Serce tajgi [Zew Cthulhu]
-
Rejs oczami Waltera Murdock
Od wypłynięcia statku odczuwam chorobę morską. W pierwszym tygodniu ledwo zauważyłem, że coś mi dolega miałem tylko zawroty głowy nic więcej. Wtedy był mój najefektywniejszy czas, wymyśliłem pojazd, zacząłem szkolić moich asystentów Violet i Johna, i sam poszerzyłem swoją wiedzę dzięki książce zakupionej w San Francisco.
Drugi tydzień. Choroba się nasila, wstaję z uczuciem rozsadzania głowy i cały dzień nie mogę się skupić. Pomimo trudności dalej uczę mechaniki tylko krócej, zależy mi na tym, bo nauka tych ludzi sprawia mi radość. Żeby zająć sobie resztę dnia zacząłem gotować świeże ryby na różne sposoby. Do tego zajęcia szybko przyłączył się John, który chciał się tego nauczyć.
Trzeci tydzień. O poranku jestem praktycznie niezdolny do funkcjonowania, wymiotuję codziennie i wszystko mnie irytuje. Przestałem uczyć mechaniki i gotować, większość dnia spędzam w kajucie, staram się wykorzystywać ten czas na myślenie o tym, jak ulepszyć projekt i skąd wziąć na niego fundusze. Jak do tej pory zbiórka wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem.
Jedynym okresem, kiedy jestem aktywny jest noc. Siadam wtedy na dziobie statku i słucham Johna przekazującego mi wiedzę na temat nawigacji i przetrwania.Z tego rejsu najbardziej w pamięć zapadły mi trzy momenty. Ucieszona mina Violet po otrzymaniu aparatu, zaskoczenie Johna po zobaczeniu projektu pierwszy raz i moja własna radość podczas tworzenia rysunku pojazdu.
-

SS „Providance”, wody zachodniego Pacyfiku
John był człowiekiem lądu, ale zahartowany wcześniejszą morską podróżą do San Francisco, nie odczuł niedogodności trzytygodniowego rejsu równie silnie, co jego niektórzy towarzysze. Lękał się na początku pozornie nieuchronnej monotonii, na szczęście bezpodstawnie. Walter, do którego myśliwy czuł coraz większą sympatię, skutecznie odciągał uwagę Johna od wrażenia znudzenia, z godnym uznania zapałem próbując wdrażać Alaskańczyka w podstawy zupełnie mu obcej mechaniki. Wyzwanie to okazało się równie absorbujące, co niosące ze sobą przyjemność obcowania z panną, najbardziej uroczą ze wszystkich młodych kobiet, jakie John do tej chwili miał okazję poznać.
Lecz myśliwy nie zamierzał poprzestać wyłącznie na nauce. Konsekwentnie obserwował zarówno profesora jak i resztę członków wyprawy, analizując ich słabe i mocne punkty i rozważając przydatność w srogiej syberyjskiej rzeczywistości.
W przypadku czterech pałkarzy szybko okazało się, że pierwsze wrażenie go nie zwiodło. Jak słusznie zakładał, byli gruboskórnymi zbirami robiącymi wokół siebie dużo agresywnego hałasu. Pozostawieni samym sobie w lesie, szybko rzuciliby się sobie nawzajem do gardeł i John nie zamierzał okazywać im nawet centa zaufania. Milkliwy pan Watanabe stronił od błahych rozmów, przejawiając iście japońską powściągliwość w relacjach i ograniczając się do dawania chętnym lekcji językowych w temacie ojczystego kraju. John szczerze wstydził się tego, że w oczach Watanabe wyszedł na tępego nieuka, ale pochwycony w kleszcze hiragany, katakany, kanji, wymowy słów oraz zasad mowy ciała poległ sromotnie i tylko duma własna nie pozwoliła mu porzucić tych traumatycznych zajęć.
Obserwując resztę towarzyszy najczęściej kierował swoje myśli ku Eleonorze Croft. John nie potrafił rozgryźć tej kobiety, w czym wcale mu nie pomagała skąpa znajomość kobiet jako takich. Eleonora tylko nominalnie przynależała do drużyny profesora, w rzeczywistości stroniąc od wszelkich kontaktów w sposób wręcz bijący po oczach. Nie próbowała nawiązywać z nikim bliższych relacji, nie okazywała żadnego zainteresowania przygotowaniami do dalszych etapów wyprawy, znikała gdzieś na całe dnie umykając z pola widzenia Johna. Jeśli grała w jakąś grę, z pewnością nie była nią gra towarzyska, co coraz częściej zapalało w głowie myśliwego czerwone lampki. Nie raz i nie dwa łapał się na podejrzeniu, że pani Croft perfidnie wykorzystała nabór naukowca, aby dostać się za jego pieniądze w sobie tylko znanym celu do Japonii.
I coraz częściej zastanawiał się, czy Eleonora Croft nie zniknie z planszy profesora natychmiast po zejściu na ląd w Jokohamie, niczym pozorny pionek, który zrobił w konia figurę króla w grze.
Kiedy więc statek dotarł po trzech tygodniach do wybrzeża Japonii, John Carter jął bacznie pilnować swojego dobytku i pieniędzy - jeśli bowiem pani Eleonora zamierzała się naprawdę wymiksować z wyprawy, myśliwy nie chciał ryzykować, że jego majątek zniknie wraz z nią.
-
Teraz obecność Violet na statku dało się dostrzec nie tylko po jej głosie i śmiechu, ale również po błyszczących, pozbawionych rdzy fragmentach metalu w pobliżu jej kajuty. Dalej z pomocą Waltera zgłębiała mechanikę, choć prawdę mówiąc, niewiele rozumiała z jego złożonego projektu. Zdaje się jednak, że jej wnikliwość i ciekawość poprowadziły ją do zadania paru pytań, które zainspirowały inżyniera do dokonania drobnych ulepszeń w projekcie.
Najbardziej ciekawiły ją jednak opowiadane pod rozgwieżdżonym niebem historie Johna o zwierzętach i zagrożeniach, które można napotkać w syberyjskiej tajdze. Słuchając opowieści, chłonęła sposoby radzenia sobie w dziczy i wskazówki dotyczące bezpieczeństwa. A przed zaśnięciem wyobrażała sobie czekające na nich przygody.
Uczęszczała również na lekcje japońskiego, ale te szły jej wyjątkowo topornie. Przekręcała słowa, a spokój - tak charakterystyczny dla manier Japończyków - zdecydowanie nie leżał w jej naturze. Z wielkim trudem zapamiętała, jak poprawnie się przywitać. Mimo to z niecierpliwością i ekscytują wypatrywała pojawienia się na horyzoncie nieznanego lądu.
-
Analiza fałszywych paszportów wykonana przez Rena wykazała, że są wykonane poprawnie i pierwszy lepszy funkcjonariusz nie wykrył by tego, że są porobione, natomiast bardziej ,,kumaty" osobnik mógłby mieć wątpliwości między innymi do pieczęci nieznanej instytucji.
Ren podzielił się tą informacją z trójką osób, których paszporty zweryfikował, począwszy od Johna, z którym wzajemnie udzielali sobie lekcji językowych. Nauka rosyjskiego przychodziła Japończykowi z łatwością, czego nie można było powiedzieć o Johnie i jego próbach nauki podstaw japońskiego. Ren jednak miał świadomość, że opanowanie chociażby podstaw jego rodzimego języka wymaga poświęcenia sporej ilości czasu. Poza traperem, również Violet uczęszczała na lekcję językowe do adwokata.
W trakcie rejsu umiejętności rysunkowe Rena wzbiły się na inny poziom, a po za tym przestudiował całą książkę o technikach manipulacyjnych. Większość podróży statkiem Watanabe spędził w ciszy, co było sprzeczne z jego naturą, zagłębiony w swoich myślach o potencjalnym zagrożeniu czekającym na niego w kraju, natomiast na zakończeniu rejsu czuł się odrobinę lepiej i zaprzątał sobie głowę negatywnymi myślami o wiele rzadziej.
-
Jokohama
Pewnego dnia o świcie budzi was wszystkich głośny dźwięk trąbki sygnalizującej, że statek dobija do portu w Jokohamie po blisko trzech tygodniach podróży przez Ocean Spokojny. Jeszcze zanim trap opada na nabrzeże, czujecie że powietrze tutaj jest zupełnie inne, niż w Kalifornii, jakby cięższe, wilgotniejsze, gęste od zapachu ryb, morskiej soli, węgla drzewnego i czegoś słodkiego, trudnego do zidentyfikowania, trochę jakby kadzideł lub herbaty. Pokład drży lekko podczas cumowania, liny napinają się z głuchym trzeszczeniem, a przed wami powoli wyłania się pierwsze spojrzenie na Jokohamę - bramę do Cesarstwa Japonii.
Miasto wygląda inaczej, niż wszystko to, co znacie z San Francisco. Już sam port sprawia wrażenie miejsca zawieszonego pomiędzy epokami. Obok nowoczesnych magazynów i betonowych budynków w zachodnim stylu stoją stare, drewniane konstrukcje o ciemnych dachach z pagodami wygiętymi ku górze. W oddali ponad zabudową wyrasta sylwetka świątyni, częściowo skrytej we mgle. Mimo wczesnej godziny, nabrzeże tętni życiem. Robotnicy w granatowych i szarych strojach roboczych przeciągają skrzynie na drewnianych wózkach, tragarze biegną drobnymi krokami między stosami towarów, mężczyźni w mundurach portowych wydają krótkie, ostre komendy. Co chwilę słychać gwizdki, nawoływania i stukot drewnianych sandałów o mokre deski pomostów. Pomiędzy nimi wszystkimi przewijają się dzieci, uliczni handlarze i kobiety w kimonach, którzy wydają się kompletnie niewzruszeni obecnością zagranicznego statku.
Kiedy schodzicie po trapie, niemal natychmiast uderza was (no, może z wyjątkiem Rena...) uczucie obcości. Napisy nad magazynami, szyldy, oznaczenia portowe - wszystko zapisane jest pionowymi rzędami znaków, które, choć odebraliście od mecenasa Watanabe lekcję japońskiego, nadal wyglądają dla was bardziej jak ornamenty, niż język. Z każdej strony dobiegają szybkie i melodyjne rozmowy, z których większość z was nie potrafi wyodrębnić pojedynczych słów. Teraz zaczyna do was docierać jak daleko od domu tak naprawdę jesteście.
Chance ze swoim bagażem schodzi na nabrzeże pierwszy. Jeden ze strażników odzywa się do niego szybkim, urzędowym tonem, wskazując na coś ręką. Profesor zmarszczył brwi, ale za moment uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni dokumenty, które wręczył celnikowi.
-PASZ-PORT! AU-STRA-LIA! - oznajmia donośnie i powoli, zdecydowanie za głośno, za wolno i zbyt wyraźnie, jakby rozmawiał nie z człowiekiem nieznającym języka, którym się posługuje, ale z głuchym lub głupim. Kiedy celnik nie reaguje, profesor zaczyna rzucać przypadkowe słowa po niemiecku i francusku, jakby liczył, że to w czymś pomoże. Ale nie pomaga w niczym. W końcu jednak, zapewne uznając, że ma do czynienia z idiotą, macha ręką i pozwala mu przejść. Potem sprawdza kolejno każde z was.Gdy stoicie już razem przy jednej z bocznych uliczek odchodzących od portu, przez chwilę nikt nic nie mówi. Wokół przewijają się dziesiątki ludzi, pieszo lub na rikszach.
-Co teraz? - pyta w końcu Nate, wyraźnie podekscytowany, rozglądając się dookoła z błyskiem w oczach człowieka, który właśnie rozpoczyna największą przygodę swojego życia. Chance poprawia kapelusz i odchrząkuje.
-Moi drodzy! - zaczyna tonem, który zapewne w jego własnym mniemaniu brzmi uspokajająco. - Musimy znaleźć człowieka, który przyniósł światu najważniejsze świadectwo istnienia yeti! Japonia to tylko krótki przystanek, ale kluczowy! Jestem pewien, że gdzieś tutaj jest...
-No dobrze, ale... - odezwał się w końcu Sam, zerkając kątem oka na Reda, który właśnie mamrocze coś pod nosem do Biggy’ego, wskazując palcem przechodzącą Japonkę i zanosząc się śmiechem. - Jak mamy się z nim skontaktować? Jak znaleźć tutaj kogokolwiek? Nie wiemy nawet, gdzie dokładnie jesteśmy...
-To już detal! - ucina profesor, machając ręką. Rosa patrzy na niego przez chwilę w milczeniu.
-A mamy na niego chociaż jakieś namiary? - pyta się w końcu.
-Nie do końca... - odpowiada Chance, pogładziwszy swoją brodę. - Ale wiem, że pochodzi z Jokohamy i nazywa się Kazuo Nakamura. Na pewno znajdziemy jakiś ślad... - odpowiada i rozgląda się dookoła. Tłum płynie niczym rwąca rzeka, wszędzie dookoła krzyczące dzieci i uliczni sprzedawcy nawołujący klientów. Dla większości z was to inny, obcy świat i jesteście zdani wyłącznie na siebie, no i profesora... Chance sięga do swojej teczki.
-Ach, byłbym zapomniał! - oprócz zdjęcia Nakamury, które pokazywał wam wcześniej, wyciąga również plik kopert i rozdaje każdemu po jednej. - Dziś wieczorem jesteśmy zaproszeni na przyjęcie do pewnej pani antropolog z Francji, która zajmowała się w swoim czasie badaniem rdzennych ludów Syberii. Jej pomoc może się okazać nieoceniona. Tylko ładnie się ubierzcie! W stroje wieczorowe najlepiej.
Kiedy już rozdał każdemu z was po kopercie, chwycił zdjęcie i zaczął rozglądać się dookoła z wyrazem twarzy człowieka autentycznie przekonanego, że poszukiwany przez niego człowiek może po prostu przejść obok niego ulicą. Stoi tak przez kilka minut i bada przechodniów w ten sposób. Kiedy zaś jego dochodzenie nie przynosi rezultatów, zaczyna podchodzić do ludzi i wymachiwać im przed nosami zdjęciem z pytającym wyrazem twarzy.
-Nakamura? Syberia?
Ludzie reagują różnie. Jedni go ignorują, inni patrzą na niego jak na wariata. Jedna starsza kobieta niemal przyśpiesza kroku na jego widok.
-No to super... - podsumowuje z westchnięciem Sam. - Najwidoczniej absolutnie nie przygotował się do wyprawy. Do tego chyba już całkiem mu odbiło...
Chance, który właśnie rzucił wiązką wyjątkowo kreatywnych wyzwisk w stronę grupki młodzieńców, wraca do was z wyrazem twarzy sugerującym oburzenie.
-Ja nie mogę, ci ludzie nie znają żadnego ludzkiego języka... - wzdycha ciężko. - To co, ma ktoś jakiś pomysł?
-
Podczas schodzenia ze statku Walter poczuł ulgę, która niemal momentalnie zniknęła po tym, jak ujrzał zupełnie obce miasto. Jego oczy instynktownie zwróciły się ku Renowi, który w tamtej chwili był jedynym łącznikiem z nową kulturą i językiem.
Obserwując niezbyt przemyślane poczynania profesora i ewidentnie zawiedzioną nimi drużynę, w głowie inżyniera zapaliła się lampka.
Jeśli chcę zdobyć pieniądze na części, najpierw muszę zdobyć zaufanie tych ludzi, a profesor dostarcza mi idealną okazję do zaprezentowania się jako osoba odpowiedzialna, która w przeciwieństwie do niego planuje swoje akcje.
-Ren, musimy przejąć dowodzenie nad tą ekspedycją, liczę, że mnie wesprzesz - Walter szybko rzucił do Japończyka, po czym wyszedł na środek i zaczął mówić.
-Naszym pierwszym celem powinien być kantor, przyda nam się tutejsza waluta. Osobą, która powinna zająć się wymianą gotówki jest zdecydowanie Ren, urodził się w tym kraju, więc na pewno nie da się oszukać. Prawda? - Walter spojrzał na Rena oczekując przytaknięcia.
Dopiero po tym zająłbym się poszukiwaniem Kazuo, co zresztą nie powinno być trudne, skoro mamy ze sobą adwokata. Jestem przekonany, że zdobycie adresu Nakamury to zwykła formalność dla niego - po tym zdaniu inżynier wskazał na Rena oczekując aż ten zabierze głos. -
Eleonora – a właściwie Anna White, jak była znana pod swoim imieniem z paszportu – westchnęła w duchu, patrząc na profesora i jego, em… „starania”. Nie tak, wszystko nie tak, o mój Boże, kami-sama, Tasukete!
- Pan profesor pozwoli… - powiedziała grzecznie, ale stanowczo, po czym podeszła do niego i zręcznie mu zabrała zdjęcie poszukiwanego. Podeszła do pierwszej lepszej kobiety – dosyć wysokiej Japońki w kwiecistym kimonie – i przemówiła do niej po japońsku.
- Przepraszam panią? Dzień dobry, jestem Anna White, oddaję się w pańskie ręce. Szukamy tego człowieka. Może pani spojrzeć na jego zdjęcie? Nazywa się Nakamura Kazuo, mieszka w tym mieście. Hm… nie wie pani, jak można znaleźć kogoś w Japonii? Prywatny detektyw, jakiś urząd zbierający dane o populacji, może jakaś organizacja się tym zajmuje? Jak pani myśli, kogo moglibyśmy poprosić o pomoc w tym kraju? Przepraszam, jestem z Ameryki… - usprawiedliwiła się na sam koniec.
-
Kiedy Walter i Ren rozmawiali na boku o kantorze i potencjalnych planach, zbierając uwagę całej reszty, Eleonona (@kaworu) zwróciła uwagę profesorowi i poszła naprawić jego błąd. Odebrała mu fotografię i podeszła do kobiety przechodzącej obok nich, kłaniając się jej nisko. Ta, w średnim wieku i eleganckim kimonie, odwzajemniła jej ukłon po chwili wpatrywania się w nią twarzą pozbawioną wyrazu. Słuchała tego, co dziewczyna do niej mówi, ale kiedy Eleonora pokazała jej zdjęcie, jej powieki nieco się uniosły. Chwilę później jej wzrok powędrował w innym kierunku. Kiedy Amerykanka pyta ją o urzędy bądź detektywów, kobieta wyraźnie sztywnieje, a jej ciało zdradza oznaki niepokoju. Kiedy zaś padły z ust Eleonory słowa "Nakamura Kazuo", Japonka gwałtowanie się odwraca, rzuca jedynie szybkie "proszę wybaczyć, Anna-san, rodzina czeka na mnie w domu", po czym cofa się o krok. Próbuje odejść, ale za jej plecami jak diabeł z pudełka pojawia się młodzieniec w wojskowym mundurze.
Widzieliście już nie raz amerykańskich żołnierzy. Jeśli nie na wojnie, to wracających z wojny. Większość z nich była, owszem, schludna i zdyscyplinowana, choć i tak nadchodzący oficer wywołał u was niemałe osłupienie. Jego czarne buty były wypastowane i wypolerowane na glanc, świecąc nawet mimo mgły. Jego kroki były pewne i regularne, jakby nigdy nie przestawał maszerować. Mundur miał idealnie równy, podobnie jak niewielkie, przystrzyżone wąsy. Przy jego boku zwisała szabla, a z jego piersi - kilka orderów. Japonka, z którą Eleonora dopiero rozmawiała, zamarła w bezruchu, choć oficer zdawał się zupełnie nie zwracać na nią uwagi. Patrzył za to na Eleonorę dość zimnym wzrokiem. Ktoś stojący z boku mógłby uznać tę scenę za dość groteskową, ponieważ wojskowy był niższy od dziewczyny niemal o głowę, było w nim jednak coś wzbudzającego autorytet, który nie pozwalał choćby pomyśleć o czymś takim.
"Czego tu szukasz, omae?" - oficer zwrócił się do Eleonory nie tylko bez ukłonu, gdzie samo to byłoby już formą okazania pogardy, co jeszcze przy okazji w sposób właściwy do zwracania się do podwładnych. - "Japonia nie jest miejscem dla ludzi, którzy myślą, że mogą tu przyjechać jak do siebie i wypytywać o poddanych cesarza. To nie Ameryka!"
Zanim Eleonora zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, została otoczona przez grupkę młodych mężczyzn, którzy patrzyli na nią w sposób wyjątkowo nieprzyjazny.
"Zjeżdzaj stąd, gaijin!" - odezwał się w końcu jeden z nich. - "To niepodległy kraj, a nie kolejna z waszych kolonii!"
Wszyscy ludzie dookoła zdają się omijać zarówno Eleonorę, jak i całą resztę grupy, szerokim łukiem, nie zdobywając się choćby na spojrzenie w ich kierunku. Nawet rikszarze przyśpieszają, kiedy zbliżają się do miejsca, w którym stoi ktokolwiek z was. -
Dzielnica portowa w Jokohamie
John Carter zdrętwiał porażony dreszczem wyjątkowo złego przeczucia. Architektura miasta, obce pismo na szyldach, dziwne stroje i zachowania mieszkańców - wszystko to dobitnie uświadamiało myśliwemu, że trafił do zupełnie innego świata, rządzącego się własnymi prawami, wyznającego inne wartości i mającego niekwestionowaną władzę nad przybyszami ze Stanów. Profesor Chance dowiódł bezsprzecznie swojej niekompetencji, ale w tej właśnie chwili John pojął, że nieporadna beztroska uczonego stała się wręcz niebezpieczna.
Ren Watanabe nie zdołał wbić do głowy Alaskańczyka wiele więcej oprócz kilku słów powitalnych i przeprosin, dalece niewystarczających do przeprowadzenia jakiejkolwiek sensownej konwersacji, pokazał mu jednak sposób, w jaki w jego kraju powinno się kłaniać dla okazania szacunku.
Widząc, że sytuacja zmierza ku groźnej eskalacji, traper zrobił kilka kroków ku otoczonej przez rozgniewanych mężczyzn Eleonorze zerkając przy tym ponaglająco na Watanabe.
- Sumimasen - powiedział kłaniając się nisko w kierunku oficera - Sumimasen. Hajimemashite.
Powtarzając z pochyloną pokornie głową jedyne słowa, które zdołał przywołać z wspomnień lekcji, Carter zaczął się jednocześnie modlić w duchu, aby pałkarze nie zechcieli przypadkiem wtrącić się do wystarczająco już groźnego zamieszania.
-
Eleonora naprawdę nie wiedziała, co powiedzieć ani co zrobić. Patrzyła tylko nieprzytomnie na pana oficera, z szeroko otwartymi oczyma i wyrazem absolutnego strachu na twarzy.
-
Po zejściu ze statku Ren poczuł powietrze, które były inne niż w stanach - powietrze, które znał bardzo dobrze i dawało mu jednoznacznie znać, że wrócił do domu, którego nigdy nie chciał opuszczać, ale niestety musiał. Zaszkliły mu się oczy ze wzruszenia, lecz szybko się opamiętał i doszedł do wniosku, że nie ma czasu na sentymenty i trzeba skupić się na zadaniu i znaleźć Nakamurę.
Po przemówieniu Chance'a, i informacji, że posiada on tylko zdjęcie Kazuo i nic więcej, Watanabe zauważył malującą się złość na twarzach swoich towarzyszy. On oczywiście też poczuł zażenowanie zaistniałą sytuacją i brakiem profesjonalizmu ze strony organizatora wyprawy, ale nie rozwodził się nad tym zbyt długo i zaczął już rozmyślać nad rozwiązaniem tego problemu. Jednocześnie przed całą grupę wyszedł Walter przejmując inicjatywę i prosząc chwilę wcześniej Japończyka o poparcie. Ren po chwili namysłu dołączył do niego na środku. -Tak, tak musimy zacząć od wymiany waluty na jeny. Z dolarami wiele tu nie zdziałamy, są one tutaj używane tak naprawdę tylko na czarnym rynku. I tak, jasne mogę się tym zająć, lecz myślę, że szansę na próbę oszustwa są niewielkie. A w temacie Nakamury, to jeśli faktycznie pochodzi z Jokohamy i jest tutaj zameldowany, to wystarczy, że udamy się do pobliskiego urzędu, a tam to już dla mnie załatwienie tego będzie tylko formalnością. -powiedział z lekkim uśmiechem na twarzy.
Kątem oka prawnik zauważył Eleonorę, która bez wyczucia podeszła do jednej z kobiet, a potem okrążających ją kilku mężczyzn z oficerem na czele. W obronie Eleonory stanął John, który starał się jakkolwiek załagodzić sytuację. Ren ruszył szybkim krokiem w stronę całego zamieszania i zaczął mówić -Panowie, spokojnie, spokojnie, ta dwójka jest ze mną i przepraszam serdecznie za Pannę White i całe te zamieszanie, jest trochę zbyt podekscytowana przybyciem do naszego pięknego kraju, będę musiał jej jeszcze przedstawić panujące tutaj maniery. -powiedział w swoim ojczystym języku. Następnie zwrócił się ku chłopakowi w mundurze, ukłonił się i kontynuował: -Panie oficerze, jeszcze raz bardzo przepraszam w imieniu Anny. Taka sytuacja się więcej nie powtórzy, gwarantuje to Panu. Watanbe liczył, że udało mu się złagodzić napięcie i uniknąć kłopotów, zerkając raz po raz na Eleonorę z lekkim poirytowaniem.
-
Violet, a właściwie od teraz oficjalnie Coral, energicznie zeszła na ląd. Wciągnęła głęboko powietrze pachnące z jednej strony znajomo - jak każdy port - ale zawierające też nieznane, egzotyczne dla niej nuty. Z fascynacją rozejrzała się po ulicy, próbując odgadnąć, co kryje się w budynkach oznaczonych jedynie tajemniczymi ornamentami tutejszego pisma. Z zainteresowaniem przyglądała się podpiesznie idącym ludziom. Nie miała pojęcia, jak mógł wyglądać tutejszy strój wieczorowy. Będzie musiała poprosić Eleonorę o pomoc przed spotkaniem z antropolożką. Dobrze, że jest Francuzką - w posługiwaniu się językiem francuskim Violet czuła się nieco pewniej niż w japońskim, który sprawiał wrażenie melodyjnego bełkotu.
Jej uwagę przykuło nagłe zamieszanie spowodowane chyba przez Eleonorę. Sytuację próbowali załagodzić nerwowo kłaniający się, powtarzając jakąś mantrę, John oraz tłumaczący coś ze spokojem Ren. W pierwszej chwili Violet chciała włączyć się w wyjaśnienia, ale mogłaby co najwyżej dołączyć do błagalnej postawy Johna bądź odwrócić uwagę oficerów... jakimś zamieszaniem. Wykazując się jednak zaskakującą, jak na nią, roztropnością i cierpliwością, Violet postanowiła poczekać na dalszy rozwój wypadków.
-
Młody oficer przez kilka sekund milczał, nie spuszczając wzroku z Eleonory. Wokół nadal napięcie wisiało w powietrzu, a grupka młodzieńców stojących za plecami oficera wyglądała tak, jakby tylko czekała na powód, żeby rozpętać tu rozróbę. To samo zresztą można było powiedzieć o Biggym, Tickym, Redzie i Frannym, którzy wyczuwając zbliżającą się okazję do spuszczenia komuś lania zaczęli szukać dookoła czegoś, co mogłoby im zastąpić tradycyjne sztachety. Na szczęście, w samą porę pojawił się Ren.
Samo usłyszenie z jego ust czystej, poprawnej japońszczyzny zrobiło na nich większe wrażenie, niż chcieliby przyznać. Oficer powoli przeniósł wzrok na mecenasa Watanabego. Przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, jakby próbował ocenić kim on właściwie jest i dlaczego podróżuje z obcokrajowcami. Potem powoli skinął przed nim głową, bardziej formalnie, niczym urzędnik przyjmujący wyjaśnienie, a niekoniecznie jak człowiek okazujący szacunek.
W takim razie pilnuj swoich gości lepiej - odpowiedział chłodnym, idealnie opanowanym tonem. Tu emocji się nie okazywało, ale ten chłód bywał o wiele gorszy, niż krzyk. - Bo chyba nie do końca wiedza, gdzie się znajdują.
Mówiąc to, demonstracyjnie ignorował Eleonorę, jakby od chwili pojawienia się przed oficerem rodowitego Japończyka kobieta przestała być godna bezpośredniego zwracania się do niej. To było równie obraźliwe, jak wcześniejsze "omae".
Coraz więcej ich tu ostatnio! - burknął w końcu jeden z młodzieńców, najwidoczniej szukając zaczepki. - Zachowują się, jakby świat należał do nich!
Oficer uniósł lekko rękę, a ci natychmiast ucichli. To również mówiło samo za siebie. Dyscyplina, niemal wojskowa, z jaką reagowali, sprawiała że nie mogli być tylko grupką ulicznych awanturników. Tak się wam przynajmniej wydawało... Nie budziło jednak wątpliwości, że żołnierz ma tu ogromny posłuch.
A jeśli naprawdę szukacie tego człowieka... - spojrzał krótko na fotografię Nakamury, którą później oddał Renowi, a nie Eleonorze. - ...to radziłbym robić to ciszej. W dzisiejszych czasach nie wszystko wypada mówić publicznie.
Po tych słowach oficer odwrócił się na pięcie i odszedł, a grupka młodych nacjonalistów ruszyła za nim niemal natychmiast, rzucając wam jeszcze chłodne spojrzenia. Dopiero, kiedy zniknęli w tłumie, wciąż stojąca obok Japonka odetchnęła wyraźnie i niemal odbiegła w przeciwnym kierunku.
Uff, mało brakowało... - skwitował to wszystko Chance głosem, który zapewne wydawał mu się rozładowującym napięcie, po czym zaśmiał się cicho. - No dobrze, no to... jaki mamy plan? Kantor, tak? Zaraz... powinien tu być jakiś drogowskaz do niego prowadzący, prawda? Panie Watanabe, to może ten? - spytał profesor, wskazując na szyld sklepu rybnego. -
Dzielnica portowa w Jokohamie
John Carter odetchnął z ogromną ulgą, kiedy oficer i towarzyszący mu młodzi mężczyźni zniknęli w tłumie noszących dziwaczne ubrania przechodniów. Myśliwy nie znał tutejszych obyczajów ani miejscowego prawa, ale podejrzewał, że wejście w jakikolwiek zatarg z przedstawicielami władzy mogło się dla członków ekspedycji bardzo źle skończyć. Tak, to mogło się naprawdę bardzo źle skończyć.
Dźwięk głosu profesora odwrócił uwagę Cartera od posępnych dywagacji i uwolnił zarazem narastającą w mężczyźnie od dłuższego czasu złość. Uczony na początku znajomości sprawiał wrażenie niefrasobliwego i dziecięco naiwnego, ale opinia ta ulegała w myślach Aladkańczyka szybkim przemianom.
Chance był niekompetentnym głupcem bez krztyny instynktu samozachowawczego, niebezpiecznym dla siebie samego, ale i swoich towarzyszy.
- Myślę, że w tych okolicznościach powinien pan wrócić na pokład, profesorze - powiedział zimnym tonem myśliwy kładąc dłoń na ramieniu uczonego - Nie wiadomo, czy ten żołdak naprawdę stracił zainteresowanie pańską osobą czy też tylko wycofał się w obliczu tak dużej grupy jak nasza i zaraz wróci z całym oddziałem. Ja rozumiem, że brak szacunku dla osoby z takim autorytetem naukowym może być niepojęty, ale ten kraj rządzi się prawami, które nijak się mają do amerykańskich wartości, panie profesorze. Jeśli pan zostanie aresztowany, ekspedycja okaże się porażką. Proszę wrócić na pokład i czekać tam, aż ktoś z nas nie przyniesie panu nowych wiadomości.
Nie zdejmując ręki z ramienia uczonego Carter przeniósł znaczące spojrzenie na kwartet pałkarzy.
- Biggy i jego chłopaki zapewnią panu bezpieczeństwo, tutejsi potrzebowaliby więcej niż tuzina żołdaków, żeby się przez nich przebić, prawda, panie Biggy?
-
Walter po zobaczeniu, jak tylko kilka słów Rena wystarczyło, żeby rozwiązać konflikt, musiał przyznać, że adwokat to doprawdy złotousty diabeł.
-Ren nie uważasz, że obecność tak dużej grupy tylko utrudnia ci poruszanie się? - Walter zapytał Japończyka zanim ten zdążył podejść znów do grupy. -Na pierwszy rzut oka widać, że w słowach nie masz sobie równych. Jestem pewny, że bez problemu namówisz całą ekspedycję na pozostanie w bibliotece. My będziemy spokojnie siedzieć i planować nasze następne kroki. Podczas gdy, ty będziesz mógł na spokojnie wypytać o Nakamurę w urzędzie. Wydaje mi się to rozsądniejsze niż zostawianie profesora i tej czwórki debili samych sobie - po tych słowach Walter podszedł do profesora.
-Jeśli naprawdę grozi panu niebezpieczeństwo to faktycznie należałoby udać się gdzieś w bezpieczniejsze miejsce. Proponuje wymienić walutę w kantorze, a potem Ren nas gdzieś zaprowadzi Prawda? - powiedział Walter po czym skierował wzrok na Rena.
-
Teraz, kiedy zagrożenie w postaci oficera w pełni przeminęło, Eleonora miała szansę, by poczuć w pełni lęk i absurdalność całej tej sytuacji.
Jej serce biło intensywnie w jej piersi, co było średnio przyjemnym uczuciem, dodatkowo kobieta cała się dygotała i trzęsła. W końcu uklęknęła, by trochę odzyskać kontakt z rzeczywistością.
- Omae… - zachichotała cichym głosem. Ten chichot nie wyglądał na szczególnie zdrowy psychicznie – Nazwał mnie omae… - po jej policzkach popłynęły zły, sama nie wiedziała czemu. Ze stresu? Strachu? Ulgi? Wszystko po trochu?
-
Violet przez chwilę przyglądała się sytuacji, jakby oglądała jeden z filmów gangsterskich, zanim dotarło do niej, że to wszystko dzieje się naprawdę. Ze względu na nieznany język nie do końca rozumiała, co się stało, jednak po spokoju i pewności Rena domyśliła się, że ten wyjaśnił pomyślnie sytuacje. John natomiast tracił cierpliwość do zachowania profesora i usilnie próbował przekonać go do pozostania na statku. Violet postanowiła włączyć się do dyskusji:
-Jo... Mike ma rację, profesorze. Powinien pan poczekać na statku w towarzystwie... obstawy, a my ze wszystkim sobie poradzimy. W końcu za to nam pan przecież płaci.
Następnie podeszła do skulonej Eleonory i objęła ją delikatnie ramieniem.
-Już dobrze, Noo... Anno, już dobrze. Już po strachu - szeptała kojąco, łagodnie gładząc kobietę po ramieniu. - A co to słowo właściwie znaczy?
-
Gdy oficer oddalił się, Ren natychmiastowo poczuł wielką ulgę. Wiedział, że cała ta sytuacja mogła się skończyć naprawdę niedobrze dla jego towarzyszy, a szczególnie dla Eleonory. Chwilę po całym zamieszaniu zmierzył ją wzrokiem, w którym wyryta była wyraźnie irytacja, chciał już powiedzieć jej klika ostrych słów, lecz zauważył, że Panna Croft jest cała roztrzęsiona, więc postanowił jej wytłumaczyć jej błędy z opanowniem. -Eleonoro... spokojnie..Musisz wiedzieć, że amerykanie delikatnie rzecz ujmując nie są tu jakoś specjalnie mile widziani. Pamiętaj o tym, aby... trochę subtelniej podchodzić do interakcji z innymi tutaj.
Kończąc rozmowę z damą zaczepił mecenasa Walter, który zasugerował mu odesłanie profesora i część drużyny do jakiegoś bezpiecznego miejsca i samodzielne odnalezienie Nakamury. Watanabe nic na to nie odpowiedział, tylko dogłębnie to przemyślał. Jednocześnie skierował swój wzrok w stronę Chance' którego bezskutecznie John próbował podejść strachem, jak i Violet wraz z Murdockiem, którzy również próbowałi przekonać Broephyle'a. Ren także postanowił do nich dołaczyć, lecz z innym, dyplomatycznym podejściem. Podszedł do profesora, i zaproponował spokojnym głosem. -Panie Chance, myślę, że pomysł moich towarzyszy nie należy do najgorszych. Tak jak powiedział John, nie możemy ryzykować aby coś się Panu stało, a więc sugeruję abyśmy najpierw udali się do kantoru, a potem odstawie was w jakieś bezpieczne miejsce - chociażby na ów pokład, a następnie wyruszę z dajmy na to Carterem do urzędu żeby ustalić aktualne położenie Kazuo. Co Pan na to?
-
Eleonora pozwoliła sobie na przytulenie Violet - była taka roztrzęsiona, musiała coś zrobić z dłońmi.
- Oh, przepraszam, przepraszam... - wyszeptała - jestem kłębkiem nerwów. Oh...
-A co do słowa, to... znaczy ono coś w rodzaju "ty", ale jest bardzo, bardzo mało przyjemne i nieeleganckie. Coś jak... użyć "du" zamiast "Sie" w niemieckim? Tylko nieco bardziej, uważam... - wyjaśniła.
-
Z racji zerowej znajomości niemieckiego Violet nie miała pojęcia, o czym mówi Eleonora, pokiwała jednak głową, nie chcąc drążyć trudnego tematu. Zważywszy na mocno emocjonalną reakcję kobiety postanowiła nigdy nie używać "du", zwracając się do Niemców.
W pierwszej chwili poczuła się niezręcznie, objęta przez ledwie poznaną kobietę, ale szybko rozluźniła się, żeby uspokoić rozmówczynię. Pomyślała, że odwrócenie jej myśli od sytuacji może pomóc, więc zwróciła się do kobiety:
- Profesor wspominał coś o kolacji u antropolożki i strojach wieczorowych... Zdaje się, że nie mam nic odpowiedniego i zupełnie nie znam się na tutejszej modzie. Czy mogłabym prosić Panią o pomoc w zakupie czegoś odpowiedniego, gdy już wymienimy pieniądze?
@kaworu
- Profesor wspominał coś o kolacji u antropolożki i strojach wieczorowych... Zdaje się, że nie mam nic odpowiedniego i zupełnie nie znam się na tutejszej modzie. Czy mogłabym prosić Panią o pomoc w zakupie czegoś odpowiedniego, gdy już wymienimy pieniądze?
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się