Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Serce tajgi [Zew Cthulhu]
-
Eleonora Croft przeczytała gazetę z pewnym zainteresowaniem.
Nie, jako osoba wykształcona, nie wierzyła w żadne „yeti” ani tym bardziej „rosyjskie yeti” (że co, proszę?). Ale… ciekawiło ją, jak takie tall tale zostało uzasadnione przed samym sobą i innymi ludźmi w wykonaniu… [spojrzała jeszcze raz w gazetę]… w wykonaniu pana Chance’a.
Jako, że i tak była bezrobotna – co bolało podwójnie z jej dwoma dyplomami magisterskimi… - postanowiła udać się na owo spotkanie. Głównie dlatego, że była znudzona i miała aż nadmiar wolnego czasu. Miała nadzieję na darmową radochę i uciechę, a także na to, że choć na chwilę zapomni o swojej godnej ubolewania sytuacji życiowej (tyle CV wysłała i zero odzewu… czy w Japonii byłoby jej łatwiej? Ale nie miała nawet za co podróży sfinansować…).
Westchnęła boleśnie, gdy jej myśli podążyły ku mroczniejszym tematom.
-
Artisian's Nook,
sobota, 12 marca 1932 r.
późne popołudnie
Artisian's Nook na pierwszy rzut oka wygląda jak jakiś zwykły, budżetowy klub: prowizorycznie poustawiane stoliki, na nich świeczki wsadzone w butelki po tanim winie, a obok nich papierośnice z dymiącymi wciąż petami; dookoła ich porozstawiane krzesła i ławki, które czasy świetności miały już dawno za sobą; ściany zaś wyłożone były brudnym i podniszczonym bordowym aksamitem, a podłoga skrzypi pod krokami. Gdzieś przy barze rozstawiona jest mała scena, na której aktualnie śpiewa i gra na trąbce jakiś czarnoskóry śpiewak.
Ludzi jest kilku. Trzech brodatych jegomościów ubranych tak, jak ubiera się człowiek, kiedy chce wyglądać poważnie, siedzi przy jednym ze stolików i zdradza oznaki wyśmienitego humoru, zupełnie jakby przyjechali tu na występ znanego komika. Jakaś pulchna kelnerka o filipińskich rysach twarzy przyniosła do ich stolika trzy szklanki i "wodę brzozową". Wszyscy znaliście już te sztuczki na wylot - była to zakamuflowana whiskey, nazwana inaczej na wypadek, gdyby znalazł się jakiś agent prohibicji. Oczywiście mógłby zawsze spróbować i prawda wyszłaby na jaw, ale właściciele takich lokali zawsze mieli kilka dolców odłożonych na łapówki dla takich - był to zbyt dochodowy biznes, żeby w tak ciężkich czasach z tego zrezygnować.
Zwraca uwagę również inna grupa - kilka młodych osób w szarych, prostych ubraniach i beretach na głowach. Sami raczej niczym się nie wyróżniają, jednak razem ze sobą przynieśli transparenty. Demonstracji ulicznych w San Francisco było mnóstwo, ale ostatnio powtarzały się na nich tylko dwa hasła: "WE WANT JOBS" i "WE WANT BEER". Te jednak były inne: "UNIONS ARE NO CRIME", "WORKER KNOWS NO BOUNDARIES", "WORKERS OF THE WORLD, UNITE!". Szeptali coś między sobą, jednocześnie patrząc podejrzliwie na każdego w zasięgu wzroku.
Tak, na pewno się nie pomyliliście. Wykład naukowca-odklejeńca mógłby odbyć się tylko tutaj...
zerknijcie, proszę, do komentarzy - ważny post tam
-
Walter wchodzi do klubu w swoim najlepszym ubraniu czyli ciemno szarym garniturze z scyzorykiem i portfelem w kieszeni, resztę swoich rzeczy zostawił w najtańszym motelu jaki udało mu się znaleźć. zamawia
coca-cole przy barze i siada przy pustym stoliku niedaleko trzech mężczyzn w wyśmienitym humorze spowodowanym "wodą brzozową"
podczas oczekiwania na wystąpienie pana Chance Murdock postanowił porozmyślać nad bezsensownością ludzkich zachowań.
jak można tak ryzykować dla lekkiej poprawy samopoczucia Walter nigdy nie rozumiał dlaczego ludzi tak ciągnie do odurzania siebie alkoholem szczególnie odkąd zaczęła się prohibicja. -
Eleonora pojawiła się na miejscu ubrania tanio, acz schludnie. Nosiła okulary, miała kręcone, brązowe włosy i wysokie kości policzkowe. Jej błękitne oczy zdradzały inteligencję poprzez błysk jasności, była też dosyć wysoka i szczupła jak na kobietę.
Gdy znalazła się w środku, postanowiła podejść do protestujących - sama miała poglądy lewicowe i miała nadzieję na przyjemną rozmowę z osobami o zbliżonych poglądach. Na pewno nie chciała też zadawać się z pijusami, którym rzuciła chłodne spojrzenie, a potem udała, że w ogóþle ich nie dostrzegła.
-
Artisian’s Nook, 12 marca 1932
John nie bywał wcześniej w lokalach podobnych do tego klubu. Bary w Anchorage w niczym nie przypominały przybytków z San Francisco, jawiły mu się zupełnie innym i niezrozumiałym światem. Egzekwowana z całą surowością prawa prohibicja, oferujące nietypowe gatunki muzyki szafy grające, poruszane w chmurach tytoniowego dymu dziwaczne tematy - wszystko to razem wzięte sprawiało, że Carter czuł się w Kalifornii jakby przez każdą minutę swojego życia stąpał po kruchej tafli wiosennego lodu na jeziorze, które dopiero co ujrzał na oczy.
Zdjął kapelusz i usiadł przy jednym z pustych stolików. Przez chwilę zastanawiał się czy aby przez grzeczność nie powinien nawiązać z kimś rozmowy, rychło jednak zarzucił ten pomysł. Otaczali go ludzie wielkiego miasta, którzy nawet nieświadomie bardzo szybko uświadomili Johnowi jak ogromnie od nich odstaje.
Odmowa złożenia zamówienia byłaby srogim nietaktem wobec personelu, toteż rozpaczając nad każdą wydaną ćwierćdolarówką Carter zamówił filiżankę czarnej kawy, dla oszczędności odmawiając sobie cukru.
Czas do prelekcji na temat śnieżnych małp płynął upiornie powoli, jakby na przekór rosnącej niecierpliwości Alaskańczyka.
-
Violet wpadła do pomieszczenia, trzaskając drzwiami. Już myślała, że się spóźni, ale wykład jeszcze się nie zaczął. Jakiś muzyk grał w najlepsze na scenie.
Poczuła na sobie spojrzenia kilku osób przyciągnięte przez hałas, który wywołała. Nerwowo rozprostowała sukienkę, próbując zakryć plamę, którą zrobiła przy porządkach w magazynie. Uczesana była równie niedbale. Z jej wysoko upiętego koka wymykały się niesworne kosmyki rudawych włosów, sprawiając, że nie wyglądała nawet na jej 20 lat.
Zawstydzona ruszyła ze wzrokiem wbitym w podłogę w stronę jednego ze stolików, przy którym siedział już mężczyzna.
- Czy można? - spytała i usiadła obok, nie czekając na odpowiedź. - Pan wygląda na takiego doświadczonego, znaczy... nie że starego, tylko jakby pan dużo przeszedł i zwiedził. Nie jak ktoś stąd. Pan też na ten wykład o egzotycznych zwierzętach? Gdzie moje maniery... Violet się nazywam - powiedziała, wyciągając rękę w stronę Johna. @ketharian
-
Gdy Eleonora podchodzi do stolika, i tak wcześniej przyciszone rozmowy w jednym momencie niemal gwałtownie cichnie. Trójka młodych ludzi szybko, trochę za szybko, natychmiast zwraca ku niej parę swoich oczu. Kobieta o śniadej cerze, czarnych, spiętych z tyłu w niewielki kucyk włosach, ciemnych oczach i nieco pulchnej twarzy z widocznymi siniakami i strupami, rzuca jej twarde, badawcze spojrzenie. Obok niej siedzi szczupły, około trzydziestoletni mężczyzna, z krótką brodą i okrągłymi okularami w drucianych oprawkach na nosie. Zwraca uwagę zwłaszcza jego płaszcz - zdecydowanie zbyt cienki jak na tę porę roku - oraz zwisający, nieudolnie zapięty krawat będący jadłospisem z ostatniego tygodnia. Wcześniej zdawał się coś notować w niewielkim kajecie, który teraz stara się dyskretnie (a przynajmniej tak mu się pewnie wydaje) schować pod stół. Trzeci z nich, wyglądający na najmłodszego, chłopak o wąskiej twarzy, z poczochranymi włosami i małym wąsikiem pod nosem, szybko wypala:
"Jeśli przyszłaś pytać o demonstrację, to jest jutro, na Market Street!"
Na jego twarzy zagościł lekki uśmiech, który jednak natychmiast zbladł, kiedy dostrzegł na sobie oskarżycielskie spojrzenia pozostałej dwójki. Szybko zwiesił głowę, zrobił kwaśną minę i utkwił wzrok w podłodze. Przez kilka sekund panuje cisza, po której drugi mężczyzna w końcu się odzywa:
Proszę wybaczyć... - mówi spokojnym, starannie dobieranym tonem. - Czy możemy się dowiedzieć kim szanowna panienka jest? Nie chcemy być nieuprzejmi, po prostu... chcemy się dowiedzieć, z kim mamy przyjemność.Rzuć na spostrzegawczość lub psychologię, w przypadku sukcesu - na priv dostaniesz wskazówkę.
-
Ren po wpadnięciu do Artisian’s Nook przeżył lekki szok i podważył wiarygodność ogłoszenia Chance'a, uważając że żaden szanujący się profesor nie organizował by spotkania w tak obskurnym miejscu, lecz po chwili uświadomił sobie jak wygląda sytuacja w stanach, do których przyleciał zaledwie kilka tygodni temu w skutek ucieczki od zagrożenia jakie groziło mu w Japonii.
Watanabe ubrany był wyjściowo w koszulę oraz miał zarzuconą marynarkę na ramieniu. Wyróżniał się spośród innych obecnych w klubie. Mimo trudnej sytuacji zawsze starał prezentować się schludnie i z klasą. Od większości swoich rodaków różnił się wzrostem, bo był stosunkowo wysoki jak na Japończyka. Po poprawieniu swoich gęstych czarnych włosów postanowił ruszyć w stronę lady i zamówić koktajl.
Po otrzymaniu swojego zamówienia szybko przeskanował innych gości w celu znalezienia kogoś, do kogo mógłby się dosiąść, ponieważ jego ekstrawertyzm nie pozwolił by mu usiąść samemu. Jego uwagę przykuł samotnie siedzący oraz popijający tylko cole mężczyzna ubrany w ciemnoszary garnitur. Uznał, że to właśnie do niego usiądzie i ruszył w jego stronę pewnym krokiem z uśmiechem na twarzy.
-Witam Pana, jestem Ren, a pan jak się nazywa? - nie mając zamiaru czekać na odpowiedź Ren kontynuuował: -Jest Pan w barze, nie pije alkoholu i siedzi sam? Jest tu Pan po coś, mam rację? Czy Pan również przyszedł z ogłoszenia doktora Chance'a? @cygan
-
Walter lekko zaskoczony inicjatywą młodo wyglądającego mężczyzny i zmieszany jego nierozsądnymi słowami postanowił od razu go naprostować
-Nazywam się Walter i jestem zaskoczony Pana pytaniem może Pan nie wiedzieć ale panuje prohibicja czyli zakaz sprzedawania alkoholu, ale pomimo niej nigdy nie ciągnęło mnie do upijania się, a tym bardziej w samotności.
Z chęcią bym z Panem porozmawiał dłużej, ale proszę spojrzeć chyba nastąpił lekki konflikt - skrycie wskazuje w stronę Eleonory.@elvis -
Ren zrozumiawszy swój błąd postanowił to naprostować i pociągnąć dalej rozmowę
-Miło mi cię poznać i ach, tak, przepraszam bardzo, jestem w stanach dopiero od niedawna i wciąż zapominam o panującej aktualnie prohibicji. -po zwróceniu głowy w stronę rozmawiającej kobiety i trzech mężczyzn, powiedział: -Faktycznie, jest chyba między nimi lekkie spięcie. Na razie może poobserwujmy jak rozwinie się akcja. - po chwili ciszy Ren dodał: -To skoro już się poznaliśmy, to może przejdźmy na ,,ty", Walter, co ty na to? @cygan
-
Walter zrozumiawszy że skośnooki nie przestanie gadać uznaje że może zamienić z nim parę zdań
-Dobrze nie ma co sobie "panować" Ren. Skoro już rozmawiamy w luźniejszej atmosferze zajmuję się inżynierią a ty? wyglądasz jak ktoś z klasą wiec pewnie masz jakiś porządny zawód - Walter pociągnął konwersacje przyglądając się sytuacji na którą wcześniej zwrócił uwagę -
Artisian’s Nook, 12 marca 1932
Melodyjny potok słów młodej kobiety skonsternował na chwilę milkliwego trapera. Alaskańczyk skinął jej na powitanie głową, łapiąc jednocześnie swoją filiżankę kawy i przysuwając ją bliżej swojej krawędzi stolika. Młode i pełne życia dziewczę sprawiało wrażenie równie uroczego, co roztrzepanego, aczkolwiek Carter zdążył się już przekonać jak łudzące bywało pierwsze wrażenie na dalekim południu kraju.
- Panienka wybaczy, jestem Carter, John Carter z Hopper Bay - zmieszany nieoczekiwanym towarzystwem uniósł ku skroni dwa złączone razem palce, w połowie tego ruchu uświadamiając sobie, że przecież zdjął chwilę wcześniej kapelusz - I prawdą jest, że bawię tutaj przejazdem.
Uścisnął lekko podaną mu kobiecą dłoń, zadziwiony uroczą na swój sposób bezpośredniością rozmówczyni.
- Przypłynąłem statkiem dwa tygodnie temu i szukam jakiegoś zajęcia, ale znalezienie pracy w San Francisco nie jest łatwe, sama panienka pewnie o tym wie. Ale mniejsza z pracą, proszę wybaczyć niestosowne żale. Tak, jestem ciekaw tej opowieści o stworzeniach śniegu i lodu. Prawie pięćdziesiąt lat spędziłem na Alasce i różne rzeczy dane mi było zobaczyć, ale yeti ani razu. Pewnikiem to tylko puste bajdurzenie dla łatwowiernych miastowych… oczywiście nie miałem na myśli panienki!
Pojąwszy w jednej chwili swoją gafę myśliwy zmieszał się i napił w rozmyślnie powolny sposób kawy, w myślach prosząc opatrzność o to, aby wykład rozpoczął się czym prędzej.
-
Violet puściła mimo uszu ostatnią uwagę Johna. Zbyt była zafascynowana jego osobą. Był jak człowiek z innego świata dostępnego dla niej tylko w marzeniach, gdy przed snem wyobrażała sobie piękne zaśnieżone lasy i ich mieszkańców. Cisnęło jej się do ust tyle pytań, które chciałaby zadać temu tajemniczemu podróżnikowi.
-
Oh - rozdziawiła usta zaskoczona odpowiedzią mężczyzny. Szybko jednak je zamknęła, przypominając sobie napomnienia matki, że w życiu nie znajdzie męża, jeśli będzie się tak zachowywać. Chociaż... w tej sytuacji nie miało to chyba znaczenia. Nie ma co się przejmować, co pomyśli o niej nieznajomy w podeszłym wieku, którego już pewnie nigdy więcej nie spotka.
-
Czyli pan jest z daleka! - zmierzyła Johna od stóp do głów zaciekawionym wzrokiem. - To fascynujące! Oh, jak ja bym chciała wybrać się w taką podróż, zamiast siedzieć całymi dniami za sklepową ladą... Oczywiście jestem wdzięczna za wszystko, czego nauczyli mnie rodzice i że mogę pracować u nich, i tylko trochę niecierpliwią się, że nie mam jeszcze... Nieważne - zreflektowała się, że nie wypada mówić aż tyle nowopoznanemu mężczyźnie. - A może... skoro i tak czekamy... opowie pan coś o Alasce - zmieniła temat. - Jak tam jest? Jaka niesamowita przygoda pana tam spotkała?
-
-
Eleonora było nieco zaskoczona takim obrotem sprawy - z drugiej strony licho jedno wie, jak policja traktowała tych ludzi wcześniej? Może mieli jakieś autentyczne nieprzyjemności i to dlatego?
- Em... dzień dobry. Nazywam się Eleonora, Eleonora Croft. Ja, em... chciałam tylko porozmawiać, bo... państwo tutaj wyglądają na w miarę normalnych, nie ja ci... - wskazała kciukiem na fanów 'wody brzozowej" - Ale jeśli w czymś przeszkadzam, to może lepiej będzie, jak sobie pójdę - skinęła ludziom głową, po czym odwróciła się i zostawiła ich samych - najwyraźniej nie była mile widziana w tym gronie.
-
Artisian’s Nook, 12 marca 1932
Nieoczekiwana wymiana słów z dziewczęciem najwyraźniej nie miała się skończyć na etapie powitalnym. John chrząknął niejednoznacznie w odpowiedzi na pytanie Violet, próbując zebrać myśli i ułożyć je w formie dość składnej, aby należąca do elokwentnych mieszczuchów kobieta nie uznała go za prostaka.
