[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-
Garaż na tyłach Ferguson Street, wieczór 14.07.77
Shiva Lacroix najpewniej była do końca świadoma tego, co ją spotyka. HiFi rozmawiał wiele razy z Artemidą na temat Sieci i czyhających w niej niebezpieczeństw, przy piwku, przy skręcie i na poważnie, przy rozmaitych okazjach. Słyszał od niej o demonach Bartmossa, o dzikich SI, o botach blokujących opcję wylogowania, o pułapkach mentalnych, które wydawały się przeczyć prawom fizyki, a mimo to funkcjonowały w świecie będącym zaawansowaną technologicznie fuzją cyfrowych bitów i organicznych neuronów.
Słyszał też o Czarnym LODzie. Ofensywne oprogramowanie zdolne do infekowania osobistego hardware sieciarzy i nadpisujące biologiczne funkcje mózgu było postrachem hackerów. Opowiadając o Czarnym LODzie Artemida często gubiła swój frywolny sposób bycia, poważniała w wyrazie przestrogi. Raz wgrany do neuralnego procesora, LOD siał spustoszenie nawet po fizycznym odpięciu netrunnera od Sieci - był już po drugiej stronie punktu dostępu, w ludzkiej głowie.
Shira Lacroix mogła zerwać połączenie zaraz po pierwszym ostrzeżeniu o infekcji, ale nie zdołała zatrzymać inwazyjnego programu na czas. Nadpisując impulsy płynące z termoreceptorów LOD podniósł w błyskawicznym tempie temperaturę ciała młodej kobiety, z katastrofalnymi dla niej rezultatami.
HiFi przełknął ślinę spoglądając w ścięte białko ugotowanych oczu netrunnerki, w poczerniałe spękane wargi, pełną wybroczyn skórę pokrytą bąblami podskórych poparzeń tam, gdzie protokoły cyfrowego napastnika wywołały zwarcia wszczepów dziewczyny paląc żywą tkankę na węgiel rozpalonym metalem implantów. Wymieszana z chłodziwem woda wypełniająca wnętrze sieciarskiej wanny zdążyła już całkowicie wyparować, co tylko dowodziło skali ekstremalnych temperatur niszczących ciało Shivy Lacroix.
- Ludzka frytka - powiedział Camara opuszczając wzdłuż uda pistolet i stając obok technika - Pierdolę taką śmierć, kula w łeb to najczystszy możliwy koniec.
- Cały jej sprzęt ciągle działa - Houston odsunął się od sarkofagu netrunnerki i przeniósł spojrzenie na kilka komputerowych ekranów ustawionych na wciśniętym w sąsiedni róg biurku - Kompy, hi grade laptop, ta chłodziarka do sprzęgów. I chuj wie, co na dyskach, skoro była taka dobra. Ktoś ją usmażył, ale jeszcze po nią nie przyszedł. Może nigdy nie przyjdzie. Koleś Switcha kazał sprawdzić jak ta laska się ma, nie było chyba mowy o pilnowaniu jej sprzętu.
- Laska ponoć była samotniczką - Shawn cofnął się pod bramę garażu, zaczął lustrować bacznym wzrokiem ziejący pustką zaułek - Ktoś się w końcu zorientuje, że za paletami leży trup, potem dojdzie do garażu. Trzeba zdecydować, co robimy, chombasy. Młody, wyrzygałeś się do końca?
- Chyba tak, a co? - HiFi splunął na wszelki wypadek pod nogi, z trudem odrywając wzrok od ciała netrunnerki - Chyba nie będziesz teraz żarł?
- Młody na zewnątrz ma wszczepy - Frog kiwnął porozumiewawczo głową w stronę podwórza - Komplet cyberoczu, do tego gniazdo diagnostyczne na szyi. Kasa wszyta w martwe mięso, tylko się marnuje. Ta laska też może mieć w sobie coś cennego, chociaż wygląda na to, że wszystko się jednak zjarało. Ale jej sprzęt to osobna bajka. Ja się na tym nie znam, co innego Artemida. Mam wrażenie, że dostałaby orgazmu na sam widok tego garażu. Wiem jak to brzmi, ale życie jest brutalne. Jeśli my nie zaopiekujemy się tym towarem, zrobi to ktoś inny. Jak się któryś brzydzi, niech się jeszcze raz wyrzyga, zanim zaczniemy ciąć.
Dingo zmarszczył twarz w grymasie odrazy, podrapał się po szczęce w wyrazie niezdecydowania spoglądając to na HiFi, to Froga.
- Mack na pewno nie mógłby nam pomóc? - zapytał zaglądając z powrotem do środka wanny - Zna się na anatomii, łatwiej by mu było wyciągać wszczepy.
- Mack tego nie zrobi, nie lubi takich akcji - wzruszył ramionami Camara - Jest staroświecki i ja to szanuję, choćbym nie rozumiał. Najlepiej jakby się o tym w ogóle nie dowiedział, będzie mniej zbędnych komentarzy. To jak będzie, wyciągamy kasę z mięsa?
- Kurwa, bo ja wiem? - wzruszył ramionami Houston - Wolałbym chyba nie robić tego własnymi kurwa rękami. Switch ma chyba znajomych, co to robią profesjonalnie, co nie? Mogliby to zrobić za nas, po co się babrać w krwi?
- Im więcej zrobimy sami, tym więcej zarobimy - oznajmił twardym tonem Frog wsadzając Pacifiera do kabury i rozglądając się po stojących przy ścianie szafkach - Profesjonaliści Switcha zedrą z nas mnóstwo zyski, zostawią ochłapy na waciki, chuj z nimi. Wytniemy i wyczyścimy towar sami, a Switch go tylko opchnie za maksymalną cenę. Jest folia malarska, nawet dwie rolki. Dziunia nie wiedziała, że nam zrobi przysługę tym zakupem. Dingo, dawaj ze mną, trzeba wnieść tego kolesia z podjazdu, póki ciągle nikt go nie zauważył. Smarthing musiał mu się rozładować, nikt go nie namierzył po lokalizacji sygnału.
- Dobra, ale kurwa bez marnowania czasu - HiFi uderzył palcami w wyświetlacz swojego aparatu szukając naprędce odpowiedniej apki - I trzeba pomyśleć, co z tymi wszystkimi komputerami. W rękach tego nie wyniesiemy, potrzebujemy jakiegoś busa.
- Po kolei, młody, po kolei - Frog cofnął się od otwartej chwilę wcześniej narzędziowej skrzynki i potrząsnął znacząco trzymanym w dłoni tapeciarskim nożem - Nie ma co czekać z brudną robotą, bo się robię głodny, chcę to mieć za sobą.
-
Żaba

