Sezon 2.1
-
Kolejna pobudka. Żebrzący o krew ghul. Obrażenia zadane mu ostatnio jeszcze się nie zagoiły. A pigułki przeciwbólowe się skończyły. Przyniósł jednak coś więcej niż swoje błagania. Lukrecja powiadomiła przez swoje ghule, że dziś Miracella wyrusza do Nowego Jorku. I że Ann ma się stawić na parkingu za Różą.
Dobre wieści, mogły wprawić caitifkę w dobry humor, tym bardziej że koszmary z których się wybudziła nie były szczególnie męczące i wpisywały się w dobrze już jej znany zestaw lęków.
Miracella już tam czekała, ubrana na “urzędniczo”, z dużą aktówką pod pachą. Czekała zarówno na przyjazd Ann, jak i na przybycie ich szofera. Clyde przyjechał po nie białym terenowym nissanem.

Zapewne wypożyczonym od Larry’ego. Podobnie jak uzi w schowku na rękawiczki. Był przynajmniej elegancko ubrany i rzeczywiście sprawiał wrażenie wynajętego bodyguarda. Może nie będzie aż tak źle…
Tym bardziej, że jak się okazało, jechali do “Dotyku Dekadencji”. Był to nocny klub dla wybranych. Jedynie ci którzy mieli zaproszenie i byli na liście mogli tam wejść. Ann nie wiedziała jak się je zdobywało. Nie dostała się ani za życia, ani po śmierci. Choć będąc wampirzycą dowiedziała się co nieco o samym klubie i jego właścicielu. Przybytek prowadził Lucien S. Beauregard, Toreador otoczony nimbem tajemnicy. Nie wiadomo było, czy jest członkiem Camarilli, czy anarchem… możliwe że i jednym i drugim, w zależności od tego kto pytał. Na pewno miał mocne plecy, które pozwalały mu prowadzić przybytek będący nieoficjalnym miejscem dla tajnych negocjacji pomiędzy Kainitami Camarilli i… cóż, innymi frakcjami Świata Mroku. Dotyk Dekadencji zapewniał zazwyczaj spokój podczas negocjacji i dyskrecję. Zazwyczaj. Nie było to bowiem Elizjum, a szeryf Nowego Jorku czuwał i pewne pogaduszki nie uchodziły nikomu na sucho. Lucien co prawda zapewniał dyskrecję i bezpieczeństwo, ale tylko do pewnego stopnia. Nie chciał wszak podpaść Księciu i utracić dochodowy interes oraz wygodny stołek na jakim siedział. Tym bardziej że był potrzebny… przybytki takie jak Dotyk Dekadencji były bowiem złym koniecznym, tolerowanym do pewnego stopnia. Niemniej o tym co się działo w tym przybytku krążyły legendy.
Przejazd przez miasto odbywał się spokojnie. Nikt nie zaczepia trójki Kainitów w Nissanie. Gangrele siedzący przy żarniku zignorowali ich obecność na swoim terenie, skoro trójka Kainitów była dosłownie przejazdem. Para Ventrue polująca na posiłek w restauracji spojrzała na nich beznamiętnie przez okna, gdy ich mijali. Podobnie jak gangrel lub wilkołak grzebiący w śmietniku owej restauracji. Wedle Miracelli był to bowiem wilkołak, opierając swoją pewność na wielu likantropach których zdołała zobaczyć. Cóż… nie zatrzymali się by rozstrzygnąć ten spór. Nie zatrzymali się na widok gangu ulicznego obserwującego ich przejazd a dowodzonego przez dwójkę Brujah. Banda szykowała się na jakąś akcję, ważniejszą od nissana pełnego obcych Kainitów. I pewnie dlatego ich zignorowała.
W końcu dojechali na miejsce. Budynek z czarnego granitu ozdobionego czerwonymi żyłkami innego materiału i wybudowany w industrialnym stylu był pełen dyskretnej elegancji.
|-Z perspektywy ulicy bardziej przypominał klub jazzowy niż prawdziwy nocny klub. Niemniej do drzwi ustawiała się kolejka, a rosły łysy wykidajło był z pewnością Kainitą. Większość osób była odprawiana z kwitkiem. Mężczyzny nie dało się przekupić, a tym bardziej zastraszyć. Ann na moment zwróciła uwagę na pewien element otoczenia. Oldsmobile Thorna stał wśród innych wozów. Pusty. -

KUNDEL SZCZERZĄCY ZĄBKI
Gdy patrzyła na Connora błagającego ją o krew uchwyciło ją nieprzyjemnie znane uczucie. Była w stanie siebie samą postawić na jego miejscu. Tak samo zachowywała się ona w stosunku do Cyrila. Choć nie udobruchało ją to porównanie to jednak coś zmieniło. Nie wiedziała czemu, ale poczuła pewną litość w stosunku do człowieka. Może to dlatego, że sytuacja otoczona była wieloma pozytywami?
Nie odzywała się, gdy przegryzała swój nadgarstek, aby nakarmić swojego ghula. Nie umiała określić jak się czuje w tym momencie. Jakie to było uczucie? Duma? Okrutna satysfakcja? A może smutek?
Czemu nie mogła określić?Wciąż zastanawiała się nad sytuacją z Conorem, gdy wjechali do Nowego Jorku. Szybko jednak atmosfera Wielkiego Jabłka zmyła inne troski. Ponownie znalazła się w metropolii i nic nie było w stanie tego przebić. Niezależnie co widziała na ulicy, kogo udało się ominąć. Ona czuła się naprawdę w domu...
A z tyłu głowy miała myśl, iż tutaj znajduje się Cyril.

Oldsmobile wyraźnie zaniepokoił Ann.
- Z kim ty masz rozmawiać? - mruknęła do Miracelli.
Ventrue zaskoczona wyraźnie tym pytaniem spojrzała na Ann, a następnie rzekła. - To… tajemnica. Nie mogę powiedzieć.
- Jeżeli to ten gówniarz Księcia, to naprawdę bym widziała posłanie go jako policzek. - zaśmiała się.
- A jak ma na imię gówniarz?- zapytała Miracella.
- Quentin Ellsworth. - odparła.
- Nigdy o nim nie słyszałam.- zamyśliła się Ventrue. - Jest ważny?
- Bynajmniej. To idol ghuli i wampirów poziomu ulicy.
- Acha. - Miracella wskazała palcem wolne miejsce do zaparkowania.- To nie masz się czym martwić. Lukrecja nie marnuje czasu na nieważnych gówniarzy.Ann nie skomentowała. Ona mogła nie marnować czasu, ale to nie znaczy, że by jej czegoś takiego nie zrobiono.
Clyde zatrzymał wóz, gdzie mu kazano. I cała trójka wyszła. Miracella oczywiście szła dumnie przodem, niczym wódz prowadzący oddziały do bitwy. Była trochę sztywniejsza niż zwykle, trochę bledsza… niewątpliwie czuła tremę.
Ann chwilę patrzyła na zestresowaną dziewczynę, nim przed ochroniarzem klubu lekko stuknięcie palców dała znać Miracelli żeby działała, sama wychodząc przed nią i zwracam ci do ochroniarza.- Mamy umówione spotkanie na rzecz pani Borgii. - powiedziała i usunęła się trochę w bok odsłaniając młodą.
Wykidajło obojętnie spojrzał na Ann, a potem na Miracellę. Sięgnął do notanika w kieszeni, przekartkował.
- Kto miał przybyć w jej imieniu?-
- Ja… to znaczy, pani Tepes. - wtrąciła niemrawo, a potem dodała głośniej.- Tepes.-
- Słodko. Możesz wejść. On czeka.- dodał zerkając w notatnik.- Trzecia prywatna alkowa na lewo.-Miracella skinęła głową i ruszyła, mężczyzna pozwolił jej przejść ale zablokował drogę Ann i Clyde’owi.
- Hej… co jest człowieku.- zareagował gniewnie Brujah.
- Oni są ze mną. - rzekła Miracella, a wykidajło rzekł. - Dobrze, mogą wejść i pójść z tobą, ale tylko do drzwi kwatery. Dalej możesz wejść tylko ty.-Ventrue przytaknęła głową i ruszyła do drzwi.
Ann spojrzała na zirytowanego Brujah i ruszyła bez słowa za Miracellą.Weszli do środka, wystrój był… “biblijny” z nutką perwersji. Relief nad wejściem przedstawiał z prawej strony Adama, z lewej Ewę, po środku rogatego węża owiniętego wokół drzewa tak jak bywał przedstawiany na symbolu hipokratesa. Adam miał wzwód godny satyra, a Ewa trzymała dłoni w owoc. Nie jabłko, a podłużną gruszkę, którą… łatwo było pomylić z męskim przyrodzeniem.
- Ktoś tu ma jakieś prywatne porachunki z Kościołem. - ocenił Clyde na ten widok.
Ann wzruszyła ramionami.
- Może. Osobiście nigdy nie byłam bardzo stronę kościoła.
- Ja jestem ateistą.- stwierdził dumnie Clyde, a Miracella pokręciła głową dodając.- To jesteście głupcami. Całe nasze istnienie najstarsi wywodzą ze starotestamentowych opowieści.-Weszli dalej, uderzyła w ich uszy… głośna i niepokojąca muzyka techno. Sam wystrój klubu, był mroczny i czerwony. Było tu dużo… ludzi, ładnych i łatwych panienek w seksownych kieckach i bogatych i wpływowych szczeniaków z wyższych sfer. Były też wampiry, z tych które Ann znała jedna osoba rzuciła się Ann w oczy. I nie był to Quentin. To była ciemnowłosa wampirzyca .-|
Ann wyszczerzyła się na widok przydupaski Szeryfa.- Przynajmniej jesteś witana z pompą. - szepnęła do młodej.
- No nie wiem… nie czuję się tak witana. Znajdźmy te prywatne pokoje.- zastanowiła się Ventrue, a Clyde spytał. - A co my potem mamy robić?
- Nie wiem. Nie naróbcie tylko kłopotów.- stwierdziła lekko rozdrażniona Miracella.
- Postaram się być grzeczna. - powiedziała Bezklanowa - choć co ty będziesz miała coś ciekawego tutaj. - mruknęła.
- Pilnuj Clyde’a.- stwierdziła Miracella rozglądając się, a Brujah.- A co ja dziecko, że potrzebuję niańki ?
- Czasem można się zastanawiać... - mruknęła Ann.
- Nieważne…- machnęła ręką Miracella, gdy cała trójka zauważyła idącego w ich stronę mężczyznę.Kainita był to z pewnością i to ubrany ekstrawagancko .-|
Sama Ann mimo że ubrała się porządnie, to nie wchodziła w styl Miracelli. Utrzymywała tyle, aby Lukrecja nie narzekała.- Ach… droga miss Thompson. Jakże dobrze widzieć cię po naszej stronie.- mężczyzna podszedł do Miracelli i cmoknął ją w dłoń. - Zakładam że droga Lukrecja miewa się dobrze?
- Och… eeem… ja jakoś… nie przy…pomi…- zaskoczona tą sytuacją Ventrue straciła rezon i zaczęła mamrotać, ale wampir nie zraził się tym.- No tak, mogłaś mnie zapomnieć, byłem tylko raz i to lata temu, ale ja nie zapominam twarzy. Pozwól że się przedstawię. Lucien S. Beauregard, właściciel tego skromnego przybytku. Więc czemu zawdzięczam twoje zjawienie się.-
- Ja przybyłam tu z polecenia Lukrecji… na nazwisko Tepes.- wydukała już z większą pewnością siebie Miracella.
- Och… no tak, że też nie przyszło mi to do głowy.- zaśmiał się ciepło Lucien i wskazał palcem.- Tam trzeba się skierować, przez drzwi. Korytarz prowadzi do prywatnych kwater wynajętych na dzisiejszą noc. Ufam że Reggie podał szczegóły?
- Tak.- odparła z ulgą Ventrue.Ann ze spokojem przysłuchiwała się wymianie słów tej dwójki.
- To dobrze… bawcie się dobrze. Drinki będą na mój rachunek. A teraz wybaczcie. Mam interes do dopilnowania. - tymi słowami Lucien pożegnał się z trójką młodych wampirów.
- Nie stresuj się tak, młoda. - Ann wyszeptała Miracelli na ucho.
- Łatwo ci mówić.- odetchnęła głęboko Miracella. - No to… eeem… ja idę, a wy… no wiecie co robić, a właściwie czego nie robić.
- Niestety, nie mogę się z tobą zamienić. - westchnęła Ann - Bądź Ventrue... cokolwiek to by nie znaczyło.Miracella uśmiechnęła się tylko i poszła zmierzyć ze swoim przeznaczeniem, zostawiając Brujaha pod opieką Ann.
Caitiffka spojrzała na Clyde'a.
- Nie rób niczego czego nie chcą byś robił w Róży. Podrywy wliczam. I boostowanie ego. Jesteś za cienki, by to robić przy tych tutaj. Nie zawstydzaj swojego Ojca.
Clyde naburmuszył się słysząc te słowa.
- Niech ci będzie.
- Ta czarnowłosa babka, co na scenę patrzy - opisała kobietę. - To przydupaska Szeryfa. - pociągnęła Clyde’a w stronę baru - Popij sobie, coś dla mnie weź. Ja do niej pójdę. - uśmiechnęła się i skierowała do kobiety.
- Służbowo czy korzystasz z benefitów pozycji? - Ann odezwała się, gdy podeszła do czarnowłosej kobiety.
- Wybierasz sobie wyjątkowo niefortunne miejsca na spotkania. Nie wiem po co tu jesteś, ale lepiej zrobisz jak opuścisz to miejsce. Wkrótce będzie tu jatka.- stwierdziła krótko kobieta.
- Tutaj? - zdziwiła się Ann - Chyba nie w tym budynku? I nie, nie mogę opuścić tego miejsca. Nie zostawię młodej Lukrecji, z którą tu jestem.
- W tym budynku, w tej sali. - potwierdziła wampirzyca obojętnym tonem.- Zrobisz co chcesz, siebie tylko będziesz mogła winić jak traficie między młot a kowadło.
- Są jeszcze inne osoby, które będę mogła winić. - stwierdziła - Czy to ma coś wspólnego z tym gangiem na mieście? Mijaliśmy jakiś.
- Nie… to bardziej egzotyczna kwestia. - przyznała z niechęcią Kainitka. - Islamiści.Ann patrzyła bez zrozumienia.
- Znaczy... Śmiertelnicy?
- Nie tylko… renegaci klan Assamitów, czasami za bardzo… przesiąknięci wiarą którą praktykowali za życia i pozostają jej wierni po przemianie. - wyjaśniła wampirzyca niechętnie. Anarchowie wywodzący się z tego klanu mają problemy z dyscyplinowaniem swoich potomków i czasem… zwłaszcza u świeżo przemienionych, marzy się walka z niewiernymi.Ann wydawała się podekscytowana.
- i będziecie przeciw nim walczyć?
- Zlikwidujemy ich… i ich ludzkich kompanów. Nie potrzebujemy tu kolejnego 9/11 z wampirzym dodatkiem.- odparła Kainitka.- To młode wampiry, mało doświadczone. Na dłuższą metę nie mają szans.- Mogę się do was przyłączyć? - zapytała radośnie - Jeżeli mała i tak będzie zajęta…
- Z tego co wiem, niespecjalnie z ciebie użyteczna wojowniczka. Bardziej specjalizujesz się w zwiadzie.- odparła Kainitka.
- Głównie zabijałam śmiertelnych... - zamyśliła się - Ale wampiry też nie będą radosne jak ich przywitam z moim krwiopijnym sztyletem. A do tego jest tu też Syn Księcia Stillwater. Brujah.
- Raporty… potwierdzają jego… bezużyteczność na polu walki.- machnęła ręką wampirzyca. - Twoją w sumie też. Problem w tym, że za dużo myślisz… zamiast działać. Bitwa to nie czas na planowanie, tylko na skorzystanie z insty…-
|-- No… młoda z niej kózka… nauczy się używać się rogów… w końcu.- głos który był znajomy. Rudowłosy wampir przysiadł się do nich uśmiechając się.-|
- Fajny fryz, co? - rzekł poprawiając czarne lustrzanki. - Lorens, duch który mieszka w rurze obok mi go zasugerował. Powinienem być dziś incognito. Więc tak się do mnie zwracajcie. Jestem Incognito Gorgon.-Ann wygląda na zadowoloną z obecności Gorgona.
- Ten duch ma gust, to muszę przyznać. - pokiwała głową - A i tak się przyda aby panicz pokazał wreszcie, że jest Brujah. - postarała się zignorować opinie o sobie.
- A gdzie on jest?- spytał zaciekawiony Locarius/Incognito. A następnie spojrzał na Kainitkę w garniturze.- Uśmiechnij się Rose.-
- Na twoim pogrzebie.- odparła Rose obojętnym tonem i upiła nieco krwawej Mary.Ann wskazała kierunek baru.
- Tam go zostawiłam. - powiedziała do Malkavianina. Spojrzeli oboje i nie dostrzegli Clyde’a. Brujah gdzieś wywędrował.
Ann rozejrzała się po okolicy w poszukiwaniu zaginionego. I nie dostrzegła ich ochroniarza. Clyde gdzieś znikł w tłumie gości przybytku Luciena.
- Umie znikać. Może to tak Nosferatu udający Brujaha?- zadumał się Locarius.
- Nieważne, nie potrzebujemy nie sprawdzonego w boju bękarta Joshui. Tylko by zawadzał. - machnęła ręką Rose.
- Może się pojawi. Jako dystrakcja, krótko istniejąca. - mruknęła dziewczyna.
- Nie mamy powodu czekać na jego pojawienie.- Rose spojrzała w kierunku wejścia do sali. Tam stała drobniutka ciemnowłosa wampirzyca. Piękna, osobisty ogar Księcia.
- Ruszamy. Loc..
- Incognito.- wtrącił rudy wampir.
- Incognito. Nowa jest pod twoją opieką.- rzekła wampirzyca wstając od stolika. Wraz z nią kilku innych Kainitów znajdujących się w różnych miejscach sali poderwało się na nogi.Ann spojrzała na Gorgona wyczekująco.
Ten uśmiechnął się, a Rose ruszyła dzwoniąc telefonem. Po chwili drzwi otwarły się z hukiem.- Wszyscy na ziemię. Policja! - odezwały się wpadające do środka osoby w strojach SWAT , wywołując oczywistą panikę. Część ludzi padła grzecznie na ziemię, reszta próbowała się rozpierzchnąć. A młodzieńcy o wyraźnych arabskich rysach, przy kilku stolikach sięgnęli po broń i zaczęli strzelać w kierunku policjantów, na co ci odpowiedzieli ogniem.-|
- To nasz cel… musimy się przyczaić i poczekać, aż ghule wypłoszą ich na tyły lokalu. Mniej świadków. - wyjaśnił Gorgon cicho.Ann nie trzeba było mówić więcej. Ustawiła się otoczona cieniem i zastygła. Czekała.
Wymiana ognia trwała chwilę, kilka kul dosięgło celów po obu stronach. Niemniej nagle coś zaczęło się dziać. Jeden po drugim islamiści zaczęli padać na ziemię, krztusząc i się i dusząc od krwi która wypełniła ich płuca.- Zdrajca… zdrajca…- krzyczęli między sobą, zwracając broń palną przeciw sobie nawzajem. Po czym rzucili się do ucieczki. W małych grupkach, nie ufając sobie nawzajem. Ghule w policyjnych mundurach nie ruszyli za nimi. Za to Rose i jej ludzie tak. No i Gorgon z łobuzerskim uśmiechem.

Podekscytowana Ann ruszyła za Gorgonem, w lewej dłoni trzymając pistolet otrzymany od Larry'ego, a na wyciągnięcie prawej mając u boku schowany w sztylet.
Wpadli na siłujące się dwa wampiry… jeden w garniturze, zapewne członek świty Rose. Drugi, ubrany nieco bardziej bojowo, starał się wbić kły szyję tego drugiego. Obaj zataczali się po korytarzu, próbując zdobyć przewagę nad przeciwnikiem. Ich pistolety leżały na podłodze, a gdzieś w pobliżu słychać było strzały z broni palnej.
W pierwszym odruchu Ann strzeliła w glowę wampira chcącego zjeść drugiego.
Pistolet od Larry’ego miał kopa. Dłonią Ann szarpnęło. Ten odrzut jednak był dowodem siły ognia broni. Z bliskiej odległości, renegat nie miał szans. Jego głowa pękła jak krwawy arbuz, a ciało zwiotczało. Z takiej rany młody wampir nie mógł wykpić się regeneracją. Locarius w ogóle się nie zatrzymywał, tylko ruszył dalej.
Młoda wampirzyca na chwilę się zawahała, aby zerknąć czy ten drugi wampir nie został ubity przypadkowo.Biegli w kierunku odgłosu strzałów, wpadli na zakrwawionego wampira z nożem wojskowym w dłoni, zakrwawionymi ustami, kurtkę z wojskowym kamuflażem i szaleństwo w spojrzeniu. Rzucił się na Locariusa, ten podniósł okulary w górę. Wampir zamarł w bezruchu, a Locarius wepchnął lufę dużego rewolweru w usta Kainity… strzelił, rozwalając mu mózg. Ciało opadło martwe na innego Kainitę, w garniturze i z rozerwanym gardłem… pozbawionego krwi… i prawie głowy.
Gorgon nie przejął się tym, tylko ruszył dalej opuszczając patrzałki na swój zabójczy wzrok.
Ann kopnęła martwego tak, aby jego krew spływała do ust pozbawionego krwi i pognała za Locariusem.Wkrótce dotarli do celu, mijając po drodze kilku zarżniętych jak bydło śmiertelników i kolejnego garniturka przepołowionego na pół. Jak się okazało tyły przybytku rozkoszy, jakim była knajpka Luciena zostały zastawione przez vany należące do szeryfa NY. Renegaci i ich ludzcy sojusznicy zostali schwytani w pułapce i rzucili się do walki z ślepym fanatyzmem.
Część schowana za śmietnikiem ostrzeliwała Rose i jej ludzi. Część uzbrojona w kindżały i poruszająca nadnaturalnie szybko rzuciła się na Rose, licząc zapewne na to, że jej śmierć zniszczy morale wroga. Przeliczyli się, uzbrojona w dwa podrasowane Desert Eagle, wampirzyca poruszając się równie szybko, jeśli nie szybciej niż oni, unikała ciosów szerokich zakrzywionych ostrzy trzech atakujących ją Kainitów. Poruszając się między nimi przystawiała lufę broni, do ich torsów, twarzy, ramion. Bum, bum, bum… jeden Kainita stracił rękę, jeden dosłownie twarz (i sporą część głowy), a jeden otrzymał sporą dziurę w miejscu serca.
Ann spojrzała w stronę skrytych za śmietnikiem Kainitów, którzy wciąż stanowili zagrożenie. Chciała coś z nimi zrobić... może...
Ann " rozciągnęła" cień śmietnika, aby ten zakrywał większą przestrzeń. Mogła mieć tylko nadzieję że ta młodziutka grupka nigdy wcześniej nie widziała "ożywionych " cieni.Efekt przeszedł oczekiwania dziewczyny.
Nie stało się tak jak planowała. Miejsce obok śmietnika jak i jego okolice zostały oplecione gęstym czarnym... cieniem? Jakby cienista kostką w przestrzeni. Nie wydobywał się z niej żaden dźwięk i nic nie było widać... Choć zważając na reakcję zdziwionej Ann mogło to coś dać.
- Co do licha… - ocenił Locarius i podobnie zresztą jak Rose. - Co do cholery?!
Po czym celnymi strzałami dobiła konających Assamitów wokół siebie.
- Wystrzelajcie ich! - krzyknęła Ann i zaczęła strzelać do wroga w cieniu.
- Kogo…- odezwał się jeden z garniturków. A Rose potarła czoło w irytacji. - Mamy granaty?
- No kilka na wypadek…- zaczął inny wampir.
- To jest ten wypadek. Zużyć wszystkie.- zadecydowała Rose.Granaty poleciały w ciemność. Pięć… co się potem stało… nie wiadomo. Słychać było tylko przytłumione eksplozje.
Cień nagle zaczął zanikać, a zmęczona nowym doświadczeniem Ann zachwiała się na nogach.Gdy ów mrok zniknął widać było… jatkę, stłoczeni razem ludzie i Kainici zostali poszatkowani granatami odłamkowymi, że trudno było pośród tych fragmentów ciał ocenić, które należało do wampira, a które do śmiertelnika.
- Pozbierać kawałki i spalić.- zadecydowała Rose chowając pistolety.
Ann wyprostowała się i z uśmiechem patrzyła na efekt. Wyraźnie była zadowolona.
- Jeszcze mi tak nigdy nie zrobiło. - odezwała się do Locariusa.
- Nooo… wygląda… dziwnie…- wzruszył ramionami Malkavian.- Ale ja tam nigdy nie rozumiałem sztuki nowoczesnej. -Patrzył jak ghule i niżej postawione wampiry zabrały się za zbieranie szczątków i ciał, pakowaniem ich do plastikowych worków. A te były zanoszone do stojącej za rogiem śmieciarki.
Ann podeszła w stronę Rose i odezwała się do niej.
- Dwóch w garniakach leży na drodze tutaj i chyba wciąż istnieje.
- Się sprawdzi.- mruknęła Rose zmieniając magazynki w pistoletach. I rozglądając się dookoła.- Będzie trochę sprzątania i trzeba będzie przygotować wystąpienie prasowe. Na szczęście Książę ma ghuli w FBI. Oni się zajmą zasłoną dymną tej akcji.
- Czy zasłużyłam na choć niewielkie podniesienie rangi w moich aktach? - zapytała zadowolona z siebie młoda Caitiffka.
- NIe wiem… zobaczy się. - odparła enigmatycznie Rose i sięgnęła po smartfona. - Tu Wilmowsky. Operacja zakończona, sir. Komórka terrorystów zlikwidowana, oczywiście nikt nie przeżył. Zabieramy się za porządki tu na miejscu. Niech PR przygotowuje odpowiednie wrzutki dla pismaków. I niech nasi w FBI zabiorą się do pracy.Ann coraz bardziej żałowała, że nie znajduje się tu na miejscu, w Nowym Jorku. Tu się przecież tyle ciągle działo! A ona musiała w tym nudnym miasteczku przesiadywać...
- Zazdroszczę ci. - odezwała się do Rose, gdy ta przestała rozmawiać.
- Nie wiem czego… to jeden wielki śmietnik, a ja robię za śmieciarza.- wzruszyła ramionami Rose.
- Lepiej być śmieciarzem niż umierać z nudów.
- Cóż… nie myśl, że takie akcje zdarzają się codziennie. - Rose Wilmowsky wzruszyła ramionami spoglądając na Locariusa rabującego poszarpany ludzki korpus z portfela.- Przez większość czasu robię, to co robiłam przy naszym pierwszym spotkaniu. Użeram się z pompatycznymi wampirami uważającymi się za coś lepszego niż są.
- To i tak ciekawsze od mieszkania w malutkim miasteczku. - stwierdziła.
- No nie wiem… co byś ty robiła tutaj? Twój opiekun siedzi w pierdlu, ty niby masz wolność, ale nie masz mieszkania. Będziesz wałęsała się po mieście i prowokowała oprychów Grozy?- zapytała retorycznie Rose.
- Poszukałabym kogoś kto by mi zapewnił opiekę za służbę. - wzruszyła ramionami.
- Ty i reszta nieszczęśników w przytułku.- przypomniała jej Rose wzruszając ramionami.- Teraz jest ich więcej, bo paru prominentnych wampirów poszło wąchać kwiatki od spodu, a uczepieni ich Kainici szukają nowych opiekunów.
- Nadal mnie nie zniechęciłeś. - odparła bez przejęcia.
- Nie planuję. Po prostu mówię jak jest. - stwierdziła podwładna szeryfa. I zwróciła się do jednego z garniturków.- Zrób sobie małą przebieżkę po budynku i policz nasze straty. Carlo chyba nie żyje, bo akurat jego trupa widziałam. Chcę wiedzieć co z resztą.--Sie robi. - rzekł pospiesznie wampir i wrócił do klubu.
- też wrócę bo dziecinki się stęsknią. - mruknęła Ann.
- Hej!- Gorgon nagle wrzasnął i pognał ku caitifce. Zatrzymał się przed nią i uśmiechnął.- Uff! Dobrze że sobie przypomniałem. Widziałaś but?
- But? - zapytała zdziwiona - Jaki but?
- But Marge oczywiście.- równie zdziwionym tonem odparł Malkavian.
- Och... nie. Nie było go przy jej ciele.
- Hmm… dziwne. -wzruszył ramionami Gorgon i podrapał się po policzku.- Chcesz pięćdziesiąt trzy dolary dwadzieścia dwa centy? Ja ich nie potrzebuję.
- Chętnie. Ale jeżeli ich nie chcesz to czemu je brałeś?
- Były w portfelu, mi są niepotrzebne.- odparł Locarius z uśmiechem podając dziewczynie pieniądze.
- Dzięki. A znalazłeś coś dla siebie?
- Całą resztę, poza kartami kredytowymi. Te są bezwartościowe dla mnie. - rzekł w odpowiedzi Locarius, gdy szli ku tylnym drzwiom lokalu.
- A co ciekawego znalazłeś?
- Skarby…- odparł z uśmiechem Malkavian nie wdając się w szczegóły.
- Fajno. - odparła radośnie.
- No…- odparł równie radośnie Locarius.
Wkrótce weszli do klubu, na jego zapleczu już zaczęło się sprzątanie. Na głównej scenie zaś.. ludzi było mniej i wampirów też, ale zabawa powoli zaczynała się rozkręcać. Jakby niedawnej strzelaniny nie było.
Ann zaczęła rozglądać się za Clydem i Miracellą. W końcu dostrzegła Clyde’a w towarzystwie pijanych panienek. Miracelli jeszcze nie wypatrzyła.
Ann podeszła zirytowana w stronę potomka Joshui.- Dobrze się bawisz, słonko?
- Pomijając całą tę akcję policyjną… całkiem dobrze. - potwierdził z uśmiechem Brujah.- A ty?Przesunęła się do ucha Brujah.
- W przeciwieństwie do ciebie ja byłam zajęta taką akcją.-
- To znaczy że wplątałaś się w miejscową strzelaninę?- zdziwił się Clyde. - Po co? To ich sprawy, nie nasze.
- Żeby się trochę rozruszać. - mruknęła - Tobie by się przydało w końcu.
- Jestem kochankiem, nie wojownikiem… nie walczę za darmo. - odparł z uśmiechem Clyde.Tymczasem do obojga podeszła Miracella. - Fajnie że sobie tu tak gruchacie. Sprawa załatwiona możemy wracać.
- Daruj. Ja mordowałam Assamitów. - przewróciła oczami.
- Dla każdego coś dobrego.- wtrącił Clyde, a Ventrue zignorowawszy jego słowa.- Czyli możemy już wracać?
- Ale opowiesz wszystko? - zapytała Ann.
- Lukrecji. To było tajne spotkanie. Jeśli Lukrecja ci coś zdradzi, to… cóż, ona może. Ja nie.- wyjaśniła młoda wampirzyca.Ann spojrzała z irytacją na Miracellę.
- Serio?
Ventrue westchnęła ciężko. - Serio. Zapewne zauważyłaś, że ten przybytek nie służy jawnym negocjacjom.
- To może powiesz z kim gadałaś? - mruknęła.
- Tego też nie mogę zdradzić.- odparła Miracella krótko. - Zapytaj Lukrecję.Ann spojrzała zimno i bez słowa ruszyła do wyjścia.

-
Powrót do domu po triumfalnym boju, był cichy i ponury. Ann była rozdrażniona faktem, że Lukrecja nie wtajemniczyła jej w swoje intrygi. A Miracella opanowała sztukę dyskrecji. Sama początkująca Ventrue była zamyślona i się nie odzywała. A Ann była obrażona na nie i na świat. Jedynie Clyde wydawał się zadowolony z tej wycieczki. Która niestety się skończyła. I dla Ann była to ostatnia wyprawa do Nowego Jorku w tym tygodniu. Było coraz zimniej gdy jechali w głąb lądu ku Stillwater.

Noc była piękna i cicha. Gwiazdy wypełniały cały nieboskłon. A droga ciągnęła się w nieskończoność. Caitiffka miała więc czas na przemyślenia. A miała nad czym myśleć. Mogła się obrażać i na Miracellę i na Lukrecję. Ale było to bezcelowe. Foch Ann nie obchodził młodej wampirzycy i tym bardziej nie przejmie się nim jej stwórczyni.
Podczas jatki w klubie, Ann pokazała swoją użyteczność i zaliczyła kilka punktów u szeryfa Nowego Jorku. A przynajmniej u jego podwładnej i starła nieco kiepskie pierwsze wrażenie jakie wywarła na Rose, przy ich pierwszym spotkaniu.
Niemniej… teraz czekała ją zima Stillwater, nudna i monotonna. Bowiem miasteczko i okolice, pomimo licznych “atrakcji” które poznała, było ciche i spokojne. Mimo upiornej natury szpital, nawet w księżycowe noce, nie sprawiał kłopotów. Upiorna piramida, była tylko straszakiem… mało skutecznym, bo groźnym jedynie dla głupców którzy tam weszli. A wilkołaki… trzymały się swoich ziem.
Nagły pisk hamulców, nagły wstrząs, pasy bezpieczeństwa napięły się gdy Ann szarpnęło do przodu. To nagłe hamowanie wyrwało Ann z rozmyślań. Powód tego nagłego zatrzymania leżał na środku ulicy. Ciało. Bezgłowe ciało, poszarpane… przysypane śniegiem. Męskie zwłoki. Clyde wysiadł pierwszy, z uzi w dłoni rozglądając się dookoła. Niewątpliwie podejrzewał, że trup… może być przynętą w pułapce na nich. Tylko kto ją zastawił?
Ann na jego polecenie usiadła za kółkiem… ot, tak na wszelki wypadek. By ruszyć z kopyta, gdyby kłopoty się pojawiły. Ale nic nie wyłaniało się zza drzew. I Clyde przyglądając się ciału dał znać dziewczynom, że można podejść. Co uczyniły.
Z blisko łatwo było ocenić, że ciało należało do motocyklisty… członka jakiegoś gangu. Głowa została… urwana z wielką siłą. A samo ciało nosiło ślady głębokich cięć pazurów.
I nie zbyt wielu było śladów krwi.
No i był tatuaż na ramieniu. Głowa psa w wojskowym hełmie.- Psy wojny.- mruknął Clyde.
- Psy wojny. -potwierdziła Miracella.Nagły pisk hamulców, nagły wstrząs, pasy bezpieczeństwa napięły się gdy Ann szarpnęło do przodu. To nagłe hamowanie wyrwało Ann z rozmyślań. Powód tego nagłego zatrzymania leżał na środku ulicy. Ciało. Bezgłowe ciało, poszarpane… przysypane śniegiem. Męskie zwłoki. Clyde wysiadł pierwszy, z uzi w dłoni rozglądając się dookoła. Niewątpliwie podejrzewał, że trup… może być przynętą w pułapce na nich. Tylko kto ją zastawił?
Ann na jego polecenie usiadła za kółkiem… ot, tak na wszelki wypadek. By ruszyć z kopyta, gdyby kłopoty się pojawiły. Ale nic nie wyłaniało się zza drzew. I Clyde przyglądając się ciału dał znać dziewczynom, że można podejść. Co uczyniły.
Z blisko łatwo było ocenić, że ciało należało do motocyklisty… członka jakiegoś gangu. Głowa została… urwana z wielką siłą. A samo ciało nosiło ślady głębokich cięć pazurów.
I nie zbyt wielu było śladów krwi.
No i był tatuaż na ramieniu. Głowa psa w wojskowym hełmie.- Psy wojny.- mruknął Clyde.
- Psy wojny. -potwierdziła Miracella.Ann spojrzała na oboje pytająco.
- Psy wojny?
- Gang Brujah i jego ghule. Anarchy mieszkające na południe od nas. Sąsiedzi w zasadzie.- wyjaśniła Miracella.- Nie ma z nimi kłopotów. Trzymają się swojego terytorium i jeśli już tłuką, to z innymi gangami motocyklowymi.
- Wygląda na psią robotę. - stwierdziła Ann.
- Ktoś go załatwił. I to brutalnie. Tzimisce może?- zapytał retorycznie Clyde.
- Po co Tzimisce miał go zabijać. Nie mają oni sporu z nimi, ani Sabat. Przynajmniej nic poważnego.- odparła Miracella oglądając zwłoki.
- Może ten czarny wilkołak, co go z Nadią widziałyśmy…
- Może…- stwierdziła Miracella spoglądając w górę. - a może… księżyc jest w pełni… a szpital bisko.-
- To jednak nie zmienia faktu, że jego tu być nie powinno. To nie ich teren, tylko nasz.- obruszył się Clyde.- Trzeba będzie dać cynk szeryfowi.-I sięgnął po komórkę.
Ann przysunęła się do Miracelli.- Na pewno nic o spotkaniu nie powiesz mi? - zapytała błagalnie.
- Nie mogę. Lukrecja może, jeśli uzna że powinnaś wiedzieć. Ja nie mogę.- odparła Ventrue, podczas gdy Clyde dzwonił.
- Daj spokój, no... Lukrecja jest wredna. Tylko z tego powodu nie powie. - mruknęła rozżalona Ann.
- A mnie wiąże krew i polecenia… więc sama rozumiesz.- wzruszyła ramionami Ventrue.Ann burknęła tylko coś i spojrzała na dzwoniącego Brujah.

Joshua przyjechał z całą ekipą śledczą. Koroner zgarnął trupa, a policjanci zabrali się za zabezpieczanie nielicznych śladów. Tych nie było zbyt wiele, zadymka śnieżna sprzed kilku godzin zatarła większość z nich. A i sami Kainici nie mieli zbyt wiele czasu. Noc się kończyła i trzeba było się ukryć przed promiennym zabójcą. Nie było więc wiele czasu na badania, sprowadzenie Larry’ego z jego zwierzęcymi pomocnikami czy Williama z jego pieskami.
To niestety musiało poczekać na następną noc.
Ann więc wróciła z Clydem i Miracellą, do siedziby Lukrecji. I tam spoczęła na dzień w jednym z pokoi tego “hotelu”. -
GDZIE SĄ ANARCHY?
Ann poczłapała w stronę głównej sali. Wyraźnie nie była w najlepszym humorze, ale nie odnosiła się nieprzyjemnie do nikogo. Usiadła przy barze chcąc nie zwracać na siebie uwagi.
Przy barze dyżurowała jedna z ghulic. Nie widziała żadnych Kainitów, ani gości ani stałych bywalców. Pojawił się na jej telefonie SMS od Joshui: “Pilne zebranie o godzinie 22. Sprawa pilna i ważna do omówienia.”
Czyli za dwie godziny.
Ann domyślała się powodu takiej sytuacji. Niewątpliwie wczorajszy trup rozruszał miejscową społeczność wampirów. Wszak nic nie ożywia sytuacji tak dobrze jak trup.
Tymczasem na salę weszła Nadia, wyraźnie rozdrażniona. Rozejrzała się dookoła, westchnęła. I przysiadła przy jednym ze stolików.
Młoda Bezklanowa wstała i powoli podeszła do Nadii.- Reszta chyba jeszcze śpi. - odezwała się przysiadając do Tremere.
- Albo zajmują się swoimi sprawami. Tak jak ja powinnam. - burknęła Tremere przeczesując palcami swoje włosy. - No… ale głupia, biorę na poważnie autorytet księcia, nawet takiego lokalnego.
- Przecież jest jeszcze czas. - zauważyła Ann - A ty masz rzut beretem.
- Tak. Mam. I pewnie spodziewałaś się że wpadnę zdyszana na ostatnią chwilę… jak Larry lub Garry. Niemniej jako Primogenka mojego klanu, reprezentuję jego splendor. Dlatego wolę przybyć wcześniej.- westchnęła ciężko Kainitka.
- To na pewno byłby ciekawy widok. - stwierdziła - Ale nie pasujesz na miss mokrego podkoszulka.
- Żadna z nas nie pasuje. Zabawna sprawa… cycate wampirzyce najczęściej pojawiają się w różnych horrorach klasy B. - zadumała się Nadia.- Najwyraźniej nawet Toreadorzy mają dobry gust.- Jesteś znawczynią takich filmów? - zaśmiała się cicho.
- Byłam scenarzystką paru i konsultantką przy paru innych… zanim uciekłam z Los Angeles.- wyjaśniła Nadia.- Z czegoś trzeba żyć.
- Och... Nadia w branży filmowej! - Ann wychyliła się bardziej do Tremere - Szkoda że tego nie widziałam. To naprawdę byłoby ciekawe. A powiedz mi więcej o sobie podczas czasów w Los Angeles. - poprosiła.
- W Los Angeles rządziły anarchy. I miałam okazję zakosztować ich wolności. To był chaos w najgorszym znaczeniu tego słowa. Obecnie jest tam opactwo mojego klanu, ale wtedy było nas tylko paru… oni luźno związani z klanem i knujących przeciw sobie i porządkowi. Opuściłam miasto po zabiciu ostatniego z nich. - machnęła ręką Nadia.- Bez wsparcia struktur klanu musiałam zarabiać na życie, więc pisałam scenariusze… pełne seksu, perwersji i gore. Takie kino klasy B w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.
- Po tym znalazł cię Palafox?
- Mniej więcej…- wzruszyła ramionami Nadia.- Jak się po raz pierwszy spotkaliście?
- Znałam go jeszcze, gdy byłam śmiertelniczką.- zaśmiała się Nadia.- Palafox utrzymywał kontakty z oświeconymi szlachetnego urodzenia. Listowne co prawda, ale to zawsze coś…-Machnęła ręką.- W sumie to… nie było nic nadzwyczajnego w tym pierwszym spotkaniu oko w oko. Ot, rozmowa przy kominku w gabinecie regenta w Nowym Jorku.
- Mówisz jakby to wszystko było niczym. Ot spotkałaś się z szefem swojego klanu. Poczęstował cię swoim ghulem, czy jak?
- Regentem klanu w Nowym Jorku. To żaden szef, to…- wampirzyca zamyśliła się szukając określenia.-... coś jak miejscowy dyrektor fabryki. Prawdziwe władze klanu siedzą w Wiedniu.
- Nazwijmy go Primogenem Tremere w mieście, ale jednak. - określiła - Jak zaczęłaś dla niego sprzątać innych?
- Po pierwsze mam w tym doświadczenie, a po drugie to w końcu jest Primogen. Wydaje polecenia wszystkim w klanie i dopasowuje zadania do osób. Cyril jest nauczycielem, ja cynglem… ktoś innym badaczem.- wyjaśniła Tremere.
- To miejsce nie wydaje się dobre na twoje możliwości. - odparła Ann - Pilnowanie projektu Regenta? Bez sensu.
- Daj spokój. Ile osób według ciebie zabiłam w Nowym Jorku? Trzy… może cztery. - machnęła ręką Nadia.- Żaden z nich nie był śmiertelnikiem. Nie zajmuję się płotkami. Od tego są najemnicy. Najczęściej nie mający pojęcia o Świecie Mroku. Ja zajmuję się tymi, których śmiertelny pionek nie jest w stanie zabić, czy banda wynajętych Brujah lub Gangreli.- To na kogo tu masz oko?
- Na nikogo. Myślisz, że ktokolwiek tu jest warty mej uwagi. Larry to mięśniak… brutalny i prosty. Potężny jak na Brujah, ale niezbyt bystry. William? Pfff… potężny ale pozbawiony zębów ambicji. Joshua… zajęty swoją domeną, żadne zagrożenie dla innych. Lukrecja to buchalterka. Garry dziecinny… Ravnoska, tak…- tu zamilkła i zamyśliła się. - Nieważne. Nikt tutaj nie stanowi zagrożenia dla Tremere. Nikogo pilnować nie muszę, poza Charliem.
- Cokolwiek jest w Piramidzie jest problemem. - wzruszyła ramionami - I nie chciałabym by wyszło poza nią.
- To prawda. Ale na razie nic nie wychodzi.- przyznała Kainitka.- To masz choć określony czas, w jakim masz tu siedzieć i się nudzić?
- Do czasu aż zaczną zbierać się pozostali?- westchnęła Nadia.- Może się od nich dowiem, co sprawiło że Joshua narobił w spodnie ze strachu.
- Chodzi mi o całe miasto, ale powód spotkania to podejrzewam.
- Tyle ile mi każą. Może nawet całe … moje istnienie. Nowy Jork oznacza powrót do opactwa… nie lubię opactwa. Wolę tu być na swoim i wzywana od czasu do czasu, niż tam być cegiełką w piramidzie Palafoxa i… być ciągle obserwowana. - machnęła ręką Rosjanka. - Nie tęsknię za wielkim miastem.
- Dlaczego aż tak cię nie lubią? - zapytała.
- Moja moc… jest dla nich podejrzana. Panowanie nad technologią to domena odszczepieńców Tremere. Domena Sabatu. Nawet nie wiesz jak bardzo mój klan boi i się nienawidzi odszczepieńców. I słusznie zresztą. Magia Krwi wymaga samokontroli…- machnęła ręką Nadia.- … każda magyia wymaga. W innym przypadku łatwo może wymknąć się spod kontroli. Tego się uczysz w klanie. Tacy jak Charlie to chodzące bomby… za taką bombę uważają mnie i ich nie winię. Nie ufają mi i się boją.
- Przecież różne są ścieżki magii. Niemożliwe, że w klanie nie istnieją inni z Camarilli z podobnymi umiejętnościami.
- Dlatego tylko mi nie ufają, a nie próbują zabić. Dlatego ty jesteś tolerowana, a nie martwa.- odparła Tremere uśmiechając się sarkastycznie.- To istnieją Lasombra w Camarilli? - zapytała z ekscytacją głosie.
- Nie.- zaśmiała się Kainitka i dodała.- Istnieją wampiry w Camarilli które posługują się ich klanową dyscypliną. Jak ją zdobyły to już inna kwestia. Niemniej niech cię nie zmyli ten sztuczny podział na klany. Prawda jest taka, że każdy z nas może opanować każdą dyscyplinę… teoretycznie.
- Możemy to sprawdzić. Spróbujesz mnie nauczyć Thamaturgii. - uśmiechnęła się słodko do Nadii.
- Nie. I jeśli spróbujesz namówić Charliego na coś takiego, zabiję was oboje.- odparła stanowczo Tremere.
- Ale czemu? To byłby idealny eksperyment. - dodała Ann.
- Każdy klan. Każdy… strzeże swoich sekretów zazdrośnie. A Tremere szczególnie pilnują swoich. Zwłaszcza Taumaturgii. Nie będzie żadnej nauki, żadnych eksperymentów.- ucięła sprawę Kainitka.
- Czyli Lasombry by mnie chciały ubić?
- Jesteś teraz Camarilla… oczywiście że chcą cię ubić.- stwierdziła beznamiętnie Nadia.
- Czy będą chciały z powodu tej dyscypliny.
- Nie…- machnęła ręką Kainitka.- Jesteś Camarilla, więc jesteś trup. Oni chcą zniszczyć nas, my ich… Reszta to semantyka.Tymczasem do przybytku Lukrecji zawitał Garry, rozglądnął się dookoła. Uśmiechnął i ruszył ku dziewczynom.
- Tooo… co się właściwie stało, że się zbieramy?- zapytał na powitanie.
- Może chodzi o tego trupa Anarchów, którego znaleźliśmy na drodze. - zgadywała Bezklanowa.
- Trup Anarchów? Tutaj ? - zainteresowała się Nadia, a Garry przysiadł. - Dziwne, że pofatygował się tutaj umrzeć. Zwykle… załatwiają takie sprawy między sobą.
- Wyglądało mi na robotę jakiegoś wilkołaka…
- No… mogę popytać Dave’a czy jakieś nowe wampiry naruszyły ich terytorium. - zastanowił się Gangrel, po czym dodał żartem.- Albo posłać jedną z was. Od czasu tej misji dla nich, tolerują waszą egzystencję.
- Sądzisz, że to dobry pomysł? - zapytała Gangrela i spojrzała na Nadię.
- Nie… - machnął ręką Garry dodając po chwili.- Ale pewnie ucieszy cię fakt, że Uktena z północy nie zabiją cię na miejscu, jakby to zrobili z innymi wampirami.-
- Mnie nie cieszy.- wtrąciła beznamiętnie Tremere.
- Chcesz być zabita? - mruknęła Ann.
- Nieszczególnie mi zależy na wdzięczności futrzaków.- stwierdziła obojętnym tonem Tremere. - Ani na ich łasce.
- Więc pójdziemy. - zwróciła się Ann do Garry’ego - Skoro ona marudzi to warto.
- Nie mnie o tym decydować. To zależy od naszego szefa.- zaśmiał się Gangrel, tymczasem szef się pojawił. Joshua wszedł ze swoim potomkiem i Larry’m. Na widok trójki Kainitów, sięgnął po smartfona i zadzwonił.Ann spojrzała na Nadię.
- Dzwoni po Willa?
- Nie czytam z ruchów warg. Może Garry potrafi?- zapytała ironicznie Tremere zwracając się do Gangrela.
- Nieee… przynajmniej nie wtedy, gdy nie wypiję jednej z moich wyznawczyń na początek nocy.- odparł ze śmiechem Garry.
- Może to coś na nas. - zaśmiała się.
- Może…- stwierdziła Nadia, a Joshua zakończył rozmowę przez telefon. Po czym podszedł do nich.- Witam. Lukrecja już przygotowała miejscówkę. Reszta już obecna. Poza Charlie’m i Williamem. Blake zjawi się później, a Charlie…-
- Zrobi co mu każę. Nie musi uczestniczyć.- burknęła Tremere.Joshua westchnął ciężko.- Już o tym rozmawialiśmy. Przestań mi utrudniać.-
Następnie zwrócił się do Clyde’a.- Idź po Charliego.- Jesteś zazdrosna o niego. - mruknęła do Nadii - Że ktoś inny może się nauczyć tej dyscypliny.
- Nie.- machnęła ręką Kainitka, gdy Clyde ruszył wykonać polecenie.- On nie jest częścią Camarilli i nie powinien traktowany na równi z nami.
- Chyba stał się. - zaprotestowała caitifka.
- To wszystko to był zgniły układ. Nic więcej. On był członkiem Sabatu, świadomym… członkiem sfory. - burknęła Nadia. Wstała od stołu wraz Garry i Ann. Ruszyli za Joshuą i Larrym.
- Przecież nie jest jedyny. - fuknęła do Nadii.
- Jedyny który przeżył. A nie powinien. On nie odwrócił się od Sabatu. On prostu miał szczęście i trafił tu… W Nowym Jorku, po prostu by go unicestwili.- syknęła Nadia w odpowiedzi, gdy szli na zaplecze.
- W takim razie coś ci nie wychodzi ubicie go. - Ann mruknęła wrednie.
- Ja trzymam się reguł Maskarady i decyzji mojego regenta. Nawet jeśli mi to nie pasuje. Z łamania reguł rodzi się chaos, z chaosu rewolucja… z rewolucji… cierpienie i ból.- odparła Kainitka.W znanej Ann salce była już Lukrecja i Miracella, była też Jaine Love siedząca za stolikiem i tasująca karty. Uśmiechnęła się uprzejmie do wchodzących.
Ann usiadła obok Nadii i czekała w milczeniu.Joshua poczekał aż Charlie się zjawi i rzekł.
- Wczoraj Ann, Miracella i Clyde znaleźli zwłoki. Te należały do wampira z Fortu. Anarch był zmasakrowany i pozbawiony głowy. Nie wiadomo co go zabiło, ale z pewnością nie było to zwierzę. Anarchy z Fortu na Wzgórzu nigdy nie sprawiały nam kłopotów i nigdy nie wchodziły nam w drogę. To że jeden z nich został zabity na naszym terenie jest więc niepokojącym omenem. Podobnie jak fakt, że nie mieliśmy z nimi kontaktu od ostatniej zimy. Co prawda rzadko w ogóle nawiązujemy z nimi kontakt, ale w świetle tego co się wydarzyło… - westchnął Joshua.- Musimy sprawdzić co u nich. Kto się podejmie?
O dziwo, Larry zgłosił się pierwszy.
- Dobra, a kto pojedzie dopilnować by Larry nie narozrabiał?- westchnął Joshua.
- A będę mogła go w razie czego zakołkować? - zapytała Ann.
- Możesz spróbować, ale nie radzę. - Larry uśmiechnął się złowieszczo zerkając na Ann. A Joshua wzruszył ramionami dodając. - Mógłbym mu zakazać, ale chyba nie wierzysz że posłucha?
- Więc niech ktoś jeszcze pójdzie z nami... Nadia będzie świetna w tym. - wyszczerzyła się.
- Nie jestem zainteresowana.- odparła kwaśno Tremere, a Joshua spojrzał na nią z lekko irytacją. Garry się wtrącił.- Ja mogę jechać. Ostatnio chyba za bardzo… no… zasiedziałem.- Dobra… niech będzie Larry, Garry i Ann.- zgodził sięBrujah.- Powiadomicie miejscowych że mamy zwłoki jednego z nich. Nie wszczynajcie zbyt wielu bójek i nie eskalujcie sytuacji. Wiem że anarchy z Fortu to gang motocyklowy, ale nie przesadzajcie z brataniem się z nimi.
- Czyli żadnych prób przyłączenia się do nich? - zażartowała Bezklanowa.
- Co robisz w czasie wolnym to nie moja sprawa.- odparł żartem Joshua. Lukrecja spytała zaś.
- Czy to wszystko?
- Niezupełnie. William jak przyjedzie to lepiej objaśni sytaucję, niemniej niedawno dostał dokumenty z których wynika że kopalnia… chce zabrać się stare chodniki, te z czasu sprzed zawału 1880.- rzekł Joshua.
- Minęło tyle czasu… nie powinni nic znaleźć, prawda?- zapytał Garry ostrożnie.
- No… właśnie… w tym rzecz… nie wiem. Ogólnie uznaliśmy, że Nosferatu po prostu zginęli przygnieceni skałami. Niemniej jeśli któryś wpadł w torpor.- zastanowił się Joshua.- Szczerze powiedziawszy w dokumentach wspominano coś o jakiś zaginięciach i to jest powodem tego, że kopalnia zwróciła uwagę na tę część chodników kopalnianych.
- Co z tym zamierzamy zrobić?- zapytała Nadia.
- Trzeba spróbować zajrzeć do starych szybów. Mam ich mapę, pewnie lepszą od tych z kopalni. - zamyślił się Joshua.- Zbierzemy ekipę i zajrzymy tam którejś nocy.
- Przydałby się specjalista speleolog. -wtrąciła Jaine układając karty na stoliku.- To nie będzie bezpieczna wyprawa.
- Ktoś z nas zginie? - zapytała Ann.
- Nieeee wiem… nie widzę po prostu szczęśliwego układu. Raczej… neutralny.- oceniła wampirzyca.Ann jedyne skinęła głową.
- To tyle ode mnie.- rzekł Joshua i spojrzał na Garry’ego, Larry’ego i Ann. - Wyjeżdżacie jutro o zmierzchu. Jak ktoś jest ciekaw raportu, to niech poczeka aż Blake się zjawi. Ja mam patrol.-
Po tych słowach dodał z uśmiechem. - Możecie się rozejść.
I sam ruszył do wyjścia.
Ann spojrzała na Lukrecję i podeszła do niej.- Pogadajmy.
- O czym niby?- spytała Ventrue przyglądając się jak Garry, Nadia a potem Larry opuszczają pomieszczenie. Clyde wyszedł tuż za nimi, po tym jego zaczepki zostały zignorowane przez Ravnoskę.
- O tym co wczoraj osiągnęłaś przez Miracellę. - stwierdziła dziewczyna.
- Nie widzę powodu. - stwierdziła obojętnym tonem Lukrecja.
- Bo cię o to proszę? - odparła Ann.
- Ile ty masz lat Ann? Ile lat spędziłaś w skórze krwiopijcy?- zapytała retorycznie Ventrue spoglądając na caitifkę.- Nie wyjawia się sekretów swoich politycznych posunięć komuś tylko dlatego, że o to prosi. Polityka to także sztuka dyskrecji i nie ujawniania przedwcześnie atutów. Nawet moja córka to rozumie.Ann przewróciła oczami.
- Jak chcesz.
- Tak chcę.- odparła Lukrecja uśmiechając się kwaśno. A tymczasem zjawił się Wiliam z teczką i uśmiechem.
- Wybaczcie spóźnienie. Miałem nieoczekiwany, acz jak się okazało, ważny telefon. Zakładam, że… Joshua wtajemniczył was w sytuację?- zapytał na wstępie.
- Dobrze zakładasz. - mruknęła Ann.- No dobra… to… sytuacja jest taka, że wedle raportów z kopalni wysyłanych do centrali, kilkoro ludzi zaginęło w nieznanych okolicznościach w pobliżu starej… nieużywanej od lat, części kopalni. Jakiś czas temu, w 1880 był tam poważny zawał górniczy. Kilka chodników zostało zasypanych, kilkoro ludzi zginęło. Los sześciu nosferatu którzy mieli tam swoje leże jest dotąd nieznany. Nie było możliwości odkopania tych chodników i sądziłem, że zostaną pozostawione w spokoju. Niemniej wygląda na to, że firma próbuje je odkopać.. dlatego my… powinniśmy się przynajmniej przyjrzeć sytuacji z drugiej strony. - wyjaśnił Blake.- Od dawna nikt z nas nie był, więc nawet nie wiemy jaka jest obecnie sytuacja.
- Brzmi interesująco. - odezwała się Ann z niezdrowym zaciekawieniem.
- Nie jest… - wtrąciła Jaine Love chowając karty.- To sie raczej będzie sprowadzać do chodzenia po opuszczonych i potencjalnie grożących zawaleniem chodnikach kopalnianych. W dodatku w zimie. W okresie, w którym nie chodzi się po jaskiniach. I bez moich kart wiem, że może to być niebezpieczne w najbardziej nudny sposób.Ann się to nie spodobało się, ale milczała.
- Tak. Zdaję sobie z tego sprawę. - przyznał Toreador. - Zamierzam zaplanować taką wyprawę. Zajmie to kilka nocy, niemniej wolałem uprzedzić zawczasu.
- Zobaczymy czy będziesz miał okazję ją poprowadzić. KIlka nocy to dużo okazji, na zmianę sytuacji.- przyznała Lukrecja po namyśle.- Co będzie jeśli znajdą jakieś ślady Nosferatu przed nami?
- Zawartość raportu sugeruje, że wszystko utajnią. To nie jest firma, której zależy na rozgłosie. Ann może potwierdzić. Była u nich.- rzekł William.Ann pokiwała głową.
- Nie będą chcieli rozgłosu za nic.
- Więc problemu w zasadzie nie ma.- zamyśliła się Lukrecja.- Chyba… trzeba by poinformować o tej sytuacji Nowy Jork? To w końcu dawna odnoga tamtejszych Nosferatu. Znajomi ich obecnego Primogena?
- Chyyyba… już nie pamiętam. Dawno to było.- przyznał William ze wzruszeniem ramion.
- Może mogłabym Primogen Toreadorów zapytać... - spojrzała na Williama - Co sądzisz?
- Spytać o co?- zdziwił się Blake.
- O sytuację z Nosferatu. Czy ich Primogena opłaca się w ogóle o tym informować.
- Kurtuazja tego wymaga, bez względu na to czy to go obchodzi czy nie.- odparł uprzejmie wampir, a Lukrecja się wtrąciła ironicznie.- Bez względu na to czy istnieje czy nie.
- Więc co zamierzamy z tym zrobić? - zapytała Ann.
- Na razie sami zbadamy sytuację. Na szczęście mamy czas… stara kopalnia to niebezpieczny rejon. Od planów firmy do ich realizacji jest długa droga.- odparł z uśmiechem Toreador.
- Coś jeszcze zostało do omówienia. Ja mam interes do poprowadzenia. A Jaine Love audycję.- rzekła primogenka Ventrue. A Ravnoska wstała od stołu.
- Nie. Chyba nie.- zadumał się Toreador.- Hmm.. na pewno nie.Wampirzyce zaczęły się powoli rozchodzić. Love kierowała się na zaplecze, zapewne do auta stojącego na tyłach. A Lukrecja i Miracella w głąb budynku, do swoich obowiązków.
Ann za to podeszła do Williama.
- Jak ci mieszkać samemu znowu?
- Jakoś sobie radzę. Przywykłem do samotności. - odparł z uśmiechem Toreador patrząc to na Ann, to ostatniego tutaj Charliego, który również wychodził.- A ty?
- Nie wiem. - odparła - W Nowym Jorku ciągle sama mieszkałam, ale... tam zawsze coś się wokół działo. Ktoś był w okolicy. - stwierdziła.
- Ja jestem w okolicy, Garry jest… Larry nawet. I Nadia. Oczywiście tu okolica jest… nieco… większa.- wyjaśnił Toreador.
- No właśnie. Mnie chodzi o okolicę... w sensie miejskim. Wiesz. Piętro w bloku, jedna ulica.
- Nie przyzwyczajaj się za bardzo do tego. Będziesz żyła dłużej niż człowiek, jeśli będziesz miała dość rozumu. I przekonasz się wtedy, że miasto nie jest tak… statyczną istotą jak ci się wydaje. Moje miasto, Nowy Amsterdam, i obecny Nowy Jork to dwa różne miejsca.- poradził William.- Nigdy też nie sądziłam, że kiedyś będzie mi brakować nudnego życia w mojej rodzinie pomiędzy nudnymi biznesmenami, co sztukę widzą przez pieniądz.
- Sztuka i pieniądz zawsze szły w parze.- zażartował Toreador i dodał smutno.- Jaką cenę płaci się za nieśmiertelność, tak naprawdę dowiadujemy się po jej uzyskaniu.
- Temu masz swój majątek?
- Nie. Inwestowałem w nieruchomości i jestem cierpliwy. - przyznał bez wstydu William.
- I dość naiwny. - stwierdziła wprost.
- Wolę to nazywać wiarą w dobrą naturę człowieka.- wzruszył ramionami Kainita.- Ten jebany hazardzista miał czelność próbować mnie pouczać, wyobrażasz sobie? - parsknęła.
- Cóż… będąc wampirem łatwo zapomnieć na czym polega życie.- stwierdził enigmatycznie Toreador.
- Nie jestem tak stara... - zamarudziła.
- Na pewno nie wyglądasz staro.- przyznał z uśmiechem Toreador.
- Więc ciągle pamiętam!
- Skoro tak mówisz. - Blake westchnął ciężko i dodał.- Ann… nie masz powodu gniewać się na ghula. Oni dbają o nasze bezpieczeństwo za dnia.
- Skąd mam wiedzieć co on tak naprawdę robi za dnia? - mruknęła.
- Tym lepiej więc, jeśli nie jest do ciebie nastawiony negatywnie prawda? Zdarzało się że inne wampiry upijały swoją krwią ghule służące swoim wrogom, by… cóż… przekonać ich do zdrady swojego pana. - westchnął William wspominając.- To trudne, ale możliwe do wykonania.
- Chyba nie twierdzisz, że powinnam być dla niego miła? - parsknęła.
- Powinnaś być z pewnością… bardziej znośna i opanowana. Jak Lukrecja czy… Cyril. On cię karał, ale rzadko pozwalał sobie na wybuchy gniewu nieprawdaż?- zapytał retorycznie William.
- Ale to śmiertelnik, ktoś gorszy od wampira. Dlaczego ma być traktowany tak jak ja byłam?
- Ghul to twoja własność, jak dom, samochód, telewizor. Nie musisz go rozpieszczać, ale wypada o niego dbać, aby poprawnie spełniał swoje obowiązki.- tłumaczył Blake.
- Mówisz tak, bo lubisz jego buzię. - burknęła.
- Nie. Wcale nie. To… nieprawda.- zaperzył się William. - Po prostu dbam o twoje dobro.
- I wcale byś nie chciał by z tobą mieszkał?
- Nie. Ja już dostałem nauczkę od świata. Kilka razy.- westchnął smętnie Toreador.
- Źle wybierasz. - pokręciła głową.
- Ja? To twój ghul.- obruszył się Kainita.
- Mówię o twoich wyborach Potomków.
- Tak. Nie mogę… być z nich dumny.- przyznał melancholijnie Blake.
- Opowiesz mi kiedyś o nich? - zapytała Ann.
- Nie. Wspomnienia są bolesne i bez znaczenia. Nie żyje żaden z nich.- machnął ręką Toreador.
- To dawne sprawy?
- Tak. Ale nadal bolą.- przyznał Kainita.Ann westchnęła.
- Dobrze, postaram się być milsza dla niego. Nawet mogę mu powiedzieć, że zawdzięcza to twojemu wstawiennictwu.
- Nie… to nie jest konieczne. Poza tym ja się za nim nie wstawiam.- odparł pospiesznie Toreador.- To moje porady dla ciebie. Ja dbam o moje pieski. Garry o swoich wyznawców, Lukrecja o swoje “córeczki”, ba nawet Larry o swoich dwóch osiłków.Ann skinęła głową przyjmując do wiadomości. Inna sprawa, czy popierała.
- Jaki motyw tobą kierował, że tak szybko się zgłosiłeś? - Ann od razu zapytała, gdy tylko podeszła do Brujah siedzącego w sali przy stoliku - Liczysz na bijatykę?
- Między innymi. - odparł z uśmiechem Larry. - Anarchy z Fortu są bardziej rozrywkowe… i mniej sztywne niż… wszystkie wampiry jakie widziałaś w swoim życiu.
- Ale mamy unikać burd, słyszałeś co Joshua mówił. - stwierdziła poważnie.
- Pfff… politycznych burd. Przyjacielskie wybijanie zębów się do tego nie wlicza. - machnął ręką Larry.- Ja tam lubię anarchów z mojego klanu. Być może kiedyś takim zostanę.
- Chcesz zmienić sektę? - zapytała zdziwiona.
- Anarchy… to niezupełnie Sekta… to raczej wolne duchy. Każda grupka rządzi się po swojemu. Tam gdzie ich więcej, budują jakieś struktury. Ale mniejsze grupki… nie potrzebują tej całej biurokracji. - wzruszył ramionami Larry i spytał. - Zdziwiłabyś się gdybym zmienił?
- Nie... - westchnęła - Prędzej byłabym zawiedziona.Larry uniósł dłoń i potarmosił jej wlosy. - Chyba tylko ty jedna. Poza tą i tutejszymi nikt by tego nie zauważył.
Zaśmiał się głośno pocierając swój kark. - Nie planuję żadnych zmian. W sumie gdy nie jest tu nudno, jest… fajnie. A i u Anarchów… ileż można rozbijać te same łby zanim stanie się to rutyną. Tam też bywa nudno.- Ale i tak planujesz porozbijać trochę łbów teraz, co?
- Nudzę się.- odparł z uśmiechem Kainita. Ze złowieszczym uśmiechem. A następnie wzruszył ramionami.- Anarchy z Fortu to gang motocyklowy. Nie szanują cię, jeśli nie powybijasz trochę zębów z ich pysków.
- To rzucą się na mnie i Garry'ego?
- Nie. Rzucą się na mnie. Ja zaczynam bójkę, to dlaczego mieliby się rzucać na was?- zapytał retorycznie Kainita.
- Bo będziemy dla nich gorsi? Nic co zasługuje na poważanie? - odparła Ann.
- Gang motocyklowy to kultura macho… trzeba wyglądać na silnego. Garry to podstarzały hipis, a ty…- spojrzał na Ann.- Drobna lalunia. Powiedz mi. Wyglądacie na silnych?Ann wyraźnie się nadęła.
- Nie jestem lalunią... - burknęła.
- Ale wyglądasz na taką. Tak jak Lukrecja nie jest damą, ale na taką wygląda. - odparł z uśmiechem Larry szczerząc kły.
- Abyś się nie zdziwił... - burknęła ponownie.
- Nie słuchasz mnie Ann. Nie mówię kim jesteś, tylko na kogo wyglądasz. I nie nadymaj się tak, bo ci spuszczę powietrze. - odparł żartobliwie Brujah.- Czyli nie będziesz grzeczny? U anarchów?
- Jestem grzeczny tutaj? - zapytał retorycznie i uśmiechnął.- To chyba najwyraźniej zmiękłem. Za dużo kosmicznych wibracji Garry’ego w powietrzu.
- Jesteś grzeczny przy Joshui. - pokazała mu język.
- Widzisz tu gdzieś Joshuę?- odparł ze śmiechem Larry i wzruszył ramionami. - Nie zawsze… różnica między Joshuą, a starym z Nowego Jorku polega na tym, że… tamten sobie nie poradził. Joshua, jak na razie, radzi sobie za każdym razem.
- A ty ciągle z nimi próbujesz...
- Z kim? - zapytał Larry.
- Z tymi u władzy.
- Nie…- machnął ręką wampir. - Po prostu się nimi nie przejmuję. A poza tym… mnie klątwa klanu szczególnie mocno dotknęła i łatwo tracę panowanie nad sobą. A wtedy nikt kto jest w pobliżu… nie będzie bezpieczny.
- i wtedy trzeba improwizować... jak chociażby z kołkiem. - zaśmiała się.
- Nie radzę ci powtarzać tej sztuczki. - odparł ponuro i złowieszczo Brujah.
- Czy to ma być wyzwanie? - zaśmiała się.
- Nie. To ostrzeżenie. - Larry się nie śmiał patrząc z poważną miną na Ann.
- Dobrze, dobrze. - machnęła ręką - Będę grzeczna.
- No… bo mogę cię rozpruć jak wieprzka i w takim w stanie wrzucić do trumny. - stwierdził filozoficznie Larry. - Dopóki przeżyjesz, dopóty Joshua nie będzie się czepiał… za bardzo.
- Dlaczego zakładasz, że nie będzie się czepiał?
- Jest Brujah… cierpi na tę samą przypadłość co ja.- przypomniał jej wampir.
- A jeżeli by powód to była obrona konieczna, żeby cię powstrzymać?
- Zastanawiasz się czy… jeśli byś mnie zabiła, to czy by Joshua… hmm… ja bym ci pogratulował, zza grobu.- odparł z uśmiechem wampir, wzruszył ramionami.- Niemniej o to się pytaj naszego księcia, nie mnie.
- Ale byłbyś wściekły gdybym cię zakołkowała w obronie. - wytłumaczyła.
- Ostatnio wbiłaś mi zdradziecko w plecy… to nie to samo, co uczciwa walka. - wyjaśnił jej Larry.
- Nie każdy jest w stanie bić drugiego po pysku. - mruknęła - W miłości i wojnie wszystkie chwyty dozwolone.
- Zdradę… my Brujah karamy śmiercią i w miłości i na wojnie.- wzruszył ramionami wampir.
- To nie była zdrada, tylko wykorzystanie sytuacji. - pokazała mu język - Choć spokojny byłeś.
- To była twoja zdrada mojego zaufania, że moją kumpelą jesteś. - odparł Larry wystawiając język.- To będzie ciekawa wyprawa. Do Anarchów.
- Ano… acz nie spodziewaj się zbyt wiele po nich. To coś… wypad do… no… domu bractwa uniwersyteckiego. Takiego do którego należą karki na stypendiach sportowych. Tyle że… na sterydach.- Larry próbował wyjaśnić cały koncept, choć przychodziło mu to z trudem.
- Damy radę. Mam ciebie i Garry'ego w końcu.
- Taa… nie martw się. Anarchy nie będą chciały nas zarżnąć. Nie zależy im na wojnie ze Stillwater i Nowym Jorkiem.- zaśmiał się Brujah.
- Jesteś im znany?
- Paul mnie znał. Ale nie wiem czy jeszcze żyje. Jakoś szybko dochodzi tam do przetasowań. To całkiem brutalny gang… i wszelkie spory między sobą rozwiązują krwawo. Doszły mnie więc pogłoski że nie żyje. Inni zaś mogli o mnie słyszeć. Parę ich łbów obiłem, jak wpadli do Róży, pijani od krwi alkoholików. - wyjaśnił Larry szeroko się uśmiechając. I znowu się zamyślił.- Dziwne… dawno żadnego u nas nie było.
- Paul? - zapytała - I oni często się zjawiali?
- Ich szef. - wzruszył ramionami Brujah. - Nie… nie zjawiali się zbyt często. Ale zdarzało im się jednak wpaść czasem. Ostatnio zaś, w ogóle. Czy to nie dziwne?
- Może ich tak zniechęciłeś? - zaśmiała się.
- Może… - zgodził się z nią Larry, ale bez przekonania.
- Albo ich coś utłukło, jak nasz Tzimisce.
- Brzmi prawdopodobnie.- przyznał po namyśle Larry.
- Muszę wrócić do domu i tego ghula do pionu ustawić... - mruknęła.
- Miłej zabawy. - odparł z uśmiechem Brujah.
Ann weszła do swojego domu w tym samym nastroju, w którym z niego wyszła - zirytowanym. Nie uśmiechało jej się zmieniać czegokolwiek w traktowaniu człowieka... ale musiała.
- Connor. - uniosła trochę głos, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi.-
- Tak szefowo?- zapytał ghul starając się trzymać… dystans od caitifki.
- Musimy porozmawiać. - wypowiedziała przerażające zdania - Chodzi o to, jak czujesz się pod moją władzą. - odparła sucho i skierowała się do "salonu".
- Czuję się dobrze… żebra chyba prawie się zrosły. - odparł ostrożnym tonem ghul podążając za wampirzycą.Dziewczyna nagle się zatrzymała i odwróciła w stronę ghula.
- A sądzisz, że miałam rację łamiąc ci je?
Ghul nie odpowiedział od razu.
- Może… deczko przesadziłaś z karceniem. Tak… odrobinkę?- bardziej zapytał niż stwierdził.
Dłuższy czas Ann wpatrywała się w Connora.
- Podważanie moich działań w tak błahych sprawach... - skrzywiła się i odparła spokojniej, trochę jak nastolatka przyznająca się do czegoś, do czego nie chce - Pieniądze to nie problem…
Oblicze Connora przez chwilę nawiedził ironiczny uśmieszek. Niemniej szybko znikł, a on sam rzekł.
- Oczywiście że nie są.
- Nie sądzisz tak. - stwierdziła wprost.
- Oczywiście, że się z tobą zgadzam.- zapewnił Connor.- Nie umknęło mi jednak to, że pan Blake jest znaczącym właścicielem nieruchomości, a pani Borgia dobrze prosperujący burdel. Nawet pan Dukes ma własny warsztat i pokątnie handluje bronią. Oczywiście że pieniądze to nie problem… dla nich.
- Dla mnie też nie jest. - fuknęła siadając na fotelu - jestem bogata, zawsze byłam... - mruknęła jakby odcięta od rzeczywistości.
- Skoro tak twierdzisz. - odparł uprzejmie acz bez przekonania ghul.
- Baudelaire są bogaci!
- No tak. Ale czy ty szefowo jesteś jeszcze Baudelaire? Wedle prawa to ty jesteś… denatką. - przypomniał jej ghul.
- Nie udowodniono tego oficjalnie! - zaprotestowała.
- Nie jestem prawnikiem. Nie mnie o tym decydować. Zresztą prawnicy też nie pracują za darmo. - wzruszył ramionami Connor.
- Nie powinieneś chcieć mojego bogactwa? To by było dla ciebie na plus.
- Ależ chcę… odmrażając sobie tyłek w tej willi, chcę bogactwa i luksusu.- odparł ghul po namyśle.
- Przecież dostałeś pieniądze od Williama. I tak ci zimno?
- Nie.- przyznał Connor.- Dlatego, że dostałem pieniądze od Williama.
- Wyłudziłeś je jak ostatnio robiłeś.
- Tak. Choć nie nazwałbym tego wyłudzeniem.- odparł ghul.
- Zagrałeś na jego emocjach. - zawahała się - W sumie... dobra robota.
- Dziękuję.- odparł Connor z uśmiechem.
- Ale pilnuj się. - mruknęła - I nie pożyczaj na moje imię.
- Tak szefowo. - rzekł potulnie mężczyzna z wyraźną ulgą w tonie głosu. -
Początek nocy zaczął się wstrząsająco… dosłownie. Godzinę po przebudzeniu Ann, zatrzęsła się ziemia. Owe wstrząsy były krótkie i niezbyt gwałtowne. Ale za to wyraźnie odczuwalne.
Tyle że Stillwater nie leżało w strefie ruchów tektonicznych. Takich wstrząsów tu być nie powinno. Connor był równie wystraszony tym zdarzeniem co ona.
Niemniej rozwiązanie tej zagadki podała miejscowa rozgłośnia radiowa. Zawał górniczy.
Nikt ponoć nie zginął. A przynajmniej takie było oficjalne stanowisko kopalni. Odpowiednie służby już zajęły się sprawą. Zapewne Joshua.
Nie było to jednak jej problemem.
Ona już prawie zapomniała o swojej wizycie w budynkach kopalni, a i Pentex też nie wydawał się nią interesować.Larry zadzwonił. Podał miejsce i czas zbiórki. Wspomniał jeszcze, że ktoś jeszcze się dołączy do wyprawy. Nie powiedział kto.

Larry postanowił jechać ze stylem. Gdzieś zdobył cywilną wersję humvee pomalowaną na czarno. I dobrze. Bowiem oprócz Ann do podróży szykował się Garry z dwoma wilkami. Oraz… Jaine Love. Ravnoska uśmiechała się jakby była wcieleniem niewinności, ale pozostałe dwa wampiry przyglądały się jej nieufnie. O ile po Larrym można się było tego spodziewać, o tyle taki brak zaufania był dziwny ze strony Garry’ego.-|
Niemniej nie było czasu na rozmowy na ten temat. Musieli ruszać jak najszybciej, jeśli zdążyć do celu przed świtem.
Podróż trwała spokojnie. Przemierzali kolejne kilometry w pogrążonym w mroku lesie, natykając się jednak co chwilę na inne pojazdy. Ta droga była znacznie bardziej ruchliwa, zwłaszcza o tej wczesnej porze. Miasteczko które powoli się wyłaniało, zza wzgórza na które wjechali było dość spore, choć mniejsze od Stillwater. Na tablicy którą mijali napisano. Allentown.
Pojazd Larry’ego właśnie do niego się kierował.- Odbijemy w prawo tuż przed nim.- wyjaśnił Brujah, a Ravnoska wtrąciła.- Zatrzymaj się na obrzeżach. Ja wysiadam. Muszę udać się do miasta.-
Larry wzruszył ramionami nie planując się z nią sprzeczać.
I rzeczywiście wysiadła, a humvee ruszył polną krętą drogą w kierunku zaśnieżonego wzgórza na którym to znajdowały się jakieś zabudowania odcinające się mroczną sylwetką na tle nocnego nieba.
Wybór pojazdu przez Larry’ego okazał się całkiem sensowny. Zwykłe auto mogłoby sobie nie poradzić na dość stromym zboczu i na zaśnieżonej drodze… której bliżej było jakimś koleinom niż asfaltowemu cudowi Zachodu. Humvee jednakże radził sobie całkiem nieźle na tyych wertepach, nawet jeśli pasażerowie czuli każdy z nich. Pojazd wspinał się na górę powoli, gdy Larry mówił.
- To stary fort ponoć z czasów wojny secesyjnej jeszcze. Co jest durnotą. To tak naprawdę porzucona baza wojskowa z czasów drugiej wojny światowej, działała jeszcze za czasów Wietnamu, ale potem wojsko się wycofało, a Anarchy wkroczyły. Wykorzystały swoje pionki w mieście i poza nim, by pozostawiono ich w spokoju i urządzili sobie bazę. I…- przerwał na chwilę opowieść. - Jest za cicho.-
https://www.youtube.com/watch?v=Qz2wnSVeITg
Bo było cicho. I ciemno. I posępnie. Zdewastowane zabudowania nie rozświetlały żadne światła.
Nie słychać było żadnych krzyków, głosów, żadnych dźwięków motorów. Te stały na dziedzińcu. Niektóre okryte płachtami chroniąc je przed śniegiem, inne wystawione na gniew żywiołów. Część… przewrócona i pozostawiona w takim stanie. Niektóre rozbite.
Leże anarchów wyglądało jakby zostało porzucone. Dlatego pewnie Larry nie wjechał do środka, tylko zatrzymał się przed bramą.- Coś tu nie tak.- stwierdził wyciągając pistolet Desert Eagle ze schowka i chowając za pasek.
- Poczekajcie tu…- rzekł wysiadając. Niemniej Garry poprawiając okulary dodał.- Nie tym razem.-I po wypuszczeniu swoich pupilków sam też wysiadł.
-

ZABAWA DLA LARRY'EGO
Ann ruszyła szybko za Larrym nie zamierzając go zostawić samego... i przegapić wszystkiego.
Śnieg skrzypiał pod ich stopami, gdy ruszyli w głąb siedziby anarchów. Larry z pistoletem, Garry z obrzynem i wilkami i Ann ze swoim sztyletem. Było cicho i było ciemno. Gdzieniegdzie widać było ślady ognisk, które paliły się tu niedawno. Być może jeszcze wczorajszej nocy. Śnieg jeszcze ich nie przysypał. I tam właśnie przy tych pozostałościach ognisk, zauważyli ciała przysypane białym puchem. Kobiet i mężczyzn.. poszarpane, rozerwane… pozbawione krwi.- Ktoś tu się ostro bawił.- ocenił Larry przyglądając się trupom, obwąchiwanym przez wilki.
- To śmiertelnicy? - zapytała dziewczyna przyglądając się ciałom - Czy uśpione wampiry?
- Większość chyba była ghulami. Ale tamtą rozpoznaję po tatuażach. Anakha, jak chciała być nazywana po śmierci… Toreadorka Anarchów.- wyjaśnił Larry wskazując jedno z ciał.- Wierzyła że jest wcieleniem egipskiej kapłanki, stąd jej zamiłowanie do takich tatuaży.-
- Nie żyją od wczoraj.- ocenił Garry głaszcząc po futrze wilka.A Brujah spytał.- To co… rozdzielamy się, by przeszukać całość?
- Rozwiązanie jak z kreskówki Scooby Doo.- stwierdził Gangrel.
- Rozprasza jak we dwójkę dyszycie nad głową. Jak mam się skupić na zagrożeniu, gdy muszę jeszcze tyłów pilnować.- warknął Larry.
- A skąd wiesz chłopie, że jest tu jakieś zagrożenie?- zapytał Garry, na co Brujah odpowiedział.- Byłbym rozczarowany, gdyby się okazało że przejechaliśmy taki kawałek i jedyne co znaleźliśmy to bandę nieboszczyków.
- Ale chyba tamtej to wystarczy dać trochę krwi, aby powstała, prawda? - Ann wskazała na kobietę.
- Ci którzy ich napadli, tak ich zmasakrowali że żadna krew im nie pomoże.- ocenił Larry.- Są to obrażenia, po których nawet nieśmiertelny się nie podniesie.
- Sabat? Wilkołaki?
- Sabat bym obstawiał. Może jakaś wygłodniała sfora?- zastanowił się Larry, a wilki Garry’ego zaczęły warczeć i jeżyć sierść, na co Ann spojrzała pytająco na gangrela.
- Coś tu się kryje…- potwierdził jej przypuszczenia Garry, a Larry wyciągnął broń i strzelił w górę.
- Na co czekacie sukinsyny?! Jestem tutaj! Chodźcie!- wrzeszczał. Ale nie został wysłuchany.
- Wilki by nas pokierowały? - zapytała rozglądając się na boki.Wampir kucnął między swoimi zwierzaki i coś do nich szepnął. Westchnął cicho.- Nie wiem… nie sądzę by chciały pokierować nas ku źródłu zagrożenia. Boją się.-
- Oni też się boją! Chowają w ruinach! No chodźcie cykory. Jest nas tylko trójka! -wrzeszczał rozsierdzony coraz bardziej Larry.
- Larry... - Ann położyła dłoń na ramieniu mężczyzny - To nam nie pomoże w znalezieniu ich.
- Jak pójdę… tam, to ich znajdę i zabiję… wszystkich.- odparł Larry uśmiechając się szaleńczo i sięgając wolną dłonią po długi szeroki nóż bowie.
- Larry! - stanęła przed Brujah - Uspokój się, bo nic nie osiągniemy wrzucając się na ślepo!
- Jeszcze mniej stojąc w miejscu i srając ze strachu przed nieznanym.- burknął Brujah.
- Nie sram ze strachu... - Ann wydawała się urażona tymi słowami.
- To czemu czuję smrodek lęku i to nie tylko od wilczków?- zapytał butnie Larry.- Dzielne potomstwo Kaina, drapieżniki nocy… pfff… też mi coś.Ann wyraźnie poirytowany te słowa.
- Dobrze, idź sobie! - skrzyżowała ręce - Pokaż nam ponownie jak nie masz mózgu!
Larry uśmiechnął się szeroko i złowieszczo i… ruszył udowadniając, że wizja jatki jest jak narkotyk dla niego.
Ruszył w kierunku najbliższego baraku w poszukiwaniu… bójki.- No cóż… Larry nigdy nie dbał o swoją skórę.- przyznał Gangrel.
- Dobrze, że podszedł. - burknęła - Ale to dobrze. Wypłoszy, sam oberwie. My go zawsze znajdziemy na słuch.
- Oby…- odparł Garry. Niemniej Ann miała rację. Po chwili usłyszeli, krzyki gniewu, strzały… kolejne wrzaski. Larry szybko znalazł rozróbę o której marzył.Ann skinęła w stronę, z której dochodziły krzyki.
- Chodźmy więc, zobaczymy co znalazł.
Garry zacisnął w dłoni obrzyna i ruszyli w kierunku strzałów i wrzasków, które szybko ucichły.
Ann wpadła pierwsza do pogrążonego w ciemnościach miejsca, przypominającego stołówkę. Larry… leżał na ziemi, poszarpany i pewnie umierający. Dwie humanoidalne i garbate sylwetki pochylały się nad nim, gryząc i zapewne pijąc jego vitae. Trudno było stwierdzić czym są… ale pokonały Brujaha i ucztowały na nim. Zauważyły pojawienie się Ann i spojrzały w jej kierunku swoimi wyłupiastymi oczami.
Ann zabrakło słów. Co miała zrobić z takim zagrożeniem?
Wycelowała z otrzymanego od Larry'ego pistoletu i strzeliła w głowę jednej z poczwar. Nie dowiedziała się czy trafiła, bo po strzale… oba potwory znilkły. Rozległo się szuranie i szelesty i nagle coś spadło na Ann… strzaszliwy ból rozerwał jej ciało, bo trzewia zostały rozerwane przez niewidocznego przeciwnika zadającego głęboką i straszliwą ranę. Gdyby była śmiertelnikiem, byłaby już martwa.
Garry też oberwał mając rozszarpane lewe ramię i strzelając z obrzyna w… kierunku ciemności. On też nie dostrzegł wrogów czających się w niej.
Ann oceniła sytuację mimo dojmującego bólu. Larry leżał kilkanaście kroków od nich. Oni sami byli blisko drzwi. Zostali zaatakowani przez przeciwników, których nie mogła dostrzec. Od tyłu, więc pewnie jakiś czaił się przedtem w kącie. Było ich więcej niż dwóch i zadawali potężne rany swoimi szponami. I byli gdzieś tam… czaili się szykując do kolejnego ataku.
Ann skupiła się na zrobieniu tego samego co w Nowym Jorku. Postarała się rozciągnąć naturalny cień na całą powierzchnię baraku. Chciałaby potwory nic nie mogły w niej zobaczyć a sama widząc mogła wyciągnąć Larry'ego z tego miejsca.
Garry ryknął z bólu strzelając w coś…co właśnie rozharatało jego plecy, gdy Ann opanowawszy się rozszerzyła cienie w kopułę. Zacisnęła zęby zdając sobie sprawę, że to trochę poza jej możliwościami… coś mniejszego jednak już tak. I stworzyła taki mrok… osłaniający ją i zapewne umierającego Larry’ego.
Sama dziewczyna zaciskała zęby z bólu i trzymała ręce na rozharatanym ciele. Nie mogła teraz poddać się temu doznaniu pełnemu agonii. Musiała dotrzeć do Brujah i jak najszybciej ewakuować jeszcze tego miejsca póki jeszcze cała trójka istniała.
Chwyciła za truchło Larry zaciskając zęby z bólu i czując jak życie wypływa z niej wraz z Vitae, ciągnęła ciężkie ciało Brujaha w kierunku celu. Była coraz bliżej drzwi, słyszała odgłosy dochodzące spoza jej kopuły. Garry walczył nadal. Posłyszała coś jeszcze przy uchu… zniekształcony przez jej stworzoną przez nią kopułę harkot.
-Czję smrd twgo strchu.
Po czym poczuła jak długie ostrza wbijają się jej pod żebra… ból przeszył jej ciało, strach i instynkt popchnął ją do przodu. Dobrze że odruchowo zaciskała rękę na ciele Larry’ego… bo w innym przypadku by go porzuciła na pastwę losu. Jakimś cudem wypadła na zewnątrz, a widząc to Garry podążył za nią.
Ann dalej ciągnęła Larry’ego, byle dalej, byle dalej, do samochodu. Była w bólu i przerażona. Nie myślała logicznie. Chciała uciec... tylko resztkami świadomości pamiętając o towarzyszach.
Garry krwawiąc mocno podążał za nią. Obrzyn gdzieś zgubił, teraz strzelał z rewolweru na oślep.- Larry ma granaty w schowku, użyj wszystkich! - krzyczał starając się…cóż przeżyć i ściągnąć uwagę niewidocznych przeciwników. Wilki ruszyły mu na pomoc warcząc i wyjąc. I robiąc za dodatkowe cele. Jedne przypłacił to śmiercionośnym rozcięciem na pół. Jeden cios i zwierzę rozpadło się na dwie obficie krwawiące połówki.
Dziewczyna usilnie starała się dojść do samochodu, A gdy już się tam znalazła rzuciła zmasakrowanego Brujah na tylne siedzenie i wyciągnęła granaty ze schowka. Ledwo trzymała pion kiedy zaczęła nimi rzucać w stronę wrogów… a przynajmniej tam gdzie sądziła, że są.
Panika sprawiała, że widziała ich w każdym cieniu.
Eksplozja za eksplozją rozrywała zmarzniętą ziemię i śnieg. Ten który trafił w motocykle wywołał olbrzymią eksplozję i pożar.
|-I te płomienie wywabiły stwory z ukrycia. Pojawiły się na moment, szare i łyse parodie człowieka, z pazurami jak noże.-|
Ich czerwone ślepia płonęły zwierzęcą nienawiścią i nieludzką inteligencją. Oblizały kły i jak się pojawiły, tak zaczęły znikać. Jeden po drugim. Cała szóstka.- Garry! Chodź! - sama Ann usiadła za kółkiem brudząc wszystko własną krwią i kawałkami ciała. Gangrel podążył za nią i z trudem usiadł tuż obok nieprzytomnego Brujaha.
- Ruszaj…ruszaj… ja poszukam torebek z krwią. Na pewno jakieś ma…- wydusił z siebie Garry. - Ruszaj, zanim zmienią zdanie… i zapolują znów.
Jechała z trudem, drżała osłabiona i przerażona a humvee nie miał wspomagania. Jej wnętrzności były odsłonięte.. pół jelita wyszarpanego. Gangrel podał jej woreczek, w który wbiła się łakomie częściowo zaspokajając swój głód.
- Porwijmy kogoś po drodze... zjedzmy go... - zachrypiała.
- Zły pomysł… może.. przejść w NY. Nie tu…- odparł Gangrel podając jej kolejny woreczek. - A te wybuchy pewnie przyciągną kolejne kłopoty. Lepiej by nas tu nie było wtedy.
- Przejezdnego... Proszę... - wbiła kły w drugi woreczek.
- Musimy wyjechać na międzymiastową. I żadnego jedzenia… tylko parę łyczków. - odparł Garry, gdy Kainitka wypatrzyła na drodze idącą w pośpiechu sylwetkę. Z początku myślała, że to jej życzenia się spełniają, ale… to była tylko Jaine idąca w kierunku miejsca z którego uciekali.Ann z piskiem opon zatrzymała się obok kobiety I otworzyła drzwi pasażera.
- Aż… tak źle?- zapytała nieco pobladła, ale wyraźnie nie zdziwiona Ravnoska. Usiadła obok Ann i dodała.
- Popytałam w mieście. KIlka dni temu… zrobiło się cicho w Forcie. Uznano, że pewnie wyruszyli na jakiś rajd. Zdarza im się to, ale tym razem trwa to dłużej.
- Wracamy i po drodze kogoś zjadamy. - nagle zawyrokowała.
- Zjadanie raczej nie wchodzi w grę.- stwierdziła Jaine nieświadomie stając po stronie Garry’ego. - Za dużo z tym kłopotu.
- Byłaś w Sabacie, prawda? - mruknęła - Więc zróbmy sobie ucztę choć tym razem.
- Byłam w Sabacie, gdy ten był czymś więcej niż jest teraz.- machnęła ręką wampirzyca. - I nie stoczyłam się tak jak oni.-Spojrzała przed siebie.
- Ruszajmy do Róży. Tam będziemy mogli poucztować bezpiecznie. - Garry podał Ann kolejny worek. - Nie tutaj. Nie w lasach. Nie narobimy dodatkowego kłopotu Joshui. I tak już je ma… nieprawdaż?
- To nie teren Joshui... - burknęła - Będzie ot kolejne nierozwiązane zaginięcie. Jedzenie w róży jest nudne. Mam dość.
- Taka improwizacja przynosi kłopoty. - przyznał Gangrel, gdy skręcali w prawo i ruszali drogą kierując się do Stillwater.
- Możemy wpaść do mnie.- zaproponował.- Krew z morfiną złagodzi ból.-
- I to jest dobry pomysł.- przyznała Ravnoska, a następnie spytała.- Co tam się stało w Forcie. Kto tak urządził Larry’ego?
- To, co i nas. - mruknęła niepocieszona Ann.
- Potwory… łyse, szare… niebezpieczne.- wysapał Gangrel, a Ravnoska dodała.- Trochę mało szczegółów.
- Garry ci opowie. - odparła obrażona.
- Później… - odparł ponuro Garry podając Ann kolejny woreczek z krwią.
Naburmuszona i nieco wygłodniała Ann musiała “przecierpieć” całą podróż do leża Garry’ego.
Złupienie zapasów krwi Larry’ego ukrytych w humvee pozwoliło zaleczyć sporo obrażeń. Brujah najwyraźniej miał świadomość, że zawsze przyjmie jakieś ciosy na klatę. No i… miał rację.
Dlatego też było sporo woreczków. I im bliżej byli leża Gangrela, tym potrzeba “zjedzenia” kogoś stawała się coraz mniejszą koniecznością. Ku irytacji caitifki.
W zimie siedziba Garry’ego stawała się z pozoru spokojniejsza. Głównie dlatego że seks, ćpanie i picie na świeżym powietrzu traciło swój urok, gdy tyłek można było sobie odmrozić.
Irytacja Ann była widoczna, ale mimo tego nie odezwała się ni słowem.- Zanieśmy Larry’ego do środka i podkarmy go. Nie za dużo… żeby nie wpadł w podobny szał co Ann.- zaproponował Garry Ravnosce, na co ta zgodziła się skinieniem głowy. I po zatrzymaniu się pojazdu zabrali się za wynoszenie poszarpanego ciała Brujaha.
- Nie wpadłam w szał... - mruknęła Ann, gdy szła za wampirami.
- Ale on wpadnie na pewno.- westchnął ciężko Gangrel niosąc wraz Jaine ciężkie ciało pokonanego Kainity. Drzwi siedziby Garry’ego się otwarły i na dwór wypadło paru hippisów, którzy pomogli wnieść Larry’ego do środka.Ann pod nosem marudziła na starszych Kainitów, jak dziecko któremu zakazano słodyczy.
Po wniesieniu do jednego z pokoi, Garry polecił podczepić Larry’emu kroplówkę z krwią do ust.
- Niech sobie pośpi.- odparł z uśmiechem Gangrel zgarniając jedną z hippisek. - A ty Ann też chcesz jakiegoś kąska? Jaine, może ty?-
- Innym razem… potrzebna jest tu przynajmniej jedna osoba myśląca racjonalnie.- odparła Love.
- Naćpani nie są tak smaczni... - burknęła Ann - Temu i nie szukam tej gierki z Róży.
- Wybredna. - zaśmiała się Jaine i dodała z uśmiechem.- Zawsze możesz jakiegoś rozkochać zanim się upije.
- Wolę polować... - odparła.
- Stillwater jest za małe na takie łowy.- oceniła wampirzyca i obejrzała Ann. Po czym zwróciła się do pobliskiej hippiski. - Bądź tak dobra i znajdź mojej przyjaciółce jakieś ciuchy.
- Nawet byli Sabatowcy ze Stillwater nie mają w sobie iskry... - mruknęła pod nosem.
- Przygoda Larry’ego niczego cię nie nauczyła? - westchnęła ciężko Jaine i sięgnęła do kieszeni po komórkę mówiąc. - Wróć do domu, ochłoń i nie rób niczego głupiego. Joshua zabije cię bez mrugnięcia okiem, jeśli dowie się o poważnym złamaniu Maskarady w twoim wykonaniu.
- Wiem, wiem... - westchnęła - Po prostu... - zrezygnowała z myśli.
- Ann… Powiem ci coś, co… wie wielu Kainitów, ale większość wypiera ten fakt ze swojej głowy. Osoba którą zabito podczas przemiany i tą którą jesteś teraz, nie jest tą samą osobą. Przemiana… dodaje coś do charakteru przebudzonego Kainity. Mrok, żarłoczność, agresywność… zwiemy to Bestią i udajemy, że nie jest częścią nas. Niestety jest w nas, czai się i czeka na okazję…- wyjaśniła Ravnoska.- I uleganie jej raz po raz… to kroki do samozagłady. Pomyśl czy słowa jakie wypowiedziałaś i myśli jakie czułaś należały do ciebie, czy były jej podszeptami.Ann spojrzała z irytacją.
- Czy moje słowa tak cię dziwią? Czy ty nie chciałabyś tak jak ja wypić ciepłej krwi? Oczyścić do sucha? - zmrużyła oczy - Doświadczyłaś tego. Ja także dawno temu.
- Nie. Ja nie chciałabym pozwolić sobie na zezwierzęcenie. - zaprzeczyła Jaine stanowczo. - Jestem zbyt stara i zbyt doświadczona, na to by kaprysy i głód miały nade mną władzę.
- Ale musiałaś doświadczać tego w Sabacie.
- Nie.- machnęła ręką Jaine. - Nie byłam nisko postawionym mięsem armatnim. Nie musiałam doświadczać niczego, czego nie chciałam. My… Ravnos, cenimy swobodę i wolność. I nie damy jej sobie odebrać, ani w Camarilli, ani w Sabacie.
- Nie wiesz co straciłaś... - westchnęła Ann.
- NIeważne. - oceniła Jaine i spojrzała na hipiskę przynoszącą Ann świeże ciuchy. - Idź się przebrać, a potem zawiozę cię do domu. Wystarczy atrakcji na tę noc.
- A opowiedziałabyś mi o Lasombra? - zapytała przyjmując ubrania.
- Jak będziemy wracać. Nie oczekuj jednak zbyt wiele. Aż tak się z nimi nie kumplowałam.- rzekła Kainitka wskazując Ann pomieszczenie w którym mogła zmienić ubranie. Sama zaś gdzieś zadzwoniła.
Po Ravnoskę przyjechał jej czarownik. I obie kobiety wsiadły do samochodu. Jaine powiedziała mu gdzie ma jechać wpierw i w milczeniu tasowała karty czasem jakąś wyciagając z talii przyglądając się jej i chowając ją z powrotem w talię. Nie odzywała się, podobnie jak i on.
Caitiffka patrzyła na Ravnoskę wyczekująco nim zapytała zniecierpliwiona.- Więc? Opowiedz mi o nich. - rzekła prosząco.
- A co chcesz wiedzieć? Za moich czasów Lasombra były lustrzanym odbiciem Ventrue. Gdy Arystokraci pożądali władzy świeckiej, Lasombra chcieli rząd dusz i przytulili się do Kościoła. Dwie strony tej samej monety, dwie strony pożądające w sumie tego samego… władzy. Nic dziwnego, że stoją teraz naprzeciw sobie. Nie może być dwóch władców na jednym tronie. - wzruszyła ramionami Jaine. - Lasombra nigdy mnie nie lubili, bo sięgałam po to co zarezerwowali dla siebie. Za życia byłam kapłanką, mistyczką i wyrocznią. Po śmierci to się niewiele zmieniło.Ann wydawała się zaciekawiona.
- Istnieją Lasombra Antitribu?
- Jeśli istnieją to są rzadkością. - wzruszyła ramionami Jaine.- Ja żadnego nie spotkałam. Teoretycznie… mogą istnieć.
- Myślisz, że tacy z Camarilli by mnie przyjęli do Klanu? - zapytała z nadzieją w głosie.
- Wątpię… - machnęła ręką Jaine. - Zresztą, do klanów w dany mieście są przyjmowani tylko ci przemienieni przez miejscowych. Książę pozwala, wampir wybiera i przemienia, a potem taki nuworysz jest przyjmowany do klanu. Obcy z innego miasta zwykle twierdzą, że już do jakiegoś klanu należą.- dokończyła z lisim uśmiechem.- Czasem nawet mają listy polecające.
- Mam ich Dyscyplinę. - mruknęła - Po prostu nie zostałam uznana oficjalnie. - zaprotestowała.
- Nie ma Lasombr w Camarilli. Jeśli ktoś tam włada Strefą Cieni, to Malkavianin zapewne, może Ventrue lub Nosferatu. - stwierdziła dobitnie stara wampirzyca.
- Ale mówiłaś, że teoretycznie mogą istnieć Lasombra Antitribu!
- Ja mówiłam, a ty mnie nie słuchałaś.- burknęła Ravnoska i wytłumaczyła.- Jeśli istnieją… bo ponoć ich nie ma. Jeśli istnieją to nie w Camarilli, ale na obrzeżach jak Setyci lub my, albo… kryją się wśród Anarchów.
- Ale jeżeli by istnieli... To skoro znasz ich z Sabatu... - zaczęła - To sądzisz, że by mnie chcieli w Klanie?
- Jeśli są wśród anarchów to nie są klanem. - stwierdziła Jaine i dodała.- Posłuchaj Ann, mnie ten klan nie lubił szczególnie ze względu na moją śmiertelną przeszłość i tym czym się zajmowałam po przemianie. Nie znam więc za dobrze twojego klanu… - machnęła ręką dodając.- … przypuszczam, że to będzie zależało od twoich osobistych relacji z tą jedną Lasombrą jaką wytropisz. Bo stadka nie znajdziesz.
- Jasne... - burknęła zirytowana, że nie dość, że zabroniono jej zjeść dobrego posiłku, to teraz nawet zdobycia Klanu jej odmawiają.Wróżbitka spojrzała w oczy Ann mówiąc.
- Zrobisz co uznasz za stosowne. Jeśli szukasz nauczyciela to ten najpewniej jest wśród Malkavów, jeśli uznania i … rodziny. Cóż… Anarchy są twoim celem. Lub Wyznawcy Seta, bo ci zwykle mają dobre rozeznanie wśród Kainitów żyjących na obrzeżach Camarilli. -
Ann wbiła się plecami w fotel samochodowy i pozostała w swoim rozżaleniu sytuacją... płynąc na tratwie ze swoich fantazji.

-
Ścigały ją. Ukrywały się w cieniach i w ciemności. Polowały na nią, jak na szczura. Wciskały się za nią, szeptały, chichotały. Mogły ją dopaść w tym pustym mieście gigantycznych wieżowców, martwych kolosów z oknami zabitymi deskami. Upiorna zabawa w kotka i myszkę. Tylko że ona była tą myszką, przerażoną i spanikowaną. A kotów było wiele. Nie widziała ich dobrze. Ot, przygarbione sylwetki, białka szalonych oczu, uśmiechnięte zębate paszcze i długie jęzory. Były to jedynie detale jakie dostrzegła, bo potwory dostrzegała kątem oka. Zawsze na granicy widzenia. Niemniej były tam, podążały za nią, osaczały powoli zamykając na coraz mniejszym obszarze.
Bawiły się z nią, jak koty z złapaną myszką.
Śmierć… brutalna… krwawa… była tylko kwestią czasu.
..
…
..
Nic dziwnego, że Ann obudziła z krzykiem.
Jej ghul powiadomił ją, że Joshua spotka się z nią tej nocy by omówić wydarzenia w leżu Anarchów. Miał zadzwonić w tej sprawie, jak tylko znajdzie czas. Wyglądało na to, że miał dziś wiele do zrobienia. Nie nakazał jej czekać w domu na swoje przybycie, jedynie być pod telefonem.
Może to i dobrze, bo inny telefon zadzwonił… William Blake.- Hej. Jak się czujesz? - zapytał na powitanie.
- Lepiej... Już się wyleczyłam. - odparła dziewczyna siadając na fotelu.
- Słyszałem plotki o napaści na was w leżu Anarchów. - zaczął ostrożnie wypytywać.
- Och, tak. Prawie stwory zniszczyły Larry’ego. I nas. Rozpłatały mi brzuch, Garry’ego też poharatały.
- To niedobrze. Ale znając ich… się szybko wyliżą. A Larry… będzie chciał się zemścić. - westchnął Toreador.
- Bestie chłeptały jego krew. To był... prawie koniec dla niego.
- Będę szczery. Wątpię by Larry dożył kolejnego stulecia.- westchnął Kainita. - Ale dzwonię także z innego powodu. Mam gości… to ci magowie z Nowego Jorku. Ta dziewucha i ktoś jeszcze, tego drugiego nie znam.
- I? - Ann zapytała oczekując wytłumaczenia swojej roli.
- I informuję cię o tym. Jeśli chcesz możesz przyjechać i porozmawiać wraz ze mną z nimi. Chyba że masz inne plany?- zapytał Toreador.
- A będę mogła uszczknąć krwi maga? - zapytała z nadzieją.
- Wątpię.- przyznał szczerze William.Ann westchnęła z irytacją.
- Jadę już do ciebie.

Przybyła dość do budynku, który przez okres wiosenny i letni był jej… domem. Psy po upewnieniu się kto przyjechał, zeszły jej z drogi wracając do swoich zajęć. Głównie patrolowania okolicy. Może to i dobrze. Po wczorajszym spotkaniu Ann nie czuła się już szczytowym drapieżnikiem. Wkroczyła do siedziby Williama i skierowała się do salonu w którym Toreador przyjmował gości.
Tam spotkała znajome twarze. Oczywiście był tu sam gospodarz nalewający herbatę z pomocą czajnika. Ciężko było widzieć w tym anemicznym wampirze o efemerycznej urodzie zagrożenie jakim przecież być potrafił. Tak samo jak ciężko było widzieć w dwójce śmiertelników… magów.
Marge przecież była smarkatą hakerką, która zapewne częściej częściej wypisywała swoje manifesty na różnych forach niż rzucała czary. Jej towarzysz zaś, niski, szczupły i… przeciętny.https://imgbb.com/
Niczym się nie wyróżniał. Absolutnie niczym. Był szczupłym mężczyzną ubranym kurtkę, niedogolonym i o wysokim czole. Jednym z wielu jakich mogłaby mijać w metrze. Nie biła od niego żadna aura tajemniczości.
- Ach… Ann. Poznaj moich gości. Marge Swanson już znasz. A to detektyw Herbert Dickson, przywódca Rebelii. - przedstawił go Toreador.
Herbert wstał podając dłoń Caitifce.- Wystarczy Herb, jestem prywatnym detektywem. Prawie żadnego powiązania z policją.
- Żyjemy na krawędzi systemu.- dodała buńczucznie magiczka, co Herb skwitował sarkastycznym uśmiechem i słowami.- Tak czy siak…-
Sięgnął do kieszeni i podał Ann karteczkę drugą dłonią. Była to jego wizytówka.
Detektyw Herbert Dickson & Ska. Sprawy nadnaturalne to nasza specjalność.
-

FOCHY LARRY'EGO
Ann patrzyła sceptycznie na magów i otrzymaną wizytówkę.
- To towarzyska wizyta? Chcecie nas dołączyć do swojego gangu?
- Interesy. - stwierdził mag i podrapał się po głowie. - Sprawa jest trochę skomplikowana.-
- Jesteśmy pośrednikami.- wtrąciła Marge.- Oeil du futur zleciło nam robotę w ich imieniu.
- Ponoć macie tu nawiedzony dom, czy coś w tym rodzaju.- dodał Herb.
- Mówicie o nawiedzonym szpitalu? Cóż, w nim dzieją się dziwne rzeczy z czasem i przestrzenią, a do tego różne kreatury czasem wychodzą.
- O to to to. - rzekł Herb z uśmiechem, a Toreador zapytał. - Zamierzacie to naprawić?
- Nie. Nic z tych rzeczy. Mamy się przyjrzeć i wynająć posiadłość jak najbliżej szpitala. Fundacja wpadła na pomysł umieszczenia tu stałego rezydenta. Nie wiem czemu.- odparł dyplomatyczne Herb, a Marge dodała chichocząc. - Ściągnęli rozwiązanie od Księcia Nowego Jorku.
- Teraz to miejsce będzie też więzieniem dla magów? - Ann westchnęła.
- Raczej miejscem wygnania.- wyjaśniła Marge, a Herb wtrącił.- To w sumie nie nasza sprawa. Ot załatwiamy im przysługę nie wtrącając się w ich sprawy.
- I na pewno nie podglądamy ich elektronicznej korespondencji, gdy nam się nudzi.- dodała z szerokim uśmiechem Marge.
- Piszą o czymś pikantnym? - zapytała Ann.
- Tak. Jeśli lubisz rytualne orgie, to mają tam parkę Kultystów Ekstazy… wróżą za pomocą wyuzdanego seksu. Serio. - uśmiechnęła się zadziornie Marge i zwróciła do Herba.- Dlaczego my nie mamy Kultystów Ekstazy w naszych szeregach?
- A daliby się namówić na seks za Vitae? - zapytała poważnie.
- Możliwe.- zastanowiła się Marge.- Kultyści są często mocno rąbnięci.Herb i William niemal jednocześnie spojrzeli w górę z politowaniem słysząc słowa swoich protegowanych.
Ann natomiast była zadowolona.- I tylko po to tu przyjechaliście?
- Obejrzeć szpital i znaleźć chatę dla tego pechowca. Twój… towarzysz jest przy okazji jedynym deweloperem w okolicy wartym uwagi. - wyjaśniła Marge.
- No więc… proponuję wsiąść w auta i ruszać. - rzekł Toreador.- Ann dołączysz do nas?
- Jasne. Przynajmniej coś ciekawego będzie się działo i nie spróbuje mnie zjeść. - odparła Ann.
Zimowa podróż do szpitala była trudna. Co prawda do przybytku prowadziła droga, niemniej zapomniana przez lata i nigdy nie odśnieżana. Dobrze, że przynajmniej nie padało jak wczoraj.
Szpital stojący na wzgórzu wyglądał nadal upiornie i nadal miało się wrażenie, że coś jest z budynkiem nie tak. Że poszczególne kąty i cienie były nienaturalne.
Magowie po opuszczeniu swojego auta zabrali się… za coś.
Marge filmowała budynek swoją komórką, a Herb wbił w śnieg dwa kijki narciarskie i rozwiesił pomiędzy nimi siatkę do gry w siatkówkę i okadził ją dymem z cygara. Po czym sięgnął do kieszeni i spoglądając zza siatki na budynek coś co chwila notował.Ann patrzyła kobiecie przez ramię, z ciekawością obserwując jej działania. Budynek przypatrywany przez rozstawioną siatkę wydawał się bardziej upiorny, bardziej nienaturalny… bardziej wyjęty z horroru klasy B. Dostrzegała jednak także coś jeszcze.. świetliste znaki wirujące w powietrzu, przypominające… glify z kart tarota Vincenta. Tworzyły one coś w rodzaju pierścienia otaczającego to miejsce.
- Co robisz? - zapytała Ann.
- Sprawdzam czy wszystko tu działa jak powinno, czy pieczęcie ograniczają ten mały problem do tego miejsca jedynie. - wyjaśnił Herbert.
- A ona? Filmik nagrywa? - wskazała na dziewczynę z komórką.
- Ona ma swoje metody, ja mam swoje. Ona się uczy.- wyjaśnił Herb.
- Czyli używacie innych zaklęć. - zgadywała.
- Innych metod do podobnych wyników.- przyznał mag zajęty swoją robotą.
- Czyli tak naprawdę magowie nie uczą się magii…
- Nie uczą się sztywnych reguł, niemniej wiele należy poznać. Jeśli umiesz wkroczyć do Umbry, lepiej ją znać na tyle by wiedzieć co tam czeka. - rzekł Herbert i wskazał na siatkę.- To… to jest detal, mój sposób na zajrzenie do pobliskiego wymiaru. I mogę nauczyć ogólnie jak się do tego zabrać. A uczeń sam musi dopracować swoje detale, dobrać przedmiotu ułatwiające mu użycie magyii… z czasem jeśli osiągnie mistrzostwo, nie będzie potrzebował nawet takich rekwizytów. Wystarczy sama wola i znajomość Sfery.
- Mógłbyś mnie też nauczyć? - Ann spojrzała z błyskiem w oczach, jakby nie mogła uwierzyć nikomu wcześniej.
- Nie bardzo… - odparł mężczyzna i dodał. - Ale może… Strix? Nie wiem tylko czy… wiesz, Anarchy może łatwiej dzielą się wiedzą, ale nadal niechętnie szkolą nieswoich potomków.
- Ja nie znam swojego Stwórcy. Porzucił mnie. - mruknęła - Ale ten inny mag twierdził, że moje moce czerpią z Umbry, więc chyba mógłbyś z tym pomóc, nie? W sumie to to samo, co uczyć maga.
- Naprawdę? - zapytał retorycznie Herbert zerkając na dziewczynę.- No to pierwsza lekcja, sięgnij w siebie głąb, sięgnij do awatara i odpowiedz mi jaki rekwizyt koresponduje z twoją ścieżką… z twoim stylem? Jakie przedmioty rezonują z twoją magyią?Ann skrzywiła się.
- A jak wygląda Avatar?
- Jak… wszystko. Jest bytem który mówi do ciebie, prowadzi cię ku oświeceniu. Jest odbiciem twojej duszy. Widzisz moja droga, ty możesz czerpać z Umbry i jak każdy wampir czerpiesz moc z wypitej krwi, ale prawdziwy mag… my czerpiemy moc z naszej duszy. Tego cię więc nie mogę nauczyć. - wyjaśnił Herbert.Dziewczynę wyraźnie to zasmuciło. Spojrzała w ziemię i czekała w milczeniu.
- Strix jest taka jak ty… jest wampirem, dość potężnym, jest anarchem więc… nieszczególnie się przejmuje tajemnicami klanowymi. - wyjaśnił tymczasem Herb. - Może więc coś cię nauczyć. Inna kwestia to to czy będzie jej się chciało.
- Jestem z innej sekty. Camarilla może nie popuścić komuś kontaktów z Anarchami.
- Na przykład swojemu księciu?- zaśmiał Herb i dodał. - Anarchy to nie Sabat. W Stanach są tolerowani. A ty jesteś mała szprotka… kto by tam zwracał uwagę.
- Może... Kiedy znowu będę mogła wrócić do miasta.
- Może. - przyznał z uśmiechem Herb i wrócił do badań.- Gdy wy tak sobie ćwierkaliście, ja już skończyłam. Może więc skończymy odmrażanie sobie tyłków tutaj i obejrzymy posiadłość! - krzyknęła głośno Marge.
- Zazdrosna... - burknęła Ann.
- Zmarznięta… nie wszyscy tutaj są odporni na zimno.- odparła w odpowiedzi magiczka. A Herbert dokonał ostatnich “pomiarów”, zapisał wyniki i zabrał się za pakowanie swoich klamotów z powrotem do auta.- I coś odkryliście? - zapytała Ann.
- Że nasz poprzednik… całkiem nieźle sobie poradził. Jego zabezpieczenia trzymają to magiczne skażenie w szachu. - stwierdziła Marge zerkając na fotki.
- Tak. Możemy się stąd zwijać. Obejrzymy jeszcze lokum i wracamy do domu. Podeślemy dokumentację i zaliczkę do kancelarii. Mag od Oeil du futur przyleci do końca tygodnia, może w następny.- wyjaśnił Herbert.
- Klucze będą czekać na niego w kancelarii.- odparł uprzejmie Toreador i wzorem dwójki magów wsiadł do samochodu.
Urokliwa posiadłość przypominała Ann pqdomek sekty. Ten sam rozkład pokoi. Podobny ogródek. Była i piwniczka na wino w miejscu… składania ofiar. Magowie rozglądali się ciekawie po pustym budynku i komentowali jego stan. Herb co jakiś czas, coś notował. A Marge zerkała przez komórkę.
Ann wodziła wzrokiem za magami.
- A czy nasz Książę zgodził się na uczynienie jego Domeny miejscem wygnania dla tego maga?
- Sprawy magów nie są sprawami wampirów.- wyjaśnił William z uśmiechem. - Gdyby nie to, że to ja im wynajmuje lokum, to byśmy się nie dowiedzieli o tym… fakcie.
- Akurat akcje magów namieszały mocno w wampirzym Nowym Jorku. - przypomniała Ann.
- Mówisz o Cyrilu? - spojrzał na Ann dodając.- Cyril jest dużym chłopcem i dorosłym Kainitą. Sam odpowiada za swoje czyny. Może i nie powinien bratać się z magami i kombinować nad tym, by odzyskać to czego mieć nie powinien… ale ostatecznie sam sobie jest winny. Nikt go nie zmuszał.-Caitiffka mruknęła pod nosem niezadowolona.
- Rzecz w tym, że gdybyśmy byli głupi i powiedzmy wypowiedzieli ich loży wojnę…- wzruszył ramionami William.- I nawet gdyby Camarilla wyszła z niej zwycięsko, to byłoby to pyrrusowe zwycięstwo.
Ann spojrzała na magów i zwróciła się do nich.
- Wszystko pasuje?
- Na to wygląda. - przyznał Herb z uśmiechem i spojrzał na magiczkę. - Jak tam z twojej strony?
- Odczyty…- nim dokończyła, rozbrzmiała głośno komórka Ann, a ta przeprosiła i spojrzała na telefon, po czym odebrała odchodząc lekko.
- Hej, gdzie jesteś?- zapytał szeryf.
- Z Williamem, pokazujemy magom jego posiadłości.
- Jakiś konkretny powód tego pokazu? - zapytał Joshua.
- Magów zainspirował pomysł Księcia Nowego Jorku i mają nam podrzucić kogoś.
- No cudnie… zapewne jakiś frustrat lub nieudacznik. - westchnął szeryf. - Ale to już ich sprawa. Ty jesteś zajęta?
- Nie, nie. A jaka sprawa?
- Rozmawiałem już z Larrym i Garrym… teraz twoja kolej na raport. Podaj adres, przyjadę po ciebie.- odparł szeryf.
- Przyjedzie po mnie Joshua. Mam mu raport złożyć. - Ann wyjaśniła Williamowi, gdy powróciła do reszty po przekazaniu Księciu adresu i zwróciła się do magów - A co z tymi odczytami?
- Wszystko w porządku, żadnych dziwactw.- stwierdziła Marge i zapytała zaciekawiona. - A co to za raport?
- Z tego jak wczoraj trójkę z nas prawie ubiły potworki, co wytrzebiły anarchów obok. - wyjaśniła.l- No to macie ciekawych sąsiadów. - oceniła magiczka wracając do swojej roboty.
Tymczasem Herb zaczął rozmawiać z Toreadorem o metrażu, dostępie do mediów i cenach za nie, wywozie śmieci… takie tam nudne detale. Nic więc dziwnego, że widok nadjeżdżającego wozu policyjnego napełnił Ann ulgą.
Joshua przyjechał sam i czekał w samochodzie. Gdy wsiadła, rzekł z uśmiechem.
- Jadę zajrzeć do Róży. Podrzucić cię gdzieś po drodze? - zapytał ruszając.
- Nie mam na razie planów. Do Larry’ego bym pojechała, choć może też w Róży będzie.
- Ok… to podrzucę cię do Larry’ego.- zgodził się z nią Joshua i zerknął na dziewczynę.- Niemniej Róża bliżej, więc tam najpierw.-Przez chwilę milczał, nim rzekł.- No więc… opowiadaj od początku co się tam stało.
- Najpierw natrafiliśmy tylko na martwe ghule i jedną wampirzycę. Wyssane z krwi. Myśleliśmy, że to Sabat. Larry odwalił Larry’ego i poszedł szukać guza. - westchnęła - Wilki Garry’ego czegoś się bały... Usłyszeliśmy strzały i krzyki Larry’ego, a gdy tam poszliśmy... - przełknęła ślinę - Trzy bestie pożywiały się na powalonym Larrym. Okryłam teren ciemnością, aby go wyciągnąć po przepłoszeniu bestii.
- Garry wspominał o ciemności, która cię pochłonęła.- potwierdził jej słowa Joshua.
- I tak bestia na ślepo prawie rozpłatała mnie... Ale udało się uciec z Larrym. Bestie goniły nas i musieliśmy bronić się granatami z wozu. Cieszę się, że nie wpadłam w panikę, a było blisko…
- Możesz opisać jak wyglądały? I czym według ciebie były te stwory?- zapytał szeryf.- I co potrafiły.
- Jeden... Mówił do mnie. - opisała wygląd bestii - Umiały... Znikać jak... Wilkołaki.
- Jak Nosferatu…- poprawił ją Kainita wyraźnie zmartwiony. -... znikać jak Nosferatu.
- To były wampiry? - zapytała - Szczerze to... Byłam zbytnio w tym strachu by myśleć…
- To kiedyś były wampiry… tak przypuszczam. - westchnął Joshua.- Sądząc z opisu ich wyglądu… Nosferatu. To… widziałem podobne przypadki na wojnie.-Spojrzał na Ann.- Tak kończą Kainici, którzy poddadzą się swojej wewnętrznej Bestii… ulegają zezwierzęceniu. Tyle że nie powinni być tak potężni, nie powinni mówić… z drugiej strony…-
Wzruszył ramionami. - Zwykle taki upadek zdarza się młodym niedoświadczonym wampirom. Tym razem… chyba mamy do czynienia ze sforą draugów powstałą z potężnych Śmierdzieli. Bardzo rzadki przypadek.
Ann spojrzała w dłonie.- To się dzieje, jak działasz jak Sabat?
- O tak… w Sabacie zdarza się to często. Większość nowo narodzonych Kainitów tak kończy. Albo martwa, albo zatraca się w Bestii i na końcu zostają zabici.- odparł sarkastycznie Joshua.- Wspaniały idealistyczny Sabat uwielbia takie przesiewy kandydatów. Tyle że tu mówimy o młodych i niedoświadczonych wampirach. Stają się bezmyślnymi bestiami skupionymi na zabijaniu i zbyt skupionymi na głodzie, by stosować finezyjną taktykę, ale… tu pojawia się problem…- Joshua spojrzał na Ann.- … czytałaś już to co ci Nadia podrzuciła?
- Tak. - Ann słuchała Joshuę z fascynacją.
- To już zapewne wiesz kim był ojciec klanu Nosferatu nim został przeklęty przez Kaina? Łowcą. Idealnym myśliwym. I dzieci jego odziedziczyły te talenty.- westchnął Joshua.- Konsultowałem tę kwestię z Nadią i wysnuła teorię, że potężne Nosferatu nawet po utracie człowieczeństwa, mogą zachować część inteligencji… ale przede wszystkim wtedy talenty ich praojca wyjdą na wierzch. Mamy problem. W pobliżu naszej domeny krąży sfora łowców, pozbawionych moralności i skrupułów, za to z instynktami idealnych drapieżników.
- To też na drodze do Nowego Jorku. - przypomniała.
- Widocznie rozsmakowały się w wampirzej krwi.- stwierdził ponuro Joshua.
- I co teraz?
- Krwawe Łowy będą… pewnie wraz z gośćmi z Nowego Jorku. - rzekł Joshua. - Tak stanowi prawo. Tylko najpierw trzeba całą sprawę zbadać, by łowcy nie zmienili się w zwierzynę.Wyraźnie możliwość krwawych łowów jeszcze bardziej zafascynowała dziewczynę.
- To może być super…
- Gdybyśmy polowali na jednego słabego pechowca… to może… ale sama widziałaś co się stało. Sama ledwo przeżyłaś. Pomyśl, czy rzeczywiście będzie to super. Ta sfora wymordowała gniazdo anarchów, doświadczonych w boju potomków klanów Brujah i Gangrel. - ocenił chłodno Joshua.- To z pewnością nie będą zwykłe łowy.
- Nowy Jork musi więc przysłać sporo mocnych…
- Larry był mocny i zadufany w sobie… i prawie zginął.- ocenił cynicznie szeryf. I wzruszył ramionami. - Zresztą pomyśl… na pewno przybędzie Locarius Gorgon. A jest tylko jednym z tych bardziej stabilnych ogarów klanu Malkavian i samego Księcia. Są gorsi… i oni też przybędą.
- Przynajmniej poznam więcej ekosystemu Nowego Jorku.
- No… Grozę i jego chłopców na przykład.- stwierdził ironicznie szeryf.
- W Stillwater mam inny status niż w Nowym Jorku.
- Niemniej tutaj Pawlukow może uznać swój kaganiec za luźniejszy.- westchnął cicho Joshua.- I tak źle, i tak niedobrze.
- Najwyżej przyjdzie mi schować się u Nadii czy w Róży... - westchnęła.
- Bardziej… u Nadii.- ocenił szeryf, a nagły ryk silników zagłuszył resztę jego słów.Wjeżdżając południową odnogą, na główną drogę… minął ich konwój potężnych białych ciężarkówek na dużych kołach. Po lewej stronie oznaczonych logo miejscowej kopalni. Były ich trzy i poruszały zaskakująco szybko jak na tak ciężkie pojazdy.
- Co do…- podsumował ten widok książę Stillwater.
- Rozwijają się... - mruknęła zaskoczona.
- Wedle informacji jakie uzyskaliście… raczej rozbudowują tu placówkę. - ocenił szeryf przyglądając się odjeżdżającym od nich pojazdom.
- Niemniej nie łamią przepisów drogowych. - ocenił i wzruszył.- Nie mam ich za co zatrzymać.Ann spojrzała oceniająco na wóz.
- A typowa kontrola trzeźwości? Papierów?
- Założę się że są trzeźwi jak jankes na widok teściowej i wszystkie papiery mają w absolutnym porządku. - stwierdził szeryf i włączył syrenę biorąc się za wyprzedzanie pojazdów.Po czym dał im znak by zjechały na pobocze.
- Musisz się przecież upewnić. Dobrej zabawy. - mruknęła do Joshui, sama zostając grzecznie na miejscu.
Pojazdy zatrzymały się. Szeryf wysiadł. Z każdej ciężarówki wysiadł kierowca. Ten sam typ. Łysy, wysoki i zbudowany jak szafa trzydrzwiowa. Rysy ich nieco różniły się detalami. Niemniej i tak było coś w nich nieludzkiego, tym bardziej że ci trzej byli w tych samych kombinezonach.
Joshua podszedł do pierwszego i zaczął z nim rozmawiać. Ann nie słyszała o czym, ale kierowca wydawał się mrukiem odpowiadając tylko półsłówkami.
|-Potem skuliła się odruchowo na siedzeniu. Ktoś wysiadł. Mężczyzna… wysoki i przystojny. W czarnym garniturze… i czerwonym krawacie. Obudził paniczny lęk drzemiący głęboko w Ann. Jakby napotkała potężniejszego od siebie drapieżnika. I zdecydowanie nie chciała być przez niego zauważona.-|
Wspomnienia...
Ann zastygła, okryta cieniem i osłoną niewidzialności.
Joshua też coś poczuł, ale umiał ukryć lęk za maską profesjonalizmu i arogancji. Rozmowa z mężczyzną w czarnym garniturze wyglądała dość… groźnie. Obaj próbowali zdominować się spojrzeniem nawzajem. I mimo wymuszonych uśmiechów… czuć było w powietrzu atmosferę zagrożenia. Ostatecznie Joshua machnął ręką i ruszył do radiowozu. Trójka kierowców unisono wsiadła do ciężarówek. A po nich mężczyzna w garniturze wsiadł do pierwszej z nich.
Brujah poirytowany wsiadł do samochodu i ruszył w milczeniu.- To był on, to był on... - wydusiła z siebie Ann z jakiej spadła osłona. Wydawała się być jak struchlałe ze strachu zwierzątko.
- Mhmm… nie wiem czym był on, ale z pewnością nie był człowiekiem. Jego… “ludzie” też nie. - burknął Joshua.- Ośmielił mi się grozić… sugerował, że dobrze wie kim jestem i dotąd tolerowali naszą obecność. I że jeśli naprawdę nadepniemy im na odcisk… co za tupet.
- To czarny wilkołak... Z Nadią uciekałyśmy przed nim... Ten... Co inne wilki mają za wroga... Ten... - zadrżała.
- Tak… czuć było od niego jakby futrem.- przyznał szeryf. I po chwili dodał.- Pokonaliby nas tam. Mieli przewagę liczebną. Na razie im odpuścimy. Dopóki siedzą za swoim płotem… a ten czarny wilkołak twierdzi, że ciężarówki związane są z ich problemami i nie zamierzają wtrącać się w nasze sprawy, dopóki siedzą… dopóty damy im spokój. Nie mam armii za plecami by wojnę wypowiadać.Ann wydawała się mniejsza w tym momencie.
- Tak... - szepnęła.
- Będę musiał powiadomić o tym Księcia. O tych rozbestwionych nosferatu. Być może trzeba będzie osobiście pofatygować się do Nowego Jorku.- mruknął do siebie zmieniając temat.
- Będę mogła z tobą pojechać, Książę? - nagle Ann złapała okazję.
- Zobaczymy… pewnie wyślę Williama. - machnął ręką Joshua.- Oni tam mnie nie lubią. Nie książę czy szeryf, ale reszta tych napuszonych arystokratów.
- Lub po prostu się ciebie boją. I nie ufają.
- Możliwe… zwłaszcza jeśli chodzi o nie ufanie.- przyznał Brujah.- Dla nich zawsze będę sabatnikiem.
- Szczerze... to byłaby okazja pograć na nich. Musieliby być mili przecież. - podśmiała się.
- Doprawdy… nie wiesz jak to jest być uprzejmie złośliwym? Już za czasów Williama ta sztuka była rozwijana wśród arystokracji.- prychnął szeryf.
- Ale to by wymusiło na nich więcej wysiłku.
- Wątpię.- przyznał Kainita.
Dojechali do Róży. Tam oboje wysiedli. Dziś przybytek Lukrecji był pełen po brzegi śmiertelników. Dziś Ventrue miała artystkę na scenie. Tą samą co zawsze. Zabarwione na różowo długie włosy, śmiertelnie blada cera podkreślona pudrem i ostrym makijażem i punkowy strój. I nieziemski głos.
https://www.youtube.com/watch?v=5Wke4smC5JM
Wspierany przez całkiem niezły, mieszany etnicznie zespół… coś skrojonego pod najnowsze liberalno-lewicowe trendy.
Ann rozejrzała się w poszukiwaniu Larry’ego.
Znalazła go gdzieś w cieniu. Pijącego leniwie Krwawą Mary. Spoglądał ponuro na zgromadzoną publiczkę, jak drapieżnik któremu noga się podwinęła i planuje napaść na kolejną ofiarę.
Bez wahania ruszyła w stronę Brujah.- Już się trzymasz? - rzekła siadając przy jego stoliku.
- Jak zawsze… kilka zawszonych tchórzy wbijających pazury w plecy mnie nie złamie.- burknął Brujah.
- Wtedy byłeś dla nich ucztą.
- Tchórze… kryli się w mroku i zaatakowali od tyłu. - burknął gniewnie Brujah.- Zaskoczyli mnie… na otwartym polu nie byliby tacy twardzi.
- Gdyby nie my to by cię tu już nie było, wiesz o tym?
- Jeśli oczekujesz ucałowania rączek i dziękowania to… - wzruszył ramionami Kainita.- Poszukaj sobie kogoś innego do tej roli. Ja… nie dziękuję.
- Mówię to żebyś wreszcie zrozumiał, że nie wszystko powinno się robić samemu w oszalałym biegu po bójkę.
- Olalalala… jak szybko rośniesz. Może jeszcze zaczniesz mi mentorować? Jestem wojownikiem. Walczę, wygrywam, zabijam… ostatecznie zginę. To, że jestem krwiopijcą nie oznacza, że boję się śmierci, jak reszta tych chodzących umrzyków. - odparł dumnie Larry spoglądając na dziewczynę.- Jeśli przyszłaś mi truć dupę wykładami, to wiedz, że nie jesteś pierwsza. Wielu próbowało przed tobą.
- Po prostu chcę cię ostrzec, że następnym razem może mi się nie chcieć ratować ci dupy. - wzruszyła ramionami - Panie dorosły i potężny.
- Zrobisz co uznasz za stosowne w danej sytuacji. Dopóki to “stosowne” nie będzie sztyletem wbitym w moje plecy… nie będę się ciebie czepiał.- poklepał ją po jej plecach.- Z mojej strony znasz odpowiedź… rzucę ci się na ratunek, nieważne co będzie ci groziło. Ani kto.
- To może będziesz miał szansę jeżeli z Nowego Jorku zwalą się tutaj osoby chcące mnie ubić. - A to czemu? - zapytał Larry zdziwiony jej słowami. - Co takiego nabroiłaś, gdy wracałem do formy?
- Ja jestem grzeczna, słowo! - uniosła dłonie - To mój opiekun. A ja przez to, że jestem z nim związana mogę ucierpieć. Na nim mścić się nie mogą to chociaż na mnie i tak zrobić mu na złość.
- Za duże znaczenie sobie przypisujesz. - ocenił Larry i wzruszył ramionami. - I czemu nagle mieliby tu wpaść z wizytą, by obić twój tyłek?
- Przy okazji może się zdarzyć. - wzruszyła ramionami - Kto tam wie co takie nosferatu wymyślą.
- Zdrowa paranoja jest dobra… niezdrowa… znacznie mniej.- Larry podzielił się z nią swoją mądrością.
- Przynajmniej nie zginę w pogoni na ślepo za jakimikolwiek wrogami.
- Zginąłbym w walce. Nawet jeśli zabity zdradziecko. To dobra śmierć.- odparł dumnie Brujah. - A ty jak chcesz umrzeć?
- A czemu mam umierać? Wolę wygrać przed śmiercią, jeżeli miałabym umrzeć.
- Jeśli boisz się umrzeć… to ten lęk będzie ci brzemieniem i będzie paraliżował twoje decyzje. - odparł butnie Larry.
- Brak instynktu samozachowawczego to też problem. - pstryknęła palcem nos Larry’ego.
- Gadanie…- odparł wampir sięgając po drinka.- Jesteśmy bestiami nocy czy chowającymi się po kątach śmiertelnikami?
- Jesteśmy cwanymi drapieżnikami!
- Taaa… ja z pewnością.- odparł z typową dla siebie pychą Larry. Tymczasem podszedł nich Garry.
- Hej… ziooomy. Jak się macie. Niezła wczoraj zadyma była.- rzekł i podrapał się po czuprynie.- Ja się musiałem tłumaczyć ze śmierci szarego pyska… szkoda go… ale na wojnie straty są. Zginął w naszej obronie. Dorzucicie się do kosztu steku dla jego watahy?
- Larry zafunduje całość. - stwierdziła radośnie - w podziękowaniu, że nasza dwójka ocaliła mu dupę.Brujah warknął gniewnie w odpowiedzi, ale łaskawie… złożył dużą dotację na ręce Garry’ego.
- Dzięki… to o czym tu tak gadacie?- spytał Gangrel siadając obok nich.
- Larry odwala fochy, że przegrał. - odparła szczerząc się wrednie.
- Bo byłem zdradziecko od tyłu… to nie była prawdziwa walka.- burknął Brujah, a Garry poprawił okularki na nosie dodając.- Czyli nic nowego… Larry nie lubi przegrywać.
- Taki stary a wciąż dziecko. - podśmiewała się Ann.
- I kto to mówi. - obruszył się Brujah. A Garry tylko się uśmiechnął i dodał. - Cóż… urażona duma boli długo.
- Może dlatego z Lukrecją się kumpluje. W tym się rozumieją.
- Czują do siebie miętę. Dwie pokrewne duszyczki.- dodał ze śmiechem Garry. A Larry machnął ręką. - Jesteście beznadziejni.
-
Koszmar jakoś dobrze znajomy i nieznany. Znów została pogrzebana żywcem, tym razem głębiej… i pod tonami skał, a nie martwymi ciałami. Niemniej reszta była jej dobrze znana. Ciasnota, głód i strach.
Pobudka jak zwykle była taka sama. Niemniej wkrótce po niej zadzwonił Joshua. Telefon był krótki. Książę miał dla niej misję do wykonania. Jaką? Tego nie chciał zdradzić przez telefon.
Niemniej była ona ważna i wymagała dyskrecji.
Podsłuchując tę rozmowę ghul zasugerował, że… może… skoro wykonuje tak ważną misję dla Księcia. Może mogłaby uprosić go o jakąś zapłatę za wykonywane zadanie.
Bo ileż można pracować pro bono?
Joshua nakazał jej przyjechać do Róży jak najszybciej. Ponoć już tam na nią czekał.
Cóż… z pewnością czekała na nią Miracella. Uśmiechnęła się i rzekła do caitifki by ta udała się za nią na górę. Poszły po schodach kierując się do gabinetu Lukrecji.
Był tam Joshua i oczywiście była tam i sama Ventrue. Oraz William. Oraz bibliotekarka Nadia z niedużą papierową teczką trzymaną w dłoniach.- Mamy dla ciebie zadanie wymagające zarówno dyskrecji jak i taktu. Uważasz, że poradzisz sobie?- zapytał wprost szeryf.
Ann nie spodziewała się tego.
- Tak. - odpowiedziała wprost z pewnością - Jakie to zadanie?
- To dość… delikatna sprawa.- zaczął ostrożnie William. - Skontaktowaliśmy się z księciem Nowego Jorku w sprawie draugów, ale z uwagi na delikatną naturę tej informacji i cóż… liczne sposoby na podsłuchanie jej… zdecydowaliśmy się na posłańca który wyjaśni sytuację bezpośrednio księciowi Nowego Jorku i jego świcie. Przekazaliśmy że wyślemy kogoś, ale nie wyjawiliśmy kogo, ani z czym właściwie się tam wybiera. No i… cóż… ty najmniej rzucasz się w oczy.
- Naprawdę? - Ann otworzyła oczy zaskoczona - Chcecie bym to ja tam pojechała rozmawiać?
- Przekazać wieści i odpowiedzieć na pytania. - wtrąciła Nadia.- Nie dopisuj do tego dodatkowej wagi. Nasz wspaniały książę nie raczył jeszcze wyłożyć problemów na tacy przed tobą.-
- Pojedziesz incognito… - odparł Joshua. - … i nieoficjalnie. Co prawda nie powinnaś się pojawić w Nowym Jorku, ale… służby szeryfa przymkną oko na ten detal. Zresztą ktoś z nich cię zgarnie by zaopiekować się tobą podczas tej wizyty. Niemniej jakby ktoś inny cię pytał to… przybyłaś z własnej inicjatywy, by zrobić to co zwykle robisz w mieście.
- Dobrze…
- Musisz być ostrożna. Pamiętaj że choć służby szeryfa mogą przymknąć oczy na twoje pojawienie się przed czasem, to inni… nie muszą. I mogą skorzystać z okazji na ubicie cię w majestacie prawa. - przypomniała jej Nadia.
- Pojedzie z Jackie i jej ekipą. To da jej czasową ochronę przed przypadkowym atakiem.- wtrąciła Lukrecja, a bibliotekarka burknęła. - “Czasową”... super…-
- Niestety nie możemy ruszyć naszych sznurków w samym mieście, by nie przyciągnąć do ciebie uwagi. Oficjalnie to będzie samowolka.- wyjaśnił William. - W razie jednak kłopotów… dzwoń do La Belli.
- Rozumiem. - skinęła głową.
- Pojedziesz z Jackie Santaną. To piosenkarka z klanu Malkavian, która od czasu do czasu koncertuje w mojej siedzibie. Zapewne widziałaś ją wczoraj. Nic nie wie o tej misji, ale zgodziła się zawieźć cię do miasta.- wyjaśniła Lukrecja i skinęła głową ku Nadii. Bibliotekarka podeszła do caitifki i podała jej kopertę.- Tu jest dokumentacja przeznaczona dla Księcia. Dotyczy ona istot i wydarzeń w których uczestniczyłaś. W razie czego spal ją… nikt inny bowiem nie powinien jej widzieć.Ann spojrzała na Lukrecję.
- Czego powinnam oczekiwać na miejscu przy Księciu?
- Nic… przekażesz kopertę, wyjaśnisz sytuację, odpowiesz na pytania i zostaniesz odesłana do domu. - wzruszyła ramionami Ventrue.- Jesteś zapowiedzianym posłańcem. To posłańcy robią.-
- Masz jeszcze jakieś pytania dotyczące misji?- wtrącił Joshua.
- Czy jest coś, o czym nie powinnam wspominać?
- Nie. Nie wydaje mi się byśmy mieli coś do ukrycia. - zastanowił się Joshua. - W tej kwestii.-
- W razie czego zdaj się na swoje przeczucie. - dodał William.
- Jackie odjedzie za półtorej godziny. Jak masz coś wziąć z domu, to masz czas na to.- wtrąciła Lukrecja.
- A czy jest zaplanowane jak mam wrócić do Stillwater? - Ann spojrzała na Joshuę.
- Nie… ale coś załatwimy.- zapewnił ją Joshua.
Po ustaleniach bezklanowa ruszyła za Joshuą i zbliżyła się do niego, gdy był na schodach prowadzących do głównej sali na parterze.
- Książę, mam jeszcze jedną sprawę do ciebie konkretnie.
- O co chodzi?- zapytał Kainita.
- Wiesz, moja praca nie oferuje mi wielkich zarobków, A potrzebujesz ich więcej niż kiedy mieszkałam z Williamem. - kobieta zaczęła powoli - zastanawiałam się czy byłaby opcja, aby moja wyprawa w interesach dla miasteczka oferowała mi także finansowe zadośćuczynienie.
- Acha… no cóż… ma to sens. Hmm… niech będzie. Dostaniesz zapłatę. Co powiesz na tysiąc?- zapytał po długim rozmyślaniu.
- Półtora. - nagle wypaliła dziewczyna.
- Półtora jeśli wykonasz zadanie śpiewająco. - zgodził się… tak jakby szeryf.
- Deal. - pokiwała głową.
Różowłosa Kainitka która przedstawiła się melodyjnym głosem jako “mów mi Jackie” okazała się sympatyczną osobą. Niezbyt gadatliwą, ale podczas podróży z powrotem cały czas nuciła różne melodie… wyraźnie nasłuchując. Podróż w vanie pomalowanym w nazwy heavy metalowych zespołów trwała dość długo. Jackie nie była dobrym kierowcą i wiedziała o tym. Pogoda nie zachęcała do szaleństw, więc Jackie jechała powoli swoim autem, a jej zespół siedział z tyłu dyskutując nad dalszymi planami muzycznymi. Wyglądało na to że zespół Jackie, “Mists of Mind” jest dość popularny w undergroundowych kręgach muzycznych Nowego Jorku. I grają po różnych nocnych klubach i pubach. Unikali przybytków mainstreamowych i trzymali się z dala klubów tanecznych. I mieli zapełniony grafik aż nowego roku.

Nowy York. Nowy York.
https://www.youtube.com/watch?v=fYfua47NTm4
Znowu tu była. W mieście pełnym życia, świateł, krwi tętniącej w żyłach mieszkańców, zarówno tych żywych jak i nieumarłych.

Przejeżdżali kolejnymi ulicami kierując się do centrum miasta. Jackie nuciła pod nosem różne melodie, przeskakując nagle z jednej w drugą. Ann rozglądała się. Wszak była tu nielegalnie i jedynie służby szeryfa przymykały na jej wybryk oko. Co z Nosferatu? Tremere? Co z Brujah?
Tego nie wiedziała.- Hmm… muszę podrzucić chłopaków do ich lokum w centrum. A potem mogę podwieźć ciebie. To gdzie cię wysadzić? - odezwała się nagle Jackie.
-

KUNDEL I RASOWY ZŁOTY PIES
Nowa sytuacja w jakiej znalazła się Ann jawiła się dla niej jednocześnie ekscytująca jak i przerażająca. Wcześniej nie miała nadziei kiedykolwiek zobaczyć na własne oczy Księcia Nowego Jorku. Wszak była dla niego poniżej poziomu gruntu. Teraz jednak znajdowała się pomiędzy istotnymi Kainitami, więc sprawy naprawdę się zmieniły.
Ann zamierzała dać z siebie wszystko i to nie z powodu tych pięciuset dodatkowych dolarów. Chciała udowodnić, że nie jest zwykłym śmietnikowcem niebędącym w stanie wykonać zadań wymagających posiadania umiejętności socjalnych w wyższych sferach. Przecież do tego była przygotowywana przez życie!Bezklanowa określiła miejsce, w jakim Malkavianka miała ją wysadzić, bazując na słowach wampirów ze Stillwater. Nie wiedziała czego ma się spodziewać. Dla poprawienia swojego bezpieczeństwa nałożyła maskę na swoje ciało, aby wyraźnie nie rzucać się w oczy. Nie chciała całkowicie wyglądać inaczej, aby na pewno ją rozróżnili, ale zmiany miały zdezorientować obserwującego, by ten nie miał całkowitej pewności, że właśnie na nią natrafił.
Malkavianka zaparkowała w pewnym oddaleniu od celu z uwagi na to, że nie dało się bliżej.
|-Siedziba Księcia znajdowała się w biurowej części miasta i z pozoru był to jeden z wielu wieżowców na Manhattanie. Ani najwyższy ani najniższy. Ot… niewyróżniający się szczególnie, choć niewątpliwie stworzony z gustem .-|
Pilnujący go strażnicy wyglądali na śmiertelników.
Niewątpliwie fachowców w swojej branży i nawet dobrze uzbrojonych, ale tylko śmiertelników.
Ann ruszyła w stronę wieżowca zachowując spokój i cierpliwość. Zupełnie jakby jej ta sytuacja nie przejmowała i dobrze wiedziała gdzie iść.Na miejscu okazało się że hol biura przypominał bardziej hol hotelu. Ludzie rozmawiali w środku i meldowali się przy recepcji. I tam byli kierowani do jednej z wind.
|-Tam też Ann zamarła… wpierw dostrzegając Quentina rozmawiającego z grupą nieznanych jej Kainitów. Nie był w dobrym humorze. Z drugiej strony nie pamiętała, by kiedyś widziała go z inną minką niż skwaszoną. Oprócz niego zauważyła też siedzącego w fotelu Luciena. Toreadora, w którego klubie miała okazję brać udział w strzelaninie. Poza nimi jednak dostrzegła śmiertelnika z obstawą.
Nie znała go z imienia. Nie wiedziała kim jest. Wiedziała, że jest ważny. Że był jednym z typów, którego spotkała kilka razy w klubie staruchów i który czasem obmacywał jej tyłek, gdy była w stroju pokojówki. To był znajomy Cyrila.
Dziewczyna zaklęła w myślach zmuszając się jednak na utrzymanie neutralnej miny. Było to o tyle łatwiejsze, że grać wobec innych musiała za życia. Nieprzyjemny smak w ustach nie był żadną wymówką w takich sytuacjac. Nie zmieniało to jednak faktu, iż już minęło trochę czasu jak odgrywała takie role, a tym razem nie miała skryptu.
Ruszyła w stronę recepcji nie zwracając uwagi na będącego obok Quentina. Pozornie.
On z pewnością nie zwrócił na nią uwagi, zerkając w stronę idącego do drzwi znajomego Cyrila. W końcu go zaczepił i zaczął z nim rozmowę. Tymczasem Ann bezpiecznie dotarła do recepcji, za którą siedziała stereotypowa ładna blondynka.- Przybyłam na umówione spotkanie w imieniu Joshuy Smitha. - odezwała się do kobiety.
- Rozumiem. - odparła z uśmiechem blondynka. Wpisała coś do komputera i wybrała numer na znajdującym się obok starym aparacie telefonicznym. Zadzwoniła i przekazała słowa Ann. Kiwnęła głową słuchając odpowiedzi. A następnie rzekła.
- Za dwie godziny ktoś po panią przyjdzie. Proszę sobie spocząć w holu.
- Dziękuję. - odpowiedziała i chcąc nie chcąc udała się spocząć tutaj... Dwie godziny. Ach, gdyby ona i Stillwater mieli jakieś poważanie…
Usiadła z boku, przycupnęła za kolumną i obserwowała. Bo co innego miała do roboty. Mag i synalek księcia rozmawiali długo i niewątpliwie gwałtownie. Cóż… przynajmniej Quentin się podekscytował. Mag zachowywał ironiczny uśmieszek. Po chwili w holu pojawił się Thorn i coś powiedział na ucho Quentinowi. Syn Księcia i jego świta po pożegnaniu się z Magiem w pośpiechu opuścili hotel.
Mag zaś wykonał kilka gestów palcami niczym zawodowy prestidigitator i w jego dłoni pojawił się smartfon. Zupełnie jakby wyciągnął go z rękawa. Teraz gdzieś dzwonił mając minę całkiem poważną.
Sytuacja wydawała się całkiem zabawna. Ann oczywiście nie znała szczegółów, ale ironiczne rozbawienie maga ją nawet zadowoliło. Szkoda, że to był jeden z tych starych dupków, których musiała znosić.
|-Mag zakończył rozmowę i ruszył ze swoją świtą do wyjścia. Kilka minut później… Lucien otrzymał SMSa na komórkę i również ruszył, tym razem do jednej z wind. A Ann siedziała i czekała. Pojawiali się kolejni Kainici, w większości nieznani Ann. Niemniej w końcu pojawiła się kainitka znana Ann. Primogen Ventrue, rudowłosa furia, Cynthia Hartley . Ta nie bawiła się w meldunek na recepcji, tylko od razu ruszyła do wind. I nikt nie śmiał jej zatrzymać.-|
Ann uśmiechnęła się ironicznie. Ruda zdzira.Tymczasem do młodej wampirzycy, zbliżył się rudowłosy mężczyzna w garniturze i okularach. Było w nim coś… szczurzego. Paląc papierosa podszedł do dziewczyny.
- Ann… Baudelaire?- zapytał stanowczym tonem.
- Annabelle Baudelaire. - spokojnie poprawiła mężczyznę.
- Wszystko jedno. Proszę za mną.- odparł beznamiętnie mężczyzna i zawrócił w kierunku jednej z wind.Ann ruszyła za mężczyzną nie chcąc okazać zirytowania.
Doszli do windy, wsiedli. Najpierw jej przewodnik, potem ona. Pojechali w górę, na 14 piętro. Tam wysiedli, minęli rosłych ochroniarzy. Ghuli raczej niż Kainitów. Dotarli do wygodnego, acz małego gabinetu.
- Proszę się rozgościć. - stwierdził mężczyzna, po czym sam wybrał jeden z foteli. Zasiadł na nim i wyjąwszy smartfona. - Pani spotkanie uległo opóźnieniu. Proszę uzbroić się w cierpliwość.
Ann okazała wręcz anielską cierpliwość. Usiadła na jednym z siedzeń i ograniczyła się do milczącego oczekiwania oraz obserwacji miejsca.
Jej… opiekun zajęty był przeglądaniem czegoś na smartfonie i nie odzywaniem się. Tak więc minuty ciągnęły się w nieskończoność, wystawiając ową anielską cierpliwość na dłuższą próbę.
W końcu coś się wydarzyło. Zadzwonił smartfon okularnika, ten westchnął i zakończył przeglądanie by odebrać. Wysłuchał rozmówcy. Wstał i schował telefon do kieszeni.- Proszę tu poczekać.
I wyszedł.
Dziewczyna westchnęła w duchu. Tak... Była przyzwyczajona do takiego podlejszego traktowania. Opuściła z siebie resztki maski, bo i używanie dyscyplin w gościach było... niedopuszczalne bez złych intencji.
Pozostało czekać.Minęło kilkanaście minut nim okularnik o szczurzej fizjonomii wrócił. Ale nie sam.
- Ann?! Co ty robisz? - zapytał zaskoczony Salvatore, nim okularnik zdążył go poinformować… że on również ma tu czekać.
Ann uśmiechnęła się lekko.
- Też dobrze cię widzieć.
- Tony…- Stefan zwrócił się do Kainity. - … znam ten rytuał, nie musisz wyjaśniać.Okularnik wyraźnie poirytowany obnażył kły w złośliwym uśmiechu mówiąc.- An-tho-ny… żadne Tony.-
Po czym usiadł w fotelu wracając do swojego smartfona.- Niektórzy urodzili się sztywni. - stwierdził filozoficznie podrabiany Malkavian.
- Musisz być tu regularnym gościem co? - zauważyła do Salvatore.
- Dość częstym… zważywszy, że większość mego klanu nie opuszcza podziemi miasta. A pozostali cóż… Manhattan nie jest naszym terenem. - wzruszył ramionami Stefan. - No i w końcu jestem… przedstawicielem mojego klanu.
- Gratulacje? - odparła niepewnie.
- Nie chcę się chwalić, ale jestem dość ważnym członkiem mojego klanu. - chwalił się Stefan i westchnął. - Choć… cóż… ciężko to nazwać przyjemnością. Niestety częściej niż przyjęcia odwiedzam poczekalnie takie jak ta.
- Nie narzekaj. Są gorsze losy.
- Nie narzekam. Po prostu stwierdzam, że dyplomacja to nie tylko ten lukier na wierzchu.- zaśmiał się Malkavian i spytał.- A ty? Co ty tu robisz?
- Poszerzam horyzonty. - wzruszyła ramionami.
- Jakaś tajna misja, co?- rzekł zaciekawiony Salvatore. - Możesz mi powiedzieć, umiem trzymać język za zębami.Tym słowom Malkaviana towarzyszyło znaczące przewrócenie oczami Anthony’ego.
Ann przysunęła usta do ucha Salvatore.- Wysyczysz wszystko, więc nie.
- Ależ to nieprawda.- obruszył się Stefan oburzony takimi sugestiami.
- No nie złość się. Piękności to szkodzi. - pociągnęła go za policzek.
- Nie złoszczę…- mruknął Stefan i dodał.- W razie czego… klan Malkavian się wstawi za tobą. Postaram się o to.
- To urocze. - zażartowała.Drzwi się otworzyły. Znów znajoma twarz. Zimne spojrzenie Rose omiotło siedzące osoby.
- Stefan… musisz jeszcze poczekać chwilę. Szeryf ma sprawy do załatwienia. Ann… chodź, jesteś oczekiwana.- rzekła znajoma pomocnica Markusa.
Ann podeszła do Rose.
- Zawsze miło cię widzieć, Rose. - spojrzała na Salvatore - Ciebie też.
Po tych słowach ruszyła na spotkanie z przeznaczeniem. Rose uśmiechnęła się cierpko w odpowiedzi.

Przed “salą tronową” Rose zatrzymała się wraz Ann. Otworzyła drzwi przed caitifką.
- Proszę.- zachęciła ją do wejścia, sama nie przekraczając progu.
W środku panowała ciemność. Wyostrzone zmysły wampirzycy dostrzegały bogato zdobiony hebanowy tron na środku sali, jakieś rzeźby pod ścianami. Kotary jednak były tu dość szczelnie zaciągnięte.
- Nie wiem jak ty… ale na mnie mrok zawsze działa kojąco.- odezwał się głos mężczyzny siedzącego na tronie. Ciemnowłosego bladolicego mężczyzny . Głos przyjemny dla ucha, ale i władczy.-|
- Mrok był zawsze przyjazny i uspokajający dla mnie. Książę. - Ann skłoniła się nisko wampirowi.
- Ann.- odpowiedział skinieniem wampir przechodząc do sedna.- Co sprowadza cię do mojej Domeny?
- Zostałam wysłana w imieniu Księcia Stillwater, aby przekazać informacje o nowym zagrożeniu w okolicy... I tym razem to coś więcej niż jedna Sfora Sabatu.
- Co więc tak zaniepokoiło Joshuę, co było tak ważnego, że nie można było przekazać przez telefon?- zapytał Książę.
- W okolicy Stillwater znajdują się anarchiści, co najpewniej jest ci znane, Książę. - zaczęła wyjaśniać - Istniał pewien kontakt z nimi, ale ostatnio całkowicie ustał. Książę Smith wysłał mnie, Larry’ego Dukesa i miejscowego Gangrela by zbadać co się dzieje. - Ann wyciągnęła z torby teczkę - Na miejscu natrafiliśmy na sforę draugów. Inteligentnych na tyle, by mówić i korzystać z dyscyplin. Niemłodych Nosferatu zakopanych po zawaleniu się kopalni, w której się znajdowali.
- To brzmi niepokojąco. Jak liczna to sfora? - zapytał wyraźnie zamyślony Książę.
- Naliczyłam sześciu na szybko. Może być więcej czy mniej. Znikali, pojawiali się używając dyscyplin... Ciężko było o dokładny rachunek.
- To jeszcze bardziej niepokojące…- zadumał się Książę. - Prawdą jest, że Bestia władająca potężnym Kainitą jest sprytniejsza, niż… spuszczona ze smyczy sfora nowoprzebudzonych Sabatu.Wskazał palcem pobliski stolik.
- Połóż tam.
A następnie spytał. - Co Stillwater planuje zrobić z tym problemem?
Ann odłożyła teczkę na wskazany stolik i wróciła na miejsce naprzeciw Księcia.- Nie mamy siły na taką polującą sforę, a i doświadczenie mówi, że atak to byłby ryzykowny pomysł. Chcemy na ten moment próbować zgromadzić informacje o zagrożeniu i jesteśmy gotowi połączyć siły z Nowym Jorkiem w polowaniu na draugi, jeżeli na to przystaniecie, za czym wnioskujemy.
- Czym innym jest polowanie tu… w Nowym Jorku, gdzie każda uliczka każdy zakątek jest śledzona przez czyjeś oczy. Markusa, Nosferatu, Malkavian czy… nawet Brujah.- zamyślił się Książę. - Czym innym… lasy otaczające Nowy Jork. Mam wojowników… ale nie myśliwych.
- Zaoferujemy nasze możliwości łowieckie. Nasz gangrel jest zespojony z głuszą, Tremere świetnie radzi sobie z monitoringiem... ale właśnie bez wojowników też szans nie będzie. Sam Larry Dukes przetrwał cudem.
- No tak. Garry… stary dobry Garry…- zadumał się Książę. - Mógł trochę zardzewieć od tych wszystkich narkotycznych orgii. Za to jest w komitywie z wilkołakami. A te… mogą się skusić na takie łowy. Potencjalny sojusznik w tej… sytuacji.-Potarł podbródek dodając. - Naturalnie Nowy Jork pomoże sojusznikowi w kłopotach, wysyłając kilku wojowników, którzy nie skończą jako kolejny posiłek draugów.
Ann skłoniła się wdzięcznie.
- Kogo mielibyśmy oczekiwać i w jakim czasie?
- Nie wiem jeszcze. To dość niespodziewana wiadomość. Przyślę moich agentów tak… jutro lub pojutrze. Na razie, by na miejscu ocenili sytuację i skonsultowali się z księciem Stillwater. Zakładam, że rozgrywa to rozsądnie? Grupka opętanych Bestią Kainitów ukrywających się w lasach, to nie jest coś co należy lekceważyć. - zastanowił się Książę.
- Sam fakt szybkiego poinformowania Nowego Jorku, o tym problemie wskazuje, że książę Smith traktuje to bardzo poważnie. To dopiero druga noc od czasu napotkania draugów, Książę. - wyjaśniła.
- Hmmm… - zamyślił się Książę.- To dobrze. Jak wspomniałem kogoś tam wyślę do pomocy. Coś jeszcze zostało do omówienia?- Muszę na koniec prosić o pozwolenie na pozostanie w mieście do jutra, jako że nie zdążę dotrzeć do Stillwater przed świtem.
- Przygotowany zostanie dla ciebie pokój w mojej siedzibie. Dla własnego bezpieczeństwa… nie opuszczaj go. - zadecydował Książę.
- Dziękuję za to bardzo. - skłoniła się ze wdzięcznością - Nie opuszczę oczywiście.
- Nie ma za co. Musiałaś długo czekać. Czy coś jeszcze?- wampir wstał z tronu.
- To wszystko, Książę.Kainita wyjął smartfona. I wysłałał wiadomość. Dość szybko zjawił się mężczyzna o szczurzym obliczu i okularach, którego Ann znała jako Anthony’ego.
Skłonił się przed Księciem i czekał na polecenia.- Zaprowadź mojego gościa do gościnnego apartamentu.
- Oczywiście mój panie. - odparł Anthony i spojrzał na Ann. - Proszę za mną.Ann pożegnała się z Księciem zachowując szlacheckie standardy. Po tym ruszyła za Anthonym.
Wędrówka nie trwała długo, acz obejmowała krótką podróż windą. Ann przemierzając korytarze przekonała się, że siedziba Księcia była gwarna, nawet w nocy. A ochroniarze byli wszędzie.
Dotarli do apartamentu, Anthony podał jej klucz mówiąc.- Zarówno barek jak i telewizor jest darmowy. Dostępu do sieci nie ma dla gości.
- Dziękuję. - stwierdziła ze spokojem.
- Nie ma za co.- odparł mężczyzna, poprawił garnitur i rzekł.- Dobrej nocy.Na pożegnanie.

Był to spory apartament hotelowy. Spore łóżko z baldachimem i ciężkimi czarnymi kotarami mającymi gwarantować bezpieczeństwo przed Słońcem. Duży plazmowy telewizor na ścianie. Duże okna… z solidnymi żaluzjami. Oraz oczywiście wygodne krzesła, fotele, stoliki i inne meble. Apartament składał się z pokoju gościnnego, sypialni i łazienki. Wszystko urządzone w kolorach czerni i purpury, wszystko godne pięciogwiazdkowego hotelu.
Ann wreszcie czuła się na miejscu. Wygląd pokoju przypominał jej życie we Francji. To, co należne jej z urodzenia, a czego nie doświadczała od śmierci.Usiadła na fotelu i wyciągnęła komórkę, wybierając numer do Williama.
- Słucham?- odezwał się Toreador.
- Ustaliliście już coś odnośnie mojego sposobu powrotu jutro?
- Przyjadę po ciebie.- odparł Toreador.
- Świetnie, jesteś kochany. - odparła naprawdę radosnym tonem.
- Spodziewałaś zapomnienia z naszej strony? Niemożliwe. Jesteś częścią świty księcia Stillwater. - przypomniał jej żartobliwie Toreador.
- Nie byłam pewna czy ty będziesz chciał się kłopotać pojechaniem po mnie. - odparła z udawanym smutkiem,
- No nie było łatwo… musiałem zagryźć Nadię i pobić Garry’ego, by zdobyć ten zaszczyt.- “pocieszył” ją ze śmiechem William.
- Mon chevalier. - westchnęła miłośnie.- No i? Jak ci się podoba Książę?- zapytał zaciekawiony William.
- Może i tobie by się podobał. - stwierdziła.
- Nie. - zaprzeczył William. - Dobrze go znam. Nie jest w moim guście.
- Marudzisz. - zaśmiała się - Jutro sobie poplotkujemy, co?
- Dobry pomysł. Z dala od podsłuchujących fale radiowe Nosferatu.- dodał żartobliwie Toreador.
- Możesz przekazać Joshui, że może już przygotowywać pełną pulę.
- Dobrze… przekażę.- Przyzwyczaiłam się do ciebie, wiesz? - nagle powiedziała.
- Cieszy mnie to. Ja do ciebie też. - odparł ciepło Toreador.
- Tylko tak daleko mieszkasz…
- To ty się wyprowadziłaś. - przypomniał jej Kainita.
- Nie moja wina, że mieszkasz tak bardzo na zadupiu. - odparła z lekką pretensją.
- Lubię moje mieszkanie.- odparł Toreador lekko urażonym tonem głosu.
- Ale jest tak bardzo daleko…
- Może powinnaś zamieszkać bliżej? - zaproponował Kainita.
- Najlepiej byłoby gdybyś ty zamieszkał ze mną. Ze mną w końcu mieszka też mój ghul…
- No nie wiem. Lubię moje lokum. - zawahał się William.
- Mogłabym przymykać oko na jego pokazywanie ciała tu czy tam w mieszkaniu... - zaproponowała niewinnie.
- Hmm… pomyślę nad tym.- odparł z pewnym wahaniem Kainita.
- Możemy jeszcze nad tym pomyśleć. W końcu twoja miejscówka nie jest przystosowana do ludzkiego ghula.
- Jest to dość duża posiadłość. Zmieści się jeszcze jedna osoba. - zaprotestował Toreador.
- Dobrze, dobrze. - zaśmiała się.
- To do jutra.- odparł ciepło William kończąc rozmowę.
Ann była w tym momencie naprawdę szczęśliwa. Powinna się przyzwyczaić do bycia w rynsztoku społeczeństwa, ale... nie umiała. Nie była szczęśliwa jedząc resztki i śpiąc w piwnicach w zimie. Nie była szczęśliwa musząc lizać buty każdemu klanowcowi... i Stillwater jej o tym przypomniało. Była stworzona do wyższych pułapów, jakie zostały jej zabrane.
Sądziła, że będzie wystraszona podczas rozmowy z Księciem Nowego Jorku, ale nie była. Czuła się jak w swoim żywiole. Do tego ją stworzono.Bycia wokół szczytu.
Bycia w grze o władzę.
Manipulowania.Gdzie to zagubiła?

-
Pobudka w dużym apartamencie to było coś znajomego. Coś za czym zaczynała tęsknić. Wspomnieniem dawnego życia, przed… tym wszystkim. Potem zaś ktoś głośno zapukał w drzwi. Rose Wilmowsky od Szeryfa. Ubrana po męsku w czarny garnitur, ze skórzanymi rękawiczkami na dłoniach rozejrzała się po apartamencie od razu przechodząc do rzeczy.
- William nie wjedzie do Nowego Jorku. Nie chce przyciągać uwagi szpiegów miss Dubois i wywoływać niepotrzebnie wrażenia, że… knuje za jej plecami z miejscowymi Kainitami. Dlatego poprosił byśmy przywieźli cię na obrzeża miasta. I tam cię odbierze. Jakieś pytania? Nie? To dobrze, bo nie mam za dużo czasu na odgrywanie szofera dzisiaj. Proszę się szybko ubrać. Poczekam za drzwiami. Dziesięć minut wystarczy?-
Po tych słowach wyszła nie dając okazji Ann na zadanie pytań.

Czarny mercedes z górnej półki, niewyróżniający się niczym szczególnym. Rose kierowała go pewną ręką kierując się z centrum na przedmieścia. Powoli, bo miasto było zatłoczone nawet nocą. Ann przyglądała się przez zaciemnione szyby nocnemu życiu miasta. Czasami zauważała Kainitów, skrytych w ciemnych zaułkach. Czasami bezpośrednio w blasku fleszy.
Nowy Jork zamieszkiwało ponad osiem milionów ludzi, było więc na kim żerować. Nic więc dziwnego, że Książę miał tak wielu poddanych. I tak wielu pożądało jego domeny.
Rose skręciła w uliczki Chinatown wybierając dość nietypową trasę.
Ta barwna dzielnica była jakoś… omijana przez Kainitów. Nominalnie podlegała Nosferatu rządzonym przez Haerza, ale szukanie ich tutaj, było jak szukanie wiatru w polu. Nosferatu nie pojawiali się w zacienionych uliczkach tej dzielnicy. Być może nawet nie było ich w kanałach pod nią. Nic więc dziwnego, że czasem zapuszczały się tu bandy Brujah i Gangreli… czasem nawet sfora Sabatu. Ale nikt, nawet Sabat, nie przebywał tu dłużej. I nikt nie miał swojej kryjówki w Chinatown. Żaden Kainita nie spoczął by spokojnie oczekując nadejścia świtu w tej dzielnicy. Nikt nie mówił otwarcie czemu, ale… półgębkiem wspominano o zaginięciach bez śladu.
Nagły telefon wyrwał Ann z rozmyślań. Zadzwoniła komórka Rose, ta odebrała ją i docisnęła ramieniem do ucha.
- Tu Rose… co jest.- zaczęła. Po chwili westchnęła. -Teraz? Teraz nie mog… mam ważną przesyłkę.-
Warknęła.- Nie. Nie może poczekać.-
- Serio? No dobra. Zaraz tam będziemy. 2367. Zrozumiałam. - zakończyła rozmowę i schowała komórkę do kieszeni.
- Napuszony dupek.-Zerknęła na Ann dodając.- Dobra. Zmiana planów. Zrobimy mały objazd i wpadniemy z wizytą do pewnego cichego miejsca. Odbiorę raport i pojedziemy dalej. To zajmie kilka minut.-

Ciche miejsce. Ciekawe określenie kostnicy. Budynek znajdował się na obrzeżach Chinatown. Ponury stary budynek z okresu rewolucji przemysłowej. Idealne miejsce na kostnicę… jeszcze lepsza sceneria na slasher. Budynek był w kiepskim stanie, ale czy warto było czekać w aucie na Rose? Ann więc poszła z nią.
Przeszły przez drzwi i przemierzyły kolejne korytarze. Rose okazjonalnie machała odznaką FBI mijanym pracownikom kostnicy. Ich apatyczne spojrzenia wykazywały brak zainteresowania tym faktem. Mieli ważniejsze sprawy niż sprawdzać czy się podszywa pod agentkę. Zresztą dwie osoby kiwnęły głowami na jej widok, jakby ją znały. Jakby bywała tu często. Być może nawet tak było.
Zimne metalowe pudło, ze ścianami wyłożonymi metalowymi pudełkami i z metalowymi stołami, lampami. Jedynymi nie metalowymi przedmiotami były całuny i oczywiście ciała. Klasyczna kostnica jakich Ann widziała wiele… w telewizyjnych kryminałach. Rose podeszła do denatów i przyglądała się zawieszkom na ich dużym palcu u stopy.-|
-2365, 2366, 2367… jest.- mruknęła do siebie.
Zsunęła całun odsłaniając tak bardzo zmasakrowane ciało, że ciężko było odgadnąć płeć denata/denatki.- Cholera… - zaklęła Rose i warknęła.- Raport Preston i skończ ukrywanie.-
|-- Och… doprawdy, dlaczego miałbym ukrywać moją olśniewającą urodę.- rzekł chrapliwym głosem bladoskóry łysy osobnik o tęczówkach oczach tak ciemnych, że wydawały się wypełniać całe oko ciemnością. Pomarszczona skóra, szczurze uszy i paskudne rysy świadczyły o tym do jakiego klanu należał. Nosferatu.Elegancko ubrany mężczyzna podszedł do trupa.
- Rozległe rany, duży ubytek ciała, w tym ważnych organów. Brak krwi. Toksykologia wykazała że został tak naćpany morfiną, że pewnie nie czuł jak zjadano żywcem. Długo zresztą nie pożył. Zabójca miał pewnie paskudny maniery przy stole. Przypuszczam że rozczłonkowano go z pomocą maczety i skalpela. Starał się, ale medykiem to on nie był.- zaczął wyjaśniać.
- To już trzeci trup, nieprawdaż? Tym razem ghul.- Rose potarła podstawę karku. - Nie podoba mi się to. Już mieliśmy niedawno rozróbę w burdelu Beauregarda. Za dużo uwagi prasy przyciągamy. Będzie kłopot, nawet jeśli ten kanibal okaże się w końcu tylko szurniętym seryjnym mordercą.-
- Co jeśli nim nie jest?- zapytał Preston.
- To mamy poważny problem. Sam dobrze wiesz.- westchnęła Rose.- Falconi nie będzie zadowolony.-Wywołała tymi słowami ironiczny uśmieszek na obliczu Nosferatu.
-

POWRÓT
Ann z zaciekawieniem słuchała rozmowy i patrzyła po kostnicy. Chciała się nawet wtrącić, ale... powstrzymała język.
- Myślę… że wiesz co to może być… ghul.- zaczął tajemniczo Nosferatu, budząc wyraźne zdziwienie.
- Nie podpijacz krwi w naszej nomenklaturze, tylko taki prawdziwy ghul… arabski nieumarły pożeracz zwłok.- Preston speszył się pod spojrzeniem Rose. Ta tylko mruknęła.- Ty tak na serio?
- A czemu nie? My istniejemy? Wilkołaki istnieją. To co przywołał Cyril niewątpliwie istniało. Dlaczego by nie miały istnieć ghule. - obruszył Preston i zaczął mówić.- Gdyby Szeryf mógłby mi załatwić dostęp…-
- Wiem że twoje zainteresowanie śmiercią przechodzi w niezdrową obsesję, ale bądź rozsądny. Falconi nie ma tak długich macek by ci załatwić kursy w klanie Giovanni.- machnęła ręką Wilmowsky i zmieniła temat.- Co wiemy o denacie… denatce?-
- Odciski palców udało się uzyskać. Perry Shwarz, zwany też Izzy. Dealer. Ghul wampira o ksywce Short Stripes. Tak twierdzi SchreckNet.-
- Short Stripes? Short Stripes? Kim do cholery jest Short Stripes?- zapytała Rose sięgając po komórkę.
- Nie wiem… przypuszczam że albo jakiś Toreador zajmujący się Street Art’em, albo Malkav. Ksywa za gejowska na Brujaha.- wzruszył ramionami Nosferatu.Ann uniosła spojrzenie.
- Znam go. - odezwała się nagle - Z przytułku Schwarza. Tak, zajmuje się Street Art’em.
- Ok.- Rose zadzwoniła. - Hej. Mam zadanie dla ciebie. Znajdź niejakiego Short Stripes’a. Kręci się koło przytułku Schwarza. Tak. Jeden z tych ulicznych. Przesłuchaj go. Ma wygadać wszystko co wie o swoim ghulu o ksywce Izzy. Sporządź raport. Falconi chce mieć go jutro na biurku.-
- Dobra… niech twój klan zajmie się zatarciem śladów. Sfingujcie eksplozję gazu w kanałach i zróbcie z Izzy’iego jej ofiarę, albo… - wzruszyła ramionami Rose.- … co tam chcecie. Nie będę was uczyła waszej roboty.-
- Ok. Dam znać komu trzeba.- odparł Preston, a Rose dała Ann znać, że wychodzą.
Dziewczyna ruszyła za Rose i kiedy zostały same odezwała się.
- Kiedy znajdowałam się w przytułku słyszałam różne rzeczy... ale czy to prawda, że Giovanni prócz picia krwi jedzą ciało ofiary?
- Nie. Nie jedzą ludzi. - odparła Rose idąc przodem.- Ale też prawdą jest, że ich krwawe pocałunki nie wywołują orgazmu.
- Mówiono mi, że część z nich zjada mięso z ofiar... choć o nich to różne rzeczy gadali.
- Mówią też że to banda nekrofili, ale mało który Kainita czy Kainitka zachowuje popęd.- wzruszyła ramionami Rose.- Prawda jest taka że ożywiają zwłoki i gadają z duchami i jeśli masz z nimi problemy to tylko u nich znajdziesz pomoc.
- A to też prawda, że oni za życia to są kazirodczą rodzinką?Rose zatrzymała się i zerknęła na Ann. - Tak mówią. Ja nie mam dowodów na to. Niemniej… są do siebie zadziwiająco podobni.
Doszła do auta i otworzyła drzwi.- Giovanni, Tzimisce, Tremere to hermetyczne klany skrywające wiele tajemnic, którymi się nie dzielą. Nie tylko dotyczących ich przerażających mocy. Także ich zwyczaje… są skryte tajemnicą.- Magiczni coś z tym mają. - stwierdziła Ann i sama weszła samochodu - Z tą całą tajemniczością. - zaironizowała.
- Cóż…- agentka Falcone siadła za kierownicą.- Tremere wywodzą się z średniowiecznych magów. I moim zdaniem, nie wyszli z tego średniowiecza do dziś.-Ruszyła pospiesznie.
- Nadal sądzę, że twoja robota jest interesująca. - odezwała się po chwili.
- To policyjna robota. Pilnowanie całego tego bajzlu… to robota szeryfa. Ja zaś jestem dziewczynką na posyłki. Tak jak ty.- odparła z krzywym uśmiechem wampirzyca, gdy przemierzały ulice starając się opuścić zatłoczone miasto. - Więc robimy to samo. I też zdarzają mi się nudne noce, podczas których nic ciekawego się nie dzieje.Nie wydawało się aby dziewczyna poczuła się w jakiś sposób urażona.
- Powiem ci szczerze, że twoje bycie dziewczyną na posyłki jest ciekawsze od mojego.
- Żebyś się nie zdziwiła.- odparła ze śmiechem Rose.- Po pewnym czasie obrzydło by ci oglądanie kolejnych zwłok.Wyjechali już na obrzeża i jadąc drogą Rose wypatrywała auta Williama, lecz ów pojazd to caitifka dostrzegła pierwsza.
- To ten rumak. - wskazała na pojazd.
- Naprawdę? Po facecie, do którego należy całe miasto spodziewałabym się… no… więcej szyku.- Rose skierowała swój pojazd ku Blake’owi.- Zwłaszcza po Toreadorze.
- Will jest szczególny. - zaśmiała się.
- Z pewnością.- zgodziła się z nią Rose i zatrzymała pojazd.Kainita grzecznie czekał przy swoim czerwonym pick-upie, aż Ann podejdzie i zapytał.
- I jak ci poszła misja?
- Jestem zadowolona. - stwierdziła wchodząc do jego samochodu.
- Ech… nie o to pytałem. Ale cieszę się, że ci się podobało.- William wsiadł za kierownicę i ruszył z powrotem do domu. A pojazd Rose z powrotem do Nowego Jorku.
- Książę Nowego Jorku wyśle do nas swoich przydupasów dziś czy jutro by się zorientowali, a później kilku swoich do ubicia zagrożenia.
- Ostrożny jak zwykle. Tyle, że nie daj się zwieść. Książę… nie przysyła przydupasów.- westchnął Toreador.- Tylko swoich zabójców.Ann wzruszyła ramionami.
- Ciekawy facet. Ale nie ufam mu. Nie, że nie przyprowadzi nikogo, ale ten dupek zdawał się oceniać wszystko co robię.
- Jest stary… twierdzi, że jest kartagińczykiem, ale ja w to nie wierzę. Niemniej jest starszy ode mnie.- westchnął Toreador - I nie należy mu ufać. W końcu poprowadził rebelię przeciw poprzedniemu Księciu. I wygrał.- Ciekawe czy naprawdę lubi być w ciemnym pokoju, czy to tylko dla gości.
- Tego nie wiem.- zaśmiał się Kainita i spojrzał na Ann poważnie.- Ale ponoć ukradł sekrety Lasombr.
- Na szczęście ja też wolę być w ciemnościach. - uśmiechnęła się.
- Nie w jego ciemnościach. Masz rację, że mu nie ufasz. Ja też nie. Ale pamiętaj, Książę jest bardzo niebezpieczny.- odparł poważnie Toreador.
- No chyba nie myślisz, że następnym razem go ubiję?
- Och… - zaśmiał się Toreador.- Nie masz nawet szans by go zranić.
- A więc twierdzisz, że jestem słaba i bezużyteczna? - Ann wykrzywiła usta w udawanej złości.
- Twierdzę, że powinnaś wiedzieć kiedy uciekać. - stwierdził spokojnie Toredor.- Larry, Joshua, ja nawet. Żaden z nas nie przeżyłby z nim konfrontacji jeden na jeden. Ja ocalałem… przez sentyment La Belli. I fakt, że cóż… nie byłem częścią nowojorskiej koterii.
- Więc utwórzcie komitywę.
- Wiesz co to triumvirat? -zapytał Toreador zmieniając temat.
- Czy ty przeprowadzasz mi jakiś test z historii?
- Triumvirat to trzy tygrysy czekające na okazję, by się rzucić nawzajem do gardła. Tym byłoby rządzenie wspólnie z Księciem. Na szczycie domeny jest tylko jeden tron. Władca, który o tym zapomina… nie rządzi zbyt długo.- wyjaśnił Toreador, gdy tak jechali przez zaśnieżony las.
- Ale kto powiedział, że mielibyście rządzić wspólnie? - Ann wyraźnie bawiła ta rozmowa.Kainita tylko pokręcił głową i dodał zmieniając temat.- Jutro będzie wyprawa do jaskiń. Zainteresowana?
- To ty uwielbiasz siedzieć bezczynnie i zamartwiać się. - przypomniała - Oczywiście, że jestem zainteresowana!
- Spodziewałem się, że tak odpowiesz. Zawieźć cię do mnie, czy do ciebie?- zapytał Toreador.
- A właśnie. Mieliśmy rozmówić się w sprawie tej kwestii mieszkaniowej. - przypomniała.
- To kusząca propozycja, ale… ja… lubię moje siedlisko… z tych powodów dla których ty go nie lubisz. Jest z dala od ludzi.- wyjaśnił Toreador.- Zapewnia mi spokój i ciszę, jakiej nie mam bliżej Stillwater. Daje natchnienie do tworzenia poezji, tak niedocenianej przez śmiertelnych.
- Ale mieszkanie ze mną i moim ghulem ci nie przeszkadza.
- Nie. I możecie zamieszkać u mnie. - zaproponował William.
- Jaki byłby w tym dla mnie interes? - mruknęła.
- Moja obecność nie jest zyskiem? I mój domek pełen dzieł sztuki pobudzających artystyczną strunę w duszy żywych i wiecznych?- zapytał retorycznie Toreador.
- To miejsce jest daleko. - przypomniała.
- I to jest jego zaleta. W moich oczach.- przypomniał jej wampir.- Zresztą masz motor i samochód. Czym jest odległość w dzisiejszych czasach?
- Upierdliwością, jak noc zbyt krótka.
- Masz wieczność przed sobą. Zawsze masz czas.- ocenił Toreador wyraźnie upierając się przy swoim zdaniu.Z zewnątrz rozmowa dwóch wampirów mogła przypominać sprzeczkę rodzica z dzieckiem... lub dokładniej rodzeństwa.
- Zawsze byłeś taki nudny? - zapytała dziewczyna.
- Możliwe, że po prostu się zestarzałem. - westchnął Toreador po części zgadzając się z Ann.- Istnieję już bardzo długo… zasmakowałem dworskiego życia, wojny, polowań na zwierzynę i bestie… miłości, zdrady, bólu, intrygi… polityki. Znużyło mnie to wszystko wielce. Ta cała pustka ukryta pod splendorem stała się tak nieznośna, żem… wybrał pustelniczy żywot.
- Książę Nowego Jorku nie narzeka. Elena też nie. - zauważyła.
- Są ulepieni z innej gliny niż ja. Nie możesz mierzyć każdego Kainity tą samą miarą. - odparł Toreador.
- Aż się zastanawiam czy Elena musiała bardzo się starać, by ugłaskać Księcia, aby cię nie ubił w trakcie przewrotu, jeżeli i wtedy byłeś tak wręcz nieznośnie oblany marazmem. - dodała.
- Tego nie wiem. Musiałabyś ją spytać. Wiem jeno, że przegrywałem z nim i mnie oszczędził.- odparł William.
- To walczyłeś z nim wtedy? - zapytała wyraźnie zaciekawiona.
- Tak. Na miecze.- odparł Kainita.- Takie, które mogą zabić nawet nas. Poprzez dekapitację, rozczłonkowanie…
- Opowiedz mi o tym! - Ann wyraźnie podekscytowała ta opowieść.
- Wyglądało to lepiej niż dałoby się opisać. Tak jak ja jest nadludzko szybki, więc walka w sali tronowej odbywała się pomiędzy dwoma rozmytymi postaciami. Byłem silniejszy od niego. Moje ciosy były w stanie strzaskać jego gardy, ale… on… - odparł Toreador zanurzając się we wspomnieniach.- Przyjmował ciosy na ciało bez zmrużenia oka, jakby był marmurowym herosem ożywionym przez kapryśną Afrodytę. No i był lepszym szermierzem. Wyczekując okazji zadawał mi kolejne ciosy, aż… nie pozostało mi nic poza ratowaniem skóry tchórzliwe rejterując.
- To Ventrue też umieją być szybkie? - zapytała zaskoczona.
- Nie… oczywiście, że nie. - odparł z uśmiechem William. - Prawda jest taka, że “klanowe” dyscypliny, to sekrety przekazywane sobie w klanie z mistrza na ucznia. A czasem odkrywane samodzielnie. Można poznać sekrety innych dyscyplin, niż te należące do twojego klanu… Garry wszak cię wyszkolił w jednej z nich.
- Ja jestem... no wiesz. Ponoć to inaczej z nami wygląda czy coś…
- Stare wampiry znają więcej dyscyplin niż tylko te należące do ich klanu. Jak je zdobyły, jest kwestią… dyskusyjną. Czasem poprzez przysługi, czasem wykradając sekrety, czasem… diabolizując starszych. Oczywiście, diabolizm jest obecnie zakazany. Niemniej prawa Maskarady zostały spisane, gdy powstała Camarilla, w czternastym wieku. Do tego czasu nie było organizacji, która mogłaby dopilnować, by takie zbrodnie jak diabolizm były odpowiednio karane. - wyjaśnił jej Toreador.- Więc... - spojrzała spode łba na Willa - Ty też byłeś kiedyś niegrzeczny? - uśmiechnęła się drapieżnie.
- Zabijałem, za życia i po przemianie. Mordowałem całe rodziny niewiernych i… Bóg mi świadkiem. Nawet dziś nie mam wyrzutów sumienia z tego powodu.- odparł Kainita i spojrzał na Ann.- Średniowiecze i Renesans, to były czasy gdy okrucieństwo było częścią życia. I popełniałem okrutne czyny… i widziałem okrutne czyny popełniane przez innych.
- W naszym świecie też?
- W naszym… świecie?- zapytał Kainita.
- Wampirzym.
- Tak… zabiłem wielu niewiernych jako Kainita. I zetknąłem się z Assamitami wtedy, gdy walczyliśmy po przeciwnej stronie. Uczestniczyłem w krucjatach.- wyjaśnił jej Toreador.
- Wow... - na Ann wyraźnie zrobiło to wrażenie.
- To były… skomplikowane czasy. - odparł enigmatycznie Toreador.
- I nie tęsknisz za tym?
- Nie. - rzekł krótko Toreador.- Przelewanie krwi mi obrzydło.
- Ale za posiadaniem znaczenia, władzy! - dziewczyna wyraźnie kładła na to dużą wagę.
- Ani trochę. - wzruszył ramionami Blake i uśmiechnął się.- Władza to zabawka, która może znurzyć i zmienić się w ciężar przyciskający do ziemi. I jeśli powiesz, że Książę, że La Bella, że Lukrecja… cóż… oni może chcą mieć wielką władzę i znaczenie. Ja nie.
- Ja też bym ją chciała... - burknęła - Ale Cyril robił wszystko, abym nawet nie wyściubiła wyżej czubka głowy…
- W wampirzym społeczeństwie nikt nie umiera ze starości. Jeśli chcesz się wspiąć wyżej, to zrobisz to po trupach. - wyjaśnił spokojnie Toreador.
- Cyril twierdził, że trzyma mnie z dala od władzy i siły dla mojego bezpieczeństwa.... - mruknęła z niedowierzaniem tym słowom. Wyraźnie jednak nie chciała dosadniej tego określić.
- Jest coś w tym. Ambitne młode wampiry giną dość sięgając po słońce.- odparł William. - Cierpliwość jest cnotą wampira. Ostrożność nią jest. Odwaga… bywa głupią przyczyną zgonu.
- Jemu nie zależało na moim bezpieczeństwu. - warknęła - Niezależnie kiedy... tak samo by mi zakazywał. - fuknęła z wyraźnym rozżaleniem.
- Tacy są starsi… wszyscy.- odparł z uśmiechem Toreador, z nieco smętnym uśmiechem. I zmienił temat.- To jedziemy do mnie, czy do ciebie. Mam mrożoną zero w lodówce.Ann westchnęła.
- Do ciebie... Muszę jeszcze Joshuę powiadomić jak sprawy wyglądają.
- To już nie dziś chyba. Noc się powoli kończy.- odparł William.- A to nie są sprawy na telefon.
- Mhm... - mruknęła Ann i odezwała się dopiero po chwili - Czemu ciągle istniejesz? W sensie, byliby pewnie chętni na twoją siłę, a przecież nie zachowujesz się tak, aby się ciebie bano.
- Byli… paru się znalazło. Zginęli. Teraz diabolizm nie jest mile widziany. Mój zgon mógłby być traktowany pobłażliwie… ale nie wyssanie mnie. Książę Nowego Jorku i Joshua ubiliby takiego śmiałka bez względu na jego pozycję.- wyjaśnił Toreador jadąc pod górkę do swojej pustelni.- Czy gdy walczyłeś z Księciem Nowego Jorku... to kierowałeś się złością na niego? Za zniszczenie byłego Księcia? - nagle zapytała.
- Hmmm… szczerze powiedziawszy była we mnie mieszanka uczuć. Gniew… pewnie też tam był.- westchnął Toreador.- Czasami myślę, że liczyłem na to że mnie zabije.-William spojrzał na Ann.- Jemu się powiodło wtedy z tym przewrotem nie dlatego że był tak dobrym kombinatorem, ale dlatego że jego poprzednik stoczył się w szaleństwo tyranii. I wiedziałem, że powinien wygrać… gdzieś głęboko w sercu. Po prostu uważałem, że powinienem odegrać rolę głupca stojącego przy despocie ślepego na jego wady. I zginąć z rąk spiskowców. Nie zginąłem.
Zatrzymał się przy domu i wysiadł.
Ann wysiadła za Toreadorem.- Żałujesz, że przetrwałeś?
- Nie wiem. Nie zadręczam się tym. Nie myślę o tym. To… przeszłość.- odparł Toreador prowadząc Ann do domu.- Twój pokój jest jakim go zostawiłaś.
- Zakładałeś, że w końcu wrócę?
- Miałem nadzieję.- odparł Toreador z enigmatycznym uśmieszkiem.- Zresztą nie miewam zbyt wielu gości.
- Z własnego wyboru.
- Też.- odparł wymijająco Kainita ruszając do kuchni po “przekąski”.
- A jest ktoś inny winny tego, że nie masz gości? - Ann naciskała na temat, sama idąc za Willem do kuchni.
- Nie. Nie wydaje mi się.- odparł Toreador z uśmiechem podążając do lodówki.
- Chyba, że ty też jesteś teraz w Stillwater zesłany przez Księcia Nowego Jorku.
- Nie jestem. Byłem księciem Stillwater, zanim on pojawił się w Nowym Jorku.- przypomniał jej Blake.
- To czemu pojawiłeś się walczyć z nim w Nowym Jorku?
- To… nie ma znaczenia teraz. I nie chcę o tym mówić.- odparł Kainita. - Ów tyran… który upadł… był bliską mi osobą. Tyle powinno ci wystarczyć.Ann skinęła w milczeniu.

-
Sen był nieprzyjemny. Jak one wszystkie były. Uwięziona pod ziemią, zasypana ciałami i gruzem dusiła się. Metaforycznie oczywiście. Ann wszak nie oddychała, nawet w swoich koszmarach, niemniej była żywcem zakopana bez nadziei na uwolnienie. Uwięziona na wieczność. Było to… piekło.

Pobudka… w domu? Nie. To nie był jej dom. To był dom Williama. Był jednak znajomy. Kainita nie usunął ze ścian jej krwawych “fresków”. Przypomniała sobie co dziś ją czekało. To dodało jej energii i entuzjazmu. A Blake już na nią czekał. Wyruszyli jego wozem w kierunku Stillwater. Tam już, u Róży czekała reszta ekipy. Byli Garry i Larry, była Nadia ze swoim brodatym pomocnikiem. Był też i Joshua wraz z Clyde'm.
- Skoro wszyscy już tu są, to ruszajmy.- rzekł z uśmiechem Szeryf.- Długa droga przed nami…-
… przez bezdroża. Cała kolumna aut terenowych wjechała w zaśnieżony las,
podążając krętym i starym leśnym szlakiem. Jazda była powolna i monotonna. Czasami trudna. Pickupem rzucało na wybojach od czasu do czasu. Tak więc Ann zabijała czas zerkając w ciemność lasu. I wtedy zobaczyła je.
Wilki.
Trzy zwyczajne, i jednego niezwyczajnego osobnika. Nadnaturalnie olbrzymiego wilka , potężnej bestii o błyszczących złowrogo ślepiach. Pomimo tego widoku pojazdy się nie zatrzymały. A wilki po chwili przyglądania się intruzom w stalowych puszkach na kołach ruszyły dalej w głąb lasu.

Wjechali na zasypane śniegiem wzgórze, tylko częściowo porośnięte lasem. Szczyt był pozbawiony drzew i “ozdobiony” resztkami drewnianej konstrukcji upiornie przypominającą jakąś szubienicę zbudowaną przez obłąkanych odludków.
Wokół niej zatrzymały się pojazdy i wysiedli z niej Kainici.
Joshua od razu zaczął wydawać rozkazy.- Clyde, Larry zabezpieczcie otwór. Nadia szykuj sprzęt. Garry… sprawdź co z tymi likantropami. Nie żeby mi przeszkadzały, ale wolę wiedzieć, co ich tu sprowadziło.-
William podszedł zaś na drugą stronę wzgórze i w zamyśleniu spoglądał na błyskające światła gdzieś w oddali.
A gdy Ann z ciekawości zbliżyła się do niego, by dostrzec to co on widział, Toreaor rzekł.- Kopalnię stąd widać. Tę którą z Nadią spenetrowałyście.-
-
STARA KOPALNIA
- To była przygoda. - Ann mruknęła do Williama z przekąsem.
- Nie wątpię…- odparł z uśmiechem Toreador i rozejrzał się dookoła. - Byłem tu, kiedy budowali te szyby kopalniane.
- Podobało się?
- Tak… kiedyś… na swój sposób było to piękne. Ten… początek cywilizacji.- odparł z uśmiechem Kainita.
- Muszę iść do Joshui. - stwierdziła - Nie obrazisz się, że cię zostawię?
- Ależ skądże. Nie jestem małym dzieckiem.- zaśmiał się Blake. - Nie potrzebuję stałej opieki. Obiecuję, że nie pójdę głęboko w las.
- Mój dzielny rycerz. - Ann zaśmiała się i ruszyła z powrotem.
Joshua właśnie z Larrym i Clyde’m coś rozważał stojąc na starą mapą rozłożoną na masce wozu terenowego Szeryfa. Nie zauważyli jak pochodziła.
Ann podeszła zaciekawiona sytuacją. Nie odezwała się by nie przeszkadzać.
Zajęci byli planowaniem trasy w podziemiach, bowiem gdybali nad starą mapą kopalni.
Ann szybko zauważyła, który otwór na mapie jest tym otworem już znalezionym i otoczonym policyjnymi barierkami. Trzeba przyznać że Clyde i Larry szybko się uwinęli z robotą.
Wampirzyca przybliżyła się do mapy.- Coś ustaliliście?
- Na razie nic konkretnego, tylko możliwe drogi… nie wiadomo jak tam sytuacja wygląda. To niebezpieczny teren, dlatego Nadia będzie was asekurować.- wyjaśnił Szeryf wskazując na bibliotekarkę ponaglającą swojego asystenta przy wypakowywaniu sprzętu.
- A jaki mamy w ogóle cel?
- Sprawdzić. Znaleźć… nie wiem… cokolwiek?- zastanowił się Joshua.- Jeśli te potwory pochodzą z kopalni powinniśmy znaleźć jakieś ich ślady. Jeśli nic nie znajdziemy… hmm… to nie wiem skąd się wzięły.-
- A jakie to ma znaczenie. Już mogą liczyć noce do zgonu.- wtrącił złowieszczo Larry.Ann pokręciła głową na Larry'ego, jak na dziecko.
-Warto wiedzieć wszystko o wro…- wypowiedź Joshui przerwał telefon. Kainita odebrał i odszedł na bok by porozmawiać.- Za dużo w tym kombinowania. Nie sądzisz?- zapytał Larry wymownie stukając palcem w mapę.
- Nie bądź rozkapryszonym, nabuzowanym emocjami bachorkiem. - odparła Ann - Bez kombinowania nie będziesz miał nawet swojej bitki.
- Powiedz mi, ile warta jest nieśmiertelność bez zabawy? Nie jestem Ventrue na szczęście. I nie obudziłem się w trumnie ubrany w sztywny garniturek.- zażartował Larry szeroko się uśmiechając.
- Ale z Lukrecją sypiasz. - Ann wyszczerzyła się z rozbawieniem.
- Nie. Bo po co?- zapytał zdziwiony, a Clyde spojrzał na niego zdziwiony. - No jak to… przecież z niej klasyczna piękność. Taka żywa pinup-girl.Larry skomentował te słowa krótko.- Mowa noworodka.-
I dodał zwracając się do Ann.- Jest taka sprawa.- Jaka sprawa? - zapytała bezklanowa wciąż lekko rozbawiona.
- Dostałem cynk, że jeden z gangów obsługiwanych przeze mnie poczuł się oszukany i w ramach “składania reklamacji” planują mi wjazd na stację. Nic poważnego, to banda śmiertelników z małokalibrową amunicją…- zaczął wyjaśniać Larry.
- Mhm... Książę wie?
- Książę… - zaczął Larry, ale przerwał. Bo Joshua podszedł do wozu i rzekł. - Clyde idź po Williama, wyruszamy natychmiast. Nadia będzie tu rządzić. Larry schodzisz w dół z Ann. Uważajcie na siebie. Jak Garry wróci to do was dołączy.-
- Co się stało?- zapytał Larry, gdy Clyde pognał po kontemplującego noc Toreadora.
- Zauważono podejrzane przygarbione sylwetki po południowej stronie miasta. Mogą to być nasze draugi.-
- Dlaczego Clyde ma jechać, a nie ja! - oburzył się Larry, a Smith stwierdził krótko.- Bo ty chcesz z nimi walczyć, a ja tylko przepędzić. Na walkę będzie jeszcze czas, na wybranym przez nas terenie i warunkach.
- Nie narzekaj. - strofowała Brujah.
- Powodzenia.- odparł krótko Joshua zwijając mapę i wciskając ją Ann. Wkrótce zjawili się Clyde i Blake. Po krótkiej rozmowie, cała trójka wsiadła do auta szeryfa i ruszyli w drogę powrotną.
- Ty powiesz Nadii, że tu rządzi. Mnie to przez usta nie przejdzie. - odparł Larry.
- Dlaczego? - zapytała rozbawiona.
- Domyśl się. - burknął Brujah i zmienił temat. - Wracając do kwestii tego gangu, to Smith wie… chyba… przestałem go informować po… szóstym czy siódmym razie. Może wie. Na pewno go to nie obchodzi.-Wzruszył ramionami. - Sprawa jest prosta… gang wpada zaczyna strzelać by narobić zniszczeń i zabić mnie oraz moich ludzi. Są bez szans. My strzelamy… zabijamy większość. Zawsze paru ucieka i właśnie o tych paru chodzi…- wzruszył ramionami.- … zawsze jakiś przeżyje, zawsze jakiś może paplać. I nie powinien paplać o znikających na jego oczach osobnikach, o zmiennokształtnych… o rozrywanych na strzępach towarzyszy… rozumiesz nie? Żadnych widowiskowych mocy, tylko strzelanie do żywych celów. I udawanie, że kule mogą coś ci zrobić? Bo przecież zdarza ci się u mnie pracować, więc powinnaś wiedzieć co zrobić w takiej sytuacji.
- A to nie lepiej upewnić się, że zabijemy wszystkich? Wtedy nie będzie problemu jakich mocy użyjemy. - zapytała wprost.
- W tym rzecz, że to za duże… ryzyko złamania Maskarady. W ogólnym rozrachunku bezpieczniej po prostu nie popisywać się. - wzruszył ramionami Larry. - Wiadomo wszak, że nie mogą tymi swoimi pistolecikami na pestki zrobić ci jakąś krzywdę, nieprawdaż?
- No dobrze... - mruknęła skrzywiona - Całą zabawę psujesz.
- Też nie jestem zadowolony, ale… sama rozumiesz. Będą się nas czepiać, jeśli jakiś świrus zacznie gadać o wampirach jakiemuś dziennikarzynie. - zaśmiał Kainita. - Niby nikt brukowców nie bierze już na poważnie, ale starszyzna czepliwa jest.
- Stare i nudne pryki. - fuknęła - I paranoiczne.
- Niestety…- przyznał Brujah, gdy Szeryf wraz z Williamem i Clydem wsiedli do samochodu i ruszyli.
Ann podeszła do Nadii i przerzuciła ręce przez jej ramiona od tyłu.
- Zostałaś wybrana!
- Mhmm…- odparła wampirzyca zerkając na listę a potem Ann. Zmrużyła oczy mówiąc.- Niech zgadnę… Szeryf się zmył zostawiając mnie na stanowisku dowodzenia. Jakbym i tak nie dowodziła tą misją.
- Oj, po prostu będziesz naszym GPSem z ekstra funkcjami. - oznajmiła beztrosko, dając Nadii krótki całus w policzek - Może bestyjki nam przy mieście krążą.Niespodziewanie poczuła silną dłoń wampirzycy zaciskającą się na pośladku Ann.
- Jesteś własnością klanu Tremere… tak ciebie niektórzy postrzegają. Jest… rozważana możliwość, by zmienić Cyrila na mnie, w roli twojej karmicielki.- wyjaśniła cicho.- Na razie nie ma na to zgody wśród popleczników szefa, jak i… jest to tylko jeden z rozważanych planów. Nie wiem czy każą mi cię po dobroci, czy siłą zniewolić.
Ann spojrzała zaskoczona.
- Ot tak pomyśleli czy im coś mówiłaś?
- Składam raporty. Nie podsunęłam jednak takiego pomysłu. Uznałam, że warto cię ostrzec zawczasu.- wyjaśniła sucho Nadia. - Na razie to tylko… pomysł. Wiele pomysłów nie wychodzi poza fazę realizacji.
- Ale chyba i tak póki jestem przywiązana to... cóż. Nie da się?
- Musiałabyś zrezygnować ze smakowania krwi Cyrila. Więź by z czasem osłabła.- przyznała Tremere puszczając pośladek dziewczyny. - Na razie… uznają, że wystarczy, że stary cię karmi. I tak jesteś nasza. Tak jak Charlie.- Jakie to miłe. Zupełnie jakby się troszczono o mnie.
- Bez przesady z tą troską. Po prostu zostałaś ostrzeżona. - odparła Nadia i zmieniła temat.- Czemu nasz książę się stąd zwinął?
- Na południowej stronie miasta zauważono podejrzane sylwetki. Mogą to być te draugi. - wyjaśniła zdejmując ramiona z Nadii.
- Acha… no cóż… wiadomo, że się pojawią.- Tremere spojrzała przez ramię.- Zawołaj Larry’ego. A ja tu przygotuję sprzęt do zabrania i wyjaśnię sytuację.Ann skinęła głową, ale nie odeszła od razu.
- Powiedz mi jedno... czyli nawet bez Cyrila byłabym uważana za własność twojego Klanu?
- To zależy o jakiej sytuacji mówisz. - stwierdziła Nadia rozważając głośno.- Jeśli Cyrilowi się zemrze, to nadal będziesz własnością klanu. Jeśli Cyril nie wziąłby cię pod swoje skrzydła jako protegowaną, byłabyś nadal bezpańskim caitiffem.
- O tej pierwszej myślę... - odparła ostrożnie - Nie wiedziałam jednak, że to nie tylko Cyril mnie trzyma.
- Żadna organizacja nie pozbywa się dobrowolnie raz zyskanych zasobów, bez względu na to jak te zasoby zostały pozyskane. - wyjaśniła Kainitka.
- Rozumiem... Dziękuję za ostrzeżenie. - Ann przyjęła do wiadomości - Nie będę zaskoczona, jeżeli kiedyś na mnie napadniesz.
- Napad zostawię na koniec… choć… może najdzie mnie ochota na przekonywanie ciebie w bieliźnie.- zaśmiała się ironicznie Nadia.- Nadal pamiętasz słodycz mojej krwi i mojego ciała.
- Och, przestań. - Ann pacnęła palcem Nadię w nos, po czym puściła się biegiem do Larry’ego.
- No… przekazałaś berło królowej lodu?- zapytał ironicznie Brujah.
Dziewczyna skinęła głową.
- W sumie to sama się domyśliła.
- Przemądrzały babsztyl.- ocenił Larry.- Co teraz?
- Babsztyl chce żebym wróciła z tobą i ona wyjaśni co robimy. - stwierdziła.
- No to chodźmy.- rzekł Larry. I ruszyli.
Tremere stała czekając na nich i następnie wskazawszy dłonią na rozstawiany przez Charliego stalowy stelaż rzekła.
- To posłuży za zaczep liny po której się spuścicie. Szybk ma co prawda drabinkę ze stalowych prętów, ale nie można na niej polegać. Pewnie większość stopni jest przerdzewiałych. Szyb ma według planów jakieś osiem metrów, pewnie mniej obecnie… bo zapchany śmieciami. Wraz ze sprzętem dostaniecie mapę korytarzy. Jest ona tylko orientacyjna. Z pewnością część chodników jest zasypanych. Przeszukajcie te które nie są. Nie kozaczcie. Pod ziemią jest niebezpiecznie nawet dla wampirów. Dostaniecie hełmy z latarkami, słuchawki, kamizelki oblaskowe z zaczepami, liny, kotwiczki oraz te no…- podrapała się po głowie.- ..karabinki… i resztę. Jakoś sobie poradzicie. Na mnie szczególnie nie liczcie. Nie jestem pewna czy sygnał z waszych słuchawek i mikrofonów dotrze na powierzchnię. Miejmy nadzieję, że tak. Pytania?
- Jak długo mamy tam być? - zapytała.
- Tak długo jak będzie to bezpiecznie. Zakładam że cała wyprawa zajmie wam godzinę, może dwie. Mniej niż cały przyjazd i rozkładanie tego badziewia.- oceniła Nadia.
- Możemy zabić to, co znajdziemy?- zapytał Larry, a Tremere pokręciła głową.- Żadnych konfrontacji pod ziemią. Będziesz na ich terenie… tam oni mają przewagę.Ann spojrzała uważnie na mężczyznę oceniając jego reakcję. Ten tylko naburmuszył się jak dzieciak, któremu odebrano lizaka.
- Czy jeżeli Larry się uprze walczyć, to czy mogłabym go zostawić i wrócić sama? - zapytała i spojrzała z wrednym rozbawieniem.
- Tak.- odparła wampirzyca beznamiętnie. - Jak Larry chce zginąć, to kim my jesteśmy by mu zabraniać samobójstwa.Ann uśmiechnęła się słodko do Brujah nic nie odpowiadając.
- Jeszcze jakieś pytania?- stwierdziła beznamiętnie Nadia.
Ann pokręciła głową w zaprzeczeniu.
- Nic.- dodał Larry, a Nadia zaczęła wydawać sprzęt tłumacząc co do czego czego służy. Ze słuchawką w uchu, kamizelką na torsie i kasku na głowie Ann wraz z Larrym ruszyła do podwieszonej nad szybem liny.
- Panie przodem, no chyba że mają pietra. - zażartował Larry.Ann fuknęła na to i ruszyła pierwsza.
Tunel był wąski, ciasny i ciemny i … wilgotny. Spuszczająca się po linie Ann czuła wzbierający atak klaustrofobii. Nie było tu przyjemnie, a czeluść była boleśnie głęboko. Przez co całe schodzenie zdawało się trwać wieczność. W końcu jednak dotknęła butami zapleśniałej brei zebranej na dole i w świetle latarki zobaczyła wszystkie trzy chodniki pozornie identycznie.
[media]https://i.pinimg.com/736x/9b/f5/8f/9bf58f57a84019e3240e874b2064ef5d--abandoned-places-the-project.jpg[/media]
I żaden godny zaufania, za to każdy niski, każdy ciemny i każdy podparty gnijącymi belkami.
Ann zastygła w miejscu. Bała się ruszyć do tych tuneli... bała się być pogrzebana. Klaustrofobia…- No i co tam widzisz?- usłyszała z góry, Larry schodził po linie tuż za nią.
- Trzy ciasne korytarze... - Ann odezwała się cicho i delikatnie drżącym głosem.
- Jak to w kopalniach.- odparł Larry z góry. - Sprawdź na mapie, który prowadzi na południe. Od niego zaczniemy.Ann wyciągnęła mapę otrzymaną od Nadii i zaczęła szukać, który korytarz prowadzi na południe posiłkując się oświeceniem z latarki uczepionej hełmu.
Gdy zlokalizowała z pomocą doczepionego do kamizelki kompasu, Larry zsunął się na dół i spojrzał w górę.- Wolałbym nie musieć wciągać się z powrotem. A i też… lepiej żebyśmy nie utknęli tu na tyle, by musieć przespać tu dzień.- ocenił Brujah spoglądając w górę.
- Larry... - spojrzała z obawą na tunel - Tu na pewno nie można się bić... Czy powodować innego zagrożenia zwału. - zwróciła wzrok na wampira - Rozumiesz, prawda? - zapytała z nutą obawy.
- Eeee… to tylko tak niestabilnie wygląda.- odparł Larry podchodząc do jednego ze stempli i solidnie go uderzając. Posypał się pył i gruz. - No dobra. Może walkę zostawimy na inną okazję.Ann uśmiechnęła się ze wdzięcznością.
- Idziesz pierwsza? Czy ja mam?- zapytał Brujah.
Korytarz był wąski i ciemny… i wilgotny. I pachniało tu stęchlizną. Jak w grobie. Mimo to Ann szła przodem świecąc latarką i mając Larry’ego za sobą. Na razie jedyne co znajdowali to zmumifikowane truchła szczurów i nietoperzy. Jakieś szczątki narzędzi górniczych i jedną porzuconą manierkę. Wkrótce dotarli do rozwidlenia. Korytarz dzielił się tu na trzy chodniki, jeden prowadzący naprzód, drugi na prawo, trzeci pod skosem na lewo.
Dziewczyna ostrożnie stawiała kroki, czasem rozglądając się po suficie jakby z obawą, że ją pogrzebie. Na rozwidleniu zatrzymała się obserwując każdą ze stron, aby zaraz sprawdzać na mapie gdzie prowadzą.
Mapa była stara i niewyraźna w wielu miejscach. Niemniej wszystkie korytarze prowadziły do… miejsc urobku. W końcu to była kopalnia. W sumie więc wybór korytarza nie miał większego znaczenia. Tylko czemu do diaska były takie ciasne i ciemne. I czemu Ann miała wrażenie, że ściany się kurczą i zaciskają. Na pewno się przybliżały, bo korytarz robił się coraz węższy, zaś stemple coraz bardziej zaniedbane i przegniłe. Ann… zamarła na widok… trupa, wyschniętego i zmumifikowanego… leżał martwy i zasypany do pasa gruzem wypełniającym boczny korytarz odchodzący od tego którym szli.- Mamy towarzysza... - szepnęła Ann zerkając do tyłu na Larry'ego.
- Kogoś do zabicia? - zapytał Larry podekscytowany.
- Trupa... - dziewczyna podeszła bliżej do ciała, aby sprawdzić czy to mógł być wampir w Torporze.
- Jak się nie rusza, to nie jest ciekawy…- burknął Larry, gdy Ann podeszła do zmumifikowanych zwłok. Sprawdziła uzębienie… śladów kłów nie było widać. Ciało było zmurszałe, ale nie przegniło. Zapewne była to wina mikroklimatu kopalni. Strój… raczej dwudziestowieczny. Lata 60-te, 70-te może?
- Stary... Może z lat 60-tych nawet. - wytarła dłoń o spodnie - Chcesz się z panem przywitać czy dalej idziemy?
- Możemy iść dalej.- przyznał Kainita i ruszyli w głąb chodnika, w coraz ciemniejszy i coraz ciaśniejszy korytarz.-zzz…ssshh… Co… ta… szsh… ugo mil…shhs…cie?- Ann usłyszała w słuchawce głos Nadii z trudem przebijający się przez zaklócenia.- Ra…sh…cie.
- Szlachciance się zachciało posłuchać audycji z wyprawy. - prześmiewczo parsknęła Ann.
- Jak to u Tremere… może to i czarownicy, ale są z nich tak samo formaliści jak Ventrue. Wszystko musi być zorganizowane i oczywiście powiązane z robotą papierkową.- zaśmiał się Larry. - Człowieczeństwo może i ich opuściło, ale zamiłowanie do biurokracji przetrwało przemianę.
- Za życia miałam innych do zajmowania się papierkową robotą. - Ann odparła dumnie ruszając dalej tunelem.
- Niektórzy to lubią.- odparł Larry podążając za Ann. Wkrótce dotarli do obszaru oznaczonego jako przodek. Było to kopalniane wyrobisko. Nic ciekawego tu nie było, poza wąską szczeliną w skale w którą… teoretycznie przynajmniej, mogła się wcisnąć mała szczupła osoba. Tyle że mapa nie informowała czy cokolwiek jest za tą szczeliną. O ile w ogóle coś było. Z Nadią zaś skonsultować się nie mogli. Słyszeli bowiem tylko piski i zgrzyty. Byli za głęboko.
- Tu jest jakaś dziura... - westchnęła Ann.
- Zdradzę ci sekret… tu wszędzie są jakieś dziury. Część to ślady po kopalni. Inne to naturalne jaskinie. - odparł ze śmiechem Brujah.- Większość jest mała i ciasna. Nic co by mogło przyciągnąć niedzielnych turystów.Spojrzał na szczelinę.- Ja bym odpuścił. Nie wiemy czy gdzieś prowadzi. I można w niej utknąć.
- Dla mnie brzmi dobrze. - odparła z niejaką ulgą w głosie - Sprawdźmy ten prawy korytarz.
Minęło trochę czasu nim dotarli z powrotem do miejsca z którego przybyli i ruszyli w kierunku następnego korytarza na liście. Powędrowali w ciszy i ciemności kilkanaście metrów wsłuchując się w zgrzyty sygnału w słuchawkach przerywane niewyraźnymi bluzgami Nadii, najwyraźniej wściekłej ich brakiem odpowiedzi. W końcu dotarli do gruzowiska.
- No to ten korytarz możemy skreślić z listy. Zawał górniczy. - ocenił Larry przyglądając się otoczeniu.
- Więc tylko jeden został. - westchnęła Ann - Nadia chyba pogryzie kapcie ze złości. - podśmiała się sama obserwując otoczenie.
- Albo ubierze się w ten swój czarny skórzany kostium i oćwiczy Charliego pejczem do krwi.- odparł Larry wzruszając ramionami.
- To chyba zostawi na nas…
- Nie licz na to. Ona to uważa za nagrodę. I jej ghulice moczą majtki na samo wspomnienie o takiej nocy. - odparł ze śmiechem Kainita ruszając z powrotem.
- Ona ma ghulice? - spytała zaskoczona - I czy to znaczy, że by dała ze złości nagrodę Charliemu?
- Oczywiście że ma ghulice. Trzy. Bibliotekarki. Prowadzą bibliotekę za dnia i opuszczają ją wieczorem.- wyjaśnił Larry.- Dlatego żadnej nie poznałaś. Niemniej każdy Kainita potrzebuje ghula, który pilnuje jego bezpieczeństwa podczas snu.
- Mój ghul ma nagrodę jak nie oberwie, ma ciepło i jedzenie. - odparła z dziwną dumą.
- Jej ghule mają domy, pracę i zarobki.- odparł Larry.- I bardzo bardzo niewielką szansę na dołączenie do Tremere.
- To byłoby ciekawe zobaczyć dzieciaka Nadii. - zaśmiała się i ruszyła z powrotem sprawdzić ostatnie miejsce.
- Byłoby… tym bardziej, że żeby Nadia zyskała potomka musi uzyskać pozwolenie lokalnego księcia, swojego Primogena. No i… wiesz, musi chcieć zyskać potomka. - odparł ze śmiechem Kainita gdy zbliżali się z powrotem do miejsca z którego wyruszyli.
- Wypadki się zdarzają, a tacy jak ja są tego dowodem. - skrzywiła się.
- Myślisz, że Nadia pozwoliłaby sobie na taki wypadek?- spytał retorycznie Larry i spojrzał w ostatni korytarz. - Teraz tylko tam możemy.-Dziewczyna ruszyła w ostatni korytarz.
Ten był najdłuższy, przynajmniej według mapy i miał dwa rozgałęzienia. Podobnie jak poprzedni co prawda, ale tamten okazał się być zasypany zanim dotarli do pierwszego rozgałęzienia. Ten nie był, choć popękane stemple sprawiały wrażenie, że ten korytarz czeka tylko na okazję by zwalić się im na głowy. Dotarli jednak bezpiecznie do pierwszego z nich, odnoga była na prawo od głównego korytarza.
Ann wydawała się zestresowana w tym miejscu, ale ostrożnie szła przed siebie.- Do przodu, czy w prawo?- zapytał Larry. - Nieustraszona przewodniczko?
- Do przodu... - fuknęła - To miejsce przywodzi mi na myśl złe wspomnienia.... i sny.
- No… mi to akurat niczego nie przypomina.- przyznał Larry, gdy posuwali się do przodu. Tam znów napotkali zawał. Ale jedynie połowa korytarza była zagruzowana.Po chwili wahania dziewczyna zaczęła przyciskać się przez gruzowisko1 Larry podążył tuż za nią marudząc.
- To robota dla ghuli, a nie dla dzielnych Kainitów.-
Po drugiej stronie… było tak samo. Korytarz prowadził dalej w ciemność.
- Miej zastrzeżenia do Nadii.
- Raczej do księcia naszego.- burknął Larry podążając za nią.- Niestety może i sprawia wrażenie uległego i lubiącego kompromisy, to czasem… często bywa uparty jak osioł. Demokracja którą udajemy na wspólnych zebraniach, to ułuda Ann.
- Demokracja nawet dla żywych nie jest super. A dla wampirów po prostu nie pasuje.
- Joshua z Williamem lubią udawać progresywnych Kainitów.- zaśmiał się Larry, gdy oboje podążali korytarzem. Na szczęście Ann nie rozkojarzyła ta rozmowa, bo w przeciwnym wypadku nie dostrzegła by niedźwiedzich wnyków ukrytych na środku korytarza i zamaskowanych kamieniami.Kundel zatrzymał Larry'ego.
- Pułapka na kogoś...? Serio spodziewali się osób w tym miejscu?
- Może i te stwory są inteligentniejsze od zwykłych przedstawicieli swojego rodzaju, ale nie aż tak. To ktoś inny zastawił. Nie wiem kto. Nie wiem na kogo… ale nie podoba mi się to.- Larry podszedł do pułapki i przyjrzał się jej.- Nowa. Nie zdołała się pokryć rdzą. Najwyżej rok tu leży.Ann spróbowała nawiązać kontakt z Nadią.
- Nadiii... - szepnęła.
Niestety odpowiedzią były tylko zgrzyty i szmery. Nawet przekleństwa i urywana słowa umilkły.
Dziewczyna westchnęła i pokręciła głową.- Jesteśmy całkowicie zdani na siebie. Cieszysz się?
- Ja zawsze polegam tylko na sobie. Za dużo lubimy sobie wbijać sztylety w plecy, by warto było polegać na innych.- odparł Larry i rozerwał pułapkę gołymi dłońmi.- Unieszkodliwiona.Ann skinęła głową i ruszyła pierwsza.
Kilkanaście metrów dalej, kolejne wnyki… potem następne. Zbliżali się do kolejnego rozwidlenia. I jak się okazało, kolejnego zawału. Tym razem korytarz główny był całkiem zasypany, ale boczny… nie. Tym razem Ann zatrzymała się i jednocześnie wskazała kompanowi, aby poczekał, żeby oddalić się i okryć zasłoną niewidoczności, pod którą wyjdzie w odnogę.
Szli tak przez kilkanaście metrów i znów natknęli się na zawał. Tym razem coś jednak było… nie tak. Kamienie wydawały się za bardzo… uporządkowane.
Niewidoczna Ann zwolniła kroku i zaczęła rozglądać się po otoczeniu wyszukując niepokojących znaków.- Kolejny ślepy zaułek.- ocenił błędnie Larry, podczas gdy Ann… nie znajdowała niczego podejrzanego.
- Coś jest nie tak... ktoś tu był i ustawił kamienie w sobie znanych pozycjach. - odezwała się, gdy nagle pojawiła się obok Larry'ego.
- Jesteś pewna?- zapytał Larry, a Ann była pewna… że nie była to naturalna formacja. Nie było to jednak żadnego ukrytego wejścia, choć… kamienie blokujące przejście nie były zawałem i ich usunięcie (pod warunkiem że we właściwej kolejności) nie groziło prawdziwym zawałem.
- Tak. Jeżeli ostrożnie te kamienie pozdejmujemy, dobrze dostaniemy się przez to sztuczne osuwisko.
- Nie lubię robić za robola. - odparł Larry marudząc, ale zabrał się za rozmontowywanie przeszkody. Kilkanaście minut zajęło mu zdejmowanie kamieni i jednoczesne zerkanie z wyrzutem na Ann która nie dołączyła do roboty. Niemniej przejście zostało odblokowane i… cóż… korytarz ciągnął się dalej.Ann cmoknęła Larry'ego w policzek i zadowolona dała znak, by szli dalej.
Znowu przez chwilę nie działo się nic, aż w końcu doszli do ściany. Dosłownie. Korytarz urywał się nagle kończąc ścianą zbitą z desek.
Caitiffka zastukała knykciami w drewno, aby sprawdzić czy za nią jest pusta przestrzeń i uśmiechnęła się po wyniku.- Możesz tylko podważyć deski delikatnie? Ściana to podpucha.
Larry uderzył pięścią przebijając ścianę, potem kolejnymi uderzeniami rozwalał kolejne deski robiąc przejście.
- Już.- wzruszył ramionami Kainita, a Ann mogła zajrzeć do środka dużej jaskini. Przerobionej przez kogoś na salę operacyjną prosto z fantazji jakiegoś sadysty. Duży stół operacyjny. Jakieś szafki, elektryczne oświetlenie zasilanie przez przenośny generator prądu napędzany dieslem. I stojący obecnie w kącie. Całe to pomieszczenie zostało opuszczone. Większość rzeczy zabrano pozostawiając tu i tam narzędzia chirurgiczne, jakieś fiolki, kartki…
- Nadii by się podobało... - mruknęła przeglądając kartki.
- Wątpię… nie lubi się babrać w mięsie.- uznał Larry podchodząc do generatora i sprawdzając czy działa. Ann zauważyła, że kartki które podnosiła zawierały szkice anatomiczne… dotyczące układu mięśni jakiegoś zwierzęcia.
- Zawsze mogłaby użyć tego stołu do przywiązywania swoich... - zaśmiała się chowając zwinięte kartki do kieszeni.
- Ja go jej nie zaniosę.- odparł Larry podchodząc do wąskiej szczeliny po drugiej stronie jaskini będącej zapewne głównym wyjściem. Zbyt wąskiej na wniesione tu sprzęty, więc zapewne zanim droga którą przyszli została zablokowana, posłużyła do wniesienia wyposażenia.Ann odwróciła się i telefonem wykonała zdjęcia pokoju.
- Pora sprawdzić ten korytarz.
- No to chodźmy.- odparł Larry dając sobie spokój z generatorem.
- Brakuje paliwa.- tak skwitował swoje niepowodzenie.Ruszyli dalej wąskimi tunelami, które potem rozszerzyły się nieco. Doszli do krzewów zarastających wejście, a gdy je przebyli… znaleźli sią na zewnątrz. Na stoku wzgórza wśród leśnej głuszy.
- No i dupa… nic tu więcej nie ma.- skwitował Larry. I mylił się.
- Co wy tu robicie?- zapytał Garry wychodzący zza drzew.Ann zastygła zaskoczona.
- A ty?
- No wracam z rozmowy z wilkołakami. A wy nie powinniście zwiedzać kopalni, tam na szczycie?- zapytał zdziwiony Gangrel.
- Znudziło nam się. A co mówiły futrzaki?- zapytał Larry.
- Jakieś dziwaczne zwierzęta pojawiły się na ich ziemiach. Przypuszczają że to fomory wysłane tam przez zarządców kopalni. Próbowały je wytropić i zabić. Zgubiły je na naszych ziemiach.- wzruszył ramionami Garry.
- A wiedzą, że da się stąd wejść do kopalni i wyjść?
- Skąd?- zaciekawił się gangrel. Larry wskazał na krzaki za sobą. Hippis zaś podrapał się po czuprynie. - Ann… większość z nas nie była tu, kiedy nastąpiła katastrofa w starej kopalni. Ja nie znam jej korytarzy, tym bardziej nie znają ich wilkołaki. Dlatego Nadia musiała wyciągnąć stare mapy z archiwum biblioteki.-
- Znaleźliśmy... Salę operacyjną. Wiesz co to przedstawia? - wyciągnęła plany anatomii czegoś.
- Miałem tróję z biologii. Trzeba by Clyde'a spytać. On się naoglądał krojenia trupów. Może będzie wiedział.- wzruszył ramionami gangrel.
- To wracamy do Nadii? - zapytała Brujah.
- No. Nie ma co tu stać. Wracamy.- zgodził się Larry. I ruszyli. -
Trójka wampirów wspinała na wzgórze przedzierając się przez śnieg i dyskutując. Nastrój panujący wśród nich był wesoły. Choć Larry począł narzekać, gdy Garry wspomniał że powiedział wilkołakom o draugach. I futrzaki były bardzo nimi zainteresowane. I chętne, by dołączyć do łowów.
- Po co im w ogóle mówiłeś?- burknął Brujah.
- No. Myślałem że to co wzieli za fomory, mogło być sforą druagów.- wyjaśnił Garry i pokręcił głową. - Ale nie… to co tropili było znacznie od nich większe.-
- A co to w ogóle są te fomory? Warte to to zabijania?- zapytał się Brujah.
- Nie mam pewności, ale z tego co wiem to istoty spaczone przez złe duchy… - zadumał się hippis. - … służące Żmijowi. Coś w tym rodzaju.
- Tego by brakowało. - westchnęła Ann.
- Ano… przydałaby się jakaś rozrywka. Ciągłe pranie śmiertelników jest nudne. - ocenił Brujah “zgadzając” się z Ann.
Nadia czekała w milczeniu, jej zimne spojrzenie przeszywało nadchodzącą trójkę Kainitów.
Nie krzyczała, nie wrzeszczała, nie okazywała furii. Niemniej każde słowo które wypowiedziała… ociekało lodem. Nakazała złożyć raport i wyjaśnić brak kontaktu w podziemiach. Na szczęście dało się to zrzucić na problemy ze sprzętem i Nadia uwierzyła. A przynajmniej udawała że wierzy. Wysłuchała raportu, zadała kilka pytań. Nie skomentowała niczego.- Dobra. Zbieramy się na dziś. Wyznaczę kolejne szyby, bo jak spojrzycie na mapę to zorientujecie się, że nie jest to jedynie zejście do kopalni. - zadecydowała Tremere.- Larry pomóż Charliemu zabezpieczyć z powrotem wejście do szybu. Ann, Garry pozbierajcie sprzęt.-
I cóż… nie pozostało nic innego niż słuchać wampirzycy. Bądź co bądź była przedstawicielką Księcia. I należało wykonywać jej polecenia.
Nawet gdy zachowywała się na oschła nauczycielka matematyki ze szkoły do której chodziła Ann. Brakowało jej tylko długiej długiej linijki. Było to na swój sposób… zabawne.
Bo Ann nieszczególnie bała się wybuchowej Nadii, która choć nie trzymała swoich emocji na wodzy, to miała pełną kontrolę nad swoim zachowaniem. Z drugiej jednak, Ann jak dotąd nie zalazła Tremere za skórę.
Przy okazji ogólnych rozmów podczas składania sprzętu caitifka dowiedziała się, że Książę i William dzwonili do Nadii. I poinformowali ją, że znaleźli ślady draugów. Samych stworów nie, ale sądząc po ich odkryciach… sfora kieruje się na wschód. Do Nowego Jorku.
Co było całkiem sensowne. W końcu to było największe żerowisko w okolicy, zwłaszcza jeśli preferowało się krew Kainitów nad ludzi. A ta sfora chyba rozsmakowała się we krwi wampirów.
Spotkali się u Lukrecji, w pokoju który służył do narad dla całej wampirzej społeczności. Lukrecja oczywiście dołączyła do nich podczas tej narady. Ann wraz Larrym powtórzyła to co powiedzieli Nadii i opowiedziała to co widziała w kopalni. Odpowiedziała na pytania Williama i Joshui. Potem Książę zrelacjonował swoje odkrycia. Znaleźli ślady draugów, a nawet ofiary ich uczty, ale samych potworów nie wytropili. Jedynie wydedukowali kierunek w którym sfora obecnie podąża. Nowy York. To wszystko jednak Ann już wiedziała wcześniej.
Niemniej Joshua i William mieli i inne nowiny.
Jutro miał przybyć ów mag zesłany tu w roli strażnika szpitala. Oraz jutro miał przybyć ktoś ważny z Nowego Jorku, wysłannik tamtejszego Księcia.
Potajemnie, bo planował spotkać się w jednym z domków Williama… zamiast przybyć bezpośrednio do miasta. Joshua nie wiedział kim miał być ów wysłannik, ale z pewnością miał być to ktoś ważny.
A Ann stanęła przed wyborem. Mogła dołączyć do komitetu powitalnego Joshui lub poznać wraz Williamem owego maga zaraz po przybyciu.
Wybór który mogła rozstrzygnąć po przebudzeniu następnej nocy. Miała więc wiele czasu na przemyślenia. Tym bardziej, że wraz z Toreadorem, wróciła do do domu Blake'a. -

EKSCYTUJĄCA PRZYSZŁOŚĆ
Wyjechali wcześnie. Kilkanaście minut po przebudzeniu. Domek w którym miało się odbyć spotkanie był obecnie opuszczony. Należało go więc przygotować. Domostwo “przywitało” ich ciemnością w oknach i ciszą. Był to dość luksusowy przybytek nie odbiqegający za bardzo od willi Williama. Prawdopodobnie zbudowany w tym samym czasie co reszta willi i zaprojektowany w tym samym biurze projektowym co pozostałe.
- Pójdę włączyć zasilanie na tyłach, ty ogarnij hol i pokój gościnny. Pościągaj pokrowce z mebli i krzesła ze stołu. - rzekł Blake rzucając Ann klucze.
Ann złapała klucze i szybko ruszyła otworzyć drzwi w domku, aby móc się zająć zdejmowaniem okryć mebli.
W środku… było upiornie. Panująca ciemność, białe pokrowce przypominające duchy. Kurz, gdzieniegdzie pajęczyny. Po prostu scenografia jak z niskobudżetowego horroru.
Dziewczyna westchnęła lekko i zabrała się za zdejmowanie okryć z mebli, aby po tym zestawić krzesła ze stołu w salonie. Wiedziała że tu by się przydało większe odkurzanie.
Na to jednak nie było chyba czasu. Nie było też chyba odkurzacza. Za to zamigotały, a potem zaświeciły się lampy w całym domu. Toreador podłączył zasilanie, zapewne po prostu włączając bezpieczniki.
Ann była zadowolona, że nie jest uczulona na kurz, bo zabiłby ją ostatecznie w tym miejscu. Jedynie wzięła jedną tkaninę, aby nią strzepnąć kurz z blatu.William zjawił się kilkanaście minut później. Z butelką mrożonego “wina”.
Postawił ją w kubełku lodu na środku stołu i kilka kieliszków dookoła niej.- Wygląda nieźle. Ciekawe kto się zjawi pierwszy. Joshua czy goście.- ocenił sytuację Toreador.
- Jak na Toreadora jesteś mało... przywiązany do luksusu i zachowania wizualnych standardów. - stwierdziła.
- Wolę piękno natury niż jego mizerne naśladownictwa stworzone przez śmiertelników. Zresztą od czasu impresjonistów… sztuka stoczyła się na samo dno. - westchnął Blake.
- Och, nie przesadzaj. Sztuka cyfrowa również potrafi być niesamowita.-
- Możliwe.- stwierdził obojętnym tonem Toreador.- Żadnej nie widziałem. Nie cenię tego, co… można napisać zamiast namalować.
- Czy tak właśnie kłócą się między sobą artyści? - zaśmiała się dziewczyna.
- Tak. Poza tym kłócą się o muzy… zwłaszcza te ładniejsze i że tak powiem… o luźniejszej moralności. - zaśmiał się Kainita. - A i narzekają na brak pieniędzy i niezrozumienie swojej sztuki.
- Ty na pieniądze nie możesz narzekać.
- Dlatego narzekam na upadek sztuki. - odparł William ironicznie. - I na fakt, że nie utrzymuję się z moich wierszy, tylko z wynajmnu nieruchomości.Oboje usłyszeli odgłos nadjeżdżającego samochodu.
- Maruda. - stwierdziła i ruszyła do wyjścia - Chodź gospodarzu, goście.
Dwa czarne lincolny zajechały na podwórze. Jeden po drugim. Z pierwszego wysiadła kruczowłosa Kainitka w czarnym płaszczu i kapeluszu.-|
Rose Wilmowsky. Podeszła do obojga. Przyjrzała się i uśmiechnęła.- Przybyliśmy. Ufam, że wszystko gotowe?- zapytała.
|-- Joshua jeszcze nie przyjechał, ale pomieszczenie gotowe.- stwierdził Blake. Rose skinęła głową i zawróciła do pierwszego z pojazdów. I wysiadł z niego stary nosferatu w garniturze. Marcus Falconi , szeryf Nowego Jorku.Ann cieszyła się, że najpewniej Nosferatu nie będzie przeszkadzał kurz na garniturze.
Kainita podszedł do obojga i rzekł zerkając na Toreadora.
- Nieźle się trzymasz Williamie, życie na prowincji ci służy.- rzekł przyjaźnie.
- Nie narzekam.- odparł Toreador. A następnie Nosferatu zwrócił się do Ann. - Panno Baudelaire, miło pannę widzieć. Ufam, że Tremere nie narzucają się za bardzo?
- Nie, mam tylko z Nadią kontakt. - stwierdziła lekko skłoniwszy głowę i uśmiechnęła się do kobiety - Miło cię znowu widzieć, Rose.
- Nazwajem. - stwierdziła Rose odpowiadając uśmiechem i zwróciła się do Nosferatu. - Zabezpieczymy teren. -
- Dobrze.- odpowiedział Nosferatu. - To może wejdziemy do środka?
- Jest zakurzone, to może marynarki zostawicie w aucie? - zaproponowała z uprzejmości.
- Jestem Nosferatu. Brud nie jest mi obcy.- machnął ręką Markus, a Rose odparła żartobliwie.- Zabezpieczymy teren dookoła budynku, więc lepiej żebyśmy mieli coś na grzbiecie.Ann skinęła głową i poprowadziła wampiry do środka.
- Całkiem przytulnie.- ocenił Nosferatu wchodząc do pokoju gościnnego.- I cicho. Co jest rarytasem gdy się mieszka w Nowym Jorku.-
- Zawsze możesz się przeprowadzić tutaj. - odparł żartobliwie William.
- I ściągnąć wam tu kłopoty?- zaśmiał się Nosferatu kładąc czarną teczkę na stole. Blake sięgnął po butelkę i nalał zmrożonej krwi do dwóch kieliszków.- Trzeba uważać, utoczona z całkiem sporej pijaczyny.
- Dzięki.- odparł Marcus.- Więc… widzieliście draugi?
- Wcześniej z bardzo bliska... - westchnęła Ann.
- Więc… co możecie o nich powiedzieć?- zapytał Nosferatu wyciągając stosik papierów z teczki. - Dostałem od mojego klanu stare dokumenty dotyczące zaginionych… w czasie katastrofy, która zniszczyła szyby kopalniane. Było ich… trzynastu. Pechowa liczba.
- Były to szare i łyse parodie człowieka z wielkimi pazurami.- zaczęła bezklanowa - O błyszczących czerwonych ślepiach. Używały dyscyplin i przynajmniej jedna była w stanie mówić. Bez większego problemu pokonały Larry’ego atakując z ukrycia. Polując. Gdy go dopadły niczym zwierzęta się nad nim zgromadziły gryząc i wypijając z niego krew. - skrzywiła się - jeden z nich praktycznie rozpłakał mi brzuch tymi szponami, gdy odnalazł moje ciało skryte w stworzonym przeze mnie mroku. Zdołałam naliczyć sześciu, ale możliwie było ich więcej. Pojawiali się i znikali. Sami wybili wszystkich anarchistów mieszkających sąsiednio, a teraz... krążą po naszym terenie i wedle Księcia mogą skierować się do Nowego Jorku. Zasmakowały w wampirzej krwi i wyraźnie na nią polują.
- Nie więcej niż trzynastu… może mniej.- ocenił szeryf. - Nie powstały z nowoprzebudzonych Kainitów, więc są znacznie potężniejsze niż zazwyczaj. Także i to… rozsmakowanie we krwi naszego rodzaju jest niepokojące. -Przejrzał dokumenty. - Jeden z nich był primogenem, nim… zaginął.
- William i książę trafili na ich ślady.
- To interesujące.- odparł Falconi, a Kainita pokręcił głową. - Nie bardzo… udało się nam jedynie odkryć kierunek w którym podążały i ocenić ich liczbę na circa osiem osobników.-- Mhmm… ze swojej strony organizuję już z moich podwładnych grupę łowców mających posłużyć do ubicia tych potworów.- spojrzał to Ann, to na Williama.- Powiem szczerze, nie podoba mi się pomysł ogłoszenia krwawych łowów na draugi. Wywoła to tylko chaos i zamieszanie. To już nawet lepiej by było dać cynk Kościołowi.
- Śmiertelnym? - zdziwiła się Ann.
- Łowcom wampirów. Zdziwiłabyś się jak skuteczni bywają przeciw naszemu rodzaju. Lasombra w wiekach średnich korzystała z nich często, czyniąc ich swoimi ogarami na inne klany.- zaśmiał się Marcus. - Tak przynajmniej słyszałem.
- Więc Łowcy wampirów to nie jest fikcja?
- Podobnie jak mumie.- odparł Blake z uśmiechem.- Po prostu są już rzadkością.-
- No i w Nowym Jorku staramy się wpływać na kler i rabinów, by cóż… nie pozwalali im hasać po mieście.- wyjaśnił Szeryf.Tymczasem było słychać nadjeżdżający samochód. Prawdopodobnie był to Joshua.
- Niemniej sądzę, że jakakolwiek grupa śmiertelników po prostu będzie posiłkiem dla draugów.
- Tak jak i banda Kainitów skuszona okazją do walki z potworami. Z pewnością dobrze przeszkoleni śmiertelnicy są jednak większym dla nich zagrożeniem niż mięso armatnie Pawlukowa. - ocenił Falconi. - A już lepiej będzie gdy sami stworzymy taką grupę łowców niż ogłosimy Krwawe Łowy, dlatego liczę że książę Stillwater poprze mnie w tej materii za trzy noce.- A co ma się stać za trzy noce?- zapytał Joshua wchodząc.
- Mój Książę zbierze wszystkich Primogenów przedstawi im oficjalnie problem. Nieoficjalnie zostali już poinformowani. No i… każdy klan będzie mógł przedstawić swój pomysł na rozwiązanie problemu. Następnie będzie narada i głosowanie… a na końcu Książę zdecyduje o poczynaniach. Oczywiście przedstawiciel księcia Stillwater… byłby mile widziany na tym zebraniu. A jego opinia wysłuchana z należytym szacunkiem. - odparł Falconi.
- Aż trzy noce?- odparł zdziwiony Smith.
- Niektóre klany muszą to przegadać i opracować strategię. Tremere, Nosferatu, Toreadorzy czy Ventrue. Nie każdy trzyma swoich za jaja jak Groza. - wzruszył ramionami Szeryf.
- Obawiam się, że akurat w przypadku chłopców Grozy to mogliby niefortunnie skończyć dość szybko w obliczu potworków. - westchnęła.
- Groza jest zwolennikiem teorii Darwina i przetrwania najsilniejszych. Jeśli jego podwładni zginęliby z rąk draugów, to znaczy że nie byli godni daru nieśmiertelności który otrzymali.- machnął ręką Falconi.
- Będzie ktoś od nas na tym zebraniu.- potwierdził Joshua.- Już wspomniałem, że moim pomysłem byłoby wyselekcjonowanie Kainitów do odłowienia i ubicia draugów bez całego tego cyrku z krwawymi łowami. Za dużo zamieszania. Zawsze uważałem że dyskrecja jest cnotą naszego rodzaju. A krwawe łowy nie mają nic wspólnego z dyskrecją. Ze strony Stillwater… Larry Dukes i William Blake byliby świetnym dodatkiem do takiej ekipy. A i słyszałem plotki o potężnym wampirze ukrywającym się w okolicy i będącym… tolerowanym… gościem?- ni to zapytał, ni to zasugerował Szeryf.
- A skąd niby masz takie plotki?- spytał podejrzliwie Joshua.
- Chyba nie sądzisz, że wyjawię swoje źródła. Mogę tylko stwierdzić, że przymkniemy oko na… ten fakt, podczas tej misji. W końcu nie wypada nam wtrącać się do spraw domeny zaprzyjaźnionego księcia. - odparł uprzejmie Nosferatu.
- No i ten nowy gość może pomóc. - Ann spojrzała na Williama.
- Przyda nam się każda pomoc.- zgodził się Falconi z uśmiechem. - Nieprawdaż?
- Hmm… tak.- potwierdzili zgodnie i unisono Toreador z Brujahem.
- To chyba wszystko co miałem do powiedzenia. Mogę wam zostawić dossier zaginionych Nosferatu, aczkolwiek wątpię by to w czymś pomogło. Liczę, że mój plan zyska w waszych oczach do czasu zebrania w Nowym Jorku.- rzekł stary Kainita wstając od stołu.Ann też wstała, oddając jednak inicjatywę w starszym wampirom.

Nastąpiło pożegnanie i następnie Szeryf opuścił budynek. A Joshua nalał sobie trunku mówiąc.
- Więc to jest ich plan… zebranie grupy wampirów do odłowienia problemu? -
- Ma chyba sens.- ocenił Blake.
- Trzy noce… trzy noce będą radzić. Jak sądzisz, ile im zajmie ustalenie składu osobowego tej grupy?- zapytał ironicznie Smith.
- Krócej jeżeli sprawa nabierze większego priorytetu. Gdy uderzy bliżej ich domu... - mruknęła Ann.
- Może… ale wydaje mi się, że próbują nas wciągnąć w swoje gierki, zamiast naprawdę rozwiązać problem. Krwawe Łowy nie wymagają takiego… kombinowania. Wszyscy Kainici wiedzą o zagrożeniu i najsilniejsi mogą się z nim zmierzyć na swoich zasadach.- odparł Joshua popijając trunek. A William nalał sobie mówiąc.- Wiesz dobrze jak bardzo dużą wagę nowojorski Książę przykłada do kontroli.
- Jeżeli poprzemy plan któregokolwiek Primogena czy kogoś innego to automatycznie będzie wyglądało jakbyśmy obstawiali po jego stronie. Według mnie nawet jeżeli któryś plan wyda się dobry to powinniśmy zaproponować podobny ze zmianami jako Stillwater, Nie pomijając jednak wspomnienia też innych pomysłów, aby nikt nie mógł się poczuć niedoceniony. - mruknęła zamyślona - trochę to przypomina grę w negocjacjach, gdy analizujesz którą umowę przyjąć.William machnął ręką dodając. - Jestem pewien, że Falconi już podjął inicjatywę co do draugów. Reszta jest na pokaz.
- Oby… nie podoba mi się cały ten polityczny cyrk. Przy tym nasze zebrania wydają się bardziej skuteczną formą rządów. - odparł Joshua.- Oczywiście ty pojedziesz. Myślisz, że jest sens zbierać naszą grupkę i rozmawiać wspólnie na ten temat?-
- By primogeni poprzez swoich szpiegów dowiedzieli zawczasu co planujemy? Nie. Tym razem żadnych zebrań.- zadecydował Toreador ze śmiechem.
- Ale czy jeżeli William tam pojedzie nie zostanie to źle przyjęte przez Elenę? - odezwała się.
- W naszym małym miasteczku tylko William ma odpowiedni status i renomę by reprezentować księcia Stillwater na takich zebraniach. Elena o tym wie.- wyjaśnił Joshua popijając “wino” marki pijaczek.
- Tylko w tym momencie odbywa się tutaj walka o cały klan Toreador. William będzie w sytuacji, którą mógłby zechcieć wykorzystać mimo słów o braku zainteresowania. Na pewno, bo przecież znalazł młodych, których by pociągnął.
- Tam nie będzie wielu młodych. To nie przyjęcie towarzyskie, a bardziej narada mafii.- zaśmiał się Blake i dodał.- Wysyłając kogoś o niższym statusie obraziliśmy Księcia i Primogenów.Ann nagle zaśmiała się do swojej myśli.
- A może wyślemy Lukrecję? Byłaby przeszczęśliwa.
- Nie możemy. Jej nie wolno wracać do Nowego Jorku.- przypomniał jej Joshua. - Z Kainitów którzy nie są objęci zakazem, jest oczywiście William, Nadia, Garry i ty. Lukrecja i Larry nie mogą wrócić. Ciążą na nich wyroki banicji.
- Gdybym ja pojechała to przynajmniej Groza dostałby udaru. - zaśmiała się Ann.
- Groza nie wie kim ty jesteś. Być może nawet o tobie nie słyszał.- odparł ciepło William.
- Na pewno by padł Ostateczną Śmiercią gdyby ktoś mu powiedział. - przyjrzała się Williamowi - A nie potrzebujesz przypadkiem kogoś do poprowadzenia cię?
- Tak. Domyślam się że bardzo ci zależy na tym spotkaniu. I wezmę cię ze sobą.- odparł Toreador i machnął ręką.- Acz nie przeceniaj swojego znaczenia. Primogen klanu Brujah nie przejmuje się takimi jak ty.Ta uwaga najwyraźniej w jakiś sposób ubodła dziewczynę.
- Zawsze mogę to zmienić.
- Mądrze byś zrobiła nie próbując tego, zwłaszcza na zebraniu Księcia. - wtrącił Joshua.
- Wiem, wiem... nie tylko Lukrecja może się obrażać. - mruknęła.
- Właśnie.- odparł William z uśmiechem.
Ann wróciła z Toreadorem do Róży. Tam William planował spotkać się z Jaine Love. Bo Ravnoska zastąpiła Blake’a w roli gospodarza i przekazała klucze magowi. Oraz załatwiła wszystkie formalności. Teraz czekała w siedzibie Lukrecji z papierami, które Toreador musiał odebrać.
I tak trafili dość późno do jej hotelu. Z gości przy barze była tylko Jaine, jakaś męska ćma barowa i Miracella za barem.- Przyjechał? - zaaferowana Ann od razu podeszła do kobiety i zapytała na powitanie.
- Przyjechał.- potwierdziła wampirzyca i podała Williamowi dokumenty. - Chyba wypełniłam poprawnie. Przyznaję że trochę byłam stremowana. Nigdy nie pracowałam w nieruchomościach.
- Dzięki za pomoc.- odparł ciepło Kainita.- Wygląda na to, że w Nowym Jorku wiedzą o tobie. A przynajmniej o tym, że jesteś tutaj. Niekoniecznie kim jesteś.-
- Zakładam że to miało być pocieszające.- zaśmiała się się Jaine.- A fajny ten mag? - wtrąciła Ann jak dzieciak.
- Stary znajomy. Ten… no… Vincent? - zadumała się Jaine. - Przystojny i dobrze wychowany… tak jak poprzednio. -
- Hmm…o ile pamiętam, twierdził że był kimś znaczącym u siebie.- zastanowił się William przeglądając dokumenty.Temperatura zdawała się lekko opaść. Całe szczęście człowiek był zbyt zaaferowany swoim alkoholem, by próbować dostrzec wylewający się od dziewczyny placek cienia.
- ...co? - Ann warknęła z irytacją - Ten tchórz odważył się wrócić?
- Z tego co się zorientowałam. Nie miał wyboru.- zastanowiła się Jaine i przyjrzała się podejrzliwie, acz pytając z uśmiechem.- Coś między wami zaszło?
- Rzecz w tym, że nie zaszło.- wtrącił żartobliwie Blake, a i Miracella zaczęła czyścić blat kontuaru blisko trójki wampirów.
- Była umowa. Zgodził się na nią. Ja nawet się poświęcić miałam by było mu jeszcze milej. - cień wokół Ann drżał ze złości - A on nawiał!
- Miłosne perypetie. Nie ma nic straszniejszego od gniewu porzuconej niewiasty.- wyjaśnił William, wywołując uśmiech Jaine i chichot Miracelli.Love spróbowała pocieszyć Ann, poklepując ją po ramieniu.- Są i inni magowie na świecie. Nie ten to tamten.
- To nie ma nic wspólnego z miłością. - zaprzeczyła dziewczyna i zniżyła głos - Ale chcę posmakować jego krwi, a on... on po prostu mnie olał.
- Jesteś wampirzycą, u nas nawet miłość krąży wokół krwi.- stwierdziła melancholijnie Jaine.- A po tym odrzuceniu jeszcze tragedia z Cyrilem uderzyła... - schowała twarz w dłoniach - Pieprzone szczęście…
- Przesadzasz… - machnęła ręką Jaine sięgając po karty i tasując je. - Nie było wszak tak źle. Ty żyjesz. Cyril też. Ty masz się dobrze… on… -Rozłożyła karty na blacie i przyglądając się im rzekła. - On też.
- Przez długi czas odchorowywałam to zdarzenie. - mruknęła.
- To się nazywa… odwyk.- odparła z lisim uśmieszkiem Kainitka i schowała karty.- I jak się teraz czujesz? I co czujesz wobec Cyrila?Ann zachmurzyło się.
- To zależy kiedy. Tak bardzo nie myślę o nim, znaczy tak silnie. Ale kiedy naprawdę zaczynam o nim myśleć... - westchnęła - Po prostu boli, że go nie ma. Czuję się samotna.
- Przejdzie z czasem. - stwierdziła Jaine z przekonaniem.
- Najlepiej o tym nie myśleć. - odparł ciepło William doradzając.Ann jedynie mruknęła nie komentując.
- No to… po kolejce?- wtrąciła Miracella nalewając wszystkim “ Krwawe Marry”.
- A Lukrecja się nie obrazi, że jej zapasy rozprowadzasz?- zapytała żartobliwie Jaine. przyjmując poczęstunek.
- Moooże? Sprawdź w kartach. - odparła żartobliwie Miracella.
- A może Mirka ma nadzieję, że Lukrecja ją za to w łóżku wytarmosi za karę? - Ann upiła krwi.
- Moooże…- odparła obojętne Ventrue z tajemniczym uśmieszkiem na obliczu.
- Nie jestem pewien czy Lukrecja jest fanką takich zabaw.- zastanowił się William.
- Według mnie, ona jest fanką każdej zabawy. - odparła Jaine Love.
- I to wszystko wyczytałaś w kartach? - zachichotała młoda Ventrue.
- W jej oczach.- odparła tajemniczym tonem Ravnoska.
- To jednak z Larrym by się pobawiła! Zakazany owoc. - rzuciła Ann.
- Larry to za niskie progi dla dumnej Ventrue, co innego… pewien Toreador.- Ravnoska spojrzała na Williama, a ten się zaperzył mówiąc nerwowo.- Nie za stara jesteś na takie pomysły Tanith?Ravnoska machnęła ręką. - Taaa… uwierzę w te słowa, jak przestaniesz łazić z rozmarzonym wzrokiem ilekroć wracasz z siedziby Ann.
Ann zaśmiała się.- Wiesz, że to nie jest rozmarzenie na mnie?
- Jaine się coś ubzdurało. Za dużo miłosnych horoskopów wystawia w radiu.- zbył ten temat Blake.
- A myślicie, że Lukrecja wcześniej smaliła cholewki do Księcia Nowego Jorku? To nie byłyby za niskie progi. - Ann poratowała Willa.
- Jestem pewien, że próbowała. Aczkolwiek nikomu nie udało się podbić jego serduszka. Nawet La Bella zawiodła w tej materii.- odparł autorytarnie Toreador.
- Może w takim razie Joshua. Też Książę, a Lukrecja nie ma opcji teraz wybrzydzać. - Ann dodała - A te ich sprzeczki to po prostu końskie zaloty.
- Może…- zastanowiła się Miracella.- Lubią się kłócić, to pewne.Ann nagle zaśmiała się.
- Clyde!
To sprawiło, że wszyscy wybuchli śmiechem.
- Fajnie się gadało. Ale świt się zbliża, czas na mnie.- odparła Jaine kończąc trunek i dodając na pożegnanie. - Trzymajcie się zimno.-
- Ty też.- stwierdził Kainita.
- Czy ty byłeś w moim domu kiedy ja przebywałam w Nowym Jorku? - zapytała bezklanowa, gdy znajdowali się już w samochodzie w drodze do domu Williama.
- eeem… raz może… chyba.- odparł Kainita i spojrzał na Ann. - Wbrew sugestiom Ravnoski nie jeżdżę tam ciągle.
- Miziasz mi ghula? - zapytała wprost.
- Nie. Skąd ten pomysł. - odparł oburzonym tonem Blake.
- Inaczej. Piszesz poezje na jego temat?Toreador zbladł wyraźnie, potem nieco się zarumienił dzięki wypitej niedawno krwi. I wymamrotał coś pod nosem cicho, a potem głośniej.- Czerpię inspirację z różnych źródeł.
Westchnęła ciężko.- W ogóle nie uczysz się na błędach swoich dawnych miłości.
- Nie wiem o czym mówisz. - odparł naburmuszonym tonem Toreador.
- Mnie naprawdę nie przeszkadza, że mój ghul jest dla ciebie inspiracją czy jakieś uczucie do niego masz. Po prostu nie pakuj się przez to w kolejne zamęty miłosne, co?
- Niczego takiego nie planuję. Nie martw się o to.- odparł pospiesznie wampir.Przez dłuższą chwilę panowała cisza między oboma wampirami.
- Ty naprawdę sądzisz, że po zerwaniu więzi z Cyrilem będę wolna.
- Tak jak każdy Kainita jest wolny. - odparł Blake i spojrzał na Ann. - Prawdziwie wolny, bo nie było w tej więzi uczucia, jak w mojej, tylko wyrachowanie.
- Nie będę. - stwierdziła wprost.
- Nie zamierzam się kłócić o to z tobą. Zrobisz jak uznasz za stosowne. - odparł zmęczonym głosem Toreador.
- Nie będę miała w tym nic do powiedzenia. - powiedziała smutno - Nie byłabym związana z Cyrilem, to byłabym z innym Tremere. Klan uważa mnie za swoją własność.
- Aaa tak… ta kwestia. Nie przejmuj się nią. - stwierdził ironicznie William. - Zakładam, że… Nadia ci o tym powiedziała?
- Jakie to ma znaczenie czy Nadia?
- To co ci powiedziała nie jest aż tak strasznym wyrokiem, jak to zabrzmiało w jej ustach. - stwierdził Kainita. - Charliego nikt krwią nie poi by był posłuszny. Także i ty mogłabyś uniknąć tego losu, jeśli klan uznałby, że zachowujesz się lojalnie i wypełniasz polecenia. Nie jesteś członkinią Tremere, więc nie włączyliby cię do swoich rytuałów. Jesteś ich własnością acz… cóż… Brujah Nowego Jorku są własnością Grozy. Jesteś pod opieką Klanu teraz, więc zadbaliby o twoje bezpieczeństwo. W pewnym stopniu.- Możliwie Nadia byłaby wybrana jako moja karmicielka.
- Zważywszy na to, że… cóż… przydarzyło to wam się, to wiesz przynajmniej czego się spodziewać. Chyba nie było tak źle ostatnim razem. - zadumał się Blake. - No i Nadia dość elastycznie podchodzi do reguł swojego klanu.
- Ona? Ona uwielbia reguły! No i nie było... Ale ja chcę wrócić do Nowego Jorku nie zostać tu!
- Oczywiście, że uwielbia… SWOJE reguły. - odparł ze śmiechem Blake. - Niekoniecznie pokrywają się one z tradycją Klanu.
- To nie zmienia faktu, żeby mnie zmusiła, aby tu zostać. - odparła niechętnie.
- Jesteś tego pewna? - zapytał Toreador. - Nadia jest samotniczką. Swoje ghulice rzadko zatrzymuje na noc. Obecność Charliego ledwo toleruje. Dlaczego miałaby ciebie zatrzymywać tutaj?
- Abym była pod ręką zawsze kiedy będzie chciała ze mnie skorzystać. Nie ma przecież sama interesów w metropolii.
- Mhmmm… - zgodził się z nią William i spojrzał na Ann. - A ileż to razy z ciebie skorzystała?
- Więcej niż Cyril w tym sposobie. Mniej niż on w kwestiach wykorzystania do planów, ale i sytuacja oraz miejsce nie sprzyja.
- Hmm… nie sądziłem, że Nadia ma jeszcze to w sobie. Miałem wrażenie, że jej iskra się dawno wypaliła.- zdziwił się Toreador.- No i… ostatnio nie próbowała cię… skusić w tej kwestii. Do kolejnych razów?
- Źle to rozumiesz. - zamyśliła się - Jej sam akt fizyczny nie kręci. Ona lubi mieć władzę nad swoim partnerem. BDSM zwykłe. Ją po prostu kręci bycie panem sytuacji. To nie jest tak, że chce tego bez przerwy. W sumie dość rzadko. Panuje nad sobą. Po prostu nie wiem jak by to wyglądało w relacji odległościowej. Jak i w ogóle wyglądałaby nasza relacja. Teraz to była niezobowiązująca zabawa. Tak szczerze najbardziej mnie do niej przyciągało to uczucie, jakiego nie odczuwałam przy Cyrilu. - spojrzała na swoje dłonie - To niesamowite poczucie, że okazywana jest mi jakakolwiek troska i uczucie. Chociażby poprzez sprawianie, że czułam się dobrze. Cyril... - zamknęła oczy - Bardziej bałam się jego reakcji niż śmiałam oczekiwać nagrody.
- Cóż… Nadia też rzeczywiście jest chłodna. - zastanowił się William i dodał z uśmiechem. - Może dałoby się cię wciągnąć pod skrzydła Belli. Ona jest bardzo emocjonalna. Albo innego Toreadora.
- A gdzie podziała się ta twoja absolutna niechęć do picia krwi kogokolwiek?
- Innego Toreadora… nie mówię o sobie. -wyjaśnił Blake. - Są inni mili Toreadorzy w Nowym Jorku. A co do smyczy Tremere… Bella jest specjalistką od negocjacji. Co by utargowała.- Do przemyślenia... - Ann odparła w zamyśleniu - Szczerze do tej pory, prócz Belli i ciebie, to nie spotkałam się z innym Toreadorem, który by nie patrzył z obrzydzeniem na kundla.
- A ilu ich spotkałaś? - zapytał William.
- Po napotkaniu pierwszego, czyli Schwarza, to takich z różnych elizjów, do jakich wysyłał mnie Cyril, to raczej nauczyłam się unikać. Cyril to mi powiedział, że mam robić. Ponoć jestem abominacją dla nich. Tak mówił mój opiekun.
- Schwarz? Trochę chimeryczny i ze skłonnością do melodramatyzmu. - zastanowił się Kainita.- Ale… nie wydaje mi się by pogardzał caitifami bardziej niż… innymi wampirami z ulicy. Wiesz… był z niego taki delikatny salonowy kwiatuszek nienawykły do brudu ulicy.- zaśmiał się na jego wspomnienie. - Zdaje się, że po powrocie do NY w ramach dalszej pokuty głównie z tym brudem obcuje.
- Prowadzi noclegownie dla uliczników. To jest w sumie takie Elizjum dla nas. - uśmiechnęła się kwaśno - Co on zrobił takiego?
- Trafił za to samo co Lukrecja. Tylko mierzył niżej, bo w Bellę.- wyjaśnił Blake. - O ile dobrze pamiętam.
- I ona go oszczędziła?
- Ze wszystkich Primogenów Nowego Jorku ona jest najłagodniejsza. Albo na taką doskonale pozuje. Choć oczywiście mogę się mylić. Nie wiem jak Papa Roach rozprawia się ze swoimi wrogami i spiskowcami. - dywagował głośno Toreador.
- Jeżeli miałabym zgadywać to pewnie orze im mózgi swoją gadką.
- To możliwe. - przyznał Kainita. - Ale musisz przyznać, że otacza swoich wyznawców opieką. Nawet ci z dala od niego… ci na powierzchni są bardzo lojalni.
- Chyba nie do końca z własnej woli.
- Zabawna sprawa. Bo raczej tak, z własnej woli. - odparł ze śmiechem William. - Spotkałaś dwóch Malkavów, więc sama oceń. Mieli wyprane mózgi?
- Jeden był całkiem normalny, a drugi istnieje w zaprzeczeniu. - odparła dziewczyna.
- Ale żaden nie miał wypranego mózgu, prawda?- zapytał ironicznie Toreador dojeżdżając do bramy domu.
- Chyba nie.Spojrzała na bramę - Myślisz, że mój ghul już tu jest?
- A dlaczego miałby tu być? Nadal powinien się opiekować twoim domem.- zdziwił się William.
- Miałam nadzieję, że zatęskni za mną. - wzruszyła ramionami.
- Zew krwi go przygna którejś nocy. Jestem tego pewien.- odparł z uśmiechem Toreador, gdy dojeżdżali do podwórza przed domem.
- To byłoby super ciekawe. Być po drugiej stronie tego sznura.
- No nie wiem.- zastanowił się Toreador wysiadając.- Może?Wkrótce pojawiły się psy, by powitać swojego pana.
Ann wyszła za Williamem.- Zastanawiam się jak wyglądałoby trwanie z tobą jako karmicielem.
- Nigdy nie czułem się dobrze w roli karmiciela. Dlatego mam psy, a nie ludzi jak inni Kainici.- wyjaśnił Toreador.
- A co było takiego w tym złego? - wyraźnie dziewczyna nie była tego samego zdania.
- Nigdy nie czułem się z tym dobrze, dla mojego stwórcy byłem kochankiem nie sługą. - wyjaśnił William, wzdychając. - Nie potrafiłbym więc… nie czułbym się dobrze karmiąc z wyrachowania.
- Twojemu sojusznikowi to nie przeszkadzało. - powiedziała ze smutkiem - Choć czasem zastanawiałam się czy on nie traktuje lepiej swoich Ghuli ode mnie.
- Nie jestem moimi sojusznikami. Nie potępiam też ich metod. Po prostu ich nie praktykuję. - odparł Toreador.- Nie wiem jak ty kiedyś byłeś w polityce wampirzej. Nie mogłeś być tak mięciutki kiedyś i ciągle istnieć! - odparła wchodząc do domu.
- Byłem inny kiedyś. Mniej miękki. Byłem rycerzem, wojownikiem. - przypomniał jej William. - A w polityce, to cóż… moja zaleta polegała na tym, że byłem jednym z pierwszych osadników w Nowym Świecie. Potem zaś rzeczywiście usunąłem się cień.
- Zniszczyłeś kiedyś jakiegoś wampira?
- Tak. Żadnego nie zdiabolizowałem, ale zabiłem kilkunastu wampirów. Dekapitacja jest zazwyczaj skuteczna w takich przypadkach. - wyjaśnił Blake wchodząc za nią do środka.
- Tylko w walce czy też jako Książę? - zapytała wyraźnie ciekawa.
- Tylko w walce. - odparł William. - Za moich czasów Nowy Jork miał populację podobną do Stillwater. Także jeśli chodzi o Kainitów. Wtedy byliśmy bardziej… rodziną.- Może jeszcze kiedyś wrócisz do życia politycznego.
- Jestem doradcą księcia Stillwater. Jestem w polityce.- przypomniał jej pół żartem pół serio Toreador.
- Bardziej. - westchnęła teatralnie.
- Bardziej…- machnął ręką kainita.- Bardziej nie warto.- A słyszałeś kiedyś o przydupasie Księcia o imieniu Anthony?
- Hmm… nie ? A powinienem?- zadumał się Toreador.
- Kręci się taki wokół, na posyłki Księcia. Wampir. Odnosi się do niego bardziej jak ja do Cyrila, niż mieszkaniec miasta. I na pospolitego ulicznika też nie wygląda. - wzruszyła ramionami - Po prostu ciekawa byłam.
- Moja droga, wokół Księcia zawsze się kręci sporo chłopców na posyłki. Nawet jego dzieci są nimi. Nie ma się co nim przejmować. - wzruszył ramionami Kainita.- Masz jakieś przypuszczenia jak zostaniesz przyjęty na dworze w Nowym Jorku?
- Z szacunkiem. Nie wyruszam tam bowiem w swoim imieniu tylko reprezentuję Księcia Stillwater. To i może mała domena, ale w sojuszu z Nowym Jorkiem. Więc oczekuję szacunku i tego się spodziewam. - wyjaśnił z uśmiechem William. - Pozory są ważne dla naszego rodzaju. Całe nieżycie wszak nosimy maski.
- To jak to będzie wyglądać ze mną? - zapytała - Czy w ogóle będę z tobą czy gdzieś na korytarzu?
- Raczej żebyś trzymała się przy mnie. Obawiam się że będziesz miała status przydupasa. Ale wiesz… Bella tam będzie, a ona cię lubi.- przypomniał William.
- Och, służba takiemu Toreadorowi to zaszczyt, dobry panie. - ukłoniła się teatralnie z uśmiechem - Zawsze i wszędzie.
- Z pewnością. - odparł z uśmiechem Kainita.
-
Koszmary. Pobudka. W znajomym miejscu, które kiedyś zwała domem. Nawet jeśli był to dom na wygnaniu. Toreador już się obudził i słychać było, że jest w kuchni. Ann więc tam się udała. Po drodze dostała SMSa od Nadii. Tremere znalazła kolejną jaskinię do spenetrowania. Kolejne pozostałości po starej kopalni. Czy jednak caitifka chciała ganiać po kolejnych ciasnych i ciemnych korytarzach w których jej klaustrofobia mogła się objawić napadem paniki? Z pewnością Larry nie będzie miał wyboru, ani też powodu by zrezygnować z przygody. W końcu do innego ma do roboty? Siedzieć na stacji benzynowej i czekać aż bandziory zlitują się nad nim i ramach dostarczenia mu rozrywki napadną na jego przybytek?
Ann… to co innego. Ona miała plany. Ona miała kogo odwiedzić, z kim porozmawiać, na co się przygotować. Zostały już dwie noce, wliczając tą, do wizyty na szczytach władzy.
William sprawdzający w lodówce zapasy “wina” cytując.…Lecz patrz! W pobliże płochych rzesz
Potwór się chyłkiem wkradł -
Z wolna na scenę pełznie od dźwierz
Ohydny, krwawy gad.
Już wpełzł! Już straszny zaczął…To chyba był wiersz Edgara Allana Poe. I dobrze. Bo jego własne wiersze, cóż poradzić, były torturą dla uszu.
Nagle psy zaczęły szczekać, warczeć i wyć.
Blake rozmył się przed wzrokiem Ann i znikł. Pojawił za nią się po kilkunastu sekundach. I rzekł z uśmiechem.- Nic poważnego. Zauważyły ślady dużego niedźwiedzia i samego zwierza w oddali. Poszedł głębiej w las.-

Przyjechała tu. Czując różne emocje. I mając różne pomysły w głowie. Właściwie jak należałoby postąpić w tej sytuacji?
Znowu komórka. Tym razem od Miracelli.Zajrzyj do Róży. Jest ciekawie.
Akurat teraz? Też sobie wybrała czas na takie SMSy.
Dom Vincenta nie różnił się znacząco od posiadłości Williama. Każdej innej nocy mogłaby pomylić jeden budynek z drugim. Ale nie tej nocy. Przyjechała tu… z różnych powodów. Przede wszystkim jednak by zakończyć parę spraw. Pewnie będzie z tego kłótnia, ale cóż… burza bywa niszcząca, ale oczyszcza powietrze.
Krok po kroku… krok po kroku zbliżała się do budynku. A gdy dotarła w pobliże w drzwi… zawahała się.
Znów to poczuła. Opór. Niechęć. Nie mogła się przemóc. Nie mogła otworzyć drzwi. Przekroczyć progu.
Przegrała z zakazem, który Vincent rozmieścił dookoła budynku. Przegrała z jego magyią.
LaCroix najwyraźniej nie lubił niezapowiedzianych wizyt. -

GŁOSY PRZESZŁOŚCI
Zirytowana dziewczyna warknęła pod nosem. Podniosła z ziemi kamień i przez chwilę patrząc w zamyśleniu na okno zrezygnowała z pierwszego pomysłu. Używając całej siły rzuciła kamień w drzwi Vincenta.
Potem drugi… po trzecim usłyszała zza drzwi zirytowany głos.- Już idę idę…
Ann ciągle trzymała kamień w dłoni, ale nie wykorzystywała go jedynie czekając.
|-Drzwi się w końcu otworzyły i stanął w nich Vincent. Półnagi , więc raczej nie spodziewający się gości.Mężczyzna zobaczywszy Ann uśmiechnął się nieco.
- Hej Ann. Nie spodziewałem się ciebie.
Ann zmrużyła oczy.
- I tylko to masz mi do powiedzenia?
- Nie podchodzisz do tego zbyt… emocjonalnie? W końcu jestem tylko chodzącym… woreczkiem z krwią. - przypomniał jej nieco cynicznie mężczyzna i sięgnął do framugi drzwi.
- Proszę wejdź.Dziewczyna ruszyła do środka, wciąż wyraźnie zeźlona, ale już bez kamienia w ręce.
Weszła do środka, a Vincent zamknął drzwi dodając.- Ale ziąb. Czuję się jakbym był na Syberii. Wybacz bałagan, jeszcze się nie zdążyłem tu urządzić.-
Rzeczywiście, wszędzie walały się papierowe pudła szczelnie owinięte folią bąbelkową, a meble zabezpieczone były jeszcze tkaninami.
- Chodźmy do kuchni. Ta już jest gotowa. - dodał. Ann wiedziała gdzie się udać. Posiadłości Williama były identyczne jeśli chodzi o rozkład pomieszczeń. Zresztąkĺļķioķķ w smaku jest krew sidhe.
Wampirzyca spojrzała wyraźnie nie wiedząc o czym Vincent mówi.
- Więc dochodząc do sedna... ciągle mamy umowę? - zapytała.
- Nadarzy się okazja, to pójdziemy na randkę, pomiziamy się przy świetle księżyca. Pójdziemy do łóżka? Jak to powiadają, jeśli chcesz mnie wyssać to chociaż zafunduj mi kolację. - Vincent dodał na koniec żartem i wzruszył ramionami.- Nie wiem czy wiesz, ale ja się raczej nigdzie stąd nie wybieram, więc… czas się znajdzie prędzej czy później.
- Dobrze. - skinęła głową już z lekkim uśmiechem.
- Ale nie dziś… głupio bym się czuł figlując na śmietniku, a tym… metaforycznie mówiąc jest obecnie mój dom. Jeden wielki bajzel. No ale co poradzić. Dziś się wprowadziłem.- wzruszył ramionami Vincent.
- Też mam dzisiaj jeszcze inne miejsce do odwiedzenia, więc nawet o tym nie myślałam.
- To wszystko?- zapytał Vincent gasząc papierosa w popielniczce.- Nie chcę cię wyganiać, ale… nie mam obecnie warunków do zabawia gości.
- Wszystko. - wstała - Na razie wszystko…
- Pozwól że odprowadzę cię do drzwi.- dodał uprzejmie Vincent.
Gdy przybyła pod budynek, Ann nie zauważyła niczego … niespodziewanego czy chociażby interesującego. Ot, noc jak zwykle.
Nie spodziewała się w tym momencie niczego niesamowicie interesującego w środku Róży. Niemniej udała się przez drzwi.
Na pierwszy rzut oka nic się ciekawego nie działo. Klientów może było trochę więcej niż zwykle, zwłaszcza kierowców ciężarówek. Miracella zajmowała się pracą przy barze, kręcąc się pomiędzy klientami. Wkrótce jednak Ann dostrzegła przy jednym ze stolików Lukrecję, sztywną jakby kij połknęła. Naprzeciw niej siedział chudy rudowłosy i zapuszczony chłopak. Siedział bardziej jak pies na krześle niż człowiek. Obok niego zaś siedziało drobniutkie, wręcz filigranowe dziewczę. O niewinnym bladym obliczu, kruczoczarnych włosach i niemal dziewczęcej sukience. Piękna i Bestia zawitali do Stillwater.
Ann ruszyła w stronę Miracelli, starając się nie gapić za bardzo na scenę. Och, to zaiste było ciekawe...- Nie przesadzałaś. - odezwała się będąc przy barze - Doborowa obstawa sztuki.
- Jest między nimi historia i zła krew. - odparła cicho Miracella gdy miała okazję. - Tak to wygląda z boku. Długo gadają i Lukrecja nawet nie udaje że ich lubi.
- Nie wiem czy oni zostali posłani przez Księcia, by złapać i sprowadzić spiskowców, ale nie byłoby to zdziwienie. - podobnie cicho odezwała się w odpowiedzi.
- Czekają na niego.- potwierdziła cichaczem Ventrue.- Powodów jednak nie znam. Za to zauważyłam, że… chyba dobrze się znają z moją Panią. i ona się ich tak jakby… boi?
- Książę Nowego Jorku ma tu przyjść? - zapytała zaskoczona - I co dziwnego, że się ich boi? Po tych doświadczeniach?
- Och… źle się wyraziłam. Czekają na naszego księcia. - odparła wyraźnie speszona Miracella. - Ale było jakieś włamanie czy coś w tym stylu i on wykonuje swoje obowiązki zastępcy szeryfa.
- Dla Joshui jakieś bzdurki nie są ważniejsze od zwykłej pracy. - lekko podśmiała się.
- To prawda.- odparła z uśmiechem barmanka zerkając na wyraźnie nerwową szefową.- Joshua bardzo poważnie traktuje swoją śmiertelną rolę.
- Ciekawe skąd mu się wzięła taka obowiązkowość.
- Cóż… z tego co ja wiem zawsze taki był.- odparła Miracella i zerknęła na Ann.- Eeeemmm… a ty już wiesz? Że Vincent wrócił?- Już byłam u niego. Żyje i jego dom stoi. - dodała szybko widząc minę dziewczyny.
Nieco rozczarowaną tak… krótką wypowiedzią. Spodziewała się z pewnością więcej… dramy.
- Nadal taki przystojny?- zamierzała jednak dalej drążyć temat.
- Z Quasimodo bym na seks nie poszła. - powiedziała wprost Ann wystawiając język.
- Dobrze wiedzieć, że standardy ci się nie obniżają. Co innego Clyde. Już zaczął narzekać na… dysfunkcje…- zachichotała cicho Miracella.
- Mówiłam mu, to nie wierzył. - pokręciła głową - Ale na Lukrecję nadal chętny?
- Chęci to nadal ma… problem z tym, że jego ciało zauważa, że jest martwe.- zaśmiała się Ventrue.
- Przytul Lucy po tej traumie. - spojrzała w stronę Lukrecji - Przyda jej się choć pogłaskanie po łebku.
- Zupełnie nie wiem czemu. To tylko rudowłosy hippis i lolitka.- odparła barmanka. - Czego się tu bać? Są nawet mili.Ann spojrzała na młodą Ventrue.
- Nie przetrwasz nawet roku w pluszowym gniazdku Ventrue czy wokół polityki naszej, jeżeli nie będziesz widziała przez maski i kłamstwa. Przez ułudy. I nie wyciągała wniosków. Czy zachowanie Lukrecji nie zapala lampki ostrzegawczej u ciebie? A może nie ufasz sensowi jej reakcji?
- Nie wiem. Wiem że narobiła sobie kłopotów w Nowym Jorku. A ja nie. Poza tym nie palę się udawać tam. Wiem, że jestem jeszcze słaba.- przyznała młoda Kainitka wzruszając ramionami.
- To nie znaczy, że powinnaś odmawiać poznania doświadczeń starszych od siebie. - strofowała młodą - Oni są niebezpieczni. To siepacze Księcia.
- Myślałem że siepacze… no wiesz… powinni być jak Larry. Duzi i silni i budzący grozę. Oni… no wiesz. Nie budzą. - wzruszyła ramionami Miracella. - Naprawdę są tacy straszni? Co o nich wiesz? Spotkałaś ich kiedyś? Widziałaś przy robocie?
- Każdy w Nowym Jorku ich zna... i obawia się, boi się jak Lukrecja, jest ostrożnie poprawny lub martwy. To Piękna i Bestia. Widziałam trochę ją w walce, kątem oka, gdy Assamitów Sabatu zabijaliśmy. Mało, ale wolałam więcej nie. Zrobią co im każe Książę. Zawsze. Brutalnie i efektywnie. - przysunęła się bliżej twarzy Ventrue - Pamiętaj. Masek się boisz, bo ich właścicieli nie znasz.- To co takiego widziałaś? - zaciekawiła się Ventrue. - I jak to się… jak się walczy z tymi asasynami?
- To fanatycy. Niestraszna im śmierć, ból czy katusze. Walczą jak wojownicy, niektórzy znają magię krwi. Szybcy jak William czy Joshua…
- Lukrecja też potrafi być twarda. - przyznała cicho Ventrue jakby zdradzała jakiś sekret.
- Ventrue tak mogą. - przyznała Ann - I zakładałam, że może po tym, jak przetrwała spotkanie z Tzimisce i jego pieszczoszkami.
- Mhmmm… a i Clyde jest twardy. Tylko ostatnio mu mięknie.- odparła Miracella z udawaną powagą.
- Taki biedny... - spojrzała w oczy Miracelli - Ale wiesz... Ty też byś mogła. Lukrecja cię nie uczy?
- Oczywiście… uczy mnie wielu rzeczy. Niemniej pamiętaj, że ja Kainitką jestem od… niecałego roku ledwie?- zadumała się Ventrue. - Dopiero opanowuję podstawy.-Tymczasem sama Lukrecja podeszła szybkim krokiem do baru i zwróciła się beznamiętnie do Miracelli. - Przygotuj najlepszy apartament dla ViPów. Na rachunek Nowego Jorku. I jak najdalej od moich pokoi.-
- Już się za to biorę.- odparła młoda Ventrue i pogoniła wykonać zadanie. A Lukrecja zajęła jej miejsce za barem.
Przy okazji nalała sobie “Krwawą Mary" spod lady wybierając specjalną butelkę. Której to Ann dotąd nie widziała.
Przez moment Ann tylko obserwowała aż odezwała się cicho.
- Nie wolisz zmienić miejsca na ten dzień?
- NIe zamierzam dawać im takiej satysfakcji.- parsknęła Lukrecja gniewnie wypijając duszkiem “trunek”. Po czym spojrzała podejrzliwie. - A ciebie co tu sprowadza?
- Wiesz, że oni już ją mają myśląc jak będziesz się stresować w pokoju i grać twardą? - kontynuowała myśl.Lukrecja spojrzała przez ramię na dwójkę Kainitów. - Mam głęboko w dupie co oni sobie myślą. To teren Stillwater i są tu gośćmi. Nie mogą robić co chcą.
- Nie jest to całkowita prawda. - stwierdziła - Bo i tak się tym męczysz.
- W innym miejscu męczyłabym się jeszcze bardziej. - machnęła ręką Lukrecja.- To mój DOM i nie pozwolę im się tu szarogęsić.-Sięgnęła pod kontuar, wyjęła stamtąd kawałek papieru i długopis. Nabazgrała kilka słów. I rzekła.
- Skoro jesteś taka troskliwa, to bądź też użyteczna i jedź do rozgłośni na wzgórzu i przekaż to Jaine Love.
Ann spojrzała na papier w ręce Lukrecji.
- Cóż to? Nadasz na mnie czy nich w rozgłośni?
- Nie. - zaśmiała się ironicznie wampirzyca. - To tylko wezwanie. No… ruszaj.
- Oui, Madame... - Ann leciutko się skłoniła i zabrała list po czym ruszyła do wyjścia.
Ann w zasadzie nigdy tu nie była. Mimo że głos Jaine Love i jej wróżby słyszała często, nigdy nie była w miejscu pracy wampirzycy. Trzeba przyznać, że do tego miejsca pasowało doskonale określenie lokalna stacja radiowa. Jeden duży budynek do którego przylepione były mniejsze przybudówki. Jeden duży maszt radiowy wznoszący się nad nim. Ogrodzenie, stróżówka ze strażnikiem i szlabanem. I zimowa sceneria.
Ann podjechała do stróżówki i powiedziała przez otwarte okno.- Ann Paige do Jaine Love.
- Proszę zjechać na parking i zaczekać w holu. Ma teraz audycję.- odparł mężczyzna grający na smartfonie.Co też wampirzyca zrobiła. W holu słyszała głos Jaine, bo z głośnika nadawano tam audycję miejscowego radia. W holu była też recepcja gdzie znudzona czterdziestolatka z kokiem na głowie i “babcinymi” okularami w grubych oprawkach na nosie rozwiązywała krzyżówki.
- O co chodzi?- zwróciła się do Ann.
- Ann Paige, mam tu poczekać na Jaine Love.
- Ok… wybierz sobie miejsce skarbie. Audycja trwa jeszcze pół godziny. - odparła kobieta wskazując na krzesła pod ścianą i sięgnęła po telefon.
- Halo. Tu Stella. Dzwonię by powiedzieć, że niejaka Ann Paige czeka tu na Jaine. Mhmm…- potem odłożyła słuchawkę. - Proszę czekać.
Jakoś nuda czekania nie przeminęła wraz z życiem. Dobrze że chociaż mogła posłuchać “radia” i kolejnych porad wróżki Jaine Love, której głos brzmiący poprzez fale radiowe brzmiał bardzo zmysłowo. Bardziej niż w rzeczywistości. Było to trochę… dziwne.
Niemniej audycja się zakończyła i Jaine opuściła studio. Zdziwiła się wyraźnie na widok Kainitki i spytała.- Co cię tu sprowadza. Miło że mnie odwiedzać, ale pewnie nie zaskoczy cię fakt, że mnie to dziwi.
Ann powstała do Jaine i wyciągnęła kartkę z kurtki.
- Je suis un simple messager. - powiedziała podając kartkę.
- Pomocniczka amora z ciebie. - zażartowała Jaine, rozwinęła kartkę i przeczytała. I weschnęła.- To jaka jest sytuacja u Róży?
- Piękna i Bestia w bramach.
- Gdzieś słyszałam te określenia.- zadumała się Ravnoska.
- Siepacze Księcia Nowego Jorku. - powiedziała poważnie.
- Ach. Jak miło. - odparła sarkastycznie Jaine chowając kartkę do kieszeni i ruszając do drzwi.- Acz przypuszczam, że nie mówimy tu o zwykłych tępych obwiesiach?
- Kategorycznie nie. - ruszyła za kobietą - Mają renomę w mieście... i postrach zasłużony.
- Robi się ekscytująco, prawda?- Jaine spytała już przy drzwiach z ironicznym uśmiechem na obliczu. Odetchnęła głośno. - Pojadę swoim pojazdem do Róży. Dziękuję za czas poświęcony dostarczeniu tej wiadomości.
- Nie ma sprawy. Pojadę za tobą, co? Ma być ekscytująco, nie mogę przeoczyć.
- Ach… obawiam się że nie będzie.- machnęła ręką Ravnoska. - Lukrecja zaoferowała mi dobę w jej hotelu za darmo… a może i więcej. Woli mieć pod ręką potężną sojuszniczkę, gdyby pojawiły się kłopoty.
- Coś ciekawego w Stillwater, a aura miasteczka znowu wszystko robi nudnym…
|-- Draugi ganiają po okolicy, twój “kochanek” wrócił do miasta, a ty narzekasz na nudę. - odparła żartobliwie Ravnoska wsiadając do swojego czerwonego mitsubishi .-|
- Nie mieliśmy nawet randki, to żaden kochanek. - burknęła wsiadając do swojego pojazdu i jadąc za Ravnoską.
W Róży było już mało ludzi o tak późnej porze. Niemniej było kilka znanych twarzy. Jak Joshua i William rozmawiający z siepaczami Księcia. Rozmowa musiała być interesująca i nawet zabawna, bo w przeciwieństwie do Lukrecji… Joshua i William byli w całkiem dobrym humorze. Zdecydowanie ciężar rozmowy wzięła na siebie lolitka, bo rudowłosy częściej gapił się w blat niż na twarze rozmówców. Na sali nie było gospodyni. Pewnie już zaszyła się w swoim gabinecie.
Za to była Miracella, obecnie zarządzająca kilkoma ghulami i pilnująca interesu.
Gdy zauważyła wchodzące wampirzyce, podeszła do nich i zwróciła się do Jaine.- Witam w Róży.- wyciągnęła kluczyki podając je Ravnosce. - Moja Pani oddała apartament numer 5 do twojej dyspozycji. Zadbałam by był przygotowany zgodnie z twoimi preferencjami.-
- Dziękuję. Jak zawsze miła, śliczna i użyteczna.- odparła ciepło Love.
- Dziękuję za komplement. A teraz… muszę wrócić do pracy.- odparła z uśmiechem Ventrue. A Jaine spojrzała na dwójkę rozmawiającą z Joshuą.- Więc to są ci straszni siepacze? Wyglądają na cywilizowaną parkę. A przynajmniej niewiasta takie robi wrażenie.
- Kto jak kto, ale akurat członek twojego Klanu powinien być bardzo zaznajomiony z iluzjami masek innych Kainitów. - przypomniała kundlica - Nie powinno cię dziwić, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda.Jak Ann nauczyła się już dawno temu....

Zawieja śnieżna nie poprawiała młodej caitiffce humoru. W piwnicy zrujnowanego budynku może i było zimno, ale to nie przeszkadzało. Cyril bąknął coś o tym, że Ann otrzyma prawdziwe mieszkanie... gdy zasłuży. Niestety nie podał warunków, które musiałaby spełnić, aby Tremere uznał, że zapracowała dostatecznie.
Otuliła się mocniej cienką kurtką, jaką otrzymała od swojego protektora wraz ze zmechaconym swetrem z odzysku, jakie miały pomóc zachować Maskaradę. Ann była przekonana, iż to słudzy Cyrila wyciągnęli te ciuchy z jakiegoś śmietnika, uprali i naprawili. Na więcej nie mogła liczyć...
Pod kurtką trzymała plik kartek z opisanym zadaniem, jakie miała wykonać grupa należąca do Tremere. Cyril nakazał wampirzycy zanieść dokumenty do Koterii, do której miała zostać przydzielona. Potomek Sauvetiira ponoć o niej wiedział, choć ona nawet go wcześniej nie poznała...
Musiała wykonać wolę Cyrila by zasłużyć najego łaskę i nie być ukarana za uchybienia... jakkolwiek brzydziła się sobą zginającą kark na każde polecenie.Lekko spłoszona podeszła do drzwi magazynu, w którym grupa miała się znajdować.
- Pójdą po 15 dolarów w pierwszym tygodniu i podskoczą do trzydziestu w drugim, a w trzecim do 250-ciu. Mam dobry cynk.- usłyszała wchodząc.
- Ty i twoje cynki, giełda to nie pole intryg. To pole wielu interesów ścierających się ze sobą. Wielu intelektów. Lepiej z tymi cynkami idź na wyścigi konne.
- Mówię ci, to pewna sprawa. Po prostu jeśli pożyczysz mi dziesięć kawałków.
- A więc o to chodzi? Pieniądze chcesz pożyczyć? Nie jestem twoją świnką skarbonką.Dwóch mężczyzn rozmawiało w środku, nieświadomych pojawienia się Ann, która musiała minąć wrak vana, żeby ich zobaczyć.
Młodziutka wampirzyca silniej przytuliła papiery schowane pod kurtką i podeszła do rozmawiających.
- Szukam Henry’ego Thorme'a... - odezwała się z wyraźną obawą. Przechodziła wzrokiem między jednym mężczyzną a drugim. Blondyn o gładko ogolonej twarzy modela i w garniturze od Prady, wyraźnie kontrastował ze swoim rozmówcą, rudowłosym masywnym mięśniakiem, również nienagannie ubranym, acz niedokładnie ogolonym. Obaj spojrzeli na Ann i w końcu rudzielec rzekł podejrzliwie.
- Kim do cholery jesteś?
- Zostałam wysłana przez Sauveterra. - strzepnęła śnieg z ramienia - Mam Henry’emu dać dokumenty...Ann skupiła wzrok na drugim mężczyźnie, który przyciągał jej śmiertelnicze gusta.
- Mhmm… ten konus jeszcze się nie zjawił. Daj mi. - burknął rudzielec, podczas, gdy blondyn uśmiechał się tajemniczo, spojrzeniem obiecując Ann nieziemskie przeżycia.
- Poczekam tu na niego. Cyril chciał bym tylko Henry’emu oddała. - Ann zaczęła nawet myśleć, że może wcale tu źle nie będzie. Wzrok blondyna powodował miłą gęsią skórkę i na jej martwym ciele.
- Cyril chciał… - ironizował rudzielec, a blondyn położył dłoń na jego ramieniu dodając pojednawczo. - Daj jej spokój Georg, nie wiesz jaki kaganiec jej założył.Po czym przedstawił siebie i kolegę. - Jestem William Burke, a to jest Georg van Rijn. Jesteśmy z klanu Ventrue. A ty?
- Ann Paige... - uśmiechnęła się do Williama - Nie mam Klanu. - dodała dość niewinnie, nie czując zagrożenia przy blondynie.
Od razu miny obu Ventrue zrzedły, a ciepło odpłynęło z tego miejsca.
- No to nieźle upadliśmy William, musimy tu czekać z parszywym kundlem.- zaczął głośno narzekać van Rijn, a Burke dodał.- Przynajmniej nie jest szajbuską od Papy Roacha.
- Albo zapchlonym Gangrelem. Przynajmniej… ale dobrze wiesz czym jest. Sposobem Cyrila na upokorzenie nas. Nie dość, że musimy wykonywać jego polecenia jakbyśmy byli jego lokajami to jeszcze to… a co przed nami? Babranie się w kanałach?
- Ja do kanałów nie zejdę. Ten garnitur sporo mnie kosztował.- odparł Burke czule wodząc po materiale. - Nie zredukuje mnie do ulicznego śmiecia.Ta nagła zmiana wzięła ją z zaskoczenia.
- O co wam chodzi? - wyczuwała nadchodzącą katastrofę - Jestem jak wy...
- Jasne... jak my. - zaśmiał się Rijn wzruszając ramionami. - Och, z pewnością jak my… brudna i wychudzona żuliczko.
- My jesteśmy Kainitami tak jak i ty. - przyznał Burke z dumnym uśmiechem. - Ale na tym kończą się podobieństwa. Ty jesteś kundlem, żyjesz pośród biedoty i jesz co popadnie. My jesteśmy elitą tego miasta, zarówno finansową jak i kulturalną. My jesteśmy Ventrue, nam pisana jest wielkość, do której powoli podążamy. MY… władamy takimi jak TY.
- Mną nigdy władać nie będziecie. - warknęła na te słowa.
- Z pewnością nie będę. Mam dobry gust jeśli chodzi o podwładnych i pracowników. Nie biorę pierwszego lepszego śmiecia z ulicy. - odparł van Rijn pogardliwie spoglądając na dziewczynę.
- Jakoś to przecierpimy. Przecież to tylko jednorazowa współpraca. Możliwie nawet, że ma tylko dostarczyć papiery i wynieść się stąd.- odparł z nadzieją w głosie Burke.
- Cyril mówił, że mam być w tej Koterii. - prychnęła na Ventrue.
- Cyril tak mówił? Cyril tak mówił?! To już ja mu też powiem coś do słuchu!- wrzasnął poirytowanym głosem rudowłosy Kainita.
- Daj spokój. Nie chcesz by ten Tremere wyciągnął kwity. - machnął ręką Burke.Tymczasem cała trójka usłyszała kroki. I zobaczyła nonszalancko idącego, niskiego mężczyznę, który nosił okulary, a pod garniturem koszulę z żabotem i koronkami. Spojrzał na obu dramatyzujących Ventrue, a potem na Ann. I też spytał. - Ktoś ty? I co tu robisz?
- Ann Paige... - wampirzyca patrzyła wrogo na Ventrue - Cyril mnie przysłał. - wyjęła plik kartek spod kurtki - Ty jesteś Henry?
- Tak. Ja jestem Henry Thorme. Daj te papiery, a potem skocz po stolik. Jest tam.- rzekł beznamiętnym tonem mężczyzna podchodząc do Ann. - Mam nadzieję, że będziesz bardziej kompetentna niż ci dwaj… “fachowcy”.
- Jasne... - podała dokumenty i niechętnie poszła po stolik, tym razem puszczając to bez komentarza.Papiery wylądowały na stoliku i cała grupka pochyliła się nad nimi.
- Więc naszym zadaniem na dziś jest…- zaczął odprawę Thorme.

- Iluzja iluzją…- machnęła ręką Ravnoska. - Maski maskami. Reputacja reputacją. Ukryte gesty… ukrytymi gestami. A te mówią mi wiele.-
Uśmiechnęła się łobuzersko. - Nie przeczę, to zabójcy. Ale nie są to tępi siepacze. Masz przed sobą skalpel Księcia.
- Nie przeczę. Niemniej jak zwał tak zwał. Wystarczy mi rozumieć ich skuteczność. - odparła wprost.
- Mhmm… i widziałaś tę skuteczność w akcji?- zapytała Jaine.
- Do czego dążysz?
- Do niczego… zadaję tylko pytania. - odparła Jaine z enigmatycznym uśmieszkiem na ustach.Spojrzała na klucz, potrząsnęła nim. Znów zerknęła na rozmawiającą grupkę Kainitów.
- No cóż… zobaczyłam co chciałam zobaczyć. Teraz pójdę obejrzeć mój apartament.- odparła Ravnoska i ruszyła ku schodom.
Ann zawahała się. Z jednej strony Ciekawie byłoby zobaczyć ten apartament jaki Ventrue zaoferowała Ravnosce. Z drugiej strony... tu też mogły zachodzić ciekawe rzeczy. Przesunęła się nieznacznie bliżej rozmawiających, nawet nie próbując zamaskować zainteresowania, wręcz jakby czując się na miejscu. Była w końcu przedstawicielką Joshui, prawda?
-... pokoje nam pasują. Dziękujemy za troskę.- głos drobniutkiej wampirzycy był miłych dla ucha i zaskakująco niski. Trochę… koci w brzmieniu. Rozmowa która się toczyła nie była aż tak ciekawa jak mogłaby się wydawać. Omawiano warunki bytowe i reguły pobytu dwójki wysłanników Księcia w Stillwater i jak się okazało, Piękna i Bestia byli nastawieni ugodowo. W rozmowie pojawiły się żarciki dotyczące ważnych wampirów i Primogenów, ale… nie dotyczyły one obecnych osób u władzy a poprzednich osób na tych stanowiskach. Przez to były niezrozumiałe dla podsłuchującej Ann.
Chcąc nie chcąc dziewczyna musiała się poddać. Wciąż była zbyt małym kundelkiem na takie progi. Mogło jej to się nie podobać, ale niestety zbyt często była o tym przypominana. Po tej bezowocnej chwili ruszyła za szarlatanką, aby przynajmniej obadać to co z łaski Ventrue otrzymała od pani tej domeny.Apartament numer 5 był zaskakująco blisko pokojów samej Lukrecji. A może nie powinno to dziwić? W końcu Ravnoska miała posłużyć jako dodatkowy bodyguard. Drzwi były zamknięte więc Ann musiała zapukać.
- Dziękuję. Niczego już dziś nie potrzebuję.- i została wzięta za obsługę hotelową przez Jaine Love. Cudnie…
- Jaine, to ja. - odezwała się ignorując pomyłkę.
|-- Och… wybacz.- drzwi po chwili się otworzyły i Jaine wpuściła Ann do pokoju urządzonego w stylu art deco . Na pewno nie był to zwykły pokój hotelowy, Ann przebywając w Róży nigdy nie miała okazji zaznać takich luksusów.-|
- Trochę czuć tu nutkę sybarytyzmu, ale od czasu do czasu… warto rozleniwić się nieco.- stwierdziła Ravnoska oceniając pomieszczenie.
- Nawet mieszkając na koszt Willa nie zaznałam takiego luksusu. - podśmiała się caitifka - więc czuj się vipem. Przynajmniej nie śpisz za darmo w trumnie na dole... Szczerze to nie byłam w stanie zmrużyć oka w tym zamknięciu. - przyznała.
- Sypiałam w wielu miejscach. Od książęcych komnat po rynsztoki, więc… ciężko na mnie zrobić wrażenie. - odparła Jaine podchodząc do dużego łóżka. Rzuciła się na nie, sprawdzając czy jest wygodne. Spojrzała na Ann.
- I co tam wytropiłaś na dole?
- Niestety nic szczególnego. - westchnęła - Gadali o dziejach starszych ode mnie. Nie było już sensu w tym dalej próbować się zorientować. A co do miejsca... - rozejrzała się po pokoju - Takie luksusy pamiętam za życia.
- To znaczy że znają tych zabójców. To dobrze. Mogą znać też ich naturę i słabe strony.- przyznała z uśmiechem spikerka radiowa.
- Znają na pewno. Wydają mi się także czuć dość dobrze w ich towarzystwie. Lukrecja była spanikowana w przeciwieństwie do Williama i Joshui. - wyjaśniła - Ustalali warunki pobytu w miasteczku.
- To ty nie wiesz?- zdziwiła się Jaine. A następnie wyjaśniła. - To właśnie Piękna złapała i zakołkowała Lukrecję, gdy jej mały spisek został odkryty przez szeryfa Nowego Jorku. Jak i pozostałych spiskowców, ale tamci potem zostali uśmierceni.
- Nie wiedziałam, że oni konkretnie za tym byli. Jedynie mogłam to zakładać.
- Można powiedzieć że Lukrecja ma osobistą zadrę względem naszego filigranowego gościa. I pewnie sporą traumę przy okazji.- oceniła Jaine leżąc na łóżku.
- Wiesz coś więcej jak to wyglądało?
- Nie bardzo. Lukrecja nie była w tym temacie szczególnie wylewna. Nadia może wiedzieć więcej, albo i nie…- zadumała się egzotyczna wampirzyca.Ann przestąpiła z nogi na nogę.
- Mogę ci zadać osobiste pytanie?
- Możesz. A ja mogę na nie odpowiedzieć. Albo skłamać.- odparła Ravnoska leżąc na łóżku niczym mityczny sfinks z enigmatycznym uśmiechem na twarzy.
- Twój Stwórca planował cię? Opiekował się tobą?
- To już trzeba było jego spytać. Czy planował…- zaśmiała się wampirzyca i poczochrała po głowie. - Pytasz baaardzo dawne dzieje. W sumie to tak… opiekował się mną. Wybrał mnie ze względu na mój talent. Na iskrę od bogów. Zostałam wyrocznią świątynną.
- Jak było z nim? - zapytała z wyraźnym zainteresowaniem - Czułeś się wybrana? Potrzebna? Jak on cię traktował?
- Jak dziewicę… którą nadal jestem.- zaśmiała się Kainitka i podrapała po czuprynie.- Nie wiem jak to wyjaśnić. On był… zagadkowy. Tworzył intrygi dla samych intryg. Albo dla żartów. Miał plany oparte o strategie, które zmieniał w inne plany. Knuł dla samej idei knucia. Nie interesował go ani zysk, ani jakiekolwiek zaszczyty czy władza.
- Co się z nim stało?
- Zginął zamordowany przez… w sumie to już nie pamiętam przez kogo. Albo też upozorował swoją śmierć. W jego przypadku na dwoje babka wróżyła. - wzruszyła ramionami Jaine.
- Ile wtedy już miałaś wampirzych lat?
- Pewnie gdzieś w twoim wieku. - oceniła Ravnoska.
- Czułaś się samotnie po jego stracie?
- Nieszczególnie…- zamyśliła się Jaine marszcząc brwi.- Chyba? Nie pamiętam. To było dawno temu i tyle się wtedy działo.
- Ale to musi być... świetne uczucie, gdy czujesz się naprawdę wybrany. - stwierdziła z czystą szczerością.
- Może? Nie pamiętam. To antyczna historia dla mnie. I dla ciebie też. - przyznała Ravnoska.- A później trafiłaś do Sabatu?
- Wtedy jeszcze nie było Sabatu czy Camarilli. To późniejszy okres. Piętnasty wiek bodajże? - zamyśliła się Jaine.
- To tyle ty istniejesz?
- Może. A może ci wciskam bujdy. Mój klan to kłamcy, oszuści i złodzieje. Ciekawe które określenie do mnie pasuje ?- odparła z lisim uśmieszkiem Jaine.
- Ale historia przynajmniej ciekawa. - odparła kundlica z pewnym uśmieszkiem zadowolenia.
- Zawsze staram się zadowolić moich wyzna… fanów.- rzekła żartobliwie Ravnoska.- Wiesz, że czasem niewinne kłamstewko jest lepsze od bezlitosnej prawdy? Jeżeli to co powiedziałaś było prawdą, to naprawdę ci zazdroszczę. Ale przynajmniej nie było to takie pełne uczucia jak Williama czy wysokie i z sensem jak Lukrecji. Czy nawet Miracelli. Miało wszystkiego w odpowiednich ilościach. - westchnęła - To nieprzyjemne wiedzieć, że dla twojego własnego Stwórcy byłaś tylko zmarnowaniem jego własnej Vitae. I nawet nie było w planach, abym dotarła do Nowego Jorku. - rzekła ze zdziwieniem jakby sobie coś przypominała - Wyrzucono mnie jeszcze przed Montpelier, żebyśmy w małej grupie narobili bałaganu... i zginęli zawiązując Camarillę w walce, gdy reszta ruszy dalej.
- No to powinnaś się czuć raczej dumna. Skazano cię na śmierć, a ty przeżyłaś… w przeciwieństwie do twoich pozostałych współbraci i sióstr. To całkiem spore osiągnięcie. Zwykle Camarilla okazuje się skuteczna w czyszczeniu takich imprez.- zamyśliła się Jaine.
- Nie wiem czy jest tutaj wielki powód do dumy... - odparła niepewnie - W tamtym czasie byłam dość... skołowana. Chyba wypiłam Malkavianina, po wyjściu z grobu. A przetrwanie to był prawdziwy fuks. Ukryłam się w pewnym momencie... - przetarła oczy - Ciągle to wydaje się istniejące za jakąś zasłoną.
- Jesteś osobą która sprzeciwiła się przeznaczeniu i wygrała. Jak dla mnie to powód do dumy, no ale ja jestem Ravnos. Wielu powie ci, że to tylko krok w bok od szaleństwa Malkavów. - odparła z uśmiechem Jaine.Przez chwilę patrzyła zdziwiona na kobietę, aby zaraz uśmiechnąć się do niej nieśmiało.
- To... Miłe. Mam nadzieję, że przynajmniej w tym mnie nie oszukujesz.
- To akurat jest prawda. Każdy ci to powie. Sabatowe sfory są wybijane co do jednego. Rzadko któremu udaje się dożyć kolejnej nocy. Twoje istnienie jest więc twoim sukcesem. - odparła Kainitka filozofując.
- Dziękuję naprawdę. - odparła bardzo szczęśliwa - Sprawdzę czy Lukrecja nie popełniła samobójstwa.
- Nie musisz się o to martwić. Wola przetrwania silna w niej jest młoda padawanko.- odparła żartobliwie Jaine.
Masywne drzwi do gabinetu Lukrecji były zamknięte. Na szczęście był brzęczyk przy drzwiach. Nie dochodziły zza nich żadne odgłosy, co mogło martwić. Ale najwyraźniej nikogo nie martwiło.
Ann bez wahania skorzystała z brzęczyka.
Minęła dłuższa chwila nim nastąpiła reakcja. Drzwi się otworzyły, stanęła w nich Lukrecja. Spojrzała na Ann i spytała wprost. - Czego chcesz?- Upewnić się czy z tobą wszystko w porządku.
- Oczywiście, że ze mną wszystko w porządku. Dlaczego miałoby nie być?- zapytała chłodno Ventrue przyglądając się podejrzliwie Ann.
- Nie powiesz mi, że ta sytuacja jest dla ciebie komfortową i oczekiwaną. William i Joshua mogą tam na dole spokojnie sobie rozmawiać i wręcz czuć się dobrze w tym towarzystwie, ale wątpliwe byś ty tak samo to widziała.
- Życie nawet po śmierci rzadko bywa komfortowe i zgodne z naszymi oczekiwaniami. - odparła Lukrecja dumnie. - Ja… potrafię się dostosować do nowych sytuacji, nawet tych nieprzyjemnych. I nie złamią one mojego ducha.
- Godne podziwu i uspokajające. Stanowisz część naszej społeczności.
- Miło z twojej strony. Niemniej jak widzisz, u mnie wszystko w porządku.- odparła nieco sztywno Lukrecja.Ann walczyła ze sobą.
- Przepraszam za dawne słowa do ciebie. Były nieprzemyślane i dziecinne. - powiedziała zachowując kajający się wyraz twarzy.
- Przeprosiny przyjęte. Nie masz się co przejmować dawnymi… nieporozumieniami. - odparła pospiesznie Ventrue.Ann podejrzewała, że Lukrecja w jakiś sposób wcześniej trzymała urazę chociaż teraz o tym nie powie. Przepraszanie tak naprawdę nie było komfortowe dla kundla, jako że i on sam czuł się urażony, ale musiała z niechęcią pogodzić się z faktem, że znajdowała się niżej w wampirzym łańcuchu dziobania i tak naprawdę musiała połykać swój język oraz powstrzymywać niechętne komentarze. W jakiś sposób przypominało jej to nauki za życia, gdy dla dobra interesów rodziny musiała grać i w milczeniu oceniać.
- Mam nadzieję, że zresetujemy nasze relacje i swoim zachowaniem nie przekreśliłam bezpowrotnie możliwości współpracy.
- Wszystko jest możliwe, ale obecnie… - machnęła ręką Ventrue. - Dzisiejszej nocy nie mam już głowy do współpracy… i możliwości współpracy i… wszystkiego z czym do mnie przychodzisz. Jutro, pojutrze… tak. Nie dziś.
- Dobrze. - skinęła głową na zgodę.
- A teraz wybacz. Mam… ochotę na odrobinę samotności. - odparła z uprzejmym uśmiechem Kainitka.Na co Ann lekko skłoniła się mówiąc:
- Do zobaczenia.

Spotkanie towarzyskie się skończyło. Wracali do domu wozem Willa. Przed nim była pusta droga, a tam gdzieś na horyzoncie przyszłych wydarzeń rysowała się dyplomatyczna wizyta w Nowym Jorku. William wydawał się być zamyślony, ale… w dobrym nastroju.
- Piękna i Bestia to dobrzy znajomi? - dziewczyna przerwała milczenie.
- Tak. Znam ich trochę. Żyli w Nowym Jorku zanim obecny Książę stał się księcięm. Piękna to zresztą przyboczna Księcia od czasu jego przybycia do miasta.- wyjaśnił Kainita.
- A Bestia?
- Jego znam nieco mniej. Właściwie w ogóle. - odparł z uśmiechem William. - Piękna dobrała go sobie, gdy cały przewrót już się ugruntował i przelew krwi przestał być koniecznością.
- Masz jej za złe rolę w przewrocie? W końcu była jego częścią.
- Nie. Była żołnierzem w toczącej się wojnie. Wykonywała polecenia swojego seniora. Ja sam wiele razy czyniłem tak samo. W wielu konfliktach.- wzruszył ramionami mężczyzna.- Zabiła tych, których ceniłem. Zabiłem tych, których lubiła. Nie ma jednak między nami złej krwi. Musisz… nauczyć się godzić z tym, że świat który znasz przeminie.
- Chyba... Jestem za młoda, aby to potrafić. - stwierdziła.
- Nauczysz się z czasem.- odparł melancholicznie Kanita.
- O czym rozmawialiście?
- O starych dobrych czasach…- uśmiechnął się enigmatycznie William.
- To jednak były to dobre czasy?
- Nawet za czasów czarnej śmierci, były noce które wspomina się dobrze.- Blake uśmiechnął się krzywo. - Nie wszystko w przeszłości było złe.
- Ale przecież ciebie boli po dziś dzień.
- Nie można żyć przeszłością.- odparł Kainita.- A ból… ból zawsze jakiś jest.
- Ja nie czuję jakby przeszłość była bardzo dawna dla mnie. - nie zgodziła się - I czy ty naprawdę nie sądzisz, że należy wszelkie krzywdy starać się pomścić?
- Ja… mściłem się już nie raz, walczyłem za szlachetne sprawy, popełniałem zbrodnie w imię większego dobra. - pokręcił Blake głową. - A choć wiele straciłem podczas przewrotu. A choć wyrwano mi wtedy serce, to… nawet dziś nie mogę ci powiedzieć, że to była wojna dobra ze złem. To była polityka, a ja w odruchu serca… stanąłem po niewłaściwej stronie.
- Czy sądzisz, że jeszcze kiedyś odważysz się oddać miłości i stanąć po którejś ze stron?
- Oddać miłości? Tak, to możliwe. Ale nie stanę już po żadnej stronie. Dostałem nauczkę.- odparł stanowczo Kainita.Zapadło dłuższe milczenie. Dopiero przerwała je Ann.
- Will... - zaczęła z wahaniem - Czy mógłbyś mi pomóc do szlifować moje umiejętności w walce bronią białą?
- Mieczem?- zaśmiał się Toreador zdziwiony jej prośbą.- Czy to dobry pomysł? Rozumiem jako hobby, ale dziś już nikt nie walczy mieczem. Wszyscy wolą pistolety i śrutówki.
- Myślałam bardziej o sztyletach. - wyjaśniła.
- Aaaa noże… To Larry chyba jest lepszym wyborem. Albo nawet Garry. - zadumał się Toreador. - Ja używam trochę dłuższych narzędzi do zabijania. A mistrzem noży był Dilmach.
- Kto?
- Pewien Hindus. Nie żyje już od lat. Był przybocznym poprzedniego księcia Nowego Jorku.- wzruszył ramionami Kainita.
- A czy... Byłaby szansa, abyś tak po cichu... - spojrzała na swoje dłonie - Pokazałbyś mi jak to jest być tak szybkim...?Toreador spojrzał na Ann i westchnął. - Nie… to nie jest dobry pomysł. Taka sztuczka za bardzo rzuca się w oczy. Mogłabyś przez to mieć kłopoty i ja też.
- Jasne... nie było tematu. - wyciągnęła dłonie w obronnym geście poddając się w tej kwestii.
- Gdybyś planowała zostać w Stillwater, mógłbym rozważyć taką możliwość. Ale ty postanowiłaś wrócić do Nowego Jorku. A tam wiedzą kto się tobą tu opiekuje.- wyjaśnił William.
- Ale przecież mogłam sama8 się tego nauczyć, prawda?
- Wampirze społeczeństwo to nie sala sądowa. Domniemanie niewinności tu nie występuje. - wzruszył ramionami Blake.
- Ale przecież Garry…
- Wytrzymałość na ciosy nie rzuca się w oczy. W przeciwieństwie do błyskawicznego poruszania się. - Toreador przedstawił jej swój punkt widzenia.
- Larry pluje na mój sposób walki. Zbyt "tchórzliwy" jak dla niego. - westchnęła.
- Poruszę moje kontakty w Nowym Jorku. Może tam znajdziemy dla ciebie…ooo… Raze sobie całkiem dobrze radzi z nożami. - zastanowił się Toreador. - I myślę, że mógłbym opłacić lekcje u niego.
- Dzięki. - uśmiechnęła się.
- Nie ma sprawy.- odparł z uśmiechem William.
- Najedzą się ci...
Pamiętała głód. Pamiętała ból. Pamiętała...
- ...co będą posłuszni.
...chciała do niego podejść...
- Zjedzą.
Nie zostawiaj... Chcę...
- Uliczne bydło.
Jeść...

-
Pobudka na starych śmieciach u Williama. Wspomnienia wróciły. I te dobre i te złe. Koszmary… mokre, głębinowe, mackowate. Lokalne koszmary. Może dlatego, że posiadłość Williama była bliżej jeziora niż jej nowy dom?
Może…
Toreador obudził się wcześniej i napotkała go w kuchni szykującego drinki. Był tu też jej ghul, rozmawiali o filmach… o sztuce. Connor starał się panować nad sobą, ale dłonie mu drżały. Spojrzenie miał rozbiegane. Był głodny. Bardzo głodny. Ann dobrze znała ten rodzaj głodu.- Nadia szykuje się do penetracji kolejnej rozpadającej się kopalni. Larry się zjawi i Garry też.- zaczął Toreador wypowiedź, gdy Ann weszła do kuchni. - Na razie przygotowała raport na temat poprzedniej tego co się odkryliśmy podczas poprzedniej wyprawy.-
Uśmiechnął się dodając. - I zapowiedziała konferencję na ten temat dziś. Jesteś zaproszona. Acz obecność nieobowiązkowa.
- Pójdę. - zdecydowała Ann i przeniosła wzrok na Connora, po czym znowu spojrzała na Williama - Długo jesteście razem?
- Niecałe półtora godziny?- ocenił William po namyśle. A Connor dodał.- No… byłem tu dłużej, ale… spaliście.
- Psy cię nie zagryzły? - zapytała zdziwiona - Wpuściły cię do domu?
- Nieee?- zdziwił się Connor.
- Czują twój zapach na nim. Rozpoznają w nim twoją własność. - dodał Toreador.
- Mądre pieski. - spojrzała na człowieka - Po co tu w sumie przyszedłeś? - zapytała wręcz znudzonym tonem.
- Stęskniłem się… i czekam na rozkazy…- jego oczy mówiły że jest głodny. Tymczasem “nieświadomy” sytuacji Toreador wtrącił. - Długie spożywanie naszej krwi nie tylko uzależnia. Ghul z czasem rozwija się na tej diecie. Zwierzęta nabierają rozumu.
- I to tyle? - machnęła ręką na Connora - Zapamiętam. - obiecała Williamowi.
- Odrobina krwi też by się przydała. - odparł Connor starając się brzmieć jak najbardziej neutralnie. Ale głos mu drżał lekko i ciało też.William widział wcześniej takie reakcje innych wampirów. Ten wzrok... Głodny czegoś innego niż krwi. Cierpienia innego. A to wszystko dla samozadowolenia.
- Nie jesteś aż tak głodujący. - stwierdziła olewczo.
Toreador zignorował tą sytuację zajmując się popijaniem drinka. A Connor starał się zachować fason. I kiepsko mu to wychodziło.
- Ty jedziesz Nadii posłuchać? - zapytała Willa.
- Ja? Tak. Tak planuję.- odparł wampir pospiesznie wyrwany z rozmyślań.
- Żadnego listu od Cyrila nie było? - zapytała patrząc to na Williama, to na Connora.
- Nie. Ale pewnie wkrótce przyjdzie…- stwierdził ghul.Ann dłużej patrzyła na ghula...
- Chodź... - mruknęła i wyszła nakarmić go w spokoju.
Connor pospiesznie podążył za nią.

Na tyłach Róży znajdowała się mała salka konferencyjna ze staromodnym rzutnikiem slajdów. I choć Nadia była programistką, to… z pewnością miała jakiś sentyment do starych technologii, bo planowała z rzutnika skorzystać. Do jego obsługi wyznaczyła oczywiście Charlie’go.
Czekała cierpliwie aż zbiorą się goście.
Oczywiście Ann przybyła i William. Przybyła Lukrecja Borgia z piętra wyżej. Był i szeryf Smith i Larry. Choć ten drugi Brujah wydawał się wyraźnie niezadowolony z faktu przebywania w tej sali konferencyjnej. Nie mógł usiedzieć na swoim krześle i gdyby nie przyszpilający go co chwilę wzrok Joshui to by pewnie zwiał.
Z dala od wszystkich w kąciku sali siedzieli Piękna i Bestia przyglądając się im wszystkim, jak i przygotowującą prezentację Nadii… jakby to była sala wykładowa jakiejś uczelni.
A siedząca przed nią grupka kainitów niesfornymi studentami.- Możemy zaczynać? - rzekła w końcu zerkając na salę.
- Jeszcze Jaine Love ma się zjawić.- przypomniał jej szeryf.- Kończy audycję za dziesięć minut, dojedzie tu w kolejne dziesięć.-
- Eeeeech…- warknęła gniewnie Nadia. - No dobrze… jeszcze poczekamy.- -

SOJUSZ VENTRUE I KUNDLA LASOMBRY
- Och, nie złość się Nadia. - Ann machnęła ręką na sytuację.
- Marnujemy czas na osobę, dla której i tak to jest zabawą. Marnujemy mój czas. - burknęła Kainitka.
- Zadaj jej pracę domową za karę. To ją nauczy. - podśmiała się Ann.
- Nie kuś mnie, bym tobie takiej nie zadała.- burknęła Tremere spoglądając z irytacją na Ann.
- Jesteś urocza jak się złościsz. - dodała lekko chowając się za Toreadorem.
- Co nie zmienia faktu, że chowasz się za swoim husbando.- odparła z nutką satysfakcji Kainitka, a William zapytał Ann. - O czym ona mówi? Wiesz o co chodzi?
- Nie wiem, to ona pisała scenariusze pornoli, nie ja. - powiedziała teatralnym szeptem.
- To pornole mają scenariusze? - zdziwił się William i podrapał po karku. - W sumie czasem jest jakaś fabuła, płytka i krótka.-
- Nigdy nie twierdziłam że to była wymagająca robota. Za to dobrze płatna.- wzruszyła ramionami Nadia.- I nic dziwnego, że twoje pornole nie mają fabuły Williamie. Masz płytkie wymagania i przesadnie romantyczną wizję związków.
- Może więc byś napisała coś idealnego dla Willa, co? - zaśmiała się Ann.
- A kto to nagra? Nie wspominając o tym, że…- wzruszyła ramionami Tremere. -... nie piszę scenariuszy do telenowel.Ann spojrzała na Lukrecję.
- Chyba mam pomysł kto ma sprzęt…
- A aktorzy…- wzruszyła ramionami Tremere.
- Nie ma potrzeby. W sumie to nie oglądam takich rzeczy. - wtrącił Toreador.
- Aktorek dużo w naszym Elysium, a aktor... - uśmiechnęła się słodko do Williama - Może mój ghul zacznie zarabiać na siebie.
- Miałam wrażenie, że wiesz o gustach Williama. Jeśli jednak nie zauważyłaś oczywistych wskazówek to…- wzruszyła ramionami Nadia. - Aktorek to akurat tu nie potrzeba.
- Temu mój ghul i... - spojrzała w bok na Brujah - Nadąsany Larry, co będzie przeszkadzał w lekcji…
- Też masz fantazje. - odparli niemal razem William i Nadia.
- Zasugerowałabym porwanie autostopowicza, ale Joshua by mi łeb urwał. - westchnęła, zadowolona, że uwagę Nadii zajmuje.
- Nasz Książę nie lubi zabaw śmiertelnikami na swoim podwórku.- przyznała Tremere i spojrzała na Williama.- Zresztą szkoda mojego talentu na takie bzdurki. Mało to scenarzystów przy różnych telewizyjnych tasiemcach? Niech William wynajmie jednego… stać go na to.
- A co by twój talent wolał robić? - zapytała - By z tego kasa była, oczywiście.
- Lubię to co robię. Analizuję tekst i szukam ukrytego kodu.- wyjaśniła Tremere. Tymczasem Ravnoska weszła do sali rozdając uśmiechy na prawo i lewo.
- Primadonna…- prychnęła Nadia.- Jakby jednej Lukrecji było mało.Ann wcisnęła twarz w ramię Williama dusząc śmiech.
Jaine zajęła miejsce na jednym z krzeseł, tak jak i reszta Kainitów. Nadia sięgnęła po drewniany wskaźnik i wszystko to kojarzyło się Ann z jakimś porno osadzonym na uczelni. Jakby się dobrze zastanowić to Tremere ubierała się w podobnym stylu. Może nie ostentacyjnie, ale miała zamiłowanie do koszul, krawatów, pończoch, szpilek i mini.
Na ścianie pojawił się pierwszy obraz. Slajd przedstawiał system jaskiń, opisany i narysowany w stylu raczej XIX-go tego niż dwudziestego wieku.
- To są najstarsze mapy systemu jaskiń. Obecnie w większości nieaktualne, mapy kilka nowszych map pochodzących z czasów powstania kopalni z zaznaczonymi chodnikami… ale te też nie są aktualne. I wszystkie są do pewnego stopnia fałszywe. Jaskinie pod Stillwater były siedzibą klanu Nosferatu w czasach gdy Nowy Jork nie posiadał jeszcze kanalizacji i był budowany. I paskudy starały się ukryć swoje gniazdo na oficjalnych mapach. Co niestety utrudnia sprawę … ehmm…- Nadia zerknęła na Charliego i jej podopieczny włączył kolejny slajd przedstawiający znacznie nowocześniejszy schemat jaskiń i chodników.
- Jak pewnie się nie domyślacie, zrobiłam własną mapę porównują dostępne mi źródła i ekstrapolując resztę wykorzystując punkty wspólne posiadanych map. Z całkiem udanymi wynikami… acz…- znów przerwa, znów chrząknięcie. Charlie zmienił slajd.Tym razem to było zdjęcie jaskini, którą Ann znalazła z Larrym.
- Natrafiliśmy na pewne niespodzianki. To oczywiście nie jest siedziba Nosferatu.-
Kolejne zdjęcia zrobione z różnych ujęć. Na niektórych widać było kobiety w zimowych strojach robiące pomiary. To musiały być ghule Nadii.
Ann zastanawiała się, która z nich miałaby jakąkolwiek szansę zostać przemieniona przez marudną Nadię. Pewnie ta, co jest najbardziej w BDSM.- Z tego co udało się zebrać i znaleźć.- kolejny slajd, tym razem anatomicznego rysunku jakiejś kończyny… lub innej części ciała. - Natrafiliśmy na chorego fana taksydermii.-
Chwila ciszy w oczekiwaniu na śmiech, którego nie było.
- Albo… co bardziej prawdopodobne na salę operacyjną Tzimisce przegonionego latem. Chyba wtedy nie uciekł.- stwierdziła cierpko Nadia.- Niemniej o ile jego moce nie wymagają zapewne jakichś przygotowań do użycia, to zrobienie z ich pomocą vozhda już tak. A jak wiemy nasz Tzimisce jest bardzo pracowity i bardzo utalentowany. Przypuszczam, że to tylko jedna z jego kryjówek, gdzie z pomocą zebranego materiału modyfikował zwierzynę. Co prawda armii raczej nie stworzył, ale pokaźny oddział już tak. No i podczas ostatniej konfrontacji niespecjalnie przetrzebiliśmy jego sługi.-
Odchrząknęła dodając.- Jakieś pytania?
- Ślady sugerowały, że Tzimisce babrał się tylko w częściach zwierzęcych? - zapytała.
- Tak…tyle że tych śladów nie było zbyt wiele, więc nie wykluczam użycia ludzi podczas tworzenia. Z tego co wiem podstawą do tworzenia vozhda są ghule. Zwykle kilka… znalezione rysunki anatomiczne sugerowały niedźwiedzia.- wyjaśniła Tremere.
- Czyli tworzy armię. Czy jego planem jest atak na Nowy Jork? Czy jest to potencjalnie część jakiegoś większego spisku Sabatu?- zapytała znienacka Piękna odzywając się ze swojego kącika.
- Wątpię… ten akurat Tzimisce jest zafiksowany na vendetcie wobec klanu Giovanni. I choć lubi widowiskowe wejścia to jego plany wydają się bardziej subtelne i złożone niż prostacki atak.- oceniła Nadia.
- Po co w ogóle o tym gadamy. Liczysz że go spotkamy w następnym szybie kopalnianym?- zapytał Larry, a Tremere skinęła głową. - Jest taka możliwość. Wydaje się on znać miejscowe jaskinie i dysponować mapami lepszymi od naszych. To może sugerować jedno źródło…-
- I chcesz byśmy w dwójkę tam znowu poszli? - mruknęła.
- Nikt nie powiedział, że we dwójkę. I nikt nie powiedział że tam właśnie.- odparła spokojnie Nadia.
- Sugerujesz, że nowojorscy Nosferatu sprzedali mu mapy?- zapytała Lukrecja, a Tremere wzruszyła ramionami.- Wątpię w taką możliwość. Niemniej ten klan miał w swojej historii niejedną tragedię. Choćby wielki pożar w 1776. Takie wypadki wielokrotnie pozbawiły ów klan zgromadzonych w kryjówkach zasobów. W końcu spalony wampir nie przekaże swoim potomkom lokalizacji swoich tajnych skrytek. Możliwe, że Tzimisce znalazł taką.-
- Więc… jakie są plany.- wtrącił Joshua.
- Cóż… wyznaczyłam kolejne miejsca. Niektóre pokrywają się potencjalnymi kryjówkami Diabła. I to należy brać pod uwagę. Nadal przypuszczam, że przy ich przeszukiwaniu nie natkniemy się na draugi. Nadal uważam jednak, że możemy natknąć się na informacje na ich temat. I… jest możliwość, że możemy natknąć się na kryjówkę Tzimisce pilnowaną przez vozhda i inne jego kreacje.
- A ty oczywiście będziesz bezpiecznie na zewnątrz złościła się na niedziałającą krótkofalówkę. - fuknęła Ann.
- Nikogo na siłę pchać tam nie będę. Larry sam się zgłosi.- odparła flegmatycznie zerkając na Brujaha.
- Skąd ta pewność? - odparł z uśmiechem Larry. Tremere wzruszyła ramionami. - Draugi,vozhdy, Tzimisce… pozwolisz umknąć takiej okazji?-Brujah zazgrzytał zębami, ale się nie odezwał przyznając Nadii rację.
- Zdajesz sobie sprawę, że ten Tzimisce mógł już ogarnąć, że znaleziono tamtą salę operacyjną? - mruknęła.
- Nie polujemy na Tzimisce. - przypomniała Nadia. - Nie mamy z nim zwady. A i on jak dotąd nie wykazywał agresywności wobec nas. Nie widzę powodu do konfliktu między nami.
- To Sabat. - wtrąciła Piękna ze swojego kącika.
- Teoretycznie. Jego lojalność wobec Sabatu jest dyskusyjna. Ubiliśmy grupę pościgową mającą go znaleźć. - wzruszyła ramionami Tremere.
- Może to nawrócony Tzimisce. Może nawet taką Nadię ukocha. - stwierdziła z ironią.
- Raczej przyszły Malkav… z wyraźną obsesją na punkcie Giovanni.- odgryzła się Nadia.
- Możesz spróbować pójść i go znaleźć. Może się dogadacie. - zażartowała.
- Nie mamy żadnych wspólnych tematów. A wracając do…- uderzyła wskaźnikiem o obraz.-... naszego tematu. To tyle co mam do powiedzenia. Myślę, że jutro mogę zorganizować wyprawę do kolejnego szybu kopalnianego. Są chętni?Larry się zgłosił. William… też, a po nim także Ann.
I na tym się zebranie zakończyło. A widzowie zaczęli się rozchodzić.
Ann podążyła za Lukrecją, która swoje kroki skierowała na schody prowadzące na piętro. Zapewne znów zamierzała się ukryć w swoim gabinecie.
Caitiffka zrównała się z Ventrue.- Ciągle nie w nastroju na rozmowę? - zaczepiła.
Lukrecja spojrzała na Ann, westchnęła ciężko. - Pogadamy w gabinecie.
Ann skinęła i poszła za Ventrue.
Znana droga i znany gabinet. Stillwater nie było duże i Ann powoli zaczęła czuć się w nim w jak domu. Ventrue usiadła w swoim ulubionym fotelu, dłonią wskazując krzesło i zapytała.
- To o czym chcesz rozmawiać ?
Caitiffka usiadła na wskazanym miejscu.
- Możliwie moje przywiązanie do Cyrila ulegnie zmianie, co pewnie wiesz z tego czy innego źródła. - pogłaskała ego Lukrecji - Czy to polepszyłoby prospekty na współpracę?
- Mała Ann wreszcie dorasta?- odparła ironicznie Lukrecja i westchnęła. - Zobaczymy, zobaczymy… na razie obie jesteśmy tutaj i choć zabawnie byłoby szarpać się z Joshuą o władzę to szczerze wątpię w twoją chęć współpracy w tym temacie. A i … mnie nieszczególnie na Stillwater zależy.Spojrzała na młodą Kainitkę. - Więc o jakim zakresie współpracy mówisz?-
- Dobrze zakładasz z Joshuą. A współpraca oczywiście dotyczyłaby Nowego Jorku i naszej obopólnej chęci powrotu do. Oczywiście ostatnio jestem wysłannikiem Joshui w sprawach między naszym miasteczkiem a metropolią, ale de facto wstępu ciągle nie mam na długi okres.
- A ja nie mogę wrócić w ogóle.- przypomniała Lukrecja i dodała po chwili. - Jest więc tu okazja do współpracy między nami, ku wspólnemu celowi.Ann spojrzała oceniająco.
- Sądzisz, że Cyril miał coś wspólnego z twoim upadkiem?
- Nie zdziwiłabym się, jeśli zyskał coś na moim upadku. Pewności jednak nie mam. - wzruszyła ramionami Ventrue.
- Nic mi oczywiście nie powiedział, ale po jego reakcji wnioskuję, że bardziej coś było niż nie. Nie wiem tylko w jak wielkim stopniu. - sama Ann zdziwiła się, że mówi takie rzeczy na głos.Na moment oczy Lukrecji pociemniały w gniewie, jej usta odsłoniły zaciśnięte zęby i złowieszczo lśniące kły. Niemniej był to moment. I szybko przeminął. Ventrue uspokoiła się.
- Cóż… siedzi w zamknięty w siedzibie Tremere i prędko stamtąd nie wyjdzie. Nie jest wart wysiłku jaki musiałabym włożyć w zemstę na nim.
Ann wyraźnie wahała się, gdy chciała coś jeszcze powiedzieć. Było w końcu coś co już wcześniej zwróciło swoją uwagę, ale... Nie... To przecież nie wyrządzi żadnej krzywdy, prawda?
- Cokolwiek on uczynił... - starała się bardzo ważyć słowa - Książę Nowego Jorku... Był nawet skłonny wstawić się za nim, gdy chcieli go skazać na Ostateczną Śmierć.
Lukrecja zaśmiała się sarkastycznie.- Oczywiście, że go ochronił. W końcu Palafox nie ma czasu na planowanie przejęcia władzy w Nowym Jorku, mając za plecami knującego Cyrila i mu podobnych, prawda? Bo chyba nie wierzysz w jego litość, co?
Ann przewróciła oczami.- Bądźmy poważne. Mam na myśli, że gdyby Cyril wcześniej... pomógł mu zdusić przewrót to tym bardziej warto byłoby się go nie pozbywać, a lepiej trzymać na możliwy następny raz.
- Nie planuję zgadywać toku myślowego Księcia, ani powodów dla których ten staruch Tremere nadal żyje. - wzruszyła ramionami Ventrue. - Wierz mi, akurat nad Cyrilem dumać mi się nie chce. Jak wspomniałam nie jest wart czasu zmarnowanego na planowanie zemsty.- Przynajmniej na miłą atmosferę natrafiłam, gdy spotkałam się z Księciem. Zawsze lubił siedzieć w mroku?
Lukrecja zaśmiała się i zaprzeczyła ruchem palca. - Nie myl tego co pokazuje z prawdą. Zawsze lubił pokazywać się otoczony ciemnością. Co naprawdę lubi, myśli i planuje… tego nie wie nikt, poza nim samym.
- Mówię tylko, że podobała mi się ta ciemność. Lepiej się czuję w takiej, może trochę... - zastanowiła się - Bezpieczniej? Nie. Spokojniej. Wiesz, to dziwne, ale jest... takie.
- Z pewnością nie czynił tak dla twojego komfortu moja droga. - odparła sarkastycznie Lukrecja.
- Nie jestem naiwna by tak sądzić. - mruknęła - Ale myślałam, że spotkanie będzie... gorsze. Na ulicach mówią wiele, ty reagowalaś... Byłam raczej na gorsze spotkanie nastawiona. Nie wiem jakie, po prostu... Gorsze.
- Daj spokój. Dla tych Kainitów średniego szczebla upokarzanie tych na dole jest sposobem odreagowania faktu, że są pionkami swoich rodziców lub opiekunów. Że tak naprawdę ich status nie różni się niczym od twojego. Dobrze to widać z perspektywy… Stillwater. - przyznała Lukrecja zamyślając się. - A dla Niego… wszyscy jesteśmy pionkami na szachownicy. Nawet Primogeni… choć oni myślą, że z nim grają. Dlaczego więc miałby traktować jeden pionek gorzej od drugiego? Jaki miałby w tym zysk?
- Poczucie, że jest się wyżej, lepszym. - stwierdziła - To jedno z tych uczuć, które nie zanikły.
- Cóż… - wzruszyła ramionami Ventrue.- Jeśli ktoś korzysta z sytuacji by podkreślić swoją pozycję, to prawdopodobnie nie jest jej aż tak pewien. Siła nie potrzebuje aplauzu.
- Cyril inaczej to widzi. - nie zgodziła się Ann.
- Nie wątpię. - uśmiechnęła się cynicznie Lukrecja. - Wiesz jednak dobrze, że pewnie w niewielu sprawach zgadzam się z twoim opiekunem. I mimo wszystko nie siedzę zamknięta w wieży jak jakieś księżniczka z tandetnej książeczki dla dzieci.
- Siedzisz w Stillwater, jak ja. - przypomniała - Ale nie powiesz, że wykorzystywanie siły dla potraktowania innego gorzej nie jest przyjemnym uczuciem.
- Trywialna zabawa dobra dla smarków. Zemsta… to co innego… - zaśmiała się złowieszczo Ventrue.
- Nie mów, że nigdy tego nie zrobiłaś i nigdy nie zabawiłaś się śmiertelnikiem. - zapytała.
- Jak wspomniałam… zabawa dla smarków. Gdy jest się Kainitką pięć dziesięć, pięćdziesiąt lat robi się takie głupotki. - wzruszyła ramionami Ventrue. - Potem staje się to zbyt nudne. Bez wyzwania nie ma dreszczyku, a poniewieranie ghulem to żadne wyzwanie.
- Ale przecież daje to satysfakcję. Jak się nie ma innych rzeczy to ta wystarczy, gdy jesteś zbyt martwy.
- Krew daje satysfakcję, prawdziwa władza, polityka, moc… przynajmniej u Tremere. A nie pomiatanie jakimś tam workiem krwi. - odparła Lukrecja patrząc w oczy Ann. - Czasami… miłość wyrastająca ponad fizyczność, ale to bardzo bardzo rzadko się zdarza.
- Nie wiem. - wzruszyła ramionami - Krwią tak.Ventrue machnęła dłonią. - To w sumie jałowa dyskusja o gustach. Każdy ma swoje… zapewne.
Ann spojrzała w bok nim wróciła spojrzeniem do Ventrue.
- Nauczylabyś mnie radzenia sobie w społeczeństwie Camarilli? - zapytała trochę słabiej niż chciała.
- Słuchaj częściej niż mów, bądź użyteczna dla silniejszych, bądź czujna.- wyliczyła pospiesznie Ventrue. - Detali możesz się nauczyć, gdy będziemy razem w Nowym Jorku. Gdy będziesz u mego boku. Tu i teraz… pfff… nawet mając wieści od moich agentów nie jestem w stanie w pełni ocenić politycznej sytuacji Nowego Jorku. A tym bardziej dawać rady.
- A jak radzisz mi się zachowywać wokół Primogenów? Stać z boku i udawać, że mnie nie ma?
- Tak będzie najbezpieczniej. Niemniej jeśli przyjdzie co do czego, bądź pokorna, skromna… ale nie uległa. Primogeni cenią siłę. Jak cały nasz rodzaj.- uśmiechnęła się kwaśno. - Oczywiście niektórych lepiej unikać. Papa Roach… może się nie zjawi. Primogen Nosferatu nie zjawi się na pewno. Groza… cóż, to fanatyk. A ten od Gangreli to frustrat.- zaśmiała się wspominając.
- To wampiry ze szczytów nie oczekują uległości?
- To kwestia balansu na linie. Wychylisz się z bardzo w jedną stronę uznają cię za nic wartą włazidupę, w drugą… za aroganckiego kundla. - zaśmiała się Lukrecja. - Trzeba wyczucia, ale kto powiedział że ma być łatwo?
- Będzie ciekawie i zabawnie. - wyszczerzyla się z lekkim podekscytowaniem.
- Chronić cię będzie autorytet Joshui i doświadczenie Williama. Przetrwasz. - machnęła ręką Lukrecja. - Zresztą będą mieli inne sprawy na głowie niż jakaś młoda Kainitka kręcąca się za ich plecami.
- Tak się zastanawiałam... Kto ci w sumie powiedział, że z Williamem idę? - uśmiechnęła się.
- Nie ufam ci na tyle, by zdradzać takie tajemnice. - odparła z ironicznym uśmiechem Ventrue.
Wracali do domu, w radiu leciały klasyki z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Bo i radio było miejscowe, więc nie stać ich było na najnowsze przeboje. Toreador wydawał się być w dobrym nastroju.
- Will... - zamruczała Ann - Pojedźmy nad jezioro.
- Po co? - zdziwił się Toreador niespecjalnie zachwycony tym pomysłem.
- Chciałabym zobaczyć na jawie to co za snu znam. Poznać tą atmosferę tak naprawdę. Te sny pojawiają się tylko bliżej jeziora.
- Wiesz, że jest środek zimy? Że jezioro i jego otoczenie jest zamarznięte. To że nie odczuwamy zimna, nie ułatwia aż tak bardzo przedzierania się przez przysypane śniegiem chaszcze. - odparł sceptycznie William.
- To też potwór nie wyjdzie. - odparła - Zamarzł.
- Potwór nie siedzi fizycznie w jeziorze, tylko gdzieś tam… na innym planie egzystencji.- odparł ze śmiechem Kainita. - Nie musisz się nim martwić.
- Ale ciągle widzę jego macki. Will... Nie bądź starym zrzędą, no…
- Jestem stary… bardzo stary…- przypomniał jej Will skręcając na wyboistą drogę prowadzącą do jeziora. Dotarli tam po kilkunastu minutach telepania. Na szczęście, choć wozik Toreadora prezentował się skromnie, doskonale radził sobie w tej sytuacji.Jezioro… Martwe.

było cicho i zimne i… cóż… pogrążone w bezruchu. Jakby jego toń była kolejnym grobowcem na tych ziemiach. Być może William się mylił. Może jego głębiny skrywały przerażające cielsko, z umysłem uwięzionym gdzieś tam poza czasem i przestrzenią.
Ann opuściła samochód i podchodziła bliżej jeziora rozglądając się za znajomymi miejscami ze snów. Nic takiego jednak nie dostrzegła. Z drugiej jednak strony, linia brzegowa jeziora była długa i poszarpana. Szanse na znalezienie takiego miejsca z wizji były małe.
Zaś William nie był skory do opuszczenia wygodnego siedzenia w samochodzie.
Ann prychnęła.- Wygodnicki.
Podeszła do wody i chwilę się zapatrzyła, ale William zobaczył, że najwyraźniej nagle zachciala szybko wracać do samochodu i z nietęga miną powróciła.
- Co się stało?- zapytał Kainita, widząc jej powrót.
- Tu... Nie wiem. - wsiadła do ciepłego auta - Po prostu... - mruknęła pod nosem nie chcąc się przyznać, że wampir się boi.
- Po prostu nie jest tu tak romantycznie jak to opisują w książkach? Ciesz się, że jesteś zimna. Dodatkowo byś zmarzła i przemokła.- zażartował William cofając auto.
- Szczególnie jak twoja randka nie ogrzeje. - mruknęła.
- To też… ale wiesz dobrze, że ze mnie marny materiał na randkę. - przypomniał jej Toreador powoli wracając na główną drogę.
- Mam złą płeć, wiem... - westchnęła teatralnie.
- A i ja zardzewiałem. - wtrącił Blake. - Nie dla już romanse.
- Ciekawi mnie jak by wyglądał romans Toreadora hetero.
- W Nowym Jorku jest pełno Toreadorów. Napatrzysz się na nich skoro planujesz tam wrócić.- odparł kwaśno Blake.Ann spojrzała na Williama.
- Czyżbyś był niezadowolony, że cię opuszczę?
- Trochę. - odparł ciepło Kainita, gdy już jechali do domu.
- Przecież możesz przestać być takim marudą i odwiedzać.
- Nie. Raczej się nie zdecyduję. - przyznał wprost William.
- Stosujesz w ten sposób samobiczowanie. - skrzywiła się.
- Nie. Po prostu nie lubię koterii Nowego Jorku. - wzruszył ramionami Blake.
- Wiesz, że dla mnie mieszkanie w Stillwater to byłaby stagnacja.
- Wiem. - odparł krótko i dodał. - Jesteś młoda, potrzebujesz ekscytacji.
- Na razie i tak tu zostaję. - pocieszyła.
- Na razie. Niemniej nie przejmuj się mną. Nawykłem do samotności. I wieczność nauczyła mnie cierpliwości.- odparł Toreador.
- Jak dla mnie robisz z siebie męczennika i tyle.
- Nie czuję się męczennikiem. Ja jestem zadowolony z mojej egzystencji Ann. - odparł z uśmiechem Toreador. - Mam nadzieję, że ty kiedyś będziesz zadowolona ze swojej.
- Nie sądzę by to było szybko... - westchnęła - Ciągle czuję tęsknotę, wiesz?
- Masz dużo czasu Ann. Jeśli będziesz ostrożna, całą wieczność.- odparł ciepło Toreador.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się