Serce tajgi [Zew Cthulhu]
-
Eleonora – a właściwie Anna White, jak była znana pod swoim imieniem z paszportu – westchnęła w duchu, patrząc na profesora i jego, em… „starania”. Nie tak, wszystko nie tak, o mój Boże, kami-sama, Tasukete!
- Pan profesor pozwoli… - powiedziała grzecznie, ale stanowczo, po czym podeszła do niego i zręcznie mu zabrała zdjęcie poszukiwanego. Podeszła do pierwszej lepszej kobiety – dosyć wysokiej Japońki w kwiecistym kimonie – i przemówiła do niej po japońsku.
- Przepraszam panią? Dzień dobry, jestem Anna White, oddaję się w pańskie ręce. Szukamy tego człowieka. Może pani spojrzeć na jego zdjęcie? Nazywa się Nakamura Kazuo, mieszka w tym mieście. Hm… nie wie pani, jak można znaleźć kogoś w Japonii? Prywatny detektyw, jakiś urząd zbierający dane o populacji, może jakaś organizacja się tym zajmuje? Jak pani myśli, kogo moglibyśmy poprosić o pomoc w tym kraju? Przepraszam, jestem z Ameryki… - usprawiedliwiła się na sam koniec.
-
Kiedy Walter i Ren rozmawiali na boku o kantorze i potencjalnych planach, zbierając uwagę całej reszty, Eleonona (@kaworu) zwróciła uwagę profesorowi i poszła naprawić jego błąd. Odebrała mu fotografię i podeszła do kobiety przechodzącej obok nich, kłaniając się jej nisko. Ta, w średnim wieku i eleganckim kimonie, odwzajemniła jej ukłon po chwili wpatrywania się w nią twarzą pozbawioną wyrazu. Słuchała tego, co dziewczyna do niej mówi, ale kiedy Eleonora pokazała jej zdjęcie, jej powieki nieco się uniosły. Chwilę później jej wzrok powędrował w innym kierunku. Kiedy Amerykanka pyta ją o urzędy bądź detektywów, kobieta wyraźnie sztywnieje, a jej ciało zdradza oznaki niepokoju. Kiedy zaś padły z ust Eleonory słowa "Nakamura Kazuo", Japonka gwałtowanie się odwraca, rzuca jedynie szybkie "proszę wybaczyć, Anna-san, rodzina czeka na mnie w domu", po czym cofa się o krok. Próbuje odejść, ale za jej plecami jak diabeł z pudełka pojawia się młodzieniec w wojskowym mundurze.
Widzieliście już nie raz amerykańskich żołnierzy. Jeśli nie na wojnie, to wracających z wojny. Większość z nich była, owszem, schludna i zdyscyplinowana, choć i tak nadchodzący oficer wywołał u was niemałe osłupienie. Jego czarne buty były wypastowane i wypolerowane na glanc, świecąc nawet mimo mgły. Jego kroki były pewne i regularne, jakby nigdy nie przestawał maszerować. Mundur miał idealnie równy, podobnie jak niewielkie, przystrzyżone wąsy. Przy jego boku zwisała szabla, a z jego piersi - kilka orderów. Japonka, z którą Eleonora dopiero rozmawiała, zamarła w bezruchu, choć oficer zdawał się zupełnie nie zwracać na nią uwagi. Patrzył za to na Eleonorę dość zimnym wzrokiem. Ktoś stojący z boku mógłby uznać tę scenę za dość groteskową, ponieważ wojskowy był niższy od dziewczyny niemal o głowę, było w nim jednak coś wzbudzającego autorytet, który nie pozwalał choćby pomyśleć o czymś takim.
"Czego tu szukasz, omae?" - oficer zwrócił się do Eleonory nie tylko bez ukłonu, gdzie samo to byłoby już formą okazania pogardy, co jeszcze przy okazji w sposób właściwy do zwracania się do podwładnych. - "Japonia nie jest miejscem dla ludzi, którzy myślą, że mogą tu przyjechać jak do siebie i wypytywać o poddanych cesarza. To nie Ameryka!"
Zanim Eleonora zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, została otoczona przez grupkę młodych mężczyzn, którzy patrzyli na nią w sposób wyjątkowo nieprzyjazny.
"Zjeżdzaj stąd, gaijin!" - odezwał się w końcu jeden z nich. - "To niepodległy kraj, a nie kolejna z waszych kolonii!"
Wszyscy ludzie dookoła zdają się omijać zarówno Eleonorę, jak i całą resztę grupy, szerokim łukiem, nie zdobywając się choćby na spojrzenie w ich kierunku. Nawet rikszarze przyśpieszają, kiedy zbliżają się do miejsca, w którym stoi ktokolwiek z was. -
Dzielnica portowa w Jokohamie
John Carter zdrętwiał porażony dreszczem wyjątkowo złego przeczucia. Architektura miasta, obce pismo na szyldach, dziwne stroje i zachowania mieszkańców - wszystko to dobitnie uświadamiało myśliwemu, że trafił do zupełnie innego świata, rządzącego się własnymi prawami, wyznającego inne wartości i mającego niekwestionowaną władzę nad przybyszami ze Stanów. Profesor Chance dowiódł bezsprzecznie swojej niekompetencji, ale w tej właśnie chwili John pojął, że nieporadna beztroska uczonego stała się wręcz niebezpieczna.
Ren Watanabe nie zdołał wbić do głowy Alaskańczyka wiele więcej oprócz kilku słów powitalnych i przeprosin, dalece niewystarczających do przeprowadzenia jakiejkolwiek sensownej konwersacji, pokazał mu jednak sposób, w jaki w jego kraju powinno się kłaniać dla okazania szacunku.
Widząc, że sytuacja zmierza ku groźnej eskalacji, traper zrobił kilka kroków ku otoczonej przez rozgniewanych mężczyzn Eleonorze zerkając przy tym ponaglająco na Watanabe.
- Sumimasen - powiedział kłaniając się nisko w kierunku oficera - Sumimasen. Hajimemashite.
Powtarzając z pochyloną pokornie głową jedyne słowa, które zdołał przywołać z wspomnień lekcji, Carter zaczął się jednocześnie modlić w duchu, aby pałkarze nie zechcieli przypadkiem wtrącić się do wystarczająco już groźnego zamieszania.
-
Eleonora naprawdę nie wiedziała, co powiedzieć ani co zrobić. Patrzyła tylko nieprzytomnie na pana oficera, z szeroko otwartymi oczyma i wyrazem absolutnego strachu na twarzy.
-
Po zejściu ze statku Ren poczuł powietrze, które były inne niż w stanach - powietrze, które znał bardzo dobrze i dawało mu jednoznacznie znać, że wrócił do domu, którego nigdy nie chciał opuszczać, ale niestety musiał. Zaszkliły mu się oczy ze wzruszenia, lecz szybko się opamiętał i doszedł do wniosku, że nie ma czasu na sentymenty i trzeba skupić się na zadaniu i znaleźć Nakamurę.
Po przemówieniu Chance'a, i informacji, że posiada on tylko zdjęcie Kazuo i nic więcej, Watanabe zauważył malującą się złość na twarzach swoich towarzyszy. On oczywiście też poczuł zażenowanie zaistniałą sytuacją i brakiem profesjonalizmu ze strony organizatora wyprawy, ale nie rozwodził się nad tym zbyt długo i zaczął już rozmyślać nad rozwiązaniem tego problemu. Jednocześnie przed całą grupę wyszedł Walter przejmując inicjatywę i prosząc chwilę wcześniej Japończyka o poparcie. Ren po chwili namysłu dołączył do niego na środku. -Tak, tak musimy zacząć od wymiany waluty na jeny. Z dolarami wiele tu nie zdziałamy, są one tutaj używane tak naprawdę tylko na czarnym rynku. I tak, jasne mogę się tym zająć, lecz myślę, że szansę na próbę oszustwa są niewielkie. A w temacie Nakamury, to jeśli faktycznie pochodzi z Jokohamy i jest tutaj zameldowany, to wystarczy, że udamy się do pobliskiego urzędu, a tam to już dla mnie załatwienie tego będzie tylko formalnością. -powiedział z lekkim uśmiechem na twarzy.
Kątem oka prawnik zauważył Eleonorę, która bez wyczucia podeszła do jednej z kobiet, a potem okrążających ją kilku mężczyzn z oficerem na czele. W obronie Eleonory stanął John, który starał się jakkolwiek załagodzić sytuację. Ren ruszył szybkim krokiem w stronę całego zamieszania i zaczął mówić -Panowie, spokojnie, spokojnie, ta dwójka jest ze mną i przepraszam serdecznie za Pannę White i całe te zamieszanie, jest trochę zbyt podekscytowana przybyciem do naszego pięknego kraju, będę musiał jej jeszcze przedstawić panujące tutaj maniery. -powiedział w swoim ojczystym języku. Następnie zwrócił się ku chłopakowi w mundurze, ukłonił się i kontynuował: -Panie oficerze, jeszcze raz bardzo przepraszam w imieniu Anny. Taka sytuacja się więcej nie powtórzy, gwarantuje to Panu. Watanbe liczył, że udało mu się złagodzić napięcie i uniknąć kłopotów, zerkając raz po raz na Eleonorę z lekkim poirytowaniem.
-
Violet, a właściwie od teraz oficjalnie Coral, energicznie zeszła na ląd. Wciągnęła głęboko powietrze pachnące z jednej strony znajomo - jak każdy port - ale zawierające też nieznane, egzotyczne dla niej nuty. Z fascynacją rozejrzała się po ulicy, próbując odgadnąć, co kryje się w budynkach oznaczonych jedynie tajemniczymi ornamentami tutejszego pisma. Z zainteresowaniem przyglądała się podpiesznie idącym ludziom. Nie miała pojęcia, jak mógł wyglądać tutejszy strój wieczorowy. Będzie musiała poprosić Eleonorę o pomoc przed spotkaniem z antropolożką. Dobrze, że jest Francuzką - w posługiwaniu się językiem francuskim Violet czuła się nieco pewniej niż w japońskim, który sprawiał wrażenie melodyjnego bełkotu.
Jej uwagę przykuło nagłe zamieszanie spowodowane chyba przez Eleonorę. Sytuację próbowali załagodzić nerwowo kłaniający się, powtarzając jakąś mantrę, John oraz tłumaczący coś ze spokojem Ren. W pierwszej chwili Violet chciała włączyć się w wyjaśnienia, ale mogłaby co najwyżej dołączyć do błagalnej postawy Johna bądź odwrócić uwagę oficerów... jakimś zamieszaniem. Wykazując się jednak zaskakującą, jak na nią, roztropnością i cierpliwością, Violet postanowiła poczekać na dalszy rozwój wypadków.
-
Młody oficer przez kilka sekund milczał, nie spuszczając wzroku z Eleonory. Wokół nadal napięcie wisiało w powietrzu, a grupka młodzieńców stojących za plecami oficera wyglądała tak, jakby tylko czekała na powód, żeby rozpętać tu rozróbę. To samo zresztą można było powiedzieć o Biggym, Tickym, Redzie i Frannym, którzy wyczuwając zbliżającą się okazję do spuszczenia komuś lania zaczęli szukać dookoła czegoś, co mogłoby im zastąpić tradycyjne sztachety. Na szczęście, w samą porę pojawił się Ren.
Samo usłyszenie z jego ust czystej, poprawnej japońszczyzny zrobiło na nich większe wrażenie, niż chcieliby przyznać. Oficer powoli przeniósł wzrok na mecenasa Watanabego. Przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, jakby próbował ocenić kim on właściwie jest i dlaczego podróżuje z obcokrajowcami. Potem powoli skinął przed nim głową, bardziej formalnie, niczym urzędnik przyjmujący wyjaśnienie, a niekoniecznie jak człowiek okazujący szacunek.
W takim razie pilnuj swoich gości lepiej - odpowiedział chłodnym, idealnie opanowanym tonem. Tu emocji się nie okazywało, ale ten chłód bywał o wiele gorszy, niż krzyk. - Bo chyba nie do końca wiedza, gdzie się znajdują.
Mówiąc to, demonstracyjnie ignorował Eleonorę, jakby od chwili pojawienia się przed oficerem rodowitego Japończyka kobieta przestała być godna bezpośredniego zwracania się do niej. To było równie obraźliwe, jak wcześniejsze "omae".
Coraz więcej ich tu ostatnio! - burknął w końcu jeden z młodzieńców, najwidoczniej szukając zaczepki. - Zachowują się, jakby świat należał do nich!
Oficer uniósł lekko rękę, a ci natychmiast ucichli. To również mówiło samo za siebie. Dyscyplina, niemal wojskowa, z jaką reagowali, sprawiała że nie mogli być tylko grupką ulicznych awanturników. Tak się wam przynajmniej wydawało... Nie budziło jednak wątpliwości, że żołnierz ma tu ogromny posłuch.
A jeśli naprawdę szukacie tego człowieka... - spojrzał krótko na fotografię Nakamury, którą później oddał Renowi, a nie Eleonorze. - ...to radziłbym robić to ciszej. W dzisiejszych czasach nie wszystko wypada mówić publicznie.
Po tych słowach oficer odwrócił się na pięcie i odszedł, a grupka młodych nacjonalistów ruszyła za nim niemal natychmiast, rzucając wam jeszcze chłodne spojrzenia. Dopiero, kiedy zniknęli w tłumie, wciąż stojąca obok Japonka odetchnęła wyraźnie i niemal odbiegła w przeciwnym kierunku.
Uff, mało brakowało... - skwitował to wszystko Chance głosem, który zapewne wydawał mu się rozładowującym napięcie, po czym zaśmiał się cicho. - No dobrze, no to... jaki mamy plan? Kantor, tak? Zaraz... powinien tu być jakiś drogowskaz do niego prowadzący, prawda? Panie Watanabe, to może ten? - spytał profesor, wskazując na szyld sklepu rybnego. -
Dzielnica portowa w Jokohamie
John Carter odetchnął z ogromną ulgą, kiedy oficer i towarzyszący mu młodzi mężczyźni zniknęli w tłumie noszących dziwaczne ubrania przechodniów. Myśliwy nie znał tutejszych obyczajów ani miejscowego prawa, ale podejrzewał, że wejście w jakikolwiek zatarg z przedstawicielami władzy mogło się dla członków ekspedycji bardzo źle skończyć. Tak, to mogło się naprawdę bardzo źle skończyć.
Dźwięk głosu profesora odwrócił uwagę Cartera od posępnych dywagacji i uwolnił zarazem narastającą w mężczyźnie od dłuższego czasu złość. Uczony na początku znajomości sprawiał wrażenie niefrasobliwego i dziecięco naiwnego, ale opinia ta ulegała w myślach Aladkańczyka szybkim przemianom.
Chance był niekompetentnym głupcem bez krztyny instynktu samozachowawczego, niebezpiecznym dla siebie samego, ale i swoich towarzyszy.
- Myślę, że w tych okolicznościach powinien pan wrócić na pokład, profesorze - powiedział zimnym tonem myśliwy kładąc dłoń na ramieniu uczonego - Nie wiadomo, czy ten żołdak naprawdę stracił zainteresowanie pańską osobą czy też tylko wycofał się w obliczu tak dużej grupy jak nasza i zaraz wróci z całym oddziałem. Ja rozumiem, że brak szacunku dla osoby z takim autorytetem naukowym może być niepojęty, ale ten kraj rządzi się prawami, które nijak się mają do amerykańskich wartości, panie profesorze. Jeśli pan zostanie aresztowany, ekspedycja okaże się porażką. Proszę wrócić na pokład i czekać tam, aż ktoś z nas nie przyniesie panu nowych wiadomości.
Nie zdejmując ręki z ramienia uczonego Carter przeniósł znaczące spojrzenie na kwartet pałkarzy.
- Biggy i jego chłopaki zapewnią panu bezpieczeństwo, tutejsi potrzebowaliby więcej niż tuzina żołdaków, żeby się przez nich przebić, prawda, panie Biggy?
-
Walter po zobaczeniu, jak tylko kilka słów Rena wystarczyło, żeby rozwiązać konflikt, musiał przyznać, że adwokat to doprawdy złotousty diabeł.
-Ren nie uważasz, że obecność tak dużej grupy tylko utrudnia ci poruszanie się? - Walter zapytał Japończyka zanim ten zdążył podejść znów do grupy. -Na pierwszy rzut oka widać, że w słowach nie masz sobie równych. Jestem pewny, że bez problemu namówisz całą ekspedycję na pozostanie w bibliotece. My będziemy spokojnie siedzieć i planować nasze następne kroki. Podczas gdy, ty będziesz mógł na spokojnie wypytać o Nakamurę w urzędzie. Wydaje mi się to rozsądniejsze niż zostawianie profesora i tej czwórki debili samych sobie - po tych słowach Walter podszedł do profesora.
-Jeśli naprawdę grozi panu niebezpieczeństwo to faktycznie należałoby udać się gdzieś w bezpieczniejsze miejsce. Proponuje wymienić walutę w kantorze, a potem Ren nas gdzieś zaprowadzi Prawda? - powiedział Walter po czym skierował wzrok na Rena.
-
Teraz, kiedy zagrożenie w postaci oficera w pełni przeminęło, Eleonora miała szansę, by poczuć w pełni lęk i absurdalność całej tej sytuacji.
Jej serce biło intensywnie w jej piersi, co było średnio przyjemnym uczuciem, dodatkowo kobieta cała się dygotała i trzęsła. W końcu uklęknęła, by trochę odzyskać kontakt z rzeczywistością.
- Omae… - zachichotała cichym głosem. Ten chichot nie wyglądał na szczególnie zdrowy psychicznie – Nazwał mnie omae… - po jej policzkach popłynęły zły, sama nie wiedziała czemu. Ze stresu? Strachu? Ulgi? Wszystko po trochu?
-
Violet przez chwilę przyglądała się sytuacji, jakby oglądała jeden z filmów gangsterskich, zanim dotarło do niej, że to wszystko dzieje się naprawdę. Ze względu na nieznany język nie do końca rozumiała, co się stało, jednak po spokoju i pewności Rena domyśliła się, że ten wyjaśnił pomyślnie sytuacje. John natomiast tracił cierpliwość do zachowania profesora i usilnie próbował przekonać go do pozostania na statku. Violet postanowiła włączyć się do dyskusji:
-Jo... Mike ma rację, profesorze. Powinien pan poczekać na statku w towarzystwie... obstawy, a my ze wszystkim sobie poradzimy. W końcu za to nam pan przecież płaci.
Następnie podeszła do skulonej Eleonory i objęła ją delikatnie ramieniem.
-Już dobrze, Noo... Anno, już dobrze. Już po strachu - szeptała kojąco, łagodnie gładząc kobietę po ramieniu. - A co to słowo właściwie znaczy?
-
Gdy oficer oddalił się, Ren natychmiastowo poczuł wielką ulgę. Wiedział, że cała ta sytuacja mogła się skończyć naprawdę niedobrze dla jego towarzyszy, a szczególnie dla Eleonory. Chwilę po całym zamieszaniu zmierzył ją wzrokiem, w którym wyryta była wyraźnie irytacja, chciał już powiedzieć jej klika ostrych słów, lecz zauważył, że Panna Croft jest cała roztrzęsiona, więc postanowił jej wytłumaczyć jej błędy z opanowniem. -Eleonoro... spokojnie..Musisz wiedzieć, że amerykanie delikatnie rzecz ujmując nie są tu jakoś specjalnie mile widziani. Pamiętaj o tym, aby... trochę subtelniej podchodzić do interakcji z innymi tutaj.
Kończąc rozmowę z damą zaczepił mecenasa Walter, który zasugerował mu odesłanie profesora i część drużyny do jakiegoś bezpiecznego miejsca i samodzielne odnalezienie Nakamury. Watanabe nic na to nie odpowiedział, tylko dogłębnie to przemyślał. Jednocześnie skierował swój wzrok w stronę Chance' którego bezskutecznie John próbował podejść strachem, jak i Violet wraz z Murdockiem, którzy również próbowałi przekonać Broephyle'a. Ren także postanowił do nich dołaczyć, lecz z innym, dyplomatycznym podejściem. Podszedł do profesora, i zaproponował spokojnym głosem. -Panie Chance, myślę, że pomysł moich towarzyszy nie należy do najgorszych. Tak jak powiedział John, nie możemy ryzykować aby coś się Panu stało, a więc sugeruję abyśmy najpierw udali się do kantoru, a potem odstawie was w jakieś bezpieczne miejsce - chociażby na ów pokład, a następnie wyruszę z dajmy na to Carterem do urzędu żeby ustalić aktualne położenie Kazuo. Co Pan na to?
-
Eleonora pozwoliła sobie na przytulenie Violet - była taka roztrzęsiona, musiała coś zrobić z dłońmi.
- Oh, przepraszam, przepraszam... - wyszeptała - jestem kłębkiem nerwów. Oh...
-A co do słowa, to... znaczy ono coś w rodzaju "ty", ale jest bardzo, bardzo mało przyjemne i nieeleganckie. Coś jak... użyć "du" zamiast "Sie" w niemieckim? Tylko nieco bardziej, uważam... - wyjaśniła.
-
Z racji zerowej znajomości niemieckiego Violet nie miała pojęcia, o czym mówi Eleonora, pokiwała jednak głową, nie chcąc drążyć trudnego tematu. Zważywszy na mocno emocjonalną reakcję kobiety postanowiła nigdy nie używać "du", zwracając się do Niemców.
W pierwszej chwili poczuła się niezręcznie, objęta przez ledwie poznaną kobietę, ale szybko rozluźniła się, żeby uspokoić rozmówczynię. Pomyślała, że odwrócenie jej myśli od sytuacji może pomóc, więc zwróciła się do kobiety:
- Profesor wspominał coś o kolacji u antropolożki i strojach wieczorowych... Zdaje się, że nie mam nic odpowiedniego i zupełnie nie znam się na tutejszej modzie. Czy mogłabym prosić Panią o pomoc w zakupie czegoś odpowiedniego, gdy już wymienimy pieniądze?
@kaworu
- Profesor wspominał coś o kolacji u antropolożki i strojach wieczorowych... Zdaje się, że nie mam nic odpowiedniego i zupełnie nie znam się na tutejszej modzie. Czy mogłabym prosić Panią o pomoc w zakupie czegoś odpowiedniego, gdy już wymienimy pieniądze?
-
- Tak kochana, z chęcią Ci w tym pomogę - powiedziała Eleonora, uśmiechająć się delikatnie do swojej nowej przyjaciółki (?).
-
Profesor patrzył na próbujących go przekonać do tymczasowego odcięcia się od ekspedycji wraz z "ochroną" z pewnym zakłopotaniem, jednak z biegiem czasu jego wyraz twarzy łagodniał. Pod koniec wyglądał, jakby się nad czymś poważnie zastanawiał.
Hmm... - mruczał pod nosem, gładząc się po brodzie, stojąc na środku ulicy i nie zwracając uwagi na dość nieprzychylne spojrzenia rzucane mu przez Japończyków. - Być może i macie rację. Weźmiemy wszystkie bagaże i zaniesiemy je do hotelu. Spotkamy się wieczorem, na przyjęciu u madame. No, panowie! Bierzemy bagaże i jedziemy do hotelu! - kiwnął na "pałkarzy", którzy mieli takie miny, jakby odejście było ostatnią rzeczą, na jaką mieli ochotę, ale ostatecznie wypełnili polecenie tego, który im płacił. - Panie Watanabe, może nam pan zatrzymać rikszę i poprosić o przetransportowanie do hotelu? Zapłacę temu panu na miejscu. -
Eleonora wstała i spojrzała przyjaźnie na Violet.
- Kochana – powiedziała ciepłym tonem głosu – Skoro idziemy na tę imprezę u pani antropolog, to może kupimy jakieś odświętne stroje? W Japonii zazwyczaj nosi się tak zwane kimona, mogą one służyć jako pidżamy, ale są także ładnymi strojami na szczególne okazje. Myślę, że mogłoby się Tobie takie kimono spodobać, w przeciwieństwie do świata zachodniego, jest to dosyć luźny strój. Jaki chcesz kolor? Czerwień by Ci pasowała do włosów, ale błękit by z nimi kontrastował, hm… W każdym razie możemy udać się do sklepów i porozglądać za odpowiednim odzieniem, co o tym myślisz?
-
Violet z ulgą zauważyła, że Eleonora nieco się uspokoiła. Entuzjastycznie zareagowała na propozycję kobiety. Ruszyła za nią, chłonąc miasto całą sobą. Jego zapach, dźwięki, bawrwy. Zwracała uwagę, jak odmiennie zachowują się tu ludzie - z jaką kulturą i chłodną uprzejmością zwracają się do siebie, często nie okazując żadnych emocji.
Gdy dotarły do celu i oczom Violet ukazała się sklepowa wystawa pełna barwnych kimon, ta zaniemówiła z zachwytu. Czuła się speszona, wchodząc do wewnątrz. Zazwyczaj nosiła ubrania po starszych kuzynkach czy dzieciach sąsiadów, bądź też uszyte przez babkę gryzące wełniane spódnice. Dodatkowo onieśmielała ją obecność sprzedawczyni, która najwyraźniej chciała pomóc, wypowiadając zapewne pytania w komplernie niezrozumiałym języku. Gdyby nie obecność Eleonory, Violet wycofałaby się w popłochu. Tymczasem wspólne zakupy i przymiarki okazały się przyjemnie i nawet nieco... zabawne. Ostatecznie Violet zdecydowała się na błękitny strój z delikatnym wzorem. @kaworu
-
JOHN I WALTER
Riksze wiozące całą grupę do hotelu ruszają pośpiesznie ulicami Yokohamy. Żadne z was nie doświadczyło nigdy czegoś podobnego. Pojazd ciągnięty przez człowieka wydaje się być czymś pomiędzy taksówką a... wyjątkowo ponurym żartem. Siedząc na niewielkim siedzeniu, podczas gdy przed wami drobnym truchtem biegł ciągnący was mężczyzna, trudno było pozbyć się uczucia niezręczności. Sam i Rosa wyglądali tak, jakby właśnie zobaczyli kogoś, kto rozdeptał małemu dziecku zamek z piasku na plaży. Mruknęli coś o "nieludzkim kapitalizmie" i zdecydowali się iść na pieszo, rzucając gniewne spojrzenia na całą resztę. "Pałkarze" zdawali się jednak nie mieć podobnych rozterek...
No ja pierdolę, że te żółtki samochodu na oczy nie widziały, to się domyślałem, ale że ludzi zamiast koni używają... - zarechotał Biggy, rozsiadając się tak, że jego rikszarz aż obejrzał się na niego z niepokojem. U nas z czarnuchami tak powinni zrobić. Przynajmniej do czegoś się przydadzą...
Tylko jak cię wywali, to będzie twoja wina - mruknął Franny z pewnym niepokojem.
Zamknij japę, Franny, i podziwiaj widoki! - odpowiedział mu beztrosko Biggy. A widoki rzeczywiście były warte uwagi.
Im dalej od portu, Yokohama zaczęła coraz bardziej przypominać miejsce, które mogliście sobie wyobrażać, myśląc o Japonii. Nie dało się tego porównać z żadnym amerykańskim miastem. Ulice były wąskie, budynki dość niskie. Właściwie nie było tu budynków wielopiętrowych, o wieżowcach już nie wspominając. Ren opowiadał wam, że tutejsze budownictwo tak wygląda, ponieważ Japonia bardzo często doświadcza trzęsień ziemi. Nad waszymi głowami wisiały pionowe szyldy pokryte znakami, które wydawały się dla was być niczym skomplikowane wzory, jakieś dzieła sztuki. Co kilka przecznic pojawiały się niewielkie kapliczki, bramy torii albo kamienne posążki, zapewne jakichś bóstw, stojące zwyczajnie pomiędzy sklepami i warsztatami.
Miasto pachniało inaczej. Nie był to smród benzyny i dymu z fabryk, do którego przywykliście w Kalifornii. Tutaj w powietrzu mieszały się zapachy ryb, gotowanego ryżu, węgla drzewnego, herbaty i czegoś słodkiego, czego żadne z was nie potrafiło nazwać. Co chwilę mijaliście uliczne stragany, na których sprzedawcy przygotowywali jedzenie na oczach klientów, nakładając je z wysokich garnków, z których buchała gęsta para. Gdzieś obok starsza kobieta sprzedawała wachlarze, a kilka metrów dalej mały chłopiec siedział na małym dywaniku na ziemi i naprawiał sandały ludziom, którzy podeszli.
Wielu przechodniów odwracało głowy w waszym kierunku. Patrzyli zwłaszcza na Biggy'ego. Trudno było się dziwić - nawet w Ameryce był człowiekiem zwracającym uwagę, ale tutaj... musiał wyglądać zupełnie jak przybysz z innej planety. Zwróciliście uwagę też na to, że było tu niepokojąco dużo ludzi w mundurach. Pojawiali się właściwie wszędzie, niemal na każdej ulicy, idąc w kilkuosobowych grupach. Co prawda nie zachowywali się w żaden sposób agresywnie, ale ich obecność była stała i oczywista. Ludzie reagowali na nich dość odruchowo, bez słowa ustępując im z drogi i kłaniając się nisko.
Minęliście również szkołę, do której właśnie szła prowadzona przez starszą kobietę grupka dzieci. Recytowali jakiś wierszyk, a kiedy obok nich pojawiła się grupka żołnierzy, wszyscy natychmiast zesztywnieli. Dla większości z was wyglądało to niewinnie, ale Walter, który był na froncie Wielkiej Wojny i widział już podobne obrazki, przeżył niespodziewane deja vu.
W końcu zabudowa zaczęła się zmieniać. Coraz gęściej pojawiały się budynki w stylu zachodnim, z szerokimi oknami, ceglanymi elewacjami i szyldami w języku angielskim, niemieckim i francuskim.
No, kurwa, wreszcie cywilizacja! - oznajmił Biggy z ulgą.
Powiedział człowiek, który parę chwil temu próbował gwizdnąć ośmiornicę od ulicznego handlarza... - odpowiedział mu Franny.
Bo wyglądała zajebiście! - zaśmiał się Biggy.
Riksze zwolniły, a przed wami piętrzył się hotel. Dość wysoki jak na tutejsze standardy budynek z jasnej cegły i kamienia wyróżniał się z okolicznej zabudowy. Nad wejściem wisiał elegancki szyld z napisem zarówno po angielsku, jak i po japońsku (dzięki czemu każdy z obecnych zdobywa +k10 japońskiego). Przed drzwiami stał portier w eleganckim i idealnie skrojonym mundurze, który powitał was na wejściu po angielsku.
Dzień dobry, mieli państwo rezerwację? - spytał, kłaniając się.
Tak, tak... - odpowiedział profesor, grzebiąc w kieszeniach, aż w końcu wyjął z niej małą karteczkę i podał portierowi. Ten spojrzał na nią, kiwnął głową i uśmiechnął się. - Zapraszam - otworzył drzwi.
Ja pierdolę... - wydyszał jakby z lekkim niedowierzaniem Biggy, stojąc nadal na środku ulicy.
Co? - spytał Franny.
Chyba pierwszy raz w życiu będę spał gdzieś, gdzie nie ma szczurów...
Jeszcze nie widziałeś pokoju, więc nie ciesz się za szybko - odrzekł Red.
Właśnie dlatego powiedziałem "chyba"...
Franny prychnął pod nosem.
Podobno w takich miejscach dają darmowe ręczniki. Jeśli będą też tutaj, to zabieram dwa...
Tylko dwa? - spytał Biggy, z wyczuwalną pewną kpiną w głosie.
Nie jestem zachłanny - odpowiedział spokojnie Franny.
Przekroczyliście próg hotelu i niemal natychmiast poczuliście się nieswojo: wysoki sufit, polerowana drewniana podłoga, miękki dywan, mosiężne lampki, wiszące lustra, zapach palonej kawy i drogich cygar... Wszystko to wydawało się dla was, prostych ludzi z Kalifornii lub Alaski, czymś jeszcze bardziej egzotycznym, niż sama Japonia. Nawet Sam i Rosa, kiedy was dogonili, wydawali się być mniej pewni siebie, niż zwykle.
I oto kolejny przejaw kultury kapitalizmu, lub raczej jej braku. Bogacze opływają w luksusy, popalając cygara, a biedni muszą ciągnąć riksze... - Rosa nie mogła się powstrzymać od komentarza. Razem z Samem i trochę zagubionym Natem stanęli na progu i stwierdzili, że nie spędzą nocy w takim miejscu.
Ale to wszystko jest już opłacone! - zdenerwował się Chance.
Trudno - odpowiedział stanowczo Sam. - To twój problem, jeśli wolisz wydawać pieniądze na wyzyskiwaczy klasy robotniczej. Ale my nie weźmiemy w tym udziału. Będziemy spać na ulicy lub w noclegowni, gdziekolwiek gdzie nie będziemy przez to wspierać wyzysku.
I wyszli. Chance stał przez chwilę w miejscu, wpatrzony w drzwi, którymi trzasnął Sam, ale w końcu wzruszył ramionami. On jeden zresztą zdawał się nie być nijak speszony tym miejscem. Podszedł do recepcji i w kilka minut załatwił formalności.
No dobrze, moi drodzy - powiedział wyraźnie ucieszony. - Pokoje są gotowe - odrzekł i przystąpił do rozdawania kluczy. - Wszystkie dwuosobowe. Panienki oczywiście razem, dam im klucze później. Panie Carter, proszę klucz, będzie pan z panem Watanabe, kiedy ten wróci. Pan Murdock... z panem... Frannym? A pan Red z panem Biggym.
O nie, kurwa! - wysyczał Biggy.
Co "nie"? - zdenerwował się Red.
Bo będziesz chrapał!
Ja nie chrapię!
Jak to, kurwa, nie? Chrapiesz jak silnik tamtego statku! - wyglądali, jakby zaraz mieli się pobić.
No dobrze, dobrze, to niech będzie pan Ticky z panem Biggym, a pan Red ze mną. Może być? - starał się uspokoić sytuację Chance. Ci tylko spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami. - Doskonale! No, to rozgośćcie się, odpocznijcie, umyjcie się i nie zapomnijcie o tym, że wieczorem idziemy na przyjęcie! No, a ponieważ udało mi się wynegocjować zwrot za tamtą trójkę - oznajmił z dumą - proponuję, żebyśmy spotkali się za godzinę lub dwie na lunchu. Tu, w hotelowej restauracji. Posiedzimy sobie, zagramy w karty, a wieczorem przyjęcie. A jutro... wrócimy do poszukiwania Nakamury - uśmiechnął się szeroko i odszedł w kierunku pokoju, najwidoczniej przekonany, że właśnie rozwiązał wszystkie problemy.REN
Podczas gdy reszta grupy udała się do hotelu lub na zakupy, Ren postanowił na chwilę odłączyć się od pozostałych. W przeciwieństwie do większości towarzyszy nie czuł się tutaj zagubiony, wręcz przeciwnie - po raz pierwszy od lat czuł się jak w domu. Niemniej, Jokohama była nieco inna, niż ją zapamiętał. Z jednej strony pełna dźwięków i zapachów z dzieciństwa, z drugiej - bardziej zatłoczona i nerwowa. Na wielu budynkach wisiały flagi, na ulicach widział mnóstwo żołnierzy. Miasto żyło swoim rytmem, ale oprócz tego było w nim coś jeszcze. Coś nieco bardziej obcego.
Najpierw jednak należało się zająć sprawami praktycznymi. Amerykańskie dolary były tutaj użyteczne tylko w określonych miejscach i określonych kręgach. A jeśli grupa miała spędzić w Japonii więcej niż kilka godzin, potrzebowała jenów. A skoro i tak musiał znaleźć kantor, być może przy okazji uda się dowiedzieć czegoś więcej.
Profesor Chance najwyraźniej zamierzał szukać Kazuo Nakamury, pokazując jego fotografię przypadkowym przechodniom. Ren podejrzewał, że istnieją skuteczniejsze metody. Poprawił kołnierz płaszcza i ruszył w głąb miasta, pozostawiając za sobą hotel, grupę i ich coraz bardziej chaotyczną ekspedycję. Przed nim rozciągała się Jokohama — ogromna, głośna i pełna ludzi. A gdzieś pośród nich być może znajdował się pierwszy ślad prowadzący do człowieka, którego szukali. -
Eleonora spędziła bardzo miło czas z Violet, przeglądając i kupując kimona. W końcu zdecydowały się na zakup - panna Croft zakupiła zielone, kontrasujące z brązem jej oczu i włosów. Natępnie wróciły rikszą do hotelu, gdzie już czekała na nich reszta grupy.
Przy obiedzie
- Wiecie? - zagaiła Eleonora - Nieco zazderoszczę Samomi i reszcie - Ich siły przekonań i zasad moralnych. Ja nie potrafiłabym zrezygnować z luksusów tego hotelu dla nocowana w jakiejs noclegowni, a i kapitalizm nie jest z mojej perspektywy aż tak wielkim problemem. Znaczy tak, znam teorie ekonomiczne i społeczne krytykujące konsumpcjonizm i kapitalizm, ale, hm... to bardziej ciekawość intelektualna niż jakieś zasady, którymi się kieruję w życiu? Musi być bardzo przyjemnie mieć aż tak silny kompas moralny - westchnęła, zawstydzona własnymi poglądami politycznymi.
- Mam nadzieję, że nic im się nie stanie w tym obcym kraju... - powiedziała, patrząc przez okno.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się