Tak jak przypuszczał garaż nie doznał włamania. Poza tym, które sprawił HiFi i Dingo Junior. A może Dings? Lepiej brzmi.
- Teee… Dingo? Wolisz, żeby tego twojego nazywać Dingo Junior? Czy Dings?Solos był w ewidentnie dobrym humorze. Jakby trafili z tym garażem diamentowego dropa w Night Strike’a. Taaa… zdarzało się, że czasem z chłopakami z kwadratu pocinał w strzelanki. Nawet Brazilka czasem się dołączała. Dobry odmózg zawsze na propsie! Ale na tym w zasadzie kończyły się zdolności netrunnerskie Camary.
Zobaczywszy na biurku koło jednego z monitorów miskę z orzeszkami wziął garstkę i wpakował sobie do ust. Odcięcie węchu to była jednak sprawa, która czasami miewała swoje dobre strony.
- To chodź Dingo - rzekł chrupiąc - Niech Valentinos nie marznie biedny na dworzu.Podczas gdy HiFi robił coś dziwnego ze sprzętami Shivy i wtaszczonym do środka trupem (a solos w najmniejszym stopniu nie wnikał w to wszystko, bezgranicznie ufając doświadczeniu ziomka), on sam skombinował sobie drabinkę by dostać się do uszkodzonej wieżyczki i odzyskać z niej karabin. Fajna zabawka z niego mogła być. On sam wolał broń krótką, ale mieć karabin, a nie mieć karabina, to już w sumie dwa karabiny. Czy jakoś tak… Okazało się, że sprawa może wymagać trochę dłubaniny więc stwierdził, że poczeka z tym na technika, o czym też nie omieszkał go poinformować. Pewnie chłopak i tak będzie chciał wyjść gdy Shawn się weźmie za Valentego. Nie. Nie miał specjalnie skrupułów przy krojeniu anonimowych martwych ludzi. Shivy by jednak nie ruszył. “Kumpela, kumpla” to już jednak nie to samo i jakaś tam nić w głowie powstaje. Do tego ma imię. I makabryczny stan zwłok. No nie. Aż tak go nie piliło jakkolwiek argument był przecież niezmienny. Zimnemu forsa niepotrzebna. Ale i tak nie zamierzał. Shiva już była w jakimś odległym kręgu znajomych.
Zostawił wieżyczkę i wrócił do środka. Zgarnął jeszcze garstkę orzeszków i rozsiadłszy się na obrotowym krześle, czekał aż HiFi skończy swoje czary.
- Mam ochotę powiedzieć, że kurwa fart mamy panowie… Ale wtedy się wszystko jebie. Więc nie powiem - obrócił się na fotelu kilka razy pogryzając orzeszki i wyciągnął zabrane Valentinosowi etui i pistolet by przyjrzeć się znaleziskom - Sobie myślę, że też trzeba będzie chyba wziąć jakiś syf do czyszczenia i powycierać wszędzie tam gdzie łapska kładliśmy. Jak na Nightflixie. Żeby psiarnia nas nie zniuchała.
Rozejrzał się zauważając poniewczasie, że trochę takich miejsc mogło być. Wzruszył ramionami. Tragedii nie będzie. Gdy niunia i gangus się wypłaszczali, on był w robocie. Postanowił jednak od tej pory unikać zostawiania śladów. Rozejrzał się też za monitoringiem garażu. Może Shiva coś takiego zainstalowała i byłaby wtopa odegrać w tym jej show rólki kretynów, którzy na to nie wpadli. Zwłaszcza, że miał się wziąć za łeb tego dupka trupka. -
HiFi 
– Jaki pożytek w domu z doka, kiedy ten brzydzi się implanty wyciągać? Narzekał HiFi, szykując się do „operacji”.
– W sumie handlując z Kretami, gorszych rzeczy się człowiek nawąchał i naoglądał - monologował na głos, przypominając sobie dziąsła Weroniki. Ze zsuniętych na szyję słuchawek poleciał jakiś rytm latino.
– Będzie ci pasować ta muzyczka - zwrócił się do Rodrigueza, po czym puścił jakiegoś rupiecia z poprzedniego stulecia.

– doctor beat... emergency... doctor beat - nucił sobie pod nosem fałszując przy tym straszliwie, bo o ile ruszać się na parkiecie potrafił, o tyle śpiewać... no cóż... [Kliknij na słuchawki aby odsłuchać!] – No, co tak kurwa się gapicie, dajcie tu trochę tej folii, pomóżcie mi zrobić fartuszek. I sprawdźcie, czy jest ciepła woda, albo jakakolwiek... i jakieś wiadro... ja pierdolę, toż to gorsze niż naprawa kawiarki... ale w sumie podobne... jak tam się jebniesz to też syf ci leci po rękach i się klei do wszystkiego. Nawet śmierdzi podobnie. Nie zdajecie sobie sprawy, jak potrafi cuchnąć kawa. Albo cukier...
– Zacznę od audio - ucieszył się HiFi. - Albo nie... test przeprowadzę na czymś innym... audio zrobię jako drugie... albo jako trzecie... zacznę od monitora bólu, potem biomonitor, potem zrobię audio... Kurwa, dlaczego ja to robię, ja nie mam blokerów węchu, muszę zrobić sobie przerwę, kurwa no, dajcie odetchnąć...

– Żaba, ty na rozwalaniu oczodołów się znasz... weź się przydaj na co i otwórz mi dojście do oczu... - sapnął, zmieniając sączący się ze słuchawek utwór. – Dajcie cynk Switchowi, że jest towar do zabrania ale potrzeba pojazdu. A słuchajcie... jak już przy załatwianiu interesów jesteśmy, to jeszcze nie miałem wam okazji powiedzieć... Sprawa jest... handlujemy z Kretami. Wiecie, dostarczamy im żarcie, a oni sprzęt. No i dzisiaj załatwili nawet coś ciekawego, takiego MC 275. Jak go naprawię i znajdę do niego części, to ze dwa kawałki z tego będą.
– Tylko zamiast jak zwykle, żesz kurwa no, co on taki twardy ... zamiast jak zwykle wziąć od nas żarcie, to chcą broni... dziesięć strzelb i dziesięć paczek amunicji i pięć smartgogli z termowizją... no ja im na to, że dam 8 strzelb, amunicję i bez smartgogli, czaicie, nie?
– Chłopaki, ja was proszę, ostrożnie z tym sprzętem. Jeżeli potraficie, to powyłączajcie co się da i zacznijcie demontować. Najważniejsze są nośniki danych. Damy je potem Bra, dane mogą być więcej warte niż sprzęt. Co to ja...
– Więc tak, żarcia nie chcą, ale broń i takie tam. Ale dla Macintosha warto, możecie mi wierzyć. Więc mamy takiego dila zrobić. A tu wtedy wpada trzech gości, ręce rozstawione jakby ich pachy swędziały, i do mnie i do Leona dają. Swoją drogą, tacy brzytwiarze, to chyba mają doświadczenie w cięciu i wyciąganiu wszczepów. No dobra, słuchajcie...
– Obłaskawiłem ich jakoś i dalej nakręcam dila. Mają załatwić mi i Leonowi pięć strzelb za żarcie. Więc jak dobrze pójdzie, to muszę dozbierać jeszcze tylko trzy sztuki i amunicje. A jak gorzej, no to ciut więcej. Kurde, może mnie ktoś w tył głowy podrapać? Swędzi mnie strasznie, a mam całe usyfione ręce... No, dobra, biorę się w końcu za audio...
– Tylko jeden z tych palantów rzucił tekst, że na wymianę mogą dostarczyć nam jakąś laskę, może nawet jeszcze żywą... - HiFi odłożył na chwilę robotę. - Chłopaki, ja się cieszę, że Leon się wtedy na nich nie rzucił. Kilka lat temu jemu jakieś gangusy zgwałciły i zabiły siostrę... I on im nie przepuści. Jesteśmy umówieni za dwa dni na wymianę. Nie wiem, co on zaplanował, ale muszę z nim pogadać. To, że on chce rozpieprzyć Brzytwiarzy to mi zwisa i powiewa. Ale ani ja wiem, czy oni planują dotrzymać umowy, ani wiem, co mu odpali. I bez tego chciałem was prosić o wsparcie podczas transakcji. Moglibyśmy pójść tam, może dziś jeszcze, zerknąć na miejsce, obczaić gdzie ktoś się może schować, albo gdzie samemu, przygotować? Co?
– I tego sprzęcioru jakbyście pomogli załatwić. Ja nie mam kasy, aby dokupić i zainwestować, zresztą pokażę wam macintosha w domu. Może Raze będzie miał dość kasy, by nieco wyłożyć?
-
Japantown, wieczór 14.07.2077
Raze dotarł do Mizutani z duszą na ramieniu, przez cały czas oglądając się dyskretnie za siebie w stronę wejścia do pasażu. Nieważne, czy do środka wdarli się gliniarze czy kumple wykończonych bez litości alfonsów, ktoś zwyczajnie musiał zaraz wyleźć na tę stronę budynku choćby po to, aby się rozejrzeć po ulicy.
Drzwi od strony pasażera stanęły otworem, kiedy centralny zamek wozu zarejestrował bliską obecność klucza. Zginając się wpół Switch wepchnął górną część ciała do wnętrza Mizutani, otworzył błyskawicznymi ruchami rąk schowek wygarniając jego zawartość na fotel pasażera.
Przezroczysty woreczek pełen intensywnie niebieskich pastylek, dwa podobne z kapsułkami bursztynowego płynu. Błyszczyk i Euforia, topowe uliczne narkotyki rozprowadzane przez Tygersów w całym Night City. Dwa załadowane nabojami pistoletowe magazynki. Paczka plastrów przeciwbólowych. Tablet Surabashi w ceramicznej obudowie. Sterty papierowych ulotek reklamujących tuzin orientalnych salonów masażu, kasyna i bary. Oraz dziwny elektroniczny przyrząd, który sprawiał wrażenie jakiegoś aplikatora o bliżej nieokreślonym zastosowaniu.
Raze podniósł wzrok znad schowka, zerknął poprzez wnętrze Mizutani na schody pasażu. Wciąż nikogo tam nie było, przez co presja czasu wydawała się rosnąć jeszcze szybciej. Przez sekundę walczył z pokusą wskoczenia za kierownicę wozu. Nie miał większego doświadczenia w prowadzeniu samochodów, nie miał nawet legalnych uprawnień, ale pewien był, że zdoła uruchomić silnik Mizutani.
Uruchomić na pewno, ale czy zdołałby się nim przebić przez uliczne korki Japantown?
Spojrzał pomiędzy oparciami foteli na tylne siedzenie samochodu. Pudła erotycznych zabawek z logo Aibusuru, lateksowe maski, maski tlenowe z filtrami stylizowanymi na paszcze orientalnych smoków.
Podniósł ponownie wzrok ku schodom.
Kurwa mać!
Byli już na zewnątrz, na najwyższym stopniu. Trzech facetów i jedna laska, w krzykliwych kolorystycznie strojach i charakterystycznych tatuażach gangu Tyger Claws, rozglądający się wokół siebie z wyciągniętą bronią. Dziewczyna stała z przodu, mówiąc coś do swoich kompanów i gestykulując przy jedną ręką.
Żadne z nich jeszcze nie dostrzegło Mizutani, ale Switch wiedział, że zlokalizowanie samochodu przez sutenerów było kwestią zaledwie sekund. Prostując się stałby się dla nich strzelecką tarczą, kucając za uchylonymi drzwiami wozu zostałby przyszpilony w miejscu.
Dziewczyna już zaczynała obracać głowę w kierunku znaku zakazu parkowania, doskonale widoczna na maksymalnym zbliżeniu obiektywu cybernetycznego oka Switcha.

