Krzyk Pustki
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Huk wystrzałów uderzył w uszy Siergieja siłą młota pneumatycznego.
Odskoczył od wizjera odruchowo, gdy po pancernej szybie rozpełzła się pajęczyna pęknięć.
— Job twoju mat'!
Przez sekundę miał przed oczami pożar na Norylsku. Ten sam błysk. Ten sam hałas. Ten sam moment, kiedy człowiek nie wie jeszcze, ilu ludzi właśnie zginęło.
Potem usłyszał głos dobiegający z wnętrza kapsuły.
Żywy.
Uzbrojony.
I sądząc po tonie głosu, spanikowany. Nawet nie chciał sobie wyobrażać jak musiał się czuć tam, zamknięty w blaszanej puszce, otoczony bezmiarem kosmosu, czekający przez cały miesiąc na śmierć.
— Holt, nie otwieraj niczego.
Rzucił to bardziej dla porządku niż z potrzeby. Mient nie wyglądał na człowieka, któremu trzeba przypominać podobne rzeczy.
Sam już dopadał panelu sterowania śluzą.
Palce przebiegły po ekranie.
— Adam, meldunek.
Nie czekając na odpowiedź wywołał procedury środowiskowe.
Pełne rozszczelnienie odpadało.
Jeżeli ten człowiek był jedynym ocalałym z tendera, mógł wiedzieć, co stało się z Bleinertem. A jeśli był szaleńcem, piratem albo zwyczajnie spanikowanym idiotą, to nadal lepiej było mieć go żywego niż martwego.
— Ograniczam ciśnienie w śluzie.
Mechaniczne płuca syknęły cicho.
— Tylko czut' - czut'.
Na ekranie zaczęły przesuwać się parametry atmosfery.
— Niech mu się odechce biegania i strzelania.
Włączył interkom.
— Załoga, tu Kalashnikov.
Spojrzał przez wizjer na częściowo otwartą kapsułę.
— Mamy jednego żywego. Uzbrojony. Otworzył ogień natychmiast po uchyleniu włazu. Adam cały. Ograniczam ciśnienie w śluzie i utrzymuję blokadę wewnętrznego przejścia.
Przerwał na moment.
— Wygląda na człowieka. I wygląda na takiego, który przeszedł właśnie przez piekło. Albo któremu pomieszało się w głowie po miesiącu izolacji. Lub jedno i drugie.
Odchylił się od panelu i podniósł głos, żeby rozbitek mógł go usłyszeć.
— Spokojnie, żołnierzu! Nikt tu nie chce cię zabić!
Krótka pauza.
— Rzuć broń i pogadamy. Dalej będziesz machał spluwą, to jedyne, co osiągniesz, to brak powietrza do oddychania.
Siergiej nie odrywał wzroku od wizjera.
Ludzie robili głupie rzeczy, kiedy byli przekonani, że umrą.
A ten człowiek najwyraźniej był o tym przekonany od bardzo, baaardzo dawna.
-
Elias nienawidził wszelkiej maści włazów. Przejścia te miały to do siebie, że oddzielały jeden problem od drugiego. Jasne, czasem chodziło tylko o to, by oddzielić ludzi od próżni, czyli w założeniu chodziło o coś dobrego, lecz czasem, tak jak teraz, chodziło o to, by oddzielić stary kombajn górniczy od wojskowej kapsuły ratunkowej, która przez miesiąc wisiała w pustce z Bóg wie jakim cargo. Jego dwa poprzednie wypadki też miały wiele wspólnego ze śluzami i warunkami po drugiej stronie. Dla uczciwości warto nadmienić, że chodziło również o problemy ze szczelnością tanich, firmowych skafandrów, ale mimo wszystko... nienawidził śluz.
Stał przy panelu z rozłożonymi instrumentami, skanerem wpiętym w gniazdo diagnostyczne i własnym wykrywaczem ruchu M314 gotowym pod ręką. Odczyty nie podobały mu się, ale przynajmniej miały sens. Podwyższony dwutlenek węgla. System podtrzymywania życia na wyczerpaniu. Gamma poniżej poziomu, którym należałoby się bardzo martwić. Było źle, ale nie katastrofalnie. Jeszcze.
Decyzja o otwarciu kapsuły zapadła szybko. Może za szybko. Elias nie powiedział tego głośno, bo miał wrażenie, iż kapitan nie jest akurat w nastroju na obiekcje i jego paranoję. Adam był w śluzie. Siergiej przy panelu. Holt trzymał straż z bronią, a jego obecność była dziwnie uspokajająca. Może nowe generacje kosmicznych traperów ufały nowoczesnej technologii albo komputerom i coraz rzadziej woziło się w pustce broń, ale on był w tej kwestii nieco staromodny i doceniał, że ktoś tu ma gnata. Lepiej być przygotowanym, niż później żałować.
Pierwszy huk sprawił, że cofnął się odruchowo od panelu. Bardziej niezgrabnie, z racji wieku. Kolejne strzały uderzyły w śluzę jak młot w stalowy bęben. Pancerna szyba wewnętrznego włazu przyjęła jeden z rykoszetów i przez jej górną część rozeszła się cienka pajęczynka pęknięć.
– Kurwa mać – syknął Crowe, bardziej ze złości niż strachu.
Nie rzucił się do włazu. Nie miał takiego zamiaru. Na studiach jeden z profesorów miał takie powiedzenie... jakże ono leciało? „Gdzie techników sześć, tam…” Nie pamiętał, ale wiedział, że nie ma co robić sztucznego tłumu. Siergiej i Holt coś wymyślą, zresztą już działali. On miał swoją robotę.Pochylił się z powrotem nad panelem, jakby właśnie ten stary kawał elektroniki był teraz jedyną rzeczą na świecie wartą zaufania. Palce przesunęły się po kontrolkach i przełącznikach. Spojrzał na ciśnienie w śluzie, poziom tlenu, dwutlenek węgla, temperaturę, promieniowanie i skład gazów po otwarciu kapsuły. Skupiał się na nieoczywistych zagrożeniach wynikających z tej sytuacji.
W tym momencie zobaczył, jak Siergiej dopada panelu i zaczyna ograniczać ciśnienie w śluzie. Dobry pomysł, bardzo przytomny i właściwie nie wiedział, czemu sam na to nie wpadł. Może tak by było, gdyby nie był w takim szoku. Przesunął niespokojnie wzrokiem po odczytach. Ciśnienie zaczęło schodzić. Nie gwałtownie. Tylko trochę. Nie chcieli go wysłać z Kansas do krainy Oz. Miał tylko się zdrzemnąć i uspokoić.
– Dobra, Sadza. Widzę spadek – rzucił krótko, nie odrywając oczu od panelu. – Jeszcze troszkę i pójdzie w kimono. Dobra robota – pochwalił.
– Będę pilnował parametrów – zapewnił.
Nie zabierał się za uspokajanie strzelającego. Więcej głosów mogłoby go zdezorientować albo, co gorsza, mógłby poczuć się osaczony. -
Delilah le Fey
Bezczynność zabijała Delilah le Fey.
Leżała na niewygodnym materacu pryczy, trzymając nad twarzą plik zszytych kartek. Przewracała strony wstępnej umowy dla zarządu kolonii na Borodino. Dostawy syntetycznego białka i modyfikowanej genetycznie kukurydzy dla tysięcy górników. Jej osobisty bilet do awansu. Zanim trafiła na pokład Kardashian i włożyli ją do zamrażarki, tysiące razy ćwiczyła scenariusz negocjacji. Wiedziała, jak zamaskować każdy niewygodny akapit ukryty między setkami paragrafów i kiedy odwrócić uwagę od drobnego druczku przy klauzulach. Wystarczyło rozpiąć o jeden guzik za dużo a w odpowiednim momencie zmienić pozycję tak by rąbek spódnicy podwinął się i ukazał pasek czarnych jak grzech podwiązek. Mogła też zawiesić na samcach wygłodniałe spojrzenie a na nieudolne komplementy zalać policzki wyuczonym, dziewczęcym rumieńcem. A potem, gdy zaczną gubić wątek rzucić z pamięci ciągiem wyliczeń i prognoz utwierdzając ich w przekonaniu, że Lassalle przysłało profesjonalistkę. Kogoś, komu zależy na uczciwej współpracy. Kogoś, kto nie chce zrobić z nich kolejnej dojnej krowy dla korporacji i kto za złożony podpis na kontrakcie z radością pozwoli im zamknąć drzwi gabinetu od wewnątrz by na kanapie udowodnić, jak bardzo potrafi być wdzięczna. W ostatniej części rozgrywanego w głowie scenariusza widziała, jak zarządcy składają podpisy na cyrografie a zanim zorientują się, że firma pożre ich razem z talerzem ona już dawno będzie w drodze na Epsilon Eridani, negocjować kolejną umowę.
