Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Seachmall
Marktag; południe; kamienica Pirory
Otto uśmiechnął się i skłonił do trójki kultystek.
- Moje drogie, wasze słowa radują moje serce równie mocno, jak wasze ciała me oko. - odsunął się, aby pozwolić uwadze kobiet skupić się na nowo przybyłej - Poznajcie proszę Teofano Lebkuchen, córkę jednej z głównych rodzin piekarskich miasta i dziewczyny, która bardzo, ale to bardzo chciała was spotkać, a w szczególności Lady Odette. - ręką przesunął dziewczynę bliżej trzech lubieżnic - Powiedz im proszę co mówiłaś mi, na pewno będą zaciekawione. - zerknął na lady Von Dyke - Wybacz Prioroi, ale koleżanka jest zaciekawiona naszą hodowlą, wiem, że to nie twoje tematy. Przy okazji, jest może gdzieś w okolicy błogosławiona Soria? Mam nową człońkinię dla jej dworu.
- To może pomożesz mi naszykować dla was coś do picia? - Pirora odpowiedziała grzecznym pytaniem i jednocześnie wstała od ozdobnego stolika. Mnich wyczuł, że nie tyle potrzebuje jego pomocy, co chce chociaż symbolicznie, porozmawiać z nim na stronie. Podeszli do komody jaka robiła za barek dla gości i szczupła blondynka, której ramiona, kark i twarz były okraszone delikatnymi piegami, zaczęła bez jego pomocy przygotowywać dwa dodatkowe napoje.
- Lady Sorii nie ma teraz w mieście. Wczoraj popłynęła do wrakowiska aby zdobyć nowe fundusze. Bo pewnie wiesz, że ja i Fabi trochę się wykosztowałyśmy ostatnio - Blondynka mówiła cicho nie przerywając swoich czynności i było widać, że wcale nie potrzebowała Otto do pomocy tylko chciała z nim zamienić parę słów. Na koniec spojrzała na niego z lekkim uśmiechem bo w końcu to na pozyskanie pacjentów z hospicjum najwięcej się ostatnio wykosztowały.
- I Soria była tak miła, że popłynęła za miasto aby pozyskać jakieś fundusze. Powinna wrócić dzisiaj ale nie wiem dokładnie kiedy. Na razie nie wróciła. - Wyjaśniła koledze z kultu dlaczego ich boginka którą tak wielbiły, jest teraz nieobecna. Chociaż brzmiało jakby w każdej chwili mogła się tu zjawić.
- Ale z nią to o co chodzi z tą hodowlą? Chodzi ci o te robale? Co ona ma z tym wspólnego? - Zapytała jeszcze ciszej, dyskretnie wskazując bokiem głowy na cukierniczkę. A przy okazji oboje mogli rzucić okiem na pozostałą trójkę. A tam proces zapoznawania się trwał w najlepsze. Otto na własne oczy mogł się przekonać jak działa Słowim Północy na swoich wielbicieli.
- Ja zawsze pragnęłam cię poznać milady! Przez chwilę cię widziałam w ostatni Festag na mszy. Bo ja śpiewam w chórze. I jak usłyszałam, że to ta sławna milady do nas przyjechała i będzie z nami śpiewać to aż nie mogłam uwierzyć! A potem na mszy ten głos! Wspaniały! Taki czysty i silny! Nigdy nie słyszałam czegoś takiego! - Teofano bez skrupułów chołbiła swoją idolkę a ta siedziała w dumnej pozie na ozdobnym krześle i z zadowoleniem spijała słodycz z jej ust. Szatynka w tym momencie w ogóle nie przypominała tej butnej, aroganckiej dziewuchy co w swojej sypialni, szydziła z ubogiego mnicha.
- Oh dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony. Usiądź proszę z nami, nie stój tak. - Szlachcianka o miodowych włosach wskazała cukierniczce na krzesło zwolnione przez Pirorę. Lebkuchen jednak zawahała się i szybko spojrzała na Averlandkę.
- Siadaj, siadaj. Otto zaraz przyniesie nam dodatkowe krzesła, zaraz do was idziemy. - Odparła jej szlachcianka z południa, zgadzając się z zaproszeniem teatralnej diwy. Tak uspokojona cukierniczka usiadła na wolnym krześle. A Pirora wskazała gestem swojemu koledze na dwa, wolne krzesła stojące pod ścianą.
- To prawda, nasza Odi jest niesamowita. - Fabienne dołączyła się do adoracji sławnej artystki jaka gościła w ich skromnych progach.
- A ty milady jesteś lady Fabienne von Mannlieb? Ta Bretonka, żona kapitana. - Lebkuchen nieśmiało zwróciła się do bladolicej gdy ta już się odezwała. Kultystce sprawiło to przyjemności i uśmiechnęła się z zadowoleniem.
- Oh mon amour, je pourrais me noyer dans tes yeux et tes lèvres. - Szlachcianka zwróciła się do cukiernik swoim rodzimym językiem. Ale Otto go nie znał tak samo jak mieszczka więc nie zrozumieli słów czarnowłosej. Za to aktorka chyba tak bo uśmiechnęła się serdecznie.
- Je suis sûr qu'il y a aussi des choses intéressantes �- explorer entre ses cuisses - odparła płynnie chwaląc się swoją znajomością bretońskiego języka. Stojąca przy jednookim Pirora parsknęła dyskretnym śmiechem.
- Spodobała się dziewczynom. Mają na nią ochotę - szepnęła do niego szybko nie mając czasu na dokładniejsze tłumaczenia. Z rozbawieniem wszystkie trzy obserwowały nieco stropioną Teofano.
- Brzmi pięknie. Ale co to znaczy? - Córka Renate zapytała ostrożnie, zapewne nie chcąc się narazić na śmieszność.
- To znaczy, że jesteś bardzo dorodnym jabłuszkiem i cieszymy się, że możemy się sycić twoim widokiem i sokami twojej jędrności i witalności. Tak w luźnym tłumaczeniu oczywiście. - Wyjaśniła jej Fabienne i teraz wszystkie trzy przy stoliku uśmiechnęły się z zadowolenia. A Teofano chyba ulżyło, że przez szlachcianki została tak miło i ciepło przyjęta. - I jesteś z tych Lebkuchenów od pierników? - Zagaiła jeszcze bladolica.
- Tak, mamy zakład cukierniczy na Warsztatowej. - Teofano rozpromieniła się, że szlachcianka rozpoznała jej nazwisko.
- To robicie cudowne słodkości. Ale jak widzę jaka słodycz je przygotowuje to się nie dziwię, że wychodzą takie pierniczki, że palce lizać. Zawsze mężowi kupuję na drogę jak wyrusza w rejs. I on też zawsze sobie chwali. Mówi, że zjada je na deser w Martag i Festag lub wręcza innym jako prezenty. - Bretonka okrasiła swoje słowa słodkim uśmiechem co wywołało wręcz rozmaślone spojrzenie Teofano. Nawet zdawała się nie zwracać uwagi, że szlachcianka po przyjacielsku poklepała ją po dłoni, nieco przedłużając dotyk.
Mnich kiwnął głową.
- Miała ostatnio sny. O wydawaniu na świat robali. Jest pozytywnie nastawiona do tego pomysłu, dlatego ją zabrałem. Przyprowadziłem ją tutaj, ponieważ lady Odette była częścią snu, wolałem nie działać wbrew woli Sióstr. - mnich podążył za Pirorą - No cóż, najwyżej poinformuje czcigodną o nowym rekrucie. To dziewka ze wsi, handluje trzodą i najwyraźniej parzy się z nią. Miała sny o wydawaniu na świat potomstwa Soren i Sorii, więc sądziłem, że słusznym byłoby je sobie przedstawić. Jestem pod wrażeniem… gorliwości pospolitych ludzi. - mnich zerknął z powrotem w kierunku szlachcianek i Lebkuchenki - Sądziłbym, że większość nie wtajemniczonych odrzuciłby szepty Sióstr, a tu spotkałem dwie gotowe poddać się w całości. Nasze patronki najwyraźniej dobrze wiedziały, jak żyznym gruntem jest to miasto.
Młoda Averlandka najpierw podniosła brwi w grymasie zdziwienia, później wwierciła spojrzenie w rozmawiającą z jej koleżankami cukiernik, wreszcie pokręciła głową i znów odwróciła się w stronę barku.
- To ja zrobię jeszcze jednego dla siebie. - Powiedziała do swojego towarzysza uśmiechając się przy tym nieco kwaśno. I przez chwilę tylko odkręcała butelki i ustawiała ozdobny kubek na trunek.
- Z tymi snami to nie wiem. Szkoda, że Merga odpłynęła, ona z nas najlepiej się znała na tych snach. - Westchnęła z żalem nad nieobecnością rogatej wyroczni która służyła radą i pomocą póki była między nimi. - Ale z tego co zrozumiałam to Siostry cały czas nadają swój zew. I wszyscy mamy szansę go usłyszeć. Po prostu jedni są bardziej podatni a inni mniej. Widocznie trafiłeś na te co są bardziej. I jeszcze silna wola. Merga mówiła, że te sny trochę działają jak czar albo urok. Łatwiej im się przeciwstawić komuś o silnej woli. Chyba, że jest wyszkolony albo uzdolniony do snów i wizji jak Starszy, Merga albo ta młoda kruczyca z Saltburga. - Powiedziała cicho coś co sobie przypomniała z rozmów i nauk Złotookiej. Skończyła sobie robić napój i jeden kubek podała mnichowi a drugi wzięła dla siebie. Trzeci, zapewne dla Lebkuchen, został na razie na miejscu. Ponownie popatrzyła na mnicha.
- Masz jakąś wieśniaczkę co chędoży się ze swoim stadem? - Zapytała z mieszaniną ciekawości i niechęci. Jakby chodziło o jakieś szpetne ale nietuzinkowe stworzenie w cyrku jakie można obejrzeć za parę pensów. - No ciekawe. Mnie to raczej nie interesuję ale cóż… - Uśmiechnęła się i spojrzała na kobiety rozmawiające przy stole. - A jeśli tej wieśniaczce się śniło zbrzuchacenie przez naszą milady to jak wiesz, to jest możliwe. I chyba masz rację, lepiej je sobie przedstawić. Teraz Sorii nie ma ale w końcu wróci. - Po chwili namysłu uznała, że kolega postąpił słusznie chcąc się skontaktować z wężową syreną. Tylko na razie nie wróciła jeszcze do miasta.
- A ta Teofano to ona chce mieć te robale? Jesteś pewien? No zobacz jaka niczego sobie. Można by z niej zrobić całkiem niezły użytek. Zobacz jak sobie ćwierkają nawzajem. - Co do zasiania dziedzictwem Oster to Averlandka miała widoczne wątpliwości. I chyba nie mieściło jej się w głowie, że ta całkiem zgrabna cukiernik mogłaby dobrowolnie chcieć wydać na świat tak plugawe potomstwo. Zwłaszcza, że widać było, że jest młoda, jędrna i ponętna. Co zwykle wpadało w oko Pirory i jej koleżanek. Zresztą przy stoliku sami widzieli jak mieszczka czuje się coraz bardziej swojsko w rozmowie z dwiema szlachciankami. Ich przyjazne przyjęcie podziałało na cukiernik bardzo uspokajająco. Przestała być taka spięta jak na początku rozmowy.
- Widzę. - przyznał Otto - Ale jednak takie są jej życzenia. Nie jestem gburem, aby odmówić kobiecie swoich zachcianek. - mnich się uśmiechnął - Będziesz miała czas, aby się z nią zabawić. Jeżeli mamy jej dać czego chce, muszę zahaczyć o aptekę Sigismundusa. Więc, proszę zabawcie ją dopóki nie wrócę, na pewno coś wymyślicie.
Z tymi słowami mnich zostawił Teofano w towarzystwie trzech hedonistek i ruszył do apteki. Po drodze zatrzymał się jeszcze raz na targu, aby kupić jedzenie dla opiekunki domu.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 60 - 2519.07.22; mkt; południe
Miejsce: Nordland; na pn-zach od Neues Emskrank; zachodni brzeg zatoki; plaża;
Czas: 2519.07.22; Marktag; południe
Warunki: - na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Egon i Norsmeni
- Dobra, nie ma co dłużej czekać. Jak do nich wyjdziemy to nawet jak nie trafimy na ich herszta to sami go zawołają do gadania. - Po upływie kilku pacierzy spędzonych na skraju mrocznego lasu, Lars stracił cierpliwość i był gotów podjąć jakieś działanie. Padająca monotonna mżawka na pewno nie pomagała siedzieć pod gałęziami drzew i krzaków z widokiem na chaty jakie obiecywały schronienie przed kapryśną aurą.
Ten czas spędzony na obserwacji sytuacji w rybackim siole, pozwolił Egonowi i Norsmenów nieco rozeznać się czego są świadkami i jak powinni postąpić. Gladiator nie po raz pierwszy miał okazję zobaczyć barwną mieszankę poglądów i postaw wśród swoich towarzyszy z północy. Lars wcale nie ukrywał, że cieszy się z poparcia wojownika z południa, dla swojego pomysłu. Oczywiście Astrid była o wiele mniej zadowolona i patrzyła na południowca z wyrzutem. Do momentu aż ten nie wyjaśnił jaką rolę dla niej przewiduje. Wtedy od razu się rozchmurzyła.
- O tak! Będę waszym jarlem! A wy moimi huskarlami! - Ucieszyła się i chyba bez żalu pożegnała się z pomysłem ratowania wieśniaków aby zyskać sobie uznanie w oczach miejskich władz i Froyi van Hansen. - No dobrze, to pójdziemy z nią we trójkę na polowanie i wtedy będziemy sobie zdobywać jej względu. - Zgodziła się wskazując na siebie, Egona i Helgę jakie zapewne planowała zabrać na wycieczkę zapoznawczą z tutejszą szlachcianką. Argument, że panna z bogatego domu może niezbyt przejąć się losem jakichś wieśniaków widocznie trafił do przekonania córki jarla. Natomiast to aby teraz uznać Astrid za wodza ich grupki zdecydowanie nie spodobał się Larsowi.
- Ty? A niby czemu ty? A może to ja powinienem być waszym jarlem? Najwięcej świata widziałem i w Imperium też już bywałem. Albo Bjorn. Jesteś gotowa skrzyżować z nami miecze aby walczyć o przywództwo? Albo Raisa. Najmędrsza z nas wszystkich i zna słowa mocy. - Morski korsarz, najemnik i kupiec nie ukrywał, że wcale nie czuje się gorszy od córki jarla, aby przejąć dowodzenie ich grupką.
- Niech idzie. - Niespodziewanie do rozmowy wtrąciła się stara wiedźma. Oboje adwersarzy popatrzyło na nią pytająco. - Niech idzie. Jak jest wolą bogów aby była na czele to jej będą sprzyjać. Hail od bogów trzeba uszanować. Zresztą i tak chodzi aby zdobyć łona do zasiania i wypełnienia woli Sióstr i mniejsza z tym jak to uzyskamy. Każdy skuteczny sposób jest dobry. A bogowie pobłogosławią najskuteczniejszemu a wtedy nam wypada to uszanować. - Starucha zdradziła im swój pogląd na tą sprawę i po chwili zastanowienia i Astrid i Lars zgodzili się z jej słowami. Córka wodza zaczęła przygotowywać się do odegrania wybranej roli zaś Lars już bez skrupułów starał się ją wesprzeć swoim doświadczeniem z obcowania z południowcami.
- Musisz im przedstawić ciekawą ofertę. Aby chcieli się do nas przyłączyć. Za mało nas jest aby stawiać im warunki z pozycji siły. Jakby nas było trzydziestu czy czterdziestu to można ale ich raczej jest więcej od nas. Musisz im przedstawić coś ciekawego. Chędożenie, złoto, łupy, przygody. To zwykle jest w cenie. Widać, że śmiało sobie poczynają z wieśniakami. Mogą nam się przydać. Znają teren i mogą wzmocnić nasze szeregi. Nie wiemy czy to jakieś rzezimieszki czy działają legalnie. - Lars doradzał blondynce jaka miała wziąć na siebie początek negocjacji z nieznajomą bandą. Ona słuchała, czasem kiwała głową ale końcówka jego wypowiedzi zdziwiła ją.
- Mogą działać legalnie? - Nie ukrywała swoich emocji. Wojownik jaki wczoraj został ranny w starciu z krabami uśmiechnął się chytrze i potwierdził skinieniem głowy.
- Mogą. Jak nie zapłacili daniny swojemu panu, ukrywali zbiega czy coś takiego to ten kto jest tu na prawie mógł wysłać taką bandę aby nauczyli wieśniaków moresu. Ale może nie. Może to jacyś korsarze co przyszli wziąć co im się spodoba. - Tarczownik przyznał, że tylko zgaduje i od samego patrzenia na sceny z osady nie da się tego jednoznacznie przesądzić. A w międzyczasie starucha znów skorzystała z okazji aby zagadać do Egona.
- Jak chcesz to ci uwarzę napój miłosny. Widziałeś tego tam jak musiał ciągnąć tą dziewkę aby z nią pofiglować? - Wskazała brodą na drewniane chaty zalewane mżawką gdzie jakiś czas temu jeden ze zbrojnych wywlókł jedną z wieśniaczek i zaciągnął ją do stodoły w jakiej widocznie konsumowano te nowe znajomości pomiędzy dwiema grupami. Tylko wcześniej musiał siłowo spacyfikować opór dziewczyny. - Po co ci to? Nie wolałbyś aby same rozchylały przed tobą uda i ramiona? Duży jesteś to mogą się ciebie przestraszyć. Młode to często głupie, nie zawsze potrafią docenić dobroć i solidność prawdziwego wojownika. Ale jak ja zrobię ten wywar to się rozochocą, nie trzeba będzie się z nimi szarpać. Tylko muszę mieć piec albo ognisko. No i czas aby to uwarzyć. - Mówiła jakby wciąż traktowała Egona jak swojego ulubionego wnuczka. - A jak już się zabawisz albo jakiejś nie będziesz chciał to daj ją mnie. Ja ją zasieję dziedzictwem Oster. Tylko będziemy musieli ją zabrać ze sobą aby nam urodziła miot. Jak zostanie i urodzi tutaj to nic nam po niej. - Starucha wydawała się nadal sprzyjać gladiatorowi i użyć swojej wiedzy i mocy na jego korzyść. Zwłaszcza jakby jego działania miały zaowocować początkiem hodowli na jakiej jej zależało.
- A ten wywar na tą ich kobietę i resztę z nich też by podziałał? - Zainteresowała się Astrid jaką często interesowało wszystko co jest jakoś związane z chędożeniem.
- Tak. Raczej tak. Płeć nie ma znaczenia. Wywar powoduje gorączkę miłosną. Ale najczęściej chcą tego mężczyźni aby podać kobietom co nie mają na nich ochoty. Czasem żony jak ich mężowie wzięli sobie młodsze żony i nałożnice. Płeć nie ma znaczenia. Raczej siła woli. Jak ktoś szkolony w mocy albo ma silną wolę to może się oprzeć. No i jak wie albo podejrzewa, że wywar ma go omamić. A jak nie to zwykle wywar działa. Ale teraz go nie mam więc musiałabym mieć ogień i z dzwon aby go uwarzyć. - Starucha wyjaśniła im dokładniej jak by działała mikstura o jakiej mówiła. Brzmiało jakby całkowitej pewności nie było ale częściej działała niż nie.
- Ciekawe. To się może przydać. Szkoda, że nie masz gotowego wywaru od razu. - Astrid doceniła tą możliwość, chociaż zdawała sobie sprawę, że sarucha potrzebuje czasu aby przygotować taki wywar. I tak rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami póki Lars nieco znudzony a nieco zirytowany bezczynnością dał znak, że jest gotów ruszać. W osadzie bowiem wiele się nie działo. Jak jeden ze zbrojnych zaciągnął wieśniaczkę do stodoły to sytuacja znów się uspokoiła. Po jakimś czasie jeden z mężczyzn wyszedł na mżawkę, po drodze dopinając paski spodni i kubraka. Podszedł do trójki jaka w międzyczasie przeniosła się ze studni na ławeczkę pod okapem jednej z chat. Tam zapewne mniej im mżawka dokuczała. Ten ze stodoły porozmawiał z nimi chwilę, pożartowali, pośmiali się i po jakimś czasie poszedł na nabrzeże aby zmienić jednego ze strażników. Ten zaś ochoczo powędrował wprost do stodoły. I znów nastał spokój i zbyt wiele się nie działo.
- Nie wiadomo kto z nich jest hersztem. Póki nie każe im się zbierać albo coś robić to nie będzie wiadomo. Na razie to chyba chędożą branki w tej stodole. - Uznał w końcu Lars bo sama obserwacja nie przyniosła rozstrzygnięcia kto ze zbrojnych może być przywódcą. Ale jak korsarz sam uznał, że w razie pojawienia się ich grupki to herszt się pewnie pojawi w ten czy inny sposób.
- Dobrze! Więc moi wierni i dzielni huskarls! Za mną! - Astrid też miała już dość biernego czekania więc chętnie przeszła do działania. Zwłaszcza jak welde planu Egona mogła grać główne skrzypce w nadchodzących wydarzeniach. Tak jak się umówili wcześniej ruszli ze skraju lasu w kierunku rybackiej osady. Astrid w środku, po bokach Egon i Bjorn a nieco za nimi Lars. Zog, Raisa i Helga pozostali w lesie z nadzieją, że pozostaną dla reszty niezauważeni.
Trójka zbrojnych w środku osady zorientowała się, że nadchodzą jeszcze zanim goście pokonali połowę odległości z lasu. Widać było, że zbystrzeli, zaczęli się rozglądać dookoła ale chyba nie uznali trójki przybyszy za zagrożenie. Ktoś od nich gwizdnął jakby to był jakiś sygnał, któryś coś zawołał. Ale na zawołanie bojowe albo na zbiórkę to nie wyglądało. ~ Pewni siebie są. ~ Mruknęła cicho Astrid do swoich towarzyszy. Chociaż na razie szli trójką na trójkę zbrojnych, w obu trójkach była jedna kobieta. Ale za gośćmi szedł tylko Lars a wśród gospodarzy nie wiadomo było ilu ich jest w budynkach.
- Nieźle się tu zabawiacie chłopcy. - Zagadnęła wesoło Astrid gdy zatrzymała się z tuzin kroków przed ławką obsadzoną przez trójkę zbrojnych. Egon i Bjorn zatrzymali się po jej bokach. Teraz z bliższej odległości obie strony miały okazję przyjrzeć się sobie nawzajem. I widać było, że to robią z mieszaniną nieufności i zaciekawienia. Z bliska trójka na ławce wyglądała na lekkozbrojnych. Mogli być zarówno jakąś milicją jak i banitami. Brak ciężkich kolczug i podobnego opancerzenia wskazywał, że raczej nie parają się walką w pierwszej linii z regularnym wojskiem. Dwójka mężczyzn siedziała na ławce, chociaż ich towarzyszka zdążyła wstać. Oparła łuk na krawędzi ławy co wskazywało, że jest gotowa go użyć w razie potrzeby. Na razie jednak takiej potrzeby nie widziała ale trzeba było się liczyć z tym, że jak nie straci zimnej krwi to w razie walki zdąży wystrzelić w trójkę przybyszy chociaż raz nim doszłoby do bezpośredniej walki.

link: https://i.imgur.com/Pa1Bk8g.jpeg
~ Ona jest całkiem niczego sobie. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. Albo zostanie moją branką. ~ Mruknęła cicho Astrid doceniając gibkość i smukłość nieznajomej blondynki w zielonym kubraku. Ale widocznie to nie łuczniczka była u zbrojnych od gadania.

link: https://i.imgur.com/7da4zJE.jpeg
- Ano jak widzisz ślicznotko. A co? Chcesz się przyłączyć? - Widocznie mężczyznom na ławce Astrid wpadła w oko tak samo jak jej ich łuczniczka. Słysząc to córka jarla roześmiała się serdecznie.
- Być może, być może! Chociaż jak widzicie, nie jestem tu sama! - Zawołała wesoło wskazując dłońmi na każdego ze swoich świeżo mianowanych huskarli, po swoich bokach. Widać było, że ich towarzystwo tutejszym zbrojnym jest o wiele mniej miłe niż smukłej, wesołej blondynki. Obrzucili jednak czujnie ich sylwetki, słowa kobiety nieco ich rozluźniły i rozbawiły. Egon dostrzegł, że w małym, mętnym oknie chaty z jakiej wcześniej jeden ze zbrojnych wywlókł wieśniaczkę, ktoś im się przygląda. Błona okna była jednak zbyt nieprzejrzysta aby rozpoznać kto to. Tych dwóch co stało przy nabrzeżu też się nieco cofnęło w przestrzeń między chatami aby móc obserwować przebieg wydarzeń.
- No widzę ślicznotko, widzę. A w ogóle coście za jedni? I co tu porabiacie? - Ten najbardziej wygadany z trójki zbrojnych wydawał się tak zaciekawiony nowoprzybyłymi jak i nieufny. Obok na ławce leżał hełm i jakiś kawałek pancerza z kolczugi. Pewnie kołnierz, kaptur albo rękawice bo nie był zbyt duży.
- Jestem tu z moją drużyną, bo szukamy nowych przygód oraz okazji do gruntownego chędożenia i zrobienia złotych interesów. I szukamy rezolutnych, śmiałych wspólników jacy by mogli do nas dołączyć. - Astrid odparła tak zadziornie i rezolutnie kładąc swoje szczupłe dłonie na swoich biodrach i patrząc bez lęku na trójkę pod ścianą chaty. To znów wywołało rubaszny śmiech u obu mężczyzn oraz uśmiech na twarzy blondynki z łukiem.
- No dobrze trafiłaś! Jak widzisz okazji do chędożenia nam nie brakuje! Zwłaszcza jak komuś inaczej trudno spłacić swoje zobowiązania. - Zaśmiał się ten wygadany i wskazał kciukiem w stronę stodoły do jakiej jego towarzysze zaciągali młode wieśniaczki. Jednak obrzucił córkę wodza takim spojrzeniem, że było widać, że ją też chętnie by tam zaciągnął. - Jak się postarasz to może i ciebie do nas przyjmiemy. A może i twoich kolegów bo wyglądają na krzepkich. - Zbir wskazał, że zrobili na nim niezłe pierwsze wrażenie, chociaż niekoniecznie oceniał ich wedle tej samej kategorii. Wbił mały nożyk w kawałek pieczonej ryby i wsunął go sobie w usta. Z tej chaty z jakiej wcześniej ktoś wyglądał przez zamglone okienko, teraz po otworzeniu skrzypiących drzwi wyszedł kolejny zbrojny. Wydawał się być jak i reszta zaciekawiony spotkaniem z nieznajomymi. Ale przy okazji widać było, że jest ich ze dwa razy więcej niż czwórkę przybyszy.
- Może, może. Chociaż jak ja bym się wzięła za waszą trójkę to nie wiem co by zostało dla moich kamratów. Zostały wam jakieś wieśniaczki do wychędożenia? I co? Nie zapłacili wam za robotę? - Astrid mimo, że w ogóle nie znała sytuacji ani ludzi z jakimi rozmawiała potrafiła improwizować. Zachowywała przy tym pewność siebie jakby stała na czele całej bandy Norsmenów a nie stała tu sama z dwoma towarzyszami. I potrafiła wyłuskać z dyskusji nowy wątek. Jej słowa ponownie rozbawiły tubylców. I to tak, że tym razem wybuchli salwą śmiechu. Nawet ta blondynka z łukiem zaśmiała się pod nosem.
- Ha! Ty jedna dasz radę naszej trójce?! - Herszt wskazał na siebie i swoich sąsiadów aby się upewnić, że blondynka z naprzeciwka właśnie o tym mówi. - Słyszeliście kamraci?! Ta blondyneczka mówi, że w łożnicy da radę naszej trójce! - Zawołał głośno dla tych co mogli nie usłyszeć słów córki jarla. U nich też to wywołało falę śmiechów. Po czym znów zwrócił swoje chytre spojrzenie na Astrid. - Wiesz co? Jak ty dasz radę naszej trójce to dziewki dla twoich kompanów się znajdą. - Powiedział to tak jakby mimo wszystko nie dowierzał słowom obcej blondynki.
- Czy dam radę waszej trójce? A jak z wami skończę to dla mnie jakaś dziewka się znajdzie? I opowiedz co to za robota którą sobie teraz odbieracie zapłatę? - Astrid nie zbiło to z tropu i podtrzymała swoją ofertę. Przy okazji wróciła do wspomnianego wątku jaki ją zaciekawił. Widać było, że tym razem herszt drugiej bandy zeźlił się na jej przytyk.
- Ha! Patrzcie ją jak zgrywa chojraka! Mówi, że da nam radę i jeszcze jakąś dziewkę chce na deser! - Herszt znów był rozbawiony postawą rozmówczyni. Jego towarzysze także. Wydawali się nie dowierzać możliwościom nieznajomej blondynki z mieczem u pasa. Jednak wyglądali na zafascynowanych czy jest w stanie przemienić swoje słowa w czyn. - A robota tak. Ci tutaj - wskazał ręką na ogół wioskowych chat - skarżyli się że jakieś gobliny sobie obóz urządziły. W lesie i teraz strach chodzić do lasu. Obiecali, że zapłacą po beczce ryb na każdego z nas co wróci. To ja im mówię, że nie będziemy chodzić z beczką przeklętych ryb. I aby zebrali brzdęk na zapłatę. Niech płyną do miasta i sprzedadzą te ryby na brzdęk dla nas. Proste nie? I poszlimy z chłopakami w ten las i zrobiliśmy porządek z tymi pokurczami. Głów żeśmy naścinali i przynieśli aby pokazać. A te łapserdaki dalej odstawiają cyrk z tymi beczkami. No to mówię, że tak się bawić nie będziemy. I jak nie maja brzdęków to sami sobie weźmiemy co nam się należy. I jeszcze trochę za czas i krwi psucie. - Zarośnięty mężczyzna zaśmiał się rubasznie na koniec ale wyjaśnił Astrid i jej towarzyszom co tu się dzieje i dlaczego. Dwójka jego sąsiadów potwierdziła niemo jego słowa kiwając głowami. Córka jarla spojrzała po obu gwardzistach i nieco do tyłu gdzie stał Lars.
- Rzeczywiście jacyś niepoważni. - Blondnwłosa Norsmenka pokiwała głową z wstępną aprobatą dla działań drugiej bandy. Co ci przyjęli z zadowoleniem.
- Ale jak jesteś taka chętna na chędożenie i współpracę ślicznotko to możemy o tym porozmawiać na spokojnie. Bo jak pogoniliśmy te goblińskie pokurcze to znaleźliśmy parę ciekawych rzeczy. No ale rozumiesz, że takie rzeczy to się omawia z przyjaciółmi. - Herszt zaśmiał się rubasznie a oczami chciwie wodził po zgrabnej sylswetce blondynki. Ta pokiwała w zamyśleniu głową i znów spojrzała na swoich towarzyszy.
- Co myślicie? - Zapytała ich cicho. - Dla mnie pójść z nimi do łożnicy to żadna sprawa. Wyglądają na krzepkich. Zwłaszcza jakby ta blondynka poszła z nami. Porządne chędożenie zwykle pomaga w nawiązaniu współpracy. Tylko byście musieli poczekać aż skończymy. - Norsmenka zapytała w reikspiel i wydawało się, że zbrojni zrobili na niej dobre pierwsze wrażenie. A jak pokazała wczoraj wieczorem chędożenia się nie obawiała i była bardzo utalentowana w tej sztuce. Jednak to nieco odbiegało od planu jaki wstępnie ustalili jeszcze na skraju lasu.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
Czas: 2519.07.22; Marktag; południe
Warunki: - na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Otto i kobiety
Otto musiał nakryć głowę kapturem habitu aby uchronić się przed padającą mżawką. Niestety bogowie dzisiaj zsyłali niezbyt przyjazną aurę. Najpierw była dziwna, zielonkawa mgła a teraz mżyło a wilgotny chłód atakował odkryte części ciała. Tu na północy Imperium, pogoda nie rozpieszczała mieszkańców nawet w środku lata. Ale chociaż mentalnie mógł rozgrzać się od środka świeżym wspomnieniem z salonu averlandzkiej kultystki.
- To mówisz, że miłowałaś się już z kobietami? Spójrz Fabi jak Teo ma świeży i otwarty umysł. - Teatralna diwa wydawała się być zafascynowana młodą cukiernik. Jak dziewczynka nową lalką do zabawy.
- Tak, próbowałam się z naszą służącą. Robi co jej każę. Chciałam zobaczyć jak to jest z kobietą. A kazałam jej się rozebrać a potem usługiwać. - Teofano nawet się nie zajkąknęła, że śpiewaczka zdrobniła jej imię mimo, że niedawno zabroniła tak się spoufalać ubogiemu mnichowi. I widząc aprobatę na twarzach obu szlachcianek z dumą mówiła o doświadczeniach jakie ich interesowały.
- No tak, po co jest służba aby nam uprzyjemniać ten ciężki, codzienny znój. I naprawdę podziwiam się Teo, byłaś bardzo odważna. My cenimy takie otwarte umysły. Zwłaszcza u tak młodych, dorodnych dziewcząt. - Bladolica Bretonka pogłaskała dłoń cukiernik i przetrzymała ją chwilę sprawdzając jak brunetka reaguje na jej dotyk. Teofano uśmiechnęła się do niej przymilnie wręcz zachwycona z tak przyjaznej rozmowy z dwójką osób co stały znacznie wyżej od niej w hierarchii społecznej. A do tego w pełni aprobowały jej zachowanie i zainteresowania jakie przecież w oficjalnej polityce świeckiej i kościelnej były godne potępienia.
- Jak widzisz Otto, Teo zostaje w dobrych rękach. I nie zdziw się jeśli wrócisz i zastaniesz nas w trakcie bliższego zapoznawania się. - Priora odprowadziła gościa do drzwi salonu i wydawała się dobrej myśli. Wszystko wskazywało, że trójka przy stoliku jest sobą nawzajem zainteresowana a u dziewcząt lady Sorii często kończyło się to na uciechach cielesnych.

link: https://i.imgur.com/EaPuPbL.jpeg
Na razie jednak wyszedł z Bursztynowej z powrotem na Plac Targowy. Widział, że straganów i wozów było znacznie mniej niż wcześniej gdy spotkał Elke. Ją samą też jeszcze dojrzał. Zbierała się razem z psem i podrostkiem jaki pilnował stada gdy poszła zaznajomić się z jednookim mnichem. Ale tu najtaniej i najłatwiej było kupić coś do jedzenia co wczoraj prosiła go Dorna.
Do apteki Sigismundusa miał znacznie dalej. Mieściła się w południowej dzielnicy miasta. Front był zamknięty ale jak kultysta Oster wyjechał z miasta to nie było to dziwne. Zaszedł od podwórza. Musiał pogmerać przy zamknięciu furtki aby ją otworzyć a potem przejść przez zagracone i zabłocone podwórze. To błoto, brud i odpadki, oznaki rozkładu i rozpadu, dobrze oddawały charakter gospodarza i jego boskiego patrona. Gdy zastukał w odpowiedni sposób w tylne drzwi musiał chwilę odczekać. Nic się nie działo, słyszał tylko monotonny szum mżawki jaka spadała na graty i błoto za jego plecami. Jednak w końcu usłyszał chrobot zamka i drzwi uchyliły się na szczelinę. Z mrocznego wnętrza ujrzał zakapturzoną postać.
- Aha to ty. Wejdź. - Rozpoznał głos szaroskórej mutantki. Widocznie jej ulżyło, że to ktoś znajomy. Otworzyła mu drzwi na oścież aby mógł wejść do środka po czym szybko je zamknęła z powrotem. W środku kuchni panował ciemny półmrok i zaduch dawno nie wietrznego pomieszczenia. Okiennice były zamknięte więc nie wpuszczały światła dziennego poza małymi otworami. Dorna poprowadziła go w głąb parteru przy okazji zdejmując swój kaptur i ukazując swoje kolcowłosy i ziemistą cerę.
- Coś się stało? - Zapytała Dorna z nutką niepokoju w głosie. Zaprowadziła go do małego pomieszczenia na zapleczu. Tego ze stołem gdzie niegdyś Otto miał spotkanie z Sigismundusem i Tobiasem.
-
Oryginalny autor: Santorine
Egon rozejrzał się wokół, szukając wzrokiem głów goblinów.
– A te głowy goblinów? – zapytał, nie widząc ich od razu. – Gdzie one są?
Tu zwrócił się do Astrid:
– Może być, jak uważasz – rzekł gladiator. – Ale jaki masz gwarant, że nie poderżną ci gardła, jak skończą? Ktoś musi cię ubezpieczać. Ja tam będę. Naleję sobie wina, zjem sobie co nieco… A wy ogarniecie, co trzeba będzie.
Jeśli Astrid miała chędożeniem dokazać tam, gdzie bitwa miała się rozegrać, tym łatwiej dla nich. Mogło się bowiem obejść bez ran, a i tamci będą bardziej skorzy do rozmowy.
Córka wodza spojrzała na niego i uniosła brwi gdyż chyba myśl o podrzynaniu gardeł nie przyszła jej do głowy gdy myślała o chędożeniu. Ale gdy usłyszała resztę propozycję gladiatora lekko się uśmiechnęła.
- No na pewno będę się czuła bezpieczniej jak pójdziesz ze mną. - Położyła mu zalotnie swoją szczupłą dłoń na jego masywnym ramieniu. I odwróciła się do herszta zbrojnych bo ten się akurat odezwał. Właściwie to mruknął coś do swojego przybocznego a ten wstał i ruszył gdzieś wzdłuż frontu chłopskiej chaty. Astrid odprowadziła go wzrokiem jednak zaczeła coś cicho mówić do Bjorna po norsmeńsku. Widząc, że się szykuje gadka a nie bitka Lars też do nich dołączył zaciekawiony o czym rozmawiają i jakie mają plany na to co dalej.
- To ja z Egonem pójdę z nimi. A wy zostańcie tutaj. - Jarlówna wróciła na zrozumiały dla południowca język.
- Chcesz się z nimi pokładać? Może i dobrze. Raczej nie zacznął rozróby bez herszta. Więc jak coś się zacznie to pewnie u was. Ale jak już będzie chędożenie i wino to raczej się dogadamy. - Lars podzielił się z nimi swoją opinią jak to wszystko widzi. Wydawał się być zadowolony, że jego pomysł o nawiązaniu współpracy ze zbrojnymi na razie idzie w dobrym kierunku.
- Zadowolony? - odezwał się herszt gdy jego człowiek rzucił w błoto siatkę. W pierwszej chwili wyglądało to jakby była pełna główek kapusty. Tylko ciemnych. Ale jak się jej przyjrzeć to dało się zauważyć rozwarte gęby pełne małych, ostrych zębów, sterczące uszy i nosy o paskudnej, goblińskiej fizjonomi. Bjorn powiedział coś cicho ale lekceważąco.
- Widzę, że nie rzucasz swoich słów na wiatr. No to może rozmówimy się w bardziej wygodnych warunkach? A nie jak na głowe pada a nogi w błocie. - Astrid szybko przykryła burczenie myśliwego promiennym uśmiechem. Pomogło na tyle, że dwóch nowych znajomych zaśmiało się rubasznie a ich blond koleżanka uśmiechnęła się.
- No to chodźmy ślicznotko. - Herszt wstał z ławki i ruszył w stronę chaty z miną zadowolonego kocura. Jego towarzysz miał podobny wyraz twarzy. Zielona łuczniczka milczała obserwując z zaciekawieniem blondynkę gości.
- Ale chyba nie będzie wam przeszkadzać jak Egon pójdzie z nami? - Astrid klepnęła gladiatora w ramię pokazując drużynie gospodarzy o kogo jej chodzi. Trójka teraz zmierzyła go spojrzeniem i widać było, że woleliby córkę jarla tylko dla siebie. Ale chyba ich lider rozumiał, że też wypada mu pójść na jakiś kompromis.
- Dobra. To chodźcie. - Zgodził się i wznowił marsz do wnętrza chaty. Po chwili całą piątką znaleźli się w środku. Panował półmrok, niewiele światła dziennego dostawało się przez małe okna. Ale za to nie było błota ani mżawki. I było cieplej chociaż powietrze przesiąknięte było morskimi i rybimi zapachami. - Częstujcie się. - Herszt wskazał na prosty stół na jakim stały miski i talerze. Głównie ze świeżo smażonymi rybami, chlebem, serem i dzbankiem mleka i piwa. Tego właśnie można się było spodziewać po chłopach i rybakach. Wcześniej już zbrojni musieli się poczęstować przy stole ale jeszcze sporo zostało. Astrid z ciekawością podeszła do stołu i sięgnęła po zwykły, gliniany kubek aby sobie czegoś nalać. *
Egon w milczeniu spojrzał na goblińskie łby. Skinął w geście aprobaty. Jeśli zgraja umiała zabijać zielone pokurcze w lesie - myślał - mogliby także dokazać się przy handlu niewolnikami, tym bardziej, że wagowali się z tym, żeby siłą zaciągnąć do łożnicy parę chłopek za to, że sioło nie chciało zapłacić.
Gladiator szedł z Astrid, zanim jednak to zrobił, półgębkiem rzekł do Larsa:
– Jeśli gnojki będą próbowały coś odstawiać, wołajcie natychmiast, ustawiajcie się tak, żeby było blisko do mnie. Jak będzie i tak, że nas napadną, to też wrzasnę… No. Zobaczymy.
Wszedł do środka i bez ceremonii usiadł przy stole, pomny swego topora przy pasie.
– O interesach chciałbym pogadać – rzekł, rozsiadłszy się wreszcie na ławie obok stołu. – Jak wolicie? Rzeknijcie może najpierw, jesteście z Neues Emskrank? Najmowaliście się tam?
Nalał sobie piwa i rzucił spojrzenie do Astrid - wolał, żeby to ona zdecydowała, czy chce najpierw się im oddać i potem zacząć deliberowanie, czy też na odwrót, najpierw interesa, a potem okazanie dobrej woli. W obu przypadkach byłby kontent.
~ Dobra, idźcie, my tu z Bjornem poczekamy.
Lars skinął mu głową i razem z norsmeńskim tropicielem odprowadzili wzrokiem ich grupkę. Jak za hersztem zbrojnych Egon i Astrid weszli do mrocznej, rybackiej chaty to i tak stracili z oczu to co na zewnątrz.
- No to pogadamy. Gdzieś ci śpieszno? - Zaśmiał się przywódca zbrojnych. Sam też podszedł do stołu i popatrzył na pobojowisko zostawione po poprzednim posiłku. Nalał sobie gęstego, słodkiego miodu z dzbana i upił łyk. Oczami zaś chciwie wodził po smukłej sylwetce córki jarla. Tej zresztą wcale to nie krępowało. Odwzajemniała się flirciarskim, bardzo obiecujacym uśmiechem. - No ostatnio to jesteśmy z Neus Emskrank. Ale w ogóle to nie jesteśmy stąd. - Mruknął i podszedł do blondynki. Złapał ją za kibić i przyciągnął do siebie. Astrid zaśmiała się wdzięcznie ale wyślizgnęła mu się z objęć i podeszła do gladiatora. Nachyliła się do niego a przy okazji miał wgląd jej atrakcyjny dekolt.
~ Daj mi się z nimi zabawić. Po zabawie lepiej się idzie dogadać. ~ Puściła mu oczko i pocałowała w zarośnięty policzek. A sama wyprostowała się i znów odwróciła się frontem do herszta.
- To jak mamy się lepiej poznać to jak cię zwą? - zapytała wracając do flircarskiego tonu. Pozostała trójka uśmiechnęła się z zadowoleniem.
- Ja jestem Gezackt. A to jest Szybki i Martin. - Mężczyzna w kaftanie wskazał na swojego towarzysza i towarzyszkę. Oni oboje odpowiednio skinęli głowami gdy wymieniał ich ksywy i imiona.
- Martin? Jesteś bardzo przystojny Martin. Od razu mi wpadłeś w oko i mam na ciebie ochotę. - Astrid pozwoliła sobie na żartobliwy ton z męskiego imienia kobiety w zielonym kaftanie. To rozbawiło obu mężczyzn.
- Właściwie to jestem Martina. No ale wszyscy mi mówią Martin. - Odparła uśmiechnięta łuczniczka. Córka jarla podeszła do niej i z zaciekawieniem zaczęła przyglądać się jej z bliska.
– Niech będzie – rzekł Egon, kiwając głowy do Astrid. – Może i masz rację…
Oczy gladiatora śledziły zbrojnych. Jeśli Astrid sądziła, że może sprawę rozpocząć z dobrej stopy tu i teraz, powinna wojów wciągnąć w swe sidła.
Kiedy rozpocząć się miało chędożęnie, Egon od niechcenia popatrywał i wyczekiwał. Nie ufał miejskim ciurom, którzy panoszyli się w tej wiosce, jakoby należała do nich, jednak mogli mieć swe zalety - to znaczy, jeśli tylko mieli przystać na propozycję. Astrid wydawała się nie mieć nic przeciwko pójścia do łoża z pospolitą gawiedzą, nawet, jako córka jarla. Dziwne były te zwyczaje z Norski, ale nie jemu to było sądzić.
- Oj Martin, czemu jesteś taki nieśmiały? - Astrid zbliżyła się już całkiem do szczupłej blondynki zbrojnych. Jej towarzysze z fascynacją w oczach obserwowali to zbliżenie. Córka Jarla nachyliła się powoli do twarzy drugiej kobiety aby ją pocałować. Nawet ich usta zetknęły się chyba na chwilę ale jednak łuczniczkę jakby coś spłoszyło i nieco się cofnęła. To wywołało śmiechy jej kamratów i lekki przytyk od zwolenniczki Soren. Nie chciała jednak siłować się z łuczniczką zwłaszcza, że ta wydawała się nieco zmieszana. - No ale jak wolisz coś bardziej na osobności to może później się poznamy lepiej. - Astrid starała się załagodzić nieśmiałość łuczniczki i pogłaskała ją czule po policzku jakby już były kochankami. Martinie chyba ulżyło bo uśmiechnęła się wdzięcznie.
- Martin za dziewczynkami za bardzo nie przepada. Może jesteś jakiś lewy Martin co? - Herszt zaśmiał się rubasznie jakby koleżanka naprawdę była młodzikiem z jakiego można sobie stroić żarty. Jemu i koledze śmiałości widać nie brakowało. Astrid też nie. Blondynka podeszła teraz do nich i filuternie popatrzyła na nich okraszając to przesunięciem dłoni po ramieniu jednego czy zarośniętym policzku drugiego.
- No nic, później się nim zajmę. Na osobności. - Posłała Martinie powłóczyste spojrzenie a ta lekko uśmiechnęła się do niej. Jednak pozostała trójka nie traciła czasu. Tak jak można się było spodziewać od wejścia do mrocznej i zatęchłej chaty rybaków, zaczęła się pełnoprawna integracja. Pierwsze pocałunki, krótkie, chciwe i urwane. Zdejmowanie z siebie ubrań, rozwiązywanie tasiemiek, rozpinanie pasów. Na ziemię poleciał kaftan Gezacta i spódnica Astrid. Jej pas z mieczem jak i podobny Szybkiego. Nagiej skóry było widać coraz więcej. Młode i gładkie, kobiece ciało córki wodza kontrastowało z ciemniejszymi, ogorzałymi od słońca ciałami mężczyzn i chropawą brzydotą chłopskiego barłoga na jakim się pokładali. I tak jak zapowiadała przed chatą zwolenniczka Soren, chociaż była sama to okazała się godnym przeciwnikiem dla dwóch nowych znajomych. Wyglądało to podobnie intensywnie jak wczoraj wieczorem na morskiej plaży. Raz blondynka leżała na plecach a Gezact się pocił i sapał w jej piersi a po chwili była na czworakach i tak z przodu jak i z tyłu obrabiał ją któryś z mężczyzn. Jeszcze później to ona dosiadała okrakiem Szybkiego aż jej jędrne piersi hipntyzująco podskakiwały w górę i w dół. Całą trójką zapewniali bardzo intensywne widowisko i to na wyciągnięcie ręki. Aż wreszcie seria spazmów i jęków po jakim nastąpiło oklapnięcie i rozleniwienie obwieściła, że doszli do finalizacji tej integracji.
- Ale klacz… Jaka zdrowa… Widziałeś? - Wysapał zdyszany i spocony Szybki gdy podniósł się z barłoga i jeszcze nagi, wrócił do stołu aby ugasić pragnienie. Uśmiechał się leniwie i z zadowoleniem mówiąc do Egona i Martiny jacy zostali nieco z boku tych figli.
- No takie negocjacje to ja rozumiem. - Gezackt też się podniósł i podszedł do stołu. Obaj z kolegą wydawali się być bardzo usatysfakcjonowani z takiego owocnego początku znajomości z liderką drugiej bandy. A i ona nie kłopocząc się ubieraniem poszła w ich ślady i zawitała w okolice stołu.
- No to chyba chłopcy widzicie, że opłaca wam się połączyć z nami siły? I coś tam mówiliście o jakichś ciekawych rzeczach coście tu znaleźli. Aha no i potrzebujemy jakiejś wieśniaczki czy dwóch. Najlepiej jakichś zdrowych i niebrzydkich. - Astrid mimo zdyszania właśnie zakończonymi figlami jednak pamiętała o czym mówili jeszcze przed frontem chaty. Usiadła obok zielonej łuczniczki ale swoje bose stopy położyła na nagich udach herszta.
- No znaleźliśmy. Taki jeden kurhan i jakieś stare głazy z dziwnymi znakami. Właśnie miarkowaliśmy aby tam wrócić skoro z brzdęków nici. Ale jak oferujesz współpracę to może razem się tam wybierzemy? I po co wam wieśniaczka albo dwie? - Gezackt dopiero odzyskiwał oddech i swobodę myślenia więc mówił krótkimi zdaniami.
- Do chędożenia. A coś ciekawego było w tym kurhanie? - Córka wodza nalała sobie kolejny kubek ale tym razem podała go do ust Martiny chcąc ją napoić. Ta zerkała nieco speszonym wzrokiem na jędrne, nagie wypukłości nowej znajomej. Zaśmiała się cicho ale w końcu przyjęła z kubka płynny poczęstunek. Zaś uwaga blondynki rozbawiła jej niedawnych kochanków bo ryknęli rubasznym śmiechem.
- No to możemy pójść do stodoły. Tam zaciągnęliśmy te co się do czegoś nadawały. Ale z chłopek to słabe ladacznice i ciągle trzeba je strofować aby nie wierzgały. A kurhan no taki kurhan no. Te gobasy tam urzędowały niedaleko. W takich kurhanach mogą być ciekawe rzeczy. Ale lubi się tam zalęgnąć różne plugastwo. A jak z was takie chojraki to razem powinniśmy dać radę. - Gezackt popatrzył leniwie i na blondynkę i na gladiatora. Tym razem Astrid nie odpowiedziała tylko też spojrzeniem zapytała Egona jak on się na to zapatruje.
Egon leniwie pił swe piwo. Zrelaksował się nieco: w istocie, zdawało się, że wdzięki Astrid rzeczywiście zmiękczyły wojów, którzy chyba zbyt byli utrudzeni polowaniem na gobliny. Zadowolony także był z tego, jak łatwo Astrid sprzedała rzecz z wieśniaczkami. Jeśli w istocie dobiją tutaj targu, to Raisa będzie zadowolona, zaś Lars zyska dobrych sojuszników, których będzie mógł spożytkować.
Trzeba było dać znak dobrej woli.
– Możemy się wybrać wespół do kurhanów – Egon skinął głową. – Po drodze jeden z nas wam rzeknie co do tego, aby intratne interesa robić. Daleko te kurhany? – zapytał.
Egon po rozmowie zamierzał zawędrować do stodoły, żeby wybrać ze dwie, albo i może trzy chłopki dla Raisy - te z mniej gnijącymi zębami i bez syfu. Powinny wystarczyć do larw Oster.
Po drodze do kurhanu Lars zaś będzie miał szansę lepiej wyłuszczyć swój plan, na który z pewnoscią przystaną.
– Reszta dołączy do wyprawy na kurhan – rzekł jeszcze Egon, rzucając znaczące spojrzenie do Astrid, która sama chciała się tam wybrać.
- No! To załatwione! - Gezact wyszczerzył się i uderzył z radości w stół. Po czym dopił co miał w glinianym, chłopskim kubku i wstał. Cała trójka nagusów wróciła w okolice barłoga gospodarzy i zaczęli bez pośpiechu, zbierać swoje ubrania. Widać było, że są rozleniwieni i zadowoleni po niedawno zakończonych harcach. W końcu w tym samym składzie w jakim tu weszli, wyszli teraz na zewnątrz. W twarz uderzyło ich świeże, morskie powietrze i dopiero teraz dało się odczuć jak duszno było wewnątrz chaty.
Na dworzu sytuacja nieco się zmieniła ale członkowie obu band jak na komendę spojrzeli na wychodzących i na chwilę zamarli. W pierwszej chwili nie wiedzieli czego jeszcze się spodziewać. Bjorn siedział na tej samej ławie pod okapem na jakiej wcześniej siedziała trójka nowych znajomych Egona i Astrid. Patrzył na wszystko spde łba i milczał. Podobnie jeden ze zbrojnych, tylko w drzwiach sąsiedniej chaty. Za to Lars z dwoma zbirami grał już w kości pokazując inną stronę integracji między obiema grupami. Wszyscy jednak podnieśli głowy i spojrzeli wyczekująco na dwójkę wodzów.
- I doszliśmy do zgody! Idziemy teraz wybrać wieśniaczki do chędożenia! - Obwieściła blondynka ze znów przypasanym do bioder mieczem. Chociaż jej wygląd nie był już tak staranny i zadbany jak wtedy gdy jakiś czas temu wchodziła do wnętrza rybackiej chaty. Teraz sprytnie ubiegła herszta drugiej bandy w pierwszym wrażeniu. On jednak też nie zasypiał gruszek w popiele. Znacząco złapał jej kibić i przysunął do siebie aby podkreślić co się działo bo już jej słowa przyniosły rubaszne śmiechy i chyba ulgę na większości twarzy.
- Mamy wspólne interesy! Ale na razie chodźmy do burdelu. - Zawołał Gezackt i skierował się w stronę stodoły. Oboje tam się udali a większość obu band ruszyła za nimi. Lars skorzystał z okazji aby podejść do Egona.
- No i co? - Zapytał go cicho ciekaw czegoś więcej.
– Raisa będzie miała swoje dziewki, a i ty będziesz miał tak, że im rzekniesz o interesie z niewolnikami – rzekł Egon, całkiem prostolinijnie. – Gadają, że coś ponoć w kurhanach opodal znaleźli… Hm. Jeśli mieliby zastawiać pułapki, to już by nam próbowali wepchnąć noże w plecy, jak Astrid się z nimi chędożyła. Zdaje się, że są nam przychylni. Podejdziemy kurhan, obaczymy, co się zrobić da. Po drodze wytłumaczysz im swoje interesa. Nie gadam, że łatwo będzie, ale to pierwszy krok. Rozumiesz? – Egon odparł.
– Teraz zaś wybiorę jakieś chłopki dla Raisy… Rzecz musi się stać już dziś, bowiem turniej wkrótce.
Egon szedł miarowym krokiem w stronę stodoły. Zamierzał znaleźć jakieś chłopki, które wygodzą guślarskim zapędom Raisy.
- O! To poszło wam lepiej niż myślałem! - Lars rozpromienił się, słysząc takie wieści. Po walce z krabami wciąż chodził nieco zesztywniały ale widocznie psuło mu to humoru. Oddalił się na chwilę do Bjorna i nachylił się do niego aby coś mu powiedzieć. Zaś grupka z dwójką hersztów na czele przeszła kawałek do stodoły gdzie zbrojni mieli używanie na tutejszych dziewkach.
W środku zastali kolejnych trzech zbrojnych. Dwóch już widocznie było po figlach, bo półnadzy siedzieli na odwórconym wiadrze albo skrzynce i gadali ze sobą z wyraźnym zadowoleniem. Nagi tyłek i biodra trzeciego wciąż rytmicznie pracowały między udami jednej z kobiet. Nadejście nowych gości wcale mu nie przeszkodziło w tym zajęciu. Były też chłopki. Widać zbrojni brali głównie młode. Było ich z pół tuzina. Leżały na plecach lub kuliły się ze strachu i wstydu jak przestraszone kurczęta. Wszystkie były nagie. Wodziły na nowoprzybyłych oczami pełnymi trwogi. Jakieś podbite oko tu, rozbita i spuchnięta warga tam, siniaki i zadrapania świadczyły, że nie oddały się dobrowolnie.
- No przyjaciele! To wybierajcie! - Gezackt rozłożył ramiona niczym pan na włościach i wskazał na te nagie, przestraszone wieśniaczki. Astrid obdarzyła go zalotnym spojrzeniem a sama podeszła bliżej rozrzuconych po klepisku kobiet i zaczęła im się przyglądać niczym hodowca wśród klaczy jakie zamierza kupić. Jednak te były skulone i nawet jak były nagie to słabo się prezentowały.
- Słuchajcie parobki. Szukam jednej lub dwóch służek. Żadnej ciężkiej pracy w polu, przy sieciach albo w lesie. Będziecie mi usługiwać w domu i tam gdzie pojadę. Będziecie miały jedzenie i ubranie. Pojedziemy do miasta. Muszę mieć odpowiednią służbę jaka będzie mi towarzyszyć. W końcu jestem szlachcianką i muszę mieć nie tylko swoich gwardzistów ale i służki. - Zbrojni słuchali jej przemowy z zaciekawieniem. Nagie chłopki też ale widać było, że boją się zrobić cokolwiek czy chociaż odezwać.
- Mamy je rozruszać? - Zapytał jeden z kamratów herszta. Astrid spojrzała na niego jakby się nad tym zastanawiała.
- Niee. Na razie nie. Nie mam zamiaru się z nimi szarpać a teraz są zbyt przestraszone aby myśleć. - Uznała w końcu córka jarla niezbyt zadowolona z zastanej sytuacji. Skorzystała z okazji i podeszła do Egona.
~
Niech Raisa uważy te ziółka miłosne co mówiła w lesie. Poda się je dziołchom i wtedy zobaczymy. Tylko by musiała tu zostać a, żeby chłopi jej nie zatłukli to ktoś by musiał też zostać. A chyba mamy iść do tych kurhanów nie?
~Blondynka przedstawiła swoją myśl gladiatorowi. I odwrócili się bo skrzypnęła furta wejściowa. Do środka weszli Lars, Bjorn i dwóch zbrojnych z jakimi wcześniej korsarz grał w kości. Z wesołymi minami podeszli do nagusek i śmiejąc się oglądali je bez skrępowania.
– A musimy tu i teraz? – zapytał Egon. – Kurhany nie uciekną, co nie? Najpierw ogarnijmy dziewki, niechaj Raisa warzy swe zioła, a do grobowców zajdziemy, kiedy przygodzi.
Egon zmierzył wzrokiem skulone dziewki.
– Wybierz jakąś, lepiej się znać będziesz, albo najlepiej to w ogóle niechaj Raisa wybiera, skoro będzie robić za ich patronkę – ciągnął.
Zdało się, że Astrid chciała za dużo zrobić na raz, myślał gladiator. Do kurhanów koniecznie musieli pójść wszyscy – spodziewał się, że będzie tam niebezpiecznie, toteż im więcej luda, tym łatwiej im będzie przeżyć.
– Poczekajmy najpierw na Raisę - gdzie ona jest? Niech rzeknie, ile czasu jej potrzeba, aby dziewki brać w łyko. Później pójdziemy do kurhanów…
- E tam Raisa… - Blondynka skrzywiła się okazując swoją niechęć - Jej to wystarczy jakaś dziura na robaki. A ja to bym wolała wziąć taką z jaką będzie się można później zabawić. A ty nie? - Uniosła brwi aby zobaczyć reakcję gladiatora. W międzyczasie dwóch Norsmenów weszło pomiędzy przestraszone wieśniaczki i nie bacząc na ich nagość i sromotę zaczęli o nich rozmawiać często przy tym się śmiejąc i wykonując obsceniczne gesty jakie przerażały kobiety jeszcze bardziej. Córka jarla nie wydawała się zbyt przekonana co do pomysłu południowca. Popatrzyła jeszcze raz po przestraszonych naguskach. W końcu ruszyła w ich stronę.
- Albo ja albo oni. - Powiedziała patrząc po kolei na stadko rybackich kobiet. Wskazała na wymieszaną grupę mężczyzn z obu band. - Która będzie mi służyć będzie spać ze mną, nie dam jej zrobić krzywdy i nie będzie się pokładać z nimi. - Obwieściła im patrząc po twarzach młodych kobiet. Mężczyźni czekali patrząc z zaciekawieniem jaki efekt wywołają słowa blondynki w spódnicy i z mieczem u pasa. Jedna z chłopek powoli wstała i chyba nie wiedziała co dalej powinna zrobić. Astrid uśmiechnęła się do niej zachęcająco i wezwała gestem do siebie. Chuda, naga blondynka podeszła do niej nie wiedząc czego się spodziewać. - Będziesz mi służyć? - Zapytała córka wodza. Druga z blondynek chwilę si wahała ale trwożliwie pokiwała głową. Więc Norsmenka wyciągnęła do niej dłoń jak do ucałowania. Rybaczka gorliwie ucałowała wyciągniętą dłoń. Astrid roześmiała się i pociągnęła ją za rękę do siebie aby stanęła u jej boku. - Od dziś jesteś moją dwórką i służysz tylko mnie! I dlatego nikt cię nie ruszy bez mojego pozwolenia! - Obwieściła jej co wywołało ironiczne zmarszczenie brwi u Larsa. Ale chyba Bjorn się go zaczął pytać o tłumaczenie bo obaj zaczęli rozmawiać. Gezackt i reszta chyba traktowali to jak przedstawienie bo uśmiechali się pobłażliwie ciekawi co będzie dalej.
A dalej było tak, że widząc taki obrót sprawy kolejna dziewczyna podniosła się z klepiska i podeszła do młodej jarlówny. Czarnowłosa też ucałowała dłoń nowej pani i stanęła obok swoje blond sąsiadki. Lars z Bjornem i jeszcze jednym zbrojnym zaczęli się wyraźnie szykować aby zabawić się podobnie jak koleżanka wcześniej w chacie. Widząc to jeszcze jedna z dziewczyn zerwała się i szybko podbiegła ucałować dłoń Astrid. - Dobra, wystarczy ci! Nie bądź zachłanna! My też chcemy się zabawić! - Warknął na nią zirytowany Lars jakby obawiał się, że córka jarla sprzątnie im wszystkie dziewki sprzed nosa. Astrid chyba to wystarczyło bo wzruszyła ramionami i trzema naguskami skierowała się do wyjścia na zewnątrz. - Umyjcie się chociaż w wiadrze i ubierzcie się. Niedługo ruszamy i nie będę na was czekać. Jak któraś się gdzieś “zgubi” to każę spalić chatę i łódź z jakiej pochodzi - rzekła do swoich nowych służek.
Egon wzruszył ramionami na uwagę Astrid co do tego, żeby wybierać według tego, żeby mieli się zabawić. Owszem, uroda i walory cielesne były dobre, jednak Egon nie miał wątpliwości co do tego, że każda z tych dziewek skończy jako surogatka wielkich larw spod znaku Pana Plag. Egon przełamał się do tych rozwiązań jakiś czas temu, sam co prawda przedkładał kunszt wojowników nad przekręty, jednak nijak nie mogli rozwiązać rzeczy w Neues Emskrank bitwą. Furda zatem z kunsztem, trzeba było się jednak uciekać do forteli.
– Niechaj będzie i tak – Egon zgodził się. – Dziewki pójść mogą z nami do kurhanów… Będą w odwodzie razem z Helgą i Raisą, one je przypilnują. My zaś, ja, ty, Bjorn, Zog i Lars wkroczymy na wyprawę do kurhanu. Czy gotowaś na to?
Egon postanowil nie wybrzydzać. Córka jarla odwaliła kawał dobrej roboty, dzięki któremu uniknęli rozlewu krwi, toteż jeśli miała własne zapatrywania na sprawę, mogła postanowić po swojemu. Nie miało to znaczenia dla Egona, dla którego jeno liczyło się, aby plan szedł do przodu.
Blondynka z mieczem u biodra szła przez wiejskie błoto zalewane mżawką. W końcu pokiwała głową. - Możemy pójść do tych kurhanów. Gezackt ze swoimi ludźmi też idzie. To trochę nas razem będzie. A z tymi chłopkami właśnie dlatego chciałam je przekonać do nas. Bo chyba wiesz, że Raisa i Helga to nie są wojowniczki. Nie wiem czy we dwie upilnują trzy młode dziewczyny. Bo jakbyśmy je przekonali, że warto nam służyć to by była mniejsza szansa, że zwieją. Sam widzisz jak z Gezacktiem wyszło. Jakbyśmy się z nimi cięli to pewnie by nic nie wyszło o tym kurhanie. - Astrid wyznała co jej leży na wątrobie i dało się wyczuć, że w przeciwieństwie do negocjacji z hersztem drugiej bandy, tym razem nie jest zbyt zadowolona. Ale już wrócili do tej pierwszej chaty w jakiej się wcześniej zabawiali.
- Dobra to ja je tu przypilnuję a ty idź po Raisę i resztę. Jak Bjorn i Lars skończa swawolić z dziewkami to pewnie będziemy ruszać do tego kurhanu. - Ostatecznie córka jarla jakoś przełknęła swoją niechęć i była gotowa przejść do następnych kroków. Jednak ktoś musiał pójść po trójkę jaka została na skraju lasu bo dwóch towarzyszy z jakimi tu przyszli, zostało w stodole zabawić się z pozostałymi chłopkami.
– Zatem idę – Egon rzekł, zamierzając zebrać Raisę, Helgę i być może Zoga - Zog bowiem zawsze trzymał się na obrzeżach i zdawał się wędrować swoimi ścieżkami.
Kiedy drużynę się zbierze w jedną całość, Egon wywiedzieć się co do kurhanów - może ten i owy wiedział coś o starych grobowcach? Być mogło, że zastaną jeno puste groby, ale mogło być też i tak, że licho siedziało w leśnych ostojach i mogło je chronić. Gobliny były bowiem ostrzeżeniem, że może i silniejsi jacyś byli w borze.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Marktag; południe; kamienica Pirory
Otto spojrzał na rozmowę kobiet z uśmiechem.
- Tak, widzę. Podejrzewam, że najbardziej będzie zainteresowana naszą divą. To ona jej się śniła trochę… lepiej wyekwipowana, jeżeli wiesz o czym mówię. - zgiął rękę w łokciu imitując wzwód - Mam nadzieję, że się nie zawiedzie.
Brwi gospodyni podjechały do góry i tam się zatrzymały na chwilę aby podkreślić zdziwienie. I jeszcze odwróciła się nieco aby spojrzeć na trójkę swoich gości przy ozdobnym stoliku. Dwie szlachcianki promieniowały elegancją i dobrymi manierami zaś ta trzecia, wyglądała na to kim była czyli mieszczką dobrego pochodzenia ale nie mająca startu do szlachetnie urodzonych. Poza tym jednak na ten moment nic jednak nie wskazywało, że miałoby się tu dziać coś niestosownego do klasy salonu gospodyni. Można by to uznać za łaskawe spotkanie sławnej, estradowej diwy i jej skromnej wielbicielki. Mimo to w kultystycznej rodzinie to właśnie ta elegancka diwa o miodowych włosach lubiła zwiedzać różne, nieprzyzwoite przyjemności tego miasta z orgiami w lochu gospodyni włącznie.
- No cóż, mamy zabawki które to umożliwią. Dobrze, że Odi lubi być po obu stronach takich zabawek a nie jak Fabi. Sam wiesz, że ona zawsze musi być ta najnędzniejsza z nędznych i najpodlejsza z podłych. - Pirora przyjęła tą nowinę z humorem ale nie wydawała się być za bardzo przejęta. Taki kaprys jak najbardziej leżał w zakresie jej możliwości. Przecież już nie tak jej goście tak się u niej zabawiali. Chwilę przypatrywała się stolikowej scenie gdzie obie szlachetnie urodzone coś tłumaczyły Teo po bretońsku a ona chłonęła każde ich słowo.
- Teo ma dobry gust. Spójrz jaka z naszej Oddi kocica. Niczego jej nie brakuje. A i przyda jej się ktoś nowy bo już z trudem wytrzymuje do tego obiecanego spotkania z Gnakiem. Też jej się coś konkretnego śniło tej nocy. - Averlandka zrewanżowała się koledze swoją opinię i miodowłosa śpiewaczka na niej też robiła ogromne wrażenie. Jak i pewnie na reszcie miasta. W ostatni Festag wszyscy śpijali jej pieśni z ust oczarowani mocą i urokiem jej głosu. No i sławą. Nawet wśród tylu znamienitych gości jacy zjechali się na odwołany w ostatniej chwili turniej to ona się wyróżniała. Jednak na koniec pieguska zrobiła gest zaawansowanej ciąży dając znać co się dziś śniło teatralnej diwie.
- To fakt. - przyznał mnich - Sam bym chętnie skosztował, ale nie jestem chciwy. A dobry gospodarz zawsze zostawia co najlepsze dla gościa. - uśmiechnął się do Averlandki - Zostawiam więc ją w twojej opiece. Nie męczcie jej za bardzo, mam ją jeszcze dziś odnieść do domu.
- Ja myślę, że ona jest taka jak my. - Pirora powiedziała jakby niedosłyszała wypowiedzi kolegi albo coś jej nagle przyszło do głowy. - Nie wiem czy ona ma zbór tam w Wolfenburgu ale słyszy zew Soren co ją poprowadził aż tutaj, ma od niej sny i sam widziałeś co potrafi w loszku. - Spojrzała na mnicha aby miał chwile na przypomnienie sobie ostatniej orgii po porannej mszy w Festag. Gdzie się zabawiali w odgrywanie panien młodych w różnych kobiecych parach a on sam przewodził jako kapłan tamten ceremonii. Nim się przerodziła w żywiołowe wyuzdanie. I chociaż w tamtym spotkaniu uczestniczyły także dwie oczywiste mutantki Lilly i Dorna to miodowłosa milady wcale nie była tym speszona. Ani tym, że lady Soria może wedle własnej woli mieć solidne przyrodzenie albo być wyłącznie kobietą. Diwa wydawała się oddawać tym zakazanym przyjemnościom z ochotą i satysfakcją.
- Dała do zrozumienia, że tam w stolicy jest ich więcej. Takich ladacznic jak ona. I jak jej tutaj dostarczymy wystarczająco zdeprawowanych rozrywek, zwłaszcza takich co jeszcze nie próbowała, to wyśle liścik i sprowadzi te swoje koleżanki tutaj, aby też mogły się zabawić tak jak ona. Na razie chyba czeka co wyjdzie z Gnakiem bo na orgii z wieloma zwierzludźmi to jeszcze nie brała udziału i to byłby jej pierwszy raz. A powiem ci, że nie tak łatwo znaleźć coś w czym nie brała udziału. Jak mimo to uda nam się dostarczyć jej doznań jakich jeszcze nie zaznała to może obsypać nas swoją łaską. A sam wiesz, ona jest Słowik Północy. Ona nawet do van Zee, van Hansenów, świątyń i innych ważniaków może wysłać bilecik i już ich drzwi stoją przed nią otworem. Nawet ja czy Fabi nie mamy takich możliwości jak nasza miodna kocica. - zwierzyła się koledze ze swoich rozmów z aktorką teatralną jaka teraz siedziała ledwo kilka kroków dalej i właśnie opowiadała jakąś zabawną anegdotkę ze swoich licznych wojaży i romansów. Pirora chwilę się przyglądała stolikowej scenie aż obie szlachcianki wybuchnęły śmiechem. Teofano też ale znacznie bardziej stonowanym.
- No a skosztować naszej diwy obiecać ci nie mogę. Ale sam wiesz jaka ona jest, jak już jest etap bez ubrań. Raczej rzadko komuś odmawia i nie wybrzydza, że z którejś strony nie można. A sam widzisz, że chyba będzie ten etap bez ubrań. - Averlandka zaprosiła kolegę na kolejne spotkanie w bardziej prywatnym charakterze. A przy jej stoliku dwie szlachcianki całkiem skutecznie zjednywały sobie młodą cukiernik. Ta wydawała się nimi równie oczarowana, zwłaszcza, że jak się nie było błękitnej krwi to takie prywatne rozmowy ze szlachtą zdarzały się raczej rzadko. Jak się znało prywatne preferencje obu szlachcianek nie było trudno domyślić się, że spróbują skonsumować nową znajomość bardziej fizycznie. Zwłaszcza, że Teofano nadal spijała im każde słowo z ust. *
Marktag; południe; apteka Sigismundusa
Mnich kupił na targu kilka warzyw, trochę chleba, masła, szynki i kiełbas dla Dorny. Ich zmutowana siostra nie może zostać tak samopas, bez opieki.
Przywitał pokrytą kolcami twarz Dobry z uśmiechem.
- Witaj moja droga, prowiant przyniosłem tak jak obiecałem. - postawił koszyk na stole pozwalając mutantce się raczyć - I potrzebuję dawki jaj no i tłok do nich. Mamy nową nosicielkę, jeszcze nie wtajemniczona, ale chętna, aby przyjąć dar Oster.
- O! Jedzenie! Pamiętałeś! Bo to co mi Sigismundus zostawił to już się kończy. - Dorna z radością wykładała kolejne produkty na stary ale solidny stół kuchenny. Oglądała kkażdą kolejną paczkę ryb czy kosz jaj. Jednak gdy kolega sprzedał jej jeszcze jedną wiadomość gwałtownie urwała i spojrzała na niego przenikliwie.
- Naprawdę? Masz nosicielkę? I to taką co sama chce? Naprawdę? O rany! - Zamrugała oczami z wrażenia ale w końcu się uśmiechnęła gdy zaczęło to do niej docierać. - To ja zaraz przyniosę ci torbę co dla ciebie zostawił Sigismundus. Poczekaj tu. Tam są i strzykwy z jajami i odżywkami. - Zawołała radośnie i wybiegła z kuchni. Przez chwilę został sam z nie do końca rozpakowanym koszem. Słyszał najpierw oddalające się szybko kroki mutantki a potem jak wracała. Postawiła znajomą już mu torbę na stole. Otworzyła i wyjęła z niej jedną, glinianą strzykwę.
- Te z ciemnymi korkami są z jajami. Te z jasnymi z odżywkami. Jak już ją zasiejesz to możesz od razu wlać w nią jeszcze odżywkę aby maluchy zdrowo rosły. - Wyjaśniła mu dla przypomnienia. Ale jeszcze była pod takim wrażeniem, że korciło ją aby zapytać jeszcze trochę. - Naprawdę chce? Ale ona wie o co chodzi? Jaja, czerwie, muchy i tak dalej? Kto to jest? Skąd ją znasz? To jedna z naszych dziewczyn? - Pytała z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy.
- O dziwo nie. - przyznał mnich przyjmując strzykawki od Dorny - Przyśniły się córce lokalnych piekarzy, ci skontaktowali się z moim przełożonym w Hospicjum, a ten wysłał mnie do niej. Wybadałem teren, z rozmowy wynikło, że jak najbardziej chce tego, więc zabrałem ją do Pirory i Odette, gdyż nasza droga Diva również się jej śniła. Teraz czeka na mój powrót. No, najpewniej baraszkuje z nimi i Fabienne, ale będzie tam kiedy wrócę.
- No tak, one są takie miłe i ładne. - Dorna z uśmiechem przyznała, że w ogóle taki scenariusz zapoznawania nowej koleżanki by jej nie zdziwił. Poza tym chwilę chłonęła w ciszy te informacje. - I miała sny? Córka piekarzy? No cóż… To jak miała sny to pewnie jest wybrana przez Siostry. Albo podatna na ich zew. To wspaniałe, że sama chce stać się nosicielką. Ale wie co dalej? Jak je już urodzi? Musiałaby przynieść je do nas. Tutaj albo gdzie indziej. Musiałbyś to z nią ustalić. - Pokiwała ponownie swoją kolczastą głową. I wydawała się pełna nadziei związanych z tą nową nosicielką jakiej jeszcze nie znała. - To tam w torbie masz dużo tych strzykw. Na parę osób by starczyło. To coś tam wybierzesz. Wiesz już ile ją zasiejesz? - Zapytała z zaciekawieniem niczym hodowca ciekaw detali hodowli.
- Nie chcę przesadzić. Jeżeli brzuch jej za bardzo urośnie jej rodzina każe mnie powiesić za zbrzuchacenie niewinnej dziewoi. - mnich pokręcił głową - Pewnie tylko jedna dawka na razie, niech zasmakuje i zechce więcej. Pamiętasz ile to mniej więcej zajmuje? Tydzień?- To zależy czy będzie miała te duże czy te małe. Jak te małe to około trzech dni, pół tygodnia. Jak te duże około sześciu czyli prawie cały tydzień. Ale to wiadomo dopiero jak się zasieje i pierwszy raz urodzi. No jeszcze po wylinkach bo w tych małych wypływają raz na dzień a w tych dużych mniej więcej co drugi. - Tym razem szaroskóra była pewna siebie. W końcu po części sama już wydała na świat dwa mioty.
- Ale jedna dawka to mało. Ja ostatnio miałam dwie z przodu i dwie z tyłu. - Pokazała na swój brzuch i pośladki zaznaczając o co jej chodzi. - I tak za bardzo nie było coś widać. Nie przeszkadzało mi to w robocie. Więc myślę, że i ze cztery czy pięć z przodu to chyba by uszło. Ja jutro mam termin. Będę się zasiewać. I postanowiłam, że jak i tak nigdzie nie wychodzę to mi na brzuchu nie zależy. Spróbuję się zasiać na sześć albo osiem dawek z przodu. I tak tu mieszkam sama i nikt mnie tu nie ogląda. A ja i z przodu i z tyłu mam te małe to za parę dni będzie po wszystkim. To jak masz tą chętną zasiać to spróbuj więcej niż jedną dawkę bo trochę szkoda marnować czas i miejsce jak taka chętna. Kobieta jak chce to i z połowę ciąży potrafi tak się ubrać aby ukryć i po niej nie widać, że brzuch jej rośnie. - Powiedziała do jednookiego tonem dobrej rady aby skłonić go do nieco śmielszych działań z nową nosicielką.
- No dobrze, masz większą ekspertyzę ode mnie. Jeszcze ustalę z nią wszystko. - przyjrzał się dokładnie posturze błogosławionej kobiety - Fabianne pomoże mi pewnie wyjaśnić szczegóły, sama przecież też była nosicielką. - mnich rozejrzał się po pomieszczeniu - Nie potrzebujesz jeszcze czegoś? Świec? Jakiegoś źródła rozrywki? Samej tu musi ci być niezwykle nudno.- Oj, nie przejmuj się mną. Dobrze mi tu. Nikt mi nie przeszkadza. Tylko czasem w dzień ktoś się dobija do apteki ale jak nie otwieram to idzie sobie. A ja i tak tam prawie nie chodzę i tu na zapleczu siedzę. Albo z moimi maleństwami w piwnicy. Te moje są już w kokonach. Lubię na nie patrzeć. A wiesz co? Po tym twoim eksperymencie z tymi dorosłymi muchami to one żywiej reagują. I potem obejrzałam te kulki jakimi wystrzeliły. Myślę, że to też są jaja. Tylko mają żywsze kolory i są mniejsze. Tak jakby te co mieliśmy wcześniej namiękły od wody i wyblakły. Ale jak wzięłam je pod światło to w środku widać maleńkie czerwie. Tak się chyba rozmnażają. I robią nowe jaja. Chyba jutro ich spróbuję. I może w usta. Jeszcze nie próbowałam w usta. - Podzieliła się z kolegą swoimi obserwacjami jakie poczyniła w wolnym czasie jakiego miała tutaj całkiem sporo.
- Ale tą Fabienne to na pewno zasiałeś? Bo to było już jakiś czas temu. To chyba tych małych nie będzie miała bo już powinna wydać miot. A te duże to jakoś lada dzień. Może się u niej nie przyjęły? Nie wiem czy to możliwe. Szkoda, że nie ma Sigismundusa. On był mądry w takie rzeczy. Ale chyba powinna już wydać miot albo lada dzień. - Ostrożnie wyrażała swoje pytania i wątpliwości odnośnie muszej ciąży bladolicej szlachcianki. Ale wiedziała o niej od Otto więc nie była taka pewna jak wówczas gdy mówiła o swoich miotach.
- Och nie będziemy potrzebowali prezentacji. Obraz mówi dużo, ale słowa napędzają wyobraźnię. A Fabianne potrafi mieć tak pięknie pokręcony umysł. Dobrze więc, mam dawkę dla nowej koleżanki i dostawę dla ciebie zrobiłem. Jeżeli Sigismundus albo Strupas by się zjawili po powiedz im proszę o nowej mamie. - Otto przytulił mutantkę - I ostrożnie z ustami, nie chciałabyś połknąć maleństw.- Dziękuję Otto. - Powiedziała cicho szaroskóra kolczatka. Z bliska mnich wyczuł jej niezbyt świeży zapach. I ciepło przebijające się przez koszulę. Dziewczyna puściła go po czym spojrzała na niego jeszcze raz. - No tak, Fabienne jest bardzo miła. Ostatnio dogadzała mi ustami o tutaj - wskazała na swoje podbrzusze - a Lilly ją brała od tyłu. A przecież to szlachcianka. Ale bardzo miła. - Podzieliła się z nim swoim wspomnieniem z ostatniej orgii w lochu Pirory. - Jak chcesz to możesz wziąć te nowe jaja co muchy wystrzeliły. Tylko mam je w woreczku to musiałbyś sam przelać je do którejś strzykwy. - Zaproponowała machając ogólnie w głąb zaplecza.
Mnich się chwilę zastanowił
- Poczekam z tym. To w końcu twoje potomstwo. Do tego nie wiadomo czy drugie pokolenie nie będzie się wykluwało szybciej lub później. Ale cieszy mnie twój entuzjazm w tej misji.
- Dobrze. - Zgodziła się mutantka i więcej nie nalegała. - To jakby chłopcy wrócili to na pewno się ucieszą z tej nowej nosicielki. Ale prędko pewnie nie wrócą. Pojechali aby urządzić się w tej jaskini Oster to im trochę zejdzie. I zabrali Loszkę i tą z traktu aby mieć co hodować. Lilly powinna wrócić lada dzień to może przyniesie jakieś wieści od nich. A z tą nową to zasiej ją ile się da. Jedna dawka to trochę mało. A maleństwa szybko rosną to można by ją nawet gdzieś na te parę dni przenieść jakby brzuch robił się zbyt widoczny. Ale cokolwiek postanowicie to powodzenia. - Szaroskóra uśmiechnęła się do gościa co na jej ziemistej twarzy wyglądało dość nietypowo.
- Zapamiętam. Dobrze, to wracam do nich. Pozdrów Lily jak się zjawi. Pojutrze wrócę ze świeżym prowiantem.Mnich opuścił aptekę z darem Oster i pożywką dla jaj. Teraz czeka go powrót do Pirory. Miał nadzieję, że dziewczyny jeszcze były przytomne i nie zatraciły się w swoich rozkoszach.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 61 - 2519.07.22; mkt; popołudnie
Miejsce: Nordland; na pn-zach od Neues Emskrank; zachodni brzeg zatoki; las/kurchan;
Czas: 2519.07.22; Marktag; popołudnie
Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Egon, Norsmeni, Gezackt i jego banda
- Zobacz jak do siebie ćwierkają - Lars nachylił się do Egona i ze złosliwym uśmieszkiem wskazał wzrokiem na dwie, idace trochę z przodu blondynki. Odkąd ruszyli w las to faktycznie większość drogi Astrid i Martina szły obok siebie. I rozmawiały o czymś przyciszonymi głosami. Częściej to córka jarla mówiła i widać było, że jest tą bardziej rozmowną i charyzmatyczną z tego duetu niż łuczniczka w zielonym kaftanie - Zobaczysz, wieczorem blondyneczki będą się lepiej zapoznawać. Oby tylko Astrid o nas nie zapomniała. - Zaśmiał się cicho korsarz patrząc na idące przed nimi Helgę i trzy nowe służki z rybackiej wioski. Nie po raz pierwszy gladiator miał okazję być świadkiem różnicy zdań pomiędzy swoimi norsmeskimi towarzyszami. Tym razem poszło właśnie o te trzy młode dziewczyny z wioski. Podobnie jak dnia poprzedniego Helga tak dziś one stały się przyczyną kłótni.
Zaczęło się od Raisy. Starej wiedźmie aż się oczy zaświeciły gdy zobaczyła trzy, młode zdobycze. - O tak, świetnie się spisaliście! Oster będzie zadowolona jak zasiejemy w nich jej dziedzictwo! - mamrotała z ekscytacji. Próbowała dotknąć nowych kobiet, zwłaszcza ich twarzy, dłoni i brzuchów ale rybaczki ze wstrętem przed taką starą ropuchą odsuwały się. Ona zarechotała złośliwie. - Takie świeże! Takie młode! Tak silne i soczyste! Wydadzą na świat solidny miot! - Stara czarownica nie zważała na ich niechęć jakby już uważała, że są w jej mocy.
- Nie rozpędzaj się tak. To ja je zdobyłam. Ty siedziałaś w tym czasie w lesie. - Do rozmowy wtrąciła się Astrid której plany wiedźmy wobec jej nowych nabytków były wyraźnie nie wsmak. Albo dała o sobie niechęć jaka je dzieliła i utrudniała współpracę.
- Nie wydurniaj się. Jakbyś miała nieco więcej godności i wiary sama byś się dała zasiać! Jesteś córką jarla, powinnaś dawać przykład! Albo chociaż Helgę dać do zasiania. Ale też nie. A te tutaj, przecież po to zdobyliśmy aby je zasiać skoro sama nie chcesz się oddać temu zaszczytowi! Życie nie składa się z samego chędożenia. - Starej też się złość ulała i wytknęła młodej jej niewłaściwe postępowania. I brzmiała w niej duma z własnego oddania swojej patronce. Blondynka już wyraźnie miała coś jej odpowiedzieć i to pewnie z ikrą ale wtrącił się Lars.
- Tym razem Raisa ma rację Astrid. Umawialiśmy się, że jak zdobędziemy jakąś brankę to pójdzie do zasiania tymi robalami. Nie możesz brać wszystkiego dla siebie. Sama nie chcesz, Helgi nie dałaś, do Martiny czujesz miętę no ale chyba oddasz na służbę bożą te trzy tutejsze ladacznice? - Korsarz starał się przemawiać dyplomatycznie aby nie zaogniać sytuacji z już i tak rozdrażnioną córką jarla. A być może nie chciał aby zdobyła zbyt dominującą pozycję w ich grupie. Ona spojrzała na niego ze złością.
- Umawialiśmy się na jedną brankę dla Raisy. Jedną mogę poświęcić. A jak zdobyłam więcej niż jedną to są moje i ja nimi dysponuję. Macie całą wioskę to sobie poszukajcie jeszcze jakichś. - Zatoczyła dłonią na otaczające ich, biedne, chłopskie chaty. Jednak to nie zbiło z tropu Raisy.
- Nie bądź zbyt pazerna. Nie jesteś tu sama. Trzeba zasiać jak najwięcej się da. Każda wyda miot. I będzie wiadomo czy będą rodzić te małe czy te duże. Ich łono przywyknie do kolejnych miotów. Może nawet im się to spodoba? W końcu jaja i larwy mają w sobie także pierwiastek Soren. Nie chcesz się sama przekonać jak to będzie? A słyszałaś Egona, w mieście czeka cała zgraja chętnych do figlów ladacznic. I lepiej mieć trzy zasiane niż jedną na wypadek gdyby coś się którejś stało. Mamy iść do tego kurhanu a nie wiadomo jak tam będzie. - Stara wiedźma wyrzuciła z siebie ale już nieco łagodniejszym tonem gdy okazało się, że córka jarla chociaż trochę jest skora iść na kompromis.
- Dobra to je sobie zasiewajcie. Nic mnie to nie obchodzi. To tylko głupie branki. Ale po wieczornym chędożeniu. - Astrid zacisnęła usta w wąską linię i widać było, że niechętnie oddaje zdobycz jaką już uważała za swoją.
- Lepiej je zasiać teraz. Nie wiadomo co będzie wieczorem. I jak wieczorem to pół dnia w plecy. A ta niby ciąża to trwa parę dni do tygodnia to każdy dzień jest ważny. - Raisa nie ustępowała i próbowała przekonać jarlównę do kolejnego ustępstwa. Ale już ostrożniej bo widać było, że kobieta o blond włosach sroży się jeszcze bardziej.
- Będziesz miała Helgę do zabawy. No i nas. Chłopców Gezackta też jest trochę. I może Martin jak się postarasz. A jutro pewnie wejdziemy do miasta to tam Egon ma chyba sporo ciekawych koleżanek do figlowania. Jedną noc to chyba wytrzymasz co? - Lars znów się wtrącił do dyskusji, próbując jakoś pogodzić obie strony konfliktu.
- Egon a ty nie wolałbyś się z nimi zabawić jak jeszcze niczego dodatkowego nie mają w sobie? - Po chwili namysłu Astrid zwróciła się do gladiatora jakby liczyła, że poprze jej pomysł z odłożeniem zasiania młodych chłopek do wieczora. Riasa za to spojrzała na niego równie prosząco aby zrobił dokładnie na odwrót i przyklepał jej zamiary nie odwlekania sprawy do wieczora.
- Oho. Zbliżamy się. - Gdzieś z przodu doszedł ich ściszony, męski głos. Las w jaki weszli przy osadzie rybackiej stopniowo rzedniał a teren stawał się bardziej grząski. Ciche rozmowy umilkły a po chwili i Egon doszedł do ponurego punktu orientacyjnego.

link: https://i.imgur.com/YjvzE2b.jpeg
Szkielet jakiegoś wojownika. Musiał leżeć tu od dawna bo już zbroja była przerdzewiała, widać było tylko stare kości a całość porosła już mchem, przysypały ją liście i ziemia. Dla ludzi Gezackta był do znak, że kurhan jest już niedaleko. Zrobili się cisi i czujni. Zwykły marsz przez podmokły las zmienił się w podchody. Martin pożegnała się z Astrid uniesioną dłonią i poszła gdzieś na czoło kolumny. Córka jarla przykazała swojej kobiecej świcie, żeby zachowały ciszę. Helga i trzy chłopki pokiwały głowami. Rybaczki otoczone przez zgraję zbrojnych w ogóle były ciche i prawie się nie odzywały. Jakby starały się nie zwracać niczyjej uwagi. Może nawet faktycznie uważały, że bliskość uzbrojonej w miecz blondynki jaka była ich nową panią, zapewni im bezpieczeństwo od tych wszystkich mężczyzn. To właśnie od ich rodzin, jeszcze w wiosce, udało się Egonowi, Astrid i Gezacktowi dowiedzieć cokolwiek o tym kurhanie.
Wieśniacy wiedzieli o nim. Ale uważali to miejsce za przeklęte. Dlatego tam nie zbliżali się. Wyjątkiem były coroczne przeslilenia i równonoce. Wówczas tam chodzili aby oddać ofiarę dawnym władcom tych ziem. Jak dawnym to nie wiedzieli. Ale dawnym. Tak robili ich ojce, ich dziady, to i oni też. Trzeba było cztery razy w roku zanieść tam nieco miodu, jadła, napoju i zarżnąć tam kuraka, najlepiej czarnego. Ale ostatni raz byli tam zeszłej wiosny. Bo na początku zeszłego lata zagnieździły się tam te gobliny i wieśniacy też ich się bali. Więc tam już później nie chodzili. Teraz się bali nawet jak goblinów już tam nie było bo dawni władcy na pewno rozgniewane byli jak tak długo nikt ich nie ugłaskał ofiarami. Zresztą, teraz widać było po tych trzech, młodych wieśniaczkach, że są coraz bardziej przestraszone. Rozglądały się lękliwie dookoła rzednącego, coraz bardziej podmokłego lasu. Ale jeszcze nie bały się aż tak aby głośno zaprotestować. Tak dotarli do skraju lasu. Tutaj Gezackt się zatrzymał i otarł pot z czoła.
- To tam. To coś we mgle. Tylko las się skończył to pewnie bardziej mokro niż tutaj. - Powiedział wpatrzony w dziwny kształt. Chyba była to jakaś budowla. Ale stąd nie widać było detali.

link: https://i.imgur.com/CpWuyEt.jpeg
- Tędy podeszliśmy te pokurcze. Od tej strony słabiej pilnowali - Herszt swojej bandy pokazał kierunek jakim wcześniej poruszali się aby zaatakować obóz goblinów. Wyglądało, że przeszli skrajem lasu i mokradła mijając z pewnej odległości tą szarą, ponura budowlę. - Po wszystkim poszliśmy przez las bo szybciej do wioski. To tu już nie wracaliśmy. - Dokończył swoją skróconą wersję wydarzeń z pierwszej połowy dnia. Ostatecznie okazało się, że razem z nim, Szybkim i Martin to jest ich dziesiątka. Liczebnie więc przeważali nad Norsmenami prawie dwa do jednego. Chociaż żaden z nich nie miał takiej kolczugi jak Egon czy Lars. A nawet Astrid jako szlachcianka, to miała podbity kaftan który sprawiał solidniejsze wrażenie. Może tylko Bjorn jaki był mysliwym i traperem miał podobny do milicjantów lekki przyodziewek. Ludzie Gezackta używali włóczni, broni ręcznej, głównie toporów i pałek, kilku miało łuki i niektórzy tarcze. Byli głównie lekką piechotą i strzelcami, brakowało im ciężkiego argumentu w postaci ciężkozbrojnych piechurów.
“Tam jest magia” Egon i pewnie inni Norsmeni też, “usłyszeli” w głowie głos Zoga. Chociaż on sam stał kawałek dalej wpatrzony w ponurą budowlę. Jego towarzysze popatrzyli po sobie. A w końcu na staruchę która wiadomo było, że włada mocą.
- Tak. Coś tam jest. Coś co wpływa na ten kawałek ziemi. Jakaś magia. Albo magiczna istota. Albo artefakt. Mroczna magia. Ale nie do końca taka jak moja. - Starucha wymamrotała i wydawała się być zafascynowana tym miejscem. W przeciwieństwie do innych jacy nie zdradzali za bardzo ochoty aby ruszyć w stronę zaniedbanej budwoli.
- Można się było tego spodziewać. Skoro chodzi o jakiś dawny grobowiec. Ale to dobrze! Jest nadzieja, że jak coś tam wciąż straszy to jeszcze nikt nie obszabrował tego co tam jest! - Lars wykazał się werwą i optymizmem. Albo chciwością. Jednak tak samo jak wczoraj gdy chodziło o krabi skarb, tak i dzisiaj wydawał się chętny na zew bogactwa i przygody.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.22; Marktag; popołudnie
Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto, Pirora, Fabienne, Odette i Teofano
Dorna odprowadziła go do tylnych drzwi apteki i ostatni raz uśmiechnęła się na pożegnanie. A on musiał znów przejść przez błoto po kostki, połamane graty i rozkładające się szczętki królowały na podwórzu jakby będąc właściwą wizytówką Sigismundusa. Gdy po raz kolejny tego handlowego dnia jednooki mnich znalazł się na Marktplatz, zauważył, że jest już dość pustawo w porównaniu do tłoku jaki panował tu rano. Większość chłopów co przyjechała na targ już się zabrała z powrotem do swoich wiosek. Ale część tutejszych straganów jeszcze stało i nawet ktoś tam coś kupował. Przynajmniej wcześniejsza mżawka się skończyła, wyszło słońce i zrobiło się całkiem pogodnie. Bez przeszkód dotarł na Bursztynową 17. Znów otworzyła mu zgrabna pokojówka Pirory a ją samą spotkał w jej salonie. Otworzyła mu drzwi i przywitała z figlarnym uśmiechem.
- Spóźniłeś się Otto. Dziewczyny już zaczęły się zapoznawać i doszły już do rozmów bez ubrań - obwieściła mu flirciarskim tonem i odsunęła się na bok aby mógł wejść do środka. Wtedy też dojrzał te same kobiece trio jakie zostawiał wychodząc do Sigismundusa. Tylko jak na standardy salonu szlacheckiego to właśnie działo się tu coś tak skandalicznego jak to tylko w plotkach o wyuzdanej szlachcie się zdarzało.
- Witaj ponownie Otto! - Bretonka przywitała się z nim radośnie z poziomu podłogi. Była tylko w swoich drogich, jedwabnych pończochach i gorsecie. Stała na czworakach w pokornej pozycji jaką tak lubiła. Była przodem do drzwi więc widział jej blade lico i ramiona. Oraz rytmicznie podskakujące, jędrne piersi. A rytm nadawały im energiczne biodra Teofano jaka stała za nią. - Wyobraź sobie Otto, że nasza Teo miała już doświadczenia z kobietami. Ale bez zabawek. Więc postanowiłyśmy jej pokazać co nieco. - Chociaż była na czworakach i zdradzała wyraźne oznaki podniecenia to jednak Bretonce udało się zachować ton jakby była całkowicie ubrana i rozmawiała ze szlachetnie urodzonym kolegą na jakiejś sali balowej.
- Tak! To jest świetne! Jeszcze nigdy tego nie robiłam ze szlachcianką! - Teo w roli jaką zwykle przyjmował mężczyzna, też wydawała się bawić przednie. A entuzjazm okazywała energicznymi ruchami bioder jakie co chwila klaskały o blade, wypięte pośladki czarnowłosej. - I Otto! Zobacz! - Nagle jakby cukiernik przypomniała sobie o czymś istotnym i wskazała palcem na nagie łono diwy. Jako jedyna z ich trójki siedziala na wygodnym, ozdobnym krześle. I właściwie wciąż była raczej ubrana. Chociaż podwinęła swoją bordową spódnicę przez co widać było jej smukłe, zgrabne nogi, też okryte drogimi, jedwabnymi pończochami.

link: https://i.imgur.com/wc0VI18.jpeg
- To jest to łono co mi się śniło! Z tym tatuażem ust w koronie! - Teo radośnie zawołała przerywając na chwilę pompowanie Fabienne. Oczywiście mnich już widział tatuaż teatralnej diwy a nawet wspomniał o tym rano córce Renate. Jednak kasztanowłosa dopiero teraz mogła się z nim tym podzielić. - To musiało chodzić o milady! - Mówiła z entuzjazmem dumna, że udało jej się odnaleźć kobietę ze swoich snów. - Tylko nie ma tej wypustki z ust do zapładniania czerwiami. A powinna wychodzić z ust jak język. Tak mi się śniło. - Przyznała z pewną dezorientacją, że teraz nie wszystko jest takie jak w jej śnie.
- Oh Otto, Teo cały czas mówi o tych czerwiach. - Diwa też zwróciła się do powracającego gościa. Przybrała ton jakby niezbyt wiedziała jak interpetować słowa młodej cukiernik. I teraz zwróciła się znów do niej. - Teo, to nawet ciekawa wizja. To abym ja zapładniała inne kobiety. Intrygujące. Tego jeszcze nie robiłam. Ale jakimiś czerwiami? Przyznam, że śmiałości tej wizji nie brakuje. Przez co jest interesująca. No ale niestety na razie nie mam żadnego języka do zapładniania innych kobiet więc musisz się zadowolić tym. - Miodowłosa mówiła z wyrafinowaniem wielkiej damy i podobnie jak jej bladolica koleżanka sprawiała wrażenie, że mówi na jakimś oficjalnym spotkaniu dla elity. Jednak na koniec złapała za głowę cukiernik i wbiła jej usta w swoje przypięte do bioder przyrodzenie. Przez chwilę było tylko słychać gulgoczące odgłosy dobywające się z gardła kasztanowłosej. Widząc to Bretonka podniosła się i głaszcząc wypięty tyłek cukiernik z bliska przyglądała się scenie miłosnej obu kochanek.
- A poza tym to ja tu przyjechałam aby mnie zbrzuchacił ktoś wyjątkowy. Tylko żaden mężczyzna. Co za nuda. Każda chłopka czy szlachcianka może być zbrzuchacona przez mężczyznę. A ja jestem ponadto. Dlatego liczę na lady Sorię, Lilly albo tych zwierzoludzi co gdzieś tam macie po lasach i trzymacie ich ode mnie z daleka. Sny mi obiecały, że wydam na świat wyjątkowe potomstwo. A dziś to mi się śniło, że jestem tak bliska rozwiązania, że czułam ruchy w swoim brzuchu. Jak się cudownie, podniecająco kierują do łona. Ale jeśli mam zapładniać inne kobiety no to też byłoby coś wyjątkowego. Tego jeszcze nie robiłam. - Diwa wyznała ze sporą dozą ironii ale doprawione rozgoryczeniem, że tak długo musi czekać na realizację swoich snów. Pirora i Fabienne zapewniły ją od razu, że tych zwierzoludzi nigdzie nie chowają tylko nie ma ich w okolicy poza umówionymi terminami. A ten najbliższy będzie już za trzy dni więc całkiem niedaleko.
-
Oryginalny autor: Santorine
Podczas wyprawy na kurhan
– Za jakieś parę tygodni turniej jest – rzekł Egon, ucinając cały spór. – Gadane było od początku, że wszystko, co w siole znajdziemy, będzie na Oster. Raisa rację ma, im szybciej rzecz rozpoczniemy, tym lepiej się ustawimy.
Egon stwierdził, że córka jarla niepotrzebnie chciała mieć kolejne branki. Po co? Helga i Martine zdały się być aż nadto. Chędożenie swoją drogą, ale plan dla kultu musiał wydać plony i nikt nie mógł mu zagrozić. Chuć też nie.
- No to bardzo dobrze! Róbcie sobie z nimi co chcecie! - Astrid nie ukrywała złości na Egona i resztę. Odwróciła się na pięcie i ruszyła gdzieś między wiejskie chaty.
- Wieczorem pochędoży to jej przejdzie. - Lars machnął ręką nie przejmując się za bardzo tym, że córka jarla się na nich obraziła. Raisa w ogóle nie wyglądała na zasmuconą, wręcz przeciwnie. Na jej pomarszczonej, oschłej twarzy pojawił się ciepły uśmiech do obu mężczyzn.
- Widzę, że umiecie się kierować czymś innym niż chędożeniem. To dobrze. To bardzo dobrze. Ja wam ziółek wieczorem zaparzę. Te ladacznice same będą przed wami ściągać spódnice. Jak wam coś by potrzeba to tylko powiedzcie. - Podeszła do nich obu i każdego pieszczotliwie pogłaskała po ramieniu. Jak dobra babcia swoich dorosłych ale wciąż kochanych wnuczków.
- To zróbmy to z nimi teraz. Pomożecie mi z nimi? Pójdźmy do jakiejś chaty albo szopy aby nikt nam nie przeszkadzał. Ale wiecie, jak zaczną wierzgać to ja stara mogę nie dać im rady. - Poprosiła ich jeszcze o pomoc nie chcąc zwlekać z zasianiem trzech młodych kobiet.
– Chodźmy – Egon zgodził się ochoczo, rad, że plan mógł nabrać rozpędu. – Nawarzysz im ziół, spróbujemy po dobroci najpierw, a jak nie, to przytrzymamy. Zrób tak, aby pasowało.
Co do Astrid zaś, nie rozumiał, czegóż kobieta zareagowała złością? Była to rzecz tego, że była córką jarla, tedy nawykła do posłuszeństwa i wydawania rozkazów? Albo też była to krew Norsmenów? Znała układ od początku przecież. Tak czy inaczej, Egon był gotów.
- No to gąski, idziemy na spacerek. - Lars uśmiechnął się do trójki tutejszych kobiet bo stały zdezorientowane gdy ich nowa pani tak nagle odeszła bez słowa wyjaśnienia. Popatrzyły teraz na korsarza i siebie nawzajem. - Ładnie proszę. - Rzekł wojownik uśmiechając się krzywo co dało znać, że w każdej chwili może przestać być tak miły. Trójka rybaczek zbiła się w ciasną grupkę jakby z tej bliskości czerpały poczucie bezpieczeństwa. I tak przeszli do jednej z pustych chat. Starucha zarechotała chrapliwie i postawiła swoją burą torbę na stole. Zaczęła w niej grzebać i coś tam klekotało dając znać, że sporo klamotów tam ma. Ale w końcu wyjęła mniejsze zawiniątko a z niego po kolei zaczęła układać glinane strzykwy Sigismundusa jakie wczoraj pokazywała Egonowi na plaży.
- Dużo ich nie mam. Ten wasz kolega to Merga mówiła, że ma ich więcej. Ale wystarczy po dwie dla każdej. Właściwie mam osiem. To dwie z nich można by zasiać nawet trzema. Albo zostawić na później. - Raisa mamrotała podekscytowana jakby zaraz miało się zdarzyć coś pięknego i przyjemnego. Trójka młodych kobiet stała na środku izby nie wiedząc czego się spodziewać. Lars stanął tak aby na wszelki wypadek mógł przechwycić którąś z nich, gdyby próbowała uciec przez drzwi. Więc to na Egona spadła bliska asysta czarownicy. Ta odwróciła się i popatrzyła chciwie na trójkę nosicielek.
- To pojedynczo. Kłaść się na barłóg i zadzierać spódnicę, zdejmować co tam macie. Muszę sprawdzić w jakim jesteście stanie. Abyście nie sprzedały czegoś złośliwego waszej nowej pani. - Powiedziała do nich całkiem przekonywująco. Ale, że chodziło o obnażanie się przed obcymi to dziewczyny nie zdradzały zbyt wielkiej gorliwości. Albo czekały która odważy się pierwsza. Egon nie był pewien czy uwierzyły starej czy nie.
- No nie róbcie problemów. Jak się same nie położycie to będziemy z Egonem musieli wam pomóc i my was położymy. - Lars mruknął luźnym tonem do trójki kobiet. Nawet w półmroku izby raczej trójka wątłych dziewczyn nie miałaby zbyt wielkich szans na szarpanie się z dwójką rosłych wojowników.
- No, chodźcie gąski. Ty - starucha zaprosiła je w stronę barłogu chcąc chyba sprawę załatwić w miarę polubownie. Wskazała swoim sękatym paluchem na blondynkę. Ta była wyraźnie speszona - no chodź, przecież ja też jestem kobietą. Wiem, żem stara no ale co się wstydzisz. Jak będziesz tam na dole miała wszystko w porządku to dobrze. Wasza nowa pani lubi jak tam jest wszystko w porządku. A jak nie, to posmarujemy tam czy tu i już będzie w porządku. - Stara nawet uśmiechnęła się do dziewczyny i przez chwilę wyglądała jak dobra babcia. A mówiła podobnie jak wiejskie guślarki jakie często były jedynymi znawcami chorób i położnymi na wsiach. Widząc to blondynka jeszcze chwilę się wahała ale w końcu podeszła do barłogu. Usiadła na nim, podwinęła spódnicę i zdjęła zwykłe, lniane majtki. Po czym położyła się na plecach i z napięciem obserwowała mroczny sufit chaty.
- Bardzo dobrze! Egon, zobacz czy nie ma tu czegoś do picia dla naszej mądrej pokojówki. - Starucha poprosiła gladiatora o pomoc. Piec był już wygaszony, pewnie od przybycia zbrojnych nikt tu nie dokładał. Ale można było znów rozpalić i coś zagrzać. Albo poszukać czy coś się nie ostało.
- Zostanę pokojówką? - Dziewczyna pierwszy raz odważyła się odezwać gdy Raisa zabrała swoją torbę i podeszła do niej. Usiadła obok leżącej dziewczyny. Rybaczka zaś pewnie uważała zostanie pokojówką za awans społeczny. Tylko bogaci ludzie z miasta i wielkie państwo w swoich włościach mieli pokojówki. A pracę w domu zwykle uważano za lżejszą niż w polu albo przy rybach.
- Na pewno. Taka miła i ładna dziewuszka. A wasza pani lubi miłe i ładne dziewuszki. Na pewno cię weźmie do osobistej służby. Do miasta zabierze. Byłaś już w miescie? - Raisa wyraźnie starała się zagadać kobietę snujac przed nią wizję wspaniałej kariery. Gdy sama nachyliła się nad jej nagim podbrzuszem i zaczęła przesuwać tam swoimi sękatymi rękami.
- Tak. Na festyny albo czasem na targ. - Odpowiedziała blondynka trochę się rozluźniając od tej rozmowy ale nie do końca. Lars bez skrupułów oglądał to wszystko z paru kroków. Dwójka pozostałych dziewczyn też ale już nie tak swobodnie. Jak z miejsca nie zaczęły się żadne gwałty a starucha mówiła z sensem to jednak trochę się uspokoiły.
- No to już prawie jesteś miastowa! - Wiedźma zaśmiała się żartobliwie. - Wasza nowa pani zamierza wrócić do miasta. I tam będzie się spotykała z innymi ważnymi ludźmi. To potrzebuje aby jej służki wyglądały i zachowywały się jak należy. Sam jej powiedz Egon, ty byłeś w tym mieście. Co tam ich nowa pani może porabiać? - Czarownica wolną dłonią dyskretnie wyjęła jedną strzykwę i przygotowała ją do użycia. Ale chciała aby i Egon wsparł ją w tym zagadywaniu dziewczyny co na razie odnosiło całkiem dobry skutek, że obywało się bez awantur.
– Ano, kiedy już wejdziem w Neues Emskrank, to was się w rzemiosło odpowiednie wprawi – rzekł Egon, który czuł się głupio, bowiem gadanina nie była jego specjalnością. – Rozumiecie…
Starał się przypomnieć, co robiła świta Froyi van Hansen, kiedy ta nie była na łowach.
– Przysposabiają ich do służenia, wcale poczciwy żywot wiodą, z dala od tych, no, łotrów co na drodze się zasadzają. Wybór dają. Albo się będzie posługi robiło, albo też jako osobista służba Astrid, więc pewnie wtedy jaką wyćwikę w fechtunku może by się robiło, bo przecież nowa pani rada będzie, kiedy jej służki ochronić ją będą mogły.
Egon plótł duby smalone, sam chyba nie do końca wiedząc, co miał powiedzieć. Jeśli te dwie kobiety miały w jakiś sposób być gorylami Astrid, prędzej już chyba miało nastać Czarne Słońce i sam Pan Krwi miał zawitać do Neues Emskrank, aby puścić wszystko w płomieniach.
Egon uśmiechnął się przymilnie, co, jak sądził, dało albo bardzo głupi, albo upiorny efekt z jego długą brodą.
- Możecie jeszcze służyć nowej pani o tak. Widzę, że dobrze wam idzie. - Lars rubasznie zażartował wskazując na blondynkę jaka leżała właśnie na plecach z zadartą spódnicą i nagim łonem. Ta zarumieniła się i nic nie odpowiedziała.
- No młodych to zawsze modne. A i wy młode i wasza pani młoda. Poczekaj aż ci cycki sflaczeją i zęby wypadną. Wtedy już takie głupoty nie będą dla ciebie istotne. No ale na razie młodzi wszyscy jesteście to i poużywać sobie chcecie. A wasza pani lubi sobie używać, oj lubi. - Stara gderała tak jakby bez względu na miejsce pochodzenia różnice między pokoleniami były takie same. Widać było jak przesuwa sękatymi palcami po nagim łonie blondynki. - No i dobrze, że cię sprawdziłam. Masz robaki. - Oświadczyła młodej z nienacka. Ta wybałuszyła na nią oczy w zdumieniu i szybko podniosła głowę aby spojrzeć na swoje podbrzusze. - Nie tu. Tam w środku. - Raisa pokiwała mądrze głową pokazując na brzuch rybaczki. To przestraszyło młodą jeszcze bardziej. - Dobrze, że cię sprawdziłam. Jak ty byś tak chciała z tym robactwem w środku służyć waszej pani i jej gościom? - Zapytała raczej nie oczekując odpowiedzi.
- A to… Da się coś zrobić? - Wymamrotała przestraszona blondynka. Starucha udała, że się zastanawia. Po czym sięgnęła po strzykwę jaką miała wcześniej przygotowaną i pokazała dziewczynie.
- Mam lekarstwo. Wpuszczę ci to do środka. Parę dni to potrwa. Wszystko tam w środku musi się zmacerwać. Ale lekarstwo wystraszy robaki i zacznął z ciebie wychodzić. Za parę dni, może tydzień. Wtedy pozbieraj je i przynieś do mnie. Tylko nikomu nie pokazuj! Tylko nam możesz zaufać. Ja muszę zobaczyć co to za robaki aby wiedzieć czy to już wszystkie czy trzeba będzie jeszcze raz wpuścić ci to lekarstwo. Dlatego nie zabijaj żadnego robaka jaki z ciebie wyjdzie tylko zbierz je wszystkie i przynieś do mnie. Za parę dni, może tydzień. Rozumiesz? - Stara mówiła zupełnie jak guślarka jaka omawia z wieśniaczką co trzeba zrobić i dlaczego. Może dlatego młoda chłopka pokiwała gorliwie głową i nie protestowała.
- Wy też możecie to mieć. To się przenosi przez wodę, jedzenie, powietrze, zwierzęta. Dlatego też was muszę sprawdzić. - Zwróciła się do dwóch stojących w pólmroku dziewczyn. Te pokiwały ze zrozumieniem głową i wydawały się akceptować takie rozwiązanie. Wiedźma więc zabrała się za “leczenie”. Wzięła strzykwę i przystawiła czubek do nagiego łona blondynki. Po czym naparła na nie tak, że podłużny pojemnik zaczął wsuwać się do środka. Dziewczyna sapnęła cicho ale poza tym nie okazywała zniechęcenia. Przyciągało to wzrok jak część jakiegoś misternego rytuału. Prawie cała strzykwa znikła w ciele dziewczyny nim stare ręce zielarki ją zatrzymały. I zaczęły napierać na tłok aby wpuścić zawartość do środka. Dziewczyna znów sapnęła i zaczeła nieco szybciej oddychać jakby przeżywała to coraz bardziej. Jednak nie stało się nic spektakularnego. Tłok w końcu doszedł do dna i wtedy starucha powoli wyjęła pustą już strzykwę. Zaśmiała się ze złośliwej uciechy odkładając pojemnik na bok i sięgając do swojej torby po kolejny. - To jeszcze jeden, tak na wszelki wypadek. - Zwróciła się do dziewczyny a ta pokiwała głową. Parę chwil i kolejna porcja jaj Oster wylądowała we wnętrzu wieśniaczki. Raisa ledwo ukrywała dobry humor.
- No i już gąsko! Już po wszystkim. Możesz się ubrać. I pamiętaj co ci mówiłam o tych robakach. Przynieś wszystkie do mnie. - Powiedziała dobrodusznie do leżącej blondynki. Ta pokiwała głową, wstała i zaczęła się ubierać. A starucha wezwała gestem kolejną chłopkę. Ta już wiedząc czego mniej więcej może się spodziewać współpracowała dobrowolnie i po chwili zajęła miejsce swojej poprzedniczki.
– Łatwo poszło – rzekł Egon do Raisy.
Wojownik, który nie wiedział wcześniej, jak szeptucha zasiewa kobiety larwami Oster, spodziewał się jakichś wyjątkowo obrzydliwych, brutalnych rytuałów, wcale nie gorszych, niż obrzędy do Pana Czaszek. Lub też cokolwiek, co mogło pójść źle - zdało się, że Raisa rzeczywiście znała się na swym rzemiośle.
Egon postanowił robić to samo, co wcześniej, czyli pozwolić Raisie pracować ze strzykwą.
Całe to zasiewanie nowych nosicielek poszło całkiem gładko i bez ekscesów. Każda z trzech, młodych rybaczek kolejno kładła się na tym samym barłogu gdzie wcześniej ich nowa pani prowadziła negocjacje z Gezacktem i Szybkim, zadzierała spódnicę i czekała aż Raisa zrobi swoje. A ta mówiła im, że mają w środku robaki ale jej lekarstwo je wypędzi na zewnątrz tylko za parę dni. No i jak z nich wyjdą to aby ją zawołać albo zebrać te robaki i przynieść do niej. Pod koniec to już to wyglądało prawie jak rutynowa rozmowa u jakieś guślarki. Lars bez skrępowania oglądał sobie nagie wdzięki młodych wieśniaczek ale też się rozluźnił widząc jak spokojnie odbywa się to zasiewanie. Dziewczyny zaś chyba uwierzyły w tą wersję o lekarstwie starej kobiety i nowych możliwościach jakie niosła ze sobą służba u nowej, młodej pani. Zwłaszcza jak miała je zabrać do miasta i praca mogła być lżejsza niż przy rybach i sieciach.
- Widzisz? Nic trudnego. Wystarczy mieć taką z rozłożonymi nogami i wsunąć jej taką strzykwę do środka. I gotowe. - Raisa mruknęła cicho do gladiatora gdy już było po wszystkim. Zebrała puste strzykwy do torby i całą grupką wyszli z powrotem przed front chaty. Trzy młode kobiety wygladały tak samo jak przed dwoma pacierzami. I nic nie wskazywało, że w swoich trzewiach noszą dziedzictwo pradawnych Sióstr jakie za parę dni wydadzą na świat.
- Zostały my dwie strzykwy. Może się jeszcze jakaś trafi. Ale jutro pewnie dojdziemy do miasta to ten wasz kolega ma podobno ich więcej u siebie. Trzeba będzie zdobyć nowe nosicielki i je he he nadziać farszem tak samo jak te trzy gąski. - Wiedźma wreszcie mogła dać upust swojej radości i satysfakcji ze spełnienia woli swojej patronki. I z optymizmem zdawała się patrzeć na możliwości dalszej hodowli już w mieście.
– Dobrze, bardzo dobrze – Egon pokiwał głową. – Zobaczymy, co z tego będzie.Larwy miały się wkrótce wylęgnąć, zatem jeśli będą mogli w przeciągu paru dni zagospodarować dwie pozostałe strzykwy, rzecz z turniejem będzie rysować się jako coś do zrobienia - Egon przemyśliwał.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim był zadowolony, że operacja sprowadzenia do miasta Darcy i Marlene się powiodła. W takim razie Slaaneshytki będa mu winne kolejną przysługę, liczył na ich wsparcie przy odnalezieniu dziedzictwa Vesty.
- Mówicie o uczonej w niebieskim stroju, która kieruje się do miasta i interesują ją sny? - Zadumał się. - Może to ktoś wiedziony zewem Siostr? Mam nadzieję, że nie jakas łowczyni albo kolejna Morrytka.
-Natomiast co do dziewczyn, to dobrze, mogę je u siebie przenocować na jedną albo dwie noce, mało kto do mnie zagląda, w piwnicy znajdzie się miejsce - skinał głową na prośbę dziewczyn. Dom Magistra wydawał się jedną z bezpieczniejszych tymczosowych kryjówek w mieście.
Co do dalszych poczynanań, miał zamiar w wolnych chwilach zająć się w trzewiach swojego laboratorium badaniem promieniującej mocą figurki. Ciekawe, czy można było jej użyć do czegoś jeszcze poza przywołaniem demona - przy czy w tej kwestii musiał zachować ostrożność. Szkoda, że nie było Mergi żeby jej pokazać ten artefakt związany z ich Panem.
Poza tym w ciągu najbliższych dni planował udać się do Akademii, by poszukać Tobiasa i przy okazji sprawdzić stan spraw tam w związku z ich planami infiltracji. On sam przecież tez złożył wniosek o przyjęcie go jako wykładowcę przynajmniej w niepełnym zakresie pracy, ciekawe czy ta kwestia została już przeprocosowana przez uczelnianą biurokrację.
No i chciał też zapytać się Łasicy gdzie moze znaleźć Starszego by zdać raport na temat ostatnich wydarzeń i nowo odkrytego plemienia zwierzoludzi, z którym mogli współpracować.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Miejsce : Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas : 2519.07.22; Marktag; popołudnieMnich strzelił językiem w udawanej dezaprobacie kiedy ujrzał trójkę kobiet.
- No nie, nie mogę was nawet na chwilę zostawić, abyście nie zaczęły zrzucać z siebie ubrań, wstyd. - ton Chaosyty był srogi, ale w ten wyolbrzymiony sposób. Niczym nauczyciel, który złapał uczniów na kradzieży kredek
- Przyprowadziłem wam młodą, nową koleżankę. Dziewczynę, która przybyła do was w nadziei, że pomożecie spełnić jej nadzieję na zostanie matką much. A wy jak zwykle myślicie tylko jak zaspokoić swoje chucie. - mnich pokręcił głową, postawił chwilę się jeszcze pobawić się z dziewczynami.
- Wstyd i hańba, nie godna dam o takim wysokim pochodzeniu jak wy. Od Łasicy, czy Burgund bym się tego spodziewał, ale od was… - srogie spojrzenie mnicha w końcu złagodniało, a mężczyzna się zaśmiał - No, nie mogę się na was gniewać. Oddałyście się temu, komu miłe wasze chucie. Odmawianie wam ich byłoby świętokradztwem. Mam dobre nowiny Teofano… - mnich sięgnął pod szaty i wyciągnął strzykawki, które otrzymał od Dorny - Mam wszystko potrzebne, aby obdarzyć cię twym wyśnionym potomstwem i pożywkę dla nich, aby były silne i zdrowe. Lady Odette, mogłabyś mi pomóc? W końcu to ty jesteś wyśnionym "ojcem" tych maleństw. -
Oryginalny autor: Santorine
Pod ruinami
– Cholerne gusła – Egon wymamrotał jeszcze dosadną mieszankę przekleństw pod nosem, wiedząc, że jeśli w sprawę wchodziło czarnoksięstwo, nic dobrego nie przyjdzie z tego.
Egon kurhany pojmował jako rzecz dodatkową, niebezpieczną. W starych ruinach mogli znaleźć wszystko - złoto i drogocenne przedmioty, ale mogli także nie znaleźć nic, jeno ponieść straty i walczyć jeszcze z lichem, które się tam gnieździło.
– Może coś być – odparł do Larsa w zamyśleniu. – Jeśli magia w istocie, Raiso, trzeba będzie zdać się na twoją protekcję. Znasz się na rzeczy jako jedyna tutaj.
Egon, imaginowawszy, że wdał się w łaski Raisy wcześniej z jajami Oster, miał nadzieję, że starucha okaże odpowiednio swoje względy dla niego.
– Jest jakiś łatwy przystęp do ruin? – zapytał, trochę Zoga, trochę Raisę.
- No co mogę to wam pomogę ale nie wiem co tam się kryje. - Starucha odparła patrząc w zamyśleniu w stronę kurhanu i dziwnej budowli jaka go porastała. I zapadła w milczenie, skubiąc przy tym kawałek zerwanej gałązki. Widząc, że nie zanosi sie aby coś od razu odpowiedziała odezwał się Lars. Ale nie do nich tylko do trójki młodych chłopek.
- Którędy chodzicie do tego kurhanu? - Popatrzył na nie wyczekująco. One zaś spojrzały na niego spłoszone tym, że ktoś oprócz Astrid, zwrócił się do nich bezpośrednio.
- My nie wiemy, my tu nie chodziły. To daleko w las. Ojce zawsze tu chodziły. - Wydukała blondynka. Korsarz pokiwał głową i wrócił do swoich towarzyszy.
- Chyba nie ma się czego bać. Jak te durne wieśniaki tu przychodziły to i my damy radę. - Lars wydawał się być pewny siebie. Wyraźnie pogardzał chłopami i uważał, że jak oni czemuś podołali to on z towarzyszami tym bardziej.
- Mogę wysłać mój rój. Ale dopilnujcie aby mi nie przeszkadzano. - Stara ropucha odezwała się w końcu gdy się namyśliła co robić. Lars wzruszył ramionami.
- Ja z tobą pójdę. A wy tu miejcie na wszystko oko. - Korsarz zgodził się pomóc wiedźmie i oboje ruszyli w las.
- Gdzie oni idą? - Gezackt zauważył ich odejście i zapytał Egona co się dzieje. Ten wiedział, że w Imperium wszystko co związane z mocą budzi lęk i nieufność więc postępowanie Raisy aby odejść gdzieś poza zasięg widoczności większej grupy, wydawał się sensowny.
– Idą, aby załatwić nam bezpieczne przejście – wyjaśnił Egon Gezacktowi. – Poczekajcie no, panie Gezackt. Tutaj fachowcy przy robocie są, przeszkadzać im nie można. Niechaj mistrzyni porobi, co uważa za słuszne… Uważacie, ruiny, panie Gezackt, nie? Licho trzeba lichem obić, trza podstępem. Nikt nie wie, co wewnątrz zastaniemy. Musimy rozwagę wykazać…
Szepnął jeszcze do Zoga, który, miał nadzieję, potrafił czytać jego myśli:
– Ja tu będę pilnował, a ty jeszcze Raisy dodatkowo przypilnuj. Wołaj, jakby trzeba było czego jeszcze.
Egon bacznie obserwował, co się dzieje wokół niego. Nie sądził, aby Gezackt próbował coś robić - pewnie poczeka grzecznie. Miał tylko nadzieję, że z tych przeklętych ruin nie wyjdzie nic.
- Mistrzyni? - Gezackt zdziwił się słysząc to wyjaśnienie. Spojrzał niepewnie najpierw na Astrid jaka znów rozmawiała z Martin. Zapewne młoda i bogaciej ubrana kobieta bardziej mu pasowała do jakiegoś nobliwego tytułu. Później jednak odprowadził wzrokiem odchodzą z Larsem Raisę. I chyba domyślił się, że to jednak o nią chodzi. Został jednak na miejscu. - To ona jest jakaś mistrzyni? A czego? - Zaciekawił się staruchą na jaką wcześniej najwyraźniej nie zwrócił większej uwagi. Zoga już nie było z nimi. Usłyszał Egona czy nie to i tak zniknął z pola widzenia. Bjorn nie mówił w języku południowców więc do rozmów został tylko gladiator i córka jarla.
- W zasiewaniu nowego życia. - Odparła zgryźliwie Astrid która jednak musiała usłyszeć pytanie herszta. Teraz on na nią spojrzął zdezorientowany.
- Co? - W ogóle nie zrozumiał o co jej chodzi. Blondynka prychnęła ale chyba już nie była taka zła jak na wyjściu z wioski.
- Jak chcesz aby drąg zapłonął, jak nie chcesz aby zaszła w ciążę, jak chcesz aby zaszła w ciążę, jak zaszła a nie chcesz aby urodziła to coś na spędzenie płodu. Jak chcesz aby cię miłowała tak, że sama będzie spódnicę przed tobą zadzierać. To na takich rzeczach zna się Raisa. - Norsmeńska szlachcianka mówiła nieco zirytowanym tonem ale mniej więcej opisała to czym najczęściej się zajmowały wiejskie guślarki. A nie wszystkie umiały korzystać z mocy.
- I teraz po to poszli? No nie mieli kiedy. Co dalej robić z tym kurhanem trzeba uradzić. Dzień nie będzie czekał a wolałbym wieczorem grzać gnaty w tej wiosce a nie tutaj. - Wydawał się być trochę zirytowany tą zwłoką jaka wydawała mu się bezcelowa. W końcu nic nie wiedział o tajemnych możliwościach starej jędzy.
- Szkoda, że lady Sorii nie ma z nami. Tu tyle wody, że akurat jak dla niej. No i jak poradziła sobie wczoraj z tymi krabami to dzisiaj też pewnie by dała radę. - Astrid podeszła do Egona i rzuciła mu cicho swoje spostrzeżenie. Zdawała się czerpać nie tylko przyjemność z bliskości wężowej milady ale też i otuchę. Zwłaszcza jak mieli mieć do czynienia z czymś nadnaturalnym.
- O! A co to! - Zawołała Martin wskazując na coś co wyglądało jak dziwny, ciemny obłok. Tylko leciał od strony lasu w kierunku kurhanu. Zupełnie jak wczoraj ten ruch much jaki Raisa posłała na wrak ze skarbem zanim jej towarzysze tam dokicali. Tylko teraz odległość była większa to nie można było mieć pewności czy to to. Zwłaszcza, że to ciemne coś oddalało się od nich dość szybko. Ludzie Gezackta też obserwowali w napięciu ten dziw nie wiedząc co to może oznaczać.
“Hm, zapewne to i Raisa wzięła się do roboty”.
– Prawda to, grzać gnaty w siole lepiej, niż głuszy – Egon skinął głową. Miał nadzieję, że jego spokojny ton uspokoi także Gezackta – Ale poczekać trzeba, aż nasi załatwią, co mogą. Dużo czasu nie zajmą… Tak myślę. Zaraz wrócą.
W istocie spodziewał się, że Raisa i Lars wrócą lada chwila. Skoro rój poleciał, zapewne Raisa była w stanie powiedzieć, co zobaczyły setki oczu much - tak to bowiem chyba działało?
Rzekł jeszcze do Astrid:
– Prawda to, ale nie możemy polegać jeno na możliwościach milady Sorii. Trza nam także się wykazać samym.
Czekał, aż Raisa powróci, tylko wtedy bowiem mogli zacząć działać.
- Ale pamiętasz, że umówiliśmy się z nią przy tych kamieniach a nie w tej wiosce? Mówiłeś, że wiesz gdzie te kamienie. To daleko stąd? - Astrid przypomniała mu cichym tonem. Zachodnie Kamienie były niedaleko na zachód od miasta. A stąd to było pewnie ze dwa, trzy albo i cztery dzwony marszu. Właściwie ta sama droga co do miasta. Ot, tyle, że kamienie stały poza nim więc nie musieli się obawiać zamknięcia bram po zmroku. A milady umawiała się z nimi na spotkanie przy Zachodnich Kamieniach na ten wieczór lub jutrzejszy poranek.
Na powrót Raisy i Larsa musieli trochę poczekać. Banda Gezackta rozsiadła się po zwalonych pniach i kamieniach. Rozmawiali przyciszonymi głosami. Nie przegapili jednak powrotu starej kobiety i korsarza. Wiedźma zaś dała znać aby Norsmeni zgromadzili się przy niej. Zresztą i tak byli ciekawi co jej się udało ustalić więc nawet jak ktoś nie przepadał za nią to i tak się zbliżył.
- Tam są chodzące trupy. - Powiedziała cicho starucha. - W środku. Jest wejście, można wejść do środka. Ciemno, bez pochodni nic nie widać. Moim muchom to nie przeszkadza ale nam światło będzie potrzebne. Czegoś pilnują te trupy. Pewnie jakiś pradawny grobowiec jarla albo szamana. Wyczuwam moc. Zakłócona. Może te gobliny coś uszkdziły i sie uwolniła. Rozlała się po okolicy. Dlatego nie wyczuwam zbyt wiele detali. Może jakbym była blizej tych ruin. Cała okolica promieniuje mocą. Musicie uważać. - Starucha streściła co udało jej się dowiedzieć dzięki wysłanemu rojowi. Ale Lars raźno uzupełnił jej opowieść.
- I jak zwykle nie powiedziała najważniejszego. Tam są talerze, misy i dzbany. Widać, że będzie co brać! A z trupami sobie poradzimy. One są słabe. Jedno, dwa ciachnięcia toporem i się rozpadają. Już z nimi walczyłem. - Korsarz wydawał się być pewny tego, że mimo tych trudności powinno udać im sie udać splądrować grobowiec.
- To byłby odważny czyn! Byśmy zdobili nie tylko łupy ale i do miasta byśmy weszli z przytupem jako pogromcy chodzących trupów! - Astrid chociaż w ich gronie nie była najsprawiejszą wojowniczką to tak samo jak wczoraj zdradzała żyłkę awanturnika oraz potrafiła sprzedać sukces w dobrym świetle.
- Ale te trupy mają złe wejrzenie. Serce żywych może struchleć jak je zobaczą. Mogę wam zrobić napitek odwagi. Ale nie starczy dla wszystkich. - Starucha machnęła głową w bok na znak, że chodzi jej także o ludzi Gezacta których nie była pewna jak by się mogli zachować w zetknieciu z chodzącymi trupami.
- A w ogóle mówimy im? - Zapytała cicho Astrid też nie do końca wiedząc jak to przedstawić nowym wspólnikom. A ci widząc to zebranie Norsmenów patrzyli na nich coraz bardziej podejrzliwie.
– Czemu nie, przecież wkrótce będą służyć nam – rzekł Egon. – Nie minie dzień, dwa, a Gezackt i jego czereda będą robić na usługach Larsa, sprowadzać branki dla nas, niewolnice dla ciebie i więcej chłopek na zasiew Oster. Jeśli weźmiemy bitwę, w której zrozumieją, że dla nich to korzyść z nami się zadawać, będą nam ufać. Ale poniechajmy mówienia im, gdzie są skarby… Najpierw my położymy na nich łapę, a później się zobaczy, na ile Gezackt jest warty tego, żeby się z nim dzielić.
Egon zastanowił się przez parę chwil co do mikstury na odwagę. Prawda to była, że jeśli ktoś wypił więcej, mniej był podatny na efekty nienaturalnej grozy, którą wzbudzały żywe trupy, jednak, czy mieli tutaj jakiś określony cel? Egonowi zdawało się, że jeśli tylko wszyscy mogli spróbować nieco, to jako masa będą bardziej wytrzymali, choć tylko nieco. Przemyślawszy sprawy, rzekł:
– Nawarz tej esencji na odwagę, Raiso – rzekł Egon. – Niechaj wszyscy się napiją, albo ci, co chcą.
Tu zwrócił się wreszcie do Gezackta i jego ludzi, którzy popatrywali na nich nieufnie:
– W lochu złe jest, niespokojni martwi są – rzekł Egon do Gezackta. – Niebezpieczne, trupy, które zła magia wybudziła z ich grobów. Jeżeli tam wejdziemy, musimy się przygotować na walkę. Będziemy warzyć esencję, co sprawi, że zmężniejemy. Chcecie nieco? – zapytał Egon.
- No właśnie, potrzebujemy więcej niewolnic. Najlepiej młodych i ładnych. Będzie się potem można z nimi zabawić. - Astrid spodobał się pomysł Egona. Zalotnie pogłaskała go po ramieniu jakby już mu nie pamietając, że jeszcze w wiosce była na niego zła.
- I więcej dla jaj Oster. Tak. - Starucha też wydawała się aprobować jego propozycję rozwinięcia wspólnej działalności z ludźmi Gezacta już pewnie w mieście. Chociaż doceniała to z całkiem innych powodów niż młodsza koleżanka.
- Tak, jak zobaczą, co umiemy i wiemy to będzie nam łatwiej się dogadywać. Jak zobaczą co mogą zyskać na współpracy z nami. Więc dobrze aby przeżyło ich jak najwięcej. A sukces ściąga ludzi to jak inni zobaczą, że nam się wiedzie to łatwiej będzie zwerbować kolejnych. - Lars doceniał co innego i rad był na pełniejszą współpracę z Gezackiem. Mieli ze sobą liczebność jakiej brakowało Norsmenom. A i z charakteru pasowali do jakchś zbójników albo milicjantów którzy jak było widać nie mają zbyt wielu skrupułów w obyciu z wieśniakami.
- Martin mi powiedziała, że ona jest z Hochlandu. A reszta to różnie ale mało kto jest stąd. Trochę się już razem szwendają. Służyli już różnym panom. To przecież mogą służyć i nam. Może to nie to samo co drużyna naszych wojów no ale od czegoś musimy zacząć. - Astrid podzieliła się z kamratami informacjami jakie widocznie po drodze zdobyła od swojej nowej, blond koleżanki.
- A ja przygotuję tą wodę odwagi. Zaraz będzie gotowe. - Starucha sięgnęła do swojej obskurnej torby i wyjęła z niej jakąś butelkę z płynem. Odeszła kilka kroków i coś tam zaczęła mamrotać i ruszać rękami. Egon poczuł po chwili mrowienie na karku i suchość w ustach. A po chwili wiedźma wróciła do nich i podała butelkę. - Już. Niech każdy wypije po łyku. To doda odwagi. Bo od spojrzenia martwiaków serce truchleje - rzekła niczym wioskowa guślarka. Lars pierwszy wziął i wypił łyk i podał Bjornowi. Ten chyba zapytał co to bo rozmowy w reikspiel nie rozumiał. A kamrat pewnie mu wyjaśnił bo barbarzyńca bez wahania upił łyk i podał Astrid. Ta też wypiła bez szemrania i przekazała butelkę Egonowi.
Egon w milczeniu wziął popitkę i golnął sobie solidnie, zanim podał dalej. Napój był gorzki jakiś i nieprzyjemny, ale nie tak, aby był nieznośny. Po przełknięciu paru łyków poczuł gorąco i coś na kształt letargu, ale to minęło niemalże natychmiast. To, co pozostało, to było jakieś uczucie otępienia, zobojętnienia.
– Dobra, ludzie – rzekł do wszystkich już, także i do Gezackta z jego bandą. – Bjorn, Astrid i ja pójdziemy przodem, razem z jednym z twoich ludzi, Gezackt. Lars niechaj osłania tyły, razem z twoimi ludźmi, bo ranny jest, nie może w środek bitki wchodzić. Twoi ludzie niechaj obejmą lewe i prawe flanki, zaś Raisa niechaj trzyma się daleko z tyłu. Zog zaś… Hmm… Rzeknij no, Zog, umiesz i podziemia przepatrywać, aby marszu nie spowalniać? Wszak przepatrzyliśmy wszystko chyba, co trza, ale mógłbyś nam gadać o pozycjach tych żywych trupów.
To wyrzekłszy, Egon przygotował się do wymarszu. Był gotów.
- Dobra, możemy tak zrobić. - Gezackt po chwili zastanowienie przystał na plan Egona. Odwrócił się do swoich ludzi i zaczął ich dzielić na mniejsze grupki jakie miały zadania mniej więcej takie jak zaproponował gladiator. Bez zajęcia została tylko czwórka młodych niewolnic. Ale Astrid niczym wielka pani, nonszalancko kazała czekać na swój powrót i poprosiła Helgę aby przypilnowała trójkę nowych służebnych. Ta odwdzięczyła jej się ciepłym i dumnym uśmiechem z okazanego zaufania. Trójka wieśniaczek, przynajmniej na razie, nie sprawiała kłopotów. Jakby wcześniej kreowana podczas zasiania larwami wizja nowej służby w mieście trafila im do przekonania. Pozostało już tylko pokonać te kilkaset kroków mokradła aby dostać się do kurhanu i mieszczących się w nim ruin.
- No to Martin, chodź z nami. - Córka wodza poprosiła zieloną łuczniczkę aby to właśnie ona była jednym z ludzi herszta drugiej bandy jaka miała im towarzyszyć na czele pochodu. Widać było, że na wielu twarzach zbirów maluje się cicha ulga, że nie muszą isć na czele tego pochodu tylko Norsmeni wzięli tą niepewną rolę na siebie.
Przemarsz jednak okazał się znacznie trudniejszy niż to wyglądało na pierwszy rzut oka. To co wydawało się podmokłą łąką albo zwykłą, błotnistą kałużą potrafiło wciągnąć nogę po kostkę, kolano a czasem i po pas. Więc chociaż początkowo nawet wyglądało to nieźle, z grupką Norsmenów na czele, kilkoma zbrojnymi po bokach i główną grupą za nimi przerodziło się w spocone przeklinanie, wyciąganie nóg z trzęsawiska. Co jakiś czas ktoś się przewrócił albo jedni pomagali wydostać się z błotnej pułapki pozostałym. Czasem okazywało się, że komuś udawało się fartem znaleźć mniej zdradliwy kawałek i niechcący wysuwał się na czoło gdy pozostali grzęźli w mokradle. Im bliżej było kurhanu tym bardziej każdy chciał się tam dostać wierząc, że ta niewielka wysoczyzna, zapewni stabilniejszy i suchszy grunt. Wreszcie pierwszym z nich udało się tam dotrzeć gdy reszta była już mocno rozproszona i jeszcze zmagała się aby pokonać ostatni fragment drogi.
- Chodźcie tędy! Tu jest płycej! - Wołał do nich Gezackt. Chociaż początkowo szedł w centrum grupy to razem z jednym ze swoich ludzi poszczęściło mu się na tyle, że we dwóch dotarli pierwsi do podnóża kurhanu. Teraz stali w tym miejscu, mokrzy, ubłoceni i rozeżleni ale starali się pokazać pozostałym którędy była szansa dotrzeć na miejsce nie tak trudno. Egon, Astrid, Zog i jeden z łuczników mieli już niedaleko. Martin która początkowo szła z nimi stopniowo zostawała w tyle i w końcu odpadła im z grupy prowadzącej. Za nimi przez mokradła człapało kolejnych dwóch zbrojnych Gezackta. Jeszcze dalej widać było Larsa, Bjorna, blond łuczniczkę w zielonym kubraku i jeszcze jednego ze zbirów. Pozostałym brakowało jeszcze spory kawałek ale wyglądało, że wkrótce wydostaną się z tej błotnistej brei.
- Tam jest wejście! - Zawołał do nich łucznik Gezackta. Pokazywał dłonią przed siebie. Z trzęsawiska widać było tylko jakieś duże kamienie. Jakby oparte o siebie to być może faktycznie mogły tworzyć jakieś wejście pod spodem.
- Idź i się przyjrzyj. Drzyj się jakby coś stamtąd wylazło. - Polecił mu herszt a łucznik wyraźnie nie wyglądał na zachwyconego takim zadaniem. Ale wykonał polecenie. Egon z towarzyszami widzieli jego plecy odziane ciemnozielonym kubrakiem jak idzie gibko w górę kurhanu. A jego wierzchnik pozostał na obrzeżach, czekając aż pozostali też dotrą na miejsce. Nagle wydarł się jednak nie zwiadowca tylko Martin.
- Coś mnie złapało! Trzyma mnie! - Blond łuczniczka krzyknęła przestraszona. Po kolana była w mętnej wodzie a trawa zasłaniała ją po jej smukłe uda. Zmagała się z czymś jakby rzeczywiście coś ją pochwyciło. Ale szybko z krzykiem upadła i widać było tylko szamoczącą się trawę i słychać jej urwane krzyki.
- Tam się coś rusza! - Zwiadowca który zdążył dotrzeć na miejsce odwrócił się do herszta i pokazywał coś palcem w stronę pochylających się ku sobie kamieni.
Egon pochwycił topór i rzucił się w stronę Martin. “Kiedy przyłożę rękę do uratowania jej kurewki, Astrid pewnikiem będzie mi wierna” - przeszło szybko przez głowę Egona. I rzecz druga, Martin, pośrednio, była teraz jednym z jego ludzi - Gezackt bowiem wkrótce miał podlegać jemu.
Wojownik przesadził szybko pas moczaru, woda zachlupotała, mokre bajoro rozwarło się przed szybkimi krokami wojownika.
Egon ruszył z powrotem z kierunku z jakiego przyszli. Słyszał jak Astrid biegnie za nim. Nie tylko ich dwójka ruszyła na pomoc blondynce na jaką córka jarla miała ochotę. A inni mieli znacznie bliżej do zaatakowanej łuczniczki. Gladiator widział, że Szybki, jaki przez to morkadła został bardzo spowolniony i teraz był na tyłach ich grupy, też biegł na pomoc koleżance. I jak dopadł na miejsce pierwszy. Krzyknął coś niezrozumiale i zaczął coś dźgać swoją włócznią. Po chwili dobiegł do niego Bjorn co też był bliżej Martin niż nadbiegająca dwójka. Berserker krzyknął coś ale po norsmeńsku więc Egon nie zrozumiał. Ale zauważył gdzie wskazuje topór kamrata.

To był jakiś ruchomy trup! Wyłaniał się z mętnej, bagiennej wody. Bezoki, ze szlamem przeciekającym między starymi kośćmi, z jakimiś ohydnymi resztkami mięsa, skóry czy ubrania. Bez żadnego słowa szedł w kierunku żywych. Bjonr krzyknął swój okrzyk bojowy, chyba czcząc Krwawego Ogara ale po norsmeńsku więc Egon nie był pewien. I z toporem rzucił się na wynurzającego się truposza. Gladiator podbiegł już na tyle blisko aby widzieć, że Szybki zmaga się z drugim jaki widocznie spod wody zaatakował Martin. Ona leżała na grząskim gruncie próbując nogami skopać z siebie martwego przeciwnika. Brodacz czuł instynktowną obawę wszystkich żywych przed tym co powinno od dawna spoczywać w grobie. Ale nie na tyle aby go to zahamowało. Obok dojrzał jeszcze dwóch truposzy jacy wyłaniali się w pobliżu Martin i Szybkiego. Jeden z włóczników i tarczownik co byli w pobliżu po chwili zwłoki ruszyli aby wesprzeć kamratów. Astrid nie straciła werwy i wciąż biegła tuż za Egonem.
– Przeklęte martwiaki! – Egon ryknął, aby dodać sobie animuszu wobec mimowolnej grozy, którą czuł. – Dziś zakosztujecie śmierci raz jeszcze!
Gladiator zaatakował swym toporem - “odsłonięte kości to dobry znak?” - pomyślał. Przez chwilę tknął go absurd sytuacji, w jaki sposób żywe trupy poruszały się, skoro nie było ścięgien i mięśni, które mogły poruszać nieumarłymi korpusami? Nie było jednak czasu na przemyślenia, trzeba było działać, atakować!
– Aaaargh!!! – Egon wrzasnął, biorąc trupa atakującego Martin na swój cel.
Gladiator się zorientował, że zanim dobiegł do powalonej Martin to kilka osób co było bliżej niej, niż on, zdążyło już włączyć się do walki. Chociaż częsć wyraźnie się wahała przed skrzyżowaniem broni z chodzącymi trupami. Gdy kultysta dotarł na miejsce Szybkiemu, Bjornowi i dwóch zbrojnym udało się już powalić jednego z martwiaków. Jednak z bagiennej wody wynurzył się kolejny. Właśnie na niego uderzył Egon. Jego mocarne ramię prawie od razu zadało potężny cios. Ostrze topora zgruchotało przegniłe żebra. U żywego wojownika byłaby to potężna rana jaka mogła go wyłączyć z walki. Na chodzącym trupie jednak zdawało się to nie robić żadnego wrażenia poza chwilowym wybiciem z rytmu. Nawet nie jęknął a na twarzoczaszce ledwo okrytą resztkami skóry nie pojawił się żaden wyraz. Astrid też dołączyła do tego starcia. Ale albo za bardzo chciała zadać cios i nie zdążyła się cofnąć przed atakiem martwiaka albo nie wzięła pod uwagę, że wciąż może być zdolny do walki po potężnym ciosie imperialnego towarzysza. W każdym razie udało mu się ją sieknąć, że córka jarla krzyknęła krótko ale chyba z zaskoczenia a nie bólu. Dzięki temu zaangażowaniu przeciwnika Egon zyskał okazję aby zadać mu kolejny cios. Równie potężny jak ten pierwszy. Topór zgruchotał czaszkę i przebił się przez połowę żeber powalając martwego wojownika. Z kościanym grzechotem okryty resztkami ciała i ubran szkielet uderzył w błotnistą wodę z jakiej przed chwilą się wynurzył.
Jak się okazało inni też poradzili sobie z pozostałymi truposzami. Teraz wszyscy rozglądali się dookoła czy nie wynurzaja się następni przeciwnicy. Na razie jednak panował bagienny bezruch i cisza.
- Martin! - Astrid podbiegła do powalonej łuczniczki. Ta była cała mokra, ubłocona i pokryta kawałkami trawy. Zresztą nikt z nich nie był już zbyt czysty. Ale przez to trudno było na pierwszy rzut oka ocenić stan blondynki w zielonym kubraku.
- W porządku. Trochę mnie pochlastał. - Wymamrotała Martin przyciskając dłoń do zranionego ramienia.
- Możesz chodzić? - Szybki podszedł do nich i popatrzył z góry na siedzącą na ziemi łuczniczkę i Norsmenkę jaka klęczała przy niej. Zraniona blondynka pokiwała głową. - To wstawaj. Ruszamy dalej. - Wskazał brodą w stronę nieodległego już kurhanu. Astrid pomogła powstać nowej koleżance i powoli wszyscy wznowili marsz ku wzniesieniu i czekającemu na obrzeżu hersztowi.
– Czuj duch, ludzie, mogą się tu jeszcze czaić – Egon zawołał, sam rozglądając się tu i ówdzie, spodziewał się bowiem, że kolejny z nich powstanie z wody.
Kiedy okazało się, że było po bitwie, bez słowa zaczął ciągnąć ku kurhanowi. Tym razem Egon szedł parę kroków, przystawał, rozglądał się i znowu szedł nieco przed siebie.
– Pewnie w tym kurhanie będzie jeszcze gorzej… – mruknął do siebie cichcem.
Jako że Raisa wcześniej wykrywała, że w okolicy była silna magia, Egon mógł tylko domyślić się, co jeszcze mogło na nich czekać. Szczęściem, Martin była bezpieczna, jednak gladiator nie był całkiem pewien ran, które odniosła. Nieumarli bowiem i ich szpony mogły być przeklęte, a w każdym razie, tak zabobonnie imaginował sobie to Egon, który nijak nie znał się na sztukach czarnoksięskich.
– Raisa spojrzy na twe rany, kiedy dojdziemy do brzegu – rzekł jeszcze do Martin.
Ciągnął w stronę Gezackta, który stał na brzegu.
- Co za okropieństwo. - Zielone łuczniczka była nieco rozstrzęsiona po walce. Chyba nawet bardziej niż w jej trakcie. Astrid podtrzymywała ją za ramię, pomagając przejść ten ostatni kawałek trzęsawiska jaki dzielił ich od pagórka z dziwnymi ruinami. - Dziękuję, że mi pomogliście. - Martin blado uśmiechnęła się najpierw do córki jarla i gladiatora co byli najbliżej niej. A później do Szybkiego i dwóch kamratów jacy też rzucili się na bagienne trupy. Do podnóża kurhanu dotarli bez przygód. Czekał na nich Gezackt. Szybko wypytał się co się dokładniej stało ale, że było już po wszystkim to nie było nad czym się rozwodzić.
- Pokaż to. - Wiedźma zwróciła się do poszkodowanej łuczniczki jaka wreszcie mogła usiąść na w miarę stabilnej ziemi i odpocząć. Podniosła głowę na staruchę i klepnęła się w obolałe miejsce. - Zdejmij to. - Raisa wskazała głową na mokry, zabłocony kaftan. Ponieważ łuczniczka miała kłopot ze samodzielnym zdjęciem ubrania Astrid jej chętnie pomogła. Okazało się, że blondynka zbrojnych ma pod spodem dość zwykłą koszulę. Jaka teraz w dwóch czy trzech miejscach była przedarta. A na białym kolorze czerwień świeżej krwi była lepiej widoczna. Zielarka kucnęła przy rannej i zaczęła wyjmować swoje przybory z szaroburej torby szykując się do opatrzenia ran. - To chwilę zajmie. Nie ma tu nic do oglądania. - Rzuciła w do towarzyszy. Bo kilku z nich zebrało się wokół i zaczeło się bez skrępowania przyglądać. W końcu była szansa na zobaczenie kobiecej golizny jakby starucha zadarła łucznice koszulę. A wyglądało na to, że Astrid ma dobry gust do kochanek bo druga blondynka wyglądała całkiem obiecująco.
- Racja. Co?! Gołej baby nie widzieli! Już mi stąd! - Gezackt wziął w karby swoją bandę i poprowadził ich w górę kopca. Tam czekał już na nich zwiadowca z łukiem, jakiego wcześniej herszt tam posłał zaraz po dotarciu na podnóża kopca.
- Tam coś się rusza. Słychać. Ale ciemno to nic nie widać. - Strzelec wydawał się odczuwać ulgę, że już nie musi się tu czaić sam. Wskazywał na wejście do środka kurhanu. Dwa, wielkie głazy opierały się o siebie, tworząc trójkątne wejście o wiele wyższe od stojącego człowieka.
- Zróbcie pochodnie. - Polecił herszt próbując wzrokiem przeniknąć przez ciemności pradawnego grobowca. Ale na nic to się zdało, Egon też widział tylko samo wejście i nic co jest w głębi. A od czasu, do czasu słychać było jakieś podejrzane dźwięki z wnętrza. Zbrojni rozsypali się po okolicy szukając materiału na pochodnie potrzebne do rozswietlenia podziemnych ciemności.
Egon wziął sugestię Gezackta za dobrą monetę i także sprawdził, czy przypadkiem nie ma już pochodni w swej torbie podróżnej. Napocząwszy jedną, rzekł szeptem do Zoga - skoro Zog potrafił gadać do niego przez myśli, to czy Egon mógł mówić do niego z powrotem? Egon musiał spróbować.
“Umiesz widzieć magię, czy widzisz w mroku też?” – Egon zapytał, utkwiwszy swój wzrok w Zogu.
– Ani chybi martwiaki – Egon rzekł do Gezackta, sam próbując znaleźć pochodnię dla siebie. – I kto wie, może i coś gorszego… Panie Gezackt, słuchajcie no. Kiedy napoczniemy światło, zrobimy tak: ja pójdę pierwszy, obok mnie zaś jeden z tarczą. Gdybyśmy buzdygan mieli, najlpiej by było, te cholerne trupy trza rozbijać, nby do bordelu dźwierze.
Egon zamilkł jeszcze, przemyśliwując taktykę.
Znalezienie drewna na pochodnie zajęło trochę czasu. Na pagórku drzew rosło niewiele więc i nie było tak łatwo znaleźć jaką gałąź na pochodnię. Trochę ich jednak zbrojni znaleźli. Rozpalili niewielkie ognisko i w nim podpalali kolejne gałęzie robiąc z nich pochodnie. Starczyło ich mniej więcej na co trzeciego z nich. W międzyczasie Gezackt namyślał się jak potraktować słowa Egona. Wejście do grobowca było na tyle szerokie, że dwie osoby mogły iść obok siebie w miarę swobodnie.
- Dobra, dam ci jednego z moich ludzi. - Herszt zgodził się w końcu na pomysł gladiatora. Chyba podobnie jak na skraju lasu, był nawet zadowolony, że Norsmeni wzięli na siebie bycie na czele ich mieszanej grupki. A z racji wąskości korytarza zapowiadało się, że i tak się trzeba będzie przez niego ciurkać po kolei. Wreszcie przed wejściem zabrała się grupka z pochodniami. I czekali aż Egon z tarczownikiem wejdą do środka. Towarzysz gladiatora nie skakał z radości na to, że będą tam wchodzić jako pierwsi. On sam miał tarczę na lewym ramieniu więc na broń lub pochodnie zostawała mu prawica.
- Bądź ostrożny Egon. Mam co do ciebie pewne plany na dzisiejszy wieczór. - Astrid podeszła do niego i klepnęła go w ramię z zalotną miną. W tłumie widać było także Raisę i Martin w zielonym choć mocno ubłoconym kubraku. Widocznie już skończyło się opatrywanie ran łuczniczki.
Gladiator miał też w głowie słowa Zoga. Chyba jednak ta dziwna komunikacja zamaskowanego łucznika była jednostronna. Bo jak o nim czy do niego Egon chciał mówić to żadnej reakcji nie było. Dopiero jak się do niego odezwał słowem. W głowie zaś usłyszał ten dziwny “głos” zwiadowcy. “Wyczuwam zawirowania magiczne. Od magicznych istot i przedmiotów. Czary. Martwiaki trochę magiczne są. Ale tu duża magia jest, to je maskuje. Mogę je wyczuć i do nich strzelić nawet w ciemności. Ale mogę je też przegapić. A aby widzieć też potrzebuję światła jak ty.”
Egon skinął na słowa Zoga. Podszedł do tarczownika i rzekł w te słowa, choć w gruncie rzeczy mówił poniekąd na forum wszystkich:
– Ty. Pójdziesz ze mną, będziesz niósł tarczę i pochodnię. Będziesz osłaniać mnie, a ja będę rąbać to, co spotkamy. Proste, nie?
– Zog będzie zaraz za nami. Obok niego też będzie tarczownik, aby go bronił. Zog, ty będziesz mi gapił się przez plecy i ostrzegał mnie, jak co się stanie, ale też z dystansu będziesz miał szansę rąbać te pokraki, choć po prawdzie nie wiem, jak zwykłe strzały by mogły kruszyć kości… Ale skoro gadacie, że moce magii w tym kurhanie są wielkie, to może być i tak, że spotkamy coś więcej, niż zwykłe ożywione trupy. Może i jaki tam mistrz będzie, co tymi arkanami włada, tedy będziesz musiał go wziąć na cel.
Egon, wiedząc, że wzrok Zoga mógł wykryć różne pułapki, postanowił trzymać go przy sobie.
– Za tobą będą Bjorn i Atrid, będą ciebie ubezpieczać, za nimi zaś para łuczników. Pochód będą zamykać Raisa i Lars, a za nimi jeden tarczownik, na samym końcu zaś włócznicy. Jeśli by bowiem było tak, że ktoś na nas się zasadzi, to łatwiej będzie nam odeprzeć zasadzkę na włóczniach najpierw.
– Gotowi? – zapytał Egon, już mając broń w rękach.
- Chcecie tu zostać na noc? Nie ma na co czekać. Trzeba to załatwić zanim się ściemni. - Gezackt zmobilizował swoich ludzi którzy nie wyglądali jakby wejście w mrok pradawnego grobowca w którym pewnie są chodzące martwiaki, było ich wymarzonym zajęciem na to popołudnie. Ale jednak świadomość potencjalnych skarbów i słowo herszta uporządkowało ich szyki i zaczęli się grupować przy samym wejściu.
Wnętrze było wyłożone nieobrobionymi kamieniami. W szczelinach pomiędzy nimi przesypywała się ziemia. Światło pochodni oświetlało korytarz na kilka kroków do przodu. Teren stopniowo zagłębiał się i było coraz więcej wody. Śmierdziała bagienną stęchlizną ale nie było rady, trzeba było w nią wejść aby dostać się do tego co jest w środku. Egon tak samo jak idący za nim potknął się więcej niż raz o niewidoczną w tej mętnej wodzie przeszkodę. Oblepiała ona nogi jak zimny dotyk trupa. I każdy krok mącił jej powierzchnię przez co smród zdawał się jeszcze potężnieć. Ktoś spluwał albo zakaszlał jak tak szli. Nie uszli jednak zbyt daleko gdy gladiator “usłyszał” głos Zoga.
“Coś jest przed nami”
-
Oryginalny autor: Santorine
I faktycznie słychać było jak coś chlupocze wodę w ciemności przed nimi. Klekocze i szura. Ostrzeżenie beztwarzowego łucznika potwierdziło, że to nie szczury czy przypadek. Chwilę później z mroku światło pochodni wyłoniło nadciągające zagrożenie.

Grupa martwiaków powoli szła im naprzeciw. A nawet przyspieszyła jak była już blisko czoła pochodu. Szykowali swoją przerdzewiałą broń ruszając do szarży. Korytarz był ciasny więc najwyżej dwóch walczących każdej ze stron mogło stanąć obok siebie. *
Egon natychmiast przyjął postawę bojową, unosząc topór przed siebie.
– Te, młody, pamiętasz plan? – rzucił do towarzyszącego mu tarczownika. – Świecisz mi pochodnią i odbijasz tarczą. No. Zog? Umiesz strzelać, to możesz spróbować.
Szczęściem, wyglądali na zwyczajne trupy, a nie na mistrzów czarnych sztuk. Może rzeczywiście w grobowcu zostały tylko rozpadające się trupy? Co do Zoga, nie spodziewał się, że łucznik bez twarzy mógł łatwo wyprowadzić strzał. To nic jednak. Spełniał swoją rolę.
– Przy mnie! Naprzód, na nich!
Egon wydał z siebie krótki okrzyk bojowy i zaczął iść prosto na przeciwnika. Nie wyrywał się przed siebie, trzymał formację z człowiekiem Gezackta po swojej lewej ręce.
Pierwszy zamach toporem gladiatora okazał się celny. Broń odrąbała połowę ramienia szkieletowego wojownika. Jednak na nim nie zrobiło to żadnego wrażenia. Dalej usiłował trafić swojego żywego przeciwnika. Dla Egona był jednak niemrawy a atak ślamazarny. Jeszcze cios czy dwa i powalił go w błotnistą breję zalegającą na dnie podziemnego korytarza. Jednak tego kościanego strażnika zastąpił od razu kolejny. A gdy i tego brodacz powalił to trzeci już martwiak nie zważał na los swoich poprzedników i od razu zajął ich miejsce.
Wojownikowo u boku Egona nie szło tak sprawnie. Ale póki trwał na swoim stanowisku to brodaczowi nie groziła walka dwóch na jednego. Zbrojny Gezackta walczył pochodnią. Przez co światło migało dziko na wszystkie strony. I tylko ktoś kto stał za nimi ze swoją podpaloną gałęzią, dawał jakieś stabilniejsze światło na kilka kroków do przodu. W pewnym momencie tarczownik oberwał o jeden raz za dużo i wycował się. Jego miejsce jednak zajął kolejny zbrojny z tarczą. On też chyba oberwał ale to już była końcówka. Ostatni szkielet we dwóch pogruchotali tak, że zapadł się w półpłynne błoto. Stali teraz obok siebie ciężko dysząc i wypatrując w głąb kamiennego korytarza na te kilka kroków co było widać. Ale z ciemności przestały wychodzić kolejne martwiaki. *
Egon zmiażdżył jeszcze czaszkę swym buciorem dla pewności.
– Cholerne żywe trupy – mruknął z pogardą. – Ani chybi, przecież nic bez przyczyny się nie dzieje… Ktoś pewnikiem sprawił, że powstali ze swych grobów. Dobra. Opatrzcie swoje rany, jak umiecie, może i Raisa nieco wam dopomoże, zróbmy jaki pacierz albo i dwa postój, skoro żeśmy walczyli.
Tu zwrócił się do Zoga:
– Zog, co przed nami? – gladiator zapytał. – Jak się opatrzymy, możemy iść dalej.
W pierwszej chwili zakapturzony łucznik nie odpowiedział tylko wpatrywał się gdzieś w ciemność jaka zaczynała się zaraz za kręgiem światła rzucanym przez zapalone gałęzie. W końcu wzruszył ramionami “Magia. Tężeje tam głębiej.” Gladiator w głowie znów wyczuł “głos” zamaskowanego towarzysza. W korytarzu lepkie błoto i śmierdząca bagnem woda sięgała do połowy łydek więc niezbyt było gdzie usiąść. A i na szerokość to można było stać jeden obok drugiego. Dwaj ranieni zbrojni przeciskali się pomiędzy towarzyszami aby dotrzeć do wiedźmy. Chyba cofnęli się bliżej wyjścia gdzie korytarz się podnosił i nie było wody. Dało się poznać po oddalających się na tyły pochodniach.
- No to widzę krzepki jesteś! Dobrze! To dobrze! - Gezackt dla odmiany przepchał się na czoło kolumny i poklepał Egona po masywnym ramieniu gratulując mu zwycięstwa nad martwiakami. Zresztą podchodził i zagadywał do swoich ludzi starając się im dodać otuchy. - Ale za długo siedzieć tu nie możemy. Pochodnie się w końcu wypalą a nie wiadomo co nas tam w głębi jeszcze czeka. - Dodał ciszej patrząc na trzymaną przez siebie gałąź. Właściwie wyglądała jakby jeszcze mogła się dość długo palić ale innych nie mieli. Znalezionych gałęzi starczyło na jedną pochodnię na kilku ludzi a o zapasowych nie było mowy.
- Jesteś cały? Z tyłu niezbyt widziałam co tam się u was na przedzie dzieje. Bjorn się wścieka bo też chce zamoczyć topór. Może go weźmiesz do siebie? Porąbie coś to się uspokoi. Sam wiesz jaki on jest. - Przerwę wykorzystała też blondwłosa córka jarla aby podejść do gladiatora. W przeciwieństwie do herszta zbrojnych ona z ciekawością zerkała w ciemność jakby tam miała być dalsza część przygody godnej norsmeńskiej sagi.
Na sam koniec jeszcze dokolebała się starucha wspomagająca się kosturem tak samo sękatym jak jej paluchy. Też popatrzyła uważnie w ciemność. I jakby memlała bezgłośnie jakieś słowa. Ocknęła się jednak i zadarła głowę aby spojrzeć na swojego ulubionego wnuczka. - Zajęłam się tymi dwoma. Nie jest tak źle. U tego drugiego to tylk draśnięcie. Ten pierwszy to mocniej oberwał, będzie kuśtykał jak Lars. - Zaczęła od tego jaki jest stan obu zranionych ludzi Gezackta. - Słyszałam co powiedziałeś. Tak, może być tam jakiś czarownik co ożywia te trupy. Niekoniecznie człowiek. Ale jak Dhar jest gdzieś silne to może samo z siebie animować takie martwiaki. Zwłaszcza jak już kiedyś były używane nekromantycznie. A tu moc jest silna. Tam głębiej też. Trzeba uważać. - Starucha dopowiedziała mu swoją opinię o tym dziwnym miejscu. I chyba też nie do końca wiedziała czego się można po nim spodziewać.
- To dobrze. Jeszcze nic nie zdobyliśmy. Same błoto i kamienie. - Lars dorzucił z paru kroków. Wskazał z niechęcią na niezbyt przyjemne otoczenie tych podziemi. - A te martwiaki słabe są. Jak do tej pory kroimy je jak chcemy. A jak tu są to pewnie nikt przed nami tu jeszcze nie był. - Uśmiechnął się szelmowsko do Egona i obu Norsmenek. Dalej widać miał ochotę na skarby a szkieletowi przeciwnicy nie robili na nim wrażenia.
– Niech Bjorn podejdzie, jeśli chce – Egon machnął dłonią. – Ale niech ma w jednej łapie pochodnię.Egon nie do końca był rad, że jeden z tarczowników musiał zejść nieco dalej, ale, z drugiej strony, Bjorn także był w stanie chronić Egona, choć bardziej przez ofensywę, niż wściekłe zasłanianie tarczą. Egon postanowił wygodzić wojownikowi, bowiem rozumiał jego potrzeby bardziej, niż niejeden podczas tej wyprawy.
Tu zwrócił się do Gezackta
– Na świętowanie za prędko, panie Gezackt. Najgorsze przed nami, dotychczas bowiem żeśmy jeno rozbijali zwykłych gemajnów, co zostali wybudzeni po to, żeby pozabijać ludzi z sioła… Nie wojowników. Ani chybi, musimy wybyć czym prędzej.
Zanim jednak podjął marsz, zagadał jeszcze do Raisy:
– Znasz się na arkanach, rzeknij mi no, jak natkniemy się na jakiego czarnoksiężnika albo to, co z niego pozostało, umiesz zakląć draba tak, żebyśmy z Bjornem umieli podbiec i rozbić mu łeb? Albo też, jeśli sama magia silna jest, umiesz ją odczynić?
Egon imaginował różne scenariusze, jednak na ten moment nie było sensu zgadywać, co było przyczyną wzburzenia nieumarłych w tym miejscu. Zdało się, że przetasowanie jednego z tarczowników na Bjorna było sensownym pomysłem… Dobieranie świeżych wojowników z tyłów mogło mieć sens, aby pozwolić nieco odpocząć tym, którzy już zakosztowali walki.
– Tak czy inaczej, ruszajmy – rzekł Egon, podejmując marsz już z Bjornem po jego lewej ręce. – Czas ucieka.
- Hmm… Wiele z mojej moccy nie podziała na martwiaków. Łaska mojego patrona najlepiej działa na tym co żyje, dojrzewa, rozwkwita i obumiera. Martwi są poza tym. - Wiedźma niechętnie przyznała, że przeciwnik z jakim tu mają do czynienia mocno ogranicza użycie jej wiedzy i mocy. Jednak jak podrapała się po kostropatym policzku to jednak coś znalazła.
- Mogę spróbować kogoś omotać więzami mocy. Ale muszę go widzieć a on może się uwolnić jeśli przezwycięży więzy. Mogę też zrobić moją mocą słodkie trzęsawisko jakie wciągnie każdego kto tam stanie. Można jednak spróbować uskoczyć albo wyrwać się z tego bagna. Ale to działa na każdego kto się na nim znajdzie. No i jest dość trudne, za pierwszym razem może mi się nie udać. - Starucha przedstawiła jak mogłaby dzięki swojej mocy wesprzeć swoich sprzymierzeńców. Ale decyzję pozostawiła im. Rozmawiali o tym jeszcze chwilę nim gladiator zgodził się z hersztem drugiej bandy, że lepiej ruszać dalej. Jeszcze chwilę trwało zbieranie się do tego marszu gdy każdy znów ustawiał się ze swoim partnerem. Obok Egona stanął Bjorn i wyszczerzył się radośnie mówiąc coś po norsmeńsku i raźno pokazując na swój topór. Zgodził się nieść pochodnię. Za nimi znów był Zog i trzeci z tarczowników a jeszcze za nimi Astrid i lżej ze zranionych wcześniejszych parterów Egona.
Ruszyli dalej. Teren się stopniowo obniżał. Czasem potykali się o coś co leżało na zalanej śmierdzącą woda dnie korytarza co wprowadzało chwilowe zamieszanie. Ktoś kaszlał, spluwał czy przeklinał. Jakby częściowo chciał odegnać te pradawne ściany i kamienie jakie zdawały się przygniatać duszę żywych. No i woda była coraz głębsza. Sięgała najpierw połowy łydek, potem podeszła do kolan a teraz już była za. Była zimna i jak lepka, ręka trupa jaka przez spodnie czy spódnicę dotykała ciepłego, żywego ciała. Aż dreszcz przechodził po kregosłupie.
“Są tam. Czekają na nas.”
W pewnym momencie Egon “usłyszał” w głowie ostrzeżenie zamaskowanego łucznika. I chwilę potem rzeczywiście dało się zorientować, że korytarz się kończy jakąś większą salą. Też była częściowo zalana wodą bo w rozchodzących się od nadchodzących falach widać było refleksy światła. A jeszcze kilka kroków stała straż tego grobowca. Znów widać było stojące szkielety. Odziane w resztki ubrań i pancerzy. Z włóczniami i toporami w jednej oraz tarczami w drugim ramieniu. Bjorn zatrzymał się tuż przed wejściem aby rozeznać się w sytuacji. Zdawał się chciwie węszyć.
- Jeśli wejdziemy do środka to pewnie zaatakują. - Tarczownik co stał za pierwszym duetem rzucił swoje przypuszczenie. Gdyby walkę przyjąć w przejściu znów walczyłoby dwóch na dwóch. A większość zbrojnych obu stron musiałaby czekać na swoją kolej. Można było też spróbować wbiec do środka. Jednak wtedy pierwsza dwójka musiałaby przez chwilę walczyć z kilkoma przeciwnikami na raz. Tym razem szkielety miały jakieś widoczne pancerze, nawet jeśli stare i przerdzewiałe. Oraz tarcze jakie mogły utrudnić ich trafienie. A widać ich było z pół tuzina co najmniej. Nie wiadomo czy jakieś nie kryły się w mroku, poza światłem pochodni.
“Tam jest jakiś mocniejszy” - Pomiędzy swoimi ramionami Egon i Bjorn dojrzeli dłoń Zoga jaki wskazywał w ciemność. Oni sami nic jednak swoimi oczami nie widzieli.
- No i dobrze! Na razie jeszcze nic nie złupiliśmy! Same błoto i kamienie! A przecież musimy mieć czym płacić za wino i ladacznice w tawernach i zamtuzach do jakich idziemy! - Zawołał głośno Lars nie tracąc animuszu. Jego rubaszny ton wywołał kilka, przymuszonych śmiechów ale dodał innym nieco otuchy.
- No właśnie! Lars ma rację! Chętne ladacznice i drogie wino za darmo nie są! - Astrid szybko poparła kolegę i zawtórowała mu gromkim okrzykiem. A, że była młodą i ładną kobietą to nawet bardziej to rozbawiło towarzystwo niż słowa korsarza.
– Chciałeś walki, za chwilę ją znajdziesz, Norsmenie – Egon wyszczerzył się do Bjorna.
Gladiator przystanął na chwilę, przemyśliwując. Jeśli szykowała się znaczniejsza bitka, nie było sensu czekać na to, aż pozostali dołączą.
– Wbiegniemy – rzekł Egon. – Przez chwilę ja i Bjorn będziemy się bronić, podczas gdy reszta wybiegnie na pozycje. Zog, jeśli tam jest jaki silniejszy, bierz go zaraz na cel. Albo czarownik jaki. Raisa zaś zostanie z tyłu i spróbuje swego zaklinania… Hmm.
Egon skubał swoją długą brodę.
– Kiedy wszyscy zwiążą walkę, mus mi wypatrzeć tego mocniejszego – rzekł jeszcze Egon. – Niechaj nikt nie walczy z nim, a jak wam przyjdzie walczyć, to brońcie się jeno. Kiedy będziemy na pozycji, ja wyrwę się i uderzę w mocnego. Zdaje mi się, że ja jeno dam mu odpór. Raiso, jeśli zobaczysz, że podbiegam, rzuć swe zaklęcie moczaru, niechaj wpadnie w niego. Bjorn i Astrid będą ze mną, musimy go otoczyć. Ty zaś Lars włączaj się jako ostatni, tak samo jak i pozostali ranni. Unikaj większej bitki, abyś karkiem nie musiał przypłacić.
Egon wskazał swym toporem kierunek.
– Naprzód, do roboty! – zawołał.
Przez chwilę wydawało się, że martwi strażnicy grobowca ograniczą się do samego stania i wpatrywania się w grabieżców swoimi martwymi oczodołami. Ale ledwo pierwszy ich duet wbiegł z okrzykiem na ustach a nieumarli ruszyli do kontr szarży jakby tylko na to czekali. Woda jednym i drugim chlupotała pod nogami. Sięgała co najmniej kolan i nieco spowalniała ruchy. Obie strony zwarły się ze sobą ledwo kilka kroków od wejścia do sali. Egon z Bjornem zdołali przebiec tyle aby go nie zablokować. Jednak dalszy postęp zablokowała im grupa ruchomych szkieletów. Jakby byli tylko we dwóch to dzięki przewadze liczebnej może nawet zdołaliby osaczyć dwóch, żywych wojowników. Ale zanim to się stało u boku Egona stanęła córka jarla a flankę norsmeńskiego barbarzyńcy osłaniał tarczownik jaki jej dotąd towarzyszył. To wyhamowało impet szkieletów i wytworzyło wyrówany front gdzie martwi zmagali się z żywymi. Stęchła, śmierdząca bagnem woda ochlapywała walczących przy każdym kroku a echo szczęku broni, okrzyków żywych i grzechot martwych kości odbijał się echem od ścian podziemnego grobowca.
Z początku walka była serią pojedynków. Egon kątem oka widział, że zarówno Astrid po jeg lewej jak i Bjorn po jego prawej walczą z tymi kościanymi włócznikami. Póki toczyli swoje walki, nie mogli sobie nawzajem pomóc. Wyczuwał i słyszał po krokach chlapiących wodą, szczęku uzbrojenia i okrzykach, że Gezackt z resztą grupy też wbiegli do środka i starali się dołączyć do walki. Póki pierwsza linia nieumarłych nie została pokonana nikt z żywych nie mógł liczyć na wdarcie się w głąb pomieszczenia.
Egon dość szybko rozprawił się ze swoim przeciwnikiem. Przegniły włócznik nie był dla niego godnym wyzwaniem. Pierwszym ciosem topora prawie go rozbebeszył w pół. Włócznik niezdarnie starał się go dźgnąć w kontrze w ogóle nie zwracając uwagi na ranę jaka dałaby w kość żywemu przeciwnikowi. Jednak gladiator z wprawą uchylił się od zetlałej włóczni i sam wyprowadził cios jaki rozłupał kościeja do reszty. Dojrzał, że obok Lars przyszedł w sukurs Astrid i oboje nieźle sobie radzą ze strażnikiem grobu na jakiego początkowo natarła blondynka. Więc Lwia Grzywa mógł tylko pomóc Bjornowi. Dzikus warczał i sapał wściekle wreszcie mogąc dać upust swoim krwawym żądzom. We dwóch sprawnie rozłupali włócznika. Gdy ten zwalił się w przegniłą wodę ukazała się wyrwa w szeregu przez jaką można było wejść dalej. Jednak kilka kroków za nią stało trzech strażników. Ku nim pomknęły strzały łuczników ale musieli strzelać ostrożnie aby nie zranić kolegów więc był to dla nich trudny strzał. A ich pierzaste pociski świsnęły i zniknęły gdzieś w ciemności ale żadnego z martwiaków nawet nie drasnęły. Za to ten który stał najbliżej ściany nagle zaczął się zmagać z cienistymi mackami jakie jakby wyłoniły się wody i go oplotły. Jego sąsiad ruszył w stronę Bjorna i Egona jakby chciał ponownie załatać wyrwę w nieumarłych szeregach.
Na prawej flance Gezackt zdążył dołączyć do obu tarczowników. We trzech zmagali się z trzema szkieletami. Tylko ten były towarzysz znalazł się na narożniku ich szyku więc zmagał się z dwoma przeciwnikami. Chociaż udawało mu się odpierać ich ataki a nawet zadawać ciosy ich brudnym, zbrązowiałym kościom. Sam jednak też już oberwał. Dla równowagi odwrotna sytuacja była tuż obok, gdzie Gezackt z towarzyszem we dwóch szturmowali jednego kościeka. Ten jednak dzięki włóczni i tarczy skutecznie odpierał ich ataki. Gdzieś przy ścianie stał Zog jaki słał strzały gdzieś w ciemność a przez to trudno było ocenić jak mu idzie.
Egon rad był, że zaczęli walkę z dobrej stopy. Niektórzy z przeciwników zostali zniszczeni - cóż, bowiem o śmierci nie było mowy w tym przypadku, ścierali się zapewne z monstrami pozbawionymi swego rozumui jedynie echo złej woli kierowało kośćmi oblepionymi resztkami przegniłego mięsa.
– Dobrze, dobrze, dajemy odpór! – zawołał, mając nadzieję, że jego głos doda nieco animuszu jego towarzyszom. – Zog, gadaj, gdzie jest silniejszy!?
Wojownik uderzał dalej, wypatrując swym wzrokiem przeciwnika, który mógł im zagrozić tudzież okazji, aby pomóc swym kamratom.
Szkielet na jakiego natarł Egon, był już związany walką z Astrid i Larsem. I widać było po ukruszonych żebrach i pękniętej kości ramienia, że już ledwo się trzymał na swoich patykowatych nogach. Zdawał się koncentrować większość swojej uwagi przeciwko córce jarla. Blondynka z wśród obu swoich towarzyszy była najmniej wprawnym szermierzem i może dlatego gdy zrobiła wypad aby przebić się mieczem przez zasięg włóczni szkieletowego wojownika ten zdołał ją dźgnąć tą włócznią. Ale chyba niezbyt poważnie bo kobieta tylko jęknęła krótko a ostrze włóczni zrobiło znamię w jej skórzanym pancerzu. To wybiło blondynkę z rytmu i zaraz potem udało mu się dżgnąć ją jeszcze raz zanim zdążyła się pozbierać. Na szczęście znów trafienie okazało się dość płytkie. Tym razem jednak widać było krwistą czerwień jaka pojawiła się w ranie. Jednak dzięki temu zaangażowaniu martwiaka w pokonanie Astrid, wystawił się on na atak Larsa i Egona. Obaj też byli znacznie lepszymi szermierzami od koleżanki. We trójkę szybko zmasakrowali obrońcę pradawnego grobu jaki padł z chlupotem na posadzkę tej komnaty. To zwlniło ich trójkę bo chwilowo nie mieli żadnego przeciwnika.
To się miało jednak szybko zmienić. Jeden z tych szkieletowych włóczników jacy byli do tej pory w drugiej linii już człapał w ich stronę aby zastąpić rozbitego towarzysza. Zaraz miał do nich dotrzeć. Mijał właśnie swojego martwego kamrata jaki wciąż zmagał się z cienistymi mackami jakie go oplatały jak duszące węże. Tuż obok, po prawej stronie gladiatora Bjorn zmagał się w pojedynku z jednym ze szkieletów. Widać było, że berserker już mocno oberwał ale nie ustępował i wściekle siekł przeciwnika. Nagle i wokół tego szkieletu wyrosły cieniste macki jakie skutecznie go unieruchomiły. Zaś tarczownik jaki na początku wbiegł do sali razem z Astird właśnie odskoczył w tył. Ciężko dyszał, był mokry od bagiennej śmierdzącej wody i krwi. Zanim jego szkieletowy przeciwnik zdążył za nim podążyć z wprawą zastąpił go jeden z włóczników Gezackta. Drugi zdążył dołączyć do walki na samym skraju prawej flanki, tuż przy ścianie. Niejako wypychając Zoga przed linię ale łucznika chwilowo nikt nie atakował. On zaś właśnie posłał kolejną strzałę w ciemność. Nowa blond sympatia jaką adorowała Astrid też strzelała ale do któregoś z widocznych szkieletów. Podobnie jak jej kolega z łukiem. Jednak w chaosie walki trudno im było kogoś trafić, zwłaszcza jak nie chcieli strzelić w plecy któremuś z kolegów.
Egon parł przed siebie. Mulista, brudna woda zachlupotała pod nogami gladiatora, kiedy ten z wojennym okrzykiem przyszedł w sukurs Bjornowi. Choć bitewny szał wypełniał umysł Egona, ten, między uderzeniami, raz po raz spoglądał w mrok oświetlony migotliwymi światłami pochodni - jeśli bowiem ktoś szykował się na rychłe kontruderzenie, to właśnie miała zbliżać się ta pora, bowiem kościeje jeden po drugim rozpadali się, niby lalki, którym podcięto sznury.
Martwy wojownik na jakiego uderzył gladiator przetrwał impet pierwszego uderzenia. I chociaż stary pancerz wyglądał jakby miał się rozpaść lada chwila to jednak specjalnie naostrzony topór od Froyi tym razem zazgrzytał po nim i nie przebił się do kryjących się pod nim kości. Jednak chwilę potem gdy szkielet próbował dźgnąć brodacza temu udało się wyminąć jego włócznię i rąbnąć go prosto w pierś. Aż z hukiem odpadły kawałki zetlałej kolczugi i kawałki zbrązowałych żeber. Zaraz później strzała ugodziła szkielet. To nowa blond koleżanka Astrid przyszła Egonowi ze swoim strzeleckim wsparciem.
Na lewej flance Astrid i Lars zostawili koledze nowego przeciwnika a sami natarli na tego pod ścianą co wciąż zmagał się z mackami mocy jakie wyczarowała wielbicielka Oster. Ta moc ograniczała ruchy oplątanemu przez co stawał się łatwiejszym do trafienia celem. Obojgu Norsmenów udało się go trafić jednak nie na tyle aby go wyłączyć z walki. Tuż po prawicy Egona Bjorn nie ustępował w krwawym dziele. Chociaż przeciwnicy z jakimi walczyli ani krwi nie mieli a i trudno było ich uznać za żywych. Tropiciel zawył gdy włócznia szkieletowego przeciwnika trafiła go w bok. To była jego kolejna rana w tej walce. Samemu udało mu się zrewanżować chociaż trafienie odłupało tylko kawałek kości na dwóch żebrach szkieletowego włócznika.
- Dawać chłopcy! Ich można pokonać! - Gezackt też został trafiony ale za tą cenę udało mu się powalić swojego przeciwnika. Co prawda ostatni z widocznych szkieletów drugiej linii natychmiast ruszył aby zastąpić poległego towarzysza ale herszt swojej bandy wyszedł mu na spotkanie. Dzięki czemu zajął narożną pozycję w centrum i prawej flance. Jego przykład zachęcił towarzyszy do większego wysiłku. Wciąż jednak walka wydawała się być wyrównana i jeszcze nie było widać czy zwyciężą żywi czy obrońcy ostatecznie odeprą napastników.
– Odsuń się, Bjorn! – krzyknął Egon, podbiegając do wojownika. – Cofnij się, gadam, więcej żeś wart dla mnie żyw, niż byś miał karkiem przypłacić z ręki matwiaków! Lars, krzyknij do Bjorna, żeby się wycofał!
“Przeklęty Norsemen” - Egon mruknął pod nosem. “Ani grosz rozumu we łbie!”.
Choć koleje bitwy nie rysowały się tak gładko, Egon wiedział, że żadna walka nigdy nie szła tak, jak powinna i niejeden pojedynek będzie starciem ze śmiercią. Egon zamierzał przyjąć na siebie uderzenia dwóch kościanych wojowników, jako że radził sobie do tej pory najlepiej. Wolał już, żeby paru ludzi Gezackta pożegnało się z życiem, niż żeby to była jego grupa.
– Te, młody – krzyknął do jednego z tarczowników, który wyglądał na mniej poobijanego. – Ubezpieczaj mnie, broń się jeno i zaczepiaj!
Egon zobaczył jak strzała blondwłosej łuczniczki trafia w bok czaszki szkieletu, przebija ją z drugiej strony ale nie wyleciała z niej całkowicie. Dla istoty żywej to byłaby zapewne rana bardzo poważna, może nawet śmiertelna. Ale kościany wojownik stał dalej na własnych nogach. Chociaż na moment jakby go to zdekoncentrowało bo spojrzał swoimi pustymi oczodołami na Martin. Dziewczyna w mokrym, brudnym kubraku stanęła tuż pod ścianą, dzięki czemu miała w miarę czysty strzał w bok walczącego wojownika. Ten moment nieuwagi pozwolił gladiatorowi sieknąć w swojego wroga tak, że naostrzony topór przebił się przez ćwierć klatki piersiowej odrąbując mu cały bark. Szkielet spojrzał na to jakby zdziwiony i mimo wszystko zamachnął się włócznią chcąc trafić napastnika. Temu jednak udało się uchylić i zdzielić go jeszcze raz, zrywając mu toporem przebity strzałą czerep z barków jaki poleciał do wody kilka kroków dalej.
Nie miał jednak wytchnienia. Natychmiast ruszył wspomóc Bjorna. Ten i tak był w swoim berserkerskim szale i nie było pewne czy cokolwiek poza walką do niego dociera. Brodacz nie był pewien czy Lars go usłyszał czy nie. Widział jego plecy jak wspólnie z Astrid walczyli ze swoim szkieletowym włócznikiem. Dwójka łuczników widząc, że Egon z Bjornem zwarli się ze swoim wrogiem zaczeła mierzyć strzałami właśnie w omotany mackami mocy szkielet z jakim walczyła bardziej wysunięta do przodu dwójka. Kultysta i Norsmen wspólnymi siłami szybko powalili włócznika z jakim do tej pory samotnie walczył norsmeński tropiciel. Kościej wreszcie padł w bagienną wodę. Zaś Bjorn ledwo stał na nogach od odniesionych ran. Charczał i przy okazji pluł krwawą plwociną.
W centrum walki jeden z włóczników wypadł z gry. Rany okazały się dla niego zbyt poważne. Odszedł na tyły do framugi przez jaką tu wdarli się do sali. Gdzie już odpoczywało kilku jego podobnie ciężko rannych towarzyszy. Na jego miejsce wbiegł jednak młody tarczownik jaki wcześniej w korytarzu był towarzyszem Egona. I chociaż tam już oberwał to teraz zajął miejsce kolegi. Jednak przez to nie mieli już żadnych rezerw aby posłać je do walki.
Na prawym skrzydle Szybkiemu udało się powalić swojego przeciwnika. Chociaż tu walka była wyrównana i ludzie Gezackta co chwila musieli zmieniać swojego przeciwnika aby dostosować się do sytuacji. Sam ich herszt też już oberwał ale chociaż przez moment walczył sam z dwoma szkieletami to wytrwał. A teraz siły znów się mniej więcej wyrównały. A już nie było widać stojących szkieletów jakie by mogły uzupełnić coraz liczniejsze wyrwy w ich szeregach.
“Mam go! Trafiłem! Tam jest!” Egon w głowie “usłyszał” podekscytowanego Zoga. Nie był pewien czy tylko on czy inni też go “słyszą”. Widział jak łucznik skorzystał z zamieszania aby prześliznąć się w głąb pomieszczenia. Chwilowo wydawał się być ignorowany przez obrońców którzy i tak byli już w zwarciu z najeźdźcami. Za to Egon dostrzegł kierunek gdzie Norsmen posłał strzałę. Chociaż ciemność wciąż skrywała jeg cel i efekt.
– Kogo trafiłeś…? – Egon rzucił w przestrzeń, niemalże pewien, że Zog i tak go nie słyszy.
Wojownik postanowił, że zanim wypuszczą się głębiej, muszą czym prędzej uporać się z kościejami, którzy zagradzali im drogę. Z okrzykiem bitewnym rzucił się w stronę szkieletu, który wymieniał ciosy z Bjornem, mając nadzieję, że będzie w stanie interweniować, zanim krewki barbarzyńca całkiem postrada zmysły i zemrze jeszcze.
Imperialny kultysta wspólnie z norsmeńskim barbarzyńcą zaatakowali kościeja. Ten widocznie już wcześniej oberwał od Bjorna bo widać było ukruszone kości oraz ciemne, wijące się macki mocy jakie go krępowały. Jednak z dwoma tak sprawnymi przeciwnikami nie miał zbyt wielkich szans i szybko im uległ. W międzyczasie Lars i Astrid też uporali się ze swoim przeciwnikiem i zdyszani rozglądali się dookoła chcąc ocenić sytuację. Na prawej flance Szybki ze swoimi ludźmi właśnie dokończyli swoich wrogów. Jeszcze tylko w centrum toczyły się walki z dwoma czy trzema ostatnimi martwiakami. Wydawało się, że mimo strat to jednak żywi wreszcie wywalczyli przewagę nad nieumarłymi.
Obok Raisa złapała za ramię Bjorna i potrząsnęła. Odwrócił się ku niej patrząc z dzikim wzrokiem ale wyszeptała coś i nagle wojownik opuścił ramiona i stanął zapatrzony gdzieś w ścianę.
“Biegnie na mnie!” W głowie Egon usłyszał głos norsmeńskiego łucznika. Jak spojrzał w głąb pomieszczenia to ujrzał jak ten biegnie co sił. W pierwszej chwili nie było wiadomo dlaczego. W kolejnej w obręb świateł pochodni wskoczyła jakaś wilcza sylwetka.

Mimo, że widać było jej kości żeber i zetlałe futro to w ogóle nie traciła na prędkości. Bez trudu dogoniła Zoga tuż pod ścianą. Zamaskowany zdążył tylko rzucić łuk jaki chlupnął w wodę i zniknął. A w zamian za to sięgnął po miecz. Tak przyjął bestię jaka już go dopadła. Najbliżej nich był Szybki ze swoim włócznikiem. Oni też rzucili się biegiem aby wspomóc zakapturzonego.
– To on! – krzyknął Egon, mając oczywiście na myśli tego, którego ujrzał Zog pierwiej. – To ten najmocniejszy!
Egon z okrzykiem na ustach biegł już w stronę Zoga, aby dopomóc mu. Był pewien, że Gezackt i jego konfraternia poradzi sobie bez problemu z paroma szkieletami, które jeszcze zostały, więc poniechał walki, która rozgrywała się po jego prawej ręce.
Egon biegł prosto na wielkiego, kościanego ogara, zamierzając otoczyć go z pozostalymi.
– Zog, broń się jeno, uważaj! – Egon wydawał rozkazy. – Raisa, rzucaj swój czar na tego draba! Astrid, Martin, Lars, otoczmy go!
Egon wiedział, że kościana bestia musiała być ubita czym prędzej, zanim zrobi poważne szkody. Zamierzał przyjąć jej uderzenia na siebie, a pozostałym pozwolić pomagać. Jasne było jednak, że nie dobiegnie tak prędko - był jaki kawałek od niej, a grząska woda spowalniała go.
Ruszyli razem w kierunku martwego ogara który już zdążył przyprzeć Zoga do ściany. Chociaż Szybki i jeden z włóczników co właśnie uporali się ze swoim szkieletowym przeciwnikiem, zdołali tam dobiec pierwsi. Gladiator też tam się rzucił, rozbryzgując mętną wodę i omijając grupkę Gezackta jaka wciąż walczyła z dwoma ostatnimi martwiakami. Zdołał dobiec do ogara i trójki walczących z nim mężów a Astrid z Larsem biegli nieco za nim i po jego lewej. Właśnie od nich usłyszał alarmujące krzyki. Z ciemności wypadł drugi ogar i pędził właśnie na nich. Oboje zatrzymali się i korsarz ustawił nisko swoją tarcze gotów z mieczem przyjąć szarżę nieumarłej bestii.
W centrum Gezackt ze swoimi ludźmi mozolnie dobijał ostatnie dwa szkielety. Wspólnie z łucznikami którzy starając się nie trafić kogoś ze swoich słali strzały w plecy obrońców grobu. Jeden z martwiaków padł pod tym naporem i został ostatni. Nie zważając na los poprzedników ani ich przewagę liczebną dalej stawiał im opór. Niedaleko nich starucha mamrotała coś przy Bjornie. Starając się wlać nieco życia w jego posiekane ciało.
Egon zaś wspólnie z Szybkim i jego włócznikiem starali się ubić nieumarłą poczwarę jaka uparcie starała się rozszarpać Zoga. Zdołała nieco kąsać łucznika i włócznika jednak otoczona przez żywych przeciwników szybko im ulegała. Z jej martwego ciała ich ostrza raz za razem robiły nowe cięcia czy odłupywały fragmenty tej żywej padliny. Za ich plecami korsarz i blondwłosa córka jarla zmagali się ze swoim ogarem. Też szło im całkiem nieźle. Astrid zadała potężny cios wrażając swój miecz między żebra ogara. Zaś Larsowi udało się ją sieknąć przez łeb odrąbując fragment czaszki. Ogar też go sięgnął ale na szczęście złapał swymi kłami tylko za fragment kolczugi i nie przebił się głębiej. Wtedy właśnie z ciemności wyłoniła się kolejna sylwetka.

Tym razem był to szkielet odziany w zbroję jaka pokrywała jego ciało. Z napierśnika wystawała mu strzała. Wydawało się, że z pustych oczodołów spogląda na intruzów gorejącym wzrokiem. Emanowała z niego władza i strach. Egon poczuł się niepewnie na jego widok. “To on” Usłyszał w głowie “głos” zaniepokojonego Zoga.
- Sigmarze pomiłuj. - Szepnął cicho Szybki chociaż do tej pory dzielnie stawał przeciwko walczącym szkieletom to teraz wydawał się nie być już taki pewny siebie jak jeszcze przed chwilą. Jego kolega po prostu zaczął się cofać wzdłuż ściany.
- Dawaj Astrid! Rusz się! - Lars ponaglił córkę jarla. Bo ta zbladła na widok nowego przeciwnika. I wyraźnie straciła rezon. Ogar z jakim walczyli wykorzystał to aby dziabnąć morskiego rozbójnika. Ale ten to w porę zauważył. Rąbnął go mieczem w bark i przyszpilił do posadzki. Woda rozrbyzgła się od upadku gadziny a korsarz przytrzymał zgniłe cielsko butem aby wyszarpać z niej swój miecz.
Dla Martin i łuczników to było zbyt wiele. Przerwali ostrzał ostatniego szkieleta i zaczęli się cofać jak najdalej od nadchodzącego rycerza jaki zmarł w pradawnych czasach. Ostatni ze szkieletów był niewzruszony jak reszta jego kompanów. Więc nadal atakował Gezackta. Ten w ostatniej chwili zdołał zbić włócznią włócznię nieumarłego. Ale sam już ledwo stał na nogach od zadanych mu ran.
– Dokąd się wycofujecie, tchórze!? – Egon ryknął, choć uczuł ucisk w gardle z powodu grozy, jaką wzbudzali nieumarli. – To są twoi ludzie, Gezackt? Opanuj ich!
Egon sam nie wiedział, czy rzucał te przekleństwa rzeczywiście dla Gezackta, czy żeby samemu zająć swój umysł. Nieumarła bestia kłapała swymi potężnymi szczękami. Normalny chłop lub też lekkozbrojny już dawno zostałby rozcięty na pół, szczęściem, kamraci wcale nie byli zwykłymi ludzi, jeno czczącymi Chaos kultystami, którzy niejedno już widzieli.
Egon uderzył raz jeszcze toporem kościanego cerbera, po czym odskoczył i odwrócił się na pięcie.
– Czekałem na tą walkę – Egon nagle wydał się być całkiem niezainteresowany miotającymi się w zwarciu szkieletami. – Zniszczcie tego ogara i dołączcie do mnie… Ja pójdę pierwszy.
Egon nie miał wątpliwości, że to on musiał koniecznie przyjąć pierwsze z uderzeń na siebie - był bowiem opancerzony najciężej ze wszystkich, uniknął ran do tej pory i był najlepiej wyszkolony w bitce, aby zadać rany widmowemu rycerzowi.
– Atakujcie z flanki, ja wezmę go na siebie! – Egon krzyknął do Astrid i Larsa. – Panie Gezackt, ogarnijcież trupiego psa. Kto ma jaja, niechaj mi pomoże! Raiso, wreszcie możesz dać upust swej magii…
Wyrzekłszy głośno te słowa, Egon wydał z siebie bojowe zawołanie i zaczął truchtać w szlamistej wodzie prosto na wielkiego przeciwnika.
Egon odwrócił się tyłem do ostatniego, nieumarłego ogara wciąż walczącego z Zogiem i Szybkim. Po czym z okrzykiem rzucił się na nieumarłego rycerza. Podobnie uczynili Astrid i Lars którzy właśnie uporali się ze swoim martwym drapieżnikiem jaki na nich wyskoczył z ciemności. We trójkę dopadli szkieletowego wojownika prawie jednocześnie.
- Martin! Pomóż! - Astrid zdążyła krzyknąć o pomoc do swojej nowej koleżanki. Jaką widocznie widok nieumarłego rycerza przestraszył na tyle, że perwała ostrzał i zaczęła się cofać jak najdalej. Okrzyk córki jarla zmobilizował ją na tyle, że zatrzymała się i uniosła łuk. Znów próbowała trafić w plecy ostatniego ze szkieletowych włóczników z jakim walczył jej herszt i kolega. Szło im ciężko, ledwo już stali na nogach. A martwiak z uporem zimnego grobu, wciąż próbował ich posiekać. Los jego szkieletowych towarzyszy jacy już leżeli w płytkiem, trupiej wodzie, wydawał mu się całkowicie obojętny.
Przy drugiej ścianie Szybki wraz z Zogiem, próbowali ubić ostatniego z walczących ogarów. Jednak jak zabrakło Egona i włócznika to znikł solidny argument oraz znacząca przewaga liczebna jakie pozwalały punktować czworonoga. Teraz to on zaczął im się odgryzać. I to mimo, że stracił już część kości żeber i ochłapów przegniłego mięsa. Dalej podgryzał żywych napastników próbując ich zagryźć swoimi śmierdzącymi szczękami.
Walka trzy na jednego z nieumarłym rycerzem nie zaczęła się dla Egona zbyt dobrze. Za wolno cofał ramię po chybionym ciosie gdy ostrze martwiaka trafiło go w pierś i zeszło w bok, rozpruwając w tym miejscu kolczugę. Podobny los spotkał Astrid. Blondynka była najsłabszym z ich trójki wojownikiem i widać było, że starcie z tym nowym przeciwnikiem mocno testuje jej odwagę. I słusznie. Licząc, że rycerz zajęty jej kolegami pozwoli się trafić zrobiła wypad do przodu. Jednak szkieletowy champion trafił ją czubkiem swojego miecza w brzuch. Kobieta krzyknęła boleśnie. Za to Lars skorzystał z tej chwili nieuwagi i udało mu się solidnie wbić miecz w pierś wojownika. Tuż obok sterczącej tam strzały Zoga. Jednak to nie powaliło przeciwnika. Nieczuły na ból czy utratę krwi bez wahania zaczął oddawać i blokować kolejne ciosy.
Na środku sali przykład Martin podziałał mobilizcująco na jej kolegów. Najpierw jeden a potem drugi, widząc, jak niewielu jest przeciwników i, że są związani walką, zaczęli szyć im w kościane plecy. Najpierw udało im się powalić ostatniego ze szkieletowych włóczników. Ten padł w trupią wodę. Jednak Gezackt i młody tarczownik byli już tak poharatani i wymęczeni, że nie mieli sił wesprzeć swoich towarzyszy.
Łucznicy wspólnie też wykończyli ostatniego z ogarów. Ten jednak zdołał zdrowo pokąsać Zoga, że łucznik po skończonej walce oparł się o ścianę grobowca i ciężko dyszał. Szybki próbwał zorentować się jak się sprawy mają. Ale walka toczyła się już tylko z nieumarłym rycerzem. Raisa zdołała wymamrotać swoje zaklęcia i z trupiej wody wychyliły się cieniste macki jakie opltły rycerza i zaczęły spowalniać jego ruchy. Co utrudniało mu walkę z trójką żywych napastników.
Ostatecznie i on padł. Zwalił się w wodę po ostatnim ciosie od Egona. Zanim to się stało zdołał jednak mocno trafić Astrid tak, że skald ledwo stała na nogach. Gladiator też oberwał chociaż lżej. Odczuwał jednak te rany jako spowalniające i osłabiające jego sprawność bojową. Ale jednak udało się. Ostatni przeciwnik leżał w bagiennej wodzie a żywi stali się panami sytuacji. Jednak drogo ich to kosztowało i wszyscy ciężko dyszeli. Byli mokrzy od potu, trupiej wody i własnej krwi. Raisa zaczęła podchodzić do kolejnych walczących aby chociaż trochę ich wzmocnić i ulżyć ich cierpieniu.
Egon po walce wsparł się na swym toporze.
– Jeszcze jeden taki żywy trup i z naszej wesołej gromadki zostanie może para cieciów o kulach, dobrych do macania kur.
Wojownik splunął z pogardą na wojownika.
– Zog, czujesz coś jeszcze? – zapytał. – Jeśli kręcą się tutaj jeszcze jakieś powstałe z grobu chamy, to do diabła z tym, wracamy. A jak nie… Pokaż mi no tą pochodnię, młody…
Egon skierował pochodnię na mroczne ściany.
– Czas na nagrodę, co nie, komitywa!? – Egon uśmiechnął się szeroko.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 62 - 2519.07.22; mkt; popołudnie
Miejsce: Nordland; na pn-zach od Neues Emskrank; zachodni brzeg zatoki; las/kurchan;
Czas: 2519.07.22; Marktag; popołudnie
Warunki: światła pochodni, wilgotno, ciemno, echo odgłosów; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Egon, Norsmeni, Gezackt i jego banda
Walka z martwymi obrońcami grobu była bardzo krwawa i wyczerpująca. Chyba żaden z żywych nie padł w boju ale klku wyglądało, że jest u kresu swoich sił. Nikt więc nie wybrzudzał jak sękata starucha podchodziła do każdego i cicho mamrocząc, wlewała w ciało jakieś dziwne światło. Po chwili osłabiało to ból z ran i pozwalało odzyskać trochę sił. Egon też to mógł odczuć na sobie. Chociaż z większości starć ze zwykłymi szkieletami wychodził zwycięsko to ten ostatni rycerz jednak zdołał mu porachować kości zanim razem z Larsem i Astrid go powalili w trupią wodę. Martin podeszła do Astrid i dodawała jej otuchy. Zaangażowana w bezpośrednią walkę skald oberwała znacznie bardziej od łuczniczki ale obie blondynki były ranne. Gdy już Raisa zrobiła swoje to można było zastanowić się co robić dalej.
- Za długo zostać nie możemy. Pochodnie się kończą. - Zauważył Gezackt wskazując, że palące się gałęzie zdążyły już wypalić się gdzieś do połowy. W tych kilku jakie mieli, próbowali się zorientować w pomieszczeniu. Było spore, jak główna izba w karczmie. Tylko z kamiennymi ścianami rzeźbionymi w jakieś sceny. Na samym środku było podwyższenie jakie wystawało z mętnej, śmierdzącej wody. Na nim był kamienny sarkofag.
“Ja tu wszędzie coś wyczuwam Egon. Tu musiała być uwięziona potężna magia. Te gobliny albo co ją uwolniły. Ale tu w głębi jest na tyle silna, że wszystko nią jest przesiąknięte. Ale więcej strażników to chyba raczej tu już nie ma.” Zog był ciężko poraniony przez ogara. Wcześniej trzymał się z tyłu i walczył na dystans co uchroniło go przed bezpośrednią walką. Ostatni ogar jednak zanim padł, mocno go poturbował. I było widać zmęczenie i boleść w jego ruchach. Niechętnie odkleił się od ściany pod jaką łapał oddech i ruszył dookoła pomieszczenia aby je lepiej zbadać. Większość jednak skupiła się na pdwyższeniu. Raz, że było to jedyne miejsce jakie wystawało z mętnej wody. A dwa jeśli gdzieś miało być coś cennego to pewnie właśnie wewnątrz tej kamiennej skrzyni. Raisa oglądała ją z wielkim zainteresowaniem.
- Ciekawe… - Mruczała starucha przyświecając sobie już znacznie krótszą pochodnią. - Tu musi spoczywać ktoś dysponujący mocą. Miał coś wspólnego z nami. Rozpoznaję niektóre znaki. Są nasze. Tylko nie jestem pewna czy to ktoś kto służył tym samym patronom co my czy też to nasi doprowadzili go do zguby i tutaj pochowali aby im nie bruździł - mamrotała wiedźma próbując odczytać niektóre sceny i znaki jakimi ozdobiony był sarkofag. Zaciekawiona jej słowami Astrid też podeszła i zaczęła oglądać kamienne serce grobowca.
- To jest symbol Czterech Sióstr! - zawołała w podnieceniu wskazując na jeden z symboli. Jej słowa spowodowały, że kilka osób też podeszło bliżej aby się przyjrzeć. Egonowi nic ten symbol nie mówił. - Jej to musi być bardzo dawne. Jeszcze z czasów gdy Siostry chodziły po ziemi. To znak od bogów, że jesteśmy we właściwym miejscu! - Blondynka mówiła z nagłym ożywieniem patrząc na swoich norsmeńskich towarzyszy i gladiatora.
- Jakie Siostry? - Gezackt zapytał zmęczonym tonem. Widocznie nie znał legendy jakie kultystom opowiedziała Merga ani nie był Norsmenem aby znać ich mity. A stojąc tuż obok siebie na tych kamiennych schodach i podwyższeniu trudno było zachować dyskrecję.
- Ale nie wiemy czy tu spoczywa ktoś kto pomagał Siostrom czy ktoś kogo postanowiły się pozbyć. - Lars wyszedł z walk w miarę cało więc i miał więcej zachowanych sił niż ci bardziej poranieni. Astrid i Raisa spojrzały na niego z konsternacją.
- Dowiemy się jak otworzymy sarkofag. Chcecie zawrócić tuż przed zamkniętymi drzwiami? Po tylu wyrzeczeniach? - Córka jarla jak zwykle była za opcją jaka ciążyła ku epickim przygodom.
“Tu są zamknięte drzwi”. Chyba nie tylko Egon “usłyszał” Zoga. Jak podeszli do skraju zalanych schodów ujrzeli jego sylwetkę. Trzymał swój łuk ale, że zdjął z niego przemoczoną cięciwę to ten teraz wyglądał jak lekko wygięta tyczka. Łucznik stał przed czymś co wyglądało na zamurowane, kamienne drzwi. “Coś tam jest. Coś magicznego. Albo ktoś.” Gladiator znów usłyszał jego “głos”. Norsmeni chyba też bo popatrzyli po sobie niepewni jak potraktować tą informację.
- Cholera wie co tam jest. Pochodnie się kończą a wielu z nas ledwo stoi na nogach. Zawsze możemy tu wrócić. Przecież już wiemy gdzie to jest. - Lars zastanawiał się na głos, co powinni uczynić.
- A jak ktoś nas ubiegnie? Znów przyjdą jakieś gobliny, zwierzoludzie albo co? Przecież tu jest symbol Sióstr. To nie może być przypadek, że tu trafiliśmy. To jest ich wola, musimy to uszanwać. Szkoda, że nie ma naszej milady. Ona jest taka piękna, mądra i silna. Z nią na pewno byśmy dali radę cokolwiek tu jest. - Astrid wciąż była za dalszą eksploracją. Chociaż znów żałowała, że lady Sorii nie ma z nimi.
- Tak, to potężna istota. Ale mówiła, że wróci do nas wieczorem lub jutro rano. I to przy tych kamieniach a nie tutaj. - Starucha pokiwała głową okrytą, szmatławym kapturem. Zgadzała się co do wyjątkowości tej jaka tak dobrze maskowała się jaka ezgotycznej urody szlachcianka śmiertelników. Ale była świadoma, że inaczej się z nią umawiali dziś rano u ujścia zatoki.
- Trzeba to rozwalić. Jak będą gdzieś skarbu to właśnie tam. - Gezackt wtrącił się do rozmowy wskazując brodą na kamienną płytę sarkofagu. To na zetlałym trupie była największa szansa na jakieś drogie ozdoby i precjoza. Za ten cały ból, pot i przelaną krew, herszt i jego ludzie chcieli zapłatę. Obrabowanie grobowca wydawało się być za to uczciwą ceną.
- Tam wystają jakieś dzbany. Może tam coś jest? - Bystrooka Martin dojrzała pod jedną ze ścian jakieś wystające z wody kręgi. Faktycznie mogły być to jakieś czubki zanurzonych w niej dzbanów lub podobnych pojemników.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.22; Marktag; popołudnie
Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto
- Skarcisz nas za to? - Naga, bretońska milady zapytała zalotnie jednookiego. Tonem wyraźnie sugerującym, że byłaby całkiem chętna na takie karcenie. Jak się znało jej uległą naturę to nie było to takie dziwne. I spowodowało wesołe chichoty pozostałej trójki kobiet.
- Oczywiście Otto. Bardzo chętnie ci pomogę. I mogę być ojcem dla Teo czy innych kobiet. Nawet by to mogło być całkiem interesujące i ekscytujące. Jeszcze nie byłam ojcem. - Uwielbiana nie tylko w tym mieście lady Odette była najmniej rozebrana z całej trójki. Jednak widać było, że stanowiła integralną część zabaw podczas nieobecności mnicha. Wydawało się, że wizja zbrzuchacenia młodej cukiernik lub innych kobiet kusi ją, chociaż na razie ani ona, ani jej koleżanki, nie miały pojęcia jak miałaby to zrobić. Więc na razie była gotowa i zaciekawiona jak młoda, atrakcyjna mieszczka miałaby się stać matką much. Cukiernik zaś aż się wyprostowała i z ekscytacji klasnęła w dłonie słysząc z czym mnich wrócił.
- O tak, tak! Daj mi je! Chcę je mieć w sobie! Wypełnij mnie nimi! Chce je czuć w sobie i wydać je na świat! Jak najwięcej! - Teofano wykazywała się taką samą gorliwością na zostanie matką much jak bladolica Bretonka na bycie poniżaną i zniewolona podczas ich prywatnych spotkań. To oddanie zrobiło spore wrażenie na trójce szlachcianek. Zwłaszcza jak dwie z nich były kultystkami, świadomymi co ich kolega przyniósł. Za to Teo nie więc zrobiła rozczarowaną minę gdy przyjrzała się strzykwom.
- Ale Otto co ty przyniosłeś? To są jakieś strzykwy do lukru? Miałeś mi przynieść czerwie. Miałam zostać matką much. - Brunetka spojrzała na mnicha pytająco. I widać było, że jest zawiedziona. Strzykwy faktycznie nieco przypominały te używane przez cukierników do robienia słodkich wzorów na ciastach więc nic dziwnego, że córka piernikarzy od razu miała takie skojarzenie. Teofano nawet poklepała się po swoim nagim łonie na jakim wcześniej starannie wymalowała pędzelkiem wzór trzech czerwi ułożonych mniej więcej w trójkąt.
- A to nie są takie rurki co w ostatni Festag wsadzałeś Laurze? - Miodowłosa milady rozpoznała podobne urządzenie. Też nie mogło to dziwić. W końcu to było ledwo kilka dni temu a Laura siedziała wówczas jej na kolanach gdy Otto ją zasiewał nowym miotem Oster. Wówczas jednak Słowik Północy chyba brała to za jedną z wyuzdanych zabaw i raczej nie zdawała sobie sprawy czego naprawdę jest świadkiem. Same strzykwy jednak widocznie zapamiętała.
- Oh, spokojnie Teo. Nie jest ważne opakowanie tylko zawartość. W środku są jaja jakie cię zapłodnią i po kilku dniach będziesz mogła być matką much. - Bretonka uspokoiła brunetkę, że chociaż strzykwy wyglądały jak krótkie rurki z wypalonej gliny, to posiadają pożądaną przez nią zawartość. Cukiernik spojrzała na nią sondując czy mówi prawdę. Więc szlachcianka delikatnie pocałowała jej usta i nakierowała z powrotem na obnażone łono diwy z przymocowaną zabaweczką. Brunetka ulegla tej perswazji i znalazła się między rozchylonymi udami miodowłosej. Dzięki czemu Otto miał do swobodnej dyspozycji cały jej tył.
- Chwileczkę… Czyli wtedy w Festag… To zapłodniliście Laurę muchami? - Słowik Północy zmrużyła oczy patrząc na twarze swoich towarzyszy. Nie była pewna czy właściwie kojarzy te podobieństwa.
- Oh, nie tylko Laurę. - Fabienne uśmiechnęła się i wyprostowała się tak aby znaleźć się na jednej wysokości z siedzącą milady i leżącej na jej łonie cukiernik. Obie spojrzały na nią z zaciekawieniem. Czarnowłosa zaś matczynym gestem położyła dłoń na swoim nagim, płaskim brzuchu. - To całkiem przyjemne. Jak pieszczota kochanka. Nieustająca. W dzień i w nocy. Cały czas. I z każdym dniem narasta. Wprawia mnie w wyśmienity nastrój. Powinnaś spróbować Oddie. Takiej przyjemności to jeszcze chyba nie miałaś okazji skosztować. Może to taka ciąża jest twoim przeznaczeniem? W końcu nie będzie pochodzić od jakiegoś nudnego mężczyzny. - Bretonka mówiła cichym, hipnotycznym głosem patrząc głównie na honorowego gościa Kamili van Zee. Jej słowa zrobiły spore wrażenie na obu kobietach. Odette przygryzła wargę jakby chłonęła jej słowa całym swoim zdeprawowanym sercem.
- To ty masz je w sobie!? Ojej jak ci zazdroszczę! I to takie przyjemne? Mnie też tak to się śniło! - Zawołała Teofano i widać było, że milady von Mannlieb jeszcze bardziej zyskała w jej oczach po tym oświadczeniu. Operowa diwa wyglądała na zafascynowaną ale jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Bladolica czarnulka spłynęła więc na plecy szatynki tak, że Otto miał je obie do dyspozycji, gotowe i chętne do zasiania.
- Otto jakbyś był tak uprzejmy obdzielić nas tym błogosławeństwem. - Fabienne zamruczała kusząco odwracając się do mnicha i posyłając mu mokre spojrzenie.
- O tak, prosimy! - Teofano jej zawtórowała i nie mogła się już doczekać aż spełnią się jej sny. Odette gościła je obie na swych gładkich udach i łonie obserwując to wszystko z ekscytacją i zaciekawieniem. Słowa i zachowanie mnicha a potem czarnowłosej kochanki mocno ją pobudziły co widać było po wypiekach na gładkich policzkach i błyszczącym spojrzeniu. Miała być świadkiem czegoś niecodziennego co nawet w jej bogatej karierze i licznych podróżach było czymś wyjątkowym i to ją wyraźnie pociągało.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów 14; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.22; Marktag; popołudnie
Warunki: - na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Joachim i dziewczyny
- Nie no dlaczego? Jakby była taka ślicznotka jak Matka Somnium to mogłoby być całkiem ciekawe. Chciałabym wiedzieć co ona tam skrywa pod habitem. Jakby miała ochotę na karcenie służącej to byłabym zainteresowana. A jakby miała ochotę na karcenie od służącej to też byłabym zainteresowana. - Łasica zaśmiała się do słów kolegi. Jak zwykle znalazła jakiś lubieżny aspekt w omawianej sytuacji. Burgund też to rozbawiło.
- No podobno ci morryci to tak się zbliżają do swojego patrona, że zbyt wiele witalności w nich nie ma. Ale co ma nasza zimna, bladolica mateczka pod świętą sukienką też bym chętnie sprawdziła. Taka bladolica jak Fabi a sami wiecie jaka Fabi potrafi być gorąca. Zwłaszcza jak się z niej zdejmie ubranie. - Druga z łotrzyc uderzyła w podobny ton. A dwie nowe koleżanki patrzyły na nie w zafascynowaniu. W końcu nie znały jeszcze kobiet o jakich rozmawiała trójka miejskich kultystów.
- Dobra Joachim, my się rozejrzymy za tą niebieską milady. A jakby co to ostatnio codziennie jesteśmy w Akademii. Jesteśmy modelkami galionów dla jurnych kadetów i kadetek. Nie zdziw się jakbyś nas tam spotkał. I w ogóle to będziemy się tam starały rozejrzeć. Sam wiesz za czym. Ale przekażę Starszemu twoją prośbę. Jak do ciebie nie wpadnie któraś z nas to sprawdzaj skrzynkę kontaktową. - Łasica ostrzegła maga, że mogą się spotkać w Akademii Morskiej. I widocznie oprócz pozowania z nagimi piersiami przed kadetami co wyraźnie im sprawiało sporo przyjemności, obie zamierzały zbadać teren aby ułatwić ewentualną akcję zdobycia skrzyni. Co prawda było mało prawdopodobne aby od razu zyskały dostęp do pilnowanego schowka na podejrzane artefakty jednak już w zimie w kazamatach czy niedawno w świątyni Mananna obie wykazały się sporą pomysłowością w penetracji tych budynków.
- I też miej oko na tą niebieską. Chyba w mieście to tak dużo magów czy uczonych nie ma. Może prędzej na nią trafisz niż my. O ile będzie działać jawnie a nie pod przykrywką. - Burgunnd też mu poradziła na odchodne. Po czym obie łotrzyce poszły w swoją stronę. A Joachim z Gunterem musieli zaprowadzić obie nowe koleżanki do siebie. Obie rozglądały się ciekawie po mijanych ulicach i kamienicach. Marlene wyglądała na spiętą i szła tuż za plecami obu mężczyzn jakby liczyła, że ją zasłonią i uchronią przed wzrokiem innych. Kaptur i obszerny płaszcz jakie pożyczyła jej Darcy jeszcze w obozie zwierzoludzi, jak na razie skutecznie kryły jej sromotę. Blondynka a odwrót, patrzyła śmiało w oczy przechodzących jakby właśnie stała u progu zdobycia tego miasta.
- Mój panie, nareszcie wróciłeś! Już się martwiłem, że coś się stało. Już nakrywam do stołu. - Sven przywitał się ze swoim panem z wyraźną ulgą i radością. W końcu nie było go ponad dwa dni, znacznie dłużej niż pierwotnie planowali. Jego kamienica, chociaż była dość przeciętna i na uboczu gdzie niewiele domów było zamieszkanych to na obu kobietach jakie nie były przyzwyczajone do wielkiego miasta, zrobiła ogromne wrażenie.
- To twój dom? I sam tu mieszkasz? To chyba bogaty jesteś co? - Blondynka rozglądała się ciekawie po kolejnych pomieszczeniach. To, że mag ma kolejnego sługę jaki czekał na niego i usługiwał im przy stole też zrobiło na niej wrażenie. Na Marlene chyba też ale jak zwykle była cichsza i bardziej stłamszona przez blond koleżankę. Razem jednak zjedli porządny obiad. Pierwszy odkąd w Festag jadł u Pirory po skończonej orgii. Obie nowe znajome też jadły ze smakiem i zostawiły po sobie puste talerze. Widział przecież choćby po chacie Dietera w jak ubogich warunkach żyli wieśniacy. Plemię Gormula to też bytowało w polowych warunkach, na posłaniach i szałasach z gałęzi.
- Proszę za mną, zaprowadzę was do waszego pokoju. - Sven po skończonym obiedzie zaprosił obie kobiety aby je umieścić w zwykle nieużywanym pokoju. Wcześniej tylko dyskretnie zapytał swojego pana o wskazówki czy lepiej w takim dla służby czy dla znaczniejszych gości.
Gdy Jachim wreszcie znalazł się sam w swoim laboratorium mógł się skupić na swoich badaniach. Po pierwsze zauważył, że podczas jego nieobecności emanacja Dhar z miejsca gdzie kilka dni temu po raz pierwszy przyzwał piekielnego chochlika znacznie osłabła. Ale wciąż była wyczuwalna. Sugerowało to, że z czasem może osłabnąć na tyle aby zlać się z emanacją tła. Dla tych co mieli trzecie oko wyczulone na takie nadprzyrodzone zjawiska i byli wyszkoleni w ich używaniu. Pokazywało jednak, że niesie to pewne ryzyko gdyby znów próbować przyzwania bytów z innego wymiaru. Wypaczały one rzeczywistość tego świata samą swoją obecnością. Nie było to problemem o ile ktoś z odpowiednimi umiejętnościami nie odwiedziłby tak spaczonego Dhar miejsca.
Gdy wyciągnął figurkę demona mógł się jej wreszcie przyjrzeć i zbadać na spokojnie. Zorientował się, że rzeźba wielkości trzech dłoni, mniej więcej przedstawia sylwetkę przyzwanego potwora. Wielka, zębata paszcza jaka zajmowała większość nienaturalnie dużej głowy, złośliwe ślepia, beczkowaty tułów i karykaturalne łapy ze złowróżbnie wielkimi szponami. Była zbudowana z dziwnego kamienia, przypominającego szkliwo. I lekko opalizowało kolorami tęczy. Co sprawiało, że sylwetka zdawała się pulsować i zmieniać. Co było jedną z cech patrona jakiemu także poświęcił się Joachim.
Figurka emanowała Dhar. Co nie było dziwne biorąc pod uwagę, że dopiero co użyto ją do przyzwania demona. Na podstawce dostrzegł wyrzeźbione glify. Rozpoznał, że to znaki w mowie demonów ale od swojej złotookiej mistrzyni zdołał poznać jedynie podstawy zanim odpłynęła do Norsci. Zorientował się jednak, że jest tam znak jaki można było tłumaczyć jako “przybądź” i był jednym z popularniejszych przy zaklęciach wzywających demony. To akurat Merga zdążyła mu pokazać. Było też znak wzywający do posłuszeństwa. W końcu Joachim miał już prawie pewność, że przeklęty dla południowców a błogosławiony dla czarnoksiężnika artefakt jest fizyczną emanacją zaklęcia przywołującego tego, konkretnego demona. Dwa lub trzy glify były zapewne jego imieniem jakie pozwalało zapanować nad tym innowymarowym bytem. Fenkowi wystarczyło wiedzy albo mocy aby z tą pomocą wezwać tą przeraźliwą istotę ale już nie na tyle aby nad nim zapanować.
Merga ostrzegała przed tym. Że niezrodzeni mają swoje sprawy i konflikty w ich wymiarze i wcale nie są zadowolone jak się ich stamtąd wyrywa do naszego świata. Dlatego trzeba było ich jakoś przekupić, namówić lub zmusić do współpracy. Jeśli to się nie udało to demon mógł się rzucić na czarnoksiężnika jaki go przyzwał. To się właśnie stało w tajnym lochu “Pod podkową”. Po badaniach Joachim wiedział, że rozszyfrował większość znaków. Te powszechniejsze jakich zdążył się nauczyć od Złotookiej. Widocznie artefakt był przeznaczonych dla tych co niekoniecznie są arcymagami czarnoksięskiej sztuki. Zapewne starczyłoby to aby z pomocą figurki wezwać demona tutaj. Ostatnie kilka znaków jednak były dla niego tajemnicą. W tym nie do końca był pewien czy odcyfrował pełne imię demona a jego znajomość ułatwiałaby jego kontrolę. Czy bez tego by sobie poradził z opanowaniem demonicznego bytu nie był taki pewien. Zapewne była to potężniejsza istota niż te chochliki jakie przygotowała mu jego mistrzyni. Sam widział jak zarżnął grupkę kultystów jaka go przyzwała w trzewiach przydrożnego zajazdu.
-
Oryginalny autor: Santorine
– Pochodnie skończą się wkrótce, musimy zabrać się do roboty – Egon zawołał.
Egon, wsparty na swym toporze, otrzepywał się ze swych ran. Kiedy uznał, że rany - dziwne rany zadane przez nieumarłego wojownika, który zdawał się wysysać siłę i życie - bolały nieco mniej, zwrócił się w stronę naczyń i sarkofagu.
– Słuchajcie, komitywa! – zawołał gladiator. – Jesteśmy ranni, zasoby nam się kończą, musimy się spieszyć, kurwa! Sprawdźmy najpierw, co jest w tych dzbanach, a potem odwalimy płytę sarkofagu.
Egon postanowił zaryzykować nieco i sprawdzić sarkofag i naczynia. Nie było bowiem pewności, czy po tych wszystkich znojach ktoś ubiegnie ich… Gobliny lub też para ciurów ze wsi, którzy mieli dobre informacje mogliby rozglądać się w okolicach grobowca, wiedząc, że banda Gezackta wypuszczała się tam. Mogliby szukać pomsty i wreszcie natrafić na zaginione skarby, jeśli te w istocie tu były.
Jego okrzyk dodał zachęty pozostałym. Kilka osób zeszło z podwyższenia w centrum komnaty i ruszyło do ledwo widocznym otworom. Z bliska okazało się, że to rzeczywiście są sporej wielkości dzbany. Lars odważył się pierwszy sięgnąć w mroczną czeluść. Widać było jak zanurza dłoń a potem ramię do środka, jak pochyla się ku krawędzi bagiennej wody. Na twarzy pojawił mu się wyraz skupienia. Aż się wyprostował i oczom jego jak i pozostałych ukazała się złota ozdoba. - Jest! Jest złoto! - Krzyknął trumfalnie unosząc zdobycz wysoko ponad głowę aby wszyscy mogli zobaczyć. To wprawiło umęczonych i przemoczonych ludzi w amok. Wszyscy rzucili się do wystających z wody dzbanów aby szabrować na całego. Powstał chaos gdy dotychczasowi towarzysze broni odpychali się nawzajem aby sięgnąć do dzbanów. Czasem ktoś próbowął podnieść cały dzban ale wypełniony wodą i zawartością był zwykle zbyt ciężki. Czasem w środku było zgniłe, nie wiadomo co. Czasem jakies kości, kawałki drewna czy jeszcze coś innego. Ale i cenne precjozna się zdarzały. W końcu chyba opróżniono ostati znaleziony dzban i przemoczeni ale szczęśliwi grabieżcy wrócili na środek sali. W świetle pochodni oglądali swoje nowe zdobycze. Czasem ktoś próbował się z kimś wymienić na coś lub już żartowali jak je będę a mieście wydawać na wino i ladacznice.
- Mówiłam wam! Że tak trzeba! Wino i ladacznice nie są za darmo! - Astrid miała satysfakcję, że miała rację jak namawiała ich wcześniej aby podążać w głąb tunelu i komnaty jaką niedawną zdobyli.
– Został sarkofag – rzekł Egon, upychając kosztowności do swej kiesy. – W środku… Kurwa, sam nie wiem, co będzie w środku. Zog, Raisa, czujecie coś? Znaczy się, poza smrodem trupów. Jeśli w tym grobowcu jest drugi taki, to nie ugramy niczego.Rzucił długie spojrzenie na członków kompanii. Stwierdził, że w zasadzie wszyscy poza łucznikami i Szybkim byli poobijani i całkiem poważnie ranni. Podróż w głąb grobowca mogła się okazać ryzykowna i niejeden mógłby przypłacić swym żywotem. Tego Egon nie chciał.
Skubiąc swą długą brodę, rzekł wreszcie:
– Słuchajcie, zrobimy tak: ja odwalę wieko sarkofagu. Zog, ty weź łuk od jednego z ludzi Gezackta. Taa, wiem, nie twój, nieprzyzwyczajony będziesz. Ale strzelać umie, nie? To jak co wyjdzie, też będziesz strzelał… Tak samo Raisa. Będziecie mnie ubezpieczać. Szybki będzie przy mnie, Gezackt, Lars i Astrid mogą zostać, jak chcą. Bjorn jest kurewsko ranny, musi wyjść.
– Reszta ma się zacząć wycofywać. Będziecie szli wolno do wyjścia. My ogarniemy sarkofag. Rozumiecie, że jeśli z niego wyjdzie jeszcze gorszy kurwi syn, niż tego, którego spotkaliśmy, to ktoś karkiem przypłaci? Tego byśmy nie chcieli, nie? Panie Gezackt? Chcecie ludzi potracić, szczególnie, że złoto żeście znaleźli już? Co?
Egon wziął pochodnię i czekał na to, co odpowie reszta.
Chwilowo euforia ze znalezionych skarbów, przytłmumiła ból ze świeżych ran i zmęczenie po właśnie zakończonej walce. Ludzie śmiali się i cieszyli, pokazując sobie nawzajem odnalezione w pradawnych dzbanach bibeloty jakie zamierzali wydać w mieście na wino, kobiety i inne przyjemności. Słowa gladiatora znów im przypomniały, że to jeszcze nie koniec. Chyba większość liczyła, że w samym sarkofagu, oprócz pradawnych kości, mogą być dodatkowe fanty do zrabowania. Jednak po spotkaniu z tutejszą strażą grobowca, nie było pewne czy ten gospodarz tego kamiennego domu, pozostanie obojętny na wizytę gości.
- Tak, Egon ma rację. Pochodnie już długo nie pociągnął. Musimy załatwić sprawę jak najszybciej. - Lars poparł brodacza i poklepał go po ramieniu aby okazać swoje wsparcie. Ci ciężej ranni ludzie Gezackta za bardzo nie oponowali. Uznali, że mają dość i nagroda jaką znaleźli w dzbanach jest dla nich wystarczająca. Bjorn chyba oponował. Astrid i Lars tłumaczyli mu coś długo ale w ich północznym języku więc Egon nawet jak się chwilę przysłuchwał to mógł tylko domyślać się o czym mówią. Chyba starali się nie urazić dumy norsmeńskiego barbarzyńcy. W końcu jednak i on ruszył do wyjścia, korytarzem jakim się tu dostali.
- Powiedzieliśmy mu, że lepiej aby na zewnątrz był ktoś od nas. I na wypadek gdyby inne trupy wyszły z bagna to lepiej aby był tam ktoś kto da im radę. - Astrid wyjaśniła koledze jak udało im się przekonać berserkera do wyjścia. Zapewne też cegiełkę do tego efektu dołożył Zog z Raisą.
- Tak. Tu coś jest. Coś magicznego. - Raisa mruknęła po tym gdy z łucznikiem chodzili jakiś czas wokół kamiennego sarkofagu. Dotykali go, oglądali z bliska, jakby nasłuchiwali czy węszyli. Niestety nie umieli powiedzieć co tam może być dokładniej. Czy to tylko jakieś artefakty lub zaklęcie jakie wciąż wywołują taką aurę wyczuwalną dla nich czy też kolejna, przeklęta istota.
- Może jakaś ponętna wampirzyca? Słyszałam, że one potrafią być czarujące. - Nie było do końca pewne czy córka jarla sobie żartuje czy nie. Ale Lars cicho prychnął jako swój komentarz. Zog ostatecznie został ale jako ciężko ranny stanął przy wyjściu prowadzącym do korytarza jakim się tu dostali. Okazało się, że miał zapasową cięciwę więc nie musiał pożyczać łuku od kogoś z ludzi Gezackta. Ale wolał trzymać się w miarę z daleka od kamiennego grobowca. Sam herszt drugiej bandy niby wyszedł, także z powodu masy ran jakie oberwał w trakcie walki ale widać go jeszcze było za plecami zamaskowanego łucznika. Widać walczyła w nim pokusa pozostania i trzymania ręki na pulsie z ostrożnością jaka podpowiadała by wrócić na powierzchnię. Z bardziej rozpoznawalnych członków drugiej bandy to została Martin z łukiem i Szybki ze swoją włócznią. Niemniej połączone siły zostały mocno przerzedzone przez starcie z obrońcami pradawnego kurhanu.
Egon stanął przy samym sarkofagu. Reszta na podeście gdzie woda nie sięgała lub nieco dalej. Każdy starał się zostać w plamach światła dawanych przez te kilka pochodni jakie mieli. Jedną na początku walki Martin zatknęła przy wejściu aby zwolnić sobie ręce do strzelania z łuku. I wciąż tam tkwiła. Jedną zabrał Bjorn i kilku najbardziej pranionych ludzi Gezackta aby mieć sobie czym oświetlać drogę powrotną. Pozostałe dwie Astrid zatknęła w uchwytach kolumn na środku sali. Zapewne już podczas budowy grobowca tu przewidziano miejsce na takie ugododnienie. I jedna pochdnia pozostała w rękach pozostałych.
Gladiator chociaż napierał z całych sił na płytę to okazała się nie do ruszenia. Nawet jak Lars i Szybki go wsparli to też nie dała się rozbić. Jednym może i ulżyło ale przez to nadal nie wiedzieli co w sobie skrywa.
- Trzeba będzie rozbić płytę aby się dostać do środka. - Lars uznał w końcu, łapiąc oddech po tym bezowocnym na razie wysiłku odrzucenia płyty nagrobnej.
- Ale jak ją rozbijemy to nie zatrzaśniemy jej z powrotem. W razie czego. - Zauważyła Astrid. Korsarz jednak wzruszył tylko ramionami.
- Jak ktoś ma inny pomysł to niech mówi. - Powiódł wzrokiem po pozostałych. Nikt się jednak nie kwapił aby coś zaproponować.
Egon przystanął, zastanawiając się. Wszyscy byli ranni i zmęczeni, a z każdą mijającą minutą dopalały się pochodnie. Nie wiedzieli, co było wewnątrz grobowca - w gruncie rzeczy, spodziewał się, że mogło to być jeszcze jedno niebezpieczeństwo.
– Lars, Zog, umiecie zastawiać jakieś proste pułapki? – zapytał wreszcie Egon. – Przy drzwiach albo coś, żeby zabezpieczyć drogę na zewnątrz? Lub też ty, Raiso?
Po czym wytłumaczył swą koncepcję szerzej:
– Moglibyśmy rozbić grobowiec, ale nie mamy dobrych narzędzi, to raz – rzekł do Larsa. – Wszyscy są wyposażeni jak do bitki, może zejść nam dłużej, zanim rozbijemy. Powinniśmy… Powinniśmy zabezpieczyć kurhan i wrócić tutaj z jakimś konkretnym młotem i wtedy, kiedy wyzdrowiejemy. Ranniśmy wszakże. Po mojemu, kusimy los. Dość złota żeśmy odnaleźli na dziś, żeby ryzykować jeszcze. Przeto zasadźmy się przy kurhanie, rozbijmy obozowisko opodal lub też rozstawmy czujki, żeby nikt nie wchodził. Kiedy jutro się wyposażymy, sprawdzimy i grobowiec, i drzwi… Co na to rzekniecie?
- Chcesz zrezygnować? Teraz? Jak po tym wszystkim mamy skarb na wyciągnięcie ręki? - Astrid nie ukrywała swojego zdziwienia. W jej głosie dała się słyszeć nutka rozczarowania. Wskazała dłonią na ozdobną płaskorzeźbami płytę sarkofagu.
- Młot byłby lepszy do rozbijania kamienia. Albo kilof. To prawda. - Lars zadumał się nad praktyczną stroną rozwiązania proponowanego przez kolegę. Postukał pięścią w sarkofag jakby sprawdzał jego solidność. - Ale skąd chcesz wziąć takie narzędzia? W lesie ich nie znajdziemy. W wiosce rybaków nie wiem. Nie widziałem kuźni, górnikami też nie są. Nie wiadomo czy mają takie coś. A my możemy spróbować odwrotną stroną naszych toporów. - Morski rozbójnik na głos próbował zastanowić się skąd by mogli wziąć takie narzędzia do rozbicia kamiennej płyty. I nie był pewien czy to jest możliwe, czy tylko okazałoby się stratą czasu. Zaś swoje topory mieli przy sobie. Obuch można było potraktować jak improwizowany młot.
- Ale jeśli się poczeka do rana to odpoczynek mógłby wam pomóc. I czasu upłynie na tyle, że znów będziecie mogli przyjąć moją magię leczącą. - Starucha zaskrzeczała swoim suchym głosem.
- Wieczorem albo rano mieliśmy się spotkać z naszą milady przy mieście. A jak będziemy tu nocować to nie wiadomo czy uda nam się spotkać. Wszystko się opóźni jak jutro trzeba będzie tu wracać aby rozwalić ten głupi kamień. - Córka jarla wyraźnie wolała załatwić sprawę jak najszybciej. I przypomniała jak się umawiali z lady Sorią na ponowne spotkanie.
“Nie ma do czego tu zamocować pułapek. Żadnych gałęzi ani kołków. Dołu nie wykopiesz bo kamień i woda. Linkę można jako potykacz przywiązać między filarami ale sami będziemy się o nią potykać jak tu będziemi łazić.” Zog podzielił się swoim werdyktem o zastawianiu pułapek. I uznał podziemny, częściowo zalany wodą grobowiec, za mało przyjazny do tego celu.
Egon łypnął okiem na Astrid. Z tyłu głowy powstała mu myśl, że jeśli będzie i tak, że cokolwiek znajdą w grobowcu będzie niebezpieczne, zwali się winę na Astrid, wtedy też bardziej spolegliwa będzie. Córką jarla była, to prawda, jednak Egonowi nie podobało się, w jaki sposób Astrid przenosiła swe Norsmeńskie zwyczaje tutaj.
– Niech będzie, spróbujemy toporami – rzekł Egon. – Ostrożnie.
Egon jako pierwszy uderzył, na próbę, obuchem topora w grobowiec. Zamierzał walić do skutku, ale na pewno nie zamierzał przejść przez drzwi - za mało czasu było na to.
- Zobaczycie! Tu na pewno będą takie skarby, że to co znaleźliśmy w tych dzbanach to będzie dziecinada! - Astrid od razu uśmiechnęła się jak Egon poparł jej pomysł. I z wdzięczności podeszła do niego i objęła go mocno. Wyglądała na podekscytowaną tymi bogactwami co powinni lada chwila odkryć we wnętrzu, pradawnego grobowca.
- Możliwe. Biedaka by chyba tak starannie nie chowali. A skoro nie biedak to mogli coś mu dać na ostatnią drogę w zaświaty. - Lars okazywał ograniczony entuzjazm ale chyba liczył, że nie będą kuć tej kamiennej płyty na darmo.
- Tylko uważajcie. W środku jest coś co ma moc. - Ostrzegła starucha i zachowawczo cofnęła się na częściowo zalane schody prowadzące do sarkofagu.
Gdy pierwsze uderzenie obuchem gruchnęło o kamienną płytę rozległ się huk. Echo wzmacniało i zwielokratniało odgłos gdy dźwięk odbijał się od pustych, kamiennych ścian i sufitu. Ale ku radosym okrzykom Astrid i Larsa, okazało się, że obuch topora wyrwał wgłębienie w kamieniu. Co dawało nadzieję, że przy kolejnych uderzeniach, też będzie szło podobnie. Pozostali w komnacie ludzie Gezackta trzymali się na uboczu, pozwalając działać rosłemu gladiatorowi i norsmeńskim sprzymierzeńcom. Tylko Martin podeszła do Astrid. Trzymała w dłoniach swój łuk jakby była gotowa go unieść i strzelać gdyby coś złowrogiego miało wyleźć z tego sarkofagu. Ogólnie miny większość z nich miała niewyraźne jakby tylko chęć zdobycia skarbów trzymała ich jeszcze w środku. Widząc, że robota posuwa się do przodu i ma sens, to i norsmeński pirat dołączył do Egona. Razem skuwali kamienne nakrycie grobowca aby szybciej się do niego dobrać. Oba topory stukały o kamień w wywołując opętańczy hałas jak z jakiejś piekielnej kuźni. Szybki odwalał odłupane fragmenty na bok. Pod nogami mieli coraz więcej fragmentów pokruszonego kamienia. Wreszcie w wyrąbanym otworze ukazała się zawartość kamiennej skrzyni.
W świetle pochodni wyglądało to jak podłużna skrzynia z drewna. Przez co przypominała trumnę. Dawniej musiała być obsypana kwiatami, bukietami i wieńcami ale teraz przypominały zetlałe, szare liście. Tylko niektóre dało się wciąż rozpoznać jako dekoracje. Między tą trumną a wewnętrznymi ścianami sarkofagu widać było dary wotywne. Ale stały też jakieś kubki, dzbanki, nóż w ozdobnej pochwie i jakieś korale.
- O! I mamy coś za trochę machania żelazem! - Zawołał Lars gdy triumfalnie złapał za korale. Wyjął im aby się im lepiej przyjrzeć. Córka jarla też zaciekawiona zajrzała do środka. Korsarz wręczył jej tą ozdobę jako prezent. Blondynka zaśmiała się i zalotnie pocałowała go w policzek.
- Widzicie!? Będzie na wino i chętne dziewki! Będą się bić między sobą aby mogły przed nami rozłożyć swoje gładkie uda! - Zaśmiała się córka jarla unosząc w górę swoje trofeum.
- W środku musi być jeszcze więcej. - Lars wskazał na drewnianą trumnę. Nieźle się zmachał przy tej pracy i otarł ramieniem pot z czoła. Gladiator czuł się podobnie ale mieli zapłatę za swój trud. Wyglądało, że została im ostatnia przeszkoda do rozbicia.
- Tu jest symbol naszej gwiazdy. - Zauważyła Raisa. Pokazała na powszechnie znany symbol ośmioramiennej Gwiazdy Chaosu. Egon też rozpoznał ten symbol. Kapłani Imperium straszyli i ostrzegali przed nim jako zgniłą emanacją kultystów służących Mrocznym Bogom.
- O! A tu jest symbol Sióstr! Jej to musiał być ktoś od nas! - Zawołała blondwłosa skald wskazując na nieznany gladiatorowi symbol. Pozostali też chyba go nie znali a przynajmniej nikt nie czuł się na siłach spierać z córką jarla.
- Ale tam w środku jest magia. Trzeba z tym ostrożnie. - Przypomniała wyznawczyni Oster.
- Jak będzie tam jakaś niewiasta możesz ją zasiać swoimi larwami. - Korsarz zaśmiał się jakby uznał to za przedni dowcip. Starucha posłała mu krzywe spojrzenie.
- Larwy rosną tylko w ciepłym, żywym ciele - burknęła nieco zirytowanym tonem. Lars pokiwał głową ale spojrzał na Egona jak on się na to wszystko zapatruje.
– Podzielmy się złotem po równo… – zdecydował Egon, który ciągle myślał przecież o zyskach z wyprawy.
“Gezackt z pewnością doceni gest” - myślał gladiator, dla którego najważniejsze było przeprowadzenie planu. Lady Soria wyposażyła kult w znaczne już zasoby, cokolwiek, co znaleźli w kurhanie, musiało także pójść do bandy Gezackta po równo, żeby odpowiednio byli w stanie służyć kultowi. Jeśli najemnik wyczuje, że trafił na żyłę złota w postaci kultu Chaosu, Egon był w stanie zaskarbić sobie jego wierność, czego potrzebował zarówno dla Larsa, jak i Raisy.
Rzecz o magii przyjął za dobrą monetę.
– Rzeczesz, że magia w środku, Raiso. Jakiego rodzaju? Możesz rzeknąć? – Egon zaprosił gestem staruchę bliżej, żeby rozeznała według swojej sztuki. Egon bowiem imaginował, że ktoś mógł wpaść na pomysł i przekląć złoto, na wszelki wypadek.
Jeśli mieliby możliwość wykrycia złej magii lub też dodatkowego przysposobienia się na znaleziska w sarkofagu, tym lepiej dla wszystkich.
– Niech Raisa najpierw spojrzy, zanim zobaczymy środek skrzyni – dodał jeszcze.
Fanty poszły w ruch. Zrobiło się raźniej i weselej, tak samo jak niedawno przy rabowaniu dzbanów. Radość ze zdobycia fantów przyćmiła obawy związane z rozwalaniem pradawnego grobowca. Ludzie Gezackta podchodzili bliżej aby zajrzeć do rozbitego wnętrza i coś sobie wybrać. Astrid obdarowała swoją faworytę tak samo jak niedawno Lars ją. Korsarz wręczył też coś Egonowi aby nie był stratny. Nawet Zog i herszt drugiej bandy, widząc co się dzieje podeszli od wyjścia aby zabrać coś dla siebie. A w tymczasie pomarszczona starucha nachylała się nad poszarpaną krawędzią grobowca. Dotykała swoją sękatą ręką drewnianej trumny, próbując wybadać co tam może się kryć.
- Coś mrocznego. Mroczna magia. Taka jak my używamy. Ale też nekromanci i inni tacy co się nie patyczkują z mocą. To mógł być jakiś szaman. Albo rzucono na niego czar po śmierci. Lub na trumnę. Albo pochwano go z magicznymi przedmiotami i one tak promieniują mocą. - Wymamrotała z poważnym marsem na twarzy. Chociaż nie mówiła głośno to chociaż część ludzi ją usłyszała i znów zrobiło się ciszej i straszniej. Ludzie ponownie zaczęli odsuwać się od kamiennej skrzyni z rozłupanym wierzchem. Zwłaszcza jak już nie było z niej co rabować.
- Ale przedmioty z mocą są cenne. Zresztą jak coś mu dali na ostatnią drogę to pewnie najcenniejsze trzmał przy sobie. Jak takie cacka miał tu dookoła to co musi mieć przy sobie? - Lars wydawał się być chętny na sforosowanie ostatniej przeszkody. Zwłaszcza, że drewno ze starej skrzyni, nie powinno być solidniejsze niż kamienne wieko jakim przykryty był grobowiec.
- Nikt nam nic nie da za darmo. Jak coś tam jest cennego to lepiej abyśmy my to wzięli a nie jakieś przygłupy z wioski czy durne gobliny. - Astrid nadal była ciekawska co jest w środku na tyle aby nalegać na dobranie się do środka.
- Tak, pewnie tak. Ale uważajcie bo coś co tam zamknięto przed wiekami wciąż ma swoją moc. - Raisa pokiwała swoją kudłatą głową ale zdradzała o wiele mniejszy entuzjazm niż młodsze pokolenie.
Magia. Egon nie cierpiał magii i czuł podświadomą nieufność przed tymi, który ją władali. Choć z zadowoleniem przyjął do wiadomości, że znaleźli jeszcze więcej złota, rzecz, którą niewątpliwie doceni Gezackt, Egon nie był już taki pewny, żeby rozbić skrzynię.
Egon podzielał w tym względzie sceptycyzm Raisy. Wolał zamknąć sarkofag i pozwolić gnić zaklętym przedmiotom przez kolejne parę wieków, aby wreszcie rozsypały się w proch, jednak Lars i Astrid zapewne chcieli zajrzeć do środka.
– Ja rozbiję skrzynię – rzekł wreszcie Egon. – Ale zanim to zrobimy… Raiso, Zogu, rzeknijcie, co czujecie stamtąd? Czy jesteście w stanie być może zabezpieczyć rzecz swą magią, aby cokolwiek, co tam jest, nie wydostało się? – zapytał.
- Tam jest jakaś mroczna magia. Ale co dokładnie to nie wiem. Jeśli kolejny martwiak to mogę go spróbować spowolnić cienistymi mackami, tak jak poprzednich. Jeśli to są jakieś przedmioty to może nic nie zrobią. Mogą działać jak się je dotknie albo wypowie odpowiednie zaklęcie. Trudno powiedzieć. - Wiedźma wzruszyła ramionami dając znać, że ma pewne ograniczenia co do możliwości zbadania zawartości pradawnej trumny bez jej otwierania. Zog pokiwał zakapturzoną głową na znak, że zgadza się z Raisą.
- Odważny jesteś Egonie. Ale uważaj na siebie. - Astrid podeszła do gladiatora i cmoknęła go w zarośnięty policzek. Pozostali też całkiem chętnie odsunęli się od częściowo rozbitego sarkofagu. Nikt jakoś nie miał ochoty próbować dobierać się do trumny skoro tam miało być coś związanego z magią.
- Jeśli kolejny chodzący truposz to go rozwalimy tak samo jak te poprzednie. - Lars klepnął kolegę po ramieniu aby dodać mu otuchy.
- Zuch. - Gezackt rzucił mu krótką pochwałę ale też wycofał się z powrotem do wyjścia z komnaty.
– No to zaczynajmy – Egon wziął krótki rozmach i huknął obuchem topora o uszczerbioną już skrzynie.
Egon nie zamierzał dzielić się z łupem ze skrzyni z Gezacktem. Jeśli jego tchórzliwi podwładni i on sam woleli wyjść stąd, zamiast zmierzyć się z tym, co było w skrzyni, Gezackt stracił prawo do tego łupu. Nie musiał jednak o tym wiedzieć od razu. Być może lepiej? Wnętrze sarkofagu nosiło znaki, które należały do kultu. Być może lepiej więc, że Gezackt nie widział ich i nie mógł zacząć myśleć, z kim naprawdę ma do czynienia.
Jak się okazało Gezackt nie całkiem wyszedł z komnaty. Tylko z tak samo ciężko rannym Zogiem woleli wrócić do wyjścia. Zapewne sądzili, że w tej dość dalekiej pozycji od sarkofagu, będą bezpieczniejsi. Dwaj łucznicy stanęli gdzieś pośrodku drogi między kamiennym grobowcem a ścianą wejściową. Byli po kolana w zimnej, zatęchłej wodzie ale woleli to niż zbliżać się do czegoć tajemniczego o nadprzyrodzonych właściwościach. Zdjęli strzały i nałożyli je na cięciwy ale jeszcze ich nie napięli. Gdyby coś poszło nie tak, było ryzyko, że Egon oberwie od nich strzałą w plecy. Szybki został na schodach, prowadzących do kamiennej skrzyni. Polecił jednak lżej rannemu włócznikowi aby zajął pozycję z przeciwnej strony. Ten zrobił to wyraźnie niechętnie bo oznaczło do dalej do znanego im wyjścia gdzie już stali norsmeński, zamaskowany łucznik z ich hersztem. I na wszelki wypadek trzymał się blisko filara jakby obawiał się, że coś mogłoby wyleźć z pradawnej trumny. Stara wiedźma wydawała się nienaturalnie jak na nią zaciekawiona. Ale też i pełna niepokoju. Gdy już wydawało się, że chce zająć miejsce tuż przy sarkofagu aby obserwowac poczynania gladiatora ale jednak w ostatniej chwili zmieniła zdanie. I też schowała się za filar najbliższy wejściu do komnaty. Po przeciwnej do imperialnego brodacza stronie stanęły obie blondynki. Wydawało się, że Martin woli się trzymać urodziwej córki wodza co trzymała miecz w ręku a do tego mimo ran była żywiołowa i skora do przygód. Dziewczyna w mokrym, zakrwawionym, zielonym kubraku podobnie jak jej koledzy trzymała łuk i strzałę na cięciwie. Zaś Astrid stanęła ciut bliżej jakby była gotowa bronić jej mieczem lub iść kolegom na pomoc. Najbliżej sarkofagu pozostał Lars. Z toporem i tarczą gotową do użycia. Chyba więc tylko on miał najlepszy wgląd na to jak Egon sobie poradzi z drewnianą trumną.
A ten poradził sobie całkiem dobrze. Swoim masywnym ramieniem uniósł trzonek do góry i przy świście powietrza, rąbnął z drewnianą płytę trumny. Rozległ się suchy trzask pękającego drewna i Egon widział, że ostrze tprzebiło drewno na wylot. Odłamki drewna odłupały się i spadły na wieko zaś pęknięcia rozeszły się przez całą długość pokrywy. Gdy wyszarpał bron z powstałego otworu buchnął czarny dym. Z takim impetem uderzył go w twarz, że odruchowo się zakrztusił i zaczął kaszlec. Dym jednak otulił go całego. Czuł jak puszcza topór i przestraszone krzyki pozostałych. Wydawało mu się, że słyszy trzepot miliona skrzydeł i jakieś ochrypły jazgot. Czuł jak słabnie i nie wiedział już czy to ten dym taki ciemny czy to ciemnieje mu przed oczami. Wydawało mu się, że się zatacza. Uczucie spadania było ostatnim co pamiętał.
- Nie wiem co to było! - Usłyszał czyjść zirytowany i zdenerwowany głos. I kaszel. Ktoś obok kaszlał. Chyba nawet więcej niż kilka osób.
- Nic nie widzę przez ten przeklęty dym. Dobrze, że pochodnie nie zgasły. - Ktoś inny powiedział swoje.
- Już po nim. Zostaw go. - Rzucił jeszcze ktoś inny. - Chyba się utopił. Pewnie padł głową w przód, stracił przytomność jak my i się utopił. - Powiedział ten sam głos.
- Czekajcie, Egon się chyba budzi. - Jakaś kobieta zorientowała się, że gladiator zaczyna zdradzać oznaki życia. Po chwili poczuł zimne, mokre dłonie na swojej twarzy. W głowie mu się kręciło ale ten dotyk był ostatnią kroplą jaka pomogła mu odzyskać przytomność. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą Astrid. Martin stała tuż obok i nachylała się ku niemy aby sprawdzić co przyniosą manewry córki jarla.
- O! Żyjesz! Tak myślałem, że jak słychać oddech i serce ci bije to pewnie wyjdziesz z tego! No! Witaj z powrotem! - Okazało się, że Lars stał z drugiej strony. Podał mu bukłak do zwilżenia gardła. Już dość lekki więc jak się okazało wina w nim jest już niewiele.
- To była wiadomość. Od niego. Albo od niej. Mniejsza z tym. Chciał nam coś przekazać. - Jak gladiator wychylił głowę to dojrzał i Raisę. Stała u podnóża grobowca i wpatrywała się w jego rozbite wnętrze. Teraz zorientował się, że on sam leżał niedaleko. Widocznie jak mu dym wybuchł w twarz to musiał się zakręcić ten krok czy dwa zanim upadł i stracił przytomność.
- Niezbyt mnie przekonują jego metody. - Gezackt też tu był. Wyłonił się z czarnego dymu wlokąc ciało jednego z łuczników. Który sądząc po bezwładzie był martwy albo nieprzytomny. Herszt stęknął z bólu gdy się schylał aby przystawić ucho do ust i posłuchać czy oddycha. Po chwili zrobił to samo z klatką piersiową. Gladiatorowi jeszcze za bardzo mieniło się w oczach aby dojrzeć czy ten nieborak jeszcze dycha czy nie.
- Za długo leżał twarzą w wodzie. Stawiam dziesięć monet do jednej, że już jest u swoich przodków. Bogowie fortuny uśmiechnęli się do nas a nie do niego. - Lars zawołał do niego całkiem wesołym tonem. Brodacz zaś zorientował się, że wszędzie jest pełno tego dymu co my wybuchł w twarz. Tylko teraz unosił się leniwie jak czarna mgła. Nawet wyjście na korytarz przesłaniał.
“Miałeś wiadomość od niego?” W głowie Egon usłyszał pytanie od zakapturzonego łucznika. Jak się rozejrzał dojrzał go jak siedzi oparty o jeden z filarów. Też był mokry jak wszyscy i wyglądał na zmęczonego. Ten marty ogar nieźle go poszarpał zanim go wspólne ubili.
- Śniło ci się coś Egon? Miałeś jakieś wizje? Wiadomość od niego? - Starucha spojrzała pytająco na siedzącego na posadzce gladiatora. Zakaszlała przy tym sucho. Może od tego dymu. Gladiator też czuł dziwny posmak na języku jakiego nie do końca zmyło wino od Larsa. Drapało go w gardle jakby wiatr przy ognisku cisnął mu dymem w twarz.
- Najdłużej cię zmogło. My się obudziliśmy jakiś czas temu. Zog mówi, że miał wizje od tego w środku. To chyba jakiś szaman czy coś takiego. Raisa tak mówi. Dasz radę wstać? - Astrid wyjaśniła mu czemu pytają go o sny. Słysząc to Lars wyciągnął ku niemu prawicę aby pomóc mu wstać. Bo na razie to południowiec czuł się słaby jak po jakiejś chorobie albo kacu. W głowie wciąż mu się kręciło i nie był pewny czy utrzyma równowagę. Ale z pomocą Larsa i Astrid dał radę wstać. Musiał się jednak czegoś trzymać. A najbliższą barierką była pęknięta krawędź sarkofagu. Gdy się jej złapał odruchowo zajrzał do środka.
Była tam. Trumna z częściowo rozbitą pokrywą. Jeszcze co nieco dymu z niej wyciekało ale tyle co z prawie wygasłego ogniska. W środku było ciało. Właściwie to już raczej szkielet ledwo pokryty zetlałą skórą i resztkami ubrań. Na twarzy zaś była zamocowana maska. Przez to wszystko niezbyt dało się rozpoznać płci, wieku ani żadnych detali kim ten ktoś mógł być za życia.
- Cycków nie ma więc raczej nie kobieta. Zresztą zbyt stara jak na mój gust. Wolę młodsze i mniej wysuszone! - Zaśmiał się rubasznie Lars jaki też stanął przy krawędzi kamiennej trumny.

- Jeśli to była kobieta to cycki jej już dawno rozpadły się w pył. Taki jest kres młodości i jurności. - Mruknęła zgryźliwie starucha. Patrząc na trójkę o co najmniej pokolenie młodszych towarzyszy. - Skupcie się na tym co istotne. - Dodała i znów zapatrzyła się w szkielet ledwo pokryty zczerniałą, wysuszoną skórą. W otworach na oczy widać było jednak oczy. Trójkę oczu zamiast jednego. Wydawało się być niesamowite, że oczy nie rozpadły się w pył jak reszta ciała.
- Ja chyba za krótko spałam. Martin mnie wybudziła. Niewiele pamiętam. Jakaś polana w lesie, kamienie z dziwnymi znakami. Ogniska. Uciekał w ten las i go gonili. No i dogonili i zaszlachtowali. - Astrid zaczęła nieco zgryźliwie jakby nie była pewna siebie lub niezadowolona, że tak mętnie to pamięta.
- Dorwali go współplemieńcy. Za to, że służył Siostrom. I naszym bogom. - Lars ściszył głos aby imperialni go nie słyszeli. Może poza zieloną łuczniczką jaka zbyt blisko trzymała się Astrid więc mogła usłyszeć nawet przyciszone rozmowy.
- Był ich szamanem i czarownikiem. Władcą umarłych. Ci tutaj to byli jego strażnicy. Jego uczniowie go tu ukryli przed gniewem współplemieńców. Stąd ta mroczna magia. Najpierw używał jej do władania umarłymi. Później poznał Siostry i docenił ich mądrość, wiedzę i potęgę. Dlatego zaczął im służyć i pobierać nauki. - Raisa dopowiedziała w zadumie coś co ona domyśliła się ze swoich wizji.
“Służył głównie Veście i Oster. Ale był pomocny całej czwórce. Nagrodziły go mocą i wiedzą. On przekazał ją swoim uczniom. Oni go tu ukryli przed światem. Robił się zbyt potężny, tak jak i Siostry. Południowcy postanowili zrobić z nim porządek.” W głowach Egona i Norsmenów chyba też, “usłyszeli” Zoga. Bo spojrzeli na siedzącego pod filarem łucznika.
- A ty Egon? Odebrałeś jakąś wiadomość? - Astrid popatrzyła pytająco na sąsiada. Zresztą inni też. Wspólnie próbowali się połapać o co tu może chodzić z tym ukrytym grobowcem tak starym, że pamiętał jeszcze czasy gdy Cztery Siostry chodziły tu po okolicy.
Egon pod wpływem tej rozmowy też sobie przypomniał co się stało już po tym jak czarny dym wybuchł mu w twarz a on sam upadł i stracił przytomność. Zobaczył inny świat. Szamana z kosturem. Jak mówił w dziwnym, nieznanym mu języku. Ale to nic nie szkodzi. Bo on sam czy raczej jego esencja, była tuż przy uchu gladiatora i intuicyjnie, bez słów tłumaczyła mu co widzi. Co tu się dzieje. Bardziej emocjami i obrazami niż słowami. Szaman pochylał się nad prawie nagą, młodą kobietą w zaawansowanej ciąży. Na twarzy, piersiach i brzuchu miała wymalowane dziwne symbole. Egon rozpoznał tylko uniwersalną, gwiazdę Chaosu. Wiedział, że potomostwo jakie kobieta w sobie nosi zostało poświęcone Chaosowi. Czterem Siostrom. Właśnie zbliżał się poród. Widać było jak od środka coś pulsuje w napęczniałym brzuchu kobiety. A ona sama była dziwnie uśmiechnięta i radosna. Kompletnie inaczej niż zwykle kobiety zachowywały się w połogu. Gdy wyły, zaciskały dłonie z bólu i walczyły całym ciałem aby wydać na świat swoje dziecko.
Coś jednak zaalarmowało szamana. Podniósł głowę gdy przybiegł zdyszany sługa. Pokazywał coś palcem. W głąb nocnego lasu. Teraz Egon zorientował się, że dookoła są dziwne głazy ustawione mniej więcej w okrąg. Trochę podobne do tych Zachodnich Kamieni gdzie kultyści urządzali sobie orgie ze zwierzoludźmi. Właśnie tam mieli umówione spotkanie z Sorią. W wizji jednak jej nie było. Słychać było okrzyki, pochodnie, tętent koni i odgłosy walki. Szaman zaczął uciekać. Egon też wiedział, że wrogów było zbyt wielu aby stawić im opór. Przyszli w pełnej sile. Potem desperacka ucieczka gdy nieumarłe sługi szamana próbowały kupić mu czas. Nie do końca się udało. Jakiś konny wojownik, odziany w futra i skóry dopadł maga i sieknął go swoją włócznią. Szamana tak zabolało, że aż gladiator poczuł jakby to jemu wbito ostrze między łopatki. Wojownik pewny z siebie zsiadł z konia aby dobić szamana. Ale nie docenił wroga. I mag użył swojej mocy aby tamtego powalić. Jednak był zbyt ranny. Życie z niego wyciekało. Obraz zaczął się rwać. Ostatnie rozmowy z trójką najbliższych uczniów. Wezwania o ochrony do Sióstr. Wreszcie jakby obserwował swój pogrzeb. Widział jak trójka akolitów szykuje jego ciało w grobowcu w jakim po mileniach Egon z resztą go znaleźli. Jeszcze młodsi nekromanci zostawiają martwą gwardię na wiecznej straży. I to był ostatni raz gdy pochodnia oświetlała tą komnatę. Gonsar. Gonsar Półoki. Jeden z glifów na kamiennym sarkofagu jakie teraz Egon rozpoznawał to było właśnie to imię.
Ostatnim wrażeniem jakie zapamiętał zanim zaczął się wybudzać była nadzieja związana z ponownym odkryciem i to przez wyznawców Czterech Sióstr. To było pragnienie powrotu do świata żywych. Do tego Gonsar potrzebował krwi. Na razie był cieniem samego siebie i mógł się komunikować tylko za pomocą takich snów i wizji. Ale gdyby dostał krew, to znów mógłby służyć Siostrom.
– Ughhh… – jęknął Egon, trzymając się za swą głowę. – Khuuurwa…
Czuł się tak, jakby wypił parę saganów piwa warzonego przez krasnoludy lub też jakby ktoś walnął mu w łeb sporym buzdyganem. Oszołomiony, przez parę chwil patrzył na swych towarzyszy, ledwo przyjmując ich słowa do świadomości.
– Zwał się Gonsar… – rzekł wreszcie słabym głosem. – To był jeden z nas…
Egon potrząsnął swą głową, próbując zrzucić z siebie potężny marazm, który czarny dym spowodował. Ciekawe, czy gdyby był to ktokolwiek inny, czy przeżyłby? Czy duch Gonsara zamordowałby kogokolwiek, kto nie przestawałby z kultystami Sióstr? Egon miał sporo pytań, w szczególności do Raisy i Zoga, którzy wydawali się rozeznawać w mrocznych arkanach, jednak na te rzeczy było jeszcze dużo czasu.
– Zog, Raiso, musimy zabezpieczyć tę komnatę przed nieproszonymi gośćmi – Egon strzyknął szyją, nadal czując się fatalnie.
Po czym rzekł półgębkiem do Raisy:
– Czarownik nadal żyje, to mi powiedział w wizji. Potrzebuje krwi, żeby raz jeszcze powstać. Zaplanujemy coś… Teraz jednak nie czas.
- Krwi? - To, że udało mu się poznać imię dawnego czarownika zrobiło wrażenie na Norsmenach. Ale wiedźma zainteresowała się tym co jej powiedział po cichu. Zastanawiała się chwilę nad tym. - No tak. To ma sens. Krew o krwawe ofiary są częstym składnikiem mrocznej magii. Jeśli chce krwi trzeba mu dać krwi. - Starucha wydawała się być gotowa pójść na współpracę z nieumarłym czarownikiem.
- Ale to chyba nie teraz? - Astrid co stała blisko nich wymowanie wskazała bokiem swojej głowy na południowców. Może nie byli to rycerze świątynni ale nie wiadomo jakby przyjęli składanie krwawych ofiar.
- On może przemawiać przez sny i wizję. Moglibyśmy tutaj spędzić noc. Może znów udałoby nam się z nim skontaktować. - Raisa zaproponowała coś od siebie. Korsarz i córka jarla spojrzeli na nią krzywo.
- Chcesz to zostań. Ale ja tu nie zamierzam nocować. Lepiej wróćmy na noc do tych rybaków. Tyle wieków ten grobowiec stał to chyba może postać jeszcze trochę. - Lars dał znać, że nie jest entuzjastą nocowania w tym zalanym wodą, podziemnym grobowcu sprzed mileniów.
- No właśnie. Ja mam jeszcze plany co do Martin i trzy nowe służki do sprawdzenia. I oczywiście jesteście zaproszeni. A poza tym przecież umówiliśmy się z lady Sorią, skąd by wiedziała gdzie nas szukać jakbyśmy tutaj zostali. - Astrid w pełni poparła morskiego łupieżcę przypominając o swoich wcześniejszych planach na dzisiejszy wieczór.
- Życie nie składa się z samej chuci i chędożenia. Tu mamy namacalny ślad, działalności i potęgi Sióstr. - Raisa upierała się przy swoim i znów starła się z młodszą kobietą krytykując jej hedonistyczne podejście do życia. Zog na razie nie zabierał głosu, nie było wiadomo czy nie przysnął jak nie było widać jego twarzy. Bjorn już wyszedł wcześniej więc znów na Egona spadł głos decydujący.
- Ale chyba weźmiemy sobie coś na pamiątkę nie? - Lars wskazał na rozbitą trumnę. Gladiator od razu dostrzegł kostur szamana jaki widział w wizji. Zostali pochowani razem. Do tego miał na sobie nieco ozdób, ozdobny sztylet i sierp, jakieś błyszczące talerze i puchary jakie pewnie miały mu się przydać w zaświatach. Znów było co plądrować ale tym razem korsarz czekał co na to powiedzą inni.
– Zły pomysł – Egon pokręcił głową. – Kurewsko zły pomysł, powiedziałbym. Jeśli czarownik jest w jakiś sposób żywy i za pomocą krwi jesteśmy w stanie go przywrócić do tego świata, to zabieranie mu rzeczy, które miał za życia może się źle dla nas skończyć – rzekł Egon.
Gladiator zastanowił się jeszcze chwilę. Jeśli nieumarły czarownik rzeczywiście przystawał po ich stronie, był zapewne potężny… Być może będą mogli wyzyskać jego pomoc.
Rzekł jeszcze, rozważywszy argumenty Astrid i Raisy co do tego, żeby stąd odejść:
– Jesteśmy ranni i nie wiemy, czy coś w grobowcu lub obok grobowca nie grasuje – rzekł Egon, któremu spędzanie nocy w zimnym, śmierdzącym śmiercią grobie nie podobało się ani trochę. – Czarownik kultu spędził wieki w samotności, pewnie poniecha, jeśli spędzi parę jeszcze parę dni. Wolałbym… Żeby kurhan jakoś zabezpieczyć, sporządzić jakieś pułapki na tych, którzy chcieliby wejść po nas do środka.
– Raiso, czy nie potrafisz użyć swej magii, żebyśmy zostali ostrzeżeni, jeśli kto wejdzie do środka? – rzekł Egon, dla którego magia była w stanie stworzyć jakiekolwiek cudo.
Zwrócił się jeszcze do Zoga. – Mógłbyś zastawić jakieś sidła przed kurhanem.
Egon chciał wyjść z zatęchłego grobu i odpocząć wreszcie. Wszyscy byli ranni i zasługiwali na odpoczynek - myślał - a nie na wartę przy grobie jakiegoś nieumarłego czarownika. Prawdą było, że kurhan miał na sobie znaki kultu, jednak nie wiedzieli naprawdę, kim był Gonsar i jakie były jego zamiary. Teraz, kiedy Gezackt poznał się na nim i na kultystach, mogli wreszcie pogadać o tym, jak zorganizują interes Larsa.
– Musimy odpocząć i odzyskać siły, zanim powrócimy – rzekł gladiator. – Astrid, możesz zobaczyć branki, może i spotkamy lady Sorię. Jeśli będzie, rzekniemy jej nieco o tym grobowcu… Hm… Albo nie? Może lepiej nie gadajmy o rzeczy nikomu, dopóki nie zrozumiemy, kim jest ten czarownik.
Egon stwierdził, że mogli zostać we wsi rybaków do rana. Ostatecznie, z łatwością zarżną paru chłopów, jeśli im będą się stawiać, zaś jeśli napotkają na regularny oddział carskich, raczej będą mogli się wycofać z powrotem na szlak - sądził wojownik. Sam nie miał jakichś szczególnych planów, poza być może rozmowami z Gezacktem i Larsem, jak tu się dogadać co do przyszłych interesów.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto spojrzał na swoje podopieczne i zatrzymał wzrok na nagiej Bretonce.
- No… może wybaczę ten jeden raz. Tak grzecznie błagasz, niczym prosta ladacznica, desperacko chcąca następnego berła w sobie. - mnich się uśmiechnął - Dobrze więc, lady Odette, jeżeli mogłabyś zostawić swoje dwie kochanki na sekundę. - Mnich pomógł Divie stanąć na nogi po czym wręczył jej strzykawę - Zakładam, że sama nigdy nie korzystałaś z takiego przedmiotu. Spokojnie, jeden z moich pacjentów pracuje nad bardziej… przyjemną wersją. Fabienne, możesz proszę się wyeksponować swojej partnerce? - mnich objął Odette od tyłu i zaczął delikatnie szeptać jej do ucha - Proces jest prosty, pomyśl o tym jak o każdej innej zabawce, którą wykorzystałaś. Włóż gdzie trzeba, zobacz jak bardzo tego od ciebie pragnie i ściśnij. Wypełnij ją nasieniem tylko od siebie. - jedna dłoń mnicha sięgnęła biustu Odette, druga powędrowała znacznie niżej - I pamiętaj, masz jeszcze Teofano, która chce tego tylko. Od. Ciebie.
- Oh, Otto, ja zawsze pragnę mieć kolejne berło w sobie. - Bretonka zmysłowo zamruczała i prowokacyjnie otarła się swoim łonem o wypięte pośladki młodej cukiernik. Tak, że ta aż westchnęła cicho z wrażenia i podniecenia. A miodowłosa diwa przygryzła wargę obserwując tą nagą scenę u swoich stóp. Jednak to słowa mnicha zaciekawiły ją bardziej. Pozwoliła sobie pomóc przy wstawaniu i chętnie wzięła strzykwę w swoje ręce.
- Otto nie nie dworuj sobie ze mnie. Mam nadzieję, że nie masz mnie za jakąś cnotkę? Albo co gorsza dziewicę? Takich zabawek to ja używałam mnóstwo razy. Przecież nie jestem z jakiejś zapadłej dziury z końca świata. - Aktorka odpowiedziała dumnie i nieco żartobliwie. Wydawała się pewna siebie ale dopiero gdy miała kawałek wypalonej gliny w swoich zadbanych dłoniach zorientowała się, że się nieco różni od zwykle używanych przez nią zabawek.
- O, a czemu jest takie ciężkie? Coś jest w środku? I takie długie. Ale jak długie to więcej zabawy. - Mówiła badając z zaciekawieniem ten przyrząd. Zaś Bretonka posłuszna słowom kolegi zeszła z brunetki i bezwstydnie położyła się na podłodze. Gdy się podparła łokciami aby lepiej widzieć co się będzie działo i rozchyliła zapraszająco swoje gładkie, gościnne uda to była gotowa na przyjęcie nowych gości. Teofano usiadła obok niej obserwując z zaciekawieniem te zabawy szlachcianek.
- To się wkłada do środka. Tak jak Otto mówi, tak jak już się zabawiałyśmy wcześniej tyle razy. Tylko musisz ten tłok wcisnąć aby wlać nasienie do środka. - Fabienne łagodnym tonem powtórzyła diwie instrukcje jakich przed chwilą udzielił jej jednooki. Miodowłosa pokiwała głową i uklękła przed jej nagim łonem. Jak jeszcze Otto znalazł się za nią to po chwili konsternacji znów dała się ponieść erotycznej atmosferze.
- Czyli wsadzić do środka i nacisnąć? Prościzna! - Upewniła się jeszcze a po chwili ich mała grupka spiskowców obserwowała z bliska jak tępy czubek strzykwy, kierowany ręką diwy, zbliża się do czekającego, bretońskiego łona. Tu się chwilę ze sobą obie szlachcianki przyjemnie podrażniły. A po chwili brązowa rurka wniknęła w żywe ciało przy cichym, przyjemny westchnieniu Fabienne. A gdy weszła do końca to aktorka zaczęła naciskać tłok. Bladolica wstrzymała oddech i dało się wyczuć napięcie. Tłok doszedł do końca a czarnowłosa zamruczała z zadowolenia.
- O tak… Czuję to… Jak się rozpływa we mnie. Trochę chłodne. Trochę szczypie. Ale szybko się nagrzeje od ciała i przestaje to się czuć. - Skomentowała swoje odczucia głaszcząc się przy tym po swoim płaskim brzuchu. Diwa, cukiernik i Averlandka patrzyły na to miejsce jakby próbowały zobaczyć co tam się dzieje w środku. Ale oczywiście nic nie było widać. Miodowłosa więc wysunęła strzykwę na zewnątrz i widać było, że jest mokra. Z fascynacją obserwowała to narzędzie i swoje dzieło.
- Otto a masz może tego więcej? - Bretonka pieszczotliwie pociągnęła stopą po ramieniu mnicha upominając się o więcej takich atrakcji. Odette i Teofano gdy zorientowały się, że pierwsza strzykwa jest już pusta też spojrzały na niego pytająco.
- A dla mnie starczy? Bo ja też bym chciała. - Cukiernik się nieco zaniepokoiła czy dla niej wystarczy tego muszego nasienia. Bo naga szlachcianka reagowała na to zapłodnienie jakby to była sama, podniecająca przyjemność.
- Spokojnie moje drogie. Wystarczy dla wszystkich. - mnich sięgnął wyciągnął kontener z kolejnymi jajami - Lady Odette, jeżeli mogę. - przejął od kobiety strzykawę i ponownie ją napełnił, oddając spowrotem divie - A więc, Teofano. Przygotuj się na spełnienie swoich snów.
- Dobrze! - Rozebrana brunetka ucieszyła się widząc, że aktorka dostaje od mnicha kolejną, pełną jaj strzykwę i aż klasnęła w dłonie z radości. Po czym położyła się na plecach obok Bretonki, przyjmując jej pozycję jaka wyrażała pełną wolę współpracy i gotowości do przyjęcia robaczego daru.
- Oh, rzeczywiście jest tego tyle, że chyba nawet na takie chciwe ladacznice jak my, to wystarczy. - Odette zażartowała sobie gdy zajrzała do torby wypełnionej strzykwami. Koleżanki też wprawiło to w świetny humor.
- Taka okazja Oddie a ty taka ubrana? No pokaż nam się. Chcemy cię móc podziwiać i czcić. - Fabienne znów użyła swojej stopy jako dodatkowego argumentu do przekonywania. Tym razem położyła ją na dekolcie diwy, pomasowała jej jędrny biust i po chwili zaczepiła palcami brzeg jej sukni domagając się uwolnienia jej piersi. Miodowłosa zaśmiała się cicho i pogmerała trochę. Opuściła biust sukni na tyle, że było widać jej pełne, frontowe atuty, co niezmiernie ucieszyło koleżanki. Ten zwykle niedostępny dla postronnych atrybut mógł teraz cieszyć ich oko i nie tylko oko.
- Nie zagadujcie mnie tylko szykujcie się do pracy! - Zawołała do nich aktorka unosząc nową strzykwę jakby przywoływała niesforne uczennice do porządku. Obie chętne nosicielki dziedzictwa Oster zaśmiały się po czym zasiewanie zaczęło się na nowo. Odette z wprawą świadczącą o tym, że wielokrotnie używała podobnych zabawek, zanuszała kolejne strzykwy w łonie to szlachcianki to cukiernik. I zostawiała w nich kolejny ładunek muszych jaj. Czemu towarzyszyły westchnienia przyjemności a aktorka nagradzała ich współpracę całując w usta, piersi czy brzuch. Teofano po pierwszej dawce wydała z siebie okrzyk radości i satysfakcji.
- O tak! Nareszcie! Będę muszą matką! Będę rodzić czerwie! O tak! Jeszcze! Daj mi jeszcze! - Z tej ekstazy popędzała aktorkę do żwawszych ruchów. Cała trójka była już nieźle rozkręcona tą zabawą. Zupełnie jak podczas ostatniej orgii w Festag tylko tym razem towarzystwo było znacznie mniejsze.
- Otto a to w ostatni Festag to Laurę też zasiałeś tym nasieniem? Bo te zabawki były chyba takie same jak te. I od tyłu też jej wsadzałeś. - Odette zapytała się zaciekawiona mnicha. Ten widział, że kleisty śluz jaki pokrywał jaja teraz oblepia łona i zwieńczenie ud obu nosicielek. Obie tak samo jak von Treskow oddychały szybko z podniecenia co podkreślał ruch ich odkrytych piersi i miały zaróżowione policzki.
- A i owszem. Niestety byłem gościem naszej drogiej Pirory i nie śmiałbym narzucać własnych zachcianek. Szczególnie iż ona nie jest skora temu doświadczeniu. Teraz jednak, ponieważ wszystkie jesteście chętne... - przejął narzędzie od Odette i ucałował pieszczotliwie jej szyję - Chyba twoja kolej, droga divo.
Okazało się, że jak kobiety są zgrabne i chętne to zasiewanie dziedzictwem Oster może być całkiem przyjemne. Fabienne dała kuszący przykład jaki rozgrzał atmosferę i sprawił, że krew zaczęła szybciej płynąć w żyłach. Wyglądało na to, że to zasiewanie sprawia jej mnóstwo przyjemności. Teofano i tak była chętna nosić w sobie i wydawać na świat czerwie. Więc aż nie mogła się doczekać gdy miodowłosa aktorka zaczęła wsadzać w nią tuby Sigismundusa. Przyjęła ten dar z gorliwością neofitki przyjmującej nowe sakramenty. To na tyle rozochociło lady Odette, że gdy Otto jej zaproponował spróbowanie tej rozkoszy zgodziła się bez wahania. Też usiadła na podłodze, podwinęła spódnicę i rozchyliła swoje gładkie nogi okryte drogimi, jedwabnymi pończochami. Jednooki mnich miał okazję zasiać i ją. W parę chwil kobiecych śmiechów i jęków było po wszystkim. Wyjął z ostatniego chętnego łona mokrą tubę z wypalonej gliny a aktorka z fascynacją przejechała palcami po swoim łonie. Obejrzała z bliska kleisty żel jaki je pokrywał. I z ciekawości oblizała je aby sprawdzić ich smak.
- Oh to cudownie! Teraz wszystkie będziemy muszymi matkami! - Zawołała cukiernik obejmując ramionami obie szlachcianki.
- Oj jeszcze zobaczycie dziewczyny jakie to niesamowite uczucie. Same będziecie chciały wrócić po więcej. - Bretonka co z ich trójki jako jedyna miała doświadczenie w nosicielstwie chętnie pocałowała policzek jednej i drugiej koleżanki.
- Nie mogę się doczekać! Tego jeszcze nie próbowałam! Nawet w Wolfenburgu czy Marienburgu. Ani w Erengard. - Odette głaskała swój płaski i zgrabny brzuch jakby była ciekawa kiedy zacznie odczuwać efekty które bretońska koleżanka tak barwnie opisała.
- Gratulacje. - zawołał mnich i zerknął na Pirorę - Na pewno się nie skusisz, moja droga? Odmawiasz sobie przyjemność, którą twoje siostry zaznają. - zaproponował jednooki delikatnie kusząc.
- Dziękuję za propozycję Otto ale na razie zabawy w lochu mi wystarczą. - Lekko piegowata blondynka uśmiechnęła się grzecznie do kolegi z sekty. Ale pozostała przy swoim zdaniu. Za to jej trzy bardziej roznegliżowane koleżanki przeżywały właśnie te nowe doznania i były w świetnych humorach.
- Ile trzeba czekać aby coś poczuć? - Zainteresowała się Odette głaszcząc głowę cukiernik. Ta bowiem kusząco się wypięła gdy schyliła się aby nieść przyjemność pomiędzy udami aktorki.
- Po kilku dniach. Trzech może czterech. Ja wcześniej nic nie czułam. Myślałam, że już się nie udało. Ale chyba wczoraj coś się zaczęło dziać. A dzisiaj po tym wspaniale wyuzdanym śnie to już na całego. Cały dzień czuję jak mi się tam kotłuje w brzuchu. Aż szkoda, że tylko tam. Mogłabym tak chodzić cały dzień. - Bretonka chętnie podzieliła się swoimi doświadczeniami. I matczynym ruchem pogłaskała swój nagi brzuch. Który wciąż był szczupły i nie zdradzał żadnych oznak ciąży.
- Z opisu tych, które przeszły już poród, przyda ci się wiadro. - przyznał mnich - Jeżeli udałoby ci się czmychnąć z domu i nas odwiedzić Teofano. Wiesz, w dniu narodzin. Uniknęlibyśmy nieprzyjemności związanych z twoimi rodzicami. - chwilę się zastanowił - Jest jeszcze sprawa odżywki. - wyjął kolejne naczynko - Aby maluchy rosły zdrowe i dorodne.
- Oh moimi rodzicami się nie przejmuj. Coś wymyślę. Najwyżej zamknę się w pokoju i będę udawać chorą. A ile to trzeba czekać? I jeśli masz jakąś odżywkę dla moich dzieci to poproszę. Chciałabym dla nich co najlepsze. - Tofano wydawała się pogodna i pewna siebie, że pokona wszelkie przeszkody jakie by miały stanąć jej na drodze w wydaniu na świat muszego miotu. Położyła głowę na brzuchu diwy i a ta zaczęła ją po niej opiekuńczo głaskać.
- Pół tygodnia do tygodnia. Tak mniej więcej. Zależy czy będziecie mieć te małe czy duże. Ale jak już je urodzisz to będziesz musiała je jakoś nam dostarczyć. Jak to zrobimy Otto? - Priora odpowiedziała jej jak zwykle wyglądają te szacunki ale, że obie z Odette zostały zasiane po raz pierwszy to jeszcze nie było wiadomo jaki miot i kiedy go wydadzą.
- A to jest jeszcze jakaś odżywka? A to ja bym poprosiła. - Aktorka wyglądała na zafascynowaną tym nowym dla niej procederem i była bardzo chętna go poznać.
- Hmm… - mnich zerknął na Teofano, odruchowo pogłaskał jej policzek - Odwiedzę cię za te kilka dni i zobaczymy jak to wygląda. Jak cię dziś odstawię do rodziców wytłumaczę im, że odwiedziny kontrolne, aby upewnić się, że sny cię znowu nie męczą. - mnich rozpoczął wypełniać kobiety odżywką dla jaj much - Tylko oczywiście prośba. Nie mów nikomu o tym co się tutaj stało. Twoi rodzice, jak i reszta miasta, by nas wybatożyła za to. W najlepszym wypadku.
- Nie bój się, pewnie, że nie powiem. I tak by mi nikt nie uwierzył. Że poszłam z mnichem do kamienicy szlachcianki i kochałam się z dwiema innymi a potem dałam się zaciążyć muchom jakie za kilka dni wydam na świat? - Brunetka zaśmiała się serdecznie na myśl jak to by mogło brzmieć dla kogoś z zewnątrz.
- Rzeczywiście brzmi niedorzecznie. Ale lepiej nie mów o tym nikomu poza nami. I uważaj jeśli brzuch zacznie ci rosnąć. Nie wiemy czy zacznie, jak jest mało jaj jak u Laury albo Fabi to tego nie widać. Ale nie wiemy jak będzie u was. - Pirora z humorem przyjęła jej wyjaśnienia. Ale na wszelki wypadek wsparła prośbę kolegi o zachowaniu tajemnicy.
- Dobra, dobra, nikomu nie powiem. - Cukiernik z wdzięcznością przyjęła w siebie odżywkę, tak samo jak przed chwilą jaja Oster. Bretonka i aktorka także wydawały się chętne na to doświadczenie.
- To co teraz robimy? - Zaciekawiła się Odette jakby stała u progu nowej, ekscytującej przygody.
- Jeden mężczyzna, cztery kobiety… - zaczął mnich - Wydawało mi się, że czytałem jedną czy dwie księgi z podobnymi aktorami. - Otto spojrzał na dziewczyny - Jeżeli oczywiście będziecie chętne…?
- Teraz Otto mówisz w moim ulubionym języku mon cher. - Fabienne uśmiechnęła się do niego zalotnie. A Teofano i Odette roześmiały się wesoło.
- Tak piękny i wyjątkowy dzień należy odpowiednio uczcić. Wystarczy, że na zewnątrz trzeba udawać żałobę po tej starej krowie. - Aktorka także była chętna aby dalej celebrować to spotkanie w jak najbardziej hedonistyczny sposób.
Otto odstawił Teofano do domu, obiecując cukiernikom powrót, aby upewnić się, że stan dziewczyny nie pogorszy się.
Wróciwszy do domu padł na łóżko. Co mu strzeliło do łba, cztery kobiety na raz? Może gdyby był w pełni oddany Slaanesh, Mroczny Książę pobłogosławił by go większą wytrzymałością. Tak to pewnie będzie pokutował swój hedonizm następnego dnia.Mówiąc o jutrze, będzie musiał wrócić do hospicjum złożyć raport. Potem?
Może odwiedzi loże łowiecką. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 63 - 2519.07.23; bkt; ranek
Miejsce: Nordland; na pn-zach od Neues Emskrank; zachodni brzeg zatoki; osada rybacka;
Czas: 2519.07.23; Backertag; ranek
Warunki: wnętrze chaty, jasno, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz: dzień, łag.wiatr; ziąb (-5)Egon, Norsmeni, Gezackt i jego banda
Chłopskie śniadanie było tak proste jak chata w jakiej je podawano. Ciemny chleb wypieczony pewnie z wczoraj ale jeszcze miękki, solone ryby, bo po świeże będą dopiero jak rybacy wrócą z dzisiejszych połowów. Chociaż niewielu się odważyło zostawić swoje rodziny i chaty gdy mieli tylu zbrojnych o niepewnych zamiarach. Do tego smalec do zmiękczenia smaku, trochę gotowanych jajek i mleko do popicia. Ale chyba nikt po chłopach luksusów się nie spodziewał. Wczorajsza kolacja wyglądała podobnie.
Rybacy ugościli połączoną bandę zbrojnych. Zapewne zdając sobie sprawę, że niezbyt są w stanie odmówić gościny. Nawet jeśli większość wróciła z grobowca z mocno przetrzepaną skórą. To dalej mieli broń i wyglądali na takich co nie wahają się jej użyć. Woleli więc przeczekać tych niechcianych gości. Poruszali się chyłkiem i starali się nie wchodzić zbrojnym w oczy.
Sam powrót do nadmorskiej wioski był cichy i ciężki. Poranieni w walkach z martwiakami ludzie byli niechętni do rozmów czy żartów. Podpierali się na zebranych z ziemi kijach jak na kosturach i sapali głośno, czasem przeklinając czy spluwając aby sobie ulżyć w cierpieniu. Chyba tylko Raisa, spragniona wiedzy od Śpiącego, wydawła się być niechętna do opuszczania jego grobowca. Pozostali powitali ten pomysł bardzo chętnie. Gdy wyszli na świeże potwietrze radość z wiatru i promieni słonca na twarzach przyćmił na moment znój i ból. I Norsmeni i imperialni, śmiali się i gratulowali sobie zwycięstwa. Jeszcze jednak czekała ich przeprawa przez mokradła do skraju lasu. Te same gdzie wcześniej zaatakowały ich wynurzające się z mętnej wody martwiaki które na moment dopadły Martin. Teraz jednak nic się nie stało. Jedynie błoto i bagienna woda do połowy uda utrudniała ten przemarsz. Czasem się ktoś potknął czy przewrócił ale poza tym poszło im dość gładko.
Na skraju lasu spotkali się z Helgą i trzema zasianymi służkami Astrid. Chwilowo jakoś nikt nie kwestionował, że należą do córki jarla jaka jeszcze w wiosce wzięła je na służbę. Okazało się, że czwórce kobiet nic nie jest. I też się ucieszyły na pownowne spotkanie. Ze swojej strony widziały walkę z martwiakami jakie zaatakowały wyprawę na mokradłach. I nawet stok kurhanu ale nie były pewne co się później stało. Ulżyło im, że nie muszą dalej czekać same w tak niepewnej okolicy, zwłaszcza jak zmrok się zbliżał. A spochmurniało i mogło nawet zacząć padać. To też na moment podniosło humoru ale kolejne kilka pacierzy marszu przez mroczny las był dla poranionych ludzi na tyle dużym wysiłkiem, że większość rozmów ucichła.
- Już blisko. Czuć morze. - Lars oznajmił w pewnej chwili. Morski grabieżca miał nosa. Trochę później dostrzegli prześwity między drzewami zwiastujące skraj lasu. A jeszcze trochę i wyszli na morski brzeg. Ludzie odetchnęli z ulgą jakby ten mroczny las ich dusił do ziemi. Został jeszcze ostatni kawałek aby przejść plażą w stronę rybackiej wioski. Gdzie dotarli z pacierz później. Chłopi nie wyglądali na ucieszonych, że znów ich widzą. Ale nie robili trudności. Widocznie liczyli na to, że przeczekają i tą zarazę i odetchnął dopiero jak zbrojni sobie pójdą.
Gezackt zarządził jedno gospodarstwo dla siebie i połączonej grupy. Barłogów starczyło tylko dla paru osób. Reszta musiała spać na ławach lub podłodze. Albo przenieść się do stodoły. Deszcz ostatecznie nie spadł ale gdy za mętnymi oknami chłopskich chat zapadł zmrok wszyscy cieszyli się, że nocują pod dachem a nie na zewnątrz. Zwłaszcza nie w mrocznym lesie gdzie zawsze coś mogło się przypałętać albo co gorsza w pobliżu pradawnego grobowca z wojowniczymi martwiakami i mroczną magią. Kolacja była chłopska czyli skromna. Ale w świetle tanich, łojowych świec żywi oglądali swoje zdobycze. Dawne bransolety, pierścienie, naszyjniki, ozdobną broń, srebrne naczynia. Wszystko to można było w mieście wymienić na monety albo nawet od razu uderzyć w tawerny i zamtuzy. Helga razem z trójką nowych służek Astrid, przynosiły jedzenie do stołu. I stanowiły jakby ogniowo pośrednie między gośćmi a gospodarzami. W końcu nawet córka jarla się bliżej zainteresowała kim są dziewczęta jakie przyjęła na służbę.
- To chyba czas poznać się lepiej skoro macie mi służyć. Jak się nazywacie? - Siedziała na ławie obok Martin i nieco zadarła głowę aby spojrzeć na trzy rybaczki jakie parę dzwonów temu zgodziła się przyjąć na służbę. Dowiedziała się, że ta blondynka to Geruscha, czarna to Agathe a rudzielec to Kethe.
- No Astrid, ty sobie już przygruchałaś koleżankę, chyba nie będziesz pazerna i podzielisz się z kolegami co? - Lars widocznie też miał ochotę poświętować wieczorem nie tylko przy chlebie, mleku i rybach. Jego rubaszna uwaga rozbawiła nie tylko norsmeńsą blondynkę. Widać było, że wcześniejsze walki w grobowcu stępiły chuć większości zbrojnych a i w dzień już mieli okazję nieco poswawolić z rybaczkami. Niekoniecznie gdy one były na to chętne. Więc wieczorem chętnych na skorzystanie z uroków wiejskich córek było już znacznie mniej. Okazało się, też, że świadomość, że ruda, czarna i blondynka teraz mają swoją panią coś jednak znaczy. I zarówno Norsmeni jak i imperialni czekali na przyzwolenie od Astrid aby się zabawić z jej służkami. Czyli całkiem inaczej niż w dzień gdy w stodole brał je każdy jak chciał. Astrid podroczyła się trochę z Larsem ale widać było, że bardziej interesuje ją skonsumowanie znajomości z Martin. Pod koniec wieczerzy obie wymknęły się z chaty i Egon spotkał je dopiero dziś rano jak przyszły na śniadanie.
- To co teraz? Chcecie tam wracać? - Gezackt siedział przy stole. Był z spory, z grubasza ciosany i zdolny pomieścić całą, chłopską rodzinę. Ale oczywiście za mały aby obsłużyć połączoną grupę zbrojnych. Dlatego tak samo jak wieczorem przy kolacji, część z nich jadła siedząc na ławach pod ścianą, na podłodze albo nawet na zewnątrz. Poranek bowiem okazał się pogodny a powietrze rześkie, przesycone mokrym, morskim zapachem. Między nimi chodziła Raisa. Wyglądała jak ruchomy kłebek szmat. Mamrotała coś pod nosem gdy oglądała rany i zmieniała opatrunki.
- Można by spróbować. Tam zostały te zamurowane drzwi. Ciekawe co za nimi jest. - Lars, podobnie jak Egon, wyszedł z tych starć w miarę obronną ręką. Wieczorem poswawolił z jedną z dziewek Astrid, teraz rano śniadanie znów było więc humor mu dopisywał.
- Bo ja wiem czy powinniśmy? Przecież się umawialiśmy z naszą milady. Na wczoraj wieczór albo dziś rano. A jak ona tam przyjdzie a nas nie będzie? - Astrid nie była aż tak chętna na powrót do grobowca. Lub ciągnęło ją do ponownego spotkania z Sorią. Jak się wczoraj rozstawali z wężową syreną to umawiali się na ponowne spotkanie przy Zachodnich Kamieniach wieczorem lub dziś rano. Zapewne i tam by doszli gdyby nie ta przypadkowe spotkanie z Gezacktem i Śpiącym.
- Lepiej wróćmy. Przecież tam nikt z nas nie został. Nawet ci chłopi mogą tam pójść i zabrać co się da. Albo jakieś kolejne gobliny czy zwierzoludzie. - Raisa co skończyła opatrywanie ran wróciła do stołu. Ją z kolei ciągnęła wiedza i tajemnica aby ponownie zbadać prastary grobowiec naznaczony znakami Chaosu oraz Czterech Sióstr.
- Nie wiadomo co tam jest. I ile by zajęło rozwalenie tej ściany. Znacie jakąś milady? - Gezackt też wydawał się rozdarty. Z jednej strony przeprawa z martwiakami mocno dała się połączonej wycieczce we znaki. Z drugiej to jednak każdy zdobył garść fantów jakie teraz przyjemnie było trzymać i oglądać. A zamurowane drzwi kusiły kolejnymi skarbami. Ale mogły też nieść kolejne niebezpieczeństwa. A tu jeszcze była mowa o jakiejś milady. Gdzie może oprócz Astrid, to reszcza Norsmenów nie sprawiała wrażenia, że ma jakieś znajomości u szlachty. Rozmowę przerwała Kethe jaka przyniosła kolejną miskę suszonych ryb i jajecznicę.

link: https://i.imgur.com/3Gx4T2h.jpeg
- A jak się sprawowały moje dziewczyny? - Astrid złapała ramię służacej jakby była ciekawa o opinię starych i nowych kamratów. Jak żołądki się zaczęły napełniać ciepłym jedzeniem a ciało odpoczęło noc pod suchym i ciepłym dachem to i siły w poturbowane ciała zaczęły wracać. A wraz z nimi optymizm i dobry humor. Swoje też zrobiły błotniste nalewki Raisy i jej magia lecząca. Razem to sprawiło, że odpowiedziały jej rubaszne śmiechy jakie chwilowo odciągnęły ich od zastanawiania się co robić dalej z tym początkiem słonecznego dnia.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.23; Backertag; ranek
Warunki: wnętrze mieszkania, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: dzień, łag.wiatr; ziąb (-5)Otto i Łasica
Jednooki mnich obudził się w swojej sypialni. Sam. Ale może to i lepiej? Miał całą noc dla siebie aby wyspać się i odpocząć. A po figlach w salonie Pirory z czterema atrakcyjnymi kobietami bardzo się to przydało jego ciału. Zaś umysł wciąż miał świeże wspomnienia z wczorajszej wizyty.
Może i kochanki spod patronatu Soren i zaczęły baraszkować ze sobą pewnie jak tylko wyszedł do apteki Sigismundusa. Ale miały na tyle zywotności, temperamentu i ochoty, że gdy wrócił aby obdzielić je dziedzictwem Oster jakie Fabienne tak ponętnie zareklamowała to nadal miały ochotę na jeszcze. Tym razem Pirora jaka już nie spodziewała się kolejnych gości, też rozebrała się i dołączyła do zabawy. Bardzo wdzięcznie przyjmowała klapsy na swój wypięty tyłek czy to od kolegi czy od Odette. Z całej czwórki to właśnie gwiada estrady wydawała się być najbardziej zdecydowana i dominująca. Z wprawą korzystała z przypiętej do bioder męskości aby zagłębić się we wnętrzu koleżanek z różnej strony. Fabienne jak zwykle była kusząco uległa i pozwalała robić ze sobą co tylko kochankowie mieli ochotę. Teofano zaś chociaż bez ubrań niczym nie różniła się urodą od szlachcianek to jednak wyraźnie miała najmniej wprawy w takich wyuzdanych zabawach. Zwłaszcza z kobietami. Doświadczenie ze swoją pokojówką jaką rano tak dumnie chwaliła się Otto okazało się ledwo muśnięciem tematu. Co bardziej doświadczone wyznawczynie Władcy Dekadencji bardzo dobitnie jej zademonstrowały.
- To mówisz Teo, że nigdy nie chędożyłaś szlachcianki? Oj to popatrz, tak to się robi. - Pirora w pewnym momencie zamocwała na biodrach cukiernik zabaweczkę jaka pozwalała kobietom poczuć się jak mężczyzna. A bladolica Bretonka wabiła brunetkę zachęcająco rozchylonymi udami i wzywającym ruchem palca, zapraszając ją do spróbowania tej nowej dla córki cukierników zabawy. Uległe preferencje Fabienne bardzo się przydały w szkoleniu nowej koleżanki. Ku uciesze całej grupy. Może młodej cukeirnik brakowało doświadczenia ale okazała się bardzo atrakcyjną i gorliwą uczennicą. A, że jeszcze był Otto to trójka kultystek miała też okację aby podszkolić ją także w kwestii spółkowania z mężczyzną. Razem tak spędzili pełne namiętności, gorące chwile. Jednak dzień w końcu nieubłaganie zbliżał się ku końcowi i trzeba było się pożegnać. Otto i Teofano zaczęli się ubierać skoro mnich miał ją odporowadzić do domu. Ale trzy błękitnokrwiste hedonistki nigdzie nie wychodziły więc żegnały ich w negliżu. Wyglądały jak trzy gracje, czarna, blondynka i miodowłosa. Ta ostatnia właśnie zagadnęła do mnicha gdy już się żegnali w salonie.
- Widzę Otto, że z tobą kobieta to się nie nudzi. - Wymownie położyła swoją szczupłą, zadbaną dłoń na jego ramieniu a potem na swój płaski, zgrabny brzuch. Gdzieś tam pod tą gładką, kobiecą skórą, w jej trzewiach, spoczywały jaja Oster. - Może wpadniesz jutro o zmierzchu do teatru? Mamy małe spotkanie poetyckie. Postanowiłyśmy się spotkać w teatrze a nie u Kamili jak zwykle. Będzie nieco poezji i prób. Tak oficjalnie. A na zapleczu to Hubert zamierza nam dać jakieś małe przedstawienie. To znaczy planował ale głównie dla Sorii a nie wiadomo czy ona wróci do jutra. - Artystka zaprosiła go na jutrzejszy wieczór z miną sugerującą, że liczy na podobne rozrywki jak dzisiaj. Chociaż oczywiście podczas prywatnej części spotkania.
- Tak, Hubert chce zrobić wrażenie na Sorii. Bardzo się ucieszył z zaproszenia jakie mu przesłałeś. No i zamierza przyjść z Oksaną i specjalnym gościem. Jakbyś miał ochotę i żadnych planów na wieczór to przyjdź. - Pirora też dołączyła z zaproszeniem i dodatkowymi wyjaśnieniami. Okazało się, że akcja pojednawcza mnicha aby ułagodzić grubego kupca tekstyliów i stałego kochanka Fabienne przyniosła jakiś efekt. I nawet nie dziwiło, ze kultyście najbardziej zależało na zdobyciu uznania i względów u lady Sorii.
- Tak, chyba przyjdą z jedną ze swoich niewolnic. Nawet ja nie wiem czy będę z nimi występować w roli kolejnej niewolnicy czy będę na widowni. Zastnawiam się czy nie zabrać moich dziewcząt, Anniki i Marissy. Marissa jest taka słodka a Annika lubi jak jej usługują piękne dziewczęta. Chociaż dalej jest poturbowana po tej bijatyce na ulicy. - Fabienne też dołożyła swoje trzy miedziaki do tego wspólnego zaproszenia i nawet zastanawiała się czy nie przyjść z byłymi pacjentkami hospicjum. Co wywołało dywagacje u koleżanek.
- Oczywiście ty Teo też przyjdź jeśli chcesz. Poćwiczymy razem wspólne role. Masz piękny i silny głos. A później no to może znów Fabi użyczy ci swoich ust i ud abyś mogła poćwiczyć jak to się robi z kobietami. I takiemu słodkiemu pierniczkowi jak ty to wieszczę spore zainteresowanie. - Odette nie chciała aby nowa koleżanka czuła się wykluczona z tego zaproszenia na jutro więc i spojrzała na nią.
- Bardzo chętnie milady. To dla mnie wielki zaszczyt móc śpiewać razem z tobą. Powiem rodzicom, to na pewno się zgodzą. - Teofano uśmiechnęła się wdzięcznie do nagiej milady jaka żegnała ich odziana w jedwabne pończochy i przymocowaną do bioder zabaweczkę. Widać było, że prawie podskoczyła z radości na takie zaproszenie. Zwłaszcza, że łączyło się z prywatnymi zabawami poza oficjalnym powodem do spotkania. Spojrzała jeszcze na Bretonkę a ta posłała jej obiecującego całusa na znak, że jutro będzie jej służyć równie chętnie jak dzisiaj.
- Oj Otto, sam widzisz ile się u nas dzieje. - Miodowłosa milady znów zwróciła się do mnicha. - Aż mam ochotę cię mianować moim impresario od rozrywki. - Dorzuciła z zalotnym uśmiechem. - Za każdą taką nietuzinkową zabawę o jaką trudno nawet w zamtuzie - pogłaskała swój płaski, gładki brzuch - Mogłabym ci wynagrodzić. Może być mieszkiem. Rozumiem, że takie nietuzinkowe przygotowania mogą potrzebować pewnych kosztów. Szkoda abyś je ponosił z własnej sakiewki. Ale może bym ci się mogła odwdzięczyć w jakiś inny sposób? Strasznie mi się dłuży do tego spotkania z waszymi znajomymi spoza miasta. Chętnie bym jakoś wypełniła ten czas a ty wydajesz się być mężczyzną z odpowiednią fantazją i znajomościami. - Brzmiało to trochę jak flirt a trochę jak propozycja jak najbardziej poważna. Nie po raz pierwszy aktorka wyrażała zainteresowanie nietuzinkowymi rozrywkami jakich nie mogły jej zapewnić nawet Wolfenburg i inne wielkie miasta. Dlatego tak ją kusiła orgia z Gnakiem i jego stadem. Do tego terminu jednak wciąż było jeszcze kilka dni jakie bardzo dłużyły się milady.
Później jeszcze poszedł z Teofano aby ją odprowadzić do kamienicy jej rodziców. Niebo spochmurniało i wyglądało jakby miało zacząć padać. Ale jednak tak się nie stało. Za to młoda cukiernik całą drogą przeżywała nową przygodę. Ten świat szlachetnie urodzonych jaki okazał się tak pociągająco dekadencki. A trójka szlachcianek i mnich jaki ją do nich zaprowadził zrobili na niej bardzo dobre wrażenie.
- Jakie one są piękne! I jakie miłe. I jak tam bogato! Tyle obrazów i rzeźb. A one… Oh! Są cudowne! I słyszałeś? Zaprosiły mnie na jutro na próbę teatralną. Będę śpiewać razem z lady Odette! Rodzice to pękną z dumy! A ty? Przyjdziesz? I ojej Otto. Ja przepraszam jeśli rano byłam dla ciebie niemiła. Jeszcze cię nie znałam. Ale dałeś mi te moje dzieci. I lady Odette i Fabienne też! Ojej aż nie mogę doczekać się kiedy wydam je na świat! Tyle na to czekałam! Ile to będzie trwało? Kilka dni albo tydzień? Coś takiego chyba mówiliście. I one też. Wszystkie będziemy muszymi matkami. To takie piękne. - Młoda cukiernik szła obok niego i mówiła przyciszonym głosem. Widać było, że jest bardzo podekscytowana tym bogatym w doświadczenia dniem. Zupełnie jakby z jednej strony otworzyły się jej drzwi do niedstępnych do tej pory, błękitnokrwistych salonów a z drugiej jakby spelniło się jej pragnienie o muszym zapłodnieniu. Tak doszli do kamienicy Lebkuchenów. Powitanie było całkiem serdeczne. Teofano promieniowała radością i szczęściem, była niczym ukochana i zdrowa córka. A mnicha przedstawiła jako głównego sprawcę tej przemiany. Więc jej rodzice też byli dla niego bardzo mili i serdeczni.
- Ja wiedziałam, że przeor potratkuje sprawę poważnie i przyśle kogoś odpowiedniego. Bardzo ci dziękuję ojcze, że tak troskliwie zająłeś się naszą córką. - Renate Lebkuchen obdarzyła mnicha ciepłym uśmiechem i ujęła jego dłoń aby ją pocałować z wdzięczności. Miał nawet wrażenie, że trzymała jego dłoń dość długo.
- Brat Otto mówił, że może przyjdzie za parę dni aby zobaczyć czy wszystko w porządku. Ale myślę, że ja też bym mogła pójść do hospicjum. Aby się odwdzięczyć za pomoc. Może jutro? Zabrałabym coś z naszych wypieków jako podziękowanie. - Teofano sprytnie próbowała się umówić na następne spotkanie. Czy to tutaj, w hospicjum czy jeszcze gdzie indziej. Ale w zaistniałej sytuacji wydawało się to naturalne.
- Oczywiście Teo. Brat Otto i przeor na pewno się ucieszą. Prawda ojcze? - Jej matka też wydawała się cała w skowronkach z powodu takiej cudownej przemiany swojej najmłodszej córki. Ale w końcu się pożegnali i wyszedł na ulicę. Wrócił do siebie i mógł wyspać się w swoim własnym łóżku.
Dziś rano jednak jego ciało czuło te wczorajsze figle z salonu młodej Averlandki. Było to jednak okraszone przyjemnymi wspomnieniami. Rany z ulicznej bijatyki też jakby mniej mu dokuczały. A jak jeszcze otworzył okiennice okazało się, że poranek jest słoneczny i pogodny. I wstał może nieco później niż zwykle ale nadal na tyle wcześnie, że jakby chciał to mógłby pójść do hospicjum. Zanim się jednak zdecydował usłyszał pukanie do drzwi. Kodem. Więc pewnie ktoś z ich sekretnej rodziny. Jak otworzył drzwi okazało się, że to Łasica.

link: https://i.imgur.com/QBZfDtP.jpeg
- Serwus Otto. - Łotrzyca powiedziała wesoło gdy wpuścił ją do środka. Chociaż już tu bywała wcześniej to i tym razem obrzuciła mieszkanie ciekawskim spojrzeniem ale widać było, że nie przyszła tu aby rozmawiać o wystroju wnętrz. - Soria wróciła wczoraj wieczorem. Do Pirory. Słyszałam, że bawiłeś u niej? - Odwróciła się aby się zaśmiać figlarnie. Zwykle takie plotki z chędożeniem w roli głównej ją ciekawiły i wprawiały w dobry humor. - No to się rozminęliście. Ale wróciła. Sama. Ale z niezłą szkatułką. Dobrze, bo dziewczyny się trochę spłukały ostatnio. Ale spotkała Egona na plaży. I kilkoro Norsmenów. Merga ich przysłała. Dziś rano Soria chce do nich wrócić aby wprowadzić ich do miasta. Mają schadzkę przy Zachodnich Kamieniach. Trzeba ich gdzieś umieścić. Na początek chyba u Pirory a potem się zobaczy. - Sprzedała mu pierwszą plotkę, dotyczącą córki Soren oraz ich towarzysza którego ostatni raz żegnali z tydzień temu jak razem z Mergą i resztą odpływał przemytniczą łodzią po obrabowaniu świątyni Mananna. Co prawda byli umówieni na powrót bo wyrocznia miała wrócić gdy uzna to za stosowne. Ale widocznie została w Norsce a Egon wrócił. I to nie sam.
- Joachim też wrócił. Spotkałyśmy go wczoraj. W lesie spotkał jakichś zwierzoludzi. Ale innych niż Gnak i jego stado. Przyprowadził dwie ślicznotki. Jedna taka niczego sobie blondynka co nie wybrzydza, że z kobietami nie można. I druga mocno zmutowana. Razem z Burgund ich przeprawiłyśmy przez Zatokę do miasta. Joachim mówił, że zabierze je do siebie i potrzyma przez parę dni. Chyba coś im napowiadał o Sorii bo zwłaszcza ta blondynka, Darcy, bardzo by chciała ją poznać. Ale wiedziałyśmy, że Soria jeszcze nie wróciła do miasta to na razie kazałyśmy jej czekać i siedzieć cicho. - Łotrzyca szybko streściła mu wieści o czarodzieju kultu. I też brzmiało jakby miał ciekawe przygody przez ostatnie parę dni.
- I słyszałeś coś o jakiejś fioletowej milady? Może uczona, może mag. Interesuje się snami. Podobno przybyła ostatnio do miasta. Ta Darcy tak mówiła, bo jej się śniła. I temu wodzowi zwierzoludzi też. A sam wiesz, że Siostry przemawiają przez sny. Tylko nie wiadomo co to za jedna, czy jest po naszej stronie czy nie. No to jakbyś gdzieś spotkał taką fioletową milady albo o niej słyszał to daj znać. - Dorzuciła jeszcze jedną plotkę. A póki co to mnichowi nic się nie kojarzyło aby coś słyszał o takiej nietypowej milady.
- Ja idę teraz do Pirory. Poczekam na Burgund bo ona poszła do Joachima. Silny też ma przyjść. On ma wóz a my łódź. Jakby trzeba było przewieźć Egona i resztę do miasta. On mówi, że może przenocować Egona i może ze dwie osoby. Ale jeszcze zobaczymy jak się wszyscy spotkamy. - Na koniec popatrzyła pytająco na gospodarza jakie on ma plany na ten początek dnia. Brzmiało jakby łotrzyca ze szlachciankami organizowała przerzut kolegi i Norsmenów do miasta. Ale tak do końca nie było wiadomo czego się spodziewać bo Soria rozstała się z nimi wczoraj w połowie dnia i wpław przepłynęła do miasta. Nie było wiadomo czy Egon z resztą dotarli już do Zachodnich Kamieni czy jeszcze nie. I czy będzie się ich przerzucać wozem przez bramę czy łodzią przez wody Zatoki. Zbyt duża grupa mogła się rzucać w oczy. Zbyt mała mogła oznaczać, że kogoś zabraknie gdyby coś się zaczęło dziać. Samych przybyszy miało być z pół tuzina.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów 14; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.23; Backertag; ranek
Warunki: wnętrze mieszkania, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: dzień, łag.wiatr; ziąb (-5)Joachim, Darcy, Marlene i Burgund
W jadalni Joachim zwykle posiłki jadał sam bo rzadko miewał gości. Ale nie tego poranka. Tym razem śniadał z dwiema, młodymi kobietami. Darcy rozglądała się bystro i ciekawie. Marlene siedziała przygaszona i wciąż wydawała się niepewna swego losu. Jej sromoty nie dało się ukryć. Połowa twarzy, część głowy zajmowały jej narośla przypominające rogi lub zastygłe, pokrętne macki. Na jednym ramieniu to samo. Wiedział, że ma też te przemiany na nogach ale chwilowo blat stołu i suknia je zasłaniał. Przez to, że jej mutacje były takie wystająco były jeszcze trudniejsze do ukrycia niż te jakie miała Dorna czy Lilly. Teraz jednak wszyscy cieszyli się śniadaniem.

link: https://i.imgur.com/cVDMgO6.jpeg
- Dobra szama. Nieźle was tu karmią. Wszyscy magowie tak jedzą? - Blondynka na swój krnąbrny sposób udzieliła pochwały gospodarzowi za takie dobre karmienie. Wcinała aż jej się uszy trzęsły. Marlene też chętnie syciła głód ale starała nie zwracać na siebie uwagi. Jedli i rozmawiali gdy Gunther wszedł do jadalni i nachylił się do swojego pana aby mu szepnąć, że Burgund przyszła. Po chwili astronom rozmawiał z łotrzycą w sąsiednim pomieszczeniu.
- Soria wczoraj wieczorem wróciła do Priory. Na plaży spotkała Egona i paru Norsmenów. Umówiła się z nimi przy Zachodnich Kamieniach. Tam gdzie mamy spotkania z Gnakiem. Trzeba będzie ich jakoś przetransportować do miasta. Albo wozem albo łodzią. Jeszcze zobaczymy. Łasica poszła zawiadomić Otto. Tak na wszelki wypadek. Ja wracam do Pirory i poczekam na nią. Silny też powiedział, że będzie. Przyjedzie wozem. - Powiadomiła go o tych nowych wieściach. To, że wężowa milady wróciła do miasta aż tak dziwne nie było. Jeszcze wczoraj jak rozmawiali to dziewczyny spodziewały się jej powrotu dziś lub jutro. Czyli jednak wróciła wczoraj pod wieczór. Tego, że Egon wrócił i to nie sam to jednak się nikt nie spodziewał. Ostatni raz go widzieli jak odpływał z Mergą i resztą na łodzi Vasilija pełnego zrabowanych fantów ze świątyni Mananna. A jednak wrócił i to z kilkoma Norsmenami jakich milady nie znała.
- I Łasica mówiła aby ci przekazać, że Starszy będzie dziś wieczorem pod zwaloną wieżą. Jest bardzo zainteresowany tymi zwierzoludźmi jakich spotkałeś. No i tą fioletową milady. - Łotrzyca o bursztynowych włosach przekazała mu też wieści od zamaskowanego guru kultu. Widocznie jej partnerka przekazała prośbę czarodzieja o spotkanie i zamaskowany się na nie zgodził. Jeśli zaś kolega nie miał żadnych spraw do załatwienia to Burgund chciała wrócić do Pirory aby przygotować się na przeprawienie Egona i reszty do miasta.
-
Oryginalny autor: Santorine
W drodze powrotnej
Udało się. Mniej więcej… Wszyscy byli cali, a nawet ci z bandy Gezackta przetrwali w jednym kawałku. Prawda to, niektórzy z nich zostali poranieni całkiem solidnie - co drugi z wykidajłów Gezackta powłóczył nogami lub też rozmasowywał rany zadane przez nieumarłych. Koniec końców jednak żyli, kultyści i pozostali obłowili się co nieco złotem zrabowanym z grobowca.
Niechybny był to dowód dla Gezackta - przemyśliwał Egon - że banda, której on przewodził, była źródłem niezłego zarobku, choć wszakże nie zawsze musiał on być bezpieczny i łatwy. Gezackt byłby głupi, gdyby tego nie wyrozumiał. No i, rzecz następna, przed Gezacktem otwierały się perspektywy dalszego zarobku w charakterze rekieterów zaokrętowanych pod banderą, która będzie należeć do Larsa.
Egon żywił wielkie nadzieje w tym przedsięwzięciu, dostarczenie bowiem zdrowych nosicieli jaj Oster znacznie zwiększało szanse tego, że zasadzka na nadchodzącym turnieju powiedzie się.
Turniej wszak jak i kwestia jaj Oster były przyszłością. Trzeba było wrócić do sioła.
~
Noc w rybackiej wiosce
Egon z początku z rzadka tylko włączał się do rozmów z pozostałymi, sam będąc już zmęczonym długą wędrówką. Postanowił poniechać nocne swawole. Wojownik wolał się dobrze wyspać, bowiem wiedział, że z samego ranka będzie czekać ich długa wędrówka.
Sam zasnął w raczej niewymyślnym zakątku jednej z chat. Z doświadczenia wiedział bowiem, że jeśli o poranku miało się stać coś lub też w nocy, na pierwszy ogień pójdzie nie on, zaś ci, co owe chaty sobie zawłaszczyli na czas tej nocy.
~
Poranek
Wstał wcześnie, nie mogąc spać spokojnie na skórach w kącie. Pośniadawszy i ogarnąwszy swe potrzeby, zastał pozostałych w rozmowie. Śniadanie było proste, chłopskie i w ogóle byle jakie, jednak gladiatorowi zdarzało się spożywać i gorszą strawę, przeto nie narzekał.
Rzecz z grobowcem przemyśliwał już wcześniej, toteż od razu wyrzekł swoje zdanie:
– Prawda to, nie wiemy, co jest za ścianą i ile będziemy musieli czasu poświęcić, żeby ją przemóc – rzekł Egon. – A i dobrych narzędzi nie mamy, chyba, że coś od chłopów zrabujemy, ale wolałbym własnym sumptem porządne narzędzia mieć, prawilne żelazo imperialne lepsze będzie od jakiegokolwiek szmelcu, którzy mają tu chłopi.
– Nie wiemy jednak, co jest za ścianą. Może być nic, możebne być i także, że jeszcze gorsze monstra, z którymi starliśmy się wcześniej. Nie wiemy, rozumiecie?
Brodacz zabębnił palcem po swoim toporze, przypominając sobie niedawne walki.
– Posłuchajcie! Trza nam zabezpieczyć grobowiec. W siole rozpuśćmy plotkę, że zgnilizna i zepsucie są w środku, żeby prosty lud przestraszył się, żeby kto nie próbował tam się dostać. Ja, Zog i Raisa wypuścimy się do kurhanu. Raisa przeklnie miejsce lub też odprawi swą magię, Zog zaś ustawi pułapki przed wejściem. Zamaskujemy je nieco i ustawimy gruzu, żeby wejście wyglądało na takie, co się zawaliło.
– Mus nam spotkać się z Lady Soria, jesteśmy już spóźnieni i tak. Jeśli zaś ktoś by doszedł do grobowca, spotkałby tylko pusty kurhan i trupa. Nic nie spostrzegłby. My zaś koniecznie musimy się udać do miasta, taki był bowiem plan. Musimy się go trzymać. Kurhan może poczekać, nawet i może okazać się dobry dla naszych celów. Ale poczekać trzeba z nim, nie możemy odłączyć się od głównego planu.
Wymieszane przy stole towarzystwo z obu band, przysłuchiwało się słowom gladiatora. Popatrzyli po sobie zastanawiając się nad tym. I pierwsza odezwała się Astrid.
- Bardzo dobry pomysł! Przecież mamy spotkanie z naszą milady. Jest bardzo piękna. - Blondynka podchwyciła myśl jaka przypadła jej do gustu. I tonem wyjaśnienia dorzuciła uwagę urodzie Sorii. W końcu Gezackt i jego banda jeszcze jej nie spotkali. - A my tu poczekamy na was. Jak wrócicie to pójdziemy brzegiem zatoki w stronę miasta. Nawet się zastanawiałam czy nie można by kogoś posłać przodem aby wyjaśnić milady co się stało. Ja mogę pójść. Wzięłabym Martin i może jeszcze kogoś. - Córka jarla okazała się rezolutna i popatrzyła z uśmiechem na pozostałych.
- Tak, ja mogę tam rzucić klątwę. I trzeba powiedzieć wieśniakom. Może się wystraszą. Jak tam z bagien albo lasu coś przyjdzie to nic nie poradzi ale na wieśniaków może zadziałać. - Raisa zignorowała paplaninę młodszej koleżanki i nawiązała do tego o czym mówił Egon. Obdarzyła go przy tym dumnym uśmiechem na znak, że podoba jej się pomysł zadbania o grobowiec.
- No nie wiadomo co tam jest. Racja. - Gezackt przytaknął głową i widać było jak ciekawość i chciwość walczą w nim o palmę pierwszeństwa z ostrożnością i obawą.
- A może naprawdę zawalić wejście? - Szybki rzucił swoim pomysłem. Spojrzeli na niego więc go rozwinął - Można wziąć kilofy, siekiery, łopaty od wieśniaków. Takie coś to chyba mają. I zawalić wejście. Podziubać tak aby się zapadło. Powinien zapaść się kawałek a reszta zostać cała. Tam kamieniami było wszystko wyłożone. Jak je skuć to ziemia może sama się zawali. A jak wrócimy to odkopiemy znowu. - Wyjaśnił jak to sobie umyślił.
- Ale to długo potrwa. Nie wiadomo ile czasu zajmie. No i ta ziemia to może przysypać kogoś z nas. No ale pewnie zniechęciłaby nawet jakieś pokurcze czy inne pokraki aby tam włazić. - Gezackt nie był pewien czy by im się opłacał taki manewr czy nie. Sam marsz do grobowca zajmował kilka pacierzy. A jeszcze prace przy nim też trochę. Z drugiej strony taki zawał mógłby zabezpieczyć wejście solidniej niż jakieś pułapki.
– Brzmi niebezpiecznie – Egon przewrócił oczami. – A i prawda to, nie wiemy, ile zajmie, a czas wszak leci, aby puścić się w drogę powrotną do Neues Emskrank… Nie, nie mamy czasu na nic więcej, niż jeno parę pułapek i zaklęć. Wszak wybiliście wszystkie zielone pokraki, które czatowały przy kurhanie, czyż nie, panie Gezackt? To powinno styknąć na te parę dni, zanim uradzimy z Sorią, co by tu zrobić jeszcze. Może Soria wie więcej niż my? Tak czy inaczej… Styknie.Tu zwrócił się jeszcze do Gezackta:
– Panie Gezackt, pójdziecie z nami, w drodze do miasta omówimy rzecz o nowym interesie po drodze. Może być? Ruszajmy czym prędzej do tego kurhanu, a potem w wędrówkę, musimy tam być! – rzekł Egon.
Rozmowy przy śniadaniu jeszcze trochę trwały. Ale ostatecznie uradzono, że mniejsza grupka wróci do grobowca a reszta poczeka w wiosce rybaków na ich powrót. Więc ruszyli we piątkę. Egon, Zog, Raisa oraz Gezackt i jeden z jego ludzi. Herszt drugiej bandy, poruszał się jeszcze nieco sztywno po wczorajszych walkach. Ale nie na tyle aby przeszkadzało mu to w marszu. Wkroczyli w cienistą, leśną krainę ledwo baldachim drzew zamknął im się nad głowami gdy zeszli z plaży. Podobnie jak wczoraj, przemarsz do skraju mokradeł gdzie stał kurhan zajął im kilka pacierzy. Znów stanęli na skraju trzęsawiska z widokiem na sztucznie wzniesiony pagórek. Trzeba było przejść brodząc po uda przez bagienną wodę i wspiąć się po stoku aż to czarnej, jamy wejścia grobowca. Widać było liczne ślady przy wejściu jakie zostawili wczoraj. I na pierwszy rzut oka nic się chyba nie zmieniło. Chwilę zajęło rozpalenie pochodni aby wejść do środka. Zog uznał, że nie ma po co wchodzić do środka i zostanie na zewnątrz zostawić pułapki. Raisa, na odwrót, aż ciągnęło ją do sali z sarkofagiem. W środku przy świetle pochodni zaczęła chodzić przez zimną, zatęchłą wodę jaka tam stała. W końcu jednak powiedziała aby jej teraz nie przeszkadzać. I zaczęła mamrotać jakieś modlitwy lub zaklęcia.
- To co za interes chciałeś omówić? - Gezackt był ciekaw o czym wcześniej gladiator wspomniał. A i tak czekali aż wiedźma skończy swoją, mroczną sztukę. Hersztowi ulżyło, że dziś nic ich nie atakuje a te martwiaki jak wczoraj padły w mętną, grobową wodę to dalej tam leżą.
– Parę interesów, w gruncie rzeczy – Egon poprawił. – Pierwsza rzecz, łowienie niewolników, panie Gezackt – rzekł bez ogródek Egon, który, po zobaczeniu gwałtów, które wyprawiali ludzie Gezackta na chłopkach w rybackiej wsi, zrozumiał, że utrzymanie wszelkich pozorów nie miało znaczenia. – Ja i moi kompanioni jesteśmy w trakcie drogi do Neues Emskrank. Twoi ludzie pewnie żadnymi marynarzami nie są, ale przydałaby nam się obstawa okrętu, który skołujemy będąc w mieście. O zyskach z handlu pogadać możemy później, bo i rzecz jest rozwojowa, nie wiadomo, jak szybko okręt zdobędziemy. Lars zna już szczegóły, ja jeno jego plan przedstawiam.– Rzecz druga, widziałeś pan, jak żeśmy walczyli w tym kurhanie… Mus nam będzie powrócić w te miejsce, kiedy już interesa swoje załatwimy w mieście. Będziesz nam towarzyszył, kiedy będziemy rozwalać tę ścianę? Podzielimy się po połowie, tak, jak wcześniej. A i możliwe, że jeszcze wypuścimy się na podobne rejzy z Astrid jeszcze, ponoć miejsc takich w okolicy jest wiele…
- Nałapać niewolników? - Gezackt obrzucił gladiatora bystrym spojrzeniem. Do tej pory przyglądał się dziwnym ruchom i mamrotaniu starej wiedźmy przy rozbitym sarkfagu. Ale słowa brodacza zwróciły jego uwagę. - No jak masz gdzie kolego to czemu nie. Pewnie po wioskach można by coś uszczknąć. Może nawet chłopi sami by na służbę oddawali za parę miedziaków. Jak z tą waszą Astrid. - Herszt nie wydawał się mieć zbyt wiele skrupułów jeśli chodziło o ten nielegalny proceder. Oficjalnie prawo zbraniało niewolnictwa. W praktyce jednak pod płaszczykiem służby lub różnych zobowiązań, tylko nazwą się to różniło. Gezackt był ciekaw czy nowy znajomy ma już jakieś rozeznanie jak można by zarobić na takim interesie.
- I masz, rację, żadni z nas marynarze. Chociaż trochę pływaliśmy po Talabecu. Do żagli czy wioseł to na nas nie licz ale jak potrzeba coś włócznią czy łukiem porobić no to czemu nie. Sam widziałeś co potrafimy. - Uśmiechnął się wskazując na mętną wodę w grobowcu. Wciąż było widać prześwitujące ciała martwiaków z jakimi wczoraj razem walczyli. Po czym spojrzał na Raisę. Ta bowiem właśnie skończyła swoje mamrotanie. Ale coś tam jeszcze robiła bo nie wyglądała jakby już miała wychodzić.
- Ciekawe co jest za tą ścianą nie? Jak będzie co dzielić tak jak wczoraj to myślę, że się dogadamy. - Herszt przeniósł wzrok w stronę ciemności skrywającą tylną ścianę. Gdzieś tam było zamurowane wejście jakie wczoraj odkryli. A przy okazji dał znać, że dotychczasowy podział łupów wydawał mu się na tyle uczciwy, że był z niego zadowolony.
Egon zmilczał komentarz Gezackta na temat tego, co potrafią jego ludzie, bowiem miał wrażenie, że lwią część roboty zrobił on z Bjornem i Astrid. Cóż - przymyśliwał Egon - po prawdzie to nie potrzebował Gezackta do tego, żeby dokonywać cudów sztuki wojennej, w charakterze reketerów wypuszczających się po ludzi na traktach sprawdzą się jednak doskonale. A i jako obstawa okrętu powinni dać radę.
Egon potrzebował sojuszy, szczególnie teraz, kiedy wrócił do Nordlandu, a miastowi nadal go szukali.
– W takim razie mogę liczyć na was, kiedy interes będzie gotowy do podjęcia? Na pewno bylibyście jako obstawa statku razem ze mną.
Skoro Raisa już kończyła, to skinął głową, do tematu bowiem potrzebował Larsa, żeby ustalić szczegóły.
– Zapewne więcej żywych trupów, być może więcej skarbów – rzekł. – Oby to drugie… Następnym razem przyjdziemy tutaj lepiej wyposażeni.
Egon wyczekującym wzrokiem spoglądał na Raisę.
- No dobra. Oby nam nikt nie gwizdnął tych fantów. - Gezackt po chwili namysłu skinął głową. Ostatecznie dał się namówić nowemu wspólnikowi aby odpuścić teraz to zamurowane przejścia. Trawiły go jednak obawy, że ktoś inny przyjdzie i sprzątnie im to co kryło się w trzewiach tego grobowca.
- Może być z tym statkiem jak mówisz. Jak już będziesz coś miał to przyjdź. Pogadamy. - Wrócił do rozmowy o tworzeniu wspólnej załogi. Wstępnie się zgodził chociaż na razie rozmawiali jeszcze bez żadnego statku pod bokiem.
Rozmawiali jeszcze jakiś czas kręcąc się po podziemnej komnacie z sarkofagiem. Zaś Raisa robiła swoje i lepiej było jej nie przeszkadzać. Mamrotała pod nosem lub nuciła. Robiła jakieś dziwne gesty przez co wyglądała jak pijana lub niespełna rozumu. Było to odpychające i pociągające jednocześnie. Włosy stawały dęba na karku. W końcu jednak oznajmiła, że skończyła.
- Jeśli ktoś tu wjedzie to będę o tym wiedzieć. A jak ktoś weźmie któryś z przedmiotów Gorsana to parch i niemoc go dopadnie. A teraz wyjdźćcie. Muszę zostawić tu moich małych strażników. - Poinformowała starucha nakłaniając obu mężczyzn aby wyszli z sali sarkofagowej. Gezackt nie stawiał oporu i całkiem chętnie cofnął się na zalany wodą korytarz.
- Cholerna woda. Znów mam wszystko mokre. Jeszcze po wczoraj mi nie wyschło a znów spodnie mokre. - Widać było, że jest z tego powodu niezadowolony. Zresztą gladiator cierpiał na te same niedogodności. Niezbyt przyjemnie ubierało się rano mokre buty czy spodnie. A teraz jak przechodzili przez mokradło znów ubabrali się błotem do połowy ud. A przecież mieli iść do miasta. Tak im zeszło czekanie na Raisę. Ta w końcu trzymając w jednej ręce swój kostur a w drugiej pochodnie pokazała się na końcu korytarza. We trójkę wyszli na światło dzienne. Zastali towarzysza Gezackta i Zoga jacy zastawaiali sidła aby zniechęcić ewetualnych eksploratorów podziemi.
- Nie chciałbym tu stanąć. Jak skończyliście to idźcie do brzegu, my tu już kończymy. - Powiedział kamrat Gezockta pokazując im gdzie mają nie stawać aby nie władować się w sidła.
– Ta, idziemy stąd – Egon skinął głową zadowolony z pracy, którą wykonała Raisa i Zog. – Powinno wystarczyć… No! Chodźmy zatem z powrotem do sioła. Czeka nas jeszcze droga powrotna.~
Przebyli raz jeszcze tę samą drogę z kurhanu do sioła. Który to raz już był…? Czwarty zapewne, licząc pierwszą wyprawę na kurhan. Gezackt zapewne raz jeszcze, jako że zabiał zielonoskórych, którzy grasowali w okolicy.
Egon rad był, że tak łatwym sposobem udało mu się pozyskać Gezackta na rzecz interesów kultu. Zapewne czuł, że został wynagrodzony uczciwie i też mógł spodziewać się tego samego - dumał Egon. Jeśli złoto było jedynym, na czym zależało Gezacktowi, w istocie, mógł go obsypać złotem… Byle tylko był mu posłuszny i jego rola pozwoliła mu dokonać zemsty na Neues Emskrank.
Kiedy on, Gezackt, Zog i Raisa przybyli wreszcie do sioła, zamierzał wyruszyć natychmiast - czas ich gonił i w gruncie rzeczy byli spóźnieni.
~
Backertag; południe; Zachodnie Kamienie
Przemarsz z grobowca pradawnego czarownika do osady rybackiej przebiegł bez zakłóceń. Na miejscu spotkali się z resztą Norsmenów i bandy Gezackta. Ci co zostali byli ciekawi jak im poszło ale jak okazało się, że bez przygód to chyba wszystkim ulżyło. Po drodze przez las Raisa na chwilę szła razem z gladiatorem i wręczyła mu niewielką, zatykaną korkiem butelkę w jakiejś coś chlupotało.
- Wczoraj pospałeś zanim zdążyłam zrobić. Ale obiecałam ci to zrobiłam. To eliksir gorączki miłosnej. Starczy na kilka porcji. Jakbyś potrzebował jeszcze to powiedz to ci zrobię. Trochę zmienia smak. Ale jak dolejesz do jadła czy napoju to zwykle tego nie zauważają. Zaczyna działać po pacierzu, dwóch. Niewiastę zaczyna rozbierać gorączka namiętności. Łatwo wówczas zaciągnąć ją do łożnicy. Ale pamiętaj, że później może pamiętać co się działo. Najepiej się sprawdza podczas zabawy gdy się wiele je i pije. - Tłumaczyła mu wręczając mu ten flakon z miną jakby go uważała za swojego ulubionego, wyrośniętego wnuczka któremu dobra babcia stara się pomóc. A już w osadzie ich powrót oznaczał, że czas ruszyć w stronę widocznego przy zatoce miasta.
- Zbierać się psie syny! Wystarczy tego wylegiwania się! Wracamy do cywilizacji! Czas wydać geldy na ladacznice i wino! - Gezackt zawołał do swojej bandy. I ta rubszaność wywołała u nich rechot. Jednak przy chacie w jakiej spędzili noc, zaczęła rosnąć pstrokata grupa rabusiów z północnych i południowych wybrzeży Morza Szponów. Czas był najwyższy bo zbliżało się już południe.
Połączona grupa szła plażą na południe. Cały czas miarowo zbliżając się do murów miasta. Te z każdym pacierzem wydawały się trochę większe. Chmury zdążyły przesłonić niebo i słońce i zrobiło się dość chłodno. Jednak na razie nie padało. Humory raczej dopisywały. Ludzie Gezackta już myślami byli w miejskich tawernach i zamtuzach. A plażą szło się w miarę wygodnie jeśli nie łaziło się po sypkim piachu. Po przeciwnej strony zatoki widać było klify i stromizmy jakie wznosiły się na jej wschodnim brzegu. Na wodzie widać było statki i łodzie rybackie. Wyglądało to dość sielsko.
Podeszli już całkiem blisko, na tyle, że widać było już blanki miejskich murów i przecinki strażników na nich. Gdy polna droga odbijała na zachód. Egon tędy wcześniej nie wędrował ale wiedział z relacji swojej kultystycznej braci, że koledzy i koleżanki właśnie tędy chodzili do Zachodnich Kamieni gdzie organizowali sobie orgie ze zwierzoludźmi. Gladiatora wcześniej to nie interesowało ale teraz był jedynym przewodnikiem połączonej grupy.
- Ale czemu skręcasz? Do miasta to tędy. - Gezackt zdziwił się czemu brodacz wybrał mniej uczęszczaną drogą. I to taką która oddalała ich od miejskich murów. Nie zdążył mu odpowiedzieć gdy do rozmowy włączył się nowy głos.
- A co to za buszowanie po miejskim lesie?! Macie zezwolenie z ratusza?! Pętacie się tu jakbyście mieli coś do ukrycia! Jak jacyś przemytnicy albo co gorsza heretycy! - Usłyszeli mocny, kobiecy głos. I tak Norsmeni jak i banici Gezackta zaczęli się gwałtownie rozglądać za wołającą. Musiała być gdzieś niedaleko bo wyraźnie ją słyszeli. I nie wiadomo czy nie była sama. Egon jednak rozpoznał głos Łasicy. Chociaż na razie też jej jeszcze nie widział. Swoim zawołaniem jednak wywołała zaniepokojenie w tej całkiem sporej grupie.
Egon zamierzał odpowiedzieć Gezacktowi w dwuznaczny sposób, o tym, że jego wrogowie są w mieście i przeto nie chciał dać im łatwego przystępu do siebie. Nieważne było jednak, odezwała się Łasica.
Łasica! Dawno nie słyszał jej głosu i dopiero po paru chwilach dotarło do niego, że to właśnie ona przemawia w leśnej głuszy. Czy Starszy lub też Soria uprzedzili ją, że będą tędy przechodzić?
Egon uniósł rękę w stronę Gezackta i jego ludzi, podobnie jak i też Norsmenów, którzy byli przy nim.
– Mamy, mamy, a jakże – Egon nie potrafił ukryć śmiechu, który zagościł na jego brodatej twarzy. – Glejty mamy zaiste odpowiednie! Chcesz zobaczyć ów glejt, o pani? – Egon zawołał.
- Tak! Podejdź tu z tymi glejtami! Chce to zobaczyć na własne oczy! - Gladiator nie był pewien czy w głosie łotrzycy też usłyszał iskierkę rozbawienia czy to jego własne emocje mataczyły mu obraz. Ale niebieskowłosa odpowiedziała prawie od razu i tak samo pewnie jak przy pierwszej odezwie.
- Z czego się śmiejesz? - Astrid widząc zamieszanie wysunęła się na czoło grupy i stanęła przy brodaczu na tyle blisko, że dostrzegła jego uśmiech. Gezackt zmarszczył brwi jakby zachowanie przewodnika i nieznajomej z lasu nieco go skołowało.
- Coś głupio gada. Myto to się pobiera na mostach albo w bramach. A nie przy wjeździe do bezpańskiego lasu. - Zastanawiał się na głos, dostrzegając dość oczywistą niezgodność w tym co krzyczała do nich nieznajoma. Południowiec zaś zdążył się zorientować, że kultystka ukrywa się gdzieś może dwa tuziny kroków od nich tylko jeszcze nie był pewien po której stronie drogi. Może jakby podszedł bliżej to by ją dostrzegł lub nawet ona by mu się pokazała.
– Czekajcie, rzecz rozwikłam – uczynił raz jeszcze gest w stronę Gezackta i Astrid. – Zdaje się, że zagrożenia nie ma.Egon postąpił parę kroków w przód, szukając wzrokiem Łasicy.
– Pokaż się! – zawołał w stronę, z której mniej więcej dobiegał głos Łasicy. – Czasu nie mamy…
-
Oryginalny autor: Santorine
Przez chwilę wyglądało, że łotrzyca albo się namyśla albo zwyczajnie ma kawałek do przejścia aby z drogi dało ją się zauważyć. Jednak po lewej w końcu zauważyli wynurzającą się zza drzewa sylwetkę. Łasica była w swojej pełnej krasie dziewczyny z ferajny. W czarnych, obcisłych, skórzanych spodniach jakie podkreślały jej smukłe nogi. A poza tym nie krępowały ruchów gdyby na przykład trzeba było uciekać. Do tego kubrak mocno spięty w pasie co uwydatniło zarówno gibką kibić jak i przyjemne do oglądania górne krągłości. Do tego jeszcze wesoły, bezczelny uśmiech i śmiałe spojrzenie pod czupryną fioletowych włosów.
- Ha! To tu mają takie urzędniczki? To ja bardzo chętnie pokażę jej co mam do oclenia! - Nie tylko Lars wydawał się być przyjemnie zaskoczony widokiem raźno idącej kobiety. Zaśmiał się rubasznie i poklepał się po przyrodzeniu dając znać, że nieznajoma wpadła mu w oko.
- No ja też. - Córka wodza z fascynacją obserwowała nadchodzącą. A Łasica szła z taką pewnością siebie jakby cały ten trakt naprawdę był jej własnością. Podobnie jak kamrat, potrafiła docenić urodziwe kobiety. Zaś fioletowowłosa już zdążyła do nich podejść. Na ostatnie parę kroków rozłożyła szeroko ramiona aby przywitać się ze swoim zimowym wspólnikiem.
- Egon! - zawołała radośnie i go objęła. Była o wiele drobniejsza od masywnego gladiatora ale jej żywiołowy temperament znacznie równoważył różnicę fizycznych gabarytów. - Wróciłeś! Miło cię znów widzieć. - Powiedziała do jego ucha i tak chwilę go obejmowała ciesząc się z ponownego spotkania. Chociaż nie widzieli się może z półtorej tygodnia.
~
Co to za jedni? Soria mówiła tylko o jakichś Norsmenach od Mergi.
~Zapytała cicho korzystając z tego, że w naturalny sposób trzyma usta blisko jego ucha.
- Aha. Czyli się znacie. - Astrid pierwsza się połapała, że witający się tak wylewnie, nie są sobie obcy.
– Ona jest z nami – odrzekł Egon do Astrid z uśmiechem, obściskując Łasicę, po czym odszepnął Łasicy do ucha – Przydrożni, natrafiliśmy na nich. Nadadzą się do interesów kultu, ale nie są jednymi z nas.I powrócił już do głośnej mowy:
– Panie Gezackt, Astrid… To jest Łasica. Znamy się nieco, zdaje się, że spodziewała się nas tutaj… No! Może nie tylu ludzi, ale mnie, Astrid, Zoga, Raisy i Bjorna na pewno. Odpowiadając na twe pytanie, panie Gezackt, czemuż to nie wejdziemy główną bramą, widzisz, mam w mieście wrogów i nie chciałbym im dać łatwego przystępu do siebie.
Tu rzekł już do samej Łasicy:
– Jak pozostali? Sytuacja w mieście ta sama? Mógłbym użyć pierścienia Lady Sorii i pójść osobną drogą, żeby Gezackt i pozostali nie mieli problemów. Moglibyśmy spotkać się w karczmie i pogadać już. Co myślisz? – zapytał Egon. – Gezackt ogarnie swoich ludzi sam, ale zostanie w mieście tak długo, jak będziemy potrzebowali… Dogadaliśmy się już z nim.
- To takie z ciebie niezłe ziółko co? - Gezackt zaśmiał się rubasznie. I ogólnie gdy wyjaśniło się kim jest łotrzyca w spodniach to sytuacja się uspokoiła. Słysząc jego pytania fioletowowłosa dała mu znak aby odeszli kawałek i pogadali. Gdy to zrobili, zaczęła mu przyciszonym głosem, szybko tłumaczyć.
- Soria, Burgund i Silny czekają przy kamieniach. Wcześniej tam nie byłeś z nami to wyszłam aby cię poprowadzić. - Wskazała głową na polną drogę prowadzącą w las. - Silny przyjechał wozem, może was zabrać. My z Burgund mamy łódź schowaną na brzegu to możemy kogoś zabrać do portu. Ale nie spodziewaliśmy się takiej zgrai. - Teraz lekko kiwnęła w stronę czekającej na drodze grupy. - Milady mówiła, że jest was z pół tuzina to na razie byście mogli się zatrzymać u Pirory albo u Silnego. Potem się was gdzieś rozparceluje. Ale jak macie dodatkowy tuzin to za dużo. Zwłaszcza jak nie są z rodziny. Po jakichś tawernach mogą przenocować. - Streściła mu dotychczasowe plany i przygotowania jakie nie uwzględniały bandy Gezackta skoro Egon i Norsmeni spotkali ich jak już pożegnali się z wężową milady.
– Brzmi dobrze – Egon pokiwał głową, ukontentowany z tego, że kult, nie czekając na niego, przedsiębrał odpowiednie przygotowania.Na słowa o tym, że jest ich za dużo, Egon zamyślił się.
– Możemy się rozdzielić, spotkamy się raz jeszcze w jakiejś karczmie – zgodził się Egon. – Panie Gezackt? Z tego, co wiem, i tak chcieliście wejść główną bramą. Znajdziemy was jutro albo pojutrze, jak załatwimy nasze sprawunki. Dla was to raczej nie przeszkoda?
Po czym zwrócił się jeszcze raz do Łasicy:
– Wolałbym u Silnego, znajome kąty – rzekł. – Milady zatem dotarła do was? Dobrze, dobrze… Niesiemy do niej wieści, także i do paru innych… Znajomych – Egon omal rzekł, że ma wieści do Starszego o nieumarłym czarowniku Gonsarze Półokim, które zapewne i Soria osądzi jako przydatne.
Zmitygował się jednak w czas, nie chciał bowiem, żeby Gezackt wyrozumiał, że są kultystami Chaosu. Gezackt - imaginował Egon - zapewne założył, że są jakąś bandą wędrujących najemników lub też reketerów i raczej wolał go z tego wrażenia nie wyprowadzać, jasne było bowiem, że trudniej będzie przekonać Gezackta do współpracy, jeśli tylko okaże się, kim są naprawdę.
Czekał na rekację Gezackta, co powie na to, aby się rozdzielić. Spodziewał się, że Gezackt nie będzie oponował, bowiem jaki miał w tym interes? Dotychczas traktował jego samego i jego zgraję dobrze, obłowili się na wypadzie na kurhan, zapewne będzie chciał wrócić do wspólnego robienia interesów, teraz, kiedy byli już w mieście i wstępnie zgodzili się, aby łowić niewolników.
Herszt bandy huncwotów zastanawiał się chwilę. Wymienił się spojrzeniami z Szybkim i resztą swoich ludzi. W końcu odwrócił się do dwójki kultystów. - Dobra. To my wracamy do miasta. Możesz pytać o nas w “Kwarcie” albo “Trzech gwoździach”. - Gezackt też wydawał się być zadowolony z tego, że będą mogli wrócić co cywilizacji i wydać zdobyte w grobowcu fanty. Jego ludzie nie oponowali, humory im raczej dopisywały. Zaczęli się zbierać i wyglądało, że jeszcze tylko Astrid żegnała się z Martin. W końcu ta pierwsza podeszła do Egona i Łasicy.
- A Martin może zostać z nami? - Wskazała głową na blondynkę w zielonym kubraku i łukiem. Po wczorajszych walkach w grobowcu i na mokradle całe ubranie miała brudne od bagiennej wody, krwi i błota. Podobnie wyglądał Egon jak i chyba wszyscy w połączonej bandzie. Norsmeni widząc, że grupy się właśnie rozdzielają dołączyli do stojącej trójki aby swobodniej rozmawiać.
- To co jest grane? - Lars zapytał zaciekawiony jak spotkanie dziewczyny w skórzanych spodniach zmienia ich plany. Zresztą nadal ją bez skrupułów obcinał wzrokiem ale Łasicy jako dziewczyny z ferajny i zawodowej ladacznicy, w ogóle to nie peszyło. Odwzajemniała mu się zaciekawionym spojrzeniem.
- Pójdziemy tam dalej, spotkać się z naszą milady i resztą. A te dziouchy są z wami? - Łasica dojrzała Helgę i trzy wieśniaczki z rybackiej wioski jakie zostały nieco z tyłu, z minami sugerującymi, że niezbyt wiedzą co powinny teraz robić. Ale, że były młode, szczupłe i nie wyglądały najgorzej to w naturalny sposób zainteresowały hedonistyczną kultystkę. Zresztą blond łuczniczce też posłała zaciekawione spojrzenie ale, że jej nie znała to czekała co brodaty kolega odpowie na pytanie córki jarla.
– Nie znam zwyczaju – rzekł Egon w stronę Łasicy, nie do końca pewien, czy Martin może zostać z nimi. – Sądzę… Sądzę, że powinna iść z Gezacktem. Łasica? Co myślisz?
Egon dotychczas obracał się albo wokół członków kultu, albo też wokół ludzi, którzy mieli lada chwila być do niego wprowadzeni. Martin do kultu nie należała i słuszne zdawało się wojownikowi, żeby oddzieliła się i poszła razem z pozostałymi najemnikami z bandy Gezackta.
Choć wieśniaczki stanowiły najmniejsze zagrożenie, to łuczniczka z bandy Gezackta mogłaby wygadać się przed swym chlebodawcą. Jak Gezackt zareagowałby, że są kultystami Chaosu? Wolał tego nie sprawdzać.
– Łasica zadecyduje – rzekł Egon, wiedząc, że Łasica miała zapewne większą wiedzę w przypadkach, co zrobić z osobami, które nie należą do kultu jako ta, która w kulcie była dłużej. – Jeśli rzeknie, że zostaje, ty ręczysz za nią – tu skinął głową na Astrid.
Ostrożności nie było za wiele, myślał Egon. Nie obawiał się on bowiem tego, co trójka branek Astrid i Martin mogłyby zrobić na zborze, jednak tego, co mogły zrobić po nim… Jak dla Egona, powinni trzymać się razem w kulcie.
- Ładniutka. - Uznała Łasica gdy zorientowała się o którą kobietę chodzi. Obrzuciła łuczniczkę zainteresowanym spojrzeniem. Widząc to, córka jarla uśmiechnęła się do niej ciepło.
- I całkiem niczego sobie pod tym kubrakiem. Próbowałam jej ostatniej nocy. - Astrid wydawała się być zadowolona z takiej reakcji dziewczyny z ferajny.
- No to mam nadzeję, że się wkrótce wszystkie poznamy bliżej. - Łotrzyca wrócila spojrzeniem od jednej blondynki do drugiej. - Ale na razie mamy spotkanie w rodzinnym gronie a ona jeszcze nie należy do rodziny. Będą w “Kwarcie” albo “Gwoździach” to się możesz z nią spotkać. Też będziemy wracać do miasta tylko musimy spotkać się z naszą milady i zastanowić się jak was przerzucić do środka. - Kobieta o fioletowych włosach po tej chwili namysłu, szybko podjęła decyzję. Astrid powoli skinęła swoją płową głową i odwróciła się aby podejść do łuczniczki.
- My mam nadzieję, też poznamy się bliżej co ślicznotko? - Lars skorzystał z okazji aby zagadać do łotrzycy. Ta roześmiała się swobodnie i kokieteryjnie przesunęła mu dłonią po piersi kolczugi.
- Byłabym niepocieszona gdyby było inaczej. Ale na razie musimy porozmawiać z naszą milady. - Kamratka Burgund też wydawała się być nim zaciekawiona jak on nią. Obserwowali jeszcze jak Astrid ściska się z Martin na pożegnanie. I po chwili zwiadowca ruszyła aby dołączyć do reszty swojej bandy a córka wodza wróciła do kultystów i Norsmenów.
- To chodźcie. - Łasica dała znać aby iść za nią. Szli polną drogą przez las. Właścwie to rozjeżdżonym przez wozy pasem ziemi. Szli tak z pół pacierza, może cały. To nie była zbyt uczęszczana droga więc nie spotkali żadnych podróżnych. Wkrótce dostrzegli po lewej, krąg stojących kamieni, większych od człowieka. Stały nieco w głębi lasu. To były te Zachodnie Kamienie. Nazwę wzięły od tego, że stały dość blisko od zachodniej bramy miasta. Widać też było stojący między nimi wóz zaprzęgnięty w jednego konia. Właśnie tam skierowała się Łasica. Gdy przeszli między drzewami ostatni kawałek dostrzegli czekające postacie.
- Serwus Egon. Kupę lat. Dobrze cię znów widzieć druhu. - Silny jak na swoje zwyczaje to okazał się wobec brodatego kamrata całkiem wylewny. Uściskał mu prawicę i objął, poklepując po ramieniu. Uśmiechał się przy tym ciesząc się na to ponowne spotkanie.
- Fajnie, że wróciłeś i znów jesteś razem z nami. - Burgund poczekała aż obaj się przywitają nim też go nie objęła. Obdarzyła go swoją kobiecą wersją radosnego przywitania.
- Cieszę się, że udało wam się tu dotrzeć w komplecie. - Lady Soria siedziała na zwalonym pniu jaki robił za ławę przy popiele z ogniska. Ale wstała aby się przywitać z ciepłym uśmiechem. - Widzę, że macie kogoś nowego. - Zauważyła wskazując wzrokiem na trzy, młode rybaczki jakie trzymały się trochę z tyłu. Norsmenom też udzieliło się to radosne powitanie. Po przeprawie w grobowcu dobrze było spotkać kogoś przyjaznego. Astrid bez skrupułów podeszła do wężowłosej i ta wyciągnęła ku niej ramiona pozwalając w które córka jarla chętnie wpadła.
- Było nas trochę więcej. Ale poszli właśnie do miasta. - Lars zerkał z zaciekawieniem na nową dwójkę kultystów. Bjorn także ale nie uczestniczył w dyskusji. Raisa kiwała głową ale trzymała na razie dystans.
– Witajcie…! Witaj! – Egon po kolei przywitał się z Silnym, Burgund i Sorią.
Egon rad był, że Martin, Gezackt i jego ludzie udali się w swoją stronę. Nijak nie mogli zakwaterować ich, a i sam Egon nie był pewien, jak mogłaby się sprawa zakończyć, gdyby Lady Soria lub też Starszy zobaczyli ludzi, którzy nie byli z kultu, a jednak przychodzili w miejsca kultowi znane. Wybrali najbezpieczniejszy wariant i niezależnie od tego, co Gezackt lub też Astrid będą myśleć o sprawie, taka sytuacja faworyzowała ich.
– Branki Astrid – wyjaśnił Sorii Egon, dając do zrozumienia, że to Astrid ręczyła za trzy chłopki, które unieśli z rybackiego sioła. Po czym podjął ponownie: – Ciebie też dobrze widzieć, Lady Soria. Jak minęła twa podróż? My po drodze spotkaliśmy Gezackta i jego konfraternię, ubijemy z nimi dobry interes… Inne wieści też mam.
Egon spojrzał na Lady Sorię, ciekaw, co rzeknie.
- To prawda, widziałam ich na drodze. Z tuzi chłopa. Ale wolałam ich tu nie zabierać to poszli do miasta. - Łasica pokiwała głową, potwierdzając słowa Egona. Wężowa milady przyjęła to nieco zdziwiona ale nie traciła pogody ducha.
- No to widzę, nie próżnowaliście od naszego rozstania. - Dziś była ubrana w inną suknię ale też wyglądała jak szlachcianka. - A mnie się dobrze płynęło. Przyjemnie było rozprostować kości i znów się pomoczyć wśród morskich fal. - Odparła z zadowoleniem jakby wczorajsza pływacka aktywność sprawiła jej sporo przyjemności. Mówiła to tak swobodnie jakby chodziło o przepłynięcie z mola do mola w porcie a nie pokonanie wpław całej zatoki. Astrid za to dojrzała okazję aby się pochwalić swoimi brankami.
- To jest Gerusha, Agathe i Kethe. Przyjęłam je na służbę w wiosce nieopodal. Będą mi teraz służyć. Chcę je przysposobić na nasze potrzeby. I oczywiście na twoje milady. - Córka jarla bezwstydnie próbowała sobie zaskarbić względy córki Soren. Ta z ciekawością przesunęła się spojrzeniem po trójce młodych wieśniaczek.
- No, może być całkiem ciekawie jakby nad nimi popracować. - Zgodziła się, że też dostrzega potencjał w trójce młodych kobiet. - A jakie jeszcze wieści masz Egonie. - Milady wróciła z rozmową do gladiatora.
Egon zamyślił się przez dłuższe parę chwil, formując myśli i zastanawiając się, co też może powiedzieć. Jako że Gezackt i Martin odeszli, a chłopki pod pieczą Astrid stanowiły zagrożenie zgoła niewielkie, zdecydował, że w gruncie rzeczy może powiedzieć wszystko.
– Gezackt pomoże nam w ustawieniu interesu Larsa – rzekł wreszcie, zaczynając od spraw, o których Soria wiedziała lub też podejrzewała już od rozpoczęcia wędrówki. Egon wolał sprawy postawić jasno. – Ci, których złowimy odpowiednio będą profitem dla Larsa, Astrid i Raisy. Z Larsem obmyślimy plan i jego szczegóły… Gezackt zaś pomoże nam w zamyśle.
Tu zrobił pauzę, przechodząc myślami do kolejnej ze spraw. Rzekł wreszcie:
– Gezackta spotkaliśmy w rybackim siole, na które żeśmy natrafili podczas wędrówki – ciągnął Egon. – Zabijali ponoć zielonoskórych niedaleko i rzekli nam, że obok ich kryjówki znajdował się kurhan. Pomyśleliśmy, że opłaci się nam, toteż wypuściliśmy się do grobowca… Otworzyliśmy sarkofag.
Egon pokrótce opowiedział Sorii całe zajście - wybuch czarnego dymu z grobowca, dziwne wizje i to, jak obudził się. Rzekł też pokrótce sprawę o krwi dla nieumarłego czarownika i o symbolach sióstr w grobowcu.
– Zwał się Gonsar Półoki. Czy imię to coś ci mówi, Lady Soria? – zapytał gladiator.
Wężowa milady, stała obok wozu Silnego i słuchała relacji gladiatora z ich przygód jakie mieli po rozstaniu z nią. Lekko kiwała głową gdy streścił jej zamiary względem bandy podejrzanych typów. Tutaj Lars go wsparł dorzucając swoje trzy pensy.
- Mogą nam pomóc na lądzie i morzu. Może to nie są wojownicy pierwsza klasa ale są. I mamy tuzin gotowych rębajłów. Co nieco znają okolicę i nie mają zbyt wielu skrupułów. Mogą nam pomóc łapać branki czy zdobywać niewolników. A niewolnicy u nas są cenni, każdy chętnie kupi. - Korsarz energicznie tłumaczył swoje plany jakie wiązał z bandą Gezackta. Silny i obie łotrzyce przysłuchiwali się z zainteresowaniem.
- A ten Gonsar władał martwiakami. I przesłał nam wizję. Myślę, że tak można by się z nim porozumieć. I jeszcze w tych wizjach używał ciężarnych kobiet poświęconych Siostrom. Wydaje mi się, że to potomstwo było też poświęcone Siostrom ale nie jestem pewna. I tak jak Egon mówi, tam na jego trumnie były także znaki Chaosu oraz Sióstr. - Raisa ożywiła się gdy gladiator zaczął temat nie do końca martwego czarownika. O tym dawnym szamanie Soria wyraźnie się ożywiła. Ale jeszcze Łasica się włączyła do rozmowy.
- A to pewnie byliście w Stavoren. - Domyśliła się. Spojrzała jeszcze na trzy wieśniaczki i te pokiwały głową na znak zgodny. - Tam jest jakiś stary kurhan czy coś takiego. Mówią, że to dawny wódz albo czarownik, że jest przeklęty i lepiej tam nie chodzić. Ja tam nigdy nie byłam. Nie ma po co. A mało kto by chciał jakąś klątwą oberwać. Chociaż jak byłam podlotkiem to słyszałam, że jeden gang się tam wybrał. Nigdy nie wrócili. Ale może po prostu zamustrowali się na jakiś statek i odpłynęli. - Łotrzyca podzieliła się swoimi plotkami jakie znała o tym miejscu.
- No ciekawe. - Soria odparła gdy doszła do głosu. - Samo imię nie jest mi znane. Ale to jeszcze niewiele znaczy. Zbyt długo chodzę po tym świecie aby pamiętać wszystkie imiona jakie spotkałam. Jakbym zobaczyła tego Gnosara to może bym powiedziała więcej. - Mówiła wolniej i z zastanowieniem. Widocznie nie wykluczała, że już się niegdyś spotkali nawet jeśli w pierwszej chwili nie kojarzyła imienia czarownika.
- Ale wielu czarowników służyło Siostrom przez te milenia. I jak jeszcze chodziły po tym świecie i późnej, czcząc ich duchową formę i dziedzictwo. Nie jesteśmy pierwsi co próbują je ściągnąć z powrotem. - Pokiwała swoją ciemnogranatową głową. Jej liczne warkocze zdawały się lekko pulsować jak małe węże. - Jeśli ten Gnosar używał ciężarnych kobiet poświęconych naszym Siostrom to brzmi to całkiem znajomo. - Zrobiła gest dłonią na swoim brzuchu jakby sama była w ciąży.
- Czy to możliwe, że już wtedy kobiety rodziły robaki Oster? - Zapytała z ożywieniem Raisa. Soria zaśmiała się cicho i melodyjnie.
- Naturalnie. Przecież pierwsze jaja na kimś sama Oster musiała testować i wyhodować. A to działo się gdzieś w tej okolicy. Dlatego znaleźliście jej jaskinie. Być może ten Gonsar służył im bezpośrednio lub nawet kilka wieków później odnalazł ich jaja i kontynuował prace. Chociaż jeśli by chodziło o dziedzictwo mojej matki to zapewne te kobiety mogły być zbrzuchacone nawet przez coś innego niż robaki Oster. - Na koniec uśmiechnęła się jakby ją bawiła myśl o kobietach będących w ciąży z czymś innym niż ludzcy mężczyźni.
- Oj chyba będe musiała się tam przejść i sama zobaczyć. Całkiem możliwe, że aby go ożywić potrzeba krwi. To składnik wielu czarów. Ale to może później. Na razie chodźmy do miasta. - Dała znać, że bardzo zaciekawił ją ten grobowiec na tyle, że chciała go sama odwiedzić. Jednak to mogło jeszcze poczekać. Zwinnie wskoczyła na kozła więc i Silny zajął miejsce obok gotów powozić.
- Na razie i tak wracamy na drogę do miasta. Ale potem albo wracacie ze mną przez bramę albo łodzią z tymi dwiema do portu. - Łysol dał znak, że są dwie możliwości powrotu do miasta. Na razie i tak wszyscy zaczęli ładować się na furmankę.
– Idźmy do miasta i odpocznijmy! – Egon zgodził się. – Zdaje mi się, że bezpieczniej będzie dla mnie łodzią… Choć i tak chroni mnie pierścień, który ty mi dałaś, Lady Soria – rzekł Egon, w kabzie macając pierścień zmieniający wygląd, który dała mu Soria. – Niedługo jednak nam przyjdzie odpoczywać, kiedy już w mieście załatwimy wszystkie sprawunki i skontaktuję się ze Starszym, trzeba będzie nam powrócić do kurhanu.
Egon wszedł na furmankę, naprędce przemyśliwując wszystko, co rzekła Soria, Lars i Raisa. Zdało się, że rzeczy szły w dobrym kierunku. Może… Może Starszy będzie wiedział nieco więcej o nieumarłym szamanie?
– Trzeba nam będzie wrócić – rzekł jeszcze, kiedy ruszyli drogą. – Choć grobowiec zabezpieczyli Zog i Raisa, a i niebezpieczeństwa nie ma, ktoś, kto miałby dość siły woli lub też dość luda mógłby sforsować proste zabezpieczenia, które żeśmy tam postawili. Trzeba będzie nam zabezpieczyć lepiej kurhan… Albo też, jeszcze lepiej, wydobyć ciało Gonsara i ukryć bezpieczniej. Jeno kwestia czasu, zanim jakiś wiejski łyczek się powaguje, aby zbadać grobowiec… Gorzej będzie, jeśli zwoła kamratów.
Wizje Gonsara miały wiele sensu dla Egona i widział w tym okazję. Być może dzięki wiedzy nieumarłego czarownika przybliżą się do realizacji ich planów.
– A i trzeba będzie nam spenetrować tę ścianę, co żeśmy zostawili tam. Wyposażymy się odpowiednio.
To wyrzekłszy, Egon rozluźnił się nieco i zaczął przygotowywać się do kolejnego wejścia do Neues Emskrank.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim dał się zupełnie pochłonąć badaniom figurki. W końcu mógl odstawić na bok te wszystkie spotkania, podstępy i intrygi i zająć się badaniem nad wiedzą i mocą, czyli tym co było jednak jego powołaniem. Był z siebie całkiem zadowolony że odcyfrował większość znaków.... choć nie wszystkie. Czy było to wystarczające żeby podjąć samodzielnie próbę przyzwania demona? Tutaj się wahał, przecież widział jak tamten zmasakrował grupę kultystów. Próbował sobie przypomnieć czy to przywołana jego sztuką błyskawica przegnała wcześniej demona od figurki, czy po prostu tamten zdecydował się wrócić do swojej krainy?
Tak czy inaczej postanowił trochę poczekać i porozmawiać przynajmniej ze Starszym (szkoda, że jego mistrzyni nie było w mieście). Kolejnym pomysłem, który chciał zrealizować najbliższego wolnego wieczoru było przywołanie ptasiego chowańca i pokazanie mu figurki w celu sprawdzenia jego reakcji.....
Przy śniadaniu ziewał nieco, jednak towarszystwo dwóch kobiet zaburzyło rutynę. W sumie od czasu do czasu było jednak przyjemnie jeść w towarzystwie, choć momenty ciszy i spokoju też należało cenić.
- No, magowie Kolegium jak ja zwykle nie cierpią biedy - odpowiedział na uwagę Darcy, zadowolony z wrażenia jakie zrobił na wyszczekanej kultystce.
- W końcu zasłużyliśmy sobie na to latami nauki i ciężką pracą, prawda? - podsumował, mając nadzieję, że Darcy można zaufać - w końcu jakby mistrzowie Kolegium dowiedzieli się o jego prawdziwej naturze i działaniach to na obcięciu pensji rezydenta w Neues Emskrank raczej by się nie skończyło.....Podziękowal również Burgund za wieści.
- To ciekawe, że Egon już wrócił. A mówisz, że Mergi z nim nie ma? Nie wiem czy to świadczy o powodzeniu wyprawy, czy wręcz przeciwnie. - podrapał się po brodzie w zamyśleniu.
-Wiesz co Burgund, przejdę się z tobą do Pirory, chce zobaczyć co tam się będzie działo i jakie wieści przyniósł Egon. No i potem faktycznie spotkałbym się ze Starszym, mam więcej niż jeden temat dla niego. - ubrał się więc czym prędzej do wyjścia, wkładając figurkę demona w metalowe podełko, ktore następnie ukrył w najlepiej schowanej kieszeni szaty.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 64 - 2519.07.23; bkt; popołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.23; Backertag; popołudnie
Warunki: salon, jasno, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie; powiew; umiarkowanie (0)Egon, Joachim i goście Pirory
Ostatecznie Norsmeni podzielili się na dwie grupy. Egon, Zog oraz Bjorn zeskoczyli z wozu Silnego na rozstaju. I razem z obiema łotrzycami ruszyli na piechotę aby obejść miejskie mury od północy. Po naradzie uznano, że norsmenski barbarzyńca jaki nie rozumie w reikspiel i zakapturzony łucznik jakiemu nie widać było twarzy to mogą wpaść strażnikom w oko. A tak kultyści jak i ich sojusznicy z Norsci woleli tego uniknąć. Łodź wiosłowa wydawała się byś mniej ryzykowna pod tym względem. Ale podróż zajęła im więcej czasu. Najpierw trzeba było wrócić tą samą drogą jaką wcześniej Egon wędrował razem z bandą Gezackta. Jak obeszli mury to obie koleżanki przyprowadziły ich do zamaskowanej derką łodzi. Na derkę nasypany był piach więc chociaż z daleka wyglądało to jak kolejna łacha ale z bliska kamuflaż się sypał. Wspólnie zepchnęli swój pojazd do wody. I koleżanki zalotnie poprosiły czy tacy silni mężczyźni nie byliby skłonni złapać za wiosła. Później było wiosłowania na pacierz czy dwa. A jak przybili do pirsu to chyba nikt za bardzo nie zwrócił na nich uwagi. Zaś Łasica z Burgund przejęły rolę przewodniczek po tych portowych zaułkach. I z wprawą przeprowadziły ulicami trójkę mężczyzn do centrum, na Bursztynową 17, gdzie mieli się sptkać z resztą. Po drodze Egon miał wrażenie, że zwracają na siebie uwagę. Ale czy chodziło o niego, o któregoś z norsmeńskich kolegów czy o całość grupki to nie był pewny. A może był tylko przewrażliwiony? W każdym razie bez przygód dotarli do kamienicy jaką zimą kupiła młoda Averlandka. Łasica zapukała i po chwili drzwi otworzyła młoda pokojówka. A gdy łotrzyca się przywitała to wpuściła ich do środka.
Szli za służącą po schodach z ciemnego drewna i rzeźbionymi poręczami. Bjorn rozglądał się ciekawie, Zog to trudno było powiedzieć przez ten jego kaptur. Jeszcze zanim weszli do salonu, słychać było gwar głosów jak w karczmie. Gdy otworzyli drzwi okazało się, że pierwsza grupa już dotarła na miejsce.
- O jesteście. Witaj Egonie. Wejdź, rozgość się. Jesteś głodny? - Pirora, drobna blondynka z delikatnymi piegami na twarzy, zachowała się jak na dobrą gospodynię przystało i powitała nowych gości. Uśmiechała się ciepło do gladiatora a na dwóch kolegów z jakimi przybył patrzyła z zaciekawieniem.
Na środku salonu dominował duży stół. Naprzeciwko wejścia było puste krzesło zwolnione chwilowo przez Pirorę van Dyke. To było tradycjne miejsce dla gospodarza lub najbardziej honorowego gościa jakiego domownicy uważali za ważniejszego od siebie. Po prawicy blondynki siedziała lady Soria. Co sugerowało jak ważną pozycję ona zajmuje w oczach Pirory. Po lewej siedziała bladolica Bretonka. Fabienne von Mannlieb jaka ostatnio zdradzała coraz większą zażyłość z rodziną Starszego. Chociaż oficjalnie to ta żona morskiego kapitana należała do zboru przyjemności Huberta Grubsona. Reszta krzeseł była już zajęta przez Norsmenów i Joachima. Kolegę z kultu jaki był też magiem i uczniem Mergi. Brakowało tylko trzech rybaczek. Ale być może nie uznano ich za na tyle ważnych aby biesiadować razem z kultystami i ich norsmeńskimi gośćmi.
W nozdrza uderzał przyjemny aromat gotowanego i pieczonego jedzenia. Druga grupka nieco spóźniła się na ten obiad ale sporo jeszcze było pyszności na tym stole. Ryby, małe smażone i jakaś duża, nadziewana. Kuraki albo kaczki, świeże owoce, kompoty, piwa, wina, uczta zapowiadała się na całego. I widać, że goście korzystali z tego bez skrupułów.
- Kazałam przygotować mały poczęstunek. Dobrze, że lady Soria powiedziała ilu gości mam się spodziewać. Dziś mogą u mnie zostać, nawet jutro czy przez parę dni. Ale jednak wolałabym aby chociaż część rozparcelować po mieście. - Prirora mówiła cicho do Egona gdy szli przez salon. Wskazała mu wolne krzesła a sama wróciła na honorowe miejsce na szczycie stołu. Biorąc pod uwagę, że była szlachcianką to dość nietypowe było to, że siedzi przy tym samym stole co ludzie z plebsu. Normalnie to pewnie tylko Soria, Fabienne i może Astrid jako córka jarla, dostąpiłyby tego zaszczytu. Ale sekciarska, sekretna rodzina pozwalała mniej przejmować się takimi konwenansami.
- Siadaj Egon! Zaklepałem ci miejsce! - Silny też tu był. Odezwał się rubasznie do kamrata i poklepał puste krzesło obok siebie. Widać było, że to dobre, ciepłe jedzenie poprawiła mu humor. Nawet przechodzącej obok Łasicy posłał tylko krótkie spojrzenie. Więc chwilowo chociaż nie miał zamiaru drzeć z nią kotów. - Przy bramie poszło bez problemu. Te tępaki z halabardami tylko gapiły się na Sorię i na nas ledwo rzucili okiem. Nawet do nas nie podeszli. - Zaśmiał się rozbawiony tym wydarzeniem. - A wam jak poszło? - Zaciekawił się czy grupa co popłynęła łodzią miała jakieś przygody. - A w ogóle to co to za blondyneczka? - Przy okazji wskazał wzrokiem na Astrid. Ta siedziała obok Sorii i widać było, że coś jej żywo opowiada. Właściwie to całej trójce tutejszych szlachcianek. Chociaż jej norsmeńska suknia rożniła się od tych co miały na sobie tutejsze szlachcianki. Widocznie było coś o morzu bo gladiator usłyszał jak Bretonka jej odpowiada.
- Ja miałam trochę morskich praktyk, jeszcze u nas w Brionne. Po części dlatego moi rodzice wydali mnie za mojego męża, on też jest kapitanem. I nawet należę do cechu nawigatorów. Prosił mnie abym się zapisała już tutaj. Zresztą czasem go zastępuję w Radzie Akademii jak go nie ma. A często go nie ma, zwłaszcza w letnim sezonie. No ale nie proście mnie abym poprowadziła statek! Wieki tego nie robiłam. - Bladolica szlachcianka tłumaczyła wesoło wpierw do Astrid i koleżanek ale nie tylko one przysłuchiwały się rozmowie.
- Ja mógłbym cię podszkolić ma belle. Weźmiemy jakiś statek i zrobimy sobie morską wycieczkę. Pozwiedzamy okolice. Bo widzę, macie tu całkiem piękne okolice. - Lars też włączył się do tej rozmowy. I jak mówił o pięknych oklicach to jakoś akurat gdy zerkał na popiersie bretońskiej szlachcianki.
- Oh, znasz bretoński kawalerze? - Fabienne ożywiła się jakby udawała, że wcale nie dostrzega lubieżnego spojrzenia i podtekstu.
- Co nieco liznąłem jak byłem w Bretonii. W Couronne. Ale i w Brionne byłem raz czy dwa. A teraz ma belle sama widzisz, że łajba by nam się przydała. Nie wiesz gdzie można by się rozejrzeć? Już z Egonem rozmawiałem, że przydałoby się tu rozwinąć pewne intratne interesy. Nie Egon? - Lars chociaż wyglądał jak brodaty, norsmeński pirat i łupieżca to miał też głowę do interesów. Wskazał wzrokiem na gladiatora aby jakoś zakotwiczyć także w nim tą swoją prośbę.
- Mój mąż jest współwłaścicielem statku. Ale teraz i tak nie ma go w porcie. Nie wiem kiedy wróci. Pewnie w kapitanacie możesz popytać. Może jest jakiś statek zastawiony za długi. Czasem to się zdarza, można wówczas taniej kupić taką łajbę. - Czarnowłosa szlachcianka zastanowiła się nad tym zagadnieniem. I trochę zwolniła tempo rozmowy. Wciąż jej bretoński akcent był wyraźnie słyszalny chociaż w reikspiel jakiego uczyła się już tutaj, mówiła bardzo płynnie. - I byłeś w Couronne? Tak, tam mają duży port. I nawet u nas w Brionne? Szkoda, żeśmy się wtedy nie spotkali. Mogłoby być ciekawie. - Ożywiła się jak Norsmen wspomniał o jej bretońskiej ojczyźnie. Wydawało się, że zrobił na niej dobre pierwsze wrażenie bo odpowiedziała mu całkiem zalotnie.
- Szkoda, że moja Rose da la Vega jeszcze nie wróciła. Ona miała statek i załogę. Obiecała wrócić tu aby przezimować. Ale jeszcze pewnie za wcześnie na powrót. To w jej domku myśliwskim ostatnio gościłyśmy się przed spotkaniem z Gnakiem. - Pirora wspomniała o swojej morskiej wilczycy z jaką się skumplowała zeszłej zimy. Ale wraz z nadejściem wiosny to odpłynęła na morskie szlaki.
- Taki statek to nie taka tania sprawa. Nawet używany czy jak ma niższą cenę jak za długi. Może coś mniejszego, jakaś lichtuga. Albo wynająć. Tylko byle komu albo komuś nieznanemu to nikt kto ma łeb na karku nie wynajmie statku. To by musiał firmować ktoś godny zaufania i majętny. Bo często chcą poręczenie majątkowe za taki zastaw. Jak przy wynajęciu kamienicy. - Łotrzyca dorzuciła swoje morskie trzy pensy. Jako portowa dziewczyna orientowała się jak to zazwyczaj wygląda. Lars popatrzył na nie wszystkie, na Egona po czym wzruszył swoimi solidnymi ramionami.
- Może być wynajem, może być lichtuga. Na początek wystarczy. A jak się rozkręci interes to już dalej samo pójdzie. Zresztą im większy statek tym potrzebna większa załoga. Chociaż dla nawigatora też by się miejsce znalazło. - Korsarz wziął te słowa za dobrą monetę. Jak na początek to mu wystarczyło, że są rokowania na zrealizowanie jego planu. Tylko posłodził jeszcze Bretonce, że chętnie by się z nią poznał lepiej. Co ona skwitowała obiecującym uśmiechem.
Joachim też siedział przy tym biesiadnym stole. Przyszedł wraz z Burgund. Zastał jeszcze lady Odette von Treskow jaka wychodziła od Pirory. Gospodyni krótko przedstawiła go Słowikowi Północy co miodowłosa skwitowała życzliwym spojrzeniem. Jednak już wychodziła załatwiać jakąś swoją sprawę. Młoda Averlandka była zaś zachwycona, że ta sławna diwa jest u niej gościem. Joachim w zeszłą mszę w Festag, sam miał okazję podziwiać jej silny i piękny głos gdy śpiewała psalmy żałobne dla zmarłej księżnej-matki. A później na spotkaniu u Pirory na jakim była większość zboru i zaufani goście.
Później zostało mu czekać. Wiadomo było, że Silny wraz z lady Sorią pojechali wozem do Zachodnich Kamieni a obie łotrzyce też tylko popłynęły łodzią. W tym czekaniu towarzystwa mu dotrzymywała gospodyni oraz czarnowłosa Bretonka. - To co się u ciebie ostatnio działo Joachimie? Coś przestałeś się pokazywać. - Zapytała Averlandka gdy siedzieli we trójkę w salonie. Chyba faktycznie od tamtego Festag to się nie widzieli przez te parę dni. W międzyczasie zorientował się, że niezbyt może sobie przypomnieć detale starcia w lochu pod przydrożnym zajazdem. Pamiętał, że udało mu się przywołać błyskawicę i posłać ją w demona. Chyba trafiła bo usłyszał dziki syk demona. Ale też ten jakby coś tam wybuchło co powaliło go na ziemię tak niefortunnie, że stracił przytomność. Teraz jednak jak nad tym myślał, skojarzył, że zanim to się stało to słyszał krzyki zabijanych kultystów. A jak się docucił to wszyscy już nie żyli. Więc chyba jego błyskawica nawet jeśli zraniła niezrodzonego to nie na tyle aby nie dokończył rzezi. Chyba, że zmarli od ran zanim odzyskał przytomność. Tego nie był pewien.
Wreszcie koło południa wróciła milady, Silny i część Norsmenów. Pirora zaprosiła ich do salonu. Oprócz czwórki młodych służek. Brakowało Egona, obu łotrzyc i dwóch Norsmenów co z nimi popłynęli ale Silny nie był zdziwiony. Twierdził, że wybrały dłuższą trasę niż po prostu przejechać przez bramę miasta. Wśród gości zaś widać było niezłą mieszankę. Umięśniony, brodaty wojownik jaki wyglądał jak stereotyp łupieżcy z Norsci. To Lars. Długonoga, atrakcyjna blondynka co często się śmiała i miała wesołe usposobienie. Widać było też, że jest wygadana. Astrid była skaldem i córką jarla czego nie omieszkała zaznaczyć. No i starucha co wyglądała jak guślarka albo zielarka. Jej brudna, pomarszczona sylwetka okryta łachmanami w ogóle nie pasowała do tego szlacheckiego salonu pełnego obrazów i zdobień. Ponieważ nie było wiadomo kiedy druga grupa tu dotrze to Pirora kazała nakryć do stołu i podać obiad.
- A ty czym się zajmujesz? - Lars zapytał Joachima gdy już siedzieli razem przy stole. A służba podała misy, talerze i puchary. Mimo, że wojownik był solidnie zbudowany to wydawał się być rubaszny i ciekawy południowców u jakich gościł. Całkiem nieźle mówił też reikspiel. Może nie tak jak tubylcy i z obcym akcentem ale bez problemu dało się zrozumieć co mówi.
- Ona mówi, że władasz mocą. To prawda? - Raisa wskazała bokiem głowy na blondwłosą gospodynię jaka przedstawiła ich sobie. I staruchę to bardzo zainteresowało. - To wielki zaszczyt móc uczestniczyć w powrocie Czterech Sióstr na ten świat. Dlatego jak Merga opowiedziała mi o tym co tu się dzieje od razu zgłosiłam się aby tu przypłynąć i zobaczyć to na własne oczy. Nie mogę się doczekać aż przystąpię do pracy. Jak obecnie sprawy wyglądają? - Nie ukrywała swojego zaangażowania w organizację powrotu tych niezwykłych i potężnych istot na ten ziemski padół.
- Uważaj bo cię Raisa zaraz będzie pytać o kobiety do wpuszczenia w siebie jaj Oster. Albo nawet ciebie będzie pytać czy nie chcesz. - Astrid pochyliła się ku niemu i pozwoliła sobie n żartobliwą uwagę. Na co starucha fuknęła na nią.
Później dotarła i druga grupa. Razem z Egonem i łotrzycami do salonu weszło dwóch Norsmenów. Jeden wysoki i żylasty, w kapturze. Drugi o dzikim, zmierzwionym wyglądzie. Wszyscy dosiedli się na jeszcze wolne krzesła. Teraz mieli komplet i biesiada zrobiła się jeszcze barwniejsza i głośniejsza. Wszyscy coś mówili, pytali, opowiadali. Obie strony były siebie ciekawe nawzajem a jednocześnie chciały wypaść jak najlepiej.
- Jak raz służyłem u hrabiego w Languille, to w Couronne było to tam się robiło interesy. Chociaż to jeszcze nic do Marienburga, tam to jest stolica do robienia interesów. - Lars opowiadał swoje przygody w południowych krainach.
- To wy też robicie orgie ze zwierzoludźmi? O, ze zwierzętami też? No ciekawe, myślę, że tutaj też byśmy mogli skosztować tego zakazanego owocu. Bo oczywiście oficjalnie nic takiego w naszym bogobojnym mieście się nie dzieje. - Fabienne też chętnie wymieniała się plotkami z nowymi znajomymi.
- A u was dzieje się coś ekscytującego? Szukam materiałów do mojej nowej sagi. Już początek mam to będzie o walce z krabami na przybrzeżnym wraku. - Astrid była ciekawa czy tutaj na południu można przeżyć przygody godne upamiętnienia w sagach.
- A co tam u Mergi słychać? Cało dopłynęliście do Norsci? Przydały się na coś te fanty ze świątyni? - Pirora pytała o to co się działo z imperialnymi oraz Złotooką po odpłynięciu z portoweg nabrzeża. Od tamtej pory nie mieli do nich żadnych wieści aż wczoraj lady Soria nie wróciła do miasta mówiąc, że spotkała Egona z paroma Norsmenami.
- Trzeba zapładniać jajami kogo się da. Najlepiej kobiety. Są wydajniejsze. Te muchy to nie tylko będzie nasza broń. To także oznaka powrotu Sióstr. Z każdą muchą są bliżej. To jak stoicie z tymi muchami? Chciałabym to zobaczyć. Merga mi mówiła, że już zaczęliście. - Riasę najbardziej interesowała hodowla jaj i much Oster. I była bardzo niecierpliwa aby zająć się tym osobiście.
- Ten cholerny kamień. Gdzieś tam jest. Za miastem. W lesie. Ale nie możemy go znaleźć. Jest ta siksa od Fabienne. Annika. Ona podobno wrażliwa jest na zew Norry i kamienia. Ale na razie to wybiega gdzieś na ulice i z miasta. A potem wraca. Kamienia jeszcze nie znalazłą. No ale może następnym razem się uda. Podobno za każdym razem biegnie gdzieś dalej. Może w końcu dobiegnie. - Silny zwierzył się Egonowi i Norsmenom jak im idzie odnajdywanie artefaktów od Norry. I nie brzmiało to jak pasmo sukcesów chociaż owa dziewczyna zdawała się być podatna na zew Norry.
- A my pozujemy w Akademii na galeony. Wiecie, kobiece popiersie. Nawet nie wiecie jak się rumienią te sztubaki! Jakby gołych cycków nigdy nie widzieli! Ale paru jest tam niczego sobie, może sobie kogoś przygruchamy. Na razie jesteśmy grzeczne ale później spróbujemy się rozejrzeć. Joachim mówił, że tam jest jakieś światełko w skrzyni. Co jest od Vesty. - Łasica opowiadała czym się ostatnio z Burgund zajmują. Co widocznie bawiło je i przynosiło satysfakcję. A jednocześnie było furtką do penetracji Akademii Morskiej w jakiej mógł być przechowywany jakiś artefakt związany z Vestą.
-
Oryginalny autor: Santorine
Egon wszedł do środka izby, jego barczysta sylwetka kontrastowała z progiem drzwi. Skinął głową i usiadł na miejsce wskazane przez Silnego, którego obecność sprawiła, że przypominał sobie dawniejsze wspomnienia jego przygód w Neues Emskrank: atak na loch, w którym inkwizytorzy przechowywali Mergę i jego walkę w ciemnych korytarzach kazamatów, a potem ucieczkę kanałami. I dalej, wspomnienia ponurego pościgu, któremu na szczęście uciekł aż do Norski.
– Byliśmy wespół, kiedyśmy uwolnili Mergę i dziś na powrót jesteśmy wespół – Egon uśmiechnął się. – To dobry omen.
Jako że rozpoczęła się rozmowa o statku dla Larsa, myśli Egona natychmiast pognały właśnie w ten temat. Statek, właśnie! Potrzeba było czym prędzej zająć się tematem zebrania materiału do zasiania jaj Oster.
– Obstawę dla statku już mamy w postaci Gezackta i jego bandy - rzekł trochę w stronę Larsa, trochę do pozostałych. – Po pierwsze musimy znaleźć okręt i go zaklepać dla siebie. Łajba nie musi być wielka, a przynajmniej na początek… Ale zważywszy na to, co będziemy w niej wozić, musi mieć dość przestrzenną ładownię. I być w miarę szybka.
Przeczuwając, że kroi się właśnie deliberowanie nad tym, w jaki sposób z Larsem zorganizują proceder, zapytał korsarza:
– Jak dobrze znasz tutejsze wody? Masz już jakieś kontakty?
- Niezbyt. Szczerze mówiąc liczyłem na was. Ja tu byłem raz w porcie, kilka lat temu. Ale nie przywiązywałem wagi. To był zwykły postój z Erengradu do Marienburga. - Morski łupieżca przyznał, że chociaż kiedyś był w mieście to raczej przypadkiem i krótko. Trudno był mówić aby tu kogoś znał, zwłaszcza obecnie. - Ale wiem, że gdzieś tu, na wybrzeżu, jest czarny rynek. Handluje się także niewolnikami. Przypływają także nasi, norsmeńscy kamraci. Ono mogą mieć niewolnków i na sprzedaż i kupić jakichś. U nas niewolnicy to zawsze pewny towar. Nawet Swen Widłobrody co nas tu podrzucił z Norsci, też tu czasem korzysta z tego punktu wymiany. Wiem tylko, że tam się przypływa statkiem i nie da od strony lądu. Ale nie wiem gdzie dokładnie. To jak już bym tam trafił to mogę pogadać z moimi kamratami. Między sobą rzadziej dobywamy toporów niż na południowców! - Zarechotał głośno jakby ta ostatnia myśl bardzo go rozbawiła. Jednak podpowiedział jak może się przydać w interesie jaki planowali.
- Ja wiem gdzie jest ten czarny rynek. - Łasica zgłosiła się prawie od razu. Czym zwróciła na siebie uwagę towarzystwa. - To jest taka wyspa, łacha piachu właściwie. Ale trudno wyjaśnić gdzie jak ktoś tam wcześniej nie był. Ja w zimie tam byłam z Versaną i Rosą. One tam kupiły swoje niewolnice. - Fioletowowłosa łotrzyca była gotowa być ich przewodniczką o ile już by zdobili jakąś łódź i załogę.
- Kobiety też mają? Dobrze. Kobiety są wydajniejszymi nosicielkami niż mężczyźni. Kobieta w swoim łonie może pomieścić więcej dziedzictwa Oster niż mężczyzna zasiany z obu stron. A poza tym kobietę z tych dwóch stron też jeszcze można zasiać. Potrzebujemy nosicieli, najlepiej młodych kobiet aby zniosły pseudociążę i poród. I to nie ma się co patyczkowąc, wiele czasu nie zostało. Trzeba je zasiewać raz za razem i jak najwięcej kobiet. Larwy też muszą mieć czas aby przemienić się w kokon a potem dorosłego owada a ten też musi przejść kilka wylinek nim będzie płodny i w pełni rozwinięty. - Raisa widząc ciekawy ją temat, szybko się wtrąciła. Mówiła z fanatycznym żarem w oczach jakiemu trudno się było oprzeć skoro chodziło o krok pomocy w planach kultu jak i zbliżający ich do powrotu Sióstr. Chociaż to ostatnie wydawało się jeszcze dość mgliste.
- Spokojnie, statek to nie krowa czy wóz. Tak z dnia na dzień to się nie załatwi tego. Trzeba by pochodzić. Po ratuszy, tawernach, kapitanach. Jest parę miejsc gdzie tacy morscy oficerowie się spotykają. - Łasica widocznie dalej nie lubowała się w dziedzictwie Oster ale starała się być pomocna.
- Ale liczy się każdy dzień. Merga mówiła, że ten turniej co miał być w końcu ruszy a na ten dzień musimy być gotowi. A rozwój much trwa od tygodnia do dwóch, od porodu czerwi. Nie mamy czasu aby wybrzydzać. - Raisa mówiła z przejęciem, starając się nakłonić kultystki do zwiększonego wysiłku umysłowego.
- No to na szybko to można coś wynająć. Nie wiem czy ktoś się zgodzi wynająć statek z dnia na dzień. Ale jakąś lichtugę czy barkę może się udać. Nie interesowałam się tym do tej pory. My z Burgund mamy swoją łódź. Nią też by pewnie dało się dopłynąć do tej wyspy przemytników. - Portowa dziewczyna po chwili zastanowienia powiedziała co dałoby się najszybciej zrobić. Jej rybacką łódź mogli dysponować od ręki i powinna wystarczyć na podróż na targ niewolników. Chociaż zapowiadała się na żmudną i ciężką podróż. A i pojemność była ograniczona do kilku osób. A coś większego wymagało więcej zachodu aby to zorganizować.
- Ja mogę porozmawiać z koleżankami. Może któraś się zgodzi na to zasianie. - Fabienne wróciła do rozmowy, zaskakując wszystkich swoimi słowami. Za to Raisa zaraz się rozpromieniła obdarzając ją czułym, babcinym uśmiechem.
- No może i my kogoś znajdziemy. Ale nie obiecuję. Chociaż my już załatwiłyśmy Laurę Larwę. - Przypomniała zgryźliwie Łasica.
- Ja to już tyle razy mówiłem. Mogę jakiejś dać w łeb, związać i przynieść. - Silny wzruszył swoimi mocarnymi ramionami. Nie pierwszy raz opowiadał się za siłowymi rozwiązaniami.
- No to mówisz, że mamy twoją łódź i możesz nas poprowadzić na tą wyspę przemytników. - Lars powtórzył to co go najbardziej interesowało w pirackich interesach. A łotrzyca potwierdziła ruchem głowy. - I jest parę miejsc gdzie można kupić ale szybciej wynająć coś większego. - Upewnił się a Łasica znów skinęła głową. Wtedy morski korsarz spojrzał pytająco na Egona. - Co o tym myślisz? - Zapytał ciekaw jego zdania.
– Mmm… Brzmi dobrze…
Egon zamyślił się przez parę dłuższych chwil. Choć potrzeba było jakiegoś konkretnego planu, prawda była taka, że na piractwie i łowieniu łyczków z sioła nie znał się dotychczas, bowiem wojaczka była jedynym rzemiosłem, na którym choć trochę się znał. Musiał się zdać na Larsa, który wiedział tu więcej.
– Moglibyśmy zacząć od popłynięcia na wyspę przemytników, żeby zasięgnąć języka – rzekł niepewnie Egon. – Ja i Lars… I jeszcze ktoś może, Gezackt i paru jego ludzi do obstawy, a i po to, żeby wiedział, że stoimy na tym samym.
Gladiator bawił się nożem na stole, dumając nad planami.
– Łódź Burgund powinna styknąć, żeby popłynąć na wyspę i zawiązać jakiś kontakt po raz pierwszy – ciągnął Egon. – Albo do pierwszej rejzy. Potem powinniśmy widzieć, ile z tego wszystkiego zarobimy i czy pozwolimy sobie na coś więcej. Ale na po raz pierwszy to wystarczy. Jutro z rana poszedłbym do Gezackta i wyłożył mu sprawę, aby był gotowy. Co rzekniesz?
- Egon ale ta nasza łódź to jest ta co teraz nią płynęliśmy. - Burgund włączyła się do rozmowy aby uświadomić koledze o jaką jednostkę pływającą chodziła. Ta łódź była podobna do tych używanych przez rybaków. Mogło na nią wejść z pół tuzina osób. Wcale nie tak dużo jeśli jeszcze mieliby z kimś dodatkowym wracać.
- No jak chcecie to możemy jutro popłynąć. Chociaż największy ruch to jest w Marktag i Angestag. Ale taki zwykły dzień też ktoś może być. To bym musiała z wami popłynąć ja albo Burgund. Jak was dwóch to już trójka. A jak chcecie jakąś niewolnicę czy dwie kupić to trzeba by dla nich zostawić miejsce. No to jeszcze jedną czy dwie osoby można by zabrać. Tam trzeba płynąć z samego rana, tak jak rybacy, jak jest jeszcze ciemno. I ze trzy dzwony się płynie w jedną stronę bo to z zatoki wypłynąć trzeba. - Łasica podała więcej szczegółów jakie trzeba było wziąć pod uwagę przy takim morskim wypadzie po niewolnice.
- No to jeszcze kogoś od nas albo od Gezackta można by wziąć. Mnie właściwie obojętne ale ta łódź to faktycznie niezbyt duża to nie ma co jej przeciążać. Jeszcze nie wiadomo jaka jutro pogoda będzie i jakie fale. Ale takie małe łupiny bardziej są podatne na fale niż wieksze jednostki. - Korsarz był gotów zostawić dobór reszty załogi Egonowi jaki bardziej znał i kultystów i ludzi Gezackta. Jako wilk morski jednak dorzucił swoje trzy pensy do morskiego aspektu takiego rejsu.
– Sześciu ludzi najwięcej? To będę ja, ty – tu wskazał na Larsa – Gezackt i jeszcze ktoś, kogo wybierze. Może być Martin. To styknie całkiem na pierwszy raz. Hmm… Może na wyspie będą znali, gdzie można wziąć coś, co pomieści więcej.
Egon po prawdzie myślał, że dobrym początkiem byłoby przydybanie jakiegoś szlupa albo przerobienie kutra rybackiego. Cokolwiek, co miałoby ładownię, bowiem pływanie z żywym towarem na pokładzie wydawało mu się diabelsko ryzykowne. Łajba także musiała być dość szybka, aby nie wdawać się w żadne walki.
– Dobra, to ustalone – rzekł Egon. – Popłyniemy na wyspę łodzią Burgund i zasięgniemy języka. Później zaś pomyślimy, czy łodzi użyjemy do czegoś innego. Ale wolałbym mieć coś ciut większego, jeśli mamy na tym mieć jakiś dobry profit. Na wyspie będą wiedzieć… Choć i w dokach zapewne dobre wieści zyskamy.
Gladiator zostawił już temat niewolników dla zasiewania jaj Oster i zaczął rozmawiać o kolejnej, palącej kwesti:
– Statek to nie jedyna rzecz, którą trza nam zrobić – ciągnął Egon. – Musimy wrócić do kurhanu, być może nawet z Gezacktem. Trza nam zabezpieczyć trupa czarownika, to raz, ale druga rzecz, musimy rozbić ścianę i przekonać się, co jest za nią. Może rzecz zrobimy, kiedy wrócimy z wyspy? – zapytał Egon.
- Egon, jak ty chcesz jutro z rana płynąć na tą wyspę przemytników to lepiej dzisiaj się umów z tymi swoimi kolegami. Bo jutro przed świtem trzeba będzie ruszać z portu a nie kogoś szukać i z wyra ściągać. - Łasica popatrzyła na większego kolegę i rzekła tonem dobrej rady. Burgund pokiwała głową, że zgadza się z jej opinią.
- Martin może być. Bystra jest. I dobrze by było przeciągnąć ją na naszą stronę w pełni. - Astrid pochwaliła decyzję aby zabrać szczupłą łuczniczkę na jutrzejszą wycieczkę.
- Oj Egon, widziałem, że toporem to nieźle machasz ale w łajby to ty zbyt mocny nie jesteś. - Korsarz uśmiechnął się życzliwie do kolegi z południa i poklepał go po ramieniu. - Statki są jak kobiety. Albo szczupłe i śmigłe albo grube ale ładowne. - Wyjaśnił mu tą różnicę najprościej jak mógł. - Ale nie przejmuj się. Popatrzymy co jest tu w porcie i wtedy coś wybierzemy. - Mimo wszystko Lars zdawał się być dobrej myśli co do zdobycia jakiejś jednostki większej niż łódź łotrzyc jaką niedawno przypłynęli do portu. - A do tego truposza spod kopca tak, możemy wrócić po powrocie. To już pewnie pojutrze najprędzej. Też mnie ciekawi co tam jest za tym zamurowanym wejściem. Trzeba by zabrać coś do rozwalenia tej ściany. Jakieś kilofy, łopaty i łomy. - Piratowi spodobał się pomysł i widać było, że ciekawi go co tam jeszcze by mogło być.
- Myślę, że do tego kurhanu przejdę się z wami. Z chęcią zobaczę jak to wygląda i kim jest ten czarownik. - Lady Soria zgłosiła, że jest chętna na obejrzenie pradawnego kurhanu. - Tylko chciałabym wrócić póki dzień bo na wieczór mamy zaplanowane małe przyjęcie z Gnakiem, przy Zachodnich Kamieniach. - Wspomniała z delikatnym uśmiechem na co większość jej dziewcząt ucieszyła się myśląc już o planowanej orgii. - Naturalnie też jesteście zaproszeni. Jeśli macie ochotę to na pewno będziecie mile widziany. - Popatrzyła po kolei na Egona i Norsmenów dając im znać, że nie są wykluczeni z tych bezecnych planów.
– Ano słusznie powiedziane – Egon rzekł na słowa Łasicy. – Pójdę do Trzech Gwoździ. Rzeknę Gezacktowi, co żeśmy tutaj uradzili i gotowi będziemy.
Egon powstał. Choć początkowo planował zostać nieco dłużej, stwierdził, że im dłużej zamarudzi tutaj, tym mniejsza będzie szansa spotkanie Gezackta i wyłuszczenia mu, że jutro się zabierają.
Zdawało się, że na ten moment uradzili wszystko, co potrzebowali - sprawę statku i sprawę kurhanu. Egon co prawda miał jeszcze w niedalekich planach zapoznać Astrid i Froyę van Hansen, były to jednak sprawy pośledniejszego priorytetu. Znalezienie bowiem łyczków, którzy będą pasowali na takich, co ich zasiać można jajami Oster było najprzedniejszym tematem, tak samo nieumarły czarownik i profity kultu w postaci krojącej się wyprawy na niewolników.
– Idziesz ze mną? – zapytał Egon Larsa. – Wszak będzie obojętnie, tylko z Gezacktem się muszę widzieć. Rzecz z Zachodnimi Kamieniami… – tu zwrócił się jeszcze do Sorii. – Być może. Interesa najpierw, później dumać mi przyjdzie.
Backertag; zmierzch; tawerna “Trzy gwoździe”
- Jakbyś tym razem pojechał razem z nami to mogłoby być ciekawie. Tym razem nie będę brać ten mojej starej krowy tylko Marissę i może Annikę. To obędzie się bez takich komplikacji jak ostatnio. - Fabienne dorzuciła od siebie zaproszenie na orgię przy Zachodnich Kamieniach. Co prawda gladiator nie wiedział o jakich komplikacjach mówiła ale widocznie szlachcianki i łotrzyce wiedziały o co chodzi. Wszystkie wydawały się z niecierpliwością oczekiwać na to spotkanie za miastem.
- Jakbyście zaprosili Martin tutaj to byłoby miło. Bo chyba tutaj można? - Astrid poprosiła ich o tą przysługę. Ale jeszcze spojrzała na gospodynię. Pirora dała znać, że nie widzi problemu. Mogła oddać córce jarla pokój do dyspozycji i tam się mogła gościć i baraszkować z kim by miała ochotę. Co niezmiernie Norsmenkę ucieszyło.
- Dobra, przejdę się. Zobaczę czy coś jeszcze pamiętam z poprzedniej wizyty. - Lars dopił kufel piwa i głośno go odstawił na blat stołu. A sam powstał na nogi i dał znać aby imperialny kolega robił za przewodnika. Pirora odprowadziła ich do drzwi salonu zapraszając ponownie gdyby mieli ochotę wrócić jeszcze tego samego dnia. Potem obaj zeszli na parter i służąca wypuściła ich na zewnątrz. Dwaj brodacze ruszyli brukowanymi ulicami. Wciąż było jeszcze widno, letni dzień był długi.
- Cholera tyle się zmieniło… Albo nie byłem tu wcześniej… - Mruczał korsarz gdy mijali kolejne kamienice. Topornik wydawał się zaciekawiony. Cieszył się gdy coś udało mu się rozpoznać. A im bliżej rzeki byli tym więcej. Wreszcie dotarli do wejścia poszukiwanej karczmy. Gdy weszli do środka uderzył ich gwar głosów i ciepłe choć nieco zatęchłe powietrze. Z połowa prostych choć solidnych stołów była pusta. A pod jedną ze ścian dostrzegli znajomą bandę jaka złączyła dwa meble aby mogli przy nich zmieścić się razem. Norsmen klepnął kompana aby tam podeszli. Milicjanci też ich dostrzegli gdy zbliżyli się gdzieś do połowy głównej izby. I zawołali do nich zachęcająco.
Wnętrze Trzech Gwoździ - stare-nowe, przywodziło stare wspomnienia. Jak to też z Kuno (nawiasem mówiąc, gdzież ten stary się podziewał…?) planowali biznes, a i też jak to też z resztą kultystów planowali odbicie Mergi. Niby stare graty, a jednak twarze, których nie znał i zdawało się w jakiś sposób obce. Czy jedna podróż na północ wystarczyła, żeby odmienić Egona tak bardzo?
Wyrwawszy się z zamyśleń, Egon raźnym krokiem podszedł do milicji.
– Witajcie, komitywa – rzekł Egon. – Panie Gezackt, interesa chcę obgadać.
- A witaj, witaj kamracie! Siadajcie z nami! - Herszt bandy przesunął się, tak samo jak Szybki aby zrobić miejsce dla dwóch nowych towarzyszy. Widać było, że opijanie zwycięstwa w grobowcu idzie im zgodnie z zamiarami. Tam i tu towarzystwo było przetkane ladacznicami jakie dały sie skusić ich zdobycznym błyskotkom. Na stole zaś królowało jadło i drewniane lub gliniane kufle z napitkiem. Dania nie były tak wyszukane i elegancko podane jak niedawno Egon z Larsem sami skorzystali w gościnie młodej Averlandki. Jednak zasada była ta sama. Przy tym prostym ale solidnym stole jaki miał być odporny na wyczyny podchmielonych czy awanturujących się gości, też panowała wesołość.
- Chodź Gezackt. Powiesz nam jakie tu mają dobre piwo. - Lars poklepał herszta po ramieniu i uśmiechnął się do niego przymilnie. Ten popatrzył na niego uważniej i chyba domyślił się, że Norsmen niekoniecznie tylko o tutejszym piwie chce z nim pogadać.
- No to chodźmy. - Wstał i przekroczył ławę na jakiej siedział wraz z kamratami. Po czym odszedł parę kroków w stronę szynkwasu. Oberżysta ruszył w ich stronę ale Gezackt dał mu znać aby się nie kłopotał na razie. Patrzył wyczekująco na obu przybyszy aby powiedzieli z jakim interesem do niego przyszli.
Egon, kiedy tylko odeszli na bezpieczny dystans - było bowiem dla niego jasne, że akurat tego interesu nie warto było omawiać na otwartym forum, jeno w odpowiednio dobranym gronie i ustronnym miejscu. Szynkwas wszakże powinien wystarczyć, gęsta atmosfera Trzech Gwoździ sprawiała, że nie będzie podsłuchiwał ich nikt, zaś każdy zapewne założy, że gadają o chędożeniu dziewek, nie zaś o krojącej się wyprawie na wyspę łowców niewolników.
– Mamy łódź, do której możemy przypłynąć na wyspę – Egon przeszedł natychmiast do omawiania interesu. – Szukamy większego statku, ale ta łupina wystarczy, żeby tam dopłynąć. Tam pogadamy z luda, popytamy się, czy kto statku nie ma albo ile złota płacą… Rozumiesz, zwykła rzecz, gadać o interesie, zanim zaczniemy, bo raczej nie przyjedziemy tam z taborem i nie każemy za niego płacić. Musimy mieć tam już kogoś. Przydałoby się, żebyś tam był, Gezackt. Z Martin albo z Szybkim, od nas będę ja i Lars.
Egon spojrzał na Gezackta, mając nadzieję, że ten nagle nie zacznie rozmyślać się albo cokolwiek innego. Obstawa Gezackta będzie miała spore znaczenie później.
-
Oryginalny autor: Santorine
- Aha czyli macie jakiś interes do zrobienia na wyspie. A to kiedy tam chcecie płynąć? - Herszt oparł się łokciem o szynkwas i przyswajał nowe wiadomości.
- Jutro z rana. Jeszcze przed świtem. Będzie z nami przewodniczka jaka zna drogę. Mówiła, że tam się płynie ze trzy dzwony a lepiej być rano. Sam rozumiesz, zobaczymy czy ktoś tam w ogóle będzie a jak będzie to co ma za towar. Jak ma to pewnie nie taki z jakim można pokazać się tutaj w porcie. Więc może i niewolników ktoś będzie miał. - Lars mówiąc swoim nietutejszym akcentem szybko uzupełnił wypowiedź kolegi. Słysząc go przydowca banitów pokiwał głową.
- Aha, czyli to już jutro? No dobra. Możemy tam popłynąć. Zobaczymy co tam mają. Ja myślałem, aby wyjść z miasta i coś na trakcie nałapać. Ale tak po waszemu też może być. Po wsiach można się przejść. Zwłaszcza jakby glejt od jakiegoś pana mieć. We wsi i tak rzadko ktoś umie czytać. O a ze świątyni jakiejś to jeszcze lepiej. I wtedy chłopi sami oddają kury, ryby albo zbędne gęby. W razie czego można ich przycisnąć, sądem i zemstą pana albo świątyni postraszyć. No ale glejt by się przydał albo gdzieś dalej od miasta trzeba by pójść aby sobie nie srać we własne podwórko. Pany czy świątynie nie lubią jak się tak działa w ich imieniu gdy oni nic takiego nie wiedzą! - Na koniec roześmiał się rubasznie ale sprzedał dwóm nowym kolegom jakie sam miał zamiary na dalszą działalność. Zaś na jutrzejszą wyprawę na wyspę przemytników też był chętny.
– Lepiej morzem transportować, niż na lądzie – rzekł Egon. – Trakt wydaje mi się ryzykowny. Ostatecznie, ile moglibyśmy ujść, aby nikt nie spostrzegł, że jesteśmy właśnie stąd…?
W istocie, napadanie od strony morza wydawało się być idealnym rozwiązaniem dla problemu pojmania i późniejszego transportu niewolników, Egon bowiem nie był pewien, czy jeśli opanowaliby parę tuzinów lub też więcej dla zysku i zasiania jaj Oster, to przemarsz przez trakt ściągnąłby uwagę, zaś podróż na przełaj lub też przez głuszę na pewno przysporzyłaby problemów, szczególnie, jeśli miałoby maszerować aż tylu luda.
Statek, przeciwnie - myślał Egon. Tu mogliby napadać na nadmorskie sioła, ładować ludzi na pokład i odpływać natychmiast w stronę miejsca przeznaczenia.
Tak czy inaczej, skinął głową.
– Dobra, zatem ustalone – Egon z zadowoleniem klepnął Gezackta w ramię. – Tu nas czekaj jutro o świcie. Lars? Wracamy? – Egon zapytał. – Mam jeszcze dla ciebie jeden temat…
Łatwo poszło z Gezacktem, jednak Egon zastanowił się: co prawda byli już umówieni z Gezacktem i lada chwila także dogadają się z łowcami niewolników, była jeszcze jedna sprawa. Handel niewolnikami bowiem miał pełnić niejako trzy zadania: pierwsze, zysk dla Larsa, drugie, zysk dla Gezackta i wreszcie trzecie, nosiciele jaj Oster dla Raisy. Musiał się skontaktować z Raisą i dogadać jeszcze - jak u diabła, zamierzali przechowywać nosicieli przez tak długi czas, aż do czasu turnieju…?
- Można i morzem. Ale my lepiej znamy trakty. A jak się ma trochę wprawy i szczęścia to idzie i zarobić, i zabawić, i w razie czego wyślizgać się z kłopotów jak ma się głowę na karku. Grunt to mieć bezpieczną przystań, odpalić tam dolę aby ci sprzyjał. No ale z tym statkiem też może być. - Gezackt nie upierał się przy swoim ale dało się wyczuć, że znajome mu są raczej lądowe niż morskie metody pozyskiwania dóbr wszelakich. I w tym wywał się przeciwieństwem norsmeńskiego grabieżcy. Pogadali jeszcze chwilę przed pożegnaniem i herszt wrócił świętować ze swoją bandą a dwóch kultystów wyszło na zewnątrz. Idąc ulicami Lars zaczął temat.
- Z tymi traktami może coś być na rzeczy. Zdobywanie statku to nie kupowanie kuraka na rynku. Zdziwię się jak z dnia na dzień by się udało go zdobyć. To kto wie, może szybciej by coś szło zdziałać i w głębi lądu. No ale to się jeszcze okaże. - Rzucił do towarzysza gdy wstępnie przemyślał słowa Gezackta i przyrównał je do ich morskich planów.
- A z tymi nosicielami to faktycznie lepiej zapytaj Raisy. Chociaż te trzy dziewki wczoraj zasialiśmy i dzisiaj wyglądają normalnie. Jakby nic im nie było. No ale nie gadałem z nimi za bardzo. No ale Raisa pewnie wie lepiej. - Tym akurat Lars za bardzo się nie przejmował. Mimo to podzielił się z kolegą swoim zdaniem na ten temat.
Egon podrapał się po swej siwej brodzie.
– Dobrze gadasz – przyznał. – Jeśli będzie i tak, że okrętu od razu nie sprawimy, zdajmy się na doświadczeniu Gezackta na łowieniu łyczków na trakcie. Rzecz mi się nie podoba… Ale może i Gezackt może wiedzieć coś, czego my nie wiemy. Na przykład, gdzie byśmy ich trzymali albo w jaki sposób byśmy podróżowali lądem. Wcale bowiem nie taka łacna rzecz, przeprawić tuziny luda w taki sposób, żeby żaden nie uciekł… Będziemy musieli zacząć od parunastu zaledwie.
Gladiator snuł plany na przyszłość.
– A, ale jednak trza będzie jutro na wyspę się wybrać, musimy koniecznie – rzekł. – Teraz chodźmy do Raisy… I chodźmy może na to chędożenie w Zachodnich Kamieniach, czemuż bowiem nie mielibyśmy tego zrobić?
- U nas to jest inaczej. Jak wiedziesz kogoś w powrozie to pewnie twój jeniec albo niewolnik. Ale tu u was a południu to jest inaczej. No ale popłyniemy na tą wyspę to zobaczymy czy trafi się ktoś z czymś ciekawym. No i pokręcimy się po porcie to zobaczymy co z tym statkiem. I co dalej z Gezacktem. Ale im większy statek tym większa załoga potrzebna. U nas żeglować może ja, Bjorn i pewnie Astrid. Ale i tak trzeba by się zakręcić za jakąś załogą. Skoro z Gezackta to szczury lądowe. - Topornik odwzajemnił się koledze swoimi przemyśleniami. Nie wydawał się być zmartwiony i raczej czekał co przyniosą kolejne dni aby podjąć dalsze decyzje. Za to gdy Egon zapytał go o przyjemniejsze tematy to roześmiał się gromko aż echo poszło ulicą.
- O tak! Tanie ładne nianie tak ładnie proszą to szkoda im odmówić! - Poklepał gladiatora po plecach. - Widziałeś tą Pirorę i Bretonkę? Oj takich ślicznotek nie kupisz w zamtuzie oj nie! - Zarechotał ponownie. - Ile to ja takich miałem jak służyłem w Languille, Marienburgu czy Erengardzie! Kapitanowe co mężowie wypłynęli albo morze ich zabrało. Córki i żony oficerów statków i najemników. Kupców też. Narzeczone jakichś fircyków, wyuczone żaczki, tak miałem je wszystkie! Mówię ci Egonie, od Kislewu po Bretonie wybrzeża są usłane moimi bękartami! - Strasznie go to bawiło i przyprawiało o męska dumę gdy tak wspominał i chwalił się swoimi miłosnymi podbojami. - Tylko oczywiście grunt to aby zachować pozory. W dzień możesz się kłaniac w pas jakiemuś grubasowi i mówić mu “herr” czy “sire” aby dwa dzwony później figlować z jego młodą, znudzoną żonką. Ale oczywiście oficjalnie to nic takiego nie miało miejsca bo przecież zacna niewiasta jest bogobojną żoną i dobrą obywatelką miasta. - Zaśmiał się znowu jakby zdradzał koledze w czym tkwi klucz do sukcesu.
– Wydupczyłbym ze dwie kurewki albo i trzy – przyznał Egon, którego kroki dudniły o kocie łby, poniechał jednak komentarza o bękartach Larsa, bowiem sam nie wiedział niczego o swoich. – Wszak nie zawadzi, ciekawym jeno, jakież to komplikacje miały by się dziać przy Zachodnich Kamieniach…? – tu zastanowił się co do uwagi Fabienne, kiedy opuszczał kamienicę Pirory. Ach. Nieważne. Idźmy zatem!Backertag; wieczór; kamienica Pirory
Zanim wrócili na Bursztynową to się solidnie rozpadało. Co na zabrudzonych ubraniach jakie pamiętały wczorajsze przeprawy przez mokradła i zatęchłą, cmentarną wodę z grobowca nie robiło zbyt wielkiej różnicy. Przyjemnie jednak było się schronić przed ulewą w suchym i ogrzanym wnętrzu kamienicy. Służąca przywitała się z nimi i zaprowadziła z powrotem na piętro, do salonu. Jak się okazało podczas ich nieobecności już obiad dawno skończono ale a stole stały jeszcze rozne lekkie przekąski i gąsiory z winem. Towarzystwo było na pierwszy rzut oka podobne. Chociaż na drugi rzut oka okazało się, że brakuje Łasicy chociaż jej kamratka Burgund była. Za to przybył Tobias. Uczony przywitał się z kolegą z kultu jaki właśnie co przybył do miasta.
- Witaj Egonie. Rad jestem znów cię widzieć. Sporo się u nas działo pod twoją nieobecność. Na pewno twój hart ducha i śmiały topór się nam przydadzą. Szykujemy się do akcji w Akademii Morskiej ale na razie jeszcze sprawa jest jeszcze mocno w powijakach. Jeśliby potrzeba mocniejszego uderzenia jak ostatnio w świątyni Mananna to dobrze będzie móc na ciebie liczyć. - Belfer był ubrany elegancko jak zwykle jednak do gladiatora zwracał się życzliwie i z szacunkiem. Mimo, że dał się poznać, że nie wmak mu dominacja slaaneshytek wewnątrz kultu i między nimi zdarzały się słowne utarczki. U Norsmenów spod różnych charakterów i patronów zresztą wyglądało tak samo. Pod ścianą dojrzał trzy kobiety. Fabienne, Astrid i Raisę. Wydawały się pochłonięte rozmową między sobą.
Parę dłuższych chwil minęło, kiedy Egon z Larsem podróżowali przez Neues Emskrank - dwóch kultystów zdawało się chłonąć wrażenia z miasta we właściwy dla każdego sposób, jednak zarówno Egon, jak i Lars zdawali się odkrywać miasto po raz kolejny, będąc oddzieleni od niego przez jakiś czas.
Wreszcie, wstąpili do kamienicy należącej do Pirory. Egon, zoczywszy Raisę, rzekł:
– Aaa, witaj, starsza – rzekł, mierząc staruchę wzrokiem, z którą niedawno zrabował grobowiec. – Miałbym jeszcze jedną rzecz do omówienia.
Obaj ruszyli przez salon w stronę trójki kobiet. Widać było, że podczas ich nieobecności atmosfera się rozluźniła i tak miejscowi jak i zamorscy goście Pirory podzielili się na mniejsze grupki. Rozmawiali ze sobą, żartowali i ogólnie lepiej się poznawali. Nie inaczej było z bretońską szlachcianką, córką norsmeńskiego jarla i starą czarownicą. Egon miał wrażenie, że to Fabienne coś opowiada pozostałej dwójce. Atrid wydawała się być zdezorientowana lub mocno zaskoczona za to Raisa uśmiechała się i patrzyła na czarnowłosą życzliwie. Były na tyle zajęte rozmową, że zwróciły uwagę na kolegów dopiero gdy ci podeszli i gladiator się do nich odezwał.
- Tak Egonie? - Starucha zwróciła się do niego jak do swojego ulubionego wnuczka zachęcając go uśmiechem na swojej zasuszonej, pomarszczonej twarzy aby powiedział z czym przychodzi.
– Wkrótce puścimy się na szlak, a później i w morze i zaczniemy łowić nosicieli jaj Oster – Egon z właściwą sobie manierą przeszedł od razu do rzeczy. – Wszak nie mogę obiecać, ile ich nałapiemy, ale pewnikiem w parę dni złapie się dość, aby odpowiednio rozpocząć rzecz… Rzeknij mi no, Raiso…Egon zrobił pauzę, próbując ubrać w słowa swe plany.
– Trza mi się dowiedzieć, gdzie będziemy ich trzymać, jak będziemy ich żywić i temu podobne – rzekł gladiator. – Wszakże jaja Oster nie wyklują się w pacierz. Musimy zaplanować, znaleźć jakieś miejsce, gdzie zaprzągniemy branki do roboty lub też schowamy je bezpiecznie, żeby jaja Oster mogły się wykluć. Ty i ktoś jeszcze będzie musiał objąć pieczę nad tą… He-he-he. Wylęgarnią. Przynajmniej aż do czasu, kiedy branki wydają z siebie miot. No i, rzecz druga, kiedy muchy Oster wyklują się, musimy je jakoś przechowywać.
Egon powiódł wzrokiem po Burgund i Pirorze.
– Zapewne ktoś od nas mógłby zapewnić nam bezpieczne schronienie? A co, jeśli byśmy ukryli ich pod ziemią?
Egon rzekł, mając na myśli oczywiście podziemne tunele pod Neues Emskrank, jeszcze głębiej niż kanały.
– Ta kryjówka brzmi dobrze – niełatwo z niej uciec, jeśli nie zna się wyjścia, a i też miejskie ciury nie będą się zapuszczać w dół. Przeto, Raiso, zanim wypuścimy się na nasz pierwszy rajd łowczy, mus nam będzie odwiedzić Trzewia Ziemi i obrać sobie odpowiednią kryjówkę, którą przysposobimy w taki sposób, aby móc ukrywać nosicieli, jak i muchy. Co rzekniesz?
Egon z niechęcią przypomniał sobie dni, tygodnie, które spędzał w zatęchłej norze w tunelach pod Neues Emskrank, wtedy jako zbieg, który uwolnił Mergę. Ileż to złota była warta jego głowa? Pięćset karli-franzów, zdawało się, o ile jego pamięć nie zawodziła. Niemniej, jako że wcześniejszy proceder niewolniczy toczył się całkiem nieźle i byli w stanie spędzić całe tygodnie pod ziemią, teoretyzował, że i też przy tej okazji mogliby skorzystać z kanałów do stworzenia kryjówki dla niewolników.
- Oh Egonie ale jesteś zaangażowany w tą hodowlę. - Starucha rozpromieniła się słysząc z czym przyszedł. I aż go czule poklepała swoją pomarszczoną dłonią po ramieniu. Wydawała się traktować go jak jakaś kislevska babuszka swojego ulubionego wnuczka.
- Egon wiesz, że Fabienne ma te robaki Oster w sobie?! - Astrid nie wytrzymała i wypaliła co ją tak wzburzyło i zdumiało przed chwilą zanim podeszli. Wskazała na młodą, bladolicą szlachciankę z jaką dotąd obie Norsmenki rozmawiały. Lars słysząc to też spojrzał z zaskoczeniem na szczupłą i gładką kultystkę o ufryzowanych, czarnych włosach jakby chciał sprawdzić jak ona na to zareaguje. Bretonka zaś uśmiechnęła się ciepło i życzliwie patrząc po kolei na nich wszystkich i matczynym ruchem położyła dłoń na swoim szczupłym brzuchu.
- To prawda. I bardzo to sobie chwalę. - Odparła zadowolonym z siebie głosem. Widząc, że przynajmniej Lars i Astrid nie mogą przejść nad tym do porządku dziennego, rozwinęła ten temat. - Przez pierwsze parę dni nic się nie działo. Już myślałam, że nic z tego nie będzie. Ale ze dwa dni temu jak się zaczęło to jest coraz lepiej. - Przymknęła oczy i uśmiechnęła się z błogiego zadowolenia jakby chciała się przez moment skoncentrować na tym co właśnie czuła w swoim brzuchu. - Czuję je. W sobie. Jak się ruszają. Nie spodziewałam się, że to będzie takie przyjemne. Jakbym cały czas gościła w sobie jakiegoś kochanka. Naprawdę niesamowite uczucie i polecam każdej kobiecie. Teraz rozumiem czemu Laura tak chętnie dawała się zasiewać. Aż żałuję, że wcześniej nie spróbowałam. - Szlachcianka wyraziła swoją opinię znów przesuwając się spojrzeniem rozpromienionych z ekscytacji oczu po otaczających ją twarzach.
- Jesteś taka dzielna i wspaniała. Tak jak ci mówiłam. Gdyby ci jakieś ziółka były potrzebne albo coś takiego to tylko daj znać. - Wyglądało na to, że teraz bretońska szlachcianka została ulubioną wnuczką Raisy tak samo jak Egon wśród mężczyzn. Po czym zwróciła się d siedzącej obok Astrid. - Widzisz? To jest prawdziwe oddanie sprawie. A jesteś córką jarla, powinnaś dawać przykład. A sama słyszysz co ta piękna i dzielna kobieta mówi o tej ciąży Oster. To sama przyjemność. - Wiedźma po raz kolejny starała się namówić blondynkę z północy do zasiania. Tym razem skald była mniej pewna siebie i nie wiedziała jak powinna zareagować. Morski korsarz też wyglądał na zaskoczonego takimi rewelacjami.
- Na razie te niewolnice możemy trzymać u Sigismundusa. Tam i tak jest hodowla. Jaja, muchy, kokony i ten inny szajs. Dorna się tym opiekuje póki Sigismundus i Strupas nie wrócą. A w piwnicy są dwie cele. W każdej wejdzie jedna lub dwie niewolnice. - Burgund skorzystała z przerwy w rozmowie aby podjąć wątek o jaki Egon pytał.
- Ja nawet byłabym ciekawa tych much. Dorosłych jeszcze nie widziałam. Tylko te strzykwy do zasiewania. - Fabienne wtrąciła się na krótko dając wyraz swojej ciekawości.
- Jak by ktoś z was mnie tam zaprowadził to bym chętnie zobaczyła jak to wygląda. Nie mogę się doczekać aż zacznę nad tym pracę! - Raisa też była podekscytowana myślą, że wkrótce będzie mogła zająć się hodowlą wylęgarni osobiście. Zwłaszcza, że po odejściu duetu nurglitów na miejscu została tylko szaroskóra Dorna aby zajmować się jajami i całą apteką.
- Dobra, mogę was zaprowadzić. - Miedzianowłosa wzruszyła ramionami jakby nie przejmowała się tym za bardzo. - A jeszcze trochę miejsca jest pod zwaloną wieża. I może na naszej kodze. - Łotrzyca od ręki podpowiedziała jeszcze dwie kryjówki gdzie można by przetrzymywać złapane niewolnice. - Bo te Trzewia Ziemi to głęboko są. Jeszcze pod miejskimi kanałami. I nie tak łatwo się tam dostać a jakoś jedzenie i wodę trzeba by nosić z powierzchni. No i te podziemne stworzenia tam są. Pewnie trzeba by znów jakoś z nimi się dogadać. Ale to może więcej będzie wiadomo na zborze. Łasica właśnie poszła zobaczyć co Starszy zdecydował. Bo normalnie zbory mamy dzień przed Festag ale jak tyle spraw i gości to mówił, że może wcześniej się zrobi. - Kamratka Łasicy mówiła na przemian do zebranych, Egona informując dlaczego miejskiej cwaniary nie ma i resztę o zwyczajach tutejszych kultystów.
- Może nawet nie trzeba by ich zamykać. - Lars odezwał się pierwszy raz odkąd obaj z gladiatorem podeszli do rozmawiającej trójki kobiet. Teraz wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni. - Jakby je przekonać do służby tak jak te trzy służki Astrid ze wsi to może by tak jak one nie robiły problemów. - Wyjaśnił na czym polega jego pomysł. Głowy poruszyły się gdy każdy rozważał ten pomysł. Z młodymi rybaczkami jakie udało się przekonać, że są w służbie nowej pani jakoś do tej pory nie mieli kłopot. Nie trzeba było ich wiązać ani zamykać. I póki co usługiwały swojej pani i jej gościom. - No ale jak się nie da podstępem czy po dobroci to siłą też można brać. Żaden kłopot. - Korsarz wzruszył ramionami jakby w sumie metoda pozyskiwania nosicielek była mu obojętna.
Egon milczał chwilę, zastanawiając się nad tym, co rzekła Fabienne. Jeśli w istocie larwy Oster były tak przyjemne, to dlaczegóż by nie można było wziąć rzeczy na sposób i w tą stronę?
– Słusznie prawisz, jednak nie jestem pewien, czy cele Sigismundusa wystarczą, jeśli chcielibyśmy zasiać parę tuzinów kobiet. Lub też… Hmm… Ach, niechaj będzie. Jeśli potrzeba będzie dodatkowego miejsca na branki, tedy też pomyślić będziemy musieli, ale póki co wysługiwać się musimy Sigismundusem. Może nawet, jeśli będzie ich dużo, to zaprawimy ich na nauki u Pirory lub u Łasicy, tedy nie będziemy musieli korzystać z Trzewi.
Egon pokiwał głową z ukontentowaniem. Wyglądało na to, że plan się spinał, przynajmniej od teoretycznej strony - jutro wypuszczą się na wyspę łowców niewolników i na kurhan po raz wtóry (jutro lub też pojutrze), później zaś, ustawiwszy sprawy z nieumarłym czarownikiem, będą musieli zająć się łowieniem odpowiednich nosicieli jaj Oster. Wreszcie zaś, kiedy zyskają odpowiednią przewagę, zajmą się nadchodzącym turniejem.
– Sam bym chętnie zobaczył owe cele – rzekł Egon. – I hodowlę.
- Parę tuzinów kobiet? A skąd ty chcesz je wziąć? - Burgund miała wyraźnie zaskoczoną minę skalą hodowli o jakiej wspomniał kolega.
- Mamy zamiar wpaść w he he odwiedziny do kilku okolicznych wiosek. Może lądem, rzeką albo morzem. Jeszcze zobaczymy co da się prędzej zorganizować. No i skoro takie zapotrzebowanie jest na branki to na nich się skupimy. Chociaż pewnie z każdej wioski to będzie po parę. Tak jak z tej wczoraj na brzegu morza. Ale to się jeszcze zobaczy. W każdym razie Egon ma rację, jakieś miejsce dla nich trzeba przygotować. Nie możemy ich ciągle trzymać na łajbie albo jakimś wozie. - Lars chętnie wsparł kolege z wyjaśnieniami jak t sobe umyślili do tej pory. Łotrzycę chyba to na razie wystarczyło bo przyjęła to skinieniem głowy.
- Bardzo dobrze. Tak się właśnie trzeba do tego zabrać jak wy moi druhowie. Czasu mamy mało a cele ambitne. Nie możemy się rozdrabniać. Trzeba zasiać jak najwięcej kobiet i jak najszybciej. Przecież one muszą nie tylko wydać miot ale ten miot jeszcze musi się przeobrazić w dorosłe owady. Bo dopiero dorosłe muchy będą służyć naszym celom. Ah, czuję, że będe musiała z waszym Starszym o tym porozmawiać. - Raisa spojrzała czule na obu wojowników w pełni aprobując ich ambitne plany zdobycia nowych branek do błogosławionej hodowli.
- Ja zobaczę. Może uda mi się namówić jakąś koleżankę. No ale niczego nie obiecuję. - Fabienne postanowiła, że też spróbuje się dorzucić do tego przedsięwzięcia w miarę swoich możliwości.
- Ta hodowla to jest w piwnicy u Sigismundusa. Niedaleko południowej bramy. Znaczy część hodowli zabrał za miasto aby tam w spokoju założyć nową kolonię. Lilly tam poszła na początku tygodnia, też powinna niedługo wrócić. Ale tu u niego w aptece jeszcze jest Dorna i ona opiekuje się hodowlą. Jak chcecie to możemy tam pójść. Chociaż teraz leje i zaraz ciemno będzie. - Burgund dała im znać, że zna miejsce hodowli i może ich tam zaprowadzić. Tylko dzień się już kończył a już się rozpadało.
- Ja niedługo będę się żegnać i wracać do domu. Wczoraj wyjechałam ale zostałam a noc u Pirory a dziś też cały dzień mi tu u was zszedł. W końcu muszę wrócić do domu. Jutro wieczorem jest to spotkanie w teatrze. To pewnie się znów spotkamy jeśli przyjdziecie. - Bretońska milady niechętnie się rozstawała z tak barwnym towarzystwem jednak miała swoje zobowiązania względem domu i przyzwoitości. Jako małżonka ze szlachetnego rodu nie powinna nadwyrężać swojej reputacji.
– Zaiste, niedługo dość czasu będzie, żeby wszystko obejrzeć – Egon nie oponował.Gladiator w zasadzie miał już to, po co przyszedł. Skoro miejsce na przechowywanie nosicielek jaj Oster w zasadzie już było wypróbowane, a i jeśli z czasem czereda by się rozmnożyła, to wszak nadal istniały różnorakie opcje - kamienica Pirory lub też miejsce pod zwaloną wieżą.
– Mhm – gladiator wydał z siebie aprobujący pomruk i zatarł ręce ze złym uśmiechem. – Idzie ku dobremu. Dla nas, rzecz jasna.
Wreszcie, odwrócił się w stronę Astrid i Sorii. Czy to nie one mówiły, że wkrótce mieli podążyć do Zachodnich Kamieni?
- Ah, romantyczna schadzka z Gnakiem i jego kolegami. - Milady odpowiedziała z eleganckim, oszczędnym usmiechem. Jej ironiczna uwaga rozbawiła sporo osób jakie brały udział we wcześniejszych orgiach z ungorami. - Tak, to będzie pojutrze. Przy tych kamieniach gdzie spotkaliśmy się dziś rano. Ja z dziewczętami udamy, że jedziemy na wycieczkę w plener. Zatrzymamy się w domu Rose de la Vega. Tak samo jak ostatnio. Oficjalnie przenocujemy tam i rano jak na bogobojne szlachcianki przystało, wrócimy do miasta. Ale wy nie musicie się bawić w takie ceregiele. - Wężowa milady zdradziła kolegom plan błękitnorkwistych aby dołączyć na to spotkanie. Niestety z racji pozycji jaką zajmowały w społeczeństwie musiały dbać o przykrywkę dla swoich działań.
- My pojedziemy wozem. Przed zmierzchem zbiórka w “Mewie” a potem jedziemy. Ale wiesz już gdzie to jest to nawet sami możecie tam dojść. - Burgund dopowiedziała jak plebejska część wyprawy zamierza się dostać do tych dziwnych głazów.
- Ja się z wami bardzo chętnie zabiorę. Mogę wziąć Helgę. Bo tych dziewcząt z wioski to tak do końca nie jestem pewna. - Astrid wyraziła chęć dołączenia do orgii jaką prawi obywatele uznaliby za plugawą. Inni nie zdążyli jeszcze się wypowiedzieć gdy drzwi salonu otworzyły się i do środka weszła Łasica. Pozdrowiła ich spojrzeniem ale przeszła przez połowę salonu i weszła na wolne krzesło. Po marynarsku gwizdnęla na palcach aby zwrócić na siebie uwagę.
- Wracam od Starszego. - Zaczęła i przez chwilę zrobił się szmer wśród zebranych. - Powiedział, że z powodu tak niecodziennych okoliczności to robimy zbór jutro w “Starej Adele”. Koło trzeciego dzwonu. Jak kogoś nie ma tutaj dzisiaj to przekażcie mu jeśli go spotkacie. Wszyscy jesteście zaproszeni. Mistrz mówił, że musimy się lepiej poznać i zrobić podsumowanie bo się sporo spraw uzbierało. Więc jutro o trzecim dzwonie w “Adele”. - Przekazała wiadomość od lidera kultu. I poczekała chwilę czy są jakieś pytania nim zeszła z krzesła.
– Niech i tak będzie – rzekł Egon, któremu podobał się obrót, jaki przyjęły od czasu, kiedy pojawił się w Neues Emskrank.Sam wszakże nie miał już do dodania niczego, co już zostało powiedziane. Interes niewolniczy i sprawa zasiewu jaj Oster były zagospodarowane, wszystko ustawione dokładnie tak, jak potrzeba było. Egon zamierzał odpocząć nieco… Bowiem kolejne dni miały się okazać podobnie wymagające.