-

Raze Switch More
Switch działał już wyłącznie na instynkcie.
Jednym ruchem zgarnął magazynki ze schowka i siedzeń. Szybkie spojrzenie, pasują. Wsypał je do kieszeni kurtki, metal stuknął o metal. Tablet wylądował pod kurtką, przyciśnięty łokciem do żeber, by nie wypadł. Wszystko w pośpiechu, bez finezji. Liczyły się sekundy.
Drzwi samochodu otworzył tylko na tyle, by się wysunąć. Na ulicę wyszedł nisko pochylony, niemal przyklejony do blachy, wykorzystując cień i chaos neonów. Nie chciał, żeby ta laska z Tygersów — ta, która penetrowała wzrokiem ulicę — złapała z nim kontakt wzrokowy.
W jego dłoni pojawił się Streetmaster. Ciężar broni był znajomy, uspokajający.
Uniósł lufę i namierzył zaparkowany kawałek dalej wóz. Szyba boczna. Idealny cel.
Strzał przeciął powietrze jak brzytwa.
Huk odbił się od ścian biurowców, zwielokrotnił w wąskim kanionie ulicy. Szyba eksplodowała w drobny mak, deszcz szkła rozsypał się po asfalcie. Krzyki. Ktoś wrzasnął. Tigersi momentalnie odwrócili głowy, ręce poleciały do broni, uwaga skoczyła tam, gdzie chciał.
Przechodnie spanikowali. Tłum pękł jak przegrzana bańka — ludzie zaczęli uciekać we wszystkie strony, przewracając stragany, wpadając na siebie, znikając w bramach, restauracjach i przejściach.
Switch schował broń i ruszył.
Jedno tempo, zsynchronizowane z uciekającym tłumem, bez oglądania się. Wtopił się w rozbiegających się ludzi, stał się kolejną sylwetką uciekającą przed chaosem Night City. Nie celem. Nie świadkiem. Zniknął.
-

Houston "Dingo" Dawn
Dingo spojrzał na Hifi i Froga, pochylonych nad Valentinosem, po czym odwrócił się w stronę sprzętu Shivy. Rzucił okiem na cały czas włączone ekrany komputerów, starając się rozeznać na co właściwie patrzy. Przez krótką chwilę rozważał podłączenie się swoim złączem interfejsu, ale wystarczył rzut oka na wannę, żeby odrzucił ten pomysł. On też słuchał, kiedy Brazil opowiadała o demonach i duchach żyjących w cyberprzestrzeni.
- O co pytałeś, Frog? Jaki Dings? - powiedział zamyślony, nie odrywając wzroku od ekranów - A dron. Nie, nie. Kiedyś myślałem o nim jak o ptaku... jak "Sokół", albo "Słowik". Ale... to tylko maszyna, Frog. To jakby nadawać imię narzędziu.
Pokręcił głową i zbliżył się do wanny, wyciągając smarthinga. Zrobił szybkie zdjęcie, na którym pewnie zarobiłby kilka dolarów, gdyby wysłał je do jakiegoś pismaka. Ale to było przeznaczone dla Switcha. Starał się jednocześnie słyszeć co mówi Hifi i nie słuchać nieapetycznych, mięsistych odgłosów dobiegających z jego strony.
- Czemu Krety nagle chcą broni? - zapytał trochę retorycznie. Zastanawiał się czy w Night City łatwiej o porządny posiłek czy dobrego gnata - Sorry, głupie pytanie. Oczywiście, żeby kogoś wypłaszczyć. To chyba nie robi dobrze dla interesów. Ale dopóki to nie my jesteśmy po drugiej stronie lufy...Wzruszył ramionami.
- Może faktycznie Raze będzie chciał w to pójść. Ale to później... najpierw nasza klientka. Zaraz się dowiem co dalej z nią.Wybrał numer Switcha na smarthingu. Słyszał kolejne sygnały... i kolejne... aż w końcu: "abonent czasowo niedostępny". Dingo spojrzał trochę zdziwiony na urządzenie. Wysłał zrobione wcześniej zdjęcie do Switcha, załączając tylko lakoniczną wiadomość: znaleźliśmy ją.
- Chuja tam się dowiem - powiedział - Ale może skombinuje jakiś transport. Mamy starego Columbusa na warsztacie. Skoczę po niego i obrócę tutaj, powinien wystarczyć. Tylko wiecie... wolałbym go nie zapaskudzić krwią, bo nie jest mój...
-

Skyline North w Japantown, wieczór 14.07.2077
Zanurzony w bezimiennym chaosie uciekającego tłumu, fikser prześlizgnął się pomiędzy samochodami tarasującymi szczelnie ulicę, wpadł w szeroko otwarte wejście wietnamskiego baru z sajgonkami chowając Streetmastera z powrotem pod kurtkę. Przepychając się przez zdezorientowanych klientów znalazł przeciwne wyjście, zanurkował pod słomkowy kapelusz na chodniku na Salinas Street. Zamieszanie wciąż rozbrzmiewające paniczną kakofonią na Raymond Street pozostało daleko za nim, odgrodzone od Raze’a masywnymi bryłami budynków kwartału. Ludzie po tej stronie byli spokojniejsi, większość z nich nawet nie była świadoma zamieszania mającego miejsce ulicę dalej, bo odgłos pistoletowego wystrzału utonął w zgiełku i hałasie miasta.
Raze zwolnił kroku, postawił wyżej kołnierz kurtki. Ściskając pod pachą wyciągnięty z Mizutani Tygersów tablet obejrzał się raz jeszcze za siebie i odetchnął z ulgą nie dostrzegając nigdzie śladu pościgu.
Kurwa, blisko było, bardzo blisko...
Wolną ręką wyciągnął z kieszeni spodni smarthinga, aktywował go odciskiem wskazującego palca i zerknął na ekran urządzenia. NoiseFeed wyświetlił mu pinezki kumpli naniesione na mapę metropolii - dwie w H10, dwie na Ferguson Street i jedną poruszającą się w szybkim tempie wzdłuż linii czerwonej kolejki NCARTu do Northside. Co do chuja, Dingo wracał z powrotem do roboty? O tej godzinie w sobotę?
Przystając obok filii Magami Market wciągnął w nozdrza kuszący zapach orientalnego jedzenia, zerknął na listę nieodebranych połączeń, a potem na przysłaną przez Houstona wiadomość.
Znaleźliśmy ją.
Otworzył dołączone do wiadomości zdjęcie.
Kurwa, ja pierdolę!

-

Raze Switch More
Ja pierdolę. Kurwa mać.
Dopiero gdy poczuł, że naprawdę uszedł, pozwolił, by napięcie puściło. Wyrwało się z niego razem z powietrzem, ostrym i nierównym wydechem, jakby ktoś odkręcił zawór bezpieczeństwa.
Kurwa, blisko było, bardzo blisko...
Adrenalina wciąż dudniła w skroniach, ale ciało zaczynało słuchać. Umysł — powoli, niechętnie — wychodził z trybu Escape / Survive i przestawiał się na Analyze.
Otagowałem cię.
Te słowa wracały jak echo. Zbyt czyste. Zbyt spokojne. Wypowiedziane głosem, który nie musiał podnosić tonu, żeby grozić.
Biały zjeb.
Red Herring.
Akolita Gołębicy.OTAGOWAŁEM CIĘ.
Myśl pulsowała w głowie jak czerwony alarm, natrętna, nie do zignorowania.
Jebany skurwysyn…
Switch nie wiedział jeszcze, jak.
Nie wiedział czym.
Ale wiedział jedno — jeśli ktoś w Night City mówi coś takiego z tym spokojem, to nie blef.Dobra. Dobra. Ogarniemy to. Jebany!
Zacisnął zęby. Mechanicznie. Jak zawsze, kiedy robiło się gorąco.
Skompresował nagranie. Wrzucił je szyfrowanym kanałem na BlackVault.
Potem NoiseFeed.
NoiseFeed Switch @Brazil: Sprawdź BlackVault. Otagowanie? Mam się martwić? Ogon? Chwila zawahania. Druga wiadomość była już tylko formalnością.
NoiseFeed Switch @All: Dobra robota chłopaki. Westchnął ciężko. Raz. Głęboko. Jakby próbował wypchnąć z płuc resztki strachu.
SlimWire. Wybrał kontakt. To może być trudna rozmowa.
— Cześć, Slim. Mam dwie wiadomości — powiedział spokojnie, aż zbyt spokojnie. — Jedną dobrą, drugą złą. Od której chcesz zacząć?
Krótka pauza. Odpowiedź po drugiej stronie.
— Okej… — przeciągnął. — Dobra jest taka, że ją znaleźliśmy. Kosztowało mnie to więcej, niż zakładałem. Ktoś stracił życie, żeby do niej dotrzeć.
Nie musiał mu tłumaczyć, że to żaden z jego ludzi. Nie ma znaczenia.
— Rozumiesz? Doceń. I nie wyjeżdżaj mi następnym razem z głodną gadką. Zawarliśmy umowę. Ja jej dotrzymałem.
Wróciła dawna irytacja. Zmrużył oczy, patrząc na neon odbijający się w mokrym asfalcie. Dał sobie kilka sekund.
— Ta zła? — dodał po chwili. — Zerknij na zdjęcie, które właśnie wysłałem. Laska już ci nie pomoże. Za późno do mnie przyszedłeś. Przykro mi. Czekam na kredyty i... daj znać jeśli mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić.
I chociaż nie miał na to teraz zupełnie ochoty, poszedł zamknąć temat z rzeźnikiem, doktorem Juliusem Kraitem.
-

Holly Street w Japantown, wieczór 14.07.77
Raze szedł szybkim krokiem po bulwarze kanału Parsonsa, z rękami wciśniętymi w kieszenie, spojrzeniem wędrującym po ciasnej zabudowie slumsów Kabuki na północnym brzegu kanału. W jego głowie kłębił się mętlik spekulacji, konsekwentnie rozkładanych na czynniki pierwsze i skrupulatnie analizowanych.
Sprawa Shivy Lacroix wydawała się zamknięta. SlimWire zerwał połączenie zaraz po otrzymaniu zdjęcia swojej znajomej, ale Switch wiedział, że grubas oddzwoni, kiedy już pozbiera się po doznanym wstrząsie. Może i jęczał do znudzenia, ale zawsze spłacał swoje zobowiązania. Ta wiedza sprawiała, że myśli fiksera co rusz biegły ku dwóm znacznie ważniejszym kwestiom.
Zabójcy-albinosi z pasażu stanowili dla Raze’a całkowitą zagadkę. Nie słyszał dotąd o żadnym liczącym się gangu, którego członkowie pasowaliby do opisu Akolitów Gołębicy. Goście musieli być jakimiś ptasimi fetyszystami, na dodatek chyba też krzyżowcami zwalczającymi rynek seksualnych usług… chyba, że swoją akcją tworzyli jedynie ekscentryczną zasłonę dymną dla inicjatywy Kosiarzy, ponoć aż palących się do uderzenia na Tygersów w czasie wielkiego orientalnego festiwalu. Wiedza o ich istnieniu mogła mieć sporą wartość, zwłaszcza dla przywódców przestępczych zaibatsu w Japantown, ale noszący markowe garnitury szefowie Tygersów byli graczami ze zupełnie innej ligi niż ta, do której należał Raze More. Wszelkie interakcje z nimi mogły być równie ogromnie opłacalne, co bardzo niebezpieczne.
I pozostawała jeszcze Keira, której zmartwychwstanie wstrząsnęło Switchem w stopniu nieporównywalnym z niczym innym, co fikser przeżył od czasu pośpiesznego wyjazdu z Night City. Ta zagadka atakowała jego umysł z szaleńczą zawziętością, nie dając nawet na sekundę spokoju i przywołując bolesne wspomnienia przeszłości.
Smarthing pisnął melodyjnie i na wyświetlaczu cyberoka fiksera pojawiła się natychmiast przychodząca wiadomość.
Stan konta Shezam: +500e$.
SlimWire przelał kasę. Switch skasował wiadomość neuralnym bodźcem, przystanął przy balustradzie kanału dobierając w myślach najbardziej praktyczną drogę dojścia do Kabuki. Pinezki ziomków na mapie NoiseFeed wciąż pozostawały aktywne w obrębie Ferguson Street, ale Raze nie poświęcił im większej uwagi. Jak znał swoich kumpli, siedzieli już w barze z pierożkami nad miskami sajgonek i butelkami ryżowego piwa.
Smarthing zasygnalizował nadchodzące połączenie, wyświetlił na Kiroshi ikonkę SlimWire. Switch przyłożył urządzenie do ucha nie odrywając drugiego łokcia od barierki kanału.
- Dostałeś jebany przelew, ty krwiopijco - powiedział niecodziennie przejętym głosem hacker - Powiedz mi, co dokładnie się stało. Kto zginął? Znaleźliście kogoś jeszcze na miejscu? Ta fotka musi być z jej kryjówki, są tam dalej jej komputery? Systemy działają?
-
Żaba

