Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. XIII - Martwa godzina
XIII - Martwa godzina
MorphM
Morph jako
Storyteller
Mistrz Gry
NabuchodonozorN
Nabuchodonozor jako
Eugene Mullis
PiołunP
Piołun jako
Daniel Mercer
CavallinoC
Cavallino jako
Vivienne Ashcroft
JaremaJ
Jarema jako
Tomas Jonson
BardielB
Bardiel jako
Simon Tanner
KetharianK
Ketharian jako
Alejandro Garcia Hernández

XIII - Martwa godzina

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
52 Posty 7 Uczestników 946 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • BardielB Niedostępny
    BardielB Niedostępny
    Bardiel jako Simon Tanner
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Bardiel
    #30

    Becka zerknęła w stronę Simona, jakby się chciała upewnić, czy ją rozumie i podziela przemyślenia. Mężczyzna nie spojrzał w jej stronę choćby przelotnie. Oczy Simona cały czas błądziły po ekranie komputera. Zmarszczone czoło wskazywało, że myśli nad czymś intensywnie i raczej nie jest to audycja radiowa.
    Klik…
    Klik…
    Klik…
    Becka zapewne zdążyła już założyć, że zostanie zignorowana, gdy nagle…
    – Gość bredzi - odparł sucho blondyn, który najwyraźniej jednak rejestrował głos kobiety. - Jak każdy radiowiec. Gdy posadzisz kogoś przy mikrofonie i każesz mu w kółko nawijać to musi bredzić. Ludzie rzadko mówią coś wartościowego.
    Simon poprawił prostokątne okulary charakterystycznym dla siebie gestem.
    – Ale przynajmniej nie puszcza reggae. Od reggae robię się agresywny.
    Czy to był żart? Ciężko powiedzieć, gdyż ton Tannera brzmiał jakby podzielił się jakimś naukowym faktem. Z drugiej strony zazwyczaj tak właśnie brzmiał, więc może wcale nie był dziwny, tylko na sucho serwował istny kabaret!

    “Kiedy naprawdę chcemy coś znaleźć, zaczynamy dostrzegać wskazówki wszędzie.”

    Spojrzenie Simona wreszcie oderwało się od monitora. Wzrok utkwił w podłodze. Czyżby radiowiec zadał właśnie kłam jego stwierdzeniu? Czyżby powiedział coś, co poruszyło przemądrzałego korpoblondasa na tyle, by oderwał się na chwilę od swego toku myślowego?
    Uniósł wreszcie wzrok, który skrzyżował się ze spojrzeniem Becki. Nie komentował. Przez moment wydawało się, jakby zrozumieli się bez słów. Tak, Simon również zastanawiał się czy nie dostrzega śladów tam gdzie ich nie ma. Być może obsesyjnie widział wzorce, których nigdy nie było. Być może trwało to już nawet od dwudziestu lat. W jedną chwilę niewinna audycja radiowa wydała mu się ponurą przestrogą.

    W milczeniu wrócił do pracy.


    Po kilkudziesięciu minutach grzebania w policyjnej bazie Simon otworzył nagranie, które zdawało się aktywować w jego głowie coś w rodzaju stresu pourazowego. Przez moment umysł mężczyzny był tak zawieszony, że nawet nie zdenerwowało go “zakradnięcie” się Becki zza pleców - czego w normalnych warunkach chorobliwie nie znosił.

    Trzaski i szum kamery przywołały w umyśle Simona gwałtownie migoczącą lampkę nocną. Zapalił ją tamtej nocy, gdy coś zabrało siostrę. Rozpaczliwie liczył, że światło pomoże przegonić nocne “potwory spod łóżka”. Lampa migotała, migotała, aż nagle żarówka uległa spaleniu. Gdy zapalił główne światło, Sary już nigdzie nie było. Pamiętał jak matka łajała następnego dnia ojca, że już od miesiąca mówi mu, aby wymienił żarówkę w lampce.
    – Impuls - wypalił nagle, jakby otrząsnął się z transu. - Impuls elektromagnetyczny. Jeśli coś zakłóciło kamerę to pewnie też wszystkie inne urządzenia elektroniczne na obszarze. Muszę sprawdzić jakoś czy doszło do innych zakłóceń. Nie wiem, oświetlenia miejskiego, świateł drogowych. Zgłoszenia zepsutych telefonów. Zerwane połączenia. Eletronika w samochodach. Tym i wszystkich naokoło. Kurwa, nie wiem.
    Rzadko zdarzało mu się przeklinać. Simon zdjął okulary i przetarł oczy w taki sposób, jakby chciał je wydłubać. Zaraz potem gwałtownie wstał z miejsca. Zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli.
    – Widzisz to co ja, prawda? Facet zniknął. Widzimy to razem, prawda?
    Z kieszeni wyjął dyktafon i zaczął mówić wprost do niego.
    – Tutaj Simon Tanner. Właśnie obejrzałem nagranie z monitoringu, na którym widać jak O’Hara chwyta się za głowę i znika na środku skrzyżowania.
    Mężczyzna wyciągnął w stronę Becki dyktafon. W jego oczach malowała się desperacja.
    – Powiedz, że też to widzisz zanim jutro okaże się, że to nagranie nie istnieje a ty niczego nie pamiętasz.

    Nagle mężczyzna spojrzał w stronę billingów oraz połączeń wyświetlanych na monitorach niepełnosprawnej kobiety. Zostawił dyktafon rękach skonsternowanej Becki, jakby zapomniał o całej sprawie. Powolnym krokiem podszedł do radia, nachylając się nad głośnikiem.
    – Wiesz co, Zack? Wiesz co teraz zrobię? - lekki, nieco maniakalny uśmiech przebiegł przez twarz Simona. - Rozrysuję na mapie dokładnie wszystkie punkty gdzie był O’Hara, do jakiego punktu dzwonił, skąd dzwonił, do kogo dzwonił… Potem będę sprawdzać gdzie były zakłócenia elektromagnetyczne. I może to wszystko będzie tylko powiązane w mojej głowie. A może nie.
    Okulary wylądowały z powrotem na nosie Simona. Poprawił je identycznym gestem jak wcześniej. Spoważniał.
    – Wracam do pracy. Musimy ustalić kto to jest Lionel Grant. I jeszcze…
    Simon zmrużył oczy, patrząc na billingi.
    – Te cztery niezidentyfikowane telefony. W krótkim czasie. Sygnał zaczęła łapać inna wieża. Przemieścił się z sektora zachodniego do centralnego. Śledził kogoś i się meldował? Nie, to bez sensu. Meldowałby się przecież Fergusonowi. Z kim on rozmawiał…
    Simon wrócił do biurka.
    – Nie żartowałem z dyktafonem - rzucił jeszcze, nim palce zaczęły grać na klawiaturze.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    ♥ 😱 👍
    1
    • NabuchodonozorN Niedostępny
      NabuchodonozorN Niedostępny
      Nabuchodonozor jako Eugene Mullis
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
      #31

      Pasażowanie

      85703e0c-e76e-4423-8cf9-acc232ffdbac-image.jpeg

      To zabawne gdy wyobraźnia przemieszana z życiowym doświadczeniem podpowiada pewne porównanie, a idące dalej życie jakby próbuje owo porównanie ugruntować.

      Przecież to wszystko to tylko efekt działania pompy sodowo- potasowej w ludzkim organizmie, a jednak są momenty, że wydaje się jakby to było coś wyższego. Zabawna iluzja.

      Oto jeszcze niedawno Eugene Mullis Ph D porównał całą grupę i jej działania do posiewu redukcyjnego, a teraz w zupełnie zaskakujących okolicznościach sam został wyizolowany niczym czysta kultura i zaszczepiony w inne miejsce jak przy pasażowaniu.

      Ta myśl przypomniała mu jak to się stało. Zapytał tamtą trójkę czy jest sens by on szedł sam, a oni taką grupą w jedno miejsce. I jak wówczas zareagowali? Otóż NIE zareagowali. Jedynie ta cała Vivienne robiła dziwne miny zupełnie jakby jego słowa.. przeraziły ją? Tylko, że ona ciągle była jakaś taka przestraszona.

      Co tu dużo mówić? Oni zwyczajnie zebrali się wyszli, zupełnie jakby on był jakimś szumem tła.

      W poprzednim jego życiu to było nie do pomyślenia by tak go zlekceważono! Właściwie to nie w poprzednim tylko w pierwszym bo teraz było to jego już trzecie życie...

      Mullis po raz kolejny uświadomił sobie, że musi zapracować na szacunek, być może także przed samym sobą.

      Tym bardziej wziął się do pracy.

      Przynajmniej miał szczęście. Do biura dostał się bez problemu i nikt mu nie przeszkadzał. Jak zwykle zabrał się do wszystkiego metodycznie: ubrał gumowe rękawiczki, zamknął drzwi, rozejrzał się po pomieszczeniu i zaczął robić zdjęcia. Wiedział, że to co będzie robił teraz nie jest jego specjalnością, ale najważniejszym jego zadaniem jest zdobycie jak największej ilości prób.. znaczy dowodów, wskazówek, śladów.

      Układ pokoju, ustawienie mebli, położenie przedmiotów- to wszystko może mieć znaczenie. Zanim ruszył cokolwiek zawsze robił najpierw zdjęcie. Może coś potem da się z tego odkryć. Niestety obecność sprzątaczki może wskazywać, że część śladów została zatarta. Na to nic nie mógł poradzić.

      Przeszukał szafki, biurko, aneks kuchenny, kanapę, parapety, okna, nawet przeanalizował czy w podłodze nie ma ukrytych schowków.

      W duchu oskarżał O' Harę o niechlujstwo i bylejakość. Jak można pracować w takim nieładzie? Mullis oczywiście zupełnie ignorował przy tym fakt, że taksówka, którą niedawno jeszcze jeździł nie wyglądała ani trochę lepiej. To było inne życie, które wypierał z pamięci.

      Czy O' Hara pracował tak niedbale? Doktor lediwe powtrzymał się od posprzątania i poukładania tego wszystkiego!
      Nawet rapor.. notatki, które Eugene znalazł wyglądały jak jakiś smear- niejasne, nieczytelne i brudne. Zrozumienie tego wszystkiego będzie wymagało konsultacji.

      Jakieś numery? Katalog policyjny? Może indeks biblioteczny? Do tego niepełny numer telefonu, nic nie mówiące nazwiska- poza jednym oczywiście.

      Mullis szybko skontaktował się z Fergussonem, a ten potwierdził, że miało dojść do spotkania, ale osattecznie nie doszło. To niestety niewiele mówiło.

      Gdy Mullis znalazł te notatki chciał krzyknąć "Eureka", ale okazuje się, że może być niewiele mówiący śmieć. Może uda się wyczytać coś pod spodem, coś w tle...

      Była jeszcze notka o południowym brzegu- znowu całkowicie niejasna. Co tam miałoby być? To też było ciekawe. Tam wyraźnie było słowo "IT". NIe miał tam spotkać kogoś. Miało się tam znajdować COŚ czego szukał O'Hara.

      Nadzieję Eugena nieco zwiększyło znalezienie śladów biologicznych. Ignoranci nie mieli pojęcia jak wiele da się z tego wyczytać. Wreszcie jakiś trop! Wreszcie coś na czym Mullis się znał!

      Po chwili namysłu Eugene zdecydował się zaryzykować zabawę w detektywa. Musiał dowiedzieć się kiedy ostatnio O' Hara był tu widziany i jakim człowiekiem go widziano. Być może ktoś zobaczył lub uslyszał coś ważnego.

      Chętnie by przepytał tę sprzątaczkę, ale ona wyraźnie nawet nie wiedziała jak O' Hara wyglądał, a poza tym już poszła. Zostały jednak sąsiednie biura i apteka. Być może to ta na dole.

      Eugene usiadł przy biurku, wyciągnął swój notatnik i zaczął tworzyć metodykę działania.

      Postanowił, że najpierw popyta ludzi w sąsiednich biurach. Musi do tego wcielić się niestety w swoje stare ja. Przedstawi się tak samo jak gdy był taksówkarzem i będzie udawał zainteresowanego usługami O' Hary. To dobry pretekst bo dzięki temu ma wymówkę by wypytać o jego obecność oraz o to jakim jest człowiekiem i detektywem. Mullis nawet nie będzie musiał za dużo kłamać. Jeśli powie co naprawdę sam o nim myśli- o stanie jego biura, które przed chwilą widział sugerującej niedbałość to tamci pewnie się do tego odniosą. Może też zgodnie z prawdą powiedzieć, że potrzebuje detektywa by znaleźć zaginioną osobę. Im więcej mówisz prawdy, tym łatwiej ukryć kłamstwo.

      Potem uda się do apteki. Tu już nie musi specjalnie nikogo udawać. Pokaże swoją legitymację, pokaże zdjęcie O' Hary, rzuci kilka przekonujących argumentów o tym, że informacja na temat realizowanej recepty pomoże mu w uzyskaniu jednoznacznych wyników pracy śledczej.

      Tak na pewno się uda!

      Eugene z nową determinacją podszedł do drzwi zabierając zabezpieczone zebrane materiały,a w tym notatnik. Przed samym wyjściem pozwolił sobie na chwilę by przypomnieć sobie siebie w poprzednim życiu gdy potrafił rozmawiać z ludźmi i czasem nawet dowiadywał się więcej niż by chciał.

      Po chwili drzwi do biura otworzyły się, a na korytarz wyszedł już nie genialny Eugene Mullis Ph. D., a nieco cyniczny, pragmatyczny i przegrany życiowo E.M...

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • MorphM Niedostępny
        MorphM Niedostępny
        Morph jako Storyteller
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
        #32

        WINTER WALK

        Za piętnaście minut miała wybić godzina duchów, jak mawiała babcia HJ-a, a on wciąż wałęsał się po ulicach. Już jakiś czas temu pożegnał ostatnią grupę turystów. Powinien być już dawno w domu. Niestety jakaś awaria sprawiała, że zamiast “L-ką” czekał go długi, nocny spacer. Zamiast radości z gorącego prysznica i tłustego cheeseburgera musiał udawać, że cieszy się z tej romantycznej wycieczki, którą zafundował mu złośliwy los.

        Walił tak gęsty śnieg, że światła samochodów rozlewały się po ulicy, niczym farba na mokrym papierze. Hyde Park, za dnia pełen studentów, turystów i okolicznych mieszkańców spacerujących z psami, teraz wyglądał niemal jak wymarłe miasto. Pustymi ulicami snuli się tylko pojedynczy przechodnie. Gdyby nie przejeżdżające jeden za drugim pługi śnieżne, to można by się poczuć, jak w dziwnym, lodowym śnie.

        Wbrew wszystkiemu HJ lubił tę porę. Nie dlatego, że kochał zimę. Zima była dla ludzi, którzy mieli garaże, drogie płaszcze i kogoś, kto odśnieżał im podjazd. Patrząc na otulone grubą warstwą śnieżnego puchu, HJ zapominał o przemoczonych butach i zmarzniętych dłoniach. Na przekór złośliwemu losowi, potrafił znaleźć w tym wszystkim coś, czym sycił swoją romantyczną duszę. Mroźna nostalgia miejskich zaułków, pochłonęła go niczym matowy szron oblepiający szyby samochodów i witryny sklepów.

        Przystanął przy jednej z nich. Skrzyżowanie 55. Ulicy Wschodniej i Woodlawn Avenue. Zwykły lokal z migającym nerwowo neonem, który z miejsca zdradzał, że miejsce to ma lata świetności dawno za sobą. Takich miejsc nie pokazują na pocztówkach. Żadna atrakcja turystyczna.
        Choć tuż obok wznosił się słynny budynek szkoły Świętego Tomasza Apostoła. Wyrazisty monolit z 1929 roku o surowym, dumnym obliczu. Ozdobnym, geometrycznym portalu w stylu Art Deco, który patrzył na ulicę z chłodną, obojętną elegancją dawnych lat. HJ czasami zaprowadzał tam wycieczki, aby móc wspomnieć o tym, że Francis Byrne pionierem nowoczesnej architektury sakralnej w USA był.

        Jego myśli wróciły z obłoków na ziemię, gdy ją zobaczył.
        Stała pod wąskim daszkiem, tuż przy witrynie, jakby śnieżyca była zjawiskiem atmosferycznym, które dotyczyło wszystkich poza nią. Jasne włosy wystawały spod ciemnego kaptura. Miała na sobie długi, elegancki płaszcz, skórzane rękawiczki i twarz, przez którą HJ natychmiast zapomniał, co właściwie chciał kupić.

        Jej uroda nie wymagała ani odpowiedniego oświetlenia, makijażu, ani tym bardziej trzech godzin pracy fotografa. Cholernie piękna naturalność i promieniująca złocistym blaskiem szlachetność. Jasna cera, wyraźne kości policzkowe, pełne usta. Coś w jej twarzy sprawiało, że wyglądała, jakby pochodził z miejsca, gdzie ludzie dobrzy, mili i uczciwi, a zło występuje tylko w klechdach, którymi straszy się dzieci.

        HJ zerknął na nią raz. Potem drugi. Za trzecim razem skarcił sam siebie, za to, że się gapił . Henry, do jasnej cholery. Zachowuj się jak człowiek.

        Opuścił wzrok na chodnik, jakby nagle zainteresowała go skomplikowana mozaika, jaka namalowały ślady butów przechodniów na śniegu. Nie pomogło. Już po chwili znowu na nią zerkał. Dziewczyna właśnie wyjęła telefon i próbowała obsłużyć ekran w rękawiczce. Skrzywiła się, zdjęła jedną z nich i zaczęła stukać palcem, podczas gdy płatki śniegu osiadały jej na włosach.

        HJ uśmiechnął się pod nosem. Sam doskonale znał to uczucie. Technologia miała być przyszłością ludzkości, ale w Chicago w styczniu wciąż wystarczyło minus dziesięć stopni, żeby sprowadzić człowieka do poziomu małpy próbującej rozpalić ogień.
        Mógłby do niej podejść. Zagadać.
        Oczywiście, że mógł. Był dorosłym facetem. Miał dwadzieścia kilka lat, wszystkie zęby i przynajmniej dwie koszule, w których mógłby pójść do teatru, czy nawet opery. Potrafił rozmawiać z ludźmi. W końcu robił to zawodowo.
        Tylko że rozmawianie z grupą dwunastu turystów o architekturze Franka Lloyda Wrighta nie było tym samym co podejście do kobiety, która wyglądała, jakby mogła jednym spojrzeniem unieważnić jego prawo jazdy.

        W dodatku była biała. Nie chodziło o to, że nigdy nie rozmawiał z białą laską. Hyde Park pod tym względem należał do miejsc bardzo demokratycznych. Na kampusie widywał ich mnóstwo, podobnie jak w kawiarniach, księgarniach i przy przystankach. Chodziło o coś innego. Niektóre kobiety potrafiły spojrzeć na człowieka tak, jakby sam fakt, że zdecydowałeś się do nich podejść oznaczał naruszenie dworskiej etykiety.

        Wahał się. Zastanawiał. Dokładnie w tym momencie dziewczyna podniosła wzrok znad telefonu. Ich spojrzenia przecięły się. Ona posłała mu uśmiech. On odpowiedział tym samym, jednocześnie grzebiąc nerwowo butem w śnieżnej zaspie.

        W głowie HJ-a rozpoczyna się narada kryzysowa. To był uśmiech. Zwykły uśmiech. Ludzie się uśmiechają. Nawet do obcych. To nie jest propozycja małżeństwa, Henry. A jednak, coś mu mówiło, że to było zaproszenie. Musiał na nie odpowiedzieć. Wcisnął dłonie mocniej w kieszenie kurtki i ruszył w jej kierunku. W myślach już zastanawiał się jak zacznie rozmowę. Mógł rzucić coś oczywistego o pogodzie. Taaa… genialne. W środku śnieżycy zagaić do laski, która wpadła ci w oko, że pada śnieg. Następny krok - koniecznie trzeba ją poinformować, że woda jest mokra.

        Mógł też zapytać, czy czeka na autobus. Tylko że wtedy wyszedłby na gościa, który nie tylko nie ma samochodu, ale też śledzi rozkład jazdy z konieczności, a nie dla zabawy. W końcu mógł po prostu powiedzieć „cześć” i czekać na jej odpowiedź. Przerażająco proste, ale to tak się chyba w końcu poznaje ludzi. Prawda?

        Dzieliło go od niej trzy, może cztery kroki. Gdy nagle drzwi sklepu otworzyły się z metalicznym brzękiem dzwonka. Dziewczyna odwróciła głowę. Wyszedł z nich mężczyzna.
        Czarny, szeroki w ramionach, z twarzą, która nie potrzebowała dodatkowych wyjaśnień, żeby przyciągnąć uwagę. Miał na sobie kurtkę Louis Vuitton, spod której wystawała ciemna bluza z wielkim logo meduzy. Z szyi zwisał mu gruby złoty łańcuch, a na nadgarstku błyszczał zegarek, jakby cały pokryty był kryształkami lodu. Tylko sęk w tym, że to nie lód. Mężczyzna rozejrzał się i przelotnie rzucił okiem w kierunku HJ-a. Po chwili przeniósł wzrok na dziewczynę i uniósł papierową torbę, jakby chwalił się właśnie łbem upolowanego mamuta.
        -Qu'est-ce qui a pris autant de temps ? - zapytała - J'ai failli mourir de froid.

        Jej słowa brzmiały, jak miłosne zaklęcia. Przez głowę Hj-a przebiegły lepkie i sprośne wizje, a przecież doskonale wiedział, że żadna z nich nie ma najmniejszych szans na powodzenie.
        HJ obserwował parę z miną człowieka, który właśnie stracił całe swoje oszczędności na giełdzie.
        Świetnie. Piękna Europejka. Francuska, do tego. I oczywiście jest z facetem, który wygląda, jakby kupował złoto na wagę, a ubrania dowozili mu kurierzy w białych liberiach z prosto z Paryża i Mediolanu.

