Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje WoD
  3. Rozgrywka
  4. Sezon 1
Martwe Wody
AbishaiA
Abishai jako
XXI
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Ann Paige

Sezon 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
76 Posty 2 Uczestników 147 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • ZellZ Niedostępny
    ZellZ Niedostępny
    Zell jako Ann Paige
    Moderator Obsługa
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
    #59


    PREZENT


    Wreszcie przyszła, wreszcie przyszła!

    Ann patrzyła na przesyłkę szeroko otwartymi oczami i z uśmieszkiem na twarzy, ale zaraz spojrzała uważniej, aby wrócić z nią do środka. Wyraźnie była wciąż podekscytowana, ale wpierw musiała coś sprawdzić... bo miała takie gryzące przeczucie, że wcale nie musi to być tym, czego oczekiwała.

    Zamknęła za sobą drzwi i jeszcze stojąc w korytarzu otworzyła fiolkę z krwią, którą od razu powąchała. Niezaprzeczalnie była to wampirza krew, ale... to nie ta TA krew.
    Czy ktoś ją próbował wrobić, aby wypiła jego krew?!

    Ann poczuła wściekłość. Krew w probówce była silna, więc nie starał się jej wrobić ktoś nieistotny. Dziewczyna zagryzła silnie zęby zamykając probówkę. Ruszyła do pokoju Vincenta, który niestety był zamknięty...

    - VINCENT! - krzyknęła Ann uderzając w drzwi pięścią.
    - Wywieszka… nie wystarcza? Zapominasz że jestem śmiertelnikiem, nie mogę… działaaać czterdzieści osiem godzin na dobę…- usłyszała zza drzwi, które lekko się rozchyliły. Mężczyzna spojrzał przez szczelinę.
    - Co się stało? Jesteśmy atakowani?

    Ann naparła na drzwi, chcąc wejść do środka... ale coś ją zniechęciło. Co do...

    - Co do cholery... otwórz to! - warknęła do Vincenta - Musisz pomóc!
    - Nie otwoorzę… ale pomogę… daj mi się ubrać kobieto. Wolę nie łazić goły przed niewiastą, chyba że ją zaciagam do łóżka. - odparł mężczyzna zamykając drzwi. Ann słyszała jak się ubiera.

    Ann była zirytowana i chodziła w kółko wściekła.
    Po chwili otworzył drzwi nieco. Przecisnął się przez nie.

    I zamknął za sobą.

    - W czym problem?
    - Ktoś wysłał mi swoją vitae! - wyciągnęła przesyłkę w kierunku Vincenta - Myśleli, że głupi kundel wypije wszystko!
    - Achaaaa… głupio z ich strony wysyłać tak cenny prezent. - Vincent nachylił się i powąchał fiolkę. - Intensywny aromat. To co… spuścić ją za ciebie w kiblu?
    - Nie, to ślad! - Ann parsknęła - Chcę byś określił do jakiego wampira należy.
    - Znaczy… przynaleźność klanową?- dopytywał się Vincent.
    - Wszystko co dasz radę. Jaki klanowy dupek chciał mnie zniewolić…
    - Acha… - Vincent ulał parę kropel na swój palec. I oblizał go. Ann odruchowo oblizała się wraz z nim. Zapach tej vitae był intensywny. - Ponoć krew twojego rodzaju jest bardzo cenna dla was.

    Podrapał się po karku i sięgnął po karty znajdujące się w kieszeni koszuli.

    - Możesz mi oddać brakującą?

    - Wiesz jak ghule się robi? Wampira też może inny wampir tak zniewolić. - podała kartę Vincentowi - Sporo Tremere z krwi powie wiele o osobie... Zobaczy czy i kogo diabolizował, jakie ma pochodzenie. Może nią wpływać na ciebie, krzywdzić... Nie, Nadia nie umie.
    - Gdybym wypił fiolkę, to z pewnością by mnie zdominowało. Parę kropelek to za mało.- uśmiechnął się ruszając z fiolką na parter. - Wiem o tej całej dominacji, niemniej mimo to mój wuj trzyma w prywatnej piwniczce kilka butelek wina pełnych takiej vitae. Muszą być więc jakieś plusy. -

    Spojrzał na Ann dodając.- Ja też z pomocą sfery Życia mogę odczytać z krwi informacje. Problem w tym, że… za małą mam wiedzę o was. Gdybym miał duże doświadczenie z waszą krwią i wiedzę… o klanach… i ich mocach. Ale nie mam. Więc nie pomogę tak bardzo jak Tremere by mógł.

    - Kainici winem z krwią częstują śmiertelnych. Takie podrzucanie narkotyku w klubie. Nie wiem na co magom, chyba że są zghulowani. Wysłano do mnie, bo... no... ktoś wiedział, że dostaję takie fiolki. - przyznała ze wstydem - Myślano, że wypiję od razu... - westchnęła - Sama wielkiej wiedzy nie mam, nie całą. Nie chcą inni ot tak jej dać takim jak ja…
    - Nie chodzi tu o wiedzę teoretyczną, tylko o praktykę. Nie miałem za wiele doświadczenia z wampirzą krwią. Nie smakowałem różnych klanów, nie badałem… więc nie rozpoznam z którego on lub ona jest. - wyjaśnił Vincent wchodząc do kuchni i szukając po szafkach jakiegoś spodka.
    - Ale dasz radę coś? - zapytała pomagając znaleźć.
    - Zobaczymy…- Vincent postawił spodek na stole. Nalał na niego trochę krwi. Przez chwilę się namyślał wpatrując w niego, a potem zaczął tasować karty.- Tyle że mój wuj nie trzyma swojego vitae w butelka, a swoich konkurentów i wrogów. Oczywiście tylko tych dawno martwych. Lubi czasem świętować rozkoszując się jej łyczkami.

    - Ale twój wuj to mag?
    - Nie. Mój wuj to Ventrue… książę Los Angeles. W zasadzie to nie jest mój wuj, ale jestem jego dalekim potomkiem. Spłodził parę dzieci przed przemianą. - wyjaśnił Vincent kładąc pierwszą kartę i zerkając gdzieś w przestrzeń jakby szukać aprobaty.
    - Och... Książę Ventrue... - westchnęła - Lepiej mu się nie chwal wizytą w Stillwater.
    - Pewnie nigdy nie słyszał o tym miejscu. Ale teraz już wiesz czemu mnie tu wysłano. Znam wasz rodzaj bardzo dobrze… cóż… lepiej niż przeciętny mag.- kolejne karty były układane dookoła talerzyka. Losowe. Vincent wyciągał ja na oślep z talii.
    - Może słyszał, że Książę Nowego Jorku ma... więzienie na tych, co podpadli mu, ale żal ubijać, bo mogą się jeszcze przydać. - stwierdziła obserwując wykładanie kart - To właśnie Stillwater.
    - Wuj nawet jeśli słyszał to ma własne kłopoty. Dużą populację anarchów z którą musi się liczyć i współpracować oraz wschodnie wampiry, które siedzą w Chinatown i próbują przejąć całkowitą władzę w mieście.- odparł ironicznie Vincent przyglądając kartom, które wyłożył.

    Ann również patrzyła na karty, ciekawa wyniku.

    - Często z nim się widzisz?
    - Od czasu do czasu. Co najmniej raz do roku. Zawsze był aniołem opiekuńczym mojej familli.- wyjaśnił Vincent. - Podaj mocny alkohol i zapałki.

    Dziewczyna zaczęła przeglądać ludzkie zapasy i wyjęła drogą wódkę oraz zapałki z szuflady.

    - Do spalenia, nie do picia? - zapytała stawiając oba przed Vincentem.
    - No… do spalenia.- Vincent nalał trunku na talerzyk i podpalił zawartość. Mdłe i czarne opary unosiły się nad płomieniami i mag próbował je wdychać.

    Po czym wskazała na oślep palcem.

    - Tam… dość daleko od nas niestety. Potężny, stary mężczyzna w młodym ciele. Pełen wigoru i mocy. Jego ciało nie jest takie jakie było wcześniej. Nie jest… prawdziwe. - wydusił z siebie. - Wampir… oczywiście.
    - Daleko... jak Nowy Jork? I mocy... magicznej...?
    - Dla mnie wszystkie wampirze moce smakują tak samo i … on nadal jest w Stillwater lub okolicy. Ciężko go będzie dokładnie zlokalizować… a i niebezpiecznie. Dostałaś podarunek od potężnego admiratora. - odparł Vincent zbierając karty, jedna po drugiej.

    Ann milczała chwilę.

    - Nie możesz go zlokalizować po krwi? - przysunęła się bliżej człowieka - Proszę... to byłoby świetne... Zależy mi na tym.
    - Mniej więcej… popijając coraz więcej jego krwi i wróżąc poprzez nią. Sama wiesz czym to grozi. Niemniej najbardziej martwi mnie to, że… - westchnął Vincent ciężko. - To nie jest przeciwnik, z którym dałabyś sobie radę. Nie jestem też pewien czy sam chciałbym się z nim zmierzyć. To istota starsza od mojego wuja.

    Ann zadrżała lekko.

    - Mam... nieprzyjemne wrażenie, że wiem kto to może być... - spuściła wzrok - Niby... Miałabym podświadomą wiedzę, gdzie jest... Gdybym wypiła... to cię jeszcze nie niewoli, ale... - Ann wyraźnie była niepewna tego pomysłu.
    - Nie radziłbym. Wiedza nic ci nie da, jeśli nie masz dość sił, by… - westchnął Vincent.- Zmierzyć się z wrogiem. lepiej sobie odpuścić, poczekać. Vitae przecież nie wyparuje.
    - Skontaktuje się z Księciem Stillwater. - westchnęła - Jeszcze osobnik nie wie, że nie wzięłam krwi. Można wykorzystać. - spojrzała na maga - Jeżeli zdecydujemy się walczyć... to pomożesz nam?
    - Uważam że to nierozsądne. Uważam, że pakujemy się w pułapkę. - zastanowił się Vincent rozważając różne warianty.- To potężna krew, stary wampir… a one są jak pająki. Snują duże sieci. Jestem pewien, że jest przygotowany na obie opcje. Na to że wypijesz i na to że tego nie zrobisz.
    - Jeżeli nie będzie wielkiego sprzeciwu... - Ann wyraźne była tym zestresowana - Ja... Będę musiała... Mam... się przysłużyć... - szepnęła.
    - Ann… krew nie ucieknie. Pośpiech nie posłuży nikomu. Jeśli zdołasz go znaleźć, jeśli ja zdołałbym go znaleźć dziś, to z pewnością możemy go znaleźć jutro… pojutrze.- perswadował jej mag.- Gdy będziemy przygotowani, a ja wypoczęty.
    - Chciał bym była przydatna Giovanni... Oczekuje tego... - młoda wampirzyca była rozbita.
    - Kto tego oczekuje? - zapytał Vincent.

    Ann nie odpowiedziała od razu, walcząc ze słowami, a kiedy wydobyła je z siebie, mówiła szeptem.

    - Mój... opiekun... Z Nowego Jorku…
    - Nie przysłużysz się ani jemu, ani Giovanni pijąc nieznanego pochodzenia Vitae w nadziei, że będziesz miała szczęście. - ocenił sceptycznie mag.
    - I tak muszę podzwonić... - mruknęła przybita i poszła do stacjonarnego telefonu, aby z niego zadzwonić do Księcia Stillwater.
    - Dobrze. Zrób to. - odparł Vincent zagarniając fiolkę. - A ja sobie zrobię mocną kawę.

    Zaś Ann zadzwoniwszy usłyszała pogodny głos Joshui.

    - Halo… kto dzwoni? Ann?
    - Tak, od Williama, który pojechał ułożyć sprawy z ubezpieczeniem. - odparła Ann - Jesteś zadowolony, Książę. Po wczoraj? - zapytała starając się ukryć drżenie głosu.
    - Współczuję mu… nie ma gorszych pijawek niż prawnicy. Nawet Ventrue nie dorastają im do pięt. - odparł żartobliwie Smith. A następnie dodał poważnie. - Jestem. Sprawa rozwiązana gładko. Obyło się bez problemów. I bez prasy póki co.
    - Jeżeli żałowaliście, że tam nie było Tzimisce... - westchnęła - To chyba właśnie się ujawnił.
    - Jak to? Widziałaś go? - zapytał zdziwiony Smith i dodał. - Już jadę, zamknij drzwi i okna. I schowaj się w piwnicy.
    - Niedokładnie... Wysłał mi przesyłkę. Swoją Vitae... Myślał pewno, że od razu wypiję, myląc z krwią Cyrila... Vincent ze mną jest.
    - Z tego co wiem… jesteś na głodzie, prawda?- zapytał Smith.

    Ann westchnęła.

    - Jeszcze się trzymam...
    - Nie w tym rzecz. Skoro ja wiem, on wie też. Nie liczy na twoją naiwność, tylko na desperację.- odparł Smith. - Już jadę do ciebie.

    Wkrótce Joshua zajechał swoim wozem policyjnym. Wysiadł i ruszył do pozamykanego na wszystkie spusty domostwa. I zapukał. Otworzyła mu wampirzyca wpuszczając go.

    - Vincent badał trochę krew. - odparła zamykając drzwi - Nadia kiedyś mi mówiła, że nie zna się na tej gałęzi magii.
    - To prawda… z tego co wiem, jej magia krwi jest… problematyczna dla Tremere.- przyznał Joshua idąc do kuchni. - Garry ma się też tu zjawić. Giovanni jeszcze nie wiedzą i nie powinni wiedzieć, przynajmniej na razie.
    - Po co mu jedno danie mi krwi? - Ann zapytała przy wejściu do kuchni - I skąd on by wiedział o moim piciu?
    - O ile pamiętam, tylko ty zauważyłaś jego sługi… może nie był to przypadek? Może cię obserwuje, a ty zauważyłaś to wtedy, gdy jego sługi spaprały obserwację?- stwierdził w zamyśleniu Smith i skinieniem głowy przywitał się z pijącym kawę Vincentem. Mag odpowiedział podobnym gestem.

    Ann usiadła przy stole kuchennym.

    - Ale czemu ja? Nie jestem Giovanni czy z jakiegokolwiek Klanu. Nie zrobiłam mu nic. Nie mam wartości u Kainitów, choćby wpływami.
    - Powód jest prosty. W jego oczach jesteś najsłabszym ogniwem, albo tylko pionkiem, albo tylko dystrakcją.- stwierdził po namyśle szeryf i spytał. - Przyszło jakieś… pismo z tą przesyłką?
    - Nie... tylko paczuszka i niepodpisana krew. - zaprzeczyła - Jestem najsłabszym ogniwem, ale on chyba nie ma problemu ze Stillwater, więc po co mnie brać na cel? A mówisz, że mógł mnie dłużej obserwować…
    - Nie wiem. - przyznał Joshua bezradnie. - Nie wiem w co gra ten Tzimisce, ale to zdecydowanie akcja rozplanowana na lata. Może… po prostu podrzucił ci fiolkę licząc że wywoła tym zamieszanie w naszej małej społeczności. Musisz przyznać, że mu się to udało.

    Ann spojrzała na blat stołu.
    ‐ Wiesz... że ta krew... doprowadzi do niego?

    - Możliwe że tak. Możliwe że tego właśnie oczekuje.- westchnął Smith i spojrzał na nią i na zmęczonego czarodzieja. -Tylko czy my tego chcemy. Spór tego Tzimisce z Giovanni to nie nasza sprawa. Nie wiem czy powinniśmy się angażować.-
    - Możemy anonimowo podrzucić krew właśnie nim. Zakorkować fiolkę, wsadzić w paczkę i posłać im ten prezent. - zaproponował Vincent.
    - Ale jeżeli to tylko spór Tzimisce z Giovanni, to czemu mnie obserwowali jak tylko przybyłam? - spojrzała na Joshuę - Nie wiem czy Szkaradźcowi dawać tą krew…
    - Jesteś tylko pionkiem w rozgrywce między nimi. Obawiam się że takim pionkiem jestem i ja… i cała populacja wampirza Stillwater.- ocenił gniewnie Smith, oczy zabłysły mu czerwienią, a kły wyraźnie zostały obnażone gdy wysyczał gniewnie.- .. a moja domena, ich planszą do gry. Wielce to mi się nie podoba. - ostatnie słowo prawie ryknął. Ale po chwili się opanował. - Nie martw się… nie jesteś zapewne, aż tak ważna dla Tzimisce jak ci Giovanni. Ot jedna z figur na szachowej planszy. Myślę, że twoja śmierć nie jest jego celem.. a krew, należy schować na razie. Pomyślę… poprzez Nadię skontaktuję się z Palafoxem.

    Ann skinęła smętnie.

    - Mam nadzieję, że tak będzie. - odparła - Choć powinni się przenieść gdzieś, gdzie nie będą po czyjejś domenie łazić.
    - Z pewnością… Garry wkrótce tu dotrze. Ma się u was zadomowić, by poczuliście się bezpieczniej?- zapytał szeryf, a Vincent wzruszył ramionami. - Ja tam wcale nie czuję się zagrożony.
    - Nie wiem czy William wytrzyma wiecznie naćpanego na terenie. - stwierdziła szczerze - A to wczoraj... Kultyści wiedzieli o nas, o wampirach. To... dziwne.
    - Gdyby o nas wiedzieli, to chyba by powinni być lepiej przygotowani. Łowcy są śmiertelnikami, a mają na nas swoje sposoby. Z tego co powiedział William, to była rzeź nie walka.- wzruszył ramionami szeryf i dodał żartobliwie spoglądając na maga.- A jak Blake będzie miał problemy z Garrym to się wypłacze na ramieniu Vincenta.

    Maga zupełnie zdezorientowała ta wypowiedź.

    - Słyszałeś Vincent? Będziesz poduszką do wypłakiwania się. - Ann w końcu zdobyła się na uśmiech.
    - NIe zamierzam być niczyją poduszką.- odparł cierpko mag sięgając po papierosa.

    - Teraz pytanie… gdzie ukryjemy fiolkę z krwią Tzimisce?- zadumał się Joshua.
    - Niech Vincent trzyma. Sobie nie ufam... kusi. - Ann skrzywiła się - W sumie Tzimisce nie będzie wiedział czy wypiłam krew, czy nie. Może to da się wykorzystać.
    - W sumie… tylko jak to wykorzystać. - zastanowił się Smith drapiąc po podbródku.
    - Tzimisce raczej nie zależy by mnie zabić, tylko wykorzystać w grze. Mogę udawać upicie jedną dawką, mam pewne doświadczenie. - skrzywiła się - Może się ukaże, popełni błąd ufając, że naćpany kundelek nie będzie w stanie nic przeciw staremu Tzimisce zrobić. Nie chce z nim walczyć, tylko uśpić czujność do siebie, samej informacje zdobywając.
    - Nie sądzę by się to udało. Nie wiemy nawet co ten Kainita próbował osiągnąć przysyłając ci krew. Raczej nie wpadnie tu z wizytą… w końcu to także leże Blake’a. - ocenił szeryf.
    - Może jak będę podświadomie szukać, łazić bez widocznego celu, to jakąś reakcję wywoła?
    - Może… ale szczerze powiedziawszy wątpię. Mi to wyglą… - Joshua nie dokończył, bo psy Williama zaczęły głośno i gwałtownie ujadać.
    - Jeżeli to nie Garry... to chyba zaraz się dowiemy... - Ann sprawdziła czy ma przy sobie pistolet i sztylet - Vincent... ukryj krew, proszę. - spojrzała na Joshuę - Idziemy się przywitać?
    - Chodźmy- odparł Brujah wyciągając własny pistolet. Oboje podążyli ku drzwiom, podczas gdy mag zabezpieczył fiolkę. Na dworze zaś okazało się, że Ann się nie myliła. To Garry przybył, na grzbiecie niedźwiedzia… w towarzystwie stada wilków. i te właśnie wilki były problemem, bo psy Blake’a choć pojone krwią, nadal żywiły odwieczną nienawiść do swoich dzikich pobratymców. I vice versa.

    Ann odetchnęła z ulgą.

    - Garry, psy stresujesz.
    - Sorki… zapomniałem o nich… zbierałem po drodze sojuszników i nie pomyślałem o tym że niektórzy się pogryzą. - Garry zrobił smutną minę i… niedźwiedź na którym siedział też, osunął się na ziemię pyskiem i zakrył go łapami, udając potulnego misiaczka.
    - Ważne, że jesteście. - wyraźna ulga malowała się na twarzy wampirzycy - Po drodze żadnych śladów? Nic niepokojącego?
    - Nic takiego szczególnego… - przyznał smutno Ganrel z niedźwiedzia i gestem odwołując wilki do lasu. I przerywając jazgotanie psów. Smith tylko dodał. - Tzimisce ponoć dzielą niektóre dyscypliny z Gangrelami właśnie. Mój twór… men… oficer który nami dowodził opowiadał że Gangrele i Tzimisce wywodzą się od jednego przodka.
    - To bujda. - uciął tą kwestię Garry.
    - Zostajesz z nami? - Ann zapytała Garry'ego.
    - Jeśli nie czujesz się dość bezpiecznie. Bo Joshua nie będzie mógł. Ma obowiązki. - stwierdził Garry, a szeryf rzekł. - A on ma rację.
    - Jak wróci William to nie powinno być źle... o ile armii potworów nie naśle. Choć chyba dodatkowe wsparcie się przyda... - spojrzała na Joshuę - Jedziesz teraz do Nadii?
    - Nie… zadzwonię do niej, jak złapię zasięg w komórce.- Smith klepnął dłonią odznakę policyjną. - Może to głupie z mojej strony, ale poważnie traktuję swoją robotę.
    - Chyba poważniej niż większość śmiertelnych policjantów. - spojrzała na Garry'ego - Jeżeli sama odjadę, to nasz mag zostałby samotnie, a biedny zaspany i zmęczony. Żal by go było samego zostawić.
    - No to ja mogę zostać z magiem. - zgodził się Garry po namyśle.
    - Zadzwonię do Nadii i chcę pojechać do niej. Mam przekazać od ciebie? Chcesz teraz od Williama zadzwonić? - zapytała Joshuę.
    - Nie… ale jeśli ty chcesz zadzwonić do Nadii to chyba ja nie będę musiał. - ocenił sytuację Smith.
    - Będziesz, jeżeli mam nie przekazywać o kontakcie z jej Primogenem.
    - Możesz powiedzieć, że ja jej naka… że prosiłem o to. - odparł z uśmiechem Joshua.

    - Tu Nadia… Czego chcesz William ? - sarkastyczny i znudzony ton głosu świadczył że Nadia jest w dobrym nastroju.
    - Przyjadę do ciebie. - odezwała się Ann.
    - Hmm… a od kiedy to zaczęłaś umawiać telefonicznie?- zapytała Tremere. - I po co mnie odwiedzisz?
    - Jestem zestresowana tym co się odwala wokół mnie. I nie mam nastroju brać cię z zaskoczenia. - odparła.
    - Jaka to miła odmiana. - cóż… Nadia nie traciła swojego “charakterystycznego uroku”.
    - Zaznacz w kalendarzu. - podśmiała się wampirzyca - Będę niedługo. A, Smith prosił byś skontaktowała się z Palafoxem. Wytłumaczę ci na miejscu.
    - Nie mam do niego gorącej linii. I nie mogę wysłać maila. Nie odbiera ich. - westchnęła ciężko Nadia. - Dobrze, że chociaż mu przeszła miłość gołębi pocztowych.
    - Do zobaczenia niedługo. - Ann rozłączyła się.

    Wampirzyca zostawiła Vincenta z opiekunką, a sama udała się na motocyklu do miasta. Starała się nie myśleć za dużo o Tzimisce, jednak co jakiś czas rozglądała się po drodze, a zatrzymawszy przy bibliotece wręcz trochę paranoicznie obserwowała otoczenie nim zadzwoniła do drzwi.
    Te się otworzyły od razu. A tuż za drzwiami stał Charlie.

    - Szefowa kazała mi na ciebie czekać. Ponoć się dziwnie zachowujesz… zły trip, po krwi od sekciarzy Garry’ego?- zapytał ze współczuciem.

    Caitiffka zaśmiała się.

    - Naprawdę? Tylko tyle wystarczy, aby ją zaniepokoić? - pokręciła głową i ruszyła znaną sobie drogą.
    - Raczej to okazja dla niej, by postawić mnie w kącie niczym stare palto i kazać czekać. - zaśmiał się rubasznie wampir i podążył za Ann.
    - Nadal próbuje cię zniszczyć psychicznie?
    - Ooo tak. Ale już bardziej czyni to z przyzwyczajenia. Straciła cały entuzjazm, po ostatnim napadzie histerii jaki przy mnie miała. - rzekł Charlie z pewną satysfakcją, gdy schodzili coraz niżej i niżej.


    - Co cię tu sprowadza. - odezwała się Tremere zajęta swoimi badaniami.

    Ann poczekała aż Charlie odejdzie i bez słowa podeszła do Nadii, chcąc pochwycić silnie trzymać jej ręce wygięte za plecami.
    Przewaga zaskoczenia, zmieniła się szybko w chaotyczną szarpaninę. A potem Ann wylądowała brzuchem na zimnej podłodze, z Nadią siedzącą na jej tyłku i swoimi rękami trzymanymi za plecami.

    - Powinnam cię za to oćwiczyć batogiem do krwi. Jak śmiesz podnosić ręce na szlachecką córkę.- warknęła gniewnie Nadia.

    Ann wyraźnie się tego nie spodziewała. Próbowała zrzucić Tremere z siebie.

    - Śmiem, bo sama jestem szlachecką córką. A skąd w tobie ta siła?
    - Przeszłam całą Rosję płonącą rewolucyjnym ogniem. To nie był spacerek po parku. I jeśli będziesz się wiercić podsmażę cię błyskawicami… samozwańcza szlachcianko.- burknęła wampirzyca. - I co to za pomysł z napaścią na mnie?
    - Chciałam się na tobie odstresować. - fuknęła - I mam lepszy rodowód od ciebie.
    - Wątpię… po pierwszej wojnie rody szlacheckie Europy zeszły na psy mieszając swoją krew z plebejuszami i karierowiczami. Możesz masz znaczniejsze nazwisko, ale nie jesteś lepiej urodzona. A teraz… zapłacisz za swoją arogancję. Wybatożę cię w dybach. Na twoje szczęście mam tylko bicz. - odparła beznamiętnie Nadia wstając i podciągając Ann w górę za trzymane jej ręce. - To cię nauczy nie atakować starszych od siebie. Z reguły bywają potężniejsi. Cyril cię tego nie nauczył?
    - Uczył... - szarpnęła się.
    - Widać nie dość dobrze. Nie kombinuj z cieniami, z pokorą znieś swoją karę za napaść.- odparła beznamiętnie Nadia.- To twój głupi wyczyn pójdzie u mnie w zapomnienie. I ciesz się, że tak dobrze cię znam, bo w innym przypadku byłabyś kolejnym martwym wampirem na mojej liście zwycięstw.

    - To nie była napaść, to było droczenie się. Napadałabym inaczej. - Ann spojrzała na Nadię z jakąś... nutką ekscytacji?

    Nadia odpowiedziała lekkim grymasem frustracji, westchnęła ciężko i dodała.

    - Niech będzie… oćwiczę cię będąc w samej bieliźnie i może nawet pocałuję tu i tam. Jak będziesz posłuszna.

    Ann pokiwała głową z wyraźną już ekscytacją.

    - Tak...


    Poobijana, obolała ale i bardzo usatysfakcjonowana Ann nadal znajdowała się w dybach pokazując światu swój goły zadek, na którym goiły się ślady po biczu. Sama Nadia siedziała tylko w bieliźnie na łóżku oddychając ciężko i spoglądając spod przymkniętych oczu.

    - Mam ochotę nakarmić cię krwią, tylko po to byś musiała cierpieć moją oziębłość wobec ciebie przez cały miesiąc. Wykorzystałaś mój gorący temperament przeciwko mnie.
    - Żałujesz, że wykorzystałam? - zapytała z uśmiechem.
    - Żałuję że cię nie zabiłam, żałuję, że ci uległam… mięknę na tej prowincji.- westchnęła wampirzyca. - Jedyne pociesza mnie fakt, że… twoje zauroczenie moją osobą nie potrwa wiecznie.
    - Serio żałujesz, że nie zabiłaś? Wyglądałaś na zadowoloną, gdy wymierzałaś razy.
    - Jak wspomniałam… mięknę. Wiesz czemu tu jest Garry… bo swoi się go wstydzą. Ja jestem z innego powodu… właściwie z wielu…- machnęła ręką Nadia w irytacji.- … ale główny powód dla którego tu jestem właśnie ja, a nie inny słabszy Tremere, jest przeciwieństwem sytuacji Garry’ego. Mnie się boją.
    - Co jest straszniejszego w tobie niż w Palafoxie? On jest silniejszy.
    - Każdy Książę, każdy Primogen ma Kainitów od mokrej roboty. Zgadnij kogo ma Palafox.- uśmiechnęłą się wrednie Nadia.

    - Nie jesteś bardzo stara. - powiedziała wprost - Kiedyś myślał by cię na Cyrila wysłać?
    - Nie wiem. Może? Primogen nie lubi i nie ufa twojemu szefowi. Ty to wiesz, ja to wiem, cały klan Nowego Jorku to wie i pewnie sporo nowojorskich wampirów poza klanem. - odparła Nadia wzruszając ramionami. - Nie dostałam jeszcze jednak zlecenia na ubicie go.
    - A zrobiłabyś to? Wiedząc, że byś i mnie tym zniszczyła? - zapytała poważnie - Gdybyś musiała i mnie po drodze zabić?
    - Zabiłabym wpierw ciebie i każdego podwładnego Cyrila, a potem osaczyła jego i zabiła.- stwierdziła beznamiętnie Nadia.- To nic osobistego. Cyrila może i nie lubię, ale wielu innych Tremere też nie uważam za przyjaciół.
    - Więc bawmy się póki można. - odparła Ann.
    - Niech cię pocieszy fakt, że gdyby Palafox mógł go tak po prostu zabić, to by to zrobił. Cyril ma swoich popleczników na wysokich stołkach, więc… raczej nie będziemy miały okazji się przekonać kto okazałby się lepszy, ja czy on. - odparła Tremere z ironicznym uśmiechem.

    - Kogo jeszcze tu sprowadzasz? Bo chyba nie tylko na mnie to jest. - skinęła na przyrządy w “loszku” który był w jej sypialni - I uwolnij mnie już, szlachcianko.
    - Nie… nie widzę potrzeby. Jesteś bardzo ładną ozdobą mojej siedziby, zwłaszcza z wypiętym tyłkiem.- zaśmiał się wampirzyca i podeszła do uwięzionej Ann. - To będzie twoja kara. Resztę nocy, spędzisz tu sama w dybach. A ja się ubiorę i pójdę pracować nad moimi badaniami. Będziesz tu tkwiła, bo dzięki temu możesz odzyskać szansę na kolejne takie zabawy.
    - Nadia! - Ann szarpnęła się - Nie możemy teraz sobie na to pozwolić! Dałaś mi emocje, tak jak chciałam, ale to tylko tyle! Nie mogę dziś dłużej tu być. Nie, gdy zagrożenie wystawiło łeb.
    - Jakież to zagrożenie się czai? - zapytała sceptycznie Tremere przyglądając się Ann.
    - Tzimisce. - odparła Caitiffka - Temu byłam tak zestresowana. Liczył na moją desperację i wysłał mi nieoznakowaną krew, jak zrobiłby to Cyril. Nie wypiłam. To była krew tego Tzimisce.
    - Hmmm… a więc wysłał ci krew i nie wypiłaś. To że wysłał ci krew jest podejrzane i być może zwiastuje kłopoty w przyszłości… - Nadia podeszła do łóżka usiadła zgrabnie zakładając nogę na nogę. - … ale nie widzę w tym natychmiastowego zagrożenia. Gdzie jest ta fiolka pełna słodkiej mocy?
    - Ukryta. I sobie nie ufam. To jest... bardzo silna krew. Szczerze kusiła. Nadia... daj mi odejść.
    - Tym bardziej nie mogę, skoro przyznałaś że krew cię kusi. Tym bardziej powinnam zatrzymać tu… z dala od fiolki.- rozważała głośno opcje i zaklęła pod nosem. - Przeklęty stary skąpiec.

    Wstała i podeszła do pobliskiej szafki, wyciągnęła zakrzywiony sztylet.

    - Eech… tylko nie dopisuj sobie zbyt wiele do moich działań. To czysty pragmatyzm. - podeszła i zsunęła stanik z biustu. Przesunęła ostrzem po lewej… pierś spłynęła krwią. I tak zraniony biust podsunęła do ust Ann. - Możesz trochę zlizać… złagodzi głód i pewnie przedłuży twoje zauroczenie moją osobą. Ale nie dam ci wypić dość, by więź uległa wzmocnieniu.

    Ann otworzyła szeroko oczy.

    - Cyril się wścieknie na mnie... - westchnęła i przyjęła ofertę, sama starając się nie wypić za dużo.
    - Nie wiem gdzie dokładnie jest fiolka, tak czy inaczej.
    - Więc zmarnowałam moją krew co? A Cyril nie wścieknie się na to o czym nie wie. A ja mu nie powiem… - odparła z przekąsem Nadia odsuwając się i zabierając za wycieranie piersi ze swojej krwi. - Zresztą to trochę jego wina. Za bardzo na tobie oszczędza. -

    Spojrzała na Ann mówiąc. - A o krwi Tzimisce mu nie mów. Będzie ją chciał dla siebie. Sam zaś raczej nie zapyta. Za dużo ma kłopotów w Nowym Jorku, żeby się interesować bajzlem w Stillwater.

    - Nie wiem jaki Tzimisce ma zamysł. Po jednej dawce bym miała jakąkolwiek szansę go w końcu znaleźć... i to tyle.
    - Wrzucił ochłap mięsa między stado głodnych wilków. Wampirza vitae jest bardzo cenna.- odparła Nadia przyglądając się dziewczynie z podstępnym uśmieszkiem. - Zastanawiam się… czy nie skosztować twojej krwi.
    - Sama mówiłaś, że to zły pomysł w aktualnej sytuacji…
    - Co nie znaczy, że nie kusi… ale wtedy naprawdę zagarnęłabym ciebie i wyrwała Cyrilowi. Jestem potworem, gdy jestem zakochana. - zaśmiała się Nadia i dodała. - Postanowione. Zatrzymam cię dla siebie, przez kilka nocy. Gdzie będziesz bardziej bezpieczne od wpływów Tzimisce, jeśli nie w siedzibie Tremere?
    - Oszalałaś. Czy ty chcesz mi nawet nie dawać wyjść z biblioteki? - Ann niezbyt się uśmiechało być zamkniętą.
    - Do miasta tylko ze mną… może z obróżką na szyi…- Nadia nie wytrzymała do końca i wybuchła śmiechem. Wzruszyła ramionami. - Oczywiście, że nie zamierzam cię tu uwięzić. I będziesz mogła wyjść na miasto. Niemniej uważam by lepiej było, byś na razie przeniosła się od Willa tu do mnie… nie chciałabyś… więcej takich… nocy? -

    Wskazała stopą na dyby.

    - Może nawet zasłużysz znów na więcej… - dodała przesuwając palcami po pościeli łóżka.

    Dziewczyna uśmiechnęła się.

    - To jest pomysł. I Lukrecja dostanie mocne wyjaśnienie pobytu u ciebie. Już się interesuje. - skinęła głową - Jutro przyjadę ze wszystkim.
    - I zechce zrobić z ciebie swojego szpiega. Jeśli cię to kręci… możesz jej na mnie donosić. Nie mam za wiele do ukrycia. A to co jest ukryte… - wzruszyła ramionami Nadia.- … nie dotyczy mnie. Uroczo wyglądasz w dybach. - zmieniła temat wstając. Podeszła do Ann i uderzyła w pośladek. Po czym zaczęła się ubierać. -Tak jak powiedziałam, zostaniesz w dybach dziś. Myślę, że tu… będziesz bezpieczniejsza niż u Williama. I myślę, że to najlepsze rozwiązanie na tę noc.
    - Nadia... - Ann jęknęła niechętnie - Daj mi choć po mieście chodzić...
    - Oczywiście moja droga. Tylko nie tej nocy… to twoja kara za napaść na moją osobę.- odparła z sadystycznym uśmieszkiem Nadia. Może przeprowadzka do niej, nie była tak dobrym pomysłem?
    - Czasem jesteś w niektórych aspektach podobna do Cyrila... - mruknęła niezbyt zadowolona.
    - Mamy wspólnego przodka. Jego krew trochę nas zbliża.- oceniła Tremere wzdrygając się na tę myśl. -Trochę czyni nas podobnymi.

    I powróciła do ubierania. - Mogę podesłać ci Charliego do towarzystwa. O ile chcesz by oglądał cię w takiej sytuacji.

    - Nie. - mruknęła - Uwolnij mnie z dybow i oddaj ubranie, to wtedy mogę z nim pobyć, ale nie w tej sytuacji…

    Ubrana Nadia nachyliła się i pocałowała namiętnie usta Ann, co rozpaliło nieco jej ciało pożądaniem. Wszak niewielka ilość jej vitae krążyła w jej żylach.
    Niemniej odpowiedź była ta sama.

    - Nie. Pomyśl, pomedytuj… ta cała sprawa z fiolką krwi sprawiła, że nie myślisz chłodno i metodycznie. Strach jest złym doradcą, a ty byłaś w jego szponach. Teraz postaraj się go odpędzić.

    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • ZellZ Niedostępny
      ZellZ Niedostępny
      Zell jako Ann Paige
      Moderator Obsługa
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #60


      NAUCZYCIEL BIOLOGII


      Nadia nie była rannym, czy raczej nocnym ptaszkiem. Więc Ann kolejnej nocy obudziła się pierwsza… z mocno bijącym sercem. Kolejny koszmar, straszny… ale ten nie utkwił w jej pamięci.
      Bicie serca było naprawdę dziwnym uczuciem dla kogoś, kto był od lat martwy. Ann sądziła, że to działa pamięć ciała, nie prawdziwy odruch... ale strach... strachu nie zapomniała.
      Pozytywem snu z Nadią było, że Tremere wolała spać w łóżku, nie zaś w trumnie. Ann wręcz panicznie nie chciała znajdować się w ciasnej przestrzeni. Za bardzo przypominała jej... traumę podziemnego grobu.
      Gdy przebudziła się zaskomlała niczym przerażone, zranione zwierzę. Była w miejscu, w którym nigdy wcześniej się nie budziła. Była przerażona. Zagubiona...
      Wtuliła się w Nadię, drżąc na całym ciele.

      - Co tam… znowu.- mruknęła Tremere sięgając odrucho do tyłu i macając Ann po tyłku. Z początku się sprężyła, zaskoczona odkryciem. Ale potem rozluźniła, przypominając wczorajszą noc. I poklepała ją… niemal czule po tyłku. Jak ulubionego kota.

      Ann rozejrzała się wokół ze spanikowanym wyrazem.

      - Jesteśmy tu bezpieczne, tak?
      - Mhmm… ten bunkier powstał za czasów zimnej wojny. - ziewnęła wampirzyca.- Przejęłam go wraz z biblioteką miejską. Ma chronić nawet przed atakiem nuklearnym, ale… w to akurat wątpię. Natomiast kilka konwencjonalnych bombek powinien wytrzymać.
      - Kojarzysz takiego Tremere od Regenta? Cyril go szkolił... - zapytała opisując "ognisty strach".
      - Hmmm… nie… szczerze powiedziawszy… niespecjalnie się chyba rzuca w oczy. - oceniła Nadia siadając na łóżku i przeciągając. - Takich jak on… jest zawsze kilku. Większość nie dożywa następnej dekady.
      - Poznałam go... może miesiąc po Przemianie... - otuliła się ramionami - Cyril... Zrobił grę... On miał mnie spalić... - zaczęła drżeć jak osika - Uciekałam przez całe miasto... i... - w tym momencie Ann po prostu zaczęła histerycznie płakać.

      Nadia przyglądała się temu z zakłopotaniem. Po czym potarła w irytacji podstawę nosa mówiąc.

      - Słuchaj… tacy jesteśmy. Tacy są Tremere… treningi młodych magów, są często dość ciężkie i sadystyczne. Sama przechodziłam takie… próby. Tyle, że ja za sobą miałam drastyczne warunki przemiany i długi spacer przez zamarzniętą dzicz, więc… nic co mogli we mnie rzucić Tremere Nowego Jorku nie było ciężkie. Po prostu… odpuść już sobie. Kimkolwiek on jest, już pewnie ciebie nie pamięta. I z pewnością nie jest twoim wrogiem.
      - Widzę go... Jego ogień... Ciągle... - Ann zaczęła wycierać krew spod oczu - Nie jestem Tremere, więc czemu miałam to przetrwać? Byłam ledwo Przemieniona... Czemu mi to zrobił?!
      - Bo byłaś pod ręką. Cyril używa podwładnych jak narzędzi. A ty jesteś jedną z nich. Niech cię pocieszy fakt, że tak samo wykorzystałby swojego potomka. Dla niego to bez różnicy.- odparła beznamiętnie Nadia.
      - Jemu zależy na mnie. - uparcie stwierdziła - Nie daje mnie zabić, teraz ukrył w Stillwater. Musi zależeć, bo zużywa na mnie swoje wpływy...
      - Możliwe. - odparła Nadia i spojrzała na dziewczynę uśmiechając się ironicznie. Po chwili wyraźnie zaczęła się zastanawiać. I zakończyła słowami - Dlatego właśnie trzymam innych na dystans… by nie znajdować się w takich sytuacjach.-

      Przeczesała włosy palcami mówiąc jeszcze. - Dobra… ubieramy się. Ja mam swoje badania i muszę się przygotować na gniewne wkroczenie twojego rycerza w białej zbroi do mojego legowiska. I ty musisz rozprostować skrzydełka.

      - Myślisz, że William tu przyjdzie? - zapytała zaskoczona, ubierając się przy okazji.
      - Z pewnością. Jest wszak sentymentalnym głupcem.- stwierdziła cierpko Nadia.

      “Róża” była gwarna, aczkolwiek nikt ważny w tej chwili w niej nie przebywał. Jedynie Clyda i “córka” Lukrecji, której to młody Brujah się żalił, przy kieliszku krwawej Marry siedząc przy kontuarze. Może było za wcześnie dla pozostałych Kainitów?
      Ann podeszła bliżej wampirów.

      - Co to za smuty, dzieciaczki?
      - Stwierdziłem… po ostatnich wydarzeniach, że nie nadaję się na wampira.- westchnął smutno Clyde.- A przynajmniej nie na Brujah. Powinienem być Ventrue, albo Toreadorem. Kimś kipiącym naturalną charyzmą, a nie dzikim szaleńcem i mordercą takim jak… Larry.
      - Larry jest... specyficznym okazem. I Brujah nie są tylko tacy... jak on w połowie. Czy twój Stwórca jest jak Larry? - poklepała Clyde’a po ramieniu.
      - Nie. Nie bardzo. Sama zresztą widziałaś. To urodzony przywódca. Spijamy słowa z jego ust jak krew i wykonujemy polecenia, bez pytania.- odparł z nadmiernym zachwytem Clyde, wywołując ironiczny uśmieszek na twarzy wampirzej barmanki. Następnie mężczyzna spojrzał na Ann.- Ty bywałaś w świecie, których Brujah jest więcej? Takich typków jak Larry, czy takich jak nasz książę?

      Ann się zastanowiła.

      - Moje doświadczenia są z Nowego Jorku, a szef Brujah stamtąd... on by takich jak ja zniszczył. Ale niech ci da porównanie, że nawet dla Brujah z Nowego Jorku Larry jest... ekstremalny. Nie mam dużej wiedzy o Klanach. Ale nie patrz na Larry’ego jako na model Brujah.
      - To kto jest tym modelem Brujah? Joshua?- zapytała Miracella.
      - Powiedział mi, że w nim obudziła się... filozoficzna natura Brujah. To raczej nie jest główna cecha każdego z nich. Na pewno łatwo w gniew wpadają, ale ich charyzma... raczej jest jak charyzma na polu walki. - wolała nie wchodzić w sabackie pochodzenie Joshui - Sądzę, że on by mógł lepiej swój Klan wytłumaczyć.
      - No cóż… na pewno nie będę Larrym. Jestem kochankiem nie wojownikiem. - odparł dumnie Clyde, a Patty zanurkowała pod barek, by zdusić napad śmiechu. Oczywiście pod pozorem wyciągnięcia jakiejś szklanki stojącej na półce pod blatem.
      - Jeszcze możesz znaleźć się. - wzruszyła ramionami - Tylko pamiętaj, że bycie wampirem nie polega na wyrywaniu śmiertelnych. Jak chcesz się uczyć od Joshui... To nie irytuj go. To po pierwsze.
      - Wiem. Wiem. Książę… a jak ty się trzymasz?- zapytał Ovens. A Miracella dodała cicho.- Podobno coś się u ciebie wydarzyło, ale Książę nałożył nakaz milczenia na tych co coś wiedzą. Moją panią ciekawość zżera żywcem.
      - Jak Książę nałożył... - wzruszyła ramionami - To nie mogę powiedzieć.
      - Możesz powiedzieć, jak się czujesz. Sądząc po minie Księcia, to jakaś poważna chryja była.- ocenił Clyde.
      - Teraz... już lepiej. Ale tak, było mocno. - westchnęła - Mogło być gorzej. - machnęła ręką.
      - William już wrócił, więc pewnie czujesz się już bezpieczna w domu.- pocieszyła ją Miracella nieświadoma sytuacji w jakiej znalazła się Ann.
      - Jak wrócę, to pewnie będę. - zabawiła się nieświadomością Miracelli.
      - Jak wrócisz? A skąd zamierzasz wracać ?- zdziwiła się młoda Ventrue, podobnie jak Clyde wbijając w nią wzrok. Choć zapewne z innego powodu niż on.
      - Z bezpiecznego schronienia, do którego mało kto przyjdzie. - wyciągnęła komórkę - Muszę przeprosić na chwilę. - po tych słowach skierowała się do wyjścia z Róży, aby zadzwonić do Joshui.
      - Jasne… nie przejmuj się nami.- odparła ciepło wampirza barmanka.

      Ann wyszła i zadzwoniła.

      - Hej… gdzie jesteś? William się martwił. I jedzie już do Nadii… pewnie się pokłócą. - rzekł żartobliwie Smith.
      - Przy Elysium. Nie mogłam poinformować, gdzie będę w dzień, bo... - urwała -...no, nie dano mi opcji.
      - Nie wiem co cię łączy z Nadią. Dziwię że cokolwiek. Nie lubi towarzystwa. - ocenił książę.
      - Ją to chyba też dziwi. - zaśmiała się cicho - Skontaktuje się z Regentem. Wyjaśniłam jej sytuację. - zamilkła na chwilę - Nasza Ventrue gotuje się z ciekawości.
      - Przynajmniej ma zajęcie. - odparł Smith.- Jedna gotuje się z ciekawości, drugi z oburzenia… byle z tego gotowania nie wyszła niejadalna potrawka. Na razie Tzimisce nie wykonał ruchu, więc to mogła być prowokacja z jego strony. Testuje nas.

      - William jest oburzony? - spojrzała na budynek Elysium - Czy mam trzymać wszystko w tajemnicy przed innymi, czy mogę w końcu ten sekret przed Lukrecją odkryć za cenę? Bo nie wiem czy by nekromantom nie chciała sprzedać…
      - Nie mów nic Lukrecji, ani Larry’emu, ani młodym… Nadia wie? Nie powinna. - stwierdził Kainita.
      - Wie... - Ann wyraźnie była zdziwiona, że to problem.

      Długie milczenie.

      - No cóż. Lepiej niż żeby Lukrecja wiedziała.
      - Teraz w jej bunkrze mogę być. - Ann zaryzykowała określenie tego plusem.
      - No… nie wiem, czy William się na to zgodzi.- odpał po znów dłuższej chwili milczenia Smith.- Z drugiej strony nie jesteś dzieckiem i sama podejmujesz decyzje.

      Ann wyraźnie to zdziwiło.

      - Czemu miałby być przeciwny? Jaki jest w tym problem, Książę? - zapytała wyraźnie nie rozumiejąc.
      - William polubił cię, a jest bardzo opiekuńczy, jak pewnie zauważyłaś. I nie ufa za bardzo Nadii. - wyjaśnił Joshua.
      - No tak... - westchnęła - Czy chcesz bym coś robiła, czy tylko siedziała?
      - Na razie… nic nie mam w planach. Rozważamy z Williamem różne opcje.- westchnął Joshua.- On chce być królikiem doświadczalnym, jeśli chodzi o twój prezent. Ja skontaktowałem się z Jaine. Może ona pomoże w rozwiązaniu tej kwestii. Lepsze to niż granie według reguł… Tzimisce.
      - To już ja mam większy sens niż on. - zdziwiła się - Mnie się nie da związać całkowicie podwójnie.
      - To Toreador. - odparł książę, jakby to słowo miało wszystko wytłumaczyć.

      Ann po spędzeniu jeszcze chwili z dzieciakami w Elysium zaczęła kręcić się po mieście czekając na furię Williama, dla zabicia czasu chodząc po terenach w jakie szedł ten łysy.
      Zamiast tego natknęła się na… dwóch Malkavian myszkujących po terenie zamkniętej na noc szkoły podstawowej. A właściwie na myszkującego Gorgona i zrzędzącego Salvatore.

      Wampirzyca podeszła do Malkavian zaciekawiona ich działaniami.

      - Co robicie?

      Salvatore zapiszczał ze strachu… jak panienka i odskoczył. Gorgon odwrócił się i rzekł do Ann.

      - Wyczuwam wielkie zakłócenie w Mocy.- wyjaśnił spokojnie zerkając lustrzankami.- A ten tutaj nie pozwala mi wkroczyć.
      - Nie będziemy demolować budynków publicznych w domenie innego Księcia.- zasyczał gniewnie Salvatore.- Zepsujesz mi image… jak ja się z tego wytłumaczę… moja kariera.
      - Ale czemu demolować? - spojrzała na Gorgona.
      |-- A temu…- Gorgon wyciągnął spod pachy olbrzymi rewolwer i uśmiechnął się szaleńczo. - Poznaj mój klucz uniwersalny.

      Ann obejrzała rewolwer.

      - No nie wiem. Pytaliście Joshui?
      - Zgadnij… no proszę zgadnij… a potem pomóż mi powstrzymać tego ślepego idiotę. - rzekł głośno rozdzierającym głosem Salvatore, a Locarius wzruszył ramionami. - Pytać a po co? Przecież on do szkoły nie chodzi.
      - Ma ostatnio duży ból głowy ze swoją domeną, proszę nie drażnij go tak dalej. - odezwała się do Locariusa - Może załatwimy to jak prawdziwi włamywacze? Jeżeli macie wytrychy.
      - Nie mamy. Ja jestem dyplomatą… a on… jest moim bólem głowy.- stwierdził dramatycznie Stefan.
      - Jeżeli zniszczysz zamek to może się alarmy rozlegną i nasz Książę tu zajedzie. I do paki was wsadzi. Poważnie traktuje robotę szeryfa. - odezwała się do Gorgona.
      - Robimy szlachetną misję… na pewno zrozumie.- Locarius wycelował w zamek swój rewolwer.
      - Zachowuj się. Książę uczynił cię moi… - warknął gniewnie Salvatore.- … to znaczy mnie uczynił twoim opiekunem. Masz się mnie słuchać!

      Ann położyła dłoń na dłoni trzymającej rewolwer.

      - Wiem jak pogodzić. Zadzwonię do Joshui, wytłumaczę... Nie róbmy złej krwi między sobą. Nie chcesz być powodem zaparć w trumnie Salvatore'a, prawda Locarius? - mówiła spokojnym, przyjaznym głosem.
      - No… nie wiem… piszczy jak baba, gdy się zdenerwuje…- zadumał się Malkavian, a drugi zaperzył.
      - Nie piszczę jak papa!- wrzasnął piskliwym głosikiem.
      - Spokojnie, już dzwonię. - Ann szybko wybrała numer do Joshui.


      - Co się stało? William z Nadią się pozabijali?- zapytał wesoło szeryf.
      - Nie, nie... Teraz jestem z Malkavianami przy budynku szkoły. Locarius chce wejść do środka... A jako klucza chce użyć rewolweru.
      - Co? - spytał Brujah nie wierząc w to co słyszy.
      - Daleko jesteś? Przydałbyś się by to rozwiązać…

      Milczenie trwało.

      - Niech czekają. Przyślę kogoś z kluczem do szkoły. I niech zachowują się normalnie. To będzie śmiertelnik. Na twoich barkach zostawiam jego przeżycie. I wolałbym nie robić mu prania mózgu poprzez Lukrecję lub Nadię. - westchnął w końcu książę.
      - Zostanie z nami czy tylko klucz odda? Wolałabym drugie…
      - Niestety raczej to pierwsze należy brać pod uwagę…- westchnął Joshua. - To będzie szkolny woźny. Jest odpowiedzialny za budynki sama… - Ann oderwała telefon, bowiem Gorgon wpadł na genialny w prostocie pomysł, że skoro nie może przestrzelić drzwi, to przestrzeli okno. A Salvatore go próbował powstrzymać.
      - Niedługo będzie klucz! - Ann skoczyła przed Locariusa i próbowała lekko skierować broń w dół przy okazji uśmiechając się przyjaźnie.
      - Doprawdy? - Locarius był wyraźnie niezadowolony z faktu, że kolejnego ze swoich pomysłów nie zdołał zrealizować. - Musimy czekać… mój sposób był szybszy.-

      Tymczasem Joshua dopytywał się. - Co się tam dzieje?

      - Locarius chciał strzelić w okna... Już dobrze. - zniżyła głos - Temu wolałam ciebie na miejscu, Książę.
      - Czy ten... Locust… nie miał jakiegoś opiekuna?- zapytał lekko poirytowany Joshua.
      - Niby tak, ale... nie słucha. A tamten chyba nic nie może z nim... - Ann mówiła na tyle z boku, aby nie doszło to do dwójki wampirów.
      - Przeklęci Malkavianie… zawsze są z nimi kłopoty.- westchnął książę, podczas gdy towarzysząca Ann dwójka znowu się kłóciła. To znaczy Salvatore kłócił się sam za ich obu, a Gorgon nie przeszkadzał mu w tym zupełnie go ignorując.
      - Po prostu ignoruje... - westchnęła.


      Tymczasem nadjechał radiowóz policyjny z jednym ghuli szeryfa oraz zaspanym mężczyzną około czterdziestki latynoskiego pochodzenia. Podchodził mamrocząc coś po hiszpańsku.

      - Nie wiem… po co macie przeszukiwać szkołę, ale zróbmy to szybko.- rzekł mężczyzna nie ukrywając niezadowolenia z sytuacji. Podszedł do drzwi i otworzył je.
      - Już jest. Dzięki. - szepnęła do telefonu i rozłączyła się, po czym szybko ruszyła do Locariusa chwytając go za wolną rękę - Schowaj broń, proszę. To śmiertelnik. - szepnęła.
      - I to mnie ma powstrzymać? Za chwilę może być martwym śmier… - zaczął Locarius, ale Salvatore wtrącił się. - Pamiętaj, że Primogen nie lubi niepotrzebnych śmierci.

      Kainita mruknął coś pod nosem po czym schował broń.
      |-I cała czwórka wkroczyła do szkoły. Upiornej o tej porze doby. Jakby wyjęta z horroru Kinga , woźny kroczył pewnie dalej nie zważając na trójkę dziwaków wchodzących z nim. Ghul miejscowego księcia został przed drzwiami szkoły.

      - Czego szukamy? - zapytała Locariusa.
      - Subtelnego dysonansu rzeczywistości.- szepnął cicho Malkavian tonem maga tłumaczącego coś uczennicy.
      - Nie wie czego szukamy. Idzie na instynkt… coś mu będzie przeszkadzać i zacznie strzelać. To wtedy będziemy wiedzieli że to to. - przetłumaczył na “ludzki” jego opiekun.
      - Książę ni chce tu strzelania... - Ann zastrzegła.
      - Dobra dobra… rzucę opiekunem… może być? - zapytał Locarius uśmiechając się złowieszczo i wywołując śmiertelną bladość u Salvatore.
      - Wolałbym być w Nowym Jorku.- westchnął smętnie “opiekun”, a rudy Malkav objął prowadzenie wymijając woźnego.
      - Możesz się nie spieszyć za nami. - Ann rzuciła do woźnego wymijając go, aby iść przy Locariusie.
      - Pyszałki z FBI.- burknął latynos zerkając spode łba na Malkavów. Ci wydawali się… nieco zagubieni. Locarius krążył jakby niuchając po korytarzach i zaglądając do kolejnych klas szkolnych. Wydawał się nie być pewien, gdzie jest to czego szuka. A Salvatore wydawał się być zupełnie pozbawiony entuzjazmu.

      Dotarli do kolejnej sali i Locarius się sprężył.

      - Tu… tu… tu śmierdzi!

      Woźny otworzył drzwi, Malkavian wpadł do środka znajdując… szkolną salę, chyba biologiczną. Następnie pognał do szkolnego kantorka, wpadł do środka i jęknął głośno.

      - Spodziewałem się czegoś więcej.

      Caitiffka poszła za nim, nie spodziewając się wiele. A wraz z nią poszedł i Salvatore.
      W środku pomieszczenia, był szkielet… plastikowy oczywiście i wiszący. Były słoiki z różnymi preparatami biologicznymi. Niektóre oblepione jakimiś glutami. Było kilkanaście tablic anatomicznych. Mocny zapach formaliny roznosił się w powietrzu i… poza tym było kilka zwierząt hodowanych w takich miejscach. Małe akwarium z rybkami, dwie świnki morskie w klatce, gekon i wąż zbożowy.

      - Ale przecież tu… jestem… pewien… - Gorgon wydawał się załamany.
      - Co tu miało być według ciebie? - zapytała.
      - Coś nienaturalnego oczywiście… coś… zgniłego… oślizgłego krwawego…- tłumaczył Locarius pochłonięty podszeptami swojego szaleństwa. Tym razem Salvatore wpatrywał się w klatki i bladł mamrocząc coś pod nosem.

      -.. ni..mw.. nie… mów… zamknij się.. ja cię nie słyszę… nie mów, nie mów! - jego głos z cichego szeptu zmieniał się we wrzask. Nagle rzucił się na podłogę zakrywając uszy. - Nie ma cię tu. Nie ma cię w mojej głowie! Nie mów do mnie! Nie słyszę cię!
      Ann rozejrzała się czy woźny stoi obok. Chyba bez wrażenia w głowę nie pójdzie… Był niestety i…

      - Eeee… co mu się… stało?- zapytał równie zaskoczony, co Ann.
      - To chyba... problem z jakim musi sobie poradzić... bez nas... - Ann złapała woźnego za rękę i zaczęła go wyciągać z klasy - Macie w szkole piwnicę? Pod tą klasą?
      - Eeee… mamy piwnice…- przyznał woźny, a potem dodał.- Mięczaki… za czasów mojego taty do FBI nie przyjmowano byle kogo. -
      - Kto mówi…- zapytał Locarius, a drugi Malkav wskazał palcem szepcząc. -On.

      Prosto na wijącego się w terrarium węża zbożowego .

      - Eksperymentalne wykorzystanie pseudonaukowych sposobów. - szepnęła do woźnego wyprowadziwszy go za klasę - Zaprowadź mnie do tych piwnic. Ja tylko ogarnę tych... jasnowidzów. -

      Wróciła do obu Malkavian, wyraźnie zirytowana.

      - Powczuwajcie się w te aury czy co tam chcecie, ale NIE NISZCIE NIC. - Ann wywarczała te słowa - Idę do piwnic, wy grzecznie czekacie. A ty... - spojrzała na Locariusa wyciągając dłoń - Oddasz mi teraz na przechowanie swój rewolwer. Odzyskasz jak wyjdziemy ze szkoły.
      - Ale jak będę otwierał drzwi. Gdy się zatrzasną?- zapytał smutno Locarius, podczas gdy zwinięty w kłębek Salvatore mruczał pod nosem.- On do mnie szepcze… on do mnie szepcze… ten przeklęty wąż… on do mnie szepcze… jest głodny.
      - Nie zatrzasną. A i tak przecież was nie zostawimy. - ciągle trzymała wyciągniętą rękę - Twój rewolwer. - powiedziała poważnie Ann.

      Przez chwilę zrobiło się… groźnie. Locarius zamiast oddać rewolwer sięgnął dłonią do oprawki okularów, ale nagłe głośne jęki Salvatore sprawiły że zmienił zdanie. Ciężką broń cisnął w dłoń dziewczyny i kucnął obok zwiniętego w kłębek towarzysza.

      - Twarz nie twarz rośnie… jest badana… twarz na twarz nakładana. Kształtowana.- jęczał biedny Stefan.
      - Zaopiekuj się nim... On widzi... Jak pracuje... Tzimisce? - zaryzykowała.
      - Jak używa… jak tworzy z twarzy twarz… jak poprawia…- jęczał cicho Salvatore świadomy jej słów.- Nie widzę… jest mi to… opowiadane.
      - Czy wiesz czyja to twarz?
      - Głos nie wie… a ja nie widzę twarzy… - westchnął cicho Malkav.- … głos chce tłustą mysz.
      - Pójdę do tych piwnic pod klasą, zobaczę czy tam coś jest. - odparła... czyżby im wierzyła? - Nie karmcie węża tymi myszami. Powiem woźnemu by nakarmił. - ruszyła do śmiertelnika.


      W piwnicach było ciasno, ciemno… cicho. Nudno. Przeszukiwanie pomieszczeń piwnicy zajęło Ann nieco czasu. Nie przyniosło jednak żadnych rezultatów. Poza zagubionymi majtkami jakiejś nastolatki pod schodami prowadzącymi z powrotem na górę. Którą to część garderoby woźny dyskretnie zagarnął. Uch… strata czasu, na którą to caitifka niespecjalnie mogła sobie pozwolić. Nadchodził bowiem czas powrotu do leża.
      Ann bardziej obchodziło danie czasu Malkavianinom, aby się ogarnęli do tego czasu, nie ryzykując większych akcji przy woźnym.

      - Nic, dziękuję za pomoc. - zwróciła się do śmiertelnika - Ogarnijcie tego węża, wydaje się głodny. Nie karmią go? - zapytała wchodząc po schodach.
      - Nie wiem. Nie znam się na wężach. Unikam gadzin. Za karmienie żywego inwentarza szkoły odpowiadają nauczyciele biologii. - wzruszył ramionami woźny.
      - W sumie kto jest nauczycielem biologii u was?
      - Pani Harper… to znaczy Helen Harper. I Steven Wolzak…Wolzzak… Nie wiem jak to się wymawia. Ale piszę się W-O-L-S-Z-A-K.- wyjaśnił woźny.
      - To jakiś obcokrajowiec?
      - Nieee… ale ma takie dziwne nazwisko. Ponoć i tak łatwiejsze do wymówienia niż oryginał.- zaśmiał mężczyzna.
      - Oryginał? - zaciekawiła się Ann.
      - Abstynent.- odparł woźny jakby wypowiadał jakieś przekleństwo. - Nudny i bezbarwny. Zbiera kokony po gąsienicach. Gada o nich w kantorku zanudzając pozostałych nauczycieli. Zarywał kiedyś do Sonii ze sklepiku który stoi kilkanaście metrów od szkoły. Dała mu kosza. Przeżywał to przez… dwa tygodnie?
      - To jego lekcje muszą cieszyć się popularnością pewnie. - zironizowała.
      - Żadne lekcje nie cieszą teraz popularnością. Komórki zmieniają uczniów w durne zombie… łazi to to z komórą przed gębą, nawet nie patrzy gdzie. - mężczyzna zaczął narzekać na uczniów.

      Ann uśmiechnęła się lekko do woźnego. Zabawne, że sama bardzo młodo wyglądała, jakby niedawno zaczęła studia.

      - Zgarnę swoich i pewnie wyjdziemy.

      -Dobry pomysł.- przyznał woźny i wzruszył ramionami.- Będę czekał przy drzwiach.


      Ann nie napotkała Kainitów ani w kantorku, ani w salce lekcyjnej. Locarius wyprowadził Salvadore na korytarz. I tam ten Malkav dochodził do siebie. Gorgon spojrzał na nadchodzącą caitifkę.

      - Już mu lepiej. - zakomunikował.
      - Dobrze. - Ann podeszła bliżej - Trzeba już spadać stąd.
      - Mogę iść.- odparł cicho Stefan Salvatore. Wstał powoli i wsparty na ramieniu towarzysza ruszył do wyjścia.
      - Moja broń.- przypomniał Malkav, gdy obaj mijali Kainitkę.
      - Pamiętam. - odparła Ann, idąc za oboma - Jak wyjdziemy.


      Drzwi zostały zamknięte. Ghul czekał aż woźny podejdzie, po czym obaj pojechali w swoją stronę. A Ann, chcąc nie chcąc, musiała zwrócić rewolwer.
      Caitiffka bez narzekania oddała broń Gorgonowi.

      - Ta cała wycieczka... nie była bez celu. Może nie znalazłeś tego, co wyczuwałeś, ale obaj odwaliliście dobrą robotę.
      - Hmm… Salvatore znalazł swojego wewnętrznego Malkaviana. Więc coś z tego wynieśliśmy.- odparł beztrosko Locarius. A jego towarzysz uśmiechnął się kwaśno.
      - A ty uparłeś się tam pójść. - dodała Ann - Joshua będzie miał z czego się cieszyć, a nie narzekać tylko na was. - dziewczyna nie kryła, iż uważa Malkavian za bardzo przydatny nabytek w tej chwili.
      - Jestem specjalnym wysłannikiem Papy Roacha. Rozwiązuję problemy.- stwierdził beztrosko Gorgon, a Salvatore dodał.- Czas na nas… czas wrócić do Elizjum.

      Ann dotarła do leża na godzinę przed świtem. Zastała Charliego sprzątającego, a Nadię porządkującą dokumenty i wyłączającą sprzęt.

      - Zadzwoń proszę do Williama jutro, żeby przestał mi dupę zawracać swoimi zarzutami.- stwierdziła Kainitka suchym beznamiętnym tonem głosu.
      - Jakimi zarzutami? - Ann podeszła zdziwiona - Był tu?
      - Że cię porwałam, upiłam krwią, że cię więżę… takie tam.- machnęła ręką Kainitka.- Uważa, że twoja obecność tu jest… wbrew twojej woli. Chyba cię polubił.
      - Ale był tu?
      - Tak. I zrobił tu małe tantrum. To typowe zachowanie Toreadorów. Straszne z nich histeryki.- odparła wampirzyca.
      - Ale nie chciał cię atakować? - zapytała patrząc na Nadię z nutką zaniepokojenia.
      - Jest rycerzem, nie rzuca się z mieczem na niewiasty. Przynajmniej… nie od razu. - odparła wampirzyca. - Był wściekły, ale kontrolował swoją wewnętrzną bestię.

      Ann wyglądała na naprawdę zaskoczoną.

      - Aż tak zareagował? - wyraźnie nie oczekiwała aż takiej reakcji Williama - Czemu rzuca takie oskarżenia?
      - Bo to Toreador, oni są… emocjonalni… według mnie to klan histeryków. - stwierdziła cierpko Nadia.
      - Czyli nic wcześniej między wami nie zaszło?
      - Nie… nic. Jestem… co prawda… “sojuszniczką” Lukrecji. Ale nikt tutaj nie bierze jej knowań szczególnie poważnie. Łącznie z nią samą. - wzruszyła ramionami wampirzyca.
      - Jesteś? Ponoć nie bierzesz w tym udziału!
      - Nie biorę…- wzruszyła ramionami Tremere. - “Sojuszniczką” jedynie z nazwy. Sama zresztą widziałaś jak to u nas jest. Dopóki jest spokój i cisza, to Smith pozwala wszystkim ujadać i hałasować i wchodzić sobie na głowę, ale jak zaczynają się problemy to bierze nas za pyski i ustawia do pionu. Mała armia szeryfa ze Stillwater.

      Ann położyła dłoń na ramieniu Nadii.

      - Musiała cię ta sytuacja zmęczyć.
      - Trochę…- westchnęła Nadia kładąc dłoń na jej dłoni. - Ale też nie musimy się martwić. Wkrótce same zaśniemy. Dzień się zbliża.
      - Tak. - Ann zaczęła masować mięśnie karku Tremere jedną dłonią - Rozluznie te mięśnie przed snem. - dodała troskliwie patrząc na Nadię z lekkim uczuciem.
      - Nie licz na nic więcej dzisiaj… czasu nam nie starczy. Może jutrzejszej nocy… kto wie.- stwierdziła z przekąsem Tremere.
      - Nie chcę niczego, a tylko ci dać rozluźnienie. - wyjaśniła z pewnością słów kierowanych krwią.
      - Z pewnością, z pewnością… - odparła ciepło Nadia.

      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • AbishaiA Niedostępny
        AbishaiA Niedostępny
        Abishai jako XXI
        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
        #61

        Kolejny sen. Kolejny koszmar. Tym razem znajomy… tym razem nie tak straszny jak zwykle. Wszystko było przytępione. A po pobudce Ann miała świadomość, że śniło się jej coś strasznego. Ale nie pamiętała co.
        Nadia nie miała problemu z upiornym paraliżem, który u Kainitów był drzemką. Nadia wstała energicznie, przeciągnęła się i zabrała za ubieranie. Kwestię wspólnego spania z Ann traktowała typowo pragmatycznie. W swoim leżu miała tylko jedno łóżko. Dlatego też Charlie sypiał za drzwiami jej pokoju, na leży z kocy… jak pies.
        Nadia była pragmatyczką… ale i złośliwa.
        Niestety, ku jej “rozpaczy”, zawsze lekko na rauszu Charlie okazał się wyjątkowo odporny na jej złośliwości.

        - Szefowo… - i to właśnie jego głos usłyszały kobiety pod koniec ubierania się. - Telefon. Pan Blake dzwoni.
        - Eechh…- westchnęła ciężko Nadia porządkując swój strój.- Nie traci czasu, to trzeba przyznać.

        Ann nie była tak szczęśliwa jak Nadia w kwestii wampirzego snu. Obudziła się dziś niestraumatyzowana snem jak wczoraj, ale było widać, że ten dzienny paraliż musiał wprowadzić na nią przerażający sen. Drżała lekko, gdy zakładała ubranie, co jakiś czas patrząc w stronę drzwi i Nadii, jakby dla upewnienia się, że nie czai się tam niebezpieczeństwo i nie jest sama.
        Wyrwały ją z tego stuporu słowa Charliego i Nadii.

        - Naprawdę musi cię nienawidzić, skoro tak ostro i szybko zareagował... - zdziwienie było słyszalne w głosie ubierającej się Ann - Przynajmniej nie czekał u Lukrecji, aby z wieczora drzwi wyważać...
        - Otóż nie, całkowicie się mylisz. To nie jest nienawiść. To nadopiekuńczość.- odparła ze śmiechem Tremere.
        - Ale to dość... ekstremalne... - odparła nieprzekonana.
        - Toreadorzy są bardzo uczuciowi. Ich emocje są dość intensywne. - odparła spokojnie Tremere. - A William ma dość mocną krew. Dość wysoko stoi w drabince potomków. Pamiętaj że narodził się gdzieś na granicy średniowiecza i renesansu.
        - Chodźmy więc... Dasz na głośnomówiący? Muszę to usłyszeć.
        - Czemu nie…- stwierdziła wampirzyca i ruszyła do drzwi już ubrana. - Za mną.
        - Oczywiście, moja pani. - Ann ruszyła za Nadią lekko się podśmiewając.

        Wkrótce dotarły do jej stanowiska pracy. Tremere przełączyła na głośnomówiący, a oprócz niej i Ann był tu i Charlie.

        - Słucham…- rzekła spokojnie Nadia.
        - Ann jest u ciebie? Chcę z nią mówić.- odezwał się głos Williama, niby spokojny, ale pełen ukrytego gniewu.

        Ann spojrzała na Nadię i odezwała się.

        - Czy mam się czuć jak na dywaniku u rodziców? -zapytała lekkim tonem.
        - Nie. Nie o to chodzi. Niemniej nie jestem pewien czy jesteś u niej, z własnej nieprzymuszonej woli. - odparł Blake z ulgą. Napięcie gdzieś powoli zaczęło zanikać.
        - Och… daj spokój, gdybym chciała sobie towarzyszkę sprawić, to u Lukrecji sporo jest ghuli.- sarknęła Tremere. - Wiesz dobrze, że nie jestem towarzyska.
        - Cokolwiek nie odpowiem i tak mi pewnie nie uwierzysz, prawda? - westchnęła Ann - Niby sensowne podejście przy takich podejrzeniach, ale stawia w sytuacji bez wyjścia.
        - Wiem jak to jest z uzależnieniem od krwi. Nawet gdybym wyrwał cię siłą, to i tak by nic nie dało. - odparł melancholijnie Blake, a poirytowana Nadia sarknęła. - Daj spokój William, nikogo tu nie próbuję przywiązać do siebie. Wystarczy mi, że muszę się bawić w opiekunkę Pandersa… Ona może pójść sama gdziekolwiek chce. A jeśli w swoim rycerskim obłędzie przyjedziesz szturmować mój zamek, zastaniesz białą flagę i bramy otwarte.
        - Tak czy siak… jest jeszcze jedna sprawa. Vincent znalazł w skrzynce pocztowej kolejną przesyłkę do ciebie. Otworzyliśmy ją w związku… z tym co dostałaś ostatnio. To była znowu fiolka z krwią. Ale tym razem od Cyrila, tak przynajmniej wynika z listu. Nie znam smaku jego krwi, ale charakter jego pisma już tak. - odparł Toreador zmieniając temat.

        Nadia zobaczyła nagłą zmianę w Ann. Caitiffka tworzyła szerzej oczy i odezwała się z ekscytacją.

        - Zatrzymaliście krew, prawda? Nic jej nie jest? - zapytała z cieniem obawy.
        - O której krwi mówisz?- zapytał Blake.
        - Cyrila, oczywiście! - lekko uniosła rozchwiany głos.
        - Powinienem, ale… honoruję mój sojusz z Cyrilem, więc… czeka na ciebie.- westchnął ciężko Toreador.
        - Już jadę z powrotem. - Ann próbowała utrzymać ekscytację w ryzach, jednak niezbyt jej wychodziło. Nawet nie wspomniała, że zabolało, że jedynie krew uratował sojusz z Cyrilem, nie zaś sama Ann.
        - Spodziewałem się tego. - westchnął smutno Blake.

        Caitiffka spojrzała oczami pełnymi radości na Nadię, którą uściskała nagle.

        - Muszę pojechać.
        - Nie przejmuj się mną. Ja i tak mam co robić, zresztą nie jestem niańką… ani twoją, ani Pandersa. - wzruszyła ramionami Tremere nie odpowiadając uściskiem na uścisk.

        W tym momencie Ann nie przejmowała się już niczym. Puściła Nadię i po prostu pobiegła do wyjścia, by umęczyć się podczas zbyt powolnej drogi do Williama...

        Gdy pojawiła się krew Cyrila na horyzoncie, wszystko inne zniknęło. Wszystko inne przestało się liczyć. Tylko ta ambrozja, ten napój bogów. Ann zapomniała o wszystkim, poza kaskiem. Jeden wypadek który miała nauczył ją by nie szaleć za bardzo motorze. Nie była chętna na pozbawienie się kółek i człapania przez lasy do chatki Williama. Że też ten Toreador musiał mieszać tak daleko. Ech…
        Ruszyła z kopyta motorze, mijając patrol policyjny. Ludzie Joshui, może nawet i sam książę Stillwater. W to jednak wątpiła, bo Kainita bardzo poważnie traktował swoje obowiązki ludzkiego zastępcy szeryfa.
        Wokół niej panowała noc, wokół niej wiatr świszczał. Przed nią była droga do Blake’a i do słodkiej nagrody. Ta wizja zasłaniała jej wszystko, ta wizja przyćmiła czujność, ta wizja sprawiła że stała się nieostrożna. Duży błąd. A Świat Mroku nie wybacza błędów.

        https://www.youtube.com/watch?v=OzLhXesNkCI

        Nawet nie zauważyła kiedy wśród drzew zaczęły się pojawiać cienie, kiedy zaczęły jej towarzyszyć. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… niskie sylwetki, włochate… szybkie jak jej motor i bardziej wytrzymałe.
        |-Nawet nie zauważyła kiedy jej śladem zaczęła podążać olbrzymia bestia , o pysku potwora, rogach jelenia i potężnym cielsku trzymetrowej długości. Była cicha, a Ann skupiona na celu nie zerkała w tylne lusterko. A gdy zerknęła za siebie było już za późno…-|
        |-Bo zaczęła zwracać uwagę na otoczenie dopiero gdy przed sobą zobaczyła Tzimisce. Wysoki Kainita ukształtował swoje oblicze na kształt przystojnego czarta o bujnych włosach , ubrany we włoski garnitur od Armaniego spokojnie palił cygaro. Towarzyszyła mu trójka innych wampirów, bladych jak księżyc w pełni, łysych … identycznych jak trzy krople wody. Uzbrojonych w śrutówki.-|
        Cała czwórka blokowała jej drogę do krwi Cyrila i chatki Williama. Wampirzyca spojrzała więc na boki, zastanawiając się czy zdoła ich wyminąć. Nie… tam lasach coś się czaiło, jakieś czworonogi, jakieś… nie widziała dobrze co, jakieś pseudo-zwierzęce sylwetki.
        Pozostała droga ucieczki w kierunku miasta, ale tę odcinał olbrzymi potwór podążający tuż za nią.
        Wpadła w pułapkę, osaczona ze wszystkich stron powoli zbliżała się do Tzimisce. A ten… wyciągnął chorągiewkę. I pomachał nią. Była to biała flaga.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • ZellZ Niedostępny
          ZellZ Niedostępny
          Zell jako Ann Paige
          Moderator Obsługa
          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
          #62


          POCZUCIE HUMORU TZIMISCE


          Dziewczyna natychmiast otrzeźwiala z różowej mgiełki popychającej ją ku rezydencji Williama. Zatrzymała motocykl przed Tzimisce, nie widząc nadziei na uchronienie się filmowym przeskokiem na motorze. Nie mogła też od tak wyciągnąć telefonu, gdy była uważnie obserwowana. W jej oczach czaił się usilnie skrywany strach. Nawet jej własny cień się zmniejszył, jakby chciał się schować, reagując na emocje Kainitki.

          Ann powoli uniosła lekko ręce na znak własnego poddania się.

          - Nie szukam walki z tobą, panie... - dodała zwrot tak bardzo przyjemny starszym i silniejszym Kainitom.
          - To dobrze. Mamy zbyt piękną noc, by kalać ją przemocą.- rogaty wampir zaciągnął się cygarem. - Jestem trochę rozczarowany, że nie skorzystałaś z mojego zaproszenia i muszę sięgać po tak prostackie metody. Ale ostatecznie… osiągnę mój cel.

          Ann zacisnęła palce na kierownicy by nie drżały jej palce.

          - Wysłanie krwi... to osobliwy sposób zapraszania.
          - Dobrze wiesz jak cenny to podarunek. Jak potężną moc daje vitae Kainity o niskim pokoleniu.- uśmiechnął się Tzimisce odsłaniając tygrysie uzębienie. - No… ale, widzę, że się spinasz. Niepotrzebnie. Nie mam żadnego sporu z waszą małą enklawą, a ty jesteś mi potrzebna tylko jako posłaniec. Mam wieści do dostarczenia i nie mogę tego zrobić osobiście.

          Wampirzyca nieufnie się lekko rozluźniła, a jej cień nawet powrócił do dawnej sylwetki.

          - Do kogo ma być twoje posłanie, panie?
          - Do Giovanni, miejscowych… zamiejscowych… wszystko jedno.- stwierdził Kainita sięgając do kieszeni kamizelki i wyjmując z niej pendrive’a.- Laurencjo… Giovanni którego porwałem na początku okazał się twardą sztuką i przeżył moje badania. Z początku miałem go zabić, ale z drugiej strony… co bym na tym zyskał? Więc… postanowiłem go sprzedać. Czterdzieści milionów dolarów w obligacjach państwowych ma być mi dostarczone w ramach okupu, a ja wtedy oddam Laurencjo… sfatygowanego ale “żywego”. Na pendrivie jest dowód, że jeszcze żyje i inne detale dotyczące dostarczenia go. Co by tu jeszcze… a tak…- pstryknął palcami.- Prezent dla Szkaradźca… co by o mnie nie zapomniał.

          Jeden z łysych poszedł w krzaki i wrócił z reklamówką.
          Caitiffka zmusiła się do spokojnego tonu.

          - Dalsze antagonizowanie Giovanni nie skończy się dobrze dla domeny. Książę Smith jest bardzo zirytowany na sytuację na swoim terenie.
          - Jaki byłby ze mnie Sabatnik, gdyby mnie Camarilla lubiła? - zapytał retorycznie Tzimisce i wzruszył ramionami dodając. - Niemniej… mam u was dług, bo usunęliście ogon ciągnący się za mną, więc pomyślę nad tym. A na razie…- podał łysemu z torbą pendrive, a ten ruszył ku Ann by wręczyć jej prezenty.- … czas zakończyć to co zacząłem.

          Ann przyjęła torbę, czując uścisk w żołądku. Bała się teraz spojrzeć do środka.

          - Twoi ludzie mnie od początku obserwowali, ale... czemu? Czemu akurat ja?
          - Bo jesteś relatywnie młoda, niedoświadczona i stłamszona przez swojego mentora, bo jesteś uzależniona mocno od jego krwi… właściwie to od każdej krwi. Bo jesteś słabym ogniwem i okazałaś idealną kandydatką na pionka w moich planach. - odparł zupełnie szczerze Tzimisce, podczas gdy Ann chowała pendrive’a. - No prawie… twoja silna wola deczko mnie zaskoczyła. Ale to detal… który łatwo można było skorygować. - znów zaciągnął się cygarem dodając. - Niemniej nie masz się czego bać. Moje intrygi dotyczą tylko Giovanni, nie chcę wyrządzać szkody ani tej domenie, ani tobie… zrób o co cię proszę, a krew zachowaj w ramach zapłaty. Jeśli spełnisz moją prośbę, to nie będę miał powodu robić ci krzywdy, prawda Ann?
          - Nie wiem czy Książę będzie chciał by to dotarło do Giovannich... - słabo powiedziała Ann.
          - To okaże się głupcem, a ja wrócę do tego w czym jestem dobry. Bawienia się w chowanego z nekromantami i torturowania Laurencjo… aż w końcu porzucę jego zniekształcone zwłoki przed drzwi waszego Elizjum i więcej Giovanni się tu zjedzie, wkurzonych i żądnych zemsty. A tego chyba byście nie chcieli… prawda?- odparł z szerokim uśmiechem Tzimisce.- Cokolwiek zrobicie i tak ja będę miał jakiś zysk.
          - Zrobię co chcesz, panie... - odparła poddając się.
          - O nic więcej nie proszę. Widzę, że ta nasza rozmowa deczko cię nudzi. Wybacz mi to. Gdy kolejni rozmówcy odzywają się głównie wrzaskami bólu i szaleństwa, elokwencja Kainity może nieco zardzewieć.- Tzimisce wykonał gest dłonią i jego poddani odsunęli się z drogi dając jej wolny przejazd. On sam zresztą uczynił podobnie.
          - To nie nuda skrępowała mnie... - włączyła motor i ostatni raz spojrzała na Tzimisce - Tylko pamięć o krzywdzie Lukrecji.
          - No cóż… gdyby wyszła bez szwanku, Giovanni mogliby ją podejrzewać o współpracę ze mną, nieprawdaż?- zapytał retorycznie Tzimisce. - Nie zadano jej jednak ran, których pobyt w trumnie by nie zaleczył.
          - Do kiedy mam czas? - zapytała jeszcze.
          - Dopóki nie znudzi mi się trzymanie przy egzystencji tej jęczącej parodii wampira. Dwie, trzy noce? Może być? - zapytał retorycznie Tzimisce. - Będę wielkoduszny. Cztery noce, licząc od następnej. Tyle pozwolę mu istnieć, potem może jeszcze będzie żył… może nie…

          Bez słowa Ann ruszyła ku rezydencji Williama, nie chcąc się zastanawiać jakich środków by on użył w stosunku do Tremere...

          Ann dojechała pod rezydencję, ale gdy zaparkowała motocykl w szopie, spojrzała na trzymaną torbę. Z zaciśniętymi zębami odważyła się spojrzeć do środka. To co zobaczyła… mogło zjeżyć włosy na głowie. Zresztą włosy były tam zjeżone. Była to bowiem głowa Gino oderwana od reszty ciała… z wyłupionymi oczami. Połowa nadal idealna, druga połowa zniekształcona i pokryta guzami, wypustkami, kawałkami pazurów i zębów. Wyraz przeraźliwej agonii zastygł na twarzy Giovanniego… śmierć była pewnie wybawieniem.
          Wampirzyca wrzasnęła i upuściła torbę, sama wbijając się plecami w ścianę. Zakryła oczy chcąc się uspokoić i dopiero po chwili podniosła znowu torbę, aby pójść do środka rezydencji... gdy krwawe łzy przerażenia spływały jej po policzkach, a szeroko otwarte oczy wyrażały przerażenie istoty nocy.


          Dziś domostwo Blake’a było pełne gości. Oprócz Vincenta w rezydencji przebywał Garry i… Jaine Love wraz McElroy’em. Obaj czarownicy, wyraźnie czuli się niekomfortowo w swojej obecności. Czuć było źle tajoną wrogość między nimi. Wampirzyca układała tarota w salonie i wszyscy byli skupieni na jej kartach. Do czasu aż Ann wkroczyła, a wtedy William do niej doskoczył.

          - Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Co ta Tremere ci uczyniła? Karty Jaine mówiły, że masz poważne kłopoty.

          Caitiffka drżała na całym ciele, a gdy doskoczył do niej Toreador... ta po prostu się załamała. Opadła na podłogę trzymając uszy torby w zaciśniętych palcach. Milczała patrząc w przestrzeń. Toreador kucnął przed dziewczyną i objął pytając cicho.

          - Co ci Nadia takiego zrobiła?
          - Nadia...? - Ann spojrzała z krwawymi łzami na twarzy - Nic... - szepnęła - Tzimisce…
          - Co Tzimisce?- spytał się Blake, a pozostali otaczali Ann dookoła skupieni na caitifce i jej słowach.
          - Czekał na drodze... - szepnęła - Byłam okrążona…
          - Co? Gdzie? Nic ci nie zrobił?- zapytał Blake, a potem dodał.- Oczywiście, że coś ci zrobił, sukinsyn jeden.
          - Dzwonić po szeryfa i zbierać ludzi? Może go jeszcze dopadniemy. - zaproponował Garry.
          - Wątpię by to był dobry pomysł, wątpię zresztą by czekał tam na nas. - stwierdziła Jaine pocierając podbródek. - Poza tym… jeśli już to lepiej wysłać cynk Giovanni, niech oni zapolują. Po to tu są.
          - Mam... przekazać wiadomość Giovanni... i Szkaradźcowi... - postawiła torbę dalej od siebie - To... dla niego...
          - Jaką wiadomość?- zapytał William, podczas gdy Ravnoska skusiła się do zaglądnięcia. Zbladła na widok tego co znalazła i wyglądała jakby miała puścić pawia na podłogę.
          - Tak… to z pewnością przesyłka w stylu Tzimisce.- wymamrotała z trudem.
          - Okup... za Laurencjo... - wyszeptała Ann.
          - Okup… jaki?- zdziwił się Vincent, a Blake dodał.- Garry przynieś fiolkę z kuchni, tą leżącą na liście.
          - Czterdzieści milionów dolarów w obligacjach państwowych…
          - Po co staremu Kainicie czterdzieści milionów. Z pewnością albo ma jakieś własne fundusze, albo na nich polega… po co mu tyle gotówki. - zdziwiła się Jaine, a Blake spytał. - Kto to ten Laurencjo?
          - Chyba ten pierwszy Giovanni... - odparła Ann.
          - Acha…- stwierdził Toreador, a Garry wrócił z fiolką. Otworzył ją. Ann poczuła znajomy jej zapach mistrza.

          Ann wstała natychmiast i podeszła do Garry’ego wyciągając dłoń drżącą z podekscytowania ku fiolce. Prawie nabożnie przejęła ją od Gangrela by bez wahania wypić jej zawartość.

          - Wybaczył... - szepnęła do siebie, a całe doświadczenie z Tzimisce stało się tak nieistotne - Wciąż mu zależy... - uśmiechnęła się błogo i zaczęła wylizywać każdą kroplę krwi z probówki.

          Zniknął stres. Wydawała się wręcz jaśnieć silnym uczuciem... Miłością?

          - Z pewnością. - stwierdziła sceptycznie wróżka, a William spokojnie spytał.- Ann… co się stało na drodze ?

          Ann spojrzała na Williama, gdy kończyła wydobywać krew.

          - Byłam rozkojarzona. Chciałam tylko tu dojechać. Nie uważałam na wszystko wokół... straszny błąd. W połowie drogi przez las stał ten Tzimisce z trzema łysymi wampirami ze strzelbami. - westchnęła - Po bokach w lesie jakieś istoty się przemieszczały, a za mną kroczyło... coś. Jakby pomieszanie jelenia z... - wzruszyła ramionami - ...innymi zwierzętami. Z pazurami i zębami, giętkim muskularnym ciałem... - spojrzała po wszystkich.
          - Tak… typowy orszak Tzimisce… cyrk dziwadeł. - stwierdziła cierpko Ravnoska.
          - Który trzeba wykarmić. Vozhdy i inne kreatury są żywe, muszą gdzieś i coś jeść.- ocenił Vincent, zapalając papierosa. A Blake zwrócił się do Garry’ego. - Wiesz coś o tym? Są jakieś duże ubytki wśród zwierzyny leśnej?
          - Nie na naszym terenie. Może u wilkołaków.- zastanowił się Gangrel.- Albo… w lasach Anarchów?
          - Trzeba będzie powiadomić Księcia... to bardzo poważna sprawa, jeśli spełnię życzenię i jeżeli nie. - westchnęła - Pamiętacie ostatni Sabat? Cóż... - skrzywiła się - Tzimisce podziękował nam, że nimi się zajęliśmy. Oni jego szukali.
          - Może więc Charlie coś wie?- zapytał Garry, a Toreador dodał. - Co miał powiedzieć to powiedział. Nie liczyłbym na to, że wie coś więcej.
          - Wygląda na to, że ten Tzimisce ma wrogów w Sabacie.- zastanowił się głośno Mag, a Toreador dodał. - Każdy ma wrogów… Sabat to inna ideologia, inne struktury, ale intrygi i spiski te same. Pod tym względem się nie różnimy. Oczywiście ostateczna decyzja zależy od Smitha, ale myślę że czas włączyć w to wszystko Giovanni, w końcu to ich jeniec i ich sprawa.
          - Uhm... Oni mieli go żywego sprowadzić, a do tego... to nie tylko problem nekromantów. - Ann zabrała znowu głos - Jeżeli nie oddam... prezentów Giovanni to za cztery noce czy więcej... po prostu podrzuci resztki Laurencjo pod nasze Elysium i będzie patrzył na fajerwerki, gdy żądni krwi Giovanni najadą do domeny. Jeżeli dam... to też będzie ostry odzew, ale może mniejszy. - wyciągnęła z kieszeni pendrive'a - Tu są instrukcje co do okupu i dowód, że wampir istnieje. To także dla Giovanni.
          - Tzimisce nie dał nam więc większego wyboru.- ocenił Blake. - Lepiej zrzucić ten problem na Szkaradźca.
          - Nie lepiej na tego drugiego? Szkaradziec wydaje się być… lekko szurnięty.- ocenił Garry.
          - Ty byś nie był? - mruknęła Ann - Nie groził mi otwarcie, ale... Powiedział, że jeżeli to zrobię to nie będzie miał powodu mnie krzywdzić, więc... też bez wyboru dla mnie.
          - Chodzi mi o to, że ten drugi wydawał się bardziej rozsądniejszy. Trudno sobie wyobrazić, na co wpadnie Szkaradziec. - odparł Garry, a Ravnoska spytała.- A nie wścieknie się wiedząc co Tzimisce zrobił z jego bliźniakiem?
          - Wątpię.- wtrącił Blake. - Oni też mają wewnętrzną rywalizacją. Jest duża szansa na to, że miejscowy Tzimisce usunął konkurenta do awansu bardziej niż brata, kuzyna czy kimkolwiek byli dla siebie.
          - Sprowadzisz tu Joshuę? - Caitiffka zapytała Williama - Noc jeszcze młoda.
          - No cóż… trzeba będzie podzwonić.- przyznał Blake drapiąc się po karku. - Ale tak… sprowadzę tu Smitha. Właściwie powinienem sprowadzić wszystkich.
          - Jeżeli będę mogła każdemu wszystko powiedzieć to nie ma żadnego problemu. - odparła Ann - Ale bez Księcia nie możemy ustalić takich rzeczy. Przecież kwestie mojego otrzymania krwi od Tzimisce były tuszowane, więc przynajmniej taka Lukrecja będzie naprawdę zirytowana na Joshuę, a to może nam przysporzyć jeszcze wewnętrznych problemów.
          - Tę informację możemy na razie pominąć.- odparł Toreador biorąc pendrive’a.- Przejrzę go na domowym komputerze, po tym jak wyślę wici przez Lukrecję naszemu Księciu.
          - To ja poskładam karty. Dość wróżenia na dziś.- zadecydowała Jaine Love i podążyła do stołu eskortowana przez swojego czarownika.
          - A ja zaparzę kawę. Chyba czeka nas długa noc. - stwierdził Vincent i skierował się do kuchni. A Garry spytał. - Jak się czujesz maleńka?
          - W tej sekundzie lepiej niż cały dzień dzisiejszy. - stwierdziła dziewczyna zwróciła się do Williama - mówiłeś że Cyril wraz z Vitae przysłał także jakiś list do mnie?
          - Jest w kuchni. Nie czytałem go, ale tekstu jest niewiele. - przyznał Toreador.
          - Lakoniczność to jego przyzwyczajenie. - odparła bez żalu - Będę mogła wraz z tobą obejrzeć zawartość pendrive'a?
          - Nie wiem czy powinnaś. To może być drastyczne. Tzimisce to klan lubujący się w grotesce aż do przesady.- stwierdził spokojnie Toreador.
          - To tym bardziej powinieneś nie być w tym sam. - zawyrokowała młoda wampirzyca - Teraz tu jestem nie na drodze otoczona przez stwory Tzimisce, a krew Cyrila dodała mi psychicznego animuszu.
          - Byłem w ziemi świętej, widziałem naprawdę krwawe widoki na polach bitew. Przedstawienie Tzimisce jest mi niestraszne.- zaśmiał się Kainita.
          - A ja widziałam naprawdę pojebane sceny na ulicach Nowego Jorku. - Ann uśmiechnęła się do Williama - Dam sobie radę.
          - Nie było cię w mieście w czasach prohibicji. Wtedy się dopiero działo. - odparł z uśmiechem Toreador.
          - Ale to nie ty zostałeś przemieniony przez Sabat. - zniżyła głos mówiąc z uśmiechem.
          - Są rzeczy bardziej porąbane niż Sabat na tym świecie.- przyznał Toreador coś wspominając.- Choćby pobliski szpital.-
          - O tak… tam jest przypał taki że czacha dymi.- potwierdził Garry.
          - Więc postanowione idę z tobą. Ach - przypomniała sobie coś - przeczytałam kolejny tomik twojej poezji.
          - Tylko nie mów że cię nie uprzedzałem. Dam znać jak zacznę. Najpierw skontaktuję się z Joshuą.- odparł Blake.

          Jak tylko Caitiffka skończyła rozmowę z Williamem, udała się do kuchni, aby przeczytać list od swojego ukochanego Opiekuna. Kilka pospiesznie skreślonych zdań, nerwowy charakter pisma.
          W skrócie Ann dowiedziała, że Cyrilowi być może przyjdzie się przyczaić i zniknąć. I że powinna racjonować sobie krew, którą dostała bo Tremere nie wiedział kiedy podeśle kolejną. U niego było ciężko, wszędzie widział wrogów. Kazał jej siedzieć w Stillwater i się nie wychylać.
          Racjonować krew... to nie byłoby możliwe nawet gdyby wcześniej przeczytała wiadomość. To co ja naprawdę zaniepokoiło to sytuacja w jakiej znalazł się Cyril, a nie mogła z tym nic zrobić. Zacisnęła pięści w złości na siebie, na Nowy Jork, na jego Księcia i Szeryfa. W tym momencie czuła się w większym potrzasku niż wtedy na drodze przed Diabłem Weneckim. Wyciągnęła swoją komórkę, aby znaleźć zapisany numer Primogenki Toreadorów z Nowego Jorku, ale nim wykonała jakiekolwiek połączenie zatrzymała ruch nie wiedząc czy na pewno chce go wykonać, a raczej - czy powinna. Szybko sobie zdała sprawę z bezsensownego położenia w jakim się znalazła.

          Przymknęła oczy i wybrała numer do Eleny.

          - Słucham, kto mówi? - wkrótce usłyszała pogodny i melodyjny głos Toreadorki.

          Ann poczuła ulgę słysząc głos Eleny.

          - Dostałam numer od Williama. Tu Ann...abelle. - poprawiła się szybko - Nie narzucam się, pani?
          - W tej chwili nie. Miło usłyszeć twój głos, jak tam prowincja… uroczo sielska?- zapytała wesoło Primogenka.
          - Niestety, pani, ale Stillwater jest już daleko od bycia sielskim.
          - Doprawdy? Słyszałam, że Giovanni mają tam jakieś sprawy, ale nie sądziłam, że wpłynie to na was. Zwykle unikają przyciągania uwagi do swoich interesów. - zdziwiła się Dubois.
          - Aktualnie znajdujemy się między młotem a kowadłem w rozgrywkach starego wampira, które wymierzone są w Giovanni, jednak przy okazji uderzają domenę Księcia Smitha. Na razie trwamy bardziej w zimnej wojnie, która jednak w każdej sekundzie może rozsierdzić nekromantów.
          - Nie bardzo mogę pomóc w tej kwestii, poza wysłaniem kogoś od siebie do pomocy. - oceniła sytuację Toreadorka. - Mogę też pomówić z Cynthią w waszym imieniu. Ventrue prowadzą interesy z enklawą… odpowiadają za ukrywanie ich transakcji finansowych przed śmiertelnikami.
          - Dziękuję za ofertę, pani. Na razie musimy ustalić w naszej małej społeczności plan działania i najwyżej po omówieniu wszystkiego z Księciem zgłoszę się o taką pomoc.

          - W tej sekundzie dzwonię z powodu bardziej... osobistego problemu. - Ann westchnęła lekko - Czy wiesz już dzięki kogo wstawiennictwu moje istnienie w Nowym Jorku zostało zapewnione? Kto przygarnął bezpańskiego kundla pod swoje skrzydła? - zapytała nie chcąc zakładać że primogen nie wiedziałby co dzieje się na jego podwórku.
          - Do rzeczy moja droga.- westchnęła Toreadorka. - Co niby miałabym zrobić? Wziąć go pod swoją opiekę? Nie żartuj… to Tremere. Należy wpierw do swojego klanu, jak każdy Kainita. Tu Palafox ma decydujący głos.
          - Jakiekolwiek zamieszanie wokół niego powstało... wątpię by Palafox miał jakąkolwiek ochotę go przed tym obronić. Nie wiem kto był zabójcą tej grupy, ale to nie byłam ani ja ani on. Byłby naprawdę głupi gdyby teraz eliminował swoich wrogów, gdy na jego ogonie siedzi całe miasto. Sama nie mogę nic zrobić, bo nawet nie powinnam pojawiać się w Nowym Jorku. Nie mogę jednak znieść myśli, że spotkałaby go jakakolwiek krzywda a ja nie kiwnęłabym palcem by jej zapobiec. - słowa dziewczyny były przesiąknięte prawdziwą obawą o tego Tremere - Gdyby choć Książę lub chociaż Szeryf jakoś zmienili swoje podejście do tego jedynego swojego podejrzanego... - desperacja Ann wdała się głos Baudelaire. Młoda Kainitka stanęła przed problemem na jaki nie była gotowa.
          - Nie jesteś szczególnie wiarygodna, ale… zabaw mnie. To kto tak brutalnie morduje Kainitów w Nowym Jorku? - zapytała sceptycznie Elena.

          Ann rozumiała jak mikrą siłę ma słowo związanego krwią młodzika ale musiała spróbować.

          - To co się stało z moją Koterią bardziej przypominałoby mi instalację artystyczną naszego Tzimisce, niż cokolwiek do czego byłby skłonny wykorzystać swój czas Tremere. Teraz w mieście może odgrywać się polowanie na innych tylko dlatego, że ciężko byłoby określić innego sprawcę niż tego który pojawił się przed oczami. Palafox z chęcią pozbyłby się Cyrila, więc taka sytuacja jest mu na rękę. - zamilkła na chwilę - Nie wiem, co miałabym zrobić żeby zapewnić mojemu opiekunowi choć chwilowy spokój. Czy istnieje cokolwiek co bym mogła powiedzieć, aby Książę spojrzał na sytuację bardziej łaskawym okiem? - zapytała z wyraźną desperacją w głosie.
          - Cóż… dwie sprawy kochanie. Po pierwsze… twoje podejrzenia to trochę za mało na dowód. Gdyby oprzeć sprawę tylko o takie skojarzenia, to szeryf już dawno ubiłby Cyrila. Po drugie… choć może to dziwić to twój opiekun nie jest zagrożony ze strony Marcusa czy Księcia. Ba, nawet drogi Augusto nie jest tu problemem. Tylko Nosferatu… słyszałaś może o Lucjuszu Wildzie?- zapytała Toreadorka.
          - Nie, nie słyszałam... - przyznała Ann.
          - Nie dziwi mnie to. Lucjusz to jeden z tych trybików w maszynie, który będąc niepozornym jest jednocześnie bardzo ważny. Był buchalterem wielu ważnych Kainitów i opiekował się ich majątkami. Był ważnym punktem w planach Haerza i do tego, był jeszcze Nosferatu. Był też osobą, którą Cyril widział przy życiu jako ostatni. Jak się domyślasz jego śmierć wywołała furię tego klanu… gniew wymierzony w Cyrila właśnie. - wyjaśniła cierpliwie Elena.
          - Mój opiekun może nie być zagrożony ze strony Księcia, ale to Książę może być tym, który powstrzyma kły Nosferatu na jakiś czas. Jaki byłby powód dla Cyrila, by jeszcze głębiej zakopywać się tym bagnie, gdy już i tak jest na celowniku zbyt wielu osób?
          - Nie muszę ci chyba przypominać o jego sytuacji finansowej? I o długach jakie zaciągał? - zapytała retorycznie Elena i dodała spokojnie. - Nie twierdzę moja droga, że Cyril go zabił. Nie sądzę by szeryf tak sądził, skoro twój opiekun nadal jest na wolności. Niemniej Nosferatu są wściekli… i mogą zachować się mniej racjonalnie niż Falconi. I tego pewnie się twój Tremere boi.
          - Powiedz mi pani, czy jest cokolwiek co bym mogła zrobić aby poprawić sytuację w jakiej znalazł się Cyril? - zapytała cicho.
          - Jeśli wiesz gdzie się ukrywa lub znasz jego kryjówki, to nikomu o nich nie mów… nic nie wyjawiaj. Nie udawaj się do nich. I obecnie… nie ufaj żadnemu brzydalowi. Poza Marcusem oczywiście. Szeryf jest przede wszystkim wiernym psem Księcia i nieco służbistą. Prawo i Maskarada stoją u niego ponad lojalnością klanową. - oceniła Toreadorka.

          - A więc to wszystko co jestem w tym stanie zrobić? - z głosu Ann wychodziło, że dziewczyna jest naprawdę rozczarowana sobą, a raczej swoją niemocą.
          - Niestety tak… jedyne co możesz zrobić, to pozwolić Falconiemu pracować. Jest bardzo zdeterminowany, by rozwiązać tą sprawę. Bowiem ośmieszono jego siatkę wywiadowczą.- odparła Elena i westchnęła. - Oczywiście byłoby miło, gdybyś podrzuciła nagranie jak ów Tzimisce przyznaje się do tych zbrodni, ale… jakoś nie wyobrażam sobie, że jeździ on z prowincji do nas i z powrotem, tak dla zabawy mordując przypadkowych wysoko postawionych Kainitów. Może i twoich towarzyszy było łatwo dopaść, ale wpływowe wampiry są obdarzone zdrową paranoją i mocno inwestują w swoje bezpieczeństwo.
          - Rozumiem, pani... - przyznała dziewczyna niechętnie - Dziękuję za wysłuchanie mnie, bo... - urwała na sekundę - ... w tej sytuacji naprawdę nie wiedziałam już co uczynić i do kogo mogłabym się zgłosić.
          - To skomplikowana sytuacja, muszę to przyznać. - westchnęła Elena. - Węzeł, który ktoś inny musi rozplątać. A twój opiekun, to stary Kainita, umie dbać o swoją skórę. Nie martw się więc aż tak… a co do Palafoxa, gdyby Primogen mógłby się go łatwo pozbyć, to zrobiłby to już dawno temu. Najwyraźniej więc… nie może.

          - Czy to naprawdę zwykłe zachowanie Williama, że zachowuje się agresywnie protekcjonalnie, gdy sądzi, że ktoś może czynić szkodę osobie jaką lubi? - Ann odważyła się zapytać.
          - To szlachcic moja droga… średniowieczny szlachcic. Mógł przeżyć wieki, ale nie wyzwolił się ze zbroi którą wtedy nosi. Jest więc deczko… staroświecki.- wyjaśniła Toreadorka.
          - Ostatnio poznałam jego... naturę krzyżowca.
          - Dzisiaj jesteśmy artystami, ale w przeszłości nie byliśmy kuglarzami… tylko też rycerzami.- przyznała wampirzyca. - Czy cię to martwi… ta samcza nadopiekuńczość Blake’a?
          - Była... nieoczekiwana. Trochę taka... na wyrost? - zaryzykowała stwierdzenie - Może gdybym była innej płci to bym rozumiała…
          - Jesteśmy tak samo emocjonalni jak Brujah moja droga, tylko my nie ograniczamy się do gniewu.- odparła wampirzyca. - Jesteśmy nadwrażliwi po prostu.
          - Porozmawiam z nim. Na razie mamy problemy inne na głowie. - westchnęła - I ciężko mi o Cyrila się nie martwić, pani…
          - Williamem się nie przejmuj. To nie Brujah, nawet jeśli wpadnie w gniew to zachowa nad sobą kontrolę. Nie zrobi nic głupiego.- pocieszyła ją Elena.
          - Dziękuję za słowa... - dodała z prawdziwą wdzięcznością.

          - Och.. nie masz za co. Wpadnij może czasem do mnie z Williamem. Już za długo siedzi w tej swojej samotni. - westchnęła Toreadorka.
          - Czy wiesz czemu aż tak się odseparował? Przez potomków?
          - Nie miał szczęścia w miłości. Niestety ma fatalny gust jeśli chodzi o męskich potomków. A kobiecych nie tworzy. - wyjaśniła Elena. - Ze swoim twórcą też skończył dość dramatycznie romans.
          - Aż dziwne, że mnie tak polubił...
          - Jest opiekuńczy wobec niewiast. To część rycerskiego kodeksu… czy czegoś w tym rodzaju.- stwierdziła melodyjnym głosem Elena. - Poza tym oddana mu zostałaś w protekcję, więc… obudziłaś jego dawne nawyki.
          - Sądzisz, że byłby w stanie skrzywdzić Cyrila kierując się tą... rycerskością wobec mnie? - w głosie Ann pojawiła się obawa.
          - Hmm… nie wiem… może… - zamyśliła się Elena. - Choć w to wątpię. To nie w jego stylu.
          - Jak znowu będę mogła do miasta wrócić to zaciągnę Willa do ciebie, pani. Też... tęsknię.
          - Domyślam się za kim.- rzekła figlarnie Kainitka.
          - Ciągle pamiętam twój liścik do mnie. - zaśmiała się - Twoja przyjaciółka... To było nowe i przyjemne.
          - Też pamiętam tamtą noc, no i nadal mam twój szkic. - odparła ciepło Kainitka.- Lubię zbierać pamiątki.
          - Moje... zaginęły, gdy w Kanadzie mnie porwano. - westchnęła.
          - Współczuję.- odparła czule Elena.

          - Czy mi się wydaje, czy na samym początku sądziłaś pani, że Przemienił mnie William? Miałaś nadzieję, że pokonał swoją niechęć do przemieniania kobiet? - zapytała z nutką ciekawości w głosie.
          - Niewielką nadzieję, że przy kreacji potomków zacznie używać rozumu a nie serca.- przyznała Toreadorka. - Zazwyczaj przemienia tych, w których się zakochuje.

          Ann skrzywiła się.

          - Mam niezbyt dobre opinie o... przemienianiu tych, na których ci zależy... - mruknęła niechętnie.
          - Ja też… ale William jest poetą. Nieuleczalnym romantykiem. - przypomniała jej Toreadorka.
          - Tylko... w ten sposób kieruje się samolubną chęcią. - westchnęła - Choć może inaczej jest jak do klanu wstępujesz…
          - Czas uczy nas, by ostrożnie i z umiarem dzielić się darem nieśmiertelności.- wyjaśniła Kainitka.
          - Pewnie niedługo z William będę miała seans. Nie będę już zabierać więcej ci czasu, pani.
          - Seans?- zdążyła zdziwić się wampirzyca nim Ann się rozłączyła.

          William już wszystko przygotował do seansu, do którego nie było wielu chętnych. Na komputerze, nie podłączonym do sieci, w jego prywatnym gabinecie zawartość pendrive’a chciał oglądać tylko on, Vincent, Jaine Love i Ann właśnie.
          Jak się okazało… plik wideo. Tzimisce miał skłonności do dramaturgii.

          - Wszystko gotowe? Na pewno? Nie chcę wpadek i powtórek…- zaczął od mówienia do kogoś za kamery.
          - Jest ok szefie.- usłyszał w odpowiedzi, gdy widzowie oprócz samego Diabła był stół operacyjny oraz pacjent. Zmasakrowany Kainita, o zdeformowanych rysach ( co Tzimisce uznał pewnie za zabawne), oraz o licznych ranach i uszkodzeniach ciała. Mocno wydrenowany z krwi przypominał ochłap mięsa. Próbował coś mówić, ale Kainita z pewnością wyrwał mu język.
          - Raz, dwa, trzy… zaczynamy.- rzekł Diabeł i wskazał na więźnia.- Jak widzicie drodzy Giovanni wasz dostojny gość nadal egzystuje. Gębą się nie ma co martwić, da się to naprawić, a reszta odrośnie.

          Wzruszył ramionami. - Znudził mi się i… zamierzam wam go sprzedać, bo ta łajza nie jest warta ubicia…-
          Dalej były znane Ann warunki odsprzedania Kainity i zapewnienia o tym, że dotrzyma słowa o ile Giovanni dotrzymają. Ciężko było ocenić, gdzie właściwie się znajdowali, bo całe otoczenie poza Tzimisce i jego ofiarą tonęło w mroku. Co do samego czasu i miejsca wymiany, to detali nie podał. Za trzy noce miał szczegóły dosłać pocztą.

          - Co on w ogóle ma do nekromantów? - mruknęła Ann.
          - Tylko oni to wiedzą.- przyznał William, gdy Tzimisce popisywał się swoim makabrycznym poczuciem humoru.
          - Mój więzień podpisuje się pod moim wystąpieniem wszystkimi swoimi palcami. - mówiąc to wysypał z sakiewki na blat dziesięć uciętych palców.

          Ann skrzywiła się.

          - Mam nadzieję, że naprawdę nas nie chce tak potraktować jak tego biedaka…
          - Nie wydaje się szczególnie zainteresowany nami. Dotąd porwał tylko dwóch Giovanni. - zastanowił się Blake głośno.
          - Okup? Jak dla mnie nie ma to sensu. Po co mu pieniądze. Najwyraźniej ma wszystko czego potrzebuje.- zastanowiła się głośno Ravnoska.
          - Może chce tak ich sprowokować? En masse? - zgadywała Caitiffka.
          - Pytanie tylko do czego.- zastanowił się Blake.- Giovanni nie wjadą tutaj z wojskiem, bo przecież takiego nie mają. A nawet gdyby wjechali, to przecież pewnie go tu już nie będzie.
          - Mogłam też powiadomić innych Giovanni, nie zależało mu na dokładnie tych.
          - Jakich… innych Giovanni możemy powiadomić, poza tymi którzy są u nas w domenie? Lub tymi w enklawie?- zapytała Jaine.
          - Miejscowi i zamiejscowi. O Europie chyba nie mówił... nie?
          - Nie mamy takiej możliwości… - wzruszył ramionami Blake.- By skontaktować się bezpośrednio z europejskimi.
          - Ja stawiam na pułapkę... - westchnęła Ann.
          - Tak. To jest potencjalna opcja. I być może Giovanni ją rozważą. Ale jeśli ten Kainita jest dla nich ważny… będą musieli podjąć to ryzyko.- odparł spokojnie Vincent.

          - Ciągle mamy Vitae... - Ann spojrzała po wszystkich.
          - To cenny zasób. Ale i obosieczna broń. - oceniła Jaine i potarła czoło mówiąc. - Niemniej… nie jestem pewna, czy powinniśmy się angażować w to… zupełnie za darmo. Może… Giovanni nam dadzą jakąś ofertę?
          - Nie mam zamiaru bezinteresownie działać. - odparła Ann z jakąś powagą - Nawet jeśli nie oni... to osobiście mi trzeba więcej rozmowy z Tzimisce.
          - Naprawdę chcesz z nim znowu rozmawiać? Przyjechałaś rozstrzęsiona.- przypomniał jej Toreador.
          - Napiłam się i już mi lepiej. A do tego złapał mnie w... niekontrolowanej sytuacji na głodzie. - mruknęła.
          - Cóż… nie sądzę by kolejne rozmowy przebiegały inaczej. - zamyślił się Vincent. - Wygląda na to, że lubi mieć pełną kontrolę nad sytuacją. I stara się udawać bardziej szalonego niż jest.
          - Zaryzykuję. - powiedziała pewnie, a William mógł mieć wrażenie, że przemawia krew Cyrila…
          - Nie pozwolę ci na takie ryzyko.- odparł butnie Blake, a Ravnoska dodała. - Oboje nie macie w tej sprawie nic do powiedzenia. Sam wybierze z kim i w jakich okolicznościach zechce rozmawiać. Jak dotąd dobrze się przed nami ukrywał. Nie sądzę by to się zmieniło w ciągu najbliższych nocy.

          Ann spojrzała na Toreadora ze złością. Jak on śmiał jej cokolwiek zakazywać...

          - Będziemy musieli pogadać poważnie... - fuknęła do Williama, który swoim zachowaniem mógł uczynić krzywdę Cyrilowi. Powstrzymywać ją przed czynami, które mogą pomóc Tremere.

          Cień rzucany przez Ann zadrżał na podłodze niczym ogon wściekłego zwierza gotującego się w skrępowanej irytacji i niemocy.

          - Oczywiście.- odparł dwornie Kainita. Tymczasem do pokoju wpadł Garry.
          - Książę przyjechał.- zameldował.

          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • ZellZ Niedostępny
            ZellZ Niedostępny
            Zell jako Ann Paige
            Moderator Obsługa
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
            #63

            OSTATNIE SPOTKANIE ELENY PRZED ŚMIERCIĄ


            Annabelle nie była w stanie teraz się skupić na wystawie czy na zawieraniu lepszych znajomości z potencjalnymi klientami, urabianiu ich dla braci. To co teraz usłyszała od Benoita i Christophe....

            - Nie zgodzę się na to! - warknęła przez zęby do obu, gdy byli na uboczu galerii House of Arts - To moja część majątku i fundacji...
            - Nie będziesz stratna, a do tego pozostaniesz wolna. Zapewnimy ci dostatnie życie, nawet będziesz wciąż zajmowała się PR rodziny. - starszy z braci położył dłoń na ramieniu Annabelle.
            - Nie rób tego trudniejszym. - Christophe patrzył wzrokiem polującego drapieżnika, w oczekiwaniu na zły ruch siostry - Nie nadajesz się do takiej odpowiedzialności za biznes.
            - Chciwi jebańcy, nie przepiszę nic! - fuknęła dziewczyna.

            Benoit westchnął lekko i spokojnie odparł.

            - Przemyśl to na spokojnie. Nie kieruj się pochopnymi myślami. Przedyskutujemy jeszcze w Francji. - Benoit zdjął położoną rękę z ramienia Annabelle i uśmiechnął się lekko do siostry nim odszedł w kierunku biznesmenów.

            Annabelle poczuła brutalny uścisk na nadgarstku i zobaczyła zimny wzrok drugiego brata, wpatrującego się w jej oczy.

            - Nie pozwolę na szkodę dla interesu... i zaprzepaszczenie naszych planów. - wyszeptał jej do ucha - Pamiętaj.

            Annabelle poczuła jak uścisk Christophe się zwiększył, co wywołało jęk bólu dziewczyny.

            - Przepraszam… ale House of Arts to miejsce podziwiania sztuki, a nie zabawy w pyskówki i… przemoc. - nie wiadomo skąd właścicielka galerii pojawiła się tuż przy nich. Jej spojrzenie i sylwetka, mimo że była niższa i drobniejsza od obu braci, wymuszała natychmiastowy posłuch. Christophe niemal odruchowo skulił się, jakby oberwał batem od nadzorczyni niewolników. A ręka Annabelle została puszczona.

            Annabelle zaczęła rozmasowywać nadgarstek, gdy Christophe odsunął się od niej, patrząc na Elenę z niezrozumiałą dla siebie obawą.

            - Podniosło nas, to tylko nieporozumienie rodzeństwa. - ukłonił się kobiecie nisko - Wybacz, pani.

            Wciąż poruszona wydarzeniem Annabelle nic nie powiedziała, jedynie obserwując brata lodowato.

            - Bądź dobrym chłopcem i przynieś mi coś do picia, dobrze? - zapytała ciepło Miss Dubois i młodzian pomknął niemal w podskokach w kierunku kelnera z trunkami.

            Annabelle patrzyła za bratem chwilę nim spojrzała na właścicielkę galerii.

            - Przepraszam, że uniosłam głos. Było to nieodpowiednie z mojej strony.
            - To prawda… cieszy mnie to, że zatrzymałam was zanim zrobliście tu scenę. - odparła Elena uśmiechając się ciepło.
            - Bardziej by to się nie rozwinęło. - odparła nienaturalnie spokojnie, wręcz wymuszenie - Mam nadzieję, że nie będziesz tego trzymać jako urazy.
            - Drobiazg… - machnęła ręką blondynka.- … nie przejmuj się.

            Annabelle się nie przejmowała, Annabelle wodziła wzrokiem po zgrabnej sylwetce filigranowej kobietki opiętej ciasną i krótką sukienką. Tymczasem jej brat wrócił z kieliszkiem i został ciepło acz stanowczo odprawiony przez Elenę. Widać nie lubiła mężczyzn sięgających tak łatwo po przemoc wobec kobiet.
            Annabelle uśmiechnęła się lekko, gdy Elena odprawiła Christophe.

            - Mój brat się zapędził. To nieoczekiwane zachowanie.
            - O co właściwie poszło? Wyglądało dość… brutalnie z boku.- odparła Elena pochłaniając swoim spojrzeniem Annabelle. Czuła się ona najważniejszą osobą w galerii, gdy wzrok blondynki pożerał ją. I było trochę jej głupio, gdy zerkała ukradkiem na duży szmaragd naszyjnika spoczywający na dekolcie Eleny. Trochę zazdrościła zimnemu kamieniowi.
            - Wybacz, wewnątrzrodzinna polityka. - spojrzała w bok - Nie mogę i nie chcę o szczegółach mówić.
            - Nie szkodzi, nie jestem aż tak wścibska. - odparła wstydliwie blondynka i westchnęła. - Już cię kiedyś widziałm, prawda?
            - Jestem w House of Arts z dwa razy do roku, przy okazjach interesów z Baudelaire. - odparła cierpliwie, nie dając do zrozumienia, że zasmuciło ją to, iż nie zapisała się w pamięci Eleny - Annabelle Baudelaire.
            - Wybacz mi Annabelle. Prowadzę intensywne życie towarzyskie, przez które przewija się tyle ludzi, tyle twarzy, że trudno mi zapamiętać każdą śliczną buzię. - odparła ciepło i wstydliwie blondynka.
            - To żaden problem, dobrze rozumiem problemy, jakie stwarza każda intensywność w interesach, co zapewne na relacje towarzyskie się przekłada.
            - Niestety…- odparła blondynka żartobliwie. - ... mam zawsze dużo spraw na głowie i zawsze mało czasu. Nie dla mnie ciepło kominka, ciepłe kakao w dłoni i chętne paluszki do rozmasowania mi szyi i karku.
            - Na to ostatnie wielu kandydatów pewnie by było. - Ann starała się zachowywać opanowany wyraz.
            - Mhmm… z pewnością. I kandydatek. - odparła żartobliwie blondynka muskając palcami swoją szyję.- Niestety zawsze jest jakieś przyjęcie w galerii, jakaś impreza, na które muszę być, jakieś ważne spotkanie.
            - Ciągle jesteś gdzieś chciany. Mnie po świecie tak interesy rzucają. Tu chociaż można zawsze odpocząć na zapleczu, czego nie ma na spotkaniach biznesowych z wysoką średnią wieku partycypantów.
            - Och, tak... tam to dopiero są nudy.- zaśmiała się cicho Elena i rozglądając się dodała. - Toooo… jak ci się podoba wystawa?

            Annabelle ogarnęła wzrokiem wystawę.

            - Pytasz o nadchodzące interesy w tym miejscu czy o sztukę? Jeżeli o to drugie to powiem wprost - do poziomu tych artystów nigdy nie dojdę. Zbyt niesamowity warsztat. Twój pewnie też. - uśmiechnęła się.
            - Och… chciałabym, ale nie jestem dość utalentowana by się popisywać. Oraz zbyt staromodna by jechać na fali prowokacji i skandalu. - zaśmiała się sarkastycznie Elena i dodała.- Interesy zostawiam na czas, gdy słońce pieści ziemię. Po zmroku interesuje mnie tylko przyjemność.
            - Kiedy ty śpisz?
            - Hmm… kilka godzin przed świtem i kilka godzin o poranku. Nie jestem rannym ptaszkiem niestety. Na szczęście moja praca pozwala mi unikać horroru wczesnego wstawania. - zaśmiała się perliście Elena. - A skoro już tak intymnie pytamy, to gdzie zamierzasz ty spać dziś?
            - Taki tryb jest niezdrowy, wiesz o tym. - westchnęła - Nie jestem pewna. W hotelu z braćmi powinnam. Po prostu nie wiem czy chcę…
            - Wyglądasz na dużą dziewczynkę, na pewno pełnoletnią. Nie musisz się trzymać spodni braci.- zażartowała blondynka podchodząc bliżej, tak że zapach perfum jak i intensywny seksapil Eleny owinął się niczym anakonda.
            - A… - Annabelle było ciężej myśli zebrać - …czy… masz jakiś… pomysł…?
            - Mogę cię porwać. - odparła cicho Elena i rozejrzała się.- To przyjęcie lekko mnie znudziło i mam apetyt na odrobinę… pikanterii.

            Annabelle spłonęła rumieńcem.

            - Um… Ehm… Co sugerujesz…?
            - Wino… kominek… jakieś przysmaki i rozmowy na początku. Na końcu… kto wie… może nawet zobaczysz jakie majtki noszę. - zażartowała blondynka i spytała. - Zainteresowana?
            - Emm… - spojrzała w podłogę - Może… Tak…?
            - Co by cię… przekonało do solidnego tak? - zapytała dyskretnie nachylając się ku Francuzce.

            Annabelle zrobiło się słabo. Nogi jej osłabły.

            - Um… Może… Pozwolisz mi… - z trudnością mówiła - Naszkicować swój akt…?
            - Myślę, że pozwolę ci na wiele więcej niż tylko szkicowanie. - wyszeptała Elena.

            Dziewczyna jedynie pokiwala głową dość… porażona ofertą.

            - Chodźmy więc.- zadecydowała Elena chwytając Annabelle za dłoń i ciągnąc za sobą ku wyjściu. Francuzka żadnego oporu nie stawiała.


            Elena mieszkała luksusowo, czego oczywiście można było się spodziewać. Rozległe pokoje ze ścianami gustownie ozdobionymi obrazami. Nic młodszego od art déco. No i był kominek, który zapalało się dyskretnie naciskając pilota. I była duża sztuczna skóra niedźwiedzia polarnego.
            Elena zrzuciła z siebie żakiet na kanapę odsłaniając ramiona i szyję… ciało miała z pewnością godne modelki. Gdyby nie niski wzrost pewnie by jako modelka pracowała.

            - Czuj się jak u siebie w domu, pójdę po wino i szkicownik. Mam nadzieję, że lubisz bardzo mocne… bo ja tak.
            - Tak, tak… - Annabelle wydawała się w tym momencie zastanawiać czemu na to tak przystała… i czy powinna w ogóle.

            Blondynce zajęło chwilę czasu skompletowanie sprzętu. Przyniosła butelkę wina na tacy, wraz dwoma pustymi lampkami, korkociąg do otwarcia dużej butelki ciemnego płynu, szkicownik i węgle do rysowania.

            - Pozwolisz, że się na moment oddalę? Przygotuję się do pozowania, no i muszę jeszcze gdzieś zadzwonić. Ty w tym czasie odkorkuj butelkę i jeśli chcesz, to się napij. Nie przejmuj się mną. Mamy jeszcze kilka butelek do opróżnienia, jeśli starczy nam na to ochoty i sił.- rzekła podając dziewczynie tacę. - Rozgość się… no i nie musisz mieć tyle ubrań na sobie. Liczę na to, że będziesz czuła się u mnie… swobodnie. - jej języczek przesunął się po jej wargach nadając wyjątkowo lubieżny posmak ostatniemu słowu.

            Annabelle zaczęła się zastanawiać, czy zostanie tu zgwałcona…

            - Uhm… Jasne… - dziewczyna była dość zagubiona… Czemu tak ją wzięło?
            - Wyglądasz na rozkojarzoną. Co się stało?- zapytała Elena stawiając tacę na skórze niedźwiedzia i pokazując Annabelle swoją gibkość, krągłość pośladków i nogi których baletnica mogłaby pozazdrościć.
            - Po prostu... - próbowała znaleźć słowa, starając się nie patrzeć za bardzo na krągłości kobiety - ... dużo się dziś stało. To wszystko. - zdjęła z siebie własny grafitowy żakiet, który położyła obok żakietu Eleny. Na szyi pozostawiła czerwoną apaszkę, opadającą końcówką w dekolt kremowej luźnej bluzki o rękawach przed łokciami.
            - Nie musimy się nigdzie spieszyć. Mamy całą noc dla siebie.- odparła Elena otwierając wino i nalewając trunku do lampek. Usiadła z nimi na skórze oczekując, by Annabelle przysiadła się do niej. - Możemy zacząć od rozmowy o tym co się wydarzyło w mojej galerii. Jeśli nie jest to przygnębiający dla ciebie temat.

            Annabelle po chwilowym wahaniu usiadła obok Eleny, na siłę nie patrząc w kierunku dekoltu.

            - Nie ma zgody między mną a braćmi w biznesie, a Christophe... nigdy się nie lubiliśmy.
            - Nie mam doświadczenia w tej kwestii, będąc jedynaczką… niemniej jak dla mnie to dobra chwila, by poszukać sobie dobrej kancelarii adwokackiej. Tak na wszelki wypadek. - Elena podała Ann lampkę wina i upiła ze swojej mówiąc łobuzersko. - Rozbieraj mnie wzrokiem ile chcesz. To nie ma znaczenia wobec faktu, że i tak zmusisz mnie do faktycznego rozebrania się.

            Policzki Ann zaszły rumieńcem, zanim jeszcze upiła wina.

            - Bawi cię to. Natura była łaskawa dla ciebie to korzystujesz.
            - Oczywiście, że mnie to bawi. Nie przyszłyśmy tu wszak zanudzać się interesami czy też polityką. - odparła ze śmiechem blondynka. - Liczę że ty też będziesz się dobrze bawiła, więc zostaw pruderię za drzwiami. - przekrzywiła głowę na bok mówiąc. - Byłabym już goła, zgodnie z naszą umową, gdyby nie fakt, że pewnie by cię to już spłoszyło. Co więc powinnam zrobić, byś się wreszcie rozluźniła i poczuła swobodnie. Nie każę przecież tobie rozbierać się do naga… - po czym uśmiechnęła się łobuzersko. - ...choć może mam na to ochotę?
            - Nie mam często relacji... łóżkowych z kobietami. - przyznała - Szczególnie... o tak niesamowitej urodzie…
            - Och… umiesz prawić komplementy. - odparła Elena rumieniąc się i sama napiła się wina dodając. - A więc były jakieś relacje? Dobrze wiedzieć.

            Wzruszyła ramionami mówiąc. - Daj się ponieść chwili Annabelle. Póki co… obie jesteśmy ubrane i daleko od mojego wygodnego dużego łóżka. Czy tam dotrzemy, czas pokaże. Nawet jeśli nie… to mnie to nie martwi. Więc…
            Spojrzała w oczy Annabelle pytając.- Opowiedz o swojej pierwszej kochance. Jestem gotowa zapłacić za te informacje… moją spódniczką.
            Ann spojrzała w górę.

            - Córka biznesmena, z którym rodzice omawiali interesy podczas obiadu w drogiej restauracji.

            -Ty uwiodłaś ją, czy ona ciebie… zakładam, że skorzystałyście z toalety? - zaciekawiła się Elena i dodała z uśmiechem. - Ja bym tak zrobiła.
            Skinęła powoli głową.

            - Ona mnie... choć to z uczuciem nic wspólnego nie miało. - spojrzała w dół - Była już bardzo w takich relacjach doświadczona.
            - Uczucia moja droga, są przereklamowane.- mruknęła Elena przybliżając się do Ann i muskając jej wargi czubkiem języka. - Doznania czasem… całkowicie wystarczą za nie.

            Odsunęła się i zabrała za uzupełnianie wina w lampkach. Wychyliła duszkiem swoją, wstała… rozpięła zapięcie wąskiej spódniczki i z pomocą dłoni i nerwowych ruchów bioder zsunęła ciasny kawałek swojego stroju, odsłaniając podwiązki swoich pończoch i batystowe skąpe majteczki… i krągłą małą pupę. Blondynka wydawała się wręcz hurysą w tej chwili.
            Annabelle rumieniła się na ten widok.

            - Masz doświadczenie w takich spotkaniach... - zniżyła spojrzenie.
            - Lubię dobrze się bawić.- po chwili górna część stroju została rzucona na podłogę i Elena usiadła w samej bieliźnie. Uśmiechnęła się ciepło dodając.- Reszta zostanie zdjęta, gdy już będziesz na to… chętna i gotowa. Na akt.

            Annabelle uniosła spojrzenie płonąc rumieńcem, który zakryła kieliszkiem z winem. Poluzowała bluzkę przy zakrytej szyi.

            - A... po tym…
            - To na co będziemy miały ochotę. - zamruczała sugestywnie blondynka wpatrując się łakomie w szyję Annabelle.

            Dziewczyna wzięła szkicownik I węgiel w ołówku.

            - Jestem... gotowa.
            - Dobrze… to jaką pozycję mam przyjąć? I jeśli to nie będzie problem… zostanę w pończochach. - rzekła ciepło Elena.
            - Nie ma sprawy... - spojrzała na dywan przy kominku - Może... Na nim…
            - Ty tu rządzisz…- zamruczała blondynka, mimo że sytuacja wydawała się całkiem na odwrót. Elena wstała i szybko pozbyła się stanika, a potem zmysłowymi ruchami bioder i dłoni zsunęła majtki. Tak naga położyła się na skórze niedźwiedzia, leżąc brzuchem w dół i wypinając pupę.

            Annabelle zaczęła rysować... choć czasem zadrżała jej ręka, a apaszka szybko opadła na ziemię.

            - Gorąco trochę…
            - Cóż… za chwilę i ty będziesz naga, więc problem gorąca rozwiąże się sam.- zamruczała Elena pozując z uśmiechem i nie odrywając oczu od swojego gościa.
            - Byłam wtedy z kobietą... - odezwała się skupiona na rysowaniu - ...ale tylko raz było. Ty wolisz kobiety?
            - Ja… lubię smakowite kąski… bez względu na to jakiej są płci. - oblizała się lubieżnie i patrzyła na Annabelle, jak na smakołyk.


            Rysunek został wykończony. Annabelle skupiła się szczególnie na ustach i piersiach... jakby zapominając czasem o reszcie.
            Jakiś czas temu zdjęła bluzkę, która zaczęła już jej przeszkadzać w tej atmosferze. Blondynka była modelką idealną. Zachowywała cały czas tą samą pozycję bez śladów znużenia i czasami odzywała się żartobliwie. Nie spuszczała oka artystki, szczególnie zwracając uwagę na nogi i szyję.

            - Jesteś... naprawdę idealna. - szepnęła łapiąc urywane oddechy.
            - Ty też niczego sobie, choć oczywiście mnie trudniej ocenić… nadal jesteś ubrana.- Elena przekręciła się na bok.- Choć tu do mnie, ale już bez ubrania.

            Dziewczyna pozbyła się stanika i nerwowo zdejmowała resztę odzienia. W końcu podeszła do Eleny i usiadła na dywanie, okazując krągłości z napiętymi wzgórkami. Rozgrzane policzki wszystko wyjaśniały.
            Elena łakomie oblizała usta i zbliżyła się do Annabelle. Zaczęła od pocałunku jej warg, namiętnego i długiego. W tym czasie, dłoń jej zanurkowała między uda kochanki, szukając wrażliwego zakątka. Znalazła go, gdy ustami pieściła jedną z piersi, potem znów zaczęła wędrować do szyi, by złożyć pocałunek, gdy palce sięgały tam, gdzie wzrok nie sięga. Potem… był krótki przeszywający ból… o dziwo w okolicy karku. A potem świat Annabelle zawirował z rozkoszy… kosmos wybuchł… Annabelle zorientowała się, że leży na futrze i jest w ekstazie. Zatraciła świadomość co się działo wokół niej… czuła tylko oślepiającą wręcz przyjemność poddając się woli doświadczonej kochanki.
            Niezależnie co się działo, dziewczyna chciała więcej... Wręcz czasem błagała, by Elena nie przestawała nastawiając się na pieszczoty. Annabelle nie obchodziło nic poza chwilą obecną... aż przyjemność nie zamroczyła jej całkowicie.


            Rano obudziła się sama, obolała nieco i zmęczona. Wręcz wyczerpana. Wczorajszy wieczór wydawał się rozkosznym snem. I tak jak przy wszystkich snach… detale się rozmywały.
            Otworzywszy oczy zorientowała się że leży w łóżku. Nie wiedziała jednak jak tu trafiła. Zobaczyła swoje ubranie przewieszone przez krzesło, na którym leżała karteczka.
            Pamiętała... to niesamowite uczucie. Wstała na drżących nogach, aby zobaczyć karteczkę.

            “Droga Annabelle. To był bardzo przyjemny wieczór i cudowna noc. Niestety po nocy przychodzi poranek, a za dnia jestem tytanem pracy. Mój lokaj już czeka na ciebie ze śniadaniem. Prysznic jest obok sypialni więc bez problemu się odświeżysz. Opłaciłam ci taksówkę, więc nie musisz się martwić o powrót do domu. Zawiezie cię tam gdzie chcesz.
            Twoja wierna przyjaciółka. Elena.”

            To było napisane. Wierna… przyjaciółka…

            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • AbishaiA Niedostępny
              AbishaiA Niedostępny
              Abishai jako XXI
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
              #64

              Książę przybył… wraz z dwoma Malkavianami. Salvatore wydawał się zakłopotany i jakiś taki wyciszony. Locarius… cóż, był nadal sobą. W końcu zabójca zabójców, jak go nazywano, nie powinien dać się łatwo stłamsić.

              - Cieszę się że widzę cię w dobrym zdrowiu.- rzekł Joshua na widok Ann, a następnie zwrócił się do Garry’ego. - Załatwmy sprawy po kolei. Otóż… - wskazał palcem na Malkavian za sobą.
              - Porozmawiałem sobie z naszymi dwoma rozrabiakami i przy tej okazji Gorgonowi wymsknęło się Salvatore nie ma w sobie krwi Malkavian. Jest caitiffem, jednym z tych, których Papa Roach adoptował do swojej trzódki i… to co się wydarzyło w szkole, sugeruje bękarta klanu Gangrel. Mógłbyś ten fakt przebadać?-
              - Jasne…- odparł Garry i zagarnął Stefana ramieniem.- No… chodź pogadamy na uboczu i zobaczymy jak sobie radzisz z dyscyplinami.

              A gdy ta dwójka się oddaliła, Smith spojrzał po zgromadzonych w pokoju Kainitach: Ann, Williamie, Jaine … i Locariusie który nie udał się z Garrym i Salvatore.

              - Więc… co macie mi do powiedzenia ? - zapytał w końcu.

              Ann spojrzała za Salvatore... i obdarzyła Joshuę dłuższym niezadowolonym spojrzeniem, gdy ten od razu uznał, że nie ma w nim krwi Malkava. Nie odezwała się jednak na to.

              - Rozmawiałam z Tzimisce. Przejął mnie na drodze. Tak mnie polubił, że nawet swoje zabawki zabrał by pokazać. - odezwała się Ann i zaczęła opisywać wydarzenia, po czym wskazała na leżącą pod ścianą torbę - A to prezent dla Szkaradźca.
              - Mhmm… czyli teraz robimy za doręczycieli. Miło.- Kainita podszedł do torby i zajrzał do niej. - Urocze… widać ma maniery wyniesione z Sabatu.
              - Co z tym zrobimy?- spytała Jaine, a Smith podrapał się po karku. - Chyba sami wiecie co. Trzeba powiadomić Giovannich. Czy będziemy stać z boku, czy włączymy się do zwalczenia tego sabatnika każda pomoc się przyda.
              - Niszcząc tamten Sabat pomogliśmy Tzimisce. Szukali go. - dodała Ann.
              - No cóż… nie mogliśmy bandzie napakowanych testosteronem idiotów dać ganiać swobodnie po mojej domenie, nieprawdaż? Bez inteligentnego przywódcy i bez rozumnego doradcy nie byliby subtelni w poszukiwaniach. - zastanowił się głośno Smith spoglądając po zebranych osobach.
              - Zwiększyła się liczba zaginięć śmiertelników ostatnio? Bo on ma sporą świtę i musi ją jakoś wyżywić.- rzekł się głośno Blake.
              - Nie wydaje mi się, by wzrosła ilość osób zaginionych.- odparł szeryf. - Jak na razie jedynym… że tak powiedzmy, tropem poza tą torbą i innymi przesyłkami jest…- westchnął ciężko zerkając na Gorgona. - Znalezisko Malkavian. I jak tylko Garry skończy sprawdzać i testować Salvatore wyruszy się nim zająć. Są jacyś chętni do pomocy? - Locarius uniósł dłoń. - Jacyś miejscowi chętni.

              Malkavian dodał.- Ja tu się czuję jak w domu.

              - Trzeba biologa sprawdzić. - spojrzała na Joshuę - Mogę być chętna, ale... co z jego wcześniejszą przesyłką dla mnie?
              - Myślę, że ją zachowamy w tajemnicy. W końcu nie była przeznaczona dla nich.- zadecydował Joshua. Potarł kark.- Moje ghule za dnia sprawdziły przeszłość biologa i nie odkryły nic. Zanim zaciągnę nauczyciela na posterunek i go przesłucham, chcę wiedzieć jakie pytania zadać. W tym celu potrzebujemy zeznań świadka. Jakkolwiek to brzmi absurdalnie, potrzebujemy przesłuchać tego węża.

              Ann uśmiechnęła się z rozbawieniem.

              - A później poszukam Tzimisce. - nagle zdecydowała Ann.
              - Może następnej nocy. Dziś już chyba wystarczy nam podarków od niego.- odparł Książę i zwrócił się do Ann. - Czy odczuwasz potrzebę przydzielenia ci ochrony? I gdzie zamierzasz spędzić następny dzień?
              - Nie. - zaprzeczyła pewna swego Ann - Chyba muszę tu, bo niania - spojrzała na Willa - będzie zła.
              - Po prostu dbam o ciebie.- odparł z wyrzutem William, wywołując cichy chichot obu ludzkich magików.
              - Nieważne…- machnął ręką Smith i zwrócił się do Toreadora.- Spakuj prezenty od Tzimisce i schowaj w swojej trumnie. Jutro je damy. Jaine, my love, sprawdzisz dla mnie przyszłość w kartach?
              - Spróbuję.- westchnęła Ravnoska i ruszyła do salonu, a szeryf za nią.

              Ann skrzyżowała ręce na piersi patrząc twardo na Williama.

              - Cyril chyba cię nie prosił o ochronę mnie przed światem?
              - Miałem zadbać o ciebie, a to oznacza także dbanie o twoje bezpiecze…- Blake spojrzał w kierunku Locariusa, który stał z szerokim uśmiechem i gapił się na oboje. Dwójka smiertelników opuszczała zaś pokój. Nagle Vincent zamyślił się i spojrzał na czarownika.
              - Mała czarna?
              - Mała czarna, trochę tu pobędziemy.- odparł McElroy.

              Toreador zaś rzekł do Malkava.- Czy mógłbyś?

              - Och, nie przeszkadzajcie sobie… lubię oglądać telenowele… zwłaszcza na żywo. - odparł bezczelnie Gorgon.

              - Co ty w ogóle masz do Nadii? - niezrażona Ann przybliżyła się do Willa.
              - Nic nie mam do Nadii. Niemniej ty znikasz bez słowa i zatrzymujesz się u niej, nie wiadomo z jakiego powodu. Tak jak nie wiadomo, czemu pojechałaś tam w ogóle. - odparł gniewnie Kainita.- Mam chyba prawo być zaniepokojony.
              - Nie było cię. A chyba tam najlepiej ukryć się przed Tzimisce.
              - Niemniej jakąś wiadomość mogłabyś zostawić, a i przecież…- odparł William potarł czoło.- Nadia nie jest godna zaufania. Jej lojalność, jeśli jakąś ma, leży u Palafoxa. A on przyjacielem Cyrila nie jest.
              - Popcorn… żałuję, że już nie mogę go jeść.- wtrącił znienacka Locarius dodając ciszej po chwili. - Nie przeszkadzajcie sobie.
              - Nie mogłam powiadomić. A ty nie jesteś moim ojcem! - prychnęła Ann.
              - Dum, dum, duuum….- wtrącił Locarius podśpiewując dramatycznie.- Ale zwrot akcji.-
              - Jestem za ciebie odpowiedzialny… to wystarczy. Nie chcę by ci się stało coś złego. - stwierdził w miarę spokojnym głosem Toreador wykorzystując swój gniew do zabicia wzrokiem Gorgona. Niestety opanowanie tej wariacji dyscypliny Malkavów najwyraźniej nie opanował, bo Locarius nadal obserwował ich kłótnię.
              - Jeszcze zacznę podejrzewać, że lecisz na mnie!
              - Uuuu….- wtrącił Gorgon, a Toreador odparł w irytacji.- Nie bądź niedorzeczna. Jesteśmy zbyt martwi, by sprowadzać takie kwestie do seksu.
              - To ty o nim mówisz. - parsknęła - Przecież nie jestem w twoim typie.
              - Nie możesz wziąć pod uwagę, że jesteś moją przyjaciółką. I nie chcę byś wpakowała się w kłopoty? - stwierdził smutno William.

              Ann patrzyła w milczeniu na Toreadora nim odwróciła się do Locariusa.

              - Spadaj stąd Gorgon. Niech ci z kart powróżą.
              - To jest ciekawsze… -stwierdził Malkav nie zamierzając przerwać oglądania “telenoweli”.

              Caitiffka spojrzała na Williama.

              - Toreadorzy nie przyjaźnią się z kundlami. Nie naprawdę. Jestem śmieciem w świecie klanowców, wyższe klany na mnie plują. Możesz to jako ciekawą zabawę widzieć, ale to przejściowe. - cicho odparła ze smutkiem - Możesz teraz zaprzeczać, ale taka jest rzeczywistość.
              - W Stillwater wszyscy są wyrzutkami, nieważne z jakich pochodzą klanów… każdy z nas okazał się nie pasować do społeczeństwa naszego rodzaju. Niektórzy są tu dobrowolnie, większość jednak z przymusu. To nie Nowy Jork, ani żadna inna społeczność Kainitów jakie znasz. - odparł chłodno Blake urażony wyraźnie jej słowami.
              - A jak by to wyglądało, gdybyśmy wrócili do miasta? Ciągle byś mnie za przyjaciółkę miał? - zapytała ze smutkiem.
              - Oczywiście… nie wiem czy zauważyłaś, ale niespecjalnie mi zależy na elitce mego klanu, która widzi we mnie dojną krowę lub atut w politycznej grze lub zagrożenie… nawet Elena. - wzruszył ramionami Toreador. - Choć przyjazna wobec mnie, nigdy nie wychodzi z polityki. Mogę być jej przyjacielem, ale przede wszystkim jestem pionkiem w jej rozgrywce.

              - Cyril nauczył mnie jak działa świat do mnie. Czym, nie kim, jestem. Niezależnie kim byłam. - ból pojawił się w oczach Ann.
              - Cyril nauczył cię swojej wizji świata. Niekoniecznie wszędzie jest ona prawdziwa.- odparł Toreador ignorując płaczliwe “To tak pięknie powiedziane” Locariusa.
              - Doświadczam traktowania kundli od innych. - skrzywiła się - Salvatore przed tym uciekł do Malkavian.
              - Nie uciekł. Został znaleziony i odstawiony do świątyni jego świątobliwości. Papa Roach uznał to za znak. - wtrącił Locarius, a William rzekł. - Jak wspomniałem, to nie jest Nowy Jork, ani Waszyngton, ani inne miasto… to jest Stillwater. Tu sprawy są załatwiane inaczej.
              - Nie zostanę tu na zawsze. Ty w końcu wrócisz. - spojrzała na Locariusa, wyraźnie nie wierząc mu, nim odpowiedziała Willowi.
              - Nie wrócę… nie mam powodu. Lecz znam ten syreni zew. Caitiffy, cienkokrwiści którzy wpadają do Stillwater, nie zostają tu na długo. Ambicja pcha ich do Nowego Jorku.- wzruszył ramionami Toreador.
              - Wieczność to w cholerę czasu by zaszła zmiana, Will. - pierwszy raz Ann użyła tego zdrobnienia do Williama.
              - Zakładasz błędnie, że tylko ja mogę ulec zmianie, a przecież zmienić się możesz i ty i twoja sytuacja w tej całej wampirzej sieci powiązań.- westchnął Kainita głośno.

              Ann na to nie odpowiedziała, choć jej wzrok dawał odpowiedź negatywną.

              -Hej… coś odkryłem! -rzekł entuzjastycznie Garry wpadając do pokoju. - Tak jakby… w każdym razie Salvatore to nie Gangrel.

              - Chyba nie Tzimisce. - jęknął Blake.
              - Niee… raczej nie. - przyznał hippis.
              - Nosferatu gadają ze szczurami. - odparła Ann.
              - No… rzecz w tym, że Salvatore nie gada. Ani ze szczurami, ani ze ptakami… ani z niczym innym. Jego dyscyplina animalizmu jest okrojona tylko do węży. - wyjaśnił Garry.- Dziwne co nie?
              - Dziwne… znajome. Spotkałem się z czymś takim… - przyznał Toreador.- Jest bardzo rzadka linia krwi, która ma dostęp do tej dyscypliny w tak bardzo wykastrowanej formie. To jakby to powiedzieć, cena jaką za nią płacą, tyle że…- westchnął ciężko. - Spotkałem ich w Arabii, to Dzieci Seta.
              - Kto? - Ann absolutnie nie wiedziała kim oni są - Jest taki klan?
              - Teraz zwą się Wyznawcami Seta, banda degeneratów przypisujące swoje istnienie egipskiej mitologii.- wtrącił Locarius znienacka i całkiem logicznie wyjaśniał.- Lubią deprawacje i węże… co w sumie ma sens. Zabiłem jednego jakieś pięćdziesiąt lat temu.
              - To dość niezależny klan. - przyznał William.- Oficjalnie ich nie ma w Nowym Jorku, ale z pewnością jakieś ich gniazdo się tam kryje. Generalnie wolą trzymać się na uboczu i nie występują ani przeciw Camarilli, ani przeciw Sabatowi.
              - Kiedy i gdzie go znaleźliście? - zapytała Malkaviana.
              - Nie znam szczegółów… trzeba by jego spytać. A kiedy znaleźliśmy… ja go znam pięć lat… ale mógł być dłużej… - zadumał się Gorgon.
              - A Książę Nowego Jorku walczy z tym klanem? Czy olewa?
              - Trzeba by spytać szeryfa o to. - zastanowił się Blake.- Setyci nie toczą otwartych bitew. To konflikty dziejące się w cieniu. Nie wiem co Falconi o tym wie. I nie sądzę, by mi powiedział.
              - Papa Roach naucza, że dobry Setyta, to nabity na pal Setyta. Wąż jest wrogiem karalucha.- wtrącił Locarius.
              - Czy oni działają razem z Lasombra w mieście?
              - Oni działają z kim popadnie… interesy prowadzą jak Giovanni.- wyjaśnił Toreador.- Korumpują członków innych klanów. Przynajmniej to robili na podbitych przez Arabów ziemiach.
              - Huh. - Ann spojrzała na Garry'ego - Ale gada z wężem? - uśmiechnęła się z zadowoleniem - Będę musiała pogadać z tym kundlem, Salvatore.

              - Garry, ty pogadasz z wężem. Ann ty go zaprowadzisz do węża. Włamiecie się do szkoły, uwolnicie zwierzątka, węża weźmiecie ze sobą. Zabierzcie jakieś farby w spray’u i nasmarujcie prośrodowiskowe hasła, żeby to wyglądało na robotę przygłupów z ekologiczną obsesją.- wtrącił Smith wchodząc do pokoju i dodał. - Rozmówiłem się z nim właśnie z Salvatore. Nie jestem pewien czy poradzi sobie z tą dyscypliną którą właśnie u siebie odkrył. Lepiej więc, żebyś ty Garry, rozmówił się ze zwierzakiem. Poza tym…- spojrzał na Gorgona.- … wolę trzymać Malkavów z dala od szkoły.
              - Odmawiasz im wykształcenia? - Ann się podśmiała.
              - Ja jestem bardzo wykształcony. Skończyłem uniwersytet. Albo.. wypiłem do dna profesora. Na jedno wychodzi. - stwierdził oburzony Locarius.
              - Zasłużyłeś na to. - Ann prychnęła do Locariusa i podeszła blisko do niego - Za upierdliwe przeszkadzanie mi i Willowi. Książę powinien ci zabrać pistolet za karę. - dźgnęła palcem klatę Malkavianina.
              - Może spróbować. - uśmiechnął się Locarius drapieżnie, a Blake dodał. - Może i ja powinienem pojechać z Garrym i Ann?
              - Czemu? - Ann spojrzała pytająco na Williama, po czym zwróciła uwagę do Gorgona - Albo zrobi co innego. - tym razem dźgnęła palcem na wysokości serca Malkavianina.
              - Już ruszajcie.- zadecydował szeryf, a następnie zwrócił się do Williama.- Ty możesz być potrzebny tutaj. Oni sobie sami poradzą. Garry umie zadbać o siebie i swoich sojuszników.
              - Uważaj Książę - zwróciła się do Smitha - bo zapracujesz na wieczną urazę uczuć mojej niani.
              - No… nie traćcie więcej czasu. Noc nie trwa wiecznie. - popędził ich książę, a Garry mruknął do Ann.
              - Chodźmy… musimy jeszcze wpaść do mojego sanktuarium po puszki z farbą. -

              Po tych słowach Gangrel opuścił pokój.

              Wozik Garry’ego był starym, rozklekotanym i czerwonym vanem mercedesa.

              Nawet przytulny, mimo że śmierdział uryną, marychą i… Ann wolała nie wiedzieć czym jeszcze. Te zapachy przypominały jej czasy tułania się po ulicy i przytułek Schwarza. Muzyka z kaset puszczana głośno, jakieś New Age’owe “plingu plingu”. I to był ten dyskretny wozik ze stajni Garry’ego ( i to także dosłownie, bo za garaż dla aut jego małej sekty robiła zaniedbana stajnia).
              |-Oboje pojechali wpierw właśnie do sekty Garry’ego po zaopatrzenie. Jak się okazało na miejscu Gangrel miał spory zapasy farby sprayu oraz pomocników. Jakiś rodzaj łasic . Trzy takie zwierzaki zabrał ze sobą w roli pomocników. I tak przygotowani ruszyli wykonać zadanie. Dość absurdalne w sumie, bo Ann wątpiła by mityczny Dracula musiał się kiedykolwiek włamywać do szkoły, by ukraść gada z pracowni biologicznej. To bardziej pasowało na uczniowski prank, niż misję godną potworów przemierzających noc.-|
              A jednak tu byli, jadąc miejską ulicą w towarzystwie łasic i puszek z farbą i dyskutując. Cóż, głównie to Ann dyskutowała, a Garry słuchał wtrącając coś od czasu do czasu.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZellZ Niedostępny
                ZellZ Niedostępny
                Zell jako Ann Paige
                Moderator Obsługa
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                #65


                SŁODKA, SŁODKA KREW


                Ann nie zamykała się nawet na moment. Mimo przeżytego traumatycznego doświadczenia z Tzimisce... wydawała się w naprawdę dobrym nastroju. I gadatliwym. Głównie obgadywała Williama i wylewała żale na Gangrela.

                - On mnie traktuje jak swoje śmiertelne dziecko, nie szanuje moich wyborów! - marudziła do Garry'ego - Nawet Nadii zawracał głowę, gdy do niej poszłam! Jest niemożliwy!
                - Jest nadopiekuńczy wobec tych których uważa za swoją… rodzinę, klan rodowy raczej.- odparł Gangrel ignorując fakt, że jedna z łasic właśnie sikała na wyrko z koców znajdujące się w wozie. No cóż… zapachu i tak raczej nie popsuje.
                - Chyba wystarczy, że Cyril mną pomiata jak mu ochota przyjdzie i już przy nim nie wolno mi robić tego, co sama chcę, a teraz okazuje się, że także przy Willu nie mogę! - Ann wyglądała teraz jak naburmuszone dziecko.
                - I William jakoś cię wiąże, zamyka w trumnie czy w pokoju… jakoś… zatrzymuje?- zapytał Garry odruchowo, przy zmianie kasety z jednym pseudo-hinduskim plumkaniem, na drugą… z niemal identyczną muzyczką.
                - No nie, ale dziś był zły, że działałam bez jego wiedzy. To to samo co Cyril!
                - No nie wiem. Nie wyglądał na rozzłoszczonego. Co najwyżej na zatroskanego.- ocenił Gangrel skręcając na światłach.
                - Był! Chce mi zakazywać robić to, co jest wedle niego niebezpieczne. Najchętniej trzymałby mnie w szklanej gablotce pod kluczem! - wampirzycę wyraźnie irytowała ta kwestia - Jeszcze brakuje, by zaczął mnie "wychowywać" karami, jak mój Opiekun... - na koniec wydała się nieświadomie trochę skulić w sobie.
                - William nie będzie cię karał, tym się nie martw. Tak naprawdę nie może ci niczego zabronić.- odparł Garry wzruszając ramionami. - Po prostu cię chroni.
                - Jesteś pewien? - Ann zapytała z obawą - Że nigdy nie ukarze?
                - Nie. Dużo krzyczy, ale nie ukaże ciebie. Może się poprztykać z Nadią o ciebie, ale nie martw się. Nadia jest twarda babka. To będzie wyrównany pojedynek i pewnie zakończy się remisem. - odparł Gangrel.
                - Czyli mogę robić co chcę? - zapytała ostrożnie.
                - A nie robisz czego chcesz?- zapytał zdziwiony Gangrel.
                - Najwyraźniej mam nie chodzić bez pozwolenia nigdzie. - parsknęła.
                - A pytałaś się go kiedykolwiek o pozwolenie?- zapytał ze śmiechem Kainita.
                - Jak nie zapytałam czy mogę być poza domem, tylko nie wróciłam na dzień... To był zły. - wyraźnie reakcja Toreadora przywoływała złe wspomnienia.
                - Mhmm… ale przede wszystkim, zapewne był zmartwiony. - przyznał gangrel.- Bo nie wiedział gdzie byłaś i czy ci się złego nie stało.

                Ann zamilkła wpatrzona w deskę rozdzielczą.

                - Garry... czemu nie wrócisz do miasta?
                - Znaczy… do Nowego Jorku?- zapytał hippis zerkając na Ann.
                - Tak. -spojrzała na hippisa - Trwanie w Stillwater... nie jest tak ekscytujące. A gdy jest... to rzadka okazja.
                - Ale ja już za życia miałem dość ekscytacji na całe nieżycie. Kule śmigające nad głową, dźwięk pikujących bombowców, wybuchy bomb i min, odgłos armat z oddali. Strach o życie. - zaśmiał się sarkastycznie wampir na moment jakby tracąc gdzieś całą swoją jowialność. Wzruszył ramionami wracając do swojej wesołej nuty w tonie głosu.- Zresztą czym tam jest życie Gangrela, jeśli nie trwaniem w oczekiwaniu na następną noc? Wegetacją. Duże miasta nie są dobrym miejscem dla Gangrela, niewielu się może w nich odnaleźć jak Raze.
                - Ale marnujesz tak swój potencjał. - Ann zaprotestowała - Siedząc w jednym miejscu otoczony ghulami. Nawet managerii nie masz wielkiej na tak małym terenie.
                - Nadia twierdzi że nie mam żadnego potencjału. I ma nieco racji, bo tak samo uważał Lucius wykopując mnie tutaj. Dał to autko, trochę kasy na drogę i radził nie wracać do Nowego Jorku. Nie ma przyszłości dla tchórzy wśród moich podwładnych.- wzruszył ramionami Garry i uśmiechnął się dodając. - Tak właśnie powiedział na pożegnanie.
                - I ty się temu poddałeś? Tak po prostu? Wystarczyło powiedzieć kilka niemiłych słów? - mruknęła.
                - A czemu miałbym zaprzeczać? Przecież miał rację. Jestem tchórzem, bo jestem pacyfistą. Poza tym nigdy nie potrafiłem opanować zmiany postaci w zwierzęcą. Nie potrafię wytworzyć pazurów na palcach. Jak mógłbym mu rzucić wyzwanie… nawet gdybym chciał to zrobić.- westchnął Garry. - Gangrele pod wodzą Luciusa to ponura i defetystyczna grupka. W ogóle do nich nie pasuję.
                - A Lucius biega za każdym groszem, też nie mogąc nic osiągnąć. - parsknęła Ann - Gangrele pod jego wodzą mogą tacy być, pogardzani. Żule. Czemu ty jesteś gorszy od nich? Oni też nie są tacy, jakich chce ich Lucius widzieć. Ma swoje pazury, a i tak kasy zdobyć nie umie. Nie umie zwiększyć poważania klanu.
                - Nie jestem gorszy…- odparł Garry i dodał uśmiechając się.- Jestem inny, tak jak Larry, Blake, Joshua czy Nadia. Jesteśmy inni niż ci w mieście. Nie pasujemy do nich.-

                Spojrzał przed siebie kontynuując. - Rzecz w tym moja droga, że gdybym był Primogenem to… pewnie wyprowadziłbym moich Kainitów z Nowego Jorku. Jesteśmy dziećmi dziczy jak wilkołaki. Miasto do nas nie pasuje. -

                - Może właśnie tego potrzeba Gangrelom. Nie kiszenia się w Central Parku jak żule na ławkach. Jest masa terenu nawet blisko Nowego Jorku, który moglibyście zajmować. Droga Luciusa nie pasuje do kontrolowania klanu, może tylko grupkę. Ale nie większość. - spojrzała poważnie - A ty teraz postanowiłeś się zamknąć na wszystko w narkotycznej rzeczywistości, nie próbując niczego osiągnąć.
                - To bardzo dobre argumenty, tyle że nie jesteśmy Toreadorami czy Ventrue. U nas argumentuje się przemocą, a Lucius jest biegły w przemocy. Możesz mi wierzyć. Mało kto może wygrać pojedynek jeden na jeden z Luciusem. Nawet Pawlukow nie śmie stanąć z nim do walki twarzą w twarz. - zaśmiał się Garry wykładając Ann zasady swojego klanu.
                - To zdobywaj siłę przez innych, swoje stado, przysługi u innych... - wzruszyła ramionami - Nie wiesz ilu z Nowego Jorku poszłoby za tobą, gdyby była możliwość, bo sami tęsknią za dziczą. Lucius cię wyśmiał, zrobił złą prasę, ale to nie jest wieczne.
                - Nie wiem czemu się nie ukryłaś u Lukrecji właśnie. Gadasz podobnie jak ona.- zaśmiał się Garry i dodał. - Prawda jest taka, że lider musi być wojownikiem, musi mieć serce drapieżcy… a ja swoje serce drapieżcy zostawiłem w Korei.
                - Nie wiem czy wampir może przestać być drapieżcą... choć skrytym w tle. Bestia to Bestia
                - Może stracić serce do walki jak William czy ja. - stwierdził Garry i dodał.- Ty wiesz, że takie lwy na przykład są strasznymi leniwcami i jeśli mają żarcie pod nosem, w ogóle nie chce im się polować?
                - Ale kiedy zaatakują to okazują się potężnym przeciwnikiem. Tylko muszą chcieć choć się ruszyć by nie zdechnąć z głodu i samemu nie stać się pożywieniem drapieżnika. Muszą nie tylko być silne dla stada, ale nawet bardziej, mądrze stadem kierować by sił nie tracić na walkę, której można ominąć. Gangrele w mieście ciągle walczą z Brujah. Pytanie, ile z tego to dzięki chęciom Luciusa. Rozumiesz?

                - Oj tam oj tam. - zbył tę kwestię Garry. - Lucius by mnie zabił, gdyby uznał za zagrożenie dla swojej władzy. Tak właśnie robi. Trzyma wszystkich w żelaznym uścisku. Pod tym względem on i Groza są podobni.-

                Dalsza rozmowa się urwała. Dojeżdżali do szkoły.

                - Eeeem… teraz musimy znaleźć sposób by umieścić moich złodziejaszków w budynku szkolnym. A oni otworzą nam drzwi od środka. Któreś z nich.- stwierdził Garry wjeżdżając na szkolny parking. - Taki mam plan.
                - Kanalizacja? Wstrzymają oddech? - Ann zapytała z rozbawieniem.
                - Trzeba znaleźć nieduże wejście do środka, przez które one się przecisną. A wtedy chwilę poczekać i otwarte. Poradzą sobie z niektórymi drzwiami i oknami. Takimi które łatwo się otwiera od środka. - odparł Gangrel wysiadając. Następnie gwizdnął i trzy łasice podążyły za nim. - Ty weź puszki.

                Ann zrobiła co powiedział Gangrel.

                - Mają imiona? - zapytała nagle.
                - Nie wiem… zgarnąłem je i tyle.- zastanowił się Garry.- Możesz je nazwać jak chcesz. -

                Ruszył w kierunku szkoły.- Do kanalizacji je nie wepchniemy. Fretki nie lubią się przeciskać przez rury.

                - Wentylacja? - zasugerowała.
                - Już lepiej… poszukajmy kratek wentylacyjnych. Liczę też na to że trafimy na niedomkniętą część okna… małe okienko zostawione otwarte by był przewiew. - zastanowił się Gangrel.

                Przez pewien czas obchodzili szkołę, aż natrafili na odpowiedni otwór. Nie zakratowany, co wykorzystały gołębie zakładając w nim gniazdo… jakiś rok temu. Obecnie było puste. Garry wypiął się jak struna i łasice… czy też fretki weszły po nim, jedna po drugiej tworząc drabinkę ze swoich ciał dla ostatniej z nich. Ta znikła w kanale… a Garry wskazał na okna znajdujące się w pobliżu.

                - Tutaj…- uśmiechnął się.- Musimy chwilę poczekać, ale tutaj jest najbliżej więc pewnie tędy wejdziemy.
                - Które zwierzaki masz jako swoje ghule? - zapytała z ciekawością - Wilki?
                - Duże koty… parę ptaków. Nie karmię ich tak regularnie. Większość jest wolna. - wyjaśnił Gangrel. - Lubią moje towarzystwo i moich wyznawców.
                - Więc... nie musisz ich wiązać krwią? - wyraźnie ta opcja była dziwna dla Ann.
                - Wiesz ile krwi musiałbym zużyć na wiązanie tych wszystkich zwierząt? - zaśmiał się Garry i pokręcił głową. - Nie… większość z nich nie jest wiązana. Latają sobie po lesie wolno i je prostu przywołuję i nakłaniam.

                Coś stuknęło… odpadła kratka od wentylacji. Najwyraźniej szkole by się przydał porządny remont. Niemniej fretka powoli zaczęła z niej wyłazić. Zeskoczyła na szafę stojącą pod kanałem wentylacyjnym i zaczęła mozolną drogą do okna.
                Caitiffka obserwowała podróż zwierzątka.

                - I jak to robisz, że zwierzęta cię lubią? One się wampirów boją czy nawet są agresywne do nas.
                - Klanowa zaleta. Jestem Gangrel.- przypomniał jej Kainita.- Wiem jak postępować ze zwierzęta… no dobra… klanowe dyscypliny potrafią je okiełznać i kontrolować. Nie musimy ich poić krwią jak Blake swoje psy.

                Fretka dotarła do pierwszego okna i szybko je otworzyła.

                - Zwierzaki nie są tak głupie, jak sądzą śmiertelnicy.- stwierdził Garry rozchylając szeroko okno i wchodząc do środka.

                Ann przeszła za nim i rozejrzała się po sali.

                - Nie, to nie ta sala. Mamy coś do otwierania drzwi czy na siłę?
                - Sprawdź, może w biurku są zapasowe klucze. - Gangrel podszedł do drzwi.- Na szczęście da się otworzyć drzwi od środka.

                Otworzył drzwi na korytarz.

                Ann sprawdziła biurko i wyciągnęła zapasowe klucze, po czym rzuciła się biegiem za Garrym. Wyminęła go, aby kontynuować bieg w stronę sali biologicznej.
                Garry zaś rozesłał swoje zwierzaki i sam przeglądając klucze krzyknął w kierunku dziewczyny.

                - Mam chyba klucze do pokoju nauczycielskiego. Tam powinny być do sali biologicznej! Zacznij już bazgrać coś ekologicznego po ścianach. O ocieplaniu klimatu czy coś… to jest teraz modne chyba !

                Ann zaczęła bazgrać sprayem po ścianach wypisując wszelkie woke hasła eko terrorystów, jakie znała. I kilka wymyślonych na poczekaniu.
                Garry wrócił po paru minutach z kluczami i zwierzakami. Przyjrzał się wypisywanym hasłom i rzekł z uśmiechem. - Dobra robota, tak trzymać. To gdzie jest ta salka? I ten wąż?
                Ann skinęła na Garry'ego i zaczęła go prowadzić.
                Wkrótce dotarli na miejsce i Gangrel pospiesznie zaczął szukać kluczy, aż w końcu otworzył znajomą salkę. Przeszli przez nią do kantorka.

                - Gadałeś kiedyś z wężem? - zapytała Gangrela wchodząc do kantorka.
                - W zasadzie to nie… nie pamiętam bym gadał.- przyznał Kainita.- Nie miałem powodu.
                - Który to?- zapytał rozglądając się.

                Ann rozejrzała się by wskazać węża. Wybrała jednego z trzech się tu znajdujących. Tego którego wskazywał pseudo-Malkavian. Gangrel skinął głową i rzekł do Ann.- Teraz masz do wyboru, albo otwierać klatki uwalniać zwierzaki, albo dalej smarować sprayem po ścianach.

                - A ty nie chcesz uwalniać?
                - Najpierw muszę uspokoić i ululać tego węża, którego zamierzamy zabrać. Żeby mi się w worze nie szamotał, a potem uwolnię resztę.- wyjaśnił Garry skupiony na swoim celu.

                Po chwili gapienia się na zwierzaka, sięgnął po niego do klatki i powoli go wyjął z niej, chowając do worka.
                -No… nie będzie sprawiał kłopotu. Bierzmy się za resztę.- odparł z uśmiechem Gangrel.
                Ann była wyraźnie w świetnym nastroju, gdy otwierała wszystkie klatki.
                Zwierzęta spanikowane na widok wampirzycy, uciekały na wszelkie strony. Parę z nich skryło się przed Ann za Garrym.
                Gangrel zaś schowawszy węża, gwizdnął przywołując swoje fretki, a następnie rzekł.

                - No to… wszystko załatwione?
                - Chyba tak. Nudno było... - westchnęła.
                - Gadałaś z Tzimisce, wywinęłaś szczeniacki numer w miejscowej szkole i nadal narzekasz. Czego potrzebujesz żeby uznać noc za udaną?- zapytał ze śmiechem Garry ruszając przodem.
                - Umęczyć Ventrue! - uśmiechnęła się szeroko.
                - Serio? - zdziwił się Gangrel i pokręcił głową, gdy tak szli korytarzem.- Masz dziwny gust, jeśli chodzi o rozrywki.
                - W Nowym Jorku nie mogłam nawet unieść wzroku na takiego. - prychnęła.

                - Acha… a tak przy okazji… jeśli planujesz pójść od Williama na swoje, powinnaś pomyśleć nad załatwieniem sobie ghula.- zmienił temat Garry.
                - Czemu? - dziewczyna nie była za posiadaniem ghula - Po co?
                - Jeśli się idzie na swoje leże, dobrze mieć kogoś kto za dnia będzie pilnował twojego bezpieczeństwa.- wyjaśnił Garry otwierając główne drzwi szkoły.

                Ann nie wyglądała na przekonaną.

                - Zobaczę... na razie nawiedzę Lukrecję.
                - Podwieźć cię, czy wolisz się przespacerować?- zapytał Kainita.
                - Podwieź, będzie szybciej. - machnęła ręką.

                Elizjum wampirzycy wydawało się ciche o tej porze. W zasadzie dlatego, że było już zamknięte. Przynajmniej dla śmiertelników. Ann mogła się spodziewać, że zostanie wpuszczona nawet po godzinach pracy.
                Ann podeszła do drzwi i zapukała w nie. Przy okazji spojrzała na okna gabinetu Ventrue.
                O tej porze spod zaciągniętych żaluzji było widać światło. A dłuższym pukaniu, drzwi się lekko uchyliły. Na Ann spojrzało kobiece oko, po czym drzwi się otwarły i… Ann została wpuszczona przez jedną z ghulic. Obecnie w głównej sali elizjum przebywali tylko dwaj Giovanni. Siedzieli przy stoliku i cicho debatowali nad jakąś mapą.
                Caitiffka nie miała chęci podchodzić do nekromantów. Jutro się wszystko wyleje. Ominęła ich i ruszyła na górę do gabinetu Ventrue.

                Dotarcie zajęło jej chwilę, znała już drogę. Teraz tylko ciężkie drzwi dzieliły ją od gabinetu Lukrecji.

                - Luuuciaaa... - Ann zapukała w drzwi.
                - Co za lucia… do cholery. - odezwało się głośne warknięcie niemal zza drzwi. Głos niemniej należały do Ventrue.
                - Ty. - wampirzyca odparła słodko.
                - Co do…- Lukrecja wypadała z gabinetu z miną marsową i przyjrzała się bacznie Ann.- A tobie co się stało?
                - A czemu sądzisz, że coś się stało? - Ann chwyciła Ventrue za rękę i pociągnęła ją do środka.
                - Bo zachowujesz się, jakbyś spiła się żuli Garry’ego.- stwierdziła podejrzliwie Ventrue.
                - Jestem po prostu szczęśliwa. - odparła Ann.
                - Prochy tak działają zwykle na ludzi, a we krwi na Kainitów.- wyjaśniła swoje podejrzenie Lukrecja.
                - Nie wypiłam naćpanego. - odparła.
                - No nie wiem…- dystyngowana Kainitka nie wyglądała na szczególnie przekonaną. Niemniej zapytała. - Co ty tu robisz?

                - Przyszłam posłuchać opowieści. - Ann stwierdziła szczerze - Jak pokonałaś Lasombrę.
                - I dlaczego sądzisz, że ci ją opowiem? - stwierdziła Lukrecja przyglądając się dziewczynie.- Nie jest to szczególnie przyjemna dla mnie historia. I nie mam ochoty jej wspominać.
                - Bo cię ładnie proszę? No i to przecież będzie historia twojego triumfu.
                - Dopadłam ją z zaskoczenia. Pochyliła się nade mną, by mnie wyssać do końca i wtedy wbiłam jej sztylet prosto w oko i zębami rozerwałam jej gardło. Może i nie jestem wojowniczką jak Larry, ale wpadłam w szał z powodu bólu i utraty krwi… wpadłam szał, gdy zyskałam tą niewielką odrobinę przewagi. Potem… była czerwona mgła, nie wiem dokładnie jak ją zabiłam, ale z pewnością rozszarpałam w szale.- wzruszyła ramionami Lukrecja.- Zadowolona jesteś, bo ja nie byłam. Ledwo uniknęłam śmierci, wtedy… i pozwoliłam Bestii we wykonać brudną robotę.
                - A jak w ogóle się staraliście? Jak do tego doszło?
                - Była to jedna z tych akcji Sabatu… już nie pamiętam o co dokładnie chodziło. Mieliśmy odeprzeć atak bezmyślnych nowonarodzonych na ważne dla nas biuro. Nikt się nie spodziewał, że oprócz tej hordy, będzie tam i zabójca z klanu Lasombra.- wzruszyła ramionami Ventrue. - Ja zaś nawet nie miałam tam być. Nie jestem materiałem na wojowniczkę, ale niestety… braki kadrowe.
                - Kiedy to było? - zapytała z zaciekawieniem - Bardzo młodsza byłaś?
                - Jakieś osiem, może dziesięć lat temu.- zastanowiła się Lukrecja.
                - Opowiedz mi o Lasombrach. - Ann przysunęła się - Jak tamta walczyła?
                - Nie pamiętam dokładnie, nie przyglądałam się za dużo. Chyba jak każda Lasombra. Chowała się w cieniach i wbijała taki paskudny nóż w plecy.- wzruszyła ramionami Kainitka i machnęła reką. - Niemniej dość już pozawracałaś głowę. Przyszłaś tu tylko z głupimi pytaniami, czy masz coś więcej do powiedzenia?

                Caitiffka wyglądała na urażoną.

                - To nie były głupie pytania. Niektórym brakuje wiedzy o klanach i zależy im by ją nadrobić. - mruknęła.
                - Chcesz wiedzieć o klanach, to pytaj się Nadii. Na pewno podrzuci jakąś broszurkę do poczytania w trumnie.- stwierdziła cierpko Lukrecja i potarła podstawę nosa dodając.- Jest już bardzo późno i wkrótce nadejdzie świt. Trzeba mnie było pytać wcześniej. Znacznie wcześniej tej nocy.
                - Jutro się dowiesz, czemu nie mogłam pojawić się wcześniej. - fuknęła - I czy w darmowym noclegu są tylko trumny? - zapytała nagle.
                - Niestety tak…- przyznała Ventrue. - Camarilla to tradycja i goście lubią trumny.
                - Już ostatnio musiałam spać na podłodze obok niej... - westchnęła - Wezmę na konto Willa. Nie... lubię być w trumnie. A podłogi mam dość.
                - Dobrze… idź do kuchni. Miracella wyda ci klucz do piątki.- odparła Lukrecja.


                Kiedy Ann opuściła gabinet wybrała numer do rezydencji Williama.

                - Słucham. - usłyszała znajomy głos Toreadora.
                - Nie wracam na dzień, już za późno na powrót. - zaraportowała.
                - Gdzie jesteś?- zapytał w odpowiedzi Blake.
                - A jakie to ma znaczenie? - odparła z irytacją w głosie.
                - Duże… dobrze o tym wiesz.- usłyszała w odpowiedzi.
                - A jeżeli ci powiem, że jestem u Nadii? - warknęła.
                - Nic. No to jesteś u niej.- odparł beznamiętnie Toreador.

                Ann zacisnęła zęby.

                - Jestem w Elysium, nie u Nadii. Zadowolony? Dzwonię jak chciałeś.
                - Zadowolony… właściwie odczuwam ulgę.- odparł William. - Wiedząc, że jesteś bezpieczna.
                - Więc według ciebie nie byłabym bezpieczna u Nadii? - zapytała chłodno.
                - Mam być szczery?- odpowiedział Kainita.
                - Musimy to sobie wyjaśnić, więc bądź.
                - Nadia jest bliską współpracownicą Augusto, a on… wiesz, że nie lubi Cyrila. Nie wiem dlaczego tu wylądowała, ale jej lojalność wobec niego jest… niepodważalna.- zaczął William spokojnie.- Jeśli kazałby cię zabić, zrobiłaby to bez wahania.
                - Wiem. - odpowiedziała z bólem w głosie, odchodząc dalej - Wytłumaczyłyśmy sobie to. Nie zmienia to jednak faktu, że czuję się z nią po prostu... - urwała.
                - Drapieżność może być naszą naturą z urodzenia, niemniej ostrożność powinna być drugą wyuczoną naturą. To, że wiesz, a jednocześnie ignorujesz ten fakt…- Kainita westchnął ciężko.- …napoiła cię, prawda?
                - Byłam blisko szału po akcji. Głodna. - fuknęła pod nosem - A pójść na głodnego do lupinów to samobójstwo.
                - Rozumiem twoje nią zauroczenie. Niemniej ty też powinnaś zrozumieć mój niepokój o ciebie. Nocowałaś w gawrze niedźwiedzicy…- odparł Toreador.- Miałem prawo się martwić o twoje bezpieczeństwo. Zakładam, że karmienie było jednostronne, tak?
                - Tak... przynajmniej w tym momencie. - westchnęła - Sama nie wiem czy bym się na to zgodziła. - zawahała się - Relacja z nią jest... inna. Cyril nie okazuje mi tego samego. Jego wpływ jest o wiele mocniejszy, ale ona budzi we mnie uczucia, o których już nie pamiętam, a jednocześnie o nich nie kłamie, tylko mówi bolesną prawdę.
                - Cała Nadia. Niemniej jeśli zacznie cię karmić regularnie, twoje uczucie do niej znacznie się wzmocni.- westchnął ciężko Toreador i dodał.- Doskonale rozumiem jej magnetyzm, ale i ty powinnaś zrozumieć dlaczego się boję o ciebie.
                - Tęsknię za uczuciem, które oferuje. Cyril nie okazuje, więc jest to w jego przypadku bardzo jednostronne. Czasem może wydawać mi się wymyślone... Nie wiem. Z nią jest jakieś zaangażowanie... nawet malusieńkie.
                - Cóż. Dziwi mnie, że w ogóle jest w niej jakakolwiek uczuciowość poza sarkastyczną złośliwością. - ocenił sceptycznie Blake i dodał.- Niemniej to tylko zew krwi. Prędzej czy później ci przejdzie. Ja to wiem, ona też i ty także. Co wtedy?
                - A czy twoje przeszło? - zapytała wprost.
                - Moje… zaczęło się przed pierwszym łykiem krwi. Przeszło… choć wspomnienia bolą do dziś.- wyjaśnił Toreador.
                - Sądzę, że jeżeli przejdą wszystkie moje Więzi... - zawahała się wyraźnie - ...będę poszukiwała innych. Nie wyobrażam sobie trwania bez nich.
                - Niemniej następnym razem… wybieraj kogoś, do kogo czujesz mocne uczucie zanim posmakujesz jego krwi. Lub jej. - odparł ciepło William.- Przekonasz się wtedy jak silne są wtedy doznania i emocje.
                - Nie sądzę bym kiedykolwiek poczuła do innej osoby tak silne uczucie jakiego potrzebuje, bo jedynie smak krwi może mi je zaoferować.
                - Niemniej doznania związane z piciem krwi osoby, do której czujesz miętę bez takiego wspomagania, są jeszcze bardziej intensywnie. Nieporównywalne z niczym.- wyjaśnił cierpliwie Kainita.

                - Masz zamiar przekazać słowa o mojej relacji Cyrilowi?
                - Nie sądzę by to był dobry pomysł. Ma dość zmartwień na głowie, nie potrzebuje kolejnego, prawda?- zapytał retorycznie Toreador.
                - A jeżeli by przeszła aktualna sytuacja? Jeżeli nie miałby na głowie tych zmartwień?
                - Do tego czasu wytrzeźwiejesz. Chyba, że Nadia planuje cię regularnie karmić?- zapytał podejrzliwie Blake.
                - Nie. - odparła krótko - Więc w innej sytuacji byś mu przekazał.
                - Nie. Chyba nie. Natomiast ty mogłabyś się przypadkiem wygadać.- odparł Toreador.

                Po słowach Williama wnioskowała, że tak przekaże tylko nie chce w tym momencie wprost tego mówić. Nie było to zaskakujące. W końcu w ten sposób działa relacja między sojusznikami.

                - Powiem szczerze, że obawiałam się, iż zechcesz mnie ukarać jak Cyril to robi. Byłeś w końcu zirytowany na mnie, zły wręcz.
                - Nigdy bym tego nie zrobił. I byłem bardziej zirytowany na Nadię, niż na ciebie. O ciebie się martwiłem.- odparł ciepło William.
                - To ja do niej przyszłam. Nie ona mnie szukała czy kazała mi się pojawić.
                - Ale to ona mogła ci zrobić krzywdę. Nie na odwrót. - przypomniał jej Toreador.
                - Ale nie zrobiła, nawet kiedy wydawało się jej, że ją zaatakowałam. - powiedziała wprost z lekkim rozbawieniem.
                - Nie zrobiła krzywdy… to jakoś… ciężko mi w to uwierzyć. Nie puszcza napaści na siebie płazem. Musiała jakoś odpłacić ci za tą obrazę.- teraz to Blake brzmiał podejrzliwie.
                - Tak naprawdę to nie był prawdziwy atak. Do takiego inaczej bym się przygotowała. Chyba to ją zaskoczyło, gdy poznała jego powód.
                - Nic z tego nie rozumiem. I chyba nie chcę wiedzieć.- stwierdził w końcu William.
                - Nie chcesz. - Ann zaśmiała się rozbawiona.
                - Masz rację. Nie chcę.- odparł ze śmiechem William.

                - Mam do ciebie jedną prośbę. - zaczęła poważnie - Nie wpadaj w panikę za każdym razem kiedy chcę zrobić coś niebezpiecznego. Lub chociażby mogącego skończyć się boleśnie. Cyril nie do takich rzeczy mnie przymuszał. Zdarzały się bardziej niebezpieczne misje i bynajmniej mój opiekun nie przejmował się moim zdrowiem, a jedynie istotne dla niego było czy misja zostanie wykonana.
                - No cóż… Cyril miał inne priorytety niż ja.- wyjaśnił dyplomatycznie Toreador.
                - To oznacza, że nie jestem bardzo delikatna. Umiem zaopiekować się sobą na tyle, aby przez te wszystkie lata nie zaznać Ostatecznej Śmierci. Aktualna sytuacja w jakiej się znaleźliśmy możliwie będzie wymagała ode mnie wystawiania się na niebezpieczeństwo. Nie chcę być traktowana jak nieporadny nowoprzemieniony pisklak.
                - Nie twierdzę że taka jesteś. Po prostu… martwię się. - próbował się bronić Blake.

                Ann zrozumiała skąd wzięło się przekonanie Nadii o histerycznej naturze Toreadorów...

                - Porozmawiałam z Eleną. - Ann zmieniła temat - Obgadam jeszcze szczegóły Joshuą, ale jej pomoc powinna być zapewniona. Nie chciałam określać jej dokładniej bez przedyskutowania tego, ale powinno to być załatwione.
                - To dobrze… tak sądzę. - zastanowił się Toreador.
                - W tej sekundzie nie posiadamy luksusu, aby kręcić nosem na jakąkolwiek pomoc, nie sądzisz? - westchnęła - Ale przygotuj się. Kiedy znowu pojadę do Eleny mam zaciągnąć także ciebie.
                - Wiedziałem, że będzie jakiś haczyk.- zaczął dramatyzować Toreador.
                - Nie przesadzaj. Chyba chcesz na mnie mieć swoje oko? I możesz nie chcieć tego przyznać, ale przyda ci się abyś trochę odrdzewiał, a nie tylko siedział zamknięty na cztery spusty w Stillwater i czekał aż ktoś przeprowadzi na ciebie pierwszy atak z zaskoczenia.
                - Umiem sobie radzić.- odparł dumnie Toreador.
                - Ale zardzewiałeś. Sytuacja w mieście wzięła cię z zaskoczenia, prawda?
                - Nie jestem pewien czy chcę odrdzewieć. Dobrze mi z dala od intryg Wielkiego Jabłka. - mruknął Blake.
                - Musisz. - odparła poważnie - To nasze rozleniwienie dało wolną drogę Tzimisce do działania na terenie jak mu się żywnie podoba. Cokolwiek co bym nie powiedziała, że jest to niebezpiecznie było ignorowane przez Joshuę czy ciebie. Dla was leniwe życie wciąż się toczyło, a teraz zbieramy tego plony. Gdybyśmy byli bardziej czujni wkręcenie się w domenę nie byłoby tak łatwe i nie pozostało bez uwagi. Nasz świat nie będzie leniwy, niezależnie jak bardzo tego chcemy. możemy unikać jego intryg, ale w końcu nas dopadną.
                - Obawiam się, że ona wciągnie nas w swoje knowania. Prędzej czy później… nawet tego nie zauważymy.- wyraził swoje obawy Toreador.
                - Wiem, że tak będzie. Nie jest się istniejącym Primogenem, jeżeli nie wykorzystuje się wszystkich narzędzi kiedy jest to możliwe. - stwierdziła z pewnością - Ale spójrz na to z tej strony: jeżeli wiemy co się wydarzy, że wdepniemy w knowania innego kainity i staniemy się jego pionkami to przy okazji nie będziemy całkowicie nieświadomi jak teraz z Tzimisce jesteśmy.
                - Obawiam się jednak, że zamiast ułatwić sobie życie tutaj, będziemy jeszcze bardziej wpatrzeni w Nowy Jork. - odparł Toreador, któremu włączenie się w politykę, było wyraźnie nie na rękę.
                - Na razie na nic się nie zgodziłam. - mruknęła na niechęć Toreadora - Ale rozumiesz, że ja do Nowego Jorku wrócę prędzej czy później.
                - Oczywiście… rozumiem to. Ty chcesz wrócić, Lukrecja, Larry… może Nadia. Ja to doskonale rozumiem.- odparł ciepło William.
                - Stillwater nie jest dla mnie, nawet bez Cyrila. Leniwa atmosfera nie jest dla mnie, nawet jeżeli w mieście mnie męczą. Nawet jeżeli sama nic nie mam.
                - Jesteś młoda, szukasz ekscytacji. - odparł Kainita. - Ja też taki byłem, dawno, dawno temu.
                - A teraz jesteś marudny. - odparła.
                - I bardzo stary… nawet jeśli się dobrze trzymam.- zaśmiał się Blake.

                - Na twoje konto wzięłam pokój w Elysium. Nie chcę spać w trumnie, nie mogę, a podłoga w piwnicy... nie znowu.
                - Rozumiem… możesz też rozważyć, spanie w pokoju na górze. Tylko go trzeba dostosować bardziej do twoich potrzeb. No i w dniu, w którym przychodzi sprzątaczka, piwnica jej jedynym możliwym lokum.- odparł pojednawczo Kainita.
                - Problemu nie mam z twoją piwnicą tylko z lokum u Lukrecji. U ciebie już ułożyłam sobie odpowiednie posłanie bez trumny. Mam... złe wspomnienia, które są przywoływane przez spanie w ciasnych, zamkniętych przestrzeniach... - na koniec zdania głos Ann stał się jakby bardziej cichy.
                - Rozumiem.- odparł współczującym tonem Toreador i przynajmniej w jego przypadku mogła być pewna, że mówi szczerze. - Nie ma problemu, jakoś przetrwam rachunek od Lukrecji.

                - Will... - Ann wyraźnie zawahała się - Myślisz, że Cyril może... ucierpieć lub... - urwała nie mogąc więcej powiedzieć przez ściśnięte gardło.
                - Cyril jest starym lisem. To nie pierwsze kłopoty w które się wpakował. I nie sądzę, by były ostatnie. Zdołał już wiele razy wyrwać się z tarapatów. Więc nie skreślałbym go jeszcze. - pocieszał ją Toreador.
                - A czy miał wcześniej tak ciężkie w Nowym Jorku?
                - Nie wiem. Jak wiesz nie jestem na bieżąco z intrygami w tym mieście. A to co się kotłuje w siedzibie Tremere, zostaje pomiędzy nimi.- wyjaśnił William.

                Caitiffka westchnęła ciężko.

                - Gdyby jemu choć w połowie tak zależało na mnie, jak mnie na nim... Ty naprawdę nie sądzisz, że jemu... choć trochę na mnie zależy?
                - Jesteś… assetem. Jednym z paru jakie posiada. Chciałbym móc powiedzieć, że mu zależy, ale…- Toreador wypowiadał z trudem kolejne słowa.- … Cyril gra o wielką stawkę i nic poza sukcesem i własną skórą go nie obchodzi.
                - Poświęcił się dla mnie wiele razy... wykorzystał swoje siły, abym nie ucierpiała…
                - A przynajmniej tak twierdził. - Toreador był dość sceptycznie nastawiony do całego tego konceptu “poświęcania się” Cyrila.
                - Uczył mnie... Przygarnął... Wstawił się u Księcia…
                - Nie ma lepszego łańcucha założonego na szyję niż wdzięczność. - odparł enigmatycznie Toreador. - Tego nauczyłem jeszcze w Europie.

                Na to Ann nie odpowiedziała.

                - Przyjedź jutro po mnie, motoru nie mam. - zmieniła temat, usilnie chcąc panować nad głosem.
                - Dobrze… przyjadę.- odparł ciepło Toreador.

                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • AbishaiA Niedostępny
                  AbishaiA Niedostępny
                  Abishai jako XXI
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                  #66

                  Sen… Koszmary… Pobudka. Obok łóżka… nieprzytomny nagi facet. Za życia mogła być zszokowana takim widokiem po przebudzeniu. Ale teraz nie widziała w mężczyźnie potencjalnego źródła kłopotu czy pamiątki bo wieczorze z nadmierną ilością alkoholu. Teraz widziała… posiłek. Głód odezwał się w niej z dużą mocą.

                  Rzuciła się na niego, wbiła kły… posmakowała i upiła. Oblizała usta przyglądając się blademu ciału nadal żyjącego człowieka. To było lepsze od woreczków z zimną krwią, jaką raczył się William. Zdecydowanie lepsze. Przyjrzała się odruchowo niedawnej ofierze. Trochę starszy od niej, trochę… otyły, ale w formie. Taki byczek siłujący się w przydrożnych knajpach i wygrywający takie pojedynki. Tak go sobie wyobrażała, gdy leżał nagi i osłabiony utratą krwi. Niemniej będzie żył. Ann wszak nie potrzebowała tu skandalu z trupami. Lukrecja byłaby zła na nią za trupa w pokoju, ba… sama caitifka byłaby zła na siebie z tego powodu. Znała prawa Maskarady, a i nie była przecież morderczynią… zazwyczaj.

                  Lukrecję napotkała zresztą w głównej sali elizjum. Poirytowaną i rozdrażnioną. Rozmawiała z Joshuą i Nadią, aczkolwiek Tremere wydawała się średnio zainteresowana całą tą rozmową.

                  - Na Boga… Joshua, u nas ukrywa się Tzimisce! Jak możesz mówić o minimalnym zaangażowaniu się! - syczała gniewnie. - Sabat zalągł nam się pod naszymi stopami. Próbował mnie… próbuje nas zabić!-
                  - Podchodzisz do tego zbyt osobiście.- westchnął Smith. - Rozumiem twoje wzburzenie, ale to sprawa pomiędzy Tzimisce a Giovanni, nie powinniśmy… za bardzo pchać się między młotek a kowadło. Owszem minimum zaangażowania jest konieczne, ale ostrożność…-
                  - Nadia… Tzimisce są wrogami twojego klanu, zawsze nimi byli. Poprzyj mnie. - odparła dramatycznie Ventrue.
                  - Owszem, to prawda. - przyznała spokojnie Tremere tuląc do piersi stosik kart.- Masz rację. Niemniej nie są osobiście moimi wrogami. Nie miałam okazji zmierzyć się z żadnym osobiście, choć… zdarzyło mi się zabić ich pokręcone dziełka. Niemniej, ten Tzimisce…- położyła stosik dokumentów na kontuarze.- Zebrane przeze mnie informacje na jego temat, zakładając oczywiście że to rzeczywiście ten Wenecki Diabeł… potwierdzają jego fiksację na punkcie Giovanni. Są… niepotwierdzone co prawda pogłoski o tymczasowych jego sojuszach z pewnymi członkami mojego klanu o że tak powiem… giętkim kręgosłupie moralnym.-
                  - Możesz podać imiona?- zapytał Smith.
                  - Nie. Plotki są tylko plotkami… a i dotyczą przede wszystkim Europy i Meksyku.- wyjaśniła Nadia spokojnym głosem. - Ja natomiast popieram Joshuę jeśli chodzi o minimalne zaangażowanie. Nie chcemy sobie z niego robić wroga.-
                  - Boisz się go? Były cynglu Palafoxa?- zapytała ironicznie Lukrecja.
                  - Tak. Boję się. - potwierdziła Nadia poprawiając okulary.- I ty też powinnaś. Ten Kainita wchodzi im w szkodę niemalże od początku istnienia ich klanu. Nieraz próbowali go zabić i to bez skutku. Jakie my mamy szanse, skoro im się nie udało?-
                  - Larry by nie stchórzył.- oceniła Ventrue. A Tremere wzruszyła ramionami.- Bo Larry to "adrenaline junkie" i razem z śmiertelnością stracił resztki instynktu samozachowawczego.-

                  Cała trójka nie zauważyła schodzącej z piętra Ann.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ZellZ Niedostępny
                    ZellZ Niedostępny
                    Zell jako Ann Paige
                    Moderator Obsługa
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                    #67


                    1:0


                    Młoda wampirzyca była zaciekawiona całą wymianą informacji między starszymi Kainitami... choć raczej wyglądało to na typową sprzeczkę niż na wymianę informacji między członkami społeczności Stillwater.
                    Od strony schodów rozległ się lekko szyderczy śmiech Ann.

                    - Uspokoję cię, Lukrecjo. - dziewczyna wyszła na widok wszystkich, a jej cień ciągnął się za nią niczym długa suknia, gdy powolnym, dystyngowanym krokiem podchodziła do Ventrue - Tzimisce miał na sercu tylko twoje dobro. Nie próbował cię zbytnio skrzywdzić, a na pewno nie zniszczyć. Nie chciał byś stała się podejrzana o konszachty z nim... - spojrzała w oczy kobiety - ...co by samo się rzucało na myśl gdybyś z tamtej sytuacji wyszła bez szwanku, prawda?
                    - Do czego to doszło… bronimy Tzimisce.- stwierdziła cierpko Ventrue, a książę Stillwater dodał. - Bądźmy szczerzy. Giovanni też nie są naszymi sojusznikami i nie są mniej upiorni od Tzimisce.
                    - To teraz powiem coś bardziej szokującego. - Ann oparła się na kontuarze - Tzimisce jest nam wdzięczny za rozprawienie się z tą sforą Sabatu. - uśmiechnęła się słodko - I nie ma z nami zatargów czyli nie próbował nam personalnie szkodzić.
                    - No to już wiemy kogo ścigali kumple Charliego. Pytanie tylko po co…- zastanowiła się Nadia pocierając podbródek.
                    - Od dwóch setek lat nie chciał opłacać składek członkowskich? - sarknęła Ann.
                    - Fajnie by było, gdyby powód był tak trywialny.- odetchnął Joshua i podrapał się po karku.- No cóż… pozostaje drogie panie, powiadomić naszych gości i przekazać im przesyłkę.

                    Ann wyraźnie zastanowiła się nad czymś.

                    - Wiecie, że Giovanni będą chcieli nas wplątać w całą aferę? Skoro i tak do tego dojdzie... - uśmiechnęła się pod nosem - To najpierw należy znaleźć diabła nim zrobią to nekromanci! - bezklanowa wyglądała w tym momencie na bardzo przekonaną co do racji swoich słów.
                    - A po co?- zapytały wspólnie Ventrue i Tremere. A i Joshua miał wątpliwości. - Niewątpliwie Giovanni będą chcieli nas wrobić w tą wspólną walkę z Sabatnikiem. Ale my nie musimy się aż tak bardzo angażować. Larry i nasi goście Malkavian wystarczą na pierwszej linii. Co prawda ten młody do walki się nie nadaje, ale Gorgon z pewnością sobie poradzi… bez naszej pomocy.
                    - A ty?- zapytała ironicznie Lukrecja. Na co Smith wzruszył ramionami.- Ja się swoje nawalczyłem… zresztą ten Kainita ma całą gromadkę pokrak do ubicia. Na głównym daniu niech nekromanci łamią zęby.
                    - I wy go serio chcecie zabić? - wyraźnie ten pomysł zszokował Ann - Zwariowaliście? - przesunęła dłonią po czole - To żyła złota dla naszej domeny!
                    - Raczej kłopoty… i to ze strony Sabatu i to ze strony Nowego Jorku. Niezależna Ravnoska o nieznanej przeszłości to chodzenie po cienkiej niebieskiej linii… Tzimisce to jej przekroczenie.- podsumował Smith.
                    - Zakładając oczywiście, że go w ogóle uda się dopaść i zabić. Giovanni od setek lat próbują.- stwierdziła z kwaśnym uśmiechem Tremere. - Jak dla mnie wystarczy, że go stąd przegonią. Albo sami uciekną… a on ruszy za nimi. Tak czy siak, my zyskamy.
                    - To nie tak, źle o tym myślicie. - dziewczyna wyglądała na lekko zirytowaną niedomyślnością wampirów - Nie mówię o wyrobieniu mu złotej karty bibliotecznej i zarezerwowaniu stolika na brydża. Tzimisce posiada wiedzę, którą możemy przekłuć na własną korzyść. Może Sabat go szukał dlatego, że przygotowuje kolejny atak na Nowy Jork, a on mógł być coś o takim ataku nakreślić. Nie wydaje się być bardzo lojalny Sabatowi, więc może coś dałoby się z niego wyciągnąć.
                    - To nie jest Charlie. Nie traktuj go jak niegroźnego pieseczka. To Kainita potęgą równy Williamowi. Jeśli nie potężniejszy. - stwierdził spokojnie Joshua. - I to, że nie jest zainteresowany walką z nami, nie czyni go z automatu naszym sojusznikiem.
                    - Wy naprawdę nie chcecie zaryzykować, jeżeli jest możliwość wygrania nagrody? - Ann patrzyła zdziwiona.
                    - Jesteśmy bardziej doświadczeni niż ty.- przypomniał jej książę. - Niech cię nie zwiedzie ostatnie zwycięstwo. Wtedy masakrowaliście śmiertelników pod wodzą szaleńca.
                    - Być może zapomniałaś jak dobrze nam poszło z wilkołakiem w budynkach “kopalni”.- przypomniała jej Nadia uśmiechając się ironicznie.
                    - Nie mówię o walce z nim! - Francuska nie kryła emocji - Czy wy tylko do walki możecie wszystko sprowadzać? Czy jedyna dyplomacja jaką potraficie praktykować jest dyplomacją wymuszaną na przeciwniku? Wampirzą zdolnością?
                    - Zapominasz o Giovanni… oni nie przybyli tu negocjować z nim. Oni przybyli go tu zabić. Zanim więc my sobie zaczniemy urządzać pogaduszki z Tzimisce… to lepiej było dla nas wszystkich, by Diabeł i nasi goście rozwiązali swój problem.- przypomniał jej szeryf. Wzruszył ramionami.- A potem… się zobaczy.
                    - Nie wiemy czy potem nastąpi. - spojrzała na Joshuę - Chyba, że zakładamy, że on po prostu z nami zostanie?
                    - Przedtem jest zaś zbyt ryzykowne i może nie przynieść żadnego sukcesu. Masz cokolwiek czego pragnąłby ten Tzimisce? - zapytała retorycznie Lukrecja. - Jaka jest twoja pozycja negocjacyjna?
                    - Ma u nas dług wdzięczności. - syknęła do Lukrecji - I pozostawił swoją wizytówkę w moim posiadaniu.
                    - Nie liczyłbym za bardzo na wdzięczność Tzimisce. - odparła dla odmiany Nadia. - Nie bez powodu cały klan określa się jako diabły.

                    Ann spojrzała z zawodem na Nadię, gdy ta w żaden sposób nie postanowiła jej poprzeć. Po chwili przeniosła wzrok na Joshuę w oczekiwaniu na jego werdykt.

                    - Tak czy siak… Tzimisce oczekuje od nas powiadomienia Giovanni o swojej propozycji. I to zrobimy najpierw. - stwierdził stanowczo Smith. - Co do reszty, zobaczymy jakie ruchy wykonują nekromanci i co zrobi sam Diabeł. I zbierzemy sojuszników. Jakkolwiek się rozwinie sytuacja, każda para rąk się przyda.

                    Nic nie znaczące słowa... Ann nie odpowiedziała na dyplomatyczne stwierdzenie Księcia, pozostając w milczeniu.

                    - Więc poczekajcie tutaj i może napijcie się krwawej Mary by ochłonąć.- rzekł Smith i ruszył w kierunku kwater przeznaczonych na potrzeby Giovanni.

                    - Co się tak zafiksowałaś na punkcie tego Tzimisce? - spytała zaciekawiona Lukrecja, gdy książę się oddalił.
                    - Chcecie czy nie muszę z nim porozmawiać. - mruknęła dziewczyna - A jeżeli nie chcecie uszczknąć niczego z nagrody to sama całą zgarnę. - odparła wyraźną pewnością swego w głosie a zaraz spojrzała na Lukrecję - Aż dziwne że ty nie widzisz jak umyka ci szansa na powrót w łaski Księcia Nowego Jorku.
                    - Wątpię by knowanie z Sabatem było taką szansą. - oceniła Lukrecja i dodała wyciągając z zamrażarki “trunek”. Rozlała go do kieliszków i ozdobiła parasolkami. - Mam raczej wrażenie, że ty widzisz nagrodę tam gdzie jej nie ma. Gonisz za mirażem moja droga.
                    - Po prostu twoje królewskie spojrzenie brzydzi się widokiem okazji, które wymagają od ciebie ubrudzenia sobie rąk, jeżeli w innym wypadku nigdy byśmy nie podjęli takich kroków. - odparła Ann.
                    - Nie. Ona wie, że to ryzykowna sprawa. Każdy pakt z diabłem taki jest.- przyznała Nadia popijając swojego drinka. - Czy to z prawdziwym… czy też z malowanym. Zresztą, gdzie go chcesz szukać?
                    - Pójdę za jego wizytówką. - stwierdziła nieprecyzyjnie nie chcąc mówić dokładnie przy Lukrecji. Wszakże nie widziała czy Ventrue już wie o krwi.
                    - To szaleństwo… pchasz się prosto w pułapkę. - odparła Nadia i wzruszyła ramionami dodając. - Bo to jest pułapka. Może na ciebie.. może na Giovanni. A gdzie w ogóle jest ta wizytówka?

                    Lukrecja spoglądała na obie wampirzyce nie rozumiejąc ich podtekstu.

                    Tymczasem do knajpki wkroczył znany dobrze im gangrel.

                    Raze był znowu w miasteczku.

                    Ann przeszła obok Nadii zatrzymując się tylko na chwilę przy niej, aby nachylić się ku jej uchu i szepnąć:

                    - Czyżbyś martwiła się o mnie?

                    Nie czekając na odpowiedź ruszyła w stronę Gangrela.

                    - No kogo tu nam znowu przywiało!
                    - Co poradzić. Ostatnio pogoda w Nowym Jorku zrobiła się nieznośna. A Will hojny.- zaśmiał się Raze witając się z Ann. - Trochę tu posiedzę. Może nawet do końca roku.
                    - To będę mogła nie tylko z Larrym ćwiczyć bicie się. - młoda wampirzyca była zadowolona z obecności Raze'a - Może wpłyniesz pozytywnie na naszego Garry'ego.
                    - Nie wiem co ty chcesz zmieniać w Garrym. - zastanowił się Raze drapiąc po policzku.
                    - Uczyniłbyś jego istnienie ciekawszym poza chwilami kiedy ćpa.
                    - Obawiam się że biedaczysko nie ma zainteresowań Williama. - odparł ze śmiechem Gangrel.- Ani go przemoc nie kusi.
                    - Sądziłabym, że was bardziej od przemocy interesowałaby natura?
                    - To skomplikowane, ale… ogólnie nie jesteśmy bandą napalonych ekologów. To bardziej działka wilkołaków. Bestia w nas po prostu jest bardziej… wilkołacza. - wzruszył ramionami Raze.- Trudno to wytłumaczyć. Niemniej ja jestem miejski Gangrelem i moja więź z naturą jest słabsza.
                    - Garry chyba czuje się... gorszym Gangrelem. - zaprowadziła Raze'a do stolika - Lucius pomógł, jak dla mnie.
                    - No nie wiem… na pewno nie jest dobrym materiałem na wojownika. - wzruszył ramionami Raze. - A Lucius toczy wojnę o przetrwanie naszego klanu w Nowym Jorku. Czy to go czyni gorszym gangrelem… nie wiem… nie jestem filozofem.

                    - Wracając do meritum... masz zamiar zatrzymać się u Garry'ego?
                    - Taaa… przynajmniej na razie, choć to miejsce też kusi.- przyznał z uśmiechem Kainita. - Podobno macie tu jakiś burdel.

                    Ann rozejrzała się i zaśmiała.

                    - Jesteś w nim.
                    - Mówię bardziej o ogólnej sytuacji. Papa Roach posłał tu swojego zabójcę. Jednego z silniejszych. Na pewno miał swoje powody… jakkolwiek szalone by nie były. - rzekł poważnym tonem Raze.
                    - Stillwater takie still zawsze nie jest. - Ann spojrzała na cień swojej dłoni - Mieliśmy krwawy kult, w którym śmiertelnicy poświęcali innych na ołtarzu dla jakiegoś swojego bóstwa. Wcześniej sforę Sabatu łażącą po domenie, a teraz tego, którego Sabat szukał. - wskazała na blat stołu, gdzie widniał cień w kształcie wyobrażenia diabła - Tzimisce.
                    - No nieźle… szczerze powiedziawszy żadnego nie widziałem. Ich stwory… owszem, ale nie twórców. - gwizdnął z podziwem Raze.
                    - A ja z jednym nawet gadałam. - odparła z dumą.
                    - I przeżyłaś. Nie każdy może się tym pochwalić.- przyznał z uśmiechem Gangrel.
                    - A zaraz mogą Giovanni tu przyjść. Wtedy dopiero będzie rozwałka.
                    - To jest coś czego w życiu nie widziałem. Walczących Giovanni, czasem łażą tacy z żywymi trupami za plecami. Ale… nigdy nie widziałem jak te trupy radzą sobie w boju.- przyznał Raze i podrapał się po łysinie.- A po co w ogóle nekromanci się tu pchają do walki? Słyszałem plotki, że im ktoś zginął, ale… co to dla nich.
                    - Nie nie to nie tak. - zaczęła się poprawić - Przyjdą tutaj i dowiedzą się jak diabełek z nimi zagrał, a on ich naprawdę nienawidzi. Poluje na nekromantów na naszym terenie i tu ich ubija. Stąd oni pojawili się w Stillwater. Będą naprawdę poirytowani lub wręcz źli.
                    - Ale chyba na tego Tzimisce, nieprawdaż? - zamyślił się Raze. - Czy może coś mi umyka?
                    - Jeden z nekromantów jest... powiedzmy, że ten Tzimisce i torturował co mu trochę przestawiło klepki.
                    - Bardzo jest szurnięty? Jak Malkavianin? - zaciekawił się Raze.
                    - Powiedziałabym, że gorzej. Potrafił być wręcz agresywny.
                    - No nie wiem. Wiele Kainitów jest agresywnych, a jakoś nie trafiają do czubków. - ocenił najemnik.
                    - Zobaczysz go. Od razu zorientujesz się o kim mówiłam. - powiedziała pewnie.
                    - Ok… coś jeszcze powinienem wiedzieć? Na kogo tu uważać? Komu nie wchodzić w drogę? Kto jest szyszką, poza księciem Smithem? - dopytywał się Raze.
                    - W Stillwater? - zaśmiała się - William ma kasę. Ventrue to Lukrecja... i chyba rozumiesz. Larry jest sobą. A jako Tremere mamy niebezpieczną Nadię z biblioteki. Są też dzieciaki, ale tak ogólnie to wszyscy tutaj jesteśmy na jakiejś zsyłce.
                    - Wiem wiem… przymusowe wakacje. - przyznał Gangrel i wzruszył ramionami.- Zawsze mogło być gorzej.
                    - Czyli nie będziesz miał nic przeciw szkolić mnie w walce? - zapytała radośnie.
                    - Czy ja wiem… zobaczymy czy znajdę czas i będę się nudził. - odparł żartobliwie Raze, a Ann dostrzegła, że do Elizjum, oprócz dwóch śmiertelników, wchodzi William. Tymczasem z przeciwnej strony wracał Joshua, zapewne po rozmowie z Giovanni.

                    Ann przeprosiła Raze'a i wpierw ruszyła do Williama.

                    - I nic mi nie jest. - przywitała go.
                    - To dobrze… jednak nie testuj swojego szczęścia zbyt często. Bądź co bądź jesteśmy przeklęci nieśmiertelnością.- odparł ciepło Kainita.
                    - Bez testowania swojego szczęścia, to ta nieśmiertelność będzie bardzo nudna.
                    - Nuda i tak z czasem cię czeka. - odparł melancholijnie poeta. - Nuda i pustka. Ludzie nie są stworzeni do nieśmiertelności.
                    - Więc powinniśmy z tej nieśmiertelności czerpać emocje. A co zaoferuje nam więcej emocji niż narażanie swojej egzystencji? - odparła radośnie.
                    - Nieważne. - uciął temat Blake, choć Ann miała wrażenie, że chciał coś jeszcze powiedzieć.

                    Toreador zmienił temat mówiąc.

                    - Przywiozłem ci motor.
                    - Dzięki ci. Czy Vincent wciąż jest u ciebie?
                    - Tak. Nadal pracuje nad… swoim zadaniem.- przyznał Toreador.
                    - A ty przyjechałeś tylko dla mnie czy masz coś do roboty w mieście? - zapytała ciekawa odpowiedzi.
                    - Tylko z twojego powodu.- przyznał Kainita i spojrzał na Joshuę rozmawiającego z dwiema wampirzycami i zbliżającego się do nich Raze’a. - A jak tam sprawa przesyłki i Giovanni?
                    - Dużo dramy od strony Lukrecji. - wzruszyła ramionami - A tak to zobaczymy. Dopiero co teraz Książę wrócił od Giovanni.
                    - Tego można się było po niej spodziewać. - westchnął Kainita.- A ty co o tym sądzisz?
                    - Giovanni nas spróbują użyć, a my możemy sytuację na twój sposób też też wykorzystać.
                    - Niby jak?- zapytał William.
                    - Potrzebuję nawiązać kontakt z Tzimisce. - powiedziała wprost - I to zrobię. - twardość w głosie dziewczyny pokazywała jak silnie w to wierzy.

                    Toreador z trudem stłumił śmiech. - Po co?
                    Rozbawienie Toreadora zabolało wampirzycę.

                    - Ma informacje o ruchach przeciw Nowemu Jorkowi, a do tego może rozjaśnić czy brał udział w niedawnych niepokojach w mieście.
                    - Nie. Ty przypuszczasz, że ma informacje, o których ci się marzy. Sabat tak jak Camarilla nie jest jedną wielką siecią plotkarzy.- wzruszył ramionami Blake. - Nie wie prawica co robi lewica. Sama zresztą powinnaś to zrozumieć… Charlie nic nie wiedział o planach swoich przywódców. Cała sfora nie wiedziała co robić, po tym jak pechowo straciła liderów.

                    Spojrzał na Ann dodając. - Moje kontr-przypuszczenie jest takie. Diabeł jest zafiksowanym na swoim celu, bardzo samodzielnym Tzimisce. Może i cennym ze względu na kunszt jakim się wyróżnia, ale zdecydowanie niegodnym zaufania. Tylko głupiec powierzyłby jakiekolwiek informacje na temat swoich planów.
                    Ann zmrużyła oczy wyraźnie poirytowana.

                    - No dawaj, ty też powiedz, że nie jestem w stanie nic zrobić, aby przysłużyć się sytuacji Cyrila, bo jestem za młoda, za słaba.
                    - Na pewno nie jesteś w stanie pomóc spiskując z Tzimisce. Bo tak to będzie wyglądało z boku. A jeśli dowie się o tym ktoś nieodpowiedni, to twoje zachowanie będzie rzutowało na Cyrila. Jeśli ty spiskujesz z Sabatem… to pewnie twój opiekun też. - wyjaśnił cicho Toreador. - Tym bardziej, że mówimy tu o starym Diable. Wiesz co się mówi o paktowaniu z diabłem?
                    - Wy po prostu boicie się ubrudzić w czymś z czym walczycie. Użyć brudnych sztuczek dla osiągnięcia celów, które potrafią uświęcać środki.
                    - Po prostu działam mając na uwadze coś więcej niż natychmiastowe konsekwencje. Coś czego nauczysz się z czasem.- odparł spokojnie Toreador i wzruszył ramionami.- Ryzykując tak wiele, lepiej mieć za cel coś więcej niż mrzonki. Nie zgaduj co może wiedzieć Diabeł, tylko co wie.

                    Ann prychnęła na te słowa i nic nie mówiąc odwróciła się od Williama, aby ruszyć w stronę Joshuy. A Toreador po chwili ruszył za nią.

                    - Forsa pojedzie za dnia, więc będę musiał polegać na moich ghulach. Miło by było, gdybyś się wieczorem jednak zjawił. Tak na wszelki wypadek.- wyjaśniał coś szeryf Raze’owi. Najwyraźniej decyzja Giovanni była już omówiona. I z tego powodu dziewczyny zajęły się gadką szmatką o perfumach. To znaczy Lukrecja gadała, a Nadia udawała zainteresowanie.
                    - Jestesmy martwi, a wy o babskich bzdurach? - Ann mruknęła do obu.
                    - To że jesteśmy martwe, nie oznacza że nie musimy być eleganckie.- stwierdziła ironicznie Lukrecja, po czym zwróciła się z wyraźną acz żartobliwą pretensją do Williama. - Czy jako Toreador nie powinieneś ją nauczyć jak ważna jest prezencja?-

                    Blake wzruszył ramionami mówiąc. - Uparta jest.
                    Ann nie odezwała się na to.

                    - Giovanni się pokłócili. Ale ostatecznie ten Gino… Giacomo… nie mam pojęcia jak się nazywa. Ten drugi zatriumfował. - wzruszyła ramionami Lukrecja streszczając sprawę. - Odzyskanie gościa z Europy jest dla nich ważniejsze niż zemsta. Zapłacą okup.
                    - A co my mamy robić? - zapytała Ann.
                    - Na razie… ghule Joshui pomogą pieniądzom dotrzeć tutaj. My zaś na razie nie mamy nic do roboty. Dla Giovanni sprawa jest zbyt świeża. Nie mają jeszcze konkretnych planów… wątpię jednak by Szkaradziec był grzeczny w tej sytuacji. Dostaje piany na samo wspomnienie Diabła. Wykręci jakiś numer. To pewne.- zakończyła z lisim uśmieszkiem Lukrecja.
                    - Mam nadzieję. - mruknęła.
                    - Plany pewnie będą układane tej nocy u Giovanni, następnej u nas.- zastanowiła się Nadia. - Ciekawe…

                    Spojrzała na Williama i rzekła. - Nie wierzę w uczciwość ani Giovanni, ani Tzimisce. I on, i oni z pewnością będą mieli jakieś ukryte intencje. Twoja Ravnoska może je wywróżyć?

                    - Trudno powiedzieć, jej karty nie dają wyraźnej odpowiedzi. Wróżby zawsze są… enigmatyczne.- odparł Blake, a wampirzyca spytała.- A mag?
                    - Nie para się tą sferą magyi, o ile dobrze go zrozumiałem. Dam znać Jaine.- odparł Toreador.
                    - Choć nie będzie nudno.- Ann wyraźnie była zadowolona.
                    - Mamy pomoc maga, mamy Raze’a teraz. Zbieramy siły na konfrontację. Coś mi mówi, że ta wymiana nie pójdzie gładko. I wątpię by Diabeł Wenecki sądził inaczej. - oceniła sytuację Ventrue.
                    - Przynajmniej będzie zabawnie. - Caitiffka wzruszyła ramionami.
                    - Z pewnością będzie niedługo duża i krwawa impreza.- westchnęła Lukrecja i spojrzała to na Williama, to Ann. - On sobie poradzi… a ty? To nie będzie rzeźnia byle śmiertelników.

                    No tak... mogła się spodziewać, że ta kwestia wypłynie. Przebywanie z silnymi Kainitami, jak samemu jest się słabym i młodym... nie sprawiało radości.

                    - Uważacie, że powinnam w ogóle nie brać udziału? - Ann mruknęła nisko patrząc zirytowana to na jednego, to na drugiego wampira.
                    - Nie powinnaś… jeśli zamierzasz być nieostrożna lub lekkomyślna jak Larry. - odparła Ventrue spoglądając na caitifkę. - To już może być poważna walka, więc musisz być w pełni skupiona. Skończył się czas na popełnianie błędów.
                    - Jak rozumiem ty też będziesz walczyć, nie zaszyjesz się w pokoju? - Ann patrzyła przeszywającym wzrokiem... jakby tym pytaniem rzucała wyzwanie Venture.
                    - Będę tam, gdzie będę najbardziej użyteczna w danej sytuacji.- odparła enigmatycznie spoglądając złowieszczo na Ann, jej rysy się wyostrzyły. Oczy błyszczały intensywnie, gdy tak spoglądała na młodą wampirzycę wywołując z początku lekkie drżenie dziewczyny.

                    Ann mogła nie kojarzyć wszystkich mocy wampirzych, ale rozumiała co mogą uczynić z ofiarą. Caitiffka w pierwszym momencie była zdziwiona swoją reakcją ciała, tym lekkim wstrząsem, jednak dość szybko jej reakcja przeszła w widoczną złość.

                    - Więc zostaniesz w Elizjum, tchórzu. - warknęła z niespodziewaną wściekłością.
                    - Nie przemierzałaś lasu w postaci rozpadających się zwłok i bliska ostatecznej śmierci. Więc nie mów mi o tchórzostwie… dzieciaku.- teraz i Lukrecja zaczęła się wściekać, wywołując ironiczny uśmieszek u Raze’a, westchnienie i spojrzenie w sufit Blake’a oraz irytację u Joshui. Reakcja Nadii była zaś stanowcza.
                    - Ann… odprowadź mnie do biblioteki. Teraz.- rzekła władczo Tremere wstając.

                    Dziewczyna spojrzała na Nadię wyraźnie zastanawiając się nad jej słowami rozważając je, aby w końcu wrócić wzrokiem do Lukrecji i spojrzawszy na nią od góry do dołu powiedzieć przestrzeń.

                    - W sumie całkiem dobry pomysł. Nie jest to warte bym tu teraz została. - machnęła ręką jakby odganiając irytującą muchę - Jeszcze znowu spróbuje mnie zaatakować. W ELYSIUM. - dokończyła akcentując każdą literę słowa patrząc na Ventrue.

                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • ZellZ Niedostępny
                      ZellZ Niedostępny
                      Zell jako Ann Paige
                      Moderator Obsługa
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                      #68

                      CRYBABY


                      Nadia ruszyła przodem i poczekała przy wyjściu na Ann. Potem ruszyła dalej mówiąc.

                      - Powinnaś sobie ukrócić spotkania z Larrym, zaczynasz się robić głupsza od niego.
                      - Teraz ty zaczynasz? - urażona zapytała Nadii.
                      - Nie chcesz być karcona? Nie zachowuj się jak urażony smarkacz. - odparła krótko Tremere i spojrzała na Ann dodając. - Nie wiem czyjej krwi się opiłaś, ale najwyraźniej źle na ciebie działa. Zaczynasz się zachowywać zbyt pewnie. Owszem Larry tak może, jak większość i Brujah… ale to dla nich proces selekcji. Jeśli nie jesteś silny.. giniesz. Ann… czy ty jesteś Brujah?
                      - Ona użyła na mnie Dyscypliny. - warknęła - Chciała wywołać we mnie strach, pokazać mi jak nic nie mogę.
                      - Ojej…- ironizowała Tremere zerkając na Ann. - Straszna Ventrue straciła nad sobą kontrolę i próbowała skarcić cię wzrokiem. Uraziła twoją miłość własną. Ech… jakie te młode pokolenia mają miękkie serduszka. -

                      Spojrzała za siebie i dodała. - Wiesz, że nazywanie hotelu Lukrecji, elysium jest trochę na wyrost. To nie jest w pełni tego typu przybytek. Przede wszystkim to hotel z właścicielką o przerośniętym ego, na które właśnie wlazłaś bez powodu. Zachowujesz się porywczo i bezmyślnie.

                      - Porywczo i bezmyślnie? Mam na to wszystko pozwalać także w Stillwater?

                      Tremere spojrzała na wampirzycę i dodała spokojnie.

                      - Coś ci poradzę młoda Kainitko. I wypal sobie tą poradę ogniem w sercu. Tylko wrogowie mogą cię obrazić. Nie sojusznicy, ani przyjaciele. Zaś fochy to przywilej śmiertelnych głupców, nie nasz. -

                      Ruszyła dalej w kierunku biblioteki. - Lukrecja ma swoje wady, ale lepiej mieć ją po swojej stronie. I ma całkowitą rację. Miesiąc miodowy się skończył. Nie ma czasu na popełnianie błędów, więc… staraj się ich nie popełniać.

                      - Nie będę żadnych popełniać. - mruknęła - Nie wierzysz?
                      - Nie dałaś mi powodów, by wierzyć. - stwierdziła sceptycznie Nadia. Zamyśliła się.- Ty… nie uszczknęłaś jeszcze krwi Tzimisce, co?
                      - Skąd to pytanie?
                      - Mam wrażenie, że… - zastanowiła się Kainitka.-... zachowujesz się dziś… dziwnie.
                      - Nie, nie piłam jej. Tylko Cyrila. - odparła.
                      - Nie zachowuj się jak Larry, dobrze?- poprosiła Nadia.

                      Westchnęła na prośbę.

                      - Dobrze... Ale powiem ci, że jesteś urocza jak się troszczysz.
                      - Nie dopisuj sobie do tego uczuć. Po prostu pilnuję swoich interesów. A w moim interesie jest nie pozwolić innym Kainitom wybijać się nawzajem. Nie potrzebujemy gorących konfliktów w naszej małej społeczności.- odparła Tremere.
                      - Kiedy była mowa o Diable wyglądałaś na dość przejętą, że mogłabym ucierpieć.
                      - Nie bądź naiwna Ann. Cokolwiek się wydarzy w związku z Tzimisce uderzy w nas wszystkich.- westchnęła Tremere. - Mój klan nie bez powodu widzi w nich jednego ze swoich największych wrogów. Nie z powodu samej ich nienawiści, ale… dlatego, że są potężni i podstępni. Mówi się o nich, że potrafią kształtować ciało jak plastelinę… ale to umysł ucierpi najbardziej od ich działań. Widziałaś co zrobił ze Szkaradźcem. Myślisz, że zniekształcona twarz jest największą raną jaką mu zadał?
                      - Wykazujesz większą troskę o mnie, niż kiedykolwiek Cyril wykazywał. - powiedziała szczerze, nie dając zmienić tematu.
                      - Teraz to moja krew przez ciebie przemawia. Zmienisz zdanie, gdy osłabnie z czasem.- odparła z przekąsem Nadia i dodała. - Dbam o to miejsce, bo jego zniszczenie czy nawet poważny konflikt w nim zagrozi mojej misji.
                      - Wiesz... - stanęła przed Nadią - A może po prostu widzę cię inaczej, niż usilnie starasz się prezentować na zewnątrz?
                      - Możesz widzieć mnie jakkolwiek chcesz.- prychnęła ironicznie Nadia.- Dobrze wiesz, że podcieram się opiniami innych o mnie.
                      - Więc dlaczego tak bardzo ci zależy, aby zaprzeczać moim słowom?
                      - Nie zależy. - zaperzyła się wampirzyca. Po czym burknęła.- A myśl sobie co chcesz. Tylko nie rób nic lekkomyślnie. Bo mamy dość kłopotów z Giovanni i stukniętymi Malkavianami. A teraz jeszcze i Tzimisce. -

                      Po czym zaczęła marudzić. - Przez to wszystko nie mam dość czasu na moje badania.

                      Dziewczyna uśmiechnęła się z lekkim rozbawieniem sytuacją.

                      - Masz całą wieczność. To tylko krótki wycinek czasu.
                      - Wiem. Wiem. Wiem… przyjmuję to ze spokojem. To prostu mały kamyczek w bucie. Niby nieistotny, ale uwiera. - odparła z frustracją w głosie Nadia. -To sobie mówię… Masz całą wieczność przed sobą Nadieżdo. Ale jest to irytujące, gdy zaczynam sobie to mówić co noc. Bo w miejsce starych problemów pojawiają się nowe… I co jeśli przez wieczność kolejne problemy będą odciągać moją uwagę od dzieła mego życia?
                      - Problemy tego miasta nie będą tak długie. - pocieszyła Nadię.
                      - Oby… aczkolwiek… martwi mnie zainteresowanie Papy Roacha Stillwater. Może to i wariat, ale… o przenikliwym umyśle.- westchnęła Tremere. - I krążą plotki, że obdarzony jest darem jasnowidzenia.

                      - Powiem szczerze, że nie rozumiem dlaczego nikt prócz Garrego nie widzi czających się problemów w tym mieście. Już wcześniej nie zauważyliście, a teraz... - westchnęła - Nie wiem, mimo wybicia tego kultu ciągle czuję jakiś niepokój, który wcześniej odczuwałam w związku z kultem. Teraz po prostu uwagę zajmuje Tzimisce.

                      Nadia zaśmiała się ironicznie. - Myślisz, że w Nowym Jorku jest inaczej? Tam są niedobitki Baali kryjące się w cieniach. Sekta wyznawców Setha udająca Toreadorów i podlizująca się możnym. Assamici ukryci wśród arabskich gett i pewnie agenci Sabatu niczym karaluchy krążące pomiędzy uliczkami. Dziesiątki problemów, których nie da się łatwo rozwiązać punktowym zastosowaniem przemocy. Widzisz moja droga… zadaniem Księcia, Szeryfa i wierchuszki Klanów nie jest rozwiązywanie wszelkich problemów naszych dominiów… tylko pilnowanie by to szambo całkiem nie wybiło i smród nie rozszedł się na całe miasto.
                      Dziewczyna pokręciła głową.

                      - Nie, nie rozumiesz. Nie mówię o takich problemach jakie są zwykłe dla Nowego Jorku. W Stillwater... tu po prostu coś się czai, coś innego niż Tzimisce czy sfora Sabatu. Czuję to, ale umyka mi zrozumienie tego natury. - spojrzała smutno na Nadię - Ale ty i tak mi nie wierzysz, prawda?
                      - Niezupełnie. Ja po prostu przywykłam. - wzruszyła ramionami Tremere.- Dobrze wiem o czym mówisz. I znam tego źródła. Jedno z pewnością pokazywał ci William. Szpital psychiatryczny na wzgórzu. Drugim jest potwór w jeziorze. Problem jednak jest taki, że tych spraw nie rozwiąże brutalna siła tylko magia… prawdziwa magyia… a tą mój klan nie włada. Taumaturgia jest potężna, ale w porównaniu prawdziwą magyią jest tylko jej namiastką.

                      - Czym jest ten potwór z jeziora, Nadia? - zapytała.
                      - Potężny duch, którego tubylcy czcili jako boga dawno temu. Obecne czasy musiały go wypaczyć. - Nadia sięgnęła do kieszeni i wyjęła paczkę papierosów. Wyjęła jednego i zapaliła. Zaciągnęła się dymem, bardziej z przyzwyczajenia niż z konieczności. - Śpi po drugiej stronie bariery… a wilkołaki pilnują jego snu. Przynajmniej do tego, te futrzaki się nadają.
                      - Widziałaś kiedyś w snach tego ducha? I czy to on niszczy wyprawy do piramidy?
                      - Coś w tym rodzaju. William też widział chyba… i może Lukrecja… Ravnoska pewnie też. - zamyśliła się Kainitka rozważając cicho.- Wątpię by ten duch mieszał się w sprawy piramidy. Po pierwsze jest ona daleko od jeziora. A po drugie… nie ma dowodów na to, by jego potęga obecnie sięgała poza sny. Aczkolwiek to niewykluczone… nawet jeśli mało prawdopodobne.
                      - Ja... śniłam o drapieżniku w wodzie. To były sny inne niż te, które pojawiają się w Nowym Jorku. Wiedziałam, że ten drapieżnik mnie zniszczy, że czeka mnie śmierć, cierpienie... ale nie mogłam się powstrzymać, zanegować jego woli, a wyzywał mnie bym do niego podeszła. Moja wola była zbyt słaba, by się uratować.
                      - Jego power fantasy zapewne. To by czynił gdyby był wolny, ale nie jest. - odparła spokojnie Kainitka. - Siedzi w Umbrze i śni.
                      - I to po prostu duch? Takie jest stworzenie bez formy?
                      - A co to jest duch Ann? Czym jest duch? To takie ludzkie określenie, niewiele mówiące. - westchnęła Nadiai wytłumaczyła.- To istota prastara. I to jedyne co wiemy. Nikt z nas jej nie widział. Nawet w snach. Potrafisz opisać jej wygląd?
                      - Widziałam tylko... macki. Jakby macki... czarne... ciemne. Oleiste czy... nie wiem w sumie.
                      - No właśnie. Nie wiemy co to jest. Nie jestem pewna czy wilkołaki wiedzą i nie mamy możliwości by się dowiedzieć. - wzruszyła ramionami Nadia.- To co ci powiedziałam o tym potworze, to “dziecko” moich domysłów i miejscowych indiańskich legend. Równie dobrze mogę się mylić.

                      - Byłaś kiedyś osobiście w piramidzie? - zapytała z prawdziwą ekscytacją.
                      - Oczywiście że nie. Przecież żyję, prawda? Jak dotąd nikt, kto wszedł do niej… nie wrócił z powrotem.- odparła z przekąsem Nadia.
                      - To w końcu Ty. Nie zdziwiłabym się gdybyś ty tam była i wróciła w całości jako jedyna.
                      - Ann… nie bądź naiwna. Mocniejsi ode mnie wchodzili tam i ginęli. Cyril wił się jak piskorz próbując się wywinąć, gdy Augusto próbował go wysłać do piramidy. - odparła Nadia zaciągając się dymem.- W Nowym Jorku, “wysłaniem do piramidy” Tremere zwą wyrok śmierci.

                      Po wyrazie twarzy dziewczyny widać było, że o tym wyroku sama nie wiedziała.

                      - To Cyril był już bliski skazania na śmierć? Kiedy?
                      - Och, wiele razy. Augusto dobrze wie, że twój opiekun kopie pod nim dołki. Więc odpowiada mu tym samym. Poza tym… oficjalnie to nie było skazanie na śmierć. Wtedy to jeszcze był wielki honor.- zaśmiała się sarkastycznie wampirzyca.- Piramida pożarła dopiero trójkę z naszego klanu. Cyril, jak się domyślasz, zdołał się wtedy wymigać.
                      - Jakie były twoje relacje z Cyrilem? Złe tylko przez powiązanie Augusto?
                      - Nie lubiłam go, ale po prawdzie niewielu z nowojorskich mięczaków lubię. A on mnie unikał, więc można powiedzieć, że nasze stosunki były poprawne.- wzruszyła ramionami wampirzyca.

                      - Zabiłabyś mnie gdyby Augusto kazał zlikwidować mojego opiekuna, prawda? - zapytała choć znała odpowiedź.
                      - Prawdopodobnie… tak. - odparła Nadia i wzruszyła ramionami. - Ale Cyril to stary lis i nie jedyny knujący przeciw Palafoxowi.
                      - Wiesz, że bym musiała stanąć w jego obronie. - odparła ze smutkiem - Nie chciałabym cię skrzywdzić.
                      - Nie martw się. Nie miałabyś okazji spróbować. - wzruszyła ramionami Tremere.
                      - Ostatnio mogłam. - przypomniała złośliwie.
                      - Chyba nie sądzisz, że będzie to jakiś pojedynek? - zakpiła żartobliwie bibliotekarka. - Zginiesz zanim zauważysz moją obecność.
                      - Skąd taka pewność, że dałabym się na taką sztuczkę i sama nie potrafiłabym tak cię podejść? - zapytała drocząc się.
                      - Po pierwsze… nie wiedziałbyś o tym, że planuję cię zabić. - stwierdziła Kainitka wzruszając ramionami. - Zginęłabyś przed swoim mistrzem.
                      - Żadnej litości? - westchnęła teatralnie.
                      - Litość to przywilej śmiertelników.- odparła krótko Nadia.
                      - Dlatego nie okazujesz jej w łóżku. - zaśmiała się pod nosem.
                      - Dlatego… z pewnością to jedyny powód.- odparła z przekąsem Tremere.

                      - Nie wiem kiedy do ciebie znowu przyjdę. Szalony czas mamy.
                      - Nie przejmuj się tym. Mam co robić.- odparła Tremere zerkając na dziewczynę. - Poza tym… też będę wciągnięta w ten cały… bajzel.
                      - William nie będzie tak panikował. - zaśmiała się.
                      - Pewności nie ma, Toreadorzy miewają huśtawki nastrojów i skłonności do hamletyzowania.- zamyśliła się Kainitka.
                      - Wrócę do Elysium, by nie martwił się, że mnie gwałcisz pojąc krwią. Będę grzeczna. - uniosła lekko ręce w geście poddania. Nim jednak odeszła przerzuciła ramiona przez kark Nadii i wpiła się ustami w usta Tremere. Odpowiedzią wampirzycy była uprzejma obojętność na tę pieszczotę… ale niczego więcej Ann spodziewać się nie mogła. Publicznie, a także często prywatnie Nadia nie okazywała uczuć… poza atakami furii oczywiście... co wyraźnie nie przeszkadzało Ann.

                      W głównej sali William rozmawiał przy stoliku z Razem. Nie było tu ani Joshui ani Lukrecji, a obecnie Miracella obsługiwała bar. Przy którym to siedział jeden z bliźniaków Giovanni.
                      Ann weszła do środka w dobrym nastroju i zaraz podszedłem do stolika Williama rozmawiającego z Razem.

                      - Ustalacie stawki? - zapytała opierając się łokciami na blacie.
                      - Na to już za późno. Dogadujemy obowiązki.- wyjaśnił William.
                      - No to już cię wyrolował. - odezwała się do Raze'a.
                      - Niezupełnie. Wiedziałem na co się piszę.- przyznał ze śmiechem Gangrel.

                      Dziewczyna spojrzała na Williama.

                      - Dorzucisz mu ekstra jeżeli będzie mnie trochę trenował?
                      - No nie wiem…- zastanowił się Blake. - Może? Zależy jak czasochłonne będą te treningi. I czego będzie cię uczył.
                      - Pomyślisz nad czymś? - uśmiechnęła się do Gangrela.
                      - Nie wiem czego miałbym cię uczyć, walki?- zastanowił się Raze, a Blake dodał. - Larry ją tego uczy.
                      - Nie sądzę, bym mógł nauczyć cię czegoś czego nie pokaże ci Larry. - zastanowił się czarnoskóry Kainita.
                      - Garry mnie nauczył. - odparła dumna jak paw.

                      I dostała kopniaka w kostkę pod stołem.

                      - Walczyć ją uczył… WALCZYĆ. - sprostował pospiesznie William. A Raze wydawał się zaskoczony. - Myślałem że spluwę odwiesił na kołek… został pacyfistą.
                      - Ale uczyć walczyć może. - odparł Toreador.

                      Ann nie rozumiała czemu tak zareagował William, ale skinęła głową w potwierdzeniu jego słów.

                      - Widzę, że jeden z naszych bladych gości jest tutaj. - zmieniła temat.
                      - Tak… ten ładniejszy. Dzwonił do swoich z komórki. Nie wydawał się szczególnie… zadowolony. Ta umowa musi być dla nich trudna do przełknięcia.- ocenił William w zamyśleniu.
                      - Książę też może mieć trudności z przełknięciem tych negocjacji z Tzimisce na sąsiednim podwórku. - ocenił Raze, a Toreador wzruszył ramionami. - Cóż… w zasadzie to nie MY się bratamy, a Giovanni. Więc jak będzie miał wątpliwości to niech je do enklawy zgłasza.
                      - Lukrecja jeszcze długo się złościła? - wyraźnie sytuacja dość bawiła młodą.
                      - Dość długo. Nie licz na jej pomoc w ciągu najbliższych nocy. - stwierdził Blake.

                      Wampirzyca wzruszyła ramionami wyraźnie nieprzejęta.

                      - Sama sobie winna.
                      - Żebyś potem nie żałowała.- westchnął Toreador.

                      Ann lekko prychnęła na te słowa.

                      - Dam wam już spokój, ustalajcie dalej. Ja zobaczę co przy barze. - odepchnęła się od stolika, aby ruszyć do baru.


                      Miracella spojrzała na podchodzącą Kainitkę z nerwowym uśmieszkiem. Czuła się jakoś nieswojo przy Ann.

                      - Co podać? - rzekła bardzo formalnie.
                      - Mary. - spojrzała spokojnie na Miracelle - Nie mam przecież nic przeciw tobie.
                      - Nie masz… - odparła zimno Kainitka. - … ale rzuciłabyś się z pazurami, na każdego kto naplułby na twojego Cyrila. Myślisz, że tylko ty jedna na świecie jesteś tak uwarunkowana?
                      - ...och. To... - Ann wyglądała w tym momencie na zmieszaną - To było tylko nieporozumienie między mną i Lukrecją... - próbowała załagodzić sprawę.
                      - Jeśli ktoś naplułby na twojego Cyrilka…- wysyczała przez zęby Miracella powtarzając się. - To dobrze wiedziałabyś, że to nie było tylko “nieporozumienie” między nim a Cyrilem.

                      Po czym w milczeniu zabrała się za nalewanie krwi.
                      Ann otworzyła już usta, aby zacząć sprzeczać się, że to Lukrecja ją pierwsza zaatakowała, ale zrezygnowała nim wypowiedziała pierwsze słowo.
                      Miracella też nie była rozmowna. Po chwili podała Ann trunek i zabrała się w milczeniu za typowe zajęcie barmanów. Czyszczenie szklanek szmatką.


                      Ann zabrała szklankę i bez słowa wróciła do dwóch wampirów, siadając obok w ciszy, aby im nie przerywać rozmowy.
                      Tamci byli zajęci rozmową na temat warunków mieszkaniowych u Garry’ego. O dziwo, William zachwalał sektę Gangrela, ale Raze nie wydawał się przekonany. Toreador zauważył zmianę nastroju Ann.

                      - Coś taka nie w sosie?
                      - Czy ja też jestem taka w stosunku do Cyrila jak Miracella do Lukrecji? - zapytała wpatrzona w przelewającą się krew w szklance.

                      Toreador spojrzał na dziewczynę i rzekł wprost. - Tak. Jesteś taka sama.

                      - To... - westchnęła - Nie podoba mi się to…
                      - Z czasem to minie… przynajmniej u niej. Lukrecja prędzej czy później odstawi ją od cyca.- odparł William rozważając sytuację. - Ma wystarczająco duże stadko do wykarmienia. Niemniej, póki co… Miracella to świeżak. Clyde już prawie się uwolnił od więzi.
                      - Po prostu... to naprawdę dziwne zobaczyć swoje zachowanie z zewnątrz. Nie wiem co o tym myśleć. - mruknęła cicho.
                      - Następnym razem, gdy przyjdzie łyknąć ci krwi… spróbuj pomyśleć nad tym, czy naprawdę warto. - poradził Raze. I pocieszył. - Wszyscy to przechodziliśmy, każdy z nas był uzależniony od swojego twórcy… to… naturalne.

                      Dziewczyna nie odpowiedziała na to. Powoli popijała Krwawą Mary, chcąc uniknąć tematu.
                      Nie powinna tak myśleć. Przecież zawsze było warto przyjąć krew Cyrila! Skąd wzięły się jej te niedorzeczne myśli o zerwaniu tej relacji?

                      - Co się działo jak wyszłam z Nadią? - zapytała.
                      - Nic takiego… rozważaliśmy różne opcje. Rozmawialiśmy. Potem zadzwonił Garry twierdząc, że już przesłuchał wraz z młodym Malkavem węża. I Joshua pojechał wysłuchać raportu.- odparł William z uśmiechem.
                      - Mamy w sumie już pomysł co jutro jest do zrobienia? Czy czekamy na ruch Giovanni?
                      - Zobaczymy co takiego powiedział wąż. - odparł William wyraźnie biorąc “powiedział” w metaforyczny nawias.- Niemniej… tak, czekamy na ruch Giovanni i Tzimisce. Będziemy się przyglądać ich działaniom… bo pchanie palców między młot a kowadło nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem.

                      - Widzisz? Nie zostałam z Nadią. - wyszeptała do Williama.
                      - To dobrze… ona jest… wiesz jaka jest.- odparł ciepło Blake. Po czym spytał.- A ty wolisz jutro eskortować pieniądze z Razem, Larrym i Joshuą czy wpaść wraz ze mną i Garrym do Jaine Love?
                      - A to już pewne, że Giovanni dadzą te pieniądze? - zapytała.
                      - Tak… jutro przyjedzie specjalna furgonetka.- potwierdził Toreador.
                      - Zgodzili się podejrzanie szybko. - ocenił Raze, a Blake dodał. - Przypuszczam, że zaginięcie szychy z Europy może strącić z szyi parę nekromanckich głów, więc… te szyje próbują ocalić swoje głowy. Za każdą cenę.
                      - Obie opcje mnie kuszą... - mruknęła niepocieszona - Aż tylu do oddania będzie potrzebne?
                      - No… nie. - przyznał William i uśmiechnął się.- Ale niech Giovanni wiedzą, że traktujemy sprawę poważnie.
                      - Pójdę z nimi. Jestem bardzo ciekawa sytuacji z Larrym.
                      - Tego się obawiałem.- westchnął Toreador i potarł podstawę nosa.- Ann, nie naśladuj Larry’ego. To niezdrowe.
                      - O co ci tym razem chodzi? - skrzywiła się.
                      - Wiesz że on lubi ryzykować i pakuje się w kłopoty?- zapytał retorycznie Blake.
                      - Chcę też wiedzieć co zrobi sam Joshua. Nie zamierzam przecież rzucić się wściekle na Tzimisce. A co niby fajnego byłoby u Jaine?
                      - Nie będziemy się bawić… ani u Jaine, ani u Giovanni. Jeśli będziemy mieli szczęście… będzie nudno i tu i tu. Ale wiadomo… Larry’emu może coś odwalić. - westchnął ciężko Kainita.- Albo Gorgonowi. Jeszcze nie wiadomo na co Malkavy wpadną.
                      - Ale go chyba nie idzie z pieniędzmi?
                      - Nie… ale chyba będzie się nudził.- zaśmiał ironicznie wampir.

                      Dziewczyna westchnęła.

                      - No dobrze, dobrze pójdę z tobą. Jeszcze się na ostateczną śmierć zamartwisz.
                      - Byłbym zobowiązany, gdybyś poszła.- odparł z uśmiechem Toreador, po czym szybko wyjaśnił. - To znaczy wdzięczny… tak się mówiło w moich czasach.

                      Ann pokiwała głową.

                      - Tak też będzie.
                      - No to powinniśmy już wracać do domu. Mam wrażenie, że nie będziemy obecnie mile widziany w siedzibie Lukrecji, a noc się już powoli kończy.- odparł Toreador.

                      Po powrocie Kainita z ulgą przeciągnął się mrucząc pod nosem.

                      - Nie ma jak w domu.

                      I ruszył ku swojemu pokojowi, by zatopić się w poezji przez te kilka ostatnich godzin przed świtem.
                      Ann przebiegła przed niego.

                      - Naprawdę Lukrecję tak zabolało i ma focha? - zapytała zaciekawiona, zaciągając go na kanapę w salonie.
                      - Zraniłaś ją… ona się troszczyła o twoje bezpieczeństwo. A ty nazwałaś ją tchórzem.- odparł Toreador.

                      Dziewczyna parsknęła.

                      - Bzdura. Takich rzeczy nie oczekuje się od Ventrue. A jedyne co mogłam zranić to jej ego. I nie ona sama je zraniła, gdy postanowiła mnie mentalnie zaatakować i poległa w tym boju.
                      - I co zyskałaś w tym boju? - zapytał retorycznie Kainita.
                      - Czy ty naprawdę sądzisz, że powinnam po prostu poddać się i pozwolić sobą zamiatać podłogę? - zapytała zdziwiona.
                      - Jest różnica pomiędzy nie poddawaniem się, a chełpieniem się niepotrzebnie zwycięstwem. Tak samo jak różnica pomiędzy dyplomacją, a obrażaniem. Dobrze by było, gdybyś opanowała te różnice.- wyjaśnił Toreador.
                      - Czyli mówisz, że powinnam wrócić do uległej postawy, mimo że bez przerwy mi mówicie, że wszyscy są tutaj tak samo utopieni w bagnie?
                      - Jest spore spektrum między uległością a pychą. Nie powinnaś skakać z jednego ekstremum na drugie. Złoty środek to równowaga między nimi.- westchnął Kainita.
                      - Ona jest tchórzem. Boi się kiwnąć palcem, żeby nie zdrapać sobie farby z niego. - mruknęła.

                      Toreador znacząco westchnął. - Nie zamierzam cię przekonywać, że jest inaczej. Jak sobie coś wbijesz do głowy… to ciężko ci zmienić zdanie.

                      - A jak mam myśleć inaczej, gdy Lukrecja w ogóle nie rusza się ze swojego Elizjum i nie chce brać udziału w żadnych akcjach?
                      - Nie każdy jest wojownikiem Ann. Z tego co wiem, Cyril też nie jest wojownikiem. - przypomniał jej Toreador i dodał.- Co nie oznacza tchórzostwa. Są różne rodzaje odwagi. I różne są role do spełnienia.
                      - Cyril posiada podwładnych i sojuszników. Temu walczą dla niego. A gdzie są ci podwładni Lukrecji? - dodała z lekką złośliwością.
                      - Poznałaś jedną i sypiasz u drugiej. Miracella jest jej podwładną, a Nadia… w pewnym sensie sojuszniczką. A co do Cyrila… czyż jego podwładnych nie wybito?- mężczyzna potarł podstawę nosa dodając.- Nie chcę zapeszyć, ale nie zdziwiłbym się gdyby Cyril wkrótce dołączył do nas w Stillwater.

                      - To niemożliwe, nie nie zasłużył na to! - zaprzeczyła bezklanowa - Nie jest winny tym zbrodniom, a podwładnych nadal posiada. Wiem, że są, ale nie miałam z nimi dużo wspólnego.

                      Toreador machnął ręką.- To nie kwestia winy, tylko… pecha. Nie ma znaczenia czy jest winny czy nie. Tylko czy jego pobyt tutaj na wygnaniu przysłuży interesom rozdających karty w naszym społeczeństwie. I nie sądzę, by podwładni jakich miał… jacy jeszcze żyją, chcieliby mu pomóc. Nie wszystkich karmił swoją vitae… a bez niej lojalność w ich ustach, jest tylko pustym słowem. Ostatecznie, to wszystko kwestia interesów… zwłaszcza w Nowym Jorku.

                      - Mam nadzieję, że tak nie będzie... - mimo wcześniejszego zachowania obawiała się nieprzyjemności dla swojego opiekuna... a w środku martwiła się, iż wszystko wróciłoby do normy z Nowego Jorku, gdyby był tu na stałe - On... nie dostosowałby się do mieszkania w Stillwater…
                      - Z pewnością byłby równie sfrustrowany co Lukrecja. - przyznał Toreador.
                      - Chyba Lukrecja nie rozładowuje swoich frustracji na Miracelli? - zapytała.
                      - To nie w jej stylu. - odparł Toreador.
                      - No właśnie. - spojrzała w podłogę - Cyril... - westchnęła - To jest w jego stylu…
                      - Lukrecja nie jest wampirzycą skłonną do przemocy, poza oczywiście złośliwymi docinkami. Miracelli nie skrzywdzi, ani żadnej swojej podopiecznej. - odparł Toreador.

                      - Nie wiem czemu weszłeś w sojusz z nim. Jesteście zupełnie różni charakterem. Jak zacząłeś z nim wiązać?
                      - To stara znajomość, ze starego kraju. I sojusz to delikatnie mówiąc… nadużycie. Po prostu wyświadczamy sobie przysługi.- wyjaśnił Toreador.
                      - Ale jak się poznaliście?
                      - Tak jakoś przypadkiem… chyba w Londynie. Na jednym z zebrań…- zastanowił się Will drapiąć po karku. - W sumie to nie pamiętam.
                      - Musiał się do ciebie dobrze przykleić. Widać, że mu zależy.
                      - Nie… niezupełnie. Po prostu tak jakoś wyszło. Mieliśmy wtedy parę wspólnych interesów i parę okazji do współpracy. - odparł z uśmiechem Toreador.
                      - To w sumie czy wiesz dlaczego akurat do ciebie zgłosił się, kiedy chciał mnie gdzieś skryć?
                      - To akurat proste. Nie ma zbyt wielu kontaktów poza Nowym Jorkiem. Byłem jedyną jego opcją. - wyjaśnił Kainita.
                      - Byłeś zaskoczony jego prośbą?
                      - Trochę. - przyznał Blake.
                      - Myślałeś że przyśle tutaj jedną ze swojego klanu? Bo nie wiedziałeś, że go nie posiadam.
                      - Nie zawracam sobie głowy takimi detalami.- odparł Toreador.
                      - To nie są detale! - zaprotestowała.
                      - Dla mnie są.- wzruszył ramionami Blake. - Za stary jestem, by się nimi przejmować.
                      - Przecież starzy tak samo widzą przynależność.
                      - Ci którzy kurczowo trzymają się władzy… jaką ja mam władzę?- zapytał z delikatnym uśmieszkiem Toreador.
                      - Byłeś księciem! - zaprotestowała.
                      - Byłem… ale od dawna nie jestem.- przypomniał jej William.- I nie planuję powrotu.
                      - Dziwny jesteś, wiesz? - mruknęła bez zrozumienia.
                      - Możliwe że tak… w końcu nie był bym tutaj, gdybym nie był dziwny, prawda?- zapytał retorycznie Kainita.

                      - Ja bym choć Klan chciała mieć... - przyznała Francuska - Byłaby o wiele łatwiej…
                      - To już zależy od klanu. - zażartował Kainita i dodał.- Wszystko ma swoje przewagi i zalety. Bezklanowość również.

                      Ann skrzywiła się na te słowa.

                      - Nie, Will. To, co widziałbyś za zaletę braku Klanu... nie przebija wad. Ty możesz inaczej podchodzić, ale uwierz mi - mówiła powoli - społeczeństwo Kainitów rzadko traktuje takich łaskawie. Jesteśmy w ich oczach... niby wampirami, ale poniżej klanowych, tylko nieco ponad ghulami, choć niektórzy by swoje ghule wyżej widzieli. Bezklanowi muszą znaleźć... pana... bo bezpańscy w ciągu kilku nocy zginą i to nie przez nakaz Księcia, ale z działań innych. Bo istnieją. - uśmiechnęła się smutno - Elena... cóż, przeszłość. Ale to wyjątek. W Nowym Jorku chodzę jak na szpilkach przy innych, unikam unoszenia wzroku, kryję się przed Brujah, którzy może i mnie nie zniszczą dzięki posiadaniu opieki Cyrila, ale z lubością traktują jak zabawkę, którą można umęczyć.
                      - Świeżo przeistoczeni, bez względu na klan, zwykle mają ciężko. Większość z nich… ginie.- westchnął Kainita. - Zwłaszcza jeśli są Gangrel, Brujah, Malkavian czy Ventrue. Tremere też, choć u nich to inny rodzaj zgonów.
                      - Nie są traktowani jak śmieć wyrzuconemy na ulicę. Przynajmniej większość z nich jest otoczona opieką swojego Rodzica. - mruknęła - Wybacz, ale wyraźnie nie jesteś w stanie zrozumieć jak to wygląda po tej stronie. Prawdopodobnie będąc młodym zachowywałeś się tak samo... Och, nie przepraszam. W czasie twoich twojej młodości bezklanowe kundle się po prostu ubijało.
                      - Rozumiem twój żal…- odparł ciepło wampir i pogłaskał ją po włosach. - Ale nie pozwól sobie zamknąć się w przeszłych krzywdach. To więzienie umysłu.

                      Ann prychnęła.

                      - Dopiero jak uwolnię się z prawdziwego więzienia społecznego, zacznę myśleć o więzieniu umysłu. Will, nie jesteś głupi, wiesz co dzieje się w Camarilli i całym społeczeństwie Kainitów. Jaką mam pozycję, tak naprawdę. Jaki lunapark jest w Stillwater. Wiesz, że utworzyłeś sobie iluzję, którą prezentujesz wszystkim naokoło. Ale to iluzja, nawet jeżeli dla ciebie jest prawdziwa.
                      - Ann… nie daj się złapać w tą pułapkę, w którą wpadł Cyril. Nie pozwól by ambicja nie pozwalała ci się cieszyć tym co już osiągnęłaś.- westchnął cicho mężczyzna.
                      - A co takiego osiągnęłam? - uniosła lekko głos - Że przeżyłam dwa dziesięciolecia?
                      - Nie każdy Kainita może się tym pochwalić. - zażartował wampir i dodał poważnie. - Stałaś się częścią tej społeczności. Poznałaś nową dyscyplinę… aczkolwiek lepiej nie wspominać kto cię nauczył przy osobach, którym nie można do końca zaufać. Mogłaś narobić kłopotów Garry’emu.

                      - Niby czemu? Z tego co wiem to nie jest jakaś tajemnica Gangreli.
                      - Klany zazdrośnie strzegą swoich sekretów. Garry nie ma prawa zdradzać tajników dyscyplin innym Kainitom. Owszem, nie nauczył cię niczego szczególnie skandalicznego, ale…- westchnął Toreador. - Primogen jego klanu z Nowego Jorku, mógłby zareagować bardzo gwałtownie na wieść o tej sytuacji.
                      - Garry ci o tym powiedział sam?
                      - Tak. Garry mi ufa. - przyznał Toreador. - I ma rację… nigdy nie zdradzam powierzonych mi sekretów.
                      - Przecież inne wampiry muszą znać taką dyscyplinę, nie tylko Gangrele, prawda? A nauczenie się tego nie było jakąś straszną sztuką. - odparła.
                      - To nie o to chodzi. Klany zazdrośnie strzegą swoich tajemnic. Tobie nic by się nie stało po wypaplaniu Raze’owi kto cię nauczył nowej sztuczki, ale Garry.. on mógł mieć kłopoty, gdyby Lucius się dowiedział. - wyjaśnił William.
                      - Więc gdybyś ty zrobił to samo, nauczył dyscypliny Klanu, to Elena chciałaby cię zjeść?
                      - Nie wiem… może? Na pewno by to jakoś wykorzystała do swoich celów. Może jako szantaż wobec mnie? - zadumał się William. - Jeśli jednak nauczę jakiejś dyscypliny, to wolałbym jednak żebyś nie mówiła o tym Elenie. Domysły to nie to samo co deklaracje.
                      - Ale niektóre z dyscyplin po prostu się pojawiły! Z Przeistoczenia! - westchnęła - Nie znam nikogo kto umiałby kierować cieniem jak ja. Kto w Camarilli umie?
                      - Nikt to sztuczka Lasombr…słuchaj Ann. - spojrzał wprost w oczy Kainitki.- To że umiesz lepiej znosić ciosy nie jest dla nikogo problemem. To że być może poznasz nowe dyscypliny w przyszłości, też nie będzie kłopotem tak długo jak… nie będziesz wspominała u kogo ich się nauczyłaś. Zawsze mów że tak jakoś… spontanicznie je poznałaś.

                      Dziewczyna zginęła głową zgadzając się z Williamem.

                      - Dobrze, nie będę wspominać. - spojrzała lekko zaniepokojona - Jeżeli to sztuczka jednego Klanu, to tym bardziej nie byliby zazdrośni o ten sekret? Mogę mieć z tego powodu problemy?
                      - Tak jak Charlie z Tremere miał. - przyznał Blake i dodał z uśmiechem. - Ale wiesz… w twoim przypadku to jest Sabat i w interesie Camarilli jest wchodzić im w drogę, więc raczej pomogą tobie w takiej konfrontacji… nawet chłopcy Grozy. Sabatu nie cierpią bardziej niż bezklanowców.
                      - Tremere... są bardzo dziwni z Taumaturgią. Cyril... musi go boleć to... - mruknęła pod nosem.
                      - To bardzo hermetyczny klan… zamknięty… szczerze powiedziawszy nie wiem co się u nich dzieje. Wiem natomiast, że często ich najmłodsi Kainici giną bardzo brutalną śmiercią. Ich zwłoki wyglądają naprawdę upiornie.- przyznał Toreador.

                      - Czy wiesz co Cyril zrobił Gangrelom?
                      - Podobno przyczynił się do śmierci jednego z nich. Kogoś ważnego… ale więcej nie wiem. - podrapał się po karku William. - Nie jestem pewien czy Lucius i jego klika wiedzą. Te kwestie dotyczą wydarzeń ze starego kontynentu. Gangrele mają zakaz wchodzenia z nim w konszachty… ani nie mają mu szkodzić, ani pomagać, ani pracować dla niego.
                      - Ponoć wykradł im sekret…
                      - Dyscyplinę… nie wiem jak, ale zdołał poznać. - przyznał Toreador.- Tą ze zmianą dłoni w szpony.
                      - Czyli teraz umiałby to?
                      - Widziałem jak pochlastał rozwścieczonego szałem antitribu Brujah, gdy dominacja nad jego umysłem mu nie wyszła. - wyjaśnił Blake.
                      - Och... Mnie tylko cały czas straszył swoją magią…
                      - Coś tam ponoć umie. - stwierdził niemrawo Toreador, choć Ann miała wrażenie, że także on nie widział oszałamiającego pokazu mocy w wykonaniu Cyrila. Czyżby Nadia rzeczywiście miała rację?

                      - Will... - w głosie Ann pojawiła się bojaźń - Czy... Czy on... - plątała się w słowach - Czy on może użyć... taumaturgii? - z jednej strony chciała by Nadia kłamała, ale z drugiej…
                      - No… chyba tak, przecież jest Tremere. Sa z tego znani. Musi umieć, skoro narzekał często, że musi szkolić młodzików podsyłanych mu przez Palaoxa. - odpowiedź Blake’a nie była rozstrzygająca. Zawierała więcej poszlak niż dowodów.

                      W tej sekundzie już wiedziała - Ann nie mogła się doczekać następnego spotkania swojego opiekuna. Musiała mu zadać pytanie o jego magię.

                      - Początkowo często mnie tym straszył. Taumaturgią. Zaskakujące że nigdy sama jej nie zobaczyłam. To już magię częściej widziałam.
                      - Przypominam sobie, że raz… zapalił cygaro towarzyszowi magicznym płomykiem. Ale nic potężniejszego nie widziałem.- wspomniał William w zadumie.
                      - A widziałeś kiedyś jakiś inny użycia dyscypliny u niego?
                      - Poza dominacją i raz tymi pazurami… i tym płomykiem… hmm… nie.- przyznał Toredor.- Cyril jest mentorem i nauczycielem. Nie wojownikiem.
                      - Chyba raz zobaczył mnie tą dyscypliną... żeby lepiej widzieć. - Ann zamyśliła się - A wiesz czy on komuś jeszcze ukradł Dyscyplinę? - młoda wampirzyca wyraźnie była zaciekawiona.
                      - Nie wiem… nie wydaje mi się. - zastanowił się Toreador. - Nie tak łatwo poznać sekrety czyjejś dyscypliny.

                      - Wszyscy Toreadorzy są tak szybcy jak ty? To Klanowa umiejętność? - zapytała z ciekawością uczącego się dziecka.
                      - I tak i nie. Wszyscy Toreadorzy mogą opanować taką nadnaturalną szybkość, ale nie każdemu się udaje. Każdy z nas ma pewne predyspozycje co do jednych dyscyplin i problemy z opanowaniem innych. To kwestia nastawienia i psychiki. Ty jesteś wojowniczką, więc subtelne dyscypliny mogą być dla ciebie problemem.- objaśnił William.
                      - Moje Dyscypliny nie potrafią sprawić nikomu krzywdy. Nawet te cienie... krzywdzić kogoś nimi jest bardzo ciężko, wymaga to wprawy i skupienia. Choć nadają się do rzeźbienia nimi. - uśmiechnęła się mówiąc to.
                      - Nauczyłaś się odporności na ciosy bardzo szybko. To też o czymś świadczy.- odparł ciepło poeta.
                      - Pewnie klanowy opanowałby ją szybciej. - westchnęła - Nie była bardzo skomplikowana podczas nauki. Dało się szybko ją opanować.
                      - A może Garry jest lepszym nauczycielem niż mogłoby się wydawać? - zapytał retorycznie Kainita.
                      - Możliwe... Choć jego tłumaczenie o Nirvanie wcale mi nie pomogło. - zaśmiała się - Przetłumaczyłam sobie to sama po prostu na bardziej zrozumiały dla mnie język.
                      - Tylko nie mów o tym Garry’emu.- odparł z uśmiechem Blake.

                      - Sądzisz, że kiedy będę mogła znowu rozmawiać z Lukrecją?
                      - Dajmy jej kilka nocy na przetrawienie tej urazy. Z trzy, cztery…- zastanowił się Toreador.
                      - Crybaby... - mruknęła.

                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • AbishaiA Niedostępny
                        AbishaiA Niedostępny
                        Abishai jako XXI
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                        #69

                        Była pożerana przez płomienie, zamknięta w drewnianej trumnie. Było gorąco i bolało, tak strasznie bolało. Ann krzyczała o pomoc, ale syk płomieni musiał zagłuszać jej głos, albo… bracia nie chcieli jej słyszeć. Bo ona ich słyszała. Ich przytłumione głosy pełne udawanego żalu. Ich słowa o tym, że zawsze chciała być skremowana po śmierci. Ale przecież… żyła!
                        Cóż… detal bez znaczenia. Dla nich.

                        Ann krzyczała, wołała choć szybko straciła nadzieję nadzieję na reakcję swoich braci. była dla nich jedynie problemem. zawadą stojącą na drodze do pieniędzy. Nie istniała w pierwotnych planach, a choć jak się urodziła oni wciąż byli dziećmi, to gdy dorośli zorientowali się jakie generuje problemy niechciana siostra. Jak więc mogli teraz chcieć jej pomóc? Nie bądź głupia Anabelle.
                        Następnie zaczęła wołać Cyrila, ale dla niego przecież była tylko narzędziem. Jak mogła zakładać że on naprawdę spowoduje dla siebie niewygodę jeżeli miałby pomóc bez wynagrodzenia?

                        On cię nie kocha, Annabelle. nie jesteś mu jak dziecko, nie ma w nim prawdziwej troski. Dba o ciebie tak długo, jak jesteś dla niego użyteczna.
                        Dokładnie jak bracia.

                        William się już obudził. Vincent również, rysował coś w szkicowniku popijając kawę. Uśmiechnął się do Ann, gdy ją zauważył, ale nie odezwał się. Był wyraźnie zajęty. Więc… nie mógł pilnować krwi Tzimisce, prawda? Ta myśl umknęła zanim zdążyła się pojawić. Bowiem Toreador się pojawił mówiąc do niej.

                        - Larry dzwonił. Wkróce tu będzie.

                        I Larry rzeczywiście wkrótce się pojawił. W typowym dla siebie stylu. Uzbrojony po zęby i w hummerze. Brudnym i nieco zaniedbanym i załadowanym bronią na pace. Do tego miał Raze’a… gangrel miał kwaśną minę. Wysiadł z wozu zapewne zastanawiając się “w co ja się wpakowałem ?” .-|
                        Larry na widok wychodzącej dwójki Kainitów rzekł wesoło.

                        - Jesteś gotowa ? Jak widzisz… wózek mam pierwsza klasa, towarzystwo nieco kwaśne, ale i zabrałem zabawki. Na wypadek, gdyby nie było nudno.- uśmiechnął złowieszczo, z pewnością licząc na to, że nie będzie.

                        Ann spojrzał z radością na Williama.

                        - Czyli pogodziłeś się! - utuliła mocno Toreadora - Nie panikuj o mnie.
                        - Nie będę ci niczego narzucał.- odparł Kainita. - Z Larrymi z Razem powinnaś być bezpieczna. Jeden będzie robił za żywą tarczę, a drugi dopilnuje byś cało wyszła z opałów. No i Joshua będzie.

                        Caitiffka zabrała swój sztylet i pistolet aby stawić się już gotowa na misję.

                        - Mam nadzieję że będzie emocjonująco. - odezwała się z ekscytacją do Larry’ego.
                        - Ja też… ruszamy?- odparł z gorączkowym podekscytowaniem w głosie Brujah, co tylko spotkało się z cichym westchnięciem rezygnacji ze strony Raze’a.
                        - No jasne! - Ann ruszyła za Larrym zerkając na Raze’a.
                        - A z tobą co? - zapytała szeptem Gangrela.
                        - Poważnie rozważam swoje wybory życiowe. - przyznał Raze.
                        - Może będzie fajnie. - odparła dziewczyna.
                        - Może… wsiadajmy.- odparł Gangrel uśmiechając się lekko.

                        I po chwili… wyruszyli.

                        Podczas drogi Larry entuzjastycznie opowiadał o różnych walkach jakie stoczył w NY. Głównie z Sabatem, ale nie zawsze. Wyłaniał się z nich obraz Kainity, który choć był wprawny w walce, tylko jakimś cudem dożył obecnej nocy. Więc to pewnie gryzło Raze’a. Lekkomyślność Larry’ego mogła ich wpakować w konflikt z przeciwnikiem znajdującym się w lepszej pozycji taktycznej. Jadąc nocną drogą, mijali leśne ostępy. Ann odruchwo rozglądała się za szpiegami Diabła Weneckiego. Od owej pamiętnej nocy nie minęło wiele czasu i miała obecnie wrażenie, że jego konstrukty gdzieś tam siedzą ukryte i śledzą ją.

                        Wkrótce dotarli na miejsce. Tam już był szeryf przy wozie policyjnym, za którego kółkiem siedział jego ghul zastępca. Oraz limuzyna Giovanni, prawdopodobnie z obu Giovanni w środku. Larry zatrzymał się na poboczu i rzekł do pozostałej dwójki.

                        - Idźcie się przywitać, ja sobie zabawkę wybiorę z tyłu.

                        Ann szybko wysiadła z wozu i od razu ruszyła do Joshui.

                        - Jesteśmy pod obserwacją. - powiedziała na wstępie.
                        - Jesteś pewna?- zapytał Smith rozglądając się dookoła. Raze podążył za Ann w milczeniu i wydawał się zaskoczony jej słowami na równi z Joshuą.
                        - Nowy Jork nauczył mnie ufać swojemu wrażeniu bycia obserwowanym. To bardzo przydatne dla kundli. - wyjaśniła - Witaj, Książę.
                        - No cóż… ja tam nikogo nie widzę.- przyznał Smith i westchnął - Nie ma to chyba znaczenia. Jeśli ruszylibyśmy polować na nich… musielibyśmy się rozproszyć i ułatwilibyśmy im zadanie. Pozostanie więc być czujnym.-
                        - To prawda… długo jeszcze musimy czekać?- spytał Raze.
                        - Bliźniak jest w stałym kontakcie z ich opancerzoną furgonetką. Pieniądze tu jadą. - przyznał Smith.- Jesteście gotowi na wszystko?
                        - Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że to wszystko może być jedna wielka podpucha i tak naprawdę on nie zamierza się wysilić i tu przybyć? Albo wykona jakikolwiek plan ma gdzie indziej? - zauważyła.
                        - Dopóki nie będzie tykał moich podopiecznych, mam głęboko w dupie co planuje Tzimisce, to zmartwienie Giovanni… nie nasze. Naszym są…- westchnął ciężko Smith.- Maski.
                        - Jakie maski? - spytał Raze.
                        - Prawdopodobnie użył zawartości szkolnego kantorka i swojej wiedzy do przerobienia części ghuli na rodowitych mieszkańców Stillwater. Kogo konkretnie zmienił, tego wąż nie wie. Gad nie ma aż tak dobrego wzroku.- westchnął Smith.
                        - Czyli mamy zgodę ubić każdego mieszkańca, którego zobaczymy na terenie? - Ann wydawała się zadowolona taką możliwością.
                        - Wątpię by Tzimisce poświęcił tyle czasu i wysiłku, tylko po to, by posłać ich na rzeź rzucając ich na nas. Możliwe natomiast, że ma ukrytych szpiegów w naszej społeczności.- westchnął szeryf.
                        - Nawet ty możesz być Tzimisce! - zauważyła.
                        - Nie sądzę by udało się mu dopaść i zmienić wampira.- westchnął Kainita.- Taką nieobecność byśmy szybko zauważyli. A ostatnio nikt nie zniknął bez śladu na kilka nocy. Tu raczej chodzi o śmiertelników.
                        - To teraz pozostało nam oczekiwać…
                        - Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie gła…- zaczął mówić Joshua, po czym spojrzał na obwieszonego bronią Larry’ego, który podchodził do nich.
                        - Może już zajmę jakieś stanowisko strzeleckie, co? - zapytał wesoło Larry podchodząc do Kainitów.
                        - Przynajmniej ty się dobrze bawisz…- mruknął Smith przyglądając się Brujahowi.

                        Ann tak, że wyglądała na kogoś kto dość dobrze bawi się w tej sytuacji.

                        - Będzie ciekawie.
                        - Oby nie…- odparł Smith drapiąc się po karku. - Nie jestem pewien czy chciałbym się teraz zmierzyć z Vozhdem, którego widziałaś. Nie wiem co potrafią Giovanni, ale ja lepiej bym się czuł mając Nadię pod ręką, lub choćby tego ludzkiego maga.
                        - Z czym? - zapytała zdziwiona.
                        - Ten olbrzym z rogami jelenia, którego widziałaś. To vozhd był właśnie. Oni lepią takich gigantów… takie gigantyczne stworzenia i używają do walki.- wyjaśnił Smith.- Widziałem coś takiego w mrokach Gettysburga. Widziałem co zrobiło z oddziałem piechoty... masakra to najłagodniejsze z określeń jakie mógłbym użyć.
                        - A mimo to Sabat przegrał?- zdziwił się Raze. Smith zaś rzekł wzruszając ramionami. - Tremere okazali się lepsi w magii. Tak sądzę. Nie wiem czemu Lee ostatecznie przegrał.
                        - Lee?
                        - Generał Robert Edward Lee. Głównodowodzący siłami konfederatów z czasów wojny secesyjnej. - wyjaśnił Smith.
                        - Twój oponent czy dowódca?
                        - Nasz generał.- odparł dumnie Smith. - To był zaszczyt, służyć pod nim. Trochę mniej zaszczytne było to, pod kim służyłem będąc wtedy w Sabacie. Ale to dawne dzieje, niewarte rozpatrywania.

                        Nagle limuzyna Giovanni ruszyła z kopyta, a telefon szeryfa zadzwonił. Ten sięgnął po niego i po chwili kiwania głową.- Tak. Jasne… już.-
                        Spojrzał na Kainitów dookoła niego dodając.- Ruszamy natychmiast. Furgonetka została zaatakowana. Wzywają pomocy.
                        Wampirzyca wiedziała, przecież o tym mówiła.

                        - Spodziewać się, że coś zechce nas zatrzymać przed opuszczeniem tego miejsca! - odezwała się stanowczo nie zważając w tym momencie na swój status w tej akcji - Larry, jedziemy! - pobiegła w stronę samochodu Brujah - Będziesz miał szansę pokazać mi szaloną jazdę!

                        Dopadła do wozu razem z wesołym szaleńczo Larrym, wsiadła obok niego, Raze za nim. Ruszyli z kopyta, by pośpieszyć na pomoc furgonetce. ścigając się z wozem policyjnym i próbując dopędzić zaskakująco szybką limuzynę Giovanni.

                        Pojazdy jechały z rykiem silników. Nic nie wyskoczyło. Żaden potwór, żadna kreatura Tzimisce nie zdecydowała się przeszkadzać im w tej szaleńczej jeździe. Trzy auta tarasowały drogę na całej szerokości. Sytuacja wręcz prosiła się o wypadek na leśnej drodze. Dobrze więc że siedziała w lekko opancerzonej terenówce.

                        https://www.youtube.com/watch?v=9oZ2XNzVg9w

                        A propo opancerzonych pojazdów… właśnie jeden wyjeżdżał pędząc w pośpiechu i przez specjalne szczeliny ostrzeliwując licznych napastników.

                        Nieoznakowana, opancerzona maszyna świadczyła o bogactwie klanu… niemniej teraz stanowiła ruchomy taran zmierzający wprost na trójkę samochodów. Za wozem i z obu stron zaś poruszało się stado… napastników. Nie były to jednak konstrukty Tzimisce, tylko liczny gang motocyklowy.

                        Wyli, strzelali i kulom się nie kłaniali. Paru poszarpał ostrzał z pistoletu maszynowego. Dwóch zalało się krwią i przewrócili się wraz motorami na drogę.Trzech… zignorowało dziury w skórzanych kurtkach i uśmiechnęło się szeroko.
                        Wilkołaki albo…

                        - Parszywe wędrowne anarchy…- podsumował Larry wciskając gaz do dechy. - Raze… Ann… strzelać gdzie popadnie. Nie martwcie się… kul nam nie zabraknie.-

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ZellZ Niedostępny
                          ZellZ Niedostępny
                          Zell jako Ann Paige
                          Moderator Obsługa
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                          #70


                          ANARCH MASSACRE


                          Zaszła pewna zmiana w niepozornej do tej pory Caitiffce. Dziewczyna wyraźnie dobrze bawiła się w tej sekundzie, gdy jechali tak wprost na gang motocyklowy, za kierowcę mając Larry’ego. Wyraźnie rozbudzone emocje nakręcały jej ryzykowne zachowanie, a brak kontroli w osobie Cyrila tylko pozwalał uwolnić swoje zapędy.
                          Ann wysunęła się przez jedno z okien, aby wycelować w przednie koło jednego z motocykli i wystrzelić bez wahania.

                          - STARANUJ ICH! - krzyknęła do Brujah, a jej oczy błyszczały radością i szaleństwem.
                          - O TAAAK…- wrzasnął głośno Brujah wściskając pedał gazu do oporu. Silnik zaryczał jak bestia, Ann strzelała z pistoletu, Raze z drugiej strony posyłał serie z pistoletu maszynowego celując w tych, którzy próbowali strzelać w ich brykę. Nie wiedziała, czy trafiła… nie miało to znaczenia. Wkrótce z hummer Larry’ego uderzył z impetem w pierwsze motory… jeden wpadł pod, drugi roztrzaskał się o grill i zderzak auta. Ciała, żywe lub martwe uderzyły w maskę i szybę pojazdu i poleciały do tyłu. A potem kolejne zderzenie. Larry nie dbał o nic, krwawy szał zmienił jego śmiech w rechot szaleńca. Jechał na wprost nie dbając o nic, nawet o to, że kolejne uderzenia zmieniły przednią szybę w siatkę pęknięć, przez którą nic nie widział. Dopiero gdy wóz nie natrafiał na opór, obrócił go gwałtownie o dziewięćdziesiąt stopni zatrzymał.

                          Ann i Raze… mogli wtedy podziwiać jatkę na drodze. Kilkanaście ruszających się ciał… kilka trupów śmiertelników. Limuzyna Giovanni była w rowie. Furgonetka z forsą zatrzymała się blokując drogę i strzelając przez strzeliny.

                          Z limuzyny wysiadł już Szkaradziec i… wysoki mężczyzna w garniturze o bladej i gdzieniegdzie pozszywanej skórze i martwym spojrzeniu. Był to prawdziwy osiłek za życia… teraz poruszał się powoli i niezgrabnie… i mając za nic wystrzeliwane kule. Po prostu… szedł.
                          Szkaradziec biegł wzbudzając zaskoczenie i lęk swoim wyglądem. Nie miał broni, nie potrzebował. Ignorujac strzelającego wampira chwycił go za dłoń z rewolwerem, sparaliżował jakoś… potem cała ręka wampira zwiotczała i uschła… jakby Szkaradziec pozbawił ją wszelkiej wilgoci. Szkaradziec urwał ten wyschnięty kikut chwycił za szyję… i po chwili urwał Kainicie głowę. Truposz, który mu asystował był mniej subtelny, ale równie skuteczny, chwycił strzelającego w niego Kainitę i przycisnąwszy do ziemi samą swoją siłą, uderzał pięścią w twarz aż ta zmieniła się w krwawą miazgę, a wierzgający Kainita przestał się ruszać.
                          Giovanni nie bez powodu przerażali.

                          Sam Książę wysiadł z limuzyny i wraz z zastępcą prowadził ogień ciągły używajac śrutówki… jedną ręką, drugą korzystał z policyjnego radia. Pewnie zajęty był wzywaniem posiłków. Co nie zmieniało faktu, że z bliskiej odległości wybijał bronią spore dziury w ciałach napastników, odstrzeliwał kończyny powalając na ziemi. Mało efektowne, bardzo skutecznie.

                          Ann dostrzegła też lidera całej tej napaści.

                          Półnagi, chudy Kainita wydawał polecenia siedząc na motorze, otoczony przez uzbrojoną świtę.
                          Stał na środku drogi i nie przejmował się tym, że jego plan się posypał.

                          - Zabić ich wszystkich. Żadnych świadków! - wrzeszczał.

                          Wskazał palcem na wóz Larry’ego i wrzasnął.

                          - Zabić ich moje furie.-

                          Szóstka wampirzyc na motorach ostrzeliwująca dotąd furgonetkę ruszyła teraz w kierunku hummera z Larrym, Razem i Ann.

                          - Wkurzyli mnie…- syknął Raze wychodząc z auta i zdejmując kurtkę.

                          Jego ciało zaczęło się zmieniać, pysk wypełniały zwierzęce kły, dłonie zmieniały się w łapy, a ciało porastać zaczęła sierść.

                          - Cool... - Ann szepnęła pod nosem i sama wyszła na zewnątrz jak i Raze. Niedawna gorączka wrażeń niechętnie ustąpiła miejsca zrozumieniu powagi sytuacji. Musiała dostosować swoje działania do własnych możliwości. Skryła się za pojazdem, aby w spokoju ukryć swoją obecność za osłoną niewidzialności. Może ten sposób walki nie był najbardziej szlachetnym, ale nie mogłaby mniej się tym przejmować. Niech inni narażają skórę i walczą twarzą w twarz z Anarchami. Ann miała zamiar w ukryciu czekać odpowiedniej sytuacji, aby zaatakować szefa tego gangu motocyklowego i skoczywszy na niego od tyłu wbić mu krwiożerczy sztylet w kręgosłup. Niech inni odwalają ciężką pracę. Ona zgarnie nagrody.

                          "Uczciwa walka jest dobra tylko dla przegranych." pomyślała głaszcząc ukryty w pochwie sztylet.
                          |-Larry wyskoczył z wozu gdy “furie” były blisko. Zaczął śmiać się jak szaleniec i strzelać z dwóch kałasznikowów trzymanych po jednym w każdej ręce. Grad kul wbijał się w ciała wampirzyc, niszczył ich motocykle. Dwie upadły, pozostałe zbliżył się do Larry’ego na tyle że ten skoczył ku jednej porzucając broń palną i sięgając po nóż. Zderzył się z nią i powalił na ziemię zrzucając ją z motocykla. I upadając na nią… wrzasnęła z bólu, gdy upadający na nią Kainita zmasakrował jej żebra. Pozostałe siostry rzuciły się jej na pomoc. Ale jedna została powalona również… tym razem dużą czarną panterę . Nieludzko szybką czarną panterę którą teraz był Raze.

                          Szkaradziec tymczasem zmierzał do szefa bandytów od niechcenia makabrycznie zabijając tych, którzy stanęli mu na drodze. Ich wysuszone kończyny, oderwane głowy… zniechęcały młodych Kainitów do zadzierania z tym potworem. Woleli atakować podążającego za nim nieumarłego osiłka, który jeśli zabijał, to konwencjonalnie.
                          Uzbrojony w policyjną pałkę książę Stillwater rzucił się do walki przeskakując nad pojazdem policyjnym i zostawiając wsparcie ogniowe w dłoniach ghula. Kilka kainitów ruszyło ku niemu, nie mając pojęcia że popełniają ostatni błąd w swoim nieżyciu. Pałka policyjna Joshui nie była ebonitowym cywilizowanym wynalazkiem do pacyfikowania tłumów. Brujah używał broni wykonanego z solidnego materiału i zadawane przez nieco z olbrzymią siłą ciosy, miażdżyły żebra, roztrzaskiwały czaszki i łamały kręgosłupy. A że Brujah był wyjątkowo szybki i silny, Ann nie dostrzegała nic poza rozmazaną sylwetką, odgłosami pęknięć i osuwającymi się trupami.

                          - On jest mój! - wrzasnął do Joshui Szkaradziec, obawiając się że Książę dotrze do przywódcy anarchów pierwszy.

                          Dziewczyna powoli przybliżała się do szefa anarchów, jednocześnie będąc w podziwie zdolności Giovanniego i Księcia. Nie zniechęciło to jej to do dobrania się do tego anarcha jako pierwsza, nawet jeśli Szkaradziec miałby jej to za złe. Gdy zobaczyła że nie ma sensu podchodzić powoli, sama też przyłączyła się do wyścigu chcąc od tyłu wbić sztylet anarchowi.
                          Została zauważona… kule poleciały w jej kierunku. Świta bladolicego była czujna… i celna. Kilka bolesnych trafień w jej ciało potwierdziło, że przynajmniej kilku z nich włada Auspexem.
                          Za sobą słyszała krzyki, potępiencze śpiewy, ryki pantery… i dźwięk czaszek rozstrzaskujących się o bruk. Larry szalał osłaniany przez panterę… kolejne furie ginęły.

                          Część świty bladolicego oderwało się i ruszyło by powstrzymać Joshuę pędzącego ku szefowi bandytów. Dwóch strzelało do Ann, reszta… podążyła za swoim wodzem. Bladolicy widząc porażkę swoich planów, śmierć swoich podwładnych… nie zamierzał tonąć wraz ze statkiem i ruszył z kopyta na swoim motorze prosto w las… a trójka Kainitów podążyła za nim, również na motorach.
                          Młoda wampirzyca była po prostu wkurzona na sytuację. Nie dojść że czuła ból obrażeń, to jeszcze miała nic z tego nie otrzymać?!
                          Nie miała jednak wyjścia. Ignorując rany Postarała się znajdować blisko pantery i szalonego Larry’ego, aby strzelać chroniona przez nich... czy raczej przez tarcze z ich ciał.
                          Trafiła jednego… celnie w oko, powalając na ziemię. Mogła być z siebie dumna. Niemniej sytuacja jakoś nie napawała ją dumą. W jej kierunku gnały dwie powalone wcześniej “furie”... lecz nie były zainteresowane samą Ann, tylko dwoma potworami które skutecznie mordowały ich siostry.

                          Joshua na moment został zatrzymany przez nacierających na niego motocyklistów. Na moment tylko.. już jeden z nich padł na ziemię z jednej strony motoru, a jego serce pozostało w dłoni księcia Stillwater. Było widać że kupują czas uciekającemu księciowi. Słychać też było odgłos nadjeżdżającej furgonetki. Oto miejscowa Tremere wraz ze swoim sługusem przybywały z odsieczą.
                          Szkaradziec dopadł zaś jednego z motorów, który wydawał się zdatny do jazdy i próbował go uruchomić… zapewne by pojechać za oddalającym się szefem bandytów i jego świtą.

                          Ann prychnęła z irytacją, jedynie mogąc oczekiwać, że Nadia podejmie pościg.
                          Nadia przejechała pomiędzy pojazdami z trudem. A Charlie zaczął używać płomieni na wrogich Kainitach, wywołując popłoch. Furgonetka wampirzycy przejeżdżała z trudem po wybojach jakimi były martwe i czołgające się wampiry dobijając je. Było widać, że Nadia w pościg nie ruszy… bo nie bardzo miała czym. Jej pojazd się do tego nie nadawał. Za to ruszyli Joshua, ze Szkaradźcem. Książe na piechotę, a Giovanni na uszkodzonym motorze. Obaj zagłębili się w ostępy ciemnego lasu podążając za światłami motorów należących do bladolicego i jego świty.
                          Gdy pojawiły się płomienie krzeszone przez Charliego, Ann zaczęła panicznie strzelać w jego kierunku jednocześnie uciekając.

                          - Charlie daj spokój... później popalisz.- odezwała się Nadia ruszając pojazdem w celu dobicia Kainitów walczących z umarlakiem od Giovanni. Zabawę z “furiami” zostawiła Larry’emu i Raze’owi. Larry cały pokryty był już krwią… nie swoją oczywiście, rozrywając gołymi rękami na strzępy kolejne Kainitki… było widać, że zatracił się walce. I pewnie dlatego czarna pantera chyłkiem się wymknęła co by przypadkiem szalony Brujah nie zaatakował jej.

                          Ann natomiast skryła się w najbliższej kępie roślinności, zakrywając się całkowicie i narzucając na siebie cienisty całun, niczym przerażone zwierzątko nieruchomo chowała się.

                          Bitwa się… skończyła. Cała ulica była czerwona od wampirzej i ludzkiej posoki. Nie było śladu po księciu i Szkaradźcu. Jeszcze nie wrócili ze swojej wycieczki. Larry oddychał ciężko, siedząc przy swoim hummerze wśród zmasakrowych trupów. Drugi Giovanni wyszedł ze swojej limuzyny i oceniał uszkodzenia swojego truposza, wymieniając kurtuazyjne uwagi z Nadieżdą. Tremere oceniała zaś sytuację zapisując coś w podręcznym notatniku. Zastępca szeryfa zamówił zamknięcie tego odcinka drogi z powodu… wypadku. A Raze… w kociej postaci węsząc szukał Ann.
                          I odnalazł ją choć wymagało to zdjęcia zasłony cieni, aby mógł dobrze zobaczyć dziewczynę. Było widać, że wampirzyca była po prostu przerażona, nie nadnaturalnie, ale ze zwykłej traumy. Nie odzywała się i lekko cała drżała patrząc szeroko otwartymi oczami.
                          Duży kot po prostu przysiadł obok niej i nic więcej nie robił… poza okazjonalnym lizaniem łapy.
                          Ann zdawała się nie zwracać uwagi na swoje obrażenia jedynie rozglądając się płochliwie za swoim oprawcą. Kiedy w końcu zauważyła Charliego... po prostu zerwała się z miejsca i ruszyła na niego z chęcią ataku.
                          I została natychmiast powalona przez Raze’a, a następnie dociśnięta przez ciało dużego kota do ziemi, to jedynie spowodowało jęknięcie rozpaczy dziewczyny, która nie mogła się w żaden sposób uwolnić i została zmuszona do uspokajania się w bezruchu.
                          Do którego dołączyła niema irytacja.

                          Minęło trochę czasu, nim kocur zsunął się z dziewczyny. Przez ten okres Nadia uporządkowała pobojowisko. Najpierw rękami Charliego i Larry’ego. A potem z pomocą ghuli Smitha. Póki co, ani Książę ani Szkaradziec nie wrócili. A drugi Giovanni w końcu wyszedł z limuzyny i w towarzystwie truposza oraz ochroniarza/kierowcy rozmawiał z podwładnymi z opancerzonej furgonetki.
                          Ann mruknęła z irytacją, gdy zobaczyła, że jej nadnaturalna zdolność leczenia ran zdążyła już zamknąć kule, które pozostały w ciele po postrzałach. Będzie musiała się tym zająć lub zaciągnąć nawet Clyde'a do pomocy. Ten drażniący ból martwego ciała bynajmniej nie poprawiał jej fatalnego już nastroju.
                          Raze zaczął wracać do ludzkiej postaci, co wiązało się z pewnym niekomfortowym faktem. Był nagi i cóż… jego przyjaciółki musiały żałować, że jest martwy. Bo miał się czym pochwalić.

                          - Już ci lepiej? - spytał Kainita.
                          - Tak... - westchnęła - Choć i tak jestem zdenerwowania…
                          - Zauważyłem… - stwierdził Raze i spojrzał na ulicę, na której to środek spędzono trójkę napastników, którzy przeżyli tę jatkę. O dziwo… jedna z furii przetrwała szał Larry’ego. Kosztem obu nóg i ręki… ale to detal.
                          - Larry chyba przeoczył.
                          - Taaa… ale i widać się dobrze bawił.- odparł Gangrel spoglądając na zadowolonego z siebie Kainitę dosłownie skąpanego we krwi wrogów.
                          - On chyba używa spluw w ramach gry wstępnej.- ocenił Raze.
                          - Używa ich póki ma nad sobą kontrolę czyli krótko. - stwierdziła.
                          - Nie dziwię, że go tu wysłali. Wyobraź sobie taką grasującą bestię na ulicach Nowego Jorku.- stwierdził ze śmiechem Raze. - A to nas śmią nazywać zwierzakami.
                          - Cóż... twoja zmiana w panterę nie sprawiła, że nie mają racji. - uśmiechnęła się lekko.
                          - Możliwe że tak.- przyznał Raze.- Ale cóż… w jestem w tym dobry, aczkolwiek… takie rzeczy lepiej robić bez ubrania.
                          - Powiedz mi czy zyskujesz także zwierzęce nawyki po zmianie? - zapytała zaciekawiona.
                          - Nie… nie jestem wilkołakiem… to tylko forma, którą przybieram. - odparł rozbawiony tym pytaniem Raze.
                          - Czy ta zmiana cię boli? W końcu zmieniasz całe ciało jego formę.
                          - Nieszczególnie… Taki jest plus bycia nieumarłym.- uśmiechnął Gangrel.- Mało co cię naprawdę boli.
                          - W sumie racja. Aktualnie kule będące w moim ciele bardziej mnie irytują niż bolą. Trochę powodują sztywność przy niektórych ruchach, ale tylko tyle.
                          - No właśnie… bycie wampirem ma swoje zalety… nieprawdaż?- rzekł przyjaźnie Raze przeciągając się.
                          - Ma... - spojrzała w stronę lasu - Myślisz, że kiedy wrócą?
                          - Nie wiem… może trzeba było ich poszukać. Z drugiej strony twój książę nie wydawał się osobą, która nie potrafi o siebie zadbać. - odparł z uśmiechem Raze rozważając różne możliwości. - A to w większości byli młodziki… najwyżej dekada życia jako Kainici.

                          Ann przysunęła się bliżej nagiego wampira, aby wyszeptać mu do ucha.

                          - Nasz książę na początku nakopał Larry’emu. Na śliwkę.
                          - Serio? Nie podejrzewałbym go aż o taką siłę. - Gangrelowi wyraźnie to zaimponowało.
                          - Wygląda dość niepozornie, prawda? I ma naprawdę spokojną naturę. - przyznała Ann.
                          - Ponoć istnieją tacy Brujah… ale nie w Nowym Jorku.- zamyślił się Raze.
                          - W Nowym Jorku... to są po prostu szaleńcy pokroju Larry’ego. Ich Primogen musi być naprawdę niebezpieczny.
                          - Taaa… poplecznicy Grozy w Nowym Yorku to bandziory… nie wojownicy. I nie mają nic wspólnego z Larrym. - wyjaśnił jej Kainita.
                          - Jeszcze mniej z Joshuą. - dodała - Czy twój Primogen naprawdę jest taki agresywny jak mówią?
                          - Ma dużo na głowie.- wyjaśnił Raze.- Jest pod presją faktu, że tracimy teren i znaczenie wśród Klanów. I nie ma na to łatwego rozwiązania.
                          - Czyli to prawda co o nim mówią. - pokiwała głową - Tak samo agresywny jak Brujah z miasta?
                          - Jest szorstki… ale nie agresywny.- zaczął go bronić Gangrel. - Po prostu nie owija prawdy w dyplomatyczne pitu pitu jak Ventrue czy Toreadory.
                          - To nie brzmi tak źle. - uśmiechnęła się - takie podejście przynajmniej pozwala ci zobaczyć z kim tak naprawdę masz do czynienia i czego od ciebie chce.
                          - Jest pyskaty… - zaśmiał się Raze i spojrzał na Ann.- … ale nie jest okrutnikiem. Jeśli nie wierzgasz przed nim jak nowo przebudzony Brujah… to nie wrócisz do trumny bez żuchwy.
                          - A czy to prawda... - zniżyła głos - że nie jest... postawny? Wysoki?
                          - No… tak…jest niski. Nie rozpoznałabyś w nim Primogena. Nie promieniuje od niego charyzmą. Wiesz… to Kainita żyjący blisko ulicy, jak większość naszego klanu w Nowym jorku.- potwierdził Raze.
                          - Ale posiada jakieś droższe schronienie, jak to inni przedstawiciele klanów?
                          - Nie Lucius. On woli unikać wygód. Ma bezpieczną kryjówkę, ale…- machnął ręką Raze.- Ja mieszkam lepiej od niego.

                          -Prawdopodobnie i lepiej ode mnie... - wtrąciła gorzko.

                          - Mogłabyś się zdziwić… Według Luciusa wygody czynią miękkim, więc ich unika. - zaśmiał się Kainita.
                          - A jak jest tobą?
                          - Ja jestem bardziej elastyczny i nie odrzucam wygód. Z drugiej jednak strony, mój twórca nie pochodzi z Nowego Jorku i miał trochę inne podejście do stylu życia naszego klanu.- wyjaśnił Gangrel.
                          - Dobrze żyłeś ze swoim Stwórcą?
                          - Tak sobie… Był dobrym facetem, trochę narwanym jak… Larry. Zginął w walce z Sabatem, zabrał ze sobą sześciu na tamtą stronę. - wspominał Raze, gdy pojawiły się kolejne wampiry. Tym razem goście z klanu Malkavian.

                          Ann spojrzała w stronę Malkavian.

                          - Może znowu coś się dzieje. - mruknęła obserwując obu z nich.

                          Salvatore wydawał się przytłoczony widokami. Najwyraźniej nie miał doświadczenia z takimi widokami. Co innego Gorgon… wylądował na czworaka i zaczął wąchać ślady krwi i smakować językiem rozlaną posokę.

                          - Głodny? - Ann ruszyła w kierunku Malka i odezwała się do niego głośno.
                          - Hmm… też… ale ta krew… wabi strachem, emocjami, bólem… przelana w boju… śpiewa.- mruknął z wesołym uśmiechem Gorgon, a jego “opiekun” westchnął.- Nie przejmuj się nim… niech robi co chce. Byleby przestał mi wyrzucać, że go tu nie było… -
                          - Jestem zabójcą… co ze mnie zabójca, gdy nie ma mnie podczas okazji do zabijania? To marnowanie mojego potencjału… ooo… tu czuć panikę.- marudził tymczasem Gorgon. Raze zaś skorzystał z okazji, by pognać kurtkę którą porzucił przed przemianą. A pozostała w wozie Larry’ego.
                          - i tylko dlatego się tu zjawiliście? - zatrzymała się przed Salvatorem.
                          - Na szczęście Gorgona łatwo zadowolić. Wyobrażasz sobie ten horror? Znudzony seryjny morderca? - zapytał retorycznie Salvatore, a Gorgon odezwał się.- Za - bój-ca… zabójca… żaden morderca. Seryjny zabójca. Bardzo poważnie traktuję swoje powołanie. Ku chwale Karalucha!
                          - Ku chwale Karalucha.- westchnął smętnym głosem drugi Malkav.

                          Ann odciągnęła Salvatore na bok.

                          - Czyli jesteś jak ja! - szepnęła dość podekscytowanym głosem.
                          - Też porzucony… też… zaszczuty…- westchnął Kainita wspominając. - Zwiałem do kanałów ścigany przez… nie wiem… albo pieski Grozy, albo Sabat. Nie wiedziałem kto… cóż… znałem jej imię, tej suki… równie fałszywe jak jej imię… aktywa… uśmiech… cycki pewnie też miała fałszywe. - stwierdził Stefan w irytacji.
                          - Kiedy zostałeś Przemieniony?
                          - Sześć lat temu? Gdzieś koło tego.- zastanowił się Kainita.- A ty?
                          - Niecałe dwie dekady temu. Dzieciak jesteś. - wyraźnie zażartowała.
                          - Taaak… często mi to mówią. Ale za to utalentowany.- przyznał z dumą Salvatore.- I nawet nienajgorzej być Malkavianem.-

                          Zwłaszcza, gdy nie ma się ich klanowej wady.

                          - Chociaż Ty przynajmniej masz większe zrozumienie kto cię zmienił. I w sumie nie musisz tego ukrywać tak bardzo. - westchnęła - Być zmienionym przez kogoś z Sabatu to nie jest powód do dumy.
                          - Nie mam pojęcia w sumie. Nikt w Nowym Jorku nie słyszał o Simone Mallory.- odparł cicho Salvatore.
                          - Są pytania na które lepiej nie znać odpowiedzi.- wtrącił Gorgon.- …hmm… poziomki.
                          - Pozbieraj poziomki. - mruknęła do Gorgona chcąc dać mu zajęcie - Ja bym chciała poznać odpowiedzi. - stwierdziła zwracając się do Salvatore - I natłuc Rodzica za porzucenie. - westchnęła - Umysł nie pamięta dobrze, ale ciało nosi dowody.
                          - Z pewnością nie warto mieć do Rodzica żal o to, że nie robisz maślanych oczek do niego. Ci z Sabatu nia są…- farbowany Malkav nie zdążył odpowiedzieć, bowiem ich uwagę przyciągnęli wracajacy razem na jednym motorze… Szkaradziec oraz Joshua. Wyglądało na to, że nie dopadli bladawca i jego świty, co mogło dziwić. Szkaradziec wydawał się zdeterminowany dopaść ich za wszelką cenę.

                          Dziewczyna spojrzała z ciekawością na powracających.

                          - Są słodcy, prawda? - zaśmiała się cicho do wampira - To prawie wygląda jak powrót zakochanych. Trochę niepokojące tylko, że to nasz książę jest na dole.
                          - Eche…- Salvatore nie wydawał się przekonany co do takiego porównania. - Miny mają nietęgie… zwłaszcza Szkaradziec. -

                          Kainici zsiedli z motoru i rozdzielili się. Giovanni poszedł do swoich, a książę zebrał drużynę mówiąc.

                          - Koniec walki na dziś.- rzekł Joshua.- Moi ludzie dokończą obowiązki. Larry i Nadia zabierzcie jeńców do Elizjum. Larry twój samochód jeździ jeszcze? -
                          - Powinien.- ocenił Kainita.
                          - Raze pojedziesz nim.- zadecydował książę. - Na tyły “Róży”.
                          - Ten ekshibicjonista na motorze rzucił innych, a sam uciekł? - zapytała Ann.
                          - To strategia moja droga… generał jest zawsze wart więcej niż jego żołnierze. - wyjaśnił pokrótce Smith.
                          - A w ogóle próbował z wami walczyć?
                          - Nie… i nie znał za dobrze okolicy. Wjechał na teren szpitala wraz swoimi ludźmi.- wyjaśnił krótko Smith.
                          - Do szpitala?- zapytał zdziwiony Salvatore, uprzedzając Raze’a.
                          - Więc co mamy zamiar teraz zrobić? - zapytała Ann - W końcu mamy jeszcze sprawę okupu.
                          - Szpital jest niebezpiecznym miejscem. Tam był magiczny wypadek. W nocy łatwo tam wejść, ale wyjść już niekoniecznie. - wyjaśnił Książę cierpliwie. - Okup Giovanni zabezpieczą w Stilwater. A potem się zobaczy… wymiana prawdopodobnie nastąpi następnej lub kolejnej.-
                          - Szpital… podoba mi się to miejsce. - wtrącił Gorgon, któremu znudziło się wąchanie ulicy.
                          - Przecież jest szansa że i tak ci anarchowie zostaną ubici przez cokolwiek istnieje w tamtym miejscu. Czemu więc się tak przejmujemy? - stwierdziła Ann.
                          - Nie przejmujemy…- stwierdziła Nadia i spojrzała na dwójkę Malkavów i Raze’a. - Ale nie wszyscy tutaj znają naturę szpitala.
                          - Dobra… to wszystko jasne?- zapytał książę.
                          - My chcemy do szpitala.- zażądał Gorgon.
                          - Jacy my, jacy my…- zaprotestował Salvatore.
                          - Nadia… zaprowadź ich do szpitala.- westchnął ciężko Joshua.- Reszta do pojazdów i wynosimy się stąd.

                          Ann podeszła do Raze'a i stwierdziła:

                          - Jadę z wami do Róży.

                          Jakoś dotarli do parkingu na zapleczu Róży, po tym jak usunęli zmasakrowaną przednią szybę. Charlie poszedł powiadomić Lukrecję o sytuacji, a Raze z Ann pilnowali milczących ponuro więźniów.
                          Caitiffka patrzyła z lekkim rozbawieniem na anarchistów.

                          - Chyba nie poszło po waszej myśli, co? - rzuciła w kierunku pokonanych i spojrzała na Raze’a.
                          - Ile byś im dał za zdolności bojowe w skali do dziesięciu?
                          - Bo ja wiem… cztery... pięć góra.- przyznał Gangrel po namyśle.
                          - Czego oni oczekiwali wysyłając takich? Śmiertelnych? - podśmiała się.
                          - Dobre pytanie…- odparł Raze przyglądając się im.- Czego oni się spodziewali.

                          Nie padła odpowiedź, jeńcy uparcie milczeli.

                          - Czyli sami nie wiedzą! - rozbawiona podeszła bliżej jeńców - Nie wiedzą czemu im zebrana nieśmiertelność, bo uciekający tchórzliwie szef jak każdy starszy wampir po prostu rzucił dzieciarnię na pożarcie. - pogłaskała głowę dziewczyny - Biedaczki.

                          Spoglądali na nią z nienawiścią, ale milczeli uparcie.
                          Tymczasem drzwi się otworzyły i wyszła Lukrecja w towarzystwie Miracelli, Charliego i wykidajłów baru. Spojrzała niechętnie na jeńców, mruknęła do siebie.

                          - Larry robi się niedbały.-

                          I gestem dłoni pokazała by ich zabrać.

                          Ann podeszła do odchodzącej Lukrecji, idąc jej krokiem.

                          - Nie chcą gadać i połają nienawiścią, mimo że to ich szef rzucił ich na pożarcie. W sumie dość rozumni. - odezwała się do Ventrue.
                          - Oczywiście, że nie chcą. Tylko to co wiedzą trzyma ich przy egzystencji.- stwierdziła wampirzyca.- Czekają na ofertę w zamian za to co mają do powiedzenia. To nie lojalność, tylko instynkt samozachowawczy.
                          - O ile w ogóle coś wiedzą. Mogą nawet próbować wymyślić, aby tylko ochronić swoją skórę. - wzruszyła ramionami - Temu sama nigdy nie miałam przekazywanych wielu informacji przez Cyrila.lp
                          - Mnie wszystko powiedzą prędzej czy później. O ile zostanie z nich cokolwiek do przesłuchiwania, po tym jak rozmówią się z nimi Giovanni. - odparła beznamiętnie Lukrecja.

                          Młoda wampirzyca milczała przez chwilę.

                          - Nadal się na mnie dąsasz, co?

                          Ventrue spojrzała niechętnie na Ann i spotla dłonie za sobą.

                          - Nie masz pojęcia ani o odwadze, ani o tchórzostwie… tylko o brawurze.-

                          Dodała zimnym tonem.
                          Westchnęła.

                          - Powiedziałam to, gdy mnie zezłościłaś. Zaatakowałaś. - patrzyła poważnie, najwyraźniej silnie to odczuwając.

                          Ventrue odwróciła się ruszyła za jeńcami prowadzonymi przez Miracellę i jej ghule. Nie odezwała się ni słowem. Zimna i obojętna.
                          Ann odprowadziła ją wzrokiem palącym lodem, nim sama ruszyła dalej od Róży. Jeżeli Lukrecja oczekuje na przeprosiny z jej strony lub na wręcz błaganie o wybaczenie... to jej marzenia. Annabelle Baudelaire może błagać tylko jedną osobę. I to nie będzie Ventrue.

                          Do domu wróciła dość późno. Jeden z ghuli Larry’ego wpadł po nią i Raze’a. Gangrel pojechał do sekty Garry’ego. A Ann do domostwa Blake’a. Obecnie przebywał w nim Vincent trochę rozdrażniony… jakoś bez powodu. Siedział w kuchni z notatnikiem w ręku, kawą z jednej a kieliszkiem wina z drugiej strony.

                          - Wyczuwam zakłócenia w mocy… coś się stało?- spytał na powitanie.
                          - O to samo chciałam zapytać ciebie. - usiadła naprzeciw maga - Anarchowie chcieli ukraść kasę Giovannich. Musieliśmy ich zmasakrować. I mam w ciele kule. A co z tobą?
                          - Tooo nie to… musiało się wydarzyć coś innego. - przyznał po namyśle mężczyzna.
                          - Może coś w szpitalu? Malkavianie uparli się by ich tam zabrać i z Tremere pojechali.
                          - Serio?- jęknął wyraźnie poirytowany mag.- To stąd ta sensacja… coś namieszali i jest rezonans.
                          - To stąd ten twój nastrój?
                          - Tak… szpital jest bardzo niestabilny. Obecność ludzi, nandaturali lub ich co gorsza… ich wtargnięcie na teren szpitala, zmienić może całą wewnętrzną równowagę systemu. I wszystko to potem trzeba będzie sprawdzić, wprowadzić poprawki… szlag… trzeba będzie od nowa.

                          Podrapał się po karku. - Szpital jest jakby zamrożonym w czasie i przestrzeni efektem paradoksu. Każda zmiana parametrów, wpływa na niego zmieniając go kaskadowo, aż do następnej stabilizacji. Pieczęcie temu w teorii mają zapobiegać, w praktyce powinny przynajmniej przyspieszać stabilizację, ale nie mogę założyć nowych pieczęci dostowanych do obecnego układu, jeżeli ten się zmienił…-
                          Westchnął ciężko w irytacji i dodał.- Jeżeli nic tego nie rozumiesz, to nie przejmuj się… takie tam moje gadanie do siebie.

                          - A jak z tą krwią którą ci dałam? Odkryłeś coś jeszcze?
                          - Nieszczególnie. Zresztą teraz jej nie mam. William wziął ją do waszej wróżki.- zamyślił się mag.
                          - No tak... - Ann nie wyglądała na pocieszoną - Mam w sumie takie małe pytanie i prośbę do ciebie. Bo wiesz... Chciałbym poznać trochę z okultyzmu... zrozumieć cienie jakie kontroluje... może byś mi... z tym pomógł? - wychyliła się przy stół ku Vincentowi - Jestem bogata.
                          - Ty wiesz że twoje wampirze sztuczki nie mają nic wspólnego z magyią, a tym bardziej z okultyzmem?- stwierdził bardziej, niż zapytał,Vincent. Sięgnął po papierosa i zapalił go mówiąc.- Byłaś bogata, po śmierci to się zawsze zmienia.. zawsze są jacyś… spadkobiercy.-

                          Zaciągnął się dymem.- Jak właściwie mam ci pomóc?

                          - Pomóc to zrozumieć. - odparła wprost - wiem że Kainici mają swoich uczonych, którzy zgłębiają sprawy okultyzmu i niekoniecznie są Tremere. A pieniądze zdobędę w razie czego, czy co innego będziesz tam chciał w zapłacie.
                          - No nie wiem. Nie chodzi o pieniądze… okultyzm to to co uprawia ten wioskowy szaman kręcący się wokół Ravnoski. Są jeszcze wampirze rytuały, ale twoje cienie nimi nie są. Chciałbym ci pomóc, ale… nie wiem czy będę wstanie. Z której strony miałbym to ugryźć? - zamyślił się mag.
                          - Może na początek masz jakieś książki przy sobie, z których poznałabym podstawy? Nie tyle co magii ale działania wampirzych mocy? Kainitów ogólnie? - zamyśliła się - Byłeś zaciekawiony cieniami, gdy ich używałam. Może byś je po prostu zbadał? Nie mam szans dowiedzieć się czegokolwiek moich mocach, jako że zostałam porzucona przez własnego Stwórcę, a moja moc najwyraźniej istnieje tylko w jednym Klanie, którego nie ma w naszej społeczności.
                          - Nie mam książek o wampirach czy wampirzych mocach. Wszystko co o was wiem, nauczyłem się z opowieści wuja i z misji takich jak ta. Uchodzę za specjalistę wśród swoich, ale to nie oznacza, że miałem okazję badać waszą naturę.- wyjaśnił mag.

                          Ann zasmuciła się.

                          - Czyli w ogóle nie mógłbyś mi pomóc?

                          Vincent wypuścił kłębek dymu. - Cóż… nie mogę nic obiecać. Mogę popatrzyć, zbadać różne aspekty twojej natury. Nie wiem czy coś praktycznego odkryję.
                          Ann wstała z miejsca, aby utulić maga i ucałować go z radości zadziwiająco ciepło.

                          - Ale nie dziś… tobie czas się kończy, a ja jestem zmęczony. Jutro… o zmierzchu.- zaproponował mag.
                          - Dobrze! - zgodziła się od razu - Będę molestować cię jutro!

                          - Mam jeszcze takie pytanie... czy poradziłbyś sobie z wyciąganiem kul z ciała? - zapytała nagle.
                          - Znaczy… tak magicznie? Machnąć różdżką i wszystkie kule znikną?- zapytał retorycznie Vincent wydmuchując dym. Wyciągnął karty i rozłożył je w wachlarz. Stukał to w jedną to w drugą mówiąc.- Hmm… teoretycznie niby bym mógł, ale… nie znam czystego sposobu i lekarstwo mogłoby się okazać gorsze od choroby.
                          - Nie myślałam o magii. - machnęła ręką - Wystarczy, że rozkroisz miejsce nożem i wyciągniesz kulę. Jeszcze nie wychodzi mi krojenie się samej. - wytłumaczyła spokojnie.

                          Mężczyzna nie wydawał się szczególnie zachwycony pomysłem, ale westchnął.

                          - Czemu nie… lepsze to niż dalsze gdybanie nad wzorcami.

                          Przetasował karty i sięgnął po nóż, położył na nim jedną, a potem drugą. Po czym schował talię do kieszeni. Następnie podwinął rękawy koszuli do łokci.

                          - Potrzeba nam tylko czegoś, dzięki czemu nie zakrwawię podłogi... bo będzie krwawić. Jedna kula siedzi gdzieś obok brzucha, druga w ramieniu, a trzecia przy prawym płucu…
                          - Zdajmy się na szczęście, więc…- Vincent zaczął nacinać ciało z zimną beznamiętną obojętnością. I może odrobiną odrazy… z pewnością nie miał w sobie smykałki do chirurgii czy rzeźnictwa, ale jego chaotyczne nacięcia szybko znajdowały drogę do kul.

                          Ann okazywała pewien dyskomfort i czasem ból, ale nie poruszała się. Vincent widział na jej ciele więcej, starszych obrażeń pod rozerwanym ubraniem, choć ich zaleczenie oznaczało, iż musiały powstać jeszcze za życia. Zaklejona była otwarta rana, która wciąż krwawiła i raczej nie powstała teraz. Najpewniej obrażenie sięgało do płuca.
                          Mag był pedantyczny i precyzyjny w swoich działaniach. Nie przejmował się krwią. A gdy usunął ostatnią kulę, zabrał się za umywanie rąk przy zlewie.

                          Gdy umył ręce i odwrócił się do Ann, okazało się, że ta stoi tuż za nim, a jej ciało nie ma śladu po nacięciach. Za to wampirzyca bardzo uważnie się przygląda magowi.

                          - Więc... - odezwała się powoli - Nie mam szansy, prawda? Na jeden gryz?
                          - Za dobrze was znam.- odparł Vincent zerkając za siebie.- Nie. Nie ma szans.

                          Ann jęknęła z wyraźnym żalem.

                          - Krew z woreczka w lodówce jest okropna... - mruknęła i poczłapała niechętnie do lodówki, aby napełnić straty - Kiedyś będę mogła? W trakcie seksu z tobą mogę.
                          - Uparłaś się, co? - zapytał Vincent zerkając na dziewczynę.- I tak się chcesz poświęcić? Dla łyka? Nie macie tam w mieście przybytku na takie potrzeby?

                          Dziewczyna wyjęła torebkę z krwią i spojrzała na maga.

                          - Słyszałam, że wasza Vitae smakuje... niesamowicie. I jest rzadka. Krew to jedyne, co umie poruszyć te zwłoki, więc nie dziw się. Poczucie bycia żywym jest tego warte... a ty jesteś niczego sobie.
                          - Dziękuję. Ty też… i… może… ale wiesz.- spojrzał na nią oceniając jej urodę.- Raczej zaplanuj sobie cały wieczór na taką ucztę. I pamiętaj, to będzie tylko jedno capnięcie na noc.
                          - Oczywiście! - Ann rozradowała się - Możesz nawet ustawić jaką chcesz ochronę, jeżeli wolisz kontrolować sytuację. Którejś nocy…
                          - Którejś…- zgodził się Vincent.


                          Blake przybył późno i wyraźnie zmęczony. Najwyraźniej cokolwiek się działo u Ravnoski, też obfitowało w swoje “momenty”. Uśmiechnął się na widok Ann i rzekł.

                          - Słyszałem o tym co się działo. Było… fajnie?
                          - Na początku... tak. - sama wampirzyca była zadowolona z widoku Blake'a - Tyle szaleństwa, tyle emocji! Ale później... - fuknęła z irytacją - Cyril miał rację ciągle powtarzając mi i powtarzając, że jestem słaba. W pewnym sensie wręcz wyśmiewając to. - przymrużyła oczy - Naprawdę jestem słaba, nie jestem w stanie osiągnąć niczego w walce. Nawet moje wampirze moce nie potrafią naprawdę krzywdzić.- złość Ann była wręcz namacalna - Jedynie miało sens, gdy strzelałam. A później pojawił się Charlie z Nadią i on... - głos jej lekko zadrżał - Używał tej magii ognia... Czułam się... jak wtedy, gdy on polował na mnie... Ciągle to widzę... często... - dodała płaczliwym tonem.
                          - Ann… Charlie umie tylko to… i nic innego. Czego innego miałby używać w samoobronie, skoro ma tylko płomienie?- zapytał retoryczne Toreador.
                          - A czego ja? - burknęła.
                          - Masz swoje cienie, nieprawdaż? I Garry uczynił cię twardą. - przypomniał jej Blake.
                          - Zrobienie cieniami krzywdy wymaga skupienia i to trudne, nie działa zbytnio na wampiry, a i nie na wszystkich śmiertelnych. A twardość nie uczyni innemu krzywdy…
                          - Nie o to chodzi. On ma swoje sztuczki, ty swoje… używa ich najlepiej jak potrafi.- wyjaśnił Blake.- Tak ja ty. Nie możesz go winić, za to.
                          - Niech więcej tego nie robi! - uniosła głos - Mówiłam mu, mówiłam... ale zignorował…
                          - Nie masz prawa mu zabraniać Ann.- uśmiechnął się cierpko William.- Zresztą… sama też potrafisz być nieposłuszna.
                          - Ale to przypomina...! - jęknęła.
                          - Nie możesz żyć wiecznie ze swoimi lękami. Prędzej czy później musisz je pokonać. Lepiej prędzej, nim zjawi się mistrz płomieni, który nie będzie przyjaznym Charlim.- odparł spokojnym tonem William.

                          Ann spojrzała na Williama z urazą, jak dziecko na tego nic nie rozumiejącego rodzica.

                          - Cokolwiek.... - skrzyżowała ręce na piersi - Jestem na ciebie zła, że zabrałeś moją fiolkę z krwią Tzimisce.
                          - Potrzebowaliśmy jej do badań… wyszło… ciekawie.- odparł niemrawo Kainita.- Wyszło na to że Tzimisce chowa się pod pierwszym dachem człowieka.
                          - Co odkryliście?
                          - To właśnie. Zagadka, którą wyciągnęła Ravnoska z czarownikiem…od… nazwijmy je duchami.- westchnął Kainita.- Dobra… chodźmy już spać, czas nas goni.

                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • AbishaiA Niedostępny
                            AbishaiA Niedostępny
                            Abishai jako XXI
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                            #71

                            Koszmar. Pobudka. Plany. Ann miała plany na tę noc. Plany związane z śmiertelnikiem, z magiem. Tylko czy czasu starczy na nie? Bo już zaczynało brakować.
                            Książę zadzwonił do Williama z wieściami. Te były interesujące. Ktoś zostawił list na tyłach Elizjum, przypięty do pozbawionych głowy zwłok Kainity. Jednego z anarchistów którzy ośmielili się napaść na wóz z pieniędzmi Giovanni. List od Diabła Weneckiego informującego o miejscu i czasie wymiany porwanego. Kolejnej nocy, na moście postawionym na rzece wypływającej z jeziora.
                            Bardzo gangsterskie, bardzo filmowe rozwiązanie… ale cóż, Ann miała okazję poznać tego Tzimisce. Diabeł lubił teatralność. Wymiana na moście… pasowała do niego.
                            Można więc było sądzić, że teatralny wręcz atak na furgontetkę był inspirowany przez niego właśnie, ale nie…
                            Według zeznań jeńców całość została zaplanowana przez Białego Węża. Kim był ów Biały Wąż ? Cóż… nie był to Tzimisce.

                            Wedle informacji zebranych przez Lukrecję, Biały Wąż był anarchem i przywódcą gangu Kainitów. Zbieraniną bezklanowców, cienkokrwistystych i nisko postawionych Kainitów luźno powiązanych z Camarillą. Biały Wąż uważał się za anarcha i siedzibę miał gdzieś na terenie enklawy Strix, acz nie żyli w przyjaźni. Zresztą byli tacy co uważali całe bycie anarchem Białego Węża za wymówkę do bandyterki. Podawał się za caitifa, ale ponoć były przesłanki do tego że nim nie był. Że był tak naprawdę albo szpiegiem Sabatu, albo jakiegoś pomniejszego klanu. Przesłanki to jednak nie dowody… niemniej sprawiały że Biały Wąż przebywał częściej w okolicy miasta niż w samym mieście. Kiepskie relacje ze Strix w tym nie pomagały.

                            W każdym razie, z tego co wiedzieli jego podwładni, to Biały Wąż nie kontaktował się z żadnym Tzimisce, a w przypadku tej roboty nie kontaktował się z nikim. Od dłuższego czasu on i jego podwładni borykali się z dotkliwym problemem… braku gotówki. Biały Wąż zgromadził wokół siebie liczną gromadkę którą ciężko było wyekwipować z funduszy którymi on i jego gang dysponował. Liczyli że w końcu trafi się jakaś większa ruchawka, jakiś najazd Sabatu który im się pozwoli nająć do roboty. Jakieś wewnętrzne walki między klanami. Jakaś dobrze płatna robótka zlecona przez szychę Camarilli. Cokolwiek… ale nic nie następowało.
                            Biały Wąż robił się coraz bardziej nerwowy i zdesperowany. Aż w końcu jeden z jego kontaktów powiedział mu forsie przywiezionej z banku należącego Hartley do enklawy Giovanni. Niby nic ciekawego, gdyby nie to że nekromanci wynajęli spory wóz opancerzony.

                            Biały Wąż nie miał czasu na opracowanie planu. Nie było też pewności czy w ogóle się jakaś akcja odbędzie. Wiedział, że nie może otwarcie napaść na furgonetkę w mieście, ze względu na zemstę Giovanni, ale… kto… wie… może nadarzy się okazja.
                            I taka okazja się nadarzyła. Gdy śledzony przez nich opancerzony wóz znalazł się na granicy dwóch domen, Biały Wąż nakazał zaatakować mocno, szybko i bezlitośnie. Żadnych świadków, żadnych śladów prowadzących do nich. Liczyli na to że wina spadnie na Sabat albo wilkołaków. Sklecony naprędce plan świadczył bardziej o desperacji niż o głupocie.
                            Acz zakończył się fatalnie dla bandy Białego Węża.

                            Jeńcy zostali zabrani do Nowego Jorku. Jeśli mieli szczęście, trafili pod osąd Camarilli. Jeśli mieli pecha… zostali odesłani wprost w ręce Giovanni. Tak czy siak, nie byli już problemem Stillwater, co z pewnością cieszyło Joshuę. On nie lubił kłopotów, a ostatnio te bywały częstym gościem w jego domenie.
                            Nie cieszył się też z spotkaniem Giovanni i Tzimisce na jego “neutralnej” ziemi, a choć nie chciał tego… wiedział, że on jego poddani są wciągani w tę intrygę. Bo nie mogli tej sytuacji zignorować.
                            Smith zdecydował, że kolejnego wieczora zbierze tylu chętnych Kainitów ile się da, na krótką naradę i wyruszenie na most wraz z Giovanni, tyle że w roli bezstronnych obserwatorów… całego wydarzenia. I by dopilnować, by cała ta “wymiana” nie wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli. Joshua chciał dobrze, ale jak wiadomo… piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami.
                            To jednak były plany na następną noc. Tę… Ann miała dla siebie. Żadnych obowiązków, żadnych powinności…
                            Mogła robić co chciała.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • ZellZ Niedostępny
                              ZellZ Niedostępny
                              Zell jako Ann Paige
                              Moderator Obsługa
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                              #72


                              NA DWÓCH KRESKACH KOKAINY


                              Wampirzyca była szczerze zadowolona z dnia "wolnego", które ostatnio się niezbyt często zdarzały w Stillwater. Mogła go spożytkować na tyle różnych interesów i aktywności... w tym na te, wymagające pomocy ludzkiego maga.
                              Stanęła przed drzwiami śmiertelnika na piętrze i zapukała.

                              - Momencik…- usłyszała zza drzwi i po chwili te się otworzyły. Mężczyzna poprawił okulary widząc wampirzycę.- Hej. Coś się stało?
                              - Miałam dziś przyjść, abyś mógł pomóc mi zrozumieć moje cienie, zbadać je. Pamiętasz? - zapytała spokojnym głosem.
                              - Ach tak. - stwierdził mężczyzna sięgając po papierosa.

                              - Obiecałem coś takiego. - przypomniał sobie mężczyzna.- Zastrzegłem też wtedy, żebyś nie robiła sobie dużych nadziei. Moce wampirze i magyia przebudzonych to dwie odległe od siebie metody wpływania na rzeczywistość.
                              - Jestem świadoma. - odparła potulnie - Ale i tak jesteś dla mnie szansą na nauczenie się czegokolwiek o moich mocach. - podsumowała.
                              - Idź do kuchni. Zaraz tam zejdę. - westchnął Vincent. - I bądź tak miła, by zrobić mocną kawę?

                              Po czym zapalił papierosa.


                              Młoda wampirzyca nie miała problemów z ogarnięciem mocnej kawy dla maga. Postawiła ją na stole przed krzesłem dla człowieka sama wyciągając dla siebie torebkę krwi ze szpitala... i słomkę?
                              Mężczyzna przyszedł do kuchni z aktówką. I począł z niej wyjmować… pudełko z flamastrami, kartki papieru, dwie talie kart. Parę długopisów, oraz pudełko z ołówkami… profesjonalnymi ołówkami dla zawodowego grafika.

                              - Więęęc… - potarł podbródek mężczyzna. - Od czego by tu zacząć? Od kawy!

                              Ann patrzyłaś sceptycznie na przyniesiony przez wizytę zestaw dla maga.

                              - Masz zamiar rysować coś? Ilustrować? Diagramy robić?
                              - Bazgrać symbole… - odparł z uśmiechem Vincent sięgając po kawę. Skrzywił się, gdy upił trochę, ale potem napił się więcej dodając. - Każdy z nas ma swój warsztat związany z wyznawanym paradygmatem na którym opiera swoją magyię. Do szybkiego rzucania czarów, mam karty… ale skoro nie musimy się spieszyć, to sięgniemy po inne… metody.-

                              Potarł się po skroni. - Hmmm… zaczniemy od pierwszej.
                              Poszukał szklanki i poszukał noża.

                              - Nie spodoba mi się to.

                              Zaciął się w nadgarstek i nastawił szklankę pozwalając krwi spłynąć do niej.
                              Ann patrzyła na wypływającą krew.

                              - Mogę ci później szybko zaleczyć tą rękę. Nie martw się, bez pojenia cię moją krwią.
                              - Pod względem leczenia, jestem samowystarczalny.- Vincent rozłożył karty na stole, na ślepo wyciągnął jedną z nich. Przyjrzał się jej. I namalował czarnym flamastrem dziwnym symbol na szklance z krwią.

                              Odstawił ją na bok i zabrał się za bandażowanie dłoni.

                              - Mogę ci pokazać cień jaki wywołam swoimi mocami. - zaproponowała - To niby jest cień ale i nie jest. Szczerze mówiąc nie do końca wiem czym jest tak naprawdę.
                              - Moment…- odparł Vincent zaciągając się dymem. - Nie ma się co popisywać. Nic to nie da.-

                              Ułożył kilkanaście kart na stole w coś co przypominało krąg.

                              - Zaraz zajmiemy się badaniami.- wskazał palcem na stół i krąg.- Siądź w środku.

                              Zdziwiona Ann powoli usiadła na stole w środku kręgu z kart, ciekawie oglądając całą scenę.

                              - Zapewne twoje moce potrafią być widowiskowe.- stwierdził Vincent.- Ale efekt końcowy nic nam nie powie o naturze twoich sztuczek. To nie widowisko nas interesuje, ale proces jego powstawania.-

                              Podał Ann szklankę ze swoją krwią. - Wypij i tak… po… hmm… myślę że pięć minut wystarczy…? Dziesięć dla pewności. Jak minie dziesięć minut użyj swojej cienistej mocy.

                              Nie było trzeba dwa razy zachęcać młodej Wampirzycy, aby opróżniła szklankę z krwią Vincenta. Zrobiła to nawet z pewną przyjemnością, choć żałowała, iż dawka była tak niewielka.

                              - Twoja krew jest... - zamyśliła się - Trochę inna w smaku, ale nie umiem jeszcze określić.
                              - Dzięki… chyba… - odparł z uśmiechem i nieco ironicznie Vincent.
                              - Och, nie bądź taki. Nie mówię tego ze złośliwości czy z chęcią wypicia cię do dna.
                              - Tego drugiego nie byłbym pewien. - odparł Vincent przyglądając się kartom rozłożonym dookoła Ann.- W to pierwsze wierzę.
                              - Ej, jestem z Camarilli i szanuję Tradycje. Nie zabijam bez sensu śmiertelników. - mruknęła urażonym tonem.
                              - Zmagasz się z Bestią w sobie, jak każdy z waszego rodzaju.- odparł Vincent zerkając na Ann. - Zabawna sprawa… wilkołaki ponoć ten sam problem co wy. Tak przynajmniej słyszałem.
                              - A to my jesteśmy tym całym złem. - zaironizowała - I nas się traktuje jako istoty, które tej przemiany pragnęły.
                              - Wilkołaki bronią Gai przed tym złym… my walczymy z Technokracją która chce zamienić rzeczywistość w bursztyn zamykając wszystko w technologicznym “raju”. Wampiry… walczą ze sobą. No dobra… czyń swoją magię.- odparł Vincent strząsając popiół z papierosa do popielniczki.

                              Ann nie wyglądała na zadowolona ze słów maga, ale porzuciła pomysł skontrowania ich.

                              - Kiedy ten cień ożyje, tak jakby będzie miał inną fakturę? Zimny i dla mnie. - dziewczyna skierowała swoją moc na cień popielniczki i wręcz oderwała go od samej rzeczy.
                              - Mhmm… tyle że nas nie interesuje efekt cienia, a proces, który go tworzy… - odparł Vincent obserwując poruszające się wokół Ann karty. Te bowiem… niektóre się obracały, niektóre zachowywały się jak igły magnesu, niektóre przewracały się na grzbiet. -... ten śledzę poprzez znaczoną krew. Bo bez względu jakiej natury jest twa moc, to krew… w tym przypadku moja, jest jej paliwem. -
                              - Zabawne…- zamyślił się Vincent.- Ścieżka prowadzi do Umbry i z powrotem. Ale przecież Kainici nie mają więzi z tym światem. Nie wydaje mi się by potrafiły swobodnie do niej wchodzić i wychodzić.
                              - A Tremere? Nekromanci?
                              - Hmm… nie wydaje mi się. - zastanowił się mag. - Może to jest powiązane z waszym… no… brakiem oddechu?
                              - O Giovanni, mówią że potrafią przywołać duchy i szkielety. Ja teraz tylko tego Zombie widziałam. - przypomniała sobie - No i moje cienie... one są... dwuwymiarowe ale jednak czuć ich... powłokę? Jakby posiadały jednak ciało, ale ono jest tak potwornie lodowate. Tylko, że to zimno jest inne od zimna w świecie... dziwne. Powiem ci, że śmiertelnicy potrafią być przerażeni gdy wejdą w kontakt z taką... istotą.
                              - Umbra to nie jest przyjazne dla gości miejsce.- przyznał Vincent gasząc papierosa w popielniczce. Wzruszył ramionami dodając. - Niewiele natomiast wiem o samych Giovanni, tyle że rzeczywiście coś tam z duchami wyprawiają.

                              Splótł dłonie razem. - Umbra to najbliższa nam… warstwa rzeczywistości, przypomina częściowo negatyw naszego świata i czysto teoretyzując mogę stwierdzić, że nasycasz cienie nią, czyniąc je materialnymi. Nie wiem jednak jak to ci może pomóc w zrozumieniu tych mocy.

                              - Czyli czynię magię? - zapytała wyraźnie ożywionym tonem.
                              - Co najwyżej wioskową magię jak ten przydupas Ravnoski. Bawią się zapałkami w magazynie dynamitu. Blake zdradził ci jak to im wczoraj wybuchło prosto w twarz?- zapytał ironicznie LaCroix.
                              - Nic nie mówił... - odparła zaskoczona.
                              - Hmmm… nie dziwię mu się. Chyba nie było się czym szczycić.- zaśmiał mag.
                              - O czym mówisz?
                              - Zdaję, że do pomocy w znalezieniu Tzimisce próbowali zwerbować jakiś byt i ten wymknął się im spod kontroli. I byli zmuszeni go… cóż… wepchnąć z powrotem za Rękawicę.- rzekł drwiąco mag.- Tak to jest z amatorskimi czarownikami, żywymi czy nieumarłymi.
                              - A mnie to ominęło... - Ann mruknęła z niezadowoleniem.
                              - Taaa… pewnie William by się z tobą chętnie zamienił. - mężczyzna napił się kawy, wzdrygnął i znów napił się.

                              - Więc... kiedy umówimy się na seks? - zapytała bez skrępowania.
                              - Nie wiem… kiedyś. Na razie skupmy się na badaniu.- odparł Vincent odstawiając kubek. - I na wnioskach. Ciekaw jestem jak te manipulacje cieniami wyglądają z perspektywy Umbry.

                              Ann w tym momencie po prostu otworzyła torebkę z krwią i wcisnęła w nią słomkę aby w ten sposób powoli wypijać jej zawartość.

                              - To jakbyś pił ciepłe piwo.
                              - Nie macie jakiejś pijalni żywych w Stillwater? Czy czegoś w tym rodzaju? - zapytał LaCroix.
                              - To nie jest to samo, po tym jak posmakowałam twojej krwi, magu. Tamta w burdelu Lukrecji nie jest tym samym.
                              - Nie wiem czy powinienem czuć się zaszczycony czy może raczej przestraszony z tego powodu. - odparł z uśmiechem LaCroix.
                              - Oj, nie bądź dużym dzieckiem. - zaśmiała się.
                              - Na razie zastanawiam się czy te badania w ogóle coś ci dają.- wzruszył ramionami mag zmieniając temat. - Wątpię by Kainici szczególnie analizowali swoje… moce… raczej przyjmują jak podarek. A wiadomo… darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
                              - Niektórzy analizują. A mnie to daje wiedzę jaką od nikogo bym nie dostała. Znaczy pewnie mój Stwórca by mnie trochę uczył, ale tak muszę sobie radzić każdymi sposobami.
                              - Nie wiem… czy to co ci powiedziałem o twojej sztuce, pomoże w czymkolwiek.- przyznał Vincent. - Zresztą… ja nie jestem badaczem, tylko zajmuję się public relations mojej Fundacji.
                              - To czemu tu przyjechałeś?
                              - Znam odpowiednie sfery, Pierwszą i Ducha na tyle dobrze by móc się zająć miejscowymi problemami. Poza tym, cała sprawa jest związana z umową z twoim przyjacielem. A znam zwyczaje waszej rasy i miałem okazje negocjować z Kainitami. Jestem odpowiednią osobą do tej roboty. - wyjaśnił LaCroix.

                              - I co sądzisz o miasteczku?
                              - Strasznie dużo tu was. Myślałem, że będzie tu najwyżej dwa lub trzy wampiry.- przyznał ze śmiechem Vincent i dodał. - Przyznaję, że nigdy nie miałem okazji przebywać w tak małej społeczności twojego rodzaju. Zwykle to były duże miasta i… cały ten blichtr i grzecznościowe rytuały, których tu nie ma.
                              - Według niektórych to jest więzienie dla skazanych w Nowym Jorku. Tych szczęśliwców, co Książę metropolii uznał za do wykorzystania w przyszłości.
                              - To prawda… choć nie nazwałbym tego więzieniem. Co najwyżej miejscem zesłania. Więzienie to trumna, w której lądujesz po wysuszeniu z krwi, zapadając w to co twój rodzaj zwie torporem. - zadumał się Vincent.
                              - W torporze nie męczysz się w takim miejscu, gdy nie możesz ruszyć się poza domenę na centymetr.
                              - Nie wiem… nigdy nie miałem okazji zapaść w taki stan.- odparł Vincent I spojrzał za siebie, przez okno, wprost na las. - Naprawdę jest tu tak źle?

                              A następnie spytał. - A ciebie za co tu zesłano?

                              - W Stillwater jest nudno, póki nie przestanie być. Wtedy naprawdę szalone rzeczy wszędzie się dzieją. - uśmiechnęła się i pokręciła głową - Ja akurat nie jestem tutaj z rozkazu Księcia Nowego Jorku. Mój... - zawahała się - Protektor... wysłał mnie tu do Williama, aby ochronić przed możliwą stratą mojego istnienia.
                              - Więc w zasadzie, ty akurat nie jesteś uwięziona. Możesz wrócić do miasta kiedy chcesz? - zapytał mag.

                              Ann wykrzywiła usta.- Wiesz czym jest Więź Krwi?

                              - Wiem… podstawy waszej kultury znam. Trochę mniej na temat konkretnych klanów.- wyjaśnił Vincent sięgając po kolejnego papierosa.
                              - Mój opiekun... - przymknęła oczy - Nie mogę wrócić. On mi zabronił. Nie mogę złamać zakazu. - spojrzała na maga - Nie mogę.
                              - To brzmi nieciekawie. - mag zapalił papierosa. - Ale chyba z czasem osłabnie. Bo William chyba nie jest twoim opiekunem?

                              Oczy Ann rozszerzyły się w nagłym strachu.

                              - Ale... Nie chcę by osłabło... - zacisnęła powieki i pokręciła głową, jakby walcząc z migreną - Nie mów tak nawet... - słabo zaprotestowała, jakby sama biła się z myślami - To nie William... To stary Tremere z Nowego Jorku…
                              - Tremere… no tak… - zadumał się Vincent wydmuchując dym. - Nie znam się na tych waszych więzach krwi. Więc trudno mi ocenić jaki margines swobody ruchów dają.
                              - Wróciłam do miasta na chwilę, jak chciano w Stillwater... - mruknęła - Więzi Krwi... potrafią być bardzo surowe. Zależy od tego, którego Vitae wypijesz.. - westchnęła - I są jakbyś czuł miłość do osoby, wiesz? Więc martwy musi mieć emocje! - stwierdziła twardo, nie wspominając czy to wzajemne uczucie.
                              - Jeśli tak twierdzisz… na pewno macie ambicję.- przyznał mag.
                              - Czujemy też miłość. Uczucia do innych osób, te pozytywne. Zapytaj Williama, jak masz wątpliwości. On czuł miłość. Krwawe Bestie nie mogłyby, więc takimi nie jesteśmy.
                              - Oczywiście, że nie… aczkolwiek. Pracowałem z jedną szamanką z Mówców Marzeń. Nałykałem się jej proszków… miałem różne… uczucia, wyprodukowane przez jej mikstury. Ich akurat nie nazwałbym prawdziwymi.- ocenił po namyśle Vincent.
                              - Co przez to chcesz zasugerować? - Ann zmarszczyła brwi.
                              - Nic. - odparł z cynicznym uśmiechem mag.- Jak wspomniałem, nie znam się aż tak dogłębnie na Kainitach i ich fizjologii. Mało kto zresztą się zna.
                              - Według ciebie nie odczuwamy prawdziwych emocji? Nie możemy czuć miłości? - wysyczała.
                              - Według mnie uczucia nie kryją się w zażywanych substancjach.- odparł spokojnie Vincent ćmiąc papierosa. - Możesz odczuwać miłość, jak i gniew, wstyd… żaden problem z tym.
                              - Więc dla ciebie tylko żywi czują prawdziwie? To chcesz zasugerować?
                              - Sugeruję to co sugeruję…- odparł mag spokojnie.- Nie odmawiam ci odczuwania uczuć. Po prostu, sam zażywałem prochy, także wampirzą krew, wiem jak po nich jest.

                              Ann odwróciła głowę od Vincenta.

                              - To kiedy będziesz chciał zobaczyć moją moc z tej Umbry? - mruknęła w przestrzeń.
                              - Mogę choćby i teraz.- zebrał karty i przetasował je.- W każdej chwili, nie wiem tylko czy to coś da… czy zobaczę coś więcej.
                              - Dobrze. - zgodziła się i spojrzała dłużej na człowieka - Byłeś ghulem? - zapytała wprost.
                              - Niezupełnie. To prawda, że po krwi czułem… pewien rodzaj lojalności, ale zadbano by ten stan nie mógł się utrwalić.- wyjaśnił mag.
                              - Tylko tyle? - zdziwiła się - A uczucia?
                              - Były… oczywiście, że były. - wzruszył ramionami Vincent zaciągając się dymem.- Ale mi jeden nałóg wystarczy.
                              - Przyznasz, że to było niesamowite. - uśmiechnęła się lekko - i czemu ten wampir cię wypuścił?
                              - To długa historia… mam powiązania po prostu z wysoko postawionym Kainitą i cała sprawa została zaaranżowana przez niego. Moja… karmicielka nie miała w tej sytuacji nic do powiedzenia.- odparł Vincent poprawiając okulary.- Niesamowitość zaś to mój chleb codzienny. Ostatnio niemal co noc się o tą niesamowitość ocieram, gdy muszę zajmować tym szpitalem.
                              - Ale to uczucia są niesamowite. - przysunęła się z krzesłem bliżej Vincenta - Zdajesz sobie sprawę, że wampiry mają problem z odczuwaniem emocji. Ale kiedy piję krew to nagle wszystkie problemy odchodzą. Jakbym... dalej żyła.
                              - Z pewnością…- przyznał Vincent, dmuchnął dymem. - Niemniej ja jestem hermetytą, my podchodzimy do takich spraw analitycznie i nie pozwalamy sobie na dominację nad naszym zachowaniem.
                              - Więc czemu palisz? - zapytała prosto.
                              - Jak wspomniałem… mogę sobie pozwolić tylko na jeden nałóg. Więc… wybrałem taki nad którym mam kontrolę i dzięki władaniem sferą życia… bezproblemowo pozbywam się skutków ubocznych. - wyjaśnił mag.
                              - Kochałeś ją? - zapytała nagle.
                              - Nie.- odparł krótko Vincent. - To nie była tego typu znajomość.
                              - A sądzisz, że byłbyś w stanie pokochać wampira? Czy to już przekroczenie jakiejś granicy?
                              - Nie jestem osobą romantyczną z natury. Nie zakochuję się. - odparł Vincent zaciągając się dymem. - Choć oczywiście romanse wśród magów się zdarzają.
                              - To byś na wampira pasował. - pokiwała głową.
                              - Zdaję sobie z tego sprawę. Na Ventrue… prawdopodobnie.- stwierdził Vincent.
                              - Mamy taką jedną egomaniaczkę jeżeli chciałbyś takim zostać. - powiedziała ironicznie.
                              - Jestem pewien że macie ich więcej.- odparł z przekornym uśmiechem LaCroix.

                              - Zajmijmy się tym badaniem. Miejmy to za sobą.
                              - Dobrze… - Vincent zgasił niedopałek w popielniczce. Przetasował talię i następnie wyciągnął z niej trzy karty. Ruch dłonią i … tak jakby się przesunął… znikając z oczu Ann.

                              Dziewczyna westchnęła i prawie od niechcenia wykorzystała swoją moc na jednym z cieni.
                              I czekała… czekała… czekała…
                              Vincent pojawił się znów, dopiero po kilkunastu minutach.

                              - No to… cóż… ta sztuczka jest powiązana z Umbrą. I to z jej mniej przyjemnymi obszarami.
                              - Czyli?
                              - Czyli… - Vincent zapalił papierosa.- … miejscami gdzie się wchodzi i nie wraca. Labiryntami… tak mi się przynajmniej wydaje.
                              - Czyli... te cienie... - spojrzała na swoje dłonie - są niebezpieczne?
                              - Wątpię… nie jesteś pierwszą i zapewne nie ostatnią Kainitką bawiącą się nimi. Ich nie zabiły, ciebie też nie…- wzruszył ramionami LaCroix. - To bardziej ciekawostka dla badaczy i mistyków, którzy dopiszą temu jakieś znaczenie.
                              - Oczywiście, że nie zabiły. Kto inny to zrobił wcześniej. - sarknęła.

                              Mag wzruszył ramionami ćmiąc papierosa.

                              - Czy... czy słyszałeś kiedyś, żeby istnieli Tremere co i swojej magii krwi nie są w stanie używać? - zapytała ostrożnie.
                              - Nie jestem szczególnie zaznajomiony z tym klanem. Wiem że używają mocy imitującej magyię magów, zwaną przez nią krwawą magią. - odparł Vincent po namyśle.- Widziałem jak to robili. Ale samych Tremere nie znam szczególnie dobrze.
                              - Mój protektor jest... taki jak myślałam, że jest każdy mag. Księgi, formuły, kręgi... nie jak Nadia ze swoimi komputerami. - pokręciła głową - On to by na bank wykłócał się, że Taumaturgia to magia jak twoja.
                              - Każdy Kainita jest inny. I ma swoje podejście do mocy klanowych.- odparł Vincent. - Sam uważam szamańskie rytuały za przejaw bezguścia i zacofania… niemniej, działają.

                              Ann przypomniała sobie coś.

                              - A czy nie wiesz, o jakiś śmiertelnikach, magach, z Nowego Jorku, którzy przychodziliby do kolonialnych klubów dla Gentlemanów, aby pleść o magii z wampirem? Stare towarzystwo.
                              - Nie znam tak dobrze miejscowych magów. Znam adresy kilku Fundacji, ale nie mam w Nowym Jorku żadnych osobistych znajomości.- przyznał LaCroix.
                              - To jest was tak dużo? - zdziwiła się.
                              - Mniej niż Kainitów w Nowym Jorku. No i musisz pamiętać, że na jedną Fundację składa się kilku magów i kilkunastu akolitów, którzy mają potencjał na zostanie magiem. Ale nie musi się to stać. - wyjaśnił Vincent.
                              - Czyli akolita to taki służący maga?
                              - Coś w tym rodzaju. To zależy od statutu Fundacji i celu w jakim powstała. - wyjaśnił Mag.
                              - Zapytam Nadię, co wczoraj wyprawiali w szpitalu. - obiecała - Coś przekazać?
                              - Chyba nic…- zastanowił się Vincent. Spojrzał na bałagan na stole kuchennym.- … zastanowię się nad ewentualnymi badaniami i eksperymentami, ale niczego nie gwarantuję.
                              - Niemniej już ta wiedza bardzo mi pomogła. Wiem z czym mam do czynienia i nad czym pracować. - uśmiechnęła się i ruszyła zatelefonować do Nadii.


                              Ann dopadła telefonu domowego Williama w korytarzu rezydencji i wybrała grzecznie numer do Nadii. Minęła dłuższa chwila nim wampirzyca odezwała się.

                              - O co chodzi Will?
                              - Przyjadę do ciebie. - odezwała się rozbawiona Ann.
                              - Ann? Acha… ok…- odparła zaskoczona Kainitka.
                              - Powiem Willowi, by cię nie nachodził z przerażenia i już jadę.
                              - Jasne…- odparła Nadia tak jakoś bez entuzjazmu.

                              Wampirzyca zatrzymała się.

                              - Coś nie tak? - zapytała.
                              - To co zwykle… badania. Nie planuję zabaw dziś. Mam trochę zaległości i nowy trop. Teksty z Morza Czarnego. Nie brałam ich dotąd pod uwagę. - wyjaśniła Nadia.
                              - Och, ja też nie po to. Po prostu obecność. - wyjaśniła spokojnie - Jeżeli wolisz być sama to nie ma sprawy, mogę nie przyjeżdżać.
                              - Mnie tam wszystko jedno. Możesz przyjechać, jeśli nie planujesz przeszkadzać w badaniach.- stwierdziła Kainitka.
                              - A będę mogła zostać na dzień? - zapytała.
                              - Pewnie… drogę do łóżka już znasz.- usłyszała w odpowiedzi.- Nie licz jednak na akcję w samym łóżku. Nie tej nocy przynajmniej. Dziś nie mam czasu na takie zabawy.
                              - Nie ma sprawy. Będę tylko chciała od ciebie książki o Umbrze, o tej bardziej martwej części. Masz na składzie?
                              - Nie. Nie mam żadnej. Coś mi tam kiedyś batiuszka bredził o zaświatach, o dziedzinie Boga i otchłani Szatana. Ale nic z tego nie pamiętam.- odparła Nadia przez telefon.- Umbra to dziedzina magów i wilków, nie nasza.
                              - Szkoda. Pogadam z Willem i już jadę.
                              - Ok. Tylko uważaj. Ostatnio drogi robią się zaskakująco tłoczne.- zażartowała na koniec Tremere.


                              Ann zapukała do drzwi gabinetu Williama. Nie można było być niegrzecznym w czyimś domu, temu czekała na zaproszenie.

                              - Tak?- usłyszała w odpowiedzi Kainitka.
                              - Chciałam cię powiadomić, że będę poza domem na dzień.
                              - U Lukrecji nie możesz, u Garry’ego nie zjaw…- drzwi się otworzyły i wyjrzał przez nie William.

                              -...iasz się odkąd skończyłaś trening. Zakładam, że chodzi ci o Nadieżdę ? - zakończył wypowiedź pytaniem.

                              - Dobrze wiesz. - powiedziała szczerze - Nie jesteś z tego zadowolony. - stwierdziła.
                              - Nie będę udawał, że jestem. Nadia jest… jaka jest. I służy temu, komu służy. - westchnął Kainita. - Zresztą pewnie ci o tym powiedziała, nieprawdaż?
                              - O czym powiedziała?
                              - Komu służy… kto jest, no… mocodawcą.- przypomniał jej Toreador. - Augusto de Palafox.
                              - Wiem. I wiem też, że jeżeli będzie miała rozkaz usunąć Cyrila to w pierwsze dni usunie jego pomocników i mnie. - powiedziała spokojnie.
                              - Cieszę się, że wiesz. - odparł William i westchnął.- Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ona osobiście nic do Cyrila nie ma. Więc dopóki on nie wyda polecenia, możesz czuć się bezpieczniecznie… ale sama rozumiesz, jak jest sytuacja w nowojorskim oddziale Tremere.
                              - Istnienie pozbawione niebezpieczeństwa jest po prostu wegetacją. - powiedziała poważnie - Raz już umarłam. Nie chcę teraz zabić się sama w nijakiej egzystencji, unikając każdego zagrożenia.
                              - Doprawdy? Gdzie się podziała ta wystraszona i zahukana Kainitka, którą przywiozłem deszczowej nocy do domu?- zapytał żartobliwie William.
                              - Starała się dostosować do otoczenia.
                              - Do Larry’ego? Nie wiem czy to jest dobry pomysł brać tego Brujaha za przykład. Jest silny, ale sama siła nie gwarantuje długiego życia. - westchnął Toreador.
                              - Do tego, że wy się nie boicie. - wyjaśniła.
                              - Jesteśmy starzy i głupi… nie boimy się, ale jesteśmy jeszcze ostrożni. - zażartował Kainita.
                              - Chcę pobyć z Nadią. Sama jej obecność dobrze wpływa na moje samopoczucie. To miłe uczucie. - dodała.
                              - Przecież cię nie zamknę w pokoju i nie każę pisać na tablicy sto razy: “Nie będę zadawała się z niebezpieczną Tremere.” - westchnął Toreador i zamyślił rozważając taką opcję.- A może… jednak?
                              - Żartujesz sobie... - mruknęła.
                              - No nie wiem… to zależy od tego, czy znajdę szkolny mundurek w twoim rozmiarze. - zaśmiał się Blake. Podrapał po karku. - Może lepiej… nie. Nadia ponoć ma fetysze związane z… cóż… karaniem. Mogłoby się jej spodobać.
                              - A ty skąd wiesz jakie Nadia ma fetysze? - zapytała zdziwiona.
                              - Nie żartuj. Nie urodziłem się wczoraj. Byłem w jej leżu. Widziałem dyby i pejcze. Umiem poskładać dwa do dwóch. A Nadia nie jest osobą, która lubi przyjmować razy. Raczej je rozdawać. - odparł kpiącym tonem Blake.
                              - I co ostatnio robiłeś jak się tam znalazłeś, co?
                              - Rozmawialiśmy. Przybyłem tam w związku z lokalną polityką i interesami.- wzruszył ramionami Blake. - To było jakieś 2-3 miesiące po jej przybyciu.
                              - Mam nadzieję, że tym razem nie będziesz jej nachodził, bo mnie nie będzie w domu. Poinformowałam cię przecież.
                              - Tak. Tak… nie będę. - odparł Toreador. - Jesteś dużą dziewczynką, zachowuj się odpowiednio.

                              Ann znalazła się na motorze jak skończyła uspokajać Toreadora. Nie zdawał sobie sprawy, że i Ann martwi ta sytuacja. To oczekiwanie na wyczerpanie się szczęścia, prawda?
                              Caitiffka wolała działać z tym, co miała. Im bardziej Nadii się przypodoba, tym mniej Tremere będzie chciała ją ubić. A z tym... może będzie miała jakąś szansę. Może chociaż zastanowi się czy na pewno musi krzywdzić i Ann jeżeli doszłoby co do czego.

                              Chociaż naprawdę by nie chciała krzywdy Cyrila…

                              Podróż upłynęła jej spokojnie, pomijając duchowe rozterki. Zatrzymała się za biblioteką, została wpuszczona i zeszła po schodach w dół. Tremere siedziała za swoimi monitorami i pisała. “Uzbroiła się” w termos, pewnie ze zmrożoną krwią. Skupiona na swoich badaniach, pozornie nie zwracała uwagi na przychodzącą przyjaciółkę.
                              Ann podeszła bliżej przysuwając do biurka pojedyncze dodatkowe krzesło.

                              - Co wczoraj się stało w szpitalu? - zapytała niespodziewanie przerywając ciszę.
                              - Nie wiem. Spytaj szeryfa… albo Giovanniego.- odparła Kainitka zajęta swoimi obliczeniami.- Oni pognali za Białym Wężem i jego obstawą, nie ja.
                              - Pytam czy coś zrobiły nasze malkavy jak ich na wycieczkę zabrałaś. - doprecyzowała.
                              - Nie… Salvatore trzymał świra na “mentalnej smyczy”… trując mu o woli ich Primogena. Popatrzyli, ale nie weszli. - odparła Nadia.
                              - Więc to pewnie Anarchy. Pytam bo po powrocie do willi Williama zobaczyłam zirytowanego ludzkiego maga, na którego humor wpłynął jakiś problem ze szpitalem. Wyczuł jakieś zmiany aury czy coś…
                              - Jakoś przeżyjemy jego fochy. - stwierdziła sceptycznie Nadia i zerknęła na Ann.- Szykujesz jakieś swoje plany na spotkanie na moście?
                              - A powinnam? - przechyliła głowę - Nie mam niesamowitego arsenału sztuczek.
                              - Nie wiem. Po prostu przypuszczałam, że cię ekscytuje cała ta ustawka jak z gangsterskiego filmu. - odparła ironicznie Tremere.
                              - Będzie po prostu interesująco pooglądać. - stwierdziła szczerze.
                              - Niby poważne wampiry, a bawią się w wymiany jak małe dzieci.- stwierdziła sarkastycznie Nadia wracając do pracy.
                              - A ty też będziesz obserwować? - zapytała wyciągając komórkę.
                              - Pewnie nasz książę nie da mi w tej sytuacji wyboru.- odparła niechętnie Kainitka.- To że jestem dobra w zabijaniu nie oznacza, że czerpię z tego przyjemność.
                              - Może wcale nie będziesz musiała, a skończy się na oglądaniu spektaklu. - wzruszyła ramionami.
                              - Mhmm… może…- odparła bez przekonania Nadia.- Nie wiem czy coś knuje Tzimisce, ale Szkaradziec na pewno coś wymyśli… albo po prostu odbije mu palma. Jego zdrowy rozsądek trzyma się na cieniutkiej nitce tuż nad otchłanią szaleństwa.

                              - Ach! - kundlica nagle przypomniała sobie - dowiedziałam się od maga, że moje cienie pochodzą gdzieś z Umbry, w okolicy labiryntu czy coś takiego.
                              - Nic mi to nie mówi.- stwierdziła Nadia zerkając na Ann.- Ale… przynajmniej będziesz miała ciekawostkę do opowiadania w odpowiednim towarzystwie.
                              - Zadzwonię do Joshui. Ty się baw swoimi. - stwierdziła i zostawiła Nadię samą, idąc w stronę legowiska, aby w spokoju zadzwonić do Księcia.


                              Rzuciła swój plecak na podłogę obok łóżka i sama na nim legła, wybierając numer Joshui.

                              - Słucham… o co chodzi Ann? - zapytał książę po odebraniu telefonu.
                              - Co zaszło wczoraj w szpitalu? - podjęła temat od razu.
                              - Wąż i jego przyboczni ruszyli w tamtym kierunku. - odparł Smith.- Nie wiem czy wiedzieli o szpitalu, czy po prostu uciekali w popłochu. Paru udało się dopaść, ale Wąż i jego dwóch przydupasów wjechało do Szpitala, gdy ten… pękał jak rozbite lustro. Wczoraj była pełnia.

                              Co się z nimi stało… nie wiem. Wątpię, by kiedykolwiek wyjechali z powrotem.

                              - Pytam dlatego że to wpłynęło także na maga. Wyczuł jakieś zmiany aury szpitala. To co tamci anarchowie zrobili mogło w jakiś sposób zaszkodzić temu miejscu.
                              - Możliwe… niemniej nie oczekuj, że ja będę coś wiedział na ten temat. Może spytaj Nadię czy coś zauważyła, jak oprowadzała Malkavian. - poradził Smith.
                              - Miałam nadzieję, że ty widziałeś coś, czy coś przed tobą się zdarzyło. Nadia i Malkavianie nawet nie weszli do środka, a Nadia nic nie widziała. - wytłumaczyła - Planujesz coś konkretnego na tą wymianę w stylu mafii poza czekaniem aż Giovanni lub Tzimisce coś odwalą? Szczerze, stawiam na szkaradnego. To może być w zamyśle Tzimisce, aby go sprowokować.

                              - Planuję jedynie pilnować by sytuacja nie wymknęła się całkiem spod kontroli. Czy Giovanni zniszczą Tzimisce, czy na odwrót nie ma dla nas znaczenia. - przyznał Smith.- Oczywiście lepiej żeby to Tzimisce poległ, ale nie widzę powodu odwalać brudnej roboty za Giovanni.

                              Wolę być w pobliżu, gdy sytuacja zmieni się w otwarty konflikt.

                              - A zmieni się na bank. - stwierdziła dziewczyna - I mam takie wrażenie że będą chcieli w to wciągnąć także nas. Szczególnie Giovanni będą chcieli.
                              - I niestety… jest na to duża szansa. Wszak nie powinniśmy tolerować Sabatu w naszej domenie. Z drugiej strony… zawsze możemy spuścić ze smyczy Larry’ego i Gorgona. I patrzeć na rzeź.- odparł żartobliwie Joshua.
                              - To może się tym skończyć. - westchnęła lekko - Chyba że planujesz gdzieś trzymać pod kluczem wariata i Gorgona?
                              - Nie planuję. Lepiej niech zginie dwóch, niż cień podejrzeń padnie na nas.- odparł nieco poetycko Joshua.- Powstrzymamy ich na tyle, by ta cała wymiana doszła do skutku. I spróbujemy zgarnąć jeńca pozwalając reszcie na zabawę. Naszym celem jest odzyskanie jeńca… to wystarczy na zyskanie plusów u Giovanni.
                              - Więc mamy po prostu zagwarantowany krwawy spektakl.
                              - Oficjalnie Tzimisce chce wymiany, a Giovanni odzyskać za wszelką cenę swojego członka. Oficjalnie jatki więc być nie powinno. - stwierdził Brujah.
                              - Oficjalnie. - zaironizowała.
                              - Giovanni zaatakują jak tylko będa mieli swojego zabezpieczonego. Nie przepuściłbym takiej okazji na ich miejscu. - odparł Joshua. - Rzecz w tym, że jeśli ten Tzimisce jest taki mądry i sprytny jak się o nim mówi, to o tym wie.
                              - Szkoda, że już nie możemy jeść popcornu. - westchnęła - Przydałby się nam do tego widowiska.
                              - Miejmy nadzieję, że tylko popcorn będzie potrzebny. W razie czego… wszystkie ręce na pokład. Nawet Jaine Love. - ocenił Kainita.
                              - Nawet ją chcesz pokazać? - zdziwiła się.
                              - Będzie naszą ukrytą bronią. O której żadna ze stron się nie dowie, o ile sytuacja nie zrobi się desperacka. Lepiej mieć ukryty rewolwer i go nie użyć, niż żałować się nie miało pod ręką dodatkowej broni. - wyjaśnił książę.
                              - W sumie to, po której stronie walczymy?
                              - Po naszej własnej. Jestem już za stary by walczyć w wojnach kogoś innego. - zaśmiał się Joshua. - Po prostu patrz na kogo spuszczę Larry’ego i będziesz wiedziała kogo wspieramy.

                              - Dobrze, że nie wypiłam tej krwi. Byłoby mi smutno jeżeli by zginął.
                              - Larry ma destrukcję zapisaną w naturze. Na szczęście dla niego jest dobry w zabijaniu innych… zabierze wielu ze sobą. Acz musisz przyznać… nie dba o swoje bezpieczeństwo.- przyznał szeryf. - Jak ci się walczyło u jego boku?
                              - Trzeba unikać wchodzenia mu w zasięg, pozwalać się wyszaleć na kimś innym. Raz dałam rady go podejść i wtedy zakołkować. Nie walczy się źle z nim o ile pamiętasz jak go unikać.
                              - Nie próbuj tej sztuczki drugi raz. Mógłby cię zabić w szale. Zauważyłem, że… nie byłaś szczególnie aktywna podczas wczorajszej bitwy.- zadumał się szeryf.
                              - Gdy już pojawił się Tremere z ogniem... - zamilkła na chwilę - Nie wtedy już na pewno nie mogłam nic zrobić.
                              - Ogień…- westchnął ciężko Joshua.- Tzimisce też go użyje. Użył podczas napaści na tego… no wiesz… brata bliźniaka.
                              - Ogień... to tylko część problemu. Tremere z ogniem... mam wspomnienia.
                              - Nie możesz być wiecznie więźniem lęków.- odparł szeryf.
                              - Wiem, wiem... Wszyscy mi to mówicie.
                              - I nic z tego nie wynika.- stwierdził książę. - No cóż… zobaczymy jak będzie jutro. Trochę Giovanni się tu do nas zjedzie. Nie Kainitów, ale ghuli i podwładnych.
                              - Czyli mają zamiar tu robić bitwę? To czemu po prostu ich samym sobie nie zostawimy?
                              - Dlatego, że chcą urządzić bitwę na moim terenie i my musimy dopilnować, by ich ustawka nie została zauważona przez śmiertelników. - wyjaśnił książę.
                              - Stare wampiry, a takie dziecinne... - pokręciła głową.
                              - Tak. - przyznał ze śmiechem Kainita i dodał. - Muszę kończyć, mam właśnie wykroczenie. Jakiś cadillac na waszyngtońskich numerach właśnie przekroczył dozwoloną prędkość. Założę się też, że kierowca jest na jednej lub dwóch kreskach kokainy.

                              Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • AbishaiA Niedostępny
                                AbishaiA Niedostępny
                                Abishai jako XXI
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                #73

                                Przybyli w sześć czarnych limuzyn. Szykownie ubrani, dyskretnie uzbrojeni.

                                Wyglądali jak żywcem wyjęci z filmów gangsterskich. Ghule klanu Giovanni. Powód takiej stylizacji był oczywisty. Mieli wzbudzać respekt, mieli wzbudzać strach. Byli żywą wizytówką klanu… eleganckiego i bezlitosnego. Biło od nich bogactwo i ziąb zarazem. Było ich dwudziestu czterech i wedle słów Giacomo mieli zabezpieczać całą transakcję. Całkiem spora gromadka jak na zwykłe zabezpieczenie wymiany. Z drugiej jednak strony… to nie była wszak zwykła wymiana. Niemniej wydawali się profesjonalistami i Szkaradziec wydawał się zadowolony z ich obecności, szczególnie że to właśnie on wydawał rozkazy. Czas pokaże czy to dobrze, czy to źle.

                                Dwupasmowy most stalowy oparty na dwóch filarach. Łączący jeden brzeg lasu, z drugim. Smith “zamknął” dzień wcześniej z powodu uszkodzenia jednego z filarów i zagrożenia zawalenia się mostu pod ciężarem pojazdu. Teraz stali więc po jednej stronie mostu i czekali na przybycie Diabła Weneckiego.-|
                                Z przodu były limuzyny Giovanni ustawione wzdłuż obu poboczy drogi. Trzy w jednym, cztery w drugim rzędzie.
                                |-Dalej stał policyjny radiowóz Smith’a z jego ghulem jako kierowcą. Larry przybył ze swoimi ghulami czarnym pickupem. Raze wraz z Garrym jeszcze w Stillwater przesiedli się na półciężarówkę Williama, w której to siedziała Ann. Dwóch Malkawian siedziało w pontiacu firebird należącym do Salvatore, który to trzymał kierownicę.-|
                                Nadia i Lukrecja zatrzymały się w lesie siedząc w vanie i pełniąc rolę centrum komunikacyjnego i odwodów na wypadek kłopotów. “Ochraniali” je najmłodsi, czyli Charlie, Miracella i Clyde.
                                Gdzieś tam w lesie ponoć czaiła się Jaine wraz McElroy’em… ich tajna broń która będzie użyta w ostateczności.

                                Koło północy w końcu zjawił się Diabeł Wenecki, oczywiście z odpowiednią pompą. Na czele zmotoryzowanego orszaku jechał czarny cadillac eldorado , zapewne z samym Tzimisce i jego więźniem. Osłaniany był z boku i z tyłu przez Kainitów na motorach, szesnastu identycznych-|
                                |-łysych wampirów, uzbrojonych w śrutówki i koktajle Mołotowa. Pomiędzy nimi przemieszały się bestie o kształcie umięśnionych przesadnie wilków o straszliwych zębatych paszczach przeznaczonych zapewne do brutalnego rozrywania ciała. I zadawania ran, których nawet Kainita nie mógłby zignorować. Na samym końcu..

                                … podążała olbrzymia rogata bestia, ów straszliwych vohzd. Porykiwała wściekle od czasu do czasu rozglądając się przekrwionymi oczami. Najwyraźniej Tzimisce spodziewał licznego komitetu powitalnego.

                                Tzimisce zatrzymał się na środku mostu, wysiadł ciągnąc za sobą związanego osobnika z płóciennym workiem na głowie. Nadszedł czas wymiany…

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • ZellZ Niedostępny
                                  ZellZ Niedostępny
                                  Zell jako Ann Paige
                                  Moderator Obsługa
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #74



                                  NADSZEDŁ CZAS


                                  Nadeszła godzina przekazania więźnia. Ann nie miała pewności czego oczekiwać po tym spotkaniu, ale na pewno niczego dobrego. Stary Tzimisce może chcieć sprowokować Giovanni na oczach Camarillowców...

                                  - Książę... - Ann szepnęła do Joshui, znajdującego się wraz z nią w oczekiwaniu na pojawienie się Diabła z pochwyconym nekromantą - To na pewno plan starego wampira na zaszkodzenie Giovanni, ale coś czuję, że to może głębiej zajść. - zaczęła tłumaczyć szeptem - On może chcieć, aby go zaatakowano. Może liczyć na to. Jeżeli nekromanci w to wejdą, to możemy być zmuszeni ich powstrzymać zamiast niego. Drażnić członka Sabatu na terenie Camarilli, gdy Nowy Jork już ma problemy... to jak igranie z ogniem. A nie chcemy by się do miasta rozniósł. Giovanni w razie ataku będą też niechętnie potraktowani ze strony naszej sekty.
                                  - Dla nich bardziej to osobista sprawa. I raczej będą gotowi by ponieść konsekwencje jeśli uda im się pozbyć osobistego wroga.- odparł Joshua i spojrzał na Ann.- Jesteś gotowa do walki, w razie czego?
                                  - Tak. - przymknęła oczy na chwilę, uspokajając myśli i racząc się ciężkością ukrytej broni - I pytanie: czy to klan Giovanni jest gotowy ponieść konsekwencje, czy... Szkaradziec? - zapytała patrząc Joshua w oczy i nie oczekując odpowiedzi wróciła spojrzeniem w stronę mostu.
                                  - Od tego są kozły ofiarne. Przypuszczam, że Szkaradziec dla zemsty jest gotów na takie poświęcenie.- wyjaśnił Kainita zerkając również na most, na którym to obie strony pokrzykiwały do siebie.

                                  Diabeł zresztą korzystał z kpiącego tonu i złośliwych docinków… rzeczywiście prowokował Giovanni.
                                  Ci zażądali zdarcia kaptura i ten został zsunięty odsłaniając przystojną twarz Kainity, który najwyraźniej był zastraszony i być może na skraju obłędu, ale… najwyraźniej był tym zaginionym skoro przynajmniej Giacomo był usatysfakcjonowany.

                                  - To na pewno on? - zamyśliła się szeptem Ann - Czy ktoś w jego skórze?
                                  - Nie wiem…- przyznał szeryf i wzruszył ramionami.- Trudno to stwierdzić.

                                  Giacomo i Szkaradziec wraz z dwoma ghulami ruszyli ku Kainicie z więźniem. Diabeł ruszył ku nim w towarzystwie dwóch wilków i dwóch łysych. Powoli bez pośpiechu.

                                  Dotarli na środek. Giacomo na żądanie otworzył neseser z “pieniędzmi” w postaci obligacji. Tzimisce długo oglądał “łup” komentując sytuację kąśliwie. Wziął neseser, zamknął i puścił więźnia w kierunku dwójki Giovanni. Giacomo przechwycił więźnia, cofnął i ruszył do tyłu. Szkaradziec miał inne plany. Jego ghule sięgnęli po broń, on sam rzucił się w kierunku Tzimisce. Wampiry posłuszne Diabłowi również sięgnęli po swoje dubeltówki. A wilki rzuciły się na Szkaradźca. Sam Diabeł z neseserem wycofywał się do tyłu. Podobnie jak Giacomo ratując więźnia. Przy okazji sięgnął do kieszeni po smartfon. Rozległ się dźwięk dzwonka i ghule sięgnęły po broń. Większość z nich uzbrojona była w pistolety maszynowe i karabiny powtarzalne, ale… czwórka wyciągnęła z limuzyn… ręczne wyrzutnie rakietowe!

                                  - Zlikwidować ich…- warknął gniewnie książę Stillwater korzystając z komunikatora i rzucił się ku jednemu z nich rozmywając się niemal w powietrzu, by pojawić się przy jednym z ghuli i łamiąc mu kark jak zapałkę.

                                  Dłoń ostatniego ghula przeszył lodowaty ucisk, który zamrażał aż do kości. Cień trzymanej wyrzutni spowodował skostnienie ciała śmiertelnika, czyniąc je podatniejszym na działania siłowe, gdy palce ghula zgięły się w spaźmie, niespodziewanie naciskając spust, gdy broń jeszcze wycelowana była w ziemię pod nim. I blisko kolegów.
                                  Ann nie miała sił teraz napawać się sceną. Stała w nieruchomym skupieniu, panując nad cieniem.
                                  Eksplozja rozerwała biedaka, dwóch ghuli obok i jeden samochód. Kolejni dwaj zginęli w inny sposób. Jednego Larry rozerwał gołymi rękami, drugiego z wyrzutnią dopadł Gorgon, odsłonił przed nimswoje oczy… spojrzał w jego i… ghul nie skamieniał. Ale zamarł w zaskoczeniu i przestał się ruszać.
                                  Nic więc dziwnego, że widząc tą napaść… ghule Giovanni zamiast wspierać Szkaradźca zaczęli w panice ostrzeliwać szeryfa i jego “ekipę”. Co tylko podekscytowało Larry’ego który rzucił się w kierunku kolejnego ghula.

                                  - Co wy do cholery wszyscy robicie! - wrzasnął tymczasem głośno Giacomo wlecząc straumatyzowanego Giovanni.- Przestać natychmiast! Wróg jest na moście!
                                  - Twoi.. podwładni przybyli na wymianę z wyrzutniami granatów!- tymczasem szeryf doskoczył do Giacomo i bezczelnie chwycił go za koszulę podnosząc do góry. - Myślisz makaroniarzu że twoje pochodzenie uchroni cię przed tym pogwałceniem Maskarady?! Czego z “nie zwracać na siebie uwagi śmiertelników” nie zrozumiałeś, gdy uczyli cię jej praw?!
                                  - Klan Giovanni zapłaci za zniszcze…- zaczął spokojnie nekromanta, ale szeryf rzucił go na maskę wozu, wgniatając jego ciało w nią… i pewnie łamiąc mu kilka kości przy okazji.
                                  - Mam gdzieś pieniądze twojego klanu. Moja domena to nie pole waszej prywatnej bitewki!- wtrącił rozwścieczony Joshua.
                                  - Camarilla musi im na zbyt dużo pozwalać. - mruknęła Ann, gdy podeszła bliżej - Czy to tylko Nowy Jork? - parsknęła do Giacomo i spojrzała na wkurzonego Joshuę - Jaki wyrok nakładasz na nich, Książę? Odejdą i nie będzie problemu, czy... po prostu go nie będzie, bo nie odejdą nigdy?
                                  - Proszę… ja chcę tylko odwieźć nasz problem do domu. Nie ma więcej wyrzutni granatów. Jeden wóz i tyle.. o reszcie rozmawiajcie ze Szkaradźcem o ile to przetrwa. To był jego pomysł.- wyjęczał połamany i załamany Giacomo. Jego ghule przestały walczyć z miejscowymi Kainitami, ku rozczarowaniu Larry’ego.

                                  Tymczasem Szkaradziec, kulejąc na niemal odgryzionej nodze, zmieniał w wilka wysuszone truchło. Jego ghule już zginęły, ale też i ochroniarze Tzimisce leżeli martwi. On sam zaś nonszalancko podążał z obligacjami do swojej limuzyny. A jego odwrót osłaniały kolejne pędzące ku wrogom wilki i łysi z dubeltówkami.

                                  - Książę? - Ann spojrzała na Brujah - To będzie smutne, że Tzimisce zabije resztę, prawda? - wlepiła wzrok w Giacomo - Prócz waszej dwójki, bo zdołacie uciec. Klan będzie szczęśliwy, a ten drugi... Czasem trzeba kogoś poświęcić, prawda? - zasugerowała obu - A wściekłe psy mają tendencję do bycia takimi. Martwymi.
                                  - Oddal się ze swoją zdobyczą. - zawyrokował Joshua i spojrzał na most. - A reszta twoich niech robi co chce. Nie nasza sprawa. Ale każdy kolejny kto wyciągnie materiały wybuchowe mogące uszkodzić most… skończy jak czwó… piątka pechowców.

                                  Giacomo nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wstał z wgniecionej maski i ignorując ból podniósł nadal nie do końca kontaktującego z rzeczywistością byłego więźnia Tzimisce. Po czym udał się z nim do pobliskiego auta, by natychmiast odjechać.

                                  Tymczasem reszta ghuli ruszyła ku mostowi, ostrzeliwując wrogów z broni palnej i próbując wesprzeć swojego drugiego szefa w jego marszu ku Diabłowi, który nonszalancko wrzucał walizkę do limuzyny, jakby specjalnie przedłużając swoją obecność na moście. Wręcz drwiąc z sytuacji i pokazując wrogiemu klanowi swoją pogardę i ich bezsilność.
                                  Ann spojrzała pytająco na Joshuę.

                                  - Zapewnione zadowolenie Giovanni, ale co robimy teraz? Czekamy i posprzątamy możliwych przeżyłych? Szkaradziec na nas nagada, jeżeli go puścimy.
                                  - A niech nagada…- wzruszył ramionami Brujah. - Starszyzna klanu odzyskała swoją zgubę, a przecież o to im chodziło. Zresztą nie bronimy mu walczyć i wygrać z Tzimisce. Pilnujemy tylko, by nie narobili szkód w mojej domenie.

                                  Ann nic nie odpowiedziała, jedynie patrząc w stronę walczących.
                                  O dziwo… wyglądało na to, że ta przesadna pewność siebie, zgubiła Diabła. Rozwścieczony i nie dbający o własne bezpieczeństwo Szkaradziec rzucił się na niego i powalił go na ziemię zmuszając do walki w zwarciu. A ghule, te które przeżyły, zaczęły ostrzeliwać odsiecz Tzimisce. To wszystko wywołało niepokój największej bestii tutaj. Owego vohzda, który zaczął się kołysać na boki porykując głośno.

                                  - Zamierzamy coś zrobić z... tym? - zapytała niezbyt chętna.
                                  - Nie zamierzam. Nas nie obchodzi kto wygra, kto przegra w tym starciu.- odparł Joshua, a Larry podchodząc do Smitha rzekł.- Psujesz zabawę, wiesz?
                                  - Możliwe… ale ty już ubiłeś paru ghuli.- stwierdził Smith.
                                  - Też mi wyzwanie.- odparł Brujah.

                                  Tymczasem zaciekła szarpanina dwóch potężnych Kainitów i walka pomiędzy dobrze wyszkolony i perfekcyjnie uzbrojonymi ghulami oraz grupką łysych kainitów oraz ich wilków… zamieniała się w walkę pozycyjną. Padły pierwsze trupy, wśród psowatych i ghuli. Głośny wrzask bólu Diabła sprawił iż wydawało się, że Szkaradziec zatriumfuje mimo początkowej przewagi Tzimisce. Ale właśnie ten wrzask był zaczątkiem katastrofy… Vohzd zerwał się z uwięzi.
                                  Nie prowadzony przez nikogo ruszył do boju szarżując dziko. I początkowo strącając z mostu swoich… zarówno Kainitów jak i wilki. Przeskoczył nad autem, wziął na rogi obu walczących Kainitów i niezgrabnie oraz niefortunnie zrzucił ich z mostu wprost do rzeki pod nimi.
                                  Nastąpiła panika po obu stronach. Cadillac ruszył z mostu kierując się wprost chaszcze po drugiej stronie. Wilki i łysi rozbiegli się na wszystkie strony, ghule spanikowały… część strzelała do vohzda, część wzorem przeciwników rzuciła się do panicznej ucieczki. Sytuacja nie tyle wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli co zmieniła się w totalny chaos nad którym nikt nie panował.

                                  - Merde... - Ann przeklęła pod nosem, jakby gotowa do odwrotu - Co teraz?
                                  - Nie możemy pozwolić szalonej bestii, na której nikt nie panuje, ganiać wesolutko po mojej domenie.- westchnął ciężko Joshua. - Jak tylko zejdzie z mostu, ubijemy ją… na moście ma za dużą przewagę taktyczną.
                                  - Jakieś pomysły "jak"?
                                  - Mamy wyrzutnie granatów.- wtrącił uprzejmie Locarius Gorgon, który pojawił znienacka za nimi. A Larry prychnął gniewnie.- To niesportowe zachowanie.
                                  - Na gołe pięści z nim nie powalczysz.- odparł William podchodząc z wyciągniętym mieczem. - Garry… ściągnął dwa niedźwiedzie, ale to nie pomoże w tej sytuacji.-
                                  - Jest za głupi, by poraził go mój wzrok… dominacja też nie zadziała… ani sardynki w puszce, chociaż… ma ktoś może? … zawsze warto spróbować. Nie ma gorszego zapachu niż sardynki w oleju.- wzdrygnął się Malkavian na samo wspomnienie.
                                  - Larry, William… postarajcie się go utrzymać w miejscu. Reszta brać się za granatniki. Wątpię by go zabiły, ale prawda jest taka, że musimy bić tak mocno jak się da i tak długo jak się da. - westchnął książę.- Lub użyć Charliego.
                                  - A on w ogóle umie już używać aż tak silnego ognia? - dziewczyna spojrzała na Vozhda - Bo na niego zapałki nie wystarczą, czy nawet mały płomień.
                                  - Wedle tego co twierdzi Nadia… jest całkiem sprawny w robieniu za chodzący miotacz ognia.- odparł Joshua, a Larry z głośnym rykiem i William ze swoim mieczem ruszyli ku potworowi po drodze odtrącając tych ghuli, którzy mieli dość rozumu by uciec przed kreaturą Tzimisce. Ci odważniejsi, byli już tylko mokrymi plamami na asfalcie.
                                  - Nadia ma jeszcze swój railgun i trochę pocisków dum-dum. - dodał Smith.- Może to coś da.

                                  Wampirzyca patrzyła w przestrzeń.

                                  - Użyjmy ognia Charliego.
                                  - Na razie… zmiękczamy go tradycyjnie… czym się da. - odparł Joshua sięgając po porzuconą wyrzutnię granatów. Patrzył jak potwór powoli dociera do końca mostu i jak Larry z Williamem zachodzą go z obu boków. Gorgon wziął w ręce drugą wyrzutnię.
                                  - Jak za dawnych niedobrych czasów. - westchnął do siebie.

                                  Ann pewnie pochwyciła ostatnią z dostępnych wyrzutni. W duchu cieszyła się z całego tego zniszczenia, do którego doprowadziła. Uśmieszek wykwitu na jej twarzy, gdy wybrała na cel oszalałego potwora.
                                  Potwór wypadł już z mostu na drogę. Ryczał nieludzko szukając wzrokiem wrogów do zabicia. Obaj Kainici pognali ku niemu z nadnaturalną szybkością. Larry zachodził go z lewej, William z prawej strony.

                                  - Strzelać na moją komendę. - rzekł Joshua odbezpieczając swoją bronią. Gorgon uczynił podobnie, a Ann ich naśladowała. Po chwili cała trójka celowała w bestię.
                                  - Jeszcze nie… jeszcze nie…- mówił Smith, gdy Toreador ciął mieczem po nogach potwora, a Larry ostrzeliwał go z magazynków. Bestię bolało… ale były to dla niego bardziej ukąszenia osy, niźli prawdziwe rany. Ostrze miecza Williama stanowiło większy problem. Ale Torredor był dla niego za szybki. Co innego Brujah.
                                  - Jeszcze nie… jeszcze nie…-

                                  Bestia pochwyciła go nagle, gdy przeładowywał broń.
                                  Uniosła w górę miażdżąc kości rąk i żebra zapewne, sądząc po ryku bólu. Po czym rzuciła gdzieś w las niczym szmacianą lalkę.

                                  - Już! - trzy palce nacisnęły spust. Trzy pociski wyleciały… trzy eksplozje wypełniły okolicę hukiem, dymem ogniem i krwawymi szczątkami. William zdążył odskoczyć poza pole rażenia… a vozhd… przeżył, wybuchy poszarpały ciało odsłaniając wnętrzności… pozlepiane z ludzkich i zwierzęcych ciał. Pełne oczu, szczęk, zębów i języków… i szaleńczego mamrotania.

                                  Ann wiedziała, że prócz broni nie posiada nic, co mogłoby bestię skrzywdzić, więc musiała zdać się na Księcia.

                                  - Skurczybyk... - warknęła przez zaciśnięte zęby - Rozkazy? - zapytała patrząc na vozhda.
                                  - Wycofajcie się.- odparł Smith podchodząc do jednego z samochodów pozostawionych przez Giovanni i podniósł go. Locarius rzucił bezużyteczną broń na ziemię i dodał.
                                  - Uciekajmy stąd panienko. Potwór Tzimisce to coś co wymaga brutalnej siły, a nie finezji.-

                                  Tymczasem William rzucił się z mieczem na vozhda, by spowolnić marsz poranionej kreatury.

                                  - Z chęcią... - przyznała rację Locariusowi, sama odrzucając broń.

                                  Rzucili się do ucieczki, a Smith rzucił w bestię samochodem, na moment wytrącając ją z równowagi. Nic dziwnego że Larry dostał łomot od księcia. Joshua był potężnym Brujah.
                                  To jednak nie powstrzymało bestii, która z rykiem ruszyła w kierunku Joshui sięgającego po kolejny wóz.

                                  W kierunku potwora podążali zaś, Lukrecja z słynnym thompsonem , Nadia z rewolwerem z przystawką, oraz Charlie… z piersiówką. Joshua rzucił kolejny pojazd w Vozhda. I Nadia wystrzeliła używając swojej mocy na przystawce. Przyspieszony do gigantycznych prędkości pocisk, przebił bak z paliwem pojazdu wywołując zapłon paliwa, przebił ciało bestii, zapewne boleśnie. Auto wybuchło mu prosto w twarz.-|
                                  Młoda wampirzyca była zafascynowana sceną... w której nie mogła pomóc. Tak, to było irytujące...
                                  Zerknęła na moment na Lukrecję. Thompson? Czy ona była z lat mafijnych w Europie? Miała z dwieście lat?
                                  O to nie miała okazji spytać, miała za to okazję się przekonać… że Lukrecja umie strzelać, bo posyłała celne serie w kierunku potwora, gdy Nadia zmieniała końcówkę przeklinając pod nosem. Najwyraźniej tym razem stosowała cały potencjał co zużywało nakładkę po strzale. Nieważne to było.
                                  Ani miecz Wiliama, ani karabin maszynowy Lukrecji, ani nawet kolejne auto Giovanni rzucane w poparzonego potwora nie miały go zabić, czy nawet zranić.
                                  Miały odciągnąć uwagę. Charlie stanął przed potworem, spojrzał na potwora przełknął ślinę. Wokoł niego zaczęło się robić ciepło i jasno…rany na jego ciele zaczęły dymić. Charlie wyciągnął dłonie i krzyknął. Z dłoni wystrzeliły płomienie uderzając w bestię. Ta zaryczała, gdy ogień zaczął ją pochłaniać. William… uległ typowej panice i rzucił się do ucieczki. A Charlie wrzeszcząc uwalniał kolejne płomienie, które dołączały do tych spalających już ciało.
                                  W porównaniu z tym widokiem… uczeń Cyrila był ledwie kiepskim sztukmistrzem.

                                  https://www.youtube.com/watch?v=wmin5WkOuPw

                                  Młodziutka Ann patrzyła oczami pełnymi przerażenia na polującego na nią Tremere. Drżała ze strachu, z bólu spowodowanego ogniem, a krwawe łzy spływały jej po policzkach, gdy uczeń Cyrila niby od niechcenia stanął przed nią na wyciągnięcie ręki. Była pewna, że teraz zginie...

                                  - Błagam... - wychlipiała drżącym głosem - Nic ci nie zrobiłam... Ulituj się... Daj mi odejść…
                                  - To nic osobistego mała. To tylko interes. Jesteś przeszkodą na mojej drodze do sukcesu.- zimny beznamiętny i pozbawiony emocji głos.

                                  Na dłoni pojawiły się płomienie.

                                  - A ja… palę przeszkody na mojej drodze.
                                  - Litości... - jęknęła - Zrobię co chcesz, będę ci służyć... Błagam... - powiedziała płaczliwie, cofając się - Będę należeć do ciebie…
                                  - Przykro mi laleczko, otrzymałem rozkazy. I muszę się ich trzymać.- choć w jego głosie była nutka litości, to spojrzenie było jej pozbawione.- Spalę cię szybko.

                                  Ann pokręciła głową w zaprzeczeniu, że ta sytuacja ma miejsce.

                                  - Nie... Nie... Nie! - krzyknęła nie chcąc się poddać Ostatecznej Śmierci - NIE! - krzyknęła ponownie, a za krzykiem poleciał w stronę twarzy Tremere skrywany kamień. Wraz z rzutem wampirzyca poczęła ponownie uciekać.


                                  A za nią podążyły płomienie jak straszliwa wiecznie głodna bestia.

                                  - Im dłużej będziesz się opierała… tym bardziej będziesz cierpieć.- i słowa wypowiedziane beznamiętnym tonem. Czuła ten żar na plecach niszczący ubranie, wżerający się bólem w ciało aż do kości. Czuła jak bolesna i nieuchronna śmierć ją ściga.

                                  I miała ona oblicze naznaczone bliznami rytuału.

                                  Ta sztuczka jednak zdecydowanie przekroczyła siły Kainity, który w końcu padł na ziemię nieprzytomny. Spełnił jednak swoje zadanie, bo bestia już nie szukała wrogów do zabicia, tylko miotała się w panice próbując ugasić pochłaniające jej ciało płomienie. D***ziwne, że jakoś nie wpadła na pomysł wskoczenia do rzeki. Za to obijając się od drzew i krzewów podpalała otaczający las.

                                  - Halo. Jeff… zbieraj swoich ludzi. Mamy pożar lasu do ugaszenia. To pilne. Zaraz podam ci lokalizację.- tymczasem Joshua zadzwonił do straży pożarnej.

                                  Cokolwiek działo się w okolicy nie zakładało ono, że nagle rozlegnie się wrzask Ann, który przerodzi się w iście zwierzęcą wściekłość. Wampirzyca skuliła się i na czterech wybiła w kierunku leżącego, nieprzytomnego Pandersa. W jej oczach widać było wściekłość... czystą, wściekłość dzikiej bestii. Głodnej. Szukającej krwi i śmierci. Przesiąkniętej nienawiścią.
                                  Co się stało później… Ann nie wiedziała. Jakaś siła chwyciła ją za kołnierz ubrania i bezceremonialnie cisnęła gdzieś w las. Kainitka uderzyła kilka razy o drzewa coś pewnie sobie łamiąc. I była zamroczona przez chwilę.
                                  Z gardła Ann wydobyło się jęknięcie i skowyt jednocześnie.

                                  - Nie... - wydobyła z siebie słaby głos - Nie... Nie pozwolę... Wygram…

                                  Nikt jej nie odpowiedział, jej żebra były połamane, tak jak i obie nogi oraz lewa ręka. Do tego… widziała płomienie palących się drzew, ale nie samo pole bitwy.
                                  Postarała się poruszyć, ale jedynie zawyła z bólu. Warknęła z irytacją i zacisnęła zęby próbując czołgać się skąd przeleciała.


                                  Minęło boleśnie dużo czasu… ogień na szczęście był daleko od niej. I nie zagrażał jej jeszcze, ciało powoli się leczyło. Słyszała syreny strażackie i widziała same w oddali. Najwyraźniej posiłki wezwane przez szeryfa przybyły na miejsce. Po chwili przybył ku niej pędząc strasznie szybko William. Osmalony i wyraźnie zmęczony.
                                  Uśmiechnął się na jej widok.

                                  - Chodź. Wracamy do domu.

                                  - On chciał mnie zniszczyć... - jęknęła przybita - Spalić. Miał taki rozkaz…
                                  - Kto?- zapytał zdziwiony Toreador. - Charlie?
                                  - Widziałam te tatuaże, jak podążął za mną... - zacisnęła pięści - To był on... Nie chciał mnie oszczędzić... Mówił... że spala to, co stoi mu na drodze... Kpił... - dziewczyna wciąż w części siedziała w swoim koszmarze.
                                  - Kto? I czemu miałby to robić?- zapytał Kainita kucając przed nią.
                                  - Charlie! - zacisnęła powieki - To był on, zawsze był on. Ja tylko się broniłam, a ktoś... zaatakował mnie…-
                                  - Coś ci się miesza.- Toreador stwierdził sceptycznie podchodząc do jej słów.
                                  - Widziałam go! - zaprotestowała urażona.
                                  - Charlie nie ma tatuaży… tylko skórę pociętą nożem. - westchnął William.
                                  - Ktoś z naszych na pewno go widział! Czemu mi nie wierzysz?
                                  - Już go teraz nie ma. Już nikogo nie ma. Większość z nas już rozjechała się domów. My też ruszajmy. - odparł pojednawczo Toerador. - Pomóc ci wstać?

                                  Ann prychnęła i sama się uniosła, aby już stojąc objąć się rękoma.

                                  - Nigdy mi nie wierzycie…
                                  - No już już…- Kainita wziął ją w ramiona. - Sam w panice błąkałem się po lesie niczym zaszczute zwierzę.
                                  - Ja chciałam walczyć, nie uciekać. - burknęła jak dziecko.
                                  - Mhmm… to akurat nie było mądre, vozhd płonął. - przypomniał jej Blake idąc przez las na przełaj.
                                  - Chciałam Charliego rozszarpać... zjeść...
                                  - Tak się nie powinna zachowywać dobrze wychowana młoda dama.- Kainita ruszył z nią w kierunku rzeki wypływającej z jeziora.
                                  - Zasłużył... - mruknęła wtulając głowę w pierś Williama.
                                  - Mimo to… - odparł Toreador ruszając wzdłuż rzeki i zerkając przez ramię na most. Uśmiechnął się. - No cóż… uratowaliśmy most przed zniszczeniem.
                                  - A Tzimisce i Giovanni?
                                  - Podwładni obu wampirów uciekli. - przyznał Toreador. - A Giovanni, Tzimisce… jeśli któryś z nich przeżył, możliwe że go znajdziemy na brzegu rzeki, nim dotrzemy do domu.

                                  Ann wtulała się w Toreadora niczym dziecko w ojca.

                                  - Nie jestem szalona... - mruknęła w wampira z pogłosem urazy.
                                  - Ale masz swoje problemy. Nie ty jedna zresztą. Lukrecja też ma swoje… tiki nerwowe, a Larry jest chodzącą autodestrukcją.- odparł ciepło Toreador.- Nadia też ma zwichrowane gusta.
                                  - Zdarzało się, że mówili w Nowym Jorku, że jestem szalona. - burknęła - Wyśmiewano, jak robiłam sztukę.
                                  - Po prawdzie… uważam, że niewielu Kainitów jest całkowicie zdrowych na umyśle. Śmierć zostawia na nas swój ślad na wiele sposobów. - ocenił Toreador. - Mi śmierć odebrała talent.
                                  - Mi zabrała pisanie... ale dała coś w zamian. Moje zdolności są manualne, rysowanie i malowanie, a kiedyś ich nie miałam. Może tobie też coś się pojawiło? I wcale twój talent nie znikł!
                                  - W takim razie to nie mój talent znikł. A ludzkie gusta się pogorszyły. - ocenił dumnie Toreador.
                                  - Bardzo możliwe. - stwierdziła z pewnością - A przynajmniej uległy zmianie.


                                  Minęło kilkanaście minut wędrówki w ciszy wzdłuż rzeki. Było to na swój sposób romantyczne i pokręcone zarazem. Niemniej, okazało się że William miał rację, znależli ich obu…
                                  Odpoczywającego na brzegu przemoczone Szkaradźca i wysuszone truchło które pewnie wcześniej było dumnym Tzimisce. Wyglądało na to, że Giovanni wygrał.
                                  Ann spojrzała na Williama i szepnęła.

                                  - Czy tak stary Tzimisce nie powinien się rozpaść od razu?
                                  - Może to przez wodę, może to… nie miałem okazji przekonać się jak wyglądają zwłoki zabitych przez Giovanni Kainitów.- przyznał cicho Toreador.
                                  - Mam dobry słuch…- odparł Szkaradziec przyglądając się im obojgu. A potem trupowi. Kopnął.- Rzeczywiście… coś za łatwo mi poszło.

                                  Dziewczyna zeszła z rąk Toreadora.

                                  - Więc... Co teraz? - odezwała się do Tzimisce w skórze Giovanni.
                                  - Zabiliście… wszystkich łysych? Na pewno ukrywał się pomiędzy nimi, jako jeden z nich.- rzekł Szkaradziec.
                                  - To twoja robota, Szkaradźcu. - użyła tego przydomku, chcąc zobaczyć reakcję.

                                  Mężczyzna zareagował gwałtownie wstając i przybliżając się ku Ann, a William natychmiast zasłonił caitifkę. - Na twoim miejscu uważałbym na słowa kundlu. Możliwe, że ten “poeta” nie starczy ci za osłonę.

                                  - Ten "poeta" widział więcej pokoleń niż ty czy twój Klan, Giovanni. Chyba da sobie radę.
                                  - Taaa… dłuższy żywot oznacza tylko tyle, że nie trafił jeszcze na swój kamień. Każda kosa w końcu na niego trafia… nieważne jak stara. - odparł butnie mężczyzna przyglądając się Toreadorowi.
                                  - Dajmy temu pokój. Nie ma złej krwi między nami. A Diabeł… dostał to czego chciał, płacąc za to dużą cenę w swoich sługach. I pewnie już się oddalił, by skryć się i knuć kolejne intrygi.- wtrącił Blake.
                                  - Lub bawić się w maskaradę. Powinien być w Camarilli, nie w Sabacie, skoro tak ją lubi. - stwierdziła Ann.
                                  - Co ty sugerujesz kobieto?- zapytał Szkaradziec.
                                  - Nic. - beztrosko wzruszyła ramionami - Tylko szczekam jak kundel.
                                  - Bredzisz bardziej… niż szczekasz. Co się stało, gdy spadłem z mostu ? - zapytał Giovanni.

                                  - Vozhd się stał. - stwierdziła.
                                  - To znaczy?- zdziwił się Szkaradziec. A Toreador wyjaśnił.- Vozhd rzucił się na nas. Ledwo go zabiliśmy.
                                  - Nawet rzucone samochody przetrzymał. Potrzeba było inwencji, aby ten czołg zatrzymać.
                                  - Ale zabiliście to… skoro tu jesteście?- zapytał Giovanni.
                                  - Użyliśmy naszego miotacza ognia. Pewnie padł, tylko las podpalił sobą. - westchnęła.
                                  - Vozhd wymaga dużo mięsa, czasu i wysiłku. Pewnie go ta strata zaboli. - ocenił Kainita poprawiając swój garnitur.

                                  - Jak spienięży okup? Chyba do banku nie pójdzie?
                                  - Zdziwiłabyś się wiedząc, jak wiele instytucji finansowych znajduje się poza kontrolą nowojorskich Ventrue i Nosferatu.- odparł Szkaradziec ironicznie. - Wiele usług półświatka da się opłacić obligacjami, zwłaszcza w kontrolowanym przez Sabat Las Vegas.-
                                  - Więc pewnie tam się uda. - ocenił William.
                                  - Czyli mają swoich Nosferatu i Ventrue do tego... Oni w ogóle mają Ventrue?
                                  - Mają każdy klan… nawet Tremere, choć oczywiście czarownicy zaprzeczą jeśli o to ich spytasz. Buntownicy pojawiają się w każdym klanie. Charlie jeśli jego losy potoczyłyby się inaczej stałby się antiribu Tremere w szeregach Sabatu.- wyjaśnił Blake, a Giovanni dodał. - Nie bądź naiwna dziewczyno, nie trzeba być brzydalem by mieszać w komputerach innych, ani być Ventrue by zdobywać bogactwo na giełdzie. Są różne potężne organizacje. My Giovanni też mamy banki i też mamy hakerów.
                                  - Giovanni to mafia. Nie liczy się.
                                  - Mafia… to dzieciaki palące papierosy w zaułku w porównaniu z organizacjami Kainitów, czy to mówimy o Giovanni, o Sabacie, czy też o Camarilli.- zaśmiał się chrapliwie Szkaradziec. Wstał i rozważał przez chwilę opcje. Ostatecznie kopniakiem zepchnął truchło fałszywego Tzimisce do rzeki.
                                  - Jestem głodny. Wy nie jesteście?- zapytał.
                                  - U mnie w domu są woreczki z krwią, jeśli jesteś zainteresowany.- zaproponował uprzejmie Blake.
                                  - Z chęcią skorzystam. Dziękuję. A i… macie jakieś słomki? To żelastwo na gębie nie pozwala nie pozwala mi normalnie się pożywiać.- wyjaśnił Giovanni.

                                  - Wy w ogóle pożywiacie się normalnie? - zapytała pamiętając o krążącej plotce, jakoby ugryzienie nekromantów było śmiertelnie bolesne. Cóż, Ann nie rozumiała jak drażliwe na punkcie swojej klątwy są wampiry.
                                  - Oczywiście że potrafimy odżywiać się normalnie. Jak inaczej mamy się odżywiać?- zapytał Szkaradziec zdziwiony jej pytaniem, gdy wchodzili coraz głębiej w las oddalając się od rzeki i kierując ku domowi Williama.
                                  - Więc też polujecie? - Ann się zainteresowała.
                                  - Polujemy? Czy ja wyglądam na barbarzyńcę?- zapytał retorycznie oburzony Giovanni.
                                  - Raczej na seryjnego mordercę z modernistycznego horroru.- zażartował William, a Szkaradziec posłał mu gniewne spojrzenie.
                                  - Przecież żywienie się ciepłą krwią z żywego jest piękne! A i śmiertelnik zadowolony. - odparła do Giovanni, posyłając Willowi mordercze spojrzenie za wtrącanie się.
                                  - Żywimy się krwią żywych ofiar.- odparł Kainita beznamiętnie.- I schłodzoną krwią w kieliszkach na przyjęciach. Ja oczywiście muszę się zadowalać krwią z torebek. Moja proteza pozwala mi mówić, ale nie pozwala się pożywiać bez słomki.
                                  - Czyli pijecie z ludzi? Tak normalnie?
                                  - Ze skrępowanych ludzi, żeby się nie rzucali podczas posiłku za bardzo. - odparł Giovanni.
                                  - Rzucali się?
                                  - Ukąszenie Giovanni jest szczególnie bolesne i nieprzyjemne dla śmiertelnika. Ponoć zdarzają się wypadki, że ofiara umiera z bólu podczas pożywiania się. Wysoko postawieni nowojorscy Giovanni mają… a przynajmniej tak słyszałem że mają, własną hodowlę śmiertelników przeznaczonych na posiłki. Stojący niżej muszą polegać na bankach krwi.- wytłumaczył Blake i uśmiechnął się gorzko. - Pewnie cię więc nie zdziwi, że nowojorscy nekromanci to znaczące ogniwo w handlu żywym towarem.
                                  - To okrutne. - stwierdziła.
                                  - Życie jest okrutne ze swojej natury. Drapieżniki nie przejmują się tym, ile przysparzają cierpień ofierze, pasożyty również, ba nawet ludzie w wielu miejscach świata nie przejmują się cierpieniem sprawianym innym. Dlaczego my, potwory, mielibyśmy się przejmować?- zapytał retorycznie Szkaradziec.
                                  - Ponieważ uważamy się za lepsze istoty? - odparła Ann.
                                  - Lepsze, bo uwolnione od ich niewolniczych okowów moralności.- odparł dumnie Giovanni.
                                  - I ciała? - skrzywiła się - Choć w tym to oni są wyżej, bo mają żywe ciała.
                                  - A co takiego wspaniałego jest w gnijących za życia i po śmierci ciałach? My jesteśmy nieśmiertelni i wiecznie piękni. - zapytał Giovanni, gdy na “powitanie” wybiegły psy Blake’a, podejrzliwie przyglądając się Szkaradźcowi.

                                  Ann ciągle nie mogła pozbyć się pewnego przeczucia...

                                  - Zajmiesz się gościem, Will? - zapytała, ale chyba nie oczekiwała na odpowiedź - Ja niedługo do was przyjdę, tylko te podarte ciuchy zmienię... - powiedziała i szybciej ruszyła do domu Williama. Musiała budzić znowu maga.
                                  - Jasne.- odparł Blake.

                                  Ann stanęła przed pokojem Vincenta i silnie zapukała w drzwi.

                                  - Wstawaj!
                                  - O co chodzi… wiesz która jest godzina?- odezwało się burknięcie zza drzwi.- Nie powinnaś kłaść się spać.
                                  - Wpuść mnie, jest poważna sprawa. - syknęła.

                                  Mag otworzył drzwi, tworząc szczelinę.

                                  - Jaka to ważna sprawa?
                                  - Muszę się upewnić, czy nie wpuściliśmy tutaj naszego wroga z Sabatu, Tzimisce. - szepnęła - Nie mam pewności, ale... wolę dmuchać na zimne.
                                  - I masz już plan jak to zrobić?- zapytał Vincent.
                                  - Krew. Jego krew. Albo ją wypiję, albo ty na szybko to sprawdzisz.
                                  - Dobra… sprawdzę. - odparł Vincent i zamknął Ann drzwi przed nosem narzekając głośno na paranoję wampirów.

                                  Powrócił po chwili z okularami zabrudzonymi na czerwono, zapewne posoką Tzimisce ze skarbu.

                                  - Jeść nie umiesz? - skrzywiła się.
                                  - Nie potrzebuję. No i nie jestem Mówcą Marzeń czy Kultystą Ekstazy, by potrzebować zaćmionego prochami umysłu do uprawiania magyi.- przetasował karty w dłoniach.- Mam tu czy szukamy tego potencjalnego Tzimisce?
                                  - Jak możesz stąd tym lepiej. Osoba idzie z Williamem.
                                  - Dobra.- Mężczyzna tasował karty przez chwilę, usiadł na podłodze i zaczął wykładać kolejno jedną po drugiej. - Nie. Nie. Nie. Nie… W najbliższej nam okolicy nie ma nikogo z Vitae pasującym do wzorca krwi Tzimisce.

                                  Ann odetchnęła z ulgą.

                                  - Dzięki, Vincent. Kamień z serca.
                                  - Nie ma za co… a teraz idź już spać.- rzekł mag składając talię i wstając.- Świt blisko.

                                  Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • AbishaiA Niedostępny
                                    AbishaiA Niedostępny
                                    Abishai jako XXI
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #75

                                    Dzień upłynął spokojnie, koszmary nie były tak dojmujące. A Szkaradziec, po obudzeniu nadal był sobą. I domagał się powrotu do miasta. Nic go tu nie trzymało. Diabeł uciekł, tracąc swojego vozhda i wielu popleczników. Giovanni odzyskali swojego wysłannika, i choć dla Szkaradźca było to bez znaczenia, to nowojorski oddział klanu był zadowolony. A przynajmniej taka była oficjalna linia tego klanu. Jaka była prawda? Cóż… klan Giovanni był równie tajemniczy co Tremere. I nie wywlekał swoich brudów na zewnątrz.
                                    Szkaradziec opuścił Stillwater jeszcze tej nocy. A wraz z nim niedobitki ghuli jego klanu. Spokój powoli wracał do miasta.
                                    A wampiry je opuszczały. Następnej nocy odeszli członkowie klanu Malkavian. Gorgon co prawda straszył swojego “opiekuna” pomysłem założenia tu przyczółku kultu. Salvatore nie chciał zostać w Stillwater w roli ambasadora Papy Roacha. Taka wizja go przerażała.
                                    I z ulgą powrócił do Nowego Yorku.
                                    Raze ‘owi nie spieszyło się aż tak bardzo. Gangrel był zadowolony, że trzymał się z dala od gniazda szerszeni w jakie zmieniło się miasto. Zbrodnie wszak się nie skończyły. I co kilka nocy… jeden prominentny Kainita ginął.

                                    Aż w końcu… seria morderstw zakończyła. Morderca został zniszczony i nastał czas sądu.
                                    Za serię mordów odpowiedzialny był… Cyril. Okazało się ostatecznie, że wina starego Tremere'a była bezsprzeczna. Acz same zbrodnie zrodziły się z błędu. To nie Cyril zlecał morderstwa, on jedynie stworzył zabójcę. Co z tego, że przypadkiem.
                                    Jak się bowiem okazało, dwie nocy przed pierwszą zbrodnią. Cyril z pomocą znajomych magów przygotował rytuał oparty o bluźnierczą mieszankę magii krwi i magyi. Rytuał ten miał mu dać coś czego żaden Tremere nie posiadał… awatara.
                                    Niestety okazał się sukcesem i porażką zarazem. Cyril nie zyskał awatara i uważał że cały ten rytuał okazał się porażką. Cóż… nie do końca. Z osobowości starego maga wyodrębnił się byt kierujący się jego emocjami, emanacja jego gniewu i frustracji. Uderzająca w tych, którzy w jakiś sposób zirytowali Cyrila… aczkolwiek połączona jakoś z magiem, więc Tremere musiał być w odpowiedniej odległości by byt mógł zaatakować. Obdarzony pewną formą złośliwej inteligencji umbralny byt był czymś, z czym zwykły wampir poradzić sobie nie mógł. A choć Tremere nigdy nie był na miejscu podczas zabójstwa,to… zawsze znajdował się w odległości kilku ulic, gdy była ono popełniane. Nic więc dziwnego, że zawsze był o nie podejrzanym.

                                    Falconi zabił ów byt z pomocą “wynajętych fachowców” i paru specjalistów z klanu Tremere, gdy ów umbralny zabójca próbował zabić Cynthię Harley, po tym jak ta odmówiła Cyrilowi pomocy.
                                    Primgoen Ventrue i sam szeryf omal nie zginęli podczas tej akcji. Niemniej byt został zniszczony i sprawa morderstw została zakończona. Nadszedł czas sądu nad Cyrilem.
                                    Cynthia, Nosferatu i Palafox żądali kali śmierci dla pechowego Tremere. Cynthia co prawda gotowa była zadowolić się torporem dla niego, niemniej Nosferatu byli żądni krwi. Co prawda cała tragedia była wywołana nieszczęśliwym wypadkiem przy pracy, niemniej zbyt wielu ważnych Kainitów zginęło, by dało to się łatwo zamieść pod dywan. Ktoś musiał ponieść odpowiedzialność za te zgony. Ktoś musiał zostać kozłem ofiarnym… a Cyril wszak nie miał żadnego sojusznika wśród Primogenów. Jego los wydawał się być przypieczętowany. Niespodziewanie jednak Książę okazał łaskę, wspierany przez primogen Toreadorów i Papę Roacha.
                                    Ostatecznie pozwolono mu żyć i nawet oszczędzono torporu… Niemniej Cyril został skazany na izolację i pustelniczy żywot przez następne czterdzieści lat. Zostanie zamknięty w siedzibie klanu na ten czas, jego kontakt ze światem zewnętrznym ograniczony do minimum. Jego korespondencja cenzurowana, a jego sługi wygnane z Nowego Jorku na czas jego izolacji.
                                    To też dotyczyło Ann. Caitifka nie mogła już wrócić na stałe do Nowego Jorku.

                                    Tego wszystkiego Ann dowiedziała się od pana Banksa. Ten szczurowaty osobnik był wysłannikiem Księcia z Nowego Yorku i przywiózł nie tylko informacje na temat losu Cyrila. Przywiózł także wyrok dla niej, nawet jeśli pan Banks tak tego nie nazywał. Była to, według niego, decyzja związana z powiązaniem Ann z Cyrilem. Jako jego podwładna nie mogła przebywać stale w NY, bo to mogłoby skusić starego Tremere do zdecydowanie złych pomysłów. Ann co prawda pozwolono wracać do miasta, ale tylko dwa razy na miesiąc i nie mogła w nim przebywać dłużej niż dwie noce pod rząd. Na osłodę tego wyroku otrzymała fiolkę z krwią Cyrila i jego listowne zapewnienie o tym, jak ważna jest ich więź dla niego. Niemniej wyglądało na to, że Stillwater zostanie domem Ann na co najmniej kolejne czterdzieści lat.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Niedostępny
                                      ZellZ Niedostępny
                                      Zell jako Ann Paige
                                      Moderator Obsługa
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #76

                                      Wieści uderzyły Ann jakby obuchem w głowę. Czuła zagrożenie czające się przy Cyrilu, a w pewnym momencie wręcz zaczęła panikować. Chciała rzucić wszystko i wrócić w jednej chwili do Nowego Jorku, uratować Cyrila.William musiał powstrzymać dziewczynę oszalałą z wypaczonej miłości. Tłumaczył jej jaka to byłaby bezsensowna podróż, że mogłaby tylko doprowadzić jego wrogów do niego samego. Ann uspokoiła się tylko temu, że to okropne uczucie odeszło... ale wciąż wiedziała, że Tremere istnieje, jednak szczegóły ja ominęły.
                                      ...póki nie zjawił się wysłannik Księcia.

                                      Dziewczyna patrzyła otępiała na dokument z wyrokiem na siebie (żadne ładniejsze nazywanie nie zmieniało faktu czym to tak naprawdę było). Nieruchomo słuchała opowieści posłańca czując irytację, a w końcu złość, gdy przekazał jej fiolkę i list od Cyrila. Zależy mu na ich więzi... Oczywiście, że zależy mu na utrzymaniu swojej własności na łańcuchu. Wiedział, że ona wypije jego krew, ona też o tym wiedziała. Gdy ściskała w dłoni fiolkę to czuła podekscytowanie i wiedziała, że nic na to nie poradzi. Nie umiała się uwolnić i nie chciała... choć chciała niedawno...

                                      Siedziała na posłaniu wpatrzona w fiolkę leżącą na zwiniętym wyroku. Wiedziała, że niczym nie zawiniła, że nie zasłużyła na karę. Nie przyłożyła palca do całej sprawy, a oni jej odcinali całą rękę. Czuła wściekłość na Cyrila, na Księcia, na Primogenów, który głosowali przeciw Tremere... bo jednocześnie głosowali przeciw niewinnej Ann. Czterdzieści lat? Tyle istniała, włącznie ze śmiertelnym czasem! Dla nich to mogło być nic, ale dla niej to był wyrok śmierci społecznej. Już cierpiała z powodu braku klanu, ale teraz pozostawała uwiązana wolą Cyrila w Stillwater, bez szans na stworzenie znajomości, partycypowania w świecie Spokrewnionych. Za te lata będzie tym samym nic nieznaczącym kundlem, za którym będzie ciągnął się niesprawiedliwy wyrok wskazujący, że jest tylko niewolnikiem krwi.
                                      I nawet nie została określona w wyroku imieniem i nazwiskiem, a tylko imieniem... jak nic nie warty niewolny kundel. Szlag by tego Ventrue!

                                      Nie wypiła jeszcze Vitae, nie w tej sekundzie. Najpierw zadzwoniła do Eleny: podziękować. Wiedziała, że gdyby nie Toreadorka to Cyril nie przetrwałby następnej nocy. Dziękowała jej po stokroć, choć nic nie mogła jej sprezentować, bo i nic nie posiadała. Obiecała, że u niej się pojawi, gdy... dojdzie już do siebie. Nie chciała narażać Eleny na swoje wahania nastroju, jakie teraz by miała. Musiała ustabilizować się wpierw.

                                      Jeszcze tej nocy zawitała w Róży, prosząc o żywy posiłek... posiłek po ostrym doprawieniu. Meta, amfa, może hera. Miracella zobaczyła, że Ann jest w ostrej rozterce i choć nie znała szczegółów to tym razem nie naciskała na bezklanową i jedynie zapisała duży rachunek na konto Williama. Wiedziała, że naćpana Ann będzie jeszcze tu nocować, więc dorzuciła opłatę za pokój do rachunku.
                                      Następnego dnia wyjaśniło się wszystko.
                                      Ann nie zależało, kto by się nabijał z jej nieszczęścia, jak i nie zależało, że nawet Lukrecja tego nie robiła. Wiedziała, że Caitiffka chce wrócić do Nowego Jorku, jak i ona. Czuła nienawiść, jaką dziewczyna roztaczała. Wybrała milczenie.

                                      Dwa dni później Ann zniknęła. Wystarczyło by wypiła krew Cyrila, aby udała się do miasta... i nie wracała. Zaniepokojony William trzeciej nocy pojawił się w Nowym Jorku, by ją odnaleźć i odwieźć do miasteczka. Jak przypuszczał znajdowała się obok siedziby Tremere. Z tego co zrozumiał siedziała przed nią nieruchomo, czasem otoczona cieniami, nie polująca. Siedziała i patrzyła w mury.
                                      Gdy próbował ją zabrać, ta stawiała się mu, nie chciała by ją zabrał. Krzyczała jak nienawidzi Księcia, jak nie rozumie czemu została ukarana. Że William nic nie rozumie i ją krzywdzi.
                                      W końcu Toreadorowi udało się ją zabrać i musiał cierpieć jej uporczywe milczenie pełne bólu.

                                      Relacje z Nadią ostygły. Ann nie miała ochoty spotykać się z nią i choć zyskała swój własny dom, to nie uśmiechało jej się iść do biblioteki. Widziała w Nadii Palafoxa, wobec którego pałała nienawiścią za próbę skazania Cyrila na śmierć. Odseparowała się od wszystkich, woląc samotnie przebywać w mieszkaniu.z dala od innych, jedynie dwa razy w miesiącu jadąc do miasta albo do Eleny, ale w większości by siedzieć naprzeciw siedziby Tremere...

                                      ...i gadając do siebie...?

                                      END OF CHAPTER ONE

                                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • ZellZ Zell zablokował ten temat

                                      Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                      Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                      With your input, this post could be even better 💗

                                      Zarejestruj się Zaloguj się
                                      Odpowiedz
                                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                      • Najpierw najstarsze
                                      • Najpierw najnowsze
                                      • Najwięcej głosów


                                      • Zaloguj się

                                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                      Powered by NodeBB Contributors
                                      • Pierwszy post
                                        Ostatni post
                                      0
                                      • Kategorie
                                      • Ostatnie
                                      • Tagi
                                      • Popularne
                                      • Świat
                                      • Użytkownicy
                                      • Grupy
                                      • Strona startowa