Dingo wyszedł i zostali tylko we dwóch pogrążeni w robocie. Co prawda Shawn uważał, że wydajniej by było gdyby to technik rozłączał kable, a solos kroił delikwenta, ale o dziwno HiFi zapalił się do mokrej roboty. Żaba mu więc nie przeszkadzał. Raz tylko mu pomógł z oczodołami, a potem zmierzwił mu czuprynkę, bo go zaswędziało. Kim był, żeby kumplowi z kwadrata odmawiać takich małych przyjemności?
Sam zgodnie z prośbą wziął się za okablowanie sprzętu. Ni w chuj się na tym nie znał. Ale widać HiFi uznał, że nie przerośnie to zadanie solosa. Pogwizdując więc do głosu Glorii Estefan sączącego się ze słuchawek HiFiego, który nawijał coś o Kretach, zaczął rozbebeszać sprzęt Shivy. Zaczął od zasilania, żeby go nie pierdolnęło, a potem jechał po kolorkach. Żółte od żółtego. Czerwone od czerwonego. Białe od białego. Zielona od zielonego. W sumie nie taka trudna to robota i może Żaba też by się nadawał na technika jakby we FreakFightach nie pykło. Ot raz coś zazgrzytało, bo nie zczaił, że kilka sprzętów było podpiętych do innych sieci.
Ze śmietnika sprzed garażu wtaszczył paletę i poustawiał na niej zaszabrowany hardware. Do plastikowego worka na śmieci wrzucił wszystkie kable tworząc radosną plątaninę przeplataną jakąś drobnicą sprzętową, której przeznaczenia nie znał. Na koniec wszystko powiązał taśmą klejącą. Brazilka się wzruszy, jak zobaczy popis jego Feng Shui.
- Czekaj, czekaj HiFi… - Ponownie się rozleniwiwszy miał w końcu chwilę Żaba by wrócić myślami do słów technika - Chcesz się pchać w transakcję… Wiedząc, że obie jej strony mogą skoczyć sobie do gardeł? Pogrzało cię chłopaku? Jak masz to w dupie to poczekaj aż się Leon z Brzytwiarzami zetnie. I dopiero potem wróć do dilu. Mogę z Tobą wtedy pójść. Jeśli będę miał wolne. Ale Brzytwiarzy nam na kark nie ściągaj. Starczy mi Switch z takich akcji.
-
HiFi 
– Kumpla mam samego zostawić w takiej sytuacji?! - zdziwił się technik niepomiernie. – Co Ty wygadujesz, Żaba?! Jakbyś ty miał kłopoty to miałbym patrzeć, kto kogo skroi, a potem się dopiero interesować?
Z wrażenia aż przestał dłubać przy valentinosie.
– A gdyby Dingowi ktoś kobietę zgwałcił i zarżnął? I byś wiedział, że on idzie na solo z gangiem, to też byś się w to nie mieszał?
– Ja wiem, że trzeba dbać o siebie, ale wiesz... Koniec końców nie możesz mieć oczu dookoła głowy. Ja się z Leonem znam od lat. Dłużej niż z tobą...
-
Żaba

- Ło hoo... Hamuj konie HiFi. - Solos był zdecydowanie zaskoczony reakcją technika. Wyglądał też jakby nadal nie do końca łapał się w meandrach na prędce opisanych relacji - Zrozumiałem, że ci powiewa co mu odwali przy tej transakcji. Czyli ci Brzytwiarze... to właśnie oni temu twojemu ziomkowi kobitę tak potraktowali? I chcesz mu pomóc się zemścić na nich?
-
Mieszkanie w H10, wczesny wieczór 14.07.77
Wiadomośc wysłana, misja kompletna, po sekundzie analizy Brazil zatrzymała wagonik z robakiem pędzący w trzewia systemu H10, za bramy dostępne ochronie i policji, być może niepotrzebnie się tak angażowała, miała kupę do nadrobienia, a uganiała się za cieniami. Już miała powrócić do przeszukiwania digitalnych sektorów przy magistracie, kiedy wbił się Mack.
-PILNE. Sprawdź na kamerze, kto nam się dobija do drzwi. - takie to lakoniczne, może chciał jednak pogadać, przeszło jej przez myśl.
Sprawdziła, bo racjonalny odruch taki w świecie cyfrowym, a kamery blokhausu na wyciągnięcie ręki. Przeszła tylko w półświadomość by wymienić programy między deckem, a bazą. Znów na kontrolerach, zajrzała na korytarz, obraz przekazała na smarta Macka. Wykorzystując wielozmysł zlokalizowała urządzenia, z którymi mogła się spiąć w razie awantury. Na zraszacze przeciwpożarowe nie mogła liczyć, system dawno wysechł, ale megafony dla potrzeb propagandy były sprawne i dostępne, podobnie system oświetlenia.
Wiedziała, że zaraz będzie musiała się wynurzyć i zmierzyć z mięsem. Nieco ją to deprymowało, nieco kręciło, znów oblec się w piękną suknię ciało. Jeszcze do Hartleya - Zaraz będę z Tobą, przygotuj proszę tego jednego co miałeś jeszcze w pokoju.
Na zerwany oddech była gotowa, ale fala łaknienia otumaniła umysł zwierzęcym instynktem. Pewnie z tego powodu większość cowboyów sieci było w rzeczywistości taki grubasami. Mózg potrzebował dużo energii i reagował łaknieniem, głodem niezaspokojonym, zabierał z pożywienia co potrzebował, a resztki odkładały się w boczkach. Brazil wielokrotnie to analizowała i odbyła nawet po kurs symulacyjny, nie chciała by jej ciało zamieniło się w galaretowatą poczwarę.
Złapała się kierowanej medytacji. Poszła za swoim zwierzem przewodnim: Arrą. Przez chwilę bolało, ale przystroiła się w pióra, głód opanowała garścią orzeszków.
Wzleć Brazil, leć. Odleciała.
Się wyrównała Artemida, zagryzła do krwi dolną wargę. Ciężko podniosła się z wyrka, nieco zatoczyła, równowagę odzyskała. Jeszcze trzy oddechy i wkroczyła do salonki krokiem kapłanki. Dopiero spostrzegła, że ma kurtkę zapiętą pod szyję. Podczas nurkowania ciało się wychładza, Brazil nie była przyzwyczajona, jak co po niektórzy specjalnie wchodzący do lodowatej wody dla szybszego transferu myśli.
-Załatwię sprawę. - oznajmiła na wejściu - Sorrka za śpiocha. Mamy tam pięciu Zulu Chakka. - wskazała na korytarz - Od lewej: Kakuba, Josef, Ulele Buntu, Simbula, ostatniego nie zidentyfikowałam. Krótka broń automatyczna. Pogadam z nimi, wystarczy, że będziesz ubezpieczał i pokażesz się w tle. Możesz zrobić wkurwioną minę - przekrzywiła główkę - w sumie jesteś gotowy.
Brazil mrugnęła obojgiem oczu i z głośnika poleciała muzyka
Poczuła, że robi się jej gorąco, zdjęła kurtkę i zajęła miejsce przed ekranem włączając lustro. Makijaż rozmazany, włosy skołtunione, przynajmniej pot między piersiami był na miejscu, ale już koronkowy stanik nie pasował do sytuacji. Zdjęła go uwalniając piersi i zajęła się poprawą wyglądu. - Niech wiedzą, że jesteśmy, niech kalkulują, niech tracą cierpliwość. - tłumaczyła odnawiając zaklęcia na twarzy, rozczesała włosy i wróciła do pokoju po górę bikini zdobną we flagę Socjalistycznej Republiki Brazylii. - Moglibyśmy odpuścić i wystraszyć ich nagonką z megafonów, ale unikanie konfrontacji kiepsko wpłynęłoby na naszą reputację. Co o tym myślisz? - Jeszcze mocniej zrosiła piersi.
-Gotowa, a ty?
Choć grała opanowaną to w istocie była mocno spięta, szczenięta mogły nie tylko ujadać, ale też gryźć, była przygotowana na szturchnięcia i pałki, ale nie na kule z maszynówek. Nie zamierzała jednak dać się zastraszyć i zrujnować reputację. Kto raz zaczął uciekać, ten tylko prowokował do bardziej zażartego pościgu.
Kolejna wiadomość od Switcha - Sprawdź BlackVault. Otagowanie? Mam się martwić? Ogon? - odruchowo sprawdziła na smarcie, choć deck odbił wprost na korę.
Wiadomośc jeszcze podkręciła jej niecierpliwość. Czuła się popędzana i sama się popędzała, bo spraw czekało kilka.
-Trochę... - odesłała -

Raze Switch More
Holly Street w Japantown, wieczór 14.07.77
– Ja też cię kocham, grubasku – rzucił bez cienia emocji, pozwalając Slimowi wybrzmieć do końca z potokiem pytań. – Jesteś inteligentnym gościem, Slim. Wiesz doskonale, że nie siedzę na miejscu i nie mam pełnego obrazu sytuacji. Spieszyło ci się, więc wysłałem tam kogoś. I sam przyznasz, uwinąłem się z tym migusiem. Domyślasz się też, tak jak ja, że cokolwiek było w tej norze, właśnie zmienia właściciela. Poprzedni raczej już tych fantów nie potrzebuje po tym, jak został zgrillowany przez to, na co natknął się w sieci.
Westchnął, równolegle autoryzując stworzenie podkonta na Shezamie z kapitałem otwierającym 500e$ i nadając uprawnienia współlokatorom z blokhauzu.
– Z łażeniem po sieci jest jak z seksem analnym – dodał filozoficznie. – Wejdziesz za głęboko i wpadasz w gówno Slim.
Ktoś wpadł na niego barkiem.
– Jak leziesz, pajacu? – warknął, nawet nie odrywając smarthinga od ucha.
– Slim – wrócił do sedna rozmowy, głos znów gładki jak chrom. – Nasza umowa nie obejmowała niczego ponad to. Ale biorąc pod uwagę dotychczasową, owocną współpracę… dostaniesz prawo pierwokupu.
Krótka pauza, spojrzenie rzucone na rozlewający się tłum. Wiadomość od Brazil: Trochę...
– Kurwa! Sorry Slim, to nie do ciebie. Streszczaj się. Czego potrzebujesz? Jestem trochę zajęty.
Ripdoc czekał. Sprawy czekały.
-

Hartley "Mack" MackinawH10, mieszkanie
- Aha, czakasi.
Nie wiedział, co planuje Artemida, ale powinno się udać. Szybko wrócił do "swojego" pomieszczenia i wyjął z torby pistolet, noszony dla samoobrony, mały kaliber, ale Mack wolał taki niż ciężką nieporęczną armatę. Wystarczał do odstraszania przypadkowych kretynów i innych takich liczących na okazję.Wrócił, a Brazil tylko się skrzywiła
- Chciałam pyffko, nie spluwę, czaisz chłopie?
- Jestem facetem, nie domyślam się. Piwo jest w lodówce. - Zrobił te kilka kroków do współdzielonego aneksu kuchennego, gdzie obok lodówki królowała mikrofalówka. Wyszarpał z kartonowego nośnika puszkę i podał ją Brazil.
-Dobra załatwmy to szybko, nie mam żadnych interesów z czakasami i innymi od Nowej Wakandy, Wieprz ich jebał.Stanął za Brazil, z bronią w rękach, nie epatował nią.
-
Przy Kanale Parsonsa, wieczór 14.07.2077
SlimWire milczał przez dłuższą chwilę, toteż zirytowany jego wahaniem fikser cmoknął znacząco w eter połączenia.
- Switch, chciwy chuju, od jak dawna się znamy? Odmówiłem ci kiedyś pomocy? Jak była jakaś akcja do odwalenia, zawsze cię kasowałem po najniższej stawce, jak brata albo matkę, od ust sobie kurwa odejmowałem. Mógłbyś się trochę postarać, a nie walić konia nad każdym jednym pierdolonym euro. Jestem spłukany, a ty mi wyjeżdżasz z jebanym pierwokupem. Ja ją znałem osobiście, Shivę, pracowaliśmy wspólnie, mam prawo…
- Slim, czyś ty się z wackiem na łby zamieniłeś? Jakie prawa? Masz to ty tylko prawo pomarudzić i to tylko tak długo póki nie stracę cierpliwosci a tej mi zostało dzisiaj niewiele. Zaczynam się zastanawiać czy to, cokolwiek nielegalnego robiła ta dziunia, czy byłeś też w to umoczony. Niektórzy byliby skorzy sporo za taką informację zapłacić, nie? Dobrze, że tylko ja o tym wiem. Kumpli nie sypię.
- Aleś kurwa łaskawy - netrunner zaczął sapać ze złości, przez co jego mowa stała się nieco bełkotliwa - Ale nie ty jeden umiesz grać w te jebane gierki. A może ty też jesteś w coś umoczony, co? Kim są goście z tego Emperora, za którym zapierdalałeś po Japantown? Od kiedy robisz interesy z korposami z górnej półki? I co z tym zesranym gliniarzem z Kabuki? To mi wygląda na grubszą sprawę, Switch. Na pewno są ludzie, którzy by zapłacili za odpowiednie informacje, na przykład naczelnik Watson, ale nie dygaj, ja kumpli nie sypię. Chcę jednostkę centralną systemu Shivy, na kredyt i za cenę, którą uzgodnimy jak dowiem się jaki soft ma tam wgrany. I dodatkowo wannę do netrunningu, od jakiegoś czasu się odchudzam, powinienem się zmieścić, jeśli zdjęcie nie przekłamuje. Tylko ją porządnie wypucujcie, stary. Raty spłacę w terminie i będziesz miał u mnie przysługę do wykorzystania. Nie mów, że t nie jest dobry deal.
Raze More milczał, ale dwóch młodzików idących promenadą w przeciwnym kierunku pochwyciło jego spojrzenie i wyraz twarzy i natychmiast przestało się głupkowato śmiać strzelając w zamian oczami za najbliższym przejściem dla pieszych.
- I jeszcze jedna sprawa, stary. Syn mojej sąsiadki, Carlos. Co z nim? Stara co chwile mi do drzwi wali, że nadal nie wrócił do domu, jeszcze mi na chatę Valentinosów napuści, bo go na bank będą szukać. Paczka Moralesa to zgrana ekipa, już go pewnie szukają.
-
Mieszkanie w H10, wczesny wieczór 14.07.77
Zadowolona z aprobaty Hartleya dla swojego planu, ale zawiedziona, że nie zawiesił na niej wzroku skrzywiła kobieta usta w lewy dziubek. Przyjęła puszkę, pstryknęła zawleczką i ugasiła narastające pragnienie połową zawartości. Uznała, że zdecydowanie musi popracować nad dietą. Pistolet w ręku Macka nieco dodał jej odwagi, swojego nie miała, ale schowała do kieszeni dresów nóż tapicerski. Taki do grubego PCV. Świadoma przy tym, że jeśli zabierasz broń musisz gotowym być ją użyć. Wzięła trzy głębokie wdechy, jak nauczał zwalczać tremę program aktorski, krzyknęła razy dwa: wysoko i nisko, jeden: podeszła do drzwi i otworzyła. Była gotowa.
Zmarszczyła nosek grając złość. - Que barulho é esse? Ele está prestes a arrombar a porta. Há crianças pequenas aqui. Se você o acordar, terá que embalar o Simbul. Esconda as maçanetas! - przekrzykiwała muzykę dobiegającą ze środka
-Ostra mamuśka - śmiał się Ulele - przytulisz do cycuszka?
-Ciebie Ulele to bym zdusiła w kołysce. Czekaj, ktoś cię dusił. Ulele to nie znaczy splątany pępowiną? - zadziornie podniosła paluszek.
Zaśmiali się, tylko Kakuba się połapał.
-Ty znasz nas? My są sławne jurasy. Popularesy.-No w każdej kartotece. Takie popularesy. Simbula, Ulele, Josef i ten, którego nawet ja nie znam: Spad mi z tymi klamkami z korytarza. Rozmawiam z Kakubą. - dla wzmocnienia efektu połączyła się z rozdzielnią energetyczną korytarza i zamrugała światłami. - nie róbcie tłoku, tu weterani mieszkają na wózkach. - wybrała Kakube, bo wydawał się choć trochę bystry i do tego z wyglądu przypominał jej do złudzenia Hifiego, tyle że był ciemnoskóry. Ba, nawet bardzo mocno czekoladowy.
Nabrała nieprzyzwoitej ochoty, ochoty na gorzką czekoladę. Produkt równie rzadki co drogi. Nie było Arry by odgonić myśl. Dziwne uczucie jak przyszło tak odeszło, ale pozostawiło ślad: Konsekwencje głębokiego nurkowania, czy virus konsumpcji, przemknęło jej przez myśl.
W tle za stojącą bezpiecznie w progu Artemidą przespacerował się leniwie Hartley kładąc pistolet na blacie niskiego małego stoliczka i sadowiąc się na równie miniaturowym zydelku. Miał wzrok człowieka gotowego na wszystko.
-Sru przystojniaki. Spotkamy się jutro na siłce to zobaczymy ile wyciskacie.
-
Mieszkanie w H10, wieczór 14.07.77
- Nie tak szybko, chomba.
Przez gromadkę szczerzących się chłopięco nastolatków przepchnął się ten, który stał dotąd w tyle, noszący na szyi gruby łańcuch z pomalowanego złotą farbą plastiku oraz całkiem niezłą podróbkę motocyklowej kurtki Yaiby.
- Laska ma gacha, szkoda waszej gadki - powiedział wzruszając ramionami i taksując jednocześnie podejrzliwym wzrokiem Macka - To żaden z tamtych, ten jest za stary. Słuchaj lala, jestem Tyrone, a my wszyscy jesteśmy z Zulu Chakka. Na pewno słyszałaś o Chakkasach, trzymamy rękę na całym H10, a nasz szef Dong dba o to, żebyście wszyscy mogli spać spokojnie.
- No pewnie, że znam Donga, słodziaku - skłamała gładko Brazil przywołując na usta uśmiech, który potrafił topić i męskie i damskie serca niczym świeca pszczeli wosk - Siedzieliśmy razem w jednym poprawczaku… a może to był jego kuzyn? Nieważne, każdy w H10 słyszał o Dongu. Przynosisz mi jego pozdrowienia? Pudełko czekoladek i kwiatki? No nie wstydź się, dawaj.
- Ej lala, wrzuć na luz - Tyrone wyraźnie zmieszał się biegiem konwersacji, przyoblekł twarz w grymas głupawej konsternacji - My tutaj w interesach, do twojego lokatora. Taki młody białasek, szwendał się po drugiej stronie bloku przy naszym mieszkaniu. Był z nim drugi koleś, taki tępy mięśniak, też białas. Chcieli robić interesy z Dongiem, nawet dali kontakt na necie, ale Dong go sprawdził i takiego konta nigdzie nie ma, znaczy to fejk. A że Dong lubi wiedzieć, kto nam się po rewirze kręci, to kazał sprawdzić, co to za jedni, bo ten tępak wyglądał na psa, a ten młody na prowokatora, znaczy się szpicla. Ale wyszło na to, że on mieszka tutaj na twojej kwaterze, to przyszliśmy z nim pogadać.
Brazil otaksowała rozmówcę pełnym dezaprobaty spojrzeniem, prychnęła niczym poirytowana kotka krzywiąc przy tym w nieprzyjemny sposób swoje pełne kształtne wargi.
- Słuchaj Tyrone, z tobą nie gadam - oznajmiła stanowczym tonem - Smęcisz jak mój świętej pamięci stary, chyba się zaraz zrzygam od tej drętwej gadki. Najpierw to mi pochować klamki, nie będziecie warcholić, bo się jeszcze mój kurator zdenerwuje. No już, chować gnaty, gdzie kurwa z gratami do damy wyjeżdżacie.
Wymawiając słowo „kurator” Artemida zerknęła demonstracyjnie na Hartleya, upewniając się niemo w tym, że trzymał swoją broń na wyciągnięcie ręki. Grała roztrzepaną młódkę, ale jej rzutki umysł błyskawicznie analizował opowieść Tyrone i niesione nią konsekwencje.
- Po drugie, rozmawiam tylko z Kakubą. Jesteś słodki, chłopcze. Miałam kiedyś takiego chłopaka, nauczył mnie wielu sztuczek, których porządna dziewczyna nie powinna w ogóle znać. Powiedz mi Kakuba, skąd wam przyszło do głowy, że mieszka tu jakiś młody białasek, co?
Skomplementowany przez Brazil nastolatek wypiął pierś dumny niczym pełen testosteronu afrykański paw, rozpromienił się nie potrafiąc jednocześnie oderwać wzroku od dekoltu Artemidy.
- Bo jesteśmy Chakkasy, nie jakiś tam chujowy pozergang! - oznajmił nie bacząc na to, że Tyrone położył mu rękę na ramieniu - My mamy własnego sieciarza, takiego prawdziwego. Sprawdził na kamerach bloku, skąd przylazł ten białasek, piętro po piętrze. No i przyszedł stąd.
O kurwa, pomyślała Brazil uśmiechając się jednocześnie niczym topowa modelka promująca w paśmie największej oglądalności nowy smak Orgiastica.
-
-

Houston "Dingo" Dawn
– Co Ty wygadujesz, Żaba?! Jakbyś... - słowa Hifi były ostatnim co usłyszał Dingo nim wyślizgnął się uchylonymi do połowy wysokości drzwiami garażu. Nomada rozejrzał się szybko na boki, lustrując otoczenie z nawyku, który musi wejść w krew każdemu, kto chce wieczorem lub nocą szlajać się po NC. Zaułek nadal był pusty, jeśli nie liczyć stert śmieci i plamy krwi w miejscu, skąd razem z Frogiem zabrali zwłoki Valentinosa.
Ruszył w stronę furtki, którą z taką łatwością wcześniej otworzył Hifi i ruszył szybkim marszem w stronę najbliższej stacji NCART. Odetchnął z ulgą, kiedy filtry nosowe się odblokowały, wciągając znajome, ciężkie powietrze Night City.
Warsztat był o tej porze wyludniony i dziwnie cichy. Nawet wieczorami, tuż przed końcem zmiany nie wyglądał tak... obco, jak teraz. Dingo w pierwszej chwili poczuł się jak intruz, ale szybko zwalczył to uczucie. To jego miejsce... tak jakby. Częściowo. Spędza tu tyle czasu, że właściwie to nawet całkiem. Nie nazwałby go oczywiście swoim domem. Może gniazdem? Przystankiem na drodze? O, taką jakby spiżarnią, w której można przechować zapasy na trudne czasy...
Cóż, teraz musiał coś z niej zgarnąć. Skierował się od razu na tyły warsztatu, gdzie pod prowizoryczną wiatą, krytą blachą falistą stał wysłużony Villefort Columbus. Houston użył swojej karty, żeby wejść do warsztatu tylnymi drzwiami, rzucił tylko okiem, czy wszystko jest na swoim miejscu i nawet nie wchodząc, sięgnął do haczyka, na którym wisiała karta-klucz do samochodu.
Chwilę później Columbus z Houstonem za kierownicą powoli wytoczył się z podjazdu warsztatu na ulicę. Dingo włączając się do ruchu, rzucił okiem na zegarek na desce rozdzielczej, zastanawiając się przelotnie jak idzie chłopakom w garażu. Przypomniał sobie ostry zapach krwi i odgłos mięsa oddzielanego od ciała, więc postanowił o tym na razie nie myśleć. Włączył radio, otworzył okno od strony kierowcy, wystawiając zimny łokieć i wystukując palcami rytm melodii jechał na Ferguson Street.
-
Mieszkanie w H10, wieczór 14.07.77
Kobieta w progu może się i uśmiechała, ale był to nerwowy uśmiech, uśmiech maska, mający ukryć złość jaka zakiełkowała w piętach, eksplodowała w podbrzuszu, a obecnie rozsadzała głowę. Złość, że te głupie bezczelne gnojki, były już tak wyprane ze skupienia, że nie rozumieli co to znaczy spadać. Byli albo tak tępi, albo nie potrafili w ogóle słuchać wciąż rozpraszając swoją uwagę rolkami i interakcją z czatami. W pierwszym odruchu miała zatrzasnąć im drzwi przed nosem, ale to mogli odczytać jako odwrót, a odwracać się nie zamierzała. Wciąż otaczali ją zwartym woniącym chemikaliami kodonem wyższych o głowę testosteronów.
Stała tak chwilę spięta. Wygasiła muzykę. Usta zacisnęła, żeby nie palnąć co miała na końcu języka. Odliczała w głowie: pięć, sześć, siedem.... Wściekła jak osa.
Nikt nic nie mówił, tyle przynajmniej, że się na chwilę zamknęli. Drzwi na końcu korytarza się uchyliły i wyszedł z nich Stefan, konserwator i dozorca. Wszyscy znali Stefana, nazywali go Lewakiem z uwagi na duże hydrauliczne lewe ramię staroświeckiej konstrukcji, który to design przeżywał renesans.
-Cześć Arta, w porządku?-W porządku Lewak. Dzięki. Chłopaki chcieli autograf.
Lewak był rewolucjonistą i komunistą, dobrze się z tym krył biorąc łapówki jako stróż, musiało to boleć jego sumienie, ale ukrywanie się w kapitalistycznej dżungli miało swoją cenę. Ramię stracił oficjalnie w fabryce (za co pobierał rentę - marną, ale jednak), ale kiedyś jak się spił i próbował chwytać ją za kolano, jak Artemida miała naście lat, zwierzył się, że stracił rękę w Trzeciej Rewolucji Kubańskiej. Później dostał od niej w pysk za te kolana i się więcej nie czepiał.
Stefan przeszedł i wtedy dotarło do Artemidy co ją tak spięło. Nie bezczelność Czakasów, a niesforność kompanów. Jeden Quetzalcoatl wiedział co oprócz próżnych obietnic i zapisania się na kamerach jeszcze udało im się dokonać by zbliżyć się do popularesów w kartotekach. Ping w towarzystwie, wprost nakorowo z decka przez kontroler. Switch założył wspólne konto, to jak igła przypomniało o BlackVault - Czy mam się martwić? - W chuj się masz martwić cwany gapo - przemknęło jej przez myśl.
-Dobra panowie. Inwalidzi wojenni, jak mówiła. Tłok. Jasne? Jak gość nie będzie chciał handlować to sama pogadam z Dongiem. Skotakcimy się. Daj nika na dressholl. - wyjął smarta - Nie, powiedz. Zapamiętam. - zabrzmiało wiedźmo, bo wszyscy wiedzieli, że kult pamięci to działka cyfrowych bytów - Wiecie gdzie mnie szukać tylko bez hałasu i klamek, bo się kurator boczy.
-Piona mamuśka, klawa jesteś.
-Piona to będzie jak się skumplujemy. Nick.
-TyroneeFast - odezwał się Tyrone, przebijając Kakubę. Zabolało go, że jest nieznany.
Brazil machnęła już tylko kilka razy ręką, ci z kolei niechętnie odchodzili, wciąż wgapiając się w jej dekolt. Zaczekała aż odejdą, żeby przypadkiem nie być w odwrocie. Wróciła do środka jak huragan. Zatrzaśnięte drzwi same się zaryglowały, czego Hartley jeszcze nie widział w takim wydaniu. Owszem robił Hajfi, jakieś zdalne piloty, ale Mack nie zarejestrował żadnego ruchu Torquemady, trzasło i klasło, samo. Z głośników zawyła Samba
Brazil zaczęła się kołysać do rytmu na środku niewielkiej salonki. Musiała odreagować. Rytmy wolności, niewinności, namiętności spełnionych i nie.
-Wiesz - zaczęła leniwie - Dlaczego to musi być tak skomplikowane, dlaczego nie może być po kolei. - zatrzymała się - Mack, kurwa, gubię się - czuła, że jest jej bardzo smutno, że czegoś się boi - Potrzebuję trochę stabilności - rozłożyła ręce, a makijaż rosiły łzy - potrzebuję, żebym mogła się na kimś oprzeć. Powiedzieć co i jak i żeby nie tylko zrozumiał, żeby chciał pomóc. Przepraszam, się rozkleiłam. - wtuliła się w kolegę. - daj mi chwilę.
Chwilę poszlochała. Puściła kolegę. - dzięki - otarła ręką smarki z nosa - Muszę coś sprawdzić, te ćwoki, a na czele mój facet mogli narobić sobie kłopotów. Pomożesz mi, czy szukasz czegoś w tych wiadomościach? Sorry - kontynuowała - ale jestem zajebiście głodna, ale potrzebuje normalnego jedzenia i żeby ktoś naprawił odpływ, i żeby była czysta woda w baniaku, i miski prawdziwego ryżu z papryką i orzechami. - wciąż się mieszała, choć udawała, że dochodzi do siebie.
Wyszła i zaraz wróciła już w kangórce. Znów krokiem tanecznym. Deck położyła na kolanach - To jak, pomożesz czy nie? Umiesz obsługiwać automatyczne programy? To proste, wyjaśnię. Reagujesz na komendy na ekranie, masz gotową sekwencję komend, możesz wymieniać o tak.
Jednocześnie rozmawiając z Hartleyem zamrugała zaszyfrowaną wiadomość do Żaby, tylko do niego bo jemu i Rezowi wgrała na smarty enigme. - Co tam robicie? Co z tą laską?
Impy wysłała z rozkazami, spijały z sieci na miarę swych skromnych możliwości, odcięła chwilowo sieć, rozwinęła ekran i podzieliła się z Hartleyem filmem od Swicha.