Krzyk Pustki
-

Szyb windy na Bleinercie
Hannigan zaczął strzelać krótkimi seriami, Holt poszedł natychmiast w jego ślad. Koszmarna istota w dole szybu tańczyła w pajęczynie smugowych pocisków, iskier rykoszetów i błyskach płomieni wylotowych Armatów. Wrzask bezokiego drapieżcy mroził krew w żyłach kapitana, doskonale słyszalny ponad hukiem wystrzałów i metalicznym stukotem uderzających o ściany szybu łusek.
Czarny potwór poruszał się z nieprawdopodobną gracją i szybkością, skacząc od ściany do ściany w zawziętym wyścigu do góry, w stronę otwartych drzwi szybu na środkowym pokładzie. Niektóre pociski wystrzelone z broni kapitana uderzyły w połyskliwy korpus bestii w tej samej sekundzie, w której ewidentnie przerażony bliskością stwora Marcus Holt uniósł w górę lufę karabinu w zamiarze zmiany magazynka.
Drapieżnik zawisł na ułamek chwili na rozpórce konstrukcji szybu, trzymając się metalowej belki jedną szponiastą łapą i balansując ogonem. Z otworów w jego gibkim ciele wybitych kulami Caleba pociekła zielonkawa krew. Obnażone szkliste zęby stwora pokryte były kleistą śliną. Ciężki but Holta oparł się o krawędź szybu. Zwolniony z chwytu magazynek Armata zaczął spadać na dach windy. Sunąc lufą w ślad za drapieżnikiem kapitan nacisnął spust trafiając czarnego czorta w dolną część drgającej konwulsyjnie paszczy.
Karabin Hannigana umilkł po wystrzeleniu dwóch pocisków wieszcząc wyczerpanie amunicji. Stwór zaczął spadać w dół w tej samej chwili, pryskając na wszystkie strony kroplami żrącej krwi i rozkładając szeroko długie kończyny. Wylądowawszy z nieludzką gracją na dachu uszkodzonej kabiny zwinął się w kłębek niczym wąż i ześlizgnął do środka znikając w jednej chwili z pola widzenia oblanego zimnym potem Hannigana.
- Cofnij się! - krzyknął ktoś z tyłu i ledwie Caleb z Marcusem odskoczyli na boki, do szybu wpadł ciężki gąsienicowy wózek z przymocowanymi do niego szczątkami szklanej kapsuły.
Pojazd runął w dół i gruchnął z ogłuszającym hukiem w dach windy, zarywając go częściowo i zapadając się do połowy w pękniętej obudowie włazu.
- Żryj stal, skurwysynu! - wrzasnął Joshua.
-
Z broni automatycznej strzelał dopiero trzeci raz. Z czego ostatni jakieś 10 lat temu. Nawet nie wiedział, czy prawidłowo odbezpieczył mechanizm. Jak się okazało prawidłowo. Resztę zrobiło opanowanie. Seria była idealna. Żadnej zabłąkanej kuli. Wpierw zaporowo od ściany szybu, by przykleić padalca pod nimi gdzie strzaska go sunący podnośnik. Jakby nie wierząc, że może trafić. Trafił jednak bezbłędnie. W korpus i łeb. Mimo to istota z piskliwym wrzaskiem niekłamanej agonii, który poniósł się po szybkie, zdołała umknąć z powrotem do windy.
Usnunął siebie i Holta z drogi podnośnika, który przypieczętował los windy.
- Już nas nie zlekceważy - mruknął z westchnieniem ulgi. Palce mu drżały. W tym drżeniu był strach przed nieznanym, które mimo srogich batów przeżyło. Ale też sprawczość. Choć nie miał wątpliwości, że już takiej serii nie powtórzy. Mimo chwili triumfu zaraz zwrócił się do chemika - Elias, miernik ruchu, sprawdź. Joshua, zamknij na razie drzwi do windy.Po czym spojrzał na Kalashnikova. Pchnął go w ramię by ten stanął z nim twarzą w twarz po czym odezwał się chłodno.
- A ty Sadza... Kto. Myślał. O załodze?
Widać było, że sprawa między nimi raczej nie skończy się na tym pytaniu. -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Chwilowo byli bezpieczni.
Adrenalina powoli odpuszczała, zostawiając po sobie drżenie mięśni i ciężar, który nagle przygniatał go do podłogi. Sadza czuł teraz każdy przebyty szczebel drabinki, każdy szarpnięty mięsień, każde dodatkowe uderzenie serca. Jeszcze przed chwilą ciało robiło, co mu kazano. Teraz najwyraźniej uznało, że dość tego dobrego.