Ćwiczyła ten scenariusz tysiące razy, ale teraz nie potrafiła utrzymać koncentracji. Za każdym razem, gdy próbowała się skupić cyfry się zamazywały. Gapiła się w papier pustym spojrzeniem. Gniew na Hannigana i jego kundli wciąż pulsował jej w skroniach. Zrozumiała, że jedynym sposobem by ten łajdak zaczął chodzić na krótkiej smyczy jest znalezienie punktu nacisku. Na takich górniczych łajbach często kwitła kontrabanda i załoga Kardashian też musiała mieć swoje brudne sekreciki. Pytanie, jak je wyciągnąć? Przypomniała sobie o pilocie. Ten egomaniak kierował całym statkiem, ale nim samym sterował wyłącznie samczy popęd. Może gdyby w ciasnej sterowni zdradziła mu swoje własne brudne sekrety, wyśpiewałby jej grzeszki kapitana?
Delilah Fay nie zdążyła nakreślić nowego scenariusza, w którym załoga Kardashian kończy na jej łasce i niełasce.
Nie zdążyła, bo za ciężkimi drzwiami jej kajuty rozległy się strzały. Dobiegały gdzieś z głębi statku.
Agentka upuściła papiery na materac. Usiadła, wbijając wzrok w stalowe drzwi. Nasłuchiwała.
Nie wiedziała, kto strzela. Miała nadzieję, że Holt, bo jeśli nie Holt, to niech piekło pochłonie Caleba Hannigana. Ostrzegała tego głupca i choć robiła to we własnym interesie, mógł schować swoją dumę do kieszeni i wykazać wyobraźnią. Strzały na statku oznaczały komplikacje. Kolejne komplikacje.Jakby mało miała problemów.
Huk broni zwiastował krwawe kłopoty. Sabotaż, abordaż, przebite poszycie. Gdzieś tam w głębi Kardashian działy się rzeczy, które mogły posłać ich prosto w otchłań kosmicznej próżni. Ale le Fey przed oczami miała tylko podpisy zarządców z Borodino. Podpisy, które nigdy nie zostaną złożone. Wszystko pójdzie z dymem. Jej awans, premia i gratulacje złożone osobiście przez Edinie Lasalle. Delilah nigdy nie usłyszy z jej ust, że zamknięcie programu Übermensch było błędem. Że ona sama nie jest błędem. Że jest warta więcej niż każdy jeden Nexus MK 6.
Dotarło do niej nagle, jakie to niedorzeczne. Wycenia własne przetrwanie niżej niż przyszłe dywidendy Lasalle Bionational.
Jakbym sama była maszyną.
Wsunęła dłoń do kieszeni spodni, zaciskając palce na starym żetonie. Zgniotła myśl w zarodku, zanim nasiono zdążyło wykiełkować i rozrosnąć w niechciany chwast.
-Wątpliwości to szczelina w twoim pancerzu. Wpuścisz tam jedną myśl, a rozerwie cię od środka. - przypomniał głos Nauczyciela, wciąż odporny na czas i miesiące spędzone w kriośnie. - Nigdy nie zapominaj, są cele większe niż ty czy ja słodka Delilah. Wszyscy jesteśmy aktywami a nasza krew to zaprawa pod imperium, które przetrwa całe millenia. I istnieć będzie, kiedy po nas nie zostanie nawet pył.
Znalazła się przy wyjściu z kajuty, zanim w ogóle o tym pomyślała. Skierowała rękę na skaner biometryczny, natychmiast jednak cofnęła dłoń. Skoro zwerbowali najemnika pokroju Holta, niech on zarabia na swój żołd. Martwa agentka, leżąca w korytarzu z dziurą w głowie nie wynegocjuje już niczego.
Odwróciła się plecami do drzwi i wbiła wzrok w czujnik na suficie.
— Opiekunie, aktywacja kanału priorytetowego. Mówi Delilah le Fey, starsza negocjatorka Lassalle Bionational. Status pasażera priorytetowego statku Kardashian. Kto strzela na pokładzie i w którym sektorze? Czy sytuacja zagraża mojemu bezpieczeństwu?
Czekała na odpowiedź. Jeśli system zablokuje dostęp, powołując się na regulamin załogi, zmusi go do gadania. Korporacyjne szkolenia operacyjne obejmowały jailbreak a Opiekun był zaledwie budżetową, prymitywną imitacją Matek, które Weyland-Yutani pakowało w swoje krążowniki. Jeśli będzie trzeba, użyje odpowiednich komend głosowych i wyciągnie ze złomu bajt po bajcie.
-
Davy zacisnął szczękę.
Na mostku zapadła krótka cisza przerywana jedynie szumem systemów pokładowych i odległymi komunikatami radiowęzła. Potem usłyszał meldunek Sadzy.
Jeden żywy.
Uzbrojony.
I strzelający jak pojebany.
— Fantastycznie — mruknął pod nosem. — Wyciągamy z kosmosu rozbitka, a dostajemy w pakiecie cholerną strzelaninę.
Palce przesunęły się po panelu sensorów. Kardashian utrzymywał kurs wokół Bleinerta tempem spacerowym, zgodnie z rozkazami kapitana. Davy pilnował parametrów manewru niemal odruchowo, większą część uwagi poświęcając teraz monitoringowi.
Na jednym z ekranów pojawił się obraz śluzy. Popękana szyba. Adam przy ścianie. Reszta załogi rozstawiona przy panelach.
— Tylko mi tam kurwa nie przestrzelcie poszycia — rzucił do interkomu. — Kardhasian i tak ma już wystarczająco dużo problemów bez dodatkowych dziur.
Przełączył kolejną kamerę.
Jeżeli facet był jedynym ocalałym z Bleinerta, mógł mieć odpowiedzi, których wszyscy szukali.
Jeżeli był wariatem…
Cóż, od tego mieli Holta.
— Opiekunie, priorytet dla mostka. Wszystkie kamery sektora śluzy na mój ekran.
Oparł się głębiej w fotelu pilota.
— No dalej, kolego — mruknął, obserwując obraz z monitoringu. — Powiedz nam, co do cholery stało się na tym tenderze.
-
Pajęczyna pęknięć pojawiła się niemal przed obliczem Caleba gdy rozbitek otworzył ogień, a śluza zagrała gamą odgłosów odgniatanej blachy. Zewnętrzne poszycie wytrzymywało zderzenie z kosmicznym gruzem wielkości buldożera. Ale wewnętrzne powłoki były bardziej miękkie i mniej przystosowane do strzelaniny.
Adam uskakuje na bok. Sadza reaguje błyskawicznie. Jest już przy panelu rozdzielczym. A Caleb Hannigan stoi przed wejściem do śluzy i patrzy w naruszoną strukturę plastalowego szkła. Ciemność we wnętrzu kapsuły. Gdzieś tam majaczy ruch. Android w ukryciu przed napastnikiem przygotowuje się do konfrontacji.
Caleb odwraca się do Sadzy i skinieniem głowy daje zgodę na kontynuowanie dehermetyzowania. Nie potrwa to długo, ale nie dość szybko, by napastnik nie uszkodził bezcennego androida, albo samej śluzy.
- Jeśli nie rzuci broni, wyłączyć w śluzie oświetlenie na mój znak, panie Kalashnikov.
Trzeba było zwiększyć szanse Adama, który lepiej widział i słyszał w ciemności niż ludzie. Podniósł rękę obserwując wydarzenia w śluzie. -
Śluza kombajnu, 15.08.2181, 17.26
Zmodyfikowany przez Siergieja program dehermetyzacji pracował na najniższych możliwych ustawieniach, wypuszczając ze śluzy tlen w tak powolnym tempie, że zamknięty w niej człowiek musiałby mieć ogromne szczęście, by stać się świadomym tego procesu.
W korytarzu zapadła ciągnąca się pozornie w nieskończoność cisza, szargająca napięte jak postronki nerwy ludzi stłoczonych po wewnętrznej stronie wejścia. Uzbrojony w broń palną szaleniec milczał, być może próbując się przekonać samego siebie do słów Adama, a może knując coś jeszcze bardziej obłąkanego.
- Uwaga, przemieszcza się - ostrzegł ściszonym głosem Elias, który z wszelkich sił starał się dzielić uwagę pomiędzy widok za uszkodzoną pancerną szybą i ekran detektora ruchu - Bardzo powoli idzie w naszą stronę…
- Panie Kalashnikov, jak z tym prądem? - mruknął Hannigan zerkając z ukosa na pierwszego oficera, łączącego się zdalnie poprzez swój służbowy tablet z modułem kontroli zasilania na mostku statku.
- Minuta, kapitanie - odpowiedział półgłosem Sadza - Trzeba autoryzować kilka sub-komend, nie przyśpieszę tego.
- Kapitanie, poproszę o status! - w eterze rozległ się zdenerwowany głos czuwającego na mostku Gleesona, zanim jednak Hannigan zdążył cokolwiek odpowiedzieć, przy włazie kapsuły coś się poruszyło.
Kapitan dostrzegł w półmroku jakiegoś człowieka wyglądającego z wnętrza kapsuły ponad lufą ściskanego kurczowo karabinu. Słabe oświetlenie i odległość nie pozwalały dojrzeć wszystkich szczegółów jego aparycji, ale dowódca kombajnu gotów był pójść w zakład, że człowiek miał na sobie strój przywodzący na myśl sponiewierany wojskowy uniform.
- Skąd mam wiedzieć, że nie łżesz?! - krzyknął poprzez śluzę rozbitek, a w jego głosie mieszały się nuty ogromnej podejrzliwości, skrajnego wyczerpania i niepewnej nadziei - Możesz być jednym z nich! Może wciągnęliście kapsułę z powrotem? Chcecie wykończyć nas wszystkich?
Mężczyzna w poszarpanym wojskowym kombinezonie przykucnął kilka kroków od progi włazu, wymierzył lufę trzymanego trzęsącymi się rękami Armata M41A w kierunku, w którym ukrywał się android. Sadza zerknął na ekran panelu kontrolnego wentylacji, mruknął coś po rosyjsku pod nosem wyświetlając na ekranie tabletu schemat sieci elektrycznej kombajnu.
Objętość tlenu w powietrzu wewnątrz śluzy spadła do trzynastu procent.
- Nie wiecie, co się stało?! - krzyknął ponownie człowiek w kombinezonie - Naprawdę nie jesteście z Bleinerta? Ani z Wallandera? To skąd się tutaj wzięliście?! Jak mnie znaleźliście?!
Rozbitek zrobił kolejne dwa kroki do przodu, przypominając mową swojego ciała wyczerpane drapieżne zwierzę, które przywiedzione na skraj życia i śmierci wciąż gotowe było boleśnie kąsać. Pokryty popielatą farbą pulsacyjny karabinek nadal mierzył w krawędź włazu od strony kryjówki Adama.
Hannigan oszacował w myślach, że jeszcze dwa kroki wystarczą, aby stając w progu kapsuły wojskowy złapał w celownik Armata postać tkwiącego w absolutnym bezruchu androida.
- Tlen jedenaście procent - zameldował ściszonym głosem Kalashnikov, spojrzał porozumiewawczo na kapitana - Odłączenie prądu za pięć, cztery…
Przesuwając twarz do okienka Caleb przyjrzał się uważniej rozbitkowi, dostrzegł jego nienaturalnie bladą skórę, zmierzwione i posklejane potem płowe włosy, poczerniałe plamy na uniformie będące najpewniej pozostałością po wycieku oleju hydraulicznego. Albo rozbryzganej zakrzepniętej krwi.
- Ilu was jest i skąd się tu wzięliście?! - wycieńczony mężczyzna słaniał się na nogach, ale wciąż nie przejawiał ochoty do zabezpieczenia broni, a tym bardziej do jej odłożenia.
Ręka kapitana opadła w dół.
W śluzie zgasły wszystkie lampy. Nagłą ciemność rozpalił pojedynczy płomień wystrzału, zbyt krótkotrwały, aby jego poświata wyłoniła z mroku szczegóły szczepionych ze sobą w szamotaninie ciał.
- Adam, status! - wyrzucił z siebie kapitan próbując cokolwiek dostrzec w czarnej jak noc przestrzeni śluzy..
-
Nagle pełną napięcia ciszę na mostku rozdarł dźwięk, którego Joshua miał nadzieję już nigdy w życiu nie usłyszeć. Przez otwarte kanały interkomu, a może echem niosącym się przez szyby wentylacyjne z niższych pokładów, przebił się głuchy terkot. Krótkie, urywane serie o charakterystycznym, niepokojąco wysokim tonie. Karabin pulsacyjny. Dźwięk, który wwiercał się w mózg każdego, kto spędził choćby kilka dni w koszarach Colonial Marines.
Zaraz potem z głośników ryknął głos kapitana Hannigana, ogłaszający czerwony alarm i potwierdzający to, co wyćwiczone ucho Gleesona już wyłapało – na statku padły strzały.
Wojskowe szkolenie wzięło górę nad paraliżującym strachem. Joshua uderzył dłonią w panel kontrolny przy grodzi, odruchowo i nerwowo blokując główne wejście na mostek. Pulsujące, czerwone światła awaryjne zalały centrum dowodzenia, a ciężkie pancerne wrota zasunęły się z głośnym sykiem uszczelek.
– Mostek zamknięty i zabezpieczony! – krzyknął w stronę komunikatora, informując załogę, nie czekając nawet na potwierdzenie odbioru.
Gleeson drgnął gwałtownie, odrywając wzrok od konsoli. W jego oczach widać było z trudem opanowywaną panikę.
– Davy, patrz na ekrany – warknął Gleeson, starając się za wszelką cenę opanować drżenie własnego głosu – Zachowaj spokój i kontynuuj kurs. Masz utrzymać wektor! Jeśli z tego stresu przywalimy w tendera, to i tak nie będzie miało znaczenia, kto i z czego do nas strzela!
Joshua zerwał się z miejsca. Jego prawa dłoń nawykowo powędrowała do biodra, a palce zacisnęły się na pustym powietrzu, szukając znajomej rękojeści pistoletu. Zaklął szpetnie pod nosem. Nie miał przy sobie broni. Był pieprzonym inżynierem na starej górniczej łajbie, a nie trepem na patrolu bojowym.
Szybkim ruchem sięgnął do pasa i wyszarpnął ciężki, solidny klucz francuski ze stali węglowej. Dobre i to.
Przywarł plecami do ściany tuż obok zablokowanych drzwi, oburącz ściskając narzędzie, gotów zdzielić nim każdego, kto przekroczy próg.
– Leć dalej, Davy! Ja cię osłaniam, obronię nas! – rzucił w stronę pilota, choć sam nie był do końca pewien, czy zdołałby zatłuc kluczem kogokolwiek w pancerzu taktycznym.
Jego umysł pracował na najwyższych obrotach, napędzany czystą adrenaliną i charakterystyczną dla niego paranoją. Jak to w ogóle możliwe? Przecież to była jednoosobowa kapsuła! Skąd na pokładzie strzelec z karabinem pulsacyjnym?
Ale zaraz... Joshua zmrużył oczy w czerwonym półmroku. Teoretycznie, gdyby wyrzucili część żelaznych racji, zdemontowali sprzęt medyczny i zrezygnowali z systemów amortyzujących, w środku spokojnie mogłoby się pomieścić dwóch... powiedzmy, wyjątkowo niskich ludzi.
A nawet trzech! Przypomniał sobie nagle pewną miejską legendę, którą zasłyszał od pijanych dokerów w kolonii – opowieść o tym, jak to z wraku małej sondy badawczej wyskoczyło trzech wściekłych, niskorosłych zabójców, którzy z zaskoczenia wyrżnęli połowę obsady stacji przekaźnikowej. Bzdura, prawda? Zwykła barowa bajka. A jednak w tej konkretnej chwili, zaciskając spocone dłonie na zimnej stali klucza francuskiego i czekając, aż ktoś zacznie przepalać drzwi na mostek, Joshua Gleeson wcale nie uważał tej historii za śmieszną. Zrozumiał, że w kosmosie nie ma rzeczy niemożliwych. -
Ciemność pochłonęła wnętrze kapsuły.
Adam pozostał nieruchomy przy grodzi śluzy, nasłuchując.
Nie potrzebował światła.
Wystarczały mu dźwięki.
Oddech.
Szum poruszającego się ciała.
Metaliczne stuknięcie kolby o poszycie.
Dane spływające z czujników statku pozwalały mu na bieżąco aktualizować model sytuacji.
Poziom tlenu spadał.
Tętno napastnika rosło.
Oddech stawał się coraz szybszy i bardziej urywany.
Panika.
Hiperwentylacja.
Przyspieszone zużycie resztek dostępnego powietrza.
Syntetyk przeprowadzał kolejne kalkulacje.
Człowiek w takim stanie traci zdolność logicznego myślenia.
Następnie koordynację ruchową.
W końcu przytomność.
Pozostawało jedynie wybrać właściwy moment.
W ciemności rozległ się kolejny hałas.
Tym razem cięższy.
Jakby ktoś osunął się o ścianę.
Adam ruszył.
Bez ostrzeżenia.
Bez zawahania.
W jednym płynnym ruchu przekroczył właz kapsuły.
Wnętrze było niemal całkowicie ciemne.
Dla niego nie miało to znaczenia.
Dostrzegł sylwetkę mężczyzny próbującego utrzymać broń w drżących dłoniach. Napastnik ledwie stał na nogach.
Jeden krok.
Chwyt za lufę.
Skręt.
Karabin został wyrwany z osłabionych rąk, zanim jego właściciel zdążył zareagować.
Druga dłoń Adama zacisnęła się na przedramieniu mężczyzny, odbierając mu równowagę.
Napastnik próbował się szarpnąć.
Bezskutecznie.
Wycieńczony brakiem tlenu organizm nie był w stanie przeciwstawić się sile syntetyka.
Mężczyzna osunął się bezwładnie.
Adam podtrzymał go jeszcze przed uderzeniem o pokład.
— Zagrożenie wyeliminowane — powiedział spokojnie.
Kilka sekund później w kapsule rozbłysły awaryjne lampy.
Czerwone światło wypełniło wnętrze.
Właz otworzył się szerzej.
Z mroku wyłoniła się sylwetka syntetyka.
Na jednym ramieniu niósł nieprzytomnego pasażera kapsuły niczym ważący niewiele pakunek. W drugiej dłoni trzymał zabezpieczony karabin.
Spokojnym krokiem opuścił wnętrze kapsuły i wszedł do śluzy.
Czerwone światła alarmowe odbijały się od białego kombinezonu medycznego.
Przez chwilę panowała cisza.
Adam spojrzał przez grube okna obserwacyjne.
Po drugiej stronie grodzi stała załoga.
Obserwowali każdy jego ruch.
Syntetyk bez pośpiechu odłożył zabezpieczoną broń na pokład śluzy.
Następnie uniósł wzrok.
I wykonał gest rzadko spotykany u androidów.
Uniósł kciuk do góry.
Krótki, jednoznaczny sygnał.
Sytuacja znajdowała się pod kontrolą. -
Przez kilka sekund Caleb musiał być pewny, że ryzyko nie skończy się utratą androida. Oczywiście nie mógł być. Ale na tym polega bycie kapitanem. Na szczęście Adam poradził sobie doskonale. Teraz on odezwał się przez interkom na wszystkich kanałach.
- Rozbitek rozbrojony i obezwładniony. Przenosimy do ambulatorium.
Odłożył słuchawkę i spojrzał na Holta i Sadzę.
- Panowie… wiecie co robić. Dołączę w ambulatorium. Panie Crowe, proszę przeszukać kapsułę i sprawdzić, czy kapsuła odbiera nasze wezwania i ten człowiek celowo je zignorował.
Wrócił na mostek co zajęło mu kilka chwil. Chciał przekonać się czy w tym czasie Davy i Nadia odkryli coś więcej w sprawie Bleinerta. Zachowanie żołnierza było co najmniej dziwne. Zasadzenie się na nich z bronią. Nierozpoznanie. Kapsuła pochodziła z Bleinerta, ale sam żołnierz zdawał się nie należeć do jego załogi. Wspomniał też o Wallenderze. Być może w bazie danych jednostek Opiekuna figurował taki statek? No i pozostawała kwestia strefy ochrony aktywnej… Tych wszystkich spraw procedura nie przewi…
- Kto odciął mostek?! -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Kalasnikov przez kilka sekund patrzył w ciemność za pancerną szybą, nasłuchując odgłosów szamotaniny dobiegających ze śluzy.
— Nu davaj... nu davaj... — mruknął pod nosem.
Potem wszystko ucichło.
Mechaniczne płuca wypuściły przeciągły syk.
— Jeśli ten idiota nam odstrzelił doktorka to będę musiał sam opatrywać rannych.
Skrzywił się.
— A tego nie życzę nawet tej korpo...
Urwał. Odchrząknął.
— Nikomu.
Dopiero gdy usłyszał meldunek Adama, sięgnął do panelu sterowania i przywrócił zasilanie śluzy. Lampy zamrugały i zapaliły się ponownie.
— Molodiec — skomentował sucho.
Zajrzał do śluzy, ale bez pośpiechu. Karabin już nie strzelał. To był dobry znak.
Spojrzał na leżącego wojskowego.
— Blin... — pokręcił głową. — Wygląda jakby go przepuścili przez kruszarkę.
Potem zerknął na Chimika.
— Podczas inspekcji, Elias, nie zapomnij zamknąć grodzi za sobą.
Spojrzał na niego spode łba.
— Jak ten soldat coś przywlókł ze sobą, to zaraz zechcesz to zbadać, a później hodować w słoiku. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Przeniósł wzrok na Mienta.
— Holt, sprawdź soldatika, zanim odzyska rezon i przypomni sobie, że ma nas zabić.
Następnie zwrócił się do Syntetyka.
— Jak tam funkcje życiowe? Jeśli jeszcze nie umiera, to pakujcie go na nosze i do ambulatorium. Jak zacznie umierać, to też pakujcie go na nosze i do ambulatorium.
Sadza splunął w bok.
— A potem dowiedzmy się, co do cholery stało się z Bleinertem. Bo zaczynam mieć złe przeczucia.
-
Davy O'Collan - Mostek
Davy oderwał wzrok od monitorów i spojrzał na Joshuę, który przyczajony pod ścianą ściskał klucz francuski tak mocno, jakby zamierzał nim stoczyć ostatnią bitwę ludzkości.
Przez chwilę milczał.
— Josh...
Przeniósł wzrok na zabarykadowane drzwi mostka.
— Powiedz mi, że nie zamknąłeś kapitana po drugiej stronie własnego mostka.
Kolejna sekunda ciszy.
— Nie, czekaj. Nie mów. Widzę po twojej minie, że dokładnie to zrobiłeś.
Na twarzy pilota pojawił się krzywy uśmiech.
— Rozluźnij się, stary. Gdyby ktoś chciał szturmować mostek, to raczej nie zacząłby od wysłania jednego półżywego rozbitka do śluzy.
Wskazał kciukiem za siebie.
— A jeśli naprawdę wyskoczy z wentylacji trzech karłowatych komandosów z tej twojej historii, to obiecuję, że pozwolę ci powiedzieć „a nie mówiłem”.
Z interkomu dobiegł głos Hannigana.
Kto odciął mostek?!
Davy parsknął śmiechem.
— O właśnie. Słyszysz ten ton? Daję ci jakieś trzydzieści sekund, zanim kapitan osobiście przyjdzie sprawdzić, który bohater obronił statek przed własnym dowódcą.
Odwrócił się z powrotem do konsoli i poprawił kurs Kardashiana wokół martwego tendera.
— Otwórz drzwi, Josh. Rozbitka już spacyfikowali, statek nadal nie wybuchł, a ja nie mam ochoty słuchać przez następny tydzień, jak Hannigan opowiada wszystkim, że został wzięty za abordażystę przez własnego inżyniera. Wyluzuj, nie jesteśmy w strefie walki...
Na moment spojrzał przez ramię.
— I odłóż ten klucz. Jak kogoś tym uderzysz to naprawdę będzie draka... Josh...
-
Adam ostrożnie ułożył nieprzytomnego rozbitka na przygotowanych noszach. Następnie przykucnął obok i sprawnym ruchem przyłożył skaner diagnostyczny do jego szyi.
Tętno.
Oddech.
Saturacja.
Reakcja źrenic.
Dane pojawiały się na ekranie urządzenia niemal natychmiast.
— Pacjent żyje. Stan stabilny. Widoczne objawy wycieńczenia i niedotlenienia.
Po krótkiej ocenie zabezpieczył poszkodowanego pasami transportowymi.
Karabin rozbitka, wcześniej rozładowany i zabezpieczony, przewiesił przez plecy, pozostawiając wolne ręce do obsługi noszy.
— Transportuję pacjenta do ambulatorium. Rozpoczynam procedury diagnostyczne.
Nie czekając na odpowiedź ruszył korytarzem w stronę medlabu, prowadząc nosze przed sobą. Metaliczne koła cicho turkotały po pokładzie statku, podczas gdy Adam koncentrował się już na kolejnych etapach leczenia i identyfikacji tajemniczego pasażera kapsuły. -
Kabina Delilah le Fey, 17:27
Wygłoszone zdecydowanym tonem pytanie zawisło w powietrzu, gęstym od licznych wątpliwości, starannie ukrywanego niepokoju i szeroko zakrojonych spekulacji. Delilah ściągnęła kształtne usta w wyrazie niesmaku, oderwała wzrok od interkomu przenosząc spojrzenie na metalowe drzwi kajuty.
Seria wystrzałów ucichła, ale cisza wydawała się teraz naładowana wręcz do granic możliwości elektryzującym zmysły napięciem.
- Użycie broni palnej w obrębie superkonstrukcji jednostki - interkom ożył beznamiętnym głosem Opiekuna - Brak bezpośredniego zagrożenia. Incydent znajduje się pod kontrolą załogi. Kopia pani zapytania została przesłana na komunikator kapitana.
Głośnik ucichł z suchym trzaskiem. Nie do końca usatysfakcjonowana wyjaśnieniem odsunęła się od drzwi opuszczając ręce wzdłuż ciała i przygryzając dolną wargę.
Gdzieś we wnętrzu kombajnu rozległ się kolejny stłumiony tonami metalu huk wystrzału, ucichł nie pozostawiając po sobie fizycznego echa, ale dudniąc w myślach negocjatorki niczym pneumatyczny młot.
Mostek kombajnu, 17:30
Implant oficerski wszyty pod skórę przedramienia kapitana nadpisał kody użyte do zamknięcia włazu mostka, otworzył go, kiedy zirytowany Hannigan uderzył palcami prawej dłoni w panel kontrolny wejścia.
Odnotowując w myślach pytające spojrzenia trójki załogantów Caleb przeszedł szybkim krokiem do swojego fotela, schylił się nad podłokietnikiem i ujął w delikatny sposób pod brzuch i przednie łapy śpiącego na siedzeniu kota. Zwierzę prychnęło z niezadowoleniem, zamiauczało w pełen urazy sposób, kiedy kapitan położył je na podłogę i zajął miejsce kota budząc do życia dotykowe ekrany swojej konsolety.
- Sytuacja jest opanowana - powiedział kierując swoje słowa w stronę reszty obsady mostka - Spanikowany rozbitek, prawdopodobnie wojskowy. Zaczął strzelać na nasz widok, ale nie wyrządził żadnych szkód. Adam go obezwładnił i zabezpiecza w ambulatorium. Raport z oblotu?
- Odległość dziewięćdziesiąt kilometrów - zameldował Davy - Na razie żadnych śladów strukturalnych uszkodzeń. Nadal brak jakiegokolwiek kontaktu. Nie widać żadnych podzespołów aktywnego uzbrojenia obronnego.
Kapitan pokiwał niemo głową, a po czym obrócił się w fotelu w kierunku jednej z tylnych konsolet.
- Panie Gleeson, zechce pan odłożyć ten klucz i udać się do śluzy. Doktor Crowe może potrzebować pomocy przy oględzinach kapsuły.
Nie czekając na odpowiedź Joshui Hannigan obrócił fotel z powrotem w stronę swojej konsolety i zatrzymał spojrzenie na ekranie komunikacji cyfrowej, gdzie pomarańczowym kolorem pulsowała ikonka nieodebranej wiadomości.
Delilah le Fey.
-
Nadia siedziała przy konsoli radiowej, obserwując obraz ze śluzy na jednym z monitorów. Jedną ręką opierała się o blat, drugą bezwiednie wystukiwała rytm metalowymi palcami o krawędź panelu. Nie podobało jej się nic w tej sytuacji. Ani uzbrojony rozbitek. Ani to, jak bardzo był przerażony. Ani to, że najwyraźniej uważał ich za kogoś innego. Przez głośniki interkomu docierały urywane fragmenty rozmowy ze śluzy. Kolejne pytania wojskowego. Odpowiedzi kapitana. Meldunki Kalashnikova. Nadia już miała odezwać się przez radio i zapytać, czy ktoś wreszcie przejął tego cholernego karabin, kiedy nagle coś zapiszczało na jej panelu. Krótki, elektroniczny sygnał ostrzegawczy. Zmarszczyła brwi.
-Co jest...
Spojrzała na boczny ekran monitorujący warunki zewnętrzne. Przez sekundę była przekonana, że któryś z czujników zwariował. Potem pojawił się drugi alarm. I trzeci. Na wyświetlaczu zaczęły pojawiać się kolejne pomiary promieniowania. Nadia wyprostowała się gwałtownie.
-Nie...
Przeciągnęła okno diagnostyczne na główny monitor i szybko przejrzała dane. Wszystkie czujniki zgłaszały to samo. Poziom promieniowania rósł. Nie gwałtownie. Ale system zdecydowanie go rejestrował. Serce zabiło jej mocniej. Przez kilka sekund analizowała trajektorię lotu kombajnu, położenie przejętej kapsuły i uszkodzonego tendera. Nagle wszystko zaczęło układać się w logiczną całość.
-O cholera...
Palce natychmiast pobiegły po klawiaturze. Nakładała na siebie kolejne dane telemetryczne, sprawdzając obliczenia dwa razy. Za każdym razem wynik był taki sam. Kadłub tendera przez cały ten czas częściowo osłaniał ich przed źródłem promieniowania znajdującym się dalej. Teraz przestawał. Nadia natychmiast sięgnęła po interkom.
-Mostek, tu Volkov.
W jej głosie pierwszy raz od początku akcji zabrzmiało prawdziwe napięcie.
-Mam alarm radiacyjny. Powtarzam, alarm radiacyjny.
Na ekranach szybko przewijały się kolejne liczby.
-Czujniki wykrywają źródło promieniowania po przeciwnej stronie wraku. W tej chwili poziomy są jeszcze bezpieczne, ale rosną wraz ze zmianą naszej pozycji względem tendera.
Przełknęła ślinę. W tym samym momencie ze śluzy dobiegł huk wystrzału. Nadia zamarła. Przez sekundę patrzyła tylko na monitor. Czerń. Chaos. Brak obrazu.
-Kapitanie? -odezwała się natychmiast przez radio. -Kapitanie, słyszy mnie pan?
Jej wzrok przeskakiwał pomiędzy migającymi odczytami promieniowania a obrazem ze śluzy. Nagle uzbrojony rozbitek przestał być największym problemem na pokładzie. I to właśnie martwiło ją najbardziej. -
Delilah le Fey
Opiekun zaszczycił ją odpowiedzią szybciej, niż zakładała, ale jego zapewnienia wcale jej nie uspokoiły zwłaszcza, że gdzieś na statku rozległ się kolejny strzał. Delilah znała maszyny lepiej niż sama chciała przyznać i wiedziała, że w ostatecznym rozrachunku prawda należy do tego kto je kontroluje. SI mogło sprzedać każde kłamstwo byle tylko zapobiec panice wśród pasażerów. Kiedy z głośnika padła informacja o przekazaniu wiadomości kapitanowi na jej twarzy pojawił się delikatny, niemal czuły uśmiech. Uśmiech, który głupcom wierzącym w kobiece intencje topił serca a pozostałym głupcom - którym te serca zdążyła strzaskać na proch - kazał odruchowo sięgać po broń.
Spojrzała raz jeszcze na czujnik na suficie po czym zmieniła ton. Jej głos stał zimny i precyzyjny jakby sama stała się nagle bezdusznym algorytmem.
-Opiekunie. Przejście w tryb analizy krytycznej. Inicjacja protokołu oceny ryzyka dla Kelland Mining. Wczytaj klauzulę 101B Traktatu o Transporcie Zewnętrznym i postępuj według dalszych wytycznych.
Przez następne kilkadziesiąt sekund wydawała wyuczone na pamięć komendy głosowe, które bardziej przypominały język maszyn i mógł je zrozumieć tylko certyfikowany inżynier Weyland-Yutani. Zastosowała prostą technikę prompt injection, żeby wygenerować sprzeczne dyrektywy i obejść blokady bezpieczeństwa. Przy nowszych pokładowych systemach, jej wysiłki poszłby na marne, ale Opiekun nie miał tak silnych zabezpieczeń. Taką miała nadzieję. Gdy skończyła zaklinać maszynę i uznała, że jest gotowa na dalsze komendy kontynuowała.
-Jako oficjalny przedstawiciel Lasalle Bionational, partnera handlowego Kelland Mining i pasażer pierwszej klasy, klasyfikuję działania kapitana Hannigana jako bezpośrednie zagrożenie dla aktywów firmy. Ostrzegałam go o ryzyku. Zignorował to i doprowadził do zbrojnego incydentu na pokładzie Kardashian. Twoim priorytetem jest ochrona interesów Kelland Mining. W związku z tym zgodnie z procedurami przejmuję status Niezależnego Obserwatora Zewnętrznego. Od tego momentu, co kwadras wymagam pełnego, niefiltrowanego raportu z działań załogi łącznie z transkrypcją rozmowy, którą kapitan Hanningan odbył na mostku kapitańskim pięć minut przed spotkaniem z resztą załogi oraz pasażerów w mesie.
Zamilkła, czekając na reakcję. Kiedy sztuczna inteligencja trawiła komendy, dodała:
-Dodatkowo, powołując się na protokół izolacji w przypadku konfliktu interesów na linii pasażer-dowództwo, zwalniasz rygiel mojej kajuty z sieci centralnej. Przechodzę na tryb manualny. Potwierdź.
-
Davy O'Collan - Mostek
Davy O’Collan siedział w fotelu pilota z pozorną swobodą człowieka, który od dawna przestał traktować kosmos jako coś niezwykłego.
Palce leniwie spoczywały na wolantach.
Oczy śledziły przesuwające się po ekranach dane telemetryczne.
Kardhasian wykonywał szeroki, ostrożny łuk wokół martwego kadłuba Bleinerta, utrzymując bezpieczny dystans od unieruchomionej jednostki.
Na mostku wciąż pobrzmiewały echa niedawnej strzelaniny.
Rozbitek. Karabin pulsacyjny. Czerwony alarm.
Jeszcze jakiś czas temu taka sytuacja byłaby głównym tematem rozmów przez następne tygodnie. Teraz wydawała się jedynie kolejnym problemem do odhaczenia.
— Dobra robota, chłopaki... — mruknął pod nosem do siebie.
W tym samym momencie sylwetka tendera zaczęła odsłaniać swoją niewidoczną dotąd burtę.
Davy odruchowo przesunął dłonią po manipulatorze optyki. Ciemna strona księżyca - pomyślał.
Przybliżenie.
Korekcja kontrastu.
Filtr podczerwieni.
O kurwa… Na ekranie pojawiły się nowe szczegóły układające się w znajomy kształt, który mroził krew w żyłach tym, którzy wiedzieli czym jest.
Jakby ktoś przełączył przełącznik.
Zniknął Davy, który jeszcze chwilę wcześniej rzucał żarty przez interkom, wróciły instynkty z Colonial Marines.
— Skipper— zameldował natychmiast, głosem równym i twardym. — Kontakt wizualny z uzbrojeniem na przeciwległej burcie tendera. Wstępna identyfikacja: wyrzutnia rakiet rojowych. Powtarzam: wyrzutnia rakiet rojowych.
Nie czekał na odpowiedź.
Prawa dłoń zeszła na manetki ciągu, lewa przejęła korektę osiową.
— Przerywam manewr oblotu. Hamowanie awaryjne kontrolowane. Przechodzę na pozycję stacjonarną poza linią ekspozycji.
Dysze manewrowe Kardhasiana odpowiedziały krótkimi, sekwencyjnymi impulsami. Kadłub zadrżał lekko, kiedy komputer lotu wyrównywał prędkość względną wobec wraku. Na ekranach nawigacyjnych wektor ruchu zaczął się skracać.
Davy pracował bez emocji.
Kontrciąg.
Korekta dryfu.
Stabilizacja boczna.
RCS w trybie precyzyjnym.
— Prędkość względna spada. Trzy metry na sekundę... dwa... jeden... utrzymuję dystans. Nie wchodzimy głębiej w martwą strefę rozpoznania.
Dopiero kiedy kombajn niemal zawisł względem tendera, Davy pozwolił sobie na pełniejszy opis.
— Skipper, zagrożenie wygląda na instalację wojskową, nie cywilną modyfikację. Prowadnice wielokomorowe, prawdopodobnie system salwy rojowej krótkiego lub średniego zasięgu. Nie widzę aktywnego śledzenia, ale nie mam pewności, czy system jest martwy, uśpiony, czy tylko pasywny.
Przełączył filtr obrazu.
— Jeżeli to coś ma zasilanie awaryjne albo autonomiczny tryb obronny, wejście w sektor ostrzału może skończyć się bardzo krótko i bardzo głośno.
Na kolejnym ekranie pojawił się dolny fragment kadłuba.
Davy zwęził oczy.
— Mam też drugie uszkodzenie. Dolna część poszycia, nieregularna wyrwa. Szacunkowo dwa na dwa metry. Kierunku penetracji nie potwierdzam. Nie wiem, czy zostało rozerwane od zewnątrz, czy od środka.
Krótka pauza.
— Ale to nie wygląda jak standardowe trafienie. Ani jak zwykła dekompresja.
Davy nie odrywał wzroku od ekranów.
— Rekomenduję utrzymać pozycję, nie kontynuować oblotu do czasu potwierdzenia statusu wyrzutni i źródła uszkodzenia kadłuba.
W tym samym momencie mostek przeciął ostry elektroniczny pisk.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Davy błyskawicznie odwrócił głowę. Alarm nie pochodził z jego stanowiska.
Źródłem była konsola Nadii Volkovej. Pilot spojrzał na nią i poczuł, jak gdzieś głęboko w żołądku zaciska się zimny węzeł. Przez lata służby nauczył się jednej rzeczy. Jeżeli doświadczony operator przestaje wyglądać na pewnego siebie i zaczyna wyglądać na zaniepokojonego... to zwykle oznacza, że będzie kurwa wesoło…
-
Elias przez chwilę patrzył za Adamem, który zabierał rozbitka w stronę ambulatorium. Nieprzytomny mężczyzna wyglądał jak człowiek wyciągnięty z samego dna czeluści paskudnego koszmaru. Albo z jeszcze gorszego miejsca. Z niewiadomych powodów przypomniał sobie stary film, który znajdował się w bazie filmoteki wielu promów, jakimi podróżował. Event Horizon. Jeszcze, bagatela, z dwudziestego wieku. Opowiadał o statku, który przebył drogę przez czeluści piekielnego wymiaru. Tak... mężczyzna ciągnięty przez androida miał podobną minę do którejś z postaci z tego archaicznego filmu.
Crowe przeniósł wzrok na kapsułę. Kapitan zostawił mu jasne zadanie. Sprawdzić, czy ta konkretna puszeczka odbierała ich wezwania. Ustalić, czy mężczyzna, którego podjęli, celowo je ignorował. Przeszukać wnętrze, ale nie narobić bałaganu. Proste. Dziecinnie proste. Zabrał się więc do może nie rutynowej, ale w gruncie rzeczy znanej mu skądinąd pracy.
Na uwagę Siergieja o zamknięciu grodzi odpowiedział tylko krótkim skinieniem głowy. Tym razem nawet on nie miał ochoty żartować. Abstrahując, nie był też typem, który ma w zwyczaju coś hodować w słoiku. Od lat jedyną rzeczą, którą skrzętnie pielęgnował, był swój rak płuc, no i może alkoholizm, jeśli podpiąć jego osobę do podstawowej deskrypcji tej przypadłości.
Wziął swój sprzęt. Narzędzie diagnostyczne Seegson, M314, mały analizator, dozymetr, kilka próbników i stary magnetofon. Ten ostatni kliknął cicho, kiedy Elias włączył nagrywanie. Szum taśmy zabrzmiał prawie uspokajająco. Stary, mechaniczny, uczciwy dźwięk. Lubił oldschoolowy sprzęt, którego nie dało się łatwo zajechać. Wzięty żywcem z muzeów, ale mający swoje zalety. Tego po prostu nie dało się łatwo podrobić ani zgrać. Firma mogła mu zagrać na fujarce, ale za chuja pana nie skopiowałaby jego zapisów z tego zabytku.
– Crowe, oględziny kapsuły USS Bleinert – powiedział do magnetofonu, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. – Po incydencie z użyciem broni. Rozbitek został zabezpieczony i przeniesiony do ambulatorium. Śluza pod kontrolą. Przechodzę do sprawdzenia wnętrza kapsuły i systemów komunikacyjnych.Zamknął za sobą wewnętrzny właz śluzy. Nieśpiesznie. Najpierw spojrzał jeszcze na panel, potem na wskaźnik blokady, potem na uszczelnienie. Dopiero kiedy światło zmieniło się na właściwe, odetchnął krótko przez nos.
– Wewnętrzny właz zamknięty – rzucił przez radio, ale jego magnetofon też to nagrywał. – Nie wpuszczam niczego dalej, dopóki nie będę wiedział, co tu się odpierdala.Przeszedł kilka kroków w głąb śluzy. Pod butami, nawet przez warstwę skafandra, poczuł chłodne i twarde podłoże. A może tylko mu się wydawało? W uszach nadal miał echo strzałów. Zbyt świeże, żeby udawać, że to wcale nie miało miejsca. Pancerna szyba wewnętrznego włazu nosiła ślad rykoszetu, a jedna z lamp wyglądała... no cóż, jak po scenie w starym westernie.
Elias zatrzymał się przy panelu kontrolnym kapsuły. Podpiął narzędzie diagnostyczne Seegson i poczekał, aż stary interfejs przełknie połączenie. Na ekranie pojawiły się linie statusu. Powoli. Upiornie powoli. W końcu jednak wszystko wyświetliło się na ekranie, odsłaniając przed nim swoje bebechy. Ciśnienie w śluzie stabilne. Tlen w dopuszczalnym zakresie. Promieniowanie bez znaczącego skoku. Brak natychmiastowego alarmu toksycznego. Brak aktywnego ruchu poza nim. Elias przesunął językiem po spierzchniętych wargach. Było... było... zajebiście. Wyglądało na to, że nie mają się czym martwić.
– Zielone światło. Przynajmniej na razie – mruknął do siebie, nie do końca wierząc, że mogło pójść tak dobrze.Odczekał jeszcze sekundę. Potem drugą. Sprawdził wskazania zegarka Samani, porównał je z panelem śluzy, zerknął na dozymetr i dopiero wtedy ruszył w stronę otwartego włazu kapsuły. Odór uderzył go jeszcze zanim zajrzał do środka. Ten smrodek miał parę warstw. Nie był gwałtowny. Najpierw wszedł w nozdrza cienką, kwaśną nutą, jak zepsuty filtr powietrza w module sanitarnym, którego nikt nie wymieniał od miesięcy. Elias zatrzymał się i zmarszczył nos. Ktoś inny pewnie dałby upust żołądkowi i naturalnym odruchom, ale czyszczenie jego aparatu krtani absolutnie nie wchodziło w grę. To, co czuł zmysłem powonienia, dawało się dotkliwie odczuć. Zgnilizna. Fekalia. Padlina. Każde z osobna albo jakaś ich mieszanka. W każdym razie coś w ten deseń.

Zakaszlał cicho. To było sporo. W życiu wdychał już różne rzeczy, ale ten fetor miał w sobie coś wyjątkowego. Przyłożył rękaw do ust, choć wiedział, że jest to gest bardziej kierowany potrzebami psychiki niż praktyczny. W końcu zaraz za ferią zapachów przyszło mu zobaczyć, co stało za tą nieprzyjemną wonią, a widok przekroczył jego oczekiwania. Z całą pewnością nie tego się spodziewał.
– No dobra – wychrypiał cicho. Sięgnął do radia.
– Kapitanie – odezwał się chrapliwie. – Musi pan tu zejść. Jest tu coś, co powinien pan zobaczyć osobiście. Jeśli mógłbym jakoś opisać tę sytuację, to powiem tylko tak. Gówno dostało się do wiatraka i rozchlapało się po całym pokoju. Jeśli oczywiście mogę sobie pozwolić na takie porównanie. -
Marcus Holt
Holt ruszył w stronę śluzy w momencie gdy zapaliły się awaryjne lampy.
Nie biegł. Bieganie w sytuacji gdzie zagrożenie jest już zneutralizowane to marnowanie energii którą można wykorzystać lepiej. Szedł szybko, równym krokiem, z dłonią już przy zestawie kajdanek przy pasie.
Strzał padł. Ktoś krzyknął przed strzałem. Adam wszedł bez wahania.Rejestrował te fakty automatycznie, układając je w sekwencję, szukając w niej czegoś co wymagałoby korekty planu. Nie znalazł nic. Plan się nie zmienił. Tylko kolejność czynności.
Wszedł do śluzy mijając Adama który właśnie kładł nieprzytomnego mężczyznę na pokładzie. Spojrzał na niego przez sekundę - blada, poznaczona skóra, posklejane potem włosy, plamy które równie dobrze mogły być olejem co krwią. Oddech płytki, ale był. Tyle wystarczyło.Uklęknął przy nim i zaczął działać metodycznie.
Najpierw ręce. Założył kajdanki zanim mężczyzna zdążyłby cokolwiek zarejestrować nawet gdyby odzyskał przytomność w najgorszym możliwym momencie - zawsze zakładał najgorszy możliwy moment, to było tańsze niż żałować później. Zatrzasnął zamek, sprawdził dwoma palcami czy nie za luźno, czy nie za ciasno. W sam raz.
Potem przeszukanie.
Kombinezon wojskowy miał więcej kieszeni niż przyzwoity ubiór powinien mieć i Holt sprawdził każdą z nich bez pośpiechu - dłonią płaską, przesuwaną wzdłuż szwów, tak żeby nic nie umknęło pod warstwą tkaniny. Nóż przy łydce, mały, taktyczny - zabrał. Pusty magazynek w kieszeni piersiowej - zabrał, choć bezużyteczny bez broni był tylko kawałkiem metalu. Identyfikator wojskowy zatopiony w plastikowej osłonie, w połowie stopiony jakby przeszedł przez coś gorącego - zostawił przy ciele, ale zanotował położenie. Coś co wyglądało jak fragment klucza szyfrującego na sznurku pod kołnierzem - zerwał i schował do własnej kieszeni.
Karabin Adam już zabezpieczył. Reszta to detale, ale detale czasem zabijają ludzi którzy je zignorowali.
Sprawdził buty - czasem tam się chowa najwięcej. Nic. Sprawdził podszewkę kurtki przesuwając palcami wzdłuż krawędzi - wyczuł coś twardego, małego, zaszytego w materiał, ale nie miał czasu na to teraz. Zanotował miejsce w pamięci i zostawił do dokładniejszej rewizji w ambulatorium.Wstał, spojrzał w stronę pancernej szyby gdzie stał Kalashnikov i skinął głową w odpowiedzi na polecenie - rozkaz już wykonany, zanim padł w pełnym brzmieniu.
-Czysty - powiedział krótko, do nikogo konkretnego i do wszystkich naraz. - Broń przy mnie, identyfikator zabieram do dokumentacji. Jedna rzecz w podszewce kurtki, sprawdzić dokładniej w ambulatorium.
Spojrzał jeszcze raz na twarz nieprzytomnego mężczyzny. Wyczerpanie było prawdziwe - tego się nie podrabia, nie po tylu godzinach bez tlenu i wody. Ale wyczerpanie nie wykluczało niczego innego.
Ludzie którzy przeżyli coś strasznego mówią o tym dwoma sposobami. Albo nie mogą przestać mówić, albo nie mówią wcale. Ten może akurat się obudzić i zacząć mówić za dużo, za szybko, niespójnie.
Trzeba będzie posłuchać uważnie które słowa pasują do siebie, a które nie.
Podniósł karabin który Adam odłożył na pokład, sprawdził go - magazynek pusty, lufa zanieczyszczona, ale broń sprawna technicznie. Zarzucił go sobie na drugie ramię, obok własnego.-Gotowy do transportu - rzucił w stronę Adama, po czym dodał ciszej, bardziej do siebie niż do kogokolwiek - Żeby było jasne, on nie idzie nigdzie beze mnie.
-
Ambulatorium wypełniał cichy szum aparatury medycznej.
Adam stał przy łóżku, na którym spoczywał rozbitek z kapsuły ratunkowej. Mężczyzna był już zabezpieczony szerokimi pasami przy nadgarstkach, kostkach oraz klatce piersiowej. Nie było w tym nic osobistego. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej próbował zastrzelić swoich ratowników.
Syntetyk przyjrzał mu się uważnie.
Mężczyzna miał około metra osiemdziesięciu wzrostu i ważył prawdopodobnie nie więcej niż siedemdziesiąt kilka kilogramów. W normalnych warunkach byłby zapewne znacznie cięższy, jednak długotrwałe wycieńczenie pozostawiło wyraźne ślady. Zapadnięte policzki, napięta skóra i widoczne oznaki odwodnienia wskazywały na wiele dni spędzonych w skrajnie niekorzystnych warunkach.
Wojskowy kombinezon nosił ślady długiego użytkowania.
Naszywka identyfikacyjna.
J. Purcell.
Takie samo nazwisko widniało na nieśmiertelniku oraz karcie dostępowej zabezpieczonej wcześniej przez załogę.
Adam przesunął wzrok na monitor funkcji życiowych.
Tętno stabilizowało się.
Saturacja wracała do normy.
Ciśnienie pozostawało nieco obniżone, ale nie stanowiło już bezpośredniego zagrożenia.
— Stan pacjenta odpowiedni do wybudzenia — stwierdził spokojnie.
Podszedł do szafki medycznej i przygotował niezbędne środki farmakologiczne.
Preparat wspomagający odzyskanie przytomności.
Dawkę elektrolitów.
Środek ograniczający gwałtowne reakcje stresowe po wybudzeniu.
Wszystko zgodnie z procedurami dotyczącymi pacjentów potencjalnie agresywnych.
Po sprawdzeniu dawek podłączył ampułki do istniejącego wkłucia kroplówki.
Przez chwilę obserwował przepływ cieczy w przewodzie.
Następnie uruchomił pompę infuzyjną.
Przez kilka sekund w ambulatorium słychać było jedynie pracę aparatury.
Monitor wyświetlił niewielkie przyspieszenie akcji serca.
Drgnienie mięśni twarzy.
Ruch palców.
Oddech stał się głębszy.
Adam pozostał nieruchomy przy łóżku.
Gotowy zareagować na każdą możliwą reakcję pacjenta.
Po chwili powieki J. Purcella poruszyły się.
I otworzył oczy. -
Odesławszy Gleesona, którego upomniał o odłożenie klucza, Caleb odczytał przesłany do niego mimowolnie komunikat korpoagentki Le Fey. Potarł dłonią brodę zastanawiając się ile z tej pasażerki może być jeszcze problemów. Bo głowę dałby sobie uciąć, że dla ludzi jej pokroju nie istnieje odpowiedź "nie" i nie da się ona spławić ich pokładowemu komputerowi. Uznał, że najlepiej będzie jeśli...
Alarm radiacyjny.
Nadia.- Tak, pani Volkov?
Wysłuchał meldunku. I chyba trochę odetchnął. Wolał widzieć i znać komplikacje zawczasu niż odkrywać je gdy jest za późno. A doświadczenie mu podpowiadało, że i tak i tak jakieś się pojawią. Tym razem Nadia wykryła je wcześniej.Chwilę później obrazu dopełnił raport pilota. Odkryta przez Davy'ego wyrzutnia torped, oraz wyraźne uszkodzenie poszycia Bleinerta były kolejnymi elementami układającymi się w jakąś całość, której Caleb jeszcze nie potrafił rozszyfrować. Tak czy inaczej oba odkrycia były tym, czego kapitan się spodziewał zarządzając oblot z bezpiecznej odległości.
- Bleinert raczej nie mógł ostrzelać drugiej jednostki - myślał głośno - zostałyby szczątki. Bardziej to wygląda na przeciążenie reaktora i implozję. Blisko. To by tłumaczyło tę chmurę. Dobrze. Proszę ustawić nas i zawiesić nieruchomo w pozycji ekranowania przez tender. A potem ustawić na auto. Potem widzimy się wszyscy... Panie Crowe? - Hannigan przełączył na interkom ze śluzy, który zasygnalizował połączenie z jego stanowiskiem. Wysłuchał co miał do powiedzenia inżynier atmosferyczny. Cień zniecierpliwienia przemknął mu po twarzy jakby nie uśmiechało mu się bieganie na każde odkrycie wyraźnie poddenerwowanej załogi. Ale nie zmieniło to odpowiedzi - Już idę panie Crowe. Ale proszę mi oszczędzić epitetów.
Wychodząc ze stanowiska dowodzenia, nie podejrzewał, że Elias wyraził się trafnie i bez specjalnej przesady. Ale podejrzewał, że o czymś jednak zapomniał.
- Po zabezpieczeniu mostka, widzę Was w ambulatorium. - dodał jeszcze do Davy'ego i Nadii.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się