Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 225 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach
    napisał ostatnio edytowany przez Seach
    #30

    text alternatywny

    Khal uśmiechnął się odrobinę rozczulony ciszą przerywaną tylko oddechem śniącej recepcjonistki.
    - Hmmm - zastanowił się chwilę nim zwrócił się do Kaylie.
    - Jak to w takich miejscach wygląda? Potrzebujemy jej drzemkę przerywać, czy ktoś inny się zajmuje ich zbiorami? - zapytał, nie czując się “na swoim podwórku”.
    Z najemnikami czy poszukiwaczami przygód miał kontakt zwykle zgoła inny. Zwykle korzystał z pośrednika, który brał na siebie większośc spraw organizacyjnych za nieprzyzwoity wręcz procent…
    Kaylie spojrzała w stronę śpiącej kobiety.
    - Ona będzie wiedziała. Zakładam, że ty masz doświadczenie w budzeniu nieprzytomnych i nieprzygotowanych kobiet.
    Cichy chichot wydobył się spod nosa Khala.
    - Musiałabyś zapytać którąś z tych “nieprzytomnych i nieprzygotowanych” jak wspominają dalsze wydarzenia. - Odpowiedział puszczając Kaylie bezczelne oczko i podszedł do recepcjonistki, stając od niej w komfortowej odległości.
    - Hej, królewno… - zaczął do śpiącej kobiety łagodnym głosem, jakim można by budzić niemowlaka po drzemce po opiciu się mleczkiem - Wybacz, że ci sen przerywam, ale potrzebuję ciebie…
    - Jak masz tak zamiar słodzić to cukiernię otwórz. - odpowiedziała mu leniwie kobieta, prostując się na krześle. Zerknęła na Viktora, potem na Kaylie - Kolejnego klienta przynosisz? Jak szukasz roboty jako pośrednik to mam wniosek do wypełnienia.
    - Tylko jeśli mi w tej cukierni pomożesz. Chciałbym skorzystać ze zbiorów waszej biblioteki. Polecono mi ją jako najodpowiedniejszą dla moich potrzeb, a definitywnie nie chcę się panoszyć nie u siebie. Mógłbym ciebie prosić o wyjaśnienie jak to mogę zrobić? Gdzie stosowne opłaty uiścić i podobne?
    Kobieta przyjrzała się prawnikowi po czym wyjęła kartkę z wnioskiem, pióro i kałamarz.
    - Skoro nie jesteś członkiem musisz wypełnić wniosek. - dokument był relatywnie prosty:

    Ja niżej podpisany (imię i nazwisko), proszę o dostęp do działów biblioteki Gildii Poszukiwaczy Przygód w Evercrest.
    Działy:

    Zbiory tam zebrane są mi potrzebne do:

    Oznajmiam, że wykorzystam je tylko i wyłącznie w w/w celu, a wszelkie zmiany w tym postanowieniu uzgodnię z reprezentantem Gildii.
    Jestem poinformowany, że nie posiadam zezwolenia na zabranie ze sobą zbiorów i rozumiem konsekwencje prawne związane ze złamaniem tego zakazu.

    Khal uśmiechnął sie do siebie i wyciągnął spod kaftana własne pióro… piękne i misternie wykonane w ze stali, z uchwytem z niemal czarnego drewna. Na całej swej powierzchni zdobione drobnym wzorem roślinnym nie tylko pięknym, ale poprawiającym chwyt. Próżno takiego drugiego byłoby w Królestwach szukać. Ale atramentem się już poczęstował.
    - Poszukuję map, atlasów geograficznych Evercrest… - wyjaśnił gdy jego cudeńko tańczyło już po papierze kreśląc pierwsze znaki, ze szczególną uwagą kaligrafując jego własne imię. Nikt nie będzie szanował słów “Viktor Goodmann” jeśli on sam nie będzie.
    -... wykazów i dzienników lokalnych traperów. Szukam kopalni która chyba oficjalnie nie istnieje, albo została zapomniana, albo jest dawno uznana za wyczerpaną, znając urywki opisów geografii okolic zejścia do niej. W waszym wykonaniu te działy jak są nazywane? - zapytał, wisząc stalówką pióra nad odpowiednim polem.
    - Geografia, historia lokalna, raporty zwiadowcze. - podała kobieta - Po co wam ta kopalnia?
    Viktor spisał nazwy niemal z połową tempa ich wymawiania, a mimo to linie były pewne, klarowne i kształtne.
    - Zlecenie które przyjęliśmy. Jest tam pewnie coś co nasz zleceniodawca chce znaleźć - odpowiedział nieco tajemniczym, nieco wesołym tonem… ale łatwo dało się wyczytać między wierszami “i oczekuje on dyskrecji. Wybacz.”
    - Zbiory tam zebrane są mi potrzebne - recytował zapis z podania - do wykonania powierzonego mi zlecenia, którego cele w pełni zbieżne są z dobrem Evercrest oraz mieszkańców? - zapytał nim wpisał. - Tak będzie dobrze? Czy oczekujecie więcej szczegółów? - zapytał z ufającym uśmiechem.
    - Może być. - odparła - Proszę za mną. - kobieta zaprowadziła dwójkę do oddzielnego skrzydła gildii. Szeregi regałów wypełniały masywne pomieszczenie. - Dla pana. - recepcjonistka wręczyła Viktorowi niewielki wisiorek - Nie musisz go zakładać. Zarejestrowałam, które działy chce pan przeglądać. Magiczne zabezpieczenia zostaną zdjęte z ksiąg kiedy pan do nich podejdzie, ale tylko z tych działów, które pan wybrał.
    - Bardzo dziękuję, nie będziemy dziś testować ich skuteczności.
    Viktor podtrzymał jeszcze kilka momentów rozmowę dopytując o pomniejsze procedury biblioteczne tu obowiązujące i przemycając drobny, niemal niezauważalny i bezwiedny flirt, ale… nawet nie bardzo nawet dał czas na niego odpowiedzieć bo wzywały go księgi…

    Kilkanaście minut później Viktor z Kaylie stali przy największym znalezionym stoliku z niemała stertą ksiąg, notesów, zwojów i tekstów, a przed nimi wszystkimi zwiniętą wciąż mapą okolic z posterunku.
    - Mamy jeszcze jakieś półtorej godziny działania na zwiększonych obrotach. Wykorzystajmy to. Podziemia. Owocnik grzyba głębinowego. “Ruiny” po wyjściu z których widać światła miasta. Okolice wzgórza i jeziora. Pod ziemią stare laboratorium, pewnie nie “Mistrza Soczków” a kogoś przed nim. Spodziewamy się, że w pobliżu gór gdzie orkowie mają swoją “twierdzę”. No i ta kopalnia srebra.
    Sam pierwszym co wziął była mapa z lepiej zaznaczonymi wysokościami niż pozostałe. Szukał regionów i oznaczał je w notesie z których może byłaby możliwość dostrzeżenia “świateł stolicy”.
    Kaylie położyła dłoń na ramieniu Khala.
    - Zajmę się księgami. Mamy mało czasu, więc nie przeszkadzaj, dobrze? Ogarnij te obrazki.
    Pomimo uciekających chwil jednak przerwał swe poszukiwania delikatnie chwytając jej dłoń. Nie puścił jej nim, niecałe dwa wdechy później, nie ucałował jej czule.
    - Cieszę się, że tu jesteś… - ledwie wyszeptał i odchrząknął przeganiając tę najdrobniejszą nutę rozczulenia z głosu. Pochylił się nad mapę, wracając do pracy - Nie uwierzyłabyś jakich młokosów wypuszczały akademie w Cheliax. Nawet absolwenci Heveliusa rzadko rozumieli na czym w praktyce wygląda prawo. Większość z nich potrzebowała z pół roku nim stała się użyteczna. Gdyby dobre stosunki z uczelnią nie były aż tak wartościowe to za darmo bym ich do siebie nie brał.
    Kaylie uśmiechnęła się pod nosem, sama zaczynając przeglądać książki. Interesowała ją ta, w której znajdzie informacje o owym grzybie głębinowym, za którym dalej będzie szukać tropów. Nie było na razie jednej konkretnej książki, na której mogłaby się skupić, więc teraz poszukiwała połączenia z tym grzybem, które mogło naprowadzić ją na tropy wokół Evercrest i jego okolic.
    - Zakładam, że za darmo byś nie wziął. Chyba, że uczennica zapłaciłaby ci inaczej w trakcie. - odparła nie podnosząc oczu znad tekstu.
    - Brałem i jeszcze im pensje płaciłem… - żachnął się Khal, również skupiony na pracy.
    - A absolwentki… - zastanowił się króciutki moment - nah… nie czas na te historie…
    Za młodu Avruil, bardziej niż spędzać długich nużących godzin nad zakurzonymi książkami, wyszukiwała słów kluczy, aby dojść do tego co ją interesuje. Ten talent przydał się jej i tu, gdyż po kilku minutach udało się jej znaleźć rycinę przedstawiającą dokładnie ten grzyb, który znaleźli na orku.
    "Amanita Argentis" - muchomor srebrny. Grzyb głębinowy występujący w jaskiniach na południowy wschód od miasta, gdzie znajdują się złoża srebra, przy których ten gatunek rośnie.
    Khal kiwnął głową z uznaniem.
    - No tak… już zapomniałem jakie masz tempo. Dobra robota. Więc… południowy zachód. To są okolice gór gdzie plemię orków ma przesiadywać, więc się zgadza… ale jaskiń będzie pewnie dużo. Potrzebujemy więcej…
    Zaczął kreślić na większej kartce szkic tych rejonów Evercrest oznaczając spodziewane kierunki spadku terenu. Aby po wyjściu z ruin widoczne były światła stolicy musiał być on choćby lekko opadać w jej kierunku, albo nie mieć drzew czy innych zasłon pomiędzy nimi. Niestety żadna z map nie miała oznaczonego punktu “siedlisko goblinów, a pod nim stara pracownia alchemiczna”. Ale miały pozaznaczane jeziora… to również był filtr, pozwalający ograniczyć zakres poszukiwań.
    Po kilku chwilach miał wyznaczone pięć potencjalnych miejsc, w których mogła się znajdować kryjówka ich podejrzanego. Niestety były dość daleko od siebie, więc nie było mowy o jednorazowej ekspedycji do kilku z nich.
    W tym momencie także Kaylie poszukiwała informacji o okolicach i możliwych ruinach wskazanych jako punkty zainteresowania na terenie mogące być zainteresowaniem dla badaczy miejsc geograficznych tych terenów.
    Niestety jedyne co znalazła to wzmianki o starych krasnoludzkich strażnicach i punktach handlowych. Pozwoliło to na odrzucenie jednego z punktów, które wytyczył Viktor.

    Półtorej godziny minęło jak z bicza strzelił. Nie pracowali w ciszy. Niemal non stop rozmawiali, przerzucali się pomysłami i spostrzeżeniami. Łączyli tropy tak luźne, że niezauważalne i wyciągali niemożliwe wnioski, odrzucając inne na mocy spostrzeżeń tak subtelnych, że nie dało się ich nawet nazwać inaczej niż intuicją. Khal… wspaniale się bawił. To nie miało intensywności jak gra w berka, czy w pościelach. Było powolniejsze, przetykane nawet dłuższymi momentami gdy tylko szorowanie grafitu po papierze wzburzało ciszę, ale zaraz któreś z nich coś znalazło i czuło się kolejny imponujący krok na drodze do celu, do którego kilku ważnych i potężnych już próbowało się zbliżyć i zawiodło. Kaylie widziała jak dobrze Khal czuł się w tym momencie i bez problemu mogła wyobrazić sobie, że dokładnie tak samo wyglądał rozpracowując sprawę sądową na której, dzień później, miał zmiażdżyć nieszczęśnika po drugiej stronie.

    - Ufff… - spuścił z siebie powietrze, osuwając się na oparciu - Cztery miejsca. Właśnie zredukowaliśmy całe Evercrest to czterech możliwych miejsc… Kaylie, jesteśmy niezwyciężeni!
    Kaylie uśmiechała się z pobłażaniem jak do dziecka.
    - To dopiero początek. Jeszcze nie znaleźliśmy konkretnego miejsca, a jedynie określiliśmy cztery możliwości. Jeszcze nie pora na odtrąbienie zwycięstwa. Będziemy mogli poklepać się po ramionach, gdy załatwimy tych wszystkich wariatów jacy eksperymentują na mieszkańcach. - ostudziła radość, jaka według niej była przedwczesna.
    - A ja zamierzam cieszyć się z każdego znaczącego kroku na drodze do celu - zaprotestował z nierzędnącym uśmiechem.
    - No nie żartuj, Kaylie… Evercrest było bezsilne. Cała straż miejska, wszystkie ich zasoby wraz z jakimś uber-szpiegiem, co nas śledziła nim w ogóle zdążyliśmy w jakikolwiek zwrócić na siebie uwagę, z królewskim dywinatorem w to zaangażowanym nie byli w stanie tej sprawy ruszyć. Nie wiedzieli nawet jak się do tego zabrać i przez [okres czasu który zaraz w sesji wynajdę] stali w miejscu. A dziś przyszliśmy my. W jedno popołudnie mamy prawdopodobne miejsce gdzie bydlak przebywa. Myślę, że zapracowaliśmy sobie na to drobne podpompowanie ego.
    - Podpompujesz ego, gdy będzie pozamiatane. Gdzie twoja cierpliwość prawniku diabłów?
    - Oszczędzana na moment gdy będzie potrzebna - odpowiedział puszczając oczko - Ale w porządku… - podźwignął się z osunięcia na krześle i pochył nieco do Kaylie, zaplatając dłonie przed sobą - Uargumentuj. Czemu moje zadowolenie z postępu w śledztwie może okazać się szkodliwe. Ostrzegam jednak, że jeśli powiesz coś o osiadaniu na laurach to i całej reszty wypowiedzi nie będę w stanie potraktować poważnie - oczy mu się śmiały non-stop.
    - Nadmierne samozadowolenie może zmniejszyć ostrożność i doprowadzić do podejmowania ryzykownych decyzji, gdy przestaniemy uważać na swoje działania widząc je jako już wygrane, a przeciwnika jako pokonanego. - wyjaśniła z cierpliwością opiekunki dziecka.
    - To… JEST odmiana “osiadania na laurach”- stwierdził z lekkim zawodem w głowie - ... ale w porządku. Całkowicie rozsądne podejście - przyznał Kaylie rację - Kwestia tego czy ma się wiarę by udało się zachować adekwatną do dalszej części wyzwania czujność i skupienie. No i ja mam w sobie dość arogancji by uważać, że mój uśmiech na gębie mi w tym nie przeszkodzi… ale nie będę Ci przeszkadzał w odbieraniu tego po swojemu.
    - Zrobiliśmy ile się dało - kontynuował po chwili już zupełnie poważnie - Można by jeszcze szukać pod kątem leż goblińskich w raportach, ale mała szansa, by nam coś to przyniosło. Goblińskie plemiona mają zbytnią tendencję do migracji. Najpewniej nie są tam na tyle długo aby z losowych spotkań zielonoskórych w lesie udało się wyciągnąć regułę. Mam lepszy pomysł…

    text alternatywny

    Nadworny mag pojawił się ponownie w Popielnym Dworze. Nie wykłócał się jednak tym razem z Otto na temat natury karczmarza. Najwyraźniej nie wywróżył nowej teorii. Otto zerknął na przybyłych Viktora i Kaylie.
    - O, są nasi konsultanci. Fern mówi, że macie coś dla niego.
    Kaylie odezwała się pierwsza z jakimś zmęczeniem w głosie.
    - Dywinacja czy szpieg? - odezwała się spod maski.
    - To słodkie, że uważasz, że poświęcałbym wam szpiegów barona. Już wystarczy ogon, który dała wam Filia. - odparł mag - I nie potrzebna mi była dywinacja, fakt, że Blackfyre przyszła po was osobiście było wystarczającym omenem, że będę potrzebny.
    - Ależ jesteś skromny. - zacmokała - Zaskakujące. - stwierdziła ironicznie.
    - Jak przystało na mistrza magii. Więc, cóż takiego udało wam się wyciągnąć?
    - Określiliśmy cztery możliwe miejsca, w których mogą być porwani, jak i ten szaleniec co ich zmienia. - powiedziała wprost.
    - Och! - zawołał mag - A to ciekawe. Dobra pokazujcie, może jakoś pomogę.
    Viktor strzelił śliną w średnim zadowoleniu. Byli u niego prosto z biblioteki i służba rozłożyła ręce.
    - To dlatego nie było ciebie w twojej wieży - stwierdził oczywistość, bardziej jako między-wersowy przekaz “byliśmy u ciebie”. - Jak wrócisz majordomus będzie miała dla ciebie list ode mnie. Będzie już nieaktualny.
    - Potrzebujemy coś jeszcze ci pokazać przed tym. To nie jest daleko, pozwolisz z nami? - jedna stopa Viktora już wskazywała wyjście z Dworu.
    Elf uniósł brew, ale spokojnie ruszył za Viktorem i Kaylie.
    - No cóż, wybaczysz, że nie siedzę na zadzie wyczekując twojego wezwania. - odparł mag na przekąs diabolisty.
    - Nie miałem na myśli najmniejszego zarzutu - przeprosił Viktor akcentowanym żalem tonem - To było raczej… zagajenie. Wstęp do informacji, że będziesz miał do przeczytania bądź wyrzucenia spisaną wiadomość ode mnie.

    Viktor nie prowadził zespołu daleko. Niecałe dziesięć minut później znaleźli się w pokoju innej karczmy, który Viktor wynajął z jedynym warunkiem by było czysto i by miał on stół i krzesła. Zostawił Fisusia wyglądającego przez szczelinę pod drzwiami, czy rozmowa jest prywatna. Sam rozświetlił kilka gwoździ w suficie magicznym światłem w sposób dający sztuczny, pozbawiony cieni, ale nie rażący w oczu widok.
    - Wybacz, Fern, te podchody. Komendant Blackfyre ma pewne wątpliwości… - zawahał się na chwilę - Zakładam, że jesteś wprowadzony w szczegóły sprawy, skoro próbowała korzystać z twoich możliwości… - Viktor zrobił krótką pauzę wyczytując z twarzy maga odpowiedź jeszcze nim ten zdążył kiwnąć głową.
    - Więc Filia mówi, w parafrazie: “Bardzo niewielu byłoby w stanie zrobić to co nasz cel zrobił i Jori należy do tej elitarnej grupy”. Dlatego wolałem nie przeprowadzać tej rozmowy w Popielnym Dworze.
    Viktor wyjaśniał okoliczności sprawy i rozkładał wyciągniętą z podwymiaru mapę, którą dostali na posterunku oraz wyciągnął własne notatki z biblioteki. Nie chciał mazać po nie swojej mapie, więc nie była ona oznaczona.
    - Po przesłuchaniu świadków udało nam się ustalić kilka rzeczy, które, po skorelowaniu z materiałami z biblioteki Loży Najemniczej, pozwoliły nam zawęzić prawdopodobną siedzibę naszego celu do czterech lokacji. Niestety opieramy się na spisanych materiałach, więc nie możemy założyć, że nie ma w tych okolicach innych jaskiń czy ruin potencjalnie spełniających wymagania, a zwyczajnie nie zostały zaraportowane. Mój plan wyglądałby tak, że byśmy cię pięknie poprosili abyś spróbował wywieszczyć te lokacje. Wiemy, że nasz cel kryje się pod płaszczem jakiejś formy non-detekcji, więc jeśli by się okazało, że jednej z nich nie jesteś w stanie to by dało nam niemal pewność, że to jest właśnie to. Co o tym myślisz?
    - Szczerze za dużo nie wiem. - przyznał elf chociaż bez żadnej goryczy - Zwłoki porwanych ludzi pojawiają się z mutacjami o alchemicznej naturze. Widziałem zwłoki kobiety i olbrzymiego gnoma , ale nie udało mi się ustalić gdzie ostatnio byli. - mag wzruszył ramionami - Jeżeli udało wam się ustalić potencjalne miejsca chętnie pomogę zawęzić pulę.
    - Będziemy bardzo wdzięczni, a Filia jeszcze bardziej - uśmiechnął się Viktor i urwał kilka kawałków papieru. Narysował na każdym z nich strzałkę i położył je na mapie by wskazywały lokacje o których mowa.
    - Ta zamknięta kopalnia kiedyś miała w sobie rudę miedzi, ale zgodnie z zapisami wyczerpała się ponad wiek temu i została porzucona. Było w raportach kilka historii o plemionach goblinów, koboldów, raz gnoli i dwa razy bandytów tam lokujących swoją bazę wypadową. Ostatny spisany raport o niej wspominający to gdy dekadę temu drużyna Robara z czterema innymi awanturnikami przyjęli zlecenie aby wybić mieszkające tam wtedy plemię goblinów. Zgodnie z raportem: zabili strażników z przodu i nim zeszli głębiej zablokowali za sobą wejście czymś co nazwali “ścianą mocy”, ale nie wierzę by mieli na myśli faktyczne zaklęcie “ściany mocy”. To musiał być jakiś skrót myślowy czy ich gwara. Zgodnie z ich deklaracjami: żaden goblin nie przeżył.
    - Ta tu jaskinia jest w archiwach wspomniana tylko kilka razy, bo w niej urządzano noclegi. Wspomniano w raportach, że jest głęboka, ale nikt nie schodził by sprawdzić jak bardzo głęboka.
    - Ta jaskinia jest w miejscu gdzie przed trzema wiekami była mała wioska. Teraz nic z niej nie zostało, poza kilkoma kamieniami na kamieniu. Schodzi się do niej przez wydrążony otwór wokół której obudowana była studnia. Ma schodzić dwadzieścia metrów w dół i otwierać się na znacznie szerszą jaskinię. Podejrzewa się, że gdzieś w okolicy może być drugie wejście, ale nie znaleziono go. Przed wiekami, dwadzieścia kilometrów stąd miała być siedziba wampirzycy. Jej mały zameczek został zrównany z ziemią i wszystkie potencjalne podziemne tunele razem z nim.
    - Ta tutaj miała się otworzyć dwie dekady temu, gdzie warlock Salomen starł się z drużyną Varrika. Jego żelazny golem został miotnięty w coś co wydawało się litą skałą, ale okazało się efektem zaklęcia Kształtowania kamienia i miało niecałą stopę grubości. Sprawdzenie jej zostawiono na później, bo po walce byli mocno ranni i musieli szybko wracać aby się połatać. Dwóch z nich nie przeżyło podróży. Czemu potem nikt nie wrócił tego zbadać? Nie mam pojęcia.
    - Czy to ci wystarczy do twojej magii? - zapytał w końcu.
    - Jak najbardziej. - mag wyciągnął wahadełko spod szaty i umieścił ją nad mapą. - To może zająć kilka chwil. - po czym rozpoczął cicho mrucząc inkantację. Oboje rozpoznali rytuał wieszczący mający na celu odnalezienie poszukiwanego miejsca. Wahadełko zaczęło wykonywać okręgi nad mapą, zwiększając swój promień z każdym obrotem. W końcu okrąg objął wszystkie wskazane punkty, aby po chwili odskoczyć od trzeciej lokacji. Mag spojrzał na mapę z uśmiechem - Mogę z całą pewnością potwierdzić, że nie ma go w tej jaskini w wiosce. - spojrzał na dwójkę Azazelitów - No cóż, moja magia jednak na nic się nie zda. - gra aktorska elfa pozostawia wiele do życzenia - Mam nadzieję, że to wam pomogło.
    Viktor kiwnął mu głową z wdzięcznością i zrozumieniem.
    - Oczywiście, przyjacielu. Doceniamy z całego serca twoje starania. Jeśli by ci to pasowało to chciałbym cię zaprosić na obiad, gdy to wszystko się już skończy. W ramach podziękowań za twoje starania. Purpurowy Indor odpowiada komuś twojego statusu? - zapytał z towarzyską przekorą.
    Kaylie nie odezwała się, stojąc w ciszy za zakryciem maską. Gdyby jej nie miała to zobaczyliby jej skrzywienie na ofertę dla elfa. Nie to co Khal powiedział było dla niej problemem. Chodziło tu o jej niechęć do samego elfiego maga.
    - Z chęcią bym przyjął, ale muszę wracać do domu. Najwyraźniej oczekuje mnie wiadomość. - mag uśmiechnął się do dwójki - Przekażcie pozdrowienia Filii.
    - Nie będziemy cię zatrzymywać i definitywnie przekażemy - zgodził się Viktor, nie ukazując w żaden sposób swojego niezadowolenia z prostego faktu, że został spławiony.

    - Ostatnia planowana sztuczka na dzisiaj - zapowiedział Kaylie gdy zostali sami, zamykając drzwi na klucz - Potrzebuję dziesięciu minut.
    Zrolował mapę i schował ją za pazuchą. W jej miejsce położył zwój z wkaligrafowanym kręgiem rytualnym. W jego środku położył trzy opale. Bliżej siebie położył pustą kartkę, a do ręki wziął węgielek.
    - Przypilnuj proszę, Kruszyno, aby nikt mi nie przeszkodził.

    Zamknął oczy i rozpoczął szeptaną inkantację w nieistniejącym języku, choć o brzmieniu podobnym do piekielnego. Nie trwała ona długo. Może trzydzieści sekund gdy ją zatrzymał. Trzy sekundy pozostawał w bezruchu, po których zaczął szkicować coś. Z początku powoli, z czasem coraz intensywniej i intensywniej. Szybciej i bardziej chaotycznie. Już po pięciu minutach kartka wypełniona po brzegi była całymi warstwami bohomazów i bazgrołów. Słów i zdań nie mających żadnego kontekstu, ani sensu, a nawet samym sobie nie oznaczającym nic. Khal był w płytkim transie. Oddychał energicznie, ale nie głęboko.

    Po dziesięciu minutach wyszedł z niego, a jego twarz wykrzywił nieprzyjemny grymas.
    - Nie lubię tych zaklęć… - zadeklarował i spojrzał na kartkę, szukając odpowiedzi. Korelacji. Jakiś wskazówek na temat szpiega, co ich śledził.
    Na zwoju w kręgu opale wyglądały na wypalone… jak węgielki tylko otoczone cienką skorupką czegoś co kiedyś mogło mieć wartość.

    "W świecie hodowli największa jest krowa,
    W świecie ptaków najskrytsza jest sowa."

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez Seach
      #31

      text alternatywny
      Kaylie zaśmiała się widząc to. Wręcz nie mogła się opanować.

      Fisuś porzucił swój posterunek w szparze pod drzwiami i wspiął się Khalowi nogawką aż do kołnierza, by spojrzeć na słowa i tak samo jak prawnik… oklapnąć.
      - Tia… to rzadko jest zrozumiałe z wyprzedzeniem.
      Papier zniknął w podwymairowej kieszeni.
      - Śmiej się, śmiej, Malutka. Potem oboje się zdzielimy w czoła, gdy okaże się, że odpowiedź była “oczywista”. Jedyny pomysł w tym momencie to, że nas jakiś chowaniec obserwuje.
      Skrzyżował nogi, siadając na łóżku i oparł się o ścianę, dając sobie chwilę relaksu mentalnego.
      - Fisuć, tsk, tsk… - cmoknął znacząco a wąż zasalutował ogonem i pognał do okna, gdzie powoli, ukradkowo, wpełzł między zasłony by wyjrzeć czy jakaś sowa ich nie obserwuje.
      - Krótka przerwa i myślę, że do Filii się dobijemy. Miło będzie siostrzyczce zaimponować - zachichotał pod nosem po cichu i przeszedł na sylvański. Jeden z bardziej egzotycznych języków który, już ustalili, oboje znają - Trzeba będzie jeszcze Baltizara wprowadzić w to co wiemy. Chwalił się nam o której planuje wylecieć? Byłoby niekorzystnie gdyby nam uciekł. Choć pewnie dałoby się posłańca wysłać aby go dogonił…
      Kaylie ciągle była rozbawiona sytuacją.
      - Trzeba, nie trzeba... Ja muszę dziś zapracować na łaźnię. - stwierdziła w Sylvańskim - Mnie tam w sumie nie grzeje, że siostra lubi zaglądać w twoje sprawki. To co jednak mnie fascynuje... - uśmiechnęła się z rozbawieniem - To fakt, że jesteś tak rozgadany jak nakręcony i płacili ci od wypowiedzianego słowa. Zachrypniesz kiedyś od tego nieszanowania swojego gardła.
      Khal uśmiechnął się nie otwierając oczu.
      - Ogon od siostrzyczki mnie bardziej ziębi jednak. Mam już kontakt z lokalnym… rynkiem… i średnio mi odpowiada, że mógł on już zostać zauważony. Psuje moją legendę.
      - Nie masz pojęcia ile ziółek na głos w siebie w życiu wlałem. Połowa sądownictwa Cheliax to konkurs popularności. Przystojna gęba, przyjemny głos, gadane… nie są ważniejsze od jednoznacznych faktów, ale fakty zbyt często mogą oznaczać zbyt wiele sprzecznych sobie rzeczy. Moje wygadanie zwykle mi służyło. Często pozwalało sprawić by dziewczyna zapomniała, że mógłbym być jej ojcem i w zasadzie wcale mnie nie lubiła - wyszczerzył zęby w żartobliwym uśmiechu.
      - Już mi to kiedyś mówiłeś, staruchu. - przypomniała - Bój się, że kiedyś spotkasz jakąś swoją bękarcią córkę. I dokonasz czynu jaki będziesz żałował.
      - JA mówiłem? - zapytał z powątpiewaniem i uniesioną brwią, nawet na moment nie tracąc dobrego humoru - Trochę inaczej wydarzenia pamiętam, no ale skoro tak mówisz…
      - I nie jestem pewny… jakiego to czynu miałbym żałować? - zapytał tonem pełnym teatralnie akcentowanej ciekawości.
      - Nie udawaj głupszego niż jesteś. - Kaylie przewróciła oczami - Chodzi o to żebyś się z nią w pewnym momencie przespał nie wiedząc kim jest.
      Uśmiech Khala nie zrzedł w żadnym momencie. “Udawanie głupszego”, niezależnie jak “niegodnie” brzmiało było pełnoprawnym narzędziem w jego repertuarze.
      - Hmmm… moje podboje na poważnie zaczęły się jakieś dwadzieścia jeden lat temu, więc ta hipotetyczna córka mogłaby mieć te dwadzieścia lat. Zauważalnie powyżej mojego dolnego limitu. Ergo: to byłoby mało prawdopodobne, ale jak najbardziej możliwe. Więc pozwól mi to sobie zwizualizować aby nabrało to dla mnie treści… Powiedzmy, że Octavia okazałaby się córką Thalii. Nie, lepiej Valerii… z nią wciąż sobie wysyłamy kartki na Wiecznonoc i relacja utrzymała się dłużej. No i wiem, że ma ona córkę. I tego pięknego ranka, na trzy dni nim Cheliax opuściłem, wtedy kiedy widziałem Octavię po raz ostatni, nagle wpada mi do sypialni blada jak duch Valeria. Nie wiem jak ominęła ochronę, nie ma to teraz znaczenia.
      - I wykrzykuje coś do Octavii, coś do mnie, pewnie bełkocze póki nie wyczaruję sobie iluzji ubrań i jej nie ogarnę. Choć nie… znając te dwie to raczej by mi do słowa nie dały dojść, a jakbym próbował to by mi oczy wydrapały. Obie mają pazur. Ziarnko, po ziarnku, słowo po słowie dochodzimy do wielkiego Ujawnienia. Jestem ojcem Octavii. I jak ja się z tym czuję? - zastanowił się kilka chwil. Widać było oznaki odbywającej się wewnętrznej debaty.
      - Powinienem czuć odrazę. Może bym ją poczuł gdyby do tego rzeczywiście doszło, ale na ten moment… wydaje mi się to być suchym faktem nie niosącym emocjonalnego znaczenia. Też utrudnia sprawę, że w Cheliax… to się po prostu zdarza. Tak, tak… oficjalnie jest to pogardzane i definitywna większość ma w sobie przynajmniej umiarkowaną do tego pogardę… ale jest akceptowane póki się z tym nie obnosi i prawo się angażuje w te praktyki tylko w ramach represji politycznych. Posłałem za to raz pewnego vice-hrabiego w znacznie… mroczniejsze czeluście ekonomiczno-socjalne gdy poczuł się dość fajny, by z kościołem Beliala w szranki stanąć. Przy czym on nie z córką sypiał…
      Kaylie skrzywiła się wyraźnie. Słuchała z napiętą szczęką i jakimś niechętnym wyrazem twarzy.
      - Czyli twierdzisz, że sama możliwość cię nie odrzuca? - zapytała z gorzkością w ustach.
      Khal otworzyl oczy i spojrzał na nią ze zmartwieniem, ale nie skruchą. Chwilę milczał ważąc słowa, a gdy w końcu zaczął mówić w głosie pobrzmiewała mu nutka żalu.
      - Kaylie… musisz zrozumieć, że ostatnią rodziną jaką miałem była moja matka. “Córka”, “syn”, “ojciec”, “ciotka”... to dla mnie puste słowa. Rozumiem je na mocy obserwacji i ekstrapolacji, ale ich nie czuję. W ogóle. Jeśli przeznaczenie kiedyś przeklnie jakąś niewinną duszę mną jako ojcem w jego życiu… to może się to zmieni. Jednym z “dobrych zakończeń” jakie dla siebie kiedyś wyobrażałem, takie w których przestaję być… - zastanowił się kilka chwil, szukając słów które by oddały co ma na myśli - taki. - Wskazał w końcu bezładnym gestem ogólnie siebie licząc, że Kaylie zrozumie - To było, że powtórzę Tiberiusa… Tiberius piętnaście lat temu był moim tak jakby przyjacielem. Równie skrzywionym jak ja, traktujący kobiety gorzej niż ja, a mimo to było mu z nimi bardziej łatwo nawet niż mi, bo miał gębę cholernego Adonisa. Zerwałem z nim jakikolwiek kontakt gdy urodziło mu się pierwsze dziecko które uznał za swoje. Opowiadał, że kiedy pierwszy raz wziął ją na ręce świat wokół niego się zupełnie zmienił. Wedle jego własnych słów… ledwie powstrzymał się by na kolana nie paść i nie przyrzec tej małej niewinnej duszyczce, że kimkolwiek był Tibbi to właśnie precyzyjnie w tym momencie przestał nim być - głos Khala z czasem stał się nieco smutny, melancholijny nawet.
      - Nie mogłem ścierpieć tego - ton stał się ostry, jakby z dawno zgasły gniew się przebudził - Jego szczęście paliło mnie w oczy. Podważało moje powody “dlaczego taki jestem”. Był dowodem, że wcale nie muszę taki być. Więc wyciąłem go z mojego życia, a potem, w chwilach słabości, albo gdy uchlałem się na smutno, wyobrażałem sobie, że i ja mógłbym zostać tak magicznie naprawiony biorąc niewinną duszyczkę na ręce.
      - Wybacz! - Nie pozwolił ciszy przebrzmieć i wstał z łóżka - Dużo pieprzenia, mało treści. Odpowiadając na twoje pytanie: zgadza się, nie odrzuca mnie to, bo słowo “córka” nic dla mnie nie znaczy. Taki ze mnie cheliaxiański bydlak - zaśmiał się równie wesoło jak nieszczerze.
      - Chodźmy Filii się pochwalić, że to czego ona nie potrafiła przez dwa tygodnie ruszyć my po jednym popołudniu już możemy jej pokazać “tam szarżuj!”
      Kaylie patrzyła na mężczyznę twardym wzrokiem.
      - Mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz taką radość. - odparła - I zrozumiesz o czym mowa. Szkoda, że na razie cię nie interesowały możliwe dzieci, które pewnie masz, jak zakładam. Wypadki każdemu się zdarzają.
      Khal odpłynął na chwilę wzrokiem gdzieś w przestrzeń. Miał jakąś myśl którą porzucił.
      - Więc… co to za historia? Czemu jest to dla ciebie tak osobiste by aż tak bardzo śliczne brwi ci marszczyć?
      - Nie wiem o co ci chodzi. - odparła - Ja po prostu wyrażam swoje zdanie o obrzydliwości tego co sugerujesz.
      - Zadałaś abstrakcyjne dla mnie pytanie. Odpowiedziałem w zgodzie z moimi czysto akademickimi przewidywaniami. Wyjaśniłem skąd wynikają moje wnioski nawet nie próbując ukryć, że pochodzą one z bardzo niezdrowego miejsca. Zaznaczyłem, że jakby kiedyś abstrakcja zmieniła się w fakt to odpowiedź mogłaby się zmienić. Naprawdę nie wiem co jeszcze mogę powiedzieć, poza tym, że przykro mi gdy tak na mnie patrzysz. Możemy wrócić do tej dyskusji w przyszłym milenium? Albo lepiej: jeszcze kolejnym? - zapytał z prośbą w twarzy, już kierując się do drzwi.
      Kaylie chwyciła go za ramię zatrzymując w pół kroku.
      - Panicznie unikasz odpowiedzi. - spojrzała mu w oczy - Boisz się tego na co nie masz pewnej już odpowiedzi. Ułatwię ci to. - zaczęła mówić powoli - Czy taką samą niepewną odpowiedź byś mi dał, gdyby była mowa o twojej rodzonej matce, jakby żyła?
      Khal dał się zatrzymać bez oporów i wysłuchał ze spokojem pytania, ale nie spodziewał się takiego przekierowania. W pierwszej chwili na jego twarzy pojawił się protest, który szybko jednak zdusił, jednak jeszcze kilka chwil jego oczy tańczyły, na zaciętej twarzy, to w lewo to w prawo.
      - To… - skrzywił się, aż biel jego zębów zabłysła na moment - Istotnie… inna perspektywa. Tak, odpowiedź byłaby dużo inna. I zgodna z twoimi oczekiwaniami.
      - Więc z dzieckiem miałbyś to samo. Szczególnie jeżeli byś to dziecko wychowywał, ale gdybyś się po prostu dowiedział kim jest twój partner... mogłoby cię to złamać.
      - Kaylie… - zaczął łagodnie, ujmując ją za przedramiona - Dlaczego o tym rozmawiamy? - w jego oczach widziała zmartwienie - Zrzuciłem ci na barki ciężar więcej niż jednej mojej osobistej tragedii. Jeśli masz jakąś własną która próbuje się wreszcie wyrwać i przeobrazić w słowa… byłbym zaszczycony użyczając ci ucha by jej wysłuchać i dobrej woli by nie oceniać…
      Kaylie słuchała w milczeniu i trochę zajęło nim się odezwała.
      - Chodźmy do Filli, późno się robi, a ja będę musiała poszukać tych facetów dla córek Otto.
      Khal opuścił ręce i kiwnął głową z lekkim, nie do końca wesołym uśmiechem.
      - W porządku. - Wyszedł i przytrzymał dla niej drzwi - Z najmitami możesz sobie poradzić lepiej niż ja. I mam umówione spotkanie z kontaktem, co może mi coś powiedzieć o Zoryi. Tylko ten kontakt jeszcze o tym nie wie. Więc nie zaproponuję ci pomocy.
      - Najpierw pójdziemy do Filli. Chcę zobaczyć jak się będziesz puszyć. - odparła bez przejęcia sytuacją.

      text alternatywny

      Droga powrotna do siedziby straży minęła dwójce bez żadnych przygód. W środku był znany im już ruch i zgiełk. Viktor zauważył Duncana siedzącego ponownie w recepcji, który uniósł brew jak tylko ich zobaczył.
      - Na pewno nie chcecie się zaciągnąć? - strażnik zaczął wpisując dwójkę do zeszytu - Jesteście tu częściej niż kilku z naszych.
      - Może innym razem - Viktor puścił strażnikowi wesołe oczko - Komendant jest wciąż na posterunku?
      - Tak, tak. - Duncan wręczył dwójce plakietki z napisem "Konsultant" - Chodźcie, zaprowadzę was. - strażnik ruszył w głąb kwatery Straży Miejskiej, doprowadził ich do szerokich schodów i rozpoczął wspinaczkę - Na ostatnie piętro. Odkąd złapaliście jakiś trop, miejsce ożyło. Komendant zaczęła rozsyłać wezwania do rezerwistów.
      - Co do zaciągnięcia się... - odezwała się nagle Kaylie - Jakie są stawki?
      - Za niskie. - odpowiedział Duncan - Jest za to "prestiż munduru i satysfakcja z zapewniania bezpieczeństwa miastu", jak to mi mówili pierwszego dnia.
      - I ciągle w to wierzysz? - Kaylie uniosła dłoń - Nie, nie musisz odpowiadać. Nie chcę szkodzić twojemu zatrudnieniu.
      Duncan wdzięcznie skorzystał z oferty Kaylie. Doprowadził ich do drzwi z plakietką "Komendant Filia Blackfyre". Zapukał trzy razy zanim się odezwał.
      - Pani komendant? Goodmann i Sunfall wrócili.
      - Wpuść ich. - kiedy dwójka weszła do pokoju Filia właśnie odkładała aktówkę z jakimiś papierami. Viktor zauważył i rozpoznał złamaną pieczęć Blackfyre na aktówce. Komendant przyjrzała się dwójce z uniesioną brwią - Już wracacie? Nie mówcie mi, że macie lokację? - chociaż w głosie kobiety było zwątpienie, jej oczy błyszczały nadzieją.
      - Aż tak wysokie mniemanie masz o nas? - zapytał Khal, już połechtany po ego - Wynalezienie w jedno popołudnie kryjówki patologicznego alchemo-złola, w oparciu na kilka pytań zadanych na krzyż niechętnym do rozmowy truposzom, graniczyłoby z absurdem- odpowiedział ze pół-aktorskim smutkiem w głosie. Precyzyjnie modulowanym, aby tworzyć perfekcyjną wątpliwość “czy on mówi poważnie, czy nie?”.
      - Ale mamy to. - Powaga jego głosu skontrastowała z poprzednim tonem nim przedłużająca się cisza zdążyła przekształcić wątpliwość we frustrację. Idąc na straż rozważał trzy różne drogi “puszenia się”, ale uznał, że co za dużo to niezdrowo. Ta odrobina starczyła.
      - Podziemia pod wioską Baldenburry, co wymarła jakieś trzy i pół wieku temu. Chcesz pełną historię, czy skróconą, tego jak do tego doszliśmy?
      Viktor wzniósł nieco w górę, mapę wyciągniętą zza kaftana, w niewerbalnym pytaniu “pokazać gdzie?”
      Kobieta oparła brodę na dłoni na początku wywodu Viktora. Westchnęła kiedy w końcu skończył.
      - Jesteś tak zauroczony własnym głosem, czy przyzwyczajony, że płacą ci od słowa? - pokręciła głową - Mój ojciec by cię polubił. - wstała z krzesła robiąc miejsce na biurku, aby Cheliaxianin mógł położyć mapę - Skróconą proszę, chcę wyruszyć jeszcze w tym roku.
      - Miałbym nadzieję… mamy bardzo podobny obszar zainteresowań zawodowych - odpowiedział, nie zrażony w żaden sposób - Z Kaylie udało nam się zredukować potencjalne lokacje do czterech - mówił rozwijając mapę - Ale wiedząc, że nasz cel kryje się pod płaszczem non-detekcji poprosiliśmy Ferna, kazał cię pozdrowić swoją drogą, aby sprawdził której z tych lokacji NIE może wywróżyć. To jest właśnie ta - wskazał wreszcie palcem.
      - Raporty z Loży mówią o zejściu otworem, wokół którego była kiedyś obudowana studnia. Jest głęboki. Ma być inne wejście, ale nie wiadomo gdzie. Tutaj - wskazał palcem na mapie trochę obok - Są ruiny zamku wampirzycy Virgeil, co ją ubito jeszcze nim wioska wymarła. To niecałe dwadzieścia kilometrów. Nie wiem czy ma to związek, ale byłoby co najmniej ciekawy zbieg okoliczności.
      - Jeżeli laboratorium było częścią kompleksu Virgeil… - zaczęła myśleć komendant - Kilka dekad temu okolicę nawiedziły silne trzęsienia ziemi. Do tego roboty wykopaliskowe krasnoludów… może laboratorium się przemieściło i podłączyło do kompleksu w mieście?
      Khal skrzywił się odrobinę, w niedefinitywnym proteście.
      - Teorie można dowolnie mnożyć. Może laboratorium należało do Virgeil i było w zamku, może do szalonego licza nad którego katakumbami ktoś wybudował Baldenburry. Może to inne wejście zawsze prowadziło do zamku, może trzęsienia je stworzyły, albo w ogóle go nie ma. To co wiemy, to to, że to miejsce przeszło wszystkie filtry, które udało nam się ustalić podczas rozmowy ze świadkami i jako jedyne z tych co spełniały, jest ono objęte płaszczem non-detekcji. To razem oznacza, że możemy być niemal pewni, że to jest to miejsce, choć pewności mieć nie będziemy póki nie sprawdzimy. Dziwniejsze zbiegi okoliczności widziałem. Można zagrać teraz zachowawczo i wysłać kogoś aby sprawdził, ale musimy pamiętać o plemieniu goblinów, albo można od razu iść z siłą. Dobrym pomysłem mogłaby być również wystawiona czujka z metodami magicznej komunikacji, ale to zadziała tylko jeśli rzeczywiście wychodzą szybem studni.
      - Dopiero pojutrze uda mi się zorganizować odpowiednią ilość ludzi na misję. - przyznała Filia - Ale wyślę kilku zwiadowców, aby zbadali teren. Mogę liczyć na was i tego gnoma, z którym podróżujecie?
      - Pojutrze? - Kaylie zamarudziła - A nie możemy dziś czy jutro?
      - Rozumiem, że Poszukiwacze Przygód, są przyzwyczajeni do wchodzenia do nieznanych miejsc, bez wsparcia i doprowadzania do wymarcia przynajmniej jednej społeczności. Tu jednak chodzi o życia porwanych. Nie mogę pozostawić miasta bez obrony i nie mogę zabrać byle kogo na tą eskapadę. - Filia zaczęła masować nasadę nosa - Jutro wieczorem. - powiedziała - Jeżeli was nie będzie, ruszamy bez was.
      - Jeżeli tak zależy ci na życiach to tym bardziej trzeba się spieszyć. - mruknęła - Im szybciej tam pójdziemy, tym większa szansa, że odnajdziemy kogoś, kto jest jeszcze do uratowania, a nie do dobicia. Do tego dzięki temu zmniejszymy szansę, że ten wariat po prostu wyczuje nasze przygotowania i tym bardziej będziemy mieć problem. Im dłużej mamy zamiar się przygotowywać tym większa szansa, że wystawimy się.
      - Myślisz, że tego nie wiem? - zaczęła komendant - Chcecie iść tam we dwójkę i dać się zabić goblinom, zanim przejdziecie przez pierwszy poziom kopalni? Myślicie, że pięciu chłopa, których teraz mogę zwołać dużo pomoże w takiej sytuacji? Potrzebuję czasu, żeby wezwać odpowiednią ilość ludzi. Muszę ich wyekwipować, przygotować zaopatrzenie, wozy, prowiant, lekarstwa i bandaże. - Filia westchnęła - Wiem, że każda sekunda spędzona na nie ratowaniu tych ludzi, przybliża ich do śmierci. Jakie jednak będą mieli szanse, jeżeli padniemy zanim do nich dotrzemy?
      - Czemu zakładasz, że nie jesteśmy w stanie poradzić sobie z jakimiś goblinami czy innym syfem stamtąd? - mruknęła niezadowolona - Sypnij groszem, a już na jutro rano zbiorę najemników, co nie będą bali się ruszyć bez ciepłych gaci na dupie.
      - Może i dacie radę goblinom. Może nawet ubijecie tego popaprańca i cokolwiek tam ma w laboratorium. Jak zamierzasz przetransportować ocalałych?
      - Po pierwsze to byłby problem na później. Po drugie jeżeli najemnicy zdołają utłuc co trzeba to tym bardziej wyciągnąć porwanych. Oczywiście, tych których jest jeszcze sens wyciągać.
      - Jak na ochroniarza, czyjeś zdrowie i bezpieczeństwo są nisko na twojej liście priorytetów. - mruknęła Filia - Wiemy o dwudziestu porwanych, nie licząc tych na dole, to daje nam piętnastu. Co jeżeli nie wszyscy będą nadawali się do przemarszu, tylko będą potrzebowali transportu? Zostawisz ich? Dobijesz?
      - Nie jestem ich ochroniarzem. - doprecyzowała - I powiem coś szczerze. - przesunęła się bliżej Filii - Jeżeli którzyś z nich będą zbyt zmienieni, aby miało sens ich zabrać... Dobiję, aby oszczędzić ich rodzinom traumy poznania losu swoich bliskich.
      - Dobrze więc, że to JA, a nie ty, jesteś tu od podejmowania takich decyzji, a ty i tak czekasz na to co ci Viktor powie. Świat musi być łatwy z twojej perspektywy. Czarno-biały. A co z tymi, którzy nie są zmienieni, a jedynie okaleczeni? Zdolni do życia, ale potrzebujący pomocy? Twoje czarne wyznające diabły serduszko, zrozumiałoby koncept współczucia?
      Kaylie zmrużyła oczy w irytacji.
      - Mówiłam tylko o dobijaniu tych, którzy byliby tak zmieni jak ci na dole. Niemożliwi do naprawy ich stanu. Ranni i okaleczeni to inna sprawa. - powiedziała i następne słowa wysyczała ze złością - I z łaski swojej nie oskarżaj mnie o wyznawanie jakichkolwiek diabłów. Nie jestem Viktorem.
      - Jednak podróżujesz z nim i gnomem, który załatwia sobie wdzianka z religijnym symbolem. - odparła Filia - Radzę więc może lepiej dobierać sobie towarzyszy. Ja cały czas mówiłam o tych, których da się odratować, nie o beznadziejnych przypadkach. Nadzieja jest ci obca Galtianko?
      Kolejny raz Kaylie cieszyła się, że jej reakcja jest zakryta maską. Nie podobało jej się to.
      - Nadzieja jest matką naiwnych i zdesperowanych. Wyrodną matką bym powiedziała. - mruknęła - I czemu sądzisz, że takie mam pochodzenie?
      - Nie zawsze dobrze chowasz akcent. - odparła Filia - Życie ci pewnie nieźle dało w kość, że skończyłaś jako ochroniarz Cheliaxiańskiego diabolisty, rodzice muszą być zawiedzeni... - komendant zerknęła na Viktora - Masz zamiar się włączyć do debaty?

      Zawezwany nie spieszył się wybitnie. Odbił się ruchem barku od ściany o którą się wygodnie opierał i podziwiał. Szybko odrzucił odpowiedź “Nie. Ja się tu świetnie bawię.” Po prawdzie zawsze też był niechętny się włączać w kłótnię kobiet. Zbyt łatwo potrafiły one spontanicznie stworzyć nowy front wycelowany w intruza.
      - Mamy tutaj problemy z komunikacją i punktami widzenia. WSZYSTKIM nam zależy aby uratować ilu się tylko da, więc przestańmy sobie zarzucać co innego. Mamy jedynie inne wizje na temat tego co byłoby najskuteczniejszą metodą zminimalizowania ilości śmierci. Jednocześnie musimy też złapać tego bydlaka, bo inaczej to powtórzy. I chcemy wyruszyć przynajmniej w miarę bez fanfarów, bo on może mieć swoich szpionów w mieście. Może mieć sens aby punkt zborny zrobić gdzieś za miastem. Tuzin czy dwa tuziny ludzi opuszczających miasto pojedynczo znacznie łatwiej przejdzie niezauważona niż wspólny wymarsz.
      - Ale Kaylie ma rację… da się wysupłać od barona trochę złota, aby wesprzeć się najemnikami? Mamy trzynaście mutantów plus plemię goblinów do zarżnięcia i będziemy na ich terenie… Mniemam, że wśród strażników pewnie masz niewielu magów? Przynajmniej kilku czaromiotów przydałoby się donająć do roboty. Nie muszę ci mówić jakie cuda potrafi zdziałać pojedyncza plama Oleju.
      - Jeżeli chcesz wyruszyć za miesiąc a nie jutro... - odparła Filia - Jego skarbnik bije się o każdy wydatek, który "nie jest w budżecie". Mam prawo zwerbować kilku na pensji strażników, ale gdzieś z pół tuzina. Co do magików w straży, mamy tylko jednego, ale specjalizuje się w magii obronnej. Głównie korzystamy z usług kleryków.- westchnęła - Dojście na miejsce zajmie nam dwa dni. - kobieta zaczęła spisywać coś na kartce - Uda mi się zabrać dwudziestu strażników, wyślę prośbę do świątyń o użyczenie kilku kapłanów wyłącznie jako lekarzy. Sześciu najemników z gildii, wasza dwójka, plus gnom i jego ferajna. - zatrzymała się - Viktorze, będę miała prośbę.
      - Zamieniam się w słuch.
      - Masz jakąś tam kontrolę nad językiem i słowami. Na tyle, aby przekonać do siebie ludzi. Jeżeli ten alchemik jest tak dobry jak sądzę, potrzebujemy kogoś o podobnych zdolnościach. Spróbuj zwerbować Joriego.
      Viktor chwilę nic nie mówił, patrząc w przestrzeń gdzieś w bok. Myśląc.
      - I nagle bardziej żałuję, że nie zamieniłem z nim więcej słów niż przywitanie w przejściu. W porządku… zakładam, że już mu ufamy, a przynajmniej jesteśmy zmuszeni zaryzykować zaufanie mu. Może uda się zagrać na jego poczuciu dumy zawodowej, ale pewnie będę musiał coś mu zaoferować. Skoro nie ma jak wysupłać nagrody pieniężnej, a jeśli dobrze rozumiem jak wysoko oceniasz jego zdolności to musiała by być niemała, to może pozwolimy mu przygarnąć połowę reagentów które tam znajdziemy? Skoro już mu ufamy, to warto też mu pokazać przed akcją ciała. Wyciągnie z ich oględzin znacznie więcej niż my byliśmy w stanie i potencjalnie pozwoli nam się przygotować specyficznie na jakieś paskudztwa. To byłoby wyceniane w życiach: naszych, twoich ludzi oraz porwanych.
      - Mam trochę odłożonego pieniądza. - wtrąciła Kaylie - Mogę nim wspomóc, ale na bank będę chciała z powrotem. I tak, jeżeli będzie trzeba przekonam tego skarbnika żeby szybciutko oddał.
      - Możemy go zaprosić. - przyznała Filia - Nie kłopotałam się ponieważ trudno go wyciągnąć z tej dziupli w Dworze. - spojrzała z politowaniem na Kaylie - Straż poradzi sobie bez jałmużny, dziękuję. Nie chcę też zabierać małej armii na to.
      Kaylie zgrzytnęła zębami i wycedziła słowa tym słodkim jak syrop głosem.
      - Oczywiście. Zapomniałam, że nie warto próbować pomóc, jeżeli nie jest to za darmo. Mea culpa.
      Viktor rozmasował kąciki oczu. Nie miał ochoty się mieszać w te przepychanki.
      - Jeszcze trzy sprawy. Raz: Baltizar nie jest moim człowiekiem. Porozmawiam z nim i prawdopodobnie dołączy do nas, ale nie mogę nic obiecać. No i w tym momencie potrzebuję zapytać o przewidzianą nagrodę za pomoc w tym problemie. O ile ja z Kaylie zadowalamy się zaufaniem, że będzie ona przynajmniej nie-obraźliwa, to nie mogę tego oczekiwać od osób trzecich.
      - Dwa: Kaylie nie jest moim ochroniarzem, a partnerem i jej pomoc była nieoceniona w poszukiwaniach.
      - Trzy: Aby była jasność. Znam się na medycynie i mam spory zapas zwojów leczących, ale… śmierdzą one siarką. Preferuję je od typowych, bo są skuteczniejsze. Możliwe, że nie będą konieczne, jeśli uda się kilku uzdrowicieli wziąć, ale jeśli to będzie sprawa życia lub śmierci kogokolwiek z naszych, to nie zawaham się z nich skorzystać. Oczekiwałbym, że w takiej sytuacji nie będzie to wzięte mi za złe.
      W ostatnich słowach Viktora pobrzmiała malutka nutka pytania. Pomimo, że była to deklaracja, to słychać było, że pyta o potwierdzenie.
      - Jeden: Zrozumiałe, nagroda pieniężna oczywiście będzie. Dwa: Sądziłam, że wasze relacje są czysto profesjonalne. Trzy: Zawsze się przyda i przymknę oko.
      - W żadnym momencie nie wątpiłem w obecność nagrody, ale teraz potrzebuję wiedzieć: jaka? Bo jeśli mam skusić Baltizara by do nas dołączył to potrzebuję wiedzieć czym dokładnie kuszę.
      - Zakładam, że pieniężna go nie interesuje? Jeżeli interesuje, oferuje 500 złota, plus wszystko co zabierze na ekspedycji. Jeżeli coś więcej, mogę zaoferować priorytetyzację w pomocy straży.
      - Nie wiem, ale waluta to dobry punkt wyjścia. I można z kwoty ekstrapolować alternatywne formy wynagrodzenia.
      - Więc ustal wszystko z nim i przyjdźcie jutro, przed wieczorem. Rozpocznę odprawę, przydzielę zadania i ruszymy.
      Viktor kiwnął głową i spojrzał na Kaylie, by ocenić czy ma jakieś sprawy jeszcze, ale… z tą maską nie był w stanie.
      - Tak zrobimy. Jak będziesz najmować tych sześciu najemników… sugeruję magów… te plamy oleju czy inne sieci… - uśmiechnął się, nieco zadziornie, po czym kontynuował już poważniej - To chyba będzie wszystko w takim razie - powiedział, powoli, dając Kaylie czas się wtrącić się gdyby chciała.
      Filia kiwnęła głową.
      - Znajdziecie sami wyjście, czy mam wołać Duncana? - nie czekałą na odpowiedź i zrobiła ruch ręką odprawiając ich. Sama zaczęła rozpisywać rozkazy i zamówienia.

      text alternatywny

      Viktor zobaczył jak Kaylie po prostu szybkim krokiem idzie przed nim.
      Westchnął zmęczony i ruszył za nią, przystając tylko na moment, aby pożegnać się z Duncanem na dyżurce. Wbrew oczekiwaniom nie ujrzał jej pod tym samym murem, w tej samej pozycji co kiedy wczoraj opuszczał posterunek straży. Strzyknął śliną rozglądając się i dojrzał ją, idącą powoli przed siebie, czasem coś kopiąc. Powoli ginęła luźnym “tłumie” miasta. Westchnął i przyspieszył nieco kroku, by ją dogonić.

      Kilka dłuższych chwil potem zrównał się z nią w końcu. Krokiem intencjonalnie na tyle głośnym aby nie zostać niezauważonym, w martwym polu maski.
      - Jeśli mnie pamięć nie myli, to trzy dekady temu, gdzieś w tamtych okolicach była wybitna piekarnia z cudownymi jagodziankami. Miałabyś ochotę? - zapytał bez nacisku.
      Kaylie zatrzymała się ze spuszczoną głową patrząc w ziemię. Nie odezwała się do Khala, a jedynie ograniczyła swoją reakcję do mizernego skinięcia głową.
      - Dobrze, więc myślę… - zawiesił na chwilę głos, szukając w pamięci obrazów z poprzedniego życia, gdy jego dłoń zaplatała się z jej dłonią. Ścisnął dwukrotnie, odrobinę mocniej, pocierając kciukiem z czułością.
      -.... w tamtą stronę to będzie - zadeklarował i delikatnie poprowadził Kaylie - Mam w pamięci zarys twarzy, z którym już, niestety, nie wiąże się żadne imię… ale nazwijmy tę przyjaciółkę małego Khaliego Aerie. Aerie była cwaniarą i jakieś półtorej roku starsza od niego. Ona nauczyła go jak kraść. Nic poważnego, ale właśnie z tej piekarni regularnie podkradaliśmy słodkości. W pamięci mi najbardziej utkwiły właśnie jagodzianki…
      Khal nie przejmował się brakiem zaangażowania Kaylie. Historia była pocieszna, wesoła, lekka i radosna. Wręcz dziecięca. Wyraźnie opowiadana przez pryzmat różowych okularów dni których mroki dawno utonęły w niepamięci, pozostawiając tylko to co się chciało zapamiętać. Nie miała nagłych zwrotów akcji, a kadra aktorska była ograniczona. Kilka razy odbiegła na boczne, nie związane z głównym wątkiem tory ale definitywnie miała ona pewien urok “szczęśliwszych dni”.

      - Na szczęście postanowili dać mi lekcję - opowiadał z ulgą, po tym gdy na końcu aktu drugiego historii dał się złapać piekarzowi i jego synom - Kazali cały dzień mieszać mąkę, na kolejne wypieki. To nie była lekka praca dla małego Khaliego. Na wieczór przyszła druga część lekcji… postawili przede mną dwanaście jagodzianek co się nie sprzedały i nie pozwolili wrócić do domu nim wszystkich ich nie zjem. Mały Khali myślał, że musiało im się coś pomylić. Albo, że żartują i nie są wcale źli, a on się świetnie spisał pomagając im. Dwanaście jagodzianek! Tylko dla niego! Mały łasuch dopiero przy czwartej zrozumiał co to za nienormalna ilość by zjeść na raz. Trzech godzin potrzebowałem by je w siebie wcisnąć. Nigdy potem nie ruszyłem jagodzianki, a na wszelkie słodkie wypieki żołądek mi się skręcał - opowiadał ze śmiechem - Lekcja definitywnie okazała się skuteczna!
      Kaylie nic nie mówiła przez całą opowieść. Po prostu szła jak ją prowadził mężczyzna, zdając się spróbować przełknąć słowa jakie chciały i nie chciały wyjść z jej gardła.
      - Jagodzianki... - odezwała się w końcu wciąż wpatrzona w drogę - Zawsze sprzedawali je na głównym placu w Isarn. Szczególne wyroby na czas zgromadzeń. To była okazja... Same wyroby nie były wysokiej jakości. W domu miałabym lepsze, ale... Te były szczególne. - urwała i odezwała się po chwili - Ich sprzedawcy zarabiali, gdy w ruch puszczano Ostateczne Ostrze. Jagody w końcu bardzo dobrze mogą poplamić ciemną czerwienią, jak i ścięta głowa murawę.
      - No to wycofuję prawie-wypowiedzianą pochwałę o waszym guście… Czytałem kiedyś a i opowiadano mi o tych zabawkach. Włos się na karku jeży.
      - Na egzekucjach było zawsze dużo osób. - odezwała się nie dając skończyć Khalowi - Starzy, młodzi, dzieci. Ludzie musieli iść na nie i patrzeć na los skazańca, aby w ten sposób nikt nie uznał, że są sympatykami tej osoby i nie popierają egzekucji. - głos kobiety był dość cichy - Bo na nią mogło cię skazać samo podejrzenie czy fałszywe oskarżenie. Ludzie dla ratowania siebie i swoich rodzin potrafili kogoś innego wskazać jako winnego chociaż ani ty, ani tamta osoba nie byliście winni, a znaleźliście się w złej sytuacji i zrobiliście sobie wrogów z osób, z których nie powinniście.
      - Nigdy nie byłem w Galt. Brzmi nawet gorzej niż Nidal, a to jest paskudne miejsce. W Galt bym stopy nie postawił. Pewnie z mili by wyczuli zapach smoły.
      - Wiem co było w raportach - wspomniał, krzywiąc się do wspomnień - znam opowieści, ale… zawsze były co najmniej z drugiej ręki. To nie była reguła, prawda? - zapytał ze szczątkami nadziei w głosie - To było przede wszystkim narzędzie terroru i się zdarzało o wiele zbyt często, ale nie na tyle, że każdy z was kogoś stracił w ten sposób… prawda?
      Kaylie zatrzymała się z boku ulicy by nie zatrzymywać innych.
      - Zależy jak sądzisz, że reguła by wyglądała. Ale rzadkie to nie było. Ja osobiście widziałam z bliska pięć egzekucji. Z czego dwie bliskich mi osób. Jedna... - zamknęła oczy - Jak miałam jakieś kilka lat to mój ojciec został zmuszony, aby wydać pod ostrze swojego brata, żeby to nie moja matka i ja poniosły konsekwencje fałszywych oskarżeń. - powiedziała z bólem w głosie - Teraz jego dusza jest zamknięta jako jedna z setek w tym artefakcie.
      - Kruszyno… - ledwie szepnął Khal z bólem, po czym wciągnął ją odrobinę głębiej w alejkę, aby tę odrobinę prywatności zyskać.
      - Chodź mi tutaj… - powiedział cicho przyciągając ją do siebie i obejmując w czułym uścisku, obok tylnego wyjścia zakładu szewca, gdzie świadkiem był im tylko gruby kot i ludzie okazjonalnie rzucający tylko krótkie spojrzenie w ich stronę, gdy przechodzili główną drogą.

      Khal przeczesywał jej włosy palcami, kojącym szeptem wymawiając słowa czułości oraz zapewnienia… że jeśli tylko będzie chciała to nie musi nieść tego ciężaru sama. Oczami wyobraźni widział dziewczynkę zmuszoną by oglądać egzekucję swego wuja. Widział ojca zmuszonego wydać swego brata na niesłuszną śmierć. Czy wuj to rozumiał? Czy ostatnie chwile spędził, a teraz wieczność spędza w plugawym artefakcie wyjąc z poczucia zdrady?

      - Kaylie… - głos Khala nagle osłabł, gdy przyszła mu do głowy okrutna możliwość. Pobrzmiewała w nim nuta strachu - Rozumiesz, że to nie była twoja wina, prawda?
      Kobieta uniosła na Khala pełen poddania się wzrok.
      - On mnie bardzo kochał, nawet zdawał się mi bliższy od ojca. Jakie ma znaczenie moja odpowiedź, gdy jest możliwość, że mój wuj zawsze będzie czuł bolesną zdradę, która może także i ode mnie pochodzić?
      Khal milczał, szukając słów. Odpowiedzi której po prostu nie miał.
      Ujął jej policzek w dłoń i oparł swoje czoło o jej, zamykając oczy.
      - Moja matka… - sięgnął po jedną ranę dzięki której mógł się odnieść do bólu Kaylie - ona rozumiała co ją czeka na godziny nim zapadł wyrok. Była z tym pogodzona. Dałbym radę. Byli ludzie chętni mi pomóc. Była w klatce jak zwierzę… - zamilkł na chwilę, bo poczuł jak głos mu zadrżał słabością i potrzebował odzyskać siłę - Zakuta w kajdany i zakneblowana, by zaklęć nie mogła rzucać… łzy ciurkiem lały się po jej policzkach, ale wiem, że opłakiwała to, że utracę jedyną rodzinę jaką miałem, a nie własną śmierć. Zaczęła wyć w proteście dopiero gdy usłyszała, że i ja zostaję wygnany.
      - Twój wuj rozumiał. Nie znałem go i nie wiem jak to się stało, ale jestem pewny, że rozumiał i jeśli kochał cię jak moja matka mnie, to sam by się zgłosił pod gilotynę, gdyby wiedział, że ciebie to od niej uchroni. I bardzo, ale to BARDZO, chciałby abyś wiedziała… że to nie była. Twoja. Wina. Rozumiesz?
      Kaylie patrzyła w bok, gdy wypowiedziała słowa:
      - Miałeś poszukać u kogoś informacji o Zoryi.
      - Ale zatrzymało mnie chwilowo coś ważniejszego - odpowiedział ze zdecydowaniem.
      - Kruszyno… rozumiem, że to już było dla ciebie dużo i nie będę teraz dalej naciskał. Ale cieszę się, że aż tyle się otworzyłaś. Kiedykolwiek będziesz chciała… będę dla ciebie. Jak jeden pokrzywieniec dla drugiego. Ale teraz chcę abyś usłyszała jasno i wyraźnie i aby obijało ci się to między uszami gdy myśli będą schodzić w mroczne miejsca…
      Khal obrócił jej spojrzenie aby ich oczy mogły się spotkać.
      - To. Nie była. Twoja. Wina.
      Wyrecytował z naciskiem. Słowo po słowie. Z całkowitą pewnością i determinacją, po czym nachylił się i ucałował ją nad brwiami.

      text alternatywny

      Niecałe dziesięć minut później znaleźli wreszcie piekarnię. Nie była tak dobra, jak Khal pamiętał, ale wciąż bardzo przyzwoita. Tylko “wielka szkoda”, że jagodzianki “się skończyły”. Ale wypieki z pieczonymi jabłkami również były bardzo dobre. Kaylie znów wyglądała twardo, sukowato i nie emanowała aurą która zmuszała Khala by ją tulić i głaskać, więc zostawił ją w końcu samą, jej własnym poszukiwaniom bruneta.

      Kamerdyner co pracował niedawno dla Zoryi i jej męża nie czekałby na Viktora. Szczególnie, że nie wiedział, że mają się spotkać.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez Seach
        #32

        Baltizar Harpeness

        Brzuch Baltizara stawiał wyraźne protesty na dalsze egzystowanie bez wypełnienia, więc gnom chcąc nie chcąc wrócił do Popielnego Dworu. W środku zobaczył znajome twarze typowych gości, jak i grupę najemników, którą wynajął. Rozmawiali energicznie o czymś.
        Otto, Lilia i Piwonia stawiali potrawy na szwedzkim stole, blondynka pomachała z uśmiechem do gnoma, ale wróciła szybko do pracy.
        Karczmarz zerknął na Harpenessa, wskazał mu jeden wolny stół i sam podszedł, porozmawiać z gnomem.
        - Piwonia opowiedziała mi o waszej wyprawie. Wszystko w porządku mam nadzieję? - zerknął na swoją córkę - To zabrzmi dziwnie, ale… nie stała w jednym miejscu za długo? Z resztą nie ważne, poślę najwyżej Otisa, aby sprawdził. Jeżeli będziesz jeszcze wychodził rozejrzyj się za szybko rosnącymi roślinami. - Lilia przyniosła gnomowi syty posiłek i spojrzała na ojca z żalem.
        - A kiedy ja będę mogła sobie ot tak wyjść na przechadzkę. - karczmarz westchnął.
        - Już wystarczy, że jedna z was wyszła. Dopóki nie zjecie czegoś porządnego, nie ma wychodzenia. - dziewczyna pokazała język ojcu i wróciła do pracy, ten spojrzał na gnoma z pokonanym uśmiechem - Dzieci… nie rozumieją, że chce się dla nich dobrze.


        Po posiłku Baltizar miał czas przejść się jeszcze po mieście. Nie zauważał żadnych "szybko rosnących roślin" jak opisał to Otto.
        Dotarł do części miasta gdzie znajdowały się świątynie, miejsce było wypełnione ludźmi odwiedzającymi boskie domy. Rozpoczął promowanie swojego repertuaru, kiedy podeszła do niego kobieta, ubrana w kolorowe szaty kapłańskie Shelyn.

        [media]https://i.imgur.com/HmSCo5e.jpeg[/media]

        - Witam. - jej głos był delikatny niczym szept, jednak gnom nie miał problemu ze zrozumieniem jej - Słyszałam, że mamy nowego artystę w mieście. Witam cię w imieniu Wiecznej Róży.


        Baltizar wrócił do Dworu kiedy zbliżał się wieczór, nie przekroczył nawet progu kiedy przechwycił go Otto i posadził go przy jednym z wolnych stołów.
        - Mam dla ciebie coś, co cię może zaciekawić. - rozejrzał się wokół stołu, upewniając się, że nikt na nich nie patrzy, po czym sięgnął do stołu, momentalnie się pojawił na jego powierzchni delikatnie świecący portal, w którym zniknęła ręka karczmarza, po chwili wyciągnął ją trzymając grubą księgę - Kiedy przegoniłem to cholerstwo które cię goni… - zaczął wertować książkę - Nie udało mi się oczywiście jemu przyjrzeć, ale zauważyłem coś co przykuło moją uwagę. - położył książkę przed gnomem, pierwszej stronie widniała rycina. Nie był w stanie zrozumieć na co patrzy. Widział zęby, macki, palce, jednak nie było w tym ładu, rytmu czy chociażby iskry zamysłu. Otto przyłożył palec do prawej strony ryciny, gdzie coś przypominające pawi ogon wychodził z masy istoty. Ogon był wypełniony masą przerażonych oczu - Zauważyłem zad gnidy i ten ogon. - wskazał na pojedyncze słowo znajdujące się na drugiej stronie.

        Ahuizotl, Bestia Miliona Oczu

        - Ten almanach nie ma nic ponad obrazki i imiona. - karczmarz westchnął - Masz jednak imię swojego wroga. Uważaj jednak jeśli idzie do badanie tych istot, szaleństwo jest niedaleko za wiedzą o nich.

        Avruil Myamtharsar

        Avruil pozostawiła Khala jego machinacjom, flirtom czy co on tam planował. Sama miała coś do zrobienia.
        Opuszczając kapłana splotła szybkie zaklęcie i zmieniła swój wygląd. Nic szalonego, kilka centymetrów w tą stronę, inny kolor włosów, oczu, jaśniejsza karnacja. Na tyle, aby nikt jej nie rozpoznał, kiedy ruszyła na łowy dla córek Otto.

        Trochę jej zajęło, zważając, że trudno było określić "kaloryczność" potencjalnych partnerów wobec opisu karczmarza. "I większym są obciążeniem dla społeczeństwa". Żebracy? Szczerze wątpiła, aby dziewczyny by się skusiły. Sklepikarze, cieśle? Oni coś sobą reprezentują. Prawnicy? Pomyślała przez chwilę o Khalu, ale tylko pokręciła głową.
        W końcu coś zauważyła. Dwóch młodzieńców, wyglądali jak podlotki szlacheckie, które kojarzyła z Galt. Głośni, nieuprzejmi, uważający, że wszystko się im należy z racji na pochodzenie.
        Właśnie zostali wyrzuceni z konkurencji Dworu, ewidentnie pod wpływem alkoholu.
        - A walcie…sie! - jeden zakrzyknął do zamkniętych drzwi - Mój tato ma tyle… tyle kasy, że kupi ten.. ten.. karczmę! I was! - oparł się o ścianę, albo próbował bo była o kilka metrów dalej niż sądził i padł na ziemię.
        - W..wstawaj… - zawołał drugi podnosząc kolegę - Nocz jeszcze młoda. - było popołudnie - O patrzszzszsz… tu mamy chętną. - chwiejną ręką wskazał na Avruil, która jedynie uniosła brew z rozbawionym uśmieszkiem - G..Heeeejjjj malutka! Mamy tu coś dla cici…si..siiiiebie. Dwóch młodych…ogrów! Chcesz? Zapłacimy dużo. - dwóch młokosów podtrzymywało się nawzajem, jakoś nie przewracając się.
        Kobieta jedynie pokręciła głową.
        - Ja? Chyba wam nie podołam. Tacy młodzi i silni, złamalibyście mnie w pół. - komplementy nie obiły się o głuche uszy i mężczyźni wypięli klaty, lądując z powrotem na ziemi - Mam natomiast dwie koleżanki, które chętnie was obsłużą. Młode, silne i z służby karczemnej. Więc wiedzą gdzie ich miejsce. - młodzieńcy wstali szybciej niż sądziła, że byliby w stanie - Chodźcie, przedstawię was.
        Tak też ruszyli, młoda Galtianka i dwój zapijaczonych młodzieńców, którzy zaczęli śpiewać o aniele lubieżności, który wysyła ich do raju. Przynajmniej "anioł", "ruchanie" i "raj" były słowami, które zrozumiała.


        Nie zdążyła przekroczyć do końca progu kiedy dopadły do niej córki Karczmarza i zaczęły całować policzki dziewczyny.
        - Dzięki, dzięki, dzięki! Będziesz coś chciała to przychodź! - zawołała Lilia i chwyciła jednego z mężczyzn - Chodź kruszyno, pokaże ci mój piękny kwiat. - młodzian nawet nie zdążył odpowiedzieć kiedy dziewczyna zaczęła zaciągać go do bocznego pokoju. Piwonia chichotała, kiedy ruszała z drugim, który już starał zdjąć z niej ubranie.
        Otto pomachał do dziewczyny i wskazał na siedzisko przed sobą.
        - Dzięki za tą przysługę. Dziewczynom nie wolno wychodzić kiedy są głodne, a już mnie męczą i Piwonia wyszła bez pozwolenia. - polał kobiecie kolorowego napoju - Woda smakowa, chyba jeszcze nie jesteś gotowa na mocniejsze trunki?

        Podczas rozmowy z karczmarze, Avruil usłyszała wśród gwary w tle słowa "Galt" i "Kyonin".

        Khal Frey

        Blisko godzinę zajęło Khalowi zaciąganie języka w mieście. Znajome twarze nie mogły przecież go rozpoznać. W końcu jednak zdobył kilka ciekawostek na temat Archibalda Wintergreen, byłego kamerdynera Crawcoltów.

        • Achibald jest już w swoich srebrnych latach

        • Został zwolniony jakiś tydzień temu

        • Hieronim wyrzucił go bez grosza

        • Przy okazji tak mu zniszczył opinię, że nikt z szlachty go już nie zechce zatrudnić

        • Żyje teraz z drobnych prac

      • Znalezienie Archibalda w jego nowym domu było już nieco trudniejsze. Z braku pieniędzy mężczyzna musiał zamieszkać w biedniejszej części miasta. Bliżej muru, ale z dala od jakiejkolwiek bramy. Ulice w tej części nie były opisane ani ponumerowane, a większość tubylców odsuwała się od niego jak tylko go ujrzała.
        W końcu, jak zgubił kilka sztuk srebra w dekolcie ulicznicy, znalazł odpowiedni dom.
        Wyglądał jakby jedyne co go trzymało w pionie to domy, które zdawały się napierać na niego z obu stron jak imadło.
        Drzwi nie wyglądały na solidne, ale spełniały swoje zadanie.


        Khal wrócił do Dworu jako ostatni.
        Typowe zgromadzenie żegnało dzień w słodkim alkoholu, ciemny piwie i ciężkiej kolacji. Nie widział nigdzie córek Otto, ale wszystko zdawało się działać należycie.
        Karczmarz kiwnął głową Freyowi i zaczął przyrządzać mu jakiś koktail.
        - Masz tu coś odemnie. - postawił chłodny, pomarańczowy napój w wysokim kielichy przed kapłanem.

        text alternatywny

        - Więc, jak tam poszło z Filią? Wszyscy zadowoleni?

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez Seach
        #33

        Viktor, Spotkanie z Archibaldem.

        Khal nie wyglądał ani trochę jak Khal. Mieszanka magii i starego, dobrego zestawu do przebrań, całość wspierana magicznie zmiennymi ubraniami dawała mu swobodę anonimowości. Najwyżej nie licząc mitycznego szpiona, którego za nim puściła siostrzyczka.

        Poszukiwania i zasięganie języka zajmowało czas, ale nie było aż tak trudne. Czy Cheliax, czy Evercrest, czy Magnimarze… ludzie byli tacy sami. Chcieli plotek. Chcieli by ktoś ich wysłuchał, a nade wszystko… chcieli cię poprawiać gdy się myliłeś.
        “Wintergreen nie został zwolniony tylko sam odszedł”
        “Pleciesz trzy po trzy, młody… Lord Crawcolt go na zbity pysk wywali za…”

        text alternatywny

        Kliknij w miniaturkę
        Archibald wyjrzał przez trzy-calową szczelinę w drzwiach. Nie zdjął zabezpieczającego ich łańcucha, bo nie znał osoby po drugiej stronie. Młodego mężczyzny, do niedawna chłopaka o blond czuprynie. Wysoki kołnierz jasnej koszuli wymykał się spod ciemniejszego płaszcza. Nie rzucał się w oczy w żaden sposób, ani wyglądem, ani bogactwem, ani zachowaniem. W pierwszej chwili patrzył gdzieś w bok, słusznie będąc ostrożnym w tej dzielnicy.
        - Czym mogę służyć? - zapytał z wyuczoną manierą byłego kamerdynera, ale była to zimna grzeczność.
        - Dzień dobry, jestem Ludwig Valliger. Archibald Wintergreen, jak mniemam?- zapytał przyjemnym, wyćwiczonym bądź naturalnie dźwięcznym głosem i gdy odpowiedziało mu kiwnięcie głowy kontynuował - Nie zajmę stosunkowo wiele pańskiego czasu. Oczywiście rozumiem, że jest pan zajętym człowiekiem więc nie omieszkam zrekompensować utraconego czasu wolnego, bądź pracy w srebrze.
        Zapewnienie podkreśliły dwie monety, co zabłyszczały w dłoni na moment wystarczająco długi tylko by pozwolić Archibaldowi nie wątpić, że je zobaczył i, że pokazano mu je z intencją. Ludwig rozejrzał się znów wokoło. To nie była dzielnica gdzie przedłużająca się samodzielna bytność na widoku pozostawała równie bezpieczna niezależnie od upływającego czasu.
        Archibald chwilę przyjrzał się monetom, po chwili zamknął drzwi, a "Ludwig" usłyszał dźwięk zdejmowanego łańcucha. Były kamerdyner otworzył ponownie wejście do swojego domu, robiąc miejsce dla gościa.
        - Proszę, proszę wejść. - wpuszczając młodzieńca do środka ponownie zamknął drzwi, zakładając łańcuch - Herbaty? Wody? Obawiam się, że więcej nie mam.
        - Herbata byłaby przemiła - odpowiedział z uśmiechem, tylko nieco bezwiednie się rozglądając po mieszkaniu. Wyobrażał sobie jaki musiał być to dla Archibalda szok przenieść się do takiej dziury, ale nie łamał się. Był trzeźwy i czysty. To zasługiwało na uznanie. Nic z tego toku myśli nie dało się wyczytać z jego twarzy ani postawy. Nie dało się odróżnić jego mowy ciała od takiej jaką prezentowało się na salonach.

        Ludwig poprowadził kilka minut rozmowy na tematy “o niczym”. Ot… coś o wydarzeniach w dzielnicy, albo w Evercrest, a Archibald rozumiał zwyczaj. To było wypełnienie czasu gdy woda się gotowała i wyraz wzajemnego szacunku. “Przychodzę tu jak równy do równego”. Nawet jeśli wyuczony, wręcz wystudiowany… to wciąż znaczący.

        Ludwig odstawił kubek na stolik przy którym usiedli.
        - Cudowna herbata. W Evercrest okazuje się być nie-oczywistym, że wrzątek niszczy smak. Ale marnuję pański czas, więc przejdźmy do rzeczy. Niestety nie przychodzę w błahej i przyjemnej sprawie, więc na osłodę zacznijmy od tego…
        Valliger wyciągnął rękę i położył na stoliku dwie srebrne monety. Głęboko po stronie z której siedział Archibald.
        - Nie chcę by pan czuł, że trzymam obiecaną rekompensatę jako zakładnika. Proszę potraktować to jako gest dobrej woli. I mniej przyjemna część:
        - Pańska służba, na podstawie jednak ograniczonego czasowo wywiadu na który mogłem sobie pozwolić, była bez skazy. Zarówno u Crawcolta - imię wypowiedziane było z najmniejszym, najsubtelniejszym grymasem, tylko sugerującym niechęć - jak wcześniej u lady Caldorwynn, a dalej nie sięgałem. Takoż znając… temperament pańskiego ostatniego pracodawcy ostatnie zasłyszane historie zmuszony jestem włożyć między legendy i baśnie. Chciałbym usłyszeć… jak to naprawdę było?
        Ton głosu, postawa, spojrzenie… w Ludwigu nie dało się doszukać krztyny złej woli. Nie było w nim też litości, ani żalu. Przychodził do człowieka potraktowanego nieuczciwie, ale nie do “ofiary” pozbawionej dumy. I jedyne mroczniejsze nuty pobrzmiewały konspiracyjnie gdy wspominano o Hieronimie.
        - Zapewniam również o poufności naszej tu rozmowy - dodał jeszcze pół sekundy później.
        Starszy mężczyzna przyjrzał się dokładnie Ludwigowi, po czym westchnął.
        - Masz pan rację, Panicz Crawcolt szerzy oszczerstwa na temat mojej służby, nie mogłem dłużej patrzeć na cierpienia panienki Crawcolt. Trzyma ją w zamknięciu jak najpiękniejszą ptaszynę i jedynie popisuje się nią na spotkaniach. Prosiła mnie, abym przekazał list do jej mamy… ale panicz i jego zbóje złapali mnie pierwsi.
        Ludwig już się nie uśmiechał, a przyjazny wyraz twarzy stał się ponury, ale nie znać było w nim gniewu. Gniew był gwałtowny. Uczucie które oczy wyrażały było zimne.
        - Matka pani Zoryi napisała ponad setkę listów przez ostatnie półtorej dekady. Nigdy nie otrzymała odpowiedzi. Czy któreś z nich przynajmniej docierały do córki?
        - Na początku.- odparł smutno starszy człowiek - Później Lord Crawcolt je przechwytywał i palił. Lady kilka razy chciała wysłać, ale lord przekupywał gońców. Lady płakała… w końcu się złamałem, chociaż obiecywałem lojalność lordowi.
        - Niektórzy nie zasługują na lojalność… wiem, że Crawcoltowie mają przynajmniej dwie rezydencje w samym Evercrest i jedną w Sodbury. Nie wiem ile mniejszych domów, czy loży wakacyjnych. Czy jest jakieś miejsce gdzie z reguły jest trzymana?
        - Willa poza miastem. Taki Pałac Letni, pół dnia drogi na nogach, na zachód.
        Zamaskowany magią i sposobem Khal kiwnął głową. Niedaleko. Mogło być gorzej. Może zdąży jeszcze przed wyruszeniem po “Mistrza Soczków”.
        - Byłbyś uprzejmy… - zaczął Ludwig sięgając za kaftan płaszcza - …rozrysować mi plan willi? Na tyle na ile pamiętasz - poprosił kładąc przed nim papier i rysik. - Ze szczególnym naciskiem na pokój Zoryi.
        Mężczyzna sięgnął po rysik, ale spojrzał najpierw na Ludwiga.
        - Czemu? Po co ci te informacje? Kim w sumie jesteś panie Ludwigu?
        Młody blondyn dał sobie krótką chwilę na przemyślenie odpowiedzi.
        - Są jeszcze ludzie którym los lady Zoryi nie jest obojętny. Potrzebuję z nią porozmawiać. Dlatego proszę cię o plan willi. Następnie poproszę cię o skład służby i straży na miejscu. Potem jak często Zorya jest tam sama, bez pożalcie się bogowie, męża w okolicy. Zlitowałeś się nad jej niedolą i nie zostanie ci to zapomniane, ale proszę… nie pytaj o więcej. To bardzo delikatna sprawa.
        Mężczyzna patrzył nerwowo na kartkę przed sobą. Widać było, że zarys sytuacji nie przekonywał starszego kamerdynera o pozytywnych intencjach Ludwiga.
        Blondyn wygiął brwi w rozumiejącym wyrazie twarzy.
        - Archibaldzie. Jesteś dobrym człowiekiem i wiesz równie dobrze jak ja, że Zorya dość już wycierpiała. Ale moment na ratowanie niewiasty z rąk okrutnika minął ponad półtorej dekady temu, więc nie mogę już osiodłać konia, z czterema chłopakami wszarżować do willi i uciec z nią w stronę zachodzącego słońca. Dlatego muszę z nią porozmawiać. Zapytać czego to ONA by chciała… I nie wiem co to będzie. Ona ma dzieci. Macierzyństwo komplikuje sprawę… ale na pewno chciała by się wymienić korespondencją z matką. Jeśli martwisz się, że chcę Crawcolta okraść to po prostu nie zaznaczaj mi żadnych lokacji kosztowności. Jeśli myślisz, że chciałbym ją porwać dla okupu czy nacisku… Crawcolt z tego co wiem nie pała miłością do swojej małżonki i wątpię by dało się cokolwiek zyskać w ten sposób. Proszę cię… jeśli jej los nie jest ci obojętny… pomóż mi pomóc jej.
        - Szczerze martwię się, że to ją chcesz skrzywdzić. - kamerdyner rozpoczął szkicowanie wilii - Więc pozwól, że coś ci powiem. Jeżeli dowiem się, że Lady Crawcolt coś się stało, zgłoszę to lady Filii Blackfyre i spędzę ostatnie lata jakie mi zostały na tym świecie, aby zobaczyć twój łeb nabity na pal. - groźba mężczyzny brzmiała szczerze - Ma dwójkę dzieci. Doria, starsza córka, ma piętnaście lat, młodszy Philip trzynaście. Lord Crawcolt wysłał ich do szkoły... gdzieś. Nikomu nie powiedział gdzie, nawet Lady Zoryi. - mężczyzna westchnął - Nie wierzę, żeby zrobił im krzywdę, ale jest to kolejna lina, którą obwiązał Lady.
        Ludwig uśmiechnął się ciepło słysząc groźbę Archibalda.
        - To trzeba będzie tę pętlę zdjąć. Ktoś musi wiedzieć gdzie zostały wysłane.
        Ludwig nie odzywał dłuższą chwilę, poświęcając uwagę swojej herbacie, gdy Archibald szkicował plan posiadłości.
        - Lord na pewno. - przyznał kamerdyner - Nie wiem jednak komu mógłby się jeszcze zwierzyć. Blackfyre może...?
        - Moż… Blackfyre? - zapytał Ludwig, przerywając ledwie rozpoczętą myśl. Nie spodziewał się usłyszeć tego nazwiska w tej rozmowie. - Stary, czy młoda?
        - Lord Aegon Blackfyre. - doprecyzował kamerdyner - Od lat prowadzi interesy z Lordem Crawcoltem. Lady Filia za nim nie przepada.
        - Mocne plecy. To komplikuje sprawę. Wiesz cokolwiek o tych interesach? Musiały być bardzo ścisłe, skoro uważasz, że mu mógł coś powiedzieć o dzieciach…
        - Zakładam, że chodzi o inwestycje Crawcoltów. Mają wiele ziem, kopalni, lasów, ogólnie terenów do eksploatacji. Nie chcę sugerować, że Lord Blackfyre by naginał prawo, aby zezwolić na prowadzenie inwestycji taniej...
        - Ależ oczywiście. Nikt by nie śmiał tego podejrzewać. - Głos Ludwiga przeczył jego słowom.
        Blondyn skrzywił się i rozmasował kąciki oczu.
        - Więc kolejna komplikacja sprawy. Trudno, niech będzie. Tym tylko bardziej potrzebuję absolutnej dyskrecji w pierwszych etapach. Nie mogę jej jeszcze zaszkodzić…

        - Dziękuję. Mogę? - Ludwig zapytał słowem i gestem o gotowy już plan willi. Od razu zaczął szukać połączeń: sypialnia Zoryi - zewnątrz domu. Dróg wejścia, zagrożeń. Nie był w stanie powstrzymać drobnej ekscytacji na myśl o zobaczeniu przyjaciółki (choć ona tak pewnie o Khalim nie myślała) z poprzedniego życia. Choć nie miał problemu z ukryciem jej.
        - Jaka ochrona jest zwykle w willi? - zapytał kładąc plan na stoliku między nimi.
        - Jeden dryblas. - odparł kamerdyner - Pilnuje kto wchodzi i wychodzi. Pilnuje też, by Lady Crawcolt nie była nigdzie sama.
        - Jak bardzo “nigdy”? Chyba nie obserwuje jej gdy na stronę idzie i nie śpi z nią w pokoju, prawda?
        - W sensie kiedy opuszcza wille, lub kiedy ma gości.
        - W porządku. To jest do obejścia. Panicz często tam bywa? Jak losowego dnia się tam wybiorę jaka jest szansa, że go zastanę?
        - Odwiedza ją dwa razy w tygodniu. Jeżeli nic nie zmienił to był wczoraj i będzie za dwa dni.
        - Czyli regularne, planowane wizyty. Dobrze. To akurat ułatwia. Jakieś formy zabezpieczeń przed magicznym wtargnięciem?
        - Nie żeby było mi o tym wiadomo. Takie rzeczy tanie nie są, a Lord nie lubi bez potrzeby wydawać pieniędzy.
        - Dużo jest służby?
        - Kucharz, sprzątaczki, nadzorca domu, stajenny, ogrodnik. W sumie jakieś sześć, siedem osób.
        - Ktoś stoi nocą na warcie, albo pracuje nocami?
        - Raz na godzinę nadzorca robi obchód po rezydencji.
        - Stałe godziny? Czy jak mu się akurat zachce?
        - Tego nie pilnowałem. Zakładam, że jakiś poślizg może być.
        - W porządku. To też daje mi pogląd na sytuację. Przychodzi ci do głowy coś jeszcze o czym powinienem wiedzieć nim… udam się na rozmowę z Zoryą?
        - Jeżeli chcesz się zakradać... wejście do winnicy w podziemiu jest zawsze otwarte. To drzwi w boku domu, prowadzące w dół.
        Ludwig uśmiechnął się do siebie, wypatrując na mapie gdzie to może być.
        - Te drzwi? - upewnił się, że nie będzie ich szukał po omacku.
        Ludwig kiwnął głową po otrzymaniu potwierdzenie i odpowiedzi na jeszcze kilka drobnych pytań.
        - W porządku. Archibaldzie, bardzo dziękuję za twoją pomoc. Wiem, że słowa niewiele znaczą, ale zaszkodzenie jej jest ostatnim co chcę zrobić. Twoja pomoc jest nieoceniona, ale wierze, że należy się ją wycenić… w kontekście tego, że w gruncie rzeczy za to samo, co ja chcę teraz zrobić, twoje życie uległo radykalnej zmianie na gorsze. "To samo" rozumiejąc jako "ulżyć jej w niedoli".
        Ludwig odliczał pod kubrakiem kubraka, kolejne monety. Gdy wstał i żegnał się jeszcze pięć ich leżało na stoliku.

        Viktor, po powrocie

        Khal usiadł ciężko na taborecie przy barze, poszukując spojrzeniem gospodarza. Gdy go znalazł kiwnęli sobie głowami i karczmarz przyrządził mu jakiś koktajl
        - Masz tu coś odemnie. - Otto postawił chłodny, pomarańczowy napój w wysokim kielichy przed kapłanem.
        - Dzięki, wodzu - diabolista łyknął trochę delektując się zimnym napojem po długim dniu.
        - Więc, jak tam poszło z Filią? Wszyscy zadowoleni?
        - Praeclariter. - “Wybitnie” - Mogło być lepiej, ale nie dużo. Niestety jeszcze nie skończyłem na dziś… Jori jest u siebie?
        - Tak, jeżeli go potrzebujesz to go wezwę. Nie lubi jak mu się wchodzi na podwórko. - karczmarz spojrzał w stronę schodów - Powinieneś zerknąć na tą swoją Galtiankę. Wasz szef nieźle jej zepsuł humor.
        Khal otworzył usta, ale nie rozpoczął słowa. Zamknął je i pomyślał chwilę.
        - Definitywnie do niej zajrzę. Ale sprawa do Joriego niestety żąda prioritatem. Nie oponowałbyś jakbym spróbował go zrekrutować na kilkudniową wyprawę by unie-żywotnić pewnego zdrowo pokrzywionego alchemika-mutatora?
        - Jori nie jest jednym z moich dzieci, robi co mu się podoba. Będziesz musiał jego przekonać. Największe szanse masz, jeżeli opowiesz mu co popapraniec robi.
        - Nie chciałem działać za plecami gospodarza-nadnaturala - uśmiechnął się serdecznie, choć widać było w tym uśmiechu zmęczenie. - Dzięki za podpowiedź. To byłbyś uprzejmy go zawołać? Wyruszamy jutro wieczorem. Jeśli mi się uda to lepiej by wiedział, że się z nami wybiera wcześniej niż później.
        Otto pociągnął za jakiś sznur przy swoim barze. Po kilku minutach elf pojawił się, wychodząc z bocznych drzwi.
        - O co chodzi? - nowoprzybyły zwrócił się bezpośrednio do karczmarza, nie zwracając uwagi na Khala.
        - Jeden z naszych gości, tych od Kozła, ma do ciebie sprawę. Najwyraźniej miasto dręczy jakiś alchemik. - Elf dopiero teraz najwyraźniej zauważył Khala, skinął mu głową.
        - Więc, o co chodzi?
        Prawnik wstał i samym grzecznościowym gestem otrzepał swój kaftan.
        - Viktor Goodman, ale używam również imienia Khal - przedstawił się, na w ćwierć wyciągając do niego dłoń. Na tyle by na pewno dostrzegł propozycję uściśnięcia, nie dość aby nieainteresowanie tym było dla któregokolwiek z nich niezręczne.
        - Prawnik. Mag objawień. Od niedawna twórca magicznych przedmiotów. To moje pierwsze prawdziwe dzieło - z dumą poklepał palcem po laurze owiniętym wokół jego skroni. Nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać.
        - A, to ty jesteś tym kapłanem od Zazela? Otto mówił, że lubisz gadać. - Jori przyjrzał się dziełu Khala, ale najwyraźniej brakowało mu ekspertyzy, aby powiedzieć coś więcej więc jedynie skomentował "ładne".
        - Przychodzę z dosyć ważną i paskudną sprawą oraz propozycją w związku z nią. Pokrótce: mamy delikwenta który wykorzystuje metody alchemiczne… zmieniać ludzi i nie znam nikogo o większej wiedzy w tej dziedzinie. Twoja ekspertyza byłaby niemożliwa do wyceniania. Moglibyśmy przenieść rozmowę piętro niżej dla pełniejszej swobody?
        - No... dobrze. - odparł elf, Khal zauważył, że przez chwilę zerknął na karczmarza, który jedynie kiwnął głową. Elf wstał i zaczął prowadzić swojego rozmówcę - Od lat nie zajmowałem się mutagenami. Użyteczne narzędzie, ale uzależnia słabsze umysły.

        - Dziękuję za twój czas - zaczął Viktor już na dole - Sprawa jest delikatna więc prosiłbym Cię o zachowanie dla siebie tego o czym będziemy rozmawiać. Przynajmniej by poza Dwór nie wyszło. Mamy do czynienia ze zwyrolem co mutuje ludzi. Porywa ich i zmienia w monstra.
        Khal wyciągnął spod kaftana swój notatnik i wyrecytował swoje notatki, tłumacząc na bieżąco własne skróty myślowe, opis sekcji palczastego potwora.
        - Ten był najgorszy, ale pozostałe czworo też było plugawie pokrzywdzone. Blackfyre szacuje, że może mieć jeszcze dwadzieścioro porwanych, ale wiemy już, niemal na pewno, gdzie ma swoją pracownię i będziemy ruszać tam jutro wieczorem. Chcielibyśmy cię zwerbowac byś wyruszył z nami. Oferta to pół tysiąca za udział plus wynegocjowałem dla ciebie możliwość zarekwirowania połowy reagentów które ten bydlak ma zmagazynowane. Łatwo wybierzesz te które będą dla ciebie cenne, bo będziesz jedynym co się na nich zna. Nie idziemy sami. Filia zabiera swoich najlepszych ludzi, Kaylie organizuje kilku najemników z loży, towarzyszyć nam będzie dwóch-trzech kapłanów w roli uzdrowicieli, ale na miejscu spodziewamy się potężne wymutowanego alchemika, dwunastu jego ludzi plus plemiona goblinów.
        Elf wysłuchał uwag Khala po czym westchnął.
        - Kolejny od Haagentiego szuka nieśmiertelności w regeneracji. Przynajmniej nie troll jak zwykle…
        Viktor zachichotał pod nosem zadowolony.
        - Od początku wierzyłem, że twoja ekspertyza przekroczy nasze możliwości o całe kategorie, a i tak przekroczyłeś moje oczekiwania. “Kolejny” mówisz? To już jakiś regularne wydarzenie?
        - Częste. Haagenti to Lord Demonów, on nauczył śmiertelników sztuki przemiany ciała. Prędzej czy później, z wiekiem, typowe lęki śmiertelności się budzą w każdym. Więc szukają metod na nieśmiertelność. Kilku się udaje, większość partoli i kończy jako kupa mięsa i guzów. - elf ponownie spojrzał na notatki - Ten robi postępy. Zaczął od kobiety, tu jeszcze używał chirurgii. Potem ork i gnom. W tej kolejności mi się wydaje. Udane scalenie dwóch organizmów i permanentna alternacja. Potem… najpewniej to połączenie kilku osób, chłop celuje w salamandry. Ostatni to ten bez twarzy, próba zmiany organizmy w jednorodną tkankę. Mózg, serce, mięśnie, nerwy, kości i tak dalej jako jedna mieszanka spełniająca funkcje wszystkich. Najwyraźniej mu się nie udało. - oddał notatki Khalowi - Jak dla mnie samouk, znalazł pewnie jakieś notatki i próbuje po omacku.
        - Jakby go zostawić samemu sobie… jaki jest najgorszy scenariusz? Postawiłbym pieniądze, że znacznie gorszy niż, że osiągnie swoją nieśmiertelność kosztem jeszcze kilkudziesięciu żyć i sobie pójdzie…
        - Zacznę od najlepszego. Za jakieś... dwa lata, uzna, że doprowadził do perfekcji swój kunszt, spróbuje się zmienić, spartoli, umrze. Po drodze jego ofiarą padnie ponad setka osób. Najgorszy, to że zajmie mu to jeszcze pięć lat, spróbuje się zmienić, uda mu się, uzna, że jest nowym, nieśmiertelnym bogiem tych ziem i spróbuje przejąć kontrolę mordując wszystkich, którzy staną mu naprzeciw. Ewentualnie, dojdzie do takiego poziomu, że jego dzieła przestaną umierać tak łatwo i zacznie je wysyłać na populację.
        - Czegoś dziwnego możemy się tam spodziewać, poza fizycznymi mutacjami? Jakieś plucia kwasem, macki wysączone negatywną energią? Coś co mi do głowy nawet nie przychodzi?
        - Tu ci nie pomogę. Nie mam pojęcia czy bawi się w modyfikowanie siebie, czy po prostu ma cel, do którego zmierza.
        Viktor kiwnął głową kilkukrotnie przyjmując odpowiedź.
        - Przydałbyś się nam. Twoja pomoc wartościowana byłaby w życiach. A wyceniona jak mówiłem… złoto plus reagenty… Dla mnie na pewno będzie to też satysfakcja z ubicia takiego bydlaka.
        Elf chwilę się zastanawiał.
        - Chcę też do wglądu wszelkie dokumenty jakie tam znajdziemy. Może amator odkrył coś ciekawego.
        Viktor uśmiechnął się uradowany.
        - Jestem pewny, że dam radę to załatwić. Wyruszamy jutro wieczorem. Mają być wozy aby zabrać żywe ofiary, więc w tamtą stronę będzie wygodnie, a z powrotem tż powinno być, bo na pewno weźmie zapas. Czeka nas też schodzenie po linie w głąb studni. Powinno to zająć cztery do sześciu dni. Cieszę się, że będziemy ciebie mieć. Niewątpliwie zmniejszysz, a może zupełnie zapobiegniesz stratom wśród naszych. Jeśli nie masz żadnych pytań… - Khal dał Joriemu chwilę -... To bym cię naprawdę przeprosił, ale mam jeszcze dwie duże rozmowy do odbycia dzisiaj…
        - Nie ma problemu. Blackfyre pewnie jeszcze jutro wpadnie ustalić ze mną kilka spraw. Więc przekaże jej, że zabieram się z wami. Miłych rozmów.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez Seach
          #34

          text alternatywny

          Gnom pokłonił się przed kobietą głęboko, by ukryć delikatny uśmiech wykwitający alemu na twarzy.
          - To wielki zaszczyt, że kościół Shelyn raczył zwrócić na mnie uwagę i uznać mnie godnym nazwania artystą.-
          I to że dosłownie męczył ich o to swoimi ciągłymi występami nie miało nic z tym wspólnego. Nic a nic.
          - I to jakże godnym uwagi. - rzuciła komplementem kapłanka - Nazywam się Erato, przewodzę świątyni Wiecznej Róży. Twoja władza nad wyobraźnią widowni jest naprawdę imponująca. Wybacz, że zadam prywatne pytanie, ale czy służysz Shelyn?
          - Nieee… aczkolwiek szanuję i cenię tę boginię. Brak mi jednak skupienia by być żarliwym wyznawcą.- przyznał skromnie Baltizar.
          - Rozumiem. Jeżeli chciałbyś większej widowni, Dom Odnowy chętnie cię ugości.
          - To byłby wielki… naprawdę zaszczyt dla mnie, gdybym mógł dziś wystąpić w świątyni.- odparł szczerze gnom. Był to wszak wielki zaszczyt i jeszcze większa okazja.
          - Zapraszam więc. - wyciągnęła rękę do do gnoma i poprowadziła go do środka świątyni. W środku widział dużo, więcej niż byłby w stanie przytoczyć. Łaźnie, sale masażu, miniteatry dla oratorów, kółka malarskie, mały szpital i bardziej znachorskie metody leczenia. Sam Baltizar skończył na jednym z miniteatrów. Chwilę zajęło, ale w przeciągu dziesięciu minut obserwowała go spokojnie setka osób, jak nie więcej.
          Gnom rozejrzał się po publice, uśmiechnął i ukłonił. Zapalił zwyczajnie szczyt swojego kostura i zapytał.
          - Jaką to historię chce usłyszeć szanowna publika? Znam wiele opowieści, niektóre są straszne, niektóre śmieszne, niektóre z morałem… niektóre frywolne. -
          - Frywolne!
          - Straszne!
          - Bajki!
          - Romanse!
          Zawołania z widowni rzucały mieszane sugestie, w końcu jeden głos przebił wszystkie.
          - Epikę Heroiczną! - był to głos Erato, która kiwnęła głową gnomowi, aby zaczynał.
          Gnom zadumał się i rzekł.- Stało się to w dalekich czasach i w dalekim miejscu. Niebiańskie zastępy zebrały się na równinach, by wyruszyć w czeluście piekielne. Archony i anioły zlatywały się z szumem skrzydeł by pod wodzą planetara Hazauriela wyruszyć na wyprawę przeciw władcom piekieł .-
          gnom znał tą historię z annałów piekielnych. Przeczytał te zapiski szukając odpowiedzi na własne pytania. Znał więc dobrze tę wojenną wyprawę, choć jedynie z punktu widzenia czartów. Co jednak nie przeszkadzało mu ją przedstawić jako heroiczny upadek jednego plantera kierującego się zemstą i wyniesienie podległego mu drugiego plantera Ursusa którego mądre czyny uratowały los wyprawy. I oczywiście nie zapomniał wspomnieć o heroicznych czynach archonów, aniołów jak i o wielkich bitwach w których obie strony przelały rzeki krwi. Epickie historie nie należały do jego ulubionych, ale poznał ich trochę.
          Kiedy ostatnie słowa opuściły usta gnoma, widownia była chwilę cicha, najwyraźniej łaknąc więcej. W końcu jednak pierwsze oklaski, potem gwizdy i wiwaty wypełniły salę. Owację na stojąco rozpoczęła najwyższa kapłanka Shelyn.
          - Brawo! Brawo! Zaprawdę twój talent jest niezwykły! - dygnęła Baltizarowi z aprobatą.
          - To tylko mieszanka ciekawości, cierpliwości i dobrej pamięci.- gnom skłonił się przed publiką. - I muszę podziękować za możliwość w tak wspaniałym przybytku i przed tak wspaniałą publicznością. I jeśli nadarzy się taka okazja, chętnie ponownie zapewnię rozrywkę w tej świątyni.-
          - Z chęcią gościmy nowe talenty. Każda sztuka jest miła Shelyn, a zbrodnią by było odmówić twojej jej wiernym.
          - Oczywiście zgadzam się z tym i jestem na wasze zawołanie. Aczkolwiek czeka mnie pewna wyprawa jutro.- westchnął ciężko gnom i szybko zmienił temat.- Mogę spytać o to kto obecnie jest uważany za największego artystę? Jakiś śpiewak może? Malarka? Rzeźbiarz? Chciałbym skorzystać z okazji i poobcować z najwyższą… sztuką, acz tyle tu tego jest, że nie wiem od czego zacząć, a niestety czas mój jest ograniczony. Wieczór mam zakontraktowany.-
          - Nikt nie jest najplepszy, ale mamy kilku mistrzów. Felicia Fazbah, jest znamienitą malarką, specjalizuje się w portretach i pejzażach. Franco Deli, pracuje z gliną tworząc cudowne wazy, ale też rzeźby. Ostatnio też młody Gil Hafletuf, halfling kaligraf, potrafi zmienić stronę książki w istne dzieła sztuki.
          - Czy nie byłoby kłopotem znaleźć dla mnie przewodnika, który oprowadził by mnie po tym wspaniałym przybytku i godnie zaprezentował zarówno dzieła jak i twórców? - zapytał skromnie gnom nie dodając na głos, że przy okazji poznałby rozkład pomieszczeń świątyni.
          - Oczywiście. - rozejrzała się po świątyni, po chwili uśmiech pojawił się na jej ustach - Dari! Dari, podejdź proszę. - młoda elfka podbiegła do kapłanki i gnoma.
          - Tak, Lady Erato?
          - To jest Baltizar, jeden z najnowszych nabytków świątyni. Chciałby zapoznać się z niektórymi twórcami, jakich tu zebraliśmy. Oprowadź go proszę. - elfka dygnęła delikatnie i spojrzała na gnoma.
          - Proszę za mną. - zaczęła ruszać w kierunku centrum świątyni - Więc, cóż pierwszego chciałbyś ujrzeć?
          - Zacznijmy od obrazów? Ponoć dzieła artystki Fazbach są godne polecenia, rzeźby pana Deli i może potem kaligraficzne cudeńka Gila… i wszystko co sama uważasz za piękne. Oddaję się w twoje ręce. - powiedział z uśmiechem Baltizar.
          Młoda kapłanka uśmiechnęła się i zaczęła prowadzić gnoma. Segment Domu Odnowy poświęcony Shelyn podzielony był na kilka odseparowanych pracowni, które łączyły się we wspólnym holu, który otwierał się do wspaniałej galerii. Widział obrazy, które zapewne przykuwały oko niejednego znawcy, rzeźby zachwycające dokładnością anatomii, jak i manuskrypty, pełne barw i uroku.
          - Czy chciałbyś coś jeszcze ujrzeć?
          - To co ty lubisz.- zaproponował gmon. - Zdam się na twój gust.-
          - Książki? Biblioteka Domu Odnowy jest naprawdę obszerna. - elfka zaprowadziła Baltizara do potężnego pomieszczenia. Sufit biblioteki musiał być jakieś piętnaście metrów nad nim. Masywne regały zdawały się go podpierać, wielopoziomowe platformy połączone schodami i mostami przecinały powietrze niczym chaotyczna pajęczyna. Elfka wciągnęła powietrze, wypełnione zapachem starych i nowych ksiąg - Jakiś dział chciałbyś zobaczyć?
          - Historyczne, traktaty teologiczne… księgi dotyczące innych planów egzystencji. To doskonała inspiracja do moich opowieści. Życie pisze najciekawsze scenariusze.- przyznał Baltizar i przyjrzał się Dari.- Nie spodziewałem się że tak śliczna istotka właśnie w księgach znajduje upodobanie. Stawiałbym raczej na rzeźbę.-
          - Tędy. - zaczęła prowadzić gnoma w stronę schodów - Uczę się, aby zostać kustoszem tej biblioteki. Książki mają w sobie tyle potencjału. Uczucia, obrazy, sekrety, nigdy nie wiesz co znajdziesz kiedy przewrócisz tą pierwszą kartkę.
          - To prawda… księgi mają sekrety. Nie tylko te zapisane tekstem. Sekrety ukryte w okładkach księgach, zdobieniach. Czasami między wierszami.- zgodził się z nią Baltizar.
          - Czasem sekret jest rozrzucony między kilkoma księgami. Kilka miesięcy temu poznaliśmy zbiór historyka Azlanti. Okazało się, że cały zbiór zawiera ukrytą mapę ruin dawnego imperium, wystarczyło otworzyć każdą księgę na stronie trzydziestej drugiej i ustawić je w kręgu, od ostatniej do pierwszej. Odkrycie dało nam pogłos w odpowiednich kręgach.
          - To interesujące. - odparł wyraźnie zaciekawiony gnom.- A są tutaj jakieś księgi dotyczące historii tego regionu? Pewnie też ukrywają jakieś tajemnice.-
          Etrigan drepczący za nimi zaszeleścił głośniej swoimi “piórami” z “papieru”.
          - Historia Rzecznych Królestw? Mamy cały dział, obok jest Lokalny Folklore i Legendy. - elfka zaprowadziła gnoma do odpowiedniego miejsca - To tu. Przy każdym regale jest golem, podaj mu tytuł, albo temat a on ściągnie dla ciebie księgę z regału.
          - Uroczo.- odparł z uśmiechem Baltizar. -Bardzo mnie interesuje lokalny folklor i legendy. Skądś muszę czerpać materiały na moje historie.-
          - No to pewnie znajdziesz tu czego szukasz. Potrzebujesz jeszcze mojej pomocy? Muszę rozpocząć audyt, działu religijnego.
          - Nie będę cię zatrzymywał w takim razie. Już dość czasu ci zabrałam.- odparł ciepło gnom.- Dalej poradzę sobie sam.-

          I zabrał się ze swoim pomocnikiem za poszukiwanie woluminów. Etrigan za swoim panem szeleszcząc głośniej papierowymi piórami, gdy zauważył coś ciekawego. A Baltizar zwracał uwagę na jego… “sugestie”.
          Ostatecznie wybrał “Byografyje burmistrzów Evercrest piórem sir. Aldana spisane”, “Legendy Rzecznych Królestw, praca zbiorowa” oraz "Sekrety ukryte w ciemnościach"… dość zniszczony brulion spisany łamanym gnomim przez anonimowego autora będący zbiorem plotek i paszkwili dotyczący miejscowym wpływowych rodzin. Ktoś postanowił przelać swoja żółć na pergamin, a gnom postanowił się z jego frustracją zapoznać.

          text alternatywny

          “Ahuizot, szaleństwo”… słowa te docierały do umysłu gnoma, ale czy ostrzeżenia przed nimi nie miały znaczenia.
          - Doprawdy?- uśmiechnął się Baltizar. - Na szczęście w moim przypadku obłęd… jest już obłaskawioną dolegliwością.-
          - Jedynie dzielę się mądrością. - odparł karczmarz - Masz przynajmniej imię, to więcej niż kiedy przybyłeś do miasta.
          - To prawda… to więcej. I za to jestem wdzięczny.- odparł Baltizar przyglądając się księgę.- Obrazki mogą wystarczyć na początek. Pytanie tylko kto mógłby…-
          Wrócił do strony z ryciną i przesunął po niej palcem. -... czasami obraz potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów. A jeszcze więcej… sam autor.-
          Bajarz zaczął szukać na początkowych stronach imienia autora księgi, oraz informacji o artyście który obrazy wykonał.
          Znalazł, jednak nie był w stanie rozpoznać słów, czy nawet alfabetu. Otto zerknął na gnoma.
          - Jeżeli szukasz autora, to odpuść sobie. Nawet gdyby miał umrzeć z przyczyn naturalnych, to umarłby z dobre dziesięć tysięcy lat temu.
          - Czymże jest śmierć, czymże czas w naszej sytuacji… jedynie drobną niedogodnością.- wzruszył ramionami gnom. - Autor jest jedną z nici, którą warto sprawdzić. Skąd masz tę księgę?-
          - Plan Cieni. Księga jest z Golarionu, jakiś krewny autora zabrał ją tam. Kopie lub podobne prace pewnie da się znaleźć w różnych miejscach.
          - Hmm… kłopotliwe. Przyznaję.- ocenił Baltizar wyraźnie zamyślony. Wzruszył ramionami.- Imię potwora… to zawsze jest jakiś ślad. -

          text alternatywny

          Przedstawienie stało się już rutyną dla gnoma. Niemniej było przyjemnie snuć kolejne opowieści przed dość liczną widownią. I przemycać w nich sugestie kapłana z którym współpracował. Ale tylko w jednej opowieści na trzy inne. Baltizar uważał, że historie z proponowanym przez niego morałem wychodzą mu słabiej niż inne. Może dlatego, że nie miał dość czasu, by je dopracować. Może były i inne powody?
          Tego nie jeszcze nie zdążył przemyśleć.

          A po występie nie miał na to czasu, bo Khal zaproponował mu rozmowę przy drinku. Na co oczywiście gnom się zgodził.
          - W porządku. Pozwolisz, że przerobię wieści na szybko. - Viktor pochylił się do gnoma, aby móc mówić bezpiecznie cichym tonem. Wciąż pamiętał, że ma ogon…
          - Mamy bydlaka. Miałem ciebie zwerbować. Filia organizuje ludzi i jutro wieczorem ruszamy. To jakieś dwa dni drogi stąd. Złol to alchemik-mutator, wygląda na to, że poszukuje nieśmiertelności za przewodnictwem demoniego księcia Haagentiego. Ma na usługach jakąś dwunastkę mutantów i między powierzchnią a jego laboratorium znajduje się plemię goblinów. Będzie nas koło dwóch, trzech dziesiątek. W tym kilku, mam nadzieję, magów z loży najemniczej, kilku kapłanów w roli uzdrowicieli i większość dobrani strażnicy. Na osłodę płacą nam po pół tysiąca na głowę.
          - Więc twoja w tym głowa, żeby nasi najemnicy zagrali główną rolę w tym przedstawieniu i pokonali złola. - wtrącił gnom drapiąc się po brodzie.- Jeśli nie zabłysną, to jak zwrócisz uwagę wszystkich na symbol, pod którym będą walczyć?
          - Spróbujemy, ale gramy tutaj długą grę, więc nie zróbmy też tam nic głupiego. Lepiej zmarnować okazję i skorzystać z którejś które nadejdą w przyszłości niż się spalić. Chcę aby kult Kozła stał się tu oficjalną i akceptowaną przez władze religią, do tego potrzebujemy dobrych relacji z nimi.
          Gnom przekrzywił głowę przyglądając się kapłanowi jakby był okazem jakiegoś rzadkiego ptaka.
          - Co niby głupiego mielibyśmy zrobić? Idziemy grzecznie bawić się z resztą miejscowych rycerzy prawa, nie planujemy żadnego wbijania sztyletu w plecy. Będziemy tak szlachetni, że paladyni będą nam zazdrościć. - zaśmiał się chrapliwie.- Jedyne co musimy zrobić, to wyróżnić się czynieniem dobra, być bardziej biali i czyści niż całun pogrzebowy.-
          - A mimo to mamy już szpiega na ogonie. Komendant jest nad wyraz doinformowana. Zgadywał bym zaangażowanie nadwornego arcymaga-dywinatora, bo innego pomysłu nie mam. Wie też, że jestem kapłanem Sędziego i definitywnie mi, oraz via proxy wam również, nie ufa. Po prostu… nie możemy oczekiwać gruszek na wierzbie. Trochę zajmie nim nasze relacje się ocieplą.
          - Niech pomyślę…- zadumał się gnom głaszcząc swoją brodę.- Jak głęboko w dupie mam zaufanie komendanta? Uuuu… bardzo głęboko.-
          Uśmiechnąwszy się Baltizar rzekł cynicznie acz cicho.- A niech nas szpieguje, niech się przygląda. Na nasze zebrania towarzyskie karczmarz go nie wpuści… a co do reszty. Nie mam nic do ukrycia. Jestem tylko bajarzem. Opowiadam historie. Szukam inspiracji do nowych opowieści. Zaprzyjaźniam się kapłankami bogini piękna i dobra. Niech sobie nas śledzi… no chyba że ty lub twoja ochroniarz robicie coś niewłaściwego na boku. Ja nie… więc niech śledzi, niech gapi się ten szpieg, niech pisze raporty. Niech frustruje komendanta brakiem wyników.-
          - Na początku - przytaknął Khal z uśmiechem - Ale docelowo chcę aby zobaczyła Azazela podobnie jak ja go widzę. Przede wszystkim patron surowego, ale uczciwego prawa. Aby stała się naszą sojuszniczką i potem pomogła zalegalizować religię. Ale to, jak mówiłem, długa gra i będzie wymagać cierpliwości. Tak czy siak… aby trzymać cię w obiegu informacyjnym: nasz cel wygląda na wyznawcę księcia demonów Haagentiego szukającego nieśmiertelności poprzez mutacje. Spodziewamy się koło tuzina wymutowanych sług oraz plemienia goblinów nad laboratorium, bo schodzić będzie..-
          - A co mnie to obchodzi. Nie widzisz z kim rozmawiasz? Jestem małym słabym gnomem. Chyba nie spodziewasz się mnie na pierwszej linii, co? Ja się nie zamierzam fatygować w ten konflikt. Będę stał z tyłu i zagrzewał naszych do walki.- machnął dłonią Baltizar wtrącając się w jego wypowiedź.- Nie obchodzi mnie co wyznaje ten wariat. Może nawet wielbić trollową gębę. Te szczegóły są dla naszych najemników. I nawet to nie my powinniśmy ich informować w tej kwestii. Niech zrobi to przywódca tej całej wyprawy. Bądź co bądź mój wkład w nią jest zbyt mikry, by brano moje zdanie pod uwagę podczas podejmowania decyzji. Zresztą strategiem też nie jestem. Opowiadam bajki.-
          Viktor uśmiechnął się.
          - Uczciwie. Niech będzie. Wyruszamy jutro wieczorem. Zajmie to kilka dni. Ci najemnicy co ich z loży wynająłeś… planujesz ich zabrać?
          - Przede wszystkim ich planuję zabrać. W innym przypadku mój wkład w ten cały cyrk będzie polegał na zabawie w kronikarza wyprawy.- wzruszył ramionami Baltizar.- Moi podwładni mają się na tej wyprawie wykazać użytecznością i przyciągnąć przyjazne spojrzenia do znaku na swoich tunikach.-
          - W porządku, chciałem się upewnić. Dobra, skoro nie interesują cię szczegóły i nie odnoszę wrażenia aby propozycja wspólnego picia dla zacieśnienia więzi wewnątrz-drużynowych spotkała się tu z entuzjazmem to pójdę zająć się kolejnym punktem z mojej zbyt długiej listy rzeczy do zrobienia przed snem. Widzimy się…
          - Jak sobie życzysz ekscelencjo. - mruknął gnom wzruszając ramionami.
          Khal wstał i pożegnał się pseudo-salutem.

          Gdy kapłan poszedł, gnom przeciągnął się zadowolony. Sytuacja wydawała się zdecydowanie zmieniać na jego korzyść. Odpadało mu żmudne śledztwo, odpadało głowienie się nad sytuacją. Ktoś inny, bardziej kompetentny miał przejąć dowodzenie. A gnom jedynie się podporządkować i zbierać materiały na opowieści. Nieufnością potencjalnej przełożonej Baltizar się nie przejmował. Nie planował podczas tej wyprawy żadnych podstępnych intryg, więc… niech go obserwuje ile chce. I tak zawsze był obserwowany, przez dziesiątki oczu wyzierających z każdej szczeliny.
          Na dziś miał już dość, więc po posiłku i łyknięciu lekarstwa szykował się na sen.
          Następny dzień zapowiadał się ciekawie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez Seach
            #35

            text alternatywny

            Kaylie chciała już odpowiedzieć Otto, gdy doszły ją słowa z tyłu. Karczmarz zobaczył jak nagle kobieta widocznie pobladła. Wzięła duży łyk otrzymanego napoju, a Otto zobaczył, że zatrzęsły się jej dłonie.
            Karczmarz westchnął. Sięgnął pod ladę i nalał kobiecie ciemno bursztynowego płynu. Nozdrza dziewczyny zaatakował zapach alkoholu i dębu.
            - Coś się właśnie stał0, prawda?
            Dziewczyna szybko upiła trunku.
            -Zaraz zobaczę jak bardzo... - spojrzała w tył zadowolona, że nałożyła małą iluzję na siebie wcześniej - Najwyżej wypiję więcej...
            Kaylie odstawiła kubek na szynku i ruszyła niby spokojnym krokiem w stronę, z której doszły ją słowa.
            Szybko dotarła do grupy rozmawiających. To była ekipa, którą wynajął Baltizar. Efli mag właśnie chyba dokańczał jakąś opowieść.
            - ... szukają jej i assassynów. - dwóch barbarzyńców było absolutnie pochłoniętych opowieścią elfa, reszta ekipy tylko co jakiś czas zerkała znad jedzenia.
            Kaylie podeszła bliżej lekko zataczając się niby popiła więcej niż naprawdę. Trunek 0d Otto zostawił chociaż trochę zapachu, co pomagało, gdy stanęła wspierając się o ścianę patrząc na elfa i słuchając go.
            - Niestety dom Myamtharsar jest teraz pod ciągłą obserwacją. Zaginięcie córki, próba zabójstwa emisariusza, z którym są spokrewnieni. Nie zazdroszczę im. Chociaż to Galt, póki są na oczach wszystkich chyba nikt ich nie tknie. - grupa nie zwracała uwagi na Kaylie, jeden z barbarzyńców podrapał się po głowie, najwyraźniej jakaś rzadko spotykana myśl tam zawitała.
            - Zaraz, mówiłeś, że zabili tego elfa.
            - Nie, nie. Jedynie wykradli jego duszę. Ciało jest żywe, w jakimś stanie magicznego zastoju. Dlatego Kyonin nie wykonało jeszcze ruchu. Do tego magowie z Galt wykryli obecność piekielnej magii, co zwróciło oczy wszystkich na Cheliax...
            Kaylie poczuła słabość w nogach. Chciała upaść w tym momencie, chciała by ten koszmar się skończył. Co Azazel zrobił?!
            - Więc ta ich córka, wyruszyła ocalić lub pomścić przodka? HA! To się nazywa kobieta! - zawołał drugi z barbarzyńców.
            - Taka jest oficjalna historia. Niestety z jakiegoś powodu magia nie jest w stanie jej znaleźć, więc zakładają, że jest w Cheliax już od dekady. Serce mnie boli na myśl co ona musiała przejść do tej pory.

            Kaylie powróciła do szynku i oparła się ciężko o niego, kładąc głowę na rękach ułożonych na blacie. Wydała z siebie jęk psychicznego bólu.
            Otto spojrzał na dziewczynę.
            - To był tylko łyk tego whisky. Chyba aż tak cię nie rozłożył?
            - Nie... - przesunęła dłońmi po twarzy - Chciałabym by to było to... Najgorzej by się kacem skończyło i rzyganiem. Później byłoby znowu dobrze... - przesunęła paznokciami po skórze przedramienia, jakby w bólu szukała otrząśnięcia się z koszmaru - A to? - uderzyła pięścią w blat - A TO?! - czoło trzasnęło w drewno, gdy podążyło za pięścią...
            Po czym zaczęła się histerycznie śmiać.
            Reszta karczmy na chwilę spojrzała w kierunku Kaylie, ale jedynie uznała, że kolejna ofiara mocnych trunków. Otto natomiast westchnął.
            - Brzmi jakbyś potrzebowała ucha do wysłuchania żali.
            Patrzyła dłużej w blat nim odpowiedziała Otto już innym głosem. Zdeterminowanym, znającym ból i rozterkę, poszukującym czegoś...
            Zemsty?
            - Muszę porozmawiać z Azazelem. - wyszeptała i spojrzała w oczy karczmarza z nutą chaosu w nich, czymś co było diabłom przeciwne.
            Otto przyjrzał się dokładnie oczom kobiety, delikatny łobuzerski uśmiech zagościł na jego ustach. Kiwnął głową i poprowadził dziewczynę do jednego z bocznych pokoi.

            DRAMA~

            Pomieszczenie było innego od tego, w którym Azazel przemawiał poprzednio do grupy. Jedynie dwa fotele stały w jego wnętrzu. Jeden pod ścianą, jeden na środku. Karczmarz wskazał dziewczynie na środkowe siedzisko, a sam sięgnął do kieszeni, mamrocząc coś pod nosem. W końcu wyciągnął rękę i cisnął diamentowym proszkiem w ścianę przeciwległa siedzeniu Kaylie.
            - Azazel! - karczmarz następnie szybko podbiegł do siedziska pod ścianą, głupkowaty uśmiech gościł na jego twarzy.
            W tym czasie ściana eksplodowała i zapadła się w sobie. Otwierając się na panoramę piekielnych otchłani. Po chwili w polu widzenia pojawiła się postać, z początku zamazana, ale w końcu Kaylie zobaczyła Azazela. Diabeł spojrzał najpierw na Otto, który wydawał się wyciągać jakąś przekąskę do chrupania, a potem na Kaylie.
            - Avruil? Wyglądasz na... rozstrojoną. Czemu mam wrażenie, że zaraz zaczniesz krzyczeć?
            Kaylie wręcz buzowała chaosem ledwo utrzymywanym w ryzach. Chciała go uderzyć jak kiedyś Khala, ale siłą powstrzymywała te emocje.
            - Nie chcę dać ci tej satysfakcji, kłamco. - fuknęła - Łżesz jak Asmodeusz. Nie jesteś lepszy, nieważne jak chcesz się prezentować, Koźle Ofiarny.
            Diabeł jedynie uniósł brwi, pstryknął palcami przywołując siedzisko dla siebie. Spojrzał w oczy Avruil.
            - Dowiedziałaś się o stanie dziadka. - to nie było pytanie.
            - Złamałeś umowę. - wycedziła - Nie umawialiśmy się na to, że możesz porwać jego duszę i ją sobie zatrzymać.
            Azazel się uśmiechnął. Wyciągnął rękę, w której pojawił się zwój. Rozpoczął go dokładnie przeglądać.
            - Faktycznie. Umowa stwierdza, że ty, Avruil Myamtharsar, przy pomocy darów które ja, Azazel, ci użyczę, pokonasz swojego dziadka. W zamian oddasz swoją duszę siłom piekła, a życie mnie. - diabeł zerknął na kobietę - Z momentem pokonania twojego dziadka, byłaś moja i mogłem robić co mi się żywnie podoba. Umowa nie mówiła, że mogę go zabrać, ale nie mówiła też, że nie mogę. Więc niczego nie złamałem.
            - Tak jak powiedziałam... - Kaylie czuła jak serce kołacze ze stresu - ...chcesz uchodzić za lepszego od Asmodeusza i innych diabłów, a bazujesz na kruczkach w umowach jak oni.
            Mina diabła zrzedła, najwyraźniej nie lubił tej prawdy. Pokiwał jednak smutno głową.
            - Czasem trzeba. To co zrobiłem sprzyjało jak najlepiej moim planom, ty po prostu jesteś przypadkowym beneficjentem. Więc czego teraz oczekujesz? Żebym go wypuścił? Na razie nie mogę, jest mi jeszcze potrzebny i... nie doszliśmy jeszcze do konsensusu.
            Jej słowa trafnie uderzyły w Azazela. Malutka wygrana... Choć czy naprawdę cokolwiek jej dawała?
            - Czemu pozwoliłeś mi uciekać przed czymś czego nie ma? Bać się kłamstwa lub mówiąc inaczej - niedopowiedzenia? Czy ja coś zrobiłam co na karę zasłużyło?
            - Poza paktowaniem z diabłem i ataku na emisariusza z kraju, który dopiero co zaczął wam ponownie ufać?
            - Dobrze wiesz czemu go zaatakowałam i wiesz, że nie chciałam go zabić czy poważnie skrzywdzić. - zaprotestowała - I wiesz co chciałam osiągnąć, a nie ma to nic do relacji międzynarodowych.
            - Nie wiń mnie, że brakowało ci doświadczenia i wyczucia w magicznej walce. Do tego, sądzisz, że nie rozpoznałby skąd masz te moce? Galtianka, która paktuje z diabłem? Wiesz, że za tobą nie przepadał. Ciekawe co by zrobił z taką amunicją.
            - Byłam zgorzkniałym podlotkiem, więc wtedy nie myślałam o tym. Nie sądzę, że diabły mają jakieś granice wiekowe, ale mogę się mylić i nagiąłeś je. Nie odpowiada to jednak czemu pozwoliłeś mi żyć w przeświadczeniu winy, że zamordowalam krewnego, choć tak nie było.
            - Potrzebowałaś motywacji, aby uciec z Galt. Znając śmiertelników, po tygodniu wróciłabyś, przyznała do wszystkiego i skończyła przed Ogrodnikami. Lęk, prawdziwy lęk, pchnął cię w świat. I spójrz na siebie teraz. Pomijając przynależność do mnie, jesteś rozpoznawalna w świecie. Gdybyś została, pewnie byś skończyła jako "Żona księcia jakmutam, jutro odwiedzi ich wściekły tłum."
            Kaylie patrzyła skrzywiona.
            - Kłamstwo w końcu wyjdzie na jaw... - mruknęła - Dziękuję za wyjaśnienie, mój panie. - ostatnie dwa słowa wypowiedziała w dziwny sposób. Z jednej strony można było odczuć, że były kierowane strachem, który wyszedł na wierzch, gdy złość otęchła, a z drugiej, że zawierały w sobie dużą dawkę złośliwej ironii.
            - Dlatego negocjuję z twoim dziadkiem. Będzie musiał kolaborować historię. - westchnął - Nie skończyłabyś na mnie, jeżeli bym odmówił. Przyzwałabyś innego co nie chcąc oddać twojej duszy do Ostatecznego Ostrza, zabiłby cię po tym jak pokonasz dziadka. Więc, powinnaś być wdzięczna, że na mnie trafiłaś. Przynajmniej masz szansę coś zyskać więcej z tego wszystkiego.
            Kaylie tylko skinęła głową nic więcej nie mówiąc.
            - Jeżeli to wszystko w tej sprawie. - diabeł wstał ze swego siedziska, które zmieniło się w dym chwilę potem - Może Khal ci to lepiej wytłumaczy. Jeżeli potrzebujesz więcej przekonywania. I rozum jedno Avruil. Na razie sprzyjasz mi, ponieważ czujesz powinność. To twoja decyzja, aby mi pomóc. Nie spraw, abym odebrał ci ją. - i z tymi słowami pokój wrócił do swojego poprzedniego wyglądu.

            Otto przez chwilę się przyglądał ścianie.
            - To tyle? Eh... miałem nadzieję na coś więcej. Chociaż wywołać w diable "żal"... czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
            Kaylie westchnęła.
            - Nie chciałam grać tak jak przypuszczał. Do tego... Sam słyszałeś, że on już wie co planuje zrobić jeżeli mu się postawię. Sądzisz, że byłby zadowolony gdybym odstawiła mu niemiłą sytuację? Mógłby wykorzystać swoją władzę nade mną. - ostre skrzywienie pokazało się na twarzy kobiety.
            - Rozmawiałem z nim, zanim tu przyszliście. Wyjaśnił mi swój "WIELKI PLAN". - karczmarz wykonał cudzysłów palcami - Jeżeli go rozumiem, a uwierz mi jego gadka prawnicza jest równie porywająca co schnięcie farby, to wolałby nie. Jeżeli jednak nie dasz mu opcji…
            - To niech nie daje mi powodu... - fuknęła - I nie wierzę diabłowi, że woli mnie nie zmuszać.
            - No cóż i tu jest szczegół pogrzebany. On nie chce już się bawić z diabłami.
            - Sam słyszałeś jak powiedziałam mu, że wcale tak różny od nich nie jest, za jakiego chce uchodzić.
            - Słyszałem i to go zabolało. Brzydka prawda, z którą będzie musiał żyć. Jednak on planuje być jednym z tych nudnych bogów prawa i legislacji. - fae wykonał grymas jakby mu się zbierało na wymioty - Będzie musiał się pożegnać z nawykami jakich się nauczył od Asmodeusa.
            - Natury tak łatwo nie zmienisz, więc i w jego zmianę nie wierzę. - mruknęła - Diabeł diabłem pozostanie.
            - Zaczynał jako anioł. - zauważył karczmarz - Tak jak nie mała część tych potężnych rogaczy. Zmiana natury przychodzi im łatwiej niż śmiertelnikom.
            - I masz rację. Bogowie prawa i legislacji są okropnie nudni, bo i to prawo i legislacja to bardzo nudne tematy. - przytaknęła fey - Ale z tego co wiem o Wymiarach to ten cały jego plan nie będzie taki prosty do wykonania, że dokona się za życia ludzkiego pokolenia. Wy, Pozaplanowcy macie odmienne spojrzenie na czas niż istoty z Pierwszego Materialnego.
            - Nie tylko na czas. - zauważył Otto - Moje pojęcie miłości i twoje są na pewno różne. Jednak Fenuel zawsze był uparty w tym, że "Wie czego chce" i pójdzie gdzie może aby to uzyskać.
            - Za dobrze mu nie wyszło jeżeli poszedł za Asmodeuszem... Bo mówimy wciąż o Azazelu? - zapytała orientując się jak go nazwał Otto.
            - Tak, tak. Wybacz, Fenuel to było jego imię kiedy jeszcze był w Niebie. Fenuel, Archanioł Osądu. Kiedy Asmodeus opuszczał Niebo, Fenuel ruszył z nim ponieważ biurokracja tam prowadziła do takiej stagnacji, że zajmował się rozprawami sprzed uformowania się bogów.
            - Chyba nie przemyślał dobrze całej sprawy. Idąc z Asmodeuszem dał się zrobić jak dziecko. - wzruszyła ramionami - Skoro uwierzył, że z tym gościem będzie lepiej.
            - Było inaczej. - pokiwał głową karczmarz - I pewnie na początku było "lepiej". Później.. no, diabły. - wzruszył ramionami - Po kilku tysiącleciach jeszcze ta rozprawa, którą przegrał. Najwyraźniej miał dość biurokracji z podcinaniem nóg.
            - Muszę przemyśleć swoje następne ruchy. - westchnęła - Nie jestem pewna jaką taktykę podjąć. Ostatnio czasami mi po prostu wszystko jedno. - machnęła ręką - W Galt nie miałam takich nijakich i czasem nihilistycznych myśli.
            - Pamiętaj, świat jest tylko mroczny i przeciwko tobie, jeżeli mu na to pozwolisz. Spójrz na mnie. Od ponad ośmiu tysięcy lat tułaczę się po planach w poszukiwaniu żony, moje królestwo upadło, moi synowie umarli, jedna z moich córek nie chce opuścić domeny Shelyn. - westchnął - To czasem boli, ale wiem, że kiedy w końcu wrócę gdzie moje miejsce... będzie dobrze.
            - Tylko on może mnie skrzywdzić jak się mu postawię. - westchnęła - Jestem wobec niego na przegranej pozycji.
            - To mu się nie stawiaj. Wybacz porównanie, ale jesteś psem na smyczy. Właśnie próbowałaś się zerwać i dostałaś po nosie. Zobacz jak daleko możesz się oddalić na smyczy którą masz, bez zmuszania go, aby ją ściągnął. Rozumiesz o co mi chodzi?

            Kaylie pokiwała głową.
            - I co z tymi łaźniami? Dałam twoim córkom przekąskę.
            - Oczywiście. - karczmarz, wstał i poprowadził kobietę - Jeszcze raz ci dziękuję za to. Dziewczyny są... no powiedzmy, że trudno mi zostać w jednym miejscu, jeżeli trzymam je głodne.
            Łaźnie miały niewielki basenik z ciepłą, parującą wodą. Na siedzisku obok baseniku leżał ręcznik i miękki szlafrok. Kilka mydełek unosiło się na wodzie w drewnianej łódeczce.
            - Miłego relaksu. - z tym karczmarz zamknął za sobą drzwi, zostawiając kobietę samą w łaźni.

            text alternatywny

            Kaylie położyła swoje rzeczy i ubrania na krześle obok basenika z gorącą wodą.
            Powoli weszła w jej taflę i wsunęła się w objęcia wody. Przyjemne ciepło ogarnęło jej ciało, ale mimo wszystko nie zmyło z niej psychicznego zawirowania. Ochlapała twarz wodą i przesunęła palcami po policzkach. Spojrzała swoje odbicie jakie pojawiło się na tafli przy jej brzuchu i nagle poczuła złość. Złość na siebie.
            Uderzyła w wodę rozchlapując ją także poza balię. Od lat coraz gorzej znosiła widok siebie. Wiedziała, że zaczęła sobą pogardzać. Pamiętała jak na początku swojej tułaczki rozważała by po prostu wrócić i oddać się osądowi. Nie dokonała tego tylko temu, że Rhaast jej przetłumaczył... Sama nie wiedziała jak.
            Bezmyślnie zaczęła zmywać z siebie kurz i pot pozostawionymi mydełkami, wcale nie zauważając czasu jaki na to poświęca. Dopiero, gdy woda schłodziła się, Kaylie zakończyła mycie i wyszła z wody. Kiedy wycierała się ciągle czuła spływające po policzkach łzy, jakie wcześniej zakrywała woda z kąpieli.

            text alternatywny

            Kaylie podeszła do szynku, już umyta, ale... wyglądającą na bardziej załamaną. I zdeterminowaną jednocześnie?
            - Potrzebuję alkoholu. - wyrzuciła z siebie z jakimś żalem.
            Położyła głowę na dłoniach ułożonych na blacie, ciągnąc włosy swojej grzywki.
            Otto westchnął. Dziewczyna czuła, że fay najwyraźniej żal jej.
            - Do płaczu, czy żeby się zwalić?
            - Pierwsze. Jutro wcześnie ta durna Blackfyre ma się zjawić. - warknęła, najwyraźniej mając coś do tej osoby.
            Karczmarz odkorkował butelkę wina wiśniowego i wręczył ją kobiecie.
            - Nie wyglądasz w nastroju na kieliszek. Filia też zaszła ci za skórę?
            - Tak. - warknęła, ale nie doprecyzowywała, a jedynie wstała z miejsca biorąc ze sobą butelkę - Będę u siebie.
            - Zrozumiałe. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować, wiesz gdzie jestem.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach
              napisał ostatnio edytowany przez Seach
              #36

              text alternatywny

              Khal stanął przed drzwiami pokoju Kaylie. Nie słyszał nic, ani wpierw, ani po krótkim nasłuchiwaniu. W końcu zapukał. Ostrożnie z początku. Nie zdecydował jeszcze czy ją obudzi jeśli już spała….
              Dość szybko mężczyzna usłyszał ruch i skrzypienie desek za drzwiami. Ktoś podchodził powoli i chyba nie szedł wystarczająco prosto.
              Skrzypnął zamek w drzwiach, gdy został otwierany z klucza. Poprzez uchylone drzwi wyjrzała twarz Kaylie.

              -To ty... -mruknęła wpuszczając Khala.
              Bez dalszych słów skierowała się z powrotem na łóżko.
              W pokoju nie było żadnych obrazów znęcanie się nad przedmiotami. Mężczyzna zobaczył jednak jak dziewczyna powoli stawia kroki z wyraźną ostrożnością, a na stoliku obok łóżka stoi butelka z prawie całkowicie wypitym winem. Sama kobieta wyraźnie już trochę rozebrała się przed snem i porzuciła wokół łóżka część ubrania pozostając jedynie w podstawowym podkoszulku i majtkach.
              Khal wszedł do środka. Przez chwilę przyglądał się krześle przy stoliku, ale rozmyślił się. Zamiast tego usiadł obok Kaylie, po drodze zrzucając iluzje poważnego ubioru, zostawiając na sobie cienką koszulę i lekkie spodnie. Bez słowa objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie…
              Czuł jak ciało kobiety się spięło, a ona sama nie wydawała się zachwycona sytuacją.

              -W końcu przyszedłeś zaliczyć mnie, co nie? -pozornie zapytała, a tak naprawdę bardziej stwierdziła.
              -Nie -odpowiedział jej głos pozbawiony barwy. Nie mógł przed samym sobą kryć bezwiednej ekscytacji… ale mógł jej nie pokazywać na zewnątrz.
              -Przyszedłem cię wesprzeć. Tak jak to robimy między sobą. Pomyślałem, że obecność przyjaciela ci się przyda. Ale rozumiem zarzut… teraz jednak jestem poza jakimkolwiek moim skryptem i nie bardzo wiem co powinienem zrobić… podpowiesz mi tutaj?
              -Dobrze, że nie przyszedłeś z tym zamiarem. Gdybyś przyszedł to bym cię teraz mogła wykastrować. -odpowiedziała bardzo spokojnym i niepokojąco wyważonym głosem -Bo i nastroju nie mam.

              Kaylie wzięła butelkę z ćwiartką wina w rękę i podała Khalowi wbijając mu w klatkę.
              -Masz. Dobre jest.
              -No to na pochybel skurwysynom… -wzniósł Viktor butelkę w toaście i upił łyk.
              -Powiedz mi jak mogę cię wesprzeć? Chciałbyś o tym porozmawiać? Może posłuchać co się o Zoryi dowiedziałem? Jakąś zawiłą historię jak wydymałem jakieś szlachciątką w sądzie tak, że do dziś się zbiera? Skląć siedem niebios i wszystkie piekła za to co odwalają z naszym światem? Czy po prostu być tu dla ciebie i nie pozwolić ci pić w samotności?
              Kaylie patrzyła prosto przed siebie w przeciwległą ścianę pokoju.
              -Wiesz... Inne kraje mają problem z ufaniem Galt. Ostatnio nawiązaliśmy lepsze stosunki z Kyonin. Wysłali nawet swojego ambasadora. -spojrzała w oczy mężczyzny -Zabiłam go.
              Khal spuścił powoli powietrze dając sobie czas na myślenie. Na odzyskanie wewnętrznej stabilności.
              -I nasz patron miał z tym jakiś związek? -zapytał powoli.
              -Paktowałam z nim, aby otrzymać moc potrzebną dla pokonania go. -zaśmiała się krótko -To nawet zabawne się wydaje. Te wszystkie lata nie mogłam przetrawić myśli, że zabiłam ambasadora elfiego i mojego pradziadka w jednym. A do tego jakiegoś bohatera tych długołuchów. -ścisnęła silnie dłonie -Ale to było kłamstwo Azazela! On po prostu zabrał jego duszę. -wysyczała.
              Viktor przez chwilę składał sobie ciąg przyczynowo-skutkowy w głowie… ale nie wiedział czy dobrze go rozumiał.
              -Czyli… inaczej. Rozumiem, że ambasador, pradziadek i bohater elfów to jedna i ta sama osoba, ale na tym się kończy… myślałaś, że go zabiłaś, ale go nie zabiłaś tylko Azazel go zabił wyrywając mu duszę? -pytał Khal z przepraszającą minął. Naprawdę wolałby od razu zrozumieć co miała na myśli niż kazać jej przez to jeszcze raz, nawet czysto werbalnie, przechodzić.
              -Zabiłabym go, jako że nawet nie kontrolowałam tej mocy. Ale jedynie go... doprowadziłam na skraj? -westchnęła -Jednak Azazel... On się tam pojawił i wtedy musiał odebrać mu duszę. Najwyraźniej ciało jest trzymane w jakimś magicznym stasis przez elfy.
              -Więc go nie zabiłaś -stwierdził bardziej podsumowująco Viktor -Tylko Azazel to zrobił… zależnie czy wyrwanie duszy, jak ciało wciąż jest żywe, uznajemy za śmierć. Czujesz się by powiedzieć mi dlaczego chciałaś go zabić?
              -Nie chciałam go zabić! -uniosła głos -Chciałam go pokonać, poniżyć! -zacisnęła zęby -Chciałam by poczuł mój ból... -westchnęła ciężko i zamilkła na moment.
              -Uczyłam się w rodzinnej akademii magicznej pod jeg0 okiem. To był zaszczyt. Duma. -wlepiła wzrok w podłogę -Dopóki nie spotkałam go po raz pierwszy i zobaczyłam wtedy w jego oczach czyste obrzydzenie moją osobą... Bo nie było we mnie elfa. -przesuwała palcami po skórze dłoni -Miało to jakieś podłoże z konfliktem jego z synem, a moim dziadkiem. Syn wybrał człowieka i ten stary elf nie mógł sobie tego podarować. Jako że nie mógł nic zrobić ze swoim synem... -zamknęła oczy -Gdy się pojawiłam... Zaczęłam ponosić konsekwencje działań z dawnych lat. Nie swoich działań. Poniżał mnie na każdym kroku, był niechętny uczyć mnie, a jedynie tolerował moją obecność jak rzadko kiedy wchodziłam mu przed oczy. Każdy błąd wyśmiewał i pokazywał mnie jako beztalencie. Groził, że po prostu wyrzuci mnie z akademii co byłoby tragedią. -ciężki smutek zasnuł oczy Kaylie -Moja bardziej elficka rodzina ma dość dobrą ochronę przed Ogrodnikami i całym tym syfem politycznym w Galt dzięki mnogości magów. Moja gałąź... Nie posiada żadnego. Ja byłam szansą...
              “A wszystko w kontekście historii ukochanego wuja pojmanego przez tych barbarzyńców” skomentował Khal we własnych myślach.
              -Kim był ten dupek? Dlaczego był tak ważny dla Galtu?
              -Halpaeril Myamtharsar. Był ważny, bo Kyonin go jako ambasadora przysłał. Polityka między nacjami.

              -W porządku, więc powiedz mi… czy moje domysły, że to z tego powodu uciekłaś z Galt i przez lata cię ścigali bądź nawet wciąż ścigają… są słuszne?
              -Tak, choć... Wygląda na to, że sami nie wiedzą jaka była moja w tym rola. Magowie odnaleźli ślady infernalnej magii i podejrzewają Cheliax. Myślą nawet, że zostałam tam zaciągnięta, b0 nie mogą wieszczyć mojej lokacji. -przetarła oczy -Oczywiście moja rodzina jest pod baczną obserwacją. Mamy wrogów, którzy na pewno chcą, abyśmy my ponieśli konsekwencje.
              Khal myślał chwilę, wciąż obejmując ją jedną ręką, masując tylko od czasu do czasu jej ramię ruchami dłoni. Myślał i rozważał. Co powinien powiedzieć?
              -Przykro mi, że tak się potoczyła twoja historia. To nie było w porządku. Ale… to chyba zmienia wszystko. Gdzie w tej historii mieszczą się łowcy co na ciebie polowali?
              Kaylie machnęła ręką.
              -Najwyraźniej ci, co szukali to mieli odnaleźć. Reszta... To moja paranoja którą stworzył Azazel. -warknela -Na pewno nie płakaliby gdyby mnie znaleźli i mogli zadać mi pytania. -stwierdziła -A nie powinieneś zakładać, że będzie w Galt honorowane założenie niewinności póki nic nie zostanie ustalone. A gdy mowa jeszcze o Cheliax czy diabłach to na pewno będą głęboko szukać. Magicznie czy fizycznie i psychicznie.
              Cisza się przedłużała gdy Viktor dochodził do wniosków. Nie spieszył się. To nie była sala sądowa gdzie tempo i celność przytyków były wyceniane w głosach ławy przysięgłych…
              -To było zbędne… -stwierdził w końcu -Przez te lata nie musiałaś uciekać… nie musiałaś się bać. Tylko o tym nie wiedziałaś, bo… -zawiesił na chwilę wypowiedź, samemu odpwoiedając sobie już na pół niezadanego jeszcze pytania -... Azazel okłamał cię, czy po prostu pozwolił nie wiedzieć?

              -Kiedy "zabiłam" Halpaerila, Azazel pojawił się na miejscu i powiedział bym uciekała. -warknela -Tak bardzo chce się odróżniać od Asmodeusza, a jest tym samym diabłem, takim samym skurwysynem niezależnie od tego co by chciał! -wstała z łóżka i zaczęła przechadzać się po pokoju jak wściekłe zwierzę -Powiedziałam mu to dzisiaj i był taki biedny i taki smutny... -parsknęła -Tak mi przykro, że zraniłam jego uczucia. -ironizowała.
              Viktor wsunął się głębiej na łóżko Kaylie, krzyżując nogi pod sobą. Dla poprawy wygody. Wmawiać mógł sobie co chciał i mógł świadomie zadecydować, że nie wykona tego wieczoru “ruchu”, ale jego… “natura” domagała się czego innego, gdy prezentowała się przed nim tak piękna kobieta, w tak niepełnym ubiorze, w tak wrażliwym stanie… Odkaszlnął odganiając myśli.
              -Zranione uczucia… -wyszeptał, jakby powtarzał słowa -To ciekawe. Ale dobrze mu tak. Tak i jeszcze po dziesięciokroć. Wiesz jaki miał w tym cel? Raczej nie po to aby cię jeszcze pognębić…
              -Żebym na pewno odeszła z Galt! -uderzyła pięścią w ścianę -powiedział, że śmiertelnicy tak już mają i pewnie liczył się też mój młody wiek. Sądził, że jeszcze wrócę skruszona i do wszystkiego się przyznam. Na pewno sensownie powiedział jedno: gdyby on nie zgodził się mi pomóc to poszukałabym innego diabła.
              -I… -zaczął powoli. Ostrożnie. -Jakbyś wróciła i się przyznała, to jak by się skończyło dla ciebie?
              -Pewnie więzieniem, przesłuchaniami, torturami i Ostatecznym Ostrzem na końcu. -zmarszczyła brwi nieufnie -Nawet nie próbuj mi powiedzieć, że powinnam być wdzięczna temu kłamcy.

              Khal wzniósł dłonie w geście pokoju.
              -Nie stawiam tutaj żadnych twierdzeń. I nie zrozum mnie źle… jestem zły. Nawet jeśli by dać mu gigantyczny kredyt zaufania i stwierdzić, że uratował tym zbyt młodą, na coś takiego, dziewczynę, to wciąż jest winny wstrzymania kluczowych dla powódk… dla ciebie informacji. I nie ma jak tutaj argumentować o “dobrej wierze”. Mówiłem ci już wcześniej… w moim pojęciu wciąganie tak młodych ludzi w permanentne pakty, łamane przez: umowy, nie jest prawym czynem i jakbym u niego dostateczny posłuch to bym próbował z nim wejść w dyskurs, by w przyszłości tego nie powtarzać… Czekaj, czekaj, czekaj… -Khal zawiesił na moment głos, gdy w głowie skojarzył kilka faktów.
              -Pamiętam te wydarzenia… -stwierdził bardziej do siebie, ze spojrzeniem utkniętym wiele lat w przeszłości, gdy odkopywał ze wspomnień cały kontekst.
              -Co pamiętasz?
              Kaylie podeszła do łóżka i usiadła na nim ponownie, lekko uspokojona słowami Khala. Nie była jednak w całości pewna o co w tym wszystkim chodzi...
              -Kilka miesięcy wcześniej wreszcie dostałem się do Wewnętrznego Kręgu w Czerwonej Loży. Rozważano posłanie mnie w delegacji na szczyt w Drumie. Ostatecznie miałem inne obowiązki. Kyonin oskarżyło Cheliax o śmierć twojego dziadka. To był duży problem. Utracili traktat handlowy, na którym im zależało. Ledwie udało się uniknąć akcji odwetowej, co by miała duży potencjał przerodzić się w regularną vendettę. Galt cały czas tylko dolewał oliwy do konfliktu… relacje Cheliax-Kyonin wciąż są bardzo nieprzyjemne, a przed tym… no nie było “dobrze”... diabły i ta otoczka… ale to była tylko niechęć. Niechęć osładzana stabilnie rozwijającym się handlem i wymianą wiedzy, na której oba państwa bardzo zyskiwały. Czy ty zdajesz sobie sprawę co by się stało, gdyby Kyonin oskarżyło Galt o tę śmierć?

              -Czy teraz próbujesz mi pokazać, że w sumie dobrze się stało? -warknęła -Wiem, że byłoby to na pograniczu wojny, a przynajmniej Galt straciłoby bardzo wiele. To jednak nie poprawia wcale sytuacji. Jeżeli kiedyś by mnie znaleźli to byłby koniec gry. Azazel niby przekonuje elfa do współpracy, ale nie ufam ani jednemu ani drugiemu. Szczególnie że najwyraźniej obaj mają jakąś wspólną przeszłość.
              -Galt mogłoby już nie być. Cheliax ma dość siły militarnej aby je podbić, ale nie ma dość siły politycznej. Ma zbyt wielu sąsiadów, którzy się aktywnie boją jego imperialistycznych zapędów i nie pozwoliliby na inwazję, bo jak jeden mąż trzęśli by portasami, że oni będą następni. Ale jakby to Kyonin zaatakowało… a Cheliax “tylko” wspierało swojego sojusznika… Na coś takiego od dekad czekają tam w wysokich pałacach Zachodniego Wybrzeża. Galt jest potężnym cierniem w zadzie Domu Thrune i nienawidzą oni Galt nie mniej personalnie niż Galt nienawidzi całego Cheliax.
              -Azazel potężnie uderzył w Asmodeusza przekierowując winę na Cheliax. Czy to dobrze, że tak zrobił? Nie oceniam… i to nic nie zmienia w tym, że powinien był ci później powiedzieć. Gdy już mleko spod nosa otarłaś. TO byłoby PRAWE. To byłoby słuszne. To byłby krok w kierunku istoty, którą Azazel deklaruje, że chce być. Jak się w ogóle dowiedziałaś o tym wszystkim? To wygląda jak nowa wiedza…
              -Ten elf z grupy, którą wynajął Baltizar, opowiadał o tym swoim w karczmie. -wyjaśniła -Do tego momentu nie wiedziałam o niczym takim...
              Kobieta nie przyznała na głos, ale słowa Khala rzuciły nowe światło na problem. Nie oznaczało to jednak, że uważała działania Azazela za jakkolwiek lepsze.
              -Rozumiem… -kiwnął głową, rozważając szanse, że to mógł nie być przypadek. Ale nie miał jak tego ocenić, a w paranoję nie chciał popadać.
              -In fine… pomijając moralną ocenę decyzji naszego patrona… nikt cię nie ściga. Nie musisz już bać się, że Ogrodnicy cię dorwą. Jak się tu wywiążemy to może nawet będziesz w stanie gdzieś znaleźć swój własny dom. A jeśli będziesz chciała podróżować to będziesz to robić z własnego kaprysu a nie strachu. Jak się z tym czujesz?
              -Wściekła na Azazela. -powiedziała szczerze -I po tym wszystkim jeszcze postanowił mi pogrozić.
              -Ha! To widzę. A groźbę potraktuj jako przyznanie “zabodło mnie co powiedziałaś i potrzebuję poczuć się męski”. Ale… czy pod tą wściekłością nie kryje się ziarnko… ulgi? Nie musisz już uciekać… Galt nie wysyła za tobą ludzi. Bah… pewnie uważa cię za postronną ofiarę.
              -Zakładają, że Cheliax mnie porwało, jako że nie mogą mnie wywieszczyć i od 10 lat tam przebywam. A Azazel... Powiedział, że na razie mu pomagałam czując powinność. Powiedział też, że nie chciałby musieć zabrać mi wyboru i zmusić mnie do posłuchu. Przynajmniej dobrze rozumie, że właśnie straciłam jakąkolwiek chęć pomocy z powodu poczucia powinności. -warknęła.
              Kiwnął głową ze zrozumieniem.
              -Definitywnie brakuje mu zrozumienia różnic w kontroli diabłów i ludzi. Groźby są najgorszą metodą wpływu jeśli myśli się o długookresowej współpracy. Albo właśnie poczuł się urażony i wykazał klasycznie “mięską” cechę gdzie na emocjonalnym poziomie potrzebował, aby dyskusja zakończyła się “z nim na górze”. I nie zrozum mnie źle, ja go nie “tłumaczę” tutaj. Ja go “wyjaśniam”.

              -To również jest coś co bym z nim omówił gdybym miał więcej posłuchu. Możliwe, że jak nam się tu uda to będę w stanie, jako arcykapłan jego pierwszego kościoła, wpływać na… jego politykę rządów.
              -Przynajmniej się nie zdziwi jak w końcu przestanę robić cokolwiek dla jego Wielkiego Planu. -fuknęła i wpadła na łóżko plecami obok Khala.
              -A o co chodzi z Zoryią? -zapytała patrząc w sufit rozwalona na łóżku i z rękami rzuconymi przy głowie.
              Khal sięgnął ręką i podrapał ją czule między włosami.
              -Wiem gdzie ona jest. Crawcolt trzyma ją w willi kilka godzin na zachód. Może uda mi się jutro z nią zobaczyć, ale muszę to zrobić z głową zrobić… ma twardogłowa, który jej pilnuje. Bydlak nawet jej dzieci wykorzystuje przeciw niej… wysłał je gdzieś na edukację i nie powiedział gdzie. Ale stary Blackfyre robił z nim szemrane interesy… może od niego uda się to z czasem wywiedzieć? Nie wiem… ale wizja wrzucenia Zoryi z matką na jakiś wóz i odprowadzenia aż do granicy Królestw się mocno oddala.
              -Jasne. Złapię go, przesłuchaniem wyrwę informacje i zabiję. -Kaylie powiedziała to z taką niefrasobliwością, że aż mężczyźnie mogły ciarki po karku przejść.
              -On jest mój -wpół odwarknął Khal, mrocznym i gardłowym głosem. Nie było w nim krztyny żartu, czy nonszalancji. -Nie zapominaj o kim mówimy.
              Oparł dłonie na kolanach, przyciskając plecy i potylicę do ściany. Głęboki wdech i długi, męcząco powolny wydech powoli pozwalały mu odzyskać spokój. Przegnać mroczny gniew i oleistą nienawiść. Dwie trucizny jego duszy, na których obecność już wyrobił taką odporność, że stały się jej częścią. Precyzyjnie tych co miały sprawić, że stary Blackfyre spędzi długie lata jako sam ludzki korpus w ciemnej piwnicy kapłana arcydiabła. Kapłana o wielkiej dedykacji by nie pozwolić mu umrzeć. Tę fantazję też od siebie powoli odsuwał… Nie lubił kim się stawał, gdy zostawała przywołana. Ona należała do nocy.
              Kaylie patrzyła na kapłana z lekkim uśmieszkiem. Naprawdę potrafił być większym diabolistą niż by chciał.
              -Khal... Nie mówię o półelfie. -przekręciła się na bok i patrzyła na mężczyznę trzymając głowę opartą o dłoń -Mówię o tym gnojku co wziął sobie Zoryę. On też przecież wie gdzie są te dzieciaki.
              Mężczyna tylko na chwilę wstrzymał spuszczanie z siebie powietrza, ale wznowił je i dał sobie ten czas.
              -To jest… tsk… pardon. Zdziebko to żenujące. Wybacz, że się uniosłem. Muszę nad tym popracować… zbyt emocjonalnie na to reaguję… -stwierdził po raz tysięczny, choć pierwszy raz gdziekolwiek poza swoją własną głową i było to równie nieszczere jak każdy wcześniejszy raz.
              -Przydałoby mi się wsparcie. Mam bardzo niewiele magii infiltracyjnej i raczej potrzebuję jej już w willi. Wolałbym pójść tam nocą, ale będziemy już w trasie, a na prawdę nie chcę aby nasza przyjaciółka-szpieg doniosła mojej siostrzyczce, że byłem u Crawcolta. Dałabyś radę podzielić się z rana jakąś niewidzialnością, polimorfią czy iluzją? Jak ją zgubię z początku to nie powinno być problemu. A jeśli Fern wywieszczy… to już szczam na to.
              -Coś ogarnę. -położyła głowę na łóżku -Wiesz, że twój wybuch pokazał mi także ciekawszą twoją stronę? Bardziej seksowną.

              Na jeden wdech oczy Khala się rozszerzyły i niemal bezwiednie powędrowały do Kaylie, wzdłuż wszystkich jej, skromnie krytych, krągłości oraz muskulatury. Były więcej niż przyjemne dla jego oka.
              Zachichotał pod nosem niskim głosem znów kierując spojrzenie przed siebie, ale znów opuścił dłoń z kolana i zaplótł dwa palce między jej włosy by z delikatnością podrapać ją po głowie.
              -Cóż… nie abym się chciał przechwalać, ale jestem bardzo uniwersalnie pokrzywiony, a to tylko jeden z tego aspektów. Trzymaj się blisko, a będziesz miała sporo okazji, aby to podziwiać!
              Kaylie uniosła głowę i przybliżyła twarz ku twarzy Khala.
              -I tylko to będę podziwiać? -zapytała szeptem wpatrując się uważnie w oczy mężczyzny.
              Spojrzenie Khala bezwiednie uciekło w dół, ale szybko je podniósł z powrotem. Przełknął ślinę besztając sam siebie za tak… szczeniackie reakcje na odrobinę kobiecych wdzięków i kokieterii… ale było w tym coś ekscytującego. Od lat nie zdarzyło mu się przez kobietę utracić nawet tej odrobiny samokontroli. Było jakoś… upajające.
              -Myślę, że nie, Kruszyno… -odpowiedział jej bez pośpiechu, z lekko-zbójeckim półuśmiechem i pochył swoje usta do jej na jeden dłuższy wdech, ale po oderwaniu się od nich nie “kontynuował”, a znów oparł się plecami o ścianę.
              Khal znowu zobaczył jak krótki rumieniec pojawił się na policzkach kobiety. Kaylie sama wzięła głębszy oddech uspokajając myśli.
              -Gdy uciekłam z Galt... -zaczęła cichym głosem -Przyłączyłam się do jednej z najemniczych grup. I tam wpadłam w pułapkę pierwszej miłości. Zauroczenia. -znowu patrzyła w sufit -W domu trzymano mnie z dala od facetów. Dopiero wtedy się nauczyłam ich.
              -Ja… mnie to nie spotkało. Moja prima amorculus to było dziecięce zauroczenie przed… tym wszystkim. Żadne z nas jeszcze nie rozumiało o co nam w ogóle chodzi… -uśmiechnął się do wspomnień, które doskonale wiedział jak bardzo czas je wypaczył i oczyścił. Ale ich niewinność w jakiś sposób ogrzewała mu serce o tą orobinkę.
              -Pamiętam twoją reakcję sprzed dwóch dni, gdy wychodziliśmy z rozmowy z naszym benefaktorem. Nie ukrywałaś, że się spażyłaś wśród najemników. Chcesz mi o nim opowiedzieć? Raczej się domyślasz, że jestem ostatnią osobą mogącą kogokolwiek oceniać za przeszłych partnerów -zachichotał pod nosem zachęcającym tonem.
              -Był przywódcą tej grupy. -zaczęła wspominać -Miał posłuch, siłę, autorytet. Po prostu mną zawładnął... A do tego jako dziewczyna szefa miałam sama wpływy. -znowu położyła się na boku -Wiem, że on czerpał satysfakcję z posiąścia jakiegoś podlotka z lepszego domu. Był starszy o ponad dekadę ode mnie, ale... Delikatny i czuły. Było mi jak w niebie. Póki nie powiedział, że wraca do żony i dzieci...
              Khalowi… nie podobała się ta historia. Zbyt wiele razy brał udział w dokładnie takich scenariuszach. Choć on miał szereg innych wymówek niż “żona i dzieci”.
              -No tak, ale większość ludzi przechodzi złamane serce, co nie? Coś co się wszyscy musimy nauczyć i wychodzimy z tego silniejsi, bo wreszcie rozumiemy i nie oczekujemy już od świata by był bajką. Czy inaczej to może widać z twojej perspektywy?
              -Rhaast mnie ostrzegał przed nim. Nie słuchałam. -odparła nijakim głosem -Po tym... Po prostu zrezygnowałam ze starania się. Później tylko był związek na noc lub kilka. W końcu i tak nie chciano nic innego, a łatwiej żyć bez wiary w bajkę.
              -Ile to trwało?
              -Z półtora roku. -odpowiedziała bez wahania.
              -Myślisz, że jakby to krócej trwało to by w ciebie tak nie uderzyło i może byś dała jeszcze szansę komuś innemu?
              -Na pewno byłoby łatwiej. -potwierdziła.
              Zamilkli na chwilę, gdy Khal szukał w swojej pamięci kontekstów. Nie łudził się, że da radę choćby policzyć kobiety z którymi spał, ale te z którymi się “spotykał” więcej niż 2-3 razy już były o rząd wielkości mniej liczne. Analizował i próbował sobie przypomnieć co wiedział o ich dalszych losach. Odpowiedź była niemal zawsze identyczna: nic. Docierały do niego plotki, pogłoski. Raz jedna ex zaprosiła go na swój ślub w jakiejś dziwnej próbie siły. Rozważał przyjęcie, aby do ślicznej druhny dojście zyskać, ale odpuścił. Źle by wyglądało samo pojawienie się tam. Wiedział też, że niektóre bardzo… niestabilnie znosiły wypadnięcie z rotacji i Boryat w kancelarii miał polecenie już nawet nie informować Khala, że się zjawiły. Nie przejmował się nigdy nimi. Myśli nigdy nie kierowały się w stronę “jak się ona dziś ma?”. Odepchnął je od siebie. To nie był moment, ani stulecie na nie.
              -Ja… nie byłem… nie jestem dobrą osobą. -Wyznał powoli i niepewnie. -Wiesz o tym, prawda? Mam w sobie nienawiść i gniew, które nigdy nie przestały się we mnie gotować -mówił, ale w jego głosie nie było ich słychać. Była w nim tylko rezygnacja. -Krzywdzę i manipuluję ludźmi tak, że są mi jeszcze za to wdzięczni. Ten spokój i uśmiech są narzędziami i ciężką, mroczną szyderą ze świata, w którym żyjemy. Nie wiem czy jakbym miał możliwość go zniszczyć pstryknięciem palców to bym tego nie zrobił wierząc, że oddaję wszystkim istniejącym duszom przysługę.
              Kaylie przez dłuższy czas po prostu obserwowała mężczyznę, jakby dając sobie czas na wybór następnych słów. W końcu ostrożnie wyciągnęła rękę ku jego twarzy i położyła policzek Khala w swojej dłoni.
              -Wiem. -odpowiedziała silnie -Wiem. Temu rozumiem w co się pakuje z tobą. I robię to w pełni odpowiedzialności... Jakie ty musisz też posiadać chcąc związku ze mną.

              Khal ujął jej dłoń w swoją własną i myślał, pozwalając ciepłu przepływać przez ich dotyk.
              -Oboje znamy Ból z każdej strony. Oboje zostaliśmy przemaglowani przez świat, że nigdy już nie usiądziemy nie czując tego. Ja… jestem chętny jeszcze ten jeden raz spróbować znaleźć w nim coś… wartego. Jak się nie uda… trudno. Jestem dużym chłopcem. Wrócę do punktu wyjścia i będę mógł znowu się w stu procentach skupić na moim Wielkim Planie. A jakbym teraz stchórzył… jeszcze by się okazało, że jestem pizda i przez te pozostałe kilka dekad życia co mi zostały bym się zastanawiał “a co gdyby”. Może o to właśnie chodziło? By znaleźć kogoś równie popieprzonego jak ja? Hah…
              -Najwyżej spędzimy ciekawy czas razem i seksem zagłuszymy nasze traumy. -powiedziała -A później poszukamy innych i powtórzymy proces.
              -Brzmi dobrze -przytaknął chichocząc pod nosem. -Sprawdzimy razem, czy tacy jak my w ogóle potrafią być szczęśliwi.

              Kaylie nie odpowiedziała za to Khal poczuł jak kładzie dłonie na jego klacie, a zaraz wsuwają się jej palce pod materiał koszuli, gdy usta muskają jego wargi. A jego odpowiedziały. Poczuła dwa, trzy, nie: cztery palce sunące po jej udzie ledwie muskając skórę. Z uda ścieżka zaprowadziła je na biodro i dalej, pod koszulką nocną na talię. Przyciągnął ją do siebie i sam się przysunął bliżej wypompowują spomiędzy nich całą tę zbędną przestrzeń.
              Kaylie całowała go bez opamiętania, a oddech miała nierównomierny. Urywał się, a skóra drżała pod dotykiem. Położyła dłoń na dłoni Khala pod koszulą jakby chciała zatrzymać lecz nie zatrzymywała jej.
              Viktor czuł się… zwycięski. Satysfakcja znacznie większa niż fizyczna przyjemność zalewała mu jaźń. Pamiętał jak trzy lata temu rzuciła mu w twarz, że jest stary i nie ma u niej szans, a teraz… sama wciskała mu się pod rękę. Jak niepoliczalne szeregi wcześniej… nawet gdy jakaś “nie chciała”, to rzadko potrzebował więcej niż kilku spotkań by to zmienić. Teraz… po raz kolejny to sobie udowadniał.
              -Kaylie… -szepnął między pocałunkami i oddechami. Nie dawały one wiele czasu. Jego dłoń kreśliła krągłości jej piersi, na razie tylko kusząc intensywniejszym dotykiem.
              Drżenie kobiety tylko wskazywało na sukcesy działań Khala.
              -Kaylie… -powtórzył nieco głośniej pozwalając kciukowi zawędrować głębiej, gdy druga dłoń chwyciła ją w talii. Jak drapieżca mógłby złapać owieczkę. Jak setki razy już to robił.
              I dobrze wiedział, że mu się oddawała. Kaylie mruczała cichutko sama kierując dłonie mężczyzny na swoje obnażone piersi, gdy materiał bluzki uniosła wyżej. Khal już wielokrotnie widział ten obraz, gdy kobieta zatracała się w jego działaniach i wiedział, że nic już nie przeszkodzi mu w uczynieniu ją swoją...
              -Dość… -powiedział już w głos, zabierając obie dłonie spod jej nocnej koszuli, odrywając usta od jej ust i uściskiem przyciągając do siebie... aby nie musieć znieść niezrozumienia w jej spojrzeniu, które jeszcze nawet nie miało czasu wykwitnąć.
              Kaylie spojrzała na niego z zaskoczeniem sytuacją, a czerwień policzków dodawała temu surrealizmu.
              -Przep… -zaczął ale zabrakło mu tchu. Wziął kilka głębszych, nieregularnych oddechów. Kaylie czuła jak drżał. Nie musiała go widzieć aby czuć jak szukał słów.
              -Przepraszam… ja… za szybko… -mówił z nutą strachu w głosie. Strachu, że Kaylie wyciągnie pochopne wnioski i wciąż nie złapał do końca tchu. -To prawie jak… ja potrzebuję coś… ja MUSZĘ sobie coś udowodnić. To chodzi stricte o mnie, nie zrobiłaś nic nie tak i widzisz wyraźnie jak bardzo bym chciał kontynuować, ale… -nie dokończył, bo sam dopiero składał sobie w głowie o co mu właściwie chodzi.
              To... Nie miało sensu.

              Kaylie oddychała głęboko próbując ułożyć myśli. Nigdy tak się nie działo. Kiedy przeszła z kimś granicę, to mężczyzna nigdy się nie wycofał, czy tego chciała, czy nie.
              -Khal... -wysapała sama drżąc -Co udowodnić...?
              -Że… ja… -wahał się w odpowiedzi, szukając odpowiednich słów. Wolałby zbyć temat. Rzucić jakąś wymówką. Wykpić się z odpowiedzi, ale nie chciał ryzykować, że wyciągnie ona własne wnioski. I zasługiwała ona na to? Ta myśl dziwnie brzmiała w jego głowie.
              -Złego słowa użyłem. Ja potrzebuję tego symbolu… -odpowiedział opierając skroń o skroń. Czując jej włosy łaskoczące go po twarzy -Dotąd zawsze mi chodziło właśnie o ten moment. Ścigałem go jak wilk bezbronne jagnię i mój pościg nigdy nie był długi. I czuję… nie potrafię wyjaśnić czemu tak czuję… że to musi zająć więcej. Nie wiem ile… może jeszcze kilka dni… bo nie chcę czuć się wilkiem, nie teraz. Nie z tobą. Czy to co mówię ma sens? -zapytał wciąż nieco roztrzęsiony.
              Kaylie przetarła zaróżowiony policzek pod okiem. Ściągnęła w dół bluzkę zakrywając się na powrót. Niemniej w ruchu nie było widać pośpiechu. Sama kobieta czuła ukłucia zawodu.
              -Rozumiem... -odparła powoli.
              Khal kiwnął głową z niepewnością. Jego część nie mogła uwierzyć jak szczeniacko się zachowuje. Jak zakochany gówniarz, co jeszcze w ten absurd “romantyzmu” wierzy. Coś czego nigdy nawet sam nie miał.
              -Naprawdę mi zależy, aby to się udało… albo abyśmy przynajmniej mogli powiedzieć, że próbowaliśmy ze wszystkich sił i nic więcej nie mogliśmy zrobić. Taki koniec tej historii również zaakceptuję. Ale nie darowałbym sobie jakby poszło to w diabły, bo nie opanowałem… moich schematów działania.
              Kaylie nie odzywała się czując jak jej ciało się wycisza. Pozwalała Khalowi mówić. Wiedziała, że to był jego sposób na poradzenie sobie ze stresem jaki w nim trwał przez życie.
              Nie chciała pokazać własnych emocji, więc ograniczyła się do ponownego zamknięcia ich pod kluczem. Dziś naprawdę je wyciągnęła i płaciła za t0. Zauważyła, że cały pobyt w tym mieście naprawdę zaczął z niej wyciągać naturę, jaką usypiała tak długo...
              I teraz przyjdzie jej za to płacić.

              -Jutro pracowity dzień. -odezwała się w końcu dość apatycznym szeptem -Musimy wypocząć. Jutro przyjdź po moją magię.

              Kaylie po wyjściu Khala

              Mówić, że Kaylie była zawiedziona to nic nie mówić. Czuła się odrzucona i to przez kogoś, kto miał kobiety na pęczki! Bo chciał spróbować czegoś więcej... Kobieta nie wierzyła w powodzenie tego eksperymentu. Żadne z nich nie nadawało się będąc tak zniszczonymi psychicznie.

              Rzuciła z irytacją ubranie w bok łóżka i okryła się kołdrą. Przysunęła miecz i położyła go obok głowy trzymając dłoń na rękojeści.

              "Możesz komentować." mruknęła w myślach.
              "Organiczne istoty są obrzydliwe." odparło jej mruknięcie miecza "Zakładam, że nie poszło po myśli"
              "Oczywiście, że nie." fuknęła "Odrzucił mnie."
              "Wiesz, to nie ty... to on." odparł drwiąco miecz "Na poważnie, najwyraźniej na stare lata, chce spróbować prawdziwego związku. Może zabierze cię na randkę. Kolacja, świece, teatr. Wtedy łóżko."
              "To są bajki, mrzonki. Miałeś rację... Nie powinnam tak się emocjom dawać"
              "Myślałem, że to teraz to była bardziej żądza niż emocje. Byłaś zestresowana, zła, pijana, potrzebowałaś czegoś co by cię uziemiło. Cios w ego nie było tym czego się spodziewałaś, ale pewnie też zadziałało."
              "Nie pomagasz..." mruknęła "I jeszcze ten Azazel... Co za dupek. Nie będę robić wszystkiego co chce, nie ma bata."
              "Nienajlepszy pomysł." odparł miecz "Jeżeli ma kontrolę nad twoim życiem, może naprawdę ci napsuć krwi. Poza tym, czy chciał czegoś ponad to co i tak już robisz? Pomagasz temu łamaczowi serc."
              "Mogę przestać" stwierdziła.
              "Pierwsze: Naprawdę chciałabyś? Chyba jednak polubiłaś towarzystwo tego adwokata. Drugie: On cię zmusi, żebyś nie przestała. To w końcu diabeł."
              "Jeżeli przesadzi to się mu postawię."
              "Brzmi jakbyś to ty chciała wykonać pierwszy ruch"
              "Skąd takie spojrzenie?"
              "Nie będę robić co chce? Mogę przestać?" zacytował ją miecz "Jesteś na niego wściekła, to zrozumiałe. Jednak twoim słowom niedaleko do: Mam zamiar pokrzyżować mu plany. A wtedy pewnie pokaże ci, czemu nie zadziera się z Piekłami."
              "No to po prostu odejdę." stwierdziła patrząc w sufit.
              "Gdzie? W sensie Gdzie na Golarion będziesz poza jego wpływem?
              "Pomożesz mi znaleźć takie miejsce, oczywiście."
              "To pozwól, że pomogę ci teraz. Ostateczne Ostrze."
              "Ha... Ha... Komediant z ciebie..".
              "Staram się. Jeżeli dobrze pamiętam wasz pakt, jesteś jego własnością. Nie ma miejsca, gdzie byłabyś bezpieczna."
              Kaylie prychnęła z irytacją.
              " To pomóż mi ten pakt anulować."
              "Jesteś gotowa spędzić całe życie na świątobliwej służbie jednemu z dobrych bóstw? Przy okazji to nie zapewni ci obrony, ale jest jedyną szansą. Przykro mi dziecko, ale nie ma ucieczki od tego. Najlepsze co mogę poradzić, to próbować ugrać jak najwięcej dla siebie. Może, jeżeli naprawdę dobrze pomożesz temu Khalowi w jego misji, przyłożysz się do tego, to będziesz mogła ustalić z Azazelem jakieś nowe warunki, lub nawet wynegocjować, że dług spłacony?"
              Kaylie zakryła oczy w dłoni. Nie wiedziała czy jest w stanie tak długo trwać...
              "Nie sądziłam, że kiedykolwiek naprawdę zacznie wymagać za życia. Tak długo było cicho. Już nawet przyzwyczaiłam się do tej samotności, wiesz? Czasami było to tylko przeplatane krótszymi i dłuższymi epizodami z relacjami. W sumie, gdy zrozumiałam, że wszystkie są tylko czasowo to zaczęło mi się żyć łatwiej. Samotność wcale nie była tak zabójcza, gdy mogła łatwo zostać przerwana na noc czy tydzień..." Brak możliwości pokazania tonu głosu poprzez myśl nie pozwalał łatwo przekazać wewnętrznego bólu.
              "Wiem, zawsze ma się nadzieję, na najlepsza sytuacja się zdarzy. Jednak jeśli zaczniesz teraz dywagować czego to byś nie zrobiła, gdyby Azazel się nie odezwał, to znowu wrócisz do butelki. A ja nie chcę spędzić kolejnego miesiąca na mówieniu ci ile masy straciłaś, bo pijesz a nie jesz."
              "Tak się starałam..." zamknęła oczy "Tak próbowałam zadowolić Halpaerila... Tak pracowałam..." oddychała nerwowo i odezwała się na głos -Zabijałam się by zrobić co chciał. Zawsze! I co wyszło?! -krzyknęła płacząc.
              "Wyszło szydło z worka" odparł miecz "Wiesz... miałem z nim... empatyczne połączenie wtedy. Kilka razy był pod wrażeniem twojego postępu. Nienawiść do ludzi jednak wzięła górę. Wolał
              cię dołować, niż coś z tobą osiągnąć."
              "Czy on naprawdę by mnie wyrzucił z Akademii jak mówił?" zapytała w końcu.
              "Pewnie tak. Chociaż byłby bardziej zadowolony, gdyby zmusił cię do odejścia."
              "Ta nauka w Akademii była dla mnie istotna. Sukces zagwarantowały większy spokój i bezpieczeństwo w Galt dla mojej rodziny... Nie mogłam tego porzucić..."
              "Więc w końcu wysłałby cię z kwitkiem mówiącym, że jesteś beztalenciem, aby znaleźli ci efliego męża, aby jego krew wróciła na należyty tor."
              "To czy naprawdę się dziwisz, że zaczęłam pić po pakcie, jaki zawiązałam z desperacji?"
              "Nie najbardziej produktywne rozwiązanie" przyznał miecz "Ale zrozumiałe. Mógłbym walnąć ci: Udowadniasz mu tylko, że ma rację. Czy tego typu mądrości. Miast tego, dam ci radę. Idź spać, zobaczymy co rano przyniesie. Co powiesz na to?"

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez Seach
                #37

                text alternatywny

                -text alternatywny
                text alternatywny text alternatywny-

                Khal, wreszcie sam ze sobą.

                Sala narad pod Popielnym Dworem powoli stawała się najczęstszym miejscem przebywania Khala gdy był w karczmie. Tym razem nie pracował. Butelka przejrzystego alkohol stała obok niego otwarta, ale kieliszek był suchy. Krzesło pod klamką barykadowało drzwi, zapewniając mu prywatność. Otto mogłoby przeszkadzać gdyby dotarło do niego, że ktoś tak się rządzi na jego dworze, ale to był problem dla Przyszłego-Khala. Teraźniejszy-Khal chciał być koniecznie sam. Więc bujał się na krześle, z rękoma splecionymi na potylicy, butami na ziemi i stopami na stole. Testował swój zmysł balansu. Czy może się wychylić jeszcze o te ćwierć cala nim przegra bitwę z grawitacją?
                I myślał. Analizował. Zastanawiał się. I nie czuł się ani trochę jak… on sam.
                - Viktor? - cieniutki głosik niepewnie zapytał spod jego koszuli.
                - Yhym?
                - Wszystko… w porządku? - zapytał w infernalnym. Jedynym wysławialnym języku jaki magia jego bytu potrafiła symulować. Dziwnie kontrastował ton głosu z piekielnym brzmieniem głosek i sylab.
                - Nie. Słyszałeś jej głos. Zrozumiała to źle. A ja… nabrałem wody w usta. I nie potrafiłem wyjaśnić. Zakręcić jej, aby nie przejmowała się. Najwyraźniej nie potrafię manipulować ludźmi, gdy nie chcę z nich nic dla siebie wyciągną…
                - I… to o to chodzi?

                Cisza nie dawała żadnej odpowiedzi.

                - Viktor. Mów do mnie. Co jest?
                - Co byś chciał usłyszeć? - Podźwięk warkotu rezonował gdzieś tam w głębi odpowiedzi. Fisuś powoli wypełzł zza koszuli i, po nodze, dotarł na stół. Zwinął się w kłębek z głową kryjącą się pod długim podbrzuszem. Ledwie wyglądając spod ciała na Viktora.
                - Na przykład… dlaczego?
                Adwokat się skrzywił. Nie było potrzeby doprecyzować pytania. Sir Fistaszek rozumiał psyche Viktora mniej niż się mu wydawało, ale bardziej niż się wydawało Khalowi. I czuł falę gorącej, czerwieniejącej policzki ekscytacji przelewającą się przez niego gdy uniosła koszulkę. Ekscytacji która prawie przejęła nad nim władzę i strąciła ze ścieżki którą wierzył, że musi podążyć.
                - Bo zobaczyłem w niej… jagnię - odpowiedział, a słowo w jego ustach brzmiało plugawie - Zanim ciebie osiągnąłem spotkałem się z nią. Azazel kazał mi znaleźć pewien sygnet i “dał” mi ją do pomocy, ale uznałem, że wolę aby pomogła mi z własnej woli, nie wiedząc, że jestem od niego… ale to dygresja. Bardzo szybko przestałem ją widzieć jako jagnię. - Fisuś przytaknął mruknięciem. Wiedział dobrze, że jagnię jest jednym z wielu eufemizmów używanych przez Viktora. Ten konkretny był równoznaczny ze szlaufem.

                - Ale… to nie dobrze? - zapytał Fisuś, znając generalną odpowiedź. Bardziej chcąc eksplorować jej okolice i Viktor doskonale to widział. - Byłaby zła, byłaby zraniona, ale by wciąż współpracowała bo musi. A ty byś zaspokoił ciekawość i mógł się na Wielkim Planie skupić. Czy on nie jest ważniejszy? Był dotąd ważniejszy niż całe twoje życie…
                Khal chwilę myślał nim odpowiedział.
                - I wciąż jest. Ale może uda się zjeść ciastko i mieć ciastko. Wracając do tematu… - wypowiedział, powoli i z naciskiem. Między wierszami mówiąc “przerwałeś mi”.
                - Już wtedy przestała być jagnięciem. Przez kompetencję między uszami i w mieczu… co się chichrasz? Nie mieczu a rzeczywiście mieczu. A co się działo od przybycia do Evercrest to już byłeś świadkiem. Wszystko się tutaj opiera, całe moje nadzieje, cała moja intencja aby się wygłupiać w jakikolwiek związek… fundamentem tego wszystkiego jest, że ona NIE jest jagnięciem. I jeśli ją tak będę widział… to wszystko idzie w diabły.
                - I czemu się aż tak tym przejmujesz? Mówiła ci. Jest dorosła. Wie dobrze, że tak to się może skończyć.
                Viktor spojrzał na Fisusia z iskrą gniewu w oku.
                - Adwokat diabła to moja fucha. Nie wczuwaj się aż tak bardzo.
                - Nie unikaj odpowiedzi. Wiesz dobrze jak niechętnie przyjmuję tę niewdzięczną rolę, to przynajmniej współpracuj. Rozumiesz, że ona jest dorosła, w pełni świadoma zagrożeń i jakby wszystko poszło w diabły to dałaby sobie radę?
                Niezadowolone chrząknięcie było jedyną odpowiedzią.
                - Świadka wzywa się do nie unikania odpowiedzi! - warknął Fisuś, uderzając ogon w stół z najmniejszą groteską sędziowskiego młotka, gdy cytował Viktora Goodmanna z sali sądowej.
                - Tak, wiem! - odwarknął niezadowolony, choć nuta rozbawienia przedarła się w którejś z głosek - Niby wiem.
                - Ale…
                - Ale nie chcę by musiała to udowadniać. Nie chcę by musiała znów przez to przechodzić. A ja sam już nie jestem pewny czy jestem szczery, czy ją kręcę… Czy rzeczywiście jestem poza skryptem i idę z pływem, czy po prostu opracowuję nowy skrypt.
                - A uważasz, że większość ludzi rozumie co robi i dlaczego?
                - Nie…
                - Jakbyś miał ocenić… jaka część ludzi rzeczywiście wie dlaczego wszystko robi? Uznaj swoje metody kręcenia i ich skuteczność za wskazówkę.
                - … Niemal nikt.
                - Niemal nikt - przytaknął Fisuś. - Masz jakąś teorię czemu tak jest?
                - To gdzieś zmierza?
                - Viktor, do czorta. Mieliśmy umowę, prawda? Współpracuj, albo pieprz się. Będziesz się zamęczał całą noc, nic nie zrobisz, a ja jestem pewny, że uda mi się od Otto jakieś ciastko wyłudzić!
                Adwokat mruknął niezadowolony.
                - Ludzie są skomplikowani. Zbyt kompleksowi dla samych siebie, więc operują na instynktach znacznie bardziej niż się im wydaje. Nie kwestionują ich, bo nawet jakby mieli w ogóle pojęcie, że jest co kwestionować i mieliby możliwości intelektualne aby robić to skutecznie to zajęłoby im to więcej czasu niż są w stanie poświęcić.
                - I czy uważasz, że nasze postrzeganie szlaufów było kompleksowe?
                Khal skrzywił się słysząc tę obelgę na głos. Nie lubił jej. Nie znosił jej brzmienia.
                - Czy to…
                Oczy węża nagle błysnęły piekielną czerwienią.
                - NAWET NIE ZACZYNAJ! - przerwał rodzący się protest niskim warkotem diabła, a wydźwięk słów infernalnej mowy tym razem wspaniale zgrywał się z tonem. - Ostatnia szansa, albo zostajesz sam!
                Khal zamrugał kilka razy oczami.
                - Do twarzy ci z takim ogniem w czarnym serduszku.
                - Poważnie? - zapytał wąż, jak uradowany szczeniak, zupełnie łamiąc wrażenie.
                - Yhym… dobrze, dobrze… spróbujemy po twojemu. Możemy zresetować licznik?
                - Znaj moją łaskę…
                - Nie. Jagnięcia widziałem w takiej kompleksowości w jakiejś zasłużyły. Jednowymiarowej.
                - Czy to nie kłóci się z ich kompleksowością zbyt wielką by pozwolić im się samym zrozumieć?
                Khal zmarszczył brwi szukając odpowiedzi.
                - Nie. Ta kompleksowość może tam być, ale nie jest warta uwagi. Nie sama w sobie. Tylko utrudnia życie im wszystkim, jeśli za nią nie stoi kompetencja.
                Fisuś zmrużył płazie oczka.
                - Niech będzie, że wybrnąłeś, ale wiesz, że kręcisz tutaj. Mimo to nie jest to tak naprawdę istotne.
                - To po c…
                - E! E! E! Ustalaliśmy? Ustalaliśmy. Co to był za jeden wymiar który widziałeś w szlaufach?
                Khal skrzywił się rozważając, czy stare umowy są warte tego wywlekania. Fisuś oczekiwał mówienia na głos czegoś co nawet w myślach nie było nigdy zwerbalizowane.
                Posadził go sobie na barku, aby nie musieć mówić dużo więcej niż szeptem.
                - Ładna buzia, krągłości, głębokości. Z zerowym zainteresoaniem tym co między uszami miały. Zadowolony?
                - Tak. Więc… jak uważasz… hmmm…
                Wyczekująca cisza się przedłużała aż do niezręczności.
                - Fisuś?
                - Tak, tak. Daję ci kontemplować nad odpowiedziami.
                - Fiiisuuuś…
                Viktor uśmiechnął się do węża z nutą pobłażliwości i czekał. I czekał… i jeszcze odrobinę czekał.
                - No dobra! Zgubiłem wątek…
                Khal wreszcie wypuścił na zewnątrz gotujący się w nim śmiech. Wesoły. Serdeczny i ciepły śmiech człowieka który właśnie, przynajmniej na chwilę poczuł niewysłowioną ulgę ciężaru stresu i zmartwień ściągniętych z serca…. śmiał się jakby gdzieś tam wiedział, że to tylko krótki moment i ze wszystkich sił chciał wykorzystać ten moment jak tylko się dało.
                - To przez… musiałem cię… mógłbyś PRZESTAĆ?!
                - Jesz…cze… nie… poczekaj… - wydukał między wdechami, gdy Fisuś robił urażoną minę… ale z empatyczną więzią co ich łączyła nie był w stanie ukryć, że cieszył się widząc ulgę Viktora.

                - W porządku. Już jestem znowu. Dobra, zgubiłeś wątek… zaczęliśmy rozmowę, oczywiście, od Kaylie i mojego… wyjścia. O tym, że nagle zobaczyłem ją jak każdą inną. Że oboje jesteśmy dorośli i dalibyśmy sobie radę, nawet gdybyśmy wciąż mieli serducha do nadpęknięcia. Potem że ludzie to niewiele więcej niż bezwłose małpy z rozstrojeniami lękowymi…
                - Coś jeszcze było… w tym momencie już miałem chyba plan, ale nie pamiętam co to za plan… Mam! Mówiłeś, że sam nie wiesz czy w ogóle jesteś szczery w tym romansie.
                - Yhym…
                - Więc podsumowując… dotąd, z twoimi jagnięciami zawsze interagowałeś w drastycznie ograniczonym spektrum. Tyle by je zmanipulować, by ci dupy dały.
                - Uwielbiasz przedstawiać to w taki sposób abym chciał zaprotestować?
                - Tak. Jedna-jedyna radość funkcji adwokata diabła dla rzeczywistego adwokata diabła, więc nawet nie myśl, że z tego zrezygnuję. Tak czy nie?
                Viktor westchnął.
                - Dużo inaczej bym to ujął, ale tak. Jakby miały coś więcej do zaoferowania, to by nie były jagnięciami.
                - Dziękuję. Dalej: Ludzie nie są w stanie pojąć swojej własnej kompleksowości na zadowalającym poziomie. Tak? Właśnie. To teraz, choć nie powinienem tego robić, zadam bardziej naprowadzające pytanie, ale nie dam rady cię zmanipulować. Ta więź empatyczna i w ogóle…
                - Yup… totalnie więź empatyczna. To jest JEDYNY powód dla którego mnie nie dasz rady zmanipulować.
                Fisuś postanowił zignorować cwaniakowanie Viktora.
                - Więc czy gdyśmy nie mówili o tobie, ale powiedzmy o Gavielu Sarinim… on przychodzi do ciebie i sam ma taki właśnie… kryzys. Raz w życiu chce spróbować czegoś poważnego, ale sam nie wie czy naprawdę próbuje, czy po prostu jest elastyczny w urobie. Czy uważasz, że byłoby uczciwe zasugerowanie możliwości, że Gaviel, zwyczajnie, pierwszy raz w życiu postawił się w sytuacji gdzie potrzebuje postrzegać siebie, w konkteście relacjach damsko-męskich…
                - Ekhm…
                - Strzele ci Viktor! No ale jak się czepiasz, to niech ci będzie… pierwszy raz postawił się w sytuacji, że musi się auto-postrzegać, w kontekście relacjach MĘSKO-męskich, w pełnej, wielowymiarowej kompleksowości zamiast pojedynczej płaszczyźnie zwanej: “chcę bardzo szczegółowo wyeksplorować jego rectum”?
                - …
                - …
                - Ten mentalny obraz zostanie ze mną zdecydowanie zbyt długo. Moja zemsta będzie straszliwa. Lękaj się, bo nie znasz dnia ani godziny.
                - Trala lala - odpowiedział zadziornie, rozbawiony wąż - Odpowiedz na pytanie. Czy to byłoby wiarygodne założenie?
                - …
                - …
                - Sugerujesz, że moje wątpliwości co do moich meta-intencji są efektem tego, że dopiero drugi raz w życiu, a obaj wiemy jak skończył się pierwszy raz, eksploruję głębię mojej własnej kompleksowości w aspekcie relacji męskoTFU! Damsko-męskich?
                - Nie. Pytam o hipotetyczną, pozbawioną ryzyka urażenia twojego wątłego ego, sytuację tyczącą się się Gaviela Sarinima.
                - …
                - …
                - Tak. Można by go podejrzewać o coś takiego.
                - Więc czy jest jakaś róż…
                - Fisuś, do czorta. Wiem, że via proxy mówimy o mnie - warknął Viktor niezadowolony, bo doskonale rozumiał, że nie miał żadnej metody obrony przed zarzutem o “kruche ego”. Każda jedna próba by zadawała sama sobie kłam samym swoim zaistnieniem.
                - Ty to powiedziałeś - nie odmówił sobie turkusowy wąż tej małej przyjemności prztyczka w nos - Więc skoro wiemy… to gdzie nas to stawia?
                - Nie wiem. Ty mi powiedz.
                - Viktor…
                - Nie wiem. Jeśli rzeczywiście by to zrzucić na karb mojego auto-niezrozumienia to jakoś to poprawia sytuację? - Twarz Viktora była wykrzywiona w niezadowoleniu. Nie podobała mu się wizja by w jakimkolwiek aspekcie był taki sam jak motłoch.
                Sir Fistaszek również się skrzywił, ale był to czysto emocjonalny gest. Nie był zdolny do mimiki. Pożałował tych dwóch ostatnich przytyków. Utrudniały dalszą szczerą rozmowę.
                - Tak. I gdzieś tam wiesz o tym. Czuję iskierkę twojego zrozumienia. Masz pomysł czemu to może być lepsze?
                - …
                - …
                Fisuś się nie poganiał Viktora. Czuł empatycznie intensywność z jaką Viktor szukał odpowiedzi. Tak na prawdę ją miał, bo Goodmann naprawdę dobrze rozumiał ludzi i ich procesy myślowe. Tylko nigdy nie wkładał samego siebie w poczet “ludzi”.
                - Bo to normalne…
                - Bo to normalne. - Przytaknął chowaniec z pochwałą w głosie. - Jesteśmy pokrzywieni w całym spektrum, ale wydaje mi się, że źle zinterpretowałeś tę sytuację. Widziałeś to jako pokrzywienie sprawiające, że gdy Kaylie stała się dla ciebie szlaufem…
                - Czy… musisz… - niby-zapytał Viktor, ale Fisuś nawet nie zwolnił wypowiedzi.
                - … moim zdaniem tam wystąpiło niezrozumienie. Niezrozumienie, bo jesteś w sytuacji dzieciaka dopiero eksperymentującego z pierwszą miłością…
                - To… nie…
                - Pieprz się! To tylko fraza i doskonale to rozumiesz. Rola jaką nasze pokrzywienie tutaj miało to zasianie strachu. Wiesz doskonale co niedostrzeżona świadomie sugestia potrafi zrobić z procesem myślowym człowieka. Ten strach wyrósł w śmierdzący kwiat, przez którego pryzmat Kaylie wyglądała jak szlauf, gdy sama ci pod rękę weszła. To nawet dosyć poetycka i na swój sposób mściwa karma, że to jak setki razy implantowałeś niezauważone sugestie w ludzkich umysłach stworzyło potwora, który teraz tobie niezauważenie zaimplantował sugestię.

                Khal nie odpowiedział. Cisza się przedłużała, ale nie była niezręczna. Adwokat myślał, a Fisuś z cichą radością i satysfakcją obserwował przyjmujące się w psyche Khala nasiona zrozumienia.

                - Jeśli mam rację - kontynuował wąż, gdy uznał, że już moment - To przynajmniej NAZWALIŚMY problem. To nie jest moment gdy zostaje on rozwiązany…
                - Ale daje to nadzieję…
                - … Tak. Daje nadzieję.

                Pół godziny później Viktor wreszcie pracował. Kręgi magiczne wykaligrafowane na zwojach ułożonych na stole, tworzących większą całość ułatwiały. Magiczne zwierciadło pozwalało czasem spojrzeć na węzły zaplatane w parze cienkich, skórzanych rękawiczek, ale głównie i tak musiał je wyczuwać niedookreślonym magicznym zmysłem, który wyrobił przez lata właśnie na takie okazje.

                Praca była długa więc się nie spieszył. Utrzymywał intensywność i tempo pracy tak aby się nie zmęczyć szybciej niż należało, ale i tak potrzebował kilku przerw.

                Gdyby był w swoim pokoju to dostrzegłby pierwsze promienie słońca nim skończył pracę, ale nie było to problemem. Umysł nie był zmęczony, a znużony. Naprawi to w najbliższej przyszłości odrobiną snu, ale przede wszystkim rozrywką. Ostatnio zbyt niewiele jej miał, a byli na pierwszy etapie wielkiego przedsięwzięcia. Kolejne miały być tylko gorsze.

                text alternatywny

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez Zell
                  #38

                  Avruil

                  Zrezygnowana Kaylie, umęczona, odrzucona ułożyła się na łóżku. Nie wie kiedy w końcu usnęła, ale wiedziała, że ten sen był inny.

                  Leżała na czymś twardym, zimnym, jakby jej ciało spoczywało na kamiennej płycie. Jej kończyny były skrępowane, związane w taki sposób, że każdy ruch wywołuje ból. Nie mogła się uwolnić. W powietrzu unosił się ciężki, metaliczny zapach, który przyprawiał ją o mdłości. Nagle usłyszała kroki – ktoś zbliżał się do niej. Strach wypełnił każdą komórkę jej ciała, czysty, prymitywny lęk, który wywołuje drżenie całej istoty. To strach ofiary, która wie, że jest na łasce drapieżcy.

                  Spojrzała w prawo, oczy szeroko otwarte w panice. Widziała rząd ostrzy, igieł i innych narzędzi, błyszczących w słabym świetle. Każde z tych narzędzi wyglądało, jakby było stworzone wyłącznie po to, by zadawać ból. Czuła, jak jej skóra zaczyna piec, jakby narzędzia same przez się dotykały jej ciała, choć nadal pozostają na swoim miejscu. Ból był przerażający, niemal fizyczny, przeszywający jej duszę.

                  Z przerażenia odwróciła głowę w lewo. Tam ujrzała szklane naczynia wypełnione cieczami w żywych kolorach – czerwonym, zielonym, niebieskim. Płyny w naczyniach bulgotały, jakby żyły własnym życiem. Każda ciecz zdawała się emanować złowrogą energią, a jej obecność wywoływała fale mdłości. Czuła, jak coś mrowi pod jej skórą, jakby te kolory próbowały dostać się do jej ciała, zanieczyścić jej krew. Mdłości narastały, sprawiając, że niemal chciała krzyczeć.

                  Zamknięcie oczu było jej jedyną ucieczką. Gdy je otworzyła, rzeczywistość zmienia się gwałtownie.
                  Biegnie przez ciemność, jej stopy uderzały o nierówną ziemię. Była noc, zimno, ciemno. Wszystko ją bolało, ale była wolna, uciekła! Serce biło szybko, lecz tym razem z nadzieją, że się uratuje.
                  Minęła kolejne wzniesienie, w końcu je ujrzała. Miasto, światła delikatnie migotały w dali.
                  Musi jedynie tam dobiec, a będzie bezpieczna.

                  Wtedy nagle, bez ostrzeżenia, poczuła ostry ból z tyłu głowy. W jednej chwili wszystko wokół zaczęło blednąć, a ból przechodził w zimno, które przenikało aż do kości. Ciemność ogarniała ją, nie było już ucieczki. Została tylko przerażająca pustka.

                  Khal

                  Khal zakończył swoje dzieło i udało się na spoczynek. Nie dał on mu jednak ulgi jakiej mógłby się spodziewać. Obudził się zlany potem, a sen który męczył go przez te dwie godziny wypalił się w jego umyśle.

                  Unosił się w bezkresnej, lodowatej ciemności, zamknięty w objęciach wody, która zdawała się nie mieć dna ani powierzchni. Całe jego ciało było sparaliżowane, jakby ciężar świata przygniatał każdą jego kończynę. Płuca płonęły ogniem, błagając o powietrze, ale nie było mowy o ratunku. Nie mógł ani wypłynąć na powierzchnię, ani pozwolić wodzie wypełnić swoich płuc, by zakończyć ten koszmar. Agonia rozciągałą się w nieskończoność, a czas tracił swoje znaczenie.

                  Nagle, przez wszechobecną ciemność, przedarł się blask – migoczące, zielone światło. Otworzył oczy szerzej, dostrzegając, że nie unosił się w bezkresnym oceanie, ale był zamknięty w gigantycznym szklanym słoju, wypełnionym cieczą o przerażającym, zielonym odcieniu. W gęstej mgle wody widział cienie – kształty osób, które go obserwowały z zewnątrz. To jego oprawcy, choć ich twarze pozostają zamazane, niczym w odbiciu na powierzchni wody.

                  Chciał wyciągnąć rękę, dotknąć szkła, jakby to miało mu pomóc w ucieczce, ale ruchy były ciężkie, niemal niemożliwe. W końcu dłoń powoli zbliżyła się do powierzchni szkła. Gdy opiera ją o zimną taflę, zauważył coś – to nie jego ręka. Jest smukła, delikatna, kobieca. Ale coś było nie tak. Kciuk był pozbawiony mięsa, obnażona kość błyszczała siniejącą bielą, a rana jątrzyła się zgnilizną, która wydawała się rozprzestrzeniać z każdą sekundą.

                  Usłyszał głos, jedno słowo, ale doskonale je znał, nawet wymęczone przez ciecz, jak i głos który je wypowiedział.
                  Khal… – głos jego matki, ciepły i kojący, jak wtedy, gdy był dzieckiem, jednak pełny bólu. Głos, którego nie słyszał od dekad, a który teraz rozbrzmiewa jak echo z odległej przeszłości, wciągając go w wir wspomnień.

                  Druga ręka uniosła się ku szkłu, ale Khal widział jedynie kikut, porażony tą samą zgnilizną, która toczy drugą dłoń.

                  Kiedy wydaje się, że dźwięki świata zewnętrznego znikną, z mroku wyłania się inne imię, wypowiedziane głosem, który powinien budzić ciepło, a teraz tylko pogłębia lodowate przerażenie.
                  - Filia.

                  Baltizar

                  Lekarstwo, które wręczył gnomowi Jori uratowało go przed rozrywkami jakich doświadczali jego towarzysze. Noc spędził absolutnie pozbawioną snów, dokładnie tak jak chciał.
                  Czekała go jednak niespodzianka kiedy się obudził. O ile znajdował się na swoim łóżku, coś znajdowało się między nim, a meblem.
                  Blond włosy i znajomy zapach zdradziły, że Piwonia wkradła się do jego pokoju.
                  Jej biust właśnie robił mu za poduszkę. Dziewczyna wyglądała żywiej, jeżeli to nawet było możliwe. Delikatny, zdrowy rumieniec gościł na jej policzkach, włosy wydawały się pełniejsze koloru, oczy wydawały się błyszczeć. Ucałowała nos gnoma.
                  - Dzień dobry, mój bajarzu. Nie miałeś problemów w nocy?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach
                    napisał ostatnio edytowany przez Seach
                    #39

                    text alternatywny

                    Viktor Goodman nie zerwał się ze snu dramatycznie. Nie krzyknął w przerażeniu. Nie zacisnął pięści ani nie sklął świata gdy wrócił do jawy. Patrzył niby-w-sufit, ale tak naprawdę daleko za niego. Sen był paskudny. Nierzeczywiście realny i długi. Śmierdział czymś intencjonalnym. A przynajmniej wyjątkowym. Jego koszmary były inne. I od długich lat nie słyszał w nich jej głosu…
                    - Mamo… - bardziej poruszył ustami niż nawet szepnął.
                    Pamiętał jej głos. Niech piekła się roztworzą, pamiętał jej głos!
                    Myślał, że go utracił i usłyszy znów dopiero gdy ją odzyska, ale… teraz słyszał go w swojej głowie. Powtarzał go w kółko i w kółko, wyrywając go sobie głęboko w pamięci, aby pozostał z nim tak długo jak się tylko dało.
                    Sama ta możliwość byłaby warta katorgi jaką przeszedł tej nocy. Byłaby gdyby nie ból w jej głosie. Gdyby nie dewastacja jej ciała. Czy to cokolwiek oznaczało?

                    Nie było jej w grobie… Filia była jego pół-siostrą urodzoną po śmierci matki. Istniała pewna mała, wręcz absurdalna szansa, że Filia i Viktor nie dzielą matki, a ojca… odsunął od siebie tę myśl. Nie zapomniał… ale odsunął.

                    Leżał długi czas nie mogąc zdecydować czy… nie wiedział sam co. Usiadł powoli na łóżku z oczami wpatrzonymi w nieostrą przestrzeń. Szlag… teraz by się jakieś jagnię przydało… jakieś tępe, zapatrzone w niego jagnię jakich niewielką kohortę zostawił za sobą w Cheliax.

                    text alternatywny

                    Kaylie rano

                    Sen był nieprzyjemnym wydarzeniem, szczególnie mając ciągle w pamięci równie nieprzyjemne wydarzenia dnia wcześniejszego. Na pewno po tej marze, która najpewniej miała związek z przejściami kobiety, jaka uciekła od tego wariata mutującego ludzi, tym bardziej zaczęła mieć ochotę wypruć z wariata flaki.

                    Kaylie wstała spod kołdry i leniwie zaczęła się odziewać. W tym momencie po prostu postanowiła czekać na Khala, jaki miał się do niej zgłosić po magię.

                    text alternatywny

                    Był sam na korytarzu, a i schody i drzwi wydawały dźwięki na długo nim ktoś zbliżył by się na tyle by zobaczyć jego wahanie. Więc pozwalał sobie na nie. Jeśli nie było nikogo by je dostrzec to czy naprawdę istniało? Wiedział, że zaraz wejdzie do środka, ale zbierał się w sobie. Kaylie źle go wczoraj zrozumiała. Widział to w jej oczach i słyszał w głosie. Czy miała dość czasu aby ułożyć to sobie w głowie? Czy spotka go teraz nieprzyjemna oziębłość? Po ostatniej nocy po prostu nie miał siły rozpracowywać tego nieporozumienia.

                    - Hej… - przywitał się z lekkim uśmiechem, już w środku - Zapytałbym klasycznie “jak się spało”, ale podejrzewam, że równie paskudnie jak mi?
                    Kaylie odkąd otworzyła drzwi i wpuściła prawnika patrzyła na niego... bez emocji. Jakby zamknęła je za ścianą obojętności. Khal zobaczył w jej oczach ledwo ukazany gram nieufności. Czy ona w ten sposób chroniła się przed zbytnim zaufaniem mu znowu?
                    - Nie doznałam przyjemnych snów, tak. - Kaylie wyzuła swój głos z jakiegokolwiek emocjonalnego odbicia. Nie chciała mężczyźnie więcej pokazywać swoich uczuć. Obawiała się ich i konsekwencji do jakich mogą doprowadzić.
                    “A więc wariant frigida muliercula” zaklasyfikował szybko zachowanie i skrzywił się w duszy sam do siebie. Tak klasyfikował jagnięta. Wszystko się opierało na tym, że ona nie jest jagnięciem, prawda?
                    - Przykro mi z tego powodu - odpowiedział bez wesołości - Preferowałbym bym wariant wydarzeń, w którym jedynie mnie dotknęły insomnia.
                    Usiadł na krześle. Ale w sposób oddzielający ich stolikiem od siebie. Chciał jej dać przestrzeń. W znacznej mierze dlatego, że jego skrypt zakładałby zupełnie odwrotną rzecz.

                    Symboliczna przeszkoda między nimi dawała go.
                    -Trzymasz się? Moje były paskudne. Widziałem w nich matkę… - wyjawił choć sam nie wiedział czy ma na to ochotę… ale takie wyznanie często pomagało się otworzyć współrozmówcy.
                    Ona wciąż stała bokiem do rozmówcy i dopiero po chwili zwróciła na niego spojrzenie. Nie odezwała się jednak jakby po prostu milczeniem pozwolić mężczyźnie samemu zacząć ani go nie pośpieszała, ani nie okazywała zniecierpliwienia, po prostu czekała na dalsze słowa.

                    Khal… posmutniał. Opuścił głowę pozwalając powietrzu zejść z niego. Nie miał na to ochoty. Nie miał na to siły. Ale mimo to wciąż mu zależało.
                    - Kaylie… sol meus es. Jakby okoliczności pozwalały opowiedziałbym ci co się wczoraj w mojej głowie działo. Powiedział, że… decyzja, którą wczoraj podjąłem nie miała na celu w żadnym razie zranienia ciebie, w żaden sposób nie była to próba sił, ani żadna manipulacja i, że było to całkowicie wbrew moim własnym… pierwotnym instynktom. Mówiłbym długo licząc, że usłyszysz w moich słowach szczerość i zrozumiesz co się w mojej własnej głowie wtedy działo… ale nie pozwalają. Więc zamiast tego proszę cię o wotum zaufania do czasu gdy okoliczności pozwolą nam na rozmowę o tym. Nie mówię byś zachowywała się jakby się nie stało, ale spróbuj w swojej własnej główce zostawić otwartą furtkę możliwości “może on, gdzieś tam w swojej skrzywionej głowie, chciał dobrze?” Możesz to dla mnie zrobić?
                    Kaylie cierpliwie słuchała słów mężczyzny. Nie odzywała się wciąż na niego patrząc i pozwalała czasowi płynąć swoim oleistym trybem. Khal mógł uważać ten czas za zbyt rozwlekły, jakby kobieta umyślnie to rozwlekła. Co kombinowała?

                    W końcu przysunęła własne krzesło ze skrzypieniem desek podłogi, ustawiając je tuż naprzeciw Khala. Powoli usiadła i patrząc w oczy mężczyzny powiedziała tym twardym, ale spokojnym głosem:
                    - Źle zrozumiałeś. - spokój przebrzmiewał w jej tonie, jednak z jakiegoś powodu miał w sobie smutek ukryty - Nie oczekuję rozmowy o wczoraj.

                    - Ale ja jej oczekuję - zaprzeczył Khal, marszcząc brwi w zmartwieniu - Bo nie chcę cię taką widzieć. Bo co wczoraj zrobiłem zostało zinterpretowane w konkretny sposób, a dziś się zupełnie odcięłaś ode mnie i teraz nie siedzi przede mną Kaylie którą znam a maska którą założyła ona na twarz. Wiem, że najpewniej znowu zaprzeczysz, powiesz, że nie mam racji albo coś podobnego, ale mimo to… przepraszam, że ciebie zraniłem. Nie chciałem tego. Niech piekła zamarzną, absolutnie tego nie chciałem.
                    - Ale nie potrzebujemy o tym TERAZ rozmawiać - kontynuował nim znów zdążyła uderzyć w niego tą wymuszoną obojętnością. Naprawdę nie miał sił mentalnych po tej nocy.
                    - Dostanę od Ciebie to zaklęcie exfiltracyjne? Dużo ułatwi mi ono życie. Drobna iluzja, albo niewidzialność wystarczą…
                    Kobieta przysunęła się bliżej, wysuwając w stronę rozmówcy.
                    - Khal. - twardo zaczęła - Czy zamkniesz się na chwilę i dasz mi powiedzieć, bo widzę, że nadal nie rozumiesz, więc muszę to przekazać w prostych i oczywistych słowach? Ja. Chcę. Byś. Mi. Powiedział. O. Swoim. Śnie. - wysylabowala.
                    Khal zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
                    - Pardon. Zostawiłem swoje fusy w pokoju, nie miałem jak tego wywróżyć - żachnął się, ale zaraz jego spojrzenie złagodniało.
                    - Niewiele jest do powiedzenia. Topiła się w jakimś słoju. Była chora. Wyglądała wręcz nieumarło. Wypowiedziała moje imię. Miała w głosie troskę i ból.
                    Kaylie milczała trawiąc te informacje. Zastanawiała się czy utulić Khala, ale w końcu zrezygnowała nie chcąc dawać niejasnych sygnałów. Prócz tego wyciągnęła rękę ku niemu i położyła ją na jego ramieniu.
                    - Dorwiemy winnych w końcu, wiesz o tym?
                    - Wiem - odpowiedział z lekkim uśmiechem - I będą długo umierać.
                    - Ale do tego jeszcze trochę potrzeba. Jest dobrze- dodał niezgodnie z prawdą. Dobrze miało być dopiero gdy to się rzeczywiście spełni. - Jestem jej bliżej niż kiedykolwiek w ostatnich dwóch dekadach. To czas działania, nie użalania się nad sobą. I mam już plan jak ją odnaleźć… ale do tego potrzebuję jeszcze tej szczypty mocy od naszego benefaktora… więc musimy się wykazać przez najbliższe dni.
                    Kaylie pokiwała głową.
                    - Choć sprawa wczoraj... wciąż aktywna. - dodała grobowo.
                    - Wiem - przytaknął tonem na wpół poważnym jak jej. - I to jest coś co będzie mi zaprzątać głowę póki tego nie wyjaśnimy, ale okoliczności nie pozwalają zrobić tego teraz, bo to raczej dłuższa dyskusja…
                    Kaylie wstała z krzesła.
                    - Mam tylko nadzieję że zdajesz sobie sprawę, iż mogę pocieszyć się inną osobą, prawda? - nagle stwierdziła, a Khal… stężał. Może nawet utracił odrobinę koloru z twarzy na krótki moment nim nie opanował reakcji.
                    - A ja mam głęboką nadzieję, że tego nie zrobisz - teraz to jego głos stał się zimny. Gdzieś, na jakimś poziomie, ta scena go bawiła. Ciężką, mroczną szyderą. Pięknie wpasowującą się w jego zdanie o świecie jako jednym wielkim średnio-śmiesznym żarcie. Normalnie boki zrywać…
                    - Ale nie jesteś mi nic winna - dodał z uśmiechem. Takim co intencjonalnie epatował swoim fałszem - Więc jeśli to byłoby dla ciebie ważniejsze niż…- zastanowił się chwilę i wskazał gestem dłoni generalne okolice, nie omijając jej i jego. Ich. I w jakiś sposób ten gest, mimo nieokreśloności… był jasny. - To nie miałbym prawa mieć pretensji.
                    - Cieszy mnie, że rozumiesz. - odparła obserwując Khala, jakby nie zauważyła jego reakcji - Wiedziałeś też na co się piszesz, ostrzegałam.
                    Viktor myślał kiwając lekko chwilę głową, gdy patrzył gdzieś w przestrzeń. Wstał powoli i spojrzał na nią z… zawodem? Niezadowoleniem? Jakąś iskrą bólu? Cokolwiek to było szybko zepchnął to głęboko zostawiając tylko zimną nonszalancję na wierzchu.
                    - Usłyszałaś i zrozumiałaś doskonale co powiedziałem. Masz przed sobą decyzję do podjęcia. Zachęcam cię abyś dobrze przemyślała na czym ci zależy. Niezależnie od niej… wciąż będziesz miała moją przyjaźń - zadeklarował łagodniej, samemu nie wiedząc czy jest szczerym i zepchnięty pęczek emocji znów, na jedną krótką sylabę, się uzewnętrznił. - Jeśli będziesz jej chciała. Czy oferta użyczenia zaklęcia wciąż jest w mocy?
                    - Tak. Dostaniesz ode mnie zaklęcie niewidzialności. Będzie trwało tylko kilka minut, ale zakładam że wystarczy ci aby opuścić miasto.
                    - Całkowicie mi wystarczy - przytaknął - Dziękuję. Jestem gotów.
                    - Powiedz mi tylko jedno. - zaczęła przeszukiwać skrytkę z magicznymi komponentami - Dlaczego miałbyś taki problem, gdybym spędziła czas z innym mężczyzną w łóżku? - uniosła spojrzenie - Nie ze względów uczuciowych bym to przecież robiła.
                    Khal zmarszczył brwi gdy analizował co odpowiedzieć.
                    - Nie wiem. Nie potrafię jeszcze tego ubrać w eleganckie słowa i klarowną logikę. Możemy roboczo uznać, że jestem zaborczym dupkiem? - Mrugnął do niej nieco weselej.
                    - Jeżeli nie potrafisz ubrać w eleganckie słowa... - wyciągnęła malutką kulkę gumy arabskiej - To użyj nieeleganckich.
                    Khal zagryzł wargę patrząc gdzieś w bok. Nieeleganckich słów też nie miał. Tylko surowe odczucia, które narodziły się dosłownie kilka zdań temu.
                    “Bo chcę abyś była tylko moja”? Nigdy nie wypowiedział tych słów. Nieważne jak bardzo by pomogły w urobie. Nigdy nie kłamał gdy mu za to nie płacili. To była dla niego ważna zasada. Taka która była ważnym filarem jego “nie jestem AŻ TAKIM dupkiem”.
                    Nie czuł aby te słowa w ogóle mogły mu teraz przejść przez gardło.
                    - Bo tak czuję. Bo budzi to we mnie gniew i… - zawiesił się na chwilę wycinając słowo z wypowiedzi w jej trakcie - I nie podoba mi się to.
                    Kaylie patrzyła intensywnie dłużej na Khala.
                    - Znamy się ledwo dni.
                    - Hej. Ja proponowałem uznanie mnie za zaborczego dupka, nie? - rzucił z niepoważnym zarzutem, po czym jego głos złagodniał - Wiem Kaylie - przytaknął jej, podchodząc bliżej - I nie obchodzi mnie to - i jeszcze bliżej, ujmując jej dłonie. - Wiem też, że oboje jesteśmy pokrzywieni. Oboje wiemy podobnie mało o związkach które są prawdziwe. I oboje mamy podobne antydyspozycje do nich. Ale wierzę też, że istnieje mała, najmniejsza, ledwie zauważalna iskierka nadziei… - dopiero teraz skierował swoje spojrzenie do jej oczu - że możemy kiedyś być szczęśliwi. Nie zadowoleni. Nie usatysfakcjonowani... Szczęśliwi.
                    Gdzieś tam między słowami, w intonacji, w spojrzeniu przemycona została niewypowiedziana treść. “Ja nie miałem już żadnej nadziei być szczęśliwym. I wiem, że ty też nie”.
                    - Dlatego chcę dać tej iskierce wszelką możliwą pomoc i troskę jaką jestem w stanie. Ale sam nie dam rady. Po prostu nie jestem w stanie i potrzebuję abyś mi w tym pomogła. Pomożesz mi?
                    Kobieta nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie wiedziała czy chce, czy wierzy w szanse.
                    - Zdajesz sobie sprawę, że ty się wyszalałeś i żyłeś bez zobowiązań, których teraz ode mnie oczekujesz? - mruknęła.
                    - Wyszalałem? - zapytał z nutą rozbawionego absurdu w głosie - I teraz się o tym dowiaduję? Cały ten wysiłek w utrzymanie wiecznie świeżej i zadowolonej rotacji jagniąt był zbędny? Kurka wodna…
                    Zachichotał pod nosem z wesołą szyderczością.
                    - Ja tego nie oczekuję. Szansa o której mówię jest zbyt mała nawet w moich własnych oczach aby rozsądnie czegokolwiek oczekiwać. Ja cię tu, w pełni świadomie, proszę byś była nie-rozsądna... I nie będę żywił pretensji jeśli tej prośby nie spełnisz. Wciąż będę oferował pełną współpracę, przyjaźń i… - uśmiech z zadziornego stał się nieco drapieżny - okazjonalne pocieszenie.
                    - Takie pocieszenie jak to było wczoraj? - chłodny głos Kaylie wyraźnie pokazał co czuje.
                    Uśmiech powoli zrzedł Khalowi na twarzy. Wyjście poprzedniego wieczoru kosztowało go naprawdę wiele, ale rozumiał, że on był trzeźwy i to nie on został odrzucony.
                    - Przeprosiłem cię już za to i zrobię to jeszcze raz: Przepraszam. Nie chciałem ciebie zranić. Nie chciałem byś poczuła się odrzucona. To co zrobiłem było egoistyczne, nawet jeśli wierzyłem, że było konieczne. To były moje własne syfy między uszami i one wciąż. Tam. Są. - Zwolnił wypowiedź aby wyraźnie zaznaczyć jej przekaz.
                    - I kiedy będziesz dziś rozważać czy chcesz spróbować być nie-rozsądną to musisz wziąć na nie poprawkę, bo one są elementem mieszanki pozbawiającej ofertę rozsądności.
                    Był w pełni gotów, że jego otwartość nadzieje się na odpowiedź pełną zimna i obojętności, może nawet zaprawioną jakąś szpilą i godził się z tym.
                    “Jeśli tego potrzebuje to niech ma” - utwierdzał sam siebie w przekonaniu, rozumiejąc, że doświadczone odrzucenie potrafi doskwierać, a drobne odegranie się potrafi pomóc sobie z nim poradzić.
                    - To chcesz tej magii? - zapytała znowu nagle zmieniając temat - Możemy nie mieć okazji rozmówić się podczas tej wyprawy.
                    Khal patrzył na nią chwilę rozważając czy nie drążyć, jeszcze trochę… ale limity czasowe przeważyły. I może danie jej odrobiny czasu z własnymi myślami pozwoli jej sobie ułożyć w główce to wszystko?
                    - Poproszę…
                    Dwójce przerwało pukanie do drzwi Kaylie.
                    - Mogę wejść? - był to głos Lilii.
                    Kaylie zatrzymała się i po chwilowym zastanowieniu podeszła do drzwi i otworzyła je z klucza.
                    - Coś się stało?
                    Dziewczyna wyglądał inaczej niż Kaylie ją kojarzyła. Jej włosy normalnie ciemnorude, teraz jaśniały niczym płomień. Jej ciało również wydawało się jakby pełniejsze. Do tej pory jej ubiór był dość wyzywający, teraz jednak jej bluzka była całkowicie rozpięta ledwo trzymając jej biust w zakryciu. Dziewczyna ją przytuliła ponownie, spojrzała na Khala przez jej ramie.
                    - Och, ty też tu jesteś. Mam nadzieję, że nie przerwałam w niczym. Jori ma dla ciebie wiadomość. - pomachała kartką i spojrzała na Kaylie - Chciałam podziękować za wczoraj, ale widzę, że masz towarzystwo. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować to daj znać.
                    “Ufff… Nie, definitywnie się jeszcze nie wyszalałem” - skomentował Khal, czysto wewnętrznie, nie pozwalając swemu spojrzeniu ześlizgiwać się na dekolt córy pana Popielnego Dworu… nie kiedy można było to dostrzec. Podszedł bliżej korzystając z okazji.
                    - Zaraz i tak miałem wychodzić - uśmiechnął się lekko, ale serdecznie i wyciągnął dłoń po kartkę.
                    Lilia podała kartkę Khalowi, nie wypuszczając jednak Kaylie z objęć.
                    - Co ci ten bydlak zrobił? - wyszeptała Galtiance do ucha.
                    Wiadomość, była relatywnie krótka, ale treściwa.

                    "Blackfyre zaprosiła mnie przed wschodem do kostnicy. Nic nowego co do ciał nie odkryłem, poza glifami. Mieszanka krasnoludzkich magii runicznej z alchemią. W momencie opuszczenia pewnego zasięgu, wystrzeliwuje promień negatywnej energii. Przeważnie wycelowane w mózg, serce, płuca."
                    Kaylie spojrzała na Lilie z jakimś... smutkiem?
                    - Porzucił mnie. Odrzucił.
                    Delikatny płomień pojawił się w oczach Lilii. Spojrzała z obrzydzeniem na Khala.
                    - No wiesz!?
                    - Ja… nie… - chciał zaprotestować, ale wyrwany nagle z analizy wiadomości dał się wytrącić z jakiejkolwiek równowagi i nie potrafił zaimprowizować jakiejkolwiek zasadnej obrony.
                    - Taki łakomy kąsek ci się trafił, a ty focha strzelasz? - pocałowała policzek Kaylie - Nie martw się, ja cię uwielbiam taką jaka jesteś. Poproś o cokolwiek... - położyła duży nacisk na słowo "cokolwiek" - a postaram się, aby się spełniło.
                    Khal spuścił powoli z siebie parę, gdy bardzo przyjemny obraz stanął mu przed oczami. Tylko bardziej i bardziej żałował wczorajszego numeru…
                    Kaylie lekko się uśmiechnęła.
                    - Skoro tu jesteś... To faktycznie możesz coś zrobić. Khal musi się wydostać z miasta niepostrzeżenie, a niestety straż wzięła jakiś szpiegów. Masz może masz może coś lepszego niż ja posiadam? Ja mogłabym tylko uczynić go niewidocznym.*
                    Lilia spojrzała na Khala, krzywiąc delikatnie usta.
                    - Mogłabym. Gdzie dokładnie musisz się dostać?
                    - To NIE było tak jak ona to przedstawiła - oprotestował w końcu, w oburzeniu, wcześniejszy zarzut - Zapytaj ją potem co mam na myśli mówiąc o nie-rozsądnej propozycji. A tymczasem… starczy mi opuścić niepostrzeżenie dwór. I tak muszę jeszcze coś odebrać przed wyruszeniem. Nie oskarżam Filii o przydzielenie do mnie jakichś nadnaturalnych szpionów.
                    - Och, naszemu drogiemu prawnikowi, nie wygodnie na siedzisku oskarżonego. - powiedziała Lilia, drocząc się - Pewnie nasłała na ciebie Ihaili. Potrafi zmieniać się w zwierzęta. - rudowłosa spojrzała na chwilę w okno - Mogę cię wyciągnąć, aby nikt nie widział. Jednak najbliżej, gdzie wyjdziemy to slumsy.

                    - Jakbym był czemukolwiek winny to bym się z tym pogodził - zachichotał pod nosem - Ale teraz… To pomówienia niezgodne z faktami zastanymi.
                    - Ten plan nie zakłada marszu przez kanały, prawda? Bo muszę się jeszcze dziś poprzekradać trochę a śmierdzenie kanałami mi to wielce utrudni.
                    - Nie, nie... chociaż tam też byśmy mogli. Słyszałeś, że druidzi potrafią się przemieszczać między niezwykłymi odległościami za pomocą drzew?
                    - Nie widziałem w praktyce, ale tak.
                    - Umiem podobnie, ale mogę się przenieść tylko do moich potomków. Jest kilka w mieście, ale nie mogę pozwolić, aby się rozpleniły za bardzo.
                    - Potomków...? - odezwała się Kaylie.
                    - Fey, co nie? - niby-zapytał Khal.
                    Lilia się uśmiechnęła.
                    - To nie to, co myślicie. Tata i mama, jako jedni z Najstarszych, reprezentują jakiś element natury, który bogowie chcieli przetestować. W ich wypadku Krąg Życia. My... w sensie ja, Piwonia i nasze siostry, przedstawiłyśmy światu bardzo specyficzne rośliny. Piwonia wszystkie, które żywią się żywymi zwierzętami. Ja tymi, które rosną na padlinie, szczególnie tej, która padła z głodu.
                    Khal uniósł brew w górę, zadowolony z tego cudownego absurdu gdy aż tak śliczne dziewczę prezenetowało tak odrażający aspekt natury.
                    - Porwę cię kiedyś na dłuższa rozmowę na ten temat, ale czas naprawdę mnie goni. Mam cztery godziny konnej podróży w jedną stronę… i to tylko dzięki magii odnawiającej… cztery godziny z powrotem i teraz już tylko dwie godziny, czterdzieści minut na ogarnięcie wszystkiego. Moglibyśmy ruszać? - zapytał Khal przepraszającym tonem.
                    - Niecierpliwy, niecierpliwy. Nigdy nie zaspokoisz kobiety, przechodząc od razu do sedna. - dziewczyna westchnęła i ponownie cmoknęła Kaylie. Tym razem w usta.
                    - Poczekaj tu, jak wrócę to... porozmawiamy. - puściła Galtiance oko i podeszła do Khala. Chwyciła go za rękę, delikatnie się uśmiechając.
                    - To będzie dziwne uczucie. - ostrzegła dziewczyna. Mrugnięcie później Khal stał w nią w jakiejś pustej alejce w Evercrest, otoczeni krwisto czerwoną trawą.
                    Z punktu widzenia Kaylie, pnącza, gałązki i trawy wystrzeliły z podłogi i wciągnęły Lilię i Khala pod ziemię.

                    text alternatywny

                    - Oto i jesteśmy. - powiedziała Lilia. Khal czuł delikatnie przewroty w żołądku. Przyłożył palec do ust, dając sobie czas je opanować.
                    - Dziękuję Lilio. Bardzo ułatwiasz mi życie. A z rozmową mówiłem poważnie, jestem wielce ciekawy. Widzimy się potem - pożegnał się, dając jej jeszcze czas na ewentualne słowa gdyby chciała coś dodać i odszedł szybkim krokiem przed siebie. Widziała jeszcze jak strzepnął dłońmi, a wierzchnia warstwa ubioru w jednej i tej samej chwili zde- oraz zma-terializowała się z wygodnego kubraka w brunatny, stary płaszcz z kapturem. Takim co budził podejrzliwość, ale wśród tysiąca podejrzenych typów wciąż zapewniał anonimowość.

                    text alternatywny

                    Kwadrans później Viktor opuszczał miasto na śniadym rumaku. Miał głęboko żałować tej metody transportu w bardzo niedalekiej przyszłości… rozleniwił się. Przyzwyczaił zadek i krzyż do dorożek, a z Cheliax też jechał do Królestw wygodnymi wozami, z poduszkami, pierzynami i wystarczającą ilością miejsca. Ale to był problem dla Przyszłego-Viktora. Teraźniejszy miał kilka zaklęć gotowe co miały ułatwić podróż, ale dedykowane one były dla śniadka…

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez Seach
                      #40

                      text alternatywny

                      Niecodzienna pobudka

                      Baltizar zmrużył oczy przyglądając się podejrzliwie Piwonii rozważając sytuację. Czy… był ubrany? Wydawało mu się że położył się do swojego łóżka, ale też oprócz leku wypił dość dużo alkoholu. Mógł zabłądzić, prawda?
                      - Nie. Nie miałem… problemów. A powinienem mieć? Coś… mnie ominęło?- mruknął w końcu.
                      - Tata mówił, że czuł negatywną energię krążącą po korytarzu. Lilia mówi, że tamta dwójka miała koszmary, więc chciałam sprawdzić ciebie. - gnom właśnie sobie uświadomił, że był całkowicie nagi. Pokój był jego, ale nie był pewny czy stan, w którym się obudził, był tym samym w którym zasnął.
                      - Przywykłem do koszmarów. Nie są dla mnie zmartwieniem.- mruknął Bajarz odruchowo muskając palcami pierś Piwonii. - Ta… energia… nie miała przypadkiem właściciela, który ją posłał? Zakładam, że nie był to jakiś miejscowy fenomen?-
                      - To nie ten twój, jeżeli o to pytasz. - zapewniła dziewczyna - Najpewniej czymś przyciągnęli do siebie ją. Negatywne emocje, taboo, tego typu rzeczy. Rzeczywistość na Dworze potrafi być płynna.
                      - Nie sądziłem że mój…- machnął ręką Baltizar i dodał.- Prędzej czy później nasz mały prorok przyciągnie uwagę do siebie różnych sił. Kapłani dobra i czarodzieje na usługach jasności są spętani przez swoje sumienia i nie sięgnęli by do nieczystych zagrań. Ale czciciele mrocznych sił…- zaśmiał się chrapliwie mocniej napierając głową na sprężystą “poduszkę”. -... tych nie obowiązuje kodeks honorowy, a Zło nie lubi konkurencji nawet po swojej stronie.-
                      Dziewczyna wydała z siebie delikatne westchnięcie na "atak" gnoma.
                      - Zapewne. Chociaż szukanie konfliktu z nieznanym? Głupie, nawet jak na typowe egzemplarze "Sił Zła".
                      - Silni nie muszą być subtelni. Silni depczą słabych. Silni nie ukrywają się. Silni… budzą strach. - stwierdził filozoficznie Baltizar.
                      - Och, mam nadzieję, że obronisz mnie przed takimi "silnymi". Ja, biedna, słabiutka dziewczynka. - Piwonia uśmiechnęła się pokazując psotnie język.
                      - Mogę zmienić się w mocarnego barbarzyńcę. Może owi silni się wystraszą.- zaśmiał się sarkastycznie gnom.
                      Kobieta przytuliła mocniej Baltizara.
                      - Wolę cię takim. - odparła - I pewnie potrafiłbyś być bardziej imponujący niż najmocarniejszy dzikus.
                      - Wyobraźnia tylko mnie ogranicza… i moc zaklęcia.- przyznał na koniec i ciszej Baltizar. Cmoknął czule pierś, do której był tulony. - Jakie negatywne emocje mogą mieć oni? Co prawda kobieta chodzi jak struta, ale kapłan? On wydawał się mi zawsze kłębkiem pozytywnej energii. -
                      Dziewczyna znowu wydała z siebie westchnienie, tym razem bardziej podekscytowane.
                      - Może się pokłócili? Tata mówi, że ta Kaylie, wczoraj kłóciła się też z Fenuelem.
                      - A to ja powinienem być tym ponurakiem. Widać jednak, że zostało we mnie dość natury mego ludu mimo całego tego doświadczenia z wielookim. A tak z ciekawości… chodzisz czasem do miejscowej świątyni bogini piękna? - zmienił temat gnom.
                      - Kiedy mi wolno. - odpowiedziała - Lubię świątynie Shelyn. Tata ją kiedyś gościł, ale to było przede mną. Ponoć jej darem było podium w jadalni.
                      - Mhmm… miło z jej strony.- znowu cmoknął czule pierś Piwonii i westchnął.- Powinienem wstać, chyba? Ech… nie chce mi się uganiać za bandą lunatyków po to by grać drugie skrzypce w czyjejś komedyi.-
                      Dziewczyna się delikatnie naburmuszyła, kiedy gnom z niej schodził.
                      - Czasem bycie na zapleczu ma swoje dobre strony. Jeżeli wybuchnie im to w twarz, to tobie się oberwie najmniej.
                      - Nie przeszkadza mi bycie na zapleczu. Po prostu nie chce mi się jechać. - zaśmiał się Baltizar i wzruszył ramionami.- Nie martw się o mnie sikoreczko. Może nie jestem tak potężnym rębajłem jak Kaylie, ale umiem wydostawać się z kłopotów. Nie mam nic przeciwko pospiesznej rejteradzie, gdy sytuacja idzie nie tak jak powinna.-
                      - Pomyśl o tym jako poszukiwania nowych inspiracji. Kto wie jakie horrory tam zobaczysz. Niektórzy lubią opowieści z dreszczykiem.
                      - Dość się naoglądałem horrorów w życiu. Wolę czerpać inspirację z piękna.- odparł gnom znacząco zerkając na Piwonię.

                      text alternatywny

                      Przed karczmą.

                      Na razie z pięknem gnom musiał się pożegnać. I razem ze swoimi stworkami powitać swoją drużynę. Miał bowiem dla nich tuniki… i wieści.
                      Zatrudniona drużyna przyjechała przyjechała wozem, na którego widok gnom gwizdnął z zachwytem.

                      text alternatywny

                      To był całkiem solidny pojazd i użyteczny na wiele sposobów. Ci nowi podwładni Baltizara znali się na swojej robocie. Co było bardzo pocieszające dla gnoma, który nie przepadał za amatorszczyzną. Baltizar wdrapał się więc pospiesznie na kozła i mając swoich najemników przed obliczem przyjrzał się im ponownie.
                      - Panowie… - zaczął przemowę po chrząknięciu dla oczyszczenia gardła. -... nasz szlachetny przykład już zaowocował dobrą zmianą. Miasto zobaczyło nasze dobre intencje i samo postanowiło zorganizować wyprawę przeciw złu gnębiącemu okolicę, pod wodzą niejakiej Filii. Zapewne znacie ją lepiej ode mnie…- mówił bardzo głośno, by te słowa wpadły do przypadkowych uszu i wydały plon w postaci plotek. Jego słowa mijały się nieco z faktami, ale… po pierwsze nie wszystkie fakty znał, po drugie był bajarzem i koloryzowanie opowieści było częścią jego fachu.- Zostaliśmy zaproszeni do tej wyprawy i ja to zaproszenie przyjąłem. Wszak wszyscy powinniśmy się zjednoczyć w zwalczaniu okrucieństwa.-
                      Zerknął na okolicznych przechodniów sprawdzając jak reagują na jego przemówienie. I zamilkł na moment widząc wynurzające się z zaułka oślizgłe macki pokryte oczami. Sen może i oszczędzał mu ostatnio okrutnych widoków, ale na jawie nadal się pojawiały, kryjąc się w kącie oka.
                      Chrząknął by znów oczyścić swoje gardło. - O czym to ja? A tak, przyłączymy się do ich wyprawy i będziemy podlegać ich decyzjom. Oczywiście priorytet, czyli chronienie mojego zadka, pozostaje w mocy. Aczkolwiek… ja jestem tylko małym słabym gnomem, więc nie będę walczył na pierwszej linii, bo nimi jak… zagadam wroga na śmierć? Z pewnością wykażecie się podczas tej wyprawy karnością, męstwem i bohaterstwem boooo… - uśmiechnął się drapiąc po brodzie.-... takie postawy zostaną nagrodzone przeze mnie odpowiednio ciężką sakiewką. Musimy zrobić dobre wrażenie, bo tego oczekuje od nas mój pracodawca. Więc proszę o nie wywoływanie burd i ograniczenie się w upijaniu. Macie zawstydzać paladynów swoim postępowaniem. Szczegóły na temat wyprawy poda nam zapewne nowa jej przywódczyni. Tak czy siak będzie trochę tałatajstwa do wybicia i będę dumnie obserwował wasze czyny… z bezpiecznej odległości. Tuniki...- tu pstryknął palcem na Etrigana, który trzymał w dziobie/paszczy pakunek. Potwór szeleszcząc kartkami z których był zbudowany.- … zostały przyszykowane. Weźcie pasujące do waszej postury i przez resztę wyprawy traktujcie jak drugą skórę. Jakieś pytania?-

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SeachS Niedostępny
                        SeachS Niedostępny
                        Seach
                        napisał ostatnio edytowany przez Zell
                        #41

                        Avruil

                        Kaylie ponownie ujrzała pnącza pojawiające się w jej podłodze. Czerwony pączek kwiatu wyłonił się z pnączy, a gdy otworzył się, ujrzała Lilię, przeciągającą się. Rudowłosa córka Otto uśmiechnęła się do Galtianki i usiadła na łóżku obok kobiety.
                        - Załatwione, powinien mieć spokój z czymkolwiek tam chce. Więc masz mnie tylko dla siebie…- dziewczyna urwała, widząc na twarzy Kaylie smutek. Westchnęła, ale spróbowała trochę zadziornie zainteresować Galtiankę
                        - Chciałam ci coś zaproponować. Co powiesz na małe oderwanie się od rzeczywistości? Może relaks w łaźni? Wyobraź sobie: kąpiel błotna, masaż, a wokół same wspaniałe zapachy… i ja?
                        Zerknęła na Kaylie z wyczekiwaniem, jakby chciała dodać trochę pikanterii do dnia, który miał być tylko jej.
                        - Obiecuję, że to będzie zupełnie inna perspektywa. Chciałabym, żebyś poczuła się doceniona. Taki dzień tylko dla ciebie, gdzie nikt nie będzie cię oceniać.
                        Lilia uśmiechnęła się szeroko, zachęcając Kaylie do wyjścia z cienia, w które wpadła.
                        - To jak? Chcesz chociaż spróbować? Naprawdę zasługujesz na chwilę dla siebie.
                        W jej głosie brzmiała szczerość i ciepło, które mogłyby pomóc Kaylie znaleźć promyk światła w tej trudnej chwili.

                        Viktor

                        Viktor, z nieco sztywną postawą, siedział na siodle po długiej podróży i już zaczynał żałować metody podróży. Niezależnie od tego, jak wiele razy przekładał nogi na koń, po latach jeżdżenia dorożkami czuł się nieco niepewnie, choć z każdym krokiem konia coraz bardziej odnajdywał pewność siebie. Jego dłonie płynnie przesuwały się po grzywie zwierzęcia, świadome, że magia, której użył, przywróciła mu siły.
                        Gdy dotarł do skrajnej granicy lasu, jego wzrok padł na imponującą willę, która wyrastała z otoczenia jak z bajki. Dwupiętrowy budynek, z białymi marmurowymi ścianami, zachwycał swoim stylem. Ciemne dachówki lśniły w promieniach słońca jak klejnoty, a rzędy drzew prowadzące do schodów kończących się pod potężnymi, podwójnymi drzwiami z ciemnego drewna dodawały całości majestatycznego charakteru.
                        Viktor spiął konia, czując, jak adrenalina wypełnia jego żyły. Przez moment natchniony pięknem miejsca, postanowił zsunął się z siodła i pacnąć konia w bok, by wyruszyła na zasłużony odpoczynek.

                        Baltizar

                        Ekipa Gnoma przez chwilę przyglądała się sobie przez chwilę. Barbażyńscy bracia w końcu się odezwali.
                        - Mamy pracować, ze strażą miejską? Mamy słuchać ich rozkazów? - najwyraźniej wojownicy dzikich terenów Mamucich Lordów nie lubili być ograniczani.
                        Ofun, alchemik grupy westchnął.
                        - Czy wiesz cokolwiek o ich misji? Chcę wiedzieć, co powinienem przygotować.
                        Elfi mag, Inarion, kiwnął głową.
                        - Jeżeli szykuje się jakaś większa walka. Mam przygotowane zaklęcia bardziej na indywidualne cele, nie duże oddziały.


                        Gdy Gnom zakończył rozmowę ze swoimi pracownikami, ktoś do niego podszedł.
                        Chwilę mu zajęło, aby przypomnieć sobie imię elfki, która go wczoraj oprowadziła po bibliotece Domy Odnowy.
                        - Witaj, mistrzu Baltizarze. - Dari uśmiechnęła się ciepło do gnoma - Słyszałam, że ostatnio występujesz na Popielnym Dworze. Chciałam ujrzeć twe występy, przed mniej wymagającą widownią. Słyszę jednak, że dusza bohatera w tobie goreje. Wyprawa z lady Blackfyre? Ratowanie tych biednych porwanych? Toż to zaczątki na niesamowitą historię, o której będą śpiewać przez lata. Mogę zabrać ci trochę czasu zanim wyruszysz?

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał ostatnio edytowany przez Zell
                          #42

                          Galtianka oczekiwała na powrót córki Otto stojąc nieruchomo przed zamkniętym oknem, które ledwo co odsłoniła, jakby nie chciała dawać żadnego wglądu osobom z zewnątrz. Jedną dłoń trzymała na boku przy mieczu, jakiego obecność dodawała jej spokoju ducha, gdy drugą ręką wspierała się na łokciu na ścianie przy oknie wystukując palcami dysharmonijny rytm.

                          Usłyszała dźwięk przypominający szelest liści za sobą. Gdy się odwróciła na środku jej pokoju znajdował się kwietny pąk sięgający sufitu. Po sekundzie pąk się otworzył pokazując Lilię, rudowłosa dziewczyna przeciągnęła się i spojrzała na Kaylie, która właśnie odsuwała rękę od miecza.
                          - Załatwione. - oznajmiła z uśmiechem, wychodząc z pąku, który momentalnie zmienił się w pył - Viktor może teraz załatwiać, co mu się tam podoba.
                          Kobieta mruknęła w potwierdzeniu skinąwszy głową. nie trzymała już dłoni przy mieczu, teraz skrzyżowała obie na piersi.
                          - Dziękuję za pomoc.
                          - Jestem ci trochę dłużna, więc nie ma za co. - usiadła spokojnie na łóżku Kaylie patrząc przez chwilę w sufit - Co cię męczy?
                          Kaylie spojrzała krótko na dziewczynę.
                          - Nic. - odparła i odwróciła się znowu w stronę okna.
                          - Kłaaamiesz - odparła - Tata czuł, że coś się między wami stało, nic dobrego. - Lilia wstała, oglądając galtiankę od góry do dołu - Jeżeli chodzi o faceta... - podeszła po cichu do Kaylie i wyszeptała jej do ucha - Odrzucił cię?
                          Kaylie stała niczym posąg, a jej odpowiedź była zimna, choć utrzymywana w chwiejnym spokoju.
                          - On twierdzi, że nie.
                          Rudowłosa westchnęła, odwróciła Kaylie szybko i cmoknęła ją w usta.
                          - Proszę. Dostateczny szok, aby cię wyciągnąć z jaskini smutku? Chcesz o tym pogadać? Jest to lepsze niż butelkowanie tego w sobie.
                          Kobieta nie była naprawdę zaskoczona gestem, choć dużo z reakcji pochodziło z samokontroli.
                          - Nie ma o czym. - pokręciła głową - Różnych facetów widziałam. Czasem się zapominam po prostu.
                          - Ten raz zabolał. - zauważyła Lilia - Dlatego, że do niczego nie doszło, zanim miałaś szansę żałować? Słuchaj, nie chcę się wciskać gdzie mnie nie chcą, ale słyszałam jak on do ciebie mówi. Nie wiem ile było prawdy w tych jego słodzeniach, ale ma talent z językiem. Dziwne więc, że tak by cię nakręcał, aby tylko powiedzieć "Nie, wolę inne". Może po prostu, oboje nie rozumiecie sytuacji.
                          - Nie ma o czym mówić. - stwierdziła po chwili z pogłosem żalu.
                          - Och, jest, jest. Słychać to w twoim głosie, czuć w twoim zapachu. Po prostu nie chcesz o tym mówić ze mną. - dziewczyna przez chwilę spoglądała na podłogę - Co powiesz na małą ofertę? Weź ten dzień i pomyśl tylko o sobie. Mamy na Dworze spa. Kąpiel błotna, w wodzie z kolorową solą górską, masaże, egzotyczne owoce, które łaskoczą język i podniebienie. Wszystko, abyś mogła się zrelaksować. Brzmi kusząco?
                          Kaylie westchnęła lekko.
                          - Brzmi. Ale kto będzie wszystkim zarządzał i robił masaż? Ty?
                          - A chcesz? Bo mogę. - Lilia chwyciła dłoń - Jeżeli jednak, chcesz silnych męskich dłoni, aby ugniatały tam gdzie dobrze. To Jori zmajstruje nam odpowiednią rzecz. Nie zrobi niczego, czego nie będziesz chciała.
                          - A mogę obie opcje na raz?
                          - Ochocho… - dziewczyna objęła szyję Kaylie - Jak najbardziej… chcesz zacząć tu.. czy dopiero na dole?
                          - Wszystko mi jedno. - uśmiechnęła się lekko do Lilli - Po prostu chcę zapomnieć.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez Zell
                            #43

                            Khal na wycieczce

                            - Tia… odpoczynek… - mruknął do własnej myśli, gdy klacz odbiegała lekkim kłusem na polankę. Magia odnawiająca sprawiła, że nawet nie bardzo się spociła podczas trzygodzinnego galopu. Ta sama magia, której musiał sobie żałować, jeśli miał jeszcze zdążyć wrócić na obiad z tokenowym sędzią-pozorantem, a było to ważne dla jego oddolnej budowy wizerunku. Nawet jeśli Filia przejrzała go jeszcze nim się w ogóle spotkali, to nie oznaczało, że taki stan rzeczy pozostanie niezmiennym.

                            Przez chwile rozważał kwadrans popasu, ale odrzucił myśl. Łatwiej teraz zmusić się do aktywności, niż gdy ostygnie.

                            Strzepnął ramionami dez- i re-integrując ubiór w bardziej odpowiedni do otoczenia. Nie rzucający się w oczy płaszcz i mieszczańska koszula. Obszedł rezydencję szerokim łukiem, podchodząc do niej od tyłu. Była… piękna. Pomieszkiwał w takich w Cheliax, ale nigdy nie miał takiej na własność, a stary Crawcolt miał go nawet nie jako “dom letniskowy”, ale rezydencję-więzienie.

                            Schylony przemierzył pola winogron wchodząc głębiej i głębiej w ziemie posiadłości, wyciągając tylko Fisusia ponad uprawy, jak peryskop w podmorskich maszynach parowych gnomów. W tym momencie również nie nosił już swojej twarzy (ukrytej pod tworem zestawu do przebrań) a iluzja ubioru imitowała resztę służby.

                            Na razie jego podchody pozostały niezauważone. Nie było widać ruchu na terenach wokół rezydencji, ani też w oknach, czy tarasach. Pozostało mu tylko teraz zdecydować jak wkraść się do środka. Przez okno czy drzwi do piwnicy, jak jakiś złodziej? Wdrapać się na balkon albo z buta otworzyć frontowe drzwi jak znamienity (i głupi) rycerz. Czy może jego srebrny język otworzy mu drzwi? Nie… nie miał zbudowanej legendy. Cokolwiek by wymyślił mogłoby zostać później sprawdzone i Zorya mogłaby na tym ucierpieć. Musiał pozostać duchem. Zobaczyć się tylko z nią. Drobne omsknięcia były dopuszczalne, ale nikt nie mógł się spostrzec, że jest spoza służby. Czyli nikt nie mógł przyjrzeć się jego twarzy.

                            Najpierw musiał zlokalizować Zoryę. Ukradkowym krokiem maszerował, z samym Fisusiem, okazjonalnie wyglądającym ponad winoroślami. Ktokolwiek dojrzałby małego węża wystającego ponad uprawy musiałby uznać, że mu się coś przywidziało… Wedle rozmowy z Archibaldem pani Crawcolt mogła być w ogrodzie, w biblioteczce, czy studium jak to nazywali. Mniejsza szansa była na spacer wokół posiadłości, a najmniejsza, ale najbardziej uciążliwa, na coś zupełnie innego. Wtedy musiałby improwizować. Postanowił zacząć od najmniej inwazyjnej opcji. Ogród.
                            Jakiekolwiek siły mu się przyglądały musiały mu obecnie sprzyjać. Lata ją trochę zmieniły, ale był pewny, że widzIał Zoryę siedzącą na ławce w ogrodzie, czytającą jakiś list.

                            - Bogini Przeznaczeń… - szepnął z wdzięcznością spoglądając w niebiosa i przyłożył dwa palce do ust, by posłać nieistniejącej (wedle jego wszelkiej wiedzy) personifikacji złośliwości losu, pocałunek. Zwykle była wredną suką, więc należało jej się uznanie gdy obdarzała łaską. Strzepnął rękoma dez- i -reintregrując ubiór na bardziej odpowiadający służbie. Co prawda nie tej specyficznej, bo Zorya była pierwszą osobą z dworku którą znalazł, ale wciąż drastycznie mniej podejrzane niż kamuflujący płaszcz koloru błota, który przed chwilą miał.
                            - Fisuś, stój na czatach.
                            - Ayay - zasalutował wąż ogonem i popełzł krzakami w kierunku dworku, z której to strony najpewniej by przyszła służba gdyby miała się pojawić.
                            A Khal… nagle poczuł ciężar w przeponie. Nie oczekiwał tak szybko jej znaleźć i… nie czuł się gotów.
                            - Pizda…
                            Warknął na siebie bardziej mentalnie niż nawet szeptem. Wiedział doskonale jak powinien ją podejść gdyby chciał ją uwieść. Wiedział jakich słów użyć gdyby coś od niej chciał. I niby technicznie mógł tak samo zacząć, ale… to było co innego. I to była przyjaciółka z poprzedniego życia. Choć ona sama pewnie widziała w nim niewiele więcej niż ofiarę niedoli. Projekt charytatywny który przyjęła jej matka. Z litości rzucała z nim piłką gdy ich matki rozmawiały.
                            Zza płaszcza wyciągnął podkładkę, papier i pióro… Napisał słowa. Tylko ich kilka. Ale mniej słów często potrafiło znaczyć więcej. Zaraz potem z tej samej kieszeni wyciągnął inną kartkę. Ta była w pełni zapisana literami tak drobnymi, że ledwie czytelnymi. Zwiesił przy pasie małą różdżkę. Prostą, nawet nie na stopę długą, pozbawioną jakichkolwiek zdobień, z pominięciem stalowych okuć na końcach. Dla zwiększonej odporności.


                            - Lady Zoryo - zwrócił na siebie uwagę, podchodząc od strony domu. Tak jak służba mogłaby przyjść. I głosem precyzyjnie odpowiadającym służbie mówił dalej - Nowy list przyszedł… - wręcz zaanonsował, wyciągając do niej rękę z dwoma kartkami papieru. Wyprostowane plecy, pochylona głowa i nawet pięść zaciśnięta na krzyżu perfekcyjnie imitowały wysokiej klasy służącego. Takiego jakich, spodziewał się, Zorya miała na swoje usługi we dworku.
                            Kobieta odłożyła książkę, spoglądając na nowo przybyłego.
                            - Tak, to ja. Jesteś nowym członkiem służby? - Zorya nie wydawała się zaniepokojona obecnością nieznanego mężczyzny. Pewność swego bezpieczeństwa, czy obojętność na zagrożenie?
                            - Coś… w tym rodzaju - intencjonalnie przedłużył odrobinę wypowiedź, aby dać nie-definitywnie znać, że może być w nim coś więcej. Takie delikatne wprowadzenie potrafiło łagodzić reakcję.
                            - List odnosi się również do tego.
                            W jego głosie pobrzmiała zachęta by przeczytać. Pozwolił sobie przejść przed nią, by przyjąć postawę służącego po jej drugiej stronie. Tam gdzie zasłaniała go jabłoń i tylko z jednego okna w dworku byłby czysty widok na niego.
                            Kobieta spojrzała najpierw na niego, później zerknęła na jedno z okien na piętrze willi.
                            - Tak, masz jakieś dziesięć minut zanim mój pies strażniczy się zjawi. Kim jesteś i czego chcesz?
                            - Jestem duchem z poprzedniego życia. Khal Frey, pewnie nie pamiętasz - powiedział i zmarszczył brew, gdy zrozumiał, że “zakładał najgorszy scenariusz”. Zrozumiał, że chciałby aby go pamiętała i wolał już założyć zawód, aby go umniejszyć.
                            - Tacy byliśmy wtedy - wskazał ręką wzrost - Przede wszystkim chciałem dostarczyć list. Bo to jest coś co wiem, że tobie odmawiano, lady Zoryo. Potem chciałbym ustalić metodę która pozwoli mi, lub komuś wysłanemu przeze mnie, przekazywać między wami korespondencję. Następnie… dojdziemy do tego…
                            - Khal... Frey? - kobieta się chwilę zastanowiła - Pamiętam cię... wygnali cię z Evercrest. Czemu... czemu to robisz? Po tylu latach, wracasz i pomagasz dawnym znajomym, którzy dla bezpieczeństwa nic nie mówili, kiedy skazywali cię na wygnanie?
                            - Heh… - uśmiechnął się Viktor, czując… ciepło na sercu.
                            “Pamięta mnie.”
                            - Wiesz jak to jest… marznąć aż do kości? Starać się zasnąć, gdy palce są sine, a stawy sztywne? Całe ciało drży, starając się wykrzesać odrobinę ciepła, ale nie ma siły bo od wczoraj nic nie jadłaś? A jutro musisz mieć siły by dalej walczyć, bo każdy dzień to jest walka…
                            Zamilkł na krótki moment, pozwalając Zoryi ujrzeć scenę. Nawet jeśli nie wierzył, by w połowie zrozumiała co naprawdę opisywał. Jakby miała?
                            - Lady Barabi, wielka dama, o której usługi lepsi walczyli między sobą, kiedyś ulitowała się nad matką chłopca, co ze wszystkich sił walczyła by w rynsztoku nie skoczyć. Dała jej ciepłego materiału, z niezachwianą pewnością nazywając go odpadem. Mały Khali jej wtedy uwierzył. Khal dziś wie, że nie istnieje coś takiego jak odpad długi na trzy metry. Wiedziałaś, że bieda jest droga? Do tego czasu co roku kupowaliśmy kolejne szmaty, w których wciąż trzęśliśmy się nocą z zimna, a po sezonie już do niczego się nie nadawały.. Dla nas one wcale nie były tanie. Ten odpad… on dosłownie zmienił nasze życie. Pamiętam wiele dni i nocy w których nie byłem zziębnięty i nie byłem głodny dzięki niemu. Dzięki wam.
                            - W mojej pamięci widzę cię jak ikonę. Jakbyście były święte. Za ten jeden fakt, że nie gardziłyście nami, za samą tę bezczelną impertynencję kalania waszych spojrzeń naszą niedolą. - Stare wspomnienia i urazy nadały jego głosowi jadowitego podźwięku, ale zaraz westchnął i znów miał miękki ton zatroskanego przyjaciela.
                            - Byliśmy dla was ludźmi. Bliźnimi w potrzebie, gdy większość widziała w nas szczury, którym pozwalano żyć, póki nie rzucały się w oczy i łaską to nazywali. Pół świata przemierzyłem na wygnaniu, ale wróciłbym tu lata temu, gdybym wiedział jak ciebie potraktowano…
                            Oczami wspomnień widział wyidealizowane obrazy przeszłości. Takie które ułomna pamięć przez dekady obdarła z każdej cząstki mroku, zostawiając tylko czyste, błyszczące iskry ułomków szczęścia, jarzących się kontrastem ze wszystkim co pamiętał o tamtych czasach. To nie były już nawet sceny, a bardziej pojedyncze obrazy, albo same idee. Jak grali razem. Jak przemyciła go do łaźni by zmył z siebie już niemal skamieniały brud, potem ubrała go jak człowieka i zabrała na zabawę z innymi dziećmi lepszych. Na krótkie momenty wprowadzało go do swojego świata i za to, na swój sposób, mały Khali kochał ją i poszedłby za nią w bój. Jak rycerz za dobrym władcą, bo stała się wtedy jedną z niewielu gwiazdek na niebie i póki ona na nim świeciła… świat był tego wart…
                            Teraz zbyt dobrze ten świat rozumiał, by choćby i tysiąc takich gwiazdek mogło go rozświetlić, ale wciąż wiedział, że jeśli będzie trzeba… to zawezwie gniew piekieł i czaszkami jej wrogów, wybrukuje trakt wiodący ją wreszcie do szczęścia…
                            Kobieta posmutniała.
                            - Aż boję się zapytać, coś słyszał. Pewnie i tak w połowie nie jest tak dobrze... - westchnęła - I proszę, nie zgrywaj rycerza. Miałeś dostatecznie dużo własnych kłopotów, aby męczyć się moimi... chociaż...- spojrzała na list od matki, a Khal zauważył delikatną wilgoć zbierającą się w jej oczach - Powiedz... jak ma się mama? Widziałeś ją, a ja... - słowa przez chwilę utknęły jej w gardle - ja nie. Wszystko z nią dobrze?
                            “Nie zgrywaj rycerza!?” - słowa ukłuły Khala jak nie powinny. Odsunął tę myśl. Zorya dość przeszła i może wręcz bała się już nadziei. Jej brak był potężną tarczą przeciw zawodom potrafiącym rozerwać serce.
                            - Moje bolączki nie grają tu roli - zaprzeczył, ale musiał ukryć ból który chciał się przesączyć do głosu, gdy wspomnienie kopania grobu dla matki samo wydarło mu się z pamięci.
                            - Zapamiętaj proszę co ci powiedziałem i przemyśl to później. Może zrozumienie, jak ważna była twoja dobrać dla małego Khaliego, przyjdzie później. Twoja matka jest silna. Trzyma się twardo i dopiero gdy rozpoznała kim jestem udało mi się wyprosić u niej by mi powiedziała co się z tobą stało. Jej warsztat i herbata którą mnie poczęstowała sugerują, że nie ma problemów z pieniędzmi i pracą. Wciąż wysyła do ciebie listy nie rzadziej niż co kwartał.
                            Zorya pokiwała głową, silnie walczyła, aby nie rozpłakać się.
                            - To.. to dobrze. Cieszę się, że się jej wiedzie. - wciągnęła i powoli wypuściła powietrze, aby uspokoić myśli - Co kwartał? Sądziłam, że chowa je przede mną... pewnie nawet pali. Więc, co teraz?
                            - Przede wszystkim ustalamy metodę przekazu korespondencji. Dziś mi się poszczęściło, ale nie zawsze musi tak być. Jest jakieś miejsce, do którego masz w miarę swobodny dostęp, wiesz, że nikt ze służby tam zagląda i ktoś z zewnątrz może swobodnie zostawić i odebrać zostawiony list? Jakiś konkretny kamień, dziupla w drzewie, może cegła w murze jest luźna?
                            Kobieta chwilę się zastanowiła. Spojrzała na rzędy drzew prowadzących do rezydencji.
                            - Jedno z drzew w tym rzędzie. Jabłoń. - wskazała na pojedyncze drzewo o grubym konarze i gęstych gałęziach - Wisi na nim dom dla ptaków. Można otworzyć go od tyłu, nie dotykają go do czasu zimy, kiedy trzeba oczyścić go z brudu i gałązek.
                            Viktor spojrzał na wskazane drzewo.
                            - Chyba się nada. Dobrze szacuję, że tylko ze wschodniego skrzydła można by zobaczyć człowieka coś przy nim robiącego?

                            - W porządku. Teraz trudne pytanie, ale muszę wiedzieć… kiedy odnajdę już Dorię i Philipa… w jakiś sposób udowodnię, że jestem od ciebie i powiem, że uwalniam was wszystkich od panicza Crawcolta by posłać na drugi koniec świata do nowego życia i mam ku temu możliwości... będą chciały ze mną pójść?
                            Zorya zamrugała kilka razy i zaczęła płakać. Chwilę zajęło jej zanim się uspokoiła.
                            - Ich nie ma w kraju... Wysłał ich do Numerii... boję się najgorszego...
                            - Odnajdę ich - zadeklarował Khal z mroczną pewnością - To zajmie czas, nie wiem jak długo, ale nie jestem sam. Odnajdę ich i sprowadzę. Ale będę potrzebował abyś opisała mi wszystko co wiesz o wszystkim związanym z nimi, z ich dawcą nasienia, relacjami między nimi. O ludziach Crawcolta i jego partnerach. Każdy jeden skrawek informacji to możliwy trop. Nie mamy teraz na to czasu. Przemyśl to. Poświęć temu czas i zostaw te informacje w domku dla ptaków. Odbiorę je za tydzień, albo dwa i zostawię kolejny list. Ale teraz mi powiedz. Jakbyś zaczęła nosić nowy prosty, srebrny pierścień na palcu ktokolwiek by zwrócił na to uwagę?
                            - Nikt nie zwraca uwagi na to co noszę. - zauważyła kobieta - Na pewno nie mój "luby"...
                            Khal przytaknął i wyciągając zza pazuchy mieszek. Przyklęknął przed Zoryą na kolano, tak aby zasłaniała go od strony domu i wysypał z niego na swoją dłoń niemal dwa tuziny pierścieni. Srebrnych, stalowych, nawet kilka złotych. Niektóre były zupełnie bez ozdób, ale blisko trzecia część z nich nadawała się na obrączki.
                            - Wybierz jeden który wygodnie leży ci na palcu - polecił, rozsypując wcale niemały stos na swoją drugą, przystawioną pierwszej dłoń.
                            Kilka chwil później kobiet awybrała prostą srebrną obrączkę.
                            - Rzucisz teraz jakieś zaklęcie na nią? Tyle mi obiecujesz, a i tak już tyle zrobiłeś, że nie zdziwiłabym się, gdybyś nie zaklął ją, aby zabiła każdego, kto zechce mnie skrzywdzić.
                            - Będzie rodzaj zaklęcia… - przytaknął wybierając żelazny pierścień i zakładając go na własny palec. Pozostałe luzem wrzucił do podwymiarowej kieszeni pod ubraniem i uchwycił dłoń Zoryi, swoją własną kładąc na jej tak, że pierścienie się stykały. Był to ostrożny, ale nawet odrobinę czuły dotyk.
                            - Tak się kończy pozwolenie szczurom poczuć się jak ludziom. Ego vos virum et uxorem nuncupo - wymruczał inkantację, a oba pierścienie na moment zrobiły się ciepłe. Odkaszlnął, odrobinę zmieszany i zajął swoją dawną pozycję, imitującą służącego z boku ławki.
                            - Jakby przemoc mogła rozwiązać tę sytuację, to ta willa dziś by spłonęła do gołej ziemi, a ciała panicza nikt nigdy by nie znalazł. - odpowiedział, a pierwszy raz w jego głosie usłyszeć można było mrok… dostrzec można było, że Khal może mieć w sobie więcej niż łagodne słowa i wielkie deklaracje, ale na zawołanie… może też stać się potworem. Ale to było tylko wrażenie, prawda?
                            - Jak jedno z nas zdejmie swój pierścień ten należący do drugiego pęknie. Niezależnie jak daleko od siebie będziemy. Możesz go przesuwać wzdłuż palca, ale utrzymaj go za paznokciem. Jak kiedyś poczujesz się zagrożona i będziesz chciała bym cię stąd zabrał to wtedy go zdejmij, a ja przybędę najszybciej jak będę mógł. To nie będzie oznaczało w żaden sposób, że porzucę poszukiwania Dorii i Philipa. Mam gdzie ciebie ukryć gdzie nikt cię nie dosięgnie… tylko będzie ciaśniej.
                            - Może Cheliax? - zapytała Zorya - Nie rozumiem Piekielnego, ale rozpoznaje go kiedy go słyszę. Widzę, że daleko uciekłeś od naszych stron.
                            - Jakbyś chciała wystarczyłby jeden list ode mnie, aby przywitano was tam z otwartymi ramionami - przytaknął - I tam akurat wcale nie mielibyście ciasno. Mam tam wiele nieodebranych przysług. Ta inkantacja to nie było nic mrocznego, jakbyś miała się o to martwić. Jedna z tamtejszych klasycznych formułek.
                            - Jakby nas twój pies strażniczy miał zaskoczyć… Chciałabyś abym coś przekazał twojej matce?
                            - Powiedz... że za nią tęsknię i że żałuję, że nie spotkała jeszcze swoich wnucząt. Pokochałyby ją. Nic mi nie grozi, ale do końca bezpieczna nie jestem.
                            - Przekażę. Pomiędzy korespondencją na bieżąco i planowaniem twojego uwolnienia w dłuższym terminie… jest coś co mogę dla ciebie zrobić, aby ci trochę ulżyć? Cokolwiek… czy przynieść wypiek którego ci tu żałują, czy może ktoś ze służby bywa w Evercrest i przydałby mu się bardziej lub mniej poważny wypadek. Może jakaś konkretna książka, albo koszula nocna co twoja matka by uszyła? Albo łatwe do ukrycia ostrze, bądź nawet trucizna co wygląda jakby na serce ktoś umarł?
                            - Nie! - odpowiedź kobiety była szybka i wypełniona strachem - Nie.. to tylko pracownicy. Niczego nie są winni. Jeżeli... jeżeli miałbyś uratować mnie... udałoby ci się zabrać i ich?
                            - Hej, hejhejej… - spróbował uspokoić ją łagodnym tonem - Skoro byli dla ciebie dobrzy to nie spotka ich z mojej ręki krzywda.
                            Khal zamilkł na chwilę. Rozważał.
                            - To… drastycznie zwiększy ryzyko. Przemycenie czworga ludzi wymaga przygotowań. Dziesięciorga? Z wrogiem o takich funduszach i kruchym ego jak Crawcoltowie? Musiałbym to robić w transzach… W Cheliax mógłbym wam gniazdko uwić aby legalnie nie mogli was tknąć ani nawet szukać, ale znalezienie jednego z nich mogłoby doprowadzić pościg do was.
                            - On... zabił już kilkoro... Próbowali mi pomóc uciec. Zabił ich na moich oczach... powiedział, że to moja wina. Gdybym ich nie prosiła o pomoc to by dalej żyli, pracowali by, zarabiali, jedli, pili, spali... zakładali rodziny. - łzy znowu zaczęły pojawiać się na oczach Zoryi - Jeżeli zniknę... to zabije i tych…
                            Viktor skrzywił się. Na moment zimna nienawiść na nowo rozbłysła gorącymi iskierkami.
                            - Zorya… moment w którym zobaczę powóz z tobą, twoją matką i dziećmi znikający za horyzontem na drodze do choćby Cheliax, daleko za granicami Rzecznych Królestw będzie momentem gdy ruszę po Crawcolta i pewnie w bonusie jego ojca. Moje możliwości i moja magia mają swoją mroczną stronę. Żaden z nich nie wyjdzie z tego żywy.
                            Dziewczyna pokiwała głową, ale spojrzała twardo na Khala.
                            - Ja... Ja nie chcę stąd uciekać! To mój dom. Tu wychowałam się. Chcę tu zostać, ale.. bez niego. Dasz radę?
                            Viktor uniósł brew.
                            - Nie. Nie w… - odmówił w pierwszej chwili, ale szybko zmienił ton -… uhh… rozumiesz, że zabicie Hieronima nie przejdzie bez echa, prawda? On ma rodzinę. Przyjaciół. Partnerów w handlu i postawiłbym duże pieniądze, że również w zbrodni. Uhhh… - podrapał się po brodzie dumając - Są pewne… opcje. Ale są… nazwijmy je “wątpliwymi”. Raczej nie są dla ciebie. Zapomnij, że coś mówiłem… Zobaczę jak to wygląda. Może karty dojdą nam do ręki w tej jednej kombinacji która na to pozwoli, ale… nie miałbym wielkich nadziei. Bardzo wiele elementów układanki musiałoby się ułożyć akurat na naszą korzyść…
                            - Jakie opcje? - kobieta spojrzała na adwokata, zobaczył delikatny promyk nadziei w jej oczach.
                            - Uhhh… To są… opcje dla ludzi nie mających już wiele nadziei. Niektórzy by powiedzieli, że dla ludzi złamanych. Opcja z której ja sam kiedyś skorzystałem, ale na przekór im wszystkim… nigdy tego nie żałowałem. Nie sugerowałbym ci iść aż tak daleko ja, ale jakbyś choćby przyjęła wiarę mojego patrona… dałoby mi to pole manewru. I wierzę, że za moją namową byłby chętny kiwnąć palcem w naszej sprawie…
                            Khal mówił powoli. Niby bezwiednie, ale tak naprawdę głęboko wpatrując się w jej mimikę, w jej stan emocjonalny i reakcje oceniając, czy była gotowa usłyszeć co miało nadejść kolejne. Była.
                            - Proszę. Zanim wyciągniesz o mnie pochopne wnioski… daj mi wyjaśnić. I pamiętaj, że ja nigdy nie chciałem tego tematu poruszyć… Mój patron to Kozioł Ofiarny. Piekielny Lord surowego prawa oraz porządku, do którego ono prowadzi. Nie kojarz go w żaden sposób z Asmodeuszem czy innymi diabłami. Tu nie ma miejsca na ofiary z niewinnych, nie ma picia krwi, nie ma prawie nic co ludziom kojarzy się gdy słyszą o piekłach. W społeczności wymarzonej przez niego prawo trzyma w ryzach potężnych, by nie śmieli oni nadużywać swych przywilejów. W tej społeczności, każdy jeden Hieronim dostałby to na co zasłużył i to byłoby to dokładnie to co sobie wyobrażasz. A potem wszyscy następni Hieronimowie sami trzymaliby się w ryzach z czystego instynktu przetrwania.
                            - Nie namawiam cię do przyjęcia jego patronatu. Jedynie przedstawiam ci opcje…
                            - To... to dużo. - kobieta chwilę się zamyśliła i delikatnie prychnęła - Ironia. Twoją matkę fałszywie skazano za konszakty z diabłami, a teraz ty szerzysz wiarę w jednego.
                            - Znaleźli diabła gdzie go nie było. Tym sprowadzili na podwórko prawdziwego.
                            Przytaknął jej ironi.
                            - Ale czuję potrzebę powtórzenia się… nie kojarz mnie a asmodeanami, czy belzabubitami ani innymi. Nie mam z nimi nic wspólnego i z Azazelem połączył mnie mój zawód.
                            - W Cheliax znają mnie jako Viktora Goodmanna. I Viktor Goodmann jest trzecim Piórem… znaczy się adwokatem, w Cheliax. W Isger nie ma ode mnie lepszych. Gdy tam dotarłem, ponad dwie dekady temu, na wiele lat popadłem w obsesję ucząc się prawa. Katalogując scenariusze jak mógłbym… ją… wybronić spod tych zarzutów. - Viktor odkaszlnął, by przegonić słabość zdradliwie pobrzmiewają w jego głosie - Albo jak mógłbym posłać Yasperhyde’a i Blackfyre’a na szubienicę za to co zrobili. Nigdy nasze ścieżki by się nie przecięły gdybym nie został wygnany.
                            - No... pomyślę o tym. Może później będziesz mógł mi powiedzieć więcej. Na razie... lepiej już idź. Za chwilę kończy się moje pół godziny prywatności.
                            - Brak decyzji jest bezpieczną decyzją - wpół przyznał, wpół pochwalił Khal - Może wydarzenia się ułożą na naszą korzyść. Mój agent stoi na czatach i bym wiedział jakby ktoś nadchodził. Te pół godziny… zawsze jest o tej porze dnia? Czy to była figura liryczna?
                            Zorya pokręciła głową.
                            - Urocze, prawda? Mam rutynowy czas dla siebie. - westchnęłą - Po nim, mój cień zacznie za mną wszędzie chodzić.
                            - Plugawe. Ale ułatwi nam przyszłe spotkania, skoro wiem, że mogę oczekiwać tego momentu. Może nawet okaże się, że domek dla ptaków będzie zbędny, ale zobaczymy… Za tydzień, maksymalnie dwa znów się pojawię. Miej dla mnie wtedy wszystko co myślisz, że może mieć cień szansy na jakikolwiek trop by znaleźć twoje dzieci, lub dorwać po cichu Hieronima i przygotuj list dla matki. Bardzo chciałaby więcej od ciebie usłyszeć. Mam niewidzialny atrament. Taki co w kilku minutach na powietrzu utlenia się i znika, a wywołanie go wymaga odpowiedniej alchemii. Jeśli zdarza im się przeszukać twoje rzeczy to ci go zostawię i nim będziesz zapisywała wszystkie wiadomości na drugiej stronie kartki, z nie-podejrzanym tekstem. Zostawić ci go?
                            - Nie potrzeba. Wiem, gdzie chować rzeczy, które nie chcę, aby były znalezione. - spojrzała jeszcze raz na swoją rezydencję - Lepiej już idź. Za dwie minuty wyjdzie przez boczne drzwi.
                            - Nie będzie miał szans mnie zobaczyć. Do zobaczenia, Zoryo. Pomimo tego wszystkiego… dobrze było cię zobaczyć.
                            Khal przymknął oczy, gdy mruczał krótką inkantację, dłoń w magiczny sygil i zaczął się rozmywać. Łata, po łacie okrywał się płaszczem niewidzialności aż nic już nie zostało.

                            W ostatniej godzinie galopu Viktor pożałował śniadkowi odnowienia, bo zachował ostatnie dla siebie, więc gdy przejeżdżał przez bramę oboje byli już w parszywym stanie. Odstawił klacz do stajni i dopiero wtedy potraktował się modlitwą. Momentalnie ból pleców, mięśni a przede wszystkim miednicy kryjącej się pod czterema literami minął. Nagły brak dyskomfortu uderzył go rzeczywistą przyjemnością jak…
                            Uśmiechnął się zadziornie do myśli. Definitywnie był na głodzie. I to z własnej, do stu piekieł, winy! Nie, nie winy. Gorzej: decyzji.

                            Przed obiadem w Purpurowym Indorze odwiedził łaźnie Popielnego Dworu, przemierzając jego próg nosząc twarz i ubiór kogoś innego. Człowieka który nigdy nie istniał. Nie chciał ułatwiać pracy prawdopodobie-Ihaili. Jeśli wciąż go obserwuje to nie ma potrzeby zbyt szybko wykluczać dla niej opcji “może nie opuszczał Dworu aż do popołudnia”.

                            Nie nadawał się na żadne spotkania śmierdząc ośmioma godzinami podróży. I nawet jak fizycznie czuł się już dobrze, to mentalnie był wykończony wielogodzinnym dyskomfortem. Mimo to, gdy wysiadał z wozu pod Indorem wyglądał bardzo reprezentatywnie.
                            - Mistrzu Goodmann! Perfekcyjna punktualność - w ćwierć zakrzyknął Serg, a towarzyszyła mu prześliczna brunetka w sukni kolorów sienny i bordo.
                            - Sędzio Malm - Viktor uścisnął wyciągniętą rękę, ujmując go za łokieć, w swojskim geście - Kiepski byłby ze mnie prawnik bez niej, ale to historia na za chwilę… - stwierdził przyjemnym głosem, spoglądając znacząco na kobietę.
                            - Przedstawiam ci moją małżonkę, Varię. Vario, to jest prawnik z Cheliax, o którym ci mówiłem. Mistrz Viktor Goodmann.
                            - Uhuh… jakbym ostrzeżony został o obecności… - pochylił się całując Varię w wierzch dłoni… to nie był zwyczaj Evercrest z wyłączeniem najwyższych sfer - … tak zjawiskowych istot dwa razy bym przemyślał dobór mojej dzisiejszej kreacji - głos miał niski i przyjemny. Spojrzenie żywe i przeszywające.
                            Odstąpił pół kroku w tył, nim rumieniec na policzkach mógł zostać dostrzeżony przez kogokolwiek mniej obytego w czytaniu kobiet niż sam Goodmann.
                            Spojrzenie Viktora powróciło do Serga
                            - Pozwolicie, że zachowam się nie do końca w zgodzie z savoir vivre’m kulinarnym, ale naprawdę… umieram z głodu - zadeklarował z aktorską dramaturgią spoglądając na wejściowe drzwi Purpurowego Indora…

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał ostatnio edytowany przez Zell
                              #44

                              Nim opuścił swój pokój, gnom zaczął dzień od rytuału. Sięgnął do talii i wyciągnął kartę.

                              Żart. Karta przedstawiająca rozbawionego olbrzyma… prawdopodobnie ettina i barda odpowiadającego mu dowcip. Karta oznaczająca przeciwności które dało się pokonać nie siłą, a sprytem i charyzmą. Czy takie właśnie zadanie czekało gnoma? Czas pokaże.
                              Na razie nastał czas przygotowań do posiłku.

                              Pierwszym spotkaniem w jego planach była rozmowa z najemnikami i ta… przebiegała satysfakcjonująco. Zaczęli zadawać pytania, które miały sens. I Baltizar oczywiście się ich spodziewał.
                              - Ten tego… przyjdzie nam się zmierzyć z alchemikiem poszukującym nieśmiertelności. Ma dwunastkę zmutowanych pomagierów i trzeba przejść przez plemię goblinów, by się dostać do jego siedziby będącej podziemnym laboratorium. - zaczął wspominać gnom głaskając się po brodzie. - Filia ma zorganizować siły w liczbie circa dwudziestu- trzydziestu chłopa. I pewnie zna więcej szczegółów. I będzie czas by się wywiedzieć. Do siedziby tego szaleńca jest ze dwa dni drogi.-
                              Po czym spojrzał na Inariona. - Będzie więc czas na przygotowanie odpowiednich zaklęć, obmyślenie taktyk, zadanie pytań przywództwu tej wyprawy. No i pamiętajcie…- uniósł palec. - Nie jesteście częścią sił Filli. Tylko samodzielną grupą podległą mnie i pilnującą mego zadka. Przyznaję, zadanie niewdzięczne, bo jej zadek pewnie ładniejszy. Niemniej my się z nią sprzymierzymy, a nie będziemy całkowicie podlegać. Nie rozrzucę was po jej zbieraninie.-
                              Odpowiedź gnoma trochę uspokoiła grupę. Ponownie odezwał się elf.
                              - Czy ta misja zastępuję tą, dla której nas zatrudniłeś, czy nią się zajmiemy po zakończeniu tego zadania?
                              - Nie. To ta misja. Ponoć właśnie ten szaleniec jest winny owych śmierci.- zaprzeczył gnom z uśmiechem.- Więc to jest ta misja do której was zatrudniłem. Po prostu zrobiła się nieco łatwiejsza. Uważam za uśmiech losu, to że podczas szarży na goblinów będzie nas więcej.-
                              - Ty masz jakiś plan, czy zdajesz się na nasze doświadczenie w tych sprawach?
                              - Na wasze i Filii. Zapewne wiecie o niej więcej niż ja. Niemniej z tego co słyszałem o niej… zna się na robocie. - wzruszył ramionami. - Ja jestem tylko bajarzem. Będę trzymał się z tyłu i was zagrzewał do boju. Gdybym się w walkę włączył, byłbym dla was obciążeniem.-
                              Bajarzem łażącym z dwoma potworkami, jednym dziwniejszym od drugiego… ale ten fakt Baltizar pomijał.
                              - Więc jesteś bardem? Słyszałem, że niektórzy z twojego zawodu znają się na magii zaklinania lub iluzji.
                              - Jestem bajarzem… - poprawił go gnom. - Żaden ze mnie bard. Mogę sobie przywołać niewidzialnego sługę do pomocy… acz wątpię by to było użyteczne na polu walki.-
                              Elf przez chwilę przyglądał się gnomowi.
                              - Przywoływacz? No to jakieś zaklęcia potrafisz. Czy faktycznie masz zamiar siedzieć z tyłu i pozwalać nam przecierać ci drogę? Po prostu chcę wiedzieć jak rozplanować nasze podejście. Przeważnie wysyłamy tych dwóch przodem. - tu wskazał na braci barbarzyńców - Nasz alchemik zajmuje się utrzymaniem ich przy życiu, a ja przeszkadzam przeciwnikowi.
                              - Zdolność rasowa bardziej, potrafię jeszcze umm… podnosić małe przedmioty magią.- przyznał Baltizar i uśmiechnął się.- I nie sądźcie że będę pławił w sławie waszym kosztem. Wprost przeciwnie. Jestem pewien że dołączę do swojego repertuaru opowieść o waszych szlachetnych czynach. Po prostu pozwolę wam wykonywać robotę i nie będę przeszkadzał. Nie widzę też powodu, by… mój udział w ewentualnych łupach był proporcjonalny do mego udziału w boju. Tak naprawdę interesują mnie tylko księgi i to w dodatku tylko te niemagiczne. Nie obchodzą mnie czary i zwoje. Jedynie historia i opowieści.-
                              Grupa zerknęła na siebie, ale wzruszyli jedynie ramionami.
                              - Zrozumiano. Wiesz GDZIE zmierzamy? Może uda nam się coś wywiedzieć zanim tam dotrzemy.
                              - Tego nie wiem, ale wieczorem spotykamy się z Filią, to wtedy się dowiemy.- przyznał ze wstydem gnomem.- Obawiam się że jestem raczej nowicjuszem w tym całym bohaterskim interesie. Dotychczas tylko opowiadałem bohaterskie historie… nie znam się na stronie organizacyjnej takich przedsięwzięć.-
                              Elf westchnął.
                              - No dobrze, to chyba wszystko. Więc widzimy się wieczorem.
                              - Jedna kolejka na mój koszt, najlepszego piwa. Za powodzenie naszej wyprawy.- zaproponował entuzjastycznie gnom na zakończenie spotkania. Zawsze warto kupować sobie sympatię takimi prostymi gestami.

                              Spotkanie z bibliotekarką świątynną, było natomiast niespodzianką. Nawet całkiem miłą. Gnom na początku zaśmiał się słysząc słowa dziewczyny. Nieco ironicznie, nieco serdecznie.
                              - Obawiam się że mały gnom, to słaby materiał na bohatera. Nie, nie, nie… owszem jadę na tą wyprawę, ale to nie ja będę toczył boje i popisywał się bohaterstwem. Mnie przypadnie skromna rola kronikarza szlachetnych czynów innych. Jestem mistrzem słowa, nie miecza i… między nami mówiąc.- mruknął poufale na koniec. - Brzydzę się przemocą.-
                              - Niestety, przemoc jest częścią natury śmiertelników. Do tego wiele legend kręci się wokół przemocy, krwi... i seksu. - odpowiedziała pokazując psotnie język - Jednak chętnie się powymieniam z tobą opowieściami. Jestem oczytana, a ty pewnie pamiętasz więcej niż ja miałam okazję zapomnieć.
                              - Wiem, znam opowieści dotyczące zarówno przemocy i krwi i seksu. W zależności od tego który temat jest dla panienki szczególnie ekscytujący. - odparł żartobliwym tonem Baltizar. - Jak dobrze pójdzie to przywiozę z tej wyprawy nową opowieść. A ciekaw jestem tutejszych legend.-
                              - Mamy ich kilka. Evercrest nie jest oczywiście tak starym miejscem, aby wyrobić sobie własne opowieści. Z tych co słyszałam i pamiętam, to upadek krasnoludzkiej twierdzy. O lokalnych Fae, chociaż miasto nie ma z nimi problemu.
                              - Interesujące… acz nie wspomniałaś jakie ciebie interesują historie. - odparł uprzejmie gnom gestem dłoni zapraszając Dari do stolika w sali jadalnej.
                              Dziewczyna się delikatnie zarumieniła.
                              - Ckliwe romanse. - przyznała i schowała twarz w dłoniach chichocząc - Wiem, wiem, "Baba romansidła lubi"... ale coś po prostu mnie bawi w czytaniu ich. Kiepskie dialogi, albo niedorzeczne sytuacje.
                              - Oczywiście znam takie historie, aczkolwiek… większość z nich doprawiona jest szczyptą…- gnom pogłaskał się po brodzie. -... dosłownej erotyczności. Zabawne jest to, jak wiele niewiast woli pieprzne opowieści. Niemniej jeśli ta kwestia uraża twoje uszy, to zostanie pominięta podczas ich opowiadania.-
                              - Pewnie czytałam gorsze. - uspokoiła gnoma dziewczyna z uśmiechem - Z ciekawości, jak bardzo pikantne znasz?
                              - Jest pewna historia o księżniczce i księciu i tajemniczym loszku… - wyjaśnił Baltizar wspominając. - i rozkoszach związanych z linami… raz to książę jest więźniem, raz księżniczka… w zależności od fabuły. Ale zawsze są liny i pejcze i pomysły godne wyznawców Calistrii. Nomen omen… mężczyzna który mi ją opowiadał był chyba związany z jej kultem.-
                              Dziewczyna uśmiechnęła się.
                              - Och, "Tysiące i jedna rozkosz Książęcej Piwnicy". Znam ją. Czytałam kilka wersji, w jednej byli rodzeństwem, w innej z wrogich sobie domów. - Dari się zamyśliła - "Noc kolorowego pierza", uważana przez kościół Shelyn za pogranicze herezji. Ogólnie nowo pobrana para, uprawia miłość w tak piękny i sensualny sposób, iż bogini piękna sama schodzi na plan śmiertelny, aby doświadczyć tego.
                              - Interesujące…” odmawiać” bogini doznań, którym patronuje.- skomentował to żartobliwie gnom i dodał. - Oczywiście moje “Tysiące…” są deczko lepsze od innych. Ja widziałem taką piwnicę i jej wyposażenie. Opowieść jest lepsza, gdy jest się świadkiem wydarzeń, więc… dlatego wyruszam z bohaterami na wyprawę.-
                              - Mam nadzieję, że wrócicie z niej zwycięsko. Ten potwór, który gnębi naszych mieszkańców musi zapłacić. - mina kobiety sposępniała - Wśród porwanych jest jenda z sióstr świątyni. Proszę daj nam znać, jeżeli uda wam się ją ocalić.
                              - Ja też liczę na to, że tak liczna grupa bohaterów, zarówno miejscowe siły jak i awanturnicy poradzą sobie. - odparł z nadzieją w głosie gnom. - Wolałbym nie być świadkiem tragedii. Pomogę im ile będę w stanie. Niestety moja rasa nie rodzi osobników o dużym wzroście i sporej sile… a ja nie jestem… szczególnie dobrym wojakiem. Niemniej postaram się ciebie zawiadomić po powrocie o tym jak przebiegała wyprawa i… będę się rozglądał za nią.-
                              Zamyślił się. - Może jeszcze znajdę też czas na występ w świątyni przed wyruszeniem na wyprawę. Nie mam dziś wielu innych spraw do załatwienia, poza oczywiście odwiedzeniem siedziby straży miejskiej.-
                              - Bylibyśmy zaszczyceni. - zapewniła Dari - Masz jakąś konkretną opowieść na myśli?
                              - Dobieram opowieści do zgromadzonej widowni, więc jeszcze nie wiem jaką wybiorę. A jaką historią ty byś mnie zaszczyciła?- zapytał gnom.
                              - Hm...- spojrzała na karczmę Otto pod którą stali - Hm.. chciałbyś usłyszeć o "Popielnym Dworze"? Otto wybrał nie lada imię dla swego przybytku.
                              - Z chęcią… ciekaw jestem jakie to miejsce zainspirowało go do tak… jakby to ująć… niecodziennej nazwy. Popielny Dwór to dziwna nazwa dla karczmy… nie kojarzy się gościnnie. - przyznał Baltizar.
                              - Zdziwiłbyś się. - zaczęła elfka - W całym Pierwszym Świecie nie ma miejsca bardziej gościnnego. Popielny Dwór leżał w samym sercu Pustkowi Potrzeby, szerokiego obszaru, ciągle zmiennego, jednak z jednym constansem. Nic tam nie rosło, woda była nie do picia, zwierzyna omijała to miejsce, nawet Fae od niego stroniły. Nagle, w miejscu Pustkowi wyrósł las, olbrzymi, z fantastycznymi drzewami i nie tylko, jak w każdym zakątku Pierwszego Świata. Tu jednak rośliny pożerały zwierzęta, a zwierzęta na tyle silne, aby pokonać rośliny zjadały też siebie nawzajem. W samym środku lasu stał Popielny Dwór, królestwo Popielnego Króla i Królowej Gnicia. Każdy kto tam przybył, mógł znaleźć schronienie, jedzenie i trunki wszelkiego rodzaju i uciechy o jakich tylko byś mógł pomyśleć. W zamian, po trzech dniach, Król zaprosił cię na łowy. Miałeś dwa dni, aby razem z Królem upolować godną zwierzynę inaczej, ty byś się nią stał. - Dari się uśmiechnęła - Legendy głoszą, że Popielny Król jest jednym z bardziej stabilnych Najstarszych, nie wiadomo ile w tym prawdy.
                              - Mhmm… to urocza opowieść, bardzo… interesująca. - przyznał gnom po zastanowieniu. - Więc… ten Dwór nadal tam istnieje?-
                              - Właśnie nie. Legendy mówią, że z jakiegoś powodu Królowa Gnicia uciekła z Dworu, a Król wyrwał swe królestwo z Pierwszego Świata, rzucając go, aby podróżować po planach.-
                              - To interesująca historia… bardzo romantyczna i tragiczna zarazem. - przyznał bajarz rozmyślając. - Brakuje jej detali… i trzeba by dopisać parę wątków. Opowieść nie może być tak niejasna. Acz chyba ta nie jest powszechnie znana w mieście, nieprawdaż?-
                              - Otto zna ją lepiej. - przyznała Dari - Więc możesz dopytać jego. Sama opowieść nie jest znana, Fae nie cieszą się popularnością tak blisko Skradzionych Ziem.
                              - Otto? Od niego więc ją usłyszałaś?- zapytał zaciekawionym tonem Baltizar.
                              - Nie, moją wersję znalazłam w jednej z książek o Pierwszym Świecie. Pokazałam ją mu raz, aby powiedział, czy to go zainspirowało do nazwy. Zaśmiał się i powiedział, że tak okrojona bajka, nie zainspirowała by go do otworzenia wychodka pod tą nazwą. - dziewczyna się delikatnie naburmuszyła - Powiedział, że może kiedyś mi opowie całą historię, ale jeszcze to nie nastało.
                              - Hmm… możliwe więc, że za młodu był uczonym, który… za bardzo związał się z jakąś uczennicą z dobrego domu. To by tłumaczyło jego wiedzę, pieniądze które potrzebowałby na wybudowanie takiego przybytku i… córki.- zaczął gdybać gnom uznając za uprzejmość odciągnięcie podejrzeń dziewczyny od prawdy.
                              - Nikt nigdy nie pytał. - przyznała dziewczyna - Chociaż "Popielny Dwór był tu zawsze", jest najczęstszą odpowiedzią co do przybytku. Może odziedziczył po kimś i zmienił nazwę? Co do córek... chyba adoptowane. Niepodobne ani do niego, ani do siebie... Do tego.. no one wyglądają na jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć. On nie wygląda jakby dochodził do czterdziestki. Wiem, że ludzie płodzą się młodo, ale chyba nie aż tak.
                              - Domieszka elfiej krwi potrafi u mieszańca zachować bardzo długo młody wygląd. Nawet jeśli jest on potomkiem elfa z trzeciego czy czwartego pokolenia. - odparł gnom przyglądając się Dari.- Zresztą jeśli chodzi o urodę, to ty też masz się czym pochwalić. Zakładam że do biblioteki zachodzą i młodzieńcy, przyciągnięci twoją uroczą osóbką?
                              Gnom postanowił zmienić kierunek rozmowy bacznie przyglądając się Dari.
                              - Och, przestań. - elfka trąciła gnoma w bok - Tutejsza młodzież boi się słowa pisanego jak ognia, musieliby się zainteresować biblioteką, aby o mnie usłyszeć.
                              - Ich strata…- wzruszył ramionami Baltizar. Po czym zamyślił się.- A więc… jestem ci winien opowieść. -
                              Po tych słowach zaczął opowiadać historię o kochankach przeklętych przez los. On nisko urodzony człowiek księgi, ona szlachcianka. Młoda i piękna. On ją uczył wiedzy i pokazywał piękno świata, ona jego kusiła pięknem. Zakochali się i czynili potajemne schadzki, pod nosem zazdrosnego cerbera… kapitana straży, który również się w niej podkochiwał…
                              Dziewczyna westchnęła.
                              - Uwielbiam tego typu opowieści. Trójkąt miłosny, tajne schadzki... Pamiętam czytałam jedno romansidło. On wampir, ona ludzka dziewczyna i drugi on, wilkołak. Proza nienajlepszego gatunku, ale cieszyła się popularnością.
                              - Bardzo naiwne… bo wampir to impotent, a wilkołactwo to choroba.- zaśmiał się gnom sarkastycznie.
                              - Słyszałam, że niektórzy pisarze wykorzystują wampiry, aby zaprezentować mroczne aspekty seksu, a wilkołaki te bardziej brutalne. - elfka wzruszyła ramionami - Pełno jest opowieści o elfkach, które popadły w melancholie po śmierci ludzkiego kochanka, czy smokach, które tworzyły harem, aby spłodzić armię pół-smoków.
                              - Jeśli chodzi o elfy… i smoki, to obie sytuacje są jak najbardziej realne, choć w przypadku smoków brak tu romantyzmu… tylko pragmatyzm. Osobiście nie zawierzyłbym bezpieczeństwa swojego leża koboldom, potomek półkrwi jest bardziej godny zaufania.- ocenił Baltizar.
                              - Potomek smoczej półkrwi. - zaznaczyła elfka - Więc, ja bym nie zostawiła mu złotej folii do pilnowania. Chodziło mi, że śmiertelni poszukują różnych form romantyzmu i erotyki, ale nie zawsze potrafią ją przedstawić przy pomocy zwykłych aktorów. Elfy znane ze swej długowieczności, przekazują obraz straty silniej niż powiedzmy, półorczyca, która umrze w wieku 40 lat.
                              - Wydajesz całkiem obeznana w temacie takiego romantyzmu i erotyki, czyżbyś cię to szczególnie pociągało? - zaciekawił się gnom.
                              - Po prostu zaczęliśmy od romansów. - zaczęła się bronić elfka - Analizuję wszelką literaturę. Trendy, motywy.
                              - Analizujesz jedynie? Powinnaś kiedyś pomyśleć nad porównaniu rzeczywistości z literaturą. Opisów z prawdą. - odparła pozornie obojętnie gnom, dobrze się bawiąc tym prowokowaniem elfki. - Dobrze mieć doświadczenia z różnych źródeł.
                              - Och? A poleciłbyś jakiegoś eksperta od rzeczywistego romansu i erotyki? - elfka najwyraźniej nie zamierzała być dłużna w prowokacji.
                              - Skromność nie pozwala mi polecić siebie.- odparł żartobliwie bajarz. Pogłaskał się po brodzie. - Wyruszam na wyprawę z wojakami, więc pewnie przy ognisku nasłucham się o ich podbojach. Będę miał więc kogo polecić jak wrócę.-
                              - Będę czekać. Kogoś delikatnego proszę, potrzebuję jasności umysłu, aby zanotować porównania.
                              - Zobaczę co da się zrobić.- odparł z uśmiechem gnom.

                              Rozmowa z Dari była tylko rozrywką, trywialną i bez znaczenia. Teraz zaczynała się praca. Baltizar w towarzystwie swoich dwóch nienaturalnych ochroniarzy ruszył na poszukiwanie siedziby straży. Nie była to szczególnie trudna misja. Ot, wystarczyło zapytać najbliższy patrol gdzie się udać. Niemniej gnom nie miał jeszcze planów co do rozmowy w samej siedzibie. Wiedział tylko jakie powinien sprawić wrażenie. Wynurzające się z cieni miejskich wielkie ślepia i paszcze tego nie ułatwiały… ani szepty.
                              - Zamknij się.. i tak ciebie nie słucham… wdepczę każde twoje oko w piasek… zobaczysz.- syczał cicho pod nosem.
                              - Zobaczysz... zobaczysz... zobaczysz... - szepty szyderczo powtarzały słowa gnoma - Widzimy... widzimy... widzimy…
                              - Gówno… widzicie.. gówno potraficie docenić.- mruknął cicho Baltizar pod nosem rozglądając się za patrolem straży miejskiej.
                              Nie zajęło długo nim ujrzał czterech strażników przemierzających ulicę. Rozmawiali ze sobą, chociaż ciągle się rozglądali po bocznych uliczkach i ciemnych zakątkach.
                              Gnom podszedł do nich dziarskim krokiem stukając głośno laską by zagłuszyć szepty i zapytał.
                              - Wybaczcie że przerywam dysputę, ale… w którym kierunku mam się udać, by dotrzeć do siedziby straży miejskiej? - zapytał wprost.
                              Strażnicy zerknęli na gnoma i zwierzyniec z nim podróżujący.
                              - Do głównej? Znajdziesz ją przy placu głównym. - jeden ze strażników wskazał odpowiedni kierunek - Czegoś, albo kogoś konkretnego szukasz?
                              - Komendant straży… Filia ma na imię?- bardziej zapytał niż stwierdził Bajarz.
                              - To dobrze, że doprecyzowałeś. Lady Filii nie ma na komendzie. Musisz udać się przez Główną Bramę poza miasto. Jakieś sto metrów od murów zbiera ludzi na dzisiejszą wyprawę. Ty jesteś jednym z tych awanturników, którzy się z nimi wybierają?
                              - Niezupełnie. Tak się składa że opłacam taką jedną grupę.- przyznał gnom gestem dłoni przywołując Jogmetna do siebie.
                              Dosiadł zwierzaka niczym wierzchowca i skierował w kierunku bramy miejskiej.
                              - Dziękuję za informację.- rzekł do straży i głosem pogonił swojego wierzchowca.- Ruszamy Jogmeth.-
                              A drugi “ochroniarz” wzbił się w powietrze szeleszcząc kartkami, gdy Jogmeth od razu rzucił się do biegu radosny z faktu, że nie musi dalej powoli truchtać.

                              Podróż nie zajęła gnomowi długo, kiedy dotarł do obiecanego obozu Straży Miejskiej trochę się tam działo. Naliczył około trzydziestu chłopa, w pełnym rynsztunku, szykujących wozy i konie, widział też najwyraźniej komendant. Nie miał pojęcia jak wygląda, ale stała i krzyczała rozkazy na każdego kto się zbliżył, więc najpewniej ona tu dowodziła.
                              Uniosła brew kiedy ujrzała gnoma zbliżającego się na dużym ogarze.
                              - Tak? W czym mogę pomóc? Jesteśmy tu trochę zajęci.
                              Gnom wpierw rozejrzał się po tej zbieraninie oceniając z kim ma do czynienia. Czy są to poszukiwacze przygód potrafiący się łatwo dostosować do sytuacji ale niekoniecznie karni. Czy raczej regularna wojskowa formacja… czy też… może zbieranina chętnych na zarobek, ale niekoniecznie na pierwszą linię rzezimieszków.
                              Bardziej niż regularne wojsko, formacja wyglądała jak większa grupa strażników miejskich. Ci jednak wydawali się dobrze wytrenowani i wyposażeni. Może jakaś specjalna grupa na ciężkie misje. Ciężko uzbrojeni.. acz na bliskie dystanse. Dobrze… będą solidną ścianą za którą Baltizar będzie mógł się ukryć… w wielu znaczeniach tego słowa.
                              - Ach tak… nazywam się Baltizar, jestem Bajarzem i zatrudniłem paru ludzi którzy mieli zmierzyć się z problemem trapiącym okoliczne osady. Problemem z którym ty się zamierzasz zmierzyć. Przybyłem zadeklarować, że oddaję moich podwładnych pod twoją komendę, ale że… nie znam sprawy aż tak dobrze jak ty pani, to ktoś będzie musiał im sprawę dokładniej wyłuszczyć. - odezwał się do kobiety po rozpoznaniu sytuacji.
                              Ta przyjrzała mu się dokładnie, zerkając nie jeden raz na psa.
                              - Ty jesteś tym gnomen co przybył razem z Khalem, czy tam Viktorem, prawda? On nie powiedział ci jaki jest plan?
                              - Pani… ja jestem bajarzem, nie oficerem. - wzruszył ramionami gnom. - Ze mnie pożytku na polu bitwy nie będzie. Poza tym wolałbym nie pomieszać faktów, przekazując informacje. Lepiej by dowiedzieli się z pierwszej ręki.-
                              Kobieta westchnęła masując nasadę nosa.
                              - Tego mi jeszcze brakuje... spektatora i bandy awanturników. - sięgnęła do dłoni obracając jedną srebrną obrączkę na palcu wskazującym - Widzisz tych najemników, co ich gnom przygarnął? - przez chwilę wydało się jakby czegoś nasłuchiwała - Idą z nami, a ich szef nic nie wie. Wytłumacz im sytuację. - puściła obrączkę i spojrzała na Baltizara - Załatwione, twoi ludzie zostaną poinformowani o planie i naszej strategii. Poinformuję, że atakujemy bazę alchemika znajdującą się głęboko w starej kopalni. Chcesz ruszać z nami, czy pozostaniesz na górze?
                              - Ruszę z wami. Z tyłu, by nie przeszkadzać. Chcę być świadkiem pogromu zła. Będzie z tego piękna opowieść.- odparł gnom i szybko dodał.- Proszę się nie martwić, znam swoje ograniczenia. Umiem dbać o swoją skórę i nie wchodzę w paradę fachowcom. Dlatego się nie wtrącam w te plany… dobrze wiem że strateg że nie żaden i nie muszę masować swoje dumy udawaniem przywódcy. Nie sprawię problemów.
                              - Radzę więc nauczyć się jakiś sztuczek, z których będzie pożytek na polu bitwy. - odparła komendant - To nie jakaś przechadzka po opuszczonych ruinach. Spodziewamy się plemienia goblinów, a to oznacza też jakąkolwiek zwierzynę, którą tam trzymają. Plus alchemik i jego abominacje. Nie poświęcę ludzi, aby cię pilnowali, a na twoim miejscu nie liczyłabym bardzo na ochronę najemników.
                              - Umiem strzelać z kuszy.- odparł dumnie Baltizar starając się wydawać nieporadnym.
                              - Nie wiem na ile się to zda w ciasnych korytarzach kopalni. - zauważyła Filia - Zważając na twój orszak i rytualik, który codziennie odprawiasz, zakładam, że potrafisz jakąś magię. Możesz coś z nią zrobić?
                              - Mogę powróżyć z kart.- zaoferował gnom i podrapał się po brodzie. - Nie jestem, że tak powiem, obeznany z magią bojową. Jestem badaczem. Z pomocą mojego pieska i golema jestem w stanie obronić swoją skórę… ale jeśli chodzi o kartę przetargową, to moi najemnicy wydają się solidniejszym wyborem.-
                              Baltizar uśmiechnął się ciepło, choć drażniła go ta próba kobiety mająca na celu odsłonięcie jego atutów.
                              Kobieta ponownie westchnęła.
                              - Chodzi o to, że gobliny są słabe i wiedzą o tym. Dlatego korzystają z pułapek, tajnych korytarzy, zapadni. Trzeba się będzie tego spodziewać podczas tej wyprawy, dlatego byłoby dobrze, aby każdy mógłby przynajmniej chronić samego siebie. Jest pan do tego zdolny, panie gnomie?
                              - Żyję przecież, czyż nie? Dotarłem do miasta sam.- wzruszył ramionami gnom i spojrzał na wojsko Filii.- A skoro spodziewane są pułapki, to może… da się zrekrutować w pobliskich osadach jakichś łowców? Z pewnością znajdą wszelkie wnyki zastawiane przez goblinów. W końcu sami zakładają podobne.-
                              - Mam ludzi od tego. Wysłałam ich już na miejsce docelowe. - zapewniła komendant - Chłop na polu też żyje... eh, nie mam czasu się sprzeczać. Nie zabronię panu podróżować z nami, ani nawet zejść z nami do kopalni. Ostrzegam jednak, że nie będzie pan priorytetem w przypadku pojmania.
                              - Nie oczekuję tego. - wzruszył ramionami Baltizar. - Nie zamierzam się wtrącać w plany bitwy, nie zamierzam też kłopotać innych swoją skromną osobą. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem… będzie piękna opowieść. Jeśli nie… - gnom spojrzał na Filię.- Oboje dobrze wiemy, kto będzie priorytetem do pojmania dla zirytowanego szaleńca. I obawiam się że nie będzie to mały gnom bez znaczenia.-
                              Kobieta kiwnęła głową.
                              - Więc wszystko jasne, czy coś jeszcze?
                              - Kiedy i gdzie miejsce ostatecznej zbiórki?- zapytał Baltizar.
                              - Wyślę kogoś do Popielnego Dworu, kiedy przyjdzie czas. Najpewniej wieczorem powinniśmy być gotowi.
                              Kobieta okazała się wścibska i dobrze poinformowana. Co dziwiło nieco Bajarza. Spodziewał się bowiem, że Otto dba o to by jego ludzie byli lojalni wobec niego. Najwyraźniej jednak nie wszyscy. Niemniej gnom nie martwił się tym, że kobieta wiedziała o jego małym rytuale. W końcu wróżenie z kart to nic niezwykłego. Oczywiście prawdziwi profesjonaliści w tej kwestii znali się na magii wieszczenia… Baltizar nie miał o niej pojęcia. I niespecjalnie jej ufał, jeśli chodzi o swój własny przypadek. Bądź co bądź wieszczenie jakoś nigdy mu nie pomogło, więc wolał zawierzyć swój los siłom chaosu i czystemu przypadkowi.

                              Znowu się tu znalazł. Znowu dostał się do świątyni. Jak widać, cierpliwość popłacała. Za każdym razem coraz bardziej zapoznawał się z rozkładem świątynnych pomieszczeń. I położeniem strażników. Mogło to być przydatne później.
                              Na razie korzystał z sytuacji w której był tylko niegroźnym gadułą opowiadającym różne historie. Małym gnomem bez znaczenia. Siedząc wygodnie zaczął snuć opowieści. Najpierw jedną prostą, o gnomach i ich zamiłowania do żartu. I jak czasem takie żarty mają niespodziewane konsekwencje. Potem kolejną, tym razem zgodnie z zaleceniami kapłana, o morale takim jaki on chciał, by gnom propagował. Osobiście Baltizar nie uważał swoich opowieści za aż tak wpływowe. Niemniej skoro ich nieustraszonemu liderowi zależało, to kim był Baltizar by sprzeciwiać się jego życzeniu?
                              Kolejna opowieść była bardziej romantyczna i w oryginale bardzo pikantna, niemniej Baltizar pozbawił ją tej ostrości z powodu licznego grona słuchaczy. A właśnie to grono słuchaczy interesowało gnoma najbardziej. Podczas opowiadania przyglądał się powoli każdemu z nich z osobna. Kto wie, może ta wiedza przyda mu się później?

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SeachS Niedostępny
                                SeachS Niedostępny
                                Seach
                                napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                #45

                                Kaylie

                                Lilia powoli zaciągnęła Kaylie do łaźni, zakleszczając ją w namiętnym pocałunku, przynajmniej kiedy nie były na widoku. Galtianka potrzebowała tego, czuć się chcianą, pożądaną. Dłonie rudowłosej kobiety eksplorowały ciało Kaylie, nie tylko wywołując dreszcze rozkoszy, ale i rozluźnienie pod naciskiem palcy Lilii.
                                Kiedy dotarły do łaźni, córka Otto pomogła Kaylie się rozebrać i razem wskoczyły do płytkiego basenu z ciepłą wodą, pokrytą płatkami róży. Lilia uśmiechnęła się do swej towarzyszki.
                                - Obiecałam ci relaks i dopełnię tego. Najpierw, zmyjmy z ciebie cały znuj. Zaufaj mi, nie pozwolę ci utonąć. - nie czekając na odpowiedź, rudowłosa ułożyła Kaylie na plecach, pozwalając ciepłej wodzie otulić jej ciało. Chwilę później Galtianka poczuła delikatne naciskanie mydełka na swoją skórę, delikatna piana pachnąca miodem zaczęła pojawiać się na powierzchni wody. Lilia nie oszczędziła żadnego miejsca, trochę za długo spędziła oczyszczając koniuszki biustu Kaylie, za co szybko przeprosiła kolejnym pocałunkiem.
                                Boczne drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wkroczył rosły osobnik. Kaylie kilka razy widziała obrazy takie w księgach o sztuce rysunku, czy anatomii śmiertelnych ras. Istota wyglądała na idealne odzwierciedlenie mężczyzny, traktującego swoje ciało niczym świątynie. Ani grama tłuszczu, mięśnie widoczne jak pod skórą niczym bladą niczym marmur. Nie posiadała twarzy, a Lilia szybko zakryła głowę istoty ręcznikiem.
                                - Oh, jest i nasz towarzysz. Poprosiłam Joriego, aby był jedynie ładny do oglądania i aby dobrze wykonywał masaż. - rudowłosa objęła Kaylie szepcząc jej cicho do uszka "moja" - Nie sądzę, że masz ochotę na praktyczne wykorzystanie męskich walorów. Zaczynajmy więc.
                                Kaylie oparła się na miękkich poduszkach, otulona ciepłem parującej wody, która unosiła się z dużej, drewnianej wanny. Delikatne światło świec rzucało ciepłe refleksy na ścianach, tworząc intymną atmosferę. Aromat lawendy i jaśminu przenikał powietrze, a ledwie słyszalna muzyka harfy w tle potęgowała uczucie relaksu.
                                Zamknęła oczy, a na jej miękkiej skórze czuła dotyk Lilii, której czerwone włosy również młuskały jej ciało. Rudowłosa delikatnie masowała jej ramiona, po czym przeszła do pleców, skutecznie rozluźniając spięte mięśnie i uwalniając napięcie, które zgromadziła przez ostatnie dni.
                                Każdy ruch dziewczyny był pewny i delikatny, a Kaylie nie mogła powstrzymać się od westchnień ulgi. Tak długo czekała na chwilę spokoju. Zauważając, że Galtianka opuściła gardę zaatakowała, całując kark i szyję kobiety. Kaylie nie mogła się powstrzymać od westchnienia rozkoszy.
                                Homonculus, ich nietypowy towarzysz, cicho poruszał się obok, czasem nakładając dłoń na jej plecy. Jego silne i ciepłe ręce, gładkie niczym kaszmir doskonale dopełniały działania Lilii, sprawiając, że Kaylie czuła się, jakby unosiła się w powietrzu. Otoczenie wydawało się znikać, a jedynym, co pozostawało, były relaksujące ruchy i szept cichych rozmów.
                                - Nie martw się. Nie myśl o niczym, tylko o sobie i o przyjemności…
                                Słowa te rozbrzmiewały echem w myślach Kaylie, przerywając strumień smutnych myśli związanych z Viktorem. Zamiast tego, czuła, jak narasta w niej ciepło znane jedynie z chwil prawdziwego relaksu. Odkrywanie tak prostych przyjemności miało dla niej nieocenioną wartość.
                                Gdy Lilia delikatnie wmasowywała oliwkę w jej skórę, Kaylie wyobraziła sobie, że ta chwila trwa wiecznie. Odetchnęła głęboko, czując, jak ciepło sprawia, że lęki i niepewności odpływają, a tylko błogość i spokój wypełniają jej zmysły.
                                W tych samych chwilach była jednocześnie blisko, ale i daleko, jakby otuliła ją chmurka ciepła, w której mogła bezpiecznie schować się przed zawirowaniami codzienności.
                                Ich relaks przerwało wtargnięcie do pomieszczenia. Mężczyzna ubrany w mundur strażnika miejskiego nawet nie zapukał i najwyraźniej natychmiast pożałował.
                                Jego twarz momentalnie przybrała barwę zdrowego pomidorka, a dłoń chyba odruchowo zasłoniła oczy.
                                - Ja… przepraszam. Komendant Filia wysłała mnie, aby poinformować, że jesteśmy gotowi do wymarszu. - wziął głęboki oddech najwyraźniej starając się rozgonić myśli i ostudzić krew - Przykro mi, że przerywam chwile relaksu, ale spodziewamy się was w przeciągu godziny. Inaczej wyruszymy bez was. - nawet nie czekając na odpowiedź wyszedł zamykając za sobą drzwi. Lilia tylko zachichotała.
                                - Biedaczek, ciekawe czy Filia podejrzewała co może go spotkać. - zerknęła na Kaylie i tylko westchnęła zrezygnowana - Będziemy musiały to dokończyć kiedy indziej. Nie sięgnęłam jeszcze wszystkich miejsc, które potrzebowały eksploracji.

                                Baltizar

                                Baltizar przerwał opowieść, gdy paw wkroczył do pomieszczenia. Był to ptak piękny, wręcz majestatyczny, jego pióra mieniły się w blasku świec ustawionych przy ołtarzu. Gnom uśmiechnął się lekko, próbując nie okazać zaskoczenia. W końcu nie co dzień widzi się pawia spacerującego po świątyni, jak gdyby należała do niego.
                                Kapłani patrzyli z mieszanką zdziwienia i fascynacji, a niektórzy nawet się uśmiechali – zapewne uważając, że to część przedstawienia Baltizara. Gnom podjął próbę kontynuowania swojej opowieści, ale widok piór rozpościerających się przed nim całkowicie odwrócił jego uwagę. Paw rozłożył ogon, tworząc feerię barw, a „oczy” na piórach wyglądały, jakby miały swoje własne życie. Baltizar mógł przysiąc, że każde z tych „oczu” spoglądało prosto na niego – jedno po drugim, a potem wszystkie naraz, z pełną uwagą i może... oczekiwaniem?
                                Poczucie niepokoju zaczęło narastać w nim powoli. Oczy zdawały się poruszać, obserwować, szukać czegoś w jego wnętrzu. Baltizar przełknął ślinę, próbując nie pokazywać, jak mocno wytrąciło go to z równowagi. Miał wrażenie, że czas wokół zwolnił, a każdy szelest piór wydawał się być zagłuszającym szumem w jego uszach. Spojrzał na publiczność, próbując się oderwać od hipnotyzujących „oczu” pawia.
                                Alicja Crawford przyglądała się uważnie. Jej wyraz twarzy, zwykle pełen znużenia, zdradzał teraz coś więcej – zainteresowanie, może nawet podejrzliwość. Gnom wiedział, że Alicja nie jest osobą, która łatwo ulega iluzjom. Jeśli paw był symbolem lub przesłaniem, Alicja mogła mieć pomysł, co to oznacza.
                                Baltizar postanowił działać – nie mógł pozwolić, by publiczność zorientowała się, że coś jest nie tak. Z uśmiechem zwrócił się w stronę pawia, jakby to wszystko było częścią jego występu.
                                W końcu Paw zamrugał, a „oczy” na jego piórach zdawały się skupić na Baltizarze jeszcze intensywniej, jakby ptak rzeczywiście go rozumiał. Po chwili ptak odwrócił się i dumnym krokiem opuścił pomieszczenie, pozostawiając gnoma z nieodpartym uczuciem, że to był dopiero początek czegoś większego.
                                Baltizar odetchnął, a potem zwrócił się do publiczności, wracając do przerwanej opowieści, choć już nie mógł przestać myśleć o Alicji i jej badawczym spojrzeniu.

                                Viktor

                                Posiłek w Purpurowym Indorze dobrze zrobił na samopoczucie Viktora. Obolałe kończyny i głowa dostały niewielki zastrzyk energii, który rozgonił marazm. Towarzystwo też było odpowiednie i dostarczyło mu rozrywki.
                                Teraz czekało go przygotowanie do podróży, najwyższy czas położyć kres temu szaleńcy.
                                Kiedy przekroczył prób Popielnego Dworu, iluzja, którą na siebie narzucił automatycznie się rozwiała. Otto zerknął leniwie na niego zza lady baru i kiwnął jedynie głową.
                                - Galtianka jest w łaźniach, jeśli jej szukasz.
                                W tym momencie ujrzał mężczyznę w rynsztunku straży, jeden z ludzi Filii, wychodzącego z kierunku łaźni. Był czerwony niczym burak i pośpiesznie, oraz niezdarnie poprawiał płaszcz i niedopięte elementy odzienia. Delikatnie zbladł kiedy ujrzał Viktora.
                                - Ja.. ten…- zaczął niezgrabnie - Lady Filia was oczekuje, w przeciągu godziny wyruszamy. Z wami czy bez was. - nie czekając na odpowiedź minął adwokata i niemal wybiegł z przybytku.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                  #46

                                  W świątyni Shelyn

                                  Widzieli tego pawia? Widzieli? Dobrze. Dzięki temu gnom był pewien że nie jest on jedynym który widzi ptaka, aczkolwiek pióra. Tylko on je widział. Te prawdziwie… ślepia wpatrzone w niego z pogardą. Oczy na piórach pawia otwierały się, jedno po drugim… gadzie, smocze, żabie, ludzkie, demoniczne, kozie… wszystkie łypały z pogardą na gnoma, a może i z rozbawieniem przyglądając się tej zbuntowanej kukiełce. Baltizar jednak przywykł już do takich widoków, więc nie były w stanie go rozproszyć.
                                  Bajarz miał problem z tym “objawieniem”. Prawdziwe oczy przesłaniane były po części, przez chore omamy jego własnego umysłu. Ciężko mu było stwierdzić, które z nich były autentyczne, a które nie. Otarł czoło… zroszone potem. Lęk… myślał, że lęk był tylko towarzyszem jego snów. Że nic na jawie nie mogło być bardziej przerażającego od jego własnych koszmarów. Najwyraźniej się nieco mylił.
                                  Wdech, wydech, wdech, wydech… gdy w końcu zapanował nad sobą, ruszył ku Alicji uśmiechając się dumnie.
                                  - Podobała się opowieść?- zapytał zaczynając rozmowę.
                                  - O tak. - odparła Crawcolt - Nie wiedziałam, że aż tak jesteś w stanie zawładnąć widownią. A ten paw, ładny dodatek.
                                  - Nie mój dodatek. - odparł gnom wykorzystując proste zaklęcie do zapalenia światła na szczycie swojego kostura. - To jest cały mój potencjał magiczny… prostacka sztuczka dostępna każdemu uczniowi czarodzieja. Paw jest zdecydowanie poza zasięgiem moich skromnych możliwości, ale… może ty mogłabyś pomóc w rozgryzieniu jego zagadki?-
                                  - Pawie krążą po świątyni, ich piękno podoba się Shelyn. Tobie nie o to chodzi jednak prawda? - kobieta ewidentnie go wabiła.
                                  - O to co wyróżniało tego pawia. Jakaś boska interwencja? Lub żart któregoś z iluzjonistów lub kapłanek? - wzruszył ramionami Baltizar i odruchowo pogłaskał laszącego się do niego Etrigana. - Nie lubi ptasiej konkurencji.-
                                  - Nie. Nikt tego nie zauważył poza tobą i mną. Ja nauczyłam się zwracać uwagę na tego typu... sytuacje. Zważając, że patrzył na ciebie... zakładam, że coś bardziej osobistego?
                                  Baltizar wzruszył ramionami wzdychając. - Osobiste przesłania do mnie… widzę tylko ja. I zazwyczaj nie pojawiają się w postaci pawii. Podążając za nowymi historiami, zdarzało mi się wdeptywać w bardzo grząskie bagienka…- przyznał na koniec. Rozejrzał się po świątyni. - Tym razem jednak źródło tego komunikatu jest mi nieznane.-
                                  Następnie skupił podejrzliwe spojrzenie na Crawcolt.- I co to znaczy… że “nauczyłaś się zwracać uwagę na tego typu sytuacje”?-
                                  - Och byłam przeklęta przez pradawne kulty, zapomnianych bogów i plemienia goblinów wyznających ciekawe formacje kamienne, więcej razy niż chce mi się zliczać. Czasem klątwy mają na tyle mocy, aby się jakoś objawić.
                                  - Współczuję.- odpowiedział szczerze gnom.- Klątwy rzeczywiście bywają kłopotliwe… ale ten paw…- wzruszył ramionami.- Nie wiem właściwie co to było. Raczej nie klątwa. Może… warto byłoby zwrócić się do kapłanek w tej sprawie? Może…-
                                  - Tutejszych? Nie umniejszając im, to nie jest ich specjalizacja. Mnie natomiast ciekawi, czy ma to związek z twoimi pobratymcami. Tymi, których hełm znalazłeś.
                                  - Wątpię… świat nie kręci się wokół gnomów niestety. - odparł żartobliwie Baltizar.
                                  - Świat, nie. Nienaturalne wydarzenia.. całkiem możliwe.
                                  - W świątyni… bogini piękna… sztuki i miłości. Nienaturalne zdarzenia dotyczą piękna, sztuki i miłości. Piękny to za bardzo nie jestem, nawet wedle gnomich standardów. Sztukę dopiero co zakończyłem… została miłość… zainteresowana?- zażartował Bajarz i dodał drapiąc się po głowie. - To co mnie interesuje i to co mnie tu przyciągnęło to przeszłość. Boska interwencja zawsze dotyczy przyszłości.-
                                  - Nie dzisiaj, muszę zaplanować wyprawę. Może jak wrócę za dwa tygodnie. A cóż z przeszłości cię tak interesuje?
                                  - Mojego ludu przeszłość tutaj. - wzruszył ramionami Baltizar. - Ale chyba to już wiesz. A gdzie ty zamierzasz się wybrać?-
                                  - Znalazłam kilka zapisków o krasnoludzkiej bazie na południe od miasta. Może uda mi się ją odnaleźć.
                                  - Interesujące… powodzenia życzę z tym planem.- odparł uprzejmie Baltizar.
                                  - A tobie we wsparciu naszej drogiej straży.
                                  - Wyruszam bardziej jako kronikarz niż wsparcie. Liczę na interesujący materiał na opowieści.- zaśmiał się gnom.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SeachS Niedostępny
                                    SeachS Niedostępny
                                    Seach
                                    napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                    #47

                                    Qui pro quo

                                    - To było... - westchnęła Kaylie, gdy wraz z Lilią wyszły z pokoju - On był naprawdę... niesamowity. - zatrzymała się przy drzwiach poprawiając ubrania narzucone szybko.
                                    - Przyznam postarał się... - odparła Lilia delikatnie mrucząc i pomagając Galtiance, nie zważając na swój stan ubioru - Następnym razem załatszego, nie będziesz chciała, ani mogła wstać przez kilka dni. - uśmiechnęła się cmokając delikatnie Kaylie w ustka - Nie żałujesz niczego, prawda?
                                    Kaylie pokręciła głową.
                                    - Nie. Nawet na koniec, gdy tak silnie zadziałał... To było bolesne, aż krzyknęłam, ale też... Przyjemne. Nie spodziewałam się, że wejdzie aż tak głęboko. - zadrżała - Nikt mi tak nigdy nie zrobił. Szczerze chciałam i nie chciałam by skończył.
                                    - Widziałam, aż ci zazdrościłam, tak się zaczęłaś pod nim wić. Chyba odnajdę go później i sama sobie na tym skorzystam. - przyjrzała się kobiecie od góry do dołu - No, idealnie, nic nie widać, że właśnie spędziłaś trochę przyjemnego czasu z naszą dwójką.

