Sezon 1
-
Dokumentacja zdjęciowa trafiła nie tylko w ręce Kainitów. William podesłał je także ich gościowi. Vincent oglądając zdjęcia wyraził zainteresowanie. Co więcej…

- Zamierzam się zaangażować w tą sytuację, bo choć nie sądzę by eskalowało to w kolejny “szpital psychiatryczny w opałach”, to… - zamilkł na moment, by dodać. - Nie zamierzam ryzykować. Lepiej zapobiegać, niż leczyć, prawda?
Po tych słowach zaczął rysować rysikiem symbole na amunicji do śrutówki umieszczone w rozłożonym na stole kręgu kart do dziwnej wersji tarota. Ann mogła przy tym zauważyć, że lewa jego dłoń była obandażowana. A między bandaże wetknięte były dwie karty.
|-Na stole obok niego leżał też ozdobiony dziwnymi grawerunkami obrzyn zrobiony ze staromodnej dubeltówki.
Ann i William przyjechali na kolejne spotkanie Kainitów wraz z Vincentem. Bo wszak zostało zwołane kolejne zebranie w związku z odkryciami caitiffki. Informacja o nim czekała na Blake’a nagrana na pocztę głosową. Nie było to niespodzianką dla Ann. Gdyby James nie zwołał zebrania, to z pewnością zrobiłby to sam Toreador. Albo nawet ruszył sam na kultystów. Tej strony poety dotąd Ann nie poznała. William zachowywał się tak, jakby w ostateczności planował ruszyć sam. Co na szczęście było mało prawdopodobnie. Larry nie odpuściłby sobie takiej jatki, Garry z pewnością wspomógłby kumpla swoimi zwierzakami, a w dodatku Vincent był zainteresowany uczestnictwem w tej rozróbie.
Na miejscu okazało się, że nie wszyscy miejscowi Kainici się pojawili. Nie było Lukrecji i Clyde’a. Ventrue bowiem zajęta była Giovanni którzy przybyli tej nocy, a Clyde został oddelegowany przez Joshuę do pomocy jej. Niemniej, goście którzy przybyli z nawiązką nadrabiali ten niedobór. I przyprawiali o ból głowy Miracellę, która stremowana rolą gospodyni tego zebrania, dwoiła się i troiła niemal by wszystko wyszło idealnie. Poza samym szeryfem miejscowych reprezentował także Garry, Nadia i oczywiście Larry z trudem panujący nad sobą. Wizja jatki w której mógłby brać udział czyniła go niecierpliwym. Poza nimi był tu jeszcze jeden osobnik. Miejscowy śmiertelnik i czarownik w jednej osobie. James McElroy. Oprócz niego byli też goście z NY.
- Stefan Salvatore.- przedstawił się wchodzącym młody mężczyzna ściskający po kolei dłonie wchodzącej trójce. - Wysłannik Klanu Malkavian. A to wskazał na mężczyznę w okularach o czarnych soczewkach zakrywających całkowicie oczy.-|
- Locarius Gorgon. - przedstawił się rudzielec. - Jego ekscelencja Papa Roach miał widzenie i nakazał mi rozwiązać wasze problemy, a to…- klepnął w plecy Stefana.- … moja opiekunka.
- Panie i panowie.- tymczasem rzekł Joshua. - Rozmowy towarzyskie zostawmy sobie na później. William i Ann odkryli problematyczną organizację, która ulokowała się na naszych ziemiach. Które z was objaśni ten problem?William delikatnie popchnął Ann tym gestem podkreślając, że teraz jej okazja do zabłyśnięcia przed zgromadzonymi.
-
Caitiffka i bez ponagleń Williama wiedziała, że to jest ten jeden z niewielu momentów, które mogła dla siebie wykorzystać. Zostawało pytanie - jak tego dokonać? Bynajmniej nie była płochliwą osobą, która unikałaby publicznego wystąpienia, a jednak... to wystąpienie ją martwiło. Jego pierwsza część nie miała być niczym szczególnym, ale to druga mogła poruszyć gości z Nowego Jorku. Szczególnie niepokoiła się Gorgonem...
Kto nie ryzykuje nie zdobywa nagród.
- Wczoraj udaliśmy się do jednej z wynajętych rezydencji, aby sprawdzić co się w niej naprawdę dzieje. Miejsce jest oczywiście monitorowane, ale mimo obaw nie natrafiłam na szczególnie silne zabezpieczenia, raczej były tylko dla zasady. - zaczęła Ann opowiadać stojąc przed kainitami - Przenosiłam urządzenie do nagrywania dźwięku i obrazu, jak sama weszłam na teren posesji. Przez mikry poziom zabezpieczeń i ostrożności byłam w stanie przejść bez problemu i w środku. Nagrałam wizerunki ludzi, którzy się tam zgromadzili. - zaczęła chodzić podczas opowieści - To byli biznesami różnej płci, korporacyjne pionki... Nikt szczególnie mi się nie rzucił w oczy. Ci ludzie wciąż byli w strojach z pracy. Rozmawiali niezobowiązująco na tematy kultu. Prawdopodobnie nie mieli w nim żadnej pozycji tylko szukali czegoś podniecającego, nadnaturalnego... Czegoś co wyciągnie ich z szarości życia.
Pokręciła głową.
- Tu wciąż nie było zwiększonej ostrożności. Prześlizgnęłam się więc bez problemu na dolne poziomy, ku drzwiom do piwnicy. Tam pilnowało dwóch strażników u broni. - wzruszyła ramionami - A przynajmniej z ceremonialnymi tasakami. Ci strażnicy byli w długich szatach z kapturami. Wślizgnęłam się do środka po tym, jak wychodził z pomieszczenia kolejny zakapturzony w szacie. Wyczułam już u wejścia woń krwi, świeżo upuszczonej. - uśmiechnęła się wtedy - I dopiero tu zaczęło robić się ciekawie.
- Czują się tu pewnie. - ocenił cicho szeryf przysłuchując się wraz z resztą Kainitów jej wypowiedzi. - I bezpiecznie. Z dala od dużego ośrodka miejskiego musieli się rozbestwić.
Ann podeszła do wyłącznika światła i lekko je przytłumiła.
- Schody prowadziły w dół, ściany były udekorowane na średniowieczne w rozumieniu Hollywoodu oraz masą namalowanych niezrozumiałych znaków. Ktokolwiek to jednak projektował... - skrzywiła się - Stworzył koszmarek stylów, co było bardziej widoczne po zejściu na dół, gdzie prowadził zapach krwi. - spojrzała po zgromadzonych.
- Na dole znajdowała się sala z ołtarzem w wizerunku pseudo-babilońskiego demona. Czary z krwią miały obraz szatana połączony z egipskim bóstwem w mezopotamskiej stylistyce. Nim zdążyłam się dobrze przyjrzeć, nadeszli inni zakapturzeni... z ofiarą na rękach. Mężczyźni trzymali naćpanego, półprzytomnego biedaka, całkowicie nagiego i bez włosów, a tylko pozostawione zostały one na głowie. Pomalowany był w różne znaki i... instrukcje jak ciąć? Przed wyjściem przywiązali ofiarę do ołtarza. To musiała być ich kolejna, jako że o porażkach mówili i tym, że ostatnio prawie ich policja złapała. Do tego na zapleczu znalazłam inną osobę pozbawioną krwi, którą możliwie wypełniono czary.William zacisnął pięści w gniewie, ale reszta Kainitów i ludzi wydawała się niezbyt poruszona. Natomiast wszyscy byli skupieni na jej słowach.
Spojrzała ku sufitowi nim przeszła do najważniejszej części.
- Zastanawiałam się nad formą, jaka będzie najlepszą do przekazania sytuacji, w której się znalazłam. - kontynuowała odchodząc ku tylnej ścianie - Uznałam, że lepiej to tak przekazać.
Światło w pomieszczeniu całkowicie zgasło, a jedynie zapalone pozostały kinkiety i pojedyncza lampka na stoliku obok ściany naprzeciw zgromadzonych. Sama Ann stała z dala od włącznika światła, blisko zapalonej lampki.
- Obraz lepiej wyrazi sytuację, w jakiej się znalazłam, gdy ludzie z góry zeszli do sali, a ich zgromadzenie zmusiło mnie do porzucenia nagrywania oraz wampirzego skrycia. Odziałam się w znalezioną szatę, która wyraźnie sugerowała jakąś pozycję w hierarchii kultu... i czekałam w tym tłumnym zgromadzeniu.
Nieruchoma do tej pory sala ożyła. Naturalny mrok przedmiotów zostawał oderwany od swego źródła pozostawiając go nagim bez światłocienia. Dwuwymiarowa sztuka cieni obmywała przestrzeń pokoju, ogarniała sufit, ściany, podłogę. Cienie wypaczały swoją formę tworząc formy, których tu nie było. Zupełnie jakby węglem artystycznym zamalować pokój.
Ściany pokrywały się fakturą, podłoga obrazem kamiennej posadzki. Złudzenie optyczne nadawało trójwymiarowości sylwetkom osób wpatrzonych w przód, gromadnie ścieśnionym w przestrzeni, które zajmowały miejsca także przy wampirach - ołtarz z ofiarą znajdował się na przedzie przy Ann skupionej na kreowaniu tego ruchomego obrazu. Cienie podrygiwały, jak i czyniliby to ludzie czy ich ubrania.
A co mogło być niepokojące... cień Ann zniknął, jak i innych ich własne.
Mniej doświadczeni Kainici, tacy jak Salvatore czy Miracella zareagowali zaskoczeniem i zdziwieniem. Ale reszta… reszta wampirów nie była szczególnie zaskoczona czy zaniepokojona. Znali wszak pochodzenie Ann i potencjalne pochodzenie jej talentów. Dwaj ludzcy czarownicy wykazywali pewne zaciekawienie jej popisem. Ale nie wampiry, choć mogła to być wystudiowana poza, maska mająca ukryć prawdziwe uczucia i emocje.- Rozpoczęły się zaśpiewy. - wszystkie sylwetki z ruchu wydawały się śpiewać - W żadnym znanym mi języku, choć zdawało się jakby... arabskie? Egzotyczne na pewno. - sylwetki poruszały się tak, że mogło się wydawać, iż zaraz wejdą na pobliskiego wampira - Czasem ludzkie, czasem jakby bulgotanie indorów. - spojrzała za zgromadzonych gdzie wydawały się być cieniste schody - I wtedy pojawił się Prorok.
Wyciągnęła dłoń ku ciemnej sylwetce bez szczegółów idącej od schodów przez cienistych kultystów, który przechodził bez trudu przez zgromadzenie, nie poświęcając ni skrawka uwagi Kainitom, których potrafiła jego sylwetka nawet szturchnąć, wywołując lodowate uczucie spoza świata.
Sylwetka mająca być Prorokiem zniknęła by pojawić się obok Ann i ołtarza, a za chwilę uniosła ręce ku górze.- Był cały ubrany na zielono, a dokładniej z zielonym garniturem i spodniami oraz wysokim kapturem. - caitiffka wysunęła dłoń do figury i wyciągnęła cień tak, aby lepiej obrazował ten kaptur - Kiedy się odezwał... wszyscy słuchali z nabożną nadzieją na tajemnicę... Pożądanie władzy, sukcesu. - cienie poruszały się wraz z jej opowieścią.
- Mówił o władzy Oświeconych i Wybranych, która nastąpi jak powróci Pradawny z wygnania. Atmosfera... przypominała trochę tą z kazań Papy Roacha, ale była bardziej... stonowana. - zawahała się szukając słowa i zerkając na naburmuszonego Salvatore, którego to porównanie do Papy Roacha lekko uraziło. - Mówił o krwawym księżycu, o ustawieniu gwiazd w porządku. - Ann spojrzała na Proroka, który zakończył przemowę, a cienie zdawały się krzyczeć - Wszyscy zgromadzeni w tej chwili zaczęli wykrzykiwać słowa.Ann spojrzała na zgromadzonych, gdy Prorok odwrócił się do cieni siedzących z boku.
- Belsameth nectu calach Necoho.
- Bełkot. - podsumował te słowa Vincent LaCroix nie wdając się w detale na temat tej kwestii.- Wezwał wybranych, aby oni "prorokowali". - Ann uważnie patrzyła na Proroka jak ten wyciąga nóż, którym zaczyna ryć linie na ciele wijącej się ofiary, po czym kilka cieni podeszło na jego wyzwanie do ołtarza. Z ciała ofiary wypływały strugi czarnej cienistej substancji udającej swoim wyglądem krew.
- Prorokowi podano zakrzywiony miecz, którym jednym ruchem ściął głowę ofierze. - po tych słowach cienista sylwetka wykonała słowa Ann pozbawiając ofiary głowy wraz z czarnym rozpryskiem krwi. Rozpryśnięta krew polała się wprost do rozstawionych na podłodze mis. Owe misy zostały przyjęte przez wybranych i służyły nim niczym miski dla wygłodniałych psów kiedy wybrani zaczęli wychłeptywać ich czarną zawartość. Ann patrzyła na to wszystko bez wyrazu skupiając się na tworzeniu sceny a także ponownie przeżywając wydarzenia.
- Po całym procesie picia wybrani zaczęli mówić... zlepki tych przepowiedni po czym... padli wyczerpani. Myślałam, że to ghule ale... w tym momencie już nie jestem pewna.Ann podeszła bliżej sylwetki proroka palcami dotykając cienia.
- Wyglądał on właśnie tak. - cień wydawał się ześlizgnąć z Ann odkrywając stojącego przed zgromadzonymi proroka oddzielnego zieleń którego tamtej nocy widziała Ann.
- To nie jest Malkavian z Nowego Jorku jeśli to starasz się zasugerować.- wyrwał się przed szereg Salvatore wyraźnie wzburzony całym przedstawieniem. Jego podopieczny zdawał się być bardziej wstrzemięźliwy w osądach.- Wygląda trochę jak Freddy Czarownik.
- Freddy Czarownik zginął podczas zatargu z Anarchami, powinieneś o tym wiedzieć. Obaj spaliliśmy jego ciało dla zatarcia śladów. - odparł głośno Stefan, a Locarius wzruszył ramionami. - Mówiłem, że wygląda… nie mówiłem, że jest nim. Freddy miał podobnie kiepski gust jeśli chodzi o strój i zamiłowanie do przedstawień.
- To nie musi być Malkavian. Choć raczej nie jest to Tremere, to… są śmiertelne możliwości.- wtrącił LaCroix. Kult Ekstazy w postaci najbardziej zdeprawowanych członków może się bawić w przedstawienia, a Euthanatosi mają fascynację krwią i śmiercią wpisane na listę zawodowych zboczeń… choć nie, zazwyczaj nie osiągają tak poważnego ekstremum. Cały ten… rytuał jest zaś… jedynie zasłoną dymną. Sam w sobie nie ma znaczenia, słowa są bez wartości… czyny mogą kryć coś więcej, ale by to odkryć, trzeba przyjrzeć się wszystkiemu na miejscu.
- Nie oskarżam Malkavian Nowego Jorku czy Papy Roacha - Ann odezwała się głosem Proroka - Po prostu wrażenia przedstawiam. - skończyła po porzuceniu tamtej sylwetki i już swoim głosem - Przedstawienie przedstawieniem, ale ofiary i krew były prawdziwe.
- To także może być nasz Tzimisce. - ocenił Szeryf rozważając głośno. - Jeśli cały rytuał jest tylko przedstawieniem dla gawiedzi, to przyznaję… całkiem pomysłowy sposób na zdobywanie sobie świeżej krwi.Następnie zwrócił się do Ann. - Widziałaś tam znajome łyse twarze?
Ann pokręciła głową w zaprzeczeniu.- Żadnych.
- To zmniejsza prawdopodobieństwo tego, że to jednak Tzimisce. Pozostaje więc sprawa…- Książę Stillwater spojrzał po zebranych.- Co zrobimy z tym problemem.
- Oczywiście powinniśmy go usunąć. - odparł pospiesznie William.- Wytępić te robactwo z powierzchni ziemi.
- Nie jestem pewien czy to idealne rozwiązanie. Ciężko by to było zamieść pod dywan. To dużo ludzi zaginionych. Cała organizacja.- odparł Smith rozważając opcje.
- Możnaby to spalić, zrobić pożar. - zaproponował Garry, a Joshua odparł.- Niedawno mieliśmy pożar.
- I wypadek, i zaginięcia. - odparł Larry i wzruszył ramionami. - Czym się martwisz Joshua? Sąsiad obok ma wtyki w FBI, utnie śledztwo u podstaw.
- Wolałbym podesłać zdobyte fotki federalnym i zainicjować śledztwo. Niech oni się tym zajmą.- stwierdził Smith drapiąc się po karku.
- W okolicy kręcić się będą Giovanni niuchający za swoimi zaginionymi braćmi. Lepiej nie wplątywać w to dodatkowo federalnych.- wtrąciła dotąd milcząca Nadia.
- Może najpierw lepiej to miejsce zbadać, a nie niszczyć od razu? Może to większy problem kryje. - odparła Ann - Są nagrania, ale to może być za mało.
- A tam… zbadamy to po wybiciu ich wszystkich. Problem zostanie rozwiązany zanim zaistnieje. - stwierdził zadowolony z siebie Larry.
- Popieram.- wtrącił Gorgon. - Lubię krwawe rozwiązanie problemów, o których nie wiemy.
- Choć sam rytuał jest przedstawieniem dla naiwnych, to śmierć i tragedia są prawdziwe, a że Rękawica w okolicy cienka to… kto wie co może przyciągnąć do naszego wymiaru. Najlepiej jak najszybciej ukrócić te praktyki bez względu na to czy stoi za nimi wampir, mag i czy inna istota.- dodał Vincent zapalając papierosa.
- Nie wiemy kiedy będzie następny rytuał, więc nawet możemy nie musieć tylu osób zabić. - Ann spojrzała na Williama lekko zaniepokojona nagłą zmianą jego zachowania.
- Zgadzam się. Możemy się wstrzymać z zabijaniem do jutrzejszej nocy. Na razie… kto się pisze na zwiad? - zapytał Smith.
- A dostanę coś ładnego za to? - zapytała Ann.
- Ładny uśmiech szefa. - zażartował Smith i dodał. - W twoim przypadku to niestety… jesteś ochotnikiem z przymusu.
- Ja sobie odpuszczę.- stwierdził Larry rozczarowany wynikiem, a Garry dodał.- Ja mogę pomóc przy zwiadzie.
- Zakładam, że ja też jestem przymusowym ochotnikiem? - zapytała Nadia, a Smith jedynie skinął głową.
- Jutro pomordujemy, nie bądź smutny. - caitiffka pocieszyła Larry'ego i zwróciła się do Gangrela - Jak ty możesz pomagać?
- Mam swoje sposoby, swoich szpiegów sprowadzę. - przyznał dumnie Garry głaszcząc się po brodzie.
- William ty może odpuść sobie uczestnictwo. - Smith zwrócił się do chcącego się zgłosić Toreadora. - Tak będzie lepiej.
- Ja się chętnie przyłączę do tego zwiadu. - stwierdził głośno Vincent ćmiąc papierosa.
- Będziesz robił magię? - bezklanowa zapytała z podekscytowaniem.
- Możliwe.- odparł Vincent.- Zobaczę na miejscu.
- Czyli narada zakończona. - stwierdził Smith i zwrócił się do dwójki Malkavianów. - Panowie, Miracella…- tu wskazał na milczącą cały czas Kainitkę. -... zajmie się waszym zakwaterowaniem. Witamy w Stillwater. Porozmawiamy później.Następnie spojrzał na drugiego magika i westchnął. - Rozmowa na osobności?
- Rozmowa na osobności.- potwierdził mężczyzna.
Sztuka cieni jakby rozpierzchła się, przytroczając do swych źródeł. Ann podeszła do wyłącznika światła i je przywróciła. Wyglądała na lekko zmęczoną tym przedstawieniem, ale... zadowoloną.
- Za godzinę przed biblioteką. Nie spóźnijcie się. - rzekła Nadia podchodząc do Ann i ludzkiego maga. Po czym ruszyła ku wyjściu z pokoju.
- Prawdziwa dusza towarzystwa. - skwitował to ironicznie Vincent.
- Można z nią się ułożyć. - stwierdziła ciepło.
- Z pewnością. - odparł Vincent i zapytał Ann.- Co prawda nie wiem czy jest sens ciebie pytać, ale… serwują tu dobre trunki?
- Szefowa tego Elysium dba o jakość i dla żywych. - wskazała na Miracellę - Ona lepiej zna asortyment.
- Wydaje się być zajęta. A to są chyba Szaleńcy, tak? Nie wypada im chyba przeszkadzać.- ocenił LaCroix.
- Och, tak. Więc będzie trzeba poczekać w głównej sali. Ona może wiedzieć, gdzie jest najlepszy alkohol. - wyjaśniła - Hmm... a może byś wolał w oczekiwaniu się odprężyć?
- Byłoby miło. - przyznał Vincent z uśmiechem.
- Mamy jakieś 40 minut, ale... Są w Róży pracownice Lukrecji z zestawem... umiejętności. Takim co żywych zaspokoi seksualnie lub nie, ale lepsza wersja... - położyła dłoń na piersi mężczyzny - Mogę sprawić, że zyskasz nieporównywalne niczemu uczucie rozluźnienia i spełnienia, a ja jednocześnie zapełnię własną potrzebę. Ten pokaz mnie umęczył. Więc... jak będzie? - zaproponowała.
- Niestety… - mag uniósł zabandażowaną rękę pokazując ją Ann.- … ostatnio już straciłem dość krwi. Nie mam nic do rozdania, jeśli mam być w ogóle użyteczny podczas tego zwiadu.
- Szkoda... - Ann westchnęła z żalem.
- Może następnym razem, albo… jak już zakończę tu robotę.- pocieszył ją LaCroix, podczas gdy reszta Kainitów zaczęła się rozchodzić. Każdy w swoją stronę. A w kierunku Ann zmierzał jeden z Malkavów… ten mniej straszny.
- Może niedługo będzie można z Miracellą. - spojrzała na podchodzącego Malkava.
- Może… - odparł mag, a Salvatore uśmiechnął się i zwrócił wprost do Ann. - Proszę mi wybaczyć ten wybuch, podchodzę bardzo emocjonalnie do dobrego imienia mojego klanu. Tak często jest ono szargane przez różne osoby.
- Przepraszam jeżeli wydałam się atakować klan Malkavian, nie miałam takiego zamiaru. - odparła - Po prostu skojarzyło mi się to trochę z kazaniami Papy Roacha.
- Nasz wspaniały kult i wspaniały lider jest szykanowany bardzo z powodu oddania się Pradawnym.- westchnął Kainita wznosząc wzroku ku niebu, a LaCroix zapytał zaniepokojony. - Powinienem coś o tym wiedzieć?
- Powinien? - zapytała Salvatore.
- Oczywiście, że tak. Zawsze z otwartymi rękami witamy potencjalnych wyznawców jedynego opiekuna ludzkości, Wielkiego Karalucha! - rzekł z entuzjazmem neofity Stefan, wywołując kwaśny grymas na twarzy Vincenta.- Chyba sobie daruję szczegóły i pójdę się napić.
- A ty jesteś zainteresowana?- Kainita zwrócił się Ann.
- Wątpię by mój własny kainicki opiekun był zadowolony z takiej konkurencji w osobie Wielkiego Karalucha. - te słowa Ann wypowiedziała z powagą - Nie mogę wejść w Jego Słowo, przepraszam.
- Szkoda… a potem się wszyscy dziwią, że nie możemy osiągnąć prawdziwej Utopii.- stwierdził rozczarowany jej odmową Malkav, po czym od razu zmienił mu się nastrój, gdy zapytał.- Tak czy siak, ja i mój towarzysz nie zostaliśmy wtajemniczeni w ostatnie wydarzenia dziejące się w Stillwater, byłabyś skłonna mnie oświecić?W tym czasie Vincent cichcem wymknął się rzucając Ann “na pożarcie” ciekawskiego wampira.
Caitiffka uśmiechnęła się przyjaźnie.- Skoro macie tu zostać, musicie mieć świadomość, że tutaj każdy ma czasem sny, inne niż zwykle. - nim Salvatore zdążyłby się znowu poczuć urażony, dziewczyna dodała - A przynajmniej tak po sobie mogę stwierdzić, że wizje senne potrafią być.. inne.
- Acha… wizje… to coś nowego. I ten Tzimisce to się w wizjach pojawił? Wiem, że Giovanni ostatnio zaczęli się tu częściej zjawiać, ale…- Kainita westchnął w frustracji. - …Primogeni nie traktują mnie poważnie. A przecież jestem adwokatem mojego klanu na powierzchni!
- Zbyt duże ego i patrzenie z góry na każdego to chyba przypadłość wielu wampirów. - stwierdziła - Nie wiem ile mogę ot tak przekazać, ale... z ostatniej rozmowy mogło wyjść coś o Giovanni. A Tzimisce ostatnio zaatakował, jedna z naszych ucierpiała. Nie wiem jak reszta, ale... jedna moja wizja senna dotyczyła Tzimisce, choć go nie widziałam kiedykolwiek.
- Jeden Tzimisce to nie brzmi aż tak poważnie. Co innego sfora Sabatu.- ocenił Salvatore po chwili namysłu. - No… ale skoro wchodzi do snów.
- Sabat też mieliśmy, ale jego członkowie byli... osłabieni wilkołakami. Ten Tzimisce to stary wampir z Europy. Tyle wiem.
- Acha… ramol z Europy. To wiele tłumaczy. Mamy kompleksy wobec Europy. Zupełnie niepotrzebnie. - ocenił Salvatore.
- Czy chcielibyście bym na coś konkretnego zwróciła uwagę podczas tego zwiadu? - zapytała unikając tematu Europy.
- No nie wiem. Nigdy tam nie byłem. Nie wiem co zastaniesz, nie wiem czego się spodziewać. Pojechałbym z wami, ale muszę jeszcze pilnować Gorgona. Co by nie nabroił przypadkiem.- westchnął ciężko Salvatore.
- A myślisz, że może nabroić?
- Nie powinien. Nie jest tak krwiożerczy jak o nim mówią. Jedynie tak groźny jak o nim mówią.- ocenił Stefan.
- To uważaj, bo nasz Larry jest nabuzowanym na mordobicie nastolatkiem. Spodziewaj się każdych fajerwerków z jego udziałem. - ostrzegła.
- To się polubią, choć wątpię by ich style “walki” pasowały do siebie.- stwierdził z przekonaniem Kainita.
- Wydawałeś się być zaskoczony moimi cieniami. - stwierdziła.
- Mało kto robi takie sztuczki w moim klanie.- odparł wymijająco Salvatore.
- Pierwszy raz tak duży obraz próbowałam stworzyć z cieni. Ale jestem zadowolona. - odparła z lekką dumą - Mam nadzieję, że z waszej perspektywy było satysfakcjonująco.
- Robiło wrażenie. Dobra robota. A ponieważ kompulsywnie mówię prawdę, możesz być pewna że jestem szczery. - wygadał się wampir.
- Dziękuję. - skłoniła się wdzięcznie - Jeżeli nie masz nic do mnie więcej, to pójdę poszukać butelkowanej radości.
- Tak, oczywiście… powodzenia na zwiadzie.- odparł z uśmiechem Stefan.
Vincent siedział przy barze sącząc powoli lampkę Chardonnay. Nieśpieszne delektował się trunkiem używając tylko zdrowej ręki. Był tu sam. Kainici musieli się rozpierzchnąć, by załatwić swoje sprawy. A na pracownice Lukrecji najwyraźniej nie miał czasu.
- Alkohol przypadł do gustu? - Ann podeszła do baru i usiadła na stołku obok Vincenta, trzymając w dłoni kieliszek z gęstym czerwonym trunkiem. Kainitka wyraźnie była zainteresowana magiem i nawet tego zbytnio nie ukrywała.
- Piłem lepsze. Po prawdzie zdarzało mi się pić gorsze. Głównie w Kaliforni.- odparł mężczyzna z kwaśnym uśmiechem. I dodał.- Całkiem nieźle zaopatrzona piwniczka jak na… małomiasteczkowy lokal. Miejscowi pewnie nie są w stanie docenić smaku.
- Lukrecja to Ventrue, a dla nich utrzymanie wrażenia stylu możnego władcy jest dobrem nadrzędnym. - powiedziała trochę ironicznie.
- To kwestia stylu i prestiżu, i oczekiwań otoczenia. Nie jesteś prawdziwym Ventrue jeśli nie widać po tobie, że jesteś Ventrue. - wyjaśnił Vincent wykazując się zaskakująco dużą wiedzą na temat Kainitów.
- Możliwe. - upiła zawartości kieliszka - Choć czasem wystarczy niektórych usłyszeć, aby rozpoznać tych... nadętych dupków. - zakończyła już cicho.
- Jesteś dla nich za surowa, ale rzeczywiście ciężko im zrobić dobre pierwsze wrażenie.- odparł mag z uśmiechem.
- I drugie, i trzecie... - mruknęła - Nawet nie wiesz...
- Kiepskie doświadczenia w przeszłości? Zdarza się. - odparł Vincent i dodał z uśmiechem. - Nie oceniałbym całego klanu na podstawie paru nieudanych członków.
- Porzućmy temat. - urwała Ann - Wydawałeś się zaciekawiony pokazem z cieni.
- Jestem duchowym następcą średniowiecznych alchemików. Moja Tradycja jest więc bardzo… naukowa. I promuje ciekawość. - przyznał ze śmiechem Mag i upił nieco trunku.- Aczkolwiek nie jestem zbytnio obeznany we wszystkich dyscyplinach twojego rodzaju. Znam pobieżnie działanie niektórych i ogólne zasady jakie was obowiązują. Czerpiecie moc z pochłoniętej krwi i korzystanie z waszych sztuczek drenuje zapas zgromadzony w waszym układzie krwionośnym.
- Badania, badania. - zaśmiała się - I co więc z pokazu wybadałeś?
- Że to bardzo widowiskowa forma iluzji? Nie sądziłem, że wampiry to potrafią. - odparł Vincent po namyśle dodając uspokajającym tonem.- Nie badałem żadną Sfe… żadnym aspektem rzeczywistości twojego pokazu, więc raczej niewiele odkryłem. Zresztą… jestem bardziej dyplomatą niż naukowcem. Twoje sekrety są bezpieczne.
- Powiedz mi... czy umiesz czytać przyszłość? - zapytała ciekawa.
- Nie… Sfery Czasu nie udało mi się dotąd opanować.- przyznał Vincent. - Czemu pytasz?
- W sumie... Nieważne. - machnęła ręką i dopiła z kieliszka - Musimy iść do Nadii... to ta milusia Tremere.
- Wydaje się… być kompetentna jeśli chodzi o dowodzenie. - zastanowił się Vincent i wzruszył ramionami pytając. - Zna się na inwigilacji?
- Ona głównie zajmuje się komputerami, elektroniką... inwigilacja to żaden problem dla niej. - powiedziała Ann.
- Ona jest… Tremere. Czy to nie klan czarowników w starym stylu? Księgi, czaszki, świece i magiczne rytuały? - zdziwił się Vincent.
- Niektórzy... potrafią taką ścieżkę magii obrać.
- Dziwne… i podejrzane.- ocenił LaCroix.
Na miejscu Nadia już czekała. I Charlie za kierownicą vana. Uwagę towarzysza Ann wzbudziły oczywiście znaki wycięte skórze Pandersa i podszedł do niego. Wyciągnął notatnik zza pazuchy, by pośpiesznie przerysować znaki z jego twarzy. Wampir był tym lekko zaskoczony i zakłopotany. Nadia… nie zwróciła na to uwagi, bo z poirytowaną miną zawzięcie kłóciła się z Garrym.
Ann podeszła do kłócących się, by usłyszeć w czym problem. A gdy podsłuchała stało się wszystko jasne.- Nie będziemy pół nocy czekać, aż zbierzesz swoje zwierzaczki. - burknęła Nadia i potarła czoło. - Jak zwykle… bezużyteczny.
- Nie pół nocy… tylko trochę, no… ale to lepsi zwiadowcy niż twoje drony. Mniej rzucają się w oczy.- odparł potulnie Garry.-Nie będziemy… - warknęła gniewnie Tremere.- Pakuj swój tyłek do wozu. W razie czego będziesz dywersją.
- A ile by to miało zająć? - Ann zapytała Garry'ego.
- Pół godzinki… może dwie…- ocenił Gangrel.
- Może trzy może cztery. Tak naprawdę to on nie wie. - stwierdziła drwiąco Nadia i dodała głośno wyrażając swoją frustrację. - Jestem otoczona morzem niekompetencji.
- Nadia. - Ann mruknęła karcąco - To nas do niczego nie doprowadzi. - spojrzała na Garry'ego - Gangrele mogą z każdym zwierzakiem się komunikować, to możesz na miejscu jakiegoś ptaka zapytać by nam z góry powiedział, jak wygląda sytuacja na zewnątrz, byśmy na ślepo nie wchodzili na teren posesji. Jutro zwierzaki swoje weźmiesz, bo na szturm też się przydadzą dodatkowe oczy. - stwierdziła próbując pogodzić ich.
- No… ale w nocy większość zwierząt śpi w swoich kryjówkach. I ich szukanie zajmie trochę czasu.- wyjaśnił cicho Garry drapiąc się po karku. - Trochę łażenia po lesie.
- Jak już wspomniałam… morze niekompetencji.- stwierdziła sarkastycznie Nadia.
- To na pewno się postarasz, nie? Nie umiesz się sam w ptaka zmienić?
- No… nie… jakoś nigdy mi to nie wychodziło. Łatwiej mi panować nad zwierzakami, niż się w nie zmieniać.- odparł Garry, a Nadia dodała.- Pogódź się z tym Ann, Garry nie jest szczególnie utalentowanym przedstawicielem swojego klanu. Większość tutejszych Kainitów wylądowała tu przez różne wybryki, ale nie on… z tego co wiem, na Garrym nie ciąży żaden wyrok Księcia czy zbrodnia wobec własnego klanu. Po prostu po cichu go usunęli z Nowego Jorku.
- Nie będziemy tu siedzieć, nie ma czasu. Albo odnajdziesz nocnego zwierzaka na miejscu, albo będziesz z Nadią czekał i bronił. - Ann pociągnęła Garry'ego do vana.
Podróż upłynęła Ann z tyłu, wraz z Garrym i Vincentem. Nadia siedziała koło kierowcy. W vanie był cicho, Charlie nie odzywał się, bo Nadia go pilnowała, Garry nie odzywał się, bo był zawstydzony, a Vincent… medytował… chyba? Wydawało się jakby rozmawiał w myślach z kimś kogo Ann nie widziała, kogo nie potrafiła czytać. Spoglądał gdzieś w dal jakby widział, coś czego ona nie mogła.
Reakcja Garry'ego była w sumie poprawna. Ann nie dawała mu większych szans poza Stillwater, jeżeli nie zacznie pracować nad sobą...- Ciekawą masz rozmowę ze sobą? - odezwała się w stronę Vincenta.
- Raczej męczącą, wymaga… dużej wiedzy i intuicji, gdy językiem jest symbol.- wyjaśnił mag cicho.Ann ujęła lekko zranioną rękę mężczyzny, patrząc na nią z zainteresowaniem.
- Czemu wsadziłeś karty pomiędzy bandaże? Mogą się pobrudzić.
- To część mojego paradygmatu. Mojego czarowania. Potrafię się uzdrawiać za pomocą magyi. Problem w tym, że nie jestem w tym zbyt dobry. Więc leczę się bardzo powoli.- westchnął Vincent. - Preferuję inne Sfery niż Życie.
- Śmierć? - spróbowała zgadnąć.
- Śmierć… tak. Tylko, że to niewłaściwe określenie. My używamy: Entropia… lub równie dobrze pasuje Chaos.- odparł Vincent.
- Albo Rozkład.- odparła Nadia wtrącając się do rozmowy. - Śmierć jest zaliczana do Entropii, ale Entropia nie jest śmiercią. Mimo że jest uwielbiana przez miłośników śmierci. Eutanatosów. Te czubki nadal należą do Rady?
- Nadal.- przyznał Vincent i spytał Nadii.- Tremere?
- Eks-mag i obecnie Tremere.- przyznała Nadia i wzruszyła ramionami.- Ale nie wyciągaj z tego błędnych wniosków, nie będę się łasiła i udawała że jestem nadal zdolna do prawdziwej magii. Nie zamierzam się poniżać łudząc, że dorównam tobie.
- I dobrze. - uśmiechnął się ironicznie mag.
- Ale ty władasz magią. - Ann zaprotestowała do Nadii.
- To moc krwii… nie prawdziwa magia. - westchnęła wampirzyca i spojrzała na Vincenta.- Ty jej wytłumacz, bo mi się już kończy cierpliwość.
- Ona czerpie moc ze krwi, zużywa ją do kilku efektów jakie opanowała. Ja muszę tylko uważać, by nie spowodować Paradoksu.- odparł Vincent i zaczął tlumaczyć.- Paradoks następuje, gdy mag przeciąży rzeczywistość i ta nie może dłużej udźwignąć nadmiaru łamanych zasad. Ten szpital, który mam zapieczętować… to właśnie efekt Paradoksu.
- Magia krwi czy nie... to wciąż magia. - odparła - Nadia to nasz mag.
- Równie dobrze możesz to powiedzieć o Garrym.- westchnęła smętnie Nadia i spojrzała na Ann.- Ale niech ci będzie, wierz w co chcesz. Nikomu tym nie szkodzisz, a fakty nie dbają o punkty widzenia czy narracje.
- Może i ty powinnaś czasem, a nie sama się dołujesz. - Ann najwyraźniej jakoś zależało na Tremere. Ta jednak wybuchła śmiechem słysząc te słowa. - Dołuję? Naprawdę tak sądzisz?-Spojrzała na Ann z rozbawioną miną. - Mylisz się moja droga. Nie jestem jedną z tych zakompleksionych Tremere, którzy potrzebują być nazywanym magami, by poczuć się lepiej. Doskonale wiem czym jestem, czym dysponuję i co potrafię i nie potrzebuję poklasku ni od starzszyzny mojego klanu ni… od żywych magów. Mam głęboko w siedzeniu i skrywane pod uśmiechami poczucie wyższości. Nie czuję się w żaden sposób zdołowana. Mam swoje własne cele do realizacji… ważniejsze niż magia krwi czy magyia śmiertelników z awatarem.
Ann spojrzała poważnie na Nadię.- Jeżeli tak mówisz. - mruknęła - Ale może byś była mniej kurwia dla innych.
- Nie widzę powodu w kłamaniu tylko dlatego, żeby komuś nastrój się poprawił. Prawda wyzwala.- wzruszyła ramionami Tremere.Ann nie odezwała się na to.
Dotarli na miejsce, sprawnie i szybko. Charlie bowiem zapamiętał trasę. Kryjówka wydawała się na bezpieczną. Garry zaś spytał.- Too… jak to robimy?
- Ja wam rozdam mikrofony ze słuchawkami. - wtrąciła Nadia, a następnie zwróciła się do Ann.
- Ty tam byłaś… masz jakieś sugestie co do samej akcji?
- Najpierw mi powiedz jaki sprzęt nam dasz. Coś do nagrywania obrazu? Te ostatnie były problemem.
- Nie mam za dużo kamerek szpiegowskich. Ta jest najmniejsza.- rzekła wampirzyca sięgając do schowka i spojrzała na Vincenta.- No chyba że mamy do czynienia z jakimś Synem Eteru i ten nam po prostu z powietrza jakąś wyciągnie. Ponoć to potrafią.
- Brakuje mi wiedzy technicznej by poprawnie zwizualizować tak skomplikowany przedmiot. - wyjaśnił LaCroix dodając żartobliwie. - Obawiam się, że efekt byłby nieporadny… może jakieś dzieło sztuki dla odmiany?
- Na zewnątrz chodzą strażnicy z bronią. Nie wiem czy budynek teraz zamknięty - opisała jak dojść do piwnicy - W sumie któryś ze mną wchodzi?
- Momencik… najpierw ustalmy co chcemy dziś osiągnąć. Pakowanie się do piwnicy jest ryzykowne… ale czy konieczne?- spytała Nadia, podczas gdy Vincent układał karty w okrąg na podłodze vana. - Potrzebujemy zaglądać do piwnicy?
- Vincent musi spojrzeć na wszystko, czy nic nie przeoczyłam. Na górze też zerkniemy co się dzieje.
- Coś się dzieje przy garażach. Śmieciarka z prywatnej firmy, ludzie z uzi i parę osób w szatach niesie dwa duże czarne worki. Ładują je do wozu. - zaczął tymczasem mówić LaCroix.- Dwójka ochroniarzy na patio, dwójka od frontu.
- Możliwie to ta dwójka zabitych.
- Możliwe…- przyznał Vincent i zamyślił się.- Nie jestem ciekaw piwnicy. Wszystko sobie obejrzę, jak już ją oczyścimy z niepotrzebnych osób.
- I tak trzeba sprawdzić czy ta posiadłość nie kryje czegoś więcej... i jakoś dowiedzieć się, kiedy ma być następny rytuał.
- Po co? Jeśli nie odbywa się dziś, to nie odbędzie się już nigdy więcej. Williama świerzbią paluszki i jutro zrobi tu rzeźnię jak za starych dobrych czasów krucjat. - stwierdziła ironicznie Nadia.
- Cechujesz się bardzo niskim poziomem ciekawości świata i poszukiwania wiedzy. - parsknęła.
- Ja tu dowodzę i biorę swoją rolę poważnie.- odparła poważnieTremere. - Pamiętaj, że tam może być Malkav lub Tzimisce. To że cię raz nie przyłapali, nie oznacza że nie przyłapią cię tym razem. Jeśli przyjdzie nam ratować ciebie, to jutro nie będzie śladu po kultystach i Larry wraz Williamem obejdą się smakiem.
- Nie chodzi, że jesteś nudna z natury. Ty wybierasz bycie nudną. Z obawy przed porażką. - mruknęła.
- Nie obchodzi mnie czy ta misja zakończy się sukcesem, czy porażką. Po prostu jestem profesjonalistką...- zaczęła rozważać głośno Nadia, gdy nagle w tę rozmowę wszedł Charlie. - Garry wylazł z wozu i gdzieś poszedł.
- My też powinniśmy chyba działać. Tam kończąc ładować zwłoki… wygodne okienko czasowe się kurczy powoli.- przypomniał Vincent wpatrując się w okrąg z kart.
- Można śledzić, ale i tak nie wiemy czy jutro będzie zgromadzenie. - spojrzała na Vincenta - Idziemy do środka, jak reszta będzie patrzeć gdzie zabiorą ciała?
- Nie jestem dobry w skradaniu się, a jedyną bronią poza magią jaką mam przy sobie to obrzyn. Niezbyt subtelny, jak na sytuację w której się znajdujemy. - ocenił Mag i złożywszy karty przetasował. Rozłożył je przed Ann obrazkami do dołu. - Wybierz kartę, jakąkolwiek.
- Mogę ci pomóc w skradaniu... trochę. - wyciągnęła rękę i wybrała jedną z kart. Widok na niej nie był zbyt… optymistyczny. Jakiś mężczyzna/potwór uwięziony w ciasnej klatce z żelaznych prętów…
… na tle piekielnego krajobrazu.
- Hmm…- zamyślił się Vincent kontemplując ten widoczek. - Schowaj przy sobie, jest emocjonalną boją, którą łatwo mi będzie namierzyć i łatwiej cię obserwować poprzez niego. I może nawet skontaktować się lub pomóc tobie w krytycznym momencie. Nie pójdę jednak z tobą. Będę tylko balastem.
- Karta... - Ann nie wyglądała na zachwyconą - Wy może sprawdźcie gdzie ciała wylądują, to powiązania zaczniemy odkrywać. Ja ruszę z nadzieją, że znajdę informacje. - zadecydowała.
- Po pierwsze nie daj się wykryć. Reszta jest drugorządna.- stwierdziła Nadia spokojnie i dodała ciszej. - Powodzenia.Ann delikatnie uśmiechnęła się do Nadii i kiwnęla jej głową nim opuściła vana i skierowała się ku ogrodzeniu, już teraz starając się unikać wykrycia.
Vincent podążył za nią starając się być cicho i trzymając zdrową dłonią owego obrzyna, do którego kule czarował. Wkrótce dotarli do płotu i tu… usłyszeli głośne i nerwowe pochukiwania tuż nad sobą. Duża sowa siedząca na gałęzi tuż nad nimi, robiła wiele by zwrócić na siebie ich uwagę.-|
Ann zatrzymała się patrząc na nocnego ptaka.- Garry chyba znalazł kolegę. - szepnęła.
- Nie. Ptaki tak się nie zachowują. - zaprzeczył Vincent, zamyślił się. - Mógłbym to sprawdzić, ale… wydaje mi się, że Garry chyba nie znalazł tej sowy. Garry ją opętał.A sowa słysząc to, pokiwała głową i całym ciałem przy okazji.
- Świetnie, pomoże nam się przedostać przez strażników. Możesz się komunikować z nim na odległość? - zapytała maga.
- Będzie trudno…- odparł LaCroix rozkładając karty. - Za to mogę zająć strażników małym sporem w ich szeregach.
- Brzmi dobrze. - spojrzała na sowę - Może po prostu Garry podsłucha ich, gdy będę do środka się wbijała. Zawsze możesz ich uwagę przyciągnąć, jako zwykły skrzydlaty drapieżnik nocy. Brzmi dobrze?Sowa pokiwała głową. A Vincent wzruszył ramionami. - Może być.
Mag już był zajęty układaniem kart w dłoni i skupieniem wzroku na jednym ze strażników. Wykonał kilka gestów nad nimi, szeptał coś cicho przez chwilę… nagle ów ochroniarz, na którym skupił się Vincent ruszył do towarzysza broni i zaczął coś krzyczeć wściekle i kłócić się z nim. Wyglądało na poważny spór, więc pozostali w polu widzenia ochroniarze ruszyli ku nim, by rozdzielić kłócących się zanim zdarzy się coś poważnego.- Bądź przy Nadii, będę dawała znać. Garry niech ich obserwuje i nasłuchuje, będzie polującą blisko sową... Idę do środka.
-Hoho…- odpowiedziała sowa i pofrunęła w kierunku budynku.- a Vincent przypomniała.- Dała ci przecież słuchawki z mikrofonem do kontaktowania się z nią. Wolę pozostać tutaj.
- Troszczysz się o mnie? - uśmiechnęła się i wdrapała się na ogrodzenie, schodząc po drugiej stronie.
- Też. A przede wszystkim, choć mogę działać na odległość… wolę gdy te odległości nie są zbyt duże. - wyjaśnił cicho Mag tasując karty.Ann przemykała przez zarosła, pozostawiając kłótnię mężczyznom. Korzystała z naturalnego ukrycia oraz bezruchu, gdy było trzeba. Dotarła na patio bez problemu, ale tym razem drzwi do domu okazały się zamknięte. I nie było na patio nikogo.
Zaklęła pod nosem. Wyciągnęła klucze, które znalazła u strażników z tasakami. Dzięki nim spróbowała otworzyć wejście do budynku.
Weszła do środka i zatrzymała się nagle widząc migdalącą się na fotelu parkę. Cóż… w zasadzie to ona go dosiadła. Jej szata nadal wisiała na ramionach i kaptur zasłaniał twarz, ale ruchy i stękania dobrze informowały co się dzieje z mężczyzną pod nią. Na szczęście byli zbyt zajęci sobą, by zauważyć wtargnięcie Ann.
Okryta pozorną wampirzą niewidzialnoscia, jak najciszej zamknęła za sobą drzwi i ignorując miłosne jęki tych kultystów, postanowiła sprawdzić niepoznaną ostatnio część rezydencji. Wpierw skierowała się do gabinetu.
Przemykając korytarzami natykała się kultystów. Teraz głównie tych w szatach. Minęła dwójkę w kuchni. I kolejnego podlewającego roślinki w korytarzu. Dotarła do gabinetu, zamkniętego na zamek, do którego nie pasował żaden z kluczy Williama. Niezadowolona, skierowała się ku bibliotece. W miejscu gdzie w domu Williama była biblioteka domowa tu była duża sala sypialna, gdzie członkowie kultu spali obok siebie, leżanka w leżankę. Ann szybko doliczyła się 25 miejsc do spania. Obecnie połowa z nich była zajęta przez śpiące osoby.
Bezklanowa pozostawiła śpiących, aby sprawdzić piętro. Wspinając się po schodach dotarła na górę. Tam już drzwi też były pozamykane na klucz, a przed jednymi… pewnie najważniejszymi stało dwóch uzbrojonych kultystów. Mimo szat i kapturów cenili nowoczesność, bo pilnowali drzwi uzbrojeni w uzi. Zapewne za tymi drzwiami odpoczywał przywódca tego kultu.
Nie było sensu podejmować ryzyka... Mogła próbować przy kultystach znaleźć klucz do gabinetu, ale nie miała pewności powodzenia. Przynajmniej zakapturzeni tu byli na contans. Pozostało zerknąć w piwnicę, tak dla pewności.
Podchodząc do piwnicy… zawahała się. Nikt bowiem jej nie pilnował. Drzwi były zamknięte, ale miała klucz. Tyle, że skoro nikt przy nich nie stał, to powód mógł być chyba tylko jeden. Nie było tam nic do pilnowania.- Vincent? - szepnęła zakrywając ramieniem twarz - Wracam. - miała nadzieję, że mag ją słyszy. W sumie misja była wykonana, główni kultysci jutro będą... A to miejsce jej się z zasady nie podobało, nie wiedziała czemu... Z ulgą skierowała się do wyjscia.
“ Jestem tu. W twojej głowie.” przypomniał jej mag telepatycznie.
"No tak... magia. Co u was?"
“Nadia namierzyła śmieciarkę i podała namiary waszemu Księciowi. Zgarnie ją na trasie i cóż pewnie przymknie kierowcę i obsługę śmieciarki. Znajdzie się jakiś paragraf na przewożenie zwłok w pojeździe do tego nie przeznaczonym.” odparł telepatycznie Vincent.
"A co z Garrym?"
“Sowa czuwa na dachu, co do jego ciała to nie wiem gdzie jest. Przypuszczam, że je dobrze ukrył. W tej chwili jest bezbronny”
"Wracam."
Ann spróbowała wrócić na zewnątrz, na patio. Co się jej udało bez problemu. Ten Malkav musiał być strasznie pewny swojego bezpieczeństwa. Nie wahając się bardzo, Ann opuściła miejsce wracając do maga przy płocie. Wymagało to trochę lawirowania pomiędzy strażnikami. Niemniej na jej drodze stanęli akurat ci, których sztuczki Vincenta zmusiły do bójki… i bardziej niż szukaniem potencjalnych włamywaczy zajęci byli pilnowaniem siebie nawzajem.Ann przeszła przez płot obok Vincenta. Widać było, że minę miała niekonieczną i zerkala
za siebie na rezydencję.- To miejsce jest... jakieś niepokojące. I dla mnie.
- Nie dziwi mnie to… masz umysł podatny na nadnaturalne wpływy. Możliwe, że byłby z ciebie potencjalny materiał na maga… za życia. A tutaj… nie tylko cała okolica ma wyjątkowo cienką barierę to jeszcze coś siedzi za nią i nieświadomie wpływa na wszelkie umysły… - odparł Vincent zapalając papierosa.
- Mogłabym być magiem? - dziewczyna wyraźnie się tym podekscytowała.
- Potencjalnie… wiele osób takich jak ty nie zostaje magami. - odparł mężczyzna zaciągając się dymem. - Niemniej brana byś była pod uwagę przez Zakon. i może została akolitką.
- Więc weźcie mnie teraz! - koncept przynależności dodatkowo rozradował młodą wampirzycę.
- Teraz już należysz do innego elitarnego klubu. - mag szybko skreślił ten pomysł z grona możliwych do zrealizowania.
- Nie chciałam. Mam pieniądze, mogę płacić, dużo! - zaprotestowała.
- To nie jest kwestia pieniędzy, tylko sytuacji.- odparł mag wstając i dodał. - Wracajmy do twojej siedziby. A… i trzeba by chyba poszukać Garry’ego.Francuzka pokiwała głową, ciężko znosząc odmowę maga.
-
Ann i Vincent nie wrócili już do Róży. Czas wampirom się kończył, toteż Nadia wysadziła dwójkę u wrót posesji Williama.
- Do jutra.- pożegnała się i odjechała wraz z Charlie’m i Garrym.
Ann przez chwilę patrzyła za vanem.
- Vincent... - odezwała się cicho, nie patrząc na człowieka - To przez brak tego duchowego przewodnika, co Nadia straciła? - spojrzała na Vincenta - Temu nie mogę być magiem?
- Cóż… nie miałaś też duchowego przewodnika i za życia.- stwierdził Vincent.- Więc i tak byłabyś tylko potencjalną kandydatką. Można przeżyć całe życie i nie ulec przebudzeniu. To nie trafia się tak często.
- Ale wciąż mogę się... przebudzić?
- Żeby ulec przebudzeniu, trzeba być żywym. Myślisz, że dlaczego Nadia utraciła swojego awatara? Zmarli nie mogą być magami. - westchnął LaCroix, gdy ruszali w kierunku posiadłości Blake’a.Chwile upłynęły w ciszy.
- Czy magowie mają też swoich... Nie do końca magów? Takich... co nimi pogardzają i uważają za... wypadek, błąd?
- Nie wydaje mi się. Magowie mają różne inne powody do gardzenia pobratymcami. Nie jesteśmy szczególnie zjednoczeni. Poszczególne fundacje mają swoje cele, priorytety, swoje… awersje i… uprzedzenia. - odparł cierpko Vincent.Ann nagle zmieniła temat.
- Jesteś z Francji?
- Mój ród jest Francji. Pochodzę z rodziny francuskich arystokratów, która wyemigrowała do Luizjany z powodu… kłopotów, związanych z rewolucją francuską. Jam sam urodziłem się i wychowałem w Baton Rogue. - wyjaśnił uprzejmie mag.
- Ja pochodzę z Francji. - uśmiechnęła się lekko - Wychowywałam się tam... ale też w Kanadzie. Dwa obywatelstwa, częste podróże.
- Ja też często podróżuję w interesach. Aczkolwiek obywatelstwo mam tylko jedno.- odparł uprzejmie Vincent. - Brakuje ci tych podróży?Dziewczyna zastanowiła się.
- Chyba nie. Znaczy, podróże nie wpływały dobrze na utworzenie relacji z innymi ludźmi. A o trwałych można było zapomnieć.
- Relacje z innymi ludźmi bywają przecenianie. - odparł ironicznie mężczyzna.Ann spojrzała w ziemię.
- Gdy bezpowrotnie coś stracisz, to dopiero zdajesz sobie sprawę, że ci brakuje tego, czego nie zdążyłeś poznać...
- Może… aczkolwiek nie przypominam sobie żadnej znajomości wartej zapamiętania. - odparł Vincent zatrzymując się, by zapalić papierosa.
- Ale miałeś jakieś. - spojrzała na niego przechylając głowę - Kochałeś czy kochasz kogoś? Czy byłeś kochany?
- Zdarzało mi się. - odparł wymijająco Vincent.
- Jakie to uczucie?
- Hmm…- zamyślił się LaCroix i wzruszył ramionami.- … kłopotliwe.
- Jak to "kłopotliwe"?Mężczyzna wydmuchał dymek i spojrzał na dziewczynę mówiąc. - Miłość rozprasza uwagę, odwraca uwagę od celu.
- Ale jest niesamowite, prawda? Zrobisz dla kochanej osoby wszystko, zawsze. I będziesz czuł szczęście.
- Z pewnością. - odparł wymijająco mężczyzna.
Ann weszła do posiadłości Willa, rozglądając się za Toreadorem.
- William? - zawołała na próbę.
- Tak? - usłyszała znajomy głos Kainity.- Jestem w kuchni.Caitiffka ruszyła do kuchni, zostawiając za sobą Vincenta.
- Jak się trzymasz? - zapytała od wejścia do pomieszczenia.
- Zwyczajnie… czemu pytasz? - odparł Kainita, dobierając sobie “trunek” z zamrażarki.
- Bo zachowywałeś się... inaczej. Nie, że źle, tylko... inaczej. - podeszła bliżej - I Joshua nie chciał byś z nami poszedł...
- Mógł uznać, że mógłbym… zachować się nieracjonalnie. I miał rację.- odparł z uśmiechem Toreador.
- Ale jutro idziesz na akcję? - zapytała.
- Jutro… idziemy walczyć. Wtedy lepiej jeśli będę bardziej… nieracjonalny.- odparł z ciepłym uśmiechem Kainita.
- Ci kultyści tam żyją. Naliczyłam dwadzieścia pięć miejsc do spania. Widziałam na górze dwóch kultystów z uzi, pewnie pilnujących pokoju Proroka czy innego guru.
- W takim razie będzie dużo… sprzątania. - stwierdził beznamiętnie Toreador.
- Zadziwiłeś mnie. - Ann patrzyła z zaciekawieniem na Toreadora - Takiej twarzy Williama Blake'a bym się nie spodziewała.
- Ta twarz… umarła w okolicy wojny secesyjnej. Wtedy po raz ostatni raz byłem rycerzem, wojownikiem Camarilli. - odparł Toreador i wzruszył ramionami. - Zazwyczaj nie odczuwam przyjemności z odbierania życia. Niemniej żywię prawdziwą odrazę do rytualnych mordów i morderców. Zwłaszcza, że wiem jak to się może skończyć. W szpitalu który stara się zabezpieczyć nasz gość, też dokonywano rytualnych mordów… w sposób wyjątkowo pokręcony. I jak to się skończyło?
- Czy te mordy w szpitalu były do tych teraz podobne? - zapytała.
- Były znacznie bardziej kreatywne… agonia była długa i ofiara była cały czas przytomna. I krzyczała. Ciesz się że nie będziesz miała okazji usłyszeć takich krzyków. To coś z czego powstają koszmary. - William wzdrygnął się na wspomnienie tamtych wydarzeń.
- A wiadomo co chciano osiągnąć mordami? Czy to psychopaci co chcieli śmierci i cierpienia dla samego aktu? - zapytała lekko przerazona.
- Zważywszy, że wszystkiemu przewodził potężny Nephandi, to raczej chodziło o umowy z demonicznymi bytami. -odparł Toreador i uśmiechnął.- Cieszy mnie więc fakt, że chyba nie mamy z nim do czynienia.
- Nephandi?
- Powinnaś zapytać Vincenta o detale. Niemniej Nephandi… z tego co zrozumiałem, to książkowy przykład demonologa. - wzruszył ramionami. - I potężny czarownik… bardzo potężny. Jego pokonanie kosztowało życie maga,który nas wspierał w tym boju i załamało rzeczywistość w obrębie szpitala.
- Ale ten Nephandi zginął, prawda?
- Prawdopodobnie… pod koniec uciekaliśmy w popłochu, gdy świat zwijał się za nami w spiralę. Nie uszedł stamtąd, to pewne. - odparł Toreador.
- Może ci kultyści chcą dokonać tego samego co w szpitalu? Vincent mówił, że tam gdzieś jest byt, który wpływa nieświadomie na sny, a wilki przecież coś właśnie tam zamknęły.
- Ale nie w szpitalu… ów byt śpi umbralnym odbiciu jeziora. - odparł Toreador i dodał z uśmiechem. - Nieważne co kultyści planują. Nie będą mieli okazji powtórzyć swojej zbrodni.
- Widziałeś Giovanni ?
- Tak… uroczy typek. Tzimisce który go oszpecił ma poczucie humoru. Pokręcone, jak to u nich, ale ma. - odparł ze śmiechem Toreador.
- Sądzę... że w sumie to bardzo smutny los. Nawet jak na wampira. - Ann najwyraźniej nie widziała tego za nic zabawnego.
- Z pewnością… ale nie trafiło na aniołka. Nekromanci są… - wzruszył ramionami Toreador. - … niewiele lepsi od Tzimisce. -
Uczestnicy akcji się zebrali w tej samej sali co zawsze. Nastroje były ponure. Gdzie się podziały te zebrania przypominające spotkania przy piwku i grillu? Liczba i jakość uczestników też się zmieniła. Nie było żadnej z Ventrue, nikogo z Tremere. Normalnie można byłoby sądzić, że powód był związany z obecnością dwóch Giovanni, ale Nadia była ponad takie drobnostki jak klanowe animozje, a Borgia… cóż, Lukrecja miała swoje powody. Poza tym obie nie były zainteresowane mającą się odbyć akcją bowiem. A Giovanni tak…
Nadia oczywiście byłaby niezbędną częścią takiej akcji, ale… odkąd miała Pandersa zaczęła nim zastępować siebie. I Charlie czekał na resztę ekipy w vanie na zewnątrz hotelu. Inny Kainita mógłby się obrazić na takie traktowanie, ale nie Charlie. Jemu było wszystko jedno. Przypominał Ann Garry’ego pod tym względem.
W salce zebrało się spore towarzystwo. Przewodził oczywiście sam książę Stillwater. Obok niego stał jego protegowany Clyde Ovens. Trzeba było przyznać, że młody Brujah miał niewyraźną minę. Z jakiegoś powodu nie miał ochoty brać udziału w tym zebraniu. Co innego Larry, on wręcz się niecierpliwił. Podobnie jak gość z klanu Malkavian, Locarius Gorgon. Poza nimi był tu jeszcze jeden Malkavianin, Stefan Salvatore, oraz obaj znani Ann Giovanni. Szkaradziec i brak bliźniak Gino o imieniu Giacomo. Oraz Garry…
Wchodząca Ann z Williamem, przyciągnęła uwagę zebranych tu gości, głównie dlatego że towarzyszył.
Śmiertelnik. Vincent niespecjalnie przejął się tym nadmiarem uwagi, zwłaszcza ze strony obu Giovanni. Poza tym…

- Czy zauważyliście, że łyżki są bardziej błyszczące nocą niż za dnia? W każdym razie wydaje mi się, że za dnia były mniej… lustrzane, o ile dobrze pamiętam. A może w nocy stają się kolejnym przejściem do naszego umysłu?- odezwał się głośno Locarius, odciągając uwagę od jedynego śmiertelnika w pokoju. Cóż… przynajmniej większość uwagi, Giovanni przyglądali się nadal LaCroixowi z ciekawością.
- Skoro już wszyscy jesteśmy, należy omówić plan działania. - zaczął Smith rozkładając plany lokacji. - Nie wiemy tak naprawdę z czym mamy do czynienia. To może być poszukiwany Tzimisce, to może być szalony Kainita lub… równie szalony mag. Niemniej większość jego sług wydaje się być zwykłymi śmiertelnikami, może nawet ghulami. Łatwymi do wyeliminowania.Spojrzał po zebranej grupce.- Jako że większość z nas nie jest szczególnie utalentowana jeśli chodzi o skrytość. A część…-
-... w ogóle nie weźmie udziału w walce do czasu pojawienia się Tzimisce. Nie ma co odkrywać wszystkich naszych atutów. - dokończył Szkaradziec wymawiając się od uczestnictwa walce. Najwyraźniej planowali robić za widzów.- No tak… z tego co się zorientowałem wcześniej, bezpośrednimi uczestnikami misji, będą: William, Ann, Larry i Locarius, oraz… Vincent. Reszta robi za wsparcie z vana. - podsumował sytuację Smith. - Ja zajmę się z moimi ludźmi odcięciem okolicy i zapewnieniem wam spokoju podzas tej akcji i… odetniemy prąd od chatki dokładnie o północy. Garry dopilnuje ze swoimi zwierzakami, by nikt się nie wymknął.
Stuknął palcem w plan budynku leżący na stole.
- Myślę że podział na dwie grupy będzie najlepszym wyborem. Larry i mr. Gorgon zaatakują od frontu. William wraz Ann i Vincentem uderzą od tyłu. Larry z pewnością zrobi dość hałasu by przyciągnąć uwagę mieszkańców, ułatwiając grupie Williama dostanie się do środka budynku i zlikwidowanie głowy smoka, nim ta zionie ogniem. - tłumaczył Brujah zerkając na Larry’ego i Malkaviana. Ci nie wyglądali na szczególnie przejętych. Dukes nie miał zapewne nic przeciwko byciu przynętą. Wszak ściągnie na siebie uwagę wszystkich sił wroga. Gorgon zaś.. cóż, Malkavian nadal medytował nad łyżeczką obojętny na takie detale jak zagrożenie własnego istnienia.
Tymczasem Joshua spojrzał po zebranych Kainitach i jednym śmiertelniku.
- Jakieś pytania? Sugestie?
-
KIEDY KREW LASOMBRY MIESZA SIĘ Z KRWIĄ MALKAVA
- Wiadomo czy po terenie ktoś się pałęta na zewnątrz? - spytała Ann przyciągając uwagę wszystkich.
- Cóż… tylko ochroniarze kręcą się po terenie, ale nie wychodzą poza granice posiadłości.- potwierdził Smith.
- Mam arsenał w vanie jak ktoś chce uzbroić. Chcesz się dozbroić Malkavianinie?- Larry zapytał Gorgona, a ten pokręcił głową.- Ja nie uznaję rozlewu krwi. To marnowanie vitae… po prostu.Ann zerknęła na Toredora i Vincenta.
- Wasza dwójka wchodzi niesubtelnie?
- Z mniejszym hukiem z pewnością. Mam mojego obrzyna, ale nie planuję go używać.- odparł Vincent. A Larry wtrącił z uśmiechem.- Mam coś mocniejszego niż jakiś obrzyn, pistolety maszynowe.
- Z pewnością, niemniej mój obrzyn radzi sobie z przeciwnikiem niewrażliwym na zwykłe kule. Liczę, że nie będę musiał go używać .- odparł mag, a William dodał.- Nie jestem tak skryty jak ty Ann, ale za to jestem szybszy od ludzi.
- A ty? - spojrzała na Vincenta.
- Nie będę się wtrącał w walkę, o ile nie będzie ku temu potrzeby. - stwierdził mężczyzna poprawiając okulary. - Tak jak w klasycznych opowieściach spod znaku fantasy, najlepiej sprawdzam się na drugiej linii.
- Nie mówię o walce na pierwszej linii. Od tego mamy chętnych. - wskazała na Larry'ego i Gorgona - Tylko o przedostaniu się do środka, jak reszta będzie zajęta.
- Mam swoje sposoby, ale skradanie nie jest moją mocną stroną. - przyznał mag.
- Jak nie będziesz się ruszał to pomogę... inaczej to nie. Sorry. - spojrzała na wszystkich - Mogę pierwsza się w środku skryć, jak będziecie zajmować innych.
- Mam swoje sposoby…- przypomniał Vincent.- Mogę zawsze pójść w Umbrę i tak dotrzeć na miejsce.
- Musimy unieszkodliwić wszystkich, a przez unieszkodliwienie mam na myśli.- Toreador znacząco przesunął palcem po swoim gardle, co wywołało szeroki uśmiech u Larry’ego.- I takie zadania to ja lubię.
- I tak Toreador i Brujah znaleźli wspólną miłość do sztuki zabijania... - Ann się podśmiała.
- Nie jestem z tego dumny i nie cieszy mnie rozlew krwi, którego będę sprawcą, ale… to należy zrobić. - westchnął ciężko Blake, a Salvatore dodał. - Hipokryzja była zawsze częścią natury tego klanu.~~
Podróż zajęła trochę czasu. Na szczęście to nie Ann musiała cisnąć się w vanie Tremere, tylko dyplomata Malkavian i dwójka Giovanni. Oraz Garry. Clyde z woli Smitha dołączył do Larry’ego i Gorgona, bardziej jako wsparcie z tyłu niż realna pomoc. Głównie dlatego, że mimo krwi Brujah, Clyde nie miał za dużo doświadczenia bojowego i mało entuzjazmu jeśli chodzi o zabijanie.
Podróż odbyła się bez problemu, przyjechali na miejsce. Zaparkowali tam gdzie zwykle, wysiedli.
Teraz czekała ich wędrówka przez las, w kierunku miejsca z którego uderzą. Musieli obejść posiadłość dookoła, mając na szczęście mapę i wpatrzonego w nią Blake’a… ich przewodnika. Dostali zestawy słuchawkowe od Charliego i… ruszyli.Ann szła obok Vincenta za Williamem, gdy odezwała się do maga.
- Czemu tak zainteresowałeś nekromantów? - zapytała Vincenta - Nie dawaj się gryźć takiemu tylko. Ich ugryzienia potrafią zabić śmiertelnych. Ofiara z bólu umrze. Może nie dbają o kły czy coś... a może to ten makaron…
- Wiem wystarczająco o Giovanni, by ich unikać.- przyznał LaCroix i dodał z uśmiechem. - Nie martw się. Potrafię radzić z nieumarłymi, bez względu na ich naturę.
- Może przypominasz im jakiegoś krewnego... - zamyśliła się - Oni mają słabość do własnych biologicznych rodzin. - spojrzała zaciekawiona - Czy umiesz robić nekromantyczną magię? Szkielety, zombie?
- To samo co oni… duchy. Tak naprawdę to są tylko różnego rodzaju… istoty zza woalu, lub Rękawicy jak ją się zwie powszechnie. Według mnie woal, brzmi lepiej.- wzruszył ramionami Vincent, sięgnął do kieszeni po papierosa i zapalniczkę. Zapalił mówiąc.- Różnica polega na tym, że ja wiem co robię, a oni igrają z siłami, które kiedyś wystrzelą im prosto w twarz jak stara nieużywana strzelba.
- Coś podobnego mówiła Nadia o czarowniku, który dał mi sztylet. - wyciągnęła z kieszeni ukryty w pochwie sztylet, który zaraz schowała i spojrzała za Williamem.Mag wyciągnął karty, przetasował zerkając wpierw na sztylet, a potem na trzy karty które miał w dłoni. Wtasował je z powrotem w talię i dodał. - Nadia mówiła prawdę. Jest trochę dziwna jak na Tremere.
- Czemu? - Ann znowu spojrzała na maga.
- Ci Tremere, których poznałem, chcieli za wszelką cenę pokazać, że oni również są Magami, że te ich sztuczki krwi to prawdziwa magyia. Chcieli udowodnić bardziej sobie niż mnie, że są mi równi.- zaciągnął się papierosem Vincent.- Nadia nie próbowała pudrować rzeczywistości.
- Nadia była jak ty. - odparła caitiffka - Miała... Avatara. I mistrza. Nie pchała się do śmierci. Więc ona po prostu wie, co ma teraz, a co było wcześniej.
- Rozumiem…- przytaknął Vincent, a William dodał cicho. - Zbliżamy się do celu. Przygotujcie się i potem… czekamy.Blake spojrzał na płot oddzielający ich od domu.
- Najpierw przerzucę Ann, a potem ciebie magu. Musimy tylko poczekać na fajerwerki.
Po tych słowach przykucnął za pobliskimi krzakami i zwrócił się do Ann.
- Przy misji dla wilkołaków, to musi być spacerek po parku dla ciebie?
Dziewczyna przykucnęła przy Williamie.
- Nie ma porównania... Tu wilkołak ze ścian nie wyskakuje na ciebie. - spojrzała w stronę rezydencji - Tam też jedyni ludzie, to byli jacyś biedacy podłączeni do komputerów, nie kultyści. Czy Stillwater zawsze ściągało do siebie takie problemy?
- Trudno powiedzieć czy to nasz problem. Kimkolwiek byli ci biedacy których widziałaś, nie pochodzili ze Stillwater. Nie mamy aż tyle zaginionych. A kopalnia jest… cóż… źródłem bogactwa miasta. Płaci wiele za prawo do działalności na terenie Stillwater. I nigdy nie sprawiała nam kłopotów, choć zawsze była lekko podejrzana. - przyznał Toreador i westchnął. - Niemniej sama widzisz. Tak naprawdę mamy tylko Larry’ego i Joshuę i mnie… za mało by atakować taką placówkę.
- Hmm… ludzie podłączeni do komputerów, brzmi jak mokra fantazja Iteracji X. - przyznał cicho Vincent rozkoszując się papierosem.
- Kogo fantazja? - zdziwiła się Ann.
- Iteracji X, to… frakcja Technokratów skupiona na Technologii i cybernetyce właśnie. Fuzji człowieka i maszyny. Za wiele o nich nie wiem. Na południu, gdzie działam Technokracja nie jest silnie zakorzeniona, tak jak w Nowym Jorku. I my… nie zajmujemy się bezpośrednią konfrontacją z nimi. Po prawdzie…- Vincent się zaśmiał i przeczesał włosy dodając.- … nigdy nie spotkałem maga Technokracji, jedynie parę ich stworzeń.
- To jaki mamy plan? - zmieniła nagle temat - Ten Prorok powinien wyleźć, jak się jatka zacznie.
- Liczymy na to… i nie tylko my, że kimkolwiek jest Prorok to swój gniew wyładuje na Larrym i Malkavianinie. - wyjaśnił Toreador. - I jeśli to Tzimisce, to spodziewam się, że Giovanni rzucą się na niego jak psy gończe ułatwiając nam zadanie. Tak czy siak, nikt nie powinien zwracać na nas uwagi. Ty zajmiesz się strażnikami, gdy cię przerzucę przez płot. A potem… cóż… zobaczymy jak się sytuacja rozwinie.Spojrzał na zegarek. - Mamy trochę czasu jeszcze.
Ann spojrzała ponownie na Vincenta.
- Jak żyją magowie? Macie Książęta w jakiś miastach? Dzielnicach?
- Nie, nie, nie…- zaśmiał się cicho Vincent. - Choć moja Tradycja jest dość… cóż… hierarchiczna i przypuszczam że Tremere na jej przykładzie budowali swoją organizację, to jednak więzy jakie łączą mnie z moją Tradycją są dość luźne… przynajmniej w Stanach Zjednoczonych. Nie… my Magowie, żyjemy własnym życiem i podążamy za własnymi celami. Magowie różnych Tradycji żyjący w tej samej okolicy, grupują się często w różne fundacje i organizacje. Są Fundacje poszczególnych Tradycji szkolący młodych akolitów, acz wszystko to nie tworzy takich struktur jak u Kainitów. I niby czemu powinno? Nie jesteśmy drapieżnikami jak wy… nie potrzebujemy terenów łowieckich. -
- A ta wojna z Technokracją?- zapytał cicho William dla zabicia czasu bardziej.
- Jest bardzo subtelna… i tocząca się w tle. Te wszystkie filozofie New Age, nowoczesne czarownice, yoga, widzenie aur, leczenie poprzez chi i inne takie bzdety pokazywane w internecie i do kupienia w formie książek. - zaciągnął się dymem Vincent. - W większości pic na wodę i jasełka. Bez mocy i potęgi… ale odwracają masy od technologii ku mistycyzmowi.-
- Więc to wszystko nie jest prawda? - zdziwił się Toreador.
- To co zobaczysz w filmikach instruktażowych w internecie? Z pewnością to bujdy. Rzecz w tym mój drogi, że nie każdy może zostać magiem. A w rękach prawdziwego maga pilot od telewizora może stać rekwizytem magii… zaś magiczna różdżka w ręce amatora pozostanie tylko kawałkiem drewna obwieszonego piórami. - wzruszył ramionami laCroix. - Są i grupy magów bezpośrednio walczące z Technokracją, ale masowa krwawa wojna między nami a nimi, nie przyniesie nic dobrego ani im, ani nam, ani ludzkości i planecie.- A jak zostać magiem? - Ann przysunęła się bliżej Vincenta - Napisać test? Zapłacić?
- Musisz się przebudzić… co oznacza, że objawi się twój awatar. Wtedy jesteś magiem. - odparł spokojnie Vincent. No tak… u magów, wszystko się kręciło wokół tego tajemniczego awatara. Nadia też o nim ciągle wspominała.
- Nadia też o Awatarze ciągle mówi... - przyznała - Nie jest szczęśliwa, że go nie ma. Chyba bardzo. - spojrzała na Williama - Zawsze była taka... Nadią?
- Nie znam innej Nadii, ale sama wiesz… ona dużo przeszła. I za czasów gdy była śmiertelna i po przemianie… Droga z Rosji do Nowego Jorku nie była łatwa za czasów rewolucji bolszewickiej. Nawet dla Kainitki.- odparł cicho Toreador.A Vincent potwierdził. - Utrata awatara jest bardzo bolesna. I ta strata boli przez resztą życia, to jakby kawałek ciebie został żywcem wykrojony. Więc nie masz się co dziwić, że Tremere mają problemy z rekrutacją prawdziwych magów w swe szeregi.
- Czasem mam wrażenie, że jej nieprzyjazna postawa do każdego to coś, czym chce się zakrywać przed rzeczywistością. - stwierdziła wprost - Jakby... było to przerysowane trochę.
- Nosi w sobie blizny… nie na ciele, a na umyśle. - potwierdził smętnie Blake i dodał. - Z tego co wiem, wybrała przemianę z desperacji, a nie dlatego że obietnice Tremere ją skusiły.
- Może nawet nie zdawała sobie wtedy sprawy, z czym to się wiąże, młoda była. Lub wypływające na ulicę flaki nie dały jej o tym myśleć. - westchnęła.
- Może…- zaczął Toreador, ale przerwał wypowiedź. Bowiem światła w budynku zgasły nagle, a kilka chwil potem rozległ się odgłos strzałów, połączony z bojowym okrzykiem radości Larry’ego.
- Zabiję was wszystkich!Zaczęło się.
- Subtelnie. - westchnęła Ann.
- Typowo dla Larry’ego.- William podszedł do płotu, przyjmując postawę i splatając dłonie razem by wampirzyca mogła skorzystać z jego pomocy przy wspinaczce.- Ty pójdziesz górą i zrobisz porządek. Ja tymczasem wygnę pręty płotu byśmy się z Vincentem przycisnęli.Ann przy pomocy Williama wybiła się do góry i przeskoczyła płot. Już na ziemi okryła się niewidzialnością, aby zaraz ruszyć na poszukiwanie strażników.
Zauważyła dwóch, zaskoczonych odgłosami strzałów i nie bardzo wiedzących co zrobić. Obaj chwycili już za broń, pistolety maszynowe. Ale nie mieli celów w które mogliby strzelić. I chyba nie mieli ochoty ich szukać. Ann zaś nie zauważyli.
Cienie obu mężczyzn zaczęły się poruszać na ziemi niczym macki, wchodząc wijącymi ruchami na ich ciała. Nie skrywały się, wręcz Ann chciała by ludzie zobaczyli te cieniste monstra, gdy sama ustawiła się w niewidoczności bliżej, trzymając dłoń na zakrytym sztylecie.
Niestety… pomyliła się nieco w ocenie sytuacji. Dla niej mrok był łatwy do przejrzenia, była wszak stworzeniem nocy i doskonale widziała w ciemności. Ochroniarze nie mieli tej przewagi i po prostu nie mogli dostrzec cieni wspinających się po nich. Tym bardziej, że ich uwagę przyciągały krzyki i huk broni dochodzące z frontu budynku.
"Śmiertelni..." prychnęła w myślach Ann, i zacisnęła jeden cień na gardle ochroniarza.
Ten upuścił broń zaczął charczeć głośno, czym zwrócił uwagę swojego towarzysza. Mężczyzna podbiegł do niego, ale nie bardzo wiedział co zrobić widząc wijącego się na ziemi i duszonego przez niewidzialne ręce towarzysza broni.
Drugi człowiek poczuł zimny ucisk też na swoim gardle, a gdy sam padł na ziemię, przed nim pojawiła się Ann.- Pospiesz się z nimi… nie wiadomo ilu jeszcze wrogów przed nami.- wtrącił William zbliżając się do pozycji Ann prowadzony przez Vincenta, który trzymał w dłoni kilka kart.
Bezceremonialnie przyklękła przy nich i skręciła im karki.
- Zrobione. - mruknęła chyba z lekkim wyrzutem.
- Ruszajmy dalej.. ty przodem. - odparł cicho William wskazując czubkiem miecza wejście do willi.Ann ukryła się cieniami i ruszyła w stronę wejścia do willi na razie nie ukrywając swojej obecności za iluzją niewidoczności. Dopiero po przejściu kilku kroków nałożyła na siebie taką osłonę.
Drzwi były zamknięte, ale były też przeszklone. I poprzez nie, Ann zobaczyła kilkoro wyznawców pijących pospiesznie… coś, oraz sięgających po długie lekko zakrzywione noże.
Postanowiła i tutaj zrobić zamieszanie. Przez widok szkła zmusiła plamę cienia do szybkiego wślizgnięcia się na kultystę i zabierania mu oddechu, gdy w najbliższej okolicy innych też drapieżne cienie atakowały innych.
Ci tutaj zachowali się inaczej. Widząc upadającego towarzysza i atakujące cienie… z fanatycznym błyskiem w oku rzucili się na cienie. Niemniej ich ostrza nie okazały się szczególnie skuteczne przeciw nim. Blake zaś strzaskał swoim mieczem szklane drzwi, a potem bezceremonialnie zdekapitował pierwszego fanatyka, który się na niego rzucił. Co nie powstrzymało reszty… widząc wreszcie wroga, którego teoretycznie mogli zabić. Teoretycznie.
Ann prawie się zaśmiała. Ci idioci chcieli ciąć cienie!
Weszła po strzaskaniu drzwi i zaatakowała najbliższego żarłocznym sztyletem, chcąc go wbić mu w gardło, a gdy rozharatała mu gardło, wykorzystując moment skoczyła już widoczna na następnego.
Musiała się spieszyć, gdyż Toreador metodycznie i bezlitośnie pozbawiał głów kolejnych kultystów. Ci jednak nie przejmowali się zabitymi współwyznawcami rzucając się na zagrożenie z fanatyczną odwagą. Możliwości ich jednak nie dorównywały ich odwadze.
Vincent natomiast z obrzynem dłoni trzymał się z dala i od wampirów i od kultystów, pozwalając im rozwiązywać problem, bez jego udziału.Wkrótce cały parter spłynął krwią zabitych. Toreador zaś otarł miecz szmatką i dodał.
- Dziwne… przywódca tej sekty jakoś się nie pojawił. Czyżby śmierć jego podwładnych nie zaniepokoiła go? Jest tu w ogóle?- zapytał głośno.
- Są oznaki życia na piętrze.- przyznał Vincent.
- Życia czy bytności? - zapytała uśmiechnęła Ann.
- Żywe istoty. Parę duchów w Umbrze, ale nic niezwykłego. Sprawdziłem budynek na obecność nadnaturalnych istot za woalem. Nie znalazłem nic groźnego. Natomiast jeśli chodzi o żywych, to są cztery żywe istoty na piętrze. Ludzie.- odparł mag.
- Ofiary czy szef z obstawą? - Ann podeszła do pojemnika, z którego pili kultyści.
- Trzej mężczyźni, jedna kobieta. Jeden z nich dość… stary.- odparł Vincent wróżąc z kart, gdy zerkał od czasu do czasu na sufit.
- Kultyści rzucili się na to, pijąc jak opętani. - spojrzała czym była ta ciecz.
- Na moje oko.- Vincent przetasował karty i zerknął w nie. - Jakiś koktajl psychotropów. Pewnie mających wzbudzić w nich szał bojowy. Nie próbowałbym ich krwi.
- Na dole nikogo? - dopytała Vincenta - Będę wkurwiona jeżeli na górze też ćpuny i wszystko to scam.
- Nikogo żywego. - odparł mag przetasowując karty.
- No cóż… ty sprawdź czy myślącego nie kryje się pod nami, a my uprzątniemy górę, zanim wpadnie tu Larry.- zadecydował William.
- Oby Larry nie próbował tej krwi... Larry na prochach... - Ann pokręciła głową i ruszyła na górę otulona cieniami.i
- To byłoby kłopotliwe.- przyznał William podążając tuż za nią. Na górze wszystkie drzwi były pozamykane, ale caitifka wiedziała przy których ostatnio stali strażnicy.Ann pokazała Williamowi na drzwi, wcześniej pilnowane. Sama chyba pierwsza wejść nie chciała. Toreador nie miał takich obaw, skinął szybko głową i równie szybko jego sylwetka rozmyła się, po chwili było słychać głośne łupnięcie w drzwi, gdy je staranował i odgłosy śrutówek które strzeliły w jego kierunku. Celnie. Ciało zaskoczonego wampira odrzuciło do tyłu.
- Czekałem na was… stwory ciemności, czas próby nadszedł… czas krwawej ofiary. Wszystko jest przepowiedziane! - wrzasnął głośno przywódca kultu.
Ann warknęła i ponownie zniknęła z oczu, by niewidoczna wejść do środka.
Tam zobaczyła samego lidera z mieczem i w rytualnych szatach, jego… konkubinę w podobnym stroju i uzbrojoną w długi nóż, oraz dwójkę ochroniarzy zrekrutowanych z szeregów kultu, bo ubrani byli w rytualne szaty i uzbrojeni po zęby. Oprócz śrutówek w rękach mieli jeszcze pistolety maszynowe przy pasku, pistolety, oraz po dwa granaty.- Głupie stworzenia… myślicie że o was nie wiem, myślicie że nie jestem przygotowany, myślicie że decydujecie o czymkolwiek. Każdy z was podąża wyznaczoną ścieżką, każdy krok wasz jest krokiem ku jego chwale.- wrzeszczał najwyraźniej obłąkany lider tej bandy świrów.
Ann uśmiechnęła się okrutnie. Z niewidzialną radością skierowała cień kobiety tak, aby wysunął zawleczkę granatu przy pasie.
- Will, wiej! - wampirzyca krzyknęła tracąc niewidzialność i schowała się za drzwiami.
- Czemu?- zapytał wyraźnie postrzelony Kainita, podążając w jej ślady. Nienaganne ubranie Toreadora było podziurawione od kul, a rany… choć już się goiły, to nadal dość mocno krwawiły.
- Tchórze! Tak jak napisano. Uciekną w popłochu na widok majestatu sługi twe… - tyle zdołał wywrzeszczeć prorok, nim nastąpiła eksplozja, większa niż powinna. Niewątpliwie było tam więcej granatów niż te które zauważyła.Ann pociągnęła Williama do tyłu... I śmiejąc się maniakalnie wtuliła w jego krwawiące ciało.
- No… to skończyło się wybucho… - skwitował Blake, a po chwili głośny jęk wypełnił korytarz.
- Jak mogliście?! Ja chciałem zaszlachtować Tzimisce! - wyjęczał głośno Larry u szczytu schodów.
- Tu byli ludzie, co zrobili boom! - Ann nie opuszczał radosny nastrój. Schowała głowę w Toreadora ciągle się śmiejąc.
- No cóż… przynajmniej było trochę zabawy z ochroniarzami i tymi typkami w szatach. - westchnął rozczarowanym tonem Larry. - Nie stanowili większego wyzwania. Żaden z nich ghulem nie był.
- A gdzie Vincent? - uspokoiła się odklejając od Williama - Tu musi coś być więcej, no...
- Nie widziałem go… ale drzwi do piwniczki otwarte, Malkav tam polazł.- rzekł Larry wchodząc do pokoju. - Tu nic nie zostało… w całości. Wątpię by jego śmiertelny żołądek zniósł widok takiej jatki.
- Radzisz sobie? - zapytała Toreadora.
- Z pewnością będzie mi potrzebny suty posiłek i lancet.- ocenił Blake. - Do wycinania śrutu z ciała.
- Idę do nich. - oznajmiła i zbiegła na dół.Vincent właśnie rozglądał się po sali rytualnej przyglądając szczególnie malunkom na ścianach, podczas gdy sam Gorgon myszkował w pomieszczeniu służącym za podręczny magazyn świątyni. Obaj zajęci swoimi sprawami nie zwrócili większej uwagi na jej pojawienie się.
- Fajne miejsce, co? - zapytała podchodząc do maga.
- Cóż… ciekawe. Ale nie widzę tu nic… magicznego.- ocenił mag. - Zrobiłem parę fotek i jak znajdę czas, to przeanalizuję pod kątem symboliki. Pewnie lepiej by się tu nadał biegły psychiatra.
- Znalazłem fajne czapki ! - odezwał się wesoło Locarius. - Mogę zatrzymać?!
- Czapki? - spojrzała na Malka.Locarius pojawił się w rytualnym płaszczu z kapturem zakrywający pół twarzy i z otworami na oczy. Zapewne używanym w jakiejś ceremonii. Naciągnął go twarz nie zdejmując przy tym okularów.
- Fajny, co nie? Będzie to świetna pamiątka z wycieczki.- stwierdził z zadowoleniem Kainita.
- Jestem zawiedziona, że to tyle. - mruknęła.
- Spokojnie… starczy czapek dla wszystkich.- pocieszył ją Gorgon.
- Czym… czemu zawiedziona?- zapytał Vincent.
- Że to tyle. Trochę obłąkanych ludzi i nic więcej.
- Cóż… nie za każdym szaleńcem stoi Malkav lub Maruder, nie każdy polityk czy biznesmen pije krew Ventrue.- odparł z ironicznym uśmiechem i spojrzał na Ann dodając. - Większość zła na tym świecie ludzie popełniają bez nadnaturalnych protektorów na których można by zrzucić winę.
- Ale to było nieciekawe... - westchnęła - Zobaczę co w reszcie pokoi…Początkowe przeszukiwanie pomieszczeń nie przynosiło caitifce żadnych ciekawych odkryć. Niemniej nie spodziewała się niczego ciekawego. Nagrodą za jej upór miało być jednak pomieszczenie odpowiadające gabinetowi w domu Toreadora. Drzwi do niego były jednak zamknięte. Spróbowała sama siłowo je wyważyć i po kilku próbach przekonała się, że siłowo nic tu nie załatwi
- Larry! Potrzebuję cię! - zawołała wampira.
Nie było odpowiedzi. Najwyraźniej jej nie usłyszał.
Ann fuknęła z irytacją. Wyciągnęła swój glock, aby dostać się do środka przestrzeliwszy zamek.
Kilka strzałów zrobiło robotę, zamek został rozwalony. Przy okazji ściągnęła do siebie zaniepokojonego strzałami Toreadora. A po chwili dołączył i Locarius. Za drzwiami była profesjonalna “fabryczka” prochów i psychotropów. No cóż… aż tylu świrów nie dało się przecież zebrać samą gadką, niektórych trzeba było… stworzyć.- Lame, lame, lame! - krzyknęła wściekle Ann, rozglądając się czy w pomieszczeniu nie ma czegoś więcej, dokumentów jakiś…
- Super… więcej chemikaliów, to bardzo korzystne dla nas.- ocenił Toreador, podczas gdy Ann jedyne notatki jakie znajdowała dotyczyły chemicznych formuł.
- On wiedział o wampirach, ktoś mu to musiał przekazać! - Ann kopnęła w ścianę ze złości.
- Nie my… - Locarius uniósł dłonie w geście poddania.- Papa Roach nie pozwala na religijną konkurencję wśród swoich podwładnych. Schizma jest brzydkim słowem.
- Trudno powiedzieć co wiedział, tak naprawdę.- zastanowił się William.- Na pewno nie wiedział jak się przed nami bronić.
- Miał duży kaliber chociaż... Nazwał nas stworzeniami. Sprawdzaliście całe piętro? - burknęła jak zawiedzione dziecko.
- Osobiste archiwum plus przepowiednie trzymał w sypialni, ale po tym co tam urządziłaś… ciężko będzie coś ustalić. Reszta to pokoje dla Vipów i poruczników. - wyjaśnił Toreador.
- Wolałeś więcej śrutu? - ponownie burknęła urażona.
- Ja nie narzekam. Sekta została wybita co do ostatniego odrażającego członka. Problem został rozwiązany. - uśmiechnął się William.
- I tak trzymać, kwaśny humor powoduje zaparcia w trumnie. - dodał entuzjastycznie Gorgon.
- Może coś się ostało z tych przepowiedni czy innych papierów. Nie miał sejfu? - mruknęła.
- Nie w sypialni.- odparł Toreador po chwili namysłu.Ann nie wyglądała na zachwyconą.
- Joshua będzie zirytowany, że informowałam o tym... - burknęła pod nosem.
- Ci ludzie… składali krwawe ofiary jak banda pogańskich barbarzyńców. Im śmierć była pisana, bez względu na naturę przywwódcy.- odparł lodowatym głosem William, tak że ciarki przeszły po grzbiecie Ann. Mimo filigranowej urody Blake potrafił być straszny. - Joshua to wiedział. I choć będzie nieco zawiedziony tym, że nie udało się rozwiązać problemu Tzimisce przy okazji, to …- wzruszył ramionami. -... prawda jest taka, że Tzimisce który tak rzucałby się w oczy, nie dożyłby XX-go wieku. Szansa, że to on stoi za tym kultem była w granicach błędu statystycznego.
- Ale... Tu było coś dziwnego... - dziewczyna ciężko się zastanowiła - Tylko nie wiem co. Ale było. - odparła, jakby zagubiona w myślach.
- Cóż.. teraz tu są tylko trupy. Giovanni mogą je przesłuchać, o ile będą chcieli. W co wątpię.- stwierdził sceptycznie Blake. A Gorgon dodał. - Zmarli niewiele powiedzą… ich umysły pozostają większą sieczką po śmierci, niż za życia. -Ann wyobrażała sobie, jak zareagowałby Cyril, gdyby był na miejscu Joshui. I ten obrazek jej się nie podobał.
- Co teraz robimy?
- Ghule Larry’ego zorganizują tu eksplozję gazu i olbrzymi pożar, by ukryć ślady naszej i ich działalności. Nie potrzebujemy tu reporterów węszących za sensacją. Wyciek gazu, wybuch, pożar… tragedia w sam raz na trzecią stronę porannego wydania “Wieści ze Stilwater”. - wzruszył ramionami Toreador.
- Bardzo przeszkadza ten śrut? - zapytała wampira z jakąś troską.
- Nieszczególnie. Obrywałem gorzej.- uśmiechnął się Toreador.
- Ja też…- wtrącił Locarius.- … nie pamiętam już tylko kiedy. Ale było wtedy bardzo zielono. -
Ann wyszła przez budynek nie będąc w pełni usatysfakcjonowaną rozwojem sytuacji. Cyril byłby… wściekły, przede wszystkim na nią. Dla tego Tremere liczył się wynik, nawet strata kilku Kainitów byłaby odpowiednią ceną za to. Ann zaś nie była zadowolona z tego co osiągnęła. reszta natomiast tak. No… może poza Giovanni. Stali z boku zdegustowani sytuacją i rozczarowani tym, że nie było tu znienawidzonego Tzimisce do ubicia. Tymczasem przed budynkiem stały dwie ciężarówki z których to ghule Larry’ego rozładowywali beczki z naklejką Flammable .
Ich szef zaś wydawał rozkazy i popędzał Clyde’a do pomocy. Młody Brujah próbował się opierać, ale czynił to mizernie dobrze wiedząc, że nie należy wkurzać Dukasa.
Reszta wampirów kręciła się po posiadłości nie wchodząc im w drogę.
Ostatecznie jednak podpalenie budynku było złożone na barki ghuli Larry’ego. Wszak Kainici mogliby popaść w panikę przy takim pokazie płomieni.
Tak więc Ann wracała wraz z zadowolonym z siebie Williamem. Najpierw do Róży, potem do domu.
W miejscowym elizjum natknęła się na Joshuę. Książę wysłuchał raportów z tego co się wydarzyło. Siedząc tam, dowiedziała się jak przebiegła sytuacja od frontu domu. Nie odbiegało to szczególnie od jej wyobrażeń. Larry nie znał słowa subtelność, a na dyskrecję reagował równie alergicznie jak na czosnek. Więc po prostu rzucił się do ataku z subtelnością wściekłego nosorożca. A Gorgon wesoło podążył za nim, za nic mając własne bezpieczeństwo… lub nie mając świadomości w co się pakuje. Jedynym próbującym taktycznych sztuczek w postaci próby okrążenia wroga był oczywiście Clyde. Choć oczywiście Larry uznał, że młody Brujah po prostu jest cykorem. Sytuacja rozwinęła się też, tak ja Ann podejrzewała. Dwójka doświadczonych morderców wybiła przeciwników zanim Clyde mógł interweniować. O ile oczywiście miał taki zamiar. I wedle jego słów, potwierdzonych przez Larry’ego. Locarius rzeczywiście zabijał wzrokiem. Co prawda nie zamieniali się w kamień, a jedynie popadali w kamienny stupor, nadal żyjąc… to jednak było to imponująca moc. Lukrecja przy okazji stwierdziła że to nie jest jakaś nowa dyscyplina, tylko z pewnością kombinacja rasowych dyscyplin Malkaviana. Bo wedle jej wiedzy, ten klan zawsze dysponował mocami mieszającymi w głowie, a nigdy nie miał dość samodyscypliny by te moce zmienić w chirurgiczny skalpel jak to czynili Ventrue. Gorgon i jego opiekun ani nie zaprzeczyli, ani nie potwierdzili jej słów… niemniej Salvatore spytał Borgię czy potrafiłaby tak jak Gorgon zrobić. A ta zmieszana nieco, zaprzeczyła.
Zaś sam Książę wydawał się zadowolony z rozwoju sytuacji i bardziej zainteresowany był całkowitym wyciszeniem sprawy niż odkryciem tajemnicy kultu. Jego zdaniem ciężko będzie zatuszować śmierć tylu osób i taki pożar.- Czuję trzepot skrzydeł prasowych sępów w powietrzu. Trzeba będzie u Księcia wynegocjować jakieś przysługi. Albo u samej miss Dubois.- westchnął ciężko, a William się z nim zgodził.

W końcu wrócili do domu. Noc która była pełna ekscytacji przechodziła w poranek i zapowiedź kolejnej nocy, które nie miała obfitować w ważne wydarzenia. No chyba że Giovanni znajdą Tzimisce, ale póki co ten stary wampir… pokazywał się tylko wtedy, gdy chciał być zobaczony.
Więc Ann nie spodziewała się niczego ciekawego następnej nocy. Póki co musiała przetrwać obecny dzień… w płomieniach.Bo te właśnie odnalazła budząc się płonącym nowojorskim budynku. Ogień. Nieubłagany wysłannik słońca, największego wroga jej rodzaju. Otaczał ją i parzył… Tu jej moce niewiele pomagały. Musiała uciekać, tylko dokąd? Na oślep przez płomienie. Niczym spanikowane zwierzę którym była. Nie zważając na rany, na ból.
- Ogniu krocz przede mną…- trzeszczący głos słyszała za sobą. Sylwetkę otoczoną ogniem niczym drugą skórą widziała, gdy zerkała przez ramię.-|
- … niszcz każdego kto stanie mi na drodze…-Podążał za nią, by ją spopielić. Podążał za nią by ją zabić.
-... oczyść moją ścieżkę ku chwale… -
Nie była jego wrogiem. Nie czuła nienawiści w jego głosie, gniewu, frustracji. To nie było nic osobistego. Była chwastem blokującym jego ścieżkę i dlatego musiała zginąć. Podświadomie wiedziała jaka twarz kryła się pod płomieniami… i bała się.
Ta wiedza umknęła jej tuż po przebudzeniu. Tak samo jak Blake.
William bowiem musiał wcześnie wyjechać, by dogadać się z najbardziej żarłocznym krwiopijcą jakiego znał. Towarzystwem Ubezpieczeniowym. Powody tego były proste. Budynek który spłonął, był ubezpieczony i Toreador musiał zadbać, by towarzystwo nie zajmowało się za bardzo tym wypadkiem. I nie wysyłało detektywów oraz specjalistów do zbadania tego pożaru. To wymagało układania się z firmą ubezpieczeniową i pewnych kompromisów. I było nielegalne.
Niemniej Towarzystwo Ubezpieczeniowe w którym Toreador ubezpieczył swoje posiadłości miało giętki kręgosłup moralny i dało się z nimi negocjować. Niemniej takie rzeczy lepiej było robić osobiście, twarzą w twarz. Dlatego pojechał wczesnym wieczorem. I zostawił Ann samą, ze śpiącym Vincentem który wywiesił na drzwiach wywieszkę “Nie przeszkadzać”.
A Ann… nie miała w sumie nic do roboty. Po ostatnich pracowitych nocach, nastąpił wreszcie spokój. Przynajmniej do czasu, aż otworzył skrzynkę pocztową i w niej znalazła paczką przeznaczoną dla niej. A w środku niej, fiolkę… z krwią… z vitae… tyle że ta wampirza krew nie była opisana. Nie było też żadnej karteczki, żadnego listu, adresu zwrotnego. Nic. Tylko duża fiolka wampirzej krwi nieznanego pochodzenia. -

PREZENT
Wreszcie przyszła, wreszcie przyszła!
Ann patrzyła na przesyłkę szeroko otwartymi oczami i z uśmieszkiem na twarzy, ale zaraz spojrzała uważniej, aby wrócić z nią do środka. Wyraźnie była wciąż podekscytowana, ale wpierw musiała coś sprawdzić... bo miała takie gryzące przeczucie, że wcale nie musi to być tym, czego oczekiwała.

Zamknęła za sobą drzwi i jeszcze stojąc w korytarzu otworzyła fiolkę z krwią, którą od razu powąchała. Niezaprzeczalnie była to wampirza krew, ale... to nie ta TA krew.
Czy ktoś ją próbował wrobić, aby wypiła jego krew?!Ann poczuła wściekłość. Krew w probówce była silna, więc nie starał się jej wrobić ktoś nieistotny. Dziewczyna zagryzła silnie zęby zamykając probówkę. Ruszyła do pokoju Vincenta, który niestety był zamknięty...
- VINCENT! - krzyknęła Ann uderzając w drzwi pięścią.
- Wywieszka… nie wystarcza? Zapominasz że jestem śmiertelnikiem, nie mogę… działaaać czterdzieści osiem godzin na dobę…- usłyszała zza drzwi, które lekko się rozchyliły. Mężczyzna spojrzał przez szczelinę.
- Co się stało? Jesteśmy atakowani?Ann naparła na drzwi, chcąc wejść do środka... ale coś ją zniechęciło. Co do...
- Co do cholery... otwórz to! - warknęła do Vincenta - Musisz pomóc!
- Nie otwoorzę… ale pomogę… daj mi się ubrać kobieto. Wolę nie łazić goły przed niewiastą, chyba że ją zaciagam do łóżka. - odparł mężczyzna zamykając drzwi. Ann słyszała jak się ubiera.Ann była zirytowana i chodziła w kółko wściekła.
Po chwili otworzył drzwi nieco. Przecisnął się przez nie.
I zamknął za sobą.
- W czym problem?
- Ktoś wysłał mi swoją vitae! - wyciągnęła przesyłkę w kierunku Vincenta - Myśleli, że głupi kundel wypije wszystko!
- Achaaaa… głupio z ich strony wysyłać tak cenny prezent. - Vincent nachylił się i powąchał fiolkę. - Intensywny aromat. To co… spuścić ją za ciebie w kiblu?
- Nie, to ślad! - Ann parsknęła - Chcę byś określił do jakiego wampira należy.
- Znaczy… przynaleźność klanową?- dopytywał się Vincent.
- Wszystko co dasz radę. Jaki klanowy dupek chciał mnie zniewolić…
- Acha… - Vincent ulał parę kropel na swój palec. I oblizał go. Ann odruchowo oblizała się wraz z nim. Zapach tej vitae był intensywny. - Ponoć krew twojego rodzaju jest bardzo cenna dla was.Podrapał się po karku i sięgnął po karty znajdujące się w kieszeni koszuli.
- Możesz mi oddać brakującą?
- Wiesz jak ghule się robi? Wampira też może inny wampir tak zniewolić. - podała kartę Vincentowi - Sporo Tremere z krwi powie wiele o osobie... Zobaczy czy i kogo diabolizował, jakie ma pochodzenie. Może nią wpływać na ciebie, krzywdzić... Nie, Nadia nie umie.
- Gdybym wypił fiolkę, to z pewnością by mnie zdominowało. Parę kropelek to za mało.- uśmiechnął się ruszając z fiolką na parter. - Wiem o tej całej dominacji, niemniej mimo to mój wuj trzyma w prywatnej piwniczce kilka butelek wina pełnych takiej vitae. Muszą być więc jakieś plusy. -Spojrzał na Ann dodając.- Ja też z pomocą sfery Życia mogę odczytać z krwi informacje. Problem w tym, że… za małą mam wiedzę o was. Gdybym miał duże doświadczenie z waszą krwią i wiedzę… o klanach… i ich mocach. Ale nie mam. Więc nie pomogę tak bardzo jak Tremere by mógł.
- Kainici winem z krwią częstują śmiertelnych. Takie podrzucanie narkotyku w klubie. Nie wiem na co magom, chyba że są zghulowani. Wysłano do mnie, bo... no... ktoś wiedział, że dostaję takie fiolki. - przyznała ze wstydem - Myślano, że wypiję od razu... - westchnęła - Sama wielkiej wiedzy nie mam, nie całą. Nie chcą inni ot tak jej dać takim jak ja…
- Nie chodzi tu o wiedzę teoretyczną, tylko o praktykę. Nie miałem za wiele doświadczenia z wampirzą krwią. Nie smakowałem różnych klanów, nie badałem… więc nie rozpoznam z którego on lub ona jest. - wyjaśnił Vincent wchodząc do kuchni i szukając po szafkach jakiegoś spodka.
- Ale dasz radę coś? - zapytała pomagając znaleźć.
- Zobaczymy…- Vincent postawił spodek na stole. Nalał na niego trochę krwi. Przez chwilę się namyślał wpatrując w niego, a potem zaczął tasować karty.- Tyle że mój wuj nie trzyma swojego vitae w butelka, a swoich konkurentów i wrogów. Oczywiście tylko tych dawno martwych. Lubi czasem świętować rozkoszując się jej łyczkami.- Ale twój wuj to mag?
- Nie. Mój wuj to Ventrue… książę Los Angeles. W zasadzie to nie jest mój wuj, ale jestem jego dalekim potomkiem. Spłodził parę dzieci przed przemianą. - wyjaśnił Vincent kładąc pierwszą kartę i zerkając gdzieś w przestrzeń jakby szukać aprobaty.
- Och... Książę Ventrue... - westchnęła - Lepiej mu się nie chwal wizytą w Stillwater.
- Pewnie nigdy nie słyszał o tym miejscu. Ale teraz już wiesz czemu mnie tu wysłano. Znam wasz rodzaj bardzo dobrze… cóż… lepiej niż przeciętny mag.- kolejne karty były układane dookoła talerzyka. Losowe. Vincent wyciągał ja na oślep z talii.
- Może słyszał, że Książę Nowego Jorku ma... więzienie na tych, co podpadli mu, ale żal ubijać, bo mogą się jeszcze przydać. - stwierdziła obserwując wykładanie kart - To właśnie Stillwater.
- Wuj nawet jeśli słyszał to ma własne kłopoty. Dużą populację anarchów z którą musi się liczyć i współpracować oraz wschodnie wampiry, które siedzą w Chinatown i próbują przejąć całkowitą władzę w mieście.- odparł ironicznie Vincent przyglądając kartom, które wyłożył.Ann również patrzyła na karty, ciekawa wyniku.
- Często z nim się widzisz?
- Od czasu do czasu. Co najmniej raz do roku. Zawsze był aniołem opiekuńczym mojej familli.- wyjaśnił Vincent. - Podaj mocny alkohol i zapałki.Dziewczyna zaczęła przeglądać ludzkie zapasy i wyjęła drogą wódkę oraz zapałki z szuflady.
- Do spalenia, nie do picia? - zapytała stawiając oba przed Vincentem.
- No… do spalenia.- Vincent nalał trunku na talerzyk i podpalił zawartość. Mdłe i czarne opary unosiły się nad płomieniami i mag próbował je wdychać.Po czym wskazała na oślep palcem.
- Tam… dość daleko od nas niestety. Potężny, stary mężczyzna w młodym ciele. Pełen wigoru i mocy. Jego ciało nie jest takie jakie było wcześniej. Nie jest… prawdziwe. - wydusił z siebie. - Wampir… oczywiście.
- Daleko... jak Nowy Jork? I mocy... magicznej...?
- Dla mnie wszystkie wampirze moce smakują tak samo i … on nadal jest w Stillwater lub okolicy. Ciężko go będzie dokładnie zlokalizować… a i niebezpiecznie. Dostałaś podarunek od potężnego admiratora. - odparł Vincent zbierając karty, jedna po drugiej.Ann milczała chwilę.
- Nie możesz go zlokalizować po krwi? - przysunęła się bliżej człowieka - Proszę... to byłoby świetne... Zależy mi na tym.
- Mniej więcej… popijając coraz więcej jego krwi i wróżąc poprzez nią. Sama wiesz czym to grozi. Niemniej najbardziej martwi mnie to, że… - westchnął Vincent ciężko. - To nie jest przeciwnik, z którym dałabyś sobie radę. Nie jestem też pewien czy sam chciałbym się z nim zmierzyć. To istota starsza od mojego wuja.Ann zadrżała lekko.
- Mam... nieprzyjemne wrażenie, że wiem kto to może być... - spuściła wzrok - Niby... Miałabym podświadomą wiedzę, gdzie jest... Gdybym wypiła... to cię jeszcze nie niewoli, ale... - Ann wyraźnie była niepewna tego pomysłu.
- Nie radziłbym. Wiedza nic ci nie da, jeśli nie masz dość sił, by… - westchnął Vincent.- Zmierzyć się z wrogiem. lepiej sobie odpuścić, poczekać. Vitae przecież nie wyparuje.
- Skontaktuje się z Księciem Stillwater. - westchnęła - Jeszcze osobnik nie wie, że nie wzięłam krwi. Można wykorzystać. - spojrzała na maga - Jeżeli zdecydujemy się walczyć... to pomożesz nam?
- Uważam że to nierozsądne. Uważam, że pakujemy się w pułapkę. - zastanowił się Vincent rozważając różne warianty.- To potężna krew, stary wampir… a one są jak pająki. Snują duże sieci. Jestem pewien, że jest przygotowany na obie opcje. Na to że wypijesz i na to że tego nie zrobisz.
- Jeżeli nie będzie wielkiego sprzeciwu... - Ann wyraźne była tym zestresowana - Ja... Będę musiała... Mam... się przysłużyć... - szepnęła.
- Ann… krew nie ucieknie. Pośpiech nie posłuży nikomu. Jeśli zdołasz go znaleźć, jeśli ja zdołałbym go znaleźć dziś, to z pewnością możemy go znaleźć jutro… pojutrze.- perswadował jej mag.- Gdy będziemy przygotowani, a ja wypoczęty.
- Chciał bym była przydatna Giovanni... Oczekuje tego... - młoda wampirzyca była rozbita.
- Kto tego oczekuje? - zapytał Vincent.Ann nie odpowiedziała od razu, walcząc ze słowami, a kiedy wydobyła je z siebie, mówiła szeptem.
- Mój... opiekun... Z Nowego Jorku…
- Nie przysłużysz się ani jemu, ani Giovanni pijąc nieznanego pochodzenia Vitae w nadziei, że będziesz miała szczęście. - ocenił sceptycznie mag.
- I tak muszę podzwonić... - mruknęła przybita i poszła do stacjonarnego telefonu, aby z niego zadzwonić do Księcia Stillwater.
- Dobrze. Zrób to. - odparł Vincent zagarniając fiolkę. - A ja sobie zrobię mocną kawę.
Zaś Ann zadzwoniwszy usłyszała pogodny głos Joshui.
- Halo… kto dzwoni? Ann?
- Tak, od Williama, który pojechał ułożyć sprawy z ubezpieczeniem. - odparła Ann - Jesteś zadowolony, Książę. Po wczoraj? - zapytała starając się ukryć drżenie głosu.
- Współczuję mu… nie ma gorszych pijawek niż prawnicy. Nawet Ventrue nie dorastają im do pięt. - odparł żartobliwie Smith. A następnie dodał poważnie. - Jestem. Sprawa rozwiązana gładko. Obyło się bez problemów. I bez prasy póki co.
- Jeżeli żałowaliście, że tam nie było Tzimisce... - westchnęła - To chyba właśnie się ujawnił.
- Jak to? Widziałaś go? - zapytał zdziwiony Smith i dodał. - Już jadę, zamknij drzwi i okna. I schowaj się w piwnicy.
- Niedokładnie... Wysłał mi przesyłkę. Swoją Vitae... Myślał pewno, że od razu wypiję, myląc z krwią Cyrila... Vincent ze mną jest.
- Z tego co wiem… jesteś na głodzie, prawda?- zapytał Smith.Ann westchnęła.
- Jeszcze się trzymam...
- Nie w tym rzecz. Skoro ja wiem, on wie też. Nie liczy na twoją naiwność, tylko na desperację.- odparł Smith. - Już jadę do ciebie.
Wkrótce Joshua zajechał swoim wozem policyjnym. Wysiadł i ruszył do pozamykanego na wszystkie spusty domostwa. I zapukał. Otworzyła mu wampirzyca wpuszczając go.
- Vincent badał trochę krew. - odparła zamykając drzwi - Nadia kiedyś mi mówiła, że nie zna się na tej gałęzi magii.
- To prawda… z tego co wiem, jej magia krwi jest… problematyczna dla Tremere.- przyznał Joshua idąc do kuchni. - Garry ma się też tu zjawić. Giovanni jeszcze nie wiedzą i nie powinni wiedzieć, przynajmniej na razie.
- Po co mu jedno danie mi krwi? - Ann zapytała przy wejściu do kuchni - I skąd on by wiedział o moim piciu?
- O ile pamiętam, tylko ty zauważyłaś jego sługi… może nie był to przypadek? Może cię obserwuje, a ty zauważyłaś to wtedy, gdy jego sługi spaprały obserwację?- stwierdził w zamyśleniu Smith i skinieniem głowy przywitał się z pijącym kawę Vincentem. Mag odpowiedział podobnym gestem.Ann usiadła przy stole kuchennym.
- Ale czemu ja? Nie jestem Giovanni czy z jakiegokolwiek Klanu. Nie zrobiłam mu nic. Nie mam wartości u Kainitów, choćby wpływami.
- Powód jest prosty. W jego oczach jesteś najsłabszym ogniwem, albo tylko pionkiem, albo tylko dystrakcją.- stwierdził po namyśle szeryf i spytał. - Przyszło jakieś… pismo z tą przesyłką?
- Nie... tylko paczuszka i niepodpisana krew. - zaprzeczyła - Jestem najsłabszym ogniwem, ale on chyba nie ma problemu ze Stillwater, więc po co mnie brać na cel? A mówisz, że mógł mnie dłużej obserwować…
- Nie wiem. - przyznał Joshua bezradnie. - Nie wiem w co gra ten Tzimisce, ale to zdecydowanie akcja rozplanowana na lata. Może… po prostu podrzucił ci fiolkę licząc że wywoła tym zamieszanie w naszej małej społeczności. Musisz przyznać, że mu się to udało.Ann spojrzała na blat stołu.
‐ Wiesz... że ta krew... doprowadzi do niego?- Możliwe że tak. Możliwe że tego właśnie oczekuje.- westchnął Smith i spojrzał na nią i na zmęczonego czarodzieja. -Tylko czy my tego chcemy. Spór tego Tzimisce z Giovanni to nie nasza sprawa. Nie wiem czy powinniśmy się angażować.-
- Możemy anonimowo podrzucić krew właśnie nim. Zakorkować fiolkę, wsadzić w paczkę i posłać im ten prezent. - zaproponował Vincent.
- Ale jeżeli to tylko spór Tzimisce z Giovanni, to czemu mnie obserwowali jak tylko przybyłam? - spojrzała na Joshuę - Nie wiem czy Szkaradźcowi dawać tą krew…
- Jesteś tylko pionkiem w rozgrywce między nimi. Obawiam się że takim pionkiem jestem i ja… i cała populacja wampirza Stillwater.- ocenił gniewnie Smith, oczy zabłysły mu czerwienią, a kły wyraźnie zostały obnażone gdy wysyczał gniewnie.- .. a moja domena, ich planszą do gry. Wielce to mi się nie podoba. - ostatnie słowo prawie ryknął. Ale po chwili się opanował. - Nie martw się… nie jesteś zapewne, aż tak ważna dla Tzimisce jak ci Giovanni. Ot jedna z figur na szachowej planszy. Myślę, że twoja śmierć nie jest jego celem.. a krew, należy schować na razie. Pomyślę… poprzez Nadię skontaktuję się z Palafoxem.Ann skinęła smętnie.
- Mam nadzieję, że tak będzie. - odparła - Choć powinni się przenieść gdzieś, gdzie nie będą po czyjejś domenie łazić.
- Z pewnością… Garry wkrótce tu dotrze. Ma się u was zadomowić, by poczuliście się bezpieczniej?- zapytał szeryf, a Vincent wzruszył ramionami. - Ja tam wcale nie czuję się zagrożony.
- Nie wiem czy William wytrzyma wiecznie naćpanego na terenie. - stwierdziła szczerze - A to wczoraj... Kultyści wiedzieli o nas, o wampirach. To... dziwne.
- Gdyby o nas wiedzieli, to chyba by powinni być lepiej przygotowani. Łowcy są śmiertelnikami, a mają na nas swoje sposoby. Z tego co powiedział William, to była rzeź nie walka.- wzruszył ramionami szeryf i dodał żartobliwie spoglądając na maga.- A jak Blake będzie miał problemy z Garrym to się wypłacze na ramieniu Vincenta.Maga zupełnie zdezorientowała ta wypowiedź.
- Słyszałeś Vincent? Będziesz poduszką do wypłakiwania się. - Ann w końcu zdobyła się na uśmiech.
- NIe zamierzam być niczyją poduszką.- odparł cierpko mag sięgając po papierosa.- Teraz pytanie… gdzie ukryjemy fiolkę z krwią Tzimisce?- zadumał się Joshua.
- Niech Vincent trzyma. Sobie nie ufam... kusi. - Ann skrzywiła się - W sumie Tzimisce nie będzie wiedział czy wypiłam krew, czy nie. Może to da się wykorzystać.
- W sumie… tylko jak to wykorzystać. - zastanowił się Smith drapiąc po podbródku.
- Tzimisce raczej nie zależy by mnie zabić, tylko wykorzystać w grze. Mogę udawać upicie jedną dawką, mam pewne doświadczenie. - skrzywiła się - Może się ukaże, popełni błąd ufając, że naćpany kundelek nie będzie w stanie nic przeciw staremu Tzimisce zrobić. Nie chce z nim walczyć, tylko uśpić czujność do siebie, samej informacje zdobywając.
- Nie sądzę by się to udało. Nie wiemy nawet co ten Kainita próbował osiągnąć przysyłając ci krew. Raczej nie wpadnie tu z wizytą… w końcu to także leże Blake’a. - ocenił szeryf.
- Może jak będę podświadomie szukać, łazić bez widocznego celu, to jakąś reakcję wywoła?
- Może… ale szczerze powiedziawszy wątpię. Mi to wyglą… - Joshua nie dokończył, bo psy Williama zaczęły głośno i gwałtownie ujadać.
- Jeżeli to nie Garry... to chyba zaraz się dowiemy... - Ann sprawdziła czy ma przy sobie pistolet i sztylet - Vincent... ukryj krew, proszę. - spojrzała na Joshuę - Idziemy się przywitać?
- Chodźmy- odparł Brujah wyciągając własny pistolet. Oboje podążyli ku drzwiom, podczas gdy mag zabezpieczył fiolkę. Na dworze zaś okazało się, że Ann się nie myliła. To Garry przybył, na grzbiecie niedźwiedzia… w towarzystwie stada wilków. i te właśnie wilki były problemem, bo psy Blake’a choć pojone krwią, nadal żywiły odwieczną nienawiść do swoich dzikich pobratymców. I vice versa.Ann odetchnęła z ulgą.
- Garry, psy stresujesz.
- Sorki… zapomniałem o nich… zbierałem po drodze sojuszników i nie pomyślałem o tym że niektórzy się pogryzą. - Garry zrobił smutną minę i… niedźwiedź na którym siedział też, osunął się na ziemię pyskiem i zakrył go łapami, udając potulnego misiaczka.
- Ważne, że jesteście. - wyraźna ulga malowała się na twarzy wampirzycy - Po drodze żadnych śladów? Nic niepokojącego?
- Nic takiego szczególnego… - przyznał smutno Ganrel z niedźwiedzia i gestem odwołując wilki do lasu. I przerywając jazgotanie psów. Smith tylko dodał. - Tzimisce ponoć dzielą niektóre dyscypliny z Gangrelami właśnie. Mój twór… men… oficer który nami dowodził opowiadał że Gangrele i Tzimisce wywodzą się od jednego przodka.
- To bujda. - uciął tą kwestię Garry.
- Zostajesz z nami? - Ann zapytała Garry'ego.
- Jeśli nie czujesz się dość bezpiecznie. Bo Joshua nie będzie mógł. Ma obowiązki. - stwierdził Garry, a szeryf rzekł. - A on ma rację.
- Jak wróci William to nie powinno być źle... o ile armii potworów nie naśle. Choć chyba dodatkowe wsparcie się przyda... - spojrzała na Joshuę - Jedziesz teraz do Nadii?
- Nie… zadzwonię do niej, jak złapię zasięg w komórce.- Smith klepnął dłonią odznakę policyjną. - Może to głupie z mojej strony, ale poważnie traktuję swoją robotę.
- Chyba poważniej niż większość śmiertelnych policjantów. - spojrzała na Garry'ego - Jeżeli sama odjadę, to nasz mag zostałby samotnie, a biedny zaspany i zmęczony. Żal by go było samego zostawić.
- No to ja mogę zostać z magiem. - zgodził się Garry po namyśle.
- Zadzwonię do Nadii i chcę pojechać do niej. Mam przekazać od ciebie? Chcesz teraz od Williama zadzwonić? - zapytała Joshuę.
- Nie… ale jeśli ty chcesz zadzwonić do Nadii to chyba ja nie będę musiał. - ocenił sytuację Smith.
- Będziesz, jeżeli mam nie przekazywać o kontakcie z jej Primogenem.
- Możesz powiedzieć, że ja jej naka… że prosiłem o to. - odparł z uśmiechem Joshua.
- Tu Nadia… Czego chcesz William ? - sarkastyczny i znudzony ton głosu świadczył że Nadia jest w dobrym nastroju.
- Przyjadę do ciebie. - odezwała się Ann.
- Hmm… a od kiedy to zaczęłaś umawiać telefonicznie?- zapytała Tremere. - I po co mnie odwiedzisz?
- Jestem zestresowana tym co się odwala wokół mnie. I nie mam nastroju brać cię z zaskoczenia. - odparła.
- Jaka to miła odmiana. - cóż… Nadia nie traciła swojego “charakterystycznego uroku”.
- Zaznacz w kalendarzu. - podśmiała się wampirzyca - Będę niedługo. A, Smith prosił byś skontaktowała się z Palafoxem. Wytłumaczę ci na miejscu.
- Nie mam do niego gorącej linii. I nie mogę wysłać maila. Nie odbiera ich. - westchnęła ciężko Nadia. - Dobrze, że chociaż mu przeszła miłość gołębi pocztowych.
- Do zobaczenia niedługo. - Ann rozłączyła się.
Wampirzyca zostawiła Vincenta z opiekunką, a sama udała się na motocyklu do miasta. Starała się nie myśleć za dużo o Tzimisce, jednak co jakiś czas rozglądała się po drodze, a zatrzymawszy przy bibliotece wręcz trochę paranoicznie obserwowała otoczenie nim zadzwoniła do drzwi.
Te się otworzyły od razu. A tuż za drzwiami stał Charlie.- Szefowa kazała mi na ciebie czekać. Ponoć się dziwnie zachowujesz… zły trip, po krwi od sekciarzy Garry’ego?- zapytał ze współczuciem.
Caitiffka zaśmiała się.
- Naprawdę? Tylko tyle wystarczy, aby ją zaniepokoić? - pokręciła głową i ruszyła znaną sobie drogą.
- Raczej to okazja dla niej, by postawić mnie w kącie niczym stare palto i kazać czekać. - zaśmiał się rubasznie wampir i podążył za Ann.
- Nadal próbuje cię zniszczyć psychicznie?
- Ooo tak. Ale już bardziej czyni to z przyzwyczajenia. Straciła cały entuzjazm, po ostatnim napadzie histerii jaki przy mnie miała. - rzekł Charlie z pewną satysfakcją, gdy schodzili coraz niżej i niżej.
- Co cię tu sprowadza. - odezwała się Tremere zajęta swoimi badaniami.
Ann poczekała aż Charlie odejdzie i bez słowa podeszła do Nadii, chcąc pochwycić silnie trzymać jej ręce wygięte za plecami.
Przewaga zaskoczenia, zmieniła się szybko w chaotyczną szarpaninę. A potem Ann wylądowała brzuchem na zimnej podłodze, z Nadią siedzącą na jej tyłku i swoimi rękami trzymanymi za plecami.- Powinnam cię za to oćwiczyć batogiem do krwi. Jak śmiesz podnosić ręce na szlachecką córkę.- warknęła gniewnie Nadia.
Ann wyraźnie się tego nie spodziewała. Próbowała zrzucić Tremere z siebie.
- Śmiem, bo sama jestem szlachecką córką. A skąd w tobie ta siła?
- Przeszłam całą Rosję płonącą rewolucyjnym ogniem. To nie był spacerek po parku. I jeśli będziesz się wiercić podsmażę cię błyskawicami… samozwańcza szlachcianko.- burknęła wampirzyca. - I co to za pomysł z napaścią na mnie?
- Chciałam się na tobie odstresować. - fuknęła - I mam lepszy rodowód od ciebie.
- Wątpię… po pierwszej wojnie rody szlacheckie Europy zeszły na psy mieszając swoją krew z plebejuszami i karierowiczami. Możesz masz znaczniejsze nazwisko, ale nie jesteś lepiej urodzona. A teraz… zapłacisz za swoją arogancję. Wybatożę cię w dybach. Na twoje szczęście mam tylko bicz. - odparła beznamiętnie Nadia wstając i podciągając Ann w górę za trzymane jej ręce. - To cię nauczy nie atakować starszych od siebie. Z reguły bywają potężniejsi. Cyril cię tego nie nauczył?
- Uczył... - szarpnęła się.
- Widać nie dość dobrze. Nie kombinuj z cieniami, z pokorą znieś swoją karę za napaść.- odparła beznamiętnie Nadia.- To twój głupi wyczyn pójdzie u mnie w zapomnienie. I ciesz się, że tak dobrze cię znam, bo w innym przypadku byłabyś kolejnym martwym wampirem na mojej liście zwycięstw.- To nie była napaść, to było droczenie się. Napadałabym inaczej. - Ann spojrzała na Nadię z jakąś... nutką ekscytacji?
Nadia odpowiedziała lekkim grymasem frustracji, westchnęła ciężko i dodała.
- Niech będzie… oćwiczę cię będąc w samej bieliźnie i może nawet pocałuję tu i tam. Jak będziesz posłuszna.
Ann pokiwała głową z wyraźną już ekscytacją.
- Tak...
Poobijana, obolała ale i bardzo usatysfakcjonowana Ann nadal znajdowała się w dybach pokazując światu swój goły zadek, na którym goiły się ślady po biczu. Sama Nadia siedziała tylko w bieliźnie na łóżku oddychając ciężko i spoglądając spod przymkniętych oczu.
- Mam ochotę nakarmić cię krwią, tylko po to byś musiała cierpieć moją oziębłość wobec ciebie przez cały miesiąc. Wykorzystałaś mój gorący temperament przeciwko mnie.
- Żałujesz, że wykorzystałam? - zapytała z uśmiechem.
- Żałuję że cię nie zabiłam, żałuję, że ci uległam… mięknę na tej prowincji.- westchnęła wampirzyca. - Jedyne pociesza mnie fakt, że… twoje zauroczenie moją osobą nie potrwa wiecznie.
- Serio żałujesz, że nie zabiłaś? Wyglądałaś na zadowoloną, gdy wymierzałaś razy.
- Jak wspomniałam… mięknę. Wiesz czemu tu jest Garry… bo swoi się go wstydzą. Ja jestem z innego powodu… właściwie z wielu…- machnęła ręką Nadia w irytacji.- … ale główny powód dla którego tu jestem właśnie ja, a nie inny słabszy Tremere, jest przeciwieństwem sytuacji Garry’ego. Mnie się boją.
- Co jest straszniejszego w tobie niż w Palafoxie? On jest silniejszy.
- Każdy Książę, każdy Primogen ma Kainitów od mokrej roboty. Zgadnij kogo ma Palafox.- uśmiechnęłą się wrednie Nadia.- Nie jesteś bardzo stara. - powiedziała wprost - Kiedyś myślał by cię na Cyrila wysłać?
- Nie wiem. Może? Primogen nie lubi i nie ufa twojemu szefowi. Ty to wiesz, ja to wiem, cały klan Nowego Jorku to wie i pewnie sporo nowojorskich wampirów poza klanem. - odparła Nadia wzruszając ramionami. - Nie dostałam jeszcze jednak zlecenia na ubicie go.
- A zrobiłabyś to? Wiedząc, że byś i mnie tym zniszczyła? - zapytała poważnie - Gdybyś musiała i mnie po drodze zabić?
- Zabiłabym wpierw ciebie i każdego podwładnego Cyrila, a potem osaczyła jego i zabiła.- stwierdziła beznamiętnie Nadia.- To nic osobistego. Cyrila może i nie lubię, ale wielu innych Tremere też nie uważam za przyjaciół.
- Więc bawmy się póki można. - odparła Ann.
- Niech cię pocieszy fakt, że gdyby Palafox mógł go tak po prostu zabić, to by to zrobił. Cyril ma swoich popleczników na wysokich stołkach, więc… raczej nie będziemy miały okazji się przekonać kto okazałby się lepszy, ja czy on. - odparła Tremere z ironicznym uśmiechem.- Kogo jeszcze tu sprowadzasz? Bo chyba nie tylko na mnie to jest. - skinęła na przyrządy w “loszku” który był w jej sypialni - I uwolnij mnie już, szlachcianko.
- Nie… nie widzę potrzeby. Jesteś bardzo ładną ozdobą mojej siedziby, zwłaszcza z wypiętym tyłkiem.- zaśmiał się wampirzyca i podeszła do uwięzionej Ann. - To będzie twoja kara. Resztę nocy, spędzisz tu sama w dybach. A ja się ubiorę i pójdę pracować nad moimi badaniami. Będziesz tu tkwiła, bo dzięki temu możesz odzyskać szansę na kolejne takie zabawy.
- Nadia! - Ann szarpnęła się - Nie możemy teraz sobie na to pozwolić! Dałaś mi emocje, tak jak chciałam, ale to tylko tyle! Nie mogę dziś dłużej tu być. Nie, gdy zagrożenie wystawiło łeb.
- Jakież to zagrożenie się czai? - zapytała sceptycznie Tremere przyglądając się Ann.
- Tzimisce. - odparła Caitiffka - Temu byłam tak zestresowana. Liczył na moją desperację i wysłał mi nieoznakowaną krew, jak zrobiłby to Cyril. Nie wypiłam. To była krew tego Tzimisce.
- Hmmm… a więc wysłał ci krew i nie wypiłaś. To że wysłał ci krew jest podejrzane i być może zwiastuje kłopoty w przyszłości… - Nadia podeszła do łóżka usiadła zgrabnie zakładając nogę na nogę. - … ale nie widzę w tym natychmiastowego zagrożenia. Gdzie jest ta fiolka pełna słodkiej mocy?
- Ukryta. I sobie nie ufam. To jest... bardzo silna krew. Szczerze kusiła. Nadia... daj mi odejść.
- Tym bardziej nie mogę, skoro przyznałaś że krew cię kusi. Tym bardziej powinnam zatrzymać tu… z dala od fiolki.- rozważała głośno opcje i zaklęła pod nosem. - Przeklęty stary skąpiec.Wstała i podeszła do pobliskiej szafki, wyciągnęła zakrzywiony sztylet.
- Eech… tylko nie dopisuj sobie zbyt wiele do moich działań. To czysty pragmatyzm. - podeszła i zsunęła stanik z biustu. Przesunęła ostrzem po lewej… pierś spłynęła krwią. I tak zraniony biust podsunęła do ust Ann. - Możesz trochę zlizać… złagodzi głód i pewnie przedłuży twoje zauroczenie moją osobą. Ale nie dam ci wypić dość, by więź uległa wzmocnieniu.
Ann otworzyła szeroko oczy.
- Cyril się wścieknie na mnie... - westchnęła i przyjęła ofertę, sama starając się nie wypić za dużo.
- Nie wiem gdzie dokładnie jest fiolka, tak czy inaczej.
- Więc zmarnowałam moją krew co? A Cyril nie wścieknie się na to o czym nie wie. A ja mu nie powiem… - odparła z przekąsem Nadia odsuwając się i zabierając za wycieranie piersi ze swojej krwi. - Zresztą to trochę jego wina. Za bardzo na tobie oszczędza. -Spojrzała na Ann mówiąc. - A o krwi Tzimisce mu nie mów. Będzie ją chciał dla siebie. Sam zaś raczej nie zapyta. Za dużo ma kłopotów w Nowym Jorku, żeby się interesować bajzlem w Stillwater.
- Nie wiem jaki Tzimisce ma zamysł. Po jednej dawce bym miała jakąkolwiek szansę go w końcu znaleźć... i to tyle.
- Wrzucił ochłap mięsa między stado głodnych wilków. Wampirza vitae jest bardzo cenna.- odparła Nadia przyglądając się dziewczynie z podstępnym uśmieszkiem. - Zastanawiam się… czy nie skosztować twojej krwi.
- Sama mówiłaś, że to zły pomysł w aktualnej sytuacji…
- Co nie znaczy, że nie kusi… ale wtedy naprawdę zagarnęłabym ciebie i wyrwała Cyrilowi. Jestem potworem, gdy jestem zakochana. - zaśmiała się Nadia i dodała. - Postanowione. Zatrzymam cię dla siebie, przez kilka nocy. Gdzie będziesz bardziej bezpieczne od wpływów Tzimisce, jeśli nie w siedzibie Tremere?
- Oszalałaś. Czy ty chcesz mi nawet nie dawać wyjść z biblioteki? - Ann niezbyt się uśmiechało być zamkniętą.
- Do miasta tylko ze mną… może z obróżką na szyi…- Nadia nie wytrzymała do końca i wybuchła śmiechem. Wzruszyła ramionami. - Oczywiście, że nie zamierzam cię tu uwięzić. I będziesz mogła wyjść na miasto. Niemniej uważam by lepiej było, byś na razie przeniosła się od Willa tu do mnie… nie chciałabyś… więcej takich… nocy? -Wskazała stopą na dyby.
- Może nawet zasłużysz znów na więcej… - dodała przesuwając palcami po pościeli łóżka.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- To jest pomysł. I Lukrecja dostanie mocne wyjaśnienie pobytu u ciebie. Już się interesuje. - skinęła głową - Jutro przyjadę ze wszystkim.
- I zechce zrobić z ciebie swojego szpiega. Jeśli cię to kręci… możesz jej na mnie donosić. Nie mam za wiele do ukrycia. A to co jest ukryte… - wzruszyła ramionami Nadia.- … nie dotyczy mnie. Uroczo wyglądasz w dybach. - zmieniła temat wstając. Podeszła do Ann i uderzyła w pośladek. Po czym zaczęła się ubierać. -Tak jak powiedziałam, zostaniesz w dybach dziś. Myślę, że tu… będziesz bezpieczniejsza niż u Williama. I myślę, że to najlepsze rozwiązanie na tę noc.
- Nadia... - Ann jęknęła niechętnie - Daj mi choć po mieście chodzić...
- Oczywiście moja droga. Tylko nie tej nocy… to twoja kara za napaść na moją osobę.- odparła z sadystycznym uśmieszkiem Nadia. Może przeprowadzka do niej, nie była tak dobrym pomysłem?
- Czasem jesteś w niektórych aspektach podobna do Cyrila... - mruknęła niezbyt zadowolona.
- Mamy wspólnego przodka. Jego krew trochę nas zbliża.- oceniła Tremere wzdrygając się na tę myśl. -Trochę czyni nas podobnymi.I powróciła do ubierania. - Mogę podesłać ci Charliego do towarzystwa. O ile chcesz by oglądał cię w takiej sytuacji.
- Nie. - mruknęła - Uwolnij mnie z dybow i oddaj ubranie, to wtedy mogę z nim pobyć, ale nie w tej sytuacji…
Ubrana Nadia nachyliła się i pocałowała namiętnie usta Ann, co rozpaliło nieco jej ciało pożądaniem. Wszak niewielka ilość jej vitae krążyła w jej żylach.
Niemniej odpowiedź była ta sama.- Nie. Pomyśl, pomedytuj… ta cała sprawa z fiolką krwi sprawiła, że nie myślisz chłodno i metodycznie. Strach jest złym doradcą, a ty byłaś w jego szponach. Teraz postaraj się go odpędzić.

-

NAUCZYCIEL BIOLOGII
Nadia nie była rannym, czy raczej nocnym ptaszkiem. Więc Ann kolejnej nocy obudziła się pierwsza… z mocno bijącym sercem. Kolejny koszmar, straszny… ale ten nie utkwił w jej pamięci.
Bicie serca było naprawdę dziwnym uczuciem dla kogoś, kto był od lat martwy. Ann sądziła, że to działa pamięć ciała, nie prawdziwy odruch... ale strach... strachu nie zapomniała.
Pozytywem snu z Nadią było, że Tremere wolała spać w łóżku, nie zaś w trumnie. Ann wręcz panicznie nie chciała znajdować się w ciasnej przestrzeni. Za bardzo przypominała jej... traumę podziemnego grobu.
Gdy przebudziła się zaskomlała niczym przerażone, zranione zwierzę. Była w miejscu, w którym nigdy wcześniej się nie budziła. Była przerażona. Zagubiona...
Wtuliła się w Nadię, drżąc na całym ciele.- Co tam… znowu.- mruknęła Tremere sięgając odrucho do tyłu i macając Ann po tyłku. Z początku się sprężyła, zaskoczona odkryciem. Ale potem rozluźniła, przypominając wczorajszą noc. I poklepała ją… niemal czule po tyłku. Jak ulubionego kota.
Ann rozejrzała się wokół ze spanikowanym wyrazem.
- Jesteśmy tu bezpieczne, tak?
- Mhmm… ten bunkier powstał za czasów zimnej wojny. - ziewnęła wampirzyca.- Przejęłam go wraz z biblioteką miejską. Ma chronić nawet przed atakiem nuklearnym, ale… w to akurat wątpię. Natomiast kilka konwencjonalnych bombek powinien wytrzymać.
- Kojarzysz takiego Tremere od Regenta? Cyril go szkolił... - zapytała opisując "ognisty strach".
- Hmmm… nie… szczerze powiedziawszy… niespecjalnie się chyba rzuca w oczy. - oceniła Nadia siadając na łóżku i przeciągając. - Takich jak on… jest zawsze kilku. Większość nie dożywa następnej dekady.
- Poznałam go... może miesiąc po Przemianie... - otuliła się ramionami - Cyril... Zrobił grę... On miał mnie spalić... - zaczęła drżeć jak osika - Uciekałam przez całe miasto... i... - w tym momencie Ann po prostu zaczęła histerycznie płakać.Nadia przyglądała się temu z zakłopotaniem. Po czym potarła w irytacji podstawę nosa mówiąc.
- Słuchaj… tacy jesteśmy. Tacy są Tremere… treningi młodych magów, są często dość ciężkie i sadystyczne. Sama przechodziłam takie… próby. Tyle, że ja za sobą miałam drastyczne warunki przemiany i długi spacer przez zamarzniętą dzicz, więc… nic co mogli we mnie rzucić Tremere Nowego Jorku nie było ciężkie. Po prostu… odpuść już sobie. Kimkolwiek on jest, już pewnie ciebie nie pamięta. I z pewnością nie jest twoim wrogiem.
- Widzę go... Jego ogień... Ciągle... - Ann zaczęła wycierać krew spod oczu - Nie jestem Tremere, więc czemu miałam to przetrwać? Byłam ledwo Przemieniona... Czemu mi to zrobił?!
- Bo byłaś pod ręką. Cyril używa podwładnych jak narzędzi. A ty jesteś jedną z nich. Niech cię pocieszy fakt, że tak samo wykorzystałby swojego potomka. Dla niego to bez różnicy.- odparła beznamiętnie Nadia.
- Jemu zależy na mnie. - uparcie stwierdziła - Nie daje mnie zabić, teraz ukrył w Stillwater. Musi zależeć, bo zużywa na mnie swoje wpływy...
- Możliwe. - odparła Nadia i spojrzała na dziewczynę uśmiechając się ironicznie. Po chwili wyraźnie zaczęła się zastanawiać. I zakończyła słowami - Dlatego właśnie trzymam innych na dystans… by nie znajdować się w takich sytuacjach.-Przeczesała włosy palcami mówiąc jeszcze. - Dobra… ubieramy się. Ja mam swoje badania i muszę się przygotować na gniewne wkroczenie twojego rycerza w białej zbroi do mojego legowiska. I ty musisz rozprostować skrzydełka.
- Myślisz, że William tu przyjdzie? - zapytała zaskoczona, ubierając się przy okazji.
- Z pewnością. Jest wszak sentymentalnym głupcem.- stwierdziła cierpko Nadia.
“Róża” była gwarna, aczkolwiek nikt ważny w tej chwili w niej nie przebywał. Jedynie Clyda i “córka” Lukrecji, której to młody Brujah się żalił, przy kieliszku krwawej Marry siedząc przy kontuarze. Może było za wcześnie dla pozostałych Kainitów?
Ann podeszła bliżej wampirów.- Co to za smuty, dzieciaczki?
- Stwierdziłem… po ostatnich wydarzeniach, że nie nadaję się na wampira.- westchnął smutno Clyde.- A przynajmniej nie na Brujah. Powinienem być Ventrue, albo Toreadorem. Kimś kipiącym naturalną charyzmą, a nie dzikim szaleńcem i mordercą takim jak… Larry.
- Larry jest... specyficznym okazem. I Brujah nie są tylko tacy... jak on w połowie. Czy twój Stwórca jest jak Larry? - poklepała Clyde’a po ramieniu.
- Nie. Nie bardzo. Sama zresztą widziałaś. To urodzony przywódca. Spijamy słowa z jego ust jak krew i wykonujemy polecenia, bez pytania.- odparł z nadmiernym zachwytem Clyde, wywołując ironiczny uśmieszek na twarzy wampirzej barmanki. Następnie mężczyzna spojrzał na Ann.- Ty bywałaś w świecie, których Brujah jest więcej? Takich typków jak Larry, czy takich jak nasz książę?Ann się zastanowiła.
- Moje doświadczenia są z Nowego Jorku, a szef Brujah stamtąd... on by takich jak ja zniszczył. Ale niech ci da porównanie, że nawet dla Brujah z Nowego Jorku Larry jest... ekstremalny. Nie mam dużej wiedzy o Klanach. Ale nie patrz na Larry’ego jako na model Brujah.
- To kto jest tym modelem Brujah? Joshua?- zapytała Miracella.
- Powiedział mi, że w nim obudziła się... filozoficzna natura Brujah. To raczej nie jest główna cecha każdego z nich. Na pewno łatwo w gniew wpadają, ale ich charyzma... raczej jest jak charyzma na polu walki. - wolała nie wchodzić w sabackie pochodzenie Joshui - Sądzę, że on by mógł lepiej swój Klan wytłumaczyć.
- No cóż… na pewno nie będę Larrym. Jestem kochankiem nie wojownikiem. - odparł dumnie Clyde, a Patty zanurkowała pod barek, by zdusić napad śmiechu. Oczywiście pod pozorem wyciągnięcia jakiejś szklanki stojącej na półce pod blatem.
- Jeszcze możesz znaleźć się. - wzruszyła ramionami - Tylko pamiętaj, że bycie wampirem nie polega na wyrywaniu śmiertelnych. Jak chcesz się uczyć od Joshui... To nie irytuj go. To po pierwsze.
- Wiem. Wiem. Książę… a jak ty się trzymasz?- zapytał Ovens. A Miracella dodała cicho.- Podobno coś się u ciebie wydarzyło, ale Książę nałożył nakaz milczenia na tych co coś wiedzą. Moją panią ciekawość zżera żywcem.
- Jak Książę nałożył... - wzruszyła ramionami - To nie mogę powiedzieć.
- Możesz powiedzieć, jak się czujesz. Sądząc po minie Księcia, to jakaś poważna chryja była.- ocenił Clyde.
- Teraz... już lepiej. Ale tak, było mocno. - westchnęła - Mogło być gorzej. - machnęła ręką.
- William już wrócił, więc pewnie czujesz się już bezpieczna w domu.- pocieszyła ją Miracella nieświadoma sytuacji w jakiej znalazła się Ann.
- Jak wrócę, to pewnie będę. - zabawiła się nieświadomością Miracelli.
- Jak wrócisz? A skąd zamierzasz wracać ?- zdziwiła się młoda Ventrue, podobnie jak Clyde wbijając w nią wzrok. Choć zapewne z innego powodu niż on.
- Z bezpiecznego schronienia, do którego mało kto przyjdzie. - wyciągnęła komórkę - Muszę przeprosić na chwilę. - po tych słowach skierowała się do wyjścia z Róży, aby zadzwonić do Joshui.
- Jasne… nie przejmuj się nami.- odparła ciepło wampirza barmanka.
Ann wyszła i zadzwoniła.
- Hej… gdzie jesteś? William się martwił. I jedzie już do Nadii… pewnie się pokłócą. - rzekł żartobliwie Smith.
- Przy Elysium. Nie mogłam poinformować, gdzie będę w dzień, bo... - urwała -...no, nie dano mi opcji.
- Nie wiem co cię łączy z Nadią. Dziwię że cokolwiek. Nie lubi towarzystwa. - ocenił książę.
- Ją to chyba też dziwi. - zaśmiała się cicho - Skontaktuje się z Regentem. Wyjaśniłam jej sytuację. - zamilkła na chwilę - Nasza Ventrue gotuje się z ciekawości.
- Przynajmniej ma zajęcie. - odparł Smith.- Jedna gotuje się z ciekawości, drugi z oburzenia… byle z tego gotowania nie wyszła niejadalna potrawka. Na razie Tzimisce nie wykonał ruchu, więc to mogła być prowokacja z jego strony. Testuje nas.- William jest oburzony? - spojrzała na budynek Elysium - Czy mam trzymać wszystko w tajemnicy przed innymi, czy mogę w końcu ten sekret przed Lukrecją odkryć za cenę? Bo nie wiem czy by nekromantom nie chciała sprzedać…
- Nie mów nic Lukrecji, ani Larry’emu, ani młodym… Nadia wie? Nie powinna. - stwierdził Kainita.
- Wie... - Ann wyraźnie była zdziwiona, że to problem.Długie milczenie.
- No cóż. Lepiej niż żeby Lukrecja wiedziała.
- Teraz w jej bunkrze mogę być. - Ann zaryzykowała określenie tego plusem.
- No… nie wiem, czy William się na to zgodzi.- odpał po znów dłuższej chwili milczenia Smith.- Z drugiej strony nie jesteś dzieckiem i sama podejmujesz decyzje.Ann wyraźnie to zdziwiło.
- Czemu miałby być przeciwny? Jaki jest w tym problem, Książę? - zapytała wyraźnie nie rozumiejąc.
- William polubił cię, a jest bardzo opiekuńczy, jak pewnie zauważyłaś. I nie ufa za bardzo Nadii. - wyjaśnił Joshua.
- No tak... - westchnęła - Czy chcesz bym coś robiła, czy tylko siedziała?
- Na razie… nic nie mam w planach. Rozważamy z Williamem różne opcje.- westchnął Joshua.- On chce być królikiem doświadczalnym, jeśli chodzi o twój prezent. Ja skontaktowałem się z Jaine. Może ona pomoże w rozwiązaniu tej kwestii. Lepsze to niż granie według reguł… Tzimisce.
- To już ja mam większy sens niż on. - zdziwiła się - Mnie się nie da związać całkowicie podwójnie.
- To Toreador. - odparł książę, jakby to słowo miało wszystko wytłumaczyć.
Ann po spędzeniu jeszcze chwili z dzieciakami w Elysium zaczęła kręcić się po mieście czekając na furię Williama, dla zabicia czasu chodząc po terenach w jakie szedł ten łysy.
Zamiast tego natknęła się na… dwóch Malkavian myszkujących po terenie zamkniętej na noc szkoły podstawowej. A właściwie na myszkującego Gorgona i zrzędzącego Salvatore.Wampirzyca podeszła do Malkavian zaciekawiona ich działaniami.
- Co robicie?
Salvatore zapiszczał ze strachu… jak panienka i odskoczył. Gorgon odwrócił się i rzekł do Ann.
- Wyczuwam wielkie zakłócenie w Mocy.- wyjaśnił spokojnie zerkając lustrzankami.- A ten tutaj nie pozwala mi wkroczyć.
- Nie będziemy demolować budynków publicznych w domenie innego Księcia.- zasyczał gniewnie Salvatore.- Zepsujesz mi image… jak ja się z tego wytłumaczę… moja kariera.
- Ale czemu demolować? - spojrzała na Gorgona.
|-- A temu…- Gorgon wyciągnął spod pachy olbrzymi rewolwer i uśmiechnął się szaleńczo. - Poznaj mój klucz uniwersalny.Ann obejrzała rewolwer.
- No nie wiem. Pytaliście Joshui?
- Zgadnij… no proszę zgadnij… a potem pomóż mi powstrzymać tego ślepego idiotę. - rzekł głośno rozdzierającym głosem Salvatore, a Locarius wzruszył ramionami. - Pytać a po co? Przecież on do szkoły nie chodzi.
- Ma ostatnio duży ból głowy ze swoją domeną, proszę nie drażnij go tak dalej. - odezwała się do Locariusa - Może załatwimy to jak prawdziwi włamywacze? Jeżeli macie wytrychy.
- Nie mamy. Ja jestem dyplomatą… a on… jest moim bólem głowy.- stwierdził dramatycznie Stefan.
- Jeżeli zniszczysz zamek to może się alarmy rozlegną i nasz Książę tu zajedzie. I do paki was wsadzi. Poważnie traktuje robotę szeryfa. - odezwała się do Gorgona.
- Robimy szlachetną misję… na pewno zrozumie.- Locarius wycelował w zamek swój rewolwer.
- Zachowuj się. Książę uczynił cię moi… - warknął gniewnie Salvatore.- … to znaczy mnie uczynił twoim opiekunem. Masz się mnie słuchać!Ann położyła dłoń na dłoni trzymającej rewolwer.
- Wiem jak pogodzić. Zadzwonię do Joshui, wytłumaczę... Nie róbmy złej krwi między sobą. Nie chcesz być powodem zaparć w trumnie Salvatore'a, prawda Locarius? - mówiła spokojnym, przyjaznym głosem.
- No… nie wiem… piszczy jak baba, gdy się zdenerwuje…- zadumał się Malkavian, a drugi zaperzył.
- Nie piszczę jak papa!- wrzasnął piskliwym głosikiem.
- Spokojnie, już dzwonię. - Ann szybko wybrała numer do Joshui.
- Co się stało? William z Nadią się pozabijali?- zapytał wesoło szeryf.
- Nie, nie... Teraz jestem z Malkavianami przy budynku szkoły. Locarius chce wejść do środka... A jako klucza chce użyć rewolweru.
- Co? - spytał Brujah nie wierząc w to co słyszy.
- Daleko jesteś? Przydałbyś się by to rozwiązać…Milczenie trwało.
- Niech czekają. Przyślę kogoś z kluczem do szkoły. I niech zachowują się normalnie. To będzie śmiertelnik. Na twoich barkach zostawiam jego przeżycie. I wolałbym nie robić mu prania mózgu poprzez Lukrecję lub Nadię. - westchnął w końcu książę.
- Zostanie z nami czy tylko klucz odda? Wolałabym drugie…
- Niestety raczej to pierwsze należy brać pod uwagę…- westchnął Joshua. - To będzie szkolny woźny. Jest odpowiedzialny za budynki sama… - Ann oderwała telefon, bowiem Gorgon wpadł na genialny w prostocie pomysł, że skoro nie może przestrzelić drzwi, to przestrzeli okno. A Salvatore go próbował powstrzymać.
- Niedługo będzie klucz! - Ann skoczyła przed Locariusa i próbowała lekko skierować broń w dół przy okazji uśmiechając się przyjaźnie.
- Doprawdy? - Locarius był wyraźnie niezadowolony z faktu, że kolejnego ze swoich pomysłów nie zdołał zrealizować. - Musimy czekać… mój sposób był szybszy.-Tymczasem Joshua dopytywał się. - Co się tam dzieje?
- Locarius chciał strzelić w okna... Już dobrze. - zniżyła głos - Temu wolałam ciebie na miejscu, Książę.
- Czy ten... Locust… nie miał jakiegoś opiekuna?- zapytał lekko poirytowany Joshua.
- Niby tak, ale... nie słucha. A tamten chyba nic nie może z nim... - Ann mówiła na tyle z boku, aby nie doszło to do dwójki wampirów.
- Przeklęci Malkavianie… zawsze są z nimi kłopoty.- westchnął książę, podczas gdy towarzysząca Ann dwójka znowu się kłóciła. To znaczy Salvatore kłócił się sam za ich obu, a Gorgon nie przeszkadzał mu w tym zupełnie go ignorując.
- Po prostu ignoruje... - westchnęła.
Tymczasem nadjechał radiowóz policyjny z jednym ghuli szeryfa oraz zaspanym mężczyzną około czterdziestki latynoskiego pochodzenia. Podchodził mamrocząc coś po hiszpańsku.
- Nie wiem… po co macie przeszukiwać szkołę, ale zróbmy to szybko.- rzekł mężczyzna nie ukrywając niezadowolenia z sytuacji. Podszedł do drzwi i otworzył je.
- Już jest. Dzięki. - szepnęła do telefonu i rozłączyła się, po czym szybko ruszyła do Locariusa chwytając go za wolną rękę - Schowaj broń, proszę. To śmiertelnik. - szepnęła.
- I to mnie ma powstrzymać? Za chwilę może być martwym śmier… - zaczął Locarius, ale Salvatore wtrącił się. - Pamiętaj, że Primogen nie lubi niepotrzebnych śmierci.Kainita mruknął coś pod nosem po czym schował broń.
|-I cała czwórka wkroczyła do szkoły. Upiornej o tej porze doby. Jakby wyjęta z horroru Kinga , woźny kroczył pewnie dalej nie zważając na trójkę dziwaków wchodzących z nim. Ghul miejscowego księcia został przed drzwiami szkoły.- Czego szukamy? - zapytała Locariusa.
- Subtelnego dysonansu rzeczywistości.- szepnął cicho Malkavian tonem maga tłumaczącego coś uczennicy.
- Nie wie czego szukamy. Idzie na instynkt… coś mu będzie przeszkadzać i zacznie strzelać. To wtedy będziemy wiedzieli że to to. - przetłumaczył na “ludzki” jego opiekun.
- Książę ni chce tu strzelania... - Ann zastrzegła.
- Dobra dobra… rzucę opiekunem… może być? - zapytał Locarius uśmiechając się złowieszczo i wywołując śmiertelną bladość u Salvatore.
- Wolałbym być w Nowym Jorku.- westchnął smętnie “opiekun”, a rudy Malkav objął prowadzenie wymijając woźnego.
- Możesz się nie spieszyć za nami. - Ann rzuciła do woźnego wymijając go, aby iść przy Locariusie.
- Pyszałki z FBI.- burknął latynos zerkając spode łba na Malkavów. Ci wydawali się… nieco zagubieni. Locarius krążył jakby niuchając po korytarzach i zaglądając do kolejnych klas szkolnych. Wydawał się nie być pewien, gdzie jest to czego szuka. A Salvatore wydawał się być zupełnie pozbawiony entuzjazmu.Dotarli do kolejnej sali i Locarius się sprężył.
- Tu… tu… tu śmierdzi!
Woźny otworzył drzwi, Malkavian wpadł do środka znajdując… szkolną salę, chyba biologiczną. Następnie pognał do szkolnego kantorka, wpadł do środka i jęknął głośno.
- Spodziewałem się czegoś więcej.
Caitiffka poszła za nim, nie spodziewając się wiele. A wraz z nią poszedł i Salvatore.
W środku pomieszczenia, był szkielet… plastikowy oczywiście i wiszący. Były słoiki z różnymi preparatami biologicznymi. Niektóre oblepione jakimiś glutami. Było kilkanaście tablic anatomicznych. Mocny zapach formaliny roznosił się w powietrzu i… poza tym było kilka zwierząt hodowanych w takich miejscach. Małe akwarium z rybkami, dwie świnki morskie w klatce, gekon i wąż zbożowy.- Ale przecież tu… jestem… pewien… - Gorgon wydawał się załamany.
- Co tu miało być według ciebie? - zapytała.
- Coś nienaturalnego oczywiście… coś… zgniłego… oślizgłego krwawego…- tłumaczył Locarius pochłonięty podszeptami swojego szaleństwa. Tym razem Salvatore wpatrywał się w klatki i bladł mamrocząc coś pod nosem.-.. ni..mw.. nie… mów… zamknij się.. ja cię nie słyszę… nie mów, nie mów! - jego głos z cichego szeptu zmieniał się we wrzask. Nagle rzucił się na podłogę zakrywając uszy. - Nie ma cię tu. Nie ma cię w mojej głowie! Nie mów do mnie! Nie słyszę cię!
Ann rozejrzała się czy woźny stoi obok. Chyba bez wrażenia w głowę nie pójdzie… Był niestety i…- Eeee… co mu się… stało?- zapytał równie zaskoczony, co Ann.
- To chyba... problem z jakim musi sobie poradzić... bez nas... - Ann złapała woźnego za rękę i zaczęła go wyciągać z klasy - Macie w szkole piwnicę? Pod tą klasą?
- Eeee… mamy piwnice…- przyznał woźny, a potem dodał.- Mięczaki… za czasów mojego taty do FBI nie przyjmowano byle kogo. -
- Kto mówi…- zapytał Locarius, a drugi Malkav wskazał palcem szepcząc. -On.Prosto na wijącego się w terrarium węża zbożowego .
- Eksperymentalne wykorzystanie pseudonaukowych sposobów. - szepnęła do woźnego wyprowadziwszy go za klasę - Zaprowadź mnie do tych piwnic. Ja tylko ogarnę tych... jasnowidzów. -
Wróciła do obu Malkavian, wyraźnie zirytowana.
- Powczuwajcie się w te aury czy co tam chcecie, ale NIE NISZCIE NIC. - Ann wywarczała te słowa - Idę do piwnic, wy grzecznie czekacie. A ty... - spojrzała na Locariusa wyciągając dłoń - Oddasz mi teraz na przechowanie swój rewolwer. Odzyskasz jak wyjdziemy ze szkoły.
- Ale jak będę otwierał drzwi. Gdy się zatrzasną?- zapytał smutno Locarius, podczas gdy zwinięty w kłębek Salvatore mruczał pod nosem.- On do mnie szepcze… on do mnie szepcze… ten przeklęty wąż… on do mnie szepcze… jest głodny.
- Nie zatrzasną. A i tak przecież was nie zostawimy. - ciągle trzymała wyciągniętą rękę - Twój rewolwer. - powiedziała poważnie Ann.Przez chwilę zrobiło się… groźnie. Locarius zamiast oddać rewolwer sięgnął dłonią do oprawki okularów, ale nagłe głośne jęki Salvatore sprawiły że zmienił zdanie. Ciężką broń cisnął w dłoń dziewczyny i kucnął obok zwiniętego w kłębek towarzysza.
- Twarz nie twarz rośnie… jest badana… twarz na twarz nakładana. Kształtowana.- jęczał biedny Stefan.
- Zaopiekuj się nim... On widzi... Jak pracuje... Tzimisce? - zaryzykowała.
- Jak używa… jak tworzy z twarzy twarz… jak poprawia…- jęczał cicho Salvatore świadomy jej słów.- Nie widzę… jest mi to… opowiadane.
- Czy wiesz czyja to twarz?
- Głos nie wie… a ja nie widzę twarzy… - westchnął cicho Malkav.- … głos chce tłustą mysz.
- Pójdę do tych piwnic pod klasą, zobaczę czy tam coś jest. - odparła... czyżby im wierzyła? - Nie karmcie węża tymi myszami. Powiem woźnemu by nakarmił. - ruszyła do śmiertelnika.
W piwnicach było ciasno, ciemno… cicho. Nudno. Przeszukiwanie pomieszczeń piwnicy zajęło Ann nieco czasu. Nie przyniosło jednak żadnych rezultatów. Poza zagubionymi majtkami jakiejś nastolatki pod schodami prowadzącymi z powrotem na górę. Którą to część garderoby woźny dyskretnie zagarnął. Uch… strata czasu, na którą to caitifka niespecjalnie mogła sobie pozwolić. Nadchodził bowiem czas powrotu do leża.
Ann bardziej obchodziło danie czasu Malkavianinom, aby się ogarnęli do tego czasu, nie ryzykując większych akcji przy woźnym.- Nic, dziękuję za pomoc. - zwróciła się do śmiertelnika - Ogarnijcie tego węża, wydaje się głodny. Nie karmią go? - zapytała wchodząc po schodach.
- Nie wiem. Nie znam się na wężach. Unikam gadzin. Za karmienie żywego inwentarza szkoły odpowiadają nauczyciele biologii. - wzruszył ramionami woźny.
- W sumie kto jest nauczycielem biologii u was?
- Pani Harper… to znaczy Helen Harper. I Steven Wolzak…Wolzzak… Nie wiem jak to się wymawia. Ale piszę się W-O-L-S-Z-A-K.- wyjaśnił woźny.
- To jakiś obcokrajowiec?
- Nieee… ale ma takie dziwne nazwisko. Ponoć i tak łatwiejsze do wymówienia niż oryginał.- zaśmiał mężczyzna.
- Oryginał? - zaciekawiła się Ann.
- Abstynent.- odparł woźny jakby wypowiadał jakieś przekleństwo. - Nudny i bezbarwny. Zbiera kokony po gąsienicach. Gada o nich w kantorku zanudzając pozostałych nauczycieli. Zarywał kiedyś do Sonii ze sklepiku który stoi kilkanaście metrów od szkoły. Dała mu kosza. Przeżywał to przez… dwa tygodnie?
- To jego lekcje muszą cieszyć się popularnością pewnie. - zironizowała.
- Żadne lekcje nie cieszą teraz popularnością. Komórki zmieniają uczniów w durne zombie… łazi to to z komórą przed gębą, nawet nie patrzy gdzie. - mężczyzna zaczął narzekać na uczniów.Ann uśmiechnęła się lekko do woźnego. Zabawne, że sama bardzo młodo wyglądała, jakby niedawno zaczęła studia.
- Zgarnę swoich i pewnie wyjdziemy.
-Dobry pomysł.- przyznał woźny i wzruszył ramionami.- Będę czekał przy drzwiach.
Ann nie napotkała Kainitów ani w kantorku, ani w salce lekcyjnej. Locarius wyprowadził Salvadore na korytarz. I tam ten Malkav dochodził do siebie. Gorgon spojrzał na nadchodzącą caitifkę.
- Już mu lepiej. - zakomunikował.
- Dobrze. - Ann podeszła bliżej - Trzeba już spadać stąd.
- Mogę iść.- odparł cicho Stefan Salvatore. Wstał powoli i wsparty na ramieniu towarzysza ruszył do wyjścia.
- Moja broń.- przypomniał Malkav, gdy obaj mijali Kainitkę.
- Pamiętam. - odparła Ann, idąc za oboma - Jak wyjdziemy.
Drzwi zostały zamknięte. Ghul czekał aż woźny podejdzie, po czym obaj pojechali w swoją stronę. A Ann, chcąc nie chcąc, musiała zwrócić rewolwer.
Caitiffka bez narzekania oddała broń Gorgonowi.- Ta cała wycieczka... nie była bez celu. Może nie znalazłeś tego, co wyczuwałeś, ale obaj odwaliliście dobrą robotę.
- Hmm… Salvatore znalazł swojego wewnętrznego Malkaviana. Więc coś z tego wynieśliśmy.- odparł beztrosko Locarius. A jego towarzysz uśmiechnął się kwaśno.
- A ty uparłeś się tam pójść. - dodała Ann - Joshua będzie miał z czego się cieszyć, a nie narzekać tylko na was. - dziewczyna nie kryła, iż uważa Malkavian za bardzo przydatny nabytek w tej chwili.
- Jestem specjalnym wysłannikiem Papy Roacha. Rozwiązuję problemy.- stwierdził beztrosko Gorgon, a Salvatore dodał.- Czas na nas… czas wrócić do Elizjum.
Ann dotarła do leża na godzinę przed świtem. Zastała Charliego sprzątającego, a Nadię porządkującą dokumenty i wyłączającą sprzęt.
- Zadzwoń proszę do Williama jutro, żeby przestał mi dupę zawracać swoimi zarzutami.- stwierdziła Kainitka suchym beznamiętnym tonem głosu.
- Jakimi zarzutami? - Ann podeszła zdziwiona - Był tu?
- Że cię porwałam, upiłam krwią, że cię więżę… takie tam.- machnęła ręką Kainitka.- Uważa, że twoja obecność tu jest… wbrew twojej woli. Chyba cię polubił.
- Ale był tu?
- Tak. I zrobił tu małe tantrum. To typowe zachowanie Toreadorów. Straszne z nich histeryki.- odparła wampirzyca.
- Ale nie chciał cię atakować? - zapytała patrząc na Nadię z nutką zaniepokojenia.
- Jest rycerzem, nie rzuca się z mieczem na niewiasty. Przynajmniej… nie od razu. - odparła wampirzyca. - Był wściekły, ale kontrolował swoją wewnętrzną bestię.Ann wyglądała na naprawdę zaskoczoną.
- Aż tak zareagował? - wyraźnie nie oczekiwała aż takiej reakcji Williama - Czemu rzuca takie oskarżenia?
- Bo to Toreador, oni są… emocjonalni… według mnie to klan histeryków. - stwierdziła cierpko Nadia.
- Czyli nic wcześniej między wami nie zaszło?
- Nie… nic. Jestem… co prawda… “sojuszniczką” Lukrecji. Ale nikt tutaj nie bierze jej knowań szczególnie poważnie. Łącznie z nią samą. - wzruszyła ramionami wampirzyca.
- Jesteś? Ponoć nie bierzesz w tym udziału!
- Nie biorę…- wzruszyła ramionami Tremere. - “Sojuszniczką” jedynie z nazwy. Sama zresztą widziałaś jak to u nas jest. Dopóki jest spokój i cisza, to Smith pozwala wszystkim ujadać i hałasować i wchodzić sobie na głowę, ale jak zaczynają się problemy to bierze nas za pyski i ustawia do pionu. Mała armia szeryfa ze Stillwater.Ann położyła dłoń na ramieniu Nadii.
- Musiała cię ta sytuacja zmęczyć.
- Trochę…- westchnęła Nadia kładąc dłoń na jej dłoni. - Ale też nie musimy się martwić. Wkrótce same zaśniemy. Dzień się zbliża.
- Tak. - Ann zaczęła masować mięśnie karku Tremere jedną dłonią - Rozluznie te mięśnie przed snem. - dodała troskliwie patrząc na Nadię z lekkim uczuciem.
- Nie licz na nic więcej dzisiaj… czasu nam nie starczy. Może jutrzejszej nocy… kto wie.- stwierdziła z przekąsem Tremere.
- Nie chcę niczego, a tylko ci dać rozluźnienie. - wyjaśniła z pewnością słów kierowanych krwią.
- Z pewnością, z pewnością… - odparła ciepło Nadia.
-
Kolejny sen. Kolejny koszmar. Tym razem znajomy… tym razem nie tak straszny jak zwykle. Wszystko było przytępione. A po pobudce Ann miała świadomość, że śniło się jej coś strasznego. Ale nie pamiętała co.
Nadia nie miała problemu z upiornym paraliżem, który u Kainitów był drzemką. Nadia wstała energicznie, przeciągnęła się i zabrała za ubieranie. Kwestię wspólnego spania z Ann traktowała typowo pragmatycznie. W swoim leżu miała tylko jedno łóżko. Dlatego też Charlie sypiał za drzwiami jej pokoju, na leży z kocy… jak pies.
Nadia była pragmatyczką… ale i złośliwa.
Niestety, ku jej “rozpaczy”, zawsze lekko na rauszu Charlie okazał się wyjątkowo odporny na jej złośliwości.- Szefowo… - i to właśnie jego głos usłyszały kobiety pod koniec ubierania się. - Telefon. Pan Blake dzwoni.
- Eechh…- westchnęła ciężko Nadia porządkując swój strój.- Nie traci czasu, to trzeba przyznać.Ann nie była tak szczęśliwa jak Nadia w kwestii wampirzego snu. Obudziła się dziś niestraumatyzowana snem jak wczoraj, ale było widać, że ten dzienny paraliż musiał wprowadzić na nią przerażający sen. Drżała lekko, gdy zakładała ubranie, co jakiś czas patrząc w stronę drzwi i Nadii, jakby dla upewnienia się, że nie czai się tam niebezpieczeństwo i nie jest sama.
Wyrwały ją z tego stuporu słowa Charliego i Nadii.- Naprawdę musi cię nienawidzić, skoro tak ostro i szybko zareagował... - zdziwienie było słyszalne w głosie ubierającej się Ann - Przynajmniej nie czekał u Lukrecji, aby z wieczora drzwi wyważać...
- Otóż nie, całkowicie się mylisz. To nie jest nienawiść. To nadopiekuńczość.- odparła ze śmiechem Tremere.
- Ale to dość... ekstremalne... - odparła nieprzekonana.
- Toreadorzy są bardzo uczuciowi. Ich emocje są dość intensywne. - odparła spokojnie Tremere. - A William ma dość mocną krew. Dość wysoko stoi w drabince potomków. Pamiętaj że narodził się gdzieś na granicy średniowiecza i renesansu.
- Chodźmy więc... Dasz na głośnomówiący? Muszę to usłyszeć.
- Czemu nie…- stwierdziła wampirzyca i ruszyła do drzwi już ubrana. - Za mną.
- Oczywiście, moja pani. - Ann ruszyła za Nadią lekko się podśmiewając.Wkrótce dotarły do jej stanowiska pracy. Tremere przełączyła na głośnomówiący, a oprócz niej i Ann był tu i Charlie.
- Słucham…- rzekła spokojnie Nadia.
- Ann jest u ciebie? Chcę z nią mówić.- odezwał się głos Williama, niby spokojny, ale pełen ukrytego gniewu.Ann spojrzała na Nadię i odezwała się.
- Czy mam się czuć jak na dywaniku u rodziców? -zapytała lekkim tonem.
- Nie. Nie o to chodzi. Niemniej nie jestem pewien czy jesteś u niej, z własnej nieprzymuszonej woli. - odparł Blake z ulgą. Napięcie gdzieś powoli zaczęło zanikać.
- Och… daj spokój, gdybym chciała sobie towarzyszkę sprawić, to u Lukrecji sporo jest ghuli.- sarknęła Tremere. - Wiesz dobrze, że nie jestem towarzyska.
- Cokolwiek nie odpowiem i tak mi pewnie nie uwierzysz, prawda? - westchnęła Ann - Niby sensowne podejście przy takich podejrzeniach, ale stawia w sytuacji bez wyjścia.
- Wiem jak to jest z uzależnieniem od krwi. Nawet gdybym wyrwał cię siłą, to i tak by nic nie dało. - odparł melancholijnie Blake, a poirytowana Nadia sarknęła. - Daj spokój William, nikogo tu nie próbuję przywiązać do siebie. Wystarczy mi, że muszę się bawić w opiekunkę Pandersa… Ona może pójść sama gdziekolwiek chce. A jeśli w swoim rycerskim obłędzie przyjedziesz szturmować mój zamek, zastaniesz białą flagę i bramy otwarte.
- Tak czy siak… jest jeszcze jedna sprawa. Vincent znalazł w skrzynce pocztowej kolejną przesyłkę do ciebie. Otworzyliśmy ją w związku… z tym co dostałaś ostatnio. To była znowu fiolka z krwią. Ale tym razem od Cyrila, tak przynajmniej wynika z listu. Nie znam smaku jego krwi, ale charakter jego pisma już tak. - odparł Toreador zmieniając temat.Nadia zobaczyła nagłą zmianę w Ann. Caitiffka tworzyła szerzej oczy i odezwała się z ekscytacją.
- Zatrzymaliście krew, prawda? Nic jej nie jest? - zapytała z cieniem obawy.
- O której krwi mówisz?- zapytał Blake.
- Cyrila, oczywiście! - lekko uniosła rozchwiany głos.
- Powinienem, ale… honoruję mój sojusz z Cyrilem, więc… czeka na ciebie.- westchnął ciężko Toreador.
- Już jadę z powrotem. - Ann próbowała utrzymać ekscytację w ryzach, jednak niezbyt jej wychodziło. Nawet nie wspomniała, że zabolało, że jedynie krew uratował sojusz z Cyrilem, nie zaś sama Ann.
- Spodziewałem się tego. - westchnął smutno Blake.Caitiffka spojrzała oczami pełnymi radości na Nadię, którą uściskała nagle.
- Muszę pojechać.
- Nie przejmuj się mną. Ja i tak mam co robić, zresztą nie jestem niańką… ani twoją, ani Pandersa. - wzruszyła ramionami Tremere nie odpowiadając uściskiem na uścisk.W tym momencie Ann nie przejmowała się już niczym. Puściła Nadię i po prostu pobiegła do wyjścia, by umęczyć się podczas zbyt powolnej drogi do Williama...

Gdy pojawiła się krew Cyrila na horyzoncie, wszystko inne zniknęło. Wszystko inne przestało się liczyć. Tylko ta ambrozja, ten napój bogów. Ann zapomniała o wszystkim, poza kaskiem. Jeden wypadek który miała nauczył ją by nie szaleć za bardzo motorze. Nie była chętna na pozbawienie się kółek i człapania przez lasy do chatki Williama. Że też ten Toreador musiał mieszać tak daleko. Ech…
Ruszyła z kopyta motorze, mijając patrol policyjny. Ludzie Joshui, może nawet i sam książę Stillwater. W to jednak wątpiła, bo Kainita bardzo poważnie traktował swoje obowiązki ludzkiego zastępcy szeryfa.
Wokół niej panowała noc, wokół niej wiatr świszczał. Przed nią była droga do Blake’a i do słodkiej nagrody. Ta wizja zasłaniała jej wszystko, ta wizja przyćmiła czujność, ta wizja sprawiła że stała się nieostrożna. Duży błąd. A Świat Mroku nie wybacza błędów.https://www.youtube.com/watch?v=OzLhXesNkCI
Nawet nie zauważyła kiedy wśród drzew zaczęły się pojawiać cienie, kiedy zaczęły jej towarzyszyć. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… niskie sylwetki, włochate… szybkie jak jej motor i bardziej wytrzymałe.
|-Nawet nie zauważyła kiedy jej śladem zaczęła podążać olbrzymia bestia , o pysku potwora, rogach jelenia i potężnym cielsku trzymetrowej długości. Była cicha, a Ann skupiona na celu nie zerkała w tylne lusterko. A gdy zerknęła za siebie było już za późno…-|
|-Bo zaczęła zwracać uwagę na otoczenie dopiero gdy przed sobą zobaczyła Tzimisce. Wysoki Kainita ukształtował swoje oblicze na kształt przystojnego czarta o bujnych włosach , ubrany we włoski garnitur od Armaniego spokojnie palił cygaro. Towarzyszyła mu trójka innych wampirów, bladych jak księżyc w pełni, łysych … identycznych jak trzy krople wody. Uzbrojonych w śrutówki.-|
Cała czwórka blokowała jej drogę do krwi Cyrila i chatki Williama. Wampirzyca spojrzała więc na boki, zastanawiając się czy zdoła ich wyminąć. Nie… tam lasach coś się czaiło, jakieś czworonogi, jakieś… nie widziała dobrze co, jakieś pseudo-zwierzęce sylwetki.
Pozostała droga ucieczki w kierunku miasta, ale tę odcinał olbrzymi potwór podążający tuż za nią.
Wpadła w pułapkę, osaczona ze wszystkich stron powoli zbliżała się do Tzimisce. A ten… wyciągnął chorągiewkę. I pomachał nią. Była to biała flaga. -

POCZUCIE HUMORU TZIMISCE
Dziewczyna natychmiast otrzeźwiala z różowej mgiełki popychającej ją ku rezydencji Williama. Zatrzymała motocykl przed Tzimisce, nie widząc nadziei na uchronienie się filmowym przeskokiem na motorze. Nie mogła też od tak wyciągnąć telefonu, gdy była uważnie obserwowana. W jej oczach czaił się usilnie skrywany strach. Nawet jej własny cień się zmniejszył, jakby chciał się schować, reagując na emocje Kainitki.
Ann powoli uniosła lekko ręce na znak własnego poddania się.
- Nie szukam walki z tobą, panie... - dodała zwrot tak bardzo przyjemny starszym i silniejszym Kainitom.
- To dobrze. Mamy zbyt piękną noc, by kalać ją przemocą.- rogaty wampir zaciągnął się cygarem. - Jestem trochę rozczarowany, że nie skorzystałaś z mojego zaproszenia i muszę sięgać po tak prostackie metody. Ale ostatecznie… osiągnę mój cel.Ann zacisnęła palce na kierownicy by nie drżały jej palce.
- Wysłanie krwi... to osobliwy sposób zapraszania.
- Dobrze wiesz jak cenny to podarunek. Jak potężną moc daje vitae Kainity o niskim pokoleniu.- uśmiechnął się Tzimisce odsłaniając tygrysie uzębienie. - No… ale, widzę, że się spinasz. Niepotrzebnie. Nie mam żadnego sporu z waszą małą enklawą, a ty jesteś mi potrzebna tylko jako posłaniec. Mam wieści do dostarczenia i nie mogę tego zrobić osobiście.Wampirzyca nieufnie się lekko rozluźniła, a jej cień nawet powrócił do dawnej sylwetki.
- Do kogo ma być twoje posłanie, panie?
- Do Giovanni, miejscowych… zamiejscowych… wszystko jedno.- stwierdził Kainita sięgając do kieszeni kamizelki i wyjmując z niej pendrive’a.- Laurencjo… Giovanni którego porwałem na początku okazał się twardą sztuką i przeżył moje badania. Z początku miałem go zabić, ale z drugiej strony… co bym na tym zyskał? Więc… postanowiłem go sprzedać. Czterdzieści milionów dolarów w obligacjach państwowych ma być mi dostarczone w ramach okupu, a ja wtedy oddam Laurencjo… sfatygowanego ale “żywego”. Na pendrivie jest dowód, że jeszcze żyje i inne detale dotyczące dostarczenia go. Co by tu jeszcze… a tak…- pstryknął palcami.- Prezent dla Szkaradźca… co by o mnie nie zapomniał.Jeden z łysych poszedł w krzaki i wrócił z reklamówką.
Caitiffka zmusiła się do spokojnego tonu.- Dalsze antagonizowanie Giovanni nie skończy się dobrze dla domeny. Książę Smith jest bardzo zirytowany na sytuację na swoim terenie.
- Jaki byłby ze mnie Sabatnik, gdyby mnie Camarilla lubiła? - zapytał retorycznie Tzimisce i wzruszył ramionami dodając. - Niemniej… mam u was dług, bo usunęliście ogon ciągnący się za mną, więc pomyślę nad tym. A na razie…- podał łysemu z torbą pendrive, a ten ruszył ku Ann by wręczyć jej prezenty.- … czas zakończyć to co zacząłem.Ann przyjęła torbę, czując uścisk w żołądku. Bała się teraz spojrzeć do środka.
- Twoi ludzie mnie od początku obserwowali, ale... czemu? Czemu akurat ja?
- Bo jesteś relatywnie młoda, niedoświadczona i stłamszona przez swojego mentora, bo jesteś uzależniona mocno od jego krwi… właściwie to od każdej krwi. Bo jesteś słabym ogniwem i okazałaś idealną kandydatką na pionka w moich planach. - odparł zupełnie szczerze Tzimisce, podczas gdy Ann chowała pendrive’a. - No prawie… twoja silna wola deczko mnie zaskoczyła. Ale to detal… który łatwo można było skorygować. - znów zaciągnął się cygarem dodając. - Niemniej nie masz się czego bać. Moje intrygi dotyczą tylko Giovanni, nie chcę wyrządzać szkody ani tej domenie, ani tobie… zrób o co cię proszę, a krew zachowaj w ramach zapłaty. Jeśli spełnisz moją prośbę, to nie będę miał powodu robić ci krzywdy, prawda Ann?
- Nie wiem czy Książę będzie chciał by to dotarło do Giovannich... - słabo powiedziała Ann.
- To okaże się głupcem, a ja wrócę do tego w czym jestem dobry. Bawienia się w chowanego z nekromantami i torturowania Laurencjo… aż w końcu porzucę jego zniekształcone zwłoki przed drzwi waszego Elizjum i więcej Giovanni się tu zjedzie, wkurzonych i żądnych zemsty. A tego chyba byście nie chcieli… prawda?- odparł z szerokim uśmiechem Tzimisce.- Cokolwiek zrobicie i tak ja będę miał jakiś zysk.
- Zrobię co chcesz, panie... - odparła poddając się.
- O nic więcej nie proszę. Widzę, że ta nasza rozmowa deczko cię nudzi. Wybacz mi to. Gdy kolejni rozmówcy odzywają się głównie wrzaskami bólu i szaleństwa, elokwencja Kainity może nieco zardzewieć.- Tzimisce wykonał gest dłonią i jego poddani odsunęli się z drogi dając jej wolny przejazd. On sam zresztą uczynił podobnie.
- To nie nuda skrępowała mnie... - włączyła motor i ostatni raz spojrzała na Tzimisce - Tylko pamięć o krzywdzie Lukrecji.
- No cóż… gdyby wyszła bez szwanku, Giovanni mogliby ją podejrzewać o współpracę ze mną, nieprawdaż?- zapytał retorycznie Tzimisce. - Nie zadano jej jednak ran, których pobyt w trumnie by nie zaleczył.
- Do kiedy mam czas? - zapytała jeszcze.
- Dopóki nie znudzi mi się trzymanie przy egzystencji tej jęczącej parodii wampira. Dwie, trzy noce? Może być? - zapytał retorycznie Tzimisce. - Będę wielkoduszny. Cztery noce, licząc od następnej. Tyle pozwolę mu istnieć, potem może jeszcze będzie żył… może nie…Bez słowa Ann ruszyła ku rezydencji Williama, nie chcąc się zastanawiać jakich środków by on użył w stosunku do Tremere...

Ann dojechała pod rezydencję, ale gdy zaparkowała motocykl w szopie, spojrzała na trzymaną torbę. Z zaciśniętymi zębami odważyła się spojrzeć do środka. To co zobaczyła… mogło zjeżyć włosy na głowie. Zresztą włosy były tam zjeżone. Była to bowiem głowa Gino oderwana od reszty ciała… z wyłupionymi oczami. Połowa nadal idealna, druga połowa zniekształcona i pokryta guzami, wypustkami, kawałkami pazurów i zębów. Wyraz przeraźliwej agonii zastygł na twarzy Giovanniego… śmierć była pewnie wybawieniem.
Wampirzyca wrzasnęła i upuściła torbę, sama wbijając się plecami w ścianę. Zakryła oczy chcąc się uspokoić i dopiero po chwili podniosła znowu torbę, aby pójść do środka rezydencji... gdy krwawe łzy przerażenia spływały jej po policzkach, a szeroko otwarte oczy wyrażały przerażenie istoty nocy.
Dziś domostwo Blake’a było pełne gości. Oprócz Vincenta w rezydencji przebywał Garry i… Jaine Love wraz McElroy’em. Obaj czarownicy, wyraźnie czuli się niekomfortowo w swojej obecności. Czuć było źle tajoną wrogość między nimi. Wampirzyca układała tarota w salonie i wszyscy byli skupieni na jej kartach. Do czasu aż Ann wkroczyła, a wtedy William do niej doskoczył.
- Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Co ta Tremere ci uczyniła? Karty Jaine mówiły, że masz poważne kłopoty.
Caitiffka drżała na całym ciele, a gdy doskoczył do niej Toreador... ta po prostu się załamała. Opadła na podłogę trzymając uszy torby w zaciśniętych palcach. Milczała patrząc w przestrzeń. Toreador kucnął przed dziewczyną i objął pytając cicho.
- Co ci Nadia takiego zrobiła?
- Nadia...? - Ann spojrzała z krwawymi łzami na twarzy - Nic... - szepnęła - Tzimisce…
- Co Tzimisce?- spytał się Blake, a pozostali otaczali Ann dookoła skupieni na caitifce i jej słowach.
- Czekał na drodze... - szepnęła - Byłam okrążona…
- Co? Gdzie? Nic ci nie zrobił?- zapytał Blake, a potem dodał.- Oczywiście, że coś ci zrobił, sukinsyn jeden.
- Dzwonić po szeryfa i zbierać ludzi? Może go jeszcze dopadniemy. - zaproponował Garry.
- Wątpię by to był dobry pomysł, wątpię zresztą by czekał tam na nas. - stwierdziła Jaine pocierając podbródek. - Poza tym… jeśli już to lepiej wysłać cynk Giovanni, niech oni zapolują. Po to tu są.
- Mam... przekazać wiadomość Giovanni... i Szkaradźcowi... - postawiła torbę dalej od siebie - To... dla niego...
- Jaką wiadomość?- zapytał William, podczas gdy Ravnoska skusiła się do zaglądnięcia. Zbladła na widok tego co znalazła i wyglądała jakby miała puścić pawia na podłogę.
- Tak… to z pewnością przesyłka w stylu Tzimisce.- wymamrotała z trudem.
- Okup... za Laurencjo... - wyszeptała Ann.
- Okup… jaki?- zdziwił się Vincent, a Blake dodał.- Garry przynieś fiolkę z kuchni, tą leżącą na liście.
- Czterdzieści milionów dolarów w obligacjach państwowych…
- Po co staremu Kainicie czterdzieści milionów. Z pewnością albo ma jakieś własne fundusze, albo na nich polega… po co mu tyle gotówki. - zdziwiła się Jaine, a Blake spytał. - Kto to ten Laurencjo?
- Chyba ten pierwszy Giovanni... - odparła Ann.
- Acha…- stwierdził Toreador, a Garry wrócił z fiolką. Otworzył ją. Ann poczuła znajomy jej zapach mistrza.Ann wstała natychmiast i podeszła do Garry’ego wyciągając dłoń drżącą z podekscytowania ku fiolce. Prawie nabożnie przejęła ją od Gangrela by bez wahania wypić jej zawartość.
- Wybaczył... - szepnęła do siebie, a całe doświadczenie z Tzimisce stało się tak nieistotne - Wciąż mu zależy... - uśmiechnęła się błogo i zaczęła wylizywać każdą kroplę krwi z probówki.
Zniknął stres. Wydawała się wręcz jaśnieć silnym uczuciem... Miłością?
- Z pewnością. - stwierdziła sceptycznie wróżka, a William spokojnie spytał.- Ann… co się stało na drodze ?
Ann spojrzała na Williama, gdy kończyła wydobywać krew.
- Byłam rozkojarzona. Chciałam tylko tu dojechać. Nie uważałam na wszystko wokół... straszny błąd. W połowie drogi przez las stał ten Tzimisce z trzema łysymi wampirami ze strzelbami. - westchnęła - Po bokach w lesie jakieś istoty się przemieszczały, a za mną kroczyło... coś. Jakby pomieszanie jelenia z... - wzruszyła ramionami - ...innymi zwierzętami. Z pazurami i zębami, giętkim muskularnym ciałem... - spojrzała po wszystkich.
- Tak… typowy orszak Tzimisce… cyrk dziwadeł. - stwierdziła cierpko Ravnoska.
- Który trzeba wykarmić. Vozhdy i inne kreatury są żywe, muszą gdzieś i coś jeść.- ocenił Vincent, zapalając papierosa. A Blake zwrócił się do Garry’ego. - Wiesz coś o tym? Są jakieś duże ubytki wśród zwierzyny leśnej?
- Nie na naszym terenie. Może u wilkołaków.- zastanowił się Gangrel.- Albo… w lasach Anarchów?
- Trzeba będzie powiadomić Księcia... to bardzo poważna sprawa, jeśli spełnię życzenię i jeżeli nie. - westchnęła - Pamiętacie ostatni Sabat? Cóż... - skrzywiła się - Tzimisce podziękował nam, że nimi się zajęliśmy. Oni jego szukali.
- Może więc Charlie coś wie?- zapytał Garry, a Toreador dodał. - Co miał powiedzieć to powiedział. Nie liczyłbym na to, że wie coś więcej.
- Wygląda na to, że ten Tzimisce ma wrogów w Sabacie.- zastanowił się głośno Mag, a Toreador dodał. - Każdy ma wrogów… Sabat to inna ideologia, inne struktury, ale intrygi i spiski te same. Pod tym względem się nie różnimy. Oczywiście ostateczna decyzja zależy od Smitha, ale myślę że czas włączyć w to wszystko Giovanni, w końcu to ich jeniec i ich sprawa.
- Uhm... Oni mieli go żywego sprowadzić, a do tego... to nie tylko problem nekromantów. - Ann zabrała znowu głos - Jeżeli nie oddam... prezentów Giovanni to za cztery noce czy więcej... po prostu podrzuci resztki Laurencjo pod nasze Elysium i będzie patrzył na fajerwerki, gdy żądni krwi Giovanni najadą do domeny. Jeżeli dam... to też będzie ostry odzew, ale może mniejszy. - wyciągnęła z kieszeni pendrive'a - Tu są instrukcje co do okupu i dowód, że wampir istnieje. To także dla Giovanni.
- Tzimisce nie dał nam więc większego wyboru.- ocenił Blake. - Lepiej zrzucić ten problem na Szkaradźca.
- Nie lepiej na tego drugiego? Szkaradziec wydaje się być… lekko szurnięty.- ocenił Garry.
- Ty byś nie był? - mruknęła Ann - Nie groził mi otwarcie, ale... Powiedział, że jeżeli to zrobię to nie będzie miał powodu mnie krzywdzić, więc... też bez wyboru dla mnie.
- Chodzi mi o to, że ten drugi wydawał się bardziej rozsądniejszy. Trudno sobie wyobrazić, na co wpadnie Szkaradziec. - odparł Garry, a Ravnoska spytała.- A nie wścieknie się wiedząc co Tzimisce zrobił z jego bliźniakiem?
- Wątpię.- wtrącił Blake. - Oni też mają wewnętrzną rywalizacją. Jest duża szansa na to, że miejscowy Tzimisce usunął konkurenta do awansu bardziej niż brata, kuzyna czy kimkolwiek byli dla siebie.
- Sprowadzisz tu Joshuę? - Caitiffka zapytała Williama - Noc jeszcze młoda.
- No cóż… trzeba będzie podzwonić.- przyznał Blake drapiąc się po karku. - Ale tak… sprowadzę tu Smitha. Właściwie powinienem sprowadzić wszystkich.
- Jeżeli będę mogła każdemu wszystko powiedzieć to nie ma żadnego problemu. - odparła Ann - Ale bez Księcia nie możemy ustalić takich rzeczy. Przecież kwestie mojego otrzymania krwi od Tzimisce były tuszowane, więc przynajmniej taka Lukrecja będzie naprawdę zirytowana na Joshuę, a to może nam przysporzyć jeszcze wewnętrznych problemów.
- Tę informację możemy na razie pominąć.- odparł Toreador biorąc pendrive’a.- Przejrzę go na domowym komputerze, po tym jak wyślę wici przez Lukrecję naszemu Księciu.
- To ja poskładam karty. Dość wróżenia na dziś.- zadecydowała Jaine Love i podążyła do stołu eskortowana przez swojego czarownika.
- A ja zaparzę kawę. Chyba czeka nas długa noc. - stwierdził Vincent i skierował się do kuchni. A Garry spytał. - Jak się czujesz maleńka?
- W tej sekundzie lepiej niż cały dzień dzisiejszy. - stwierdziła dziewczyna zwróciła się do Williama - mówiłeś że Cyril wraz z Vitae przysłał także jakiś list do mnie?
- Jest w kuchni. Nie czytałem go, ale tekstu jest niewiele. - przyznał Toreador.
- Lakoniczność to jego przyzwyczajenie. - odparła bez żalu - Będę mogła wraz z tobą obejrzeć zawartość pendrive'a?
- Nie wiem czy powinnaś. To może być drastyczne. Tzimisce to klan lubujący się w grotesce aż do przesady.- stwierdził spokojnie Toreador.
- To tym bardziej powinieneś nie być w tym sam. - zawyrokowała młoda wampirzyca - Teraz tu jestem nie na drodze otoczona przez stwory Tzimisce, a krew Cyrila dodała mi psychicznego animuszu.
- Byłem w ziemi świętej, widziałem naprawdę krwawe widoki na polach bitew. Przedstawienie Tzimisce jest mi niestraszne.- zaśmiał się Kainita.
- A ja widziałam naprawdę pojebane sceny na ulicach Nowego Jorku. - Ann uśmiechnęła się do Williama - Dam sobie radę.
- Nie było cię w mieście w czasach prohibicji. Wtedy się dopiero działo. - odparł z uśmiechem Toreador.
- Ale to nie ty zostałeś przemieniony przez Sabat. - zniżyła głos mówiąc z uśmiechem.
- Są rzeczy bardziej porąbane niż Sabat na tym świecie.- przyznał Toreador coś wspominając.- Choćby pobliski szpital.-
- O tak… tam jest przypał taki że czacha dymi.- potwierdził Garry.
- Więc postanowione idę z tobą. Ach - przypomniała sobie coś - przeczytałam kolejny tomik twojej poezji.
- Tylko nie mów że cię nie uprzedzałem. Dam znać jak zacznę. Najpierw skontaktuję się z Joshuą.- odparł Blake.
Jak tylko Caitiffka skończyła rozmowę z Williamem, udała się do kuchni, aby przeczytać list od swojego ukochanego Opiekuna. Kilka pospiesznie skreślonych zdań, nerwowy charakter pisma.
W skrócie Ann dowiedziała, że Cyrilowi być może przyjdzie się przyczaić i zniknąć. I że powinna racjonować sobie krew, którą dostała bo Tremere nie wiedział kiedy podeśle kolejną. U niego było ciężko, wszędzie widział wrogów. Kazał jej siedzieć w Stillwater i się nie wychylać.
Racjonować krew... to nie byłoby możliwe nawet gdyby wcześniej przeczytała wiadomość. To co ja naprawdę zaniepokoiło to sytuacja w jakiej znalazł się Cyril, a nie mogła z tym nic zrobić. Zacisnęła pięści w złości na siebie, na Nowy Jork, na jego Księcia i Szeryfa. W tym momencie czuła się w większym potrzasku niż wtedy na drodze przed Diabłem Weneckim. Wyciągnęła swoją komórkę, aby znaleźć zapisany numer Primogenki Toreadorów z Nowego Jorku, ale nim wykonała jakiekolwiek połączenie zatrzymała ruch nie wiedząc czy na pewno chce go wykonać, a raczej - czy powinna. Szybko sobie zdała sprawę z bezsensownego położenia w jakim się znalazła.Przymknęła oczy i wybrała numer do Eleny.
- Słucham, kto mówi? - wkrótce usłyszała pogodny i melodyjny głos Toreadorki.
Ann poczuła ulgę słysząc głos Eleny.
- Dostałam numer od Williama. Tu Ann...abelle. - poprawiła się szybko - Nie narzucam się, pani?
- W tej chwili nie. Miło usłyszeć twój głos, jak tam prowincja… uroczo sielska?- zapytała wesoło Primogenka.
- Niestety, pani, ale Stillwater jest już daleko od bycia sielskim.
- Doprawdy? Słyszałam, że Giovanni mają tam jakieś sprawy, ale nie sądziłam, że wpłynie to na was. Zwykle unikają przyciągania uwagi do swoich interesów. - zdziwiła się Dubois.
- Aktualnie znajdujemy się między młotem a kowadłem w rozgrywkach starego wampira, które wymierzone są w Giovanni, jednak przy okazji uderzają domenę Księcia Smitha. Na razie trwamy bardziej w zimnej wojnie, która jednak w każdej sekundzie może rozsierdzić nekromantów.
- Nie bardzo mogę pomóc w tej kwestii, poza wysłaniem kogoś od siebie do pomocy. - oceniła sytuację Toreadorka. - Mogę też pomówić z Cynthią w waszym imieniu. Ventrue prowadzą interesy z enklawą… odpowiadają za ukrywanie ich transakcji finansowych przed śmiertelnikami.
- Dziękuję za ofertę, pani. Na razie musimy ustalić w naszej małej społeczności plan działania i najwyżej po omówieniu wszystkiego z Księciem zgłoszę się o taką pomoc.- W tej sekundzie dzwonię z powodu bardziej... osobistego problemu. - Ann westchnęła lekko - Czy wiesz już dzięki kogo wstawiennictwu moje istnienie w Nowym Jorku zostało zapewnione? Kto przygarnął bezpańskiego kundla pod swoje skrzydła? - zapytała nie chcąc zakładać że primogen nie wiedziałby co dzieje się na jego podwórku.
- Do rzeczy moja droga.- westchnęła Toreadorka. - Co niby miałabym zrobić? Wziąć go pod swoją opiekę? Nie żartuj… to Tremere. Należy wpierw do swojego klanu, jak każdy Kainita. Tu Palafox ma decydujący głos.
- Jakiekolwiek zamieszanie wokół niego powstało... wątpię by Palafox miał jakąkolwiek ochotę go przed tym obronić. Nie wiem kto był zabójcą tej grupy, ale to nie byłam ani ja ani on. Byłby naprawdę głupi gdyby teraz eliminował swoich wrogów, gdy na jego ogonie siedzi całe miasto. Sama nie mogę nic zrobić, bo nawet nie powinnam pojawiać się w Nowym Jorku. Nie mogę jednak znieść myśli, że spotkałaby go jakakolwiek krzywda a ja nie kiwnęłabym palcem by jej zapobiec. - słowa dziewczyny były przesiąknięte prawdziwą obawą o tego Tremere - Gdyby choć Książę lub chociaż Szeryf jakoś zmienili swoje podejście do tego jedynego swojego podejrzanego... - desperacja Ann wdała się głos Baudelaire. Młoda Kainitka stanęła przed problemem na jaki nie była gotowa.
- Nie jesteś szczególnie wiarygodna, ale… zabaw mnie. To kto tak brutalnie morduje Kainitów w Nowym Jorku? - zapytała sceptycznie Elena.Ann rozumiała jak mikrą siłę ma słowo związanego krwią młodzika ale musiała spróbować.
- To co się stało z moją Koterią bardziej przypominałoby mi instalację artystyczną naszego Tzimisce, niż cokolwiek do czego byłby skłonny wykorzystać swój czas Tremere. Teraz w mieście może odgrywać się polowanie na innych tylko dlatego, że ciężko byłoby określić innego sprawcę niż tego który pojawił się przed oczami. Palafox z chęcią pozbyłby się Cyrila, więc taka sytuacja jest mu na rękę. - zamilkła na chwilę - Nie wiem, co miałabym zrobić żeby zapewnić mojemu opiekunowi choć chwilowy spokój. Czy istnieje cokolwiek co bym mogła powiedzieć, aby Książę spojrzał na sytuację bardziej łaskawym okiem? - zapytała z wyraźną desperacją w głosie.
- Cóż… dwie sprawy kochanie. Po pierwsze… twoje podejrzenia to trochę za mało na dowód. Gdyby oprzeć sprawę tylko o takie skojarzenia, to szeryf już dawno ubiłby Cyrila. Po drugie… choć może to dziwić to twój opiekun nie jest zagrożony ze strony Marcusa czy Księcia. Ba, nawet drogi Augusto nie jest tu problemem. Tylko Nosferatu… słyszałaś może o Lucjuszu Wildzie?- zapytała Toreadorka.
- Nie, nie słyszałam... - przyznała Ann.
- Nie dziwi mnie to. Lucjusz to jeden z tych trybików w maszynie, który będąc niepozornym jest jednocześnie bardzo ważny. Był buchalterem wielu ważnych Kainitów i opiekował się ich majątkami. Był ważnym punktem w planach Haerza i do tego, był jeszcze Nosferatu. Był też osobą, którą Cyril widział przy życiu jako ostatni. Jak się domyślasz jego śmierć wywołała furię tego klanu… gniew wymierzony w Cyrila właśnie. - wyjaśniła cierpliwie Elena.
- Mój opiekun może nie być zagrożony ze strony Księcia, ale to Książę może być tym, który powstrzyma kły Nosferatu na jakiś czas. Jaki byłby powód dla Cyrila, by jeszcze głębiej zakopywać się tym bagnie, gdy już i tak jest na celowniku zbyt wielu osób?
- Nie muszę ci chyba przypominać o jego sytuacji finansowej? I o długach jakie zaciągał? - zapytała retorycznie Elena i dodała spokojnie. - Nie twierdzę moja droga, że Cyril go zabił. Nie sądzę by szeryf tak sądził, skoro twój opiekun nadal jest na wolności. Niemniej Nosferatu są wściekli… i mogą zachować się mniej racjonalnie niż Falconi. I tego pewnie się twój Tremere boi.
- Powiedz mi pani, czy jest cokolwiek co bym mogła zrobić aby poprawić sytuację w jakiej znalazł się Cyril? - zapytała cicho.
- Jeśli wiesz gdzie się ukrywa lub znasz jego kryjówki, to nikomu o nich nie mów… nic nie wyjawiaj. Nie udawaj się do nich. I obecnie… nie ufaj żadnemu brzydalowi. Poza Marcusem oczywiście. Szeryf jest przede wszystkim wiernym psem Księcia i nieco służbistą. Prawo i Maskarada stoją u niego ponad lojalnością klanową. - oceniła Toreadorka.- A więc to wszystko co jestem w tym stanie zrobić? - z głosu Ann wychodziło, że dziewczyna jest naprawdę rozczarowana sobą, a raczej swoją niemocą.
- Niestety tak… jedyne co możesz zrobić, to pozwolić Falconiemu pracować. Jest bardzo zdeterminowany, by rozwiązać tą sprawę. Bowiem ośmieszono jego siatkę wywiadowczą.- odparła Elena i westchnęła. - Oczywiście byłoby miło, gdybyś podrzuciła nagranie jak ów Tzimisce przyznaje się do tych zbrodni, ale… jakoś nie wyobrażam sobie, że jeździ on z prowincji do nas i z powrotem, tak dla zabawy mordując przypadkowych wysoko postawionych Kainitów. Może i twoich towarzyszy było łatwo dopaść, ale wpływowe wampiry są obdarzone zdrową paranoją i mocno inwestują w swoje bezpieczeństwo.
- Rozumiem, pani... - przyznała dziewczyna niechętnie - Dziękuję za wysłuchanie mnie, bo... - urwała na sekundę - ... w tej sytuacji naprawdę nie wiedziałam już co uczynić i do kogo mogłabym się zgłosić.
- To skomplikowana sytuacja, muszę to przyznać. - westchnęła Elena. - Węzeł, który ktoś inny musi rozplątać. A twój opiekun, to stary Kainita, umie dbać o swoją skórę. Nie martw się więc aż tak… a co do Palafoxa, gdyby Primogen mógłby się go łatwo pozbyć, to zrobiłby to już dawno temu. Najwyraźniej więc… nie może.- Czy to naprawdę zwykłe zachowanie Williama, że zachowuje się agresywnie protekcjonalnie, gdy sądzi, że ktoś może czynić szkodę osobie jaką lubi? - Ann odważyła się zapytać.
- To szlachcic moja droga… średniowieczny szlachcic. Mógł przeżyć wieki, ale nie wyzwolił się ze zbroi którą wtedy nosi. Jest więc deczko… staroświecki.- wyjaśniła Toreadorka.
- Ostatnio poznałam jego... naturę krzyżowca.
- Dzisiaj jesteśmy artystami, ale w przeszłości nie byliśmy kuglarzami… tylko też rycerzami.- przyznała wampirzyca. - Czy cię to martwi… ta samcza nadopiekuńczość Blake’a?
- Była... nieoczekiwana. Trochę taka... na wyrost? - zaryzykowała stwierdzenie - Może gdybym była innej płci to bym rozumiała…
- Jesteśmy tak samo emocjonalni jak Brujah moja droga, tylko my nie ograniczamy się do gniewu.- odparła wampirzyca. - Jesteśmy nadwrażliwi po prostu.
- Porozmawiam z nim. Na razie mamy problemy inne na głowie. - westchnęła - I ciężko mi o Cyrila się nie martwić, pani…
- Williamem się nie przejmuj. To nie Brujah, nawet jeśli wpadnie w gniew to zachowa nad sobą kontrolę. Nie zrobi nic głupiego.- pocieszyła ją Elena.
- Dziękuję za słowa... - dodała z prawdziwą wdzięcznością.- Och.. nie masz za co. Wpadnij może czasem do mnie z Williamem. Już za długo siedzi w tej swojej samotni. - westchnęła Toreadorka.
- Czy wiesz czemu aż tak się odseparował? Przez potomków?
- Nie miał szczęścia w miłości. Niestety ma fatalny gust jeśli chodzi o męskich potomków. A kobiecych nie tworzy. - wyjaśniła Elena. - Ze swoim twórcą też skończył dość dramatycznie romans.
- Aż dziwne, że mnie tak polubił...
- Jest opiekuńczy wobec niewiast. To część rycerskiego kodeksu… czy czegoś w tym rodzaju.- stwierdziła melodyjnym głosem Elena. - Poza tym oddana mu zostałaś w protekcję, więc… obudziłaś jego dawne nawyki.
- Sądzisz, że byłby w stanie skrzywdzić Cyrila kierując się tą... rycerskością wobec mnie? - w głosie Ann pojawiła się obawa.
- Hmm… nie wiem… może… - zamyśliła się Elena. - Choć w to wątpię. To nie w jego stylu.
- Jak znowu będę mogła do miasta wrócić to zaciągnę Willa do ciebie, pani. Też... tęsknię.
- Domyślam się za kim.- rzekła figlarnie Kainitka.
- Ciągle pamiętam twój liścik do mnie. - zaśmiała się - Twoja przyjaciółka... To było nowe i przyjemne.
- Też pamiętam tamtą noc, no i nadal mam twój szkic. - odparła ciepło Kainitka.- Lubię zbierać pamiątki.
- Moje... zaginęły, gdy w Kanadzie mnie porwano. - westchnęła.
- Współczuję.- odparła czule Elena.- Czy mi się wydaje, czy na samym początku sądziłaś pani, że Przemienił mnie William? Miałaś nadzieję, że pokonał swoją niechęć do przemieniania kobiet? - zapytała z nutką ciekawości w głosie.
- Niewielką nadzieję, że przy kreacji potomków zacznie używać rozumu a nie serca.- przyznała Toreadorka. - Zazwyczaj przemienia tych, w których się zakochuje.Ann skrzywiła się.
- Mam niezbyt dobre opinie o... przemienianiu tych, na których ci zależy... - mruknęła niechętnie.
- Ja też… ale William jest poetą. Nieuleczalnym romantykiem. - przypomniała jej Toreadorka.
- Tylko... w ten sposób kieruje się samolubną chęcią. - westchnęła - Choć może inaczej jest jak do klanu wstępujesz…
- Czas uczy nas, by ostrożnie i z umiarem dzielić się darem nieśmiertelności.- wyjaśniła Kainitka.
- Pewnie niedługo z William będę miała seans. Nie będę już zabierać więcej ci czasu, pani.
- Seans?- zdążyła zdziwić się wampirzyca nim Ann się rozłączyła.
William już wszystko przygotował do seansu, do którego nie było wielu chętnych. Na komputerze, nie podłączonym do sieci, w jego prywatnym gabinecie zawartość pendrive’a chciał oglądać tylko on, Vincent, Jaine Love i Ann właśnie.
Jak się okazało… plik wideo. Tzimisce miał skłonności do dramaturgii.- Wszystko gotowe? Na pewno? Nie chcę wpadek i powtórek…- zaczął od mówienia do kogoś za kamery.
- Jest ok szefie.- usłyszał w odpowiedzi, gdy widzowie oprócz samego Diabła był stół operacyjny oraz pacjent. Zmasakrowany Kainita, o zdeformowanych rysach ( co Tzimisce uznał pewnie za zabawne), oraz o licznych ranach i uszkodzeniach ciała. Mocno wydrenowany z krwi przypominał ochłap mięsa. Próbował coś mówić, ale Kainita z pewnością wyrwał mu język.
- Raz, dwa, trzy… zaczynamy.- rzekł Diabeł i wskazał na więźnia.- Jak widzicie drodzy Giovanni wasz dostojny gość nadal egzystuje. Gębą się nie ma co martwić, da się to naprawić, a reszta odrośnie.Wzruszył ramionami. - Znudził mi się i… zamierzam wam go sprzedać, bo ta łajza nie jest warta ubicia…-
Dalej były znane Ann warunki odsprzedania Kainity i zapewnienia o tym, że dotrzyma słowa o ile Giovanni dotrzymają. Ciężko było ocenić, gdzie właściwie się znajdowali, bo całe otoczenie poza Tzimisce i jego ofiarą tonęło w mroku. Co do samego czasu i miejsca wymiany, to detali nie podał. Za trzy noce miał szczegóły dosłać pocztą.- Co on w ogóle ma do nekromantów? - mruknęła Ann.
- Tylko oni to wiedzą.- przyznał William, gdy Tzimisce popisywał się swoim makabrycznym poczuciem humoru.
- Mój więzień podpisuje się pod moim wystąpieniem wszystkimi swoimi palcami. - mówiąc to wysypał z sakiewki na blat dziesięć uciętych palców.Ann skrzywiła się.
- Mam nadzieję, że naprawdę nas nie chce tak potraktować jak tego biedaka…
- Nie wydaje się szczególnie zainteresowany nami. Dotąd porwał tylko dwóch Giovanni. - zastanowił się Blake głośno.
- Okup? Jak dla mnie nie ma to sensu. Po co mu pieniądze. Najwyraźniej ma wszystko czego potrzebuje.- zastanowiła się głośno Ravnoska.
- Może chce tak ich sprowokować? En masse? - zgadywała Caitiffka.
- Pytanie tylko do czego.- zastanowił się Blake.- Giovanni nie wjadą tutaj z wojskiem, bo przecież takiego nie mają. A nawet gdyby wjechali, to przecież pewnie go tu już nie będzie.
- Mogłam też powiadomić innych Giovanni, nie zależało mu na dokładnie tych.
- Jakich… innych Giovanni możemy powiadomić, poza tymi którzy są u nas w domenie? Lub tymi w enklawie?- zapytała Jaine.
- Miejscowi i zamiejscowi. O Europie chyba nie mówił... nie?
- Nie mamy takiej możliwości… - wzruszył ramionami Blake.- By skontaktować się bezpośrednio z europejskimi.
- Ja stawiam na pułapkę... - westchnęła Ann.
- Tak. To jest potencjalna opcja. I być może Giovanni ją rozważą. Ale jeśli ten Kainita jest dla nich ważny… będą musieli podjąć to ryzyko.- odparł spokojnie Vincent.- Ciągle mamy Vitae... - Ann spojrzała po wszystkich.
- To cenny zasób. Ale i obosieczna broń. - oceniła Jaine i potarła czoło mówiąc. - Niemniej… nie jestem pewna, czy powinniśmy się angażować w to… zupełnie za darmo. Może… Giovanni nam dadzą jakąś ofertę?
- Nie mam zamiaru bezinteresownie działać. - odparła Ann z jakąś powagą - Nawet jeśli nie oni... to osobiście mi trzeba więcej rozmowy z Tzimisce.
- Naprawdę chcesz z nim znowu rozmawiać? Przyjechałaś rozstrzęsiona.- przypomniał jej Toreador.
- Napiłam się i już mi lepiej. A do tego złapał mnie w... niekontrolowanej sytuacji na głodzie. - mruknęła.
- Cóż… nie sądzę by kolejne rozmowy przebiegały inaczej. - zamyślił się Vincent. - Wygląda na to, że lubi mieć pełną kontrolę nad sytuacją. I stara się udawać bardziej szalonego niż jest.
- Zaryzykuję. - powiedziała pewnie, a William mógł mieć wrażenie, że przemawia krew Cyrila…
- Nie pozwolę ci na takie ryzyko.- odparł butnie Blake, a Ravnoska dodała. - Oboje nie macie w tej sprawie nic do powiedzenia. Sam wybierze z kim i w jakich okolicznościach zechce rozmawiać. Jak dotąd dobrze się przed nami ukrywał. Nie sądzę by to się zmieniło w ciągu najbliższych nocy.Ann spojrzała na Toreadora ze złością. Jak on śmiał jej cokolwiek zakazywać...
- Będziemy musieli pogadać poważnie... - fuknęła do Williama, który swoim zachowaniem mógł uczynić krzywdę Cyrilowi. Powstrzymywać ją przed czynami, które mogą pomóc Tremere.
Cień rzucany przez Ann zadrżał na podłodze niczym ogon wściekłego zwierza gotującego się w skrępowanej irytacji i niemocy.
- Oczywiście.- odparł dwornie Kainita. Tymczasem do pokoju wpadł Garry.
- Książę przyjechał.- zameldował.
-
OSTATNIE SPOTKANIE ELENY PRZED ŚMIERCIĄ
Annabelle nie była w stanie teraz się skupić na wystawie czy na zawieraniu lepszych znajomości z potencjalnymi klientami, urabianiu ich dla braci. To co teraz usłyszała od Benoita i Christophe....
- Nie zgodzę się na to! - warknęła przez zęby do obu, gdy byli na uboczu galerii House of Arts - To moja część majątku i fundacji...
- Nie będziesz stratna, a do tego pozostaniesz wolna. Zapewnimy ci dostatnie życie, nawet będziesz wciąż zajmowała się PR rodziny. - starszy z braci położył dłoń na ramieniu Annabelle.
- Nie rób tego trudniejszym. - Christophe patrzył wzrokiem polującego drapieżnika, w oczekiwaniu na zły ruch siostry - Nie nadajesz się do takiej odpowiedzialności za biznes.
- Chciwi jebańcy, nie przepiszę nic! - fuknęła dziewczyna.Benoit westchnął lekko i spokojnie odparł.
- Przemyśl to na spokojnie. Nie kieruj się pochopnymi myślami. Przedyskutujemy jeszcze w Francji. - Benoit zdjął położoną rękę z ramienia Annabelle i uśmiechnął się lekko do siostry nim odszedł w kierunku biznesmenów.
Annabelle poczuła brutalny uścisk na nadgarstku i zobaczyła zimny wzrok drugiego brata, wpatrującego się w jej oczy.
- Nie pozwolę na szkodę dla interesu... i zaprzepaszczenie naszych planów. - wyszeptał jej do ucha - Pamiętaj.
Annabelle poczuła jak uścisk Christophe się zwiększył, co wywołało jęk bólu dziewczyny.
- Przepraszam… ale House of Arts to miejsce podziwiania sztuki, a nie zabawy w pyskówki i… przemoc. - nie wiadomo skąd właścicielka galerii pojawiła się tuż przy nich. Jej spojrzenie i sylwetka, mimo że była niższa i drobniejsza od obu braci, wymuszała natychmiastowy posłuch. Christophe niemal odruchowo skulił się, jakby oberwał batem od nadzorczyni niewolników. A ręka Annabelle została puszczona.
Annabelle zaczęła rozmasowywać nadgarstek, gdy Christophe odsunął się od niej, patrząc na Elenę z niezrozumiałą dla siebie obawą.
- Podniosło nas, to tylko nieporozumienie rodzeństwa. - ukłonił się kobiecie nisko - Wybacz, pani.
Wciąż poruszona wydarzeniem Annabelle nic nie powiedziała, jedynie obserwując brata lodowato.
- Bądź dobrym chłopcem i przynieś mi coś do picia, dobrze? - zapytała ciepło Miss Dubois i młodzian pomknął niemal w podskokach w kierunku kelnera z trunkami.
Annabelle patrzyła za bratem chwilę nim spojrzała na właścicielkę galerii.
- Przepraszam, że uniosłam głos. Było to nieodpowiednie z mojej strony.
- To prawda… cieszy mnie to, że zatrzymałam was zanim zrobliście tu scenę. - odparła Elena uśmiechając się ciepło.
- Bardziej by to się nie rozwinęło. - odparła nienaturalnie spokojnie, wręcz wymuszenie - Mam nadzieję, że nie będziesz tego trzymać jako urazy.
- Drobiazg… - machnęła ręką blondynka.- … nie przejmuj się.Annabelle się nie przejmowała, Annabelle wodziła wzrokiem po zgrabnej sylwetce filigranowej kobietki opiętej ciasną i krótką sukienką. Tymczasem jej brat wrócił z kieliszkiem i został ciepło acz stanowczo odprawiony przez Elenę. Widać nie lubiła mężczyzn sięgających tak łatwo po przemoc wobec kobiet.
Annabelle uśmiechnęła się lekko, gdy Elena odprawiła Christophe.- Mój brat się zapędził. To nieoczekiwane zachowanie.
- O co właściwie poszło? Wyglądało dość… brutalnie z boku.- odparła Elena pochłaniając swoim spojrzeniem Annabelle. Czuła się ona najważniejszą osobą w galerii, gdy wzrok blondynki pożerał ją. I było trochę jej głupio, gdy zerkała ukradkiem na duży szmaragd naszyjnika spoczywający na dekolcie Eleny. Trochę zazdrościła zimnemu kamieniowi.
- Wybacz, wewnątrzrodzinna polityka. - spojrzała w bok - Nie mogę i nie chcę o szczegółach mówić.
- Nie szkodzi, nie jestem aż tak wścibska. - odparła wstydliwie blondynka i westchnęła. - Już cię kiedyś widziałm, prawda?
- Jestem w House of Arts z dwa razy do roku, przy okazjach interesów z Baudelaire. - odparła cierpliwie, nie dając do zrozumienia, że zasmuciło ją to, iż nie zapisała się w pamięci Eleny - Annabelle Baudelaire.
- Wybacz mi Annabelle. Prowadzę intensywne życie towarzyskie, przez które przewija się tyle ludzi, tyle twarzy, że trudno mi zapamiętać każdą śliczną buzię. - odparła ciepło i wstydliwie blondynka.
- To żaden problem, dobrze rozumiem problemy, jakie stwarza każda intensywność w interesach, co zapewne na relacje towarzyskie się przekłada.
- Niestety…- odparła blondynka żartobliwie. - ... mam zawsze dużo spraw na głowie i zawsze mało czasu. Nie dla mnie ciepło kominka, ciepłe kakao w dłoni i chętne paluszki do rozmasowania mi szyi i karku.
- Na to ostatnie wielu kandydatów pewnie by było. - Ann starała się zachowywać opanowany wyraz.
- Mhmm… z pewnością. I kandydatek. - odparła żartobliwie blondynka muskając palcami swoją szyję.- Niestety zawsze jest jakieś przyjęcie w galerii, jakaś impreza, na które muszę być, jakieś ważne spotkanie.
- Ciągle jesteś gdzieś chciany. Mnie po świecie tak interesy rzucają. Tu chociaż można zawsze odpocząć na zapleczu, czego nie ma na spotkaniach biznesowych z wysoką średnią wieku partycypantów.
- Och, tak... tam to dopiero są nudy.- zaśmiała się cicho Elena i rozglądając się dodała. - Toooo… jak ci się podoba wystawa?Annabelle ogarnęła wzrokiem wystawę.
- Pytasz o nadchodzące interesy w tym miejscu czy o sztukę? Jeżeli o to drugie to powiem wprost - do poziomu tych artystów nigdy nie dojdę. Zbyt niesamowity warsztat. Twój pewnie też. - uśmiechnęła się.
- Och… chciałabym, ale nie jestem dość utalentowana by się popisywać. Oraz zbyt staromodna by jechać na fali prowokacji i skandalu. - zaśmiała się sarkastycznie Elena i dodała.- Interesy zostawiam na czas, gdy słońce pieści ziemię. Po zmroku interesuje mnie tylko przyjemność.
- Kiedy ty śpisz?
- Hmm… kilka godzin przed świtem i kilka godzin o poranku. Nie jestem rannym ptaszkiem niestety. Na szczęście moja praca pozwala mi unikać horroru wczesnego wstawania. - zaśmiała się perliście Elena. - A skoro już tak intymnie pytamy, to gdzie zamierzasz ty spać dziś?
- Taki tryb jest niezdrowy, wiesz o tym. - westchnęła - Nie jestem pewna. W hotelu z braćmi powinnam. Po prostu nie wiem czy chcę…
- Wyglądasz na dużą dziewczynkę, na pewno pełnoletnią. Nie musisz się trzymać spodni braci.- zażartowała blondynka podchodząc bliżej, tak że zapach perfum jak i intensywny seksapil Eleny owinął się niczym anakonda.
- A… - Annabelle było ciężej myśli zebrać - …czy… masz jakiś… pomysł…?
- Mogę cię porwać. - odparła cicho Elena i rozejrzała się.- To przyjęcie lekko mnie znudziło i mam apetyt na odrobinę… pikanterii.Annabelle spłonęła rumieńcem.
- Um… Ehm… Co sugerujesz…?
- Wino… kominek… jakieś przysmaki i rozmowy na początku. Na końcu… kto wie… może nawet zobaczysz jakie majtki noszę. - zażartowała blondynka i spytała. - Zainteresowana?
- Emm… - spojrzała w podłogę - Może… Tak…?
- Co by cię… przekonało do solidnego tak? - zapytała dyskretnie nachylając się ku Francuzce.Annabelle zrobiło się słabo. Nogi jej osłabły.
- Um… Może… Pozwolisz mi… - z trudnością mówiła - Naszkicować swój akt…?
- Myślę, że pozwolę ci na wiele więcej niż tylko szkicowanie. - wyszeptała Elena.Dziewczyna jedynie pokiwala głową dość… porażona ofertą.
- Chodźmy więc.- zadecydowała Elena chwytając Annabelle za dłoń i ciągnąc za sobą ku wyjściu. Francuzka żadnego oporu nie stawiała.
Elena mieszkała luksusowo, czego oczywiście można było się spodziewać. Rozległe pokoje ze ścianami gustownie ozdobionymi obrazami. Nic młodszego od art déco. No i był kominek, który zapalało się dyskretnie naciskając pilota. I była duża sztuczna skóra niedźwiedzia polarnego.
Elena zrzuciła z siebie żakiet na kanapę odsłaniając ramiona i szyję… ciało miała z pewnością godne modelki. Gdyby nie niski wzrost pewnie by jako modelka pracowała.- Czuj się jak u siebie w domu, pójdę po wino i szkicownik. Mam nadzieję, że lubisz bardzo mocne… bo ja tak.
- Tak, tak… - Annabelle wydawała się w tym momencie zastanawiać czemu na to tak przystała… i czy powinna w ogóle.Blondynce zajęło chwilę czasu skompletowanie sprzętu. Przyniosła butelkę wina na tacy, wraz dwoma pustymi lampkami, korkociąg do otwarcia dużej butelki ciemnego płynu, szkicownik i węgle do rysowania.
- Pozwolisz, że się na moment oddalę? Przygotuję się do pozowania, no i muszę jeszcze gdzieś zadzwonić. Ty w tym czasie odkorkuj butelkę i jeśli chcesz, to się napij. Nie przejmuj się mną. Mamy jeszcze kilka butelek do opróżnienia, jeśli starczy nam na to ochoty i sił.- rzekła podając dziewczynie tacę. - Rozgość się… no i nie musisz mieć tyle ubrań na sobie. Liczę na to, że będziesz czuła się u mnie… swobodnie. - jej języczek przesunął się po jej wargach nadając wyjątkowo lubieżny posmak ostatniemu słowu.
Annabelle zaczęła się zastanawiać, czy zostanie tu zgwałcona…
- Uhm… Jasne… - dziewczyna była dość zagubiona… Czemu tak ją wzięło?
- Wyglądasz na rozkojarzoną. Co się stało?- zapytała Elena stawiając tacę na skórze niedźwiedzia i pokazując Annabelle swoją gibkość, krągłość pośladków i nogi których baletnica mogłaby pozazdrościć.
- Po prostu... - próbowała znaleźć słowa, starając się nie patrzeć za bardzo na krągłości kobiety - ... dużo się dziś stało. To wszystko. - zdjęła z siebie własny grafitowy żakiet, który położyła obok żakietu Eleny. Na szyi pozostawiła czerwoną apaszkę, opadającą końcówką w dekolt kremowej luźnej bluzki o rękawach przed łokciami.
- Nie musimy się nigdzie spieszyć. Mamy całą noc dla siebie.- odparła Elena otwierając wino i nalewając trunku do lampek. Usiadła z nimi na skórze oczekując, by Annabelle przysiadła się do niej. - Możemy zacząć od rozmowy o tym co się wydarzyło w mojej galerii. Jeśli nie jest to przygnębiający dla ciebie temat.Annabelle po chwilowym wahaniu usiadła obok Eleny, na siłę nie patrząc w kierunku dekoltu.
- Nie ma zgody między mną a braćmi w biznesie, a Christophe... nigdy się nie lubiliśmy.
- Nie mam doświadczenia w tej kwestii, będąc jedynaczką… niemniej jak dla mnie to dobra chwila, by poszukać sobie dobrej kancelarii adwokackiej. Tak na wszelki wypadek. - Elena podała Ann lampkę wina i upiła ze swojej mówiąc łobuzersko. - Rozbieraj mnie wzrokiem ile chcesz. To nie ma znaczenia wobec faktu, że i tak zmusisz mnie do faktycznego rozebrania się.Policzki Ann zaszły rumieńcem, zanim jeszcze upiła wina.
- Bawi cię to. Natura była łaskawa dla ciebie to korzystujesz.
- Oczywiście, że mnie to bawi. Nie przyszłyśmy tu wszak zanudzać się interesami czy też polityką. - odparła ze śmiechem blondynka. - Liczę że ty też będziesz się dobrze bawiła, więc zostaw pruderię za drzwiami. - przekrzywiła głowę na bok mówiąc. - Byłabym już goła, zgodnie z naszą umową, gdyby nie fakt, że pewnie by cię to już spłoszyło. Co więc powinnam zrobić, byś się wreszcie rozluźniła i poczuła swobodnie. Nie każę przecież tobie rozbierać się do naga… - po czym uśmiechnęła się łobuzersko. - ...choć może mam na to ochotę?
- Nie mam często relacji... łóżkowych z kobietami. - przyznała - Szczególnie... o tak niesamowitej urodzie…
- Och… umiesz prawić komplementy. - odparła Elena rumieniąc się i sama napiła się wina dodając. - A więc były jakieś relacje? Dobrze wiedzieć.Wzruszyła ramionami mówiąc. - Daj się ponieść chwili Annabelle. Póki co… obie jesteśmy ubrane i daleko od mojego wygodnego dużego łóżka. Czy tam dotrzemy, czas pokaże. Nawet jeśli nie… to mnie to nie martwi. Więc…
Spojrzała w oczy Annabelle pytając.- Opowiedz o swojej pierwszej kochance. Jestem gotowa zapłacić za te informacje… moją spódniczką.
Ann spojrzała w górę.- Córka biznesmena, z którym rodzice omawiali interesy podczas obiadu w drogiej restauracji.
-Ty uwiodłaś ją, czy ona ciebie… zakładam, że skorzystałyście z toalety? - zaciekawiła się Elena i dodała z uśmiechem. - Ja bym tak zrobiła.
Skinęła powoli głową.- Ona mnie... choć to z uczuciem nic wspólnego nie miało. - spojrzała w dół - Była już bardzo w takich relacjach doświadczona.
- Uczucia moja droga, są przereklamowane.- mruknęła Elena przybliżając się do Ann i muskając jej wargi czubkiem języka. - Doznania czasem… całkowicie wystarczą za nie.Odsunęła się i zabrała za uzupełnianie wina w lampkach. Wychyliła duszkiem swoją, wstała… rozpięła zapięcie wąskiej spódniczki i z pomocą dłoni i nerwowych ruchów bioder zsunęła ciasny kawałek swojego stroju, odsłaniając podwiązki swoich pończoch i batystowe skąpe majteczki… i krągłą małą pupę. Blondynka wydawała się wręcz hurysą w tej chwili.
Annabelle rumieniła się na ten widok.- Masz doświadczenie w takich spotkaniach... - zniżyła spojrzenie.
- Lubię dobrze się bawić.- po chwili górna część stroju została rzucona na podłogę i Elena usiadła w samej bieliźnie. Uśmiechnęła się ciepło dodając.- Reszta zostanie zdjęta, gdy już będziesz na to… chętna i gotowa. Na akt.Annabelle uniosła spojrzenie płonąc rumieńcem, który zakryła kieliszkiem z winem. Poluzowała bluzkę przy zakrytej szyi.
- A... po tym…
- To na co będziemy miały ochotę. - zamruczała sugestywnie blondynka wpatrując się łakomie w szyję Annabelle.Dziewczyna wzięła szkicownik I węgiel w ołówku.
- Jestem... gotowa.
- Dobrze… to jaką pozycję mam przyjąć? I jeśli to nie będzie problem… zostanę w pończochach. - rzekła ciepło Elena.
- Nie ma sprawy... - spojrzała na dywan przy kominku - Może... Na nim…
- Ty tu rządzisz…- zamruczała blondynka, mimo że sytuacja wydawała się całkiem na odwrót. Elena wstała i szybko pozbyła się stanika, a potem zmysłowymi ruchami bioder i dłoni zsunęła majtki. Tak naga położyła się na skórze niedźwiedzia, leżąc brzuchem w dół i wypinając pupę.Annabelle zaczęła rysować... choć czasem zadrżała jej ręka, a apaszka szybko opadła na ziemię.
- Gorąco trochę…
- Cóż… za chwilę i ty będziesz naga, więc problem gorąca rozwiąże się sam.- zamruczała Elena pozując z uśmiechem i nie odrywając oczu od swojego gościa.
- Byłam wtedy z kobietą... - odezwała się skupiona na rysowaniu - ...ale tylko raz było. Ty wolisz kobiety?
- Ja… lubię smakowite kąski… bez względu na to jakiej są płci. - oblizała się lubieżnie i patrzyła na Annabelle, jak na smakołyk.
Rysunek został wykończony. Annabelle skupiła się szczególnie na ustach i piersiach... jakby zapominając czasem o reszcie.
Jakiś czas temu zdjęła bluzkę, która zaczęła już jej przeszkadzać w tej atmosferze. Blondynka była modelką idealną. Zachowywała cały czas tą samą pozycję bez śladów znużenia i czasami odzywała się żartobliwie. Nie spuszczała oka artystki, szczególnie zwracając uwagę na nogi i szyję.- Jesteś... naprawdę idealna. - szepnęła łapiąc urywane oddechy.
- Ty też niczego sobie, choć oczywiście mnie trudniej ocenić… nadal jesteś ubrana.- Elena przekręciła się na bok.- Choć tu do mnie, ale już bez ubrania.Dziewczyna pozbyła się stanika i nerwowo zdejmowała resztę odzienia. W końcu podeszła do Eleny i usiadła na dywanie, okazując krągłości z napiętymi wzgórkami. Rozgrzane policzki wszystko wyjaśniały.
Elena łakomie oblizała usta i zbliżyła się do Annabelle. Zaczęła od pocałunku jej warg, namiętnego i długiego. W tym czasie, dłoń jej zanurkowała między uda kochanki, szukając wrażliwego zakątka. Znalazła go, gdy ustami pieściła jedną z piersi, potem znów zaczęła wędrować do szyi, by złożyć pocałunek, gdy palce sięgały tam, gdzie wzrok nie sięga. Potem… był krótki przeszywający ból… o dziwo w okolicy karku. A potem świat Annabelle zawirował z rozkoszy… kosmos wybuchł… Annabelle zorientowała się, że leży na futrze i jest w ekstazie. Zatraciła świadomość co się działo wokół niej… czuła tylko oślepiającą wręcz przyjemność poddając się woli doświadczonej kochanki.
Niezależnie co się działo, dziewczyna chciała więcej... Wręcz czasem błagała, by Elena nie przestawała nastawiając się na pieszczoty. Annabelle nie obchodziło nic poza chwilą obecną... aż przyjemność nie zamroczyła jej całkowicie.
Rano obudziła się sama, obolała nieco i zmęczona. Wręcz wyczerpana. Wczorajszy wieczór wydawał się rozkosznym snem. I tak jak przy wszystkich snach… detale się rozmywały.
Otworzywszy oczy zorientowała się że leży w łóżku. Nie wiedziała jednak jak tu trafiła. Zobaczyła swoje ubranie przewieszone przez krzesło, na którym leżała karteczka.
Pamiętała... to niesamowite uczucie. Wstała na drżących nogach, aby zobaczyć karteczkę.“Droga Annabelle. To był bardzo przyjemny wieczór i cudowna noc. Niestety po nocy przychodzi poranek, a za dnia jestem tytanem pracy. Mój lokaj już czeka na ciebie ze śniadaniem. Prysznic jest obok sypialni więc bez problemu się odświeżysz. Opłaciłam ci taksówkę, więc nie musisz się martwić o powrót do domu. Zawiezie cię tam gdzie chcesz.
Twoja wierna przyjaciółka. Elena.”To było napisane. Wierna… przyjaciółka…
-
Książę przybył… wraz z dwoma Malkavianami. Salvatore wydawał się zakłopotany i jakiś taki wyciszony. Locarius… cóż, był nadal sobą. W końcu zabójca zabójców, jak go nazywano, nie powinien dać się łatwo stłamsić.
- Cieszę się że widzę cię w dobrym zdrowiu.- rzekł Joshua na widok Ann, a następnie zwrócił się do Garry’ego. - Załatwmy sprawy po kolei. Otóż… - wskazał palcem na Malkavian za sobą.
- Porozmawiałem sobie z naszymi dwoma rozrabiakami i przy tej okazji Gorgonowi wymsknęło się Salvatore nie ma w sobie krwi Malkavian. Jest caitiffem, jednym z tych, których Papa Roach adoptował do swojej trzódki i… to co się wydarzyło w szkole, sugeruje bękarta klanu Gangrel. Mógłbyś ten fakt przebadać?-
- Jasne…- odparł Garry i zagarnął Stefana ramieniem.- No… chodź pogadamy na uboczu i zobaczymy jak sobie radzisz z dyscyplinami.A gdy ta dwójka się oddaliła, Smith spojrzał po zgromadzonych w pokoju Kainitach: Ann, Williamie, Jaine … i Locariusie który nie udał się z Garrym i Salvatore.
- Więc… co macie mi do powiedzenia ? - zapytał w końcu.
Ann spojrzała za Salvatore... i obdarzyła Joshuę dłuższym niezadowolonym spojrzeniem, gdy ten od razu uznał, że nie ma w nim krwi Malkava. Nie odezwała się jednak na to.
- Rozmawiałam z Tzimisce. Przejął mnie na drodze. Tak mnie polubił, że nawet swoje zabawki zabrał by pokazać. - odezwała się Ann i zaczęła opisywać wydarzenia, po czym wskazała na leżącą pod ścianą torbę - A to prezent dla Szkaradźca.
- Mhmm… czyli teraz robimy za doręczycieli. Miło.- Kainita podszedł do torby i zajrzał do niej. - Urocze… widać ma maniery wyniesione z Sabatu.
- Co z tym zrobimy?- spytała Jaine, a Smith podrapał się po karku. - Chyba sami wiecie co. Trzeba powiadomić Giovannich. Czy będziemy stać z boku, czy włączymy się do zwalczenia tego sabatnika każda pomoc się przyda.
- Niszcząc tamten Sabat pomogliśmy Tzimisce. Szukali go. - dodała Ann.
- No cóż… nie mogliśmy bandzie napakowanych testosteronem idiotów dać ganiać swobodnie po mojej domenie, nieprawdaż? Bez inteligentnego przywódcy i bez rozumnego doradcy nie byliby subtelni w poszukiwaniach. - zastanowił się głośno Smith spoglądając po zebranych osobach.
- Zwiększyła się liczba zaginięć śmiertelników ostatnio? Bo on ma sporą świtę i musi ją jakoś wyżywić.- rzekł się głośno Blake.
- Nie wydaje mi się, by wzrosła ilość osób zaginionych.- odparł szeryf. - Jak na razie jedynym… że tak powiedzmy, tropem poza tą torbą i innymi przesyłkami jest…- westchnął ciężko zerkając na Gorgona. - Znalezisko Malkavian. I jak tylko Garry skończy sprawdzać i testować Salvatore wyruszy się nim zająć. Są jacyś chętni do pomocy? - Locarius uniósł dłoń. - Jacyś miejscowi chętni.Malkavian dodał.- Ja tu się czuję jak w domu.
- Trzeba biologa sprawdzić. - spojrzała na Joshuę - Mogę być chętna, ale... co z jego wcześniejszą przesyłką dla mnie?
- Myślę, że ją zachowamy w tajemnicy. W końcu nie była przeznaczona dla nich.- zadecydował Joshua. Potarł kark.- Moje ghule za dnia sprawdziły przeszłość biologa i nie odkryły nic. Zanim zaciągnę nauczyciela na posterunek i go przesłucham, chcę wiedzieć jakie pytania zadać. W tym celu potrzebujemy zeznań świadka. Jakkolwiek to brzmi absurdalnie, potrzebujemy przesłuchać tego węża.Ann uśmiechnęła się z rozbawieniem.
- A później poszukam Tzimisce. - nagle zdecydowała Ann.
- Może następnej nocy. Dziś już chyba wystarczy nam podarków od niego.- odparł Książę i zwrócił się do Ann. - Czy odczuwasz potrzebę przydzielenia ci ochrony? I gdzie zamierzasz spędzić następny dzień?
- Nie. - zaprzeczyła pewna swego Ann - Chyba muszę tu, bo niania - spojrzała na Willa - będzie zła.
- Po prostu dbam o ciebie.- odparł z wyrzutem William, wywołując cichy chichot obu ludzkich magików.
- Nieważne…- machnął ręką Smith i zwrócił się do Toreadora.- Spakuj prezenty od Tzimisce i schowaj w swojej trumnie. Jutro je damy. Jaine, my love, sprawdzisz dla mnie przyszłość w kartach?
- Spróbuję.- westchnęła Ravnoska i ruszyła do salonu, a szeryf za nią.Ann skrzyżowała ręce na piersi patrząc twardo na Williama.
- Cyril chyba cię nie prosił o ochronę mnie przed światem?
- Miałem zadbać o ciebie, a to oznacza także dbanie o twoje bezpiecze…- Blake spojrzał w kierunku Locariusa, który stał z szerokim uśmiechem i gapił się na oboje. Dwójka smiertelników opuszczała zaś pokój. Nagle Vincent zamyślił się i spojrzał na czarownika.
- Mała czarna?
- Mała czarna, trochę tu pobędziemy.- odparł McElroy.Toreador zaś rzekł do Malkava.- Czy mógłbyś?
- Och, nie przeszkadzajcie sobie… lubię oglądać telenowele… zwłaszcza na żywo. - odparł bezczelnie Gorgon.
- Co ty w ogóle masz do Nadii? - niezrażona Ann przybliżyła się do Willa.
- Nic nie mam do Nadii. Niemniej ty znikasz bez słowa i zatrzymujesz się u niej, nie wiadomo z jakiego powodu. Tak jak nie wiadomo, czemu pojechałaś tam w ogóle. - odparł gniewnie Kainita.- Mam chyba prawo być zaniepokojony.
- Nie było cię. A chyba tam najlepiej ukryć się przed Tzimisce.
- Niemniej jakąś wiadomość mogłabyś zostawić, a i przecież…- odparł William potarł czoło.- Nadia nie jest godna zaufania. Jej lojalność, jeśli jakąś ma, leży u Palafoxa. A on przyjacielem Cyrila nie jest.
- Popcorn… żałuję, że już nie mogę go jeść.- wtrącił znienacka Locarius dodając ciszej po chwili. - Nie przeszkadzajcie sobie.
- Nie mogłam powiadomić. A ty nie jesteś moim ojcem! - prychnęła Ann.
- Dum, dum, duuum….- wtrącił Locarius podśpiewując dramatycznie.- Ale zwrot akcji.-
- Jestem za ciebie odpowiedzialny… to wystarczy. Nie chcę by ci się stało coś złego. - stwierdził w miarę spokojnym głosem Toreador wykorzystując swój gniew do zabicia wzrokiem Gorgona. Niestety opanowanie tej wariacji dyscypliny Malkavów najwyraźniej nie opanował, bo Locarius nadal obserwował ich kłótnię.
- Jeszcze zacznę podejrzewać, że lecisz na mnie!
- Uuuu….- wtrącił Gorgon, a Toreador odparł w irytacji.- Nie bądź niedorzeczna. Jesteśmy zbyt martwi, by sprowadzać takie kwestie do seksu.
- To ty o nim mówisz. - parsknęła - Przecież nie jestem w twoim typie.
- Nie możesz wziąć pod uwagę, że jesteś moją przyjaciółką. I nie chcę byś wpakowała się w kłopoty? - stwierdził smutno William.Ann patrzyła w milczeniu na Toreadora nim odwróciła się do Locariusa.
- Spadaj stąd Gorgon. Niech ci z kart powróżą.
- To jest ciekawsze… -stwierdził Malkav nie zamierzając przerwać oglądania “telenoweli”.Caitiffka spojrzała na Williama.
- Toreadorzy nie przyjaźnią się z kundlami. Nie naprawdę. Jestem śmieciem w świecie klanowców, wyższe klany na mnie plują. Możesz to jako ciekawą zabawę widzieć, ale to przejściowe. - cicho odparła ze smutkiem - Możesz teraz zaprzeczać, ale taka jest rzeczywistość.
- W Stillwater wszyscy są wyrzutkami, nieważne z jakich pochodzą klanów… każdy z nas okazał się nie pasować do społeczeństwa naszego rodzaju. Niektórzy są tu dobrowolnie, większość jednak z przymusu. To nie Nowy Jork, ani żadna inna społeczność Kainitów jakie znasz. - odparł chłodno Blake urażony wyraźnie jej słowami.
- A jak by to wyglądało, gdybyśmy wrócili do miasta? Ciągle byś mnie za przyjaciółkę miał? - zapytała ze smutkiem.
- Oczywiście… nie wiem czy zauważyłaś, ale niespecjalnie mi zależy na elitce mego klanu, która widzi we mnie dojną krowę lub atut w politycznej grze lub zagrożenie… nawet Elena. - wzruszył ramionami Toreador. - Choć przyjazna wobec mnie, nigdy nie wychodzi z polityki. Mogę być jej przyjacielem, ale przede wszystkim jestem pionkiem w jej rozgrywce.- Cyril nauczył mnie jak działa świat do mnie. Czym, nie kim, jestem. Niezależnie kim byłam. - ból pojawił się w oczach Ann.
- Cyril nauczył cię swojej wizji świata. Niekoniecznie wszędzie jest ona prawdziwa.- odparł Toreador ignorując płaczliwe “To tak pięknie powiedziane” Locariusa.
- Doświadczam traktowania kundli od innych. - skrzywiła się - Salvatore przed tym uciekł do Malkavian.
- Nie uciekł. Został znaleziony i odstawiony do świątyni jego świątobliwości. Papa Roach uznał to za znak. - wtrącił Locarius, a William rzekł. - Jak wspomniałem, to nie jest Nowy Jork, ani Waszyngton, ani inne miasto… to jest Stillwater. Tu sprawy są załatwiane inaczej.
- Nie zostanę tu na zawsze. Ty w końcu wrócisz. - spojrzała na Locariusa, wyraźnie nie wierząc mu, nim odpowiedziała Willowi.
- Nie wrócę… nie mam powodu. Lecz znam ten syreni zew. Caitiffy, cienkokrwiści którzy wpadają do Stillwater, nie zostają tu na długo. Ambicja pcha ich do Nowego Jorku.- wzruszył ramionami Toreador.
- Wieczność to w cholerę czasu by zaszła zmiana, Will. - pierwszy raz Ann użyła tego zdrobnienia do Williama.
- Zakładasz błędnie, że tylko ja mogę ulec zmianie, a przecież zmienić się możesz i ty i twoja sytuacja w tej całej wampirzej sieci powiązań.- westchnął Kainita głośno.Ann na to nie odpowiedziała, choć jej wzrok dawał odpowiedź negatywną.
-Hej… coś odkryłem! -rzekł entuzjastycznie Garry wpadając do pokoju. - Tak jakby… w każdym razie Salvatore to nie Gangrel.
- Chyba nie Tzimisce. - jęknął Blake.
- Niee… raczej nie. - przyznał hippis.
- Nosferatu gadają ze szczurami. - odparła Ann.
- No… rzecz w tym, że Salvatore nie gada. Ani ze szczurami, ani ze ptakami… ani z niczym innym. Jego dyscyplina animalizmu jest okrojona tylko do węży. - wyjaśnił Garry.- Dziwne co nie?
- Dziwne… znajome. Spotkałem się z czymś takim… - przyznał Toreador.- Jest bardzo rzadka linia krwi, która ma dostęp do tej dyscypliny w tak bardzo wykastrowanej formie. To jakby to powiedzieć, cena jaką za nią płacą, tyle że…- westchnął ciężko. - Spotkałem ich w Arabii, to Dzieci Seta.
- Kto? - Ann absolutnie nie wiedziała kim oni są - Jest taki klan?
- Teraz zwą się Wyznawcami Seta, banda degeneratów przypisujące swoje istnienie egipskiej mitologii.- wtrącił Locarius znienacka i całkiem logicznie wyjaśniał.- Lubią deprawacje i węże… co w sumie ma sens. Zabiłem jednego jakieś pięćdziesiąt lat temu.
- To dość niezależny klan. - przyznał William.- Oficjalnie ich nie ma w Nowym Jorku, ale z pewnością jakieś ich gniazdo się tam kryje. Generalnie wolą trzymać się na uboczu i nie występują ani przeciw Camarilli, ani przeciw Sabatowi.
- Kiedy i gdzie go znaleźliście? - zapytała Malkaviana.
- Nie znam szczegółów… trzeba by jego spytać. A kiedy znaleźliśmy… ja go znam pięć lat… ale mógł być dłużej… - zadumał się Gorgon.
- A Książę Nowego Jorku walczy z tym klanem? Czy olewa?
- Trzeba by spytać szeryfa o to. - zastanowił się Blake.- Setyci nie toczą otwartych bitew. To konflikty dziejące się w cieniu. Nie wiem co Falconi o tym wie. I nie sądzę, by mi powiedział.
- Papa Roach naucza, że dobry Setyta, to nabity na pal Setyta. Wąż jest wrogiem karalucha.- wtrącił Locarius.
- Czy oni działają razem z Lasombra w mieście?
- Oni działają z kim popadnie… interesy prowadzą jak Giovanni.- wyjaśnił Toreador.- Korumpują członków innych klanów. Przynajmniej to robili na podbitych przez Arabów ziemiach.
- Huh. - Ann spojrzała na Garry'ego - Ale gada z wężem? - uśmiechnęła się z zadowoleniem - Będę musiała pogadać z tym kundlem, Salvatore.- Garry, ty pogadasz z wężem. Ann ty go zaprowadzisz do węża. Włamiecie się do szkoły, uwolnicie zwierzątka, węża weźmiecie ze sobą. Zabierzcie jakieś farby w spray’u i nasmarujcie prośrodowiskowe hasła, żeby to wyglądało na robotę przygłupów z ekologiczną obsesją.- wtrącił Smith wchodząc do pokoju i dodał. - Rozmówiłem się z nim właśnie z Salvatore. Nie jestem pewien czy poradzi sobie z tą dyscypliną którą właśnie u siebie odkrył. Lepiej więc, żebyś ty Garry, rozmówił się ze zwierzakiem. Poza tym…- spojrzał na Gorgona.- … wolę trzymać Malkavów z dala od szkoły.
- Odmawiasz im wykształcenia? - Ann się podśmiała.
- Ja jestem bardzo wykształcony. Skończyłem uniwersytet. Albo.. wypiłem do dna profesora. Na jedno wychodzi. - stwierdził oburzony Locarius.
- Zasłużyłeś na to. - Ann prychnęła do Locariusa i podeszła blisko do niego - Za upierdliwe przeszkadzanie mi i Willowi. Książę powinien ci zabrać pistolet za karę. - dźgnęła palcem klatę Malkavianina.
- Może spróbować. - uśmiechnął się Locarius drapieżnie, a Blake dodał. - Może i ja powinienem pojechać z Garrym i Ann?
- Czemu? - Ann spojrzała pytająco na Williama, po czym zwróciła uwagę do Gorgona - Albo zrobi co innego. - tym razem dźgnęła palcem na wysokości serca Malkavianina.
- Już ruszajcie.- zadecydował szeryf, a następnie zwrócił się do Williama.- Ty możesz być potrzebny tutaj. Oni sobie sami poradzą. Garry umie zadbać o siebie i swoich sojuszników.
- Uważaj Książę - zwróciła się do Smitha - bo zapracujesz na wieczną urazę uczuć mojej niani.
- No… nie traćcie więcej czasu. Noc nie trwa wiecznie. - popędził ich książę, a Garry mruknął do Ann.
- Chodźmy… musimy jeszcze wpaść do mojego sanktuarium po puszki z farbą. -Po tych słowach Gangrel opuścił pokój.

Wozik Garry’ego był starym, rozklekotanym i czerwonym vanem mercedesa.

Nawet przytulny, mimo że śmierdział uryną, marychą i… Ann wolała nie wiedzieć czym jeszcze. Te zapachy przypominały jej czasy tułania się po ulicy i przytułek Schwarza. Muzyka z kaset puszczana głośno, jakieś New Age’owe “plingu plingu”. I to był ten dyskretny wozik ze stajni Garry’ego ( i to także dosłownie, bo za garaż dla aut jego małej sekty robiła zaniedbana stajnia).
|-Oboje pojechali wpierw właśnie do sekty Garry’ego po zaopatrzenie. Jak się okazało na miejscu Gangrel miał spory zapasy farby sprayu oraz pomocników. Jakiś rodzaj łasic . Trzy takie zwierzaki zabrał ze sobą w roli pomocników. I tak przygotowani ruszyli wykonać zadanie. Dość absurdalne w sumie, bo Ann wątpiła by mityczny Dracula musiał się kiedykolwiek włamywać do szkoły, by ukraść gada z pracowni biologicznej. To bardziej pasowało na uczniowski prank, niż misję godną potworów przemierzających noc.-|
A jednak tu byli, jadąc miejską ulicą w towarzystwie łasic i puszek z farbą i dyskutując. Cóż, głównie to Ann dyskutowała, a Garry słuchał wtrącając coś od czasu do czasu. -

SŁODKA, SŁODKA KREW
Ann nie zamykała się nawet na moment. Mimo przeżytego traumatycznego doświadczenia z Tzimisce... wydawała się w naprawdę dobrym nastroju. I gadatliwym. Głównie obgadywała Williama i wylewała żale na Gangrela.
- On mnie traktuje jak swoje śmiertelne dziecko, nie szanuje moich wyborów! - marudziła do Garry'ego - Nawet Nadii zawracał głowę, gdy do niej poszłam! Jest niemożliwy!
- Jest nadopiekuńczy wobec tych których uważa za swoją… rodzinę, klan rodowy raczej.- odparł Gangrel ignorując fakt, że jedna z łasic właśnie sikała na wyrko z koców znajdujące się w wozie. No cóż… zapachu i tak raczej nie popsuje.
- Chyba wystarczy, że Cyril mną pomiata jak mu ochota przyjdzie i już przy nim nie wolno mi robić tego, co sama chcę, a teraz okazuje się, że także przy Willu nie mogę! - Ann wyglądała teraz jak naburmuszone dziecko.
- I William jakoś cię wiąże, zamyka w trumnie czy w pokoju… jakoś… zatrzymuje?- zapytał Garry odruchowo, przy zmianie kasety z jednym pseudo-hinduskim plumkaniem, na drugą… z niemal identyczną muzyczką.
- No nie, ale dziś był zły, że działałam bez jego wiedzy. To to samo co Cyril!
- No nie wiem. Nie wyglądał na rozzłoszczonego. Co najwyżej na zatroskanego.- ocenił Gangrel skręcając na światłach.
- Był! Chce mi zakazywać robić to, co jest wedle niego niebezpieczne. Najchętniej trzymałby mnie w szklanej gablotce pod kluczem! - wampirzycę wyraźnie irytowała ta kwestia - Jeszcze brakuje, by zaczął mnie "wychowywać" karami, jak mój Opiekun... - na koniec wydała się nieświadomie trochę skulić w sobie.
- William nie będzie cię karał, tym się nie martw. Tak naprawdę nie może ci niczego zabronić.- odparł Garry wzruszając ramionami. - Po prostu cię chroni.
- Jesteś pewien? - Ann zapytała z obawą - Że nigdy nie ukarze?
- Nie. Dużo krzyczy, ale nie ukaże ciebie. Może się poprztykać z Nadią o ciebie, ale nie martw się. Nadia jest twarda babka. To będzie wyrównany pojedynek i pewnie zakończy się remisem. - odparł Gangrel.
- Czyli mogę robić co chcę? - zapytała ostrożnie.
- A nie robisz czego chcesz?- zapytał zdziwiony Gangrel.
- Najwyraźniej mam nie chodzić bez pozwolenia nigdzie. - parsknęła.
- A pytałaś się go kiedykolwiek o pozwolenie?- zapytał ze śmiechem Kainita.
- Jak nie zapytałam czy mogę być poza domem, tylko nie wróciłam na dzień... To był zły. - wyraźnie reakcja Toreadora przywoływała złe wspomnienia.
- Mhmm… ale przede wszystkim, zapewne był zmartwiony. - przyznał gangrel.- Bo nie wiedział gdzie byłaś i czy ci się złego nie stało.Ann zamilkła wpatrzona w deskę rozdzielczą.
- Garry... czemu nie wrócisz do miasta?
- Znaczy… do Nowego Jorku?- zapytał hippis zerkając na Ann.
- Tak. -spojrzała na hippisa - Trwanie w Stillwater... nie jest tak ekscytujące. A gdy jest... to rzadka okazja.
- Ale ja już za życia miałem dość ekscytacji na całe nieżycie. Kule śmigające nad głową, dźwięk pikujących bombowców, wybuchy bomb i min, odgłos armat z oddali. Strach o życie. - zaśmiał się sarkastycznie wampir na moment jakby tracąc gdzieś całą swoją jowialność. Wzruszył ramionami wracając do swojej wesołej nuty w tonie głosu.- Zresztą czym tam jest życie Gangrela, jeśli nie trwaniem w oczekiwaniu na następną noc? Wegetacją. Duże miasta nie są dobrym miejscem dla Gangrela, niewielu się może w nich odnaleźć jak Raze.
- Ale marnujesz tak swój potencjał. - Ann zaprotestowała - Siedząc w jednym miejscu otoczony ghulami. Nawet managerii nie masz wielkiej na tak małym terenie.
- Nadia twierdzi że nie mam żadnego potencjału. I ma nieco racji, bo tak samo uważał Lucius wykopując mnie tutaj. Dał to autko, trochę kasy na drogę i radził nie wracać do Nowego Jorku. Nie ma przyszłości dla tchórzy wśród moich podwładnych.- wzruszył ramionami Garry i uśmiechnął się dodając. - Tak właśnie powiedział na pożegnanie.
- I ty się temu poddałeś? Tak po prostu? Wystarczyło powiedzieć kilka niemiłych słów? - mruknęła.
- A czemu miałbym zaprzeczać? Przecież miał rację. Jestem tchórzem, bo jestem pacyfistą. Poza tym nigdy nie potrafiłem opanować zmiany postaci w zwierzęcą. Nie potrafię wytworzyć pazurów na palcach. Jak mógłbym mu rzucić wyzwanie… nawet gdybym chciał to zrobić.- westchnął Garry. - Gangrele pod wodzą Luciusa to ponura i defetystyczna grupka. W ogóle do nich nie pasuję.
- A Lucius biega za każdym groszem, też nie mogąc nic osiągnąć. - parsknęła Ann - Gangrele pod jego wodzą mogą tacy być, pogardzani. Żule. Czemu ty jesteś gorszy od nich? Oni też nie są tacy, jakich chce ich Lucius widzieć. Ma swoje pazury, a i tak kasy zdobyć nie umie. Nie umie zwiększyć poważania klanu.
- Nie jestem gorszy…- odparł Garry i dodał uśmiechając się.- Jestem inny, tak jak Larry, Blake, Joshua czy Nadia. Jesteśmy inni niż ci w mieście. Nie pasujemy do nich.-Spojrzał przed siebie kontynuując. - Rzecz w tym moja droga, że gdybym był Primogenem to… pewnie wyprowadziłbym moich Kainitów z Nowego Jorku. Jesteśmy dziećmi dziczy jak wilkołaki. Miasto do nas nie pasuje. -
- Może właśnie tego potrzeba Gangrelom. Nie kiszenia się w Central Parku jak żule na ławkach. Jest masa terenu nawet blisko Nowego Jorku, który moglibyście zajmować. Droga Luciusa nie pasuje do kontrolowania klanu, może tylko grupkę. Ale nie większość. - spojrzała poważnie - A ty teraz postanowiłeś się zamknąć na wszystko w narkotycznej rzeczywistości, nie próbując niczego osiągnąć.
- To bardzo dobre argumenty, tyle że nie jesteśmy Toreadorami czy Ventrue. U nas argumentuje się przemocą, a Lucius jest biegły w przemocy. Możesz mi wierzyć. Mało kto może wygrać pojedynek jeden na jeden z Luciusem. Nawet Pawlukow nie śmie stanąć z nim do walki twarzą w twarz. - zaśmiał się Garry wykładając Ann zasady swojego klanu.
- To zdobywaj siłę przez innych, swoje stado, przysługi u innych... - wzruszyła ramionami - Nie wiesz ilu z Nowego Jorku poszłoby za tobą, gdyby była możliwość, bo sami tęsknią za dziczą. Lucius cię wyśmiał, zrobił złą prasę, ale to nie jest wieczne.
- Nie wiem czemu się nie ukryłaś u Lukrecji właśnie. Gadasz podobnie jak ona.- zaśmiał się Garry i dodał. - Prawda jest taka, że lider musi być wojownikiem, musi mieć serce drapieżcy… a ja swoje serce drapieżcy zostawiłem w Korei.
- Nie wiem czy wampir może przestać być drapieżcą... choć skrytym w tle. Bestia to Bestia
- Może stracić serce do walki jak William czy ja. - stwierdził Garry i dodał.- Ty wiesz, że takie lwy na przykład są strasznymi leniwcami i jeśli mają żarcie pod nosem, w ogóle nie chce im się polować?
- Ale kiedy zaatakują to okazują się potężnym przeciwnikiem. Tylko muszą chcieć choć się ruszyć by nie zdechnąć z głodu i samemu nie stać się pożywieniem drapieżnika. Muszą nie tylko być silne dla stada, ale nawet bardziej, mądrze stadem kierować by sił nie tracić na walkę, której można ominąć. Gangrele w mieście ciągle walczą z Brujah. Pytanie, ile z tego to dzięki chęciom Luciusa. Rozumiesz?- Oj tam oj tam. - zbył tę kwestię Garry. - Lucius by mnie zabił, gdyby uznał za zagrożenie dla swojej władzy. Tak właśnie robi. Trzyma wszystkich w żelaznym uścisku. Pod tym względem on i Groza są podobni.-
Dalsza rozmowa się urwała. Dojeżdżali do szkoły.
- Eeeem… teraz musimy znaleźć sposób by umieścić moich złodziejaszków w budynku szkolnym. A oni otworzą nam drzwi od środka. Któreś z nich.- stwierdził Garry wjeżdżając na szkolny parking. - Taki mam plan.
- Kanalizacja? Wstrzymają oddech? - Ann zapytała z rozbawieniem.
- Trzeba znaleźć nieduże wejście do środka, przez które one się przecisną. A wtedy chwilę poczekać i otwarte. Poradzą sobie z niektórymi drzwiami i oknami. Takimi które łatwo się otwiera od środka. - odparł Gangrel wysiadając. Następnie gwizdnął i trzy łasice podążyły za nim. - Ty weź puszki.Ann zrobiła co powiedział Gangrel.
- Mają imiona? - zapytała nagle.
- Nie wiem… zgarnąłem je i tyle.- zastanowił się Garry.- Możesz je nazwać jak chcesz. -Ruszył w kierunku szkoły.- Do kanalizacji je nie wepchniemy. Fretki nie lubią się przeciskać przez rury.
- Wentylacja? - zasugerowała.
- Już lepiej… poszukajmy kratek wentylacyjnych. Liczę też na to że trafimy na niedomkniętą część okna… małe okienko zostawione otwarte by był przewiew. - zastanowił się Gangrel.Przez pewien czas obchodzili szkołę, aż natrafili na odpowiedni otwór. Nie zakratowany, co wykorzystały gołębie zakładając w nim gniazdo… jakiś rok temu. Obecnie było puste. Garry wypiął się jak struna i łasice… czy też fretki weszły po nim, jedna po drugiej tworząc drabinkę ze swoich ciał dla ostatniej z nich. Ta znikła w kanale… a Garry wskazał na okna znajdujące się w pobliżu.
- Tutaj…- uśmiechnął się.- Musimy chwilę poczekać, ale tutaj jest najbliżej więc pewnie tędy wejdziemy.
- Które zwierzaki masz jako swoje ghule? - zapytała z ciekawością - Wilki?
- Duże koty… parę ptaków. Nie karmię ich tak regularnie. Większość jest wolna. - wyjaśnił Gangrel. - Lubią moje towarzystwo i moich wyznawców.
- Więc... nie musisz ich wiązać krwią? - wyraźnie ta opcja była dziwna dla Ann.
- Wiesz ile krwi musiałbym zużyć na wiązanie tych wszystkich zwierząt? - zaśmiał się Garry i pokręcił głową. - Nie… większość z nich nie jest wiązana. Latają sobie po lesie wolno i je prostu przywołuję i nakłaniam.Coś stuknęło… odpadła kratka od wentylacji. Najwyraźniej szkole by się przydał porządny remont. Niemniej fretka powoli zaczęła z niej wyłazić. Zeskoczyła na szafę stojącą pod kanałem wentylacyjnym i zaczęła mozolną drogą do okna.
Caitiffka obserwowała podróż zwierzątka.- I jak to robisz, że zwierzęta cię lubią? One się wampirów boją czy nawet są agresywne do nas.
- Klanowa zaleta. Jestem Gangrel.- przypomniał jej Kainita.- Wiem jak postępować ze zwierzęta… no dobra… klanowe dyscypliny potrafią je okiełznać i kontrolować. Nie musimy ich poić krwią jak Blake swoje psy.Fretka dotarła do pierwszego okna i szybko je otworzyła.
- Zwierzaki nie są tak głupie, jak sądzą śmiertelnicy.- stwierdził Garry rozchylając szeroko okno i wchodząc do środka.
Ann przeszła za nim i rozejrzała się po sali.
- Nie, to nie ta sala. Mamy coś do otwierania drzwi czy na siłę?
- Sprawdź, może w biurku są zapasowe klucze. - Gangrel podszedł do drzwi.- Na szczęście da się otworzyć drzwi od środka.Otworzył drzwi na korytarz.
Ann sprawdziła biurko i wyciągnęła zapasowe klucze, po czym rzuciła się biegiem za Garrym. Wyminęła go, aby kontynuować bieg w stronę sali biologicznej.
Garry zaś rozesłał swoje zwierzaki i sam przeglądając klucze krzyknął w kierunku dziewczyny.- Mam chyba klucze do pokoju nauczycielskiego. Tam powinny być do sali biologicznej! Zacznij już bazgrać coś ekologicznego po ścianach. O ocieplaniu klimatu czy coś… to jest teraz modne chyba !
Ann zaczęła bazgrać sprayem po ścianach wypisując wszelkie woke hasła eko terrorystów, jakie znała. I kilka wymyślonych na poczekaniu.
Garry wrócił po paru minutach z kluczami i zwierzakami. Przyjrzał się wypisywanym hasłom i rzekł z uśmiechem. - Dobra robota, tak trzymać. To gdzie jest ta salka? I ten wąż?
Ann skinęła na Garry'ego i zaczęła go prowadzić.
Wkrótce dotarli na miejsce i Gangrel pospiesznie zaczął szukać kluczy, aż w końcu otworzył znajomą salkę. Przeszli przez nią do kantorka.- Gadałeś kiedyś z wężem? - zapytała Gangrela wchodząc do kantorka.
- W zasadzie to nie… nie pamiętam bym gadał.- przyznał Kainita.- Nie miałem powodu.
- Który to?- zapytał rozglądając się.Ann rozejrzała się by wskazać węża. Wybrała jednego z trzech się tu znajdujących. Tego którego wskazywał pseudo-Malkavian. Gangrel skinął głową i rzekł do Ann.- Teraz masz do wyboru, albo otwierać klatki uwalniać zwierzaki, albo dalej smarować sprayem po ścianach.
- A ty nie chcesz uwalniać?
- Najpierw muszę uspokoić i ululać tego węża, którego zamierzamy zabrać. Żeby mi się w worze nie szamotał, a potem uwolnię resztę.- wyjaśnił Garry skupiony na swoim celu.Po chwili gapienia się na zwierzaka, sięgnął po niego do klatki i powoli go wyjął z niej, chowając do worka.
-No… nie będzie sprawiał kłopotu. Bierzmy się za resztę.- odparł z uśmiechem Gangrel.
Ann była wyraźnie w świetnym nastroju, gdy otwierała wszystkie klatki.
Zwierzęta spanikowane na widok wampirzycy, uciekały na wszelkie strony. Parę z nich skryło się przed Ann za Garrym.
Gangrel zaś schowawszy węża, gwizdnął przywołując swoje fretki, a następnie rzekł.- No to… wszystko załatwione?
- Chyba tak. Nudno było... - westchnęła.
- Gadałaś z Tzimisce, wywinęłaś szczeniacki numer w miejscowej szkole i nadal narzekasz. Czego potrzebujesz żeby uznać noc za udaną?- zapytał ze śmiechem Garry ruszając przodem.
- Umęczyć Ventrue! - uśmiechnęła się szeroko.
- Serio? - zdziwił się Gangrel i pokręcił głową, gdy tak szli korytarzem.- Masz dziwny gust, jeśli chodzi o rozrywki.
- W Nowym Jorku nie mogłam nawet unieść wzroku na takiego. - prychnęła.- Acha… a tak przy okazji… jeśli planujesz pójść od Williama na swoje, powinnaś pomyśleć nad załatwieniem sobie ghula.- zmienił temat Garry.
- Czemu? - dziewczyna nie była za posiadaniem ghula - Po co?
- Jeśli się idzie na swoje leże, dobrze mieć kogoś kto za dnia będzie pilnował twojego bezpieczeństwa.- wyjaśnił Garry otwierając główne drzwi szkoły.Ann nie wyglądała na przekonaną.
- Zobaczę... na razie nawiedzę Lukrecję.
- Podwieźć cię, czy wolisz się przespacerować?- zapytał Kainita.
- Podwieź, będzie szybciej. - machnęła ręką.
Elizjum wampirzycy wydawało się ciche o tej porze. W zasadzie dlatego, że było już zamknięte. Przynajmniej dla śmiertelników. Ann mogła się spodziewać, że zostanie wpuszczona nawet po godzinach pracy.
Ann podeszła do drzwi i zapukała w nie. Przy okazji spojrzała na okna gabinetu Ventrue.
O tej porze spod zaciągniętych żaluzji było widać światło. A dłuższym pukaniu, drzwi się lekko uchyliły. Na Ann spojrzało kobiece oko, po czym drzwi się otwarły i… Ann została wpuszczona przez jedną z ghulic. Obecnie w głównej sali elizjum przebywali tylko dwaj Giovanni. Siedzieli przy stoliku i cicho debatowali nad jakąś mapą.
Caitiffka nie miała chęci podchodzić do nekromantów. Jutro się wszystko wyleje. Ominęła ich i ruszyła na górę do gabinetu Ventrue.Dotarcie zajęło jej chwilę, znała już drogę. Teraz tylko ciężkie drzwi dzieliły ją od gabinetu Lukrecji.
- Luuuciaaa... - Ann zapukała w drzwi.
- Co za lucia… do cholery. - odezwało się głośne warknięcie niemal zza drzwi. Głos niemniej należały do Ventrue.
- Ty. - wampirzyca odparła słodko.
- Co do…- Lukrecja wypadała z gabinetu z miną marsową i przyjrzała się bacznie Ann.- A tobie co się stało?
- A czemu sądzisz, że coś się stało? - Ann chwyciła Ventrue za rękę i pociągnęła ją do środka.
- Bo zachowujesz się, jakbyś spiła się żuli Garry’ego.- stwierdziła podejrzliwie Ventrue.
- Jestem po prostu szczęśliwa. - odparła Ann.
- Prochy tak działają zwykle na ludzi, a we krwi na Kainitów.- wyjaśniła swoje podejrzenie Lukrecja.
- Nie wypiłam naćpanego. - odparła.
- No nie wiem…- dystyngowana Kainitka nie wyglądała na szczególnie przekonaną. Niemniej zapytała. - Co ty tu robisz?- Przyszłam posłuchać opowieści. - Ann stwierdziła szczerze - Jak pokonałaś Lasombrę.
- I dlaczego sądzisz, że ci ją opowiem? - stwierdziła Lukrecja przyglądając się dziewczynie.- Nie jest to szczególnie przyjemna dla mnie historia. I nie mam ochoty jej wspominać.
- Bo cię ładnie proszę? No i to przecież będzie historia twojego triumfu.
- Dopadłam ją z zaskoczenia. Pochyliła się nade mną, by mnie wyssać do końca i wtedy wbiłam jej sztylet prosto w oko i zębami rozerwałam jej gardło. Może i nie jestem wojowniczką jak Larry, ale wpadłam w szał z powodu bólu i utraty krwi… wpadłam szał, gdy zyskałam tą niewielką odrobinę przewagi. Potem… była czerwona mgła, nie wiem dokładnie jak ją zabiłam, ale z pewnością rozszarpałam w szale.- wzruszyła ramionami Lukrecja.- Zadowolona jesteś, bo ja nie byłam. Ledwo uniknęłam śmierci, wtedy… i pozwoliłam Bestii we wykonać brudną robotę.
- A jak w ogóle się staraliście? Jak do tego doszło?
- Była to jedna z tych akcji Sabatu… już nie pamiętam o co dokładnie chodziło. Mieliśmy odeprzeć atak bezmyślnych nowonarodzonych na ważne dla nas biuro. Nikt się nie spodziewał, że oprócz tej hordy, będzie tam i zabójca z klanu Lasombra.- wzruszyła ramionami Ventrue. - Ja zaś nawet nie miałam tam być. Nie jestem materiałem na wojowniczkę, ale niestety… braki kadrowe.
- Kiedy to było? - zapytała z zaciekawieniem - Bardzo młodsza byłaś?
- Jakieś osiem, może dziesięć lat temu.- zastanowiła się Lukrecja.
- Opowiedz mi o Lasombrach. - Ann przysunęła się - Jak tamta walczyła?
- Nie pamiętam dokładnie, nie przyglądałam się za dużo. Chyba jak każda Lasombra. Chowała się w cieniach i wbijała taki paskudny nóż w plecy.- wzruszyła ramionami Kainitka i machnęła reką. - Niemniej dość już pozawracałaś głowę. Przyszłaś tu tylko z głupimi pytaniami, czy masz coś więcej do powiedzenia?Caitiffka wyglądała na urażoną.
- To nie były głupie pytania. Niektórym brakuje wiedzy o klanach i zależy im by ją nadrobić. - mruknęła.
- Chcesz wiedzieć o klanach, to pytaj się Nadii. Na pewno podrzuci jakąś broszurkę do poczytania w trumnie.- stwierdziła cierpko Lukrecja i potarła podstawę nosa dodając.- Jest już bardzo późno i wkrótce nadejdzie świt. Trzeba mnie było pytać wcześniej. Znacznie wcześniej tej nocy.
- Jutro się dowiesz, czemu nie mogłam pojawić się wcześniej. - fuknęła - I czy w darmowym noclegu są tylko trumny? - zapytała nagle.
- Niestety tak…- przyznała Ventrue. - Camarilla to tradycja i goście lubią trumny.
- Już ostatnio musiałam spać na podłodze obok niej... - westchnęła - Wezmę na konto Willa. Nie... lubię być w trumnie. A podłogi mam dość.
- Dobrze… idź do kuchni. Miracella wyda ci klucz do piątki.- odparła Lukrecja.
Kiedy Ann opuściła gabinet wybrała numer do rezydencji Williama.
- Słucham. - usłyszała znajomy głos Toreadora.
- Nie wracam na dzień, już za późno na powrót. - zaraportowała.
- Gdzie jesteś?- zapytał w odpowiedzi Blake.
- A jakie to ma znaczenie? - odparła z irytacją w głosie.
- Duże… dobrze o tym wiesz.- usłyszała w odpowiedzi.
- A jeżeli ci powiem, że jestem u Nadii? - warknęła.
- Nic. No to jesteś u niej.- odparł beznamiętnie Toreador.Ann zacisnęła zęby.
- Jestem w Elysium, nie u Nadii. Zadowolony? Dzwonię jak chciałeś.
- Zadowolony… właściwie odczuwam ulgę.- odparł William. - Wiedząc, że jesteś bezpieczna.
- Więc według ciebie nie byłabym bezpieczna u Nadii? - zapytała chłodno.
- Mam być szczery?- odpowiedział Kainita.
- Musimy to sobie wyjaśnić, więc bądź.
- Nadia jest bliską współpracownicą Augusto, a on… wiesz, że nie lubi Cyrila. Nie wiem dlaczego tu wylądowała, ale jej lojalność wobec niego jest… niepodważalna.- zaczął William spokojnie.- Jeśli kazałby cię zabić, zrobiłaby to bez wahania.
- Wiem. - odpowiedziała z bólem w głosie, odchodząc dalej - Wytłumaczyłyśmy sobie to. Nie zmienia to jednak faktu, że czuję się z nią po prostu... - urwała.
- Drapieżność może być naszą naturą z urodzenia, niemniej ostrożność powinna być drugą wyuczoną naturą. To, że wiesz, a jednocześnie ignorujesz ten fakt…- Kainita westchnął ciężko.- …napoiła cię, prawda?
- Byłam blisko szału po akcji. Głodna. - fuknęła pod nosem - A pójść na głodnego do lupinów to samobójstwo.
- Rozumiem twoje nią zauroczenie. Niemniej ty też powinnaś zrozumieć mój niepokój o ciebie. Nocowałaś w gawrze niedźwiedzicy…- odparł Toreador.- Miałem prawo się martwić o twoje bezpieczeństwo. Zakładam, że karmienie było jednostronne, tak?
- Tak... przynajmniej w tym momencie. - westchnęła - Sama nie wiem czy bym się na to zgodziła. - zawahała się - Relacja z nią jest... inna. Cyril nie okazuje mi tego samego. Jego wpływ jest o wiele mocniejszy, ale ona budzi we mnie uczucia, o których już nie pamiętam, a jednocześnie o nich nie kłamie, tylko mówi bolesną prawdę.
- Cała Nadia. Niemniej jeśli zacznie cię karmić regularnie, twoje uczucie do niej znacznie się wzmocni.- westchnął ciężko Toreador i dodał.- Doskonale rozumiem jej magnetyzm, ale i ty powinnaś zrozumieć dlaczego się boję o ciebie.
- Tęsknię za uczuciem, które oferuje. Cyril nie okazuje, więc jest to w jego przypadku bardzo jednostronne. Czasem może wydawać mi się wymyślone... Nie wiem. Z nią jest jakieś zaangażowanie... nawet malusieńkie.
- Cóż. Dziwi mnie, że w ogóle jest w niej jakakolwiek uczuciowość poza sarkastyczną złośliwością. - ocenił sceptycznie Blake i dodał.- Niemniej to tylko zew krwi. Prędzej czy później ci przejdzie. Ja to wiem, ona też i ty także. Co wtedy?
- A czy twoje przeszło? - zapytała wprost.
- Moje… zaczęło się przed pierwszym łykiem krwi. Przeszło… choć wspomnienia bolą do dziś.- wyjaśnił Toreador.
- Sądzę, że jeżeli przejdą wszystkie moje Więzi... - zawahała się wyraźnie - ...będę poszukiwała innych. Nie wyobrażam sobie trwania bez nich.
- Niemniej następnym razem… wybieraj kogoś, do kogo czujesz mocne uczucie zanim posmakujesz jego krwi. Lub jej. - odparł ciepło William.- Przekonasz się wtedy jak silne są wtedy doznania i emocje.
- Nie sądzę bym kiedykolwiek poczuła do innej osoby tak silne uczucie jakiego potrzebuje, bo jedynie smak krwi może mi je zaoferować.
- Niemniej doznania związane z piciem krwi osoby, do której czujesz miętę bez takiego wspomagania, są jeszcze bardziej intensywnie. Nieporównywalne z niczym.- wyjaśnił cierpliwie Kainita.- Masz zamiar przekazać słowa o mojej relacji Cyrilowi?
- Nie sądzę by to był dobry pomysł. Ma dość zmartwień na głowie, nie potrzebuje kolejnego, prawda?- zapytał retorycznie Toreador.
- A jeżeli by przeszła aktualna sytuacja? Jeżeli nie miałby na głowie tych zmartwień?
- Do tego czasu wytrzeźwiejesz. Chyba, że Nadia planuje cię regularnie karmić?- zapytał podejrzliwie Blake.
- Nie. - odparła krótko - Więc w innej sytuacji byś mu przekazał.
- Nie. Chyba nie. Natomiast ty mogłabyś się przypadkiem wygadać.- odparł Toreador.Po słowach Williama wnioskowała, że tak przekaże tylko nie chce w tym momencie wprost tego mówić. Nie było to zaskakujące. W końcu w ten sposób działa relacja między sojusznikami.
- Powiem szczerze, że obawiałam się, iż zechcesz mnie ukarać jak Cyril to robi. Byłeś w końcu zirytowany na mnie, zły wręcz.
- Nigdy bym tego nie zrobił. I byłem bardziej zirytowany na Nadię, niż na ciebie. O ciebie się martwiłem.- odparł ciepło William.
- To ja do niej przyszłam. Nie ona mnie szukała czy kazała mi się pojawić.
- Ale to ona mogła ci zrobić krzywdę. Nie na odwrót. - przypomniał jej Toreador.
- Ale nie zrobiła, nawet kiedy wydawało się jej, że ją zaatakowałam. - powiedziała wprost z lekkim rozbawieniem.
- Nie zrobiła krzywdy… to jakoś… ciężko mi w to uwierzyć. Nie puszcza napaści na siebie płazem. Musiała jakoś odpłacić ci za tą obrazę.- teraz to Blake brzmiał podejrzliwie.
- Tak naprawdę to nie był prawdziwy atak. Do takiego inaczej bym się przygotowała. Chyba to ją zaskoczyło, gdy poznała jego powód.
- Nic z tego nie rozumiem. I chyba nie chcę wiedzieć.- stwierdził w końcu William.
- Nie chcesz. - Ann zaśmiała się rozbawiona.
- Masz rację. Nie chcę.- odparł ze śmiechem William.- Mam do ciebie jedną prośbę. - zaczęła poważnie - Nie wpadaj w panikę za każdym razem kiedy chcę zrobić coś niebezpiecznego. Lub chociażby mogącego skończyć się boleśnie. Cyril nie do takich rzeczy mnie przymuszał. Zdarzały się bardziej niebezpieczne misje i bynajmniej mój opiekun nie przejmował się moim zdrowiem, a jedynie istotne dla niego było czy misja zostanie wykonana.
- No cóż… Cyril miał inne priorytety niż ja.- wyjaśnił dyplomatycznie Toreador.
- To oznacza, że nie jestem bardzo delikatna. Umiem zaopiekować się sobą na tyle, aby przez te wszystkie lata nie zaznać Ostatecznej Śmierci. Aktualna sytuacja w jakiej się znaleźliśmy możliwie będzie wymagała ode mnie wystawiania się na niebezpieczeństwo. Nie chcę być traktowana jak nieporadny nowoprzemieniony pisklak.
- Nie twierdzę że taka jesteś. Po prostu… martwię się. - próbował się bronić Blake.Ann zrozumiała skąd wzięło się przekonanie Nadii o histerycznej naturze Toreadorów...
- Porozmawiałam z Eleną. - Ann zmieniła temat - Obgadam jeszcze szczegóły Joshuą, ale jej pomoc powinna być zapewniona. Nie chciałam określać jej dokładniej bez przedyskutowania tego, ale powinno to być załatwione.
- To dobrze… tak sądzę. - zastanowił się Toreador.
- W tej sekundzie nie posiadamy luksusu, aby kręcić nosem na jakąkolwiek pomoc, nie sądzisz? - westchnęła - Ale przygotuj się. Kiedy znowu pojadę do Eleny mam zaciągnąć także ciebie.
- Wiedziałem, że będzie jakiś haczyk.- zaczął dramatyzować Toreador.
- Nie przesadzaj. Chyba chcesz na mnie mieć swoje oko? I możesz nie chcieć tego przyznać, ale przyda ci się abyś trochę odrdzewiał, a nie tylko siedział zamknięty na cztery spusty w Stillwater i czekał aż ktoś przeprowadzi na ciebie pierwszy atak z zaskoczenia.
- Umiem sobie radzić.- odparł dumnie Toreador.
- Ale zardzewiałeś. Sytuacja w mieście wzięła cię z zaskoczenia, prawda?
- Nie jestem pewien czy chcę odrdzewieć. Dobrze mi z dala od intryg Wielkiego Jabłka. - mruknął Blake.
- Musisz. - odparła poważnie - To nasze rozleniwienie dało wolną drogę Tzimisce do działania na terenie jak mu się żywnie podoba. Cokolwiek co bym nie powiedziała, że jest to niebezpiecznie było ignorowane przez Joshuę czy ciebie. Dla was leniwe życie wciąż się toczyło, a teraz zbieramy tego plony. Gdybyśmy byli bardziej czujni wkręcenie się w domenę nie byłoby tak łatwe i nie pozostało bez uwagi. Nasz świat nie będzie leniwy, niezależnie jak bardzo tego chcemy. możemy unikać jego intryg, ale w końcu nas dopadną.
- Obawiam się, że ona wciągnie nas w swoje knowania. Prędzej czy później… nawet tego nie zauważymy.- wyraził swoje obawy Toreador.
- Wiem, że tak będzie. Nie jest się istniejącym Primogenem, jeżeli nie wykorzystuje się wszystkich narzędzi kiedy jest to możliwe. - stwierdziła z pewnością - Ale spójrz na to z tej strony: jeżeli wiemy co się wydarzy, że wdepniemy w knowania innego kainity i staniemy się jego pionkami to przy okazji nie będziemy całkowicie nieświadomi jak teraz z Tzimisce jesteśmy.
- Obawiam się jednak, że zamiast ułatwić sobie życie tutaj, będziemy jeszcze bardziej wpatrzeni w Nowy Jork. - odparł Toreador, któremu włączenie się w politykę, było wyraźnie nie na rękę.
- Na razie na nic się nie zgodziłam. - mruknęła na niechęć Toreadora - Ale rozumiesz, że ja do Nowego Jorku wrócę prędzej czy później.
- Oczywiście… rozumiem to. Ty chcesz wrócić, Lukrecja, Larry… może Nadia. Ja to doskonale rozumiem.- odparł ciepło William.
- Stillwater nie jest dla mnie, nawet bez Cyrila. Leniwa atmosfera nie jest dla mnie, nawet jeżeli w mieście mnie męczą. Nawet jeżeli sama nic nie mam.
- Jesteś młoda, szukasz ekscytacji. - odparł Kainita. - Ja też taki byłem, dawno, dawno temu.
- A teraz jesteś marudny. - odparła.
- I bardzo stary… nawet jeśli się dobrze trzymam.- zaśmiał się Blake.- Na twoje konto wzięłam pokój w Elysium. Nie chcę spać w trumnie, nie mogę, a podłoga w piwnicy... nie znowu.
- Rozumiem… możesz też rozważyć, spanie w pokoju na górze. Tylko go trzeba dostosować bardziej do twoich potrzeb. No i w dniu, w którym przychodzi sprzątaczka, piwnica jej jedynym możliwym lokum.- odparł pojednawczo Kainita.
- Problemu nie mam z twoją piwnicą tylko z lokum u Lukrecji. U ciebie już ułożyłam sobie odpowiednie posłanie bez trumny. Mam... złe wspomnienia, które są przywoływane przez spanie w ciasnych, zamkniętych przestrzeniach... - na koniec zdania głos Ann stał się jakby bardziej cichy.
- Rozumiem.- odparł współczującym tonem Toreador i przynajmniej w jego przypadku mogła być pewna, że mówi szczerze. - Nie ma problemu, jakoś przetrwam rachunek od Lukrecji.- Will... - Ann wyraźnie zawahała się - Myślisz, że Cyril może... ucierpieć lub... - urwała nie mogąc więcej powiedzieć przez ściśnięte gardło.
- Cyril jest starym lisem. To nie pierwsze kłopoty w które się wpakował. I nie sądzę, by były ostatnie. Zdołał już wiele razy wyrwać się z tarapatów. Więc nie skreślałbym go jeszcze. - pocieszał ją Toreador.
- A czy miał wcześniej tak ciężkie w Nowym Jorku?
- Nie wiem. Jak wiesz nie jestem na bieżąco z intrygami w tym mieście. A to co się kotłuje w siedzibie Tremere, zostaje pomiędzy nimi.- wyjaśnił William.Caitiffka westchnęła ciężko.
- Gdyby jemu choć w połowie tak zależało na mnie, jak mnie na nim... Ty naprawdę nie sądzisz, że jemu... choć trochę na mnie zależy?
- Jesteś… assetem. Jednym z paru jakie posiada. Chciałbym móc powiedzieć, że mu zależy, ale…- Toreador wypowiadał z trudem kolejne słowa.- … Cyril gra o wielką stawkę i nic poza sukcesem i własną skórą go nie obchodzi.
- Poświęcił się dla mnie wiele razy... wykorzystał swoje siły, abym nie ucierpiała…
- A przynajmniej tak twierdził. - Toreador był dość sceptycznie nastawiony do całego tego konceptu “poświęcania się” Cyrila.
- Uczył mnie... Przygarnął... Wstawił się u Księcia…
- Nie ma lepszego łańcucha założonego na szyję niż wdzięczność. - odparł enigmatycznie Toreador. - Tego nauczyłem jeszcze w Europie.Na to Ann nie odpowiedziała.
- Przyjedź jutro po mnie, motoru nie mam. - zmieniła temat, usilnie chcąc panować nad głosem.
- Dobrze… przyjadę.- odparł ciepło Toreador.
-
Sen… Koszmary… Pobudka. Obok łóżka… nieprzytomny nagi facet. Za życia mogła być zszokowana takim widokiem po przebudzeniu. Ale teraz nie widziała w mężczyźnie potencjalnego źródła kłopotu czy pamiątki bo wieczorze z nadmierną ilością alkoholu. Teraz widziała… posiłek. Głód odezwał się w niej z dużą mocą.

Rzuciła się na niego, wbiła kły… posmakowała i upiła. Oblizała usta przyglądając się blademu ciału nadal żyjącego człowieka. To było lepsze od woreczków z zimną krwią, jaką raczył się William. Zdecydowanie lepsze. Przyjrzała się odruchowo niedawnej ofierze. Trochę starszy od niej, trochę… otyły, ale w formie. Taki byczek siłujący się w przydrożnych knajpach i wygrywający takie pojedynki. Tak go sobie wyobrażała, gdy leżał nagi i osłabiony utratą krwi. Niemniej będzie żył. Ann wszak nie potrzebowała tu skandalu z trupami. Lukrecja byłaby zła na nią za trupa w pokoju, ba… sama caitifka byłaby zła na siebie z tego powodu. Znała prawa Maskarady, a i nie była przecież morderczynią… zazwyczaj.

Lukrecję napotkała zresztą w głównej sali elizjum. Poirytowaną i rozdrażnioną. Rozmawiała z Joshuą i Nadią, aczkolwiek Tremere wydawała się średnio zainteresowana całą tą rozmową.
- Na Boga… Joshua, u nas ukrywa się Tzimisce! Jak możesz mówić o minimalnym zaangażowaniu się! - syczała gniewnie. - Sabat zalągł nam się pod naszymi stopami. Próbował mnie… próbuje nas zabić!-
- Podchodzisz do tego zbyt osobiście.- westchnął Smith. - Rozumiem twoje wzburzenie, ale to sprawa pomiędzy Tzimisce a Giovanni, nie powinniśmy… za bardzo pchać się między młotek a kowadło. Owszem minimum zaangażowania jest konieczne, ale ostrożność…-
- Nadia… Tzimisce są wrogami twojego klanu, zawsze nimi byli. Poprzyj mnie. - odparła dramatycznie Ventrue.
- Owszem, to prawda. - przyznała spokojnie Tremere tuląc do piersi stosik kart.- Masz rację. Niemniej nie są osobiście moimi wrogami. Nie miałam okazji zmierzyć się z żadnym osobiście, choć… zdarzyło mi się zabić ich pokręcone dziełka. Niemniej, ten Tzimisce…- położyła stosik dokumentów na kontuarze.- Zebrane przeze mnie informacje na jego temat, zakładając oczywiście że to rzeczywiście ten Wenecki Diabeł… potwierdzają jego fiksację na punkcie Giovanni. Są… niepotwierdzone co prawda pogłoski o tymczasowych jego sojuszach z pewnymi członkami mojego klanu o że tak powiem… giętkim kręgosłupie moralnym.-
- Możesz podać imiona?- zapytał Smith.
- Nie. Plotki są tylko plotkami… a i dotyczą przede wszystkim Europy i Meksyku.- wyjaśniła Nadia spokojnym głosem. - Ja natomiast popieram Joshuę jeśli chodzi o minimalne zaangażowanie. Nie chcemy sobie z niego robić wroga.-
- Boisz się go? Były cynglu Palafoxa?- zapytała ironicznie Lukrecja.
- Tak. Boję się. - potwierdziła Nadia poprawiając okulary.- I ty też powinnaś. Ten Kainita wchodzi im w szkodę niemalże od początku istnienia ich klanu. Nieraz próbowali go zabić i to bez skutku. Jakie my mamy szanse, skoro im się nie udało?-
- Larry by nie stchórzył.- oceniła Ventrue. A Tremere wzruszyła ramionami.- Bo Larry to "adrenaline junkie" i razem z śmiertelnością stracił resztki instynktu samozachowawczego.-Cała trójka nie zauważyła schodzącej z piętra Ann.
-

1:0
Młoda wampirzyca była zaciekawiona całą wymianą informacji między starszymi Kainitami... choć raczej wyglądało to na typową sprzeczkę niż na wymianę informacji między członkami społeczności Stillwater.
Od strony schodów rozległ się lekko szyderczy śmiech Ann.- Uspokoję cię, Lukrecjo. - dziewczyna wyszła na widok wszystkich, a jej cień ciągnął się za nią niczym długa suknia, gdy powolnym, dystyngowanym krokiem podchodziła do Ventrue - Tzimisce miał na sercu tylko twoje dobro. Nie próbował cię zbytnio skrzywdzić, a na pewno nie zniszczyć. Nie chciał byś stała się podejrzana o konszachty z nim... - spojrzała w oczy kobiety - ...co by samo się rzucało na myśl gdybyś z tamtej sytuacji wyszła bez szwanku, prawda?
- Do czego to doszło… bronimy Tzimisce.- stwierdziła cierpko Ventrue, a książę Stillwater dodał. - Bądźmy szczerzy. Giovanni też nie są naszymi sojusznikami i nie są mniej upiorni od Tzimisce.
- To teraz powiem coś bardziej szokującego. - Ann oparła się na kontuarze - Tzimisce jest nam wdzięczny za rozprawienie się z tą sforą Sabatu. - uśmiechnęła się słodko - I nie ma z nami zatargów czyli nie próbował nam personalnie szkodzić.
- No to już wiemy kogo ścigali kumple Charliego. Pytanie tylko po co…- zastanowiła się Nadia pocierając podbródek.
- Od dwóch setek lat nie chciał opłacać składek członkowskich? - sarknęła Ann.
- Fajnie by było, gdyby powód był tak trywialny.- odetchnął Joshua i podrapał się po karku.- No cóż… pozostaje drogie panie, powiadomić naszych gości i przekazać im przesyłkę.Ann wyraźnie zastanowiła się nad czymś.
- Wiecie, że Giovanni będą chcieli nas wplątać w całą aferę? Skoro i tak do tego dojdzie... - uśmiechnęła się pod nosem - To najpierw należy znaleźć diabła nim zrobią to nekromanci! - bezklanowa wyglądała w tym momencie na bardzo przekonaną co do racji swoich słów.
- A po co?- zapytały wspólnie Ventrue i Tremere. A i Joshua miał wątpliwości. - Niewątpliwie Giovanni będą chcieli nas wrobić w tą wspólną walkę z Sabatnikiem. Ale my nie musimy się aż tak bardzo angażować. Larry i nasi goście Malkavian wystarczą na pierwszej linii. Co prawda ten młody do walki się nie nadaje, ale Gorgon z pewnością sobie poradzi… bez naszej pomocy.
- A ty?- zapytała ironicznie Lukrecja. Na co Smith wzruszył ramionami.- Ja się swoje nawalczyłem… zresztą ten Kainita ma całą gromadkę pokrak do ubicia. Na głównym daniu niech nekromanci łamią zęby.
- I wy go serio chcecie zabić? - wyraźnie ten pomysł zszokował Ann - Zwariowaliście? - przesunęła dłonią po czole - To żyła złota dla naszej domeny!
- Raczej kłopoty… i to ze strony Sabatu i to ze strony Nowego Jorku. Niezależna Ravnoska o nieznanej przeszłości to chodzenie po cienkiej niebieskiej linii… Tzimisce to jej przekroczenie.- podsumował Smith.
- Zakładając oczywiście, że go w ogóle uda się dopaść i zabić. Giovanni od setek lat próbują.- stwierdziła z kwaśnym uśmiechem Tremere. - Jak dla mnie wystarczy, że go stąd przegonią. Albo sami uciekną… a on ruszy za nimi. Tak czy siak, my zyskamy.
- To nie tak, źle o tym myślicie. - dziewczyna wyglądała na lekko zirytowaną niedomyślnością wampirów - Nie mówię o wyrobieniu mu złotej karty bibliotecznej i zarezerwowaniu stolika na brydża. Tzimisce posiada wiedzę, którą możemy przekłuć na własną korzyść. Może Sabat go szukał dlatego, że przygotowuje kolejny atak na Nowy Jork, a on mógł być coś o takim ataku nakreślić. Nie wydaje się być bardzo lojalny Sabatowi, więc może coś dałoby się z niego wyciągnąć.
- To nie jest Charlie. Nie traktuj go jak niegroźnego pieseczka. To Kainita potęgą równy Williamowi. Jeśli nie potężniejszy. - stwierdził spokojnie Joshua. - I to, że nie jest zainteresowany walką z nami, nie czyni go z automatu naszym sojusznikiem.
- Wy naprawdę nie chcecie zaryzykować, jeżeli jest możliwość wygrania nagrody? - Ann patrzyła zdziwiona.
- Jesteśmy bardziej doświadczeni niż ty.- przypomniał jej książę. - Niech cię nie zwiedzie ostatnie zwycięstwo. Wtedy masakrowaliście śmiertelników pod wodzą szaleńca.
- Być może zapomniałaś jak dobrze nam poszło z wilkołakiem w budynkach “kopalni”.- przypomniała jej Nadia uśmiechając się ironicznie.
- Nie mówię o walce z nim! - Francuska nie kryła emocji - Czy wy tylko do walki możecie wszystko sprowadzać? Czy jedyna dyplomacja jaką potraficie praktykować jest dyplomacją wymuszaną na przeciwniku? Wampirzą zdolnością?
- Zapominasz o Giovanni… oni nie przybyli tu negocjować z nim. Oni przybyli go tu zabić. Zanim więc my sobie zaczniemy urządzać pogaduszki z Tzimisce… to lepiej było dla nas wszystkich, by Diabeł i nasi goście rozwiązali swój problem.- przypomniał jej szeryf. Wzruszył ramionami.- A potem… się zobaczy.
- Nie wiemy czy potem nastąpi. - spojrzała na Joshuę - Chyba, że zakładamy, że on po prostu z nami zostanie?
- Przedtem jest zaś zbyt ryzykowne i może nie przynieść żadnego sukcesu. Masz cokolwiek czego pragnąłby ten Tzimisce? - zapytała retorycznie Lukrecja. - Jaka jest twoja pozycja negocjacyjna?
- Ma u nas dług wdzięczności. - syknęła do Lukrecji - I pozostawił swoją wizytówkę w moim posiadaniu.
- Nie liczyłbym za bardzo na wdzięczność Tzimisce. - odparła dla odmiany Nadia. - Nie bez powodu cały klan określa się jako diabły.Ann spojrzała z zawodem na Nadię, gdy ta w żaden sposób nie postanowiła jej poprzeć. Po chwili przeniosła wzrok na Joshuę w oczekiwaniu na jego werdykt.
- Tak czy siak… Tzimisce oczekuje od nas powiadomienia Giovanni o swojej propozycji. I to zrobimy najpierw. - stwierdził stanowczo Smith. - Co do reszty, zobaczymy jakie ruchy wykonują nekromanci i co zrobi sam Diabeł. I zbierzemy sojuszników. Jakkolwiek się rozwinie sytuacja, każda para rąk się przyda.
Nic nie znaczące słowa... Ann nie odpowiedziała na dyplomatyczne stwierdzenie Księcia, pozostając w milczeniu.
- Więc poczekajcie tutaj i może napijcie się krwawej Mary by ochłonąć.- rzekł Smith i ruszył w kierunku kwater przeznaczonych na potrzeby Giovanni.
- Co się tak zafiksowałaś na punkcie tego Tzimisce? - spytała zaciekawiona Lukrecja, gdy książę się oddalił.
- Chcecie czy nie muszę z nim porozmawiać. - mruknęła dziewczyna - A jeżeli nie chcecie uszczknąć niczego z nagrody to sama całą zgarnę. - odparła wyraźną pewnością swego w głosie a zaraz spojrzała na Lukrecję - Aż dziwne że ty nie widzisz jak umyka ci szansa na powrót w łaski Księcia Nowego Jorku.
- Wątpię by knowanie z Sabatem było taką szansą. - oceniła Lukrecja i dodała wyciągając z zamrażarki “trunek”. Rozlała go do kieliszków i ozdobiła parasolkami. - Mam raczej wrażenie, że ty widzisz nagrodę tam gdzie jej nie ma. Gonisz za mirażem moja droga.
- Po prostu twoje królewskie spojrzenie brzydzi się widokiem okazji, które wymagają od ciebie ubrudzenia sobie rąk, jeżeli w innym wypadku nigdy byśmy nie podjęli takich kroków. - odparła Ann.
- Nie. Ona wie, że to ryzykowna sprawa. Każdy pakt z diabłem taki jest.- przyznała Nadia popijając swojego drinka. - Czy to z prawdziwym… czy też z malowanym. Zresztą, gdzie go chcesz szukać?
- Pójdę za jego wizytówką. - stwierdziła nieprecyzyjnie nie chcąc mówić dokładnie przy Lukrecji. Wszakże nie widziała czy Ventrue już wie o krwi.
- To szaleństwo… pchasz się prosto w pułapkę. - odparła Nadia i wzruszyła ramionami dodając. - Bo to jest pułapka. Może na ciebie.. może na Giovanni. A gdzie w ogóle jest ta wizytówka?Lukrecja spoglądała na obie wampirzyce nie rozumiejąc ich podtekstu.
Tymczasem do knajpki wkroczył znany dobrze im gangrel.

Raze był znowu w miasteczku.
Ann przeszła obok Nadii zatrzymując się tylko na chwilę przy niej, aby nachylić się ku jej uchu i szepnąć:
- Czyżbyś martwiła się o mnie?
Nie czekając na odpowiedź ruszyła w stronę Gangrela.
- No kogo tu nam znowu przywiało!
- Co poradzić. Ostatnio pogoda w Nowym Jorku zrobiła się nieznośna. A Will hojny.- zaśmiał się Raze witając się z Ann. - Trochę tu posiedzę. Może nawet do końca roku.
- To będę mogła nie tylko z Larrym ćwiczyć bicie się. - młoda wampirzyca była zadowolona z obecności Raze'a - Może wpłyniesz pozytywnie na naszego Garry'ego.
- Nie wiem co ty chcesz zmieniać w Garrym. - zastanowił się Raze drapiąc po policzku.
- Uczyniłbyś jego istnienie ciekawszym poza chwilami kiedy ćpa.
- Obawiam się że biedaczysko nie ma zainteresowań Williama. - odparł ze śmiechem Gangrel.- Ani go przemoc nie kusi.
- Sądziłabym, że was bardziej od przemocy interesowałaby natura?
- To skomplikowane, ale… ogólnie nie jesteśmy bandą napalonych ekologów. To bardziej działka wilkołaków. Bestia w nas po prostu jest bardziej… wilkołacza. - wzruszył ramionami Raze.- Trudno to wytłumaczyć. Niemniej ja jestem miejski Gangrelem i moja więź z naturą jest słabsza.
- Garry chyba czuje się... gorszym Gangrelem. - zaprowadziła Raze'a do stolika - Lucius pomógł, jak dla mnie.
- No nie wiem… na pewno nie jest dobrym materiałem na wojownika. - wzruszył ramionami Raze. - A Lucius toczy wojnę o przetrwanie naszego klanu w Nowym Jorku. Czy to go czyni gorszym gangrelem… nie wiem… nie jestem filozofem.- Wracając do meritum... masz zamiar zatrzymać się u Garry'ego?
- Taaa… przynajmniej na razie, choć to miejsce też kusi.- przyznał z uśmiechem Kainita. - Podobno macie tu jakiś burdel.Ann rozejrzała się i zaśmiała.
- Jesteś w nim.
- Mówię bardziej o ogólnej sytuacji. Papa Roach posłał tu swojego zabójcę. Jednego z silniejszych. Na pewno miał swoje powody… jakkolwiek szalone by nie były. - rzekł poważnym tonem Raze.
- Stillwater takie still zawsze nie jest. - Ann spojrzała na cień swojej dłoni - Mieliśmy krwawy kult, w którym śmiertelnicy poświęcali innych na ołtarzu dla jakiegoś swojego bóstwa. Wcześniej sforę Sabatu łażącą po domenie, a teraz tego, którego Sabat szukał. - wskazała na blat stołu, gdzie widniał cień w kształcie wyobrażenia diabła - Tzimisce.
- No nieźle… szczerze powiedziawszy żadnego nie widziałem. Ich stwory… owszem, ale nie twórców. - gwizdnął z podziwem Raze.
- A ja z jednym nawet gadałam. - odparła z dumą.
- I przeżyłaś. Nie każdy może się tym pochwalić.- przyznał z uśmiechem Gangrel.
- A zaraz mogą Giovanni tu przyjść. Wtedy dopiero będzie rozwałka.
- To jest coś czego w życiu nie widziałem. Walczących Giovanni, czasem łażą tacy z żywymi trupami za plecami. Ale… nigdy nie widziałem jak te trupy radzą sobie w boju.- przyznał Raze i podrapał się po łysinie.- A po co w ogóle nekromanci się tu pchają do walki? Słyszałem plotki, że im ktoś zginął, ale… co to dla nich.
- Nie nie to nie tak. - zaczęła się poprawić - Przyjdą tutaj i dowiedzą się jak diabełek z nimi zagrał, a on ich naprawdę nienawidzi. Poluje na nekromantów na naszym terenie i tu ich ubija. Stąd oni pojawili się w Stillwater. Będą naprawdę poirytowani lub wręcz źli.
- Ale chyba na tego Tzimisce, nieprawdaż? - zamyślił się Raze. - Czy może coś mi umyka?
- Jeden z nekromantów jest... powiedzmy, że ten Tzimisce i torturował co mu trochę przestawiło klepki.
- Bardzo jest szurnięty? Jak Malkavianin? - zaciekawił się Raze.
- Powiedziałabym, że gorzej. Potrafił być wręcz agresywny.
- No nie wiem. Wiele Kainitów jest agresywnych, a jakoś nie trafiają do czubków. - ocenił najemnik.
- Zobaczysz go. Od razu zorientujesz się o kim mówiłam. - powiedziała pewnie.
- Ok… coś jeszcze powinienem wiedzieć? Na kogo tu uważać? Komu nie wchodzić w drogę? Kto jest szyszką, poza księciem Smithem? - dopytywał się Raze.
- W Stillwater? - zaśmiała się - William ma kasę. Ventrue to Lukrecja... i chyba rozumiesz. Larry jest sobą. A jako Tremere mamy niebezpieczną Nadię z biblioteki. Są też dzieciaki, ale tak ogólnie to wszyscy tutaj jesteśmy na jakiejś zsyłce.
- Wiem wiem… przymusowe wakacje. - przyznał Gangrel i wzruszył ramionami.- Zawsze mogło być gorzej.
- Czyli nie będziesz miał nic przeciw szkolić mnie w walce? - zapytała radośnie.
- Czy ja wiem… zobaczymy czy znajdę czas i będę się nudził. - odparł żartobliwie Raze, a Ann dostrzegła, że do Elizjum, oprócz dwóch śmiertelników, wchodzi William. Tymczasem z przeciwnej strony wracał Joshua, zapewne po rozmowie z Giovanni.Ann przeprosiła Raze'a i wpierw ruszyła do Williama.
- I nic mi nie jest. - przywitała go.
- To dobrze… jednak nie testuj swojego szczęścia zbyt często. Bądź co bądź jesteśmy przeklęci nieśmiertelnością.- odparł ciepło Kainita.
- Bez testowania swojego szczęścia, to ta nieśmiertelność będzie bardzo nudna.
- Nuda i tak z czasem cię czeka. - odparł melancholijnie poeta. - Nuda i pustka. Ludzie nie są stworzeni do nieśmiertelności.
- Więc powinniśmy z tej nieśmiertelności czerpać emocje. A co zaoferuje nam więcej emocji niż narażanie swojej egzystencji? - odparła radośnie.
- Nieważne. - uciął temat Blake, choć Ann miała wrażenie, że chciał coś jeszcze powiedzieć.Toreador zmienił temat mówiąc.
- Przywiozłem ci motor.
- Dzięki ci. Czy Vincent wciąż jest u ciebie?
- Tak. Nadal pracuje nad… swoim zadaniem.- przyznał Toreador.
- A ty przyjechałeś tylko dla mnie czy masz coś do roboty w mieście? - zapytała ciekawa odpowiedzi.
- Tylko z twojego powodu.- przyznał Kainita i spojrzał na Joshuę rozmawiającego z dwiema wampirzycami i zbliżającego się do nich Raze’a. - A jak tam sprawa przesyłki i Giovanni?
- Dużo dramy od strony Lukrecji. - wzruszyła ramionami - A tak to zobaczymy. Dopiero co teraz Książę wrócił od Giovanni.
- Tego można się było po niej spodziewać. - westchnął Kainita.- A ty co o tym sądzisz?
- Giovanni nas spróbują użyć, a my możemy sytuację na twój sposób też też wykorzystać.
- Niby jak?- zapytał William.
- Potrzebuję nawiązać kontakt z Tzimisce. - powiedziała wprost - I to zrobię. - twardość w głosie dziewczyny pokazywała jak silnie w to wierzy.Toreador z trudem stłumił śmiech. - Po co?
Rozbawienie Toreadora zabolało wampirzycę.- Ma informacje o ruchach przeciw Nowemu Jorkowi, a do tego może rozjaśnić czy brał udział w niedawnych niepokojach w mieście.
- Nie. Ty przypuszczasz, że ma informacje, o których ci się marzy. Sabat tak jak Camarilla nie jest jedną wielką siecią plotkarzy.- wzruszył ramionami Blake. - Nie wie prawica co robi lewica. Sama zresztą powinnaś to zrozumieć… Charlie nic nie wiedział o planach swoich przywódców. Cała sfora nie wiedziała co robić, po tym jak pechowo straciła liderów.Spojrzał na Ann dodając. - Moje kontr-przypuszczenie jest takie. Diabeł jest zafiksowanym na swoim celu, bardzo samodzielnym Tzimisce. Może i cennym ze względu na kunszt jakim się wyróżnia, ale zdecydowanie niegodnym zaufania. Tylko głupiec powierzyłby jakiekolwiek informacje na temat swoich planów.
Ann zmrużyła oczy wyraźnie poirytowana.- No dawaj, ty też powiedz, że nie jestem w stanie nic zrobić, aby przysłużyć się sytuacji Cyrila, bo jestem za młoda, za słaba.
- Na pewno nie jesteś w stanie pomóc spiskując z Tzimisce. Bo tak to będzie wyglądało z boku. A jeśli dowie się o tym ktoś nieodpowiedni, to twoje zachowanie będzie rzutowało na Cyrila. Jeśli ty spiskujesz z Sabatem… to pewnie twój opiekun też. - wyjaśnił cicho Toreador. - Tym bardziej, że mówimy tu o starym Diable. Wiesz co się mówi o paktowaniu z diabłem?
- Wy po prostu boicie się ubrudzić w czymś z czym walczycie. Użyć brudnych sztuczek dla osiągnięcia celów, które potrafią uświęcać środki.
- Po prostu działam mając na uwadze coś więcej niż natychmiastowe konsekwencje. Coś czego nauczysz się z czasem.- odparł spokojnie Toreador i wzruszył ramionami.- Ryzykując tak wiele, lepiej mieć za cel coś więcej niż mrzonki. Nie zgaduj co może wiedzieć Diabeł, tylko co wie.Ann prychnęła na te słowa i nic nie mówiąc odwróciła się od Williama, aby ruszyć w stronę Joshuy. A Toreador po chwili ruszył za nią.
- Forsa pojedzie za dnia, więc będę musiał polegać na moich ghulach. Miło by było, gdybyś się wieczorem jednak zjawił. Tak na wszelki wypadek.- wyjaśniał coś szeryf Raze’owi. Najwyraźniej decyzja Giovanni była już omówiona. I z tego powodu dziewczyny zajęły się gadką szmatką o perfumach. To znaczy Lukrecja gadała, a Nadia udawała zainteresowanie.
- Jestesmy martwi, a wy o babskich bzdurach? - Ann mruknęła do obu.
- To że jesteśmy martwe, nie oznacza że nie musimy być eleganckie.- stwierdziła ironicznie Lukrecja, po czym zwróciła się z wyraźną acz żartobliwą pretensją do Williama. - Czy jako Toreador nie powinieneś ją nauczyć jak ważna jest prezencja?-Blake wzruszył ramionami mówiąc. - Uparta jest.
Ann nie odezwała się na to.- Giovanni się pokłócili. Ale ostatecznie ten Gino… Giacomo… nie mam pojęcia jak się nazywa. Ten drugi zatriumfował. - wzruszyła ramionami Lukrecja streszczając sprawę. - Odzyskanie gościa z Europy jest dla nich ważniejsze niż zemsta. Zapłacą okup.
- A co my mamy robić? - zapytała Ann.
- Na razie… ghule Joshui pomogą pieniądzom dotrzeć tutaj. My zaś na razie nie mamy nic do roboty. Dla Giovanni sprawa jest zbyt świeża. Nie mają jeszcze konkretnych planów… wątpię jednak by Szkaradziec był grzeczny w tej sytuacji. Dostaje piany na samo wspomnienie Diabła. Wykręci jakiś numer. To pewne.- zakończyła z lisim uśmieszkiem Lukrecja.
- Mam nadzieję. - mruknęła.
- Plany pewnie będą układane tej nocy u Giovanni, następnej u nas.- zastanowiła się Nadia. - Ciekawe…Spojrzała na Williama i rzekła. - Nie wierzę w uczciwość ani Giovanni, ani Tzimisce. I on, i oni z pewnością będą mieli jakieś ukryte intencje. Twoja Ravnoska może je wywróżyć?
- Trudno powiedzieć, jej karty nie dają wyraźnej odpowiedzi. Wróżby zawsze są… enigmatyczne.- odparł Blake, a wampirzyca spytała.- A mag?
- Nie para się tą sferą magyi, o ile dobrze go zrozumiałem. Dam znać Jaine.- odparł Toreador.
- Choć nie będzie nudno.- Ann wyraźnie była zadowolona.
- Mamy pomoc maga, mamy Raze’a teraz. Zbieramy siły na konfrontację. Coś mi mówi, że ta wymiana nie pójdzie gładko. I wątpię by Diabeł Wenecki sądził inaczej. - oceniła sytuację Ventrue.
- Przynajmniej będzie zabawnie. - Caitiffka wzruszyła ramionami.
- Z pewnością będzie niedługo duża i krwawa impreza.- westchnęła Lukrecja i spojrzała to na Williama, to Ann. - On sobie poradzi… a ty? To nie będzie rzeźnia byle śmiertelników.No tak... mogła się spodziewać, że ta kwestia wypłynie. Przebywanie z silnymi Kainitami, jak samemu jest się słabym i młodym... nie sprawiało radości.
- Uważacie, że powinnam w ogóle nie brać udziału? - Ann mruknęła nisko patrząc zirytowana to na jednego, to na drugiego wampira.
- Nie powinnaś… jeśli zamierzasz być nieostrożna lub lekkomyślna jak Larry. - odparła Ventrue spoglądając na caitifkę. - To już może być poważna walka, więc musisz być w pełni skupiona. Skończył się czas na popełnianie błędów.
- Jak rozumiem ty też będziesz walczyć, nie zaszyjesz się w pokoju? - Ann patrzyła przeszywającym wzrokiem... jakby tym pytaniem rzucała wyzwanie Venture.
- Będę tam, gdzie będę najbardziej użyteczna w danej sytuacji.- odparła enigmatycznie spoglądając złowieszczo na Ann, jej rysy się wyostrzyły. Oczy błyszczały intensywnie, gdy tak spoglądała na młodą wampirzycę wywołując z początku lekkie drżenie dziewczyny.Ann mogła nie kojarzyć wszystkich mocy wampirzych, ale rozumiała co mogą uczynić z ofiarą. Caitiffka w pierwszym momencie była zdziwiona swoją reakcją ciała, tym lekkim wstrząsem, jednak dość szybko jej reakcja przeszła w widoczną złość.
- Więc zostaniesz w Elizjum, tchórzu. - warknęła z niespodziewaną wściekłością.
- Nie przemierzałaś lasu w postaci rozpadających się zwłok i bliska ostatecznej śmierci. Więc nie mów mi o tchórzostwie… dzieciaku.- teraz i Lukrecja zaczęła się wściekać, wywołując ironiczny uśmieszek u Raze’a, westchnienie i spojrzenie w sufit Blake’a oraz irytację u Joshui. Reakcja Nadii była zaś stanowcza.
- Ann… odprowadź mnie do biblioteki. Teraz.- rzekła władczo Tremere wstając.Dziewczyna spojrzała na Nadię wyraźnie zastanawiając się nad jej słowami rozważając je, aby w końcu wrócić wzrokiem do Lukrecji i spojrzawszy na nią od góry do dołu powiedzieć przestrzeń.
- W sumie całkiem dobry pomysł. Nie jest to warte bym tu teraz została. - machnęła ręką jakby odganiając irytującą muchę - Jeszcze znowu spróbuje mnie zaatakować. W ELYSIUM. - dokończyła akcentując każdą literę słowa patrząc na Ventrue.
-
CRYBABY
Nadia ruszyła przodem i poczekała przy wyjściu na Ann. Potem ruszyła dalej mówiąc.
- Powinnaś sobie ukrócić spotkania z Larrym, zaczynasz się robić głupsza od niego.
- Teraz ty zaczynasz? - urażona zapytała Nadii.
- Nie chcesz być karcona? Nie zachowuj się jak urażony smarkacz. - odparła krótko Tremere i spojrzała na Ann dodając. - Nie wiem czyjej krwi się opiłaś, ale najwyraźniej źle na ciebie działa. Zaczynasz się zachowywać zbyt pewnie. Owszem Larry tak może, jak większość i Brujah… ale to dla nich proces selekcji. Jeśli nie jesteś silny.. giniesz. Ann… czy ty jesteś Brujah?
- Ona użyła na mnie Dyscypliny. - warknęła - Chciała wywołać we mnie strach, pokazać mi jak nic nie mogę.
- Ojej…- ironizowała Tremere zerkając na Ann. - Straszna Ventrue straciła nad sobą kontrolę i próbowała skarcić cię wzrokiem. Uraziła twoją miłość własną. Ech… jakie te młode pokolenia mają miękkie serduszka. -Spojrzała za siebie i dodała. - Wiesz, że nazywanie hotelu Lukrecji, elysium jest trochę na wyrost. To nie jest w pełni tego typu przybytek. Przede wszystkim to hotel z właścicielką o przerośniętym ego, na które właśnie wlazłaś bez powodu. Zachowujesz się porywczo i bezmyślnie.
- Porywczo i bezmyślnie? Mam na to wszystko pozwalać także w Stillwater?
Tremere spojrzała na wampirzycę i dodała spokojnie.
- Coś ci poradzę młoda Kainitko. I wypal sobie tą poradę ogniem w sercu. Tylko wrogowie mogą cię obrazić. Nie sojusznicy, ani przyjaciele. Zaś fochy to przywilej śmiertelnych głupców, nie nasz. -
Ruszyła dalej w kierunku biblioteki. - Lukrecja ma swoje wady, ale lepiej mieć ją po swojej stronie. I ma całkowitą rację. Miesiąc miodowy się skończył. Nie ma czasu na popełnianie błędów, więc… staraj się ich nie popełniać.
- Nie będę żadnych popełniać. - mruknęła - Nie wierzysz?
- Nie dałaś mi powodów, by wierzyć. - stwierdziła sceptycznie Nadia. Zamyśliła się.- Ty… nie uszczknęłaś jeszcze krwi Tzimisce, co?
- Skąd to pytanie?
- Mam wrażenie, że… - zastanowiła się Kainitka.-... zachowujesz się dziś… dziwnie.
- Nie, nie piłam jej. Tylko Cyrila. - odparła.
- Nie zachowuj się jak Larry, dobrze?- poprosiła Nadia.Westchnęła na prośbę.
- Dobrze... Ale powiem ci, że jesteś urocza jak się troszczysz.
- Nie dopisuj sobie do tego uczuć. Po prostu pilnuję swoich interesów. A w moim interesie jest nie pozwolić innym Kainitom wybijać się nawzajem. Nie potrzebujemy gorących konfliktów w naszej małej społeczności.- odparła Tremere.
- Kiedy była mowa o Diable wyglądałaś na dość przejętą, że mogłabym ucierpieć.
- Nie bądź naiwna Ann. Cokolwiek się wydarzy w związku z Tzimisce uderzy w nas wszystkich.- westchnęła Tremere. - Mój klan nie bez powodu widzi w nich jednego ze swoich największych wrogów. Nie z powodu samej ich nienawiści, ale… dlatego, że są potężni i podstępni. Mówi się o nich, że potrafią kształtować ciało jak plastelinę… ale to umysł ucierpi najbardziej od ich działań. Widziałaś co zrobił ze Szkaradźcem. Myślisz, że zniekształcona twarz jest największą raną jaką mu zadał?
- Wykazujesz większą troskę o mnie, niż kiedykolwiek Cyril wykazywał. - powiedziała szczerze, nie dając zmienić tematu.
- Teraz to moja krew przez ciebie przemawia. Zmienisz zdanie, gdy osłabnie z czasem.- odparła z przekąsem Nadia i dodała. - Dbam o to miejsce, bo jego zniszczenie czy nawet poważny konflikt w nim zagrozi mojej misji.
- Wiesz... - stanęła przed Nadią - A może po prostu widzę cię inaczej, niż usilnie starasz się prezentować na zewnątrz?
- Możesz widzieć mnie jakkolwiek chcesz.- prychnęła ironicznie Nadia.- Dobrze wiesz, że podcieram się opiniami innych o mnie.
- Więc dlaczego tak bardzo ci zależy, aby zaprzeczać moim słowom?
- Nie zależy. - zaperzyła się wampirzyca. Po czym burknęła.- A myśl sobie co chcesz. Tylko nie rób nic lekkomyślnie. Bo mamy dość kłopotów z Giovanni i stukniętymi Malkavianami. A teraz jeszcze i Tzimisce. -Po czym zaczęła marudzić. - Przez to wszystko nie mam dość czasu na moje badania.
Dziewczyna uśmiechnęła się z lekkim rozbawieniem sytuacją.
- Masz całą wieczność. To tylko krótki wycinek czasu.
- Wiem. Wiem. Wiem… przyjmuję to ze spokojem. To prostu mały kamyczek w bucie. Niby nieistotny, ale uwiera. - odparła z frustracją w głosie Nadia. -To sobie mówię… Masz całą wieczność przed sobą Nadieżdo. Ale jest to irytujące, gdy zaczynam sobie to mówić co noc. Bo w miejsce starych problemów pojawiają się nowe… I co jeśli przez wieczność kolejne problemy będą odciągać moją uwagę od dzieła mego życia?
- Problemy tego miasta nie będą tak długie. - pocieszyła Nadię.
- Oby… aczkolwiek… martwi mnie zainteresowanie Papy Roacha Stillwater. Może to i wariat, ale… o przenikliwym umyśle.- westchnęła Tremere. - I krążą plotki, że obdarzony jest darem jasnowidzenia.- Powiem szczerze, że nie rozumiem dlaczego nikt prócz Garrego nie widzi czających się problemów w tym mieście. Już wcześniej nie zauważyliście, a teraz... - westchnęła - Nie wiem, mimo wybicia tego kultu ciągle czuję jakiś niepokój, który wcześniej odczuwałam w związku z kultem. Teraz po prostu uwagę zajmuje Tzimisce.
Nadia zaśmiała się ironicznie. - Myślisz, że w Nowym Jorku jest inaczej? Tam są niedobitki Baali kryjące się w cieniach. Sekta wyznawców Setha udająca Toreadorów i podlizująca się możnym. Assamici ukryci wśród arabskich gett i pewnie agenci Sabatu niczym karaluchy krążące pomiędzy uliczkami. Dziesiątki problemów, których nie da się łatwo rozwiązać punktowym zastosowaniem przemocy. Widzisz moja droga… zadaniem Księcia, Szeryfa i wierchuszki Klanów nie jest rozwiązywanie wszelkich problemów naszych dominiów… tylko pilnowanie by to szambo całkiem nie wybiło i smród nie rozszedł się na całe miasto.
Dziewczyna pokręciła głową.- Nie, nie rozumiesz. Nie mówię o takich problemach jakie są zwykłe dla Nowego Jorku. W Stillwater... tu po prostu coś się czai, coś innego niż Tzimisce czy sfora Sabatu. Czuję to, ale umyka mi zrozumienie tego natury. - spojrzała smutno na Nadię - Ale ty i tak mi nie wierzysz, prawda?
- Niezupełnie. Ja po prostu przywykłam. - wzruszyła ramionami Tremere.- Dobrze wiem o czym mówisz. I znam tego źródła. Jedno z pewnością pokazywał ci William. Szpital psychiatryczny na wzgórzu. Drugim jest potwór w jeziorze. Problem jednak jest taki, że tych spraw nie rozwiąże brutalna siła tylko magia… prawdziwa magyia… a tą mój klan nie włada. Taumaturgia jest potężna, ale w porównaniu prawdziwą magyią jest tylko jej namiastką.- Czym jest ten potwór z jeziora, Nadia? - zapytała.
- Potężny duch, którego tubylcy czcili jako boga dawno temu. Obecne czasy musiały go wypaczyć. - Nadia sięgnęła do kieszeni i wyjęła paczkę papierosów. Wyjęła jednego i zapaliła. Zaciągnęła się dymem, bardziej z przyzwyczajenia niż z konieczności. - Śpi po drugiej stronie bariery… a wilkołaki pilnują jego snu. Przynajmniej do tego, te futrzaki się nadają.
- Widziałaś kiedyś w snach tego ducha? I czy to on niszczy wyprawy do piramidy?
- Coś w tym rodzaju. William też widział chyba… i może Lukrecja… Ravnoska pewnie też. - zamyśliła się Kainitka rozważając cicho.- Wątpię by ten duch mieszał się w sprawy piramidy. Po pierwsze jest ona daleko od jeziora. A po drugie… nie ma dowodów na to, by jego potęga obecnie sięgała poza sny. Aczkolwiek to niewykluczone… nawet jeśli mało prawdopodobne.
- Ja... śniłam o drapieżniku w wodzie. To były sny inne niż te, które pojawiają się w Nowym Jorku. Wiedziałam, że ten drapieżnik mnie zniszczy, że czeka mnie śmierć, cierpienie... ale nie mogłam się powstrzymać, zanegować jego woli, a wyzywał mnie bym do niego podeszła. Moja wola była zbyt słaba, by się uratować.
- Jego power fantasy zapewne. To by czynił gdyby był wolny, ale nie jest. - odparła spokojnie Kainitka. - Siedzi w Umbrze i śni.
- I to po prostu duch? Takie jest stworzenie bez formy?
- A co to jest duch Ann? Czym jest duch? To takie ludzkie określenie, niewiele mówiące. - westchnęła Nadiai wytłumaczyła.- To istota prastara. I to jedyne co wiemy. Nikt z nas jej nie widział. Nawet w snach. Potrafisz opisać jej wygląd?
- Widziałam tylko... macki. Jakby macki... czarne... ciemne. Oleiste czy... nie wiem w sumie.
- No właśnie. Nie wiemy co to jest. Nie jestem pewna czy wilkołaki wiedzą i nie mamy możliwości by się dowiedzieć. - wzruszyła ramionami Nadia.- To co ci powiedziałam o tym potworze, to “dziecko” moich domysłów i miejscowych indiańskich legend. Równie dobrze mogę się mylić.- Byłaś kiedyś osobiście w piramidzie? - zapytała z prawdziwą ekscytacją.
- Oczywiście że nie. Przecież żyję, prawda? Jak dotąd nikt, kto wszedł do niej… nie wrócił z powrotem.- odparła z przekąsem Nadia.
- To w końcu Ty. Nie zdziwiłabym się gdybyś ty tam była i wróciła w całości jako jedyna.
- Ann… nie bądź naiwna. Mocniejsi ode mnie wchodzili tam i ginęli. Cyril wił się jak piskorz próbując się wywinąć, gdy Augusto próbował go wysłać do piramidy. - odparła Nadia zaciągając się dymem.- W Nowym Jorku, “wysłaniem do piramidy” Tremere zwą wyrok śmierci.Po wyrazie twarzy dziewczyny widać było, że o tym wyroku sama nie wiedziała.
- To Cyril był już bliski skazania na śmierć? Kiedy?
- Och, wiele razy. Augusto dobrze wie, że twój opiekun kopie pod nim dołki. Więc odpowiada mu tym samym. Poza tym… oficjalnie to nie było skazanie na śmierć. Wtedy to jeszcze był wielki honor.- zaśmiała się sarkastycznie wampirzyca.- Piramida pożarła dopiero trójkę z naszego klanu. Cyril, jak się domyślasz, zdołał się wtedy wymigać.
- Jakie były twoje relacje z Cyrilem? Złe tylko przez powiązanie Augusto?
- Nie lubiłam go, ale po prawdzie niewielu z nowojorskich mięczaków lubię. A on mnie unikał, więc można powiedzieć, że nasze stosunki były poprawne.- wzruszyła ramionami wampirzyca.- Zabiłabyś mnie gdyby Augusto kazał zlikwidować mojego opiekuna, prawda? - zapytała choć znała odpowiedź.
- Prawdopodobnie… tak. - odparła Nadia i wzruszyła ramionami. - Ale Cyril to stary lis i nie jedyny knujący przeciw Palafoxowi.
- Wiesz, że bym musiała stanąć w jego obronie. - odparła ze smutkiem - Nie chciałabym cię skrzywdzić.
- Nie martw się. Nie miałabyś okazji spróbować. - wzruszyła ramionami Tremere.
- Ostatnio mogłam. - przypomniała złośliwie.
- Chyba nie sądzisz, że będzie to jakiś pojedynek? - zakpiła żartobliwie bibliotekarka. - Zginiesz zanim zauważysz moją obecność.
- Skąd taka pewność, że dałabym się na taką sztuczkę i sama nie potrafiłabym tak cię podejść? - zapytała drocząc się.
- Po pierwsze… nie wiedziałbyś o tym, że planuję cię zabić. - stwierdziła Kainitka wzruszając ramionami. - Zginęłabyś przed swoim mistrzem.
- Żadnej litości? - westchnęła teatralnie.
- Litość to przywilej śmiertelników.- odparła krótko Nadia.
- Dlatego nie okazujesz jej w łóżku. - zaśmiała się pod nosem.
- Dlatego… z pewnością to jedyny powód.- odparła z przekąsem Tremere.- Nie wiem kiedy do ciebie znowu przyjdę. Szalony czas mamy.
- Nie przejmuj się tym. Mam co robić.- odparła Tremere zerkając na dziewczynę. - Poza tym… też będę wciągnięta w ten cały… bajzel.
- William nie będzie tak panikował. - zaśmiała się.
- Pewności nie ma, Toreadorzy miewają huśtawki nastrojów i skłonności do hamletyzowania.- zamyśliła się Kainitka.
- Wrócę do Elysium, by nie martwił się, że mnie gwałcisz pojąc krwią. Będę grzeczna. - uniosła lekko ręce w geście poddania. Nim jednak odeszła przerzuciła ramiona przez kark Nadii i wpiła się ustami w usta Tremere. Odpowiedzią wampirzycy była uprzejma obojętność na tę pieszczotę… ale niczego więcej Ann spodziewać się nie mogła. Publicznie, a także często prywatnie Nadia nie okazywała uczuć… poza atakami furii oczywiście... co wyraźnie nie przeszkadzało Ann.
W głównej sali William rozmawiał przy stoliku z Razem. Nie było tu ani Joshui ani Lukrecji, a obecnie Miracella obsługiwała bar. Przy którym to siedział jeden z bliźniaków Giovanni.
Ann weszła do środka w dobrym nastroju i zaraz podszedłem do stolika Williama rozmawiającego z Razem.- Ustalacie stawki? - zapytała opierając się łokciami na blacie.
- Na to już za późno. Dogadujemy obowiązki.- wyjaśnił William.
- No to już cię wyrolował. - odezwała się do Raze'a.
- Niezupełnie. Wiedziałem na co się piszę.- przyznał ze śmiechem Gangrel.Dziewczyna spojrzała na Williama.
- Dorzucisz mu ekstra jeżeli będzie mnie trochę trenował?
- No nie wiem…- zastanowił się Blake. - Może? Zależy jak czasochłonne będą te treningi. I czego będzie cię uczył.
- Pomyślisz nad czymś? - uśmiechnęła się do Gangrela.
- Nie wiem czego miałbym cię uczyć, walki?- zastanowił się Raze, a Blake dodał. - Larry ją tego uczy.
- Nie sądzę, bym mógł nauczyć cię czegoś czego nie pokaże ci Larry. - zastanowił się czarnoskóry Kainita.
- Garry mnie nauczył. - odparła dumna jak paw.I dostała kopniaka w kostkę pod stołem.
- Walczyć ją uczył… WALCZYĆ. - sprostował pospiesznie William. A Raze wydawał się zaskoczony. - Myślałem że spluwę odwiesił na kołek… został pacyfistą.
- Ale uczyć walczyć może. - odparł Toreador.Ann nie rozumiała czemu tak zareagował William, ale skinęła głową w potwierdzeniu jego słów.
- Widzę, że jeden z naszych bladych gości jest tutaj. - zmieniła temat.
- Tak… ten ładniejszy. Dzwonił do swoich z komórki. Nie wydawał się szczególnie… zadowolony. Ta umowa musi być dla nich trudna do przełknięcia.- ocenił William w zamyśleniu.
- Książę też może mieć trudności z przełknięciem tych negocjacji z Tzimisce na sąsiednim podwórku. - ocenił Raze, a Toreador wzruszył ramionami. - Cóż… w zasadzie to nie MY się bratamy, a Giovanni. Więc jak będzie miał wątpliwości to niech je do enklawy zgłasza.
- Lukrecja jeszcze długo się złościła? - wyraźnie sytuacja dość bawiła młodą.
- Dość długo. Nie licz na jej pomoc w ciągu najbliższych nocy. - stwierdził Blake.Wampirzyca wzruszyła ramionami wyraźnie nieprzejęta.
- Sama sobie winna.
- Żebyś potem nie żałowała.- westchnął Toreador.Ann lekko prychnęła na te słowa.
- Dam wam już spokój, ustalajcie dalej. Ja zobaczę co przy barze. - odepchnęła się od stolika, aby ruszyć do baru.
Miracella spojrzała na podchodzącą Kainitkę z nerwowym uśmieszkiem. Czuła się jakoś nieswojo przy Ann.
- Co podać? - rzekła bardzo formalnie.
- Mary. - spojrzała spokojnie na Miracelle - Nie mam przecież nic przeciw tobie.
- Nie masz… - odparła zimno Kainitka. - … ale rzuciłabyś się z pazurami, na każdego kto naplułby na twojego Cyrila. Myślisz, że tylko ty jedna na świecie jesteś tak uwarunkowana?
- ...och. To... - Ann wyglądała w tym momencie na zmieszaną - To było tylko nieporozumienie między mną i Lukrecją... - próbowała załagodzić sprawę.
- Jeśli ktoś naplułby na twojego Cyrilka…- wysyczała przez zęby Miracella powtarzając się. - To dobrze wiedziałabyś, że to nie było tylko “nieporozumienie” między nim a Cyrilem.Po czym w milczeniu zabrała się za nalewanie krwi.
Ann otworzyła już usta, aby zacząć sprzeczać się, że to Lukrecja ją pierwsza zaatakowała, ale zrezygnowała nim wypowiedziała pierwsze słowo.
Miracella też nie była rozmowna. Po chwili podała Ann trunek i zabrała się w milczeniu za typowe zajęcie barmanów. Czyszczenie szklanek szmatką.
Ann zabrała szklankę i bez słowa wróciła do dwóch wampirów, siadając obok w ciszy, aby im nie przerywać rozmowy.
Tamci byli zajęci rozmową na temat warunków mieszkaniowych u Garry’ego. O dziwo, William zachwalał sektę Gangrela, ale Raze nie wydawał się przekonany. Toreador zauważył zmianę nastroju Ann.- Coś taka nie w sosie?
- Czy ja też jestem taka w stosunku do Cyrila jak Miracella do Lukrecji? - zapytała wpatrzona w przelewającą się krew w szklance.Toreador spojrzał na dziewczynę i rzekł wprost. - Tak. Jesteś taka sama.
- To... - westchnęła - Nie podoba mi się to…
- Z czasem to minie… przynajmniej u niej. Lukrecja prędzej czy później odstawi ją od cyca.- odparł William rozważając sytuację. - Ma wystarczająco duże stadko do wykarmienia. Niemniej, póki co… Miracella to świeżak. Clyde już prawie się uwolnił od więzi.
- Po prostu... to naprawdę dziwne zobaczyć swoje zachowanie z zewnątrz. Nie wiem co o tym myśleć. - mruknęła cicho.
- Następnym razem, gdy przyjdzie łyknąć ci krwi… spróbuj pomyśleć nad tym, czy naprawdę warto. - poradził Raze. I pocieszył. - Wszyscy to przechodziliśmy, każdy z nas był uzależniony od swojego twórcy… to… naturalne.Dziewczyna nie odpowiedziała na to. Powoli popijała Krwawą Mary, chcąc uniknąć tematu.
Nie powinna tak myśleć. Przecież zawsze było warto przyjąć krew Cyrila! Skąd wzięły się jej te niedorzeczne myśli o zerwaniu tej relacji?- Co się działo jak wyszłam z Nadią? - zapytała.
- Nic takiego… rozważaliśmy różne opcje. Rozmawialiśmy. Potem zadzwonił Garry twierdząc, że już przesłuchał wraz z młodym Malkavem węża. I Joshua pojechał wysłuchać raportu.- odparł William z uśmiechem.
- Mamy w sumie już pomysł co jutro jest do zrobienia? Czy czekamy na ruch Giovanni?
- Zobaczymy co takiego powiedział wąż. - odparł William wyraźnie biorąc “powiedział” w metaforyczny nawias.- Niemniej… tak, czekamy na ruch Giovanni i Tzimisce. Będziemy się przyglądać ich działaniom… bo pchanie palców między młot a kowadło nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem.- Widzisz? Nie zostałam z Nadią. - wyszeptała do Williama.
- To dobrze… ona jest… wiesz jaka jest.- odparł ciepło Blake. Po czym spytał.- A ty wolisz jutro eskortować pieniądze z Razem, Larrym i Joshuą czy wpaść wraz ze mną i Garrym do Jaine Love?
- A to już pewne, że Giovanni dadzą te pieniądze? - zapytała.
- Tak… jutro przyjedzie specjalna furgonetka.- potwierdził Toreador.
- Zgodzili się podejrzanie szybko. - ocenił Raze, a Blake dodał. - Przypuszczam, że zaginięcie szychy z Europy może strącić z szyi parę nekromanckich głów, więc… te szyje próbują ocalić swoje głowy. Za każdą cenę.
- Obie opcje mnie kuszą... - mruknęła niepocieszona - Aż tylu do oddania będzie potrzebne?
- No… nie. - przyznał William i uśmiechnął się.- Ale niech Giovanni wiedzą, że traktujemy sprawę poważnie.
- Pójdę z nimi. Jestem bardzo ciekawa sytuacji z Larrym.
- Tego się obawiałem.- westchnął Toreador i potarł podstawę nosa.- Ann, nie naśladuj Larry’ego. To niezdrowe.
- O co ci tym razem chodzi? - skrzywiła się.
- Wiesz że on lubi ryzykować i pakuje się w kłopoty?- zapytał retorycznie Blake.
- Chcę też wiedzieć co zrobi sam Joshua. Nie zamierzam przecież rzucić się wściekle na Tzimisce. A co niby fajnego byłoby u Jaine?
- Nie będziemy się bawić… ani u Jaine, ani u Giovanni. Jeśli będziemy mieli szczęście… będzie nudno i tu i tu. Ale wiadomo… Larry’emu może coś odwalić. - westchnął ciężko Kainita.- Albo Gorgonowi. Jeszcze nie wiadomo na co Malkavy wpadną.
- Ale go chyba nie idzie z pieniędzmi?
- Nie… ale chyba będzie się nudził.- zaśmiał ironicznie wampir.Dziewczyna westchnęła.
- No dobrze, dobrze pójdę z tobą. Jeszcze się na ostateczną śmierć zamartwisz.
- Byłbym zobowiązany, gdybyś poszła.- odparł z uśmiechem Toreador, po czym szybko wyjaśnił. - To znaczy wdzięczny… tak się mówiło w moich czasach.Ann pokiwała głową.
- Tak też będzie.
- No to powinniśmy już wracać do domu. Mam wrażenie, że nie będziemy obecnie mile widziany w siedzibie Lukrecji, a noc się już powoli kończy.- odparł Toreador.
Po powrocie Kainita z ulgą przeciągnął się mrucząc pod nosem.
- Nie ma jak w domu.
I ruszył ku swojemu pokojowi, by zatopić się w poezji przez te kilka ostatnich godzin przed świtem.
Ann przebiegła przed niego.- Naprawdę Lukrecję tak zabolało i ma focha? - zapytała zaciekawiona, zaciągając go na kanapę w salonie.
- Zraniłaś ją… ona się troszczyła o twoje bezpieczeństwo. A ty nazwałaś ją tchórzem.- odparł Toreador.Dziewczyna parsknęła.
- Bzdura. Takich rzeczy nie oczekuje się od Ventrue. A jedyne co mogłam zranić to jej ego. I nie ona sama je zraniła, gdy postanowiła mnie mentalnie zaatakować i poległa w tym boju.
- I co zyskałaś w tym boju? - zapytał retorycznie Kainita.
- Czy ty naprawdę sądzisz, że powinnam po prostu poddać się i pozwolić sobą zamiatać podłogę? - zapytała zdziwiona.
- Jest różnica pomiędzy nie poddawaniem się, a chełpieniem się niepotrzebnie zwycięstwem. Tak samo jak różnica pomiędzy dyplomacją, a obrażaniem. Dobrze by było, gdybyś opanowała te różnice.- wyjaśnił Toreador.
- Czyli mówisz, że powinnam wrócić do uległej postawy, mimo że bez przerwy mi mówicie, że wszyscy są tutaj tak samo utopieni w bagnie?
- Jest spore spektrum między uległością a pychą. Nie powinnaś skakać z jednego ekstremum na drugie. Złoty środek to równowaga między nimi.- westchnął Kainita.
- Ona jest tchórzem. Boi się kiwnąć palcem, żeby nie zdrapać sobie farby z niego. - mruknęła.Toreador znacząco westchnął. - Nie zamierzam cię przekonywać, że jest inaczej. Jak sobie coś wbijesz do głowy… to ciężko ci zmienić zdanie.
- A jak mam myśleć inaczej, gdy Lukrecja w ogóle nie rusza się ze swojego Elizjum i nie chce brać udziału w żadnych akcjach?
- Nie każdy jest wojownikiem Ann. Z tego co wiem, Cyril też nie jest wojownikiem. - przypomniał jej Toreador i dodał.- Co nie oznacza tchórzostwa. Są różne rodzaje odwagi. I różne są role do spełnienia.
- Cyril posiada podwładnych i sojuszników. Temu walczą dla niego. A gdzie są ci podwładni Lukrecji? - dodała z lekką złośliwością.
- Poznałaś jedną i sypiasz u drugiej. Miracella jest jej podwładną, a Nadia… w pewnym sensie sojuszniczką. A co do Cyrila… czyż jego podwładnych nie wybito?- mężczyzna potarł podstawę nosa dodając.- Nie chcę zapeszyć, ale nie zdziwiłbym się gdyby Cyril wkrótce dołączył do nas w Stillwater.- To niemożliwe, nie nie zasłużył na to! - zaprzeczyła bezklanowa - Nie jest winny tym zbrodniom, a podwładnych nadal posiada. Wiem, że są, ale nie miałam z nimi dużo wspólnego.
Toreador machnął ręką.- To nie kwestia winy, tylko… pecha. Nie ma znaczenia czy jest winny czy nie. Tylko czy jego pobyt tutaj na wygnaniu przysłuży interesom rozdających karty w naszym społeczeństwie. I nie sądzę, by podwładni jakich miał… jacy jeszcze żyją, chcieliby mu pomóc. Nie wszystkich karmił swoją vitae… a bez niej lojalność w ich ustach, jest tylko pustym słowem. Ostatecznie, to wszystko kwestia interesów… zwłaszcza w Nowym Jorku.
- Mam nadzieję, że tak nie będzie... - mimo wcześniejszego zachowania obawiała się nieprzyjemności dla swojego opiekuna... a w środku martwiła się, iż wszystko wróciłoby do normy z Nowego Jorku, gdyby był tu na stałe - On... nie dostosowałby się do mieszkania w Stillwater…
- Z pewnością byłby równie sfrustrowany co Lukrecja. - przyznał Toreador.
- Chyba Lukrecja nie rozładowuje swoich frustracji na Miracelli? - zapytała.
- To nie w jej stylu. - odparł Toreador.
- No właśnie. - spojrzała w podłogę - Cyril... - westchnęła - To jest w jego stylu…
- Lukrecja nie jest wampirzycą skłonną do przemocy, poza oczywiście złośliwymi docinkami. Miracelli nie skrzywdzi, ani żadnej swojej podopiecznej. - odparł Toreador.- Nie wiem czemu weszłeś w sojusz z nim. Jesteście zupełnie różni charakterem. Jak zacząłeś z nim wiązać?
- To stara znajomość, ze starego kraju. I sojusz to delikatnie mówiąc… nadużycie. Po prostu wyświadczamy sobie przysługi.- wyjaśnił Toreador.
- Ale jak się poznaliście?
- Tak jakoś przypadkiem… chyba w Londynie. Na jednym z zebrań…- zastanowił się Will drapiąć po karku. - W sumie to nie pamiętam.
- Musiał się do ciebie dobrze przykleić. Widać, że mu zależy.
- Nie… niezupełnie. Po prostu tak jakoś wyszło. Mieliśmy wtedy parę wspólnych interesów i parę okazji do współpracy. - odparł z uśmiechem Toreador.
- To w sumie czy wiesz dlaczego akurat do ciebie zgłosił się, kiedy chciał mnie gdzieś skryć?
- To akurat proste. Nie ma zbyt wielu kontaktów poza Nowym Jorkiem. Byłem jedyną jego opcją. - wyjaśnił Kainita.
- Byłeś zaskoczony jego prośbą?
- Trochę. - przyznał Blake.
- Myślałeś że przyśle tutaj jedną ze swojego klanu? Bo nie wiedziałeś, że go nie posiadam.
- Nie zawracam sobie głowy takimi detalami.- odparł Toreador.
- To nie są detale! - zaprotestowała.
- Dla mnie są.- wzruszył ramionami Blake. - Za stary jestem, by się nimi przejmować.
- Przecież starzy tak samo widzą przynależność.
- Ci którzy kurczowo trzymają się władzy… jaką ja mam władzę?- zapytał z delikatnym uśmieszkiem Toreador.
- Byłeś księciem! - zaprotestowała.
- Byłem… ale od dawna nie jestem.- przypomniał jej William.- I nie planuję powrotu.
- Dziwny jesteś, wiesz? - mruknęła bez zrozumienia.
- Możliwe że tak… w końcu nie był bym tutaj, gdybym nie był dziwny, prawda?- zapytał retorycznie Kainita.- Ja bym choć Klan chciała mieć... - przyznała Francuska - Byłaby o wiele łatwiej…
- To już zależy od klanu. - zażartował Kainita i dodał.- Wszystko ma swoje przewagi i zalety. Bezklanowość również.Ann skrzywiła się na te słowa.
- Nie, Will. To, co widziałbyś za zaletę braku Klanu... nie przebija wad. Ty możesz inaczej podchodzić, ale uwierz mi - mówiła powoli - społeczeństwo Kainitów rzadko traktuje takich łaskawie. Jesteśmy w ich oczach... niby wampirami, ale poniżej klanowych, tylko nieco ponad ghulami, choć niektórzy by swoje ghule wyżej widzieli. Bezklanowi muszą znaleźć... pana... bo bezpańscy w ciągu kilku nocy zginą i to nie przez nakaz Księcia, ale z działań innych. Bo istnieją. - uśmiechnęła się smutno - Elena... cóż, przeszłość. Ale to wyjątek. W Nowym Jorku chodzę jak na szpilkach przy innych, unikam unoszenia wzroku, kryję się przed Brujah, którzy może i mnie nie zniszczą dzięki posiadaniu opieki Cyrila, ale z lubością traktują jak zabawkę, którą można umęczyć.
- Świeżo przeistoczeni, bez względu na klan, zwykle mają ciężko. Większość z nich… ginie.- westchnął Kainita. - Zwłaszcza jeśli są Gangrel, Brujah, Malkavian czy Ventrue. Tremere też, choć u nich to inny rodzaj zgonów.
- Nie są traktowani jak śmieć wyrzuconemy na ulicę. Przynajmniej większość z nich jest otoczona opieką swojego Rodzica. - mruknęła - Wybacz, ale wyraźnie nie jesteś w stanie zrozumieć jak to wygląda po tej stronie. Prawdopodobnie będąc młodym zachowywałeś się tak samo... Och, nie przepraszam. W czasie twoich twojej młodości bezklanowe kundle się po prostu ubijało.
- Rozumiem twój żal…- odparł ciepło wampir i pogłaskał ją po włosach. - Ale nie pozwól sobie zamknąć się w przeszłych krzywdach. To więzienie umysłu.Ann prychnęła.
- Dopiero jak uwolnię się z prawdziwego więzienia społecznego, zacznę myśleć o więzieniu umysłu. Will, nie jesteś głupi, wiesz co dzieje się w Camarilli i całym społeczeństwie Kainitów. Jaką mam pozycję, tak naprawdę. Jaki lunapark jest w Stillwater. Wiesz, że utworzyłeś sobie iluzję, którą prezentujesz wszystkim naokoło. Ale to iluzja, nawet jeżeli dla ciebie jest prawdziwa.
- Ann… nie daj się złapać w tą pułapkę, w którą wpadł Cyril. Nie pozwól by ambicja nie pozwalała ci się cieszyć tym co już osiągnęłaś.- westchnął cicho mężczyzna.
- A co takiego osiągnęłam? - uniosła lekko głos - Że przeżyłam dwa dziesięciolecia?
- Nie każdy Kainita może się tym pochwalić. - zażartował wampir i dodał poważnie. - Stałaś się częścią tej społeczności. Poznałaś nową dyscyplinę… aczkolwiek lepiej nie wspominać kto cię nauczył przy osobach, którym nie można do końca zaufać. Mogłaś narobić kłopotów Garry’emu.- Niby czemu? Z tego co wiem to nie jest jakaś tajemnica Gangreli.
- Klany zazdrośnie strzegą swoich sekretów. Garry nie ma prawa zdradzać tajników dyscyplin innym Kainitom. Owszem, nie nauczył cię niczego szczególnie skandalicznego, ale…- westchnął Toreador. - Primogen jego klanu z Nowego Jorku, mógłby zareagować bardzo gwałtownie na wieść o tej sytuacji.
- Garry ci o tym powiedział sam?
- Tak. Garry mi ufa. - przyznał Toreador. - I ma rację… nigdy nie zdradzam powierzonych mi sekretów.
- Przecież inne wampiry muszą znać taką dyscyplinę, nie tylko Gangrele, prawda? A nauczenie się tego nie było jakąś straszną sztuką. - odparła.
- To nie o to chodzi. Klany zazdrośnie strzegą swoich tajemnic. Tobie nic by się nie stało po wypaplaniu Raze’owi kto cię nauczył nowej sztuczki, ale Garry.. on mógł mieć kłopoty, gdyby Lucius się dowiedział. - wyjaśnił William.
- Więc gdybyś ty zrobił to samo, nauczył dyscypliny Klanu, to Elena chciałaby cię zjeść?
- Nie wiem… może? Na pewno by to jakoś wykorzystała do swoich celów. Może jako szantaż wobec mnie? - zadumał się William. - Jeśli jednak nauczę jakiejś dyscypliny, to wolałbym jednak żebyś nie mówiła o tym Elenie. Domysły to nie to samo co deklaracje.
- Ale niektóre z dyscyplin po prostu się pojawiły! Z Przeistoczenia! - westchnęła - Nie znam nikogo kto umiałby kierować cieniem jak ja. Kto w Camarilli umie?
- Nikt to sztuczka Lasombr…słuchaj Ann. - spojrzał wprost w oczy Kainitki.- To że umiesz lepiej znosić ciosy nie jest dla nikogo problemem. To że być może poznasz nowe dyscypliny w przyszłości, też nie będzie kłopotem tak długo jak… nie będziesz wspominała u kogo ich się nauczyłaś. Zawsze mów że tak jakoś… spontanicznie je poznałaś.Dziewczyna zginęła głową zgadzając się z Williamem.
- Dobrze, nie będę wspominać. - spojrzała lekko zaniepokojona - Jeżeli to sztuczka jednego Klanu, to tym bardziej nie byliby zazdrośni o ten sekret? Mogę mieć z tego powodu problemy?
- Tak jak Charlie z Tremere miał. - przyznał Blake i dodał z uśmiechem. - Ale wiesz… w twoim przypadku to jest Sabat i w interesie Camarilli jest wchodzić im w drogę, więc raczej pomogą tobie w takiej konfrontacji… nawet chłopcy Grozy. Sabatu nie cierpią bardziej niż bezklanowców.
- Tremere... są bardzo dziwni z Taumaturgią. Cyril... musi go boleć to... - mruknęła pod nosem.
- To bardzo hermetyczny klan… zamknięty… szczerze powiedziawszy nie wiem co się u nich dzieje. Wiem natomiast, że często ich najmłodsi Kainici giną bardzo brutalną śmiercią. Ich zwłoki wyglądają naprawdę upiornie.- przyznał Toreador.- Czy wiesz co Cyril zrobił Gangrelom?
- Podobno przyczynił się do śmierci jednego z nich. Kogoś ważnego… ale więcej nie wiem. - podrapał się po karku William. - Nie jestem pewien czy Lucius i jego klika wiedzą. Te kwestie dotyczą wydarzeń ze starego kontynentu. Gangrele mają zakaz wchodzenia z nim w konszachty… ani nie mają mu szkodzić, ani pomagać, ani pracować dla niego.
- Ponoć wykradł im sekret…
- Dyscyplinę… nie wiem jak, ale zdołał poznać. - przyznał Toreador.- Tą ze zmianą dłoni w szpony.
- Czyli teraz umiałby to?
- Widziałem jak pochlastał rozwścieczonego szałem antitribu Brujah, gdy dominacja nad jego umysłem mu nie wyszła. - wyjaśnił Blake.
- Och... Mnie tylko cały czas straszył swoją magią…
- Coś tam ponoć umie. - stwierdził niemrawo Toreador, choć Ann miała wrażenie, że także on nie widział oszałamiającego pokazu mocy w wykonaniu Cyrila. Czyżby Nadia rzeczywiście miała rację?- Will... - w głosie Ann pojawiła się bojaźń - Czy... Czy on... - plątała się w słowach - Czy on może użyć... taumaturgii? - z jednej strony chciała by Nadia kłamała, ale z drugiej…
- No… chyba tak, przecież jest Tremere. Sa z tego znani. Musi umieć, skoro narzekał często, że musi szkolić młodzików podsyłanych mu przez Palaoxa. - odpowiedź Blake’a nie była rozstrzygająca. Zawierała więcej poszlak niż dowodów.W tej sekundzie już wiedziała - Ann nie mogła się doczekać następnego spotkania swojego opiekuna. Musiała mu zadać pytanie o jego magię.
- Początkowo często mnie tym straszył. Taumaturgią. Zaskakujące że nigdy sama jej nie zobaczyłam. To już magię częściej widziałam.
- Przypominam sobie, że raz… zapalił cygaro towarzyszowi magicznym płomykiem. Ale nic potężniejszego nie widziałem.- wspomniał William w zadumie.
- A widziałeś kiedyś jakiś inny użycia dyscypliny u niego?
- Poza dominacją i raz tymi pazurami… i tym płomykiem… hmm… nie.- przyznał Toredor.- Cyril jest mentorem i nauczycielem. Nie wojownikiem.
- Chyba raz zobaczył mnie tą dyscypliną... żeby lepiej widzieć. - Ann zamyśliła się - A wiesz czy on komuś jeszcze ukradł Dyscyplinę? - młoda wampirzyca wyraźnie była zaciekawiona.
- Nie wiem… nie wydaje mi się. - zastanowił się Toreador. - Nie tak łatwo poznać sekrety czyjejś dyscypliny.- Wszyscy Toreadorzy są tak szybcy jak ty? To Klanowa umiejętność? - zapytała z ciekawością uczącego się dziecka.
- I tak i nie. Wszyscy Toreadorzy mogą opanować taką nadnaturalną szybkość, ale nie każdemu się udaje. Każdy z nas ma pewne predyspozycje co do jednych dyscyplin i problemy z opanowaniem innych. To kwestia nastawienia i psychiki. Ty jesteś wojowniczką, więc subtelne dyscypliny mogą być dla ciebie problemem.- objaśnił William.
- Moje Dyscypliny nie potrafią sprawić nikomu krzywdy. Nawet te cienie... krzywdzić kogoś nimi jest bardzo ciężko, wymaga to wprawy i skupienia. Choć nadają się do rzeźbienia nimi. - uśmiechnęła się mówiąc to.
- Nauczyłaś się odporności na ciosy bardzo szybko. To też o czymś świadczy.- odparł ciepło poeta.
- Pewnie klanowy opanowałby ją szybciej. - westchnęła - Nie była bardzo skomplikowana podczas nauki. Dało się szybko ją opanować.
- A może Garry jest lepszym nauczycielem niż mogłoby się wydawać? - zapytał retorycznie Kainita.
- Możliwe... Choć jego tłumaczenie o Nirvanie wcale mi nie pomogło. - zaśmiała się - Przetłumaczyłam sobie to sama po prostu na bardziej zrozumiały dla mnie język.
- Tylko nie mów o tym Garry’emu.- odparł z uśmiechem Blake.- Sądzisz, że kiedy będę mogła znowu rozmawiać z Lukrecją?
- Dajmy jej kilka nocy na przetrawienie tej urazy. Z trzy, cztery…- zastanowił się Toreador.
- Crybaby... - mruknęła.
-
Była pożerana przez płomienie, zamknięta w drewnianej trumnie. Było gorąco i bolało, tak strasznie bolało. Ann krzyczała o pomoc, ale syk płomieni musiał zagłuszać jej głos, albo… bracia nie chcieli jej słyszeć. Bo ona ich słyszała. Ich przytłumione głosy pełne udawanego żalu. Ich słowa o tym, że zawsze chciała być skremowana po śmierci. Ale przecież… żyła!
Cóż… detal bez znaczenia. Dla nich.Ann krzyczała, wołała choć szybko straciła nadzieję nadzieję na reakcję swoich braci. była dla nich jedynie problemem. zawadą stojącą na drodze do pieniędzy. Nie istniała w pierwotnych planach, a choć jak się urodziła oni wciąż byli dziećmi, to gdy dorośli zorientowali się jakie generuje problemy niechciana siostra. Jak więc mogli teraz chcieć jej pomóc? Nie bądź głupia Anabelle.
Następnie zaczęła wołać Cyrila, ale dla niego przecież była tylko narzędziem. Jak mogła zakładać że on naprawdę spowoduje dla siebie niewygodę jeżeli miałby pomóc bez wynagrodzenia?On cię nie kocha, Annabelle. nie jesteś mu jak dziecko, nie ma w nim prawdziwej troski. Dba o ciebie tak długo, jak jesteś dla niego użyteczna.
Dokładnie jak bracia.
William się już obudził. Vincent również, rysował coś w szkicowniku popijając kawę. Uśmiechnął się do Ann, gdy ją zauważył, ale nie odezwał się. Był wyraźnie zajęty. Więc… nie mógł pilnować krwi Tzimisce, prawda? Ta myśl umknęła zanim zdążyła się pojawić. Bowiem Toreador się pojawił mówiąc do niej.
- Larry dzwonił. Wkróce tu będzie.
I Larry rzeczywiście wkrótce się pojawił. W typowym dla siebie stylu. Uzbrojony po zęby i w hummerze. Brudnym i nieco zaniedbanym i załadowanym bronią na pace. Do tego miał Raze’a… gangrel miał kwaśną minę. Wysiadł z wozu zapewne zastanawiając się “w co ja się wpakowałem ?” .-|
Larry na widok wychodzącej dwójki Kainitów rzekł wesoło.- Jesteś gotowa ? Jak widzisz… wózek mam pierwsza klasa, towarzystwo nieco kwaśne, ale i zabrałem zabawki. Na wypadek, gdyby nie było nudno.- uśmiechnął złowieszczo, z pewnością licząc na to, że nie będzie.
Ann spojrzał z radością na Williama.
- Czyli pogodziłeś się! - utuliła mocno Toreadora - Nie panikuj o mnie.
- Nie będę ci niczego narzucał.- odparł Kainita. - Z Larrymi z Razem powinnaś być bezpieczna. Jeden będzie robił za żywą tarczę, a drugi dopilnuje byś cało wyszła z opałów. No i Joshua będzie.Caitiffka zabrała swój sztylet i pistolet aby stawić się już gotowa na misję.
- Mam nadzieję że będzie emocjonująco. - odezwała się z ekscytacją do Larry’ego.
- Ja też… ruszamy?- odparł z gorączkowym podekscytowaniem w głosie Brujah, co tylko spotkało się z cichym westchnięciem rezygnacji ze strony Raze’a.
- No jasne! - Ann ruszyła za Larrym zerkając na Raze’a.
- A z tobą co? - zapytała szeptem Gangrela.
- Poważnie rozważam swoje wybory życiowe. - przyznał Raze.
- Może będzie fajnie. - odparła dziewczyna.
- Może… wsiadajmy.- odparł Gangrel uśmiechając się lekko.I po chwili… wyruszyli.

Podczas drogi Larry entuzjastycznie opowiadał o różnych walkach jakie stoczył w NY. Głównie z Sabatem, ale nie zawsze. Wyłaniał się z nich obraz Kainity, który choć był wprawny w walce, tylko jakimś cudem dożył obecnej nocy. Więc to pewnie gryzło Raze’a. Lekkomyślność Larry’ego mogła ich wpakować w konflikt z przeciwnikiem znajdującym się w lepszej pozycji taktycznej. Jadąc nocną drogą, mijali leśne ostępy. Ann odruchwo rozglądała się za szpiegami Diabła Weneckiego. Od owej pamiętnej nocy nie minęło wiele czasu i miała obecnie wrażenie, że jego konstrukty gdzieś tam siedzą ukryte i śledzą ją.
Wkrótce dotarli na miejsce. Tam już był szeryf przy wozie policyjnym, za którego kółkiem siedział jego ghul zastępca. Oraz limuzyna Giovanni, prawdopodobnie z obu Giovanni w środku. Larry zatrzymał się na poboczu i rzekł do pozostałej dwójki.
- Idźcie się przywitać, ja sobie zabawkę wybiorę z tyłu.
Ann szybko wysiadła z wozu i od razu ruszyła do Joshui.
- Jesteśmy pod obserwacją. - powiedziała na wstępie.
- Jesteś pewna?- zapytał Smith rozglądając się dookoła. Raze podążył za Ann w milczeniu i wydawał się zaskoczony jej słowami na równi z Joshuą.
- Nowy Jork nauczył mnie ufać swojemu wrażeniu bycia obserwowanym. To bardzo przydatne dla kundli. - wyjaśniła - Witaj, Książę.
- No cóż… ja tam nikogo nie widzę.- przyznał Smith i westchnął - Nie ma to chyba znaczenia. Jeśli ruszylibyśmy polować na nich… musielibyśmy się rozproszyć i ułatwilibyśmy im zadanie. Pozostanie więc być czujnym.-
- To prawda… długo jeszcze musimy czekać?- spytał Raze.
- Bliźniak jest w stałym kontakcie z ich opancerzoną furgonetką. Pieniądze tu jadą. - przyznał Smith.- Jesteście gotowi na wszystko?
- Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że to wszystko może być jedna wielka podpucha i tak naprawdę on nie zamierza się wysilić i tu przybyć? Albo wykona jakikolwiek plan ma gdzie indziej? - zauważyła.
- Dopóki nie będzie tykał moich podopiecznych, mam głęboko w dupie co planuje Tzimisce, to zmartwienie Giovanni… nie nasze. Naszym są…- westchnął ciężko Smith.- Maski.
- Jakie maski? - spytał Raze.
- Prawdopodobnie użył zawartości szkolnego kantorka i swojej wiedzy do przerobienia części ghuli na rodowitych mieszkańców Stillwater. Kogo konkretnie zmienił, tego wąż nie wie. Gad nie ma aż tak dobrego wzroku.- westchnął Smith.
- Czyli mamy zgodę ubić każdego mieszkańca, którego zobaczymy na terenie? - Ann wydawała się zadowolona taką możliwością.
- Wątpię by Tzimisce poświęcił tyle czasu i wysiłku, tylko po to, by posłać ich na rzeź rzucając ich na nas. Możliwe natomiast, że ma ukrytych szpiegów w naszej społeczności.- westchnął szeryf.
- Nawet ty możesz być Tzimisce! - zauważyła.
- Nie sądzę by udało się mu dopaść i zmienić wampira.- westchnął Kainita.- Taką nieobecność byśmy szybko zauważyli. A ostatnio nikt nie zniknął bez śladu na kilka nocy. Tu raczej chodzi o śmiertelników.
- To teraz pozostało nam oczekiwać…
- Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie gła…- zaczął mówić Joshua, po czym spojrzał na obwieszonego bronią Larry’ego, który podchodził do nich.
- Może już zajmę jakieś stanowisko strzeleckie, co? - zapytał wesoło Larry podchodząc do Kainitów.
- Przynajmniej ty się dobrze bawisz…- mruknął Smith przyglądając się Brujahowi.Ann tak, że wyglądała na kogoś kto dość dobrze bawi się w tej sytuacji.
- Będzie ciekawie.
- Oby nie…- odparł Smith drapiąc się po karku. - Nie jestem pewien czy chciałbym się teraz zmierzyć z Vozhdem, którego widziałaś. Nie wiem co potrafią Giovanni, ale ja lepiej bym się czuł mając Nadię pod ręką, lub choćby tego ludzkiego maga.
- Z czym? - zapytała zdziwiona.
- Ten olbrzym z rogami jelenia, którego widziałaś. To vozhd był właśnie. Oni lepią takich gigantów… takie gigantyczne stworzenia i używają do walki.- wyjaśnił Smith.- Widziałem coś takiego w mrokach Gettysburga. Widziałem co zrobiło z oddziałem piechoty... masakra to najłagodniejsze z określeń jakie mógłbym użyć.
- A mimo to Sabat przegrał?- zdziwił się Raze. Smith zaś rzekł wzruszając ramionami. - Tremere okazali się lepsi w magii. Tak sądzę. Nie wiem czemu Lee ostatecznie przegrał.
- Lee?
- Generał Robert Edward Lee. Głównodowodzący siłami konfederatów z czasów wojny secesyjnej. - wyjaśnił Smith.
- Twój oponent czy dowódca?
- Nasz generał.- odparł dumnie Smith. - To był zaszczyt, służyć pod nim. Trochę mniej zaszczytne było to, pod kim służyłem będąc wtedy w Sabacie. Ale to dawne dzieje, niewarte rozpatrywania.Nagle limuzyna Giovanni ruszyła z kopyta, a telefon szeryfa zadzwonił. Ten sięgnął po niego i po chwili kiwania głową.- Tak. Jasne… już.-
Spojrzał na Kainitów dookoła niego dodając.- Ruszamy natychmiast. Furgonetka została zaatakowana. Wzywają pomocy.
Wampirzyca wiedziała, przecież o tym mówiła.- Spodziewać się, że coś zechce nas zatrzymać przed opuszczeniem tego miejsca! - odezwała się stanowczo nie zważając w tym momencie na swój status w tej akcji - Larry, jedziemy! - pobiegła w stronę samochodu Brujah - Będziesz miał szansę pokazać mi szaloną jazdę!
Dopadła do wozu razem z wesołym szaleńczo Larrym, wsiadła obok niego, Raze za nim. Ruszyli z kopyta, by pośpieszyć na pomoc furgonetce. ścigając się z wozem policyjnym i próbując dopędzić zaskakująco szybką limuzynę Giovanni.

Pojazdy jechały z rykiem silników. Nic nie wyskoczyło. Żaden potwór, żadna kreatura Tzimisce nie zdecydowała się przeszkadzać im w tej szaleńczej jeździe. Trzy auta tarasowały drogę na całej szerokości. Sytuacja wręcz prosiła się o wypadek na leśnej drodze. Dobrze więc że siedziała w lekko opancerzonej terenówce.
https://www.youtube.com/watch?v=9oZ2XNzVg9w
A propo opancerzonych pojazdów… właśnie jeden wyjeżdżał pędząc w pośpiechu i przez specjalne szczeliny ostrzeliwując licznych napastników.

Nieoznakowana, opancerzona maszyna świadczyła o bogactwie klanu… niemniej teraz stanowiła ruchomy taran zmierzający wprost na trójkę samochodów. Za wozem i z obu stron zaś poruszało się stado… napastników. Nie były to jednak konstrukty Tzimisce, tylko liczny gang motocyklowy.

Wyli, strzelali i kulom się nie kłaniali. Paru poszarpał ostrzał z pistoletu maszynowego. Dwóch zalało się krwią i przewrócili się wraz motorami na drogę.Trzech… zignorowało dziury w skórzanych kurtkach i uśmiechnęło się szeroko.
Wilkołaki albo…- Parszywe wędrowne anarchy…- podsumował Larry wciskając gaz do dechy. - Raze… Ann… strzelać gdzie popadnie. Nie martwcie się… kul nam nie zabraknie.-
-

ANARCH MASSACRE
Zaszła pewna zmiana w niepozornej do tej pory Caitiffce. Dziewczyna wyraźnie dobrze bawiła się w tej sekundzie, gdy jechali tak wprost na gang motocyklowy, za kierowcę mając Larry’ego. Wyraźnie rozbudzone emocje nakręcały jej ryzykowne zachowanie, a brak kontroli w osobie Cyrila tylko pozwalał uwolnić swoje zapędy.
Ann wysunęła się przez jedno z okien, aby wycelować w przednie koło jednego z motocykli i wystrzelić bez wahania.- STARANUJ ICH! - krzyknęła do Brujah, a jej oczy błyszczały radością i szaleństwem.
- O TAAAK…- wrzasnął głośno Brujah wściskając pedał gazu do oporu. Silnik zaryczał jak bestia, Ann strzelała z pistoletu, Raze z drugiej strony posyłał serie z pistoletu maszynowego celując w tych, którzy próbowali strzelać w ich brykę. Nie wiedziała, czy trafiła… nie miało to znaczenia. Wkrótce z hummer Larry’ego uderzył z impetem w pierwsze motory… jeden wpadł pod, drugi roztrzaskał się o grill i zderzak auta. Ciała, żywe lub martwe uderzyły w maskę i szybę pojazdu i poleciały do tyłu. A potem kolejne zderzenie. Larry nie dbał o nic, krwawy szał zmienił jego śmiech w rechot szaleńca. Jechał na wprost nie dbając o nic, nawet o to, że kolejne uderzenia zmieniły przednią szybę w siatkę pęknięć, przez którą nic nie widział. Dopiero gdy wóz nie natrafiał na opór, obrócił go gwałtownie o dziewięćdziesiąt stopni zatrzymał.Ann i Raze… mogli wtedy podziwiać jatkę na drodze. Kilkanaście ruszających się ciał… kilka trupów śmiertelników. Limuzyna Giovanni była w rowie. Furgonetka z forsą zatrzymała się blokując drogę i strzelając przez strzeliny.
Z limuzyny wysiadł już Szkaradziec i… wysoki mężczyzna w garniturze o bladej i gdzieniegdzie pozszywanej skórze i martwym spojrzeniu. Był to prawdziwy osiłek za życia… teraz poruszał się powoli i niezgrabnie… i mając za nic wystrzeliwane kule. Po prostu… szedł.
Szkaradziec biegł wzbudzając zaskoczenie i lęk swoim wyglądem. Nie miał broni, nie potrzebował. Ignorujac strzelającego wampira chwycił go za dłoń z rewolwerem, sparaliżował jakoś… potem cała ręka wampira zwiotczała i uschła… jakby Szkaradziec pozbawił ją wszelkiej wilgoci. Szkaradziec urwał ten wyschnięty kikut chwycił za szyję… i po chwili urwał Kainicie głowę. Truposz, który mu asystował był mniej subtelny, ale równie skuteczny, chwycił strzelającego w niego Kainitę i przycisnąwszy do ziemi samą swoją siłą, uderzał pięścią w twarz aż ta zmieniła się w krwawą miazgę, a wierzgający Kainita przestał się ruszać.
Giovanni nie bez powodu przerażali.Sam Książę wysiadł z limuzyny i wraz z zastępcą prowadził ogień ciągły używajac śrutówki… jedną ręką, drugą korzystał z policyjnego radia. Pewnie zajęty był wzywaniem posiłków. Co nie zmieniało faktu, że z bliskiej odległości wybijał bronią spore dziury w ciałach napastników, odstrzeliwał kończyny powalając na ziemi. Mało efektowne, bardzo skutecznie.
Ann dostrzegła też lidera całej tej napaści.

Półnagi, chudy Kainita wydawał polecenia siedząc na motorze, otoczony przez uzbrojoną świtę.
Stał na środku drogi i nie przejmował się tym, że jego plan się posypał.- Zabić ich wszystkich. Żadnych świadków! - wrzeszczał.
Wskazał palcem na wóz Larry’ego i wrzasnął.
- Zabić ich moje furie.-
Szóstka wampirzyc na motorach ostrzeliwująca dotąd furgonetkę ruszyła teraz w kierunku hummera z Larrym, Razem i Ann.
- Wkurzyli mnie…- syknął Raze wychodząc z auta i zdejmując kurtkę.
Jego ciało zaczęło się zmieniać, pysk wypełniały zwierzęce kły, dłonie zmieniały się w łapy, a ciało porastać zaczęła sierść.
- Cool... - Ann szepnęła pod nosem i sama wyszła na zewnątrz jak i Raze. Niedawna gorączka wrażeń niechętnie ustąpiła miejsca zrozumieniu powagi sytuacji. Musiała dostosować swoje działania do własnych możliwości. Skryła się za pojazdem, aby w spokoju ukryć swoją obecność za osłoną niewidzialności. Może ten sposób walki nie był najbardziej szlachetnym, ale nie mogłaby mniej się tym przejmować. Niech inni narażają skórę i walczą twarzą w twarz z Anarchami. Ann miała zamiar w ukryciu czekać odpowiedniej sytuacji, aby zaatakować szefa tego gangu motocyklowego i skoczywszy na niego od tyłu wbić mu krwiożerczy sztylet w kręgosłup. Niech inni odwalają ciężką pracę. Ona zgarnie nagrody.
"Uczciwa walka jest dobra tylko dla przegranych." pomyślała głaszcząc ukryty w pochwie sztylet.
|-Larry wyskoczył z wozu gdy “furie” były blisko. Zaczął śmiać się jak szaleniec i strzelać z dwóch kałasznikowów trzymanych po jednym w każdej ręce. Grad kul wbijał się w ciała wampirzyc, niszczył ich motocykle. Dwie upadły, pozostałe zbliżył się do Larry’ego na tyle że ten skoczył ku jednej porzucając broń palną i sięgając po nóż. Zderzył się z nią i powalił na ziemię zrzucając ją z motocykla. I upadając na nią… wrzasnęła z bólu, gdy upadający na nią Kainita zmasakrował jej żebra. Pozostałe siostry rzuciły się jej na pomoc. Ale jedna została powalona również… tym razem dużą czarną panterę . Nieludzko szybką czarną panterę którą teraz był Raze.Szkaradziec tymczasem zmierzał do szefa bandytów od niechcenia makabrycznie zabijając tych, którzy stanęli mu na drodze. Ich wysuszone kończyny, oderwane głowy… zniechęcały młodych Kainitów do zadzierania z tym potworem. Woleli atakować podążającego za nim nieumarłego osiłka, który jeśli zabijał, to konwencjonalnie.
Uzbrojony w policyjną pałkę książę Stillwater rzucił się do walki przeskakując nad pojazdem policyjnym i zostawiając wsparcie ogniowe w dłoniach ghula. Kilka kainitów ruszyło ku niemu, nie mając pojęcia że popełniają ostatni błąd w swoim nieżyciu. Pałka policyjna Joshui nie była ebonitowym cywilizowanym wynalazkiem do pacyfikowania tłumów. Brujah używał broni wykonanego z solidnego materiału i zadawane przez nieco z olbrzymią siłą ciosy, miażdżyły żebra, roztrzaskiwały czaszki i łamały kręgosłupy. A że Brujah był wyjątkowo szybki i silny, Ann nie dostrzegała nic poza rozmazaną sylwetką, odgłosami pęknięć i osuwającymi się trupami.- On jest mój! - wrzasnął do Joshui Szkaradziec, obawiając się że Książę dotrze do przywódcy anarchów pierwszy.
Dziewczyna powoli przybliżała się do szefa anarchów, jednocześnie będąc w podziwie zdolności Giovanniego i Księcia. Nie zniechęciło to jej to do dobrania się do tego anarcha jako pierwsza, nawet jeśli Szkaradziec miałby jej to za złe. Gdy zobaczyła że nie ma sensu podchodzić powoli, sama też przyłączyła się do wyścigu chcąc od tyłu wbić sztylet anarchowi.
Została zauważona… kule poleciały w jej kierunku. Świta bladolicego była czujna… i celna. Kilka bolesnych trafień w jej ciało potwierdziło, że przynajmniej kilku z nich włada Auspexem.
Za sobą słyszała krzyki, potępiencze śpiewy, ryki pantery… i dźwięk czaszek rozstrzaskujących się o bruk. Larry szalał osłaniany przez panterę… kolejne furie ginęły.Część świty bladolicego oderwało się i ruszyło by powstrzymać Joshuę pędzącego ku szefowi bandytów. Dwóch strzelało do Ann, reszta… podążyła za swoim wodzem. Bladolicy widząc porażkę swoich planów, śmierć swoich podwładnych… nie zamierzał tonąć wraz ze statkiem i ruszył z kopyta na swoim motorze prosto w las… a trójka Kainitów podążyła za nim, również na motorach.
Młoda wampirzyca była po prostu wkurzona na sytuację. Nie dojść że czuła ból obrażeń, to jeszcze miała nic z tego nie otrzymać?!
Nie miała jednak wyjścia. Ignorując rany Postarała się znajdować blisko pantery i szalonego Larry’ego, aby strzelać chroniona przez nich... czy raczej przez tarcze z ich ciał.
Trafiła jednego… celnie w oko, powalając na ziemię. Mogła być z siebie dumna. Niemniej sytuacja jakoś nie napawała ją dumą. W jej kierunku gnały dwie powalone wcześniej “furie”... lecz nie były zainteresowane samą Ann, tylko dwoma potworami które skutecznie mordowały ich siostry.Joshua na moment został zatrzymany przez nacierających na niego motocyklistów. Na moment tylko.. już jeden z nich padł na ziemię z jednej strony motoru, a jego serce pozostało w dłoni księcia Stillwater. Było widać że kupują czas uciekającemu księciowi. Słychać też było odgłos nadjeżdżającej furgonetki. Oto miejscowa Tremere wraz ze swoim sługusem przybywały z odsieczą.
Szkaradziec dopadł zaś jednego z motorów, który wydawał się zdatny do jazdy i próbował go uruchomić… zapewne by pojechać za oddalającym się szefem bandytów i jego świtą.Ann prychnęła z irytacją, jedynie mogąc oczekiwać, że Nadia podejmie pościg.
Nadia przejechała pomiędzy pojazdami z trudem. A Charlie zaczął używać płomieni na wrogich Kainitach, wywołując popłoch. Furgonetka wampirzycy przejeżdżała z trudem po wybojach jakimi były martwe i czołgające się wampiry dobijając je. Było widać, że Nadia w pościg nie ruszy… bo nie bardzo miała czym. Jej pojazd się do tego nie nadawał. Za to ruszyli Joshua, ze Szkaradźcem. Książe na piechotę, a Giovanni na uszkodzonym motorze. Obaj zagłębili się w ostępy ciemnego lasu podążając za światłami motorów należących do bladolicego i jego świty.
Gdy pojawiły się płomienie krzeszone przez Charliego, Ann zaczęła panicznie strzelać w jego kierunku jednocześnie uciekając.- Charlie daj spokój... później popalisz.- odezwała się Nadia ruszając pojazdem w celu dobicia Kainitów walczących z umarlakiem od Giovanni. Zabawę z “furiami” zostawiła Larry’emu i Raze’owi. Larry cały pokryty był już krwią… nie swoją oczywiście, rozrywając gołymi rękami na strzępy kolejne Kainitki… było widać, że zatracił się walce. I pewnie dlatego czarna pantera chyłkiem się wymknęła co by przypadkiem szalony Brujah nie zaatakował jej.
Ann natomiast skryła się w najbliższej kępie roślinności, zakrywając się całkowicie i narzucając na siebie cienisty całun, niczym przerażone zwierzątko nieruchomo chowała się.
Bitwa się… skończyła. Cała ulica była czerwona od wampirzej i ludzkiej posoki. Nie było śladu po księciu i Szkaradźcu. Jeszcze nie wrócili ze swojej wycieczki. Larry oddychał ciężko, siedząc przy swoim hummerze wśród zmasakrowych trupów. Drugi Giovanni wyszedł ze swojej limuzyny i oceniał uszkodzenia swojego truposza, wymieniając kurtuazyjne uwagi z Nadieżdą. Tremere oceniała zaś sytuację zapisując coś w podręcznym notatniku. Zastępca szeryfa zamówił zamknięcie tego odcinka drogi z powodu… wypadku. A Raze… w kociej postaci węsząc szukał Ann.
I odnalazł ją choć wymagało to zdjęcia zasłony cieni, aby mógł dobrze zobaczyć dziewczynę. Było widać, że wampirzyca była po prostu przerażona, nie nadnaturalnie, ale ze zwykłej traumy. Nie odzywała się i lekko cała drżała patrząc szeroko otwartymi oczami.
Duży kot po prostu przysiadł obok niej i nic więcej nie robił… poza okazjonalnym lizaniem łapy.
Ann zdawała się nie zwracać uwagi na swoje obrażenia jedynie rozglądając się płochliwie za swoim oprawcą. Kiedy w końcu zauważyła Charliego... po prostu zerwała się z miejsca i ruszyła na niego z chęcią ataku.
I została natychmiast powalona przez Raze’a, a następnie dociśnięta przez ciało dużego kota do ziemi, to jedynie spowodowało jęknięcie rozpaczy dziewczyny, która nie mogła się w żaden sposób uwolnić i została zmuszona do uspokajania się w bezruchu.
Do którego dołączyła niema irytacja.Minęło trochę czasu, nim kocur zsunął się z dziewczyny. Przez ten okres Nadia uporządkowała pobojowisko. Najpierw rękami Charliego i Larry’ego. A potem z pomocą ghuli Smitha. Póki co, ani Książę ani Szkaradziec nie wrócili. A drugi Giovanni w końcu wyszedł z limuzyny i w towarzystwie truposza oraz ochroniarza/kierowcy rozmawiał z podwładnymi z opancerzonej furgonetki.
Ann mruknęła z irytacją, gdy zobaczyła, że jej nadnaturalna zdolność leczenia ran zdążyła już zamknąć kule, które pozostały w ciele po postrzałach. Będzie musiała się tym zająć lub zaciągnąć nawet Clyde'a do pomocy. Ten drażniący ból martwego ciała bynajmniej nie poprawiał jej fatalnego już nastroju.
Raze zaczął wracać do ludzkiej postaci, co wiązało się z pewnym niekomfortowym faktem. Był nagi i cóż… jego przyjaciółki musiały żałować, że jest martwy. Bo miał się czym pochwalić.- Już ci lepiej? - spytał Kainita.
- Tak... - westchnęła - Choć i tak jestem zdenerwowania…
- Zauważyłem… - stwierdził Raze i spojrzał na ulicę, na której to środek spędzono trójkę napastników, którzy przeżyli tę jatkę. O dziwo… jedna z furii przetrwała szał Larry’ego. Kosztem obu nóg i ręki… ale to detal.
- Larry chyba przeoczył.
- Taaa… ale i widać się dobrze bawił.- odparł Gangrel spoglądając na zadowolonego z siebie Kainitę dosłownie skąpanego we krwi wrogów.
- On chyba używa spluw w ramach gry wstępnej.- ocenił Raze.
- Używa ich póki ma nad sobą kontrolę czyli krótko. - stwierdziła.
- Nie dziwię, że go tu wysłali. Wyobraź sobie taką grasującą bestię na ulicach Nowego Jorku.- stwierdził ze śmiechem Raze. - A to nas śmią nazywać zwierzakami.
- Cóż... twoja zmiana w panterę nie sprawiła, że nie mają racji. - uśmiechnęła się lekko.
- Możliwe że tak.- przyznał Raze.- Ale cóż… w jestem w tym dobry, aczkolwiek… takie rzeczy lepiej robić bez ubrania.
- Powiedz mi czy zyskujesz także zwierzęce nawyki po zmianie? - zapytała zaciekawiona.
- Nie… nie jestem wilkołakiem… to tylko forma, którą przybieram. - odparł rozbawiony tym pytaniem Raze.
- Czy ta zmiana cię boli? W końcu zmieniasz całe ciało jego formę.
- Nieszczególnie… Taki jest plus bycia nieumarłym.- uśmiechnął Gangrel.- Mało co cię naprawdę boli.
- W sumie racja. Aktualnie kule będące w moim ciele bardziej mnie irytują niż bolą. Trochę powodują sztywność przy niektórych ruchach, ale tylko tyle.
- No właśnie… bycie wampirem ma swoje zalety… nieprawdaż?- rzekł przyjaźnie Raze przeciągając się.
- Ma... - spojrzała w stronę lasu - Myślisz, że kiedy wrócą?
- Nie wiem… może trzeba było ich poszukać. Z drugiej strony twój książę nie wydawał się osobą, która nie potrafi o siebie zadbać. - odparł z uśmiechem Raze rozważając różne możliwości. - A to w większości byli młodziki… najwyżej dekada życia jako Kainici.Ann przysunęła się bliżej nagiego wampira, aby wyszeptać mu do ucha.
- Nasz książę na początku nakopał Larry’emu. Na śliwkę.
- Serio? Nie podejrzewałbym go aż o taką siłę. - Gangrelowi wyraźnie to zaimponowało.
- Wygląda dość niepozornie, prawda? I ma naprawdę spokojną naturę. - przyznała Ann.
- Ponoć istnieją tacy Brujah… ale nie w Nowym Jorku.- zamyślił się Raze.
- W Nowym Jorku... to są po prostu szaleńcy pokroju Larry’ego. Ich Primogen musi być naprawdę niebezpieczny.
- Taaa… poplecznicy Grozy w Nowym Yorku to bandziory… nie wojownicy. I nie mają nic wspólnego z Larrym. - wyjaśnił jej Kainita.
- Jeszcze mniej z Joshuą. - dodała - Czy twój Primogen naprawdę jest taki agresywny jak mówią?
- Ma dużo na głowie.- wyjaśnił Raze.- Jest pod presją faktu, że tracimy teren i znaczenie wśród Klanów. I nie ma na to łatwego rozwiązania.
- Czyli to prawda co o nim mówią. - pokiwała głową - Tak samo agresywny jak Brujah z miasta?
- Jest szorstki… ale nie agresywny.- zaczął go bronić Gangrel. - Po prostu nie owija prawdy w dyplomatyczne pitu pitu jak Ventrue czy Toreadory.
- To nie brzmi tak źle. - uśmiechnęła się - takie podejście przynajmniej pozwala ci zobaczyć z kim tak naprawdę masz do czynienia i czego od ciebie chce.
- Jest pyskaty… - zaśmiał się Raze i spojrzał na Ann.- … ale nie jest okrutnikiem. Jeśli nie wierzgasz przed nim jak nowo przebudzony Brujah… to nie wrócisz do trumny bez żuchwy.
- A czy to prawda... - zniżyła głos - że nie jest... postawny? Wysoki?
- No… tak…jest niski. Nie rozpoznałabyś w nim Primogena. Nie promieniuje od niego charyzmą. Wiesz… to Kainita żyjący blisko ulicy, jak większość naszego klanu w Nowym jorku.- potwierdził Raze.
- Ale posiada jakieś droższe schronienie, jak to inni przedstawiciele klanów?
- Nie Lucius. On woli unikać wygód. Ma bezpieczną kryjówkę, ale…- machnął ręką Raze.- Ja mieszkam lepiej od niego.-Prawdopodobnie i lepiej ode mnie... - wtrąciła gorzko.
- Mogłabyś się zdziwić… Według Luciusa wygody czynią miękkim, więc ich unika. - zaśmiał się Kainita.
- A jak jest tobą?
- Ja jestem bardziej elastyczny i nie odrzucam wygód. Z drugiej jednak strony, mój twórca nie pochodzi z Nowego Jorku i miał trochę inne podejście do stylu życia naszego klanu.- wyjaśnił Gangrel.
- Dobrze żyłeś ze swoim Stwórcą?
- Tak sobie… Był dobrym facetem, trochę narwanym jak… Larry. Zginął w walce z Sabatem, zabrał ze sobą sześciu na tamtą stronę. - wspominał Raze, gdy pojawiły się kolejne wampiry. Tym razem goście z klanu Malkavian.Ann spojrzała w stronę Malkavian.
- Może znowu coś się dzieje. - mruknęła obserwując obu z nich.
Salvatore wydawał się przytłoczony widokami. Najwyraźniej nie miał doświadczenia z takimi widokami. Co innego Gorgon… wylądował na czworaka i zaczął wąchać ślady krwi i smakować językiem rozlaną posokę.
- Głodny? - Ann ruszyła w kierunku Malka i odezwała się do niego głośno.
- Hmm… też… ale ta krew… wabi strachem, emocjami, bólem… przelana w boju… śpiewa.- mruknął z wesołym uśmiechem Gorgon, a jego “opiekun” westchnął.- Nie przejmuj się nim… niech robi co chce. Byleby przestał mi wyrzucać, że go tu nie było… -
- Jestem zabójcą… co ze mnie zabójca, gdy nie ma mnie podczas okazji do zabijania? To marnowanie mojego potencjału… ooo… tu czuć panikę.- marudził tymczasem Gorgon. Raze zaś skorzystał z okazji, by pognać kurtkę którą porzucił przed przemianą. A pozostała w wozie Larry’ego.
- i tylko dlatego się tu zjawiliście? - zatrzymała się przed Salvatorem.
- Na szczęście Gorgona łatwo zadowolić. Wyobrażasz sobie ten horror? Znudzony seryjny morderca? - zapytał retorycznie Salvatore, a Gorgon odezwał się.- Za - bój-ca… zabójca… żaden morderca. Seryjny zabójca. Bardzo poważnie traktuję swoje powołanie. Ku chwale Karalucha!
- Ku chwale Karalucha.- westchnął smętnym głosem drugi Malkav.Ann odciągnęła Salvatore na bok.
- Czyli jesteś jak ja! - szepnęła dość podekscytowanym głosem.
- Też porzucony… też… zaszczuty…- westchnął Kainita wspominając. - Zwiałem do kanałów ścigany przez… nie wiem… albo pieski Grozy, albo Sabat. Nie wiedziałem kto… cóż… znałem jej imię, tej suki… równie fałszywe jak jej imię… aktywa… uśmiech… cycki pewnie też miała fałszywe. - stwierdził Stefan w irytacji.
- Kiedy zostałeś Przemieniony?
- Sześć lat temu? Gdzieś koło tego.- zastanowił się Kainita.- A ty?
- Niecałe dwie dekady temu. Dzieciak jesteś. - wyraźnie zażartowała.
- Taaak… często mi to mówią. Ale za to utalentowany.- przyznał z dumą Salvatore.- I nawet nienajgorzej być Malkavianem.-Zwłaszcza, gdy nie ma się ich klanowej wady.
- Chociaż Ty przynajmniej masz większe zrozumienie kto cię zmienił. I w sumie nie musisz tego ukrywać tak bardzo. - westchnęła - Być zmienionym przez kogoś z Sabatu to nie jest powód do dumy.
- Nie mam pojęcia w sumie. Nikt w Nowym Jorku nie słyszał o Simone Mallory.- odparł cicho Salvatore.
- Są pytania na które lepiej nie znać odpowiedzi.- wtrącił Gorgon.- …hmm… poziomki.
- Pozbieraj poziomki. - mruknęła do Gorgona chcąc dać mu zajęcie - Ja bym chciała poznać odpowiedzi. - stwierdziła zwracając się do Salvatore - I natłuc Rodzica za porzucenie. - westchnęła - Umysł nie pamięta dobrze, ale ciało nosi dowody.
- Z pewnością nie warto mieć do Rodzica żal o to, że nie robisz maślanych oczek do niego. Ci z Sabatu nia są…- farbowany Malkav nie zdążył odpowiedzieć, bowiem ich uwagę przyciągnęli wracajacy razem na jednym motorze… Szkaradziec oraz Joshua. Wyglądało na to, że nie dopadli bladawca i jego świty, co mogło dziwić. Szkaradziec wydawał się zdeterminowany dopaść ich za wszelką cenę.Dziewczyna spojrzała z ciekawością na powracających.
- Są słodcy, prawda? - zaśmiała się cicho do wampira - To prawie wygląda jak powrót zakochanych. Trochę niepokojące tylko, że to nasz książę jest na dole.
- Eche…- Salvatore nie wydawał się przekonany co do takiego porównania. - Miny mają nietęgie… zwłaszcza Szkaradziec. -Kainici zsiedli z motoru i rozdzielili się. Giovanni poszedł do swoich, a książę zebrał drużynę mówiąc.
- Koniec walki na dziś.- rzekł Joshua.- Moi ludzie dokończą obowiązki. Larry i Nadia zabierzcie jeńców do Elizjum. Larry twój samochód jeździ jeszcze? -
- Powinien.- ocenił Kainita.
- Raze pojedziesz nim.- zadecydował książę. - Na tyły “Róży”.
- Ten ekshibicjonista na motorze rzucił innych, a sam uciekł? - zapytała Ann.
- To strategia moja droga… generał jest zawsze wart więcej niż jego żołnierze. - wyjaśnił pokrótce Smith.
- A w ogóle próbował z wami walczyć?
- Nie… i nie znał za dobrze okolicy. Wjechał na teren szpitala wraz swoimi ludźmi.- wyjaśnił krótko Smith.
- Do szpitala?- zapytał zdziwiony Salvatore, uprzedzając Raze’a.
- Więc co mamy zamiar teraz zrobić? - zapytała Ann - W końcu mamy jeszcze sprawę okupu.
- Szpital jest niebezpiecznym miejscem. Tam był magiczny wypadek. W nocy łatwo tam wejść, ale wyjść już niekoniecznie. - wyjaśnił Książę cierpliwie. - Okup Giovanni zabezpieczą w Stilwater. A potem się zobaczy… wymiana prawdopodobnie nastąpi następnej lub kolejnej.-
- Szpital… podoba mi się to miejsce. - wtrącił Gorgon, któremu znudziło się wąchanie ulicy.
- Przecież jest szansa że i tak ci anarchowie zostaną ubici przez cokolwiek istnieje w tamtym miejscu. Czemu więc się tak przejmujemy? - stwierdziła Ann.
- Nie przejmujemy…- stwierdziła Nadia i spojrzała na dwójkę Malkavów i Raze’a. - Ale nie wszyscy tutaj znają naturę szpitala.
- Dobra… to wszystko jasne?- zapytał książę.
- My chcemy do szpitala.- zażądał Gorgon.
- Jacy my, jacy my…- zaprotestował Salvatore.
- Nadia… zaprowadź ich do szpitala.- westchnął ciężko Joshua.- Reszta do pojazdów i wynosimy się stąd.Ann podeszła do Raze'a i stwierdziła:
- Jadę z wami do Róży.

Jakoś dotarli do parkingu na zapleczu Róży, po tym jak usunęli zmasakrowaną przednią szybę. Charlie poszedł powiadomić Lukrecję o sytuacji, a Raze z Ann pilnowali milczących ponuro więźniów.
Caitiffka patrzyła z lekkim rozbawieniem na anarchistów.- Chyba nie poszło po waszej myśli, co? - rzuciła w kierunku pokonanych i spojrzała na Raze’a.
- Ile byś im dał za zdolności bojowe w skali do dziesięciu?
- Bo ja wiem… cztery... pięć góra.- przyznał Gangrel po namyśle.
- Czego oni oczekiwali wysyłając takich? Śmiertelnych? - podśmiała się.
- Dobre pytanie…- odparł Raze przyglądając się im.- Czego oni się spodziewali.Nie padła odpowiedź, jeńcy uparcie milczeli.
- Czyli sami nie wiedzą! - rozbawiona podeszła bliżej jeńców - Nie wiedzą czemu im zebrana nieśmiertelność, bo uciekający tchórzliwie szef jak każdy starszy wampir po prostu rzucił dzieciarnię na pożarcie. - pogłaskała głowę dziewczyny - Biedaczki.
Spoglądali na nią z nienawiścią, ale milczeli uparcie.
Tymczasem drzwi się otworzyły i wyszła Lukrecja w towarzystwie Miracelli, Charliego i wykidajłów baru. Spojrzała niechętnie na jeńców, mruknęła do siebie.- Larry robi się niedbały.-
I gestem dłoni pokazała by ich zabrać.
Ann podeszła do odchodzącej Lukrecji, idąc jej krokiem.
- Nie chcą gadać i połają nienawiścią, mimo że to ich szef rzucił ich na pożarcie. W sumie dość rozumni. - odezwała się do Ventrue.
- Oczywiście, że nie chcą. Tylko to co wiedzą trzyma ich przy egzystencji.- stwierdziła wampirzyca.- Czekają na ofertę w zamian za to co mają do powiedzenia. To nie lojalność, tylko instynkt samozachowawczy.
- O ile w ogóle coś wiedzą. Mogą nawet próbować wymyślić, aby tylko ochronić swoją skórę. - wzruszyła ramionami - Temu sama nigdy nie miałam przekazywanych wielu informacji przez Cyrila.lp
- Mnie wszystko powiedzą prędzej czy później. O ile zostanie z nich cokolwiek do przesłuchiwania, po tym jak rozmówią się z nimi Giovanni. - odparła beznamiętnie Lukrecja.Młoda wampirzyca milczała przez chwilę.
- Nadal się na mnie dąsasz, co?
Ventrue spojrzała niechętnie na Ann i spotla dłonie za sobą.
- Nie masz pojęcia ani o odwadze, ani o tchórzostwie… tylko o brawurze.-
Dodała zimnym tonem.
Westchnęła.- Powiedziałam to, gdy mnie zezłościłaś. Zaatakowałaś. - patrzyła poważnie, najwyraźniej silnie to odczuwając.
Ventrue odwróciła się ruszyła za jeńcami prowadzonymi przez Miracellę i jej ghule. Nie odezwała się ni słowem. Zimna i obojętna.
Ann odprowadziła ją wzrokiem palącym lodem, nim sama ruszyła dalej od Róży. Jeżeli Lukrecja oczekuje na przeprosiny z jej strony lub na wręcz błaganie o wybaczenie... to jej marzenia. Annabelle Baudelaire może błagać tylko jedną osobę. I to nie będzie Ventrue.
Do domu wróciła dość późno. Jeden z ghuli Larry’ego wpadł po nią i Raze’a. Gangrel pojechał do sekty Garry’ego. A Ann do domostwa Blake’a. Obecnie przebywał w nim Vincent trochę rozdrażniony… jakoś bez powodu. Siedział w kuchni z notatnikiem w ręku, kawą z jednej a kieliszkiem wina z drugiej strony.
- Wyczuwam zakłócenia w mocy… coś się stało?- spytał na powitanie.
- O to samo chciałam zapytać ciebie. - usiadła naprzeciw maga - Anarchowie chcieli ukraść kasę Giovannich. Musieliśmy ich zmasakrować. I mam w ciele kule. A co z tobą?
- Tooo nie to… musiało się wydarzyć coś innego. - przyznał po namyśle mężczyzna.
- Może coś w szpitalu? Malkavianie uparli się by ich tam zabrać i z Tremere pojechali.
- Serio?- jęknął wyraźnie poirytowany mag.- To stąd ta sensacja… coś namieszali i jest rezonans.
- To stąd ten twój nastrój?
- Tak… szpital jest bardzo niestabilny. Obecność ludzi, nandaturali lub ich co gorsza… ich wtargnięcie na teren szpitala, zmienić może całą wewnętrzną równowagę systemu. I wszystko to potem trzeba będzie sprawdzić, wprowadzić poprawki… szlag… trzeba będzie od nowa.Podrapał się po karku. - Szpital jest jakby zamrożonym w czasie i przestrzeni efektem paradoksu. Każda zmiana parametrów, wpływa na niego zmieniając go kaskadowo, aż do następnej stabilizacji. Pieczęcie temu w teorii mają zapobiegać, w praktyce powinny przynajmniej przyspieszać stabilizację, ale nie mogę założyć nowych pieczęci dostowanych do obecnego układu, jeżeli ten się zmienił…-
Westchnął ciężko w irytacji i dodał.- Jeżeli nic tego nie rozumiesz, to nie przejmuj się… takie tam moje gadanie do siebie.- A jak z tą krwią którą ci dałam? Odkryłeś coś jeszcze?
- Nieszczególnie. Zresztą teraz jej nie mam. William wziął ją do waszej wróżki.- zamyślił się mag.
- No tak... - Ann nie wyglądała na pocieszoną - Mam w sumie takie małe pytanie i prośbę do ciebie. Bo wiesz... Chciałbym poznać trochę z okultyzmu... zrozumieć cienie jakie kontroluje... może byś mi... z tym pomógł? - wychyliła się przy stół ku Vincentowi - Jestem bogata.
- Ty wiesz że twoje wampirze sztuczki nie mają nic wspólnego z magyią, a tym bardziej z okultyzmem?- stwierdził bardziej, niż zapytał,Vincent. Sięgnął po papierosa i zapalił go mówiąc.- Byłaś bogata, po śmierci to się zawsze zmienia.. zawsze są jacyś… spadkobiercy.-Zaciągnął się dymem.- Jak właściwie mam ci pomóc?
- Pomóc to zrozumieć. - odparła wprost - wiem że Kainici mają swoich uczonych, którzy zgłębiają sprawy okultyzmu i niekoniecznie są Tremere. A pieniądze zdobędę w razie czego, czy co innego będziesz tam chciał w zapłacie.
- No nie wiem. Nie chodzi o pieniądze… okultyzm to to co uprawia ten wioskowy szaman kręcący się wokół Ravnoski. Są jeszcze wampirze rytuały, ale twoje cienie nimi nie są. Chciałbym ci pomóc, ale… nie wiem czy będę wstanie. Z której strony miałbym to ugryźć? - zamyślił się mag.
- Może na początek masz jakieś książki przy sobie, z których poznałabym podstawy? Nie tyle co magii ale działania wampirzych mocy? Kainitów ogólnie? - zamyśliła się - Byłeś zaciekawiony cieniami, gdy ich używałam. Może byś je po prostu zbadał? Nie mam szans dowiedzieć się czegokolwiek moich mocach, jako że zostałam porzucona przez własnego Stwórcę, a moja moc najwyraźniej istnieje tylko w jednym Klanie, którego nie ma w naszej społeczności.
- Nie mam książek o wampirach czy wampirzych mocach. Wszystko co o was wiem, nauczyłem się z opowieści wuja i z misji takich jak ta. Uchodzę za specjalistę wśród swoich, ale to nie oznacza, że miałem okazję badać waszą naturę.- wyjaśnił mag.Ann zasmuciła się.
- Czyli w ogóle nie mógłbyś mi pomóc?
Vincent wypuścił kłębek dymu. - Cóż… nie mogę nic obiecać. Mogę popatrzyć, zbadać różne aspekty twojej natury. Nie wiem czy coś praktycznego odkryję.
Ann wstała z miejsca, aby utulić maga i ucałować go z radości zadziwiająco ciepło.- Ale nie dziś… tobie czas się kończy, a ja jestem zmęczony. Jutro… o zmierzchu.- zaproponował mag.
- Dobrze! - zgodziła się od razu - Będę molestować cię jutro!- Mam jeszcze takie pytanie... czy poradziłbyś sobie z wyciąganiem kul z ciała? - zapytała nagle.
- Znaczy… tak magicznie? Machnąć różdżką i wszystkie kule znikną?- zapytał retorycznie Vincent wydmuchując dym. Wyciągnął karty i rozłożył je w wachlarz. Stukał to w jedną to w drugą mówiąc.- Hmm… teoretycznie niby bym mógł, ale… nie znam czystego sposobu i lekarstwo mogłoby się okazać gorsze od choroby.
- Nie myślałam o magii. - machnęła ręką - Wystarczy, że rozkroisz miejsce nożem i wyciągniesz kulę. Jeszcze nie wychodzi mi krojenie się samej. - wytłumaczyła spokojnie.Mężczyzna nie wydawał się szczególnie zachwycony pomysłem, ale westchnął.
- Czemu nie… lepsze to niż dalsze gdybanie nad wzorcami.
Przetasował karty i sięgnął po nóż, położył na nim jedną, a potem drugą. Po czym schował talię do kieszeni. Następnie podwinął rękawy koszuli do łokci.
- Potrzeba nam tylko czegoś, dzięki czemu nie zakrwawię podłogi... bo będzie krwawić. Jedna kula siedzi gdzieś obok brzucha, druga w ramieniu, a trzecia przy prawym płucu…
- Zdajmy się na szczęście, więc…- Vincent zaczął nacinać ciało z zimną beznamiętną obojętnością. I może odrobiną odrazy… z pewnością nie miał w sobie smykałki do chirurgii czy rzeźnictwa, ale jego chaotyczne nacięcia szybko znajdowały drogę do kul.Ann okazywała pewien dyskomfort i czasem ból, ale nie poruszała się. Vincent widział na jej ciele więcej, starszych obrażeń pod rozerwanym ubraniem, choć ich zaleczenie oznaczało, iż musiały powstać jeszcze za życia. Zaklejona była otwarta rana, która wciąż krwawiła i raczej nie powstała teraz. Najpewniej obrażenie sięgało do płuca.
Mag był pedantyczny i precyzyjny w swoich działaniach. Nie przejmował się krwią. A gdy usunął ostatnią kulę, zabrał się za umywanie rąk przy zlewie.Gdy umył ręce i odwrócił się do Ann, okazało się, że ta stoi tuż za nim, a jej ciało nie ma śladu po nacięciach. Za to wampirzyca bardzo uważnie się przygląda magowi.
- Więc... - odezwała się powoli - Nie mam szansy, prawda? Na jeden gryz?
- Za dobrze was znam.- odparł Vincent zerkając za siebie.- Nie. Nie ma szans.Ann jęknęła z wyraźnym żalem.
- Krew z woreczka w lodówce jest okropna... - mruknęła i poczłapała niechętnie do lodówki, aby napełnić straty - Kiedyś będę mogła? W trakcie seksu z tobą mogę.
- Uparłaś się, co? - zapytał Vincent zerkając na dziewczynę.- I tak się chcesz poświęcić? Dla łyka? Nie macie tam w mieście przybytku na takie potrzeby?Dziewczyna wyjęła torebkę z krwią i spojrzała na maga.
- Słyszałam, że wasza Vitae smakuje... niesamowicie. I jest rzadka. Krew to jedyne, co umie poruszyć te zwłoki, więc nie dziw się. Poczucie bycia żywym jest tego warte... a ty jesteś niczego sobie.
- Dziękuję. Ty też… i… może… ale wiesz.- spojrzał na nią oceniając jej urodę.- Raczej zaplanuj sobie cały wieczór na taką ucztę. I pamiętaj, to będzie tylko jedno capnięcie na noc.
- Oczywiście! - Ann rozradowała się - Możesz nawet ustawić jaką chcesz ochronę, jeżeli wolisz kontrolować sytuację. Którejś nocy…
- Którejś…- zgodził się Vincent.
Blake przybył późno i wyraźnie zmęczony. Najwyraźniej cokolwiek się działo u Ravnoski, też obfitowało w swoje “momenty”. Uśmiechnął się na widok Ann i rzekł.
- Słyszałem o tym co się działo. Było… fajnie?
- Na początku... tak. - sama wampirzyca była zadowolona z widoku Blake'a - Tyle szaleństwa, tyle emocji! Ale później... - fuknęła z irytacją - Cyril miał rację ciągle powtarzając mi i powtarzając, że jestem słaba. W pewnym sensie wręcz wyśmiewając to. - przymrużyła oczy - Naprawdę jestem słaba, nie jestem w stanie osiągnąć niczego w walce. Nawet moje wampirze moce nie potrafią naprawdę krzywdzić.- złość Ann była wręcz namacalna - Jedynie miało sens, gdy strzelałam. A później pojawił się Charlie z Nadią i on... - głos jej lekko zadrżał - Używał tej magii ognia... Czułam się... jak wtedy, gdy on polował na mnie... Ciągle to widzę... często... - dodała płaczliwym tonem.
- Ann… Charlie umie tylko to… i nic innego. Czego innego miałby używać w samoobronie, skoro ma tylko płomienie?- zapytał retoryczne Toreador.
- A czego ja? - burknęła.
- Masz swoje cienie, nieprawdaż? I Garry uczynił cię twardą. - przypomniał jej Blake.
- Zrobienie cieniami krzywdy wymaga skupienia i to trudne, nie działa zbytnio na wampiry, a i nie na wszystkich śmiertelnych. A twardość nie uczyni innemu krzywdy…
- Nie o to chodzi. On ma swoje sztuczki, ty swoje… używa ich najlepiej jak potrafi.- wyjaśnił Blake.- Tak ja ty. Nie możesz go winić, za to.
- Niech więcej tego nie robi! - uniosła głos - Mówiłam mu, mówiłam... ale zignorował…
- Nie masz prawa mu zabraniać Ann.- uśmiechnął się cierpko William.- Zresztą… sama też potrafisz być nieposłuszna.
- Ale to przypomina...! - jęknęła.
- Nie możesz żyć wiecznie ze swoimi lękami. Prędzej czy później musisz je pokonać. Lepiej prędzej, nim zjawi się mistrz płomieni, który nie będzie przyjaznym Charlim.- odparł spokojnym tonem William.Ann spojrzała na Williama z urazą, jak dziecko na tego nic nie rozumiejącego rodzica.
- Cokolwiek.... - skrzyżowała ręce na piersi - Jestem na ciebie zła, że zabrałeś moją fiolkę z krwią Tzimisce.
- Potrzebowaliśmy jej do badań… wyszło… ciekawie.- odparł niemrawo Kainita.- Wyszło na to że Tzimisce chowa się pod pierwszym dachem człowieka.
- Co odkryliście?
- To właśnie. Zagadka, którą wyciągnęła Ravnoska z czarownikiem…od… nazwijmy je duchami.- westchnął Kainita.- Dobra… chodźmy już spać, czas nas goni.
-
Koszmar. Pobudka. Plany. Ann miała plany na tę noc. Plany związane z śmiertelnikiem, z magiem. Tylko czy czasu starczy na nie? Bo już zaczynało brakować.
Książę zadzwonił do Williama z wieściami. Te były interesujące. Ktoś zostawił list na tyłach Elizjum, przypięty do pozbawionych głowy zwłok Kainity. Jednego z anarchistów którzy ośmielili się napaść na wóz z pieniędzmi Giovanni. List od Diabła Weneckiego informującego o miejscu i czasie wymiany porwanego. Kolejnej nocy, na moście postawionym na rzece wypływającej z jeziora.
Bardzo gangsterskie, bardzo filmowe rozwiązanie… ale cóż, Ann miała okazję poznać tego Tzimisce. Diabeł lubił teatralność. Wymiana na moście… pasowała do niego.
Można więc było sądzić, że teatralny wręcz atak na furgontetkę był inspirowany przez niego właśnie, ale nie…
Według zeznań jeńców całość została zaplanowana przez Białego Węża. Kim był ów Biały Wąż ? Cóż… nie był to Tzimisce.
Wedle informacji zebranych przez Lukrecję, Biały Wąż był anarchem i przywódcą gangu Kainitów. Zbieraniną bezklanowców, cienkokrwistystych i nisko postawionych Kainitów luźno powiązanych z Camarillą. Biały Wąż uważał się za anarcha i siedzibę miał gdzieś na terenie enklawy Strix, acz nie żyli w przyjaźni. Zresztą byli tacy co uważali całe bycie anarchem Białego Węża za wymówkę do bandyterki. Podawał się za caitifa, ale ponoć były przesłanki do tego że nim nie był. Że był tak naprawdę albo szpiegiem Sabatu, albo jakiegoś pomniejszego klanu. Przesłanki to jednak nie dowody… niemniej sprawiały że Biały Wąż przebywał częściej w okolicy miasta niż w samym mieście. Kiepskie relacje ze Strix w tym nie pomagały.
W każdym razie, z tego co wiedzieli jego podwładni, to Biały Wąż nie kontaktował się z żadnym Tzimisce, a w przypadku tej roboty nie kontaktował się z nikim. Od dłuższego czasu on i jego podwładni borykali się z dotkliwym problemem… braku gotówki. Biały Wąż zgromadził wokół siebie liczną gromadkę którą ciężko było wyekwipować z funduszy którymi on i jego gang dysponował. Liczyli że w końcu trafi się jakaś większa ruchawka, jakiś najazd Sabatu który im się pozwoli nająć do roboty. Jakieś wewnętrzne walki między klanami. Jakaś dobrze płatna robótka zlecona przez szychę Camarilli. Cokolwiek… ale nic nie następowało.
Biały Wąż robił się coraz bardziej nerwowy i zdesperowany. Aż w końcu jeden z jego kontaktów powiedział mu forsie przywiezionej z banku należącego Hartley do enklawy Giovanni. Niby nic ciekawego, gdyby nie to że nekromanci wynajęli spory wóz opancerzony.Biały Wąż nie miał czasu na opracowanie planu. Nie było też pewności czy w ogóle się jakaś akcja odbędzie. Wiedział, że nie może otwarcie napaść na furgonetkę w mieście, ze względu na zemstę Giovanni, ale… kto… wie… może nadarzy się okazja.
I taka okazja się nadarzyła. Gdy śledzony przez nich opancerzony wóz znalazł się na granicy dwóch domen, Biały Wąż nakazał zaatakować mocno, szybko i bezlitośnie. Żadnych świadków, żadnych śladów prowadzących do nich. Liczyli na to że wina spadnie na Sabat albo wilkołaków. Sklecony naprędce plan świadczył bardziej o desperacji niż o głupocie.
Acz zakończył się fatalnie dla bandy Białego Węża.
Jeńcy zostali zabrani do Nowego Jorku. Jeśli mieli szczęście, trafili pod osąd Camarilli. Jeśli mieli pecha… zostali odesłani wprost w ręce Giovanni. Tak czy siak, nie byli już problemem Stillwater, co z pewnością cieszyło Joshuę. On nie lubił kłopotów, a ostatnio te bywały częstym gościem w jego domenie.
Nie cieszył się też z spotkaniem Giovanni i Tzimisce na jego “neutralnej” ziemi, a choć nie chciał tego… wiedział, że on jego poddani są wciągani w tę intrygę. Bo nie mogli tej sytuacji zignorować.
Smith zdecydował, że kolejnego wieczora zbierze tylu chętnych Kainitów ile się da, na krótką naradę i wyruszenie na most wraz z Giovanni, tyle że w roli bezstronnych obserwatorów… całego wydarzenia. I by dopilnować, by cała ta “wymiana” nie wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli. Joshua chciał dobrze, ale jak wiadomo… piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami.
To jednak były plany na następną noc. Tę… Ann miała dla siebie. Żadnych obowiązków, żadnych powinności…
Mogła robić co chciała. -

NA DWÓCH KRESKACH KOKAINY
Wampirzyca była szczerze zadowolona z dnia "wolnego", które ostatnio się niezbyt często zdarzały w Stillwater. Mogła go spożytkować na tyle różnych interesów i aktywności... w tym na te, wymagające pomocy ludzkiego maga.
Stanęła przed drzwiami śmiertelnika na piętrze i zapukała.- Momencik…- usłyszała zza drzwi i po chwili te się otworzyły. Mężczyzna poprawił okulary widząc wampirzycę.- Hej. Coś się stało?
- Miałam dziś przyjść, abyś mógł pomóc mi zrozumieć moje cienie, zbadać je. Pamiętasz? - zapytała spokojnym głosem.
- Ach tak. - stwierdził mężczyzna sięgając po papierosa.
- Obiecałem coś takiego. - przypomniał sobie mężczyzna.- Zastrzegłem też wtedy, żebyś nie robiła sobie dużych nadziei. Moce wampirze i magyia przebudzonych to dwie odległe od siebie metody wpływania na rzeczywistość.
- Jestem świadoma. - odparła potulnie - Ale i tak jesteś dla mnie szansą na nauczenie się czegokolwiek o moich mocach. - podsumowała.
- Idź do kuchni. Zaraz tam zejdę. - westchnął Vincent. - I bądź tak miła, by zrobić mocną kawę?Po czym zapalił papierosa.
Młoda wampirzyca nie miała problemów z ogarnięciem mocnej kawy dla maga. Postawiła ją na stole przed krzesłem dla człowieka sama wyciągając dla siebie torebkę krwi ze szpitala... i słomkę?
Mężczyzna przyszedł do kuchni z aktówką. I począł z niej wyjmować… pudełko z flamastrami, kartki papieru, dwie talie kart. Parę długopisów, oraz pudełko z ołówkami… profesjonalnymi ołówkami dla zawodowego grafika.- Więęęc… - potarł podbródek mężczyzna. - Od czego by tu zacząć? Od kawy!
Ann patrzyłaś sceptycznie na przyniesiony przez wizytę zestaw dla maga.
- Masz zamiar rysować coś? Ilustrować? Diagramy robić?
- Bazgrać symbole… - odparł z uśmiechem Vincent sięgając po kawę. Skrzywił się, gdy upił trochę, ale potem napił się więcej dodając. - Każdy z nas ma swój warsztat związany z wyznawanym paradygmatem na którym opiera swoją magyię. Do szybkiego rzucania czarów, mam karty… ale skoro nie musimy się spieszyć, to sięgniemy po inne… metody.-Potarł się po skroni. - Hmmm… zaczniemy od pierwszej.
Poszukał szklanki i poszukał noża.- Nie spodoba mi się to.
Zaciął się w nadgarstek i nastawił szklankę pozwalając krwi spłynąć do niej.
Ann patrzyła na wypływającą krew.- Mogę ci później szybko zaleczyć tą rękę. Nie martw się, bez pojenia cię moją krwią.
- Pod względem leczenia, jestem samowystarczalny.- Vincent rozłożył karty na stole, na ślepo wyciągnął jedną z nich. Przyjrzał się jej. I namalował czarnym flamastrem dziwnym symbol na szklance z krwią.
Odstawił ją na bok i zabrał się za bandażowanie dłoni.
- Mogę ci pokazać cień jaki wywołam swoimi mocami. - zaproponowała - To niby jest cień ale i nie jest. Szczerze mówiąc nie do końca wiem czym jest tak naprawdę.
- Moment…- odparł Vincent zaciągając się dymem. - Nie ma się co popisywać. Nic to nie da.-Ułożył kilkanaście kart na stole w coś co przypominało krąg.
- Zaraz zajmiemy się badaniami.- wskazał palcem na stół i krąg.- Siądź w środku.
Zdziwiona Ann powoli usiadła na stole w środku kręgu z kart, ciekawie oglądając całą scenę.
- Zapewne twoje moce potrafią być widowiskowe.- stwierdził Vincent.- Ale efekt końcowy nic nam nie powie o naturze twoich sztuczek. To nie widowisko nas interesuje, ale proces jego powstawania.-
Podał Ann szklankę ze swoją krwią. - Wypij i tak… po… hmm… myślę że pięć minut wystarczy…? Dziesięć dla pewności. Jak minie dziesięć minut użyj swojej cienistej mocy.
Nie było trzeba dwa razy zachęcać młodej Wampirzycy, aby opróżniła szklankę z krwią Vincenta. Zrobiła to nawet z pewną przyjemnością, choć żałowała, iż dawka była tak niewielka.
- Twoja krew jest... - zamyśliła się - Trochę inna w smaku, ale nie umiem jeszcze określić.
- Dzięki… chyba… - odparł z uśmiechem i nieco ironicznie Vincent.
- Och, nie bądź taki. Nie mówię tego ze złośliwości czy z chęcią wypicia cię do dna.
- Tego drugiego nie byłbym pewien. - odparł Vincent przyglądając się kartom rozłożonym dookoła Ann.- W to pierwsze wierzę.
- Ej, jestem z Camarilli i szanuję Tradycje. Nie zabijam bez sensu śmiertelników. - mruknęła urażonym tonem.
- Zmagasz się z Bestią w sobie, jak każdy z waszego rodzaju.- odparł Vincent zerkając na Ann. - Zabawna sprawa… wilkołaki ponoć ten sam problem co wy. Tak przynajmniej słyszałem.
- A to my jesteśmy tym całym złem. - zaironizowała - I nas się traktuje jako istoty, które tej przemiany pragnęły.
- Wilkołaki bronią Gai przed tym złym… my walczymy z Technokracją która chce zamienić rzeczywistość w bursztyn zamykając wszystko w technologicznym “raju”. Wampiry… walczą ze sobą. No dobra… czyń swoją magię.- odparł Vincent strząsając popiół z papierosa do popielniczki.Ann nie wyglądała na zadowolona ze słów maga, ale porzuciła pomysł skontrowania ich.
- Kiedy ten cień ożyje, tak jakby będzie miał inną fakturę? Zimny i dla mnie. - dziewczyna skierowała swoją moc na cień popielniczki i wręcz oderwała go od samej rzeczy.
- Mhmm… tyle że nas nie interesuje efekt cienia, a proces, który go tworzy… - odparł Vincent obserwując poruszające się wokół Ann karty. Te bowiem… niektóre się obracały, niektóre zachowywały się jak igły magnesu, niektóre przewracały się na grzbiet. -... ten śledzę poprzez znaczoną krew. Bo bez względu jakiej natury jest twa moc, to krew… w tym przypadku moja, jest jej paliwem. -
- Zabawne…- zamyślił się Vincent.- Ścieżka prowadzi do Umbry i z powrotem. Ale przecież Kainici nie mają więzi z tym światem. Nie wydaje mi się by potrafiły swobodnie do niej wchodzić i wychodzić.
- A Tremere? Nekromanci?
- Hmm… nie wydaje mi się. - zastanowił się mag. - Może to jest powiązane z waszym… no… brakiem oddechu?
- O Giovanni, mówią że potrafią przywołać duchy i szkielety. Ja teraz tylko tego Zombie widziałam. - przypomniała sobie - No i moje cienie... one są... dwuwymiarowe ale jednak czuć ich... powłokę? Jakby posiadały jednak ciało, ale ono jest tak potwornie lodowate. Tylko, że to zimno jest inne od zimna w świecie... dziwne. Powiem ci, że śmiertelnicy potrafią być przerażeni gdy wejdą w kontakt z taką... istotą.
- Umbra to nie jest przyjazne dla gości miejsce.- przyznał Vincent gasząc papierosa w popielniczce. Wzruszył ramionami dodając. - Niewiele natomiast wiem o samych Giovanni, tyle że rzeczywiście coś tam z duchami wyprawiają.Splótł dłonie razem. - Umbra to najbliższa nam… warstwa rzeczywistości, przypomina częściowo negatyw naszego świata i czysto teoretyzując mogę stwierdzić, że nasycasz cienie nią, czyniąc je materialnymi. Nie wiem jednak jak to ci może pomóc w zrozumieniu tych mocy.
- Czyli czynię magię? - zapytała wyraźnie ożywionym tonem.
- Co najwyżej wioskową magię jak ten przydupas Ravnoski. Bawią się zapałkami w magazynie dynamitu. Blake zdradził ci jak to im wczoraj wybuchło prosto w twarz?- zapytał ironicznie LaCroix.
- Nic nie mówił... - odparła zaskoczona.
- Hmmm… nie dziwię mu się. Chyba nie było się czym szczycić.- zaśmiał mag.
- O czym mówisz?
- Zdaję, że do pomocy w znalezieniu Tzimisce próbowali zwerbować jakiś byt i ten wymknął się im spod kontroli. I byli zmuszeni go… cóż… wepchnąć z powrotem za Rękawicę.- rzekł drwiąco mag.- Tak to jest z amatorskimi czarownikami, żywymi czy nieumarłymi.
- A mnie to ominęło... - Ann mruknęła z niezadowoleniem.
- Taaa… pewnie William by się z tobą chętnie zamienił. - mężczyzna napił się kawy, wzdrygnął i znów napił się.- Więc... kiedy umówimy się na seks? - zapytała bez skrępowania.
- Nie wiem… kiedyś. Na razie skupmy się na badaniu.- odparł Vincent odstawiając kubek. - I na wnioskach. Ciekaw jestem jak te manipulacje cieniami wyglądają z perspektywy Umbry.Ann w tym momencie po prostu otworzyła torebkę z krwią i wcisnęła w nią słomkę aby w ten sposób powoli wypijać jej zawartość.
- To jakbyś pił ciepłe piwo.
- Nie macie jakiejś pijalni żywych w Stillwater? Czy czegoś w tym rodzaju? - zapytał LaCroix.
- To nie jest to samo, po tym jak posmakowałam twojej krwi, magu. Tamta w burdelu Lukrecji nie jest tym samym.
- Nie wiem czy powinienem czuć się zaszczycony czy może raczej przestraszony z tego powodu. - odparł z uśmiechem LaCroix.
- Oj, nie bądź dużym dzieckiem. - zaśmiała się.
- Na razie zastanawiam się czy te badania w ogóle coś ci dają.- wzruszył ramionami mag zmieniając temat. - Wątpię by Kainici szczególnie analizowali swoje… moce… raczej przyjmują jak podarek. A wiadomo… darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
- Niektórzy analizują. A mnie to daje wiedzę jaką od nikogo bym nie dostała. Znaczy pewnie mój Stwórca by mnie trochę uczył, ale tak muszę sobie radzić każdymi sposobami.
- Nie wiem… czy to co ci powiedziałem o twojej sztuce, pomoże w czymkolwiek.- przyznał Vincent. - Zresztą… ja nie jestem badaczem, tylko zajmuję się public relations mojej Fundacji.
- To czemu tu przyjechałeś?
- Znam odpowiednie sfery, Pierwszą i Ducha na tyle dobrze by móc się zająć miejscowymi problemami. Poza tym, cała sprawa jest związana z umową z twoim przyjacielem. A znam zwyczaje waszej rasy i miałem okazje negocjować z Kainitami. Jestem odpowiednią osobą do tej roboty. - wyjaśnił LaCroix.- I co sądzisz o miasteczku?
- Strasznie dużo tu was. Myślałem, że będzie tu najwyżej dwa lub trzy wampiry.- przyznał ze śmiechem Vincent i dodał. - Przyznaję, że nigdy nie miałem okazji przebywać w tak małej społeczności twojego rodzaju. Zwykle to były duże miasta i… cały ten blichtr i grzecznościowe rytuały, których tu nie ma.
- Według niektórych to jest więzienie dla skazanych w Nowym Jorku. Tych szczęśliwców, co Książę metropolii uznał za do wykorzystania w przyszłości.
- To prawda… choć nie nazwałbym tego więzieniem. Co najwyżej miejscem zesłania. Więzienie to trumna, w której lądujesz po wysuszeniu z krwi, zapadając w to co twój rodzaj zwie torporem. - zadumał się Vincent.
- W torporze nie męczysz się w takim miejscu, gdy nie możesz ruszyć się poza domenę na centymetr.
- Nie wiem… nigdy nie miałem okazji zapaść w taki stan.- odparł Vincent I spojrzał za siebie, przez okno, wprost na las. - Naprawdę jest tu tak źle?A następnie spytał. - A ciebie za co tu zesłano?
- W Stillwater jest nudno, póki nie przestanie być. Wtedy naprawdę szalone rzeczy wszędzie się dzieją. - uśmiechnęła się i pokręciła głową - Ja akurat nie jestem tutaj z rozkazu Księcia Nowego Jorku. Mój... - zawahała się - Protektor... wysłał mnie tu do Williama, aby ochronić przed możliwą stratą mojego istnienia.
- Więc w zasadzie, ty akurat nie jesteś uwięziona. Możesz wrócić do miasta kiedy chcesz? - zapytał mag.Ann wykrzywiła usta.- Wiesz czym jest Więź Krwi?
- Wiem… podstawy waszej kultury znam. Trochę mniej na temat konkretnych klanów.- wyjaśnił Vincent sięgając po kolejnego papierosa.
- Mój opiekun... - przymknęła oczy - Nie mogę wrócić. On mi zabronił. Nie mogę złamać zakazu. - spojrzała na maga - Nie mogę.
- To brzmi nieciekawie. - mag zapalił papierosa. - Ale chyba z czasem osłabnie. Bo William chyba nie jest twoim opiekunem?Oczy Ann rozszerzyły się w nagłym strachu.
- Ale... Nie chcę by osłabło... - zacisnęła powieki i pokręciła głową, jakby walcząc z migreną - Nie mów tak nawet... - słabo zaprotestowała, jakby sama biła się z myślami - To nie William... To stary Tremere z Nowego Jorku…
- Tremere… no tak… - zadumał się Vincent wydmuchując dym. - Nie znam się na tych waszych więzach krwi. Więc trudno mi ocenić jaki margines swobody ruchów dają.
- Wróciłam do miasta na chwilę, jak chciano w Stillwater... - mruknęła - Więzi Krwi... potrafią być bardzo surowe. Zależy od tego, którego Vitae wypijesz.. - westchnęła - I są jakbyś czuł miłość do osoby, wiesz? Więc martwy musi mieć emocje! - stwierdziła twardo, nie wspominając czy to wzajemne uczucie.
- Jeśli tak twierdzisz… na pewno macie ambicję.- przyznał mag.
- Czujemy też miłość. Uczucia do innych osób, te pozytywne. Zapytaj Williama, jak masz wątpliwości. On czuł miłość. Krwawe Bestie nie mogłyby, więc takimi nie jesteśmy.
- Oczywiście, że nie… aczkolwiek. Pracowałem z jedną szamanką z Mówców Marzeń. Nałykałem się jej proszków… miałem różne… uczucia, wyprodukowane przez jej mikstury. Ich akurat nie nazwałbym prawdziwymi.- ocenił po namyśle Vincent.
- Co przez to chcesz zasugerować? - Ann zmarszczyła brwi.
- Nic. - odparł z cynicznym uśmiechem mag.- Jak wspomniałem, nie znam się aż tak dogłębnie na Kainitach i ich fizjologii. Mało kto zresztą się zna.
- Według ciebie nie odczuwamy prawdziwych emocji? Nie możemy czuć miłości? - wysyczała.
- Według mnie uczucia nie kryją się w zażywanych substancjach.- odparł spokojnie Vincent ćmiąc papierosa. - Możesz odczuwać miłość, jak i gniew, wstyd… żaden problem z tym.
- Więc dla ciebie tylko żywi czują prawdziwie? To chcesz zasugerować?
- Sugeruję to co sugeruję…- odparł mag spokojnie.- Nie odmawiam ci odczuwania uczuć. Po prostu, sam zażywałem prochy, także wampirzą krew, wiem jak po nich jest.Ann odwróciła głowę od Vincenta.
- To kiedy będziesz chciał zobaczyć moją moc z tej Umbry? - mruknęła w przestrzeń.
- Mogę choćby i teraz.- zebrał karty i przetasował je.- W każdej chwili, nie wiem tylko czy to coś da… czy zobaczę coś więcej.
- Dobrze. - zgodziła się i spojrzała dłużej na człowieka - Byłeś ghulem? - zapytała wprost.
- Niezupełnie. To prawda, że po krwi czułem… pewien rodzaj lojalności, ale zadbano by ten stan nie mógł się utrwalić.- wyjaśnił mag.
- Tylko tyle? - zdziwiła się - A uczucia?
- Były… oczywiście, że były. - wzruszył ramionami Vincent zaciągając się dymem.- Ale mi jeden nałóg wystarczy.
- Przyznasz, że to było niesamowite. - uśmiechnęła się lekko - i czemu ten wampir cię wypuścił?
- To długa historia… mam powiązania po prostu z wysoko postawionym Kainitą i cała sprawa została zaaranżowana przez niego. Moja… karmicielka nie miała w tej sytuacji nic do powiedzenia.- odparł Vincent poprawiając okulary.- Niesamowitość zaś to mój chleb codzienny. Ostatnio niemal co noc się o tą niesamowitość ocieram, gdy muszę zajmować tym szpitalem.
- Ale to uczucia są niesamowite. - przysunęła się z krzesłem bliżej Vincenta - Zdajesz sobie sprawę, że wampiry mają problem z odczuwaniem emocji. Ale kiedy piję krew to nagle wszystkie problemy odchodzą. Jakbym... dalej żyła.
- Z pewnością…- przyznał Vincent, dmuchnął dymem. - Niemniej ja jestem hermetytą, my podchodzimy do takich spraw analitycznie i nie pozwalamy sobie na dominację nad naszym zachowaniem.
- Więc czemu palisz? - zapytała prosto.
- Jak wspomniałem… mogę sobie pozwolić tylko na jeden nałóg. Więc… wybrałem taki nad którym mam kontrolę i dzięki władaniem sferą życia… bezproblemowo pozbywam się skutków ubocznych. - wyjaśnił mag.
- Kochałeś ją? - zapytała nagle.
- Nie.- odparł krótko Vincent. - To nie była tego typu znajomość.
- A sądzisz, że byłbyś w stanie pokochać wampira? Czy to już przekroczenie jakiejś granicy?
- Nie jestem osobą romantyczną z natury. Nie zakochuję się. - odparł Vincent zaciągając się dymem. - Choć oczywiście romanse wśród magów się zdarzają.
- To byś na wampira pasował. - pokiwała głową.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Na Ventrue… prawdopodobnie.- stwierdził Vincent.
- Mamy taką jedną egomaniaczkę jeżeli chciałbyś takim zostać. - powiedziała ironicznie.
- Jestem pewien że macie ich więcej.- odparł z przekornym uśmiechem LaCroix.- Zajmijmy się tym badaniem. Miejmy to za sobą.
- Dobrze… - Vincent zgasił niedopałek w popielniczce. Przetasował talię i następnie wyciągnął z niej trzy karty. Ruch dłonią i … tak jakby się przesunął… znikając z oczu Ann.Dziewczyna westchnęła i prawie od niechcenia wykorzystała swoją moc na jednym z cieni.
I czekała… czekała… czekała…
Vincent pojawił się znów, dopiero po kilkunastu minutach.- No to… cóż… ta sztuczka jest powiązana z Umbrą. I to z jej mniej przyjemnymi obszarami.
- Czyli?
- Czyli… - Vincent zapalił papierosa.- … miejscami gdzie się wchodzi i nie wraca. Labiryntami… tak mi się przynajmniej wydaje.
- Czyli... te cienie... - spojrzała na swoje dłonie - są niebezpieczne?
- Wątpię… nie jesteś pierwszą i zapewne nie ostatnią Kainitką bawiącą się nimi. Ich nie zabiły, ciebie też nie…- wzruszył ramionami LaCroix. - To bardziej ciekawostka dla badaczy i mistyków, którzy dopiszą temu jakieś znaczenie.
- Oczywiście, że nie zabiły. Kto inny to zrobił wcześniej. - sarknęła.Mag wzruszył ramionami ćmiąc papierosa.
- Czy... czy słyszałeś kiedyś, żeby istnieli Tremere co i swojej magii krwi nie są w stanie używać? - zapytała ostrożnie.
- Nie jestem szczególnie zaznajomiony z tym klanem. Wiem że używają mocy imitującej magyię magów, zwaną przez nią krwawą magią. - odparł Vincent po namyśle.- Widziałem jak to robili. Ale samych Tremere nie znam szczególnie dobrze.
- Mój protektor jest... taki jak myślałam, że jest każdy mag. Księgi, formuły, kręgi... nie jak Nadia ze swoimi komputerami. - pokręciła głową - On to by na bank wykłócał się, że Taumaturgia to magia jak twoja.
- Każdy Kainita jest inny. I ma swoje podejście do mocy klanowych.- odparł Vincent. - Sam uważam szamańskie rytuały za przejaw bezguścia i zacofania… niemniej, działają.Ann przypomniała sobie coś.
- A czy nie wiesz, o jakiś śmiertelnikach, magach, z Nowego Jorku, którzy przychodziliby do kolonialnych klubów dla Gentlemanów, aby pleść o magii z wampirem? Stare towarzystwo.
- Nie znam tak dobrze miejscowych magów. Znam adresy kilku Fundacji, ale nie mam w Nowym Jorku żadnych osobistych znajomości.- przyznał LaCroix.
- To jest was tak dużo? - zdziwiła się.
- Mniej niż Kainitów w Nowym Jorku. No i musisz pamiętać, że na jedną Fundację składa się kilku magów i kilkunastu akolitów, którzy mają potencjał na zostanie magiem. Ale nie musi się to stać. - wyjaśnił Vincent.
- Czyli akolita to taki służący maga?
- Coś w tym rodzaju. To zależy od statutu Fundacji i celu w jakim powstała. - wyjaśnił Mag.
- Zapytam Nadię, co wczoraj wyprawiali w szpitalu. - obiecała - Coś przekazać?
- Chyba nic…- zastanowił się Vincent. Spojrzał na bałagan na stole kuchennym.- … zastanowię się nad ewentualnymi badaniami i eksperymentami, ale niczego nie gwarantuję.
- Niemniej już ta wiedza bardzo mi pomogła. Wiem z czym mam do czynienia i nad czym pracować. - uśmiechnęła się i ruszyła zatelefonować do Nadii.
Ann dopadła telefonu domowego Williama w korytarzu rezydencji i wybrała grzecznie numer do Nadii. Minęła dłuższa chwila nim wampirzyca odezwała się.
- O co chodzi Will?
- Przyjadę do ciebie. - odezwała się rozbawiona Ann.
- Ann? Acha… ok…- odparła zaskoczona Kainitka.
- Powiem Willowi, by cię nie nachodził z przerażenia i już jadę.
- Jasne…- odparła Nadia tak jakoś bez entuzjazmu.Wampirzyca zatrzymała się.
- Coś nie tak? - zapytała.
- To co zwykle… badania. Nie planuję zabaw dziś. Mam trochę zaległości i nowy trop. Teksty z Morza Czarnego. Nie brałam ich dotąd pod uwagę. - wyjaśniła Nadia.
- Och, ja też nie po to. Po prostu obecność. - wyjaśniła spokojnie - Jeżeli wolisz być sama to nie ma sprawy, mogę nie przyjeżdżać.
- Mnie tam wszystko jedno. Możesz przyjechać, jeśli nie planujesz przeszkadzać w badaniach.- stwierdziła Kainitka.
- A będę mogła zostać na dzień? - zapytała.
- Pewnie… drogę do łóżka już znasz.- usłyszała w odpowiedzi.- Nie licz jednak na akcję w samym łóżku. Nie tej nocy przynajmniej. Dziś nie mam czasu na takie zabawy.
- Nie ma sprawy. Będę tylko chciała od ciebie książki o Umbrze, o tej bardziej martwej części. Masz na składzie?
- Nie. Nie mam żadnej. Coś mi tam kiedyś batiuszka bredził o zaświatach, o dziedzinie Boga i otchłani Szatana. Ale nic z tego nie pamiętam.- odparła Nadia przez telefon.- Umbra to dziedzina magów i wilków, nie nasza.
- Szkoda. Pogadam z Willem i już jadę.
- Ok. Tylko uważaj. Ostatnio drogi robią się zaskakująco tłoczne.- zażartowała na koniec Tremere.
Ann zapukała do drzwi gabinetu Williama. Nie można było być niegrzecznym w czyimś domu, temu czekała na zaproszenie.
- Tak?- usłyszała w odpowiedzi Kainitka.
- Chciałam cię powiadomić, że będę poza domem na dzień.
- U Lukrecji nie możesz, u Garry’ego nie zjaw…- drzwi się otworzyły i wyjrzał przez nie William.
-...iasz się odkąd skończyłaś trening. Zakładam, że chodzi ci o Nadieżdę ? - zakończył wypowiedź pytaniem.
- Dobrze wiesz. - powiedziała szczerze - Nie jesteś z tego zadowolony. - stwierdziła.
- Nie będę udawał, że jestem. Nadia jest… jaka jest. I służy temu, komu służy. - westchnął Kainita. - Zresztą pewnie ci o tym powiedziała, nieprawdaż?
- O czym powiedziała?
- Komu służy… kto jest, no… mocodawcą.- przypomniał jej Toreador. - Augusto de Palafox.
- Wiem. I wiem też, że jeżeli będzie miała rozkaz usunąć Cyrila to w pierwsze dni usunie jego pomocników i mnie. - powiedziała spokojnie.
- Cieszę się, że wiesz. - odparł William i westchnął.- Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ona osobiście nic do Cyrila nie ma. Więc dopóki on nie wyda polecenia, możesz czuć się bezpieczniecznie… ale sama rozumiesz, jak jest sytuacja w nowojorskim oddziale Tremere.
- Istnienie pozbawione niebezpieczeństwa jest po prostu wegetacją. - powiedziała poważnie - Raz już umarłam. Nie chcę teraz zabić się sama w nijakiej egzystencji, unikając każdego zagrożenia.
- Doprawdy? Gdzie się podziała ta wystraszona i zahukana Kainitka, którą przywiozłem deszczowej nocy do domu?- zapytał żartobliwie William.
- Starała się dostosować do otoczenia.
- Do Larry’ego? Nie wiem czy to jest dobry pomysł brać tego Brujaha za przykład. Jest silny, ale sama siła nie gwarantuje długiego życia. - westchnął Toreador.
- Do tego, że wy się nie boicie. - wyjaśniła.
- Jesteśmy starzy i głupi… nie boimy się, ale jesteśmy jeszcze ostrożni. - zażartował Kainita.
- Chcę pobyć z Nadią. Sama jej obecność dobrze wpływa na moje samopoczucie. To miłe uczucie. - dodała.
- Przecież cię nie zamknę w pokoju i nie każę pisać na tablicy sto razy: “Nie będę zadawała się z niebezpieczną Tremere.” - westchnął Toreador i zamyślił rozważając taką opcję.- A może… jednak?
- Żartujesz sobie... - mruknęła.
- No nie wiem… to zależy od tego, czy znajdę szkolny mundurek w twoim rozmiarze. - zaśmiał się Blake. Podrapał po karku. - Może lepiej… nie. Nadia ponoć ma fetysze związane z… cóż… karaniem. Mogłoby się jej spodobać.
- A ty skąd wiesz jakie Nadia ma fetysze? - zapytała zdziwiona.
- Nie żartuj. Nie urodziłem się wczoraj. Byłem w jej leżu. Widziałem dyby i pejcze. Umiem poskładać dwa do dwóch. A Nadia nie jest osobą, która lubi przyjmować razy. Raczej je rozdawać. - odparł kpiącym tonem Blake.
- I co ostatnio robiłeś jak się tam znalazłeś, co?
- Rozmawialiśmy. Przybyłem tam w związku z lokalną polityką i interesami.- wzruszył ramionami Blake. - To było jakieś 2-3 miesiące po jej przybyciu.
- Mam nadzieję, że tym razem nie będziesz jej nachodził, bo mnie nie będzie w domu. Poinformowałam cię przecież.
- Tak. Tak… nie będę. - odparł Toreador. - Jesteś dużą dziewczynką, zachowuj się odpowiednio.
Ann znalazła się na motorze jak skończyła uspokajać Toreadora. Nie zdawał sobie sprawy, że i Ann martwi ta sytuacja. To oczekiwanie na wyczerpanie się szczęścia, prawda?
Caitiffka wolała działać z tym, co miała. Im bardziej Nadii się przypodoba, tym mniej Tremere będzie chciała ją ubić. A z tym... może będzie miała jakąś szansę. Może chociaż zastanowi się czy na pewno musi krzywdzić i Ann jeżeli doszłoby co do czego.Chociaż naprawdę by nie chciała krzywdy Cyrila…
Podróż upłynęła jej spokojnie, pomijając duchowe rozterki. Zatrzymała się za biblioteką, została wpuszczona i zeszła po schodach w dół. Tremere siedziała za swoimi monitorami i pisała. “Uzbroiła się” w termos, pewnie ze zmrożoną krwią. Skupiona na swoich badaniach, pozornie nie zwracała uwagi na przychodzącą przyjaciółkę.
Ann podeszła bliżej przysuwając do biurka pojedyncze dodatkowe krzesło.- Co wczoraj się stało w szpitalu? - zapytała niespodziewanie przerywając ciszę.
- Nie wiem. Spytaj szeryfa… albo Giovanniego.- odparła Kainitka zajęta swoimi obliczeniami.- Oni pognali za Białym Wężem i jego obstawą, nie ja.
- Pytam czy coś zrobiły nasze malkavy jak ich na wycieczkę zabrałaś. - doprecyzowała.
- Nie… Salvatore trzymał świra na “mentalnej smyczy”… trując mu o woli ich Primogena. Popatrzyli, ale nie weszli. - odparła Nadia.
- Więc to pewnie Anarchy. Pytam bo po powrocie do willi Williama zobaczyłam zirytowanego ludzkiego maga, na którego humor wpłynął jakiś problem ze szpitalem. Wyczuł jakieś zmiany aury czy coś…
- Jakoś przeżyjemy jego fochy. - stwierdziła sceptycznie Nadia i zerknęła na Ann.- Szykujesz jakieś swoje plany na spotkanie na moście?
- A powinnam? - przechyliła głowę - Nie mam niesamowitego arsenału sztuczek.
- Nie wiem. Po prostu przypuszczałam, że cię ekscytuje cała ta ustawka jak z gangsterskiego filmu. - odparła ironicznie Tremere.
- Będzie po prostu interesująco pooglądać. - stwierdziła szczerze.
- Niby poważne wampiry, a bawią się w wymiany jak małe dzieci.- stwierdziła sarkastycznie Nadia wracając do pracy.
- A ty też będziesz obserwować? - zapytała wyciągając komórkę.
- Pewnie nasz książę nie da mi w tej sytuacji wyboru.- odparła niechętnie Kainitka.- To że jestem dobra w zabijaniu nie oznacza, że czerpię z tego przyjemność.
- Może wcale nie będziesz musiała, a skończy się na oglądaniu spektaklu. - wzruszyła ramionami.
- Mhmm… może…- odparła bez przekonania Nadia.- Nie wiem czy coś knuje Tzimisce, ale Szkaradziec na pewno coś wymyśli… albo po prostu odbije mu palma. Jego zdrowy rozsądek trzyma się na cieniutkiej nitce tuż nad otchłanią szaleństwa.- Ach! - kundlica nagle przypomniała sobie - dowiedziałam się od maga, że moje cienie pochodzą gdzieś z Umbry, w okolicy labiryntu czy coś takiego.
- Nic mi to nie mówi.- stwierdziła Nadia zerkając na Ann.- Ale… przynajmniej będziesz miała ciekawostkę do opowiadania w odpowiednim towarzystwie.
- Zadzwonię do Joshui. Ty się baw swoimi. - stwierdziła i zostawiła Nadię samą, idąc w stronę legowiska, aby w spokoju zadzwonić do Księcia.
Rzuciła swój plecak na podłogę obok łóżka i sama na nim legła, wybierając numer Joshui.
- Słucham… o co chodzi Ann? - zapytał książę po odebraniu telefonu.
- Co zaszło wczoraj w szpitalu? - podjęła temat od razu.
- Wąż i jego przyboczni ruszyli w tamtym kierunku. - odparł Smith.- Nie wiem czy wiedzieli o szpitalu, czy po prostu uciekali w popłochu. Paru udało się dopaść, ale Wąż i jego dwóch przydupasów wjechało do Szpitala, gdy ten… pękał jak rozbite lustro. Wczoraj była pełnia.Co się z nimi stało… nie wiem. Wątpię, by kiedykolwiek wyjechali z powrotem.
- Pytam dlatego że to wpłynęło także na maga. Wyczuł jakieś zmiany aury szpitala. To co tamci anarchowie zrobili mogło w jakiś sposób zaszkodzić temu miejscu.
- Możliwe… niemniej nie oczekuj, że ja będę coś wiedział na ten temat. Może spytaj Nadię czy coś zauważyła, jak oprowadzała Malkavian. - poradził Smith.
- Miałam nadzieję, że ty widziałeś coś, czy coś przed tobą się zdarzyło. Nadia i Malkavianie nawet nie weszli do środka, a Nadia nic nie widziała. - wytłumaczyła - Planujesz coś konkretnego na tą wymianę w stylu mafii poza czekaniem aż Giovanni lub Tzimisce coś odwalą? Szczerze, stawiam na szkaradnego. To może być w zamyśle Tzimisce, aby go sprowokować.- Planuję jedynie pilnować by sytuacja nie wymknęła się całkiem spod kontroli. Czy Giovanni zniszczą Tzimisce, czy na odwrót nie ma dla nas znaczenia. - przyznał Smith.- Oczywiście lepiej żeby to Tzimisce poległ, ale nie widzę powodu odwalać brudnej roboty za Giovanni.
Wolę być w pobliżu, gdy sytuacja zmieni się w otwarty konflikt.
- A zmieni się na bank. - stwierdziła dziewczyna - I mam takie wrażenie że będą chcieli w to wciągnąć także nas. Szczególnie Giovanni będą chcieli.
- I niestety… jest na to duża szansa. Wszak nie powinniśmy tolerować Sabatu w naszej domenie. Z drugiej strony… zawsze możemy spuścić ze smyczy Larry’ego i Gorgona. I patrzeć na rzeź.- odparł żartobliwie Joshua.
- To może się tym skończyć. - westchnęła lekko - Chyba że planujesz gdzieś trzymać pod kluczem wariata i Gorgona?
- Nie planuję. Lepiej niech zginie dwóch, niż cień podejrzeń padnie na nas.- odparł nieco poetycko Joshua.- Powstrzymamy ich na tyle, by ta cała wymiana doszła do skutku. I spróbujemy zgarnąć jeńca pozwalając reszcie na zabawę. Naszym celem jest odzyskanie jeńca… to wystarczy na zyskanie plusów u Giovanni.
- Więc mamy po prostu zagwarantowany krwawy spektakl.
- Oficjalnie Tzimisce chce wymiany, a Giovanni odzyskać za wszelką cenę swojego członka. Oficjalnie jatki więc być nie powinno. - stwierdził Brujah.
- Oficjalnie. - zaironizowała.
- Giovanni zaatakują jak tylko będa mieli swojego zabezpieczonego. Nie przepuściłbym takiej okazji na ich miejscu. - odparł Joshua. - Rzecz w tym, że jeśli ten Tzimisce jest taki mądry i sprytny jak się o nim mówi, to o tym wie.
- Szkoda, że już nie możemy jeść popcornu. - westchnęła - Przydałby się nam do tego widowiska.
- Miejmy nadzieję, że tylko popcorn będzie potrzebny. W razie czego… wszystkie ręce na pokład. Nawet Jaine Love. - ocenił Kainita.
- Nawet ją chcesz pokazać? - zdziwiła się.
- Będzie naszą ukrytą bronią. O której żadna ze stron się nie dowie, o ile sytuacja nie zrobi się desperacka. Lepiej mieć ukryty rewolwer i go nie użyć, niż żałować się nie miało pod ręką dodatkowej broni. - wyjaśnił książę.
- W sumie to, po której stronie walczymy?
- Po naszej własnej. Jestem już za stary by walczyć w wojnach kogoś innego. - zaśmiał się Joshua. - Po prostu patrz na kogo spuszczę Larry’ego i będziesz wiedziała kogo wspieramy.- Dobrze, że nie wypiłam tej krwi. Byłoby mi smutno jeżeli by zginął.
- Larry ma destrukcję zapisaną w naturze. Na szczęście dla niego jest dobry w zabijaniu innych… zabierze wielu ze sobą. Acz musisz przyznać… nie dba o swoje bezpieczeństwo.- przyznał szeryf. - Jak ci się walczyło u jego boku?
- Trzeba unikać wchodzenia mu w zasięg, pozwalać się wyszaleć na kimś innym. Raz dałam rady go podejść i wtedy zakołkować. Nie walczy się źle z nim o ile pamiętasz jak go unikać.
- Nie próbuj tej sztuczki drugi raz. Mógłby cię zabić w szale. Zauważyłem, że… nie byłaś szczególnie aktywna podczas wczorajszej bitwy.- zadumał się szeryf.
- Gdy już pojawił się Tremere z ogniem... - zamilkła na chwilę - Nie wtedy już na pewno nie mogłam nic zrobić.
- Ogień…- westchnął ciężko Joshua.- Tzimisce też go użyje. Użył podczas napaści na tego… no wiesz… brata bliźniaka.
- Ogień... to tylko część problemu. Tremere z ogniem... mam wspomnienia.
- Nie możesz być wiecznie więźniem lęków.- odparł szeryf.
- Wiem, wiem... Wszyscy mi to mówicie.
- I nic z tego nie wynika.- stwierdził książę. - No cóż… zobaczymy jak będzie jutro. Trochę Giovanni się tu do nas zjedzie. Nie Kainitów, ale ghuli i podwładnych.
- Czyli mają zamiar tu robić bitwę? To czemu po prostu ich samym sobie nie zostawimy?
- Dlatego, że chcą urządzić bitwę na moim terenie i my musimy dopilnować, by ich ustawka nie została zauważona przez śmiertelników. - wyjaśnił książę.
- Stare wampiry, a takie dziecinne... - pokręciła głową.
- Tak. - przyznał ze śmiechem Kainita i dodał. - Muszę kończyć, mam właśnie wykroczenie. Jakiś cadillac na waszyngtońskich numerach właśnie przekroczył dozwoloną prędkość. Założę się też, że kierowca jest na jednej lub dwóch kreskach kokainy.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się