- Alaska to dzika kraina, panienko - rzekł upiwszy wpierw kolejny łyk kawy - Niewiele się tam dzieje rzeczy, które mogłyby ekscytować ludzi z wielkiego miasta. Śnieżyce, niedźwiedzie i wilki, Indianie. Nie ma tam tylu samochodów, co u was, a przede wszystkim nie ma tak wielu Chińczyków. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu Chińczyków w jednym miejscu, nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest możliwe! Ale byłem raz w kinie w Anchorage, to naprawdę coś niezwykłego. Widziała panienka „Światła Miasta”? Charliego Chaplina? Nie potrafię pojąć jak można coś takiego zachować na filmowej taśmie, znaczy się, zapisać.
-
Violet zmierzyła wzrokiem mężczyznę. Ktoś, kto na co dzień miał na wyciągnięcie ręki dziką, nieokiełznaną naturę, zachwycał się technologią kina... i ilością Chińczyków w mieście. Niebywałe. Gdyby ona miała okazję przeżyć to, co ten naznaczony srogą zimą i wiatrami człowiek, niewątpliwie opowiadałaby o tym bez ustanku. Chociaż... prawdę mówiąc, i teraz usta jej się nie zamykały.
- "Światła wielkiego miasta" to jeszcze nic. Niech Pan sobie wyobrazi, że teraz rejestrować można nie tylko obraz, ale również dźwięk. "Mały Cezar" to dopiero film! To jest przyszłość kina. Dużo ciekawszy od zwykłego życia miasta z nieco głupimi żartami. Pościgi, strzelaniny... - zrobiła pauzę. - Ale cóż to jest wobec życia wśród wspaniałej, dzikiej natury, jakie Pan wiódł? To dopiero ciekawe. Łosie, niedźwiedzie polarne, zaprzęgi ciągnięte przez psy... Co niezwykłego jest w Chińczykach? Ale za to Indianie, to musi być fascynująca społeczność. Jacy oni są?
-
ELEONORA
Widząc reakcję Eleonory (@kaworu), troje ludzi spojrzało po sobie z różnymi wyrazami twarzy. Po tym, jak dziewczyna zrobiła kilka kroków do przodu, usłyszała za sobą głos najmłodszego z towarzystwa, tego który zaczął z nią rozmowę na początku:
- Hej, nie! To znaczy... chwila! - zawołał za nią po kilku sekundach. - Nie o to chodzi. To znaczy...
- Siadaj! - odezwała się w końcu siedząca pomiędzy dwoma młodzieńcami kobieta o czarnych włosach. W jej sposobie mówienia Eleonora wyraźnie wyczuła, że jej rozmówczyni nie jest stąd (udany rzut na język ojczysty/wykształcenie - rozpoznasz dokładnie akcent). Jej spojrzenie jest nadal twarde i czujne. - Albo stój. Jak wolisz.
W końcu odzywa się ostatni, ten który pytał Eleonorę o imię:
- Proszę nie brać tego do siebie, panno Croft - mówi z krzywym i nieco wymuszonym uśmiechem. - Po prostu mamy... pewne doświadczenia, które każą nam nie ufać obcym. - po chwili milczenia dodaje: - ...ale jeśli już tu panienka przyszła, domyślam się, że w tym samym celu, co my - chcąc zobaczyć na własne oczy Kraj Rad i rozpocząć w nim nowe życie, z dala od krwiożerczego amerykańskiego kapitalizmu, postkolonialnej i niewolniczej mentalności, rasizmu, fanatyzmu, konsumpcjonizmu i tego wszystkiego, co wyznacza amerykański styl życia. Jeśli panna Croft pracuje dla FBI, to może im panienka od razu przekazać, że z wielką ulgą opuścimy terytorium tego państwa i przestaniemy "sprawiać kłopoty". A jeśli nie, to... proszę wybaczyć moją podejrzliwość. - wstaje i wyciąga rękę w kierunku Eleonory, tak aby ją delikatnie chwycić i pocałować. - Jestem Samuel. A to są Nathanael i Rosa.
Nate uśmiechnął się szeroko, pomachał Eleonorze i wyciągnął ku niej rękę, a Rosa tylko skinęła lekko głową.
Możesz rzucić na psychologię, jeśli chcesz "czytać" kogoś z nich.WSZYSCY
Drzwi otworzyły się, wpuszczając do klubu dość sporą ilość chłodnego powietrza. Do środka weszło czterech rosłych mężczyzn, w różnym wieku. Jeden, najmłodszy z nich, był łysy. Miał na sobie zieloną, luźną bluzkę i zupełnie niepasujące do niej białe, szerokie spodnie oraz zniszczone buty. Mimo tego, że słońca w San Francisco brakowało od dobrych kilku tygodni, nosił ciemne okulary i w wyjątkowo charakterystyczny sposób poruszał głową bez przerwy. Za nim wszedł mężczyzna około pięćdziesiątki, z rozczochranymi, brązowymi włosami i pokaźnymi wąsami. Miał na sobie czerwone spodnie oraz lnianą koszulę i również nosił ciemne okulary. Trzeci, wyjątkowo gruby i z najbardziej pokaźnym wąsem oraz przylizanymi do tyłu czarnymi włosami, był ubrany najbardziej kolorowo. Wreszcie ostatni i wyraźnie najstarszy ze wszystkich, nosił rozpiętą, dresową bluzę w kolorach flagi USA bez podkoszulka pod nią, pokazując swój mięsień piwny i wytatuowany tors. Wszystkich łączyły dwie rzeczy: wymalowana na twarzy wyraźnie nie dorastająca do średniej krajowej i gatunkowej inteligencja oraz umieszczona za paskiem pałka, w której ci z was, którzy walczyli na wojnie, mogą rozpoznać broń używaną w okopach. Cała czwórka zajęła miejsce przy jednym z wolnych stolików. Nie mówili jednak nic, jedynie siedzieli i przyglądali się wszystkim dookoła. Jednak na ich widok grupa przy stoliku Eleonory schowała swoje transparenty...
-
Artisian’s Nook, 12 marca 1932
Młoda dama wydawała się chłonąć każde słowo trapera, a sam John nie potrafił się oprzeć zgubnemu wrażeniu, że tonie coraz bardziej w jej szeroko otwartych, skrzących się ciekawską inteligencją oczach Violet. Z równą fascynacją słuchała o zastawianiu wnyków na zające, o sposobach suszenia łosiego mięsa i o ślubnych obyczajach plemion Atabasków. Raz i drugi Alaskańczyk złapał się na myśli, kiedy właściwie ostatni raz jakaś kobieta spoglądała na niego z równie żywym zainteresowaniem.
I wyglądało na to, że jeszcze nigdy.
Nie był nawykły do takiego gadulstwa, toteż szybko skończyła mu się kawa, wypita żwawymi łyczkami dla przepłukania zaschłego gardła. Zaczął nieco nieskładnie opowiadać o wyrobie własnych naboi do myśliwskiej broni, kiedy w lokalu pojawili się czterej jegomoście o nieco niepokojącej aparycji. Ich widok w przewrotny sposób wywołał u Johna nostalgiczne wrażenie czegoś autentycznie znajomego. Ludzie o takim wyglądzie byli równie powszechni w Kalifornii, co na Alasce - zapalczywie szukający jakiejkolwiek okazji do nabicia komuś guza albo utracenia paru własnych zębów.
Obrzuciwszy czwórkę mężczyzn bacznym spojrzeniem skinął każdemu z nich z osobna uprzejmie głową, a potem tak przestawił krzesło, aby w trakcie dalszej rozmowy z uroczą młodą damą przez cały czas mieć owych jegomościów w kącie oka.
-
Ten post został usunięty!
-
Wyglądało na to, że protestujący RZECZYWIŚCIE mieli jakieś nieprzyjemne doświadczenia z policją, co wyjaśniało całkiem wiele. Eleonora została więc i z nimi porozmawiała.
Osobiście uważała ZSRR za kraj imperialistyczny, nawet jeśli nie kapitalistyczny i wiedziała, że miał on swoje własne problemy. Nie chciała jednak niczego o tym powiedzieć na głos – podejrzewała, że tych ludzi i tak nie przekona, a co najwyżej ich do siebie zniechęci.
Została więc i zadawała przyjazne pytania – „czy znacie rosyjski?”, „dużo wiecie o kulturze ZSRR?”, „w jakim regionie tego kraju chcielibyście się osiedlić?” – ażeby podtrzymać dyskusję. I tak lepsi fanatycy ZSRR niż fanatycy wody brzozowej…
Gdy pojawili się nowi mężczyźni na sali, a protestujący schowali swoje transparenty, Eleonora uznała, że to ten moment, by się wycofać. Podziękowała swoim rozmówcom za ich czas, po czym podeszła do najbliższego wolnego stolika – czyli tego, przy którym siedzieli Walter i Ren.
- Dzień dobry, mogę tu usiąść? – spytała.