                                    ...kilka chwil wcześniej

                                    Viktor nawet nie próbował zatrzymać strażnika. Widział reakcję i dostrzegał, że musiałby tu użyć siły. Odprowadził go spojrzeniem dodającym motywacji by szybciej jeszcze zejść mu z oczu. Kilka chwil obserwował drzwi za którymi zniknął, korzystając z chwili gdy mógł myśleć, nie starając się nawet utrzymać żadnego z uśmiechów. Wziął głębszy wdech przeganiając z twarzy i postawy niepożądane emocje, które dopiero w niedalekiej przyszłości miał zaklasyfikować, bo były dla niego czymś zupełnie nowym.
                                    - Materia probatoria nie pozwala, na tym etapie, sformułować jednoznacznych wniosków… - wymruczał sam do siebie formułkę, którą regularnie kupował czas swoim klientom, w sądach Cheliax - Konieczne jest kontynuowanie działań dochodzeniowych celem uzupełnienia brakujących elementów…
                                    Poczuł się… spokojniejszy. To nie wyglądało dobrze, ale znacznie gorzej wyglądające sprawy wiele razy okazywały się całkowicie niewinne.

                                    Drugi powolny wdech, dla odzyskania reszty równowagi, przerwały mu głosy Kaylie oraz Lilii. Nadstawił tylko nieco ucho i pozwolił by brakujące elementy same w nie wpadały…

                                    Fisuś syknął w panice, wybudzony nagle ze snu emocjami, które w Viktorze się zrodziły z nagłością jakiej nie znał on od dekad.
                                    - Vik… Viktor? - zapytał niezorientowany wąż w pierwszej sekundzie, nim nie wstrząsnął ciałem, by przegnać senność. Błyskawicznie popełzł w górę, wychylając się przez kołnierz, szukając zagrożenia
                                    - Ćśśś… - syknięcie Khala ledwie szept przewyższało. Było spokojne i zimne.
                                    Fisuś słuchał. Patrzył. I czuł.
                                    Bezgłośnie pozwolił kobietom mówić, gdy zbierał elementy układanki zewsząd, a głównie z emocji Khala.
                                    - Viktor. Chodźmy. Proszę. Nie powinniśmy tu teraz być…
                                    Szeptał wężowo, niedaleko jego ucha, czując burzę wzbierającą w adwokacie diabła. Burzę na kształt i podobieństwo tych których świadkiem był tylko raz. I ktoś wtedy prawie zginął.
                                    - Viktor, słyszysz mnie? - prosił chowaniec, nie widząc żadnej reakcji.

                                    Fistaszek poczuł jak burza była kanalizowana. Viktor złożył już dłoń do pierwszego sigilu przywołania ogara gdy jego wzrok błądził w pustce, szacując gdzie mógł teraz być ten strażnik. Czy zapamiętał dosyć jego twarz? Czy tak właśnie wyglądała zazdrość którą wyśmiewał w przeszłości? Czy on był tutaj winny? Czy ktokolwiek był czegokolwiek winny, poza samym Viktorem co śmiał mieć nadzieję? Karygodna zbrodnia!

                                    Westchnął po raz trzeci, niewątpliwie wyglądając dziwnie na oczach Otto a może i kogoś z kilku bywalców, co mogli się zainteresować nim. Burza się zmieniła. Jakby została skondensowana do wielkości perełki i schowana w kieszeni. Do późnijeszego poradzenia sobie z nią.

                                    Odwrócił się wreszcie, płynnym ruchem przechodząc do chodu, ze zmęczonym uśmieszkiem numer trzy. Budzącym sympatię, ale nie zachęcającym do wchodzenia w rozmowę.

                                    Lilia westchnęła wtulając się w Kaylie, łasząc o jej kark niczym kocica.
                                    - Może następnym razem zaprosimy kogoś na czwartego? Tyle opcji, tyle miejsc, których jeszcze nie widziałaś.
                                    - Miejsc? - zapytała galtianka.
                                    - Och, poproszę tatę to na pewno pozwoli. Dwór może się pojawić gdzie tylko tata zechce, lub zmienić pokój w jakiekolwiek miejsce. Uprawiałaś kiedyś seks podczas ciągłego spadania na planie powietrza? Ekstremalne doznania napędzają się, uwierz mi.

                                    Burza drgnęła w kieszeni Khala. Przeleciało mu przez myśl, że jakby go umyślnie chciały prowokowac to nie mogły by tego dużo lepiej zaplanować. Zatrzymał się chwilę na nie patrząc. Oczy Lilii były przyjemnie przymrużone. Może go nawet widziała? Ale Kaylie widział tylko włosy, bo w uścisku skierowała głowę w drugą stronę…

                                    … i nagle utracił wiarę, że zachowa zimną krew a było zdecydowanie zbyt wiele osób trzecich by mógł sobie pozwolić na jej utratę.
                                    - Nope... - obrócił się na pięcie i usłyszał ostre gwizdnięcie. Oczy Lilii przeszywały go na wylot, kiedy się obrócił z powrotem w ich kierunku, ledwie dość by jednym okiem je widzieć. Jego spojrzenie nie miało w sobie krztyny łagodności którą zwykle się u niego dostrzegało. Za to było w nich zimno, a zaciśnięta szczęka zdradzała, że gdzieś tam Burza wciąż się kotłowała.
                                    - Patrzcie, patrzcie...- córka Otto zadziornie uśmiechnęła się do adwokata - Ktoś, kto też by skorzystał gdyby tu był. - ucałowała delikatnie Kaylie w czubek nosa i puściła jej oko. Podeszła do Viktora dość zalotnie poruszając biodrami. Dopiero teraz zauważył, że oprócz bluzki, która ledwo zasłaniała jej biust, rudowłosa nic na sobie nie miała.
                                    - Jesteś jej winny nie lada wyjaśnień paniczu. - delikatnie ujęła jego policzki - Lubię cię i lubię ją. Wiem, że iskrzy między wami, więc nie bądź dupkiem myślącym o sobie i zrób pierwszą męską rzecz w swoim życiu. Porozmawiaj z nią.
                                    Viktor milczał chwilę nie do końca wierząc w co słyszy. On był tu dupkiem?!
                                    Odwrócił się frontem do Lilii, gdzieś po drodze tylko przelatując wzrokiem po zadowolonej, wciąż rumianej twarzy Kaylie. Iskierki rozbawienia (a może nawet szydery?) tańczyły w jej oczach. Chwycił dłonie Lilii. Delikatnie. Jakby ze zrozumieniem kiwnął głową i spotkał się z jej spojrzeniem.
                                    - Dziękuję… - uśmiechnął się do niej ciepło ale nagle uśmiech zrzedł na jego twarzy - Ale próbowałem rozmawiać. Naprawdę próbowałem i, jak widać, nie wyszło. Nie mam żalu do ciebie ani do niej. - zadeklarował, a w jego głosie nie dało się usłyszeć nawet szczypty wszechmiaru jego nieszczerości.
                                    - Żalu? O co? Kaylie powiedziała mi, że poprzedniej nocy rozgrzałeś ją do czerwoności i rzuciłeś, aby ostygła niczym padlina na drodze...
                                    - Lilia... - odezwała się galtianka - Zostawisz nas samych? Musimy pogadać najwyraźniej.
                                    Rudowłosa uniosła tylko obronnie ręce i odstąpiła od Viktora.
                                    - Jasne, jest twój. Pamiętaj co mówiłam o czwartym. - ruszyła mijając Kaylie dając im nie lada widok na swój krągły kuperek.

                                    - Wciąż możemy wyjść stąd zachowując twarz… - szepnął Fisuś, niesłyszalny ponad szelest przez nikogo poza samym Viktorem, co uciszył go niewiele różnie brzmiący syknięciem.
                                    Viktor podniósł wreszcie spojrzenie na Kaylie. Uśmiechał się lekko. Fisuś miał rację… teraz najchętniej by się ewakuował. Ostygł. Pewnie jakieś jagnię sobie znalazł na uspokojenie. A do tej rozmowy wrócił nigdy.
                                    - Prawdopodobnie piwnica będzie najlepszym miejscem na rozmowę sam na sam - zasugerował luźno, bez fizycznego wzruszenia ramion… ale słychać je było w głosie.
                                    Za to Kaylie wzruszyła ramionami.
                                    - Jak wolisz. Chodźmy.

                                    - Jaki jest twój problem? - Kaylie od razu przeszła do ataku werbalnego jak tylko zamknęli za sobą drzwi w piwnicy, gdy stała z rękami złożonymi na piersi.
                                    Viktor nie odpowiedział od razu. Spokojnym, luźnym krokiem podszedł do krzesła po drugiej stronie sali. Tego przy którym pracował splatając magię by swój laur zakląć. Cisza zdążyła dawno stać się niezręczna nim rozsiadł się wygodnie. Po zastanowieniu wstał z niego, obrócił i usiadł okrakiem, z oparciem między nogami, opierając się na nim wygodnie.
                                    - Problem? - zapytał w końcu, jakby dopiero usłyszał pytanie. - Powiedziałem coś, albo zrobiłem co sugeruje, że mam problem? Z mojej perspektywy ledwie wróciłem i to do mnie jest problem. Wyjaśnisz mi to? - dopiero pytanie zwokalizował w sposób, pokazujący, że jakiś problem jednak może mieć.
                                    - Lepiej ty mi wyjaśnij czemu odwalasz taką histerię. - mruknęła stojąc naprzeciw krzesła Viktora.
                                    - Wydaje mi się… że to słowo oznacza coś trochę innego niż ci się wydaje, że oznacza… - odpowiedział z kpiarskim uśmiechem na twarzy.
                                    - Zachowujesz się, jakby stało się coś strasznego, traumatycznego wręcz. Ty naprawdę się tego nie spodziewałeś? - prychnęła.
                                    - Oboje dobrze wiemy jak wyglądają “traumatyczne przeżycia”. Nie umniejszamy im porównując to co się teraz dzieje do nich - poprosił, zupełnie poważnie, nim nie wrócił do swego defensywnego uśmieszku.
                                    - Przyjmowałem taką możliwość. W końcu ostrzegałaś mnie. Mimo to miałem nadzieję. Wyglądam teraz na głuptasa, co nie? - zapytał wesoło i zaśmiał się, ale w ten dźwięk nie dał już rady wtłoczyć pozorów szczerości, więc szybko go przerwał.
                                    - Ty naprawdę sądziłeś, że po tym co mi uczyniłeś ja w żaden sposób nie będę próbowała sobie tego odrobić? - pokręciła głową - Czy serio oczekiwałeś, że będę szukać twojej zgody?
                                    - “Po tym co ci uczyniłem”... mówisz jakbym ci jakieś zwycięstwo odebrał. Albo upokorzył; publicznie… znasz pojęcie strawman’a? Tłumaczone jako “słomianek”, albo “baboła” też słyszałem. Jest to błąd logiczny, gdy atakuje się nie argument współrozmówcy, a karykaturę jego argumentu, bo karykatura jest znacznie podatniejsza na atak. Mówię to, bo… każde. Jedno. Twoje. Zdanie… było strawmanem w tej dyskusji. W ŻADNYM momencie nie podniosłem nawet głosu, o histerii nie mówiąc. W ŻADNYM momencie nie pozwoliłem sobie na jakąkolwiek gwałtowność, a mówisz o reakcji jak na traumę. W ŻADNYM momencie nie oczekiwałem nic od ciebie, a mówisz, że oczekiwałem byś pozyskała moje pozwolenie. No i moją własną panikę traktujesz jak bym ci w mordę strzelił, podczas gdy myślałem, że od ciebie akurat dostanę tę odrobinę zrozumienia… pomimo, że wcale nie małą - przerwał na najkrótszy moment nim kontynuował - To na co miałem nadzieję… to już zupełnie nieważne. Podjęłaś swoje decyzje. Wiedząc z czym one się wiążą, więc rozumiem, że koszta nie miały dla ciebie znaczenia. Szkoda. Ale rozumiem.

                                    - Ty uczyniłeś mi wtedy krzywdę. - wycedziła - Czemu to zrobiłeś? Dlaczego postanowiłeś mnie tak poniżyć? - głos zaczął się jej łamać - Co chciałeś tym osiągnąć? Pokazać swoją wyższość nade mną?
                                    - Kaylie… - zaczał Viktor powoli. Pierwszy raz ze szczerą emocją na twarzy. Ze zmartwieniem - … nie słuchasz mnie - powiedział nieco ostrzej niż sam chciał, gdy błysnął mu przed oczami obraz zarumienionej jeszcze Kaylie, z szyderczym spojrzeniem. Westchnął przeganiając go od siebie.
                                    - Istotnie, mam metodę albo dwie korzystającą z PODOBNEJ zagrywki, ale… to nie było to. Ja ci. Mówiłem. Szczerze. To. Chodziło. O mnie. - Wyrecytował powoli, mając nadzieję, że wreszcie do niej dotrze, choć nie wiedział czy w tym momencie ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie. - Ja. Spa-niko-wałem. To w mojej głowie zakręciło się jak nie powinno. To mój własny syf sprawił, że się przestraszyłem i uciekłem. Taka zagrywka miała by sens tylko jakbym chciał stworzyć między nami relację zależności, z tobą pod moimi stopami. Każde jedne przeprosiny, które ode mnie usłyszałaś inwalidują ten cel. A usłyszałaś ich co najmniej trzy osobne pakiety. Ja… - zamknął usta spoglądając w górę na Kaylie, jakby miał w jej twarzy znaleźć jakąś wskazówkę jak może do niej dotrzeć…
                                    - A teraz jesteś zły... Za to, do czego doprowadziły twoje czyny. - zobaczył w wyrazie twarzy kobiety jakiś ból - Potrzebowałam się rozluźnić po tym wszystkim. Nie sądziłam i wciąż nie sądzę, że to było cokolwiek złego. Nie jestem twoją własnością, abyś mógł mi wskazywać co mam robić, a czego nie. Nie rozumiem jaki masz tak wielki problem z moimi czynami.
                                    - Oj Kaylie… nie umniejszaj swojej sprawczości i kompetencji. To nie tak, że jesteś biedną dziewczynką która została pozbawiona zdolności est autodeterminatio. Wszystko co zrobiłem spada na moje sumienie, ale to co ty zrobiłaś… jest tylko twoje. I tak, jestem TROCHĘ irate. Ale miałaś pełne prawo na chwile rozkoszy, których tak brutalnie ci odmówiłem, a ja nie mam prawa mieć do ciebie pretensji. Jednak nic mi nie odbiera prawa być zawiedzionym. I jestem.
                                    - Co takiego zrobiłam, abyś był zawiedziony? Przecież nic takiego. - Kaylie zapytała z niezrozumieniem problemu. Jakby reakcja Khala nie miała dla niej sensu.

                                    Khal zmienił nieco pozycję, podpierając brodę na swoich pięściach, jak ktoś szykujący się na wysłuchanie dobrej historii.
                                    - Kaylie. Minąłem się ze strażnikiem poprawiającym swoje portki po wyjściu z łaźni. Słyszałem twoją rozmowę z Lilią po tym jak wy z niej wyszłyście. Chcesz mi powiedzieć, że nie doszło tam… do żadnych wydarzeń z kategorii “nie dla dzieci”? - zapytał z ciekawością.
                                    - Trochę mnie Lilia pomiziała, ale to tyle. A strażnik wtargnął z wiadomością od Filii, gdy byłam naga na stole od masażu. - zmarszczyła brwi - Masz mnie za kurwę, co da przypadkowym osobom? - zapytała z irytacją w głosie.
                                    Viktor znów chwilę myślał analizując co usłyszał.
                                    - Jestem ostatnią osobą co mogłaby powiedzieć złe słowo o kimś, kto prześpi się z kimś z czystego kaprysu, czy chęci odwetu. Powiedzmy, że usunięcie choroby to ja stosowałem w Cheliax prewencyjnie i uznaję to za uczynek prospołeczny… - uśmiechnął się i wstał. Podszedł do niej. Perfekcyjnie blisko aby budzić precyzyjną ilość dyskomfortu jednocześnie zachowując w polu widzenia niemal całe jej ciało, ze wszystkimi tikami i odruchami.
                                    - A teraz chcę abyś prześledziła w głowie całą tę sytuację. Dialog który między wami dwiema się odbył. O tym jak “on” był niesamowity, o tym jak “silnie zadziałał”, aż zabolało przyjemnie i jak się pod “nim” wiłaś i Lilia planuje go znowu znaleźć. Teraz kiedy nie masz wątpliwości, że słyszałem go w całości… powtórz mi proszę, pełnym zdaniem, że do niczego nie doszło.
                                    Kaylie patrzyła z uniesionymi brwiami na Khala oddając całość zaskoczenia.
                                    - Do niczego nie doszło. Z nikim. - przymrużyła oczy - Ani z Lilią, ani z tym cholernym strażnikiem co jak prawiczek spłonął na twarzy, a na pewno nie z Homunculusem od Joriego, co mi robił MASAŻ.

                                    Viktor zmrużył brwi w konsternacji. Kręciła gdy chodziło o Lilię. Ale tylko kręciła, a nie wprost kłamała. Coś się wydarzyło, czego by się krępowała powiedzieć, ale nie aż tak. Za to ze strażnikiem i o golemie nie prezentowała żadnych oznak nawet kręcenia. Jakby zupełnie nie zdradzała oznak stresu… wtedy mógłby mieć wątpliwości czy rzeczywiście nie ma nic do ukrycia, czy może tylko dobrze to kryje. Jednak taktyczne ujawnianie fałszywych oznak nieszczerości było daleko ponad poziomem o który Khal by ją oskarżał w najśmielszych szacunkach.
                                    - Czy… wyście się, baby, z komedii romantycznej urwały? - zaśmiał się gdy poczuł jak napięcie z niego schodziło. Wciąż nie wiedział jak czuje się na “jakieś igraszki” między Kaylie i Lilią, ale… w najgorszym wypadku to wciąż było o całe kategorie znośniejsze niż jakby uznała, że takie zero jak ten przypadkowy strażnik warte było zerwania… cokolwiek się między nimi rodziło. W najlepszym natomiast… oczekiwałby, że zostanie mu to opisane. Ze wszystkimi. Pikantnymi. Szczegółami… Stwierdził, że tak długi post (całe cztery dni!) mu definitywnie nie służy…
                                    - Jestem Marcillie winny przeprosiny kiedy w Cheliax zawitam. Dwa lata temu wyśmiałem, w zły sposób, jej rzemiosło mówiąc, że takie sceny są czystym absurdem i nie mają miejsca w życiu. Tak, byłem wtedy dupkiem, dziewczę nie zasłużyło na to. To na POWAŻNIE wyszło wam tak przypadkiem, czy to intencjonalnie ociekało seksem w ramach jakiegoś żartu czy to ze mnie czy między sobą?
                                    - A może ty po prostu szukałeś słów kluczy bez znajomości kontekstu? - skrzyżowała ręce na piersi - Rozluźniał bolesny mięsień, co głęboko był spięty. Tortura i ulga. - uważniej spojrzała na Khala - Za bardzo czynisz projekcję zachowania swoich szlauf do mnie.
                                    Khal skrzywił się brzydko. Wybitnie nie lubił brzmienia tego słowa. Choć nie mógł zaprzeczyć, że niosło poprawny przekaz emocjonalny co do tego jak tamte kobiety postrzegał. Więc słowo było używane, ale tylko w jego myślach.
                                    - Oj nie, kochana. Ten argument nie ma jakiejkolwiek mocy, po tym jak SAMA mnie ostrzegłaś, że tak właśnie możesz zrobić. Ty otworzyłaś tę puszkę, a ja ci tylko uwierzyłem. Ale w porządku. Z pewnym trudem, ale wierzę również, że w waszych głowach to było wybitnie oczywiste, że nie ma to związku z tym jak to brzmiało… co właśnie wymusi na mnie apologia i wielkie kwiaty dla biednej Marcillie. Ale teraz spójrz na to z mojej strony… Jeszcze dziś rano usłyszałem od ciebie ostrzeżenie verbatim “mogę szukać… pocieszenia “ chyba tego słowa użyłaś “u kogoś innego”. Twoje słowa, nie moje. Wchodzę do Dworu. Z łaźni wychodzi niebrzydki vir, poprawiając spodnie. Widząc mnie wpada w panikę i praktycznie wybiega unikając ze mnę jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Uspokajam się. Rationalizem. Powtarzam, że to nic nie oznacza i sprawa zasługuje na nie wyciąganie pochopnych wniosków. Potem wy wychodzicie. I słyszę ten dialog. Dialog który nienaciąganie, bez choćby jednej modyfikacji, MÓGŁBY być wymianą zdań kobiet po bardzo udanym triangulo. U siebie bym powiedział “w świetle zaistniałych okoliczności wyciągnięte wnioski były racjonalne i uzasadnione, nawet jeśli ostatecznie błędne.”
                                    - Ale wróćmy do wcześniejszego - powiedział już poważniej, ujmując dłonie Kaylie - Nic co dziś powiedziałem nie było nieprawdą. To dziś w nocy… to rzeczywiście chodziło o to co się we mnie działo. Nie była to żadna próba siły. Na prawdę przykro mi, że poczułaś się odrzucona, ale… potrzebowałem czasu by sobie w głowie ułożyć trochę, ale to właśnie wynika z tego jak bardzo ciebie chcę. Jakbyś była jagnięciem to sprawa byłaby prosta i klarowna. Dobrze sprawdzone schematy i viola. Lecimy. Ale wczoraj… przestraszyłem się. Bo… sam nie do końca wiem - wzruszył ramionami przepraszająco - I to tylko to. Nie miałem żadnej intencji by ciebie ubodnąć.

                                    Kaylie patrzyła na mężczyznę z jakimś zafascynowaniem. Ciężko było od razu określić z czego ono wynika. Miało w sobie coś takiego, co już wcześniej poznał w relacjach z innymi kobietami, a jednak... Było coś innego...
                                    - Jesteś fascynujący, wiesz? - odezwała się po chwili milczenia - Potrafisz gadać jak nakręcony nieważne od tematu, jaki jest przed tobą postawiony.
                                    Po tych słowach podjęła inną kwestię.
                                    - Przyznaję, w tamtym momencie byłam po prostu zła na ciebie. Chciałam się odegrać, chociażby i werbalnie. Później wpadłam w rezygnację i porzuciłam pomysł. W pierwszym momencie myślałam, że po prostu wyjdę na miasto i prześpię się z pierwszym możliwym, ale to było tylko powodowane emocją chwili. Poczułam taką chwilową chęć sprawienia ci bólu... - przyznała ze wstydem - Poczucie krzywdy przejęło nade mną kontrolę w tej sekundzie... Bo tak, poczułam się bardzo odrzucona, a w tym momencie zdecydowałam się oddać siebie... komuś kogo ledwie znam. Czego nie postanowiłeś docenić w żaden sposób, a wręcz odrzuciłeś jak szmatę.
                                    - Kaylie… Słońce ty moje… udawajmy przez chwilę, że rzeczywiście miałem dobry i poprawny powód aby chcieć przełożyć nasze zbliżenie na później. W jaki sposób musiałbym to zrobić, aby było to “po prostu odrzucenie”, w kontraście dla “odrzucenia jak szmaty”, a potem jak miałbym to zrobić aby to było “w ogóle nie odrzucenie”?
                                    - Nie czarować mnie przez cały czas i nie dawać wcześniej nadziei. Nie rozpalać moich własnych chęci. Do dziś nie wiem czemu tak naprawdę zrobiłeś to wszystko. Mówisz o swoich problemach, jednocześnie tymi słowami wykpiłeś się od szczególnej odpowiedzi. Rzuciłeś mi ochłap i uznałeś, że to wystarczy, aby mnie udobruchać. - odparła z wyraźnym żalem w głosie - Nie spodobało ci się coś co zrobiłam, prawda? Co to było takiego?
                                    Khal milczał chwilę, patrząc gdzieś w bok samymi oczami… obserwując sytuację w swojej własnej pamięci. W końcu kiwnął głową przyznając rację jakiemuś wnioskowi.
                                    - Kaylie, ja… - i pewność wniosku natychmiast wyparowała. Odkaszlnął by odzyskać ją przynajmniej w głosie - Ja nie do końca wiem o co mi chodziło. To są pierwotne, niezwerbalizowane wnioski których nie potrafię jeszcze ubrać w słowa, bo nawet ich zrozumieć nie daję rady. Nie przyszedłem z nimi do twojego pokoju. One się zrodziły właśnie w tamtej chwili. W trakcie. Jakbym rozumiał, że na tę propozycję będę musiał odmówić to inaczej bym to rozegrał. Ale nie rozumiałem. Jeszcze cię całując tego nie rozumiałem i wszystko we mnie walczyło abym nie zrozumiał i po prostu poszedł z prądem. Uwierz mi gdy mówię, że naprawdę tego chciałem… Nie zrobiłaś nic… - ujął ją delikatnie pod brodą, kierując jej spojrzenie na swoje - co mogłoby mi się nie spodobać. To co mi się nie spodobało było tylko w mojej głowie. Przykro mi, że nie mam lepszej odpowiedzi, ale to jest jedyna szczera odpowiedź.

                                    - W tamtym momencie... Chciałam być jak jedna z twoich szlauf. Poczuć się tak jak one musiały się czuć będąc przez ciebie owładnięte. Po prostu oddać się szalonej przyjemności i nie patrzeć w stronę jakichkolwiek konsekwencji. Oddać się chwili, emocjom, tobie. - westchnęła - Być szczęśliwym nie pamiętając o jakichkolwiek troskach.
                                    Khal skrzywił się znów słysząc to brzydkie słowo i nawet otworzył już usta aby oprotestować jego nadmierne używanie… ale zamknął je nim zdążył wydać głos i słuchał.
                                    - Przykro… mi, że nie miałem… odwagi dać ci czego wtedy potrzebowałaś. Chciałbym ci obiecać, że więcej tego nie zrobię, ale… nie jestem w stanie. Zranię cię jeszcze… a ty zranisz mnie. I to się zdarzy więcej niż raz. - Kaylie słuchała uważnie, w tym momencie nawet niemo przytakując ruchem głowy.
                                    - Oboje jesteśmy pokrzywieni w taki sposób i to nie będzie prosta i klarowna historia miłosna z romansideł dla znudzonych kur domowych. A jeśli postanowimy być nierozsądni i spróbujemy zrobić z tego coś prawdziwego, to jeszcze będziemy mieć zdjęte skorupy, którymi przez lata się obudowaliśmy i będzie to bolało po dziesięciokroć bardziej.
                                    Pusty wzrok kobiety skupiony był na ogólnej przestrzeni przy Khalu, nie patrząc na nic szczególnego. W jej oczach dało się wypatrzeć smutek, ból i... to zrozumienie czegoś, co było przedstawionym faktem.
                                    - Jednak… wierzę… może nawinie, na pewno głupio… że jeśli byśmy spróbowali w ten sposób… to gdzieś tam w przyszłości… istnieje pewna tycia szansa, że… - Khal mówił powoli. Na bieżąco szukając słów, których nigdy nie używał, co miały wyrazić jego myśli, których nigdy nie miał, w momencie, gdy Kaylie uniosła spojrzenie na niego, w jakimś oczekiwaniu. - … że moglibyśmy stać się lepsi. I niech to czort… jeśli to w ogóle jest opcją to chcę być lepszy. I to co rzeczywiście jestem w stanie ci obiecać, to to, że jeśli byś przyjęła moją nierozsądną propozycję… to będę się starał jak nigdy się nie starałem. Będę wyrozumiały. Będę kontrolował gniew. Powstrzymywał pochopne wnioski. Będę starał się ciebie zrozumieć i próbował nie następować na twoje skrzywienia. Będę się starał byś była szczęśliwa… a oczekiwać będę tylko i aż tego samego.
                                    Khal pochylił się nad zmieszaną Kaylie i ucałował ją w czoło, gestem zdejmując jakąkolwiek presję, a spojrzenie kobiety wyrażało uczucie, jakiego sama nie umiałaby określić.
                                    Szczyptę dziecinnej nadziei.
                                    - Nie musisz teraz nic deklarować, ani mi odpowiadać. Jednak chciałbym abyś, do momentu jak wrócimy z tej wyprawy, miała dla mnie jakąś odpowiedź. Zaakceptuję każdą. Ale potrzebuję jakiejś. Czy to brzmi uczciwie, w twojej ślicznej główce?
                                    Kaylie patrzyła w oczy Khala i przysunęła się bliżej, aby szepnąć do niego krótki przekaz.
                                    - Musimy iść. Filia nie będzie na nas czekać.
                                    Khal kiwnął głową, ale przytrzymał ją delikatnie jeszcze moment, gdy pochylał się do jej ucha. Niemal już w odruchu zbliżając usta na tyle, aby poczuła ciepło jego oddechu na skórze.
                                    - Do końca wyprawy - powtórzył z dziwną mieszanką łagodności i nacisku, ustalając między nimi zrozumienie. Termin może był czysto arbitralny, ale Khal zamierzał go uszanować.
                                    Kaylie nie odpowiedziała nic, a jedynie lekko odsunęła się... by zaraz złapać mężczyznę za kołnierz pod gardłem.
                                    - Pod jednym warunkiem. - ściągnęła twarz Khala niżej ku sobie - Że niezależnie od mojej decyzji...
                                    Wyszeptała dalsze słowa do ucha Khala, a ten kiwnął głową, z poważną miną.
                                    - To… jest możliwe do zorganizowania - odpowiedział poprawiając się, ale uśmieszek tańczył mu w kąciku ust.
                                    Kobieta sama uśmiechnęła się z krzywym rozbawieniem. Skierowała dłoń ku przytroczonej do pasa masce.
                                    - Nie dajmy Filii radości naszej nieobecności. - szepnęła z jadowitym tonem, odpinając maskę i zakrywając nią oblicze.

                                    Obóz straży znajdował się niewielki kawałek poza miastem. Para wysłanników Azazela mogła zobaczyć jakieś dziesięć wozów, większość z których była pusta, jedynie uściełana miękkimi materiałami. Zobaczyli Filię wydającą ostatnie polecenia. Zerknęła na dwójkę nowo przybyłych.
                                    - Jesteście. Dobrze. Potrzebujecie jakiś przydziałów?
                                    Zamaskowana Kaylie podeszła lekkim krokiem ku Filii.
                                    - Miałaś nadzieję, że nie pojawimy się? - lekko przekręciła głowę - Przydziałów?
                                    - Niektórzy nie lubią stać i nic nie robić. Do tego w ekspedycji takiej jak ta, ludzie lubią wiedzieć jakie mają zadania. Wprowadza odrobinę rutyny. Więc?
                                    - A co byś chciała nam dać? - mruknęła galtianka.
                                    - Zostało tylko kilka skrzynek do załadowania. Prowiant, woda i ubrania. Możecie w tym pomóc. Do tego przyda się ustalić, co będziecie robić kiedy zejdziemy do kopalni.
                                    Kaylie w pierwszym momencie myślała o proteście, ale zrezygnowała.
                                    - A ty co robisz? - zapytała z niemą łaskawością.
                                    Komendant spojrzała na galtiankę.
                                    - Nadzór, papierologia, otrzymywanie raportów i adaptacja. - odparła niemal mechanicznie - Chcesz się zamienić?
                                    - Praca fizyczna lub leżenie wygodnie i rozkazywanie innym...
                                    - Czy ja wyglądam jakbym leżała?
                                    - Na pewno nie wykonujesz ciężkiej pracy. Nadzór to praca tylko w oczach wydelikaconej szlachty.
                                    - Jeżeli zrobiona na odpierdol się i poprzez delegację. Co pięć minut otrzymuję raporty od zwiadowców, muszę przyswoić nowe informacje, skontrastować je ze starymi i dokonać odpowiednich decyzji. W międzyczasie rozsyłam gońców do pobliskich wiosek i mieścin, informuje rodziny mi podległych o misji na jaką zmierzamy. W końcu upewniam się, że wszyscy wykonują swoją pracę i nie marnujemy zasobów. Uwierz mi, chętnie ponosiłabym dziesięć kilo chleba.
                                    - Straszliwie komplikujesz sprawę. - pokręciła głową - Wiemy gdzie iść, idziemy. W razie problemów improwizujemy. Łapiemy skurwiela i do miasta z nim.
                                    - Pewnie tak to wygląda dla poszukiwaczy przygód. Ja i moi musimy jednak wrócić do miasta, do rodzin, do obowiązków. Nie mamy przywileju, aby pójść na wyprawę, zabić co się rusza, zabrać co nie i ruszyć dalej. Więc pozwól, że po komplikuje sobie życie, ale wrócę ze wszystkimi z którymi wyruszę.

                                    Viktor obserwował sytuację trochę jak dziejący się, w zwolnionym tempie, wypadek. Niby chciałoby się odwrócić wzrok i nie być tego świadkiem… ale chora ciekawość zmuszała. No ale też kupowała ona mu czas by ocenić co będzie lepsze dla jego wizerunku, jako przyszłego lidera duchowego kultu. Niedostępny posąg ze spiżu, będący dla wiernych wysłannikiem niebieskim… czy swój chłop? “Jeden z nas”.
                                    - Mamy dużą ekipę. Organizacja tylu ludzi nie jest prosta sprawa. Jak zarządzałem czasem małym legionem advocati adiuvantes w poważniejszych sprawach to był to prawdziwy wrzód in natibus. Mamy kilka dni drogi by ustalić jaka będzie nasza rola już na miejscu. Pozwólmy Filii robić swoje, a ja pomogę z załadunkiem.
                                    Zatrzymał się po dwóch krokach.
                                    - Proszę dziewczęta, nie wydrapcie sobie oczu gdy mnie nie będzie… - zaapelował, puszcając im oczko i odszedł nie dając czasu na odpowiedź.
                                    Kaylie spojrzała za Khalem, spojrzała na Filię i znowu na Khala.
                                    - Mamy nie wydrapać sobie oczu... - stwierdziła odwracają głowę w stronę komendant i nic więcej nie powiedziawszy jedynie wzruszyła ramionami i bez słowa ruszyła pomóc ładować ciężkie rzeczy.
                                    - Szkoda mi manicure'u - odparła komendant i wróciła do swoich zajęć.

                                    Viktor dołączył do pracujacych ludzi. Swoim urokiem i chęcią pomocy zyskując ich sympatię, ale szacunek i powagę kupił, gdy mimo niepozornego wyglądu i bogatego ubioru zaczął ładować beczki i skrzynie, które normalnie wymagały dwóch ludzi. Z jego pomocą praca znacznie przyspieszyła i wkrótce wesołe pomruki wypełniły atmosferę, szybko przeradzając się w otwarty śmiech po kolejnej, mimochodem opowiedzianej historii, czy impresji jakiejś znanej osoby…
                                    Ludzie ciepło przyjęli prawnika, ciesząc się z każdej pomocy przy załadunku ciężkich skrzyń. Niedługo później pojawiła się arcanistka, wyraźnie rozglądając się "komu by tu pomóc". Zauważyła, że jedna ze skrzyń ustawionych na wozach zaczęła się chybotać. Przed upadkiem uratował ją jeden ze strażników, który z trudem przechwycił ją, ale nie był w stanie wepchnąć jej z powrotem. Prostym ruchem dłoni Kaylie niefrasobliwie posłała magiczną dłoń, aby pomogła nieszczęśnikowi. Delikatne pchnięcie od spodu skrzyni wystarczyło, aby krnąbrny ładunek wrócił na swoje miejsce. Strażnik odwrócił się, ujrzał jednak jedynie zamaskowaną postać. Kaylie natomiast rozpoznała twarz, którą ostatnio widziała w barwach bardzo żywej czerwieni.
                                    - Ten.. Dziękuję. Dobrze czasem mieć czaroklepę pod ręką.
                                    - Nie ma za co. Mam nadzieję, że podobało się tak samo, jak wcześniejszy przypadkowy pokaz, na sali masażu. - powiedziała jednocześnie zalotnie, ale także drażniąc się i mając z tego dobrą rozrywkę.
                                    Twarz strażnika natomiast przybrała najpierw zdziwiony wyraz, po czym wróciła do znanej Kaylie czerwieni. Mężczyzna jedynie odkaszlnął, podrapał się po karku i pełen wstydu uciekł jak najdalej od magini, która śmiejąc się pod nosem dalej wspomagała swoją magią ładowanie prowiantu.

                                    W końcu zjawił się gnom na swoim sporym ogarze, jego papierowa sowa unosiła się nad nim obserwując sytuację. A za nim jechała jego banda awanturników. Wszyscy w tunikach tej samej barwy i z tym samym motywem. Gnom rozejrzał się dookoła, po czym skierował Joghmetha ku Fillii. A gdy dotarł do niej, rzekł buńczucznie.
                                    - Dzielni awanturnicy i moja skromna osoba, meldujemy się pod twe rozkazy pani.-
                                    - Ah, dobrze. - odparła Komendant - Twoi ludzie dostali już przydziały, czy ty chcesz się czymś zająć, zanim ruszymy? Twoi towarzysze, pomagają przy załadunku.
                                    - Oczywiście, bo gnom wielkości ludzkiego wyrostka wyśmienicie sprawdzi się jako tragarz. - odparł sarkastycznie Baltizar i dodał.- Cóż… ja po prostu usiądę gdzieś z boku i nie będę przeszkadzał innym. Tak najlepiej pomogę wszystkim.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SeachS Niedostępny
                                      SeachS Niedostępny
                                      Seach
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #48

                                      Kaylie

                                      W przeciągu godziny karawana wyruszyła, grupa sług Azazela zauważyła, że dołączył do nich Jori, elfi alchemik mieszkający w Popielnym Dworze.
                                      Komendant Filia Blackfyre przewodziła pochodowi, krocząc z determinacją przed karawaną, rozglądając się w poszukiwaniu zagrożeń dla jej podopiecznych i najwyraźniej ciągle przyjmując raporty od zwiadowców.
                                      Uniosła delikatnie brew kiedy ujrzała jak dogania ją Kaylie.

                                      • Chcesz mi dotrzymać towarzystwa, czy masz nadzieję, że pierwsza dojrzysz zasadzkę?

                                      Victor

                                      W środku karawany Victor siedział na jednym z wozów z zapasami. Zauważył, że strażnicy szli i siedzieli cicho. Powietrze nie było wypełnione rozmowami, żartami czy śmiechem.
                                      Srogie skupienie gościło na ich twarzach, zauważył jak jeden ze strażników trzyma swój miecz przed sobą, knykcie zbielałe w gniewnym uścisku.
                                      Filia musiała im powiedzieć, gdzie idą i co mają zrobić. Gniew i determinacja buzowała w krwi strażników, być może nadzieja na jaką liczyła komendant wyparowała szybciej niż by chciała i teraz jedyne co pchało jej ludzi do przodu to żądza zemsty.

                                      Baltizar

                                      Baltizar był na końcu karawany w wozie wynajętej przez niego grupy najemników.
                                      W porównaniu do Khala ci nie byli cicho. Barbarzyńscy bracia, którzy siedzieli na koźle przerzucali się przechwałkami i przysięgami. Elfi mag i alchemik musieli dopracowywać szczegóły planu działania.
                                      W końcu jeden z barbarzyńców zawołał do gnoma.

                                      • Hej, szefie. Ta dziewucha w masce co z tobą pomieszkuje to ładna?
                                      • I czy do wzięcia? My bracia zawsze się dzielimy!
                                        Ach, typowe rozmowy podczas podróży, kto ma na kogo chrapkę…

                                      Dzień zaczął chylić się ku końcowi filia więc zarządziła postój.
                                      Wozy zostały ustawione w szerokim kole, a konie spuszczone wewnątrz koła, aby nigdzie nie uciekły.
                                      Obóz został ustanowiony na otwartej polanie, jedynie z niewielkimi drzewami i krzakami ustawionymi po jego wschodniej stronie.
                                      Filia zarządziła rozbicie namiotów między wozami a drzewami, jeżeli coś ich zaatakuje nie zdoła uszkodzić wozów zanim do nich nie dotrą.
                                      Trzech strażników ustawiło się na wozach, aby lepiej dostrzec potencjalne zagrożenia.
                                      Strażnicy rozpalali pierwsze ogniska kiedy usłyszeli krzyki i szelest dobiegający z krzaków.

                                      [media]https://i.imgur.com/ehHQMpN.jpeg[/media]

                                      Po chwili grupa dwunastu istot wyskoczyła na polanę, wyglądały jak gobliny, jednak dziwnie zmienione. Dodatkowe kończyny, rogi, różne kolory i dość dobrze zbudowane. Ich pełne przerażenia oczy zaczęły rozglądać się po zgromadzeniu, kiedy spojrzenie jednego z nich musiało dojrzeć konie wewnątrz kręgu.

                                      • KONIE! - zawołał najwyraźniej przywódca i gobliny rzuciły się do ataku.
                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SeachS Niedostępny
                                        SeachS Niedostępny
                                        Seach
                                        napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                        #49

                                        - Mam zamiar cię chronić, jak wpadniesz w jakąś nieprzyjemną sytuację. Nie byłoby to dobre dla ogólnego morale, gdyby dowódca padł lub ciężko ucierpiał już w pierwszych godzinach podróży. - odpowiedziała arkanistka suchym, jakby zmęczonym banalnymi pytaniami głosem.
                                        - Och, dziękuję. - odparła komendant - Wątpię, aby coś na nas się rzuciło. Drogi są bezpieczne, a zwiadowcy informują mnie, że od wczoraj nikt nie opuścił terenu kopalni. - komendant westchnęła - Więc, co wy będziecie z tego mieli?
                                        - Hm? - Kaylie mruknęła pytająco - Czy naprawdę nie wierzysz w chęć uczynienia dobrego uczynku?
                                        Tak naprawdę arkanistka nawet nie siliła się na brzmienie zdziwioną.
                                        - W dniu kiedy człowiek wychowany w Cheliax zrobi coś z altruistycznych powodów, będzie dniem kiedy zmienię wiarę na Caileana i zapiję się na śmierć. Twój kompan na pewno chce coś ugrać z tego. Dobre pierwsze wrażenie jego patrona może?
                                        Kaylie uśmiechnęła się z niemym rozbawieniem.
                                        - Och, podejrzewam. Na szczęście nam to nie grozi. Przecież on nie został wychowany w Cheliax.
                                        - Evercrest opuścił... został wygnany jak miał... dziesięć, dwanaście może? - zaczęła komendant, fakt wygnania Khala najwyraźniej budził w niej niesmak - Od tego czasu nie mógł się włóczyć długo, jeżeli uzbierał dostatecznie dużo doświadczenia, aby być członkiem loży. Dostatecznie dużo czasu, aby zintegrować się z mentalnością tamtejszych.
                                        - Z tego co mi się wydaje, to czternaście. Tragiczny wiek na topienie w traumach. - kobieta mruknęła pod nosem - Na pewno Cheliax nie było pierwsze na jego drodze, a co później... Nie znam go bardzo długo. Wiem, że cokolwiek nie uczyniłby tam to byłoby to coś co rozumiem. - spojrzała w oczy Filii - Walka o przetrwanie.
                                        Filia uniosła brew.
                                        - Mam listę kilku czynności, które mógłby zrobić tylko dla własnego zysku, albo przyjemności. Rozumiem jednak o co ci chodzi. Zastanawiam się jednak, czy za szybko go nie rozgrzeszasz.
                                        - Albo ty za szybko go skazujesz. - wzruszyła ramionami - W końcu niewinny póki nie skazany? Choć może coś pomyliłam. W Galt jest winny póki nie uniewinniony, Ale myślałam, że to tylko u nas.
                                        - Ja go o nic nie oskarżam. - zapewniła Filia - Jedynie stwierdzam, że to facet, który sporo przeszedł i ostatnie... powiedzmy dwie dekady spędził w jednym z najbardziej niemoralnych krajów na kontynencie. Spodziewam się nie lada pikantnych opowieści o jego życiu codziennym.
                                        - Liczysz na deklamowanie hymnów pochwalnych ku czci Asmodeusza i poświęcanie dziewic?
                                        - Asmodeusz nie lubi kobiet. - zauważyła Filia - Do tego Khal nie wygląda na tępego fanatyka, plus powiedział, że jego patron to... Azazozel? Tak to było?
                                        - Azazel. - poprawiła - Ale w sumie masz rację. Nie poświęcałby nikomu dziewic. Wolałby... inaczej sam je spożytkować. - uśmiechnęła się półgębkiem.
                                        - Więc miałam przynajmniej trochę racji. - Filia się uśmiechnęła - Zawsze wyczuję chama. - zerknęła na swoją towarzyszkę - Więc, pewnie próbował już ciebie wziąć w obroty.
                                        Kobieta na chwilę zamilkła zastanawiając się jak ubrać to w słowa.
                                        - Tak jakby... Jednocześnie i tak, i nie. - niepewnie odparła - I uwierz mi, podczas bytności wśród najemników spotkałam wiele rodzajów chamstwa. On... Nie. Nie jest wobec mnie chamem.
                                        Filia ponownie zerknęła na Kaylie, tym razem na dłużej po czym gwizdnęła.
                                        - Wzięło cię nieźle. - pokręciła głową - Mam nadzieję, że traktuje cię dobrze. - westchnęła - Więc, wiem czemu on nam pomaga, a ty pomagasz nam dla niego, czy masz jakieś własne powody?
                                        - Jestem najemnikiem. A on to bonus do pieniądza. - wróciła do obserwacji drogi.
                                        Komendant przez chwilę szła cicho.
                                        - Duży bonus? - zapytała, nie mogąc powstrzymać prychnięcia śmiechem.
                                        - Tego jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że nie zawiedzie moich oczekiwań.
                                        - Przepraszam, musiałam jakoś wypełnić tę ciszę, a żart się aż prosił.
                                        - Ja nie żartowałam. - odezwała się rozbawionym głosem.
                                        - No cóż, trzymam kciuki. - przez chwilę znowu zamilkła - Będę musiała pomówić z ojcem o jego wygnaniu, prawda?
                                        - To już twoja decyzja. - stwierdziła po dłuższej chwili.
                                        Ponownie westchnęła.
                                        - Czytałam tą sprawę kilka razy. Wygląda jak ustawka z rozwścieczonym tłumem jako oskarżycielem, świadkiem i ławą przysięgłych… prawie jak w Galt.
                                        - W Galt w najlepszym wypadku tłum by ją rozszarpał, a Khala wraz z matką za powinowactwo krwi. - stwierdziła bez wahania - Ciekawi mnie czy naprawdę wiesz o co w tym wszystkim chodziło.
                                        - Zważając, o co ją oskarżono, to pewnie Ostateczne Ostrze? - komendant pokręciła głową - Ojciec nigdy o tym nie gadał, to jedna z setek spraw. Jedynie do niej zajrzałam ponieważ odwiedziliście jej grób. Zabobony nie wydają się powodem, więc pewnie zatargi. Wendetta.
                                        - Ostateczne Ostrze. Dla obu osób. W najgorszym wypadku torturami by przyznanie się do winy wymusili, ale to bez znaczenia. Efekt ten sam. Podpis pod przyznaniem się by ładniej wyglądał w aktach, czy na plakatach nawołujących do spektaklu.
                                        Kaylie patrzyła w ciszy na Filię dłuższy czas.
                                        - To nie moje miejsce mówić więcej o tej sprawie. Musisz porozmawiać z Khalem... bo wątpię by ojciec ci powiedział prawdę.
                                        Filia uniosła brew na słowo "spektakl", ale jedynie pokręciła głową. Chwilę rozważała słowa Kaylie co do rozmowy z Khalem, ale tylko westchnęła.
                                        - Tego się bałam...

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy