Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Dekares
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Cioldan

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
193 Posty 6 Uczestników 700 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • CioldanC Niedostępny
    CioldanC Niedostępny
    Cioldan jako Cioldan
    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
    #38

    Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
    Czas : 2521.04.23; Wellentag; południe
    Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

    Jeszcze przed wyruszeniem, podczas gdy głównodowodząca rozdzielała zadania pośród poruczników, sam uzbierał sporą ilość kamieni i patyków oraz szybko rozejrzał się za jakimś dłuższym kijem, dzięki któremu mógłby skutecznie sprawdzać głębokość mokradeł. Łuk i kołczan miał na plecach, tarcza przy biodrze z lewej strony, szabla natomiast z prawej. Kamyki powpychał w kieszenie spodni, te większe zawinął w koszulę na wysokości brzucha i przytrzymywał lewą ręką, a do prawej wziął długi kij.

    - Jeśli mamy jakieś pomocne składniki do leczenia, bądź wszelakie mikstury, to zabierzmy ze sobą. - Ponowił swoją sugestię z początku narady.

    Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
    Czas : 2521.04.23; Wellentag; południe
    Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

    Podczas wędrówki elf szedł spokojnie i cicho, mniej więcej w połowie stawki. Rozglądał się uważnie, ale skupiał się też na obserwacji zachowania pozostałych członków grupy. Swoje myśli skoncentrował na rozmyślaniu o tym, że jako elf w ogóle nie znał się na 'czarowaniu', ale za to był spokojny o swoją odporność na chaos... Idąc monotonnie gęsiego i czekając na rozkazy na tyle się rozkojarzył, że niezbyt uważnie wsłuchiwał się w odgłosy zewnątrz jego głowy. W pewnym momencie przyśpieszył, żeby być bliżej Petry i gdy już się zbliżył szepnął do niej

    - Szanowna dowódco, jak rozpoznamy, że zbliżamy się do zwierzoludzi, a nie do zaatakowanych kuszników bądź Renate i Tobiasa? Chcemy być cicho, więc przemyśl to proszę, zanim dojdziemy do celu - chciał pociągnąć rozmowę, ale wyprawa stanęła, a do Petry doszła też wiadomość z przodu. Bez wahania poszedł za dowódczynią do przodu.

    Nie zdziwił go fakt, że Alezzia wyczuła użycie magii. Niepokoiła go jednak sprawa, że nie było wśród nich nikogo kto umiałby rozproszyć ową magię. Gdy szli dalej, starał się już trzymać z przodu, skupiając się na swoim wzroku i dziwiąc się, że mgła zamiast zelżeć z upływem czasu, to wciąż gęstniała.
    Wśród odgłosów swoich kompanów nagle usłyszał gwizdnięcie jednego z towarzyszy, a następnie jak ktoś krzyczy "są tam". Pomyślał, że to niezbyt mądre krzyczeć podczas próby kamuflażu, ale z drugiej strony jeśli ktoś jest tam... tylko kto. Elf dopiero teraz skupił się zmyśle słuchu i zarazem stanął mocno na nogach. Jego plan z kamieniami i tak już nie mógł się udać, więc rzucił (w lewą stronę od kierunku marszu) z dużym impetem wszystkie kamienie, które trzymał do tej pory zawinięte w koszulę, a te z kieszeni wysypał do błota. Następnie sięgnął po łuk i strzałę i wolnym krokiem podążał dalej co chwilę odwracając głowę to w lewo, to w prawo, będąc jednocześnie gotowym do oddania strzału.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79 jako Pipboy79
      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
      #39

      Tobias spojrzał na wysiadających z łodzi mieczników i przeklął w duchu. - Szlag, nie widzę szansy podejść niepostrzeżenie do chat z tą hałastrą. Już miał coś powiedzieć ale Theiss go uprzedziła. Zrobiło się trochę ciszej. Kiedy wszyscy już wysiedli poszedł przodem, dając znak ręką Theiss by szli za nim. Ciało zwierzoczłeka nie było niespodzianką, zwłaszcza z dziurą po bełcie. Tobias próbował odczytać - z położenia rany - z którego kierunku mógł paść strzał.

      - To nie na moją głowę - pomyślał. Kiedy dotarli do niego miecznicy i przyglądali się ciału nagle coś usłyszał. Odgłosy, jakby ktoś ostrożnie szedł z przeciwnego kierunku - jeżeli to są zwierzoludzie to ja jestem Nocnym Goblinem - pomyślał Tobias. Dał znać wyprostowaną dłonią, domagając się zupełnej ciszy, a kiedy miecznicy stojący najbliżej niego wraz z Theiss - spoglądając się na niego z wyczekiwaniem - wskazał palcem kierunek skąd dobiegały głosy. Ostrożnie wyjął z kołczanu strzałę i założył na cięciwę. - Chyba lepiej się upewnić czy to nie Nasi - przeszło mu przez myśl po czym przytrzymując łuk i strzałę jedną ręką - drugą wyjął z kieszeni trzy kamienie które wziął ze sobą. Niemo oznajmił dowódczyni mieczników co zamierza uczynić po czym rzucił mocno wszystkie w kierunku skąd 'ktoś' podchodził. Nie mógł nimi oczywiście uczynić krzywdy, ale zmylić już być może tak. A kto wie, może 'ktoś' trafiony wyda jakiś dźwięk i może nie będzie to beczenie zwierzoczłeka. Gdy kamienie były w powietrzu Tobias chwycił lotkę i delikatnie napiął łuk.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • DekaresD Online
        DekaresD Online
        Dekares jako Dekares
        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
        #40

        Stefan nie był szczególnie szczęśliwy z dyspozycji ich oddziałów, martwiąc się czy miecznicy pewnej pani sierżant nie znajdą się w tarapatach działając samodzielnie, ale nie mógł z drugiej strony narzekać bo posłuchano jego sugestii aby przekonać miejscowych do pomocy w przeprawie przez bagno, no i dowództwo przychyliło się do jego prośby o możliwość poprowadzenia oddziału. Więć obiecał sobie nie zawieść zaufania jakim obdarzyła go przywódczyni. Obecność sierżanta Stefana razem z nim na szpicy wzbudziła w nim mieszane uczucia, z jednej strony widać było, że myśliwy zna się na swojej robocie i w zasadzie nie potrzebuje pomocy przydzielonego im przewodnika w wyznaczaniu drogi. Z drugiej wystawiało to dowódcę jednego z oddziałów na bardzo duże ryzyko jeśli wpadną na w tarapaty, a jego śmierć mogła zdezorganizować nie tylko jego oddział w nadchodzącej walce ale i utrudnić znacząco całą wyprawę po zapasy. W związku z tym Ostlandczyk zdecydował się chronić jego skórę jak tylko się da.
        Starał się skupić na swoim zadaniu, systematycznie przypatrując drogę przed sobą i po lewej stronie drogi, czyli tej po której szedł oraz kontrolując w krótkich odstępach czasu czy widzi za nimi następnego w kolejności żołnierza aby w razie czego móc natychmiast przekazać mu sygnał np. o wykrytym niebezpieczeństwie który ten powinien podać dalej po linii. Im dalej zapuszczali się w bagno tym ta część zadania stawała się coraz trudniejsza ze względu na coraz gęstszą mgłę, co wymagało zmniejszania dystansu pomiędzy poszczególnymi żołnierzami. Stefan musiał przyznać także że z początku nie wywiązywał się ze swojego zadania tak dobrze jakby chciał. Pomimo starań nie potrafił się do końca skupić na zadaniu ponieważ jego umysł powracał do przerażających wspomnień z dawnych dni kiedy on i jego kompania pod przywództwem świętej pamięci kapitana Steinera zostali zostawieni na śmierć aby uratować resztę wycofujących się pod naciskiem band mutantów i zwierzoludzi oddziałów imperialnych. Nie był to ostatni raz kiedy walczył ze zwierzoludźmi czy co gorsza widział krwawe efekty ich ataków na podróżnych czy bezbronne wioski ale były to zdecydowanie wspomnienia które nie dawało mu spokoju. Co chwilę nachodziły go wspomnienia zabitych tamtego dnia towarzyszy broni rozpraszając go kompletnie.
        Werner Huwke przyjaciel z jego dziesiątki próbujący utrzymać wylewające mu się z brzucha trzewia i błagający aby go nie porzucali na pastwę bestii tylko dobili…Hans Lufte, zawsze pełen wisielczego humoru psotnik rozpłatany niemal na pół przez topór gora… Franz Kupitz przeszyty wł… - Przez swoje rozkojarzenie wpakował się w trzęsawisko w którym ugrzązł po pas, gdyby nie miał w dłoni swojej sprawdzonej włóczni którą zdołał się zaprzeć o stały grunt po boku niechybnie padłby niczym kłoda w bagno pyskiem do przodu i utopił się jak ślepe kocie rzucone w worku do rzeki. Z opresji wyratował go ich przewodnik, jednocześnie klnąc na niego pod nosem, że przecież chwilę wcześniej razem z sierżantem pokazywali aby uważać na to miejsce.
        Po tej wpadce Stefan zdecydował się wziąć w garść i skupić na zadaniu zamiast rozpamiętywać dawne porażki. Pomogło mu w tym otrezźwiające dokuczliwe zimno przeszywające go od pasa w dół dzięki kompletnie przemoczonemu ubraniu po wcześniejszej wpadce oraz odmówienie w myślach litanii do Sigmara którą prosił Go o prowadzenie w wykonywanym zadaniu i możliwość pomszczenia poległych towarzyszy.

        Starał się odpowiadać na słowa Kolesnikowa bardziej potakującymi kiwnięciami głowy niż słowami aby nie ściągnąć na nich niechcianej uwagi hałasem.
        Tym bardziej ruszył Azurowi na pomoc gdy ten zaplątał się w sidła zastawione przez wroga. Ostlandczyk z delikatnością o którą wielu by go nie posądziło uspokajał swojego czworonożnego towarzysza aby ten nie zrobił sobie dodatkowej krzywdy oraz nie narobił więcej hałasu.

        No już Azurku, no już cicho, cichutko - szeptał psu do ucha trzymając go za łeb jedną ręką a drugą trzymając nieruchomo jego zaplątaną w sidło łapę kiedy Stefan Kolesnikow przecinał nożem krępujace je pęta.
        Informacja o magicznym źródle mgły tylko potwierdziła wcześniejsze przypuszczenia Stefana i skłoniła go do zadania pytania Petrze:
        Czy nasza magiczka może spróbować ją rozproszyć albo zlokalizować źródło ją wytwarzające?


        Stefan nie wiedział co konkretnie powiedziało mu, że przed mini ktoś jest, nauczył się już jednak ufać swojemu przeczuciu w takich sytuacjach i zamarł w bezruchu po czym spojrzał na sierżanta kontem oka na sierżanta i zobaczył że ten także znieruchomiał, co go trochę uspokoiło, przynajmniej nie miał zwid.
        Bardzo powoli uniósł w górę lewą dłoń zaciskając ja w pięść jako sygnał dla idących za nimi żołnierzy że mają towarzystwo i że powinni się zatrzymać i przekazać tą komendę po linii
        Po tym mając nadzieje, że ktoś w ogóle widzi jego sygnały(bo nie pozwalał sobie na odwrócenie się chociaż na chwilę od potencjalnego zagrożenia aby to sprawdzić) powoli opuścił ramię w dół z rozłożoną równolegle do ziemi dłonią, jednocześnie przyklękając za najbliższą możliwą osłoną jako sygnał do reszty aby się ukryli. Spróbował jak najciszej to możliwe nakazać Azurowi cisze.
        Sklął się w duchu orientując się w tej chwili, że przecież przed nimi mogą być Ci kusznicy i że nie wie jak ma ich wywołać aby Ci go nie ustrzelili ze swoich kusz, bo był za głupi aby zapytać idącej z nimi dwójki o potencjalne hasło.
        Spojrzał na Kolesnikowa wściekły na własną głupotę po czym, pokazał mu ręką sygnał aby ten go osłaniał i ruszył powoli w kierunku kolejnej osłony zasłaniając się jednocześnie jak najbardziej tarczą przed potencjalnym ostrzałem.

        - Raz kozie śmierć, jak co to będę darł się Mirmidia i tyle -pomyślał ruszając naprzód.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
          #41

          Eitriego ucieszyło, że ich szefowa postanowiła posłuchać rozumu, jeżeli chodziło o misję ratunkową. Nieznany teren bagnisty, w którym czai się grupa "tutejszych" domaga się bardziej rozwagi niż odwagi.


          Co on sobie kurna myślał?
          Bagno głębokie gdzieniegdzie do pasa długonogom spokojnie mogło muskać krasnoluda po gardle. Klął cicho pod nosem za każdym razem kiedy kiedy zaczął się zanurzać bardziej i bardziej w błocie. Parł jednak dzielnie do przodu, bardziej najwyraźniej martwiąc się, że coś zostawi w bajorze, albo, żę brudna woda uszkodzi jego zbroję.
          Cieszyłą go przezorność, że pozostawił muszkiet na wozie. W tej mgle nie przydałby się tak bardzo, do tego wilgoć bagna mogłaby zwilżyć proch. Poprawił chwyt na młocie, nie mogąc się szczerze doczekać w końcu tej bitki. Nigdy nie lubił skradanek i podchodów… za bardzo śmierdziało mu to szczurami… Wolał otwartą walkę gdzie mógłby zmiażdżyć komuś łeb.
          Zatrzymał się, widząc znak od stefana. Tak jak sądził, śmierdziało mu szczurami. Rozejrzał się widząc kozaków ustawiających się za halabardnikami, stanął obok chłopaków z bronią drzewcową.

          - Niskim, ale jednego zatrzymam. - zapewnił kolegów.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • Pipboy79P Niedostępny
            Pipboy79P Niedostępny
            Pipboy79 jako Pipboy79
            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
            #42

            Oryginalny tytuł: Tura 06 - 2521.04.23; wlt; południe

            Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
            Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
            Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

            Wyprawa ścieżką (wszyscy oprócz Tobiasa)

            Zrobiło się zamieszanie. Trudno nawet powiedzieć jak to się zaczęło. Zwłaszcza jak w tej cholernej mgle było widać coś wyraźnie na parę kroków i coś tam majaczyło rozmywając się coraz bardziej na kilka dalszych. Chyba jednak wszyscy usłyszeli krótkie, ostre gwizdnięcie. Ale chyba tylko ci ze środka kolumny co widzieli Gottharta mogli zorientować się kto to gwizdał. Więc Eitri czy Duivel mógł ale już któryś ze Stefanów na czujce nie bardzo. To zdeprymowało Kolesnikowa bo wydawało się, że coś tam za ich plecami się dzieje. Jakiś ruch, jakieś przetasowania ale nie bardzo wiadomo było co. A jeszcze ostlandzki Stefan zdecydował się pójść sprawdzić te podejrzane dźwięki tam z przodu. Bo może to był ktoś ze swoich?

            ~ Uważaj na siebie. ~ pożegnał go jego hochlandzki imiennik ale został na miejscu. Zaś Ostlandczyk ostrożnie szedł krok za krokiem. Ale słyszał, że tam za nim, nawet za pozostawionym z tyłu Stefanem są jakieś przetasowania. Co niezbyt pomagało zlokalizować te dźwięki jakie usłyszał. Słyszał je jeszcze? Nie był pewny. Tamci z przodu zamarli czy co? Też nasłuchiwali? Wykryli go? Nie był pewien. Ktoś z tyłu krzyknął coś ale zrozumiał tylko końcówkę. “Tam!”. Nie usłyszał reszty. Tymczasem nerwowość w centrum kolumny narastała.

            - Co się tu dzieje? - tymczasem w centrum kolumny Petra widząc jakieś nieplanowane, samowolne zamieszanie zapytała obu dowódców o powód.

            - Gotthart mówi, że ktoś nas podchodzi. - odparł szybko i prosto Meister. Sam nie miał miejsca na jakieś manewry. Więc wezwał swoich ludzi aby ustawili się plecami do siebie szykując się do odparcia wrogiej szarży. Zawodowi żołnierze prędko i sprawnie wykonali rozkaz. Ściskali swoje halabardy i wpatrywali się we mgłę.

            - Róbcie to samo! Plecami do siebie! - Petra też wydawała się zdenerwowana ale ponagliła myśliwych Kolesnikowa do podobnego manewru. Ci nie ustawiali się tak sprawnie jak wojacy Meistera ale ustawili się mniej więcej jak kazała szefowa. W dość koślawą linię ale mniej więcej było to tak aby strzały na cięciwach celowały gdzieś w mgłę.

            I tamci chyba zorientowali się po tym wszystkim, że zostali wykryci. Albo po prostu uznali, “że to już”. Bo rozległ się róg bojowy wzywający na łowy. Całkiem blisko ale nadal skryty we mgle. Ludzie rozejrzeli się nerwowo ale już nie mieli czasu na nic. Pierwsze oszczepy, strzały z łuków i pociski proc poszybowały w ich kierunku.

            - Strzelają do nas! - krzyknął któryś z halabardników.

            - Tarcze! Zasłaniać się! Trzymać linię! - krzyczał ich sierżant nie tracąc głowy ani spokoju. Ale poza nimi niewielu miało tarcze aby się czymś zasłonić a na tej błotnistej ścieżce z naturalnymi osłonami było kiepsko. Większość pocisków pudłowała. Trafiały w wodę, w ziemię, w błoto, przelatywały nad kolumną i spadały po drugiej stronie lub znikały gdzieś we mgle. Ale nie wszystkie. Niektóre trafiały w nastawione tarcze halabardników albo w któryś żołnierzy. Oberwał któryś z Kozaków, złapał się za trafiony bark. Prawie od razu dostał też ciśniętym z procy kamieniem. Halabardnik krzyknął ugodzony w goleń. Jedna ze strzał trafiła też Gottharta. Zabolało! A pocisk wbił się solidnie chociaż nie zdołał ugodzić wrażych organów. Podobnie oberwał Stefan. Nie miał pojęcia czy go namierzono czy dostał przypadkowym kamieniem jaki boleśnie trzasnął go w żebro. Ale oberwał. Na moment pociemniało mu w oczach ale przeszło. Bolało ale dało się wytrzymać.

            - Jesteśmy okrążeni! Strzelają ze wszystkich stron! - krzyknął któryś z myśliwych Stefana. Wydawał się być porządnie przestraszony. Ale nie tylko on zorientował się, że pociski padają ze wszystkich stron. Chociaż niezbyt liczne. To na pewno nie była cała kompania strzelców. Wtedy pocisków byłoby o cały rząd wielkości więcej.

            - Strzelajcie! Do cholery, strzelajcie! - krzyknęła Petra jaką pierwsza fala zaskakującego ostrzału nieco zdezorientowała. Ale kolejne trafienia i okrzyki bólu zmobilizowały ją do działania. Ujęła swoją kuszę i zaczęła nią wodzić przed sobą. Wciąż jednak było widać bagno rozpływające się stopniowo we mgle. I nadlatujące z niej strzały, oszczepy, toporki i kamienie z proc.

            - Do kogo?! Nikogo nie widać?! Jak oni nas widzą?! - zawołał któryś ze strzelców wodząc bezradnie łukiem ale nie widząc nic do czego można by wypuścić strzałę.

            - To strzelajcie na słuch! Albo do wszystkiego co się rusza! Odstraszcie ich! - odkrzyknęła mu szefowa w skórzanych spodniach. Sama nadal wodziła kuszą ale chyba wahała się czy jest coś do czego warto by wypuścić bełta. W pewnym momencie pociągnęła za orzech. Napięta dotąd cięciwa świsnęła i bełt popędził gdzieś w mgłę. Zaraz potem dało się słyszeć ni to zwierzęcy ni ludzki okrzyk bólu.

            - Widzicie!? Da się ich trafić! Strzelać! Strzelać do cholery bo nas tu wystrzelają jak kaczki! - krzyknęła niebieskowłosa opierając stopkę kuszy o ubłocony but i ponownie napinając cięciwę.

            Ten przykład podziałał na Hochlandczyków. Próbowali postąpić podobnie. Wycelowali swoje łuki i gdy tylko wydawało im się, że coś widzą, słyszą ruch w tej cholernej mgle to puszczali cięciwę. W większości wypadków nie było znać aby to przyniosło jakiś skutek. Ale co jakiś czas z tej mgły słychać było jakieś jęki albo okrzyki bólu. Petra przeładowała kuszę, wycelowała przez chwilę i gdy uznała, że ma cel strzeliła ponownie. Tym razem jednak jak kogoś trafiła to nie dał tego jej o tym poznać. Strzały, oszczepy i kamienie nadal jednak nadlatywały z każdego kierunku bagna. Znów oberwali Kozacy i Halabardnicy. Dostał nawet sam Meister. Ale na jego szczęście strzała co prawda wbiła się w jego kolczugę ale pod ostrym kątem i osłabiona zderzeniem z metalowymi kółeczkami utknęła w przeszywalnicy pod spodem.

            - Widzicie?! To kmioty! Damy im radę! - krzyknął sierżant halabardników łamiąc tą strzałę i unosząc ją w górę aby pokazać swoim ludziom i najbliższym sąsiadom. Jednak on i jego ludzie mogli być w tym mglistym, pojedynku strzeleckim tylko mało ruchomymi celami i nie mogli się w niego włączyć.

            Eitri i Duivel wylądowali gdzieś w środku kolumny. Na razie wojenne szczęście im sprzyjało bo nic ich nie trafiło. I byli świadkami tej walki strzeleckiej. Bo przeciwnik coś póki co nie kwapił się do szarży na unieruchomioną kolumnę. Widzieli jak Gieorgij stara się utrzymać szyk i dodać otuchy swoim halabardnikom. Jak Petra ponownie schyla się aby napiąć swoją kuszę. I jeszcze trochę myśliwych jacy stając co chwila któryś wypuszczał strzałę gdzieś w mgłę. Czasem jednak i im zdawało się, że coś w tej mgle majaczy albo słychać jakieś mlaszczące w błocie kroki.

            Gotthart co prawda oberwał ale niezbyt poważnie. Wciąż był pośród swoich Kozaków po sąsiedzku z halabardnikami. Aleksiej ani reszta nie meldowali aby coś próbowało ich podejść. Niezbyt też widać było na tyle aby było do kogo strzelać. Zwłaszcza, że odkąd padły pierwsze strzały zrobił się niezły harmider. Co chwila ktoś coś krzyczał, że kogoś widzi albo, że “tam są” czy wrzeszczal jak oberwał czymś “od tamtych”. Petra kazała strzelać na słuch albo do tego co się dojrzy w tej mgle. Zwykle nie było nic widać co by można zweryfikować jako przeciwników. Ale od czasu do czasu wydawało mu się, że coś tam ledwo majaczy mu we mgle albo juz mu się mieniło w oczach.

            Stefan zaś utknął od początku walki. Wysforował się w pojedynkę naprzód gdy zaczął się ostrzał. Nie miał pojęcia czy to dlatego, że go ktoś z tamtych dostrzegł czy to coś tam przy reszcie kolumny. Grunt, że został chwilowo sam. Jak się odwracał do tyłu to nawet Kolesnikova nie widział.

            - Stefan! Wracaj! Wracaj do cholery bo cię capnął albo zabiją! - usłyszał w końcu głos herszta bandy Hochandczyków. Gdzieś tam pewnie był tam gdzie go zostawił i musiał być nieźle zdenerwowany sądząc po głosie.

            Wyprawa łodziami (Tobias)

            Nim przyszła krótkoostrzyżona na chłopczycę Theiss a potem reszta jej oddziału Tobias miał okazję przyjrzeć się truchłu zwierzoczłowieka. Doszedł do wniosku, że tutaj skipiał. Widział po sporej plamie już mocno podeschniętej krwi na jakiej już żerowały trupożerne muchy. I śladach agonalnych ruchów kopyt i palców na błocie. To tak, tutaj kopytny musiał dokonać żywota. Ale nie tutaj oberwał. Krwawy ślad dostrzegł w soczystej chociaż jakiejś szarej trawie. Ciągnął się tam dalej aż znikał we mgle. W kierunku gdzie sternicy mówili, że miały być te budynki zatopionej w bagnie farmy. Gdzieś tam ktoś mu wrażył ten ciężki bełt w trzewia tak bardzo, że pocisk przebił go na wylot i w końcu utrupił. Nawet jeśli nie od razu.

            I właśnie gdzieś z tamtąd usłyszał te podejrzane dźwięki jakby ktoś tam się skradał w tej mgle. Jak je przekazał Theiss ta upewniła się jaki kierunek pokazuje. Ta chwilę zastanawiała się. Ale chwilę. Dala mu znak aby poczekał. A potem gestem kazała swoim ludziom wyrównać. Ustawili się mniej więcej w przyklęknięty szereg. Ale mało zwarty. Jak na ucho Thobiasa to nie było zbyt dyskretne ale widział, że starają się tak to właśnie zrobić. Od razu widać było, że nie są ani rangerami, ani tropicielami, myśliwymi czy choćby łotrzykami. Te wszystkie ćwieki, kolczugi, brygantyny, tarcze, torby klekotały przy każdym ruchu. Nawet niezbyt głośno. Ale jak było ich prawie dwie dziesiątki to jednak robił się z tego pewien szum które wprawne ucho mogło wychwycić. Tylko nie wiedział jeszcze jak wprawne ucho ma druga strona. Wtedy Theiss dała mu znak aby rzucił te kamienie. Więc rzucił.

            Widział jak poszybowały łukiem ale szybko rozmyły się we mgle. Po chwili upadły gdzieś tam dalej. I nic się nie działo. Theiss i jej wojacy klęczeli i wpatrywali się intensywnie we mgłę, trawę, te bliższe widoczne kawałki płotów i krzaków. Blondynka spojrzała na niego pytająco jakby szukała u niego porady. W końcu o ile ona i jej ludzie znali się na szermierce i bezpośrednich starciach to właśnie Thobias był ich jedynym, profesjonalnym zwiadowcą.

            Wtedy jednak uwagę przykuły odgłosy. Najpierw zawył róg myśliwski. A potem zaczął się zgiełk. Zgiełk walki. Stukot broni, jakieś okrzyki. Ale to wszystko nieco wytłumione przez mgłę i odległość. Na pewno nie byli “tuż za rogiem”. Theiss otworzyła usta aby coś powiedzieć ale w tym momencie z przeciwka dał się słyszeć jakiś szmer. I zaraz potem nadleciały ku nim strzały, oszczepy i pociski z proc. W zdecydowanej większości trafiły nieszkodliwie w trawę, w ziemię, w błoto czy kałuże. Ale nie wszystkie. Kilka stuknęło o zastawione tarcze szermierzy którzy dzięki wcześniejszemu poleceniu zdołali ustawić się mniej więcej frontem do osi ataku. Rozległy się pierwsze okrzyki zaskoczenia. Któryś z mieczników oberwał w ramię ale widocznie nie zrobiło to na nim wrażenia. Albo kolczuga go osłniła albo rana nie była zbyt głęboka.

            - Szereg! Ustawić się w szereg! - krzyknęła blondynka widząc, że czas na podchody i finezję się skończył. Jej ludzie poderwali się z przyklęku i sprawnie ustawili rządaną formację. Kolejne strzały miały teraz utrudnione zadanie gdy rząd tarcz w sporej mierze zasłaniał swoich właścicieli. Ale miecznicy nie mogli odpowiedzieć ogniem. Ich jedynym strzelcem był Thobias.

            - Za mną! Rozwalimy tych brudasów! - krzyknęła sierżant wznosząc miecz do góry. - Za Sigmara i Imperatora! Za mną! - krzyknęła wskazując kierunek jaki wcześniej pokazał jej Thobias. A i właśnie stąd zdawały się nadlatywać pociski. Miecznicy ruszyli w tą mgłę do szarży i przez chwilę nadal nadlatywały pociski ale ich miotacze i strzelcy nie mogli być jakoś daleko. Już po chwili napastnicy dojrzeli majaczące we mgle coraz wyraźniejsze sylwetki kozłonogich. Ci pośpiesznie tchórzliwie zrejterowali ale przez to ostrzał ustał. Rozpędzeni miecznicy jednak niespodziewanie dostali się pod ostrzał drugiej grupy jaka do tej pory była ukryta w krzakach i teraz strzelała im z flanki. Zaskoczeni żołnierze zwolnili bieg, zrobiło się zamieszanie gdy początkowych przeciwników zrobiło się więcej niż z początku to wyglądało. No i trzeba było albo ścigać tych pierwszych albo przeformować się i uderzyć na tych z flanki.


            Mecha 06

            Trafienia zwierzoludzi (kto oberwał)

            Szanse trafienia ostrzałem

            HQ = Petra + 5 BG + 2 sierżantów = 8 osób (01 - 16)
            01 - 02 Petra
            03 - 04 Gotthart 1-2 * /
            05 - 06 Stefan 1-2 *
            07 - 08 Duivel
            09 - 10 Eitri
            11 - 12 Alezzia
            13 - 14 Kolesnikov
            15 - 16 Meister 3-4 *
            Tileańczycy = 2 osoby (17 - 20) 3-4 *
            Przewodnicy = 3 osoby (21 - 26)
            Kozacy = 10 osób = 22% (27 - 46) 1-2** / 3-4 **
            Myśliwi = 10 osób = 22% (47 - 66) 1-2*
            Halabardnicy = 17 osób = (67 - 00) 1-2* / 3-4 ****

            Razem = 8+2+3+10+10+17=50 osób czyli 2% na głowę

            te gwiazdki to ilość trafień, niektóre udało się wybronić rzutem na OP

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • CioldanC Niedostępny
              CioldanC Niedostępny
              Cioldan jako Cioldan
              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
              #43

              Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
              Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
              Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

              Wyprawa ścieżką

              Elf był zawiedziony, że zostali tak łatwo otoczeni i napadnięci, ale jeszcze bardziej nie mógł sobie wybaczyć, że nie wychwycił zagrożenia wcześniej. Stojąc plecami do krasnoluda szepnął do niego

              - Mości Krasnoludzie, przydałaby się teraz Twoja pukawka... Jak wystrzelę strzały to udam się dalej aby uniknąć odwetu. Powodzenia i udanych łowów... - po czym naprężył cięciwę, skupił się mocno i wystrzelił w stronę przeciwnika (przynajmniej tam gdzie zdawało mu się, że są zwierzoludzie).

              Po wystrzeleniu strzał, chciał zwrócić się do Petry, więc spojrzał w kierunku z którego ostatnio słyszał jej głos i wykrzyczał z cały sił, aby szefowa go usłyszała

              - Petro Droga!! dajmy znać Theiss i Tobiasowi gdzie jesteśmy! niech ktoś do nich krzyknie, albo może ktoś z nas ma róg?!?! To niech dmuchnie z całych sił, aby ogłosić, że i my ruszamy na łowy!!!!! Alezzia niech krzyczy do Tileańskich kuszników, że przyszły posiłki!!! Może odpowiedzą i będziemy wiedzieć gdzie są! Musimy też znaleźć większy połać lądu niż ta ścieżka!!! Bo co tu nam po halabardnikach i miecznikach?!?! - po wykrzyczeniu tych słów poszedł dalej w stronę w którą wędrowała wcześniej grupa, ale powoli i unikając głębszej części bagna. Wciąż się rozglądał i nasłuchiwał za zagrożeniem, aby być gotowy na ewentualny atak ze strony zwierzoludzi i wykonanie uniku.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79 jako Pipboy79
                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                #44

                Gdy dochodzi do starcia we mgle, oddział zostaje nagle ostrzelany, a Gotthard natychmiast reaguje, próbując zorganizować osłonę. Sam zostaje trafiony strzałą w ramię, co tylko potęguje jego wściekłość i zmusza do szybszego działania. Szybko orientuje się, że na otwartym, podmokłym terenie nie ma żadnej możliwości schronienia, przez co pozostawanie w miejscu oznacza pewną śmierć pod ostrzałem niewidocznego wroga.

                Rozkazuje swoim kozakom strzelać na podstawie dźwięku, sam również próbuje trafić przeciwnika „na ślepo”, lecz szybko uznaje tę taktykę za nieskuteczną. W obliczu rosnącego zagrożenia podejmuje zdecydowaną decyzję i nawołuje do natychmiastowego ataku, przekonany, że jedyną szansą na przeżycie jest skrócenie dystansu i wyrwanie się spod przewagi przeciwnika ukrytego we mgle.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79 jako Pipboy79
                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                  #45

                  - Za mną!Za Sigmara! - rozbrzmiewały krzyki Theiss w głowie Tobiasa. Przepuścił mieczników przodem, a kiedy ostatni wyprzedzili go ruszył z pochyloną głową rozglądając się za tymi przeklętymi chatami. Nagła ucieczka zwierzoludzi i ostrzał z flanki - Wciągają nas w zasadzkę - oczywiście - skarcił się w myślach z niedomyślenie się.

                  -Sierżancie! Musimy dostać się w pobliże domostw! - krzyknął zdając sobie sprawę że w tym zgiełku panna Theiss może nie usłyszeć.
                  Nałożył strzałę na cięciwę i posłał trzy w kierunku skąd oddział mieczników był ostrzeliwany, prąc cały czas za miecznikami.

                  - Mam nadzieję że duga grupa radzi sobie lepiej - pomyślał śląc trzecią strzałę.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • DekaresD Online
                    DekaresD Online
                    Dekares jako Dekares
                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                    #46

                    Stefan powoli przemieszczał się do przodu z Azurem przy nodze, grając w zbyt dobrze znaną grę polegająca na wykryciu "tamtych" podczas gdy samemu pozostawało się niezauważonym. Miał cały czas nadzieje, że przed nimi znajduje się Tobias Walder i Renia Theiss wraz ze swoimi miecznikami ale to nie zwalniało go z czujności. Odgłosy zamieszania zza pleców specjalnie go nie ucieszyły ale z drugiej strony jeśli przed mini są ich ludzie to powinni się zorientować, że mają do czynienia z ludźmi a nie kozami po wydawanych odgłosach i... Odgłos rogu wzywający na polowanie zamroził go w miejscu. Zbyt dobrze znał to wezwanie do łowów ze strony zwierzoludzi i szanse na to, że przednim są przyjaciele bardzo spadły. Ale to nic nie zmieniało, nadal szedł do przodu na ugiętych nogach jeszcze bardziej pochylając się i zasłaniając tarczą przed ewentualnym ostrzał. Po chwili zobaczył przelatująca
                    jakiś metr od niego strzałę.

                    - NO TO ZACZEŁO SIĘ! -Pomyślał gorączkowo jednocześnie zwracając swoją tarcze w kierunku z którego przeleciała strzała i starając się nasłuchiwać... .

                    Uderzenie i ból spowodowały, że padł na kolana tracąc oddech. Na szczęście udało mu się nie zacząć krzyczeć z bólu po tym jak został trafiony, a jedynie zakląć Prawie bezgłośnie pod nosem. Instynktownie starał się zasłonić tarczą jak najlepiej potrafił, udało mu się także szybko złapać za obroże Azura i przycisnąć go do ziemi aby ten był zarówno mniejszym celem, jak i przede wszystkim aby samemu nie pognał w mgłę zagryźć napastnika. Ostlandczyk stracił kilka sekund na odzyskanie oddechu po czym gdy przekonał się że nie ma między żebrami wystającej strzały a w jego kierunku nie lecą kolejne pociski ani nie nacierają wrogowie ruszył przed siebie dalej ponownie nasłuchując. Musiał znaleźć wroga i ocenić z kim mają do czynnienia...no i odpłacić draniom po dziesięciokroć!

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                      #47

                      Eitri westchnął. Oczywiście, że zasadzka. Nigdy nie wchodzisz na wrogi teren i spodziewasz się, że masz przewagę. Kiedy przeleciała pierwsza strzała, uniósł tarczę. Musiał przyznać elfowi rację, w tej chwili przydałby się jego muszkiet. Sęk w tym, że w tej mgle nic nie widział, więc strzelałby na oślep i nasłuchiwał czy coś trafił.

                      Cała sytuacja jednak zaczynała go irytować. Stali bez czynnie kiedy łucznicy wymieniali się strzałami.

                      - Na brodę Grimnira, nie możemy tu tak stać jak słupy! Niech ktoś wyda rozkaz ataku! - krasnolud zaczynał się martwić, że to co teraz przeżywają to zwykłe zmiękczanie ofiary - Skurczybyki chcą nas wykrwawić i dobić. - mruknął do siebie, ale nie ruszał się z kolumny. Miast tego zaczął się rozglądać za kierunkiem, z którego nadchodzą strzały i spróbował ustawić się w jego stronę. Najpewniej stamtąd nadciągnie szarża zwierzoludzi.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79 jako Pipboy79
                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                        #48

                        Oryginalny tytuł: Tura 07 - 2521.04.23; wlt; południe

                        Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
                        Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                        Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                        Grupa von Falkenhorst

                        Walka na bagnach była tak mętna i niejasna jak mgła i bagienna woda w jakiej walczono. Z jednego krańca kolumny marszowej ludzi nie było widać drugiego krańca. Ba! Nawet jak się było gdzieś w środku to nie było widać któregokolwiek z krańców. Najwyżej najbliższych sąsiadów i oddziałów. Więc co tu mówić o wrogach? Zwykle trzeba było strzelać prawie na ślepo. Do majaczącego we mgle ruchu, plamy, cienia albo po prostu na słuch w odgłos skąd we mgle zdawały się dochodzić kroki. Skuteczność tak prowadzonego ognia była trudno do oszacowania. Ale od czasu do czasu gdzieś z tej mgły dobiegał beczące lub prawie ludzkie odgłosy bólu sugerujące, że ktoś z kozonogich oberwał. Ale i bliżej było o wiele głośniej. Strzelcy krzyczeli wskazując sobie podejrzane cienie i próbując je trafić. Czasem ktoś dostał strzałą, oszczepem czy kamieniem wyrzuconym z procu. Większość tych pocisków spadała nieszkodliwie w wodę, wbijała się w grząską ziemię lub niknęła po lotki w błocie. Ale niektóre nadal trafiały w żywe cele. Część z nich wbijała się w tarcze, rozstrzaskiwała po pancerzach albo rykoszetowała po nich. Ale niewiele bo ludzie dysponowali dość lekką piechotą opancerzoną w średnie lub lekkie pancerze. Więc spora część pocisków jak już któregoś trafiła to wbijała się w żywe ciało powodując okrzyki boleści. A i te co sie nie wbiły w nikogo szarpały nerwy pokazując, że każdy kolejny może spowodować, że wojenna fortuna będzie mniej łaskawa niż w tej chwili.

                        Ten cały chaos mglistej, bagiennej walki niezbyt sprzyjał rozmowom czy naradom nad obraniem strategii. Żołnierze starali się wykonać polecenia swoich dowódców. A ci jakoś być dla nich wzorem do naśladowania wskazując jak powinni postępować. W samym centrum była spieszona, młoda szlachcianka w nietypowym ubraniu bo skórzanych spodniach i do tego z lekką kuszą. Przez co sprawiała wrażenie raczej jakiejś najemniczki czy awanturniczki niż szlachcianki. Ale ci co byli w centrum szyku jak choćby Duivel, Eitri, Gotthart, część Hochandczyków czy Kozaków widziała jak szefowa kolumny też co chwila przeładowuje kusze, celuje w opary mgły i gdy wydawało jej się, że ma namiar na cel zwalniała cięciwę. Ta zaś wyrzucała z siebie masywny bełt który ze świstem mknął i znikał w mglistej kurtynie. Ale tak samo jak u innych strzelców wynik był trudny do oszacowania.

                        Znalazła jednak czas aby odkrzyknąć elfowi jaki do niej zakrzyczał swoje pytanie.

                        - Jak jeszcze nie słyszą “Tego” to są już martwi albo zaczarowani! - odkrzyknęła mu bez zastanowienia i wskazując wzrokiem mgliste pole walki. Rzeczywiście rwetes był… Typowy dla walk oddziałów o tej skali. Nie było szans na dyskretną akcję. O ile tylko ktoś był względnie po sąsiedzku to powinien usłyszeć ten hałas. A czy grupa Theiss co popłynęła łodziami albo kusznicy co mieli być oblężeni na farmie byli na tyle blisko aby to usłyszeć to trudno było w tej chwili stwierdzić. O rogu nic nie wspomniała ale nie widział u niej takiego. A ani Eitri, ani Gotthart, ani Meister nie kwapili się do jego użycia. A i u nich też nie dojrzał niczego takiego.

                        - Obawiam się Duivielu, że przeceniasz skalę mojego głosu! - jasnowłosa magister popatrzyła na niego ironicznie ale chyba miała zdanie podobne do szefowej. I zapewne nie uważała aby w pojedynkę miała szansę przekrzyczeć kilka dziesiątek wrzeszczących mężczyzn jacy się tłoczyli na tej ścieżce i albo próbowali ustrzelić coś w tej mgle albo zasłonić się tarczami przed wrogim ostrzałem. Ale sądząc po jej ruchach i gestach gdy straciła nim zainteresowanie to chyba zaczęła coś czarować. A z tego co wiedział to magom bezpiecznie było nie przerywać to zajęcie wymagające precyzji i koncentracji.

                        - A jak znajdziesz większą połać suchego lądu to daj znać! - krzyknęła do niego Petra znów unosząc kuszę i szukając celu w tej mgle. Więc chwilowo też zamilkła. Zwłaszcza, że każdy musiał okazać się sporą wytrwałością aby nie skulić się na tej ścieżce aby stanowić mniejszy cel dla nadlatujących z mgły pocisków. Widział jak jakiś kamień z procy świsnął z pół kroku obok nóg szefowej a ona przeniosła kuszę gdzieś skąd chyba nadleciał. Obok niego też wbiła się jakaś włócznia. Z wysoka więc zapewne nie był to bezpośredni rzut co jednak utrudniało zlokalizowanie miotacza. Sam też starał się odpowiadać ogniem. Był na tyle świetnym łucznikiem, że potrafił strzelić raz za razem w tym samym czasie gdy zwykły łucznik strzeliłby zapewne tylko raz. To nie wpływało na te momenty gdy wydawało mu się, że kogoś słyszy czy nawet dostrzega w tej bagiennej mgle. Ale jak już to się stało to wypuszczał strzałę i zaraz potem kolejną. Ale jak każdemu innemu strzelcowi w kolumnie trudno mu było zweryfikować skuteczność swoich strzałów.

                        Gotthart za to nie opuszczał swoich Kozaków. I twardo przejął dowodzenie nad tym chaosem jaki zapanował na ścieżce. Krzyknął rozkazująco i do Mesitera i do von Falkenhorst aby halabardnicy zaatakowali niewidoczne we mgle cele.

                        - To głupota! Ugrzęźniemy w bagnie, stracimy szyk, rozproszymy się i dopiero nas wystrzelają jak kaczki! I nie wiemy ilu ich jest! - sierżant halabardników jawnie zaprotestował przeciwko pomysłowi dowódcy Kozaków. A poza tym nijak jemu nie podlegał więc Gotthart czy inni dowódcy sierżantów mogli mu co najwyżej coś podpowiadać czy sugerować. A ten twardy, rozkazujący ton widocznie mu się nie spodobał. Właściwie jedyną osobą jaka mogła mu legalnie wydawać rozkazy była Petra von Falkenhorst. Jak zresztą i samemu Gotthartowi oraz każdemu innemu dowódcy czy żołnierzowi w ich kolumny. Właśnie na nią spojrzał Dymitri bo ona miała tu ostatnie słowo. Ta zawahała się na chwile. Otarła mokrym rękawem spocone czoło rozmazując po nim tylko brud i rozejrzała się dookoła jakby chciała rozeznać się w sytuacji. Ale wiele nie było widać było. Tyły Hochlandczyków jacy podzieleni na dwie przeciwne strony próbowali coś ustrzelić w tej mgle. I podobnie postępujących Kozaków w tylnej części kolumny. Z mgły nadal nie nacierał na nich żaden widoczny przeciwnik w jakiego można by wrażyć bełty, strzały, miecze czy halabardy. Za to niezmiernie spadały na nich strzały, pociski z proc i oszczepy. Wszyscy zdawali się krzyczeć a czasem ktoś głośniej gdy został trafiony.

                        - Stać i strzelać! Przygotujcie się na atak ale zostajemy tutaj! Pogubimy i potopimy się w tych bagnach jak tam wleziemy! Stać i strzelać! Ty także Gotthart! Ciebie to też dotyczy! - po tej chwili wahania Petra wydała rozkazy. Spojrzała wprost na Gottharta świdrując go wzrokiem i pokazując palcem, że bynajmniej nie jest tutaj wyjątkiem i też podlega jej rozkazom. Po czym znów uniosła swoją kuszę i starała się znaleźć w tym chaosie coś do ustrzelenia. Meister zaś wrócił do swoich ludzi powtarzając rozkazy aby utrzymać szyk i być gotowym do odparcia ewentualnej szarży wroga.

                        Stefan zaś zignorował nawoływania do powrotu swojego imiennika. Zostawił go bez słowa wyjaśnienia i starał się skorzystać z zamieszania aby podkraść się do przeciwnika. Już wcześniej wydawało mu się, że ma kierunek skąd dochodzą jakieś chlupoczące odgłosy. Jakby kroki. Schylony ruszył w tę stronę nadstawiając tarczę aby go chroniła przed spodziewanym ostrzałem. Szybko przekonał się o dwóch rzeczach. Pierwszą można było chyba uznać za pozytywną. Otóż jego podejrzenia sprawdziły się i dość szybko przekonał się, że te odgłosy to zapewne pochodzą od jakichś piechurów co poruszali się we mgle. Zapewne po to aby oddać strzał czy dwa po czym zmienić pozycję. Czy po to aby utrudnić namierzenie siebie przez kogoś na ścieżce czy po to aby sprawić wrażenie, że jest ich więcej. Ale nie sądził aby było ich więcej niż kilku. Przynajmniej z tych jakich wydawało mu się, że słyszy. Druga rzecz już nie była taka pozytywna. Otóż jego towarzysze jakich zostawił za sobą na ścieżce widocznie dalej strzelali. Niektórzy zapewne do tych piechurów jakich słyszał. I czasem te strzały przeszywały powietrze w całkiem bezpiecznej odległości. Ale ze dwa czy trzy razy to prawie musnęła go taka strzała w ramię czy głowę. W końcu nikt tam na ścieżce nie miał pojęcia, że ich kolega postanowił zagłębić się samotnie w te bagna. Nawet jego imiennik mógł ich jakoś ostrzec ale jak go zostawił z niczym to pewnie też nie wiedział co się z nim stało.

                        Kolejne dwa szczegóły odkrył prawie równie szybko. Pierwszym było bagno. Z każdym krokiem zapadał się coraz bardziej. Jak tylko zszedł ze ścieżki to nogi zapadały mu się do połowy łydki, do kolan, do połowy ud, do krocza… Ciężko się szło przez te bagno. I niezdarnie. Każdy krok musiał wyszarpywać nogę z gliniastej, śmierdzącej bagnem mazi. Ta wyrywała się z chlupotem tylko po to aby zaraz potem znów z mlaśnięciem zagłębić się w trzęsawisko przy kolejnym krokiem. Nie było to ani zgrabne ani dyskretne. Więc właściwie nie powinien być zdziwiony, że ci do jakich starał się podkraść wykryli go zanim zdołał podejść na odległość szarży. Już widział dwie, trzy, może cztery mniej więcej ludzkie sylwetki. Chociaż jeszcze dość zamglone. Z dziko wyglądającymi przepaskami biodrowymi, z łukami, oszczepami i procami w dłoniach. Krzyczeli do siebie pokazując go sobie palcami. Po czym bez skrupułów otwarli do niego ogień korzystając z tego, że jest powolny, niezdarny w tej bagiennej matni. Większość pocisków spudłowała. Ale nie wszystkie. Oberwał po raz kolejny. Jakaś strzała rozorała mu obojczyk i poleciała dalej. Zapiekło! Ale brnął dalej z iście ostlandzkim uporem. Zaraz potem jakiś pocisk z procy trzasnął go w skroń. Zachwiał się i pociemniało mu na chwilę w oczach. Zamarł na moment ale po tej chwili zamroczenia otworzył oczy. Dalej był po kolana w bagnie i widział te zamglone sylwetki. Ostrzał ze ścieżki musiał przynieść jakieś straty bo jeden z napastników zawył boleśnie gdy kolejna strzała utkwiła mu w brzuchu. Złapał się za nią ale to przy już dwóch czy trzech co w nim tkwiły było za wiele. Upadł na kolana po czym zwalił się w błoto. Albo umarł albo dogorywał w każdym razie Stefan stracił go z oczu. Ale tamci przeciwnicy nie. Oddalili się nieco aby utrzymać odległość od niego. I dalej go ostrzeliwali. Widocznie skupili się na bliższym przeciwniku niż tym co był niewidoczny na ścieżce. A Ostlandczyk oberwał. Poważnie oberwał. Czuł ból w zranionych miejscach, gęstniejącą w ustach ślinę i osłabienie bólem. Ale jeszcze był w stanie utrzymać się na nogach i napierać dalej na tą mazistą pułapkę lub spróbować się wycofać. W końcu w okolicy dalej świstały strzały także od jego towarzyszy którzy nie wiedzieli, że tu jest samotny na bagnie w miejscu skąd wcześniej padały strzały ich przeciwników.

                        - Trzymaj linię krasnoludzie. Potopimy się i pogubimy w tej mgle i bagnach. Wtedy nas dorwą po kolei. - w tym czasie na błotnistej, grząskiej ścieżce jaka wiodła przez to bagno Meister zachowywał spokój. I słysząc słowa Etriego dał mu znać, żeby się nie wyłamywał z jego oddziału. Co prawda wzrostem khazad niezbyt pasował do wyższych halabardników. Ale w całej tej kolumnie po wysłaniu oddziału mieczników Theiss łodziami to oni stanowili jedyny kompotent zawodowych piechurów przygotowanych do bezpośredniego starcia. A on bez swojego muszkietu niezbyt mógł się włączyć w walkę strzelecką. No i niezbyt widział jakby miał się włączyć. Co prawda wszyscy tu chyba coś krzyczeli i często nawet, że “Tam jest! Tam są!” ale on sam widział głównie bagno jakie ich otaczało i stopniowo roztapiało się w mglistej kurtynie. Czasem słyszał, że ktoś tam z tej mgły krzyknął zapewne gdy ugodziła go któraś ze strzał łucznikow no ale sam nadal tego nie widział. Więc mógł stanowić dodatek do oddziału karnych halabardników Meistera póki nie przyjdzie moment na bezpośrednie starcie. Te półtorej tuzina halabard mogło się okazać czynnikiem decydującym gdyby doszło do takiego starcia. Bo Kozacy Gottharta czy Hochlandczycy Stefana to raczej byli strzelcy i zwiadowcy niż regularna piechota. Właśnie dlatego szli przodem kolumny bo mieli większą wprawę od halabardników w podkradaniu się do przeciwnika. A pierwotnie Petra zdecydowała się podejść dyskretnie tak blisko przeciwnika jak się da. Ten nie wiadomo gdzie był ale wszyscy się chyba spodziewali, że gdzieś w tej zatopionej farmie gdzie zabarykadowali się tileańscy kusznicy. No ale widocznie obecna zasadzka nieco musiała zweryfikować te oczekiwania.


                        - Strzały mi się kończą! - krzyknął któryś z hochlandzkich myśliwych. Rozległy się kolejne podobne okrzyki. Zresztą Kozacy meldowali Gotthartowi podobny stan już mocno przerzedzonych kołczanów. Zresztą u niego samego wyglądało to podobnie. Duiviel był w jeszcze gorszej sytuacji. Ten szybki, podwójny ostrzał jaki prowadził podczas walki właściwie już całkowicie opróżnił mu kołczan. Zostało mu parę ostatnich strzał do samoobrony i w ogóle na czarną godzinę.

                        - Wstrzymać ogień! I cisza! Nasłuchiwać! - Petra zaklęła cicho ale jak pomacała swój kołczan to odkryła, że też już nie ma tam zbyt wielu bełtów. Ogień łuczników stopniowo słabł aż ustał całkowicie gdy jedni powtarzali drugim rozkazy szefowej. Ale i z tej mgły też już niewiele nadlatywało pocisków. Brudni, mokrzy i spoceni ludzie rozglądali się dookoła.

                        - Mam dwóch zabitych! Reszta cała! - krzyknął z tyłu kolumny głos Meistera.

                        - Meldować o stratach! Kogo brakuje!? - von Falkenhorst przeładowała kuszę i wycelowała ją w mgłę ale na razie nie strzelała. Widocznie meldunek sierżanta halabardników natchnął ją do kolejnego kroku.

                        - U nas jeden ranny! Reszta cała! - Kolesnikow przepchnął się na tyły swojej grupy aby dać znać co u niego i jego myśliwych. Gotthartowi padł jeden z Kozaków ubity strzałami i oszczepami. Jemu samemu poza tym pierwszym trafieniem nic się więcej nie stało. Przynajmniej na razie.

                        - Ale nie wiem co ze Stefanem. Nie widziałem ani nie słyszałem go od początku zasadzki. Poszedł gdzieś do przodu. Wołałem go ale nie odpowiedział. Może go trafili. Albo capnęli. nie wiem. - zameldował Stefan gdy podszedł do szefowej na tyle aby mogli swobodnie rozmawiać. Petra z rozstargnieniem pokiwała głową i przetarła dłonią twarz. Znów rozmazując tylko po niej brud i błoto. Zadarła głowę do góry jakby dopiero teraz dojrzała świetlne zjawisko nad ich głowami.

                        - Co to? - zapytała zdziwiona. Wcześniej zaabsorbowana walką widocznie nie dojrzała tego wcześniej. Jak zresztą chyba większość sądząc po zdziwionych minach.

                        - Taka mała, świetlna sztuczka. Nie obawiajcie się, nie zrobi nam krzywdy. - odparła spokojnie Alezzia ale też zadarła głowę do góry. Tam zaś widać było zamgloną plamę światła. Jakby wisiała tam w powietrzu jakaś spora latarnia. Tylko mgła rozmywała jej światło więc jej samej nie było widać. Ale już jej świetlną aurę tak.

                        - Aha. No to… Dobrze… To ten… Zobacz co z rannymi. - Petra chyba nie do końca była przygotowana na taki popis magii ale jakoś próbowała do przełknąć i odniosła się do medycznych zdolności świetlistej magister. Ogień z mgły już prawie ustał.


                        Mecha 07

                        Próba przejęcia dowodzenia przez Gottharta

                        OGŁ + Ranga + Dowodzenie + skille vs OGŁ + Ranga + Dowodzenie + skille

                        zastraszanie +10 (Gotthart)
                        groźny +10 (Gotthart)
                        Ranga 4+2=6 -5 (Gotthart)
                        Ranga 6 -5 (Petra)
                        Ranga 4 -15 (Dymitri)
                        wbrew hierarchii -10 (Gothart vs Dimitri)
                        niższa szarża -20 (Gotthart vs Petra)
                        niebezpieczna sytuacja -20 (Gotthart)
                        rany -10 (Gotthart)
                        świeżak -10 (Petra)

                        Gotthart 45+10+10-5-20-20-10=10
                        Petra 45-5-10=30
                        Dymitri 45-15=30

                        Gotthart vs Petra 50+10-30=30; rzut: https://orokos.com/roll/982133 84; 30-84=-54 > du.por = mowy nie ma! (z pełnym przekonaniem)

                        Gotthart vs Dymitri 50+20-30=40; rzut: https://orokos.com/roll/982133 84; 40-84=-44 > śr.por = nie zrobię tego! (z przekonaniem)


                        Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
                        Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                        Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                        Grupa Theiss

                        Po tym jak Theiss poderwała swoich ludzi do szarży wszystko przyspieszyło. Co prawda już po parunastu krokach zdołali namierzyć przeciwnika. I to o wiele mniej licznego. Ale ten tchórzliwie nie przyjął szarży dając dyla a jakby tego było mało okazało się, że flankuje ich druga grupa która skorzystała z okazji i zasypała mieczników strzałami, oszczepami i pociskami z procy. Co skonfundowało Theiss jak i jej ludzi. Ich bieg stracił werwę a w bieg po tych bagnistych wykrotach, pomiędzy krzakami i zawalidrogą w postaci resztek danego płotu wprowadził dodatkowy element dezorganizacji. Natarcie trafiło w próżnię zamiast w przeciwnika a poprzez zaskoczenie i ostrzał do reszty wytraciło impet.

                        - Kozie syny! Uchylają się od walki! - zawołała ze złością Theiss chyba będąc pewna, że ona i jej ludzie roznieśliby przeciwnika na swoich mieczach. A ten nawet jeśli początkowo był zaskoczony nagłą szarżą szermierzy to szybko odskoczył, pozbierał się i teraz atakował. Zza krzaków, z mgły, zza jakichś zatopionych gratów nadlatywały kolejne oszczepy i strzały. Większość chybiała. Wbijały się w grząską ziemię bez szkody dla atakujących. I nie przyjmowali walki. Nawet jak jakaś grupka mieczników namierzyła miejsce skąd padają strzały i ruszała tam aby się z nimi rozprawić to ci odskakiwali. A ludziom trudno było ścigać się z kopytnymi. Gdy zaś pościg się skończył kopytni odwracali się i znów zaczynali razić przeciwnika za pomocą łuków, oszczepów i proc. Co dla zawodowych szermierzy było bardzo frustrujące. Więc może dlatego gdy Tobias zaproponował Theiss aby przebić się do budynków to ta przez moment przygryzła wargę w zastanowieniu ale skinęła głową.

                        - Naprzód! Do tej cholernej farmy! Nie ma co się ganiać z tymi tchórzliwymi kreaturami! Osłaniać się tarczami! - wykrzyczała rozkazy i jej ludzie dość szybko uformowali się w ruchome ściany jakie próbowały osłaniać się tarczami. Ponieważ teren był grząski i zagracony a oni byli w ruchu więc nie były to takie równe ściany jak na defiladzie. Ale i tak dawały poczucie zwiększonego bezpieczeństwa. Co potwierdzały suche stukoty gdy co jakiś czas jakaś strzała czy kamień wbijały lub odbijały się od nich. Strat mimo wszystko mieli chyba niewielkie. Zapewne i zwierzoludziom nie było łatwo trafić w tych warunkach. Tobias sam to mógł zaświadczyć bo w tym zamieszaniu, mgle, mokrych butach tonących w błocku, krzykach ludzi i nieludzi wcale nie było mu łatwo kogoś dostrzec na czas i strzelić. Ale chyba chociaż raz mu się udało bo ledwo posłał strzałę w sylwetkę widoczną częściowo za jakimś krzakiem a tamta zachwiała się skrzecząc na w pół zwierzęcym odgłosem boleści po czym znikła. Ale czy padł czy się schował tego nie był pewien.

                        - Compagni! io sono il compagno! Reno! Compagni, aprite! - ten Tileańczyk co ruszył z nimi nazywał się Reno. I w całym tym zamieszaniu zaczął coś krzyczeć po swojemu. Trudno było się z nim porozumieć bo on ni w ząb nie rozmawiał w imperialnym a imperialni po tileańsku. Trzymał się blisko Theiss jako ktoś w rodzaju tłumacza i przewodnika. O ile tak można było kogoś określić pomimo bariery językowej.

                        - Tam coś widać! - krzyknął któryś z żołnierzy gdy z mgły zaczeły pojawiać się kanciaste zarysy budynków. Spore. Pewnie stodoła, obora czy coś takiego bo znacznie większe niż zwykła, chłopska chata. Ostrzał zwierzoludzi jednak nie ustawał.

                        - To tam! Dawajcie tam! - krzyczała Theiss pokazując mieczem gdzie mają się kierować. Ta mieszana grupka nieco skorygowała swój szybki marsz we wskazanym kierunku. Zaś po chwili usłyszeli z przeciwka jakieś ludzkie krzyki. To pobudziło “ich” Tileańczyka bo zaczął krzyczeć jeszcze głośniej i szarpnął sierżant za ramię pokazując w tamtą stronę.

                        - Tilea! Tilea! - krzyczał do niej radośnie pokazując na te już dość dobrze widocznie budynki stodoły.

                        - Dajemy tam! Nie guzdrać się! Dalej, no dalej! - krótkowłosa blondynka starała się zmobilizować swój oddział do tego ostatniego wysiłku. Jeszcze krótki trucht i nad głowami świsnęły bełty kuszników. A odrzwia uchyliły się i pokazały się ze dwie sylwetki z kuszami jakie machały do nich zachęcająco. Wszyscy ruszyli tam hurtem a przodował Reno jaki machał do swoich kamratów i wrzeszczał do nich po tileańsku jak oszalały. Jeszcze ten ostatni kawałek i wszyscy miecznicy, razem z Theiss i Tobiasem znaleźli się w jakimś mrocznym, wilgotnym miejscu. Słyszeli swój własny szybki oddech. I uderzenia pocisków o przegniłe bale stodoły. Te musiały być jednak wciąż na tyle solidne aby stanowić dla nich zaporę nie do przebycia.

                        - Ciemno jak w dupie. Dajcie tu jakieś światło! - sarknęła Theiss niejako poświadczając, że do błękitnokrwistych nie należy. Wewnątrz stodoły nie było okien poza jakimiś małymi na piętrze i dziurami w dachu więc w środku mglistego dnia było dość ciemnawo. Ledwo widać było zarysy sylwetki a twarze mieniły się jako jasne owale. Theiss wpadała w oko dzięki swojej złotej plamie czupryny na głowie. Ktoś jednak przyniósł zapaloną lampę więc chociaż w jednym miejscu zrobiło się jaśniej.

                        - Porucznik Maurizio di Ferro. Kusznicy. Tilea. - przedstawił się któryś z gospodarzy. Był brudny tak jak wszyscy w stodole, nieważne czy dopiero tu przybiegli czy nieco wcześniej. Miał na sobie kaftan z bufiastymi rękawami i takimiż spodniami. Ale też i napierśnik jakiego nie mieli jego żołnierze i ozdobny morion co sugerowało, że jest wśród nich wyższy szarżą.

                        - Sierżant Theiss. Renate Theiss. Korpus von Falkenhorst. Spotkaliśmy waszych ludzi na drodze. - wciąż jeszcze nieco zdyszana sierżant przedstawiła się Tileańczykowi i oboje przesunęli się wzrokiem po swoich sylwetkach.

                        - Che belle signora! - zawołał Tileańczyk jaki mimo powagi chwili na moment się rozpromienił. Ujął dłoń blondynki z Nordlandu i ją ucałował jakby była wielką damą. Co na moment ją chyba skonfundowało.

                        - Tak… Eee… Jak wygląda sytuacja? Ilu macie ludzi? Właśnie. Jak u nas? Odliczyć! - wybrnęła ze zmieszania wracając do służbowego tonu. A jej ludzie szybko się przeliczyli. Okazało się, że jednego brakuje. Chyba dostał. Ale nie byli pewni.

                        - Mam dziesięciu. Pięciu całych. Trzech rannych. Dwóch ciężkich. Dziesięć kusz. Mało bełtów. Dużo strzelaliśmy. I wina mało. Na zewnątrz mgła i bagna. I te rogate bestie. A teraz światło. - porucznik Ferro mówił w reikspiel z wyraźną trudnością używając prostych słów. Ale mniej więcej dało się zrozumieć o co mu chodzi. Reno coś krzyknął unosząc trzymaną w rękach ciężką kuszę. Nie miał jej wcześniej więc pewnie wziął jakąś tutejszą albo nawet swoją własną jaką zostawił tu wcześniej.

                        - Światło? Jakie światło? - zdziwiła się Theiss bo większość pozostałych rzeczy o jakich mówił tileański oficer można się było spodziewać.

                        - Chodź. Na górę. - powiedział Ferro i dał znak aby ruszyć za nim. Weszli po jakimś pniu z naciętymi stopniami na piętro stodoły. Tu było znacznie jaśniej ale nadal nie do końca jasno. Tam gdzie dach był cały krył wszystko w głębokim cieniu. A tam i tu stanowiska mieli tileańscy kusznicy. Wszyscy z ciężkimi kuszami zdolnymi przeszyć pancernego na wylot. Albo kopytnego. Jak to sam na własne oczy widział Tobias i reszta imperialnych. Ich dowódca podszedł do jednej z dziur w dachu i pokazał tam w dal. Rzeczywiście widać było jakąś dziwną, łunę zamglonego światła. Chyba nad gruntem. Jak jakaś pochodnia czy latarnia. Ale rozmyta przez mgłę. Przez co trudno było oszacować odległość.

                        - Tam walka. Teraz cicho. Ale przed chwilą walka. Dużo hałasów. - powiedział Tileańczyk odsuwając się bo na raz przy dziurze mogło stać dwie, góra trzy osoby.

                        - To pewnie nasi. Ci co poszli z szefową ścieżką. My przypłynęliśmy łodziami. - oznajmiła Theiss ale z zamyślonym wyrazem twarzy. To zamglone światło majaczyło gdzieś tam nie wiadomo gdzie. Znacznie bliżej widać było zabudowania reszty farmy. Stały po drugiej stronie stodoły. Chłopska chata, jakaś szopa, studnia, resztki przegniłego ogrodzenia z żerdzi… Na podwórzu nieruchome ciało jednego z kuszników. I jakby dla równowagi jakiegoś kopytnego z bełtem tkwiącym w ciele.

                        - Albo trzeba się do nich przebić. Albo czekać na nich tutaj. Albo zawijać się do łodzi. Ale mogą mieć nam troszkę za złe jakby dotarli tutaj a nas już tu nie było. - Theiss zaczęła na głos rozważać sytuację. Do łodzi było całkiem blisko. A i z dziesiątką kuszników mieli szansę się pomieścić na łodziach. Tylko znów zapewne trzeba by się bawić w berka strzelanego ze zwierzoludźmi. Ale umówili plan co ta grupa co dotrze pierwsza do farmy ma ją zaatakować a druga ją wesprzeć. Bo w Tongruben jeszcze nie było wiadomo która z grup pierwsza dotrze na farmę. Więc zapewne Theiss nie chciała robić wrażenia, że wystawili resztę do wiatru nawet jeśli była szansa na szybki odwrót do łodzi. Więc raczej rozważała dwie pozostałe opcje.

                        - My pójdziemy z wami. - zaoferował się di Ferro wskazując na swoich kuszników. Ciężka kusza miała ogromny zasięg, przebijalność i siłę rażenia. Ale była dość wolnostrzelna. Zaś w tej mgle raczej liczyła się szybkostrzelność i refleks niż zasięg i moc. Jednak chociaż tylko z połowa Tileańczyków nie odniosła lżejszych czy cięższych ran to jednak zapewniali element strzelecki miecznikom Theiss. Bo jeden łucznik, choćby najdoskonalszy, nie mógł zapewnić należytej ochrony strzeleckiej prawie dwóch dziesiątkom piechociarzy i to przeciwko większej liczbie napastników. Z tego co dało się dostrzec na zapleczu farmy to kopytnych było może tuzin. Chyba. Trudno było ich zliczyć jak co chwila jeden czy dwóch z nich strzelali z łuku czy ciskali oszczepem z tej czy innej strony. Równie dobrze mogło to być mylne wrażenie i było ich z połowę mniej. Albo ze dwa razy więcej.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • Pipboy79P Niedostępny
                          Pipboy79P Niedostępny
                          Pipboy79 jako Pipboy79
                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                          #49

                          Śmierć młodego Wołochatina, trafionego strzałą w gardło, wywołuje w Gotthardzie gwałtowną reakcję – gniew miesza się z gorzką refleksją nad tym, jak niedawno chłopak przechodził swój „chrzest bojowy”, a teraz już nie żyje. Porucznik stara się zachować zimną krew, przyklęka, by utrudnić wrogowi celowanie, i szybko wraca do dowodzenia. Powstrzymuje impulsywnych kozaków, którzy chcą rzucić się we mgłę, by pomścić towarzysza, podkreślając konieczność utrzymania szyku i działania w zorganizowany sposób.

                          Widząc pogarszającą się sytuację, Distler dochodzi do wniosku, że dalsze pozostawanie w miejscu jest zbyt ryzykowne. Podejrzewa, że napastnicy mogą być jedynie zwiadem mającym ich zatrzymać do czasu nadejścia większych sił, a dodatkowo zdaje sobie sprawę, że przeciwnik ma przewagę w ograniczonej widoczności. Udaje się do Petry i stanowczo naciska na natychmiastową decyzję o ruchu – nieważne w którą stronę, byle szybko wyrwać się z niebezpiecznej pozycji. Jednocześnie kontynuuje walkę, strzelając w kierunku, z którego dochodzą odgłosy wroga.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • CioldanC Niedostępny
                            CioldanC Niedostępny
                            Cioldan jako Cioldan
                            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                            #50

                            Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
                            Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                            Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                            Grupa von Falkenhorst

                            Duivel szedł po ścieżce i gdy tylko usłyszał ruch we mgle, bądź zobaczył jakieś cienie, to strzelał aż wyczerpał praktycznie cały kołczan. Gdy przechodził koło Gottharda, zauważył, że nikt nie posłuchał się jego samowolnym rozkazom Distlera, nawet Jego podwładni co sprawiło, że mimo sytuacji w jakiej byli, na jego twarzy pojawił się kpiący uśmiech. Doszedł do Petry, Alezzi i mniej więcej w tym samym czasie przyszedł w to miejsce Stefan. Chciał spytać go o drugiego Stefana, ale Petra uprzedziła elfa pytając o stan całej kompanii. "A więc mamy już ofiary, a strzał już nie...." pomyślał, jednocześnie patrząc na swoją szablę. Nie uśmiechało mu się przerzucenie na inną broń, szczególnie, że w swoim życiu nie znajdował do tej pory czasu na jakiś większy trening szermierczy.

                            - Szanowna Czarodziejko, piękna ta kula, podziwiam Twe zdolnośći, ale jaki w tym cel? Chcemy ich zachęcić do przyjścia bliżej nas i żeby zaatakowali nas na ścieżce? Wzywamy posiłki? - spytał się Mundo-naru.
                            - Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że moje światło rozproszy tą mgłę. Albo chociaż rozjaśni sytuację. No ale jak widać chyba niezbyt to tak działa. - mag spojrzała w górę na swoje świetlne dzieło i przyznała, że miała nadzieję na jakieś bardziej widowiskowe wyniki. Duivel jednak ewidentine przyglądal się kuli z podziwem.
                            - Ale może też da znać innym gdzie jesteśmy. Bo, jak widać, zwierzoludy i tak już o nas wiedzą. - Alezzia spojrzała dookoła bagienno-mglistej scenerii jaka ich otaczała. Ostrzał z obu stron już raczej zamarł no ale ranni i zabici świadczyli, że przeciwnicy wiedzą o swojej obecności.
                            - A teraz wybacz elfie ale muszę zająć się rannymi. - skłoniła nieco swoją świetlistą grzywą i ruszyła tam gdzie ją wzywano do rannych i powalonych. I dało się zauważyć, że brud i błoto zdawało jej się nie imać. Wciąż była czysta i sucha co wydawało się niemożliwością dla każdego innego. Nawet ich młoda szlachcianka była utytłana bagienną wodą i błotem ale na świetlistą uczoną to zdawało się nie mieć wpływu. Elf ze zdumieniem zauważył ten fakt, gdyż do tej pory spotykał się raczej z tym, że to właśnie przedstawicieli jego rasy nie imał się brud i kurz. Sam również wyglądał zadziwiająco czysto, co pewnie rzucałoby się bardziej w oczy, gdyby wszyscy nie byli zajęci walką i leczeniem ran.
                            - Dziękuję Świetlista Pani! - zdołał jeszcze krzyknąć w kierunku odchodzącej magini i swoją uwagę przeniósł na Petrę
                            - Droga Szefowo, mam olbrzymie straty... w strzałach. Gdyby zwierzoludzie mieli tu podejść, to byłoby świetnie gdybym miał tak pół kołczanu aby szybko w nich wystrzelić, a później mogę spróbować swoich sił w szermierce… Mogę pójść tą ścieżką dalej za halabardników na zwiady, może znajdę Stefana, albo wioskę. Jakie rozkazy? - zagadł Duivel.
                            - Każdy ma. - cierpko zauważyła szefowa wskazując dłonią na swój kołczan na bełty. W jakim też już zostało ich niewiele. - Co ja ci na to poradzę? Przecież nie skręcę ci ich z powietrza. Zapasowe strzały zostały na wozie. - powiedziała nie mniej cierpko. Wydawała się być nie w humorze jakby ta cała zasadzka i walka w tak niekorzystnych warunkach nie nastrajała jej zbyt pozytywnie. Po czym rozejrzała się dookoła zastanawiając się nad czymś.
                            - Stefan. Daleko jest jeszcze do tej zatopionej farmy? - zapytała herszta hochlandzkich łuczników jaki zdawał się nieźle orientować w tutejszej okolicy. Zapytany podrapał się po baraniej czuprynie i teraz on się rozglądał chwilę chociaż w tej gęstej mgle trudno było złapać dalszą orientację.
                            - Nie, raczej nie. Większość już przeszliśmy. Te rogate łby jak były w wiosce po tych kuszników to pewnie za daleko do nas by nie wychodziły. To nie, już niedaleko. Może z pół pacierza, może pacierz, może trochę więcej. No niezbyt daleko. - odparł szefowej po tej chwili zastanowienia.
                            - Czyli z pacierz, pół albo trochę więcej? No oby. Nie uśmiecha mi się głębiej pakować w te cholerne bagna. - Petra pokiwała głową i teraz ona popatrzyła tam, w mglistą dal w jaką maszerowali do tej pory.
                            - Dobra to weź Duivela i idzcie na czujkę. Uważajcie na Stefana. Może gdzieś tam jest. My też ruszamy. Nie ma co tu czekać aż te łachudry we mgle namyślą się na kolejnego psikusa. - zdecydowała w końcu wyznaczając ich obu na czujkę jaka miała sprawdzać drogę przed główną grupą.
                            - Ta je psze pani! To chodźże elfie, chodźże! - zawołał radośnie Hochlandczyk i dał znak aby Duivel dołączył do niego.
                            - Aha, Stefan. Duvielowi strzały się skończyły. Zróbcie mu zrzutkę po jednej czy dwie bo nie ma czym strzelać. - dorzuciła szefowa jakby jej się coś przypomniało. Kolesnikow skrzywił się niezbyt ucieszony ale pokiwał głową na zgodę.
                            - Dziękuję Ci Pani i Tobie Stefanie za strzały, ruszamy! - Duivel jakby krzyknął... ale cicho przytłumionym głosem. Rozumiał szorstkość Petry, ale dostał to po co przyszedł, a teraz trzymał się blisko Hochlandczyka i ruszyli przodem w kierunku wioski.
                            - Prowadź Stefan! Bądźmy czujni i nie zastrzelmy Twojego imiennika jeśli jeszcze w ogóle żyje..

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79 jako Pipboy79
                              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                              #51

                              Tobias przyglądał się uważnie Renacie Theiss. Jej oczy taksowały po twarzach zebranych w wilgotnej, cuchnącej stodole, nerwowo przegryzając wargę. Jej wzrok napotkał wzrok Tobiasa, który rozważał opcje które pani sierżant przedstawiła. Najmniej podobała mu się opcja ucieczkę łodziami. Nie przybyliśmy tu by wymienić Tileańczyków na Swoich. Nie zostawimy ich na tej żałosnej farmie na pastwę tych, w żyć chędożonych bestii. Co to to nie, poczekanie tutaj ma sens, ale nie godzi się siedzieć tu i czekać, kiedy grupa szefowej może być w tej chwili otoczona przez zwierzoludzi. Gdybyśmy się tylko do nich przebili - zakładając że nie weźmiemy się wzajemnie za wroga - moglibyśmy wycofać się drogą, którą oni przybyli. Jeżeli jest faktycznie wąska, oznacza to że bestie będą nas atakować tylko z jednej strony - od tyłu, i to nie w wielkiej ilości. z tym moglibyśmy sobie poradzić.
                              Tobias podszedł to Thiess i wskazał coś palcem i pani sierżant podążyła wzrokiem w tym kierunku.

                              - Ta dziwna poświata, to może być Nasza Pani czarodziejka? Jak Pani myśli? Z tamtego kierunku dochodzą odgłosy. Myślę że powinniśmy się do nich z Tileanczykami przebić. Dać znać że ty my, i tak dalej...

                              Tobias odwrócił się do Tileańczyków.

                              - Ale może tych rannych udałoby się załadować na łodzie i dając im małą eskortę wysłać do wioski? Tych dwóch i tak ktoś musiałby nieść.

                              Spoglądając w zatroskana twarz pani sierżant Tobias jej nie zazdrościł. Życie wielu zawsze spoczywało w rękach garstki. Nie zazdrościł jej odpowiedzialności za decyzję które trzeba podjąć, gdy czas ucieka, gdy są ranni.

                              - Cokolwiek Pani sierżant nie zdecyduje - tu Tobias omiótł wzrokiem po twarzach żołnierzy - jesteśmy z panią sierżant.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • DekaresD Online
                                DekaresD Online
                                Dekares jako Dekares
                                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                #52

                                Pocisk z procy walący Stefana w skroń w końcu przywrócił mu jasność myślenia którą do tej chwili odbierała mu chęć dopadnięcia znienawidzonego wroga. Przez chwilę strach chciał przejąć nad nim kontrolę i kazać rzucić mu się do panicznej ucieczki, na szczęście udało mu się opanować i zacząć działać logicznie aby uratować się przed śmiercią. zrobił krok w tył po czym klęknął w bagnie i zasłonił się tarczą wyciągając jednocześnie jedną ze swoich mikstur leczniczych aby ja wypić.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #53

                                  Eitri zaczynał coraz bardziej żałować, że pozostawił broń palną. Chociaż w tej cholernej mgle byłaby równie użyteczna, co on w tej chwili.
                                  Westchnął tylko jak usłyszał komendę sierżanta halabartników.

                                  - Tak jest, sierżancie! - odpowiedział tylko i ponownie się ustawił unosząc odrobinę tarczę - Co powiecie chłopaki na zakład? Temu, który utłucze najwięcej szkaradztw, reszta stawia kolejkę? - zawołał do reszty piechoty. Trzeba dać coś, aby zajęło ich głowy.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79 jako Pipboy79
                                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #54

                                    Oryginalny tytuł: Tura 07 - 2521.04.23; wlt; południe

                                    Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
                                    Czas: 2521.04.23; Wellentag; południe
                                    Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

                                    Wszyscy - osada Tongruben

                                    Na grząskiej ścieżce buty tonęły w błocie. Ale zwykle błoto i kałuże były na znośnym poziomie. Co innego poza ścieżką. Bo tam jak ktoś zawędrował to łatwo było zapaść się w tą bagienną wodę i błoto do połowy łydek, do kolan albo jeszcze głębiej. Nie było więc dziwne, że żołnierze wracający do Tongruben po tej ścieżce byli mokrzy i ubłoceni, zwłaszcza od kolan w dół. Właściwie nie zdarzało się aby udało się komuś wyjść z tych bagien mokrych i ubłoconych butów oraz spodni. Może poza Alezzią jakiej błoto i bagno zdawało się nie imać. Wciąż była czyściutka i sucha jakby wcale nie zrobiła sobie wycieczki na jakieś bagna.

                                    I chociaż osada Tongruben położona na skraju Mglistych Bagien nie prezentowała się zbyt okazale, nawet jak na standardy ostlandzkich wiosek bo chary wydawały się jakieś przygarbione a błota między nimi było w nadmiarze na kilka innych wiosek to chyba w mało którym sercu nie pojawił się cieplejszy płomyczek na widok regularnych, drewnianych i krytych strzechął brył wyłaniających się z mgły. Wreszcie jakaś cywilizacja! Jakiś suchy i ciepły kąt, może jakaś ciepła strawa do przełknięcia no i przede wszystkim chyba wszysyc mieli dość tych cholernych bagien, mgły i atakujących z zasadzki zwierzoludzi. Zwłaszcza jak na spotkanie, na skraj wioski wyszło im tych paru Gebirgsjaeger gdy widocznie byli w czuwaniu czekając na ich powrót. A tutejsi mieszkańcy zaciekawieni jak poszła śmiałkom wyprawa na tutejsze bagna skryte wieczną mgłą. A jak poszła? Właściwie chyba nieźle. Przynajmniej udało się osiągnąć główny cel po jaki się wyprawili czyli odnaleźć i sprowadzić z powrotem oblężonych przez zwierzoludzi tileańskich kuszników. Ale jednak ta walka we mgle i bagnie mocno dała się we znaki i zszarpała nerwy większości z nich. I ponieśli pierwsze straty w walce z Chaosem chociaż jeszcze nawet nie byli na ostlandziej ziemii.

                                    Nie było do końca pewne czy Petra zdecydowała się ruszyć pod wpływem słów Gottharta czy z innych powodów. W końcu już w rozmowie z Duivelem zdawała się być skłonna aby kontynuować marsz na zatopioną wioskę. Więc obaj z Kolesnikovem jakiego elf podejrzewał o napad na karawanę jego wuja sprzed lat, ruszyli na czoło kolumny. Zaś on i jego leśni zbóje podzielili się ze spiczastouchym swoimi strzałami. Każdy dał mu po jednej chociaż nie wydawali się być zadowoleni z tego bo zapasowych kołczanów nikt nie zabrał a w ich własnych też już strzały były mocno przerzedzone. Ale jak herszt tak kazał to jednak oddali mu po strzale. Dzięki czemu kołczan elfa nie był już tak żałośnie pusty. Chociaż za mało to było aby znów był pełen. W porywach optymizmu można było uznać, że ma prawie połowę kołczanu.

                                    Potem obaj ze Stefanem przeszli na czoło myśliwych. I już sami, we dwóch, ruszyli w tą mglistą ścieżkę. Hochlandzyk wskazał mu na ślady jakie zostawili tu wcześniej z jego imiennikiem. Dało się poznać jak dwie osoby szły obok siebie. Aż jedna z nich wróciła w stronę głównej kolumny.

                                    - Gdzieś tu go widziałem ostatni raz. - powiedział cicho Kolesnikov wskazując na widoczne w błocie ślady rozstania. Tutaj musiał wcześniej zawrócić do reszty a te drugie tropy jakie zostawił jego ostlandzki imiennik dalej zmierzały ścieżką w stronę gdzie miała być ta zatopiona farma i oblężeni tileańscy kusznicy. Była to dość wyraźna wskazówka co się dalej działo z zaginionym Jeagerem. Szli tak we dwóch przez tą mgłę aż okazało się, że te pojedyncze tropy schodzą ze ścieżki. Stefan cmoknął z niezadowolenia i pokręcił głową. Widocznie zastanawiał się co teraz powinni zrobić. W końcu Petra kazała im być czujką dla głównych sił i mieli sprawdzić dalszą drogę czy da się dojść do tej zatopionej farmy. I jak się da to znaleźć Stefana. Ale pewnie zakładała, że żywego, rannego czy martwego znajdą gdzieś na ścieżce. A tu wyglądało na to, że z niej zszedł i ruszył na przełaj przez ten zdradliwy, grząski teren. Tam gdzie było głębsze bagno, więcej mgły a w niej pewnie ci zwierzoludzie co ich atakowali. Chociaż teraz jakby wszystko to ucichło.

                                    Niejako sam zaginiony pomógł im się znaleźć oraz podjąć decyzję. Usłyszeli okrzyk bólu gdzieś tam przed nimi. Zaskakująco ludzki okrzyk. Stefan trzepnął w ramię elfa i dał znak aby ruszać do przodu. Szli po tej błotnistej ścieżce tak cicho i szybko jak się dało. Herszt hochlandzkich myśliwych narzucił raźne tempo bo krzyczący musiał być nie daleko. Szli przez dziewiczą ścieżkę na jakiej nie było ludzkich śladów. Aż dotarli do ubłoconego włócznika jaki z mozołem zmagał się z bagnem i atakującymi go strzałami. Sylwetek napastników nie było widać. Tylko co chwila z mgły wylatywała strzała albo pocisk z procy. Szybko dało się poznać, że Jaeger znalazł się pod krzyżowym ogniem i z której strony nie próbowałby się zasłaniać tarczą to wystawiał swój bok na ostrzał z tej drugiej strony.

                                    Sam Jaeger musiał przyznać chociaż sam przed sobą dwie rzeczy. Pierwsza była taka, że chyba ten sprzedawca od jakiego kupił za ciężkie monety te mikstury leczące nie sprzedał mu bubla. Bo gdy gorzka, gęsta ciecz spłynęła mu do gardła to czuł niezbyt przyjemny smak. Znów zasłaniał się swoją tarczą próbując się krok po kroku cofać w kierunku gdzie wydawało mu się, że jest ścieżka. Chwiał się zmagając się z błotnistą pułapką w jakiej urzązł. Musiał walczyć o każdy krok. A cofanie się tyłem było jeszcze mniej wygodne i zgrabne niż gdy parł do przodu. Wyszarpnąć nogę z mlaszącym odgłosem i przy wtórze zgniłego, bagiennego zapachu wody po czym niczym w ciemność dać krok w tył. Gdzie noga znów zanurzała się do połowy łydki. Ale gdy się cofał i napierał na nią całym ciężarem ta zagłębiała się jeszcze bardziej. Zwykle do kolana. Czasem mniej czy głębiej ale zwykle gdzieś do kolana. Wtedy mógł niejako cofnąć tą nogę co akurat była z przodu i znów powtórzyć operację aby dać krok w nieznane. Więc samo cofanie się w tym bagnie było trudne i niezdarne. To nie był plac apelowy aby mógł po równym i pewnym terenie cofać się zasłaniając się tarczą przed ostrzałem napastników. Ale właśnie zaczął odczuwać jak ten połknięty eliksir zaczyna działać. Jakby od środka, z żołądka spłynęło na niego ożywcze ciepło jakie zaczęło promieniować na resztę mokrego i styranego ciała. Zagłuszało ból jaki odczuwał po tych kilku trafieniach z procy czy strzałami. Więc chyba jednak nie wyrzucił tych pieniędzy w błoto jak kupował wtedy, w całkiem innym czasie i miejscu te dwa eliksiry.

                                    Drugie co mógł się zorientować już nie było takie pozytywne. A mianowicie te sylwetki napastników jakie majaczyły mu we mgle zorientowały się w jego zamiarach. I tak jak wcześniej cofały się gdy przedzierał się przez bagno do przodu aby zachować dystans i móc go ostrzeliwać teraz też to robiły. Tylko chytrze rozdzielili się. Chyba było ich dwóch. Przynajmniej najwyżej dwie sylwetki majaczyły mu na pograniczu widoczności. Ale obchodzili go. Szli przodem a nie się cofali więc poruszali się znacznie szybciej od niego. Bez trudu wzięli go w kleszcze. I co chwila ciskali ku niemu kamienie z procy lub strzałę z łuku. Z której strony by nie ustawił swojej tarczy to ten drugi zawsze miał wolne pole ostrzału. I znów go trafili. Zabolało! Chociaż jeszcze nie tak bardzo jak to co go trafiło wcześniej. Ale strzelali rzadziej i chyba uważniej tylko wtedy gdy nie był ku nim zwrócony tarczą.

                                    - Stefan! Dawaj! Dawaj do nas! - niespodziewanie usłyszał za sobą okrzyk herszta Hochlandczyków. Jak sie odwrócił zobaczył za sobą dwie sylwetki. Hochlandczyka poznał po ciemnej czuprynie i brązowym ubraniu. Trzymał w jednej dłoni łuk a drugą machał do niego. Ten drugi to sądząc po złotej plamie brody i włosów to pewnie był Duivel. Widział ich, że stali mniej więcej cali, nie tonęli w bagnie więc tam pewnie była już ścieżka. Tylko musiał tam dotrzeć.

                                    Zaś Duivel i Stefan zaczęli strzelać na słuch. Tam gdzie zdawało im się, że są ci dwaj co ostrzeliwują ich kolegę. To ich chyba nieco speszyło bo albo przekierowali swoje pociski na nich a w końcu odpuścili widząc, że dotąd nieruchawa przez bagno ofiara już prawie wyczłapała się z tego bagna i wróciła na ścieżkę.

                                    Poza tym ten postój sprawił, że myśliwi idący na czele kolumny ich dogodnili. I aby pomóc napastnikom w podjęciu właściwej decyzji puścili od siebie kilka strzał w ich kierunku. Czy trafili czy nie to jak podczas całej tej wymiany pocisków w mgle trudno było stwierdzić. Ale całościowo już prawie nie zdarzało się aby strzelano w ich stronę.

                                    Dopiero gdy prowadzona przez dwuosobową czujkę kolumna dotarła na skraj zatopionej w bagnie farmy to się zmieniło. Stefan i Duivel zostali ostrzelani z proc, łuków i oszczepów. Gdy już widzieli wyłaniające się z mgły kanciaste zarysy jakichś budynków. W sukurs szybko przyszli im myśliwi Kolesnikova jacy szli na czele kolumny. Zaczał się pojedynek strzelecki. Petra przepchała się naprzód aby sprawdzić co się dzieje. Chciała posłać do boju halabardników Meistera aby utorowali drogę. Ale na tej wąskiej scieżce byłoby to trudne. Oznaczałoby spore zamieszanie gdy jedna grupa próbowałaby się przedrzeć pod ostrzałem przez drugą. Do tego ścieżka z założenia sprzyjała aby maszerować gęsiego więc nie było mowy o formowaniu w oddział i uderzaniu całym impetem jakiego można by oczekiwać po prawie dwóch dziesiątkach halabardników. Meister próbował to właśnie wykrzyczeć do von Falkenhorst bo znów trzeba było krzyczeć aby się usłyszeć i zrozumieć. Gdy z przeciwka usłyszeli gwizdki.

                                    - To Theiss! To sygnał do ataku! - krzyknął uradowany Meister od razu rozpoznając gwizdki powszechnie używane w wojsku przez mniejsze oddziały jakich nie było stać na rogi, trąby, piszczałki i bębny. Rzeczywiście zaraz z mgły dał się słyszeć krótki, kobiecy okrzyk jak wezwanie bojowe. A potem gruchot wielu kroków.

                                    - Wstrzyma ogień! Nie strzelać! - Petra w ostatniej chwili wstrzymała ostrzał myśliwych. Po czym gdy widać było już pierwsze sylwetki z mieczami i tarczami w dłoniach wyłaniajace się z mgły kazała przepchać się jednak halabardnikom skoro w tej chwili strzelcy nie byli już zbyt użyteczni. Wzięci w dwa ognie rogacze nie stawiali żadnego oporu. Dosłownie. Oddali może jeszcze jdną czy dwie chaotyczne i rozproszone salwy do nadbiegających mieczników po czym dali dyla. Do walki właściwie nie doszło i obie grupy spotkały się na skraju tej zatopionej farmy.

                                    Dla Thobiasa wyglądało to nieco inaczej. Nie miał pojęcia co tam się działo u głównej grupy na bagnach. Wiedział co się działo wewnątrz przegniłej stodoły jaką zajęli najpierw Tileańczycy a teraz przebił się oddział mieczników Theiss no i on sam. Ona zaś głowiła się jak postąpić w tej mętnej i niepewnej sytuacji. Kusiło aby zostać tutaj i poczekać. Stodoła wydawała się być względnie bezpiecznym schronieniem skoro rogacze nie zdołali tutaj dorwać kuszników jak ci jeszcze byli tu sami. Zrezygnowała z powrotu do łodzi.

                                    - Niee. Na tych dwóch to trzeba by czterech noszowych. A ci eskorty. Trzeba by z połowę naszych ludzi z nimi wysłać. A potem co? Wrócić z powrotem tutaj? To już lepiej by było wsiąść na łodzie i wrócić do Tongruben. - skrzywiła się na propozycję Tobiasa. Po namyśle odrzuciła ją jako zbyt ryzykowną. Chyba, że jednak to byłby jedyny środek na powrót do błotnistej cywilizacji na pogranicznu tych cholernych bagien. Zostało więc albo czekać albo ruszyć w stronę tego mglistego światełka. To też wzbudzało sporo pytań i wątpliwości.

                                    - Może. Może to ona. Trochę jak jakaś latarnia. Ale wysoko. Widziałam race ale one wybuchają i szybko gasną. A to świeci po cichu i ciągle. Jak latarnia właśnie. - główkowała na głos krótkowłosa sierżant. Nie było jej łatwo podjąć decyzję. Bo opuszczenie tego schronienia prawie na pewno naraziłoby ich na ponowne ataki zwierzoludzie. Takie z zasiegu gdzie miecznicy niezbyt mogli odpowiedzieć. Mogli liczyć tylko na swoje tarcze. Teraz co prawda byli z kusznikami ale ich ciężkie kusze chociaż o ogromnym zasięgu i sile rażenia to nie były jednak zbyt wygodne do operowania w ruchu. W końcu poszła na kompromis każąc zmajstrować jakieś nosidełka dla tych dwóch najcieżej rannych Tileańczyków. Co porucznik Ferro poparł więc zaczeło się wyrywanie desek, żerdzi, wiązanie płaszczów aby zmajstrować te mocno improwizowane nosze. W końcu jak były gotowe to gdzieś po sąsiedzku doszły ich odgłosy walki. Pierwszy raz odkąc miecznicy dopadli do stodoły. Więc kto mógł wyglądał przez dziury w przegniłym dachu albo ścianach próbujac coś dojrzeć.

                                    - To na pewno nasi! Walczą z tymi pokrakami! - krzyknął w podnieceniu któryś z żołnierzy. To pomogło Theiss powziąć decyzję.

                                    - Wszyscy na dół! Przebijamy się do nich! Jazda, jazda, nie guzdrać się! Poruczniku Ferro! Niech wasi ludzie wezmą rannych! I maszerują za nami! - blondynka szybko wykrzyczała rozkazu i zrobił się niezły tumult. Gdy imperialni i Tileańczycy grupowali się w półmroku na klepisku stodoły. Potem na dany znak któryś otworzył drzwi stodoły więc zrobiło się wąskie gardło gdy musieli po kolei wyskakiwać na zewnątrz. I tam grupować się jeszcze raz. Ale o dziwo nikt ich nie atakował.

                                    - Za mną! Pogonimy tych kozich synów! - krzyknęła Theiss gdy już się ustawili przed stodołą. Po czym uniosła miecz w górę i wskazła nim kierunek marszu. Jej ludzie podążyli za nią mniej więcej w równej kolumnie. A porucznik Ferro poprowadził swoich kuszników. Jak czterech z nich musiało nieść rannych kolegów to pozostali zgupowali się dookoła nich wodząc kuszami w tą mgłę i próbując nadążyć za szybko maszerującymi miecznikami. Ci zaś dotarli na skraj farmy gdzie zza i z jednego z budynków rogacze prowadzili do kogoś ostrzał.

                                    - Dalej chłopcy! Wreszcie mamy coś na nasze miecze! - krzyknęła i zadeła w gwizdek. Miecznicy do tej pory niezbyt mieli okazję się popisać swoimi umiejętnościami bo wróg ewidentnie unikał bezpośredniego starcia. Ale tym razem wreszcie trafiła się okazja gdy ten był zajęty ostrzeliwaniem kogoś we mgle. Pewnie ich kolegów co poszli ścieżką. Więc wojacy z obnażonymi mieczami, zasłaniając się tarczami runęli przez to błoto na przeciwnika. Ten widocznie zaskoczony odwrócił się ku nim. Już widać było koślawe, na wpół zwierzęce sylwetki koźlonogich i to jak ciskają w nadbiegających swoje oszczepy, łuki i proce. Ale mieli zbyt mało miejsca i czasu a sami byli rozproszeni aby przyniosło to wymierny efekt. I jak stanęli przed wyborem czy przyjąć walkę z nacierajacymi miecznikami czy dać dyla we mgłę to wybrali to drugie. Miecznicy stracili impet i w końcu się zatrzymali. Ale z przeciwka już było widać nadbiegających halabardników. Pojedynczo bo tam na ścieżce nie było miejca aby sformować i uderzać całym oddziałem. Ale wreszcie doszło do spotkania obu grup. A skoro to się udało i mieli już w swojej mocy tileańskich sojuszników to Petra stwierdziła, że nie ma co tu dłużej zwłóczyć i trzeba wracać do Tongruben. Znów musieli się jakoś poszeregować aby ciurkać się wężykiem po tej ścieżce przez bagna. Tym razem nie byli już atakowani jakby rogacze odpuścili. Więc po kilku pacierzach marszu po błotnistej ścieżce przed czołem kolumny zaczęły majaczyć chaty pierwszych zabudowań Tongruben. Co szybko przekazano do tyłu podnosząc wszystkich na duchu. A wkrótce wszyscy śmiałkowie wydostali się na znośnie grząski grunt jaki zalegał pomiędzy tutejszymi chatami. Można było odpocząć po tym bagiennym wysiłku.

                                    - No i widzisz krasnoludzie. Chyba nie będzie komu stawiać tej kolejki. - uśmiechnął się Meister klepiąc przyjacielsko Eitriego po ramieniu. No rzeczywiście. Ani on ani jego halabardnicy do jakich przystał na czas tej bagiennej wyprawy niezbyt mieli okazji w co wrażyć ostrze. Najpierw w jedną i drugą stronę leciały strzały i pociski. Z czego część ubiła dwóch ich towarzyszy jakich sierżant kazał zabrać w drodze powrotnej. Potem wznowili marsz na tą zatopioną farmę bo szefowa tak kazała. A jak przez chwilę się wydawało, że wreszcie będą mogli zaszarżować na przeciwnika to ten wzięty w dwa ognie z miecznikami Theiss trchódzliwe dał dyla. Ostatecznie więc nie mieli za bardzo okazji aby się spróbować z przeciwnikiem. Chociaż jak wracali tutaj to okazało się, że z miecznikami było podobnie. Też dostali się pod ostrzał i prawie udaną zasadzkę po opuszczeniu łodzi. A potem dotarli do stodoły i zabyrakodowanych tam kuszników. A potem usłyszeli walkę w opołotkach farmy więc uderzyli no ale w próżnie bo zwierzoludzie zwiali. No to i nie było za bardzo komu stawiać tej kolejki bo i zwycięzców w tej proponowanej przez krasnoluda konkurencji nie było. Ale przynajmniej odbili tych kuszników no i większość z nich wróciła z powrotem do Tongruben.

                                    - Sprawdźcie czy nikogo nie brakuje. - rzuciła Petra która zatrzymała się na błocie pomiędzy chatami, odwróciła i obserwowała mijające ją oddziały. W przeciwieństwie do stojacej obok Alezzi to szefowa była tak samo umazana błotem i brudną, bagienną wodą jak jej piechurzy. Sierżanci zrobili zbiórkę sprawdzając czy ktoś się nie zapodział gdzieś na tych bagnach. Ale nikogo nie brakowało. Wiec von Falkenhorst rozmówiła się z tutejszymi. Tak aby jakoś podzielić wojaków do każdej chaty i aby zjedli coś ciepłego. Bo jak wyszli z tych bagien i mgły to okazało się, że właściwie już połowa dnia, pora obiadowa i od śniadania jeszcze po ostlandzkiej stronie Wolf to nic nie jedli. Więc wojacy całkiem chętnie powitali ten pomysł i po chwili już samoistnie podzielili się na mniejsze grupy jakie znikały po chatach i obejściach tubylców. Petra zaś zadarła głowę do góry i wpatrywała się tam chwilę.

                                    - Połowa dnia. A wiele dziś nie uszliśmy. - cmoknęła z niezadowoleniem. Przez tą bagienną eskapadę rzeczywiście zeszło im prawie pół dnia straty w porównaniu do pierwotnych planów marszruty.

                                    - Do Breder niedaleko psze pani. Z jeden dzień. Dziś pół i jutro pół. Albo dziś dać sobie już spokój. To jutro do wieczora dojdziemy do Breder. - Stefan został na tej alejce błota aby doradzić coś szefowej jaka widocznie zastanawiała się nad dalszymi poczynaniami.

                                    - Ludzie zmęczeni po tych bagnach. Brudni. Wszystko w błocie i mokre. Odpocząć by można. Ale jak trzeba będzie pójść to pójdziemy. - ostrożnie wyraził swoją opinię Meister. Petra cmoknęła dalej chyba nie do końca przekonana.

                                    - Ja bym wolała stąd odejść jak najprędzej i jak najdalej. Nie chciałabym tu nocować. A na głównym trakcie do Breder też pewnie są jakieś wioski albo chociaż gospody. - Theiss chyba miała dość tych bagien i wolała oddalić się od nich niezwłocznie po obiedzie. Ale zostawiła ostateczne słowo szefowej. ta teraz spojrzała w stronę leśnego tunelu jakim las obramował błotnistą drogę jaka prowadziła do pierwotnego kierunku w jakim zmierzali.

                                    - Przynajmniej słońce wyszło i się ładniej zrobiło. Chociaż ziąb. - powiedziała Alezzia wskazując na niebo jakie w międzyczasie rzeczywiście się rozpogodziło.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • CioldanC Niedostępny
                                      CioldanC Niedostępny
                                      Cioldan jako Cioldan
                                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #55

                                      Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
                                      Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                      Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                      Grupa von Falkenhorst, Zatopiona Wioska

                                      Elf mimo swojej niechęci do Kolesnikova, poszedł z nim bez wahania. Sam potrafił dobrze tropić, ale te tereny zdecydowanie lepiej znał Stefan, więc chcąc nie chcąc, musiał w tej sytuacji mu zaufać. Dość szybko doszli do miejsca w którym Jaeger zszedł ze ścieżki, gdy sytuacja się nieco wyjaśniła i zobaczyli kilka sylwetek oraz słyszeli już Stefana Ostlandczyka, szybko zareagowali. Duivel wystrzelił kilka strzał polegając głównie na słuchu, a jego towarzysz zaczął nawoływać imiennika. Gdy już byli na ścieżce we trzech, doszła do nich reszta grupy, a i strzały i inne pociski przestały w nich lecieć. Gdy dotarli już do zatopionej osady i po krótkiej konfrontacji byli bezpieczni, elf podszedł do rannego Stefana i zwrócił się do niego

                                      - Szanowny Stefanie, jak sytuacja już się całkiem uspokoi to mogę spróbować Cię nieco podleczyć. Poza tym, jeśli możesz, zdradź mi proszę, co chciałeś tam osiągnąć sam w bagnach? Na pewno odciągnąłeś uwagę od głównej grupy paru tych parszywców, a za to dzięki.

                                      Podczas drogi powrotnej szedł na samym końcu i uważnie rozglądał się czy pomioty nie próbują jeszcze zrobić jakiejś zasadzki.

                                      Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
                                      Czas : 2521.04.23; Wellentag; południe
                                      Warunki : wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

                                      osada Tongruben

                                      Doszli w końcu do osady, po przydzieleniu wojaków do konkretnych domostw, elf zaczął chodzić po gospodach w poszukiwaniu najświeższego jedzenia. Tam gdzie znalazł najbardziej odpowiednie dla niego jadło, dosiadł się i w spokoju skonsumował posiłek. Po napełnieniu brzucha, poszedł znaleźć Stefana, po czym zagadał do Niego

                                      - Mości Stefanie, jestem gotowy do działania. Mogę zacząć od Ciebie, a może potem wspólnie pójdziemy wyleczyć resztę, bo słyszałem, że i Pan jest z podstawową wiedzą lekarską za pan brat.

                                      Następnie poszedł/poszli wyleczyć resztę poszkodowanych.
                                      Po skończonych praktykach lekarskich, Duivel poszedł do Petry i niepytany znów przedstawił swoją wizję reszty dnia.

                                      - Droga Petro, z całym szacunkiem, ale lepiej nam wyruszyć jak najszybciej, aby jutro nie zajść na sam wieczór i stracić kolejną noc, a tak, może uda nam się coś jeszcze załatwić jutro w Breden. W każdym razie, czekam na rozkazy. -

                                      po czym się ukłonił i czekał na odpowiedź.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79 jako Pipboy79
                                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #56

                                        Gdy oddalał się od zatopionej wioski z resztą oddziału, Tobias szedł oglądając się przez ramię, oczekując jeszcze jakiś desperackich ataków zwierzoludzi. Po dłuższym marszu wreszcie się trochę uspokoił, na tyle by poczuć zmęczenie. To ciekawe, że w nerwach nie odczuwa się tak zmęczenia a nawet bólu - do pewnego stopnia. Przemoczony, brudny, marzył o odpoczynku. Ból palców powoli ustawał, łuk był cały a i strzał sporo zostało. Kiedy dotarli do Tongruben Tobias zdjął cięciwę z łuku i oczyścił go. - Uff, teraz coś zjeść i napić się - pomyślał.
                                        Przymykając oczy odpoczywał, przeżuwając kawałek wędzonki, nasłuchując dźwięków otoczenia. Usłyszawszy propozycji elfa, Duivela, otworzył oczy, a gdy ten skończył, Tobias wstał i podszedł do Szefowej i elfa. Zanim ta zdążyła odpowiedzieć na jego propozycję Tobias rzekł:

                                        - Muszę się zgodzić z Herr... z Duivelem. Powinniśmy posilić się i napoić, opatrzeć kogo trzeba i ruszać w drogę. Z każdą minutą wróg zbliża się do Lenkster, a nie wiemy czy nie napotkamy jeszcze po drodze jakieś przeszkody, które jeszcze bardziej opóźnią nasz powrót do miasta. Ta potyczka to za mało - moim skromnym zdaniem - byśmy musieli odpoczywać całą noc. Szybciej ogrzejemy się i odpoczniemy w miejscu pozbawionym tutejszej wilgoci. Decyzja jest Pani- Leutnant.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • DekaresD Online
                                          DekaresD Online
                                          Dekares jako Dekares
                                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #57

                                          Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; Mgliste Bagna
                                          Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                          Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                          Jeager miał wielką ochotę burknąć coś od niechcenia elfowi jako wymijającą odpowiedź na jego zapytanie co do kierujących nim wcześniej motywów. Zdusił w sobie tą podłą ochotę i odpowiedział Duivelowi po tym jak silnie wzdychnął, w sposób przypominający powietrze uchodzące z przebitego miecha kowalskiego:

                                          - Dziękuje za propozycje pomocy, Sigmar świadkiem, że wymagam porządnego połatania...A co do tego co chciałem osiągnąć to sam zadaje sobie to pytanie. Postąpiłem głupio wchodząc w bagno bez wyciągniętego łuku... - przerwał na chwilę z widocznym trudem zbierając myśli w głowie która zdecydowanie zbyt mocno bolała po trafieniu w skroń - Uważałem strzelanie na oślep za głupotę więc chciałem się dostać się na tyle blisko do drani aby zacząć z nimi walkę wręcz. Niestety całkowicie poległem w kwestii podejścia do nich w skrytości... Gdyby nie wasza dwójka byłbym już karmą dla tych potworów, jestem waszym Dłużnikiem

                                          Stefan resztę drogi spędził ponownie z drugim Stefanem na przedzie kolumny i starając się nie zrobić już niczego głupiego jednocześnie Starał się także dotrzymać kroku swojej dowódcy co wcale nie było najłatwiejszym zadaniem biorąc pod uwagę doskwierające mu rany, ale zaciskał zęby utrzymywał tempo.

                                          Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; wioska Tongruben
                                          Czas: 2521.04.23; Wellentag; południe
                                          Warunki: wioska, rzadka mgła; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; ziąb (0)

                                          Słysząc propozycje pomocy ze strony elfa Stefan mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób:

                                          - Dziękuję Duivielu ponownie będę Twoim Dłużnikiem, o ile ktoś inny nie będzie potrzebował w tej chwili pomocy medyka bardziej ode mnie to byłbym wdzięczny za pomoc. Pomogę przy innych jak najlepiej się da, choć nie przesadzałbym z wiarą w moje umiejętności w tym zakresie nie jestem jakimś wielkim ekspertem po prostu, przez kilka lat pomagałem kapłanką w świątyni Pani Miłosierdzia, znam się trochę na zbieraniu ziół i mam ich trochę z sobą, to bardziej rzeczy na jakieś proste dolegliwości niż do leczenia bitewnych ran ale to lepsze niż nic - mówiąc ostatnie słowa podniósł do góry swój plecak w którym trzymał mały pakunek z ziołami i innymi przyborami potrzebnymi do udzielania pierwszej pomocy.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa