Sezon 2.1
-
Pobudka… w domu. Jej domu. Willa podarowana przez Blake’a… była po prostu dużym domem letniskowym. Za życia Ann mogłaby się oburzyć, na sugestię by mieszkać tu cały rok. Ale to było w innym życiu. Teraz, Kainitka po przebudzeniu mogła się cieszyć faktem, iż posiada własną siedzibę i ghula który się nią opiekuje.
A propo ghula… gdzie on się podział? No tak, posłała go wczoraj do Nadii, do Williama. Pewnie jest u jednego z nich.
Telefon odezwał się, gdy ogarniała się po przebudzeniu. No tak, Nadia proponowała aby spotkać się u Róży. A więc Connor wpierw pojechał do niej.
Zima zagościła w Stillwater, utrudniając nieco przemierzając drogi motorem. Aczkolwiek władze miasteczka, pilnowały by jezdnie były przejezdne. Dotarcie Ann do “Pąsowej Róży” zajęło nieco czasu w związku z tym że mieszkała na obrzeżach miasta. Jak najbliżej Nowego Jorku. Jak najdalej od jeziora.
|-Miasto tonęło w śniegu, chłód obdzierał ciało z resztek ciepła. Nie miało to znaczenia dla ciała Kainitki, która mogła się skupić na jeździe. Przemierzając lasy, dostrzegła ruch. A potem stworzenia… wilki. Zwyczajne wilki… ewentualnie wilkołaki w zwierzęcej formie. Tak czy siak, żadne zagrożenie. Od czasu do czasu Ann napotykała je w okolicach Stillwater, wilki unikały jej… wilkołaki z miejscowego plemienia szanowały umowę z Garry’m. I ignorowały zazwyczaj. Czasem zagadywały pamiętając o tym, że wykonała robotę dla plemienia. Wilkołaki w tej okolicy nie stanowiły zagrożenia dla miejscowych Kainitów. Więc Ann nie poświęciła temu spotkaniu uwagi.
Podczas zimowych miesięcy Pąsowa Róża robiła się tak jakby bardziej pusta. Mniej śmiertelników ją odwiedzało. Stillwater, będąc mimo wszystko miejscowością wypoczynkową, zamierało podczas zimowych miesięcy.
|-Ann po wejściu rozejrzała się, napotykając kilka znajomych twarzy. Z tych ją interesujących było kilka, ale brakowało najważniejszej. Nadia jeszcze się nie pojawiła. Była za to Miracella za kontuarem baru. Wyraźnie podekscytowana. Możliwe że młodą Ventrue czeka wyprawa do Nowego Jorku. Lukrecja posłała ją już tam z dwa razy jako swoją wysłanniczkę. Był Garry z czarnym “psem” , który z pewnością był wilkiem. Gangrel na kogoś wyraźnie czekał. Był też czarownik tutaj. McElroy czytał jakąś księgę siedząc w kącie. Był też Clyde flirtujący z Miracellą… z marnym skutkiem. Niestety zauważył Ann i ruszył ku niej… co za nie do końca fortunne spotkanie. Clyde nadal bywał namolnym wielbicielem Ann, zwłaszcza tuż po kolejnej porażce w uwodzeniu Miracelli. -

ZAWIŚĆ
Młoda wampirzyca zastanawiała się czy jej ghul przeżył spotkanie z Nadią, czy może ona go zamknęła w lochu. Oba były możliwe.
A do tego Córka Lukrecji. Ann miała ochotę jej zmyć ten uradowany uśmieszek z gęby. Żeby ją dawni znajomi Lukrecji potraktowali w Nowym Jorku jak zasługuje jej matka w oczach Księcia.
Ach, i Clyde...- Znowu ci nie wyszło z Miracellą. - stwierdziła ironicznie, gdy Brujah do niej podszedł.
- Wiesz jak to jest. Niestety ma dziś dużo obowiązków. Biedaczka. Ale następnym razem. - odparł z uśmiechem Brujah. Nieco kwaśnym i bardzo nieszczerym.
- A czym niby taka zajęta? - mruknęła Ann.
- Eeeem…. obowiązkami. Jest teraz prawą ręką Lukrecji.- odparł Clyde, wyraźnie niezadowolony tym, że rozmowa schodziła z jego ulubionego tematu. Jego samego.
- Na pewno to wielki zaszczyt być prawą ręką burdelmamy w tej wiosce. - syknęła cicho.
- No cóż… lepiej być prawą ręką Księcia.- odparł dumnie Clyde, mając na myśli… oczywiście siebie.
- Jego ghulica na pewno nie narzeka. - odparła Ann.
- Ehmm…- Brujah zamilkł. Śmiertelna rodzina Księcia Stillwater była delikatnym tematem. Ann, choć wiedziała kim jest ghulica Joshui, to nie miała okazji spotkać jej osobiście. Trzęsła Stillwater za dnia.- Czegoś ode mnie chciałeś? - zapytała niewinnie.
- Możemy pogadać o świecie i obejrzeć jakiś film… w kinie. Może poplotkować o Nowym Jorku? - zaczął swój flirt młody Brujah.
- Ty w ogóle kiedykolwiek byłeś w Nowym Jorku? - zapytała ze zmrużonymi oczami, jakby samo w sumie tego miasta budowało w niej złość.
- Tak… czasami. Joshua posyłał mnie jako posłańca, zanim się ty zjawiłaś.- przyznał Clyde.Nie wiedziała czy bycie członkiem społeczności ci Stillwater cokolwiek zmieni. Czy dzięki temu zdoła zakaz tamtego Księcia przebić, czy w ogóle Joshua byłby chętny to zrobić?
- To ciekawy pomysł. - niespodziewanie pochwaliła Clyde'a i poklepała go po ramieniu - Widziałeś dziś Nadię? - niespodziewanie ponownie zmieniła temat.
- Eeee… nie… zresztą wiesz jak z nią jest. Nie wyściubia nosa, ze swojego leża jeśli nie ma powodu. A odkąd ma osobistego pomagiera, ma jeszcze mniej powodów niż zwykle. - zaśmiał się Clyde.
- Czekam tu na nią. - stwierdziła wprost - Ciekawe czy zabiła mi ghula. - odparła całkowicie nieprzejęta możliwością śmierci śmiertelnika.
- Nadia? Wątpię. Za dużo z tym roboty.- zaśmiał się Kainita. Wzruszył ramionami.- Musiałaby się oderwać od swojego hobby.Ann przerzuciła chwilowo spojrzenie na Miracellę.
- Czy to prawda że będzie się udawała do Nowego Jorku? - w jej pozornie spokojnym głosie skrywała się gorąca złość i irytacja.
- Lukrecja załatwiła sobie taką możliwość. - przyznał Clade.- Nie wiem jak.Ann ponownie skierowała spojrzenie na Ventrue, ale tym razem nie można było pomylić tego z niczym innym jak spojrzeniem czystej wściekłości.
- Po tym wszystkim co Lukrecja chciała zrobić Księciu? - wywarczała - Po tym wszystkim?!
- Sama Lukrecja jest nadal na wygnaniu. - wzruszył ramionami Clyde i podrapał się po karku.- Jestem w tym wszystkim nowy, ale… szef mówił mi, że sytuacja polityczna jest płynna. Śmiertelny wróg wczoraj może być przydatnym sojusznikiem jutro. Gdyby Lukrecja nie była Księciu potencjalnie przydatna, spłonęłaby na dachu, jak reszta.Nawet Clyde zauważył jak złość coraz bardziej buzuje w Ann. Wszystkie cienie obecne w pomieszczeniu przesunęły się w stronę wampirzycy, jakby przyciągane magnesem jej osoby.
- A mi zabrania tam być? - warknęła wściekle.
- Kto? Książę?- podrapał się po karku Clyde.- Przecież tam jeździsz.
- Rzadko... - zniżyła głos - Boi się, że co zrobię? - zaśmiała się nieprzyjemnie i znowu spojrzała na barmankę - A Potomkowi Lukrecji pozwala? - można było mieć wrażenie, jakby jeden z cieni przybrał formę kłapiącej paszczy, która skierowana była na Miracellę.- Uspokój się. Robisz widowisko. Wolisz stracić w ogóle prawo do wyjazdu ze Stillwater? - zimny i cierpki, kobiecy głos. Nadia podeszła bardzo cicho i spoglądała na oboje. Ubrana jak zwykle w stylu… bibliotekarki. Aczkolwiek Ann miała wrażenie, że jej sposób ubierania przybliżał się bardziej ku fantazjom snutym na czatach przez nerdów.
Ann odwróciła się do Nadii, a otaczające ją cienie rozwiały się na swoje naturalne miejsca.
- Nic przecież nie robię. - fuknęła, ale już spokojniej niż przed chwilą.
- Tak. Z pewnością.- Nadia wskazała dłonią pobliski stolik i ruszyła ku niemu.
Młodsza wampirzyca ruszyła za Nadią.
- Mój ghul żyje? - zapytała jakby od niechcenia, ignorując Clyde'a, który na widok Nadii uznał że powinien być gdzieś… indziej.
- A dlaczego miałby nie żyć?- zapytała Tremere siadając przy stoliku.
- Bo mógł cię rozzłościć z głupoty. - wzruszyła ramionami.
- To źle świadczy o twoich wyborach.- przyznała Nadia i skupiła wzrok na Ann.- To o czym porozmawiamy?- Myślałam, że podczas akcji w kopalni wyłączyłaś wszystkie systemy, jak kamery. - zaczęła.
- Wprowadziłam trojana, który miał namieszać w ich systemach… - przyznała Kainitka.- Wyłączenie od razu wzbudziłoby alarm, byłam trochę bardziej kreatywna. Po prostu obraz zacinał się w miejscu, gdy my wchodziłyśmy w pole widzenia kamer. Długo by tłumaczyć.Ann wyciągnęła z torby kilka zdjęć, które położyła przed Nadią.
- Najwyraźniej nas obserwowano cały czas.
- Niemożliwe…- oceniła spokojnie i chłodno wampirzyca.- Jak je zdobyłaś?
- Jedna magini je wyciągnęła, gdy szukała informacji o kopalni na zlecenie Williama. Te obrazy były zapisane. - wyjaśniła. - Więc musiano na nas mieć oko. Magini też miała problem, aby polepszyć obraz, a w komputerach siedzi.
- Interesujące… co to za magini. I co odkryła? - zamyśliła się Kainitka i skrzywiła się. - Eeech… i jeszcze mój gorszy profil uchwycili.
- Z miasta. Wchodzi do Internetu... cokolwiek ma to znaczyć. - wzruszyła ramionami - A odkryła jakieś duże bagno. Ale jasne czemu wilki takie cięte na to. Ponoć to ma coś wspólnego ze Żmijem czy coś…
- Aaaacha… wilki i ich… obsesje mitologiczne.- zadumała się Nadia i zamyśliła.- Hmm… czyli co… jakiś… wilkołaczy wrogi klan? Bo to co nas omal nie zabiło, było wilkołakiem.
- To jest... dziwne. Bo to bardziej coś jakby kult. Kult Żmija. Taki o światowym zasięgu. - pokręciła głową - Mówię ci to, bo byłyśmy w tym obie. Więc wypada nie taić.
- Hmmm… wiesz, wilkołaki mają te swoje ekologiczne obsesje i teorię o matce Ziemi.- machnęła ręką Nadia. - Nie wygląda jednak na to, byśmy były w centrum zainteresowań. Monitoruję w sieci wszelką aktywność dotyczącą Stillwater i nas w szczególności. Nie zauważyłam… niczego niepokojącego. A nasz wypad nie był pierwszym aktem sabotażu na terenie kopalni. Wilkołaki często ją atakują… z różnym skutkiem. - zamyśliła się wampirzyca i podrapała po karku.- Lukrecja zna bardzo blisko szefa kopalni. Ale to bardziej figurant i zasłona dymna, niż osoba decyzyjna. Niemniej… hmmm… sama nie wiem. O co by go można było spytać.
- Magini odradzała w to bardziej wchodzić. Według niej to śliskie bagienko. - powiedziała Ann - A czyżby ciebie to zainteresowało?
- Skoro mają moje fotki… hmmm… nawet niewyraźne. - zadumała się Nadia i podrapała po karku. - Cóż… pomyślę nad tym.
- Czemu aż tak cię to poruszyło? - zapytała zdziwiona.
- Wysoko cenię swoje umiejętności i nie lubięjak ktoś… lub coś ośmiela się je podważyć.- wyjaśniła Tremere.
Ann chwilowo zamilkła.
- Czy Tremere nie eksperymentują cały czas? Nie doskonalą swojej Sztuki? - zapytała nieoczekiwanie.
- No tak… eksperymentuję. - machnęła ręką Kainitka.- Ale Sztuka wampirów jest sztywna w porównaniu z magyią. A postępy w niej następują w żółwim tempie.Francuska spojrzała Nadii w oczy.
- To czemu Palafox chciał ukarać Cyrila właśnie za to?
- Wiesz za co tak naprawdę się karze? - zapytała Nadia spoglądając w oczy Ann. - Nie za to, że popełniasz zbrodnię, ale za to, że dałaś się przyłapać. A Cyril został ukarany za to, że popełnił porażkę, która kosztowała klany kilku ważnych członków. Niech się cieszy, że uniósł cało głowę z tej afery… bo mógł ją stracić. Błędy nie są tolerowane w Camarilli.
- To jaka była w tym moja wina? - zacisnęła palce - Robiłam co chciano. Książę mnie przypisał do Cyrila, a on mnie opił krwią, ale to nie ja popełniłam zbrodnię, za którą i tak ponoszę karę. Czy nie wystarczyło odseparowanie od Cyrila? To nie było wystarczające? - w głosie wampirzycy złość mieszała się z rozżaleniem.
- Dostajesz nadal od niego listy i krew? Służysz mu? - zapytała retorycznie Nadia.
- Jego listy są sprawdzane, więc nie zawrze w nich sekretnych rozkazów, a ja nie zburzę tego więzienia, by go uwolnić. - parsknęła - Czego się boją? Czego chcą uniknąć? Żebym nie rzuciła się wygryźć gardło Palafoxowi na rozkaz Cyrila? - sarknęła.
- A czemu ci tak zależy na Nowym Jorku? Tam będziesz nikim. Ot jednym z cienkokrwistych wałęsających się po ulicach, desperacko uczepionym czyjegoś patronatu.- wzruszyła ramionami Nadia i dodała. - Skoro tak nisko cenisz intelekt Cyrila, to widać nie znasz go dość długo. Przyznaję, jako mag nie był szczególnie się wyróżniający, ale nadal był dobrym mentorem i jeszcze lepszym intrygantem. Niemniej utracił wiele pionków i assetów, dlatego zapewne ty… jesteś pod szczególną uwagą. No i… moja naiwna Ann… - Nadia spojrzała wprost w oczy Kainitki.- Jest wielu, którym nie podoba się wyrok Księcia. Wielu, których uznało go za zbyt łagodny. Nie mogą zemścić się na Cyrilu, bo siedzi pod kluczem i Palafox odpowiada za jego bezpieczeństwo… ale co innego jego pomagierzy. Zawsze to jakaś satysfakcja nieprawdaż, rozciągnąć flaki jego pomocnicy na dwie, trzy ulice?
- To czemu tego jeszcze nie zrobili, co? Nie ukrywam się. - mruknęła nieprzekonana - A co mnie tu czeka? Bez szans na ugranie czegokolwiek czy nawiązania znajomości.
- No tak. Bo bycie na ty z miejscowym księciem czy wpływowym Toreadorem cenionym w Nowym Jorku, to żadne osiągnięcie. - zakpiła Nadia i wzruszyła ramionami.- W Nowym Jorku wcale ci łatwiej nie będzie. Tam jest dużo Kainitów takich jak ty… zdesperowanych jak ty. Łatwych do zmanipulowania. - spojrzała wprost na Ann. - I może dlatego, że sprawa jeszcze świeża, a może dlatego, że miałaś szczęście, to dotąd wracałaś z wielkiego jabłka żywa. Lecz szczęście to waluta, która prędzej czy później się kończy, więc dla swojego dobra… zacznij być ostrożna. Dowiem się co prawda, kiedy w ShreckNecie wystawią cenę za twoją główkę. Ale już wtedy może być za późno.Ann skrzywiła się i spojrzała na swoje dłonie.
- Czy gdyby Cyril miał zasądzony wtedy wyrok śmierci... To byś mnie też zabiła?
- Nie. Zginąłby zanim byś się dowiedziała oficjalnie o jego zgonie. Pewnie coś byś poczuła w związku z jego śmiercią, ale…- wzruszyła ramionami Nadia. - Po co miałabym cię zabijać?
- Nie wiem. Czemu nie? Palafox jest suczysynem, mógłby chociaż z bycia łajzą ci zlecić. - nie kryła swojej pogardy dla Regenta.
- Nie masz pojęcia kim jest mój szef, więc cóż… - wzruszyła ramionami Nadia.- … sprostuję twoje wyobrażenia. Nie. Palafox nie zabija bez powodu. Nie wnioskował o uśmiercenie ciebie, gdy odbywał się proces, choć z pewnością wiedział, że będziesz jednym z niewielu kontaktów jakie Cyril będzie miał ze światem zewnętrznym. Tremere nie są ci wrodzy… po prawdzie, niewiele ich obchodzisz. Bardziej bym się obawiała na twoim miejscu Nosferatu, Ventrue i Brujah.
- Jeżeli by mi coś zrobili, to nastanęliby na odcisk Primogenki Toreadorów. - sprostowała.
- Nie liczyłabym aż tak bardzo na protekcję Eleny, moja droga. Nie jesteś aż tak znacząca.- odparła z ironicznym uśmiechem Nadia. - Co jest i klątwą i błogosławieństwem. Niemniej nie czuj się zbyt pewnie, tylko dlatego, że ona cię lubi. Ona wielu lubi.
- Ciebie to bawi, co? - mruknęła z irytacją.
- Twoja naiwność. Odrobinkę. Twoja niecierpliwość natomiast trochę rozczarowuje. Tak, Cyril wylądował w izolatce na cztery dekady. Nie oznacza to, że tyle odbębni. Polityczny krajobraz ulega częstym zmianom. Powinnaś cierpliwie czekać i wypatrywać okazji, zamiast…- wzruszyła ramionami Tremere. - … użalać się nad sobą jak byle śmiertelniczka.
- Wybacz, że nie mam takiego spojrzenia na czas, jak ty i dla mnie nawet kilkadziesiąt lat to jest okres, jaki mi robi różnicę.
- Wybaczam. - łaskawie stwierdziła Nadia. - A teraz zacznij zachowywać się jak należy. A nie jak… Clyde.- Mój ghul był grzeczny? Zadowolił zachowaniem? - zapytała unikając dalszego tematu.
- Płaszczył się. - wzruszyła ramionami Nadia. - Nie wsłuchiwałam się szczególnie w jego paplaninę.
- Dobrze. - odparła Ann z wyraźnym zadowoleniem w głosie - Uczy się.
- I co dalej… przerobisz go na Kainitę?- zapytała Nadia.Ann spojrzała zdziwiona na Nadię.
- Ty tak serio? - pokręciła głową - Nie ma mowy bym tego hazardzistę w cokolwiek lepszego niż ghul zmieniła.
- Więc wiele do nauki nie ma. Posłuszeństwa i paru prostych reguł. - wzruszyła ramionami bibliotekarka.
- Podpadł, to teraz go mocno tego uczę. - stwierdziła - Zabawnie będzie jak przyjdzie do Williama. - zaśmiała się na myśl - Musi go ubłagać o wybaczenie. Ciekawe jakie kroki poweźmie.
- To nie jest dobry pomysł. Wiesz dobrze, że Blake ma słabość do przystojnych mężczyzn i fatalny gust jeśli chodzi o kochanków. Jak dla mnie, twój ghul idealnie wpasowuje się w tą rolę. - odparła beznamiętnie Tremere.
- Uświadomię Williama, że ma łapki precz trzymać od mojej własności. - fuknęła - Jest mój i póki nie oddam, póty nie ma mowy.
- Taaa… zobaczymy czy to pomoże. - odparła bez przekonania Nadia.- Jesteś złośliwa bez celu, szlachciurko. - odparła Ann.
- Raczej obiektywna i przewidująca. - stwierdziła krótko Nadia i spojrzała wprost w oczy Ann.- Nigdy nie machaj smakołykiem Toreadorowi, Gangrelowi czy Brujahowi przed twarzą. Te klany nie słyną z samodyscypliny.
- Więc Tremere można machać? - uśmiechnęła się słodko.
- Do pewnego czasu. Bądź co bądź, okazałam się wyrozumiała, gdy mnie zaatakowałaś. A mogłam zabić. - przypomniała jej Nadia.Ann zaśmiała się radośnie.
- To kiedy powtórka? - zapytała półgębkiem.
- Nie powinno ci się to znudzić? Już minęło sporo czasu odkąd ostatni raz karmiłam. Romantyczna mgiełka powinna wyparować ci z głowy. - oceniła Tremere.
- Przynajmniej coś ciekawego w tym nudnym istnieniu bez Cyrila... - odparła smutno - I o tym... ataku... myślałam.
- Mhm… cóż… Przyda mi się przerwa od ciągłego przeliczania liczb. - zastanowiła się Kainitka. - Może… jutro?
- Dobrze. - zgodziła się cicho Ann - U ciebie?
- U ciebie nie ma akcesoriów. Ubierz się tak jak lubię. - odparła po namyśle Nadia.Zadowolona Ann pokiwała głową.
- Mam teraz trochę jeszcze do załatwienia, ale jutro będę wolna.
- I pamiętaj. Poinformuj mnie o ewentualnej zmianie planów. Nie lubię takich… niespodzianek. - przypomniała jej chłodno Kainitka.
- Pamiętam, pamiętam. Ty też pomyśl co chcesz dalej zrobić z kwestią zdjęć.
- Przyjrzę się im. I tej firmie. Dyskretnie. Mam trochę… zobowiązań u Nosferatu.- zamyśliła się Nadia.- Czas pociągnąć za sznurki. Tylko te zdjęcia dostałaś?
- Więcej o tych poszukiwaniach... ale w końcu to do Williama należy i trzeba Joshui dać, bo jego domena. - odparła niepewnie.
- Niby tak. - zamyśliła się Kainitka .- Ale międzynarodowe korporacje, przerastają nawet kompetencje książąt.
- Nawet ta magini wolała w to dalej nie wchodzić i odradzała. - zamyśliła się - Z Joshuą chcę pogadać teraz, to i mogę go przycisnąć, aby zgodę dał. W końcu tylko ty możesz się tym zająć... Z jego zgodą będzie wszystko ładnie przyklepane.
- Bez przesady… nie zamierzam głęboko grzebać. Ot, parę plotek tu, parę tam.- odparła z ciepłym uśmiechem.- Cokolwiek ten kult tu robi, nas zostawiają w spokoju. Kopalnia nigdy nie sprawiała nam kłopotów.
- Oby tylko nie zaczęła, jak będziemy patrzeć…
- Nieźle cię ta magiczka nastraszyła, co? - zapytała Nadia z uśmiechem.
- Są silni, więc jak oni się czegoś obawiają to raczej ma sens się obawiać, prawda?
- Może… jest jednak bezpieczne źródło informacji do którego… cóż, Garry ma dostęp. Indiańskie wilkołaki.- przypomniała jej Nadia i potarła czoło.- I to.. co… utknęło mi w głowie.
- Co utknęło?
- Nie wiem… od czasu całej tej akcji, zdarzają mi się… sny. Dziwne… mistyczne…- machnęła ręką Kainitka. - Nieważne.- Może odnośnie tych snów do czegoś dojdziemy teraz. - zasugerowała.
- Nie sądzę. Nie zapisuję ich. - wyjaśniła Kainitka. - Staram się nie pamiętać ich.
- Dlaczego? - zapytała zdziwiona - Czemu je odrzucasz?
- A czemu mam zapamiętywać. To fragmenty wiedzy… często niekompletne i pomieszane. Fragmenty niepotrzebne mi do niczego. - wyjaśniła Nadia.
- I umiesz z nimi walczyć? Sprawić by cię nie męczyły? - zapytała zaciekawiona.
- Ignoruję je… i są coraz słabsze. I rzadsze.- wzruszyła ramionami Tremere. - To tylko… sny.
- Ale czy nie warto sprawdzić dogłębnie ich znaczenia? Może mają coś wspólnego z magią.
- Nie… ze wszystkim poza magią. To nie mistycyzm… to plany, schematy, projekty finansowe… raporty środowiskowe. - machnęła ręką Nadia.
- A może po prostu zapisały ci się prawdziwe dane! - odparła podekscytowana.
- Przestarzałe… bo sprzed paru miesięcy. - przypomniała jej Tremere.
- Ale wciąż mogą być istotne.
- To są sny… dobrze je pamiętasz, gdy śpisz… ale nie zapamiętasz szczegółów po przebudzeniu. - przypomniała Kainitka.
- Ty naprawdę nie chcesz się nimi zająć w żaden sposób, prawda?
- Są bez znaczenia… -odparła Nadia i potarła policzek. - I nie zacytuję ci ich z pamięci. Może… następnym razem spróbuję zanotować coś po przebudzeniu.Ann uśmiechnęła się.
- Ja cierpię na koszmary każdego dnia. - westchnęła - ostatnio czasem po przebudzeniu... czuję nagłą ochotę... wręcz przymus, aby zilustrować.
- To nie są koszmary… w moim przypadku. Są bardziej męczące… niż przerażające i nie są każdego dnia.- wyjaśniła Nadia.- Czy jako mag nie powinnaś przykładać większej wagi do snów?
- Tak… gdybym była prymitywną szamanką z zasranego zadupia Syberii. Ale nie jestem. - stwierdziła dumnie Nadia. - Jestem arystokratką. Nie wróżę z fusów, flaków i snów.
- To inni magowie nie zważają na sny? - zdziwiła się.
- Inni magowie tak. Ja nie. - wyjaśniła krótko Nadia, westchnęła głośno i dodała.- Magowie bardzo różnią się metodami czarowania. I bardzo są przywiązani do swojego paradygmatu.
- Ta magini była zaskoczona tobą. Nawet stwierdziła że jesteś mądra. - przypomniała sobie - Mądra, bo nie polegasz jedynie na papierze. Chyba byłaś jedyną Tremere, którą mogłaby podziwiać.
- Magowie ogólnie traktują nasz klan… protekcjonalnie zazwyczaj. I niestety mają ku temu dobry powód. - odparła Nadia.
- Nadia... A może byś chciała dostać namiary na tą magiczkę? Wiesz, by móc z nią porozmawiać... - zaryzykowała - Oczywiście o ile chcesz. - od razu dodała.
- Nie jestem osobą która lubi gadać po próżnicy. - odparła Nadia i zamyśliła się. - Ale skoro jest tak dobra… jak twierdzisz… hmm… ten kontakt może się przydać na później do wykorzystania.
- Warto zawsze spróbować. - wzruszyła ramionami - Ze mną spróbowałaś i chyba tak źle nie wyszło, co? - zapytała lekko drocząc się.
- Nie interesują mnie pogaduszki z magami czy też komputerowymi nerdkami. Używam komputera, ale ta maszyna mnie rajcuje. To narzędzie.- wyłożyła swoje stanowisko Tremere.
- Nie posądzam cię o chętną na babskie wieczorki w piżamach. - zaśmiała się - Choć chciałabym zobaczyć.
- Nie zobaczysz. Piżamy to ciuchy plebsu. Ja noszę koszulę nocną… czasami.- wzruszyła ramionami Kainitka. Przeciągnęła się i dodała.- To chyba omówiłyśmy już wszystko?
- Tak. - spojrzała w stronę Miracelli - Mam inne rzeczy teraz…
- Zachowuj się właściwie. Jeśli nie chcesz wylądować w moim loszku na dłużej niż byś chciała.- odparła Tremere wstając i dodała na pożegnanie. - Znajdź sobie bezpieczne hobby.
Po rozmowie z Nadią Ann ruszyłem i niespiesznym krokiem w stronę Miracelli.
- Skąd taki idealny nastrój u ciebie? - odezwała się gdy już była blisko.
- Idealny? Nie rozumiem?- zdziwiła się młoda Ventrue.
- Wyglądasz jakbyś czuła się w tym momencie niesamowicie szczęśliwa. Jakbyś coś wygrała. - oparła się na barze.
- Doprawdy? No może… Clyde się odczepił, więc jestem zadowolona.- odparła z uśmiechem Miracella.
- A może... Tak bardzo cię raduje podróż do Nowego Jorku, hmm?Miracella zamyśliła się i stwierdziła. - Bardziej przeraża. Lukrecja pośle mnie tam z konkretnymi oczekiwaniami i misją do wykonania. Wolałabym jej nie zawieść.
- Nie wiem czemu dostałaś zgodę. Nie powinnaś. Nie po tym co Lukrecja odwaliła. - nie trudno było zobaczyć, że wampirzyca po prostu... zazdrości. I musi mieć problem z poradzeniem sobie z tym uczuciem.
- Ty też jeździsz tam.- zdziwiła się barmanka. - Nieprawdaż?
- Od łaski. Dwa razy w miesiącu. - burknęła - A do tego najwyraźniej będą próbowali mnie zabić za nie moje winy.
- Nie sądzę bym jeździła częściej od ciebie. - odparła Ventrue czyszcząc kieliszki szmatką.- To nie tak, że będę tam mogła wpadać co noc. Nie jestem członkiem tamtej Domeny, a częsty gość łatwo staje się natrętem.
- Nie podoba mi się, że wobec Lukrecji zastosowano jakieś łagodne traktowanie.
- Lukrecja odsiedziała już sporo ze swojego wyroku. Może… planowany jest jej powrót. Kilku kompetentnych Ventrue ostatnio napotkało ostateczną śmierć. - przypomniała jej barmanka. - Chętnych do władzy może być wielu, ale jeszcze trzeba mieć odpowiednie umiejętności.
- To bynajmniej nie poprawia mojego spojrzenia na tą sytuację. - dziewczyna nie wydawała się zadowolona z możliwości uwolnienia Lukrecji w tej sekundzie.
- Wiesz może kim była Lukrecja zanim ją tu zesłano?- zapytała Miracella.Ann spojrzała z prawdziwym zdziwieniem.
- Nie powiedziała ci tego twoja Stwórczyni?
- Ja wiem… a ty chyba zapomniałaś. Ona była skarbniczką Księcia. Opiekowała się skutecznie jego finansami. - przypomniała jej Ventrue. - I nie zatraciła swoich talentów na zesłaniu. A kilku wpływowych finansistów Klanów… cóż… zginęło ostatnio. Są więc wolne wakaty.
- To niech podziękuje Cyrilowi. - odparła z wyraźną złością na sytuację.
- Kto wie… może to zrobi.- odparła Miracella.- Tak czy siak… sytuacja w dużym mieście się zmieniła. I cóż… moja Mistrzyni z pewnością planuje na tym fakcie skorzystać. Jakoś.
- Widziałaś kasetę z prezentem od Księcia? - zapytała nagle.
- Tak. - przyznała Miracella.
- Nagrał jej jak pięknie palą się wampiry na słońcu?
- Taaa… bardzo długie wideo.- westchnęła barmanka. - Bardzo monotonne i bardzo przerażające.
- Też na to patrzyła?
- Nie, była… była w ostatniej trumnie. Słońce zaszło tuż przed jej spaleniem.- wyjaśniła Miracella. - Ostatnie promienie słońca zahaczały o brzeg jej trumny.
- A z tobą oglądała?
- Nie. Ale z pewnością oglądała sama… kilka razy.- przyznała Miracella.
- Ciekawe... - mruknęła.Ventrue zajęła się czyszczeniem blatu nie komentując jej słów.
Ann odwróciła się bez słowa i wyszła na zewnątrz wybierając numer do Joshui.
- Cześć Ann. O co chodzi?- zapytał książę, gdy już odebrał.
- Potrzebuję z tobą porozmawiać, Książę. - odparła - Jeździsz w terenie?
- Oczywiście. Mam pracę. I nocne patrole są jej istotną częścią.- odparł Kainita.
- Zapytaj innych Książąt czy tak samo myślą. - podśmiała się.
- Wbrew temu co sądzisz, pozycja księcia to przede wszystkim obowiązki. - odparł Smith ze śmiechem.- Wiesz jaki jest nałożony na mnie zakaz. - przeszła w końcu do meritum - Tylko zastanawiam się... czy to będzie nakładało się także na moje obowiązki jeżeli zostanę wysłana przez ciebie do Nowego Jorku?-
- Jeśli wyruszysz z mojego polecenia, to nie będziesz sobą, a przedłużeniem mojej woli… moją wysłanniczką. I nie jest to wliczane w twój limit. Prywatnie możesz być dwa razy, po dwie noce… służbowo, cóż… tyle ile będzie trzeba. - wyjaśnił książę.
- Nie martwisz się, że Książę Nowego Jorku będzie miał coś przeciw?
- Nie sądzę by miał coś przeciw. - odparł Kainita.Jakoś radość zawitała w jej głosie.
- Może udałabym się z młodą Lukrecji, aby chociaż upewnić się, że nie będzie nic kombinować?
- Myślę, że dobrze by było gdybyś była jej przewodniczką po mieście i dopilnowała żeby nic złego jej się nie stało.- zgodził się Joshua.
- Dostanę twoje błogosławieństwo na podróż? - zapytała radośnie - Czy to będzie znaczyć, że atak na mnie to jak atak na Stillwater?
- Miracella pojedzie z polecenia Lukrecji, nie mojego. - odparł Joshua. - Nie wiem czy ten wyjazd będzie tak potraktowany przez miejscowych.
- Damy radę. - zawyrokowała radośnie.
- Tak. Z pewnością.- przyznał Smith.
Ann szybko wróciła do Miracelli.
- Kiedy jedziemy do miasta? - zapytała od razu bez pauzy.
- My? - zdziwiła się Ventrue.
- Jadę z tobą.
- Acha. A po co? - zdziwiła się Miracella. - I z czyjego polecenia?
- Będę twoją przewodniczką po mieście i upewnię się, że nic cię po drodze nie zje. - odparła - Joshua dał zielone światło.
- Acha... Lukrecja się ucieszy.- odparła ironicznie Kainitka.
- A ty wolałabyś z Nadią iść?
- Jakoś wątpię by zdołał wyciągnąć Nadię ze Stillwater. Przecież ona tu czegoś pilnuje. - przypomniała jej Miracella.
- Jak na razie nic nie wydaje się próbować uciec i raczej bez Nadii by nie spróbowało. - wzruszyła ramionami - Nie będziesz osamotniona. - spojrzała oceniająco na młodą - No nie dąsaj się, pozostaw to Lukrecji. Nie będę stała ci nad głową i przeszkadzała w misji. Wykażesz się przed Matką. Możemy teraz przekazać jej radosne nowiny. Niech nie będzie zaskoczona w ostatniej chwili.
- Nie dąsam się. Jestem raczej zaskoczona.- odparła Ventrue. Tymczasem pojawiła się Lukrecja w wyraźnie dobrym nastroju. Pojawiła się z miejscową Ravnoską, szły razem i rozmawiały ze sobą.Ann patrzyła z zaskoczeniem na obie kobiety.
- To ciekawy obrazek. Chyba przepowiedziała jej stołek Księżnej.
- Możliwe. Trudno powiedzieć. Negocjuje z nią od kilku nocy. - przyznała Miracella przyglądając się jak kobie kobiety szły ku stolikowi, przy którym siedział miejscowy czarownik.
- Może powinnam powiedzieć teraz Ravnosce co ona mówiła o niej jakiś czas temu..
- Jeśli jest z niej taka potężna wróżbitka za jaką się uważa, to już pewnie wie. - stwierdziła kwaśno MIracella obserwując Jaine Love.Ann stanęła tak, aby słyszeć jak najwięcej z ich rozmowy.
Niestety… na to było już za późno. Kobiety wymieniły uprzejmości i pożegnały się Jaine wraz z swoją ludzką eskortą ruszyła do wyjścia. Lukrecja sięgnęła do cygaretki wyjmując papierosa i umieszczając go w fifce. Podeszła do baru i nakazała swojej potomkini.
- Zapal.-
Co ta uczyniła od razu.
- Serio? - Ann podeszła kręcąc głową - Aż tak jesteś leniwa?
Lukrecja spojrzała na Ann i pokręciła głową. - Nic moja droga nie rozumiesz. Jak zwykle zresztą, nie potrafisz wyczytać podtekstów z tego co widzisz. Nie umiesz czytać między wierszami.-
Zaciągnęła się dymem, przymykając oczy.- Umiem i nie podoba mi się to co widzę. Pewnie niedługo przestanie i innym. - oparła się o kontuar - Dobrze, że nie jesteś już żywa. W innym wypadku poradziłabym ci sprawdzić czy nie była trucizny w papierosie. Chyba, że to tylko ja bym zrobiła. - na krótko spojrzała na Miracellę.
- Dzieciak z ciebie. - odparła ironicznie Lukrecja i dodała małpując ton głosu caitifki. - Nie podoba mi się. Nieetyczne. Niemoralne. W polityce to wszystko są głupie ograniczenia. -Spojrzała na Ann mówiąc. - Czas dorosnąć dzieweczko. Albo się chowaj przed światem jak Garry czy William, albo odrzuć skrupuły i zacznij robić i mówić to co konieczne, a nie to co lubisz. Nie możesz mieć ciasteczka i go zjeść. To niemożliwe.
- Nie chcesz bym robiła to, co uważam za konieczne. - mruknęła - A, miałam zapytać. Kiedy z Miracellą jedziemy do Nowego Jorku?
- Wy? A po co ty miałabyś jechać do Nowego Jorku?- zapytała Lukrecja zaciągając się dymem. Nieco zdziwiona… ale daleko jej było do zszokowania.
- Zaopiekuję się nią, jako przewodnik i opiekun. Zadzwoniłam do Joshui i to przyklepał.
- Powtórzę pytanie. Po co ty byś miała jechać do dużego miasta. By znowu wzdychać przed siedzibą Tremere całą noc? - zapytała Lukrecja przyglądając się badawczo Ann.
- Żeby robić dokładnie to co powiedziałam. - wampirzyca wyglądała na zirytowaną.
- Doprawdy? Jak szlachetnie z twojej strony. - odparła z zadziornym uśmiechem Lukrecja. i wzruszyła ramionami. - Hmmm… za dwie noce, trzy jeśli… cóż… za dwie lub trzy noce. Zostawię wiadomość twojemu ghulowi.- Nie rozumiesz mojej relacji z Cyrilem. - dodała z irytacją - A i ty powinnaś być mu wdzięczna teraz.
- Skarbie. Nie myśl sobie, że twoja relacja z tym Tremere jest jakaś wyjątkowa. Więź krwi to powszechna taktyka starszych na kontrolowanie potomstwa. I wygląda to mniej więcej podobnie w każdym przypadku. - stwierdziła Lukrecja wydmuchując dym.- Doskonale to rozumiem, jak niemal każdy Kainita. Bo przechodziłam przez to też.
- Jak długo cię karmił Stwórca?
- Cóż… niech policzę… dawno to było.- Lukrecja skupiła się na palcach swojej dłoni.- Trzy gdy byłam ghulem i pięć jak już byłam Kainitką.
- Jak to jest,gdy przestajesz? - Ann wyraźnie była zaciekawiona - To musi być okropne.
- Jest… bardzo okropne i bardzo bolesne. To chrzest ognia. Albo przez niego przejdziesz, albo do końca swojego nieżycia będziesz sobie wmawiała, że jesteś wolna i szczęśliwa.- odparła Lukrecja wspominając.
- A traktował cię zawsze tak, że byłaś szczęśliwa?
- Nie. - odparła krótko Lukrecja nie wchodząc w szczegóły i najwyraźniej nie miała ochoty rozwodzić się na ten temat.- Czy jest szansa, że ktoś z Nowego Jorku będzie chciał skrzywdzić twoją córkę? - zapytała zmieniając temat.
- Tylko jeśli przypadkowo wpadnie na osiłków Grozy.- odparła Lukrecja.
- Czyli norma. - stwierdziła - Gdzie w ogóle ma się udać?
- Dowiecie się przed wyprawą. Po co psuć niespodziankę.- odparła enigmatycznie Kainitka.- Będzie to jakiś nocny klub lub dyskoteka. Więc strój dobrać należy do takiej okazji.
- Aż ciekawi mnie jak ty byś się ubrała na dyskotekę.
- Odpowiednio i gustownie. - stwierdziła krótko Ventrue, a Miracella dodała z uśmiechem.- Zjawiskowo.
- Ciekawe czy spodobałabyś się dzisiejszej młodzieży.
- Jestem na bieżąco z modą, acz… - spojrzała na siebie.- Umarłam zbyt staro, by udawać młodzież.
- Zbyt młoda śmierć pozostawia w sobie gorzkie doznanie niespełnienia. - mruknęła.
- Cóż… miło się gada, ale ja mam sprawy do załatwienia. Telefony do obdzwonienia.- rzekła Ventrue po długiej chwili milczenia i ruszyła na górę, ku swojemu nocnemu leżu… znanemu powszechnie jako jej gabinet.
Odkąd zaczęła mieszkać sama w Stillwater zaczęła rozumieć dlaczego to miasto jest uważane za tak nudne. Gdy mieszkała z Williamem to ta nuda nie była tak uciążliwa. Wszystko zmieniało się gdy miała pozostać sama w swoim domu towarzysza mając co najwyżej uśpionego Ghula i brak perspektyw na ekscytujące wydarzenia dnia następnego. W Nowym Jorku nawet pod batem starszego wampira zawsze było coś do roboty. Zawsze było coś do osiągnięcia, a nawet pozornie ważkie sprawy były jak wielkie czyny w porównaniu do spraw w sennym miasteczku.
Dlatego gdy po wyjściu z Elysium dzwoniła do Williama poczuła się naprawdę szczęśliwa.- Hej… gdzie jesteś? Stało się coś? - usłyszała głos Blake’a. Kainita był niewątpliwie w dobrym humorze.- Connor właśnie opowiadał…-
No tak. Ghul się rozgadał.
- Ile już od ciebie pieniędzy wyciągnął? - Ann zapytała niskim głosem.
- Wyciągnął? Nie wiem… kilka stówek? A wiesz, w sumie nie wyciągnął niczego. Po prostu wspomniał o wypadku i obrażeniach. Uznałem że trzeba mu, wam pomóc. - odparł Toreador.
- Will... Jesteś naiwny, wiesz? - przetarła oczy - Obrażenia to wczoraj mu zrobiłam, ale to GHUL - wysylabowała - MÓJ ghul. Nie twój przyszły potomek. On cię wrabia. To naciągacz.
- Przystojny… jak Adonis. - wyrwało się cicho z ust Toreadora. Po czym dodał.- Oczywiście, że wiem o tym. Ale mały zastrzyk finansowy wam nie zaszkodzi.Ann westchnęła ciężko.
- A ty się dziwisz, że miałeś tyle zniszczonych romansów... jeżeli w taki sposób wybierasz ukochanych to nic dziwnego.
- Ale… on jest taki uroczy… - odparł cicho Blake i dodał.- Może nie będziemy o tym mówić przez telefon?
- Dobrze. Ma on wracać do mojego domu.
- Musi? No… dobrze… powiem mu.- westchnął cicho Toreador.
- Jak ci kogoś tak brakuje to załatw sobie własnego ghula. - burknęła.
Po kilku minutach usłyszała. - Już go odprawiłem.
- Dziękuję. - westchnęła po chwili - A teraz jesteś na mnie zły.
- Nie. Nie jestem… wcale. - odparł Kainita pospiesznie. - Skąd ten pomysł ?
- Bo ci zabrałam zabawkę.
- Nie przejmuj się tym. - odparł łaskawym tonem Toreador.- Nie wiem jak ty możesz w takiej samotności ciągle mieszkać na tym odludziu. - mruknęła.
- Łatwiej mi tworzyć poezję. Poświęcam się dla sztuki.- odparł z dumą Blake.
- Wierzę. Ja tego nie czuję. Ja lepiej czułam się w Nowym Jorku.
- Każdy ma swoje miejsce na świecie. Może twoje jest w Nowym Jorku. Moje z pewnością nie.- odparła ze śmiechem Kainita.
- Na razie jest tutaj. - mruknęła niezadowolona.
- Nie mów mi, że ci źle tutaj.- zdziwił się William. - Może to nie Nowy Jork, ale Stillwater ma swój urok.
- Brakuje mi... - urwała.
- Rozumiem.- potwierdził Blake. I po chwili milczenia. - Przesyła teraz regularnie, nieprawdaż?
- Tak... dba bardzo o to... - zacisnęła palce - Czuję fałsz w jego listach.
- Cyril… cóż, jest kim jest. Ma swoje wady… i zalety… - odparł niezbyt przekonująco Toreador.
- Zależy mu tylko, abym ciągle mu służyła... - odparła ze zrezygnowaniem.
- Tacy są Tremere… nie miej mu tego za złe. Taka jest natura dziedzictwa jego krwi. - odparł William spokojnie. - Niemniej to dobrze, że pozbywasz się złudzeń.
- Ale to nie zmienia, że czuję okropną samotność…
- Ale przecież nie jesteś sama. Pomijając już ghula, masz mnóstwo znajomych w Stillwater.- przypomniał jej Toreador.
- To nie jest to samo, co byłoby w Nowym Jorku. Tam zawsze są na ulicach ludzie.
- O tak… urocza mieszanina ludzi. - odparł żartobliwie Kainita.- Obawiam się, że za tym to akurat nie tęsknię.
- Jesteśmy inaczej stworzeni. - westchnęła - Jak mój ghul się zachowywał gdy przyszedł do ciebie?
- Bardzo uprzejmie i grzecznie. Był uroczy. - odparł optymistycznie Kainita.
- Jak szybko cię przebłagał?
- Nie jestem szczególnie mściwy. - odparł Toreador sugerując, że Connorowi poszło szybko.
- A to mnie strofowałeś, że muszę wychować ghula…
- No i… no… wyszło ci. - odparł niemrawo Toreador.
- Żalił się na mnie? - zapytała.
- Hmmm… nie wydaje mi się.- zamyślił się wyraźnie Blake.
Ann znowu nie była w humorze, gdy wchodziła do swojego domu. Miało i nie miało to wiele wspólnego z jej własnością... choć może to był główny powód zapalny.
Jeżeli ktoś niezaznajomiony by wszedł do środka znalazłby się w bardzo przekładnie urządzonym pomieszczeniu muzealnym... lub może bardziej na wystawie sklepowej. Wampirzyca absolutnie nie dbała o nadanie jakiegoś osobistego charakteru części wspólnej. Wiedziała, może bardziej by interesowało ją to w Nowym Jorku, nie zaś na peryferiach by zapomnianym przez wszystkich miasteczku. W Stillwater czuła się nie na miejscu. William miał rację, byli zbudowani z czego innego. Jemu odpowiadało to miejsce. Dla niej jawiło się jako izolatka.
Na którą nie zasłużyła.- Connor! - krzyknęła od wejścia zagłębiając się korytarzem.
Ghul przybiegł od razu z szerokim uśmiechem i gnąc się w pokłonie.
Ann ściągnęła brwi, gdy ten się pojawił.- Znowu wyciągnąłeś kasę z Williama.
- Ależ skąd.- zaprzeczył od razu mężczyzna. - Mogłem mu wszak wspomnieć o naszych problemach finansowych, ale na nic go nie naciągałem. Ot, mógł wspomóc nas niewielką kwotą. Niemniej utrzymanie budynku kosztuje. Paliwo kosztuje. Prąd kosztuje.
- Nie mamy żadnych problemów finansowych. - odparła zirytowana dziewczyna.
- Doprawdy? To te rachunki które zbieram na stoliku w korytarzu… nie są problematyczne? Nie mamy szczególnie stabilnego źródła dochodów, moja pani. - odparł Connor.Wampirzyca chciała wszystkiemu zaprzeczyć.
- Mam stabilne wystarczająco! - zirytowała się - Paliwo zawsze dostaje od Larry'ego!
- W Nowym Jorku nie ma Larry’ego. - przypomniał jej Connor.- No i częste wyjazdy pani, czynią te stabilne dochody… bardzo… no… niestabilne.
- Nie masz prawa mnie pouczać. - syknęła - To przez ciebie te wszystkie opłaty!
- Mam jednak obowiązek zajmować się domem i… cóż moja pani, nasz miesięczny budżet często ledwo się dopina.- odparł mężczyzna usłużnym tonem.Ann fuknęła.
- Nawet o tym nie chcę słuchać. Nie potrzebujemy wydawać na ogrzewanie. - burknęła.
- Ty pani nie potrzebujesz. Ale budynek źle znosi zimno… i ja też. - odparł nadal pochylony Connor.Ann chciała mu coś odpowiedzieć, ale nie była w stanie.
- To pracuj jak nie potrafisz zarobić na to mieszkanie.
- Jestem… o ile dobrze pamiętam, zbiegiem nieprawdaż? Gdzie znajdę zatrudnienie? Nie wspominając, że w takim miasteczku… ktoś mógłby na mnie donieść federalnym. No i… jeśli będę pracował, to kto się zajmie domem? Bynajmniej nie pouczam cię pani. Tylko uprzejmie zapytuję. - Connor był jak piskorz. Śliski w wypowiedziach.
- Zajmę się twoim problemami prawnymi... ale dopiero jak zasłużysz. - wysyczała.
- Jestem za to wdzięczny moja pani, ale… póki co nie zasłużyłem najwyraźniej. I nie bardzo mogę legalnie pracować. - Connor udawał zmartwienie tym faktem.
- Jesteś ciągle tym samym niegodnym zaufania hazardzistą. - odparła - Ja musiałam mieszkać w pozbawionej jakiegokolwiek luksusu piwnicy w Nowym Jorku. W środku zimy. - syknęła najwyraźniej przeżywając swoje własne traumy, które przenosiła na śmiertelnika.
- To ciekawa opcja moja pani. Z pewnością da się ją załatwić w tym mieście. Jestem pewien, że ten stary wampirzy hippis ma jakąś szopę, która będzie idealna na takie lokum. A zamieszkanie tam z pewnością przyniesie nam spore oszczędności. - odparł uprzejmie mężczyzna.To był krok za daleko dla dziewczyny. Kopnęła człowieka z wielką siłą prosto w twarz.
Mężczyzna jęknął, zatoczył się do tyłu i upadł.- Jesteś gorszy, jesteś niczym, zwykłym śmiertelnikiem! - głos młodej wampirzycy wyrażał odrazę oraz... długo skrywany strach? Czy może niewyzwolone poczucie wartości?
- Tak pani.- odparł cicho mężczyzna nie ruszając się.Zdenerwowana odwróciła się na pięcie i ruszyła do piwnicy.

-
Ciemność. Ciasnota. Głód… wieczny i pożerający. Odbierający rozum, odbierający człowieczeństwo. Nie dający się zaspokoić.
Skrob, skrob, skrob…
Pazury drapią kamień. Godzina, po godzinie. Noc po nocy. Skała jest uparta, skała jest cierpliwa. Ona też… ona musi. Uwięziona w tym mroku, w tym ciasnym więzieniu, w tej skalistej trumnie. Nie ma nic innego do roboty, poza powolnym kruszeniem skały. Głód szarpie jej ciałem, ale… ona musi być cierpliwa. Musi nie poddawać się szaleństwu, nie poddawać się głodowi. Musi być cierpliwa i skrobać skałę. Musi, bo nie ma innego wyboru.
Przez dni, tygodnie, lata… musi być cierpliwa i kruszyć ścianę swojego więzienia.
Wczorajsza noc zakończyła się dość cierpką rozmową z ghulem. Nic dziwnego, że pobudka nie była przyjemna. Podobnie jak koszmar, nieco odbiegający od standardowego zestawu Ann. Odrobinę tylko. Czego dotyczył? Tego nie wiedziała.
Niemniej czy miała czas na rozważania na ten temat? I z kim mogła rozważać? Garry czasem miał takie koszmary i wizje, ale to Jaine Love była miejscową wróżką. Niemniej jeśli prawdziwa była teoria, że to miejscowy potwór śpiący w sąsiednim wymiarze to… czy można tym wizjom ufać? Z drugiej strony, to mogła być tylko kolejna wariacja na temat jej własnych wampirzych traum.
Zima bywała ciężka u podnóża Appalachów.

A noce ciemne… Ann musiała się więc przerzucić z motora na.. ech, pożyczony stary pickup , którego Larry nie potrafił opchnąć nawet po obniżce. Maszyna charczała jak gruźlik i dymiła jak nałogowy palacz. Ale był to jedyny pojazd na jaką Ann było stać.-|
Nie był zbyt szybki, ale to mogło być błogosławieństwem.
Zwłaszcza gdy mijała rozbity o drzewa samochód, który z pewnością jechał zbyt szybko. Nie musiała tego wypadku zgłaszać. Joshua już tam był i straż pożarna też. I karetka. I Clyde.
U Nadii nic się nie zmieniało. Także procedura, którą musiała przejść, by do niej dotrzeć. Dzwonek, domofon, decyzja… drzwi się otwierały.
Przed Ann były schody prowadzące w dół. Do leża wampirzycy. Tremere spędzała tu większość nocy, za monitorami komputerów zajmując się algebrą powiązaną ze świętymi tekstami. Trudno było powiedzieć, czy to była obsesja wampirzycy, czy raczej coś czym zabijała czas. Jej własne hobby.
Nadia siedząca za komputerem była opanowana i spokojna. A przecież jak dotąd nie osiągnęła żadnego sukcesu. Kolejne noce, kolejne próby okazywały się porażkami. Gdyby jej naprawdę zależało, to czyż… nie była furiatką? Ann wiedziała, że Kainitka potrafi nagle wybuchać gniewem. A tu nic, kolejne porażki nie budziły frustracji.
Nadia nie oderwała się od roboty widząc wchodzącą Ann, skinęła jedynie głową dając znać że ją zauważyła. Nie odezwała się pierwsza. Jak zwykle zresztą. Nadia nie była zwolenniczką koleżeńskich pogaduszek. Zresztą, trudno ją było nazwać duszą towarzystwa.
Inicjatywa leżała więc po stronie Ann. Jak zwykle. -

SAMOTNOŚĆ
Wampirzyca podeszła do Nadii, rozpinając i zdejmując kurtkę po drodze. Położyła ręce na ramionach Tremere i wyszeptała jej do ucha:
- Jak bardzo ci mnie nie brakowało?
- Naprawdę chcesz usłyszeć odpowiedź, która ci się nie spodoba? Nie jestem… emocjonalna. To przywilej Toreadorów. - westchnęła ciężko Nadia nie odrywając się od “pracy”.
- Przecież wiem. - odparła lekko - Mnie też nie brakowało. - powiedziała szczerze - Wolałam siedzieć przed waszą siedzibą.
- Każdy ma swoje hobby. Ja tam nie uważam naszej siedziby za szczególnie… ciekawą. Z drugiej strony architektura nigdy mnie nie pociągała… ani kłębowisko żmij.- oceniła kwaśno Tremere.
- Ja po prostu bardzo tęskniłam... Za Cyrilem.
- Nie wątpię. - odparła spokojnie Nadia i wzruszyła ramionami. - To zrozumiałe zachowanie. Nielogiczne, ale… zrozumiałe.Ann zastanawiała się nad czymś głęboko.
- Czy gdybym więcej piła z ciebie, to Regent dałby się przekonać aby znieść ze mnie ten głupi wyrok?
- Wątpię. Przede wszystkim musiałabyś przestać pić Cyrila. I to nie jest tak, że Regent mógłby wtedy znieść sam ten wyrok. Mógłby jednakże zaproponować ponowne rozważenie sytuacji. Poza tym pozostaje kwestia tego, czy chciałabym cię uzależnić od mojego ichoru.- odparła beznamiętnie Nadia.
- A czemu byś nie chciała? - zdziwiła się.
- Nie jestem w nastroju na romanse. - stwierdziła cierpko Nadia.- Poza tym… obawiam się, że z czasem sytuacja by się skomplikowała.
- Dlaczego? Piję krew Cyrila od... w sumie odkąd jestem martwa. Nie szukałam z nim romansu…
- Doprawdy?- zerknęła za siebie Kainitka i spytała.- Ty nie szukałaś, czy może on okazał się całkowitym impotentem nie zainteresowanym łóżkiem i tobą jednocześnie?
- Marzyłam o relacji i uczuciu jakie dziecko ma z rodzicem. Uczuciu opieki. - wyjaśniła smutno - Poczucie bycia dla kogoś istotną... ale nie seksualnego spełnienia z nim!
- Doprawdy sądzisz, że osoba taka jak ja jest… zdolna do czułości? Nie czułam jej nawet wtedy, gdy biło moje serce. - westchnęła Nadia. - Dlatego nigdy nie byłam zainteresowana inwestowania mej cennej krwi w Potomka.
- A sądzisz, że Cyril jest zdolny? - zapytała ze smutkiem.
- On może nie. Ale Garry, William, Lukrecja nawet…- oceniła Kainitka.
- Ci dwaj się bunkruja w Stillwater. - machnęła dłonią - A ona... - skrzywiła się - Burdelmama o nadętym ego.
- Och… no tak…- zaśmiała się Nadia i spojrzała w górę.- Niemniej ja też bunkruję się tutaj. I w przeciwieństwie do nich… niemal dosłownie.- Czemu w sumie to robisz? Czy tylko dla pilnowania tej piramidy cię tu wrzucono?
- Piramidy? Piramidy nie trzeba pilnować. Jak ktoś jest na tyle głupi, by tam wejść, to sam jest sobie winny. - westchnęła sarkastycznie Nadia.
- Więc na co ty w Stillwater?
- Tajemnica klanu. - odparła Nadia krótko.- Mogłabym ci powiedzieć, ale potem musiałabym cię zabić.
- Tajemnica klanu... - zaironizowała - Ciekawe czy to taka sama tajemnica jak miał Cyril i będzie też opłakana w skutkach.
- Cyril zaryzykował i przegrał. Zdarza się. - oceniła Kainitka.- Więc sądzisz, że Palafox by nie poszedł na to? - mruknęła zirytowana.
- Nie wiem. Nie uznaję tego za pewnik.- wzruszyła ramionami Nadia. - Może i by poszedł, ale… wątpię.
- Czyta listy Cyrila, więc zobaczyłby niepokojące sygnały. - fuknęła - Czemu i mnie karze?
- Jesteś w Stillwater… daleko poza zasięgiem jego dłoni. I jeśli pytasz, czemu nie kazał mi cię zabić to…- Nadia spojrzała w górę dodając ironicznie.- Nie wiem czy to przekleństwo, czy błogosławieństwo ale… najwyraźniej uważa, że próby zabicia cię nie są warte zachodu. Albo… że twoje życie czy śmierć… nie mają znaczenia dla jego rządów.
- Więc czemu mnie karać wraz z Cyrilem? - widać było, że ciężko znosi, że znowu ją za nic mają.
- To prewencyjne środki. Jesteś zbyt… mało znacząca by cię karać. - wyjaśniła beznamiętnie Nadia.
- Nadia, to jest kara! - uniosła głos - Ja tęsknię do bycia w Nowym Jorku, budowania jakichkolwiek znajomości jakie mogłabym!
- Twoje uczucia nie mają znaczenia. Moje nie mają znaczenia. Ani Lukrecji. Ani Larry’ego.- wzruszyła ramionami Nadia. - Jesteś pionkiem, czy tu, czy w Nowym Jorku. Przesuną cię tam gdzie chcą, użyją do zbicia innego pionka jeśli nadarzy się okazja. Uczucia pionków nie mają znaczenia, baa… nie mają znaczenia uczucia figur. Liczą się się tylko posunięcia graczy. Przestań być taka sentymentalna… to ci nie pomaga.To było za dużo dla Ann. Zamachnęła by spoliczkować Nadię.
Tremere chwyciła za dłoń, pociągnęła do przodu z wprawą… po chwili… Ann nagle została obrócona i wylądowała plecami na biurku i klawiaturze Tremere, trzymana za dłoń i za szyję drugą ręką. Przyciśnięta i bezbronna.
Nadia nachyliła się i wbiła kły w pieś Kainitki. Boleśnie… szybko jednak odsunęła głowę unikając posmakowania krwi.- Jesteś emocjonalna… nawet Toreadory wiedzą, że emocje są kulą u nogi. Nazywają to wadą klanową. - odparła beznamiętnie nie puszczając Ann.
Ann skrzywiła się na ugryzienie.
- Bez nich nie ma smaku istnienia. - szarpnęła się - Dzięki krwi Cyrila trwanie nie jest tak mdłe i bez celu.
- Jesteś niewolnicą swoich emocji i Cyrila. Jesteś też dużą dziewczynką. Czas nauczyć się panować nad nimi, nieprawdaż?- Tremere trzymała ją zaskakująco mocno, jak na tak szczupłą sylwetkę. I z pewnością czerpała satysfakcję z obecnej sytuacji. - Jak długo masz zamiar być dzieckiem? Jesteś starsza od Miracelli, a ona potrafi już zachowywać się dojrzale.
- Mamusia ją ukształtowała. - warknęła - Jest jeszcze młoda, pamięta uczucia. Odczuwa jeszcze ich wspomnienia bez krwi. Nie wie jak to jest być pustym w środku. Choć może Lukrecja tłumaczyła. - syknęła z tłumionym poczuciem niesprawiedliwości. Można było zgadnąć, że wychodziło to z zazdrości. Pytanie tylko... czy bardziej chodziło o brak uczuć czy... wsparcia Stwórcy?
- To nie ma znaczenia… jaka jest Miracella. Tylko jaka jesteś ty. - odparła Tremere ironicznie. - Jak na kogoś… pustego w środku, strasznie impulsywna z ciebie kobietka.
- Wiem jaka byłam. I wiem, że bez krwi czuję się pusta i samotna. Może dla ciebie to nic, więc ciesz się.
- Skończyłaś się nad sobą użalać? Mogę cię puścić? - zapytała Nadia beznamiętnie.Ann wyglądała na rozeźloną.
- Ty musisz lubić zrażać każdego do siebie, niezależnie jak cierpliwego.
- Nie dbam o zdanie innych o mnie.- stwierdziła ironicznie Kainitka.- Za stara jestem na tolerowanie słabostek innych osób. Nie mam już tyle cierpliwości.
- Wątpię by było inaczej wcześniej. - prychnęła.
- Możliwe.- Kainitka poluzowała uścisk podciągnęła Ann w górę sadzając na pulpicie. Spojrzała jej wprost w oczy dodając. - Niemniej nigdy nie udawałam innej, niż jestem, więc nie mów mi że jesteś zaskoczona.
- Chcę być empatyczna w stosunku do twojej straty bycia magiem, ale nie ułatwiasz tego. - mruknęła poprawiając się.
- NIe płaczę po moim awatarze, ani nie opłakuję mojej śmiertelności. Przeszłam piekło…- odparła Nadia poprawiając okulary na nosie.-... piekło, przy którym utrata Magyi jest drobnostką. Musiałam walczyć o istnienie, wydzierać szanse na kolejne noce kłami i pazurami. Czasem dosłownie. Opłakiwanie utraconej śmiertelności jest w porównaniu z tym trywialne.
- Przynajmniej twój Stwórca cię stworzył dla lepszego powodu niż zginąć ponownie.
- Szczerze ? Nie stworzył mnie z powodu miłości. Potrzebował sojuszniczki, by się wyrwać z Moskwy. Reszta jego klanu zginęła w taki czy inny sposób… podobnie jak wielu Magów.- machnęła ręką dodając.- William może sobie przeistaczać kolejnych kochanków, ale poza Toreadorami, Kainici tworzą potomków z wyrachowania bardziej niż z miłości.
- Miałaś dla niego przeznaczenie. Ja miałam zginąć po wyjściu z grobu. - prychnęła - Pierwszy dzień był straszny, bo nikt nie raczył mnie ostrzec przed słońcem czy o jedzeniu krwi powiedzieć.
- Nie jesteś za dużo na kompleks tatusia? Kogo obchodzi jakie przeznaczenie miał dla ciebie stwórca, sama wybierz swoje.- wzruszyła ramionami Kainitka.Młoda wampirzyca ciągle pamiętała wszystkie te słowa jakie przypominało jej o nic nie wartym skundleniu jej osoby.
- Nikogo nie obchodzi. - zeszła z biurka i założyła na nowo kurtkę - A tych co obchodzi muszę unikać.
- Znowu się nad sobą użalasz. - westchnęła Nadia.Ann nie odezwała się znowu. Bez słowa ruszyła do wyjścia.

Dotarcie do przybytku Lukrecji nie zajęło Ann długo. Leżał on o rzut beretem od biblioteki. W zimie ilość gości wyraźnie spadała. Ale nadal było tu kilku śmiertelników i Clyde.
Sama spojrzenie na wyraz twarzy Ann dawało rozeznanie, że jest ono bardzo zirytowana. Tylko kiedy podeszła do Miracelli, od razu zadała jej pytanie.- Lukrecja w biurze?
- Jak zwykle. Zajęta.- wyjaśniła uprzejmie Ventrue.Ann bez słowa skierowała się ku biurze wiecznie zapracowanej Lukrecji.
- Nie przeszkadzać. - usłyszała władczy ton poprzez drzwi.
Powiedzieć, że dziewczyna była zirytowana to nic nie powiedzieć. Powstrzymała się jednak przed wyładowaniem frustracji i w milczeniu oparła się o ścianę przy drzwiach. Dość szybko Jednak okazało się, że jej cierpliwość ma swoje granice, które nadwyrężyła Nadia. Zawsze mogła rozładować się na Clydzie... ale...
Po prostu weszła do biura.
- Mówiłam nie przeszkadzać.- odparła wampirzyca siedząca za biurkiem i sącząca krwawą marry, coś tam oglądała na ekranie komputera. Z niechęcią oderwała się od swojego zajęcia i spojrzała na Ann. - Co tu robisz?
- Weszłam drzwiami. - odparła.
- To wiesz jak wyjść. - odgryzła się cierpko Lukrecja.
- Skorzystam później z wiedzy. - dodała - Notowania na giełdzie Stillwater stabilne?Lukrecja spojrzała na Ann i spytała. - Po co właściwie tu przyszłaś?
- Ustalić jakie masz oczekiwania co do wyprawy do Nowego Jorku. Gdzie mamy pójść, czy mam się spodziewać jakiś oczekiwanych zagrożeń i tak dalej.
- Miracella dostanie takie instrukcje i ty pójdziesz z nią i dopilnujesz reszty. Wiesz dobrze czego się spodziewać po Nowym Jorku. Byłaś nawet u Papy Roacha, aczkolwiek tym razem tak daleko nie zejdziecie. No i… Joshua podrzuci wam Clyde’a do niańczenia. Oficjalnie jako ochroniarza. - odparła z krzywym uśmiechem Ventrue.
- Czy jest spodziewane pojawienie się jakiś twoich wrogów? - patrzyła uważnie na reakcje Lukrecji.
- W mojej sytuacji, nie ma już wrogów, których bym obchodziła.- odparła melancholijnie Lukrecja. - Wypadłam już z obiegu i całkowicie straciłam znaczenie.
- Obchodzisz wystarczająco, aby pozwolono twojemu dziecku wejść do Nowego Jorku i robić interesy za ciebie.
- Ja jestem starą historią… niemal zapomnianą.- wzruszyła ramionami Lukrecja. - Spisek, w który miałam nieszczęście zostać wplątana, nikogo już nie obchodzi.- Ciągle jesteś na mnie obrażona? - zapytała nagle.
Ventrue zmrużyła oczy i dodała. - Może… ale przede wszystkim nie mam powodów, by cię lubić. By być uprzejma i radosna wobec ciebie. Nie udawajmy, że wszystko między nami poszło w niepamięć i jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami.
Machnęła ręką. - Niemniej nie jestem na ciebie zła i nie mam powodu by cię skrzywdzić. Może być?
Ann zaśmiała się.- Może i w taki sposób byłabyś do mnie okrutna. Może gdybyś była zagrożeniem dla mnie, to trwanie w Stillwater nie byłoby takie nieznośnie nudne.
- Obawiam się, że to miasteczko nie znajduje się w polu moich zainteresowań. I nie lubię marnować zasobów na małostkowe akty zemsty. - odparła na wpół żartobliwie, na wpół ironicznie Lukrecja.
- Ale niemniej uważam, że trzeba zawiązać w Stillwater lepsze relacje. W końcu obie tutaj utknęłyśmy, prawda?
- Joshua za jakiś czas urządzi pewnie kolejny wieczorek towarzyski, nazywany dla niepoznaki zebraniem. - machnęła ręką Kainitka. - Wtedy możemy pogadać o lepszych relacjach. Bo chyba na randkę nie próbujesz mnie namówić, co?
- A byłabyś zainteresowana? - zapytała wprost.
- Nie. Nieszczególnie. Nie. - machnęła ręką Lukrecja. Potarła czoło dodając. - Na pewno nie teraz.- Czy na tych spotkaniach będą osoby... które nie zadowoli widok kogoś od Cyrila? - dopytała.
- Ann, większość Kainitów nie ma pojęcia że jesteś od Cyrila, podobnie jak większość nie wie czyją córką jest Miracella. Może paru Nosferatu wie, może spotkasz znajomych Brujah… może… - wzruszyła ramionami Ventrue.- Na spotkanie idzie zresztą tylko Miracella, załatwia sprawę sama. Wy na nią czekacie i wracacie.
- Tylko tyle? Żadnej większej zabawy? - westchnęła - Tylko ona się rozerwie?
- Pojedziecie do nocnego klubu. Więc macie okazję się rozerwać. - machnęła ręką Lukrecja.Ann uśmiechnęła się ukontentowana.
- Poniańczę twoje dziecko. Wróci całe.
- Na to liczę. Clyde… niekoniecznie musi wrócić cały. - uśmiechnęła się złowieszczo Ventrue.
- Jest duży. I Brujah. Musi sobie poradzić. - wzruszyła ramionami.
- Będzie miał okazję się sprawdzić.- przyznała z uśmiechem Ventrue.
- Może spotkamy pieski Grozy, to będzie miał rodzinną atmosferę by się sprawdzić. I z nimi tylko gadką nie zakończy sporu.Spojrzała z ciekawością na monitor, przed którym Lukrecja siedziała - Co oglądasz?
- Nieważne… - wampirzyca pospiesznie uśpiła komputer. Ann zdążyła jedynie dostrzec logo Netflixa.
Ann zachichotała.
- Oj, nie kryj się tak. Przynajmniej nie oglądasz w kółko staroci jak William. To akurat zrozumiałe, bo co tu robić innego?
- House of cards. - stwierdziła krótko Lukrecja i wzruszyła ramionami dodając ciszej. - I różne… tam romansidła z Bollywoodu.Ann pokiwała głową.
‐ Nie jestem zaznajomiona z tym co w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci wyszło. Tylko kawałki na telefonie widziałam.- William z pewnością ma… no tak… on ma swoje wiersze. - westchnęła ciężko Kainitka.
- Dokładnie. - potwierdziła - Czy będę mogła z tobą oglądać?
- Jeśli będziesz cicho i nie będziesz przeszkadzać.- odparła Lukrecja spokojnie. I uruchomiła komputer. House of Cards na nim leciał. Tylko…
… Ittefaq, kryminalny thriller hinduski.
Wyraźnie Ann nie miała nic przeciwko. Przysunęła bliżej krzesło i wtulona w siebie oglądała w milczeniu.

-
Kolejna pobudka. Żebrzący o krew ghul. Obrażenia zadane mu ostatnio jeszcze się nie zagoiły. A pigułki przeciwbólowe się skończyły. Przyniósł jednak coś więcej niż swoje błagania. Lukrecja powiadomiła przez swoje ghule, że dziś Miracella wyrusza do Nowego Jorku. I że Ann ma się stawić na parkingu za Różą.
Dobre wieści, mogły wprawić caitifkę w dobry humor, tym bardziej że koszmary z których się wybudziła nie były szczególnie męczące i wpisywały się w dobrze już jej znany zestaw lęków.
Miracella już tam czekała, ubrana na “urzędniczo”, z dużą aktówką pod pachą. Czekała zarówno na przyjazd Ann, jak i na przybycie ich szofera. Clyde przyjechał po nie białym terenowym nissanem.

Zapewne wypożyczonym od Larry’ego. Podobnie jak uzi w schowku na rękawiczki. Był przynajmniej elegancko ubrany i rzeczywiście sprawiał wrażenie wynajętego bodyguarda. Może nie będzie aż tak źle…
Tym bardziej, że jak się okazało, jechali do “Dotyku Dekadencji”. Był to nocny klub dla wybranych. Jedynie ci którzy mieli zaproszenie i byli na liście mogli tam wejść. Ann nie wiedziała jak się je zdobywało. Nie dostała się ani za życia, ani po śmierci. Choć będąc wampirzycą dowiedziała się co nieco o samym klubie i jego właścicielu. Przybytek prowadził Lucien S. Beauregard, Toreador otoczony nimbem tajemnicy. Nie wiadomo było, czy jest członkiem Camarilli, czy anarchem… możliwe że i jednym i drugim, w zależności od tego kto pytał. Na pewno miał mocne plecy, które pozwalały mu prowadzić przybytek będący nieoficjalnym miejscem dla tajnych negocjacji pomiędzy Kainitami Camarilli i… cóż, innymi frakcjami Świata Mroku. Dotyk Dekadencji zapewniał zazwyczaj spokój podczas negocjacji i dyskrecję. Zazwyczaj. Nie było to bowiem Elizjum, a szeryf Nowego Jorku czuwał i pewne pogaduszki nie uchodziły nikomu na sucho. Lucien co prawda zapewniał dyskrecję i bezpieczeństwo, ale tylko do pewnego stopnia. Nie chciał wszak podpaść Księciu i utracić dochodowy interes oraz wygodny stołek na jakim siedział. Tym bardziej że był potrzebny… przybytki takie jak Dotyk Dekadencji były bowiem złym koniecznym, tolerowanym do pewnego stopnia. Niemniej o tym co się działo w tym przybytku krążyły legendy.
Przejazd przez miasto odbywał się spokojnie. Nikt nie zaczepia trójki Kainitów w Nissanie. Gangrele siedzący przy żarniku zignorowali ich obecność na swoim terenie, skoro trójka Kainitów była dosłownie przejazdem. Para Ventrue polująca na posiłek w restauracji spojrzała na nich beznamiętnie przez okna, gdy ich mijali. Podobnie jak gangrel lub wilkołak grzebiący w śmietniku owej restauracji. Wedle Miracelli był to bowiem wilkołak, opierając swoją pewność na wielu likantropach których zdołała zobaczyć. Cóż… nie zatrzymali się by rozstrzygnąć ten spór. Nie zatrzymali się na widok gangu ulicznego obserwującego ich przejazd a dowodzonego przez dwójkę Brujah. Banda szykowała się na jakąś akcję, ważniejszą od nissana pełnego obcych Kainitów. I pewnie dlatego ich zignorowała.
W końcu dojechali na miejsce. Budynek z czarnego granitu ozdobionego czerwonymi żyłkami innego materiału i wybudowany w industrialnym stylu był pełen dyskretnej elegancji.
|-Z perspektywy ulicy bardziej przypominał klub jazzowy niż prawdziwy nocny klub. Niemniej do drzwi ustawiała się kolejka, a rosły łysy wykidajło był z pewnością Kainitą. Większość osób była odprawiana z kwitkiem. Mężczyzny nie dało się przekupić, a tym bardziej zastraszyć. Ann na moment zwróciła uwagę na pewien element otoczenia. Oldsmobile Thorna stał wśród innych wozów. Pusty. -

KUNDEL SZCZERZĄCY ZĄBKI
Gdy patrzyła na Connora błagającego ją o krew uchwyciło ją nieprzyjemnie znane uczucie. Była w stanie siebie samą postawić na jego miejscu. Tak samo zachowywała się ona w stosunku do Cyrila. Choć nie udobruchało ją to porównanie to jednak coś zmieniło. Nie wiedziała czemu, ale poczuła pewną litość w stosunku do człowieka. Może to dlatego, że sytuacja otoczona była wieloma pozytywami?
Nie odzywała się, gdy przegryzała swój nadgarstek, aby nakarmić swojego ghula. Nie umiała określić jak się czuje w tym momencie. Jakie to było uczucie? Duma? Okrutna satysfakcja? A może smutek?
Czemu nie mogła określić?Wciąż zastanawiała się nad sytuacją z Conorem, gdy wjechali do Nowego Jorku. Szybko jednak atmosfera Wielkiego Jabłka zmyła inne troski. Ponownie znalazła się w metropolii i nic nie było w stanie tego przebić. Niezależnie co widziała na ulicy, kogo udało się ominąć. Ona czuła się naprawdę w domu...
A z tyłu głowy miała myśl, iż tutaj znajduje się Cyril.

Oldsmobile wyraźnie zaniepokoił Ann.
- Z kim ty masz rozmawiać? - mruknęła do Miracelli.
Ventrue zaskoczona wyraźnie tym pytaniem spojrzała na Ann, a następnie rzekła. - To… tajemnica. Nie mogę powiedzieć.
- Jeżeli to ten gówniarz Księcia, to naprawdę bym widziała posłanie go jako policzek. - zaśmiała się.
- A jak ma na imię gówniarz?- zapytała Miracella.
- Quentin Ellsworth. - odparła.
- Nigdy o nim nie słyszałam.- zamyśliła się Ventrue. - Jest ważny?
- Bynajmniej. To idol ghuli i wampirów poziomu ulicy.
- Acha. - Miracella wskazała palcem wolne miejsce do zaparkowania.- To nie masz się czym martwić. Lukrecja nie marnuje czasu na nieważnych gówniarzy.Ann nie skomentowała. Ona mogła nie marnować czasu, ale to nie znaczy, że by jej czegoś takiego nie zrobiono.
Clyde zatrzymał wóz, gdzie mu kazano. I cała trójka wyszła. Miracella oczywiście szła dumnie przodem, niczym wódz prowadzący oddziały do bitwy. Była trochę sztywniejsza niż zwykle, trochę bledsza… niewątpliwie czuła tremę.
Ann chwilę patrzyła na zestresowaną dziewczynę, nim przed ochroniarzem klubu lekko stuknięcie palców dała znać Miracelli żeby działała, sama wychodząc przed nią i zwracam ci do ochroniarza.- Mamy umówione spotkanie na rzecz pani Borgii. - powiedziała i usunęła się trochę w bok odsłaniając młodą.
Wykidajło obojętnie spojrzał na Ann, a potem na Miracellę. Sięgnął do notanika w kieszeni, przekartkował.
- Kto miał przybyć w jej imieniu?-
- Ja… to znaczy, pani Tepes. - wtrąciła niemrawo, a potem dodała głośniej.- Tepes.-
- Słodko. Możesz wejść. On czeka.- dodał zerkając w notatnik.- Trzecia prywatna alkowa na lewo.-Miracella skinęła głową i ruszyła, mężczyzna pozwolił jej przejść ale zablokował drogę Ann i Clyde’owi.
- Hej… co jest człowieku.- zareagował gniewnie Brujah.
- Oni są ze mną. - rzekła Miracella, a wykidajło rzekł. - Dobrze, mogą wejść i pójść z tobą, ale tylko do drzwi kwatery. Dalej możesz wejść tylko ty.-Ventrue przytaknęła głową i ruszyła do drzwi.
Ann spojrzała na zirytowanego Brujah i ruszyła bez słowa za Miracellą.Weszli do środka, wystrój był… “biblijny” z nutką perwersji. Relief nad wejściem przedstawiał z prawej strony Adama, z lewej Ewę, po środku rogatego węża owiniętego wokół drzewa tak jak bywał przedstawiany na symbolu hipokratesa. Adam miał wzwód godny satyra, a Ewa trzymała dłoni w owoc. Nie jabłko, a podłużną gruszkę, którą… łatwo było pomylić z męskim przyrodzeniem.
- Ktoś tu ma jakieś prywatne porachunki z Kościołem. - ocenił Clyde na ten widok.
Ann wzruszyła ramionami.
- Może. Osobiście nigdy nie byłam bardzo stronę kościoła.
- Ja jestem ateistą.- stwierdził dumnie Clyde, a Miracella pokręciła głową dodając.- To jesteście głupcami. Całe nasze istnienie najstarsi wywodzą ze starotestamentowych opowieści.-Weszli dalej, uderzyła w ich uszy… głośna i niepokojąca muzyka techno. Sam wystrój klubu, był mroczny i czerwony. Było tu dużo… ludzi, ładnych i łatwych panienek w seksownych kieckach i bogatych i wpływowych szczeniaków z wyższych sfer. Były też wampiry, z tych które Ann znała jedna osoba rzuciła się Ann w oczy. I nie był to Quentin. To była ciemnowłosa wampirzyca .-|
Ann wyszczerzyła się na widok przydupaski Szeryfa.- Przynajmniej jesteś witana z pompą. - szepnęła do młodej.
- No nie wiem… nie czuję się tak witana. Znajdźmy te prywatne pokoje.- zastanowiła się Ventrue, a Clyde spytał. - A co my potem mamy robić?
- Nie wiem. Nie naróbcie tylko kłopotów.- stwierdziła lekko rozdrażniona Miracella.
- Postaram się być grzeczna. - powiedziała Bezklanowa - choć co ty będziesz miała coś ciekawego tutaj. - mruknęła.
- Pilnuj Clyde’a.- stwierdziła Miracella rozglądając się, a Brujah.- A co ja dziecko, że potrzebuję niańki ?
- Czasem można się zastanawiać... - mruknęła Ann.
- Nieważne…- machnęła ręką Miracella, gdy cała trójka zauważyła idącego w ich stronę mężczyznę.Kainita był to z pewnością i to ubrany ekstrawagancko .-|
Sama Ann mimo że ubrała się porządnie, to nie wchodziła w styl Miracelli. Utrzymywała tyle, aby Lukrecja nie narzekała.- Ach… droga miss Thompson. Jakże dobrze widzieć cię po naszej stronie.- mężczyzna podszedł do Miracelli i cmoknął ją w dłoń. - Zakładam że droga Lukrecja miewa się dobrze?
- Och… eeem… ja jakoś… nie przy…pomi…- zaskoczona tą sytuacją Ventrue straciła rezon i zaczęła mamrotać, ale wampir nie zraził się tym.- No tak, mogłaś mnie zapomnieć, byłem tylko raz i to lata temu, ale ja nie zapominam twarzy. Pozwól że się przedstawię. Lucien S. Beauregard, właściciel tego skromnego przybytku. Więc czemu zawdzięczam twoje zjawienie się.-
- Ja przybyłam tu z polecenia Lukrecji… na nazwisko Tepes.- wydukała już z większą pewnością siebie Miracella.
- Och… no tak, że też nie przyszło mi to do głowy.- zaśmiał się ciepło Lucien i wskazał palcem.- Tam trzeba się skierować, przez drzwi. Korytarz prowadzi do prywatnych kwater wynajętych na dzisiejszą noc. Ufam że Reggie podał szczegóły?
- Tak.- odparła z ulgą Ventrue.Ann ze spokojem przysłuchiwała się wymianie słów tej dwójki.
- To dobrze… bawcie się dobrze. Drinki będą na mój rachunek. A teraz wybaczcie. Mam interes do dopilnowania. - tymi słowami Lucien pożegnał się z trójką młodych wampirów.
- Nie stresuj się tak, młoda. - Ann wyszeptała Miracelli na ucho.
- Łatwo ci mówić.- odetchnęła głęboko Miracella. - No to… eeem… ja idę, a wy… no wiecie co robić, a właściwie czego nie robić.
- Niestety, nie mogę się z tobą zamienić. - westchnęła Ann - Bądź Ventrue... cokolwiek to by nie znaczyło.Miracella uśmiechnęła się tylko i poszła zmierzyć ze swoim przeznaczeniem, zostawiając Brujaha pod opieką Ann.
Caitiffka spojrzała na Clyde'a.
- Nie rób niczego czego nie chcą byś robił w Róży. Podrywy wliczam. I boostowanie ego. Jesteś za cienki, by to robić przy tych tutaj. Nie zawstydzaj swojego Ojca.
Clyde naburmuszył się słysząc te słowa.
- Niech ci będzie.
- Ta czarnowłosa babka, co na scenę patrzy - opisała kobietę. - To przydupaska Szeryfa. - pociągnęła Clyde’a w stronę baru - Popij sobie, coś dla mnie weź. Ja do niej pójdę. - uśmiechnęła się i skierowała do kobiety.
- Służbowo czy korzystasz z benefitów pozycji? - Ann odezwała się, gdy podeszła do czarnowłosej kobiety.
- Wybierasz sobie wyjątkowo niefortunne miejsca na spotkania. Nie wiem po co tu jesteś, ale lepiej zrobisz jak opuścisz to miejsce. Wkrótce będzie tu jatka.- stwierdziła krótko kobieta.
- Tutaj? - zdziwiła się Ann - Chyba nie w tym budynku? I nie, nie mogę opuścić tego miejsca. Nie zostawię młodej Lukrecji, z którą tu jestem.
- W tym budynku, w tej sali. - potwierdziła wampirzyca obojętnym tonem.- Zrobisz co chcesz, siebie tylko będziesz mogła winić jak traficie między młot a kowadło.
- Są jeszcze inne osoby, które będę mogła winić. - stwierdziła - Czy to ma coś wspólnego z tym gangiem na mieście? Mijaliśmy jakiś.
- Nie… to bardziej egzotyczna kwestia. - przyznała z niechęcią Kainitka. - Islamiści.Ann patrzyła bez zrozumienia.
- Znaczy... Śmiertelnicy?
- Nie tylko… renegaci klan Assamitów, czasami za bardzo… przesiąknięci wiarą którą praktykowali za życia i pozostają jej wierni po przemianie. - wyjaśniła wampirzyca niechętnie. Anarchowie wywodzący się z tego klanu mają problemy z dyscyplinowaniem swoich potomków i czasem… zwłaszcza u świeżo przemienionych, marzy się walka z niewiernymi.Ann wydawała się podekscytowana.
- i będziecie przeciw nim walczyć?
- Zlikwidujemy ich… i ich ludzkich kompanów. Nie potrzebujemy tu kolejnego 9/11 z wampirzym dodatkiem.- odparła Kainitka.- To młode wampiry, mało doświadczone. Na dłuższą metę nie mają szans.- Mogę się do was przyłączyć? - zapytała radośnie - Jeżeli mała i tak będzie zajęta…
- Z tego co wiem, niespecjalnie z ciebie użyteczna wojowniczka. Bardziej specjalizujesz się w zwiadzie.- odparła Kainitka.
- Głównie zabijałam śmiertelnych... - zamyśliła się - Ale wampiry też nie będą radosne jak ich przywitam z moim krwiopijnym sztyletem. A do tego jest tu też Syn Księcia Stillwater. Brujah.
- Raporty… potwierdzają jego… bezużyteczność na polu walki.- machnęła ręką wampirzyca. - Twoją w sumie też. Problem w tym, że za dużo myślisz… zamiast działać. Bitwa to nie czas na planowanie, tylko na skorzystanie z insty…-
|-- No… młoda z niej kózka… nauczy się używać się rogów… w końcu.- głos który był znajomy. Rudowłosy wampir przysiadł się do nich uśmiechając się.-|
- Fajny fryz, co? - rzekł poprawiając czarne lustrzanki. - Lorens, duch który mieszka w rurze obok mi go zasugerował. Powinienem być dziś incognito. Więc tak się do mnie zwracajcie. Jestem Incognito Gorgon.-Ann wygląda na zadowoloną z obecności Gorgona.
- Ten duch ma gust, to muszę przyznać. - pokiwała głową - A i tak się przyda aby panicz pokazał wreszcie, że jest Brujah. - postarała się zignorować opinie o sobie.
- A gdzie on jest?- spytał zaciekawiony Locarius/Incognito. A następnie spojrzał na Kainitkę w garniturze.- Uśmiechnij się Rose.-
- Na twoim pogrzebie.- odparła Rose obojętnym tonem i upiła nieco krwawej Mary.Ann wskazała kierunek baru.
- Tam go zostawiłam. - powiedziała do Malkavianina. Spojrzeli oboje i nie dostrzegli Clyde’a. Brujah gdzieś wywędrował.
Ann rozejrzała się po okolicy w poszukiwaniu zaginionego. I nie dostrzegła ich ochroniarza. Clyde gdzieś znikł w tłumie gości przybytku Luciena.
- Umie znikać. Może to tak Nosferatu udający Brujaha?- zadumał się Locarius.
- Nieważne, nie potrzebujemy nie sprawdzonego w boju bękarta Joshui. Tylko by zawadzał. - machnęła ręką Rose.
- Może się pojawi. Jako dystrakcja, krótko istniejąca. - mruknęła dziewczyna.
- Nie mamy powodu czekać na jego pojawienie.- Rose spojrzała w kierunku wejścia do sali. Tam stała drobniutka ciemnowłosa wampirzyca. Piękna, osobisty ogar Księcia.
- Ruszamy. Loc..
- Incognito.- wtrącił rudy wampir.
- Incognito. Nowa jest pod twoją opieką.- rzekła wampirzyca wstając od stolika. Wraz z nią kilku innych Kainitów znajdujących się w różnych miejscach sali poderwało się na nogi.Ann spojrzała na Gorgona wyczekująco.
Ten uśmiechnął się, a Rose ruszyła dzwoniąc telefonem. Po chwili drzwi otwarły się z hukiem.- Wszyscy na ziemię. Policja! - odezwały się wpadające do środka osoby w strojach SWAT , wywołując oczywistą panikę. Część ludzi padła grzecznie na ziemię, reszta próbowała się rozpierzchnąć. A młodzieńcy o wyraźnych arabskich rysach, przy kilku stolikach sięgnęli po broń i zaczęli strzelać w kierunku policjantów, na co ci odpowiedzieli ogniem.-|
- To nasz cel… musimy się przyczaić i poczekać, aż ghule wypłoszą ich na tyły lokalu. Mniej świadków. - wyjaśnił Gorgon cicho.Ann nie trzeba było mówić więcej. Ustawiła się otoczona cieniem i zastygła. Czekała.
Wymiana ognia trwała chwilę, kilka kul dosięgło celów po obu stronach. Niemniej nagle coś zaczęło się dziać. Jeden po drugim islamiści zaczęli padać na ziemię, krztusząc i się i dusząc od krwi która wypełniła ich płuca.- Zdrajca… zdrajca…- krzyczęli między sobą, zwracając broń palną przeciw sobie nawzajem. Po czym rzucili się do ucieczki. W małych grupkach, nie ufając sobie nawzajem. Ghule w policyjnych mundurach nie ruszyli za nimi. Za to Rose i jej ludzie tak. No i Gorgon z łobuzerskim uśmiechem.

Podekscytowana Ann ruszyła za Gorgonem, w lewej dłoni trzymając pistolet otrzymany od Larry'ego, a na wyciągnięcie prawej mając u boku schowany w sztylet.
Wpadli na siłujące się dwa wampiry… jeden w garniturze, zapewne członek świty Rose. Drugi, ubrany nieco bardziej bojowo, starał się wbić kły szyję tego drugiego. Obaj zataczali się po korytarzu, próbując zdobyć przewagę nad przeciwnikiem. Ich pistolety leżały na podłodze, a gdzieś w pobliżu słychać było strzały z broni palnej.
W pierwszym odruchu Ann strzeliła w glowę wampira chcącego zjeść drugiego.
Pistolet od Larry’ego miał kopa. Dłonią Ann szarpnęło. Ten odrzut jednak był dowodem siły ognia broni. Z bliskiej odległości, renegat nie miał szans. Jego głowa pękła jak krwawy arbuz, a ciało zwiotczało. Z takiej rany młody wampir nie mógł wykpić się regeneracją. Locarius w ogóle się nie zatrzymywał, tylko ruszył dalej.
Młoda wampirzyca na chwilę się zawahała, aby zerknąć czy ten drugi wampir nie został ubity przypadkowo.Biegli w kierunku odgłosu strzałów, wpadli na zakrwawionego wampira z nożem wojskowym w dłoni, zakrwawionymi ustami, kurtkę z wojskowym kamuflażem i szaleństwo w spojrzeniu. Rzucił się na Locariusa, ten podniósł okulary w górę. Wampir zamarł w bezruchu, a Locarius wepchnął lufę dużego rewolweru w usta Kainity… strzelił, rozwalając mu mózg. Ciało opadło martwe na innego Kainitę, w garniturze i z rozerwanym gardłem… pozbawionego krwi… i prawie głowy.
Gorgon nie przejął się tym, tylko ruszył dalej opuszczając patrzałki na swój zabójczy wzrok.
Ann kopnęła martwego tak, aby jego krew spływała do ust pozbawionego krwi i pognała za Locariusem.Wkrótce dotarli do celu, mijając po drodze kilku zarżniętych jak bydło śmiertelników i kolejnego garniturka przepołowionego na pół. Jak się okazało tyły przybytku rozkoszy, jakim była knajpka Luciena zostały zastawione przez vany należące do szeryfa NY. Renegaci i ich ludzcy sojusznicy zostali schwytani w pułapce i rzucili się do walki z ślepym fanatyzmem.
Część schowana za śmietnikiem ostrzeliwała Rose i jej ludzi. Część uzbrojona w kindżały i poruszająca nadnaturalnie szybko rzuciła się na Rose, licząc zapewne na to, że jej śmierć zniszczy morale wroga. Przeliczyli się, uzbrojona w dwa podrasowane Desert Eagle, wampirzyca poruszając się równie szybko, jeśli nie szybciej niż oni, unikała ciosów szerokich zakrzywionych ostrzy trzech atakujących ją Kainitów. Poruszając się między nimi przystawiała lufę broni, do ich torsów, twarzy, ramion. Bum, bum, bum… jeden Kainita stracił rękę, jeden dosłownie twarz (i sporą część głowy), a jeden otrzymał sporą dziurę w miejscu serca.
Ann spojrzała w stronę skrytych za śmietnikiem Kainitów, którzy wciąż stanowili zagrożenie. Chciała coś z nimi zrobić... może...
Ann " rozciągnęła" cień śmietnika, aby ten zakrywał większą przestrzeń. Mogła mieć tylko nadzieję że ta młodziutka grupka nigdy wcześniej nie widziała "ożywionych " cieni.Efekt przeszedł oczekiwania dziewczyny.
Nie stało się tak jak planowała. Miejsce obok śmietnika jak i jego okolice zostały oplecione gęstym czarnym... cieniem? Jakby cienista kostką w przestrzeni. Nie wydobywał się z niej żaden dźwięk i nic nie było widać... Choć zważając na reakcję zdziwionej Ann mogło to coś dać.
- Co do licha… - ocenił Locarius i podobnie zresztą jak Rose. - Co do cholery?!
Po czym celnymi strzałami dobiła konających Assamitów wokół siebie.
- Wystrzelajcie ich! - krzyknęła Ann i zaczęła strzelać do wroga w cieniu.
- Kogo…- odezwał się jeden z garniturków. A Rose potarła czoło w irytacji. - Mamy granaty?
- No kilka na wypadek…- zaczął inny wampir.
- To jest ten wypadek. Zużyć wszystkie.- zadecydowała Rose.Granaty poleciały w ciemność. Pięć… co się potem stało… nie wiadomo. Słychać było tylko przytłumione eksplozje.
Cień nagle zaczął zanikać, a zmęczona nowym doświadczeniem Ann zachwiała się na nogach.Gdy ów mrok zniknął widać było… jatkę, stłoczeni razem ludzie i Kainici zostali poszatkowani granatami odłamkowymi, że trudno było pośród tych fragmentów ciał ocenić, które należało do wampira, a które do śmiertelnika.
- Pozbierać kawałki i spalić.- zadecydowała Rose chowając pistolety.
Ann wyprostowała się i z uśmiechem patrzyła na efekt. Wyraźnie była zadowolona.
- Jeszcze mi tak nigdy nie zrobiło. - odezwała się do Locariusa.
- Nooo… wygląda… dziwnie…- wzruszył ramionami Malkavian.- Ale ja tam nigdy nie rozumiałem sztuki nowoczesnej. -Patrzył jak ghule i niżej postawione wampiry zabrały się za zbieranie szczątków i ciał, pakowaniem ich do plastikowych worków. A te były zanoszone do stojącej za rogiem śmieciarki.
Ann podeszła w stronę Rose i odezwała się do niej.
- Dwóch w garniakach leży na drodze tutaj i chyba wciąż istnieje.
- Się sprawdzi.- mruknęła Rose zmieniając magazynki w pistoletach. I rozglądając się dookoła.- Będzie trochę sprzątania i trzeba będzie przygotować wystąpienie prasowe. Na szczęście Książę ma ghuli w FBI. Oni się zajmą zasłoną dymną tej akcji.
- Czy zasłużyłam na choć niewielkie podniesienie rangi w moich aktach? - zapytała zadowolona z siebie młoda Caitiffka.
- NIe wiem… zobaczy się. - odparła enigmatycznie Rose i sięgnęła po smartfona. - Tu Wilmowsky. Operacja zakończona, sir. Komórka terrorystów zlikwidowana, oczywiście nikt nie przeżył. Zabieramy się za porządki tu na miejscu. Niech PR przygotowuje odpowiednie wrzutki dla pismaków. I niech nasi w FBI zabiorą się do pracy.Ann coraz bardziej żałowała, że nie znajduje się tu na miejscu, w Nowym Jorku. Tu się przecież tyle ciągle działo! A ona musiała w tym nudnym miasteczku przesiadywać...
- Zazdroszczę ci. - odezwała się do Rose, gdy ta przestała rozmawiać.
- Nie wiem czego… to jeden wielki śmietnik, a ja robię za śmieciarza.- wzruszyła ramionami Rose.
- Lepiej być śmieciarzem niż umierać z nudów.
- Cóż… nie myśl, że takie akcje zdarzają się codziennie. - Rose Wilmowsky wzruszyła ramionami spoglądając na Locariusa rabującego poszarpany ludzki korpus z portfela.- Przez większość czasu robię, to co robiłam przy naszym pierwszym spotkaniu. Użeram się z pompatycznymi wampirami uważającymi się za coś lepszego niż są.
- To i tak ciekawsze od mieszkania w malutkim miasteczku. - stwierdziła.
- No nie wiem… co byś ty robiła tutaj? Twój opiekun siedzi w pierdlu, ty niby masz wolność, ale nie masz mieszkania. Będziesz wałęsała się po mieście i prowokowała oprychów Grozy?- zapytała retorycznie Rose.
- Poszukałabym kogoś kto by mi zapewnił opiekę za służbę. - wzruszyła ramionami.
- Ty i reszta nieszczęśników w przytułku.- przypomniała jej Rose wzruszając ramionami.- Teraz jest ich więcej, bo paru prominentnych wampirów poszło wąchać kwiatki od spodu, a uczepieni ich Kainici szukają nowych opiekunów.
- Nadal mnie nie zniechęciłeś. - odparła bez przejęcia.
- Nie planuję. Po prostu mówię jak jest. - stwierdziła podwładna szeryfa. I zwróciła się do jednego z garniturków.- Zrób sobie małą przebieżkę po budynku i policz nasze straty. Carlo chyba nie żyje, bo akurat jego trupa widziałam. Chcę wiedzieć co z resztą.--Sie robi. - rzekł pospiesznie wampir i wrócił do klubu.
- też wrócę bo dziecinki się stęsknią. - mruknęła Ann.
- Hej!- Gorgon nagle wrzasnął i pognał ku caitifce. Zatrzymał się przed nią i uśmiechnął.- Uff! Dobrze że sobie przypomniałem. Widziałaś but?
- But? - zapytała zdziwiona - Jaki but?
- But Marge oczywiście.- równie zdziwionym tonem odparł Malkavian.
- Och... nie. Nie było go przy jej ciele.
- Hmm… dziwne. -wzruszył ramionami Gorgon i podrapał się po policzku.- Chcesz pięćdziesiąt trzy dolary dwadzieścia dwa centy? Ja ich nie potrzebuję.
- Chętnie. Ale jeżeli ich nie chcesz to czemu je brałeś?
- Były w portfelu, mi są niepotrzebne.- odparł Locarius z uśmiechem podając dziewczynie pieniądze.
- Dzięki. A znalazłeś coś dla siebie?
- Całą resztę, poza kartami kredytowymi. Te są bezwartościowe dla mnie. - rzekł w odpowiedzi Locarius, gdy szli ku tylnym drzwiom lokalu.
- A co ciekawego znalazłeś?
- Skarby…- odparł z uśmiechem Malkavian nie wdając się w szczegóły.
- Fajno. - odparła radośnie.
- No…- odparł równie radośnie Locarius.
Wkrótce weszli do klubu, na jego zapleczu już zaczęło się sprzątanie. Na głównej scenie zaś.. ludzi było mniej i wampirów też, ale zabawa powoli zaczynała się rozkręcać. Jakby niedawnej strzelaniny nie było.
Ann zaczęła rozglądać się za Clydem i Miracellą. W końcu dostrzegła Clyde’a w towarzystwie pijanych panienek. Miracelli jeszcze nie wypatrzyła.
Ann podeszła zirytowana w stronę potomka Joshui.- Dobrze się bawisz, słonko?
- Pomijając całą tę akcję policyjną… całkiem dobrze. - potwierdził z uśmiechem Brujah.- A ty?Przesunęła się do ucha Brujah.
- W przeciwieństwie do ciebie ja byłam zajęta taką akcją.-
- To znaczy że wplątałaś się w miejscową strzelaninę?- zdziwił się Clyde. - Po co? To ich sprawy, nie nasze.
- Żeby się trochę rozruszać. - mruknęła - Tobie by się przydało w końcu.
- Jestem kochankiem, nie wojownikiem… nie walczę za darmo. - odparł z uśmiechem Clyde.Tymczasem do obojga podeszła Miracella. - Fajnie że sobie tu tak gruchacie. Sprawa załatwiona możemy wracać.
- Daruj. Ja mordowałam Assamitów. - przewróciła oczami.
- Dla każdego coś dobrego.- wtrącił Clyde, a Ventrue zignorowawszy jego słowa.- Czyli możemy już wracać?
- Ale opowiesz wszystko? - zapytała Ann.
- Lukrecji. To było tajne spotkanie. Jeśli Lukrecja ci coś zdradzi, to… cóż, ona może. Ja nie.- wyjaśniła młoda wampirzyca.Ann spojrzała z irytacją na Miracellę.
- Serio?
Ventrue westchnęła ciężko. - Serio. Zapewne zauważyłaś, że ten przybytek nie służy jawnym negocjacjom.
- To może powiesz z kim gadałaś? - mruknęła.
- Tego też nie mogę zdradzić.- odparła Miracella krótko. - Zapytaj Lukrecję.Ann spojrzała zimno i bez słowa ruszyła do wyjścia.

-
Powrót do domu po triumfalnym boju, był cichy i ponury. Ann była rozdrażniona faktem, że Lukrecja nie wtajemniczyła jej w swoje intrygi. A Miracella opanowała sztukę dyskrecji. Sama początkująca Ventrue była zamyślona i się nie odzywała. A Ann była obrażona na nie i na świat. Jedynie Clyde wydawał się zadowolony z tej wycieczki. Która niestety się skończyła. I dla Ann była to ostatnia wyprawa do Nowego Jorku w tym tygodniu. Było coraz zimniej gdy jechali w głąb lądu ku Stillwater.

Noc była piękna i cicha. Gwiazdy wypełniały cały nieboskłon. A droga ciągnęła się w nieskończoność. Caitiffka miała więc czas na przemyślenia. A miała nad czym myśleć. Mogła się obrażać i na Miracellę i na Lukrecję. Ale było to bezcelowe. Foch Ann nie obchodził młodej wampirzycy i tym bardziej nie przejmie się nim jej stwórczyni.
Podczas jatki w klubie, Ann pokazała swoją użyteczność i zaliczyła kilka punktów u szeryfa Nowego Jorku. A przynajmniej u jego podwładnej i starła nieco kiepskie pierwsze wrażenie jakie wywarła na Rose, przy ich pierwszym spotkaniu.
Niemniej… teraz czekała ją zima Stillwater, nudna i monotonna. Bowiem miasteczko i okolice, pomimo licznych “atrakcji” które poznała, było ciche i spokojne. Mimo upiornej natury szpital, nawet w księżycowe noce, nie sprawiał kłopotów. Upiorna piramida, była tylko straszakiem… mało skutecznym, bo groźnym jedynie dla głupców którzy tam weszli. A wilkołaki… trzymały się swoich ziem.
Nagły pisk hamulców, nagły wstrząs, pasy bezpieczeństwa napięły się gdy Ann szarpnęło do przodu. To nagłe hamowanie wyrwało Ann z rozmyślań. Powód tego nagłego zatrzymania leżał na środku ulicy. Ciało. Bezgłowe ciało, poszarpane… przysypane śniegiem. Męskie zwłoki. Clyde wysiadł pierwszy, z uzi w dłoni rozglądając się dookoła. Niewątpliwie podejrzewał, że trup… może być przynętą w pułapce na nich. Tylko kto ją zastawił?
Ann na jego polecenie usiadła za kółkiem… ot, tak na wszelki wypadek. By ruszyć z kopyta, gdyby kłopoty się pojawiły. Ale nic nie wyłaniało się zza drzew. I Clyde przyglądając się ciału dał znać dziewczynom, że można podejść. Co uczyniły.
Z blisko łatwo było ocenić, że ciało należało do motocyklisty… członka jakiegoś gangu. Głowa została… urwana z wielką siłą. A samo ciało nosiło ślady głębokich cięć pazurów.
I nie zbyt wielu było śladów krwi.
No i był tatuaż na ramieniu. Głowa psa w wojskowym hełmie.- Psy wojny.- mruknął Clyde.
- Psy wojny. -potwierdziła Miracella.Nagły pisk hamulców, nagły wstrząs, pasy bezpieczeństwa napięły się gdy Ann szarpnęło do przodu. To nagłe hamowanie wyrwało Ann z rozmyślań. Powód tego nagłego zatrzymania leżał na środku ulicy. Ciało. Bezgłowe ciało, poszarpane… przysypane śniegiem. Męskie zwłoki. Clyde wysiadł pierwszy, z uzi w dłoni rozglądając się dookoła. Niewątpliwie podejrzewał, że trup… może być przynętą w pułapce na nich. Tylko kto ją zastawił?
Ann na jego polecenie usiadła za kółkiem… ot, tak na wszelki wypadek. By ruszyć z kopyta, gdyby kłopoty się pojawiły. Ale nic nie wyłaniało się zza drzew. I Clyde przyglądając się ciału dał znać dziewczynom, że można podejść. Co uczyniły.
Z blisko łatwo było ocenić, że ciało należało do motocyklisty… członka jakiegoś gangu. Głowa została… urwana z wielką siłą. A samo ciało nosiło ślady głębokich cięć pazurów.
I nie zbyt wielu było śladów krwi.
No i był tatuaż na ramieniu. Głowa psa w wojskowym hełmie.- Psy wojny.- mruknął Clyde.
- Psy wojny. -potwierdziła Miracella.Ann spojrzała na oboje pytająco.
- Psy wojny?
- Gang Brujah i jego ghule. Anarchy mieszkające na południe od nas. Sąsiedzi w zasadzie.- wyjaśniła Miracella.- Nie ma z nimi kłopotów. Trzymają się swojego terytorium i jeśli już tłuką, to z innymi gangami motocyklowymi.
- Wygląda na psią robotę. - stwierdziła Ann.
- Ktoś go załatwił. I to brutalnie. Tzimisce może?- zapytał retorycznie Clyde.
- Po co Tzimisce miał go zabijać. Nie mają oni sporu z nimi, ani Sabat. Przynajmniej nic poważnego.- odparła Miracella oglądając zwłoki.
- Może ten czarny wilkołak, co go z Nadią widziałyśmy…
- Może…- stwierdziła Miracella spoglądając w górę. - a może… księżyc jest w pełni… a szpital bisko.-
- To jednak nie zmienia faktu, że jego tu być nie powinno. To nie ich teren, tylko nasz.- obruszył się Clyde.- Trzeba będzie dać cynk szeryfowi.-I sięgnął po komórkę.
Ann przysunęła się do Miracelli.- Na pewno nic o spotkaniu nie powiesz mi? - zapytała błagalnie.
- Nie mogę. Lukrecja może, jeśli uzna że powinnaś wiedzieć. Ja nie mogę.- odparła Ventrue, podczas gdy Clyde dzwonił.
- Daj spokój, no... Lukrecja jest wredna. Tylko z tego powodu nie powie. - mruknęła rozżalona Ann.
- A mnie wiąże krew i polecenia… więc sama rozumiesz.- wzruszyła ramionami Ventrue.Ann burknęła tylko coś i spojrzała na dzwoniącego Brujah.

Joshua przyjechał z całą ekipą śledczą. Koroner zgarnął trupa, a policjanci zabrali się za zabezpieczanie nielicznych śladów. Tych nie było zbyt wiele, zadymka śnieżna sprzed kilku godzin zatarła większość z nich. A i sami Kainici nie mieli zbyt wiele czasu. Noc się kończyła i trzeba było się ukryć przed promiennym zabójcą. Nie było więc wiele czasu na badania, sprowadzenie Larry’ego z jego zwierzęcymi pomocnikami czy Williama z jego pieskami.
To niestety musiało poczekać na następną noc.
Ann więc wróciła z Clydem i Miracellą, do siedziby Lukrecji. I tam spoczęła na dzień w jednym z pokoi tego “hotelu”. -
GDZIE SĄ ANARCHY?
Ann poczłapała w stronę głównej sali. Wyraźnie nie była w najlepszym humorze, ale nie odnosiła się nieprzyjemnie do nikogo. Usiadła przy barze chcąc nie zwracać na siebie uwagi.
Przy barze dyżurowała jedna z ghulic. Nie widziała żadnych Kainitów, ani gości ani stałych bywalców. Pojawił się na jej telefonie SMS od Joshui: “Pilne zebranie o godzinie 22. Sprawa pilna i ważna do omówienia.”
Czyli za dwie godziny.
Ann domyślała się powodu takiej sytuacji. Niewątpliwie wczorajszy trup rozruszał miejscową społeczność wampirów. Wszak nic nie ożywia sytuacji tak dobrze jak trup.
Tymczasem na salę weszła Nadia, wyraźnie rozdrażniona. Rozejrzała się dookoła, westchnęła. I przysiadła przy jednym ze stolików.
Młoda Bezklanowa wstała i powoli podeszła do Nadii.- Reszta chyba jeszcze śpi. - odezwała się przysiadając do Tremere.
- Albo zajmują się swoimi sprawami. Tak jak ja powinnam. - burknęła Tremere przeczesując palcami swoje włosy. - No… ale głupia, biorę na poważnie autorytet księcia, nawet takiego lokalnego.
- Przecież jest jeszcze czas. - zauważyła Ann - A ty masz rzut beretem.
- Tak. Mam. I pewnie spodziewałaś się że wpadnę zdyszana na ostatnią chwilę… jak Larry lub Garry. Niemniej jako Primogenka mojego klanu, reprezentuję jego splendor. Dlatego wolę przybyć wcześniej.- westchnęła ciężko Kainitka.
- To na pewno byłby ciekawy widok. - stwierdziła - Ale nie pasujesz na miss mokrego podkoszulka.
- Żadna z nas nie pasuje. Zabawna sprawa… cycate wampirzyce najczęściej pojawiają się w różnych horrorach klasy B. - zadumała się Nadia.- Najwyraźniej nawet Toreadorzy mają dobry gust.- Jesteś znawczynią takich filmów? - zaśmiała się cicho.
- Byłam scenarzystką paru i konsultantką przy paru innych… zanim uciekłam z Los Angeles.- wyjaśniła Nadia.- Z czegoś trzeba żyć.
- Och... Nadia w branży filmowej! - Ann wychyliła się bardziej do Tremere - Szkoda że tego nie widziałam. To naprawdę byłoby ciekawe. A powiedz mi więcej o sobie podczas czasów w Los Angeles. - poprosiła.
- W Los Angeles rządziły anarchy. I miałam okazję zakosztować ich wolności. To był chaos w najgorszym znaczeniu tego słowa. Obecnie jest tam opactwo mojego klanu, ale wtedy było nas tylko paru… oni luźno związani z klanem i knujących przeciw sobie i porządkowi. Opuściłam miasto po zabiciu ostatniego z nich. - machnęła ręką Nadia.- Bez wsparcia struktur klanu musiałam zarabiać na życie, więc pisałam scenariusze… pełne seksu, perwersji i gore. Takie kino klasy B w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.
- Po tym znalazł cię Palafox?
- Mniej więcej…- wzruszyła ramionami Nadia.- Jak się po raz pierwszy spotkaliście?
- Znałam go jeszcze, gdy byłam śmiertelniczką.- zaśmiała się Nadia.- Palafox utrzymywał kontakty z oświeconymi szlachetnego urodzenia. Listowne co prawda, ale to zawsze coś…-Machnęła ręką.- W sumie to… nie było nic nadzwyczajnego w tym pierwszym spotkaniu oko w oko. Ot, rozmowa przy kominku w gabinecie regenta w Nowym Jorku.
- Mówisz jakby to wszystko było niczym. Ot spotkałaś się z szefem swojego klanu. Poczęstował cię swoim ghulem, czy jak?
- Regentem klanu w Nowym Jorku. To żaden szef, to…- wampirzyca zamyśliła się szukając określenia.-... coś jak miejscowy dyrektor fabryki. Prawdziwe władze klanu siedzą w Wiedniu.
- Nazwijmy go Primogenem Tremere w mieście, ale jednak. - określiła - Jak zaczęłaś dla niego sprzątać innych?
- Po pierwsze mam w tym doświadczenie, a po drugie to w końcu jest Primogen. Wydaje polecenia wszystkim w klanie i dopasowuje zadania do osób. Cyril jest nauczycielem, ja cynglem… ktoś innym badaczem.- wyjaśniła Tremere.
- To miejsce nie wydaje się dobre na twoje możliwości. - odparła Ann - Pilnowanie projektu Regenta? Bez sensu.
- Daj spokój. Ile osób według ciebie zabiłam w Nowym Jorku? Trzy… może cztery. - machnęła ręką Nadia.- Żaden z nich nie był śmiertelnikiem. Nie zajmuję się płotkami. Od tego są najemnicy. Najczęściej nie mający pojęcia o Świecie Mroku. Ja zajmuję się tymi, których śmiertelny pionek nie jest w stanie zabić, czy banda wynajętych Brujah lub Gangreli.- To na kogo tu masz oko?
- Na nikogo. Myślisz, że ktokolwiek tu jest warty mej uwagi. Larry to mięśniak… brutalny i prosty. Potężny jak na Brujah, ale niezbyt bystry. William? Pfff… potężny ale pozbawiony zębów ambicji. Joshua… zajęty swoją domeną, żadne zagrożenie dla innych. Lukrecja to buchalterka. Garry dziecinny… Ravnoska, tak…- tu zamilkła i zamyśliła się. - Nieważne. Nikt tutaj nie stanowi zagrożenia dla Tremere. Nikogo pilnować nie muszę, poza Charliem.
- Cokolwiek jest w Piramidzie jest problemem. - wzruszyła ramionami - I nie chciałabym by wyszło poza nią.
- To prawda. Ale na razie nic nie wychodzi.- przyznała Kainitka.- To masz choć określony czas, w jakim masz tu siedzieć i się nudzić?
- Do czasu aż zaczną zbierać się pozostali?- westchnęła Nadia.- Może się od nich dowiem, co sprawiło że Joshua narobił w spodnie ze strachu.
- Chodzi mi o całe miasto, ale powód spotkania to podejrzewam.
- Tyle ile mi każą. Może nawet całe … moje istnienie. Nowy Jork oznacza powrót do opactwa… nie lubię opactwa. Wolę tu być na swoim i wzywana od czasu do czasu, niż tam być cegiełką w piramidzie Palafoxa i… być ciągle obserwowana. - machnęła ręką Rosjanka. - Nie tęsknię za wielkim miastem.
- Dlaczego aż tak cię nie lubią? - zapytała.
- Moja moc… jest dla nich podejrzana. Panowanie nad technologią to domena odszczepieńców Tremere. Domena Sabatu. Nawet nie wiesz jak bardzo mój klan boi i się nienawidzi odszczepieńców. I słusznie zresztą. Magia Krwi wymaga samokontroli…- machnęła ręką Nadia.- … każda magyia wymaga. W innym przypadku łatwo może wymknąć się spod kontroli. Tego się uczysz w klanie. Tacy jak Charlie to chodzące bomby… za taką bombę uważają mnie i ich nie winię. Nie ufają mi i się boją.
- Przecież różne są ścieżki magii. Niemożliwe, że w klanie nie istnieją inni z Camarilli z podobnymi umiejętnościami.
- Dlatego tylko mi nie ufają, a nie próbują zabić. Dlatego ty jesteś tolerowana, a nie martwa.- odparła Tremere uśmiechając się sarkastycznie.- To istnieją Lasombra w Camarilli? - zapytała z ekscytacją głosie.
- Nie.- zaśmiała się Kainitka i dodała.- Istnieją wampiry w Camarilli które posługują się ich klanową dyscypliną. Jak ją zdobyły to już inna kwestia. Niemniej niech cię nie zmyli ten sztuczny podział na klany. Prawda jest taka, że każdy z nas może opanować każdą dyscyplinę… teoretycznie.
- Możemy to sprawdzić. Spróbujesz mnie nauczyć Thamaturgii. - uśmiechnęła się słodko do Nadii.
- Nie. I jeśli spróbujesz namówić Charliego na coś takiego, zabiję was oboje.- odparła stanowczo Tremere.
- Ale czemu? To byłby idealny eksperyment. - dodała Ann.
- Każdy klan. Każdy… strzeże swoich sekretów zazdrośnie. A Tremere szczególnie pilnują swoich. Zwłaszcza Taumaturgii. Nie będzie żadnej nauki, żadnych eksperymentów.- ucięła sprawę Kainitka.
- Czyli Lasombry by mnie chciały ubić?
- Jesteś teraz Camarilla… oczywiście że chcą cię ubić.- stwierdziła beznamiętnie Nadia.
- Czy będą chciały z powodu tej dyscypliny.
- Nie…- machnęła ręką Kainitka.- Jesteś Camarilla, więc jesteś trup. Oni chcą zniszczyć nas, my ich… Reszta to semantyka.Tymczasem do przybytku Lukrecji zawitał Garry, rozglądnął się dookoła. Uśmiechnął i ruszył ku dziewczynom.
- Tooo… co się właściwie stało, że się zbieramy?- zapytał na powitanie.
- Może chodzi o tego trupa Anarchów, którego znaleźliśmy na drodze. - zgadywała Bezklanowa.
- Trup Anarchów? Tutaj ? - zainteresowała się Nadia, a Garry przysiadł. - Dziwne, że pofatygował się tutaj umrzeć. Zwykle… załatwiają takie sprawy między sobą.
- Wyglądało mi na robotę jakiegoś wilkołaka…
- No… mogę popytać Dave’a czy jakieś nowe wampiry naruszyły ich terytorium. - zastanowił się Gangrel, po czym dodał żartem.- Albo posłać jedną z was. Od czasu tej misji dla nich, tolerują waszą egzystencję.
- Sądzisz, że to dobry pomysł? - zapytała Gangrela i spojrzała na Nadię.
- Nie… - machnął ręką Garry dodając po chwili.- Ale pewnie ucieszy cię fakt, że Uktena z północy nie zabiją cię na miejscu, jakby to zrobili z innymi wampirami.-
- Mnie nie cieszy.- wtrąciła beznamiętnie Tremere.
- Chcesz być zabita? - mruknęła Ann.
- Nieszczególnie mi zależy na wdzięczności futrzaków.- stwierdziła obojętnym tonem Tremere. - Ani na ich łasce.
- Więc pójdziemy. - zwróciła się Ann do Garry’ego - Skoro ona marudzi to warto.
- Nie mnie o tym decydować. To zależy od naszego szefa.- zaśmiał się Gangrel, tymczasem szef się pojawił. Joshua wszedł ze swoim potomkiem i Larry’m. Na widok trójki Kainitów, sięgnął po smartfona i zadzwonił.Ann spojrzała na Nadię.
- Dzwoni po Willa?
- Nie czytam z ruchów warg. Może Garry potrafi?- zapytała ironicznie Tremere zwracając się do Gangrela.
- Nieee… przynajmniej nie wtedy, gdy nie wypiję jednej z moich wyznawczyń na początek nocy.- odparł ze śmiechem Garry.
- Może to coś na nas. - zaśmiała się.
- Może…- stwierdziła Nadia, a Joshua zakończył rozmowę przez telefon. Po czym podszedł do nich.- Witam. Lukrecja już przygotowała miejscówkę. Reszta już obecna. Poza Charlie’m i Williamem. Blake zjawi się później, a Charlie…-
- Zrobi co mu każę. Nie musi uczestniczyć.- burknęła Tremere.Joshua westchnął ciężko.- Już o tym rozmawialiśmy. Przestań mi utrudniać.-
Następnie zwrócił się do Clyde’a.- Idź po Charliego.- Jesteś zazdrosna o niego. - mruknęła do Nadii - Że ktoś inny może się nauczyć tej dyscypliny.
- Nie.- machnęła ręką Kainitka, gdy Clyde ruszył wykonać polecenie.- On nie jest częścią Camarilli i nie powinien traktowany na równi z nami.
- Chyba stał się. - zaprotestowała caitifka.
- To wszystko to był zgniły układ. Nic więcej. On był członkiem Sabatu, świadomym… członkiem sfory. - burknęła Nadia. Wstała od stołu wraz Garry i Ann. Ruszyli za Joshuą i Larrym.
- Przecież nie jest jedyny. - fuknęła do Nadii.
- Jedyny który przeżył. A nie powinien. On nie odwrócił się od Sabatu. On prostu miał szczęście i trafił tu… W Nowym Jorku, po prostu by go unicestwili.- syknęła Nadia w odpowiedzi, gdy szli na zaplecze.
- W takim razie coś ci nie wychodzi ubicie go. - Ann mruknęła wrednie.
- Ja trzymam się reguł Maskarady i decyzji mojego regenta. Nawet jeśli mi to nie pasuje. Z łamania reguł rodzi się chaos, z chaosu rewolucja… z rewolucji… cierpienie i ból.- odparła Kainitka.W znanej Ann salce była już Lukrecja i Miracella, była też Jaine Love siedząca za stolikiem i tasująca karty. Uśmiechnęła się uprzejmie do wchodzących.
Ann usiadła obok Nadii i czekała w milczeniu.Joshua poczekał aż Charlie się zjawi i rzekł.
- Wczoraj Ann, Miracella i Clyde znaleźli zwłoki. Te należały do wampira z Fortu. Anarch był zmasakrowany i pozbawiony głowy. Nie wiadomo co go zabiło, ale z pewnością nie było to zwierzę. Anarchy z Fortu na Wzgórzu nigdy nie sprawiały nam kłopotów i nigdy nie wchodziły nam w drogę. To że jeden z nich został zabity na naszym terenie jest więc niepokojącym omenem. Podobnie jak fakt, że nie mieliśmy z nimi kontaktu od ostatniej zimy. Co prawda rzadko w ogóle nawiązujemy z nimi kontakt, ale w świetle tego co się wydarzyło… - westchnął Joshua.- Musimy sprawdzić co u nich. Kto się podejmie?
O dziwo, Larry zgłosił się pierwszy.
- Dobra, a kto pojedzie dopilnować by Larry nie narozrabiał?- westchnął Joshua.
- A będę mogła go w razie czego zakołkować? - zapytała Ann.
- Możesz spróbować, ale nie radzę. - Larry uśmiechnął się złowieszczo zerkając na Ann. A Joshua wzruszył ramionami dodając. - Mógłbym mu zakazać, ale chyba nie wierzysz że posłucha?
- Więc niech ktoś jeszcze pójdzie z nami... Nadia będzie świetna w tym. - wyszczerzyła się.
- Nie jestem zainteresowana.- odparła kwaśno Tremere, a Joshua spojrzał na nią z lekko irytacją. Garry się wtrącił.- Ja mogę jechać. Ostatnio chyba za bardzo… no… zasiedziałem.- Dobra… niech będzie Larry, Garry i Ann.- zgodził sięBrujah.- Powiadomicie miejscowych że mamy zwłoki jednego z nich. Nie wszczynajcie zbyt wielu bójek i nie eskalujcie sytuacji. Wiem że anarchy z Fortu to gang motocyklowy, ale nie przesadzajcie z brataniem się z nimi.
- Czyli żadnych prób przyłączenia się do nich? - zażartowała Bezklanowa.
- Co robisz w czasie wolnym to nie moja sprawa.- odparł żartem Joshua. Lukrecja spytała zaś.
- Czy to wszystko?
- Niezupełnie. William jak przyjedzie to lepiej objaśni sytaucję, niemniej niedawno dostał dokumenty z których wynika że kopalnia… chce zabrać się stare chodniki, te z czasu sprzed zawału 1880.- rzekł Joshua.
- Minęło tyle czasu… nie powinni nic znaleźć, prawda?- zapytał Garry ostrożnie.
- No… właśnie… w tym rzecz… nie wiem. Ogólnie uznaliśmy, że Nosferatu po prostu zginęli przygnieceni skałami. Niemniej jeśli któryś wpadł w torpor.- zastanowił się Joshua.- Szczerze powiedziawszy w dokumentach wspominano coś o jakiś zaginięciach i to jest powodem tego, że kopalnia zwróciła uwagę na tę część chodników kopalnianych.
- Co z tym zamierzamy zrobić?- zapytała Nadia.
- Trzeba spróbować zajrzeć do starych szybów. Mam ich mapę, pewnie lepszą od tych z kopalni. - zamyślił się Joshua.- Zbierzemy ekipę i zajrzymy tam którejś nocy.
- Przydałby się specjalista speleolog. -wtrąciła Jaine układając karty na stoliku.- To nie będzie bezpieczna wyprawa.
- Ktoś z nas zginie? - zapytała Ann.
- Nieeee wiem… nie widzę po prostu szczęśliwego układu. Raczej… neutralny.- oceniła wampirzyca.Ann jedyne skinęła głową.
- To tyle ode mnie.- rzekł Joshua i spojrzał na Garry’ego, Larry’ego i Ann. - Wyjeżdżacie jutro o zmierzchu. Jak ktoś jest ciekaw raportu, to niech poczeka aż Blake się zjawi. Ja mam patrol.-
Po tych słowach dodał z uśmiechem. - Możecie się rozejść.
I sam ruszył do wyjścia.
Ann spojrzała na Lukrecję i podeszła do niej.- Pogadajmy.
- O czym niby?- spytała Ventrue przyglądając się jak Garry, Nadia a potem Larry opuszczają pomieszczenie. Clyde wyszedł tuż za nimi, po tym jego zaczepki zostały zignorowane przez Ravnoskę.
- O tym co wczoraj osiągnęłaś przez Miracellę. - stwierdziła dziewczyna.
- Nie widzę powodu. - stwierdziła obojętnym tonem Lukrecja.
- Bo cię o to proszę? - odparła Ann.
- Ile ty masz lat Ann? Ile lat spędziłaś w skórze krwiopijcy?- zapytała retorycznie Ventrue spoglądając na caitifkę.- Nie wyjawia się sekretów swoich politycznych posunięć komuś tylko dlatego, że o to prosi. Polityka to także sztuka dyskrecji i nie ujawniania przedwcześnie atutów. Nawet moja córka to rozumie.Ann przewróciła oczami.
- Jak chcesz.
- Tak chcę.- odparła Lukrecja uśmiechając się kwaśno. A tymczasem zjawił się Wiliam z teczką i uśmiechem.
- Wybaczcie spóźnienie. Miałem nieoczekiwany, acz jak się okazało, ważny telefon. Zakładam, że… Joshua wtajemniczył was w sytuację?- zapytał na wstępie.
- Dobrze zakładasz. - mruknęła Ann.- No dobra… to… sytuacja jest taka, że wedle raportów z kopalni wysyłanych do centrali, kilkoro ludzi zaginęło w nieznanych okolicznościach w pobliżu starej… nieużywanej od lat, części kopalni. Jakiś czas temu, w 1880 był tam poważny zawał górniczy. Kilka chodników zostało zasypanych, kilkoro ludzi zginęło. Los sześciu nosferatu którzy mieli tam swoje leże jest dotąd nieznany. Nie było możliwości odkopania tych chodników i sądziłem, że zostaną pozostawione w spokoju. Niemniej wygląda na to, że firma próbuje je odkopać.. dlatego my… powinniśmy się przynajmniej przyjrzeć sytuacji z drugiej strony. - wyjaśnił Blake.- Od dawna nikt z nas nie był, więc nawet nie wiemy jaka jest obecnie sytuacja.
- Brzmi interesująco. - odezwała się Ann z niezdrowym zaciekawieniem.
- Nie jest… - wtrąciła Jaine Love chowając karty.- To sie raczej będzie sprowadzać do chodzenia po opuszczonych i potencjalnie grożących zawaleniem chodnikach kopalnianych. W dodatku w zimie. W okresie, w którym nie chodzi się po jaskiniach. I bez moich kart wiem, że może to być niebezpieczne w najbardziej nudny sposób.Ann się to nie spodobało się, ale milczała.
- Tak. Zdaję sobie z tego sprawę. - przyznał Toreador. - Zamierzam zaplanować taką wyprawę. Zajmie to kilka nocy, niemniej wolałem uprzedzić zawczasu.
- Zobaczymy czy będziesz miał okazję ją poprowadzić. KIlka nocy to dużo okazji, na zmianę sytuacji.- przyznała Lukrecja po namyśle.- Co będzie jeśli znajdą jakieś ślady Nosferatu przed nami?
- Zawartość raportu sugeruje, że wszystko utajnią. To nie jest firma, której zależy na rozgłosie. Ann może potwierdzić. Była u nich.- rzekł William.Ann pokiwała głową.
- Nie będą chcieli rozgłosu za nic.
- Więc problemu w zasadzie nie ma.- zamyśliła się Lukrecja.- Chyba… trzeba by poinformować o tej sytuacji Nowy Jork? To w końcu dawna odnoga tamtejszych Nosferatu. Znajomi ich obecnego Primogena?
- Chyyyba… już nie pamiętam. Dawno to było.- przyznał William ze wzruszeniem ramion.
- Może mogłabym Primogen Toreadorów zapytać... - spojrzała na Williama - Co sądzisz?
- Spytać o co?- zdziwił się Blake.
- O sytuację z Nosferatu. Czy ich Primogena opłaca się w ogóle o tym informować.
- Kurtuazja tego wymaga, bez względu na to czy to go obchodzi czy nie.- odparł uprzejmie wampir, a Lukrecja się wtrąciła ironicznie.- Bez względu na to czy istnieje czy nie.
- Więc co zamierzamy z tym zrobić? - zapytała Ann.
- Na razie sami zbadamy sytuację. Na szczęście mamy czas… stara kopalnia to niebezpieczny rejon. Od planów firmy do ich realizacji jest długa droga.- odparł z uśmiechem Toreador.
- Coś jeszcze zostało do omówienia. Ja mam interes do poprowadzenia. A Jaine Love audycję.- rzekła primogenka Ventrue. A Ravnoska wstała od stołu.
- Nie. Chyba nie.- zadumał się Toreador.- Hmm.. na pewno nie.Wampirzyce zaczęły się powoli rozchodzić. Love kierowała się na zaplecze, zapewne do auta stojącego na tyłach. A Lukrecja i Miracella w głąb budynku, do swoich obowiązków.
Ann za to podeszła do Williama.
- Jak ci mieszkać samemu znowu?
- Jakoś sobie radzę. Przywykłem do samotności. - odparł z uśmiechem Toreador patrząc to na Ann, to ostatniego tutaj Charliego, który również wychodził.- A ty?
- Nie wiem. - odparła - W Nowym Jorku ciągle sama mieszkałam, ale... tam zawsze coś się wokół działo. Ktoś był w okolicy. - stwierdziła.
- Ja jestem w okolicy, Garry jest… Larry nawet. I Nadia. Oczywiście tu okolica jest… nieco… większa.- wyjaśnił Toreador.
- No właśnie. Mnie chodzi o okolicę... w sensie miejskim. Wiesz. Piętro w bloku, jedna ulica.
- Nie przyzwyczajaj się za bardzo do tego. Będziesz żyła dłużej niż człowiek, jeśli będziesz miała dość rozumu. I przekonasz się wtedy, że miasto nie jest tak… statyczną istotą jak ci się wydaje. Moje miasto, Nowy Amsterdam, i obecny Nowy Jork to dwa różne miejsca.- poradził William.- Nigdy też nie sądziłam, że kiedyś będzie mi brakować nudnego życia w mojej rodzinie pomiędzy nudnymi biznesmenami, co sztukę widzą przez pieniądz.
- Sztuka i pieniądz zawsze szły w parze.- zażartował Toreador i dodał smutno.- Jaką cenę płaci się za nieśmiertelność, tak naprawdę dowiadujemy się po jej uzyskaniu.
- Temu masz swój majątek?
- Nie. Inwestowałem w nieruchomości i jestem cierpliwy. - przyznał bez wstydu William.
- I dość naiwny. - stwierdziła wprost.
- Wolę to nazywać wiarą w dobrą naturę człowieka.- wzruszył ramionami Kainita.- Ten jebany hazardzista miał czelność próbować mnie pouczać, wyobrażasz sobie? - parsknęła.
- Cóż… będąc wampirem łatwo zapomnieć na czym polega życie.- stwierdził enigmatycznie Toreador.
- Nie jestem tak stara... - zamarudziła.
- Na pewno nie wyglądasz staro.- przyznał z uśmiechem Toreador.
- Więc ciągle pamiętam!
- Skoro tak mówisz. - Blake westchnął ciężko i dodał.- Ann… nie masz powodu gniewać się na ghula. Oni dbają o nasze bezpieczeństwo za dnia.
- Skąd mam wiedzieć co on tak naprawdę robi za dnia? - mruknęła.
- Tym lepiej więc, jeśli nie jest do ciebie nastawiony negatywnie prawda? Zdarzało się że inne wampiry upijały swoją krwią ghule służące swoim wrogom, by… cóż… przekonać ich do zdrady swojego pana. - westchnął William wspominając.- To trudne, ale możliwe do wykonania.
- Chyba nie twierdzisz, że powinnam być dla niego miła? - parsknęła.
- Powinnaś być z pewnością… bardziej znośna i opanowana. Jak Lukrecja czy… Cyril. On cię karał, ale rzadko pozwalał sobie na wybuchy gniewu nieprawdaż?- zapytał retorycznie William.
- Ale to śmiertelnik, ktoś gorszy od wampira. Dlaczego ma być traktowany tak jak ja byłam?
- Ghul to twoja własność, jak dom, samochód, telewizor. Nie musisz go rozpieszczać, ale wypada o niego dbać, aby poprawnie spełniał swoje obowiązki.- tłumaczył Blake.
- Mówisz tak, bo lubisz jego buzię. - burknęła.
- Nie. Wcale nie. To… nieprawda.- zaperzył się William. - Po prostu dbam o twoje dobro.
- I wcale byś nie chciał by z tobą mieszkał?
- Nie. Ja już dostałem nauczkę od świata. Kilka razy.- westchnął smętnie Toreador.
- Źle wybierasz. - pokręciła głową.
- Ja? To twój ghul.- obruszył się Kainita.
- Mówię o twoich wyborach Potomków.
- Tak. Nie mogę… być z nich dumny.- przyznał melancholijnie Blake.
- Opowiesz mi kiedyś o nich? - zapytała Ann.
- Nie. Wspomnienia są bolesne i bez znaczenia. Nie żyje żaden z nich.- machnął ręką Toreador.
- To dawne sprawy?
- Tak. Ale nadal bolą.- przyznał Kainita.Ann westchnęła.
- Dobrze, postaram się być milsza dla niego. Nawet mogę mu powiedzieć, że zawdzięcza to twojemu wstawiennictwu.
- Nie… to nie jest konieczne. Poza tym ja się za nim nie wstawiam.- odparł pospiesznie Toreador.- To moje porady dla ciebie. Ja dbam o moje pieski. Garry o swoich wyznawców, Lukrecja o swoje “córeczki”, ba nawet Larry o swoich dwóch osiłków.Ann skinęła głową przyjmując do wiadomości. Inna sprawa, czy popierała.
- Jaki motyw tobą kierował, że tak szybko się zgłosiłeś? - Ann od razu zapytała, gdy tylko podeszła do Brujah siedzącego w sali przy stoliku - Liczysz na bijatykę?
- Między innymi. - odparł z uśmiechem Larry. - Anarchy z Fortu są bardziej rozrywkowe… i mniej sztywne niż… wszystkie wampiry jakie widziałaś w swoim życiu.
- Ale mamy unikać burd, słyszałeś co Joshua mówił. - stwierdziła poważnie.
- Pfff… politycznych burd. Przyjacielskie wybijanie zębów się do tego nie wlicza. - machnął ręką Larry.- Ja tam lubię anarchów z mojego klanu. Być może kiedyś takim zostanę.
- Chcesz zmienić sektę? - zapytała zdziwiona.
- Anarchy… to niezupełnie Sekta… to raczej wolne duchy. Każda grupka rządzi się po swojemu. Tam gdzie ich więcej, budują jakieś struktury. Ale mniejsze grupki… nie potrzebują tej całej biurokracji. - wzruszył ramionami Larry i spytał. - Zdziwiłabyś się gdybym zmienił?
- Nie... - westchnęła - Prędzej byłabym zawiedziona.Larry uniósł dłoń i potarmosił jej wlosy. - Chyba tylko ty jedna. Poza tą i tutejszymi nikt by tego nie zauważył.
Zaśmiał się głośno pocierając swój kark. - Nie planuję żadnych zmian. W sumie gdy nie jest tu nudno, jest… fajnie. A i u Anarchów… ileż można rozbijać te same łby zanim stanie się to rutyną. Tam też bywa nudno.- Ale i tak planujesz porozbijać trochę łbów teraz, co?
- Nudzę się.- odparł z uśmiechem Kainita. Ze złowieszczym uśmiechem. A następnie wzruszył ramionami.- Anarchy z Fortu to gang motocyklowy. Nie szanują cię, jeśli nie powybijasz trochę zębów z ich pysków.
- To rzucą się na mnie i Garry'ego?
- Nie. Rzucą się na mnie. Ja zaczynam bójkę, to dlaczego mieliby się rzucać na was?- zapytał retorycznie Kainita.
- Bo będziemy dla nich gorsi? Nic co zasługuje na poważanie? - odparła Ann.
- Gang motocyklowy to kultura macho… trzeba wyglądać na silnego. Garry to podstarzały hipis, a ty…- spojrzał na Ann.- Drobna lalunia. Powiedz mi. Wyglądacie na silnych?Ann wyraźnie się nadęła.
- Nie jestem lalunią... - burknęła.
- Ale wyglądasz na taką. Tak jak Lukrecja nie jest damą, ale na taką wygląda. - odparł z uśmiechem Larry szczerząc kły.
- Abyś się nie zdziwił... - burknęła ponownie.
- Nie słuchasz mnie Ann. Nie mówię kim jesteś, tylko na kogo wyglądasz. I nie nadymaj się tak, bo ci spuszczę powietrze. - odparł żartobliwie Brujah.- Czyli nie będziesz grzeczny? U anarchów?
- Jestem grzeczny tutaj? - zapytał retorycznie i uśmiechnął.- To chyba najwyraźniej zmiękłem. Za dużo kosmicznych wibracji Garry’ego w powietrzu.
- Jesteś grzeczny przy Joshui. - pokazała mu język.
- Widzisz tu gdzieś Joshuę?- odparł ze śmiechem Larry i wzruszył ramionami. - Nie zawsze… różnica między Joshuą, a starym z Nowego Jorku polega na tym, że… tamten sobie nie poradził. Joshua, jak na razie, radzi sobie za każdym razem.
- A ty ciągle z nimi próbujesz...
- Z kim? - zapytał Larry.
- Z tymi u władzy.
- Nie…- machnął ręką wampir. - Po prostu się nimi nie przejmuję. A poza tym… mnie klątwa klanu szczególnie mocno dotknęła i łatwo tracę panowanie nad sobą. A wtedy nikt kto jest w pobliżu… nie będzie bezpieczny.
- i wtedy trzeba improwizować... jak chociażby z kołkiem. - zaśmiała się.
- Nie radzę ci powtarzać tej sztuczki. - odparł ponuro i złowieszczo Brujah.
- Czy to ma być wyzwanie? - zaśmiała się.
- Nie. To ostrzeżenie. - Larry się nie śmiał patrząc z poważną miną na Ann.
- Dobrze, dobrze. - machnęła ręką - Będę grzeczna.
- No… bo mogę cię rozpruć jak wieprzka i w takim w stanie wrzucić do trumny. - stwierdził filozoficznie Larry. - Dopóki przeżyjesz, dopóty Joshua nie będzie się czepiał… za bardzo.
- Dlaczego zakładasz, że nie będzie się czepiał?
- Jest Brujah… cierpi na tę samą przypadłość co ja.- przypomniał jej wampir.
- A jeżeli by powód to była obrona konieczna, żeby cię powstrzymać?
- Zastanawiasz się czy… jeśli byś mnie zabiła, to czy by Joshua… hmm… ja bym ci pogratulował, zza grobu.- odparł z uśmiechem wampir, wzruszył ramionami.- Niemniej o to się pytaj naszego księcia, nie mnie.
- Ale byłbyś wściekły gdybym cię zakołkowała w obronie. - wytłumaczyła.
- Ostatnio wbiłaś mi zdradziecko w plecy… to nie to samo, co uczciwa walka. - wyjaśnił jej Larry.
- Nie każdy jest w stanie bić drugiego po pysku. - mruknęła - W miłości i wojnie wszystkie chwyty dozwolone.
- Zdradę… my Brujah karamy śmiercią i w miłości i na wojnie.- wzruszył ramionami wampir.
- To nie była zdrada, tylko wykorzystanie sytuacji. - pokazała mu język - Choć spokojny byłeś.
- To była twoja zdrada mojego zaufania, że moją kumpelą jesteś. - odparł Larry wystawiając język.- To będzie ciekawa wyprawa. Do Anarchów.
- Ano… acz nie spodziewaj się zbyt wiele po nich. To coś… wypad do… no… domu bractwa uniwersyteckiego. Takiego do którego należą karki na stypendiach sportowych. Tyle że… na sterydach.- Larry próbował wyjaśnić cały koncept, choć przychodziło mu to z trudem.
- Damy radę. Mam ciebie i Garry'ego w końcu.
- Taa… nie martw się. Anarchy nie będą chciały nas zarżnąć. Nie zależy im na wojnie ze Stillwater i Nowym Jorkiem.- zaśmiał się Brujah.
- Jesteś im znany?
- Paul mnie znał. Ale nie wiem czy jeszcze żyje. Jakoś szybko dochodzi tam do przetasowań. To całkiem brutalny gang… i wszelkie spory między sobą rozwiązują krwawo. Doszły mnie więc pogłoski że nie żyje. Inni zaś mogli o mnie słyszeć. Parę ich łbów obiłem, jak wpadli do Róży, pijani od krwi alkoholików. - wyjaśnił Larry szeroko się uśmiechając. I znowu się zamyślił.- Dziwne… dawno żadnego u nas nie było.
- Paul? - zapytała - I oni często się zjawiali?
- Ich szef. - wzruszył ramionami Brujah. - Nie… nie zjawiali się zbyt często. Ale zdarzało im się jednak wpaść czasem. Ostatnio zaś, w ogóle. Czy to nie dziwne?
- Może ich tak zniechęciłeś? - zaśmiała się.
- Może… - zgodził się z nią Larry, ale bez przekonania.
- Albo ich coś utłukło, jak nasz Tzimisce.
- Brzmi prawdopodobnie.- przyznał po namyśle Larry.
- Muszę wrócić do domu i tego ghula do pionu ustawić... - mruknęła.
- Miłej zabawy. - odparł z uśmiechem Brujah.
Ann weszła do swojego domu w tym samym nastroju, w którym z niego wyszła - zirytowanym. Nie uśmiechało jej się zmieniać czegokolwiek w traktowaniu człowieka... ale musiała.
- Connor. - uniosła trochę głos, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi.-
- Tak szefowo?- zapytał ghul starając się trzymać… dystans od caitifki.
- Musimy porozmawiać. - wypowiedziała przerażające zdania - Chodzi o to, jak czujesz się pod moją władzą. - odparła sucho i skierowała się do "salonu".
- Czuję się dobrze… żebra chyba prawie się zrosły. - odparł ostrożnym tonem ghul podążając za wampirzycą.Dziewczyna nagle się zatrzymała i odwróciła w stronę ghula.
- A sądzisz, że miałam rację łamiąc ci je?
Ghul nie odpowiedział od razu.
- Może… deczko przesadziłaś z karceniem. Tak… odrobinkę?- bardziej zapytał niż stwierdził.
Dłuższy czas Ann wpatrywała się w Connora.
- Podważanie moich działań w tak błahych sprawach... - skrzywiła się i odparła spokojniej, trochę jak nastolatka przyznająca się do czegoś, do czego nie chce - Pieniądze to nie problem…
Oblicze Connora przez chwilę nawiedził ironiczny uśmieszek. Niemniej szybko znikł, a on sam rzekł.
- Oczywiście że nie są.
- Nie sądzisz tak. - stwierdziła wprost.
- Oczywiście, że się z tobą zgadzam.- zapewnił Connor.- Nie umknęło mi jednak to, że pan Blake jest znaczącym właścicielem nieruchomości, a pani Borgia dobrze prosperujący burdel. Nawet pan Dukes ma własny warsztat i pokątnie handluje bronią. Oczywiście że pieniądze to nie problem… dla nich.
- Dla mnie też nie jest. - fuknęła siadając na fotelu - jestem bogata, zawsze byłam... - mruknęła jakby odcięta od rzeczywistości.
- Skoro tak twierdzisz. - odparł uprzejmie acz bez przekonania ghul.
- Baudelaire są bogaci!
- No tak. Ale czy ty szefowo jesteś jeszcze Baudelaire? Wedle prawa to ty jesteś… denatką. - przypomniał jej ghul.
- Nie udowodniono tego oficjalnie! - zaprotestowała.
- Nie jestem prawnikiem. Nie mnie o tym decydować. Zresztą prawnicy też nie pracują za darmo. - wzruszył ramionami Connor.
- Nie powinieneś chcieć mojego bogactwa? To by było dla ciebie na plus.
- Ależ chcę… odmrażając sobie tyłek w tej willi, chcę bogactwa i luksusu.- odparł ghul po namyśle.
- Przecież dostałeś pieniądze od Williama. I tak ci zimno?
- Nie.- przyznał Connor.- Dlatego, że dostałem pieniądze od Williama.
- Wyłudziłeś je jak ostatnio robiłeś.
- Tak. Choć nie nazwałbym tego wyłudzeniem.- odparł ghul.
- Zagrałeś na jego emocjach. - zawahała się - W sumie... dobra robota.
- Dziękuję.- odparł Connor z uśmiechem.
- Ale pilnuj się. - mruknęła - I nie pożyczaj na moje imię.
- Tak szefowo. - rzekł potulnie mężczyzna z wyraźną ulgą w tonie głosu. -
Początek nocy zaczął się wstrząsająco… dosłownie. Godzinę po przebudzeniu Ann, zatrzęsła się ziemia. Owe wstrząsy były krótkie i niezbyt gwałtowne. Ale za to wyraźnie odczuwalne.
Tyle że Stillwater nie leżało w strefie ruchów tektonicznych. Takich wstrząsów tu być nie powinno. Connor był równie wystraszony tym zdarzeniem co ona.
Niemniej rozwiązanie tej zagadki podała miejscowa rozgłośnia radiowa. Zawał górniczy.
Nikt ponoć nie zginął. A przynajmniej takie było oficjalne stanowisko kopalni. Odpowiednie służby już zajęły się sprawą. Zapewne Joshua.
Nie było to jednak jej problemem.
Ona już prawie zapomniała o swojej wizycie w budynkach kopalni, a i Pentex też nie wydawał się nią interesować.Larry zadzwonił. Podał miejsce i czas zbiórki. Wspomniał jeszcze, że ktoś jeszcze się dołączy do wyprawy. Nie powiedział kto.

Larry postanowił jechać ze stylem. Gdzieś zdobył cywilną wersję humvee pomalowaną na czarno. I dobrze. Bowiem oprócz Ann do podróży szykował się Garry z dwoma wilkami. Oraz… Jaine Love. Ravnoska uśmiechała się jakby była wcieleniem niewinności, ale pozostałe dwa wampiry przyglądały się jej nieufnie. O ile po Larrym można się było tego spodziewać, o tyle taki brak zaufania był dziwny ze strony Garry’ego.-|
Niemniej nie było czasu na rozmowy na ten temat. Musieli ruszać jak najszybciej, jeśli zdążyć do celu przed świtem.
Podróż trwała spokojnie. Przemierzali kolejne kilometry w pogrążonym w mroku lesie, natykając się jednak co chwilę na inne pojazdy. Ta droga była znacznie bardziej ruchliwa, zwłaszcza o tej wczesnej porze. Miasteczko które powoli się wyłaniało, zza wzgórza na które wjechali było dość spore, choć mniejsze od Stillwater. Na tablicy którą mijali napisano. Allentown.
Pojazd Larry’ego właśnie do niego się kierował.- Odbijemy w prawo tuż przed nim.- wyjaśnił Brujah, a Ravnoska wtrąciła.- Zatrzymaj się na obrzeżach. Ja wysiadam. Muszę udać się do miasta.-
Larry wzruszył ramionami nie planując się z nią sprzeczać.
I rzeczywiście wysiadła, a humvee ruszył polną krętą drogą w kierunku zaśnieżonego wzgórza na którym to znajdowały się jakieś zabudowania odcinające się mroczną sylwetką na tle nocnego nieba.
Wybór pojazdu przez Larry’ego okazał się całkiem sensowny. Zwykłe auto mogłoby sobie nie poradzić na dość stromym zboczu i na zaśnieżonej drodze… której bliżej było jakimś koleinom niż asfaltowemu cudowi Zachodu. Humvee jednakże radził sobie całkiem nieźle na tyych wertepach, nawet jeśli pasażerowie czuli każdy z nich. Pojazd wspinał się na górę powoli, gdy Larry mówił.
- To stary fort ponoć z czasów wojny secesyjnej jeszcze. Co jest durnotą. To tak naprawdę porzucona baza wojskowa z czasów drugiej wojny światowej, działała jeszcze za czasów Wietnamu, ale potem wojsko się wycofało, a Anarchy wkroczyły. Wykorzystały swoje pionki w mieście i poza nim, by pozostawiono ich w spokoju i urządzili sobie bazę. I…- przerwał na chwilę opowieść. - Jest za cicho.-
https://www.youtube.com/watch?v=Qz2wnSVeITg
Bo było cicho. I ciemno. I posępnie. Zdewastowane zabudowania nie rozświetlały żadne światła.
Nie słychać było żadnych krzyków, głosów, żadnych dźwięków motorów. Te stały na dziedzińcu. Niektóre okryte płachtami chroniąc je przed śniegiem, inne wystawione na gniew żywiołów. Część… przewrócona i pozostawiona w takim stanie. Niektóre rozbite.
Leże anarchów wyglądało jakby zostało porzucone. Dlatego pewnie Larry nie wjechał do środka, tylko zatrzymał się przed bramą.- Coś tu nie tak.- stwierdził wyciągając pistolet Desert Eagle ze schowka i chowając za pasek.
- Poczekajcie tu…- rzekł wysiadając. Niemniej Garry poprawiając okulary dodał.- Nie tym razem.-I po wypuszczeniu swoich pupilków sam też wysiadł.
-

ZABAWA DLA LARRY'EGO
Ann ruszyła szybko za Larrym nie zamierzając go zostawić samego... i przegapić wszystkiego.
Śnieg skrzypiał pod ich stopami, gdy ruszyli w głąb siedziby anarchów. Larry z pistoletem, Garry z obrzynem i wilkami i Ann ze swoim sztyletem. Było cicho i było ciemno. Gdzieniegdzie widać było ślady ognisk, które paliły się tu niedawno. Być może jeszcze wczorajszej nocy. Śnieg jeszcze ich nie przysypał. I tam właśnie przy tych pozostałościach ognisk, zauważyli ciała przysypane białym puchem. Kobiet i mężczyzn.. poszarpane, rozerwane… pozbawione krwi.- Ktoś tu się ostro bawił.- ocenił Larry przyglądając się trupom, obwąchiwanym przez wilki.
- To śmiertelnicy? - zapytała dziewczyna przyglądając się ciałom - Czy uśpione wampiry?
- Większość chyba była ghulami. Ale tamtą rozpoznaję po tatuażach. Anakha, jak chciała być nazywana po śmierci… Toreadorka Anarchów.- wyjaśnił Larry wskazując jedno z ciał.- Wierzyła że jest wcieleniem egipskiej kapłanki, stąd jej zamiłowanie do takich tatuaży.-
- Nie żyją od wczoraj.- ocenił Garry głaszcząc po futrze wilka.A Brujah spytał.- To co… rozdzielamy się, by przeszukać całość?
- Rozwiązanie jak z kreskówki Scooby Doo.- stwierdził Gangrel.
- Rozprasza jak we dwójkę dyszycie nad głową. Jak mam się skupić na zagrożeniu, gdy muszę jeszcze tyłów pilnować.- warknął Larry.
- A skąd wiesz chłopie, że jest tu jakieś zagrożenie?- zapytał Garry, na co Brujah odpowiedział.- Byłbym rozczarowany, gdyby się okazało że przejechaliśmy taki kawałek i jedyne co znaleźliśmy to bandę nieboszczyków.
- Ale chyba tamtej to wystarczy dać trochę krwi, aby powstała, prawda? - Ann wskazała na kobietę.
- Ci którzy ich napadli, tak ich zmasakrowali że żadna krew im nie pomoże.- ocenił Larry.- Są to obrażenia, po których nawet nieśmiertelny się nie podniesie.
- Sabat? Wilkołaki?
- Sabat bym obstawiał. Może jakaś wygłodniała sfora?- zastanowił się Larry, a wilki Garry’ego zaczęły warczeć i jeżyć sierść, na co Ann spojrzała pytająco na gangrela.
- Coś tu się kryje…- potwierdził jej przypuszczenia Garry, a Larry wyciągnął broń i strzelił w górę.
- Na co czekacie sukinsyny?! Jestem tutaj! Chodźcie!- wrzeszczał. Ale nie został wysłuchany.
- Wilki by nas pokierowały? - zapytała rozglądając się na boki.Wampir kucnął między swoimi zwierzaki i coś do nich szepnął. Westchnął cicho.- Nie wiem… nie sądzę by chciały pokierować nas ku źródłu zagrożenia. Boją się.-
- Oni też się boją! Chowają w ruinach! No chodźcie cykory. Jest nas tylko trójka! -wrzeszczał rozsierdzony coraz bardziej Larry.
- Larry... - Ann położyła dłoń na ramieniu mężczyzny - To nam nie pomoże w znalezieniu ich.
- Jak pójdę… tam, to ich znajdę i zabiję… wszystkich.- odparł Larry uśmiechając się szaleńczo i sięgając wolną dłonią po długi szeroki nóż bowie.
- Larry! - stanęła przed Brujah - Uspokój się, bo nic nie osiągniemy wrzucając się na ślepo!
- Jeszcze mniej stojąc w miejscu i srając ze strachu przed nieznanym.- burknął Brujah.
- Nie sram ze strachu... - Ann wydawała się urażona tymi słowami.
- To czemu czuję smrodek lęku i to nie tylko od wilczków?- zapytał butnie Larry.- Dzielne potomstwo Kaina, drapieżniki nocy… pfff… też mi coś.Ann wyraźnie poirytowany te słowa.
- Dobrze, idź sobie! - skrzyżowała ręce - Pokaż nam ponownie jak nie masz mózgu!
Larry uśmiechnął się szeroko i złowieszczo i… ruszył udowadniając, że wizja jatki jest jak narkotyk dla niego.
Ruszył w kierunku najbliższego baraku w poszukiwaniu… bójki.- No cóż… Larry nigdy nie dbał o swoją skórę.- przyznał Gangrel.
- Dobrze, że podszedł. - burknęła - Ale to dobrze. Wypłoszy, sam oberwie. My go zawsze znajdziemy na słuch.
- Oby…- odparł Garry. Niemniej Ann miała rację. Po chwili usłyszeli, krzyki gniewu, strzały… kolejne wrzaski. Larry szybko znalazł rozróbę o której marzył.Ann skinęła w stronę, z której dochodziły krzyki.
- Chodźmy więc, zobaczymy co znalazł.
Garry zacisnął w dłoni obrzyna i ruszyli w kierunku strzałów i wrzasków, które szybko ucichły.
Ann wpadła pierwsza do pogrążonego w ciemnościach miejsca, przypominającego stołówkę. Larry… leżał na ziemi, poszarpany i pewnie umierający. Dwie humanoidalne i garbate sylwetki pochylały się nad nim, gryząc i zapewne pijąc jego vitae. Trudno było stwierdzić czym są… ale pokonały Brujaha i ucztowały na nim. Zauważyły pojawienie się Ann i spojrzały w jej kierunku swoimi wyłupiastymi oczami.
Ann zabrakło słów. Co miała zrobić z takim zagrożeniem?
Wycelowała z otrzymanego od Larry'ego pistoletu i strzeliła w głowę jednej z poczwar. Nie dowiedziała się czy trafiła, bo po strzale… oba potwory znilkły. Rozległo się szuranie i szelesty i nagle coś spadło na Ann… strzaszliwy ból rozerwał jej ciało, bo trzewia zostały rozerwane przez niewidocznego przeciwnika zadającego głęboką i straszliwą ranę. Gdyby była śmiertelnikiem, byłaby już martwa.
Garry też oberwał mając rozszarpane lewe ramię i strzelając z obrzyna w… kierunku ciemności. On też nie dostrzegł wrogów czających się w niej.
Ann oceniła sytuację mimo dojmującego bólu. Larry leżał kilkanaście kroków od nich. Oni sami byli blisko drzwi. Zostali zaatakowani przez przeciwników, których nie mogła dostrzec. Od tyłu, więc pewnie jakiś czaił się przedtem w kącie. Było ich więcej niż dwóch i zadawali potężne rany swoimi szponami. I byli gdzieś tam… czaili się szykując do kolejnego ataku.
Ann skupiła się na zrobieniu tego samego co w Nowym Jorku. Postarała się rozciągnąć naturalny cień na całą powierzchnię baraku. Chciałaby potwory nic nie mogły w niej zobaczyć a sama widząc mogła wyciągnąć Larry'ego z tego miejsca.
Garry ryknął z bólu strzelając w coś…co właśnie rozharatało jego plecy, gdy Ann opanowawszy się rozszerzyła cienie w kopułę. Zacisnęła zęby zdając sobie sprawę, że to trochę poza jej możliwościami… coś mniejszego jednak już tak. I stworzyła taki mrok… osłaniający ją i zapewne umierającego Larry’ego.
Sama dziewczyna zaciskała zęby z bólu i trzymała ręce na rozharatanym ciele. Nie mogła teraz poddać się temu doznaniu pełnemu agonii. Musiała dotrzeć do Brujah i jak najszybciej ewakuować jeszcze tego miejsca póki jeszcze cała trójka istniała.
Chwyciła za truchło Larry zaciskając zęby z bólu i czując jak życie wypływa z niej wraz z Vitae, ciągnęła ciężkie ciało Brujaha w kierunku celu. Była coraz bliżej drzwi, słyszała odgłosy dochodzące spoza jej kopuły. Garry walczył nadal. Posłyszała coś jeszcze przy uchu… zniekształcony przez jej stworzoną przez nią kopułę harkot.
-Czję smrd twgo strchu.
Po czym poczuła jak długie ostrza wbijają się jej pod żebra… ból przeszył jej ciało, strach i instynkt popchnął ją do przodu. Dobrze że odruchowo zaciskała rękę na ciele Larry’ego… bo w innym przypadku by go porzuciła na pastwę losu. Jakimś cudem wypadła na zewnątrz, a widząc to Garry podążył za nią.
Ann dalej ciągnęła Larry’ego, byle dalej, byle dalej, do samochodu. Była w bólu i przerażona. Nie myślała logicznie. Chciała uciec... tylko resztkami świadomości pamiętając o towarzyszach.
Garry krwawiąc mocno podążał za nią. Obrzyn gdzieś zgubił, teraz strzelał z rewolweru na oślep.- Larry ma granaty w schowku, użyj wszystkich! - krzyczał starając się…cóż przeżyć i ściągnąć uwagę niewidocznych przeciwników. Wilki ruszyły mu na pomoc warcząc i wyjąc. I robiąc za dodatkowe cele. Jedne przypłacił to śmiercionośnym rozcięciem na pół. Jeden cios i zwierzę rozpadło się na dwie obficie krwawiące połówki.
Dziewczyna usilnie starała się dojść do samochodu, A gdy już się tam znalazła rzuciła zmasakrowanego Brujah na tylne siedzenie i wyciągnęła granaty ze schowka. Ledwo trzymała pion kiedy zaczęła nimi rzucać w stronę wrogów… a przynajmniej tam gdzie sądziła, że są.
Panika sprawiała, że widziała ich w każdym cieniu.
Eksplozja za eksplozją rozrywała zmarzniętą ziemię i śnieg. Ten który trafił w motocykle wywołał olbrzymią eksplozję i pożar.
|-I te płomienie wywabiły stwory z ukrycia. Pojawiły się na moment, szare i łyse parodie człowieka, z pazurami jak noże.-|
Ich czerwone ślepia płonęły zwierzęcą nienawiścią i nieludzką inteligencją. Oblizały kły i jak się pojawiły, tak zaczęły znikać. Jeden po drugim. Cała szóstka.- Garry! Chodź! - sama Ann usiadła za kółkiem brudząc wszystko własną krwią i kawałkami ciała. Gangrel podążył za nią i z trudem usiadł tuż obok nieprzytomnego Brujaha.
- Ruszaj…ruszaj… ja poszukam torebek z krwią. Na pewno jakieś ma…- wydusił z siebie Garry. - Ruszaj, zanim zmienią zdanie… i zapolują znów.
Jechała z trudem, drżała osłabiona i przerażona a humvee nie miał wspomagania. Jej wnętrzności były odsłonięte.. pół jelita wyszarpanego. Gangrel podał jej woreczek, w który wbiła się łakomie częściowo zaspokajając swój głód.
- Porwijmy kogoś po drodze... zjedzmy go... - zachrypiała.
- Zły pomysł… może.. przejść w NY. Nie tu…- odparł Gangrel podając jej kolejny woreczek. - A te wybuchy pewnie przyciągną kolejne kłopoty. Lepiej by nas tu nie było wtedy.
- Przejezdnego... Proszę... - wbiła kły w drugi woreczek.
- Musimy wyjechać na międzymiastową. I żadnego jedzenia… tylko parę łyczków. - odparł Garry, gdy Kainitka wypatrzyła na drodze idącą w pośpiechu sylwetkę. Z początku myślała, że to jej życzenia się spełniają, ale… to była tylko Jaine idąca w kierunku miejsca z którego uciekali.Ann z piskiem opon zatrzymała się obok kobiety I otworzyła drzwi pasażera.
- Aż… tak źle?- zapytała nieco pobladła, ale wyraźnie nie zdziwiona Ravnoska. Usiadła obok Ann i dodała.
- Popytałam w mieście. KIlka dni temu… zrobiło się cicho w Forcie. Uznano, że pewnie wyruszyli na jakiś rajd. Zdarza im się to, ale tym razem trwa to dłużej.
- Wracamy i po drodze kogoś zjadamy. - nagle zawyrokowała.
- Zjadanie raczej nie wchodzi w grę.- stwierdziła Jaine nieświadomie stając po stronie Garry’ego. - Za dużo z tym kłopotu.
- Byłaś w Sabacie, prawda? - mruknęła - Więc zróbmy sobie ucztę choć tym razem.
- Byłam w Sabacie, gdy ten był czymś więcej niż jest teraz.- machnęła ręką wampirzyca. - I nie stoczyłam się tak jak oni.-Spojrzała przed siebie.
- Ruszajmy do Róży. Tam będziemy mogli poucztować bezpiecznie. - Garry podał Ann kolejny worek. - Nie tutaj. Nie w lasach. Nie narobimy dodatkowego kłopotu Joshui. I tak już je ma… nieprawdaż?
- To nie teren Joshui... - burknęła - Będzie ot kolejne nierozwiązane zaginięcie. Jedzenie w róży jest nudne. Mam dość.
- Taka improwizacja przynosi kłopoty. - przyznał Gangrel, gdy skręcali w prawo i ruszali drogą kierując się do Stillwater.
- Możemy wpaść do mnie.- zaproponował.- Krew z morfiną złagodzi ból.-
- I to jest dobry pomysł.- przyznała Ravnoska, a następnie spytała.- Co tam się stało w Forcie. Kto tak urządził Larry’ego?
- To, co i nas. - mruknęła niepocieszona Ann.
- Potwory… łyse, szare… niebezpieczne.- wysapał Gangrel, a Ravnoska dodała.- Trochę mało szczegółów.
- Garry ci opowie. - odparła obrażona.
- Później… - odparł ponuro Garry podając Ann kolejny woreczek z krwią.
Naburmuszona i nieco wygłodniała Ann musiała “przecierpieć” całą podróż do leża Garry’ego.
Złupienie zapasów krwi Larry’ego ukrytych w humvee pozwoliło zaleczyć sporo obrażeń. Brujah najwyraźniej miał świadomość, że zawsze przyjmie jakieś ciosy na klatę. No i… miał rację.
Dlatego też było sporo woreczków. I im bliżej byli leża Gangrela, tym potrzeba “zjedzenia” kogoś stawała się coraz mniejszą koniecznością. Ku irytacji caitifki.
W zimie siedziba Garry’ego stawała się z pozoru spokojniejsza. Głównie dlatego że seks, ćpanie i picie na świeżym powietrzu traciło swój urok, gdy tyłek można było sobie odmrozić.
Irytacja Ann była widoczna, ale mimo tego nie odezwała się ni słowem.- Zanieśmy Larry’ego do środka i podkarmy go. Nie za dużo… żeby nie wpadł w podobny szał co Ann.- zaproponował Garry Ravnosce, na co ta zgodziła się skinieniem głowy. I po zatrzymaniu się pojazdu zabrali się za wynoszenie poszarpanego ciała Brujaha.
- Nie wpadłam w szał... - mruknęła Ann, gdy szła za wampirami.
- Ale on wpadnie na pewno.- westchnął ciężko Gangrel niosąc wraz Jaine ciężkie ciało pokonanego Kainity. Drzwi siedziby Garry’ego się otwarły i na dwór wypadło paru hippisów, którzy pomogli wnieść Larry’ego do środka.Ann pod nosem marudziła na starszych Kainitów, jak dziecko któremu zakazano słodyczy.
Po wniesieniu do jednego z pokoi, Garry polecił podczepić Larry’emu kroplówkę z krwią do ust.
- Niech sobie pośpi.- odparł z uśmiechem Gangrel zgarniając jedną z hippisek. - A ty Ann też chcesz jakiegoś kąska? Jaine, może ty?-
- Innym razem… potrzebna jest tu przynajmniej jedna osoba myśląca racjonalnie.- odparła Love.
- Naćpani nie są tak smaczni... - burknęła Ann - Temu i nie szukam tej gierki z Róży.
- Wybredna. - zaśmiała się Jaine i dodała z uśmiechem.- Zawsze możesz jakiegoś rozkochać zanim się upije.
- Wolę polować... - odparła.
- Stillwater jest za małe na takie łowy.- oceniła wampirzyca i obejrzała Ann. Po czym zwróciła się do pobliskiej hippiski. - Bądź tak dobra i znajdź mojej przyjaciółce jakieś ciuchy.
- Nawet byli Sabatowcy ze Stillwater nie mają w sobie iskry... - mruknęła pod nosem.
- Przygoda Larry’ego niczego cię nie nauczyła? - westchnęła ciężko Jaine i sięgnęła do kieszeni po komórkę mówiąc. - Wróć do domu, ochłoń i nie rób niczego głupiego. Joshua zabije cię bez mrugnięcia okiem, jeśli dowie się o poważnym złamaniu Maskarady w twoim wykonaniu.
- Wiem, wiem... - westchnęła - Po prostu... - zrezygnowała z myśli.
- Ann… Powiem ci coś, co… wie wielu Kainitów, ale większość wypiera ten fakt ze swojej głowy. Osoba którą zabito podczas przemiany i tą którą jesteś teraz, nie jest tą samą osobą. Przemiana… dodaje coś do charakteru przebudzonego Kainity. Mrok, żarłoczność, agresywność… zwiemy to Bestią i udajemy, że nie jest częścią nas. Niestety jest w nas, czai się i czeka na okazję…- wyjaśniła Ravnoska.- I uleganie jej raz po raz… to kroki do samozagłady. Pomyśl czy słowa jakie wypowiedziałaś i myśli jakie czułaś należały do ciebie, czy były jej podszeptami.Ann spojrzała z irytacją.
- Czy moje słowa tak cię dziwią? Czy ty nie chciałabyś tak jak ja wypić ciepłej krwi? Oczyścić do sucha? - zmrużyła oczy - Doświadczyłaś tego. Ja także dawno temu.
- Nie. Ja nie chciałabym pozwolić sobie na zezwierzęcenie. - zaprzeczyła Jaine stanowczo. - Jestem zbyt stara i zbyt doświadczona, na to by kaprysy i głód miały nade mną władzę.
- Ale musiałaś doświadczać tego w Sabacie.
- Nie.- machnęła ręką Jaine. - Nie byłam nisko postawionym mięsem armatnim. Nie musiałam doświadczać niczego, czego nie chciałam. My… Ravnos, cenimy swobodę i wolność. I nie damy jej sobie odebrać, ani w Camarilli, ani w Sabacie.
- Nie wiesz co straciłaś... - westchnęła Ann.
- NIeważne. - oceniła Jaine i spojrzała na hipiskę przynoszącą Ann świeże ciuchy. - Idź się przebrać, a potem zawiozę cię do domu. Wystarczy atrakcji na tę noc.
- A opowiedziałabyś mi o Lasombra? - zapytała przyjmując ubrania.
- Jak będziemy wracać. Nie oczekuj jednak zbyt wiele. Aż tak się z nimi nie kumplowałam.- rzekła Kainitka wskazując Ann pomieszczenie w którym mogła zmienić ubranie. Sama zaś gdzieś zadzwoniła.
Po Ravnoskę przyjechał jej czarownik. I obie kobiety wsiadły do samochodu. Jaine powiedziała mu gdzie ma jechać wpierw i w milczeniu tasowała karty czasem jakąś wyciagając z talii przyglądając się jej i chowając ją z powrotem w talię. Nie odzywała się, podobnie jak i on.
Caitiffka patrzyła na Ravnoskę wyczekująco nim zapytała zniecierpliwiona.- Więc? Opowiedz mi o nich. - rzekła prosząco.
- A co chcesz wiedzieć? Za moich czasów Lasombra były lustrzanym odbiciem Ventrue. Gdy Arystokraci pożądali władzy świeckiej, Lasombra chcieli rząd dusz i przytulili się do Kościoła. Dwie strony tej samej monety, dwie strony pożądające w sumie tego samego… władzy. Nic dziwnego, że stoją teraz naprzeciw sobie. Nie może być dwóch władców na jednym tronie. - wzruszyła ramionami Jaine. - Lasombra nigdy mnie nie lubili, bo sięgałam po to co zarezerwowali dla siebie. Za życia byłam kapłanką, mistyczką i wyrocznią. Po śmierci to się niewiele zmieniło.Ann wydawała się zaciekawiona.
- Istnieją Lasombra Antitribu?
- Jeśli istnieją to są rzadkością. - wzruszyła ramionami Jaine.- Ja żadnego nie spotkałam. Teoretycznie… mogą istnieć.
- Myślisz, że tacy z Camarilli by mnie przyjęli do Klanu? - zapytała z nadzieją w głosie.
- Wątpię… - machnęła ręką Jaine. - Zresztą, do klanów w dany mieście są przyjmowani tylko ci przemienieni przez miejscowych. Książę pozwala, wampir wybiera i przemienia, a potem taki nuworysz jest przyjmowany do klanu. Obcy z innego miasta zwykle twierdzą, że już do jakiegoś klanu należą.- dokończyła z lisim uśmiechem.- Czasem nawet mają listy polecające.
- Mam ich Dyscyplinę. - mruknęła - Po prostu nie zostałam uznana oficjalnie. - zaprotestowała.
- Nie ma Lasombr w Camarilli. Jeśli ktoś tam włada Strefą Cieni, to Malkavianin zapewne, może Ventrue lub Nosferatu. - stwierdziła dobitnie stara wampirzyca.
- Ale mówiłaś, że teoretycznie mogą istnieć Lasombra Antitribu!
- Ja mówiłam, a ty mnie nie słuchałaś.- burknęła Ravnoska i wytłumaczyła.- Jeśli istnieją… bo ponoć ich nie ma. Jeśli istnieją to nie w Camarilli, ale na obrzeżach jak Setyci lub my, albo… kryją się wśród Anarchów.
- Ale jeżeli by istnieli... To skoro znasz ich z Sabatu... - zaczęła - To sądzisz, że by mnie chcieli w Klanie?
- Jeśli są wśród anarchów to nie są klanem. - stwierdziła Jaine i dodała.- Posłuchaj Ann, mnie ten klan nie lubił szczególnie ze względu na moją śmiertelną przeszłość i tym czym się zajmowałam po przemianie. Nie znam więc za dobrze twojego klanu… - machnęła ręką dodając.- … przypuszczam, że to będzie zależało od twoich osobistych relacji z tą jedną Lasombrą jaką wytropisz. Bo stadka nie znajdziesz.
- Jasne... - burknęła zirytowana, że nie dość, że zabroniono jej zjeść dobrego posiłku, to teraz nawet zdobycia Klanu jej odmawiają.Wróżbitka spojrzała w oczy Ann mówiąc.
- Zrobisz co uznasz za stosowne. Jeśli szukasz nauczyciela to ten najpewniej jest wśród Malkavów, jeśli uznania i … rodziny. Cóż… Anarchy są twoim celem. Lub Wyznawcy Seta, bo ci zwykle mają dobre rozeznanie wśród Kainitów żyjących na obrzeżach Camarilli. -
Ann wbiła się plecami w fotel samochodowy i pozostała w swoim rozżaleniu sytuacją... płynąc na tratwie ze swoich fantazji.

-
Ścigały ją. Ukrywały się w cieniach i w ciemności. Polowały na nią, jak na szczura. Wciskały się za nią, szeptały, chichotały. Mogły ją dopaść w tym pustym mieście gigantycznych wieżowców, martwych kolosów z oknami zabitymi deskami. Upiorna zabawa w kotka i myszkę. Tylko że ona była tą myszką, przerażoną i spanikowaną. A kotów było wiele. Nie widziała ich dobrze. Ot, przygarbione sylwetki, białka szalonych oczu, uśmiechnięte zębate paszcze i długie jęzory. Były to jedynie detale jakie dostrzegła, bo potwory dostrzegała kątem oka. Zawsze na granicy widzenia. Niemniej były tam, podążały za nią, osaczały powoli zamykając na coraz mniejszym obszarze.
Bawiły się z nią, jak koty z złapaną myszką.
Śmierć… brutalna… krwawa… była tylko kwestią czasu.
..
…
..
Nic dziwnego, że Ann obudziła z krzykiem.
Jej ghul powiadomił ją, że Joshua spotka się z nią tej nocy by omówić wydarzenia w leżu Anarchów. Miał zadzwonić w tej sprawie, jak tylko znajdzie czas. Wyglądało na to, że miał dziś wiele do zrobienia. Nie nakazał jej czekać w domu na swoje przybycie, jedynie być pod telefonem.
Może to i dobrze, bo inny telefon zadzwonił… William Blake.- Hej. Jak się czujesz? - zapytał na powitanie.
- Lepiej... Już się wyleczyłam. - odparła dziewczyna siadając na fotelu.
- Słyszałem plotki o napaści na was w leżu Anarchów. - zaczął ostrożnie wypytywać.
- Och, tak. Prawie stwory zniszczyły Larry’ego. I nas. Rozpłatały mi brzuch, Garry’ego też poharatały.
- To niedobrze. Ale znając ich… się szybko wyliżą. A Larry… będzie chciał się zemścić. - westchnął Toreador.
- Bestie chłeptały jego krew. To był... prawie koniec dla niego.
- Będę szczery. Wątpię by Larry dożył kolejnego stulecia.- westchnął Kainita. - Ale dzwonię także z innego powodu. Mam gości… to ci magowie z Nowego Jorku. Ta dziewucha i ktoś jeszcze, tego drugiego nie znam.
- I? - Ann zapytała oczekując wytłumaczenia swojej roli.
- I informuję cię o tym. Jeśli chcesz możesz przyjechać i porozmawiać wraz ze mną z nimi. Chyba że masz inne plany?- zapytał Toreador.
- A będę mogła uszczknąć krwi maga? - zapytała z nadzieją.
- Wątpię.- przyznał szczerze William.Ann westchnęła z irytacją.
- Jadę już do ciebie.

Przybyła dość do budynku, który przez okres wiosenny i letni był jej… domem. Psy po upewnieniu się kto przyjechał, zeszły jej z drogi wracając do swoich zajęć. Głównie patrolowania okolicy. Może to i dobrze. Po wczorajszym spotkaniu Ann nie czuła się już szczytowym drapieżnikiem. Wkroczyła do siedziby Williama i skierowała się do salonu w którym Toreador przyjmował gości.
Tam spotkała znajome twarze. Oczywiście był tu sam gospodarz nalewający herbatę z pomocą czajnika. Ciężko było widzieć w tym anemicznym wampirze o efemerycznej urodzie zagrożenie jakim przecież być potrafił. Tak samo jak ciężko było widzieć w dwójce śmiertelników… magów.
Marge przecież była smarkatą hakerką, która zapewne częściej częściej wypisywała swoje manifesty na różnych forach niż rzucała czary. Jej towarzysz zaś, niski, szczupły i… przeciętny.https://imgbb.com/
Niczym się nie wyróżniał. Absolutnie niczym. Był szczupłym mężczyzną ubranym kurtkę, niedogolonym i o wysokim czole. Jednym z wielu jakich mogłaby mijać w metrze. Nie biła od niego żadna aura tajemniczości.
- Ach… Ann. Poznaj moich gości. Marge Swanson już znasz. A to detektyw Herbert Dickson, przywódca Rebelii. - przedstawił go Toreador.
Herbert wstał podając dłoń Caitifce.- Wystarczy Herb, jestem prywatnym detektywem. Prawie żadnego powiązania z policją.
- Żyjemy na krawędzi systemu.- dodała buńczucznie magiczka, co Herb skwitował sarkastycznym uśmiechem i słowami.- Tak czy siak…-
Sięgnął do kieszeni i podał Ann karteczkę drugą dłonią. Była to jego wizytówka.
Detektyw Herbert Dickson & Ska. Sprawy nadnaturalne to nasza specjalność.
-

FOCHY LARRY'EGO
Ann patrzyła sceptycznie na magów i otrzymaną wizytówkę.
- To towarzyska wizyta? Chcecie nas dołączyć do swojego gangu?
- Interesy. - stwierdził mag i podrapał się po głowie. - Sprawa jest trochę skomplikowana.-
- Jesteśmy pośrednikami.- wtrąciła Marge.- Oeil du futur zleciło nam robotę w ich imieniu.
- Ponoć macie tu nawiedzony dom, czy coś w tym rodzaju.- dodał Herb.
- Mówicie o nawiedzonym szpitalu? Cóż, w nim dzieją się dziwne rzeczy z czasem i przestrzenią, a do tego różne kreatury czasem wychodzą.
- O to to to. - rzekł Herb z uśmiechem, a Toreador zapytał. - Zamierzacie to naprawić?
- Nie. Nic z tych rzeczy. Mamy się przyjrzeć i wynająć posiadłość jak najbliżej szpitala. Fundacja wpadła na pomysł umieszczenia tu stałego rezydenta. Nie wiem czemu.- odparł dyplomatyczne Herb, a Marge dodała chichocząc. - Ściągnęli rozwiązanie od Księcia Nowego Jorku.
- Teraz to miejsce będzie też więzieniem dla magów? - Ann westchnęła.
- Raczej miejscem wygnania.- wyjaśniła Marge, a Herb wtrącił.- To w sumie nie nasza sprawa. Ot załatwiamy im przysługę nie wtrącając się w ich sprawy.
- I na pewno nie podglądamy ich elektronicznej korespondencji, gdy nam się nudzi.- dodała z szerokim uśmiechem Marge.
- Piszą o czymś pikantnym? - zapytała Ann.
- Tak. Jeśli lubisz rytualne orgie, to mają tam parkę Kultystów Ekstazy… wróżą za pomocą wyuzdanego seksu. Serio. - uśmiechnęła się zadziornie Marge i zwróciła do Herba.- Dlaczego my nie mamy Kultystów Ekstazy w naszych szeregach?
- A daliby się namówić na seks za Vitae? - zapytała poważnie.
- Możliwe.- zastanowiła się Marge.- Kultyści są często mocno rąbnięci.Herb i William niemal jednocześnie spojrzeli w górę z politowaniem słysząc słowa swoich protegowanych.
Ann natomiast była zadowolona.- I tylko po to tu przyjechaliście?
- Obejrzeć szpital i znaleźć chatę dla tego pechowca. Twój… towarzysz jest przy okazji jedynym deweloperem w okolicy wartym uwagi. - wyjaśniła Marge.
- No więc… proponuję wsiąść w auta i ruszać. - rzekł Toreador.- Ann dołączysz do nas?
- Jasne. Przynajmniej coś ciekawego będzie się działo i nie spróbuje mnie zjeść. - odparła Ann.
Zimowa podróż do szpitala była trudna. Co prawda do przybytku prowadziła droga, niemniej zapomniana przez lata i nigdy nie odśnieżana. Dobrze, że przynajmniej nie padało jak wczoraj.
Szpital stojący na wzgórzu wyglądał nadal upiornie i nadal miało się wrażenie, że coś jest z budynkiem nie tak. Że poszczególne kąty i cienie były nienaturalne.
Magowie po opuszczeniu swojego auta zabrali się… za coś.
Marge filmowała budynek swoją komórką, a Herb wbił w śnieg dwa kijki narciarskie i rozwiesił pomiędzy nimi siatkę do gry w siatkówkę i okadził ją dymem z cygara. Po czym sięgnął do kieszeni i spoglądając zza siatki na budynek coś co chwila notował.Ann patrzyła kobiecie przez ramię, z ciekawością obserwując jej działania. Budynek przypatrywany przez rozstawioną siatkę wydawał się bardziej upiorny, bardziej nienaturalny… bardziej wyjęty z horroru klasy B. Dostrzegała jednak także coś jeszcze.. świetliste znaki wirujące w powietrzu, przypominające… glify z kart tarota Vincenta. Tworzyły one coś w rodzaju pierścienia otaczającego to miejsce.
- Co robisz? - zapytała Ann.
- Sprawdzam czy wszystko tu działa jak powinno, czy pieczęcie ograniczają ten mały problem do tego miejsca jedynie. - wyjaśnił Herbert.
- A ona? Filmik nagrywa? - wskazała na dziewczynę z komórką.
- Ona ma swoje metody, ja mam swoje. Ona się uczy.- wyjaśnił Herb.
- Czyli używacie innych zaklęć. - zgadywała.
- Innych metod do podobnych wyników.- przyznał mag zajęty swoją robotą.
- Czyli tak naprawdę magowie nie uczą się magii…
- Nie uczą się sztywnych reguł, niemniej wiele należy poznać. Jeśli umiesz wkroczyć do Umbry, lepiej ją znać na tyle by wiedzieć co tam czeka. - rzekł Herbert i wskazał na siatkę.- To… to jest detal, mój sposób na zajrzenie do pobliskiego wymiaru. I mogę nauczyć ogólnie jak się do tego zabrać. A uczeń sam musi dopracować swoje detale, dobrać przedmiotu ułatwiające mu użycie magyii… z czasem jeśli osiągnie mistrzostwo, nie będzie potrzebował nawet takich rekwizytów. Wystarczy sama wola i znajomość Sfery.
- Mógłbyś mnie też nauczyć? - Ann spojrzała z błyskiem w oczach, jakby nie mogła uwierzyć nikomu wcześniej.
- Nie bardzo… - odparł mężczyzna i dodał. - Ale może… Strix? Nie wiem tylko czy… wiesz, Anarchy może łatwiej dzielą się wiedzą, ale nadal niechętnie szkolą nieswoich potomków.
- Ja nie znam swojego Stwórcy. Porzucił mnie. - mruknęła - Ale ten inny mag twierdził, że moje moce czerpią z Umbry, więc chyba mógłbyś z tym pomóc, nie? W sumie to to samo, co uczyć maga.
- Naprawdę? - zapytał retorycznie Herbert zerkając na dziewczynę.- No to pierwsza lekcja, sięgnij w siebie głąb, sięgnij do awatara i odpowiedz mi jaki rekwizyt koresponduje z twoją ścieżką… z twoim stylem? Jakie przedmioty rezonują z twoją magyią?Ann skrzywiła się.
- A jak wygląda Avatar?
- Jak… wszystko. Jest bytem który mówi do ciebie, prowadzi cię ku oświeceniu. Jest odbiciem twojej duszy. Widzisz moja droga, ty możesz czerpać z Umbry i jak każdy wampir czerpiesz moc z wypitej krwi, ale prawdziwy mag… my czerpiemy moc z naszej duszy. Tego cię więc nie mogę nauczyć. - wyjaśnił Herbert.Dziewczynę wyraźnie to zasmuciło. Spojrzała w ziemię i czekała w milczeniu.
- Strix jest taka jak ty… jest wampirem, dość potężnym, jest anarchem więc… nieszczególnie się przejmuje tajemnicami klanowymi. - wyjaśnił tymczasem Herb. - Może więc coś cię nauczyć. Inna kwestia to to czy będzie jej się chciało.
- Jestem z innej sekty. Camarilla może nie popuścić komuś kontaktów z Anarchami.
- Na przykład swojemu księciu?- zaśmiał Herb i dodał. - Anarchy to nie Sabat. W Stanach są tolerowani. A ty jesteś mała szprotka… kto by tam zwracał uwagę.
- Może... Kiedy znowu będę mogła wrócić do miasta.
- Może. - przyznał z uśmiechem Herb i wrócił do badań.- Gdy wy tak sobie ćwierkaliście, ja już skończyłam. Może więc skończymy odmrażanie sobie tyłków tutaj i obejrzymy posiadłość! - krzyknęła głośno Marge.
- Zazdrosna... - burknęła Ann.
- Zmarznięta… nie wszyscy tutaj są odporni na zimno.- odparła w odpowiedzi magiczka. A Herbert dokonał ostatnich “pomiarów”, zapisał wyniki i zabrał się za pakowanie swoich klamotów z powrotem do auta.- I coś odkryliście? - zapytała Ann.
- Że nasz poprzednik… całkiem nieźle sobie poradził. Jego zabezpieczenia trzymają to magiczne skażenie w szachu. - stwierdziła Marge zerkając na fotki.
- Tak. Możemy się stąd zwijać. Obejrzymy jeszcze lokum i wracamy do domu. Podeślemy dokumentację i zaliczkę do kancelarii. Mag od Oeil du futur przyleci do końca tygodnia, może w następny.- wyjaśnił Herbert.
- Klucze będą czekać na niego w kancelarii.- odparł uprzejmie Toreador i wzorem dwójki magów wsiadł do samochodu.
Urokliwa posiadłość przypominała Ann pqdomek sekty. Ten sam rozkład pokoi. Podobny ogródek. Była i piwniczka na wino w miejscu… składania ofiar. Magowie rozglądali się ciekawie po pustym budynku i komentowali jego stan. Herb co jakiś czas, coś notował. A Marge zerkała przez komórkę.
Ann wodziła wzrokiem za magami.
- A czy nasz Książę zgodził się na uczynienie jego Domeny miejscem wygnania dla tego maga?
- Sprawy magów nie są sprawami wampirów.- wyjaśnił William z uśmiechem. - Gdyby nie to, że to ja im wynajmuje lokum, to byśmy się nie dowiedzieli o tym… fakcie.
- Akurat akcje magów namieszały mocno w wampirzym Nowym Jorku. - przypomniała Ann.
- Mówisz o Cyrilu? - spojrzał na Ann dodając.- Cyril jest dużym chłopcem i dorosłym Kainitą. Sam odpowiada za swoje czyny. Może i nie powinien bratać się z magami i kombinować nad tym, by odzyskać to czego mieć nie powinien… ale ostatecznie sam sobie jest winny. Nikt go nie zmuszał.-Caitiffka mruknęła pod nosem niezadowolona.
- Rzecz w tym, że gdybyśmy byli głupi i powiedzmy wypowiedzieli ich loży wojnę…- wzruszył ramionami William.- I nawet gdyby Camarilla wyszła z niej zwycięsko, to byłoby to pyrrusowe zwycięstwo.
Ann spojrzała na magów i zwróciła się do nich.
- Wszystko pasuje?
- Na to wygląda. - przyznał Herb z uśmiechem i spojrzał na magiczkę. - Jak tam z twojej strony?
- Odczyty…- nim dokończyła, rozbrzmiała głośno komórka Ann, a ta przeprosiła i spojrzała na telefon, po czym odebrała odchodząc lekko.
- Hej, gdzie jesteś?- zapytał szeryf.
- Z Williamem, pokazujemy magom jego posiadłości.
- Jakiś konkretny powód tego pokazu? - zapytał Joshua.
- Magów zainspirował pomysł Księcia Nowego Jorku i mają nam podrzucić kogoś.
- No cudnie… zapewne jakiś frustrat lub nieudacznik. - westchnął szeryf. - Ale to już ich sprawa. Ty jesteś zajęta?
- Nie, nie. A jaka sprawa?
- Rozmawiałem już z Larrym i Garrym… teraz twoja kolej na raport. Podaj adres, przyjadę po ciebie.- odparł szeryf.
- Przyjedzie po mnie Joshua. Mam mu raport złożyć. - Ann wyjaśniła Williamowi, gdy powróciła do reszty po przekazaniu Księciu adresu i zwróciła się do magów - A co z tymi odczytami?
- Wszystko w porządku, żadnych dziwactw.- stwierdziła Marge i zapytała zaciekawiona. - A co to za raport?
- Z tego jak wczoraj trójkę z nas prawie ubiły potworki, co wytrzebiły anarchów obok. - wyjaśniła.l- No to macie ciekawych sąsiadów. - oceniła magiczka wracając do swojej roboty.
Tymczasem Herb zaczął rozmawiać z Toreadorem o metrażu, dostępie do mediów i cenach za nie, wywozie śmieci… takie tam nudne detale. Nic więc dziwnego, że widok nadjeżdżającego wozu policyjnego napełnił Ann ulgą.
Joshua przyjechał sam i czekał w samochodzie. Gdy wsiadła, rzekł z uśmiechem.
- Jadę zajrzeć do Róży. Podrzucić cię gdzieś po drodze? - zapytał ruszając.
- Nie mam na razie planów. Do Larry’ego bym pojechała, choć może też w Róży będzie.
- Ok… to podrzucę cię do Larry’ego.- zgodził się z nią Joshua i zerknął na dziewczynę.- Niemniej Róża bliżej, więc tam najpierw.-Przez chwilę milczał, nim rzekł.- No więc… opowiadaj od początku co się tam stało.
- Najpierw natrafiliśmy tylko na martwe ghule i jedną wampirzycę. Wyssane z krwi. Myśleliśmy, że to Sabat. Larry odwalił Larry’ego i poszedł szukać guza. - westchnęła - Wilki Garry’ego czegoś się bały... Usłyszeliśmy strzały i krzyki Larry’ego, a gdy tam poszliśmy... - przełknęła ślinę - Trzy bestie pożywiały się na powalonym Larrym. Okryłam teren ciemnością, aby go wyciągnąć po przepłoszeniu bestii.
- Garry wspominał o ciemności, która cię pochłonęła.- potwierdził jej słowa Joshua.
- I tak bestia na ślepo prawie rozpłatała mnie... Ale udało się uciec z Larrym. Bestie goniły nas i musieliśmy bronić się granatami z wozu. Cieszę się, że nie wpadłam w panikę, a było blisko…
- Możesz opisać jak wyglądały? I czym według ciebie były te stwory?- zapytał szeryf.- I co potrafiły.
- Jeden... Mówił do mnie. - opisała wygląd bestii - Umiały... Znikać jak... Wilkołaki.
- Jak Nosferatu…- poprawił ją Kainita wyraźnie zmartwiony. -... znikać jak Nosferatu.
- To były wampiry? - zapytała - Szczerze to... Byłam zbytnio w tym strachu by myśleć…
- To kiedyś były wampiry… tak przypuszczam. - westchnął Joshua.- Sądząc z opisu ich wyglądu… Nosferatu. To… widziałem podobne przypadki na wojnie.-Spojrzał na Ann.- Tak kończą Kainici, którzy poddadzą się swojej wewnętrznej Bestii… ulegają zezwierzęceniu. Tyle że nie powinni być tak potężni, nie powinni mówić… z drugiej strony…-
Wzruszył ramionami. - Zwykle taki upadek zdarza się młodym niedoświadczonym wampirom. Tym razem… chyba mamy do czynienia ze sforą draugów powstałą z potężnych Śmierdzieli. Bardzo rzadki przypadek.
Ann spojrzała w dłonie.- To się dzieje, jak działasz jak Sabat?
- O tak… w Sabacie zdarza się to często. Większość nowo narodzonych Kainitów tak kończy. Albo martwa, albo zatraca się w Bestii i na końcu zostają zabici.- odparł sarkastycznie Joshua.- Wspaniały idealistyczny Sabat uwielbia takie przesiewy kandydatów. Tyle że tu mówimy o młodych i niedoświadczonych wampirach. Stają się bezmyślnymi bestiami skupionymi na zabijaniu i zbyt skupionymi na głodzie, by stosować finezyjną taktykę, ale… tu pojawia się problem…- Joshua spojrzał na Ann.- … czytałaś już to co ci Nadia podrzuciła?
- Tak. - Ann słuchała Joshuę z fascynacją.
- To już zapewne wiesz kim był ojciec klanu Nosferatu nim został przeklęty przez Kaina? Łowcą. Idealnym myśliwym. I dzieci jego odziedziczyły te talenty.- westchnął Joshua.- Konsultowałem tę kwestię z Nadią i wysnuła teorię, że potężne Nosferatu nawet po utracie człowieczeństwa, mogą zachować część inteligencji… ale przede wszystkim wtedy talenty ich praojca wyjdą na wierzch. Mamy problem. W pobliżu naszej domeny krąży sfora łowców, pozbawionych moralności i skrupułów, za to z instynktami idealnych drapieżników.
- To też na drodze do Nowego Jorku. - przypomniała.
- Widocznie rozsmakowały się w wampirzej krwi.- stwierdził ponuro Joshua.
- I co teraz?
- Krwawe Łowy będą… pewnie wraz z gośćmi z Nowego Jorku. - rzekł Joshua. - Tak stanowi prawo. Tylko najpierw trzeba całą sprawę zbadać, by łowcy nie zmienili się w zwierzynę.Wyraźnie możliwość krwawych łowów jeszcze bardziej zafascynowała dziewczynę.
- To może być super…
- Gdybyśmy polowali na jednego słabego pechowca… to może… ale sama widziałaś co się stało. Sama ledwo przeżyłaś. Pomyśl, czy rzeczywiście będzie to super. Ta sfora wymordowała gniazdo anarchów, doświadczonych w boju potomków klanów Brujah i Gangrel. - ocenił chłodno Joshua.- To z pewnością nie będą zwykłe łowy.
- Nowy Jork musi więc przysłać sporo mocnych…
- Larry był mocny i zadufany w sobie… i prawie zginął.- ocenił cynicznie szeryf. I wzruszył ramionami. - Zresztą pomyśl… na pewno przybędzie Locarius Gorgon. A jest tylko jednym z tych bardziej stabilnych ogarów klanu Malkavian i samego Księcia. Są gorsi… i oni też przybędą.
- Przynajmniej poznam więcej ekosystemu Nowego Jorku.
- No… Grozę i jego chłopców na przykład.- stwierdził ironicznie szeryf.
- W Stillwater mam inny status niż w Nowym Jorku.
- Niemniej tutaj Pawlukow może uznać swój kaganiec za luźniejszy.- westchnął cicho Joshua.- I tak źle, i tak niedobrze.
- Najwyżej przyjdzie mi schować się u Nadii czy w Róży... - westchnęła.
- Bardziej… u Nadii.- ocenił szeryf, a nagły ryk silników zagłuszył resztę jego słów.Wjeżdżając południową odnogą, na główną drogę… minął ich konwój potężnych białych ciężarkówek na dużych kołach. Po lewej stronie oznaczonych logo miejscowej kopalni. Były ich trzy i poruszały zaskakująco szybko jak na tak ciężkie pojazdy.
- Co do…- podsumował ten widok książę Stillwater.
- Rozwijają się... - mruknęła zaskoczona.
- Wedle informacji jakie uzyskaliście… raczej rozbudowują tu placówkę. - ocenił szeryf przyglądając się odjeżdżającym od nich pojazdom.
- Niemniej nie łamią przepisów drogowych. - ocenił i wzruszył.- Nie mam ich za co zatrzymać.Ann spojrzała oceniająco na wóz.
- A typowa kontrola trzeźwości? Papierów?
- Założę się że są trzeźwi jak jankes na widok teściowej i wszystkie papiery mają w absolutnym porządku. - stwierdził szeryf i włączył syrenę biorąc się za wyprzedzanie pojazdów.Po czym dał im znak by zjechały na pobocze.
- Musisz się przecież upewnić. Dobrej zabawy. - mruknęła do Joshui, sama zostając grzecznie na miejscu.
Pojazdy zatrzymały się. Szeryf wysiadł. Z każdej ciężarówki wysiadł kierowca. Ten sam typ. Łysy, wysoki i zbudowany jak szafa trzydrzwiowa. Rysy ich nieco różniły się detalami. Niemniej i tak było coś w nich nieludzkiego, tym bardziej że ci trzej byli w tych samych kombinezonach.
Joshua podszedł do pierwszego i zaczął z nim rozmawiać. Ann nie słyszała o czym, ale kierowca wydawał się mrukiem odpowiadając tylko półsłówkami.
|-Potem skuliła się odruchowo na siedzeniu. Ktoś wysiadł. Mężczyzna… wysoki i przystojny. W czarnym garniturze… i czerwonym krawacie. Obudził paniczny lęk drzemiący głęboko w Ann. Jakby napotkała potężniejszego od siebie drapieżnika. I zdecydowanie nie chciała być przez niego zauważona.-|
Wspomnienia...
Ann zastygła, okryta cieniem i osłoną niewidzialności.
Joshua też coś poczuł, ale umiał ukryć lęk za maską profesjonalizmu i arogancji. Rozmowa z mężczyzną w czarnym garniturze wyglądała dość… groźnie. Obaj próbowali zdominować się spojrzeniem nawzajem. I mimo wymuszonych uśmiechów… czuć było w powietrzu atmosferę zagrożenia. Ostatecznie Joshua machnął ręką i ruszył do radiowozu. Trójka kierowców unisono wsiadła do ciężarówek. A po nich mężczyzna w garniturze wsiadł do pierwszej z nich.
Brujah poirytowany wsiadł do samochodu i ruszył w milczeniu.- To był on, to był on... - wydusiła z siebie Ann z jakiej spadła osłona. Wydawała się być jak struchlałe ze strachu zwierzątko.
- Mhmm… nie wiem czym był on, ale z pewnością nie był człowiekiem. Jego… “ludzie” też nie. - burknął Joshua.- Ośmielił mi się grozić… sugerował, że dobrze wie kim jestem i dotąd tolerowali naszą obecność. I że jeśli naprawdę nadepniemy im na odcisk… co za tupet.
- To czarny wilkołak... Z Nadią uciekałyśmy przed nim... Ten... Co inne wilki mają za wroga... Ten... - zadrżała.
- Tak… czuć było od niego jakby futrem.- przyznał szeryf. I po chwili dodał.- Pokonaliby nas tam. Mieli przewagę liczebną. Na razie im odpuścimy. Dopóki siedzą za swoim płotem… a ten czarny wilkołak twierdzi, że ciężarówki związane są z ich problemami i nie zamierzają wtrącać się w nasze sprawy, dopóki siedzą… dopóty damy im spokój. Nie mam armii za plecami by wojnę wypowiadać.Ann wydawała się mniejsza w tym momencie.
- Tak... - szepnęła.
- Będę musiał powiadomić o tym Księcia. O tych rozbestwionych nosferatu. Być może trzeba będzie osobiście pofatygować się do Nowego Jorku.- mruknął do siebie zmieniając temat.
- Będę mogła z tobą pojechać, Książę? - nagle Ann złapała okazję.
- Zobaczymy… pewnie wyślę Williama. - machnął ręką Joshua.- Oni tam mnie nie lubią. Nie książę czy szeryf, ale reszta tych napuszonych arystokratów.
- Lub po prostu się ciebie boją. I nie ufają.
- Możliwe… zwłaszcza jeśli chodzi o nie ufanie.- przyznał Brujah.- Dla nich zawsze będę sabatnikiem.
- Szczerze... to byłaby okazja pograć na nich. Musieliby być mili przecież. - podśmiała się.
- Doprawdy… nie wiesz jak to jest być uprzejmie złośliwym? Już za czasów Williama ta sztuka była rozwijana wśród arystokracji.- prychnął szeryf.
- Ale to by wymusiło na nich więcej wysiłku.
- Wątpię.- przyznał Kainita.
Dojechali do Róży. Tam oboje wysiedli. Dziś przybytek Lukrecji był pełen po brzegi śmiertelników. Dziś Ventrue miała artystkę na scenie. Tą samą co zawsze. Zabarwione na różowo długie włosy, śmiertelnie blada cera podkreślona pudrem i ostrym makijażem i punkowy strój. I nieziemski głos.
https://www.youtube.com/watch?v=5Wke4smC5JM
Wspierany przez całkiem niezły, mieszany etnicznie zespół… coś skrojonego pod najnowsze liberalno-lewicowe trendy.
Ann rozejrzała się w poszukiwaniu Larry’ego.
Znalazła go gdzieś w cieniu. Pijącego leniwie Krwawą Mary. Spoglądał ponuro na zgromadzoną publiczkę, jak drapieżnik któremu noga się podwinęła i planuje napaść na kolejną ofiarę.
Bez wahania ruszyła w stronę Brujah.- Już się trzymasz? - rzekła siadając przy jego stoliku.
- Jak zawsze… kilka zawszonych tchórzy wbijających pazury w plecy mnie nie złamie.- burknął Brujah.
- Wtedy byłeś dla nich ucztą.
- Tchórze… kryli się w mroku i zaatakowali od tyłu. - burknął gniewnie Brujah.- Zaskoczyli mnie… na otwartym polu nie byliby tacy twardzi.
- Gdyby nie my to by cię tu już nie było, wiesz o tym?
- Jeśli oczekujesz ucałowania rączek i dziękowania to… - wzruszył ramionami Kainita.- Poszukaj sobie kogoś innego do tej roli. Ja… nie dziękuję.
- Mówię to żebyś wreszcie zrozumiał, że nie wszystko powinno się robić samemu w oszalałym biegu po bójkę.
- Olalalala… jak szybko rośniesz. Może jeszcze zaczniesz mi mentorować? Jestem wojownikiem. Walczę, wygrywam, zabijam… ostatecznie zginę. To, że jestem krwiopijcą nie oznacza, że boję się śmierci, jak reszta tych chodzących umrzyków. - odparł dumnie Larry spoglądając na dziewczynę.- Jeśli przyszłaś mi truć dupę wykładami, to wiedz, że nie jesteś pierwsza. Wielu próbowało przed tobą.
- Po prostu chcę cię ostrzec, że następnym razem może mi się nie chcieć ratować ci dupy. - wzruszyła ramionami - Panie dorosły i potężny.
- Zrobisz co uznasz za stosowne w danej sytuacji. Dopóki to “stosowne” nie będzie sztyletem wbitym w moje plecy… nie będę się ciebie czepiał.- poklepał ją po jej plecach.- Z mojej strony znasz odpowiedź… rzucę ci się na ratunek, nieważne co będzie ci groziło. Ani kto.
- To może będziesz miał szansę jeżeli z Nowego Jorku zwalą się tutaj osoby chcące mnie ubić. - A to czemu? - zapytał Larry zdziwiony jej słowami. - Co takiego nabroiłaś, gdy wracałem do formy?
- Ja jestem grzeczna, słowo! - uniosła dłonie - To mój opiekun. A ja przez to, że jestem z nim związana mogę ucierpieć. Na nim mścić się nie mogą to chociaż na mnie i tak zrobić mu na złość.
- Za duże znaczenie sobie przypisujesz. - ocenił Larry i wzruszył ramionami. - I czemu nagle mieliby tu wpaść z wizytą, by obić twój tyłek?
- Przy okazji może się zdarzyć. - wzruszyła ramionami - Kto tam wie co takie nosferatu wymyślą.
- Zdrowa paranoja jest dobra… niezdrowa… znacznie mniej.- Larry podzielił się z nią swoją mądrością.
- Przynajmniej nie zginę w pogoni na ślepo za jakimikolwiek wrogami.
- Zginąłbym w walce. Nawet jeśli zabity zdradziecko. To dobra śmierć.- odparł dumnie Brujah. - A ty jak chcesz umrzeć?
- A czemu mam umierać? Wolę wygrać przed śmiercią, jeżeli miałabym umrzeć.
- Jeśli boisz się umrzeć… to ten lęk będzie ci brzemieniem i będzie paraliżował twoje decyzje. - odparł butnie Larry.
- Brak instynktu samozachowawczego to też problem. - pstryknęła palcem nos Larry’ego.
- Gadanie…- odparł wampir sięgając po drinka.- Jesteśmy bestiami nocy czy chowającymi się po kątach śmiertelnikami?
- Jesteśmy cwanymi drapieżnikami!
- Taaa… ja z pewnością.- odparł z typową dla siebie pychą Larry. Tymczasem podszedł nich Garry.
- Hej… ziooomy. Jak się macie. Niezła wczoraj zadyma była.- rzekł i podrapał się po czuprynie.- Ja się musiałem tłumaczyć ze śmierci szarego pyska… szkoda go… ale na wojnie straty są. Zginął w naszej obronie. Dorzucicie się do kosztu steku dla jego watahy?
- Larry zafunduje całość. - stwierdziła radośnie - w podziękowaniu, że nasza dwójka ocaliła mu dupę.Brujah warknął gniewnie w odpowiedzi, ale łaskawie… złożył dużą dotację na ręce Garry’ego.
- Dzięki… to o czym tu tak gadacie?- spytał Gangrel siadając obok nich.
- Larry odwala fochy, że przegrał. - odparła szczerząc się wrednie.
- Bo byłem zdradziecko od tyłu… to nie była prawdziwa walka.- burknął Brujah, a Garry poprawił okularki na nosie dodając.- Czyli nic nowego… Larry nie lubi przegrywać.
- Taki stary a wciąż dziecko. - podśmiewała się Ann.
- I kto to mówi. - obruszył się Brujah. A Garry tylko się uśmiechnął i dodał. - Cóż… urażona duma boli długo.
- Może dlatego z Lukrecją się kumpluje. W tym się rozumieją.
- Czują do siebie miętę. Dwie pokrewne duszyczki.- dodał ze śmiechem Garry. A Larry machnął ręką. - Jesteście beznadziejni.
-
Koszmar jakoś dobrze znajomy i nieznany. Znów została pogrzebana żywcem, tym razem głębiej… i pod tonami skał, a nie martwymi ciałami. Niemniej reszta była jej dobrze znana. Ciasnota, głód i strach.
Pobudka jak zwykle była taka sama. Niemniej wkrótce po niej zadzwonił Joshua. Telefon był krótki. Książę miał dla niej misję do wykonania. Jaką? Tego nie chciał zdradzić przez telefon.
Niemniej była ona ważna i wymagała dyskrecji.
Podsłuchując tę rozmowę ghul zasugerował, że… może… skoro wykonuje tak ważną misję dla Księcia. Może mogłaby uprosić go o jakąś zapłatę za wykonywane zadanie.
Bo ileż można pracować pro bono?
Joshua nakazał jej przyjechać do Róży jak najszybciej. Ponoć już tam na nią czekał.
Cóż… z pewnością czekała na nią Miracella. Uśmiechnęła się i rzekła do caitifki by ta udała się za nią na górę. Poszły po schodach kierując się do gabinetu Lukrecji.
Był tam Joshua i oczywiście była tam i sama Ventrue. Oraz William. Oraz bibliotekarka Nadia z niedużą papierową teczką trzymaną w dłoniach.- Mamy dla ciebie zadanie wymagające zarówno dyskrecji jak i taktu. Uważasz, że poradzisz sobie?- zapytał wprost szeryf.
Ann nie spodziewała się tego.
- Tak. - odpowiedziała wprost z pewnością - Jakie to zadanie?
- To dość… delikatna sprawa.- zaczął ostrożnie William. - Skontaktowaliśmy się z księciem Nowego Jorku w sprawie draugów, ale z uwagi na delikatną naturę tej informacji i cóż… liczne sposoby na podsłuchanie jej… zdecydowaliśmy się na posłańca który wyjaśni sytuację bezpośrednio księciowi Nowego Jorku i jego świcie. Przekazaliśmy że wyślemy kogoś, ale nie wyjawiliśmy kogo, ani z czym właściwie się tam wybiera. No i… cóż… ty najmniej rzucasz się w oczy.
- Naprawdę? - Ann otworzyła oczy zaskoczona - Chcecie bym to ja tam pojechała rozmawiać?
- Przekazać wieści i odpowiedzieć na pytania. - wtrąciła Nadia.- Nie dopisuj do tego dodatkowej wagi. Nasz wspaniały książę nie raczył jeszcze wyłożyć problemów na tacy przed tobą.-
- Pojedziesz incognito… - odparł Joshua. - … i nieoficjalnie. Co prawda nie powinnaś się pojawić w Nowym Jorku, ale… służby szeryfa przymkną oko na ten detal. Zresztą ktoś z nich cię zgarnie by zaopiekować się tobą podczas tej wizyty. Niemniej jakby ktoś inny cię pytał to… przybyłaś z własnej inicjatywy, by zrobić to co zwykle robisz w mieście.
- Dobrze…
- Musisz być ostrożna. Pamiętaj że choć służby szeryfa mogą przymknąć oczy na twoje pojawienie się przed czasem, to inni… nie muszą. I mogą skorzystać z okazji na ubicie cię w majestacie prawa. - przypomniała jej Nadia.
- Pojedzie z Jackie i jej ekipą. To da jej czasową ochronę przed przypadkowym atakiem.- wtrąciła Lukrecja, a bibliotekarka burknęła. - “Czasową”... super…-
- Niestety nie możemy ruszyć naszych sznurków w samym mieście, by nie przyciągnąć do ciebie uwagi. Oficjalnie to będzie samowolka.- wyjaśnił William. - W razie jednak kłopotów… dzwoń do La Belli.
- Rozumiem. - skinęła głową.
- Pojedziesz z Jackie Santaną. To piosenkarka z klanu Malkavian, która od czasu do czasu koncertuje w mojej siedzibie. Zapewne widziałaś ją wczoraj. Nic nie wie o tej misji, ale zgodziła się zawieźć cię do miasta.- wyjaśniła Lukrecja i skinęła głową ku Nadii. Bibliotekarka podeszła do caitifki i podała jej kopertę.- Tu jest dokumentacja przeznaczona dla Księcia. Dotyczy ona istot i wydarzeń w których uczestniczyłaś. W razie czego spal ją… nikt inny bowiem nie powinien jej widzieć.Ann spojrzała na Lukrecję.
- Czego powinnam oczekiwać na miejscu przy Księciu?
- Nic… przekażesz kopertę, wyjaśnisz sytuację, odpowiesz na pytania i zostaniesz odesłana do domu. - wzruszyła ramionami Ventrue.- Jesteś zapowiedzianym posłańcem. To posłańcy robią.-
- Masz jeszcze jakieś pytania dotyczące misji?- wtrącił Joshua.
- Czy jest coś, o czym nie powinnam wspominać?
- Nie. Nie wydaje mi się byśmy mieli coś do ukrycia. - zastanowił się Joshua. - W tej kwestii.-
- W razie czego zdaj się na swoje przeczucie. - dodał William.
- Jackie odjedzie za półtorej godziny. Jak masz coś wziąć z domu, to masz czas na to.- wtrąciła Lukrecja.
- A czy jest zaplanowane jak mam wrócić do Stillwater? - Ann spojrzała na Joshuę.
- Nie… ale coś załatwimy.- zapewnił ją Joshua.
Po ustaleniach bezklanowa ruszyła za Joshuą i zbliżyła się do niego, gdy był na schodach prowadzących do głównej sali na parterze.
- Książę, mam jeszcze jedną sprawę do ciebie konkretnie.
- O co chodzi?- zapytał Kainita.
- Wiesz, moja praca nie oferuje mi wielkich zarobków, A potrzebujesz ich więcej niż kiedy mieszkałam z Williamem. - kobieta zaczęła powoli - zastanawiałam się czy byłaby opcja, aby moja wyprawa w interesach dla miasteczka oferowała mi także finansowe zadośćuczynienie.
- Acha… no cóż… ma to sens. Hmm… niech będzie. Dostaniesz zapłatę. Co powiesz na tysiąc?- zapytał po długim rozmyślaniu.
- Półtora. - nagle wypaliła dziewczyna.
- Półtora jeśli wykonasz zadanie śpiewająco. - zgodził się… tak jakby szeryf.
- Deal. - pokiwała głową.
Różowłosa Kainitka która przedstawiła się melodyjnym głosem jako “mów mi Jackie” okazała się sympatyczną osobą. Niezbyt gadatliwą, ale podczas podróży z powrotem cały czas nuciła różne melodie… wyraźnie nasłuchując. Podróż w vanie pomalowanym w nazwy heavy metalowych zespołów trwała dość długo. Jackie nie była dobrym kierowcą i wiedziała o tym. Pogoda nie zachęcała do szaleństw, więc Jackie jechała powoli swoim autem, a jej zespół siedział z tyłu dyskutując nad dalszymi planami muzycznymi. Wyglądało na to że zespół Jackie, “Mists of Mind” jest dość popularny w undergroundowych kręgach muzycznych Nowego Jorku. I grają po różnych nocnych klubach i pubach. Unikali przybytków mainstreamowych i trzymali się z dala klubów tanecznych. I mieli zapełniony grafik aż nowego roku.

Nowy York. Nowy York.
https://www.youtube.com/watch?v=fYfua47NTm4
Znowu tu była. W mieście pełnym życia, świateł, krwi tętniącej w żyłach mieszkańców, zarówno tych żywych jak i nieumarłych.

Przejeżdżali kolejnymi ulicami kierując się do centrum miasta. Jackie nuciła pod nosem różne melodie, przeskakując nagle z jednej w drugą. Ann rozglądała się. Wszak była tu nielegalnie i jedynie służby szeryfa przymykały na jej wybryk oko. Co z Nosferatu? Tremere? Co z Brujah?
Tego nie wiedziała.- Hmm… muszę podrzucić chłopaków do ich lokum w centrum. A potem mogę podwieźć ciebie. To gdzie cię wysadzić? - odezwała się nagle Jackie.
-

KUNDEL I RASOWY ZŁOTY PIES
Nowa sytuacja w jakiej znalazła się Ann jawiła się dla niej jednocześnie ekscytująca jak i przerażająca. Wcześniej nie miała nadziei kiedykolwiek zobaczyć na własne oczy Księcia Nowego Jorku. Wszak była dla niego poniżej poziomu gruntu. Teraz jednak znajdowała się pomiędzy istotnymi Kainitami, więc sprawy naprawdę się zmieniły.
Ann zamierzała dać z siebie wszystko i to nie z powodu tych pięciuset dodatkowych dolarów. Chciała udowodnić, że nie jest zwykłym śmietnikowcem niebędącym w stanie wykonać zadań wymagających posiadania umiejętności socjalnych w wyższych sferach. Przecież do tego była przygotowywana przez życie!Bezklanowa określiła miejsce, w jakim Malkavianka miała ją wysadzić, bazując na słowach wampirów ze Stillwater. Nie wiedziała czego ma się spodziewać. Dla poprawienia swojego bezpieczeństwa nałożyła maskę na swoje ciało, aby wyraźnie nie rzucać się w oczy. Nie chciała całkowicie wyglądać inaczej, aby na pewno ją rozróżnili, ale zmiany miały zdezorientować obserwującego, by ten nie miał całkowitej pewności, że właśnie na nią natrafił.
Malkavianka zaparkowała w pewnym oddaleniu od celu z uwagi na to, że nie dało się bliżej.
|-Siedziba Księcia znajdowała się w biurowej części miasta i z pozoru był to jeden z wielu wieżowców na Manhattanie. Ani najwyższy ani najniższy. Ot… niewyróżniający się szczególnie, choć niewątpliwie stworzony z gustem .-|
Pilnujący go strażnicy wyglądali na śmiertelników.
Niewątpliwie fachowców w swojej branży i nawet dobrze uzbrojonych, ale tylko śmiertelników.
Ann ruszyła w stronę wieżowca zachowując spokój i cierpliwość. Zupełnie jakby jej ta sytuacja nie przejmowała i dobrze wiedziała gdzie iść.Na miejscu okazało się że hol biura przypominał bardziej hol hotelu. Ludzie rozmawiali w środku i meldowali się przy recepcji. I tam byli kierowani do jednej z wind.
|-Tam też Ann zamarła… wpierw dostrzegając Quentina rozmawiającego z grupą nieznanych jej Kainitów. Nie był w dobrym humorze. Z drugiej strony nie pamiętała, by kiedyś widziała go z inną minką niż skwaszoną. Oprócz niego zauważyła też siedzącego w fotelu Luciena. Toreadora, w którego klubie miała okazję brać udział w strzelaninie. Poza nimi jednak dostrzegła śmiertelnika z obstawą.
Nie znała go z imienia. Nie wiedziała kim jest. Wiedziała, że jest ważny. Że był jednym z typów, którego spotkała kilka razy w klubie staruchów i który czasem obmacywał jej tyłek, gdy była w stroju pokojówki. To był znajomy Cyrila.
Dziewczyna zaklęła w myślach zmuszając się jednak na utrzymanie neutralnej miny. Było to o tyle łatwiejsze, że grać wobec innych musiała za życia. Nieprzyjemny smak w ustach nie był żadną wymówką w takich sytuacjac. Nie zmieniało to jednak faktu, iż już minęło trochę czasu jak odgrywała takie role, a tym razem nie miała skryptu.
Ruszyła w stronę recepcji nie zwracając uwagi na będącego obok Quentina. Pozornie.
On z pewnością nie zwrócił na nią uwagi, zerkając w stronę idącego do drzwi znajomego Cyrila. W końcu go zaczepił i zaczął z nim rozmowę. Tymczasem Ann bezpiecznie dotarła do recepcji, za którą siedziała stereotypowa ładna blondynka.- Przybyłam na umówione spotkanie w imieniu Joshuy Smitha. - odezwała się do kobiety.
- Rozumiem. - odparła z uśmiechem blondynka. Wpisała coś do komputera i wybrała numer na znajdującym się obok starym aparacie telefonicznym. Zadzwoniła i przekazała słowa Ann. Kiwnęła głową słuchając odpowiedzi. A następnie rzekła.
- Za dwie godziny ktoś po panią przyjdzie. Proszę sobie spocząć w holu.
- Dziękuję. - odpowiedziała i chcąc nie chcąc udała się spocząć tutaj... Dwie godziny. Ach, gdyby ona i Stillwater mieli jakieś poważanie…
Usiadła z boku, przycupnęła za kolumną i obserwowała. Bo co innego miała do roboty. Mag i synalek księcia rozmawiali długo i niewątpliwie gwałtownie. Cóż… przynajmniej Quentin się podekscytował. Mag zachowywał ironiczny uśmieszek. Po chwili w holu pojawił się Thorn i coś powiedział na ucho Quentinowi. Syn Księcia i jego świta po pożegnaniu się z Magiem w pośpiechu opuścili hotel.
Mag zaś wykonał kilka gestów palcami niczym zawodowy prestidigitator i w jego dłoni pojawił się smartfon. Zupełnie jakby wyciągnął go z rękawa. Teraz gdzieś dzwonił mając minę całkiem poważną.
Sytuacja wydawała się całkiem zabawna. Ann oczywiście nie znała szczegółów, ale ironiczne rozbawienie maga ją nawet zadowoliło. Szkoda, że to był jeden z tych starych dupków, których musiała znosić.
|-Mag zakończył rozmowę i ruszył ze swoją świtą do wyjścia. Kilka minut później… Lucien otrzymał SMSa na komórkę i również ruszył, tym razem do jednej z wind. A Ann siedziała i czekała. Pojawiali się kolejni Kainici, w większości nieznani Ann. Niemniej w końcu pojawiła się kainitka znana Ann. Primogen Ventrue, rudowłosa furia, Cynthia Hartley . Ta nie bawiła się w meldunek na recepcji, tylko od razu ruszyła do wind. I nikt nie śmiał jej zatrzymać.-|
Ann uśmiechnęła się ironicznie. Ruda zdzira.Tymczasem do młodej wampirzycy, zbliżył się rudowłosy mężczyzna w garniturze i okularach. Było w nim coś… szczurzego. Paląc papierosa podszedł do dziewczyny.
- Ann… Baudelaire?- zapytał stanowczym tonem.
- Annabelle Baudelaire. - spokojnie poprawiła mężczyznę.
- Wszystko jedno. Proszę za mną.- odparł beznamiętnie mężczyzna i zawrócił w kierunku jednej z wind.Ann ruszyła za mężczyzną nie chcąc okazać zirytowania.
Doszli do windy, wsiedli. Najpierw jej przewodnik, potem ona. Pojechali w górę, na 14 piętro. Tam wysiedli, minęli rosłych ochroniarzy. Ghuli raczej niż Kainitów. Dotarli do wygodnego, acz małego gabinetu.
- Proszę się rozgościć. - stwierdził mężczyzna, po czym sam wybrał jeden z foteli. Zasiadł na nim i wyjąwszy smartfona. - Pani spotkanie uległo opóźnieniu. Proszę uzbroić się w cierpliwość.
Ann okazała wręcz anielską cierpliwość. Usiadła na jednym z siedzeń i ograniczyła się do milczącego oczekiwania oraz obserwacji miejsca.
Jej… opiekun zajęty był przeglądaniem czegoś na smartfonie i nie odzywaniem się. Tak więc minuty ciągnęły się w nieskończoność, wystawiając ową anielską cierpliwość na dłuższą próbę.
W końcu coś się wydarzyło. Zadzwonił smartfon okularnika, ten westchnął i zakończył przeglądanie by odebrać. Wysłuchał rozmówcy. Wstał i schował telefon do kieszeni.- Proszę tu poczekać.
I wyszedł.
Dziewczyna westchnęła w duchu. Tak... Była przyzwyczajona do takiego podlejszego traktowania. Opuściła z siebie resztki maski, bo i używanie dyscyplin w gościach było... niedopuszczalne bez złych intencji.
Pozostało czekać.Minęło kilkanaście minut nim okularnik o szczurzej fizjonomii wrócił. Ale nie sam.
- Ann?! Co ty robisz? - zapytał zaskoczony Salvatore, nim okularnik zdążył go poinformować… że on również ma tu czekać.
Ann uśmiechnęła się lekko.
- Też dobrze cię widzieć.
- Tony…- Stefan zwrócił się do Kainity. - … znam ten rytuał, nie musisz wyjaśniać.Okularnik wyraźnie poirytowany obnażył kły w złośliwym uśmiechu mówiąc.- An-tho-ny… żadne Tony.-
Po czym usiadł w fotelu wracając do swojego smartfona.- Niektórzy urodzili się sztywni. - stwierdził filozoficznie podrabiany Malkavian.
- Musisz być tu regularnym gościem co? - zauważyła do Salvatore.
- Dość częstym… zważywszy, że większość mego klanu nie opuszcza podziemi miasta. A pozostali cóż… Manhattan nie jest naszym terenem. - wzruszył ramionami Stefan. - No i w końcu jestem… przedstawicielem mojego klanu.
- Gratulacje? - odparła niepewnie.
- Nie chcę się chwalić, ale jestem dość ważnym członkiem mojego klanu. - chwalił się Stefan i westchnął. - Choć… cóż… ciężko to nazwać przyjemnością. Niestety częściej niż przyjęcia odwiedzam poczekalnie takie jak ta.
- Nie narzekaj. Są gorsze losy.
- Nie narzekam. Po prostu stwierdzam, że dyplomacja to nie tylko ten lukier na wierzchu.- zaśmiał się Malkavian i spytał.- A ty? Co ty tu robisz?
- Poszerzam horyzonty. - wzruszyła ramionami.
- Jakaś tajna misja, co?- rzekł zaciekawiony Salvatore. - Możesz mi powiedzieć, umiem trzymać język za zębami.Tym słowom Malkaviana towarzyszyło znaczące przewrócenie oczami Anthony’ego.
Ann przysunęła usta do ucha Salvatore.- Wysyczysz wszystko, więc nie.
- Ależ to nieprawda.- obruszył się Stefan oburzony takimi sugestiami.
- No nie złość się. Piękności to szkodzi. - pociągnęła go za policzek.
- Nie złoszczę…- mruknął Stefan i dodał.- W razie czego… klan Malkavian się wstawi za tobą. Postaram się o to.
- To urocze. - zażartowała.Drzwi się otworzyły. Znów znajoma twarz. Zimne spojrzenie Rose omiotło siedzące osoby.
- Stefan… musisz jeszcze poczekać chwilę. Szeryf ma sprawy do załatwienia. Ann… chodź, jesteś oczekiwana.- rzekła znajoma pomocnica Markusa.
Ann podeszła do Rose.
- Zawsze miło cię widzieć, Rose. - spojrzała na Salvatore - Ciebie też.
Po tych słowach ruszyła na spotkanie z przeznaczeniem. Rose uśmiechnęła się cierpko w odpowiedzi.

Przed “salą tronową” Rose zatrzymała się wraz Ann. Otworzyła drzwi przed caitifką.
- Proszę.- zachęciła ją do wejścia, sama nie przekraczając progu.
W środku panowała ciemność. Wyostrzone zmysły wampirzycy dostrzegały bogato zdobiony hebanowy tron na środku sali, jakieś rzeźby pod ścianami. Kotary jednak były tu dość szczelnie zaciągnięte.
- Nie wiem jak ty… ale na mnie mrok zawsze działa kojąco.- odezwał się głos mężczyzny siedzącego na tronie. Ciemnowłosego bladolicego mężczyzny . Głos przyjemny dla ucha, ale i władczy.-|
- Mrok był zawsze przyjazny i uspokajający dla mnie. Książę. - Ann skłoniła się nisko wampirowi.
- Ann.- odpowiedział skinieniem wampir przechodząc do sedna.- Co sprowadza cię do mojej Domeny?
- Zostałam wysłana w imieniu Księcia Stillwater, aby przekazać informacje o nowym zagrożeniu w okolicy... I tym razem to coś więcej niż jedna Sfora Sabatu.
- Co więc tak zaniepokoiło Joshuę, co było tak ważnego, że nie można było przekazać przez telefon?- zapytał Książę.
- W okolicy Stillwater znajdują się anarchiści, co najpewniej jest ci znane, Książę. - zaczęła wyjaśniać - Istniał pewien kontakt z nimi, ale ostatnio całkowicie ustał. Książę Smith wysłał mnie, Larry’ego Dukesa i miejscowego Gangrela by zbadać co się dzieje. - Ann wyciągnęła z torby teczkę - Na miejscu natrafiliśmy na sforę draugów. Inteligentnych na tyle, by mówić i korzystać z dyscyplin. Niemłodych Nosferatu zakopanych po zawaleniu się kopalni, w której się znajdowali.
- To brzmi niepokojąco. Jak liczna to sfora? - zapytał wyraźnie zamyślony Książę.
- Naliczyłam sześciu na szybko. Może być więcej czy mniej. Znikali, pojawiali się używając dyscyplin... Ciężko było o dokładny rachunek.
- To jeszcze bardziej niepokojące…- zadumał się Książę. - Prawdą jest, że Bestia władająca potężnym Kainitą jest sprytniejsza, niż… spuszczona ze smyczy sfora nowoprzebudzonych Sabatu.Wskazał palcem pobliski stolik.
- Połóż tam.
A następnie spytał. - Co Stillwater planuje zrobić z tym problemem?
Ann odłożyła teczkę na wskazany stolik i wróciła na miejsce naprzeciw Księcia.- Nie mamy siły na taką polującą sforę, a i doświadczenie mówi, że atak to byłby ryzykowny pomysł. Chcemy na ten moment próbować zgromadzić informacje o zagrożeniu i jesteśmy gotowi połączyć siły z Nowym Jorkiem w polowaniu na draugi, jeżeli na to przystaniecie, za czym wnioskujemy.
- Czym innym jest polowanie tu… w Nowym Jorku, gdzie każda uliczka każdy zakątek jest śledzona przez czyjeś oczy. Markusa, Nosferatu, Malkavian czy… nawet Brujah.- zamyślił się Książę. - Czym innym… lasy otaczające Nowy Jork. Mam wojowników… ale nie myśliwych.
- Zaoferujemy nasze możliwości łowieckie. Nasz gangrel jest zespojony z głuszą, Tremere świetnie radzi sobie z monitoringiem... ale właśnie bez wojowników też szans nie będzie. Sam Larry Dukes przetrwał cudem.
- No tak. Garry… stary dobry Garry…- zadumał się Książę. - Mógł trochę zardzewieć od tych wszystkich narkotycznych orgii. Za to jest w komitywie z wilkołakami. A te… mogą się skusić na takie łowy. Potencjalny sojusznik w tej… sytuacji.-Potarł podbródek dodając. - Naturalnie Nowy Jork pomoże sojusznikowi w kłopotach, wysyłając kilku wojowników, którzy nie skończą jako kolejny posiłek draugów.
Ann skłoniła się wdzięcznie.
- Kogo mielibyśmy oczekiwać i w jakim czasie?
- Nie wiem jeszcze. To dość niespodziewana wiadomość. Przyślę moich agentów tak… jutro lub pojutrze. Na razie, by na miejscu ocenili sytuację i skonsultowali się z księciem Stillwater. Zakładam, że rozgrywa to rozsądnie? Grupka opętanych Bestią Kainitów ukrywających się w lasach, to nie jest coś co należy lekceważyć. - zastanowił się Książę.
- Sam fakt szybkiego poinformowania Nowego Jorku, o tym problemie wskazuje, że książę Smith traktuje to bardzo poważnie. To dopiero druga noc od czasu napotkania draugów, Książę. - wyjaśniła.
- Hmmm… - zamyślił się Książę.- To dobrze. Jak wspomniałem kogoś tam wyślę do pomocy. Coś jeszcze zostało do omówienia?- Muszę na koniec prosić o pozwolenie na pozostanie w mieście do jutra, jako że nie zdążę dotrzeć do Stillwater przed świtem.
- Przygotowany zostanie dla ciebie pokój w mojej siedzibie. Dla własnego bezpieczeństwa… nie opuszczaj go. - zadecydował Książę.
- Dziękuję za to bardzo. - skłoniła się ze wdzięcznością - Nie opuszczę oczywiście.
- Nie ma za co. Musiałaś długo czekać. Czy coś jeszcze?- wampir wstał z tronu.
- To wszystko, Książę.Kainita wyjął smartfona. I wysłałał wiadomość. Dość szybko zjawił się mężczyzna o szczurzym obliczu i okularach, którego Ann znała jako Anthony’ego.
Skłonił się przed Księciem i czekał na polecenia.- Zaprowadź mojego gościa do gościnnego apartamentu.
- Oczywiście mój panie. - odparł Anthony i spojrzał na Ann. - Proszę za mną.Ann pożegnała się z Księciem zachowując szlacheckie standardy. Po tym ruszyła za Anthonym.
Wędrówka nie trwała długo, acz obejmowała krótką podróż windą. Ann przemierzając korytarze przekonała się, że siedziba Księcia była gwarna, nawet w nocy. A ochroniarze byli wszędzie.
Dotarli do apartamentu, Anthony podał jej klucz mówiąc.- Zarówno barek jak i telewizor jest darmowy. Dostępu do sieci nie ma dla gości.
- Dziękuję. - stwierdziła ze spokojem.
- Nie ma za co.- odparł mężczyzna, poprawił garnitur i rzekł.- Dobrej nocy.Na pożegnanie.

Był to spory apartament hotelowy. Spore łóżko z baldachimem i ciężkimi czarnymi kotarami mającymi gwarantować bezpieczeństwo przed Słońcem. Duży plazmowy telewizor na ścianie. Duże okna… z solidnymi żaluzjami. Oraz oczywiście wygodne krzesła, fotele, stoliki i inne meble. Apartament składał się z pokoju gościnnego, sypialni i łazienki. Wszystko urządzone w kolorach czerni i purpury, wszystko godne pięciogwiazdkowego hotelu.
Ann wreszcie czuła się na miejscu. Wygląd pokoju przypominał jej życie we Francji. To, co należne jej z urodzenia, a czego nie doświadczała od śmierci.Usiadła na fotelu i wyciągnęła komórkę, wybierając numer do Williama.
- Słucham?- odezwał się Toreador.
- Ustaliliście już coś odnośnie mojego sposobu powrotu jutro?
- Przyjadę po ciebie.- odparł Toreador.
- Świetnie, jesteś kochany. - odparła naprawdę radosnym tonem.
- Spodziewałaś zapomnienia z naszej strony? Niemożliwe. Jesteś częścią świty księcia Stillwater. - przypomniał jej żartobliwie Toreador.
- Nie byłam pewna czy ty będziesz chciał się kłopotać pojechaniem po mnie. - odparła z udawanym smutkiem,
- No nie było łatwo… musiałem zagryźć Nadię i pobić Garry’ego, by zdobyć ten zaszczyt.- “pocieszył” ją ze śmiechem William.
- Mon chevalier. - westchnęła miłośnie.- No i? Jak ci się podoba Książę?- zapytał zaciekawiony William.
- Może i tobie by się podobał. - stwierdziła.
- Nie. - zaprzeczył William. - Dobrze go znam. Nie jest w moim guście.
- Marudzisz. - zaśmiała się - Jutro sobie poplotkujemy, co?
- Dobry pomysł. Z dala od podsłuchujących fale radiowe Nosferatu.- dodał żartobliwie Toreador.
- Możesz przekazać Joshui, że może już przygotowywać pełną pulę.
- Dobrze… przekażę.- Przyzwyczaiłam się do ciebie, wiesz? - nagle powiedziała.
- Cieszy mnie to. Ja do ciebie też. - odparł ciepło Toreador.
- Tylko tak daleko mieszkasz…
- To ty się wyprowadziłaś. - przypomniał jej Kainita.
- Nie moja wina, że mieszkasz tak bardzo na zadupiu. - odparła z lekką pretensją.
- Lubię moje mieszkanie.- odparł Toreador lekko urażonym tonem głosu.
- Ale jest tak bardzo daleko…
- Może powinnaś zamieszkać bliżej? - zaproponował Kainita.
- Najlepiej byłoby gdybyś ty zamieszkał ze mną. Ze mną w końcu mieszka też mój ghul…
- No nie wiem. Lubię moje lokum. - zawahał się William.
- Mogłabym przymykać oko na jego pokazywanie ciała tu czy tam w mieszkaniu... - zaproponowała niewinnie.
- Hmm… pomyślę nad tym.- odparł z pewnym wahaniem Kainita.
- Możemy jeszcze nad tym pomyśleć. W końcu twoja miejscówka nie jest przystosowana do ludzkiego ghula.
- Jest to dość duża posiadłość. Zmieści się jeszcze jedna osoba. - zaprotestował Toreador.
- Dobrze, dobrze. - zaśmiała się.
- To do jutra.- odparł ciepło William kończąc rozmowę.
Ann była w tym momencie naprawdę szczęśliwa. Powinna się przyzwyczaić do bycia w rynsztoku społeczeństwa, ale... nie umiała. Nie była szczęśliwa jedząc resztki i śpiąc w piwnicach w zimie. Nie była szczęśliwa musząc lizać buty każdemu klanowcowi... i Stillwater jej o tym przypomniało. Była stworzona do wyższych pułapów, jakie zostały jej zabrane.
Sądziła, że będzie wystraszona podczas rozmowy z Księciem Nowego Jorku, ale nie była. Czuła się jak w swoim żywiole. Do tego ją stworzono.Bycia wokół szczytu.
Bycia w grze o władzę.
Manipulowania.Gdzie to zagubiła?

-
Pobudka w dużym apartamencie to było coś znajomego. Coś za czym zaczynała tęsknić. Wspomnieniem dawnego życia, przed… tym wszystkim. Potem zaś ktoś głośno zapukał w drzwi. Rose Wilmowsky od Szeryfa. Ubrana po męsku w czarny garnitur, ze skórzanymi rękawiczkami na dłoniach rozejrzała się po apartamencie od razu przechodząc do rzeczy.
- William nie wjedzie do Nowego Jorku. Nie chce przyciągać uwagi szpiegów miss Dubois i wywoływać niepotrzebnie wrażenia, że… knuje za jej plecami z miejscowymi Kainitami. Dlatego poprosił byśmy przywieźli cię na obrzeża miasta. I tam cię odbierze. Jakieś pytania? Nie? To dobrze, bo nie mam za dużo czasu na odgrywanie szofera dzisiaj. Proszę się szybko ubrać. Poczekam za drzwiami. Dziesięć minut wystarczy?-
Po tych słowach wyszła nie dając okazji Ann na zadanie pytań.

Czarny mercedes z górnej półki, niewyróżniający się niczym szczególnym. Rose kierowała go pewną ręką kierując się z centrum na przedmieścia. Powoli, bo miasto było zatłoczone nawet nocą. Ann przyglądała się przez zaciemnione szyby nocnemu życiu miasta. Czasami zauważała Kainitów, skrytych w ciemnych zaułkach. Czasami bezpośrednio w blasku fleszy.
Nowy Jork zamieszkiwało ponad osiem milionów ludzi, było więc na kim żerować. Nic więc dziwnego, że Książę miał tak wielu poddanych. I tak wielu pożądało jego domeny.
Rose skręciła w uliczki Chinatown wybierając dość nietypową trasę.
Ta barwna dzielnica była jakoś… omijana przez Kainitów. Nominalnie podlegała Nosferatu rządzonym przez Haerza, ale szukanie ich tutaj, było jak szukanie wiatru w polu. Nosferatu nie pojawiali się w zacienionych uliczkach tej dzielnicy. Być może nawet nie było ich w kanałach pod nią. Nic więc dziwnego, że czasem zapuszczały się tu bandy Brujah i Gangreli… czasem nawet sfora Sabatu. Ale nikt, nawet Sabat, nie przebywał tu dłużej. I nikt nie miał swojej kryjówki w Chinatown. Żaden Kainita nie spoczął by spokojnie oczekując nadejścia świtu w tej dzielnicy. Nikt nie mówił otwarcie czemu, ale… półgębkiem wspominano o zaginięciach bez śladu.
Nagły telefon wyrwał Ann z rozmyślań. Zadzwoniła komórka Rose, ta odebrała ją i docisnęła ramieniem do ucha.
- Tu Rose… co jest.- zaczęła. Po chwili westchnęła. -Teraz? Teraz nie mog… mam ważną przesyłkę.-
Warknęła.- Nie. Nie może poczekać.-
- Serio? No dobra. Zaraz tam będziemy. 2367. Zrozumiałam. - zakończyła rozmowę i schowała komórkę do kieszeni.
- Napuszony dupek.-Zerknęła na Ann dodając.- Dobra. Zmiana planów. Zrobimy mały objazd i wpadniemy z wizytą do pewnego cichego miejsca. Odbiorę raport i pojedziemy dalej. To zajmie kilka minut.-

Ciche miejsce. Ciekawe określenie kostnicy. Budynek znajdował się na obrzeżach Chinatown. Ponury stary budynek z okresu rewolucji przemysłowej. Idealne miejsce na kostnicę… jeszcze lepsza sceneria na slasher. Budynek był w kiepskim stanie, ale czy warto było czekać w aucie na Rose? Ann więc poszła z nią.
Przeszły przez drzwi i przemierzyły kolejne korytarze. Rose okazjonalnie machała odznaką FBI mijanym pracownikom kostnicy. Ich apatyczne spojrzenia wykazywały brak zainteresowania tym faktem. Mieli ważniejsze sprawy niż sprawdzać czy się podszywa pod agentkę. Zresztą dwie osoby kiwnęły głowami na jej widok, jakby ją znały. Jakby bywała tu często. Być może nawet tak było.
Zimne metalowe pudło, ze ścianami wyłożonymi metalowymi pudełkami i z metalowymi stołami, lampami. Jedynymi nie metalowymi przedmiotami były całuny i oczywiście ciała. Klasyczna kostnica jakich Ann widziała wiele… w telewizyjnych kryminałach. Rose podeszła do denatów i przyglądała się zawieszkom na ich dużym palcu u stopy.-|
-2365, 2366, 2367… jest.- mruknęła do siebie.
Zsunęła całun odsłaniając tak bardzo zmasakrowane ciało, że ciężko było odgadnąć płeć denata/denatki.- Cholera… - zaklęła Rose i warknęła.- Raport Preston i skończ ukrywanie.-
|-- Och… doprawdy, dlaczego miałbym ukrywać moją olśniewającą urodę.- rzekł chrapliwym głosem bladoskóry łysy osobnik o tęczówkach oczach tak ciemnych, że wydawały się wypełniać całe oko ciemnością. Pomarszczona skóra, szczurze uszy i paskudne rysy świadczyły o tym do jakiego klanu należał. Nosferatu.Elegancko ubrany mężczyzna podszedł do trupa.
- Rozległe rany, duży ubytek ciała, w tym ważnych organów. Brak krwi. Toksykologia wykazała że został tak naćpany morfiną, że pewnie nie czuł jak zjadano żywcem. Długo zresztą nie pożył. Zabójca miał pewnie paskudny maniery przy stole. Przypuszczam że rozczłonkowano go z pomocą maczety i skalpela. Starał się, ale medykiem to on nie był.- zaczął wyjaśniać.
- To już trzeci trup, nieprawdaż? Tym razem ghul.- Rose potarła podstawę karku. - Nie podoba mi się to. Już mieliśmy niedawno rozróbę w burdelu Beauregarda. Za dużo uwagi prasy przyciągamy. Będzie kłopot, nawet jeśli ten kanibal okaże się w końcu tylko szurniętym seryjnym mordercą.-
- Co jeśli nim nie jest?- zapytał Preston.
- To mamy poważny problem. Sam dobrze wiesz.- westchnęła Rose.- Falconi nie będzie zadowolony.-Wywołała tymi słowami ironiczny uśmieszek na obliczu Nosferatu.
-

POWRÓT
Ann z zaciekawieniem słuchała rozmowy i patrzyła po kostnicy. Chciała się nawet wtrącić, ale... powstrzymała język.
- Myślę… że wiesz co to może być… ghul.- zaczął tajemniczo Nosferatu, budząc wyraźne zdziwienie.
- Nie podpijacz krwi w naszej nomenklaturze, tylko taki prawdziwy ghul… arabski nieumarły pożeracz zwłok.- Preston speszył się pod spojrzeniem Rose. Ta tylko mruknęła.- Ty tak na serio?
- A czemu nie? My istniejemy? Wilkołaki istnieją. To co przywołał Cyril niewątpliwie istniało. Dlaczego by nie miały istnieć ghule. - obruszył Preston i zaczął mówić.- Gdyby Szeryf mógłby mi załatwić dostęp…-
- Wiem że twoje zainteresowanie śmiercią przechodzi w niezdrową obsesję, ale bądź rozsądny. Falconi nie ma tak długich macek by ci załatwić kursy w klanie Giovanni.- machnęła ręką Wilmowsky i zmieniła temat.- Co wiemy o denacie… denatce?-
- Odciski palców udało się uzyskać. Perry Shwarz, zwany też Izzy. Dealer. Ghul wampira o ksywce Short Stripes. Tak twierdzi SchreckNet.-
- Short Stripes? Short Stripes? Kim do cholery jest Short Stripes?- zapytała Rose sięgając po komórkę.
- Nie wiem… przypuszczam że albo jakiś Toreador zajmujący się Street Art’em, albo Malkav. Ksywa za gejowska na Brujaha.- wzruszył ramionami Nosferatu.Ann uniosła spojrzenie.
- Znam go. - odezwała się nagle - Z przytułku Schwarza. Tak, zajmuje się Street Art’em.
- Ok.- Rose zadzwoniła. - Hej. Mam zadanie dla ciebie. Znajdź niejakiego Short Stripes’a. Kręci się koło przytułku Schwarza. Tak. Jeden z tych ulicznych. Przesłuchaj go. Ma wygadać wszystko co wie o swoim ghulu o ksywce Izzy. Sporządź raport. Falconi chce mieć go jutro na biurku.-
- Dobra… niech twój klan zajmie się zatarciem śladów. Sfingujcie eksplozję gazu w kanałach i zróbcie z Izzy’iego jej ofiarę, albo… - wzruszyła ramionami Rose.- … co tam chcecie. Nie będę was uczyła waszej roboty.-
- Ok. Dam znać komu trzeba.- odparł Preston, a Rose dała Ann znać, że wychodzą.
Dziewczyna ruszyła za Rose i kiedy zostały same odezwała się.
- Kiedy znajdowałam się w przytułku słyszałam różne rzeczy... ale czy to prawda, że Giovanni prócz picia krwi jedzą ciało ofiary?
- Nie. Nie jedzą ludzi. - odparła Rose idąc przodem.- Ale też prawdą jest, że ich krwawe pocałunki nie wywołują orgazmu.
- Mówiono mi, że część z nich zjada mięso z ofiar... choć o nich to różne rzeczy gadali.
- Mówią też że to banda nekrofili, ale mało który Kainita czy Kainitka zachowuje popęd.- wzruszyła ramionami Rose.- Prawda jest taka że ożywiają zwłoki i gadają z duchami i jeśli masz z nimi problemy to tylko u nich znajdziesz pomoc.
- A to też prawda, że oni za życia to są kazirodczą rodzinką?Rose zatrzymała się i zerknęła na Ann. - Tak mówią. Ja nie mam dowodów na to. Niemniej… są do siebie zadziwiająco podobni.
Doszła do auta i otworzyła drzwi.- Giovanni, Tzimisce, Tremere to hermetyczne klany skrywające wiele tajemnic, którymi się nie dzielą. Nie tylko dotyczących ich przerażających mocy. Także ich zwyczaje… są skryte tajemnicą.- Magiczni coś z tym mają. - stwierdziła Ann i sama weszła samochodu - Z tą całą tajemniczością. - zaironizowała.
- Cóż…- agentka Falcone siadła za kierownicą.- Tremere wywodzą się z średniowiecznych magów. I moim zdaniem, nie wyszli z tego średniowiecza do dziś.-Ruszyła pospiesznie.
- Nadal sądzę, że twoja robota jest interesująca. - odezwała się po chwili.
- To policyjna robota. Pilnowanie całego tego bajzlu… to robota szeryfa. Ja zaś jestem dziewczynką na posyłki. Tak jak ty.- odparła z krzywym uśmiechem wampirzyca, gdy przemierzały ulice starając się opuścić zatłoczone miasto. - Więc robimy to samo. I też zdarzają mi się nudne noce, podczas których nic ciekawego się nie dzieje.Nie wydawało się aby dziewczyna poczuła się w jakiś sposób urażona.
- Powiem ci szczerze, że twoje bycie dziewczyną na posyłki jest ciekawsze od mojego.
- Żebyś się nie zdziwiła.- odparła ze śmiechem Rose.- Po pewnym czasie obrzydło by ci oglądanie kolejnych zwłok.Wyjechali już na obrzeża i jadąc drogą Rose wypatrywała auta Williama, lecz ów pojazd to caitifka dostrzegła pierwsza.
- To ten rumak. - wskazała na pojazd.
- Naprawdę? Po facecie, do którego należy całe miasto spodziewałabym się… no… więcej szyku.- Rose skierowała swój pojazd ku Blake’owi.- Zwłaszcza po Toreadorze.
- Will jest szczególny. - zaśmiała się.
- Z pewnością.- zgodziła się z nią Rose i zatrzymała pojazd.Kainita grzecznie czekał przy swoim czerwonym pick-upie, aż Ann podejdzie i zapytał.
- I jak ci poszła misja?
- Jestem zadowolona. - stwierdziła wchodząc do jego samochodu.
- Ech… nie o to pytałem. Ale cieszę się, że ci się podobało.- William wsiadł za kierownicę i ruszył z powrotem do domu. A pojazd Rose z powrotem do Nowego Jorku.
- Książę Nowego Jorku wyśle do nas swoich przydupasów dziś czy jutro by się zorientowali, a później kilku swoich do ubicia zagrożenia.
- Ostrożny jak zwykle. Tyle, że nie daj się zwieść. Książę… nie przysyła przydupasów.- westchnął Toreador.- Tylko swoich zabójców.Ann wzruszyła ramionami.
- Ciekawy facet. Ale nie ufam mu. Nie, że nie przyprowadzi nikogo, ale ten dupek zdawał się oceniać wszystko co robię.
- Jest stary… twierdzi, że jest kartagińczykiem, ale ja w to nie wierzę. Niemniej jest starszy ode mnie.- westchnął Toreador - I nie należy mu ufać. W końcu poprowadził rebelię przeciw poprzedniemu Księciu. I wygrał.- Ciekawe czy naprawdę lubi być w ciemnym pokoju, czy to tylko dla gości.
- Tego nie wiem.- zaśmiał się Kainita i spojrzał na Ann poważnie.- Ale ponoć ukradł sekrety Lasombr.
- Na szczęście ja też wolę być w ciemnościach. - uśmiechnęła się.
- Nie w jego ciemnościach. Masz rację, że mu nie ufasz. Ja też nie. Ale pamiętaj, Książę jest bardzo niebezpieczny.- odparł poważnie Toreador.
- No chyba nie myślisz, że następnym razem go ubiję?
- Och… - zaśmiał się Toreador.- Nie masz nawet szans by go zranić.
- A więc twierdzisz, że jestem słaba i bezużyteczna? - Ann wykrzywiła usta w udawanej złości.
- Twierdzę, że powinnaś wiedzieć kiedy uciekać. - stwierdził spokojnie Toredor.- Larry, Joshua, ja nawet. Żaden z nas nie przeżyłby z nim konfrontacji jeden na jeden. Ja ocalałem… przez sentyment La Belli. I fakt, że cóż… nie byłem częścią nowojorskiej koterii.
- Więc utwórzcie komitywę.
- Wiesz co to triumvirat? -zapytał Toreador zmieniając temat.
- Czy ty przeprowadzasz mi jakiś test z historii?
- Triumvirat to trzy tygrysy czekające na okazję, by się rzucić nawzajem do gardła. Tym byłoby rządzenie wspólnie z Księciem. Na szczycie domeny jest tylko jeden tron. Władca, który o tym zapomina… nie rządzi zbyt długo.- wyjaśnił Toreador, gdy tak jechali przez zaśnieżony las.
- Ale kto powiedział, że mielibyście rządzić wspólnie? - Ann wyraźnie bawiła ta rozmowa.Kainita tylko pokręcił głową i dodał zmieniając temat.- Jutro będzie wyprawa do jaskiń. Zainteresowana?
- To ty uwielbiasz siedzieć bezczynnie i zamartwiać się. - przypomniała - Oczywiście, że jestem zainteresowana!
- Spodziewałem się, że tak odpowiesz. Zawieźć cię do mnie, czy do ciebie?- zapytał Toreador.
- A właśnie. Mieliśmy rozmówić się w sprawie tej kwestii mieszkaniowej. - przypomniała.
- To kusząca propozycja, ale… ja… lubię moje siedlisko… z tych powodów dla których ty go nie lubisz. Jest z dala od ludzi.- wyjaśnił Toreador.- Zapewnia mi spokój i ciszę, jakiej nie mam bliżej Stillwater. Daje natchnienie do tworzenia poezji, tak niedocenianej przez śmiertelnych.
- Ale mieszkanie ze mną i moim ghulem ci nie przeszkadza.
- Nie. I możecie zamieszkać u mnie. - zaproponował William.
- Jaki byłby w tym dla mnie interes? - mruknęła.
- Moja obecność nie jest zyskiem? I mój domek pełen dzieł sztuki pobudzających artystyczną strunę w duszy żywych i wiecznych?- zapytał retorycznie Toreador.
- To miejsce jest daleko. - przypomniała.
- I to jest jego zaleta. W moich oczach.- przypomniał jej wampir.- Zresztą masz motor i samochód. Czym jest odległość w dzisiejszych czasach?
- Upierdliwością, jak noc zbyt krótka.
- Masz wieczność przed sobą. Zawsze masz czas.- ocenił Toreador wyraźnie upierając się przy swoim zdaniu.Z zewnątrz rozmowa dwóch wampirów mogła przypominać sprzeczkę rodzica z dzieckiem... lub dokładniej rodzeństwa.
- Zawsze byłeś taki nudny? - zapytała dziewczyna.
- Możliwe, że po prostu się zestarzałem. - westchnął Toreador po części zgadzając się z Ann.- Istnieję już bardzo długo… zasmakowałem dworskiego życia, wojny, polowań na zwierzynę i bestie… miłości, zdrady, bólu, intrygi… polityki. Znużyło mnie to wszystko wielce. Ta cała pustka ukryta pod splendorem stała się tak nieznośna, żem… wybrał pustelniczy żywot.
- Książę Nowego Jorku nie narzeka. Elena też nie. - zauważyła.
- Są ulepieni z innej gliny niż ja. Nie możesz mierzyć każdego Kainity tą samą miarą. - odparł Toreador.
- Aż się zastanawiam czy Elena musiała bardzo się starać, by ugłaskać Księcia, aby cię nie ubił w trakcie przewrotu, jeżeli i wtedy byłeś tak wręcz nieznośnie oblany marazmem. - dodała.
- Tego nie wiem. Musiałabyś ją spytać. Wiem jeno, że przegrywałem z nim i mnie oszczędził.- odparł William.
- To walczyłeś z nim wtedy? - zapytała wyraźnie zaciekawiona.
- Tak. Na miecze.- odparł Kainita.- Takie, które mogą zabić nawet nas. Poprzez dekapitację, rozczłonkowanie…
- Opowiedz mi o tym! - Ann wyraźnie podekscytowała ta opowieść.
- Wyglądało to lepiej niż dałoby się opisać. Tak jak ja jest nadludzko szybki, więc walka w sali tronowej odbywała się pomiędzy dwoma rozmytymi postaciami. Byłem silniejszy od niego. Moje ciosy były w stanie strzaskać jego gardy, ale… on… - odparł Toreador zanurzając się we wspomnieniach.- Przyjmował ciosy na ciało bez zmrużenia oka, jakby był marmurowym herosem ożywionym przez kapryśną Afrodytę. No i był lepszym szermierzem. Wyczekując okazji zadawał mi kolejne ciosy, aż… nie pozostało mi nic poza ratowaniem skóry tchórzliwe rejterując.
- To Ventrue też umieją być szybkie? - zapytała zaskoczona.
- Nie… oczywiście, że nie. - odparł z uśmiechem William. - Prawda jest taka, że “klanowe” dyscypliny, to sekrety przekazywane sobie w klanie z mistrza na ucznia. A czasem odkrywane samodzielnie. Można poznać sekrety innych dyscyplin, niż te należące do twojego klanu… Garry wszak cię wyszkolił w jednej z nich.
- Ja jestem... no wiesz. Ponoć to inaczej z nami wygląda czy coś…
- Stare wampiry znają więcej dyscyplin niż tylko te należące do ich klanu. Jak je zdobyły, jest kwestią… dyskusyjną. Czasem poprzez przysługi, czasem wykradając sekrety, czasem… diabolizując starszych. Oczywiście, diabolizm jest obecnie zakazany. Niemniej prawa Maskarady zostały spisane, gdy powstała Camarilla, w czternastym wieku. Do tego czasu nie było organizacji, która mogłaby dopilnować, by takie zbrodnie jak diabolizm były odpowiednio karane. - wyjaśnił jej Toreador.- Więc... - spojrzała spode łba na Willa - Ty też byłeś kiedyś niegrzeczny? - uśmiechnęła się drapieżnie.
- Zabijałem, za życia i po przemianie. Mordowałem całe rodziny niewiernych i… Bóg mi świadkiem. Nawet dziś nie mam wyrzutów sumienia z tego powodu.- odparł Kainita i spojrzał na Ann.- Średniowiecze i Renesans, to były czasy gdy okrucieństwo było częścią życia. I popełniałem okrutne czyny… i widziałem okrutne czyny popełniane przez innych.
- W naszym świecie też?
- W naszym… świecie?- zapytał Kainita.
- Wampirzym.
- Tak… zabiłem wielu niewiernych jako Kainita. I zetknąłem się z Assamitami wtedy, gdy walczyliśmy po przeciwnej stronie. Uczestniczyłem w krucjatach.- wyjaśnił jej Toreador.
- Wow... - na Ann wyraźnie zrobiło to wrażenie.
- To były… skomplikowane czasy. - odparł enigmatycznie Toreador.
- I nie tęsknisz za tym?
- Nie. - rzekł krótko Toreador.- Przelewanie krwi mi obrzydło.
- Ale za posiadaniem znaczenia, władzy! - dziewczyna wyraźnie kładła na to dużą wagę.
- Ani trochę. - wzruszył ramionami Blake i uśmiechnął się.- Władza to zabawka, która może znurzyć i zmienić się w ciężar przyciskający do ziemi. I jeśli powiesz, że Książę, że La Bella, że Lukrecja… cóż… oni może chcą mieć wielką władzę i znaczenie. Ja nie.
- Ja też bym ją chciała... - burknęła - Ale Cyril robił wszystko, abym nawet nie wyściubiła wyżej czubka głowy…
- W wampirzym społeczeństwie nikt nie umiera ze starości. Jeśli chcesz się wspiąć wyżej, to zrobisz to po trupach. - wyjaśnił spokojnie Toreador.
- Cyril twierdził, że trzyma mnie z dala od władzy i siły dla mojego bezpieczeństwa.... - mruknęła z niedowierzaniem tym słowom. Wyraźnie jednak nie chciała dosadniej tego określić.
- Jest coś w tym. Ambitne młode wampiry giną dość sięgając po słońce.- odparł William. - Cierpliwość jest cnotą wampira. Ostrożność nią jest. Odwaga… bywa głupią przyczyną zgonu.
- Jemu nie zależało na moim bezpieczeństwu. - warknęła - Niezależnie kiedy... tak samo by mi zakazywał. - fuknęła z wyraźnym rozżaleniem.
- Tacy są starsi… wszyscy.- odparł z uśmiechem Toreador, z nieco smętnym uśmiechem. I zmienił temat.- To jedziemy do mnie, czy do ciebie. Mam mrożoną zero w lodówce.Ann westchnęła.
- Do ciebie... Muszę jeszcze Joshuę powiadomić jak sprawy wyglądają.
- To już nie dziś chyba. Noc się powoli kończy.- odparł William.- A to nie są sprawy na telefon.
- Mhm... - mruknęła Ann i odezwała się dopiero po chwili - Czemu ciągle istniejesz? W sensie, byliby pewnie chętni na twoją siłę, a przecież nie zachowujesz się tak, aby się ciebie bano.
- Byli… paru się znalazło. Zginęli. Teraz diabolizm nie jest mile widziany. Mój zgon mógłby być traktowany pobłażliwie… ale nie wyssanie mnie. Książę Nowego Jorku i Joshua ubiliby takiego śmiałka bez względu na jego pozycję.- wyjaśnił Toreador jadąc pod górkę do swojej pustelni.- Czy gdy walczyłeś z Księciem Nowego Jorku... to kierowałeś się złością na niego? Za zniszczenie byłego Księcia? - nagle zapytała.
- Hmmm… szczerze powiedziawszy była we mnie mieszanka uczuć. Gniew… pewnie też tam był.- westchnął Toreador.- Czasami myślę, że liczyłem na to że mnie zabije.-William spojrzał na Ann.- Jemu się powiodło wtedy z tym przewrotem nie dlatego że był tak dobrym kombinatorem, ale dlatego że jego poprzednik stoczył się w szaleństwo tyranii. I wiedziałem, że powinien wygrać… gdzieś głęboko w sercu. Po prostu uważałem, że powinienem odegrać rolę głupca stojącego przy despocie ślepego na jego wady. I zginąć z rąk spiskowców. Nie zginąłem.
Zatrzymał się przy domu i wysiadł.
Ann wysiadła za Toreadorem.- Żałujesz, że przetrwałeś?
- Nie wiem. Nie zadręczam się tym. Nie myślę o tym. To… przeszłość.- odparł Toreador prowadząc Ann do domu.- Twój pokój jest jakim go zostawiłaś.
- Zakładałeś, że w końcu wrócę?
- Miałem nadzieję.- odparł Toreador z enigmatycznym uśmieszkiem.- Zresztą nie miewam zbyt wielu gości.
- Z własnego wyboru.
- Też.- odparł wymijająco Kainita ruszając do kuchni po “przekąski”.
- A jest ktoś inny winny tego, że nie masz gości? - Ann naciskała na temat, sama idąc za Willem do kuchni.
- Nie. Nie wydaje mi się.- odparł Toreador z uśmiechem podążając do lodówki.
- Chyba, że ty też jesteś teraz w Stillwater zesłany przez Księcia Nowego Jorku.
- Nie jestem. Byłem księciem Stillwater, zanim on pojawił się w Nowym Jorku.- przypomniał jej Blake.
- To czemu pojawiłeś się walczyć z nim w Nowym Jorku?
- To… nie ma znaczenia teraz. I nie chcę o tym mówić.- odparł Kainita. - Ów tyran… który upadł… był bliską mi osobą. Tyle powinno ci wystarczyć.Ann skinęła w milczeniu.

-
Sen był nieprzyjemny. Jak one wszystkie były. Uwięziona pod ziemią, zasypana ciałami i gruzem dusiła się. Metaforycznie oczywiście. Ann wszak nie oddychała, nawet w swoich koszmarach, niemniej była żywcem zakopana bez nadziei na uwolnienie. Uwięziona na wieczność. Było to… piekło.

Pobudka… w domu? Nie. To nie był jej dom. To był dom Williama. Był jednak znajomy. Kainita nie usunął ze ścian jej krwawych “fresków”. Przypomniała sobie co dziś ją czekało. To dodało jej energii i entuzjazmu. A Blake już na nią czekał. Wyruszyli jego wozem w kierunku Stillwater. Tam już, u Róży czekała reszta ekipy. Byli Garry i Larry, była Nadia ze swoim brodatym pomocnikiem. Był też i Joshua wraz z Clyde'm.
- Skoro wszyscy już tu są, to ruszajmy.- rzekł z uśmiechem Szeryf.- Długa droga przed nami…-
… przez bezdroża. Cała kolumna aut terenowych wjechała w zaśnieżony las,
podążając krętym i starym leśnym szlakiem. Jazda była powolna i monotonna. Czasami trudna. Pickupem rzucało na wybojach od czasu do czasu. Tak więc Ann zabijała czas zerkając w ciemność lasu. I wtedy zobaczyła je.
Wilki.
Trzy zwyczajne, i jednego niezwyczajnego osobnika. Nadnaturalnie olbrzymiego wilka , potężnej bestii o błyszczących złowrogo ślepiach. Pomimo tego widoku pojazdy się nie zatrzymały. A wilki po chwili przyglądania się intruzom w stalowych puszkach na kołach ruszyły dalej w głąb lasu.

Wjechali na zasypane śniegiem wzgórze, tylko częściowo porośnięte lasem. Szczyt był pozbawiony drzew i “ozdobiony” resztkami drewnianej konstrukcji upiornie przypominającą jakąś szubienicę zbudowaną przez obłąkanych odludków.
Wokół niej zatrzymały się pojazdy i wysiedli z niej Kainici.
Joshua od razu zaczął wydawać rozkazy.- Clyde, Larry zabezpieczcie otwór. Nadia szykuj sprzęt. Garry… sprawdź co z tymi likantropami. Nie żeby mi przeszkadzały, ale wolę wiedzieć, co ich tu sprowadziło.-
William podszedł zaś na drugą stronę wzgórze i w zamyśleniu spoglądał na błyskające światła gdzieś w oddali.
A gdy Ann z ciekawości zbliżyła się do niego, by dostrzec to co on widział, Toreaor rzekł.- Kopalnię stąd widać. Tę którą z Nadią spenetrowałyście.-
-
STARA KOPALNIA
- To była przygoda. - Ann mruknęła do Williama z przekąsem.
- Nie wątpię…- odparł z uśmiechem Toreador i rozejrzał się dookoła. - Byłem tu, kiedy budowali te szyby kopalniane.
- Podobało się?
- Tak… kiedyś… na swój sposób było to piękne. Ten… początek cywilizacji.- odparł z uśmiechem Kainita.
- Muszę iść do Joshui. - stwierdziła - Nie obrazisz się, że cię zostawię?
- Ależ skądże. Nie jestem małym dzieckiem.- zaśmiał się Blake. - Nie potrzebuję stałej opieki. Obiecuję, że nie pójdę głęboko w las.
- Mój dzielny rycerz. - Ann zaśmiała się i ruszyła z powrotem.
Joshua właśnie z Larrym i Clyde’m coś rozważał stojąc na starą mapą rozłożoną na masce wozu terenowego Szeryfa. Nie zauważyli jak pochodziła.
Ann podeszła zaciekawiona sytuacją. Nie odezwała się by nie przeszkadzać.
Zajęci byli planowaniem trasy w podziemiach, bowiem gdybali nad starą mapą kopalni.
Ann szybko zauważyła, który otwór na mapie jest tym otworem już znalezionym i otoczonym policyjnymi barierkami. Trzeba przyznać że Clyde i Larry szybko się uwinęli z robotą.
Wampirzyca przybliżyła się do mapy.- Coś ustaliliście?
- Na razie nic konkretnego, tylko możliwe drogi… nie wiadomo jak tam sytuacja wygląda. To niebezpieczny teren, dlatego Nadia będzie was asekurować.- wyjaśnił Szeryf wskazując na bibliotekarkę ponaglającą swojego asystenta przy wypakowywaniu sprzętu.
- A jaki mamy w ogóle cel?
- Sprawdzić. Znaleźć… nie wiem… cokolwiek?- zastanowił się Joshua.- Jeśli te potwory pochodzą z kopalni powinniśmy znaleźć jakieś ich ślady. Jeśli nic nie znajdziemy… hmm… to nie wiem skąd się wzięły.-
- A jakie to ma znaczenie. Już mogą liczyć noce do zgonu.- wtrącił złowieszczo Larry.Ann pokręciła głową na Larry'ego, jak na dziecko.
-Warto wiedzieć wszystko o wro…- wypowiedź Joshui przerwał telefon. Kainita odebrał i odszedł na bok by porozmawiać.- Za dużo w tym kombinowania. Nie sądzisz?- zapytał Larry wymownie stukając palcem w mapę.
- Nie bądź rozkapryszonym, nabuzowanym emocjami bachorkiem. - odparła Ann - Bez kombinowania nie będziesz miał nawet swojej bitki.
- Powiedz mi, ile warta jest nieśmiertelność bez zabawy? Nie jestem Ventrue na szczęście. I nie obudziłem się w trumnie ubrany w sztywny garniturek.- zażartował Larry szeroko się uśmiechając.
- Ale z Lukrecją sypiasz. - Ann wyszczerzyła się z rozbawieniem.
- Nie. Bo po co?- zapytał zdziwiony, a Clyde spojrzał na niego zdziwiony. - No jak to… przecież z niej klasyczna piękność. Taka żywa pinup-girl.Larry skomentował te słowa krótko.- Mowa noworodka.-
I dodał zwracając się do Ann.- Jest taka sprawa.- Jaka sprawa? - zapytała bezklanowa wciąż lekko rozbawiona.
- Dostałem cynk, że jeden z gangów obsługiwanych przeze mnie poczuł się oszukany i w ramach “składania reklamacji” planują mi wjazd na stację. Nic poważnego, to banda śmiertelników z małokalibrową amunicją…- zaczął wyjaśniać Larry.
- Mhm... Książę wie?
- Książę… - zaczął Larry, ale przerwał. Bo Joshua podszedł do wozu i rzekł. - Clyde idź po Williama, wyruszamy natychmiast. Nadia będzie tu rządzić. Larry schodzisz w dół z Ann. Uważajcie na siebie. Jak Garry wróci to do was dołączy.-
- Co się stało?- zapytał Larry, gdy Clyde pognał po kontemplującego noc Toreadora.
- Zauważono podejrzane przygarbione sylwetki po południowej stronie miasta. Mogą to być nasze draugi.-
- Dlaczego Clyde ma jechać, a nie ja! - oburzył się Larry, a Smith stwierdził krótko.- Bo ty chcesz z nimi walczyć, a ja tylko przepędzić. Na walkę będzie jeszcze czas, na wybranym przez nas terenie i warunkach.
- Nie narzekaj. - strofowała Brujah.
- Powodzenia.- odparł krótko Joshua zwijając mapę i wciskając ją Ann. Wkrótce zjawili się Clyde i Blake. Po krótkiej rozmowie, cała trójka wsiadła do auta szeryfa i ruszyli w drogę powrotną.
- Ty powiesz Nadii, że tu rządzi. Mnie to przez usta nie przejdzie. - odparł Larry.
- Dlaczego? - zapytała rozbawiona.
- Domyśl się. - burknął Brujah i zmienił temat. - Wracając do kwestii tego gangu, to Smith wie… chyba… przestałem go informować po… szóstym czy siódmym razie. Może wie. Na pewno go to nie obchodzi.-Wzruszył ramionami. - Sprawa jest prosta… gang wpada zaczyna strzelać by narobić zniszczeń i zabić mnie oraz moich ludzi. Są bez szans. My strzelamy… zabijamy większość. Zawsze paru ucieka i właśnie o tych paru chodzi…- wzruszył ramionami.- … zawsze jakiś przeżyje, zawsze jakiś może paplać. I nie powinien paplać o znikających na jego oczach osobnikach, o zmiennokształtnych… o rozrywanych na strzępach towarzyszy… rozumiesz nie? Żadnych widowiskowych mocy, tylko strzelanie do żywych celów. I udawanie, że kule mogą coś ci zrobić? Bo przecież zdarza ci się u mnie pracować, więc powinnaś wiedzieć co zrobić w takiej sytuacji.
- A to nie lepiej upewnić się, że zabijemy wszystkich? Wtedy nie będzie problemu jakich mocy użyjemy. - zapytała wprost.
- W tym rzecz, że to za duże… ryzyko złamania Maskarady. W ogólnym rozrachunku bezpieczniej po prostu nie popisywać się. - wzruszył ramionami Larry. - Wiadomo wszak, że nie mogą tymi swoimi pistolecikami na pestki zrobić ci jakąś krzywdę, nieprawdaż?
- No dobrze... - mruknęła skrzywiona - Całą zabawę psujesz.
- Też nie jestem zadowolony, ale… sama rozumiesz. Będą się nas czepiać, jeśli jakiś świrus zacznie gadać o wampirach jakiemuś dziennikarzynie. - zaśmiał Kainita. - Niby nikt brukowców nie bierze już na poważnie, ale starszyzna czepliwa jest.
- Stare i nudne pryki. - fuknęła - I paranoiczne.
- Niestety…- przyznał Brujah, gdy Szeryf wraz z Williamem i Clydem wsiedli do samochodu i ruszyli.
Ann podeszła do Nadii i przerzuciła ręce przez jej ramiona od tyłu.
- Zostałaś wybrana!
- Mhmm…- odparła wampirzyca zerkając na listę a potem Ann. Zmrużyła oczy mówiąc.- Niech zgadnę… Szeryf się zmył zostawiając mnie na stanowisku dowodzenia. Jakbym i tak nie dowodziła tą misją.
- Oj, po prostu będziesz naszym GPSem z ekstra funkcjami. - oznajmiła beztrosko, dając Nadii krótki całus w policzek - Może bestyjki nam przy mieście krążą.Niespodziewanie poczuła silną dłoń wampirzycy zaciskającą się na pośladku Ann.
- Jesteś własnością klanu Tremere… tak ciebie niektórzy postrzegają. Jest… rozważana możliwość, by zmienić Cyrila na mnie, w roli twojej karmicielki.- wyjaśniła cicho.- Na razie nie ma na to zgody wśród popleczników szefa, jak i… jest to tylko jeden z rozważanych planów. Nie wiem czy każą mi cię po dobroci, czy siłą zniewolić.
Ann spojrzała zaskoczona.
- Ot tak pomyśleli czy im coś mówiłaś?
- Składam raporty. Nie podsunęłam jednak takiego pomysłu. Uznałam, że warto cię ostrzec zawczasu.- wyjaśniła sucho Nadia. - Na razie to tylko… pomysł. Wiele pomysłów nie wychodzi poza fazę realizacji.
- Ale chyba i tak póki jestem przywiązana to... cóż. Nie da się?
- Musiałabyś zrezygnować ze smakowania krwi Cyrila. Więź by z czasem osłabła.- przyznała Tremere puszczając pośladek dziewczyny. - Na razie… uznają, że wystarczy, że stary cię karmi. I tak jesteś nasza. Tak jak Charlie.- Jakie to miłe. Zupełnie jakby się troszczono o mnie.
- Bez przesady z tą troską. Po prostu zostałaś ostrzeżona. - odparła Nadia i zmieniła temat.- Czemu nasz książę się stąd zwinął?
- Na południowej stronie miasta zauważono podejrzane sylwetki. Mogą to być te draugi. - wyjaśniła zdejmując ramiona z Nadii.
- Acha… no cóż… wiadomo, że się pojawią.- Tremere spojrzała przez ramię.- Zawołaj Larry’ego. A ja tu przygotuję sprzęt do zabrania i wyjaśnię sytuację.Ann skinęła głową, ale nie odeszła od razu.
- Powiedz mi jedno... czyli nawet bez Cyrila byłabym uważana za własność twojego Klanu?
- To zależy o jakiej sytuacji mówisz. - stwierdziła Nadia rozważając głośno.- Jeśli Cyrilowi się zemrze, to nadal będziesz własnością klanu. Jeśli Cyril nie wziąłby cię pod swoje skrzydła jako protegowaną, byłabyś nadal bezpańskim caitiffem.
- O tej pierwszej myślę... - odparła ostrożnie - Nie wiedziałam jednak, że to nie tylko Cyril mnie trzyma.
- Żadna organizacja nie pozbywa się dobrowolnie raz zyskanych zasobów, bez względu na to jak te zasoby zostały pozyskane. - wyjaśniła Kainitka.
- Rozumiem... Dziękuję za ostrzeżenie. - Ann przyjęła do wiadomości - Nie będę zaskoczona, jeżeli kiedyś na mnie napadniesz.
- Napad zostawię na koniec… choć… może najdzie mnie ochota na przekonywanie ciebie w bieliźnie.- zaśmiała się ironicznie Nadia.- Nadal pamiętasz słodycz mojej krwi i mojego ciała.
- Och, przestań. - Ann pacnęła palcem Nadię w nos, po czym puściła się biegiem do Larry’ego.
- No… przekazałaś berło królowej lodu?- zapytał ironicznie Brujah.
Dziewczyna skinęła głową.
- W sumie to sama się domyśliła.
- Przemądrzały babsztyl.- ocenił Larry.- Co teraz?
- Babsztyl chce żebym wróciła z tobą i ona wyjaśni co robimy. - stwierdziła.
- No to chodźmy.- rzekł Larry. I ruszyli.
Tremere stała czekając na nich i następnie wskazawszy dłonią na rozstawiany przez Charliego stalowy stelaż rzekła.
- To posłuży za zaczep liny po której się spuścicie. Szybk ma co prawda drabinkę ze stalowych prętów, ale nie można na niej polegać. Pewnie większość stopni jest przerdzewiałych. Szyb ma według planów jakieś osiem metrów, pewnie mniej obecnie… bo zapchany śmieciami. Wraz ze sprzętem dostaniecie mapę korytarzy. Jest ona tylko orientacyjna. Z pewnością część chodników jest zasypanych. Przeszukajcie te które nie są. Nie kozaczcie. Pod ziemią jest niebezpiecznie nawet dla wampirów. Dostaniecie hełmy z latarkami, słuchawki, kamizelki oblaskowe z zaczepami, liny, kotwiczki oraz te no…- podrapała się po głowie.- ..karabinki… i resztę. Jakoś sobie poradzicie. Na mnie szczególnie nie liczcie. Nie jestem pewna czy sygnał z waszych słuchawek i mikrofonów dotrze na powierzchnię. Miejmy nadzieję, że tak. Pytania?
- Jak długo mamy tam być? - zapytała.
- Tak długo jak będzie to bezpiecznie. Zakładam że cała wyprawa zajmie wam godzinę, może dwie. Mniej niż cały przyjazd i rozkładanie tego badziewia.- oceniła Nadia.
- Możemy zabić to, co znajdziemy?- zapytał Larry, a Tremere pokręciła głową.- Żadnych konfrontacji pod ziemią. Będziesz na ich terenie… tam oni mają przewagę.Ann spojrzała uważnie na mężczyznę oceniając jego reakcję. Ten tylko naburmuszył się jak dzieciak, któremu odebrano lizaka.
- Czy jeżeli Larry się uprze walczyć, to czy mogłabym go zostawić i wrócić sama? - zapytała i spojrzała z wrednym rozbawieniem.
- Tak.- odparła wampirzyca beznamiętnie. - Jak Larry chce zginąć, to kim my jesteśmy by mu zabraniać samobójstwa.Ann uśmiechnęła się słodko do Brujah nic nie odpowiadając.
- Jeszcze jakieś pytania?- stwierdziła beznamiętnie Nadia.
Ann pokręciła głową w zaprzeczeniu.
- Nic.- dodał Larry, a Nadia zaczęła wydawać sprzęt tłumacząc co do czego czego służy. Ze słuchawką w uchu, kamizelką na torsie i kasku na głowie Ann wraz z Larrym ruszyła do podwieszonej nad szybem liny.
- Panie przodem, no chyba że mają pietra. - zażartował Larry.Ann fuknęła na to i ruszyła pierwsza.
Tunel był wąski, ciasny i ciemny i … wilgotny. Spuszczająca się po linie Ann czuła wzbierający atak klaustrofobii. Nie było tu przyjemnie, a czeluść była boleśnie głęboko. Przez co całe schodzenie zdawało się trwać wieczność. W końcu jednak dotknęła butami zapleśniałej brei zebranej na dole i w świetle latarki zobaczyła wszystkie trzy chodniki pozornie identycznie.
[media]https://i.pinimg.com/736x/9b/f5/8f/9bf58f57a84019e3240e874b2064ef5d--abandoned-places-the-project.jpg[/media]
I żaden godny zaufania, za to każdy niski, każdy ciemny i każdy podparty gnijącymi belkami.
Ann zastygła w miejscu. Bała się ruszyć do tych tuneli... bała się być pogrzebana. Klaustrofobia…- No i co tam widzisz?- usłyszała z góry, Larry schodził po linie tuż za nią.
- Trzy ciasne korytarze... - Ann odezwała się cicho i delikatnie drżącym głosem.
- Jak to w kopalniach.- odparł Larry z góry. - Sprawdź na mapie, który prowadzi na południe. Od niego zaczniemy.Ann wyciągnęła mapę otrzymaną od Nadii i zaczęła szukać, który korytarz prowadzi na południe posiłkując się oświeceniem z latarki uczepionej hełmu.
Gdy zlokalizowała z pomocą doczepionego do kamizelki kompasu, Larry zsunął się na dół i spojrzał w górę.- Wolałbym nie musieć wciągać się z powrotem. A i też… lepiej żebyśmy nie utknęli tu na tyle, by musieć przespać tu dzień.- ocenił Brujah spoglądając w górę.
- Larry... - spojrzała z obawą na tunel - Tu na pewno nie można się bić... Czy powodować innego zagrożenia zwału. - zwróciła wzrok na wampira - Rozumiesz, prawda? - zapytała z nutą obawy.
- Eeee… to tylko tak niestabilnie wygląda.- odparł Larry podchodząc do jednego ze stempli i solidnie go uderzając. Posypał się pył i gruz. - No dobra. Może walkę zostawimy na inną okazję.Ann uśmiechnęła się ze wdzięcznością.
- Idziesz pierwsza? Czy ja mam?- zapytał Brujah.
Korytarz był wąski i ciemny… i wilgotny. I pachniało tu stęchlizną. Jak w grobie. Mimo to Ann szła przodem świecąc latarką i mając Larry’ego za sobą. Na razie jedyne co znajdowali to zmumifikowane truchła szczurów i nietoperzy. Jakieś szczątki narzędzi górniczych i jedną porzuconą manierkę. Wkrótce dotarli do rozwidlenia. Korytarz dzielił się tu na trzy chodniki, jeden prowadzący naprzód, drugi na prawo, trzeci pod skosem na lewo.
Dziewczyna ostrożnie stawiała kroki, czasem rozglądając się po suficie jakby z obawą, że ją pogrzebie. Na rozwidleniu zatrzymała się obserwując każdą ze stron, aby zaraz sprawdzać na mapie gdzie prowadzą.
Mapa była stara i niewyraźna w wielu miejscach. Niemniej wszystkie korytarze prowadziły do… miejsc urobku. W końcu to była kopalnia. W sumie więc wybór korytarza nie miał większego znaczenia. Tylko czemu do diaska były takie ciasne i ciemne. I czemu Ann miała wrażenie, że ściany się kurczą i zaciskają. Na pewno się przybliżały, bo korytarz robił się coraz węższy, zaś stemple coraz bardziej zaniedbane i przegniłe. Ann… zamarła na widok… trupa, wyschniętego i zmumifikowanego… leżał martwy i zasypany do pasa gruzem wypełniającym boczny korytarz odchodzący od tego którym szli.- Mamy towarzysza... - szepnęła Ann zerkając do tyłu na Larry'ego.
- Kogoś do zabicia? - zapytał Larry podekscytowany.
- Trupa... - dziewczyna podeszła bliżej do ciała, aby sprawdzić czy to mógł być wampir w Torporze.
- Jak się nie rusza, to nie jest ciekawy…- burknął Larry, gdy Ann podeszła do zmumifikowanych zwłok. Sprawdziła uzębienie… śladów kłów nie było widać. Ciało było zmurszałe, ale nie przegniło. Zapewne była to wina mikroklimatu kopalni. Strój… raczej dwudziestowieczny. Lata 60-te, 70-te może?
- Stary... Może z lat 60-tych nawet. - wytarła dłoń o spodnie - Chcesz się z panem przywitać czy dalej idziemy?
- Możemy iść dalej.- przyznał Kainita i ruszyli w głąb chodnika, w coraz ciemniejszy i coraz ciaśniejszy korytarz.-zzz…ssshh… Co… ta… szsh… ugo mil…shhs…cie?- Ann usłyszała w słuchawce głos Nadii z trudem przebijający się przez zaklócenia.- Ra…sh…cie.
- Szlachciance się zachciało posłuchać audycji z wyprawy. - prześmiewczo parsknęła Ann.
- Jak to u Tremere… może to i czarownicy, ale są z nich tak samo formaliści jak Ventrue. Wszystko musi być zorganizowane i oczywiście powiązane z robotą papierkową.- zaśmiał się Larry. - Człowieczeństwo może i ich opuściło, ale zamiłowanie do biurokracji przetrwało przemianę.
- Za życia miałam innych do zajmowania się papierkową robotą. - Ann odparła dumnie ruszając dalej tunelem.
- Niektórzy to lubią.- odparł Larry podążając za Ann. Wkrótce dotarli do obszaru oznaczonego jako przodek. Było to kopalniane wyrobisko. Nic ciekawego tu nie było, poza wąską szczeliną w skale w którą… teoretycznie przynajmniej, mogła się wcisnąć mała szczupła osoba. Tyle że mapa nie informowała czy cokolwiek jest za tą szczeliną. O ile w ogóle coś było. Z Nadią zaś skonsultować się nie mogli. Słyszeli bowiem tylko piski i zgrzyty. Byli za głęboko.
- Tu jest jakaś dziura... - westchnęła Ann.
- Zdradzę ci sekret… tu wszędzie są jakieś dziury. Część to ślady po kopalni. Inne to naturalne jaskinie. - odparł ze śmiechem Brujah.- Większość jest mała i ciasna. Nic co by mogło przyciągnąć niedzielnych turystów.Spojrzał na szczelinę.- Ja bym odpuścił. Nie wiemy czy gdzieś prowadzi. I można w niej utknąć.
- Dla mnie brzmi dobrze. - odparła z niejaką ulgą w głosie - Sprawdźmy ten prawy korytarz.
Minęło trochę czasu nim dotarli z powrotem do miejsca z którego przybyli i ruszyli w kierunku następnego korytarza na liście. Powędrowali w ciszy i ciemności kilkanaście metrów wsłuchując się w zgrzyty sygnału w słuchawkach przerywane niewyraźnymi bluzgami Nadii, najwyraźniej wściekłej ich brakiem odpowiedzi. W końcu dotarli do gruzowiska.
- No to ten korytarz możemy skreślić z listy. Zawał górniczy. - ocenił Larry przyglądając się otoczeniu.
- Więc tylko jeden został. - westchnęła Ann - Nadia chyba pogryzie kapcie ze złości. - podśmiała się sama obserwując otoczenie.
- Albo ubierze się w ten swój czarny skórzany kostium i oćwiczy Charliego pejczem do krwi.- odparł Larry wzruszając ramionami.
- To chyba zostawi na nas…
- Nie licz na to. Ona to uważa za nagrodę. I jej ghulice moczą majtki na samo wspomnienie o takiej nocy. - odparł ze śmiechem Kainita ruszając z powrotem.
- Ona ma ghulice? - spytała zaskoczona - I czy to znaczy, że by dała ze złości nagrodę Charliemu?
- Oczywiście że ma ghulice. Trzy. Bibliotekarki. Prowadzą bibliotekę za dnia i opuszczają ją wieczorem.- wyjaśnił Larry.- Dlatego żadnej nie poznałaś. Niemniej każdy Kainita potrzebuje ghula, który pilnuje jego bezpieczeństwa podczas snu.
- Mój ghul ma nagrodę jak nie oberwie, ma ciepło i jedzenie. - odparła z dziwną dumą.
- Jej ghule mają domy, pracę i zarobki.- odparł Larry.- I bardzo bardzo niewielką szansę na dołączenie do Tremere.
- To byłoby ciekawe zobaczyć dzieciaka Nadii. - zaśmiała się i ruszyła z powrotem sprawdzić ostatnie miejsce.
- Byłoby… tym bardziej, że żeby Nadia zyskała potomka musi uzyskać pozwolenie lokalnego księcia, swojego Primogena. No i… wiesz, musi chcieć zyskać potomka. - odparł ze śmiechem Kainita gdy zbliżali się z powrotem do miejsca z którego wyruszyli.
- Wypadki się zdarzają, a tacy jak ja są tego dowodem. - skrzywiła się.
- Myślisz, że Nadia pozwoliłaby sobie na taki wypadek?- spytał retorycznie Larry i spojrzał w ostatni korytarz. - Teraz tylko tam możemy.-Dziewczyna ruszyła w ostatni korytarz.
Ten był najdłuższy, przynajmniej według mapy i miał dwa rozgałęzienia. Podobnie jak poprzedni co prawda, ale tamten okazał się być zasypany zanim dotarli do pierwszego rozgałęzienia. Ten nie był, choć popękane stemple sprawiały wrażenie, że ten korytarz czeka tylko na okazję by zwalić się im na głowy. Dotarli jednak bezpiecznie do pierwszego z nich, odnoga była na prawo od głównego korytarza.
Ann wydawała się zestresowana w tym miejscu, ale ostrożnie szła przed siebie.- Do przodu, czy w prawo?- zapytał Larry. - Nieustraszona przewodniczko?
- Do przodu... - fuknęła - To miejsce przywodzi mi na myśl złe wspomnienia.... i sny.
- No… mi to akurat niczego nie przypomina.- przyznał Larry, gdy posuwali się do przodu. Tam znów napotkali zawał. Ale jedynie połowa korytarza była zagruzowana.Po chwili wahania dziewczyna zaczęła przyciskać się przez gruzowisko1 Larry podążył tuż za nią marudząc.
- To robota dla ghuli, a nie dla dzielnych Kainitów.-
Po drugiej stronie… było tak samo. Korytarz prowadził dalej w ciemność.
- Miej zastrzeżenia do Nadii.
- Raczej do księcia naszego.- burknął Larry podążając za nią.- Niestety może i sprawia wrażenie uległego i lubiącego kompromisy, to czasem… często bywa uparty jak osioł. Demokracja którą udajemy na wspólnych zebraniach, to ułuda Ann.
- Demokracja nawet dla żywych nie jest super. A dla wampirów po prostu nie pasuje.
- Joshua z Williamem lubią udawać progresywnych Kainitów.- zaśmiał się Larry, gdy oboje podążali korytarzem. Na szczęście Ann nie rozkojarzyła ta rozmowa, bo w przeciwnym wypadku nie dostrzegła by niedźwiedzich wnyków ukrytych na środku korytarza i zamaskowanych kamieniami.Kundel zatrzymał Larry'ego.
- Pułapka na kogoś...? Serio spodziewali się osób w tym miejscu?
- Może i te stwory są inteligentniejsze od zwykłych przedstawicieli swojego rodzaju, ale nie aż tak. To ktoś inny zastawił. Nie wiem kto. Nie wiem na kogo… ale nie podoba mi się to.- Larry podszedł do pułapki i przyjrzał się jej.- Nowa. Nie zdołała się pokryć rdzą. Najwyżej rok tu leży.Ann spróbowała nawiązać kontakt z Nadią.
- Nadiii... - szepnęła.
Niestety odpowiedzią były tylko zgrzyty i szmery. Nawet przekleństwa i urywana słowa umilkły.
Dziewczyna westchnęła i pokręciła głową.- Jesteśmy całkowicie zdani na siebie. Cieszysz się?
- Ja zawsze polegam tylko na sobie. Za dużo lubimy sobie wbijać sztylety w plecy, by warto było polegać na innych.- odparł Larry i rozerwał pułapkę gołymi dłońmi.- Unieszkodliwiona.Ann skinęła głową i ruszyła pierwsza.
Kilkanaście metrów dalej, kolejne wnyki… potem następne. Zbliżali się do kolejnego rozwidlenia. I jak się okazało, kolejnego zawału. Tym razem korytarz główny był całkiem zasypany, ale boczny… nie. Tym razem Ann zatrzymała się i jednocześnie wskazała kompanowi, aby poczekał, żeby oddalić się i okryć zasłoną niewidoczności, pod którą wyjdzie w odnogę.
Szli tak przez kilkanaście metrów i znów natknęli się na zawał. Tym razem coś jednak było… nie tak. Kamienie wydawały się za bardzo… uporządkowane.
Niewidoczna Ann zwolniła kroku i zaczęła rozglądać się po otoczeniu wyszukując niepokojących znaków.- Kolejny ślepy zaułek.- ocenił błędnie Larry, podczas gdy Ann… nie znajdowała niczego podejrzanego.
- Coś jest nie tak... ktoś tu był i ustawił kamienie w sobie znanych pozycjach. - odezwała się, gdy nagle pojawiła się obok Larry'ego.
- Jesteś pewna?- zapytał Larry, a Ann była pewna… że nie była to naturalna formacja. Nie było to jednak żadnego ukrytego wejścia, choć… kamienie blokujące przejście nie były zawałem i ich usunięcie (pod warunkiem że we właściwej kolejności) nie groziło prawdziwym zawałem.
- Tak. Jeżeli ostrożnie te kamienie pozdejmujemy, dobrze dostaniemy się przez to sztuczne osuwisko.
- Nie lubię robić za robola. - odparł Larry marudząc, ale zabrał się za rozmontowywanie przeszkody. Kilkanaście minut zajęło mu zdejmowanie kamieni i jednoczesne zerkanie z wyrzutem na Ann która nie dołączyła do roboty. Niemniej przejście zostało odblokowane i… cóż… korytarz ciągnął się dalej.Ann cmoknęła Larry'ego w policzek i zadowolona dała znak, by szli dalej.
Znowu przez chwilę nie działo się nic, aż w końcu doszli do ściany. Dosłownie. Korytarz urywał się nagle kończąc ścianą zbitą z desek.
Caitiffka zastukała knykciami w drewno, aby sprawdzić czy za nią jest pusta przestrzeń i uśmiechnęła się po wyniku.- Możesz tylko podważyć deski delikatnie? Ściana to podpucha.
Larry uderzył pięścią przebijając ścianę, potem kolejnymi uderzeniami rozwalał kolejne deski robiąc przejście.
- Już.- wzruszył ramionami Kainita, a Ann mogła zajrzeć do środka dużej jaskini. Przerobionej przez kogoś na salę operacyjną prosto z fantazji jakiegoś sadysty. Duży stół operacyjny. Jakieś szafki, elektryczne oświetlenie zasilanie przez przenośny generator prądu napędzany dieslem. I stojący obecnie w kącie. Całe to pomieszczenie zostało opuszczone. Większość rzeczy zabrano pozostawiając tu i tam narzędzia chirurgiczne, jakieś fiolki, kartki…
- Nadii by się podobało... - mruknęła przeglądając kartki.
- Wątpię… nie lubi się babrać w mięsie.- uznał Larry podchodząc do generatora i sprawdzając czy działa. Ann zauważyła, że kartki które podnosiła zawierały szkice anatomiczne… dotyczące układu mięśni jakiegoś zwierzęcia.
- Zawsze mogłaby użyć tego stołu do przywiązywania swoich... - zaśmiała się chowając zwinięte kartki do kieszeni.
- Ja go jej nie zaniosę.- odparł Larry podchodząc do wąskiej szczeliny po drugiej stronie jaskini będącej zapewne głównym wyjściem. Zbyt wąskiej na wniesione tu sprzęty, więc zapewne zanim droga którą przyszli została zablokowana, posłużyła do wniesienia wyposażenia.Ann odwróciła się i telefonem wykonała zdjęcia pokoju.
- Pora sprawdzić ten korytarz.
- No to chodźmy.- odparł Larry dając sobie spokój z generatorem.
- Brakuje paliwa.- tak skwitował swoje niepowodzenie.Ruszyli dalej wąskimi tunelami, które potem rozszerzyły się nieco. Doszli do krzewów zarastających wejście, a gdy je przebyli… znaleźli sią na zewnątrz. Na stoku wzgórza wśród leśnej głuszy.
- No i dupa… nic tu więcej nie ma.- skwitował Larry. I mylił się.
- Co wy tu robicie?- zapytał Garry wychodzący zza drzew.Ann zastygła zaskoczona.
- A ty?
- No wracam z rozmowy z wilkołakami. A wy nie powinniście zwiedzać kopalni, tam na szczycie?- zapytał zdziwiony Gangrel.
- Znudziło nam się. A co mówiły futrzaki?- zapytał Larry.
- Jakieś dziwaczne zwierzęta pojawiły się na ich ziemiach. Przypuszczają że to fomory wysłane tam przez zarządców kopalni. Próbowały je wytropić i zabić. Zgubiły je na naszych ziemiach.- wzruszył ramionami Garry.
- A wiedzą, że da się stąd wejść do kopalni i wyjść?
- Skąd?- zaciekawił się gangrel. Larry wskazał na krzaki za sobą. Hippis zaś podrapał się po czuprynie. - Ann… większość z nas nie była tu, kiedy nastąpiła katastrofa w starej kopalni. Ja nie znam jej korytarzy, tym bardziej nie znają ich wilkołaki. Dlatego Nadia musiała wyciągnąć stare mapy z archiwum biblioteki.-
- Znaleźliśmy... Salę operacyjną. Wiesz co to przedstawia? - wyciągnęła plany anatomii czegoś.
- Miałem tróję z biologii. Trzeba by Clyde'a spytać. On się naoglądał krojenia trupów. Może będzie wiedział.- wzruszył ramionami gangrel.
- To wracamy do Nadii? - zapytała Brujah.
- No. Nie ma co tu stać. Wracamy.- zgodził się Larry. I ruszyli. -
Trójka wampirów wspinała na wzgórze przedzierając się przez śnieg i dyskutując. Nastrój panujący wśród nich był wesoły. Choć Larry począł narzekać, gdy Garry wspomniał że powiedział wilkołakom o draugach. I futrzaki były bardzo nimi zainteresowane. I chętne, by dołączyć do łowów.
- Po co im w ogóle mówiłeś?- burknął Brujah.
- No. Myślałem że to co wzieli za fomory, mogło być sforą druagów.- wyjaśnił Garry i pokręcił głową. - Ale nie… to co tropili było znacznie od nich większe.-
- A co to w ogóle są te fomory? Warte to to zabijania?- zapytał się Brujah.
- Nie mam pewności, ale z tego co wiem to istoty spaczone przez złe duchy… - zadumał się hippis. - … służące Żmijowi. Coś w tym rodzaju.
- Tego by brakowało. - westchnęła Ann.
- Ano… przydałaby się jakaś rozrywka. Ciągłe pranie śmiertelników jest nudne. - ocenił Brujah “zgadzając” się z Ann.
Nadia czekała w milczeniu, jej zimne spojrzenie przeszywało nadchodzącą trójkę Kainitów.
Nie krzyczała, nie wrzeszczała, nie okazywała furii. Niemniej każde słowo które wypowiedziała… ociekało lodem. Nakazała złożyć raport i wyjaśnić brak kontaktu w podziemiach. Na szczęście dało się to zrzucić na problemy ze sprzętem i Nadia uwierzyła. A przynajmniej udawała że wierzy. Wysłuchała raportu, zadała kilka pytań. Nie skomentowała niczego.- Dobra. Zbieramy się na dziś. Wyznaczę kolejne szyby, bo jak spojrzycie na mapę to zorientujecie się, że nie jest to jedynie zejście do kopalni. - zadecydowała Tremere.- Larry pomóż Charliemu zabezpieczyć z powrotem wejście do szybu. Ann, Garry pozbierajcie sprzęt.-
I cóż… nie pozostało nic innego niż słuchać wampirzycy. Bądź co bądź była przedstawicielką Księcia. I należało wykonywać jej polecenia.
Nawet gdy zachowywała się na oschła nauczycielka matematyki ze szkoły do której chodziła Ann. Brakowało jej tylko długiej długiej linijki. Było to na swój sposób… zabawne.
Bo Ann nieszczególnie bała się wybuchowej Nadii, która choć nie trzymała swoich emocji na wodzy, to miała pełną kontrolę nad swoim zachowaniem. Z drugiej jednak, Ann jak dotąd nie zalazła Tremere za skórę.
Przy okazji ogólnych rozmów podczas składania sprzętu caitifka dowiedziała się, że Książę i William dzwonili do Nadii. I poinformowali ją, że znaleźli ślady draugów. Samych stworów nie, ale sądząc po ich odkryciach… sfora kieruje się na wschód. Do Nowego Jorku.
Co było całkiem sensowne. W końcu to było największe żerowisko w okolicy, zwłaszcza jeśli preferowało się krew Kainitów nad ludzi. A ta sfora chyba rozsmakowała się we krwi wampirów.
Spotkali się u Lukrecji, w pokoju który służył do narad dla całej wampirzej społeczności. Lukrecja oczywiście dołączyła do nich podczas tej narady. Ann wraz Larrym powtórzyła to co powiedzieli Nadii i opowiedziała to co widziała w kopalni. Odpowiedziała na pytania Williama i Joshui. Potem Książę zrelacjonował swoje odkrycia. Znaleźli ślady draugów, a nawet ofiary ich uczty, ale samych potworów nie wytropili. Jedynie wydedukowali kierunek w którym sfora obecnie podąża. Nowy York. To wszystko jednak Ann już wiedziała wcześniej.
Niemniej Joshua i William mieli i inne nowiny.
Jutro miał przybyć ów mag zesłany tu w roli strażnika szpitala. Oraz jutro miał przybyć ktoś ważny z Nowego Jorku, wysłannik tamtejszego Księcia.
Potajemnie, bo planował spotkać się w jednym z domków Williama… zamiast przybyć bezpośrednio do miasta. Joshua nie wiedział kim miał być ów wysłannik, ale z pewnością miał być to ktoś ważny.
A Ann stanęła przed wyborem. Mogła dołączyć do komitetu powitalnego Joshui lub poznać wraz Williamem owego maga zaraz po przybyciu.
Wybór który mogła rozstrzygnąć po przebudzeniu następnej nocy. Miała więc wiele czasu na przemyślenia. Tym bardziej, że wraz z Toreadorem, wróciła do do domu Blake'a. -

EKSCYTUJĄCA PRZYSZŁOŚĆ
Wyjechali wcześnie. Kilkanaście minut po przebudzeniu. Domek w którym miało się odbyć spotkanie był obecnie opuszczony. Należało go więc przygotować. Domostwo “przywitało” ich ciemnością w oknach i ciszą. Był to dość luksusowy przybytek nie odbiqegający za bardzo od willi Williama. Prawdopodobnie zbudowany w tym samym czasie co reszta willi i zaprojektowany w tym samym biurze projektowym co pozostałe.
- Pójdę włączyć zasilanie na tyłach, ty ogarnij hol i pokój gościnny. Pościągaj pokrowce z mebli i krzesła ze stołu. - rzekł Blake rzucając Ann klucze.
Ann złapała klucze i szybko ruszyła otworzyć drzwi w domku, aby móc się zająć zdejmowaniem okryć mebli.
W środku… było upiornie. Panująca ciemność, białe pokrowce przypominające duchy. Kurz, gdzieniegdzie pajęczyny. Po prostu scenografia jak z niskobudżetowego horroru.
Dziewczyna westchnęła lekko i zabrała się za zdejmowanie okryć z mebli, aby po tym zestawić krzesła ze stołu w salonie. Wiedziała że tu by się przydało większe odkurzanie.
Na to jednak nie było chyba czasu. Nie było też chyba odkurzacza. Za to zamigotały, a potem zaświeciły się lampy w całym domu. Toreador podłączył zasilanie, zapewne po prostu włączając bezpieczniki.
Ann była zadowolona, że nie jest uczulona na kurz, bo zabiłby ją ostatecznie w tym miejscu. Jedynie wzięła jedną tkaninę, aby nią strzepnąć kurz z blatu.William zjawił się kilkanaście minut później. Z butelką mrożonego “wina”.
Postawił ją w kubełku lodu na środku stołu i kilka kieliszków dookoła niej.- Wygląda nieźle. Ciekawe kto się zjawi pierwszy. Joshua czy goście.- ocenił sytuację Toreador.
- Jak na Toreadora jesteś mało... przywiązany do luksusu i zachowania wizualnych standardów. - stwierdziła.
- Wolę piękno natury niż jego mizerne naśladownictwa stworzone przez śmiertelników. Zresztą od czasu impresjonistów… sztuka stoczyła się na samo dno. - westchnął Blake.
- Och, nie przesadzaj. Sztuka cyfrowa również potrafi być niesamowita.-
- Możliwe.- stwierdził obojętnym tonem Toreador.- Żadnej nie widziałem. Nie cenię tego, co… można napisać zamiast namalować.
- Czy tak właśnie kłócą się między sobą artyści? - zaśmiała się dziewczyna.
- Tak. Poza tym kłócą się o muzy… zwłaszcza te ładniejsze i że tak powiem… o luźniejszej moralności. - zaśmiał się Kainita. - A i narzekają na brak pieniędzy i niezrozumienie swojej sztuki.
- Ty na pieniądze nie możesz narzekać.
- Dlatego narzekam na upadek sztuki. - odparł William ironicznie. - I na fakt, że nie utrzymuję się z moich wierszy, tylko z wynajmnu nieruchomości.Oboje usłyszeli odgłos nadjeżdżającego samochodu.
- Maruda. - stwierdziła i ruszyła do wyjścia - Chodź gospodarzu, goście.
Dwa czarne lincolny zajechały na podwórze. Jeden po drugim. Z pierwszego wysiadła kruczowłosa Kainitka w czarnym płaszczu i kapeluszu.-|
Rose Wilmowsky. Podeszła do obojga. Przyjrzała się i uśmiechnęła.- Przybyliśmy. Ufam, że wszystko gotowe?- zapytała.
|-- Joshua jeszcze nie przyjechał, ale pomieszczenie gotowe.- stwierdził Blake. Rose skinęła głową i zawróciła do pierwszego z pojazdów. I wysiadł z niego stary nosferatu w garniturze. Marcus Falconi , szeryf Nowego Jorku.Ann cieszyła się, że najpewniej Nosferatu nie będzie przeszkadzał kurz na garniturze.
Kainita podszedł do obojga i rzekł zerkając na Toreadora.
- Nieźle się trzymasz Williamie, życie na prowincji ci służy.- rzekł przyjaźnie.
- Nie narzekam.- odparł Toreador. A następnie Nosferatu zwrócił się do Ann. - Panno Baudelaire, miło pannę widzieć. Ufam, że Tremere nie narzucają się za bardzo?
- Nie, mam tylko z Nadią kontakt. - stwierdziła lekko skłoniwszy głowę i uśmiechnęła się do kobiety - Miło cię znowu widzieć, Rose.
- Nazwajem. - stwierdziła Rose odpowiadając uśmiechem i zwróciła się do Nosferatu. - Zabezpieczymy teren. -
- Dobrze.- odpowiedział Nosferatu. - To może wejdziemy do środka?
- Jest zakurzone, to może marynarki zostawicie w aucie? - zaproponowała z uprzejmości.
- Jestem Nosferatu. Brud nie jest mi obcy.- machnął ręką Markus, a Rose odparła żartobliwie.- Zabezpieczymy teren dookoła budynku, więc lepiej żebyśmy mieli coś na grzbiecie.Ann skinęła głową i poprowadziła wampiry do środka.
- Całkiem przytulnie.- ocenił Nosferatu wchodząc do pokoju gościnnego.- I cicho. Co jest rarytasem gdy się mieszka w Nowym Jorku.-
- Zawsze możesz się przeprowadzić tutaj. - odparł żartobliwie William.
- I ściągnąć wam tu kłopoty?- zaśmiał się Nosferatu kładąc czarną teczkę na stole. Blake sięgnął po butelkę i nalał zmrożonej krwi do dwóch kieliszków.- Trzeba uważać, utoczona z całkiem sporej pijaczyny.
- Dzięki.- odparł Marcus.- Więc… widzieliście draugi?
- Wcześniej z bardzo bliska... - westchnęła Ann.
- Więc… co możecie o nich powiedzieć?- zapytał Nosferatu wyciągając stosik papierów z teczki. - Dostałem od mojego klanu stare dokumenty dotyczące zaginionych… w czasie katastrofy, która zniszczyła szyby kopalniane. Było ich… trzynastu. Pechowa liczba.
- Były to szare i łyse parodie człowieka z wielkimi pazurami.- zaczęła bezklanowa - O błyszczących czerwonych ślepiach. Używały dyscyplin i przynajmniej jedna była w stanie mówić. Bez większego problemu pokonały Larry’ego atakując z ukrycia. Polując. Gdy go dopadły niczym zwierzęta się nad nim zgromadziły gryząc i wypijając z niego krew. - skrzywiła się - jeden z nich praktycznie rozpłakał mi brzuch tymi szponami, gdy odnalazł moje ciało skryte w stworzonym przeze mnie mroku. Zdołałam naliczyć sześciu, ale możliwie było ich więcej. Pojawiali się i znikali. Sami wybili wszystkich anarchistów mieszkających sąsiednio, a teraz... krążą po naszym terenie i wedle Księcia mogą skierować się do Nowego Jorku. Zasmakowały w wampirzej krwi i wyraźnie na nią polują.
- Nie więcej niż trzynastu… może mniej.- ocenił szeryf. - Nie powstały z nowoprzebudzonych Kainitów, więc są znacznie potężniejsze niż zazwyczaj. Także i to… rozsmakowanie we krwi naszego rodzaju jest niepokojące. -Przejrzał dokumenty. - Jeden z nich był primogenem, nim… zaginął.
- William i książę trafili na ich ślady.
- To interesujące.- odparł Falconi, a Kainita pokręcił głową. - Nie bardzo… udało się nam jedynie odkryć kierunek w którym podążały i ocenić ich liczbę na circa osiem osobników.-- Mhmm… ze swojej strony organizuję już z moich podwładnych grupę łowców mających posłużyć do ubicia tych potworów.- spojrzał to Ann, to na Williama.- Powiem szczerze, nie podoba mi się pomysł ogłoszenia krwawych łowów na draugi. Wywoła to tylko chaos i zamieszanie. To już nawet lepiej by było dać cynk Kościołowi.
- Śmiertelnym? - zdziwiła się Ann.
- Łowcom wampirów. Zdziwiłabyś się jak skuteczni bywają przeciw naszemu rodzaju. Lasombra w wiekach średnich korzystała z nich często, czyniąc ich swoimi ogarami na inne klany.- zaśmiał się Marcus. - Tak przynajmniej słyszałem.
- Więc Łowcy wampirów to nie jest fikcja?
- Podobnie jak mumie.- odparł Blake z uśmiechem.- Po prostu są już rzadkością.-
- No i w Nowym Jorku staramy się wpływać na kler i rabinów, by cóż… nie pozwalali im hasać po mieście.- wyjaśnił Szeryf.Tymczasem było słychać nadjeżdżający samochód. Prawdopodobnie był to Joshua.
- Niemniej sądzę, że jakakolwiek grupa śmiertelników po prostu będzie posiłkiem dla draugów.
- Tak jak i banda Kainitów skuszona okazją do walki z potworami. Z pewnością dobrze przeszkoleni śmiertelnicy są jednak większym dla nich zagrożeniem niż mięso armatnie Pawlukowa. - ocenił Falconi. - A już lepiej będzie gdy sami stworzymy taką grupę łowców niż ogłosimy Krwawe Łowy, dlatego liczę że książę Stillwater poprze mnie w tej materii za trzy noce.- A co ma się stać za trzy noce?- zapytał Joshua wchodząc.
- Mój Książę zbierze wszystkich Primogenów przedstawi im oficjalnie problem. Nieoficjalnie zostali już poinformowani. No i… każdy klan będzie mógł przedstawić swój pomysł na rozwiązanie problemu. Następnie będzie narada i głosowanie… a na końcu Książę zdecyduje o poczynaniach. Oczywiście przedstawiciel księcia Stillwater… byłby mile widziany na tym zebraniu. A jego opinia wysłuchana z należytym szacunkiem. - odparł Falconi.
- Aż trzy noce?- odparł zdziwiony Smith.
- Niektóre klany muszą to przegadać i opracować strategię. Tremere, Nosferatu, Toreadorzy czy Ventrue. Nie każdy trzyma swoich za jaja jak Groza. - wzruszył ramionami Szeryf.
- Obawiam się, że akurat w przypadku chłopców Grozy to mogliby niefortunnie skończyć dość szybko w obliczu potworków. - westchnęła.
- Groza jest zwolennikiem teorii Darwina i przetrwania najsilniejszych. Jeśli jego podwładni zginęliby z rąk draugów, to znaczy że nie byli godni daru nieśmiertelności który otrzymali.- machnął ręką Falconi.
- Będzie ktoś od nas na tym zebraniu.- potwierdził Joshua.- Już wspomniałem, że moim pomysłem byłoby wyselekcjonowanie Kainitów do odłowienia i ubicia draugów bez całego tego cyrku z krwawymi łowami. Za dużo zamieszania. Zawsze uważałem że dyskrecja jest cnotą naszego rodzaju. A krwawe łowy nie mają nic wspólnego z dyskrecją. Ze strony Stillwater… Larry Dukes i William Blake byliby świetnym dodatkiem do takiej ekipy. A i słyszałem plotki o potężnym wampirze ukrywającym się w okolicy i będącym… tolerowanym… gościem?- ni to zapytał, ni to zasugerował Szeryf.
- A skąd niby masz takie plotki?- spytał podejrzliwie Joshua.
- Chyba nie sądzisz, że wyjawię swoje źródła. Mogę tylko stwierdzić, że przymkniemy oko na… ten fakt, podczas tej misji. W końcu nie wypada nam wtrącać się do spraw domeny zaprzyjaźnionego księcia. - odparł uprzejmie Nosferatu.
- No i ten nowy gość może pomóc. - Ann spojrzała na Williama.
- Przyda nam się każda pomoc.- zgodził się Falconi z uśmiechem. - Nieprawdaż?
- Hmm… tak.- potwierdzili zgodnie i unisono Toreador z Brujahem.
- To chyba wszystko co miałem do powiedzenia. Mogę wam zostawić dossier zaginionych Nosferatu, aczkolwiek wątpię by to w czymś pomogło. Liczę, że mój plan zyska w waszych oczach do czasu zebrania w Nowym Jorku.- rzekł stary Kainita wstając od stołu.Ann też wstała, oddając jednak inicjatywę w starszym wampirom.

Nastąpiło pożegnanie i następnie Szeryf opuścił budynek. A Joshua nalał sobie trunku mówiąc.
- Więc to jest ich plan… zebranie grupy wampirów do odłowienia problemu? -
- Ma chyba sens.- ocenił Blake.
- Trzy noce… trzy noce będą radzić. Jak sądzisz, ile im zajmie ustalenie składu osobowego tej grupy?- zapytał ironicznie Smith.
- Krócej jeżeli sprawa nabierze większego priorytetu. Gdy uderzy bliżej ich domu... - mruknęła Ann.
- Może… ale wydaje mi się, że próbują nas wciągnąć w swoje gierki, zamiast naprawdę rozwiązać problem. Krwawe Łowy nie wymagają takiego… kombinowania. Wszyscy Kainici wiedzą o zagrożeniu i najsilniejsi mogą się z nim zmierzyć na swoich zasadach.- odparł Joshua popijając trunek. A William nalał sobie mówiąc.- Wiesz dobrze jak bardzo dużą wagę nowojorski Książę przykłada do kontroli.
- Jeżeli poprzemy plan któregokolwiek Primogena czy kogoś innego to automatycznie będzie wyglądało jakbyśmy obstawiali po jego stronie. Według mnie nawet jeżeli któryś plan wyda się dobry to powinniśmy zaproponować podobny ze zmianami jako Stillwater, Nie pomijając jednak wspomnienia też innych pomysłów, aby nikt nie mógł się poczuć niedoceniony. - mruknęła zamyślona - trochę to przypomina grę w negocjacjach, gdy analizujesz którą umowę przyjąć.William machnął ręką dodając. - Jestem pewien, że Falconi już podjął inicjatywę co do draugów. Reszta jest na pokaz.
- Oby… nie podoba mi się cały ten polityczny cyrk. Przy tym nasze zebrania wydają się bardziej skuteczną formą rządów. - odparł Joshua.- Oczywiście ty pojedziesz. Myślisz, że jest sens zbierać naszą grupkę i rozmawiać wspólnie na ten temat?-
- By primogeni poprzez swoich szpiegów dowiedzieli zawczasu co planujemy? Nie. Tym razem żadnych zebrań.- zadecydował Toreador ze śmiechem.
- Ale czy jeżeli William tam pojedzie nie zostanie to źle przyjęte przez Elenę? - odezwała się.
- W naszym małym miasteczku tylko William ma odpowiedni status i renomę by reprezentować księcia Stillwater na takich zebraniach. Elena o tym wie.- wyjaśnił Joshua popijając “wino” marki pijaczek.
- Tylko w tym momencie odbywa się tutaj walka o cały klan Toreador. William będzie w sytuacji, którą mógłby zechcieć wykorzystać mimo słów o braku zainteresowania. Na pewno, bo przecież znalazł młodych, których by pociągnął.
- Tam nie będzie wielu młodych. To nie przyjęcie towarzyskie, a bardziej narada mafii.- zaśmiał się Blake i dodał.- Wysyłając kogoś o niższym statusie obraziliśmy Księcia i Primogenów.Ann nagle zaśmiała się do swojej myśli.
- A może wyślemy Lukrecję? Byłaby przeszczęśliwa.
- Nie możemy. Jej nie wolno wracać do Nowego Jorku.- przypomniał jej Joshua. - Z Kainitów którzy nie są objęci zakazem, jest oczywiście William, Nadia, Garry i ty. Lukrecja i Larry nie mogą wrócić. Ciążą na nich wyroki banicji.
- Gdybym ja pojechała to przynajmniej Groza dostałby udaru. - zaśmiała się Ann.
- Groza nie wie kim ty jesteś. Być może nawet o tobie nie słyszał.- odparł ciepło William.
- Na pewno by padł Ostateczną Śmiercią gdyby ktoś mu powiedział. - przyjrzała się Williamowi - A nie potrzebujesz przypadkiem kogoś do poprowadzenia cię?
- Tak. Domyślam się że bardzo ci zależy na tym spotkaniu. I wezmę cię ze sobą.- odparł Toreador i machnął ręką.- Acz nie przeceniaj swojego znaczenia. Primogen klanu Brujah nie przejmuje się takimi jak ty.Ta uwaga najwyraźniej w jakiś sposób ubodła dziewczynę.
- Zawsze mogę to zmienić.
- Mądrze byś zrobiła nie próbując tego, zwłaszcza na zebraniu Księcia. - wtrącił Joshua.
- Wiem, wiem... nie tylko Lukrecja może się obrażać. - mruknęła.
- Właśnie.- odparł William z uśmiechem.
Ann wróciła z Toreadorem do Róży. Tam William planował spotkać się z Jaine Love. Bo Ravnoska zastąpiła Blake’a w roli gospodarza i przekazała klucze magowi. Oraz załatwiła wszystkie formalności. Teraz czekała w siedzibie Lukrecji z papierami, które Toreador musiał odebrać.
I tak trafili dość późno do jej hotelu. Z gości przy barze była tylko Jaine, jakaś męska ćma barowa i Miracella za barem.- Przyjechał? - zaaferowana Ann od razu podeszła do kobiety i zapytała na powitanie.
- Przyjechał.- potwierdziła wampirzyca i podała Williamowi dokumenty. - Chyba wypełniłam poprawnie. Przyznaję że trochę byłam stremowana. Nigdy nie pracowałam w nieruchomościach.
- Dzięki za pomoc.- odparł ciepło Kainita.- Wygląda na to, że w Nowym Jorku wiedzą o tobie. A przynajmniej o tym, że jesteś tutaj. Niekoniecznie kim jesteś.-
- Zakładam że to miało być pocieszające.- zaśmiała się się Jaine.- A fajny ten mag? - wtrąciła Ann jak dzieciak.
- Stary znajomy. Ten… no… Vincent? - zadumała się Jaine. - Przystojny i dobrze wychowany… tak jak poprzednio. -
- Hmm…o ile pamiętam, twierdził że był kimś znaczącym u siebie.- zastanowił się William przeglądając dokumenty.Temperatura zdawała się lekko opaść. Całe szczęście człowiek był zbyt zaaferowany swoim alkoholem, by próbować dostrzec wylewający się od dziewczyny placek cienia.
- ...co? - Ann warknęła z irytacją - Ten tchórz odważył się wrócić?
- Z tego co się zorientowałam. Nie miał wyboru.- zastanowiła się Jaine i przyjrzała się podejrzliwie, acz pytając z uśmiechem.- Coś między wami zaszło?
- Rzecz w tym, że nie zaszło.- wtrącił żartobliwie Blake, a i Miracella zaczęła czyścić blat kontuaru blisko trójki wampirów.
- Była umowa. Zgodził się na nią. Ja nawet się poświęcić miałam by było mu jeszcze milej. - cień wokół Ann drżał ze złości - A on nawiał!
- Miłosne perypetie. Nie ma nic straszniejszego od gniewu porzuconej niewiasty.- wyjaśnił William, wywołując uśmiech Jaine i chichot Miracelli.Love spróbowała pocieszyć Ann, poklepując ją po ramieniu.- Są i inni magowie na świecie. Nie ten to tamten.
- To nie ma nic wspólnego z miłością. - zaprzeczyła dziewczyna i zniżyła głos - Ale chcę posmakować jego krwi, a on... on po prostu mnie olał.
- Jesteś wampirzycą, u nas nawet miłość krąży wokół krwi.- stwierdziła melancholijnie Jaine.- A po tym odrzuceniu jeszcze tragedia z Cyrilem uderzyła... - schowała twarz w dłoniach - Pieprzone szczęście…
- Przesadzasz… - machnęła ręką Jaine sięgając po karty i tasując je. - Nie było wszak tak źle. Ty żyjesz. Cyril też. Ty masz się dobrze… on… -Rozłożyła karty na blacie i przyglądając się im rzekła. - On też.
- Przez długi czas odchorowywałam to zdarzenie. - mruknęła.
- To się nazywa… odwyk.- odparła z lisim uśmieszkiem Kainitka i schowała karty.- I jak się teraz czujesz? I co czujesz wobec Cyrila?Ann zachmurzyło się.
- To zależy kiedy. Tak bardzo nie myślę o nim, znaczy tak silnie. Ale kiedy naprawdę zaczynam o nim myśleć... - westchnęła - Po prostu boli, że go nie ma. Czuję się samotna.
- Przejdzie z czasem. - stwierdziła Jaine z przekonaniem.
- Najlepiej o tym nie myśleć. - odparł ciepło William doradzając.Ann jedynie mruknęła nie komentując.
- No to… po kolejce?- wtrąciła Miracella nalewając wszystkim “ Krwawe Marry”.
- A Lukrecja się nie obrazi, że jej zapasy rozprowadzasz?- zapytała żartobliwie Jaine. przyjmując poczęstunek.
- Moooże? Sprawdź w kartach. - odparła żartobliwie Miracella.
- A może Mirka ma nadzieję, że Lukrecja ją za to w łóżku wytarmosi za karę? - Ann upiła krwi.
- Moooże…- odparła obojętne Ventrue z tajemniczym uśmieszkiem na obliczu.
- Nie jestem pewien czy Lukrecja jest fanką takich zabaw.- zastanowił się William.
- Według mnie, ona jest fanką każdej zabawy. - odparła Jaine Love.
- I to wszystko wyczytałaś w kartach? - zachichotała młoda Ventrue.
- W jej oczach.- odparła tajemniczym tonem Ravnoska.
- To jednak z Larrym by się pobawiła! Zakazany owoc. - rzuciła Ann.
- Larry to za niskie progi dla dumnej Ventrue, co innego… pewien Toreador.- Ravnoska spojrzała na Williama, a ten się zaperzył mówiąc nerwowo.- Nie za stara jesteś na takie pomysły Tanith?Ravnoska machnęła ręką. - Taaa… uwierzę w te słowa, jak przestaniesz łazić z rozmarzonym wzrokiem ilekroć wracasz z siedziby Ann.
Ann zaśmiała się.- Wiesz, że to nie jest rozmarzenie na mnie?
- Jaine się coś ubzdurało. Za dużo miłosnych horoskopów wystawia w radiu.- zbył ten temat Blake.
- A myślicie, że Lukrecja wcześniej smaliła cholewki do Księcia Nowego Jorku? To nie byłyby za niskie progi. - Ann poratowała Willa.
- Jestem pewien, że próbowała. Aczkolwiek nikomu nie udało się podbić jego serduszka. Nawet La Bella zawiodła w tej materii.- odparł autorytarnie Toreador.
- Może w takim razie Joshua. Też Książę, a Lukrecja nie ma opcji teraz wybrzydzać. - Ann dodała - A te ich sprzeczki to po prostu końskie zaloty.
- Może…- zastanowiła się Miracella.- Lubią się kłócić, to pewne.Ann nagle zaśmiała się.
- Clyde!
To sprawiło, że wszyscy wybuchli śmiechem.
- Fajnie się gadało. Ale świt się zbliża, czas na mnie.- odparła Jaine kończąc trunek i dodając na pożegnanie. - Trzymajcie się zimno.-
- Ty też.- stwierdził Kainita.
- Czy ty byłeś w moim domu kiedy ja przebywałam w Nowym Jorku? - zapytała bezklanowa, gdy znajdowali się już w samochodzie w drodze do domu Williama.
- eeem… raz może… chyba.- odparł Kainita i spojrzał na Ann. - Wbrew sugestiom Ravnoski nie jeżdżę tam ciągle.
- Miziasz mi ghula? - zapytała wprost.
- Nie. Skąd ten pomysł. - odparł oburzonym tonem Blake.
- Inaczej. Piszesz poezje na jego temat?Toreador zbladł wyraźnie, potem nieco się zarumienił dzięki wypitej niedawno krwi. I wymamrotał coś pod nosem cicho, a potem głośniej.- Czerpię inspirację z różnych źródeł.
Westchnęła ciężko.- W ogóle nie uczysz się na błędach swoich dawnych miłości.
- Nie wiem o czym mówisz. - odparł naburmuszonym tonem Toreador.
- Mnie naprawdę nie przeszkadza, że mój ghul jest dla ciebie inspiracją czy jakieś uczucie do niego masz. Po prostu nie pakuj się przez to w kolejne zamęty miłosne, co?
- Niczego takiego nie planuję. Nie martw się o to.- odparł pospiesznie wampir.Przez dłuższą chwilę panowała cisza między oboma wampirami.
- Ty naprawdę sądzisz, że po zerwaniu więzi z Cyrilem będę wolna.
- Tak jak każdy Kainita jest wolny. - odparł Blake i spojrzał na Ann. - Prawdziwie wolny, bo nie było w tej więzi uczucia, jak w mojej, tylko wyrachowanie.
- Nie będę. - stwierdziła wprost.
- Nie zamierzam się kłócić o to z tobą. Zrobisz jak uznasz za stosowne. - odparł zmęczonym głosem Toreador.
- Nie będę miała w tym nic do powiedzenia. - powiedziała smutno - Nie byłabym związana z Cyrilem, to byłabym z innym Tremere. Klan uważa mnie za swoją własność.
- Aaa tak… ta kwestia. Nie przejmuj się nią. - stwierdził ironicznie William. - Zakładam, że… Nadia ci o tym powiedziała?
- Jakie to ma znaczenie czy Nadia?
- To co ci powiedziała nie jest aż tak strasznym wyrokiem, jak to zabrzmiało w jej ustach. - stwierdził Kainita. - Charliego nikt krwią nie poi by był posłuszny. Także i ty mogłabyś uniknąć tego losu, jeśli klan uznałby, że zachowujesz się lojalnie i wypełniasz polecenia. Nie jesteś członkinią Tremere, więc nie włączyliby cię do swoich rytuałów. Jesteś ich własnością acz… cóż… Brujah Nowego Jorku są własnością Grozy. Jesteś pod opieką Klanu teraz, więc zadbaliby o twoje bezpieczeństwo. W pewnym stopniu.- Możliwie Nadia byłaby wybrana jako moja karmicielka.
- Zważywszy na to, że… cóż… przydarzyło to wam się, to wiesz przynajmniej czego się spodziewać. Chyba nie było tak źle ostatnim razem. - zadumał się Blake. - No i Nadia dość elastycznie podchodzi do reguł swojego klanu.
- Ona? Ona uwielbia reguły! No i nie było... Ale ja chcę wrócić do Nowego Jorku nie zostać tu!
- Oczywiście, że uwielbia… SWOJE reguły. - odparł ze śmiechem Blake. - Niekoniecznie pokrywają się one z tradycją Klanu.
- To nie zmienia faktu, żeby mnie zmusiła, aby tu zostać. - odparła niechętnie.
- Jesteś tego pewna? - zapytał Toreador. - Nadia jest samotniczką. Swoje ghulice rzadko zatrzymuje na noc. Obecność Charliego ledwo toleruje. Dlaczego miałaby ciebie zatrzymywać tutaj?
- Abym była pod ręką zawsze kiedy będzie chciała ze mnie skorzystać. Nie ma przecież sama interesów w metropolii.
- Mhmmm… - zgodził się z nią William i spojrzał na Ann. - A ileż to razy z ciebie skorzystała?
- Więcej niż Cyril w tym sposobie. Mniej niż on w kwestiach wykorzystania do planów, ale i sytuacja oraz miejsce nie sprzyja.
- Hmm… nie sądziłem, że Nadia ma jeszcze to w sobie. Miałem wrażenie, że jej iskra się dawno wypaliła.- zdziwił się Toreador.- No i… ostatnio nie próbowała cię… skusić w tej kwestii. Do kolejnych razów?
- Źle to rozumiesz. - zamyśliła się - Jej sam akt fizyczny nie kręci. Ona lubi mieć władzę nad swoim partnerem. BDSM zwykłe. Ją po prostu kręci bycie panem sytuacji. To nie jest tak, że chce tego bez przerwy. W sumie dość rzadko. Panuje nad sobą. Po prostu nie wiem jak by to wyglądało w relacji odległościowej. Jak i w ogóle wyglądałaby nasza relacja. Teraz to była niezobowiązująca zabawa. Tak szczerze najbardziej mnie do niej przyciągało to uczucie, jakiego nie odczuwałam przy Cyrilu. - spojrzała na swoje dłonie - To niesamowite poczucie, że okazywana jest mi jakakolwiek troska i uczucie. Chociażby poprzez sprawianie, że czułam się dobrze. Cyril... - zamknęła oczy - Bardziej bałam się jego reakcji niż śmiałam oczekiwać nagrody.
- Cóż… Nadia też rzeczywiście jest chłodna. - zastanowił się William i dodał z uśmiechem. - Może dałoby się cię wciągnąć pod skrzydła Belli. Ona jest bardzo emocjonalna. Albo innego Toreadora.
- A gdzie podziała się ta twoja absolutna niechęć do picia krwi kogokolwiek?
- Innego Toreadora… nie mówię o sobie. -wyjaśnił Blake. - Są inni mili Toreadorzy w Nowym Jorku. A co do smyczy Tremere… Bella jest specjalistką od negocjacji. Co by utargowała.- Do przemyślenia... - Ann odparła w zamyśleniu - Szczerze do tej pory, prócz Belli i ciebie, to nie spotkałam się z innym Toreadorem, który by nie patrzył z obrzydzeniem na kundla.
- A ilu ich spotkałaś? - zapytał William.
- Po napotkaniu pierwszego, czyli Schwarza, to takich z różnych elizjów, do jakich wysyłał mnie Cyril, to raczej nauczyłam się unikać. Cyril to mi powiedział, że mam robić. Ponoć jestem abominacją dla nich. Tak mówił mój opiekun.
- Schwarz? Trochę chimeryczny i ze skłonnością do melodramatyzmu. - zastanowił się Kainita.- Ale… nie wydaje mi się by pogardzał caitifami bardziej niż… innymi wampirami z ulicy. Wiesz… był z niego taki delikatny salonowy kwiatuszek nienawykły do brudu ulicy.- zaśmiał się na jego wspomnienie. - Zdaje się, że po powrocie do NY w ramach dalszej pokuty głównie z tym brudem obcuje.
- Prowadzi noclegownie dla uliczników. To jest w sumie takie Elizjum dla nas. - uśmiechnęła się kwaśno - Co on zrobił takiego?
- Trafił za to samo co Lukrecja. Tylko mierzył niżej, bo w Bellę.- wyjaśnił Blake. - O ile dobrze pamiętam.
- I ona go oszczędziła?
- Ze wszystkich Primogenów Nowego Jorku ona jest najłagodniejsza. Albo na taką doskonale pozuje. Choć oczywiście mogę się mylić. Nie wiem jak Papa Roach rozprawia się ze swoimi wrogami i spiskowcami. - dywagował głośno Toreador.
- Jeżeli miałabym zgadywać to pewnie orze im mózgi swoją gadką.
- To możliwe. - przyznał Kainita. - Ale musisz przyznać, że otacza swoich wyznawców opieką. Nawet ci z dala od niego… ci na powierzchni są bardzo lojalni.
- Chyba nie do końca z własnej woli.
- Zabawna sprawa. Bo raczej tak, z własnej woli. - odparł ze śmiechem William. - Spotkałaś dwóch Malkavów, więc sama oceń. Mieli wyprane mózgi?
- Jeden był całkiem normalny, a drugi istnieje w zaprzeczeniu. - odparła dziewczyna.
- Ale żaden nie miał wypranego mózgu, prawda?- zapytał ironicznie Toreador dojeżdżając do bramy domu.
- Chyba nie.Spojrzała na bramę - Myślisz, że mój ghul już tu jest?
- A dlaczego miałby tu być? Nadal powinien się opiekować twoim domem.- zdziwił się William.
- Miałam nadzieję, że zatęskni za mną. - wzruszyła ramionami.
- Zew krwi go przygna którejś nocy. Jestem tego pewien.- odparł z uśmiechem Toreador, gdy dojeżdżali do podwórza przed domem.
- To byłoby super ciekawe. Być po drugiej stronie tego sznura.
- No nie wiem.- zastanowił się Toreador wysiadając.- Może?Wkrótce pojawiły się psy, by powitać swojego pana.
Ann wyszła za Williamem.- Zastanawiam się jak wyglądałoby trwanie z tobą jako karmicielem.
- Nigdy nie czułem się dobrze w roli karmiciela. Dlatego mam psy, a nie ludzi jak inni Kainici.- wyjaśnił Toreador.
- A co było takiego w tym złego? - wyraźnie dziewczyna nie była tego samego zdania.
- Nigdy nie czułem się z tym dobrze, dla mojego stwórcy byłem kochankiem nie sługą. - wyjaśnił William, wzdychając. - Nie potrafiłbym więc… nie czułbym się dobrze karmiąc z wyrachowania.
- Twojemu sojusznikowi to nie przeszkadzało. - powiedziała ze smutkiem - Choć czasem zastanawiałam się czy on nie traktuje lepiej swoich Ghuli ode mnie.
- Nie jestem moimi sojusznikami. Nie potępiam też ich metod. Po prostu ich nie praktykuję. - odparł Toreador.- Nie wiem jak ty kiedyś byłeś w polityce wampirzej. Nie mogłeś być tak mięciutki kiedyś i ciągle istnieć! - odparła wchodząc do domu.
- Byłem inny kiedyś. Mniej miękki. Byłem rycerzem, wojownikiem. - przypomniał jej William. - A w polityce, to cóż… moja zaleta polegała na tym, że byłem jednym z pierwszych osadników w Nowym Świecie. Potem zaś rzeczywiście usunąłem się cień.
- Zniszczyłeś kiedyś jakiegoś wampira?
- Tak. Żadnego nie zdiabolizowałem, ale zabiłem kilkunastu wampirów. Dekapitacja jest zazwyczaj skuteczna w takich przypadkach. - wyjaśnił Blake wchodząc za nią do środka.
- Tylko w walce czy też jako Książę? - zapytała wyraźnie ciekawa.
- Tylko w walce. - odparł William. - Za moich czasów Nowy Jork miał populację podobną do Stillwater. Także jeśli chodzi o Kainitów. Wtedy byliśmy bardziej… rodziną.- Może jeszcze kiedyś wrócisz do życia politycznego.
- Jestem doradcą księcia Stillwater. Jestem w polityce.- przypomniał jej pół żartem pół serio Toreador.
- Bardziej. - westchnęła teatralnie.
- Bardziej…- machnął ręką kainita.- Bardziej nie warto.- A słyszałeś kiedyś o przydupasie Księcia o imieniu Anthony?
- Hmm… nie ? A powinienem?- zadumał się Toreador.
- Kręci się taki wokół, na posyłki Księcia. Wampir. Odnosi się do niego bardziej jak ja do Cyrila, niż mieszkaniec miasta. I na pospolitego ulicznika też nie wygląda. - wzruszyła ramionami - Po prostu ciekawa byłam.
- Moja droga, wokół Księcia zawsze się kręci sporo chłopców na posyłki. Nawet jego dzieci są nimi. Nie ma się co nim przejmować. - wzruszył ramionami Kainita.- Masz jakieś przypuszczenia jak zostaniesz przyjęty na dworze w Nowym Jorku?
- Z szacunkiem. Nie wyruszam tam bowiem w swoim imieniu tylko reprezentuję Księcia Stillwater. To i może mała domena, ale w sojuszu z Nowym Jorkiem. Więc oczekuję szacunku i tego się spodziewam. - wyjaśnił z uśmiechem William. - Pozory są ważne dla naszego rodzaju. Całe nieżycie wszak nosimy maski.
- To jak to będzie wyglądać ze mną? - zapytała - Czy w ogóle będę z tobą czy gdzieś na korytarzu?
- Raczej żebyś trzymała się przy mnie. Obawiam się że będziesz miała status przydupasa. Ale wiesz… Bella tam będzie, a ona cię lubi.- przypomniał William.
- Och, służba takiemu Toreadorowi to zaszczyt, dobry panie. - ukłoniła się teatralnie z uśmiechem - Zawsze i wszędzie.
- Z pewnością. - odparł z uśmiechem Kainita.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się