Nie miał już dwudziestu lat. Ani nawet trzydziestu.
Przetarł twarz dłonią. Palce wciąż lekko mu drżały. Na dole coś przeżyło serię z karabinu, strzały Starego, zrzucenie na łeb cholernego wózka. A oni stali tutaj, bez pewności, czy stalowa pułapka rzeczywiście zatrzymała bestię, i próbowali udawać, że sytuacja jest pod kontrolą.
Wtedy Hannigan pchnął go w ramię.
Sadza powoli podniósł głowę. Spojrzał na kapitana zmęczonym wzrokiem. Przez chwilę milczał, jakby ważył, czy ma jeszcze siłę na kłótnię.
Nie miał. Ale to nie znaczyło, że zamierzał odpuścić.
— Miałeś ich stąd zabrać. Chronić.
Mówił cicho, bez dawnej szorstkiej furii. Każde słowo kosztowało go więcej, niż powinno.
— Jesteś kapitanem, Hannigan. To TY odpowiadasz za załogę. Nie za to, kto pierwszy dopadnie do karabinu. Nie za to, kto bohatersko zdechnie na drabince. Za wszystkich.
Opuścił wzrok na swoje dłonie. Zacisnął je na moment, ale zabrakło mu ochoty, by podnosić głos. Zamiast tego osunął się na podłogę i oparł plecy o ścianę. Podciągnął kolana, położył na nich przedramiona. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest wypruty z sił.
— I po chuj tam schodziłeś?
Podniósł wzrok z powrotem na Hannigana.
— Miałeś ich stąd wyciągnąć. Wszystkich. A sam wlazłeś prosto pod to kurestwo. Gdybyś nie zdążył się wspiąć, co by się z nimi stało? Kto by ich stąd wyprowadził?
Pokręcił głową. Nie było w tym triumfu ani nawet satysfakcji z tego, że mógł powiedzieć Staremu, co zrobił źle. Tylko zmęczenie i wściekłość, która nie miała już siły wybuchnąć.
— Jebanyy velikiy shakhmatist... — wymamrotał. — Tyle ruchów naprzód, a o własnych ludziach zapomniałeś.
Oparł głowę o ścianę i przymknął oczy na krótką chwilę. Potem uniósł wzrok na Hannigana.
— I co teraz, Stary? Zdegradujesz mnie za niesubordynację?
Kącik ust drgnął mu ledwie zauważalnie. Nie był to uśmiech.
— Jak skończysz, to może ustalimy, jak stąd wyjść. Zanim to kurestwo znajdzie sobie nową drogę na górę.
Nagle otworzył oczy. Coś jeszcze nie dawało mu spokoju. Uniósł rękę i wskazał palcem zamknięte drzwi windy.
— Tam... To coś, ktoś... twierdził, że pomoc jest w drodze. Tylko coś mu kurewsko długo schodzi. Blyat'!
Oparł głowę o ścianę i ponownie przymknął oczy. Nie zasypiał. Po prostu próbował zebrać siły, zanim znów będą musieli uciekać.
-
Hannigan nie przerywał technikowi. Rzadko kiedy przerywał ludziom. Nawet jeśli gadali od rzeczy, mieli prawo się wypowiedzieć. A Hannigan cenił sobie zdanie załogantów. Nawet głupie. Nawet pozornie głupie. Technik w kosmosie był kimś ważnym. Był sto razy ważniejszym niż sto agentek Le Fey. Oczywiście agentka mogłaby sobie kupić na planecie stu techników. Ale W TRAKCIE LOTU życie załogi było w rękach techników. W kosmosie non stop coś się psuło. I nie można tu było kupić nowej rzeczy. Albo się to zreperowało i doleciało na oparach, albo próżnia pokazywała ile warte jest ludzkie życie w temperaturze zera absolutnego. Jeden opar ostatniego tchu. Dlatego wysłuchał Sadzy do końca z uwagą. Po czym powtórzył.
- Kto. Myślał. O załodze, Sadza? - powtórzył twardo i z naciskiem. - Joshua. W 5 sekund obszedł blokadę i otworzył drzwi. Elias. Informował cię z miernikiem na bieżąco. Holt. Osłaniał nas. Ty. Zabrałeś jedyną windę. I poszedłeś ratować toster. Kto. Myślał. O załodze, Sadza? -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Sadza patrzył na kapitana spod ciężkich powiek. Przez chwilę milczał, jakby naprawdę rozważał jego słowa. Albo po prostu próbował zebrać siły, żeby odpowiedzieć.
— Joshua otworzył drzwi. Elias informował. Holt osłaniał. Dobrze. — Przesunął językiem po spierzchniętych wargach. — A kto miał pilnować tego, co wsiądzie do windy?
Skrzywił się i pokręcił głową.
— Kazałeś zesłać kabinę na dół. Jak sobie to wyobrażałeś? Coś wsiadłoby do środka i gdyby na górze się okazało, że to chyort, to byśmy mu powiedzieli, że pomylił piętra?
Przetarł dłonią oczy. Nie próbował nawet ukrywać zmęczenia.
— Toster? Może. Nieważne czy człowiek czy droid. Ale to coś, co mogło nam powiedzieć, co się tu, kurwa, dzieje. To coś co przeżyło wystarczająco długo. Co zna statek. Mogło dać nam przewagę. Podjąłem to ryzyko.
Podniósł wzrok na Hannigana.
— A ty, Stary? Po co zszedłeś na dół? Żeby też ratować załogę? Czy żeby samemu sprawdzić, co tam siedzi?
Nie podniósł głosu. Nie miał już na to siły.
— Nie mówię, że zrobiłem wszystko dobrze. Ale nie wciskaj mi, że tylko ja podejmowałem ryzyko. Ty jesteś kapitanem. To ty masz pilnować, żebyśmy nie musieli wszyscy naraz robić za bohaterów. Nie ryzykuj życia wszystkich za jednego. Oni cię potrzebują Hannigan. Jak nigdy wcześniej.
-
Ponownie wyciągnął ramię, ale tym razem już nie pchnął, a złapał mocno. Lekko potrząsnął. Ale nie agresywnie. Raczej otrzeźwiająco. Jak pijanego kompana. Łowiąc jego zmęczony i zniechęcony do tej wymiany zdań wzrok. Bezlitośnie łowiąc i łapiąc.
- Zszedłem po ciebie Sadza. Jesteś moją załogą. Jesteś starszym technikiem i pierwszym oficerem. Nie z dupy. Z mianowania i z logicznego pionu dowodzenia. Ciebie też potrzebują. A ty jak się przekonałeś, ich. Nie ryzykujesz więcej. Ani ich życia, ani mojego. Ani swojego. Na dole mógł być toster Weylanda. To najlogiczniejsze. Nikt żywy nie przeżyłby w otwartej przestrzeni Bleinerta. Jeśli są tu żywi, to schowani. I napewno nie wędrują w pojedynkę niosąc pomoc. Poza tym... - zastanawiał się nad jeszcze jedną możliwością. I czy mówić o niej załodze. Nie zrobiłby tego normalnie, ale tym razem byli w sytuacji kryzysowej. I obiecał. - To może być Adam. Ale nie pomożemy mu. Nie teraz. On akurat ma większe szanse w pojedynkę. Jeśli jeszcze działa.
Westchnął i zwrócił się do pozostałych mężczyzn.
- W szybie jest drabinka. A my musimy być w ruchu. Elias - przeszedł dość gładko na zwracanie się do reszty po imieniu - Jeśli na mierniku spokój to pójdziemy nią na górę - Holt, poprowadzisz. Za tobą Joshua, żeby otworzył drzwi. Zrobisz mu tam miejsce. Potem Elias, Sadza i ja. -
Kiedy ciężki wózek runął w przepaść szybu, pociągając za sobą huk gniecionego metalu, z Joshuy uszły absolutnie wszystkie siły. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Opadł ciężko na zimną, usianą łuskami podłogę ładowni tuż obok dyszącego Eliasa, opierając plecy o stalową grodź. Był całkowicie otępiały, wyprany z jakichkolwiek emocji poza miażdżącym zmęczeniem. Całkowicie zignorował wybuchającą właśnie nad krawędzią szybu wściekłą kłótnię między powracającym kapitanem a Sadzą.
– Doktorze? – wychrypiał, nie patrząc nawet na naukowca, wlepiając pusty wzrok gdzieś w mrok pomieszczenia. – Ja chyba nie dam już rady. Co mogę jeszcze zrobić? To za dużo... Za dużo.
Serce w jego klatce piersiowej przypominało zacierający się tłok, odzywając się tępym bólem przy każdym, najpłytszym wdechu. W mroczkach przed oczami zamajaczyła mu pokryta smarem twarz siostry i wspomnienie obietnicy, którą złożył jej przed wylotem. Obiecał, że wróci z kredytami, że w końcu wyrwie ich oboje z rdzewiejących trzewi kolonii. Tylko to jedno wspomnienie, niczym napięta stalowa linka, trzymało go jeszcze w ryzach, nie pozwalając mu po prostu zamknąć oczu i oddać się ciemności.
Przez otępienie przebił się w końcu twardy, wojskowy ton Hannigana, wydającego kolejne rozkazy. Wspinaczka w górę. Zablokowanie drzwi. Joshua zacisnął zęby, zaparł się dłońmi o pokład i z ogromnym wysiłkiem dźwignął na drżące nogi. Powłócząc stopami niczym wrak człowieka, ruszył powoli w stronę szybu. Mijając dowódcę, zatrzymał się na ułamek sekundy i spojrzał na dymiącą lufę jego karabinu
– Zabiłeś to? – zapytał głucho, ze zrezygnowaniem. Nie czekał nawet na odpowiedź. Znał ją, widząc napięcie na twarzach dowódcy i Holta. Koszmar wciąż żył.
Podszedł do wyrwy i oparł dłoń na obudowie roztrzaskanego wcześniej panelu. Spojrzał w dół, na zablokowany zrzuconym wózkiem i przysypany gruzem dach zrujnowanej windy, a następnie zadarł głowę w czarną gardziel szybu, szukając wzrokiem zarysów wyższego pokładu. Wypuścił z płuc długie, bolesne westchnienie.
– Kapitanie – odezwał się spokojnym, pozbawionym złudzeń głosem – Nic z dołu tu przez windę nie wyjdzie. Nasz wózek zaklinował wyjście z kabiny na amen. A jeśli chodzi o wspinaczkę... Na górze są dokładnie takie same, żelaznr drzwi szybu jak tu. Tyle że ich panel sterowania znajduje się po drugiej stronie, na korytarzu tamtego pokładu. Nie znam się na telepatii, więc jeśli nie mamy palnika plazmowego albo sprzętu do siłowego otwarcia grodzi, to nie przejdziemy na piętro. Może spróbujmy inną drogą?
-
Crowe osunął się na moment przy grodzi obok Joshuy. Tylko na moment. Tylko by złapać oddech. Dopiero kiedy plecy dotknęły chłodnego metalu, poczuł, jak bardzo przepychanie podnośnika wyssało z niego siły. Mięśnie ramion pulsowały tępym bólem, dłonie drżały od przeciążenia, a oddech wciąż nie chciał wrócić do właściwego rytmu. W uszach dudnił mu jeszcze huk ciężkiej platformy spadającej w dół szybu, zwielokrotniony przez metalowe ściany statku tak mocno, że przez kilka sekund miał wrażenie, jakby całe wnętrze Bleinerta nadal nieco drżało.
Gdy technik odezwał się obok niego, Elias odwrócił ku niemu głowę. Przez chwilę nic nie mówił. Gleeson wyglądał źle, znacznie gorzej niż jeszcze kilka minut wcześniej. Nie chodziło nawet o pot, drżenie dłoni czy ten charakterystyczny, urywany oddech, kiedy zbyt długo funkcjonuje się na samej adrenalinie. W tonie głosu dało się wyczuć, że jest blisko krawędzi. Należało go od niej odciągnąć i tego właśnie spróbował.
– Nie musisz teraz robić wszystkiego – odezwał się cicho, zmęczonym głosem, bardziej rzeczowo niż pocieszająco. – Wystarczy, że zrobisz następną rzecz. Dasz radę, Gleeson.Może nie wspiął się na wyżyny erudycji, by dodać mu otuchy, ale też nie miał teraz do tego głowy. Potrzebował po prostu, żeby Joshua uwierzył w te słowa jeszcze przez kilka następnych minut. Być może tylko tyle dzieliło ich wszystkich od wydostania się z tego miejsca. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo głos Hannigana ponownie rozległ się w ładowni i przywołał Crowe’a do obowiązków. Elias sięgnął po detektor, oparł dłoń o gródź i podniósł się z wyraźnym wysiłkiem. Uruchomił kolejny skan, tym razem spokojniej, metodycznie przesuwając urządzenie tak, by objąć możliwie największą część ładowni i przestrzeń wokół szybu. Jeszcze niedawno pusty ekran uznałby za dobrą wiadomość. Teraz patrzył na niego z podejrzliwością.
Kapitan chciał wspiąć się po drabince, ale kiedy Joshua zwrócił uwagę, że drzwi wyższego poziomu mają panel po niewłaściwej stronie, nie sposób było odmówić mu trzeźwego myślania. Przez moment śledził wzrokiem kolejne szczeble drabinki niknące w półmroku, próbując wyobrazić sobie całą grupę wiszącą tam jeden za drugim, zamkniętą pomiędzy stalowymi drzwiami nad głowami a tym czymś, co przed chwilą potraktowali karabinem i gąśienicową platformą. Nie spodobał mu się ten obraz.
– Joshua ma rację. Szybem możemy wejść wyżej, ale bez możliwości otwarcia tych drzwi tylko zamienimy jedną pułapkę na drugą – rzucił do Hannigana, znów opuszczając wzrok na ekran detektora. – Trzeba znaleźć przejście z tego poziomu.Przez chwilę jeszcze obserwował odczyt, nie ufając ani pustce na wyświetlaczu, ani względnemu spokojowi, który zapadł wokół nich. Po tym, co zobaczyli na tym statku, żadna droga nie wydawała mu się już naprawdę bezpieczna. Mogli co najwyżej wybrać tę, która dawała im trochę więcej czasu.
-

Ambulatorium Kardashiana
Jeremiah Purcell oblizał spierzchnięte usta, zerknął w stronę Nadii i Williama jakby naprędce szukał jakiegokolwiek śladu wsparcia z ich strony, lecz jeśli na nie liczył, srodze się rozczarował.
- Pani wyjaśnienia faktycznie dużo zmieniają - przyznał niechętnym tonem - To wygląda jak sytuacja kryzysowa również dla waszej jednostki, można to podciągnąć pod stan wyższej konieczności, który zezwala na pewne poluzowanie regulaminu. Jestem gotowy na wymianę informacji pod warunkiem zaprotokołowania całej tej konwersacji przez waszą Matkę bądź jej odpowiednik. To warunek nie podlegający dyskusji. I chcę jeszcze pełnej informacji na temat aktualnego statusu mojej jednostki i jej załogi. Nawiązaliście kontakt z mostkiem, ktoś jeszcze przeżył?
Rozbitek wbił twardniejące spojrzenie w twarz pochylonej nad nim blondynki, napiął odruchowo mięśnie przypominając sobie widać coś, co mu chwilę wcześniej umknęło.
- Jeszcze jedno, żeby była jasność, pani agentko. Nie jestem dezerterem. Wykonałem rozkaz ewakuacji, który został nadany przez kapitana. Nie pozwolę winić się za to, że jako jedyny zdążyłem przedostać się do kapsuły. Czy to jasne?
-
Delilah le Fey
Wysłuchała go uważnie do końca a jej twarz nie zdradzała niczego, jakby została wykuta w lodzie albo zdjęta prosto z formy w laboratorium Weyland-Yutani, zanim technicy zdążyli zaprogramować jej pierwszy uśmiech. Przez cały czas stała nad nim pochylona i ani drgnęła. Potem zapadła cisza.
A po niej wyrok.
– Zadałam panu proste pytanie, panie Purcell. Tak albo nie. To nie były negocjacje.
Nie czekała na odpowiedź. Sięgnęła do jego mostka i odkleiła pierwszą elektrodę, potem drugą i trzecią. Rozpięła rzep mankietu ciśnieniomierza i zsunęła go z ramienia. Z palca zdjęła klips pulsoksymetru i odłożyła na tacę. Monitor zapiszczał. Wyłączyła go jednym dotknięciem a potem czubkiem buta zwolniła blokadę kół w noszach.
Po wszystkim zwróciła do Rosjanki spokojnie.
– Przygotuj izolatkę. A potem pokaż mi, gdzie trzymacie ciało z kapsuły.
Delilah domyślała się, co teraz dzieje się w głowie Rosjanki. Zanim ta zdążyła otworzyć usta i zwyzywać ją od obłąkanych, popierdolonych suk uprzedziła ją.
– On nie będzie współpracował choć może ci się tak wydawać Nadiu. – zaczęła – Pamiętasz, co się stało, kiedy Kalashnikov znalazł w kapsule łuski od pistoletu? Słuchałam raportu Opiekuna. Najpierw pamiętał wszystko jak przez mgłę a potem nagle przypomniał sobie każdy cios i strzał. Teraz znów próbuje zostawiać sobie furtkę i utrzymać kontrolę. Dlatego stawia warunki. Chce z nami rozmawiać z pozycji siły. Jeśli mu na to pozwolę niczego się nie dowiemy i stracimy tylko czas. Cokolwiek się wydarzyło na Blainercie, on nam tego nie powie. A już na pewno nie zdradzi czym są te istoty, które polują na twoich przyjaciół i kto im pomaga przed nimi uciekać.
Położyła dłoń na jej ramieniu, czule, niemal jak rodzonej siostrze.
– Znajdę inne rozwiązanie, żeby im pomóc. Przysięgam.
Ani razu nie spojrzała na Purcella, jakby zupełnie straciła nim zainteresowanie. Mógł teraz się poczuć jak bezużyteczny przedmiot, wart mniej niż nosze, na których leżał.
Chwyciła za ich poręcz i pchnęła w stronę drzwi ambulatorium.
-

Szyb windy na Bleinercie
W ładowni zapanowała cisza zakłócana jedynie z rzadka metalicznymi trzaskami wychłodzonej konstrukcji okrętu. Ciepłe oddechy ludzi przeobrażały się w obłoczki pary, szybko rzedniejące i znikające bez śladu. Popiskiwanie aparatury skafandrów mieszało się z cichym radiowym szumem komunikatorów. Przez długą chwilę przy wejściu do szybu windy panowało głębokie milczenie, kiedy przygotowujący się do wspinaczki piętro wyżej ratownicy zmagali się ze swoimi osobistymi myślami i demonami.
Hannigan wysłuchał zastrzeżeń podwładnych w milczeniu, ale nie zmienił wydanych wcześniej poleceń, stawiając wszystko na szalę wąskiej metalowej drabinki we wnętrzu szybu.
Sadza pierwszy stanął z powrotem na krawędzi szybu, poświecił w dół latarką przyglądając się bacznie pogruchotanemu dachowi windy i wbitemu weń gąsienicowemu wózkowi. Nie dostrzegając w półmroku żadnego niepokojącego ruchu Rosjanin sprawdził sprzączkę wiszącego u pasa motoklucza, a potem przeszedł na drabinkę zadzierając głowę w górę. Marcus ruszył natychmiast w ślady pierwszego oficera, zmieniwszy wpierw magazynek w Armacie i wprowadzając pierwszy nabój do komory. Obaj mężczyźni zaczęli wspinać się ostrożnymi wyważonymi ruchami, ich buty stukały wzmocnionymi podeszwami o lodowate szczebelki drabiny.
- Mam rezerwę mocy baterii w detektorze - odezwał się posępnym głosem Elias - Od teraz trzeba będzie go będzie oszczędzać.
Joshua rzucił w odpowiedzi coś, czego Siergiej nie zrozumiał, wpatrzony w wyrastające ponad głową drzwi wyższego pokładu. Holt oparł się na chwilę o nogi pierwszego oficera, napiął mięśnie, a potem przeskoczył na położoną metr poniżej poziomu wejścia poprzeczną belkę szybu po prawej stronie Sadzy. Przyciskając plecy do metalowej ściany, pociągnął za pas nośny M41A ściągając karabin prosto w rękawice i mierząc lufą broni w dół, w znajdujący się dwa poziomy niżej dach uszkodzonej kabiny windy.
- Brak kontaktu - rzucił w eter nieruchomiejąc w pełnej nerwowego wyczekiwania postawie.
Gleeson wszedł na drabinkę nie przestając mamrotać czegoś pod nosem i nie potrafiąc oderwać pełnego niepokoju spojrzenia od kabiny windy. Stojący na drabince osiem szczebli wyżej Kalashnikov zakleszczył lewą rękę po łokieć pomiędzy drabiną i ścianą, ściągnął z pasa motoklucz obracając nieporęczne masywne narzędzie w poprzek, a potem przyłożył jego haczykowate karby głowicy do niewielkich wcięć w obu częściach drzwi.
Przez chwilę manipulował przy pokrętłach poniżej głowicy klucza, przeklinając utrudniające pracę rękawice skafandra; obserwowany bacznie przez stojącego na drabince Joshuę oraz zaglądającego do wnętrza szybu kapitana. Holt tkwił dalej w pierwotnie przyjętej postawie, z dociśniętym do barku karabinem obserwując dno szybu.
Wielofunkcyjny klucz Sadzy miał wbudowany solidny akumulator, zawsze do pełna naładowany. Skalibrowawszy do końca pozycję haków rozpórkowych inżynier wstrzymał na chwilę oddech przymykając oczy i analizując raz jeszcze w myślach swoje dotychczasowe poczynania.