        Dziewczyna powiedziała coś jeszcze po francusku. Mężczyzna odpowiedział po angielsku. Do HJ-a dochodziły już tylko pojedyncze słowa, jakby ktoś napchał mu do uszu waty. Spojrzał na nią po raz ostatni i od razu tego pożałował. Ona posłała mu słodki uśmiech, a barczysty typ spojrzenie tak zimne, że serce Hj-a zamarło na kilka sekund, jakby zamarzła mu krew w żyłach.
        Natychmiast obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Usłyszał jeszcze cichy trzask zamykanych drzwi samochodu. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu właśnie teraz przypomniał sobie kawałek Chief Keefa.
        HJ parsknął śmiechem.
        -Yeah, Sosa. Me neither.

        Ruszył dalej, zapadając się po kostki w świeżym śniegu. Do domu miał jeszcze kawał drogi, buty przemoknięte, a cheeseburger coraz bardziej oddalał się od niego w sferę kulinarnych marzeń.

        Niektóre noce naprawdę nie były warte wychodzenia z domu.

        Impact & Revelation

        Vivienne, Daniel, Alejandro

        Zapewne gdyby Derek O’Hara mieszkał w zwykłym bloku, gdzie łatwo zgubić się w plątaninie korytarzy, zachowanie dyskrecji graniczyłoby z cudem. Na szczęście na piętrze, poza mieszkaniem detektywa, znajdował się tylko jeden lokal. Jego lokator niewątpliwie kładł się wcześnie spać i dla niego godzina dziewiąta to był już środek nocy. O tej porze w jego oknach nie paliło się już żadne światło, a na klatce panowała absolutna cisza.
        Vivienne stała przy schodach, po raz pierwszy w życiu pełniąc rolę czujki. W tym czasie Hernandez i Mercer dokonywali kolejnego tej nocy włamania.
        -Gotowe - oznajmił Teksańczyk.
        Powoli opuścił rozkładane schody prowadzące na strych, po czym skinieniem głowy zaprosił Vivienne do środka. Jasno dając jej do zrozumienia, by weszła pierwsza.
        Kobieta odetchnęła z ulgą. Te kilka sekund, podczas których mężczyźni forsowali klapę w suficie, wydawało jej się wiecznością. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo napięła mięśnie, nasłuchując każdego szmeru dobiegającego z mieszkania.

        -Folia izolacyjna, pianka montażowa, uszczelniacz dekarski - mruknął Hernandez wymieniając pozycje z odnalezionej listy zakupów - To ma sens - dodał po chwili wodząc wzrokiem po ukrytym biurze O’Hary.

        Niewielkie pomieszczenie, najwyżej cztery na trzy metry, przypominało skrzyżowanie placu budowy z kryjówką prywatnego detektywa. Przy ścianie stał skórzany fotel, a obok wisiała mapa pokryta śladami prowadzonego śledztwa. W kącie piętrzyły się worki ze starym uszczelniaczem dekarskim. Przy biurku z komputerem ustawiono wiadra z farbą, jakby remont miał się ku końcowi, ale ktoś przerwał go w połowie pracy. Wszystko to tworzyło osobliwą mieszankę prowizorycznego biura, zaplecza remontowego i tajnej kryjówki. O’Hara najwyraźniej traktował swoje śledztwa dla XIII niezwykle poważnie. Na tyle poważnie, by urządzić sobie miejsce pracy, którego istnienie wolał zachować w tajemnicy.

        -Od czego zaczynamy? - zapytał Daniel, powoli podchodząc do biurka.

        Pomieszczenie na poddaszu okazało się dużo mniejsze niż można było się spodziewać. A może po prostu to ich było tutaj za dużo. O’Hara na pewno nie planował zapraszać tutaj gości. Zważywszy na warunki, to trzy osoby stanowiły tutaj już tłum.

        Goła żarówka zwisająca z długiego kabla dawała ostre i nachalne światło. Gdy agenci XIII-tki zajęli się poszukiwaniami, za ich plecami odbywało się prawdziwe upiorne przedstawienie teatru cieni. Ich czarne sylwetki wyglądały niczym zjawy pląsające w rytualnym tańcu. Mimo poukładanych w równe stosy teczek akt, mapy z dowodami i masy notatek, to pomieszczenie nie przypominało profesjonalnego biura prywatnego detektywa. Bardziej warsztat, w którym ktoś próbował za wszelką cenę utrzymać porządek w sprawie wymykającej się cały czas spod kontroli.

        Pod jedną ze ścian stał skórzany fotel, a obok niego niewielki regał z segregatorami i pudłami archiwizacyjnymi. Na ścianie naprzeciwko ktoś zawiesił dużą mapę Chicago. Kolorowe pinezki, odręczne oznaczenia i cienkie linie łączyły ze sobą adresy rozsiane po kilku dzielnicach miasta. Przy niektórych punktach przyklejono małe fotografie. Inne oznaczono wyłącznie datami.
        Centralne miejsce zajmowało biurko z komputerem. Obok klawiatury leżał notatnik, kilka długopisów i plik luźnych kartek, częściowo przykrytych rachunkami. Na monitorze pozostawiono otwarte okno logowania. Pod biurkiem stały dwie metalowe szafki na dokumenty, a na blacie obok piętrzyły się wydruki, których nikt najwyraźniej nie zdążył jeszcze uporządkować.

        Choć panowały tutaj polowe warunki to z panującego nieładu, przebijał się nieśmiało usystematyzowany porządek. Dokumenty tworzyły osobne stosy, na których widniały odręczne etykiety. Zdjęcia były ponumerowane, a na mapie nie było ani jednego przypadkowego oznaczenia. Cały ten bałagan zdawał się podporządkowany jakiemuś planowi.

        O’Hara nie urządził tu sobie wygodnego miejsca do pracy. Budował sobie miejsce, z którego mógł prowadzić śledztwo poza zasięgiem cudzych spojrzeń. Zniknął nagle, ale zostawił wszystko tak, jakby zamierzał wrócić tutaj następnego dnia.

        Mercer zerknął na komputer stojący pod biurkiem. Schowany częściowo w cieniu sprzęt od razu zwrócił jego uwagę. częściowo schowany w cieniu. Duża, czarna obudowa, ciężka i pozbawiona ozdób, wyglądała raczej jak element wyposażenia niewielkiego laboratorium niż prywatnego gabinetu. Na przednim panelu nie było niczego poza napędem, kilkoma portami i przyciskami. Mimo panującego na poddaszu remontowego bałaganu, to kable poprowadzono bardzo starannie. Żadnych supłów, niczego zwisającego luźno. Długość każdego przewodu zdawała się wyliczona co do centymetra. Nawet obudowa nie został postawiona bezpośrednio na podłodze, lecz na niskiej, solidnej podstawie. Sprzęt już samym swoim zewnętrznym wyglądał krzyczał, że nie jest zwykłem pecetem. Nikt nie inwestował w taką maszynę tylko dlatego, że lubił technologiczne nowinki albo brakowało mu RAM-u, żeby odpalić najnowszego Far Cry’a. Taki komputer kupowało się wtedy, gdy standardowe parametry przestawały wystarczać do codziennej pracy.

        Oczywiste stało się, że sprzęt trzeba zabrać do dalszej analizy. Pojawiła się jednak wątpliwość: czy ingerencja w tak precyzyjnie zaprojektowaną i skomplikowaną strukturę nie naruszy jej wewnętrznej równowagi?

        -Wow! - wyrwało się z ust Vivienne, gdy w jej ręce wpadła opasła teczka personalna zaginionych. Ogrom pracy jaką wykonał O’Hara. Zebrana dokumentacja, przesłuchania, wyniki badań medycznych i dokładny opis każdego przypadku porażały swym ogromem i aż kazały się zastanowić, jak to możliwe, że to dzieło jednego człowieka.

        W tym samym czasie Hernandez uważnie przyglądał się mapie. Usiana siecią kolorowych pinezek, przypominała przedszkolną tablicę ogłoszeń. W przeciwieństwie do wczesnoszkolnej rozpiski, za dziełem O’Hary kryła się nie tylko mroczna tajemnica, ale i tragedia pojedynczych ludzi.

        Nagle coś grzmotnęło, jakby w małym pomieszczeniu ktoś uderzył z całej siły w potężne taiko Tępy, pusty huk rozdarł gwałtownie ciszę.
        -Wszystko w porządku? - zapytała Vivienne.
        -Tak.. Chyba tak… - odparł masując się po głowie i klnącego pod nosem Daniela.

        Stay Tuned

        Tomas

        Mimo że służby miejskie robiły wszystko, co mogły, jazda ulicami Chicago przypominała poruszanie się kamieniem do curlingu, a nie prowadzenie samochodu. Tomas jechał wolno w kierunku Calumet Avenue. Po drodze minął kilka rozbitych aut, których kierowcy nie potrafili zapanować nad pojazdem i kończyli swoją podróż, albo na słupie albo na zderzaku kogoś jadącego z przeciwka.
        -Hej, Becky. Masz chwilę? - powiedział w kierunku telefonu spoczywającego na stojaku na konsoli środkowej - Pomyślałem, że moglibyśmy się spotkać w Biurze.
        Po krótkiej chwili dodał:
        -I mam do ciebie małą prośbę. Jeśli możesz, ściągnij też Simona i doktorka Eugene’a. Chciałbym z wami porozmawiać o tym, co znalazłem.
        -Jasne. Myślę, że to dobry pomysł. Zamówię jakąś pizzę i omówimy, co udało się wam ustalić i jakie podejmiemy kolejne kroki. Do zobaczenia - pożegnała się krótko.

        -Kolejna godzina audycji za nami i wygląda na to, że tym razem meteorolodzy nie pomylili się. Nadal obserwujemy intensywne opady śniegu, a wiatr zdaje się nieustannie przybierać na sile. Choć pługi pracują bez przerwy, to trudno przewidzieć, jak będzie wyglądała sytuacja na drogach jutro rano. Dlatego służby miejskie przypominają, że was samochód nie jest pojazdem terenowym tylko dlatego, że ma napęd na cztery koła. Zatem jeśli nie musicie zostańcie w domach, zróbcie sobie gorącej herbatę i udawajcie, że mieliście taki plan. A teraz pora na telefon od słuchacza. Dobry wieczór, z kim mam przyjemność?.
        -Hej Zack. Z tej strony Clive Ja właśnie od trzech godzin siedzę w domu i patrzę, jak mi samochód znika pod śniegiem. Rano go odkopię, jeśli będzie jeszcze choć kawałek wystawał.
        -Optymista z ciebie Clive. Podoba mi się to.
        -Optymista? No nie wiem… Po prostu człowiek się przyzwyczaja. Najpierw narzeka, potem sprawdza prognozę co pięć minut, a na końcu dochodzi do wniosku, że i tak niczego nie zmieni. Wiesz, co jest najgorsze Zack? Tyle mówi się o tym, jak człowiek kontroluje świat,jak niszczy naturę, a wystarczy trochę śniegu i nagle nie może nawet dojechać do pracy.
        -Niektórzy nie mogą nawet dojechać po pizzę, a to już poważny kryzys cywilizacyjny.
        -Śmieje się, ale coś w tym jest. Budujemy te wszystkie wieżowce, drogi, mosty, wymyślamy coraz lepsze technologie, a potem przychodzi taki dzień, jak dziś i natura i pokazuje nam, gdzie nasze miejsce. I nie mówię tylko o śniegu. Wystarczy spojrzeć na ocean, na trzęsienia ziemi, na huragany. Człowiek może sobie wszystko mierzyć i wyliczać, a i tak nie ma pojęcia, co go naprawdę czeka.
        -Chcesz powiedzieć, że nigdy nie będziemy mieli nad tym kontroli?
        -Myślę, że nawet nie wiemy, nad czym dokładnie chcielibyśmy ją mieć. Nadaliśmy naukowe nazwy różnym zjawiskom, potrafimy je opisać, wiemy jak działają, ale to nie znaczy, że rozumiemy wszystko. A co, jeśli istnieją rzeczy, których jeszcze nie umiemy nawet zauważyć? Nie mam na myśli żadnych kosmitów czy duchów. Po prostu coś, czego nasze urządzenie nie potrafią wykryć, a nasze mózgi nie potrafi zinterpretować.
        -Czyli siedzisz w domu, patrzysz jak śnieg zasypuje ci auto i zaczynasz podejrzewać, że wszechświat coś przed nami ukrywa.
        -Nie powiedziałem, że ukrywa. Może po prostu nie ma powodu, żeby nam cokolwiek wyjaśniać. To chyba jest jeszcze gorsze. Człowiek lubi myśleć, że wszystko ma jakiś sens, że jesteśmy ważni, że gdzieś na końcu czeka odpowiedź. A może jesteśmy tylko drobnym elementem czegoś tak wielkiego, że nasze pytania nie mają żadnego znaczenia.
        -To dość ciężka rozkimna jak na wieczór, w którym większość mieszkańców Chicago martwi się tym, jak jutro dojedzie do pracy.
        -Może właśnie dlatego o tym myślę. Siedzę tu, słyszę, jak wiatr wali w okna, i dociera do mnie, że gdyby ta zamieć była odpowiednio silna, wszystkie nasze problemy przestałyby mieć znaczenie. Praca, rachunki, kłótnie z sąsiadami. Wszystko. Zostaje tylko pytanie, czy przetrwasz noc.
        -A rano znów trzeba będzie odśnieżyć samochód.
        -No właśnie. I znowu będziemy udawać, że mamy wszystko pod kontrolą.
        -Skoro już o udawaniu mowa, to muszę ci coś powiedzieć. Mam wrażenie, że za bardzo przyzwyczailiśmy się do myśli, że świat powinien być dla nas wygodny.
        -Dokładnie. Zwykła zimowa zadymka, a dla większości to niemal koniec świata.
        -Oby nie - Zack zaśmiał się na koniec - Dzięki za telefon, Clive. I uważaj na siebie, jeśli jednak będziesz musiał jutro gdzieś wyjść.
        -Dzięki, ale nie wyłączaj mnie jeszcze. Mam jeszcze jedną sprawę. Skoro już rozmawiamy o rzeczach, na które nie mamy wpływu, mam jedną prośbę. Mógłbyś wreszcie puścić coś, co powstało w tym stuleciu? Bo ja naprawdę lubię twoją audycję, ale jeśli jeszcze raz usłyszę jazzowy saksofon brzmiący jak rozwiedziony detektyw z problemem alkoholowym, to sam zacznę wierzyć, że świat się jutro skończy.
        -Rozumiem. Podzieliłeś się z nami refleksją o niepoznawalności wszechświata, po czym żądasz nowoczesnej muzyki. To się nazywa umieć zachować właściwe proporcje.
        -No chyba nie proszę o wiele.
        -Oczywiście, że nie. Czyli żadnych smutnych trąbek, żadnych fortepianów po przejściach. Masz ochotę na coś współczesnego. Coś z rytmem. Coś, co nie brzmi, jakby główny bohater właśnie odkrył ciało w bagażniku.
        -Właśnie tak!
        -W takim razie mam coś idealnego. Elektronika, syntezatory, nowoczesna produkcja. Żadnego jazzu. Żadnego saksofonu.
        -Brzmi obiecująco.
        -Zatem specjalnie dla naszego słuchacza, Clive’a oraz wszystkich tych, którzy tak jak on mają dość melancholijnych trąbek i saksofonów i wolą coś do czego nóżka sama chodzi.. Przypominam, drodzy słuchacze, jeśli nie musicie wychodzić, zostańcie dziś w domu. To będzie wyjątkowa mroźna noc. Teraz to matka natura ustala zasady. My możemy co najwyżej wybrać sobie muzykę do odśnieżania. So be real heroes and listen.

        Jazda przy dźwiękach synthpopu stała się jeszcze bardziej surrealistyczna niż wtedy, gdy z głośników płynęły jazzowe suity. Szum wycieraczek sunących po przymrożonej szybie w przedziwny sposób komponowały się z wypełniającymi tło rimshootami.
        Tomas minął skrzyżowanie Michigan Avenue i Cermak Road i powoli zbliżał się do budynku, gdzie mieściło się biuro XIII-tki.

        Nagle kontrolki na desce rozdzielczej zaczęły migotać jak lampki na choince. Po chwili radio umilkło, a reflektory zgasły. Silnik zaczął się krztusić, jakby nagle zachorował na astmę i po przejechaniu kilku kolejnych metrów zamilkł. Tomas natychmiast zdjął nogę z gazu i mocniej chwycił kierownicę, która nagle stawiała znacznie większy opór. Samochód nie poruszał się szybko. Siłą rozpędu Tomas zdołał zjechać do krawężnika i zatrzymać się na poboczu, niemal idealnie równolegle do chodnika.
        Przez chwilę siedział bez ruchu, wpatrując się w ciemną deskę rozdzielczą. Za szybą wiatr pędził śnieg przez ulicę, a światła miasta rozmazywały się w białej zawiei. Tomas przyglądał się pustej ulicy i zastanawiając się co się właśnie stało.

        Pills

        Eugene

        Rozmowy z właścicielami sąsiednich biur niewiele dały. Eugene utwierdził się jedynie w przekonaniu, że Derek O’Hara, choć fachowiec w swojej dziedzinie, pod względem charakteru i codziennych przyzwyczajeń był człowiekiem z zupełnie innej bajki niż on sam. Chaotyczny, impulsywny i działający bardzo spontanicznie. Taki przynajmniej obraz detektywa malowały osoby, z którymi zdołał porozmawiać.
        Chowając zebrany materiał dowodowy do torby, wyszedł z biura i skierował się ku aptece.

        Opuścił budynek i zaczął mozolnie przedzierać się przez śnieżne zaspy przy krawężnikach, które powstały po przejechaniu pługów. Jak zawsze priorytet miały samochody, a przechodnie musieli albo założyć rakiety śnieżne, albo siedzieć w domu czekając na odwilż.

        Staromodny dzwonek nad wejściem obwieścił przybycie nowego klienta.
        -Dobry wieczór - przywitał się pucułowaty farmaceuta - Ma pan szczęście. Miałem już zamykać, ale czekam jeszcze na siostrzenicę. Czym mogę służyć?
        Gdy Eugene wyciągnął odznakę policyjną, mężczyzna wyraźnie pobladł. Może nie jak przestępca, złapany na gorącym uczynku, ale na pewno jak człowiek, który wie, że ta rozmowa nie będzie miła i potrwa dłużej niż by tego chciał.
        -Prowadzę śledztwo i chciałem zadać panu kilka pytań - wyjaśnił fachowym tonem E.M.
        -No tak.. - mruknął aptekarz - Oczywiście. Proszę pytać. Pomogę, jak tylko będę umiał.
        -Zna pan Dereka O’Harę? Ma biuro detektywistyczne po drugiej stronie.

        Grymas, jaki przebiegł przez twarz mężczyzny wskazywał na moment zawahania. Jakby zastanawiał się, czy powiedzieć prawdę, czy jednak uciec w niewinne półprawdę.
        -No tak.. Chyba go kojarzę - odparł niepewnym tonem.
        -Czy w ostatnim czasie realizował on u pana jakąś receptę? - kontynuował z kamienną miną Eugene.
        W oczach pucołowatego farmaceuty, pojawił się osobliwy błysk. Mullis poczuł się tak, jakby nagle wypowiedział magiczną formułę, która otwiera tajemny skarbiec.
        -Aaa… - jęknął mężczyzna - Pan w sprawie recepty. Proszę chwileczkę zaczekać.

        Mężczyzna udał się na zaplecze. Wrócił po kilku minutach i od razu postawił na ladzie małą buteleczkę wypełnioną do połowy czerwonym płynem.
        -Niestety udało mi się tylko tyle wyprodukować. Wspominałem panu Derekowi, że coraz trudniej zdobyć niektóre składniki.
        Eugene przyglądał się w milczeniu fiolce. Zastanawiał się, czy to mogło być to, o czym w pierwszej chwili pomyślał.

        Akta XIII-IN nie pozostawiały wiele miejsca na wątpliwości. Formuła CV-C, opracowana przez Gilesa i Bronsteina, została utajniona, a zapasy roztworu przeznaczono do zniszczenia z uwagi na niezwykle wysoki odsetek trwałych skutków ubocznych. Jeśli zawartość fiolki rzeczywiście była tym, za co ją uważał, O’Hara miał przed nimi znacznie więcej tajemnic, niż można było przypuszczać.

        Staromodny dzwonek nad drzwiami odezwał się po raz kolejny.
        -Wujku przepraszam za spóźnienie - odezwała się młoda dziewczyna o aksamitnym głosie - Sam widzisz, co się dzieje - dodała, wskazując dłonią na śnieżną zamieć szalejącą za oknem.
        -Zaczekaj chwilę skarbie - powiedział przymilnym głosem aptekarz do siostrzenicy.
        -Proszę to zabrać - dodał konfidencjonalnym szeptem do Millisa, wsuwając mu fiolkę w dłoń - Pan O’Hara ureguluje należność.

        BLACKOUT

        Simon

        Beck uśmiechnęła się pod nosem słysząc prośbę o zdanie relacji z obserwacji, którą wspólnie dokonali. Jej gest nie zawierał ani grama ironii, czy drwiny. Kobieta doskonale rozumiała zachowanie Simona. Sama doświadczyła wielu Pęknięć, a w kilku przypadkach znalazła się w samym środku anomalii, to i tak zawsze i do samego końca szukała racjonalnych wyjaśnień. Jak najdalej uciekała od okultystycznych, metafizycznych, czy innych pseudonaukowych teorii. Wiedziała też, że hasło XIII - Observe, Record, Archive - to nie pusty slogan. Choć zostało ono zgrabnie ukute i wyglądało na wymysł pierwszoligowych PR-owców, to zawierało w sobie esencję ich pracy.

        Becka sięgnęła po dyktafon i przez chwilę obracała go w dłoni, jakby celowo odwlekała moment rozpoczęcia wypowiedzi. W końcu nacisnęła przycisk nagrywania.
        -Mówi Becka Piccardii. Czternasty stycznia dwa tysiące dwunastego roku, godzina dziesiąta dwadzieścia jeden. Znajdujemy się w bazie operacyjnej w Chicago. Data… — urwała na moment, zerkając w stronę Simona, który już intensywnie pracowała nad sprawdzeniem swojej teorii - Nagranie dotyczy obserwacji materiału wideo przedstawiającego ostatnie zarejestrowane chwile przed zaginięciem Dereka O’Hary.
        Odchrząknęła cicho.
        -Obejrzałam materiał wspólnie z Simonem Tanner’em. Potwierdzam, że zaobserwowane przez niego nieprawidłowości są również widoczne dla mnie. Nie mogę na tym etapie potwierdzić ich przyczyny ani określić, czy wynikają z właściwości nagrania, błędu urządzenia rejestrującego, czy innych czynników.
        Zrobiła krótką pauzę. W tle dało się słyszeć cichy szum elektrycznych nagrzewnic, rozstawionych w rogach ogromnego pomieszczenia..
        -Chcę podkreślić, że nie chodzi wyłącznie o moje wrażenie po obejrzeniu materiału. Wskazane przez Tanner’a fragmenty odtworzyliśmy ponownie. Przy kolejnych odtworzeniach zwracaliśmy uwagę na te same elementy, niezależnie od siebie. Zaobserwowane rozbieżności nie zniknęły.
        Przesunęła palcem po obudowie dyktafonu.
        -Nagranie wygląda na autentyczne i nie zmanipulowane. Jednak na podstawie samego materiału wideo nie mamy jeszcze podstaw do ostatecznego potwierdzenia wystąpienia Pęknięcia. Mogę natomiast potwierdzić, że obraz zawiera elementy, których nie potrafię obecnie wyjaśnić w sposób jednoznaczny.
        Znów zamilkła. Tym razem na dłużej.
        -Znam zasadę: obserwuj, rejestruj, archiwizuj. Właśnie tej kolejności. Nie dopisuj do materiału tego, czego w nim nie ma. Nie usuwaj z niego tego, czego nie rozumiesz. I nie uznawaj własnej niepewności za dowód, że coś się nie wydarzyło.
        Jej głos stał się nieco cichszy, choć nadal brzmiał rzeczowo.
        -Dlatego potwierdzam relację Simona w zakresie wspólnych obserwacji. Wstrzymuje się na tym etapie do snucia, jakichkolwiek teorii. Na tym etapie nie dysponujemy wystarczającymi danymi, by wyciągnąć dalsze wnioski.
        Kliknięcie przycisku zakończyło nagranie. Becka przez chwilę patrzyła na dyktafon, po czym odłożyła go na stół.
        -Proszę - powiedziała, przesuwając urządzenie w stronę Simona. - Jeśli jutro uznasz, że jednak coś ci się przewidziało, będziesz miał przynajmniej dowód, że mnie przewidziało się dokładnie to samo.

        Zadanie jakie wyznaczył sobie Simon Tanner wymagało sporo wysiłku i pracy. Najpierw należało zebrać wszystkich informacji o zgłoszonych awariach zasilania oraz tych dotyczących telekomunikacji. Następnie zestawić to wszystko z billingami O'Hary, aby na koniec nanieść całość na mapę Chicago.
        Herbata w kubku już dawno wystygła. W chwili, gdy program trawił zassane dane, Simon pociągnął spory łyk. Becka w tym czasie szukała wszystkich informacji na temat Lionela Granta.

        Na monitorze pojawiła się mapa z kilkoma warstwami. Czarne punkty oznaczały rejestracje telefonu O’Hary w poszczególnych sektorach stacji bazowych. Żółte obszary wskazywały miejsca, w których zgłaszano przerwy w dostawie energii. Niebieskie — problemy z łącznością komórkową. Tam, gdzie zgłoszenia obu rodzajów nakładały się na siebie, kolory przechodziły w pomarańcz, a następnie czerwień. Intensywność barwy odpowiadała liczbie odnotowanych incydentów..
        Początkowo mapa wyglądała jak chaotyczny zbiór niezależnych zdarzeń. Awarii było dużo, ale rozkładały się nierównomiernie. W niektórych częściach miasta zgłoszenia dotyczyły wyłącznie zasilania, w innych problemów z łącznością. Dopiero nałożenie kolejnej warstwy — logowań telefonu O’Hary — pozwoliło dostrzec, że część punktów przypada na obszary objęte oboma rodzajami zakłóceń.

        South Shore wyróżniało się na tle pozostałych dzielnic. W tym rejonie zgłoszenia awarii zasilania i problemów telekomunikacyjnych częściowo pokrywały się przestrzennie. Mapa przybrała tu najintensywniejsze odcienie czerwieni. W tym samym obszarze zarejestrowano również część aktywności telefonu O’Hary.

        Simon powiększył widok. Granice sektorów CHI-067 i CHI-068 przebiegały przez obszar, w którym nagromadzenie zgłoszeń było szczególnie duże. Cztery połączenia z niezidentyfikowanym numerem, wykonane między 01:12 a 01:33, zaznaczył osobnym symbolem. Przy przejściu między kolejnymi wpisami zmieniał się sektor obsługujący telefon — z CHI-067 na CHI-068. Nie była to jeszcze trasa jaką przebył O’Hara. Granice sektorów nie pozwalały ustalić dokładnego położenia urządzenia. Mimo to sekwencja połączeń znajdowała się w obrębie rejonu, w którym odnotowano wyraźne nagromadzenie problemów infrastrukturalnych.
        Simon wyłączył warstwę zasilania. Czerwień zniknęła z mapy, pozostawiając same zgłoszenia telekomunikacyjne. Następnie przywrócił ją i powtórzył operację, tym razem ukrywając punkty logowania O’Hary. Za każdym razem układ wyglądał nieco inaczej. Kolorowa mozaika migotała na ekranie jego komputera. Simon nie miał jeszcze podstaw, by uznać te wszystkie elementy za część jednego zdarzenia. Miał natomiast wystarczająco dużo danych, aby nie traktować tej zbieżność jako szczegół, który może zignorować.

        -Ciekawa postać z tego Granta - mruknęła Becka. Obróciła wózek w kierunku Simona - Nic dziwnego, że O’Hara się nim zainteresował.
        Wskazała dłonią na ekran, gdzie wyświetlone były artykuły sygnowane nazwiskiem Lionela Granta.
        -Rocznik sześćdziesiąty czwarty - zaczęła czytać podstawowe informacje na temat dziennikarza - Urodził się w Decatur w Illinois. Zaraz po studiach przeniósł się do Chicago. Zrobił dość szybko karierę i z pomocnika w dziale sportowym, został samodzielnym śledczym. Szło mu całkiem nieźle, a jego teksty potrafiły zrobić sporo zamieszania w lokalnej społeczności. Poruszał najróżniejsze tematy. Od tych społecznych, poprzez kryminalne, a na politycznych kończąc. Właśnie te ostatnie przyczyniły się do jego upadku. Fałszywe oskarżenia i własne problemy z alkoholem sprawiły, że wyleciał z hukiem z Chicago Tribu…

        Becka nie dokończyła zdania, bo właśnie w tym momencie zgasło światło.
        -Spokojnie. Zaraz powinien uruchomić się zapasowy generator - poinformowała.

        PIZZA

        All agents

        Kiedyś Żółwie Ninja, a teraz oni. Siedzieli wokół konferencyjnego stołu i jedli w milczeniu. Becka poszła po bandzie. Cztery duże pizze to była zdecydowana przesada.
        -Spokojnie. Zjemy - zapewniła, widząc zdziwienie na twarzach pozostałych. - Najwyżej zostanie na jutro.
        -Z mikrofali już nie smakuje tak samo dobrze - zauważył Hernandez.
        -Eee tam… - Becka machnęła lekceważąco ręką. - Jedz i nie marudź.
        Przez jakiś czas jedynymi dźwiękami w sali były szelest papierowych pudełek i sporadyczne uwagi na temat wybranych dodatków. Ciepły posiłek i chwila spokoju pozwoliły wszystkim nieco się rozluźnić. Na zewnątrz nadal szalała śnieżyca, a oni mieli przed sobą nagranie, którego nie dało się już zbyć wzruszeniem ramion.

        Kiedy pierwszy głód został zaspokojony, Becka odsunęła pudełko i spojrzała na pozostałych.
        -Dobra. Pora porozmawiać o tym, co zobaczyliśmy.
        Poczekała, aż wszyscy zwrócą na nią uwagę.
        -Po tym nagraniu nie mam już wątpliwości, że sprawa jest poważna. Nie chcę siać paniki ani wyciągać pochopnych wniosków, ale musimy brać pod uwagę wszelkie możliwość. A to oznacza, że możemy mieć do czynienia z czymś znacznie bardziej niebezpiecznym, niż początkowo zakładaliśmy.
        Zamilkła na moment. Nie było Fergusona, który mógłby przejąć odpowiedzialność za podjęcie decyzji. Tym razem to ona musiała zadać to pytanie.
        -Dlatego chcę wiedzieć, czy nadal chcecie prowadzić to śledztwo?
        Pytanie nie było bezzasadne. To była ich pierwsza wspólna poważna misja, a wszystko wskazywało na to, że sprawa O’Hary wykracza daleko poza zwykłe poszukiwania zaginionego człowieka. Jeśli detektyw rzeczywiście natrafił na ślad Pęknięcia, a jego zniknięcie było z tym związane, ryzyko stawało się trudne do oszacowania. Becka zdawała sobie z tego sprawę lepiej niż ktokolwiek inny.
        -Jeśli ktoś nie czuje się na siłach albo ma wątpliwości, to jest odpowiedni moment, żeby powiedzieć „pas” - dodała, przyglądając się kolejno zebranym. - Nie będę miała do nikogo pretensji. Nie musicie niczego udowadniać ani mnie, ani sobie nawzajem. Praca w terenie wiąże się z ryzykiem, ale nie macie obowiązku podejmować go za wszelką cenę.
        Urwała i oparła dłonie na stole.
        -Nie wiem, co nas jeszcze czeka. Wiem tylko, że od tej chwili nie możemy traktować tej sprawy jak zwykłego zaginięcia. Dlatego chcę, żeby każdy z was sam zdecydował, czy wchodzi w to bagno.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        😱 🆒 🍕
        1
        • JaremaJ Niedostępny
          JaremaJ Niedostępny
          Jarema jako Tomas Jonson
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #33

          Cermak Road

          Przez kilka sekund Tomas siedział bez ruchu, z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy. W pierwszej chwili pomyślał o czymś banalnym. Akumulator, alternator, może jakaś awaria instalacji elektrycznej. Samochody psuły się w najmniej odpowiednich momentach i zwykle nie miało to nic wspólnego z tajemnicami wszechświata. Wystarczyło trochę pecha, kilka lat eksploatacji i pogoda, która najwyraźniej postanowiła udowodnić mieszkańcom Chicago, że nie wszystko da się naprawić telefonem do odpowiedniego fachowca.

          Przekręcił kluczyk w stacyjce.

          Rozrusznik nawet nie drgnął.

          — No pięknie — mruknął pod nosem.

          Spróbował jeszcze raz, tym razem odczekując chwilę przed kolejną próbą. Bez rezultatu. Tomas wypuścił powietrze przez nos i zerknął na zegarek. Do biura nie zostało już daleko. Oczywiście, gdyby ktoś zapytał go rano, czy planuje urządzić sobie wieczorny spacer po Chicago, odpowiedziałby, że ma kilka innych pomysłów na spędzanie wolnego czasu. Niestety, samochód najwyraźniej nie zamierzał konsultować z nim swoich planów.

          Sięgnął po telefon i sprawdził, czy wciąż ma zasięg. Potem napisał krótką wiadomość do Becky, informując ją o awarii i o tym, że będzie musiał pokonać ostatni odcinek pieszo. Nie było sensu robić z tego większego problemu, przynajmniej dopóki nie okaże się, że zamieć zdążyła zasypać również wejście do budynku.

          Schował telefon do kieszeni, sięgnął po płaszcz i szalik, po czym przygotował się do wyjścia. Zanim otworzył drzwi, przez moment obserwował wirujące za szybą płatki śniegu. Wiatr uderzał w bok samochodu z taką siłą, że karoseria co jakiś czas cicho trzeszczała. W świetle latarni śnieg przypominał drobne odłamki szkła pędzące poziomo przez ulicę.

          Tomas zacisnął szczękę.

          — Gorąca pizza, ciepłe biuro i rozmowa o rzeczach, których nie potrafimy wyjaśnić. Brzmi jak całkiem rozsądny plan na wieczór — powiedział do siebie. — A teraz marsz na piechotę.

          Otworzył drzwi i natychmiast poczuł, jak lodowate powietrze wdziera się pod ubranie. Wiatr szarpnął połami płaszcza, a śnieg uderzył go w twarz, zmuszając do zmrużenia oczu. Tomas wysiadł, zatrzasnął drzwi i sprawdził jeszcze raz, czy telefon oraz klucze znajdują się w kieszeniach.

          Do biura miał zaledwie kilka minut drogi w normalnych warunkach. Teraz jednak każdy kolejny krok wymagał wysiłku. Śnieg sięgał miejscami powyżej kostek, a pod świeżą warstwą kryła się śliska nawierzchnia. Tomas pochylił głowę i ruszył w stronę Calumet Avenue, starając się trzymać blisko budynków i osłoniętych fragmentów chodnika.

          Co jakiś czas zerkał na światła ulicznych latarni, próbując wypatrzyć znajome punkty orientacyjne. Zawierucha skutecznie utrudniała ocenę odległości. Znane budynki wyłaniały się z białej ściany dopiero wtedy, gdy był już stosunkowo blisko, po czym znikały za kolejną falą śniegu.

          Z każdym krokiem coraz wyraźniej czuł mróz na policzkach i palcach. Nie pomagało nawet mocniejsze zaciśnięcie dłoni w kieszeniach. Przez głowę przemknęła mu myśl, że jeśli warunki nie poprawią się do rana, Chicago będzie wyglądało jak miasto opuszczone w pośpiechu. Samochody zakopane w śniegu, zamknięte sklepy, puste ulice i ludzie zamknięci we własnych domach, czekający, aż świat znów zacznie działać według znanych im zasad.

          Przyspieszył kroku.

          Biuro XIII-tki powinno być już niedaleko. Tomas miał nadzieję, że Becky zdążyła ściągnąć pozostałych, a pizza nie będzie jedyną rzeczą, która powita go po wejściu do środka.

          Na razie jednak pozostawało mu tylko iść dalej, krok za krokiem, przez śnieg i wiatr, który zdawał się z każdą minutą przybierać na sile.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          ♥
          1
          • JaremaJ Niedostępny
            JaremaJ Niedostępny
            Jarema jako Tomas Jonson
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #34

            #Baza XIII przy Calumet Ave
            Drzwi biura XIII otworzyły się z takim impetem, że Tomas musiał przytrzymać je ramieniem, żeby wiatr nie wyrwał mu ich z ręki. Wpadł do środka, otrzepując płaszcz ze śniegu. Był przemarznięty do szpiku kości. Policzki miał czerwone, włosy wilgotne od topniejących płatków, a dłonie drżały mu tak mocno, że przez chwilę nie potrafił porządnie rozpiąć zapięcia torby.

            — Jest Simon? — zapytał, rozglądając się po pomieszczeniu. — Potrzebuję go do jednej rzeczy.

            Nie czekając na odpowiedź, zaczął grzebać w torbie. Robił to niezgrabnie, zmarzniętymi palcami, co tylko potęgowało jego irytację. W końcu wyjął aparat fotograficzny, który znalazł wcześniej w samochodzie O’Hary, i uniósł go ostrożnie, jakby prezentował dowód w sprawie.

            — Znalazłem to w samochodzie O’Hary. Aparat jest uszkodzony, ale może Simonowi uda się coś z niego odzyskać. Chociażby zawartość karty pamięci.

            Przyjrzał się urządzeniu, po czym odłożył je na biurko. Nie wyglądało najlepiej. Obudowa nosiła ślady uszkodzeń, a Tomas nie miał pojęcia, czy aparat w ogóle jeszcze działał. Liczył jednak, że Simon będzie w stanie ocenić, czy da się uratować zapisane na karcie zdjęcia.

            Dopiero wtedy zdjął płaszcz i odwiesił go na najbliższe krzesło. Z kieszeni wydobył kolejny przedmiot — zmięty paragon ze stacji benzynowej.

            Podszedł bliżej, opierając dłonie o krawędź biurka. Nadal lekko dygotał, a jego zęby od czasu do czasu szczękały z zimna. Przez chwilę próbował zebrać myśli, zanim zaczął mówić.

            — Kiedy dotarłem do samochodu O’Hary, od razu zwróciłem uwagę na jedną rzecz. Wszystkie pozostałe auta były zasypane śniegiem. Niektóre niemal całkowicie. Jego samochód jako jedyny pozostawał odsłonięty. Co dziwniejsze, maska była lodowata. Nie po prostu zimna, tylko tak, jakby samochód stał tam od wielu godzin, a silnik nie pracował od dawna. Nie wyglądało to na pojazd, którym ktoś niedawno przyjechał.

            Zrobił krótką przerwę i przesunął dłonią po twarzy.

            Na jego ustach pojawił się krótki, niedowierzający uśmiech.

            — I kiedy wysiadłem z niego , wyglądał, jakby ktoś wysypał na niego całą wywrotkę śniegu. Dosłownie. Jeszcze chwilę wcześniej nie było na nim nawet porządnej warstwy, a potem… — Pokręcił głową. — Nie wiem, jak to wyjaśnić. Widziałem, jak wyglądał. To nie była zwykła różnica wynikająca z tego, że śnieg padał przez kilka minut.

            Wsunął paragon do kieszeni, po czym natychmiast wyjął go ponownie, jakby bał się, że jeśli schowa go z powrotem, zapomni o czymś istotnym.

            — Becky, chciałbym, żebyś przesłała mi wszystkie dane dotyczące osób zaginionych i odnalezionych, którymi zajmowała się policja w ostatnim czasie. Najlepiej z Chicago i okolic. Chodzi mi o wszystko, co da się sprawdzić: daty, miejsca, okoliczności zaginięć, odnalezienia, ostatnie znane lokalizacje. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie ma między tymi sprawami żadnego związku.

            Zerknął na paragon.

            — Policja nie znalazła dotąd niczego, co łączyłoby te osoby. Ale z tego, co wiem, szukali przede wszystkim w oczywistych miejscach i według zwyczajnych schematów. A jeśli problem nie jest zwyczajny, to może i my nie powinniśmy ograniczać się do tych samych założeń.

            Dopiero teraz Tomas wyprostował się i rozejrzał za czymś, co pozwoliłoby mu ogrzać zmarznięte dłonie. Kiedy dostrzegł kawę, podszedł do stolika i nalał sobie pełny kubek. Ciepło naczynia było przyjemne, choć palce wciąż miał zdrętwiałe.

            Upił pierwszy łyk i skrzywił się lekko. Kawa zdążyła już wystygnąć.

            — Świetnie. Samochód odmówił współpracy, pogoda próbuje mnie zabić, a kawa smakuje jak woda po płukaniu filtra.

            Odstawił kubek, po czym sięgnął po telefon. Przez moment przesuwał palcem po ekranie, aż znalazł mapę Chicago. Rozwinął ją na większym ekranie i zaczął zaznaczać kolejne punkty: miejsce zaginięcia O’Hary, lokalizację, w której znaleziono jego samochód, a następnie stację benzynową wskazaną na paragonie.

            W pierwszej chwili nie widział w tym niczego szczególnego. Stacje benzynowe znajdowały się na każdym większym skrzyżowaniu, a kierowcy tankowali tam, gdzie akurat było im wygodnie. Dopiero kiedy powiększył mapę i sprawdził dokładny adres, jego palec zatrzymał się na ekranie.

            Michigan Avenue.

            Ta sama stacja, na której tankował O’Hara.

            Tomas zmarszczył brwi. Przesunął mapę, sprawdził położenie pozostałych punktów i ponownie wrócił do zaznaczonej lokalizacji. Przez kilka sekund wpatrywał się w ekran, nie odzywając się ani słowem.

            — Chwileczkę…

            Odstawił kubek i przybliżył mapę jeszcze bardziej.

            Punkty zaczęły układać się w coś, co przypominało trasę. Nie była to linia idealna, nie prowadziła też w oczywisty sposób przez wszystkie miejsca związane ze sprawą. Jednak im dłużej Tomas patrzył, tym trudniej było mu zignorować pewną prawidłowość.

            Kilka zaginięć. Kilka odnalezionych osób. Samochody pojawiające się w miejscach, w których nie powinny się znaleźć. I stacja benzynowa, która powracała w dokumentach, choć wcześniej nikt nie uznał tego za szczególnie istotne.

            Tomas odsunął się od ekranu i potarł dłonią kark.

            — Dobra, może to być przypadek — powiedział ostrożnie. — W Chicago ludzie tankują na Michigan Avenue codziennie. Samo to jeszcze niczego nie dowodzi.

            Wziął kolejny łyk kawy, tym razem bez większych oczekiwań.

            — Ale jeśli O’Hara był tam przed zaginięciem, a przynajmniej część pozostałych osób również korzystała z tej samej stacji, to chciałbym wiedzieć, dlaczego. Nie interesuje mnie na razie, czy się znali. Chcę sprawdzić, czy ich drogi mogły się przeciąć.

            Zamilkł i spojrzał na aparat leżący na biurku.

            W jego głowie powoli zaczynał kształtować się pomysł, który jeszcze kilka godzin wcześniej uznałby za absurdalny. Wspólna lokalizacja mogła być zwykłym zbiegiem okoliczności. Nagła awaria samochodu również. Podobnie jak śnieg, który w jednej chwili utrudniał poruszanie się po mieście, a w następnej zdawał się pochłaniać wszystko, co pozostawało na zewnątrz.

            Każda z tych rzeczy osobno miała racjonalne wyjaśnienie.

            Problem polegał na tym, że Tomas zaczynał podejrzewać, iż nie powinien rozpatrywać ich osobno.

            Podszedł do biurka, ponownie podniósł aparat O’Hary i obejrzał uszkodzoną obudowę.

            — Simon, jeśli jesteś na miejscu, chciałbym, żebyś zajął się tym w pierwszej kolejności. Nawet jeśli nie uda się uruchomić aparatu, może da się odczytać kartę. Jeśli znajdziemy tam zdjęcia z ostatnich dni, być może dowiemy się, gdzie O’Hara był i co robił przed zaginięciem.

            Odłożył urządzenie z powrotem na biurko, po czym spojrzał na Becky.

            — A ja chcę zobaczyć wszystkie dane, które uda ci się zebrać. Zwłaszcza te, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego.

            W końcu objął kubek obiema dłońmi i pozwolił sobie na dłuższą chwilę ciszy. Powoli odzyskiwał czucie w palcach, ale chłód nadal tkwił głęboko w jego ciele. Był zmęczony, przemoczony i zdecydowanie nie miał ochoty spędzić kolejnej nocy na szukaniu odpowiedzi.

            Niestety, wszystko wskazywało na to, że właśnie tak będzie wyglądał jego wieczór.

            — I jeszcze jedno — dodał, unosząc wzrok znad kawy. — Jeśli ktokolwiek z was ma pomysł, co mogłoby spowodować jednoczesne zakłócenie elektroniki i rozładowanie akumulatora, chętnie go wysłucham. Bo mój samochód padł w sposób, który nie przypominał zwykłej awarii. A kiedy zobaczyłem, ile śniegu leżało na karoserii, zacząłem się zastanawiać, czy to wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak mi się wydawało.

            Zamilkł na moment.

            — Nie mówię, że mamy do czynienia z czymś nadprzyrodzonym. Po prostu chciałbym wiedzieć, czy istnieje jakieś wyjaśnienie, którego jeszcze nie wzięliśmy pod uwagę.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PiołunP Niedostępny
              PiołunP Niedostępny
              Piołun jako Daniel Mercer
              Mecenas
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
              #35

              Daniel przykucnął przy komputerze, próbując lepiej przyjrzeć się przewodom poprowadzonym za obudową. Kiedy po chwili zaczął się prostować, źle ocenił odległość i z całej siły przydzwonił czubkiem głowy o spód biurka, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo o coś musiał uderzyć. Prawda? Huk odbił się jakoś trasznie głośno w małym pomieszczeniu, a przed oczami od razu zatańczyły mu kolorowe mroczki. Daniel zaklął pod nosem i odruchowo złapał się za pulsujące miejsce, na moment pozostając w półprzysiadzie.
              – Tak... chyba tak – odpowiedział Vivienne po chwili, próbując dojść do siebie. – Po prostu niezdara ze mnie.
              Chciał na tym zakończyć temat, ale problem w tym, że kiedy przymknął na moment oczy, zobaczył coś jeszcze. Przez ułamek sekundy zobaczył jakąś migawkę. Obraz, którego nie potrafił przypisać do żadnego wspomnienia. Ni to portret, ni zatrzymana klatka filmu, wszystko zalane jaskrawymi, pulsującymi barwami, które zbyt gwałtownie odcinały się od szarego poddasza i ostrego światła żarówki. Zanim zdążył się temu przyjrzeć, obraz zniknął równie nagle, jak się pojawił, lecz stało się coś innego. W uszach wyraźnie usłyszał czyiś głos. Pierwsze przy lewym uchu. Cichy, niemal szeptany, ale wystarczająco wyraźny, żeby Daniel odruchowo obrócił głowę. Chwilę później z prawej strony odezwał się drugi. Obcy rytm, obcy ton, słowa niepasujące do niczego, co znajdowało się na tym strychu. Chyba słowa piosenki.
              Znieruchomiał.
              Palce same powędrowały do aparatu słuchowego za lewym uchem. Poprawił go, nacisnął lekko obudowę i przez moment po prostu stał w miejscu, wsłuchując się w otoczenie. Słyszał jedynie ich samych i ciche buczenie żarówki. Nic więcej. To jednak wcale go nie uspokoiło.
              Oczywiście mógł po prostu przywalić głową wystarczająco mocno, żeby mózg zaczął produkować mu własne atrakcje, ale mógł też po raz kolejny raz słyszeć coś, czego nie powinnien, a co słyszy od tamtej pamiętnej nocy. Obie możliwości były na tyle nieprzyjemne, że wolał po prostu o tym nie myśleć.
              – Dajcie mi chwilę – mruknął, bardziej do siebie niż do pozostałych.

              Odsunął dłoń od ucha i ponownie skupił uwagę na stanowisku komputerowym. Maszyna zwróciła jego uwagę już wcześniej, ale teraz, kiedy przyjrzał się jej dokładniej, coraz mniej przypominała zwykły domowy komputer. Nie chodziło nawet o samą obudowę. Ważniejsze były przewody. Każdy poprowadzony równo, bez przypadkowych pętli, bez luźno wiszących odcinków, bez typowego bałaganu. O’Hara celowo zadbał o ten porządek, a on był ciekaw czemu to miało służyć. Przykucnął przy biurku, pilnując już bardzo uważnie, gdzie znajduje się jego głowa. Przesunął wzrokiem po kolejnych portach i kablach, próbując ustalić, które prowadziły wyłącznie do monitora i peryferiów, a które znikały dalej, poza bezpośrednie stanowisko i próbował dojść z czym się łączą.
              – Tego potworka bym na razie nie ruszał – orzekł w końcu. – Wygląda jak jakiś misterny projekt. Najpierw sprawdzę, gdzie idą te wszystkie przewody.

              Sięgnął po telefon i zrobił pierwsze zdjęcie całego stanowiska. Potem kolejne, już z bliska, obejmując tył obudowy, listwy zasilające, układ przewodów i miejsca, w których znikały poza jego polem widzenia. Chciał uchwycić wszystko dokładnie tak, jak to zastał, a przy okazji spróbować zrozumieć, dokąd właściwie prowadzi całe okablowanie. Im dłużej przyglądał się instalacji, tym więcej miał pytań. Po co O’Hara inwestował w taką maszynę? Sprzęt wyglądał jak coś stworzonego z myślą o zadaniach wymagających znacznie większej mocy obliczeniowej i Daniel coraz poważniej zastanawiał się, czy w ogóle powinien uruchamiać go sam. Takie zestawy potrafiły mieć własne zabezpieczenia, znacznie bardziej rozbudowane niż to, z czym spotykało się w zwykłych komputerach. A jeśli O’Hara rzeczywiście był tak ostrożny, jak sugerowało całe to ukryte pomieszczenie, nie dało się wykluczyć, że dodatkowo zabezpieczył dane przed nieautoryzowanym dostępem. Samokasujące skrypty, blokada po kilku błędnych próbach, szyfrowanie. Może w normalnym laboratorium nie przyszłoby mu to od razu do głowy. Ale komputer tej klasy ukryty na zakurzonym strychu wyglądał już zdecydowanie mniej niewinnie.
              – Chyba wolałbym odpalić to razem z Simonem. Myślicie, że możemy go tutaj ściągnąć? – zapytał w końcu, bo naprawdę nie miał ochoty brać się za coś takiego sam. Po krótkiej wymianie zdań stwierdzili, że lepiej będzie to i inne znaleziska omówić w biurze. Byli profesjonalistami i nie musieli się też obawiać, że coś z tego zniknie, więc można było to później zorganizować.


              Daniel siedział przez chwilę w milczeniu, obracając w palcach kawałek stygnącej pizzy. Pytanie Becki nie było głupie. Wręcz przeciwnie. Po tym, co zobaczyli na nagraniu, każdy rozsądny człowiek powinien przynajmniej przez moment zastanowić się, czy naprawdę chce iść dalej. Mercer zrobił to zresztą już wcześniej, jeszcze zanim ktokolwiek zadał pytanie na głos. Wiedział, czym potrafią kończyć się sprawy związane z Pęknięciami. Nie z akt, nie z cudzych opowieści i nie z ostrzegawczych notatek pozostawionych przez poprzednie zespoły. Miał własne powody, żeby podchodzić do nich ostrożnie. Właśnie dlatego nie zamierzał udawać, że ryzyko go nie obchodzi.
              Nie oznaczało to jednak, że chciał się wycofać.
              – Zostaję – powiedział w końcu, spokojnie odkładając pizzę na papierowy talerz. – Gdybym chciał pracy w spokojnych warunkach, nie wróciłbym do XIII.
              Wzruszył lekko ramionami.
              – Tylko może po prostu od tej chwili traktujmy to jak sprawę, w której naprawdę coś może pójść nie tak. W każdym razie, na mnie możecie liczyć.
              Zapewnił wszystkich, a po chwili ponownie sięgnął po pizzę, uznając temat za zamknięty.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • CavallinoC Niedostępny
                CavallinoC Niedostępny
                Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #36

                Nie odzywała się wiele kiedy przeszukiwali gabinet O'Hary. Wyciągnęła na chwilę swoje wahadełko, ale szybko je schowała, zdając sobie sprawę że nie zda się ono tutaj na wiele. Z bocznej kieszeni torebki wyciągnęła wysłużoną talię kart tarota. Usiadła na wolnym kawałku podłogi i całkowicie skupiła się na rozkładzie, notując w maleńkim notesiku rozłożenie kart. W milczeniu wpatrywała się w karty jakby próbowała je zmusić do powiedzenia jej gdzie jest O'Hara.
                Drogę powrotną spędziła na tylnej kanapie samochodu, przeglądając znalezione przez nią akta zaginionych osób. Część z tych szczegółów już znała w bardziej oględnej formie, ale teraz wszystko zaczynało się układać w spójną całość.


                Siedziała przy stole, podpierając głowę dłonią. Okulary spoczywały obok talerza na którym leżał ledwie tknięty kawałek pizzy. Głos Becki docierał do niej jak przez warstwę waty. Jej zmęczone spojrzenie raz po raz podnosiło się znad najnowszego rozkładu do karty tarota znalezionej w mieszkaniu O'Hary. Przez chwilę przyglądała się rozłożonym na stole kartom. Cały rozkład pozostawiał ją z dziwnym poczuciem, że jest na właściwym tropie, ale wciąż nie dostrzega czegoś istotnego. Karty zdawały się zachęcać ją do zaufania intuicji, a jednocześnie ostrzegały przed pochopnym łączeniem faktów. Nie znajdzie odpowiedzi, szukając na siłę wzorców – musi przyjrzeć się temu, co zostawił po sobie O’Hara, i porozmawiać z kimś, kto może wiedzieć więcej. Myślami wróciła do nazwiska: Lionel Grant. Może właśnie od niego powinni zacząć? Nie była pewna, czy rozkład rzeczywiście wskazał jej kierunek, czy jedynie pomógł uporządkować to, co już przeczuwała. Nie potrafiła jednak zignorować Kapłanki, która po raz kolejny pojawiła się na jej drodze.
                Zamieszała herbatę łyżeczką i spytała:
                – Dlaczego na mapie oznaczone jest tylko siedem zaginięć? Widziałam w aktach O'Hary, że nie miał zbyt wiele informacji na temat zaginięcia Granta, ale co z pozostałymi? Jesteśmy w stanie je dodać? I czy powinniśmy na tej mapie uwzględnić też miejsce w którym kamery zarejestrowały O'Harę wychodzącego z samochodu? – pytała, wymachując łyżeczką w stronę tablicy i rozchlapując odrobinę herbaty wokoło.
                – Myślę, że dobrze by było z nim porozmawiać… mam na myśli Granta. O'Hara chciał się z nim spotkać przed zaginięciem – może dowiemy się od niego czegoś jeszcze? Sama chciałabym wrócić jutro do mieszkania O'Hary. Ta notatka – powiedziała wskazując na ciągi znaków poprzedzone literą. – Ma coś wspólnego z tym księgozbiorem w mieszkaniu O'Hary. Nie mogę przestać o nim myśleć. A teraz, widząc te oznaczenia również tutaj, trudno mi uwierzyć, że to przypadek.
                Ziewnęła szeroko.
                – Ale jutro. Muszę wrócić do domu i nakarmić kota.
                Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że zaczęła planować dalsze działania, jakby była jedną z nich. A przecież nie była agentką XIII, jedynie osobą, która znała O’Harę i miała kilka informacji. Może po prostu była zbyt zmęczona by pamiętać o tym drobnym szczególe. Zresztą, zdążyła się już przyzwyczaić do nieprzychylnych spojrzeń.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • BardielB Niedostępny
                  BardielB Niedostępny
                  Bardiel jako Simon Tanner
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Bardiel
                  #37

                  Simon na moment przerwał klikanie, wsłuchując się w składany przez Beckę raport. Musiał przyznać, że spodobała mu się precyzja, dokładność oraz naukowa ostrożność, która cechowała złożone do dyktafonu zeznanie. Zanotował w głowie, że sam również powinien poprawić jakość własnych nagrań. Obserwowanie pęknięć zanadto wybijało go z rytmu i wprowadzało w specyficzny stan. Zastanawiał się czasem czy to stres pourazowy czy też coś zupełnie innego i jeszcze niewyjaśnionego… Wreszcie wrócił do pracy.

                  Gdy zgasło światło, Simonem zawładnął irracjonalny lęk. Dokładnie taki sam, jaki odczuwał tej nocy, gdy zniknęła Sara. Czuł się tak, jakby ktoś wbił mu w serce tępy nóż i dłubał nim w tym bolesnym wspomnieniu. Słyszał głos Becki, ale nie rozumiał sensu słów, jakie do niego mówiła. Głos kobiety dochodził do niego, jakby z oddali. Ton był zmieniony i obco brzmiący.
                  Przyłożył dłoń do ucha i potarł nią nerwowo. Gdy zamrugał pod powiekami na ułamek sekundy ujrzał coś, co aż trudno było mu opisać.
                  Ni to obraz, ni to portret lub może wycięty kadr z kliszy filmowej. Wszystko unurzane w pulsujących psychodelicznych barwach, jakby nagle znalazł się na dyskotece w szalonych latach 70-tych.
                  — Foul deeds will rise, Though all the earth overwhelm them, to men's eyes. - ktoś szepnął mu do lewego ucha.
                  — A snitch nigga, that's that shit I don't like. A fake nigga, that's that shit I don't like. - w prawym wyznał inny głos.

                  Aktywacja zapasowego generatora wyrwała go z transu. Potarł czoło i oczy. Potrzebował chwili na uspokojenie. Nie wiedział nawet jak miałby komuś opowiedzieć o tej dziwnej delirce. Nie potrafił tego nawet ułożyć we własnej głowie w sensowną całość, cóż dopiero przedstawić komuś innemu? Chwycił jedynie za dyktafon i cichym głosem nagrał raport na temat dziwnego zajścia.

                  Pracował do bardzo późna. Hiperfokus sprawiał, że godziny zamieniały się w minuty. Simon zapominał o wszelkich potrzebach fizjologicznych. Być może dlatego był taki wychudzony? Nie zjadł świeżej pizzy. Zainteresował się nią dopiero gdy dawno już wystygła. Po prostu musiał wpierw dokończyć analizę oraz przejść przez nowy materiał dowodowy zebrany przez agentów.

                  Bez słowa odebrał od Tomasa kartę pamięci do aparatu. Zdążył przywyknąć, że mało kto tutaj rozróżniał jakieś niuanse między programistą, informatykiem, analitykiem danych, specjalistą od cyberbezpieczeństwa czy elektronikiem. Na wszystkich tych dziedzinach znał się przynajmniej trochę, ale profesjonalnie zajmował się tylko analizą danych. Uznał, że spróbuje w tym pogrzebać, ale jeśli będzie za duże ryzyko uszkodzenia dowodów, po prostu poprosi Beckę aby przekierowała to do jakiegoś fachowca i najwyżej poczekają na ekspertyzę.

                  — Nie mówię, że mamy do czynienia z czymś nadprzyrodzonym. Po prostu chciałbym wiedzieć, czy istnieje jakieś wyjaśnienie, którego jeszcze nie wzięliśmy pod uwagę. - głos Tomasa dotarł do uszu Simona.
                  — Impuls elektromagnetyczny - wtrącił okularnik, nie odrywając wzroku od komputera. - Pojawia się wszędzie tam, gdzie dzieje się coś dziwnego. Sprawdzam właśnie wszystkie zdarzenia i nanoszę na mapę. Co prawda korelacja nie oznacza jeszcze przyczynowości, ale w przypadku braku danych możemy spróbować wypełniać nimi lukę. Z rachunków i billingów wiemy gdzie O’Hara był na pewno. Gdy niewiadome wypełnimy zakłóceniami elektromagnetycznymi, możemy uzyskać pełną trasę. A tak w ogóle…
                  Simon popatrzył na Hernandeza.
                  — Przywieźliście książki, prawda? Te, które wypisano na notatce. To są oznaczenia z jego księgozbioru. Bardzo uporządkowany człowiek, szanuję to.


                  Simon nie zamierzał opuszczać biura tak późną nocą, w taką śnieżycę. Przewidział okropną pogodę i zabrał ze sobą torbę z ręcznikiem i rzeczami na przebranie. Zamierzał skorzystać z prysznica, zjeść resztki odgrzanej w mikrofali pizzy a potem przespać się na kanapie. Następnego dnia planował oszacować czy jest w stanie poradzić coś z kartą od aparatu fotograficznego - jeśli okaże się to ryzykowne, zamierzał przekazać Becce, aby ta poprosiła o pomoc jakichś fachowców w wydziale.
                  Potem zamierzał udać się w teren i obejrzeć potężny komputer o którym mówił Daniel. W końcu kto jak nie okularników od komputerów?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  ♥
                  1
                  • KetharianK Online
                    KetharianK Online
                    Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
                    Obsługa Moderator Mecenas
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
                    #38

                    Baza XIII przy Calumet Ave


                    Alejandro zjadł niewielki kawałek pizzy, mechanicznymi ruchami przeżuwając jedzenie i przeglądając jednocześnie zdobyte przez Beckę i Simona informacje. W jego głowie kłębił się mętlik myśli uzupełniony dreszczem powracającego co chwilę złego przeczucia. Prawa ręka drętwiała mu częściej niż zwykle, a impulsy tępego bólu wędrowały od barku po trzymające kawałek gorącego ciasta palce bez względu na to jaką Hernández przyjmował pozycję.

                    Ucisk na nerw: usłyszana ponad rok temu diagnoza była dość uspokajająca, aby odwlekać w nieskończoność wizytę u specjalisty, ale w chwilach takich jak ta generowała jeszcze większe napięcie i frustrację mężczyzny. W chwilach takich jak ta Alejandro Hernández nie mógł już być całkowicie pewien tego, że dręczył go zwyczajny nerwoból, a nie doświadczał właśnie zaburzeń organizmu reagującego na poziomie komórkowym na postępujące załamanie rzeczywistości.

                    Sprawa Dereka O’Hary okazała się usiana mikropęknięciami, które Alejandro gotów był sklasyfikować jako wstępne manifestacje znacznie większej anomalii. Zaginiony detektyw podszedł bardzo poważnie do swojego śledztwa, świadczyło o tym dobitnie jego sekretne miejsce pracy i pełna determinacji aktywność. Fakt, że zaginął niczym jedna z ofiar jego dochodzenia tylko podkreślał wagę śledztwa i związane z nim zagrożenie.

                    Raporty pozostałych agentów tylko pogłębiały to wrażenie. Zapis z monitoringu miejskiego dokumentujący miejsce i czas zniknięcia O’Hary. Uszkodzona karta pamięci w jego kamerze. Mapa na ścianie tajemnego gabinetu. Powracający wątek karty Tarota.

                    - Zakłócenie nagrania w chwili zniknięcia O’Hary - powiedział skończywszy jeść, wycierając zatłuszczone palce w chusteczkę - Simon, czy na tym etapie możemy już jednoznacznie potwierdzić albo wykluczyć impuls elektromagnetyczny? Odnotowałeś już jakieś pierwsze uszkodzenia sieci energetycznej i urządzeń elektrycznych w rejonie tego skrzyżowania?

                    Tak wiele pytań, a każda odpowiedź tylko rodziła następne. Każde kolejne źródło informacji mogło kryć rozwiązanie tej zagadki, a najbardziej oczywistym źródłem był w tej chwili Lionel Grant - człowiek, którego akta Becka ułożyła już na biurkach agentów. Alejandro odepchnął się od krawędzi stolika, przy którym wszyscy jedli, przejechał na zaopatrzonym w kółka biurowym krześle do swojego miejsca pracy wyciągając z kieszeni komórkę.

                    Wystukał na jej klawiaturze ciąg cyfr, porównał je z numerem znalezionym na billingu połączeń z urządzenia O’Hary i zaczął dzwonić. Wieczór nie był aż tak późny, by zwyczajni ludzie leżeli już w łóżkach.

                    Człowiek po drugiej stronie odebrał po czterech połączeniach.

                    - Lionel Grant? - Hernández podniósł znacząco dłoń zwracając uwagę reszty agentów i uciszając ich konwersację - Przepraszam, że tak późno dzwonię, ale to ważna sprawa. Nazywam się Juan Alvarez i dzwonię w sprawie wspólnego znajomego, Dereka O’Hary. To mój dobry kolega jeszcze z czasów wspólnej pracy w policji. Derek skontaktował się ze mną parę dni temu i wspomniał, że prowadzi jakieś śledztwo w sprawie zaginięć ludzi na terenie Chicago, a podczas rozmowy wspomniał pańskie nazwisko, ale bez wchodzenia w szczegóły. Od dwóch dni nie mam z nim kontaktu, ale wszystko wskazuje na to, że to z panem spotkał się przed swoim zniknięciem. Spotkał się albo rozmawiał. Ten brak kontaktu zaczyna mnie niepokoić, dlatego liczę na pańską pomoc.

                    Hernández zamilkł na dłuższą chwilę jakby na coś czekał, potem wciąż nie zrywając połączenia poruszył w geście bezradności wolną dłonią. A potem wyprostował się w krześle jak człowiek, który po długiej chwili ciszy nagle usłyszał inny ludzki głos. Odłożył telefon po kilku sekundach i szybko zapisał coś na kartce papieru.

                    - Harold Washington Library Center, Winter Garden, jutro o wpół do drugiej - powiedział odwracając się do reszty grupy - Lionel Grant ma z nami umówione spotkanie. Na czym skończyliśmy?

                    Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    🔥
                    0
                    • NabuchodonozorN Niedostępny
                      NabuchodonozorN Niedostępny
                      Nabuchodonozor jako Eugene Mullis
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
                      #39

                      Inkubacja

                      deda57e1-2c59-4ae9-bccb-8fc2372331c6-image.jpeg

                      Po wyjściu z apteki Eugene wyjął telefon by zrobić kolejne zdjęcie- otrzymanych pigułek. Zorientował się wówczas, że otrzymał wiadomość od Becki, że zbierają się na spotkanie w biurze. Napisała też o pizzy

                      Doktor spojrzał na swój- wciąż wyraźny- brzuch. Westchnął. Chciałby wrócić do dawnej formy, ale podstawą przetrwania wszelkich organizmów jest żywienie- nie zawsze optymalne.

                      Więcej o tym nie myśląc złapał taksówkę i pojechał do biura.

                      Gdy chciał wysiąść przez chwilę nie mógl otworzyć drzwi. Musiał się zaprzeć całym ciałem by pokonać wiatr i śnieg. Co to za miasto? Takie miejsca nie powinny istnieć!

                      Gdy otwierał drzwi od wspólnej sali był już mocno pokryty śniegiem. Aż strach pomyśleć co by było gdyby nie podjechał taksówką pod samo wejście.

                      Natychmiast się rozebrał. Pizza już była na stole. Wstawił czajnik na herbatę, ogrzał przez chwilę przy nim ręce i jak zwykle zaczął się przyglądać i przysłuchiwać co dzieje się w pomieszczeniu.

                      Przybył jako ostatni. Wyglądało na to, że nawet nieco się spóźnił, na szczęście jednak pizzy nie brakowało. Chcąc więc nadrobić stracony czas dał Simonowi swój aparat z licznymi zdjęciami by ten zgrał je i mógł potem pokazać na monitorze, po czym zabrał się do jedzenia nie odzywając się już do nikogo, przerywając tylko na zalanie herbaty.

                      Gdy obejrzeli razem film z kamery początkowo nie wiedział co powiedzieć. To wyglądało jak nagranie niskobudżetowego filmu fantastycznego. Może wycięto kadr i stąd "zniknięcie"? Może po prostu gdzieś poszedł poza zasięg kamery? Zwrócił uwagę jeszcze na jedną rzecz: O' Hara złapał się za głowę przed wszystkimi wydarzeniami.

                      W pokoju rozpoczęła się dyskusja o mapie zniknięć oraz o zakłóceniach kamer. Impuls elektromagnetyczny był zdaniem doktora bardzo prawdopodobny.

                      Komentarz Simona o tym, że "O' Hara" miałby być "uporządkowanym człowiekiem" zbył parsknięciem. Nie wytrzymał. Po poprzednim razie gdy został zupełnie zignorowany Eugene nie chciał się udzielać, ale znowu miał wrażenie, że działania grupy staja się chaotyczne. Może to było jego zadanie- tworzenie metodologii, porządkowanie.

                      Eugene Mullis Ph D. Wstał znowu wchodząc w tryb referowania.

                      — Szanowni Państwo. Pozwólcie, że nieco zreferuję wynik moich dociekań- w tym momencie znowu tak jak ostatnim razem zrobił krótką pauzę na zebranie myśli swoich i zdobycie uwagi słuchaczy

                      — Jak Państwo wiecie wybrałem się, sam- co należy zaznaczyć- do biura puszukiwanego. Muszę powiedzieć, że przeszukałem je najdokładniej jak potrafiłem. Jedyne co znalazłem to kilka notatek, które za chwilę Państwu pokażę. Wśród nich jest również notatka, o której wspomina Pan Tanner, a która zwiera jakieś numery katalogowe. Jak rozumiem z jego wypowiedzi Państwo znaleźliście jakiś księgozbiór opatrzony podobnymi numerami?

                      — W każdym razie nie mogę zgodzić się z opinią Pana Tannera na temat poszukiwanego. Zdecydowanie wystrój biura jak i wygląd notatek i inne fakty wskazują, że był.. ekm... znaczy jest oczywiście osobą pracującą dość chaotycznie i nie zwracającą uwagi na porządek. Tym samym ułożenie wszystkiego w całość spoczywa na nas. Proponuję, zanim jeszcze spróbujemy tworzyć jakieś tezy byśmy wspólnie przyjrzeli się wszystkim zdobytym informacjom i dowodom, w tym zdjęciom. Być może uda nam się połączyć w całość tą swoistą układankę. - znowu przerwał na zebranie myśli i kontynuował:

                      — Pozwolę sobie podać dwa przykłady gdy nasze informacje osobno nie miały sensu, ale razem mogą coś sugerować. Pierwszy przykład to wspomniana notatka. Poproszę Pana Tannera o jej wyświetlenie. Ja mam notatkę- tu Eugene wyjął ostrożnie notatnik w foliowym worku- Państwo książki. Mam nadzieję, że zrobiliście Państwo podobnie jak ja zdjęcia w mieszkaniu poszukiwanego i uda nam się znaleźć właściwe pozycje.

                      — Drugi przykład to nagranie pokazane przez Panią.. przez Beckę- nieprzyzwyczajony do używania imion Eugene nieco zarumienił się w tym miejscu- Zwróciliście Państwo uwagę na to co zrobił poszukiwany przed rzekomym zniknięciem?- przy wypowiedzeniu słowa "znikomym" było wyraźnie widać sceptycyzm w głosie doktora. Nie czekając na odpowiedź, aby nikt go nie wybił z rytmu Mullis kontynuował wywód

                      — Otóż po szczegółowym zbadaniu biura i pobraniu próbek, które jutro postaram się zbadać, postanowiłem przepytać pracowników biur sąsiednich na temat poszukiwanego. Nie dało to niestety pożądanych rezultatów, jednak odwiedziłem także aptekę, która była nieopodal, gdyż wśród notatek była także wzmianka o recepcie. Tu proszę Pana Tannera o wyświetlenie odpowiedniego slajdu- Mullis wyraźnie zaczął traktować Simona jak pracownika technicznego pomagającego w wykładzie, nawet nie weryfikując czy ten realizuje jego polecenia. Doktor wyraźnie się rozkręcił w swojej wypowiedzi, niemal popadając w entuzjazm.

                      — Wykonany dyskretnie wywiad wykazał, że poszukiwany zamówił TO!

                      Eugene w tym momencie wyjął teatralnie kolejny woreczek z fiolką zawierającą czerwone pigułki i postawił ją na stole z wyraźnym puknięciem.

                      — Czy wiecie Państwo co to jest?- oczywiście i tym razem nie poczekał na odpowiedź

                      — To CV-C!- wyrzucił z siebie i odczekał jakby czekając na echo i zaraz kontynował:

                      — W dokumentacji wprawdzie nie ma wzmiance o bólach głowy pod wpływem tej substancji, jednakże były tam takie objawy jak: zawroty głowy, zaburzenia orientacji i- co najważniejsze- wzrost aktywności EEG. Ból głowy mógł więc wynikać z tego ostatniego czynnika, a także być reakcją osobniczą poszukiwanego na działanie leku, a jego gest mógł też wynikać z pozostałych wymienionych objawów ubocznych.

                      — Drodzy Państwo- mam podstawy by sądzić, żę poszukiwany z jakichś przyczyn zażył ten lek. Pytanie brzmi: dlaczego? Czy spodziewał się, że będzie mu potrzebny, czy uważał, że napotka anomalię? A może doświadczył jej już wcześniej?

                      — Proponuję, byśmy wszyscy przejrzeli otrzymane dowody i zdjęcia, a potem zastanowili się jakie musimy sobie zadać pytania i czy widzimy jakieś odpowiedzi. Dopiero wówczas możemy zdecydować jakie podjąć działania w dalszej kolejności.

                      Zadowolony z siebie Mullis skończył wywód, podszedł do tablicy. Podzielił ją dwoma pionowymi kreskami na trzy części. Pierwszą kolumnę nazwał: dowody i zapisał w nich znalezione notatki oraz sceny z nagrania wideo takie jak "gest złapania się za głowę", " urwane połączenie", czy "zniknięcie"- to ostatnie oczywiście opatrzone cudzysłowem. Druga kolumna została nazwana: "pytania", którą również uzupełnił. Trzecia "teorie" i tu także nie powstrzymał się by zapisać swoje własne wnioski.

                      Wreszcie wyciągnął na stół wszystkie zebrane dowody- oprócz śladów biologicznych bo wiedział, że o te musi sam zadbać i je samodzielnie zinterpretować. Dorzucił też zestaw gumowych rękawiczek, gdyż nie wiedział czy ci ludzie zachowają się jak trzeba.

                      Z dowodami jest jak z mikroorganizmami: trzeba je porządkować we właściwych warunkach by zaobserwować co z nich wyrośnie.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      ♥
                      1
                      • MorphM Niedostępny
                        MorphM Niedostępny
                        Morph jako Storyteller
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
                        #40

                        „Gooooood Morning, Chicago!”

                        -This is Chris in the Morning… na falach WLS, 890 AM! Aż chciałoby się krzyknąć: Gooooood moooooorning, Vietnam! Ale to przecież Chicago. Chicago zasypane śniegiem, pokryte lodem i sparaliżowane na tak wielu płaszczyznach, że jeśli mróz nie odpuści, ze skutkami tej śnieżycy będziemy się borykać przez najbliższe tygodnie. Musicie jednak wiedzieć, że są ludzie, którzy cieszą się z takiego stanu rzeczy. Co prawda to mali ludzie, ale nie da się niestety zaprzeczyć, że należą do naszego gatunku. Mowa oczywiście dzieciakach. Ach… kurcze, aż zatęskniłem za dawnymi latami, kiedy razem z bratem i jego kumplami budowaliśmy śnieżne fortece i przez całe dnie toczyliśmy bitwy na śnieżki. Człowiek wracał do domu przemoczony, zmarznięty, ale szczęśliwy. A potem mama kazała suszyć skarpetki na kaloryferze. Ech… piękne czasy.
                        Ale bez obaw! Na zegarze 7:55, więc nie grozi wam godzina potopu nostalgii i melancholii. Od tego mamy Zacka, który zaatakuje was dopiero wieczorem. Zostawmy, więc piękne wspomnienia i zajmijmy się tym, co tu i teraz.
                        Za chwilę muzyka, która pomoże wam przetrwać poranny maraton przez zasypane miasto, a zaraz po niej garść lokalnych wiadomości. Sprawdzimy stan dróg, dowiemy się, które trasy lepiej dziś omijać szerokim łukiem, a później porozmawiamy z przedstawicielem ComEd o tym, jak miejskie sieci energetyczne radzą sobie z zimowym oblężeniem.
                        Zostańcie z nami. Kawa w dłoń, ogrzewanie na maksa i pamiętajcie: jeśli dziś spóźnicie się do pracy tylko kwadrans, uznajcie to za osobisty sukces. Za mikrofonem Chris, a wy słuchacie właśnie audycji “Piękny poranki w Wietrznym Mieście”.

                        Double F Team

                        |=Na ulicach dźwięk skrobaczek szorujących po zamarzniętych szybach, mieszał się z licznymi przekleństwami i bezsilnym, pustym śmiechem. Mieszkańcy Chicago od bladego świtu, mierzyli się z tym, co zostawiała po sobie śnieżyca. Od prozaicznych zamarzniętych zamków w samochodach, poprzez zasypane podjazdy i wejścia do garaży, a na pękniętych rurach kanalizacyjnych kończąc. Niemal w każdej dziedzinie życia całonocne opady śniegu zostawiły po sobie, jeśli nie zniszczenia, to co najmniej spore utrudnienia.

                        Dla ludzi z Double F Team świt oznaczał początek ciężkiej roboty śledczej. Mimo rosnącego zagrożenia, nikt nie zdecydował się zrejterować. Wręcz przeciwnie, to poczucie zwarło ich szeregi, a dla niektórych stało się wręcz dodatkową motywacją, aby w pełni zaangażować się w działanie zespołu.=|

                        Memory

                        Simon

                        Po porannej kawie i krótkie rozmowie z Becką, Simon przystąpił do pracy nad zabezpieczoną przez Tomasa kartą pamięci. Ostrożnie chwycił kartę w palce i przyjarzał się jej uważnie.Nośnik był pęknięty, a dodatkowo w jednym miejscu lekko nadtopiony. Mimo to udało się go umieścić w czytniku i bez większego trudu uzyskać do niego dostęp.

                        Tanner zaczął od wykonania kopii bitowej nim przystąpił do pełnej analizy. Już ten wstępny etap pozwolił stwierdzić, że prawdopodobnie uda się odzyskać choć część fotografii. Zachowany spis wskazywał co prawda, że karta powinna zawierać blisko czterysta zdjęć, ale po większość z nich została tylko nadane automatycznie nazwy i niepełne daty i godziny wykonania.
                        Gdy kopia bitowa nośnika była już gotowa Simon przystąpił do analizy. Udało mu się odzyskać część fotografii, choć nie wszystkie zachowały się w całości. Wiele plików było uszkodzonych i przypominały pikselowe puzzle stworzone przez abstrakcyjnego artystę, a w niektórych przypadkach pozostały jedynie miniatury zdjęć. Odzyskane fotografie pochodziły z różnych okresów. Część z nich mógł uporządkować na podstawie dat zapisanych w metadanych EXIF, jednak nie wszystkie znaczniki czasu wyglądały na wiarygodne. Niektóre zdjęcia nie posiadały niestety pełnych metadanych.
                        Tanner od razu przygotował osobny katalog z odzyskanymi obrazami. Pliki możliwe do odczytania zachował w dostępnej postaci, a fotografie częściowe i uszkodzone oznaczył jako przeznaczone do dalszej analizy. Oryginalną kartę zabezpieczył i wszystkie dalsze czynności prowadził już tylko na kopiach.
                        Dokładne oględziny aparatu wykazały uszkodzenia wykraczające poza zwykłe zużycie sprzętu. Obudowa karty pamięci była miejscowo zdeformowana, a tworzywo w pobliżu styków nosiło ślady nadtopienia. Bateria aparatu uległa rozszczelnieniu; na jej obudowie i w komorze zasilania widoczne były pozostałości wycieku. Na tym etapie nie udało mu się ustalić, czy oba uszkodzenia powstały w tym samym czasie ani czy miały wspólną przyczynę.
                        Charakter uszkodzeń wskazywał na oddziaływanie termiczne lub elektryczne, ale na bazie dostępnych materiałów nie potrafił określić jego źródła. Istniała możliwość, że awaria aparatu i uszkodzenie karty pamięci powstały na skutek działania impulsu elektromagnetycznego, ale nie wystarczających danych aby ostatecznie to potwierdzenia.
                        Zapisał wnioski zarówno w pliku tekstowym, jak i w formie notatki głosowej. Odłożył dyktafon i skupił się ponownie na ekranie. Przyglądał się miniaturką w katalogu z odzyskanymi materiałami. Bez wątpienia układały się one w kilka grup. Niektóre zdjęcia były zadziwiająco ostre i czytelne, biorąc pod uwagę model aparatu, jakim zostały wykonane. Inne choć teoretycznie zachowane w całości, nosiły ślady osobliwych artefaktów i pikselozy w najmniej oczekiwanych miejscach.
                        Nie to jednak rzucało się Simonowi najbardziej w oczy. Odzyskane zdjęcia z aparatu O’Hary można było z grubsza podzielić na trzy kategorie. Te które przedstawiały ludzi, te na których uwiecznił on kilka charakterystycznych wejść do budynków oraz cała sekcję zawierająca niemalże techniczną dokumentację jakiegoś opuszczonego budynku.

                        A Shitload of...

                        Tomas

                        Wiedziony instynktem Tomas od samego rana wpadł w wir pracy. Mapa przygotowana przez O’Harę nie dawała mu spokoju. Był przekonany, że właśnie tam kryje się klucz do rozwiązania zagadki. Poprawił się w fotelu i ponownie zaczął kreślić linie, łącząc kolejne punkty. Dla każdej hipotezy wybierał inny kolor. W ten sposób próbował uporządkować chaos danych i oddzielić możliwe powiązania od tych, które istniały wyłącznie w jego głowie.

                        W końcu odsunął się od biurka i spojrzał na mapę. Kolorowe linie przecinały się w kilku miejscach, a niektóre punkty tworzyły skupiska, których wcześniej nie zauważył. Uśmiechnął się z zadowoleniem. Wciąż miał więcej pytań niż odpowiedzi, ale przynajmniej wiedział już, gdzie szukać kolejnych.

                        -Gotowe, Tom - odezwała się Becka, zatrzymując się przy jego biurku. - Ściągnęłam z policyjnych serwerów dane, o które prosiłeś. Tylko się nie przeraź. Trochę tego jest.
                        Tomas zerknął na przesłany folder.
                        -Co? Dwadzieścia giga?!
                        -No… - przytaknęła Becka. – Nie jestem co prawda przekonana, czy to właściwy kierunek, ale Ferguson zawsze powtarza, że masz nosa do nieoczywistych połączeń. Powodzenia - powiedziała kładąc mu dłoń na ramieniu, jakby chciała dodać otuchy przed czekającym go nawałem pracy.

                        Tomas zacisnął zęby i zabrał się do roboty. Skrypt przygotowany przez Beckę pozwalał filtrować zgłoszenia według dat, lokalizacji i kilku innych kryteriów. Dzięki temu nie musiał przekopywać się przez każdy rekord z osobna, choć wciąż pozostawało mu mnóstwo informacji do sprawdzenia. Za każdym razem, gdy trafiał na coś, co mogło mieć znaczenie, porównywał dane z mapą i nanosił na nią kolejny punkt albo linię.
                        Kolorowa sieć powoli gęstniała. Niektóre połączenia wyglądały obiecująco, inne rozpadały się po kilku minutach weryfikacji. Praca posuwała się naprzód, ale znacznie wolniej, niż zakładał.

                        Około południa zrobił sobie przerwę. Przeciągnął się, a jego zastane stawy odpowiedziały serią donośnych trzasków. Rzucił okiem na mapę, potem na listę przetworzonych plików. Minęło kilka godzin, a on zdołał przejrzeć zaledwie trzydzieści procent materiału — i to tylko pobieżnie.

                        Uruchomił ekspres i czekając, aż filiżanka napełni się czarnym naparem, podszedł do okna. Zimowy krajobraz Chicago przypominał mu obrazy Edwarda Hoppera: przygaszone światło, nieruchome fasady i ulice, na których śnieg tłumił zwykły miejski zgiełk. Gdyby nie mróz, zaspy i wszystkie problemy, jakie niosła ze sobą taka pogoda, można by niemal uznać, że miasto wygląda jak ze świątecznej pocztówki.

                        Ekspres zasyczał i zabulgotał, oznajmiając, że skończył pracę. Tomas sięgnął po filiżankę. Ledwie zdążył upić łyk, gdy odezwała się jego komórka.
                        -Mam to! - usłyszał podekscytowany kobiecy głos. - To znaczy… mam jego. Mam go. Jego? Obojętnie. Wiesz, o co chodzi.

                        Nie wiedział. Dopiero dłuższa wymiana zdań pozwoliła mu się zorientować kto dzwoni i co chciał mu przekazać. Dzwoniła Debbie, policjantka, którą poznał poprzedniego wieczoru na parkingu. Kobieta nie tylko spełniła jego prośbę i wypytała kolegów o O’Harę, ale udało jej się również zdobyć cenną informację.
                        -Pożyczał pieniądze mówisz? - powtórzył Tomas.
                        -No tak… - potwierdziła Debbie - Ponoć wiele osób mu odmówiło, bo chodziło o sporą sumę. Tylko Barry się zgodził. Barry Gaetz zawsze jest przy kasie. Wszyscy to wiedzą. Inna rzecz skąd ma te pieniądze. Mówi się, że ponoć dostaje cynki, którego konia ma obstawiać. Ci bardziej złośliwi i wnikliwi plotkują, że siedzi w kieszeni Cicero crew. Wiesz? Tej ekipy związanej z Fat Mike’iem.
                        -Hmm… - mruknął Tomas, zerkając na ekran z wyświetlona mapą.
                        -To chyba niezły trop, co? - dopytywała Debbie, wyraźnie oczekując pochwały.
                        -No jasne, że tak - odparł Tomas wciąż zamyślony - Masz jakieś namiary na tego Barry’ego?
                        -Oczywiście - przytaknęła z radością policjantka - Wyślę ci smsem.

                        HIT THE ROAD

                        Vivien, Alejandro, Daniel

                        Już wczorajszego wieczora Hernandez pokazał się, jako nieformalny lider ich Piątki. Teraz gdy kolejno zbierał do swojego samochodu ekipę z którą miał ponownie odwiedzić dom O’Hary, tylko to potwierdził.
                        Jechali we trójkę przez budzące się po nocnej śnieżycy miasto. Ilość śniegu, jaka zasypała ulica naprawdę była olbrzymia. Służby naprawdę stanęły na wysokości zadania, doprowadzając ulice do jako takiej drożności. Ci co bardziej złośliwi twierdzili, że to w związku z mającymi się odbyć na początku marcowymi wyborami na burmistrza. Nawet jeśli tak była prawda, to żaden z mieszkańców nie zamierzał na taki rodzaj populizmu.

                        Wolno przesuwali się wraz z całym konduktem innych samochodów. Poranne korki w Chicago nie znikają nawet przy minus dwudziestu trzech stopniach.

                        -Dzięki, Naomi - z głośników popłynęły słowa prowadzącego poranną audycję Chrisa - Garść informacji na początek dnia mamy już za sobą. Musisz mi jednak wybaczyć, ale od polityki od razu zaczyna mnie boleć głowa. A nie chciałbym, żeby nasi słuchacze wydzwaniali potem do nas i domagali się zwrotu kosztów wizyty u lekarza.
                        Prezenterka zaśmiała się.
                        -Odetchnijmy na moment przy muzyce, a zaraz po niej porozmawiam z Davidem Calliganem, historykiem, autorem książek poświęconych folklorowi Illinois i kuratorem nowej wystawy „Chicago Unfolded: Maps, Memory and the Making of a City”. Pomówimy o tym, jak miasto postrzegali ludzie którzy próbowali je opisać na długo przed pojawieniem się zdjęć satelitarnych, GPS-u i Google Maps. Zastanowimy się też, co właściwie można wyczytać ze starych map. Ponoć bowiem najciekawsze nie jest to, co kartograf na niej umieścił, ale to, co pominął, uprościł albo uznał za niewarte zaznaczenia. Zostańcie z nami. To są “Piękne poranki w Wietrznym Mieście”.WLS, 890 AM
                        Poranny repertuar serwowany przez Chris mocno kontrastował z wieczornym profilem muzycznym. Z jednej strony dominował melancholijny, a momentami nawet posępny jazz. Z drugiej słuchacze mogli nacieszyć uszy pełnym radosnego przekazu i wibracji r’n’b. Kolejny utwór z tego gatunku właśnie wybrzmiewał na falach eteru, gdy Hernandez po raz kolejny nie zdążył przejechać przez skrzyżowanie przed zmianą świateł,
                        -Czy on nie brzmi słodko? - zapytał retorycznie Chris - To był Frank Ocean i jego “Słodkie Życie”. A ze mną w studio jest już David Calligan. Davidzie, witaj w programie.
                        -Dzień dobry, Chris. Dzień dobry wszystkim słuchaczom.
                        -Przyznam, że kiedy usłyszałem tytuł wystawy, pomyślałem: mapy, pamięć, historia miasta. To brzmi interesująco, ale wydaje mi się też że trochę akademicko. Co może znaleźć na niej ktoś, taki jak ja który ostatni raz papierowa mapę widział w czasie wakacyjnego wyjazdu na stacji benzynowej, kiedy zepsuł mi się telefon?
                        -Mam nadzieję, że całkiem sporo. Bo mapa nigdy nie była wyłącznie suchym obrazem terenu. To również emocjonalny zapis tego, co jej autor wiedział, co chciał pokazać i do czego miała ona służyć. Dawna mapy handlowa, mapy własności gruntów , czy mapy przygotowana dla wojska mogły przedstawiać ten sam obszar w zupełnie inny sposób.
                        -Hmmm… brzmi intrygująco. Czyli kartografowie mieli swoje sekrety?
                        -Tak by tego nie nazwał. Czasami część informacji pomijano celowo, ale najczęściej z bardzo prozaicznych powodów. Brakowało mu danych, wybrana skala nie pozwalał na arcy precyzyjne obrazowanie terenu. Czasami nawet dokładne pomiary trzeba było uogólniać, bo aż taki poziom szczegółowości nie był istotny dla odbiorcy. Do tego dochodziły różne trudności terenowe, opieranie się na wcześniejszych błędnych mapach lub na przykład problemy z ustaleniem granic działek.
                        -W takim razie czy stara mapa może nam powiedzieć coś, czego nie znajdziemy na tych współczesnych do których mamy tak łatwy dostęp?
                        -Czasami nawet bardzo dużo. Współczesne mapy są bardzo wygodne w użytkowaniu, ale skupiają się przede wszystkim na pokazywaniu nam tego, jak miasto, czy dany region wygląda w dniu dzisiejszym. Dawne mapy pozwalają nam przenieść się w czasie. Dzięki nim możemy sprawdzić, co znajdowało się w danym miejscu wcześniej, jak zmieniały się granice nieruchomości, przebieg dróg czy układ zabudowy. Czasami odkrywamy, że budynek stoi na działce, która kiedyś miała zupełnie inne przeznaczenie. Innym razem okazuje się, że ulica zmieniła przebieg albo że numeracja nieruchomości została uporządkowana na nowo.
                        -Czyli jeśli ktoś chce poznać historię konkretnego miejsca, nie powinien ograniczać się do wpisania adresu w wyszukiwarkę?
                        -Zdecydowanie zachęcam do korzystania z papierowych map. To niezwykle przyjemne, choć z początku może wydawać się trudne. Aby zacząć wystarczy nam choćby nasz domowy adres. Możemy sprawdzić, jak nasza okolica wyglądała pięćdziesiąt, czy sto lat temu. Porównując stare mapy, dokumenty własnościowe, plany zagospodarowania możemy dojść do bardzo ciekawych wniosków.
                        -To brzmi trochę, jak praca detektywa.
                        -W pewnym sensie tak właśnie jest. Trzeba zebrać niekompletne informacje i sprawdzić, czy tworzą spójną całość. Tyle że na mapie nie każda rozbieżność oznacza tajemnicę. Czasami to po prostu błąd człowieka, który ją sporządził.
                        -Szkoda. Miałem nadzieję, że powiesz nam, iż pod Chicago istnieje całe drugie miasto, którego nikt nie zaznaczył na mapach.
                        -Jeśli istnieje, Chris, to obawiam się, że nie znajdziesz go na mojej wystawie.
                        -A więc będę musiał poszukać dalej mojej prywatnej Atlantydy..
                        Obaj mężczyźni zaśmiali się głośno.
                        -Dziękuję ci Davidzie za tę pouczającą rozmowę. A was moimi najmilsi zapraszam do odwiedzenia wystawy „Chicago Unfolded: Maps, Memory and the Making of a City”, którą można oglądać od poniedziałku do soboty w Newberry Library na 60 W. Walton Street.
                        Z głośników wybrzmiał jingiel obwieszczający koniec tego segmentu audycji, a raz po nim popłynął strumień reklam. Dokładnie, gdy świergoląca panienka zachwalał najnowszą, wybielającą pastę do zębów, Hernandez zatrzymał się przed wejście do budynku, gdzie mieszkał Derek O’Hara.

                        THE BOOKSHELF

                        Vivienne, Alejandro

                        Alejandro i Vivienne ruszyli do mieszkania, aby jeszcze raz na spokojnie i w świetle dnia przyjrzeć się mieszkaniu O’Hary. Chcieli przede wszystkim skupić się na notatce z kodami oraz bibliotece Dereka. Wiele wskazywało, że te dwie rzeczy nie tylko się łączyły, ale mogą też zawierać cenne dla nich informacje.

                        Znalezienie właściwych książek nie nastręczyło im zbyt wielu trudności. Choć doktor Mullis twierdził co innego, to O’Hara zdawał się być człowiekiem uporządkowanym i metodyczny, a opracowany przez niego system bardzo czytelny.

                        Vivienne rozłożyła znalezione książki na biurku i przyjrzała się im uważnie. Nie były nowe. Niektóre miały pożółkłe strony, inne popękane grzbiety oraz ślady wielokrotnego otwierania. Każda książka na wewnętrznej stronie okładki posiadała zapisany pismem technicznym numer oraz ozdobny ekslibris.
                        Znak ten był bardzo prosty w swej formie, ale jakże symboliczny w znaczeniu. Przedstawiał on wykonany za pomocą cienkich, czarnych linii rysunek drzwi zamkniętych w podwójnej, prostokątnej ramce. Kontury nieznacznie się rozmijały, tworząc wrażenie błędu perspektywy, jakby za wejściem kryła się przestrzeń, która nie do końca odpowiada jego kształtowi. Pod rysunkiem widniał napis EX LIBRIS oraz nazwisko D. O’HARA, wydrukowane klasycznym, szeryfowym krojem pisma.

                        text alternatywny

                        W żadnym razie wybrane pozycje nie wyglądały na przypadkowy zbiór lektur.

                        Vivienne zaczęła od najstarszej z zaznaczonych pozycji. Po numerem M-1008-043 znajdowała się książka zatytułowana - Chicago: A Historical Guide to the Neighborhoods, the Loop, and the South Side.
                        Był to przewodnik historyczny po dzielnicach Chicago, wydany pod koniec lat siedemdziesiątych. Książka opisywała rozwój miasta, zmiany w zabudowie i historię poszczególnych obszarów. Nie była szczególnie atrakcyjna wizualnie. Szara okładka, niewielkie fotografie, gęsty tekst i mapy, które wymagały uważnego studiowania.
                        O’Hara zaznaczył w niejkilka fragmentów dotyczących południowej części miasta. Przy jednym z nich postawił pionową kreskę, przy innym niewielki znak zapytania. Na marginesach nie było długich komentarzy. Zaledwie pojedyncze słowa i daty.
                        Dopiero przy rozdziale dotyczącym przemian urbanistycznych Vivienne znalazła zapisaną grubym flamastrem uwagę:

                        Nie szukać adresu. Sprawdzić historię działki. Block 12/Lot 8 lub 9

                        Vivienne przyjrzała się zapisowi. Nie wiedziała, co znajdowało się pod tym adresem ani dlaczego zainteresował O’Harę. Sama obecność adresu w książce historycznej nie była niczym niezwykłym. Dziwne było to, że ktoś zajmujący się zaginięciami poświęcał czas na badanie historii konkretnej nieruchomości.

                        Odłożyła książkę i sięgnęła po następną. Za kodem M-1010-031 kryła się pozycja pod tytułem “Chicago’s South Shore.”
                        Tym razem był to album poświęcony historii dzielnicy, pełen archiwalnych fotografii ulic, budynków i mieszkańców. W porównaniu z poprzednią pozycją był znacznie łatwiejszy w przeglądaniu. O’Hara nie zaznaczał całych stron. Skupiał się na fotografiach i podpisach, czasami łącząc ołówkiem datę z nazwą ulicy.
                        Vivienne przewracała kolejne strony, próbując zrozumieć, co przyciągnęło jego uwagę. Na jednej z fotografii zatrzymała się dłużej. Przedstawiała fragment zabudowy, który nie wyróżniał się niczym szczególnym. Pod zdjęciem znajdował się krótki opis dotyczący zmian w tej części dzielnicy.

                        Czy tylko ja widzę te różnice?
                        Ten sam adres, ale czy to samo miejsce?

                        Pomiędzy strony został także wetknięty niewielki wydruk. Ktoś złożył papier na czworo, a na odwrocie napisał ołówkiem:

                        Porównać i zweryfikować numerację parceli. Odszukać dawne plany piwnic i fundamentów. Sprawdzić dokumentację modernizacji, przebudów i remontów.

                        Vivienne położyła obok siebie obie książki. Pierwsza wskazywała na historię działki. Druga sugerowała, że O’Hara próbował odtworzyć zmiany, jakim podlegała konkretna część dzielnicy.
                        Nie wiedziała jeszcze, czy miało to związek z zaginięciami. Wiedziała tylko, że nie były to przypadkowe notatki.

                        Trzecia książka miała zupełnie inny charakter. Kodem M-1012-044 oznaczona została książka pod tytułem “The Vanishing Hitchhiker: American Urban Legends and Their Meanings.”
                        Vivienne znała ten tytuł. Jan Harold Brunvand zbierał i analizował amerykańskie legendy miejskie, w tym opowieści o tajemniczych spotkaniach, znikających osobach i świadkach, których relacje były zadziwiająco zgodne, choć często dzieliły ich setki mil.
                        Pozycja ta nie należała do literatury okultystycznej. Raczej można było ją uznać za próbę wyjaśnienia, dlaczego ludzie opowiadają pewne historie i jak te historie funkcjonują w kulturze.

                        O’Hara zaznaczył kilka opowieści dotyczących ludzi, którzy znikali w trakcie podróży albo po spotkaniu z nieznajomym. Vivienne zauważyła jednak, że jego uwaga nie skupiała się na samym zniknięciu. Zaznaczenia dotyczyły głównie osobistych relacji osób, które nie potrafiły precyzyjnie opowiedzieć o okresie swego uprowadzenia lub zaginięcia.

                        Na marginesie jednej ze stron widniała notatka:

                        Powrót osoby nie kończy jej tragedii. Czasem dopiero wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty

                        Vivienne przeczytała zdanie ponownie. Przypomniała sobie dokumenty dotyczące ludzi, którzy po odnalezieniu trafiali do szpitali psychiatrycznych. Bezsenność, bóle głowy, lęki, koszmary. Wspomnienia, które nie składały się w spójną całość. Lekarze mieli dla nich własne wyjaśnienia, a rodziny często chciały po prostu wierzyć, że najgorsze już minęło. O’Hara najwyraźniej nie był tego taki pewien.

                        Czwarta książka była najgrubsza z całego zestawu. Pozycja M-1101-003 nosiła tytuł “The Golden Bough”. Praca Jamesa George’a Frazera poświęcona mitom, rytuałom i wierzeniom różnych kultur. Książka, która mogła znaleźć się na półce antropologa, historyka religii albo człowieka zainteresowanego dawnymi obrzędami. W bibliotece detektywa zajmującego się zaginięciami wydawała się dość zaskakująca.

                        Vivienne otworzyła ją w miejscu oznaczonym wąskim paskiem papieru. O’Hara zaznaczył fragmenty dotyczące rytuałów przejścia oraz symbolicznych śmierci i powrotów. Nie podkreślał opisów konkretnych bóstw ani magicznych praktyk. Interesowało go raczej to, co powtarzało się w różnych kulturach: wyobrażenie człowieka, który opuszcza dotychczasowy porządek świata, przechodzi przez nieznany etap i wraca do społeczności już jako ktoś inny.

                        Na osobnej kartce zapisał też:

                        Pytanie dokąd poszli, czy gdzie byli, nie jest właściwe.
                        Należy dopytywać o wszelkie zmiany i co wróciło razem z nimi.

                        |=Vivienne odłożyła kartkę na miejsce. Nie była przekonana, czy O’Hara traktował te historie poważnie, czy po prostu szukał języka, którym można opisać coś, czego nie potrafił zrozumieć. W jego notatkach nie było zachwytu ani fascynacji. Była za to cierpliwość człowieka, który sprawdza kolejne możliwości, nawet jeśli większość z nich okaże się bezużyteczna.
                        Ostatnia książka była znacznie mniej efektowna. Za kodem M-1101-017 krył się tytuł “The Myth of Repressed Memory.”
                        Vivienne otworzyła ją ostrożnie. Strony były gęsto pokryte podkreśleniami, a na kilku widniały krótkie uwagi zapisane na marginesach. O’Hara poświęcił tej pozycji więcej czasu niż pozostałym. Książka Elizabeth Loftus i Katherine Ketcham dotyczyła pamięci, wspomnień odzyskiwanych po latach oraz niebezpieczeństwa, jakie niesie przekonanie, że każde szczere wspomnienie musi być prawdziwe. Autorzy omawiali między innymi wpływ sugestii i możliwość powstawania fałszywych wspomnień. Vivienne nie musiała czytać wszystkiego, żeby dostrzec, co zainteresowało O’Harę. W kilku miejscach podkreślił fragmenty dotyczące różnicy między subiektywną pewnością a możliwością niezależnego potwierdzenia wspomnienia.
                        Obok jednego z nich zapisał pytanie:

                        Co należy zrobić, jeśli świadek jest szczery, ale jego pamięć nie jest wiarygodna?

                        Na dole strony, innym długopisem, znajdowało się zdanie podkreślone trzy razy:

                        Pamięć nie jest dowodem.

                        Vivienne przesunęła palcem po zapisie, nie dotykając samego tuszu. Znała to zdanie. Było jednym z najważniejszych haseł XIII. Nie potrafiła jednak stwierdzić, czy O’Hara zapisał je tutaj jako przypomnienie służbowej zasady, czy jako wniosek z własnych doświadczeń.

                        Ponownie spojrzała na pięć książek leżących na biurku. Historia dzielnicy. Dawne mapy. Opowieści o zaginionych. Rytuały przejścia. Pamięć i jej zawodność. Każda pozycja dotyczyła innego obszaru, a jednak wszystkie zdawały się prowadzić do tego samego pytania: co właściwie stało się z ludźmi, którzy zniknęli, i czy ci, którzy wrócili, naprawdę wrócili tacy sami?

                        Ani Vivienne, ani ALejandro nie znali odpowiedzi. Pośród notatek nie było nazwiska sprawcy, opisu nieznanego zjawiska ani jednoznacznego wyjaśnienia. O’Hara zostawił jedynie ślady swojego rozumowania. Wystarczająco wyraźne, by pokazać kierunek swoich poszukiwań, ale też zbyt skąpe, aby pozwoliły one odtworzyć całą drogę. Wymienili w spojrzenia i bez słowa po raz drugi sięgnęli po notatki i książki. Ułożyli je w jak się im zdawało kolejności powstania.
                        Wszystko wskazywało na to, że O’Hara próbował połączyć historię konkretnego miejsca z doświadczeniami osób zaginionych.

                        MAGIC BOX

                        Simon, Daniel

                        Gdy na dole w mieszkaniu O’Hary Vivienne i Alejandro przeszukiwali bibliotekę w poszukiwaniu odpowiedzi bądź wskazówki na dręczące wszystkich pytania, Simon i Daniel udali się na poddasze.
                        Pozbawione okien pomieszczenie prezentowało się dokładnie tak samo, jak poprzedniego wieczora. Ukryty przed ludzkim wzrokiem plac budowy, który bezapelacyjnie udowadniał, że O’Hara poważnie traktował konspirację XIII-tki.

                        Agenci bez zbędnych dyskusji zajęli się oględzinami komputera, a raczej stacji roboczej O’Hary.

                        Pierwsze, co rzucało się w oczy było niezwykle pieczołowicie ułożone okablowanie. Staranność z jakąś o nią zadbano zasługiwała na jakiś medal. Nieczęsto się zdarza, aby nawet profesjonalne stanowiska cechowały się aż takim poziomem pietyzmu w tej materii. Przewody zasilające oddzielono od tych sygnałowych. Poprowadzone jest albo wzdłuż ścian albo tuż przy innych elementach wyposażenia. Ograniczono przy tym do niezbędnego minimum ich długość.

                        Uwagę Simona zwrócił fakt, że część kabli sieciowych wychodziła poza urządzenia znajdujące się na biurku. Idąc ich tropem doszedł szybko do wniosku, że cała instalacja została zaplanowana z uwzględnieniem dodatkowych urządzeń sieciowych.

                        - One wszystkie kończą się tutaj - oznajmił Daniel, ruchem głowy wskazując zamaskowaną wnękę w ścianie.
                        -O! - jęknął z uznaniem Simon, gdy odsunęli panel maskujący - Nieźle.
                        -Myślisz, że to serwer? - zapytał Tanner.
                        -To pewne, ale spójrz na to - Simon, wskazał palcem na małą, czarną skrzyneczkę. To na niej stał kolejny komputer - Cały układ sugeruje, że to nie jest jakiś dodatkowy nośnik, ale mamy do czynienia ewidentnie z dużym serwerem. Ale to… - popukał palcem w obudowę skrzyneczki.
                        -Wygląda na samoróbkę.

                        Faktycznie urządzenie zamknięte w czarnej matowej obudowie z grubym aluminiowym panelem, nie miało ani logo producenta, ani żadnych oznaczeń modelu. Zamiast typowego zestawu kontrolek znajdują się na niej niewielkie diody, jakieś przełączniki i kilka portów, których rozmieszczenie nie odpowiadało żadnemu standardowemu urządzeniu. Do skrzynki prowadziły osobne przewody zasilające i sieciowe. Część kabli biegła do stacji roboczej, pozostałe wchodziły głębiej w ścianę. Cała konstrukcja urządzenia wskazywała, że nie jest to jakiś amatorski, prosty modem, a raczej prototyp, który służył za pośredniczenie w komunikacji, dodatkowe kodowanie, monitorowanie sygnałów albo obsługę jakiś innych niestandardowych urządzeń.

                        Simon zamyślił się i lekko przygryzł wargę. Uważnie powiódł wzrokiem po całym okablowaniu.
                        -Hmmm… - mruknął - To złącze koncentryczne może służyć do podłączenia anteny, toru pomiarowego lub zewnętrznego odbiornika.Bez sprawdzenia, dokąd prowadzi przewód, nie ustalimy jego funkcji.
                        -Mamy kuć ścianę? - zapytał lekko wystraszony Daniel.
                        -Wolałbym tego uniknąć. Na tym etapie mogę zaryzykować stwierdzenie, że O’Hara zmontował sobie prywatny serwer IN-XIII.
                        -To co proponujesz? - zapytał Daniel.
                        -Hmm… - mruknął po kolejny raz Simon i w zamyśleniu pogładził brodę - Zastanówmy się.
                        Przez kilka kolejnych minut wspólnie kombinowali, jak podejść do tej zagadki. Cały czas rozkładali swój sprzęt składający się z niewielkiego zestawu urządzeń pomiarowego, laptopa i całej garści przewodów.

                        Nie chcieli na tym etapie, ani niczego odłączać, ani wymontowywać. Po dłuższych oględzinach sieci znaleźli odpowiedni odcinek połączenia między stacją roboczą a urządzeniem ukrytym we wnęce ściennej. Wpięli się w niego za pomocą interfejsu monitorującego, a następnie uruchomili oprogramowanie do przechwytywania i analizy ruchu sieciowego. Konfiguracja zajęła dłuższą chwilę. Woleli uniknąć sytuacji, gdy ich własny sprzęt zacząłby odpowiadać na pakiety albo w inny sposób ingerował w komunikację.

                        Początkowo nie działo się nic szczególnego. Widzieli zwykłą wymianę pakietów, krótkie serie transmisji i okresy ciszy. Po pewnym czasie Tanner zauważył jednak powtarzający się wzór. Urządzenie O’Hary utrzymywało połączenie z innym węzłem, a co kilka minut przesyłało do niego porcje danych. Część transmisji była niewielka, inne zajmowały wyraźnie więcej czasu.
                        -Wygląda na to, że pan Derek zbudował sobie sieć, która regularnie komunikuje się z czymś, co nie znajduje się w tym mieszkaniu - podsumował całą sytuację Simon.

                        Tanner pokiwał głową i obaj zaczęli zapisać przechwycone pakiety i porównywać kolejne sesje. W nagłówkach odnaleźli adresy sieciowe, powtarzające się identyfikatory połączeń oraz informacje o wykorzystywanych protokołach. Nie potrafili jeszcze odczytać zawartości transmisji, ale sam ruch wystarczył, żeby wykluczyć najprostsze wyjaśnienie.
                        Skrzynka nie była wyłącznie lokalnym magazynem danych. Nie ulegało wątpliwości, że utrzymywała ona stałe połączenie z zewnętrznym węzłem.
                        W końcu zestawili wyniki obserwacji z konfiguracją urządzenia. Połączenie na które trafili wyglądało na celowo skonfigurowany kanał zdalnego dostępu. Stacja robocza O’Hary nie stanowiła osobnego serwera IN-XIII, jak początkowo sądzili. Za to poprzez specjalnie zaprojektowane urządzenie i protokoły łączyła się z kimś, kto miał bezpośredni już dostęp do wewnętrznej sieci XIII-tki.

                        Mając taką wiedzą obaj postanowili działać dalej. Przygotowali kopię zebranych danych i rozpoczęli analizę dostępnych usług sieciowych. Nie próbowali od razu łamać zabezpieczeń stacji roboczej. Najpierw sprawdzili, czy urządzenie pośredniczące udostępnia jakiekolwiek zasoby, do których można dotrzeć bez ingerowania w system Windows.
                        Po kilku próbach udało im się uzyskać dostęp do ograniczonego zestawu danych. Nie było to pełne archiwum O’Hary, lecz raczej fragment infrastruktury, który pozwalał poruszać się po wybranych zasobach. Simon znalazł indeksy, informacje o strukturze katalogów oraz odwołania do materiałów, których same pliki nie znajdowały się w dostępnym zbiorze.
                        Niektóre wpisy wyglądały na pozostałości starszych kopii. Inne wskazywały na zasoby dostępne zdalnie. Nazwy katalogów i identyfikatory były niejednolite, a część opisów nie mówiła niczego o rzeczywistej zawartości dokumentów.

                        -To raczej nie jest jego główne archiwum - poinformował Tanner. -Przynajmniej nie całe. Trafiliśmy raczej na punkt dostępu i warstwę pośrednią.
                        -Myślisz, że on trzyma właściwe dane gdzie indziej?
                        -Część może tak. Część może być tutaj, ale jest niedostępna dla naszego konta. Nie będę zgadywał. Musimy kopać dalej.

                        W kolejnej sesji natrafili na konkretny ślad informacji o zdalnym połączeniu. Jeden z adresów IP powtarzał się w kilku niezależnych zapisach. Nie był adresem lokalnym urządzenia w mieszkaniu ani adresem publicznego serwisu, który można byłoby łatwo rozpoznać. Wskazywał na węzeł, z którym urządzenie O’Hary regularnie nawiązywało komunikację. Zapisali adres, czas zaobserwowanych połączeń oraz odpowiadające im parametry sieciowe.
                        Na bazie samego adresu IP nie było jeszcze mowy o tym, aby ustalić fizyczny adres, ale był to jeden z niezbędnych elementów, aby tego dokonać.

                        O’Hara nie tylko gromadził dane. Ktoś pomógł mu stworzyć skomplikowaną sieć, prototypowe urządzenie oraz dał dostęp do systemu, którego nie powinien posiadać. To był mocny trop, który stał w wyraźnej sprzeczności z tym, co twierdził Ferguson. Derek O’Hara nie był samotnym wilkiem.

                        Simon zamknął okno z analizą ruchu sieciowego i odsunął się od laptop i spojrzał na Daniela.
                        -W tym momencie mamy trzy możliwości - powiedział. - I jak się domyślasz każda ma swoje wady i zalety. Po pierwsze możemy dalej tu tkwić i prowadzić mozolną obserwację. Dzięki temu będziemy mogli rejestrować ruch przez dłuższy czas i porównywać kolejne sesje. Być może udałoby się ustalić, kiedy O’Hara korzystał z IN-XIII, jak często pobierał dane i w jakich okolicznościach zmieniła się komunikacja. To też pozwoliłoby nam lepiej oddzielić zwykłe czynności serwera od nietypowych zdarzeń. Nie uzyskaliby jednak w ten sposób automatycznie dostępu do pełnego archiwum.

                        Daniel skrzywił się z lekką dezaprobatą. Perspektywa wielogodzinnych, a może i wielodniowych sesji na ciasnym i ciemnym poddaszu nie brzmiała zbyt kusząco. Tym bardziej, że efekt też nie byłby spektakularny.

                        -No to opcja numer dwa. Szukanie innej drogi. Możemy spróbować zidentyfikować zdalny węzeł, poszukać śladów jego właściciela i ustalić, czy istnieje sposób uzyskania legalnego lub autoryzowanego dostępu do przechowywanych tam danych. To wymagałoby dalszego śledztwa, a nie tylko pracy przy komputerze.
                        -Sensowne, ale nie wiem, czy mamy na to czas.
                        -Właśnie.. Czas. No to pozostaje najszybsza, ale i najbardziej ryzykowna trzecia droga. Czyli aktywne rozpoznanie zabezpieczeń i próba uzyskania nieautoryzowanego dostępu do kolejnych zasobów. Moglibyśmy w ten sposób dotrzeć do danych, których nie udostępnił nam obecny interfejs. Trudno jednak powiedzieć, jakie zabezpieczenia przygotował człowiek, który zbudował ten cały system. No i przede wszystkim, czy nie odnotowałby naszych działań.

                        Daniel otworzył już usta, aby coś powiedzieć, ale nie zdążył. Na korytarzu pod nimi rozległy się kroki kilku osób.
                        -Szefie, pukamy, czy z buta? - usłyszeli ciężki, basowy głos mężczyzny.
                        -Fred ile razy mam ci powtarzać, że wyważyć drzwi zawsze zdążysz. Zapukaj kulturalnie.
                        Po tych słowach rozległo się głośne walenie do drzwi.
                        -FBI! Otwierać!

                        Magnifying glass

                        Mullis

                        Doktor Eugene Mullis w końcu zajął się tym w czym był najlepszy i co sprawiało mu największą radość. Usiadł na obrotowym taborecie i zaczął sprawdzać oznaczenia próbek, które przygotował z materiału dowodowego, jaki dostarczył mu Tomas. Niemal z teatralnym, władczym gestem pochylił się nad mikroskopem, niczym demiurg nad swoim dziełem stworzenia.

                        Fragment lakieru pobrany z samochodu Dereka O’Hary nie wyglądał szczególnie interesująco. Ciemna, wielowarstwowa powłoka, niewielki ubytek na krawędzi, żadnych widocznych pęknięć ani śladów rozwarstwienia. Gdyby nie okoliczności, w jakich ten materiał został pobrany, to trafił w życiu nie poświęciłby mu tyle uwagi. Jeśli w ogóle jakąkolwiek.

                        Sytuacja jaką opisał Tomas sprawiała że interesowało go to, co mogło zmienić właściwości powierzchni, nie pozostawiając przy tym wyraźnych uszkodzeń.
                        Najpierw obejrzał próbkę w powiększeniu. Następnie wykonał pomiary grubości poszczególnych warstw i porównał ich strukturę z materiałem referencyjnym o zbliżonej charakterystyce. Wyniki nie wskazywały na nic niezwykłego. Powłoka zachowała ciągłość, jej zewnętrzna warstwa nie wykazywała oznak wyraźnej degradacji, a grubość pozostawała w granicach, których można było oczekiwać po zwykłym lakierze samochodowym.

                        Dopiero analiza chemiczna przyniosła pierwszą różnicę. Mullis zestawił widma uzyskane metodą FTIR, a następnie sprawdził charakterystykę najbardziej zewnętrznej warstwy przy użyciu spektroskopii fotoelektronów rentgenowskich. Nie szukał jednak pojedynczego związku. Interesowały go proporcje sygnałów i ich wzajemne relacje.

                        Na ekranie pojawiły się niewielkie odchylenia. Nie były duże, ale powtarzały się w kolejnych pomiarach. Nie pasowały również do typowego obrazu powierzchni, która przez dłuższy czas była wystawiona na działanie promieniowania słonecznego, wody, soli drogowej i zanieczyszczeń. Mullis przygotował kolejne próbkę i powtórzył pomiar. Uzyskał niemal identyczny wynik.
                        -No dobrze… taki jesteś - mruknął pod nosem.

                        Nie znalazł obcego związku, któremu mógłby przypisać zaobserwowane zmiany. Nie uzyskał też wyraźnych przesłanek świadczących o intensywnym ogrzaniu, rozległym utlenieniu polimeru ani kontakcie z typowym agresywnym rozpuszczalnikiem. Sama różnica w widmach nie pozwalała mu określić, co właściwie zaszło. Wskazywała jedynie, że chemiczna charakterystyka zewnętrznej warstwy nie była identyczna z charakterystyką materiału porównawczego.

                        Przeszedł do kolejnego etapu. Na powierzchni próbki umieścił niewielką kroplę wody i zmierzył kąt zwilżania. Następnie powtórzył procedurę na materiale referencyjnym. Różnica nie była spektakularna, ale pozostawała wyraźna po uwzględnieniu niepewności pomiarowej. Po standardowym oczyszczeniu fragmentu wynik nadal odbiegał od wartości porównawczej.

                        Mullis spojrzał na oba zestawy danych. Powierzchnia wyglądała normalnie. Nie miała widocznej tekstury, która tłumaczyłaby odmienny wynik, nie była pokryta warstwą brudu ani osadu. Mimo to woda zachowywała się na niej inaczej.

                        Mógł wskazać kilka możliwych przyczyn. Zmiana składu chemicznego, inna organizacja molekularna powierzchni, modyfikacja bardzo cienkiej warstwy zewnętrznej. Żadnej z tych możliwości nie potrafił jednak potwierdzić na podstawie dostępnych wyników. Nie chciał też wyciągać wniosków na temat tego, jak zachowywałby się na tej powierzchni śnieg lub lód. Odmienna zwilżalność mogła wpływać na warunki kontaktu z wodą, ale sama w sobie nie dowodziła, że lakier będzie odporny na osadzanie się śniegu ani że zjawisko takie występowało na całym samochodzie.

                        Zrobił sobie przerwę na kawę, po czym wrócił do wyników mikroskopowych i pomiarów termicznych. Nie znalazł wyraźnych zmian wskazujących na przekształcenie całej struktury polimeru. Nie było pęknięć, rozwarstwień ani istotnych zmian grubości. Charakterystyka termiczna również nie dostarczyła mu jednoznacznego wyjaśnienia.

                        To właśnie niezgodność między wynikami najbardziej go niepokoiła. Powierzchnia wykazywała powtarzalne różnice chemiczne i fizykochemiczne, a jednocześnie brakowało śladów, które pozwoliłyby powiązać je ze zwykłym procesem degradacji. To jeszcze nie oznaczało, że materiał naruszał prawa fizyki.

                        Mullis otworzył raport i przejrzał przygotowane wnioski. Zmienił jedno zdanie, usunął zbyt daleko idące sformułowanie i dopisał ograniczenia interpretacyjne. Nie zamierzał wpisywać do dokumentacji hipotez, których nie dało się obronić wynikami.

                        Na końcu pozostawił krótkie podsumowanie:
                        Próbka wykazuje powtarzalne odchylenia w charakterystyce chemicznej i zwilżalności powierzchniowej względem materiału referencyjnego. Zmiany nie zostały wyjaśnione w ramach zastosowanych metod. Nie ustalono ich mechanizmu ani przyczyny.

                        Zapisał raport, opatrzył próbkę numerem OA-01 i umieścił ją w pojemniku przeznaczonym do dalszego przechowywania.
                        Badanie nie przyniosło odpowiedzi na pytanie, co wydarzyło się z samochodem O’Hary. Pozwoliło jednak stwierdzić, że przynajmniej na poziomie zewnętrznej warstwy lakieru różnica nie sprowadzała się tylko do wrażenia obserwatora.

                        Tego typu sytuacje potrafiły drażnić niczym kamyk w bucie, doprowadzając do prawdziwego szaleństwa. Aby uspokoić myśli, Mullis sięgnął po zestaw zebranych w biurze O’Hary próbek biologicznych. Ich badanie mogło przynieść dużo ciekawsze wyniki niż prześwietlanie pod każdym możliwym kątem fragmentu lakieru samochodowego. Musiał jednak to zrobić, aby zapewnić Tomasa, że to co widział wydarzyło się naprawdę. Przynajmniej tyle mógł powiedzieć na pewno po przeprowadzonych badaniach.

                        Aby jednak uzyskać wyniki z próbek biologicznych musiał uzbroić się w cierpliwość.

                        Winter Garden

                        Vivenne, Alejandro

                        Dzień po śnieżycy Chicago wciąż wyglądało, jak miasto z bajki. Ulice, chodniki, budynki i samochody przysypane białym puchem przywodziły na myśl wszystkie ilustracje zimowych pejzaży z książek dla dzieci. Mróz nadal trzymał, ale słońce śmielej przedzierało się przez chmury. Niebo nad Loop powoli błękitniało, zachęcając do spacerów.

                        Vivienne i Alejandro ruszyli na pieszą przechadzkę z przymusu. Gdyby nie umówione spotkanie, z Lionelem Grantem, to pewnie żadne z nich nie zdecydowałoby się na wędrowanie po skutym lodem mieście.

                        |=Harold Washington Library Center przy South State Street wyróżniało się na tle miejskiego krajobrazu monumentalną bryłą. Przy wejściu leżał usypany w wysokie pryzmy śnieg, który jeszcze kilka godzin temu zalegał na placu przed budynkiem. Gdy na zewnątrz mróz szczypał w policzki, to za ciężkimi drzwiami czekało ciepło i przytłumiony gwar rozmów odwiedzających=|.

                        Agenci skierowali się od razu do Winter Garden. Rozległe, przeszklone atrium na najwyższym piętrze sprawiało wrażenie miejsca odciętego od świata. Wysoko nad nimi łukowaty dach wpuszczał rozproszone promienie zimowego słońca. Wokół ustawiono stoliki i krzesła, przy których odwiedzający bibliotekę pracowali na laptopach, przeglądali książki albo rozmawiali półgłosem. Kilka osób siedziało samotnie z kubkami kawy, wyraźnie zadowolonych, że znalazło się w miejscu, w którym nie trzeba walczyć z mrozem.

                        Grant wybrał to miejsce nieprzypadkowo. Publiczne, centralne, pełne ludzi, a jednocześnie na tyle rozległe, by można było obserwować wejścia i wyjścia bez zwracania na siebie szczególnej uwagi. Na miejsce przybyli kilka minut przed umówionym czasem. Hernandez spojrzał na zegarek i rozejrzał się wokół zajmując przy stoliku z którego mogli widzieć główne wejście do atrium.

                        -Myślisz, że zmienił zadnie? - zapytała Vivienne.
                        -Studencki kwadrans już minął - odparł Alejandro, sprawdzają po raz kolejny godzinę - Dajmy mu jeszcze chwilę.

                        W rozmowie z Hernandezem, Grant wydawał się spokojny i rzeczowy, no i przede wszystkim lakoniczny. Wyglądało też na to, że nie był specjalnie zdziwiony ani telefonem, ani tematem spotkania. Chciał spotkania na własnych warunkach i być może długie spóźnienie wpisywało się w jego plan.

                        Vivenne kiwnęła głową Hernandezowi, dając mu dyskretnie znać, aby zerknął za siebie. W ich stronę szło wolno dwóch mężczyzny w ciemnych, wełnianych płaszczach. Ich skórzane, wypastowane buty stukały donośne na posadzce atrium. Hernandez znał ten styl bycia, sposób chodzenia i ubierania się. Nie musiał nawet patrzeć na ich pozbawione emocji twarze, aby wiedzieć z kim ma do czynienia.

                        Mężczyźni kierowali się dokładnie do ich stolika, jakby to właśnie oni byli umówieni na spotkanie. Nie rozglądali się. Wzrok mieli skupiony i dyskretnie taksujący okolicę.
                        Gdy zatrzymali się przed parą, wyższy z nich zapytał.
                        -Pan Juan Alvarez?

                        -Teksańczyk zawahał się dosłownie na pół sekundy.
                        -FBI - dodał natychmiast mężczyzna, jakby chciał rozwiać tym hasłem wszelkie wątpliwości Hernandeza - Agent specjalny Dominic Cole. A to mój partner, agent Bender.
                        Legitymacja poświadczająca personalia mężczyzny zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
                        -Chcielibyśmy zadać państwu kilka pytań.
                        -W jakiej sprawie jeśli można wiedzieć? - zapytała Vivienne.

                        Na moment w atrium zrobiło się jakby ciszej, choć rozmowy przy sąsiednich wcale stolikach nie ustały. Ktoś zaszurał krzesło. W oddali rozległ się czyjś piskliwy śmiech. Ponad szklanym dachem przesunęły szare chmury, jakby zwiastujące ponowny atak śnieżycy.
                        -Chodzi o Dereka O’Harę - wyjaśnił krótko agent Cole.
                        -Proszę się nie obawiać - próbował uspokoić Vivienne, jego partner - Rozumiem, że nasze pojawienie może być dla państwa zaskoczeniem. Nie przyszliśmy tutaj robić scen rodem z filmu kryminalnego, ani zabierać państwu całego popołudnia. Chcemy tylko zadać kilka pytań. - zakończył
                        -To jak? Możemy usiąść? - zapytał z zawodowym uśmieszkiem agent Cole.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        ♥ 😱 🔥
                        1
                        • KetharianK Online
                          KetharianK Online
                          Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
                          Obsługa Moderator Mecenas
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
                          #41

                          text alternatywny


                          Harold Washington Library Center


                          Intruzi wiedzieli doskonale, z kim mają do czynienia i wszelkie próby ukrywania tożsamości pozbawione były sensu. Przez umysł Alejandro przemknęło pytanie, czy poprzedniego wieczoru rozmawiał przez telefon jeszcze z prawdziwym Lionelem Grantem czy już z jednym z agentów Biura, ale odpowiedź na nie nie miała większego znaczenia - tak czy owak, Dominic Cole znał prawdziwe imię i nazwisko Hernándeza, chociaż ten przedstawił się Grantowi w rozmowie wymyśloną naprędce fałszywką.

                          - Proszę siadać - Teksańczyk wskazał dłonią na stojące przy sąsiednim stoliku wolne krzesła, po czym posłał Vivienne uspokajające spojrzenie - Byliśmy umówieni z Lionelem, o czym oczywiście doskonale wiecie. Jeszcze do nas dołączy czy przyszliście w jego zastępstwie?

                          Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • CavallinoC Niedostępny
                            CavallinoC Niedostępny
                            Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #42

                            Stała pośrodku wąskiego tunelu. Otaczała ją tak gęsta ciemność, że aby nie stracić orientacji, musiała przytrzymywać się ceglanych ścian. Wilgoć osiadała jej na palcach, a nierówne spoiny raniły skórę. Nie widziała niemal niczego. Zaledwie zarys własnej dłoni majaczył jej bladą plamą, gdy wyciągnęła ją przed siebie, próbując namacać drogę.

                            Gdzieś tam w nieprzeniknionej ciemności znajdowało się wyjście. Czuła na twarzy ożywczy powiew świeżego powietrza.

                            Ruszyła powoli, przesuwając dłonią po murze. Po kilku krokach dotarła do rozwidlenia. W lewo, w prawo, prosto? – zastanawiała się przełykając z trudem ślinę. Nie wiedziała gdzie jest ani skąd przyszła. Nie potrafiła też sobie przypomnieć, jak się tu w ogóle znalazła. Wszystkie przejścia mogły prowadzić do wyjścia. Wąskie, ceglane korytarze ciągnęły się w nieskończoność w ciemności, która niczym łapczywy zwierz pożerała nawet odgłos jej kroków.

                            Nagle coś trzasnęło jakby ktoś z hukiem zamknął ciężkie drewniane drzwi. Odgłos dobiegł gdzieś hen z oddali – dźwięk przypominający pękającą pod stopami gałąź. Zamarła, nasłuchując i wstrzymując oddech.

                            Przez kilka długich chwil panowała cisza, zakłócana jedynie przez jej łomoczące w szalonym tempie serce. Zrobiła ostrożnie kilka kroków i wtedy za jej plecami rozległ się osobliwy szum: niski, trudny do zinterpretowania. Zrobiła krok w tył i szum ucichł.

                            Nagle ogarnęło ją przerażenie, a bolesny skurcz żołądka sprawił, że jęknęła. Po karku spłynęło kilka kropel zimnego potu i już wiedziała, że musi się spieszyć. Musi natychmiast iść naprzód. Uciec stąd, jak najszybciej.

                            Wybrała korytarz po lewej i przyspieszyła kroku. Echo jej marszu odbijało się raz po raz od ścian i wracało do niej ze zdwojoną siłą. Tunel wił się niczym wąż: to w lewo, to znów w prawo. Gdy dotarła do kolejnego rozwidlenia, przystanęła aby złapać tchu. Ledwo wzięła dwa głębokie wdechy, gdy za jej plecami znowu rozległ się trzask. Tym razem bliżej… dużo bliżej. Niemal mogła go poczuć pod palcami.

                            Puściła się biegiem na oślep. Serce tłukło jej się w piersi, oddech rwał się w krótkich, bolesnych haustach. Nie zważała na bolesne otarcia i drobne rany. Nie oglądała się za siebie. Nie potrafiła. Wiedziała bowiem, że jeśli zatrzyma się choć na sekundę, to to coś natychmiast znalazłoby się tuż za nią.

                            Korytarz skręcał, rozwidlał się, opadał łagodnie w dół. Raz po raz wyciągała ręce przed siebie, szukając przeszkody, drzwi, jakiegokolwiek znaku, że to miejsce ma jakieś granice, jakiś koniec, ale nie znajdowała niczego. Każde rozwidlenie prowadziło do kolejnego skrzyżowania. Jeden wąski tunel przechodził w kolejny. Gdy już miała nadzieję, że za rogiem czeka na nią upragnione wyjście, zwodniczy wiatr zmieniał kierunek i łudził z oddali kolejnym mirażem.

                            A odgłosy nie ustawały: szumy i trzaski. Ciche, urywane dźwięki, których nie potrafiła rozpoznać. Czasami słyszała je przed sobą, czasami za plecami. Nie mogła już odróżnić, co dobiegało z oddali, a co zdawało się rozbrzmiewać tuż przy jej uchu.

                            Musi być stąd jakieś wyjście. Musi – szeptała sama do siebie.

                            Próbowała sobie przypomnieć którędy przyszła – bezskutecznie. Starała się wybrać drogę, która wydawała się znajoma. Wszystkie jednak zdawały się jednocześnie znajome i obce.

                            Zatrzymała się na kolejnym skrzyżowaniu, opierając obie dłonie o ścianę. Cegły były lodowate. Przez krótką chwilę słyszała tylko własny oddech. A potem, gdzieś w ciemności, coś głośno zaszurało. Nie dalej niż kilka kroków od niej.

                            Vivienne znowu ruszyła przed siebie, nie wiedząc już, czy nadal szuka wyjścia, czy już tylko próbuje oddalić się od źródła dźwięku. Ciemność zacisnęła wokół jej szyi żelazną obręcz strachu, który dusił i dławił.

                            Korytarze nie miały końca. Nie było drzwi, schodów ani choćby jednej słabej smugi światła. Wszędzie była tylko ciemność i pewność, coraz bardziej rozpaczliwa i nieodparta, że nie ma czasu. Że coś nadchodzi.


                            Vivienne obudziła się z bijącym sercem i snem wciąż drgającym ciemności sypialni. Zerknęła na zegarek i uznała, że nie ma sensu już zasypiać. Jeszcze chwilę leżała w ciepłej pościeli, próbując strząsnąć z siebie resztki snu i przygotować się na rozpoczynający się dzień.

                            Po długim, gorącym prysznicu, który bezskutecznie miał pomóc jej odzyskać równowagę po dziwnym koszmarze sennym, wyciągnęła z szuflady pęczek białej szałwii. Zapaliła ją i okadziła mieszkanie, ze szczególnym uwzględnieniem sypialni. Kiedy skończyła, rozpaliła również palo santo i powtórzyła zabieg. Następnie usiadła przy stoliku, z kubkiem gorącej kawy i wciąż tlącą się szałwią i palo santo i kilkukrotnie oczyściła talię tarota za pomocą dymu. Po oczyszczeniu talii rozłożyła karty trzy razy, za każdym razem zadając inne pytanie. Pierwsze dotyczyło zaginięcia O’Hary, drugie powiązań między zaginionymi, a trzecie tego, czego sama nie dostrzegała. Karty przynosiły więcej pytań niż odpowiedzi. O’Hara mógł wiedzieć więcej, niż jej zdradził, ale brakowało informacji, by zrozumieć, co naprawdę się z nim stało. Poszczególne zaginięcia mogły łączyć powtarzające się okoliczności, choć równie dobrze to ona mogła próbować dopasować do siebie niepowiązane fakty. Musiała wrócić do dokumentów, porównać szczegóły i spojrzeć na sprawę z innej perspektywy.

                            Najbardziej niepokojąca okazała się jednak Kapłanka. Pojawiła się w każdym z trzech rozkładów – niezależnie od tego, o co pytała. Vivienne długo przyglądała się jej wizerunkowi, próbując powstrzymać się od wyciągania pochopnych wniosków. Może to tylko przypadek. Może sama nadawała tej karcie zbyt duże znaczenie? Nie potrafiła jednak pozbyć się wrażenia, że coś jej umyka. Być może powinna przestać pytać, gdzie jest O’Hara, i zamiast tego spróbować zrozumieć, czego tak naprawdę szukał.

                            Vivienne zebrała karty. Nie miała ochoty po raz kolejny tasować talii i zadawać tych kolejnych pytań, licząc, że tym razem otrzyma odpowiedź, która rozwieje jej wątpliwości. Zamiast tego sięgnęła po notes i zapisała kilka słów, które przyszły jej do głowy podczas interpretowania rozkładów. Przez chwilę obracała pióro w palcach, próbując przypomnieć sobie szczegóły snu. Ceglane ściany, rozwidlenia, korytarze, które wyglądały identycznie, choć miała wrażenie, że już nimi szła. Nie potrafiła znaleźć w tym żadnego sensu. Może to tylko koszmar, efekt zmęczenia i napięcia ostatnich dni. Mimo to obraz tunelu nie chciał zniknąć z jej pamięci.


                            Vivienne przewracała kolejne strony książki w gabinecie O'Hary, próbując zrozumieć, co przyciągnęło jego uwagę. Na jednej z fotografii zatrzymała się dłużej. Przedstawiała fragment zabudowy, który nie wyróżniał się niczym szczególnym. Pod zdjęciem znajdował się krótki opis dotyczący zmian w tej części dzielnicy.

                            Czy tylko ja widzę te różnice? Ten sam adres, ale czy to samo miejsce?

                            Vivienne ponownie rzuciła okiem na zdjęcia.

                            – Spójrz – powiedziała do Alejandro, przesuwając fotografię w jego stronę – liczba okien się zmienia.

                            Kiedy mężczyzna przyglądał się fotografii Viv rzuciła ponownie okiem na wyłożone na blacie tomy.

                            – Zabieramy je ze sobą, prawda?


                            Gdy dwaj mężczyźni weszli do atrium, Vivienne odruchowo uniosła wzrok. Było w nich coś chłodnego i zdyscyplinowanego. Poruszali się z pewnością ludzi przyzwyczajonych do tego, że inni robią im miejsce. Nie dostrzegła w ich zachowaniu otwartej wrogości, ale też nic, co mogłoby ją uspokoić. Dyskretnie skinęła głową w ich stronę, dzięki czemu towarzyszący jej agent XIII również ich dostrzegł.

                            Mężczyźni podeszli bezpośrednio do ich stolika i przedstawili się jako agenci FBI, a Alejandro zaprosił ich by usiedli. Viv kątem oka dostrzegła spojrzenie posłane jej przez teksańczyka, ale jej uwaga była skupiona na dwóch agentach. Taksowała ich twarze z dziwną intensywnością, jakby próbowała samą siłą woli przeczytać ich myśli i zajrzeć w najdalsze zakamarki duszy.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            👍
                            1
                            • MorphM Niedostępny
                              MorphM Niedostępny
                              Morph jako Storyteller
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
                              #43

                              Let's talk

                              Vivienne, Alejandro

                              garden.jpg

                              Agenci zajęli miejsca przy stoliku. Obaj obdarzyli parę kolejnym wymuszonymi i sztucznie przymilnymi uśmiechami. W ich aparycji i zachowaniu było coś zimnego, apatycznego i budzącego naturalną chęć ucieczki. Trudno powiedzieć, czy tak działał sam autorytet odznaki agenta federalnego, czy stało za tym coś innego.
                              -Prowadzimy śledztwo w sprawie zaginięcie pana Dereka O’Hary - zaczął wyjaśniać Dominic Cole - Na początek chciałem zapytać w jaki sposób poznaliście pana Granta i w jakim celu się z nim umówiliście?

                              Mężczyzna zrobił długą pauzę. Cisza, jaka zapanowała przy stoliku napawała oboje agentów XIII-tki, dziwnym niepokojem. Oboje mieli wrażenie, że za Cole’em stoi tajemnica, która mrozi krew w żyłach. Być może uczucie to było przesadzone, lekko paranoiczne i wynikające z nagłego pojawienia się FBI na miejscu spotkania, ale krótka wymiana spojrzeń pozwoliła im utwierdzić się w przekonaniu, że oboje czują to samo.

                              -Proszę się nie obawiać - wtrącił drugi agent, Tomas Bender - Przepraszam za ton głosu mojego partnera. Dominic może i jest szorstki w obyciu, ale musicie państwo wiedzieć, że nikomu tak nie zależy na odnalezieniu Dereka, jak jemu. Mam świadomość, że osobiste zaangażowanie w sprawę często przeszkadza w jasnej ocenie sytuacji, ale dlatego jestem tu z nim, aby pomóc mu trzymać emocje na wodzy.

                              Cole lekko zmrużył powieki i posłał pełne złości spojrzenie swojemu partnerowi. Gra służb stara, jak świat. Dobry i zły glina w wersji - “jestem wredny, bo Derek to mój kumpel. Lepiej mówcie prawdę, bo nie ręczę za siebie”.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              😨 😵
                              1
                              • CavallinoC Niedostępny
                                CavallinoC Niedostępny
                                Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #44

                                – Derek przyszedł do mnie kilka miesięcy temu, bo interesowały go rozkłady tarota – odezwała się, zanim Alejandro zdążył odpowiedzieć. Jej spojrzenie zatrzymało się na Cole’u. – Początkowo były to zwykłe konsultacje. Rozmawialiśmy o kartach, ich znaczeniu. Zaczął przychodzić częściej.

                                Na moment zawiesiła głos, nadal nie odrywając swojego przenikliwego spojrzenia od agenta.

                                – Mieliśmy się jeszcze zobaczyć, miał opłacone sesje. Derek nie pojawił się na umówionym spotkaniu i przestał się odzywać. Zaczęłam się martwić, więc poprosiłam o pomoc kolegę – dodała, wykonując delikatny ruch głowy w stronę Alejandro, nadal jednak świdrując spojrzeniem agenta od którego biła nieprzyjazna aura. – A teraz zastanawiam się w jakie kłopoty się wpakował skoro szuka go FBI?

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                1
                                • MorphM Niedostępny
                                  MorphM Niedostępny
                                  Morph jako Storyteller
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Morph
                                  #45

                                  Let's talk

                                  Vivienne, Alejandro

                                  Po słowach Vivienne, mężczyźni wymienili szybkie spojrzenia. Jej odpowiedź wyraźnie ich zaskoczyła. Szybko jednak obaj na powrót przybrali pokerowe miny. Nie odpowiedzieli od razu. Przez chwilę przyglądali się Vivienne, jakby próbowali rozstrzygnąć, czy rzeczywiście nie rozumie ona powagi sytuacji, czy też świadomie omija część pytania.

                                  -Szanowna pani - odezwał się w końcu Cole - Nie pytałem o to, w jaki sposób poznała pani Dereka O’Harę. Interesuje nas w tej chwili Lionel Grant.
                                  Bender lekko przysunął się z krzesłem do stolika, tym samym skracając dystans do kobiety. Przelotnie zerknął na Hernandeza, jakby to głównie jego reakcja interesowała go w tym momencie najbardziej.
                                  -Rozumiemy, że zniknięcie O’Hary jest dla pani niepokojące. Nam także przede wszystkim zależy na odnalezieniu Dereka. Jesteśmy jednak tutaj, ponieważ chcemy ustalić, co łączyło państwa z Grantem i czego miało dotyczyć to spotkanie?

                                  Cole odchylił się na oparcie. Wykonał ten gest, jakby tym samym chciał potwierdzić, że wiodącą rolę w przesłuchaniu przekazuje swojemu partnerowi.
                                  W tym momencie Hernandez kątem oka zauważył ruch na balkonie, który przykuł jego uwagę. Kiedy obrócił głowę w tamtą stronę, dostrzegł mężczyznę chowającego się za kolumną. Teksańczyk wyraźnie widział w jego dłoniach aparat fotograficzny.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • KetharianK Online
                                    KetharianK Online
                                    Ketharian jako Alejandro Garcia Hernández
                                    Obsługa Moderator Mecenas
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
                                    #46

                                    text alternatywny


                                    H. Washington Library Center


                                    Alejandro udał, że nie zauważa dyskretnego fotografa, zmienił pozycję na krześle opierając obie ręce łokciami o krawędź stolika i splatając dłonie palcami.

                                    - Szukamy kogoś, kto miał jako ostatni kontakt z Derekiem O’Harą i kto mógłby rzucić więcej światła na jego zniknięcie. Jestem prywatnym detektywem z licencją i pewnymi kontaktami w tym mieście. Nie było trudnym do ustalenia, że Lionel Grant jest jednym z ostatnich osób, do których dzwonił O’Hara. On sam w niczym nas nie interesuje, tylko jego związek ze znajomym mojej klientki. Sprawdzamy źródła informacji, Grant wydaje nam się najbardziej obiecującym.

                                    Hernández przesunął wzrokiem po twarzach obu agentów, potem spojrzał uspokajająco na Vivienne.

                                    - Oczywiście w tych okolicznościach na usta ciśnie się pytanie czy Grant jest dla nas wciąż osiągalny i dlaczego zamiast niego spotykamy się z agentami Biura? Podsłuchujecie jego telefon? Jest objęty federalnym dochodzeniem?

                                    Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • MorphM Niedostępny
                                      MorphM Niedostępny
                                      Morph jako Storyteller
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #47

                                      That’s all

                                      Przez kilka chwil trwała niema wymiana spojrzeń ponad kawowym stolikiem. Hernandez starał się dodać otuchy Vivienne. Ta podejrzliwie zerkała na agentów, próbując jak najwięcej wyczytać z ich twarzy, mowy ciała i bijącej od nich energii. Cole i Bender patrzyli natomiast na siebie, jakby prowadzili poważny dialog bez użycia słów.

                                      Ktoś stojący z boku mógłby odnieść wrażenie, że oto rozgrywa się partia psychologicznych szachów. I po prawdzie tak właśnie było.

                                      Dominic Cole wymownie uniósł brwi, dając partnerowi znak, by to on zabrał głos.
                                      -W innych okolicznościach zapewne docenilibyśmy pana przenikliwość i dociekliwość, panie Alvarez. Niestety sytuacja jest zbyt poważna, żebyśmy mogli pozwolić sobie na podobną swobodę. Dlatego jesteśmy zmuszeni poprosić państwa, abyście powstrzymali się od dalszych poszukiwań Dereka O’Hary i nie podejmowali prób kontaktu z Lionelem Grantem.

                                      Bender zrobił krótką pauzę, po czym spojrzał na Vivienne.
                                      -Odnalezieniem Dereka zajmiemy się my. Proszę mi wierzyć, traktujemy tę sprawę priorytetowo i dokładamy wszelkich starań, żeby jak najszybciej ustalić, co się z nim stało. Natomiast Grant… cóż, choć ma pan rację, panie Alvarez, że był jednym z ostatnich ludzi, którzy widzieli O’Harę, to nie jest to człowiek, z którym powinniście mieć do czynienia na własną rękę. Jest niebezpieczny i nieobliczalny. Lepiej, żebyście…
                                      -Nie ma co owijać w bawełnę - przerwał mu Cole, wyraźnie zniecierpliwiony przydługą tyradą. -To zwykły ćpun, który za działkę cracku sprzedałby własną matkę. Ćpun i wariat. I zanim zaczniecie się zastanawiać, czy nie przesadzam, ma na to papiery. Nie mówię tego, żeby go obrażać.

                                      Cole wstał i szybkim ruchem sięgnął do kieszeni płaszcza. Wyjął wizytówkę i położył ją na stoliku.
                                      -Gdybyście przypadkiem czegoś się dowiedzieli, proszę zadzwonić.
                                      Rzucił porozumiewawcze spojrzenie partnerowi. Bender również podniósł się z krzesła.
                                      -Z naszej strony to wszystko na ten moment - powiedział. - Liczę na państwa rozsądek i rozwagę.
                                      Skinął głową na pożegnanie.
                                      -Do widzenia - rzucił Cole i ruszył za partnerem.

                                      text alternatywny

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      🔥 🆒
                                      1
                                      • CavallinoC Niedostępny
                                        CavallinoC Niedostępny
                                        Cavallino jako Vivienne Ashcroft
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Cavallino
                                        #48

                                        Przez chwilę w ciszy spoglądali za oddalającymi się sylwetkami dwóch agentów. Dopiero gdy oddalili się na tyle, by znaleźć się poza zasięgiem słuchu, Viv spojrzała na wizytówkę leżącą na stole i sapnęła, targając z frustracją rude loki:

                                        – Ugh, nie podoba mi się aura tego człowieka – mruknęła, patrząc na spoczywającą na stoliku wizytówkę tak wrogo, jakby ta osobiście ją uraziła.

                                        – Uwierzyłeś w tę historię z Lionelem Grantem? – mówiąc to, rozejrzała się niespokojnie po atrium, marszcząc brwi. W końcu ponownie zwróciła się do Alejandro:

                                        – Możemy stąd iść? Nie wiem dlaczego, ale czuję się nieswojo.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        1
                                        • JaremaJ Niedostępny
                                          JaremaJ Niedostępny
                                          Jarema jako Tomas Jonson
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #49

                                          Tomas jeszcze raz spojrzał na mapę, po czym odchylił się na krześle i potarł zmęczone oczy. Im dłużej analizował zebrane dane, tym trudniej było mu uwierzyć, że wszystkie te zaginięcia nie miały ze sobą nic wspólnego. Poszczególne tropy nadal pozostawały niepewne, ale coraz więcej z nich zdawało się prowadzić w okolice tego samego punktu. Nie miał jeszcze podstaw, by wyciągać ostateczne wnioski. Potrzebował kogoś, kto pomoże mu zweryfikować przynajmniej część informacji.

                                          Sięgnął po telefon i odszukał numer Debbie.

                                          — Słuchaj, mam jeszcze jedną prośbę — zaczął, gdy policjantka odebrała. — Mówiłaś, że O’Hara pożyczał pieniądze. Wiesz może, gdzie ostatnio bywał? Mam na myśli jakieś bary, lokale, miejsca, w których mógł spotykać się ze znajomymi.

                                          Wysłuchał odpowiedzi, od czasu do czasu przytakując.

                                          — Dobra, dzięki. A gdybyś mogła jeszcze ustalić, czy Barry Gaetz znał go prywatnie, czy raczej łączyły ich interesy, byłbym wdzięczny. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków na podstawie samych plotek.

                                          Po zakończeniu rozmowy Tomas przez chwilę obracał telefon w dłoni. Nie zamierzał od razu konfrontować Barry’ego z podejrzeniami ani tym bardziej wspominać o swoich analizach. Jeśli mężczyzna rzeczywiście miał coś wspólnego z O’Harą, bezpośrednie pytania mogły jedynie sprawić, że zamknie się w sobie.

                                          Lepszym rozwiązaniem wydawało się spotkanie w neutralnym miejscu. Zwykły bar, swobodna rozmowa i odpowiednio dobrana historia mogły dać mu szansę na poznanie człowieka, zanim zacznie zadawać właściwe pytania. Mógł przedstawić się jako ktoś, kto znał O’Harę z dawnych czasów i próbował odnowić z nim kontakt, być może jako dawny współpracownik. Nie musiał od razu odsłaniać wszystkich kart.

                                          Oczywiście, pozostawała kwestia tego, czy Barry w ogóle zechce się z nim spotkać.

                                          Tomas wrócił do komputera i otworzył dokument z notatkami. Na górze strony dopisał nazwisko Gaetza, a pod nim krótką listę pytań, które chciał zadać podczas rozmowy. Przede wszystkim interesowało go, kiedy Barry ostatnio widział O’Harę, w jakich okolicznościach pożyczył mu pieniądze i czy przed zaginięciem wydarzyło się coś nietypowego.

                                          Reszta mogła poczekać.

                                          Najpierw musiał doprowadzić do spotkania.Tomas spojrzał na ekran telefonu, na którym wciąż miał zapisane namiary na Barry’ego Gaetza. Przez chwilę obracał urządzenie w dłoni, zastanawiając się, jak poprowadzić rozmowę, żeby nie zabrzmieć zbyt oficjalnie ani nie wzbudzić niepotrzebnych podejrzeń. Nie miał pojęcia, jakim człowiekiem okaże się Barry. Wiedział jedynie, że pożyczył O’Harze sporą sumę pieniędzy, a to czyniło go jednym z niewielu ludzi, którzy mogli wiedzieć coś o ostatnich dniach zaginionego.

                                          W końcu odnalazł numer i nacisnął zieloną słuchawkę.

                                          Po kilku sygnałach usłyszał męski głos.

                                          — Barry Gaetz?

                                          — Przy telefonie. Kto mówi?

                                          — Tomas Jefferson. Dzwonię w sprawie O’Hary.

                                          Przez moment zamilkł, dając rozmówcy czas na skojarzenie nazwiska.

                                          — Z tego, co słyszałem, znacie się całkiem dobrze. Pracuję dla niego i od kilku dni nie mogę się z nim skontaktować. Na początku pomyślałem, że może po prostu gdzieś wyjechał albo ma coś pilnego na głowie, ale zaczyna mnie to niepokoić. Nie należy do ludzi, którzy znikają bez słowa.

                                          Tomas zerknął na dokumenty rozłożone na biurkuTomas spojrzał na ekran telefonu, na którym wciąż miał zapisane namiary na Barry’ego Gaetza. Przez chwilę obracał urządzenie w dłoni, zastanawiając się, jak poprowadzić rozmowę, żeby nie zabrzmieć zbyt oficjalnie ani nie wzbudzić niepotrzebnych podejrzeń. Nie miał pojęcia, jakim człowiekiem okaże się Barry. Wiedział jedynie, że pożyczył O’Harze sporą sumę pieniędzy, a to czyniło go jednym z niewielu ludzi, którzy mogli wiedzieć coś o ostatnich dniach zaginionego.

                                          W końcu odnalazł numer i nacisnął zieloną słuchawkę.

                                          Po kilku sygnałach usłyszał męski głos.

                                          — Barry Gaetz?

                                          — Przy telefonie. Kto mówi?

                                          — Tomas Jefferson. Dzwonię w sprawie O’Hary.

                                          Przez moment zamilkł, dając rozmówcy czas na skojarzenie nazwiska.

                                          — Z tego, co słyszałem, znacie się całkiem dobrze. Pracuję dla niego i od kilku dni nie mogę się z nim skontaktować. Na początku pomyślałem, że może po prostu gdzieś wyjechał albo ma coś pilnego na głowie, ale zaczyna mnie to niepokoić. Nie należy do ludzi, którzy znikają bez słowa.

                                          Tomas zerknął na dokumenty rozłożone na biurkuJeśli Barry miał jakieś informacje, łatwiej byłoby je uzyskać podczas zwyczajnej rozmowy niż przez telefon, kiedy każde pytanie mogło zabrzmieć podejrzanie.

                                          — Pomyślałem, że moglibyśmy spotkać się gdzieś na mieście. Jest taki bar, The Rusty Nail, niedaleko centrum. Można spokojnie usiąść, zamówić coś do picia i pogadać bez pośpiechu. Może przypomni sobie pan coś, co pomoże mi go znaleźć. Co pan na to? Dzisiaj wieczorem miałby pan chwilę? Kolejka oczywiście na mój koszt.

                                          Tomas umilkł i przyłożył telefon mocniej do ucha, czekając na odpowiedź. Nie zamierzał naciskać, jeśli Barry odmówi. Na razie zależało mu przede wszystkim na tym, by doprowadzić do spotkania i dowiedzieć się, co mężczyzna miał do powiedzenia o zniknięciu O’Hary.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          👍
                                          2

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa