzi jego habitu zaznaczając w ten sposób, że może pozwolić sobie na więcej ale nie tutaj.

                                Mnich spojrzał w niebo, westchnął delikatnie.

                                - Dobrze więc, prowadź. - powiedział i delikatnie ścisnął pierś kobiety na znak zgody transakcji - Łasica mnie pewnie wyśmieje.

                                Blondynka uśmiechnęła się promiennie i nie protestowała przeciwko jego dotykowi na swoich dorodnych piersiach. Wyglądało na to, że mogłaby iść w konkury z Burgund gdyby Priora szukała kolejnej modelki na modelkę tego elementu kobiecej anatomii. Handlarka wstała i rzuciła do tego niedorostka co widocznie jej towarzyszył.

                                - My idziemy obgadać zakupy. Zostań tu i pilnuj. Jakby ktoś chciał kupić kozę to wiesz za ile. - Poleciała mu jak starsza siostra. On zaś śmiał się złośliwie ale nic nie powiedział. Przytaknął ruchem głowy. Zaś dziewczyna odwiązała Konrada i ruszyła przez targowisko razem z Otto.

                                - A kto to jest Łasica? I naprawdę macie w hospicjum pacjentki co są takie chutliwe? - Zaciekawiła się gdy szli jeszcze przez rozkrzyczany tłum na Placu Targowym. Otto zdawał sobie sprawę, że w pobliżu faktycznie jest nieco opuszczonych kamienic chociaż mniej niż z dala od centrum miasta. Nie był pewien do której dziewczyna będzie chciała go zaprowadzić.
                                - Mieliśmy, chociaż kto wie co przyniesie przyszłość. - przyznał mnich - Łasica to jedna z lokalnych ladacznic, przewodzi grupce z nich. Najpewniej miałbym szansę na usługi kilku na raz bez opłaty, ale… - spojrzał na dziewczynę od góry do dołu - Jestem pewny, że warto.

                                - Aha. - Wiejska dziewczyna chwilę trawiła jego słowa gdy przeciskali się między kupcami, straganami, ludźmi co przyszli na targ i wozami co ledwo ruszały się w tej gęstwie. Plac Targowy w Marktag był najgwarniejszym i najbardziej tłocznym miejscem w tygodniowym rytmie miasta. Może tylko poranna msza w świątyni Mananna mogła się z tym równać ale tam liturgia wprowadzała porządek i hierarchię w ten rytm.

                                - Znasz ladacznice? Przecież jesteś mnichem. - Zdziwiła się nowa znajoma. Rzeczywiście to niezbyt pasowało do stereotypowego mnicha. Jednak sama zaśmiała się wesoło zaraz potem. - Musi być wesołą dziewczyną. I miałbyś je kilka na raz? Za darmo? Ale jak za darmo? Przecież jak jest ladacznicą to musi brać za chędożenie. - Wydawała się być zafascynowana taką niecodzienną znajomością. Wyszli już z samego Placu ale wyloty ulic były tak samo zawalone tłumem jak i sam plac.

                                - I już nie macie tych chutliwych pacjentek? Szkoda. Konrad lubi chutliwe kobiety. - Powiedziała mu jakby w żarcie albo zaufaniu. Zorientował się, że skręcili w jedną z bocznych alejek. Tam dalej chyba rzeczywiście była jedna z niewielu pustych kamienic w centrum. Strawił ją pożar czy coś takiego i mając inne do wyboru nikomu nie chciało jej się odnawiać.

                                Upewniając się, że są sami Otto dopadł do dziewczyny obejmując ją od tyłu. Jedna jego dłoń ujęła pierś kobiety, druga powędrowała między jej nogi.

                                - Tak jak mówiłaś… - wyszeptał jej do ucha - jestem miły. - delikatnie całował szyję kobiety - Chcesz zobaczyć jak bardzo?

                                Jego nagłość zaskoczyła ją. Krzyknęła krótko ale takim zalotnym, wesołym śmiechem jakim zwykle plebejskie i wiejskie dziewczęta zachęcały chłopców do zabaw i zalotów. Obejrzała się dookoła ale raczej po to aby zorientować się czy będą mieć spokój a nie aby wzywać pomocy. Odwróciła się i pociągnęła go za rękę do środka kamienicy. Panował tu półmrok jaki zapewniał wreszcie dyskrecję. Pozwoliła aby wpadł na nią i wtedy pocałowała go w usta. Krótko i jakby dając przedsmak tego co go czeka.

                                - Poczekaj, muszę uwiązać Konrada. Jak ktoś będzie szedł to będzie beczał. - Obiecała mu i zaczęła wiązać powróz do starej poręczy schodów. Kozioł obserwował ich beznamiętnie a ona jak skończyła znów odwróciła się do mnicha.

                                - Chodź na górę. - Zaprosiła go gestem i słowem. A sama zwinnie niczym wiewiórka, pokicała po starych, osmolonych schodach. Znaleźli się w jakimś większym pokoju. Tutaj ogień widocznie nie dotarł ale czas i rabunek zrobiły swoje. Ocalał jednak solidny stół i łóżko chociaż bez siennika. Oparła się tyłkiem o krawędź stołu i wezwała go do siebie gestem.

                                - No chodź kawalerze. Pokaż no się. - Zachęciła go i wydawała się naprawdę zaciekawiona i podniecona nową przygodą.

                                Mnich spokojnie podszedł do kobiety, ujął delikatnie jej policzek i zaczął głaskać mięciutką skórkę wieśniaczki.

                                - Naprawdę bogowie cię pobłogosławili. - ponownie wyszeptał - Chociaż ciekawi mnie jak bardzo…

                                - No to zaraz ci pokażę! - Roześmiała się ciesząc się z jego inicjatywy i bliskości. - Tylko nie możemy pobrudzić sukni. To moja najlepsza. - Poprosiła go majstrując przy sznurowanym gorsecie aby poluźnić przód tego ubrania. Jak na wieśniaczkę to była ubrana na bogato, jak na festyn, wizytę w świątyni, urzędzie czy na targ. Ale oczywiście nie miało to porównania do tego w czym chodziły szlachcianki i bogate mieszczki. Można było jednak zrozumieć dlaczego zależy jej aby oszczędzać to ubranie. Sprawnie uporała się z wiązaniem gorsetu co pozwoliło jej go nieco upuścić. Dzięki czemu jej dorodne piersi wyskoczyły na wolność. I to zdecydowanie był atut jej urody. Po czym nachyliła się aby podnieść dół sukni i bez ceregieli zsunąć swoje majtki. Te były proste i ledwo mała, ręcznie wyszyta kokardka zdobiła ją od przodu. Nie umywało się to do wyrafinowanej, jedwabnej i koronkowej bielizny używanej przez bretońską czy averlandzką kultystkę. Jednak nogi i łono miała tak samo zgrabne i powabne. Postawiła stopę na krześlę aby ułatwić kochankowi dostęp do siebie i popatrzyła na niego zachęcająco co on teraz z tym wszystkim zrobi.

                                Mnich uśmiechnął się, jego wolna dłoń sięgnęła do krocza kobiety rozpoczynając pieszczoty. Przybliżył swoją twarz do jej i zaczął ją delikatnie całować, druga dłoń powędrowała do biustu kobiety. Otto chciał naprawdę rozkręcić swoją kochankę zanim dojdzie do głównego dania, zwiększy to szansę na kolejne spotkania.

                                Chociaż dziewczyna była ze wsi to jednak widać było, że ma doświadczenie w takich zabawach. Gdy ukląkł przed nią aby ją rozgrzać przyjęła to z przyjemnym zaskoczeniem. - Jesteś naprawdę miły. Chyba ci jeszcze trochę spuszczę. - Wymamrotała z figlarnym uśmiechem na twarzy. Nieco podskoczyła aby usiąść na krawędzi stołu. Dzięki czemu mogła już całkiem szeroko rozchylić swoje nagie, gładkie uda i ugościć kochanka. On sam zaś miał okazję jej spróbować i musiał uznać, że niczego jej nie brakowało. Nie miała na łonie tatuażu węża jak Burgund czy Łasica, ani ukoronowanych ust jak Odette. Ani dwóch pieprzyków na zgięciu biodra jak Fabienne. Wyczuł, że niedawno musiała się tu golić chociaż ladacznice z kultu żartowały sobie, że najłatwiej rozpoznać dziewczynę ze wsi po krzakach jakie w tym miejscu nosi. Zaś na górze jego dłoń zwiedzała dwa, jędrne wzgórki jakie gościły go bardzo chętnie. A wieśniaczka co jakiś czas całowała i ssała jego palce. Wszystko to sprawiało, że oboje rozochocili się na całego bardzo szybko, że aż pewnie Soren byłaby im przychylna.

                                Mnich odstąpił od kochanki, zsuwając z siebie habit, zdejmując spodnie i bieliznę. Pokazał się dziewczynie w całej swej okazałości.

                                - I jak? Wybacz blizny, miałem bogate życie.

                                - Widzę. - Blondynka opierała się tyłkiem o krawędź solidnego stołu i z ciekawością przyglądała się nagiej sylwetce mężczyzny. Widział jak na jej twarzy gości przyjemny dla oka uśmiech aprobaty i zadowolenia. - Jesteś naprawdę miły. - Powiedziała z uznaniem. Usiadła na stojącym meblu i demonstracyjnie rozchyliła swoje uda. Jedna stopa zwisała jej w powietrzu ponad jego krawędzią drugą oparła o stojącą przy nim ławę. Sama zaś gestem wezwała go do siebie ponownie. - Chodź. Nie możemy sobie folgować tu zbyt długo. - Zaprosiła go aby znów wrócili do przerwanej zabawy.

                                Mnich wrócił do kochanki , ocierając swoje berło o jej łono.

                                - Dziękuję, szkoda, że nie możemy zostać tak dłużej. - bez ostrzeżenia nabił ją na swoje narzędzie - Postaram się jednak cię zadowolić.

                                Wiejska opiekunka koziego stada przyjęła jego manewry z zadowoleniem. Najpierw spoglądała w dół aby zobaczyć jak się do niej przymierza. Co skwitowała zachęcającym uśmiechem. A gdy wszedł w nią jęknęła cicho. Poczuł jak zaciska dłonie na jego ramionach. Jednak po chwili gdy zaczęli regularną pracę jej jęczenie stało się powtarzalne. Widać było, że taka zabawa sprawia jej przyjemność. Dyszała coraz szybciej i w końcu aby było im wygodniej położyła się na stole zwalając jakiś zapomniany gruchot na podłogę z tej okazji. Mebel skrzypiał w rytm ich oddechów i bioder. Mnich zaś czuł jak przyjemna jest to gościna we wnętrzu tej blondynki. Aż miło było popatrzeć jak to przeżywa ale starała się kontrolować swoje jęki aby nie zdradzić przechodniom co się tu dzieje. Widział jak jej jędrne piersi podskakują w górę i w dół w tym samym rytmie co reszta zestawu na stole. A na jej twarzy wyszło to samo podniecenie jakie widział już u innych swoich kochanek z kultu.
                                Otto pozwolił dziewczynie wgryźć się w swój palec, aby stłumić jej jęki. Sam przywitał odczucie bólu zmieszanego z przyjemnością ich baraszkowania. Jego ruchy przybrały na sile i szybkości, nie miał zamiaru pozostawić nowej przyjaciółki niezadowolonej.

                                Dziewczyna nie wyglądała na niezadowoloną. Wręcz przeciwnie. Gdy leżała na starym ale wciąż solidnym stole gorączkowo łapała za ramiona swojego kochanka albo gładziła jego brzuch i pierś. Jej uda to rozchylały się aby go ugościć lub zaciskały się na jego bokach i biodrach. Mocne tempo jakie narzucił ich zabawie wcale nie zrażało wieśniaczki. Przeciwnie, wydawała się być mu rada. Na twarzy też wiedział jej półprzytomne z przyjemności spojrzenie. Ładne usta rozchylały się w coraz szybszym oddechu. I tak zbliżyli się do wspólnego finału. Czuł, że zbliża się ten moment. A i jego partnerka też wydawała się mieć podobnie.

                                O ile nie widziało mu się posiadanie bękarta, to smutno mu było opuszczać już swoją partmerkę. Postanowił aby to była jej decyzja, delikatnie spowolnił ruchy, delikatnie wysuwając się z niej.

                                - Gdzie mnie chcesz? - wyszeptał jej do ucha.

                                - Oh jak jesteś taki miły… To zrobię coś co tylko tym co lubię. - Wydyszała mu do ucha też będąc blisko swojego momentu szczytowego. Odepchnęła go od siebie, że musiał się cofnąć o dwa kroki od stołu. Ale i sama zwinnie zeskoczyła na podłogę. Uklękła przed nim tak samo jak niedawno na środku Placu Targowego pośród jej kóz. Tak samo jak wtedy zadarła głowę do góry i posłała mu zachęcający uśmiech. Tylko tym razem poluzowany gorset i suknia nie zasłaniał jej ponętnych, jędrnych piersi. A suknia zadarta do góry odsłaniała jej gościnne uda. Jedną dłonią pracowała przy jego maczudze z wprawą biorąc ją w usta. I tutaj nie musiała się wstydzić swoich umiejętności. Niczym nie ustępowała Łasicy czy Fabienne. Widział i czuł jak jego przyrodzenie rytmicznie pojawia się i znika w jej ustach. Czemu towarzyszyły gulgoczące, zdławione odgłosy. Zaś drugą dłonią sama zabawiała się u siebie na dole. Szybko doszli do finału. Dziewczyna jakby zadławiła się gdy w niej wybuchł a po chwili zakrztusiła się. Z jej ust pociekła klejąca się masa. Ale wreszcie mogła odetchnąć pełną piersią. W sam raz aby zajęczeć cicho gdy sama doszła do szczytu swoich przyjemności. Aż widział jak pociekło z niej na starą podłogę. I oboje wreszcie mieli ten moment obezwładniającej przyjemności wymieszanego z błogim rozleniwieniem.

                                Mnich odetchnął, czując ostatnie spazmy przyjemności przepływające przez jego ciało.
                                Ponownie pogłaskał policzek dziewczyny i delikatnie zachichotał.

                                - W sumie nawet nie zapytałem cię o twoje imię.

                                - Elke. Elke z Dahlem. A ty? - Dziewczyna uśmiechnęła się do niego i wstała z klęczek. Na twarzy, z brody i na piersiach wciąż miała kleiste zacieki po właśnie spełnionej namiętności. Cofnęła się do stołu o jaki się znów oparła i ze swojej torby wyjęła niewielką szmatkę. Nią zaczęła doprowadzać się do porządku. Mnich zaś kojarzył, że na południe od miasta jest ta wioska co mówiła. Ale nigdy nie miał tam czegoś do załatwienia aby się tam udać. Wieśniacy i miejski plebs często nie mieli nazwisk więc podawali okolicę w jakiej mieszkali, w mieście ulicę aby jakoś się rozróżnić.

                                - Otto, mieszkam tu, ale wywodzę się z Diesdorfu, to miasteczko niedaleko Altdorfu. Dahlem… chyba zacznę odwiedzać tą wieś.

                                - Z Altdorfu? To chyba strasznie daleko. - Dziewczyna widocznie rozpoznała nazwę stolicy Imperium i to zrobiło na niej wrażenie. Ale jak większość niepiśmiennych, prostych ludzi miała mętne pojęcie gdzie to jest albo jak daleko. Jako tubylec być może ktoś był w jakiejś sprawie w Saltzburgu ale nawet stolica prowincji tutaj wydawała się odległym i wielkim miastem jaką widzieli nieliczni.

                                - I jakbyś nas odwiedził to byłoby miło. Moglibyśmy poznać się lepiej. Ja to dopiero będę za tydzień, na następny targ. Chyba, że by się ojciec zgodził mnie zabrać do miasta. Ostatnio z wujem tu byli. Maga szukali. Nawet znaleźli. Wczoraj albo przedwczoraj był u nas. Tatko ma jedną sprawę do niego. Młody ten mag. Ale tatko go pilnował aby mu nie przeszkadzać. - Mówiła lekkim tonem kończąc wycieranie się ściereczką. Odłożyła ją na stary blat i teraz czekało ją nie tak proste zadanie schowania swoich jędrnych piersi pod dekolt spódnicy i zasznurowanie gorsetu.

                                Mnich sam się szybko ubrał i zaczął pomagać kobiecie z wiązaniem ubrania.

                                - Dość spory kawałek. Co do tego maga… pamiętasz może imię?

                                - Joachim… Jonathan… Jakoś tak. Nie byłam przy początku rozmowy bo w kuchni obiad robiłam z matką. Do miasta tatko też mnie nie zabrał jak szedł go poszukać. Tatko ma dziwne sny. O jego dziadku. Odszedł kiedyś na południe jak w jakiejś gorączce. Wszyscy myśleli, że przepadł albo co. Bo nigdy nie wrócił. Ale teraz się śni tatko to tatko uznał, że nie pogrzebany gdzieś sczezł. I aby uspokoić jego ducha to trzeba go odnaleźć i pochować jak należy. Ale gdzie szukać jak to było jak tatko jeszcze biegał w krótkiej koszuli? Więc do miasta poszedł maga szukać. No i znalazł i ten był u nas wczoraj. - Dziewczyna chętnie przyjęła jego pomoc. A on jeszcze ostatni raz mógł rzucić okiem i dotknąć jej jędrnych piersi. Ona zaś nie miała nic przeciwko. Mówiła spokojnym tonem jakby opowiadała jedną z plotek z jej rodzinnej wioski. Jeśli naprawdę był u nich mag to była spora szansa, że chodziło o jego kolegę ze zboru bo imię było podobne a w mieście aż tak wielu magów nie było.

                                - Ja też mam ostatnio dziwne sny. Takie lubieżne. Z Konradem i nie tylko. Ale nie mówiłam rodzicom aby nie myśleli, że mam coś z głową nie tak. - Powiedziała nagle gdy już wspólnie skończyli poprawia górę sukni. Teraz zaczęła rozglądać się gdzie rzuciła swoje majtki.

                                - Tak sądziłem. - odparł mnich - Również go znam, przyszedł do hospicjum kiedy nasi pacjenci również mieli sny, niektóre lubieżne. - przyznał Otto - I nie martw się, ostatnio miasto nękają koszmary, nie wyróżniasz się bardziej od ogółu. Pytanko co do dziadka, też rolnik czy może twoja rodzina ma bardziej zawiłe korzenie?

                                - Dziadko był poczciwy chłop jak my wszyscy. Tylko trochę narwany. Babcia tak mówiła. I wtedy chory był, majaki miał, gorączkę. Aż nagle zerwał się z barłogu i wybiegł z chaty. Krzyczał coś, że słyszy głosy, zew, że tam będzie piękna pani i bogactwo. Że wróci i będziemy bogaci. Ale nie wrócił. Jak zniknął w lesie to nikt go potem nigdy nie widział. Ciała też nigdy nie znaleziono. Dlatego tatko w ogóle nie wiedział gdzie go szukać. Dziadek wybiegł wtedy na południe ale tyle lat temu to kto wie gdzie i kiedy skończył. - Mówiła nieco roztargnionym tonem bo szukała swojej bielizny. Wreszcie ją znalazła i podniosła spod stołu. Przyjrzała się jej krytycznie, otrzepała i założyła z powrotem na siebie. Po czym jej zgrabne i gościnne nogi zniknęły znów pod zgrzebną spódnicą.

                                - Inni tutaj też mają lubieżne sny? - Zaciekawiła się wątkiem jaki poruszył. - Mnie się śniło, że robię to z Konradem. I Helmutem. To nasz knur. Też dorodny. A potem, że jestem brzemienna. Pytałam matki, tylko nie tak wprost. Powiedziała, że głupia jestem i aby nie stało mi w głowie dać się zbrzuchacić zanim męża nie znajdę. Bo nikt mnie nie zechce. Ale, że sny to od bogów więc trzeba słuchać. I we śnie mi się śniło, że mam łyse łono więc się wygoliłam. - Powiedziała mu nieco więcej szczegółów o swoim śnie. Właściwie już się ubrała i była gotowa do powrotu do reszty miasta.

                                - Dobry początek. - przyznał mnich - Radzę uważać, na potencjalne dzieci z własną trzodą, inkwizycja za mniejsze występki potrafi spalić na stosie. Obawiam się, że te sny nie mają źródła u bogów Imperium. Ciemna miasma wisi nad miastem, zauważyłaś ilu Morrytów się pojawiło. - mnich ponownie objął Elke całując ją delikatnie - Ale nie przejmuj się, przyjemność nie jest zła, co najwyżej ludzie mogą gadać.

                                - Morryci tu są? To znaczy słyszałam, że wiele gości się zjechało na ten turniej. Tylko go odwołali bo żałoba po księżnej matce. Ale morryci też przyjechali? Przecież oni są od zmarłych. - Ta informacja zaskoczyła Elke. Widocznie mniej więcej słyszała jakieś plotki z miasta ale jak sama tu bywała pewnie tylko w dzień targowy to bez zbędnych szczegółów. Za to chętnie oddała mu pocałunek. Rozejrzała się jeszcze ostatni raz. I zaczęła dłońmi poprawiać sobie włosy i sprawdzać czy nie ma żadnych, śladów lubieżności na swojej twarzy. Na lustro pewnie nie było jej stać bo był to wyrób z wyższej półki i nie było co się spodziewać, że zwykła wieśniaczka będzie miała takie cudo.

                                - No wiem, że lepiej nie mieć dzieci z Konradem i Helmutem. Straszna chryja by była. I sromota. Ale z drugiej strony jak sny są od bogów a w nich jestem zbrzuchacona to co mam robić? Bo mi się wydawało w tym śnie, że to nie z mężczyzną. Ani człowiekiem. To z kim? I jak sny jedno a ludzie co innego to nie wiem już co mam robić i myśleć. - Chociaż była już gotowa do wyjścia to jednak chciała zasięgnąć jego rady w tej nietypowej sprawie. W końcu był mnichem czyli człowiekiem uczonym.

                                - Morr jest też bogiem snów. Dlatego też się zjawili w mieście pełnym koszmarów. - mnich się zastanowił - Zbrzuchacona, ale nie z mężczyzną ani człowiekiem. - powtórzył słowa Elke - Być może znam kogoś, kto pasowałby do tego opisu. Pytanie, czy naprawdę chciałabyś poznać tą osobę?

                                - Noo… - Widział się, że na ten niepewny i grząski temat trochę się zawahała. Aby zyskać na czasie podjęła inny wątek. - Morryci są od snów? Nie wiedziałam. - Zauważyła. Nie była jednak osobą kształconą w mowie i piśmie ani teologii a u nich na wiosce pewnie nie było żadnej świątyni. Więc takie różne aspekty nawet imperialnego panteonu mogły jej i zwykłym kmiotkom umykać.

                                - A co to za osoba? Ona coś by mogła pomóc? Bo ja tak do końca to nie wiem o co chodziło w tych snach. Śnił mi się Helmut i Konrad. Jak figlowaliśmy razem. Ale byli też i inni. Inni ludzie. Nadzy i też się kochali z różnymi stworzeniami. Dużo kobiet było. Ładnych. Też je zbrzuchacili tak jak mnie. Nie widziałam tego ale wiem, że tak było. Dlatego nie wiem kto by mi miał zrobić brzuch. Ale jak takie dziwne rzeczy mi się śniły to myślę, że nie zwykły człowiek. Tylko coś innego. Ale nie wiem co. - Przyznała z wahaniem znów zdradzając parę szczegółów ze swoich nietypowych snów.

                                - Kobieta, nazywa się Soria, to przepiękna dama z odległych krain. Posiada wiedzę na temat wszelkich rzeczy związanych z przyjemnością. Jestem pewny, że pomogłaby ci zrozumieć sens swoich snów.

                                - Dama? I przepiękna? Znaczy jakaś szlachcianka? - Znów udało mu się wywrzeć wrażenie swoimi znajomościami na zwykłej wieśniaczce. - Znasz ją? Ojej ale jak ona taka ważna to pewnie nie będzie chciała tracić czasu a zwykłą dziewczynę ze wsi. - Westchnęła jakby już się spodziewała, że wielka i pewnie bogata pani nie raczy sobie zaprzątać głowy troskami zwykłych wieśniaków.

                                - Jestem pewny, że znajdzie dla ciebie czas. - odparł Otto - Przybyła do nas między innymi z powodu snów jakie nękają miasto. Kolejna nieszczęsna, której sny zostawiają mętlik w głowie i ogień w lędźwiach? Nie odmówi ci audiencji.

                                - Oh, tak myślisz? - Blondynka wyraźnie ucieszyła się słysząc taką zachęcającą opinię. Podeszła do mnicha, objęła go i pocałowała w usta. - Oh ja bym się bardzo ucieszyła jakbyś mi załatwił audiencję u niej. Jak się możemy umówić? Ja dziś to muszę do nas wrócić przed zmierzchem. A to z pół dnia drogi przez las. Ale jak powiem, że chodzi o ciebie, czyli mnicha i jakąś wielką panią to może tatko mnie puści. To bym mogła być za parę dni z powrotem. - Elke miała całkiem pragmatyczne podejście do życia i skoro nowy znajomy tak wspomniał o swojej znajomej szlachciance to blondynka chciała wiedzieć jak mogą się umówić na kolejne spotkanie. Tyle, że dla niej oznaczało to podróż powrotną do miasta.

                                - Obiecuję z nią porozmawiać. - zapewnił mnich - Więc, ile jestem ci winny za te miłe chwile? - Otto zapłacił dziewczynie za jej usługi, odstawił ją z powrotem do jej stada i wyruszył na miasto w o wiele lepszym humorze.

                                Teraz do Lebkuchenów i ich córki.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Online
                                  SantorineS Online
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #234

                                  Oryginalny autor: Lord Melkor

                                  Joachim z uwagą przysłuchiwał się słowom Darcy, rozważając czy jego Patron miał jakiś zamysł stawiając ją i jej grupę kultystów na ich drodze. Najwyraźniej wizje dziedzictwa sióstr docierały także do jej grupy.

                                  - Interesujące to wielce, to co widziałaś to były wizje, pewnie zesłane przez potęgę którą wyznajesz, a nie zwykle majaki. Wiem o której kamienicy mówisz i znam też tę niezwykłą kobietę o wężowych włosach, ona należy do mojego zboru o którym wcześniej wspominałem. Może jakbyś udała się ze mną do miasta, to mógłbym cię z nią zapoznać? Zakładam że po wydarzeniach w karczmie nie masz już ludzkich współwyznawców, tylko zwierzoludzi? Moglibyśmy też wziąć Marlene ze sobą - zaproponował.

                                  - Znasz ją? Kobietę o wężowych włosach? I tą kamienicę i resztę? - Blondynka chyba się nie spodziewała tego, że mogą mieć coś wspólnego z jej snem. Bo widać było, że jest tym zaskoczona. Chwilę się nad tym zastanawiała gdy obserwowała jak jedzą skromne śniadanie jakie im przyniosła.

                                  - A kto to jest? Ta ładna pani? - Zaciekawiła się i poprosiła maga o więcej informacji na temat milady jaka jej się przyśniła. Gunther zaś spojrzał znacząco na Marlene zapewne zastanawiając się jak mieliby ją przemycić przez bramę ale na głos tego nie skomentował. Świeżo upieczona mutantka zaś chyba była rada, że nie musiałaby zostawać tutaj, wśród dzikich zwierzoludzi jacy ją przerażali.

                                  - Pytasz się o Sorię? - uśmiechnął się Joachim - to ja ją pierwszą odnalazłem, gdy ukrywała się pod postacią syreny, i sprowadziłem do Zboru. Nie wiem, co dokładnie objawiło ci się w snach, ale urok Sorii jest nieludzki. Więc znam ją całkiem dobrze, a w tej kamienicy bywałem nie raz. Chcesz żeby zabrać ciebie do niej? - zaproponował Joachim, chociaż mógł sobie wyobrazić dezaprobatę Tobiasa, że znowu wzmacnia swoimi poczynaniami frakcję Łasicy i Pirory.

                                  - To ona nazywa się Soria? I naprawdę ma takie ładne włosy? I mogłaby mnie zbrzuchacić? - Blond kultystka ze zmasakrowanego przez demona zboru teraz była całkiem miła i życzliwa. To co usłyszała o kobiecie ze swoich snów wyraźnie ją zaintrygowało i się spodobało.

                                  - Oj to bym bardzo chciała ją poznać. Dobrze, pójdę z wami. Fenka i chłopaków i tak już nie ma. A w mieście dawno nie byłam. - Darla gnana ciekawością zgodziła się dołączyć do Joachima aby poznać ową niesamowitą kobietę ze swoich snów. Zwłaszcza jak mag potwierdził, że ją całkiem dobrze zna.

                                  - Dobry wybór podjęłaś, myślę, że go nie pożałujejsz. Tylko zastanawiam się czy damy radę wziąć Marlene ze sobą, ewentualnie możemy tu po nią poźniej wrócić….zadumał się astromanta.

                                  - Nie zostawiajcie mnie tutaj z nimi! - Zawołała mutantka którą wizja pozostania samej ze zwierzoludźmi wyraźnie przerażała. Słysząc to blondynka roześmiała się rozbawiona.

                                  - Wyglądasz na zdrową, zdolną do rozpłodu samicę. Uwierz mi to wielka zaleta jeśli chodzi o przetrwanie w stadzie. Póki będą cię chędożyć to raczej cię nie zeżrą. - Kultystka widocznie czerpała sporo sadystycznej przyjemności z dręczenia byłej kelnerki “Podkowy”. Jej słowa strwożyły Marlene jeszcze bardziej więc spojrzała błagalnie na Joachima.

                                  - Na pewno wam się przydam! Umiem sprzątać i gotować. Zajmować się powozami i zwierzętami. Chędożyć się też mogę! - Zapewniła z desperacją czytelną w twarzy i głosie.

                                  - Trudno będzie ją przemknąć przez bramę. Może jakby ją czymś zakryć. Ale to trzeba by trafić na strażników co by akurat nie patrzyli na nas zbyt uważnie. Albo jakoś rzeką może. Albo sam nie wiem. - Gunther zauważył, że takie deformacje jakie miała na sobie mutantka były trudne do ukrycia. I nawet jakby je próbować ukryć to wciąż było spore ryzyko z przechodzeniem przez jedną z bram miejskich. Tam zawsze stacjonowało kilku strażników.

                                  - Mam jakąś suknię i płaszcz z kapturem. Można by ją ubrać. To znaczy jakby Marlene okazała się miłą koleżanką. Bo na razie to ani w karczmie ani teraz nie jest dla mnie zbyt miła. A to ja was przedstawiłam mojemu stadu i dzięki mnie mogliście bezpiecznie przenocować i nie chodzicie głodni. - Darcy złapała się za biodra i wzruszyła ramionami aby zaznaczyć, że za bardzo nie losie byłej kelnerki jej nie zależy. Ale mogłaby pomóc przemycić ją do miasta o ile blond kultystka by coś z tego miała. Teraz ciemnowłosa spojrzała na nią trochę niepewnie. Ubrana w biało - niebieską suknię wyglądała jak córka lub żona jakiegoś nieźle prosperującego rzemieślnika lub kupca. Przy niej półnaga kelnerka sprawiała wrażenie żebraczki i siedmiu nieszczęść a jej sromota była wyraźnie widoczna. Blondynka wyciągnęła dłoń do ucałowania jakby była szlachcianką. Brunetka zawahała się ale podeszła do niej i pokornie ucałowała ją. Darcy miała minę jakby była z tego zadowolona ale zastanawiała się jeszcze nad czymś. Była kelnerka zaś patrzyła na nią i na dwóch towarzyszy niepewna czego się teraz spodziewać.

                                  Joachim zastanawiał sie przez chwilę jak najlepiej rozegrać tę sytuację dla siebie. Nie chciał tutaj tracić zbyt wiele czasu. Sen który miał tej nocy przypomniał mu, że miał się zając wykradzeniem artefaktu z Akademii i organizacją wyprawy na bagna. Musiał zapamiętać tę wizję, która mogła być wskazówką co do przyszłych działań w tej sprawie. Więc jak najszybciej chiał wrócić do miasta, choć nie będzie to wcale z pustymi rękoma, miał tę przepełnioną mocą figurkę i dwie potencjalne rektutki do Zboru.

                                  - Jeśli chcesz poznać Sorię i jej ukryty dwór w Neues Euskrank, to na pewno jak przedstawisz im też Marlene to będzie to dobrze widziane, zawsze poszukujemy sprzymierzeńców i nowych rekrutów do Zboru - stwiedził Joachim. - Natomiast zrobimy myślę tak - ja pierwszy wejdę do Miasta i poproszę Łasicę, która zna się na takich sprawach, by pomogła w przemycenie Marlene do miasta - zaproponował swój plan a następnie planował zająć się przygotowaniem do drogi, zakładając że zarówno Darcy jak i Marlene wyruszą z nim.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Online
                                    SantorineS Online
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #235

                                    Oryginalny autor: Pipboy79

                                    Oryginalny tytuł: Tura 58 - 2519.07.22; mkt; ranek - przedpołudnie

                                    Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; wylot zatoki; plaża;
                                    Czas: 2519.07.22; Marktag; ranek - przedpołudnie
                                    Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; ziąb (0)

                                    Egon

                                    Wędrówka plażą była dość monotonna. Z prawej strony były szarobure mokradła zwane Teufelsumpf. Mgliste, ponure i bez wyrazu. Dość szybko skończyły się zastąpione przez zieloną ścianę lasu. Pradawna puszcza była znana z tego, że jak się zaczynała tu, nad Morzem Szponów, to ciągnęła się nieprzerwanie aż do południowych prowincji Imperium. Nikt dokładnie nie wiedział co się kryje w jej wiecznym półmroku. Jednak opowieści o plemionach orków, zwierzoludzi, mutantów i banitów były powszechne. Dlatego jak ktoś w jej danym fragmencie nie mieszkał to raczej niechętnie się tam zapuszczał. Z lewej strony zaś ciągnęło się morze. Jego szarozielone wody ciągnęły się aż po horyzont. Co jakiś czas widać było łódki rybaków albo jakiś przepływający statek. Jeśli ktoś stamtąd zwrócił uwagę na maszerującą grupkę to i tak nie byli w stanie tego stwierdzić. Pas piachu lub otoczaków w naturalny sposób łączył królestwo Mananna i Taala a jednocześnie był najwygodniejszy do podróży. Z tego powodu podróżni siłą rzeczy koncentrowali się na swoich towarzyszach i rozmawiali o różnych sprawach. Norsmeni między sobą zwykle rozmawiali w swoim języku i wówczas Egon ich nie rozumiał. Jednak gdy zwracali się do niego to wszyscy, oprócz Bjorna, mówili w reikspiel.

                                    Raisa

                                    - Dobry pomysł z tym łapaniem łyczków do zasiania. Dobry. - Stara wiedźma zwróciła się do niego zaskakująco przyjaźnie. Wyczuwał jej aprobatę dla pomysłu o jakim wspomniał podczas wczorajszej kłótni. - Pewnie, jajami można zasiać każdego. Mężczyzn też. To prawda. - Zgodziła się przyznając mu rację jego rozumowaniu. - Ale mężczyźni nie są tak wydajni. Najwydajniejsze jest kobiece łono. Zobacz. - Stara wyjęła z torby strzykwę jakie Sigismundus używał do zasiewu. Sam je im pokazywał na jednym z poprzednich zborów i tłumaczył jak to działa. Właściwie to bardzo prosto. Wystarczyło tą tubkę z wypalonej gliny wsadzić w jakiś naturalny otwór człowieka i delikatnie wcisnąć tłok. I koniec. Podczas ostatniej orgii u Pirory, Egon sam był świadkiem jak Otto zasiał Laurę. Ladacznica była już wówczas po jednym miocie i nie wyglądało aby jakoś uierpiała z tego powodu. I jak grzecznie siedziała z rozchylonymi udami na kolanach teatralnej diwy to zasianie wydawało się dziecinnie proste. I teraz widział jak stara, norsmeńska wiedźma, trzyma jedną z tych strzykw w swojej sękatej dłoni.

                                    - Tak, jak mówisz. Można ją wsadzić i zasiać każdy otwór. To prawda. Ale usta i dupa nie są tak wydajne. Z jedna trzecia, góra połowa z każdej takiej strzykwy ma szansę wydać miot. I mniej się mieści, dwie, może trzy porcje na otwór. A w kobiece łono można zasiać, że dwa, może nawet trzy razy więcej. I z każdej takiej strzykwy więcej czerwi przeżywa. A poza tym w dwa pozostałe otwory też ją można zasiać. - Tłumaczyła mu cierpliwie detale tej hodowli dziedzictwa Oster. Przy masywnej sylwetce gladiatora wydawała się krucha i niezgrabna. Nic dziwnego, że była najwolniejsza z ich grupy. Może jeszcze Lars mógł się z nią równać pod tym względem ale to dlatego, że wciąż dokuczały mu rany z wczorajszej walki z krabami. Mimo to starucha wyglądała na zdeterminowaną w osiągnięciu swojego celu.

                                    - Więc jakbyś miał kogoś porywać do zasiania to mężczyzn czemu nie. Ale kobiety są wydajniejsze. Mogą wydać dorodniejszy miot. - Mówiła jakby chciała go przekonać do swoich wniosków. - Ale to dobrze, że chcesz pomóc! - Uśmiechnęła się do niego i na moment zmieniła się w jakąś dobrą babuszkę co mówi do swojego dorosłego i dorodnego wnuka. Nawet przyjaźnie poklepała go po jego solidnym ramieniu. - Lubisz chędożyć dziewki? - Zapytała wskazując czołem na trzy idące przed nimi młode ślicznotki. - To nic złego. Młodość ma swoje prawa. Mogę ci przygotować ziółka. Podasz je jakiejś dziewce i miłość he he zacznie w niej kipieć! Zobaczysz jak ją rozgrzeje! Widzisz? Ty pomożesz mi to ja pomogę tobie. - Mówiła chcąc wskazać mu na korzyści jakie oboje mogą wynieść z tej współpracy.

                                    Lars

                                    - Widzę, że mięśnie nie są twoim jedynym atutem i masz łeb na karku. Też mi się już wczoraj wydawało, że ucięcie łba Heldze to niekoniecznie najlepszy pomysł na jej spożytkowanie. - Lars podszedł do gladiatora i zagadnął lekkim tonem. Widocznie doceniał wczorajsze wsparcie Egona w kłótni o głowę i tyłek niewolnicy. Co zresztą wieczorem obaj sporzytkowali a Helga bardzo starała się udowodnić, że jej młode i jędrne ciało może być przydatne bardziej gdy jeż kompletne a nie bezgłowe.

                                    - Zobacz jak pływają. - Lars wciąż kuśtykał z powodu swoich ran. Dlatego razem ze starą wiedźmą, byli najwolniejsi w ich grupie. Ale on też podszedł w pewnym momencie do gladiatora wskazując mu gestem na odległe kreski na morzu. Łodzie tutejszych rybaków, pewnie w sporej mierze z Neus Emskrank. - Nam by się przydało coś takiego. Może coś większego. Można by wypływać na morze gdyby trzeba by się spotkać z Mergą albo kimś od nas. Bez wścibskich spojrzeń. Wiesz może czy dałoby się coś takiego w mieście zorganizować? - Norsmeński kupiec, wojownik i korsarz miał żyłkę do interesów. I potrafił myśleć przyszłościowo. W zimie rzeczywiście raz złotooka wyrocznia wpadła w tarapaty gdy jej długa łódź rozbiła się u wylotu zatoki przez co wpadła w niewolę a w konsekwencji do kazamatów. I później Egon z resztą zboru musiał ją uwalniać. A potem ekipa co miała ją ratować nadziała się na mieliznę w rzece Salt i co prawda nikt od samej katastrofy nie zginął ale za to niedługo potem natrafili na ekspedycję poszukiwawczą z miasta jaka ich usiekła tak skutecznie, że tylko Norma to Axe wyszła z tego cało. Teraz widocznie Larsowi chodziło po głowie jak ułatwić sobie kontakty z pobratymcami z północy. Co prawda kultyści mieli u siebie przemytnika ale póki co został on w Norsce. Razem ze swoją załogą i łodzią. Egon gotowej odpowiedzi nie miał. Do tej pory sprawy morza i statków niezbyt go interesowały. Ale w końcu Neus Emskrank to port to była szansa, że coś da się zorganizować. Zwłaszcza jak w kulcie były dwie sprytne łotrzyce co znały miasto od podszewki. Silny tak samo. A przyjaciółka Priory, Fabienne w końcu była żoną morskiego kapitana.

                                    - I wiesz co? Słyszałem od przyjaciela, że tu u was jest targ niewolników. Na wyspie w pobliżu brzegu. Wiesz gdzie to jest? Można by się tam zakręcić. U nas w Norsce, niewolnicy to dobry i pewny towar. Jak młody i silny to każdy ci go kupi. Można by się zakręcić. No i skontaktować z naszymi kuzynami z północy. - Zagadnął go o kolejny deta. O tym targu niewolników Egon też słyszał. Ale sam nigdy tam nie był i nie wiedział gdzie to jest. Kojarzył jednak, że w zimie Pirora i jej kamratka, Rose de la Vega, morska wilczyca popłynęły na tą wyspę i kupiły sobie po dwie, ponętne niewolnice. Długonoga, czarnowłosa kapitan co prawda nie należała do kultu a wiosną i tak odpłynęła z miasta. Jednak Pirora chyba powinna pamiętać gdzie była ta wyspa. I znów kultyści związani z półświatkiem jak obie łotrzyce i Silny też być może mogły coś wiedzieć na ten temat. Lars widocznie widział tu okazję do zarobku jak i kontaktu z innymi Norsmenami jacy mogli przypływać na ten morski targ niewolników.

                                    Astrid

                                    - Rozmawiałam z Bjornem. Mam nadzieję, że przekonałam go, że ucinanie głowy bezbronnej niewolnicy to nie jest tak chwalebne jak zabicie czegoś solidnego w walce. Mówił, że polowanie jest dobre. I zdobywanie trofeów. I chciałby z tobą pójść na takie polowanie. - Blondwłosa córka jarla podeszła do niego i zagadnęła o wczorajszą kłótnię o niewolnicę. A trochę wcześniej Egon widział ją, jak rozmawiała z Bjornem. Jednak po norsmeńsku więc nawet jak słyszał jakieś słowa to nic z tego nie zrozumiał. Poza tym, że dziś rozmawiali spokojnie i nie było tak nerwowo jak wczoraj. Jak wspomniała imię berserkera ten łypnął na nich. Ona coś krzyknęła mu w ich języku a on zarechotał radośnie. Zrobił gest jakby wyrzucał włócznię w ataku po czym wskazał na pierś swoją i gladiatora.

                                    - Spójrz na nią. - Astrid posłała spojrzenie ku istocie jaka pozornie wyglądała jak tutejsza szlachcianka ze zbyt śmiałym wycięciem w boku krwistoczerwonej sukni. Sięgało ono prawie do jej biodra co było mocno nieprzyzwoite, zwłaszcza jak dla damy. Poza tym jednak lady Soria w swojej ludzkiej formie niczym nie zdradzała swojego nadnaturalnego pochodzenia.

                                    - To córka Soren Matki Potworów. Niesamowite, że możemy chodzić w pobliżu jej blasku. Wiesz jaką ona ma moc? Pewnie by mogła sama podporządkować sobie to miasto. Nikt nie oparłby się jej urokowi. Zresztą sile też nie. Widziałeś tego kraba wczoraj nie? A ona sama ściągnęła na siebie kilka z nich. Jest niesamowita. - Gdy mówiła o liderce tutejszych slaaneshytek, Astrid zachowywała się jak fanka mówiąca o swojej ulubionej gwieździe estrady. Albo jak o ukochanej osobie. Wydawała się wierzyć, że lady w czerwieni może wszystko. A przynajmniej o wiele więcej niż zwykła śmiertelniczka. - Pytałam ją o to. Czemu sama nie przejmie władzy w mieście. Ale mi powiedziała, że gdyby zaczęła używać swoich mocy bez ograniczeń szybko by się to wydało. I mogłoby to ściągnąć na nas niepotrzebną uwagę. Ale ma plan aby poprzez swoje służki i romanse rozszerzyć swoje wpływy w sposób bardziej dyskretny. Obiecałam jej pomóc jak tylko będę mogła. To taki zaszczyt móc jej służyć. - Córka jarla z całej grupki Norsmenów wydawała się najbardziej ulegać urokowi Sorii i patrzyła na nią bezkrytycznie.

                                    - Mówiła, że tu w miescie, wśród tutejszych szlachcianek są dwie co uchodzą za najpiękniejsze, najbogatsze i w ogóle najlesze. Kamila van Zee i Froya van Hansen. Kamila to podobno już je naszej milady z ręki i lada chwila przystąpi do nas. Ale z Froyą to trudniej. Ona podobno lubi polowania, szermierkę i inne takie? Słyszałam od niej od Normy. Rozmawiały po norsmeńsku. I ty też miałeś z tą szlachcianką do czynienia? Tak słyszałam. Poznałbyś mnie z nią? Wiesz jak ja bym ją urobiła tak jak Soria Kamilę to byłby zysk dla nas wszystkich. W końcu taka bogata, potężna i podobno piękna. A do tego zafascynowana swoimi norsmeńskimi przodkami. Jakby mi się udało ją zjednać dla nas to wszyscy byśmy skorzystali. No to jak? Pomógłbyś? Chyba widziałeś w nocy, że potrafię się odwdzięczyć. - Wyłuszczyła jaką ma sprawę do niego. Na koniec posłała mu figlarny uśmiech jakby dawała znać, że wczorajsza noc może się powtórzyć. Zwłaszcza jeśli sobie nawzajem pomogą. Co do dorodnej córki kapitana portu o egzotycznej, ciemnej karnacji to Egon pamiętał, że figlowała razem z większością zboru u Pirory w loszku. I nawet obecność dwóch mutantek, Lilly i Dorny jakoś jej zdawała się nie przeszkadzać. Więc całkiem możliwe, że jedna z najlepszych i najdroższych panien na wydaniu w mieście była na dobrej drodze aby ulec urokowi Sorii i jej koleżanek. Z Froyą była całkiem inna sprawa. Też uchodziła za najcenniejszą obok ciemnoskórej van Zee, pannę do zdobycia. Ale lubowała się w rozrywkach zwykle zarezerwowanych dla mężczyzn. W zborze mało kto miał z nią kontakt. Chyba tylko Pirora i Fabienne, jako szlachcianki, mogły liczyć na jakieś towarzystkie spotkania z blond pięknością. On sam raz zimą spotkał lady van Hansen podczas polowania na trolla. Wówczas walczyli we trójkę, razem z Normą to Axe. Mocno wówczas oberwał ale szlachcianka potraktowała go jak kogoś ze swojej świty i zabrała go do swojej rezydencji. Nawet zaprosiła na obiad i podarowała dobry topór w nagrodę za pomoc chociaż nadal oczekiwała, że będzie się do niej zwracał jak do milady. Potem właściwie kontakt im się urwał. Od Silnego wiedział, że z Normą, wręcz przeciwnie. Obie wojowniczki widywały się regularnie i właśnie od wilczycy z północy wiedzieli, że młoda van Hansen jest zafascynowana swoimi norsmeńskimi przodkami. No ale Norma popłynęła razem z Mergą i póki co została w Norsce.

                                    - Jestem córką jarla Egon. Oczekuje się ode mnie czegoś więcej niż od zwykłej córki żeglarza czy wojownika. Muszę zdobyć chwałę. I bogactwa jak się da. Najlepiej w sprawie Czterech Sióstr ale nie tylko. Słyszałam, że gdzies tu na południu są jakieś przeklęte kurhany czy wzgórza. A w nich grobowce dawnych wodzów i wojowników. Jak naprawdę przeklęte to pewnie będzie coś do walki. A jeśli będzie to pewnie znaczy, że nikt jeszcze nie obrabował tych grobowców. Pomógłbyś mi? Ty byś miał co zabijać, ja bym miała o czym układać sagę a oboje byśmy mieli co rabować i chędożyć się w ciekawym miejscu. Co ty na to? - Zwierzyła mu się ze swoich motywacji. A także tego, że widzi własnie Egona jako swojego wspólnika z jakim można połączyć przyjemne z pożytecznym, nawet jeśli zdecydowali się poświęcić innym patronom.


                                    link: https://i.imgur.com/b1TT8Iy.jpeg

                                    I tak im zeszło na rozmowach podczas marszu na wschód. Aż cienka kreska widoczna w oddali zmieniła się w masywne klify jakie wznosiły się u wejścia do zatoki. Dotarli do narożnika lądu. Teraz nadal trzeba było iść plażą ale tym razem na południe. Neus Emskrank znajdowało się na południowym krańcu tej zatoki. Dzień był jeszcze młody i nadal można było rzucać monetą czy zdążą tam przed zamknięciem bram na noc czy nie. Nawet jeśli nie to nic wielkiego by się chyba nie stało. Ot, przenocują na zewnątrz i rano wejdą do miasta. Nad wodą jednak unosiły się kłęby mgły. Trochę dziwne bo zwykle mgła była z rana a potem rzedła. Widać jednak kaprys bogów sprawił, że opar zaczął gęstnieć coraz bardziej.

                                    - Właściwie mogłabym popłynąć do miasta. Uprzedziłabym naszych o waszym przybyciu. Jeśli zdążylibyście przed zamknięciem bram to proponuję wam gościnę u Priory. Powinna dać radę pomieścić was wszystkich. Egon wie gdzie to jest. A jeśli nie to Krąg Kamieni, na zachód od miasta. Na tyle daleko, że nie widać go z murów ale też na tyle blisko, że rano byście mieli łatwo z dotarciem do bramy. Prosto się idzie, wystarczy iść drogą od zachodniej bramy, w głąb lasu. - Soria zastanawiała się nad dalszymi krokami. Widocznie wierzyła, że jest w stanie dopłynąć samodzielnie do miasta szybciej niż reszta grupy maszerując brzegiem zatoki. Ale była ciekawa reakcj pozostałych. Egon bywał w kamienicy na Bursztynowej 17 gdzie od zeszłej zimy mieszkała młoda Averlandka to mógł tam trafić bez problemu. A mając całą kamienicę do dyspozycji te parę osób więcej zapewne Pirora dałaby radę przenocować. Przy Zachodnich Kamieniach wcześniej nie był. Chociaż słyszał, że to tam właśnie koledzy i koleżanki ze zboru odbywały nocne spotkania ze zwierzoludźmi. Norsmeni nie wyrażali sprzeciwu ale czekali na reakcję gladiatora który w razie gdyby zabrakło Sorii, musiałby przejąć rolę przewodnika. Wiadomo było, że w razie nieprzewidzianych okoliczności nadprzyrodzona istota jak lady Soria, na pewno byłaby cennym sojusznikiem.


                                    Żywotność

                                    Egon 17/17 (s.zdrowy; mod 0)
                                    Bjorn 15/18 (s.draśnięty; mod 0)
                                    Lars 11/17 (s.ranny; mod -10)
                                    Astrid 15/15 (s.zdrowy; mod 0)
                                    Zog 18/18 (s.zdrowy; mod 0)

                                    Miejsce: Nordland; na południe od Neues Emskrank; leśny matecznik; obóz Gormula;
                                    Czas: 2519.07.22; Marktag; ranek
                                    Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; ziąb (0)

                                    Joachim

                                    Z obozu Gormula Rozpruwacza odeszli we czwórkę. Przed odejściem blondynka poszła gdzieś i wróciła z kryciem dla prawie nagiej kelnerki. Gdy Marlene ubrała jakąś szarą, długą suknię i płaszcz odkryła na nich krew i rozdarcie. Widząc to Darcy roześmiała się.

                                    - Twoja poprzedniczka nie chciała z moimi chłopcami po dobroci więc musieliśmy ją nieco potarmosić. Teraz grzecznie rozkłada nogi kiedy chcemy i będzie rodzić zdrowe, silne koźlątka dla naszego stada. - Blondynka wydawała się czerpać mnóstwo radości z gnębienia byłej kelnerki. Wydawała się być dumna z tego, że należy do stada zwierzoludzi a spółkowanie z nimi uważa za coś naturalnego. Trzeba było jednak przyznać, że dzięki ubraniom jakie przyniosła Marlene jak narzuciła kaptur na głowę to chociaż na pierwszy rzut oka wyglądała jak jakaś wieśniaczka a nie odmieniona przez moce Eteru dziewczyna. Z bliska jak się zajrzało pod kaptur to jednak widać było jej sromotę bo połowę twarzy miała zarośniętę tą dziwną naroślą. A, że była uformowana w kształt rogu to tworzyła dziwną wypukłość na kapturze. Na to jednak już nic nie wymyślili.

                                    - Chodźcie się pożegnać z Gormulem. Inaczej może odebrać to jako brak szacunku. - Doradziła im i sama dała przykład kierując się do wodza zwierzoludzi. Marlene po chwili wahania ruszyła za nią. Ghunter czekał na decyzję swojego pana. Widzieli jak obie kobiety pokłoniły się lekko ale oczywiście to blondynka mówiła śmiało ale grzecznie. Widocznie znała mowę zwierzoludzi podobnie jak Lilly.


                                    Darcy okazała się też świetnie orientować w puszczy. Chociaż szli na przełaj przez leśne ostępy to nie zawahała się ani razu. I rzeczywiście po jakimś czasie wyszli na trakt. Tu już nie potrzebowali pomocy ale i tak wędrowali we czwórkę. Blondynka wydawała się lubować w dręczeniu Marlene, Ghuntera wydawała się traktować jako dodatek do jego pana a Joachimowi okazywała szacunek i zaciekawienie. Jeszcze bardziej była zafascynowana wężową milady jaka jej się śniła. Właśnie kochanka zwierzoludzi zachowywała się najbardziej swobodnie i była najbardziej wygadana. W przeciwieństwie do odmienionej kelnerki, nie miała widocznych mutacji. Z drugiej strony bez ubrania to Joachim jej nie widział aby być tego całkiem pewny. W końcu Lilly jak ubrała długą suknię to też wyglądała jak młoda, atrakcyjna mieszczka o nietypowych, liliowych włosach.

                                    - Ty naprawdę chędożysz się ze zwierzoludźmi? - Marlene zapytała w pewnym momencie. Pytanie rozbawiło blondynkę.

                                    - Oczywiście. Jak sama spróbujesz to będziesz wiedziała dlaczego. - Zaśmiała się Darcy jakby odpowiedź uważała za coś oczywisego.

                                    - To czemu teraz ich zostawiłaś i idziesz do miasta? Nie będą zazdrośni? - Kelnerka próbowała chociaż trochę odgryźć się blondynce. Ta jednak znów wydawała się być rozbawiona pytaniem.

                                    - Nie, chyba nie. Gormul rozumie, że z wolą bogów nie ma się co kłócić. Jeśli zesłali mi sen o pięknej, wężowej milady to znaczy, że jest mi ona przeznaczona. Tobie też. Zbrzuchaci nas razem. Albo odda temu komu będzie miała ochotę i on albo to coś nas zbrzuchaci. Teraz będzie naszą panią której będziemy służyć. - Darcy wydawała się tego tak pewna jak akolita wyznający kredo swojej wiary w Sigmara czy innego imperialnego boga. Jej słowa wprawiły kucharkę w zdumienie i konsternację.

                                    - Ale ja nie chcę! - Zdążyła zaprotestować ale Darcy zatrzymała się i spoliczkowała ją aby uciszyć jej protesty.

                                    - Jesteś moją niewolnicą. Służysz temu komu i ja służę. Jak będziemy służyć wężowej lady to ona zdecyduje o naszym losie. Śniło mi się, że z nią figluję. Więc jeśli nas zechce to będziemy z nią figlować. A jeśli będzie miała ochotę nas zbrzuchacić to przyjmiemy ten los z godnością i dumą. Jeśli będzie miała ochotę abyśmy rozłożyły nogi przed kim wskaże to tak właśnie będzie. I jeśli chodź trochę jest tam u niej tak pięknie jak mi się śniło to będziemy u niej żyć bogato i dostatnio. Jak jesteś na tyle głupia aby nie docenić jakie spotkało cię szczęście to zawsze możesz pójść w las. Nie bój się moi chłopcy cię odnajdą. Albo zdejmij kaptur i pokaż się prawym ludziom. Na pewno okażą ci dobroć i zrozumienie. - Mówiła twardo i bezwzględnie. Zupełnie jakby chciała podkreślić nową pozycję jaką teraz zajmuje Marlene. Na koniec złapała ją brutalnie za kark i wycelowała jej twarz w nadjeżdżający z przeciwka chłopski wóz. Ruch na trakcie był całkiem spory, zwłaszcza tych jadących od miasta. Nie było się co dziwić. W końcu był dzień targowy. A o tej porze to już pierwsi chłopi mogli zacząć wracać z miasta do swoich wiosek. Szli więc na piechotę, ciągnęli swoje zwierzęta jakich nie sprzedali lub jechali furmankami z dobytkiem. Na czwórkę pdróżnych raczej nie zwracali większej uwagi. Może poza Joachimem jaki wyróżniał się mało typową szatą i Darcy jaka w swojej biało - niebieskiej sukni promieniowała jędrnością i urodą.

                                    - A powiedz Joachim. Wiesz coś o tej niebieskiej milady co się śniła Gormulowi? Dobrze jakbyśmy coś się o niej dowiedzieli. Chciałby ją spotkać. Pewnie też i wychędożyć jeśli młoda i płodna. Ale jeśli by dysponowała mocą to pewnie okazywałby więcej szacunku. No i jak mu się śniła to znaczy, że bogowie chcą aby ich ścieżki splotły się ze sobą. - Po drodze Darcy zagadnęła maga o tajemniczą milady o jakiej mówił wódz zwierzoludzi. Opis jednak nic Joachimowi nie mówił. Niebieski czy fioletowy nie był zbyt popularnym kolorem wśród pospólstwa. Ale wśród szlachty czy uczonych już się zdarzały takie ekstrawagancje. No i jeśli owa kobieta byłaby magiem to już w ogóle rzadkość. Bo poza nim to w mieście było ich niewielu. Z drugiej strony sporo zacnych gości przyjechało na turniej a nie musiał znać każdego z przyjezdnych. Być może właśnie błękitnokrwistne kultystki coś by wiedziały na ten temat.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
                                    Czas: 2519.07.22; Marktag; przedpołudnie
                                    Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; ziąb (0)

                                    Joachim, Łasica i Burgund

                                    W miarę jak się zbliżali do miasta z trzewi lasu zaczęła podnosić się mgła. A ludzi wędrujących od miasta zrobiło się jakby więcej. Widzieli już prześwity skraju lasu zwiastujące, że zaraz za nimi jest przerwa jaka ciągnie się aż do miejskich murów. Miała ona wystawić przeciwnika na widok uniemożliwiając mu skryte podejście. No i na bełty i strzały obrońców. Tutaj zgodnie z planem magistra trójka towarzyszy została na trakcie robiąc sobie postój. On zaś samotnie ruszył ku południowej bramie. Nie miał żadnych kłopotów z jej przekroczeniem. Wzbudził co prawda zaciekawione spojrzenia strażników ale zapewne ze względu na swój nietypowy strój. Nie na tyle jednak aby go zatrzymywać. Wszedł więc na wybrukowane ulice i ruszył w stronę portu. Jak się wcześniej nie było umówionym z Łasicą to najpewniej było jej szukać w jej ulubionej tawernie albo u Pirory. Nawet jakby jej tam nie było to można było się rozpytać albo zostawić jej wiadomość. Od południowej bramy do Alei Mew było nieco bliżej niż na Bursztynową 17.

                                    Wewnątrz panował gwar chociaż daleko mu było do wieczornego tłoku. Pora była zbyt późna na śniadanie a zbyt wczesna na obiad. Jednak zastał obie koleżanki z kultu. Niebieskowłosa i burgundowa łotrzyca siedziały przy wspólnym stole ale dostrzegły go i zamachały ku niemu. Po chwili już siedzieli we trójkę.

                                    - Pofarciło się nam dzisiaj na targu. Właśnie to oblewamy. I zastanawiamy się czy jeszcze tam nie wyskoczyć. - Pochwaliła się Burgund pokazując na gliniany kielich jakim zapijały późne śniadanie. Obie wydawały się być w wyśmienitych humorach.

                                    - A w ogóle wczoraj spotkałam ciekawą osóbkę. Starszy mnie wysłał. Śniła mu się przy posągu syreny. Faktycznie ją tam spotkałam. Milutka. Wydaje mi się, że to ta nowa kelnerka stąd ale nie jestem do końca pewna. Ciekawe. Jak ją Starszy wyśnił to może dziewczę też czuje zew którejś z Sióstr. I to pewnie naszej skoro ciągnie ją do syren. A ciebie co sprowadza? - Łasica za to podzieliła się z plotką z wczoraj. Joachima i tak nie było wtedy w mieście więc nie miał szans się na to załapać.

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Warsztatowa 36; kamienica Lebkuchenów
                                    Czas: 2519.07.22; Marktag; przedpołudnie
                                    Warunki: - na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; ziąb (0)

                                    Otto

                                    - Oj tam co łaska. Przecież całkiem miło było nie? Poznasz mnie z tą bogatą milady to będziemy kwita. - Zgrabna i jędrna blond wieśniaczka też była w świetnym humorze. I z wielkimi nadziejami na poznanie owej tajemniczej pani o jakiej wspomniał mnich. Nawet na zapłacie w monetach tak jej już nie zależało. Tylko chciała wiedzieć jak się będą kontaktować. Bo ona do miasta to normalnie by wróciła dopiero za tydzień, na następny dzień targowy. Inaczej mnich musiałby jej szukać w Dehler osobiście lub wysłać kogoś bo nie było co liczyć, że w wiosce ktoś by przeczytał jakiś list.

                                    - Ja jeszcze do południa będę tutaj. Jakbyś miał ochotę to zajdź. Możemy znów wyskoczyć na pięterko jakbyś chciał. Albo mogę ci pokazać jak harcujemy z Konradem. Albo jakbyś z tymi chutliwymi koleżankami przyszedł to też. - Elke zapewniła go o swojej życzliwości i woli współpracy zapraszając go na kolejne spotkanie nawet dzisiaj. Z tym, że Otto nie był pewien czy nawet jakby chciał się z nią spotkać jeszcze dzisiaj to czy się wyrobi z innymi sprawami. Jak choćby z wstydliwym problemem cukierników i ich dorodnej córki.

                                    Właśnie do nich się udał. Z Placu Targowego nie miał tak daleko. Podobnie jak do swojego mieszkania. Tylko bardziej na wschód niż na zachód. Ulica Warsztatowa była solidnie utrzymana i w miarę czysta. Mieszkali tu głównie kupcy i rzemieślnicy stąd nazwa. Lebkucherowie na tyle dobrze prosperowali, że mieli własną kamienicę. Statusem już zbliżali się do biedniejszej szlachty i wśród mieszczan stanowili wyżyny do jakich można było się wspiąć bez błękintej krwi czy służby w marynarce albo wojsku. Nic dziwnego, że na parterze była ich firmowa cukiernia. A z niej dobiegały aromatyczne zapachy słodkości jakie wypiekali. Jednookiemu mnichowi na tym kończyły się informacje gdzie oni dokładnie mieszkają więc musiał zapytać o to w cukierni. Powiedzieli mu, że na pierwszym piętrze. Wszedł więc na klatkę schodową i zapukał. Tutaj nadal czuł aromat pierników i ciastek od jakich ślinka ciekła do ust. Po chwili drzwi otworzył mu jakiś mężczyzna w średnim wieku i zapytał grzecznie czego sobie życzy. Cukiernicy widocznie mieli służącego co też przypomniało zwyczaje panujące w szlacheckich domach.

                                    Służący go wpuścił i prosił aby poczekać. Podobnie jak to się działo gdy Otto wizytował u von Mannliebów. Czasem i Pirorę jeśli akurat przyszedł, że miała jakichś gości spoza kultu i wypadało zachować maskaradę, że nic nieprzyzwoitego ich nie łączy. Po tej chwili rozmyślań służący wrócił do krótkiego korytarza w jakim zostawił gościa oznajmiając mu, że państwo są gotowi go przyjąć. I zaprowadził go w głąb mieszkania do salonu. Ten był całkiem przyjemnie urządzony, niczym skromniejsza wersja szlacheckich apartamentów. I tu przywitała go dwójka gospodarzy.

                                    Mężczyzna wydawał się starszy od kobiety. Ale raz, że życie mogło mu bardziej dokuczyć, dwa to, że mężczyzna żenił się z wyraźnie młodszą kobietą było powszechne. Oboje byli ubrani jak na dobrze sytuowanych mieszczan przystało. Dyskretnym urokiem bogactwa u niego był pierścień a u niej ładne kolczyki. Zwykłych kupców czy rzemieślników pewnie nie byłoby stać na taki dodatek i to w dzień powszedni a nie na mszę w Festag gdzie każdy zakładał co miał najlepszego. Mimo wszystko do ozdób jakie widywał u Pirory czy Fabienne to jednak sporo jeszcze im brakowało.

                                    - Pochwalony bracie. Cieszymy się, że wasz przeor tak szybko kogoś przysłał. Nazywam się Frederick Lebkuchen. A to moja szacowna małżonka, Renate. - Gospodarz przedstawił siebie i swoją szczupłą i zadbaną małżonkę. Wyglądało to na całkiem zwyczajne powitanie jednak szybko nietypowość sprawy wzięła górę i nastąpiła chwila krępującego milczenia.

                                    - Zapewne przeor zaznajomił cię bracie ze sprawą. Chodzi o naszą córkę. Nasza ukochaną Teofano. - Ojciec spróbował pociągnąć temat ale szybko stracił wątek i dało się wyczuć, że wstyd go zjada.

                                    - Ja zapewniam, że ona nie ma żadnych robaków. Dziś rano wykąpałam ją i sprawdziłam. Wszystko z nią w porządku i nie ma żadnych robaków. - Matka wtrąciła się broniąc swojej córki jak lwica.

                                    - Mnie już nie wypada ale całkowicie wierzę mojej Renate. - Mąż przytaknął jej gorliwie jakby mu ulżyło, że ten początkowy korek w rozmowie jakoś udało się przepchać. - Ale może brat z nią porozmawia. Ona ostatnio dużo mówi o tych robakach. Nie wiem dlaczego. Przecież u nas w domu ani w cukierni nie ma żadnych robaków. Nie wiem skąd to jej przyszło do głowy. - Ojciec był wyraźnie zmartwiony takim zachowaniem dorosłej córki. I nie widział racjonalnych przesłanek do czegoś takiego. Mnich jednak wiedział, że jeśli śmiertelnik odczuwał zew którejś z Sióstr to otaczająca go rzeczywistość nie miała takiego znaczenia.

                                    - Mówiła, że jej się śnią. I różne dziwne rzeczy. Ja też miewam dziwne sny no ale nic takiego co ona opowiada. Próbowałam się z nią modlić i odmawiać psalmy na oczyszczenie duszy ale nie wiem czy to coś pomogło. Ostatnio mniej mówi o tych robakach ale nie wiem czy po prostu tego nie przemilcza. - Matka obdarzyła mnicha proszącym spojrzeniem swoich całkiem ładnych oczu. Jej postępowanie było logiczne, powszechnie uważano, że zepsucie ciała zaczyna się od zepsucia duszy więc modlitwa, post, umartwianie się były uważane za skuteczne lekarstwo przeciwko takiemu zaprzaństwu.

                                    - Dlatego pomyśleliśmy, że może jak jakiś duchowny z nią porozmawia, pomodli się to może to pomoże. - Gospodarz zakończył przedstawianie swojej kłopotliwej sprawy i teraz oboje patrzyli prosząco na mnicha czekając na jego reakcję.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Online
                                      SantorineS Online
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #236

                                      Oryginalny autor: Santorine

                                      Egon szedł przed siebie miarowym, solidnym tempem. Choć trening imperialnego gladiatora nie był czymś, co sprawiło, że nawykł do długich marszy, radził sobie wcale nieźle. Wszakże marszruta po nizinnej, nordlandzkiej ziemi była niczym, z czym wojownik miał do czynienia w swej przeszłości.

                                      Rozmowy z Raisą, Astrid i Larsem dały Egonowi do myślenia. Kończył się etap podróży do Neues Emskrank i wkrótce miał rozpocząć się ten właściwy - zasadzenia takiego kwiatu w mieście, który z czasem wyda krwawy plon i być może z czasem włodarze miasta położą swe bezwartościowe łby na ołtarzu ofiarnym. Krew dla boga krwi, czaszki na tron czaszek.

                                      Do pierwszej rundy rozmów Egon podchodził ostrożnie i odpowiadał zdawkowo, nie negując niczego, ale i niczego nie obiecując. Dopiero po pewnym czasie, kiedy już podumał nieco nad tym, o czym do niego powiedzieli Raisa, Lars i Astrid, zaczął układać pewien plan.

                                      Interesy Larsa i Raisy wydawały się być w najbardziej oczywisty sposób powiązane - zmiarkował Egon. Najemnik z Norski chciał szybkiego i w miarę pewnego zysku na handlu niewolnikami, zaś czcząca plugawego, mrocznego boga trucicielka i guślarka postrzegała zysk na zasianiu larw Oster. Egon zastanawiał się - czy przypadkiem on i Lars, zakręciwszy się wokół handlu niewolnikami, nie mogli by znaleźć dla Raisy dorodnych okazów, które starucha mogła bezpiecznie wykorzystać w swej hodowli larw? Wystarczyłby jaki tuzin bab złowionych z dalekich ziem, byleby tylko miały funkcjonalne łona, żeby zaspokoić guślarkę. A i Lars przecież mógłby na tym zyskać, jeśli tylko kobiety by można sprzedać po wszystkim. Koniec końców, sam Egon, na spółkę z Silnym i może paroma innymi wykidajłami, mógłby zapuścić się parę dni na południe, aby napaść tu i ówdzie na karawany i sprzedać paru z nich jako niewolników, a paru rozdysponować na pożytek Raisy…

                                      Rzecz z Astrid prezentowała się nieco inaczej. Norsmenka, jako córka jarla, chciała zbratać się z Froyą van Hansen i rabować jakieś grobowce, których istnienia Egon nawet nie podejrzewał. Także i tu Egon myślał, czy w jaki sposób nie połączyć tych dwu zamysłów - Froyę van Hansen zapewne łatwo byłoby zwabić perspektywą łowu w okolicy kurhanu, a kto wie, czy Froya nie chciałaby także wypuścić się na sam grobowiec jako kobieta odważna i przedsiębiorcza… “Froya van Hansen rabująca grobowce, niby pospolite parchy, co trupom świecidełka wyrywają z przegniłych palców?” - dumał Egon. Może i rzecz byłaby możliwa, jeśli tylko by przekonać szlachciankę jakoś, że w grobowcu jest część jej dziedzictwa, skoro tak się fascynowała swoimi korzeniami z Norski.

                                      Poniechawszy dumanie wreszcie, odrzekł każdemu z członków jego drużyny.

                                      Lars

                                      Do Larsa zwrócił się jako pierwszego.

                                      – Trzeba będzie jaką łódź skołować, najlepiej z dala od miasta, albo przynajmniej taki przyczółek założyć, byśmy mogli wypływać nie niepokojeni – Egon skonstatował. – Żeglarz ze mnie taki, jak z piczki kuźka, czyli żaden. Ale to nas nie powstrzyma… Mam to i to.

                                      Egon potrząsnął swoim toporem i napiął muskuły.

                                      – Chcesz łodzi, łódź będzie, ale nie od razu. Trza mi będzie się zorientować, skąd by to mieć. Pirora albo i kto inny ze zboru będzie nam w stanie pomóc. Może i mistrz, on dojście ma do wielu kątów. Trza będzie się popytać.

                                      Raisa

                                      – Ano słuchaj, Raiso… Dobrze rzeczesz – głos Egona był zamyślony, bowiem na przymilny nie mógł zdobyć się nijak. – Dobrze gadasz, wszak na arkanach się znasz. Tak sobie żem myślał, z Larsem byśmy mogli coś zorganizować. Kiedy dojdziemy do miasta, mus mi nieco czasu z nim spędzić, tedy byśmy mogli jakie dziewki tobie przynieść. Do zasiania jaj Oster, rzecz wiadoma. Cierpliwa musisz być, rzecz sporządzimy.

                                      Astrid

                                      – Z Froyą van Hansen żem trolla usiekł – rzekł. – Respekt przede mną ma, chyba. Ale to, że milady się każe tytułować drażni mnie. Jeśli to, co rzeczesz, jest prawdą, Froya mogłaby pomóc nam przy kurhanach, jeśli tylko byśmy mogli rzecz jej łatwo sprzedać. Zaufanie jej zyskać jakoś. Może ty tu więcej dokonasz, z Norski przecież pochodzisz. Nagadasz jej o dziedzictwie i może uda nam się wyprawić… Ale znając van Hansen, będzie potrzebowała jakiegoś dowodu. Co do mnie, rabować stare groby mogę. Któż wie… Może będzie tam coś, co przyda nam się w rozszerzeniu kultu.

                                      Przy wybrzeżu
                                      Koniec końców, musieli dojść do miasta, żeby wszystkie te plany wprowadzić w ruch. Najpierw Lars i niewolnicy, później Froya van Hansen i Astrid. A może i trochę tego i tego, jak czas i jego mroczny patron mogli pozwolić.

                                      Jedyne, o czym myślał, to w jaki sposób rycerz w jego snach i turniej miały wpasować się w jego plan. Być może przeznaczenie właśnie działało w taki sposób - zastanawiał się Egon - że najpierw potrzeba doprowadzić rzecz kamratów do końca, a na końcu sam rycerz się pojawi? Jaja Oster Raisy byłyby świetną bronią podczas nadchodzącego turnieju, więc Egon musiał sprawę niewolników dla Raisy i Larsa sprawić jako pierwszą.

                                      Na uwagę Sorii co do tego, że puściłaby się przodem, skinął głową. Sądził, że to dobry pomysł - syrena przepatrywałaby niebezpieczeństwa przodem.

                                      Egon spodziewał się, że nawet, jeśli po drodze natrafiliby na jakieś niebezpieczeństwo, on sam musiał rzeczy rozwiązywać. Nie mógł polegać na syrenie. Wszak przybył na ten ląd bez niej.

                                      – Niech i tak będzie, lady Soria – Egon skinął głową. – Idź zatem przodem, my dołączymy do ciebie jak najszybciej. Zobaczymy się już w Neues Emskrank! Nie zapomnij tylko o pierścieniu…

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Online
                                        SantorineS Online
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #237

                                        Oryginalny autor: Santorine

                                        Lars

                                        - To dobrze! Toś mi brat! Tak czułem, że masz głowę na karku! - Korsarz roześmiał się rubasznie i poklepał masywne ramię gladiatora. Widać było, że ucieszył się z takiej odpowiedzi.

                                        - Łódź i załogę. Bo na taką rybacką dłubankę to starczy nas dwóch czy trzech - wskazał na siebie Bjorna jaki szedł przed nimi. - Ale na otwarte morze to trzeba coś większego. No i załogę. Ale spokojnie, jak tam jest port to pewnie coś się znajdzie. Z zaufanymi ludźmi może być trudniej. Może jak na tym targu niewolników spotka się kogoś od nas to się da zwerbować. Albo coś się wymyśli. - Lars pokiwał głową i był w dobrym humorze. Miał rację co do załogi. Ostatnie kilka dni spędzili na długiej łodzi Widłorogiego, to Egon sam widział codziennie jak jakieś dwa tuziny załogi wiosłuje lub odpoczywa. Nie był pewien czy jakby zebrać cały ich zbór do wioseł to czy by się udało im obsadzić łódź podobnej wielkości.

                                        Egon, wysłuchawszy słów Larsa, myślał nad planem. Nijak bowiem sam nie mógł skołować tej łodzi, musiał tu się zdać na swych kamratów z kultu. Rzecz o wyprawach morskich była Egonowi całkiem nieznana.

                                        – Nie pamiętam, czy kto by u nas się w porcie rozeznawał – rzekł wreszcie Egon, próbując sięgnąć pamięcią do zamierzchłych czasów, kiedy przebywał w Neues Emskrank na stałe. – Hmh.

                                        – Potrzeba by było z dziesięciu, dwunastu ludzi, tak myślę – rzekł niepewnie. – Żaden z nas się pływaniem nie zajmował, rozumiesz, tam, w Neues Emskrank. Ale pewnie znajdzie się paru, którzy mają dojścia… Zaczniemy od odpytania się, zorientowania.

                                        Egon pomyślał o piratach Morza Szponów, notorycznych z powodu swej krwiożerczości i paktowaniu z mrocznymi siłami. Zastanowił się - czy starszy kultu znał kogoś lub ktoś z kamratów znał się na nich?

                                        W kulcie byli zawodowi marynarze. Jak choćby Kurt Kuternoga, co zanim nie osiadł w mieście na stałe to był bosmanem. Podobnie Vasilij co trudnił się przemytem, pewnie znał lokalizację wyspy gdzie odbywał się nielegalny handel z niewolnikami włącznie. Miał nawet własną łódź i załogę. Tylko, że właśnie na niej popłynęli razem z Mergą do Norsci. A Kurt, jako najbardziej doświadczony żeglarz także. W tej chwili więc zapewne w mieście nie było tak łatwo zwerbować kogoś z doświadczeniem morskim. Ale z drugiej strony obie łotrzyce, Silny, może Pirora albo Starszy faktycznie znali kogoś odpowiedniego.

                                        Egon przypomniał sobie też swoje ostatnie spotkanie w tawernie przed akcją obrabowania świątyni Mananna. Prawie cały zbór się zebrał i było to też jak pożegnanie. Po zmroku już ruszyli albo w umówione miejsca wokół świątyni albo na łajbę Vasilija a po akcji zabrali fanty na wóz i właśnie wsiedli do łodzi przemytników, w środku nocy, dyskretnie opuszczając miasto i wypływając na wody zatoki. Ale zanim to się stało sam widział jak lady Soria, przebrana za zwykłą dziewczynę a nie szlachciankę, dała popis śpiewania szant. I w połączeniu z jej urokiem osobistym sprawiło, że Łasica żartowała, że gdyby Soria wtedy werbowała do załogi to na pewno by miała wielu chętnych.

                                        - To dobrze. W porcie to marynarzy zawsze jest pełno, tych co szukają noweg statku też. Ale grunt aby pewni byli. Bo u was to strachajła, ledwo zobaczą nasze żagle i już portki pełne. A jeszcze trzeba aby trzymali gęby na kłódkę. Na ten targ to można by popłynąć w parę osób. Zobaczymy kto tam będzie. Może się uda kogoś zamustrować. Szkoda, że nie da się posłać wiadomości do nas bo by pewnie paru chętnych się znalazło. Zwłaszcza jakby było tu dużo do rabowania, walki i chędożenia! - Zaśmiał się Lars ale urwał bo gwałtowne ruchy żeber uraziły jego świeże rany. A Egonowi coś świtało, że Starszy to chyba mówił kiedyś, w zimie, że miewał jakieś wspólne sny z Mergą. Stąd się w ogóle dowiedział, że trafiła do kazamat. Ale gladiator nie był pewien czy teraz to by działało jak rogata popłynęła do Norsci.

                                        – Popytam się Starszego – rzekł Egon. – Hmm… Tak se myślę, trzeba by wcielić tych nowych marynarzy do kultu… Albo jakoś ich umieć kontrolować. Może Starszy będzie wiedział. Chodzi mi o to, że skoro będziemy niewolników transportować, to przecie wydać się rzecz nie może. Tak więc żem miarkował, może Starszy by wiedział jaki sposób, może jakieś znamię mógłby naznaczyć na nich, żeby w razie ucieczki ciążyło na nich. Jeśli mieliby znaki chaosu, musieliby przestawać z nami, albo czekałaby ich pewna śmierć od inkwizycji.

                                        - No ja to nie wiem jak to u was jest. Tyle, że wiara w naszych bogów jest u was zakazana. - Lars skrzywił się i uniósł dłonie w obronnym geście aby zaznaczyć, że nie czuję się na siłach coś doradzać czy pouczać w tej materii.

                                        - Ale wiem, że często złoto potrafi zamknąć wiele ust. Jak będą z tego handelku zyski i przyjemności to potrafi to zmiękczyć wiele serc. Tylko trzeba by znaleźć takich co nie zadają zbyt wiele pytań a wolą się cieszyć złotem, winem i udami ladacznic. Przecież ten wasz Vasilij co do nas przypłynął też jakoś musiał tutaj skompletować załogę no nie? Można by jeszcze popłynąć do Marienburga, Salkalten czy Erengardu ale do tego to już trzeba mieć jakąś łajbę. Ale nie przejmuj się Egonie, jak jest port to i jacyć chętni się marynarze zajmą. I tak najpierw trzeba by znaleźć odpowiednią łajbę aby wiedzieć ilu i jakich ludzi potrzeba. Bo ja trochę pływałem na łajbach południowców i taką kogą to się pływa inaczej niż naszą długą łodzią albo knarą. A podobno u was jakaś szkoła morska nawet jest to tym bardziej powinno być nadmiar marynarzy. - Lars wydawał się być dobrej myśli. Nawet jeśli teraz rozmawiali tylko o ogólnych zarysach planu zorganizowania łodzi i załogi. Oczywiście statków i załóg było w mieście sporo ale już takich zdeprawowanych co by przystali na handel niewolnikami z Norsmenami to byłoby zapewne o wiele mniej. I nawet z tą szkołą miał rację bo nawet z zatoki w porcie, widać było mury Akademii Morskiej a mąż Fabienne to nawet miał tam jakieś powiązania bo był morskim kapitanem. Dlatego go tak często w mieście nie było.

                                        – Iście – rzekł Egon. – Dobry to plan. Zajmę się twymi sprawunkami w pierwszej kolejności. Twoimi i Raisy… Jeśli tylko mój patron pozwoli.

                                        Myśli Egona wybiegały w stronę nadchodzącego turnieju - oby tylko miał dość czasu, aby rzecz sporządzić dla Larsa.

                                        - Dobra myśl. Wiedziałem, że masz nie tylko mięśnie ale i głowę na karku. Zobaczysz, razem nieźle się obłowimy w tym mieście. - Zaśmiał się Lars poklepując gladiatora po jego masywnym ramieniu.

                                        Raisa

                                        Egon miał wrażenie, że chyba właśnie został ulubionym wnusiem starej wiedźmy. Pierwszy raz widział jak się uśmiechnęła na swojej pomarszczonej i zniszczonej twarzy. Zaskakująco czule pogłaskała go po ramieniu jak babcia swojego wnuczka.

                                        - Jakbyś się źle poczuł albo coś ci dolegało to przyjdź Egonie. Jakby rany doskwierały, na te dziewki by coś było trzeba. Do uspania, do pobudzenia czy co to też przyjdź. - Starucha powiedziała troskliwym tonem.

                                        - A te dziewki to dobra rzecz. Może same by chciały? Pewnie nie wszystkie ale niektóre być może. - Zaczęła mówić gdy szli obok siebie. Chwilowo reszta grupki samotnie lub w dwójkach szła plażą przed nimi. Tylko Zoga nie było widać ale odkąd rano ruszyli z obozu to często tak znikał.

                                        - Jak znudzone ladacznice, takie od Węża, to może same by chciały. To coś nowego. Tam gdzie najbardziej lubią - Prychnęła z rozbawienia gdy poklepała się po brzuchu okrytym zmechaconą suknią. - Bo nie wiem czy wiesz. Ale mówi się, że to jaja i dziedzictwo Oster. I to prawda. Ale do jaj każda z Sióstr dołożyła swój pierwiastek. To powinno być widać po dorosłych muchach. W jajach to jeszcze nie. A więc i częściowo by niektóre były od Soren. A ona lubi chędożenie i przyjemności. Może nawet której by się to spodobało? - Mówiła jakby dzieliła się z nim swoimi przyjemnościami. Zadarła głowę aby spojrzeć na niego gdy to mówiła.

                                        - Możliwe. Też bym to chciała sprawdzić. Może jakby jakaś raz się dała zasiać to potem sama by chciała jeszcze? Zwłaszcza jeśli pierwiastek Soren byłby w niej i jajach silny. - Pokiwała swoją rozczochraną głową do swoich przemyśleń. - Albo choroba. Zasiać je jako lekarstwo. Coś co pomaga wyciągnąć chorobę od środka. U was, południowców, to by mogło zadziałać na przekonanie. Można by im powiedzieć, że choroba wyjdzie wraz z czerwiami i się je od nich zabierze. - Rzekła mu drugi pomysł jaki miała aby zachęcić do zasiania potencjalne nosicielki. - Albo bieda. Sam wiesz jak jest. Rodzice oddają swoje pacholęta na służbę i do pracy aby się pozbyć gęby do wykarmienia. To z biedy. Może jakby zapłacić to i jakaś dałaby się zasiać. Połowę przy zasianiu, połowę przy odbiorze czerwi. I może by się któraś skusiła. - Wiedźma przedstawiała co wymyśliła aby zwiększyć szanse na pozyskanie jakiejś nosicielki.

                                        – Dobrze prawisz, Raiso – Egon pokiwał głową. – Nie trzeba będzie od razu zaczynać od porywań i rabunków, kto wie, niejedna ladacznica w burdelu by oddała siebie za zarobek… Te jaja nic nie robią, nie? – zapytał się, dla pewności. – Kiedy rzecz się wykluje, człowiek żyje dalej?

                                        Egon roztarł swoją siwą brodę.

                                        – A, i rzeknij mi jeszcze – dodał – kiedy jaja się wykluwają, jak kontrolujesz owe muchy?

                                        - Jaja nic nie robią. Czerwie mogą. Jest jakaś szansa, że zamiast do wyjścia pójdą gdzieś indziej. Ale raczej nie powinny. Do wyjścia najłatwiejsza droga. A jak już wyjdą to się nimi zajmiemy. A ladacznice można zasiać znowu. Czcigodna Merga mi mówiła, że jak odpływała to już parę miotów przyszło na świat i żadnej nosicielce nic się nie stało. Bo najczęściej wszystko jest w porządku, tak mówią święte zapiski Oster jakie czcigodna Merga mi pokazała. Chyba, że przeładować ladacznicę. Bo czerwie jak rosną to zajmują coraz więcej miejsca. Gdyby poświęcić ladacznice na jeden miot można by ją załadować aż pęknie. Ale trochę szkoda. Na dłuższą hodowlę lepiej je oszczędzać. Teraz czasu mało bo gdyby robić ten atak z muchami w zimie czy na wiosnę to nawet kilka ladacznic by starczyło aby uzbierać duże stado. No ale jak to ma być za dwa, trzy tygodnie a jaja potrzebują czasu aby dojsć do dorosłych much to czasu mało. Można to nadrobić większą ilością nosicielek. Dlatego Egonie, musimy się spieszyć aby ich zdobyć jak najszybciej i najwięcej. - Pokiwała swoją rozczochraną głową gdy zamyślonym tonem mówiła o muszej hodowli z udziałem żywych nosicielek. Wydawała się do tego podchodzić jak hodowca do swojego stada jakie trzyma na handel. Zresztą Sigismundus zdawał się myśleć podobnie. Dlatego miał taki żal, że żadna z koleżanek nie dała się zasiać. Oprócz tej Laury z zamtuza a ona nawet nie była w kulcie. No chyba, że się przez ten tydzień co był w Norsce coś zmieniło.

                                        - A muchy będzie trudno kontrolować. Wyhodowane są w ludziach więc będą atakować ludzi. Zapewne zależy od pierwiastka patronki, będą atakować trochę inaczej. Te od waszej Norry pewnie będą brutalne i krwawe. Te od Vesty mogą omamić i odmienić. Te od Soren sączyć słodycz i spółkować. A te od naszej Oster obdarzać jej błogosławieństwem. Ale wszystkie pochodzą z ludzkiego łona więc będą atakować ludzi. Merga mi mówiła, że chcecie je wypuścić w jakieś sali balowej czy podobnym zbiegowisku. Dobrze, zwłaszcza jak zamknięte pomieszczenie. Muchy będą atakować jak leci. Wtedy lepiej być poza ich zasięgiem. Można też mieć nasze amulety i znaki, muchy są częściowo z innego wymiaru więc mogą wyczuć takie rzeczy. Ale pewności nie ma, zwłaszcza jak wpadną w amok i będą atakować jednego człowieka po drugim. Ja jeszcze będę musiała je zbadać czy dam radę jakoś dokładniej nimi kierować. Widziałeś ten rój co wam wczoraj wysłałam na pomoc przeciwko krabom? Mogę spróbować coś podobnego z muchami Oster ale one są większe, silniejsze i będzie trudniej je opanować. Dlatego najpierw musiałabym je poznać i zbadać. - Wiedźma wyjaśniła jak to rzecz się ma z tymi muchami. Ogólnie pokrywało się to z planem Starszego. Faktycznie zbór chciał zaatakować możnych i znamienitych gości na przyjęciu. To by skompromitowało władze i wywołało chaos w mieście. Kolejna wpadka po zimowym uwolnieniu rogatej wiedźmy z kazamat i niedawnym obrabowaniu najbogatszej i najpotężniejszej świątyni w mieście. Pod tym względem śmierć księżnej - matki nieco im pomieszała szyki bo teraz nie wiadomo było kiedy i czy w ogóle będzie ten turniej i związane z nim uczty i bale. Z drugiej jednak dała im dodatkowy czas na przygotowania. Choćby na odnalezienie kolejnych artefaktów związanych z Siostrami czy spotkanie lady Sorii albo chociaż zaczęcie hodowli dziedzictwa Oster.

                                        – Tedy rzeczesz, że owe muchy to niby mieszanka, co czasem mistrzowie umieją warzyć, co wybucha niby kula armatnia! – zawołał Egon. – Raz wypuścisz, ognia kontrolować nie sposób. Rzeknij no jeszcze, jak te muchy się przechowuje? Co żrą, oprócz mięsa ludzkiego?

                                        Egon przystanął na chwilę, kalkulując. Jeśli muchy trzeba by wypuścić za trzy tygodnie, to faktycznie mieli niewiele czasu, aby działać. Gladiator musiał zatem zająć się sprawą Raisy czym prędzej – spodziewał się bowiem, że rzeczy Larsa i Astrid mogły zająć wyjątkowo dużo czasu, szczególnie zaś sprawunki Astrid.

                                        - Ha! One nie żrą mięska ludzkiego! Ani żadnego innego. - Jego uwaga rozbawiła staruchę zupełnie jak jakiś żarcik ulubionego wnuczka rozbawiłby jego babcię. Zadarła głowę aby spojrzeć w bok na twarz idącego obok niej brodacza. Pogłaskała jego ramię swoją chrpawą ręką jakby dała znać, że wybacza mu tą niewiedzę z hodowli jaką się dotąd nie zajmował.

                                        - One żrą płyny. Podobnie jak zwykłe muchy. Nie mają zębów, nie mogą jeść czegoś twardego. Zasysają tutkami płyny. Najlepiej coś słodkiego jak woda z cukrem czy miodem. I mają inną przemianę materii, jak mówiłam, nie do końca to są tak żywe stworzenia jak ty, ja albo zwykłe muchy. Częściowo są z innego wymiaru. Dlatego osoby obdarzone mocą mogą je wyczuć swoim niewidzialnym okiem. Jakby jakaś ladacznica miała w sobie czerwie to ja bym pewnie mogła to wyczuć. Im więcej tym bardziej, może jakby były małe albo same jaja to jeszcze nie. Dlatego Merga wam zostawiła te pierścienie co ci lady Soria mówiła. One nie tylko nieco zmieniają wygląd ale też maskują te czerwie aby kapłani i magowie nie byli w stanie ich wykryć. Przynajmniej pobieżnie i gdy nie wiedzą, że coś takiego istnieje. Mądrze to czcigodna wymyśliła, ma wielką moc i mądrość. W każdym razie jakby nic nie dawać jeść i pić muchom to też by tak szybko nie padły bo nie do końca to są tylko żywe stworzenia. - Wiedźma z zapałem wyjaśniła mu kolejny detal z hodowli much Oster. I wydawała się być dobrze z nim zaznajomiona a o rogatej wiedźmie jaka została w Norsce, wyrażała się z podobnym szacunkiem jak Astrid o lady Sorii.

                                        Egon skinął głową.

                                        – Tedy postanowione? – rzekł. – Jaja Oster będą dobrą bronią na turnieju. Mus mi się z rzeczą rozprawić jako jedną z pierwszych, kiedy przybędziemy do miasta.

                                        - No tak, trzeba zdobyć jak najwięcej ladacznic. Kupić, okłamać, porwać, namówić, zbałamucić. Nieważne. Ważne aby było ich jak najwięcej bo czasu mało a larwy i muchy muszą dojrzeć aby być gotowe do ataku. Im więcej jaj zasiejemy w ladacznicach tym większe będziemy mieli stado do ataku. A od zasiania to dwa, trzy tygodnie mijazanim będą muchy w pełni dorosłe. - Starucha pokiwała głową i wydawała się być zdeterminowana aby w godzinie próby zbór dysponował jak największym stadem much do ataku na wspólnych wrogów.

                                        Astrid

                                        - No tak, ona chyba wielka pani tu jest. Norma mi mówiła. Że ma wielki dom, piękne konie i dużo dobrej broni. - Blondynka szła obok niego i pokiwała energicznie głową na znak aprobaty. I szybko rzekła co sama usłyszała o szlachciance jeszcze w Norsce od Normy.

                                        - Czyli znasz ją? I możesz mnie z nią poznać? To byłoby cudownie! I jeszcze jakby z nami poszła na te kurhany to byłoby w sam raz materiału na nową sagę! - Ucieszyła się, że tak dobrze to wygląda. - I pewnie, jak mnie z nią poznasz, to chętnie z nią porozmawiam. Jestem ciekawa jaka ona jest. No i czy naprawdę mówi po naszemu. Norma mówiła, że tak, chociaż nie tak jak my. - Córka jarla wydawała się być myślami już u progu nowej przygody i to razem z tutejszą szlachcianką i Egonem.

                                        – Van Hansen zdaje się być nawykła do wydawania rozkazów – rzekł gladiator. – Szlachetka, widzisz. Jeśli byś miała ją przekonać, musiałabyś być ostrożna… Nie moja to rzecz, nie rozeznaję się. Jak kobieta kobietę, widzisz. Froya musiałaby uwierzyć, że to był jej pomysł… Jeno wtedy. Jeśli nie zawadzi, moglibyśmy wybrać się na łów z Froyą jako pierwszą rzecz, jeśli nie zawadzi mi to w sprawunkach dla Larsa i Raisy…

                                        - No tak, bo ona to też jakby córka jarla. Tak? - Widocznie Astrid jakieś pojęcie o hierarchii imperialnej miała ale nie aż tak aby przypasować sobie ekscentryczną, blondwłosa szlachciankę to znajomych wzorców z Norsci. Z jednej strony to Neus Emskrank nie miało jarla, co najwyżej burmistrza, radę miejską, kapitanów statków i Akademii Morskiej. Z drugiej to rodzina van Hansenów, należała do najważniejszych w mieście więc pod tym względem porównanie Astrid było dość trafne. Ale ona sama nie była tego pewna i zerkała na gladiatora czy potwierdzi jej domysły czy nie.

                                        - Ale ja to chętnie ją poznam. Od Normy i Mergi, słyszałam ciekawe rzeczy o niej. I nawet imię ma takie północne. U nas też się trafia. Jedna z moich koleżanek też ma na imię Froya. Tylko my to trochę inaczej wymawiamy. - Podzieliła się z nim tymi ciekawostkami o jej ojczyźnie i tutejszej krainie. Nawet zademonstrowała mu jak się u nich wymawia imię blondwłosej szlachcianki. Całkiem podobnie, na tyle, że dało się je rozpoznać. Ale akcent był jednak inny.

                                        - Ale w łowach to ja wam nie pomogę za bardzo. Mogę wam czas umilić grą i śpiewem. Ale oczywiście chętnie z wami pojadę na takie polowanie. Może nawet Lars i Bjorn by mogli dołączyć. Chyba, że uważasz, że lepiej nie. Może ona woli w małej grupie. - Zadumała się nad propozycją gladiatora. Widać było, że główkuje razem z nim jak można by spotkać się i zdobyć przychylność szlachcianki chociaż na tyle aby zgodziła się przyjąć Astrid.

                                        - A jakie masz sprawunki dla chłopaków? - Zaciekawiła się jakby z pewnym opóźnieniem dotarła do niej ostatnia informacja od Egona.

                                        Egon zastanowił się chwilę. Wojownik nie był wprawny w koneksje tak, jak Pirora i w gruncie rzeczy niewiele obchodziło go, kto wychędożył kogo i jakież to z tego konsekwencje krwi wynikały. Jaki tytuł miała szlachcianka? - Egon dumał. Niewątpliwie, kobieta należała do patrycjatu miasta.

                                        – Pochodzi z uznanej w tym kurwidołku rodziny, ano tak – rzekł gladiator. – Więc rzec możesz, że niby córka jarla, choć z włodarzami Neues Emskrank niespokrewniona. A przynajmniej ja nic nie wiem o tym.

                                        – Trza mi będzie się z Froyą spotkać i wywiedzieć się, a najlepiej, to żebym wywiedział się przez kogoś trzeciego, zanim tam się zakręcę – Egon podjął drugą myśl, którą wyrzekła Astrid. – Bjorn mógłby dołączyć, ale Lars… Lars będzie miał swoje rzeczy.

                                        I wreszcie, na pytanie na końcu, dodał:

                                        – Lars rzekł, że można by w Neues Emskrank założyć intratny biznes. Trza mi to rozeznać, czy w istocie. Tedy miarkuję, że zajęty będzie owymi sprawunkami, zamiast myśleć o łowach z Froyą.

                                        Tu Egon rzucił przelotne spojrzenie na Bjorna. Człek o posturze niedźwiedzia nie rozmawiał z nim, bowiem nie znał reikspiel, jednak gdzieś z tyłu głowy gladiatora błysnęło, czy przypadkiem także nie miał jakichś swoich zamiarów względem przybycia do Neues Emskrank. Cóż, czas pokazać miał.

                                        – Dobry dla kultu – podjął ponownie Egon, zostawiwszy dumanie nad zamiarami Bjorna. – Tak czy inaczej, rzecz z Froyą będziemy robić ty i ja i raczej nikt inny.

                                        - A to chyba nawet i lepiej. Nikt nam nie będzie przeszkadzał. - Blondynka nawet wydawała się ucieszona taką decyzją gladiatora aby spróbować tylko we dwójkę towarzyszyć tutejszej szlachciance na polowaniu. A o jej tytułach nic nie wiedział, nie interesowało go to wcześniej. Ale pewnie Pirora czy Fabiene jako szlachcianki i damy z towarzystwa w jakim też obracała się dziedziczka van Hansenów pewnie były w tej sprawie lepiej zorientowane. Jednak mógł je o to zapytać dopiero jakby się z nimi spotkał.

                                        - Ale to dobrze jak ją znasz i możesz nas umówić. Jakbyśmy pojechali do lasu we trójkę to byłałby świetna okazja aby się lepiej poznać. A jak musisz się jeszcze z kimś spotkać aby sią z nią umówić to się spotkaj. Jakbym ci mogła jakoś pomóc to powiedz. - Astrid była gotowa oddać tutaj jemu pole do działania ufając, że lepiej zna miasto od niej i będzie wiedział co robić. Chociaż i tak zaoferowała mu swoją pomoc w tym wspólnym dziele.

                                        - I Lars chcial założyć tutaj jakiś interes? No tak, wygląda na obrotnego. Wydaje mi się, że ma głowę do interesów. Jeszcze u nas jak był to dużo opowiadał gdzie i z kim pływał. Nie tylko na wiking ale też jako najemnik i handlarz. To się pewnie na tym zna. - Podzieliła się z nim swoją opinią na temat ich kontuzjowanego wczoraj, towarzysza podróży.

                                        – Zaiste, Lars zdaje się wyrastać na tego, który będzie zasilał kult, na korzyść niejednego z nas – rzekł Egon, zadumany. – Zobaczymy, cóż z tych sprawunków wyjdzie.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Online
                                          SantorineS Online
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #238

                                          Oryginalny autor: Lord Melkor

                                          Joachim skłonił się przed przywódcą zwierzoludzi, kiedy wraz z Darcy przyszli się pożegnać:

                                          - Potężny Wodzu, dziękujemy za twoją gościnę, mam nadzieję, że ja i moi bracia i siostry z naszego Zboru będziemy mieli okazję się odwdzięczyć. Czy masz może jakiś wrogów przeciwko którym moglibyśmy cię wesprzeć lub coś, czego potrzebujesz spośród ludzkiej cywilizacji?

                                          Mag musiał poczekać aż blondynka w biało-niebieskiej sukni przetłumaczy jego słowa dla wodza zwierzoludzi. Ten stał przed nimi i obserwował ich oboje swoimi zwierzęcymi oczami. Węszył nozdrzami i strzygł uszami, przez co wydawał się jeszcze bardziej odmienny ludziom niż Gnak i jego banda. Darcy zaś mówiła ich dziwnym językiem który nawet w jej ładnych ustach brzmiał dziwnie i niezrozumiale. Gdy skończyła Gormul prychnął. Chyba się zastanawiał chwilę bo świdrował najpierw ją ale na dłużej wwiercił swoje ślepia w Joachima. Obserwowało tą scenę kilku jego wojowników stojących lub siedzących w pobliżu. Była barmanka stała pokornie okazując mu posłuszeństwo. Zaś wódz w końcu prychnął i powiedział coś po swojemu. Chyba nawet coś go rozbawiło. Darcy poczekała aż skończy zanim zaczęła tłumaczyć nowemu znajomemu jego słowa. Bo ten powiedział conajmniej kilka zdań co z kolei sprawiło, że jego wojownicy zaczęli się rechotać.

                                          - Hmm… Powiedzmy, że nasz wódz nie ma zbyt wielkiego mniemania o ludziach. Zwłaszcza jako łowcach i wojownikach. - Blondynka rzekła z lekkim usmiechem jakby mocno skróciła i ugrzeczniła odpowiedź herszta gorów. - Mówi, że możemy odejść. Chyba nie wierzy, że możesz mu jakoś pomóc. W polowaniu czy walce. Sam jesteś, tylko z twoim sługą, nie masz broni ani wojowników. - Tłumaczyła jaki jest punkt widzenia kopytnych. Jeśli tak było to Joachim z Ghunterem rzeczywiście prezentowali się dość mizernie na tle kilkunastu wojowników Gormula. Ale korzystając z tego, że herszt coś jeszcze mówił do nich blondynka dorzuciła tonem dobrej rady, już chyba raczej od siebie. Jakby chciała podpowiedzieć i pomóc Joachimowi zrobić nieco lepsze wrażenie na pożegnanie.

                                          - Samice lubią. Chędożenie ludzkich samic zawsze im się podoba. Jak jakaś dorwą na trakcie czy w wiosce to jej nie przepuszczą jak wpadnie żywa w ich łapy. I wino czy piwo. Bo tu w lesie z tym nie tak dobrze. A chłopcy lubią sobie popić. No i broń albo pancerze. Bo tu z kuźniami też ciężko. To dobry topór czy kolczuga to cenne są. A jak widzisz chłopcy są trochę mało wymiarowi i nie wszystko co zedrą z ludzi im pasuje. - Podpowiedziała mu co jeszcze mógłby zaproponować Gormulowi jeśli chciałby być dobrze zapamiętany.

                                          - Ale teraz Gormul najbardziej by się ucieszył z tej niebieskiej co mu się śniła. A jak szła w stronę waszego miasta to może nadal tam jest. Jakbyś z nią wrócił no to by było coś. - Rzuciła jeszcze ale urwała bo wódz akurat przestał żartować z kamratami i znów skierował uwagę na ich dwójkę.

                                          - Dziękuje, możesz przekazać że możliwe że sprowadzimy tutaj kobiety chętne do igraszek z wojami Gormula. Nie zapomnimy o okazanej nam przyjaźni - Joachim spróbował odpowiedzieć najbardziej dyplomatycznie jak to było możliwe. Reakcja Gormula była i tak bardziej przyjazna niż się spodziewał po takim dzikim przywódcy. Dobrze to wróżyło potencjalnej współpracy w przyszłości.

                                          Magister znów musiał poczekać na wymianę zdań w obcym dla siebie języku. Tym razem najpierw stojąca obok niego blondynka mówiła. Jeszcze nie całkiem skończyła a już słychać było chrapliwy śmiech zwierzludzi. Aż ciarki od niego przechodziły po plecach. To był złośliwy rechot jaki nie wróżył niczego dobrego. Ale jednak ta dzika nacja jakoś na razie nie wykonywała przeciwko niemu żadnych agresywnych ruchów. Potem Gormul zaczął odpowiadać swoim dzikim ale władczym głosem. A jego wojownicy kiwali swoimi zwierzęcymi łbami. Zresztą Darcy też, tylko wolniej. W końcu zwróciła się do swojego ludzkiego sąsiada.

                                          - No jak widzisz chłopcy się ucieszyli z tego chędożenia ludzkich samic. Lepiej abyś je przyprowadził bo inaczej wychędożą ciebie. - Powiedziała mu rozbawionym tonem klepiąc go przy tym przyjaźnie po ramieniu.

                                          - Postaram się… odparł astromanta, z miniejszym już nieco entuzjazmem. Chyba nie będzie się aż tak spieszył do kolejnego spotkania, chociaż jeśli uda mu się sprowadzić odpowiednie i chętne towarzystwo dla tych zwierzoludzi to na pewno mógłby z tego odnieść korzyść....


                                          Rozmowy w drodze do miasta

                                          - Darcy, może nie męcz już tak naszej biednej Marlene, jej chyba nie jest łatwo po tak dużej zmianie którą ja przeżyła - westchnął Joachim, zmęczony już nieco znęcaniem się przez nowo poznaną kultystkę nad nowo przeistoczoną mutantką.

                                          - Lecz Darcy ma właściwie rację - czarodziej zwrócił się do Marlene - zostałaś dotknięta mocą czystego Chaosu, i teraz już los ten nie może się odwrócić. Możesz odrzucić to błogosławieństwo ku swojej zgubie, lub przyjąć je. Wtedy nasz Zbór ci pomoże, nie będziesz sama z tym wszystkim. Pośród nas jest wielu takich jak ty i wszyscy znaleźli swoje miejsce. A ty Darcy jak znalazłaś właściwą drogę? Długo byłaś w plemieniu zwierzoludzi? - Postanowił nieco dowiedzieć się więcej o tej wygadanej kultystce.

                                          - Odrzucić? Myślisz, że to możliwe? Pozbyć się tego? - Marlene spojrzała na maga z nagłym przypływem nadziei. Słysząc to blondynka roześmiała się złośliwie.

                                          - Nie idiotko. Przecież ci to wrosło w ciało. Co zrobisz? Odkroisz sobie połowę głowy? - Szydziła z niej jakby sprawiało jej to przyjemność. To spowodowało, że odmieniona kelnerka zrobiła minę jakby się zaraz miała rozpłakać. A kochanka zwierzoludzi przestała na nią zwracać uwagę.

                                          - A ja byłam z nimi od dziecka. Moja matka chodziła do lasu się z nimi chędożyć. Szkoda, że nie urodziłam się z kopytami. Byłoby mi łatwiej z plemieniu. Niestety widocznie jestem od któregoś z ludzkich ojców mojej matki. A potem jak podrosłam to też zaczęłam chodzić do lasu aby się z nimi chędożyć. W końcu przeniosłam się do nich na stałe. Teraz jestem częścią ich plemienia. Robię za przynętę podczas napadów. Albo chodzę po wioskach i obozach aby się rozejrzeć gdzie by można napaść. - Darcy przyznała to bez najmniejszego zająknięcia. Zupełnie jakby odczuwała się bardziej zżyta z tym plemieniem zwierzoludzi niż z ludzką rasą.

                                          - A co to za zbór co mówisz? To jest was więcej? Ale ta wężowa milady też tam jest? - Sama zaciekawiła się jak może wyglądać reszta kultystycznej rodziny nowego znajomego.

                                          - Jest nas wielu i jesteśmy różnorodni, wężowa lady przewodzi dziewczynom lubiącym cielesne rozkosze w tym nawet ze zwierzoludźmi, myślę, że przypadniesz im do gustu. - Joachim z ciekawością przyglądał się Darcy, kobieta która nie była z cywilizacji, lecz wychowana pośród zwierzoludzi, brzmiało to interesująco.

                                          - Ale są też wojownicy którym bliski jest Pan Krwi, uczeni tacy jak ja. No i wielu ma też bardziej lub mniej widoczne oznaki błogosławieństw, tak jak teraz Marlene…mamy np. kobietę, która ma kopyta zamiast stóp…tacy jak ona muszą się ukrywać ale wiemy jak ochronić naszych - Joachim starał się dać Marlene trochę nadziei, że może jej los nie będzie wcale taki zły, choć od mutacji przecież nie ma odwrotu.

                                          - O, to są i dziewczyny? I spółkują ze zwierzoludźmi? O, to bardzo chętnie je poznam. - Darcy ucieszyła się z tych wieści. Zwłaszcza o innych nowych koleżankach jakie miały upodobania podobne do niej. - I jedna ma kopyta? To jak zwierzoludzie. Ciekawe jaka jest. - Blondynka wydawała się podekscytowana taką barwną gromadką jaka czekała na nią w mieście.

                                          - Ale to nic się nie da zrobić? I nie wydacie mnie władzom? - Marlene odwrotnie, wydawała się wciąż przygnieciona tragedią swojej przemiany. A dokuczenie Darcy tylko ją spacyfikowało jeszcze bardziej. Teraz skorzystała z okazji aby o coś zapytać nowego znajomego. Joachim wiedział, że ogólnie to cofanie mutacji teoretycznie jest możliwe. Albo jakimś konkretnym magicznym rytuałem albo cudowną modlitwą kapłana. Jednak zdarzało się to bardzo rzadko i w zborze raczej nie robili dotąd nic takiego. Zwłaszcza, że mutacje uważano za błogosławieństwa.

                                          Magister zdecydowanie nie chciał podsycać nadziei Marlene, że może na powrót stać się taka jak wcześniej, zanim dotknęła jej moc Pana Przemian. Musiała zrozumieć, że przyłączenie się do Zboru to jej jedyna szansa na przetrwanie.

                                          - Twojego stanu nie da się odmienić na powrót. - westchnął Joachim, kładąc dłoń na ramieniu Marlene w uspokajającym geście.
                                          - Ale oczywiście, że cię nie wydamy. Będziemy cię chronić i otoczymy opieką, będziesz miała wiele czasu żeby się dostosować do nowej sytuacji. Ale mam nadzieję, że odnajdziesz się pośród nas.

                                          - A co tu chcesz zmieniać? Nie bądź głupia. To twoja szansa. Jedne drzwi się dla ciebie zamknął ale inne otworzą. Zwierzoludzie mniej poniżają i mordują odmieńców niż zwykłych ludzi. A jak masz trochę oleju w głowie to rozłożysz przed nimi nogi. Jak jeszcze wydasz im na świat jakieś koźlątka to zyskasz sobie miejsce wśród nich. Żaden szlachciur czy gruby kupiec nie będzie cię obmacywał za komodą. Powinnaś się cieszyć a nie tu się mazgaisz. - Darcy wróciła do swojego pełnego wyższości tonu względem świeżej mutantki. Wydawała się gardzić jej słabością. Zupełnie jakby uważała, że miejsce kobiety jest wśród stada zwierzoludzi.

                                          - To nie wydacie mnie? To dobrze. To ja bym chciała z wami zostać. - Wydukała z siebie Marlene. Widać było, że jak zwykle ostatnio, blondynce udało się ją przytłoczyć i czarnowłosa znów czuła się niepewnie.

                                          - Zobaczysz będzie dobrze, odnajdziesz pośród nas nowy dom - Joachim podtrzymał nadzieję, która zaczęła się iskrzyć w Marlene, chcąc nieco zrównoważyć pogardę Darcy. Miał zamiast zamienić z nią słówko później, żeby tak nie dokuczała Marlene.


                                          Rozmowa z Burgund i Łasicą

                                          - Cieszę się że wam się dzisiaj poszczęściło - uśmiechnął się Joachim - i chętnie wypije za to i za nowych rekrutów do naszego Zboru. - ściszył głos i rozejrzał czy w pobliżu nie ma kogoś kto mógłby ich podsłuchiwać.
                                          - Właśnie odnalazłem dwie kobiety, które mogłyby się do nas przyłączyć, czekają pod miastem. Jedna z nich spółkowała dobrowolnie ze zwierzoludźmi a druga została na moich oczach przemieniona. Niestety jej mutacje są dość widoczne, więc pomyślałem że przyda się pomoc w przemycenia jej do miasta.

                                          Jego słowa wywołały poruszenie wśród duetu łotrzyc. Zbystrzały i rozejrzały się dookoła czy aby nikt ich nie podsłuchuje. Szybko jednak podjęły ten ciekawy temat.

                                          - Dwie kobiety? I jedna spółkowała ze zwierzoludźmi? Z Gnakiem może? A ładne jakieś? - Burgund zapytała pierwsza ale widać było, że i jej kamratka także jest tym żywo zainteresowana.

                                          - A ta przemieniona to widać to? Mocno? Jakby narzucić na nią habit, płaszcz, kaptur to by dało się to zakryć? Gdzie ona ma te mutacje? - Łasica chciała uściślić na czym polega sromota Marlene aby wiedzieć jak mogą temu zaradzić. Joachim szedł obok kelnerki od obozu zwierzoludzi to zdawał sobie sprawę, że luźne ubranie to już teraz miała na sobie i na pierwszu rzut oka zakrywało jej mutacje. W końcu żaden z mijanych chłopów czy podróżnych nie zorientował się, że mija mutantkę. Z drugiej jakby któryś ze strażników przyjrzał się dokładniej czy z bliska, mógłby wychwycić dziwną wypukłość krótkiego rogu jaki odznaczał się na kapturze. Albo nawet dla zasady kazać jej ściągnąć ten kaptur.

                                          -Z Gnakiem nie, ale z innym plemieniem, które odkryłem podczas mojej podróży - Joachim odparł z lekkim uśmiechem, zadowolony że otworzył przez swoimi sojuszniczkami nowe możliwości - ich wódz wydaje się być otwarty na współpracę, śnił też o jakieś niebieskiej kobiecie, ciekawe czy natrafimy na nią?

                                          - A co do Marlene, jak będzie sczelnie okryta to nie, ale ma narośla, których kształt ktoś może zauważyć nawet pod kapturem. Dlatego musimy być bardzo ostroźni wprowadzając ją do miasta, znacie jakieś sposoby inne niż głowna brama?

                                          - Spotkałeś inne plemię niż Gnaka? - Burgund zdziwiła się i obie popatrzyły na siebie. Chwilę to trawiły nim burgundowłosa wzruszyła ramionami. - No tak, przecież w tych lasach jest pełno zwierzoludzi, orków, goblinów i innych takich. - Uznała, że tak całościowo to nie jest aż tak dziwne, że kolega spotkał innych zwierzoludzi niż tych z jakimi ostatnio się zadawali przy Zachodnich Kamieniach.

                                          - No to dobrze, że wyszedłeś z tego spotkania cało. I może faktycznie jakoś uda się z nimi dogadać. Kto wie? Trzeba by Starszemu powiedzieć. - Łasica też wydawała się uznawać to spotkanie za korzystne, zwłaszcza na przyszłość. - A ta Marlene to ta przemieniona? Narośla ma? Hmm… - Niebieskowłosa zastanowiła się chwilę nad tym jak przemycić mutantkę do miasta.

                                          - Można by odwrócić uwagę strażnikow. - Zaproponowała Burgund wymownie poprawiając swój ładny i jędrny dekolt. Obie zaśmiały się z rozbawienia. - Chyba, że się jakiś nadgorliwiec trafi. - Przyznała, że ten plan niesie ze sobą pewne ryzyko.

                                          - Albo łodzią. Musiałbyś ją wyprowadzić poza miasto na plażę. Mogłybyśmy pożyczyć łódź, popłynąć tam i was zabrać do miasta. - Łasica podpowiedziała inną metodę przemytu do miasta. - Ale to trochę zajmie. Bo trzeba skołować łódź no i potem wypłynąć z portu na plażę. - Ostrzegła, że jest to dłuższa metoda. - Jest jeszcze ten pierścień od Mergi. Ale to Starszy go ma. Musiałabym pójść do niego a nie wiem czy będzie. Ten pierścień zmienia wygląd to powinien zakryć jej mutacje. Chyba. Jak Lilly go przymierzała to miała normalne nogi i piczkę. - Łotrzycy przyszedł jeszcze jeden plan ale tutaj nie była pewna czy udałoby się zdobyć ten pierścień w jakimś sensownym czasie.

                                          - Hmm…nie wiem ile czasu mamy, ktoś się może natknąć ma Marlene…. znasz jakąś łodź którą można by szybko zdobyć? Ja mogę poszukać tego rybaka, z którym kiedyś polowałem na syrenę.
                                          - A jeśli chodzi o plemię zwierzoludzi, przewodzi nimi Gormul, bardziej wojowniczy typ, ale igraszki z ludzkimi kobietami też go interesują - dodał z cieniem uśmiechu. - Poza tym śnił o jakieś niebieskiej kobiecie, która podąża w naszą stronę, wiecie coś o tym?

                                          - Niebieskiej kobiecie? - Łasica powtórzyła ostatnie pytanie i posłała pytające spojrzenie swojej kamratce. Ta jednak wzruszyła ramionami. - Trochę mało. Niebieska znaczy co? Niebieska skóra? Jakaś odmieniec? Niebieskie włosy? Ubranie? - Łotrzyca podkreśliła, że przydałby się dokładniejszy rysopis poszukiwanej.

                                          - I lubią figlować z kobietami? O, no to może się dogadamy. Odette to już przebiera nóżkami tak się nie może doczekać tej orgii z Gnakiem i jego plemieniem. Ale jakby się trafiło nowe stado to można by się z nim zapoznać tak jak z Gnakiem. - Burgund pozwoliła sobie zażartować z żądz jakie targały teatralną diwą. Ale sama była przychylnie nastawiona do pomysłu zawarcia znajomości z nowym stadem zwierzoludzi.

                                          - A z łodzią to się nie martw. Co ty myślisz, że portowe dziewczyny wiosłować nie umieją? - Łasica pokiwała głową do słów koleżanki ale sama pacnęła dłonią w ramię kolegi. Wyglądało na to, że same zamierzają popłynąć tą łodzią.

                                          - Może lepiej jak ja z wami popłynę? Darcy i Marlene was nie znają, chociaż wspomniałem im co nieco… - zastanawiał się Joachim.
                                          - I coś ciekawego działo się jeszcze w mieście pod moją nieobecność. Jak tam nasze plany infiltracji Akademii? - dodał.

                                          - No pewnie! - Zawołała Łasica. - Dostałyśmy tą robotę. Modelek na galiony. Więc na lekcjach rysunku możemy legalnie stać albo siedzieć z gołymi cyckami! - Ucieszyła się łotrzyca.

                                          - No i ile tam jest kadetów! I nawet parę ciekawych kadetek. I już jedną panią profesor widziałam na korytarzu. Obiecująca. I w sekretaricaie jest jedna ładna. To się zapowiada dużo ciekawiej niż wtedy w świątyni co musiałyśmy te skruszone ladacznice udawać. Co za nuda. A tu to może nawet coś ciekawego z tego wyjdzie. - Burgund uzupełniła wypowiedź kamratki ale obie wydawały się cieszyć jak dwie lisice u progu bogatego w tłuste sztuki kurnika.

                                          - A potem to się zobaczy. Najpierw będziemy musiały się tam zabawić i rozejrzeć. Bo raczej nas nie zaprowadzą do tych lochów co mówiłeś, że jest ta skrzynia. No to zobaczymy. Dobra ale jak mamy skołować tą łódź to trzeba się zbierać. Jak chcesz to możesz płynąć z nami. Powiosłujesz. A potem my zaczekamy na ciebie przy brzegu a ty idź po te nowe ladacznice. Zobaczymy co to za jedne. - Łotrzyca była dobrej myśli jeśli chodzi o początek infiltracji Akademii jednak na razie wolała się skupić na obecnych planach. Zwłaszcza jak to oznaczał, że trzeba będzie się ruszyć i przejść gdzieś do portu aby zdobyć w jakiś sposób łódź o jakiej rozmawiali.

                                          Joachim skinął głową przyjmując zapewnienie, że plany co do Akademii jakoś szły do przodu, chociaż nie tak szybko jakby chciał……

                                          - No to ruszajmy, mam nadzieję, że Darcy przypadnie wam do gustu…


                                          Po zajęciu się sprawą bezpiecznego sprowadzenia Marlene i Darcy, Joachim planował spotkać się z Tobiasem i pozostałymi, którzy podążali ścieżką jego patrona żeby omówić status ich planów w zakresie zdobycia dziedzictwa ukrytego na bagnach. Następnie planował też zdać raport Starszemu na temat nowych sojuszników (jeśli go znajdzie) oraz zacząć w zaciszu swojej pracowni badania nad demoniczną figurką.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy