Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Stefan podniósł wzrok znad opatrywanego przez siebie i Duiviela Albrechta słysząc słowa powitania od jednego z pomocników łowcy czarownic który jak widać chciał im pomóc z rannymi, Stefan uśmiechnął się z wdzięcznością wymalowaną na twarzy:
- Witam. Dziękujemy za pomoc! - na tym jednak zakończył uprzejmości przechodząc od razu do rzeczy wskazując na rannego - Mamy tu kilka ran, poważnym problemem jest ta rana głowy, jeśli nie zatrzymamy…
Stefan otarł twarz przedramieniem mając nadzieje że to nie jest całe pokryte krwią i brudem chwile po tym jak skończyli opatrywać ostatniego rannego, był zmęczony i w pełni świadom tego, że w wielu wypadkach nie popisał się podczas leczenia… z drugiej strony nikt nie umarł w namiocie i raczej nie zapowiadało się na to żeby miał umrzeć więc nie poszło mu tragicznie.
Ukląkł i odmówił dziękczynne modlitwy zarówno do Sigmara jak i Pani Miłosierdzia. Nieznany mu medyk właśnie skończył myć zakrwawione dłonie i odezwał się do niego z pochwałą, Stefan w odpowiedzi uśmiechnął się ewidentnie zakłopotany i odparł:- Nie bardziej zaangażowany nich Pan czy Duiviel…nie było dotąd czasu się przedstawić, nazywam się Stefan Jaeger, jeszcze raz dziękuję za pomoc - wyciągnął do medyka rękę szybko przypominając sobie, że jest cały w krwi i zatrzymując rękę z przepraszającym spojrzeniem po którym natychmiast zabrał się za zmywanie krwi.
Przy tej czynności podszedł do niego wspomniany medyk z swoim cennym prezentem dla niego.
- Dziękuję, Panie, nie zasłużyłem, ale obiecuję dobrze ją wykorzystać… - zażenowany tak drogim prezentem Jeager odłożył cenną miksturę na ziemię i zaczął myśleć jak mógłby się odwdzięczyć swemu dobrodziejowi:
Nie mam nic równie cennego ale może przydałyby się wam jakieś zioła, mam trochę w swoich zapasach na wozie w regimencie?
Chwilę po tym gdy medyk łowców czarownic ich opuścił Jaeger podszedł do Duiviela z miksturą którą otrzymał przed chwilą:
- Dziękuję Ci za świetną pomoc przy rannych Duivielu…to powinno przypaść Tobie- powiedział wręczając miksturę elfowi z którym może zbytnio się nie lubili ale Jeager nigdy nie zapomniał jego pomocy na bagnach i chciał w końcu chociaż trochę zacząć spłacać swój dług wdzięczności wobec niego.
Jeager spędził jeszcze chwilę przy namiocie z rannymi czyszcząć i porządkując swój sprzęt medyczny. Po czym podszedł do każdego z zaangażowanych w udzielanie pierwszej pomocy i przyszykowanie punktu opatrunkowego aby im podziękować za pomoc. Przy okazji rozpytał się czego dowiedzieli się w międzyczasie o okolicy inni, w czasie kiedy on był skupiony na leczeniu. Po tym poprosił Olafa o pomoc i razem z nim i Azurem udał się do ruin aby przeszukać je dokładnie.
Wśród rozpadających się murów to młody Wisel zamienił się w mistrza i przewodnika natomiast Jeager stał się jego uczniem z uwagą przyglądającym się Olafowi kiedy ten badał różne zakamarki ruin w poszukiwaniu jakiś ukrytych rzeczy. Widać było że skupienie się na tym zajęciu było dla niego dobrym sposobem na odwrócenie uwagi od krwawego starcia które dopiero co stoczyli oraz ciężkich ran które odniósł jego ojciec.Jeager zebrał w sobie całą dostępną odwagę i ruszył w kierunku przywódcy łowców czarownic aby porozmawiać z nim. Podchodząc do ponurego mężczyzny zasalutował:
- Panie, chciałem podziękować za pomoc zarówno w walce z Pomiotami jak i za przysłanie swojego medyka do pomocy- Jeager pochylił głowę przed łowcą czarownic w geście wdzięczności. Po tym z lekkim wahaniem odezwał się ponownie starając się spojrzeć na łowcę i nie okazywać strachu:
- Muszę także ośmielić się zapytać o waszego więźnia Theoberta…wcześniej nie było na to czasu Panie, bo musieliśmy oczyścić tą przesieke z pomiotów, ale teraz chciałem się Panie spytać czy można jakoś pomóc w rozwiązaniu jego sprawy? Słyszałem że sierżant Kolesnikow pokrótce opisał Panu sprawę wcześniej. Jeśli chciałbyś Śledczy to mogę opisać całą naszą drogę tutaj i wszystkie zajścia przy posągu Naszego Pana Sigmara i jak to wyszło że Theobert został tam aby zająć się posągiem. Jeśli będziesz chciał Panie to mogę także spisać zeznanie na piśmie…tylko że do tego będę potrzebował poczekać na przybycie reszty regimentu i zabrać stamtąd swoje przybory do pisania. -
Elf zajął się swoją ranną kuzynką. Dwójka trupów mogła poczekać... i tak nic więcej nie można było zrobić. Ich tymczasowy dowódca w końcu zaczął zarządzać grupą, nawet podszedł w miejsce gdzie Tomas i Jurgen leżeli bez ruchu. Wyglądało jakby chciał się upewnić, że na pewno nie da się już im pomóc.Jedyna rzecz jaką można było zrobić dla martwej dwójki, to godnie ich pochować. To też musiało zaczekać, gdyż Stefan zaczął organizować sprzęt i namioty, by pomóc innym poszkodowanym.
Do Duivela i Jeagera dołączył jeden z łowców czarownic. We trzech 'prace' szły dość szybko. Elf w pewnym momencie zagadał do Harolda.
- Powiedz mi szanowny łowco, jak rozpoznajecie heretyków? Bo powiem szczerze, że ten cały Theo, którego pojmaliście przy przewróconym pomniku, to niedawno do nas dołączył i przez ostatni miesiąc nie widziałem nikogo aż tak żarlwiie przemawiającego w imię Sigmara. Zdziwiłem się widząc go podejrzanego o zniszczenie posągu, a nawet lekko rozbawiło biorąc pod uwagę poziom jego wiary. Bo wiesz, ja mogę za niego poświadczyć. Charakter ma trudny, ale potrafił nas wszystkich zmotywować żarliwą modlitwą- .
W trakcie rozmowy zdołali podleczyć kolejną osobę i pracowali dalej.
Lindara w tym czasie, z nowymi siłami, poszła na czaty wraz z jednym z ludzi Kolesnikova. Z jednej strony była ciekawa czy pomioty chaosu nie szykują kolejnej zasadzki, a z drugiej chciała zobaczyć czy jej siostra przypadkiem nie wraca z odsieczą. Okazało się, że Elfka miała dobre przeczucie, gdyż po kilku chwilach, krzyknęła - Ktoś jedzie! - . Dało wyczuć się entuzjazm w jej głosie, gdyż ewidentnie słyszała odgłos końskich kopyt. Raczej łatwo było odróżnić ten stukot od różnych pół-ludzi z lasu, którzy przecież często również mieli kopyta.
Eponia wróciła cała i zdrowa i była wielce uradowana, że jej siostra również jest w dobrym stanie, choć ubranie wskazywało na coś innego. Ich powitanie szybko przerwał Munzel - dowódca łowców czarownic - który wydał rozkazy. Mimo, że nie był jakkolwiek związany z grupą Petry, to wszyscy grzecznie posłuchali, łącznie z Gretą, która przecież zarządzała wszystkimi gebirgsjaeger. Jako, że Lindara stała teraz koło nich, to również poszła wykonać polecenia Munzel'a.
Duivel wykorzystał wolną chwilę, by bardzo dokładnie przyjrzeć się ruinom w których już wcześniej był. Przeszukał też najbliższe okolice, gdzie trwały walki, a następnie drogę ucieczki i gonitwy. Może akurat któryś z łowców przeoczył coś drogocennego, bądź ważnego. Wrócił do grupy, gdy przybyła Petra, Inez i cała reszta wojaków. Serdecznie uśmiehnął się do Sorokiny, gdy ta przechodziła obok i z dużym uśmiechem skinął głową. Szybko znalazł też Alezzię i nowego maga. Zbliżył się do nich i zagadał z pewną dozą nieśmiałości, ale wzrokiem nie uciekał od ich spojrzeń
- Szanowni magowie, mamy kilku rannych, niektórym z nich przydałaby się dodatkowa pomoc. Proszę, jak zechcecie pomóc, to tam jest namiot w którym leżą ranni... - tu Duivel wskazał w kierunku prowizorycznej siedziby medyków.
Elf następnie udał się do swoich przyjaciół, uściskał się z Leni, która od razu poczęstowała go jakimś zachomikowanym jedzeniem, Kargun już zabrał się do naprawy zbroi uczestników walki, ale znalazł czas na przyjacielski uścisk dłoni z elfem. Na koniec Mund-naru znalazł Feliksa, którego odesłał do namiotu z rannymi, gdyż jako lekarz-amator mógł się w końcu wykazać. Może jeszcze nie dziś, ale jutro rano z pewnością będzie dużym wzmocnieniem 'sanitariuszy'
Elf zauważył zgromadzenie ludzi, gdzie Kolesnikov chyba zaczął opowiadać o wydarzeniach podczas zwiadu. Posłaniec zakłócił opowieść, wzywając Stefana do Petry i Inez. Duivel podszedł do Erika, poprosił o łuka trunku z bukłaku i oznajmił, że chętnie dokończy opowieść o walkach z pomiotami chaosu...
-
Oryginalny tytuł: Tura 41 - 2521.05.04; bkt; zmierzch - wieczór
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
Czas: 2521.05.04; Angestag; zmierzch - wieczór
Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, d.sil.wiatr; zimno (-5)Wszyscy

link: https://i.imgur.com/PoT66tQ.jpeg
Pod mroczne już niebo czasem strzelały iskry z ognisk. Większość drewna jakie udało się zebrać na ogniska była wilgotna więc nie było to dziwne. Tak samo jak to, że mocno dymiły a całkiem silny wiatr niósł ten dym w stronę obozowiczów, namiotów i niknął gdzieś w zapadających ciemnościach coraz mroczniejszego lasu. Trochę bowiem czasu minęło odkąd szefowe naradziły się z łowcami nagród a potem wezwały do siebie dowódców poszczególnych oddziałów. Co tam było mówione to ludzie Kolesnikowa dowiedzieli się gdy czarnobrody herszt leśnych banitów wrócił z tego zebrania.
- Idziemy dalej. Niedaleko ma być jakaś polana. Tam rozbijemy się na noc. Jutro ruszymy dalej do Wendorf. - Stefan nie bawił się w finezję i po prostu streścił im co tam było na tym zebraniu. Z rachunków bowiem wynikało, że do miasta był może dzwon, może, dwa, może trzy marszu. Właściwie nie tak daleko. Pewnie byłaby szansa dotrzeć tam do zmroku. Tylko właśnie do zmroku też było podobnie. Więc gdyby im się nie poszczęściło i okazali się wolniejsi albo cel podróży był nieco dalej to trzeba by już maszerować w zapadającym zmierzchu lub rozbijać się na noc w tych niezbyt sprzyjających okolicznościach. A do tego czynnikiem trudnym do przewidzenia była aktywność zbrojnych band zwierzoludzi w tym terenie. Czy to były już forpoczty armii najeźdźców czy jakieś lokalne bandy tego nikt nie był pewien. Ale ich aktywności jaką się dzisiaj wykazali też nie dało się pominąć w tych rachubach. I biorąc to wszystko pod uwagę dowódcy wielu oddziałów woleli przenocować i nie pchać się w ciemno do przodu a obie szefowe przychyliły się do tego zdania.
Po całym dniu marszu nogi już domagały się odpoczynku a żołądki jedzenia. Więc i zwykli żołnierze chętnie powitali myśl, że spoczynek będzie prędzej niż później. Gdy dowódcy zadęli w gwizdki kolumna zebrała się w sobie i ruszyła dalej. Myśliwi Kolesnikowa szli teraz wzdłuż niej pojedynczo albo parami aby zabezpieczyć bardzo rozciągniętym szpalerem czujek przed przykrymi niespodziankami. Zaś konni górali przejęli rolę oddziału czołowego. Zwykle od frontu kolumny nie było ich widać.
Tak przeszli z pacierz, dwa lub trzy zanim dotarli do polany jaka była w stanie pomieścić chociaż większość kolumny. Tutaj po kolei wchodziły kolejne oddziały i szukano miejsca na noc. Powstał typowy dla każdego wieczoru rozgardiasz. Część wojaków poszła w obrzeża lasu szukać drewna na ogniska, część rozbijała namioty, inni palikowali zwierzęta, kuchnia szykowała się do przygotowania posiłku a ostmarscy ochotnicy Glazkowa zostali wyznaczeni jako straż tego wszystkiego. Zanim z tym wszystkim się uporano dzień rzeczywiście skończył się i ponad głowami zaczął się zmierzch. Coraz mniej było światła słonecznego a coraz więcej tego od ognisk. Zerwał się jednak całkiem silny wiatr jaki szarpał kapturami, włosami i płachtami namiotowymi. No i nawiewał ten dym z ognisk prosto w twarz. Jednak ogień koił oko i ducha, grzał zmarznięte dłonie a w miskach parowała gorąca strawa. Ta przyjemnie spływała po przełyku do żołądka gdzie syciła i rozgrzewała od środka. Nawet jeśli kasza z gęstym sosem, kawałkami kiełbasy nie była zbyt wyrafinowana to jednak spełniała swoje zadanie. Pomagała odpocząć po tych wszystkich dzisiejszych trudach marszu przez tą dziką krainę. Podobnie jak ogień przed namiotami i obecność towarzyszy, także tych z innych oddziałów. Teraz była okazja aby porozmawiać z nimi czy przemyśleć sobie wcześniejsze rozmowy.
Starszy wiekiem cyrulik od łowców czarownic wyraził uprzejme i stonowane zainteresowanie ziołami jakie Stefan mógłby użyczyć. Chociaż bez wylewności. Zresztą później się rozstali gdy Harold wrócił na grzbiet swojego wierzchowca i grupy swoich kamratów.
Podobnie razem z elfem wpadli na pomysł aby rozejrzeć się po ruinach. Sądząc po kształcie i wielkości musiał to być kiedyś przydrożny zajazd czy coś podobnego. Kamienne ściany wciąż jeszcze w większości stały chociaż dawno porósł je mech, kępki trawy, zarosły krzakami i wyrosło jakieś drzewko a zamiast podłogi miały dywan z przegniłych liści jaki szurał przy każdym kroku. Trochę obok znaleźli zarys fundamentów czegoś większego, pewnie stajni. Obecnie już w ogóle nie widocznej spod warstwy trawy i liści zalegających na dnie lasu. Póki się o nie ktoś nie potknął. Sądząc po widocznych osmaleniach na starych belkach to zapewne budynek się spalił. Dawno temu.
A jednak gdy już mieli wracać to w głębi lasu dostrzegli jakąś plamę koloru jaka nie pasowała do tego ponurego dnia lasu. Gdy ostrożnie podeszli bliżej dostrzegli barwę ubrania. To był jakiś człowiek przywiązany do pnia jednego z drzew. Właściwie jego ciało. Bezgłowe ciało. Brudne, zakrwawione i widocznie poddane torturom co świadczyły liczne rany. Czarno - biała kratownica ubrania sugerowała, że musiał to być ktoś w służbie ostlandzkiej, pewnie żołnierz lub urzędnik. Jego głowę czy też raczej osmoloną czaszkę znaleźli zawieszoną na sąsiednim drzewie. Wisiała tam niczym makabryczne trofeum.

link: https://i.imgur.com/6ukRbqG.jpeg
Mimo to znaleźli oprócz rozsypanych rzeczy jakie należały do tego nieszczęśnika także skórzaną tubę w jakiej zwykle przewożono listy. Ta też na to wskazywała i chyba została przegapiona bo znaleźli ją przy korzeniu drzewa. I to, że wciąż miała pieczęć z jakimś ostlandzkim herbem. Dało się poznać po wizernunku byczej głowy. Lak nie był zerwany więc mimo tragedii jaka się tu rozegrała tuba nie była jeszcze otwierana.
Gdy zaś Stefan zebrał się na odwagę aby podejść do przywódcy łowców heretyków ten ponury człowiek spojrzał na niego w dół spod szerokiego ronda kapelusza. Kryło ono jego twarz w cieniu przez co wydawał się jeszcze bardziej groźny i tajemniczy. Zwłaszcza jak siedział w siodle a się patrzyło w górę gdy się było piechurem. Burchald Munzel wysłuchał propozycji Jaegera i skinął głową.
- Dobrze Stefanie Jeagerze. Cieszy mnie twoja postawa i chęć współpracy. Spisz swoje zeznania jeśli potrafisz. Jeśli nie zgłoś się do Harolda, pomoże ci w tym. I gdy będziesz miał gotowy ten papier przynieś mi go. - odparł surowym i oschłym tonem chociaż zachował spokój. Niemniej uznał też zapewne rozmowę za zakończoną bo nie kontynuował jej dalej. Dopiero teraz, przy ognisku jak mieli okazję spocząć Ostlandczyk miał okazję aby się nad tym zastanowić przed snem.
Także Duivel miał okazję aby wspomnieć swoją krótką rozmowę z Haroldem. - Jak rozpoznać heretyka… - powtórzył pytanie elfa jakby go rozbawiło. - Mam nadzieję, że nie oczekujesz prostej, uniwersalnej odpowiedzi jaka będzie zdolna dopasować się do każdej sytuacji. - odparł po tej krótkiej chwili zastanowienia. Ale mimo to podzielił się swoim doświadczeniem. Jego zdaniem wiele mówiło podejrzane zachowanie jak choćby nie celebrowanie mszy, modlitwy, podważanie autorytetu władz świeckich i świątynnych. Bardzo pomocne były tutaj czujne oczy prawych obywateli jacy nie mogli ścierpieć takiego niegodnego zachowania. Potem łowcy mogli sami zweryfikować takie spostrzeżenia.
- A z tym Thedebertem to sprawa wyglądała dość prosto. Przewalony, zbeszczeszczony posąg Sigmara ze świeżo wyciętymi bluźnierstwami i pochylający się nad nim mąż z nożem w dłoni. Oczywiście, że zarzekał się, że to nie jego sprawka ale każdy heretyk by się tak tłumaczył. Więc nie można było mu puścić tego płazem i został zatrzymany do wyjaśnienia. No ale sprawa już się wyjaśniła więc jest wolny. - Harold nie wydawał się zbyt przejęty owym zdarzeniem. I bez skrępowania wyjaśnił punkt widzenia i motywacje jego grupy. I widocznie tak było po naradzie dowódców Theoberta rozwiązano i puszczono wolno. Ten zaś nie zdradzał żalu do łowców heretyków tylko radość, że nie zginie uznany za bluźniercę co wydawało mu się chyba bardzo straszne. Zresztą tą końcówkę drogi do polany i już przy kolacji cały czas kręcił się przy grupce konnych stróżów prawa.
Alezzia przychyliła się do prośby Duivela i poszła do namiotu zmajstrowanego przez myśliwych Kolesnikowa. Tam użyła swojej świetlnej magii leczącej jaka sprawiła, że stan rannych widocznie się poprawił. Prawie wszyscy nagle wstali niczym cudowni ozdrowieńcy. Rany też zniknęły lub mocno się zabliźniły. Przez co gdy Feliks już tam zaszedł to właściwie po robocie cyrulików i potem magiczki właściwie nie miał już nic do roboty. Poza tym i tak narada się już skończyła i padły rozkazy aby zwijać ten namiot i ruszać dalej.
Elf przez moment widział bosman rzecznych marines. Ale ta szła ze swoimi rzecznymi wilkami i odpowiedziała na jego pozdrowienie uśmiechem i skinieniem głowy. Nie indagowała go jednak.
Za to pewne poruszenie w świeżo rozbitym obozie wywołało spotkanie łowcy czarownic z tajemniczym, czerwonym magiem. Zapewne też nie przypadkowo skoro przy Munzelu kręcił się Theodebert. A może i nie bo z drugiej strony magister w czerwonym płaszczu ozdobionym złotymi i czarnymi tajemniczymi znakami jakie podróżował konno nie był aż tak trudny do wyłuskania w tej pieszej masie jaką była kolumna. Zaś charakterystyczne ubranie zdradzało jego nietuzinkowa profesję.
- Chciałbym zobaczyć twoją licencję magu. - zaczął Munzel podchodząc do mistrza Drogora jaki właśnie zsiadł ze swojego wierzchowca. Obejrzał się ku grupce łowców jaka właśnie nadeszła. Spod czerwonego kaptura jego twarz nie była zbyt widoczna przez co wyglądał dość tajemniczo by nie rzecz złowrogo.
- Obawiam się, że nie mam. - odparł bez ceregieli mag. To chyba poruszyło łowców a Thedebert wskazał go oksarżycielskim palcem.
- Heretyk! Bluźnierca! Sprzedawczyk! To szpieg najeźdźców, spalić go! - wykrzyczał jakby wrócił do konfliktu z magiem jaki miał już w Ristedt rano. Tylko wtedy był sam a teraz stał obok łowców heretyków.
- Milcz. - rzucił mu krótko Munzel uciszając gorliwego sługę swojego patrona. - Czemu nie masz licencji? Chyba znasz obowiązujące prawo dotyczące magistrów? - głos śledczego stał się jeszcze bardziej cierpki.
- A tak, coś mi się obiło o uszy. Nigdy nie mam głowy do dupereli. Jakieś karteluszki tu czy tam. Kto by na to zwracał uwagę? - odparł zakapturzony diametralnie odmiennym tonem. Wydawał się mówić jakby chodziło o błahostkę. Ale przysłuchujący się nie byli zaznajomieni ani z magią ani prawem ich dotyczących to nie byli w stanie ocenić ważkości tych argumentów.
- On z nas kpi! - rzucił mięśniak z grupy łowców wyraźnie wzburzony takim zachowaniem maga.
- Brak tej karteluszki może ci przysporzyć wiele kłopotów. Każdy mag w tym kraju powinien mieć swoją licencję ze sobą do okazania odpowiednim władzom i urzędnikom. Inaczej może zostać za nielegalnego czarokletę i ponieść tego konsekwencję. - Munzel nie tracił zimnej krwi i monotonnym głosem poinformował maga o jego prawach.
- Rzeczywiście. Brzmi poważnie. - zgodził się uprzejmie czerwony mag i mimo kaptura widać było jak zgodnie kiwa głową.
- Proszę o wybaczenie wasza miłość! Mistrz Drogor został napadnięty podczas podróży. I stracił cały swój dobytek. To był celowy atak aby go zlikwidować zanim wspomoże nasze siły w walce z najeźdźcą. - do dyskusji dołączyła Alezzia jaka weszła na scenę szybkim krokiem stając obok czerwonego maga.
- Ona z nim współpracuje. Zawsze go broni i tłumaczy. Myślę, że ją też trzeba by sprawdzić. Mogą być w zmowie. - podpowiedział gorliwie Theodebert rzucając oskarżycielksie spojrzenie na młodą magiczkę. - Ja bym sprawdził ich wszystkich. Dwójka kuglarzy a kapłana nie mają żadnego. To podejrzane. A te ich dwie co nimi rządzą też trzeba sprawdzić. Niby jakiegoś barona z gór o jakim nikt nie widział i nie słyszał. To podejrzane. - eremita wyrzucał z siebie szybkie zdania napiętnowane niechęcią. A do magów wręcz pałał żywą nienawiścią.
- Kazałem ci zamilnąć. - odparł sucho Munzel nie poświęcając mu nawet spojrzenia. To koncentrował na dwójce magów jaka stała kilka kroków dalej. - A ty masz swoją licencję? Chciałbym ją zobaczyć. - zwrócił się do młodej błondynki. Ta gorliwie pokiwała głową, sięgnęła do torby i podchodząc do śledczego wyjęła jakiś papier. Ten przechylił go w stronę najbliższego ogniska i zaczął czytać. Na tym zastały ich obie szefowe jakich pewnie też ściągnęło tu coraz większe zbiegowisko i wrzawa. Obie przyjechały konno.
- Co tu się dzieje? - zapytała Petra widząc to zamieszanie ale pewnie nie mogąc w lot zorientować się o co chodzi.
- Śledczy sprawdza nam licencję. Niestety licencja mistrza Drogona została w zniszczonym wozie. Tam w strumieniu na brodzie z Hochlandem. No i mistrz w tej chwili nie ma tych dokumentów. - wyjaśniła szybko młodsza magister korzystając, że lider łowców czytał dokument jaki mu właśnie podała.
- Twoja licencja jest w porządku. - odparł Bruchald oddając białogłowej jej dokument. Widocznie go usatysfakcjonował. - Jednak ten mężczyzna nie ma licencji. A w świetle prawa oznacza to, że jest dzikim magiem. A tacy powinni natychmiast zgłosić się do pierwszego licencjonowanego urzędu w celu sprawdzenia i weryfikacji. Jeśli tego nie zrobią są uznawani za heretyków i czarnoksiężników. - rzekł śledczy wskazując na maga w ozdobnym, czerwonym płaszczu. Jakby chciał i jego i zebranych poinformować jak działa prawo w tym zakresie.
- A czy my możemy o tym spokojnie porozmawiać? Zapraszam do naszego wagonu. - odezwała się milcząca do tej pory Inez.
- Nie daj im się zwieść panie! Trzeba zwaczać tą herezję na każdym kroku! One go chronią! Już w Ristedt nic nie zrobiły jak zwracałem im na to uwagę! - krzyknął wzburzony biczownik prosząc śledczego o interwencji w sprawie jawnej herezji. Przynajmniej tak to pewnie wyglądało w jego oczach. Wielu zwykłych ludzi jednak obawiało się magii i magów. Więc dało się wyczuć, że wielu wojaków chętnie pozbyłoby się czerwonego maga ze swoich szeregów. Na razie jednak nie wtrącali się w rozmowy ważniejszych od siebie przybierając postawę wyczekującą. Burchald też to widział i posłał obu konnych kobietom zagadkowe spojrzenie. Wreszcie jednak po tej pełnej napięcia chwili skinął głową i ruszył za nimi. Podobnie jak Harold. Cała czwórka po chwili zniknęła wewnątrz wagonu szefowych. Zaś w naturalny sposób zbiegowisko wokół magów zaczęło wracać do swoich spraw. Zwłaszcza, że gong od kuchni obwieścił początek kolacji. Nad polaną panowało już raczej nocne niż dzienne niebo. Do tego pochmurne jakby znów miało zacząć padać. Nie przeszkodziło to jednak wojsku z apetytem spałaszować wreszcie coś ciepłego. A potem coraz więcej z nich udawało się do swoich namiotów aby udać się na spoczynek. Obóz stopniowo cichł. Jedynie czujki z milicji Wurfer na jego obrzeżach nie mogły sobie pozwolić na odpoczynek.
-
Jeager przykląkł przy ciele zamęczonego mężczyzny w barwach Ostlandu.
- Pochowamy cię godnie, przyjacielu - pomyślał rozglądając się po okolicy aby po chwili wyciągnąć spomiędzy korzeni drzewa tubę na listy.
- Zanieśmy to dowódcą, po tym przyjdziemy zabrać ciało żeby pochować je z naszymi zabitymi. Lepiej nic nie ruszajmy na wypadek gdyby śledczy chciał zbadać to miejsce - Stefan wstał szybko ruszając szybkim krokiem w kierunku demontowanej przesieki.Kiedy dotarł na miejsce rozejrzał się poszukując wzrokiem dowódców poszczególnych oddziałów po czym zawołał do nich:
- Panno Herschel! Panie Kolesnikov! Panie śledczy Munzel! Znaleźliśmy ciało w lesie! Proszę uprzejmie podejdźcie tutaj - prosił wybierając miejsce które mniej więcej stawiało go pomiędzy trzema dowódcami. Kiedy Ci podeszli Jeager zaczął wyjaśniać sytuację wymownie wskazująć palcem kierunek w którym leżało ciało:
- Przeszukiwaliśmy z Duvielem i Olafem ruiny w poszukiwaniu śladów obozu pomiotów, gdy wypatrzyliśmy za nimi miejsce kaźni, jest tam ciało mężczyzny w barwach Ostlandu, był bardzo torturowany, może przesłuchiwany? Znaleźliśmy niedaleko ciała tubę na listy, pieczęć jest nienaruszona, mogę w razie czego otworzyć go i odczytać - wymawiając ostatnie słowa pokazał obecnym wspomnianą tubę pokazując na nienaruszoną pieczęć - Ciała i pozostałych rzeczy na miejscu staraliśmy się na tyle ile się dało nie ruszać, gdybyście Pani i Panowie chcieli się mu przyjrzeć zanim weźmiemy je do pochowania - ostatnie słowa najbardziej kierował w kierunku śledczego który wydawał mu się potencjalnie najbardziej zainteresowanym potencjalnym zbadaniem miejsca kaźni.
Polana na której rozbijają obóz
Stefan zmęczony całym dniem maszerowania i walki rozejrzał się po polanie, miał wielką ochotę po prostu położyć się spać tak jak stał. Jednak rozkazy jakie słyszał od sierżantów wzbudziły jego zaniepokojenie:
- Te ogniska zaledwie parę mil od potencjalnie zajętego przez wroga miasta mogą nie być najlepszym pomysłem… - Ostlandczyk przez chwilę myślał co z tym zrobić, po ostatniej burze jaką dostał za wykazywanie inicjatywy nie miał wielkiej ochoty na powtórkę, z drugiej strony wolał także dożyć następnego dnia a nie zginąć w nocnym ataku wroga więc po chwili namysłu zdecydował się udać do panny von Muller jako bardziej uprzejmej z dwóch dam oficerów. Stefanowi udało się złapać ją względnie oddzieloną od reszty żołnierzy, dzięki czemu miał nadzieje że nikt nie usłyszy ich konwersacji, nie chciał w końcu publicznie podważać rozkazów przełożonych:
- Przepraszam, Panno von Muller, czy mogę poprosić panią na słowa? - Kiedy młoda szlachcianka skinęła mu głową na zgodę podszedł bliżej i z widocznym podenerwowaniem zaczął mówić:
- Proszę pani nie chcę być malkontentem szukającym dziury w całym ale… obawiam się, że rozpalanie ognisk tak blisko miasta może być niebezpieczne. Jeśli Wendorf jest zajęte przez nieprzyjaciela to w najlepszym przypadku będą świadomi naszej obecności, w najgorszym zaatakują nas w nocy jak tylko zgromadzą siły. Dlatego ośmielam się zasugerować żebyś przemęczyli się przez noc bez ognisk…- Jeager widocznie zamyślił się na chwilę po czym dodał śpiesznie - albo postąpimy dokładnie odwrotnie i rozpalimy dwa, trzy albo i cztery razy więcej ognisk niż potrzeba. Powinno to zmylić ewentualnych zwiadowców wroga, zwiększając nasze siły kilkukrotnie, trzeba by do tego porozkładać przy tych ogniskach trochę worków z zapasami z wozów i po przykrywać je kocami czy płachtami żeby udawały śpiących żołnierzy - Jeager skończył snuć swoje pomysły patrząc z wyczekiwaniem na Inez jak oceni jego propozycje.
Konfrontacja pomiędzy magiem i łowcami
Stefan nie słyszał dokładnie wszystkich słów w rozwijającej się konwersacji, ale niesłychana nonszalancja i pycha Drogona osłabiły Ostlandczyka nie chcącego widzieć walk pomiędzy sojusznikami. Tym bardziej wściekł się gdy usłyszał podłe podjudzanie Thedeberta :
- Podła wesz jeszcze parę drzonów temu błagał o litość i wstawianie się za nim, a teraz sam podjudza do palenia na stosie! - pomyślał wściekle Jeager . Słyszał też dobrze rozkaz łowcy czarownic uciszający fanatyka i zdecydował się wykorzystać sytuacje. Kiedy gad drugi raz zaczął się drzeć Ostlandczyk ruszył w jego kierunku zbliżając się od tyłu. W chwili kiedy padalec po raz trzeci zaczął krzyczeć Jeager położył mu rękę na ramieniu i odezwał się cicho:
- Sługa naszego Pana kazał Ci milczeć, zamkniesz się sam, czy potrzebujesz pomocy? - Ostatnie słowa wsparł zaciśnięciem pięści i błyskiem w oku który jasno wskazywał, że ma nadzieję na to, że fanatyk da mu powód do rękoczynów. -
Ruiny, przed przybyciem głównego regimentu
Duivel zgodził się ze Stefanem, że koniecznie trzeba poinformować przełożonych o znalezisku. Jednak zanim zdążył powiedzieć swoje, ten zaczął już działać. Elf już zdążył się przyzwyczaić do tego jak Jeager działa. Jest na pewno prędki, szybko podejmuje decyzje, choć wydaję się czasem, że bez pomyślunku. Jednak to było zdanie Mundo-naru, a on ogólnie odbiera ludzi inaczej niż oni widzą siebie nawzajem. Planował wyciągnąć tubę i zachować ją aż do przyjścia Petry, ale po chwili przyszedł Stefan wraz z kilkoma ważnymi osobistościami, w tym najwyższym łowcą czarownic. Starał się jeszcze stroić miny i kiwać głową, aby o tubie nikt nic nie powiedział, ale jego próby wydawały się bardziej komiczne i ktoś musiałby mieć naprawdę farta żeby domyślić się o co chodzi. Grzecznie poczekał, aż wszyscy przyglądną się ciału i tubie. Zaznaczył jednak dość stanowczo jak na swoją pozycję- Z otwarciem tuby, zaczekałbym do momentu pojawienia się Petry i Inez, wydaje mi się, że będą to sprawy wojenne, a to One są przedstawicielkami Górskiej Marchii Falkenhorst. Z całym szacunkiem...- ukłonił się nisko na koniec, ewidentnie śledczemu Munzelowi.
Następnie wziął na bok Jeagera
- Nie zdążyłem Ci podziękować za miksturę. No więc.... dziękuję, na pewno się przyda. Wziąłem ją jedynie dlatego, gdyż uważam, że nie powinno się odmawiać gdy ktoś Ci coś daje. Sam też ją otrzymałeś, ale wiec, że ja nie mam zamiaru przekazywać jej dalej. Żeby też była jasność, w pierwszej kolejności leczę Lindarę i Eponię, trzeci może być Azur, bo polubiłem tego psiaka. Później pewnie wedle obrażeń, ale chcąc nie chcąc będę pamiętam od kogo ją dostałem. Rozgadałem się, a Ty na pewno masz już jakieś plany na działanie!- elf nic nie wspomniał o tubie i planach, bo przecież wcześniej ich nie wypowiedział, więc uznał za bezsensowne wypominać komuś podjęte decyzje, gdy samemu się nic nie zrobiło.
Drużyna Duivela
Podróż minęła im już spokojnie. Odkąd w grupie pojawiły się jego kuzynki, to elf czas głównie spędzał z nimi. Razem chodzili na czujki, przemierzali pobliskie lasy, a że byli nieco szybsi od ludzi to starali się czasem zebrać jakieś jagody czy jeżyny. Z lasem byli za pan brat, więc potrafili odróżnić owoce leśne jadalne, nawet od tych przyswajalnych, ale mniej smacznych. Jedno z nich jednak zawsze większą uwagę skupiało na okolicy, by szybko rozpoznać ewentualne zagrożenie.
Duivel kochał swe siostry stryjeczne, jednak to nie było tak, że pragnął przebywać tylko z nimi. Czuł się też w takim obowiązku. Odkąd jego kuzyn zaginął, a Lindara i Eponia dołączyły do wojny, wie, że po prostu musi się nimi zająć. Poza tym, reszta Jego ekipy trzymała się już z nowo poznanymi osobnikami. Kargun, mimo iż pracował u elfa, nie był jakimś wyjątkowym przyjacielem szpiczastouszych. Ba! Nawet ciężko było go nazwać krasnoludem przychylnym elfom. Miał oczywiście dobre relacje z rodziną Mundo-naru, ale poza tym nie znał ani jednego przedstawiciela ich gatunku i raczej nie zamierzał poznawać. Dalej chętnie wypiłby z Duvielem i porozmawiał, ale to by było na tyle. To nie był Jotunn, który za swym przyjacielem wskoczyłby w ogień (i vice versa). Także Kargun właśnie przebywał głównie Eitrim oraz nowo zwerbowanym pobratymcem.
Felix szybko się zaaklimatyzował. Mimo braku jakiegokolwiek dokumentu potwierdzającego jego zdolności medyczne, szybko dał się poznać jako osoba z umiejętnościami lekarskimi. Starał się pomagać nawet gdy ludzie byli po prostu przeziębieni, albo mieli jakiś większy ból głowy. Zgłosił się na ochotnika do pracy z ziołami i do ich zbierania. Próbował stworzyć jakieś trucizny w postaci smarowideł na broń. Wolny czas spędzał z milicją, a szczególnie starał się być w pobliżu Christiny Wurfer, która mu mocno imponowała swoją zaradnością i historią.
Najbardziej rozpoznawalną, albo lubianą, osobą z grupki Duivela była zdecydowanie Leni, która swoją miłością do kuchni, podbiła serca, a raczej żołądki, wojaków. Odnalazła się w nowej roli jak ryba w wodzie, wciąż się uśmiechając i rozmawiając bez wytchnienia. Po kolacji jednak, gdy tylko była taka możliwość, zawsze szła do dwóch elfek, gdyż traktowała je jak najbliższą rodzinę.W obozie
Podobnie sytuacja wyglądała podczas rozstawiania obozu na polanie, każdy zajmował się tym co umie najlepiej. Chwilową sielankę przerwało jednak jakieś napięcie w południowej części obozu. Duivel dostrzegł tam Thedeberta, więc czym prędzej ruszył by zobaczyć całe to zamieszanie. Szczerze był zszokowany jak Theo może być tak niewdzięcznym i chwilę po uratowaniu mu życia, zacznie sypać jakimiś wymyślonymi oskarżeniami w kierunku Petry czy Inez!
Stefan już zdążył stanowczo zareagować na idiotyzmy biczownika, a elf pomyślał sobie wtedy tylko " weź nie pytaj, weź mu jebnij ". Sam Duviel postanowił też działać szybko. W mgnieniu oka doszedł do odchodzącej grupki w postaci Łowcy Czarownic, Inez, Petry i Harolda.- Muszę coś powiedzieć. Wyboczcie szanowni, ale to ważne. - mówił będąc w ciągłym pokłonie - W wozie, którym jechał czerwony mag, była widoczna jakaś książeczką z pieczęciami, ale nie dość, że była nadpalona od obrażeń jakie doznał wóz w wyniku ataku pomiotów chaosu, a do tego już przmoczona, gdyż pojazd trafił do rzeki. Następnie na polu walki z jakimś nienaturalną latającą bestią, pomogliśmy sobie nawzajem. Nie bronię tu maga, ale chcę pokazać jak absurdalne są zarzuty wobec Petry i Inez. Bądźcie pozdrowieni i niech Sigmar pomoże Wam podjąć dobrą decyzję! - nadal w pół zgiętej pozycji elf jakby odsuwał się na bok, gdyż nawet nie liczył na odpowiedź. W sumie nie wie na co liczył, postanowił tym razem reagować.
-
Oryginalny tytuł: Tura 42 - 2521.05.04; ang/fst; wieczór - noc
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
Czas: 2521.05.04; Angestag; wieczór
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, zachmurzenie, d.sil.wiatr; zimno (-5)Wszyscy
Wieczór przy ognisku okazał się dość spokojny. Dało się wyczuć, że ulga z tego, że można zrzucić z siebie zbędny ekwipunek, usiąść, ogrzać się przy ognisku, zjeść ciepłą strawę była powszechna. Ale też i dało się wyczuć złowrogie napięcie jakie wywoływała złowroga ściana lasu otaczającego polanę. Po zapadnięciu nocy ta prastara puszcza wydawała się jeszcze mroczniejsza niż w dzień. Wówczas nawet pochmurne światło jakie przebłyskiwało w szczelinach pomiędzy leśnym sklepieniem dawało jakieś pocieszenie, że gdzieś tam dalej jest jeszcze inny świat niż te omszałe, wielkie, pradawne drzewa i mroczne tajemnice jakie skrywają.

link: https://i.imgur.com/zK0EELS.jpeg
Potyczki jakie oddział hochlandzkich ochotników Kolesnikowa stoczył w ciągu dnia nie dawał do myślenia. Co prawda główny trzon regimentu nie został zaatakowany co dawało nadzieję, że tych zwierzoludzi nie jest zbyt wiele aby się poważyli na tak śmiały atak. To samo zresztą dało się słyszeć od zwiadowców. Byli atakowani może przez tuzin, może trochę więcej koźlonogich i ich psich pomagierów. To były bandy jakie mogły się poważyć na taki izolowany oddział ale nie regiment jakiego byli częścią. Polowy, przydrożny pochówek zabitych łuczników i jakiegoś kuriera znalezionego trochę dalej od miejsca potyczki zwiadowców widzieli wszyscy. Pogrzeb był szybki i prosty, jak to zwykle w armiach bywało. Czy Hochlandzie, Ostlandzie, Stirlandzie to odbywało się to tak samo. Tylko znaczniej urodzeni i przywódcy którzy padli w boju mogli liczyć na coś więcej. O ile była do tego okazja. Tym razem nie było. Bo wedle słów Teodeberta niedaleko miała być polana na tyle duża aby była szansa pomieścić regiment. Nie było więc co zwłóczyć. Inaczej regiment musiałby nocować wzdłuż polnej drogi w przygodnym terenie co nie byłoby zbyt korzystne. Podczas pochówku Petra i Inez z końskich grzbietów wygłosiły krótkie podziękowanie poległym jacy padli tu w służbie górskiego margrafa w walce z odwiecznym wrogiem. Śledczy Munzem dodał coś od siebie zaś Harold odmówił krótki psalm żałobny złożony Morrowi aby przyjął poległych do swoich ogrodów. Po czym kolumna ruszyła dalej. A świeżo wykopany grób na cztery ciała wydawał się złowróżbnie pozdrawiać przechodzące oddziały. Gorliwy wyznawca nie mylił się i rzeczywiście kilka pacierzy później czoło regimentu władowało się na polanę o jakiej mówił.
Tym razem szefowe zapewne aby odciążyć pieszych zwiadowców poleciły im osłaniać flanki głównej kolumny maszerującej drogą. Szli więc na przełaj wzdłuż niej wypatrując zagrożeń i pułapek. Musieli iść pojedynczo tworząc szpaler czujek jaki tworzyli razem z milicjantami Wurfer jakich też często używano do takich pomocniczych zadań. Zaś na czoło kolumny wysunęli się konni gebirgsjaeger Eryka. Jakich zwykle nie było widać z czoła kolumny. Gdy więc w końcówce dnia weszło ono na tą polanę powitało ich tych kilku konnych górali jacy stanowili tą forpocztę regimentu.
Przy ognisku, strawie i przed rozbitymi namiotami, wśród towarzyszy broni była chwila aby odetchnąć. Aby porozmawiać, wspomnieć świeże wydarzenia z całego dnia czy pomyśleć o tym co czeka ich jutro.
Stefanowi udało się zainteresować Gretę, swojego imiennika i łowców czarownic odkryciem miejsca kaźni nieznanego kuriera. Cała grupka przyszła i rozejrzała się po tym niezbyt przyjemnym miejscu. Munzel wziął od niego zalakowaną tubę i przyjrzał się jej. Jeager i Duivel nie byli pewni czy dosłyszeli w jego ponurym głosie ironię czy nie. W każdym razie konny przywódca łowców heretyków zachował powagę jak to mówił.
- Czyli wasze szefowe są przedstawicielami Górskiej Marchii Falkenhorst. Więc są tu na gościnnych warunkach. Ja zaś jestem przedstawicielem władz Ostlandu a jesteśmy na terenie Ostlandu. Zaś na czas wojny zostałem zmobilizowany i mam pełnię władzy wojskowej. - poinformował ich z siodła jak wygląda sytuacja prawna. Czy tak było faktycznie ani Ostlandczyk ani elf nie mieli pojęcia bo w końcu w nauce prawa nie byli mocni. Brzmiało to jednak prawdopodobnie.
Śledczy przełamał pieczęć, otworzył tubę i wyjął z niej rulon. Rozwinął go i zaczął czytać. Za to z jego twarzy nie dało się odczytać czy są tam dobre czy złe wieści. W końcu zwinął rulon, schował z powrotem do tuby a tą do torby. - Posłaniec z Wendorf. Nic tu po nas. Wracamy na drogę. - rzekł i zawrócił konia z powrotem ku reszcie jaka krzątała się przy rozwalaniu zasieki. Z oględzin tego miejsca i ciała dało się odczytać, że zapewne zamęczono tego nieszczęśnika niedawno. Może ostatniej nocy, może rano, może wczoraj. Ciało jeszcze nie było zbyt spuchnięte ani nie zalatywało z daleka padliną. W każdym razie był martwy jak ludzie Kolesnikowa ruszali rano ze Speck albo i wcześniej. Kolesnikow uznał, że był dla zwierzoludzi rozrywką w jakiej się lubowali.
A gdy Stefan już wieczorem pośród obozu znalazł lady von Muller to ta po chwili zastanowienie zgodziła się aby przeszli się pomiędzy namiotami i ogniskami. Zresztą odnalezienie którejś z szefowych nie było takie trudne bo pośród tego namiotowego miasteczka buda ich wagonu rzucała się w oczy. Petra zresztą też obrzuciła go spojrzeniem gdy podszedł do jej koleżanki ale nie ingerowała w rozmowę.
- Dobrze, przekażę twoje sugestie Petrze. - lady Inez obiecała mu to ciepłym, uprzejmym głosem ale nie skomentowała tego co jej proponował. I tak się rozstali gdy on poszedł w swoją stronę a młoda szlachcianka z powrotem ku wagonowi. Ognisk jednak nie wygaszono. Jednak rozpalono sporo mniejszych już poza obozem, w głębi lasu jakie powinny pomóc dostrzec strażnikom podkradającego się nocą przeciwnika.
W nerwowej sytuacji jaka się wytworzyła między dwójką magów a łowcą czarownic Stefan postanowił spacyfikować Teodeberta. Jednak gorliwy wyznawca patrona Ostlandu odtrącił jego dłoń i spojrzał na niego hardo.
- Milcz! Widziałem cię jak konszachtowałeś w Ristedt z tym czerwonym heretykiem! Nie waż się kalać mnie swoimi obrzydliwymi łapami! - syknął mu w odpowiedzi jakby też zaliczył go do tych bardziej podejrzanych. I zapewne jeszcze w Ristedt był świadkiem jak Stefan poszedł do dziwnej, błotnej chatki mistrza Drogona. I w jego oczach było to równoznaczne z paktowaniem z czarokletą. Wiara sługi Młotodzierżcy pozwalała mu nie lękać się gróźb i rękoczynów więc interwencja Stefana nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.
Duivel z kuzynkami zaś jak wieczorem sprawdzali co im się od zasieków udało uzbierać z leśnego runa to było tego na ich trójkę ze dwa kubki smardzy i pieczarek. Odcinek był krótki a za bardzo nie mogli się rozłazić aby nie opuszczać szpaleru zwiadowców wokół głównej kolumny. Jak coś nie rosło w ciągu parunastu kroków od ich marszruty to nie opłacało się po to chodzić. Przez co ich zbiór nie był zbyt imponujący. Ale mógł stanowić dodatek do wieczornej strawy.
Tylko musiał jeszcze rozmówić się z zaproszeniem od śledczego na rozmowę. Gdy bowiem powiedział swoje podczas zajścia z Teodebertem, magami i łowcami to Munzel trawił chwilę jego słowa po czym rzekł mu aby poczekał. A gdy już jako tako zajście rozeszło się po kościach dał mu znak i elf przeszedł obok wierzchowca łowcy do ich rozbitego obozu. A rozbili się obok wagonu obu szefowych regimentu.
- To opowiedz co widziałeś w tym wozie. I co za stworzenia spotkaliście. Kto był z tobą? No i co robił ten mag podczas tego wszystkiego. Jak się zachowywał? Czy coś wzbudziło twoje podejrzenia? Albo dostrzegłeś coś nietypowego? Byłeś świadkiem jak używał mocy? Możesz to opisać? Twoje słowa mogą być ważnym świadectwem w tej sprawie. - wskazał mu na jakiś pieniek aby elf usiadł a sam skorzystał z podobnego. Harold przejął na siebie obowiązki skryby i spisywał tą rozmowę w jakiejś księdzę. Lider łowców niewiele się odzywał ale nie tracił swojego ponurego wyrazu twarzy. Głównie jednak słuchał co Duivel ma do powiedzenia w sprawie pierwszego spotkania maga i okoliczności jakie temu towarzyszyły. Przez tą rozmowę elf spóźnił się na kolację i gdy poszedł do kuchni polowej to już było już właściwie po niej. Przynajmniej nie czekał w kolejce jak większość regimentu.
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
Czas: 2521.05.04; Angestag/Festag; noc
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)Wszyscy
Obudziły ich krzyki. Odgłosy trwogi. W mrocznym wnętrzu namiotu żaden z nich nie widział wiele a co dopiero co się dzieje poza nim. Jeszcze skołowany umysł ocierał resztki snu próbując zorientować się co się stało. W małych namiotach spali zwykle po dwie, trzy osoby. Więc po omacku też wyczuwali ruch pozostałych. Też się właśnie wybudzali. “Co się dzieje?!” co chwila padało w tych namiotowych ciemnościach.
Ale coś złego. Spoza namiotów słychać było okrzyki ludzi pełne strachu, zaskoczenia i zdenerwowania. Oraz odgłosy walki. Jakieś dzikie wrzaski, szczęk broni, ujadanie psów, rżenie koni, tumult zwierząt. Wreszcie gwizdki sierżantów.
- Wyłazić! Wyłazić psie syny! Zbiórka! - krzyczał któryś z nich. Zresztą zaraz też i zza któregoś namiotu pokazał się i Kolesnikow. Wyglądał jakby go właśnie rozbudzono. Czyli tak jak chyba wszyscy obozowicze w zasięgu wzroku i słuchu. Ubierał nerwowo spodnie gdy inni podobnie wychodzili z namiotów też robiąc to jak najszybciej.
- Hochland! Hochland do mnie! Zbiórka! Zbiórka psia mać bo nas tu zastaną bez gaci! - krzyczał podobnie jak inni dowódcy. Gdzieś nad obozem rozległ się czysty, przeniklywy dźwięk trąbki bijącej na alarm. Cały obóz zbierał się jak w ukropie. Trudno było zorientować się co się właściwie dzieje.
- Strzelają! Strzelają do nas! - krzyknął jakiś na wpół rozebrany wojak. Pokazywał jak towarzysz co właśnie dopinał pas upadł z krzykiem gdy jakaś strzała wbiła mu się w pierś. Rzeczywiście widać było jak z nieba spadają jakieś kreski. Zwłaszcza jak się wbijały w namioty, w ziemię czy jakiegoś pechowca. Gdzieś na obrzeżach obozu musiała już trwać walka. Ale spomiędzy namiotów i licznych sylwetek nie dało się rozpoznać co się tam dzieje.
Spomiędzy tego chaosu dało się wyłowić równomierny trucht i brzęk metalu. Jednolita, zwarta grupa przeszła pomiędzy namiotami. To ostlandcy włócznicy pod wodzą swojego sierżanta parli w kierunku walki. Chociaż w tym tumulcie trudno było się zorientować gdzie ona jest. Hałasy dobiegały zewsząd. Włócznicy Duera byli jedyną zwartą, gotową do walki grupą w zasięgu wzroku. Bez ceregieli odpychali kogoś kto im zawadzał lub nie ustąpił zbyt szybko. Prędko też zniknęli im z oczu gdzieś pomiędzy namiotami.
- Do mnie! Hochland do mnie! - krzyczał Kolesnikow gdy sam ubierał się ale już z namiotów powychodzili jego myśliwi i też zbierali się przy nim. Podobnie jak przydzieleniu do jego oddziału zwiadowcy też potrzebowali czasu aby sprawić się do walki. Sytuacja w sąsiedztwie wyglądała podobnie i tam też wyrwani ze snu żołnierze zaczynali się grupować wokół swoich dowódców. Gdzieś na obrzeżach dały się słyszeć warkot jakichś bestii i okrzyki przeżenia i bólu jakby ktoś tam był żywcem rwany na strzępy. W nocne niebo poszybowały jakieś race. Narobiły huku ale póki były w powietrzu rozjaśniały ten objęty chaosem ziemski padół.
Stefan widział, że zbieranie się idzie mu podobnie jak Wieslerom i reszcie. Ale Duivel i Tobias zorientowali się, że są już prawie ubrani i chyba szybciej się wyrobią niż otaczający ich towarzysze.
Mecha 42
Nocny ostrzał
szansa 96+
1 Tobias, 2 Stefan, 3 Albrecht, 4 Olaf, 5 Duivel, 6 Eponia, 7 Lindara, 8 Kargun, 9 Felix, 10 Leni
rzut: https://orokos.com/roll/1011141
1 Tobias 76 > nic
2 Stefan 43 > nic
3 Albrecht 74 > nic
4 Olaf 55 > nic
5 Duivel 32 > nic
6 Eponia 54 > nic
7 Lindara 39 > nic
8 Kargun 14 > nic
9 Felix 46 > nic
10 Leni 83 > nic -
Tobias leżał na swoim kocu, w ubraniu, jedynie buty zdjął by stopy nieco odpoczęły. Nie dawał mu spokoju fakt, że mimo niedawnych dwóch zasadzkach, jakie zgotowali im zwierzoludzie, dowództwo zachowywało się jakby byli na pikniku a nie na wojnie. Być może się nie znał na wojaczce ale miał doświadczenie w polowaniu na te dwunożne bestie i nigdy, tak głęboko na wrogim terytorium nie palili ognisk, by nie przykuć jego uwagi. Z drugiej strony nigdy myśliwi nie byli taką wielką kupą ludzi, do tego w jednym miejscu. Nawet w całkowitych ciemnościach byłoby ich słychać, no i czuć. A węch te koziesyny miały znacznie lepszy od ludzkiego. Powinni przynajmniej zastawić potykacze wokół obozu. Ale była już musztarda po obiedzie i za trzymanie gęby na kłódkę winić tylko siebie, teraz mógł tylko być przygotowany, na cokolwiek nastąpi. Ubranie miał na sobie, łuk leżał obok. W razie czego będzie potrzebował tylko chwili by założyć buty i cięciwę na łuk. Ciekawość też zżerała Tobiasa jakie wieści niósł kurier z Wendorfu. Zapewne do wysokich rangą oficerów, sądząc po reakcji tego tępogłowego fanatyka. Gdyby Wenorf padł, pewnie by już o tym wiedzieli, zapewne to była jakaś prośba o posiłki czy coś w tym stylu.
Sen przyszedł niespodziewanie, kiedy o tym myślał, zmęczenie dało się zwiadowcy we znaki i przez te parę godzin Tobias znów śnił koszmar jaki nawiedzał go od czasu gdy stracił wszystko w Smallhof.
Gwałtownie został z niego wyrwany, tylko po to by znalazł się w innym. W koszmarze na jawie, gdzie ludzie krzyczeli - jedni podnosząc alarm, inni z bólu i cierpienia. Tobias otrząsnął się szybko z otępienia, nałożył cięciwę na łuk, na nogi buty i wybiegł z namiotu, sprawdzając jednocześnie czy miecz leży dobrze przy pasie i czy ma odpowiedni zapas strzał. Gdzieś przed chwilę zobaczył twarz elfa, który też był już na nogach gotowy do walki. ktoś krzyknął [i]- Do mnie! Hochland do mnie
link: https://i.imgur.com/jTszBve.jpeg
- To jak tam droga do tego waszego Wendorf?
- A prosto. Tą drogą. Stąd to ze dwa dzwony bedzie. Tą drogą aż do bram miasta.
- Coś ciekawego bedzie po drodze?
- Zajazd. “Leśny dzban”. Strumień tam majo to zawsze świeże ryby majo.
- Daleko to?
- Stąd to gdzieś w połowie drogi bedzie. Z cztery, pięć pacierzy do bram miasta.Tak jakoś to sobie we dwóch, pogadali na skraju obozu. Thiemo co nieco słyszał też o Siege Stern. Nie koszarowali w Wendorf. Zdarzało się, że jakaś ich grupa bywała przejazdem przez jego rodzinne miasto. Słyszał, że to jeden z najemniczych regimentów bazujący w Wolfenburgu. Co tu robili w jego rodzinnym mieście, to nie miał pojęcia. Zdarzało się, że w razie potrzeby, ze stolicy wysłano w głąb prowincji jakieś oddziały dla zwalczenia jakiejś bandy łotrów, powstałego pomniejszego nekromanty czy grasujących orków. Ale czy tak było teraz to milicjant nie miał pojęcia. Poczekali jeszcze na ostatnich dochodzących, po czym Kolesnikow zwrócił się swojego oddziału.
- Uważaj na siebie Duivelu. - Obie kuzynki przyszły się pożegnać z kuzynem. Usciskały go na drogę i pomachały na pożegnanie. Obiecały też posłuchać jego rad. Czym wywołali zaciekawione spojrzenia wśród zwiadowców. Szefowe nic nie mówiły o jego kuzykach więc trójka elfów mogła sama zdecydować czy poza Duivelem jego kuzynki mająś mu towarzyszyć czy zostać z resztą regimentu. Była też okazja do rozmowy między Jeagerem a Klesnikowem.
- Iść znów na zachód aby potem zawrócić do Wendorf? - Czarnowłosy przeżuwał chwilę ten pomysł swojego imiennika. - A po co? - Odpowiedział w końcu, unosząc brwi do góry. - Jeśli nas obserwują to będą widzieć gdzie idziemy bez względu na to gdzie pójdziemy. Jak nie obserwują to też nie ma znaczenia gdzie pójdziemy. - Herszt Hochlandczyków niezbyt widział sens takiej zmyłki jaką zaproponował Ostlandczyk. Więc ostatecznie zdecydował się ruszyć wprost na Wendorf.Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; droga i zajazd “Leśny dzban”
Czas: 2521.05.05; Festag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.sil.wiatr; chłodno (0)Zwiadowcy Kolesnikowa
- To czas ruszać w drogę. Elfie, masz rącze nogi to weź dwóch ludzi i idź naprzód. Tylko nie za daleko abyśmy was widzieli. Tobias, ty też dwóch i trzymajcie się trochę z tyłu. Stefan, ty będziesz przy mnie. Franz, Beth, wy będziecie szli z wzdłuż drogi. Tylko uważajcie. Te nocne bestie gdzieś czmychnęły w las. Może dostali w skórę i całego regimentu już nie ruszą. Ale my nie jesteśmy całym regimentem. - Kolesnikow podzielił swoje skromne siły aby nie szli wszyscy w jednej kupie. Po dwóch, trzech pacierzach, zebrali się na skraju obozu. Ostatnie spojrzenie na namiotowe pobojowisko ich regimentu i odwrócili się w stronę ściany, mrocznego lasu. Ktoś im pomachał na pożegnanie. Jednak w spojrzeniach większości wojaków, widać było, że nie zazdroszczą im zadania. I pewnie w duchu czuli ulgę, że będą poruszać się w większej grupie. Nieco ponad tuzin piechurów, zdawał się być mikry w stosunku do ściany złowrogiego lasu. Zwiadowcy zostawili za sobą odgłosy ludzi, słoneczne niebo i zanurzyli się pod baldachim wiecznego półmroku. Nie na darmo nazywano ten las, Lasem Cieni. Nawet w środku dnia, niewiele docierało światła na jego dna a w zakamarkach, między korzeniami, mgła zdawała się nigdy nie znikać całkowicie. Wyjeżdżony pas ziemi, zwany drogą, wydawał się być jedynym śladem cywilizacji.

link: https://i.imgur.com/cuQy8NF.jpeg
Bardzo łatwo było odnieść wrażenie, że są garstką ostatnich cywilizowanych istot w tym lesie. Jednak tak leśny elf, jak i ludzie Kolesnikowa, byli oswojeni z lasem. Potrafili się w nim poruszać bezszelestnie, wytropić i ustrzelić zwierzynę. Zwracać uwagę na to co ludziom z miasta mogło umknąć. Właśnie dlatego byli zwiadowcami regimentu i ostatnio szefowe tak chętnie wysyłały ich przodem dla sprawdzenia drogi dla reszty regimentu. Więc dość szybko zorientowali się, że ruch na drodze jest nienaturalne mały. A właściwie to go nie ma. Praktycznie nie napotkali nikogo od opuszczenia obozu. Co w okolicach miasta, nawet niedużego jak Wendorf, wydawało się dziwne. Wręcz podejrzane.
- Zawsze tu tak pusto? - Kolesnikow cicho zapytał Thiemo.
- Nie. - Krótka odpowiedź tylko potwierdziła złe przeczucia pozostałych.Nie byli jednak sami. W pewnym momencie z głębi lasu doszło ich wycie rogu. Ale dość odległe. Zwiadowcy stanęli. Zaczęli rozglądać się i nasłuchiwać. W mrocznym, zamglonym lesie, nie widać było żadnego ruchu w pobliżu. A odgłos rogu powtórzył się. Przypominał róg myśliwski, wzywający na polowanie. - Paskudy się zwołują. - Splunął jeden z Hochlandczyków. Jednak dość daleko więc chyba nie zagrażało to im bezpośrednio w tej chwili. Kolesnikow dał więc znać aby ruszać dalej.
Wkrótce trafili na ślady wojny. Dwa wozy z czego jeden przewrócony na bok. Zarżnięte konie wciąż były zaprzęgnięte do dyszli. Pocięte plandeki, ślady po cięciach i ostrzach na burtach. Rozbebeszone kufry, ubrania wdeptane w błoto, rozbite dzbany, plamy krwi. Zwierzęcy, ostry zapach jakim kopytni znaczyli teren. No i ciała. Sądząc po fryzurach i strojach to jedna chłopska i jedna kislevska rodzina. Zarżnięci jak wieprze. Chociaż przed śmiercią musieli jakoś utłuc jednego z kopytnych napastników bo jego truchło znaleźli niedaleko drogi. Wszystko musiało dziać się ze dwa dni temu bo ciała już spuchły i muchy po nich chodziły bez skrępowania.
- Nic już dla nich nie możemy zrobić. Chodźmy. - Kolesnikow popatrzył smętnie na to pobojowisko ale w końcu wolał się nie zatrzymywać tu na dłużej. Dość silny wiatr jaki by zauważalnie utrudniał strzelaniu z łuku, teraz litościwie osłabiał smród jaki bił z tego miejsca masakry. Nie tylko herszt zdawał sobie sprawę, że wykopanie dołu aby pomieścić te wszystkie ciała, zabrałoby sporo czasu. A przecież mieli dotrzeć do miasta. Hochlandczycy weszli na wozy aby po nich pomyszkować. Jednak wrócili raczej rozczarowani, mało co było warte zabrania. Zabici nie byli zbyt majętni a i zwierzoludzie spustoszyli wozy i ciała przed swoim odejściem.Kilka pacierzy po opuszczeniu obozu, trafili na zajazd o jakim wspominał Thiemo. Najpierw dotarł do niego Duivel z dwójką towarzyszy a po paru chwilach pozostała część zwiadowców. Razem mieli widok na “Leśny dzban”.

link: https://i.imgur.com/r4fwybf.jpeg
W nozdrza bił ostry zapach spalenizny. Ale dymu i ognia już nie było. Pożar musiał się skończyć wczoraj, może jeszcze wcześniej. Przez chwilę zwiadowcy obserwowali to pogorzelisko w ponurym milczeniu.
- To jest ten “Leśny dzban”? - Kolesnikow na wszelki wypadek zapytał Thiemo. Ten smętnie pokiwał głową.
- A takie dobre ryby tu dawali. I świeże i dobrze zrobione były. I nie tak drogo. - Niemłody milicjant wsparł się na swojej włóczni ale potwierdził domysły Hochlandczyka. Teraz ten pokiwał głową.
- Dobra nie ma co tu stać i podziwiać widoki. Duivel i Tobias. Idźcie sprawdzić jak to wygląda. Stefan weź swoich ludzi i pomóż im. - Franz, Beth, weźcie dwóch ludzi i przejdźcie lasem z drugiej strony. - Kolesnikow szybko przydzielił zadania podwładnym. Sam na razie zamierzał zostac z większością swoich ludzi i poczekać na wynik tych oględzin.Wyznaczeni ochotnicy ruszyli wykonać to zadanie. Widok nie był przyjemny. Szli przez pobojowisko zasłane ciałami. Te najbliżej spalonego budynku były nadgotowane i bił od nich zapach gotowanego mięsa. Te co były dalej to spuchły i zaczynały gnić. Te w środku były osmolonymi szkieletami oblepionymi kawałkami zwęglonego mięsa. Tu jednak doszło do walki a nie jednostronnej masakry jak na dwóch wozach jakie spotkali na drodze pacierz czy dwa temu. Dookoła spalonego budynku widać było kilka ciał zwierzoludzi i mutantów. Z wystającymi bełtami i postrzałami z broni palnej. Wewnątrz, kilka szkieletów po ocalałych półzwierzęcych czaszkach, kopytach czy deformacjach też dało się poznać, że nie należały do ludzi. Nie wszyscy zginęli w spalonej tawernie. Poza nią ocalała wozownia i budynki gospodarcze. Były tylko nadpalone ale wyszły w miarę cało z tej zawieruchy. W stodole trafli na coś co wyglądało na ostatnie ognisko oporu obrońców. Szlachcic z bogatej tunice narzuconej na kolczudze. Poprutej od licznych ciosów z pustą pochwą po mieczu. I bez głowy. Muskularna kobieta w skórzanym fartuchu i kowalskim młotem. Skulona w embrionalnej pozycji i do końca trzymająca dłońmi wypływające wnętrzności. Blond krasnolud z finezyjnie ufryzowaną brodą i w solidnej kolczudze i zmiażdzonym czerepem. Masywny typ spod ciemnej gwiazdy przyszpilony do drewnianej ściany kilkoma włóczniami. Przy jego nogach wciąż leżała okuta metalem pałka jaką oprychy lubiły napadać swoje ofiary. Ciała już zdążyły spuchnąć i chodziły po nich muchy. Oprócz krasnoluda. Ku zdumieniu zwiadowców okazało się, że w upartym khazadzie wciąż tli się iskierka życia. Chociaż leżał bezwładnie jak zmasakrowany trup.
Duivel, Tobias i Stefan dostrzegli na podwórzu na tropy. To musiała być jedna, dorosła osoba. Niezbyt ciężka. I musiała tędy chodzić już po tej walce. Może dziś rano, może w nocy albo wczoraj. Tobias i Stefan zorientowali się, że ślady prowadzą w głąb lasu.
Mechanika
Stefan - przekonywanie szefowych do przydzielenia konnych (OGŁ + Przekonywanie)
Stefan
OGŁ 35
Ranga 2 -25
zasadnosć prośby +10
mała ilość koni -10
Petra OGŁ 45
Ranga 6 -5
rzut: https://orokos.com/roll/1074957 46
rachunki:
35-25+10-10=10
45-5=40
50+10-40=20; rzut 46 > 20-46=-26 > ma.por > brak zgody na przydzielenie konnych
Stefan - przekonywanie Kolesnikowa aby zrobił zmylkę (OGŁ + Przekonywanie)
Stefan
OGŁ 35
Ranga 2 -25
Kolesnikow OGŁ 35
Ranga 3 -20
rzut: https://orokos.com/roll/1074957 100
rachunki:
35-25=10
35-20=15
50+10-15=45; rzut 100 > 45-100=-55 > du.por > zdecydwany brak zgody na zmyłkę
Wszyscy - przeszukiwanie zajazdu “Leśny dzban” (NT + Przeszukiwanie)
Mod dodatnie:
Spostrzegawczość +30 (Duivel); Spostrzegawczość +20 (Tobias; Stefan); czuły słuch +10 (Tobias; Stefan; Duivel); b.wzrok +10 (Tobias; Duivel); Pułapki +10 (Tobias); Tropienie +10 (Tobias; Stefan; Duivel)
Mod ujemne:
brak Przeszukiwania -10 (Stefan); pobojowisko -30 (wszyscy)
rzut: https://orokos.com/roll/1074958
Tobias 35+60-30=65; rzut: 27; 65-27=38 > śr.suk
Stefan 50+40-40=50; rzut: 10; 50-10=40 > śr.suk
Duivel 50+60-30=80; rzut: 58; 80-58=22 > ma.suk -
Gdy Kolesnikow dzielił oddział, Duivel rozejrzał się po twarzach kompanów. Szukał konkretnych rzeczy - spokojnych oczu i równego oddechu. Nie kogoś kto jest najsilniejszy ani najgłośniejszy. Wskazał na Jurgena i Olivera. Z tego co elf kojarzył, to obaj ruszali się wczoraj w nocy tak jakby mieli czas, do tego bez większej paniki. To wystarczyło.
Tak maszerowali, a droga była złowieszczo pusta... przynajmniej od żywych istot. Do tego w pewnym momencie z głębi lasu doszło wycie rogu, elf zatrzymał się bez słowa. Odwrócił głowę lekko w lewo. Czekał. Gdy róg odezwał się drugi raz, zmrużył oczy. To samo miejsce, albo bardzo bliskie. Ktoś tam stał i wzywał. Nie ścigał, nie atakował. Wzywał. Tylko po co? Czyżby już chcieli na nich się rzucić?– Jedno miejsce – powiedział cicho do Jurgena. – Nie otoczyły nas. Jeszcze.
Ruszyli dalej.
Spalony zajazd Duivel zobaczył wcześniej niż reszta oddziału. Zatrzymał się na skraju pogorzeliska i przez chwilę po prostu stał. Zapachy dobrze znał. Drewno, słoma, spalona skóra, zepsute mięso. Wszystko razem. To było złe połączenie. Gdy dołączył Kolesnikow i wydał rozkaz sprawdzenia terenu, elf kiwnął głową i wszedł do 'środka'.
Szedł ostrożnie między ciałami. Odczytywał to pobojowisko tak jak czytałby tropiony ślad - gdzie stali, skąd przyszli, kto gdzie padł. Walczyli porządnie ci z tawerny. Dłużej niż się spodziewali napastnicy, pewnie. Szkoda, że się nie udało... Stodoła była ostatnia do sprawdzenia. I tam go zobaczył.
Krasnolud leżał przy ścianie jak zmasakrowany trup. Blond broda ufryzowana z jakąś dawną starannością, kompletnie absurdalną w tym miejscu. Kolczuga porządna. Chyba zmiażdżona czaszka - ale klatka piersiowa się unosiła. Minimalnie, ale się unosiła.
Duivel przykucnął obok niego. Dwa palce na szyi. Puls był. Słaby i nieuważny, jakby sam się wahał czy zostać. Elf wstał i wyszedł przed stodołę. Tam zauważył, że Tobias i Stefan trafili na jakiś trop. Dostrzegł rzeczywiście jakieś ślady, prawdopodobnie należące do jednej osoby. Jednak skupiony był na czym innym.– Kolesnikow! – zawołał normalnym głosem, bo nie było sensu krzyczeć. – Żywy krasnolud. Potrzebuje kogoś co się zna na ranach, i to teraz.
Wrócił do środka i zaczął to co umiał - oczyścić rany z tego co najgorsze, sprawdzić czy kości czaszki są wgniecione czy tylko rozbite. Przy tej ostatniej rzeczy lepiej by tu był Stefan. Ale robił co mógł.
– Słyszysz mnie? – mruknął do krasnoluda, pracując. – Nie wiem jak masz na imię. Ja jestem Duivel. Nie umieraj jeszcze. – Powiedział to po elficku, bo po ludzku brzmiałoby zbyt poważnie. Albo zbyt miękko. Po elficku brzmiało tak jak chciał aby zabrzmiało, czyli rozkaz wydany komuś kto ma jeszcze wybór.
– Nawet krasnolud nam się przyda – dodał chwilę później, już po Reikspielsku, jakby poprawiał się po namyśle. Komentarz miał być złośliwy, bo co innego miałoby pobudzić krasnoluda, jak nie nabijający się z niego elf? Jednak tonu głosu nie udało mu się zmanipulować - był smutny i empatyczny zarazem.
Gdy reszta weszła do stodoły i zaczęli się kręcić wokół, elf uniósł głowę do Kolesnikowa.
– Powiedz proszę Stefanowi żeby tu przyszedł jak skończy na zewnątrz. I trzeba będzie zdecydować czy bierzemy go ze sobą czy zostawiamy kogoś przy nim. Samego tu nie można go zostawić. – Zmierzył wzrokiem ścianę przy wyjściu. – Tymi tropami na zewnątrz też trzeba się zająć. Wiem tylko, że to raczej jedna osoba, nieciężka, już po walce tam chodziła. Tobias i Stefan lepiej je widzieli. Warto sprawdzić dokąd prowadzą, no i czy przypadkiem to nie stamtąd ten róg słyszeliśmy? No, ale najpierw to.... – wskazał wzrokiem krasnoluda.
-
Przygotowania do wymarszu z obozu:
Stefan pośpiesznie przemywał się mokrą szmatą przy wozie na który z Wieselami załadowali szybko swój dobytek. Zdecydował, że musi choć trochę doprowadzić się do porządku aby nie śmierdzieć mieszanką spalenizny i krwi na 50 metrów dookoła, nie chciał ułatwiać roboty plugastwu w wywąchaniu ich podczas rozpoznania.
Starał się odpuścić bycie wściekłym na dowództwo, ale musiał przyznać że słabo mu to wychodziło:
-Czy spodziewałem się że macie zagon kawalerii? Nie, ale nie pogniewałbym się gdybyś miała chociaż gram rozumu… - pomyślał Jeager przypominając sobie odpowiedź szefowej na jego całkiem sensowną prośbę o przydzielenie posłańców. Mullerowa przynajmniej darowała sobie durne komentarze, za co był jej wdzięczny bo gdyby ta też zaczęła wygłaszać swojej uwagi na podobnym poziomie to Ostlandczyk by chyba nie utrzymał spokojnego wyrazu twarzy i wygarnął obydwu co myśli o ich pomyślunku jeśli chodzi o organizację rozpoznania.
Wspomniał jeszcze rozmowę z Kolesnikowem która poszła mu równie “dobrze” co z szefowymi regimentu, starał się go przekonać, że nie stracą wiele czasu na zaproponowaną przez niego zmyłkę, a może udać im się udać wyprowadzić wroga w polę, a nawet złapać jakiegoś języka ale jego imiennik był nieugięty więc szybko odpuścił.Przetarł się ostatni raz i zaczął ubierać świeże ubranie zdjęte z wozu ,jednocześnie przyglądając się rzeczą które przygotował do wymarszu. Chyba niczego nie zapomniał, a także niczego więcej nie mógł już zostawić. Jeszcze raz sprawdził czy uzupełnione w kołczanie strzały gładko dają się wyciągać, upewnił się że manierka jest cała pełna aby woda w niej nie chlupotała podczas ruchu, po czym usatysfakcjonowany zarzucił na siebie wszystko i ruszył ze swoim ludźmi do punktu zbiórki.
Po drodze zatrzymali się tylko przy ponurym spektaklu przygotowywanych do pochówku towarzyszy broni poległych w nocnym ataku.
Stefan przykląkł przy rzędzie ciał razem z Wieselami:
-Poprowadź ich do bram swego ogrodu Morrze, daj im spokój po śmierci wywalczony w ogniu odważnej walki - rozpoczął modlitwę po czym zamilkł, zabici byli przykryci kocami a mimo tego czuł ich oskarżycielskie spojrzenia na sobie, oskarżające go że oni zginęli kiedy on przeżył.- Powinienem był zająć się wczoraj założeniem pułapek wokół obozu - wyrzucił sobie po raz kolejny w myślach tego dnia, po czym wstał z kolan i po skinięciu na towarzyszy ruszył do zbierających się zwiadowców.
Podczas dobierania myśliwych zdecydował, że pozwoli reszcie wybrać sobie ludzi jako że będą bardziej narażeni na ataki wrogów niż on idąc w centrum z sierżantem.
Miejsce masakry na drodzę
- Panie sierżancie, weźmy ich chociaż ułóżmy na poboczu drogi jak ludzi i odmówmy modły do Morra żeby ich dusze miały szansę przejść bramy Jego Ogrodu, to nie zajmie długo, a po za tym chyba i tak musimy zepchnąć z drogi te wozy żeby udrożnić drogę dla regimentu, prawda? - Jeager rzucił do sierżanta jednocześnie ściągając z jednego z wozów porzucony koc i zabierając się do paskudnej roboty ułożenia na nim najbliższego z ciał zamordowanych i przeciągnięcia go na pobocze drogi. Skoro chciał przekonać ich do zrobienia tego co należy zrobić to wypadało żeby dał przykład.
Zajęcie było upiorne, choć na makabryczny sposób pochodzenie jednej z rodzin z północy odrobinę ułatwiło im zadanie, dzięki odmiennym od imperialnych strojach miał niemal pewność, że udało im się ułożyć koło siebie członków poszczególnych rodzin.
Stefan przez chwilę nie zdołał powstrzymać emocji i po jego policzku popłyneła łza gdy ułożył koło matki małą dziewczynkę. Znalazł ją zmasakrowaną pod wozem, do samego końca powolnej agonii ściskającą swoją szmacianą lalkę. Kiedy spojrzał jej w twarz zamarł z przerażenia, dziewczynka była łudząco podobna do jednej z jego małych siostrzyczek.
- Nie pozwolę by i Ciebie spotkało to samo Agatko obiecuję - obiecał sobie zabierając się za ułożenie kolejnego ciała.
Spalony zajazd
Stefan po opuszczeniu miejsca poprzedniej masakry cały czas był ponury, szczególnie po tym jak uświadomił sobie, że nie tylko szefowe słabo znają się na organizacji rozpoznania i właściwym przesyłaniu pomiędzy zwiadowcami i głównym oddziałem informacji. Ewidentnie on też był idiota bo dopiero po tym jak usłyszeli zwierzoludzi nawołujących się odgłosami z rogów uświadomił sobie, że przecież oni moga robić dokładnie to samo i jak tylko wrócą do oddziału to trzeba ustalić jakiś system znaków sygnałowych który pozwoli im przesyłać rogami jakieś proste meldunki do regimentu i z powrotem:
- Oczywiście zakładając, że już takiego systemu nie ma, tylko Ty o nim nic nie wiesz durniu! - przywalił sobie w myślach jednocześnie spoglądając na niesiony przez jednego z Hochlandczyków róg myśliwski.
Jego połajankę przerwało dotarcie do spalonego zajazdu, jak przez mgłę przypominało mu się że kiedyś tu był z rodziną gdy zmierzali do stolicy zawieść jego siostrę na nauki do świątyni Panii Miłosierdzia ale nie pamiętał o tym miejscu absolutnie nic więcej po za tym, że się tu na chwilę zatrzymali.Atakujący ich nozdrza zapach nie pozostawiał złudzeń co do tego, że czeka ich kolejna scena masakry, Stefan słysząc rozkazy Kolesnikowa skinął tylko głową na potwierdzenie i ruszył ze swoimi ludźmi orazpsami naprzód we wskazane miejsce, zostawiając na ziemi plecak i biorąc ze sobą tylko włócznie, tarczę i nóż.
To co zastali było dokładnie tym czego się obawiał, widział już wiele takich masakr w życiu ale i tak w pewnym momencie o mało nie zwymiotował. Pomogła mu recytowana w myślach modlitwa i dająca odrobinę otuchy świadomość że tutaj ludzie przynajmniej w większości zginęli w walce a nie torturowani, no i przynajmniej udało im się zadać bydlętom całkiem przyzwoite straty.
Miał już zamiar iść do stodoły w której widział znikającego elfa gdy jego uwagę przykuł jeden ze śladów, był inny niż pozostałe, chyba świeższy?
Spojrzał na stojącego nieopodal Tobiasa i gdy ten zwrócił na niego swój wzrok wskazał włócznią ślady na ziemi i kierunek w którym z grubsza wydawały się biec.- Chyba coś mamy - powiedział cicho do swoich towarzyszy po czym zaczął powoli iść za tropem biegnącym za spalony zajazd.
Zachęcił Azura żeby ten spróbował podjąć trop i ten wydawał się iść za czymś zapachem. Po chwili ujrzał jak sądził ziemiankę i miał właśnie wydać swoim ludziom rozkazy żeby ją otoczyć i przeszukać gdy nagle za plecami usłyszał nawoływanie elfa o odnalezieniu rannego krasnoluda.
Błyskawicznie podjął decyzje i ruszył w stronę stodoły mówiąc do swoich ludzi: - Idę pomóc temu rannemu w stodole, słuchajcie się Tobiasa póki nie wrócę, Albrechcie proszę pobiegnij po moje rzeczy i przynieś do mnie.
Po tym ruszył biegiem do stodoły dochodząc tam w porę żeby słyszeć słowa Duivela na temat tego co zrobić z rannym i tropem. - Już jestem Duivelu, pokażcie mi tego rannego - Stefan podszedł do krasnoluda i zaczął ostrożnie badać potężną ranę głowy.
- Rzeczywiście mamy na zewnątrz dobry trop i doprowadził nas do jakiejś ziemianki za stodołą. Nie miałem czasu jej sprawdzić bo przybiegłem tutaj
Stefan jednocześnie mówił do obecnych i oglądał krasnoluda który nie rokował dobrze, ledwo dychał a rana była tak rozległa, że Stefan dawał sobie może dziesięć procent szans na to żeby prawidłowo przeprowadzić leczenie jakiego ten potrzebuje żeby przeżyć następną godzinę… .
W międzyczasie Albrycht przyniósł mu jego plecak i bez słowa podał mu jego torbę z medykamentami, za którą Stefan podziękował mu cicho.
- Prędzej go wykończę w cierpieniach niż mu pomogę w tych warunkach, chyba, że… - Otlandczyk spojrzał na małą fiolkę w swoim zestawie medykamentów. Trzymał tą miksturę jako swoją ostatnią deskę ratunku, poprzednie uratowały go w obliczu niemal pewnej zguby i wiedział, że zdobycie nowych będzie prawdziwym cudem, ale po zobaczeniu dzisiaj tak wielu okrucieństw nie mógł pozwolić na śmierć kolejnej osoby, nawet nieznajomego krasnoluda, wiedząc że miał możliwość pomóc
Chwycił fiolkę mówiąc do Wiesela: - Przytrzymaj mu głowę i rozchyl usta, nie możemy uronić ani kropli.
Mechanika
Stefan podaje Krasnoludowi swoją ostatnią miksturę leczącą:
rzut na k6 leczenia:
https://orokos.com/roll/1075349 wynik 5 - Powinienem był zająć się wczoraj założeniem pułapek wokół obozu - wyrzucił sobie po raz kolejny w myślach tego dnia, po czym wstał z kolan i po skinięciu na towarzyszy ruszył do zbierających się zwiadowców.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się