Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Wieść o zwierzoludziach działających na tyłach armii wyraźnie niepokoi Gottharda, który uznaje sytuację za potencjalnie bardzo groźną – skoro bestie odważyły się zaatakować żołnierzy, muszą czuć się silne albo działać z czyjegoś rozkazu. Natychmiast przechodzi do działania, zasypując czarodziejkę pytaniami o liczebność oddziału Tileańczyków, skalę zagrożenia i położenie oblężonej wioski. Nie czekając na odpowiedzi, zaczyna wydawać rozkazy: Greta ma jak najszybciej przekazać raport dowództwu, a jego kozacy zostają postawieni w stan gotowości. Część z nich ma pilnować terenu przed ewentualnym podkradnięciem się wroga, podczas gdy reszta zbiera się przy nim, oczekując dalszych poleceń.
-
Nic nie rozumiał Tobias ze strzępek rozmowy w tym dziwnym, trochę śmiesznym języku - dziwne jednak było to, że gdzieś kiedyś już go słyszał. Zatrzymał się, kiedy usłyszał ton w jakim obcy mówili. Byli wyraźnie poddenerwowani i wymachiwali co chwila rękami w kierunku z którego przyszli.
Ze strzępek słów które Tobias usłyszał było miedzy innymi ''kreatua kornuta' które już gdzieś słyszał - w ponurym kontekście. Zaś 'ajuto' -prawie pewien był że znaczy 'pomocy'. Choć być może bardziej z kontekstu czy niemal błagalnego tonu żołnierzy.
Ciekawość zwyciężyła i Tobias zawrócił chcąc dowiedzieć się co Magini przetłumaczy... -
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Eitri westchnął na propozycję kiedy przełożona zaproponowała mu wóz.
- Wymówek nie trzeba Frau Falkenhorst. Wiem, że jestem najwolniejszy w tym pochodzie. - spojrzał na wóz. Wiedział, że kobieta nie ma złych intencji, propozycja jednak zabolała - Pilnować dobytku, co? Ano, to mógłbym robić…
Krasnolud zeskoczył z wozu, gdy tylko ten się przechylił, aby nie dodawać do niestabilności.
- Umgak wut!* - zaklął pod nosem widząc sytuację wozu. Szybko ruszył w stronę chłopaków trzymających wóz. Konkretnie podszedł do halabardników zabierając im oręż. Pierwszą z drzewcowych broni wbił w burtę wozu, opierając drzewiec o kamienie w strumieniu. Drugą dalej trzymał w jednej ręce, a drugą zaczął macać u podnóża koła, starając się wyczuć jaka jest sytuacja.
`Jak tylko krasnolud zeszkoczył w wody strumienia od razu poczuł się jak w rodzimych, górskich stronach. Ten strumień bowiem był tak rwący i lodowaty jak jakaś górska bystrzyca. Nawet jeśli rozmiarami nie mógł się równać do którejś z wielkich rzek na nizinach to jednak sprawić kłopot mógł. No i właśnie sprawiał.
Któryś z halabardników nie protestował gdy złapał za jego broń. I wszyscy ciut się posunęli aby zrobić mu miejsce na jego działania. Dało się wyczuć zdenerwowanie zaskakującą sytuacją ale też i upór aby ją przezwyciężyć. Coraz więcej wojaków dołączało do wozu aby spróbować opanować sytuację. Zaś gdy on sam zaparł się halabardą jak dźwignią ktoś szybko go wsparł i wspólnie zaczęli zmagać się z oporną masą wozu. Hugo umiejętnie wykorzystał sytuację strzelając lejcami, koń poszedł we właściwym kierunku, wojacy napierali na skrzynię wozu i ten w końcu przełamał ten moment bezwładności, drgnął najpierw powoli a potem koń szarpnął go uwalniając z matni. Hugo skierował go w stronę zachodniego brzegu. Częściowo mokrzy wojacy z obu oddziałów na wszelki wypadek pchali ten wóz póki najpierw kopyta zwierzęcia a potem koła pojazdu nie wylądowały na trawiastym brzegu.
- No! Udało się! Dobra robota! Kiepsko by było jakby się nam wszystko w tą kipiel wywaliło! - zaśmiała się Petra podjeżdżając bliżej i oglądając wszystko z pozycji siodła.
Eitri chwycił obie Halabardy, upewniając się, że nie znikną w odmętach strumienia.
- Gdyby nie gonił nas czas, sugerowałbym zrobienie prowizorycznej tamy. - zaczął krasnolud brodząc w wodzie. Wręczył oręż ich właścicielom i kiwnął im głową, w podzięce za pomoc. Po czym wciągnął się na wóz.
- Czekają nas podobne przeprawy jeszcze? - zwrócił się z tym zarówno do Petry jak i zwiadowców - Przy postoju obejrzę to koło, nie wiadomo czy ten mały manewr go nie uszkodził.- Tamy? Znasz się na tym? U nas w górach to sporo takich rzeczy. Nasz pan planował budowę mostów i kładek. No i dróg. Ale na razie to nie ma na to pieniędzy ani ludzi to zwykle chodzi sie brodami, czasem się jakieś drzewo zwali jako kładkę i tyle. Tam u nas to jeszcze dzicz jest. - odezwała się szefowa jakby pytanie krasnoluda przypomniało jej podobny temat z bardziej rodzimych stron. Skinęła broda w stronę widocznych nie tak daleko pasm górskich. Nie umywały się do Gór Krańca Świata pod żadnym względem no ale to wciąż były góry więc klimat i trudności przeprawowe powinny być podobne. Sama zaś spojrzała pytająco na Stefana jaki w końcu z nich wszystkich zdawał się najlepiej orientować w tutejszej okolicy.
- To Wolf psze pani. - wskazał na rzekę przez jaką się właśnie przeprawili. Skoro zamieszanie się skończyło to z ostlandzkiego brzegu zaczęli przechodzić halabardnicy.
- Takiej dużej to do Breder nie będzie. Będą mniejsze ale nie takie duże i silne jak ta. Da się przejść. - wyjaśnił Hochlandczyk raczej optymistycznym tonem.
- Bobry się na tym znają a wykształcenia nie mają. - zauważył Eitri - Ułożyć kupę kamieni w poprzek rzeczki to żaden wyczyn inżynieryjny. Pytałem, bo trzeba by było się na to przygotwać. - krasnolud zdjął but i wylał zebraną w nim wodę - Jeżeli zagnieździły się gdzieś, trzeba będzie samemu zainwestować w takie rzeczy. - krasnolud spojrzał w stronę gór - Znaleźć jakieś miejsce na kamieniołom, wyżwirować drogi może.
- No teraz to nie mamy na to czasu. Musimy do Breder dotrzeć najpóźniej jutro aby na ten targ zdążyć. Ale jak się ta cholerna wojna skończy to zapraszamy do nas w góry. Tam dużo takich rzeczy jest do zrobienia to się taki majster by przydał. - powiedziała młoda szlachcianka kiwając głową na znak, że widzi gdzieś pod swoimi skrzydłami rolę dla takiego umnego specjalisty od prac budowlanych.
Umgak wut - Kazalid - Kiepskiej jakości wyrób z drewna.
-
Duivel nie zamierzał słuchać rozmowy w nieznanym języku, w międzyczasie rozglądając się w skupieniu, wyczekując na jakiekolwiek niespodziewane zagrożenie. Jednak gdy usłyszał, że Alezzia zaczęła mówić w języku, który był mu dobrze znany, skierował swoje spojrzenie na nią. Jeśli którekolwiek spośród towarzyszy, rozejrzawszy się po okolicy, rzucił na niego okiem, mógł dostrzec radykalną zmianę w wyrazie jego twarzy. Mundo-naru, u którego uśmiech mógł wyglądać na naturalny wyraz twarzy (chyba że spotykał Paula Lechlera, wówczas pojawiał się na chwilę nieprzyjemny skrzywiony grymas), nagle przybrał poważniejszy wyraz. Mieli chronić te ziemie przed zbliżającym się zw schodu chaosem, ale o to, w lasach czaił się znany mu wróg...
Nikt inny, jak on, nie zdawał sobie sprawy, ilu zwierzoludzi zamieszkiwało głębokie lasy. Może doświadczenie wyniósł z Lasów Cienia, ale w Darkwaldzie też był kilka razy w swoim życiu. Znaczna część jego życia polegała na ekspedycjach w głąb mrocznego lasu, by odpędzać różne bestie od wiosek w północnym Ostlandzie, tam gdzie się wychował.- Jeśli ktoś użyczy mi swego konia, to szybko udam się do Petry. Nie znamy siły wroga, a może okazać się, że będziemy potrzebować wszystkich. Tak blisko krańca lasu duże grupy raczej się nie zapędzały, ale odkąd ze wschodu nadciąga cała armia, to może jakoś te dranie wyczuły i chcą dołączyć. Albo tak jak Gotthard mówi niech pobiegnie Greta, byle szybko. - mówił Elf jakby w ogóle nie musiał brać oddechu aby wypowiadać kolejne słowa. Popatrzył na Alezzię i dodał do niej.
- Szanowna magini, spytaj ich czy widzieli wśród tych potworów kogoś na kształt dowódczy. -
Oryginalny tytuł: Tura 04 - 2521.04.23; wlt; przedpołudnie
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Wszyscy - okolice krzyżówek
Po tym jak Gotthart gwizdnął zza drzew i krzaków zaczęli wychodzić ukryci do tej pory Kozacy. Tobias co też był w tym momencie jeszcze ukryty widział jak ci ruszyli w kierunku drogi koncentrując się stopniowo przy konnym dowódcy. On sam też jeszcze chwilę został na miejscu nim dał znać dwóch nowym znajomym Hochlandczykom, że pójdzie sprawdzić tą przesiekę jaką przyszli obaj nieznajomi. Samo pojawienie się Kozaków nieco zaskoczyło obu Tileańczyków i przerwało Alezzi rozmowy bo chcieli wiedzieć, czy ci wyłaniajacy się z lasu przybysze ze wschodu są z nimi. Jak się okazało, że tak to znów zaczęli tileańską rozmowę o całej tej sytuacji jaka ich tu sprowadziła.
Duiviel co stał w pobliżu konno - pieszej rozmowy nie miał zbyt wiele do słuchania póki rozmawiali w języku jakim nie znał. Ale mógł wspomnieć własną poranną rozmowę z niebieskowłosą dowódcą. Wysłuchała go co ma do powiedzenia na temat hochlandzkiego Stefana i jak coś sobie pomyślała czy postanowiła to tego mu nie obwieściła a on sam tego nie poznał. Ale skwitowała coś w stylu, że teraz wszyscy co się zaciągnęli pod sztandar jej pana to walczą z tym samym wrogiem.
Jak obserwował tych “cudaków” jak to ich przy brodzie określiła Greta to mógł dojść do wniosku, że wygląd ich wcale nie jest cudaczny. Wyglądali na dwóch piechurów z jakiegoś oddziału albo milicji. Więc ta “cudaczność” raczej nie wiązała się z ich wyglądem zewnętrznym a obcością mowy jakiej poza konną uczoną nikt tu chyba nie rozumiał. Obaj zaś wyglądali na mokrych i brudnych. Zwłaszcza nogawki spodni mieli mokre aż za kolana, podobnie jak rękawy gambesonów. Mokre i ubłocone. Z kawałkami liści i trawy jakie się do nich przyczepiły. Więc wyglądali jakby przedzierali się przez jakiś mokry i trudny teren.
A jak elf zaproponował dwójce górali wysłanie kogoś w stronę brodu aby zawiadomić szefową to skinęli głową ale też czekali na wynik rozmowy blond uczonej bo na razie to wszyscy mieli tylko swoje domysły o co tu może chodzić i mogliby Petrze zameldować niewiele więcej niż wcześniej Greta.
Stefan także czekał niedaleko elfa i konnych. No i Kozaków jak tych gwizdnięciem wezwał do siebie Gotthart. To się zrobiło całkiem ludno na tym leśnym, ponurym szlaku. Stał, słuchał, obserwował ale najbardziej interesująca rozmowa odbywała się w obcycm dla niego języku więc zostawało czekać aż magister przetłumaczy to na coś bardziej zrozumiałego. Bo wyglądało na to, że złapała z nimi język i jakoś się z nimi gada.
Też miał okazję wspomnieć odpowiedź innej blondynki z dzisiejszego poranka. Tym razem tej krótkowłosej sierżant z mieczem u boku i tarczą na plecach. Tak ona i jej miecznicy nosili te tarcze aby nie przeszkadzały w marszu. Zaś resztę rzeczy wieźli na wozie kierowanym przez Hugo. Powiedziała, że “się zobaczy”. Więc nie był pewien czy przyjmie jego zaproszenie na ten ćwiczebny pojedynek czy nie. Rano i tak nie było na to czasu bo mieli się przeprawiać przez Wolf i potem dojść jak najdalej się do do Breder. Zrobiliby dziś dobry kawałek to może jutro rano albo w południe byliby na miejscu więc szefowa nie chciała zwłóczyć a sierżanci wzięli w karby swoje oddziały aby wypełnić ten zamiar. Teraz jednak stał niedaleko rozmawiających i czekał co z tego wyniknie. Na razie jakoś nie wyglądało aby ktoś miał ich tu napaść.
Tobias zaś widząc, że rozmowa jest z tych dłuższych i niejako na raty jak w obie strony wszystko musiało iść przez Alezzię to ruszył tam gdzie zamierzał od początku. Obaj Hochlandczycy skinęli mu głową na znak powodzenia i aprobaty. A on sam poszedł tam skąd przyszli ci dwaj. Szedł a poranne i nocne deszcze były jego sprzymierzeńcem bo skutecznie zmyły wszystkie ślady pozostawiając tylko kontury kolein i tych śladów tak zniekształconych przez deszcze, że zmieniły się w doły obecnie napełnione mętną, błotnistą wodą. Na tym tle wprawne oko tropiciela widziało dwa ślady piechurów i czytało z nich jak z otwartej księgi. Ostatni kawałek obaj biegli. Bo kroki były dłuższe. Biegli w kierunku tej drogi jaka prowadziła od brodu do Breder. Jeśli byli ranni to niezbyt poważnie. Bo nie widział śladów krwi na ziemi. A i ranni, zwłaszcza ciężko ranni, zwykle mieli kłopot aby biec. A tropy szły dość prosto. Znaczy o ile “prosto” można uznać, że próbowali omijać co większe, nieprzyjemnie wyglądające kałuże i doły z mętną wodą. Zaczęli biec zaś w miejscu skąd widać było poprzeczną drogę tak jak i on chociaz już chyba z półtorej setki kroków ale widział jeszcze rozmawiającą grupkę. Nawet jeśli już nie widział zbyt wielu detali ani nie słyszał głosów. Poszedł jeszcze kawałek i tam było bez niespodzianek. Widział jak dwaj piechurzy maszerowali tam gdzie się dało obok siebie a gdzie niezbyt to jeden za drugim. Dość spacerowym tempem. Innych śladów nie dostrzegł więc wyglądało na to, że od poranka ci dwaj byli pierwszymi użytkownikami tej drogi. W końcu nie chcąc za daleko wędrować sam przystanął i czekał na rozwój wypadków. W pewnym momencie dostrzegł zbliżających się dwóch Kozaków. Też szli wzdłuż drogi tak samo jak on niedawno. I gdy się zbliżyli zatrzymali się i czekali we trzech na to co tam wyjdzie z tego spotkania. Aż ciekawość zwyciężyła i Tobias postanowił wrócić z powrotem w stronę grupki przy krzyżówkach.
Alezzia nigdzie się zaś nie wybierała. Dawno nie miała okazji porozmawiać z krajanami w ojczystej mowie. Ale oprócz przyjemności rozmowy w rodzimym języku chyba była jedyną osobą w tym gronie jaka rozmawiała po tileańsku więc jak już się dowiedziała od obu kuszników co najważniejsze to spadła na nią rola tłumacza. Gdy musiała jednym tłumaczyć pytania tych drugich a potem ich odpowiedzi tym pierwszym. Zajmowało to więcej czasu niż swobodna rozmowa gdy obie strony mówiły tym samym językiem ale było do zrobienia. Tak jak zaczęła od rzeczy o jakie pytał Gotthart.
Wynikało, że kuszników było z tuzin. Z czego im trzem udało się wydostać z matni i mieli sprowadzić pomoc. Niestety jedyny z ich trzech jaki mówił w imperialnej mowie oberwał i ledwo jego towarzysze go wywlekli z tych bagien do wioski. Tam się dobrzy ludzie nimi zajęli i przyjęli z rezerwą ale całkiem gościnnie, Napoili, dali chleba ze smalcem i rybami ale w ogóle tam nie dało się z nimi dogadać a Edgaro już się do niczego nie nadawał. Na migi i gdakając do siebie obaj kusznicy dowiedzieli się gdzie jest jakieś miasto czy wojsko i poszli drogą wskazaną przez wieśniaków zostawiając ciężko rannego kolegę pod ich opieką. I na szczęście trafili na dwójkę konnych górali co wyglądali jak z jakiegoś wojska. No ale ci też nie rozmawiali w mowie odległych południowców. A ile było tych zwierzoludzi to nie wiadomo bo byli we mgle. Tylko ich nadlatujące strzały i oszczepy było widać. A jak już któregoś to tak krótko, że było tylko parę kroków nim zaczynała się bezpośrednia walka. Dlatego jak porucznik Ferro dojrzał tą zatopioną w bagnie starą farmę to tam kazał iść no i się bronili. Zamknęli się tam i bronili. Ale i tak mgła była straszna coś widać było tylko na kilka kroków, jakieś majaczące sylwetki i kontury ledwo kilka kolejnych kroków.
Gdy pani czarodziejka zaczęła tłumaczyć to wszystko kolegom Gotthart dał znać Grecie aby pojechała z powrotem do brodu. Teraz już coś było wiadomo więcej niż gdy ona sama przyjechała parę pacierzy temu mówiąc o “dwóch cudakach”. Zresztą Duivel też postąpił podobnie ponaglając góralkę do jak najszybszego przekazania wieści. Konia jednak mu nie uzyczyła. Ani Lotar. A i Alezzia czy Gotthart też się jakoś nie kwapili do zsiadania z siodeł. Ale Greta pojechała z powrotem przekazać wieści szefowej. Jeszcze widzieli jej plecy i zad jej kuca gdy odjeżdżała póki nie znikła za najbliższym zakrętem. Gotthart zaś posłał swoich dwóch najlepszych zwiadowców w stronę drogi na południe zaś reszta czekała w jego pobliżu co z tego wszystkiego wyjdzie. I tak czekali wszyscy rozmawiając między sobą czy za pośrednictwem uczonej z dwoma kusznikami. Aż znów pokazała się konna Greta wracając z powrotem i dając znać, że wojsko już przeprawiło się przez bród i już tu jedzie. Z pół pacierza później rzeczywiście pokazała się forpoczta złożona z myśliwych Stefana a za nimi reszta oddziałów. Jeszcze trochę czekania i już mogli się spotkać ponownie wszyscy razem.
Także Eitri przyjechał na wozie siedząc na koźle obok Hugo. Po zarzegnaniu kryzysu podczas przeprawy brodem obyło się już bez większych przygód. Halabarnicy Meistera przeprawili się na hochlandzki brzeg jako ostatni. Potem jeszcze kto najpierw siągnął to teraz zakładał swoje portki i resztę dobytku. Aż ludzie Stefana dali znać, że wraca Greta. Po chwili rzeczywiście ukazała się góralka dosiadająca kuca i zaczęła rozmowę z Petrą streszczając jej czego się dowiedzieli. Ci dwaj “cudacy” to chyba jacyś tileańscy kusznicy i szukali pomocy dla kolegów oblężonych na mglistym bagnie przez zwierzoludzi. A, że już wszyscy się przeprawili to Petra kazała uformować kolumny i ruszać dalej zaś Gretę posłała z poleceniem aby reszta poczekała bo już tam do nich jadą. A gdy się ponownie spotkali z pacierz później to sami mogli się przekonać jak się sprawy mają.
- To mówicie jest was tam z tuzin na tej farmie… Tuzin ciężkich kuszników z Tilei… Porucznika Ferro… I mgła i bagna tam są… I zwierzoludzie co was tam osaczyli… - Petra siedząc w siodle dość dobrze podsumowała tego wszystkiego co za pośrednictwem świetlistej blondynki udało im się dowiedzieć od obu kuszników. Szefowa widocznie namyślała się co tu teraz zrobić. Zerknęła na zachód wzdłuż wąskiej, błotnistej przesieki jaką do tej pory wędrowali. Tam było Breder. Wciąż mieli szansę tam dotrzeć do jutrzejszego południa. Po czym spojrzała na południe. Na podobny, błotnisty szlak jaki miał prowadzić do tej wioski o jakiej mówili obaj kusznicy, bagna, mgły no i ich kolegów obleganych przez zwierzoludzi.
- Stefan, znasz tą wioskę? I te bagna? - zanim podjęła decyzję zapytała się swojego przewodnika co u co niektórych kolegów wzbudzał tak wiele kontrowersji.
- Ta je psze pani! To Tongruben psze pani! Tam mają dobrą glinę, dobre garnki i dzbanki z niej wychodzą to robią te dzbanki. I to leży zaraz na skraju mokradeł. Mgliste Bagna na nie wołają. I ta opuszczona farma też tam jest. Ci z Tongruben mówią, że przeklęta! To nie tak daleko. Ale tam zawsze mgła jest to nie tak łatwo trafić. Trzeba wiedzieć jak iść. - Stefan jak zwykle uśmiechał się szczerze jakby bawiła go ta cała sytuacja. I radośnie, bez skrępowania odpowiadał szefowej na jej pytania jak prostoduszny człek powinien gdy rozmawiał z lepiej urodzonymi.
- A te zwierzoludzie? - Petra pokiwała głową i znów namyślała się chwilę. W końcu zadała mu kolejne pytanie.
- A tak, zwierzoludzie tak psze pani, zwierzoludzi to tu dostatek! Zawsze się da trafić na jakąś ich bandę. Chytre są i czujne, nie tak łatwo je podejść ale jak się uda to taki łeb zawiesić nad kominkiem albo sprzedać jakiemuś panu to można, można. Ale tych co oni mówią to zbyt dużo pewnie nie jest. - myśliwy ze swadą tłumaczył jak to tutaj bywa z tymi plemionami pierwotnych dzieci Chaosu jacy od zawsze stanowili dla ludzi wrogą im nację.
- Dlaczego tak uważasz? - zapytała szefowa którą to ostatnie zdanie widocznie zdziwiło.
- A bo ci dwaj się wymknęli. I jeszcze potem wlekli rannego. Czyli kopytnych nie było zbyt wiele. Albo gdzieś sobie poleźli z innej strony i im się akurat udało. No i to nie może być cała horda bo by ich od razu zgnietli. Teraz bu obgryzali ich gnaty i wyżerali oczy z oczodołów. To jakoś na mój rozum prostego człeka zbyt wielkie stado to być nie powinno. - odparł Stefan ale już bez swojego dość niefrasobliwego uśmiechu. Teraz mówił jak doświadczony myśliwy za jakiego się podawał i jaki niejedno już widział, słyszał i przeżył.
- Czyli mówisz, że nie powinno być ich zbyt dużo? No dobra. To pojedziemy do tego Tongruben. I zobaczymy jak się tam sprawy mają. W końcu nasz markgraf prosił abyśmy w miarę okazji dokonywali chwalebnych czynów i, że inni będą nas oceniać i obserwować bośmy nowi i bez opinii. - szefowa zdecydowała się wreszcie co powinni robić. I wydała rozkazy. Kozacy Gottharta mieli iść przodem i zabezpieczać jedną flankę kolumny zaś myśliwi Stefana podobnie tylko z drugiej strony. Potem miecznicy Theiss, wóz i halabardnicy Meistera. Sierżanci zaczęli przekazywać rozkazy i formować kolumny. I po chwili kawalkada zboczyła z główniejszej przesieki na tą mniej uczęszczaną.
Wszyscy - osada Tongruben
Droga do wioski zajęła ze dwa pacierze zapewne. W końcu przybyszom ukazała się dość ponuro i odpychająco wyglądająca wioska.

https://i.imgur.com/MyxGZ5F.jpg
Z niej nieco trwożliwie wyszło paru ludzi. Reszta trzymała się w pobliżu swoich chat i obejść ale widać było, że są dość nieufni do sporej grupy obcych. Do tego uzbrojonych. Te pierwsze lody pomógł przełamać Stefan.
- Pochwalony wujaszku Thomas! - zawołał do któregoś z nich i wyszedł z ramionami jakby chciał go objąć na przywitanie. I jakoś to poszło. Tubylców chyba uspokoiło to, że obce wojsko nie przyjechało tu palić, gwałcić, rabować i kwaterować tylko są w sprawie tych obcych z bagien. Zaprowadzili Petrę i jej świtę do chaty gdzie złożono rannego kusznika. Zrobiono mu posłanie na piecu więc miał ciepło i całkiem wygodnie. Dwaj jego koledzy za pośrednictwem swojej uczonej rodaczki tłumaczyli jak to było.
Porucznik Ferro szukał ochotników aby się spróbowali przebić i sprowadzić pomoc. Oczywiście z powodu bariery językowej rozmów z tubylcami zgłosił się Edgaro. A oprócz niego właśnie jego dwaj obecni towarzysze czyli Alberto i Renzo. Zostawili swoje bełty i kusze oraz cały ekwipunek jaki mógłby ich obciążać i zdradzać obecność. Zabrali tylko kordy. Przekradali się po ruinach tej zdezelowanej farmy. A potem w górę rzeki. Szli i szli przez tą mgłę i bagna. Aż dotarli tutaj, do wioski. Czyli właśnie do Tongruben. Ale wcześniej natknęli się na dwóch rogatych. Wyskoczyli znienacka z tej mgły nie wiadomo skąd. Jednego udało im się zabić a drugiemu dołożyc tak, że zwiał. Ale wcześniej Edgaro oberwał tak mocno, że Renzo i Alberto wzięli go za ramiona i wlekli. Szli jak najszybciej potykając się i topiąc w tym bagnie aby jak najszybciej i jak najdalej wyrwać się z tej matni i ujść ewentualnemu pościgowi. I chyba się udało bo dotarli do tej wioski. Petra jak popatrzyła i posłuchała tego wszystkiego znów miała niezły orzech do zgryzienia.
- Zobaczy czy dasz radę mu jakoś pomóc. - zwróciła się do Alezzi ale na razie wyszła na błotnisty dziedziniec wioski. Znów wsiadła na swojego konia jakby miała dzięki temu lepszą perspektywę. Wpatrywała się w kierunku ściany mgły jaka skrywała te bagna ich zagrożenia, tajemnice i oblężonych kuszników.
- Nie ma co się zastanawiać. Albo trzeba wejść po nich w te bagna albo wracać na szlak do Breder. Co radzicie? - spojrzała w dół na najważniejszych dowódców oddziałów i różnej maści specjalistów. Pytanie było jak najbardziej na miejscu. Na razie nic wielkiego się nie stało biorąc pod uwagę główny cel jaki mieli wyruszając z Lenkster czyli zrobienie zapasów w Breder. Ot straciliby dzwon czy dwa na przyjazd do Tongruben i rozeznanie się w sytuacji. Mogliby zabrać tą trójkę ocalałych albo zostawić i jechać dalej za swoimi sprawami. Mogli też spróbować ruszyć w tą mgłę i bagna aby spróbować ich odnaleźć i uratować. O ile jeszcze było kogo ratować. Bagno jednak było samo w sobie trudnym terenem do prowadzenia walki i przemarszów. Do tego ta mgła. Coś widać było może na pół setki kroków, coś tam majaczyło góra do kolejnej setki. Co przeszkadzało w orientacji w terenie a i ograniczało możliwości strzelców. A tu był skraj tych bagien. W głębi mgła miała być gęstsza. Kusznicy opisywali, że przy farmie to coś widać ledwo na parę, paręnaście kroków. Jakby tak miało być to w ogóle strzelcy mieliby ograniczoną użyteczność. A poza tym zwierzoludzie słynęli z wszelkich forteli, podstępów i zasadzek. Nie było dziwne, że szefowa chciała zapytać innych o zdanie. Jedyne czego była pewna to to, że w tej wiosce nie było co stać po próżnicy.
- Trzeba by po nich pójść. Ale w te bagna i mgłę to może być ciężko. Pogubić i potopić się można. A jeszcze mają tam być zwierzoludzie. - odparł Meister w swoim oszczędnym stylu.
- To żołnierze. Jak ich zostawimy to nie wiem czy ktoś z nich się wyrwie. A na naszą wojne przyszli. - Theiss okazała podobne, ostrożne poparcie chociaż też nie wyglądała na taką co by miała ochotę zanurzać się w tą mgłę i bagna. Ale wydawała się odczuwać jakieś pokrewieństwo z innymi wojakami.
- Jak trzeba to ja mogę zaprowadzić. Wiem gdzie jest ta farma. - odparł wesoło Stefan ale nie chciał się sam wyrywać z jakimiś większymi deklaracjami.
Na czterech dowódców oddziałów trzech mniej więcej wydawało się skłonnych zaryzykować pomoc oblężonym kusznikom. Chociaż zdawali sobie sprawę, że teren jest bardzo niesprzyjający i to ich wyraźnie nie nastrajało zbyt entuzjastycznie. Więc Petra spojrzała na czwartego z dowódców czyli Gottharta. I przesunęła się po reszcie twarzy czy mają coś do powiedzenia w tej sytuacji.
Mecha 04
Zmienne wiatry magii
rzut 2k10:
01 magia cienia
02 magia metalu
03 magia niebios
04 magia ognia
05 magia śmierci
06 magia światła
07 magia zwierząt
08 magia życia
09 magia dhar
10 magia innarzut: https://orokos.com/roll/980342 7,4
7 > magia zwierząt +2 do rzutów
4 > magia ognia -2 do rzutów -
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)okolice krzyżówek
Elf podczas rozmowy Petry ze Stefanem stał jak najbliżej nich, słuchając co mają do powiedzenia. Większość wniosków Stefana miało pokrycie w tym czego i on doświadczył nie raz w Lesie Cieni. Jednak szybko dodał coś od siebie na koniec rozmowy, jeszcze zanim Stefan odszedł od szefowej
- Szanowna Pani i przewodniku, nie możemy wykluczyć, że w związku z wojną na wschodzie, zwierzoludzie są przyciągani przez Chaos aby dołączyć do wojny. Jest też mała szansa, że to byli zwiadowcy wypuszczeni na przód większego oddziału i część wróciła z informacją o żołnierzach do dowódcy. Na szczęście dla nas, wyglądało to raczej na łatwe zwycięstwo pomiotów i nie powinni wysyłać posiłków. W każdym scenariuszu liczy się tylko to, że musimy działać szybko. - Następnie zwrócił się bezpośrednio do Petry
- Droga Petro, czy mamy w naszych szeregach innego maga niż Alezzia? Jestem ciekawy czy jakoś moglibyśmy pozbyć się mgły… - na samym końcu jeszcze nie czekając na odpowiedź, popatrzył na Kolesnikowa i do niego też skierował pytanie
- Szanowny …przewodniku, bywałeś tu najczęściej z nas wszystkich. Te mgły to naturalne zjawisko w tym miesiącu? Są jakieś godziny w ciągu dnia w których mgła jest mniejsza i widoczność lepsza dla łuczników?
- Tak szanowny panie elfie. Zawsze tu jest jakaś mgła. Dlatego zwą je Mgliste Bagna. No i wiadomo, w gorące dni, w lecie, w środku dnia to jest jej mniej. Ale teraz na wiosnę, jak całą noc padało to teraz to paruje. Mgła będzie gęsta do wieczora. Zwłaszcza na bagnach bo tam zawsze mokro i pełno wody. Więc to normalne psze pana. - Stefan odparł szybko i bez wahania. Uśmiechnął się przymilnie do elfa gdy to mówił aby okazać swoje szczere intencje. Reszta tych co zdecydowali się przysłuchiwać rozmowie na krzyżówkach dalej stała w pobliżu obserwując przebieg rozmowy.
- A to ci jednego maga to mało? - zaśmiała się rozbawiona szefowa gdy ją z kolei zapytał o innego maga w ich oddziale. Ale poza świetlistą, konną blondynką to coś się nie zanosiło aby ktoś inny mógł być tu magiem. Większość kolumny stanowiły oddziały zaciężnych wojaków jacy zwerbowali się pod sztandary górskiego markgrafa.
- Ale zobaczymy jak będzie z tą mgłą. Może nie będzie tak źle? Mgła to jak wiatr albo deszcz. Jak jest to wiele nie poradzisz. - szefowa zdawała się podchodzić do sprawy mgły jako jednego z elementów pogody i chyba wątpiła aby coś dało się z nią zrobić. Chociaż popatrzyła jeszcze z siodła kontrolnie na uczoną czy może jednak coś by mogła na to zaradzić.droga do Tongruben
Podczas drogi, nastąpiła również wymiana zdań z Gotthartem. Ogólnie podczas podróży do Tongruben, Duivel coraz śmielej zagadywał do różnych osób, podszedł także bliżej do magini Alezzi i odezwał się, wcześniej się kłaniając
- Droga Magini, czy magia, którą umiesz zawiera jakieś czary związane z silnymi powiewami wiatru? Myślę o rozproszeniu mgły, abyśmy mieli lepsze szanse ze zwierzoludźmi. Pani widzi, mamy tu wielu łuczników, którym będzie ciężko na polu bitwy. Czyż to nie jest zabawne, że Elf chodzi tu z łukiem bez żadnej wiedzy magicznej, a człowiek posiadł wiedzę na temat jednej z części Aethyr *… - elf podczas rozmowy rzadko spoglądał na Alezzie. Może nie lubił zadzierać głowy do góry, aby patrzeć komuś w oczy, gdy ten jedzie na koniu, a może nie chciał zdradzać zbyt wiele swoim rozmówcom. Jednak w kilku momentach, można było dostrzec szczeru uśmiech i wzrok jakby pełen podziwu gdy mówił o człowieku, który okiełznał magię.
Alezzia uśmiechnęła się lekko do elfa gdy ten do niej zagadał. Spokój jakiś zdawał się promienieć z jej sylwetki nie dostawał do typowego człowieka.
- Wiatr, który opanowałam nie posiada takich możliwości. Hysh to, mówiąc kolokwialnie, magia światła. Przykro mi. - skłoniła głowę w zasmuceniu - Moja specjalizacja opiera się na innych talentach. Może pomógłby Magister z wiatrem Ghyran, ale niestety nie ja. Hysh pomoże gdy będzie trzeba zmierzyć się samym Chaosem, ale prawdziwego wiatru nie opanuje .
Duivel podziękował za odpowiedź, znów ukłonił się nisko, serdecznie się uśmiechnął i zwolnił, gdyż ciężko prowadziło się rozmowy z osobami jadącymi na koniu. Następnie udał się pośpiesznie na wóz, gdzie siedział tak dobrze strzelający krasnolud. Ukłonił się lekko, zdjął kaptur i z uśmiechem zaczął mówić do współtowarzysza podróży.
- Mości krasnoludzie, nie pamiętam czy już gratulowałem drugiego miejsca w strzelaniu. Fantastyczny wynik. W każdym razie ciekawi mnie czy ten twój sprzęt to lepiej radzi sobie w strzałach dystansowych czy może z bliska też będzie skuteczna? Może przy jakiejś sposobności będziemy mogli wymienić się wiedzą o naszych jakże innych, a jednak podobnych broniach.
- Witaj, wutelgi. - zaczął krasnolud unosząc brew, na otwartość elfa - Przewaga broni palnej nad łukiem to zasięg w jakim jest skuteczna. O ile "Odległa Pięść" spisze się lepiej od łuku na bliższy dystans, łuk nie ma tendencji do zawodzenia. Ruchome części, mokry proch, czy zniekształcenie lufy od przegrzania mogą sprawić, że będzie mi bardziej przydatny jako maczuga. Do tego umiejętność. - krasnolud westchnął i pogłaskał swoją broń - Każdy idiota, może wycelować broń palną, nacisnąć spust i coś trafić. Łuk wymaga umiejętności, lat treningu i pewnego oka. W rękach wprawnego strzelca będę się bał łuku ponad najładniejszą pukawkę.
- Owszem, nie mylisz się co do łuków, ale dobry nauczyciel może sprawić, że szybko opanujesz podstawy, a potem już tylko trening. Co do twej jakże ciekawej broni, to myślę, że jesteś zbyt skromny... Przy lepszych warunkach chętnie wziął bym lekcję z obsługi, szczególnie od tak zacnego strzelca... - Duivel ukłonił się i z uśmiechem na twarzy zeskoczył z wozu. Resztę drogi do osady spędził na rozglądaniu się po okolicy, chcąc wychwycić jakieś cechy terenu, które mógłby wykorzystać w walce ze zwierzoludźmi.osada Tongruben [/center]
Gdy dotarli na miejsce, Duivel poszedł za sierżantami i porucznik do chaty gdzie znajdował się ranny kusznik. Podczas gdy Alezzia płynnie tłumaczyła opowieść pozostałych dwóch kuszników, Elf udał się w pobliże łoża na którym leżał. Mundo-naru nie czekał aż magini odprawi swoje czary i jeszcze podczas Jej rozmowy z obcokrajowcami przyjrzał się dokładnie rannemu Tileańczykowi i ku swojej radości stwierdził po sumiennych oględzinach, że wie jak choć trochę pomóc rannemu. Spotkał się już wcześniej z podobnymi obrażeniami zadanymi przez zwierzoludzi, także wziął się do roboty i po jakimś czasie poszkodowany mógł poczuć się lepiej.Test na inteligencje do leczenia. Int 45 + bonus 20 - stan zdrowia 30 : 1d100 22
Leczenie : 1d6 6Elf usłyszał, jak Petra prosi Alezzię o pomoc i wtrącił w rozmowę dwóch kobiet
- Szanowne Panie, w międzyczasie udało mi się opatrzeć nieco rany kusznika, powinno być z nim nieco lepiej. Także jeśli lepiej zachować magiczne siły na później, to nie trzeba w tej chwili bardziej uzdrawiać rannego - ukłonił się i wyszedł z chaty nie czekając na odpowiedź.
Zajął się teraz bardziej przyziemnymi sprawami. Wypchał swój kołczan strzałami, sprawdził napięcie cięciwy, poprawił małą tarczę przywiązaną do pasa, a na końcu wyjął swoją szablę z pochwy aby sprawdzić czy przypadkiem nie zardzewiała. Jego bystry wzrok przydaje się często na co dzień, jednak gdy znajdzie się w tak gęstej mgle, to nawet ta cecha może okazać się zbędna, a wtedy przydałoby się aby jego broń awaryjna była zdatna do użytku.
W międzyczasie Petra już wyszła z chaty i rozmawiała z dowódcami poszczególnych regimentów. Elf podszedł do nich i przysłuchiwał się dyskusji, a jeśli ktoś stał trochę dalej to próbował wyczytać słowa z ruchu warg. Następnie stanął bliżej i zaczął dość głośno mówić- Co do wyprawy droga Petro, to łucznicy mogą tam bardziej przeszkadzać niż pomagać gdy widoczność będzie na dwa kroki. Jeśli mamy sposób na rozproszenie mgły to chętnie pójdę wybić paru zwierzoludzi. Jeśli jednak jest inaczej… to będę czekał na Wasze postanowienia - Duivel skończył zdanie i rozglądał się po twarzach dowódców i innych zgromadzonych w pobliżu. Po krótkiej chwili spytał donośnym tonem ogółu zgromadzonych wokół.
- Mamy jakieś eliksiry, które przydadzą się nam na polu bitwy? - wypowiedział to pewnym siebie głosem, z lekkim, zwyczajnym uśmiechem na twarzy.wiatrów magii
ps
sorki za ten rzut na dole, testowałem
|-
-
osada Tongruben
…Bagna są bardzo zwodnicze, wydaje Ci się że wchodzisz na polanę, po której można sobie hasać niczym sarenka. Łatwo jednak stracić orientację, bo bagno żyje, wciąż się zmienia. Wystarczy jedno zanurzenie po pas i uświadamiasz sobie że nie wiesz gdzie jesteś, zwłaszcza gdy jest mgła. Brnąc przez moczary co rusz niewidzialna siła wciąga Cię w otchłań, zasysa i pochłonie Cię jeżeli nie będziesz ostrożny Tobiasie. A im bardziej się szarpiesz i chcesz wyrwać tym bardziej Cię pochłania. Bagno jest cierpliwe, wykańcza powoli, czekając aż opadniesz z sił i się poddasz. Tylko spokój może Cię uratować. Spokój i ‘trzecia noga’ - długi kij którym oprzesz się o twardy grunt i który możesz podać towarzyszowi. Siekniesz nim przez łeb zwierzoczłekowi jak będzie trzeba. Nie wyruszaj bez niego na bagna…
Tobias kończył przycinanie grubej długiej gałęzi która nadawała się na ‘trzecią nogę'.- Wuj zawsze miał rację - wspomniał Tobias a gdy kij uznał za skończony skierował się w stronę ‘szefowej’.
- W gęstej mgle zwierzoludzie będą widzieć równie słabo jak my, węch też nie na wiele się im zda, jeżeli podejdziemy w kilku grupach, ich wzajemny zapach też im nie ułatwia sprawy. Widziałem łódkę czy dwie może można część drogi nimi przepłynąć. Mają przewagę słuchu dlatego może przydałaby się hałaśliwa grupka albo dwie. Garść albo dwie kamieniu rzuconych to tu, to tam może zmylić zwierzoludzi. - kontynuował Tobias patrząc Petrze prosto w oczy. - Nie tylko na ich trzeba uważać na bagnach. W Ostlandzie można się na nich natknąć na olbrzymie pijawki, czerwie i mięsożerne krwawniki, no i chmary owadów.. Nie sądze, żeby w Hochlandzie było pod tym kątem lepiej.’
Osobiście chętnie utłukłbym kilka bestii, ale ratunek żołnierzy ma pierwszeństwo a z doświadczenia wiem że gdy zwierzoludzie biorą kopyta za pas gdy wiedzą że mają do czynienia siłami większymi niż ich. Uważam zatem że powinniśmy ich po prostu stamtąd przegonić.
Może panna Alezzia - tu Tobias odwrócił głowę w stronę czarodziejki, lekko się kłaniając - ma jakiś sposób by to właśnie uczynić.No i szefowo upewnij się by ludzie idący na bagna mieli ze sobą to - Tobias uniósł trzymany w ręku kij.
-
Stefan z uwagą przysłuchiwał sią uwagom i opiniom zapytanych przez Petrę o wyprawę ratunkową na bagna podwładnych. Po czym dodał swoje trzy grosze:
Uważam, że zdecydowanie należy im pomóc. Dzisiaj oni są w okrążeniu, a jutro to możemy być my. Poza tym chyba każdy z tu obecnych miał do czynienia z tą paskudną, nic nie wartą nacją kozojebców. Nikt nie zasługuje, żeby zostawić go na taką śmierć! - w ostatnich słowach Stefana słychać było szczerą nienawiść i pogardę dla wrogów, którzy rozszarpali na strzępy zdecydowanie zbyt wielu jego towarzyszy. - Jednak w pełni zgadzam się z obawami związanymi z terenem. Nie możemy tam wejść na ślepo, bo te dranie wciągną nas w zasadzkę albo uciekną bez strat.
Spoglądając na Gottharda i Duivela ciągnął dalej:
Zgadzam się z tym, że teren i ta mgła może stworzyć zagrożenie dla naszych zwiadowców. Ale nie sądzę, że wysyłanie przodem ciężko zbrojnych będzie dobrym pomysłem, bestie jeszcze łatwiej ich wypatrzą i wciągną w walkę w niekorzystnych dla nich warunkach, a odwrót będą mieli utrudniony ze względu na cięższy ekwipunek. Zwiadowcy mimo wszystko powinni mieć szansę, jeśli to dobrze rozegramy, podejść wroga i pozwolić nam przyjąć walkę w dogodnych albo co najmniej wyrównanych warunkach, a w najgorszej sytuacji zrobić to, do czego są stworzeni, czyli znaleźć wroga i związać go walką na tyle długo aż cięższe oddziały zdążą się uszykować do walki.
Skończywszy zdanie przeniósł swój wzrok na Tobiasa:
-Pomysł z podziałem na kilka grup jest ciekawe i prawdopodobnie skuteczny ale stwarza także poważne ryzyko, że bydlaki będą bić nas częściami. A co do ich przewagi w powonieniu to mamy w oddziale kilka psów które powinny należycie użyte pozwolić nam wyczuć ich nie później niż oni nas. No i zawsze możemy spróbować podejść ich pod wiatr, aby osłabić ich możliwość wywąchania nas.
Po tych słowach spojrzał na sierżanta zwiadowców:Ufam w umiejętności naszych zwiadowców Panie Kolesnikow, mimo to uważam, że kluczowe będzie to aby wziąć kilku dobrych przewodników spośród miejscowych. Te bestie chaosu na pewno im też sprawiają wiele kłopotów, więc powinnyśmy dać radę ich przekonać do pomocy, jest to w ich własnym interesie. Miejscowi pokażą nam najbardziej zdradliwe niebezpieczeństwa na trasie i mogą wskazać te ścieżki o których mogą nie wiedzieć nawet zwierzoludzie. Tych którzy są zorientowani w temacie trzeba w ogóle wypytać co wiedzą o tej bandzie potworów. Jest jeszcze jedna kwestia, zwierzoludzie nie są głupi, więc powinniśmy założyć, że obsadzili wioskę czujkami jako najbliższe miejsce z którego może nadejść odsiecz i należałoby się ich pozbyć wysyłając własnych zwiadowców. Reasumując proponowałbym wysłać naprzód kilkuosobowy oddział zwiadowców który przecierałby szlak dla reszty naszych oddziałów i szukał drogi do okrążonych oraz starał się znaleźć przeciwnika zanim on znajdzie nas. Zgłaszam się na ochotnika do tego oddziału.
Stefan spojrzał w kierunku bagien i dodał po chwili spoglądając na czarodziejkę:
Nie znam się na tych sprawach Pani di Lucci ale chciałem się spytać czy jest Pani w stanie wyczuć/ sprawdzić czy w tym gadaniu o tym że ta farma na której bronią się żołnierze rzeczywiście jest “przeklęta” w jakiś sposób czy to tylko takie gadanie? -
- Z całym szacunkiem Herr Jeager, mówiłem o przewadze słuchu, nie powonienia. Chciałbym przypomnieć też, że bagno to nie łąka czy las, nie da się od tak kogoś okrążyć, zwłaszcza gdy nie wie się gdzie on się dokładnie znajduje. Jeżeli jest tam gęsta mgła to nie ma wiatru, albo jest niewielki więc ani zwierzoludzie ani nasze psy nie poczują nic do ostatniej chwili, zwłaszcza że bagna wydzielają 'własne' zapachy, nierzadko dość intensywne - gnijące zwłoki na przykład.
Jeżeli mielibyśmy jedynie przepędzić bestie i ratować ludzi to powinniśmy iść w dużej liczbie i narobić hałasu. Jeżeli zaś mamy zamiar ubić jak największą liczbę kozich synów, to lekkie oddziały powinny - jak słusznie sugerujesz Herr Jager -pójść przodem i w razie natknięcia się na zwierzoludzi pozorować ucieczkę tak by wciągnąć je naprzeciw naszym najsilniejszym siłom.
-
- Z całym szacunkiem Herr Walder, może Pan mieć racje z powonieniem ale nie rozumiem pańskich odniesień do łąk, oczywistym jest że teren ogranicza nam bardzo możliwość manewru. co nie znaczy że powinniśmy rozejrzeć się za możliwością skorzystania z alternatywnych dróg które mogą nam pomóc przeciwnika okrążyć, np wspomnianych przez Pana łodzi czy ścierzek znanych miejscowym . Po za tym nie mogę się zgodzić z propozycją robienia hałasu, tak czy tak lepiej do ostatniej chwili starać się przeciwnika podejść. Ponieważ nie możemy być pewni czy mimo wszystko wróg nie ma przewagi i to znacznej, a nawet jeśli jej nie ma to lepiej nie dawać mu szansy i dodatkowego czasu na przygotowania zasadzki, w końcu akurat tym razem bestie mogą zdecydować się walczyć rozochocone wcześniejszym sukcesem. Tak w ogóle to właśnie przypomniałem sobie dość oczywista rzecz mianowicie kwestie zabrania z sobą kilku lin najlepiej co najmniej jednej na każde dziesięć osób abyśmy mogli w razie czego wyciągnąć człowieka z bagna.
-
- Skoro trójka kuszników wymknęła się zwierzoludziom to rozsądnym jest przypuszczać że nie mają nad nami przewagi liczebnej. Polowania na dzika czy niedźwiedzia polegają na robieniu hałasu by skierować zwierzę tam gdzie sobie tego myśliwy życzy. Bagno utrudnia manewry i walkę. Ale tak samo nam jak i bestiom. Czas działa jednak bardziej na niekorzyść kuszników i dlatego nie powinniśmy go mitrężyć szukając- w gęstej mgle, na bagnach - okrężnej drogi.
Tobias przeniósł wzrok na Petrę.
- Jakikolwiek plan szefowie nie zatwierdzą - powinniśmy ruszać jak najszybciej.
-
Eitri siedział spokojnie na koźle wozu. Wyciągnął fajkę kiedy Petra ze świtą ruszyli obgadać sprawę. Kilkoro z lokalnych dzieci przyglądało się z uwagą niskiemu brodaczowi. Krasnolud westchnął wspominając żonę i syna, odruchowo potarł kciukiem medalion na szyi.
Od niechcenia wsłuchiwał się w dywagacje innych członków oddziałów. Coś nie dawało mu spokoju. Nie znał się za bardzo na zwierzoludziach. Rozumiał, że to mutanty chaosu, ledwo inteligentne ponad zwierzęta, których cechy posiadają. Jeżeli jednak tym dwóm Tileanczykom się uciec, to faktycznie jest ich niewiele, a to oznacza…
- Jeżeli coś zrobimy trzeba będzie to zrobić szybko i po cichu. - odezwał się krasnolud podchodząc do Petry - Jeżeli jest ich niewiele, to jest to grupa rabunkowa, mała część stada. Reszta nie może być daleko, jeżeli pozwolimy któremuś zwiać, albo wezwać pomoc… - postanowił pozwolić wyobraźni ludzi dopowiedzieć resztę zdania.
- Jeżeli załatwiamy to głosowaniem, to ja jestem za. Oczyszczenie bagien z tego cholerstwa pomoże tutejszym, do tego pomoc tym kusznikom da nam potencjalnych wojaków. No i oczywiście, jest to po prostu słuszne. - To mówiąc Eitri wrócił do wozu i uwiązał dokładnie swój muszkiet - Nie przyda się na bagnie. Gówno będę widział, a hałas może kogoś przyciągnąć. - z plecaka dobył solidny metalowy młot i okrągłą tarczę.
- Pora powbijać kilka rogatych gwoździ. -
W trakcie marszu do Tongruben Gotthard Distler zaczyna lepiej poznawać swoich towarzyszy, prowadząc rozmowy z elfem, krasnoludem i dowódcami innych oddziałów. Z elfem Duvielem wymienia się uwagami podszytymi lekką kpiną, lecz szybko okazuje się, że elf ma bogate doświadczenie bojowe i silne związki z Ostlandem, co budzi u porucznika pewien szacunek. Rozmowa z krasnoludem uświadamia mu natomiast, że wykorzystanie artylerii w tej wyprawie jest mało realne ze względu na ograniczenia logistyczne. Distler wypytuje także dowódców piechoty o ich doświadczenie w trudnym terenie, szczególnie na bagnach i we mgle, próbując ocenić ich przygotowanie do nadchodzących wyzwań.
W rozmowie z Renate porucznik dzieli się własnym, traumatycznym wspomnieniem walki na bagnach, gdzie jego oddział został niemal zniszczony przez gobliny atakujące z zaskoczenia. Opowieść ta podkreśla jego doświadczenie, ale też ostrożność wobec tego typu terenu, który uważa za wyjątkowo zdradziecki. Mimo tego, gdy pojawia się konieczność ruszenia na pomoc tileańskim kusznikom oblężonym przez zwierzoludzi, Distler nie ma wątpliwości, że należy działać.
Zaczyna więc analizować sytuację i proponować plan działania, biorąc pod uwagę ograniczenia wynikające z mgły i bagien. Sugeruje wykorzystanie cięższej piechoty zamiast zwiadowców i podkreśla znaczenie przewodnika, który zna teren. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że przemarsz będzie powolny i niebezpieczny, a oddziały będą zmuszone poruszać się w wąskiej kolumnie, co utrudni ewentualne starcie z wrogiem. Mimo tych trudności naciska na szybkie działanie, obawiając się, że zwierzoludzie staną się jeszcze groźniejsze po zmroku.
-
Oryginalny tytuł: Tura 05 - 2521.04.23; wlt; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
Czas: 2521.04.23; Wellentag; południe
Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Wszyscy - osada Tongruben
- No i bądź tu mądry, jak każdy mówi co innego… - westchnęła Petra gdy większość dywagacji ucichła. Wyglądało, że jest w nie lada kropce bo właściwie każdy doradzał co innego. A to na skryto podejść, a to na głośno. A to się rozdzielić, a to iść w kupie. A to puścić zwiadowców przodem, a to nie puszczać ich przodem. A to brać łodzie, a to kije wystrugać albo zostać w wiosce i wozu pilnować… Popatrzyła z siodła na nich wszystkich po kolei a potem ponad ich głowami w głąb. Tam gdzie widać było bagna na jakich skraju stała wioska słynąca z dobrej gliny do wypalania naczyń. Bagna stopniowo były pochłonięte przez mglistą kurtynę jaką skrywała co tam się dzieje dalej. Jednym z niewielu punktów co jako tako się chyba wszyscy zgadzali to to, że nie ma co mitrężyć czasu skoro mają organizować tą misję ratunkową. Bo w tym też raczej panowała zgoda, że wypada pójść tym tileańskim kusznikom z pomocą. Chociaż właśnie te bagna i mgła była im nie w smak.
- Jeśli można psze pani… - odezwał się Kolesnikow jak zwykle usłużnym tonem. To przykuło uwagę szefowej, spojrzała na niego i dała mu znać aby mówił. - Na moje oko nie ma co dywagować. Albo po prostu tam idziemy i spróbujemy ich odbić albo wracajmy na szlak. Nie ma co robić obławy na całe bagna jakbyśmy nie wiadomo jaką armię mieli. Tam da się podejść z innej strony niż od wioski ale to sporo łażenia po bagnach by było. Jak się rozdzielimy to się nie znajdziemy. Może to i mądre aby uderzyć na nich z wszystkich stron no ale prościej będzie po prostu tam pójść i zrobić swoje. - odparł prostolinijnym tonem do szefowej wskazując dłonią w kierunku bagien jakie zaczynały się zaraz za ponurą i błotnistą wioską.
- I lepiej za bardzo się nie rozdzielać. Może ich tam jest trzy na krzyż tych rogaczy. A może jest dużo, dużo więcej. Tak czy inaczej lepiej mieć większą kupę w jednym miejscu. - odezwał się sierżant halabardników a krótkowłosa od mieczników pokiwała twierdząco głową.
- Dobra to zrobimy tak… - szefowa zastanawiała się jeszcze chwilę ale w końcu podjęła jakąś decyzję. I zaczęła wydawać polecenia poszczególnym dowódcom a ci przekazywali je dalej.
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
Czas: 2521.04.23; Wellentag; południe
Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Wyprawa ścieżką (wszyscy oprócz Tobiasa)
Szefowa postawiła na szybkość reakcji kosztem namysłu czy przygotowań. Dlatego nie wszystkie sugerowane rozwiązania dało radę zorganizować w tak krótkim czasie. Jak choćby ta “trzecia noga” jaką sugerował Tobias. Jak ktoś na szybko zdołał wyrwać jakąś żerdź z płota, dorwał jakiegoś kija z młodnika czy dostał od kogoś z tubylców to miał. Jak nie to nie. Z halabardnikami był spokój bo trzonki ich halabard też mogły pełnić rolę próbnika terenu przed nimi. Zostało oporządzić się Kozakom Gottharta i myśliwym Stefana. I tak na oko nie każdy z nich zdołał zdobyć coś takiego ale co trzeci czy czwarty zdobył taką czy inną tyczkę. Szlachcianka bowiem przychyliła się do głosów, że lepiej się za bardzo nie rozdzielać i Gottharta z jego Kozakami postanowiła zabrać ze sobą. Przykonały ją argumenty, że od wioski do zatopionej farmy jest na tyle duża odległość, że ewentualna pomoc z jednego tego miejsca do drugiego byłaby na tyle długotrwała, że stawiałaby sens takiej pomocy pod znakiem zapytania. Do tego wolała mieć większość sił pod swoją komendą aby nimi dysponować wedle uznania. Nie licząc komponentu Theiss jaki miał popłynąć łodziami.
Podobnie szlachcianka posłuchała rady i poprosiła tubylców o pomoc w postaci przewodników. Po chwili wahania zgłosiło się paru co mniej więcej wystarczało aby przydzielić jednego na oddział.
Zastanawiała się jeszcze jak ustawić swoje oddziały. Bo z tego co mówił Stefan ale tubylcy potwierdzali to raczej trzeba będzie iść jeden za drugim. Więc będą się ciurkać dość wąskim szeregiem bo tylko na tyle pozwalały ścieżki pomiędzy plamami głębszych mokradeł. Przy różnych i często wykluczających się radach nie było to takie proste. W końcu zdecydowała się posłać przodem obu Stefanów jak czujkę. Tego ostlandzkiego Stefana bo się sam zgłosił na takie rozpoznanie a hochlandzkiego bo sam mówił, że zna drogę i bywał tu wcześniej. Za nimi szedł szereg Hochlandzkich myśliwych z łukami w garści i czasem jakąś żerdzią lub tyczką do macania gruntu przed sobą. A potem reszta. Nieco ubolewano nad tym, że nie da się wystawić bocznego zabezpieczenia no ale poza tymi ścieżkami to widać było podtopione łąki albo plamy trzcinowisk zalane wodą. Czasem nawet nie wyglądały tak źle no ale wedle Stefana czy tubylczych przewodników lepiej było nie ryzykować aby tam wchodzić. Może nie każdy krok oznaczał pogrążenie się po pas w bagnie. Albo głębiej. No ale takie ryzyko było realne. A nawet jak nie to po prostu ciężej się maszerowało gdy się człowiek zapadał po kolana albo do połowy łydek w bagnie i trzeba było walczyć o każdy krok. Ścieżkami szło się lżej i szybciej. Tam błoto sięgało kostek, czasem trzeba było przeskoczyć jakąś kałużę czy głębsze bajoro ale mimo wszystko szło się prawie normalnie. Tym razem marsz był na tyle powolny, że Eitri nie miał trudności z dotrzymaniem kroku długonogom. Zbyt często trzeba było się zatrzymywać a i ostrożność nakazywała nie przeć do siebie tak szybko jak się da.
Petra zdecydowała się zostawić w Tongruben wóz, konie oraz konnych górali do ochrony tego wszystkiego. Sama z widoczną niechęcią zsiadła z końskiego grzbietu przykazując Lotarowi aby pilnował jej konia ale gdy większość oddziałów ruszała błotnistymi ścieżkami to ona ruszyła razem z nimi. Zdjęła tylko ten barwny, czerwono - czarny, wyszywany kożuszek zmieniając go na bardziej brudnoszarym. Nie tak elegancki ale mniej rzucający się w oczy i zapewne “do chodzenia na brudno” a nie na wyjściowo. Wzięła jeszcze kuszę z olstra przy siodle i ruszyła razem ze swoimi żołnierzami. Świetlista dama wyglądała o wiele bardziej elegancko i chociaż szefowa proponowała jej aby ta została to jednak uczona uznała, że jej zdolności medyczne mogą się przydać. No i w razie potrzeby mogła być tłumaczem. Po zastanowieniu von Falkenhorst nie oponowała i pozwoliła jej dołączyć do wyprawy chociaż magister nie sprawiała zbyt bojowego wrażenia.
A potem szli. Szli tymi ścieżkami tak jak to zapowiadał i Stefan i miejscowi. Tak jak zapowiadali to trzeba było iść jeden za drugim. I tak jak zapowiadali im głębiej w te bagna tym mgła robiła się gęstsza. Z początku widać było całą kolumnę. Potem początek lub koniec zaczynał roztapiać się w mgle. W końcu widać było już tylko kilka osób przed albo za sobą. Orientacja zdawała się niemożliwa. Trzeba było zdać się na przewodników jacy szli zwykle na czele każdego oddziału.
- To już niedaleko. Gęsta ta mgła. Dzisiaj coś wyjątkowo gęsta. - szepnął Stefan do Stefana. Szli na czujce i właściwie już nie widzieli reszty kolumny. Ostlandczyk musiał zdać się na Hochlandczyka, że ten wie którędy iść. Bo nie zawsze dla niego samego było to takie oczywiste czy idą jeszcze ścieżką czy nie. Ścieżka to było dość umowne określenie. Nie wszędzie była to wydeptana struga ziemi jak na porządną ścieżkę przystało. Ale widocznie herszt Hochandczyków bywał tu wcześniej bo wskazał na jakieś połamande, obrośnięte mchem i nieco koszmarnie wyglądające drzewo jakby to był dla niego czytelny drogowskaz. Za nimi słyszeli wytłumione odgłosy i klekoty. Parę osób przystosowanych do zwiadu może by poruszało się dyskretnie. Ale kilka dziesiątek piechociarzy na pewno dysrketne nie było. Te wszystkie klamry, sprzączki, torby, manele wszystko to wydawało ciche ale regularne odgłosy. Przynajmniej jak się było myśliwym. Petra bowiem zdecydowała, że póki jest szansa na zaskoczenie wroga to lepiej zachować dyskrecję. Wcale nie było pewne jak to jest z tą przewagą liczebną i która ze stron by ją miała. Na razie szli dalej. Właściwie to towarzyszył im Azur. I sądząc po jego spiętym i czujnym zachowaniu nie czuł się zbyt bezpiecznie. Ale też nie ujadał na obcego więc ten chyba nie powinien być zbyt blisko.
- No i mamy nasze gadziny. - powiedział Stefan do kolegi. Zatrzymał się na chwilę gdy Azur obwąchiwał jakiś kawałek ścieżki. Po chwili obaj mężczyźni widzieli odciśnięte w błocie ślady kopyt. Niby nic niezwykłego, wiele zwierząt zostawiało kopytne ślady. Ale dla wprawnych myśliwych od razu widać było, że istoty jakie je zostawiły poruszały się na dwóch nogach. I miały ciężar mniej więcej dorosłego człowieka. I długie kroki wskazywał na to, że poruszały się zwinnie i sprawnie. W nocy padało a potem mżyło. Więc tropy najwcześniej mogły powstać dziś rano inaczej deszcz by je zmył a mżawka zniekształciła.
- Gdzieś tu są. Czyli nie takie pajace z tych kuszników jak się wydawało i rogasi rozpoznać umieją. - westchnął uśmiechając się niezbyt wesoło. Po czym splunął przez lewę ramię i ruszył dalej. A dalej natrafili na wnyki. Ustawione w poprzek ścieżki. Świeżo zrobione z niedawno zerwanego łyka. Może w nocy, może dziś rano, najpóźniej wczoraj wieczorem. Zapewne miał być z tego łapacz na zbiegów albo odsiecz. Dla uzbrojonego człowieka nie była to zbyt wielka przeszkoda. Wystarczyłby zwykły nóż aby przeciąć takie proste wnyki. No chyba, że uciekał z rogaczami na karku. Wtedy to mogło być te parę chwil jakie mogło zabraknąć. Albo nie był człowiekiem. Co potwierdził Azur jak się złapał w jeden z takich wnyków i zaczął się nerwowo szarpać i skomleć póki go nie uwolnili. To oraz rozcinanie tych wnyków na tyle ich spowolniło, że dogoniła ich czołówka myśliwych.
- O jesteście. Czekajcie. Szefowa coś chce. - powiedział jeden z nich dając im znać aby się zatrzymali. Szeptana wiadomość powędrowała w tył. Reszta co szła w wydłużonej kolumnie miała o tyle łatwiejsze zadanie, że zwykle ktoś szedł z przodu. Ale też ta gęstniejąca mgła co z każdym pacierzem marszu zdawała się zbliżać i otaczać coraz bardziej działała wszystkim na nerwy. Tak samo jak to, że gdzieś w tej mgle mogły się czaić zwierzoludzie.

https://i.imgur.com/3zMFWt9.jpg
- Co macie? - zapytała szefowa gdy widocznie wiadomość do niej dotarła i sama wyszła na czoło kolumny. Przyjrzała się tym rozciętym sidłom i śladom. Bo gdy szła w środku kolumny to już to było dość mocno zadeptane.
- Nie chcę wam psuć humorów. Ale Alezzia mówi, że w tej mgle jest magia. Albo na tych bagnach. W każdym razie to nie jest taka zwykła mgła. Jednak nie mamy wyjścia. Jak mamy ich uwolnić to trzeba iść dalej. Ale uważajcie na siebie. Dajcie znać jak dotrzecie do tej starej farmy to poczekajcie na nas. - poinformowała swoich zwiadowców zdając sobie chyba sprawę, że nie ma dla nich dobrych wieści. Tak samo jak oni dla niej. Jeśli jednak nie chcieli wracać z pustymi rękami i plamami na sumieniu to tak jak mówiła, trzeba było iść dalej.
- To już niedaleko. Już jesteśmy bliżej jak dalej. Załatwmy to szybko i spadajmy stąd. - szepnął w odpowiedzi Stefan i rozgniótł na szyi komara. Po czym dał znać swojemu ostlandzkiemu imiennikowi aby ruszać dalej. Wznowili swój marsz po tej słabo widocznej i łatwej do zgubienia ścieżce.
W pewnym momencie obaj zwiadowcy zorientowali się, że nie są sami. Może to przez ciche warczenie Azura a może to coś w tej mgle. W sumie nie było pewne ale obaj przystanęli. I nasłuchiwali. Bo widać było może na parę kroków dookoła. I kilka dalszych zamglone zarysy. Ale jak tak przystanęli właśnie w tej mgle usłyszeli to. Kroki. Ktoś tam się ostrożnie skradał w tej mgle. Gdzieś trochę przed nimi. Pewnie gdyby nie ta mgła to może nawet by się już widzieli. A może nie. A tak to było ich słychać. Mała grupka, może nawet pojedynczy ktoś. I jeszcze z boku. Gdzieś tam w mgle. Jakby ich obchodził z boku.
Idący wąską ścieżką piechurzy nie widziele wiele. Plecy paru idących przed nim, kilka dalszych niknących we mgle. Ciche mlaskanie błota gdy wbijało się w nie buty albo wyciągało. Jakieś nikłe klekotanie przedmiotów w sakwach czy przy pasie. Cichy szelest mijanych trzcin i czasem liści jeśli przechodziło się akurat w pobliżu jakiegoś drzewa. Mętny blask mijanych kałuż lub cichy chlupot drobnych fal tam gdzie wody było więcej. Czasem ktoś z maszerujących zakasłał, czasem splunął czy zaklął cicho gdy potknął się czy wszedł w jakieś głębsze błoto. Więc właściwie było dość cicho. Jednak ta mgła działała wszystkim na nerwy i rozglądali się ostrożnie wpatrując się w nią.
Gotthart był jednym z niewielu jacy zorientowali się, że nie jest tu tak całkiem cicho i pusto. Coś w tej mgle i bagnach było. Nic nie dostrzegł ale w tej mlecznej zupie to nie mogło dziwić. Ale na słuch to tak. Wychwycił te ostrożne, skradankowe kroki. Gdzieś z boku kolumny. Ktoś tam się skradał. Może jeden, może dwóch czy trzech. Niezbyt dużo. Przynajmniej tak na słuch. Reszta kolumny czyli te parę osób jakie widział przed i za sobą chyba jeszcze się w tym nie zorientowała bo szli dalej tak jak do tej pory.
Wyprawa łodziami (Tobias)
Jak zaproponował szefowej nie tylko tą “trzecią nogę” ale też łodzie to akurat to jej przypadło do gustu na tyle, że popytała o to tubylców. Rzeczywiście okazało się, że mieli jakieś łodzie. Ale niestety dość małe, zwykle jakieś dłubanki jakich używali rybacy lub do transportu. Były pomyślane na jednego czy dwóch rybaków, ich sieci i połów. Albo na parę osób do rodzinnego transportu chociaż na krótkie dystanse to i pewne cała rodzina by mogła się zapakować na nie. A samych mieczników było prawie półtorej tuzina. No i on Tobias. Bo niebieskowłosa szlachcianka to skwitowała to jakoś tak.
- No niezłe z tymi łodziami. Ale jak to twój pomysł to popłyniesz razem z nimi. - uznała w końcu, że najlepiej jakby pomysłodawca sam spróbował w praktyce swojego pomysłu. I tak na czas tej wyprawy został dokooptowany jako główny zwiadowca do oddziału blondwłosej Theiss. Na więcej grup szefowa wolała się nie rozdzielać. A z tego co mówił i Stefan i tubylcy do tej zatopionej w bagnach farmy łodzią też dało się dostać. Jak się wiedziało jak tam płynąć. A oni wiedzieli. Ale Hochlandczyka to szefowa wolała mieć jako swojego przewodnika gdy mieli ruszać ścieżkami przez te bagna. Więc Theiss dostała cztery łodzie razem ze sternikami w roli przewodników. Bo gdzieś do każdej z tych dłubanek weszło po paru jej ludzi. Ale przygotowania i ustalenia trwały dłużej niż ta droga lądowa więc gdy odbijali od błotnistego brzegu to większość piechurów już znikła we mgle.
- To nic. Łodzią będziemy szybciej. Tylko tam nie da się przybić do samej farmy. Ale podpłyniemy tak blisko jak się da. To jest na takim cyplu, takie zatopione wzgórze. To jak już tam wyjdziecie to nie da się zgubić. Wystarczy iść wzdłuż starych płotów to w końcu traficie do samych budynków. - tłumaczył im jeden ze starszych wieśniaków jaki robił za sternika. Zaś dwóch mieczników złapało jak nie za żerdzie to za wiosła i pomagało poruszać się łodzi. Ale to sternicy nimi kierowali i mówili gdzie płynąć.
Zasadniczo to nie było to za bardzo ekscytujące. Bagno jak bagno. Błoto, mgła, kępy trwa lub podmokłych łąk. Czasem jakaś czapla czy inny ptak, albo jakaś ryba plusnęła pod powierzchnia wody. Nic niezwykłego.
- Oj gęsta dzisiaj ta mgła, oj gęsta. Aż dziwne. Tu zawsze jest jakaś mgła ale środek dnia się zbliża a tu taka zupa… - pokręcił głową ten starszy sternik jaki sterował łodzią Theiss. Nie był więc zdziwiony tym, że jakaś mgła tu jest ale raczej jej gęstością. Ta rzeczywiście z każdym kawałkiem przepłyniętego bagna zdawała się otaczać ich coraz ciaśniejszym kordonem. W końcu płynęli już tylko dzięki orientacji tutejszych. Dla Tobiasa i reszty przybyszy chyba też to był to całkiem nieznany teren. Wielki zamek jakby mijali z pięćdziesięciu kroków to by mogli go przegapić a co tu mówić o jakiejś farmie i to taka co nie miała stać nad samym wybrzeżem.
Ta mgła szarpała nerwy. Niby spokojnie. Nic się właściwie nie działo. Ot, zwierzęce życie na bagnach. Tylko komary były za darmo i w znacznych ilościach. Co chwila rozlegało się jakieś klaskanie gdy czyjaś dłoń próbowała rozgnieść małego, latającego krwiopijcę. Ale świadomość, że gdzieś w tej mgle może być ktoś im wrogi powodowała napięcie. Wedle planu szefowej to ta grupa jaka dotrze pierwsza na farmę miała spróbować odbić tych kuszników. A ta co przybędzie jako druga pójść im w sukurs. Niestety kompletnie nie dało się przewidzieć która z tych grup ma szansę przybyć pierwsza. Ponieważ halabardnicy mogli używać halabard jako “trzeciej nogi” a ludzie Gottharta i Stefana jako zwiadowcy to właściwie przez wykluczenie szermierze Theiss dostali rolę rzecznego komponentu tej wycieczki. No i Tobias także jako pomysłodawca i zwiadowca.
- To już niedaleko. - powiedział ich sternik ale jakoś ciszej niż wcześniej. Napięcie zdawało się udzielać i jemu. Mgła tak zgęstniała, że widzieli pierwszą sąsiednią łódź, drugą już tak sobie a trzecią tylko w zarysie. Ale nawet gdyby się któraś zgubiła to tubylcy wiedzieli dokąd mieli płynąć więc można było liczyć, że spotkają się na miejscu.

https://i.imgur.com/vff6Jy4.jpg
- To tu. Wysiadajcie. Poczekamy na was. Idźcie dalej aż będą te płoty. To strona od pastwiska. Najpierw będzie stodoła i obora, takie duże. A za nimi chata i reszta. Tamci co poszli ze Stefanem to powinni dojść od strony tych chat. - powiedział sternik gdy łódź wpłynęła w przybrzeżne trzciny torując sobie drogę. Obok podobnie cicho podpływali sąsiedzi. W końcu było tak płytko, że nie było sensu dalej płynąć. Ale jak zaczęli zeskakiwać za burtę to nie jeden zaklął. Nogi zapadały się w mule do połowy łydek! A zimna, śmierdząca woda sięgała do połowy uda a jak ktoś miał pecha to i do krocza.
- Cisza! - syknęła Theiss i zrobiło się ciszej. - Idź przodem. Tylko nas nie zgub. - szepnęła do Tobiasa gdy wyszli na płytszą wodę tak, że ta sięgała już do kolan albo połowy łydek. Niestety miecznicy to nie byli ludzie Stefana z jakimi Tobias spędził większość czasu podczas drogi z Lenkster. I nie byli zwiadowcami. Chociaż starali się zachowywać cicho to jednak myśliwy zdawał sobie sprawę, że jeśli tylko ktoś z rogaczy gdzieś jest w pobliżu to pewnie ich prędzej czy później usłyszy. Ale ponoć już byli prawie na miejscu.
Ruszył przed siebie a teren stopniowo się wznosił. Przez co woda szybko zmieniło się w grząskie błoto z jakiej wyrastała całkiem soczysta, zielona trawa. A czasem krzaki. I paliki tych płotów co mówili rybacy. A pod jednym z nich… Znalazł zwierzoludzie. Martwego. Od razu było wiadomo co go zabiło. Bełt kuszy jaki trafił go z takim impetem, że przebył go na wylot i poleciał dalej. Albo to musiała być jakaś ciężka kusza o ogromnej sile rażenia albo zwierzoczłek dostał z bardzo bliska. A sądząc po wyglądzie ciała to może nie przed chwilą ale pewnie i nie w nocy. Może rano. Może trochę wcześniej czy później. W każdym razie ten rogacz był już martwy i nie stanowił zagrożenia.
Ten postój sprawił, że dogoniła go Theiss i jej ludzie. Też zaczęli oglądać marte ciało. Wtedy łucznik zorientował się, że nie są tu sami. Właściwie nic nie zobaczył. Jakieś kawałki dawnych płotów, zdeptana niedawno trawa pastwiska jakie zdziczało do stanu podmokłej łąki. Ale w tej mgłe usłyszał coś. Kroki. Ciche, ostrożne kroki. Jakby się ktoś skradał. Po przeciwnej stronie tego tego podwórza czy łąki. Ale z tej strony co teraz klęczeli przy ubitym zwierzoczłowieku też. Niezbyt wielu. Jeden, dwóch, może trzech. Przynajmniej tak na słuch. Ale to był ktoś ostrożny, kto znał się na podchodzeniu zwierzyny. Albo wroga. Theiss i jej ludzie chyba się jeszcze nie zorientowali. Absorbowało ich truchło i rozglądali się dookoła tej mgły jakby szukając tego kto ustrzelił rogacza. Byli spięci i czujni, starali się zachowywać cicho i ostrożnie. Ale byli miecznikami a nie myśliwymi co od dziecka uczeni byli poruszać się w lesie i podchodzić zwierzynę.
Mecha 05
Bagienne podchody we mgle
Testy percepcji (ZRĘ + Spostrzegawczość)
Skradanie I +10 (Gotthart, Stefan, Duivel)
Skradanie II +20 (Tobias)
Spostrzegawczość II +10 (Tobias, Stefan)
Surwiwal I +10 (Gotthart, Tobias, Stefan, Duivel)
Ukrywanie I +10 (Gotthart, Tobias, Stefan, Duivel)
czuły słuch +20 (Gotthart, Tobias, Stefan)
wędrowiec +10 (Gotthart, Tobias, Duivel)Gotthart 45 + 60 = 105 ; Zwierzoludzie 30 + 70 = 100; 50 + 105 - 100 = 55; rzut: https://orokos.com/roll/980999 29; 55 - 29 = +26 > ma.suk
Tobias 40 + 80 = 120; Zwierzoludzie 30 + 70 = 100; 50 + 120 - 100 = 70; rzut: https://orokos.com/roll/981000 39; 70 - 39 = +31 > śr.suk
Stefan 35 + 60 = 95; Zwierzoludzie 30 + 70 = 100; 50 + 95 - 100 = 45; rzut: https://orokos.com/roll/981001 22; 45 - 22 = +23 > ma.suk
Duivel 50 + 40 = 90; Zwierzoludzie 30 + 70 = 100; 50 + 90 - 100 = 40; rzut: https://orokos.com/roll/981002 95; 40 - 95 = -55 > du.por
Eitri 20; Zwierzoludzie 30 + 70 = 100; 50 + 20 - 100 = -30; rzut: https://orokos.com/roll/981003 60; -30 - 60 = -90 > sp.por
Petra 55 + 40 = 95; Zwierzoludzie 30 + 70 = 100; 50 + 95 - 100 = 45; rzut: https://orokos.com/roll/981004 98; 45 - 98 = -53 du.por
-
Podczas marszu przez bagna Gotthard jest wyraźnie rozdrażniony całą sytuacją – nie znosi tego terenu, ma złe wspomnienia z przeszłości i nie podoba mu się decyzja o podziale sił. Mimo frustracji zachowuje profesjonalizm i wydaje swoim kozakom konkretne rozkazy, ustawiając ich tak, by mogli wspierać halabardników ogniem z łuków i jednocześnie zabezpieczać tyły przed ewentualnym obejściem przez wroga.
W trakcie wędrówki pozostaje czujny i milczący, analizując otoczenie. Informacja o nienaturalnym pochodzeniu mgły tylko wzmacnia jego podejrzenia, że mogą wpaść w zasadzkę. Gdy słyszy podejrzany dźwięk w błocie, natychmiast reaguje, sygnalizując zagrożenie swoim ludziom i wskazując kierunek możliwego ataku. Następnie ostrzega halabardników, że wróg czai się w pobliżu.
Widząc ograniczenia terenu, szybko dostosowuje plan działania – zamiast próbować manewrować, koncentruje się na utrzymaniu pozycji i zabezpieczeniu oddziału. Ustawia swoich ludzi tak, by obserwowali tyły, sam zaś przygotowuje się do walki, stając w środku formacji z napiętym łukiem i oczekując pojawienia się przeciwnika.
-
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
Czas : 2521.04.23; Wellentag; południe
Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Jeszcze przed wyruszeniem, podczas gdy głównodowodząca rozdzielała zadania pośród poruczników, sam uzbierał sporą ilość kamieni i patyków oraz szybko rozejrzał się za jakimś dłuższym kijem, dzięki któremu mógłby skutecznie sprawdzać głębokość mokradeł. Łuk i kołczan miał na plecach, tarcza przy biodrze z lewej strony, szabla natomiast z prawej. Kamyki powpychał w kieszenie spodni, te większe zawinął w koszulę na wysokości brzucha i przytrzymywał lewą ręką, a do prawej wziął długi kij.
- Jeśli mamy jakieś pomocne składniki do leczenia, bądź wszelakie mikstury, to zabierzmy ze sobą. - Ponowił swoją sugestię z początku narady.
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
Czas : 2521.04.23; Wellentag; południe
Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Podczas wędrówki elf szedł spokojnie i cicho, mniej więcej w połowie stawki. Rozglądał się uważnie, ale skupiał się też na obserwacji zachowania pozostałych członków grupy. Swoje myśli skoncentrował na rozmyślaniu o tym, że jako elf w ogóle nie znał się na 'czarowaniu', ale za to był spokojny o swoją odporność na chaos... Idąc monotonnie gęsiego i czekając na rozkazy na tyle się rozkojarzył, że niezbyt uważnie wsłuchiwał się w odgłosy zewnątrz jego głowy. W pewnym momencie przyśpieszył, żeby być bliżej Petry i gdy już się zbliżył szepnął do niej
- Szanowna dowódco, jak rozpoznamy, że zbliżamy się do zwierzoludzi, a nie do zaatakowanych kuszników bądź Renate i Tobiasa? Chcemy być cicho, więc przemyśl to proszę, zanim dojdziemy do celu - chciał pociągnąć rozmowę, ale wyprawa stanęła, a do Petry doszła też wiadomość z przodu. Bez wahania poszedł za dowódczynią do przodu.
Nie zdziwił go fakt, że Alezzia wyczuła użycie magii. Niepokoiła go jednak sprawa, że nie było wśród nich nikogo kto umiałby rozproszyć ową magię. Gdy szli dalej, starał się już trzymać z przodu, skupiając się na swoim wzroku i dziwiąc się, że mgła zamiast zelżeć z upływem czasu, to wciąż gęstniała.
Wśród odgłosów swoich kompanów nagle usłyszał gwizdnięcie jednego z towarzyszy, a następnie jak ktoś krzyczy "są tam". Pomyślał, że to niezbyt mądre krzyczeć podczas próby kamuflażu, ale z drugiej strony jeśli ktoś jest tam... tylko kto. Elf dopiero teraz skupił się zmyśle słuchu i zarazem stanął mocno na nogach. Jego plan z kamieniami i tak już nie mógł się udać, więc rzucił (w lewą stronę od kierunku marszu) z dużym impetem wszystkie kamienie, które trzymał do tej pory zawinięte w koszulę, a te z kieszeni wysypał do błota. Następnie sięgnął po łuk i strzałę i wolnym krokiem podążał dalej co chwilę odwracając głowę to w lewo, to w prawo, będąc jednocześnie gotowym do oddania strzału. -
Tobias spojrzał na wysiadających z łodzi mieczników i przeklął w duchu. - Szlag, nie widzę szansy podejść niepostrzeżenie do chat z tą hałastrą. Już miał coś powiedzieć ale Theiss go uprzedziła. Zrobiło się trochę ciszej. Kiedy wszyscy już wysiedli poszedł przodem, dając znak ręką Theiss by szli za nim. Ciało zwierzoczłeka nie było niespodzianką, zwłaszcza z dziurą po bełcie. Tobias próbował odczytać - z położenia rany - z którego kierunku mógł paść strzał.
- To nie na moją głowę - pomyślał. Kiedy dotarli do niego miecznicy i przyglądali się ciału nagle coś usłyszał. Odgłosy, jakby ktoś ostrożnie szedł z przeciwnego kierunku - jeżeli to są zwierzoludzie to ja jestem Nocnym Goblinem - pomyślał Tobias. Dał znać wyprostowaną dłonią, domagając się zupełnej ciszy, a kiedy miecznicy stojący najbliżej niego wraz z Theiss - spoglądając się na niego z wyczekiwaniem - wskazał palcem kierunek skąd dobiegały głosy. Ostrożnie wyjął z kołczanu strzałę i założył na cięciwę. - Chyba lepiej się upewnić czy to nie Nasi - przeszło mu przez myśl po czym przytrzymując łuk i strzałę jedną ręką - drugą wyjął z kieszeni trzy kamienie które wziął ze sobą. Niemo oznajmił dowódczyni mieczników co zamierza uczynić po czym rzucił mocno wszystkie w kierunku skąd 'ktoś' podchodził. Nie mógł nimi oczywiście uczynić krzywdy, ale zmylić już być może tak. A kto wie, może 'ktoś' trafiony wyda jakiś dźwięk i może nie będzie to beczenie zwierzoczłeka. Gdy kamienie były w powietrzu Tobias chwycił lotkę i delikatnie napiął łuk.
-
Stefan nie był szczególnie szczęśliwy z dyspozycji ich oddziałów, martwiąc się czy miecznicy pewnej pani sierżant nie znajdą się w tarapatach działając samodzielnie, ale nie mógł z drugiej strony narzekać bo posłuchano jego sugestii aby przekonać miejscowych do pomocy w przeprawie przez bagno, no i dowództwo przychyliło się do jego prośby o możliwość poprowadzenia oddziału. Więć obiecał sobie nie zawieść zaufania jakim obdarzyła go przywódczyni. Obecność sierżanta Stefana razem z nim na szpicy wzbudziła w nim mieszane uczucia, z jednej strony widać było, że myśliwy zna się na swojej robocie i w zasadzie nie potrzebuje pomocy przydzielonego im przewodnika w wyznaczaniu drogi. Z drugiej wystawiało to dowódcę jednego z oddziałów na bardzo duże ryzyko jeśli wpadną na w tarapaty, a jego śmierć mogła zdezorganizować nie tylko jego oddział w nadchodzącej walce ale i utrudnić znacząco całą wyprawę po zapasy. W związku z tym Ostlandczyk zdecydował się chronić jego skórę jak tylko się da.
Starał się skupić na swoim zadaniu, systematycznie przypatrując drogę przed sobą i po lewej stronie drogi, czyli tej po której szedł oraz kontrolując w krótkich odstępach czasu czy widzi za nimi następnego w kolejności żołnierza aby w razie czego móc natychmiast przekazać mu sygnał np. o wykrytym niebezpieczeństwie który ten powinien podać dalej po linii. Im dalej zapuszczali się w bagno tym ta część zadania stawała się coraz trudniejsza ze względu na coraz gęstszą mgłę, co wymagało zmniejszania dystansu pomiędzy poszczególnymi żołnierzami. Stefan musiał przyznać także że z początku nie wywiązywał się ze swojego zadania tak dobrze jakby chciał. Pomimo starań nie potrafił się do końca skupić na zadaniu ponieważ jego umysł powracał do przerażających wspomnień z dawnych dni kiedy on i jego kompania pod przywództwem świętej pamięci kapitana Steinera zostali zostawieni na śmierć aby uratować resztę wycofujących się pod naciskiem band mutantów i zwierzoludzi oddziałów imperialnych. Nie był to ostatni raz kiedy walczył ze zwierzoludźmi czy co gorsza widział krwawe efekty ich ataków na podróżnych czy bezbronne wioski ale były to zdecydowanie wspomnienia które nie dawało mu spokoju. Co chwilę nachodziły go wspomnienia zabitych tamtego dnia towarzyszy broni rozpraszając go kompletnie.
Werner Huwke przyjaciel z jego dziesiątki próbujący utrzymać wylewające mu się z brzucha trzewia i błagający aby go nie porzucali na pastwę bestii tylko dobili…Hans Lufte, zawsze pełen wisielczego humoru psotnik rozpłatany niemal na pół przez topór gora… Franz Kupitz przeszyty wł… - Przez swoje rozkojarzenie wpakował się w trzęsawisko w którym ugrzązł po pas, gdyby nie miał w dłoni swojej sprawdzonej włóczni którą zdołał się zaprzeć o stały grunt po boku niechybnie padłby niczym kłoda w bagno pyskiem do przodu i utopił się jak ślepe kocie rzucone w worku do rzeki. Z opresji wyratował go ich przewodnik, jednocześnie klnąc na niego pod nosem, że przecież chwilę wcześniej razem z sierżantem pokazywali aby uważać na to miejsce.
Po tej wpadce Stefan zdecydował się wziąć w garść i skupić na zadaniu zamiast rozpamiętywać dawne porażki. Pomogło mu w tym otrezźwiające dokuczliwe zimno przeszywające go od pasa w dół dzięki kompletnie przemoczonemu ubraniu po wcześniejszej wpadce oraz odmówienie w myślach litanii do Sigmara którą prosił Go o prowadzenie w wykonywanym zadaniu i możliwość pomszczenia poległych towarzyszy.Starał się odpowiadać na słowa Kolesnikowa bardziej potakującymi kiwnięciami głowy niż słowami aby nie ściągnąć na nich niechcianej uwagi hałasem.
Tym bardziej ruszył Azurowi na pomoc gdy ten zaplątał się w sidła zastawione przez wroga. Ostlandczyk z delikatnością o którą wielu by go nie posądziło uspokajał swojego czworonożnego towarzysza aby ten nie zrobił sobie dodatkowej krzywdy oraz nie narobił więcej hałasu.No już Azurku, no już cicho, cichutko - szeptał psu do ucha trzymając go za łeb jedną ręką a drugą trzymając nieruchomo jego zaplątaną w sidło łapę kiedy Stefan Kolesnikow przecinał nożem krępujace je pęta.
Informacja o magicznym źródle mgły tylko potwierdziła wcześniejsze przypuszczenia Stefana i skłoniła go do zadania pytania Petrze:
Czy nasza magiczka może spróbować ją rozproszyć albo zlokalizować źródło ją wytwarzające?
Stefan nie wiedział co konkretnie powiedziało mu, że przed mini ktoś jest, nauczył się już jednak ufać swojemu przeczuciu w takich sytuacjach i zamarł w bezruchu po czym spojrzał na sierżanta kontem oka na sierżanta i zobaczył że ten także znieruchomiał, co go trochę uspokoiło, przynajmniej nie miał zwid.
Bardzo powoli uniósł w górę lewą dłoń zaciskając ja w pięść jako sygnał dla idących za nimi żołnierzy że mają towarzystwo i że powinni się zatrzymać i przekazać tą komendę po linii
Po tym mając nadzieje, że ktoś w ogóle widzi jego sygnały(bo nie pozwalał sobie na odwrócenie się chociaż na chwilę od potencjalnego zagrożenia aby to sprawdzić) powoli opuścił ramię w dół z rozłożoną równolegle do ziemi dłonią, jednocześnie przyklękając za najbliższą możliwą osłoną jako sygnał do reszty aby się ukryli. Spróbował jak najciszej to możliwe nakazać Azurowi cisze.
Sklął się w duchu orientując się w tej chwili, że przecież przed nimi mogą być Ci kusznicy i że nie wie jak ma ich wywołać aby Ci go nie ustrzelili ze swoich kusz, bo był za głupi aby zapytać idącej z nimi dwójki o potencjalne hasło.
Spojrzał na Kolesnikowa wściekły na własną głupotę po czym, pokazał mu ręką sygnał aby ten go osłaniał i ruszył powoli w kierunku kolejnej osłony zasłaniając się jednocześnie jak najbardziej tarczą przed potencjalnym ostrzałem.- Raz kozie śmierć, jak co to będę darł się Mirmidia i tyle -pomyślał ruszając naprzód.
-
Eitriego ucieszyło, że ich szefowa postanowiła posłuchać rozumu, jeżeli chodziło o misję ratunkową. Nieznany teren bagnisty, w którym czai się grupa "tutejszych" domaga się bardziej rozwagi niż odwagi.
Co on sobie kurna myślał?
Bagno głębokie gdzieniegdzie do pasa długonogom spokojnie mogło muskać krasnoluda po gardle. Klął cicho pod nosem za każdym razem kiedy kiedy zaczął się zanurzać bardziej i bardziej w błocie. Parł jednak dzielnie do przodu, bardziej najwyraźniej martwiąc się, że coś zostawi w bajorze, albo, żę brudna woda uszkodzi jego zbroję.
Cieszyłą go przezorność, że pozostawił muszkiet na wozie. W tej mgle nie przydałby się tak bardzo, do tego wilgoć bagna mogłaby zwilżyć proch. Poprawił chwyt na młocie, nie mogąc się szczerze doczekać w końcu tej bitki. Nigdy nie lubił skradanek i podchodów… za bardzo śmierdziało mu to szczurami… Wolał otwartą walkę gdzie mógłby zmiażdżyć komuś łeb.
Zatrzymał się, widząc znak od stefana. Tak jak sądził, śmierdziało mu szczurami. Rozejrzał się widząc kozaków ustawiających się za halabardnikami, stanął obok chłopaków z bronią drzewcową.- Niskim, ale jednego zatrzymam. - zapewnił kolegów.
-
Oryginalny tytuł: Tura 06 - 2521.04.23; wlt; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Wyprawa ścieżką (wszyscy oprócz Tobiasa)
Zrobiło się zamieszanie. Trudno nawet powiedzieć jak to się zaczęło. Zwłaszcza jak w tej cholernej mgle było widać coś wyraźnie na parę kroków i coś tam majaczyło rozmywając się coraz bardziej na kilka dalszych. Chyba jednak wszyscy usłyszeli krótkie, ostre gwizdnięcie. Ale chyba tylko ci ze środka kolumny co widzieli Gottharta mogli zorientować się kto to gwizdał. Więc Eitri czy Duivel mógł ale już któryś ze Stefanów na czujce nie bardzo. To zdeprymowało Kolesnikowa bo wydawało się, że coś tam za ich plecami się dzieje. Jakiś ruch, jakieś przetasowania ale nie bardzo wiadomo było co. A jeszcze ostlandzki Stefan zdecydował się pójść sprawdzić te podejrzane dźwięki tam z przodu. Bo może to był ktoś ze swoich?
~ Uważaj na siebie. ~ pożegnał go jego hochlandzki imiennik ale został na miejscu. Zaś Ostlandczyk ostrożnie szedł krok za krokiem. Ale słyszał, że tam za nim, nawet za pozostawionym z tyłu Stefanem są jakieś przetasowania. Co niezbyt pomagało zlokalizować te dźwięki jakie usłyszał. Słyszał je jeszcze? Nie był pewny. Tamci z przodu zamarli czy co? Też nasłuchiwali? Wykryli go? Nie był pewien. Ktoś z tyłu krzyknął coś ale zrozumiał tylko końcówkę. “Tam!”. Nie usłyszał reszty. Tymczasem nerwowość w centrum kolumny narastała.
- Co się tu dzieje? - tymczasem w centrum kolumny Petra widząc jakieś nieplanowane, samowolne zamieszanie zapytała obu dowódców o powód.
- Gotthart mówi, że ktoś nas podchodzi. - odparł szybko i prosto Meister. Sam nie miał miejsca na jakieś manewry. Więc wezwał swoich ludzi aby ustawili się plecami do siebie szykując się do odparcia wrogiej szarży. Zawodowi żołnierze prędko i sprawnie wykonali rozkaz. Ściskali swoje halabardy i wpatrywali się we mgłę.
- Róbcie to samo! Plecami do siebie! - Petra też wydawała się zdenerwowana ale ponagliła myśliwych Kolesnikowa do podobnego manewru. Ci nie ustawiali się tak sprawnie jak wojacy Meistera ale ustawili się mniej więcej jak kazała szefowa. W dość koślawą linię ale mniej więcej było to tak aby strzały na cięciwach celowały gdzieś w mgłę.
I tamci chyba zorientowali się po tym wszystkim, że zostali wykryci. Albo po prostu uznali, “że to już”. Bo rozległ się róg bojowy wzywający na łowy. Całkiem blisko ale nadal skryty we mgle. Ludzie rozejrzeli się nerwowo ale już nie mieli czasu na nic. Pierwsze oszczepy, strzały z łuków i pociski proc poszybowały w ich kierunku.
- Strzelają do nas! - krzyknął któryś z halabardników.
- Tarcze! Zasłaniać się! Trzymać linię! - krzyczał ich sierżant nie tracąc głowy ani spokoju. Ale poza nimi niewielu miało tarcze aby się czymś zasłonić a na tej błotnistej ścieżce z naturalnymi osłonami było kiepsko. Większość pocisków pudłowała. Trafiały w wodę, w ziemię, w błoto, przelatywały nad kolumną i spadały po drugiej stronie lub znikały gdzieś we mgle. Ale nie wszystkie. Niektóre trafiały w nastawione tarcze halabardników albo w któryś żołnierzy. Oberwał któryś z Kozaków, złapał się za trafiony bark. Prawie od razu dostał też ciśniętym z procy kamieniem. Halabardnik krzyknął ugodzony w goleń. Jedna ze strzał trafiła też Gottharta. Zabolało! A pocisk wbił się solidnie chociaż nie zdołał ugodzić wrażych organów. Podobnie oberwał Stefan. Nie miał pojęcia czy go namierzono czy dostał przypadkowym kamieniem jaki boleśnie trzasnął go w żebro. Ale oberwał. Na moment pociemniało mu w oczach ale przeszło. Bolało ale dało się wytrzymać.
- Jesteśmy okrążeni! Strzelają ze wszystkich stron! - krzyknął któryś z myśliwych Stefana. Wydawał się być porządnie przestraszony. Ale nie tylko on zorientował się, że pociski padają ze wszystkich stron. Chociaż niezbyt liczne. To na pewno nie była cała kompania strzelców. Wtedy pocisków byłoby o cały rząd wielkości więcej.
- Strzelajcie! Do cholery, strzelajcie! - krzyknęła Petra jaką pierwsza fala zaskakującego ostrzału nieco zdezorientowała. Ale kolejne trafienia i okrzyki bólu zmobilizowały ją do działania. Ujęła swoją kuszę i zaczęła nią wodzić przed sobą. Wciąż jednak było widać bagno rozpływające się stopniowo we mgle. I nadlatujące z niej strzały, oszczepy, toporki i kamienie z proc.
- Do kogo?! Nikogo nie widać?! Jak oni nas widzą?! - zawołał któryś ze strzelców wodząc bezradnie łukiem ale nie widząc nic do czego można by wypuścić strzałę.
- To strzelajcie na słuch! Albo do wszystkiego co się rusza! Odstraszcie ich! - odkrzyknęła mu szefowa w skórzanych spodniach. Sama nadal wodziła kuszą ale chyba wahała się czy jest coś do czego warto by wypuścić bełta. W pewnym momencie pociągnęła za orzech. Napięta dotąd cięciwa świsnęła i bełt popędził gdzieś w mgłę. Zaraz potem dało się słyszeć ni to zwierzęcy ni ludzki okrzyk bólu.
- Widzicie!? Da się ich trafić! Strzelać! Strzelać do cholery bo nas tu wystrzelają jak kaczki! - krzyknęła niebieskowłosa opierając stopkę kuszy o ubłocony but i ponownie napinając cięciwę.
Ten przykład podziałał na Hochlandczyków. Próbowali postąpić podobnie. Wycelowali swoje łuki i gdy tylko wydawało im się, że coś widzą, słyszą ruch w tej cholernej mgle to puszczali cięciwę. W większości wypadków nie było znać aby to przyniosło jakiś skutek. Ale co jakiś czas z tej mgły słychać było jakieś jęki albo okrzyki bólu. Petra przeładowała kuszę, wycelowała przez chwilę i gdy uznała, że ma cel strzeliła ponownie. Tym razem jednak jak kogoś trafiła to nie dał tego jej o tym poznać. Strzały, oszczepy i kamienie nadal jednak nadlatywały z każdego kierunku bagna. Znów oberwali Kozacy i Halabardnicy. Dostał nawet sam Meister. Ale na jego szczęście strzała co prawda wbiła się w jego kolczugę ale pod ostrym kątem i osłabiona zderzeniem z metalowymi kółeczkami utknęła w przeszywalnicy pod spodem.
- Widzicie?! To kmioty! Damy im radę! - krzyknął sierżant halabardników łamiąc tą strzałę i unosząc ją w górę aby pokazać swoim ludziom i najbliższym sąsiadom. Jednak on i jego ludzie mogli być w tym mglistym, pojedynku strzeleckim tylko mało ruchomymi celami i nie mogli się w niego włączyć.
Eitri i Duivel wylądowali gdzieś w środku kolumny. Na razie wojenne szczęście im sprzyjało bo nic ich nie trafiło. I byli świadkami tej walki strzeleckiej. Bo przeciwnik coś póki co nie kwapił się do szarży na unieruchomioną kolumnę. Widzieli jak Gieorgij stara się utrzymać szyk i dodać otuchy swoim halabardnikom. Jak Petra ponownie schyla się aby napiąć swoją kuszę. I jeszcze trochę myśliwych jacy stając co chwila któryś wypuszczał strzałę gdzieś w mgłę. Czasem jednak i im zdawało się, że coś w tej mgle majaczy albo słychać jakieś mlaszczące w błocie kroki.
Gotthart co prawda oberwał ale niezbyt poważnie. Wciąż był pośród swoich Kozaków po sąsiedzku z halabardnikami. Aleksiej ani reszta nie meldowali aby coś próbowało ich podejść. Niezbyt też widać było na tyle aby było do kogo strzelać. Zwłaszcza, że odkąd padły pierwsze strzały zrobił się niezły harmider. Co chwila ktoś coś krzyczał, że kogoś widzi albo, że “tam są” czy wrzeszczal jak oberwał czymś “od tamtych”. Petra kazała strzelać na słuch albo do tego co się dojrzy w tej mgle. Zwykle nie było nic widać co by można zweryfikować jako przeciwników. Ale od czasu do czasu wydawało mu się, że coś tam ledwo majaczy mu we mgle albo juz mu się mieniło w oczach.
Stefan zaś utknął od początku walki. Wysforował się w pojedynkę naprzód gdy zaczął się ostrzał. Nie miał pojęcia czy to dlatego, że go ktoś z tamtych dostrzegł czy to coś tam przy reszcie kolumny. Grunt, że został chwilowo sam. Jak się odwracał do tyłu to nawet Kolesnikova nie widział.
- Stefan! Wracaj! Wracaj do cholery bo cię capnął albo zabiją! - usłyszał w końcu głos herszta bandy Hochandczyków. Gdzieś tam pewnie był tam gdzie go zostawił i musiał być nieźle zdenerwowany sądząc po głosie.
Wyprawa łodziami (Tobias)
Nim przyszła krótkoostrzyżona na chłopczycę Theiss a potem reszta jej oddziału Tobias miał okazję przyjrzeć się truchłu zwierzoczłowieka. Doszedł do wniosku, że tutaj skipiał. Widział po sporej plamie już mocno podeschniętej krwi na jakiej już żerowały trupożerne muchy. I śladach agonalnych ruchów kopyt i palców na błocie. To tak, tutaj kopytny musiał dokonać żywota. Ale nie tutaj oberwał. Krwawy ślad dostrzegł w soczystej chociaż jakiejś szarej trawie. Ciągnął się tam dalej aż znikał we mgle. W kierunku gdzie sternicy mówili, że miały być te budynki zatopionej w bagnie farmy. Gdzieś tam ktoś mu wrażył ten ciężki bełt w trzewia tak bardzo, że pocisk przebił go na wylot i w końcu utrupił. Nawet jeśli nie od razu.
I właśnie gdzieś z tamtąd usłyszał te podejrzane dźwięki jakby ktoś tam się skradał w tej mgle. Jak je przekazał Theiss ta upewniła się jaki kierunek pokazuje. Ta chwilę zastanawiała się. Ale chwilę. Dala mu znak aby poczekał. A potem gestem kazała swoim ludziom wyrównać. Ustawili się mniej więcej w przyklęknięty szereg. Ale mało zwarty. Jak na ucho Thobiasa to nie było zbyt dyskretne ale widział, że starają się tak to właśnie zrobić. Od razu widać było, że nie są ani rangerami, ani tropicielami, myśliwymi czy choćby łotrzykami. Te wszystkie ćwieki, kolczugi, brygantyny, tarcze, torby klekotały przy każdym ruchu. Nawet niezbyt głośno. Ale jak było ich prawie dwie dziesiątki to jednak robił się z tego pewien szum które wprawne ucho mogło wychwycić. Tylko nie wiedział jeszcze jak wprawne ucho ma druga strona. Wtedy Theiss dała mu znak aby rzucił te kamienie. Więc rzucił.
Widział jak poszybowały łukiem ale szybko rozmyły się we mgle. Po chwili upadły gdzieś tam dalej. I nic się nie działo. Theiss i jej wojacy klęczeli i wpatrywali się intensywnie we mgłę, trawę, te bliższe widoczne kawałki płotów i krzaków. Blondynka spojrzała na niego pytająco jakby szukała u niego porady. W końcu o ile ona i jej ludzie znali się na szermierce i bezpośrednich starciach to właśnie Thobias był ich jedynym, profesjonalnym zwiadowcą.
Wtedy jednak uwagę przykuły odgłosy. Najpierw zawył róg myśliwski. A potem zaczął się zgiełk. Zgiełk walki. Stukot broni, jakieś okrzyki. Ale to wszystko nieco wytłumione przez mgłę i odległość. Na pewno nie byli “tuż za rogiem”. Theiss otworzyła usta aby coś powiedzieć ale w tym momencie z przeciwka dał się słyszeć jakiś szmer. I zaraz potem nadleciały ku nim strzały, oszczepy i pociski z proc. W zdecydowanej większości trafiły nieszkodliwie w trawę, w ziemię, w błoto czy kałuże. Ale nie wszystkie. Kilka stuknęło o zastawione tarcze szermierzy którzy dzięki wcześniejszemu poleceniu zdołali ustawić się mniej więcej frontem do osi ataku. Rozległy się pierwsze okrzyki zaskoczenia. Któryś z mieczników oberwał w ramię ale widocznie nie zrobiło to na nim wrażenia. Albo kolczuga go osłniła albo rana nie była zbyt głęboka.
- Szereg! Ustawić się w szereg! - krzyknęła blondynka widząc, że czas na podchody i finezję się skończył. Jej ludzie poderwali się z przyklęku i sprawnie ustawili rządaną formację. Kolejne strzały miały teraz utrudnione zadanie gdy rząd tarcz w sporej mierze zasłaniał swoich właścicieli. Ale miecznicy nie mogli odpowiedzieć ogniem. Ich jedynym strzelcem był Thobias.
- Za mną! Rozwalimy tych brudasów! - krzyknęła sierżant wznosząc miecz do góry. - Za Sigmara i Imperatora! Za mną! - krzyknęła wskazując kierunek jaki wcześniej pokazał jej Thobias. A i właśnie stąd zdawały się nadlatywać pociski. Miecznicy ruszyli w tą mgłę do szarży i przez chwilę nadal nadlatywały pociski ale ich miotacze i strzelcy nie mogli być jakoś daleko. Już po chwili napastnicy dojrzeli majaczące we mgle coraz wyraźniejsze sylwetki kozłonogich. Ci pośpiesznie tchórzliwie zrejterowali ale przez to ostrzał ustał. Rozpędzeni miecznicy jednak niespodziewanie dostali się pod ostrzał drugiej grupy jaka do tej pory była ukryta w krzakach i teraz strzelała im z flanki. Zaskoczeni żołnierze zwolnili bieg, zrobiło się zamieszanie gdy początkowych przeciwników zrobiło się więcej niż z początku to wyglądało. No i trzeba było albo ścigać tych pierwszych albo przeformować się i uderzyć na tych z flanki.
Mecha 06
Trafienia zwierzoludzi (kto oberwał)
Szanse trafienia ostrzałem
HQ = Petra + 5 BG + 2 sierżantów = 8 osób (01 - 16)
01 - 02 Petra
03 - 04 Gotthart 1-2 * /
05 - 06 Stefan 1-2 *
07 - 08 Duivel
09 - 10 Eitri
11 - 12 Alezzia
13 - 14 Kolesnikov
15 - 16 Meister 3-4 *
Tileańczycy = 2 osoby (17 - 20) 3-4 *
Przewodnicy = 3 osoby (21 - 26)
Kozacy = 10 osób = 22% (27 - 46) 1-2** / 3-4 **
Myśliwi = 10 osób = 22% (47 - 66) 1-2*
Halabardnicy = 17 osób = (67 - 00) 1-2* / 3-4 ****Razem = 8+2+3+10+10+17=50 osób czyli 2% na głowę
te gwiazdki to ilość trafień, niektóre udało się wybronić rzutem na OP
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się