- Siergiej, śpisz? - nerwowe pytanie czarnoskórego technika przywołało niezamierzony uśmiech na ponurą twarz Rosjanina. Pierwszy oficer położył dłoń na panelu sterującym klucza, wcisnął jeden z trzech wbudowanych weń przycisków. Elektryczne wspomaganie klucza ożyło, rozpórki zaczęły się odsuwać od siebie napierając na wcięcia w drzwiach najwyższego pokładu.
Elektronika drzwi zarejestrowała osiągnięcie odpowiedniego poziomu nacisku na mechanizm awaryjnego otwarcia. Sekundę później przez wnętrze szybu przebiegł szum hydraulicznego wspomagania, kiedy wejście na poziom załogi stanęło otworem przed twarzą zastygłego w bezruchu Siergieja. Marcus błyskawicznie zmienił pozycję, przekręcił się w biodrach w bok mierząc teraz w środek obrysu wyjścia z szybu.
- Otwarte - powiedział do mikrofonu skafandra Sadza - Nic się nie rusza… ale śmierdzi trupem.
Pulsująca bladą czerwienią alarmowych świateł przestrzeń korytarza pełna była ciemnych zakamarków, których Kalashnikov nie potrafił ze swej pozycji spenetrować wzrokiem, ale panujący w zasięgu wzroku bezruch utrwalał go w przekonaniu, że przy szybie nie kręciła się żadna żywa istota.

Ambulatorium Kardashiana
Delilah była pewna, że każdy zwyczajny człowiek, nawet przeszkolony w pewnym stopniu w zakresie działań psychologicznych żołnierz, musiałby w takim momencie poczuć paraliżujące przeświadczenie o przegranej pozycji i rozpocząć rozpaczliwe pertraktacje będące w zasadzie wstępem do całkowitej kapitulacji.
Jeremiah Purcell zaskoczył ją konsekwentnym milczeniem, chociaż pewna była, że drgnął i wciągnął odruchowo oddech, kiedy wspomniała o grasujących na Bleinercie istotach. Mógł to być przejaw powracającego szoku, gdyby rozbitek wbrew dotychczasowej opowieści jednak widział już wcześniej owe stworzenia albo zaskoczenia, że cywilni ratownicy weszli na pokład wojskowej jednostki mogąc odkryć tam coś, co armia i marynarka wolałyby zachować dla siebie.
A potem drgnął ponownie słysząc, że zamierza zrealizować bardzo obrazowo zilustrowaną słowami groźbę i zamknie go na trzy miesiące w izolatce razem ze zwłokami człowieka zmarłego wewnątrz ratunkowej kapsuły. I znów nic nie powiedział, chociaż większość ludzi już desperacko błagałaby Delilah o wysłuchanie. Facet był pionkiem w hierarchii wojskowej, specjalistą bardzo niskiego stopnia. Jego wiedza była ograniczona do mało istotnych podstaw, uparte powoływanie się na tajemnicę wojskową nie miało zatem większego sensu. Gość albo był skończonym tępakiem, na jakiego nie wyglądał albo z jakiegoś powodu wciąż nie wierzył w jej gotowość do zrealizowania groźby albo też realizował jakiś własny plan, którego Delilah wciąż nie zdołała przejrzeć.
Co koniec końców jedynie odwlekało jego porażkę w tym fascynującym pojedynku silnych osobowości.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Sadza przez chwilę wpatrywał się w otwarty korytarz. Czerwone światło alarmów wydobywało z ciemności tylko fragmenty ścian i podłogi. Reszta tonęła w cieniu. Do tego smród. Znał zapach martwych ludzi, ale w zamkniętym kadłubie, wśród metalu i wychłodzonej instalacji, wszystko wydawało się bardziej intensywne.
— Wchodzę.
Nie czekał na odpowiedź. Nie wyciągał pistoletu. Na to kurestwo i tak niewiele by pomógł, a Sadza wolał mieć wolne ręce. Sprawdził mocowanie motoklucza przy pasie i oświetlił podłogę, potem ściany i sufit, przesuwając snop latarki powoli, kawałek po kawałku. Nie zamierzał wpakować się w pierwszą ciemną wnękę tylko dlatego, że na progu nic się nie ruszało.
Przez moment nasłuchiwał. Szum komunikatora, własny oddech, gdzieś głębiej metaliczne trzaski stygnącego wraku. Żadnych kroków. Żadnego szurania. To jeszcze niczego nie dowodziło.
Przesunął się przez otwór bokiem, ostrożnie stawiając stopy i zachowując równowagę na wąskim przejściu. Dopiero gdy znalazł oparcie dla obu stóp, odsunął się od wejścia, robiąc miejsce pozostałym. Nie szedł daleko. Najpierw chciał sprawdzić najbliższy odcinek korytarza i upewnić się, że nie ma tam niczego, co mogłoby wyskoczyć im na plecy.
— Trzymajcie mnie na oku — mruknął przez komunikator. — Jak coś się ruszy, nie czekajcie, aż wam pomacham.
Zacisnął szczękę i ponownie skierował światło w ciemność.
— I uważajcie na krew. Nie wiemy, co tu zdechło.
-
Delilah le Fey
Drań milczał, ale Delilah nie miała zamiaru tracić zimnej krwi. Wciąż zachowywała się jakby jego był przesądzony. Właściwie godziła się z tym, że Purcell następne trzy miesiące spędzi z trupem. Jeśli nie dotrzyma obietnicy, każda kolejna groźba wymierzona w następną ofiarę pozostanie tylko walutą bez pokrycia.
Bo najlepiej kłamie ten, kto przynajmniej raz udowodnił, że nie blefuje.
To, co powiedziała Nadii, okazało się prorocze. Purcell nie zamierzał zdradzić, co dzieje się na Bleinercie. Agentka widziała tylko dwa wyjaśnienia. Pierwsze, że rzeczywiście nic nie wiedział i odrzuciła je niemal od razu. Drugie podsunęła mu jego reakcja, kiedy drgnął na wzmiankę o potworach. Wiedział za dużo, a ten sekret był wart tego, żeby za niego umrzeć albo oszaleć w izolatce.
Niech tak i będzie.
Ruszyła z noszami w stronę śluzy, nie oglądając się na nikogo. Korytarze Kardashian wciąż były zalane czerwonym, alarmowym światłem. Zaskoczyło ją, jak lekko pchało się wózek. Jakby była laborantką, która odwozi szczura do klatki, z której już nie wyjdzie. Purcella czekał jednak znacznie gorszy los niż stół sekcyjny i spalarnia odpadów biologicznych. I jeśli nie był głupcem musiał już rozumieć, że Delilah się nie cofnie. Nie pójdzie na żadne ustępstwa, bo z odpadami się nie rozmawia i nie negocjuje. Nie zamierzała mu tego tłumaczyć. Wystarczyło na nią spojrzeć by zrozumieć że w jej niebieskich oczach nie ma co szukać litości ani zrozumienia. Była tam tylko czysta pogarda. Pogarda dla ludzkich słabości, dla małych, śmiesznych marzeń, dla fałszywych wyobrażeń, jakie ludzie mają na swój temat i ich kłamstw powtarzanych przed lustrem. Jeremiah Purcell mógł uważać się za dobrego żołnierza, twardego i niezłomnego. Mógł mieć własny plan, tajną agendę. Ale w ostatecznym rozrachunku liczyło się, kto trzyma poręcz wózka. Cokolwiek o sobie myślał Purcell, Delilah zamierzała to zetrzeć w pył.
W świetle lamp awaryjnych mogła wyglądać jak dziewczyna z reklamy Chanel no 5, lecz niewiele różniła się od potworów, które teraz polowały na Hannigana i jego ludzi.
Różnił ich tylko rodzaj głodu.
One łaknęły krwi, ona sekretów.
-
Informacja o stanie baterii miernika ruchu była zła. Zła, ale spodziewana i ogłoszona we właściwym czasie. Znacznie gorzej by było gdyby miernik wysiadł nieoczekiwanie. A tak, mieli czas by zorganizować zasilanie.
- Da się go jakoś podładować ze źródeł napięcia Bleinerta? - zapytał cicho Eliasa i Joshuę gdy z szybu windy dochodziło do nich sapanie Sadze mocującego się z drzwiami - Albo wymienić akumulator?Nie znał się na technikaliach, ale idea podboju kosmosu wymusiła na ludzkości bardzo szeroko zakrojoną kompatybilność podzespołów. Procedury nie mogły sobie pozwolić na trzymanie odrębnych części zamiennych dla każdego urządzenia i celowo narzucały na producentach korzystanie z tych samych komponentów.
- Holt, idź do niego - powiedział gdy Sadza zameldował dotarcie do wyższych pomieszczeń - Joshua, Ty za nim. Potem Elias i ja na końcu. Nie możemy nigdzie zostać na długo.
- Sadza, czekaj przy windzie. Spróbuj wywołać Davy'ego i Nadię - Nadał jeszcze do interkomu. Liczył, że zdołają w końcu nawiązać kontakt z Kardashianem. Bez tego nie mogli liczyć na ucieczkę z tego przeklętego miejsca.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się