[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Ulrich (von) Guttenluft

- Tak - cyrulik rzucił krótko i ruszył do przodu nie mając w zwyczaju dobijać kobiet, nawet w takiej sytuacji, acz czujnie - do dzwonnicy - ruszył ostrożnie gotów zaatakować mijaną kobietę w razie kłopotów - niech ktoś osłania nam tyły. -
Dziedziniec świątynny w Bögenhafen
Hieronim Bosch krążył wokół opatrujących Zygfryda ludzi, z marsową miną spoglądając im na ręce. Mytnik starał się sprawiać srogie wrażenie, ale w głębi ducha poczuł ulgę. Kipiąca w powietrzu agresja zleżała, w przeważającej mierze dzięki robiącej wrażenie postawie Knuta.
Bosch ujrzał wielkiego łotra w zupełnie nowym świetle. Każdy z więziennych zbiegów był w jakimś stopniu obarczony występkiem - każdy z wyjątkiem niesłusznie oskarżonego Hieronima rzecz jasna - ale ten akurat więzień zaczynał zaskarbiać sobie sympatię cesarskiego urzędnika.
- Doskonałe wyczucie dyplomacji - powiedział mytnik zatrzymując się obok Knuta - Wręcz… zaskakujące. Nie możemy w tej chwili ufać nikomu prócz nas samych, ani kapłanom ani reszcie chroniących się tutaj ludzi. Myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc. Świątobliwy Grimmig poprosił mnie o rozmowę na boku tuż przed tym nieszczęsnym aktem zbrodni. Udzielił mi pewnych instrukcji, które mogą nas uratować z tej czarnoksięskiej matni.
Hieronim obrzucił pełnym odrazy wzrokiem stos, na którym płonęły ludzkie zwłoki, zmarszczył nos czując swąd palonego mięsa.
- Jeśli zadbasz o moje bezpieczeństwo, mocarzu, ja obejmę cię kuratelą świątyni z nadania świątobliwego Zygfryda. Nie odpowiadaj, nie musisz, pomyśl o tym spokojnie. Porozmawiamy ponownie we właściwym czasie.
-
Dla Marrrta
Kobieta wysłuchała słów Ergo pochlipując
- Ja, ja, ja ... ja nie wiem. Ona mi kazała, jak nie chciałam. Ja nie bije się, broni nawet nie mam. Mówiła że tak trzeba, ale krzyczała jak pytałam dlaczego i po co. Mama mówiła że mam się zawsze słuchać starszej siostry ... ale ja nie chciałam. Co ja teraz pocznę? Bez niej? Mamy już nie ma, tata ją zatłukł. Ja już chce stąd wyjść, nie chce tu być, mamy nawet dom w dzielnicy za murem, ale sama tam nie pójdę, ale przynajmniej teraz siorka nie może mi mówić co mam robić, a czego nie.
Ergo widział w niej raczej nieporadne dziecko które trzeba przytulić, niż odpowiedzialnego dorosłego którego trzeba wstrząsnąć. W rzeczywistości mogło i tak być że Sum stał własnie przez zapłakanym dzieckiem które nie rozumie co się dzieje i dlaczego.
Dla Zell, Arbuza i Kerma
Tak jak prorokował Oswald, mężczyzna się nie zatrzymał, nie zwolnił nawet, a może i przyspieszył.Wieża nie była taka znów wysoka, jednakże trochę schodów trzeba było pokonać. Bohaterowie wbiegli na samą górę i zastali .... nic, nikogo, pustka, hulający wiatr i oczywiście dzwon, mogący ściągnąć "mieszkańców" z całego miasta. Po chwili uważnej obserwacji, w oknie ukazał się mężczyzna, nie starał się ukrywać, wyszedł im wręcz na spotkanie. Nie miał broni.
- Ci! - uciszył gestem i słowem, a następnie przez chwilę nasłuchiwał.
- Nie ma jej? Nie biegła za Wami?
-
Ergo Sum
Tak. Świat był łez padołem. Stara śpiewka. No szkoda się Sumowi zrobiło tej łachudry, ale nie na tyle by jego zakłamane serce oszusta skruszało i spłynęło miłosierdziem bliźniego.
- A co ona ci mówiła, że trzeba? Że musicie zrobić? - otarł raz jeszcze skrycie noski trzewików o nogawki co by resztki tkanki siostrzyczkowej nie rozpraszały tego dziewczęcia - I po kiego grzyba do tej dzwonnicy biegłyście?
W sumie to się zastanowił po kiego grzyba i on biegł. I po jakie licho tamci jego pierdolnięci kamraci wbiegli do tej wieży. Się im nagle na nieszpory dzwonić zachciało? No nie ogarniał Ergo co tu się odkarlfranzowało - Czekaj tu...
Podszedł sprawdzić co ta wariatka jej siostrzyczka miała przy sobie. -

Mały Kurt vel Knut
Kurt nie odrywał wzroku od ognia, gdy Bosch do niego mówił. Płomienie robiły swoje, powoli i dokładnie. Drewno, ciało — dla ognia nie było różnicy. Słuchał uważnie, choć z zewnątrz nie było tego widać. Na słowa o „wzajemnej pomocy” tylko lekko poruszył szczęką, jakby coś przeżuł w myślach. Nie spojrzał od razu na Hieronima. Dopiero po chwili skinął głową. Raz. Nic więcej nie dodał. Bosch mógł sobie iść, Kurt nie zatrzymywał go ani nie dopytywał. Jakby sprawa była już zamknięta, tylko jeszcze nie wdrożona w życie.
Kiedy mytnik odszedł, Kurt przesunął się bliżej stosu. Ciepło biło od ognia przyjemnie, nawet jeśli źródło było… jakie było. Położył się na plecach na kamieniach, ręce splótł przed sobą. Przez chwilę patrzył w dym unoszący się ku górze. Dobrze grzało. Przymknął oczy, ale nie spał. Zbierał siły na dalszą część wydarzeń.
-

Nadja Schmidt
.
Nadja nie spodziewała się takiego zwrotu. Oczekiwała krwawej walki Mentalnie przygotowywała się na kolejną potyczkę (w której będzie brać udział zza pleców towarzyszy, oczywiście!), oczekiwała krzyku i krwi. Miast tego zastała spokój i niezrozumiałe zachowanie tego, po którym oczekiwali próby zaalarmowania całego miasta potworów przyodzianych w skóry mieszkańców.
- Te kobiety? - odezwała się wciąż zachowując dystans - Nie. Czemu biegłeś akurat do dzwonnicy? -
Dziedziniec świątyni w Bögenhafen
Pozostawiwszy Kurta w spokoju Hieronim Bosch znalazł sobie własny kąt na dziedzińcu, siadając na drewnianej skrzynce, która w jakiś sposób została pominięta przy zbieraniu opału na trupi stos całopalny. Podpierając podbródek rękami mytnik zaczął rozmyślać nad swoim nieszczęsnym żywotem, w szczególności zaś nad sposobem jego ocalenia i polepszenia jednocześnie.
Bögenhafen wydawało się bezpowrotnie stracone. Czarna magia, z jakiego by nie pochodziła źródła, okazała się tak silna, że nie podołała jej nawet błogosławiona aura świętego przybytku. Napaść na czcigodnego ojca Grimmiga jasno to Hieronimowi uzmysłowiła. A jeśli opętany został jeden człowiek, w każdej chwili zmysły mogli stracić następni. Bosch wzdrygnął się bezwiednie na wyobrażenie jatki, jaka mogła się rozegrać we wnętrzu murów świątyni.
Perspektywa przeprawy przez pełne szaleńców ulice miasta zdała mu się znienacka lepszym pomysłem od dalszego wyczekiwania w świętym przybytku. Zdrowy rozsądek podpowiadał mytnikowi, że im szybciej opuści Bögenhafen i im bardziej się od niego oddali, tym większą będzie miał szanse na przeżycie. A pracujący intensywnie umysł naprowadził go na jeszcze jedną kwestię mogącą zwiększyć szanse na poprawę losu.
Fundusze.
Ogarnięte heretyckim szałem Bögenhafen było skazane na zagładę. Cesarstwo miało w opinii Boscha tylko jedno rozwiązanie kryzysu na tak wielką skalę: eksterminację mieszkańców i oczyszczenie miasta ogniem - ogniem, który miał strawić wszystko, domy, meble, narzędzia, dzieła sztuki i pieniądze. Prawdziwe góry złota i srebra zalegające wszędzie wewnątrz jego murów.
Hieronim Bosch przepracował całe swoje życie w szeregach cesarskich poborców myta. Wiedział, gdzie opłaty były ewidencjonowane, gdzie je gromadzono w większe ilości i gdzie transportowano. Bywał w skarbcu portowym i w siedzibach gildii, które miały swoje własne skarbce. Znał bogatych kupców i urzędników tuczących się na łapówkach; wiedział też, którzy oficerowie straży miejskiej wymuszali haracze i gdzie mieszkali. Ta wiedza, do dzisiejszego dnia będąca jedynie ciekawostką, w jednej chwili stała się niebywale cennym asem w rękawie.
Umiejętne wykorzystanie tej karty mogło Hieronima ustawić na całe życie - jego oraz resztę tych towarzyszy niedoli, którzy zechcieliby do niego dołączyć.
-

Oswald BraunOswald był nieco zaskoczony dziwnym zachowaniem uciekiniera. No chyba że tamten głupca udawał, by wyjść cało z opresji. A pytanie, jakie zadała Nadja, było całkiem słuszne.
- Taaa... - powiedział, stale trzymając pałkę w garści. - Po co żeś tu przyszedł? Za dzwonnika chciałeś robić?Uderzenie w dzwon mogłoby coś znaczyć, ale po co to by było? I komu?
-
Ulrich trzymając pewnie w dłoniach miecz stanął bronić drzwi za plecami towarzyszy, dając im wyjaśnić sprawę. Wciąż nie ufał tu nikomu nowemu, ale też bał się zajścia od tyłu. Chciał jeszcze coś powiedzieć, nawet chrząknął charakterystycznie, ale ostatecznie tylko powstrzymał się od splunięcia w świątyni. Co wydarzenia robią z ludźmi - pomyślał wstydząc się sam swej nieuwagi i tego, do czego mogło dojść... zupełnie pomijając przelewanie krwi w tym miejscu.
-
Dla Marrrta
- Prosto mówiła, że teraz idziemy tam, a teraz tu, a teraz on tam idzie i my musimy Was zatrzymać. Nic nie tłumaczyła, była bardzo nerwowa cały czas i krzyczała na mnie i biła jak nie słuchałam od razu albo pytania zadawałam.
Ciało siostry leżało nieopodal, wiec niedaleki był to spacer. Trup na pozór wyglądał zwyczajnie, ot nieruchoma sylwetka która oberwała kilka ciosów. Ubranie zwyczajnie, tyle o ile dopasowane do sylwetki. W kieszeniach kilka monet, kawałek sznurka, pół ugotowanego ziemniaka - słowem: nic nadzwyczajnego. Pytanie na ile "głęboko" Ergo miał zamiar zaglądać.
Żywa część tego powalonego rodzeństwa siedziała tam gdzie wcześniej, beznamiętnie obserwując poczynania Suma. Dziewczyna po chwili wstała, otrzepała się i podeszła do Bohatera, na odległość sążnia, ale tez bardziej od boku żeby nie zachodzić go od pleców. Złożyła ręce poniżej pasa, a wzrok skierowała w swoje buty, zajmując służalczą pozycję. Sum widział na jej twarzy mieszankę uczuć, lecz jeśli miałby ocenić to dominowała obojętność, możliwe że wypadkowa żalu i ale i ulgi.
Dla Keta
Hieronim faktycznie doskonale zdawał sobie sprawę gdzie w mieście trzymany jest hajs oraz oczywiście jak dobrze jest , a właściwie był, chroniony. Patrząc po okolicznych budynkach, sprawa musiała zadziać się nagle i nie każdy zdołał swój majątek zabrać, a straż raczej nie pozostała na swoich miejscach. Gorzej że dzielnica w której się znajdowali, może i była duża, lecz do najbogatszych nie należała, lub wręcz przeciwnie, był najbiedniejsza.
Dla Zell, Arbuza i Kerma
- No tak, one, w sensie napewno ta %#$#d!21!!
- No miałem zadzwonić w ten dzwon, pewnie że niby ściągnąłby tych popaprańców. Ta kobieta jest, znaczy pewnie była, skoro wy wyżyliście, ostro powalona, niby się jak normalny człowiek zachowywała, ale te oczy, to spojrzenie i siła taka, że jak się jej jeden dryblas sprzeciwił to go w powietrze uniosła, kark wykręciła i sama na stos przerzuciła. Ze dwie głowy od niej wyższy i ze trzy razy szerszy był.
- Oczywiście, wiecie, biegłem co by życie ratować, później schować, ale skoro to wy ... tom wyszedł. -

Mały Kurt vel Knut
Kurt leżał na plecach, patrząc w dym unoszący się znad stosu. Raz był gęsty, raz się rwał, jakby sam nie mógł się zdecydować, w którą stronę iść. Słowa Boscha wróciły same. Nie rozumiał połowy z tego, co tamten powiedział. "Mania", „kurtatela”, „nadania”… za dużo trudnych słów jak na prostą sprawę. Ale sens był jasny. Jeden gada, drugi pilnuje.
Kurt zmrużył oczy. Nie pierwszy raz ktoś tak mówił, kiedy chciał mieć go po swojej stronie. Przewrócił się lekko na bok, podpierając na łokciu. Spojrzał w stronę świątyni, potem na ludzi kręcących się po dziedzińcu, później na Boscha. Bosch miał gadane. Tacy czasem się przydają. Czasem pierwsi giną. Kurt splunął w bok. Przez chwilę jeszcze patrzył na ogień, jakby coś w nim liczył.
– Aha... - mruknął.
Opadł z powrotem na kamień, zamykając oczy na moment. Nie spał.
-
Cyrkowiec przez chwilę patrzył z niesmakiem na ten żywy obraz ludzkiej degrengolady, po czym pokręciwszy głową rzucił jej ziemniaka i monety. Wykorzystywać bogate pannice to jedno, ale tę życiową pierdołę... no z tego to Ranald nie byłby raczej dumny.
/- Nooo... to teraz nie będzie cię biła. I będzie trudniej. Bo sama będziesz musiała decydować o wszystkim. - spojrzał na ciało starszej z dziewczyn niezdecydowany. Może jakiejś paskudnej cioty dostała i dlatego taka wredna była? Ale coś cyrkowcowi w tym nie pasowało, bo biło się to to jak Kurt prawie. A łypało jak ci popaprańcy z ulicy. Nie zdecydował się jednak dokładniej przeszukać ciała - A ten "on" o którym mówiłaś. Co za jeden? Jej gaszek?
-
Z dzwonnicy wyszła grupa jaka biegła na nią ratować sytuację i powód całego zamieszania. Zamknięto za sobą wejścia do wieży odcinając od możliwych pomysłów jak i ostatnio się wydarzyło. Nadja widząc resztę towarzyszy niedoli pierwsza podeszła w ich stronę.
- Sprawa zażegnana. Ten - wskazała na mężczyznę co chciał w dzwon bić - mówi, że uciekał przed kobietami, z których jedna szalona chciała go bić. Zamierzał dzwonić by je szaleńcy odgonili czy coś. -

Oswald BraunOswald nie do końca rozumiał tego, co mówił niedoszły dzwonnik. To znaczy rozumiał każde słowo z osobna, ale jako całość... Nijak do niego to nie mogło dotrzeć.
- No cóż... - Wzruszył ramionami. - Będziesz dokładniej opowiadał tym na dole.
Z wysokości dzwonnocy spojrzał w dół, by zorientować się, co się dzieje w okolicy, a potem z innymi ruszył w dół.