Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Dekares
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Cioldan

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
193 Posty 6 Uczestników 706 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79 jako Pipboy79
    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
    #184

    Tobias leżał na swoim kocu, w ubraniu, jedynie buty zdjął by stopy nieco odpoczęły. Nie dawał mu spokoju fakt, że mimo niedawnych dwóch zasadzkach, jakie zgotowali im zwierzoludzie, dowództwo zachowywało się jakby byli na pikniku a nie na wojnie. Być może się nie znał na wojaczce ale miał doświadczenie w polowaniu na te dwunożne bestie i nigdy, tak głęboko na wrogim terytorium nie palili ognisk, by nie przykuć jego uwagi. Z drugiej strony nigdy myśliwi nie byli taką wielką kupą ludzi, do tego w jednym miejscu. Nawet w całkowitych ciemnościach byłoby ich słychać, no i czuć. A węch te koziesyny miały znacznie lepszy od ludzkiego. Powinni przynajmniej zastawić potykacze wokół obozu. Ale była już musztarda po obiedzie i za trzymanie gęby na kłódkę winić tylko siebie, teraz mógł tylko być przygotowany, na cokolwiek nastąpi. Ubranie miał na sobie, łuk leżał obok. W razie czego będzie potrzebował tylko chwili by założyć buty i cięciwę na łuk. Ciekawość też zżerała Tobiasa jakie wieści niósł kurier z Wendorfu. Zapewne do wysokich rangą oficerów, sądząc po reakcji tego tępogłowego fanatyka. Gdyby Wenorf padł, pewnie by już o tym wiedzieli, zapewne to była jakaś prośba o posiłki czy coś w tym stylu.
    Sen przyszedł niespodziewanie, kiedy o tym myślał, zmęczenie dało się zwiadowcy we znaki i przez te parę godzin Tobias znów śnił koszmar jaki nawiedzał go od czasu gdy stracił wszystko w Smallhof.
    Gwałtownie został z niego wyrwany, tylko po to by znalazł się w innym. W koszmarze na jawie, gdzie ludzie krzyczeli - jedni podnosząc alarm, inni z bólu i cierpienia. Tobias otrząsnął się szybko z otępienia, nałożył cięciwę na łuk, na nogi buty i wybiegł z namiotu, sprawdzając jednocześnie czy miecz leży dobrze przy pasie i czy ma odpowiedni zapas strzał. Gdzieś przed chwilę zobaczył twarz elfa, który też był już na nogach gotowy do walki. ktoś krzyknął [i]- Do mnie! Hochland do mnie![/I
    Czy był to moment, kiedy losy najemników margrafa Walthera von Falkenhorsta się ważyły? Czy był to frontalny atak dużych sił zdolnych do pokonania najemników czy bardziej nękanie przez wrogich zwiadowców chcących obniżać morale, siać chaos w siłach margrafa. Zaraz mieli się przekonać.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • CioldanC Niedostępny
      CioldanC Niedostępny
      Cioldan jako Cioldan
      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
      #185

      - Szanowny łowco Muznelu, jako jedyny udałem się do karety, gdy ta była w rzece. Byliśmy zaskoczeni całą sytuacją i nie miałem żadnych narzędzi, które mogłyby mi pomóc. W wozie pływały różne dokumenty, niestety nie odważyłem się wyciągnąć ich z tego chlewu, bo martwe ciało w środku zaczynało już gnić, a zdecydowanie nie potrzebowałem wtedy zakażenia. Były tam różne symbole, które współgrają z tymi noszonymi przez podejrzanego maga. Później znajdowaliśmy różne ślady. Na wozie były znaki po ataku jakiejś bestii, a następnie widzieliśmy to również na ciałach porozrzucanych po okolicy. Z magiem mieliśmy jeszcze czynność później. Po intensywnej walce z jakąś latającą bestią pomiotu chaosu, mieliśmy chwilę wytchnienia. Gdy trafiliśmy na kolejne ślady martwych kultystów, spotkaliśmy właśnie Jego. Ewidentnie sam sobie poradził z tym ścierwem bo potwory nie miały śladów po mieczach czy strzałach. Moje zaufanie do niego? Jest tak naprawdę związane z bezgranicznym zaufaniem do Alezzi, a ta stawia się za nim za każdym razem. Zresztą jedyną osobą, która go ciągle podważa to Teodebert, a moim skromnym zdaniem, jest on nieco... szalony. W obecnych czasach potrzeba nam ludzi silnych wiarą, jednak ze wszystkim można przesadzić...- zakończył Elf, ukłonił się nisko. Poczekał na jakąkolwiek odpowiedź czy gest wskazujący, że może odejść. Na koniec, gdy wychodził rzucił jeszcze hasłem "Chwała Sigmarowi!". Poszedł coś zjeść i spać, bo nie było już towarzystwa do wieczornego posiedzenia, a nie był też wyznaczony do nocnej warty. Namiot rozbity miał blisko swych kuzynek raczej pod koniec obozu. Ogólnie panował spokój i było nad wyraz cicho jak na tak dużą zbieraninę. Elf nie wierzył w przesądy, także hasło "cisza przed burzą", jakie usłyszał idąc do swego namiotu, nie ruszyło go zbytnio. Zadowolony był, że w końcu się wyśpi i cała regiment będzie rano gotowy do uderzenia na Wendorf. Przed zaśnięciem, zmówił jeszcze cichą modlitwę do Sarriel, zdjął buty i zasnął szybciej niż się spodziewał.

      Jeszcze w nocy obudził go atak na obóz. Wyszedł w miarę szybko z namiotu, na szczęście żadna strzała nie trafiła jeszcze elfów. W ekspresowym tempie założył buty i wyciągnął swój łuk i strzały. Był gotów do walki, ale jeszcze nie ogarnął się gdzie jest wróg i z której strony strzelają. Patrzył co rusz w górę czy aby żadna strzała nie leci w niego. Jego kuzynki też już był gotowe aby ruszyć w stronę Kolesnikova, bo póki co to właśnie do niego byli przypisani. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że będzie bronił Ostlandu, pod obcą banderą jakiejś Górskiej Marchii i w oddziale Hochlandczyków. Nie było jednak czasu na przemyślenia o losie, trzeba wziąć sprawy w swoje ręcę.

      - Skąd dranie strzelają?! NIECH MAGOWIE ROZJAŚNIĄ LAS WOKÓŁ NAS!- starał się zawołać tak głośno jak tylko potrafił. Następnie już podniesionym tonem mówił do Kolesnikova, ale jeśli obok był jeszcze jakiś dowódca to też by usłyszał
      - Może zgaśmy ogniska, a podpalone drwa niczym pochodnie rzućmy w las. Może ich odstraszymy, a powinniśmy też lepiej widzieć.- mówił ogólnie, chociaż jako elf miał przewagę w rozpoznaniu terenu w ciemności. Także bacznie się przyglądał i zwrócił się do kuzynek
      - musimy mówić ludziom o wszystkim co widzimy wokół polany, skupcie się i nie oberwijcie!-

      Lindara i Eponia stały przykulone przy nim. Nie odzywały się, bo nie miały żadnego zamiaru przejmować inicjatywy, więc miały czas aby już rozejrzeć się i namierzyć ewentualny cel.
      Leni gdzieś w obozie złapała za swą procę i schowała za pasek, zdjęła jedną z tarcz na wozie i schowała się pod nią, aby przypadkiem nie dostać losową strzałą. Kargun ze swym orężem postanowił kroczyć za Eitrim, który z kolei trzymał się blisko krasnoluda-rycerza. Felix chował się pod tarczą, ale jego priorytetem była pomóc rannym. W ten sposób, po słyszalnych okrzykach znalazł się przy Jeagerze by pomóc leżącemu rannemu wojakowi.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • DekaresD Niedostępny
        DekaresD Niedostępny
        Dekares jako Dekares
        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
        #186

        Otwarcie wiadomości zabitego kuriera

        Słysząc słowa łowcy czarownic o przysługującej mu władzy wojskowej Jeager starał się nie okazywać zaciekawienia, żeby nie powiedzieć zadowolenia z potencjalnych implikacji tych informacji. Już od dłuższego czasu miał najogólniej mówiąc obiekcje co do stylu dowodzenia Petry . Ewentualne przejęcie dowództwa przez twardego łowcę czarownic mogło wyjść im na lepsze militarnie, ale Stefan nie miał zamiaru zachowywać się nielojalnie wobec przedstawicielek górskiego szlachcica. Raz że nie było to w jego stylu, a dwa łowca czarownic mógł przejąć dzisiaj dowodzenie i pojutrze odjechać bez słowa zostawiając tych którzy by otwarcie sprzeciwili się Petrze w bardzo kiepskim położeniu.
        Słysząc o tym, że wiadomość w tubie została nadana z Wendorf i widząc, że żaden z podoficerów nie zadaje w tej kwestii pytań Stefan westchnął w duchu i myśląc o tym że zdecydowanie za mało mu płacą w tym regimencie odezwał się do łowcy czarownic:

        - Wybacz Panie śledczy, ale jako że zadaniem naszego oddziału jest rozpoznanie drogi do wspomnianego Wendorf i szerzej wyjaśnienie jaka jest sytuacja w mieście to czy moglibyśmy rzucić okiem na tą wiadomość? Albo chociaż zapytać się kiedy została nadana i czy można z niej wywnioskować czy miasto się trzyma, czy jest atakowane przez siły wroga?

        Śledczy spojrzał w dół na piechociarza jaki wyłamał się z pokornego milczenia jakie panowało wokół jego autorytetu. Przez chwilę Stefana świdrowało jego przenikliwe spojrzenie aż miał poczucie, że dłużej nie zniesie tego wzroku jaki zdawał się czytać duszę na wylot. Scena jakby zamarła gdy inni przybrali wyczekujący wyraz twarzy niepewni jak lider łowców czarownic zareaguje na tą zuchwałość.

        - Nie. To nie jest wiadomość dla was. Porozmawiam o niej z waszym dowódcą. - odparł oschle łowca herezji po czym spiął konia ostrogami aby zawrócić w stronę drogi.

        Przekazanie zeznania łowcą czarownic

        Jeager zbliżał się do miejsca obozowania śledczego i jego ludzi z mieszanką zmęczenia i lekkiej obawy. Miał nadzieję że forma w jakiej jego zeznanie zostało napisane spełni oczekiwania łowców potępionych, bo raz nie chciał robić sobie z nich wrogów a dwa nie chciał pisać tego wszystkiego od nowa.
        Jeszcze raz przeleciał przez dokument w swoich myślach.
        Na początek zawarł krótko informacje o wykonywanym przez nich zwiadowczym zadaniu, do wykonania którego został im przydzielony wspomniany Teodebert jako przewodnik. Napisal także o tym że ten pojawil się w regimencie na chwilę wcześniej. Streścił że ten wykonywał swoje zadanie z tego co Stefan wiedział poprawnie i że w Speck został rozpoznany jako wędrujący kaznodzieja Sigmara przez co zyskał im przychylność miejscowych.
        Po tym poświęcił najwięcej uwagi opisaniu samego wydarzenia z posagiem. Opis na tyle na ile potrafił w jakim stanie znaleźli zbezczeszczony posąg ich daremne wysiłki w celu postawienia go, w końcu decyzję o dalszym marszu podyktowaną ich rozkazami. Po tym opisał zachowanie samego Teodeberta, jego wściekłość z powodu obrazy dokonanej względem posągu Sigmara. Postanowieniu pozostania przy posągu aż ten zostanie naprawiony na tyle na ile będzie to możliwe oraz o tym jak pracował nad usunięciem bluźnierczych znaków wyrytych na posagu, gdy odchodzili i akurat im nie złorzeczył. Starał się w samym pismo je przedstawiać fakty a nie swoje przypuszczenia czy domysły oraz byc możliwe obiektywnym mimo wieczornego zatargu z fanatykiem.

        -Tak, wszystko się zgadza- pomyślał stając przed namiotem który jak słyszał miał należeć do Harolda do którego dostał polecenie udać się z pismem zanim stawi się u samego śledczego.

        Atak na obóz

        Stefan śnił właśnie o prostszych czasach gdy razem z rodziną mieszkał w Lenkster gdy nagle ze snu wyrwał go przeraźliwy krzyk bijący na alarm.
        Wojak przez sekundę nie był pewien czy to realne zagrożenie czy senny majak, szybko jednak nabrał pewności, że mają kłopoty i zerwał się z posłania z włócznią w ręku wrzeszcząc ile sił w płucach:
        -ACHTUNG!!! Wieselowie do boju!- po tym wypadł z namiotu rozglądając się za potencjalnymi wrogami.
        -Wiedziałem że tak będzie, Wedziałem! - wściekał się w myślach jednoczęśnie zaciągając na nogi buty które zrzucił na noc.
        Dotąd obserwował tylko rozgrywający się dookoła chaos jednak gdy usłyszał głos sierżanta Kolesnikova wzywającego zwiadowców do zbiórki, Ostlandczyk odpowiedział na jego zawołania:

        - Hochland czy nie, Jeager z ludźmi melduje się na rozkaz! - Stefan postarał się aby okrzyk zawierał nutkę humoru, ten potrafił w odpowiedniej chwili pomóc ludziom opanować rodząca się panikę.

        Wzywając Wieselów aby dołączyli do niego jak najszybciej razem z Azurem ruszył w kierunku wołającego sierżanta gdy wypadł na niego spanikowany żołnierz wskazujący na właśnie trafionego strzałom towarzysza.

        - Widzę że strzelają! - wydarł się na niego Jeager - Masz broń? - widząc zaprzeczający gest mężczyzny Ostandczyk podał mu topór który zabrał z sobą:

        Za mną! zajmiemy się nim! - po czym ruszył biegiem w kierunku trafionego żołnierza chcąc udzielić mu pomocy.

        Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • Pipboy79P Pipboy79 odniósł się do tego tematu
        • DekaresD Dekares

          Otwarcie wiadomości zabitego kuriera

          Słysząc słowa łowcy czarownic o przysługującej mu władzy wojskowej Jeager starał się nie okazywać zaciekawienia, żeby nie powiedzieć zadowolenia z potencjalnych implikacji tych informacji. Już od dłuższego czasu miał najogólniej mówiąc obiekcje co do stylu dowodzenia Petry . Ewentualne przejęcie dowództwa przez twardego łowcę czarownic mogło wyjść im na lepsze militarnie, ale Stefan nie miał zamiaru zachowywać się nielojalnie wobec przedstawicielek górskiego szlachcica. Raz że nie było to w jego stylu, a dwa łowca czarownic mógł przejąć dzisiaj dowodzenie i pojutrze odjechać bez słowa zostawiając tych którzy by otwarcie sprzeciwili się Petrze w bardzo kiepskim położeniu.
          Słysząc o tym, że wiadomość w tubie została nadana z Wendorf i widząc, że żaden z podoficerów nie zadaje w tej kwestii pytań Stefan westchnął w duchu i myśląc o tym że zdecydowanie za mało mu płacą w tym regimencie odezwał się do łowcy czarownic:

          - Wybacz Panie śledczy, ale jako że zadaniem naszego oddziału jest rozpoznanie drogi do wspomnianego Wendorf i szerzej wyjaśnienie jaka jest sytuacja w mieście to czy moglibyśmy rzucić okiem na tą wiadomość? Albo chociaż zapytać się kiedy została nadana i czy można z niej wywnioskować czy miasto się trzyma, czy jest atakowane przez siły wroga?

          Śledczy spojrzał w dół na piechociarza jaki wyłamał się z pokornego milczenia jakie panowało wokół jego autorytetu. Przez chwilę Stefana świdrowało jego przenikliwe spojrzenie aż miał poczucie, że dłużej nie zniesie tego wzroku jaki zdawał się czytać duszę na wylot. Scena jakby zamarła gdy inni przybrali wyczekujący wyraz twarzy niepewni jak lider łowców czarownic zareaguje na tą zuchwałość.

          - Nie. To nie jest wiadomość dla was. Porozmawiam o niej z waszym dowódcą. - odparł oschle łowca herezji po czym spiął konia ostrogami aby zawrócić w stronę drogi.

          Przekazanie zeznania łowcą czarownic

          Jeager zbliżał się do miejsca obozowania śledczego i jego ludzi z mieszanką zmęczenia i lekkiej obawy. Miał nadzieję że forma w jakiej jego zeznanie zostało napisane spełni oczekiwania łowców potępionych, bo raz nie chciał robić sobie z nich wrogów a dwa nie chciał pisać tego wszystkiego od nowa.
          Jeszcze raz przeleciał przez dokument w swoich myślach.
          Na początek zawarł krótko informacje o wykonywanym przez nich zwiadowczym zadaniu, do wykonania którego został im przydzielony wspomniany Teodebert jako przewodnik. Napisal także o tym że ten pojawil się w regimencie na chwilę wcześniej. Streścił że ten wykonywał swoje zadanie z tego co Stefan wiedział poprawnie i że w Speck został rozpoznany jako wędrujący kaznodzieja Sigmara przez co zyskał im przychylność miejscowych.
          Po tym poświęcił najwięcej uwagi opisaniu samego wydarzenia z posagiem. Opis na tyle na ile potrafił w jakim stanie znaleźli zbezczeszczony posąg ich daremne wysiłki w celu postawienia go, w końcu decyzję o dalszym marszu podyktowaną ich rozkazami. Po tym opisał zachowanie samego Teodeberta, jego wściekłość z powodu obrazy dokonanej względem posągu Sigmara. Postanowieniu pozostania przy posągu aż ten zostanie naprawiony na tyle na ile będzie to możliwe oraz o tym jak pracował nad usunięciem bluźnierczych znaków wyrytych na posagu, gdy odchodzili i akurat im nie złorzeczył. Starał się w samym pismo je przedstawiać fakty a nie swoje przypuszczenia czy domysły oraz byc możliwe obiektywnym mimo wieczornego zatargu z fanatykiem.

          -Tak, wszystko się zgadza- pomyślał stając przed namiotem który jak słyszał miał należeć do Harolda do którego dostał polecenie udać się z pismem zanim stawi się u samego śledczego.

          Atak na obóz

          Stefan śnił właśnie o prostszych czasach gdy razem z rodziną mieszkał w Lenkster gdy nagle ze snu wyrwał go przeraźliwy krzyk bijący na alarm.
          Wojak przez sekundę nie był pewien czy to realne zagrożenie czy senny majak, szybko jednak nabrał pewności, że mają kłopoty i zerwał się z posłania z włócznią w ręku wrzeszcząc ile sił w płucach:
          -ACHTUNG!!! Wieselowie do boju!- po tym wypadł z namiotu rozglądając się za potencjalnymi wrogami.
          -Wiedziałem że tak będzie, Wedziałem! - wściekał się w myślach jednoczęśnie zaciągając na nogi buty które zrzucił na noc.
          Dotąd obserwował tylko rozgrywający się dookoła chaos jednak gdy usłyszał głos sierżanta Kolesnikova wzywającego zwiadowców do zbiórki, Ostlandczyk odpowiedział na jego zawołania:

          - Hochland czy nie, Jeager z ludźmi melduje się na rozkaz! - Stefan postarał się aby okrzyk zawierał nutkę humoru, ten potrafił w odpowiedniej chwili pomóc ludziom opanować rodząca się panikę.

          Wzywając Wieselów aby dołączyli do niego jak najszybciej razem z Azurem ruszył w kierunku wołającego sierżanta gdy wypadł na niego spanikowany żołnierz wskazujący na właśnie trafionego strzałom towarzysza.

          - Widzę że strzelają! - wydarł się na niego Jeager - Masz broń? - widząc zaprzeczający gest mężczyzny Ostandczyk podał mu topór który zabrał z sobą:

          Za mną! zajmiemy się nim! - po czym ruszył biegiem w kierunku trafionego żołnierza chcąc udzielić mu pomocy.

          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79 jako Pipboy79
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #187

          <Nowe otwarcie, wznowienie sesji z LI>

          |-Tura 43 - 2521.05.06; wlt; ranek-|

          Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
          Czas: 2521.05.06; Wellentag; ranek
          Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)

          Obóz regimentu von Falkenhorst

          Kolejny poranek wstawał nad umęczoną, ostlandzką ziemią. Na dno pradawnego, złowróżbnego, Lasu Cieni, słoneczny blask prawie nie dochodził. Za to mgła podniosła się rozrzedzoną kurtyną, przesłaniając dalszy widok. Ukrywając nawet za dnia, to co czaiło się w głębi leśnych trzewi. Wydawała się nigdy do końca nie schodzić i w tym ponurym lesie, zawsze gdzieś wisiały jej kłębki.

          Dziś o poranku do tej jasnej zawiesiny w powietrzu dochodziła ciemna. Wraz ze swądem spalenizny w powietrze unosił się dym ze spalonych namiotów i dobytku. W trakcie nocnej walki część ognisk rozsypała się podpalając je. Dało to co prawda chwilowo spore ogniska rozświetlające mrok nocy. Ale część żołnierzy straciła swoje przenośne domy i bambetle. Tak naprawdę dopiero z nastaniem światła dnia, dało się zaprowadzić jakiś porządek i ocenić poziom strat. Zewsząd dochodziły jęki boleści, lament rannych, nawoływania sierżantów zwołujących swoich ludzi. Część żołnierzy rozproszyła się podczas nocnych walk i walczyła z dala od macierzystej jednostki. Dopiero teraz się odnajdywali, często przy kolejce do kuchni gdzie wydawano posiłek. Okazywało się, że ktoś żyje tylko w nocy oddzielił się od reszty. Ilu jeszcze takich zaginionych wróci do swoich oddziałów o własnych siłach tego na razie nie było wiadomo. Wszyscy wiedzieli, że podczas ataku zwierzoludzi, część kompanii rozproszyła się lub spanikowani ludzie czmychnęli w mrok lasu, byle z dala od pogrążonego w walce, chaosie i dymie obozu. Przez chwilę rzeczywiście wydawało się, że nocna, kopytna fala zmiecie wyrwany ze snu regiment.

          Zaczęło się głęboko w nocy. Po walkach na drodze jakie stoczyły czołówki regimentu von Falkenhorst, szefowe postanowiły nie kusić losu i wokół obozu rozstawiły milice sierżant Wurfer. Powszechnie uważano je za mniej wartościowe w bezpośredniej walce, więc często używano ich do zadań pomocniczych. Jak choćby właśnie stanie na straży. To one przyjęły na siebie pierwszy impet uderzenia kopytnej furii. Dość szybko nie zdzierżyły temu zmasowanemu uderzeniu i pękły. Ale w gotowości, w centrum obozu, czekali halabardnicy sierżanta Meistera. To już byli zawodowi żołnierze. Energicznie ruszyli do kontrataku. Ich halabardy były uniwersalną bronią, skuteczną w obronie jak broń drzewcowa i w ataku jak wielki topór. Jednak ani one, ani szefowe, nie spodziewali się ataku tej skali. I halabardnicy chociaż stawali dzielnie, dość szybko zostali oskrzydleni przez przeważające siły wroga. Poza tym meisterowcy mogli walczyć w tylko jednym miejscu a wróg zdawał się wdzierać z każdej. Do środka wpadły dzikie ogary, które siały strach, chaos i dezorganizację. Słychać było ich ujadanie i wrzaski zaatakowanych ludzi. Wtedy właśnie, podczas tej gorączkowej bieganiny, został w obozie zaprószony ogień.

          Jednak czas kupiony przez milicje i halabardników, pozwolił pozostałym na względne zorganizowanie się i ruszenie na pozycje obronne. W improwizowanym mieście namiotowym, kolejne oddziały kolejno wchodziły do walki. Więc kopytni wciąż spychali ich w stronę obozu. Walki toczyły się już między namiotami, jakie obie strony cięły i tratowały. W końcu jednak przewaga liczebna ludzi zaczęła robić swoje i zaczęli odpychać napastników z powrotem w stronę pierwszych drzew. Ci napędzani pierwotną furią dalej siekli, rąbali i dziko wrzeszczeli. W pewnym momencie jeden z oddziałów obrońców pękł. Tam gdzie były te największe zwierzoudzie, w ciężkich pancerzach, co swoimi wielkimi toporami, zdawały się ścinać ludzi jak zboże. Z rykiem rzuciły się do pościgu i wyczuwając ten krytyczny moment bitwy ludzkie szeregi zadrżały niepewnością. Wtedy naprzeciwko nim wyjechała grupka ciężkozbrojnych jeźdźców. W całym regimencie było ich ledwo kilkoro i to licząc razem z grupką Burchalda Munzela, łowcy czarownic jaką spotkali wczoraj. Była też kobieta w bordowej brygantynie i kuszą. To mogła być jedna z dwóch oficer dowodzących regimentem, Petra von Falkenhorst. Konni nie mieli czasu ani miejsca aby w tym zatłoczonym, gęstym od dymu i wrzasku namiotowisku wziąć pełny rozpęd. Więc przypominało to raczej jazdę kłusem niż galopem. Ale może to i lepiej? Nie byłoby dobrze gdyby w pełnym cwale wbili się po ciemku w bagno jakiego jeszcze przed chwilą tu nie było. Zwierzoludzie już w nim ugrzęźli i też wyglądali na zaskocznych. Zapewne miała coś z tym wspólnego samotna sylwetka w czerwonym płaszczu. Stała samotnie na jednym z wozów i krzyczała ikantację. Bo od czego innego? Tak czy inaczej grupka imperialnych jeźdźców ugrzęzła w tym mokradle tak samo jak zwierzoludzie. Siekli się nawzajem gdy już komuś do kogoś udało się dotrzeć. Tu przewagę miała oficer z kuszą jaka mogła zostać na miejscu i strzelać w rogaczy. Także innym łucznikom i strzelcom to pozwoliło wziąć ich na cel. Do świetlnych rac jakie nagle zalały nocne niebo. Rozrproszyły nocne ciemności jakie do tej pory sprzyjały raczej zwierzoludziom. Wielcy zwierzoludzie padli od strzał i ciosów w błoto w jakim tkwili albo zrejterowali. To jakby złamało morale pozostałych kopytnych. Poszli w ich ślady. Ale ludzie nie odważyli się ich ścigać w pogrążonym w nocnym mroku lesie. To była domena tej dzikiej, pierwotnej rasy. Zaczęło się wystawianie wart, gaszenie płonących namiotów, zbieranie oddziałów i znoszenie rannych do lazaretu a zabitych w jedno miejsce. I tak zeszło prawie do rana.
          Teraz siedząc na pniu czy ognisku, ludzie wymieniali się wiadomościami z ostatniej nocy. Ktoś widział, jak Kurt Landsknecht, ostlandzki gwardzista z wielkim mieczem przez moment sam walczył z trzema zwierzoludźmi. To wlało wiarę w jego towarzyszy którzy z werwą wrócili do tak mężnego wojownika. Inny opowiadał o Teodoryk który stał na jednym z wozów i bronił go jak małej twierdzy. Zdzielając swoim cepem każdego rogacza jaki przebiegał w pobliżu lub próbował wejść na ten wóz. Podobno mistrz Drogon zapłacił za swoją odwagę raną od ciśniętego oszczepu. A podobno Munzel i tak go oskarżał o sabotaż bo bez bagna jakie mag wywołał na pewno zmiażdżyłby nacierających zwierzoludzi. Ale chwilowo to nie było ważne bo oberwał tak mocno, że teraz też był w lazarecie tak samo jak czerwony magister i wielu innych zwykłych wojaków.

          Wśród nich siedzieli także banici Kolesnikowa. W nocy alarm ich wyrwał tak samo jak resztę obozu. Jednak chaos i pośpiech sprawił, że prawie od razu tłum ich rozdzielił i walczyli w rozproszeniu. Gdzie jednak kto nie trafił to miał do czego strzelać. Tak naprawdę większość z nich była przekonana, że są ostatnimi ocalałymi z ich drużyny. Dopóki nad ranem nie zaczęli się odnajdywać w kolejce po jedzenie albo gdzieś obok. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Właściwie to chyba większość.
          - Jedzcie, jedzcie. Nie wiadomo kiedy następny raz się trafi okazja coś zjeść. Powiem wam, że póki kuchnia działa jak należy to jeszcze nie jest tak źle. Ale spokojnie, zaraz zapewne sobie o nas przypomną i wyślą gdzieś dalej. - Stefan Kolesnikow, czarnowłosy, ze zmierzwioną, czarną brodą jaka nadawała mu wyglądu herszta banitów, śmiał się sarkastycznie do swoich kamratów. I tych z jakimi przybył z Hochlandu i z tymi jakich szefostwo najczęściej mu ostatnio przydzielało. Jakoś tak się utarło, że to właśnie hochlandzcy myśliwi szli jako szpica reszty regimentu. Tak był wczoraj i wcześniej. I tego zapewne Stefan spodziewał się i dzisiaj. W końcu wedle planu mieli być niedaleko miasta Wendorf do jakiego zmierzali od przeprawienia się przez Wolf w Ristedt. Wczoraj podobno prawie doszli więc i dziś powinno być blisko do tego miasta. Leżało mniej więcej w połowie drogi między Ristedt a Grunazkeren. Gdzie to ostatnie już miało mieć podjazdy wrogiej armii pod murami a kto wie? Może już nawet było oblężone? Nie wiadomo. A co się dzieje w Wendorf nie było w ogóle wiadomo. Ale wiadomo było, że przez nie, wiedzie najkrótsza droga do Grunazkeren. A na pomoc obrońcom tego miasta, zmierzał regiment von Falkenhorst.

          Tak naprawdę to w chaosie nocnej walki, oddział Kolesnikowa pszedł w rozsypkę. Jedni zbierali się zbyt wolno aby za nim podąrzyć, innych oddzielił tłum biegnących i walczących, zgubili się w labiryntem namiotow. Oślepiala ich nie tylko nocna ciemność ale kurz wzbity przez ten tłum i dym pożarów. Tak naprawdę to dopiero po walce zaczęli się powoli odnajdywać. A dopiero teraz rano, przy śniadaniu zebrała się większość z nich. I każdy z nich miał do opowiedzenia nieco inną historię.

          Duivel w pewnym momencie trafił na uciekających ludzi. Może milicjantów a może jakieś ciury obozowe. Widział jak na plecy jednego z nich skoczyła wilcza bestia powalając go na ziemię. Słyszał wrzask przerażonego człowieka zdjętego pierwotnym lękiem gdy kły i pazury zaczęły go rozszarpywać żywcem. Widział też jak na włócznik kopytnych właśnie miał wbić swoją broń w pierś jednego z obrońców gdy w jego włochatą pierś nagle wbił się bełt. Gdy elf odwrócił się, dojrzał kawałek dalej kobietę w siodle, w czerwonej brygantynie z kuszą w dłoni. Jednocześnie próbowała zapanować nad koniem samymi nogami a dłońmi przeładować swoją broń. Albo Petra von Falkenhorst była niesamowitym strzelcem, że ten strzał jej się udał, albo bogowie wojny jej w tym momencie sprzyjali.

          Tobias też swoje przeżył. Widział jak czerwony mag szyje swoje czary z uniesionymi wysko dłońmi, wykrzykuje coś rozkazująco i w efekcie wpakował grupę zwierzoludzie w bagno. Ale zaraz potem stamtąd poleciała włócznia jaka go trafiła i mistrz Drogor upadł z jękiem na ziemię. Chwilowo odzyskana nadzieja wśród ludzi znów się zachwiała. Widział jeszcze jak ktoś próbuje odciągnąć bezwładnego maga gdzieś w głąb obozu. A nieco później sam był świadkiem jak biegł ku niemu jakiś kopytny. Wrzeszczał dziko i szarżował z opuszczoną włócznią. Pierwszy strzał Tobiasa chybił a w okół nie było innych strzelców. Sięgnął do kołczana po drugą strzałe i zdawał sobie sprawę, że jeśli teraz chybi to przeciwnik pewnie go dopadnie. Ale wtedy stała się światłość. Nad jego głową. Jasne race oświetliły teren. tak samo jak niegdyś na Mglistych Bagnach. Łucznik zorientowal się, że biegnie ku niemu nie jeden a kilku zwierzoludzi. Ale zatrzymali się porażeni jaskrawym światłem jakie mieli prosto w ich zwierzęce ślepia. To dało okazję jemu i kilku przygodnym wojakom aby zebrać się do kontrataku. Kopytni wciąż oślepieni światłem nie stanowili zbyt wielkiego wyzwania i szybko albo zostali trafieni albo zrejterowali.

          Stefan w nocy miał okazję być świadkiem innego epizodu. Gdy pod koniec walk, kawalerzysta w płaszczu i wysokim kapeluszu, śmiało ruszył w pościg za uciekającymi zwierzoludzi. Widział jak zaraz po wjechaniu w pierwsze drzewa, zwala się nagle z siodła. Teraz rano słyszał różne wersje. Że Brurchald Munzel dostał z łuku lub włóczni, że wcale nie planował ruszać w pościg tylko koń go poniósł, że w ciemności nie zauważył gałęzi i dostał nią prosto w czerep. Wszystkie jednak były zgodne, że oberwał na sam koniec walki i dlatego teraz rano nie był na chodzie i nie wiadomo było czy przeżyje. Ale też widział jak wcześniej, grupie rejsterujących w głąb obozu wojaków, zajechała drogę kawalerzystka z rozwianymi włosami. Wykrzyczała coś rozkazująco. Nie był pewien czy przez moment oczy nie zabłysły jej dziwnym blaskiem. Większość żołnierzy zatrzymała się. A gdy im wskazała na linię walki, oni zakrzyknęli raz jeszcze i ruszyli z powrotem aby dołączyć do wciąż walczących towarzyszy.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • DekaresD Niedostępny
            DekaresD Niedostępny
            Dekares jako Dekares
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Dekares
            #188

            Ostlandczyk bardziej zwalił się na ziemię niż przysiadł przy gromadzącym oddział myśliwych ognisku, był całkowicie wyczerpany ostatnimi wydarzeniami, już sama walka poprzedniego dnia dała mu się nieźle we znaki a teraz ten cały burdel się na nich zwalił….
            Zaczął powoli, mechanicznie jeść z miski otrzymaną z kuchni porcję jedzenia składającą się głównie z kaszy i cebuli. Jednocześnie ospale rozglądając się po obozie. Liczba pojawiających się przy ognisku żołnierzy wcale go nie dziwiła, miał za sobą już kilka podobnych starć i wiedział że chaos i ciemność zawsze wyolbrzymiały poniesione straty w ludziach którzy tak jak tutaj w żadnym wypadku nie zginęli a po prostu oddzielili się od reszty w ogólnym rozgardiaszu. Zatrzymał się wzrokiem na Wieselach siedzących nieopodal i podobnie jak on próbujących choć chwilę odpocząć, cieszył się że udało mu się zadbać o to żeby przynajmniej dostali coś do jedzenia i spokojne miejsce do odpoczynku jakąś godzinę temu. Wczorajsza rana starszego z nich otworzyła się w walce i trzeba było na nowo go opatrzeć. Na szczęście nie była to aż tak poważna sprawa jak się obawiał w pierwszej chwili.

            - Żeby to samo można by powiedzieć o reszcie… - pomyślał mimowolnie wracając myślami do jatki jaką była opieka nad tymi którzy zostali ranieni w ataku. Pracował w zasadzie bez ustanku z resztą znających się choć trochę na medycynie. Już w trakcie ataku odciągnął i opatrzył ze dwóch rannych, po tym było tylko gorzej.
            Wiedział że jeszcze długo będą mu się śniły krzyki młodego chłopaka ze zmiażdżonym ramieniem którego dopiero niedawno udało się jako tako opatrzeć. W zasadzie pomoc rannym to był cały jego udział w nocnej walce poza tym udało mu się tylko chwilę bez większego efektu zetrzeć z jedną z włochatych bestii za nim Ci nie zaczęli uciekać. Chciał dojść do rannego łowcy czarownic żeby mu pomóc ale zobaczył, że jego właśni ludzie są już przy nim więc dał sobie spokój No i po tym strzelał jeszcze z łuku do drani którzy utknęli w magicznym bagnie ale to trudno było nazwać prawdziwą walką, rozstrzelał z innymi kilka bezradnych bestii i tyle . Z resztą kilku tych przerośniętych parszywców i tak nie chciało grzecznie zdechnąć, dostawali po kilka strzał i nadal próbowali się wyrwać z matni trzeba było zrobić z nich prawdziwe jeże żeby padli albo poczekać na ludzi Egera którzy swoimi arkebuzami w końcu ubijali zwierzoludzi.

            Znajome skomlenie wyrwało go na moment ze koszmarnych wspominek, to wierny Azur przytulił się do jego boku, zapewne wyczuwając ponury nastrój swojego pana i chcąc go pocieszyć.

            • Dobre psisko - powiedział miękko głaszcząc psa po głowie.
              W tym samym czasie usłyszał słowa sierżanta Kolesnikowa o tym żeby zjedli i przygotowali się do rychłego wymarszu. Słysząc to zaśmiał się się pod nosem myśląc o tym jak bardzo boli go głowa, jak bardzo chciałby się położyć i zasnąć.Jednocześnie wiedząc że za chwilę zbierze się z ziemi i przygotuje do wymarszu bo na swój własny absolutnie szalony sposób jednocześnie nienawidził i lubił tą cholerną robotę.
              Czując powołanie Prawdziwego Zwiadowcy zabrał się do spełnienia Najważniejszego Obowiązku każdego Zwiadowcy z krwi i kości i zaczął narzekać jak najgorsza jędza:
            • Tak Jest! W końcu ktoś musi poprowadzić resztę tego burde…-przerwał teatralnie rozglądając się po obozowisku które jeszcze w co niektórych miejscach nadal się tliło po nocnym pożarze i poprawił się - Przepraszam, Płonącego Burdelu przez las żeby się nie zgubili biedacy w drodze do wychodka w Wendorf - puścił porozumiewawcze oko do swojego imiennika żeby ten wiedział że chce tylko trochę rozbawić towarzystwo.
              Jednocześnie wstał z pieńka na którym siedział, bo wiedział że jeśli ma być niedługo gotowy do drogi to musi jeszcze ogarnąć swój zapewne stratowany dobytek i wrócić do doglądania rannych.

            Jego spojrzenie padło na Tobiasa i Duviela, nie był pewien czy to ze zmęczenia ich wcześniej nie zauważył czy dopiero pojawili się przy ognisku ale postawił natychmiast do nich podejść. Coraz bardziej lubił tą dwójkę, nawet pomimo wcześniejszych utarczek z elfem, cieszył się że wygląda na to że nic im się nie stało podczas nocnego ataku:
            -Jak się macie? Szczególnie Ty długouchy dekowniku, gdzie żeś się chował całą noc? Bo nie było Cię razem ze mną pod tym wozem - rzucił do nich figlarnym tonem połączonym z ciężkim ziewnięciem.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • CioldanC Niedostępny
              CioldanC Niedostępny
              Cioldan jako Cioldan
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #189

              Noc minęła szybko, pewnie przez brutalną walkę. Gdy krzyki wyrwały go ze snu, Duivel był na nogach natychmiast, tak samo jak i jego kuzynki. Walka zaczęła się zanim zdążył w pełni ogarnąć sytuację. Las wrzeszczał, obóz płonął, a on wciąż szukał celu.

              Miał przewagę nad ludźmi - elfie oczy radziły sobie w ciemnościach lepiej niż większość wokół. Ale i tak mgła, dym i wzbity kurz robiły swoje. Strzelał. Raz, drugi, trzeci. Nie zawsze wiedział czy trafił, bo tłum i ciemność pochłaniały i strzały i ich skutki. W pewnym momencie natknął się na uciekających - może milicjantów, może ciury obozowe, nie było czasu dociekać. Widział jak wilcza bestia dopadła jednego z nich od tyłu, powaliła go, i wtedy wolał nie patrzeć dalej, bo nie mógł nic zrobić... oprócz strzelania dalej.

              Gdy race rozjaśniły niebo, odetchnął. Rozpoznał gest. Teraz sam też na chwilę zmrużył oczy, gdyż przyzwyczaił się już do ciemności, a nie jest łatwo przejść ot tak z widzenia nocnego na 'zwykłe'. Zwierzoludzie na szczęście również zostali oślepieni, a ludzkie szeregi zebrały się na nowo. Duivel, gdy już ogarniał z powrotem gdzie wróg, a gdzie przyjaciel, posłał jeszcze kilka strzał w stronę rogaczy którzy ugrzęźli w błocie po czarach maga. Niezbyt szlachetne zajęcie, ale jakże skuteczne.

              Ku końcowi bitwy namierzył kobietę na koniu z kuszą. Obserwował przez chwilę jak z siodła, samymi kolanami trzymając klaczkę, przeładowuje broń w środku bitewnego chaosu i posyła bełt prosto w pierś włócznika który już szykował się do pchnięcia. Albo miała nieludzkie szczęście albo po prostu była wyjątkowo dobrą strzelczynią - elf uznał że to jednak drugie.

              Eponia i Lindara trzymały się blisko przez całą noc. Nie potrzebowały jego wskazówek - wiedziały co robić. Kargun, jak to Kargun, gdzieś w nocnym tumulcie rąbał obok Eitrima. Felix kręcił się przy rannych. Leni - ostatni raz widział ją schowaną pod tarczą, ale o świcie stała już przy nim ze swoją procą i miną człowieka który całkowicie wyspał się poprzednią noc i absolutnie nie rozumie o co wszystkim chodzi.

              Teraz siedział przy ognisku Kolesnikova z miską w dłoniach. Zjadł w milczeniu połowę porcji zanim w ogóle poczuł smak. Dopiero gdy sierżant skończył swój sarkastyczny monolog o tym kiedy wyślą ich dalej, elf uniósł głowę i rozejrzał się po twarzach wokół. Wyczerpane. Osmalone. Żywe.

              Gdy usłyszał słowa Stefana skierowane do niego, uśmiechnął się - choć wyglądało to dość ... krzywo - próbując okazać sympatię.

              • Pod wozem? Bracie, gdybym się chował pod wozem to nie miałbyś teraz obok siebie nikogo kto mógłby ci powiedzieć że wyglądasz jakbyś spał w tym piecu, a nie obok niego. - Duivel machnął ręką w stronę nadal tlących się szczątków jednego z namiotów.
              • Ale dzięki, wiesz widzę więcej nocą, starałem się trafiać tych sku***, ale nie ukrywam, wiedziałem też wcześniej skąd biegną, więc łatwiej było mi ich unikać. Zresztą widziałem też inne horrory lepiej niż Wy, ludzie. Łatwo to z głowy nie wyjdzie, ale cóż, wojna, prawda?

              Przerwał na chwilę, pijąc łyk czegoś ciepłego co ktoś mu wcześniej wcisnął w rękę.

              • Trzymam się. Kuzynki też. Dobrze, że i Wy się trzymacie - dodał spokojniej, i był w tym stwierdzeniu zupełnie pewny.

              Obrócił miskę w dłoniach. Spojrzał w stronę lasu.

              • Ta kobieta z kuszą... ta w bordowej brygantynie. Widziałem ją w akcji w nocy. - rzucił między jednym kęsem a drugim. - Von Falkenhorst to ona była? Jeśli tak, to chyba rozumiem dlaczego jest przywódczynią i ludzie za nią idą.
              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • MirasM Niedostępny
                MirasM Niedostępny
                Miras jako Miras
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #190

                Tobias mechanicznie przeżuwał Swój posiłek z pustym wzrokiem utkwionym w ognisko, a zamiast odgłosów trzaskającego drewna i ludzi przebywających wokół niego , ciągle zdawało mu się że słyszy szczęk broni, wycie zwierzoludzi, okrzyki walczących i jęki umierających. Walka zdawała się trwać wieczność, a kiedy się skończyła jego ciało czuło jakby tak właśnie było. Drżącymi dłońmi wziął do ręki miskę i jadł i choć żołądek z paczątku mu się buntował i Tobias musiał powstrzymać odruch wymiotny. Zapach ozonu ciągle czuł w nozdrzach i wydawał mu się nadal silny, równie silny jak zapach brudnego, mokrego futra zwierzoludzi.
                Powoli otępienie go opuszczało, węch i słuch wracał do normy...
                -'Jak się macie?!' - Znajomy głos ostatecznie przeniósł Tobiasa do rzeczywistości. Z tą dwójką wojowników przeszedł już nie jedno i cieszył się że obaj uszli z życiem, ba - najwyraźniej humor zdawał im się dopisywać.
                Przełknąwszy ostatni kęs Tobias skinął do obydwu, starając się nie wyglądać na przybitego, - jak tylko elf skończył Swoją odpowiedź - łucznik rzekł: 'Ledwo stoję na nogach Stefanie, marzę i miękkim łóżku i ciepłej kobiecie obok, dachu nad głową i deskach pod nogami. No ale raczej nie ma na co liczyć. A z tego co się orientuję to co właśnie przeżyliśmy... czeka Nas Panowie więcej tego, tam gdzie zmierzamy. I jeśli mamy to przeżyć powinniśmy trzymać się razem, albowiem mam wrażenie że Bogowie przychylnie na Nas spoglądają, skoro siedzimy tu z kilkoma tylko zadrapaniami.'
                Tobias wzniósł kubek z wodnistym winem w kierunku towarzyszy...

                Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • MirasM Miras

                  Tobias mechanicznie przeżuwał Swój posiłek z pustym wzrokiem utkwionym w ognisko, a zamiast odgłosów trzaskającego drewna i ludzi przebywających wokół niego , ciągle zdawało mu się że słyszy szczęk broni, wycie zwierzoludzi, okrzyki walczących i jęki umierających. Walka zdawała się trwać wieczność, a kiedy się skończyła jego ciało czuło jakby tak właśnie było. Drżącymi dłońmi wziął do ręki miskę i jadł i choć żołądek z paczątku mu się buntował i Tobias musiał powstrzymać odruch wymiotny. Zapach ozonu ciągle czuł w nozdrzach i wydawał mu się nadal silny, równie silny jak zapach brudnego, mokrego futra zwierzoludzi.
                  Powoli otępienie go opuszczało, węch i słuch wracał do normy...
                  -'Jak się macie?!' - Znajomy głos ostatecznie przeniósł Tobiasa do rzeczywistości. Z tą dwójką wojowników przeszedł już nie jedno i cieszył się że obaj uszli z życiem, ba - najwyraźniej humor zdawał im się dopisywać.
                  Przełknąwszy ostatni kęs Tobias skinął do obydwu, starając się nie wyglądać na przybitego, - jak tylko elf skończył Swoją odpowiedź - łucznik rzekł: 'Ledwo stoję na nogach Stefanie, marzę i miękkim łóżku i ciepłej kobiecie obok, dachu nad głową i deskach pod nogami. No ale raczej nie ma na co liczyć. A z tego co się orientuję to co właśnie przeżyliśmy... czeka Nas Panowie więcej tego, tam gdzie zmierzamy. I jeśli mamy to przeżyć powinniśmy trzymać się razem, albowiem mam wrażenie że Bogowie przychylnie na Nas spoglądają, skoro siedzimy tu z kilkoma tylko zadrapaniami.'
                  Tobias wzniósł kubek z wodnistym winem w kierunku towarzyszy...

                  Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79 jako Pipboy79
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #191

                  Tura 44 - 2521.05.06; wlt; ranek

                  Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
                  Czas: 2521.05.06; Wellentag; ranek
                  Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)

                  Oddział Kolesnikowa

                  - Ah, ciepła kobieta obok. Masz rację Tobiasie, trzeba będzie w wolnej chwili odwiedzić nasze markietanki. No chyba, że w tym Wendorf znajdą się jakieś gościnne uda to też dobrze. - Stefan podchwycił ostatnią myśl łucznika i wyszczerzył się lubieżnie. Zaś jego zbiry zarechotały ze złośliwej uciechy. Siedzieli razem. Przez ostatnie dni, szefowe najczęściej luźnych ochotników, przydzielały właśnie do tej bandy hochlandzkich zbirów. Więc całkiem często ze sobą współpracowali. Nocowali razem, wystawiali nocne straże czy tak jak teraz, siedzieli i jedli razem. Wyglądało na to, że oddział po tych nocnych walkach, mimo zamieszania i rozproszenia, to raczej wyszedł bez szwanku. Do tego momentu pojedynczo, po dwóch, znów pojedynczo, odnaleźli się prawie wszyscy Hochalndczycy i ci co byli wczoraj z nimi na szpicy regimentu.
                  - Czerwona kuszniczka mówisz? No może to i nasza wielka szlachcianka. Pamiętacie jak po tym spotkaniu ze strażnikiem w Breder, kupiła sobie ten czerwony kubraczek? I jak potem w nim paradowała dumna jak paw? - Kolesnikow na głos, zastanawiał się nad słowami elfa. I to wspomnienie dość zabawnego spotkania ich szefowej z jednym ze strażników Breder i wówczas i wtedy wywołało falę rozbawienia. Wówczas ich fioletowłosa szefowa, podjechała do paru strażników, pytając o drogę czy coś takiego. Dla wielkiej pani von Falkenhorst. I strasznie się na nich zezłościła jak w niej nie poznali właśnie owej szlachcianki. Choć po prawdzie, wówczas po powrocie z Mglistych Bagien, nie wyglądała zbyt okazale, jak wszyscy w regimencie. I nie było trudno wziąć ją za zwykłą najemniczkę czy kurierkę. Pewnie dlatego wówczas w Breder kupiła sobie solidną brygantynę o wpadających w oko bordowych barwach. Więc chociaż Hochlandczycy nie byli tak do końca pewni, czy to ona tak strzelała z siodła z kuszy to jednak właśnie ją najbardziej ją podejrzewali. Okazało się, że jeden czy dwóch, też ją widzieli w akcji, podobnie jak Duivel. Mimo rubasznej kpiny wobec niej, to jednak leśne zbóje otwarcie nie krytykowali fioletowowłosej.
                  Z kolei żart Jeagera do Duivela, rozbawił towarzystwo. Zerkali ciekawie jak elf odpowie na tą żartobliwą zaczepkę. I jak się okazało, że z chudym da się pożartować to chyba stał się ludziom ciut mniej obcy. - Kolejny któremu się marzą burdele i zamtuzy. - Czarnobrody herszt przez chwilę popatrzył z niemym rozbawieniem na swojego imiennika. Po czym roześmiał się głośno. - I bardzo dobrze! Kto by nie chciał wychędożyć jakiejś dziewki?! Czyli wszystko z takim mężem w porządku, nie dostał za mocno w czerep ani za wiele mu nie ucięli, nic mu nie zgniło! - Śmiał się do rozpuku a jego banici razem z nim.
                  - To teraz koniecznie musimy znaleźć jakiś zamtuz i odwiedzić jakieś gorące, gładkie, ladacznice! - Zawołał jeden z tych leśnych braci.
                  - I, żeby miały z przodu i z tyłu! Żeby było za co złapać! - Wykrzyknął drugi, ożywiony tą wizją. Na chwilę wydawali się zapomnieć o zmęczeniu i trudach nocnej walki.
                  - I wino! Dużo wina! Na wypadek jakby tak gładkie nie były a jednak wciąż się chciało! - Trzeci śmiał się razem z nimi i wymownie uniósł swój, tani, drewniany kufel.
                  - No lepiej aby zbyt gładkie nie były. Te najgładsze to zawsze zgarniają oficerowie. - Czwarty dorzucił coś od siebie ale na chwilę zepsuł zabawę i dostał zmasowany atak krytycznych spojrzeń.
                  - Nie no… Przecież naszymi oficerami są kobiety. No to po co im ladacznice? Więcej zostanie dla nas. - Ten co pierwszy zaczął o wizytach w zamtuzach, starał się szybko przywrócić dyskusję na właściwe tory. I speszył się bo podszedł do nich jeden z wojaków z szarfami oznaczającymi gońca.
                  - Kolesnikow zbieraj swoich ludzi. Szefowe was wzywają. Są przy wagonie. - Przekazał im polecenie, wskazując na kanciastą bryłę krytego wozu jaki był widoczny między namiotami i rzednącym dymem pogorzelisk. Ten wóz obie szlachcianki też zakupiły w hochlandzkim Breder.
                  - No to jak armia sobie o nas przypomniała to zadba aby nam nudno nie było. - Kolesnikow splunął, westchnął i pogrzebał drewnianym widelcem w prawie pustej misce. Właściwie to większość z nich, skończyła już jeść. Ciepła strawa, przyjemnie spływała do żołądka i ożywczo rozgrzewała od środka. Nawet jeśli nie było to danie bardziej wyszukane, niż można by dostać w przydrożnej gospodzie. Czarnowłosy wstał, opłukał swoją miskę, dopił z kubka i wylał resztki na ziemię. Jego ludzie postąpili podobnie. I po paru chwilach szli całą bandą, przez zdewastowany obóz.


                  Obie szefowe zastali przy ich wagonie. Petra siedziała na jego drewnianych schodach. W samej koszuli i spodniach. Nawet buty miała zdjęte więc widać było jej bose stopy. Wyglądała na zmęczoną i trudno było powiedzieć czy dopiero zaczyna nowy dzień czy kończy poprzednią noc. Przez chwilę wpatrywała się tępo przed siebie, jakby nie zauważyła nadejścia Kolesnikowa i jego bandy. Lady Muller wyglądała bardziej godnie. W barwnej spódnicy. Jednak włosy, zwykle tak starannie ufryzowane, teraz miała spięte w prosty kok z tyłu głowy. Stała obok schodów i kończyła bandażowanie głowy Petry. Tam i tu, na jej sukni, widać było krwawe zacieki. A z samego rana Stefan spotkał ją w jednym z namiotów, jaki zaimprowizowano na szpital polowy. Czyli po prostu ostał się w miarę cały i był dość duży. Więc tam znoszono rannych. I zwykłych wojaków, takich jak on. A także tych znaczniejszych, jak Burchald czy mistrz Drogon. Nawet bogobojny Teodoryk też tam trafił. Jak w każdym szpitalu polowym, rannych było więcej niż personelu. Więc pomoc Stefana lady Inez i Alezzia powitały z ciepłymi uśmiechami. Po chwili doszedł jeszcze wiekowy ale dziarski Harold ze świty Munzela. Zwykli żołnierze i ciury obozowe znosiły kolejnych rannych jakich odnajdywano z początku jeszcze po ciemku. Ci lżej ranni przychodzili sami lub z pomocą kolegów. W miarę jak noc rzedniała i widoczność się poprawiała, dochodzili kolejni jakich odnajdywano na pobojowisku. Stratowani przez towarzyszy lub wrogów, zaczadzeni dymem, zachłyśnięci magicznym trzęsawiskiem jakie stworzył mag, z porąbanymi toporami ranami, zmiażdżeniami od prymitywnych maczug. Munzel miał rany głowy, poranione jak od upadku plecy i ranę kłutą w brzuchu. Więc mógł grzmotnąć po ciemku w gałąź, oberwać włócznią i spaść z konia na coś twardego a nawet ten koń mógł go jeszcze przeciągnąć kawałek. Żadnej z tych możliwości nie można było wykluczyć. Jego oponent w czerwonych szatach miał poważną rane brzucha i piersi. Pewnie też od włóczni lub oszczepu. Ciężko i chrapliwie oddychał. I ranę na skroni, jakby dostał kamieniem albo na taki upadł. A może jak już leżał to ktoś po nim przebiegł? Albo mógł dostać z procy czy ciśniętego kamienia. Głos von Falkenhorst przerwał to czekanie.
                  - Ah, Kolesnikow. Jesteś. - Petra jakby wyrwała się z letargu. Przeczesała palcami włosy ale dłoń Inez delikatnie, ale stanowczo odsunęła ją aby nie przeszkadzała w bandażowaniu. Fioletowowłosą na chwilę to zirytowało i jakby straciła wątek co miała powiedzieć. Lady Muller jednak już kończyła wiązać opatrunek więc nożyczkami ucięła resztę materiału i lekko klepnęła koleżankę, że już koniec.
                  - No tak, Kolesnikow. - Petra zebrała się w sobie i zaczęła mowić jeszcze raz. Schyliła się aby sięgnąć po butelkę wina i nalała sobie do kubka. Takiego dość zwyczajnego a nie jakiego można by się u szlachcianki spodziewać. Przełknęła porcję płynu i westchnęła z ulgą. Pierwsz raz na dłużej zawiesiła wzrok w herszcie Hochlandczyków. Tak jakby coś rozważała w swojej fioletowej głowie. Ale jak się już odezwała to tym razem głos miała zdecydowany. - Ilu masz gotowych do drogi ludzi? - Zapytała zerkając szybko po stojących wokół lidera sylwetkach.
                  - Prawie wszyscy Frau Oficer. Jednego czy dwóch nie ma. Reszta już się odnalazła. - Brodacz wymownie wskazała na podległych mu zwiadowcow. Faktycznie tak było. Chociaż w nocy mocno się rozproszyli to teraz większość się znalazla. Widząc i słysząc to, Petra pokiwała głową o nietypowej barwie włosów. Widać było, że jest zadowolona z takiego stanu.
                  - Dobrze Kolesnikow. To bardzo dobrze. Weźmiesz swoich ludzi i pójdziecie do Wendorf. Ponoć to już blisko. Wczoraj o małośmy tam nie doszli. Pójdziecie tam i rozejrzyjcie się jak wygląda sytuacja. My ruszymy za wami. Ale jak widzicie, nie tak prędko jak wczoraj myśleliśmy. - Oficer wydała polecenie podobne jak przez ostatnie kilka dni. Czyli banda hochandzkich myśliwych, miała iść na szpicy regimentu aby rozpoznać drogę. I rzeczywiście, jeszcze gdy wczoraj rozbijali obóz, szykowali się, że z rana cały regiment ruszy do pobliskiego miasta. O tej porze już by zwijali namioty, sierżanci by grupowali swoje oddziały i stopniowo wracaliby na drogę prowadzącą mniej więcej na wschód. Teraz jednak widać było pobojowisko i spustoszenie jakie uczynił nocny atak zwierzoludzi. Więc jasne było, że regiment będzie miał opóźnienie w stosunku do wczorajszych planów. Rozczochrana czupryna czarnowłosego skinęła na znak, że przyjął takie polecenie.
                  - Uważancie na tych rogaczy. Część z nich wczoraj uciekła w las. Mogą się kręcić gdzieś po okolicy. - Von Falkenhrst, widząc, że sierżant, gładko przyjął jej słowa, dodała cos od siebie. Ten znów pokiwał głową. Ona zaś podniosła wzrok na swoją partnerkę. Lady Inez pakowała swoje nożyczki i bandaże, wrzucając je do pudła. I gdy złapała jej spojrzenie to lekko skinęła glową.
                  - Tylko jeszcze jedna taka rzecz. - Petra przeniosła spojrzenie na Kolesnikowa. I jakby potrzebowała zebrać myśli. - Tylko miejcie oczy szeroko otwarte. Ten list od zabitego kuriera coście wczoraj znaleźli. - Zaczęła mówić ale prawie od razu przerwała. Jakby nie była pewna jak to przekazać. W końcu znów spojrzała na Inez, więc ta przejęła pałeczkę.
                  - List był tylko częściowo czytelny. Za bardzo zamókł. Ale jest w nim mowa o buncie w regimencie Siege Stern. Lojaliści wysłali ten list z prośbą o wsparcie. Niestety jeśli były tam jakieś daty czy nazwiska to się nie zachowały. Więc nie wiemy jaka tam jest obecna sytuacja. - Muller przekazała im co było w liście jaki wczoraj znaleźli w tubie pod drzewem.
                  - I dlatego musimy zachować czujność. Musimy pomóc lojalistom jeśli jeszcze tam są. A jeśli nie to trzeba będzie zaprowadzić porządek z buntownikami. Rozeznajcie się na drodze i w mieście zanim my dotrzemy z głównymi siłami. Musimy dbać o dobre imię naszego regimentu aby nie przynieść wstydu naszemu margrafowi i marchii. Zresztą ci buntownicy i tak zagrażają naszym tyłom więc trzeba zrobić z nimi porządek. No chyba, że lojaliści sobie z nimi już poradzili to tylko weźmiemy kwaterunek i ruszamy dalej na wschód. - Lady Petra dokończyła wydawanie poleceń dla zwiadowców. I obrzuciła ich spojrzeniem jakby sprawdzając czy są gotowi aby je wypełnić.


                  Mecha 44

                  Wiedza o regimencie Siege Stern (INT + Wiedza: Imperium)

                  mod:
                  sława regimentu +10 (wszyscy)
                  mały detal Ostlandu -10 (wszyscy)
                  brak wiedzy o Imperium -30 (Duivel)

                  rzut: https://orokos.com/roll/1074025 (93, 76, 65)

                  Duivel: 50+10-10-30=20; rzut: 93; 20-93=-73 (sp.por)
                  Tobias: 35+10-10=35; rzut: 76; 35-76=-41 (śr.por)
                  Stefan: 50+10-10=50; rzut: 65; 50-65=-15 (ma.por)

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • DekaresD Niedostępny
                    DekaresD Niedostępny
                    Dekares jako Dekares
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #192

                    Pogaduchy przy ognisku

                    Stefan słuchał z rozbawieniem zarówno riposty elfa, jak i odpowiedzi Tobiasa, po czym dodał z entuzjazmem:

                    • Święte Słowa Tobiasie, trzymajmy się razem… nawet z Tobą elfie, przepuszczę Ci nawet to, że oszukujesz w nocnej walce tymi swoimi ślepiami - Nie mógł sobie odpuścić małej szpili w kierunku elfa, ale miał nadzieję, że ten odbierze jego słowa zgodnie z jego intencją, czyli jako niewinne przekomarzanie.
                      Wspomnienie nocnej walki spowodowało, że mina mu trochę zrzedła i dodał już poważnym tonem:
                    • Żarty, żartami, ale musimy rzeczywiście coś wykombinować, żeby zniwelować przewagi tych pomiotów chaosu, bo Tobias dobrze mówi, że możemy się spodziewać tylko więcej walki z tymi bydlakami.
                      Ostlandczyka na myśl o zwierzoludziach natychmiast zalała krew, przed oczami przeleciały mu twarze zabitych i ranionych w dzisiejszej walce oraz we wszystkich innych starciach z pomiotem, w których brał udział. Starał się skupić na rubasznych pomysłach kolegów dotyczących uciech, których chcieliby zażyć w Wendorf, ale sam myślał raczej o tym, co chciałby zrobić z kilkoma kopytnymi, gdyby tylko odważyli się znowu wychynąć z lasu do uczciwej walki:
                    • Przeklęty las! To dzięki niemu nie możemy zgnieść tego plugastwa! - pomyślał pewnie po raz setny w ciągu ostatnich dni. Czuł, że nie powinien się poddawać takim krwawym myślom, ale oderwanie się od nich umożliwiło mu dopiero przybycie posłańca wzywającego ich do dowództwa.
                      -No to czas na nas - pomyślał zbierając się do działania.
                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • CioldanC Niedostępny
                      CioldanC Niedostępny
                      Cioldan jako Cioldan
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #193

                      Elf wysłuchiwał opowieści wojaków o zamtuzach. Nie dziwiło go w ogóle odejście od tematów wojny czy nawet samych potworów z nocy. Nikt też nie wspominał o brakujących wojakach, jakby wszyscy łudzili się, że oni zaraz wrócą, że uciekli i teraz wracają do obozu. Ich oderwanie od spraw trudnych zostało brutalnie przerwane przez wysłannika szefowej. Elf, aż lekko się zachłysnął gdy usłyszał słowa "zbieraj swoich ludzi. Szefowe was wzywają", domyślał się co to oznacza. Wstał od stołu gdzie zostawił pustą miskę po posiłku, zabrał ze sobą jednak kubek z jakimś gorącym napojem. Rozgrzać się musi do końca. W milczeniu dotarł z resztą oddziału do szefowych. Duivel słuchał uważnie słów Petry, z kubkiem w dłoni. Zamokły list, bunt w regimencie, lojaliści, buntownicy. Słowa spływały po nim jak woda po liściach - nie dlatego że go nie interesowały, ale dlatego że jego głowa wciąż była gdzie indziej. W lesie. W nocy. W tym wyciu.

                      • Ten regiment Siege Stern... - zaczął mówić obok Stefana i Tobiasa, jakby myślał głośno, ale w ciszy która panowała, każdy mógł go usłyszeć - ...z Ostlandu to on, tak? Bo jeśli tak, to ktoś z was pewnie wie o nim więcej niż ja. Dla mnie to tylko kolejna nazwa. Bunt w środku wojny, tak blisko wroga... to albo ktoś bardzo głupi albo bardzo pewny siebie - zmrużył oczy i dokończył - albo te pomioty mu namieszały w głowie...
                        Więcej nie dodał. Dopił swój napój, łuk miał już przewieszony przez ramię, nawet przy obiedzie nie ściągał go z siebie.
                        Gdy narada się skończyła, podszedł do swoich kuzynek i odezwał się po elficku, żeby tylko one słyszały.
                      • Ruszamy z Kolesnikovem dalej, bierze tylko swój oddział. Przekażcie reszcie naszym, żeby pomagali ile mogą rannym i całemu regimentowi. Wy dwie miejcie oczy szeroko otwarte i bądźcie czujne. W dzień sobie poradzą z wychwyceniem wroga, ale nocą macie być czujne i .... pomocne. Proszę słuchajcie Petry i Inez, dobrym wyborem będzie też Alessia. Widzimy się w Wendorf.
                        Kuzynki przytaknęły bez słowa. Lindara już spinała kołczan. Eponia sprawdzała cięciwę.
                        Kolesnikow zbierał swoich. Duivel dołączył bez zbędnych słów, gdy tylko zebrał niezbędny ekwipunek. Mijali resztki pogorzeliska, a w głowie znów wyświetlał mu się obrazek z dnia poprzedniego.
                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1

                      Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                      Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                      With your input, this post could be even better 💗

                      Zarejestruj się Zaloguj się
                      Odpowiedz
                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                      • Najpierw najstarsze
                      • Najpierw najnowsze
                      • Najwięcej głosów


                      • Zaloguj się

                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                      Powered by NodeBB Contributors
                      • Pierwszy post
                        Ostatni post
                      0
                      • Kategorie
                      • Ostatnie
                      • Tagi
                      • Popularne
                      • Świat
                      • Użytkownicy
                      • Grupy
                      • Strona startowa